Czas

W blogu Epopeja narodowa pisałem o tym, że dla mnie Pan Tadeusz to kicz i grafomaństwo. Oczywiście chodzi mi o treść, a nie o formę, której piękna nie można zaprzeczyć, ale była to zabawa słowami, wydobywanie z języka jego najsubtelniejszych odcieni. Literatura wybitna musi poruszać fundamentalne dla egzystencji człowieka zagadnienia, a to jest treść. Wtedy jest uniwersalna i wzbudza zainteresowanie ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Takim dziełem jest bez wątpienia Czarodziejska góra Tomasza Manna, Czytelnik 1965. W pewnym momencie porusza on zagadnienie skończoności czy nieskończoności świata w czasie i przestrzeni. Poniżej ten fragment:

Czym jest czas? Tajemnicą – bo jest nierealny a wszechobecny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są ze sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma „poczesny” udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem – to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam – w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić – nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki – więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.

x

Wydaje się to bardzo skomplikowane, ale nie tak bardzo, gdy posłużymy się pewnym przykładem. Łatwiej to będzie sobie wyobrazić w przypadku przestrzeni niż czasu. Jeden metr do tysiąca metrów, to 1/1000, jeden metr do tysiąca kilometrów, to 1/1 000 000. Oznacza to, że im dłuższy odcinek, tym wartość ułamka jest coraz mniejsza, czyli 1/∞ musi oznaczać, że wartość tego ułamka jest równa zeru, czyli że w nieskończoności każda odległość musi równać się zeru. W przypadku czasu jest podobnie. Czy będzie to godzina w porównaniu z tysiącem godzin, czy z milionem, to w stosunku do wieczności musi to być zero. To wynika z logiki. I stąd pytanie Manna: Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Ale dla nas jest to trudne do zaakceptowania czy może raczej do wyobrażenia.

Jest jednak i druga strona medalu, o której Mann nie wspomniał, a mianowicie świat mikro. Jeśli patrzymy na minerały czy komórki jakiejś tkanki pod mikroskopem o powiększeniu 300x czy 400x, to widzimy zupełnie coś innego niż w skali makro. I rodzi się pytanie: czy w tym wypadku możemy tak powiększać obraz w nieskończoność, czyli docierać do krańców świata mikro? Czy w skali mikro jest gdzieś granica? Bo skoro są mikroskopy elektronowe, które sięgają głębiej w świat mikro, to czy nie mogą sięgać jeszcze głębiej? Czy istnieje zatem jakaś granica w świecie makro i mikro? A jeśli istnieje, to co poza nią? Pytania i pytania, jakby powiedział Mann.

Czy zadawanie takich pytań ma sens, skoro i tak nie uzyskamy na nie odpowiedzi? Nie uzyskamy, ale może przez to lepiej zrozumiemy ludzką naturę i ucieczkę ludzi w religię, w wiarę w Boga. Problem można oczywiście spłycić, jak to zrobił Marks, który stwierdził, że religia to opium ludu, a myśl tę rozwinął Lenin. Cytat pochodzi z Wikipedii:

„Religia jest jedną z odmian ucisku duchowego, który wszędzie dławi masy ludowe, przytłoczone wieczną pracą na innych, biedą i osamotnieniem. Bezsilność klas wyzyskiwanych w walce z wyzyskiwaczami równie nieuchronnie rodzi wiarę w lepsze życie pozagrobowe, jak bezsilność dzikusa w walce z przyrodą rodzi wiarę w bogów, diabły, cuda itp. Tego, kto przez całe życie pracuje i cierpi nędzę, religia uczy pokory i cierpliwości w życiu ziemskim, pocieszając nadzieją nagrody w niebie. Tych zaś, którzy żyją z cudzej pracy, religia uczy dobroczynności w życiu ziemskim, oferując im bardzo tanie usprawiedliwienie ich całej egzystencji wyzyskiwaczy i sprzedając po przystępnej cenie bilety wstępu do szczęśliwości niebieskiej. Religia to opium ludu. Religia to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoje roszczenia do choćby trochę godnego ludzkiego życia.”

Żeby to uporządkować, to wypada przytoczyć fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi Wydawnictwo Naukowe PWN 2011:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Można zatem powiedzieć, że religia daje odpowiedzi na pytania, z którymi nie radzi sobie nauka. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że nie ma jednej religii wspólnej dla wszystkich ludzi, a jest ich wiele i wiele wyznań, co powoduje, że różnice na tym tle są źródłem wzajemnej wrogości, nienawiści, antagonizmów, kłótni i wojen.

Holokaust

Naród żydowski jest czymś bardzo skomplikowanym i niezrozumiałym dla narodów rdzennych. Być może wielu sądzi, że jest to monolit, solidarna grupa społeczna, która kieruje się swoimi prawami i w ten sposób wyraźnie odróżnia się od reszty. Specyfiką tego narodu jest jego cel, czyli podporządkowanie sobie innych narodów. Jest to cel religijny, a więc taki, który motywuje ludzi jak żaden inny, a cel uświęca środki. Czy zatem w dążeniu do jego realizacji można również poświęcać swój naród, a przynajmniej jego część? Czy tym właśnie był Holokaust? W Wikipedii można przeczytać:

Zagłada Żydów, również Holocaust lub Holokaust (gr. ὁλόκαυστος holokaustos – całopalenie, ofiara całopalna), Szoa, Churbn Ejrope (jid. חורבן אײראָפּע – zagłada Europy, destrukcja Europy, zniszczenie Europy), Churbn Letland (jid. חורבן לעטלאנד – zagłada Łotwy) – ludobójstwo około 6 milionów europejskich Żydów dokonane w czasie II wojny światowej przez niemiecką III Rzeszę i wspierane w różnym stopniu przez uzależnione od niej państwa sojusznicze.

Zagłada Żydów w większości przeprowadzona została na okupowanych przez niemiecką III Rzeszę ziemiach polskich. Stanowiła, łącznie z zagładą Romów, bezprecedensową próbę wymordowania całych narodów przy użyciu metod przemysłowych, która nigdy wcześniej i później nie była przeprowadzona w takiej skali. Stanowiła systematyczny i realizowany przez aparat państwowy proces likwidacji całego narodu.

Partia nazistowska i jej przywódca Adolf Hitler po dojściu do władzy w 1933 rozpoczęli realizację programu rasistowskiego i antysemickiego, przewidującego izolację ludności żydowskiej i stopniowe pozbawienie jej wszelkich praw obywatelskich oraz cywilnych. Wspierano także emigrację Żydów z Niemiec. W wyniku tych działań do lata 1938 z III Rzeszy uciekło 150 tys. Żydów, którzy skierowali się do Wielkiej Brytanii (52 tys. osób), Francji (30 tys.), Polski (25 tys.), Belgii (12 tys.), Szwajcarii (10 tys.) i krajów skandynawskich (5 tys.).

Początkowo władze niemieckie rozważały wysiedlenie europejskich Żydów (np. za Ural bądź na Madagaskar), projekt ten został jednak oceniony jako niemożliwy do przeprowadzenia w warunkach wojny. W związku z tym, jesienią 1941 roku podjęto decyzję o tzw. „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” (Endlösung der Judenfrage), co było sformułowaniem oznaczającym w praktyce politykę zagłady wszystkich Żydów w Europie. Szczegóły akcji dopracowano formalnie podczas konferencji w Wannsee, 20 stycznia 1942 r., a przeprowadzenie operacji powierzono SS.

x

Już nawet z tych pobieżnych informacji wynika, że to nie trzyma się kupy. Odnosi się wrażenie, że ci, którzy chcieli dokonać zagłady Żydów nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. Nie! Oni dokładnie wiedzieli, o co im chodziło. Niemożliwa była zagłada narodu rozproszonego po całym świecie i do tego zasymilowanego w dużej części. Zamiar ten, którego realizację przypisano nazistom, zapoczątkowano w Niemczech wcześniej. Erich Maria Remarque w swojej powieści Na ziemi obiecanej Bellona 2011 pisze:

„Tannebaum urodził się w Niemczech i tam mieszkał, ale nie ufał w pełni ani Niemcom, ani jakimkolwiek Europejczykom. Przeżył niemiecką inflację z lat 1918-1923 i wyszedł z niej bankrutem.

Był gorącym patriotą, jak wielu Żydów w Niemczech czasów Wilhelma II, gdy antysemityzm jeszcze uważany był za coś wulgarnego, a Żydzi mogli awansować do sfery arystokracji. Swój majątek inwestował również w pożyczki wojenne. Gdy pod koniec inflacji w roku 1923 jeden bilion marek ustabilizował się na poziomie 4 marek (chodzi tu zapewne o nowe marki – przyp. W.L.), zmuszony był ogłosić upadłość. Nie zapomniał tego nigdy i później wszystkie oszczędności lokował w Ameryce. Obserwując uważnie francuską i austriacką inflację, skutecznie je ominął. Gdy dwa lata przed nazistowskim przewrotem niemiecka marka została nagle zablokowana, Tannenbaum większość majątku ulokował już za granicą. Mimo to zachował w Niemczech swoje przedsiębiorstwo. Blokada marki nigdy nie została zniesiona. Była to klęska dla wielu tysięcy Żydów, którzy – nie mogąc już transferować swoich pieniędzy za granicę – musieli pozostać w Niemczech. Straszliwa ironia losu polegała na tym, że chwiejący się bank, który wywołał blokadę, był bankiem żydowskim, i że blokada została ustanowiona przez demokratyczny rząd. Z tej przyczyny Żydzi w Niemczech stracili możliwość ucieczki, stając się później ofiarami obozów koncentracyjnych. W wyższych kręgach narodowosocjalistycznych uważano to za jeden z najlepszych kawałów światowej historii.”

Komentarz w tym wypadku wydaje się zbyteczny. Cytowany fragment jest aż nadto wymowny. Po co więc cała ta ideologia nazistowska i przez kogo została ona wymyślona? Syjonizm, czyli ruch dążący do utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego, pojawił się jeszcze w XIX wieku. Problem jednak polegał na tym, że idea państwa żydowskiego nie znalazła zbyt wielu entuzjastów wśród Żydów, którym dobrze wiodło się w krajach rozproszenia i nie chcieli ich opuszczać. Trzeba było ich jakoś do tego przekonać. Dla kierowników żydostwa problemem było to, że Żydzi w diasporze ulegali często asymilacji faktycznej, co dla żydostwa było bardzo niebezpieczne, bo groziło jego rozwodnieniem w narodach rdzennych oraz to, że następował rozdźwięk pomiędzy żydostwem zachodu i wschodu. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela z 1935 roku cytuje „Hajnt” z dn. 3 kwietnia 1927 r. nr 79:

„Erec Izrael (Palestyna – przyp. autora) jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie i zdrowo, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Izrael będzie rozwijała się kultura żydowska we wszystkich krajach wygnania, gdzie jeszcze pozostali żydzi, lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydostwa rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Izrael.”

Zatem ci wszyscy, którzy, jak mantrę, powtarzają za Kissingerem, że „za dziesięć lat nie będzie Izraela”, nie mają racji. Być może powstanie „Niebiańska Jerozolima” na Ukrainie, zapewne zostanie odtworzona I RP – żydowski raj, ale Izrael pozostanie, bo jest warunkiem koniecznym przetrwania Żydów w diasporze jako Żydów pozornie zasymilowanych, a nie – faktycznie.

Przez 800 lat I Rzesza była luźnym związkiem księstw i księstewek. Czy zjednoczenie Niemiec i powstanie II Rzeszy było już działaniem planowym? Dlaczego padło na Niemcy? Ze względu na położenie – w środku Europy, liczbę ludności – najludniejszy wówczas naród, potencjał gospodarczy, społeczeństwo – karne i zdyscyplinowane. Remarque w cytowanej powieści pisał, że Niemcom nie udała się żadna rewolucja, nawet zwyczajny bunt. Ich bożyszczem jest rozkaz i posłuszeństwo, a nie sumienie. Nie bez znaczenia był fakt, w jaki sposób doszło do kapitulacji Niemiec po I wojnie światowej. W jej momencie wojska niemieckie stały kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, na froncie wschodnim również nie były pokonane. Trudno było dziwić się, że w społeczeństwie niemieckim, a przynajmniej w jego części, narastała frustracja, spotęgowana również kryzysem gospodarczym i hiperinflacją. W takiej sytuacji nietrudno wzbudzić w społeczeństwie falę niezadowolenia. W powieści Czarny Obelisk REBIS 2021, której akcja rozgrywa się w 1923 roku, Remarque pisał:

„Dzień jest błękitny i bardzo piękny. Niebo rozpina się nad miastem jak olbrzymi jedwabny namiot. Wilgotny chłód poranka wisi jeszcze w koronach drzew. Ptaki ćwierkają, jakby na świecie istniało tylko rozpoczynające się lato, gniazda i młode życie. Nic ich nie obchodzi, że dolar jak brzydki gąbczasty grzyb spuchł do pięćdziesięciu tysięcy. Ani to, że poranna gazeta donosi o trzech samobójstwach – wszystkie byłych drobnych ciułaczy, wszystkie popełnione w ulubiony sposób ubogich: za pomocą otwartego kurka od gazu. Żyjącą z oszczędności panią Kubalke znaleziono z głową w piecyku gazowej kuchenki; emerytowany rachmistrz Hopf, gładko wygolony, w nieskazitelnie wyszczotkowanym, mocno łatanym garniturze, trzymał w ręku cztery ostemplowane na czerwono banknoty tysiąc markowe, niby bilety wstępu do nieba; wdowa Class leżała na podłodze w swojej kuchni, a książeczkę oszczędnościową z wkładem pięćdziesięciu tysięcy marek znaleziono obok niej podartą na strzępy. Czerwono ostemplowane tysiącmarkówki Hopfa były ostatnią chorągwią nadziei; od dawna wierzono, że kiedyś zostaną skonwertowane. Skąd poszła ta pogłoska, nikt nie wie. Nigdzie nie jest na nich napisane, że można je wymieniać na złoto, a gdyby nawet tak było – państwo, ten nietykalny oszust, który sam kradnie biliony, ale zamyka każdego, kto sprzeniewierzy choćby pięć marek, znalazłoby jakąś sztuczkę, żeby wykręcić się sianem. Dopiero przedwczoraj zamieszczono w gazecie wyjaśnienie, ze stemplowane banknoty nie będą traktowane w sposób uprzywilejowany. Dlatego też dziś jest w gazecie nekrolog Hopfa.”

