Sarmatyzm

Jakoś tak się dziwnie składa, że najczęściej, gdy mówi się o staropolskiej tradycji i obyczajach, to nawiązuje się do czasów I RP, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, co samo w sobie jest nielogiczne, bo jak obojga nardów, to nie – jednego. Inna sprawa, że była to Rzeczpospolita Pięciorga Narodów: żydowskiego, ukraińskiego, białoruskiego, litewskiego i polskiego. W takiej sytuacji trudno było znaleźć wspólny mianownik dla tego multi-kulti potworka. A jednak znaleziono!

Polska piastowska była nowoczesnym państwem europejskim z silną władzą królewską, była monarchią stanową, w której wszystkie stany były w równowadze. Za Jagiellonów nastąpiła diametralna zmiana. Jeden stan, czyli szlachta, zdominował i podporządkował sobie pozostałe, a tym samym całe państwo. Jego ustrojem była tzw. demokracja szlachecka. I pod nią stworzono nową ideologię. Tą ideologią był sarmatyzm. Pojawił się on pod koniec XVI wieku, a więc po unii lubelskiej (1569), gdy powstało to nowe państwo, zwane oficjalnie Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Wymyślono Sarmatów, którzy niby mieli zamieszkiwać tereny, na których w przyszłości miała powstać RON. W ten sposób szlachta, która była rozproszona na całym terytorium tego państwa, otrzymała wspólną tożsamość i stała się jego jedynym spoiwem. A żeby to spoiwo było bardziej zwięzłe, to szlachta ruska musiała przechodzić na katolicyzm. Bez wyjątkowej pozycji szlachty w tym państwie, unia polsko-litewska nie przetrwałaby nawet 10 lat.

Wikipedia tak we wstępie opisuje sarmatyzm:

Sarmatyzm – utrwalone przez działaczy polskiego oświecenia określenie ideologii przyjętej i propagowanej przez szlachtę polską od końca XVI do drugiej połowy XVIII wieku. Opierała się ona na przekonaniu, że szlachta polska pochodzi od Sarmatów – starożytnego ludu zamieszkującego początkowo tereny między dolną Wołgą a Donem.

Już Jan Długosz twierdził, że protoplastami Polaków byli starożytni Sarmaci, a wiek XVI legendę tę umocnił. Legenda głosiła, że w zamierzchłych czasach rycerskie plemię Sarmatów opuściło stepy czarnomorskie, opanowując tereny, na których z czasem powstać miała Rzeczpospolita Obojga Narodów. Zagarnąwszy te ziemie, rycerze sarmaccy ludność autochtoniczną obrócili w niewolników, zwanych teraz plebejami, a sami przekształcili się w szlachtę. Tylko szlachta jest wyłącznym potomkiem Sarmatów, ona jest „narodem”, do którego należeć powinno wyłączne kierownictwo w państwie. Sarmatyzm już w samym założeniu zawierał tendencje separatystyczne, odśrodkowe w stosunku do kultury ogólnoeuropejskiej, której wspólnym mianownikiem był humanizm. Idealizowanie przeszłości sarmackiej przez szlachtę skutkowało konserwatyzmem, który przejawiał się we wszystkich dziedzinach życia.

Sarmatyzm jako ideologia sankcjonował hegemonię szlachty nad innymi stanami społeczeństwa polskiego. Jak zauważał Jan Sowa, szlachta uznawała siebie za „grupę etnicznie i narodowo odmienną od chłopów i mieszczaństwa”, przyznając sobie jedyne prawo do kształtowania narodowości polskiej. Przedstawiciele szlachty nie dostrzegali nękających Rzeczpospolitą Obojga Narodów w XVII i XVIII wieku problemów gospodarczych. Stanisław Orzechowski w XVI wieku pisał na przykład: „Polska zewsząd doskonała jest tak, iż jej nic przydać ani ująć nic nie może”, a Wacław Rzewuski w 1756 roku deklarował: „nie masz pod słońcem narodu, który by z nami w szczęściu się zrównał”.

Sarmatyzm głosił anarchiczną wolność szlachty od obowiązków pełnionych wobec państwa, przywiązanie do wartości życia wiejskiego (motywowane dążeniem do osłabienia mieszczaństwa) oraz światopoglądowy partykularyzm. Zrazu odegrał ważną rolę w barokowej literaturze polskiej i miał ogromny wpływ na kształtowanie umysłowości, obyczajowości i ideologii polskiej szlachty. Według opinii Tadeusza Mańkowskiego: „teoria sarmackiej genezy narodu i państwa polskiego w tym świetle to nie mit, ani też bajanie niekrytycznych umysłów kronikarzy, lecz wyraz poszukiwania swojego «ja» przez bardziej oświecone warstwy narodu, poszukiwanie tradycji historycznych przez naród, który poczuł się na siłach i chce coś znaczyć, szukanie swego miejsca wśród innych narodów o odległej przeszłości”. Jednak w epoce saskiej, jak zauważa Marta Krajewska, „nurt zrodzony z historycznej legendy a będący afirmacją kultury narodowej stał się z biegiem czasu synonimem zacofania i ciemnoty”.

Wpływ sarmatyzmu można dostrzec we współczesnym społeczeństwie polskim. Do tradycji sarmackich nawiązuje myśl konserwatywna (Krzysztof Koehler, Jarosław Marek Rymkiewicz, pismo „Fronda”), a etos szlachecki jest wciąż obecny w kulturze popularnej (Trylogia Henryka Sienkiewicza oraz jej filmowe adaptacje).

xxx

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Główne elementy tej ideologii stanowiły:

  • nieograniczona wolność osobista szlachty
  • ksenofobia
  • samouwielbienie
  • megalomania narodowo-stanowa połączona z wiarą w posłannictwo dziejowe
  • nietolerancja
  • dewocja
  • orientalizacja obyczaju i upodobań estetycznych

Niechęć do cudzoziemców, mająca dawniej jedynie podłoże ekonomiczne, wyrosła teraz z postawy ideowej: szlachcic polski, głoszący hasła nieograniczonej wolności, z przerażeniem widział utwierdzające się dookoła monarchie absolutystyczne; ponieważ szlachta innych krajów „zdradziła ideały wolności rycerskiej”, trzeba się było odciąć od reszty Europy, z której szła zaraza „tyranii”. Stąd wyrosło przekonanie, że Polska ma najlepszy ustrój społeczno-polityczny, stąd samouwielbienie i megalomania.

Ponieważ w tych czasach prowadzono wojny z narodami niekatolickimi, urosło przekonanie, że prawdziwym Polakiem noże być tylko katolik. Wynikiem tego był odwrót od dawnej tolerancji religijnej i wzrastający ucisk różnowierców. Wzrosło przekonanie, że Polacy są narodem wybranym przez Boga, przeznaczonym do swoistej misji dziejowej jako przedmurze chrześcijaństwa przed nawałą muzułmańską. W parze z tym rósł fanatyzm religijny połączony z powierzchowną dewocją: odpusty, kalwarie, pielgrzymki do miejsc cudownych, procesje pokutnicze biczowników, koronacje obrazów kościelnych – były zjawiskami powszechnymi, zwłaszcza w czasach saskich. Jednocześnie obok ortodoksji religijnej szerzyła się wiara w gusła i zabobony, przekonanie o siłach nadprzyrodzonych wróżbitów i czarownic, których procesy stały się nagminne.

Sarmatyzm, jako zjawisko skomplikowane, zawierał w sobie mnóstwo sprzeczności. Afiszujący przepych występował obok jaskrawej nędzy, nieuctwo obok przejawów głębokiej wiedzy. W rezultacie sarmatyzm stał się przyczyną regresji politycznej i kulturalnej. Hasła wolności w praktyce przerodziły się w anarchię i przyniosły upadek znaczenia państwa („nierządem Polska stoi”).

xxx

Natomiast Stanisław Cynarski w pracy Sarmatyzm – ideologia i styl życia m.in. pisze:

Sarmackie hasła ekspansji

Przekonanie o sarmackim pochodzeniu Polaków stwarzało podstawę do przypisywania ich potomkom szczególnej roli dziejowej, którą mieli odegrać na wschodzie przez podporządkowanie sobie Moskwy. Wszak w całej Sarmacji europejskiej jedynie Moskwa nie należała do Polski. Marcin Paszkowski wyraźnie stwierdzał, że Polacy-Sarmaci są dziedzicami ziem nad Oką, Wołgą i Donem. Prawa do tych terytoriów zawdzięczali, zdaniem Paszkowskiego i innych pisarzy, pochodzeniu ze Wschodu, z Sarmacji. Rosjan nazywa on w Posiłku Bellony Sauromackiej (Kraków 1608) pasierbami Sarmatów, nie mającymi prawa do ziem starożytnej Sarmacji. Interwencja magnatów polskich i udział ich w dymitriadzie, a następnie wyprawa Zygmunta III, stały się zachętą do pism wzywających Sarmatów do podboju.

xxx

Jakub Niedźwiedź w pracy Sarmatyzm, czyli tradycja wynaleziona m.in. pisze:

Mit etnogenezy

Większość XX-wiecznych autorów twierdzi, że sarmacki mit etnogenetyczny jest kluczowy dla poczucia wspólnoty szlachty Rzeczypospolitej. Cytowany wcześniej Jacek Kowalski pisze, że w krótkim czasie „wszyscy szlachetni mieszkańcy Rzeczypospolitej utożsamili swoich przodków, a zatem i samych siebie – z Sarmatami”, a w swojej opinii nie jest ani pierwszy, ani odosobniony.

Tymczasem mit sarmacki nie był jedynym mitem etnogenetycznym w dawnej Rzeczypospolitej. Już w I połowie XVI wieku w latopisach litewskich pojawia się opowieść o rzymskim uchodźcy Palemonie, który wraz z trzystu towarzyszami opłynął Europę i osiedlił się na Litwie. Od Palemona miały się więc wywodzić najważniejsze rody litewskie. Opowieść tę podjął i spopularyzował Maciej Stryjkowski w swojej niezwykle poczytnej kronice (1582). W kolejnym stuleciu Palemon był już na Litwie powszechnie znany wśród wykształconej szlachty, m.in. dzięki pośrednictwu szkół jezuickich, zaś apogeum „palemonizmu” przypada na II połowę XVII i I połowę XVIII wieku. Szlachta i magnateria Wielkiego Księstwa Litewskiego odwoływały się więc w swoich tekstach nie do mitu sarmackiego, lecz palemońskiego.

Wiele wskazuje na to, że mit palemoński był w stosunku do mitu sarmackiego konkurencyjny, choć ta rywalizacja mogła mieć zmienną dynamikę. Przeszłość WKL, również ta mityczna, opowiadana przez historyków, mówców i poetów, stała się jednym z czynników integrujących szlachtę litewską i odróżniającą ją od szlachty koronnej. To poczucie odrębności historycznej było szczególnie ważne od II połowy XVII wieku, kiedy większość szlachty litewskiej mówiła już po polsku.

Inną genealogię przedstawiała szlachta ruska ze wschodnich terenów Korony. W literaturze II połowy XVI i I połowy XVII wieku pisarze ruscy z Wołynia lub Kijowszczyzny, tworzący po łacinie, po polsku i po ukraińsku, odwoływali się nie tyle do mitu sarmackiego, ile do tradycji Rusi Kijowskiej. Z kolei dla szlachty mającej korzenie niemieckie – z Prus Królewskich lub Inflant – tradycja sarmacka i palemońska były zupełnie zewnętrzne. Widać to np. w łacińskim panegiryku napisanym przez Józefa Bakę dla Jana Ludwika Platera z okazji objęcia przez niego urzędu wojewody inflanckiego w 1736 roku. Baka umieszcza jego przodków w Westfalii i Saksonii. Mimo braku sarmackich lub palemońskich antenatów XVIII-wieczni Platerowie chcieli się widzieć jako wierni synowie Rzeczypospolitej.

Etnogenetyczny mit sarmacki nie mógł być zatem spoiwem narodowym szlachty zamieszkującej dawną Rzeczpospolitą, jak chcieliby to widzieć liczni historycy i historycy literatury. Owszem, zapewne spajał on część szlachty koronnej i był podstawą wczesnonowożytnej polskiej tożsamości narodowej. Jednak Rzeczypospolitej nie zamieszkał wyłącznie naród Polaków. Choć nasza wiedza nie jest jeszcze w pełni zadowalająca, możemy mówić o co najmniej dwóch, o ile nie o trzech innych wczesnonowożytnych narodach tego państwa: litewskim, ruskim i może pruskim. Narody te miały własne mity etnogenetyczne i własne, odmienne od polskiej, narracje historyczne.

Przedmurze, spichlerz i szabla

Topos przedmurza (antemurale) Europy lub chrześcijaństwa w literaturze polskiej XVII wieku był wielokrotnie omawiany. Autorzy podejmujący tę kwestię udowodnili, że topos ten jest charakterystyczny nie tylko dla sarmatyzmu, występuje bowiem u innych narodów, m.in. u Węgrów, Wenecjan, Chorwatów itd. Również literatura ukraińska lub rosyjska końca XVII wieku podejmowała ten wątek. Widoczne jest to np. w poezjach ukraińskiego poety Łazarza Baranowicza, który wzywa Rusinów i Polaków do wspólnego pokonania Imperium Osmańskiego.

Topos (komunał, ogólnie przyjęty sąd – przyp. W.L.) przedmurza podkreślał wyjątkowość państwa na tle Europy. Podobną funkcję pełnił motyw europejskiego spichlerza, którym miała być Rzeczpospolita (a przynajmniej Korona). To przekonanie wyrażane w polskich tekstach z XVII wieku również nie było odosobnione, ponieważ podobne poglądy znajdziemy w literaturze węgierskiej. Jeszcze dziś niektórzy węgierscy historycy traktują topos przedmurza i spichlerza z całkowitą powagą: „Węgry stały się ostatnim bastionem chrześcijaństwa. Produkty rolnicze węgierskich równin (zboże i bydło) były tak samo kluczowe dla Europy, jak sławne kopalnie złota w Siedmiogrodzie”.

Być może warto byłoby jeszcze raz zastanowić się nad tym, jak funkcjonowały oba te toposy dawniej i jak funkcjonują dziś. Już pobieżny rzut oka pozwala nam powiedzieć, że nie są one specyficzne dla jednego narodu lub państwa, ale zapewne charakteryzują dużą część wschodniej i bałkańskiej części Europy, łącznie z Rosją. Na tę wspólnotę zwracali uwagę już dawno temu m.in. Jerzy Mańkowski, Endre Angyal i Janusz Maciejewski.

Ta wspólnota wschodnioeuropejska nie ogranicza się wyłącznie do idei. Dodaje się do niej podobieństwo stylu: męskiego stroju, fryzur, zarostu i broni. Taki „styl” bywa często określany jako staropolski lub sarmacki. Tymczasem dobrze urodzeni mieszkańcy całej wschodniej i południowej części kontynentu, zarówno szlachta, jak mieszczanie, używali bardzo podobnych, krzywych szabel, nosili podobne szerokie szarawary wpuszczane w wysokie buty, jeśli zaś byli zamożni, na wierzch zakładali długie suknie podbite drogim futrem. Również tzw. malarstwo sarmackie nie było cechą specyficzną sztuki Rzeczypospolitej, gdyż podobne reprezentacyjne portrety, przedstawiające wąsatych szlachciców z szablami i w szubach znajdziemy w Siedmiogrodzie, na Wołoszczyźnie, w Kijowie i Moskwie.

xxx

Sarmatyzm był więc zjawiskiem złożonym i niejednorodnym. Zaznaczył się we wszystkich dziedzinach życia. Jednak w wielu z nich nie ograniczał się do ziem Rzeczypospolitej, ale był charakterystyczny dla całej Europy wschodniej, co podkreśla Jakub Niedźwiedź, sugerując, że była to ideologia wymyślona. A skoro tak, to po co ją wymyślono i kto tego dokonał? Wydaje się, że odpowiedzi na to pytanie udziela Stanisław Cynarski, który pisze, że ideologia ta usprawiedliwiała ekspansję na wschód i dążenie do podporządkowania sobie Moskwy. I te sarmackie hasła ekspansji na wschód są charakterystyczne tylko dla Rzeczypospolitej. Bo każde działanie, każda próba ekspansji musi mieć jakąś podbudowę ideologiczną. I prawdopodobnie na użytek polityki wymyślono teorię o Sarmatach, zamieszkujących kiedyś obszar całej Europy wschodniej. A kto tego dokonał? Najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy, mistrzowie w kreowaniu wszelkiego rodzaju konfliktów.

xxx

Inaczej pochodzenie szlachty opisuje Norman Davies w swojej książce Boże igrzysko (1999). Oczywiście źródłem dla niego są prace polskich historyków, których zresztą obficie cytuje. Pisze on m.in.:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie rodów; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego „Geschlechtsverband” i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swych racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeśli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych poddających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król lub jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

xxx

Sarmatyzm nie był ideologią czy zjawiskiem polskim. Pojawił się dopiero po powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy szlachta uzyskała dominującą pozycję w tym nowym państwie. Ukształtował on ją w sensie mentalnym, ale jego oddziaływanie przeniosło się na nowe społeczeństwo, które wyłoniło się po powstaniu styczniowym i po I wojnie światowej. Było to społeczeństwo wieloetniczne ze znacznym odsetkiem ludności o wschodniej mentalności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz z Rosji z okresu Królestwa Polskiego. I do dziś sarmatyzm jest obecny w świadomości przeciętnego „Polaka”. W dużym stopniu przyczyniła się do tego popularyzacja epopei narodowej – „Pana Tadeusza” i Trylogii oraz odwoływanie się do tradycji I RP, jako polskiej tradycji. Tematyka Polski piastowskiej praktycznie nie istnieje. Trudno oczywiście mówić o tradycji piastowskiej, bo byt tego państwa został przerwany dawno temu i jeśli nawet była takowa, to uległa ona zatarciu. Tak jak Ukraińcy nie mają żadnej tradycji poza banderowską, tak współcześni „Polacy” nie mają innej poza sarmatyzmem, bez którego poznania nie można zrozumieć mentalności polskiego społeczeństwa oraz obecnej polskiej rzeczywistości.

Traktat ryski

Po I wojnie światowej była jedyna szansa na odtworzenie państwa polskiego w granicach etnicznych, czyli stworzenie w miarę normalnego państwa. Tak się jednak nie stało. Najwyraźniej wielcy tego świata uznali inaczej. Oni dobrze wiedzieli, że takie państwo nie miałoby wrogów i nie generowałoby konfliktów, ale do tego nie można było dopuścić. Ich wszelkie postulaty zostały uwzględnione w traktacie ryskim. Wykorzystali w tym celu tzw. narodowców, czyli endecję. Paradoksalnie więc „narodowcy” działali wbrew polskiemu interesowi narodowemu, bo jeśli interes narodowy polega na zachowaniu tkanki narodu, to nie polega on na asymilacji, czyli jego rozrzedzaniu. Państwo, w którym mniejszości narodowe stanowią więcej niż 10% populacji nigdy nie będzie państwem stabilnym. Doświadczenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej było aż nadto wymowne, a jednak w Rydze zdecydowano się na „powtórkę z rozrywki”.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Traktat ryski (lub inaczej pokój ryski), Traktat pokoju między Polską a Rosją i Ukrainą, podpisany w Rydze dnia 18 marca 1921 r. (Dz.U. Nr 49, poz. 300) – traktat pokojowy zawarty między Rzecząpospolitą Polską a RFSRR i USRR, ratyfikowany przez Naczelnika Państwa marszałka Józefa Piłsudskiego 16 kwietnia 1921; obowiązywał od 30 kwietnia 1921, tj. wymiany dokumentów ratyfikacyjnych przez strony, co nastąpiło w Moskwie. Podpisanie traktatu miało miejsce 18 marca 1921 o godz. 20:30 w Domu Bractwa Czarnogłowych w Rydze. Traktat składał się z 26 artykułów. Obydwie strony zobowiązały się w nim do nieingerowania w sprawy wewnętrzne drugiego państwa.

Traktat zakończył wojnę polsko-bolszewicką z lat 1919–1920, ustalał przebieg granic między tymi państwami oraz regulował inne sporne dotąd kwestie. Poprzedzony był Umową o preliminaryjnym pokoju i rozejmie między Rzecząpospolitą Polską a Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republiką Rad i Ukraińską Socjalistyczną Republiką Rad, podpisaną w Rydze 12 października 1920. Ustawowa ratyfikacja preliminariów pokojowych i rozejmu przez Sejm RP nastąpiła jednogłośnie 22 października 1920, a dwa dni później to samo uczyniła Rosja radziecka. Samo zawieszenie broni weszło w życie już 18 października 1920 o 24:00.

Okoliczności rozpoczęcia rokowań

Rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 w Mińsku, w sytuacji zagrożenia przez wojska sowieckie niepodległości Polski. Delegacji polskiej przewodniczył wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, a delegacji sowieckiej Karl Daniszewski. 21 września 1920 negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny do Rygi (Łotwa), a Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej i kampanii niemeńskiej polska delegacja miała znacznie korzystniejsze karty w swych rękach. Jako przedstawicieli RP do Rygi wysłano Jana Dąbskiego, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego.

Większość składu grupy (poza Wasilewskim i Strasburgerem) należała do stronnictw prawicy, przeciwnej budowie federacji polsko-białorusko-litewskiej i niepodległości Ukrainy. Już na początku właściwych rozmów polska delegacja uznała USRR jako stronę rokowań (sowieckie państwo ukraińskie), wycofując jednocześnie w konsekwencji uznanie dla URL, z którą wiązała Polskę umowa sojusznicza z wiosny 1920. Wyczerpana wojną Polska nie mogła prowadzić dalszych walk o niepodległość Ukrainy, tym bardziej, że sami Ukraińcy nie poparli Petlury w 1920, a państwa zachodnie były niepodległości Ukrainy przeciwne. O sposobie reprezentacji Ukrainy przez delegację sowiecką świadczy najlepiej fakt, że treść traktatu w języku ukraińskim sporządzić musiał Leon Wasilewski.

Postawa polskiej delegacji

Endecja, która zdominowała skład delegacji, była przeciwna koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego, preferując bezpośrednie wcielenie (inkorporację) terenów etnicznie mieszanych dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów w skład odrodzonego państwa polskiego, zgodnie z zasadami sformułowanymi przez Romana Dmowskiego na paryskiej konferencji pokojowej (→ linia Dmowskiego). Politycy Narodowej Demokracji byli przekonani o tymczasowości rządów bolszewików w Rosji i możliwości dwustronnej, skierowanej przeciwko Niemcom, współpracy z wkrótce przywróconym rządem postkomunistycznej Rosji, w oparciu o podział ziem Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a niekomunistyczną Rosję. Było to połączone z przekonaniem o możliwości asymilacji narodowej (polonizacji i rusyfikacji) przez Polskę i Rosję Białorusinów i Ukraińców (traktowanych przez Narodową Demokrację jako „narody niehistoryczne”) w obrębie tak wytyczonej granicy państwowej i wzajemnej współpracy obu państw w tym zakresie.

Polskie postulaty terytorialne na paryskiej konferencji pokojowej (Linia Dmowskiego) na tle mapy etnograficznej regionu i granic Rzeczypospolitej 1772; źródło: Wikipedia.

Konsekwencją była np. jednostronna rezygnacja delegacji polskiej z włączenia w granice RP Mińska, przeforsowana przez Stanisława Grabskiego w celu uniemożliwienia stworzenia białoruskiego kantonu sfederowanego z Polską. Granicę wytyczono w odległości ok. 30 km na zachód i północny zachód od miasta, pozostawiając je bolszewikom. Ostatnią próbą realizacji przez Piłsudskiego programu federacyjnego drogą faktów dokonanych był przeprowadzony 8 października 1920 tzw. bunt Żeligowskiego i utworzenie Litwy Środkowej.

Położenie Litwy Środkowej; źródło: Wikipedia.

