Rosja

Stosunek społeczeństwa polskiego do Rosji jest, jak podejrzewam ambiwalentny. Jedni odnoszą się z lekceważeniem, inni – z estymą. W pierwszym wypadku będzie to zapewne dotyczyć ludzi z ukraińskimi korzeniami, w drugim – z rosyjskimi i białoruskimi. Żeby jednak Rosję bardziej zrozumieć, warto przyjrzeć się jej historii, nawet w sposób ogólnikowy. Do tego skłoniła mnie końcowa refleksja Leszka Sykulskiego w jednym z jego ostatnich podkastów geopolitycznych. Poniżej jej zapis.

“Jest dzisiaj chichotem historii, że Polska, granicząc z Federacją Rosyjską, ma zaledwie jeden podręcznik czy jedną syntezę do historii Rosji autorstwa Polaka po prostu, którego właśnie autorem jest Polak. To jest niewyobrażalne jak nienawiść dzisiaj zdominowała środowiska akademickie, środowiska dziennikarskie, środowiska polityczne. Brak jakiejkolwiek racjonalnej refleksji, a tylko kierowanie się bardzo prymitywnymi emocjami, no niestety prowadzi do katastrofy, co widać doskonale na przykładzie stosunków polsko-ukraińskich.”

Widać czy słychać jak Leszek Sykulski zapowietrzył się, gdy zorientował się, że jak wymieni nazwisko tego Polaka, który napisał tę jedyną historię Rosji, to będzie jeszcze większy chichot, bo napisał ją… Bazylow, Ludwik Bazylow. Historia Rosji jego autorstwa ukazała się w 1969 roku. Urodził się w 1915 roku we Lwowie i tam ukończył studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Po wojnie pracował początkowo na Uniwersytecie Wrocławskim, a później na Uniwersytecie Warszawskim. Zmarł w 1985 roku. Jest też autorem książki Syberia (1975), w której napisał, że Stroganowowie, którzy kolonizowali Syberię, byli wzbogaconymi chłopami. Miał jak widać poczucie humoru, ale taki był klimat PRL-u, o którym ludzie w nim mieszkający mówili, że to najweselszy barak w obozie socjalistycznym. Syberia to oddzielny temat, z którym wiąże się rosyjska kolonizacja Alaski i zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej. I o tym w następnym blogu. Wszystkie poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

x

Początki

Pierwszymi historycznymi władcami ruskimi byli prawdopodobnie Waregowie (m.in. Ruryk i Oleg Mądry), którzy zgodnie z istniejącymi przekazami przybyli na ziemie ruskie w IX wieku. Przybycie Ruryka do Nowogrodu Wielkiego w 862 roku uważa się za symboliczny początek historii Rosji. Ruryk zdołał skupić pod swymi rządami część Waregów, plemion wschodniosłowiańskich (Słowienie, Krywicze i Połoczanie) oraz plemion ugrofińskich (Czudź, Weś, Meria, Muroma i Mieszczera) i stworzył fundamenty państwa ruskiego, tzw. Rusi Nowogrodzkiej. Ruryk był także założycielem dynastii Rurykowiczów, która sprawowała rządy w Rosji do 1598 roku.

Waregowie Ruryka przybywają do Starej Ładogi (Północna Rosja – przyp. W.L.). Obraz Wiktora Wasniecowa z ok. 1913 roku. Źródło: Wikipedia.

Z czasem część drużyny Ruryka (m.in. Askold i Dir) oddzieliła się od niego i udała się w dół Dniepru, opanowując podległe Chazarom państwo Polan z ich największym grodem Kijowem. Wyprawa następcy Ruryka, księcia nowogrodzkiego Olega Mądrego na Kijów (882) doprowadziła do zjednoczenia północnych i południowych księstw ruskich oraz powstania Rusi Kijowskiej. Była ona początkowo luźnym związkiem księstw, które do 2. połowy X wieku zachowały szeroką autonomię. Oleg z przyczyn geopolitycznych przeniósł swą siedzibę z Nowogrodu Wielkiego do Kijowa, jednakże do końca XII wieku Nowogród pozostawał największym miastem ruskim. Książęta kijowscy Oleg (panujący do 912 lub 922) i Igor Rurykowicz (panujący w latach 912/922–945) podpisali z Bizancjum układy handlowe, zapewniając krajowi zyskowny handel.

Rządząca w latach 945–957 księżna Olga scentralizowała państwo i stworzyła podstawy trwałego porządku administracyjnego. Kolejny władca, syn Olgi, Światosław I podejmował odległe wyprawy wojenne, docierając na Krym, Kaukaz i na Bałkany. Światosław toczył m.in. liczne wojny z Chazarami, doprowadzając ok. 969 r. do ostatecznego upadku Kaganatu Chazarskiego. Ożeniony z siostrą cesarza bizantyjskiego Anną książę Włodzimierz I w 988 roku przyjął chrzest i uczynił z chrześcijaństwa wschodniego rytu oficjalną religię państwową.

Panujący w latach 1019–1054 Jarosław Mądry umocnił pozycję Cerkwi prawosławnej na Rusi. Ustanowione przez niego zasady dziedziczenia tronu książęcego w oparciu o regułę senioratu nie zapobiegły rozbiciu jedności politycznej kraju.

Rozbicie dzielnicowe Rusi

W XI wieku Ruś Kijowska podzieliła się na konkurujące ze sobą dzielnice. Na północy powstała Republika Nowogrodzka, na północnym zachodzie Księstwo połockie, na południowym zachodzie Księstwo wołyńskie. W centralnej części powstały księstwa: Kijowskie, Turowskie i Smoleńskie, na północnym wschodzie księstwa rostowskie i muromskie, na południowym wschodzie: czernihowskie, perejasławskie i tmutarakańskie. Z czasem podział ten uległ jeszcze większemu rozdrobnieniu, przy czym książęta, którym udało się zawładnąć Kijowem byli w hierarchii feudalnej wyżej postawieni od pozostałych książąt i posługiwali się tytułem wielkiego księcia. W przeciągu lat 1054–1224 na Rusi wydzielono 64 księstwa, 293 książąt usiłowało zasiąść na tronie, a ich polityka doprowadziła do wybuchu 83 wojen domowych. Władcy księstw czernihowskiego, halicko-wołyńskiego i włodzimierskiego podjęli próby scalania ziem ruskich pod swoimi berłami.

W 1169 roku książę włodzimierski Andrzej Bogolubski opanował Kijów, uzyskując tym samym tytuł wielkiego księcia. Odmiennie od większości swoich poprzedników, nie przeniósł do tego miasta swej stolicy, lecz po opanowaniu Kijowa osadzał tam podległych sobie książąt. Centrum swego państwa pozostawił Włodzimierz, który odtąd stał się stolicą wielkiego księstwa i przejął dominującą rolę Kijowa.

Podboje tatarskie i litewskie

W latach 1237–1240 Złota Orda tatarska pod wodzą Batu-chana podbiła wszystkie ziemie ruskie z wyjątkiem księstw Połockiego i Pińskiego. Tatarzy nie przejęli bezpośrednich rządów w podbitych księstwach, zadowolili się każdorazowym zatwierdzaniem kandydata do tronu książęcego we Włodzimierzu, który z kolei pełnił funkcje zwierzchnie nad resztą książąt i miał prawo zwracania się o pomoc do chana. W 1299 roku podczas wojny pomiędzy chanami złotoordyjskimi Toktą i Nogajem metropolita Maksym przeniósł swą siedzibę z Kijowa do Włodzimierza, w wyniku czego miasto to stało się zarówno głównym ośrodkiem politycznym, jak i religijnym Rusi.

Korzystając z rozbicia dzielnicowego i osłabienia Rusi walkami z Tatarami, Litwa, w latach 1240–1392 podbiła większość zachodnich księstw ruskich, a samo państwo litewskie szybko uległo rutenizacji. Jako pierwsze zostały podbite i przyłączone do Litwy ziemie dzisiejszej Białorusi – księstwa Połockie i Pińskie. Po klęsce poniesionej przez Księstwo Kijowskie w bitwie z wojskami litewskimi nad Irpieniem (1320) Kijowszczyzna stała się zależna od Litwy, a w 1362 roku bezpośrednio do niej wcielona. Z inicjatywy książąt litewskich Rurykowicze kijowscy zostali pozbawieni władzy, po czym emigrowali do Riazania. W wyniku wojny polsko-litewskiej (1340–1392) zostało zlikwidowane Księstwo halicko-wołyńskie, a jego terytorium rozdzielone pomiędzy Polskę i Litwę.

Wielkie Księstwo Moskiewskie (1263-1547)

W okresie panowania tatarskiego i litewskiej ekspansji wodzem dużej rangi i zręcznym politykiem okazał się książę nowogrodzki Aleksander Newski. W 1240 roku pokonał Szwedów (bitwa nad Newą), w 1242 roku inflancką gałąź zakonu krzyżackiego (bitwa na jeziorze Pejpus) i w 1245 roku rozbił wojska litewskie. W 1252 roku otrzymał od chana Sartaka tron włodzimierski, a wraz z nim zwierzchnictwo nad wszystkimi księstwami ruskimi.

Z walk o sukcesję po Aleksandrze Newskim zwycięsko wyszło niewielkie wówczas Księstwo Moskiewskie, w którym od 1263 roku zasiadał na tronie najmłodszy syn Aleksandra, Daniel, założyciel moskiewskiej linii Rurykowiczów.

W 1325 roku metropolita Piotr przeniósł siedzibę metropolitów z Włodzimierza do Moskwy. Syn Daniela Iwan I Kalita pokonał w 1328 roku przy pomocy Tatarów najgroźniejszego z rywali do tronu włodzimierskiego, księcia twerskiego Aleksandra i w tym samym roku zyskał panowanie we Włodzimierzu. W 1328 roku Kalita przeniósł stolicę swego państwa z Włodzimierza do rodzimej Moskwy, dając początek Wielkiemu Księstwu Moskiewskiemu. Nadal jednak władcy moskiewscy (do końca XIV wieku) najpierw obejmowali władzę we Włodzimierzu i tytułowali się najprzód wielkimi książętami włodzimierskimi.

Wnuk Kality Dymitr Doński w bitwie na Kulikowym Polu (1380) pokonał Tatarów, co stało się początkiem upadku Złotej Ordy na Rusi. Wraz z osłabieniem pozycji Tatarów znaczenia nabrały zjednoczeniowe dążenia książąt moskiewskich. Na przeszkodzie ich realizacji stanęła rozwijająca się potęga Wielkiego Księstwa Litewskiego (pozostającego od 1386 roku w unii personalnej z Polską), pod którego wpływami znalazły się dawne zachodnie ziemie Rusi Kijowskiej.

Zjednoczenie ziem ruskich

W 1462 roku tron moskiewski objął Iwan III Srogi, który w znacznej mierze zjednoczył kraj, wcielając do rządzonego przez siebie państwa: Jarosław (1463), Rostów (1474), Nowogród Wielki (1478) i Twer (1485). Korzystając z rozkładu Złotej Ordy, Iwan III wstrzymał całkowicie wypłacanie daniny i odparłszy tatarskie ataki odwetowe (1472 i 1480), ostatecznie uwolnił ziemie ruskie spod panowania Tatarów. W okresie tym nastąpiła również unifikacja prawa na Rusi.

Po upadku Konstantynopola (1453) Moskwa zyskała na znaczeniu jako spadkobierczyni Bizancjum, co podkreślić miało małżeństwo Iwana III z Zofią Paleolog (1472), bratanicą ostatniego cesarza bizantyńskiego Konstantyna XI Dragazesa, a także przejęcie bizantyjskiego dwugłowego orła jako herbu państwa oraz bizantyjskiego ceremoniału dworskiego. Aspiracje księstwa moskiewskiego sformułowano w tezie o Moskwie jako „trzecim Rzymie”. W 1478 roku Iwan III jako pierwszy władca posłużył się oficjalnie tytułem „cara całej Rusi”. Syn Iwana III, Wasyl III dokończył dzieło jednoczenia kraju, przyłączając do swego państwa: Psków (1510), Smoleńsk (1514) i Riazań (1521). Wielkie Księstwo Moskiewskie stało się wówczas jedynym niepodległym państwem ruskim, gdyż zachodnie księstwa ruskie zostały wcześniej wcielone do Litwy, Polski i w mniejszym stopniu innych krajów.

Rozwój Rosji w 1500, 1600 i 1700 roku. Źródło: Wikipedia.

Carstwo Rosyjskie (1547-1721)

Obejmowało tereny od wschodniej Europy poprzez północną część Azji po Ocean Spokojny. Pod względem powierzchniowym było największym państwem na kontynencie europejskim i jednym z największych na świecie. Carstwo Rosyjskie było kontynuacją Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, istniejącego w latach 1263–1547. W 1547 odbyła się koronacja wielkiego księcia moskiewskiego Iwana IV Groźnego na „cara Wszechrusi”, co dało początek Carstwu Rosyjskiemu. W 1721 Piotr I przyjął tytuł cesarza-imperatora, dając tym samym początek Imperium Rosyjskiemu. Carowie rosyjscy nadal jednak używali aż do ustanowienia w 1917 Republiki Rosyjskiej tytułów wielkich książąt moskiewskich, kijowskich, włodzimierskich, nowogrodzkich i tym podobnych.

Po śmierci Iwana IV (1548) regentem w imieniu niezdolnego jeszcze do sprawowania rządów Fiodora I został szwagier cara, Borys Godunow, który po śmierci Fiodora (1598) sam koronował się na cara. W 1589 roku metropolita Jow został staraniem Borysa Godunowa wybrany na pierwszego patriarchę Moskwy i całej Rusi i zatwierdzony na to stanowisko przez patriarchę Konstantynopola, Jeremiasza II, co doprowadziło do uniezależnienia się ruskiej Cerkwi prawosławnej. Rządy Borysa Godunowa nie zdołały odtworzyć zrujnowanej gospodarki kraju. Po jego śmierci (1605) zjawiska kryzysowe nasiliły się, wybuchła wojna domowa, nastał okres tak zwanej wielkiej smuty. Panujący szybko zmieniali się na tronie, kraj najeżdżany był często przez obce wojska – między innymi w 1610 roku wojska polskie Władysława IV Wazy zajęły i okupowały do 1612 roku Moskwę. Okres walki o władzę zakończył w 1613 roku wybór na tron carski Michała I, założyciela dynastii Romanowów.

Imperium Rosyjskie

Imperium Rosyjskie, oficjalna nazwa polska: Cesarstwo Rosyjskie (ros. Российская империя, przed reformą ortografii: Россійская Имперія) – oficjalna nazwa Rosji w latach 1721–1917. Imperium Rosyjskie u szczytu swej potęgi w 1866 roku zajmowało powierzchnię 23 700 000 km² i było trzecim pod względem wielkości państwem w historii ludzkości, po imperium brytyjskim i Wielkim Ułusie Mongolskim. Faktyczną stolicą Imperium Rosyjskiego był przez niemal cały okres jego istnienia Petersburg, choć z prawnego punktu widzenia stolicą pozostawała Moskwa, pozostająca do 1812 roku największym miastem Rosji i miejscem koronacji carów. Dwór przeniesiono do Moskwy w 1728 roku, ale dwa lata później powrócił on do Petersburga (1730). Imperium było sukcesorem Carstwa Rosyjskiego. Upadło na skutek dwóch rewolucji w 1917 roku.

Mocarstwo euroazjatyckie

Nazwa Imperium Rosyjskie została ustanowiona po zwycięstwie Rosji w wojnie północnej 1700–1721, w związku z przyjęciem 1721 przez Piotra I Wielkiego tytułu cesarza (imperatora); używana do rewolucji lutowej 1917 roku (do abdykacji Mikołaja II).

Śmierć Piotra Wielkiego w roku 1725 doprowadziła do starć pomiędzy przedstawicielami starej arystokracji a osobami zawdzięczającymi swój awans bezpośrednio poparciu Piotra I, jak Aleksandr Mienszykow. Efektem zwycięstwa Mienszykowa był wybór na cesarzową Katarzyny I, żony Piotra. Po jej śmierci w roku 1727 tron cesarski objął mający wtedy dwanaście lat Piotr II Romanow.

Pomimo wewnętrznego osłabienia po śmierci Piotra Wielkiego, Rosja zachowała dominację w Europie Wschodniej, a także aktywnie włączała się do europejskich konfliktów takich jak Wojna o sukcesję polską czy Wojna o sukcesję austriacką. W wojnie siedmioletniej udało jej się w zasadzie pokonać Prusy, mimo to nagła śmierć carycy Elżbiety i wstąpienie na tron jej siostrzeńca Piotra III spowodowało nagłe wycofanie się Rosji z wojny i powrót do status quo ante bellum, a nawet zawarcie przymierza z Prusami, co nie pozostało bez wpływu na osłabienie międzynarodowej pozycji Rosji.

Dopiero panująca w latach 1762–1796 Katarzyna II wywindowała Rosję na pozycję wielkiego mocarstwa. Zwycięskie wojny z Turkami (1768–1774, 1787–1792) otworzyły szeroki dostęp do Morza Czarnego, w 1783 Rosja anektowała Chanat Krymski. Kontynuując politykę sojuszu z Prusami narzuciła Rzeczypospolitej protektorat w 1768 i odegrała decydującą rolę w rozbiorach (1772, 1793, 1795) anektowała jej wschodnie ziemie, likwidując wraz z Prusami i Austrią państwo polskie.

Imperium światowe

Panujący w latach 1796–1801 syn Katarzyny II Paweł I kontynuował politykę ekspansji, anektując w 1801 Gruzję. W 1799 rozpoczęła się rosyjska kolonizacja Alaski i Rosja stała się „imperium trzech kontynentów”. Aleksander I, który w wyniku rewolucji pałacowej przejął władzę po niepopularnym wśród szlachty ojcu, dzięki pokonaniu Wielkiej Armii Napoleona pod Moskwą (1812) zapewnił Rosji dominującą pozycję na kontynencie europejskim. Poszerzył granice kraju o Wielkie Księstwo Finlandii (1809), Besarabię (1812), Dagestan i Azerbejdżan (1813).

Rosyjska kolonizacja Ameryki Północnej

Rosyjska kolonizacja Ameryki Północnej – kolonizacja północno-zachodnich terytoriów Ameryki Północnej przez Imperium Rosyjskie w drugiej połowie XVIII i w XIX wieku. Kolonizacja ta objęła swym zasięgiem: Alaskę, Aleuty, Archipelag Aleksandra oraz wybrzeża dzisiejszych stanów i prowincji: Kolumbii Brytyjskiej, Waszyngtonu, Oregonu i Kalifornii. Najdalej na południe wysuniętą stanicą rosyjską był Fort Ross w środkowej Kalifornii. Szacuje się, że ten ogromny obszar (ok. 1 518 800 km kw.) zamieszkiwało zaledwie ok. 2500 Rosjan i ok. 60 000 rdzennych Amerykanów i Eskimosów.

x

Gdyby chcieć w jednym zdaniu przedstawić historię Rosji to brzmiałoby ono tak: Dynastia Rurykowiczów to walka o zjednoczenie ziem ruskich, a dynastia Romanowów to budowa imperium. Chronologicznie wyglądało to tak:

  • 862-1598 – Rurykowicze
  • 1598-1613 – okres walk o władzę, tzw. wielka smuta
  • 1613-1762 – Romanowowie
  • 1762-1917 – Dom Holstein-Gottrop-Romanow

Przybycie Ruryka do Nowogrodu Wielkiego w 862 roku uważa się za symboliczny początek Rosji. Skupił on pod swoimi rządami część Waregów, plemion wschodniosłowiańskich i ugrofińskich. W 882 roku następuje zjednoczenie południowych i północnych księstw ruskich, czyli powstaje Ruś Kijowska. W 988 roku Włodzimierz I przyjmuje chrzest. W XI wieku dochodzi do rozbicia dzielnicowego. Książęta, którym udało się zawładnąć Kijowem, stali najwyżej w hierarchii feudalnej. W latach 1054-1224 istnieją na Rusi 64 księstwa, a 293 książąt usiłowało zasiąść na tronie. Władcy księstwa czernihowskiego, halicko-wołyńskiego i włodzimierskiego podjęli próby scalenia ziem ruskich pod swoimi berłami. W 1169 roku książę włodzimierski ( z Włodzimierza położonego pod Moskwą, a nie z Włodzimierza Wołyńskiego) Andrzej Bogolubski opanował Kijów, uzyskując tym samym tytuł wielkiego księcia. Jednak to Włodzimierz przejął rolę Kijowa i stał się stolicą wielkiego księstwa. – Tak to opisuje Wikipedia, natomiast Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) początek dziejów Rosji przedstawia tak:

»Państwo ruskie zawdzięcza swe powstanie Normanom. Osiadłe pomiędzy Dnieprem, Wołgą, Dźwiną, Niemnem i Bugiem plemiona trudniące się rolnictwem, pszczelarstwem, myślistwem, rybołówstwem i handlem, niezdolne do stworzenia silniejszej więzi państwowej, wezwały Normanów, zwanych na Wschodzie Waregami, by objęli nad nimi panowanie. W 862 przybył Ruryk z normańskiego pokolenia Rusów wraz z braćmi Sineusem i Truworem i osiedlili się w okolicy dzisiejszego Nowogrodu. Po śmierci braci Ruryk zjednoczył w swym ręku ich posiadłości i ugruntował w ten sposób byt państwa ruskiego. Dwaj jego rycerze Askold i Dir zajęli Kijów, gdzie następca Ruryka przeniósł stolicę. Nowe państwo waregsko-ruskie rozwijało się wśród walk z cesarstwem wschodnim, Chazarami, Bułgarami i Pieczyngami; Kijów stał się ważnym ośrodkiem handlowym. Włodzimierz św. przyjął w 988 chrzest w wyznaniu wschodnim, przez co wprowadził swe państwo w krąg kultury bizantyńskiej. Jarosław Mądry zorganizował kościół, podniósł miasta i handel i porządkował prawo („Russkaja Prawda”). Po jego śmierci państwo rozpadło się na szereg dzielnic, których książęta prowadzili pomiędzy sobą niszczące wojny. Ustanowiony seniorem wielki książę kijowski nie był w stanie utrzymać swego autorytetu. W 1169 roku książę suzdalski, Andrzej Bogolubski, protoplasta późniejszych książąt moskiewskich, spalił Kijów, a godność wielkoksiążęcą przeniósł na Suzdal (okolice Moskwy – przyp. W.L.).«

Z tego opisu wyłania się obraz Słowian wschodnich jako niezdolnych do stworzenia organizacji o szerszym zasięgu, a którą nazywa się państwem. Gdyby więc nie Normanowie, to nie powstałaby Rosja. Najprawdopodobniej w końcu zdali oni sobie z tego sprawę, że z ludźmi o tej mentalności nie da się zbudować państwa i odwołali się do metod radykalnych. Temu służyła oprycznina, która polegała na wydzieleniu znacznej części państwa moskiewskiego spod władzy bojarów i poddaniu jej bezpośredniej władzy cara oraz terrorowi jego gwardzistów zwanych opricznikami.

Iwan Groźny (klęczy z nożem) drwi z przywódcy bojarów Iwana Fiodorowa posadzonego na tronie w carskim przebraniu. Za chwilę Iwan zadźga nożem Fiodorowa. Obraz Mikołaja Newrewa. Źródło: Wikipedia.

Tak więc ziemie ruskie zostały zjednoczone, ale w skład tego zjednoczonego państwa nie weszły księstwa południowo-zachodnie, podbite przez maleńką Litwę. Jak to się stało, że opierały się one Moskwie, a uległy takiemu nic nie znaczącemu państwu, jeśli tak można nazwać ten twór? Czy przypadkiem nie wchodziła tam w grę interwencja Zakonu Krzyżackiego, którego ziemie graniczyły z Litwą? W praktyce więc księstwa te nadal tkwiły w rozbiciu dzielnicowym, ale nazywano je zrazu Wielkim Księstwem Litewskim, a później Rzeczpospolitą. Wygląda więc na to, że Słowian wschodnich trzeba trzymać krótko za mordę, bo inaczej zrobią z państwa burdel, jak to się stało w przypadku Rzeczypospolitej.

Po epoce feudalnej nastały monarchie, które były czynnikiem państwowotwórczym i narodowotwórczym, w myśl znanej zasady: Ein Volk, ein Reich, ein Führer. Tyle że w tym wypadku kolejność powinna być odwrotna: Ein Führer, ein Reich, ein Volk. Silna władza królewska była potrzebna, by stworzyć scentralizowane państwo, a wraz z nim kształtował się naród. Wschodni Słowianie nie mieli w sobie tego, co pozwoliłoby im stworzyć takie państwo. Zrobili to Waregowie i oni stworzyli naród rosyjski. Na terenach, które nie poddały się zjednoczeniu, a więc w Wielkim Księstwie Litewskim, pozostającym nadal bez silnej władzy centralnej w ustroju feudalnym, nie ukształtowały się narody. Jedynie Słowianie zachodni, czyli Czesi i Polacy, stworzyli swoje państwa i powstały narody polski i czeski. Jednak naród polski został zmarginalizowany przez Słowian wschodnich, a później zniszczony przez potomków Waregów, a naród czeski został zdominowany przez Niemców.