Tak więc społeczeństwo niemieckie przygotowywano bardzo starannie do tego, by popadło ono w głęboką frustrację, ale i to nie pomogło. Alan Bullock w książce Hitler – studium tyranii Czytelnik 1975 pisze:

Schröder należał do grupy przemysłowców i bankierów, którzy w listopadzie 1932 roku we wspólnym piśmie do Hindenburga domagali się, aby powierzył Hitlerowi utworzenie rządu opartego na nadzwyczajnych pełnomocnictwach prezydenta. Podpisy pod tym żądaniem zbierał także dr Schacht, a wśród podpisanych było wielu czołowych przemysłowców z zachodnich Niemiec.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37 proc. głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63 proc. byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już w 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie polityczne nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymało wpływy; nie ruszano ani ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec Republiki.

Natomiast Remarque w cytowanej wyżej powieści Czarny Obelisk tak pisze o niemieckiej rewolucji:

To prawda, że rewolucja niemiecka z roku 1918 była najmniej krwawa na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że natychmiast przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli. Pewną liczbę rewolucjonistów zamordowano, książęta i oficerowie otrzymali wspaniałe emerytury, żeby mogli spokojnie przygotowywać pucze, urzędnicy dostali nowe tytuły, starsi nauczyciele zostali radcami studiów, inspektorzy radcami szkolnymi, kelnerzy otrzymali prawo do tytułu oberkelnerów, dawniejsi sekretarze partii zostali ekscelencjami, socjaldemokratyczny minister Reichswehry mógł pełen błogości rządzić prawdziwymi generałami w swoim ministerstwie, a niemiecka rewolucja utonęła w czerwonym pluszu, wygodach, przy stolikach restauracyjnych, w tęsknocie za mundurami i komendami.

x

Mamy zatem taką sytuację, że w cesarskich Niemczech nie było antysemityzmu, a Żydzi stawali się arystokratami. I tak, po zakończeniu wojny, antysemityzm pojawia się nagle jak jakaś zaraza. Dzięki nadzwyczajnym zaletom ustroju zwanego demokracją, w której do władzy można wynieść nawet osła, jeśli zajdzie taka potrzeba, możliwe było zjawisko zwane Hitlerem. I po to była potrzebna ta niemiecka rewolucja, bo bez niej nie byłoby republiki i dojście Hitlera do władzy byłoby niemożliwe. Demokracja stwarza też taki stan, w którym partie polityczne nie potrafią się dogadać, czyli polityczny pat. W takiej sytuacji faktyczna władza należy do elit. I tak, jak w przypadku Niemiec, elity wyniosły do władzy Hitlera, a winą obarczono społeczeństwo niemieckie. To ci źli Niemcy, ci naziści. I dzisiaj jest wielu takich, którzy uważają, że nie należy dzielić Niemców na nazistów i Niemców. Po prostu wszystkiemu winni byli Niemcy i kropka. A to Żydzi, czy może raczej ich nieznani kierownicy, którzy działali w wyższym celu, czyli w celu zachowania narodu żydowskiego jako odrębnego narodu. Dlatego byli gotowi poświęcić jego część, tę „gorszą”, głównie biedotę żydowską z Europy wschodniej, choć nie tylko. Jednak ich śmierć nie poszła na marne, choć dla nich to niewielkie pocieszenie. Powstało zjawisko zwane przemysłem Holokaust. I obecnie Żydzi za mienie tej biedoty domagają się niebotycznych sum.

Żydzi dominują nad pozostałymi narodami. Zajmują oni kluczowe stanowiska we wszystkich liczących się dziedzinach życia politycznego, gospodarczego, finansowego, naukowego, kulturalnego we wszystkich państwach. To jest ta dobra strona przynależności do tej nacji, ale jest też ta zła. Nie wiadomo czy nie zdarzy się tak jeszcze, że ci ukryci kierownicy żydostwa nie zechcą kiedyś poświęcić jego części na rzecz przetrwania reszty, gdyby zaszła taka potrzeba, tak jak to było w czasie II wojny światowej. Zresztą, pogromy żydowskie wydają się stałym elementem życia tego narodu. I nie są one bynajmniej dziełem narodów rdzennych.

Zmowa


Rozproszenie i asymilacja, pozorna asymilacja, są niezbędne do podporządkowywania sobie narodów rdzennych, ale by to mogło działać musi też być pomiędzy Żydami ściślejszy związek w postaci solidarności. To jest to spoiwo, które powoduje, że działają oni zgodnie w imię wspólnego i dalekosiężnego celu, jakim jest całkowite zdominowanie narodów rdzennych. Dobrze to opisał Władysław Reymont w powieści Ziemia obiecana. Poniżej wybrane fragmenty.

Grosglik zaczął spacerować po gabinecie i mówił nieco przyciszonym, przyjacielskim głosem:
- Bo tak mówiąc pomiędzy nami, po przyjacielsku, panie Maurycy, po co panu spółki z Borowieckim? Czy pan nie możesz sam otworzyć fabryki?
- Nie mam pieniędzy! - rzucił krótko i słuchał uważnie.
- To nie przyczyna, bo pieniądze maja ludzie, a pan masz wielkie zaufanie i wielkie zdolności. Dlaczego ja z panem robię interesy? Dlaczego na jedno słowo daję panu teraz trzydzieści tysięcy marek? bo ja pana znam dobrze i wiem, że na tej ufności zarobię z dziesięć procent.
- Siedem i pół! - poprawił Morys skwapliwie.
- Mówię tylko dla przykładu. Każdy z panem zechce robić interes i pan możesz prędko stanąć na mur, więc po co panu ryzykować z Borowieckim? On jest mądry, bardzo mądry kolorysta, ale on nie jest macher. Po co on gada po Łodzi, że trzeba uszlachetniać i podnieść produkcję łódzką! To jest bardzo niemądre gadanie! Co to jest uszlachetnić produkcję? Co to jest "czas kończyć z tandetą łódzką!" - to jego własne słowa, bardzo głupie słowa! - zawołał mocniej ze złością. - Żeby on myślał, jak taniej produkować, gdzie nowe rynki otworzyć dla zbytu, jak podnieść stopę procentową, to byłoby mądre, ale jemu się chce reformować przemysł łódzki! On go nie zreformuje, a może łatwo kark skręcić. Żeby to nie szkodziło nikomu, nikt by i słowa nie powiedział. Chcesz ryzykować - ryzykuj! Włazisz na dach - złam sobie ząb. Po co jemu fabryka!

- Ja panu dobrze życzę, powiedziałem to, co myślę, co myśli cała nasza Łódź. Pan sam powiedz, po co im fabryki! Nie mogą oni siedzieć na wsi, trzymać wyścigowe konie, jeździć za granicę, polować, romansować z cudzymi żonami, robić politykę i wielki szyk po świecie! Im się zachciało fabryk i "uszlachetniania produkcji", im się zdaje, że to angielski koń, co jemu można dać prostą chamską kobyłę za żonę, a ona zaraz mu urodzi samego lorda! - wołał z politowaniem i zgrozą.
- Żeby oni mogli siedzieć na wsi i bawić się, toby z pewnością nie było w Łodzi ani jednego Polaka.
- Niech przychodzą! jest tyle miejsc... stróżów, woźnych, stangretów, oni takie rzeczy dobrze robią, oni są od tego specjaliści, ale po co im się brać do nie swoich rzeczy, dlaczego oni nam mają psuć interesy?
- Do widzenia, dziękuję prezesowi za zwrócenie uwagi.
- Ja myślę, panie Maurycy, bo te wszystkie nasze bidło, parchy, oni tylko patrzą, żeby dzisiaj zrobić geszeft, a w sobotę zjeść dobrą kolację i wyspać się pod pierzyną! Co pan zrobisz?
- Zobaczę. Wiec Borowiecki nie ma ani grosza kredytu u pana?
- Ja nie mogłem stracić wszystkich naszych fabrykantów dla niego!
- Zmowa! - szepnął bezwiednie Moryc.
- Jaka zmowa? co pan gadasz, to tylko obrona! Żeby to był kto inny, nie Borowiecki, toby się jego przydeptało nieznacznie i zdechłby prędko, ale pan wiesz, jak on podparł Bucholca, pan wiesz, co to jest za kolorysta! no i pan wiesz, że w niego wierzą, że on ma stosunki, że on jest znany na rynkach.
- To wszystko prawda, ale jemu może pójść! - zakończył Moryc i wyszedł.

Spoglądał na miasto, na długie sznury domów, na setki kominów, co niby pnie sosen czerwieniły się w rozsłonecznionym upalnym powietrzu i wielkimi słupami dymów biły w górę, wsłuchiwał się w gwar miasta, w przygłuszony a nieustanny szum fabryk pracujących, w turkot ciężkich platform pełnych towarów, krzyżujących się we wszystkich kierunkach.
Rzucał badawcze spojrzenia na szyldy sklepów niezliczonych, na tablice domów, na tysiące nazwisk powypisywanych na balkonach, ścianach i oknach domów.
"Motel Lipa, Chaskiel Cokolwiek, Ita Aronsohn, Józef Reinberg" itd., itd., same nazwiska żydowskie, poprzetykane gdzieniegdzie nazwiskami niemieckimi.
- Sami nasi! - szepnął jakby z pewną ulgą i lekceważący uśmiech przewijał mu się po jego ustach i bił z oczów, gdy spostrzegł polskie nazwisko na szyldziku jakiego szewca lub ślusarza.
- Grosglik ma bzika! - myślał ogarniając spojrzeniem to morze domów, sklepów i fabryk żydowskich. - On ma ładny kawałek choroby - dodał wesoło prawie i już nie myślał o jego obawach spolszczenia Łodzi, bo czuł w tej chwili, patrząc na żydowską potęgę miasta, że jej nic i nikt złamać nie potrafi. - A szczególniej Polacy! - myślał oddając ukłon Kozłowskiemu, który w jasnych jedwabiach, w żółtych lakierkach i z gałką laski przy lśniącym cylindrze, który spychał na tył głowy, spacerował po drugiej stronie ulicy i zaglądał w oczy przechodzącym kobietom.
Nie, już nie myślał o obawach bankiera, ale ta zmowa na Borowieckiego skłopotała go mocno.
Był zaangażowany w tym interesie, tylko z tej strony go obchodziła ich fabryka, bo czy Karol straci, nic go to nie obchodziło, ale sam nie lubił nawet ryzykować, a teraz czuł, że jeśli się zmówili na niego, to go ogryzą do ostatniej kosteczki.
- To jest kein geszeft! - myślał i teraz dopiero zobaczył jasno przyczyny najrozmaitszych przeszkód, jakie ich spotkały.
Zrozumiał, dlaczego przedsiębiorca, który miał im prowadzić roboty mularskie - cofnął się. Oni mu zabronili robić.
Kwestionowano im plany i zwlekano z ich zatwierdzeniem. Ich robota!
Komisja budowlana przerywała im robotę i zmusiła do zgrubienia ścian. Ich denuncjacje!
Niemieckie nadreńskie firmy odmówiły im kredytu na maszyny. To również oni zrobili!
A te wieści fałszywe, złe, głupie, jakie krążyły o Borowieckim po Łodzi, a które źle musiały oddziaływać na ich przyszły kredyt. Któż je rozpuszczał? Ludzie Grosglika, Szai i Zukera.
- To jest sto razy kein geszeft! Oni go zjedzą! - myślał coraz posępniej, ale wchodząc w ulicę, na której była ich fabryka, zaczynał już pracować nad sposobami wycofania się z tego interesu.
Szukał przyzwoitych pozorów, bo zrywać zupełnie z Borowieckim nie chciał.

Cytat pochodzi z książki wydanej przez Wydawnictwo Łódzkie w 1987 roku. Zawiera ona obszerne posłowie autorstwa Bogdana Mazana. Warto, jak sądzę, przytoczyć z niego wybrane fragmenty:

Najbardziej znamienna dla „ziemi obiecanej” postawa została odzwierciedlona w typie lodzermensza („człowieka łódzkiego”), pokazanym w różnych odmianach, zależnych od rasy i środowiska. Pierwotnie nazywano tak tylko przybyszów z Niemiec. Dłuższe przebywanie w Łodzi osłabiło ich patriotyzm niemiecki, ale nie przyciągnęło do polskości. (Dopiero mniej więcej na przełomie wieków stali się najbardziej podatni na tendencje asymilacyjne). Byt, stanowisko i duchową ojczyznę, ale już nie zasady polityczne, znaleźli w Łodzi. Dlatego zapominając o rdzennej nacji, a nie pragnąc nowej, nazywali się „lodzermenszami”. Z czasem tym mianem zaczęto również określać brutalnego przedsiębiorczego arywistę, wyznającego swoją etykę użytkową, często zaś pozbawionego zasad etycznych. Już w 1875 r. korespondent łódzki jednego z tygodników warszawskich zauważył, że charakter miejscowej ludności, ujawniający się w częstym stosowaniu zasady „dojścia do celu bez względu na środki”, pozostawia wiele do życzenia. Dużo się mówi w powieści na temat moralności przemysłowo handlowej, daleko odbiegającej od szlachetnych zasad zalecanych w XIX w. przez filozofa angielskiego Herberta Spencera (w szkicu Moralność handlowa z 1859 r.), które jako ostatni z wielkich bohaterów literackich wcielał Rzecki w Lalce, zmuszony w końcu do ustąpienia pod naciskiem nowych stosunków i ludzi, tak świetnie zobrazowanych właśnie w Ziemi obiecanej. (…) Reymont zdemaskował lodzermensza, czyniąc stopień oddalenia się od tego typu świadectwem prawdziwego człowieczeństwa i pokazując w karykaturalnym świetle współczesnych naśladowców pionierów łódzkiego przemysłu. Nie ma zadatków na lodzermensza Horn, kierujący się „logiką zwykłej etyki uczciwego człowieka”, ani posiadający cechy lekarza dusz lekarz ubogich Wysocki, o którym Róża mówi: „[…] to taki inny, zupełnie nie łódzki człowiek”. Dobrym okazem typu są natomiast Moryc Welt i Stach Wilczek, liczący się tylko „z kodeksem, z policją”. „Największym” człowiekiem tego pokroju jest zdaniem Welta Borowiecki: „On ma ostre pazury, on jest zupełnie człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja […] on jest Lodzermensch”.