Endecja twierdziła, że powstanie niepodległej Ukrainy na wschód od Zbrucza doprowadzi wcześniej czy później do jej sojuszu z Niemcami i rewizji granic z Polską poprzez oderwanie od niej terenów Galicji Wschodniej i zachodniego Wołynia. Dla Ukraińców Lwów znaczył bowiem więcej niż Kijów. Zwolennicy koncepcji inkorporacyjnej uważali również, że włączenie całej, prawosławnej na wschodzie Białorusi zniweczy (uważane przez nich za realne) plany polonizacyjne ziem zachodniej Białorusi. Na budowę federacji z Litwą i Białorusią także nie chcieli się zgodzić, obawiając się, że Polska zostanie zmuszona do odstąpienia dwu pozostałym państwom – członkom federacji Wilna i Grodna. Niektórzy politycy endeccy (np. Jędrzej Giertych) szli w swych zarzutach jeszcze dalej, oskarżając Józefa Piłsudskiego o szpiegostwo na rzecz Niemiec i realizację poprzez swoją koncepcję federacyjną niemieckiego planu Mitteleuropy. Delegaci Naczelnika Państwa byli przegłosowywani przez większość delegacji wyznaczonej w przeważającej części przez Sejm. Najważniejsze decyzje podjął w październiku 1920, przekraczając mandat negocjacyjny Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przewodniczący delegacji Jan Dąbski w osobistej rozmowie z przewodniczącym delegacji sowieckiej Adolfem Joffe w kwestii uznania USRR za stronę rokowań, bez zapewnienia równoległego miejsca w rokowaniach dla URL, a także terminu i linii zawieszenia broni (linię tę Joffe zaaprobował 4 października, a komunikat w tej sprawie wydano dzień później; wzbudził on sensację na arenie międzynarodowej). Ustalenia rozmowy Dąbski-Joffe faktycznie rozstrzygnęły o przebiegu polsko-sowieckiej linii granicznej i sposobie organizacji politycznej terenów Międzymorza Bałtycko-Czarnomorskiego (Białorusi i Ukrainy).

Granica

Polska uzyskała ziemie należące przed trzecim i częściowo II rozbiorem do Rzeczypospolitej, a w latach 1795–1916 stanowiące część zaboru rosyjskiego, zaś od wiosny 1919 zajmowane przez Wojsko Polskie: gubernie grodzieńską i wileńską oraz zachodnie części guberni wołyńskiej z Łuckiem, Równem i Krzemieńcem i mińskiej z Nieświeżem, Dokszycami i Stołpcami. Rosja i Ukraina zrzekły się roszczeń do Galicji Wschodniej, przed 1914 wchodzącej w skład monarchii habsburskiej. Granica polsko-sowiecka przebiegała w zasadzie wzdłuż linii II rozbioru z 1793 (z korekturą na rzecz Polski w postaci części Wołynia i Polesia, z miastem Pińskiem).

Generalnie w kwestii rozstrzygnięć terytorialnych Polska rezygnowała z ziem dawnej Rzeczypospolitej położonych na wschód od granicy ustalonej w Rydze, a Rosja i Ukraina z roszczeń do ziem na zachód od wytyczonej linii granicznej. Polska, poprzez uznanie marionetkowej USRR i równoległe wycofanie uznania dla URL (swego jedynego sojusznika w wojnie polsko-bolszewickiej), rezygnowała faktycznie z realizacji programu federacyjnego, natomiast Rosja aprobowała fakt znalezienia się w granicach Polski całej Galicji, jak też terytoriów dawnego Cesarstwa Rosyjskiego, zamieszkałych w dużej mierze przez ludność niepolską.

xxx

Wikipedia pisze, że rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 roku, ale nie podaje dokładnej daty. Natomiast portal HISTMAG jest bardziej rzetelny. W artykule Traktat ryski: hańba czy filar bezpieczeństwa na wschodzie (https://histmag.org/Traktat-ryski-hanba-czy-filar-bezpieczenstwa-na-wschodzie-22131) m.in. pisze:

22 lipca 1920 roku, a więc w sytuacji wybitnie niekorzystnej dla władz w Warszawie, minister spraw zagranicznych Eustachy Sapieha wysłał do swojego sowieckiego odpowiednika Gieorgija Cziczerina depeszę, w której informował, że Polska jest gotowa do rozmów i niezwłocznego przerwania działań zbrojnych. Mimo pozytywnej odpowiedzi, Sowieci grali na zwłokę, zanim ostatecznie wskazali Mińsk jako miejsce rokowań. Wreszcie 14 sierpnia, wbrew zdaniu liczącego na zmianę sytuacji na froncie Józefa Piłsudskiego, Rada Obrony Państwa (ROP) wysłała dziesięcioosobową delegację do dzisiejszej stolicy Białorusi. Na jej czele stanął Jan Dąbski, wiceminister spraw zagranicznych, działacz ruchu ludowego. Po długiej podróży Polacy zostali zakwaterowani w fatalnych warunkach: „W Mińsku delegacja polska, zamknięta jak w więzieniu, na każdym kroku pilnowana i szpiegowana, szykanowana przez komendanta kwatery, pozbawiona najbardziej prymitywnych wygód […]” (J. Dąbski).

xxx

Cała ta wojna 1920 roku była jedną wielką ustawką. No bo jak zrozumieć fakt, że bolszewicy niby wyruszają na podbój świata, a wdają się w negocjacje. Polska delegacja wyjeżdża 14 sierpnia na rozmowy, a oni nadal prą na Warszawę. Wojna trwa, a rozmowy obu delegacji są prowadzone w Mińsku do 21 września, po czym obie delegacje przenoszą się do Rygi. Albo jest wojna, albo prowadzi się negocjacje. Jeśli robi się jedno i drugie, to znaczy, że celem tej wojny nie jest zwycięstwo jednej czy drugiej strony, a ukrycie prawdziwych zamiarów.

W sytuacji, gdy bolszewicy nie pokonali jeszcze białych, podbój świata w ich wykonaniu był nierealny. Po co więc ruszyli na Polskę? Ano po to, by dać Polsce pretekst do pokonania ich i zajęcia części Białorusi i Ukrainy, ale nie całej Białorusi i nie całej Ukrainy, bo wówczas jedynym sensownym rozwiązaniem byłaby koncepcja federacyjna Piłsudskiego, gdyż koncepcja asymilacyjna Dmowskiego byłaby nierealna ze względu na słabość nowego państwa i przewagę demograficzną obu wcielonych obszarów.

Jak to się stało, że naczelnik państwa, Piłsudski, który w latach 1918-1920 o wszystkim decydował, zaakceptował skład delegacji, w której większość jej członków była narodowcami, czyli przeciwnikami koncepcji federacyjnej i raptem stał się nieosiągalny? Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna pisze:

Konferencja z bolszewikami w Rydze rozpoczęła się już 21 września, i od początku śledzona była z dużym niepokojem. Od tego czasu, najbardziej logiczną kontrakcją i najprostszą zarazem, zdawała się interwencja u samego Piłsudskiego, przedłożenie mu osobiście wszystkich nagromadzonych materiałów, i wreszcie konkretne zapoznanie się z jego, w tym przedmiocie, stanowiskiem, jeżeli zgoła nie uzyskanie wprost wiążących przyrzeczeń. I oto na tej prostej drodze wyrastała dziwna przeszkoda: do samego Piłsudskiego nie można było albo wcale dotrzeć, albo jedynie bardzo pośrednio. W szefostwie sztabu i osobistej adiutanturze zbywano tłumaczeniem, że naczelny wódz jest pochłonięty całkowicie operacjami wojskowymi.

Wuj Stefan, który był bezwzględnym stronnikiem Piłsudskiego i ufał mu bez zastrzeżeń, rozpraszał ten cień przekonującym argumentem: – To dobry omen. Gdzież jest miejsce wodza naczelnego, jak nie przy armii mającej iść naprzód.

Ale wuj Jerzy uchodzący za złośliwego sceptyka (niektórzy twierdzili: tetryka; ze względu jednak na jego majątki w Słuckiem i pozycję społeczną, włączonego do prezydium Komitetu), wtrącił wprost: – Gdy różni panowie Dąbscy, Grabscy, Barliccy, Kiernikowie i licho wie jak oni się tam nazywają, decydują właśnie w Rydze o losach pokoju i wojny, ba, o losach Polski całej i jej przyszłych granicach, pan Piłsudski, naczelnik tej Polski, siedzi raptem w Wołkowysku, czy jakichś Baranowiczach, i jest nieosiągalny. Darują panowie, ale mi się to wydaje wprost podejrzane.

xxx

Pisze Wikipedia, że delegaci Naczelnika Państwa byli przegłosowywani przez większość delegacji wyznaczonej w przeważającej części przez Sejm. Był to Sejm Ustawodawczy (1919-1922), który tworzyło 13 klubów. Kluby narodowe nie miały w nim większości. Na 394 posłów tylko 151 należało do nich. Kto więc głosował tak, że większość tej delegacji stanowili narodowcy? Widać wyraźnie, że te podziały były fikcyjne i do dziś nic się nie zmieniło. W sprawach zasadniczych przychodzi polecenie z góry i wszyscy, bez względu na orientację, głosują zgodnie z rozkazem. To dotyczyło też Piłsudskiego.

Gdyby była federacja, to Białoruś i Ukraina byłyby państwami. W takiej sytuacji, gdyby któreś z nich zapragnęłoby wyjść z tej federacji, to by wyszło, tak jak było to w przypadku Czechosłowacji. Czesi i Słowacy uznali, że lepiej im będzie oddzielnie. Tu jednak tak nie mogło być. Polska została wyznaczona przez wielkich tego świata do roli awanturnika regionu. I zrobiono wszystko tak, by stworzyć konflikty i wszystkich sąsiadów II RP wrogo do niej usposobić. Podzielono Białoruś, podzielono Ukrainę i jakby tego było mało, to jeszcze podzielono Litwę. I po to był ten tzw. bunt Żeligowskiego. I po to też usunięto Piłsudskiego w cień, by koncepcja federacyjna została odrzucona, a on sam miał alibi, że on to niby chciał, ale ci wredni narodowcy przeforsowali swoje stanowisko.

Kiedy więc bolszewicy 17 września 1939 roku zajęli Kresy, to argumentowali to tym, że występują w obronie ludności tych terenów, bo państwo polskie przestało istnieć. Nie było by tego argumentu, gdyby istniało państwo białoruskie w obrębie federacji lub gdyby istniało samodzielnie. To samo dotyczy Ukrainy. Ktoś oczywiście mógłby powiedzieć, że niepodległe państwo nie gwarantuje jeszcze spokoju, bo obecnie Ukraina jest niepodległym państwem, a problem istnieje. Istnieje, bo został sztucznie wykreowany, a państwo to zostało tak samo sztucznie sklejone, jak II RP. Wyobraźnia tych, którzy skłócają narody jest nieograniczona, a ponieważ to oni rządzą pieniądzem, to stać ich na wszystko, także na wojny. Traktat ryski to też ich dzieło.

Przykład Czechosłowacji dowodzi, że można połączyć dwa zbliżone do siebie pod względem etnicznym, kulturowym i wyznaniowym narody, ale – jak pokazała przyszłość – nawet i to było za mało. Oba narody rozstały się pokojowo. Było to możliwe, choćby z tego względu, że nie było tam masowych przesiedleń ludności o odmiennym wyznaniu. Mieszanie takich narodów zawsze prowadzi do konfliktów, a gdy jeszcze do tego dochodzą zaszłości historyczne, to sytuacja staje się wyjątkowo niebezpieczna. A to wszystko dzieje się w Polsce.

Jagiellonowie

Czasy panowania dynastii jagiellońskiej (1386-1572) uważa się, a przynajmniej niektórzy uważają, za okres największej świetności politycznej, kulturalnej i gospodarczej dawnej Polski. Czy rzeczywiście tak było? Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

„Próby syntezy epoki jagiellońskiej zrodziły w XIX i XX wieku wieloznaczne pojęcie tzw. idei jagiellońskiej. Przez tę ideę rozumiano zarówno federacyjny związek między państwami i narodami, koncepcję wielonarodowego państwa w Europie środkowo-wschodniej, jak i ekspansję polską na etnicznie niepolskie ziemie wschodnie, usprawiedliwianą teorią o misji cywilizacyjnej Polaków na wschodzie Europy. Przeciwieństwem tak rozumianej idei jagiellońskiej jest piastowska idea państwa polskiego jednolitego etnicznie.

Polityka dynastyczna Jagiellonów zmierzała do pokonania państwa krzyżackiego, opanowania tronów państw środkowej Europy, zwłaszcza Czech i Węgier, oraz utrzymania związku państw w postaci unii personalnej między Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim. Dynastia Jagiellonów obdarzyła szlachtę licznymi przywilejami, ograniczając zarazem prawa mieszczan i chłopów, co ostatecznie ukształtowało formę państwa polsko-litewskiego jako tzw. demokrację szlachecką.”

Wraz z nastaniem tej dynastii Polska opuściła Europę zachodnią i stała się częścią Europy wschodniej, którą jest nieprzerwanie do dziś. Patrząc na obecną politykę prowadzoną przez „polski” rząd, można powiedzieć, że idea jagiellońska wiecznie żywa. A skoro tak, to warto chyba bliżej przyjrzeć się tej dynastii. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii.

xxx

Następstwo po Piastach i Andegawenach

Śmierć ostatniego króla z dynastii Piastów, Kazimierza III Wielkiego w 1370 roku bez pozostawienia męskiego potomka, skutkowała – zgodnie z umowami zawartymi za życia monarchy – wstąpieniem na tron Polski siostrzeńca zmarłego króla – potężnego władcy Węgier z rodu Andegawenów, Ludwika I Węgierskiego. Nie rozwiązało to problemu sukcesji po Piastach, gdyż król Ludwik był chorowity i nie miał męskich dziedziców. Możnowładcy małopolscy zdecydowali się unieważnić testament Kazimierza III, promujący jego wnuka Kaźka Słupskiego i podjąć z królem negocjacje dotyczące następstwa tronu.

Ich efektem był, wydany w 1374 roku przez króla Ludwika I w porozumieniu z rycerstwem, przywilej generalny koszycki, w którym szlachta Królestwa Polskiego zgodziła się uznać córkę Ludwika I za następcę tronu, w zamian za zagwarantowanie integralności terytorialnej państwa, nadanie przywilejów ograniczających władzę króla i podatki oraz uzależniających nakładanie obowiązków podatkowych oraz udział w wyprawach wojennych od zgody szlachty. Otwarło to dalszy etap negocjacji pomiędzy przedstawicielami szlachty poszczególnych ziem Polski a królem i możnowładcami, dotyczących następstwa tronu dla jednej z córek Ludwika I i wybranego dla niej męża. Do dnia swojej śmierci w 1382 roku król Ludwik I nie zdołał zabezpieczyć andegaweńskiej sukcesji. Obalenie testamentu Ludwika I przez stany węgierskie i przyjazd do Polski niezamężnej młodszej córki króla Jadwigi Andegaweńskiej jesienią 1384 roku umożliwiły małopolskim magnatom swobodne dysponowanie ręką młodej dziedziczki tronu Królestwa i postawienie warunków ewentualnym kandydatom na jej męża i przyszłego władcę Polski.

Ostatecznie, wbrew zdaniu części szlachty wielkopolskiej, dokonano wyboru współpanującego od 1377 roku na pogrążonej w kryzysie Litwie dwudziestoparoletniego księcia Jagiełły (Jogaily), młodszego syna wielkiego księcia Olgierda (Algirdasa) i kuzyna księcia Witolda (Vytautasa). W umowie zawartej 14 sierpnia 1385 roku w Krewie Jagiełło zobowiązał się przybyć do Polski, przyjąć chrzest w obrządku katolickim i przyłączyć swoje litewskie władztwo do Korony Królestwa Polskiego.

xxx

Tak więc decyzję o wyborze Jagiełły na władcę Polski podjęli magnaci małopolscy, ale konkretnie kto, o tym Wikipedia nie wspomina. Jedynie część szlachty wielkopolskiej sprzeciwiała się, ale najwyraźniej z ich zdaniem nie liczono się. Dlaczego w przypadku przywileju koszyckiego stanowisko szlachty zostało uwzględnione, a w przypadku wyboru nowego króla – nie? Kto tak naprawdę rządził?

xxx

Unia w Krewie

Unia w Krewie lub układ w Krewie, rzadziej umowa krewsko-wołkowyska – akt wydany 14 sierpnia 1385 roku przez wielkiego księcia litewskiego Jagiełłę w Krewie, stanowiący jego zobowiązania przedślubne wobec Królestwa Polskiego. Wydanie aktu stanowiło wynik rozmów prowadzonych między księciem a panami małopolskimi na zamku w Krewie dotyczących małżeństwa królowej Jadwigi z Jagiełłą. Poprzedziły je jednak długoletnie, prawdopodobnie co najmniej od koronacji Jadwigi, negocjacje między stroną litewską a polską, a także z królową Elżbietą Bośniaczką (żona Ludwika Węgierskiego – przyp. W.L.), matką wciąż nieletniej Jadwigi.

Jagiełło zobowiązywał się przyjąć chrześcijaństwo w obrządku katolickim wraz z rodziną, dworem i możnymi oraz dać wolność Polakom wziętym w niewolę i przebywającym na Litwie. Obiecywał podjąć starania w celu odzyskania ziem utraconych przez Polskę i Litwę, a także zapłacić Wilhelmowi Habsburgowi 200 tysięcy florenów jako odszkodowanie, za zerwane zaręczyny z Jadwigą.

Ponadto Jagiełło przyrzekł przyłączyć do Królestwa Polskiego ziemie litewskie i ruskie. Przedmiotem sporu w historiografii jest to, czy akt ten oznaczał włączenie państwa litewskiego do Korony Królestwa Polskiego, czy był jedynie deklaracją woli Jagiełły, nie wprowadzającej nowego stanu prawnego. Część współczesnych historyków skłania się ku stwierdzeniu, że akt był obietnicą i miał formę umowy przedmałżeńskiej, a nie umowy międzypaństwowej czy międzydynastycznej oraz nie był aktem unijnym z prawnego punktu widzenia.

Tło historyczne

Państwo litewskie znalazło się w końcu XIV wieku w trudnej sytuacji. Po gwałtownej ekspansji terytorialnej za panowania Giedymina i Olgierda nastąpił okres stagnacji. Litwa wyczerpana w wyniku ekspansji stała w obliczu rywalizacji z każdym ze swoich sąsiadów: z Polską o Ruś Czerwoną, z zakonem krzyżackim o Żmudź, z wielkim księstwem moskiewskim o panowanie nad całą Rusią. Zagrożeniem również było sąsiedztwo tatarskie. Szczególnie niebezpieczeństwo ze strony Moskwy stawało się coraz bardziej realne po tym, jak armia Dymitra Dońskiego pokonała siły Złotej Ordy w bitwie na Kulikowym Polu w 1380 roku. Do tego dochodziła rywalizacja wewnątrz dynastii. Jagiełło musiał walczyć o władzę najpierw z Kiejstutem, a następnie z jego synem Witoldem. W momencie zawierania układów krewskich między kuzynami doszło do rozejmu i Witold, objąwszy księstwo ojca, wspierał starania Jagiełły o tron polski.

Elementem koniecznym zawarcia małżeństwa z królową Polską było przyjęcie chrześcijaństwa przez Jagiełłę, a także rozpoczęcie chrystianizacji na Litwie, na co nalegali możni i episkopat polski. Starania o chrystianizację Litwy pojawiały się dużo wcześniej. Pierwszy władca zjednoczonej Litwy Mendog przyjął chrzest w 1251 roku, porzucił jednak wiarę niewiele później. Późniejsi władcy byli, z wyjątkiem Wojsiełka, poganami. Również niektórzy książęta dzielnicowi przyjmowali chrzest, zwykle w obrządku prawosławnym.

Strona polska niejednokrotnie podejmowała próby chrystianizacji Litwy i włączenia jej do metropolii gnieźnieńskiej. Najpierw w 1253 roku arcybiskup gnieźnieński wyświęcił biskupa litewskiego Wita. Następnie w czasie walk o Ruś Kazimierz Wielki dwukrotnie, w 1340 i 1357 roku, składał propozycję chrystianizacji Litwy w papieskim Awinionie. Po jego śmierci próbę taką podjął w 1373 Dobrogost z Nowego Dworu.

Sam Jagiełło zobowiązał się w układzie zawartym z zakonem krzyżackim na wyspie Dubisie w 1384 roku do przyjęcia chrztu w ciągu następnych czterech lat trwania rozejmu. Witold, w czasie gdy z pomocą zakonu prowadził wojnę z Jagiełłą, ochrzcił się rok później i przyjął imię Wigand. Jagiełło prawdopodobnie przez jakiś czas rozważał przyjęcie prawosławia wraz z ręką Zofii, córki wielkiego księcia moskiewskiego Dymitra Dońskiego, porzucił jednak tę myśl, kiedy wyklarowała się perspektywa ożenku z Jadwigą.

xxx

Można powiedzieć, że unia w Krewie została zawarta na gębę czy, jak to się mówi, na wariackich papierach i Jagiełło miał wolną rękę. Tak naprawdę Polska nic na niej nie zyskiwała i nie miała interesu w jej zawarciu. Interes miał Kościół katolicki i to on podejmował kluczowe decyzje, zasłaniając się małopolskimi magnatami. Polska była tylko narzędziem w rekach Zachodu. Jako państwo frontowe na styku katolicyzmu i prawosławia idealnie nadawała się do wykorzystania. Starcie się tych dwóch wyznań, to niekończący się konflikt. Unia brzeska potwierdziła, że był to jedyny cel tej unii. A ta niby misja cywilizacyjna Polaków na wschodzie to naprawdę żenujący argument. Polska, jako wówczas peryferyjne państwo Europy zachodniej i pod każdym względem słabiej od niej rozwinięte, nie mogła pełnić tej funkcji.

xxx

Odzyskanie dostępu do Bałtyku

Narzucając Księstwu Moskiewskiemu pokój nad rzeką Ugrą latem 1408 roku oraz odnosząc wielkie zwycięstwo militarne nad zakonem krzyżackim w 1410 roku Unia Jagiellońska zdobyła pozycję europejskiego mocarstwa. Władysław II Jagiełło wykorzystał zwycięstwa koalicji do ostatecznej stabilizacji wewnętrznych relacji na Litwie, odzyskania dla niej Żmudzi od Krzyżaków i narzucenia litewskiej dominacji Twerowi, Riazaniowi i Nowogrodowi Wielkiemu. Polska nie uzyskała żadnych bezpośrednich korzyści terytorialnych z odniesionych sukcesów.

Kolejne konflikty zbrojne z zakonem krzyżackim (wojna głodowa i wojna golubska) pozwoliły Litwie odzyskać wszelkie straty i zawrzeć w 1422 roku ostateczny pokój. Jednocześnie król Władysław II konsekwentnie unikał rozproszenia sił Unii i pomimo włączenia się w ogólnoeuropejską politykę poprzez interwencję w pogrążonych w wojnie domowej Czechach, nie zdecydował się na zaangażowanie militarne. Zawarty w 1435 pokój w Brześciu Kujawskim z zakonem krzyżackim podkreślił przewagę Królestwa Polskiego, lecz ponownie nie przyniósł państwu korzyści terytorialnych.

Pomimo podjęcia przez Inflanty polityki zbliżenia z Unią Jagiellońską i przejściowego narzucenia dominacji Nowogrodowi Wielkiemu, Kazimierz IV Jagiellończyk zaniechał dalszej ekspansji na północ i aktywnej polityki wschodniej, angażując siły głównie w opanowanie dla dynastii jagiellońskiej tronów Węgier i Czech. Skutkowało to wybuchem wojny z Węgrami, zjednoczonymi przez narodowego króla Macieja Korwina, która przyniosła Polsce znaczne zniszczenia oraz zainspirowała zakon krzyżacki do podjęcia próby odzyskania suwerenności na tle konfliktu o obsadę biskupstwa warmińskiego. Będąca efektem krzyżackiego wystąpienia wojna popia zakończyła się zwycięstwem Polski popartej przez miasta pruskie, ale Zakon zdołał utrzymać władanie posiadanych przez niego ziem.

