Czerwiec ’76

Jest takie powiedzenie, że dużo musi się zmienić, żeby nic nie zmieniło się. Ono oczywiście niewiele znaczy, jeśli nie zostanie poparte odpowiednim przykładem. To trochę jak z tym chińskim przysłowiem, że jeden rysunek jest więcej wart niż 1000 słów. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1970 roku wydawało się, że nastąpiła radykalna zmiana. Przyszła nowa ekipa, „otwarta na świat”. Nowy przywódca, z większą ogładą. To jedno akurat było prawdą. Gierek był wyjątkowy w naszej powojennej historii, bo jako jedyny znał języki zachodnie. Podobno biegle mówił po francusku. Znał również flamandzki, choć nie tak dobrze jak francuski. Dla naszych prezydentów po 1989 roku rzecz nie do przeskoczenia – dla wszystkich bez wyjątku. Niemniej jednak dla przeciętnego obywatela PRL-u niewielkie to było pocieszenie, pomijając już fakt, że większość i tak o tym nie wiedziała.

Żeby opisać jakąś rzeczywistość, prawdziwą czy wykreowaną, należy zebrać odpowiednie fakty i spróbować wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Cóż więc takiego wydarzyło się w czerwcu 1976 roku? W czerwcu 1976 nastąpiła „powtórka z rozrywki” z grudnia 1970 roku. Według Wikipedii przebieg wydarzeń wyglądał tak:

„Władze komunistyczne od początku liczyły się z masowymi wystąpieniami ludności, niezadowolonej z drakońskich podwyżek cen, o czym może świadczyć wczesne przygotowanie sztabu ćwiczeń Lato 76, na czele którego stanął wiceminister MSW i szef SB generał Bogusław Stachura. Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO. Rozpoczęto tworzenie w komendach wojewódzkich MO specjalnych grup śledczych, których zadaniem była inwigilacja potencjalnych inspiratorów wystąpień. Wprowadzono tryb przyspieszony w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń, przygotowano wolne miejsca w aresztach. 23 czerwca w przeddzień wystąpienia Jaroszewicza podniesiono gotowość bojową jednostek podległych MSW, rozpoczęła się właściwa faza Operacji Lato 1976.”

W tym miejscu wypada zadać sobie pytanie: Skąd władze wiedziały, że będą protesty i protestujący będą zachowywać się agresywnie?

»24 czerwca – transmisja na żywo przemówienia premiera Piotra Jaroszewicza i ogłoszenie podwyżek („nowych cen”).

25 czerwca – treść przemówienia pojawia się w prasie. Strajkuje 97 zakładów, m.in w Radomiu, Ursusie i Płocku. Rząd PRL ukrył przed opinią publiczną fakt wybuchu zamieszek, nazywając je „drobnymi, chuligańskimi wybrykami”. Mimo to, szybko wycofał się z zapowiadanych podwyżek, w lęku przed rozszerzeniem się protestów na cały kraj i zaproponował rozpoczęcie „szerokich konsultacji społecznych na temat podwyżek cen i trudnościach w zaopatrzeniu”. Równolegle przeprowadzono szybką, brutalną pacyfikację strajków, nadal utrzymując, że były to tylko chuligańskie wybryki. W Radomiu okradziono i zdemolowano ponad 100 sklepów. W Ursusie zatrzymano pociąg “Opolanin” prowadzony lokomotywą EP05-22, rozkręcono także szyny na międzynarodowej linii kolejowej. Oddziały Milicji były celowo nie wyposażone w broń palną. Edward Gierek wydał zalecenia traktujące użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność. Tak też się stało, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

26–30 czerwca – wydarzenia radomskie – rozszerzenie się strajków na wszystkie zakłady państwowe w Radomiu w odpowiedzi na brutalne pacyfikacje i aresztowania organizatorów pierwszych strajków. Władze lokalne ogłaszają stan wyjątkowy i czasowo zamykają wszystkie zakłady. W efekcie na ulice wychodzą zrewoltowane tłumy mieszkańców miasta, łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, które dokonują m.in. podpalenia budynku komitetu wojewódzkiego PZPR. Miasto zostaje całkowicie spacyfikowane przez liczne oddziały ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych. Skala aresztowań osiąga znaczne rozmiary. Aresztowanych poddaje się m.in. torturom polegającym na przechodzeniu przez szpaler milicjantów tłukących aresztanta pałkami, znanej jako „ścieżka zdrowia”. Edward Gierek dowiedziawszy się o tego typu praktykach nakazał natychmiastowe ich zaprzestanie. Równolegle, w całym kraju narasta oficjalna propaganda nazywająca uparcie protestującą ludność miasta – chuliganami i wichrzycielami, organizowane są „spontaniczne” wiece protestacyjne przeciw działaniom „radomskich warchołów”.

Według raportu sporządzonego przez MSW na potrzeby Biura Politycznego na terenie 12 województw zastrajkowało 112 zakładów, w strajkach uczestniczyło ponad 80 tysięcy osób (w tym 20 800 w Radomiu i 14 200 w Ursusie). Dramatyczny los spotkał także robotników, którzy protestowali w mniejszych zakładach pracy na prowincji. Tutaj najczęściej nie docierali emisariusze Komitetu Obrony Robotników, o represjonowanych nie mówiło się w rozgłośni Wolna Europa, a częściowa rehabilitacja nastąpiła w 1981lub później.«

Wikipedia pisze o drakońskich podwyżkach cen. Według niej wynosiły one średnio 70%. Istotnie – były one wyższe niż w 1970 roku. Mięso i ryby zdrożały o 70%, nabiał 64%, ryż 150%, cukier 90%. Portal historyczny DZIEJE.PL tak opisuje przebieg tamtych wydarzeń:

„W Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do pochodów i demonstracji, zakończonych starciami z MO, a w przypadku Radomia – dramatycznymi walkami ulicznymi. W Radomiu strajk rozpoczęli robotnicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera, którzy wyszli na ulicę, aby powiadomić o strajku inne zakłady i ruszyć pod gmach KW PZPR. Do strajku przyłączyły się załogi 25 przedsiębiorstw, łącznie ok. 17 tys. osób. W kulminacyjnym momencie na ulicach demonstrowało ok. 20 tys. osób.

Gdy przed siedzibą KW zgromadziło się kilka tysięcy ludzi, demonstranci, którzy weszli do budynku, nakłonili I sekretarza Janusza Prokopiaka do przekazania do Warszawy żądania odwołania podwyżki. Po dwóch godzinach oczekiwania, gdy okazało się, że w budynku nie ma już przedstawicieli partii (zostali ewakuowani), tłum zaczął niszczyć wyposażenie, a przed godz. 15.00 gmach podpalono. Władze skierowały do miasta oddziały ZOMO z Warszawy, Łodzi, Kielc i Lublina oraz Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie – wieczorem oddziały MO liczyły ok. 1550 funkcjonariuszy. Doszło do gwałtownych walk, w czasie których młodzi ludzie wznosili barykady, rzucali kamieniami, cegłami, wyrwanym brukiem, a nawet butelkami z benzyną; MO posługiwała się pałkami, armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi. Dwóch demonstrantów, Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, zginęło w tragicznym wypadku, zabitych przez rozpędzoną przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą spychali w kierunku zomowców. Oprócz gmachu KW PZPR atakowano budynek KW MO i Urzędu Wojewódzkiego. Doszło do dewastacji sklepów i kradzieży. Oddziały MO opanowały sytuację w centrum miasta dopiero późnym wieczorem.

W Zakładach Mechanicznych Ursus od rana strajkowało 90% załogi. Robotnicy, którzy udali się pod gmach dyrekcji, usłyszeli tam wezwanie do powrotu do pracy. Wyszli na pobliskie tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami, aby poinformować innych mieszkańców Polski o strajku. Ponad 1 tys. osób siedzących na torowisku tworzyło żywą zaporę i zatrzymywało pociągi. Aby na trwałe zablokować tory demonstranci próbowali przeciąć szyny palnikiem acetylenowym, a gdy to się nie udało rozkręcili je, a w powstałą wyrwę zepchnęli lokomotywę. Interwencja MO nastąpiła ok. 21.30, gdy tłum stopniał do kilkuset osób. Starcie trwało kilkanaście minut, po nim zaczęła się obława na demonstrantów.

W Płocku strajk wybuchł w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych. Ok. godz. 14.00 przy jednej z bram doszło do spontanicznego wiecu, po którym grupa jego uczestników pomaszerowała pod gmach KW PZPR, ok. 17.00 tłum przed siedzibą partii liczył 2-3 tys. osób. Do zebranych przemówił I sekretarz. Część manifestantów ruszyła w stronę innych zakładów, ale ich pracownicy nie przyłączyli się do protestu. Po ogłoszeniu komunikatu o odwołaniu podwyżki, budynek KW obrzucono kamieniami, wybito kilka szyb, zaatakowano radiowóz straży pożarnej. Ok. godz. 21.00 demonstrantów zaatakowały ściągnięte z Łodzi oddziały ZOMO.”

Dwie nieścisłości wkradły się do tekstu Wikipedii. Pierwsza to, że podpalenie budynku KW miało miejsce 26 czerwca, podczas gdy w innych źródłach i w innym miejscu w Wikipedii podana jest data 25 czerwca. Druga to to, że w trakcie tych wydarzeń pojawili się emisariusze KOR-u, który oficjalnie powstał we wrześniu 1976 roku. Być może działali wtedy jeszcze nieoficjalnie, co dla pewnych organizacji jest stanem naturalnym.

Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO.

Ach! Jakże fatalnie typowano! Tak starannie przygotowano się, obstawiono najważniejsze ośrodki w kraju, a tu masz ci babo placek! W Radomiu. Akurat tam, gdzie nie było prawie milicji i ZOMO. Taki pech!

Scenariusz wydarzeń był więc następujący:

  • przygotowanie operacji Lato 76
  • ogłoszenie podwyżek cen żywności
  • protesty już od rana następnego dnia
  • starcia z milicją i ZOMO
  • plądrowanie sklepów
  • podpalenie budynku komitetu wojewódzkiego partii
  • wycofanie się z podwyżek

Scenariusz, który do złudzenia przypomina ten sprzed sześciu lat z Wybrzeża. Jeśli scenariusz był taki sam, to znaczy, że układali go ci sami ludzie. A skoro ci sami, to znaczy, że nikt z prawdziwych decydentów nie został usunięty, pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę z tamtych lat. Zmieniono zewnętrzny garnitur. Zaciągnięto kredyty, Polska „otworzyła się” na świat. „Ludziom żyło się lepiej, a Polska rosła w siłę.” Tak przynajmniej nam wmawiano. Dużo więc musiało się zmienić, by wszystko, poza kosmetycznymi zmianami, pozostało po staremu.

Były też pewne różnice. Nie użyto wojska i nie strzelano do ludzi z ostrej amunicji. Nowością były „ścieżki zdrowia”, które były jednym z przejawów represjonowania robotników. To stało się pretekstem do powstania KOR-u, który miał kontrolować kolejne przesilenie, czyli Sierpień ’80. Agenci KOR-u opanowali cały związek zawodowy Solidarność. Ci planiści, którzy zaplanowali Grudzień i Czerwiec, a zapewne też Marzec, już wiedzieli, że będzie kolejny strajk, który ogarnie cały kraj.

A skąd oni wiedzieli, że będzie taki strajk? Wiedzieli, bo wiedzieli, że pojawi się poważny kryzys. A skąd o tym wiedzieli? To proste. To oni udzielili Polsce kredytów, o których wiedzieli, że Polska nie będzie w stanie ich spłacić. Te kredyty były w dużym stopniu przeznaczone na uprzemysłowienie kraju. Powstały fabryki, które coś produkowały i to coś trzeba było sprzedać. Kredyty były w tzw. twardych walutach, których w Polsce nie było, bo była ona odcięta od gospodarki światowej. Sprzedaż towarów za waluty krajów demokracji ludowej nie wchodziła w grę, bo spłata kredytów musiała być w tej samej walucie, w której je zaciągnięto. Trzeba było sprzedawać te towary na Zachodzie, ale tam rynek był zamknięty, bo na nim rządzili ci, którzy dawali Polsce te kredyty. Sprzedaż czy inwestycje w tzw. Trzecim Świecie odbywały się najczęściej po cenach dumpingowych, co nie rozwiązywało problemu. Skutki nietrudno było przewidzieć. Problemy zaczęły się pojawiać już w pierwszej połowie lat 70-tych, co stwarzało okazję do wywołania zamieszek. I tak pojawił się Czerwiec ’76 – wstęp do Sierpnia ’80.

Poprzedni blog kończyłem cytatem z książki Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger i tym razem też tak wypada:

W parę lat później, przyjaciel p. de Gougenot des Mousseaux, protestant, wysoki urzędnik w służbie państwa niemieckiego zostający, pisał do tego ostatniego: „W obecnych czasach widzę Żydów bardzo gorliwie pracujących nad zburzeniem podstawy naszego społeczeństwa i przygotowaniem rewolucji. Należą oni do rasy dziwnie hojnie obdarzonej, wydającej geniuszów na każdym polu i z wszelkiego rodzaju dążnościami; chcę powiedzieć ludzi oryginalnych, wysoko inteligentnych i bardzo czynnych… W r. 1848, roku przewrotów rewolucyjnych, miałem stosunki z pewnym Żydem, który przez próżność zdradzał tajemnice towarzystw tajnych, do których należał. Powiadamiał on mnie na osiem lub dziesięć dni naprzód o rewolucjach mających nastąpić w jakimkolwiek punkcie Europy. Wskutek tego nabrałem niezbitego przekonania, że te wszystkie ruchy ludów uciśnionych itd. itd. są z góry postanowione przez jakichś 12 indywiduów, które wydają rozkazy towarzystwom tajnym całej Europy. Grunt pod stopami naszymi jest cały podminowany, a Żydzi dostarczają duży kontyngent tych minerów”.

Grudzień ’70

Grudzień ’70 należy bez wątpienia do najtragiczniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. W trakcie tych zajść zginęło 41 osób, a według niektórych źródeł – 45. Dla porównania, w zamachu majowym zginęło 379 osób, 215 żołnierzy i 164 osoby cywilne. Dlaczego władze komunistyczne zdecydowały się na takie ekstremalne rozwiązanie? Co chciały przez to osiągnąć? Nic tam nie było dziełem przypadku. Wszystko zaplanowano i wykonano? Władza nie miała skrupułów, by strzelać do tłumu. Czy to były zabiegi zmierzające do pozbycia się Gomułki? Do tego nie potrzeba ofiar, jak pokazuje przykład usunięcia Gierka. A może to był fragment większej całości, pewnego planu, który miał doprowadzić do zmiany realiów politycznych w Europie Środkowej? A może chciano dokonać pewnego eksperymentu i sprawdzić ludzkie reakcje? Do jakiego stopnia można podporządkować sobie tłum, wykorzystując do tego swoich agentów? Jak on zareaguje na przemoc? Jak społeczeństwo zareaguje?

Oficjalnie przyczyną protestów były podwyżki cen żywności. Średnio wzrosły one o 23%. Polskie społeczeństwo, z natury raczej łagodne, nie reagowałoby tak gwałtownie na stosunkowo niewielką podwyżkę, nawet przed świętami Bożego Narodzenia. W latach 50-tych przeżyło wymianę pieniędzy, która okradła ludzi, ale protestów nie było. Zdarzały się natomiast samobójstwa.

Decyzję o podwyżce ogłoszono przez radio 12 grudnia wieczorem. To była sobota. Miała ona obowiązywać od poniedziałku 14 grudnia. Decyzję podjęto na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 30l istopada. Jednak do całej operacji przygotowywano się znacznie wcześniej.

„Biuro Polityczne KC PZPR zdawało sobie sprawę, że wzrost cen głęboko dotknie obywateli i stanie się powodem niezadowolenia społecznego. Liczono się z demonstracjami i groźbą wybuchu zamieszek. Od czerwca 1969 r. do maja 1970 r. szef Głównego Inspektoratu Obrony Terytorialnej, wiceminister gen. Grzegorz Korczyński, nadzorował opracowanie planu „zabezpieczania reformy gospodarczej” przez wojsko. W pracach planistycznych wykorzystano m.in. doświadczenia z krwawej pacyfikacji Poznania w czerwcu 1956 r. oraz inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację z sierpnia 1968 r. W dniu 8 grudnia 1970 r. minister obrony narodowej, gen. Wojciech Jaruzelski, wydał rozkaz, w którym określił zasady współdziałania LWP z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w przypadku wybuchu strajków.” – Tak to opisuje na swojej stronie Wojskowe Biuro Historyczne.

W protestach brało udział kilkanaście tysięcy osób. Po stronie rządowej było 27 tysięcy żołnierzy, 5 tysięcy milicjantów, 550 czołgów, 700 transporterów opancerzonych. Wyglądało to więc na jakieś manewry, ćwiczenia w terenie zabudowanym. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć transportery opancerzone, ale czołgi! To była większa operacja LWP niż w Czechosłowacji. Tam było 24 tysiące żołnierzy. W Czechosłowacji zginęło 72-108 osób. Interwencja trwała miesiąc. W Polsce od 14 do 22 grudnia i 41-45 zabitych.

W poniedziałek 14 grudnia robotnicy Stoczni Gdańskiej odmówili podjęcia pracy i wielotysięczny tłum udał się pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku. Zażądali spotkania z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a od dyrektora stoczni podjęcia negocjacji w sprawie cofnięcia podwyżek. Ich postulaty nie zostały spełnione. Tego dnia doszło też do pierwszych starć z milicją. Przed południem delegacja stoczniowców próbowała rozmawiać z rektorem Politechniki Gdańskiej, a o 17-tej próbowano zorganizować tam wiec, ale bez powodzenia. W związku z tym udano się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie udało się go zorganizować. Podobny odbył się na placu przed dworcem głównym. W tych wiecach wzięli udział również studenci Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej.

Można w tym miejscy zapytać: jak to możliwe, że podwyżki ogłoszono w sobotę wieczorem, a w poniedziałek rano robotnicy byli już doskonale zorganizowani. Ale nie tylko oni. Również milicja była na posterunku. Skąd milicja wiedziała, że będzie strajk? Wielotysięczny tłum, a takim była przecież załoga Stoczni Gdańskiej, nie mógł tak sam z siebie zorganizować się i do tego tak szybko. Wynika z tego, że cała załoga już wcześniej musiała być poddana intensywnej agitacji.

15 grudnia ogłoszono strajk powszechny, do którego przyłączyły się inne przedsiębiorstwa, m.in. Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni i pracownicy elbląskiego Zamechu. W skład pierwszego komitetu strajkowego weszli Zbigniew Jarosz (przewodniczący), Jerzy Górski (zastępca przewodniczącego), Stanisław Oziębło, Ryszard Podhajski, Kazimierz Szołoch, Lech Wałęsa, Zofia Zejser. Robotnicy udali się pod gmach KW PZPR na wcześniej zapowiedziany więc. Po drodze napotkali oddziały milicji. Doszło do walk ulicznych i starć z milicją. Późnym wieczorem podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego. Ogłoszono strajk okupacyjny. Wojsko i milicja zablokowały porty i stocznie.

Gdy płonął budynek komitetu wojewódzkiego partii, pensjonariusze domu poprawczego w Malborku rozpoczęli rabunek sklepów przy ulicy Rajskiej i sąsiednich. Cześć manifestantów próbowała ich powstrzymać, ale bez rezultatu. Około południa stoczniowcy zdobyli czołg, który zabezpieczono na terenie Gdańskiej Stoczni Remontowej. Około godziny 16-tej przed samym dworcem kolejowym został zastrzelony przez snajpera człowiek, który być może był tylko przechodniem, gdyż w tym czasie walki toczyły się pod komendą milicji, a nie na placu dworcowym. Strzał padł od strony wiaduktu Błędnik, gdzie nie było wtedy ani wojska, ani milicji. Musiał więc strzelać snajper, prawdopodobnie ulokowany w wieżowcu Centrum Techniki Okrętowej przy Błędniku. Potem stoczniowcy złożyli na środku hali dworcowej zwłoki kolegi rozjechanego przez czołg, rozbili dworcową kwiaciarnię i podpalili kasy dworcowe. Gdy oddziały wojska i milicji pojawiły się na Błędniku i od strony komitetu, manifestanci, którym groziło otoczenie, wpadli na dworzec i do stojącej jeszcze kolejki elektrycznej i odjechali zanim pojawili się milicjanci.

To są informacje z Wikipedii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te wydarzenia to jedna wielka prowokacja, sztucznie wywołany konflikt. Rabunki, podpalenia to zwykły wandalizm. Zapewne zwykłych robotników nie byłoby stać na takie zachowanie. Wielu ludzi z zewnątrz musiało być w to zaangażowanych, przeszkolonych i opłaconych. Skoro ktoś podpalił budynek komitetu partii, to znaczy, że już wcześniej podjął taki zamiar i musiał się do niego przygotować, choćby poprzez zdobycie i zabranie ze sobą materiałów łatwopalnych, bo samymi zapałkami, to można jedynie „podpalić” papierosa. A skąd się wzięli w Gdańsku pensjonariusze domu poprawczego w Malborku?

Dzień 16 i 17 grudnia jest dokładniej opisany na stronie Wojskowego Biura Historycznego i z niej pochodzi poniższy fragment:

„Operacją wojskową w Trójmieście kierował gen. Stanisław Antos. Użycie czołgów i transporterów opancerzonych przeciwko bezbronnym ludziom nieuchronnie musiało doprowadzić do tragedii. 15 grudnia w okolicy Dworca Głównego PKP w Gdańsku transporter opancerzony TOPAS z 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej zmiażdżył gąsienicami jednego z protestujących. Mimo tej tragedii do Gdańska ściągały coraz to nowe pododdziały. Następnego dnia wojsko otoczyło teren Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Gdy strajkujący próbowali opuścić teren zakładu, żołnierze 16. Dywizji Pancernej i 13. pułku Wojsk Obrony Wewnętrznej otworzyli ogień z karabinków i pistoletów maszynowych. Od kul zginęli dwaj stoczniowcy, a jedenastu kolejnych zostało rannych. Na ulicach Gdańska strzelała także milicja. Łącznie w Gdańsku straciło życie 16 ludzi. Wobec groźby władzy, że Stocznia Gdańska zostanie zrównana z ziemią przez ciężką artylerię, strajkujący ustąpili. Kolejne dni przyniosły Gdańszczanom represje i szykany. Zamordowanych chowano na cmentarzach nocami, po cichu i w tajemnicy. Niemal natychmiast po pacyfikacji zbuntowanego miasta Służba Bezpieczeństwa przystąpiła do przeciwdziałania próbom upamiętnienia ofiar masakry.

W odróżnieniu od Gdańska, gdzie spłonął budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, demonstracje w Gdyni miały na ogół spokojny przebieg. Mimo to, to właśnie Gdynianie ponieśli najkrwawszą ofiarę grudniowej masakry.

W nocy z 16 na 17 października milicja i żołnierze 8. Drezdeńskiej Dywizji Zmechanizowanej im. Bartosza Głowackiego otoczyli teren Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Jednocześnie w radiu i telewizji nadano wystąpienie Stanisława Kociołka, w którym wzywał stoczniowców do powrotu do pracy. Gdy wczesnym rankiem robotnicy wysiedli z pociągów na przystanku Gdynia-Stocznia, drogę do pracy zagrodziły im czołgi i żołnierze celujący do nich z ręcznych karabinów maszynowych. Napięcie sięgnęło zenitu, wojsko otworzyło ogień. W wyniku serii z broni maszynowej zginęło 11 stoczniowców. Ciało jednego z zabitych, Zbigniewa Godlewskiego, roztrzęsieni demonstranci położyli na drzwiach i ponieśli w kierunku budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Pochód został kilkukrotnie obrzucony granatami dymnymi wystrzeliwanymi z ziemi i ze śmigłowców krążących nad Gdynią. W Śródmieściu milicja i wojsko ponownie otworzyły ogień do manifestantów. Padli ranni i zabici. Łącznie w masakrze zginęło 18 ludzi. Złapanych manifestantów poddawano brutalnym torturom w katowni urządzonej w budynku Prezydium MRN. Szczególnie okrutnie traktowano młodzież.

Gdy do Szczecina dotarły informacje o protestach w Trójmieście, robotnicy Stoczni im. Adolfa Warskiego wylegli na ulice. Oprócz stoczni do strajku przystąpiło szereg zakładów pracy w samym mieście i jego okolicach.