Borowiecki jest prawdziwy jako typ ilustrujący proces przekształcania się części szlachty polskiej w burżuazję. Również z innych względów mógł być postacią skopiowaną fragmentarycznie z rzeczywistości. Jego kariera jest nieco podobna do awansu znanego wtedy w Łodzi Aleksandra Skrudzińskiego, eks-urzędnika, ożenionego z Niemką, który prowadził przy ul. Piotrkowskiej 214 farbiarnię i wykończalnię. W 1896 r. przy ul. Wschodniej 14, a więc niedaleko od siedziby Reymonta, realizował swoje plany budowlane niejaki Moszek Borowiecki.

Na przykładzie losów Borowieckiego Reymont pokazał nieczęsto dostrzegany paradoks życiowy, polegający na tym, że z chwilą ustalenia się czynników, które uważamy za warunek szczęścia, poczucie szczęścia zanika. Bohater zdobywa fabrykę, majątek, by stwierdzić z rozpaczą, ze stracił szczęście. Ziemskie szczęście ma zwykle, a w przypadku ludzi czynu i szerokich horyzontów jak Borowiecki na pewno, naturę plazmatyczną i jest procesem – rodzajem zadowolenia z dążenia do celu, który wymyka się – niż błogostanem. Borowiecki pojmuje to, gdy zamierza podjąć trud na nowo, by stworzyć szczęście „dla innych”.

x

Skąd się wzięła Łódź? Wszystko zaczęło się po powstaniu listopadowym, gdy w Królestwie zaczął działać Drucki-Lubecki, taki ówczesny odpowiednik Balcerowicza. Zaczął wtedy masowo napływać obcy kapitał, bo nałożono cła na pruskie towary. Kapitał, który działał na terenie Królestwa mógł sprzedawać swoje towary na rynek rosyjski i dalekowschodni bez cła. I tak powstała Łódź i łódzka tandeta. Więcej o Lubeckim w blogu Minister.

Zacytowany na początku fragment z Ziemi obiecanej w sposób bardzo obrazowy opisuje, czym jest rozproszenie, pozorna asymilacja i żydowska solidarność. To jest coś, czego nie da się wyeliminować. Można to zrobić ze wszystkimi żydowskimi firmami czy organizacjami, działającymi oficjalnie – przynajmniej teoretycznie jest to możliwe. Natomiast w przypadku asymilacji pozornej nie ma takiej opcji. Są oni we wszystkich instytucjach. I tak przykładowo, jeśli są w urzędach skarbowych, a są, to mogą niszczyć drobną czy większą przedsiębiorczość nieżydowską. Po to są tworzone nieprecyzyjne przepisy, by można było łatwo wyeliminować niewygodną konkurencję. Tak samo może być w innych instytucjach, w których na eksponowanych stanowiskach zatrudnieni są Żydzi. Ale można też niszczyć konkurencję na masową skalę. O tym w blogu Rewolucja 1905.

W Łodzi, jak w soczewce, zogniskowały się w krótkim czasie te procesy, które miały miejsce na ziemiach polskich po unii polsko-litewskiej. A więc napływ obcej ludności ze wszystkich stron i sprowadzenie miejscowej ludności do roli niewolników. Po dwustu latach niewoli wolny chłop niewiele mógł i stąd na jego własnej ziemi były dla niego dostępne tylko stanowiska robotnicze, najprostsza praca. Reszta była dla obcych. Ci ludzie, którzy tu osiedlali się, asymilowali się z trudnością, bo tak naprawdę, to nie było z czym asymilować się. Nie było narodu o wielowiekowej tradycji i systemie wartości, a więc czynników o wiele ważniejszych niż język i katolicyzm, który z założenia jest uniwersalny, powszechny. I stąd dzisiejsze społeczeństwo polskie jest czymś w rodzaju bezkształtnej masy, a nie litą skałą, wyrzeźbioną przez wielowiekową tradycję i zwyczaje.

Reymont piętnuje w swojej powieści bezwzględne, pozbawione skrupułów dochodzenie do celu, czyli do bogactwa. Taka postawa jest wśród ludności chrześcijańskiej nie do przyjęcia i prędzej czy później kończy się jakimiś wyrzutami sumienia, niepokojem moralnym i konstatacją, że pieniądze szczęścia nie dają, bo po osiągnięciu wielkiego bogactwa powstaje pustka moralna. Natomiast Żydzi nie mają takich dylematów. Dla chrześcijan jest to powód do oburzania się na nich. Istotnie, takie dążenie do bogactwa musi skończyć się dla chrześcijan kacem, mówiąc delikatnie. Ale to jest żydowska pułapka, bo to oni udzielają im kredytów i wytwarzają w nich przekonanie, że człowiek, który ma dużo pieniędzy jest lepszy od innych, że tylko kasa się liczy. Kasa nie może być celem samym w sobie i nie jest nim dla Żydów. Dla Żyda bogacenie się oznacza, że, im on będzie miał więcej pieniędzy, im więcej będzie miał firm różnego rodzaju, kamienic, gruntów, ziemi uprawnej, lasów itp., tym mniej będzie miał tego wszystkiego goj. To jest jego cel. A celem ostatecznym jest dla Żyda zawładnięcie wszelkim bogactwem na Ziemi. To jest cel religijny, tak jak dla chrześcijanina celem religijnym jest życie wieczne, a co w życiu doczesnym, to tylko tymczasowe. U Żyda jest odwrotnie. Żyd nie ma dylematów moralnych, gdy brutalnie obchodzi się z narodami rdzennymi, bo dla niego postępowanie moralne, w rozumieniu chrześcijan, ogranicza się tylko do Żydów, podczas gdy chrześcijanie swoje zasady moralne stosują do wszystkich. Po to właśnie Żydzi wymyślili chrześcijaństwo i zaaplikowali je narodom rdzennym, by ich w ten sposób osłabiać, by nie mogli być wobec Żydów tak brutalni, jak są oni wobec chrześcijan.

Mamy więc u Reymonta przekaz, że pieniądze szczęścia nie dają, że szczytnym celem jest bezinteresowne pomaganie innym. Literatura piękna, w dużym stopniu tworzona przez Żydów, pełna jest tego typu przykładów. A sam Reymont? W Wikipedii można przeczytać:

„13 lipca 1900 Reymont uległ wypadkowi kolejowemu. Trafił do szpitala z dwoma złamanymi żebrami, jednak w raporcie lekarskim napisano, że pisarz ma 12 złamanych żeber oraz inne kontuzje ciała i nie wiadomo, czy będzie nadal zdolny do pracy umysłowej. Notatkę szpitalną sfałszował dr Jan Roch Raum. Wysokie odszkodowanie w wysokości 38 500 rubli pomogło mu zdobyć niezależność finansową.”

No tak, pieniądze szczęścia nie dają, ale bez pieniędzy bieda, zwłaszcza jak się chce pisać powieść we Francji, bo tam, gdzieś pod Paryżem, napisał Reymont Ziemię obiecaną. Czy zatem Reymont był Żydem, czy Żydem był lekarz, który sfałszował szpitalną notatkę i czy urzędnik carskich kolei, który podjął decyzję o wypłacie tak wysokiego odszkodowania, również był Żydem? Myślę, że zacytowany na początku fragment z powieści Reymonta, daje odpowiedź, a przynajmniej skłania do refleksji.

Zmiany klimatyczne

Mijający rok obfitował w ekstremalne zjawiska pogodowe, co jak zwykle w takich sytuacjach jest dla niektórych powodem do twierdzeń, że klimat zmienia się i że wszystkiemu winien jest człowiek i jego działalność gospodarcza. Inni z kolei twierdzą, że te ekstremalne zjawiska pogodowe mogą być wynikiem ingerencji człowieka w klimat. Czy tak rzeczywiście może być? Czy człowiek jest taki wszechmocny? Osobiście wątpię. Wprawdzie nie znam się na klimacie, choć o El Niño słyszałem, ale mamy demokrację i każdy ma prawo głosu, więc i ja z tego prawa korzystam. Dla porządku, Wikipedia tak pisze:

First things first, jak mówią Anglicy, czyli najpierw rzeczy podstawowe. A więc Ziemia jest okrągła, takie przyjmuję założenie, bo wiem, że są zwolennicy płaskiej Ziemi i dla nich cały mój wywód nie będzie warty funta kłaków. Na tym polega różnica na poziomie aksjomatów. Jednak uściślając, Ziemia jest kulą, a konkretnie elipsoidą obrotową, co może brzmi poważnie i naukowo, ale nie taki diabeł straszny. Dlatego jest elipsoidą obrotową, bo jest nieco spłaszczona na biegunach. Tego oczywiście nie widać gołym okiem.

To, że Ziemia może być elipsoidą obrotową, wnioskował w XVII wieku Newton na podstawie ustalonych przez siebie praw ciążenia. Ponieważ Cassini twierdził, że jest odwrotnie, że Ziemia ma kształt jajowaty, więc w latach 1735-1736 Akademia Francuska, aby rozstrzygnąć definitywnie ten problem, wysłała dwie ekspedycje w celu dokonania pomiarów, jedną do Peru, drugą do Laponii. Okazało się, że Newton miał rację. W 1798 roku przyjęto dla spłaszczenia Ziemi wartość 1/334, a dla biegunowego obwodu Ziemi 20 522 960 tauzów (sążni francuskich). Jedną czterdziestomilionową część tej wartości nazwano metrem. I stąd wzór metra znajduje się w Sèvres pod Paryżem, a nie w Kobyłce pod Warszawą. To była epoka saska, a za Sasa – jedz, pij i popuszczaj pasa.

Długość równika to 40 075 km, a południków – 40 008 km, spłaszczenie – 0,335 promila. Możemy więc przyjąć, że Ziemia jest kulą. Obraca się wokół własnej osi i wokół Słońca. Oś ziemska jest odchylona od pionu o 23 stopnie i dzięki temu mamy pory roku oraz długi dzień latem i krótki zimą. To skutkuje też tym, że w żadnym punkcie Ziemi promienie słoneczne nie padają cały czas po tym samym kątem. Z racji tego, że promienie słoneczne padają na Ziemię pod różnym kątem, co wynika z jej kulistości, to – ziemia, powietrze i wody – bardziej nagrzewają się w strefie równikowej a słabiej w strefie podbiegunowej. Te różnice powodują ruch powietrza i wody. Powstają prądy oceaniczne i powietrzne i to jest właśnie klimat.

Nie trzeba zbytniej spostrzegawczości, by zauważyć, że gwałtowne zjawiska pogodowe mają miejsce przeważnie w górach i rejonach podgórskich. Tak było w przypadku ostatniej powodzi na Dolnym Śląsku w Kotlinie Kłodzkiej. Podobnie może być tam, gdzie morze styka się ze stromym lądem, wybrzeżem klifowym itp. W takich warunkach działalność erozyjna wody i wiatru jest najbardziej intensywna. A co by było, gdyby powierzchnia lądów była idealnie płaska? Ruchy powietrza zapewne byłyby, ale nie tak gwałtowne, jak to się zdarza przy zetknięciu z terenem wypiętrzonym, górzystym.

Ścierają się więc na Ziemi dwa rodzaje sił, które „rzeźbią” ziemski krajobraz. Jedne to siły egzogeniczne, czyli działające z zewnątrz, zwane też solarnymi, a drugie – to endogeniczne, czyli wewnętrzne, działające od środka Ziemi. Jedne dążą do całkowitego zrównania jej powierzchni, a drugie – wprost przeciwnie. Gdyby nie było działania tych wewnętrznych, to po pewnym czasie Ziemia miałaby idealnie płaską powierzchnię. Nie byłoby gdzie jeździć na narty. Nie byłoby tych wszystkich pięknych miejsc, które są tak atrakcyjne turystycznie. Nie byłoby niczego, jakby powiedział niedoszły kiedyś prezydent Kononowicz. No, ale nie ma róży bez kolców, albo piękne widoki, będące często wytworem tych gwałtownych zjawisk, albo płasko jak na stole. Tak jak jest od linii Łeba-Tomaszów Lubelski do Uralu. To formacja zwana Platformą Wschodnioeuropejską. Wszystkie warstwy osadów ułożone są na niej poziomo i jest to teren bardzo stabilny w sensie geologicznym. Nie przypadkiem więc słowo „platforma” zostało wykorzystane w nazwie partii politycznej. Symbolizuje ono niewzruszoność, niezmienność, stałość.

Procesy zewnętrzne są albo niszczące, albo twórcze. Pod wpływem tych pierwszych skały tworzące skorupę ziemską ulegają rozkruszeniu i częściowemu rozpuszczeniu, a produkty tych przeobrażeń zostają usunięte z jednych obszarów powierzchni i przeniesione w inne. Do tych procesów niszczących należy wietrzenie, erozja i powierzchniowe ruchy masowe. Łącznie określa się je mianem denudacji. Dzięki niej góry i wyżyny są stopniowo rozcinane i obniżane. Procesem odwrotnym, twórczym, jest transportowanie produktów denudacji z miejsc wyższych do niższych. I ten proces nazywa się sedymentacją, czyli osadzaniem. W wyniku tych procesów powstają skały osadowe. Denudacja i sedymentacja składają się łącznie na wielki proces geologiczny – zrównania, czyli gradacji. Tak więc wszystkie procesy zewnętrzne dążą do zrównania powierzchni Ziemi.

Przeciwne tej tendencji są procesy zachodzące w skorupie ziemskiej lub we wnętrzu Ziemi. Tu głównym czynnikiem jest diastrofizm, dzięki któremu skorupa ziemska ulega deformacjom, przemieszczeniom i ruchom podnoszącym lub obniżającym, to ruchy górotwórcze. Z diastrofizmem łączy się plutonizm, polegający na tworzeniu w głębi skorupy ziemskiej stopów ognisto-płynnych i ich krzepnięciu wewnątrz skorupy i wulkanizm, polegający na ich wydobywaniu się na powierzchnię.

Tak to wszystko wygląda w teorii, a jak jest w praktyce? Chińczycy mówią, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Zatem trzeba przejść do rysunków, czyli do zdjęć. I może wypadałoby zacząć od pustyni, bo w tym roku padało na pustyni, co dla niektórych było dowodem na zmiany klimatyczne, no bo przecież na pustyni nigdy nie pada. Tak jak to leci w piosence: it never rains in Southern California, choć później leci: it pours, man, it pours.

Dolina Wadu Rum w południowej Jordanii; źródło: angielska Wikipedia.
Monument Valley, Utah; źródło: Wikipedia.