Zaangażowany w liczne konflikty Kazimierz IV Jagiellończyk nie zdołał aktywnie przeciwdziałać wzrostowi znaczenia Księstwa Moskiewskiego – panujący w księstwie moskiewskim od 1466 roku książę Iwan III Srogi, rozbijając 14 lipca 1471 roku wojska nowogrodzkie nad Szełonią włączył Nowogród Wielki do moskiewskiej strefy wpływów, a w 1480 roku odpierając nad Ugrą mongolską interwencję odzyskał pełną suwerenność Moskwy, która zaczęła zagrażać integralności terytorialnej Wielkiego Księstwa Litewskiego.

xxx

Tak więc związek Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim polegał na tym, że jedna strona tylko dawała, a druga brała, nie dając w zamian nic. Królestwo Polskie nie odnosiło żadnych korzyści z takiego związku. Czy to nie przypomina obecnych relacji z Ukrainą?

xxx

Rozwój centralnych instytucji państwa stanowego pod rządami Jagiellonów

Jagiełło objęte w 1385 roku rządy w Polsce zmuszony był dzielić z działającymi w nowych warunkach instytucjami monarchii stanowej tworzonymi, wiele lat celem przełamania separatyzmu regionalnego, przez – jednoczących królestwo po okresie rozbicia dzielnicowego – ostatnich Piastów. Wymuszona współpraca sprzyjała rozwojowi idei rozdzielenia władzy monarchy od interesu królestwa – państwa, rozumianego jako niezależny podmiot, reprezentowany przez magnatów, przedstawicieli szlachty, patrycjat niektórych miast i uczonych uniwersyteckich, działających w ramach ukształtowanych prawem zwyczajowym instytucji. Główną zwyczajową instytucją konsultacyjną Korony stanowiła stała rada doradców monarchy (consilii regis) – zapewniała ona konsultację władcy z magnatami i ustalenie sposobu wdrożenia podjętych decyzji, równoważąc jednocześnie wpływy lokalne i rodowe. Udział w konsultacjach zobowiązywał do lojalności wobec uchwalonych jednomyślnie postanowień. Skład rady był przedmiotem sporu pomiędzy monarchą a rywalizującymi wzajemnie stanami, doprowadzając do wytworzenia się dwóch odmiennych niesformalizowanych instytucji: Władysław II Jagiełło dobierał autonomicznie skład tajnej (wąskiej, prywatnej) rady (privatum concilium), lecz musiał liczyć się ze zdaniem wszystkich osób politycznie aktywnych tworzących nieformalną „wielką radę” (colloquium, conventio).

W okresie panowania do 1399 roku jako król-małżonek królowej Jadwigi Władysław II Jagiełło pozostawał pod kontrolą magnackiej grupy współtwórców Unii w Krewie, widzących w nowym królu dowódcę wojskowego i wykonawcę ich postulatów politycznych. Sytuację zmienił uroczysty hołd przedstawicieli szlacheckich elit i reprezentacji społeczeństwa na zjeździe w Korczynie w sierpniu 1399 roku, który po śmierci Jadwigi potwierdził dalsze uprawnienie króla Władysława II do sprawowania władzy w Polsce. Zapewniwszy sobie poparcie stanu szlacheckiego król Władysław II Jagiełło doprowadził do rozszerzenia grupy doradców i współpracowników o konkurujących ze sobą reprezentantów wszystkich ziem i rodów Królestwa, oficjalnie dokumentując to deklaracją radomską z 11 marca 1401 roku będącej polskim aktem unii wileńsko-radomskiej. Uniezależniwszy się w ten sposób od grupy najwybitniejszych oligarchów król uzyskał możliwość pozyskania we własnym zakresie wiedzy o stanie kraju. Dążąc do unikania zebrań wielkiej rady i presji szlachty, do końca panowania Władysław II Jagiełło rządził za pomocą ciągłych objazdów i spotkań z wybranymi doradcami, w czasie których rozstrzygano spory i podejmowano bieżące decyzje polityczne w niewielkim, zależnym od króla gronie.

Autorytet Jagiełły znacznie wzrósł w wyniku decydującego zwycięstwa nad zakonem krzyżackim w 1410 roku i w dalszych latach panowania samodzielne nominacje królewskie i objazdowy system rządów nie były kwestionowane. Władysław II uznając tradycyjny system awansów magnatów w Małopolsce podejmował decyzje personalne co do innych dzielnic według własnego uznania, tworząc własne stronnictwo, i tym samym system rządów skutkował wzrostem znaczenia małopolskich oligarchów, będących najbliższymi doradcami króla w stosunku do innych dzielnic oraz tworzonej przez nich nieformalnej wąskiej rady przy decydującym wpływie autorytetu króla na rozstrzyganie spraw królestwa.

Sytuację zmieniła fala niezadowolenia z prowadzonej w latach 1411–1419 nieskutecznej polityki wobec zakonu krzyżackiego – regularnie spotykająca się na wyprawach pospolitego ruszenia i coraz bardziej świadoma swojego znaczenia szlachta wystąpiła z własnymi żądaniami politycznymi, wymuszając zmiany w grupie doradców królewskich, gdyż żądania prawne zmierzały do zagwarantowania osobistej i majątkowej wolności w obrębie całego stanu szlacheckiego i ochrony przed nadużyciami królewskich urzędników.

W październiku 1423 roku zjazd dostojników koronnych w Warcie podjął uchwały prawodawcze pomimo nieobecności króla Władysława II Jagiełły. Wytworzony w czasie panowania Jagiełły zwyczaj sejmowania i osiągania konsensu zakończył monopol dworu królewskiego na możliwość budowania kariery i dysponowanie najważniejszymi informacjami o państwie. Sejm za pośrednictwem osób zgromadzonych miał możliwość pozyskania wiadomości z prowincji oraz dawał osobom zaangażowanym w politykę możliwości uzyskania awansu, chociaż monarcha pozostawał głównym dysponentem stanowisk, intratnych dóbr i dochodów.

xxx

Z tego nieco przydługiego cytatu wynika, że Piastowie pozostawili scentralizowane, z silną władzą królewską państwo, a już za Jagiełły władza ta stała się jakby rozmyta. Nie bardzo było wiadomo, kto rządził: król, sejm, magnateria czy szlachta, stała rada doradców monarchy, tajna prywatna rada, nieformalna „wielka rada”? Ale w tym szaleństwie była metoda. Zrobiono wszystko, by dobrze ukryć faktyczną władzę i zakamuflować jej prawdziwe cele. I chyba nietrudno domyślić się, kto tak naprawdę rządził.

xxx

Znaczenie dóbr królewskich dla finansowania wydatków państwowych

Najistotniejszym źródłem dochodów monarchów z dynastii Jagiellonów w Polsce były dochody z dóbr królewskich – nieruchomości znajdujących się w jego bezpośrednim posiadaniu. Jagiellonowie odziedziczyli po Piastach prawo do dużych tronowych majątków ziemskich, obejmujących scaloną w 1368 roku przez Kazimierza III Wielkiego domenę, na którą składały się pola uprawne, lasy i łąki oraz kopalnie. Własne majątki Jagiellonów na Litwie stanowiące majątek ziemski stopniowo przeszły w ręce magnaterii jako darowizny, zastawy lub zabezpieczenie wydatków dostojników. Władcom pozostały dobra przejmowane po wygasłych rodach oraz majątek osobisty hospodarski finansowany z danin, ceł, myt i karczem.

Szacunkowo ocenić można rozmiar domeny królewskiej na około 30% powierzchni Królestwa Polskiego. Obejmowała ona około 300 miast i ponad 3500 wsi. Po reformie Kazimierza III Wielkiego kompleksami dóbr królewskich administrował starosta lub wielkorządca, oddając część dochodów skarbowi. Pozostała część stanowiła utrzymanie budynków publicznych i twierdz oraz administracji sądowej i policyjnej, a także dochód starosty.

Upadek domeny koronnej podczas rządów Jagiellonów

Piastowska domena ulegała stopniowemu zmniejszeniu od czasów panowania Ludwika Węgierskiego, jej redukcję pogłębiły nadania i alienacje na rzecz magnatów i sojuszników z okresu panowania Władysława II Jagiełły. Do znacznego zubożenia domeny królewskiej doszło w trakcie prowadzonej przez Władysława III wojny domowej na Węgrzech w latach 1440–1444: poprzez masowe zastawy na rzecz możnych osób prywatnych finansujących węgierską politykę królewską pożyczkami, król pozbawił się posiadania znacznej części dóbr. Upadek domeny osłabił państwo, a fortuny magnackie powstawały kosztem dóbr koronnych. Jak wskazuje Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”:

Skarb koronny popadł w ruinę, z której nie miał się już nigdy podźwignąć. Na zawsze przepadł główny wspornik polityki piastowskiej, czyli zdecydowana przewaga materialna panującego nad poddanymi. W przyszłości miało być w Polsce akurat odwrotnie – bogate możnowładztwo, szczególnie duchowne, nędzarskie państwo.

xxx

Wielokrotnie pisałem, że Polska, czyli wówczas Królestwo Polskie, skończyła się wraz z unią lubelską, co nie do końca jest prawdą. Wówczas skończyła się niejako formalnie, urzędowo. Po prostu powstało nowe państwo o nazwie Rzeczpospolita, której częścią była Korona, powiększona o południową część Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli obecną Ukrainę. Jednak początek końca zaczął się od unii w Krewie, czyli od unii personalnej. To, co się wtedy stało z Koroną Królestwa Polskiego, można porównać do tego, co zrobiono po 1989 roku z PRL-em. Po prostu magnaci rozkradli cały dorobek Piastów, a Korona służyła Jagiellonom do realizacji ich celów dynastycznych, czyli ponosiła koszty prowadzonych przez nich wojen i innych zabiegów związanych z interesem dynastii. Miał więc rację Hajle Syllasje, mówiąc do Oriany Fallaci, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego. A żeby było jeszcze śmieszniej, to w XVI wieku powstał ruch egzekucyjny, czyli ruch polityczny średniej szlachty, którego postulatem było przeprowadzenie reform w dziedzinie sądownictwa, skarbowości i wojska oraz żądanie zwrotu nieprawnie trzymanych przez magnatów królewszczyzn i ograniczenia praw Kościoła. Czy po części nie przypomina to pisowskiej repolonizacji sprzedanych przedsiębiorstw? Nihil novi sub sole.

Polska piastowska była małym, ale u schyłku jej istnienia – nowoczesnym europejskim państwem z silną władzą królewską. Była monarchią stanową, w której wszystkie stany były w równowadze. W epoce jagiellońskiej nastąpiła diametralna zmiana. Jeden stan, czyli szlachta, został uprzywilejowany, co oznaczało, że pozostałe – dyskryminowane. Mieszczaństwo skarlało, a z chłopów zrobiono niewolników. Polska stała się krajem feudalnym i zacofanym pod każdym względem. Stała się krajem wschodnioeuropejskim. Czesi mieli więcej szczęścia, bo od 1520 roku byli pod Habsburgami. Trochę mniej szczęścia mieli Węgrzy, bo połowa Węgier była pod Turkiem, a druga połowa pod Habsburgami, ale i tak lepiej na tym wyszli niż Polacy.

Kiedyś, gdy w 2005 roku przekraczałem w Cieszynie granicę polsko-czeską, to uderzyło mnie to, że po polskiej stronie był bałagan, pełno śmieci i wszystko sprawiało wrażenie jakiegoś chaosu. Po przekroczeniu granicy – jak nożem uciął; porządek, czysto, nawet na budowach wszystko równo poukładane. Całe życie zastanawiałem się, skąd taka różnica? Dziś już wiem. Gdyby Jadwiga Andegaweńska wyszła za Wilhelma Habsburga, to Polska nadal byłaby, jako podmiot podległy, w Europie zachodniej i dziś być może byłaby krajem takim jak Czechy. Stało się inaczej. I tak to trwa do dziś. Idea jagiellońska dominuje w „polskiej” polityce, zarówno tej wewnętrznej jak i zagranicznej. Inna sprawa, że o tym, żeby tak było decydują wielcy tego świata, tak jak to oni wcześniej zdecydowali, że Jadwiga Andegaweńska miała poślubić dzikiego Litwina.

15 lipca 1410

Bitwa pod Grunwaldem uważana jest chyba za największy triumf polskiego oręża. Czy rzeczywiście tak należy patrzeć na tę bitwę? Być może w sensie militarnym był to sukces, ale w politycznym – klęska. O tym aspekcie politycznym i braku wymiernych korzyści z tej wojny nie mówi się. Warto więc z okazji kolejnej rocznicy powrócić do tamtych wydarzeń, zwłaszcza że mają one wiele wspólnego, z tym, co dzieje się obecnie, czyli bezinteresownym wspieraniem Ukrainy. Zdaje się to być niezmienna cecha „polskiej” polityki od Grunwaldu. Choć z drugiej strony, gdy zagłębimy się w temat, to okazuje się, że było zupełnie inaczej. Poniżej wybrane fragmenty z Wikipedii:

Bitwa pod Grunwaldem (zwana w języku niemieckim pierwszą bitwą pod Tannenbergiem „Schlacht bei Tannenberg”, a w języku litewskim bitwą pod Żalgirisem „Žalgirio mūšis”) – jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy (pod względem liczby uczestników), stoczona na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku, w czasie trwania wielkiej wojny między siłami zakonu krzyżackiego, wspomaganego przez rycerstwo zachodnioeuropejskie (głównie z Czech, z wielu księstw śląskich, z Pomorza Zachodniego i z pozostałych państw Świętego Cesarstwa Rzymskiego) oraz Prusów pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi (złożonymi głównie z Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz niewielkich wojsk tatarskich wspieranymi lennikami obu tych krajów (Hospodarstwo Mołdawskie, księstwo mazowieckie, księstwo płockie, księstwo bełskie, Podole i litewskie lenna na Rusi) oraz najemnikami z Czech, Moraw i z księstw Śląska oraz uciekinierami ze Złotej Ordy i chorągwiami prywatnymi (między innymi chorągiew z Nowogrodu Wielkiego księcia Lingwena Semena), pod dowództwem króla Polski Władysława II Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda.

Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana do całkowitego zniszczenia zakonu. Nie zdobyto Malborka – stolicy Zakonu – ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót, niepewna była także sytuacja na południowych granicach Królestwa, zagrożonych atakiem przez ówczesnego sojusznika Zakonu, węgierskiego króla Zygmunta Luksemburczyka. Pomimo poddawania się wojskom królewskim przez pruskie miasta (Olsztynek, Morąg, Dzierzgoń, Główne Miasto Gdańsk, Stare Miasto Toruń, Chełmno, Elbląg), obrońca Malborka, komtur Świecia Henryk von Plauen, miał w dyspozycji jeszcze ponad 200 czynnych braci rycerzy oraz 362 komturie zakonne rozsiane po całej Europie, do których słał listy o pomoc. Marsz wojska dowodzonego przez Jagiełłę na Malbork był powolny. Do 22 lipca 1410 roku – kiedy to pod Malbork dotarły pierwsze oddziały armii polsko-litewskiej – zamek w Malborku był już gotowy do obrony, a jego oblężenie okazało się nieskuteczne. Okres ten kończy zwycięska bitwa rycerstwa polskiego pod Koronowem i I pokój toruński.

Podłoże

W XIII wieku stosunki polsko-krzyżackie były dobre, lecz wiek XIV – wraz ze wzrostem potęgi zakonu – przyniósł zmianę. Będąc królem Polski, Wacław II Czeski zawarł z Brandenburczykami umowę, na mocy której miał oddać Pomorze Gdańskie w zamian za Nową Marchię. Ostatecznie do zamiany nie doszło z powodu śmierci króla, jednak w 1308 Brandenburgia postanowiła skorzystać ze słabości państwa Władysława Łokietka i zajęła Pomorze. Książę zmuszony był zwrócić się o pomoc do Krzyżaków, którzy wyparli najeźdźców. Za swoją pomoc zażądali jednak wysokiej zapłaty, przewyższającej wartość odbitych ziem. Wobec odmowy zapłaty przez Władysława zagarnęli całe Pomorze Gdańskie w 1309 roku. Osłabiona w tym czasie Polska, podzielona wciąż na dzielnice, nie była w stanie natychmiast przeciwstawić się agresji, co spowodowało utratę tych ziem na długie lata.

W 1320 roku królem Polski został Władysław I Łokietek, który wygrał proces z Krzyżakami przed sądem papieskim w Inowrocławiu. Wyrok z 1321 roku nakazał im zwrot Pomorza Gdańskiego Polsce, ale zakon, mimo polskich akcji dyplomatycznych i orzeczeń sądów papieskich, nie zamierzał zwrócić tych ziem.

W 1331 doszło do zawarcia groźnego dla Polski sojuszu Jana Luksemburskiego z Krzyżakami. Ci ostatni, licząc na wspólną akcję pod Kaliszem, najechali kraj od północy. Łokietek postanowił zaatakować część ich sił. 27 września 1331 roku doszło do starcia pod Płowcami na Kujawach. Bitwa nie została jednoznacznie rozstrzygnięta, lecz to strona polska zrealizowała swój cel – kampania Krzyżaków na ziemiach polskich została przerwana. Jednak już 9 kwietnia 1332 roku zakon ponownie napadł na Polskę, zagarniając Kujawy i ziemię dobrzyńską.

25 kwietnia 1333 na tronie polskim zasiadł syn poprzedniego króla, Kazimierz. Okazał się władcą niezwykle sprawnie poruszającym się w świecie dyplomacji. W 1335 doprowadził do I Zjazdu Wyszehradzkiego, na którym za cenę 20 tysięcy kop groszy praskich oraz uznanie zwierzchności Jana Luksemburskiego nad Śląskiem, król Czech zrzekł się wszelkich praw do korony polskiej. Oznaczało to ostateczne przekreślenie sojuszu czesko-krzyżackiego. Ponadto usiłowano rozstrzygnąć sprawę utraconych przez Polskę ziem – jednak ponieważ rezultaty nie zadowalały króla polskiego, zdecydował się on na oddanie sprawy pod sąd papieski. Wyrok z 16 września 1339 nakazywał zwrot Kujaw, ziemi dobrzyńskiej i Pomorza Gdańskiego. Był to już drugi wygrany przez stronę polską proces, ale Krzyżacy ponownie nie zgodzili się na oddanie zagrabionych ziem.

Tymczasem zmarł książę Rusi Halickiej Bolesław Jerzy II, który przed śmiercią uczynił swym sukcesorem Kazimierza, co postawiło przed polską polityką zagraniczną nowe wyzwanie. Król musiał dokonać wyboru, gdyż Polska nie była wówczas na tyle silna, by podjąć się walki na dwóch frontach.

Kazimierz Wielki uznał, że lepszym nabytkiem dla Korony byłoby uzyskanie terenów księstwa ruskiego, w związku z czym spór z zakonem należało załagodzić. W tych warunkach doszło w roku 1343 do zawarcia pokoju w Kaliszu, dzięki któremu zapewniony został rozejm, a Polska odzyskała Kujawy i ziemię dobrzyńską. Poza tym Kazimierz Wielki zachował tytuł władcy Pomorza Gdańskiego, co w przyszłości mogło stanowić podstawę do ewentualnych roszczeń ze strony polskiej.

Kolejny kryzys we wzajemnych stosunkach nastąpił w 1401, tuż po zawarciu przez Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie unii wileńsko-radomskiej. Młodszy brat króla Władysława Jagiełły, Świdrygiełło, przeciwnik porozumienia polsko-litewskiego, stanął na czele buntu przeciw Witoldowi. Postanowił także poszukać wsparcia u Krzyżaków, którzy byli zainteresowani osłabieniem Litwy – jednak znów udało się zapobiec wojnie i w 1404 roku strony zawarły pokój w Raciążku (niedaleko Ciechocinka – przyp. W.L.), gdzie Witold przedstawił także polskie postulaty dotyczące kwestii utraconych ziem. Polska odkupiła ziemię dobrzyńską.

Pokój w Raciążku – porozumienie polsko-litewsko-krzyżackie z 22 maja 1404 roku dotyczące wykupu przez Królestwo Polskie ziemi dobrzyńskiej i zamku w Złotorii oraz potwierdzenia praw Krzyżaków do Żmudzi.

Przyczyny

Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski, zajęły ziemię dobrzyńską i najechały Kujawy i Wielkopolskę. Jagiełło szybko odzyskał Kujawy i odbił Bydgoszcz, ale działania militarne kampanii 1409 roku na tym zakończono. 8 października 1409 roku pod zamkiem bydgoskim zawarto rozejm, który miał obowiązywać „do dnia św. Jana” – 24 czerwca 1410 roku.

Znaczenie bitwy

Wynik bitwy miał istotny wpływ na ówczesne stosunki polityczne, ponieważ wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych w Europie. Według niektórych badaczy (np. Stefan Maria Kuczyński, Paweł Jasienica), zwycięstwo odniesione głównie siłami polskimi, spowodowało pewien kryzys w stosunkach polsko-litewskich i miało wpływ na postawę króla, który obawiając się dalszego wzrostu znaczenia Korony w Unii miał opóźniać pościg za niedobitkami wojsk zakonu krzyżackiego i nie zdobył Malborka.

xxx

Dla pełnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodziło, wypada wspomnieć jeszcze o paru faktach.

Bitwa nad Strawą

Bitwa nad Strawą (Strewą) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 2 lutego 1348 roku nad rzeką Strawą na Litwie. Bitwa okazała się klęską wojsk litewskich.

Zimą 1348 roku oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie około 4000 zbrojnych pod dowództwem wielkiego komtura Winrycha von Kniprode (późniejszego wielkiego mistrza) wkroczyły na teren Litwy właściwej. Po przekroczeniu Niemna napotkały idące im naprzeciw wojska litewskie w liczbie około 9000 ludzi. Do starcia doszło nad rzeką Strawą, dopływem Niemna, w pobliżu dzisiejszych Żyżmorów, mniej więcej w połowie drogi między Kownem a Trokami.

Straty strony litewskiej wyniosły 6000 zabitych, czyli 2/3 całego stanu wojska. Śmierć w bitwie ponieśli m.in. książęta Narymunt i Monwid. Natomiast wojska krzyżackie straciły tylko 60 ludzi, w tym 8 rycerzy zakonnych.

Historycy uważają, że bitwa nad Strawą miała charakter przełomowy. Henryk Łowmiański podnosi, że od tego czasu Litwa nie mogła Krzyżakom stawić czoła o własnych siłach w polu. W latach 1300-1315 Krzyżacy byli skutecznie odpierani przez wojska litewskie pod wodzą Witenesa, a później przez Giedymina. Potem jednakże siła litewskiego oporu osłabła i Litwini nie byli w stanie dopowiadać na wciąż organizowane rejzy krzyżackie. Nieudaną próbą odwrócenia skutków klęski nad Strawą był najazd Litwinów na Prusy w 1370 roku i bitwa pod Rudawą, która również okazała się klęską. Przełom nastąpił dopiero po zawarciu unii z Polską.

Bitwa pod Rudawą

Bitwa pod Rudawą (bitwa nad Rudawą, Rudną) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 17 lutego 1370 w pobliżu zamku Rudawa (niem. Rudau, lit. Rūdava, dziś wieś Mielnikowo) nad rzeką Rudawą (Rudną, Rudą, dziś Sławnaja) na terenie Sambii. Starcie okazało się klęską wojsk litewskich.

Państwo zakonu krzyżackiego z zaznaczeniem miejsca bitwy pod Rudawą; źródło: Wikipedia.

Wojska litewskie w liczbie około 17 000 dowodzone przez wielkich książąt Olgierda i Kiejstuta wkroczyły od północy na teren Prus, kierując się w stronę Królewca i dalej Zalewu Wiślanego. Ich celem było złamanie potęgi państwa krzyżackiego, które od czasów bitwy nad Strawą w 1348 uzyskało znaczną przewagę w zmaganiach z Litwą, a pod rządami wielkiego mistrza Winrycha von Kniprode przeżywało rozkwit gospodarczy. Wielcy książęta z dynastii Giedymina uważali, że granicą ich wpływów jest rzeka Łyna, w związku z tym dążyli do włączenia wschodniej części Prus w obszar Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wyprawa z lutego 1370 roku miała osiągnąć również ten cel.

Naprzeciw wojskom litewskim wyszły oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie ok. 10 000 na czele z wielkim mistrzem Winrychem von Kniprode. Lewe skrzydło wojska litewskiego pod dowództwem wielkiego księcia Olgierda składało się głównie z Rusinów oraz Tatarów, zaś prawe, dowodzonego przez księcia trockiego Kiejstuta złożone było z Litwinów oraz Żmudzinów.