17 grudnia napięcie w Szczecinie rosło z godziny na godzinę. Dochodziło do licznych starć między protestującymi a milicją. Apogeum walk ulicznych stało się podpalenie budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W celu spacyfikowania demonstrantów, w kierunku najważniejszych obiektów w mieście, z koszar wyjechały pododdziały z: 12. Dywizji Zmechanizowanej, 12. Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, 12. pułku pontonowego i 16. batalionu pontonowego Wojsk Obrony Wewnętrznej oraz 36. pułku inżynieryjno-budowlanego. Pojawienie się wojska na ulicach nie uspokoiło nastrojów, wręcz przeciwnie – dochodziło zarówno do walki, jak i prób bratania się z żołnierzami. W zamieszaniu wojskowi wielokrotnie uciekali się do użycia broni. Oddawano strzały w powietrze, w bruk, jak również w kierunku demonstrujących. Symbolem szczecińskiej tragedii stała się śmierć 16-letniej uczennicy, Jadwigi Kowalczyk. Dziewczynka obserwowała demonstrację przez okno ze swojego pokoju, gdy przypadkowo wystrzelony pocisk trafił ją prosto w głowę. Kolejny dzień – 18 grudnia – nie przyniósł uspokojenia. Wojsko otworzyło ogień do demonstrujących przed Stocznią im. Adolfa Warskiego, zabijając dwóch młodych chłopców i raniąc wielu innych. Łącznie w Szczecinie śmierć ponosiło 16 ludzi, a kilkuset zostało rannych. W obliczu groźby utraty życia na ulicach, robotnicy podjęli strajk okupacyjny na terenie swoich zakładów pracy. Zawiązał się Okołomiejski Komitet Strajkowy, zrzeszający większość szczecińskich zakładów pracy, który przejął faktyczną władzę na życiem miasta. Negocjacje pomiędzy robotnikami a władzą trwały do 22 grudnia 1970 r. i zakończyły się zawieszeniem strajku na czas świąt.”

Stocznie zostały spacyfikowane. We wszystkich objętych zamieszkami miastach Wybrzeża obowiązywały stan wyjątkowy i godzina milicyjna. Zginęło 41 osób. Niektóre źródła podają, że 45 osób. Kto wydał rozkaz strzelania do bezbronnych osób? Władze PZPR. A kto był tą władzą? Biuro Polityczne w składzie: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak. Zgodnie z rozkazem Gomułki strzały, po ostrzegawczej salwie w górę, miały być oddawane w nogi. Trudno więc w takiej sytuacji znaleźć winnego. Ktoś jednak ten rozkaz wydał. Nie dowiemy się kto, bo tak to wszystko jest zorganizowane, że prawdziwi decydenci są zawsze anonimowi.

Może więc warto sięgnąć do historii, by poznać od kuchni zasady działania władz i metody, jakimi one posługują się. To zapewne jest niezmienne. Różnica jest taka, że obecne władze dysponują bez porównania większymi możliwościami ze względu na postęp techniczny. Pisząc „władze” mam na myśli oczywiście te prawdziwe, tajne. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych oparła się na rozprawie jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) i pracach innych badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Poniżej fragment, który może choć trochę ułatwi zrozumienie tego, co działo się w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu i nie tylko wtedy i nie tylko tam.

»W pierwszych chwilach wybuchu rewolucyjnego, zapanowało we Francji ogólne przerażenie. Najstraszniejsze wieści krążyły po kraju, rozruchy i pożary wybuchały wszędzie, lękano się wszystkiego. Taine w swej Historii rewolucji stawia pytanie, czy popłochu tego nie wywołały „ukryte, przekupione ręce”, na które to pytanie odpowiada zarazem: „Współcześni byli tego pewni, rzecz jest możliwą”. Nie tylko możliwą, ale i pewną, jak tego mamy niepodlegające wątpliwości świadectwo Bertranda de Molleville, ministra Ludwika XVI, dowodzącego, że program cały postępowania przygotowany był w komitecie propagandy w Loży Połączonych Przyjaciół. Projekt działania za pomocą terroryzmu, podał Adrian Duport, jeden z członków zgromadzenia, badacz historii i taktyki rewolucji dawnych i nowszych czasów, przyjęty do najtajniejszych narad fakcji filozoficznej. On to, wystosowawszy odpowiedni memoriał, przekonał członków komitetu, że jedynie terroryzmem wywołać można rewolucję i że należy w tym celu poświęcić kilka znanych postaci. Wskazał nawet pierwsze ofiary. Plan Adriana Duport został przyjęty. Niedługo potem widziano głowy pp. de Launey, de Flesselles, Bertlüer i Foulon obnoszone na pikach po ulicach Paryża. Niecny ten owoc filantropii i wolności, w obronie których niby to walczono, sprawił odpowiednie skutki. Pod wpływem przerażenia wszyscy wahający się dotychczas powiększyli liczbę rewolucjonistów. Szli oni bez przekonania, ale w celu własnej obrony. W r. 1789 Mirabeau zakomunikował plan Duporta Chamfortowi, ten zaś Marmontelowi.

Wskazówki dane przez tego ostatniego w swych pamiętnikach, odpowiadają zupełnie temu, co mówi p. de Molleville: „Pieniądze i pozwolenie rabunku wszechwładnie działają na lud. Dowód tego mieliśmy właśnie na przedmieściu św. Antoniego. Nie uwierzylibyście nawet, jak mało kosztowało ks. orleańskiego zburzenie fabryki uczciwego Reveillona, który spośród tego samego ludu stu rodzinom dawał utrzymanie. Mirabeau utrzymuje, że za tysiąc luidorów można wywołać ładne zaburzenie… Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… Lud jest wielką trzodą myślącą jedynie o pastwisku, którą przy pomocy dobrych psów, pasterze prowadzą jak tylko chcą. Zresztą jego to dobra pragniemy, jakkolwiek bez jego wiedzy. Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. Wszystko to wzbudza politowanie i wstyd przynosi w wieku takim jak nasz. Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. Do owładnięcia mieszczaństwem, klasą niemającą wiele do stracenia, a mogącą dużo zyskać, jest wiele środków. Głód, niedostatek, pieniądze, postrach wybuchu, przerażające wieści, za pomocą których można wśród ludu wywołać trwogę do wściekłości ich doprowadzającą. Klasa bardziej oświecona wydaje eleganckich mówców, lecz wszyscy oni są niczym w porównaniu z tymi Demostenesami, którzy za talara w karczmach, na placach publicznych, w ogrodach i na wybrzeżach głoszą o spustoszeniach, pożarach wiosek, zrównaniu ich z ziemią, zalaniu krwią, o zamiarach oblężenia i zagłady Paryża ( W celu szybszego wywołania rewolucji w Paryżu ks. orleański zabrał wszystko zboże i wywiózł je na wyspę Jersey i Guernesey, a koryfeusze rewolucji oskarżali rząd o umyślne wywołanie głodu.). Użycia podobnych środków wymaga przewrót socjalny. Czyżby można dokazać czegokolwiek z tym ludem, gdyby go się okiełzało zasadami uczciwości i sprawiedliwości? Ludzie uczciwi są słabi i nie mają dosyć zuchwalstwa. Lud jest dlatego dobrym czynnikiem rewolucyjnym, że nie ma zasad moralnych. Tym, którzy w środkach nie przebierają, oprzeć się nie można. Nie ma ani jednej z dawnych cnót, która by nam pożyteczną być mogła. Innych cnót potrzeba ludowi”. Barruel, żyjący podczas rewolucji w Paryżu, wyjaśnia przyczynę tak łatwego kierowania ludem. „Od r. 1788 mówi on, robotnicy nasi z przedmieścia S. Antoine i S. Marceau, wtajemniczani bywali gromadnie do lóż masońskich. Zniesienie cechów sztuk i rzemiosł dało masom przewagę, tak drogo okupioną nieszczęściami klasy rzemieślniczej”.«

Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… – no właśnie! Od czego są postulaty? Każdy strajk, to jakieś postulaty. A kto je tworzy? Robotnicy?

Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. – A więc żadnych skrupułów, żadnej litości dla jakichkolwiek wartości.

Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. – To tak jak ze starym budynkiem. Lepiej go zburzyć i zbudować nowy. Nowy rząd jest o wiele bardziej wiarygodny dla ludu niż stary. Jest to stwarzanie dla niego nowej nadziei, a dla nowego rządu czas do następnego kryzysu. Wszyscy ci ludzie przychodzą do odegrania pewnej roli, jaką im przypisano i mają tego świadomość. Tworzą więc frakcje, partie, programy i kłócą się ze sobą. A wszystko to po to, by zawrócić w głowie nieświadomemu niczego ludowi. Gdy przychodzi ich czas, to odchodzą. Na ich miejsce przychodzą inni, gdy nowy plan ma być wprowadzony.

Dlaczego wydarzenia na Wybrzeżu były tak krwawe? Widocznie takimi musiały być, bo tak zaplanowano. Co chciano w ten sposób osiągnąć? Trudno oceniać Grudzień ’70 w oderwaniu od pozostałych „polskich miesięcy”, od Marca ’68, Czerwca ’76, Sierpnia ’80, a może nawet od Października ’56. Według niektórych ocen Marzec ’68 wyszedł na dobre Polsce, bo wielu Żydów opuściło Polskę i w ten sposób w opozycji mogli również działać Polacy. Może tak właśnie chciała strona żydowska, by Polacy tak myśleli. Więcej Żydów wyjechało z Polski w latach 50-tych i na początku lat 60-tych niż w 1968 i 1969 roku. Ale jest ich w Polsce tak dużo i zajmują tak ważne stanowiska, że to nie miało znaczenia. Może więc ten Grudzień ’70 i Czerwiec ’76 potrzebne były jako uzasadnienie do powstania KOR-u i zdominowania opozycji. W każdym razie po Marcu nikomu nie przyszłoby do głowy, by podejrzewać, że za wypadki na Wybrzeżu są odpowiedzialni Żydzi. Kozioł ofiarny się znalazł. Ale on takie zadanie miał do wykonania i je wykonał, to znaczy wziął na siebie całą odpowiedzialność.

Marzec ’68

Nigdy nie miałem dobrego zdania o filozofii. Uważałem, że to nauka czy dziedzina oderwana od rzeczywistości, ale myliłem się. Leon Leszek Szkutnik to autor samouczków do języka angielskiego i niemieckiego, ale również tomików poezji czy refleksji pisanych w tych językach. W jednym z nich wyłowiłem taką perełkę.

Es gibt keine Wirklichkeit an sich. Eine Wirkichkeit kann sich ereignen. Muss aber nicht. Ein unwirkliches Leben nennt man normal. – Nie ma rzeczywistości samej w sobie. Rzeczywistość może się wydarzyć. Może, ale nie musi. Nierzeczywiste życie nazywamy normalnym.

Jeszcze nie tak dawno temu powiedziałbym, że jest to filozofowanie, jakieś chore wymysły. Ale obecnie, w naszej „pandemicznej”, sztucznie wykreowanej rzeczywistości, to już nie jest filozofowanie, to nasza rzeczywistość. Szkutnik napisał, że rzeczywistość może się wydarzyć. Może nie chciał napisać dosłownie, że ktoś tę sztuczną rzeczywistość stwarza, może chciał, by czytelnik sam domyślił się, jaka jest rzeczywistość, czy może nierzeczywistość. Prawie wszyscy chodzą w maskach, choć nie ma żadnego zagrożenia, bo śmiertelność jest na poziomie zwykłej grypy. A że ludzie chorują? Zawsze na coś chorują. W mediach jest tylko jeden temat, inne nie istnieją. Żyjemy w podstawionej rzeczywistości. No właśnie! – W podstawionej. I tę podstawioną zaczynamy uważać za normalną. Czy zatem, oprócz tej podstawionej, istnieje jakaś niepodstawiona? Czy istnieje rzeczywistość sama w sobie? Może więc ta filozofia nie jest taka zupełnie oderwana od rzeczywistości. Od rzeczywistości czy nierzeczywistości?

Ten wstęp był po to, by ułatwić zrozumienie tego, że Marzec 68 był również podstawioną rzeczywistością. To był sztucznie wykreowany konflikt. Przeczytałem wiele artykułów dotyczących tej problematyki, ale najpełniej opisuje to wydarzenie Wikipedia i z niej pochodzą poniższe informacje.

Przykręcanie śruby zaczęło się w parę miesięcy po Październiku ’56. Na początku lat 60-tych pojawiła się w partii frakcja tzw. Partyzantów pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Reprezentowali oni nurt patriotyczno-narodowy i antysemicki. „List 34” z 1964 roku to był protest intelektualistów, dotyczący swobód w dziedzinie kultury. W listopadzie 1964 roku wykluczono z partii Modzelewskiego i Kuronia. W odpowiedzi skierowali oni list otwarty do członków partii krytycznie analizujący sytuację w kraju. Za jego rozpowszechnianie zostali w marcu 1965 roku skazani na 3 lata więzienia. W październiku tego roku zostaje usunięty z PZPR Leszek Kołakowski. Druga połowa lat 60-tych to też szereg procesów twórców takich jak m.in. M. Wańkowicz, który zostaje skazany na pozbawienie wolności, ale wyroku nie wykonano.

Tak naprawdę coś się zaczęło dziać od 5 czerwca 1967 roku, od wybuchu tzw. wojny sześciodniowej, wojny izraelsko-arabskiej. Związek Radziecki potępił Izrael i zerwał z nim stosunki dyplomatyczne. Podobnie postąpiły władze polskie. Zaczęły one organizować wiece w zakładach pracy, potępiające żydowskie „zapędy imperialistyczne”. Jednak większość obywateli sympatyzowała z Izraelem. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. MSW i podległe służby zaczęły rejestrować proizraelskie wypowiedzi. Tego typu ludzi określano mianem syjonistów. Czy tak faktycznie było? Być może ludzie faktycznie cieszyli się, że sojusznicy Związku Radzieckiego ponieśli porażkę. Nie sądzę jednak, by ktoś na ulicy czy w innych publicznych miejscach wyrażał swoje zadowolenie. Zaczęto sztucznie kreować antysemityzm, a pretekstem do tego był fakt, że niektórzy cieszyli się ze zwycięstwa Izraela. Tylko czy to był fakt, czy tak ustalono, że ktoś się cieszy? A nawet jeśli ktoś się cieszył, to co z tego? Czy to stanowiło dla kogoś jakieś zagrożenie, a już szczególnie dla państwa?

Wojna sześciodniowa to była wojna pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. W tę wojnę zaangażowały się także Irak, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Algieria. 13 maja 1967 przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Podgorny przekazał egipskiemu wiceprezydentowi Anwarowi Sadatowi fałszywą informację o koncentracji 12 izraelskich brygad przy granicy z Syrią. Wprowadzeni w błąd Egipcjanie byli przekonani, że Izrael przygotowuje się do inwazji. Dlatego ich reakcja była natychmiastowa i zdecydowana. 14 maja prezydent Naser zarządził mobilizację armii i rozpoczęto przerzucanie wojsk na półwysep Synaj, na którym stacjonowały siły UNEF – Doraźne Siły Narodów Zjednoczonych.

Zawsze wydawało mi się, że od rozpoznania zagrożenia zewnętrznego danego państwa jest jego wywiad wojskowy. Niby na granicy z Syrią Izrael skoncentrował 12 brygad, a informacja jest przekazana wiceprezydentowi Egiptu, który oddziela od Izraela Półwysep Synaj, na którym stacjonują wojska ONZ. Skąd więc taka panika, skoro informacja jest niepotwierdzona, a Egipt nie jest bezpośrednio zagrożony?

16 maja 1967 szef sztabu egipskiej armii generał Mohammed Fawzy zażądał wycofania międzynarodowych sił pokojowych UNEF z Synaju. Fawzy napisał w liście do dowódcy sił UNEF: „Do twojej wiadomości, wydałem rozkaz wszystkim siłom zbrojnym Egiptu być gotowym do działań przeciwko Izraelowi, który może przeprowadzić agresywne działania przeciwko jakiemukolwiek państwu arabskiemu. Z powodu tego rozkazu nasze wojsko już jest skoncentrowane na Synaju na naszej wschodniej granicy. Przez wzgląd na bezpieczeństwo wojsk ONZ, które stacjonują wzdłuż naszych granic, proszę abyś wydał rozkaz natychmiastowego ich wycofania”. Dowódca sił UNEF, generał Indar Jit Rikhye, odpowiedział, że musi poczekać na decyzję sekretarza generalnego ONZ.

Sekretarz U Tant podjął próbę negocjacji z Egipcjanami, a następnie 18 maja zaproponował Izraelowi przegrupowanie międzynarodowych sił pokojowych UNEF na terytorium Izraela, by mogły one nadal wypełniać swoją misję rozjemczą na granicy. Wobec odmowy, 18 maja 1967 U Thant wyraził zgodę na ewakuację sił UNEF z półwyspu Synaj i ze Strefy Gazy.

Czyż to nie jest jakaś kpina? Wyraźne kreowanie konfliktu: fałszywa informacja Podgornego, wojska ONZ-tu, ze względu na bezpieczeństwo, wycofują się z terenu, na którym ma być prowadzona wojna, bo tak im zasugerował egipski generał, a sekretarz U Tant wyraża zgodę na wycofanie wojsk ONZ. To już nawet nie jest kpina, to cyrk na kółkach, tym większy, jeśli się porówna siły obu walczących stron.

Siły Izraela i krajów arabskich (Egipt, Syria, Jordania, Irak):

  • żołnierze 264 000 – 310 000
  • samoloty 197 – 780
  • czołgi 1 300 – 1 600
  • działa artylerii 960 – 1700

Straty Izraela i krajów arabskich odpowiednio:

  • zabitych 779 – 20 000
  • rannych 2 563 – 34 500
  • samolotów 46 – 463
  • czołgów 80 – 725
  • dział artylerii 0 – 750

10 czerwca 1967 roku o godzinie 18.30 ogłoszono zawieszenie broni na froncie izraelsko-syryjskim. W momencie wprowadzenia rozejmu wojskom izraelskim brakowało kilku godzin, by dotrzeć do przedmieść Damaszku. Dziwna wojna. Dla porównania stosunek niemieckich do polskich sił w kampanii wrześniowej:

  • działa 10 000 – 4 300
  • czołgi 2 700 – 880
  • samoloty 1 300 – 400
  • żołnierze 1,6 mln – 1 mln
  • zabici 16 843 – 66 000
  • ranni 36 473 – 133 700.

Kampania wrześniowa trwała ponad miesiąc, a tam tylko 6 dni. W kampanii wrześniowej silniejszy przeciwnik wygrał dopiero po miesiącu. W przypadku wojny sześciodniowej słabszy przeciwnik nie tylko nie przegrywa, ale ponosi minimalne straty. W wyniku tej wojny Izrael zajmuje Półwysep Synaj od strony Egiptu i Wzgórza Golan od strony Syrii. Strona arabska miała przewagę praktycznie we wszystkim. Do tego była to wojna na dwa fronty: Egipt od zachodu, pozostałe państwa od wschodniej strony Izraela. Czy wojska arabskie i ich dowództwo było rzeczywiście tak nieudolne, czy to wszystko zostało wyreżyserowane? A jeśli tak, to w jakim celu?

19 czerwca 1967 roku Gomułka wygłasza przemówienie, w którym oskarżył Żydów mieszkających w Polsce o działanie na szkodę państwa. Określił ich mianem piątej kolumny. Podobno taka reakcja była wynikiem rozmowy, podczas której Breżniew zwracał Gomułce uwagę, że towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Związku Radzieckiego wobec państwa Izrael. Tak więc w sztuczny sposób podsycano w Polsce nastroje antysemickie. Przeprowadzano czystki w wojsku, milicji, organach bezpieczeństwa i innych instytucjach państwowych. Podobnie było na uczelniach. Usuwano profesorów pochodzenia żydowskiego.

W sumie można by sobie zadać pytanie: z jakiego powodu ich usuwano? Tylko dlatego, że byli Żydami? Przecież mieli obywatelstwo polskie, byli zatrudniani na podstawie jakichś umów o pracę i jeśli nie łamali regulaminu pracy i przestrzegali przepisów prawa, to nie było podstawy do ich zwolnienia. Nie było takiego paragrafu, który dawał podstawę do zwolnienia na podstawie narodowości i na podstawie tego, że ktoś otwarcie cieszył się z sukcesów armii izraelskiej. Poziom tej argumentacji każe przypuszczać, że to właśnie Żydzi byli inspiratorami tej nagonki. A dlaczego nie używali innych argumentów? Innych nie było. Skoro odstawiono taki cyrk jak wojna sześciodniowa, to znaczy, że wszystko można.

Krytyką zajmowali się towarzysze żydowscy. Czy tak było, czy tak powiedział Breżniew? Prawdy nie dowiemy się. Znamy tylko oficjalną wersję i to, że zwolnienia dotyczyły nie tylko towarzyszy żydowskich, ale i wielu innych osób. A czy były to faktycznie zwolnienia, czy te osoby same się zwalniały, podając jako przyczynę antysemityzm? Tego też się nie dowiemy. Jednak masowość zjawiska, z partii zwolniono ponad 8 tys. członków, wskazuje, że chyba nie o krytykę tu chodziło. Co miał do powiedzenia przeciętny członek partii, nawet jeśli był Żydem, i kto by się liczył z jego zdaniem?

W listopadzie 1967 roku przypadała 50 rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Z tej okazji przygotowano w Polsce szereg imprez o charakterze propagandowym, kulturalnym i naukowym. Dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek zdecydował się wystawić w nowoczesnej inscenizacji Dziady Adama Mickiewicza. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 roku.

Spektakl nie spodobał się Wydziałowi Kultury KC PZPR w związku z czym zakazano drukowania pozytywnych recenzji. 21 grudnia Kazimierz Dejmek został wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC. Spektakl skrytykowano za wydźwięk antyradziecki i „religianctwo”. Dejmek argumentował, że utwór nie jest antyradziecki tylko antycarski. Natomiast Gomułka stwierdził, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Jednak było inaczej. W dzienniku Prawda ukazała się pozytywna recenzja i rozważano wystawienie Dziadów w Moskwie.

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie dodaje, że w PRL-u funkcjonowało coś takiego jak cenzura. Nic nie mogło trafić do publiczności, jeśli wcześniej nie zostało sprawdzone i zaakceptowane przez cenzora. I tak było z tym spektaklem. Tę inscenizację musiał wcześniej obejrzeć cenzor i ją zaakceptować. Gdyby Dejmek próbował zrobić coś inaczej, to w pięć minut przestałby być dyrektorem. A skoro tak zrobił, to znaczy, że miał na to zgodę władz. Czyli że władza sama szykowała prowokację. Inna sprawa to to, że do obchodów rocznicy rewolucji wybrano utwór, który w żaden sposób nie nawiązywał do niej. Bo gdyby nawiązywał, to publiczność nie miałaby okazji do żywiołowych reakcji. Wszystko zostało dokładnie wyreżyserowane i prawdopodobnie publiczność również starannie dobrana i poinstruowana, jak ma reagować.

Po czterech pierwszych przedstawieniach poinformowano Dejmka, że spektakl może być grany tylko raz w tygodniu i ma on odnotowywać reakcję publiczności, która podobno wznosiła hasła antyradzieckie i antyrosyjskie. 16 stycznia zawiadomiono Dejmka, że 30 stycznia odbędzie się ostatnie przedstawienie. Po ostatnim, jedenastym przedstawieniu, doszło do manifestacji studentów, którzy złożyli pod pomnikiem Mickiewicza białe i czerwone kwiaty i transparent „Żądamy dalszych przedstawień”. Już praktycznie po manifestacji interweniowała milicja. Aresztowano 35 manifestantów, z których dziewięciu pociągnięto do odpowiedzialności i ukarano grzywnami od 500 do 3000 zł. Wśród ukaranych byli m.in. Andrzej Seweryn i Jan Lityński.

Studenci zaczęli zbierać podpisy pod petycjami do rządu, w których protestowano przeciwko ograniczeniom w kulturze i żądano przywrócenia przedstawień. Najbardziej aktywne było środowisko tzw. Komandosów, w którym prym wiedli Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Karol Modzelewski i inni. Nazywali się tak ze względu na fakt, że często znienacka pojawiali się na zebraniach organizacji młodzieżowych, podczas których zadawali kłopotliwe pytania i wygłaszali kontrowersyjne opinie. Pojawili się oni w połowie lat 60-tych.