Takie krajobrazy powstają, gdy pewna partia terenu, stanowiąca zwarty blok zostaje wypiętrzona. Następuje jego pękanie. Powstają szczeliny, niektóre partie zapadają się, inne pozostają wyniesione. Zaczyna działać wietrzenie. Padają bardzo rzadkie, ale ulewne deszcze. Woda dostaje się we wszelkie szczeliny. W trakcie mroźnych nocy tworzy się lód, który rozsadza skały. W trakcie dnia, gdy panują wysokie temperatury, skały nagrzewają się, a w nocy, gdy jest mróz, kurczą się i w ten sposób kruszą się. Tak rozdrobniony materiał jest roznoszony w dolne partie przez wodę i wiatr. Bardziej odporne fragmenty skał opierają się temu procesowi. I tak powstaje widoczny powyżej krajobraz. To nie byłoby możliwe bez bardzo gwałtownych zjawisk atmosferycznych, jakimi są rzadkie, ale bardzo intensywne opady. W czasie ich trwania może spaść w ciągu godziny około 10 cm wody na metr kwadratowy. Podobne zjawiska zachodzą na wszystkich innych pustyniach. Jeśli krajobraz jest nieco inny, to wynika to z innego rodzaju skał, które podlegają erozji.

Joshua Tree National Park, Południowa Kalifornia; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać skały, które pierwotnie miały kanciaste kształty, które uległy wygładzeniu dzięki działaniu wód podziemnych, które, podsiąkając stopniowo w szczeliny, poszerzały je, oraz dzięki działaniu rzadkich, ale ulewnych deszczów, które podobno nigdy nie padają w Południowej Kalifornii. Po środku widać to drzewo Joshuy.

Uluru (Ayers Rock) na pierwszym planie i Kata Tjuta w tle; źródło: angielska Wikipedia.

Ayers Rock leży niemal w centrum Australii, w pobliżu miasteczka Alice Springs, jeśli ponad 330 km na południowy zachód można tak nazwać. Na tym zdjęciu widać, że Ayers Rock jest monolitem, a Kata Tjuta rozpada się na bloki. Jest to związane z różnym rodzajem skał, z jakich zbudowane są obie formacje. Geneza powstania jest podobna, jak w poprzednich przypadkach. Wszystko, co było dookoła, zostało zrównane z ziemią.

Lake Manly, Dolina Śmierci, Kalifornia, źródło: angielska Wikipedia.

To zdjęcie wykonano w grudniu 2023 roku w kilka miesięcy po powodzi wywołanej huraganem Hilary. Jest to jezioro okresowe, które po pewnym czasie wysycha.

Royal Natal National Park, Kwa-Zulu Natal, południowa Afryka; źródło angielska Wikipedia.

W klimacie bardziej wilgotnym są zupełnie inne warunki, niż na pustyni, nie są tak ekstremalne, opady są równomierniej rozłożone w czasie. W związku z tym pojawia się roślinność, która utrudnia działanie mechaniczne wody i wiatru. Przeważa działanie chemiczne wody, które polega na powolnym rozpuszczaniu skał.

Cathedral Cove w 2019 roku, Wyspa Północna, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.

Nie zawsze wszystko odbywa się w sposób gwałtowny. Często dzieje się to bardzo wolno. Tak jest, gdy mamy do czynienia z wietrzeniem chemicznym, czyli wtedy, gdy woda rozpuszcza skały przez które przepływa. Tak się dzieje w przypadku spękanych skał wapiennych. Woda wnika w szczeliny, rozpuszcza skały, tworząc podziemne potoki, kanały, pieczary. Ogólnie nazywa się ten proces krasem czy wietrzeniem krasowym. Efekty są takie, jak choćby na powyższym zdjęciu. Ale nie ma róży bez kolców. W lutym 2023 roku dojście do tej zatoczki zostało zniszczone przez cyklon Gabrielle. Tak więc teraz plażę i grotę można podziwiać z łódki, a dostęp do samej plaży jest ograniczony.

Mogot w zatoce Phang Nga w Tajlandii; źródło: Wikipedia.

Inną formą wietrzenia krasowego są mogoty, takie jak widoczny na powyższym zdjęciu. Występują one w Chinach, w Azji Południowo-Wschodniej, na Filipinach, na Kubie, w Puerto Rico i w innych miejscach.
„Polacy nie gęsi” i swoje mogoty też mają.

Maczuga Herkulesa, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.
Skała Biała Ręka, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.

Cała Wyżyna Krakowsko-Częstochowska, zwana też Jurą Krakowsko-Częstochowską, to taka kopalna rafa koralowa, taka jak Wielka Rafa Koralowa rozciągająca się wzdłuż północno-wschodnich wybrzeży Australii. To skłania do wniosku, że kiedyś ten obszar znajdował się w strefie podzwrotnikowej, a później przesunął się w kierunku północnym. Taki wniosek wynika z tego, że strefy klimatyczne są niezmienne, bo Ziemia jest cały czas odchylona od pionu pod tym samym kątem. Gdy jednak ktoś zaneguje takie założenie, to według niego wniosek też będzie błędny. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości, że Jura Krakowsko-Częstochowska jest jednym z najpiękniejszych rejonów w Polsce.

Pieniński Przełom Dunajca; źródło: Wikipedia.

Gdy zdarzy się tak, że przez jakiś teren, który ulega powolnemu wypiętrzaniu, przepływa rzeka, której siła erozyjna jest na tyle duża, by zrównoważyć to wypiętrzanie, to wżyna się ona w podłoże i rzeźbi w nim. Podobne zjawisko, tyle że na większą skalę ma miejsce w Wielkim Kanionie Kolorado. To samo, ale na mniejszą skalę, niż w Pieninach, można zaobserwować w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Tak więc rzeki mają swój udział w procesie denudacji. Przenoszą rozdrobniony materiał z gór w doliny.

Milford Sound, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.
Milford Sound z innego ujęcia; źródło: angielska Wikipedia.

W okresie zlodowaceń lodowce pokryły znaczne obszary na obu półkulach. Rzeźbiły one w górskim podłożu doliny. Gdy nastąpiło ocieplenie, lodowce stopiły się, poziom mórz podniósł się i doliny te zostały zalane i tak powstały fiordy. Zamieściłem zdjęcia z Nowej Zelandii, bo o norweskich fiordach to pewnie każdy słyszał, a o nowozelandzkich, to już niekoniecznie.

Cuernos del Paine, widok z Lago di Toro; źródło: angielska Wikipedia.

Słowo „cuernos” oznacza w jakimś lokalnym języku „rogi”, a słowo „paine” – „niebieski”. To jest chilijska Patagonia. Tu jest kolejny przykład działania lodowca, ale przede wszystkim jest to przykład diastrofizmu, czyli sił działających z wnętrza Ziemi. Powstał tam lakkolit, czyli forma z dołu płaska i wybrzuszona z góry, tak jak bochenek chleba. Na skutek wypiętrzania został on wyniesiony na powierzchnię. Osady, które były nad nim zostały usunięte, ale nie do końca. Widać wyraźnie u góry czarne (niebieskie?) partie, które są pozostałością po sedymentacji jeziornej, bogatej w związki organiczne i zawierającej dużo węgla i stąd ich barwa.

Irlandia i Wielka Brytania; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać, jak na dłoni, działalność erozyjną morza i przewagę zachodnich wiatrów. Zachodnie wybrzeże Irlandii i Szkocji jest takie… poszarpane, nieregularne, podczas gdy wschodnie wybrzeże Anglii, Szkocji i Irlandii jest regularne, podobnie jak zachodnie wybrzeże Anglii, osłaniane przez Irlandię. Widać też, że wcześniej Irlandia i Brytania były jedną wyspą, ale Irlandczykom coś nie pasowało i postanowili rozstać się z Anglikami.

Oprócz diastrofizmu siłą działającą z wnętrza Ziemi jest wulkanizm. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W trakcie tych ostatnich lawa wylewa się szczelinami, które czasem mogą być długie na kilka i więcej kilometrów. Taki typ erupcji występuje m.in. na Islandii. Na końcu blogu Teorie zamieściłem krótkie video z takiej erupcji, która miała miejsce w grudniu 2023 roku.

Wulkan Augustine na Alasce; źródło: angielska Wikipedia.
Erupcje szczelinowe na Islandii; źródło: angielska Wikipedia.
Rodzaje gazów i aerozoli, które są wydzielane do atmosfery w trakcie erupcji wulkanicznych; źródło: angielska Wikipedia.

Erupcje wulkanów wprowadzają do atmosfery niewyobrażalne dla nas ilości różnego rodzaju gazów, a nam wmawiają, że pierdzenie krów jest szkodliwe dla klimatu. Jeszcze nie tak dawno straszono nas dziurą ozonową. Wszystko to jest jakąś podstawioną rzeczywistością.

Są tacy, którzy twierdzą, że działalność człowieka wpływa niekorzystnie na klimat i z tego powodu ociepla się on. Inni podejrzewają, że ekstremalne zjawiska pogodowe są wynikiem ingerencji człowieka, czyli że człowiek może sterować pogodą. Na Ziemi działają dwie potężne siły, które ścierają się ze sobą. Jedna z nich jest natury zewnętrznej, druga – wewnętrznej. Ta zewnętrzna czerpie swoją energię ze Słońca – i to dzięki niemu istnieją prądy morskie i powietrzne – oraz z powszechnego ciążenia. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze Księżyc, dzięki któremu powstają pływy morskie. Tak więc o tym, jaka jest cyrkulacja tych prądów, decyduje generalnie Słońce. Może tak oczywiście być, że czasem pewną rolę mogą odgrywać czynniki kosmiczne. Jeśli Ziemia wraz z układem słonecznym przechodziłaby przez jakąś przestrzeń o zagęszczonej materii międzygwiezdnej, to klimat na Ziemi mógłby ulec ochłodzeniu. Jednak w obecnych warunkach, w naszej rzeczywistości, wypada skupić się na Słońcu. Jeśli więc ktoś twierdzi, że człowiek wpływa na zmianę klimatu poprzez swoją działalność czy ingerencję w mechanizm jego działania, to musi przyznać, że jest on w stanie pokonać wpływ Słońca na klimat. Wydaje się, że jest to niemożliwe, chociaż…

…ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Jan Potocki Rękopis znaleziony w Saragossie Vesper, 2007.

Mamy zatem tutaj do czynienia z działaniem dwóch przeciwstawnych żywiołów. Gdyby tak bliżej przyjrzeć się różnym filozofiom czy ideologiom, to często można w nich dostrzec wątek walki dwóch sił: dobra ze złem, światła z ciemnością, czy tak jak w przypadku ideologii marksistowskiej – tezy i antytezy. Czy nie jest to ogólne prawo tego świata? Czy wojny nie są więc czymś naturalnym, bo przecież ludzie są częścią tego świata, tej natury? A czy byłyby te wojny, gdyby nie było narodu rozproszonego, który, jak wiatr wiejący po całym świecie, tak i on rozsiewa wojny i konflikty wszędzie, gdzie tyko dotrze?

Funt szterling

Donald Trump obiecał, że jak zostanie prezydentem, to zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu godziny. Natomiast, gdybym ja został prezydentem Stanów Zjednoczonych, to w ciągu godziny uszczęśliwiłbym całą ludzkość, czyli zakończyłbym wszystkie wojny na świecie poprzez zakaz kreowania pieniądza bez pokrycia. Niestety, nie zostanę nim, w związku z czym świat nadal będzie musiał męczyć się z tymi dwiema żydowskimi plagami. Inna sprawa, że nawet gdybym nim został, to nie poradziłbym sobie z nimi. Są one nie do usunięcia, a to znaczy, że wszelkie inne pomysły na uczynienie ludzi szczęśliwymi są tylko mrzonką. I żadne wybory niczego tu nie zmienią. Wojny istnieją tylko dlatego, że światowe mocarstwo może kreować pieniądz bez pokrycia i w ten sposób finansować je, dobrze wynagradzać żołnierzy i najemników. Bez tego żadna wojna nie byłaby możliwa. Wcześniej też były wojny, ale nigdy na taką skalę i nigdy światowe. Wtedy fałszowano złote monety i z tej samej ilości złota bito więcej monet o mniejszej jego zawartości, wciskając je ludziom jako pełnowartościowe. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że oderwałem się od rzeczywistości, mówiąc delikatnie. Ale to już było…, jak śpiewała Maryla Rodowicz.

Ale to już było i nie wróci więcej
I choć tyle się zdarzyło
To do przodu wciąż wyrywa głupie serce
Ale to już było znikło gdzieś za nami
Choć w papierach lat przybyło
To naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami

Cały czas jesteśmy tacy sami i wierzymy w demokrację, w to, że w końcu ktoś zrobi z tym wszystkim porządek. Ale jak dotychczas – „Na Zachodzie bez zmian”. A co już było? Po części o tym w blogu Pieniądze i wojny. A było to, że nie kreowano pieniądza bez pokrycia i świat się nie zawalił. Wprost przeciwnie, nie było wielkich wojen, a gospodarka kwitła. To była tzw. epoka wiktoriańska – czas funta szterlinga i Anglii jako fabryki świata. I choć tyle się zdarzyło, to już znikło gdzieś za nami. A w Wikipedii można przeczytać:

Pochodzenie słowa

Funt szterling jest często oznaczany symbolem £ (rzadko L). Symbol jest pisaną w starym stylu wielką literą L, przekreśloną poziomo dla podkreślenia, że jest to skrót. Skrót pochodzi od łacińskiego słowa libra oznaczającego zarówno wagę, jak i jednostkę masy – funt. Z tej przyczyny nazwa waluty jest często tłumaczona na języki obce i szczególnie w językach romańskich może to powodować nieporozumienia, np. w hiszpańskim i portugalskim libra, rumuńskim lira, francuskim livre.

W celu odróżnienia jednostki pieniężnej od jednostki wagi dodano słowo „szterling”, co w przypadku srebra można przetłumaczyć z angielskiego jako „najwyższej próby”. Pierwotnie szterlingiem nazywano srebrną monetę jednopensową ważącą 1,555 grama, co stanowiło 1/240 funta trojańskiego (aptekarskiego). Z czasem, gdy z utratą siły nabywczej waluty pens był wypierany w powszechnym użyciu przez funta, nazwa ta zaczęła oznaczać funta.

Podział

Funt szterling dzieli się na 100 pensów, którego symbolem jest „p” i tak często jest określany w mowie potocznej w języku angielskim. Do 15 lutego 1971 funt dzielił się na 240 pensów (skrótowo zapisywanych „d” od słowa denar), bądź na 20 szylingów („l”, bądź „s” od solid). Pens po przejściu na system dziesiątkowy w 1971 z racji różnicy wartości był początkowo nazywany nowym pensem.