Starcie okazało się klęską wojsk litewskich. Według źródeł krzyżackich, w bitwie pod Rudawą zginęło 1000 lub 3500 Litwinów, jednak straty w czasie całej kampanii mogły wynieść ponad 5 tysięcy. Krzyżacy stracić mieli 26 rycerzy oraz 100 lub 300 innych zbrojnych. W bitwie zginął jednak wielki marszałek i komtur królewiecki Henning Schindekopf (zabity podobno przez litewskiego bojara Wojszwiłłę, gdy unosił przyłbicę swojego hełmu), oraz kilku innych dowódców, między innymi komtur brandenburski Kunon von Hattstein oraz radzyński Petzolt von Korwitz.

Wodzowie litewscy, Kiejstut i Olgierd, zdołali ujść z pola bitwy, podobnie jak towarzyszący im ich synowie Jagiełło i Witold oraz inni dowódcy. Niemal całkowicie jednak zostały rozbite oddziały ruskie, które podlegały Litwie.

Klęska pod Rudawą skłoniła wielkich książąt litewskich do szukania pomocy u sąsiadów, czego dalekosiężnym rezultatem była unia polsko-litewska w Krewie w 1385 roku.

Pokój toruński

Pokój toruński – traktat pokojowy zawarty 1 lutego 1411 na wiślanej wyspie Kępa Bazarowa w Toruniu, między Polską i Litwą a Krzyżakami, kończący tzw. wielką wojnę z lat 1409–1411.

Postanowienia

  • Królestwo Polskie odzyskało ziemię dobrzyńską z zamkami w Złotorii i Bobrownikach.
  • Zakon krzyżacki zrezygnował ze Żmudzi na okres życia Władysława Jagiełły i Witolda.
  • Księstwo Mazowieckie odzyskało Zawkrze.
  • Toruń, po pięciomiesięcznej przynależności do Polski, na mocy traktatu przeszedł ponownie pod panowanie Krzyżaków, podobnie jak cała ziemia chełmińska.
  • Obie strony postanowiły też, że kupcy obu państw mogą swobodnie i bez przeszkód, według dawnych zwyczajów, używać dróg wodnych i lądowych.
  • Zakon krzyżacki jako odszkodowanie i za wykup jeńców zobowiązał się zapłacić 10 milionów groszy czeskich.
  • Kwestia Santoka i Drezdenka miały być poddane sądowi arbitrażowemu.
  • Ziemie, miasta i zamki zdobyte przez obie strony wrócą pod poprzednią władzę, a poddani zakonu, składający w czasie wojny przysięgę na wierność królowi polskiemu, zostali z niej zwolnieni.

xxx

Jak widać w wyniku tej bitwy, jednej z największych bitew średniowiecza, Korona odzyskała ziemię dobrzyńską, czyli prawie nic, Litwa natomiast odzyskała Żmudź. Tak naprawdę, to z tych postanowień wynika, że żadna strona praktycznie nic nie straciła i nic nie zyskała. Coś tam trochę pozmieniano, by stworzyć pozory prawdziwego traktatu.

Jednak co innego zwraca uwagę i wręcz zdumiewa. Nie przypadkiem przytoczyłem opis obu bitew: nad Strawą i pod Rudawą. Jeśli Litwini i Rusini ponieśli tak wielkie straty przy wręcz minimalnych zakonu krzyżackiego, to musiało to świadczyć o wielkiej przewadze w sposobie prowadzenia walki i być może uzbrojenia. Jeśli w bitwie pod Rudawą litewscy wodzowie zdołali uciec z pola walki wraz z synami, a jednym z nich był Jagiełło, to jak ten Jagiełło mógł pokonać Krzyżaków pod Grunwaldem? Nie miejmy złudzeń! Zakon krzyżacki dysponował nie tylko dobrze wyszkolonymi rycerzami, ale również doświadczeniem wyniesionym z wypraw krzyżowych. Jego starcie z tą wschodnią zbieraniną musiałoby się skończyć tak, jak podczas tych dwóch wcześniejszych bitew. A jednak skończyło się klęską. W związku z tym najprostszym wytłumaczeniem tego faktu jest po prostu to, że była to ustawka.

Dlaczego ustawka? Po prostu dlatego, że zakon krzyżacki swoją rolę już spełnił. Pogańskie ludy zostały nawrócone. W konfrontacji z prawosławiem nie było już argumentu, a do tego powoli szykowano się do reformacji. Jakoś trzeba było się z tego wywinąć i uznano, że najlepszym sposobem będzie upozorowanie klęski. I zrobiono to tak, by zakon nie ucierpiał i dlatego Jagiełło nie poszedł na Malbork, a jak poszedł to tak, by nic z tego nie wynikło.

Na tym jednak nie koniec. Bezpośrednią przyczyną wybuchu konfliktu było powstanie antykrzyżackie na Żmudzi. Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski.

Nie zdobyto Malborka, ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót. Oznacza to, że wojska krzyżackie z Inflant nie wzięły udziału w bitwie. Nie wzięły, bo miały pretekst w postaci powstania antykrzyżackiego. A jak wiadomo powstania nie wybuchają przypadkowo. A więc wielki książę litewski Witold działał na zlecenie Krzyżaków. I jakoś tak przypadkiem rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu wygasł zaraz po zakończeniu bitwy i on musiał wracać na Żmudź, a więc nie mógł brać udziału w zdobywaniu Malborka.

Wiadomo że Piastowie nie radzili sobie z Krzyżakami i nie radzili też sobie Litwini i Rusini. W takim razie unia mogła być dobrym rozwiązaniem w obronie przed nimi. I tak się stało. I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Połączone siły polsko-litewskie pokonały największą potęgę w Europie. Teraz ta nowa „potęga” mogła przeciwstawić się rosnącej w siłę Moskwie i obronić ziemie WKL przed jej zakusami. Co tam Moskwa! Skoro wspólnym wysiłkiem pokonaliśmy największą potęgę w Europie, to nikt nam nie groźny. Szable w dłoń!

Wygląda więc na to, że już wtedy najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy działali i wprowadzali w życie swoje scenariusze. Scenariusze, które dziś odgrzewają: razem pokonamy Rosję, razem, znaczy – Polska i Ukraina. A wszystko zaczęło się od podłożenia się zakonu krzyżackiego niczego nieświadomej zbieraninie ze wschodu, bo taką ona była w porównaniu z tym Zakonem i jego wielowiekowym doświadczeniem. W końcu skoro zbudowało się wtedy największy na świecie zamek z cegły, to chyba o czymś to świadczy. W porównaniu z nimi Słowianie byli na innym etapie rozwoju i świadomości. I nie ma sensu się na to obrażać, tylko zastanowić się nad tym i wyciągnąć wnioski, bo mam wrażenie, że obecna intryga ukraińska może być podobnego kalibru.

I to by było na tyle na kolejną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Może zamiast wydurniać się na Polach Grunwaldzkich w każdą rocznicę tej bitwy, wziąć do ręki jakąś książkę albo poszukać w internecie informacji o niej.

Dlaczego Wołyń?

Zbliża się kolejna, tym razem okrągła, 80-ta rocznica rzezi wołyńskiej z 11 lipca 1943 roku. Dlaczego akurat Wołyń? I dlaczego w tym miejscu Wołynia, czyli blisko granicy z województwem lubelskim i lwowskim, czyli Galicją Wschodnią? Po co był tzw. eksperyment wołyński? Pytania można mnożyć. Wypada więc przytoczyć parę faktów, które skłonią do refleksji, bo dotarcie do prawdy będzie trudne.

Galicja Wschodnia i Wołyń; źródło: Wikipedia.

Województwo wołyńskie

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludzi z tego:

  • 70% – Ukraińcy
  • 15% – Polacy (około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach)
  • 10% – Żydzi
  • 2,3% – Niemcy
  • 2,7% – inne narodowości

Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Szkolenie Ukraińców w organizacjach paramilitarnych

W legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców. Tajnym celem szkolenia było przygotowanie ukraińskiej młodzieży do „odwojowania” z rąk sowieckich Ukrainy Kijowskiej, tzw. Wielkiej Ukrainy. Oficjalnie, to Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze, działające głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych. Tymczasem, podobnie jak pozostałe, od początku było infiltrowane przez terrorystyczne UWO (Ukraińska Organizacja Wojskowa) i OUN. Skutkiem tego w Małopolsce Wschodniej wyszkolono za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej.

I tak też się stało. UPA powstała pod koniec 1942 roku. Nikt w ciągu pół roku nie mógł by stworzyć takiej armii i wyszkolić tylu ludzi, by mogli oni wykonać tak skomplikowaną pod względem logistycznym i organizacyjnym operację, jaką była rzeź wołyńska.

Eksperyment wołyński

Przez 11 lat Henryk Józewski, przyjaciel i protegowany Piłsudskiego, był wojewodą wołyńskim. Eksperyment wołyński był ewenementem na skalę światową. Z ocalałych dokumentów wiemy, że w administracji Józewskiego nie brakowało ruso- i ukrainofilów, z pochodzenia rdzennych Rosjan, których lojalność do państwowości polskiej była wątpliwa. Byli to naczelnicy wydziałów, referenci bezpieczeństwa, prezes Urzędu Ziemskiego. Jak wykazały późniejsze dochodzenia, prawie wszyscy z nich byli podejrzewani o szpiegostwo! Zamiast asymilacji następowała więc dramatyczna ukrainizacja Wołynia. 

W dziedzinie szkolnictwa i edukacji młodzieży też nastąpiło dramatyczne pogorszenie. Polacy musieli wręcz prosić o zgodę na założenie polskiej szkoły. Polskie dzieci musiały przymusowo uczyć się języka ruskiego. Powołano trzy gimnazja ukraińskie: w Krzemieńcu, Łucku i Równem. W gimnazjach tych młodzież wychowywana była w duchu ukraińskiego szowinizmu. Dalszą edukację młodzież ta odbierała we Lwowie, skąd wracała na Wołyń przygotowana do samodzielnego zakładania terrorystycznych komórek. 

Eksperyment wołyński był jednym z wielu przedsięwzięć władz sanacyjnych, mających na celu zjednanie ludności ukraińskiej kolejnymi koncesjami, kosztem polskiego stanu posiadania. 

Henryk Józewski

Po zawarciu sojuszu z Petlurą w 1919 roku został Józewski wiceministrem spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i tak sam określał swój status:

(…) byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina.

Odegrał znaczącą rolę w przygotowywaniu wyborów parlamentarnych w 1928 r. Wraz z Kazimierzem Świtalskim i Walerym Sławkiem współtworzył Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) i był odpowiedzialny za budowę jego struktur regionalnych oraz stworzenie list kandydatów w przyszłych wyborach. Po ich przeprowadzeniu, wiosną 1928 r., Józewski wyjechał z Warszawy do Łucka, gdzie objął funkcję wojewody wołyńskiego. To zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń.

Przymusowe konwersje

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Do 1939 roku „nawrócono” na Wołyniu 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie

Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych. Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego. Wszyscy oni zostali w PRL-u oficerami Ludowego Wojska Polskiego.

Akcja

11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim, czyli z Chełmszczyzną. Była to akcja przygotowana i zaplanowana: przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich. Na cztery dni przed rozpoczęciem tej akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogo innego.

xxx

Powyższe informacje pochodzą z artykułu Lucyny Kulińskiej Kto zapomina historię powtarza ją. Refleksja nad polską polityką wschodnią z artykułu Henryk Józewski – twórca „eksperymentu wołyńskiego” z portalu HistMag i z Wikipedii. Natomiast wszystko zostało obszernie opisane na blogu „Eksperyment wołyński” i tam też są linki do wspomnianych artykułów, choć link do artykułu Kulińskiej nie działa, ale artykuł ten jest w całości na tym blogu.

Wybór miejsca wydaje się logiczny, bo jeśli chce się przeprowadzić czystkę etniczną, to robi się ją w miejscu, gdzie ludności polskiej jest najmniej, czyli na Wołyniu. A tam w miejscu, gdzie jest ona najliczniejsza. To ma być argument, że właśnie chodzi o motyw nacjonalistyczny, a nie o to, by skłócić na wieki Polaków i Ukraińców. I ten motyw ma ukryć tego, kto napisał ten scenariusz i wyreżyserował cały spektakl.

Źródło zdjęcia: Wikipedia. Najjaśniejszym kolorem zaznaczony jest powiat włodzimierski.

Nie ulega wątpliwości, że taka, zakrojona na szeroką skalę akcja, nie mogła być przeprowadzona bez wiedzy i akceptacji Niemców. W tamtym czasie front znajdował się pod Kurskiem i tam 5 lipca 1943 roku rozegrała się największa pancerna bitwa w dziejach świata. Bitwa nierozstrzygnięta, ale od tego momentu inicjatywa przechodzi w ręce sowieckie. Tak więc na Wołyniu Niemcy nadal rządzili. 4 lipca ginie w katastrofie generał Sikorski. 10 lipca wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie lądują na Sycylii, co oznacza otwarcie drugiego frontu. Karta się odwraca.

Czy ci, którzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu tej akcji nie wiedzieli o tym, że Niemcy powoli przegrywają wojnę i to nie oni będą decydować o losach Europy? Raczej mało prawdopodobne. Dla nacjonalistów ukraińskich oznaczało to, że nie będzie żadnego państwa ukraińskiego, bo nie będzie wsparcia ze strony Niemiec. Po co więc dokonali tej rzezi? Po to, o czym napisałem wyżej, by skłócić obie nacje, a właściwie po to, by spotęgować to skłócenie i nienawiść. Dziś widać, jak dalekowzroczne było to posunięcie. Sprowadzono do „Polski” miliony Ukraińców, nie mówiąc o tych, których przesiedlono po II wojnie światowej, co gwarantuje konflikt na długie lata. Czegóż więcej trzeba tym, którzy tym wszystkim zarządzają?

Ukraińcy, czy ci nacjonaliści ukraińscy, byli tylko narzędziem w ręku tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów. Domaganie się dziś od nich przeprosin, to tylko podsycanie konfliktu i eskalowanie wzajemnej nienawiści. Wszyscy ci, którzy do tego nawołują i uważają się za patriotów i prawdziwych Polaków, działają wbrew interesom tej „Polski” i normalnych Polaków, których chyba jeszcze trochę zostało w tym kraju Zulu-Gula. Tym interesem jest dotarcie do prawdy. Obie strony, czyli ukraińska i ta niby polska, są kontrolowane i sterowane przez tych scenarzystów i reżyserów. Jest to po prostu mistrzowskie zarządzanie konfliktem. Bez tego, co stało się 11 lipca 1943 roku, nie było by to możliwe.

Kautsky – z dziejów Kościoła

Lenin stwierdził kiedyś, że dyskusja z towarzyszem Kautsky’m nie ma sensu i że trzeba go zignorować. Chyba jednak nie jest to najlepszy pomysł, bo pracom Kautsky’ego warto poświęcić trochę uwagi i, jak sądzę, nie będzie to czas stracony. W jednej z nich Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca on dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej fragment zatytułowany Nieodzowność i potęga kościoła w wiekach średnich (wytłuszczenia W.L.). Źródło tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

… Jakkolwiek powikłana może się nam wydawać historia XV i XVI wieku, ciągnie się przez ten okres jak jaskrawo widoczna nić czerwona i piętno swoje nań nakłada: walka z kościołem papieskim. Nie należy mieszać kościoła z religią. O religii mówić będziemy później.

Kościół był dominującą siłą w czasach feudalnych, toteż musiał on upaść wraz z feudalizmem.

Gdy Germanie wtargnęli do światowego państwa Rzymian, wystąpił wówczas przeciwko nim kościół jako następca cezarów, jako organizacja, która spajała państwo w całość, jako przedstawiciel sposobu produkcji schyłkowej epoki cesarstwa. Jakkolwiek to państwo ówczesne bardzo mizerne było, jakkolwiek nisko upadła w nim produkcja, wszelako i państwo to, i jego wytwórczość stały o wiele wyżej od politycznych i gospodarczych stosunków u germańskich barbarzyńców. Ci górowali moralnie i fizycznie nad zmurszałym i strupieszałym światem rzymskim, ale świat ten olśnił i podbił ich swoim dobrobytem i swymi skarbami.

Rabunek to nie żaden sposób wytwórczości, choć ten i ów ekonomista zdaje się w to wierzyć. Zwyczajna grabież mienia Rzymian nie mogła zaspokoić Germanów na stałe; zaczęli oni wkrótce sami produkować na sposób rzymski. Im więcej to robili tym bardziej popadali w zależność od kościoła nawet nie wiedząc o tym; kościół bowiem był ich mistrzem; tym konieczniejsza przeto stawała się dla nich wówczas odpowiadająca temu systemowi produkcji organizacja państwowa, której znowu nikt inny stworzyć im nie potrafił, tylko właśnie kościół.

Kościół uczył Germanów wyższych form uprawy roli – klasztory pozostały aż do późnego średniowiecza wzorowymi gospodarstwami rolnymi. Duchowni też rozwinęli wśród Germanów sztukę i kunszt rzemiosł; pod opiekuńczymi skrzydłami kościoła prosperował nie tylko chłop – kościół opiekował się też większością miasta nim nie okrzepły one tak, iżby mogły dalej bronić się już same. Szczególnie zaś faworyzowany był przez kościół handel.

Wielkie jarmarki odbywały się najczęściej w kościołach lub koło nich. Kościół dokładał wszelkich starań, aby ściągać na nie kupujących. On też był jedyną silą, która w wiekach średnich troszczyła się o utrzymywanie w należytym porządku wielkich dróg handlowych, i ułatwiał podróże udzielając będącym w drodze gościny w klasztorach. Niektóre z tych klasztorów, jak np. schroniska na przełęczach alpejskich, służyły prawie wyłącznie potrzebom ruchu handlowego. Ten w pojęciu kościoła był rzeczą tak ważną, że aby ożywić go, kościół sprzymierzał się z drugim czynnikiem, który również reprezentował w państwach germańskich kulturę upadłego Rzymu: żydostwem. Papieże bronili i popierali Żydów przez czas długi. W ogóle zaś w owych czasach, gdy Niemcy byli jeszcze niezafałszowanymi Germanami, przyjmowano przyjaźnie Żydów, jako nosicieli wyższej kultury. I starano się gorąco do siebie ich ściągać. Dopiero gdy kupcy chrześcijańsko-germańscy nauczyli się już równie dobrze szachrować jak Żydzi. zaczęli oni Żydów prześladować.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów.

Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta.

Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.

Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.

Im bardziej germański sposób produkcji wznosił się na ten stopień, na który wytwórczość spadła była w ginącym państwie rzymskim, tym nieodzowniejszy dla państwa i ludu stawał się właśnie kościół. A to, że był dla państwa i ludu pożyteczny, nie oznacza bynajmniej, iż korzystał on ze swego stanowiska wyłącznie w interesie żywiołów od niego zależnych, nie zaś w interesie własnym. Kazał on sobie drogo płacić za swoje usługi jedyną powszechną daninę, którą znały wieki średnie i która składana była wyłącznie kościołowi, stanowiła dziesięcina.

Ale najważniejszym źródłem władzy i dochodów była w średniowieczu, jakeśmy już mówili, własność ziemska. Kościół zdradzał ten sam głód ziemi i ludzi co szlachta i podobnie jak ona starał się wchodzić w posiadanie ziemi i zyskiwać sobie poddanych. Większość włości, które kościół posiadał w państwie rzymskim, przybysze germańscy pozostawili w jego rękach, gdy zaś tu i ówdzie nie uczynili tego, to kościół umiał tam jednak odzyskać w niedługim czasie swoją własność i jeszcze to i owo na dodatek do niej. Zapewniał on tę samą, a najczęściej bodajże nawet skuteczniejszą obronę niż szlachta, dlatego też wielu chłopów oddawało mu się na własność.

Kościół zarządzał państwem, duchowni byli doradcami królów. Nic dziwnego, iż nierzadko pozwalali sobie doradzić, aby z dóbr koronnych uczynić własność kościelną. W zdobywanych krajach pogańskich bogate wyposażenie klasztorów i biskupstw w ziemię było nakazem wręcz koniecznym. Na domiar tego kościół był jedyną siłą, którą królowie mogli byli przeciwstawiać szlachcie, i gdy ta zanadto okoniem im stawała, król nie umiał znaleźć na to innej rady niż to, że ją osłabiał odbierając jej część posiadanych przez nią włości i dając je kościołowi na własność lub w lenno. A gdzie tylko kościół mógł tam nie czekał na to, aż chłopi, król lub szlachta raczą pomnożyć jego posiadłości, lecz zabierał sam, co się dało, i usprawiedliwiał swój rabunek, gdy go pociągano do odpowiedzialności, sfałszowanymi dokumentami darowizny. Wszak samo jedno duchowieństwo tylko w owych czasach czytać i pisać umiało!

Fałszowanie dokumentów było w wiekach średnich równie pospolitym środkiem wylegitymowania się z wejścia w posiadanie jakichś dóbr, jak dzisiaj lichwiarskie pożyczki, fikcyjne procesy sądowe i tym podobne sztuczki. Mnich benedyktyński Dom Veyssiere utrzymywał w XVIII wieku, że z 1200 dowodów nadania, które zbadał był w opactwie Landevenecq w Bretanii, 800 było stanowczo fałszywych. Ile z 400 pozostałych było autentycznych, tego rzec się nie odważył.

Sprawiało to takie wrażenie, jak gdyby kościół miał zamiar zostać jedynym posiadaczem ziemskim w całym świecie chrześcijańskim.

Znaleźli się jednak tacy, co temu zapobiegli. Szlachta była zawsze kościołowi wroga, a kiedy jego włości zbyt się powiększały, to i król także lękać się zaczynał zbytniej przewagi duchowieństwa i starał się ukrócić je z pomocą szlachty. Również najazdy pogan i muzułmanów – i one nawet przede wszystkim – osłabiały kościół. Drastycznie opisał to falowanie potęgi kościoła, to zmienne rozszerzanie się i kurczenie dóbr kościelnych we Francji Monteskiusz:

xxx

Duchowieństwo otrzymywało tak wiele darowizn, że musiano mu chyba ofiarować za rządów trzech dynastii francuskich (Merowingów, Karolingów i Kapetyngów) kilkakrotną ilość wszystkich dóbr tego królestwa. Ale jeśli królowie, szlachta i lud potrafili się tak urządzić, żeby darować duchowieństwu wszystkie swoje ziemie, to nie mniej sposobów znaleźli i na to, aby mu je odebrać. Pobożność za czasów Merowingów sprawiła, że ufundowano mnóstwo kościołów; wszelako duch wojenny ze swej strony był sprawcą tego, że przeszły one z powrotem w ręce wojowników, którzy znów podzielili je między swe dzieci. Jak wiele to gruntów utraciło w ten sposób duchowieństwo! Podobnież Karolingowie szeroko rozwarli dłonie i szczodrobliwość ich nie znała granic. Ale oto przychodzą Normanowie i grabią, i rabują, a prześladują przede wszystkim księży oraz mnichów, wyszukują opactwa i bacznie rozglądają się wszędzie, gdzieby mogli znaleźć jeszcze jakieś poświęcone miejsce… Ileż dóbr duchowieństwo musiało przez to stracić! A niemal że nie było wówczas tak odważnych duchownych, którzy by się ośmielali żądać zwrotu swej własności. Więc znów potem pobożność Kapetyngów miała aż nadto okazji, aby tworzyć fundacje i rozdawać dobra… Duchowieństwo wciąż coś zyskiwało i wciąż coś traciło, i zyskuje i dziś jeszcze. (Montesquieu, “Duch praw” księga 31, rozdział 10).

xxx

Obszar tak zmiennych włości określić dokładnie w epoce, która nie miała wyobrażenia o statystyce, nie jest rzeczą łatwą. Ogólnikowo jednak powiedzieć można, że w średniowieczu jedna trzecia wszystkich posiadłości ziemskich była w rękach kleru.

We Francji w czasie wielkiej rewolucji robiono obliczenia, jak wielkie były dobra kościelne. Według tych obliczeń kościół szczególnie bogaty był w (prowincjach, które zaanektowano po roku 1665. W Cambresis kościół posiadał 14/17 całej własności ziemskiej, w Hennegau i Artois trzy ćwierci, we Franche-Comte, Roussillonie i Alzacji połowę, w innych prowincjach jedną trzecią, a już co najmniej jedną czwartą (Louis Blanc, “Histoire de la Revolution Française”, Bruksela 1847, tom I, str. 423). Od czasów reformacji stan dóbr kościelnych we Francji zapewne niewiele się zmienił.