22 lutego przywódcy ruchu studenckiego podjęli decyzję o zorganizowaniu wiecu w obronie studentów usuniętych z uczelni. Miało to nastąpić w tydzień od zebrania się Związku Literatów Polskich. Zebranie miało odbyć się 29 lutego, a więc data wiecu na UW wypadała na dzień 8 marca. 4 marca usunięto z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. 7 marca władze Uniwersytetu Warszawskiego wydały zarządzenie, zgodnie z którym uznano zgromadzenie za nielegalne. 8 marca rano władze aresztowały przywódców studenckiego protestu Szlajfera, Seweryna, Blumsztajna, Lityńskiego, Modzelewskiego i Kuronia.

W południe 8 marca odbył się na dziedzińcu UW wcześniej zaplanowany wiec. Rozdawano ulotki i wzywano do obrony podstawowych praw obywatelskich. Uchwalono rezolucję, w której domagano się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności innych studentów. Gdy studenci rozchodzili się, na dziedziniec wjechało kilka autokarów, z których wysiadły oddziały ZOMO i ormowców ubrane po cywilnemu i zaczęły wyłapywać pojedyncze osoby i wywozić je poza teren uniwersytetu. Około godziny 13-tej prorektor wezwał studentów do rozejścia się. Po kwadransie zgodził się na rozmowy, w wyniku których milicjanci opuścili teren uniwersytetu. Ale już o godzinie 14-tej wrócili ormowcy, a pół godziny później pojawili się umundurowani milicjanci z długimi pałkami. Na dziedzińcu rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali studentów i pracowników naukowych. Później walki przeniosły się na ulice miasta. Według informacji MSW 9 marca do walki ze studentami na ulicach Warszawy użyto 1335 umundurowanych funkcjonariuszy, 510 cywilnych i 400 ormowców.

Manifestacje i starcia z milicją miały miejsce nie tylko w Warszawie, ale również w Gdańsku, Gliwicach, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Radomiu. Spokojnie było w Białymstoku, Bydgoszczy, Olsztynie, Opolu i Toruniu. 15 marca w Gdańsku odbyła się największa w skali kraju manifestacja. Udział w niej wzięło 20 tys. osób. 1 maja 1968 roku miała miejsce manifestacja we Wrocławiu.

W kilka dni po wydarzeniach 8 marca odbyło się zebranie aktywu spoleczno-politycznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR, na którym podjęto decyzję o zorganizowaniu „masówek” w zakładach pracy. Ich uczestnicy domagali się ujawnienia i ukarania wszystkich winowajców awantur, oczyszczenia PZPR z „syjonistów, rewizjonistów i kosmopolitów” oraz wyrażali poparcie dla Władysława Gomułki. Powszechnie używanymi hasłami podczas tych spotkań były: „Literaci do pióra, studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjonu”, „Syjoniści do Dajana”, „Oczyścić partię z syjonistów”. Ale najbardziej znane, bo błędne, było: „Syjoniści do Syjamu”. Syjam to obecna Tajlandia. Wiece były transmitowane przez telewizję. Tak więc zadbano o to, by marginalne wydarzenia utrwaliły się w powszechnej świadomości.

19 marca odbył się więc w Sali Kongresowej. Główne wystąpienie należało do Gomułki. Przemawiał przez dwie godziny. Stwierdził, że prawdziwe podziały nie przebiegają na linii robotnicy-studenci, lecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami socjalizmu. Potępił liderów protestu, a pozostałych nazwał „nieświadomymi”. Skrytykował „Dziady” i zaatakował Związek Literatów Polskich. Skrytykował Stefana Kisielewskiego, Janusza Szpotańskiego i Pawła Jasienicę. Odnosząc się do wiecu na Uniwersytecie Warszawskim stwierdził, że winnymi byli studenci pochodzenia żydowskiego. Podzielił też obywateli Polski pochodzenia żydowskiego na trzy grupy: nacjonalistów, kosmopolitów i tych, którzy uznali Polskę za jedyną ojczyznę. Nacjonalistom, jak stwierdził, jest gotów wydać paszporty emigracyjne. Jako przykład kosmopolity podał Antoniego Słonimskiego, który jeszcze w 1924 roku stwierdził, że nie czuje się ani Polakiem, ani Żydem. Co do trzeciej grupy, to stwierdził, że jedynym miernikiem oceny obywatela polskiego jest jego postawa wobec ustroju socjalistycznego oraz żywotność interesów Polski i Polaków.

A więc pojawił się już pierwszy sygnał, że coś się zaczyna w tej polityce zmieniać. Już nie wszyscy Żydzi są źli, tylko syjoniści. Co więcej, są nawet dobrzy Żydzi, którzy pracują dla dobra Polski.

21 marca Politechnika Warszawska ogłosiła 48-godzinny strajk okupacyjny, a na Uniwersytecie Warszawskim odbył się kolejny więc. Zwolniono kilku profesorów i docentów. 28 marca odbył się ostatni wiec. Po nim władze uczelni skreśliły z listy studentów 34 osoby i zawiesiły w prawach studenta kolejne 11. Pod koniec marca rozwiązano wydziały Ekonomii i Filozofii, cały trzeci rok na wydziale Matematyczo-Fizycznym oraz psychologię na Wydziale Pedagogicznym.

Osoby pochodzenia żydowskiego usuwano nie tylko z uczelni. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwalniano z SB i MO, z urzędów centralnych i terenowych, administracji państwowej, wojska, mediów, oświaty, służby zdrowia i środowisk naukowych. Za tą akcją stała przede wszystkim frakcja „Partyzantów”, widząca w rozrzedzeniu dotychczasowych struktur rządzących szanse na awans.

5 maja dochodzi do spotkania Gomułki z egzekutywą Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. Gomułka podczas przemówienia stwierdza, że wystąpiło szereg wypaczeń, że jedna sprawa to praca, a druga polowanie na Żydów. Co do działań aparatu partyjnego, w rozmowie z Józefem Kępą, stwierdza: „To jest niedopuszczalne w Partii. Jeśli Partia ma być antysemicka, to ja mam w dupie taką partię!” Podczas spotkania kierownictwa partii z Sekretariatem KC (29 maja) Władysław Gomułka poleca zakończyć akcję rozliczeniową. 24 czerwca na zlecenie władz cenzura wprowadziła zalecenie, by zaniechać kontynuowania kampanii.

W czerwcu egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego partii w Warszawie kieruje do swoich członków list, w którym stwierdza: „W słusznym dążeniu do poprawy sytuacji kadrowej wystąpiły jednak pewne nieprawidłowości oraz miały miejsce nietrafne i niesprawiedliwe decyzje. (…) Trzeba zwrócić uwagę, że wystąpiły próby wykorzystania sytuacji dla przeprowadzenia porachunków osobistych, dało sobie znać niepotrzebne zacietrzewienie, gromadzenie różnymi metodami i za wszelką cenę tzw. dowodów i argumentów, niekiedy z odległej przeszłości zamiast odpowiedzialnej i rzeczowej oceny (…) (…) Miały miejsce pożałowania godne wypadki przedstawiania świadectwa chrztu jako dowodu polskości. Podejrzenie, iż dany towarzysz jest pochodzenia żydowskiego, było dla niektórych ludzi faktycznym powodem szerzenia różnego rodzaju, częstokroć niesprawdzonych zarzutów. Te z gruntu obce naszej partii metody postępowania, wymagające zdecydowanego potępienia, były niejednokrotnie stosowane przez elementy skorumpowane, pragnące „odegrania się” (…). Partii naszej obce są wszelkie próby wartościowania ludzi według narodowości, obcy jest wszelki nacjonalizm, wszelki rasizm. (…) W procesie politycznego ożywienia wypłynęli tu i ówdzie różni „sezonowi aktywiści”, poszukujący dla siebie taniego poklasku chociażby za cenę krzywdzenia niewinnych ludzi, szerzenia nacjonalizmu i wypaczania sensu naszej polityki.”

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. około 500 pracowników naukowych, około 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. Wyjechało również około 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Tak podaje portal DZIEJE.PL.

Cała akcja trwała więc od czerwca 1967 roku do czerwca 1968 roku. Niewątpliwie kierowała tym partia, bo robotnicy, sami z siebie, nie zorganizowaliby wieców w zakładach pracy i w godzinach pracy. Ich udział miał utwierdzić w przekonaniu, że Polacy są antysemitami. Zdjęcie „Dziadów” również było wyreżyserowane, co wyżej uzasadniłem. Dało to pretekst do wywołania protestów i pojawili się niezawodnie Komandosi, którzy już od 1965 roku zdobywali doświadczenie. Do robienia w partii za antysemitów wykorzystano Partyzantów Moczara. Protesty studenckie stały się okazją do usuwania studentów i kadry profesorskiej.

I nagle 5 maja 1968 roku następuje odwrót od dotychczasowej polityki i Gomułka stwierdza, że jeśli Partia ma być antysemicka, to on ma w dupie taką partię. A rok wcześniej sam nazwał Żydów cieszących się ze zwycięstwa Izraela nad krajami arabskimi piątą kolumną. Ktoś, faktycznie rządzący, uznał, że cel został osiągnięty. A poza tym trzeba było skoncentrować się na innych zadaniach. Trwała Praska Wiosna, zainicjowana przez słowackiego Żyda Aleksandra Dubczeka. Zapewne planowano już inwazję na Czechosłowację, a Polska, choć „antysemicka”, miała brać udział w tej bezsensownej operacji, bo tam nic szczególnego się nie działo. Tak jak w Polsce, preteksty wystrugane z kija.

Gomułka, podobnie jak w 1956 roku, dobrze służył Żydom. Początkowo udawał patriotę i mówił o piątej żydowskiej kolumnie, a rok później stał się ich obrońcą. Najprawdopodobniej uznali oni, że swój cel osiągnęli i że trzeba zakończyć tę maskaradę. Kilkanaście tysięcy Żydów uzyskało status uchodźców politycznych na Zachodzie i mogli tam osiedlić się. Czy chodziło tylko o polepszenie losu poszczególnych jednostek? Po co im była potrzebna ta antysemicka kampania? 10 czerwca kończy się wojna sześciodniowa, a 19 czerwca Gomułka już wie, że Żydzi w Polsce działają na szkodę państwa. Związek przyczynowo-skutkowy obu wydarzeń jest wyraźny. Trudno jednak sobie wyobrazić, by wojna sześciodniowa została wywołana po to, by rozpocząć w Polsce akcję antysemicką.

Zapewne tym, co najmocniej spaja żydowską społeczność, jest antysemityzm. Po Marcu obraz Polski jako kraju antysemickiego utrwalił się w Europie i na świecie. Dla Żydów mieszkających w Polsce było to korzystne. Do dziś Marzec ’68 to dla nich koronny dowód na polski antysemityzm. Sami to wszystko zrobili, wykorzystując swoją pozycję w państwie i w PZPR, a winą obarczyli Polaków. A Polacy? Czy trudno dotrzeć do dokumentów, które wyjaśniłyby, w jaki sposób wszyscy ci ludzie byli zwalniani, a może nie zwalniani, tylko sami wyrażali zgodę na rozwiązywanie umów o pracę, zachęcani perspektywą lepszego życia na Zachodzie. Najwyraźniej trudno, bo pewnie Polacy nie mają dostępu do tych dokumentów. Przeszłość, jak powiedział Norwid, to dziś, tylko cokolwiek dalej. Ten rządzi teraźniejszością, kto ma dostęp do przeszłości.

Październik ’56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października ’56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października ’56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik ’56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.

Potop

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach I Rzeczypospolitej była wojna ze Szwecją, zwana popularnie potopem szwedzkim. Prawdę mówiąc, było to chyba najważniejsze wydarzenie w jej dziejach i jakże brzemienne w skutkach, początek końca tworu zwanego unią polsko-litewską. Niecałe sto lat po jej powstaniu dochodzi do wojny, której ta unia miała zapobiec. Taki miał być cel: zabezpieczenie się przed agresją ze strony Rosji. Unia, która powstała pod przymusem, bo Litwinów przymuszono do niej, nie mogła zapewnić bezpieczeństwa żadnemu z tych państw. Zanim doszło do agresji rosyjskiej, wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie. W jego konsekwencji doszło do zajęcia prawie całych Kresów przez Rosję (1654). Jedynie północna część Wielkiego Księstwa Litewskiego pozostała wolną. I dopiero później włączają się Szwedzi (1655). By jednak to wszystko zrozumieć, wypada cofnąć się do wojny trzydziestoletniej (1618-1648), która była wojną religijną, kontynuacją reformacji. Idąc dalej tym tropem – powstanie na Ukrainie, potop rosyjski, potop szwedzki – były kontynuacją wojny trzydziestoletniej, a więc były to również wojny religijne. Reformacja nie pokonała katolicyzmu, choć był taki moment, że wydawało się, że jej zwycięstwo jest nieuniknione. Tak się jednak nie stało. Być może właśnie dlatego, by móc z kim walczyć w przyszłości. Gdyby zwyciężyła, nie byłoby wojny trzydziestoletniej, ani wojen w Polsce. Nie byłoby tylu start materialnych i ludzkich. Tak dobrze być nie mogło.

W 1617 roku na zamku Hornstein pod Weimarem hr. Ludwik Anhalt-Koethen zakłada tajny związek pod nazwą „fruchtbringende Gesellschaft” (owocne stowarzyszenie) zwany także „zakonem palmowym”. Nazwa pochodziła od jego symbolicznego godła, przedstawiającego palmę kokosową. To samo godło w starożytności, za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby, symbolizowało wojującą Judeę. W skład tego stowarzyszenia wchodzili m.in. kanclerz szwedzki Oxenstierna , król szwedzki Karol Gustaw, elektor Fryderyk Wilhelm pruski (tzw. wielki elektor).

W 1618 roku wybucha, zorganizowane przez braci czeskich, powstanie przeciw Habsburgom. Równocześnie książę siedmiogrodzki, Bethlen Gabor, kalwin, zajmuje północne Węgry i ogłasza się królem węgierskim. W 1619 roku oblega Wiedeń. Król Zygmunt III wysłał na Węgry na pomoc Austrii oddział kozaków. Zawarł z nią uprzednio przymierze, bez zgody sejmu, a więc bezprawne. Wojska Bethlena Gabora zostały pobite i oblężenie Wiednia musiało zostać przerwane. Kalwin Bethlen zdobył w 1613 roku Siedmiogród przy pomocy wojsk tureckich. A to oznaczało dla Polski wojnę z Turcją i jej izolację.

W 1620 roku połączone wojska austriacko-bawarskie w bitwie pod Białą Górą pokonują wojska Fryderyka, palatyna reńskiego i Bethlena Gabora. To był początek wojny, która przez 30 lat niszczyła Niemcy i kraje sąsiednie i stała się dla Niemiec i Czech prawdziwą katastrofą cywilizacyjną. Inicjatywa wyszła od unii protestanckiej, której twórcą i głową był Fryderyk, palatyn reński. Jego przyjacielem i doradcą był wybitny Żyd niderlandzki, kabalista Abraham Zacuto Lusitano.

Manasse ben Izrael, żydowski kabalista i mesjanista, wierzył w nieodległe już panowanie Izraela nad innymi narodami. Księga Zohar, którą czcił, przepowiadała nadejście czasu łaski na rok 1648. Zwiastunem tego nadejścia miała być wyczerpująca wojna trzydziestoletnia. Obudziła w Żydach nadzieję, że zbliża się już, przepowiedziane w księdze Daniela i Apokalipsie, mesjańskie tysiącletnie królestwo.

Tak więc Żydzi i reformatorzy czekali na mesjasza, tyle że mesjanizm rozumieli jedni trochę inaczej niż drudzy. Reformatorzy chcieli panowania reformacji z udziałem narodu wybranego, natomiast Żydzi uważali swoich prozelitów za środek do zapewnienia Izraelowi nadejścia „czasu łaski”. I rzecz zadziwiająca! Zapowiedziany przez Zohar na rok 1648 początek czasu łaski, doby mesjańskiej, zbiegł się z zakończeniem wojny trzydziestoletniej i zawarciem pokoju westfalskiego w 1648 roku.

Na zachodzie pokój, a u nas właśnie w 1648 roku zaczyna się powstanie Chmielnickiego. W okresie wojny trzydziestoletniej wielu Żydów niemieckich napływa do Polski. Ale nie tylko ten fakt zaostrzył kwestię żydowską. Wobec przepowiedni Zoharu poczynali sobie Żydzi coraz bezwzględniej w stosunku do ludności chrześcijańskiej.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Trzy domy magnackie kolonizowały głównie Ukrainę i Małą Ruś: Koniecpolscy, Wiśniowieccy i Potoccy, którzy nałożone na Kozaków uciążliwe podatki wypuszczali w dzierżawę swoim plenipotentom żydowskim. Kozacy musieli opłacać podatek od każdego nowonarodzonego dziecka, od każdej świeżo zaślubionej pary. Aby nie można było ominąć tej dani, arendarze żydowscy przechowywali u siebie klucze od kościołów greckich i ilekroć duchowny miał ochrzcić dziecko lub połączyć ślubem jakie stadło, musiał o nie prosić arendarza, który je wręczał dopiero po uiszczeniu daniny.

Hasłem, którym Chmielnicki rozagitował tłumy było „Polacy oddali nas w niewolę przeklętemu nasieniu żydowskiemu”. Toteż całe kozactwo i zbuntowany lud ruski rzucił się przede wszystkim na żydów, a potem na szlachtę, która ich żydom oddała. Ofiarą padło wielu księży katolickich, z czego ukuli później historycy zarzut, że przyczyną buntu była zbyt obcesowa propaganda katolicka. Sądzę jednak, że nie trzeba aż tak daleko idących przypuszczeń, aby wyjaśnić zwrócenie się Kozaków przeciw duchowieństwu katolickiemu.

„Salwandy w swej Histoire de Jean Sobieski Paryż r. 1829 pisze, że wielu socynianów (braci polskich – przyp. mój) przyłączyło się do kozaków. My wiemy o jednym tylko wypadku dotyczącym Grzegorza Niemierycza, który podróżował z Ruarusem i Wiszowatym (wnuk Fausta Socyna, kaznodzieja ariański, ideolog religijny braci polskich – przyp. mój) i był autorem polskiej książki Modlitwy i Pieśni wydanej w r. 1653 i kilku rozpraw w języku łacińskim. Mając znaczne posiadłości na Ukrainie, a głównie po lewej stronie Dniepru, w kraju kozaków, przechylał się Niemierycz do kościoła wschodniego i miał namawiać swych współwyznawców do tego samego, spodziewając się przez to pozyskać wielki wpływ na zwolenników tego kościoła i użyć go na posunięcie naprzód sprawy socyniańskiej… Salwandy pisze również, że szlachta socyniańska wywołała powstanie chłopów w okolicach Krakowa i Poznania.”

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rozpoczął się dla Polski okres Potopu w tym samym roku, gdy na zachodzie kończono wojnę trzydziestoletnią pokojem westfalskim (1648r.). Po śmierci Władysława IV elekcja otwarta. Protestanci polscy kandydaturze Jana Kazimierza przeciwstawiają Stefana Rakoczego, księcia siedmiogrodzkiego.

Śmierć Stefana Rakoczego oddała tron polski bezspornie w ręce Jana Kazimierza. Po elekcji Komeński opuszcza Polskę i udaje się do Siedmiogrodu do Zygmunta Rakoczego i przedstawia mu plany swojej secta heroica, by zwalić katolicyzm. Tam styka się z niejakim Drabikiem, duchownym braci czeskich, który przedstawia Komeńskiemu swe przepowiednie, wieszczące katastrofę państw katolickich. Przepowiednie takie, tyczące Polski, znane są już w XVI w. i głosiły Polsce zalanie potopem wojsk nieprzyjacielskich, jeżeli nie osadzi na tronie króla protestanta.

Obecnie Drabikowi udaje się Komeńskiego pozyskać dla swoich przepowiedni. Jeden egzemplarz swych wróżb przesyła Drabik Januszowi Radziwiłłowi, czyniąc aluzje, że czeka go korona…«

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rolicki sugeruje wprost, że bracia polscy byli wśród Kozaków. Wprawdzie nie traktuje się u nas Trylogii Sienkiewicza jako wiarygodnego źródła historycznego, co może nie do końca jest słuszne, bo w Ogniem i mieczem można natrafić na taki fragment, który dużo wyjaśnia:

»Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako. Twarze ludzkie stały się niespokojne. Rolnik niechętnie z pługiem na pole wychodził, chociaż wiosna przyszła wczesna, cicha, ciepła, a nad stepami dzwoniły od dawna skowronki. Wieczorami ludzie po siołach gromadzili się w kupy i stojąc na drodze gwarzyli półgłosem o rzeczach strasznych. Ślepców krążących z lirami i pieśnią wypytywano o nowiny. Niektórym zdało się, ze nocami widzą jakieś odblaski na niebie i że księżyc czerwieńszy niż zwykle podnosi się zza borów. Wróżono klęski lub śmierć królewską (Władysław IV zmarł w 1648 roku, a ten opis, to wiosna tego roku – przyp. mój) – a wszystko to było tym dziwniejsze, że do ziem onych, przywykłych z dawna do niepokojów, walk, najazdów, strach niełatwy miał przystęp; musiały więc jakieś wyjątkowo złowrogie wichry grać w powietrzu, skoro niepokój stał się powszechnym.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.

Druga oznaka była jeszcze niebezpieczniejsza. Sicz, w zbyt szczupłych granicach objęta, nie mogła wszystkich swych ludzi wyżywić, wyprawy nie zawsze się zdarzały, przeto stepy nie dawały chleba Kozakom, mnóstwo więc Niżowców rozpraszało się rokrocznie, w spokojnych czasach, po okolicach zamieszkanych. Pełno ich było na Ukrainie, ba! nawet na całej Rusi. Jedni zaciągali się do pocztów starościńskich, inni szynkowali wódkę po drogach, inni trudnili się po wsiach i miastach handlem i rzemiosłami. W każdej prawie wsi stała opodal od innych chata, w której mieszkał Zaporożec. Niektórzy mieli w takich chatach żony i gospodarstwo. A Zaporożec taki, jako człek zwykle kuty i bity, był poniekąd dobrodziejstwem wsi, w której mieszkał. Nie było nad nich lepszych kowali, kołodziejów, garbarzy, woskobojów, rybitwów i myśliwych. Kozak wszystko umiał, wszystko zrobił; dom postawił i siodło uszył. Powszechnie jednak nie byli to osadnicy spokojni, bo żyli życiem tymczasowym. Kto chciał wyrok zbrojno wyegzekwować, na sąsiada najazd zrobić lub się od spodziewanego obronić, potrzebował tylko krzyknąć, a wnet mołojcy zlatywali się jak kurcy na żer gotowi. Używała ich też szlachta, używali panowie wiecznie spory ze sobą wiodący, gdy jednak i takich wypraw brakło, to siedzieli cicho po wsiach pracując do upadłego i w pocie czoła zdobywając chleb powszedni.

I trwało tak czasem rok, dwa, aż nagle przychodziła wieść o jakiejś walnej wyprawie, czy to jakiego atamana na Tatarów, czy na Lachiw czy wreszcie paniąt polskich na Wołoszczyznę i wnet ci kołodzieje, kowale, garbarze, woskoboje porzucali spokojne zajęcie i przede wszystkim poczynali pić na śmierć we wszystkich szynkach ukraińskich.

Przepiwszy wszystko, pili dalej na borg, ne na to, szczo je, na to, szczo bude. Przyszłe łupy miały zapłacić hulatykę.

Zjawisko owo powtarzało się tak stale, że później doświadczeni ludzie ukraińscy zwykli mawiać: „Oho! trzęsą się szynki od Niżowców – w Ukrainie coś się gotuje.”

I starostowie wzmacniali zaraz załogi w zamkach, pilnie dając na wszystko baczenie, panowie ściągali poczty, szlachta wysyłała żony i dzieci do miast.

Owóż wiosny tej Kozacy poczęli pić jak nigdy, trwonić na ślepo wszelakie zapracowane dobro, i to nie w jednym powiecie, nie w jednym województwie, ale na całej Rusi, jak długa i szeroka.«

Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża.

Któż, czytając ten fragment, domyśli się, że chodzi tu o braci polskich, nie wiedząc, że byli fachowcami od powstań chłopskich. Nie wiedząc, przemknie oczami po tym urywku i podąży za głównym wątkiem.