Tak więc Słowianie wschodni nie potrafili samodzielnie stworzyć własnej państwowości, natomiast Słowianie zachodni byli do tego zdolni. Wydaje się zatem, że powoływanie się na jedność Słowian nie do końca jest uzasadnione. To są różnice na poziomie mentalności. Owszem, Słowianie wschodni, jako jednostki, mogą i są często ludźmi uzdolnionymi czy wręcz wybitnymi. Dorobek Rosjan w kulturze, nauce czy sporcie jest imponujący, ale to nie te wybitne jednostki decydowały o tym, że powstało potężne państwo rosyjskie. O tym decydował jakiś inny czynnik. Oni sami zdawali sobie z tego sprawę i chyba dlatego poprosili o pomoc Waregów.

Imperium rosyjskie powstawało w tym samym czasie, w którym powstawało imperium brytyjskie. I przetrwało ono do dnia dzisiejszego, podobnie jak brytyjskie, te jednak w zmienionym kształcie. Jeśli komuś się wydaje, że uwolnienie się spod „opieki” Ameryki coś zmieni, to się mocno myli. Imperia nigdy nie traktują mniejszych państw jak partnerów. To również dotyczy Rosji, to jest imperium, a nie jakiś słowiański kraj. Waregowie zorganizowali to państwo. Zaczęli od północy, czyli o terenów i klimatu, które były im bliskie. Później kolonizacja szła w kierunku wschodnim na obszary północnej Syberii. Historia Rosji to nie tylko jej europejska historia. To również, a może przede wszystkim, historia Syberii, jej podboju. Bez niej Rosja nie byłaby imperium, ale o tym w następnym blogu.

x

Aktualizacja z dnia 24 września 2024 roku:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: “i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską.”

Miasta I RP

Tak nas uczono i nadal tak się uczy, że unia polsko-litewska to akt, na którym skorzystały obie strony i że powstało potężne państwo, którego obawiali się jego sąsiedzi. Oczywiście jest to nieprawda. Ten akt spowodował to, że Polska, czyli Korona, cofnęła się cywilizacyjnie pod każdym względem. To prawda, że było to państwo zależne od cesarzy niemieckich, od papieża i miało też przeciwko sobie potężny zakon i dlatego Piastom tak trudno było walczyć o utracone ziemie. Jednak nadal leżało ono w Europie, wprawdzie na jej peryferiach, ale jednak w Europie. I tak jakoś dziwnie się stało, że ten potężny zakon uległ dzikiemu Litwinowi, gdy ten został był królem Polski. Wiadomo było, że ten dzikus nie upomni się o utracone ziemie piastowskie, a poza tym planowano już reformację, więc rola tego zakonu kończyła się. Czy to jednak Wschód odpowiadał za degradację Korony? Wydaje się, że był za słaby, że był tylko narzędziem, a decydował ktoś inny. Upadek polskich miast zdaje się tego dowodzić. Bardzo dobrze opisuje to Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce PIW 1976. Poniżej wybrany fragment.

x

Stara to rzecz, że gdy jedna warstwa społeczna uzyskuje przywileje, zawsze dziać się to musi czyimś kosztem. Szlachta rozszerzała coraz bardziej swe uprawnienia, zagarniała dla siebie coraz to nowe dziedziny gospodarcze; równocześnie ograniczano prawa włościan i mieszczan, poddawano wieś w niewolę, powodowano upadek miast. Wystarczy uświadomić sobie tę głęboką różnicę, jaka zachodzi w stanie miast w szesnastym i osiemnastym wieku: zrazu mamy do czynienia z miastami wcale znacznymi, mogącymi się równać z niejednym miastem zagranicznym, z mieszczaństwem żyjącym w dobrobycie, czasem zamożnym, o wcale wysokiej stopie wymagań życiowych; patrycjat miejski jest warstwą ambitną, wykształconą, biorącą żywy udział w życiu kulturalnym społeczeństwa. Wiek osiemnasty daje nam, poza stolicą, która rozwija się w cieniu dworu królewskiego, obraz upadku i nędzy miast; miast tych jest nominalnie dużo, ale są one niewielkie, często wyludnione, czasem w ruinie stojące, utrzymujące się najczęściej z przejazdu i postoju podróżnych, poza tym dostarczające prostego towaru dla okolicy; mieszczanie, o niskim poziomie życiowym i kulturalnym, mało aktywni gospodarczo, często żyjący z pracy na roli (chłoporobotnicy? – przyp. W.L.), nie mają innych ambicyj poza podkreślaniem swej wyższości nad włościanami i żadnej roli w życiu publicznym nie odgrywają; dopiero w drugiej połowie osiemnastego wieku za przykładem Warszawy ożywiają się nieco mieszkańcy większych miast i przyłączają do akcji reformy społecznej.

Polityka stanowa szlachty powoduje upadek miast; szlachcic był wolny od podatków, nie płacił cła przy wywozie towarów za granicę, skoro deklarował je jako proprii laboris (wyrób własny – przyp. W.L.), był chroniony przez ustawodawstwo wojewodzińskie, które pilnowało taryf towarowych; co więcej miał możność rozbijać jedność administracyjną i gospodarczą miasta przez jurydyki (część miasta wyjęta spod prawa miejskiego). Szlachta nie poprzestawała na tym; niezależnie od ograniczania gospodarczej aktywności mieszczan prowadzono przeciwko nim kampanię stałej niechęci. Lekceważono miasta, śmiano się z mieszczan, nazywano ich łykami i zamsikami, narzekano na ich zdzierstwo, przypisywano im drożyznę, patrzono z niechęcią na zamożniejszych kupców, wytykano im zbytki, skoro tylko ktoś wystawniej się ubierał lub hojniej gości podejmował. Wiedziano, że za granicą, w Rzeszy niemieckiej, we Flandrii i Francji, są miasta bogate i mieszczanie w dobrobycie żyją, ale stan ten był raczej argumentem za ograniczeniem miast. Przecież człowiek tak rozsądny i jasno myślący jak Jan Zamoyski na sejmie elekcyjnym w r. 1575 wyraźnie stwierdza, że rozwój miast związany jest z krzywdą szlachty, mówiąc o zagranicy:

„Kwitną tam wsi i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę. Nie podług rękodzielnych wyrobów, nie podług murów i obszernych budowli, czego i nam nie brak, sądzi się o szczęściu ludzi, ale podług ich wolności, cnót i dobrych obyczajów.”

Szlachta więc niszczyła miasta, i to niszczyła świadomie; uważano, że wzbogacony mieszczanin jest zbytecznym konkurentem szlachcica, chciano, by pomiędzy szlachtą a plebejami był jak największy dystans.

Nie można się więc dziwić, że zamożniejsi mieszczanie starali się o przejście w ten czy inny sposób w szeregi szlacheckie. Cóż mogło im dać miasto, prócz możności dalszego pomnażania majątku, i to dość problematycznej wobec polityki gospodarczej szlachty; ale nawet i majątku tego nie mogli spokojnie używać, narażeni wciąż na przytyki, zaczepki i szykany ze strony szlachty.

Przechodzili więc do osiadłej szlachty bogaci mieszczanie, jak krakowscy Bonarowie, Betmanowie, lwowscy Korniaktowie, greccy kupcy; kto kupił dobra ziemskie, często od nich nowe nazwisko brał, jak Cyrusowie – Sobolewscy, Langowie – Niegoszowscy. Ale nie było trzeba koniecznie majątku, aby wejść w szeregi herbowej braci; kto miał nieco przedsiębiorczości i odwagi, próbował szczęścia, zazwyczaj z powodzeniem. Liber chamorum tylu wymienia „miejskich synków”, i to nie tylko z większych miast, że odnosimy wrażenie, jakoby każdy, kto tylko chciał, mógł wejść w społeczeństwo szlacheckie. Ale też ubożało mieszczaństwo, skoro element bardziej ambitny, bardziej aktywny, tworzący elitę miejską, tak licznie opuszczał miasto i szukał szczęścia w innym stanie. Stosunki te trwają aż do końca osiemnastego wieku; pragnieniem każdego mieszczanina jest zostać szlachcicem. Jedni uzyskują formalnie dyplomy, drudzy tylko podają się za szlachtę i ostatecznie z czasem także i formalne prawa uzyskują, inni znów przynajmniej nazwisko szlacheckie z końcówką -ski przybierają i wyglądem zewnętrznym szlachtę naśladują. Epoka reform jest bardzo liberalna w tym względzie; ciągle czytamy w Voluminach o nowych nobilitacjach mieszczan, a także o formalnym uznawaniu samozwańców. Konstytucja z r. 1775 stwierdzając, że istnieją obywatele, którzy „choć nie są szlachtą rodowitą polską, przecież za nią są powszechnie wzięci”, i wyrażając „litość nad takowymi ludźmi przyzwoitą”, dozwala nadać im tytuły szlacheckie diplomatibus secretis (tajne paszporty), a więc bez publicznego ogłoszenia, do „zakłócenia okazje uchylając”.

U schyłku istnienia Rzeczypospolitej droga do szlachectwa stoi otworem dla zamożniejszego i inteligentniejszego mieszczaństwa. Uchwalono, że król nadaje diplomata nobilitatis (dyplomy szlacheckie) mieszczanom, którzy w służbie rządowej uzyskali stopień regenta, w wojsku zaś rangę kapitana; dyplomy te otrzymywano za okazaniem patentu, nawet bez opłaty stemplowej. Kto pełnił przez dwa lata służbę publiczną, kto był właścicielem wsi, opłacającej podatek w pewnej wysokości, miał prawo do starania się o nobilitację; wreszcie nobilitowano także i mieszczan nie mających innych tytułów prócz posiadania dziedzicznej posesji w mieście, a więc domu.

Obok samolubnej polityki szlacheckiej inny jeszcze czynnik wpływa coraz istotniej na losy mieszczan: konkurencja ze strony ludności żydowskiej.

Ustawodawstwo określało ściśle zakres uprawnień gospodarczych ludności żydowskiej, ale najwidoczniej nie bardzo było ono przestrzegane, skoro ciągle się powtarza rozmaite zakazy, a miasta starają się wciąż o pomoc władz w walce z Żydami. Żydzi tymczasem zdobywają coraz to nowe pozycje. Klęski, które ponoszą dzielnice żydowskie w czasie wojen szwedzkich i kozackich, zmuszają ludność żydowską do osiedlania się w mieście chrześcijańskim; wynajmują tu oni domy, nawet je kupują, i tak powoli, wbrew prawu, ustalają się coraz silniej w samym mieście, prowadzą handel, wykonują rękodzieła. Równocześnie też następują próby osiedlania się w miastach, które miały dawne przywileje de non tolerandis Judaeis, nie dopuszczające Żydów; wszystko to miało być prowizoryczne, ale kto już raz w mieście chrześcijańskim osiadł, nie opuszczał go tak łatwo. Zaczynały się rozruchy antyżydowskie, miasta uzyskiwały dekrety nakazujące rugować Żydów; częściowo je wykonywano, ale nie zawsze i nie wszędzie. Pilnowano też, by Żydzi nie trudnili się rękodziełem i nie tworzyli konkurencji cechom, by nie uprawiali handlu obnośnego itd., ale ciągłe skargi na ten temat pozwalają przypuszczać, iż w rzeczywistości ludność żydowska zakazów tych nie przestrzegała i stawała się coraz groźniejszym współzawodnikiem chrześcijan. Oto np. opis inwazji żydowskiej w Lublinie z połowy XVIII wieku, wyrażony w uchwale miejskiej:

… uważając ultimam cladem (ostatnie nieszczęście) tego miasta przez mnóstwo Żydów, w tym mieście będących, po placach, dworach, dworkach, kamienicach, domach różnych, budach, piwnicach kramiki trzymających… a tak ci Żydzi… handel prawem zakazany wiodą, szynki różnych trunków, nawet i wina prowadzą, piwo robią… chleby różne pieką… w rzemiosłach i kunsztach cechom przeszkadzają, słowem, wszystkie sposoby do życia katolikom odbierają. Niegdyś populosa civitas (ludne miasto), teraz ledwie trzecia część zubożałego pospólstwa nam została, a na Przedmieściu Krakowskim sami Żydzi z trunkami w kamienicach pod bokiem kościoła szabasy publicznie odprawują… mając siano na strychach, zgubą miastu przez pożar grożą… Cechy złotników, cyrulików, krawców, kuśnierzy, piekarzy, kotlarzy, safianików (garbarzy) i insze upadły… Towary różne wożą i sprzedają, nawet już i dziedzicznymi prawami niektórzy na miejskich gruntach przeciw prawu osiadają…

Postanowiono więc wysiedlić Żydów z miasta, co istotnie po kilku latach przy asyście wojskowej wykonano; wysiedleni przenieśli się na przedmieścia, a wraz z nimi sklepy i warsztaty. Miasta broniły się więc przeciwko supremacji ludności żydowskiej środkami czasem bardzo zdecydowanymi, choć rzadko skutecznymi; bezskuteczność tych rugów okazywała się zwłaszcza tam, gdzie istniały jurydyki i gdzie pod władzą duchowną czy szlachecką gęsto osiadali Żydzi, wobec których władze miejskie były bezsilne.

Tak więc stopniowo ludność żydowska rozszerza się poza granice dawnej dzielnicy żydowskiej, zaczyna obejmować coraz to nowe działy wytwórczości czy handlu, zastrzeżone dawniej dla chrześcijan, i zwyciężając w walce konkurencyjnej staje się w większości miast najpoważniejszym elementem gospodarczym.

Ale prócz wewnętrznego rozwoju stosunków, który coraz to niekorzystniej kształtował sytuację mieszczan, spadały jeszcze na miasta klęski zewnętrzne, nie przewidziane, które niszczyły jego dorobek, często tak do szczętu, że niektóre miasta już z upadku się nie podnosiły. Były to klęski elementarne, przede wszystkim pożary, które gwałtownie się szerzyły w drewnianych czy półdrewnianych skupieniach, była to jednak przede wszystkim wojna. A wojen przeszło dość przez Rzeczpospolitą; nie było tak spokojnego kąta w całym pastwie, do którego by groza wojny nie doszła; w połowie siedemnastego wieku, w czasie potopu szwedzkiego, padły miasta na ogromnej przestrzeni, i od tego czasu zazwyczaj liczy się upadek życia miejskiego.

Ale nie tylko wojska nieprzyjacielskie były groźne dla miast; wojska Rzeczypospolitej były również poważnym ciężarem. Żołnierz nie pobierał strawy z pułku, lecz z żołdu winien był płacić sam za swe utrzymanie; tymczasem skarb był najczęściej pusty i żołd wypłacano bardzo nieregularnie; cóż więc miał żołnierz robić? Brał co mu dano, a gdy nie chciano mu nic dać, brał gwałtem, a gdy raz się przyzwyczaił do rabunku, rabował już nie z potrzeby, ale dla chciwości czy fantazji. Działo się tak nie tylko w czasie wojny; w okresach zupełnego spokoju żołnierz, nie opłacony lub do grabieży przyzwyczajony, był klęską.

Bywały istotnie przykłady, że mieszczanie, zrujnowani przez ciągłe postoje, opuszczali swe domostwa, pozostawiając je na łasce Boskiej i żołnierskiej. Obrona była niemożliwa; tworzyli co prawda mieszczanie rodzaj armii ochotniczej, i broni zawsze w ratuszu i w cechach było dość dużo, ale wiedziano, że wojska w razie oporu szturmem zdobędą miasto.

Ciężar kwaterunków spadał przede wszystkim na miasta, skoro wsie szlacheckie zostały z nich zwolnione; jedyną pociechą był niski stan liczebny wojsk Rzeczypospolitej. Ale za to ciągle przechodziły przez kraj wojska obce, czy to nieprzyjacielskie, czy zaprzyjaźnione: szwedzkie, saskie, rosyjskie; zdzierstwa rabunki, gwałty były na porządku dziennym. Nie można się więc dziwić, że miasta znajdowały się w bardzo ciężkiej sytuacji.

Pełno też w pamiętnikach cudzoziemców, zwiedzających Polskę, opisów nędzy miast. Jeszcze w Wielkopolsce, w województwie krakowskim, na Pomorzu miasta te przedstawiały się lepiej i zarówno wyglądem zewnętrznym, jak i społeczną strukturą bardziej były do miast zachodniej Europy zbliżone, ale już na Mazowszu miasta te przedstawiały widok godny politowania; cóż dopiero na rozległych ziemiach litewskich i ruskich.

Tak np. orszak francuski, jadący wraz z Marią Ludwiką do Warszawy, dziwił się ubóstwu i zaniedbaniu miasteczek. Przejeżdżano przez Mławę, Ciechanów i Nowe Miasto. Wspomniane trzy miejsca – pisze Laboureur – chociaż imię miast w Polsce mają, uchodziłyby we Francji za wioski; nie są one opasane murem ani fosą, domy ich w małej liczbie są rozrzucone, źle stawiane i niewygodne. Nędza mieszkańców wzbudza politowanie, większość źle odziana, prawie wszyscy chodzą boso; w izbach mieszczą się gołe dzieci wraz z psami, prosiętami i drobiem.

Narzekali i swoi; w poważniejszej publicystyce osiemnastego wieku skargi na smutny stan miast są powszechne.

„Jaka w nich budynków ruina – pisze król Leszczyński w Głosie wolnym – jaka nieludzkość obywatelów, jaka indigencja (przyznawanie obcym obywatelstwa, szlachectwa) mieszkańców, jaka incapacitas (ubezwłasnowolnienie) rzemieślników, jaka insufficencja (niedostatek) towarów, jaki na ostatek przy wielkim niedostatku nierząd in politia! (w polityce)”.

Śmiali się satyrycy; przysłowiowym został opis Krasickiego w pierwszych strofach Monachomachii:

W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda)
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.

x

Ignacy Błażej Franciszek Krasicki herbu Rogala (ur. 3 lutego 1735 w Dubiecku, zm. 14 marca 1801 w Berlinie) – biskup warmiński od 1767, arcybiskup gnieźnieński od 1795, książę sambijski, hrabia Świętego Cesarstwa Rzymskiego, prezydent Trybunału Głównego Koronnego w Lublinie w 1765, proboszcz przemyski, kustosz kapituły katedralnej lwowskiej w 1765 roku, poeta, prozaik, publicysta i encyklopedysta, kawaler maltański zaszczycony Krzyżem Devotionis, mianowany biskupem tytularnym Verinopolis w 1766 roku. Prymas Polski od 1795 r. aż do śmierci. Jeden z głównych przedstawicieli polskiego oświecenia. Nazywany „księciem poetów polskich”. Ignacy Krasicki pochodził z rodziny magnackiej. W latach 1743-1750 uczył się w kolegium jezuickim we Lwowie.

Monachomachia, czyli Wojna mnichów (z gr. monachos – mnich, machia – walka) – poemat heroikomiczny o wojnie mnichów autorstwa Ignacego Krasickiego. Wydany po raz pierwszy anonimowo w roku 1778 w Lipsku, wywołał oburzenie hierarchii kościelnej i uznanie u twórców epoki oświecenia.

Tematem utworu jest walka pomiędzy mnichami dwóch zakonów: karmelitów i dominikanów. Monachomachia wywołała skandal – występowała przeciw zakonom, zasobnemu życiu duchownych, próżniactwu i zacofaniu. Stanowi utrzymaną w duchu oświecenia krytykę wad społecznych, obecnych również w Kościele, czego Krasicki nigdy nie ukrywał. – Wikipedia.

Mamy więc w tym wypadku do czynienia z encyklopedystą, czyli masonem, który wyśmiewa stan, za który, z racji stanowiska, sam po części odpowiada. Kościół zawsze był zażydzony i kontrolowany przez tę nację. Nic się nie zmieniło.

Bystroń przytacza fragment mowy Zamoyskiego na sejmie elekcyjnym z 1575 roku. Jednak nie próbuje on w niej nawet tłumaczyć swego stanowiska wobec mieszczan i nie uzasadnia dlaczego uważa on, że dominująca pozycja szlachty w nowym państwie jest najważniejsza. Skoro nie potrafił czy nie mógł tego wytłumaczyć, to znaczy, że wykonywał polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Nigdy nie zrozumiemy, dlaczego tak się stało, jeśli nie uwzględnimy tego, co tak naprawdę wydarzyło się w tym czasie. Od momentu powstania unii polsko-litewskiej następuje stopniowy i narastający z czasem napływ ludności żydowskiej do tego nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej. Nadawało się ono idealnie do tego osadnictwa. Wielkie Księstwo Litewskie tworzyły społeczności nie w pełni wykształcone w sensie narodowościowym i społecznym. Zneutralizowanie Korony, niewygodnej dla Rzeszy niemieckiej, nastąpiło poprzez połączenie jej z WKL. Jeśli doda się do tego fakt, że królami w tym państwie przeważnie byli obcy, to stanie się jasne, dlaczego realizowało ono interes tych, którzy zaczęli się w nim osiedlać.

Ci nowi osadnicy czuli się w tym państwie bezkarni. Prawo ich nie dotyczyło. Stan szlachecki dlatego był otwarty na nowych braci, by to właśnie Żydzi mogli go zasilać bez problemu. Podejrzewam, że łatwość wejścia do niego była tym spowodowana, a dla innych ta droga była zamknięta. Mieszczan zwalczano po to, by zrobić miejsce Żydom. I tak z czasem przybywało ich, a miejscowa ludność była spychana w niebyt.

Pisze Bystroń, że całkowity upadek miast i mieszczaństwa datuje się od potopu szwedzkiego, a więc jest to tylko potwierdzenie tego, o czym wcześniej pisałem, że głównym celem potopu było zniszczenie Korony. Szwedzi niszczyli zamki, czyli magnaterię i miasta, czyli mieszczaństwo. Po co oni to robili? Przecież wycofali się z Korony. Najwyraźniej król szwedzki działał na rozkaz swoich nieznanych przełożonych, działał w interesie ludności żydowskiej, która tu osiedlała się. To prawda, że ta ludność też ucierpiała, ale miała ona możliwości odbudowania swojej pozycji z racji dostępu do kapitału. Rdzenna ludność polska – nie miała. O tym skąd brała się przewaga Żydów w handlu pisałem w blogu Handel . Na wojnach wszyscy tracą, tylko jedna nacja zyskuje. Nic się pod tym względem nie zmieniło.

Rzeczpospolita powstała w wyniku unii polsko-litewskiej to był żydowski projekt, mający na celu stworzenie Żydom miejsca do masowego osadnictwa, zdominowania tego państwa i dokonywania w nim różnych socjologicznych eksperymentów. I nadal to trwa. Wciąganie Polski do wojny na Ukrainie jest tego dowodem.

City of Moscow

Pewnie każdy słyszał o City of London, ale czy ktoś słyszał o City of Moscow? Owszem określenie to funkcjonuje czasem w znaczeniu „Miasto Moskwa”. Ja jednak używam go węższym znaczeniu, w jakim używa się do Londynu określenia „City of London”. W ten sposób mogę zadać pytanie: co łączy City o London z City of Moscow? – Pożar. Pożar Londynu – 1666, pożar Moskwy – 1812. A co wspólnego mają oba te pożary? Oba wybuchły 2 września i trwały do 6 września. Czy zatem był to przypadek. O pożarze Londynu pisałem w blogu Pożar 1666 roku. Na początek wypada zapoznać się z tym, co pisze o obu pożarach Wikipedia.

Pożar Moskwy

Pożar Moskwy (ros. Московский пожар) – pożar, który trwał od 2 do 6 września (14–18 września) 1812 podczas okupacji Moskwy przez wojska francuskie. Armia Imperium Rosyjskiego opuściła miasto po bitwie pod Borodino. Pożar objął praktycznie cały Biały Gród i Ziemny Gród oraz znaczne obszary na obrzeżu miasta, niszcząc ¾ zabudowy.

Chronologia wydarzeń

  • 31 sierpnia / 12 września – cofająca się armia rosyjska rozbiła obóz w Filach. Trwała ewakuacja oraz żywiołowa ucieczka ludności cywilnej.
  • 1 września / 13 września – rada wojenna w Filach akceptuje decyzję generała feldmarszałka Kutuzowa o opuszczeniu Moskwy bez walki.
  • 2 września / 14 września – armia rosyjska wyruszyła na wschód wraz z tłumami uchodźców. W ślad za nimi do Moskwy wkroczyła awangarda Wielkiej Armii pod dowództwem marszałka Murata, która zajęła Kreml. Wieczorem do miasta wkroczyły główne siły wojsk cesarza Napoleona I. Według źródeł rosyjskich, tego dnia wybuchły pierwsze pożary.
  • 3 września / 15 września – w godzinach porannych Napoleon I przy dźwiękach Marsylianki wkroczył na czele gwardii na Kreml. Pożar ogarnął cały Kitaj-gorod pod murami Kremla.
  • 4 września / 16 września – rano Napoleon I opuścił Kreml i zamieszkał w Pałacu Pietrowskim. Świta Napoleona I przejechała przez płonący Arbat do rzeki Moskwy.
  • 6 września / 18 września – po zniszczeniu trzech czwartych miasta, pożar powoli wygasał. Napoleon I powrócił na Kreml.
  • 12 września / 24 września – z wyroku trybunału francuskiego rozstrzelano pierwszych podpalaczy.
  • 6–7 października / 18–19 października – armia francuska opuściła Moskwę.

Przyczyny pożaru

Istnieje wiele wersji powstania pożaru – celowe podpalenie opuszczonego miasta na rozkaz gubernatora Fiodora Rostopczyna, podpalenie przez rosyjskich dywersantów oraz działania francuskich okupantów. Pożary wybuchały w wielu miejscach, możliwe, że wszystkie wersje były uzasadnione.