Że dobra duchowieństwa w Niemczech były bardzo duże, można wywnioskować to choćby stąd, że jeszcze w 1786 roku terytoria kościelne położone w samym tylko cesarstwie zajmowały 1424 mile kwadratowe. Rozległe posiadłości kościelne w świeckich państwach katolickich, jak w Austrii i Bawarii, nie są w to wliczone ani też te, które zostały sekularyzowane w krajach protestanckich.

Posiadłości kościoła były wynikiem jego potężnego stanowiska ekonomicznego i politycznego. A ze swej strony posiadłości te przyczyniały się znowu do wzrostu Jego siły.

Wskazywaliśmy już na to, jaką silę dawało w wiekach średnich posiadanie ziemi. To wszystko, cośmy wtedy o tym powiedzieli, odnosi się też, i w jeszcze większej mierze, do kościoła. Dobra kościelne były najlepiej uprawne, najgęściej zamieszkałe, miasta kościelne najbardziej kwitnące, a więc dochód i siła, którą kościół z nich czerpał, były większe od tych, które dawała szlachcie lub koronie własność ziemska tych samych rozmiarów. Dochód ten jednak był głównie w naturze, a co kościół miał z tym bogactwem robić? Jakkolwiek świetnie żyli mnisi i inni panowie duchowni, tego wszystkiego, co do nich napływało, nie byli w stanie spożyć. Wprawdzie opaci i biskupi średniowieczni, podobnie jak panowie świeccy w owym czasie, miewali też zatargi; wprawdzie i oni musieli po temu utrzymywać świty i drużyny konne; wprawdzie musieli i oni także uiszczać świadczenia lenne – ale jednakże kościół nieczęsto znowu bywał aż tak wojowniczy, aby utrzymywana przezeń siła zbrojna pochłaniała większość jego dochodów. Zwycięstwa odnosił kościół nie tyle dzięki przewadze fizycznej, co umysłowej, tudzież dzięki swej ekonomicznej i politycznej nieodzowności. Wydatkował on na cele wojenne mniej niż szlachta osiągając jednak więcej od niej. Nie tylko dobra jego były bardziej dochodowe, ale kościół otrzymywał również i dziesięcinę z ziemi, która nie do niego należała. Miał on mniejszy od szlachty interes w tym, aby wyśrubowywać wyzysk swych poddanych ponad miarę; był więc w stosunku do nich na ogół łagodny: pod pastorałem biskupim żyło się naprawdę dobrze, a przynajmniej lepiej niż pod władzą miecza rozmiłowanego w łowach i wojnie szlachcica. Mimo tej stosunkowej łagodności instytucjom kościelnym pozostawała jednak pewna nadwyżka środków żywności i z tą nie mając co począć, duchowni obracali ją na pomoc dla ubogich.

Kościół potrzebował tutaj, jak i w wielu innych punktach, nawiązać jedynie do swoich tradycji z epoki cezarów. Pauperyzacja w chylącym się do upadku państwie rzymskim wciąż wzrastała i wspieranie ubogich stawało się zadaniem coraz to bardziej palącym dla państwa. Ale dawne państwo pogańskie nie było przygotowane do rozwiązania tego zagadnienia; przypadło to w udziale organizacji nowej, powołanej do życia przez nowe stosunki i przystosowanej do nich: kościołowi. Opieka nad ubogimi, do której zmuszał stan gospodarczy kraju, stała się jedną z najważniejszych czynności kościoła i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu jej właśnie miał on do zawdzięczenia szybki wzrost swojej siły i bogactwa. Coraz to gwałtowniej potrzebne i coraz liczniejsze fundacje dobroczynne osób prywatnych, gmin i samego państwa przekazywano pod zarząd duchowieństwa albo po prostu darowywało kościołowi. Im bardziej wzrastała liczba nic nie posiadających, tym bardziej wzrastał stan posiadania kościoła, tym bardziej ubodzy od niego zależeli, a ponieważ stanowili oni coraz to większy odsetek ludności, wiec też zarazem coraz to większy stawał się wpływ kościoła na całe społeczeństwo.

Podobnie jak darowizny, tak też i regularne daniny na rzecz kościoła przeważnie ten cel miały, że służyły wspieraniu ubogich. Przy dziesięcinie było to wyraźnie określone przepisami, że na cztery części dzielić ją należało: jedna część przypadała biskupowi, jedna niższemu duchowieństwu, jedną obracać miano na nabożeństwa publiczne, a jedną na wsparcia dla ubogich.

W miarę jak Germanowie przyjmowali rzymski sposób wytwarzania, wynikały stąd dla nich nieodłączne od niego następstwa: własność prywatna i ubóstwo. Wspólna własność lasów, pastwisk i nieuprawnej ziemi, utrzymująca się jeszcze obok prywatnej własności ziemi uprawnej, nie dawała ubożeć chłopom. Ale właśnie na początku średniowiecza zachodziły częstokroć wypadki, które wtrącały w nędzę całe połacie kraju. Do wiecznych wojen i ciągłych zatargów między feudałami a książętami dołączyły się jeszcze na dodatek napady hord koczowniczych, tak zgubne dla osiadłej na roli ludności – najścia nomadów lub piratów, Normanów, Węgrów, Saracenów. Wreszcie nieurodzaje bywały też często przyczyną niedostatku.

Gdy nieszczęście nie było tak wielkie, aby dosięgło aż samego kościoła, wówczas stawał się on aniołem ratunku, otwierał swe spichlerze, gdzie gromadził nadmiar bogactw, i udzielał pomocy potrzebującym. Klasztory zaś były wielkimi zakładami zaopatrywania, gdzie znajdował przytułek niejeden podupadły i zubożały, wyzuty z mienia albo pozbawiony schedy szlachcic. Przez wstępowanie w szeregi kościoła wracał on znowu do znaczenia, siły i dostatku.

Nie było ani jednego stanu w społeczeństwie feudalnym, który by nie był zainteresowany w zachowaniu kościoła, choć nie każdy w jednakiej mierze. Podawać w wątpliwość kościół znaczyło w średniowieczu to samo, co podawać w wątpliwość podstawy społeczeństwa i całego życia. Wprawdzie kościół miał jeszcze do przebycia gwałtowne walki z innymi stanami, ale w tych walkach nie chodziło już o jego istnienie, lecz wyłącznie o mniejszą lub większą potęgę albo wyzysk z jego strony. Kościół zawładnął całym życiem materialnym, a więc oczywiście i duchowym, zrósł się z istnieniem ludu, aż kościelny sposób myślenia przeszedł wreszcie z biegiem stuleci w pewien rodzaj instynktu, którego słuchało się ślepo jak prawa natury, a przeciwstawianie mu się uchodziło za rzecz naturze samej przeciwną – wszystkie przejawy życia państwowego, społecznego i rodzinnego przybrały przez kościół ustalone kształty. Te formy kościelnej myśli i działania kościelnego utrzymywały się przy życiu nawet o wiele dłużej niż przyczyny materialne, które je wywołały.

Potęga kościoła średniowiecznego rozwinęła się z natury rzeczy najwcześniej w tych krajach, które należały niegdyś do państwa rzymskiego, a więc we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, później w Niemczech, najpóźniej na północy i we wschodniej części europejskiego świata zachodniego.

Te z plemion germańskich, które podczas wędrówki ludów próbowały zakładać państwa swoje na gruzach imperium rzymskiego, przeciwstawiając się kościołowi rzymskiemu, co wyrażało się w tym, że przyłączyły się one do wrogiej katolicyzmowi sekty arianów – te plemiona bądź to wyginęły, jak Ostrogoci lub Wandalowie, bądź uratowały się od grożącej im zagłady tylko przez poddanie się kościołowi rzymskiemu i przejście na katolicyzm.

Przewodzić zaś światu zachodniemu przypadło w udziale temu plemieniu, które od samego początku założyło państwo swoje w przymierzu z kościołem Rzymian, a więc plemieniu Franków. Król Franków w sojuszu z głową kościoła rzymskiego położył podwaliny pod zjednoczenie chrześcijaństwa zachodniego w jedno powszechne ciało o dwóch głowach, świeckiej i duchownej – pod zjednoczenie będące paląco pilnym nakazem chwili., jeśli się chciało dać skuteczny odpór naciskającemu zewsząd nieprzyjacielowi. Ale ani królom Franków, ani ich następcom z plemienia Sasów nie udało się zjednoczenia tego dokonać na stałe. Papieże rzymscy przeprowadzili to, co było daremnym usiłowaniem rzymskich cesarzy narodu niemieckiego – zespolenie chrześcijańskiego świata pod jednym monarchą. Żaden król feudalny z tego czy innego plemienia pochodzący, nie dorósł do zadania któremu podołać zdolna była tylko organizacja potężniejsza od władzy królewskiej: scentralizowany kościół.

xxxxxxxx

Nie da się ukryć, że jest to zupełnie inne spojrzenie na Kościół, niż to, do którego większość z nas jest przyzwyczajona. Kautsky opisuje go jako instytucję gospodarczą i państwowotwórczą, pomijając aspekt religijny, o którym pisze w innym miejscu.

W 313 roku Konstantyn wydał edykt mediolański, zezwalający na legalne wyznawanie chrześcijaństwa. W 392 roku cesarz Teodozjusz Wielki wprowadził chrześcijaństwo jako religię państwową. Wszelkie inne były odtąd nielegalne. Podział Cesarstwa Rzymskiego na zachodnie i wschodnie (Bizancjum) nastąpił w 395 roku. Cesarstwo zachodniorzymskie przeżywało stopniowy rozkład, osłabiane Wielką wędrówką ludów i najazdami Hunów oraz Wandalów, aż w końcu przestało istnieć, kiedy w roku 476 barbarzyński wódz Odoaker obalił cesarza Romulusa Augustulusa. Natomiast wschodnie cesarstwo istniało jeszcze długo. – Tak to opisuje Wikipedia.

Wielka wędrówka ludów na terytorium Cesarstwa Rzymskiego; źródło: Wikipedia.

Można sobie zadać w tym miejscu pytanie: Dlaczego w trzy lata po wprowadzeniu chrześcijaństwa jako religii państwowej w Cesarstwie Rzymskim nastąpił jego podział? Czy to był przypadek? Dlaczego upadło tylko cesarstwo zachodnie? I dlaczego tylko ono doświadczyło najazdów barbarzyńców?

Na te pytania nie daje odpowiedzi Kautsky, ponieważ zaczyna swoją analizę dziejów Kościoła od podziału Cesarstwa Rzymskiego i skupia się na jej części zachodniej. We wschodniej religia zostaje podporządkowana władzy państwowej, co w Europie zachodniej dokonuje się w okresie reformacji.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że klasztory, biskupstwa czy opactwa były czymś w rodzaju współczesnych korporacji. Zanim przystępowano do właściwej chrystianizacji, następował podbój gospodarczy danego terenu i to właśnie z tego powodu ludność miejscowa stawiała opór. Kwestia przyjęcia nowej wiary była drugorzędna. Opanowanie jakiegoś obszaru i tworzenie na nim klasztorów sprzyjało rozwojowi handlu. W dalszej konsekwencji następowało przyłączenie lub uzależnienie takiego obszaru od państwa, które dokonywało tej ekspansji gospodarczej. Był zatem Kościół w pierwszej kolejności organizacją międzynarodową, gospodarczą i handlową. Spełniał wszelkie funkcje państwa, nie będąc nim jednocześnie. A to wszystko w imię szerzenia „jedynej prawdziwej wiary”, tak jak dziś wykorzystuje się do tego ideę „wolnego rynku” i „demokracji”. I dzięki temu, w sposób niewidzialny, podporządkowywał sobie monarchów w różnych państwach. Wydaje się, że gdybyśmy znali prawdziwą i pełną historię Kościoła, to łatwiej było by nam zrozumieć współczesny świat. Jednak jakoś tak się dziwnie składa, że ten okres, gdy Kościół budował swoją potęgę, określany jest mianem wieków ciemnych. To okres od upadku cesarstwa zachodniego (476) do połowy X wieku.

Skąd się wzięła ta potęga Kościoła? Nie jest tajemnicą, że pierwsze gminy chrześcijańskie wywodziły się z gmin żydowskich. Swoją ekspansję skierowały przede wszystkim na obszar Imperium Rzymskiego. Nie trzeba przy tym wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że przedstawiciele tych gmin, a więc Żydzi, przenikali do struktur władzy Imperium. W ten sposób stopniowo je opanowywali. A to z kolei prowadzi do wniosku, że upadek Imperium był przeprowadzony w sposób kontrolowany i dokonano tego tylko w części zachodniej, dzieląc je uprzednio na dwie części.

Jeśli się spojrzy na historię powstań żydowskich przeciw Rzymowi, jeszcze przed zburzeniem Jerozolimy w 70 roku n.e., to wyłania się z niej jakaś nieuzasadniona, irracjonalna nienawiść Żydów do niego, nawet w sytuacjach, gdy byli oni traktowani łagodnie. Najwyraźniej już od początku starali się oni stworzyć wrażenie, że oni i Rzym, to ogień i woda. Później przeniosło się to na chrześcijaństwo i Kościół: ta chorobliwa wręcz nienawiść do krzyża.

„Żydzi z początkiem cesarstwa rzymskiego poza z dawna przodującymi skupiskami w Aleksandrii i w Rzymie, osiadają teraz we wszystkich miastach nadbrzeżnych morza Śródziemnego. Docierają do Galii i do Hiszpanii. Do wielkiego znaczenia urastają żydowskie ośrodki w Kartaginie i w Marsylii, zwanej żydowskim miastem.

To swobodne rozchodzenie się Izraela po miastach cesarstwa, zachowanie im praw obywatelskich, szeroki udział w zarządach miast (tzw. municypiach), opieka cesarzy, uprawiany wobec ludności wyzysk gospodarczy i wreszcie krecia robota, podkopująca fundamenty państwa, potęgowały rozwój antysemityzmu.” – Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Wydaje się, że jest to jeden wielki kamuflaż. Z opisu Kautsky’ego wynika, że Kościół był żydowskim tworem: to przywiązywanie wagi do handlu, to faworyzowanie Żydów przez papieży, to fałszowanie dokumentów. Jak zatem zjednać sobie rzesze wiernych? Trzeba ich przekonać, że Kościół nie jest zażydzony. Ale jak to zrobić? Bardzo prosto – poprzez zoologiczną nienawiść, jakby to powiedział Adam Michnik, Żydów do Kościoła, do chrześcijaństwa, do krzyża. W ten sposób starają się oni uwiarygodnić instytucję, która jest całkowicie przez nich opanowana i kierowana; od momentu powstania do dziś.

Klocki Lego

Jest takie chińskie przysłowie, które mówi, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. I zapewne jest w tym dużo racji. No to jedziemy z tymi rysunkami!

Poprzedni blog zakończyłem zdaniem, że Żydzi bawią się Polską i Ukrainą, jak klockami Lego. Jednak bardziej pasuje to do Polski, a może raczej do I Rzeczypospolitej i tego, co nastąpiło po niej, bo jej widmo nadal snuje się nad tymi ziemiami. To taki żydowski twór, domek z kart, który zaczął się rozpadać już niecałe 100 lat po jego utworzeniu, w czasie wojen szwedzkich, czyli tzw. potopu szwedzkiego. Wtedy jednak nie doszło do likwidacji tego tworu.

Królestwo Polskie

Królestwo Polskie za panowania Kazimierza III Wielkiego 1333-1370); źródło: Wikipedia.

Unia lubelska

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Potop

Okupacja Rzeczypospolitej przez Szwecję i Rosję w listopadzie 1655 roku; źródło: Wikipedia.

Rozbiory

Dopiero ponad 100 lat później doszło do trzech rozbiorów Rzeczypospolitej. Nie wiem dlaczego cały czas mówi się o rozbiorach Polski, skoro rozbierano I Rzeczpospolitą.

Podział Rzeczypospolitej w 1772, 1793 i 1795; źródło: Wikipedia.

Widać wyraźnie, że granica pomiędzy zaborami pruskim i austriackim a rosyjskim przebiega do pewnego momentu wzdłuż linii Curzona. A więc Rosja w obu przypadkach zabrała tylko ziemie dawnej Rusi Kijowskiej. Z ziem drugiego i trzeciego zaboru pruskiego i drugiego austriackiego (1795) utworzono Księstwo Warszawskie.

Księstwo Warszawskie

Księstwo Warszawskie (fr. Duché de Varsovie, niem. Herzogtum Warschau) – istniejące w latach 1807–1815 państwo polskie związane unią personalną z Królestwem Saksonii. Formalnie niepodległe, z własną konstytucją, Sejmem, Senatem, rządem i armią oraz suwerennym władcą, którym był król saski. Faktycznie terytorium zależne od Cesarstwa Francuskiego podporządkowane Napoleonowi Bonaparte jako cesarzowi Francuzów i protektorowi Związku Reńskiego, w skład którego wchodziło Królestwo Saksonii. Utworzone w 1807 roku na mocy traktatu w Tylży z części ziem zaboru pruskiego. W 1809 w wyniku wojny z Austrią powiększone o część ziem zaboru austriackiego. W czerwcu 1812 roku przekształcone formalnie przez Konfederację Generalną (skonfederowany Sejm) w Królestwo Polskie. Od lutego 1813 roku okupowane przez armię rosyjską. Na kongresie wiedeńskim w 1815 roku podzielone między Rosję, Prusy i Austrię, a z większości jego terytorium utworzono podległe Rosji Królestwo Polskie (kongresowe). – Wikipedia.

Ziemie polskie pod zaborami; źródło: Wikipedia.

Jak widać na powyższej mapce, okręg białostocki do 1807 roku należał do Prus. W wyniku postanowień traktatu w Tylży został on włączony do Rosji.

Księstwo Warszawskie przed wojną z Austrią 1807-1809; źródło: Wikipedia.
Księstwo Warszawskie po wojnie z Austrią; źródło: Wikipedia. Zostało ono powiększone o ziemie, które Austria uzyskała po III rozbiorze Rzeczypospolitej w 1795 roku.

Konfederacja Generalna Królestwa Polskiego (1812-1813)

Konfederacja Generalna Królestwa Polskiego – skonfederowany nadzwyczajny Sejm Księstwa Warszawskiego, który w czerwcu 1812 roku formalnie przekształcił Księstwo Warszawskie w Królestwo Polskie i proklamował przyłączenie do niego „ziem zabranych”. Konfederacja Generalna była odpowiedzią na rozpoczęcie przez Napoleona wojny z Rosją, oficjalnie zwanej drugą wojną polską. W lipcu 1812 roku formalnie przejęła ziemie litewsko-ruskie dawnej Rzeczypospolitej. W wyniku przegranej wojsk Napoleona oraz okupacji Księstwa Warszawskiego przez wojska rosyjskie (1813) działania Konfederacji w praktyce przestały obowiązywać.

Uchwałę w sprawie konfederacji podjęto 28 czerwca 1812 r. Tuż przed odczytaniem aktu konfederacji minister skarbu Tadeusz Matuszewicz miał powiedzieć: Powstanie więc Polska, co mówię? Jest już Polska, a raczej nigdy ona być nie przestała.

Plan jej powstania wysunął Napoleon Bonaparte jeszcze 31 maja tegoż roku w Poznaniu po konsultacjach z Tadeuszem Matuszewiczem. Realizując to porozumienie, król Saksonii i książę warszawski Fryderyk August I dekretem z dnia 26 maja zrzekł się wszystkich swych kompetencji, z wyłączeniem zmian w sądownictwie oraz prawa do nominacji i zawieszania ministrów, na rzecz Rady Ministrów Księstwa Warszawskiego. W założeniach przywrócenie Królestwa Polskiego miało wspomóc siły koalicjantów w czasie wojny z Rosją. Wielka Armia, wkraczając na ziemie zabrane, występowała tym samym jako wyzwolicielka Polaków. – Wikipedia.

Źródło: Wikipedia.

Kongres wiedeński

Ziemie polskie po kongresie wiedeńskim w 1815 roku; źródło:Wikipedia.

Przedyskutowanie sprawy polskiej nie było głównym celem, dla którego we wrześniu 1814 roku zebrał się kongres wiedeński. Z Polski nie zaproszono nikogo. Ale jak jeszcze nieraz później, waśnie między mocarstwami uczyniły z rozwiązania spraw polskich zasadniczą przeszkodę na drodze do porozumienia. Brytyjski sekretarz stanu, Robert Castlereagh, podniósł kwestię niepodległości Polski jako sposób na ukrócenie ambicji swoich partnerów w trzeciej koalicji. Jego memoriał w sprawie Polski z 23 października sugerował trzy różne rozwiązania. Pierwsze przewidywało utworzenie niepodległego państwa polskiego w granicach z 1772 roku; drugie – powrót do sytuacji z 1791 roku, włącznie z Konstytucją 3 maja; trzecie wreszcie – nowy podział Księstwa Warszawskiego wzdłuż linii Wisły. Aleksandrowi I żadne z tych rozwiązań nie wydawało się równie atrakcyjne, jak plan przygotowany wspólnie z Berlinem, w myśl którego Rosja zabrałaby całe Księstwo Warszawskie, gdyby Prusom zezwolono na zabranie całej Saksonii. W styczniu 1815 roku rozmowy utknęły w martwym punkcie. Talleyrand zaproponował nowe przymierze między Brytanią, Francją i Austrią jako przeciwwagę dla połączenia sił Rosji i Prus. Na chwilę w powietrzu zwisła groźba ponownego wybuchu wojny, ale wiadomości o ucieczce Napoleona z Elby przywróciły dyplomatom zdrowy rozsądek. Ponownie utworzono wspólny front. W sprawie polskiej mocarstwa postanowiły przyjąć kompromis. Prusy zadowoliły się Poznaniem i zachodnim pograniczem Księstwa Warszawskiego, zabierając jedynie połowę Saksonii, wraz z Gdańskiem, szwedzkim Pomorzem i kilkoma księstwami Nadrenii, dorzuconymi do równego rachunku. Austria zrezygnowała z roszczeń do Nowej (zachodniej) Galicji, uzyskała natomiast Tarnopol i zatrzymała Galicję „właściwą”. Kraków miał być Wolnym Miastem pod połączonym protektoratem mocarstw. Cesarstwo rosyjskie miało wynieść pewne korzyści z niewielkiej korektury granicy w pobliżu Białegostoku, car zaś przyjmował koronę nowego i niepodległego „Królestwa Polskiego”. Zatwierdzający te postanowienia traktat został podpisany przez trzy mocarstwa rozbiorowe 3 maja 1815 roku. W dniu 9 czerwca, na tydzień przed bitwą pod Waterloo, podpisano właściwy traktat wiedeński. Faktycznie – chociaż nie nominalnie – dokonał się piąty rozbiór Polski. – Norman Davies Boże igrzysko (1999).

Republika Polska

Republika Polska w połowie listopada 1918 roku; źródło: Wikipedia.

II Rzeczpospolita

Źródło: Wikipedia.

17 września 1939

Źródło: Wikipedia.

Polska Rzeczpospolita Ludowa

Podział administracyjny Polski w dniu 22 sierpnia 1944 roku; źródło: Wikipedia.

xxxxxxxx

Jak widać z powyższych „rysunków” ziemie polskie są chyba wyjątkowym miejscem na świecie ze względu na ciągle zmiany: łączenie z ziemiami, które z Polską nie miały nic wspólnego i nie było to w interesie Polski. Unia lubelska stała się źródłem kłopotów Polaków i zmarginalizowania ich w tym związku z obcym kulturowo żywiołem. Dziś „Polska” jest już państwem, w którym żywioł wschodni dominuje i to on decyduje o kierunku polityki tego państwa, która jest całkowicie skoncentrowana na kierunku wschodnim. I tak to trwa od tej feralnej unii lubelskiej.