Historia

Szterling został wprowadzony do obiegu przez angielskiego króla Henryka II w 1158 i był wymienialny na srebro. W 1816 zmieniono wymienialność funta ze srebra na złoto i utrzymywano ją do 1914. W tym czasie kurs funta utrzymywał się na poziomie około $4,9 za £1. W roku 1926 powrócono do wymienialności na złoto, jednak w tym czasie w obiegu nie były już używane złote monety, a banknoty, które można było wymieniać na sztaby złota. System waluty sztabowo-złotej został ostatecznie porzucony 21 września 1931 podczas wielkiego kryzysu. Po wycofaniu się z systemu waluty złotej funt został zdewaluowany o 20%. Funt stał się całkowicie wymienialny w 1946, co było warunkiem udzielenia 3,75 miliarda dolarów pożyczki przez Stany Zjednoczone. Po wycofaniu się z powiązania funta ze złotem próbowano ustabilizować kurs waluty poprzez związanie wartości funta z innymi walutami począwszy od amerykańskiego dolara. Jednak próby były nieudane, co pociągnęło za sobą 30% dewaluację w 1949.

W połowie lat 60. wystąpiła kolejna presja na obniżenie wartości waluty. W 1966 w obliczu spadającego kursu waluty rząd brytyjski wprowadził restrykcyjne ograniczenia dewizowe. Jednym z nich był zakaz wywozu przez turystów z kraju więcej niż 50 funtów (zniesiony w 1970). W tym czasie, w listopadzie 1967, funt został zdewaluowany o 14,3% do poziomu 2,41 dolara. W 1976 nastąpił kolejny kryzys. Kurs funta spadł w stosunku do dolara do poziomu 1,57 i Wielka Brytania była zmuszona zaciągnąć pożyczkę w MFW w wysokości 2,3 miliarda funtów. Najniższy historyczny kurs funt osiągnął w lutym 1985, gdy za funta można było otrzymać jedynie 1,05 dolara.

W 1988 rząd Margaret Thatcher zdecydował się związać funta z marką niemiecką, a w 1990 włączono go do systemu ERM (mechanizm stabilizacji kursów walut państw EWG) z kursem do niemieckiej marki na poziomie około 2,90 marki za funt. Już w 1992 funt został zmuszony do opuszczenia systemu po tzw. Czarnej Środzie (16 września), kiedy to grupa spekulantów z George’em Sorosem na czele przeprowadziła spekulacyjny atak na funta, który Sorosowi przyniósł zysk przeszło miliarda dolarów, a funtowi spadek wartości o 25% w ciągu kilku dni.

x

Mamy więc taką sytuację, że od 1816 roku do 1914 roku, a więc przez 100 lat, kurs funta do dolara utrzymywał się na poziomie 1:5. Później wszystko zmieniło się. W 1913 roku powstał Fed, czyli bank centralny Stanów Zjednoczonych, co w zasadzie wszystko wyjaśnia. Co się dzieje, gdy pieniądz nie jest kreowany z niczego? W blogu Pieniądze pisałem:

„Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by waluta, która zyskuje na wartości ze względu na wzrastającą ilość dóbr i usług, była dzielona na mniejsze jednostki. Wówczas zyskują wszyscy ci, którzy oszczędzają, a ci, którzy pożyczają muszą spłacać w walucie, która jest już znacznie więcej warta niż wówczas, gdy w niej pożyczali i w tym są ukryte odsetki od pożyczonego kapitału. Koszt kredytu jest tylko po stronie kredytobiorcy, zupełnie tak jak obecnie, ale zyskują nie finansowi macherzy, tylko ci, którzy oszczędzają.”

A Wikipedia pisze:

Od XVIII wieku walutą Wielkiej Brytanii jest funt szterling (pound sterling), który od 15 lutego 1971 jest równy 100 pensom (pence). Wcześniej jeden funt był równy 20 szylingom, zaś jeden szyling (shilling) – 12 pensom (pence). Jeszcze wcześniej 1 pens dzielił się na dwie półpensówki (halfpenny) lub na 4 ćwiartki (farthings).

Funt oznaczany był symbolem “£”, szyling literą “s.”, pens “d.” Obecnie, dla rozróżnienia między “starym” pensem a nowym, stosuje się oznaczenie tego ostatniego “p.”; szyling wyszedł z użycia, a oznaczenie funta symbolem “£” pozostało bez zmian. Przykładowo zapis £2 5s. 3d. lub analogicznie “2/5/3” oznaczał: “2 funty, 5 szylingów, 3 pensy”. Jeżeli podano tylko dwie cyfry, oznaczało to szylingi i pensy, np. “5/3” oznacza to samo, co “5s. 3d.”, czyli 5 szylingów i 3 pensy.

Wartość 5 szylingów (1/4 funta) odpowiadała koronie (crown), zaś pół korony stanowiły dwa szylingi i sześć pensów (2s. 6d.). Ceny artykułów wysokiej jakości oraz honoraria przedstawicieli wolnych zawodów (lekarzy, adwokatów itp.) liczone były w gwineach. 1 gwinea (guinea, gn.) stanowiła funta i szyling, czyli 1gn. = £1 1s = 21s.

x

Być może komuś ten system monetarny wydaje się zawiły, ale nie ma innego sposobu, by zachować wartość pieniądza w czasie, a tym samym wartość pracy w czasie. Dzieje funta szterlinga są na to dowodem. Przez sto lat zachowywał swoją wartość, a właściwie ją zwiększał. I po to były potrzebne te szylingi, pensy, półpensówki i ćwiartki – po to, by móc dokonywać drobnych zakupów. W 1931 roku, po wycofaniu się z systemu waluty złotej, funt został zdewaluowany o 20%, w 1949 – o 30%, w 1967 roku – o 14,3%. W 1976 roku kurs funta spadł do poziomu 1,57 za dolara. W 1985 roku spadł do najniższego w historii poziomu 1,05 za dolara. I to wszystko w ciągu 54 lat.

Zwykli ludzie zyskują tylko tylko w takim systemie, jaki panował w Wielkiej Brytanii w latach 1816-1914. Nawet gdyby odkładali na swoje emerytury jakieś grosze, to im dłużej by żyli, tym więcej by mieli. Jak w bajce, nieprawdaż? Czy któraś z partii, czy któryś z polityków czy kandydatów na prezydenta – czy one i oni proponują takie rozwiązanie problemów społecznych?

Krach finansowy

W dniu 3 listopada Tomasz Piekielnik zamieścił na swoim kanale krótką analizę tego, co dzieje się w światowych finansach i zastanawiał się nad tym, czy ostatnie decyzje Warrena Buffeta nie są oznaką zbliżającego się krachu finansowego. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty jego wypowiedzi.

Warren Buffet zgromadził gotówkę większą niż polskie państwo jest w stanie ściągnąć w podatkach przez dwa lata. Sprzedał duży pakiet akcji firmy Apple, a wcześniej – Bank of America, a jeszcze wcześniej – innych firm. I dziś zgromadził gotówkę ponad 330 miliardów dolarów. Dlatego warto się temu przyjrzeć, bo być może czeka nas kryzys finansowy i nie tylko finansowy.

Dane, które zgromadziłem, pokazują, że albo gospodarkami, czyli państwami rządzą szaleńcy, albo ci ludzie wiedzą, o co chodzi i kreują wydarzenia w świecie finansów, nawet takie jak kryzys czy krach. Warto się tym interesować, bo w mojej ocenie Warren Buffet, to nie tylko guru inwestowania. Nie brak słów, także w świecie finansów, że Warren Buffet, to nie wybitny inwestor, który potrafi – dzięki swoim zmysłom, logice i… no właśnie!, jakimś dodatkowym jeszcze czynnikom – podejmować świetne decyzje inwestycyjne, ale to człowiek, który podejmuje te decyzje dlatego, że kreuje wydarzenia, które towarzyszą tym decyzjom. Wydarzenia, które potem skutkują określonymi wzrostami czy spadkami na rynkach finansowych. Obojętnie, jaka jest prawda, warto śledzić jego ruchy, bo one dowodzą dobitnie, że może się coś wydarzyć na rynkach finansowych. I w mojej opinii tak właśnie się staje.

Jeszcze w 2022 roku Buffet określał Apple jako jednego z „czterech gigantów” Berkshire (sp. Buffeta – przyp. W.L.), odpowiadającego za większość wartości firmy. Zatem, jeśli Warren Buffet mocno wycofuje się z firmy Apple, to uważa, że albo sama firma, albo cały rynek, czyli branża, w której działa Apple, albo cała giełda spadnie i to mocno. Bo jeżeli uważa, że nie warto trzymać swoich kapitałów w akcjach tej firmy – technologicznej czy innych, jak Bank of America, lepiej mieć gotówkę, to znaczy, że z tą gotówką zamierza niebawem coś zrobić i warto to śledzić, bo to powie nam, w jakim kierunku będzie zmieniał się rynek finansowy.

Od wielu kwartałów Warren Buffet sprzedaje akcje spółek, które posiada, po to, żeby je spieniężyć, po to, żeby dysponować gotówką. Warto więc zadać pytanie: co się wydarzy z rynkami finansowymi? Ale warto też zadać sobie pytanie: czy dług publiczny może rosnąć do nieba? A jeżeli nie, to gdzie znajduje się granica możliwości zadłużania się? W Polsce zadłużenie przekroczy w przyszłym roku 60% PKB, a to oznacza, że czeka nas dyscyplina budżetowa, cięcia wydatków. Na ten moment zadłużenie przekroczyło już grubo 1 bilion 800 miliardów złotych. Deficyt w budżecie centralnym przekracza 240 miliardów złotych. Do tego poza skarbem państwa istnieją różnego rodzaju fundusze. Jest ich prawie dwadzieścia. Tam lokowany jest również dług, bo te fundusze mają możliwość emitowania obligacji.

Deficyt w USA w 2024 roku przekroczy 1,8 biliona dolarów. To tyle brakuje w kasie rządu Stanów Zjednoczonych. Nie miejmy złudzeń, bezkrytyczne zadłużanie musi pchnąć władze zza Waszyngtonu, tak nazywam deep state, który w istocie pociąga za sznurki na świecie, nie tylko w kwestii tego, gdzie wybuchnie jakaś wojna, czytaj: gdzie będzie wprowadzona demokracja, ale także, co z finansami światowymi. I tutaj mamy do czynienia z dwoma kierunkami, którymi, moim zdaniem, Ameryka będzie podążać. Po pierwsze, krach i kryzys, ale nie taki, który będzie niespodzianką. Czemu miałby on służyć? Temu, żeby zdewaluować wartość swego długu. Krach i kryzys jest też powodem do różnego rodzaju działań, które na co dzień nie przejdą, na które społeczeństwa w normalnych okolicznościach się nie zgodzą. To po pierwsze. Po drugie – wojny. Wojny to sytuacje, które powodują także reset w dziedzinie finansów. A po ich zakończeniu następuje jakaś odbudowa. I gospodarki, które wezmą udział w tych odbudowach, znacznie zyskają. Zwróćmy uwagę, co się stało w Stanach Zjednoczonych po II wojnie światowej. Po pierwsze amerykańska gospodarka nie została zniszczona działaniami wojennymi, bo tam żadne inwazje nie miały miejsca. Co działo się po tym czasie? Gospodarka amerykańska zaczęła się mocno rozwijać za sprawą kilku okoliczności, ale jedną z nich był fakt, że Ameryka wykreowała swoją walutę światową. Zrezygnowała z pokrycia dolara w złocie, co spowodowało możliwość wykreowania tej waluty w takiej ilości, o jakiej nie byłoby mowy, gdyby dolar miał pokrycie w złocie lub skorelowany był sztywno z jakimś innym dobrem lub kruszcem.

I co się dzieje dzisiaj? Dzisiaj mówi się nam o wprowadzeniu waluty cyfrowej. Co jest potrzebne na świecie, aby się wydarzyło, aby społeczeństwa przyjęły nowe mechanizmy finansowe, nową walutę, obojętnie jak ją nazwiemy, jednak walutę zupełnie inną? To podobnie jak po II wojnie światowej rozpoczęły się działania na dolarze. Co potrzeba, aby na świecie się wydarzyło, abyśmy przyjęli nowe mechanizmy finansowe w ramach tzw. wielkiego resetu? I tu odpowiedź jest jasna – wojna, duża wojna.

x

Piekielnik poruszył tu kilka zagadnień, do których wypada się odnieść. Buffet sprzedał akcje i zgromadził potężną gotówkę. Nawet jeśli sprzedał je w kilku transakcjach, to i tak były to sumy dla nas niewyobrażalne. Jednak Piekielnik nie powiedział, komu on je sprzedał. Kto mógł kupić te akcje? Czy inni prywatni inwestorzy, może nie tak potężni, ale też wielcy, kupiliby akcje, których wyzbywa się największy z nich? Mało to prawdopodobne. Kto zatem dysponuje tak wielkimi pieniędzmi, że w każdej chwili może je wyłożyć? Są to fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe i inne tego typu instytucje, które dysponują nieprzerwanym dopływem pieniędzy. Kto na tym tarci? Zwykły człowiek, którego zmuszono do lokowania części swojej składki emerytalnej w takich funduszach. Być może później, gdy akcje tych spółek, które Buffet sprzedał, spadną na tyle nisko, że znowu staną się atrakcyjne, to odkupi je on, bo co zrobi z tą gotówką? A może kupi tanio inne akcje i sprzeda je później, gdy ich cena wzrośnie, jakiemuś funduszowi emerytalnemu czy innemu. Do tego, by przeprowadzać takie operacje potrzebny jest jeden warunek: wszyscy ludzie we wszystkich tych instytucjach muszą ze sobą współpracować i wykonywać polecenia, które otrzymują. To jest możliwe tylko wtedy, gdy należą do tej samej nacji handlowej, bo handel akcjami, to też handel. Celem podstawowym jest tu nie tyle zysk, ile zubożenie pozostałych nacji.

Czy do tego, by wprowadzić walutę cyfrową, potrzebna jest rewolucja w postaci wojny czy krachu finansowego? Przebieg „pandemii” i zachowania większości ludzi podczas niej dowodzą, że – nie. Zresztą waluta cyfrowa już istnieje i ludzie powszechnie z niej korzystają, więc jest to tylko kwestia czasu, gdy zupełnie się do niej przyzwyczają. Gotówka istnieje po to, by nie odcinać ludziom starszym dostępu do pieniędzy, ale też po to, by mógł istnieć czarny rynek i szara strefa, w których również Żydzi działają.