Skutki pożaru

Według szacunków, pożar pochłonął:

  • 6496 z 9151 budynków mieszkalnych (w tym 6584 drewnianych i 2567 murowanych),
  • 8251 sklepów, magazynów i tym podobnych,
  • 122 z 329 świątyń (nie uwzględniając rabunków).

W ogniu zginęły 2 tysiące rannych żołnierzy rosyjskich, pozostawionych w mieście przez wycofujące się oddziały. Spłonął Uniwersytet, biblioteka Buturlina, teatry Pietrowski i Arbacki. Liczba ludności Moskwy zmniejszyła się z 270 do 215 tysięcy. Moskwa straciła znaczną część historycznych budowli, zwłaszcza drewnianych. Jednocześnie ruina całych dzielnic pozwoliła na modernizację urbanistyki miasta.

Mapa Moskwy (wydanie 1813) – kolorem czerwonym zaznaczono dzielnice zniszczone przez pożar; źródło: Wikipedia.

Pożar Londynu

Wielki pożar Londynu (ang. Great Fire of London) – pożar w centralnym Londynie trwający od niedzieli 2 września do czwartku 6 września 1666 roku, obejmujący głównie średniowieczną dzielnicę City of London otaczaną przez zbudowany jeszcze w czasach rzymskich mur londyński, a następnie rozprzestrzeniający się na zachód. Oficjalna liczba ofiar katastrofy jest relatywnie nieduża, chociaż część historyków kwestionuje to przekonanie.

Pożar rozpoczął się w niedzielę 2 września niedługo po północy w piekarni na ulicy Pudding Lane, szybko się rozprzestrzeniając. Użycie skutecznych metod przeciwpożarowych w postaci tworzenia pasów przeciwpożarowych poprzez usunięcie struktur stojących na drodze ognia zostało znacząco opóźnione ze względu na niezdecydowanie ówczesnego lorda majora Londynu, sir Thomasa Bloodwortha. Wyburzenie większych budynków zarządzono dopiero w niedzielę w nocy, jednak do tego czasu wiatr zamienił już pożar w burzę ogniową, wobec której zastosowanie takich środków było już nieskuteczne; w poniedziałek pożoga rozprzestrzeniła się na północ, w kierunku centrum City. Szybko pojawiły się podejrzenia, jakoby za podpaleniem stali obcokrajowcy, a ludzie pozbawieni domów swój gniew skupili na Francuzach i Holendrach, z którymi Anglia toczyła wówczas II wojnę angielsko-holenderską; znaczna liczba imigrantów z tych krajów stała się ofiarami ulicznej przemocy. We wtorek pożar opanował niemal całe City, niszcząc katedrę św. Pawła, i przeskoczył na drugą stronę rzeki Fleet, zagrażając dworowi Karola II Stuarta przy Whitehall. Równocześnie prowadzone były skoordynowane działania przeciwpożarowe, jednak za kluczowe czynniki ugaszenia pożaru uznaje się zelżenie silnego wschodniego wiatru oraz użycie przez garnizon z Tower of London prochu czarnego do tworzenia pasów przeciwpożarowych, co powstrzymało rozprzestrzenianie się ognia w kierunku wschodnim.

Po opanowaniu żywiołu Londyn stanął przed olbrzymimi problemami ekonomicznymi i społecznymi. Król Karol II zalecał, żeby opuścić miasto i osiedlić się gdzieś indziej, obawiając się, że niezadowoleni mieszkańcy mogą wzniecić przeciwko niemu powstanie. Zaproponowano różne – niekiedy radykalne – plany odbudowy miasta. Ostatecznie Londyn odbudowano na planie średniowiecznym, a zastosowany wtedy układ ulic przetrwał do XXI wieku.

Środkowy Londyn w 1666 roku. Spalony obszar zaznaczony na różowo. Pudding Lane na niebiesko. Źródło: Wikipedia.

x

Wikipedia szeroko rozpisuje się o pożarze Londynu, a na temat pożaru Moskwy tylko tyle, ile zacytowałem. Również Lew Tołstoj w swojej powieści Wojna i pokój niewiele pisze o tym pożarze. Jednak opisuje dziwne zachowanie Napoleona po wkroczeniu do Moskwy. Może tu jest jakaś wskazówka. Pisze on tak:

Napoleon wkracza do Moskwy po wspaniałym zwycięstwie de la Moskova; zwycięstwo jest niewątpliwe, gdyż pole walki pozostało przy Francuzach. Rosjanie cofają się i oddają stolicę. Moskwa pełna żywności, broni, amunicji i niezliczonych bogactw – w rękach Napoleona. Wojsko rosyjskie, dwa razy słabsze niż francuskie, w ciągu miesiąca nie czyni ani jednej próby natarcia. Położenie Napoleona – najświetniejsze. Do tego, aby z dwukrotnie większymi siłami runąć na resztki rosyjskiej armii i zniszczyć ją; do tego, żeby zawrzeć korzystny pokój albo, na wypadek odmowy, zrobić manewr zagrażający Petersburgowi; do tego, żeby nawet w wypadku niepowodzenia wrócić do Smoleńska albo Wilna lub pozostać w Moskwie; do tego, słowem, żeby utrzymać to wspaniałe położenie, w jakim znajdowało się wówczas wojsko francuskie, wydawałoby się, nie trzeba szczególnego geniuszu. Do tego trzeba było zrobić najprostszą i najłatwiejszą rzecz: nie pozwolić wojsku, aby grabiło, przygotować zimową odzież, której wystarczyłoby w Moskwie dla całej armii, i we właściwy sposób zmagazynować prowiant znajdujący cię w Moskwie, który mógł wystarczyć dłużej niż na pół roku (według danych historyków francuskich) dla całego wojska. Napoleon, ten geniusz nad geniuszami, władca armii, jak twierdzą historycy, nic takiego nie zrobił.

Nie tylko nic takiego nie zrobił, lecz gorzej, użył całej swej władzy na to, aby ze wszystkich znanych mu dróg działania wybrać taką, która była najgłupsza i najbardziej zgubna. Ze wszystkiego, co mógł Napoleon uczynić: zimować w Moskwie, iść na Petersburg, iść na Niżnij Nowgorod, cofać się, iść bardziej na północ albo na południe tą drogą, którą poszedł później Kutuzow, słowem, o jakimkolwiek by wyjściu pomyśleć – nic bardziej głupiego i zgubniejszego niż to, co przedsięwziął Napoleon, tj. pozostać w Moskwie do października, pozwalając wojsku grabić miasto; potem wahając się, zostawić garnizon w Moskwie, wyjść z niej, zbliżyć się do Kutuzowa, nie wydać bitwy, pójść na prawo, dojść do Małojarosławca, znowu nie próbując się przebić, pójść nie tą drogą, którą szedł Kutuzow, lecz wrócić na Możajsk spustoszoną drogą smoleńską – nic głupszego i bardziej zgubnego dla wojska nie można było wymyślić, jak to potwierdziły następstwa. Niech najbardziej umiejętni strategowie – zakładając, że Napoleon chciał zgubić swą armię – pokażą jakąś inną kolejność działania, która by tak niechybnie i niezależnie od wszystkiego, co przedsięwzięły wojska rosyjskie, tak całkowicie zniszczyła całą armię francuską, jak to zrobił Napoleon!

Genialny Napoleon zrobił to. Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny.

W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Zupełnie fałszywie (tylko dlatego, że skutki nie usprawiedliwiły działania Napoleona) przedstawiają nam historycy, że siły Napoleona osłabły w Moskwie. Zupełnie tak samo jak poprzednio, jak później, w roku trzynastym, Napoleon zużył całą swą umiejętność i siły, żeby uczynić wszystko, co mógł najlepszego dla siebie i dla swej armii. Działanie Napoleona w tym czasie jest nie mniej zadziwiające niż w Egipcie, we Włoszech, w Austrii i Prusach. Nie wiemy ściśle, w jakim stopniu geniusz Napoleona przejawił się w Egipcie, gdzie czterdzieści wieków patrzyło na jego wielkość, ponieważ wszystkie te wielkie zwycięstwa przedstawiają nam tylko Francuzi. Nie możemy należycie ocenić jego geniuszu w Austrii i Prusach, gdyż dane o jego tam działaniu musimy czerpać ze źródeł francuskich i niemieckich; a niepojęte przejście do niewoli korpusów bez bitwy i poddawanie się twierdz bez oblężenia musiały skłaniać Niemców do uznania jego geniuszu, jedynego usprawiedliwienia takiej wojny, którą prowadzono w Niemczech. Ale my, chwała Bogu, nie mamy potrzeby uznawania jego geniuszu, aby ukryć swój wstyd. Zapłaciliśmy za to, żeby mieć prawo patrzeć na sprawę prosto i prawdziwie, i nie wyrzekniemy się tego prawa.

Jego działanie w Moskwie jest równie zdumiewające i genialne, jak wszędzie. Rozkazy za rozkazami i plany za planami sypią się od czasu zajęcia Moskwy aż do wyjścia z niej. Nieobecność mieszkańców, brak delegacji i pożar miasta nie zaniepokoiły go. Nie spuszcza z oka ani dobra swej armii, ani działań nieprzyjaciela, ani pomyślności narodów Rosji, ani kierownictwa sprawami Paryża, ani dyplomatycznych rozmyślań o przyszłych warunkach pokoju.

x

Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny. W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Tak więc dla Tołstoja wszystko dokonuje się zgodnie z pewnymi prawami, na które ludzie nie mają wpływu, tylko jakieś fatum decyduje. Pożar w Moskwie wybuchł w momencie wkroczenia do niej Napoleona i nie zrobił on nic, by przeciwdziałać temu. Podobnie biernie zachowały się władze Londynu. To tak, jakby w obu wypadkach czekano, aż pożar ogarnie pożądany obszar. Wiemy, co to jest City of London i kto tam rządzi. Ten stan wytworzył się dzięki temu, że w 1666 roku doszło do pożaru. Wiadomo, że doszczętne zniszczenie centrum miasta będzie wymagało odbudowy. Taki stan całkowicie zmienia stosunki własnościowe i gospodarcze w najważniejszym mieście w państwie, czyli w stolicy, gdzie ma swoją siedzibę rząd. Pożar Londynu miał miejsce w kilkanaście lat po tym jak Cromwell pozwolił Żydom na powrót do Anglii. Londyn najwyraźniej został przeznaczony na stolicę Imperium, które Żydzi już wtedy budowali. Przeciwwagę miała stanowić Moskwa, która miała stać się w przyszłości siedzibą światowego komunizmu. Nie powinno więc dziwić, że była to dziwna wojna, która bardziej zasługuje na miano drôle de guerre, niż ta w wykonaniu Francuzów w 1939 roku.

Jakoś tak dziwnie się składa, że po tej wojnie pojawili się dekabryści. Wikipedia tak o nich pisze:

„Dekabryści – grupa rosyjskich spiskowców/rewolucjonistów ze sfer szlacheckich działająca w latach 20. XIX wieku. Nazwa wywodzi się od daty wybuchu antycarskiego powstania – 26 grudnia 1825 (14 grudnia według kalendarza juliańskiego) – po rosyjsku grudzień to dekabr.

Dekabryści wywodzili się z rodzin arystokratycznych (spośród 289 ukaranych za udział w spisku 22 było synami generałów, 10 synami pułkowników, 13 synami senatorów, 7 − gubernatorów, 2 − ministrów, a jeden synem członka Rady Państwa), uzyskali dobre wykształcenie, służyli w elitarnych pułkach armii rosyjskiej, znali język francuski, a niekiedy także inne języki obce. Wśród uczestników ruchu było wielu wolnomularzy. W większości byli wojskowymi i brali udział w wojnie obronnej z Napoleonem. Część z nich służyła w zachodniej Europie, m.in. stacjonowała w okupowanej Francji. Doświadczenia te i poczynione obserwacje miały wpływ na poglądy i program wielu dekabrystów, którzy byli entuzjastami francuskiego oświecenia i rewolucji francuskiej.”

Pożar Moskwy spełnił tę samą funkcję jak pożar Londynu – oczyścił centrum miasta i zrobił miejsce dla nowych przybyszy, którzy do dziś kontrolują Rosję, podobnie jak kraje anglosaskie. To był pierwszy krok. Drugim było pojawienie się dekabrystów, których zadaniem było osłabianie władzy carskiej. W konsekwencji doszło do rewolucji październikowej. Dawna stolica była już wtedy gotowa, by stać się stolicą światowego komunizmu. Po latach Związek Radziecki rozpadł się, ale Moskwa nic nie straciła na swoim znaczeniu. Rozpadu Rosji nie ma w planie wielkich tego świata, przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w kontekście wojny na Ukrainie, bo jej celem jest coś innego niż osłabienie Rosji czy jej rozczłonkowanie.

Wszystkie te dziwne zachowania Napoleona, jego pójście, wbrew zdrowemu rozsądkowi, na Moskwę, a nie na Petersburg, również rosyjska taktyka spalonej ziemi i unikanie walki; wszystko to i wiele innych niezrozumiałych decyzji po obu stronach miało służyć tylko jednemu celowi – ukryciu prawdziwego zamiaru, jakim od początku było spalenie Moskwy. Nigdy nikomu nie udało się pokonać Rosji czy Związku Radzieckiego. Napoleon miał dojść do Moskwy i doszedł, ale nie pokonał Rosji, bo tego nie było w scenariuszu. Hitler miał nie dojść do Moskwy i nie doszedł i nie pokonał Związku Radzieckiego, bo taki był scenariusz. I nie był to efekt działania jakiegoś fatum, tylko konkretnych ludzi, których tożsamości nigdy nie poznamy.

Rok 1812 c.d.

W blogu Rok 1812 zastanawiałem się na tym, dlaczego Napoleon skierował się na Moskwę, a nie na Petersburg. Jeśli oficjalnym powodem wojny była chęć pokonania Rosji za to, że złamała blokadę Anglii, to najprościej byłoby dokonać jego blokady. Do Petersburga było bliżej niż do Moskwy, a poza tym wojska napoleońskie mogłyby poruszać się wzdłuż wybrzeża Bałtyku, co znacznie utrudniłoby prowadzenie przez Rosjan wojny partyzanckiej. Blokada Petersburga oznaczałby też ruinę gospodarczą Rosji, bo cała jej wymiana handlowa odbywała się przez ten właśnie port. Pisząc ten blog nie wiedziałem, dlaczego tak się stało. Teraz, wydaje mi się, że już wiem, ale o tym w kolejnym blogu. W tym chciałbym skupić się na tym, jak Tołstoj opisał rok 1812 w swojej powieści Wojna i pokój. Jest to oczywiście powieść wielowątkowa, ale najwięcej miejsca zajmuje w niej wątek wojny 1812 roku. Gdyby nie Wielka wojna ojczyźniana, to zapewne ta wojna zapisałaby się najtrwalej w świadomości Rosjan. Jednak dla świata, według mnie, tamta wojna była ważniejsza. W następnym blogu to uzasadnię.

Wikipedia tak zaczyna opis tej powieści:

W pierwotnym zamyśle Tołstoja powieść miała być szkicem opisującym podłoże powstania dekabrystów. Następnie zdecydował się on ją rozszerzyć i opisać trzy newralgiczne punkty rosyjskiej historii XIX wieku: wojny napoleońskie, powstanie dekabrystów i wojnę krymską. W trakcie pisania jednak pisarz odszedł od właściwego tematu utworu i skupił się jedynie na opisie wojen napoleońskich (w których uczestniczyła większość dekabrystów). Końcowy efekt przyniósł kilka uzupełniających się wątków, będących uzasadnieniem poglądów historiozoficznych Tołstoja.

„Wojna i pokój” to jedno z najobszerniejszych dzieł w literaturze rosyjskiej. Ogromna liczba bohaterów i wątków skutkuje obfitością znaczeń. Nawet pobieżna analiza dzieła wymaga omówienia kilku z nich:

Ukazanie idei fatalizmu historycznego. Tołstoj był przekonany, że historią rządzi fatum, ślepy los, który nie jest zależny od jakichkolwiek ludzkich działań. Wykonawcami owego fatum są nie, jak powszechnie uważano, genialne jednostki (jak np. Napoleon), ale „masy”, czyli narody. Prawdziwie dobrym władcą jest zatem ten, który potrafi zintegrować się ze społeczeństwem i razem z nim wypełnić dziejową misję. Idąc dalej tym tokiem myślowym Tołstoj dochodzi do wniosku, że władca dziedziczny (car) jest wywyższony ponad władcę wybieralnego (Napoleon), gdyż jego władza jest związana z owym fatum, w przeciwieństwie do władcy, którego władza pochodzi z nadania ludzi buntujących się przeciwko zrządzeniom losu.

Pozostałe wątki to według Wikipedii:

  • ukazanie jedności narodu rosyjskiego w chwili zagrożenia, zwłaszcza jedności chłopstwa i szlachty,
  • zwycięstwo idei „Wojny sprawiedliwej” (wojny obronnej z 1812 roku) i klęska w wojnie zaborczej, ekspansywnej (wojna krymska),
  • ukazanie idealnego modelu rosyjskiej rodziny (patriarchatu);

Temu pierwszemu wątkowi Tołstoj poświęcił najwięcej uwagi i wypada tę ideę fatalizmu historycznego według niego przybliżyć. Poniżej wybrane fragmenty:

Przedmiotem historii jest życie narodów i ludzkości. Ująć bezpośrednio i ogarnąć słowami – opisać życie nie tylko ludzkości, ale jednego narodu, wydaje się niemożliwe.

Starożytni historycy używali prostego sposobu, żeby opisać i uchwycić wydające się nieuchwytnym – życie narodu. Opisywali działalność osób rządzących narodem, i ta działalność utożsamiała się dla nich z działalnością całego narodu.

Na pytanie, jakim sposobem jednostki według swej woli zmuszały narody do działania i co kierowało wolą tych jednostek, historycy odpowiadali: na pierwsze pytanie – uznaniem woli bóstwa, podporządkowującego narody woli jednej wybranej jednostki, a na drugie pytanie – uznaniem tegoż bóstwa, które kieruje wolą człowieka wybranego do osiągnięcia wyznaczonego celu.

Starożytni rozwiązywali te zagadnienia wiarą w bezpośredni udział bóstwa w sprawach ludzkości. Historia nowożytna w teorii swej odrzuciła oba te założenia.

Wydawałoby się, że odrzuciwszy wiarę starożytnych w zależność ludzi od bóstwa i w określony cel, do którego prowadzone są narody, historia nowożytna powinna by była badać nie przejawy władzy, lecz przyczyny, które ją formowały. Lecz tego nie uczyniła. Odrzuciwszy w teorii poglądy starożytnych, kieruje się nimi w praktyce.

Zamiast ludzi obdarzonych boską władzą, którymi bezpośrednio kieruje wola bóstwa, historia nowożytna wysunęła albo bohaterów obdarzonych niezwykłymi, nadludzkimi zdolnościami, albo po prostu ludzi o najróżnorodniejszych właściwościach, od monarchów do dziennikarzy, kierujących masami. Zamiast dawnych, miłych bóstwu dążeń narodów: żydowskiego, greckiego, rzymskiego, które starożytnym wydawały się celami ruchu ludzkości, historia nowożytna wysunęła swoje cele – szczęście Francuzów, Niemców, Anglików, a w najogólniejszej abstrakcji – dobro cywilizacji całej ludzkości, przez którą rozumie się zwykle narody zajmujące maleńki północno-zachodni kącik wielkiego lądu.

Historia nowożytna odrzuciła dawne wierzenia, nie dając na ich miejsce nowych zasad, a logika dziejów zmusiła historyków, którzy rzekomo odrzucili boską władzę cesarzy i fatum starożytnych, by nową drogą doszli do tego samego: do uznania, że 1) narodami kierują jednostki i 2) że istnieje określony cel, do którego dążą narody i ludzkość.

We wszystkich pracach najnowszych historyków, od Gibbona do Buckle’a, mimo ich pozornych różnic i pozornie nowych poglądów, widać w osnowie te dwie stare, nie do uniknięcia zasady.

Po pierwsze, historyk opisuje działalność jednostek, według jego zdania, kierujących ludzkością: jeden zalicza do nich tylko monarchów, wodzów, ministrów; drugi prócz monarchów – mówców, uczonych, reformatorów, filozofów, poetów. Po drugie, cel, do którego zmierza ludzkość, jest znany historykowi: dla jednego tym celem jest wielkość rzymskiego, hiszpańskiego, francuskiego państwa; dla innego – to wolność, równość, cywilizacja określonego rodzaju w maleńkim zakątku świata, nazywanym Europą.

W roku 1789 w Paryżu zaczyna się ferment; rośnie, rozlewa się i przejawia się w ruchu narodów z Zachodu na Wschód. Kilkakroć ruch ten kieruje się na Wschód, ściera się z ruchem przeciwnym – ze Wschodu na Zachód; w roku 1812 dochodzi do krańcowego punktu – Moskwy, i z symetrią, godną uwagi, następuje ruch przeciwny: ze Wschodu na Zachód, zupełnie jak w pierwszym wypadku, pociągając za sobą narody pośrednie. Przeciwstawny ruch dochodzi do punktu wyjścia na Zachodzie do Paryża – i zanika.

W tym dwudziestoletnim okresie ogromnej liczby pól nie zaorano, domy spalono, handel zmienia kierunek; miliony ludzi ubożeje, wzbogaca się, przesiedla, a miliony ludzi, chrześcijan, uznających miłość bliźniego, zabijają się wzajemnie.

Co to wszystko znaczy? Czym to zostało spowodowane? Co zmusiło tych ludzi, by palili domy i zabijali podobnych sobie? Jakie są przyczyny tych wydarzeń? Jaka siła kazała tym ludziom postępować w taki sposób? Oto mimowolne, prostoduszne i najbardziej uzasadnione pytania, które stawia sobie człowiek natknąwszy się na pomniki i podania o ruchu minionego okresu.

O rozwiązanie tych zagadnień zwracamy się do nauki historii, której celem jest samowiedza narodów i ludzkości.

Gdyby historia kierowała się poglądami starożytnych, powiedziałaby: bóstwo, nagradzając albo karząc swój naród, dało Napoleonowi władzę i kierowało jego wolą, aby osiągnąć swe boskie cele. Odpowiedź byłaby pełna i zrozumiała. Można było wierzyć lub nie w boskie przeznaczenie Napoleona; kto wierzył w niego, ten wszystko by zrozumiał w historii tego okresu i nie mogłoby być żadnej sprzeczności.

Ale historia nowożytna nie może w ten sposób odpowiadać. Nauka nie uznaje poglądów starożytnych o bezpośrednim mieszaniu się bóstwa w sprawy ludzkie i dlatego winna odpowiedzieć inaczej.

Historia nowożytna odpowiadając na te pytania mówi: chcecie wiedzieć, co znaczy ten ruch, skąd wypłynął i jaka siła dokonała tych wydarzeń? Posłuchajcie:

x

Ludwik XIV był człowiekiem bardzo dumnym i pewnym siebie; miał takie a takie kochanki i takich a takich ministrów i głupio rządził Francją. Następcy Ludwika również byli ludźmi słabymi i źle rządzili Francją. I oni mieli takich a takich faworytów i takie a takie kochanki. Prócz tego pewni ludzie pisali w tym czasie książki. W końcu XVIII stulecia Paryż skupił około dwudziestu ludzi, którzy zaczęli mówić, że wszyscy ludzie są równi i wolni. Z tego powodu ludzie w całej Francji zaczęli się wzajemnie wyrzynać i topić (Wandea – przyp. W.L.). Ludzie ci zabili króla i wielu innych. W tym samym czasie był we Francji człowiek genialny – Napoleon, który wszędzie wszystkich zwyciężał, czyli zabijał dużo ludzi, dlatego że był bardzo genialny. Pojechał zabijać dla czegoś tam Afrykańczyków i tak znakomicie ich zabijał, i taki był przebiegły i mądry, że przyjechawszy do Francji nakazał, by mu się wszyscy podporządkowali. I wszyscy uznali w nim władcę. Zrobiwszy się cesarzem, znowu poszedł zabijać ludzi we Włoszech, Austrii i Prusach. I tam dużo pozabijał. A w Rosji był cesarz Aleksander, który postanowił przywrócić porządek w Europie i dlatego wojował z Napoleonem. Ale w roku 1807 nagle zawarł z nim przyjaźń, a w roku 1811 znowu się rozeszli i znowu zaczęli zabijać dużo ludzi. Napoleon przywiódł do Rosji sześćset tysięcy żołnierzy i zawojował Moskwę; a później śpiesznie uciekł z Moskwy i wtedy cesarz Aleksander za radą Steina (minister pruski wypędzony przez Napoleona, w latach 1809-12 przebywał w Rosji – przyp. W.L.) i innych zjednoczył Europę do pospolitego ruszenia przeciw burzycielowi pokoju. Wszyscy sojusznicy Napoleona zrobili się od razu jego wrogami i to pospolite ruszenie poszło przeciw Napoleonowi, który zebrał nowe siły. Sprzymierzeńcy zwyciężyli Napoleona, zajęli Paryż; zmusili Napoleona do zrzeczenia się tronu i zesłali go na wyspę Elbę, nie pozbawiając go tytułu cesarza i okazując mu wszelki szacunek, mimo że przed pięciu laty i w rok później wszyscy uważali go za zbója poza prawem. A panować zaczął Ludwik XVIII, z którego dotychczas i Francuzi, i sprzymierzeńcy śmiali się tylko. Zaś Napoleon, lejąc łzy przed starą gwardią, zrzekł się tronu i pojechał na wygnanie. Potem doświadczeni mężowie stanu i dyplomaci (zwłaszcza Talleyrand, który zdążył wcześniej niż inni zająć miejsce w pewnym fotelu i tym rozszerzył granice Francji) rozmawiali w Wiedniu i uszczęśliwiali albo unieszczęśliwiali tymi rozmowami narody. Wtem dyplomaci i monarchowie omal się nie pokłócili i już gotowi byli rozkazać znowu swym wojskom zabijać się wzajemnie; ale tymczasem Napoleon z batalionem wojska przybył do Francji i Francuzi, nienawidzący go, natychmiast mu się podporządkowali. Ale sprzymierzeni monarchowie rozgniewali się o to i znowu ruszyli wojować z Francuzami. Genialnego Napoleona zwyciężyli i wywieźli na Wyspę Św. Heleny, nagle uznawszy go za zbója. I tam wygnaniec, rozłączony z miłymi sercu ludźmi i z ukochaną przez niego Francją, umierał na skale powolną śmiercią i przekazał swe wielkie czyny potomnym. A w Europie zapanowała reakcja i wszyscy panujący zaczęli znowu krzywdzić swoje ludy.

x

Na próżno byście pomyśleli, że to drwina, karykatura opisów historycznych. Przeciwnie, to najbardziej delikatny wyraz tych sprzecznych odpowiedzi, które nie odpowiadają na pytania, które daje nam cała historia, począwszy od pamiętników i dziejów poszczególnych państw do historii powszechnej i nowego rodzaju historii kultury tego czasu.