To, co daje się zauważyć z tych „rysunków”, to fakt, że Rosja nie dążyła do zajęcia ziem polskich, tylko do odzyskania historycznych ziem Rusi Kijowskiej. Jednak w sytuacji, gdy była zaatakowana od strony zachodniej, to zajmowała ziemie polskie. Tak było w czasie wojen napoleońskich, gdy wojska rosyjskie dotarły do Łaby, a więc zajęły również ziemie Księstwa Warszawskiego. Tak samo zachował się Związek Radziecki zaatakowany przez Hitlera. Wówczas wojska radzieckie dotarły do Berlina, a więc zajęły ziemie polskie.

Obecnie nie wygląda na to, by Rosja została zaatakowana od strony zachodniej, co oznacza, że nie wkroczy na ziemie polskie, które już raczej są ziemiami ukraińskimi. Ale czy to nie oznacza, że niebezpieczeństwo przyjdzie z zachodu i będzie skutkowało utratą tzw. Ziem Odzyskanych? Historia tych ziem dowodzi, że jest to miejsce, w którym wielkie mocarstwa rozgrywają swoje interesy i robią z tym państwem, co im się żywnie podoba. Niemcy nazywają je złośliwie państwem sezonowym lub państwem na kółkach, ale przecież to nie Polacy są temu winni. Tak się historia ułożyła, a raczej ułożyli ją ci, którzy ją układają.

Nie ulega wątpliwości, że wkrótce znowu nastąpi tu zburzenie tej dotychczasowej układanki z klocków Lego i złożenie ich w nową kompozycję. W takim położeniu, pomiędzy Niemcami a Rosją, nie ma miejsca na jakąkolwiek stabilizację, która jest niezbędna, by powstało dobrze zorganizowane państwo i bogate społeczeństwo.

Unia brzeska

Unia lubelska, której efektem było połączenie Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim i w konsekwencji powstanie nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą, stwarzała więcej problemów niż korzyści, ale chyba o to chodziło tym, którzy doprowadzili do jej powstania. W granicach tego nowego państwa znalazły się ziemie, na których panowało prawosławie. I stąd problem, że zasada Cuius regio, eius religio („czyja władza, tego religia”) nie mogła być zastosowana, a zachodziła obawa, że mogło być odwrotnie: czyja religia, tego władza, co skwapliwie wykorzystywała Katarzyna II.

Sytuacja wyznaniowa w I Rzeczypospolitej w 1573 roku. Na zielono zostały zaznaczone obszary zdominowane przez wyznawców prawosławia; źródło: Wikipedia.

Problem zaczął się wraz rozbiciem dzielnicowym Rusi Kijowskiej i mongolskim najazdem. Wikipedia tak to opisuje:

Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą. W I połowie XIV w. Moskwa stała się siedzibą metropolii. W 1448 Kościół ten jednostronnie ogłosił swoją niezależność od Patriarchatu Konstantynopolitańskiego, zaczął samodzielnie dokonywać wyboru i intronizacji metropolitów moskiewskich, zaś metropolita Jonasz przybrał tytuł metropolity moskiewskiego i całej Rusi. Działo się to zaledwie na 5 lat przed upadkiem Konstantynopola, toteż Moskwa po jego upadku zaczęła uzurpować sobie prawo bycia sukcesorką jego tradycji, określając się jako Trzeci Rzym.

W 1589 metropolita Hiob ogłosił się patriarchą Moskwy i całej Rusi, co zostało potwierdzone przez patriarchę konstantynopolitańskiego. W Rosyjskim Kościele Prawosławnym, zajmuje on piąte miejsce w dyptychu Kościołów prawosławnych, tuż po czterech patriarchatach starożytnych. W ciągu następnych lat wraz z osłabianiem się potęgi domu carskiego patriarchowie (zwłaszcza Hermogen i Filaret) stali się wpływowymi figurami w państwie. Sobór moskiewski w 1620 uznał oficjalnie katolików za niechrześcijan i orzekł, że należy ich chrzcić na nowo.

Na mocy umowy z Konstantynopolem z 1686 r. Kościół prawosławny na terenach dzisiejszej Ukrainy i Białorusi podporządkowany został patriarchatowi w Moskwie. Terytorium metropolii kijowskiej zostało oddane przez Patriarchat Konstantynopolitański pod jurysdykcję kanoniczną patriarchatu moskiewskiego listem synodalnym patriarchatu konstantynopolitańskiego w 1686, wydanym po traktacie Grzymułtowskiego, który to list patriarcha Konstantynopola Bartłomiej anulował 11 października 2018 roku.

Traktat Grzymułtowskiego i poddanie metropolii kijowskiej jurysdykcji kanonicznej patriarchatu moskiewskiego pozwalały Rosji na instrumentalne interwencje Katarzyny II w kwestie wyznaniowe w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej.

xxxxxxxx

Dosyć dobrze jest przedstawiony ten problem na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej w artykule Kościół prawosławny i unia brzeska (https://zpe.gov.pl/b/kosciol-prawoslawny-i-unia-brzeska/PswebXpKQ). Poniżej jego treść:

Cerkiew prawosławna na początku XVI w. przeżywała podobne problemy jak Kościół katolicki. Rażący był niski poziom intelektualny duchowieństwa, brak głębszych zainteresowań religijnych wśród hierarchów, upadek rygorów życia zakonnego. Prawosławie podlegało patriarchatowi Konstantynopola, który tracił na znaczeniu, tymczasem rosła pozycja Moskwy jako ostoi i opiekuna Kościoła wschodniego, zwłaszcza po utworzeniu w 1589 r. patriarchatu moskiewskiego.

W Rzeczypospolitej sytuację tę obserwowano z niepokojem. Obawiano się, że jej prawosławni mieszkańcy podlegać będą duchownemu rezydującemu w kraju, z którym Rzeczpospolita toczyła wojny. Jednocześnie król Zygmunt III Waza pozostawał pod wpływem ks. Piotra Skargi, namawiającego go do zjednoczenia różnych Kościołów w kraju. W XVI w. Rzeczpospolita Obojga Narodów była bowiem państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym. Ale do unii skłaniali się również prawosławni duchowni, dostrzegając konieczność reform. W ten sposób doszło do wydarzenia, które przyczyniło się z jednej strony do powstania nowego Kościoła greckokatolickiego, a z drugiej – nowych napięć religijno narodowościowych w Rzeczypospolitej.

Dążenie do odrodzenia prawosławia

W XVI w. zmieniło się położenie Kościoła prawosławnego. W wyniku ekspansji większość wyznawców prawosławia znalazła się pod panowaniem tureckim, a wierni musieli się skoncentrować na obronie swojej tożsamości. Część z nich zaczęła stopniowo odchodzić od swojej wiary, mimo że nie było to odgórnie narzucone. Przejście na islam przynosiło poprawę warunków życia i umożliwiało zrobienie kariery wojskowej lub dworskiej. Dodatkowym czynnikiem działającym na niekorzyść prawosławia było niewykształcenie się nurtu humanistycznego w tym kręgu kulturowym, co zniechęcało do Cerkwi szlachtę, gdyż ta chciała obracać się w kręgu oddziaływania nowej intelektualnej mody. Braki te piętnowali ludzie świeccy i to właśnie oni stali się orędownikami zmian. Pierwsze miejsce wśród nich zajmował najbogatszy magnat Rzeczypospolitej Konstanty Wasyl Ostrogski, założyciel prawosławnej trójjęzycznej akademii w Ostrogu oraz sieci szkół przycerkiewnych na Wołyniu, a także inicjator pierwszego pełnego przekładu Pisma Świętego na język staro cerkiewno słowiański, który opublikowano w 1581 r. i nazwano Biblią ostrogską. Ważny czynnik odnowy stanowiły również świeckie bractwa religijne, powstające w większych miastach.

W stronę unii

Król Zygmunt III Waza zaczął naciskać na podporządkowanie polskiej Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu. W dzieło reformy włączyli się wkrótce prawosławni biskupi, którzy – aby uwolnić się od nacisku świeckich, a także zabezpieczyć się przed rosnącą potęgą patriarchatu moskiewskiego i cara – gotowi byli zgodzić się na unię z Kościołem katolickim. Jej istotą miało być uznanie prymatu papieża przy jednoczesnym zachowaniu własnego języka nauczania i form kultu. Pomysł ten podjęli biskup krakowski Bernard Maciejowski i jezuici z Piotrem Skargą na czele. W Polsce unię ogłoszono w 1596 r. na synodzie w Brześciu nad Bugiem, od którego zyskała ona miano unii brzeskiej, choć oficjalnie zawarto ją uroczyście w Rzymie w roku poprzednim.

W latach 80-tych XVI wieku zaczyna się ruch w stronę odnowy Cerkwi, ale nie poprzez jakąś reformę wewnętrzną a związanie się z Kościołem katolickim. Następuje powrót do unii florenckiej.

Unia florencka – unia Kościoła katolickiego i prawosławnego ogłoszona bullą Laetentur Caeli (Niech się radują niebiosa) papieża Eugeniusza IV na soborze florenckim 6 lipca 1439 roku. W tym wypadku miało to być podporządkowanie się Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu i uznanie papieża jako zwierzchnika Cerkwi.

Jedną z przyczyn skłaniających do tej unii był kryzys zaufania do patriarchy konstantynopolitańskiego, który był zwierzchnikiem metropolity kijowskiego. Patriarcha przyjechał w latach 80-tych na Ukrainę i bez pytania kogokolwiek o zgodę, choć miał zgodę króla, złożył z urzędu metropolitę i mianował jego następcę, ale nie metropolitę tylko – egzarchę, czyli niższego w hierarchii. Co więcej, wprowadził on poważne zmiany w samej Cerkwi, nadając autonomię tzw. bractwom cerkiewnym. To były stowarzyszenia, w których łączyły się osoby duchowne i świeckie, działając dla dobra miejscowej społeczności. Później zajęły się one działalnością edukacyjną, gospodarczą (budownictwo) itp. Dostając tę autonomię od patriarchy zostali wyłączeni spod zarządu miejscowych władyków (biskupów), co nie podobało się Cerkwi w Rzeczpospolitej.

Drugą przyczyną, która sprawiła, że Cerkiew zaczęła bardzo poważnie rozważać kwestię zawiązania unii z Kościołem katolickim było powołanie w roku 1589 czwartego patriarchatu w Kościele prawosławnym, czyli patriarchatu moskiewskiego. W naturalny sposób patriarchat moskiewski zaczął rościć sobie prawo do zwierzchnictwa nad ludnością prawosławną Rzeczypospolitej. Kijów nie chciał się na to zgodzić. Nie zamierzał poddawać się pod władzę patriarchy uznawanego za rządzącego Kościołem, stojącego na znacznie niższym poziomie prawosławnego rozwoju cywilizacyjnego, niż kwitnąca intelektualnie metropolia kijowska, choć nie w tym czasie, ale o głębokiej, starej tradycji.

Również król Zygmunt III Waza, poza tym, że starał się doprowadzić do przejścia protestantów na katolicyzm, chciał również to samo uczynić z prawosławnymi. On również czuł się zaniepokojony tym, że Moskwa może teraz rościć sobie zwierzchnictwo nad wyznawcami prawosławia na terenie Rzeczypospolitej. Stąd nieformalny sojusz w tym jednym elemencie. Króla niepokoiło również to, że w roku 1595 prawosławni i protestanci zawarli w Rzeczypospolitej sojusz wymierzony przeciwko działaniom króla, postrzeganego już wtedy jako ten, który będzie starał się siłą narzucić katolicyzm protestantom i prawosławnym. Żeby rozbić ten sojusz, król popiera ideę unii pomiędzy dwoma Kościołami. Ona jest również obecna w polityce Rzymu, który w latach 70-tych i 80-tych lansował taką politykę w stosunku do różnych państw, także do Moskwy. W roku 1594 zostaje zawarte wstępne porozumienie pomiędzy Cerkwią prawosławną a Rzymem. Dochodzi do tego w siedzibie papieskiej. Cerkiew zgadza się uznać zwierzchnictwo papieża. Później w roku 1596 synod brzeski formułuje takie warunki ugody i zostaje ona podpisana.

Unia brzeska – połączenie Cerkwi prawosławnej z Kościołem katolickim w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, dokonana w Brześciu Litewskim w 1596 roku. Część duchownych prawosławnych i wyznawców prawosławia uznała papieża za głowę Kościoła prawosławnego i przyjęła dogmaty katolickie.

Unia stała się powodem rozłamu w Cerkwi, jako że bractwa religijne i część duchowieństwa jej nie uznały. Za unią opowiedział się król Zygmunt III Waza i choć nie podjął aktywnych działań w celu zwalczania prawosławia, to jednak do 1609 r. Cerkiew prawosławna działała nielegalnie. Spór załagodził dopiero Władysław IV, zobowiązując się do prowadzenia polityki mającej na celu pogodzenie unitów (katolików obrządku wschodniego) i dyzunitów (prawosławnych). W międzyczasie jednak większość magnaterii i szlachty ruskiej zdążyła już przejść na katolicyzm, na obrońców prawosławia awansowali zaś Kozacy.

xxxxxxxx

Według Wikipedii unia miała na celu podporządkowanie Kościoła prawosławnego jurysdykcji papieskiej na terenach Rzeczypospolitej, przy zachowaniu przez Kościół prawosławny dotychczasowego obrządku. Za unią opowiedziała się większość hierarchii prawosławnej, w tym metropolita kijowski i halicki Michał Rahoza. Przeciwko unii było dwóch biskupów prawosławnych, za unią opowiedziało się sześciu biskupów.

Część wiernych prawosławnych na czele z ruskim kniaziem Konstantym Ostrogskim nie zaakceptowała warunków unii. W tym samym czasie w Brześciu odbył się Sobór przeciwników unii, w którym uczestniczyli przedstawiciele duchowieństwa na czele z biskupem przemyskim Michałem Kopysteńskim i biskupem lwowskim Gedeonem Bałabanem oraz świeccy. Sobór ten potępił akt unii z Kościołem rzymskokatolickim i pozbawił hierarchów, którzy do niej przystąpili, święceń biskupich. Zaogniający się konflikt wkrótce pchnął przeciwników unii do przymierza z Księstwem Moskiewskim.

W 1635 roku dokonał się podział kościoła wschodniego na dwie legalne i równoprawne metropolie kijowskie: unicką i prawosławną – dyzunicką. Metropolia unicka dzieliła się na siedem diecezji, a dyzunicka na sześć diecezji. Taki stan trwał do końca XVII wieku.

Sytuacja wyznaniowa w Rzeczypospolitej w 1750 roku; źródło: Wikipedia.

Jak widać na powyższej mapie unici dominowali na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak po III rozbiorze Rzeczypospolitej sytuacja zaczęła się zmieniać. Mieczysław Kuriański w swojej pracy Unia brzeska (1596): geneza, zawarcie i dalsze losy (http://perspectiva.pl/pdf/p29/07-KURIANSKI.pdf) m. in pisze:

Podporządkowanie formalne Cerkwi prawosławnej w Polsce Patriarchatowi Moskiewskiemu nastąpiło w 1686 r. Bp Józef Siemaszko na synodzie połockim w 1839 roku oddał Kościół unicki w Cesarstwie Rosyjskim w ręce Cerkwi prawosławnej. Wielu unitów przeszło z praktykami religijnymi niejako do podziemia. Zanim w 1875 r. rząd carski przystąpił do likwidacji ostatniej reduty unickiej w diecezji chełmskiej, w obronie wiary oddali życie męczennicy z Drelowa i Pratulina (1874). Ostatecznie w Rosji unia przestała istnieć w 1899 roku. Natomiast Kościół unicki w zaborze austriackim był przeciwstawiany łacińskiemu. W 1774 r. Maria Teresa imputowała mu nazwę Kościół Greckokatolicki. Cerkiew mogła rozwijać się swobodnie. Wreszcie wybiła godzina i w 1918 r. Polska została wskrzeszona. W II Rzeczypospolitej mieszkało około 3,4 mln unitów. Wyznawcy uniccy mieli trzy diecezje podporządkowane metropolii halicko-lwowskiej; dla Łemkowszczyzny utworzono administraturę apostolską.

W podsumowaniu warto postawić pytanie, czy unia brzeska spełniła oczekiwania? Częściowo tak, bo podniosła cywilizacyjnie Cerkiew, jej poziom duchowy i intelektualny. Wreszcie wpisała się w modlitwę Chrystusa, który gorąco prosił Ojca, «aby byli jedno». Dlaczego nie powiodła się w pełni? Tu, oprócz ambicji niektórych hierarchów i możnych, zaważyły przede wszystkim czynniki zewnętrzne: powstanie Patriarchatu Moskiewskiego i jego wywrotowe działanie w państwach ościennych, gdzie mieszkali prawosławni; wreszcie rozbiory Polski i wrogi stosunek władz do unitów w Cesarstwie Rosyjskim. Stali się oni kozłem ofiarnym w rękach cara. Teraz Cerkiew Greckokatolicka w wolnej Polsce rozwija się, buduje swoją tożsamość i ubogaca naszą wspólną historię, jak też Kościół powszechny.

xxxxxxxx

Czy unia brzeska spełniła oczekiwania, pyta Mieczysław Kuriański. To zależy czyje? I czym ona była? Czy rzeczywiście chodziło o powrót prawosławnych na łono Kościoła katolickiego? A może chodziło o zupełnie coś innego? – O podział prawosławia. A jeśli tak, to unia była tylko kontynuacją reformacji. Tak jak w Europie zachodniej jej celem było rozbicie katolicyzmu, tak we wschodniej – rozbicie prawosławia. Tak jak w Europie zachodniej tajne związki doprowadziły do reformacji, tak we wschodniej – tzw. bractwa cerkiewne osłabiały prawosławie. Schemat działania ten sam. A skoro tak, to i sprawcy tych rozłamów ci sami?

Wygląda na to, że unia z Wielkim Księstwem Litewskim miała dwa cele: polityczny i religijny. Nie wiem, który ważniejszy, ale ważniejszy chyba był podział prawosławia. O tym pośrednio może świadczyć fakt, że bezpośrednio przed unią wydzielono z WKL województwo podlaskie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie. I to właśnie te tereny, włączone do Korony, stały się miejscem wojen religijnych, choć nazywano je powstaniami, tak jak powstanie Chmielnickiego. Przyznam, że od kiedy dowiedziałem się, że coś takiego miało miejsce, to zastanawiałem się po co to zrobiono?

„Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą.”

Wikipedia tak go charakteryzuje:

Był z pochodzenia Grekiem. Został metropolitą kijowskim w 1283. Do objęcia tego urzędu był typowany jeszcze za życia swojego poprzednika Cyryla. Sprawowanie obowiązków metropolity rozpoczął od wyjazdu do Złotej Ordy. Następnie zwołał w Kijowie sobór biskupów ruskich (treść jego obrad i decyzji jest nieznana). W 1285 udawał się z wizytami na Wołyń, do Nowogrodu, Halicza, Pskowa i Włodzimierza. Tam też w 1299 przeniósł na stałe siedzibę metropolitów kijowskich (we Włodzimierzu czasowo rezydował już Cyryl II). Przeniósł biskupa włodzimierskiego Szymona do eparchii rostowskiej i sam objął obowiązki hierarchy włodzimierskiego. W 1300 udał się do Nowogrodu Wielkiego, zaś w 1301 wyjeżdżał do Konstantynopola w celu udziału w soborze biskupów. Zdaniem D. Ostrowskiego Maksym opuścił Kijów, gdyż pragnął rezydować w tym samym mieście, co wielki książę, nominalny władca całej Rusi (tak, jak patriarcha Konstantynopola przebywał w miejscu zamieszkania cesarza). B. Gudziak podkreśla, że Włodzimierz nad Klaźmą był zagrożony najazdami tatarskimi w co najmniej tym samym stopniu, co Kijów.

xxxxxxxx

Z tego fragmentu można wywnioskować, że to nie Moskwa rościła sobie prawo do przywództwa duchowego na całym prawosławiem, tylko Kijów przeniósł się do Moskwy, bo ta rosła w siłę i miała potencjał do „zebrania wszystkich ziem ruskich”.

Chińskie przysłowie mówi, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Jeśli za taki rysunek uznać powyższą mapę, to ona jest więcej warta, niż wiele prac poświęconych unii brzeskiej. Na niej widać, że unia objęła również tereny Litwy, w skład której wchodziła obecna Białoruś, ale tu był spokój. Dlaczego na terenach przyłączonych do Korony nastąpił podział prawosławia, a na Litwie – nie? Czy chodziło o to, by wywołać konflikt nie tylko religijny, ale również narodowy? Gdyby powstania wybuchały także na Litwie, to musiałyby być skierowane przeciwko Litwinom. Zdaniem Janusza Tazbira, polskiego historyka, następstwem zawarcia unii brzeskiej był wzrost niechęci wiernych prawosławnych do Polski i polskości. Ta niechęć często przeradzała się w nienawiść i tak to trwa do dziś. Miliony prawosławnych przesiedleńców, którzy pewnie za jakiś czas staną się polskimi obywatelami, nie wróży dobrze na przyszłość. Jednak to nie Polacy są temu winni, bo to nie oni podejmowali decyzję o utworzeniu unii politycznej i religijnej.

Prawosławie, tak samo jak katolicyzm i protestantyzm podlegało i podlega wpływom żydowskim. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Sekta judaizująca rozszerzyła się w kościele prawosławnym. Sekciarze na swych sekretnych zebraniach znieważali przedmioty kultu religijnego, ikony i krzyże, i dopuszczali się aktów świętokradztwa. Obaj na początku wtajemniczeni księża, Alexis i Denis, zdołali się dostać w bezpośrednie pobliże wielkiego księcia Iwana III, który zabrał ich z Nowogrodu do Moskwy i mianował arcybiskupami. Obaj arcybiskupi zajęli się tajemnie rozkrzewianiem judaizującej sekty wśród duchowieństwa i na dworze wielkoksiążęcym. Udało im się nawet wciągnąć do spisku Helenę, synową Iwana III, matkę następcy tronu i wiele innych wpływowych osób. Wsparty o tak potężnych popleczników Alexis został metropolitą prawosławnym; żydzi, sprawcy tego niesłychanego zamachu, ulotnili się z Rosji.

Dopiero w roku 1487, po trzynastoletnim istnieniu, sekta judaizantów została odkryta przypadkowo, lecz metropolita Alexis dopiero w 1503 roku zmuszony został do ustąpienia. W roku 1504 sobór potępił sektę i sekciarze jeszcze głębiej weszli pod ziemię. Za Iwana Groźnego ujawnili się znowu i w roku 1553 spadły na nich represje. Odtąd sekta ta przeniosła się na Litwę i pod kierunkiem Teodora Kossoja rozszerzyła się wśród prawosławnych tak dalece, że mnich prawosławny Zenobiusz Oleński w dziele naówczas przeciw niej skierowanym tak pisze: „Diabeł skorumpował wschód za pomocą Bahometa (Mahometa), zachód za pomocą Niemca Marcina Lutra, zaś Litwę za pomocą Kossoja”.

xxxxxxxx

Może właśnie dlatego na Litwie nie działo się tak, jak na Ukrainie. Wszędzie ci sami manipulują przy religiach i wyznaniach. Jest to najbardziej niezawodny sposób skłócania narodów. W 1899 roku unia przestała istnieć w Rosji, natomiast w katolickiej Austrii wręcz kwitła. Maria Teresa nazwała ją Kościołem Grekokatolickim. Wraz z powstaniem II RP Austrię uwolniono od niego, a podrzucono to kukułcze jajo państwu, które powstało tylko po to, by tworzyć problemy. I dzisiaj to kukułcze jajo jest jak znalazł.

19 kwietnia

Dziś przypada 80-ta rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Warto więc poświęcić mu trochę uwagi, zwłaszcza że wiedza o nim wśród Polaków jest, jak sądzę, nader skromna. Na Interii, a pewnie nie tylko na niej, pojawił się artykuł o tym powstaniu: Dziś rocznica powstania w getcie warszawskim. Jak do niego doszło? (https://wydarzenia.interia.pl/historia/news-dzis-rocznica-powstania-w-getcie-warszawskim-jak-do-niego-do,nId,6722699). Poniżej jego treść:

Dziś przypada 80. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Zdarzenie zapisało się na kartach historii Warszawy jako jeden z najbardziej bohaterskich przejawów oporu wobec niemieckiego okupanta podczas II wojny światowej. Kiedy wybuchło powstanie i dlaczego do niego doszło?