Sytuacja na Ukrainie była nader skomplikowana i fragment dialogu pomiędzy Chmielnickim i Skrzetuskim nieco wyjaśnia:

„Sami jeno Wiśniowieccy a Potoccy, a Zasławscy, a Kalinowscy, a Koniecpolscy, i szlachty garść! Dla nich starostwa, dostojeństwa, ziemia i ludzie, dla nich szczęście i złota wolność, a reszta narodu ręce we łzach do nieba wyciąga czekając bożego zmiłowania, bo i królewskie nie pomoże! Ileż to szlachty nawet nieznośnego ich ucisku wytrzymać nie mogąc na Sicz ucieka, jako ja sam uciekłem? Nie chcę też wojny z królem, nie chcę z Rzecząpospolitą! Ona mać, on ojciec! Król miłościwy pan, ale królewięta! Z nimi nam nie żyć; ich to zdzierstwa, ich to arendy, stawszczyzny, pojemszczyzny, suchomielszczyzny, oczkowe i rogowe; ich to tyrania i uciski przez Żydów czynione o zemstę do nieba wołają.

I któż są oni? – mówił dalej pan Skrzetuski – czy tu z Niemiec przyszli albo od Turek? Nie krew-że to z krwi, nie kość z kości waszej? Nie wasza-że to szlachta, nie wasi książęta? Co gdy tak jest, tedy ci biada, hetmanie, bo ty młodszych braci na starszych uzbrajasz i parrycydów (parrycyda, z łaciny – ojcobójca, morderca, zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. mój) z nich czynisz.”

Tak więc spolonizowana arystokracja i szlachta ukraińska do spółki z Żydami eksploatowała ukraiński lud, a winą zostali obarczeni Polacy.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce tak opisuje przyczynę buntów kozackich:

»Najwięcej rozwydrzyli się Żydzi na Rusi i Ukrainie. Opętali szlachtę, zajmującą się w owym czasie więcej polityką, aniżeli swoimi majątkami, podniecili ją do wyzyskiwania Kozaków. Doszło do tego, że Judaici dzierżawili nie tylko dobra szlacheckie, lecz także cerkwie. Kto z ludu kozackiego chciał ochrzcić swoje dziecko, albo się żenić, musiał zapłacić członkom „wybranego narodu” haracz. Nawet umierać i wędrować po śmierci na cmentarz chrześcijański nie mógł bez pozwolenia dzierżawców wyznania talmudycznego.

Ta chciwa, potworna arogancja Żydów oburzyła nie tylko uczciwych „gojów”, lecz także żydowskiego historyka, Graetza, zaciętego wroga chrystianizmu. Pisze on:

„Odeszła od nich (od Żydów) rzetelność i prawość, jak opuściła ich prostota i zmysł prawdy. W oszukaństwie i przebiegłości znajdywali rozkosz, niby zwycięską radość. Uczyli szlachtę polską, jak upokarzać i poniewierać gruntownie Kozaków, narzucili się im na sędziów i mieszali się do ich praw kościelnych.”

Taka obłąkana arogancja musiała wywołać nienawiść Kozaków do Żydów. I stało się tak… Do dnia dzisiejszego pamiętają dzieci stepów swoją poniewierkę, nie zapomnieli krzywd, doznanych za rządów żydowskich.

Wyssani do ostatniego grosza, traktowani jak bydlęta, wysłali Kozacy poselstwo do Krakowa, do króla Jana Kazimierza, i prosili go, aby zdjął z nich pęta żydowskie: „Nie szukajcie w prawach surowości przeciwko Żydom – przemawiało poselstwo – ale pilnować należy, aby nie byli w mocy nas obdzierać”.

Jan Kazimierz nie przychylił się do słusznych żądań Kozaków, za co drogo zapłacił. Bowiem Kozacy, sprzykrzywszy sobie poniewierkę z dwóch stron, od Żydów i od bałamuconych przez nich szlachciców polskich, wzięli się do broni. Wojna Kozaków z Polską zaczęła się pogromem Judy. Strasznym był ten pogrom – dzikim, brutalnym, rafinowanym mordem.

Skopany, skrzywdzony Zaporożec stał się hieną, tygrysem, szakalem. Tysiące Żydów torturował bez litości i zabijał, jak wściekłych psów (w Niemirowie, Pilewcach, Zamościu, Tomaszowie, Turobinie, Tarnogrodzie, Biłgoraju, Kroczniku, Łucku itd.).

Przeliczyła się znów megalomania żydowska. Już się zdawało, że opanowała całą Sicz kozacką i Wołyń, i że będzie na zawsze władzą tych, gdy straszny, okrutny grom spadł na nią niespodzianie i zdruzgotał jej niemądrą pychę. Z torbami, zrabowani przez Kozaków, uciekli z Zaporoża ci magnaci żydowscy, którym udało się ocalić życie. Nadzy przyszli nad Dniepr, nadzy odeszli…«

Nadzy odeszli, pisze Jeske-Choiński, ale powrócili. I znowu gnębią ukraiński lud. Czy Zaporożec znowu się zbuntuje? Chyba nie! Ucieka do Polski, a w niej dalej nienawidzi Polaków za upokorzenia, których doznali jego przodkowie od swoich spolonizowanych współbraci i od Żydów.

Natomiast Wikipedia bunty kozackie tak tłumaczy:

„Właściwe rządy sprawowały rody magnackie (gł. Wiśniowieccy, Zasławscy, Ostrogscy), złożone ze spolonizowanej szlachty ruskiej i zarządzające ogromnymi latyfundiami. Ich polonizacja motywowana była często ambicjami politycznymi i nieodłącznie związana z porzuceniem prawosławia. Ukraińska historiografia właśnie im przypisuje główną odpowiedzialność za wybuch buntów – ich zaborcza i ekspansywna polityka rolna miała prowadzić do stałego podnoszenia powinności pańszczyźnianych i wpędzać chłopstwo w nędzę. W ten sposób nawarstwiała się nienawiść tzw. prostego ludu do warstw uprzywilejowanych, oparta również na uprzedzeniach narodowościowych i religijnych.”

Powstanie Chmielnickiego daje Moskwie pretekst do wkroczenia w granice Rzeczypospolitej. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»W r. 1654 Chmielnicki poddał się Moskwie i wojska moskiewskie wkroczyły do Polski, zalewając całą wschodnią połać Polski i Litwy. Rozpoczął się potop, który miał pozbawić Polskę nie tylko roli mocarstwowej, lecz właściwie roli niepodległego państwa. Falą, która miała Polskę zalać, stali się Szwedzi, idący w pierwszym szeregu wojującej reformacji. Karol Gustaw i Axel Oxenstierna, jego kanclerz, dwaj członkowie zakonu palmowego, gotowi byli dobyć oręża. Fryderyk Wilhelm, margrabia brandenburski i lenny wobec Polski książę pruski, także członek zakonu palmowego, okazać miał poparcie, by wywalczyć sobie zwolnienie z lenna i tytuł dziejowy „wielkiego elektora”. Różokrzyżowiec Komeniusz, przyjaciel i agent Oxenstierny, siedzi u księcia siedmiogrodzkiego, by go nakłonić do secta heroica, mającej zwalczyć „wieżę Babel” (Kościół katolicki – przyp. mój). W Polsce jest biskupem braci czeskich, połączonych z kalwinami i mistrzem szefa kalwinów, Zbigniewa Gorajskiego. Jest w przyjaźni z Januszem Radziwiłłem, któremu Drabik przepowiedział koronę. Jest w bliskim kontakcie z Krzysztofem Opalińskim, drukującym swe „Satyry” w Amsterdamie. Na różnowierców może liczyć.

Rakoczy siedmiogrodzki gotów jest przystąpić do secta heroica. Już przedtem były obawy, że książę siedmiogrodzki nie tylko z samym Chmielnickim konspiruje, ale i między szlachtą licznych ma zwolenników. Podejrzewano o to przede wszystkim księcia Janusza Radziwiłła i księcia Wiśniowieckiego. Te stosunki domu Rakoczych zapewne nie zostały zerwane. Do Polski, której wschód zalały wojska moskiewskie, wkraczają teraz wojska Karola Gustawa (1655 r.). W Wielkopolsce Wittenberg bez walki przeciąga pospolite ruszenie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego na stronę Karola Gustawa. Satyryk amsterdamski okrywa się hańbą dziejową. Na Litwie naśladują go skwapliwie obaj Radziwiłłowie, Janusz i Bogusław. Obaj kalwini; Janusz przyjaciel Komeńskiego w r. 1644 w jego obecności przewodniczył synodowi ewangelików w Orlu. Bogusław, zaufany przyjaciel Fryderyka Wilhelma, księcia pruskiego, działającego, jak Oxenstierna, w zakonie machabejskiej palmy.

W całym kraju hulają wojska szwedzkie i pragną wytępić wszystko, co katolickie.

„Pisarze katoliccy przypisują protestantom w Wielkopolsce podmawianie Szwedów do popełniania owych gwałtów; a socynianie i bracia czescy, zwłaszcza ci, którzy z Czech i Moraw schronili się do Polski, najsilniej byli obwiniani o sprzyjanie wrogom.

Jakkolwiek popieranie obcego najeźdźcy przeciwko ojczyźnie bynajmniej nie zasługuje na pochwałę, łatwo się jednak tłumaczy tym, że w kraju tak podzielonym na stronnictwa, jakim wówczas byłą Polska, uczucie przywiązania do ojczyzny ustępowało przed duchem stronniczym. Wszelako mniej tu zadziwia postępowanie socynianów, którzy prześladowani zarówno przez katolików, jak i przez ewangelików, szukali opieki u Szweda; natomiast nie podobne do przebaczenia było zachowanie się w tym wypadku Czechów i Morawian, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed prześladowaniem, jakiego doznawali we własnej ojczyźnie” – tak osobliwie osądza te zdrady pisarz kalwiński.” – Hr. W. Krasiński, Zarys dziejów reformacji.

Konfederacja tyszowiecka, śluby Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej postawiły naród na nogi. Źle poczęło się dziać Szwedom i ich sprzymierzeńcom. W r. 1656 wojska polskie stają pod Lesznem. Rezyduje tam Komeński i podżega ludność (w znacznej mierze żydowską) do zbrojnego oporu ramię przy ramieniu z wojskiem szwedzkim. Miasto zostaje zdobyte i podpalone przez Polaków, jako gniazdo spisku. Komeński zdołał uciec za granicę, lecz archiwum jego i rękopisy stały się pastwą ognia.

Szwedzi ponoszą klęskę za klęską. Teraz już kalwini przechodzą na stronę Jana Kazimierza; sprawa na razie stracona. Osadzenie na tronie Karola Gustawa „wzniosłego z wysoko się pnącym słonecznikiem” nie powiodło się.

W r. 1657 najeżdża Polskę wraz z kozakami Chmielnickiego książę siedmiogrodzki, pozyskany przez Komeńskiego dla secta heroica. Usiłuje zdobyć bezskutecznie Lwów, potem śpieszy pod Kraków, który mu otwiera załoga szwedzka. Karol Gustaw łączy się z nim pod Chmielowem. Ostatnia próba. Za późno.

Karol Gustaw, popierany przez żydów i spiski reformacyjne, snuje teraz wprost plany rozbioru Polski. On pierwszy, po nim będzie August II Sas.

Z chciwym brandenburczykiem zawarł nowy traktat w Labiau i zapewnił mu udzielność Prus książęcych i Warmii, a z drugiej strony wciągnął do aliansu Rakoczego i Chmielnickiego, ofiarując pierwszemu Małopolskę, Ruś Czerwoną, Mazowsze, Litwę, Wołyń i Podole, drugiemu Ukrainę. Sobie oczywiście zachowuję Wielkopolskę i Gdańsk.

Po klęsce Rakoczego wojna ma się ku końcowi. Fryderyk Wilhelm pruski zawiera w r. 1657 z królem traktat welawski. Zostaje zwolniony od powinności lennej, zaś siostrzeniec jego, Bogusław Radziwiłł, odzyskuje swe dobra w Rzeczypospolitej.

Powstają samodzielne Prusy, a „osobliwie światło w Niemczech”, wielki elektor, kładzie podwaliny pod dzieło Fryderyka Wielkiego: pierwszy rozbiór Polski. Traktat oliwski ze Szwecją 1660 r. odpycha Polskę jeszcze bardziej od Bałtyku, pozbawiając ją Inflant.

A teraz kolej na zdrajców. Wielu przebaczono, umieli się osłonic. Jednak już na sejmie 1658 r. uchwalono wypędzenie braci polskich z kraju. W r. 1659 sejm kazał arianom opuścić Polskę do dnia 10 lipca 1660 r. Szwecja w traktacie usiłowała to odrobić, lecz bezskutecznie. Udali się częścią do Prus, gdzie ich przyjął gościnnie Bogusław Radziwiłł, częścią zaś do siedziby Spinozy, do Amsterdamu. Do wygnania braci zmusili sejm chłopi polscy; oni to w r. 1656 zdobyli Sącz, siedzibę arian i puścili z dymem; podobne zbrojne odruchy miały miejsce i gdzie indziej.

Na sejmie w r. 1658 rozważano również sprawę wygnania żydów z Polski za zdradę na rzecz Szwedów. Rzeczpospolita nie miała już jednak dość sił, aby sobie na to pozwolić. Minął potop i pozostawił za sobą zniszczone państwo. Zabrakło Polsce spokoju, aby mogła zagoić rany. Zaraz potem rokosz Lubomirskiego, potem wojny tureckie, wojna północna, wojna szwedzko-rosyjska, gdzie Rzeczpospolita musiała przyglądać się biernie, jak jej ziemie tratują wojska moskiewskie i szwedzkie.«

W Wikipedii potop szwedzki jest tak opisany:

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski.

Potop szwedzki był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, która dążyła do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, wynikiem czego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do czego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii.

Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku.

Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona powstaniami kozackimi Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet przypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu. Od wiosny 1656 roku zaczął wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, co zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Od jesieni 1656 roku poprawiła się sytuacja międzynarodowa, co doprowadziło do wycofania się z Polski większości wojsk szwedzkich do czerwca 1657 roku. Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze z Toruniem na czele. I choć ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne.

Szacuje się, iż w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90%. Do dziś nie zostały w większości odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie, dwa brązowe lwy zdobią do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.”

Mamy więc powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojnę polsko-rosyjską (1654-1667) i polsko-szwedzką (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Jednak ta ze Szwecją była najbardziej wyniszczająca. Wikipedia pisze:

„Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek w Olsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. Marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).”

W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

W sumie można to uznać za pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Wszystkie trzy państwa, które brały udział w wojnie – Szwecja, Prusy i Rosja, coś zyskały jej kosztem.

A czy to było mocarstwo? Skoro Rosja zajmuje prawie całe Kresy i nie boi się, to chyba nie. Co ciekawe, zatrzymuje się prawie dokładnie na linii, którą my nazywamy linią Curzona. Co więcej, nie zajmuje północnej Litwy i nie wkracza w granice Korony. Jakby chciała zostawić to Szwecji, która dopiero w następnym roku zajmuje te tereny. Czy oni się wcześniej umówili?

Po co były te wojny? Żeby osłabić „mocarstwo”, które mocarstwem nie było? Gdyby nie było unii, to nie byłoby tych wojen. Straty terytorialne, jakie poniosła Rzeczpospolita, to były straty Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego część południową, po unii, przyłączono do Korony. Największe zniszczenia materialne i ludzkie miały miejsce na terenie Korony, czyli Polski. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. – Tak pisze Wikipedia. Skoro te twierdze i zamki poddawały się bez walki, to nie mogły już stanowić miejsc oporu. Skąd więc taka nienawiść? Czy tylko różnice wyznaniowe mogły być ich przyczyną? Skoro, niby, Karol Gustaw chciał być królem Polski, to po co obracać kraj w perzynę? Widocznie chyba jednak chodziło nie o jego podbicie, tylko o jego zniszczenie. Najwyraźniej król szwedzki wykonywał czyjeś instrukcje.

Potop szwedzki to był początek końca Rzeczypospolitej. W jego wyniku twór ten, dwa sztucznie złączone państwa, stracił niepodległość, jeśli w ogóle ją miał. Wtedy właśnie, po tej wojnie, rozpoczął się karnawał liberum veto – „wolne” nie pozwalam. Pierwszy zerwał sejm poseł z Litwy, W. Siciński, w 1652 roku. Następny zerwano w 1669 roku i tak to trwało przez stulecie. W pełni wykorzystano zaprojektowany u progu unii ustrój, który sparaliżował całkowicie państwo i jego organy i stał się przedmiotem drwin całej niemalże Europy. Nie Polacy go stworzyli, nie Polacy byli głównymi aktorami tego cyrku, ale na nich spadło całe to odium.

Dziwnie wyglądała ta wojna. Gdyby ktoś chciał pokonać tę unię dwóch, luźno ze sobą związanych państw, to dokonałby jednoczesnego ataku. A tu mamy jakieś niezrozumiałe posunięcia: powstanie Chmielnickiego 1648 roku, wkroczenie Rosji w 1654 roku, Szwecji – w 1655 roku i najazd Rakoczego wraz z Chmielnickim w 1657 roku, gdy Szwedzi są w totalnym odwrocie. W odwrocie, dlatego że odnosili porażki, czy dlatego, że tak chcieli? Tak jakby w tym wszystkim chodziło o to, by ta wojna trwała jak najdłużej, a nie o szybkie pokonanie i podporządkowanie sobie przeciwnika. Zupełnie jak w przypadku wojny Hitlera. Ci, którzy powołali do życia unię polsko-litewską i stworzyli jej idiotyczny ustrój, a więc Żydzi, mogliby ją zlikwidować, gdyby chcieli. Woleli jednak, by na jej terenie toczyły się wyniszczające wojny. Dla Polski była to katastrofa. Jej starty były, proporcjonalnie, większe niż w czasie II wojny światowej. To na terenie Korony, a nie na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, dokonano tego spustoszenia.

Pożar 1666 roku

Podejrzewam, że mało kto słyszał o wielkim pożarze Londynu w 1666 roku. Czy to był przypadek, że akurat właśnie w tym roku doszło do niego? Nasza „pandemia” pojawia się w 2020 roku, traktat wersalski – 1919. Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Przecież kiedyś to wszystko musiało się zdarzyć, a że tak wyszło? Nie da się udowodnić, że wielki pożar Londynu został zaplanowany na ten właśnie rok i że w ogóle został zaplanowany. Niemniej jednak pewna sekwencja zdarzeń, którą niżej przedstawiam, skłania do refleksji. Ale nawet informacja z Wikipedii, że pożar wybuchł we wschodniej części miasta, przy wietrze wiejącym w kierunku zachodnim, każe wątpić w przypadek. Z drugiej strony postawa mieszkańców Londynu i króla oraz jego najbliższego otoczenia nie rozwiewa tych wątpliwości.

Wikipedia pisze tak:

Wielki pożar Londynu – pożar trwający od 2 do 5 września 1666 roku w Londynie.

Pożar ten wybuchł w piekarni przy ulicy Pudding Lane we wschodniej części miasta. Z powodu silnego wiatru i konstrukcji budynków z materiałów łatwopalnych (drewno, słoma) ogień rozszerzył się w kierunku zachodnim na całe miasto. W sumie zostało zniszczonych 13 200 budynków i 87 (z ponad 100) kościołów, między innymi katedra św. Pawła (ang. St Paul’s Cathedral). Równało się to 2/3 powierzchni miasta.

W pożarze zginęło 6 osób. Żywioł zabił większość szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od 1665 roku epidemię dżumy. Pożar miał wielki wpływ na ówczesne społeczeństwo angielskie, a także na sam Londyn.

Znaczący udział w odbudowie miał architekt Sir Christopher Wren. Pierwotne plany Wrena dotyczące odbudowy zakładały oparcie się na przejrzystym układzie urbanistycznym na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a spory prawne nie pozwalały szybko rozwiązać kwestii własności działek, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic.

W roku 1667 Parlament uchwalił podatek węglowy z przeznaczeniem na fundusz odbudowy Londynu. Miasto odbudowano w oparciu o istniejącą, jeszcze średniowieczną, strukturę ulic, jednak już z wykorzystaniem trwalszych materiałów (cegły i kamień), poprawiając warunki sanitarne i dostępność do budynków.

4 września 2016 roku, w ramach 4-dniowego festiwalu pod nazwą London’s Burning („Londyn płonie”) w 350. rocznicę Wielkiego Pożaru, na Tamizie ustawiono i spalono 120-metrową makietę przedstawiającą XVII-wieczny Londyn.”

Pożar ten został opisany w Dzienniku Samuela Pepysa. Dziennik obejmował okres od 1 stycznia 1660 do 31 maja 1669 roku. Pepys był wysokim urzędnikiem królewskim. Przekładu dokonała Maria Dąbrowska i we wstępie m.in. pisze:

„Okres, w którym Samuel Pepys pisał swój Dziennik, to pierwsze dziesięciolecie tzw. Restauracji, czyli przywrócenia na tron angielski – w osobie Karola II – dynastii Stuartów po upadku republiki ustanowionej przez tzw. Wielką Rebelię, tj. rewolucję z lat czterdziestych XVII wieku, w której wodzem był znany całemu światu Oliver Cromwell. U nas odpowiada tym czasom okres powstań ukraińskich związanych z imieniem Bohdana Chmielnickiego, okres szwedzkiego „potopu” i ostatnie dziesięciolecie panowania Jana Kazimierza. Kiedy Samuel Pepys, zagrożony utratą wzroku, przerywa swój szyfrowany Dziennik, Polska zabiera się do smutnej pamięci elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, tak soczyście opisanej przez naszego pamiętnikarza, współczesnego Pepysowi Jana Chryzostoma Paska.”

Za rządów Cromwella dochodzi do ponownego sprowadzenia Żydów do Anglii, wypędzonych stamtąd w 1290 roku. W akcji tej bierze też udział, w porozumieniu z nim, Manasse ben Izrael z Amsterdamu. Zaczyna się od zapewnienia swobody maranom, dotąd starannie utajnionym, dzięki czemu wracają oni masowo na judaizm. Od 1657 roku osiedlają się Żydzi w Londynie. W 1753 roku otrzymują, z pewnymi ograniczeniami, obywatelstwo angielskie i prawa polityczne. O wiele wcześniej niż w Europie kontynentalnej (po rewolucji francuskiej). To wydatnie ułatwiło im penetrację społeczeństw chrześcijańskich oraz wchodzenie do tajnych organizacji. Zmarłego w 1657 roku Manassego zastępuje jego uczeń, sławny filozof, Baruch Spinoza (1632-1677), hiszpański maran. Spinoza, podobnie jak Manasse, był kabalistą i wierzył w mesjańskie przepowiednie Zoharu.

Ten pożar, to pożar tej części miasta, którą nazywa się City of London, znajdującej się w obrębie rzymskich murów z okresu Imperium Rzymskiego. Pepys opisał go w swoim Dzienniku. Jednak wcześniej, w dniu 18 lutego, zanotował:

„18 lutego. (Niedziela.) Leżałem długo, rozmawiając z żoną, m.in. o tym, że Pola musi do nas przyjechać i być tu trochę, iżby nabrała światowej ogłady. Potem będąc w mieście wstąpiłem do mego księgarza po książkę, pisaną dwadzieścia lat temu o proroctwie na teraźniejszy rok, w której liczbę 1666 wykłada się jako bestię apokaliptyczną i Antychrysta zwiastującą.”