Jeżeli celem historii jest opisanie ruchu ludzkości i narodów, to niezbędna jest odpowiedź na pierwsze pytanie: jaka siła porusza narodami, inaczej wszystko inne będzie niezrozumiałe. Na to pytanie historia nowożytna z zakłopotaniem odpowiada albo to, że Napoleon był bardzo genialny, albo to, że Ludwik XIV był bardzo dumny, albo jeszcze to, że tacy to pisarze napisali takie to książki.

Historia jakby sądziła, że siła ta rozumie się sama przez się i wszystkim jest znana. A jednak mimo wszelkie wysiłki, by tę nową siłę przedstawić jako znaną, ten, kto przeczyta wiele dzieł historycznych, mimo woli zwątpi, aby ta nowa siła, tak różnie rozumiana przez samych historyków, była wszystkim znana.

x

W miarę, jak coraz bardziej zagłębiałem się w tę powieść, sposób rozumowania i wnioskowania Tołstoja stawał się on dla mnie coraz mniej zrozumiały. Być może wynikało to z tego, że sam sposób prowadzenia tej wojny przez obie strony był co najmniej dziwny. O bitwie pod Borodinem pisze on tak:

Bitwa pod Borodinem z następującym po niej zajęciu Moskwy i ucieczką Francuzów bez nowych bitew – jest jednym z najbardziej pouczających zjawisk w historii. (…)

Ale nagle w roku 1812 Francuzi odnieśli zwycięstwo pod Moskwą, Moskwę wzięto, po czym, bez nowych bitew, przestała istnieć nie Rosja, lecz – sześciusettysięczna armia, a potem napoleońska Francja. Nie można naciągać faktów do zasad historii i mówić, że pole bitwy pod Borodinem pozostało w ręku Rosjan i że po wzięciu Moskwy były bitwy, które zniszczyły armię Napoleona.

Po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było ani jednej bitwy nie tylko generalnej, ale w jakimkolwiek stopniu znacznej, i armia francuska przestała istnieć. Co to znaczy? Gdyby to był przykład z historii Chin, moglibyśmy powiedzieć, że to nie jest zjawisko historyczne (wykręt historyków, gdy jakieś zjawisko nie pasuje do ich zasad); gdyby sprawa dotyczyła niewielkiego starcia, w którym by brały udział małe ilości wojsk, moglibyśmy przyjąć to zjawisko jako wyjątek; ale wydarzenie to działo się na oczach naszych ojców, dla których rozstrzygało się zagadnienie życia lub śmierci ojczyzny i była to wojna największa ze wszystkich znanych wojen…

Okres kampanii 1812 roku od bitwy pod Borodinem do wygnania Francuzów dowiódł, że wygranie bitwy nie tylko nie może być przyczyną podboju, ale nie jest nawet stałym jego objawem; dowiódł też, że siłą decydującą o losie narodów nie są zdobywcy, nawet nie armie i bitwy, lecz coś innego. (…)

Szermierzem, żądającym walki według zasad sztuki szermierczej – byli Francuzi, jego przeciwnikiem, który rzucił szpadę, a chwycił dębczaka, byli Rosjanie; ludźmi, którzy usiłowali wyjaśnić wszystko według zasad fechtunku – historycy, którzy pisali o tym wydarzeniu.

Od chwili spalenia Smoleńska rozpoczęła się wojna niepodobna do żadnej z wojen poprzednich, które znamy z opowiadań. Palenie miast i wsi, cofanie się po bitwach, uderzenie pod Borodinem i znowu wycofanie się, pożar Moskwy, wyłapywanie maruderów, przejmowanie transportów, wojna partyzancka – wszystko to było odstępstwem od zasad.

x

W dalszej części wraca Tołstoj do bitwy pod Borodinem i pisze:

Dlaczego to wojsko rosyjskie, które słabsze liczebnie od Francuzów, wydało bitwę pod Borodinem, dlaczego to wojsko, okrążające Francuzów z trzech stron, aby ich wziąć do niewoli, nie osiągnęło swego celu? Czyżby tak wielką przewagę nad nami mieli Francuzi, że okrążywszy ich przeważającymi siłami, nie mogliśmy ich pobić? Jak się to mogło stać?

Historia (ta, którą nazywa się tym słowem) odpowiadając na te pytania mówi, że stało się to dlatego, iż Kutuzow i Tormasow, i Czyczagow, i tamten, i ów nie wykonali takich a takich manewrów.

Ale dlaczego nie dokonali tych wszystkich manewrów? Dlaczego, jeżeli z ich winy nie osiągnięto zamierzonego celu, nie oddano ich pod sąd i nie stracono? Ale jeżeli nawet przyjąć, że winę za niepowodzenie Rosjan ponosi Kutuzow i Czyczagow itp., to i tak nie można zrozumieć, dlaczego i w tych warunkach, w jakich znajdowały się wojska rosyjskie pod Krasnem i nad Berezyną (w obu wypadkach Rosjanie mieli przewagę sił), nie wzięto do niewoli francuskiego wojska z marszałkami, królami i cesarzem, jeżeli to było celem Rosjan?

Tłumaczenie tego dziwnego zjawiska (jak to czynią rosyjscy historycy wojen) tym, że Kutuzow przeszkodził natarciu, nie ma podstaw, dlatego, że wiemy, iż wola Kutuzowa nie mogła wstrzymać wojsk od ataku pod Wiaźmą i pod Tarutinem.

Dlaczego to rosyjskie wojsko, które będąc słabsze, zwyciężyło pod Borodinem w bitwie z nieprzyjacielem będącym w pełni sił, teraz pod Krasnem i nad Berezyną, mając przewagę, zostało zwyciężone przez zdezorganizowane tłumy Francuzów?

x

W tym fragmencie Tołstoj pisze , że rosyjskie wojsko było słabsze, ale zwyciężyło pod Borodinem, a we wcześniejszym cytacie pisał, że po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było żadnej znaczącej bitwy i armia francuska przestała istnieć. Trudno to zrozumieć, jak i jego wywody dotyczące całej kampanii 1812 roku. Coraz trudniej było mi podążać za jego tokiem myślenia. W końcowej części powieści konkluduje:

Siły życia przyrody pozostają poza nami i nie uświadamiamy sobie ich, lecz nazywamy te siły ciążeniem, inercją, elektrycznością, siłą witalną itd., ale siłę życia człowieka uświadamiamy sobie i nazywamy ją wolnością. (…)

Podobnie jak nieokreślona istota siły poruszającej ciała niebieskie, nieokreślona istota siły ciepła, elektryczności albo siły łączenia się pierwiastków czy siły witalnej stanowią treść astronomii, fizyki, chemii, botaniki, zoologii itd. – tak istota siły wolności stanowi treść historii. (…)

(…) Gdy Newton sformułował prawo ciążenia, nie powiedział, że Słońce lub Ziemia posiadają właściwości przyciągania; powiedział, że każde ciało, od największego do najmniejszego, ma jakby właściwości przyciągania się wzajemnego, tj. pozostawiając na boku zagadnienie o przyczynę ruchu ciał, wyraził właściwość wspólną wszystkim ciałom od nieskończenie wielkich do nieskończenie małych. Tak samo czynią nauki przyrodnicze: pozostawiając na uboczu zagadnienie przyczyny, poszukują praw. Historia postępuje tak samo. I jeżeli przedmiotem jej ma być badanie ruchów narodów i ludzkości, a nie opisywanie epizodów z życia ludzi, to powinna, odsunąwszy pojęcie przyczyn, wykrywać prawa wspólne wszystkim równym i nierozerwalnie ze sobą związanym, nieskończenie małym elementom wolności.

xxx

Te nieskończenie małe elementy wolności to poszczególni ludzie. Wychodząc więc z założenia, że te nieskończenie małe elementy wolności mogą mieć wpływ na bieg historii, to faktycznie znalezienie przyczyny, czyli tego, kto podejmuje decyzje jest niemożliwe. To jak szukanie igły w stogu siana. A więc, skoro sprawca nie może być znaleziony, to szukamy praw rządzących historią. Tak chyba można odczytać przekaz Tołstoja.

W blogu Czechosłowacja ’68 pisałem o tym, co tam chciano ukryć: inwazja potężnych sił Układu Warszawskiego, nieproporcjonalna do zagrożenia, którego nie było. Tym odwracano uwagę od prawdziwej operacji. Tołstoj też chciał coś ukryć, odwrócić uwagę czy może ktoś mu kazał, by tak pisał. Te cytaty zamieściłem po to, by pokazać, jak można pominąć to, co było najważniejsze w tej kampanii, po co była wyprawa na Moskwę. Napoleon ze swego zadania wywiązał się znakomicie. Niby o wszystkim jest mowa: o wojnie partyzanckiej, o paleniu miast i wsi i w końcu o spaleniu Moskwy, o dziwnym zachowaniu Napoleona. Tyle że winowajcą u Tołstoja jest to fatum, ślepy los. O tym, kto był faktycznym sprawcą tej wojny i jaki miał w niej interes, to w następnym blogu.

Monte Cassino

18 maja minęła okrągła 80-ta rocznica bitwy pod Monte Cassino. Prawie niezauważona w mediach głównego nurtu. Jeśli jednak bitwa ta zachowała się jakoś w ogólnej świadomości, to pewnie za sprawą pieśni Czerwone maki na Monte Cassino wydanej na płycie w 1964 roku i mitu, że to Polacy zdobyli klasztor na Monte Cassino oraz Melchiora Wańkowicza, który zaraz po wojnie wydał swą najbardziej znaną książkę Bitwa o Monte Cassino. Wańkowicz pieczętował się herbem Wańkowicz, odmianą herbu Lis, który był jednym z 47 herbów adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku. Burzę wywołał były europoseł PiS Marek Migalski, który na portalu X napisał:

Jak co roku przypominam: Polacy nie zdobyli Monte Cassino. Atakowali go kilka razy. Nieskutecznie. Jak inni alianci. Weszli na opuszczone przez Niemców wzgórze, na którym zastali kilkudziesięciu rannych i niezdolnych do ewakuacji żołnierzy Wermachtu. Reszta to legenda.

Trudno mu odmówić racji. Warto chyba jednak bliżej zapoznać się z całą tą operacją, choćby po to, by nie ulegać mitom. Wikipedia tak m.in. pisze:

Bitwa o Monte Cassino (zwana także bitwą o Rzym) – w rzeczywistości cztery bitwy stoczone przez wojska alianckie z Niemcami, które miały miejsce w 1944 roku w rejonie klasztoru na Monte Cassino. Bitwa ta uznawana jest za jedną z najbardziej zaciętych w czasie II wojny światowej. Brytyjski historyk Matthew Parker napisał: Bitwa o Cassino – największa lądowa bitwa w Europie – była najcięższą i najkrwawszą z walk zachodnich aliantów z niemieckim Wehrmachtem na wszystkich frontach drugiej wojny światowej. Po stronie niemieckiej wielu porównywało ją niepochlebnie ze Stalingradem.

Po udanych lądowaniach aliantów w Kalabrii, Tarencie i Salerno na początku września 1943 roku, i po kapitulacji Włoch w tym samym miesiącu, siły niemieckie zaczęły się powoli wycofywać w kierunku północnym. Sprawnie dowodzone wojska niemieckie, opierając się na dwóch improwizowanych liniach obrony, prowadziły działania opóźniające ofensywę aliancką, przygotowując w tym czasie linię Gustawa – silnie ufortyfikowany i trudny do zdobycia pas umocnień obronnych przebiegający w najwęższym miejscu Półwyspu Apenińskiego. Feldmarszałek Luftwaffe Albert Kesselring, któremu 6 listopada 1943 roku powierzono dowodzenie wszystkimi siłami niemieckimi we Włoszech, obiecał Hitlerowi utrzymanie tej linii przez przynajmniej sześć miesięcy.

Również próba ominięcia Monte Cassino poprzez desant pod Anzio (miasto na wybrzeżu, niedaleko Rzymu – przyp. W.L.) nie przyniosła spodziewanych rezultatów – aliantom udało się łatwo utworzyć 22 stycznia 1944 roku przyczółek, ale nie potrafili wykorzystać momentu zaskoczenia. Niemcy w krótkim czasie zdołali ściągnąć znaczne siły (14 Armia, dowódca generaloberst Eberhard von Mackensen) i zatrzymać Amerykanów i Brytyjczyków, którzy nie osiągnęli wyznaczonych celów i okrążenie wojsk niemieckich nie powiodło się. Przed zepchnięciem wojsk sprzymierzonych do morza ocaliły je ciężkie bombardowania lotnicze i działa artylerii okrętowej wstrzymującej niemieckie kontruderzenia. W tej sytuacji dowództwo alianckie postanowiło wznowić ataki na linię Gustawa, usiłując sforsować nurt rwącej rzeki Rapido i zdobyć leżące na drodze nr 6 niewielkie miasto Cassino.

Monte Cassino jest twierdzą, którą zdobyć usiłowało wiele narodów; jest twierdzą słynną na cały świat. Jeśli odmówię, korpus zostanie skierowany do doliny Liri, gdzie atak także przyniesie ciężkie straty, ale w dłuższym czasie (…). Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wyniesiemy sprawę polską – tak obecnie sponiewieraną – w samo centrum uwagi świata. – Władysław Anders.

Ze względu na udział wielu sprzymierzonych narodów bitwa ta jest uważana za „Bitwę narodów II wojny światowej”, opartą na podobieństwie bitwy pod Lipskiem w 1813.

Ta najcięższa spośród batalii, jakie stoczyli alianci zachodni przeciwko Niemcom w całej wojnie, była rezultatem strategicznego i taktycznego bałaganu. Dowódcy alianccy starali się dowieść, że walki na linii Gustawa odciągnęły elitarne niemieckie jednostki i najlepszych generałów od lądowania w Normandii, które nastąpiło w dzień po wkroczeniu gen. Clarka do Rzymu. W rzeczywistości stało się dokładnie na odwrót: dla dokonania lądowania w południowej Francji, co nastąpiło 15 sierpnia 1944 roku, amerykańska 5 Armia musiała oddać swe najlepsze dywizje, tracąc wiele ze swej siły uderzeniowej i szans na szybkie dotarcie do Wiednia.

Bitwa o Monte Cassino trwała blisko pięć miesięcy, tyle też czasu straciły wojska alianckie, które dopiero w pierwszych dniach czerwca 1944 roku wkroczyły do Rzymu, a do granicy włosko-austriackiej dotarły na początku maja 1945 roku. Były to niezwykle krwawe i bezlitosne zmagania. W czasie całej kampanii włoskiej, która trwała od 3 września 1943 do 2 maja 1945 roku, alianci stracili blisko 312 tys., a Niemcy około 435 tys. zabitych i rannych, czyli łącznie dla obu stron średnio 1233 ludzi każdego dnia. Walki na linii Gustawa były najbardziej zacięte: Niemcy, Włosi, Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy, Hindusi, Nowozelandczycy, Maorysi, Polacy, Kanadyjczycy i Południowi Afrykanie stracili około 200 tys. żołnierzy w ciągu 129 dni.

Straty samego tylko 2 Korpusu Polskiego wyniosły 923 zabitych, 2931 rannych, 345 zaginionych (291 po bitwie wróciło do szeregów), w tym wielu oficerów.

To tyle z Wikipedii. Z kolei Mała Encyklopedia Wojskowa (Wydawnictwo MON, 1970) tak podsumowuje tę bitwę:

Bitwa pod Monte Casino toczyła się na drugorzędnym teatrze działań i zwycięstwo sprzymierzonych, okupione dużymi stratami, nie miało istotnego wpływu na dalszy przebieg i zakończenie wojny w Europie. Żołnierz polski przelewając krew pod Monte Cassino wierzył, że tędy prowadzi droga do Polski.

Włochy w okresie międzywojennym (1924-1941); źródło: Wikipedia. Monte Cassino znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Neapolem a Rzymem, ale bliżej Neapolu.

Warto jednak chyba zapoznać się z opisem tej operacji przedstawionej przez Winstona Churchilla w jego monumentalnym dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-1996). Poniżej wybrane fragmenty:

Drugie poważne natarcie na Monte Casino rozpoczęło się 15 lutego od zbombardowania klasztoru.

Wzgórze, na którym wznosił się klasztor, umożliwiło kontrolę miejsca, w którym łączyły się rzeki Rapido i Liri stanowiąc kluczowy punkt oporu całej niemieckiej obrony. Już teraz wiedzieliśmy, że jest to potężna, silnie broniona przeszkoda. Jej strome zbocza, znajdujące się pod obstrzałem, wieńczyła słynna budowla, która w czasie poprzednich wojen była wielokrotnie plądrowana, rujnowana i odbudowywana. Istniały więc spory, czy należy ją niszczyć po raz kolejny. W samym klasztorze nie było oddziałów niemieckich, lecz nieprzyjacielskie umocnienia trudno było odróżnić od właściwego klasztoru. Dominował on nad całym polem bitewnym i generał Freyberg, dowódca korpusu odpowiedzialny za tę operację, pragnął go najpierw potężnie zbombardować z powietrza, zanim wysłałby do ataku swoją piechotę. Generał Mark Clark z pewną niechęcią zwrócił się w tej sprawie do generała Alexandra, który przejął na siebie odpowiedzialność. Tak więc 14 lutego, po ostrzeżeniu zakonników, na klasztor zrzucono 450 ton bomb, powodując ogromne zniszczenia. Gdy jednak dym się rozproszył okazało się, że zewnętrzne mury i główna brama pozostały nietknięte, a więc efekt nie był zadowalający. Teraz Niemcy mogli do woli wykorzystać powstałe ruiny, co umożliwiło im lepszą obronę aniżeli wtedy, gdy budowla była nie uszkodzona.

Przeprowadzenie ataku przypadło w udziale 4 dywizji hinduskiej, która niedawno zluzowała Amerykanów na wzniesieniu na północ od klasztoru. Przez dwie kolejne noce na próżno usiłowała zająć pagórek leżący pomiędzy ich pozycją a wzgórzem klasztornym. Nocą 18 lutego podjęła trzecią próbę. Walka była rozpaczliwa i wszyscy nasi ludzie, którzy dotarli do pagórka zostali zabici. Później, tej samej nocy, jedna brygada minęła pagórek i ruszyła bezpośrednio w kierunku klasztoru, by natknąć się na zamaskowany parów, gęsto zaminowany i otoczony linią karabinów maszynowych. Tutaj żołnierze nasi ponieśli ciężkie straty i zostali zatrzymani. W czasie gdy trwała ta zacięta walka, na wzniesieniach ponad ich głowami, dywizja nowozelandzka przekroczyła rzekę Rapido, tuż poniżej miasta Cassino. Lecz nim zdążyła zabezpieczyć przyczółek, nastąpił kontratak czołgów i musiała się wycofać. Tak więc bezpośredni atak na Monte Cassino zakończył się niepowodzeniem.

Na początku marca, z powodu niekorzystnej pogody, działania ustały. „Napoleoński” piąty żywioł – błoto – unieruchomił obydwie strony. Nie byliśmy w stanie przełamać głównego frontu w rejonie Cassino, a Niemcom nie udawało się zepchnąć nas w Anzio w kierunku morza. Jeżeli chodzi o liczby, to między obiema stronami walczącymi nie było wielkich różnic. My dysponowaliśmy 20 dywizjami we Włoszech, lecz zarówno Amerykanie, jak i Francuzi ponieśli ciężkie straty. Nieprzyjaciel miał 18 lub 19 dywizji na południe od Rzymu i kolejne 5 w północnych Włoszech, ale one także były zmęczone.

Nie było większych nadziei na wyrwanie się z przyczółka w Anzio oraz żadnych szans na połączenie naszych dwóch sił, dopóki front w Cassino nie był przerwany. Tak więc pierwszym celem stało się prawdziwe wzmocnienie przyczółka, zluzowanie i uzupełnienie oddziałów oraz dosłanie zapasów, by żołnierze mogli wytrwać oblężenie, a następnie dokonać wypadu. Czasu było niewiele, ponieważ w połowie miesiąca znaczna liczba barek desantowych miała opuścić rejon Morza Śródziemnego w ramach przygotowań do operacji „Overlord” (lądowanie w Normandii – przyp. W.L.). Bardzo dobrze, że data ich wysłania została przesunięta, lecz dalsza zwłoka nie była już możliwą. Marynarka wojenna zdobyła się na nadludzki wysiłek i osiągnęła wyniki godne podziwu. W poprzednich dniach wyładunek dzienny wynosił 3 tysiące ton; w pierwszych dniach maja zwiększył się dwukrotnie. Obserwowałem ten proces z ogromną uwagą.

x

Chociaż kwestia Anzio już przestała nas niepokoić, kampania we Włoszech nadal nieznośnie się ciągnęła. Żywiliśmy nadzieję, że do tego czasu Niemcy zostaną zepchnięci na północ od Rzymu, co uwolniłoby znaczną część naszych wojsk, pozwalając im wziąć udział w desancie na wybrzeżu Riwiery, wspierającym główną inwazję przez Kanał. Operacja ta, określana kryptonimem „Anvil” została ustalona w Teheranie. Wkrótce miała się ona stać przyczyną sporów pomiędzy nami a naszymi amerykańskimi sprzymierzeńcami. Kampania we Włoszech rozpoczęła się na długo przed powstaniem tej kwestii i sprawą najpilniejszą było obecne przerwanie impasu na froncie w rejonie Cassino. Przygotowania do trzeciej bitwy o Monte Cassino rozpoczęły się wkrótce po lutowej klęsce, lecz wskutek nie sprzyjającej pogody działania mogły zostać wznowione dopiero 15 marca.

Tym razem główny cel stanowiło miasto Cassino. Po ciężkim bombardowaniu, w czasie którego zrzucono niemal 1000 ton bomb i wystrzelono 1200 ton pocisków, nasza piechota ruszyła naprzód. „Zdawało się nieprawdopodobne – donosił Alexander – by po tak potwornym bombardowaniu ktokolwiek ostał się przy życiu”. A jednak. 1 niemiecka dywizja spadochronowa, chyba najtwardsi rębacze w całej swojej armii, walczyli wśród stosów kamieni z Nowozelandczykami i Hindusami. Z zapadnięciem zmroku większa część miasta znajdowała się w naszych rękach. 4 dywizja hinduska, schodząca od strony północnej, również czyniła postępy i następnego dnia pokonała dwie trzecie drogi prowadzącej na wzgórze klasztorne. Wtedy szala bitwy przechyliła się na naszą niekorzyść. Nasze czołgi nie były w stanie pokonać ogromnych wyrw powstałych w wyniku bombardowania i podążać w ślad za nacierającą piechotą. Dopiero po dwóch dniach mogły udzielić jakiejkolwiek pomocy. Tymczasem nieprzyjacielowi udało się przemycić posiłki. Rozpętała się burza i lunął rzęsisty deszcz. Nasze ataki znów zaczęły odnosić skutek, lecz nie udało się nam powtórzyć pierwszego sukcesu, a nieprzyjaciel nie dawał się pokonać w tej przepychance.

Zastanawiałem się dlaczego nie przeprowadziliśmy ataku na skrzydłach, aby wyprzeć wroga z pozycji, które już dwukrotnie okazały się niezwykle trudnymi.