Powstanie w getcie warszawskim – czym było i dlaczego do niego doszło?

W trakcie niemieckiej okupacji Warszawy podczas II wojny światowej na terenie miasta powstało getto. Zamknięty obszar został utworzony 2 października 1940 roku. Zgodnie z ustaleniem władz Generalnego Gubernatorstwa, do getta ściągnięto Żydów z całej Warszawy. Pozostałe osoby zamieszkujące tereny znajdujące się w granicach dzielnicy żydowskiej przesiedlono do innych miejsc. Szacuje się, że w momencie największego przeludnienia w 1941 roku getto warszawskie zamieszkiwało około 450 tysięcy Żydów.

Żydzi zamieszkujący Warszawę doświadczali ciągłego terroru ze strony okupantów. Prześladowanie polegało między innymi na wykorzystywaniu mężczyzn i kobiet do niewolniczej pracy, biciu, torturach i wywożeniu do obozów zagłady. Ponadto dochodziło do zamykania żydowskich przedsiębiorstw, ograniczeń w zakresie posiadania gotówki oraz niszczenia synagog.

W lipcu 1942 roku, w ramach akcji “Reinhard” mającej na celu zagładę narodu żydowskiego, zaczęto wywozić mieszkańców osiedla do obozu w Treblince. Masowe wysiedlenia sprawiły, że na terenie getta pozostało około 60 tysięcy Żydów. Po decyzji Heinricha Himmlera dotyczącej likwidacji warszawskiej dzielnicy żydowskiej, na jej terenie wybuchło powstanie. Zbrojne wystąpienie przeciwko okupantowi rozpoczęło się 19 kwietnia 1943 roku.

Jaki przebieg miało powstanie w getcie warszawskim?

Powstanie w getcie warszawskim miało stanowić odwet za terror i ludobójstwo, którego dopuścili się okupanci. Na terenie dzielnicy działały organizacje takie jak Żydowski Związek Wojskowy czy Żydowska Organizacja Bojowa. Po stronie mieszkańców getta walczyło około 1500 bojowników. Dowódcą powstania był Polak pochodzenia żydowskiego – Mordechaj Anielewicz.

W początkowej fazie walk zaskoczeni okupanci ponosili straty. Powstańcy atakowali niemieckich żołnierzy za pomocą butelek z benzyną, granatów i broni, którą przemycano na teren getta od listopada 1942 roku. Walki były zaciekłe, bojownicy żydowscy często musieli stawiać czoła nie tylko oddziałom piechoty, ale również czołgom i pojazdom opancerzonym. Dowódcą żołnierzy okupanta tłumiących powstanie w getcie był Jürgen Stroop. Po 3 dniach intensywność walk spadła, a bojownicy zaczęli ukrywać się na terenie osiedla.

Armia Krajowa zorganizowała zbrojną operację pod kryptonimem Akcja Getto. W jej ramach usiłowano pomóc powstańcom poprzez próbę wysadzenia muru oddzielającego dzielnicę od reszty miasta. To się jednak nie udało.

Powstanie w getcie warszawskim trwało do 16 maja 1943 roku. W jego trakcie zginęło lub zostało schwytanych około 50 tysięcy powstańców i ludności cywilnej. Osoby pojmane przez okupantów zostały zabite lub trafiły do obozów zagłady. Niektórym powstańcom udało się ewakuować kanałami. Po upadku powstania w getcie warszawskim wysadzono Wielką Synagogę przy placu Tłomackie 7. Jürgen Stroop ogłosił, że żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć. 

Obchody 80. rocznicy powstania w getcie warszawskim

W tym roku 19 kwietnia przypada 80. rocznica powstania w getcie warszawskim. Z tego powodu organizowane są obchody mające na celu uczczenie pamięci poległych ludzi. Warto wspomnieć o akcji Żonkile. Organizatorzy przygotowali 450 tysięcy papierowych kwiatów. Będą one rozdawane w polskich miastach. Ich liczba nie jest przypadkowa – symbolizuje bowiem liczbę osób, które zamieszkiwały getto warszawskie w trakcie największego przeludnienia. Papierowe żonkile upamiętnią społeczność żydowską biorącą udział w powstaniu.

Obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim będą również uwzględniać różnego rodzaju wydarzenia, między innymi koncerty, otwarcie wystaw muzealnych czy sadzenie Drzewa Pamięci. W obchodach upamiętniających powstanie wezmą udział prezydent Izraela Isaac Herzog, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oraz prezydent Andrzej Duda.

xxxxxxxx

Tyle Interia. A jak to było naprawdę? Jedynie prawda jest ciekawa, jak mawiał Józef Mackiewicz. A skoro tak, to dlaczego tak wielu stara się ją ukryć? Pewnie dlatego, że jest niewygodna, prawie dla wszystkich.

Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) poświęcił też trochę uwagi tym wydarzeniom. Tekst zapisany kursywą jest cytatem: Ewa Kurek – Poza granicami solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1944 (2008). Miszalski pisze:

Historycy żydowscy próbują na ogół przedstawić relacje niemiecko-żydowskie na terenie okupowanej Polski w latach całej wojny jako jednolite: jako relacje wzajemnej wrogości. Ukrywają w ten sposób kolaborację Żydów z Niemcami w latach 1939-1942, przed niemiecką decyzją powziętą w Wannsee o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”.

Tymczasem te wzajemne stosunki niemiecko-żydowskie były początkowo bardzo dwuznaczne. O ile Niemcy fizycznie niszczyli od początku wojny polskie elity polityczne, intelektualne, polską kadrę urzędniczą i oczywiście polskie siły wojskowe i policyjne (tzw. granatowa policja nie była pod żadnym względem podległa władzom polskiego Państwa Podziemnego), a Polacy na miarę swych możliwości, starali się odpowiadać tym samym okupantowi – Żydzi podjęli zaoferowaną im w początkach wojny przez Niemców współpracę.

Tuż po niemieckiej agresji w 1939 roku, już w drugiej połowie października, ustały wszelkie kontakty Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie (najliczniejszej w Europie!…) z polskimi władzami. Nie tylko warszawska gmina wyznaniowa żydowska, ale wszystkie niemal inne gminy żydowskie uznały, że sprawa polska nie jest sprawą żydowską i z niemieckim okupantem Polski trzeba się teraz porozumieć osobno. Tym samym władze tych gmin wyrzekły się obowiązku polskiego: walki z okupantem państwa polskiego. Żydowskie gminy wyznaniowe nie nawiązywały więc kontaktów z polskimi władzami podziemnymi celem wspólnej walki z okupantem.

W Polsce Żydzi zwierzyli Niemcom i uznali, że czwarty rozbiór Polski, czyli dokonany we wrześniu 1939 roku podział jej terytorium między Niemców i Sowietów, jest najlepszym momentem dla realizacji idei budowy na polskich ziemiach żydowskich autonomicznych prowincji. (…) Uważna lektura najpoważniejszych żydowskich źródeł powstałych w latach 1939-1942, zwłaszcza pisany niemal w całości po polsku „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego”, przetłumaczona z jidysz na polski „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma oraz „Kronika getta łódzkiego” – nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że powstałe w pierwszych dwóch latach drugiej wojny światowej żydowskie prowincje autonomiczne, zwane dotychczas w języku potocznym i naukowym gettami – z całą pewnością autonomie w Łodzi i Warszawie – były wynikiem realizacji nie tylko niemieckich planów represji wobec ludności żydowskiej, jak dotychczas powszechnie uważano, ale przede wszystkim skutkiem wcielonej w życie przez polskich Żydów pod niemiecką kuratelą żydowskiej idei (powstałej i zaprezentowanej Polakom w Sejmie ustawodawczym w roku 1920) żydowskich autonomicznych prowincji jako formy żydowskiej państwowości.

Żadna propaganda żydowska dzisiaj nie zmieni faktu, że do 1942 roku Żydzi w Polsce – poza nielicznymi wyjątkami – nie chcieli walczyć z niemieckim okupantem, lecz chcieli się z nim porozumieć.

Różnica między władzami żydowskich gmin wyznaniowych, które od wieków sprawowały rząd dusz nad wspólnotami żydowskimi w Polsce, a powołanymi jesienią 1939 roku na mocy niemiecko-żydowskiego porozumienia Judenratami była taka, że przedwojenne żydowskie władze były wybierane przez żydowskie społeczności i zajmowały się głównie sprawami związanymi z kultem i rytuałem religijnym (opieką społeczną, szkolnictwem podstawowym, religijnym, religijnym sądownictwem etc.) – zaś Judenraty zostały powołane przez niemieckiego okupanta spośród Żydów deklarujących wolę wszechstronnej współpracy z Niemcami, a zakres przyznanej Żydom przez Niemców władzy daleko odbiegał od tradycyjnych kompetencji przedwojennych gmin żydowskich i w miarę upływu czasu rozszerzał się (…). Sieć Judenratów w pierwszych miesiącach wojny pokryła wszystkie ziemie polskie pod okupacją niemiecką (…). Judenraty pełniły w życiu polskich Żydów niezwykle ważną, podwójną rolę: dla Niemców były swego rodzaju władzą wykonawczą, przedłużeniem niemieckiej władzy do getta i „żydowskim żandarmem” pilnującym wypełniania niemieckich rozporządzeń; dla Żydów były jedyną władzą, w której rękach skupione były wszystkie dziedziny żydowskiego życia.

Jesienią 1940 roku toczyły się najbardziej intensywne niemiecko-żydowskie rozmowy o ostatecznym kształcie i formie żydowskiej autonomii terytorialnej w Warszawie, w rozmowach tych uczestniczyli także przywódcy żydowskich autonomii z innych miast (…). W maju 1941 roku postanowiono, że Judenraty będą żydowskimi władzami samorządowymi, a każdy przewodniczący Judenratów (tzw. Obmann) będzie burmistrzem gminy. (…) Oznaczało to, że Judenratom przywrócona została zbliżona do tradycyjnej samorządowa funkcja przedwojennych zarządów gmin żydowskich, a żydowscy burmistrzowie stali się urzędnikami państwowymi państwa niemieckiego, reprezentującymi wobec poszczególnych gmin władze państwa niemieckiego.

Nie była to walka z okupantem: była to kolaboracja. Zanim Niemcy przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” – Żydzi w Polsce kolaborowali z hitlerowcami.

Henryk Makower w „Pamiętniku z getta warszawskiego” zapisał: Mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo Niemcy dali nam duże i ładne getto w śródmieściu.

Podobnie jak w wypadku wielu innych kwestii, posługując się zespołem utartych stereotypów, historycy zagłady przyjmują za oczywisty pewnik fakt, że getta były tylko wynikiem eksterminacyjnej polityki Niemców względem narodu żydowskiego; że zbudowano je bez udziału Żydów i wbrew ich woli. Tymczasem (…) zarówno w procesie wytyczania granic żydowskiej autonomii, czyli gett, jak i w procesie okalania ich murem lub drutem kolczastym czynnie uczestniczyły żydowskie władze autonomiczne. Toteż Adam Czerniaków zapisał w swym dzienniku w roku 1940: Mury są po to, aby bronić Żydów przed ekscesami – oraz dodawał nawet, że planuje się „opracowanie obrony obszaru getta”. Obrony przed… Polakami! Żydzi nie wiedzieli jeszcze wtedy nic o podjętym przecież dopiero w 1942 roku „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” przez Niemców…

Więc te mury miały ich bronić przed Polakami.

Chociaż byli polskimi obywatelami, Żydzi w swej masie nie identyfikowali się nadal z państwem polskim.

Jak daleko szedł ten brak identyfikacji? Tak daleko, że stawał się otwartą i powszechną wrogością wobec państwa polskiego i Polaków. W drugim roku okupacji i istnienia Judenratów, w 1941 roku w piśmie „Neged Hazerem” wydawanym w warszawskim getcie przez Haszomer Hacair („młodzieżówkę” partii Poalej Syjon) czytamy: Pakt sowiecko-niemiecki z sierpnia 1939 roku był posunięciem mądrym i uzasadnionym (Marek Jan Chodakiewicz – „Żydzi i Polacy 1918-1955. Współistnienie – zagłada – komunizm”.). Na czele tej młodzieżówki stał Mordechaj Anielewicz, wkrótce dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim. Jakie więc pretensje i o co mogli zgłaszać do Polaków bojownicy tej organizacji, jeśli akceptowali pakt Ribbentrop-Mołotow, uznając go za „mądry i uzasadniony”? Czego się spodziewali od Polaków: pomocy dla siebie jako zdrajców Polski?

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński w książce Ministerstwo spraw obcych (2019) pisze:

Wystarczą tylko źródła sporządzone przez Żydów, bo głos zamordowanych jest najbardziej wiarygodny i najważniejszy, a poza tym Otwarta Rzeczpospolita doniesienia do prokuratury na Żydów nie złoży. Na szczęście, zamordowani sporządzili przed śmiercią świadectwo nie tylko tego, kto mordował, ale także tego, że największymi wspólnikami Niemców w dziele wymordowania Narodu żydowskiego byli sami Żydzi. Przydatna będzie wydana w 1965 r. Kronika getta łódzkiego, z przedmową żydowskiego profesora Lucjana Dobroszyckiego. To autentyczne zapiski o tym, co działo się w getcie w Łodzi, do którego Polacy nie mieli wstępu. Źródło szczególnie niebezpieczne dla głoszonej od lat żydowskiej narracji, przeczące wszelkim oskarżeniom Polaków o współudział w zagładzie to Kronika getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma.

Umschlagplatz. Szmerling (Żyd, komendant Umschlagplatz) – oprawca z biczem. Zbrodniczy olbrzym Szmerling z pejczem w ręku. Pozyskał łaskę (Niemców). Wierny wykonawca ich zarządzeń. […] Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swoich braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokatami (większość oficerów policji żydowskiej była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach kobiety i dzieci, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź […]

– zapisał Ringelblum. Zanotował też: „Pierwsze strzały w getcie w Warszawie padły od Żydów do Żydów jako kara za szpiegostwo i współpracę z Niemcami”. Mordechaj Anielewicz, dowódca „powstania”, został zdradzony przez swoich współbraci. W czasie wojny nie odnotowano przypadku Polaka, który ubrał mundur niemieckiego Gestapo (nawet Hans Kloss w takim nie paradował – przyp. W. L.). Tymczasem po getcie warszawskim krążyli Żydzi ubrani w takie mundury. W polskich archiwach zachowały się ich zdjęcia. Może warto pokazać je światu. Przy alei Solidarności w Warszawie naprzeciw kościoła pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny nadal stoi budynek, w którym w czasie II wojny światowej mieściła się siedziba żydowskiego Gestapo, pod adresem Leszno nr 13. A może właśnie ten budynek przeznaczyć na muzeum Getta?

Gdy mówią, że Polacy dla Żydów zrobili za mało, że uratowali zbyt mało, może postawić pytanie: dlaczego Żydzi nie buntowali się i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy było to łatwe? Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki? Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych żydowskich mężczyzn albo dokonywało ich egzekucji. Niech dowodem będzie relacja Całka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: „Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał”.

xxxxxxxx

Hannah Arendt w 1963 roku w swojej książce „Eichmann w Jerozolimie” twierdziła, że gdyby nie Judenraty, to Żydów zginęłoby znacznie mniej. Bez nich ich rejestracja i koncentracja w gettach a potem wywózka do obozów zagłady nie byłaby możliwa, a przynajmniej nie na taką skalę. Pisała też, że w zakresie kooperacji z Niemcami nie było różnicy pomiędzy ściśle zasymilowanymi żydowskimi społecznościami Centralnej i Zachodniej Europy a mówiącymi jidysz masami Wschodu. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, cieszący się zaufaniem żydowscy urzędnicy tworzyli wykazy ludności i ich mienia.

(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)” – Baruch Milch, Testament, 1943 -1944. Cytat z Wikipedii.

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński pyta:

Dlaczego tak dużo Żydów przyjęło rolę kata własnego narodu? Dlaczego Żydzi walczyli i umierali za Hitlera, mimo iż mordował ich ziomków? Dlaczego żydowscy kaci nie zostali ukarani, a w 1950 r. Kneset zwolnił ich od odpowiedzialności karnej za popełnione zbrodnie, sankcjonując religijną tradycję żydowską, zgodnie z którą Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że Żyd nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. W Izraelu stosują zatem dwa różne kryteria moralności – z góry rozgrzeszają i usprawiedliwiają zachowania Żydów za szeroką kolaborację i współpracę z Niemcami, traktując jednocześnie podobne zachowania Polaków jako naganne i godne potępienia. (…) Uratowani z Holokaustu uznani zostali za ludzi drugiej kategorii niegodnych miana prawdziwego Izraelity i otoczeni powszechną pogardą. (…) Ocalonymi pogardzano aż do 1961 r., kiedy to posłużyli Ben-Gurionowi w negocjacjach z Adenauerem, od którego wytargował 5 niemieckich marek za każdy dzień pobytu Żyda w Auschwitz (także takiego, który nie był więziony, ale miał zakaz przemieszczania się).

xxxxxxxx

Wszystko wskazuje na to, że decyzję podjęto znacznie wcześniej niż na konferencji w Wannsee w styczniu 1942 roku. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisał:

„Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie male przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.”

Rolicki prawdopodobnie sądził, że ten problem może doprowadzić żydostwo do wielkiego kryzysu i pewnie dlatego tak zatytułował swoją książkę, ale zmierzch nie nastąpił. Znaleziono rozwiązanie. Przeprowadzenie tak skomplikowanej pod względem logistycznym operacji wymagało przygotowania. Tak naprawdę te getta, które powstały w okupowanej Polsce, były obozami koncentracyjnymi, do których zapędzono żydowską biedotę. I temu służyło odgradzanie się murem i drutem kolczastym, by nikt nie uciekł, a nie dlatego, że obawiano się Polaków. W momencie, gdy większość tej biedoty znalazła się w obozie, operacja stawała się możliwa do zrealizowania. O tym wspomniała Hannah Arendt.

Jeśli zaś chodzi o bierność ludności żydowskiej w obliczu śmierci i brak jakichkolwiek prób ratowania życia, to trzeba pamiętać, że ta społeczność w swojej masie posługiwała się językiem jidysz i nie znała języka polskiego i nie kontaktowała się z ludnością miejscową, więc nie miała gdzie uciekać, ani nie miała kogo prosić o pomoc. Z tego też względu los II RP był jej zupełnie obojętny.

Tak to wyglądało i chyba wypadało, by w ten dzień o tym wszystkim sobie przypomnieć.

Ardeny

O tym, jak wyglądała II wojna światowa na froncie wschodnim i jak to wszystko tam było ustawione, o tym pisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. A jak było na froncie zachodnim? Było tak samo. Przykładem tego, że tam również była ustawka jest klęska Francji w 1940 roku. Hitler przełamał linię obronną Francuzów w Ardenach i to praktycznie zadecydowało o wyniku całej kampanii we Francji. Opisał to szczegółowo Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-96) w rozdziale Bitwa o Francję.

Żeby jednak obraz był czytelny, to wypada na początek przybliżyć geografię tego rejonu. Belgia to część Niderlandów, czyli tzw. Low Countries. Jest to teren nizinny, miejscami depresyjny. Jednak jej południowo-wschodnia część jest górzysta – to Ardeny.

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

Ten klin, jakim wbija się granica francuska w terytorium Belgii w Ardenach i przez który przepływa Moza, to miejsce przełamania linii obronnej Francuzów. Po jego południowo-wschodniej stronie leży Sedan, a po północno-zachodniej Hirson nad Oise.

Linia Maginota – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie, mówiąc o „Linii Maginota”, ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem. Tak to opisuje Wikipedia.

Nowe Fronty – nazwa francuskich umocnień na granicy z Belgią. Budowę umocnień podjęto z inicjatywy premiera Francji Edouarda Daladiera w latach 1937-1940 dla zamknięcia linii francuskich fortyfikacji. Całkowita długość linii wynosiła ok. 300 km (od miejscowości Longwy do kanału La Manche). Na jej określenie używana jest też nazwa „linii Daladiera” (przez analogię do Linii Maginota), nie jest to jednak nazwa prawidłowa – pojęcie używane przez propagandę niemiecką. – Wikipedia.

Umocnienia wzdłuż granicy z Belgią; źródło: Wikipedia.

Te Weak fortifications to właśnie te Nowe Fronty. Natomiast Strong fortifications to linia Maginota. Miejscowość Longwy leży w miejscu, gdzie kończy się linia Maginota a zaczynają się Nowe Fronty. Przełamanie frontu w Ardenach, to najkrótsza droga na Paryż.

Z opisu Churchilla można wywnioskować, że robiono wszystko, by Niemcy mogli jak najłatwiej pokonać Francję. Poniżej fragmenty rozdziału Bitwa o Francję. Pisze on:

Armia niemiecka rosła w siłę, dojrzewała w ciągu minionych miesięcy i miała teraz o wiele potężniejsze uzbrojenie. Armia francuska trawiona pobudzonym przez Sowiety komunizmem i studzona długą, ponurą zimą spędzoną na froncie, praktycznie rozpadła się. Rząd belgijski, opierając istnienie swojego kraju na poszanowaniu przez Hitlera prawa międzynarodowego i belgijskiej neutralności, nie przygotował żadnego skutecznego planu. Przeszkody przeciwczołgowe i linia obrony, które miały powstać na froncie Namur-Louvain były nie ukończone i niewystarczające. Armia belgijska, w której szeregi wchodziło wielu odważnych i mądrych ludzi, nie bardzo mogła przygotować się do wojny w obawie pogwałcenia neutralności. Front belgijski został faktycznie przerwany w wielu miejscach przez pierwszą falę niemieckiego ataku, zanim jeszcze generał Gamelin dał sygnał do przeprowadzenia długo przygotowywanego planu. Wszystko na co można było teraz liczyć, to sukces w tej właśnie „otwartej bitwie”, której najwyższe dowództwo francuskie było zdecydowane uniknąć.

Osiem miesięcy wcześniej, w momencie wybuchu wojny, główna siła niemieckiej armii i lotnictwa była skoncentrowana na inwazji i pobiciu Polski. Wzdłuż całego zachodniego frontu – od Aix-la-Chapelle (Akwizgran – przyp.. W.L.) do granicy szwajcarskiej – stały 42 dywizje niemieckie, w tym żadna pancerna. Po mobilizacji Francuzi mogli rozmieścić naprzeciwko nich odpowiednio 70 dywizji. Z powodów, które już zostały wyjaśnione (ze względu na umocnienia Linii Zygfryda, szczegóły w blogu „Kto winien?” – przyp. W.L.), uważano wówczas, że atak na Niemcy jest niemożliwy. Sytuacja 10 maja 1940 roku była diametralnie różna. Wróg, korzystając z ośmiomiesięcznego opóźnienia i zniszczenia Polski, uzbroił, wyposażył i wyszkolił około 155 dywizji, w tym 10 pancernych.

Porozumienie Hitlera ze Stalinem umożliwiło zmniejszenie do minimum sił niemieckich na wschodzie. Przeciwko Rosji, według generała Haldera – niemieckiego szefa sztabu – nie zostało nic poza „siłami osłonowymi, ledwie nadającymi się do pobierania opłat celnych.” Nie przeczuwając własnej przyszłości, rząd sowiecki obserwował niszczenie tego „drugiego frontu” na zachodzie, którego wkrótce zacznie się tak gwałtownie domagać, i na który będzie musiał w męczarniach tak długo czekać. Wobec tego Hitler miał możliwość dokonania ataku na Francję przy pomocy 126 dywizji i siłami pancernymi 10 dywizji czołgów, z prawie trzema tysiącami pojazdów opancerzonych, w tym co najmniej tysiącem czołgów ciężkich.

Ogólna liczba dywizji alianckich postawiona do dyspozycji 10 maja wynosiła 135, czyli praktycznie tyle samo ile – jak teraz wiemy – posiadał przeciwnik. Prawidłowo zorganizowane i wyposażone, dobrze wyszkolone i dowodzone, siły te powinny, według standardów poprzedniej wojny, zatrzymać inwazję nieprzyjaciela.