W dniu 2 września Pepys zapisuje w swoim dzienniku:

»2 września (Niedziela.) Dziewki nasze siedziały do późna w noc, aby przygotować wszystko dla dzisiejszych gości, a jedna z nich, Jane, około 3 nad ranem nuże nas wołać, że wielki pożar widać w Mieście. Tedy wstałem i oblókłszy się w nocny przyodziewek, poszedłem do jej okna i zdało mi się, że to gdzieś na tyłach ulicy Mark Lane, a nie będąc zwyczajny takich pożarów, jakie się potem okazały, mniemałem, że to dosyć daleko; tedy wróciłem do łóżka i zasnąłem. Około 7 wstałem, aby ubrać się, i wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem ogień mniejszy, niż był przedtem, i dalszy, za czym poszedłem do mego nowego gabinetu, by po wczorajszym sprzątaniu ułożyć wszystko na miejscu. Ale wnet przyszła Jane i mówi mi, że słychać jakoby 300 domów spłonęło tej nocy od pożarów, któreśmy byli widzieli; i że teraz pali się cała Fish Street aż do Londyńskiego Mostu. Tedy zebrałem się natychmiast i poszedłem do Tower, i tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił kościół Św. Magnusa i większość Fish Street. Zszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się swoich domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały opaliwszy sobie skrzydła. Postawszy tak z godzinę i napatrzywszy się szalejącego ognia a nie widząc dookoła nikogo, kto starałby się go ugasić, tylko wszystkich łapiących, co mieli dobytku pod ręką, i zostawiających resztę na pastwę pożaru, i widząc ogień już w Steel Yard i że wiatr bardzo silny przerzuca płomienie ku śródmieściu, i że wszystko po tak długiej suszy okazuje się palne, nawet same kamienie kościołów, i widząc m.in. biedną dzwonnicę Św. Wawrzyńca, koło której cudna pani Horsley mieszkała, jak zająwszy się od szczytu wnet objęta płomieniami zwaliła się – pośpieszyłem do Whitehall i tam do gabinetu Króla, gdzie zaraz wszyscy do mnie, i zdałem im sprawę o rzeczy, i przeraziłem ich, i zaraz posłano z tym do Króla. A zaś wnet byłem przed oblicze Króla wezwany i powiedziałem Królowi i księciu Yorku, com widział, i że o ile Jego Królewska Mość nie rozkaże burzyć domów, to nic nie wstrzyma szerzenia się pożaru. Zdawali się być bardzo poruszeni i Król poruczył mi pójść do Lorda Majora (odpowiednik obecnego burmistrza – przyp. mój) i nakazać mu Jego imieniem, żeby nie szczędził domów, tylko burzył je wszędzie, dokąd zbliża się pożar. Książę Yorku kazał mu też oznajmić, że gdyby potrzebował więcej żołnierzy, on ich da; to samo rzekł mi potem lord Arlington. Spotkawszy kapitana Cocke’a wziąłem jego powóz i z Creedem – do Św. Pawła, a stamtąd pieszo wzdłuż Watling Street, a iść nie było łatwo, bo wszystko, co żyje, uciekało stamtąd obładowane rzeczami, które chcieli ocalić; a tu i ówdzie niesiono chorych w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach. Dopiero na Canning Street spotkałem Lorda majora zgoła zmęczonego, z chustką do nosa na szyi. Słysząc zlecenie królewskie wykrzyknął jak mdła niewiasta: „Boże, co ja mogę uczynić? Umęczyłem się, a ludzie nie chcą mnie słuchać. Jam kazał burzyć domy, ale ogień szybko pomyka, nie możemy nadążyć!” Dodał, że nie trzeba mu więcej żołnierzy i że co do niego, to musi iść odetchnąć, bo był na nogach całą noc. Za czym rozstaliśmy się i poszedłem do domu oglądając po drodze ludzi prawie oszalałych, a nigdzie żadną miarą nie przedsiębrano jakichś środków dla przytłumienia pożaru. Domy też tu wszędzie gęsto tak stoją i pełno palnych materyj, jako to smoły i dziegciu w ulicach nad Tamizą; i domy towarowe z olejami, z winem, gorzałką i innymi rzeczami. Było już około 12, tedy do domu, gdzie zastałem już zaproszonych na dzisiaj gości, którymi byli: pan Wood i jego żona Barbara Sheldon (nasza Bab z Greenwich, świeżo mu poślubiona) oraz pan Moone z żoną, gładką niewiastą, a i on grzeczny człowiek. Ale zamiar pana Moone’a i też mój: obejrzeć mój nowy gabinet, którym – dawno przezeń pożądanym – widokiem chciałem go uradować, zawiódł nas całkiem, jako że byliśmy wszyscy w wielkim pomięszaniu i zatroskaniu z przyczyn pożaru, o którym nie wiemy, co myśleć. Ale obiad mieliśmy nadzwyczaj dobry i było nam wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Zaraz po obiedzie ja i państwo Moone wyszliśmy i chodziliśmy po mieście; w ulicach nic tylko pełno ludzi, koni, wozów napełnionych wszelakim dobytkiem, gotowych lecieć jeden przez drugi, by przewozić dobro ludzkie z domów strawionych ogniem – w inne. Teraz wywożą wszystko z Canning Street (która rano przyjęła była dobytek z innych ulic) na Lumbard Street i dalej. Doszliśmy do Św. Pawła, stamtąd Moone z żoną do domu, a ja do przystani Św. Pawła. Nająłem tam czółno i to w dół, to w górę od mostu przypatrując się pożarowi, który szalał i szerzył się, i przytłumić go zdawało się niepodobieństwem. Spotkałem barkę z królem i księciem Yorku i z nimi do Queenshithe, gdzie wezwali do siebie sir Ryszarda Browne’a. Jedyny rozkaz, jaki wydali, to aby śpiesznie burzyć domy poniżej mostu wzdłuż wybrzeża, lecz niewiele było i mogło być zdziałane, gdyż ogień się za szybko na te domy przerzucał. Rzeka pełna czółen wiozących ludzki dobytek, a wiele cennych rzeczy pływało po wodzie, alem spostrzegł, że na co trzeciej bez mała szkucie albo łodzi widać było pośród innych sprzętów domowych wirginał. Napatrzywszy się tego do woli – do parku St. James, gdzie wedle umowy spotkałem żonę z Creedem, Woodem i jego żoną i siedliśmy do mego czółna i znów dalej to w dół, to w górę Rzeki ku pożarowi, który wzrastał, a wiatr był wielki. I tak blisko byliśmy ognia, jak tylko dym pozwalał, a płynąc pod wiatr, o małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim. Kiedy nie mogliśmy już wytrwać na wodzie, weszliśmy do malej piwiarni na Strandzie naprzeciw „Trzech Żurawi” i tam siedzieliśmy prawie do zmroku, i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza Śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów! Z ciężkim więc sercem do domu, a tam zastaliśmy wszystkich rozprawiających i lamentujących nad tą pożogą; i biedny Tom Hayter przybył z resztą swego dobytku ocalonego z domu, co spłonął na Fish Street. Zaprosiłem go, by został z nami, i przyjąłem jego rzeczy, ale źle obliczył wybrawszy się do nas, bo co chwila przychodziły wieści o rozszerzaniu się pożaru, tak że musieliśmy sami przystąpić do ładowania naszych rzeczy i gotować się do przeprowadzki; tedy przy miesiącu ( a po wietrznym dniu była piękna, sucha i ciepła noc miesięczna) znieśliśmy wiele z mego dobytku do ogrodu, a ja z panem Hayterem przenieśliśmy moje pieniądze i skrzynię żelazną do piwnicy mając to miejsce za najpewniejsze. Worki ze złotem, co ważniejsze papiery, a też talony w osobnym puzderku przygotowałem, by przenieść do urzędu. Strach był tak wielki, że sir J. Batten sprowadził ze wsi wozy, aby tejże nocy wywieźć całe moje mienie. Pan Hayter, nieborak, położył się za naszą namową do łóżka, aleć niewiele miał odpocznienia z przyczyny hałasu panującego w moim domu przy znoszeniu rzeczy.«

Dalej Pepys m.in. pisał:

»4 września. Po południu siedząc melancholicznie z sir W. Pennem w naszym ogrodzie i rozmyślając nad tym, że nasz urząd spłonie na pewno, jeśli nie zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki ratunku, przedłożyłem, aby posłać po naszych robotników z Woolwich i Deptford i napisać do do sir W. Coventry’ego, żeby wystarał się o pozwolenie księcia Yorku na zburzenie domów okolicznych raczej, niż mielibyśmy stracić Urząd, co byłoby z wielką szkodą dla spraw państwowych. Tedy sir W. Penn wyruszył wieczorem, aby przysłać robotników na rano, a ja napisałem list do sir Coventry’ego w tej sprawie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Tej nocy pani Turner i jej mąż wieczerzali z nami w urzędzie smętną bardzo manierą, mieliśmy tylko barani przodek i ani bodaj serwety lub jakichkolwiek nakryć, aleśmy byli weseli. Tylko od czasu do czasu, wyszedłszy na ogród, widzieliśmy, jak strasznie wygląda niebo całe w ogniu po nocy; i to było dosyć, i od tego widoku odechciewało nam się żartów; w samej rzeczy było to nad wyraz przerażające, bo wyglądało właśnie, jakby to już u nas się paliło, i całe niebo było w łunie. Po wieczerzy poszedłem w dół ku Tower Street i tam też widziałem już wszystko w ogniu: Trinity House z tamtej strony, i gospodę „Pod Delfinem” – z tej, co już było bardzo blisko nas, a paliło się wszystko z największą gwałtownością. Teraz nareszcie przystąpiono do burzenia domów na Tower Street, czego ludzie zrazu bali się więcej niż wszystkiego; aliści wszędzie, gdzie to uczyniono, pożar został wstrzymany. Ogień szerzy się już wzdłuż Fleet Street, spłonął już Św. Paweł i cała Cheapside. Napisałem dziś wieczór do ojca, lecz że i poczta spłonęła, listu nie mogłem wysłać.

6 września. Wstałem około 5, a przed bramą urzędu spotkałem pana Gaudena z wezwaniem dla naszych ludzi do Bishopsgate, gdzie dotąd ognia nie było, a teraz się pokazał, co nie bez racji daje ludziom, a też i mnie do myślenia, że jest w tym jakiś spisek (o co wielu tymi dniami ujęto i żadnemu cudzoziemcowi nie jest bezpiecznie chodzić w teraźniejszym czasie po ulicach); poszedłem z ludźmi i zagasiliśmy niebawem ten pożar, tak że już znowu wszystko w porządku.

15 września. Wieczorem przyszedł do nas kapitan Cocke i przechadzaliśmy się z nim po ogrodzie. Powiada, że roczny czynsz ze spalonych domów wart jest 600 000 funtów i że to uczyni parlament skłonniejszym do udzielenia pomocy Królowi. I mówiliśmy o tym, że nigdy jeszcze na świecie tak wielka klęska jak nasza nie była ścierpiana przez obywateli równie mężnym sercem. I że ani jeden bodaj kupiec nie ogłosi bankructwa.

13 grudnia. Will Hewer obiadował ze mną i pokazał mi gazetę z kwietnia tego roku, w której piszą (co i dziwno, że nikt sobie tego potem nie przypomniał), jako wielu było wtedy sądzonymi na śmierć, winnych zamysłu obalenia rządu i zamordowania króla, a jednym ze środków dla osiągnięcia tego celu miało być spalenie stolicy; i że dniem wyznaczonym na to przez spiskowców miał być dzień 3 września. A pożar wszczął się 2 września, co zdaje mi się bardzo dziwne.«

Po co był ten pożar? Spalenie miasta po to, by obalić rząd i zamordować króla wydaje się bez sensu. Tego można dokonać różnymi innymi i prostszymi sposobami. Spaliła się ta część miasta, która nazywa się City of London. Wszystko odbudowano i miejsce to stało się siedzibą światowej finansjery. Żeby to łatwiej zrozumieć, wypada przywołać nasze doświadczenia. Powstanie warszawskie doprowadziło w efekcie do zburzenia miasta. Po co je zburzono? Po to, by później odbudować. Ale to odbudowane miasto, to było już inne miasto i inni ludzie je zasiedlili. O to dokładnie chodziło w tym powstaniu. Miało być zrobione miejsce dla nowej elity rządzącej, która po części, może nawet większej, przybyła tu na radzieckich czołgach. Mieli być nowi ludzie i nowe miasto, które w niczym nie przypominałoby tamtego, nie miało nic w sobie z atmosfery tamtego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pożarze Londynu chodziło o coś podobnego. Żydzi po czterystu latach wygnania powrócili do Anglii i niemal od razu pokazali na co ich stać i kto tu będzie panem. W przypadku obu miast metody działania podobne, tylko cele realizowano innymi środkami. Czy ktoś łączy te dwa zdarzenia i to, że ci sami dokonali zniszczenia obu miast? Po metodach ich się poznaje.

Relacje anglosasko-żydowskie są może jeszcze bardziej pogmatwane niż te polsko-żydowskie. Pepys notuje w swoim Dzienniku 15 października 1666 roku:

„Colwill opowiadał mi dzisiaj o nieprawościach Dworu, o wzgardzie, jaką Król na siebie ściąga na nic nie będąc pamiętnym, jeno czyniąc to, czego chcą jego dworscy faworyci; że książę Yorku zupełnym stał się niewolnikiem tej kurwy Denham i o nią tylko dba i że istotnie były jakoweś amory między księżną Yorku a pięknym Sidneyem. Ale czym niepomiernie mnie zdziwił, choć to potwierdza Pierce, to wiadomością, że Coventry przystał do kabały z księciem Yorku, lordem Brounckerem i ową Denham, co istna hańba i bardzo mnie to boli; i że Coventry składa tej pani wizyty. Ale myślę, że to nie może być prawdą.”

Korzystam z drugiego wydania Dzienników z 1954 roku. W posłowiu Julian Hochfeld, chcąc być może odnieść się do treści powyższego cytatu, pisze:

W r. 1667 następuje upadek Clarendona, przeciw któremu król kieruje całą niechęć opinii publicznej. Nowe ministerstwo Karola II znane jest pod nazwą „kabały”, tj. intrygi, zmowy (przypadkowo angielskie słowo cabal odpowiada początkowym literom nazwisk członków ministerstwa: Clifford, Arlington, Buckingham, Ashley-Cooper, Lauderdale). Ministerstwo to intryguje przeciw innym, ale i sami jego członkowie intrygują nawzajem przeciw sobie.

Problem jednak polega na tym, że Pepys napisał swoje uwagi w październiku 1666 roku, a nowe ministerstwo Karola II, zwane „kabałą”, powstaje w 1667 roku.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Liberum veto

Ostatnio pojawiła się oddolna inicjatywa przedsiębiorców, którzy mają już dość zakazów, które uniemożliwiają im prowadzenie działalności i zarabianie na życie. Iskra wyszła z gór, dlatego sprzeciw określono mianem Góralskiego Veta. Inicjatorzy protestu odwołują się w ten sposób do tradycji I Rzeczypospolitej i to jej liberum veto ma symbolizować ten oddolny ruch. Czy rzeczywiście jest to oddolny ruch? Czy rzeczywiście sądy, tak same z siebie, wydają wyroki korzystne dla przedsiębiorców? W Ameryce zablokowano, jeszcze urzędującemu wówczas prezydentowi, komunikowanie się poprzez media społecznościowe, a u nas, zbuntowana restauracja w Cieszynie wykorzystuje Facebook do komunikowania się z innymi, chcącymi iść w jej ślady, a Facebook ich nie blokuje. – Zastanawiające. Restauracja ta rozpoczęła swoją działalność w połowie lipca 2019 roku pod nazwą „U trzech braci”. Czy ci „bracia”, to tutaj tacy przypadkowi? Ja dobrze pamiętam początki Solidarności, nadzieje i entuzjazm, jaki nam towarzyszył i rozczarowanie, jakie później przyszło i refleksja, że to była ustawka. Kontrolę nad nią szybko przejęli ludzie z KOR-u. Skończyło się to stanem wojennym, który został wprowadzony bezprawnie.

Argument, że to, co robi rząd, jest bezprawne, jest wyjątkowo naiwny. Tak, jak naiwna jest wiara w to, że sądy wydają korzystne dla przedsiębiorców wyroki. Jeśli takie wydają, to dlatego, że tak mają robić. Być może celem tej akcji, jak dla mnie, zaplanowanej z premedytacją, jest wprowadzenie ostrzejszych rygorów, gdy Góralskie Veto rozejdzie się po kraju i nagle zacznie „wzrastać” liczba zakażonych. Dla rządu nie jest problemem sfabrykowanie odpowiednich statystyk. One od początku nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Rząd, gdyby chciał, to w pięć minut spacyfikowałby to Góralskie Veto i tę cieszyńską restaurację. Stan wojenny z 1981 roku z dnia na dzień spacyfikował cały kraj. Inna sprawa, że rząd przygotowywał się do tego, prawdopodobnie, od jesieni 1980 roku, a może jeszcze wcześniej. A czy teraz on do czegoś nie przygotowuje się? Tego nie wiemy, ale taka „bezradność” rządu budzi niepokój – takie podpuszczanie. W 1981 roku też tak to wyglądało.

Wyskoczył ten przywódca Góralskiego Veta, Sebastian Pitoń, z nawiązaniem do tradycji I Rzeczypospolitej i jej liberum veto. No to spójrzmy, co to była za tradycja i czy rzeczywiście warto do niej nawiązywać.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie wspomina o sejmikach, których znaczenie było nie mniejsze niż sejmu, a może nawet większe. To był kluczowy element ustrojowy I Rzeczypospolitej. Ale o nim w dalszej części bloga.

Wmawia się nam, że I Rzeczypospolita była państwem o wspaniałym ustroju, demokracją, jakiej świat nie widział, a liberum veto symbolem wolności. Taką narrację przyjęto po 1989 roku. Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Wielka Encyklopedia Powszechna, powstała za czasów PRL-u, tak pisze:

»Liberum Veto (łac., ‘wolne „nie pozwalam” ‘), w Polsce XVII-XVIII wieku przyjęta potocznie nazwa prawa zrywania sejmu, wyrażanego w okrzyku posła „nie pozwalam” lub „protestuje się”; protest zgłoszony przeciwko jednej z uchwał danego sejmu (bez obowiązku uzasadnienia) unieważniał wszystkie jego uchwały, które traktowano jako całość. Po raz pierwszy zerwał w ten sposób sejm w 1652 roku poseł upicki W. Siciński; w 1669 roku zerwano sejm przed upływem czasu przewidzianego na obrady, a w 1688 nawet przed wyborem marszałka. W pierwszej połowie XVIII wieku za Augusta II zakończyły się uchwałami tylko 4 sejmy, za Augusta III – tylko 1 sejm.

U podłoża liberum veto leżała praktyka wiązania posłów zaprzysięganą przez nich instrukcją, co przyczyniało się do odrzucenia zasady większości głosów („nic na nas bez nas”). Wśród znacznej części szlachty liberum veto uchodziło za „źrenicę wolności”, wyraz „głosu wolnego” szlacheckiej demokracji. W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).

Jednym ze środków zaradczych przeciwko liberum veto było chwilowe zawieszanie lub odraczanie obrad sejmu (limita). Bardziej skuteczne było zawiązywanie konfederacji, do której sejm przystępował, lub powoływanie jej przez sejm. Obowiązywała wówczas zasada większości głosów, a sejm skonfederowany nie mógł być zerwany.

Krytyka zasady jednomyślności i liberum veto oraz pierwsze reformy rozpoczęły się już w XVII wieku. Z postulatami zasadniczych zmian zmierzających do uzdrowienia polskiego sejmowania wystąpili przede wszystkim S. Leszczyński (Głos wolny wolność ubezpieczający 1749), S. Konarski (1760-64), J. Wybicki (1775). Reformy podjęte na Sejmie Czteroletnim zostały poprzedzone wystąpieniami H. Kołłątaja (1788-89) i S. Staszica (1787, 1790), którzy potępiając liberum veto, postulowali zamianę jednomyślności na nowoczesny system zwykłej lub kwalifikowanej większości głosów.

Reforma sejmowa podjęta w 1768 roku niewiele ograniczyła liberum veto, usunęła je tylko ze spraw drugorzędnych; Liberum veto pozostało jednym z praw kardynalnych. Ważniejsza była w tym czasie praktyka stałego konfederowania sejmów. Kres zasadzie jednomyślności i praktyce zrywania sejmów położyła dopiero Konstytucja 3 maja 1791.«

Encyklopedia podaje następujące źródła: W. Konopczyński Liberum veto, Kraków 1918; S. Kutrzeba Sejm walny dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1922; W. Czapliński Dwa sejmy roku 1652, Wrocław 1955.

W Wikipedii możemy m.in. przeczytać:

Liberum veto – zasada ustrojowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dająca prawo każdemu z posłów biorących udział w obradach Sejmu do zerwania go i unieważnienia podjętych na nich uchwał.

Zasada ta powstała z zasady jednomyślności, a ta z kolei ze wspólnotowego charakteru Rzeczypospolitej, która w istocie rzeczy stanowiła federację ziem. Każdy z posłów był wybrany przez lokalny sejmik i reprezentował jeden okręg. Tym samym brał na siebie odpowiedzialność wobec sejmiku za wszystkie decyzje, które zapadną na Sejmie. Natomiast podejmowanie decyzji przez większość wbrew woli mniejszości (choćby tą mniejszością był tylko jeden sejmik) uznawano za łamanie zasady równości ustrojowej. Za zasadą jednomyślności przemawiały istotne względy praktyczne. W dawnej Polsce nie istniał bowiem urzędniczy aparat egzekucji prawa, utrzymywany przez samo państwo z pieniędzy podatników. Obowiązujące prawo egzekwowane było przez szlachtę – czy to indywidualnie, czy też zbiorowo. Funkcjonowanie władzy wykonawczej zależało więc od dobrowolnego wsparcia wszystkich obywateli. W takich warunkach próby egzekucji prawa niemającego za sobą powszechnego poparcia musiałyby więc być nieskuteczne lub – co gorsza – mogłyby prowadzić do wojny domowej.”

Jest to opis dosyć ogólnikowy i nie bardzo wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. Norman Davies w swojej książce Boże Igrzysko opisuje to bardziej szczegółowo:

»Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.«

Z tego opisu wynika, że większość spraw załatwiano na poziomie sejmików i posłów wiązały instrukcje od szlachty danej prowincji. Jednak ktoś tym wszystkim musiał rządzić. „W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).” – I pewnie ten wniosek nie jest daleki od prawdy.

W Wikipedii można jeszcze natknąć się na taki fragment:

„Zasada liberum veto była też wyrazem przekonania szlachty, że gdyby prawie wszyscy posłowie szlacheccy ulegli korupcji, to zawsze znajdzie się chociażby jeden nieprzekupiony, który sprzeciwi się przyjęciu szkodliwej ustawy. Jej istnienie związane było z trwającym od dziesięcioleci konfliktem pomiędzy majestatem królewskim i wolnością szlachecką (łac. inter maiestatem ac libertatem), przy czym za potencjalnego sprawcę praktyk korupcyjnych uważano króla.”

Takiego argumentu używa też lider Góralskiego Veta, tłumacząc powód, dla którego odwołuje się do tej tradycji. No cóż, najwyraźniej nie słyszał on o instrukcjach od szlachty danej ziemi, które obowiązywały posła tej ziemi. Ale nie ograniczało się to do samych instrukcji. Był jeszcze jeden czynnik, jeszcze ważniejszy, który całkowicie wypaczał działanie tej „demokracji szlacheckiej”. Temat szczegółowo opisany w blogu „Sztadlani”. Tu przytoczę z niego parę fragmentów.

Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

»Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

„Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.”«

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że liberum veto wcale nie było takie liberum, jak niektórym naiwnym wydaje się. Ja mam taką wadę, że jak ktoś odwołuje się do tradycji I Rzeczypospolitej, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

Wikipedia pisze też:

„Ogółem w XVII–XVIII wieku sejm zerwano 73 razy. Podział posłów zrywających sejm ze względu na pochodzenie wygląda następująco:

  • 28 posłów z ziem litewskich
  • 24 posłów z ziem Rusi
  • 12 posłów z ziem Wielkopolski i Mazowsza
  • 9 posłów z Małopolski

Trzy razy zerwał sejm reprezentant sejmiku wileńskiego, cztery razy upickiego. W pierwszej połowie XVIII Sejmy zrywano często, natomiast od 1764 roku za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego liberum veto wyszło praktycznie z użycia, zasada jednomyślności nie dotyczyła bowiem sejmów skonfederowanych. Posłowie zawiązywali więc konfederację na początku obrad, aby zapobiec ich zerwaniu.

Ważnym głosem w kwestii liberum veto jest stanowisko Pawła Jasienicy, który gorąco przeciwstawiał się łączeniu politycznej anarchii z polskością czy też polskim charakterem narodowym, zwracając uwagę, że ani jeden poseł z Poznańskiego nie zerwał sejmu przy pomocy veto, natomiast większość vetujących pochodziła z litewskiej części Rzeczypospolitej. Jasienica nie zgadza się ze stwierdzeniami, że „naród polski przez swoją anarchię sam przygotował rozbiory”. Utrzymuje on, że to nie polskie społeczeństwo, lecz władza przyczyniła się do utraty państwowości. Zwłaszcza ostatni Jagiellonowie w niedostatecznym stopniu dopuszczali do głosu szlachtę, której żądania zwiększenia realnej władzy królewskiej pozostawały w opozycji do łagodnej polityki dworu. Po śmierci Zygmunta II Augusta niedopuszczana do głosu szlachta zmuszona była bez przygotowania wybrać następcę tronu, co gorsza z marnych kandydatów. Gdy pogorszyła się sytuacja międzynarodowa, przyniosło to opłakane skutki.”