Premier do generała Alexandra, 20 marca 1944

Chciałbym, aby mi Pan wyjaśnił, dlaczego cały czas uderzacie w przejście przy wzgórzu klasztornym, na froncie długości 2-3 mil. Chyba pięć lub sześć dywizji zostało poharatanych wchodząc w te szczęki. Oczywiście nie znam terenu ani dokładnych warunków bitewnych, lecz przyglądając się temu z pewnej odległości zachodzę w głowę, dlaczego, skoro nieprzyjaciel może się utrzymać i dominuje w tym punkcie, nie atakujecie na skrzydłach. Trudno mi pojąć, że ten najsilniej broniony punkt stanowi jedyną drogę naprzód lub też dlaczego, skoro jest najbardziej nasycony (w sensie wojskowym) nie można uderzyć z jednej lub drugiej flanki. Pokładam w Panu ogromne zaufanie i poprę Pana we wszystkim, lecz proszę o wyjaśnienie, dlaczego ruchy oskrzydlające są niemożliwe.

Jego odpowiedź była przejrzysta i przekonująca. Opis ten, sporządzony na gorąco, będzie z pewnością niezwykle cenny dla historyka zajmującego się sprawami wojskowymi.

Generał Alexander do Premiera, 20 marca 1944

Oto odpowiedź na Pański telegram z 20 marca. Na całej długości głównego frontu od Adriatyku do południowego wybrzeża, jedynie dolina Liri, prowadząca bezpośrednio do Rzymu, stanowi odpowiedni teren do wykorzystania naszej przewagi w artylerii i broni pancernej. Tak zwana droga nr 6 jest jedynym szlakiem, oprócz dróżek wytyczonych przez wozy, idącym z gór, gdzie obecnie się znajdujemy, do doliny Liri za rzeką Rapido. To wyjście na równy teren blokuje masyw Monte Cassino, na szczycie którego znajduje się klasztor. Podejmowano liczne próby okrążenia wzgórza klasztornego od północy, lecz wszystkie te ataki zakończyły się niepowodzeniem z uwagi na głębokie parowy, skaliste skarpy i granie górskie pozwalające jedynie na działania niewielkich grup piechoty wspieranych przez tragarzy, wykorzystujących w niewielkim stopniu muły i to tylko tam, gdzie przy ogromnych trudnościach udało się nam stworzyć kilka ścieżek dla mułów. (…)

Bombardowanie tak straszliwie zniszczyło wszystkie drogi i przejazdy w mieście Cassino, że niemożliwe stało się użycie czołgów lub jakichkolwiek innych wozów bojowych. Zawziętość tych niemieckich spadochroniarzy jest naprawdę godna podziwu, biorąc pod uwagę, że mają oni przeciw sobie całość śródziemnomorskich sił powietrznych oraz ogień większości naszych 800 dział, skoncentrowany w stopniu dotąd niespotykanym i trwający prawie sześć godzin. Szczerze wątpię czy istnieje na świecie jakikolwiek inny oddział, który zniósłby to wszystko, a potem jeszcze walczył z taką dzikością, jak oni. Spotykam się jutro z Freybergiem i innymi dowódcami, aby przedyskutować całą sprawę. (…)

Walki w ruinach miasta Cassino trwały aż do 23 marca, z częstymi atakami i kontratakami. Nowozelandczycy i Hindusi nie byli w stanie osiągnąć nic więcej. Mieliśmy w rękach znaczną część miasta, lecz Gurkhowie musieli się wycofać ze swojego stanowiska wysoko na wzgórzu klasztornym, ponieważ z uwagi na stromość stoku zapasów nie można im było przekazywać nawet drogą powietrzną.

x

W odpowiedzi na moją prośbę generał Wilson przekazał mi informacje dotyczące liczby ofiar korpusu nowozelandzkiego w tej bitwie. Wynosiły one: 2 dywizja nowozelandzka 1050, 4 dywizja hinduska – Brytyjczycy 401, Hindusi 759, 78 dywizja brytyjska 190; razem – 2400.

Była to wysoka cena za, jak się mogło wydawać, niewielką zdobycz. Udało się nam jednakże utworzyć silny przyczółek w Cassino, nad rzeką Rapido, który, wraz z głębokim wybrzuszeniem powstałym w wyniku styczniowego uderzenia 10 korpusu przez dolny bieg Garigliano okazał się niezwykle cenny w chwili ostatecznej, pomyślnej dla nas bitwy. Tutaj, oraz na przyczółku Anzio, unieruchomiliśmy prawie 20 dobrych dywizji niemieckich, z których wiele wróg mógł wykorzystać w czasie działań we Francji. (…)

Oznaczało to, że rejon śródziemnomorski mógł wspomóc inwazję przez kanał na początku czerwca jedynie walkami toczonymi na południe od Rzymu. Amerykańscy szefowie sztabu nadal nalegali na przeprowadzenie desantu wspomagającego w południowej Francji i przez kilka tygodni trwały między nami spory, jakie rozkazy powinien otrzymać generał Wilson.

x

Rankiem 11 maja Alexander i ja wymieniliśmy telegramy. Wielka ofensywa rozpoczęła się tej właśnie nocy o 11.00, kiedy cała nasza artyleria, 2000 dział, otworzyła gwałtowny ogień, o świcie wsparty z całą mocą przez lotnictwo taktyczne. Na północ od miasta Cassino polski korpus usiłował otoczyć klasztor na wzgórzach, które były świadkiem tylu poprzednich niepowodzeń, lecz został wstrzymany i zepchnięty w dół. 13 korpus brytyjski na czele z 4 dywizją brytyjską i 8 dywizją hinduską utworzył małe przyczółki nad rzeką Rapido, lecz aby je utrzymać, musiał stoczyć ciężki bój. Na froncie 5 armii Francuzi wkrótce zbliżyli się do Monte Faito, lecz na skrzydle morskim 2 korpus amerykański napotkał silny opór i musiał walczyć o każdą piędź ziemi. Po 36 godzinach zażartych walk wróg zaczął słabnąć. (…)

Pomimo klęski swojego skierowanego ku morzu skrzydła, na północ od rzeki Liri nieprzyjaciel bronił się desperacko, wykorzystując elementy linii Gustawa. Lecz krok po kroku i te grupy były eliminowane. 15 maja 13 korpus doszedł do drogi Cassino-Pignataro, a generał Leese sprowadził korpus kanadyjski, by wykorzystać ten sukces. Następnego dnia 78 dywizja przebiła się przez linie obronne nieprzyjaciela w uderzeniu na północny zachód i dotarła do drogi nr 6, a 17 maja Polacy rozpoczęli natarcie na północ od klasztoru. Tym razem odnieśli sukces, zajmując wzniesienia położone na północny zachód od klasztoru, z których rozciągał się widok na szosę.

Rankiem 18 maja 4 dywizja brytyjska ostatecznie oczyściła miasto Cassino, a Polacy triumfalnie zatknęli nad ruinami klasztoru swą biało-czerwoną flagę. Ogromnie wyróżnili się podczas tych swoich pierwszych poważnych walk we Włoszech. Nieco później, pod dowództwem walecznego generała Andersa, mieli zdobyć liczne laury podczas długiej ofensywy w kierunku rzeki Pad.

xxx

Tak więc z powyższego opisu wynika, że polscy żołnierze byli tylko niewielką częścią większej całości. W atakach na Monte Cassino brały udział 5 Armia amerykańska i 8 Armia brytyjska. W skład tej ostatniej wchodził 2 Korpus Polski przybyły na front włoski z Egiptu. W maju 1944 roku rozpoczęła się czwarta bitwa o przełamanie linii Gustawa, tzw. bitwa o Rzym, w której wziął udział 2 Korpus. Był on zatem jednym z wielu trybików tej machiny, która starała się pokonać Niemców i do tego wszedł on do walki już w końcowym jej etapie. Po co więc stworzono ten mit? Czy dlatego, że 80% żołnierzy tego korpusu pochodziło z Kresów?

Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wyniesiemy sprawę polską – tak obecnie sponiewieraną – w samo centrum uwagi świata. – Tak powiedział Anders. Bardzo to współbrzmi z retoryką tych, którzy wywołali powstanie warszawskie w niecałe trzy miesiące po Monte Cassino. Jaki był efekt tego wynoszenia sprawy polskiej w samo centrum uwagi świata, to wiemy. Anders wykonywał rozkazy tych samych, którzy rozkazywali dowódcom powstania warszawskiego. Skoro 2 Korpus był częścią 8 Armii brytyjskiej, to podlegał dowództwu brytyjskiemu. Anders sumiennie wykonywał te rozkazy i dlatego Churchill tak ciepło się o nim wypowiedział. Oprócz flagi polskiej kazał Anders także zatknąć na ruinach klasztoru flagę brytyjską. Sikorski już takim nie był i dlatego musiał zginąć.

W Wikipedii można przeczytać, że ojciec Andersa, Albert Anders (1863-1942), pracował jako administrator majątków ziemskich. Matką była Elżbieta, z domu Tauchert. Oboje byli wyznania ewangelickiego. A więc Żydzi niemieccy. Administrator majtków ziemskich, czyli szlacheckich, to faktor, czyli Żyd.

Wojsko polskie tworzone w Związku Radzieckim podlegało Sikorskiemu i nie było zależne od Stalina. W związku z tym nie mogło walczyć u boku Armii Czerwonej, wyzwalającej ziemie polskie, bo wówczas Stalin nie mógłby podporządkować sobie państwa, które powstałoby po wyzwoleniu. Do tego dochodził jeszcze fakt, że większość żołnierzy tego wojska pochodziła z terenów byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dla tych żołnierzy to była ich ojczyzna. Dlatego trzeba było pozbyć się go. I stąd ewakuacja do Iranu. I w ten sposób wojsko to stało się zależne od Anglosasów. I była to też gwarancja, że do Polski ono nie dojdzie. Wojsko polskie, tworzone przez Stalina, stało się automatycznie zależne od niego i było częścią Armii Czerwonej, tak jak 2 Korpus Polski był częścią 8 Armii brytyjskiej. Słusznie więc pytał Jerzy Putrament: A na ch.. nam polskie wojsko, skoro mamy Armię Czerwoną? Wygląda jednak na to, że pozory trzeba było zachować. Było więc na zachodzie wojsko polskie zależne od Anglosasów, a na wschodzie od Związku Radzieckiego. I jedno i drugie nie walczyło o interesy Polaków. Nie mogło też walczyć o niepodległą Polskę, bo co innego ustalili Anglosasi ze Stalinem. Dlatego ocena obu tych wojsk i ich czynów zbrojnych powinna być chłodna i wyważona. I tak też należy oceniać bitwę pod Monte Cassino. Jak mawiali starożytni, a konkretnie Tacyt: Sine ira et studio – Bez gniewu i zapału; bezstronnie, obiektywnie.

Zagadka c.d.

17 września 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła na wschodnie tereny II RP, czyli obszar, który był kiedyś częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jeszcze wcześniej – częścią Rusi Kijowskiej. Argumentowano to tym, że Państwo Polskie przestało istnieć, a prawosławna ludność tych terenów pozostała bezbronna. Jednak armia ta zajęła również obszar województwa podlaskiego i łomżyńskiego, na którym ludności prawosławnej nie było. Konsekwencją tego były masowe wywózki ludności polskiej z tego terenu do Kazachstanu.

W dzienniku Rzeczpospolita nr 23 z dnia 27-28 stycznia 2001 roku ukazał się artykuł Przemilczana kolaboracja Tomasza Strzembosza (ur. 1930). Autor był w owym czasie historykiem, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Od blisko dwudziestu lat zajmował się historią polskiej konspiracji na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką. Pisał książkę na ten temat. To bardzo obszerny artykuł. Powstał on w okresie, gdy toczyła się burzliwa dyskusja na temat książki Jana T. Grossa Sąsiedzi, dotyczącej mordu na Żydach dokonanego w lipcu 1941 roku w miasteczku Jedwabne koło Łomży. Poniżej wybrane fragmenty tego artykułu.

Ogólne przerażenie

Zanim dokona się oceny postaw i zachowań różnych grup społecznych i narodowych na ziemiach zajętych przez Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną (RKKA), należy przypomnieć podstawowe fakty, bo bez poznania ówczesnej rzeczywistości nie jest możliwe zrozumienie ludzi tam zamieszkałych czy przeniesionych „falą” wojennej nawałnicy.

Wkroczeniu Niemców na Podlasie towarzyszyło ogólne przerażenie miejscowej ludności, która wojska niemieckie przyjęła z łatwo dostrzegalną wrogością. Wspierała spychane na wschód jednostki Wojska Polskiego, a w wypadku niezmobilizowanych rezerwistów i młodzieży przedpoborowej, w sporej liczbie wyruszyła na wschód, by znaleźć oddział, który zechciałby ich przyjąć i uzbroić. Stąd też pewna liczba mężczyzn z tego regionu (w tym niezmobilizowani) wzięła udział w walkach o Grodno i w rejonie Sopoćkiń – tym razem przeciwko Armii Czerwonej.

Ludność Podlasia wsparła ponadto powstające tutaj, zwłaszcza po bitwie pod Andrzejowem 18. DP WP, oddziały partyzanckie, działające do połowy października m.in. w rejonie Czerwonego Boru i Bagien Biebrzańskich, co uchroniło je od zniszczenia. Jej postawa antyniemiecka była jednolita i zdecydowana.

Okres, po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie wschodnie RP, można podzielić na trzy podokresy. Pierwszy, nazwany przez prof. Ryszarda Szawłowskiego (i nie tylko jego!), wojną polsko-sowiecką, trwał dwa tygodnie, do pierwszych dni października 1939 roku, kiedy zakończył się zorganizowany opór większych jednostek WP, choć poszczególne pododdziały prowadziły akcję, już o charakterze partyzanckim. Drugi, to opanowywanie terenu, połączone z realizacją „rewolucji” społecznej – politycznej i ekonomicznej, z góry zaplanowanej i realizowanej przy pomocy wojska i służb specjalnych. Dlatego nazywam ją „rewolucją na postronku”. W tym też czasie miały miejsce pierwsze aresztowania. Okres ten kończy się w listopadzie 1939 roku wcieleniem ziem północno-wschodnich RP do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, a południowo-wschodnich do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.

Faktycznie przedłużył się on o dalsze dwa miesiące, kiedy sowiecki system administracyjny (republika, obłast’, rejon) został ostatecznie wprowadzony na obszarach anektowanych. Trzeci podokres, początki 1940 roku – czerwiec 1941 roku, charakteryzuje się z jednej strony unifikacją z ekonomiczno-społecznym systemem ZSRR (forsowanie kołchozów, umacnianie sowchozów, dokończenie procesu nacjonalizacji przemysłu, handlu, systemu bankowego itp.), a z drugiej – gwałtownym nasileniem represji, zwłaszcza w pierwsze połowie 1940 roku, w postaci masowych aresztowań i wywózek (deportacji), które na obszarze tzw. Zachodniej Białorusi trwały do końca i objęły około 150 000 osób. Na tym ostatnim zjawisku pragnę się dłużej zatrzymać, było to bowiem – z czego niewielu zdaje sobie sprawę – działanie na podstawie odpowiedzialności zbiorowej.

Czas wywózek

Pierwsza wywózka, z 9/10.02.1940 roku objęła osadników wojskowych i cywilnych oraz leśników wraz z rodzinami. Druga z 13.04.1940 ogarnęła tych, których członkowie rodzin (głowy domu, bracia, synowie) byli ujęci jako żołnierze WP, policjanci itp., uciekli za granicę lub ukrywali się bądź zostali aresztowani jako konspiratorzy lub „wrogowie ludu” czy tzw. element społecznie niebezpieczny (SOE). Trzecia z 29.06.1940 roku, dotykająca zwłaszcza miast, objęła tzw. bieżeńców, w tym wielu Żydów, głównie tych, którzy zarejestrowali się, że chcą wrócić pod okupację niemiecką. Fakt ten częściowo obala mit o radosnym witaniu Armii Czerwonej przez polskich Żydów wyłącznie ze strachu przed Niemcami. Ostatnia, rozpoczęta na Wileńszczyźnie (zagarniętej wraz z likwidacją Republiki Litewskiej w czerwcu 1940 roku) 14.06.1941 roku, na ziemiach białoruskiej republiki zaczęła się 20 czerwca i została przerwana w momencie niemieckiej agresji.

Wszystkie, jak widzimy, były aktami przemocy podjętymi na podstawie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Za ojca, który był żołnierzem, odpowiadała cała rodzina, za brata, który był uciekinierem – jego najbliżsi, za zawód leśnika – ci, którzy z nim mieszkali. Uderzano w „gniazdo”. Natomiast np. w Warszawie Niemcy za akcję zbrojną na ulicy rozstrzeliwali mieszkańców domu niczym nie powiązanych z bojowcami, więźniów z Pawiaka, albo mieszkańców wsi, w pobliżu której wysadzono pociąg wojskowy. Ta odpowiedzialność zbiorowa obejmowała dzieci, kobiety i starców. Właśnie najsłabsi najczęściej płacili życiem w drodze na i na tułaczce – na Syberii czy w „głodnych stepach” Kazachstanu.

Zdrada w dniach klęski

Kto był realizatorem terroru? NKWD, a w pierwszym okresie także RKKA, której podlegały „czekistowskie grupy operacyjne”, idące za wojskiem dla „oczyszczenia terenu”, podobnie jak Einsatzgruppen za Wehrmachtem. A milicja? Mało kto wie, że w latach 1939-1941 mieliśmy tu do czynienia z trzema odmiennymi rodzajami milicji.

Pierwszy rodzaj – to powstające różne „czerwone gwardie” i „czerwone milicje”, składające się z ludzi miejscowych, uzbrojonych w kije, obrzyny, siekiery i rewolwery, choć czasem nawet w broń maszynową, które wspierały RKKA w jej „marszu wyzwoleńczym” oraz realizowały „gniew klasowy”, uciskanych przez „pańską Polskę” grup społecznych. Ujawniały się one z reguły zaraz po 17.09.1939 roku (lub nawet już tego dnia, co jest wiele mówiące) i działały najczęściej bardzo krwawo, nie tylko na zapleczu Wojska Polskiego, lecz także po wejściu Armii Czerwonej, która dawała miejscowym „elementom rewolucyjnym” kilka dni „wolnizny” na załatwienie porachunków i wywarcie zemsty klasowej.

Później miejsce tych „milicji” zajmują Gwardia Robotnicza, utworzona na zajętych terenach zgodnie z rozkazem dowódcy Frontu Białoruskiego z 16.09.1939 roku, oraz Milicja Obywatelska, budowana w myśl takiegoż rozkazu z 21.09.1939 roku. Z kolei po wcieleniu „Zachodniej Białorusi” w skład BSRS, zostały one zastąpione przez związaną ściśle z NKWD Robotniczo-Chłopską Milicję (RKM), złożoną początkowo z samych przybyszów (tzw. wostoczników), a później nasycaną miejscowymi.

Ludność polska, pomijając niewielką grupę komunistów w miastach i jeszcze mniejszą na wsi, przyjęła agresję ZSRR i tworzony tutaj system sowiecki podobnie jak agresję niemiecką. Są na to tysiące różnorodnych świadectw. Udział polskich chłopów w tzw. sielsowietach (radach miejskich, gminnych) nie jest tu wyznacznikiem niczego, bo były to ciała o charakterze dekoracyjnym. Istotne były komitety wykonawcze, a jeszcze ważniejszy kontrolujący je aparat partyjny i policyjny.

Natomiast ludność żydowska, w tym zwłaszcza młodzież oraz miejska biedota, wzięła masowy udział w powitaniu wkraczającego wojska i w zaprowadzaniu nowych porządków, w tym także z bronią w ręku. Na to też są tysiące świadectw: polskich, żydowskich i sowieckich, są raporty komendanta głównego ZWZ gen. Stefana Grota-Roweckiego, jest raport emisariusza Jana Karskiego, są relacje spisywane już w czasie wojny i po latach. Mówią o tym zresztą także prace Jana T. Grossa, który – powołując się przede wszystkim na polskie relacje, których tysiące znajdują się w zbiorach Instytutu Hoovera w USA – doszedł do wniosków, które wyraził jasno i bezdyskusyjnie.

Armię sowiecką witano z entuzjazmem nie tylko na terenach zajętych uprzednio przez Wehrmacht; także na Kresach, tam, gdzie on nigdy nie dotarł. Więcej, w dużej części właśnie z Żydów składały się owe „gwardie” i „milicje” powstające jak grzyby po deszczu natychmiast po sowieckiej agresji. I nie tylko. Żydzi podejmowali akty rewolty przeciwko państwu polskiemu, zajmując miejscowości, tworząc tam komitety rewolucyjne, aresztując i rozstrzeliwując przedstawicieli polskiej władzy państwowej, atakując mniejsze lub nawet całkiem duże (jak w Grodnie) oddziały WP.

Nowe porządki w urzędach

Druga kwestia to współpraca z organami represji, przede wszystkim NKWD. Najpierw podejmowały ją „milicje”, „czerwone gwardie” i komitety rewolucyjne, później owe gwardie robotnicze i milicje obywatelskie. W miastach składały się one głównie z polskich Żydów. Później, gdy sytuację opanowała RKM, Żydzi – jak mówią sowieckie dokumenty – stanowili w nich sporą nadreprezentację. Polscy Żydzi w cywilnych ubraniach, z czerwonymi opaskami na ramionach i uzbrojeni w karabiny biorą też licznie udział w aresztowaniach i wywózkach. To było najdrastyczniejsze, ale dla społeczeństwa polskiego rażący był także fakt wielkiej liczby Żydów we wszystkich urzędach i instytucjach sowieckich. Zwłaszcza że to Polacy dominowali tu przed wojną!

20.09.1940 roku, na naradzie w Mińsku, stolicy BSRS, naczelnik Miejskiego Oddziału NKWD w Łomży stwierdził: „U nas utarła się taka praktyka. Poparli nas Żydzi i tylko ich wciąż było widać. Zapanowała też moda, że każdy kierownik instytucji i przedsiębiorstwa chwalił się tym, że u niego nie pracuje ani jeden Polak. Wielu z nas Polaków po prostu się bało”. (…)

Niemcy uratowali setki mieszkańców

Oprócz znanego prof. Grossowi zbioru z Instytutu Hoovera i niezależnie od uzyskanych przeze mnie niegdyś relacji, są inne jeszcze świadectwa zachowania się Żydów z Jedwabnego w latach 1939-1941. Danuta i Aleksander Wroniszewscy w reportażu „Aby żyć” (zamieszczonym w „Kontaktach” z 19.07.1988 roku) odnotowali relację mieszkańca Jedwabnego: „Pamiętam jak wywozili Polaków do transportu na Sybir, na każdej furmance siedział Żyd z karabinem. Matki, żony, dzieci klękały przed wozami, błagały o litość. Ostatni raz dwudziestego czerwca 41 roku”.

Czy polscy mieszkańcy Jedwabnego i wsi okolicznych witali Niemców z entuzjazmem i jako zbawców? Tak! Witali! Jeżeli ktoś wyciąga mnie z płonącego domu, w którym mogę się spalić za chwilę, rzucę mu się na szyję i będę dziękował. Choćbym jutro miał uznać go za kolejnego śmiertelnego wroga. Niemcy uratowali bowiem wówczas setki mieszkańców wsi okolicznych (a może i Jedwabnego?), kryjących się od kilku dni w zbożu i w krzakach nad Biebrzą. Uratowali od wywiezienia na śmierć, gdzieś na pustynię kazachską czy do syberyjskiej tajgi. A wtedy już dobrze wiedziano, co znaczy taki wywóz: docierały wszak listy i inne sygnały ze specposiołków. Nadto równolegle z wywózką przeprowadzano, często nie odróżnianą przez historyków, akcję aresztowań ludzi podejrzanych, kończącą się łagrem lub więzieniem. Wieloletnim, śmiertelnym.

Nie dziwmy się więc ich radości ani owym „bandom”, jak je określa Andrzej Żbikowski, że atakowały opuszczające tę ziemię grupy żołnierzy sowieckich. Swoich do wczoraj ciemiężycieli, reprezentantów jednego z najokrutniejszych systemów, jakie wydała ludzkość.

Dzień przeokropny dla Polaków

Niedawno ogłoszono bardzo specyficzne, lecz zarazem wiarygodne źródło „Kronikę panien benedyktynek opactwa Świętej Trójcy w Łomży (1939 – 1954)”, sporządzoną przez s. Alojzę Piesiewiczównę (Łomża 1995). Zacytujmy jej fragmenty dotyczące dni 20 – 22.06.1941 roku:

„20 czerwiec. Uroczystość Serca Pana Jezusa. Dzień przeokropny dla Polaków pod zaborem sowieckim. Masowe wywożenie do Rosji. Od wczesnego rana ciągnęły przez miasto wozy z całymi rodzinami polskimi na stację koleją. Wywożono bogatsze rodziny polskie, rodziny narodowców, patriotów polskich, inteligencję, rodziny uwięzionych w sowieckich więzieniach, trudno się było nawet zorientować jaką kategorię ludzi deportowano. Płacz, jęk i rozpacz okropna w duszach polskich. Żydzi za to i Sowieci tryumfują. Nie da się opisać co przeżywają Polacy. Stan beznadziejny. A Żydzi i Sowieci cieszą się głośno i odgrażają, że niedługo wszystkich Polaków wywiozą. I można się było tego spodziewać, gdyż cały dzień 20 czerwca i następny 21 czerwca wieźli ludzi bez przerwy na stację. (…) I na prawdę Bóg wejrzał na nasze łzy i krew.