Czy dług publiczny może rosnąc do nieba? – pyta Piekielnik. I twierdzi, że nie może, bo ogranicza ten proceder dyscyplina budżetowa, która nie pozwala na to, by deficyt budżetowy był większy, niż 60% PKB, ale za chwilę dodaje, że rząd lokuje swój dług również w funduszach pozabudżetowych, których jest prawie dwadzieścia. A więc dług może rosnąć do nieba. Dlaczego nie? Jeśli inflacja może…

„Największą hiperinflacją w historii była hiperinflacja na Węgrzech po zakończeniu II wojny światowej, gdzie w 1946 roku największym nominałem był banknot 100 000 000 000 000 000 000 (100 trylionów, gdzie trylion to jedynka z 18 zerami) pengő (przygotowano już do wprowadzenia banknot o nominale miliard bilionów (tryliarda) pengő , tj. jedynki z 21 zerami; zamiast opisu cyfrowego na banknocie znajdowało się oznaczenie „Egymilliárd B.-pengő”), a inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca, co oznaczało podwajanie się cen przeciętnie w ciągu każdych 15 godzin. Gdy w sierpniu 1946 roku wprowadzono tam forinta, przyjęto przelicznik 1:400 000 000 000 000 000 000 000 000 000, co oznacza, iż jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (gdzie kwadrylion to jedynka z 24 zerami) pengő.” – Wikipedia. Więcej o hiperinflacji na Węgrzech w blogu Hiperinflacja c.d.

Krach i kryzys jest po to, by zdewaluować wartość swego długu – mówi Piekielnik. I tak było w Republice Weimarskiej po I wojnie światowej. Jak to działa? Więcej o tym w blogu Hiperinflacja. Fragment poniżej.

»Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.«

Co było pierwsze, kura czy jajko? Czy wojny wywołują kryzysy i krachy finansowe, czy odwrotnie? Wielki kryzys z 1929 roku nie wybuchł po I wojnie światowej przed II wojną światową. Wybuchł dokładnie pośrodku. Jego celem było pozbycie się z amerykańskiego systemu bankowego ludzi nienależących do nacji handlowej.

15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto, co oznaczało, że od tego momentu można było drukować go bez ograniczeń. To jednak nie było wynikiem II wojny światowej, bo nastąpiło to 26 lat po jej zakończeniu. To niemal zbiegło się z decymalizacją funta, przeprowadzoną 15 lutego 1971 roku. Od tego momentu funt odpowiadał 100 nowym pensom. Wcześniej było inaczej. Wikipedia tak pisze:

„Wcześniej jeden funt był równy 20 szylingom, zaś jeden szyling (shilling) – 12 pensom (pence). Jeszcze wcześniej 1 pens dzielił się na dwie półpensówki (halfpenny) lub na 4 ćwiartki (farthings).

Funt oznaczany był symbolem “£”, szyling literą “s.”, pens “d.” Obecnie, dla rozróżnienia między “starym” pensem a nowym, stosuje się oznaczenie tego ostatniego “p.”; szyling wyszedł z użycia, a oznaczenie funta symbolem “£” pozostało bez zmian. Przykładowo zapis £2 5s. 3d. lub analogicznie “2/5/3” oznaczał: “2 funty, 5 szylingów, 3 pensy”. Jeżeli podano tylko dwie cyfry, oznaczało to szylingi i pensy, np. “5/3” oznacza to samo, co “5s. 3d.”, czyli 5 szylingów i 3 pensy.

Wartość 5 szylingów (1/4 funta) odpowiadała koronie (crown), zaś pół korony stanowiły dwa szylingi i sześć pensów (2s. 6d.).

Ceny artykułów wysokiej jakości oraz honoraria przedstawicieli wolnych zawodów (lekarzy, adwokatów itp.) liczone były w gwineach. 1 gwinea (guinea, gn.) stanowiła funta i szyling, czyli 1gn. = £1 1s = 21s.”

Być może nam ten system wydaje się idiotyczny, ale w tym „szaleństwie” była metoda. W XIX wieku funt był najmocniejszą walutą świata i nie tracił na wartości. Być może wcześniej też tak było. Co zrobić, gdy towarów i usług przybywa, a pieniędzy – nie. Funt szterling (pound sterling) był bity w standardzie „sterling”, czyli próbie srebra 925 (na 1000), dolar – 900. W Niemczech obowiązywał standard 800. W PRL-u wybito z okazji XXX-lecia PRL monetę „kolekcjonerską” o próbie 625, czyli g… wartą, bo srebro w próbie poniżej 750 traci swoje walory. Tak więc, gdy funt zyskiwał na wartości, co oznaczało, że można było za niego kupić znacznie więcej, niż wcześniej, to trzeba było stworzyć nowe monety o mniejszej wartości tak, by można było kupować tańsze towary. To był system, w którym człowiek pracy nie był oszukiwany, przynajmniej w tym sensie, że pieniądze, które zarobił nie traciły na wartości. O tym pisałem w blogu Pieniądze.

„Żydzi rządzą pieniądzem od bardzo dawna, ale przed nimi byli Fenicjanie i to prawdopodobnie od nich wiele się nauczyli. Wmówili wszystkim, że rozwój może następować, gdy na rynku jest coraz więcej pieniędzy, a kredyt musi być oprocentowany. A dlaczego nie może być rozwoju, gdy ilość pieniądza jest stała? Gdy ilość pieniądza jest stała, a następuje rozwój, czyli pojawia się na rynku więcej dóbr i usług, to pieniądz zyskuje na wartości. Zysk oszczędzającego polegałby nie na dopisaniu mu odsetek, tylko na tym, że po jakimś czasie za te same pieniądze mógłby nabyć więcej dóbr i usług. Ryzyko kredytobiorcy polegałoby na tym, że w momencie spłaty kredytu ta sama nominalnie ilość pieniędzy miałaby znacznie większą moc nabywczą niż w momencie jego zaciągnięcia. Rola banku sprowadzałaby się do pośrednictwa pomiędzy oszczędzającymi, a kredytobiorcami. I mógłby on tylko pożyczyć pieniądze tych, którzy je tam wcześniej zdeponowali. Nie byłoby żadnej giełdy, żadnych funduszy inwestycyjnych i temu podobnych wynalazków. Po co? Pieniądz zyskiwałby na wartości w miarę rozwoju i upływu czasu. Wszystko byłoby odwrotnie niż teraz. A czy w takiej sytuacji możliwe byłyby jakieś wojny i konflikty zbrojne?”

No właśnie! Okres od 1815 do 1914 był praktycznie okresem bez wielkich wojen. Wtedy funt szterling był walutą światowa i najdroższą. Wszystko skończyło się w 1913, gdy powstał Fed.

Czy potrzebny jest kryzys finansowy i krach, by wybuchła wojna? Chyba nie! „Polski” minister spraw zagranicznych robi laskę Amerykanom, by pozwolili mu wciągnąć państwo polskie do wojny na Ukrainie. I pewnie tak się stanie. Wszystko rząd może zrobić, nie pytając swoich obywateli o zgodę. Jednak jedna rzecz jest najtrudniejsza – zmiana granic. I to już się dzieje. Ukrainie już je zmieniono. Wojna na małym skrawku Ukrainy dała też powód do przesiedlenia milionów Ukraińców z terenów nieobjętych wojną do Polski, co w warunkach pokojowych nie byłoby możliwe. Gdy Polska włączy się do wojny na Ukrainie, to będzie to pierwszy krok do zmiany jej granic.

I jeszcze jedno. W czasie wojen nie ma miejsca na kryzysy finansowe, krachy i hiperinflację, bo wtedy prowadzenie ich byłoby niemożliwe. One występują po wojnach i w czasie pokoju.

Czy zatem możliwy jest świat bez wojen, kryzysów finansowych, inflacji i hiperinflacji? Bez nieograniczonego kreowania pieniądza i giełd jest pewnie możliwy, choć całkowite wyeliminowanie wojen wydaje się mało prawdopodobne, czego uczy nas historia, to realne byłoby wyeliminowanie wojen światowych i znaczne ograniczenie lokalnych, czego dowodzi wiek XIX.

Józef Mackiewicz

Ostatnio na kanale Zakazane historie, jego autor zastanawiał się nad tym, dlaczego Józef Mackiewicz nie dostał Nagrody Nobla, do której był swego czasu zgłoszony. Mackiewicz uchodzi za człowieka, który był zatwardziałym antykomunistą i wiele jego książek jest poświęconych komunizmowi i jego zgubnemu wpływowi na społeczeństwa. Ja, poza paroma książkami, przeczytałem większość jego dzieł. W mojej ocenie dwie jego książki są wyjątkowe, a mianowicie Lewa wolna o wojnie 1920 roku i Nie trzeba głośno mówić o przebiegu II wojny światowej na froncie wschodnim. Obie powieści nie są typowymi powieściami, bo oprócz wątku fabularnego zawierają watek dokumentalny i właśnie dzięki niemu możemy dowiedzieć się o prawdziwym przebiegu obu tych wojen. Mackiewicz niczego nie komentował, przedstawiał suche fakty, więc każdy czytelnik musi sam wyciągać wnioski. Z tych też względów zamieściłem na blogach o tej tematyce dużo cytatów z obu powieści. Inny mam natomiast stosunek do jego książek poświęconych komunizmowi. Mackiewicz jawi się w nich jako zoologiczny wręcz antykomunista, jak mawiał Michnik. Takie miałem wrażenie, że jest w tym coś sztucznego, nie ma tam dotarcia do źródła, do istoty komunizmu. Mackiewicz przedstawia go jako jakąś siłę wręcz nadprzyrodzoną, która potrafi przeniknąć wiele środowisk, opanować Watykan. Ale przecież komunizm to pewna idea, abstrakcyjna idea, którą w życie mogą wprowadzić tylko ludzie. Jacy więc to ludzie uznali, że komunizm może być wprowadzony tylko przemocą i terrorem? Ci sami, którzy uznali we Włoszech, że komunizm można wprowadzić na drodze demokratycznej, zgodnie z wolą ludzi, jeśli taka by była. Dlatego uważam, że analiza komunizmu, dokonana przez Mackiewicza jest niepełna, sztuczna. Tak więc za sprawą Leszka Pietrzaka z kanału Zakazanie historie przyjrzałem się bliżej życiorysowi Mackiewicza, który przedstawia Wikipedia.

Józef Mackiewicz (ur. 19 marca?/1 kwietnia 1902 w Sankt Petersburgu, zm. 31 stycznia 1985 w Monachium) – polski dziennikarz, pisarz i publicysta. Jest znany przede wszystkim jako autor 6 wydanych na emigracji powieści, w większości osadzonych w realiach Wileńszczyzny okresu obu wojen światowych; wydał także trzy tomy publicystyki politycznej. Na emigracji budził ogromne kontrowersje w związku z oskarżeniem o wojenną kolaborację z Niemcami i wyrokiem śmierci wydanym na niego przez konspiracyjny sąd specjalny. Ze względu na swój bezkompromisowy i radykalny antykomunizm, Mackiewicz był w PRL objęty zakazem cenzorskim i niemal do końca życia pozostawał całkowicie nieznany. W kraju zyskał ogromną popularność dzięki wydawnictwom bezdebitowym lat 80. Obecnie jego twórczość jest ceniona przez krytykę historycznoliteracką za oryginalną formułę powieści historycznej, naturalizm opisu, epicki rozmach, polifoniczną narrację oraz refleksję dotyczącą zmierzchu wielokulturowej tradycji ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Głosy krytyczne wskazują na stronnicze przedstawienie rzeczywistości historycznej, chaotyczną konstrukcję powieści oraz na ich bardziej publicystyczny niż literacki charakter.

Wstępni

Gałąź rodu Mackiewiczów z przydomkiem Jańcza, pieczętująca się herbem Bożawola, wywodziła się z Grodzieńszczyzny; Jan Mackiewicz miał majątek w Bersztach i w początkach XIX wieku był sędzią w Lidzie. Jego syn i dziadek Józefa, Bolesław Mackiewicz (?–?), należał do zubożałej szlachty. Ożenił się z Wilhelminą Antoniewicz (1840–?), wcześnie osieroconą szlachcianką wychowywaną początkowo przez Wawrzyńca Puttkamera, męża Maryli Wereszczakówny; jej majątek w znacznej części przepadł na skutek niegospodarności opiekuna. Bolesław był urzędnikiem pocztowym w Wilnie. Prawdopodobnie wziął udział w powstaniu styczniowym, po którym został skazany na osiedlenie w Rosji; zmarł w Saratowie.

Bolesław i Wilhelmina mieli piątkę dzieci. Jednym z nich był Antoni (1860–1914), wychowywany w dzieciństwie przez rodzinę Antoniewiczów. Jako nastolatek uciekł z domu, zarabiał początkowo jako pomocnik maszynisty, jako pomocnik w sklepie z winem, był komiwojażerem, a następnie współzałożycielem i potem dyrektorem firmy Fochts i Ska, zajmującej się handlem winami. W połowie lat 90. Antoni mieszkał w Petersburgu, gdzie znajdowała się siedziba firmy. Wtedy też podczas pobytu w Krakowie poznał Marię Pietraszkiewicz (1874–1932), z którą wziął ślub w roku 1896.

Maria pochodziła ze szlacheckiej rodziny wywodzącej się z Kijowszczyzny. Jej ojciec i matczyny dziadek Józefa, Ksawery Pietraszkiewicz (1814–1887), był uczestnikiem spisku Konarskiego; aresztowany i skazany, spędził lata w przymusowej rosyjskiej służbie wojskowej. Po ślubie w roku 1854 z Teofilą Górską (?–1902) i po kilkunastoletnim okresie w Kijowie, w roku 1870 para osiadła w Krakowie, gdzie prowadziła pensję dla panien z ziem ukrainnych. Maria wychowywana była nie tylko w rodzinie bardzo patriotycznej, ale także w kontakcie z wieloma luminarzami sztuki i kultury polskiej, odwiedzającymi krakowski dom Pietraszkiewiczów.