I Rzeczypospolita trwała niewiele ponad 200 lat. Liberum veto panowało od polowy XVII wieku do połowy XVIII wieku. Czy była to taka wielka tradycja i czy rzeczywiście jest się do czego odwoływać? Tradycja niewątpliwie niechlubna. Po co więc odgrzewać ten zatruty kotlet? Może po to, by dać innym sygnał, skąd nam nogi wyrastają i po której stronie barykady stoimy.

Gdybym ja chciał nawiązywać do tradycji I Rzeczypospolitej, o której mam jak najgorsze zdanie, to te Góralskie Veto nazwałbym Góralskim Rokoszem, bo rokosz to prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje. Obecnie taki bunt nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem i jest on skierowany, nie przeciwko królowi, tylko przeciwko rządowi i dlatego nie nazywamy go rokoszem, tylko obywatelskim nieposłuszeństwem, bo dziś wszyscy obywatele mają takie prawa, jak niegdyś szlachta.

Z historii, tej prawdziwej, możemy dowiedzieć się o wiele więcej o teraźniejszości, niż wielu się wydaje. I dzięki niej możemy tę teraźniejszość łatwiej zrozumieć. Tylko komu chce się ją zgłębiać i docierać do różnych źródeł, nawet tych oficjalnych, z których też można czasem wyłowić jakąś ciekawą informację.

Wojna Hitlera

W blogu „Wojna secesyjna” pisałem o tym, że konflikt ten został sztucznie wykreowany, a zwaśnione strony podzielone na dwie równe sobie siły tak, by wojna trwała jak najdłużej i była jak najbardziej wyniszczająca. I tak było. Straty ludzkie i materialne były ogromne. A chodziło o to, by osłabić Amerykę i przejąć nad nią kontrolę. Jedną stronę wspierali finansiści z Londynu, drugą – z Paryża. W trakcie tej wojny, w 1862 roku, przyjęto amerykańską ustawę bankową, która monopol druku pieniądza oddawała w ręce City of London.

Właściwie to wszystkie wielkie wojny były tak prowadzone, by nie było zwycięzcy, a straty ludzkie i materialne były jak największe. Dotyczy to również obu wojen światowych. Pierwszą tak zakończono, by dać pretekst do rozpętania drugiej.

W II wojnie światowej można znaleźć wiele przykładów na to, że obie strony walczyły tak, by straty były jak największe. Pierwszy etap tej wojny to pasmo sukcesów, początkowo dyplomatycznych, a później wojskowych. Hitler zajmuje Europę Śrokowo-Wschodnią, na zachodzie Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Luksemburg i część Francji. Poza jego zasięgiem pozostała Jugosławia i Grecja. Włochy stają się jego sojusznikiem. Do tego momentu Hitler współpracuje ze swoim sztabem i nawet poddaje się sugestiom swoich generałów. Problem pojawia się, gdy trzeba podjąć decyzję, w jaki sposób zaatakować Anglię, a później, w trakcie wojny ze Związkiem Radzieckim i tak już będzie do końca wojny.

W tym blogu będę korzystał z pracy Allana Bullocka Hitler – studium tyranii. I spróbuję cytowane fragmenty poskładać w logiczną całość. Hitler, zanim zaatakował Anglię, to wiedział już, że jego głównym celem jest wojna na wschodzie. Bullock pisze tak:

„W dniach 24 października 1939 i 11 lutego 1940 roku oba państwa zawarły kolejne umowy ekonomiczne. Niemcom tak trudno było się obejść bez rosyjskich surowców, że 30 marca 1940 roku Hitler polecił, aby dostawom broni do ZSRR dano pierwszeństwo przed zaopatrzeniem własnych sił zbrojnych. W zamian Związek Radziecki w pierwszym roku dostarczył Rzeszy milion ton zbóż, pół miliona ton pszenicy, 900 000 ton ropy, 500 000 ton fosfatów, 100 000 ton bawełny oraz mniejsze ilości innych surowców, a transportem z Mandżurii – milion ton fasoli sojowej.”

A więc jeszcze przed uderzeniem na zachód Hitler wysyła broń do Związku Radzieckiego, który chce zaatakować. Co najmniej dziwne posunięcie. Przecież w momencie wypowiedzenia wojny dostawy tych surowców zostaną przerwane i trzeba będzie to jakoś zrekompensować dostawami z innych rejonów. Po co więc takie zakupy? Chyba tylko po to, by zapłacić za nie bronią, by przeciwnik był silniejszy i by wojna była jak najbardziej wyniszczająca.

Dużo do myślenia daje sposób, w jaki Hitler prowadził wojnę z Anglią. Bullock tak pisze:

»Aż do lata 1940 roku Hitler nigdy poważnie się nie zastanawiał, jak prowadzić i wygrać wojnę z Anglią. Nie jest to takim paradoksem, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Zbrojny zatarg z Wielką Brytanią wynikł jedynie stąd, że nie zgodziła się ona pozostawić Hitlerowi wolnej ręki w Europie. Ale gdy ta sprawa została przesądzona, nie miał on żadnych żądań pod adresem Anglii, prócz zwrotu dawnych kolonii niemieckich. Każda zdobycz terytorialna lub ekonomiczna, jaką Niemcy mogli osiągnąć na zachodzie, miała drugorzędne znaczenie w porównaniu z głównym celem, jakim było skierowanie całej uwolnionej energii niemieckiej w jednym kierunku: zrealizowania polityki, której Hitler pozostał wierny od czasu napisania „Mein Kampf” – historycznego niemieckiego „Drang nach Osten”.«

Bitwa o Anglię miała miejsce we wrześniu i na początku października 1940 roku. Podsumowując to wydarzenie Bullock pisze:

»W praktyce położyło to kres całemu zamiarowi i po przesunięciu go na rok, został on w styczniu 1942 roku odłożony ad acta. Z przebiegu wydarzeń wyłaniają się trzy wnioski:

Po pierwsze jasne jest, że Hitler, ani nie wierzył, ani nie chciał przyznać, że dla zmuszenia Anglii do pertraktacji trzeba w dalszym ciągu z nią wojować.

Po drugie, gdy się już o tym przekonał i rozpoczął poważne przygotowania do inwazji, brak przewagi na morzu zmusił go do porzucenia zamiaru lądowania, w planowanej uprzednio sile 40 dywizji, na rzecz pokonania Anglii z powietrza, z tym że lądowanie nastąpiłoby dopiero po złamaniu ducha w Anglikach i sparaliżowaniu ich obrony przez Luftwaffe.

Po trzecie, Hitler zdecydował się odłożyć, a potem całkiem zaniechać inwazji, nie dlatego, że przejrzano jego bluff, ale dlatego, że zrozumiał, iż Luftwaffe, podobnie jak flota wojenna, nie może stworzyć warunków koniecznych dla przeprowadzenia niemieckich wojsk lądowych przez kanał i okupowania Anglii.

W swojej mowie do generałów 23 listopada 1939 roku powtórzył warunek po raz pierwszy wymieniony w „Mein Kampf”: „Możemy zmierzyć się z Rosją tylko wtedy, gdy będziemy mieli wolne ręce na zachodzie”.

Ale gdy wypędził Anglików z kontynentu i pozbawił ich sojusznika, czy sprawa nie wyglądała na załatwioną?

Gotów był czekać do jesieni, lecz nie dłużej, żeby przekonać się, czy uda mu się zmusić Anglików do kapitulacji. Tymczasem zaś, jeszcze przed końcem lipca i zanim Luftwaffe przystąpiła do totalnej ofensywy przeciwko Anglii, wydał rozkaz opracowania wstępnego planu ataku na Rosję.«

Z powyższego cytatu wynika już jednoznacznie, że Hitlerowi chodziło o to, by wojna była jak najbardziej wyniszczająca. Po co atakować Anglię, skoro nie ma się ku temu wystarczających sił i środków? Co więcej, jeśli Hitlerowi rzeczywiście chodziłoby o pokonanie Anglii, czy przynajmniej o jej upokorzenie, to był na to sposób. Bullock tak pisze:

»Istniała jeszcze trzecia możliwość zastępująca atak na Anglię lub Związek Radziecki, którą Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi – działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły.

Rozwijając te argumenty w czasie dwóch narad z Hitlerem, w dniach 6 i 26 września, poparł je jeszcze dodatkowymi argumentami o gospodarczym znaczeniu tego terenu dla Niemiec, skąd mogłyby one czerpać tak im potrzebne surowce, oraz o niebezpieczeństwie, jakie by za sobą pociągnęło lądowanie Anglików czy nawet Amerykanów we francuskiej Afryce Zachodniej poprzez wyspy hiszpańskie i portugalskie na Atlantyku. Na drugiej z tych narad wysunął pewne konkretne propozycje: należy zająć Gibraltar i Wyspy Kanaryjskie oraz – w porozumieniu z rządem w Vichy – wzmocnić obronę francuskiej Afryki Północnej. Jednocześnie Niemcy wspólnie z Włochami powinny rozpocząć wielką ofensywę w kierunku Suezu, a stamtąd posunąć się dalej na północ, przez Palestynę i Syrię, do Turcji.

To był właśnie ów alternatywny projekt przyszłych działań wojennych w stosunku do tego, który już się kształtował w mózgu Hitlera. Raeder potwierdza to dodając, że gdyby jego plan został z powodzeniem zrealizowany, to „wątpliwe, czy trzeba by było atakować Rosję od północy”. Dużo argumentów przemawiało za realizacją tych planów: Anglia figurowała w nich jako wróg nr 1 (wniosek całkiem naturalny dla niemieckiej floty wojennej), w pełni wykorzystywały one sojusz Niemiec z Włochami i Hiszpanią i wreszcie projektowane działania znacznie bardziej leżały w możliwościach Niemców niż podbicie Rosji. Göring, który zwykle był w jak najgorszych stosunkach z Raederem, gorąco popierał jego koncepcje, a i Hitler potrafiłby je właściwie ocenić, gdyby sobie zdawał sprawę ze znaczenia, jakie ma panowanie na morzu.«

No cóż, cała argumentacja Bullocka sprowadza się do tego, że Hitler nie zdawał sobie sprawy, albo że upierał się przy swoim stanowisku, nie próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście Hitler nie zdawał sobie sprawy albo dlaczego upierał się. Próba szukania odpowiedzi na te pytania mogłaby prowadzić do bardzo niepoprawnych politycznie wniosków. Trudno więc dziwić się, że nie drąży tematu. No bo jak? Wódz, który opanował ponad pół Europy, nie zdaje sobie sprawy z tego jakie znaczenie ma panowanie na morzu? Dalej Bullock pisze:

»Trzeba przyznać, że wczesnym latem 1941 roku sytuacja we wschodniej części Morza Śródziemnego zmieniła się nie do poznania. Anglików wyrzucono z Grecji i odepchnięto pod granicę egipską. W Iraku proniemiecko usposobiony premier, Raszid Ali, stanął na czele buntu skierowanego przeciwko garnizonom brytyjskim i na początku maja zaapelował do Hitlera o pomoc, która mogłaby nadejść z baz w Syrii pozostającej pod władzą Francji Pétainowskiej. Wreszcie w dniach 20-27 maja spadochroniarze niemieccy zajęli Kretę.

Niemiecki sztab marynarki wojennej i Rommel uważali, że szczupłe siły, jakimi na tym terenie dysponują Anglicy dla utrzymania Egiptu, Palestyny i Iraku, są rozciągnięte do granic, wystarczy więc jedno mocne pchnięcie, żeby obalić całą budowlę angielskiego systemu obronnego na Środkowym Wschodzie. Zgodnie z tym 30 maja Raeder ponowił żądanie przeprowadzenia „jesienią 1941 roku decydującej ofensywy na Egipt-Suez, która – dowodził – będzie dla Anglii bardziej śmiertelnym ciosem niż zajęcie Londynu”. W tydzień później sztab marynarki przedłożył Hitlerowi memorandum, w którym, przyjmując decyzję napaści na Związek Radziecki za fakt nieodwołalny, podkreślano, że napaść ta „pod żadnym warunkiem nie powinna prowadzić do porzucenia, redukcji albo odłożenia planów kampanii we wschodniej części Morza Śródziemnego”. Niepokój przebijający w tym czasie z depesz Churchilla i generała Wavella potwierdza słuszność tez dowództwa niemieckiej marynarki wojennej. Nawet jedna czwarta sił zmasowanych do napaści na Związek Radziecki, przerzucona na ten teatr działań, mogłaby fatalnie zagrozić angielskiemu panowaniu na Środkowym Wschodzie.

Hitler jednak nie chciał dojrzeć nadarzającej się okazji; zawiodła go intuicja. Zajęty całkowicie napaścią na Związek Radziecki, nie chciał widzieć w basenie śródziemnomorskim nic innego, prócz drugorzędnego teatru działań, który można pozostawić wojskom włoskim, usztywnionym jednostkami niemieckimi. Daremnie Raeder i Rommel starali się otworzyć mu oczy na możliwości zarysowujące się na południu. Nie dał się przekonać, wolał raczej stwarzać warunki, niż z nich korzystać. Miało się to stać jednym z największych jego błędów strategicznych.«

I znowu to samo. Bullock stara się przekonać czytelnika, że Hitler wolał stwarzać warunki niż z nich korzystać. Najwyraźniej nie chciał on wygrać tej wojny. Możemy oczywiście przyjąć pogląd, że Hitler był szaleńcem, psychopatą, że był po prostu głupi nie wykorzystując nadzwyczaj korzystnej dla niego sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego. Ja jednak twierdzę, że on w każdej sytuacji zdawał sobie sprawę z tego, co się może stać, gdy wykorzysta te okazje.

Doskonały opis wojny niemiecko-radzieckiej daje Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić. I z niej pochodzą poniższe fragmenty. Powieść jest pisana w formie fabuły i dokumentu. W części dokumentalnej Mackiewicz przytaczał fakty, nie komentował ich. Ocenę i interpretację zostawiał czytelnikom.

»W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny tekst decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.«

Jeśli pod koniec lipca 1941 roku Hitler, mając 350 km do Moskwy i wolną do niej drogę, wstrzymuje ofensywę i wraca na początku października, to jak to należy rozumieć? Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie chciał jej zdobyć i tym samym pokonać Związku Radzieckiego. Mackiewicz tak to wyjaśnia:

„Historia lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać.”

O drugim krytycznym momencie tej wojny, który mógł zadecydować o jej losach Mackiewicz pisze tak:

»Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.«

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

»Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.«

Wygląda więc na to, że Hitler tak zachowywał się, jakby nie chciał wygrać tej wojny, tylko żeby ona trwała. Już w 1940 roku w bitwie pod Dunkierką, gdy zepchnął broniące się wojska francuskie i angielskie prawie do morza, to wstrzymał atak na 48 godzin. To wystarczyło, by wojska te ewakuowały się do Anglii. Jednak wtedy było to wyjątkowe zachowanie i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Bullock nie opisał tak dokładnie jak Mackiewicz tego, co działo się na froncie wschodnim, dlatego wykorzystałem fragmenty jego powieści, by zilustrować dziwne zachowanie Hitlera. Bullock pisał:

„W napiętych stosunkach, które powstały i rozwijały się między Hitlerem a armią po napaści na Związek Radziecki, Hitler, nie generałowie, przeszedł do ataku. Raz po raz zmieniał decyzje najwyższych rangą dowódców, ignorował ich rady, ganił ich za tchórzostwo, zmuszał do spełniania rozkazów, które uważali za niewykonalne, i zwalniał ich ze stanowisk, gdy go zawiedli. Zgodnie z zeznaniem feldmarszałka von Mansteina złożonym w Norymberdze, z siedemnastu feldmarszałków jeden tylko zdołał zatrzymać swoje dowództwo do końca wojny; dziesięciu zostało zdymisjonowanych. Z trzydziestu sześciu generałów-pułkowników zdymisjonowano osiemnastu i jedynie trzech doczekało końca wojny na swoich poprzednich stanowiskach. Manstein przytoczył te dane na dowód opozycji, jaką Wehrmacht stawiał Hitlerowi. Wydają się jednak one świadczyć o czymś przeciwnym: o uległości, z jaką generałowie znosili takie traktowanie, na jakie żaden z poprzednich władców Niemiec nie poważyłby się wobec armii.”

Dziwne tłumaczenie. Hitler był naczelnym wodzem i wszyscy mu podlegali i musieli wykonywać jego rozkazy. Jedyne co mogli zrobić, to odmówić wykonania rozkazu i wtedy byli zwalniani. Hitler miał swoje wojsko – jednostki SS i dywizje Waffen SS. Były więc faktycznie dwie armie. Poprzedni władcy Niemiec mieli jedną armię i to jest różnica.

»Pierwsze półrocze 1944 roku przyniosło Hitlerowi jedynie intensyfikację wszystkich znanych już problemów. W styczniu Rosjanie uwolnili Leningrad od oblegających go wojsk niemieckich; w lutym przekroczyli przedwojenną granicę polską, a w marcu – rumuńską.

W czasie tego półrocza lotnictwo alianckie z monotonną regularnością kontynuowało bombardowania niemieckich miast i linii komunikacyjnych. W marcu Amerykanie dokonali pierwszego dziennego nalotu na Berlin. We Włoszech Kesselring miał trzymać się na linii zimowej, czyli na linii Gustawa, do początków lata, ale w maju został wyparty i zaczął się cofać. Wojska alianckie wkroczyły 4 czerwca do Rzymu, pierwszej zdobytej przez nie stolicy europejskiej.

W dwa dni później Anglicy i Amerykanie rozpoczęli o świcie z dawna oczekiwane lądowanie na zachodzie.

Niemiecki wywiad fatalnie pomylił się w określeniu daty inwazji, w ocenie siły uderzeniowej przeciwnika i w rozpoznaniu miejsca lądowania. Hitler wbrew poglądom Rundstedta i innych generałów, którzy spodziewali się lądowania aliantów bardziej na północ, w Pas-de-Calais, słusznie przypuszczał, że nastąpi ono na wybrzeżu normandzkim. Myślał jednak, tak jak i Rommel, że drugie lądowanie odbędzie się w węższej części kanału, tam gdzie znajdowały się wyrzutnie V-1, a zwodnicze manewry Anglików, przedsięwzięte dla umocnienia Niemców w tym przekonaniu, przyjął za dobrą monetę. W rezultacie znaczne siły niemieckie – 15 armię w składzie piętnastu dywizji – na rozkaz Hitlera skoncentrowano i trzymano w odwodzie na północ od Sekwany, gdy tymczasem rzucenie jej do walk w Normandii mogło przynieść Niemcom znaczne korzyści.

Samo lądowanie, które zaczęło się 6 czerwca o świcie, całkowicie zaskoczyło Niemców. Rommel przebywał w swoim domu w pobliżu Ulm, dokąd wstąpił po drodze, jadąc na konferencję z Hitlerem w Berchtesgaden. Fatalny skutek miało też polecenie Hitlera, żeby wszystkie ważniejsze dyspozycje przedstawiano mu do akceptacji. Wpłynęło to opóźniająco na niemiecką kontrakcję. Tak więc Niemcy nie wykorzystali okazji, jakie im się nadarzały w pierwszych godzinach inwazji. A gdy alianci już się umocnili na przyczółku, Hitler bezustannie wtrącał się w szczegóły dowodzenia, nie pozwalał dowódcom niemieckim działać na własną rękę, wydawał rozkazy nie odpowiadające sytuacji na polu walki i upierał się przy swoim zdaniu, że siły inwazyjne można zepchnąć do morza.«

Tu mamy kolejny przykład tego, że w tej wojnie chodziło chyba o coś innego.

»Pod koniec lipca 1944 roku armia radziecka nacierająca w kierunku na Bałtyk odcięła niemiecką północną grupę armii, zniszczyła środkową grupę armii i doszła do Wisły oraz zepchnęła południową grupę armii (Ukraina) z powrotem do Rumunii. Model, mianowany teraz dowódcą grupy środkowej, i Guderian, nowy szef sztabu armii, tylko z wielkim trudem zdołali powstrzymać natarcie radzieckie. Ale był to tylko chwilowy sukces; armia radziecka miała już za sobą prawie 640 kilometrów przebytych od ostatniego tygodnia czerwca, a na południowym froncie, w Rumunii, ciągle posuwała się naprzód.

Hitler musiał teraz rzucić wszystkie swoje odwody dla utrzymania linii frontu na wschodzie, uparcie jednak odmawiał wycofania wojsk niemieckich z państw nadbałtyckich, gdzie północna grupa armii Schörnera, licząca pięćdziesiąt dywizji, toczyła lokalne boje, które nie miały nic wspólnego z głównymi walkami o dostęp do terenu Niemiec. Hitler ciągle obawiał się, że wycofanie tych sił może wpłynąć na postawę Szwecji (chodziło mu o ogromnie ważną dostawę szwedzkiej rudy) i doprowadzić do utraty ćwiczebnych bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych, w których pokładał wielkie nadzieje. Argumentował, że Schörner wiąże znaczne siły rosyjskie, które mogły być przerzucone na inne, ważniejsze fronty. Ale Rosjanom nie brakowało ludzi, podczas gdy Niemcy odczuwali ich niedostatek. Guderian starał się, jak mógł, przekonać Hitlera, lecz nic nie wskórał. Po dotkliwej letniej porażce na wschodzie Hitler de facto wciąż próbował znacznie słabszymi siłami utrzymać dłuższy front niż ten, który Rosjanie już przełamali. On, który kiedyś głosił, że o zwycięstwie decyduje ruch, teraz odrzucał każdą sugestię ruchomej obrony na rzecz jak największego jej usztywnienia.«

Jak czytam, jak Bullock tłumaczy postawę Hitlera, to się zastanawiam, czy on tak na poważnie? A uchodzi on za jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków. Pisze, że Hitler nie chciał przerzucić wojsk z frontu północnego na środkowy, bo się obawiał, że Szwecja przestanie dostarczać rudę żelaza. A niby czemu miałaby przestać? Była krajem neutralnym i handlowała z każdym, kto płacił. I jeszcze ta utrata bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych. Taka bzdura! Niemcy walczą na lądzie o przetrwanie i od tej walki zależy wszystko i tu potrzebne są czołgi, a on pisze, że nowe okręty podwodne, w których Hitler pokładał wielkie nadzieje. I co? Te okręty podwodne miałyby wyjść na ląd i walczyć z Rosjanami? A na zachodzie walki też toczyły się na lądzie. Takie bzdury wypisuje jeden z najwybitniejszych angielskich historyków. Przecież to woła o pomstę do nieba! Ale to tylko świadczy o tym, że świat nie od dziś jest taki pokręcony. Niecenzuralne słowa cisną się na usta, gdy czyta się coś takiego.

„Na początku września 1944 roku siły zbrojne Niemiec liczyły na papierze ponad 10 000 000 ludzi, z których 7 500 000 służyło w szeregach armii regularnej i Waffen SS. Te znaczne jeszcze siły Hitler rozproszył na połowie europejskiego kontynentu; trzymał je na straconych już pozycjach, w państwach nadbałtyckich, na Bałkanach i w Norwegii, zamiast skoncentrować i użyć do obrony Rzeszy. Nie chciał przyznać, że sytuacja jest rozpaczliwa, lub też rezygnować z nadziei na odmianę losu wywołaną jakimś dramatycznym wydarzeniem. Tak więc zachodnią Holandię należało trzymać, aby z wyrzutni V-2 bombardować Londyn; Węgry i Chorwację – dla boksytu niezbędnego do produkcji samolotów odrzutowych; państwa nadbałtyckie – bo tam były tereny ćwiczebne dla okrętów podwodnych; Norwegię – z powodu baz morskich dla nowych okrętów podwodnych, po których wiele się spodziewał.”

»Przed laty Herman Rausching, nazywając nazizm chorobą świętego Wita XX wieku, uznał za zasadniczy jego składnik nihilizm. Ze swoich rozmów z Hitlerem w latach 1932-34 przytoczył wiele jego uwag, zdradzających namiętną pasję niszczenia, która w okresie sukcesów była tylko maskowana.