22 czerwiec. Bardzo wczesnym rankiem dał się słyszeć warkot samolotów i od czasu do czasu huk rozrywających się bomb nad miastem. (…) Kilka bomb niemieckich spadło na ważniejsze placówki sowieckie. Zrobił się niesłychany popłoch wśród Sowietów. Zaczęli bezładnie uciekać. Polacy cieszyli się bardzo. Każdy huk rozrywającej się bomby napełniał dusze niewypowiedzianą radością. Za kilka godzin nie było w mieście ani jednego Sowieta, Żydzi pochowali się gdzieś po suterenach i piwnicach. Przed południem więźniowie opuścili cele. Ludzie na ulicach rzucali się sobie w ramiona i z radości płakali. Sowieci cofali się bez broni, ani jednym strzałem nie odpowiedzieli następującym Niemcom.

Wieczorem tego dnia w Łomży nie było ani jednego Sowieta. Sytuacja była jednak nie wyjaśniona – Sowieci uciekli, a Niemcy jeszcze nie weszli. Następnego dnia 23 czerwca tak samo pustka w mieście. Ludność cywilna rzuciła się na rabunek. Rozbito i zrabowano wszystkie składy, bazy i sklepy sowieckie. Wieczorem 23 czerwca weszło kilku Niemców do miasta – ludność odetchnęła”.

W tych dniach nie mogło być innej reakcji. W parę tygodni później ZWZ odtwarzał poszarpane przez Sowietów sieci konspiracyjne, masowo zabierano broń porzuconą przez uciekających, wykorzystywano czas „bezkrólewia” na przygotowanie się do walki z kolejnym okupantem. Są na to równie liczne świadectwa, jak na fakty rabunku, odwetu i pogromów. Rzeczywistość – jak zwykle – jest bardziej skomplikowana, niż umiemy to sobie wyobrazić.

x

Gdy w 1989 roku powstała III RP, niektórzy upomnieli się o potomków Polaków wywiezionych do Kazachstanu po 17 września 1939 roku. Jednak nowe państwo nie znalazło dla nich miejsca. Dla wszystkich innych to miejsce się znalazło, tylko nie dla nich. Jak była tego przyczyna? Czyżby posiadali jakąś wiedzę, która nawet dziś jest niewygodna dla rządzących? Co na to PiS, który odwołuje się do tradycji piłsudczykowskich? Przecież wywożono głównie ludzi związanych z ówczesną władzą sanacyjną? Piłsudczycy zawłaszczyli sobie II RP i zapewne nie działo się to bez szkody dla wielu środowisk, które również chciały coś z tego tortu uszczknąć, a być może zostały usunięte z zajmowanych już stanowisk. Czy motyw zemsty wchodził tu w grę? Czy miało to związek z tym, co się wydarzyło 10 lipca 1941 roku w Jedwabnem w tej słynnej stodole? A więc w niecałe trzy tygodnie po tym, jak Sowieci opuścili miasto. To są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź, bo jak podsumował to autor cytowanego tekstu: rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż umiemy to sobie wyobrazić.

Dlaczego po miesiącu (28 września) Stalin oddał Hitlerowi wschodnie Mazowsze, Lubelszczyznę i powiat suwalski, a w zamian dostał tylko skrawek Wileńszczyzny, powiat łomżyński z miejscowością Jedwabne i powiat grajewski? Zastanawiałem się nad tym w blogu Zagadka i w nim są zamieszczone stosowne mapy.

Nie wiemy, kto przejął ziemię i majątek po wywiezionych. O tym autor nie wspomina. Ktoś przecież musiał się tym „zaopiekować”. Autor pisze: w dużej części właśnie z Żydów składały się owe „gwardie” i „milicje” powstające jak grzyby po deszczu natychmiast po sowieckiej agresji. I nie tylko. Składały się one również z ludności prawosławnej, która, przynajmniej w części, współpracowała z Żydami. Czy w takim razie zaopiekowano się „tylko” ziemią i majątkiem, czy może też nazwiskami? Jeśli nie wiemy, kto się zaopiekował tym wszystkim, to trudno nam będzie znaleźć odpowiedź na pytanie: jaki był cel tego wszystkiego? Czyżby był to kolejny etap instalowania obcych jako rdzennych Polaków? Ciekawe więc może być, jakie mają korzenie ludzie znaczący dziś coś na Podlasiu. Jednym z nich jest polityk Krzysztof Tołwiński (1968). Wikipedia nie podaje żadnych informacji o jego rodzicach. Pisze tylko, że ukończył technikum leśne w Białowieży, a od 1989 roku zaczął prowadzić gospodarstwo rolne liczące obecnie około 40 hektarów i nastawione na produkcję mleka, ale nie informuje, gdzie ono się znajduje. O jego życiu prywatnym pisze, że pochodzi z rodziny pieczętującej się herbem Ogończyk, ma żonę i sześcioro dzieci. I tyle. Herb Ogończyk to jeden z tych 47 herbów adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku.

Na uwagę zasługuje też fakt, że Sowieci, wycofując się, porzucali broń. Czy rzeczywiście ją porzucali, czy może raczej przekazywali? Autor wspomina o tym, że w końcu trafiała ona w ręce ZWZ, czyli późniejszej AK. Trochę to przypomina wycofywanie się Amerykanów z Afganistanu. Oni też tam zostawili broń. Tak więc najpierw Armia Czerwona, wkraczając, uzbroiła Żydów, a wycofując się – partyzantów. Chyba po to, by mieli czym walczyć z Niemcami. A Żydzi też mieli swoje bandy.

Dużo się mówi, w zależności od tego, kto rządzi, o Katyniu i Wołyniu. O Jedwabnem mówi się bez względu na opcję, ale na temat wywózek do Kazachstanu jakoś tak cicho, również bez względu na opcję. Z jakichś powodów jest to temat bardzo niewygodny. Najwidoczniej jest coś do ukrycia.

Ustrój I RP

W poprzednim blogu „Iwan Kalita” pisałem, że proces marginalizacji narodu polskiego i częściowej, a właściwie stopniowej, jego podmiany zaczął się od unii z Litwą, mając na myśli unię lubelską (1569). Zaczął się jednak wcześniej, od unii horodelskiej w 1413 roku. To właśnie wtedy 47 rodów bojarów litewskich, a właściwie litewsko-ruskich, adoptowało 47 herbów szlachty polskiej. I w ten sposób rody te, nadal żyjące w Wielkim Księstwie Litewskim i mające tam swoje posiadłości, stały się polskimi. Jednym z takich herbów był herb Jelita. Najbardziej znanym rodem pieczętującym się nim był ród Zamoyskich.

Jan Zamoyski jest uważany za najwybitniejszego i najpotężniejszego magnata Rzeczypospolitej. O nim pisałem w blogu Jan Zamoyski. Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1987) pisała:

Że jednak w świadomości Polaków XVI i XVII wieku jakaś różnica między stosunkami naszymi a zagranicznymi istniała, świadectw na to przecież nie brak i te, które ja przytaczam w Rozdrożu, nie są wszak jedynymi. Nie żeby upierać się przy swoim, lecz by wskazać, jak dalece nie byłam gołosłowną, przypomnę tu jeszcze jedno z nich, mianowicie mowę Jana Zamoyskiego, wygłoszoną w r. 1575 przeciw obcej kandydaturze na tron polski. (Wybór mów staropolskich – zebrał Antoni Małecki, Kraków 1860). Zamoyski bronił wówczas sprawy ze wszech miar słusznej, a broniąc jej, wskazywał dobitnie, jakie są różnice między ustrojem polityczno-społecznym Polski, a innych krajów zachodniej Europy. Od Leszczyńskiego i Skargi różnił się tym, że chwalił i to bardzo, wszystko, co tamci ganili. Lecz choć ocena była odmienna, to jednak charakter podkreślanych różnic między Polską i Europą Zachodnią był ten sam.

Powiada więc ówczesny starosta bełski tak: „Wolność nasza na trzech głównych opiera się zasadach, a tak są nam właściwe, że je tylko u nas znaleźć można” […] I zaraz po wolności obioru królów, jako drugą „wolność” wymienia Zamoyski, że „Nad poddanymi naszymi beż żadnej apelacji mamy nie tylko moc zupełną, ale nawet prawo życia i śmierci; przeciwnie, sami tak jesteśmy wolni, że ani król, ani żaden urzędnik żadnej nad nami mocy nie maja, tylko tę, jakąśmy im sami nad sobą wedle ustaw publicznych nadali”. „Wszystko to – dodaje – u cudzoziemców inaczej się dzieje”. Królowie tam „sami samowładnie nad ludźmi swymi panują, a szlachcie takiegoż prawa nad poddanymi zaprzeczają i prawie równają szlachtę z poddanymi”. „Podług naszych praw – mówi dalej – nieszlachcic żadnego urzędu posiadać ani żadnej godności piastować nie może; u nich szlachta jedynie wojskowość za godną siebie uznała, inne części administracji wewnętrznej, jako to rządy i wszystkie prawie urzędy plebejuszom oddała. Toteż nic dziwnego, skoro plebejusze cały zarząd mają w swym ręku, że i plebejskie rady, i plebejskie ustawy przemagają”. Ciekawe, że nawet wynikający z tak przedstawionych stosunków rozkwit miast nie znajduje łaski w oczach Zamoyskiego. „Kwitną tam – powiada – wsie i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę”.

x

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – to cytat z aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej z 1600 roku. I takie właśnie były te Rzeczypospolite – pośmiewisko całej Europy. No bo jak ktoś miał takie poglądy, to i takie treści wbijał innym do głów w tej swojej akademii.

Dąbrowska opublikowała swoje studium w 1937 roku. Środowiska ziemiańskie rozpętały histeryczną nagonkę na nią, co świadczyło o tym, że ich stosunek do chłopów nie zmienił się od czasów Zamoyskiego. Była więc II RP skansenem, takim samym jak I RP.

Podstawowe cechy ustroju I RP to: wolna elekcja króla, przywileje szlacheckie, czyli wolność oraz sejm i sejmiki ziemskie. Była to więc monarchia parlamentarna. Polska Piastów była monarchią. Było to państwo o zrównoważonych stanach, w którym chłopi byli przeważnie wolnymi ludźmi, silnej władzy królewskiej i w miarę zasobnym skarbie królewskim. Było więc to zupełnie inne państwo, niż Rzeczpospolita powstała po unii lubelskiej, która była zlepkiem dwóch różnych państw. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem składającym się z różnych księstw, w którym dominowali potężni feudałowie. Połączenie dwóch tak różnych organizmów państwowych wymagało dostosowania jednego z nich do drugiego, czyli dostosowania Królestwa Polskiego do „standardów” WKL. I temu właśnie służyło stworzenie nowego ustroju. W szczegółach pisałem o tym w blogu Jak powstawał ustrój I RP.

Kim był więc Zamoyski – apologeta ustroju I RP? W 1551 roku, gdy miał 9 lat, jego rodzina przyjęła wyznanie kalwińskie. Tak pisze Wikipedia, ale nie pisze, jakiego wyznania się zrzekła. Czy było to wyznanie prawosławne? Pierwsze nauki odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie (nazwa wskazuje na ruskość tego miasta), następnie wysłany na studia do Paryża, później przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. To zapewne tam, na Zachodzie, został przygotowany, i nie tylko on, do roli twórcy nowego ustroju nowego państwa.

To, co się wówczas stało, to było wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej. To prawda, że było to państwo podległe cesarzowi niemieckiemu i papieżowi, jednak było ono w miarę normalne dla zwykłego jego mieszkańca. Wejście w obręb kultury wschodniej oznaczało likwidację Polski i zaniechanie zabiegania o interesy polskie, bo ważniejszy był interes tego, który dominował, czyli WKL. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej, przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów, głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.”

Wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej oznaczało wejście w orbitę oddziaływania Wschodu. Jej ponowne wejście do nowej unii w 2004 roku było powierzchowne, bo chociażby wspólna z Ukrainą organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku oznaczała, że dla Zachodu Polska nadal jest krajem wschodnim, a jej wyjątkowe, na tle innych krajów europejskich, zaangażowanie – na rozkaz USA – w wojnę na Ukrainie, tylko to potwierdza.

Doszło więc do czegoś wyjątkowego w historii świata. 47 polskich rodów szlacheckich udzieliło swych herbów 47 rodom bojarskim WKL (podobno było ich więcej). Wydaje się rzeczą nienaturalną, żeby najwyżej stojące w hierarchii społecznej rody dzieliły się z innymi swoim szlachectwem. A jednak tak się stało. Jak to wytłumaczyć? Czy te rody były polskie? Jaki miały w tym interes? Wydaje się, że bez tego nie mogłoby powstać nowe państwo zwane Rzeczpospolitą. Ktoś to starannie zaplanował i zrealizował. Kto?

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego (Vesper 2007) jest taki fragment:

„Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Co się stanie, gdy zamiast stwierdzenia, że 47 rodów bojarskich adoptowało 47 herbów polskich rodów szlacheckich, powiemy, że te 47 rodów zasymilowało się z rodami polskimi. Brzmi to zupełnie inaczej i już sugeruje, że możemy mieć do czynienia z nacją wybraną albo przynajmniej z jej metodami działania. Często się mówi, że tamtejsze elity uległy polonizacji. Tak jednak nie było. Sam język i wyznanie to za mało. Gdyby chodziło o polonizację, to oprócz języka i wyznania trzeba by było zaakceptować i inne elementy polskości, co w kontekście łączenia z WKL oznaczałoby przyjęcie ustroju panującego w Koronie przed unią. Tego jednak nie zrobiono. Zrobiono odwrotnie. Nowy ustrój stworzono tak, by pasował do realiów WKL, a nie Korony. Był to więc początek rutenizacji Korony, a nie – polonizacji WKL. Polonizacja Kresów oznaczałaby również napływ dużej ilości ludności polskiej na ich tereny. Tego nie było, bo nie ma żadnych opracowań na ten temat. Trudno zresztą wyobrazić sobie taki proces, bo ówczesna ludność polska to w 70-80% chłopi-niewolnicy. A szlachta nie miała motywacji do szukania lepszego życia gdzieś w nieznanym, skoro miała u siebie raj na ziemi. A poza tym, to te ziemie były zajęte przez kresowych królików-feudałów, którzy mieli do dyspozycji własnych niewolników. Ale jak rusińscy feudałowie przeszli na katolicyzm i język polski, to stali się od razu polskimi panami, którzy gnębili rusiński lud. I wystarczyła tylko iskra, by wywołać wojnę czy powstanie na tle religijnym i narodowym.

Tak więc tresowane przez wieki kolejne pokolenia uwierzyły w to, że jak katolik i mówi po polsku to Polak, że Kresy zostały spolonizowane i że teraz polskość to Kresy i że tam jest prawdziwa Polska. Taka jest potęga odpowiedniej edukacji i propagandy, a przecież jedno i drugie to słowo.

x

Dzisiaj dotarła do mnie kupiona na Allegro książka: Wojna i pokój Lwa Tołstoja. Nie dlatego ją kupiłem, że nagle stałem się miłośnikiem literatury rosyjskiej, tylko dlatego, że interesuje mnie to, jak Tołstoj opisał rok 1812. Jest to wydanie z 1958 roku w płóciennej oprawie, bez śladów używania. Powieść ta została wydana w nakładzie 10 000 egzemplarzy w cenie 15 zł za cztery tomy. Natomiast Trylogia Sienkiewicza z 1956 roku w sześciu tomach, podobnie wydana, ale w nakładzie 30 000 egzemplarzy, kosztowała 120 zł. To bardzo dużo jak na tamte czasy. Ludzie przeciętnie zarabiali wtedy około 1000 zł. Wygląda więc na to, że literatura rosyjska za czasów komunistów była dotowana. Czy jest zatem tak, jak niektórzy utrzymują, że to zawsze jest imperializm rosyjski, bez względu na to czy jest czerwony, czy biały? Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja za te cztery tomy zapłaciłem… 15 zł plus 10 zł za przesyłkę.

Rewolucja 1905

Wiek XIX był najdłuższym wiekiem. Trwał on od wybuchu rewolucji francuskiej do początku I wojny światowej. Jego końcowy okres, od zakończenia wojny frnacusko-pruskiej w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej, nazwany został przez Francuzów la belle époque (piękna epoka). Był on uważany w Europie za okres rozwoju, postępu i pokoju. W tym czasie wynaleziono m.in. telefon, radio, samochód, samolot. Życie stawało się łatwiejsze, a życie kulturalne również osiągnęło wysoki poziom. Powstał kabaret i kino, w sztuce panowała secesja (art nuveau) i impresjonizm. Panie nosiły wielkie kapelusze i długie suknie. Ówczesne społeczeństwa wierzyły w postęp i dobrobyt. Jednym słowem sielanka. I komu to przeszkadzało?

Nie wszędzie jednak wiek XIX był tak długi. W Królestwie Polskim i w zachodniej Rosji trwał on o 10 lat krócej. Wydarzenia, które wówczas miały miejsce na terenie Królestwa, sprowadziły naród polski do roli niechcianego, ale tolerowanego sąsiada. Było to ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej.

Rewolucja 1905 roku jest raczej mało znanym momentem w dziejach Polski. Podejrzewam, że większość tych, którzy interesują się historią, słyszała o niej, ale pewnie niewiele więcej. A było to bardzo ważne wydarzenie. W literaturze polskiej mamy dwie powieści poświęcone temu tematowi, mało znane, może nawet zapomniane. Nie przypadkiem tak się stało, bo są one bardzo niepoprawne politycznie. Przedstawiają tę rewolucję zupełnie inaczej, niż dzieje się to oficjalnie w ogólnie dostępnych źródłach. Te powieści to Wiry Henryka Sienkiewicza i Dzieci Bolesława Prusa. Na początek wypadałoby jednak zapoznać się z przekazem oficjalnym. Wikipedia tak m.in. pisze:

Królestwo Polskie w latach 1815-1915; źródło: Wikipedia.

Rewolucja 1905 roku w Królestwie Polskim – rewolucja 1905 roku na obszarze Królestwa Polskiego. Spontaniczne strajki i walki trwały w polskich ośrodkach przemysłowych oraz na wsi od 1905 do 1907.

Geneza

Napięta sytuacja w ośrodkach przemysłowych utrzymywała się od co najmniej 1904 na skutek pogarszających się warunków pracy i informacjach o serii kompromitujących niepowodzeń Rosji podczas wojny z Japonią. Największa organizacja socjalistyczna na ziemiach polskich, Polska Partia Socjalistyczna, powołała swą Organizację Bojową już w maju 1904. W Paryżu przedstawiciele polskiego ruchu robotniczego omawiali z rosyjskimi eserowcami oraz łotewskimi i gruzińskimi nacjonalistami możliwość wywołania ogólnorosyjskiego powstania. Druga, mniejsza partia robotnicza, Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy korzystała z pomocy doradców mienszewików i bolszewików. Eserowcy i Bund nasilili działalność na zachodzie kraju. Na początku 1904 Józef Piłsudski spotkał się z japońskim ambasadorem, usiłując przekonać go do wsparcia antycarskiego powstania w Kongresówce oraz powołania legionu polskiego w Japonii.

28 września 1904 w Białymstoku policja rozbiła demonstrację PPS. Żandarmi zaatakowali tłum próbując skonfiskować czerwony sztandar z hasłem „PPS: Precz z wojną i caratem! Niech żyje wolny polski lud!”. W odpowiedzi na atak, bojowcy PPS odpowiedzieli ostrzałem z rewolwerów, sześciu ludzi zginęło, a około setki robotników zostało aresztowanych. 13 listopada 1904 podobna manifestacja została rozpędzona na placu Grzybowskim w Warszawie. Sytuacja uległa zaostrzeniu na skutek informacji o „krwawej niedzieli” w Petersburgu z 22 stycznia 1905, upadku autorytetu cara Mikołaja II i wybuchu strajków w Rosji. W ciągu 1905 strajki zaczęły wybuchać w licznych zakładach przemysłowych na terenie zaboru rosyjskiego. Strajkom przewodziły Polska Partia Socjalistyczna i Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. W tym samym miesiącu we wsi Pilaszków pod Łowiczem zebrali się potajemnie nauczyciele ze szkół elementarnych, którzy podjęli uchwałę o natychmiastowym wprowadzeniu do szkół wiejskich nauczania w języku polskim, którą to uchwałę zaczęli wprowadzać w życie, mimo rosyjskich represji.

Przebieg

28 stycznia PPS i SDKPiL wezwały do strajku, który objął ponad 400 tysięcy pracowników. Bezpośrednią reakcją na wydarzenia „krwawej niedzieli”, był trwający ponad trzy lata strajk szkolny. Od 1905 do 1906 w Kongresówce wybuchło ponad 6991 strajków, w których uczestniczyło 1,3 miliona pracowników. Wystąpienia robotników potępiła endecja, warszawska Gazeta Polska nawoływała do zdławienia socjalistycznej anarchii a liczba morderstw politycznych sięgnęła 40–50 tygodniowo. Przeciwnicy Romana Dmowskiego uważali że zawarł on tajne porozumienie z carem w celu zwalczania PPS. Działalność Narodowej Demokracji w okresie rewolucji doprowadziła do wzmożonej niechęci między Polakami i Żydami, apele Polskiej Partii Socjalistycznej o wspólną walkę z caratem, niezależnie od wyznania i narodowości stopniowo pozostawało bezskuteczne. Aby odwrócić uwagę od wystąpień pracowników, w Białymstoku 15 sierpnia 1905 siły carskie zorganizowały pogrom Żydów.

W odpowiedzi na represje nasiliły się starcia między Organizacją Bojową PPS a siłami carskimi. Bojowcy planowali zamachy na oberpolicmajstra Nolkena i generała Nowosilcowa. Rewolucjoniści prowadzili podziemną wojnę skierowaną w sieć agentów carskich infiltrujących polskie organizacje polityczne.

Skutki

Rewolucja przyniosła szereg pozytywnych zmian na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. Pojawiła się możliwość tworzenia polskich instytucji i organizacji społecznych: polskiego szkolnictwa prywatnego (między innymi Polska Macierz Szkolna), ruchu spółdzielczego (między innymi Towarzystwo Kooperatystów); zelżała cenzura, wprowadzono wolność wyznania i dopuszczono używanie języka polskiego w urzędach gminnych. Efektem rewolucji 1905 roku był też rozłam w polskim ruchu socjalistycznym związany z różnicami w priorytetach poszczególnych działaczy. Dla starszych priorytetem była niepodległość Polski, dla młodszych prawa robotnicze. W efekcie Polska Partia Socjalistyczna podzieliła się na PPS Frakcja Rewolucyjna (Józef Piłsudski), której celem była przede wszystkim walka o niepodległość oraz PPS Lewica (Feliks Kon), której celem była przede wszystkim walka o prawa robotników. Doświadczenia z rewolucyjnej działalności Organizacji Bojowej PPS posłużyły do utworzenia w 1908 we Lwowie Związku Walki Czynnej.

x

Natomiast Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze o tej rewolucji:

Rewolucja 1905-07 na ziemiach polskich miała swoje cechy szczególne, głównie związane z walką o zniesienie ucisku narodowego; znalazło to wyraz w takich formach walki, jak strajk szkolny, ruch gminny połączony z rekwizycją i paleniem dokumentacji znajdującej się w niszczonych urzędach gminnych i leśnictwach, bojkot carskiego aparatu administracyjnego, wysuwanie haseł walki o autonomię dla Polski, o wprowadzenie do urzędów języka polskiego.

Rozpoczęty 26 I 1905 przez robotników Woli w Warszawie strajk tzw. stycziowo-lutowy stał się pierwszym w Królestwie Polskim powszechnym strajkiem robotników, który skupił prawie całą (około 400 tys.) klasę robotniczą; jeszcze w styczniu do proletariatu przyłączyła się młodzież, rozpoczynając bojkot szkół rosyjskich; na wiosnę zastrajkowali również robotnicy rolni (około 700 folwarków, głównie w guberni lubelskiej i siedleckiej), przy czym dochodziło niekiedy do walk z wojskiem. Na wsi największe natężenie (2/3 gmin) przybrał ruch zmierzający do wprowadzenia języka polskiego w administracji gminnej. Walki rewolucyjne w mieście i na wsi wpłynęły na radykalizację inteligencji polskiej. Powstały wówczas postępowe instytucje naukowe i oświatowe.