Mamy więc tu bardzo ciekawą informację, że dziadkowie Józefa ze strony matki prowadzili w Krakowie pensję dla panien z ziem ukrainnych. Wygląda więc na to, że ukrainizacja ziem polskich zapoczątkowana wspólnym państwem w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów trwała w najlepsze pod zaborem austriackim.

x

W domu przy ul. Witebska 1 róg Białostockiej rodzina Mackiewiczów zamieszkała w 1907 r. Przyjechali tu z Pitra. Zmuszeni byli przenieść się do Wilna – z powodu stanu zdrowia małego Józia, nie służył mu klimat nad Newą, ciągle chorował „na nos i gardło”. Dla głowy rodziny, Antoniego Mackiewicza, był to powrót do rodzinnego miasta. Tu, w Wilnie się urodził, tu jego ojciec był urzędnikiem pocztowym. Do Pitra zarzucił Antoniego los przewrotny, ale w wyniku na pewno szczęśliwy…

Ojciec Antoniego, Bolesław Mackiewicz, za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na Sybir. Zmarł w Saratowie. Wdowa po Bolesławie, z pięciorgiem dzieci, oddała małego Antoniego na wychowanie do rodziny swego brata, od której to rodziny Antoni po jakimś czasie uciekł i jako chłopiec dwunastoletni doskonale sobie w życiu radził. Był pomocnikiem maszynisty parowozu, potem subiektem w sklepie z winem, gdzie stał się „prawą ręką” właściciela sklepu, potem akcjonariuszem i dyrektorem spółki. W końcu – został zamożnym przedsiębiorcą w Petersburgu, właścicielem tam kilku kamienic, współwłaścicielem i dyrektorem firmy „Fochts i Ska”, zajmującej się dostawami win importowanych na rynek rosyjski. Tam, w Pitrze, się ożenił, a żonę sprowadził z Krakowa – Marię z Pietraszkiewiczów, legitymującą się szlacheckim rodowodem litewskim (Nałęcz-Pietraszkiewiczowie o przydomku Strumiłło). Ród Mackiewiczów pieczętował się herbem Boża Wola o przydomku Jańcza (który to przydomek miał podobno świadczyć, że protoplasta rodu był osiedlonym na Litwie „wysoko urodzonym Tatarem”). Ich majątek rodzinny, Berszty leżał w Grodzieńszczyźnie. Właściciel tych Berszt, Jan, dziad Antoniego, był sędzią lidzkim. Potem Berszty przeszły w obce ręce… – Alwida Bajor, Domy Mackiewiczów i Fleurów, „Magazyn Wileński” 1/14 (2003).

x

Dzieciństwo i lata szkolne

Po ślubie Antoni i Maria zamieszkali w Petersburgu. Firma Mackiewicza nie należała do szczególnie dużych, powodziło im się dobrze i należeli do średniej burżuazji; mieli sześciopokojowe mieszkanie, służbę i własne konie pociągowe. W roku 1896 urodził im się syn Stanisław, w roku 1900 córka Seweryna, a w roku 1902 syn Józef. Rodzina mieszkała w Petersburgu 11 lat. Przyczyny przenosin w roku 1907 do Wilna nie są dobrze znane; wg jednej z teorii powodem były obawy o zdrowie chorowitego Józefa, któremu jakoby nie sprzyjał petersburski klimat.

W Wilnie Mackiewiczowie nie kupili mieszkania w kamienicy w centrum miasta, ale stosunkowo skromny parterowy dom z poddaszem i ogrodem w peryferyjnej dzielnicy Markucie. Rodzina utrzymywała bony do dzieci, prowadziła dość ożywione życie towarzyskie, a w latach 1910–1911 Maria z dziećmi odbyła wielomiesięczną podróż na Lazurowe Wybrzeże. W roku 1912 Józef rozpoczął naukę w prestiżowym prywatnym tzw. gimnazjum Winogradowa, gdzie uczyło się już jego starsze rodzeństwo. Szczęśliwy okres zakończył się w roku 1914; zmagający się z kłopotami zdrowotnymi Antoni zmarł w maju, co postawiło pod znakiem zapytania perspektywy finansowe rodziny.

Losy Józefa w okresie wojennym są niejasne. Sam Mackiewicz, aplikując kilka lat potem o przyjęcie na Uniwersytet Warszawski, pisał, że w roku 1915 wyjechał do Moskwy, gdzie zostało ewakuowane jego gimnazjum i gdzie w roku 1918 zdał maturę. Jednak wg biografów po wkroczeniu do Wilna wojsk niemieckich w roku 1915 Józef przeniósł się do nowo założonego, prywatnego polskiego gimnazjum. Zdaniem jednego z historyków w latach 1915–1918 mieszkał i uczył się w Wilnie; zdaniem innego, od roku 1915 mieszkał w zaprzyjaźnionym majątku na Kowieńszczyźnie, uczył się z pomocą korepetytora, a do Wilna przyjeżdżał jedynie zdawać egzaminy.

x

Mamy tu bardzo ciekawą informację, że Mackiewicz w 1915 roku wyjechał do Moskwy i w 1918 roku zdał tam maturę. Wikipedia powołuje się tu na to źródło: Wacław Lewandowski, Przyczynki do biografii Józefa Mackiewicza prośbami i pytaniami do Włodzimierza Boleckiego, autora ‘Ptasznika z Wilna’, przeplatane, „Teksty Drugie” 6 (1991), s. 53.

Jeśli zdał maturę w 1918 roku, to znaczy, że już po rewolucji październikowej za rządów bolszewików. To mogłoby być bardzo niekorzystne wizerunkowo, bo skłaniałoby do podejrzeń, że rozpoczął współpracę z bolszewikami. Jakkolwiek karkołomna byłaby to hipoteza, to jej całkowite odrzucenie oznaczałoby narzucanie sobie autocenzury, czyli wszelkie szukanie prawdy prowadziłoby donikąd. Jednak to „plątanie się w zeznaniach”, wygląda podejrzanie, tak jakby ktoś coś chciał ukryć.

x

Student

Latem 1921 Mackiewicz złożył podanie o przyjęcie na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego; twierdził wówczas, że maturę zdał w Moskwie, ale że odpowiednie dokumenty zaginęły. Dzięki poparciu profesora Konstantego Janickiego został przyjęty i studiował zoologię, słuchając m.in. wykładów z morfologii i zoologii systematycznej, botaniki, psychologii, anatomii i embriologii; szczególnie jednak interesowały go wykłady dotyczące ornitologii. Pracował również nad uporządkowaniem zbiorów ornitologicznych Państwowego Muzeum Przyrodniczego w Warszawie, krótko na polecenie Janickiego pracował też w miejscowym muzeum w Białowieży. Z niejasnych powodów Mackiewicz przerwał studia w Warszawie; jego biograf podejrzewa problemy finansowe, zwłaszcza że matka w tym okresie sprzedała dom w Wilnie i przeniosła się do mieszkania na prowadzonej przez siebie pensji. Mackiewicz wrócił do Wilna latem 1922 roku.

Kariera akademicka Mackiewicza w Wilnie jest niejasna. Na podstawie jego własnych enuncjacji biografowie sądzą, że wstąpił na Uniwersytet Stefana Batorego, najprawdopodobniej na wydział matematyczno-przyrodniczy i najprawdopodobniej przed semestrem zimowym 1922/1923. Jeden autor pisze ostrożnie, że „studiował nauki przyrodnicze”, inny historyk literatury twierdzi zdecydowanie, że „studiował ornitologię”. Jak dotąd w archiwaliach USB nie odnaleziono dokumentów, weryfikujących tezę o wileńskich studiach Mackiewicza. Nie wiadomo też – jeśli faktycznie studiował – kiedy Mackiewicz zrezygnował ze studiów. Wiadomo, że już od roku 1922 pisywał do prowadzonego przez brata wileńskiego dziennika „Słowo”. Według pisanej własną ręką noty biograficznej porzucił nauki ścisłe po przeczytaniu Straconych złudzeń Balzaka, po czym wybrał karierę dziennikarską. Nie wiadomo, czy zawarty w tajemnicy przed rodziną ślub w roku 1924 z nauczycielką Antoniną Kopańską miał związek z przerwaniem studiów i poświęceniem się pracy zawodowej. Jeden z historyków sądzi, że Mackiewicz studiów nie ukończył „z powodów finansowo-rodzinnych”, ale że uzyskał absolutorium.

Dziennikarz i literat

W drugiej połowie lat 20. Mackiewicz był już częstym autorem zamieszczanych w „Słowie” tekstów i jego pozycja w gazecie – niezależnie od roli redaktora naczelnego, jaką pełnił brat Stanisław – była dość mocna. Materiały Mackiewicza miały zróżnicowany charakter; były to komentarze do bieżących wydarzeń, artykuły analityczne dotyczące wątków gospodarczych, politycznych i społecznych, przede wszystkich związanych z Wileńszczyzną, oraz reportaże. Niekiedy publikował też wywiady, teksty wspomnieniowe i artykuły biograficzne. Znaczna część tych materiałów publikowana była pod pseudonimami, inicjałami lub anonimowo.

W latach 30. Mackiewicz zaczął specjalizować się w reportażu; podróżował głównie po terenach województw wileńskiego, nowogródzkiego i poleskiego, choć niekiedy jeździł też do Polski centralnej czy na Pomorze. Jak twierdził, w ciągu roku zdarzało mu się przebyć 26 tys. kilometrów. Stał się postacią stosunkowo znaną w kręgach literackich i dziennikarskich Wilna. W mieście często bywał w wysokich butach z cholewami i samodziałowym płaszczu; niektórym przypominał archetypicznego drobnego szlachetkę. We wspomnieniach z tego okresu pojawia się jako człowiek mrukliwy, ale wieczorami odwiedzający restauracje; partnerka prosiła go, by choć raz w tygodniu się nie upijał. Miłosz określił go potem jako typ „awanturnika cichego”, swoistego Rejenta Milczka.

Redakcja Słowa, Mackiewicz w środku, około 1937 roku; źródło: Wikipedia.

Od początku lat 30. Mackiewicz próbował swoich sił w literaturze pięknej. W roku 1931 wspólnie z Kazimierzem Leczyckim napisał dramat Pan poseł i Julia, który trafił na scenę Teatru Miejskiego. W roku 1933 razem z innymi dziennikarzami „Słowa” publikował jako „Felicja Romanowska” Wileńską powieść kryminalną, pastisz powieści sensacyjnej z licznymi odniesieniami do miejscowej socjety. Utwór ten stał się przyczynkiem do mającego podteksty polityczne konfliktu między dziennikarzami „Słowa” a kręgiem sympatyzującym z prorządowym „Kurierem Wileńskim”. W roku 1936 opublikował zbiór opowiadań pt. 16-go między trzecią a siódmą, a w 1938 Bunt rojstów, wybór drukowanych wcześniej w „Słowie” reportaży.

Okupacja litewska i radziecka

Latem 1939 Mackiewicz nie został powołany do wojska i po agresji niemieckiej na Polskę pracował nadal jako dziennikarz „Słowa”. Na wieść o agresji ZSRR na Polskę uciekł na Litwę, gdzie został krótko internowany w obozie dla oficerów w Wiłkomierzu. Po wypuszczeniu wraz z Toporską mieszkał krótko u znajomych w Kownie, rozważając wraz z bratem m.in. wyjazd do Francji; Stanisław istotnie przedostał się na Zachód. W połowie października Józef napisał do kowieńskiego dziennika „Lietuvos žinios” tekst, w którym wzywając do porozumienia polsko-litewskiego twierdził, że armia litewska będzie powitana w Wilnie z radością.

W końcu października lub w początkach listopada 1939 powrócił do przekazanego już Litwie przez ZSRR Wilna i podjął zabiegi o wydawanie polskiego dziennika; dzięki pomocy finansowej znajomych pod koniec listopada zmaterializował się on jako „Gazeta Codzienna”, a Mackiewicz był jej redaktorem naczelnym. Dziennik deklarował profil krajowy; zmagał się tak z ostracyzmem znacznej części Polaków, piętnujących kolaborację z litewskim okupantem, jak z cenzurą litewską. Mackiewicz był redaktorem naczelnym do kwietnia 1940, kiedy zrezygnował; do lata współpracował już tylko jako dziennikarz.

Po okupacji Litwy przez Armię Czerwoną i jej aneksji przez ZSRR latem 1940 Mackiewicz zrezygnował z pracy dziennikarskiej, choć „Gazeta Codzienna” wychodziła jeszcze do sierpnia. Kupił wóz i konia oraz rozpoczął pracę przy wyrębie i zwózce drzewa, dodatkowo żyjąc z wyprzedaży, wywozu śniegu z Wilna, wycinki darni, przemytu i innych przygodnych prac. Został wezwany do wileńskiej siedziby NKWD; w stosunkowo uprzejmym tonie namawiano, by „Josif Antonowicz” powrócił do pracy dziennikarskiej i nadal publikował w prasie wileńskiej. Według własnej relacji Mackiewicz odmówił, nie spotkały go jednak żadne represje. Kiedy w czerwcu 1941 Niemcy zaatakowały ZSRR, Mackiewicz nadal pracował jako drwal i furman.

Okupacja niemiecka

Po zajęciu Wilna przez Wehrmacht Niemcy zaproponowali Mackiewiczowi wydawanie koncesjonowanego pisma w języku polskim, jednak ten stanowczo odmówił. Pismo takie, pt. „Goniec Codzienny”, zaczęło wychodzić w lipcu. Istnieje teoria, że Mackiewicz był jego redaktorem naczelnym, czemu ten stanowczo zaprzeczał; większość współczesnych historyków literatury przyjmuje wersję Mackiewicza. W okresie od lipca do października 1941 Mackiewicz opublikował w „Gońcu” 7 podpisanych inicjałami tekstów, wszystkie o wybitnie antysowieckim charakterze. Mieszkał z Toporską nadal w Czarnym Borze, utrzymując się z wyprzedaży rzeczy, handlu samogonem i drobnych prac przygodnych; nie ma żadnych informacji o jego ewentualnym zaangażowaniu ani we współpracę z władzami okupacyjnymi, ani z polską konspiracją.

W roku 1942 lub 1943 roku działający w imieniu Rzeczypospolitej podziemny Wojskowy Sąd Specjalny skazał m.in. Mackiewicza jako współredaktora „Gońca” na karę śmierci za współpracę z okupantem. Mackiewicz piętnowany był też w podziemnej prasie polskiej. W marcu 1943 zespół AK wykonał wyrok na innym ze skazanych, Czesławie Ancerewiczu. Wyrok na Mackiewiczu nie został wykonany, a przyczyny i mechanizmy całego postępowania pozostają niejasne.