W rozmowach z Rauschingiem Hitler często upajał się perspektywą ruchu rewolucyjnego, który niszczy cały europejski porządek społeczny. Po rozprawie z Röhmem w 1934 roku miał powiedzieć: „Zewnętrznie zakończyłem rewolucję, ale wewnętrznie trwa ona nadal, w miarę jak nagromadza się w nas nienawiść, i myślę o dniu, w którym zdejmiemy maskę i ukażemy się takimi, jakimi jesteśmy i na zawsze pozostaniemy.”

Jeszcze wcześniej, w 1934 roku, na pytanie Rauschinga, co się stanie, jeżeli Wielka Brytania, Francja i Rosja sprzymierzą się przeciwko Niemcom, Hitler odpowiedział:

To będzie koniec. Ale nawet jeżeli nie uda nam się ich zawojować, pociągniemy za sobą w przepaść połowę świata i nie pozwolimy nikomu zatriumfować nad Niemcami. Nie będzie drugiego roku 1918. Nie poddamy się.

Teraz Hitler doszedł do takiego stanu ducha, że postanowił dotrzymać tej obietnicy. Goebbels podzielał jego nastrój, a z propagandy nazistowskiej w końcowym okresie wojny coraz wyraźniej przebija nuta głębokiego zadowolenia ze skali zniszczeń, jakimi zakończy się wojna w Europie. Ale postanowienie Hitlera, że pociągnie za sobą w przepaść całą Europe, nie ograniczało się jedynie do propagandy. Najdobitniej wyraziło się ono w uporze, z jakim prowadził wojnę aż do samego końca, i w jego żądaniu stosowania w Niemczech polityki „spalonej ziemi”. Speer (minister uzbrojenia i produkcji wojennej – przyp. mój) robił, co mógł, aby odwieść go od tego, argumentując, że naród niemiecki musi przecież nadal żyć, nawet jeżeli reżim upadnie. 15 marca złożył Hitlerowi memoriał, w którym wyłuszczył swój pogląd. Za cztery do ośmiu tygodni – pisał – musi nastąpić ostateczne załamanie się Rzeszy. Polityka niszczenia resztek niemieckiej gospodarki po to, aby nie dostały się w ręce wroga, nie może zaważyć na wyniku wojny. Zasadniczym obowiązkiem osób rządzących Niemcami – bez oglądania się na własny los – powinno być zapewnienie narodowi niemieckiemu takich warunków, aby mógł sobie odbudować życie.

Hitler był nieugięty. 19 marca wydał kategoryczny i szczegółowy rozkaz niszczenia wszystkich środków i urządzeń komunikacyjnych, taboru kolejowego, mostów, zapór wodnych, fabryk i składów na drodze wroga. Wezwał Speera i powiedział mu:

Jeżeli przegramy wojnę, naród musi zginąć. Przeznaczenia nie da się uniknąć. Nie ma się co zastanawiać nad podstawami najbardziej prymitywnej egzystencji. Przeciwnie, lepiej zniszczyć nawet te podstawy, i to zniszczyć własnymi rękami. Naród okazał się słaby, a przyszłość należy do silniejszego wschodniego narodu. Poza tym ci, którzy pozostaną po wojnie, przedstawiają małą wartość; wartościowi bowiem wyginęli.

Od tej polityki Hitler nie odstąpił. Bezsensowne rozkazy niszczenia wszystkiego i rozstrzeliwania tych, którzy nie stosują się do jego poleceń, przyniosły mu pewną ulgę we wściekłej pasji, jaka go ogarniała, i tylko poświęceniu Speera mogą Niemcy zawdzięczać, że te rozkazy nie zostały w pełni wykonane. Ale, jak zauważa generał Halder, ów nastrój Hitlera wynikał z czegoś więcej niż z bezsilnego gniewu.

Nawet gdy był u szczytu władzy, Niemcy dla niego nie istniały, nie było wojsk niemieckich, za które czułby się odpowiedzialny. Istniała dla niego – początkowo podświadomie, a w ostatnich latach życia w pełni świadoma – tylko jedna wielkość, wielkość, która przenikała jego życie i której jego zły geniusz poświęcił wszystko – własne Ego.«

Wybrałem parę cytatów z Bullocka i Mackiewicza, by pokazać dziwne zachowanie Hitlera. Było ich więcej, ale nie o to chodzi, by wszystkie je przywoływać. Te są tak ciężkiego kalibru, że skłaniają do zastanowienia się, po co były te wszystkie wojny. Wojna secesyjna, sztucznie wywołana, służyła podporządkowaniu Ameryki londyńskiej finansjerze. I wojna światowa zniszczyła naród francuski, a może tylko dokończyła dzieło rewolucji francuskiej. Rewolucja październikowa zapoczątkowała niszczenie narodu rosyjskiego, II wojna światowa zniszczyła naród niemiecki i dokończyła niszczenie narodu rosyjskiego. Tak więc trzy największe narody europejskie straciły swoje siły witalne i możliwość wpływania na losy świata. W wyniku tych wojen i rewolucji październikowej Europa stała się ruiną. I o to w tych wojnach chodziło. Efektem wojny secesyjnej było to, że nie powstało potężne, niezależne państwo, stanowiące przeciwwagę dla międzynarodowej finansjery.

Skąd u Hitlera tyle nienawiści i skłonności do niszczenia wszystkiego? Celem jego wojny było wyniszczenie narodów i spowodowanie jak największych strat materialnych. Czyżby nie czytał klasyka, wedle którego celem wojny jest pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli – a więc nie unicestwienie go. Czyżby Hitler należał do innej cywilizacji? Czyżby należał do narodu, który nienawidzi wszystkich innych narodów? Jego zachowanie i postępowanie sugeruje, że tak!

Bullock dobrze opisał Hitlera i udostępnił czytelnikowi wiele faktów, ale ich interpretacje i oceny są dziwne, przynajmniej w moim odczuciu. Zapewne tak musiał zrobić, jeśli chciał, by jego praca ukazała się. Oficjalnie ma być tak, że Hitler był jakimś szaleńcem, niezrównoważonym emocjonalnie osobnikiem, psychopatą, czy może jeszcze kimś innym. Innymi słowy – wszystkim, tylko nie tym, kim prawdopodobnie był – wykreowanym przez naród wybrany i później nadal kierowanym przez kogoś, kto pozostawał w ukryciu. To jest najprostsze wytłumaczenie, ale zgodne z zasadą brzytwy Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów niż jest to absolutnie konieczne. Przekładając to na język potoczny, oznacza to, że najprostsze wytłumaczenia są najbliższe prawdy. A idąc dalej, należałoby stwierdzić, że wszelkie zawiłe tłumaczenia służą tylko jej ukryciu.

Wojna secesyjna

Wojna secesyjna w Ameryce jest, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w nowożytnej historii świata. Ważniejszym niż rewolucja francuska, październikowa i obie wojny światowe. Wmawia się nam, że była to walka pomiędzy Północą i Południem o zniesienie niewolnictwa w południowych stanach. Czy rzeczywiście był to prawdziwy powód? To był dobry pretekst, by odwrócić uwagę od istoty sporu. Walka toczyła się o to, kto będzie miał prawo emitowania pieniądza, choć zapewne mało kto zdawał sobie z tego sprawę.

To była walka zakulisowa, rozgrywająca się na samych szczytach władzy. Tam decydowały się losy Ameryki i w konsekwencji świata. Dlatego skupiam się na ukazaniu mechanizmu, jak to działało w rzeczywistości, a nie na oficjalnych przekazach i oficjalnej interpretacji. To można znaleźć w Wikipedii i innych źródłach, choć nie ukrywam, że i z faktów przytoczonych przez Wikipedię, też można coś wywnioskować.

Z tym niewolnictwem jest jednak pewien problem i, żeby to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Wikipedia tak to opisuje:

Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało zapoczątkowane na kontynencie północnoamerykańskim w początkach XVII wieku i trwało prawnie i obyczajowo aż do konstytucyjnego zniesienia niewolnictwa 6 grudnia 1865 roku. Niewolnictwo istniało we wszystkich koloniach angielskich aż do amerykańskiej wojny o niepodległość, po czym 13 stanów przejęło instytucję niewolnictwa i pracy przymusowej, a następnie rozszerzały niewolnictwo na przybywające terytoria i nowe stany.

Delaware już w pierwszej swojej konstytucji z 1776 zakazało importu i sprzedaży niewolników na terenie stanu, w 1783 niewolnictwo zlikwidowano w Massachusetts. W Pensylwanii dzieci niewolników miały uzyskać wolność po ukończeniu 28. roku życia, podobnie w Connecticut i Rhode Island. W Nowym Jorku niewolników uwolniono w 1785, a w 1786 w New Jersey. Zakaz niewolnictwa w terytoriach federalnych na północ od rzeki Ohio uchwalił Kongres w 1787. W stanach południowych niewolnictwo funkcjonowało do zakończenia wojny secesyjnej w 1865 i wejścia w życie 13. poprawki konstytucji.

Niewolnictwo utrzymało się w stanach południowych, mimo iż pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa. Dotychczasowa gospodarka Południa opierająca się na eksporcie tytoniu, indygo i ryżu, stawała się coraz mniej opłacalna. Zaczęło brakować pracy dla niewolników, a ich ceny spadały. Jednak na Południu bano się skutków uwolnienia niewolników”

Z tego opisu wynika, że po uzyskaniu niepodległości świadomie dążono do stworzenia sztucznego podziału na stany niewolnicze i wolne od niewolnictwa. Co więcej, przy przyłączaniu nowych terytoriów dbano o zachowanie równowagi: jeden stan niewolniczy, drugi – nie. Jakby tego było mało, to Wikipedia pisze, że pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa, czyli że podtrzymywano je sztucznie. Ktoś jednak decydował o tym, że tak miało być, że w zasadzie mają być dwa państwa o zbliżonym potencjale. Tylko w takim wypadku wojna mogła być długa i wyczerpująca.

Poniżej wybrałem parę fragmentów z Wikipedii, w których jest mowa o przyczynach konfliktu. Ona opisuje bardzo szczegółowo genezę i przebieg wojny, ale próżno szukać tam prawdziwego jej powodu. Podane są różne jej przyczyny, tak że w końcu, to już sami nie wiemy, co było źródłem sporu.

»Wojna secesyjna – wojna, która toczyła się w latach 1861–1865 w Stanach Zjednoczonych Ameryki, pomiędzy stanami wchodzącymi w skład Stanów Zjednoczonych (tzw. Unią lub „Północą”) i Skonfederowanymi Stanami Ameryki (tzw. Konfederacją lub „Południem”), które wystąpiły z Unii.

Nazwa „wojna secesyjna” pochodzi od secesji (odłączenia się) stanów skonfederowanych od Unii. Powszechną nazwą, stosowaną zwłaszcza w USA, jest także „amerykańska wojna domowa” (ang. American Civil War). Znana jest także jako „wojna pomiędzy stanami” i „wojna o niepodległość Południa”. Zapoczątkowało ją ostrzelanie Fortu Sumter w zatoce Charleston w Karolinie Południowej przez konfederatów 12 kwietnia 1861. Trwała do 26 maja 1865, kiedy poddały się ostatnie zorganizowane ośrodki oporu konfederatów (gdzieniegdzie walki trwały jeszcze do czerwca). W wyniku wojny śmierć poniosło 620 tysięcy ludzi, zniszczono mienie o wartości 5 mld dolarów, wolność uzyskało 4 miliony niewolników. (W tamtym czasie Ameryka liczyła pond 30 mln mieszkańców – przyp. mój.)

Większość historyków amerykańskich uznaje spór o niewolnictwo za główną przyczynę wybuchu wojny secesyjnej. Przeciwne zdanie wyraża jedynie niewielka mniejszość negacjonistów historycznych, mała część historyków amerykańskich oraz część opinii publicznej.

Na krótko przed wybuchem wojny rozgorzała zażarta debata pomiędzy Północą a Południem, czy należy zezwolić na niewolnictwo w tworzonych stanach i terytoriach, które zdobyto po wojnie amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848). Były to m.in. Kalifornia, Teksas i Utah. Przeciwnicy niewolnictwa obawiali się jego ekspansji na nowe tereny oraz tego, że praca najemna (w uprzemysłowionych północnych stanach) będzie musiała konkurować z tańszym niewolnictwem. Rozwiązaniem tego problemu był tzw. „kompromis Missouri” z 1820. Polegał on na tym, że do Unii włączono Maine jako stan bez niewolnictwa i Missouri jako stan „niewolniczy”, zachowując tym samym równowagę pomiędzy stanami bez niewolnictwa i stanami niewolniczymi. Ponadto niewolnictwo miało być zakazane na części terytorium Luizjany. Wytyczono też linię, którą stanowił równoleżnik 36°30′ będący południową granicą Missouri. Na północ od tej linii niewolnictwo miało być zakazane z wyjątkiem właśnie Missouri.

Północ, choć była zdecydowanie lepiej rozwinięta gospodarczo, niż południe, odstawała jednak pod tym względem od Europy. Stąd wprowadzano cła zaporowe, aby chronić swój rozwijający się przemysł przed konkurencją lepszych i tańszych wyrobów europejskich. Wprowadzane w odwecie przez kraje europejskie cła uderzały w gospodarkę południa, uzależnioną od eksportu bawełny. Ponadto polityka celna Waszyngtonu uniemożliwiała południu import towarów przemysłowych. Nieprzypadkowo więc w konstytucji konfederackiej zapisane zostały sprawy ceł, co było ewenementem na skalę światową.

Konflikt o cła nie był jednak sam w sobie przyczyną wojny. Miał on miejsce głównie w latach 1830. Bezpośrednio przed elekcją Lincolna władzę sprawował prezydent Franklin Pierce, reprezentujący południowych Demokratów. Pierce znacząco obniżył cła, co w dużym stopniu przyczyniło się do wywołania ogólnokrajowego kryzysu gospodarczego w 1857 r. i wzrostu popularności Republikanów. W okresie poprzedzającym wybuch wojny kwestie ceł nie były praktycznie poruszane, natomiast temat niewolnictwa dominował w wystąpieniach i debatach publicznych, oraz w stanowych deklaracjach secesji.

Ogólne rozbieżności gospodarcze pomiędzy Północą a Południem również nie są uważane za wiodącą przyczynę wybuchu wojny. Słowami historyka Kennetha Stamppa: „Aktualnie, większość historyków nie dostrzega przekonujących przyczyn, dla których różnice gospodarcze między Północą a Południem miałyby prowadzić aż do podziału i wojny domowej; wprost przeciwnie, zauważa się, że oba regiony, ze względu na ich uzupełniający się charakter, powinny były raczej uważać wzajemny związek za mimo wszystko obustronnie korzystny”.

Północ uważała, że potrzebuje silnego i scentralizowanego rządu, aby rozwijać infrastrukturę, chronić handel i swoje interesy handlowe. Południe natomiast było mniej zależne niż reszta kraju od rządu federalnego i dlatego południowcy nie czuli potrzeby jego wzmacniania. Ponadto obawiali się, że rząd federalny z silnymi uprawnieniami będzie ingerował bardziej w sprawy stanowe.

Możność dowolnego interpretowania jedności Unii wynikała bezpośrednio z tekstu konstytucji, według której Unia była dobrowolnym związkiem państw, dotychczas suwerennych. Warunkiem należenia do niej było jednak uznanie, że suwerenność spoczywa w całym narodzie amerykańskim, działającym bezpośrednio, a nie poprzez stany. Ten paradoks prawny był – aż po lata sześćdziesiąte XIX wieku – źródłem sporów interpretacyjnych. Stanowił kompromisowy zapis, zachowujący federacyjną budowę USA, ale odmawiający częściom składowym prawa zerwania raz zawartej unii bez zgody całego narodu. W tym sensie rację miały zarówno stany południa, występujące z Unii, jak i władze tejże Unii, odmawiając im prawa do secesji.

W 1832 konwencja Karoliny Południowej „anulowała” taryfy celne wprowadzone przez administrację Andrew Jacksona oświadczając, że jeśli Waszyngton będzie próbował wprowadzić taryfy siłą, to wówczas stan ogłosi secesję. Kongres uchwalił „Force Bill” (2 marca 1833) upoważniający prezydenta do zaprowadzenia porządku przy użyciu siły zbrojnej. Pozbawiona poparcia ze strony innych stanów Karolina Południowa postanowiła „powrócić” do Unii, legislatura stanowa „anulowała” krwawe prawo („Bloody Bill”), jak nazwano w Karolinie postanowienia Kongresu o egzekwowaniu prawa siłą. 1 maja 1833 prezydent Jackson napisał: cła były tylko pretekstem, lecz wystąpienie z Unii i Konfederacja Południa są prawdziwym celem, następnym razem będzie to sprawa Murzynów albo niewolnictwa.

Podczas kampanii prezydenckiej roku 1860 wielu polityków z południa groziło, że jeżeli Lincoln zostanie wybrany na prezydenta, ich stany wystąpią z Unii. Lincoln był uważany przez nich za wielkiego przeciwnika niewolnictwa, chociaż w rzeczywistości do tej pory nie wypowiadał się za jego zniesieniem. Tylko nieliczne osoby z północy wierzyły w te groźby. Miesiąc przed wyborami gubernator Karoliny Południowej napisał do tzw. „stanów bawełnianych” z wyjątkiem Teksasu, że jego stan wystąpi z Unii w wypadku, gdyby Lincoln rzeczywiście został wybrany, i zwrócił się do nich z zapytaniem, jaka będzie ich reakcja na taki obrót sprawy.

Jak tylko okazało się, że Lincoln na pewno wygrał wybory, władze ustawodawcze Karoliny Południowej zwołały specjalne zebranie. Odbyło się ono 17 grudnia 1860 roku w Charleston. Trzy dni później konwencja jednogłośnie uchwaliła, że unia pomiędzy Karoliną Południową a Stanami Zjednoczonymi przestaje istnieć. Podobne konwencje odbyły się w innych stanach południa na początku roku 1861 i one również zaowocowały uchwałami o zniesieniu unii pomiędzy ich stanami. Były to: Missisipi (9 stycznia); Floryda (10 stycznia); Alabama (11 stycznia); Georgia (19 stycznia); Luizjana (26 stycznia) i Teksas (1 lutego).

W kwietniu Lincoln wezwał stany do powołania milicji lokalnych w celu stłumienia secesji. Stany graniczne, które wahały się, czy należy pozostać w Unii, czy też z niej wystąpić, odmówiły wykonania poleceń rządu federalnego i przyłączyły się do stanów, które już dokonały secesji. Były to Wirginia (17 kwietnia), Arkansas(6 maja), Karolina Północna (20 maja) i Tennessee (8 czerwca).

4 lutego 1861 delegaci pierwszych 6 stanów, które wystąpiły z Unii, spotkali się w miejscowości Montgomery w Alabamie, aby utworzyć tymczasowy rząd dla odłączonych od Unii terytoriów. Cztery dni później uchwalona została Konstytucja Skonfederowanych Stanów Ameryki, która w większości była oparta na dotychczasowej ustawie zasadniczej z 17 września 1787, ze zmianami wynikającymi głównie z zaznaczenia nienaruszalności niewolnictwa. 9 lutego Tymczasowy Kongres Konfederacji wybrał Jeffersona Davisa z Missisipi na tymczasowego prezydenta i Aleksandra H. Stephensa na tymczasowego wiceprezydenta. Mieli oni piastować swoje funkcje do lutego 1862. W listopadzie 1862 odbyły się wybory prezydenckie CSA. Obaj wygrali je i mieli rządzić sześć lat bez możliwości ubiegania się na drugą kadencję. Kiedy także Wirginia wystąpiła z Unii, stolicą Konfederacji stało się leżące tam miasto Richmond.«

Właściwie to trudno zrozumieć, o co tu chodzi. Wikipedia pisze, że większość amerykańskich historyków uważa, że prawdziwym powodem sporu było niewolnictwo, a tylko mała grupa negacjonistów ma odmienne zdanie, ale nie pisze jakie ono jest. Innym powodem miałyby być różnice w rozwoju gospodarczym, ale w innym miejscu przytacza historyka, który twierdzi, że różnice w rozwoju raczej sprzyjają współpracy. Jeszcze w innym miejscu jest mowa o cłach, które bezpośrednio przed wybuchem wojny zostają zniesione. Ważnym powodem miałby być wybór Lincolna na prezydenta. Według południowców był on przeciwnikiem niewolnictwa. W sumie jeden wielki mętlik w głowie. Wszystko jest tak podane, by nic nie zrozumieć. Jednak i z tego chaosu wyłania się pewien porządek. Tak jakby ktoś to zaplanował. Zaplanował, że tyle i tyle stanów ma wyjść z Unii. I jakoś tak dziwnie się składało, że była to połowa stanów. Zadziwiająca równowaga.

Problem zaczął się jeszcze w trakcie wojny o niepodległość. Louis Even, Michael nr 16, luty 2015 tak pisze:

„Podczas Wojny o Niezależność buntujące się kolonie wyemitowały pieniądze narodowe. Europejska finansjera, kreatorzy i wierzyciele pieniężnego długu, którzy już wtedy rządzili światem, nie mogli znieść takiego zuchwalstwa. Zdusili oni wartość amerykańskiej waluty. Użyli całej swojej potęgi i koneksji, aby odzyskać to, co tracili w Ameryce.”

Odzyskać to, co stracili w Ameryce. Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Wielu ojców założycieli zdecydowanie sprzeciwiało się koncepcji utworzenia banku centralnego, gdyż władze brytyjskie dążyły, aby amerykańskie kolonie znalazły się pod kontrolą Banku Anglii.

Robert Morris, były członek rządu, w 1781 roku założył pierwszy bank centralny w Stanach Zjednoczonych. Uważa się go za ojca amerykańskiego systemu kredytowego. Założony przez niego Bank Ameryki Północnej (Bank of North America) był wzorowany na Banku Anglii. Wykorzystując system rezerw cząstkowych, mógł wytwarzać tyle pieniędzy, ile ich potrzebowano. Co ciekawe, zabezpieczeniem tego banku była wielka ilość złota pożyczona Stanom Zjednoczonym przez Francję. Morris sprytnie wybrał nazwę dla swego banku. Amerykanie bowiem myśleli, że mają do czynienia z bankiem państwowym, ale było to monopolistyczne przedsięwzięcie prywatne z wyłącznym prawem tworzenia pieniądza.

Dziesięć lat później, po wypracowaniu kompromisu z prawodawcami z Południa, nazwę banku zmieniono. Stał się Pierwszym Bankiem Stanów Zjednoczonych (First Bank of the United States). Działał w latach 1791-1811. Kilku ojców założycieli występowało przeciwko temu bankowi. W przekonaniu Thomasa Jeffersona służył spekulacji, manipulacji i działaniom korupcyjnym. W 1811 roku wygasł mandat banku i nie został odnowiony przez Kongres. W roku 1816 rząd zatwierdził ustanowienie Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych (Second Bank of the United States). Jego statusu nie przedłużono w 1836 roku, a stało się to po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli, co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. W latach 1837-1862 istniały jedynie banki zatwierdzone decyzjami władz stanowych. W tej erze wolnej bankowości wiele banków działało bardzo krótko – średnio pięć lat.

Amerykanie byli przeciwni koncepcji banku centralnego w prywatnych rękach, gdyż uważali, że kryzysy z lat 1873, 1893 oraz 1907 zostały wywołane przez metody działania, które stosowali międzynarodowi bankowcy. Obawiali się również, że dojdzie do nadmiernego skupienia władzy na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz wiemy, że niestety mieli słuszność.”

Wdać więc u Żydów wielką determinację i konsekwencję w dążeniu do realizacji swoich celów, tj. do utworzenia banku centralnego. Louis Even pisze:

»Stany Zjednoczone przeżywały wojnę domową, wojnę secesyjną. Cierpienia ludzi w żaden sposób nie wzruszyły międzynarodowej finansjery, która sama postanowiła trzy lata wcześniej, żeby sprowokować wojnę dla osłabienia USA, co bardziej wzmocniłoby jej monopol. Tymczasem w samym sercu wojny przywódca kraju, którego chcieli trzymać pod swoim butem, odważył się przeciwstawić ich władzy. Odważnym i uczciwym wysiłkom Lincolna trzeba było przeciwstawić kampanię, która wpłynęłaby na liderów amerykańskich kręgów finansowych i otoczenie prezydenta.