Jednak Niemcy mieli pełną swobodę w wyborze czasu, kierunku oraz siły ataku. Więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się w południowym i wschodnim sektorze Francji, a 51 francuskich i brytyjskich dywizji z 1 grupy armii generała Billotte’a, z niewielką pomocą nadchodząca od Belgów i Holendrów, musiało stawić czoło nawałnicy ponad siedemdziesięciu wrogich dywizji Bocka i Rundstedta pomiędzy linią Longwy a morzem.

Połączenie ataku odpornych na ogień armatni czołgów z atakami bombowców nurkujących, co w mniejszej skali okazało się tak skuteczne w Polsce, znowu miało tworzyć czołówkę głównego ataku. Grupa pięciu pancernych i trzech zmotoryzowanych dywizji pod dowództwem Kleista, włączona do grupy armii A została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme.

Poprzedzone zmasowanym atakiem lotniczym na lotniska, linie komunikacyjne, punkty dowodzenia i magazyny, w nocy z 9 na 10 maja, siły niemieckie z grup armii Bocka i Rundstedta natarły na Francję przez granice Belgii, Holandii i Luksemburga. Osiągnięto absolutne zaskoczenie taktyczne w prawie każdym punkcie. Z ciemności wyłoniły się nagle niezliczone oddziały szturmowe, dobrze uzbrojone, nierzadko w lekką artylerię, i na długo przed nastaniem dnia 150 mil frontu stanęło w ogniu.

Holandia i Belgia, zaatakowane bez najmniejszego pretekstu czy ostrzeżenia, zwróciły się o pomoc. Holendrzy zawierzyli swojej linii wodnej; wszystkie śluzy, których wróg nie zdołał opanować lub odkryć, zostały otwarte, a holenderska straż graniczna odpierała najeźdźców ogniem. Belgom udało się zniszczyć mosty na Mozie, ale Niemcy zdobyli te nie zniszczone na Kanale Alberta.

Dla Belgii jedyną szansą obrony granic przed atakiem niemieckim był bliski sojusz z Francją i Wielką Brytanią. Linia Kanału Alberta i innych frontów wodnych była łatwa do obrony. Gdyby armie brytyjskie i francuskie, wspomagane przez armię belgijską, tuż po wypowiedzeniu wojny znalazły się na granicy Belgii we właściwym czasie, można by było z tych pozycji rozpocząć bardzo silną ofensywę przeciwko Niemcom. Ale rząd belgijski uznał, że ich bezpieczeństwo zależy od ścisłej neutralności, a ich jedyna nadzieja opierała się na wierze w dobrą wolę Niemców i poszanowanie przez nich traktatów.

Nawet po przystąpieniu Wielkiej Brytanii i Francji do wojny nie można było przekonać Belgów, aby ponownie przystąpili do starego sojuszu. Twierdzili, że będą bronić swej neutralności do ostatniej kropli krwi i usytuowali 9/10 swoich sił na granicy z Niemcami, jednocześnie zabraniając armii angielsko-francuskiej wejścia do swego kraju w celu skutecznego przygotowania obrony lub wyprzedzenia atakiem. Budowa nowych linii i rowu przeciwlotniczego przez armie brytyjskie zimą 1939 roku, z 1 armią francuską z prawej strony granicy francusko-belgijskiej, była dla nas jedynym dostępnym zabezpieczeniem.

xxxxxxxx

Jeśli więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się tam, gdzie umocnienia były najlepsze, czyli na Linii Maginota, a tam, gdzie były najgorsze, czyli na „Weak fortifications”, znajdowała się mniej niż połowa armii francuskiej, to kto podjął taką decyzję, która, mówiąc wprost, była sabotażem. W dalszej części Churchill sugeruje, że istniał konflikt pomiędzy generałem Gamelinem a generałem Georgesem, co uniemożliwiało sprawne dowodzenie. Jednak Francja nie była dyktaturą wojskową i władza zwierzchnia nad armią należała do władz cywilnych. Kto więc odpowiadał za taki stan? O tym Churchill nie pisze. Niezrozumiały wydaje się też opór Belgów i upieranie się przy neutralności i wiara w to, że Niemcy będą ją respektować. Wygląda na to, że oni również dostawali instrukcje z góry.

W dalszej części Churchill pisze:

Nie można zrozumieć tamtych decyzji bez uświadomienia sobie ogromnego autorytetu, jakim cieszyli się francuscy dowódcy wojskowi, i wiary każdego oficera francuskiego, że Francja rzeczywiście przewodziła i ponosiła główny ciężar strasznych walk lądowych w latach 1914-1918. Straciła milion czterysta tysięcy żołnierzy. Fochowi przyznano najwyższe dowództwo, a wielkie armie brytyjska i imperialna, składające się z 60 do 70 dywizji, zostały postawione, tak jak amerykańskie, bez zastrzeżeń pod jego rozkazy. Teraz jednak Brytyjski Korpus Ekspedycyjny liczył zaledwie 300 do 400 tysięcy żołnierzy, rozmieszczonych od baz w Hawrze i wzdłuż wybrzeża aż do granicy belgijskiej, wobec prawie 100 francuskich dywizji lub inaczej – wobec przeszło dwóch milionów Francuzów faktycznie obstawiających długi front od Belgii do Szwajcarii. Oddanie się pod dowództwo Francuzów i akceptowanie ich poglądów było w tej sytuacji czymś naturalnym. Spodziewano się, że w momencie wypowiedzenia wojny dowodzenie armiami francuską i brytyjską w warunkach polowych przejmie generał Georges, a generał Gamelin przejdzie na stanowisko doradcze we francuskiej Radzie Wojskowej. Jednak generał Gemelin, jako generalissimus, był przeciwny oddaniu władzy. Utrzymał najwyższe stanowisko. Irytujący konflikt władzy między nim a generałem Georgesem wystąpił w czasie ośmiomiesięcznego zastoju. Według mnie, generał Georges nigdy nie miał okazji stworzenia planu strategicznego w całości i na własną odpowiedzialność.

Brytyjski sztab generalny i nasze dowództwo polowe od dawna były niespokojne o tę lukę między północnym końcem linii Maginota a początkiem ufortyfikowanego frontu brytyjskiego wzdłuż granicy francusko-belgijskiej. Pan Hore-Belisha, minister wojny, podnosił tę kwestię kilka razy na forum Gabinetu Wojennego. Sprawa była przedstawiana kanałami wojskowymi. Jednak Gabinet i nasi dowódcy wojskowi czuliby się nieswojo, krytykując tych, których armie były dziesięć razy silniejsze od naszej. Francuzi uważali, że Ardeny są nie do przebycia nawet dla nowoczesnych armii. Marszałek Pétain stwierdził przed Senacką Komisją Armii: Ta strefa nie jest niebezpieczna. Sporo umocnień polowych zbudowano wzdłuż Mozy, ale czegoś takiego, jak mocna linia bunkrów i zapór przeciwczołgowych, które Brytyjczycy wykonali wzdłuż sektora belgijskiego, nie próbowano zbudować. Co więcej, 9 armia francuska generała Corapa składała się głównie z oddziałów poniżej standardu armii francuskiej. Z jej dziewięciu dywizji, dwie – to kawaleria (częściowo zmechanizowana), jedna dywizja forteczna, dwie (61 i 53) były drugorzędnej kategorii, dwie następne (22 18) gorsze od dywizji służby czynnej; jedynie dwie były dywizjami regularnej armii. Tutaj więc, od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości pięćdziesięciu mil nie było stałych umocnień i znajdowały się jedynie dwie dywizje zawodowych żołnierzy.

Nie można być silnym wszędzie. Często właściwe i konieczne jest utrzymywanie długich sektorów granicy lekkimi siłami osłonowymi, ale to oczywiście powinno mieć na celu jedynie włączenie większych rezerw do przeciwnatarcia, gdy zostaną rozpoznane punkty uderzenia wroga. Rozciągnięcie czterdziestu trzech dywizji, czyli połowy armii francuskiej, od Longwy do granicy szwajcarskiej – bronionej na całej długości przez forty linii Maginota lub przez szeroki, wartko płynący Ren z własnym systemem umocnień – było rozmieszczeniem rozrzutnym.

Ryzyko, jakie ponosi obrońca jest bardziej dokuczliwe od ryzyka ponoszonego przez najeźdźcę, który z założenia jest silniejszy w chwili ataku. Tam, gdzie mamy do czynienia z bardzo długimi frontami, powinno się je obsadzać silnymi, mobilnymi rezerwami, które mogą szybko wejść do bitwy. Sporo opinii zawiera pogląd, że francuskie rezerwy były niewystarczające oraz źle rozmieszczone. Przecież przełęcz za Ardenami otwierała najkrótszą drogę z Niemiec do Paryża i była przez wieki sławnym polem bitewnym. Jeżeli wróg przeszedłby tędy, armie północne zostałyby pozbawione możliwości manewru i łączność między nimi, jak również stolica byłyby narażone na niebezpieczeństwo.

Patrząc wstecz, możemy zauważyć, ze Gabinet Wojenny pana Chamberlaina, w którym brałem udział, i za którego czyny i niedociągnięcia biorę część odpowiedzialności, nie powinien powstrzymywać się od przedyskutowania spraw z Francuzami jesienią i zimą 1939 roku. Byłaby to wszakże nieprzyjemna i trudna dyskusja, ponieważ Francuzi w każdej chwili mogli powiedzieć: Czemu nie wyślecie więcej waszych oddziałów? Czy przejmiecie szerszy sektor frontu? Jeżeli jest za mało odwodów, prosimy bardzo, dostarczcie je. My zmobilizowaliśmy pięć milionów ludzi.

Popieramy waszą strategię wojny na morzu, podporządkowujemy się planom brytyjskiej Admiralicji – oczekujemy zatem odpowiedniego zaufania do armii francuskiej i do naszej historycznie potwierdzonej biegłości w sztuce wojennej na lądzie.

Pomimo wszystko powinniśmy byli przeprowadzić taką rozmowę.

Hitler i jego generałowie nie mieli większych wątpliwości co do wojskowych poglądów i ogólnych układów swoich przeciwników. Podczas jesieni i zimy niemieckie fabryki masowo produkowały czołgi, a więc linie do ich produkcji musiały być przygotowane już w czasie kryzysu monachijskiego w 1938 roku, by wydać tak obfite owoce w ciągu tych ośmiu miesięcy. Nie powstrzymywały ich wcale fizyczne trudności przejścia Ardenów. Wręcz przeciwnie, wierzyli, że nowoczesny transport mechaniczny i ogromne możliwości zorganizowanego budowania dróg zmienią ten region – do tej pory uważany za nie do przebycia – w najkrótszą, najpewniejszą i najłatwiejszą drogę wejścia do Francji i zniweczenia francuskiego planu kontrataku. Stosownie do tego niemieckie dowództwo naczelne zaplanowało swój olbrzymi najazd przez Ardeny tak, aby odciąć lewe skrzydło sprzymierzonych armii północnych u jego podstawy. Ruch ten, chociaż na dużo większą skalę, przy o innej szybkości i uzbrojeniu, był podobny do ataku Napoleona na płaskowyżu Pratzen w bitwie pod Austerlitz, gdzie odcięto odwrót armii austriacko-rosyjskiej i przełamano jej środek.

Dnia 14 maja zaczęły napływać złe wiadomości. Z początku wszystko było niejasne. O 7 wieczorem przeczytałem Gabinetowi wiadomość od pana Reynauda, stwierdzającą, że Niemcy przedarli się do Sedanu i Francuzi nie są w stanie stawiać oporu połączonym działaniom czołgów i bombowców nurkujących. Prosił o dziesięć dywizjonów samolotów bojowych do odtworzenia linii. Inne wiadomości otrzymywane przez szefów sztabu zawierały podobne informacje, a także i to, że zarówno generał Gamelin, jak i generał Georges, uważają sytuację za poważną, ponadto generał Gamelin jest zdziwiony szybkością posuwania się wroga. Faktycznie, grupa Kleista, z ogromną ilością wozów pancernych ciężkich i lekkich, rozproszyła lub rozbiła oddziały francuskie. Mogła teraz iść do przodu w tempie dotąd na wojnach nie znanym. Wszędzie tam, gdzie się spotykały armie, ciężar i wściekłość niemieckiego ataku były obezwładniające.

15 maja około godziny 7.30 rano obudzono mnie wiadomością, że dzwoni Reynaud. Mówił po angielsku i był bardzo zdenerwowany. Zostaliśmy pokonani – powiedział. Ponieważ milczałem, powtórzył raz jeszcze: Jesteśmy pokonani. Przegraliśmy bitwę. – Odparłem: – Przecież nie mogło się to stać tak szybko! A on na to: – Front jest przełamany w pobliżu Sedanu, posuwają się naprzód z ogromną ilością czołgów i pojazdów opancerzonych – powiedział coś w tym rodzaju. Wtedy stwierdziłem: – Doświadczenie uczy, że ofensywa po jakimś czasie się zakończy, przypomniałem sobie 21 marca 1918 roku. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Tego dowiedziałem się wówczas od od marszałka Focha. Z pewnością było to coś, co widzieliśmy kiedyś w przeszłości i co powinno stać się teraz. Jednak premier francuski odpowiedział zdaniem, od którego zaczął, i które okazało się aż za bardzo prawdziwe: Jesteśmy pokonani: przegraliśmy bitwę. Powiedziałem mu, że jestem skłonny przyjechać i porozmawiać.

Około 3 po południu poleciałem do Paryża flamingiem, jednym z trzech rządowych samolotów pasażerskich. Polecieli ze mną: generał Dill – zastępca szefa sztabu imperialnego oraz Ismay.

To był bardzo dobry samolot latający z prędkością 160 mil na godzinę. Ponieważ nieb był uzbrojony, dostarczono eskortę, ale wlecieliśmy w chmurę deszczową i dotarliśmy na Le Bourget w niewiele ponad godzinę. Z chwilą gdy wysiedliśmy z samolotu, stało się oczywiste, że sytuacja jest nieporównywalnie gorsza od tej, którą sobie wyobrażaliśmy. Oficerowie przyjmujący nas powiedzieli generałowi Ismayowi, ze spodziewano się Niemców w Paryżu najpóźniej w ciągu kilku dni. Po wysłuchaniu informacji o sytuacji w ambasadzie, pojechałem na Quai d’Orsay, przybyłem tam o 5.30 po południu. Zaprowadzono mnie do jednej ze wspaniałych sal. Byli tam Reynaud, Daladier – minister wojny i obrony narodowej – i generał Gamelin. Wszyscy staliśmy. Przez cały czas nie usiedliśmy za stołem. Na wszystkich twarzach malowało się kompletne przygnębienie. Przed Gamelinem, na szkolnych sztalugach, rozwinięta była mapa – mniej więcej dwa jardy kwadratowe – z czarną linią pokazującą front sprzymierzonych. Na tej linii rysowało się małe, ale złowrogie wybrzuszenie pod Sedanem.

Głównodowodzący krótko wyjaśnił, co się stało. Na północy i na południu Sedanu, na linii długości około sześćdziesięciu mil przedarli się Niemcy. Przed nimi znajdowała się rozbita i rozproszona armia francuska. Ciężkie pojazdy opancerzone nacierały z niesłychana prędkością w stronę Amiens i Arras, mając wyraźnie na celu dotarcie do wybrzeża w Abbeville lub okolicach, względnie marsz na Paryż. Za czołgami jechało około 8 lub 10 niemieckich dywizji, wszystkie zmechanizowane, osłaniając swoje flanki przed rozdzielonymi armiami francuskimi. Generał mówił może pięć minut i w tym czasie nikt się nie odezwał ani słowem. Kiedy zamilkł, zapadła głęboka cisza.. Następnie zapytałem: Gdzie znajdują się odwody strategiczne? I powtórzyłem pytanie przechodząc na francuski, którego używałem swobodnie: Où est la masse de manoeuvre? Generał Gamelin zwrócił się w moją stronę, potrząsając głową i wzruszając ramionami, powiedział: – Aucune (Nie ma żadnych – przyp. W.L.).

Nastąpiła kolejna długa przerwa. Na zewnątrz w ogrodzie Quai d’Orsay unosiły się chmury dymu nad dużym ogniskiem. Z okna zobaczyłem urzędników pchających taczki pełne dokumentów. Przygotowywano już więc ewakuację Paryża. Minione doświadczenia, obok korzyści, mają też swoją ujemną stronę; niosą bowiem przekonanie, że historia nigdy się nie powtarza. Przypuszczam, że inaczej życie byłoby zbyt łatwe. Ostatecznie w przeszłości niejednokrotnie przerywano nam front i zawsze byliśmy w stanie wziąć się w garść i wyhamować uderzenie. Ale tu doszły dwa nowe czynniki, w obliczu których nigdy nie spodziewałem się stanąć. Po pierwsze – opanowanie całej okolicy i łączności przez zmasowany najazd pojazdów opancerzonych, nie dający żadnych szans na odparcie. A po drugie – żadnych odwodów strategicznych. Aucune. Odebrało mi mowę. Co mieliśmy teraz sądzić o wielkiej armii francuskiej i jej najwyższych dowódcach? Nigdy nie przyszło mi na myśl, że dowódcy mający bronić pięciusetmilowego frontu mogą nie zadbać o pozostawienie sił w odwodzie. Nikt nie może bezpiecznie bronić tak szerokiego frontu! Ale kiedy nieprzyjaciel decyduje się na główny cios, który przerywa linie, trzeba mieć zgromadzone dywizje, które pomaszerują w szybkim kontrataku natychmiast, gdy furia ofensywy utraci swą siłę.

Po co więc była linia Maginota? Mogła zaoszczędzić oddziały na długiej linii granicy, nie tylko pozwalając na lokalne kontruderzenia, ale również umożliwiając trzymanie w odwodzie dużych sił; tak właśnie powinno to wyglądać. Ale teraz nie było odwodów. Przyznaję, że była to jedna z największych niespodzianek w moim życiu. Dlaczego nie wiedziałem o tym czegoś więcej, nawet jeżeli byłem tak bardzo zajęty w Admiralicji? Dlaczego rząd brytyjski, a przede wszystkim Ministerstwo Wojny nie dowiedziało się nic na ten temat? To, że naczelne dowództwo francuskie, oprócz mglistego zarysu, nie przekazało nam ani lordowi Gortowi swoich rozporządzeń nie było żadnym usprawiedliwieniem. Mieliśmy prawo wiedzieć. Powinniśmy byli się upierać. Obie armie walczyły razem. Podszedłem do okna i do kłębiących się chmur dymu z ogniska trawiącego dokumenty państwowe Republiki Francuskiej. Ciągle jeszcze starsi panowie podjeżdżali taczkami i pracowicie wrzucali ich zawartość w płomienie.

W grupach skupionych wokół głównych postaci wywiązały się ożywione rozmowy, z których pan Reynaud opublikował szczegółowe sprawozdanie. Ja jestem w nim opisany jako ten, który przeciwstawiał się wycofaniu armii północnych i twierdził, że wręcz przeciwnie – powinny one kontratakować. Oczywiście, byłem w takim nastroju. Ale nie miałem żadnej przemyślanej opinii militarnej.

Trzeba pamiętać, że było to pierwsze uświadomienie sobie ogromu klęski, widocznej rozpaczy Francuzów. To nie my kierowaliśmy operacją, a nasza armia, stanowiąca jedną dziesiątą sił, służyła pod dowództwem francuskim. Ja i towarzyszący mi oficerowie brytyjscy byliśmy zdumieni ewidentnym przekonaniem francuskiego głównodowodzącego i najważniejszych ministrów, że już wszystko stracone. We wszystkim co mówiłem, reagowałem gwałtownie przeciwko temu. Jednak nie ma wątpliwości, że mieli całkowitą racje, i że jak najszybsze wycofanie się na południe było konieczne. Wkrótce stało się to jasnym dla wszystkich.

Po jakimś czasie generał Gamelin znowu zaczął mówić. Zastanawiał się, czy teraz powinno się zebrać siły do uderzenia na te „wybrzuszenia” – jak nazywaliśmy potem takie sytuacje. Osiem czy dziewięć dywizji wycofano by ze spokojnych części frontu, linii Maginota. Można by było użyć dwóch albo trzech dywizji pancernych, które nie brały jeszcze udziału w walkach, a osiem lub dziewięć sprowadzić z Afryki. Miałyby przybyć do strefy bitwy w ciągu dwóch lub trzech tygodni. Generał Giraud zostanie mianowany mianowany dowódcą armii francuskiej, na północ od przerwanego frontu. Niemcy będą nacierać odtąd przez korytarz między dwoma frontami, w którym może być prowadzona wojna w stylu lat 1917 i 1918. Może Niemcy nie będą mogli utrzymać tego korytarza z jego ciągle zwiększającymi się osłonami, przy jednoczesnym zaopatrywaniu swojego oddziału pancernego. Taki wydawał się sens tego, co mówił Gamelin, wszystko brzmiało całkiem rozsądnie. Czułem jednak, że nie przekonuje tej małej, lecz wpływowej i odpowiedzialnej grupy. Po chwili zapytałem generała Gamelina, kiedy i gdzie proponuje zaatakować flanki wybrzuszenia. Jego odpowiedź brzmiała: Mniejsza liczebność, słabsze uzbrojenie, gorsza taktyka – i bezradnie wzruszył ramionami. Nie było żadnej dyskusji, bo nie było takiej potrzeby. A w ogóle, to gdzie my, Brytyjczycy, byliśmy z naszym maleńkim udziałem? 10 dywizji po ośmiu miesiącach wojny i ani jednej, nowoczesnej dywizji czołgów w akcji.

Ostatni raz wtedy widziałem generała Gamelina. Był patriotą, osobą o najlepszych intencjach i wysokich kwalifikacjach, i bez wątpienia sam ma na ten temat wiele do opowiedzenia.

Jego książka zatytułowana Servir (Służyć – przyp. W.L.) rzuca jednak niewiele światła na jego własne postępowanie i na bieg wojny w ogóle (przyp. oryg.).

xxxxxxxx

Sytuacja wygadała tak, że Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja -135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii francuskiej, a reszta nie przedstawiała pełnej wartości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny.

Sądząc po tym, można by uznać, że francuska kadra oficerska, to dyletanci i amatorzy. To jednak byłby bardzo naiwny osąd. Wszak Francja miała swoją aferę Dreyfusa. Wygląda więc na to, że w 1939 i 1940 roku tych Dreyfusów było więcej. Ci wysocy rangą oficerowie nie wykazywali najmniejszej woli walki i przełamanie frontu w Ardenach uznali za katastrofę a nawet klęskę. A przecież to marszałek Foch mówił, że ofensywa po jakimś czasie się skończy. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Trudno sobie wyobrazić, by ci oficerowie o tym nie wiedzieli.

To nie pierwszy raz, gdy linia frontu w pewnym miejscu zostaje pozbawiona odwodów strategicznych. Musiał również o tym wiedzieć generał Weygand. W blogu „Wojna 1920 roku”:

„W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek od Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.”

Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem i nie są wynikiem niewiedzy czy dyletanctwa. Wojny toczą się pod dyktando nieznanych przełożonych i to oni decydują, kto ma być zwycięzcą, a kto – pokonanym. Francja miała być pokonana i tak się stało. I oni uznali też, że Hitler nie może pokonać Anglii i dlatego kazali mu ją atakować z powietrza, co było z góry skazane na porażkę. A była inna, bardziej realna szansa jej pokonania. Admirał Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły. Chyba nie wiedział on, że Hitler był narzędziem w rękach tych, którzy sprawowali prawdziwą władzę. Było to wyraźnie widać w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim. Hitler mógł łatwo ją wygrać, ale nie taki był cel tej wojny, podobnie jak całej wojny. Chodziło o to, by trwała jak najdłużej, by ofiar było jak najwięcej i żeby po niej dokonać rewolucyjnych wręcz zmian, co bez tej wojny nie było by możliwe. I dlatego wojna na Ukrainie musi trwać. The show must go on.

Churchill dobrze opisał bitwę o Francję. Nie napisał tylko tego, co najważniejsze, to znaczy tego, kto był odpowiedzialny za to, co się wtedy wydarzyło. Kto podjął decyzję o takim, a nie innym rozmieszczeniu wojsk francuskich na granicy z Niemcami i Belgią? Kto podejmował decyzje w trakcie bitwy? Brak takiej informacji to też informacja, że jednak istnieje jakaś zwierzchnia, nieznana siła, jacyś ludzie, którzy tym wszystkim kierują.