W 1905 strajkowało 93% robotników przemysłowych, 1906 – 77%, 1907 – 48%. Na Królestwo Polskie, którego robotnicy stanowili 13,5% ogólnej liczby robotników przemysłowych imperium, przypadało 29% strajków w całym państwie oraz 28% ogółu strajkujących, zaś 1906 – odpowiednio – 47 i 45%. Szeroką działalność rozwinęły i przekształciły się w masowe partie socjalistyczne – PPS, SDKPiL i Bund; działał także III Proletariat, a na wsi, obok partii robotniczych, radykalna organizacja chłopska – Polski Związek Ludowy. Powstały i osiągnęły znaczne wpływy wśród mas związki zawodowe. Mimo tych sukcesów brak było jednak koordynacji wystąpień robotniczych i chłopskich, dawało się odczuć rozbicie organizacyjne tak wśród proletariatu, jak i chłopstwa. Istotną przyczyną niepowodzenia rewolucji była też obecność na ziemiach polskich licznej armii carskiej. W walce z rewolucyjnym ruchem robotniczym współdziałały niejednokrotnie z władzami carskimi Narodowa Demokracja i inne nacjonalistyczne organizacje burżuazji polskiej i hierarchii kościelnej. Jednakże częściowe zdobycze – jak wprowadzenie języka polskiego do rządowych szkół elementarnych, szkół prywatnych i zniesienie cenzury prewencyjnej – umożliwiły pełniejszy rozwój ekonomiczny, społeczny i kulturalny narodu, ożywiły walkę o wyzwolenie narodowe i społeczne.

x

Powieść Wiry wydała Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk 1990. Jest to skromne wydanie, miękka okładka, brak informacji o nakładzie, ale pewnie niewielki. Posłowie napisał Władysław Zawistowski. Pisał w nim m.in.:

Powiedzmy więc od razu, że Wiry są reakcją Sienkiewicza na rewolucję 1905 roku (pierwsze wydanie zwarte – 1910), którą starzejący się noblista zdecydowanie potępiał lub której – jak chcą inni – nie rozumiał. Powstała w sytuacji dużego zapotrzebowania na jego literacki, ale i polityczny komentarz niedawnych wydarzeń. Zwłaszcza iż autor Potopu udzielał się, w poprzedzających latach, na polu politycznym właśnie (choć nie jako działacz), dawał się kokietować endecji, która chciała go zrobić posłem do Dumy i uważała za kogoś w rodzaju patrona. Przyznawały się również do Sienkiewicza i inne nurty polityczne, lecz on – zachował niezależność artystyczną i intelektualną, czego najlepszym dowodem mogą być właśnie Wiry. Powieść nie przyniosła bowiem Sienkiewiczowi uznania ze strony żadnego ze zwalczających się stronnictw. Autor Quo vadis ustawił się ponad ich sporami; potępił rewolucję ale również – wszelką ugodę z caratem, a ośrodkiem swej dyskursywnej refleksji uczynił nie którąś ze sprzecznych ideologii, lecz odwieczny problem sprzeczności dążeń (i praw) jednostki, klasy i narodu.

Wiry wydano w roku 1951 jako XXXV i XXXVI tom Pism zbiorowych (PIW), ale nie oznaczało to automatycznej obecności książki w księgarniach i bibliotekach. Wystarczy wspomnieć, iż książka ta ukazała się w nakładzie 3,5 tys. egzemplarzy i to w czasie, gdy Krzyżaków wydano w 200, a Listy z podróży do Ameryki w 374 tysiącach egzemplarzy!

Są więc do dziś Wiry powieścią nieobecną, białą plamą właśnie i obecne wydanie na pierwodruku z roku 1910 (jedyne pełne wydanie za życia autora, które ukazało się w Warszawie nakładem Gebethnera i Wolffa), starannie jednak przejrzanym i porównanym z edycją Krzyżanowskiego. (…)

Oddajemy Wiry do rąk czytelników z głębokim przekonaniem, iż wszystkie kontrowersje, które i dziś mogą powstać wokół tej powieści, wszystkie dyskusje, zachwyty i abominacje muszą mieć za swe źródło – powszechnie dostępny tekst. Henryk Sienkiewicz jest pisarzem na tyle ważnym, by nawet skromniejsze jego utwory stale były obecne na rynku księgarskim. A niezależnie od wszystkiego: to naprawdę niezwykle ciekawa książka!

Poniżej kilka fragmentów z tej powieści:

Ekonom z Rzęślewa powiada, że tam pojawiły się jakieś nieznane figury, podobno z Warszawy, i rządzą się jak szare gęsi po niebie. Wydają rozkazy, zwołują chłopów, burzą ich, przyrzekają im grunta, każą nawet zajmować inwentarze i obiecują, że w całej Polsce wkrótce tak będzie, jak w Rzęślewie…

Twierdzisz pan zatem, że wy w imię Polski połączyliście się z młodą i potężną ideą, przez co wpuściliście w jej żyły młodą krew. A ja odpowiem, że sama idea, jakakolwiek ona jest – tak zwyrodniała w waszych umysłach, że przestała być społeczną ideą, a stała się społeczną chorobą. Zaszczepiliście Polsce chorobę i nic więcej. Nowy polski gmach trzeba budować z cegieł i kamienia – nie z dynamitu i bomb. A w was nie ma ni cegieł, ni kamienia. Wy jesteście tylko krzykiem nienawiści. Porzuciliście starą Ewangelię, a nie umiecie stworzyć nowej, wskutek czego nie ma w was zadatków życia. Imię wasze jest Błąd – i dlatego wypadkowa waszych działań będzie zawsze przeciwna waszym założeniom. Bo przeciągnąwszy strunę strajkową nie doprowadzicie ludu do czego innego, jak do słabości i nędzy, a ze słabych nędzarzy nie potraficie zbudować silnej Polski. To przecie oczywiste. A przy tym na jednej i tej samej głowie nie można nosić dwóch czapek, chyba że jedna będzie pod spodem? Czy wasz socjalizm jest tylko środkiem do zbudowania Polski, czy wasza Polska jest tylko przynętą i hasłem, które ma przyciągnąć do waszego obozu lud? Socjalistom, którzy zwą się socjalistami bez dodatków i nie twierdzą, że są w jednej osobie rybą i rakiem, muszę przyznać, że są logiczniejsi. Ale wy łudzicie sami siebie. Naprawdę jest tak, że wy, choćbyście chcieli uczynić coś polskiego, to nie zdołacie, albowiem w was samych nie ma nic polskiego. Szkoła, którąście przeszli, nie odjęła wam, bo nie mogła, odjąć, języka, ale urobiła wasze umysły i dusze w ten sposób, że jesteście nie Polakami, lecz Rosjanami nienawidzącymi Rosji. Jak na tym wyjdzie Polska i Rosja, to inna rzecz, ale tak jest. Wam się w tej chwili zdaje, że robicie rewolucję, a to jest tylko małpa rewolucji – i w dodatku obcej. Wy jesteście złym kwiatem obcego ducha. Dość wziąć wasze dzienniki, waszych pisarzy, poetów i krytyków! Cały ich aparat umysłowy jest obcy. Prawdziwy ich cel, to nawet nie socjalizm i nie proletariat, ale zniszczenie. W ręku żagiew, a na dnie duszy beznadziejność i wielkie nihil! A przecież wiadomo skąd to rodem. Galicyjski socjalizm to także nie Apollo Belwederski, ale jednak ma już inne rysy i mniej szerokie kości policzkowe. Nie ma w nim tej wścieklizny, lecz nie ma i tej rozpaczy, i tego smutku, które są tak przeciwne kulturze łacińskiej. Wy jesteście jak owoc, z jednej strony zielony, z drugiej gnijący. Wy jesteście chorzy. Tą chorobą tłumaczy się ten bezgraniczny brak logiki, polegający na tym, że krzycząc przeciw wojnom robicie wojnę, krzycząc przeciw sądom wojennym skazujecie bez żadnych sądów; krzycząc przeciw karze śmierci, wtykacie ludziom w ręce browningi, mówicie: „zabij!” Tą także chorobą tłumaczą się wasze szalone porywy i wasza zupełna obojętność na to, co dalej będzie, jak również na los tych nieszczęsnych ludzi, z których robicie swe narzędzia. Niech mordują, niech ograbiają kasy, a czy potem zawisną na stryczku, czy staną się łajdakami – mniejsza wam o to. Wasze nihil pozwala wam pluć na krew i na etykę. Wy otwieracie na rozcież drzwi nawet znanym łajdakom i pozwalacie im reprezentować nie własne łajdactwo, ale waszą ideę. Wy, ogólnie mówiąc, nosicie w sobie zatratę i Polskę łączycie z zatratą. W waszej partii są niechybnie ludzie poświęcenia i dobrej wiary, ale ślepi, którzy w swej ślepocie służą komu innemu, niż myślą.

Powiadał mi służący, że jutro od rana, z rozkazu partii, strajk dorożkarzy. Służba męska jest w całym mieście sterroryzowana i słowa: „z partii” otwierają wszędzie drzwi, jak najlepszy wytrych.

Dawniej marsz Dąbrowskiego był hasłem dla stu tysięcy ludzi, dziś jest nim dla dziesięciu milionów. Błogosławiony folklor.

U nas są tylko wiry… I to nie wiry na toni wodnej, gdzie poniżej jest głębia spokojna, ale wiry z piasku. Teraz wicher dmie od Wschodu i jałowy piasek zasypuje naszą tradycję, naszą cywilizacje, naszą kulturę, a żyć mogą tylko szakale.

x

Powieść Dzieci Bolesława Prusa ukazała się w 1908 roku. W 2002 roku wydało ją wydawnictwo Akant Ltd. Jest to bardzo ładne wydanie w twardej okładce. Jednak wydawca nie zaopatrzył go w żadną przedmowę czy posłowie. Pozostaje mi więc jedynie zacytować pewne fragmenty.

Mój stryj ciągle powtarza, że nie jest to rewolucja, tylko gnicie. Zamiast bitew - morderstwa; zamiast zdobywania sztandarów - rabunek kas... gdyby to wreszcie kasy rządowe czy bankowe! Ale oni ograbiają ludzi prywatnych, zabierają po kilkanaście rubli.

W 1794 roku w 1812 i 1831 o wolność walczyła armia i to z wrogiem zewnętrznym. Ale o żadnych sztyletnikach i brauningistach, o żadnym wywłaszczeniu nie słyszano... W 1863 już nie było armii, tylko partyzantka, i zaczęli pokazywać się sztyletnicy, których... pamiętasz?... nie przyjmowaliśmy do oddziałów... A dziś co? Armii nie ma, nawet partyzantów... Za to mamy sztyletników, brauningistów, napaści na kasy i domy, mordownie się rozmaitych partyj... Czy to nie skandal?

I coraz częściej przychodziły mu na myśl niedawne słowa Dębowskiego, że obecny zamęt nie jest rewolucją i nie może wywołać dobrych następstw politycznych. A niekiedy przypominał sobie nawet gniewne wybuchy stryja, który na wiele lat przed dzisiejszymi ruchami głosił, że rewolucje mogą wyhodować tylko zbrodnie i zbrodniarzy.
Pewnego dnia przyjechał sekretarz dyrektora Hut Żelaznych i przywitawszy się z paniami, poprosił Kazimierza o rozmowę w ważnej sprawie. Gość był zirytowany i wyglądał mizernie.
- Niech pan to z łaski swojej przeczyta - rzekł podając Świrskiemu niewielką kartkę papieru.
Był to wyrok śmierci dla sekretarza; zapowiedziano mu, że zginie w ciągu najbliższych kilku dni.
- Takie przysmaki dostaliśmy wszyscy - mówił przybyły. - Ma być jeszcze zabity dyrektor, jego pomocnik, kasjer, buchalter, wszyscy inżynierowie i paru najlepszych majstrów.
- Niech pan przynajmniej powie: co mamy robić?... Do kogo udać się po radę? Wyjechać z fabryki niepodobna; nazwaliby nas tchórzami, co podkopałoby wszelką karność, a nawet mogłoby spowodować popsucie maszyn... Odwołać się do policji i wymienić tych, na których mamy całkiem uzasadnione podejrzenia, także nie można... Nazwano by nas szpiegami... Bronić się, nie wiem, czy potrafimy, gdyż panowie ci lubią napadać i mordować znienacka... Więc niby co nam pozostaje?
- Może by porozmawiać z najpoważniejszymi robotnikami, wreszcie... z tymi, których panowie podejrzewacie?... - wtrącił Świrski.
- To na nic!... Uczciwi robotnicy sami lękają się warchołów, sami otrzymują wyroki śmierci... A z tamtymi... Proszę pana, ja z nimi gadałem... choćby z naszym praktykantem, którego pan poznał w czasie Wigilii... I wie pan, jakie odniosłem wrażenie, nie tylko ja, ale my wszyscy "lokaje kapitalizmu", jak nas nazywają...
Odetchnął głęboko i po namyśle kończył:
- Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.
- Może władze fabryczne źle traktowały robotników, nie mówiąc już o wyzysku... - zapytał Świrski.
- Proszę pana - ciągnął sekretarz - zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie... Bywało źle... działy się niegodziwości... temu nie będę przeczył... Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim - przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej... Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą; chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.
- Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze - wtrącił Świrski.
- A ciągnie się jak najgorzej - pochwycił sekretarz.
- Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom (franc. przywódcy, organizatorzy - przyp. W.L.), nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu... My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonać, ale oni nie tylko zaczęli stawiać nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału... A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.
- Cóż oni na przykład panu zarzucają?... - spytał Świrski.
- Nigdy pan nie uwierzy!... - zawołał sekretarz. - Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń... że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniłem robotnikom niepraktyczność ich postępowania... A prawda!... Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją...

- Wie pan jaki jest stan kraju - rzekł Klemens półgłosem. - Czeladź miejska nie chce pracować, robotnicy mówią, że będą właścicielami fabryk, a po wsiach tułają się agitatorzy, którzy chcą wywołać bezrobocie na folwarkach i podmawiają chłopów, ażeby opanowali grunta dworskie. Pan rozumie, do czego to nas doprowadzi?...
- Myślę o tym od świąt... - szepnął Świrski.
- A także wiadomo panu - ciągnął Klemens - że ci, którzy przeciwdziałają podłej robocie nieznanych agitatorów, ci narażają się na śmierć... Sekretarz dyrekcji Hut Żelaznych... pan wie?
- Wiem, dlaczego został zamordowany... Struchlałem, kiedym się dowiedział o tej bezecnej zbrodni...

x

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisał:

Socjalizm wypowiedział wojnę wielkiemu kapitałowi, a zrujnował właściwie tylko drobny przemysł i pracę. Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że rewolucja zburzyła, zniszczyła, zamknęła w Królestwie Polskim około 2000 mniejszych zakładów przemysłowych (chrześcijańskich). Więc nie wielkich kapitalistów rozgromił socjalizm wojujący, jak zamierzał, bo ci, siedząc na ogromnych workach złota, drwili sobie z bezpiecznej zagranicy z jego browningów, bomb i strajków, lecz zniszczył i cofnął o kilkanaście, o kilkadziesiąt lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł i zubożył robotników i cały proletariat w ogóle.

W Królestwie nie wiedziano aż do roku 1910, kto prowadził rewolucję. Dowiedziano się dopiero po rewolucji, że na czele jej stali Żydzi, głównie litewscy (litwacy), że jej „dyktatorami” i instruktorami byli: Tyszka (nie tzw. Tyszko), Jackan, Żabotyński, Azef i ich pomocnicy. Ci „dyktatorzy”, instruktorzy i twórcy bojówki, udający międzynarodowych socjalistów, byli wrogami „gojów” i służyli tylko swoim współplemieńcom, czego dowiadujemy się od S. Frankiewicza, którego list umieściła „Myśl Niepodległa” Andrzeja Niemojewskiego w listopadzie 1910 roku:

„Znam fakty – opowiadał Frankiewicz w swoim liście – kiedy Żydzi w porachunkach z chrześcijanami uciekali się do swoich współplemieńców uczestniczących w „Komitecie” socjalistycznym i od nich uzyskiwali wyroki. Stwierdzono publicznie fakt, iż pewien Żyd w jednym z miasteczek, mając porachunki osobiste z chrześcijaninem i czując się pokrzywdzonym o… 2 ruble, uzyskał od „Komitetu”, w którym działali sami Żydzi, wyrok. A jaki wyrok! Dwaj litwacy z browningami… Skazany, widząc, że to nie przelewki, porzucił dom i wyjechał stamtąd na zawsze. Znam fakt, że gdy chrześcijanin w pewnej okolicy zakupił las na wyrąb, Żydzi handlujący lasami, uzyskali wyrok od „Komitetu”, aby materialnie zrujnować „goja” i bojówka osądzonemu konfiskowała pieniądze, truła konie, podpalała las, dopóki niefortunny handlarz nie odstąpił lasu Żydom za liche pieniądze”.

Dziwiono się w kraju, że policja czas pewien bezsilna wobec „konfiskat” i egzekucji rewolucyjnych, tropiła teraz i chwytała „towarzyszy” i bandytów. Bo znaczna część „towarzyszy” wsiąkła w policję, zasiliła kadry tajemniczych agentów (szpiegów), wydawała w ręce władzy carskiej swoich towarzyszy, wczorajszych „braci”.

Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał Judeo-Polski, Syjon na gruzach Polski.

Żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie sobie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po trupie Polski.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce.

xxx

Po tych dwóch cytatach nikogo już chyba nie powinno dziwić to, że obie książki są bardzo niewygodne, bo przedstawiają wydarzenia 1905 roku odmiennie od oficjalnej narracji. Nie powinno też nikogo dziwić to, że gdy w sierpniu 1914 roku Piłsudski ze swoją bandą wkroczył do Królestwa, to ludzie zatrzaskiwali okiennice. Wszyscy jeszcze bardzo dobrze pamiętali tamte wydarzenia.

Rewolucja 1905 roku była rewolucją powszechną. Objęła ona środowiska robotnicze, chłopskie, młodzież szkolną oraz wywarła wpływ na środowiska inteligencji polskiej. Zarysowały się trzy główne nurty polityczne: PPS, która wysuwała hasła niepodległościowe; SDKPiL, która ograniczała się do kwestii socjalnej robotników oraz endecja, która postulowała rozwój w ramach Imperium Rosyjskiego.

Doświadczenia z rewolucyjnej działalności Organizacji Bojowej PPS posłużyły do utworzenia w 1908 we Lwowie Związku Walki Czynnej. Organizacja Bojowa PPS to po prostu organizacja terrorystyczna, a jej członkowie to terroryści. Związek Walki Czynnej był podstawą do utworzenia Legionów, a te z kolei były bazą do powstania rządów sanacyjnych. Można więc powiedzieć, że od 1926 do 1939 roku II RP rządzili terroryści, a naczelnikiem tego karykaturalnego państwa był bandyta i terrorysta.

WEP pisze, że rewolucja 1905 roku miała swoje cechy szczególne i wymienia m.in. ruch gminny połączony z rekwizycją i paleniem dokumentacji znajdującej się w niszczonych urzędach gminnych i leśnictwach. To bardzo koresponduje z informacją zawartą w cytacie z Choińskiego: Żydzi handlujący lasami, uzyskali wyrok od „Komitetu”, aby materialnie zrujnować „goja” i bojówka osądzonemu konfiskowała pieniądze, truła konie, podpalała las, dopóki niefortunny handlarz nie odstąpił lasu Żydom za liche pieniądze. Zapewne chodziło o usuwanie jakichś danych personalnych i dokumentacji dotyczącej własności ziemskiej i lasów.

Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie sobie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po trupie Polski. – Tak pisał Choiński. Jednak wydaje mi się, że nie do końca tak było, bo przecież szlachta w tamtym czasie była mocno zażydzona. Ta uwaga skłoniła mnie do pewnej refleksji. Zastanawiałem się często, jaki był powód powstania unii lubelskiej i stworzenie takiego dziwacznego państwa. Otóż chodziło o takie państwo, w którym będą współistnieć dwie wrogie sobie części, społeczności. Łączenie katolicyzmu z prawosławiem, to jak łączenie wody z ogniem. Faktem jest, że Żydzi są obecni w Polsce od tysiąca lat, ale faktem też jest, że dopiero po unii lubelskiej nastąpił ich masowy napływ w XVI, XVII i XVIII wieku. Takie państwo mogli sobie podporządkować, bez końca skłócać obie obce sobie społeczności. I z tego też powodu po I wojnie światowej powstało odrodzone państwo, w kształcie podobnym do I RP. I również z tego powodu po II wojnie światowej przesiedlano na tzw. Ziemie Odzyskane w większości mniejszości kresowe, po to właśnie, by stworzyć te dwie wrogie sobie społeczności. Taki stan gwarantuje im absolutną dominację. I dlatego też jest taki nacisk propagandowy na akcentowanie, że polskość to język i wiara katolicka. Jedno i drugie łatwo zaadoptować. W takiej sytuacji przeciętny człowiek jest zdezorientowany, bo nie wie, kto jest Polakiem, a kto go tylko udaje.

Rewolucja 1905 roku, pod przykrywką patriotyzmu, zniszczyła dorobek tego pokolenia Polaków, którzy po powstaniu styczniowym stali się bardziej pragmatyczni. Zostali oni zmarginalizowani i w nowym państwie ich dzieci i wnuki niewiele już znaczyły. Retoryka Żydów praktycznie nie zmieniła się. Wyrosły nowe pokolenia, które, podobnie jak te z 1905 roku, nabierają się na fałszywy patriotyzm. Nabierają się, bo mają wypaczony obraz historii, a może nie mają żadnego, bo nie chcą. Gdy dziś patrzę na te obecne strajki, to mrowie biało-czerwonych flag, akcentowanie przywiązania do wiary katolickiej – to nie mam najmniejszej wątpliwości, kto jest ich organizatorem.

Księstwo Warszawskie c.d.

Ostatnio parę blogów poświęciłem epoce napoleońskiej, ale dopiero teraz zajrzałem do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) i znalazłem tam ciekawą informację. Tak to już jest, że każde źródło podaje pewne informacje, a inne pomija. Wszystko zależy od tego, w jakim okresie powstało dane źródło i jaka opcja polityczna dominowała. Warto więc sięgać do wielu opracowań. WEP m.in. pisze tak:

Sytuacja gospodarcza Księstwa była wyjątkowo trudna; granice K.W. rozrywały organizm gospodarczy dorzecza Wisły i pozbawiały go połączenia z M. Bałtyckim. Wraz z rygorami systemu kontynentalnego (blokada kontynentalna) wpłynęło to na zmniejszenie eksportu zboża, szczególnie dotkliwe w pierwszych dwóch latach, i gwałtowny spadek cen, co z kolei pogłębiało trudności zadłużonego w czasach okupacji pruskiej ziemiaństwa. Zła koniunktura, zmuszając do szukania dróg wyjścia, stwarzała bodźce do intensyfikacji rolnictwa. Wyraziło się to przede wszystkim w stosowaniu nowych upraw (rośliny pastewne, polowa uprawa ziemniaka), w rozwoju hodowli, zwłaszcza owiec, oraz w rozbudowie przemysłu przetwórczego, browarnictwa i gorzelnictwa. Mimo to tworzyły się niebezpieczne dla równowagi gospodarczej nadwyżki zboża. Okres K.W. przyniósł przetasowanie fortun ziemskich; w rezultacie pojawiło się (zasadniczo już po upadku K.W.) nowego typu ziemiaństwo, bardziej związane z kapitałem miejskim i nowoczesną gospodarką. Protekcyjna polityka rządu K.W. stwarzała dobry klimat dla rozwoju przemysłu (sukiennictwo, hutnictwo, przetwórstwo). Brak kapitałów i przychylna atmosfera dla cudzoziemców ściągały do K.W. kapitał obcy, zwłaszcza niemiecki.W przemyśle sukienniczym wystąpiło zjawisko postępującej koncentracji – upadek drobnych warsztatów rzemieślniczych i rozwój większych. Kontakty handlowe uległy poważnej zmianie: zmniejszyły się obroty z Anglią (wywóz zboża i drewna, przywóz towarów kolonialnych); rozwijał się pomyślnie handel z Prusami i Rosją, dokąd wywożono sukno z Wielkopolski. Wyraźna poprawa bilansu handlowego K.W. wskazywała na tendencję stabilizacji gospodarczej, jakkolwiek zadłużenie skarbu było w dalszym ciągu bardzo duże, zarówno z tytułu długów zagranicznych (bajoński układ), jak i wewnętrznych. Niebezpiecznie obciążały budżet państwa koszty utrzymania dużej stosunkowo armii (początkowo 45 tys., 1812 – ok. 100 tys.).

K.W. formalnie niepodległe, podporządkowane było faktycznie interesom politycznym Napoleona, który kierował jego polityką zagraniczną (Księstwo nie miało nawet ministerstwa spraw zagranicznych) i ingerował w politykę wewnętrzną; oficjalnym reprezentantem Francji był rezydent, przebywający stale w Warszawie i posiadający prawo wszelkich interpelacji. W początkowym okresie stacjonował w Księstwie marszałek Davout, który był dowódcą wszystkich wojsk w Księstwie: francuskich, saskich i polskich, ponadto upoważniony był przez Napoleona do ingerowania we wszystkie dziedziny życia politycznego Księstwa.

W 1812 armia K.W. wzięła udział w wojnie z Rosją. Klęska Napoleona przekreśliła polityczny byt Księstwa. W styczniu 1813 roku wkroczyły wojska rosyjskie, w marcu 1813 Aleksander I powołał Radę Najwyższą Tymczasową Księstwa Warszawskiego. Stan taki trwał do chwili ogłoszenia Królestwa Polskiego (20 VI 1815).

x

O tym, co działo się po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Księstwa, o czym WEP nie wspomina, Wikipedia tak pisze we fragmencie zatytułowanym Okupacja Księstwa:

“Po klęsce Napoleona w 1812 w Rosji, na terytorium Księstwa Warszawskiego wkroczyły wojska rosyjskie, kładąc praktycznie kres jego istnieniu. 18 marca 1813 Aleksander I powołał pięcioosobową Radę Najwyższą Tymczasową Księstwa Warszawskiego z prezesem Wasylem Łanskojem, której zadaniem było ściągnięcie z księstwa wysokiej kontrybucji na potrzeby armii rosyjskiej. W latach 1813–1814 Rosjanie pozyskali tą drogą 258 milionów złp. Prawnie Księstwo przestało istnieć w 1815 wskutek decyzji kongresu wiedeńskiego. Sprawa utrzymania samodzielnego Królestwa Polskiego stanęła na porządku dziennym kongresu z inicjatywy Anglii, która chciała jego odtworzenia. Odmienne plany – wchłonięcia Księstwa przez Rosję – miały Austria i Prusy. Do kompromisu doszło w 1814 roku przed powrotem Napoleona z Elby.”