Niesławny okólnik z 1862 r. podpisany przez Hazzard, międzynarodową grupę z Londynu, sprzyjał zniesieniu niewolnictwa ludzi tylko po to, żeby zastąpić je bardziej subtelną formą niewolnictwa. Zauważmy przy tym, że okólnik, aprobujący zniesienie niewolnictwa pochodził z grupy londyńskiej i był zgodny z decyzją międzynarodowej finansjery, która postanowiła, iż grupa ta będzie wspierać finansowo Północ Stanów Zjednoczonych, podczas gdy grupa paryska będzie wspierać finansowo Południe, czyniąc wojnę wystarczająco długą, żeby osłabić naród amerykański i zakuć go w kajdanki.

Okólnik Hazzard (The Hazzard Circular) został zatem skierowany do wszystkich bankierów Ameryki, każdego senatora i każdego członka Kongresu:

Niewolnictwo możliwe będzie do zniesienia dzięki wojnie. Moi przyjaciele w Europie i ja wspieramy osiągnięcie tego, ponieważ niewolnictwo jest tylko posiadaniem pracy i pociąga za sobą obowiązek wyżywienia i utrzymania swoich niewolników przez właściciela, aby cieszyć się ich pracą. Natomiast na poziomie europejskim, na czele z Anglią, to kapitał (pieniądze kredytodawcy) kontroluje pracę poprzez kontrolę płac”. (Są to mniej więcej pieniądze w obiegu, które ostatecznie określają poziom płac.)

„Jest to osiągnięte przez kontrolę pieniędzy. Kredytodawcy widzą, że wojna powoduje duże zadłużenie, które będzie kontrolować ilość pieniędzy. Do tego konieczne jest, żeby obligacje były nisko oprocentowane w banku. Oczekujemy teraz, że sekretarz skarbu przedstawi taką rekomendację w Kongresie.

Nie można pozwolić na tak długą cyrkulację waluty krajowej (greenbacks – zielonych dolarów), ponieważ nie możemy kontrolować tej waluty. Ale możemy kontrolować obligacje, a przez nie emisje bankowe”.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

„Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

Dziesięć lat później Ameryka ucierpiała z powodu przemiany osobistego niewolnictwa wynikającego z dyktatury finansowej, a Horace Greeley mógł napisać w 1872 r.:

„Zrywamy więzy czterech milionów ludzi i stawiamy wszystkich pracowników na tym samym poziomie nie tak bardzo przez wywyższenie dawnych niewolników, ale przez znaczne zmniejszenie całej siły roboczej, białej i czarnej, w stanie niewolnictwa. Kiedy przechwalamy się naszymi szlachetnymi czynami, starannie ukrywamy ropiejące rany społeczne. Przez nasz rażąco niesprawiedliwy system monetarny znacjonalizowaliśmy system ucisku, który choć jest bardziej udoskonalony, jest niemniej okrutny niż stare niewolnictwo”.

Mąż stanu swoich czasów, niemiecki kanclerz Bismarck, był dobrze umieszczony i poinformowany, żeby lepiej rozumieć to, co się dzieje, niż wielu innych. To, co ujawnił Niemcowi Konradowi Siemowi w 1876 r. rzuca światło na wydarzenia, do których już nawiązywaliśmy.

„Podział Stanów Zjednoczonych na federacje o równej sile został zdecydowany na długo przed wojną domową przez wysokie władze finansowe Europy. Bankierzy ci obawiali się, że naród amerykański, stanowiący zjednoczony i solidny blok, obali ich finansową dominację nad światem. Przeważył głos Rothschildów. Przewidzieli oni ogromne korzyści, gdyby mogli zastąpić dwiema słabymi demokracjami, zadłużonymi u finansjery, mocną republikę, która była praktycznie samowystarczalna. Wysłali oni swoich emisariuszy, by wykorzystali kwestię niewolnictwa i zamiast doprowadzić do porozumienia, wykopali przepaść między dwiema częściami republiki. Lincoln nie podejrzewał takich podziemnych machinacji. Był on przeciwny niewolnictwu i jako taki został wybrany. Jego charakter zapobiegł temu, by stał się on człowiekiem jakiegoś stronnictwa. Gdy wziął dobrze sprawy w swoje ręce, zobaczył, że ci finansowi szkodnicy Europy chcieli uczynić go wykonawcą swoich planów. Dokonali oni wiszącego w powietrzu rozłamu między Północą i Południem, a potem wykonali wybuch. Osobowość Lincolna zaskoczyła ich. Jego kandydatura nie wywierała wrażenia. Myśleli, że mogą łatwo oszukać prostego drwala. Ale Lincoln odczytał ich plan i zorientował się, że głównym wrogiem nie było Południe, lecz finansjera”.

Wypowiedź Bismarcka wspomina Rothschild. Ten żydowski dom przyczynia się do ustanowienia w świecie systemu monetarnego o filozofii idealnie żydowskiej, doświadczanej przez całą ludzkość. Obsypany dzisiaj tytułami działa znacznie spokojniej, ale nie mniej skutecznie, współpracując z innymi osobami o wspólnym pochodzeniu – rasowym czy duchowym. W czasie, o którym mowa znajdował się on na czele, próbując dostać w swoje ręce Amerykę, której nie odkrył, ani nie karczował.

Poniższy dokument ujawnia mentalność władców pieniądza. Pokazuje również jak bardzo mylą się ci, którzy śpią, gdy wilki krążą lub hipnotyzują nas wspaniałymi mistrzami „zdrowego pieniądza”. Czy więc w tym czasie coś mogło oświecić ludzi? Dlaczego Lincoln walczył samotnie, nierozumiany, słabo wspierany przez swój Kongres?

W liście z nagłówkiem: Bracia Rothschild, Bankierzy, Londyn, Anglia, z datą 25 czerwca 1863 r., adresowanym do panów Ikelheimera, Mortona i Vandergoulda, 3 Wall Street, New york, U.S.A., czytamy:

„Drodzy Panowie:

Pan John Sherman napisał do nas z miasta w stanie Ohio w sprawie profitów, jakie można osiągnąć w dziedzinie narodowej bankowości w związku z ostatnią ustawą waszego Kongresu. Załączył do swojego listu kopię tej Ustawy. Najwyraźniej Ustawa ta została zredagowana na podstawie planu sformułowanego przez Brytyjskie Stowarzyszenie Bankierów i przez to stowarzyszenie rekomendowanego naszym amerykańskim przyjaciołom, planu, który, jeżeli zostanie wprowadzony w życie jako prawo, okaże się wysoce korzystny dla środowiska bankowego na całym świecie.

Pan Sherman oświadcza, że kapitaliści nigdy nie posiadali takiej okazji do gromadzenia pieniędzy, jaką przynosi ta ustawa. Daje ona Narodowemu Bankowi prawie całkowitą kontrolę narodowych finansów. Niewiele osób, które rozumieją system, pisze on, będzie albo tak zainteresowanych zyskami osiąganymi dzięki niemu, albo tak zależnych od korzyści, jakie on przynosi, że ze strony tej klasy nie będzie żadnej opozycji, kiedy z drugiej strony, ogromna większość ludzi, niezdolna umysłowo pojąć olbrzymich korzyści, jakie kapitał czerpie z tego systemu, będzie dźwigała swój ciężar bez narzekania i być może nawet nie podejrzewając, że system jest szkodliwy w stosunku do ich interesów.

Prosimy o przekazanie waszych uwag na powyższe informacje. Decydujemy się także otworzyć Narodowy Bank w Nowym Jorku. Jeśli znacie Pana Shermana (mówimy, że to on był sponsorem prawa), będziemy zadowoleni z informacji na jego temat. Jeśli będziemy korzystać z informacji, które nam przekazał, uczynimy oczywiście należną rekompensatę.

Czekamy na odpowiedź, Wasi pełni szacunku słudzy BRACIA ROTHSCHILDOWIE”

Prosimy naszych Czytelników, aby uważnie zastanowili się nad tym dokumentem. Można tu zauważyć co najmniej to, że amerykańska ustawa bankowa z 1862 r. była projektem rozwiniętym po tym, co zostało opracowane w Londynie, że ustawa ta została przygotowana dla korzyści braterstwa bankierów na całym świecie (plaga Amerykanów!); że Amerykanin – osoba publiczna – kongresman, kandydat reprezentujący najwyższą liczbę obywateli, współdziałał z Rothschildami z Londynu dla korzyści bankierów; że nawet osoba publiczna (Sherman) podzieliła Amerykanów na trzy klasy, wszystkie łatwe do utrzymania na kolanach: zainteresowanych, dążących do korzyści finansowych i nieświadomy tłum. Ten ostatni przyjmuje wszystko „bez narzekania”, nie podejrzewając nawet, że stanowi ofiarę. Oczywiście indywiduum takie jak Sherman jest człowiekiem rosnącym w siłę i wynagradzanym.«

Ta ustawa bankowa z 1862 roku powodowała, że prywatny bank kontrolował finanse narodowe. To potężna siła. A w jaki sposób okradano Amerykanów? Louis Even tak pisze:

»Złoto i srebro były przez długi czas metalami wykorzystywanymi jednocześnie do wytwarzania monet. W 1818 r. Anglia zdemonetyzowała srebro. Potem, kiedy posiadła kontrolę złota, ale inne kraje eksploatowały srebro, finansjera włożyła wszelki wysiłek, żeby zdemonetyzować srebro wszędzie i ustanowić wyłączne panowanie złota. W 1873 r. zaatakowana została waluta amerykańska. Mówiono nam często, że złoto jest, zgodnie z tradycją, jedyną realną walutą. Od 1789 do 1873 r. oba metale miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 r. Dla tradycji!

Ernest Seyd, jako agent międzynarodowej finansjery, pomagał przy ustanowieniu prawa o demonetyzacji srebra w Stanach Zjednoczonych i większym podporządkowaniu Ameryki władzy finansowego Rzymu świata (londyńskiej City). Seyd był doradcą Banku Anglii, jak sam mówił. Oto jak opisuje to, co robił w 1873 r.: Pojechałem do Ameryki (mówi to w Londynie) w zimie 1872-1873 r. próbując przeprowadzić prawo demonetyzacji pieniędzy, ponieważ było to w interesie tych, których reprezentowałem: gubernatorów i dyrektorów Banku Anglii. Miałem ze sobą 100 tysięcy funtów (500 tysięcy dolarów) wraz z instrukcją, że jeśli to nie wystarczy, mogę wypisać następne 100 tysięcy albo nawet więcej. Niemieccy bankierzy byli także zainteresowani moim sukcesem. Spotkałem się z komisjami Kongresu i Senatu. Zapłaciłem pieniądze i zostałem w Ameryce tak długo, jak to było konieczne. Zabrałem ze sobą wystarczającą ilość pieniędzy.

Ustawa została podpisana na początku 1873 r. przez prezydenta Granta, który wyznał osiem miesięcy później, że nie rozumiał podpisywanego przez siebie tekstu. Kilku członków Kongresu pozostawiło pisemne oświadczenia, przyznając się do takiej samej niewiedzy. Seyd wiedział dobrze i rok później powiedział do senatora Luckenbacha: „Wasze społeczeństwo nie rozumie teraz ogromnego zakresu tego kroku, ale poczuje go ono za kilka lat”.

Raport Kongresu z kwietnia 1873 r. mówi o Seydzie jako o dobroczyńcy: Ernest Seyd z Londynu, wybitny pisarz i ekspert w dziedzinie pieniędzy, przebywający teraz wśród nas, poświecił dużo uwagi tematowi bicia monet. Po zbadaniu pierwszej redakcji ustawy, poczynił szereg inteligentnych sugestii, które komisja włączyła w tekst nowego prawa.

W czasopiśmie bankierów (Revue de Banquiers), naturalnie lepiej poinformowanym, pisano w wydaniu z sierpnia 1873r.: W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii. Pozyskaliśmy 500 tysięcy dolarów w funduszach i Ernest Seyd z Londynu został wysłany z nimi do Stanów Zjednoczonych jako agent zagranicznych kapitalistów i posiadaczy obligacji, aby uzyskać ten sam efekt, co zostało osiągnięte.

Skutki dało się wkrótce odczuć. Był to kryzys czy panika roku 1873, o czym pisał senator Ferry z Michigan: Miliony ludzi żyjących dotąd w dobrych warunkach, zostało zredukowanych do ubóstwa albo obciążonych długami. Będą musieli oni dźwigać ten ciężar do śmierci albo odziedziczy go niewinne potomstwo, które weźmie go na swoje plecy. Nie zapomnieliśmy powiedzieć ofiarom kryzysu, że była to kara za ich grzechy czy wybryki. Ernst Seyd mógłby ich poinformować lepiej.

Nie jest konieczne, żeby ludzie mieli pieniądze, ale żeby stale musieli zależeć od bankierów. Przez cięcia pieniędzy na życie poprzez ograniczenie pieniądza i kredytu, banki powodują depresje, osłabiają wartość i zagarniają bogactwo. Powiedziano nam, że jest to panika, ogólna utrata zaufania, ale co powoduję tę panikę, co niszczy zaufanie? Okólnik wysłany 12 marca 1893 r. przez American Bankers Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Bankierów) do wszystkich krajowych banków Stanów Zjednoczonych nosił nazwę „Okólnika na temat paniki”. Oto tekst okólnika z dnia 11 marca 1893 r., wysłanego następnego dnia:

„Drogi Panie,

Interesy banków Narodowych wymagają przeprowadzenia natychmiastowego ustawodawstwa finansowego przez Kongres. Srebrne certyfikaty i papiery skarbowe muszą zostać wycofane, a jedynymi pieniędzmi muszą stać się oparte na złocie banknoty narodowe. Będzie to wymagało wprowadzenia nowych obligacji (zobowiązania) w wysokości 500 milionów do jednego miliarda dolarów jako podstawy cyrkulacji. Zlikwidujecie od razu jedną trzecią waszego obiegu i zażądacie zwrotu połowy waszych pożyczek. Zadbajcie o stworzenie ciasnoty pieniężnej wśród waszych klientów, szczególnie wśród wpływowych biznesmenów. Zalećcie specjalną sesję Kongresu, żeby przywrócić klauzulę nabywczą z ustawy Shermana i działajcie w porozumieniu z innymi bankami w waszym mieście, aby uzyskać od społeczeństwa nadzwyczajną petycję do Kongresu na rzecz jej przywrócenia bez warunków, zgodnie z załączonym formularzem. Użyjcie osobistego wpływu na waszego kongresmena, a szczególnie jasno dajcie wyraz swoim pragnieniom wobec waszych senatorów. Żywot Banków Narodowych, jako stałych i bezpiecznych inwestycji, zależy od natychmiastowego działania, kiedy wzrasta nacisk na rzecz emisji rządowych środków płatniczych i bicia srebrnych monet”.

Dobrze zorganizowane Stowarzyszenie Bankierów zwyciężyło rozgrywkę przeciwko niezorganizowanemu społeczeństwu. Odrębna sesja Kongresu została zwołana specjalnie dla zburzenia rosnącego zaufania społeczeństwa wobec waluty rządowej. Aby zmusić ludzi do uciekania się do banków, konieczny był niedostatek pieniądza. Było to odczuwalne w całej Ameryce i rozpoczął się kryzys, który wywołał panikę 1893 r.

Czy niebo, temperatura lub przypadek powodują kryzysy? Czy niedobór pieniędzy jest spowodowany bez planu? Kto na tym korzysta? Poniższy fragment pochodzi z poufnego dokumentu bankierów sporządzonego dwa lata przed paniką 1893 r.

„Upoważniamy naszych agentów pożyczkowych ze stanów zachodnich do pożyczania naszych pieniędzy na nieruchomości, płatnych w dniu 1 września 1894 roku. Jakikolwiek termin płatności nie może przekroczyć tej daty. 1 września 1894 r. kategorycznie odmówimy wszelkiego odnowienia kredytu. Tego dnia będziemy wymagać zwrotu naszych pieniędzy, w przeciwnym razie nastąpi zajęcie zastawionego majątku. Hipoteczne nieruchomości staną się naszą własnością. Możemy nabyć, po cenie, jaka nam odpowiada, dwie trzecie gospodarstw rolnych na zachód od Missisipi i tysiące innych na wschód od wielkiej rzeki.

Możemy mieć nawet trzy czwarte gospodarstw zachodnich i wszystkie pieniądze w kraju. Rolnicy nie będą już dłużej dzierżawcami, tak jak w Anglii”.

Kontynuowane są okresowe rozlewy krwi i kryzysy. Panika 1907 r. nie ma żadnej innej przyczyny niż koncentracja kredytu, także ta w 1920 r. lub w obecnym kryzysie. W maju 1920 roku odbyło się tajne spotkanie członków Rezerwy Federalnej, komisji doradczej Rezerwy Federalnej i 36 dyrektorów banków klasy A Rezerwy Federalnej. Wiemy, że jest to amerykański system 12 banków centralnych, system ustanowiony według planu opracowanego w Londynie, przez interwencję międzynarodowego finansisty Paula Warburga. Po jednodniowej dyskusji zdecydowano o regresie pieniądza i kredytu narodu. To zostało przeprowadzone, a od następnego lipca wszystkie ceny spadły. Cena produktów rolnych zmniejszyła się więcej niż o połowę. Powstał kryzys lat 1920-22.

Emisja kredytu przez banki w postaci długu i spłata tych pożyczek na warunkach ustanowionych przez bankierów wprowadziły świat w gestię bankierów, którzy działają na poziomie międzynarodowym. Kryzysy są uniwersalne. Wszyscy są dotknięci.

W 1929 roku nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie w USA. To krwawienie mogło bardzo osłabić organizm gospodarczy. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu.

Jeśli bankier jest twórcą kredytu, który jest używany jako pieniądze, jest on również destruktorem, a przejście tego kredytu w organizmie gospodarczym pozostawia w nim kancerogenny dług.«

Trzy razy podchodzili Żydzi do utworzenia banku centralnego w Ameryce. Pierwszy taki bank działał w latach 1781-1811. W 1811 roku wygasł jego mandat i nie został odnowiony przez Kongres. Drugi działał w latach 1816-1836. Jego statusu nie przedłużono, co stało się po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli i co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. Trzecia próba okazała się najbardziej skuteczna. W 1913 roku powstał System Rezerwy Federalnej. Tym razem już na trwałe.

Ktoś może więc powiedzieć, że to wydarzenie jest najważniejsze, a nie wojna secesyjna. Jednak w tamtym czasie, w 1862 roku, uchwalona została amerykańska ustawa bankowa, która dawała prawo drukowania dolara bankom prywatnym. Próba drukowania dolara przez rząd, podjęta przez Lincolna (1862-63), zakończyła się jego zabójstwem. Gdyby mu się to udało, Ameryka obroniłaby swoją niezależność finansową. Natomiast powstanie FED-u skutkowało czym innym. Cytowany wcześniej Willem Middelkoop pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.”

Middelkoop nie pisze tego, po co ten bank centralny. Jednak z powyższego fragmentu można wywnioskować, że po to, by bankierzy, w razie paniki, nie ryzykowali własnym majątkiem. I tak to dzisiaj działa. Konsekwencje ponosi rząd, czyli podatnicy. Bank centralny, to po prostu wyższa, czytaj: jeszcze bardziej złodziejska, forma bankowości. Dalej pisze on:

„W tamtym okresie wśród największych państw świata Stany Zjednoczone były jedynym krajem, w którym nie działał bank centralny. W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien się stać prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Aby umożliwić udaną realizację planu Aldricha, trzeba go było intensywnie propagować, by przekonać do tego pomysłu naród i rząd. Jak widzieliśmy, fiaskiem zakończyły się dwie wcześniejsze próby ustanowienia banku centralnego. Może to tłumaczyć, dlaczego pomimo działań podejmowanych przez ludzi z Wall Street kongresmani z amerykańskiej Izby Reprezentantów nie poparli planu Aldricha.

W 1912 roku, w czasie wyborów, w Waszyngtonie zaszła olbrzymia zmiana. Wprawdzie republikanie ponownie przedstawili plan utworzenia banku centralnego, ale to demokraci przedłożyli projekt ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej (Federal Reserve Act), również współpracując z nowojorskimi bankierami skupionymi wokół Morgana. Założenia koncepcji przedstawionej przez demokratów niemal w ogóle się nie różniły od planu Aldricha, ale przyjęto je ze znacznie większym entuzjazmem, mimo że nadal wyrażano pewne krytyczne uwagi. To było sprytne polityczne posunięcie ze strony bankierów z Wall Street. Ustawa o Systemie Rezerwy Federalnej zawierała wiele elementów potrzebnych do tego, aby przezwyciężyć zastrzeżenia Amerykanów co do banku centralnego, który miałby działać w Stanach Zjednoczonych. Zamiast banku centralnego miał powstać System Rezerwy Federalnej, który będzie ukazywany jako grupa banków regionalnych z nadzorującą Radą Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej. Członków rady nie będą powoływali bankierzy, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych.

W grudniu 1913 roku wielu senatorów zakładało, że decydujące głosowanie w sprawie ustawy o Systemie Rezerwy federalnej zostanie przeprowadzone dopiero w kolejnym roku. Pojechali więc do domów na Boże Narodzenie. Ale krótko przed świąteczną przerwą z projektu ustawy usunięto kilka kontrowersyjnych przepisów, dzięki czemu można było ją przyjąć podczas ostatniego posiedzenia przed przerwą. System Rezerwy Federalnej został ustanowiony.

Bankierzy z Wall Street nie mogliby sobie życzyć piękniejszego prezentu na Boże Narodzenie. Trzeci raz w historii Stanów Zjednoczonych monopolistyczne prawo druku dolarów przeniesiono z władz państwowych na prywatne banki. Niewielu polityków zdawało sobie sprawę z daleko idących konsekwencji tej decyzji. Natychmiast po przyjęciu ustawy wszystkie amerykańskie banki zostały przymusowymi udziałowcami Systemu Rezerwy Federalnej.”

Dalej pisze:

„Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Krążyły więc na rynku amerykańskim dwie waluty: dolary drukowane przez prywatne banki i tzw. geenbacks Lincolna. Tych ostatnich nie było dużo, ale były. To nie mogło podobać się żydowskim finansistom. Amerykańska ustawa bankowa została uchwalona w 1862 roku. Lincoln drukował w latach 1862-63 w trzech transzach. Wydrukował 450 milionów. Po prawnej batalii pomiędzy władzą finansową a rządem w obiegu pozostało 346 milionów. Wnioskuję więc, że te 346 milionów zostało wydrukowanych zanim weszła w życie ustawa bankowa i że ta ustawa nadawała monopol druku finansjerze i pieniądze wydrukowane przez rząd po tej dacie musiały być wycofane z rynku. Tak więc monopol prywatnych banków na druk dolara istniał od 1862 roku. Powstanie FED-u niczego tu nie zmieniło. Zmieniło tylko to, że odpowiedzialność za nietrafione inwestycje bankowe przeniesiono na rząd, czyli na podatników.

Jednak zacytowany powyżej urywek z książki Middelkoopa, opisujący powstanie Systemu Rezerwy Federalnej jest ciekawy, bo opisuje, jak działają Żydzi. Chcą przepchnąć ustawę o banku centralnym i wynajmują do tego republikańskiego senatora. Do przepychania ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej wynajmują demokratów. Obie ustawy są prawie takie same, ale niewielkie różnice powodują spory. Czas płynie, zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wielu senatorów wyjeżdża na święta, sądząc, że wszystko rozstrzygnie się po świętach czy po nowym roku. Aż tu raptem usuwa ktoś (No kto? Zgadnie ktoś?) sporne, nic nie znaczące zapisy i ustawa zostaje przyjęta przed świąteczną przerwą. Jak to czytałem, to od razu przypomniało mi się, jak uchwalono Konstytucję 3 maja. Podobnie, tylko w odwrotnym kierunku. Wykorzystano fakt, że wielu posłów nie zdążyło wrócić ze Świąt Wielkanocnych. I co? Powie mi ktoś teraz, że to nie te same rączki majstrowały w obu przypadkach? Żydzi są – niestety – zdolni, chytrzy, cwani, przebiegli, a my – naiwni, łatwowierni.

Zastanawiam się, czy wybuch powstania styczniowego w 1863 roku miał jakiś związek z wojną secesyjną? Alaska do 1867 roku była rosyjska. Wojna toczyła się na wschodnim wybrzeżu. Czy możliwa byłaby interwencja wojsk rosyjskich w Ameryce, gdyby nie powstanie?