Wygląda więc na to, że to biedne Księstwo najpierw finansowało utrzymanie armii napoleońskiej, która poszła na Moskwę, a później armii rosyjskiej, która poszła na zachód. Co jednak zaciekawiło mnie w tym cytacie z WEP? – To zdanie:

Okres K.W. przyniósł przetasowanie fortun ziemskich; w rezultacie pojawiło się (zasadniczo już po upadku K.W.) nowego typu ziemiaństwo, bardziej związane z kapitałem miejskim i nowoczesną gospodarką.

Te nowego typu ziemiaństwo, to po prostu Żydzi. I tu mamy wyjaśnienie, dlaczego w skład Księstwa Warszawskiego nie weszło Pomorze, które było w granicach I RP. Po to, by wywołać kryzys w rolnictwie, odciąć je od rynków zbytu w Anglii. A więc Rosji nie odcięto od tych rynków, a Księstwu – tak. To było przygotowanie do kolejnego etapu. O tym pisze Maria Dąbrowska w Rozdrożu. Studium na temat zagadnień wiejskich (1987):

Bo spójrzmy na wiek XIX. W jego pierwszym trzydziestoleciu powstał nowoczesny przemysł kapitalistyczny. Także i u nas – mianowicie za Królestwa Kongresowego. Wiemy, jakie zasługi położył minister skarbu Lubecki. (Wcześniej Dąbrowska pisała: Mianowicie na skutek fiskalnej polityki Lubeckiego, żądnej wyciągania zewsząd największych dochodów, bez uwagi na to, co przy tym dzieje się z ludźmi, zaczęto i tu stosować sławetne rugi, które za Księstwa dotykały tylko włościan prywatnych. Wyrzucano z gruntu każdego chłopa, nie przedstawiającego się jako dostatecznie zyskowna pozycja dla skarbu.) Wspomniany już Żabko-Potopowicz mówi też o wielkich zasługach ziemiaństwa. W roku 1816 wydane zostało postanowienie, obejmujące “przywileje dla cudzoziemców-przemysłowców w Królestwie osiedlających się”. W samej rzeczy sprowadzono wtedy wyłącznie obcych fabrykantów, “udzielono im wsparcia, zabezpieczono przez rząd akcje w zakładanych fabrykach”. W samym ostatnim pięcioleciu Królestwa Kongresowego “włożono w to 850 000 złp”. “Dzięki polityce rządowej – stwierdza tenże autor – w latach 1818-1828 przesiedliło się do Polski 250 000 obcych rzemieślników, przeważnie Niemców” […] Można to uważać, oczywiście, za politykę ziemiaństwa, gdyż i rząd i sejm były w owym czasie ziemiańskie. Czy jednak jest się czym w tej polityce tak bardzo chwalić? Czy za olbrzymie środki zużyte dla tych celów nie można było znaleźć lub dokształcić polskich fabrykantów, inżynierów, rzemieślników? Słyszę odpowiedź, że jednak okoliczności i warunki krajowe na to nie pozwalały. Lecz na okoliczności, na warunki mogą powoływać się tylko materialiści, a nie my, którzy wolę, świadomość, ideał chcemy uważać za kierowników życia. A jak wyglądała “działalność ziemian nad rozwojem przemysłu” poza akcją rządową? Według tegoż samego Żabko-Potopowicza “w pierwszych latach polityka przemysłowa rządu spotkała się z pewnym niezrozumieniem ze strony ogółu ziemiaństwa… i wywołała niezadowolenie”. Zapewne – wszak wymagała podatków. Dopiero później “zamożniejsi ziemianie sami zaczęli ściągać do kraju emigrację cudzoziemską […] w postaci fachowców i zakładać na własną rękę liczne przedsiębiorstwa na swym gruncie”. Przy czym, uląkłszy się widocznie nadmiaru ściąganych Niemców, zaczęto sprowadzać… Anglików (tak samo zresztą przeważnie rękami cudzoziemców powstał i tyle sławiony zbytkowny przemysł za Stanisława Augusta.).

W taki oto sposób, gdy po raz pierwszy od wieków otwarła się nowa dziedzina życia gospodarczego miast, zdobyto się jedynie na obsadzenie jej placówek obcym żywiołem.

x

WEP nie wspomniała o tym, jakie były koszty utrzymania armii rosyjskiej przez Księstwo, a Wikipedia – o tym, że Żydzi stawali się ziemianami. To, że Żydzi byli w większości polską szlachtą, a później ziemiaństwem, wpływało na wszelkie decyzje polityczne i gospodarcze Królestwa. Właściwie to od unii lubelskiej następuje, początkowo powolne, a później coraz bardziej intensywne, zasiedlanie ziem polskich przez obcych i to ze wszystkich stron. I pewnie dlatego ta polskość to nienormalność, choć zapewne ci, którzy głoszą to, mają co innego na myśli. Jeśli jednak uwzględnimy te wszystkie fale migracyjne, jakie dokonywały się na przestrzeni ostatnich trzech wieków, ich wielkość i intensywność, to nie ma w Europie bardziej wymieszanej populacji, niż ta zamieszkująca obecną Polskę. Nic więc dziwnego, że jesteśmy obecnie świadkami kolejnej fali. Polska dla wszystkich, tylko nie dla Polaków. Warto o tym pamiętać, bo to ma największy wpływ na scenę polityczną w Polsce i na to, że politycy “polscy” zachowują się tak, jak się zachowują. To samo dotyczy również wyborców.

Rok 1812

Napisałem już tyle różnych blogów, że sam się sobie dziwię, że zapomniałem o wojnie 1812 roku, która była przecież jedną z największych i najważniejszych w dziejach świata. Wypada więc bliżej przyjrzeć się jej. Spodziewałem dopatrzyć się w niej jakichś analogii do wojny Hitlera, ale poza ostrą zimą, która nie miała wpływu na samą kampanię, tylko na odwrót armii napoleońskiej, nie znalazłem ich. To znaczy, tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Rok 1812 był rokiem szczególnym, o czym nie omieszkał wspomnieć Adomas Mickevičius.

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,
A żołnierz rokiem wojny; dotąd ludzie starzy
O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.
Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem
I poprzedzony głuchą wieścią między ludem;
Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem
Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem.
Jakieś oczekiwanie tęskne i radosne.

Wikipedia tak pisze:

Inwazja na Rosję (1812) lub wojna 1812 roku – wojna I Cesarstwa Francuskiego i jego sojuszników z Imperium Rosyjskim trwająca od 24 czerwca do 25 grudnia 1812 roku. Celem inwazji Napoleona na Rosję było utrzymanie blokady kontynentalnej Wielkiej Brytanii, lecz wojna znacznie przyczyniła się do losu wojen napoleońskich i przyszłej klęski Wielkiej Armii. Oficjalnie została nazwana przez Napoleona drugą wojną polską (fr. la seconde guerre de la Pologne). W historiografii francuskiej znana jako kampania rosyjska (fr. campagne de Russie), a w rosyjskiej jako wojna ojczyźniana 1812 roku (ros. oтечественная война 1812 года).

Podłoże konfliktu

W 1812 roku Francja niepodzielnie panowała w zachodniej i środkowej Europie, ale wojna z Wielką Brytanią – szczególnie na Półwyspie Iberyjskim – trwała nadal. Najistotniejszym jej elementem była blokada wysp brytyjskich. Miała ona negatywne reperkusje dla wielu innych państw, również Rosji, rujnując jej handel zagraniczny. Cesarz Imperium Rosyjskiego Aleksander nie był też zadowolony z dominacji Cesarza Francuzów Napoleona I w Europie. Gdy latem 1810 roku Jean Baptiste Bernadotte, jeden z marszałków napoleońskich, zasiadł na tronie Szwecji, znajdującej się w strefie wpływów Rosji, Aleksander I kazał otworzyć porty rosyjskie dla statków neutralnych, w tym przewożących towary brytyjskie. W grudniu 1810 roku Rosja wystąpiła z systemu blokady kontynentalnej i nawiązała kontakty z opozycją antyfrancuską w państwach niemieckich. Sztab rosyjski opracował plan wojny ofensywnej. Na początku 1811 roku przedstawiono cesarzowi Aleksandrowi plan ataku na Gdańsk i Warszawę.

Napoleon I uważając, że wygrać z Wielką Brytanią może tylko na drodze jej blokady, powziął wówczas zamiar pobicia Rosji i zmuszenia jej do respektowania zobowiązań podjętych w Tylży. Zgromadził na terenach Prus Wschodnich i Księstwa Warszawskiego wielonarodową armię liczącą prawie 600 tys. żołnierzy (m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków) i 24 czerwca przekroczył z nią rzekę Niemen, rozpoczynając kampanię wojenną, którą nazwał „drugą wojną polską”.

Skutki

Wyprawa Napoleona I na Moskwę była początkiem końca jego dominacji w Europie. Wielka Armia, która w czerwcu 1812 roku liczyła ponad 400 tysięcy, zmalała do zaledwie 10% tej liczby. Napoleon stracił łącznie w Rosji ok. 580 tys. żołnierzy, z tego ok. 200 tys. zabitych, 180–190 tys. wziętych do niewoli, blisko 130 tys. dezerterów i ok. 50 tys., którzy przeszli na stronę wroga. Tych ostatnich w większości ukryli Rosjanie (chłopi, mieszczanie, szlachta). Z 47 tys. Gwardii Cesarskiej, która weszła do Rosji, po pół roku pozostało kilkuset. Napoleon stracił także 1200 armat.

Rosjanie stracili w kampanii ok. 210 tys. żołnierzy, z tego w szeregi armii powróciło ok. 40 tys. Straty korpusów walczących na pomocniczych kierunkach i w pospolitym ruszeniu to ok. 40 tys. żołnierzy.

x

W artykule Rok 1812: Napoleon idzie na Rosję na portalu HistMag m.in. czytamy:

Konflikt między Rosją i Francją zaczął się bez formalnego wypowiedzenia wojny, ale jego wybuch nie był zaskoczeniem dla ówcześnie żyjących. W latach 1808–1811 relacje między imperiami stawały się coraz bardziej napięte. Napoleoński system kontynentalny, do którego Aleksander zgodził się przystąpić na mocy pokoju tylżyckiego z 1807 roku, okazał się wielce niekorzystny dla gospodarki rosyjskiej. Rosja nadal była w przeważającej mierze krajem rolniczym, ogromnie uzależnionym od eksportu swych kluczowych surowców. Liczba manufaktur stopniowo rosła, ale baza przemysłowa Rosji pozostawała daleko w tyle za Wielką Brytanią i Francją. Eksportując własne zasoby, Cesarstwo Rosyjskie w znacznie większym stopniu niż na własnej marynarce handlowej polegało na usługach obcych armatorów, wśród których dominowali Brytyjczycy. W rezultacie system kontynentalny wywołał znaczne trudności gospodarcze na skutek zerwania handlu z Wielką Brytanią, której siłę nabywczą bardzo trudno było zastąpić. W 1802 roku, gdy obowiązywał pokój z Amiens, na 986 statków, które przybyły do rosyjskich portów w Petersburgu i Kronsztadzie, było aż 477 brytyjskich i tylko 5 francuskich.

Negatywne skutki systemu kontynentalnego dla Rosji zostały dodatkowo pogłębione przez jej wojny z Turcją i Szwecją, które jeszcze bardziej ograniczyły liczbę partnerów handlowych Petersburga. W portach rosyjskich zalegało mnóstwo towarów (ziarna, konopi, łoju, lnu, drewna, skór, bydła, żelaza itd.), których nie można było sprzedać. Ceny towarów eksportowych gwałtownie spadły, a towarów importowanych drastycznie wzrosły. Panująca w imperium carskim frustracja z powodu ograniczeń systemu kontynentalnego osiągnęła apogeum w 1810 roku, gdy Wielka Brytania zanotowała kiepskie zbiory, podczas gdy w Rosji był urodzaj. Napoleon zezwolił na eksport ziarna do Wielkiej Brytanii (i słono go opodatkował) z portów kontrolowanych przez Francuzów, jednak Rosja nie mogła sprzedać Brytyjczykom niczego, chociaż miała najniższe ceny na kontynencie. Rzecz jasna rosyjscy właściciele ziemscy byli wściekli z tego powodu.

Począwszy od 1810 roku rząd rosyjski podejmował kroki na rzecz ustabilizowania gospodarki, zmniejszając liczbę drukowanego pieniądza, podnosząc podatki, obcinając wydatki i ograniczając import towarów luksusowych (w większości pochodzących z Francji) za pomocą ceł zaporowych. Aleksander zgodził się również złagodzić restrykcje wobec statków pływających pod neutralną banderą, niezależnie od tego, jakiego pochodzenia towary przewoziły. Gdy obroty handlowe portów rosyjskich zaczęły ponownie rosnąć, Napoleon wściekał się, że „bandera hiszpańska, portugalska, amerykańska, szwedzka, a nawet francuska służy do maskowania handlu angielskiego. Wszystkie te statki są angielskie; są załadowane angielskimi towarami dla dobra angielskiego handlu”. Uważał, że gdyby tylko Rosja poważnie spróbowała ukrócić ten handel, Wielka Brytania w ciągu roku byłaby na kolanach. Zamiast tego jednak Aleksander wydał w 1811 roku nowe ukazy, które faktycznie oznaczały wyjście Rosji z systemu kontynentalnego.

Planując jakąkolwiek wojnę z Rosją, Napoleon zakładał zawsze, iż na obu skrzydłach frontu wesprą go Szwecja i Turcja, ostatecznie jednak nie zdołał do tego przekonać ani jednej, ani drugiej. Chociaż w Szwecji panował były marszałek napoleoński Bernadotte, w kwietniu 1812 roku kraj ten zawarł sojusz z Rosją. Na mocy traktatu petersburskiego Rosja i Szwecja obiecały sobie „zagwarantować bezpieczeństwo swoich posiadłości oraz niepodległość Północy, które są w równym stopniu zagrożone ambitnymi i drapieżnymi planami Francji”. Petersburg i Sztokholm uzgodniły, że utworzą połączone wojska, które wylądują na zajętym przez Francuzów Pomorzu Szwedzkim. Ponadto Rosja obiecała wesprzeć dążenia Szwecji do anektowania Norwegii, albo na drodze negocjacji z Danią, albo udzielając Szwedom pomocy wojskowej. Ów traktat miał bezpośrednie konsekwencje: zabezpieczył północne granice imperium carskiego i zwolnił wojska rosyjskie stacjonujące w Finlandii.

W dniach 23–24 czerwca 1812 roku Wielka Armia sforsowała graniczny Niemen. Zdając sobie sprawę z ogromnych rozmiarów imperium rosyjskiego, Napoleon planował jak najszybciej dopaść Rosjan. Wierzył, że zdoła zwyciężyć w ciągu trzech tygodni, staczając decydujące bitwy w regionach przygranicznych. W pierwszej fazie działań, po przekroczeniu Niemna, zamierzał okrążyć siły przeciwnika szerokim manewrem oskrzydlającym przez Wilno. Gdyby ta operacja się powiodła, mogła doprowadzić do klęski armii rosyjskich, jednak ani Napoleon nie zdołał oskrzydlić rosyjskiej 1. Armii Zachodniej, ani jego bratu Hieronimowi nie udało się związać walką 2. Armii Zachodniej. 28 czerwca Napoleon wkroczył do Wilna, gdzie polscy mieszkańcy zgotowali mu huczne powitanie. Cesarz Francuzów wiedział jednak, że jest za wcześnie na świętowanie.

Manewr wileński stanowił pierwszą dużą operację Napoleona w tej wojnie, ale pod względem strategicznym był jego porażką, która miała się okazać typowa dla działań wojennych w następnych dwóch i pół miesiąca. Obie rosyjskie armie unikały bezpośredniej konfrontacji z przeważającymi siłami przeciwnika, cofając się ciągle, co w końcu zaprowadziło je do wrót Smoleńska. W czasie odwrotu Rosjanie stosowali taktykę spalonej ziemi, niszcząc zapasy zaopatrzenia, które mogłyby posłużyć wrogowi. Piekący skwar i ulewne deszcze dodatkowo pokrzyżowały plany Napoleona, powodując nadspodziewanie wysokie straty w szeregach Wielkiej Armii. Do 1 lipca setki rozkładających się końskich trupów blokowały drogę z Kowna do Wilna.

xxx

Traktat czy pokój w Tylży to dwa porozumienia zawarte w 1807 roku przez Cesarstwo Francuskie z Imperium Rosyjskim i Królestwem Prus. Pierwszy traktat został podpisany 7 lipca, drugi – 9 lipca. Na mocy tego traktatu Imperium Rosyjskie przystąpiło do blokady kontynentalnej skierowanej przeciwko Wielkiej Brytanii. W wyniku drugiego traktatu powstało Księstwo Warszawskie i Wolne Miasto Gdańsk. Jednak, jak pisze Wikipedia, sprowokował on Brytyjczyków do podjęcia akcji przeciw Danii i przejęcia jej floty, by nie uczynił tego Napoleon. Do tego dochodzi jeszcze sojusz Szwecji z Rosją, zawarty w kwietniu 1812 roku. Tej Szwecji, w której rządził były marszałek Napoleona. I to są najważniejsze informacje. Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć na poniższą mapę.

Europa w przededniu wojny 1812 roku; źródło: Wikipedia.

Być może objaśnienia nie są czytelne, więc wypada to uzupełnić. Napoleon zajął prawie całą Europę zachodnią i środkową. Jego sojusznikami w tej wojnie były Austria, Dania i Norwegia, która pozostawała do 1814 roku w unii personalnej z Danią. Żeby pokonać Rosję, a właściwie pogrążyć ją w głębokim kryzysie, co na jedno wychodzi, wystarczyło zablokować cieśniny duńskie. Blokada Kronsztadu, obecnie dzielnica Petersburga, była raczej niemożliwa, bo tam stacjonowała rosyjska flota wojenna. Więc, jakim to sposobem stało się, że Anglicy przejęli duńską flotę, skoro Dania była sojusznikiem Napoleona? Francja, jako mocarstwo kolonialne, posiadała własną flotę. Dlaczego jej nie wykorzystała? A może Dania była sojusznikiem tylko na papierze? Trudno to rozstrzygnąć. W każdym razie utrzymanie kontroli nad cieśninami duńskimi pozwoliło Anglikom kontrolować handel na Bałtyku, a tym samym kontynuować handel z Rosją. Blokada nie działała.

Jeśli tak się stało, a podejrzewam, że nie przypadkiem, to faktycznie jedynym rozwiązaniem była wojna lądowa. I tu rodzi się kolejna wątpliwość. Dlaczego Napoleon poszedł na Moskwę, skoro stolicą Imperium był Petersburg i poprzez to miasto i port przechodził cały import i eksport tego państwa. Odcięcie go od reszty kraju miałoby taki sam efekt, jak blokada cieśnin duńskich. Z Kowna do Petersburga (700 km) było o 200 km bliżej niż do Moskwy (900 km). Poza tym droga do Moskwy była trudna, bo często oficerom Napoleona brakowało map, a stan dróg był katastrofalny. Droga do Petersburga była łatwiejsza choćby z tego względu, że częściowo przebiegała przez teren bardziej rozwinięty gospodarczo i cywilizacyjnie, bo były to ziemie Zakonu Krzyżackiego. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że tę armię napoleońską z jednej strony chroniłoby wybrzeże Bałtyku. No i na koniec rzecz najważniejsza. Armia rosyjska nie mogłaby zastosować swojej taktyki, czyli spalonej ziemi, unikania walki i wciągania wojsk napoleońskich w niekończącą się przestrzeń. Nie mogłaby oddać Petersburga, tak jak oddała Moskwę.

Czy Bóg wojny dał się na to nabrać? No bo przecież rosyjska taktyka tak naprawdę polegała na odciągnięciu go od Petersburga. Nie sądzę. A skoro dał się wciągnąć w tę grę, to znaczy, że takie miał polecenie od swoich nieznanych przełożonych i że ta wojna była ustawką, tak jak i wszystkie inne, w których chodzi o zupełnie coś innego, niż się to oficjalnie głosi. O co w tej wojnie chodziło? Być może pewną wskazówkę podsuwa nam w swojej książce Królobójcy (1989) Wacław Gąsiorowski. Pisze on:

Pod gradem kul bonapartowych, pod uderzeniami napoleońskich bagnetów, w piekle okrzyków: „Vive l’empereur!”, w świetle łun pożarów Smoleńska, Moskwy i Lipska, w bohaterskiej ciszy zamilkłego pola Waterloo… były narodziny dekabrystów, a raczej ludzi idei, ludzi nie wiedzących, że się dekabrystami staną, że dekabrystami ich zwać będą.

Na biwakach armii rosyjskiej, u ogni obozowych gawędzono, wypominano dawne czasy, mówiono o ledwie co minionych, przyglądano się z bliska ockniętej kulturze Zachodu, rozprawiano, ścierano się, kształcono wzajem.

I żołnierz rosyjski, wychowany w półbarbarzyńskim rygorze mody Fryderyka, okuty dyscypliną knuta, batożony często, a policzkowany za lada niehumorem, trzymany na poziomie uczuć brytana nocnego, ten żołnierz, drwiący z całą głupotą z wariactwa Polaków, mrących za jakąś idiotyczną konstytucję, ten żołnierz zagadał.

Zagadał o Dantonie i Maracie, o Lafayecie i Waszyngtonie, o Palafoxie i o Moreau, o Robespierze, o Ludwikach, o Wellingtonie i Blücherze, o 18 brumaire’a i o Trzecim Maja, o Kościuszce, o śmierci Pawła, o Tugendbundzie i o Andreasie Hofferze, o „Gwieździe Wielkiego Wschodu” i o „Świątyni Słońca”, o 14 lipca, o angielskiej Charta Magna, o Napoleonie, o Cambronnie… o Carnocie…

I oto w głównej kwaterze drugiej armii rosyjskiej, tuż pod namiotem Wittgensteina, dwaj bracia Murawjow, dwaj sztabowcy, gwardziści, pankowie, rzucają pierwszą myśl związku tajnego, związku dobra, związku miłości ojczyzny i miłości ludu.

Murawjowom dość było wokół się obejrzeć, dość było rzec słowo, aby cały zastęp towarzyszów znaleźć. Nikt tu nikogo nie namawiał, nikt nikogo nie pouczał, nikt nic nie apostołował. Nowy sojusznik przychodził, łączył się i łącząc się, już jeno własne słyszał poglądy, własnych ideałów dźwięki, echa głosu własnej wiary.

Armia rosyjska wracała po latach wojen, a gdy wodzom jej zdawało się, że dźwiga jeno zrabowane złoto i kosztowności, gdy wodzowie ci słusznie aż wstydzić się musieli rabusiostwa swych „bohaterów”, wodzowie ci ani sobie wyobrażali, że ciż sami żołnierze dźwigają nadto zdobycz, której po wiek wieków już żadna rewizja tornistrów im nie odbierze, żadna moc nie wydrze… Armia rosyjska niosła wnukom swej ojczyzny pochodnię, niosła sztandar na całej tej ojczyzny życie.

x

Co by było, gdyby Napoleon zdobył Petersburg? Pewnie skończyłoby się to wielkim kryzysem ekonomicznym i rozpadem imperium carów. A na to nie mogli pozwolić ci, którzy kolonizowali Syberię, bo oni, podobnie jak hiszpańscy konkwistadorzy, byli w większości Żydami. Wówczas byli jeszcze za słabi i nie na tyle liczni, by przejąć kontrolę nad tym obszarem. Car był wtedy niezbędny. Potrzeba było czasu, by stworzyć sieć tajnych związków. I ta armia, która walczyła w Europie zachodniej, została wykorzystana jako nośnik i popularyzator nowych idei.

Wygląda na to, że Napoleon i Hitler byli tylko marionetkami, którzy wykonywali rozkazy swoich nieznanych przełożonych. W obu wypadkach Anglia była sojusznikiem. Za pierwszym razem – Rosji, za drugim razem – Związku Radzieckiego. Obaj próbowali podbić Anglię, co było nierealne, ale Hitler mógł upokorzyć Imperium, jednak nie skorzystał z rad admirała Raedera, który usiłował go przekonać, że, by pokonać Anglię, nie trzeba na nią napadać, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma możliwości przetransportowania armii na Wyspę. Uważał on, że wystarczy uderzyć w najczulszy punkt Imperium – Kanał Sueski, bo tam nie było wojsk angielskich. Hitler z tej rady nie skorzystał, a kiedy już zdecydował się, to było za późno. Nie zdecydował się na to we właściwym momencie, bo miał inne rozkazy i podobnie jak Napoleonowi nie wolno było pokonać Rosji, tak Hitlerowi nie wolno było pokonać Zawiązku Radzieckiego. W scenariuszu wielkich tego świata nie ma miejsca na upadek tego państwa, bez względu na to, jak ono się nazywa i jaki ma ustrój. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy rządowa propaganda próbuje nam wmówić, że Rosję można pokonać. NATO Rosji krzywdy nie zrobi. Wojna trwa już dwa lata i to Ukraina traci.