Po ujawnieniu zbrodni katyńskiej Niemcy zaproponowali Mackiewiczowi dziennikarski wyjazd do Katynia. Po uzyskaniu zgody Komendy Okręgu AK w maju 1943 Mackiewicz pojechał na miejsce zbrodni, a w początkach czerwca „Goniec Codzienny” opublikował obszerny z nim wywiad. W rozmowie Mackiewicz stronił od wątków politycznych i koncentrował się na tym, co zobaczył. W późniejszym okresie Mackiewicz nie wypowiadał się już publicznie, a począwszy od stycznia 1944 roku podjął starania o uzyskanie przepustki na wjazd do Generalnego Gubernatorstwa. Dzięki pomocy Władysława Studnickiego przepustkę taką uzyskał wiosną. Wraz z Toporską sprzedał ruchomości a dom w Czarnym Borze pozostawił pod opieką sąsiada; w maju 1944 para wyjechała do GG.

Ucieczka na zachód

W maju 1944 Mackiewicz i Toporska dotarli do Warszawy. Przy pomocy finansowej m.in. Dominika Horodyńskiego, Stanisława Rostworowskiego i Edmunda Moszyńskiego Mackiewicz założył podziemne pismo „Alarm”; jego celem było ostrzeżenie przez groźbą okupacji radzieckiej. Wydano jedynie 3 numery. Spotykał się kilkakrotnie z przedstawicielami struktur podziemnych, tak rządowych jak niezależnych; myślał o wydaniu białej księgi dokumentującej rządy radzieckie na Litwie i starał się jednoznacznie przedstawiać ZSRR jako śmiertelnego wroga Polski. Traktowano go z dużą ostrożnością. Mackiewicz z Toporską wyjechali z Warszawy do Krakowa w południe 31 lipca; nie wiadomo czy zdawali sobie sprawę z przygotowań do wybuchu powstania.

W Krakowie Mackiewicz podjął współpracę z hr. Adamem Ronikierem, który założył nieformalne Biuro Studiów; komórka ta oprócz pomocy Polakom miała też zajmować się studiami politycznymi. W październiku Biuro wydało w konspiracji broszurę Mackiewicza Optymizm nie zastąpi nam Polski; priorytetyzowała ona walkę z Sowietami ponad walkę z Niemcami i argumentowała, że mocarstwa zachodnie zgodziły się już na wejście Polski do radzieckiej strefy wpływów, nie wzywała jednak explicite do współpracy z III Rzeszą. Mackiewicz kontaktował się też z wydającym filoniemieckie pismo Janem E. Skiwskim, ale nie podjął z nim współpracy.

Gdy Armia Czerwona wkraczała do Krakowa, 18 stycznia 1945, Mackiewicz pieszo uciekał z miasta na południe. Przez Kalwarię Zebrzydowską para dostała się do czeskiego Bogumina, skąd za łapówkę przejechała pociągiem do Wiednia. Po kilkutygodniowym pobycie w byłej stolicy Austrii w drugiej połowie lutego jako fikcyjni członkowie Ostturkmenische Waffen-SS Mackiewicz i Toporska wyruszyli wojskowym transportem kolejowym do Włoch, a w końcu lutego lub w początkach marca 1945 roku dotarli do Mediolanu. Tam też doczekali w kwietniu 1945 zmiany władzy i przejęcia kontroli nad miastem przez włoską partyzantkę i aliantów.

x

Jak wynika z podanych powyżej informacji, twórczość Mackiewicza w okresie międzywojennym nie była poświęcona tematyce komunizmu. Dopiero na emigracji powstają te jego prace, które bezwzględnie piętnują ten ustrój. Dla niego komunizm w wydaniu wschodnioeuropejskim i zachodnioeuropejskim, to to samo zło. Nie wdawał się w głębszą analizę tego ustroju, a przecież osadnictwo w Ameryce odbywało się w oparciu o niewielkie społeczności zorganizowane na zasadzie komun. Inaczej nie byłoby ono możliwe. Przykład takiej organizacji, opisanej przez Prusa, zawarty jest w blogu Osadnictwo. Przykładem państwa o ustroju komunistycznym jest Szwecja. Niemożliwe, by Mackiewicz o tym nie wiedział. Skoro więc strywializował on problem komunizmu, sprowadzając go do wersji radzieckiej, to pojawia się pytanie: czy dlatego, że był ignorantem w tym temacie, co wydaje się wątpliwe, czy dlatego, że ktoś mu tak kazał pisać?

Jest w jego życiorysie wiele tzw. białych plam czy sprzecznych informacji. Chodzi tu m.in. o to, czy skończył szkolę średnią w Moskwie w 1918 roku, czy – nie? To skłania do podejrzeń, o czym wspomniałem wyżej, że mógł zostać zwerbowany przez bolszewików. Jego zadaniem miało by być oczernianie komunizmu jako ustroju. Dlaczego? Komunizm według Mackiewicza to zło samo w sobie. Nigdy nie wspominał on o nadreprezentacji Żydów wśród komunistów. To trochę tak jak obecnie na kanale Musisz to wiedzieć Maciej Maciak mówi, że to nie Żydzi są wszystkiemu winni, tylko międzynarodowy kapitał. A do kogo on należy? O tym Maciak nie wspomina.

Czy taka fantastyczna hipoteza, że Mackiewicz był bolszewickim agentem ma sens? Jeśli szukamy prawdy, to nie możemy odrzucać żadnej z nich z obawy, że ktoś nam zarzuci, że naćpaliśmy się czegoś. To nie jest kontrargument. Zresztą sam Mackiewicz często powtarzał:

„Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na tym świecie, to, co my ludzie nazywamy prawdą, jest zaledwie jej szukaniem. Szukanie prawdy jest tylko możliwe w wolnej dyskusji. Dlatego ustrój komunistyczny, który tego zakazuje musi być siłą rzeczy wielką nieprawdą.”

Ten cytat pojawił się w jednym z tzw. shorts Leszka Pietrzaka. Pod jego filmem, który powyżej zamieściłem, odpowiedziałem jednemu z komentujących, który odniósł się do innego komentarza, w którym sugerowano, że Mackiewicz nie dostał Nobla, bo nie pisał o Holokauście. Przypomniał mu on o zbrodni w Ponarach (podwileńskie miasto-ogród), o której Mackiewicz pisał. Ja dodałem, że ten obóz przygotowali nazistom bolszewicy, co wynikało z opisu Mackiewicza. Leszek Pietrzak usunął mój komentarz. A zatem według Mackiewicza Leszek Pietrzak jest komunistą, bo zakazuje wolnej dyskusji na swoim kanale Zakazane historie. A co napisał Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić?

„W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.”

Naprawdę nie trzeba wielkiej inteligencji, by skojarzyć, że bolszewicy zbudowali nie przedsiębiorstwo tylko obóz koncentracyjny. To oznaczałoby, że jedni z drugimi współpracowali. To jednak nie pasuje do ogólnie obowiązującego przekazu i Leszek Pietrzak wykazał się ideologiczną czujnością.

Jak by mało było tych kontrowersji, to jeszcze jedna. Czy Mackiewicz był Żydem? Jeśli jego ojciec był współwłaścicielem i dyrektorem firmy importującej wina na rynek rosyjski, to trudno nie podejrzewać, że tak mogło być. Handel, szczególnie ten na wielką skalę, był i jest w ręku nacji handlowej. Co do tego nie ma wątpliwości. Poruszał się też on dosyć swobodnie po okupowanym terenie, co też przeważnie charakteryzowało tę nację. Wydany na niego przez AK wyrok śmierci cofnięto. Nie przyjął bolszewickiej propozycji dalszej pracy w prasie wileńskiej i nie spotkały go z tego powodu żadne represje. Na zamieszczonym powyżej zdjęciu z redakcji Słowa widać wyraźnie, że ma semickie rysy twarzy. Takie podejrzenie to oczywiście nie zarzut, tylko próba zrozumienia, kim on naprawdę był i dlaczego miał taką zagadkową osobowość.

Mackiewicz napisał sześć powieści:

Droga donikąd – powieść o życiu na Litwie, gdy stała się republiką sowiecką.

Karierowicz – powieść psychologiczna, bez tła politycznego; w niej po raz pierwszy w literaturze polskiej pojawił się wątek lesbijski.

Kontra – powieść o Kozakach, obywatelach ZSRR i emigrantach politycznych, którzy w wojnie radziecko-niemieckiej walczyli przeciwko bolszewikom, a następnie zostali im wydani przez Aliantów na podstawie układu jałtańskiego.

Sprawa pułkownika Miasojedowa – jest to historia słynnej niegdyś sprawy Sergiusza Miasojedowa, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Niemiec i straconego w marcu 1915 roku; opowiada ona losy jego żony do końca II wojny światowej.

Lewa wolna – powieść o wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku.

Nie trzeba głośno mówić – powieść o II wojnie światowej na foncie wschodnim.

Z tych powieści tematyka komunizmu radzieckiego dominuje w dwóch: Droga donikąd i Kontra. Dwie z nich, Lewa wolna i Nie trzeba głośno mówić, to nie są klasyczne powieści, bo w nich występuje, obok wątku fabularnego, wątek dokumentalny, ale dotyczy on głównie przebiegu obu wojen. Klasycznymi powieściami są natomiast Karierowicz i Sprawa pułkownika Miasojedowa. Tylko i wyłącznie komunizmowi poświęcone są książki: Zwycięstwo prowokacji, W cieniu krzyża – o polityce papieża Jana XXIII wobec komunizmu i Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy – o polityce Pawła VI wobec komunizmu. Gdyby więc chcieć całościowo podsumować twórczość Mackiewicza, to mogło by się okazać, że problematyka komunizmu nie zajmuje w niej najwięcej miejsca i dopiero po wojnie Mackiewicz zajął się nią. Została ona jednak najbardziej wyeksponowana i dla większości jawi się on jako niezłomny antykomunista.

W swojej przedwojennej twórczości był Mackiewicz przede wszystkim dziennikarzem i reportażystą. Przemierzał głównie ziemie północnej części Kresów. Krytykował władzę sanacyjną za jej politykę wobec mniejszości i próby polonizacji na siłę. Jednak był to niepełny obraz II RP i polityki jej władz. Nie pisał on wcale o Ukrainie, nie wspomniał o eksperymencie wołyńskim, o terrorystycznej działalności Ukraińców. W całej jego twórczości nie ma nic o ludobójstwie na Wołyniu. A przecież o tych sprawach musiał wiedzieć. Owszem, o Kozakach napisał. Jest to bardzo zastanawiające. Czy to, że jego babka i dziadek ze strony matki mieli ukraińskie korzenie mogło mieć na to wpływ? Czy dały o sobie znać te ukraińskie geny? A może to właśnie one zadecydowały o tej nienawiści do komunizmu, która miała skrywać nienawiść do Rosji?

Był Mackiewicz postacią wielowymiarową, tajemniczą i zagadkową. Czy te skrywane chyba tajemnice jego życiorysu nie miały wpływu na jego twórczość i podjętą tematykę? Czy to go nie ograniczało i nie zmuszało do podejmowania tematyki i korzystania z form literackich, które mu nie do końca pasowały? W mojej ocenie jego dwie klasyczne powieści, czyli Karierowicz i Sprawa pułkownika Miasojedowa, należą do jednych z najlepszych napisanych w języku polskim. Szczególnie ta ostatnia, w której zawarty jest niezwykle sugestywny i naturalistyczny obraz bombardowania Drezna oczami ludzi, którzy tam byli. Rzecz, jak sądzę, wyjątkowa w literaturze światowej. Podobny w swej wymowie i tragizmie obraz mordowania Żydów w Ponarach zawarł Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić. Za tę powieść, Sprawa pułkownika Miasojedowa, powinien był dostać Nagrodę Nobla. Tylko czy „naziści’ mogli cierpieć? W mojej ocenie był w swojej twórczości znacznie lepszym pisarzem, niż piewcą antykomunizmu. Może zdawał sobie z tego sprawę i z ograniczeń, jakie na nim wymuszono, tak że nie mógł rozwinąć się w tym, w czym był najlepszy. Kto wie? Tego raczej nie dowiemy się.

Jan Łaski

Czasem odnoszę wrażenie, że czytanie życiorysów wybitnych czy sławnych ludzi, może dostarczyć nam ciekawych informacji na temat pewnych mechanizmów rządzących polityką, a o których to mechanizmach nie dowiemy się z podręczników historii. Zwróciłem już na to uwagę w blogach Życiorys i Generał. Jedną z najwybitniejszych postaci polskiej i nie tylko polskiej reformacji był Jan Łaski. Aż dziw bierze, jakim sposobem człowiek z peryferyjnego państwa europejskiego mógł osiągnąć tak wiele na Zachodzie. Poniżej informacje z Wikipedii.

x

Jan Łaski herbu Korab, znany też jako: Joannes a Lasco, Jan z Łaska, Lascius, (ur. 1499 w Łasku, zm. 8 stycznia 1560 w Pińczowie) – początkowo ksiądz katolicki, prepozyt kapituły katedralnej poznańskiej w latach 1506–1512, proboszcz gnieźnieński i łęczycki, kustosz płocki, archidiakon warszawski, kanonik krakowski, następnie minister (pastor) i teolog ewangelicko-reformowany, najwybitniejszy polski działacz reformacji, humanista, pisarz, tłumacz i dyplomata, sekretarz króla Zygmunta I Starego od 1521 roku. Organizator zborów ewangelickich w Anglii i wschodniej Fryzji, twórca Kościoła kalwińskiego w Polsce. Bratanek prymasa Polski Jana Łaskiego (Starszego). Jedyny polski działacz reformacji o znaczeniu europejskim. Jan Łaski jest zasłużony dla rozwoju polskiego języka literackiego i piśmiennictwa oraz dla rozwoju polskiego humanizmu i tradycji demokratycznych. W 1603 roku jako autor trafił do pierwszego polskiego Indeksu Ksiąg Zakazanych powstałego z inicjatywy biskupa Bernarda Maciejowskiego.

Lata nauki i poszukiwań

Urodził się w zamożnej i wpływowej polskiej rodzinie szlacheckiej herbu Korab, jako syn wojewody sieradzkiego Jarosława i Zuzanny z Bąkowej Góry oraz brat dyplomatów Hieronima oraz Stanisława. Nauki zaczął pobierać na dworze swojego stryja, również Jana Łaskiego (1456–1531), kanclerza wielkiego koronnego a później arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski. W latach 1514–1519 wyjechał na studia, najpierw do Wiednia, a następnie do Włoch, gdzie studiował prawo teologiczne, literaturę starożytną oraz języki (łacina, greka, niemiecki i włoski) na uniwersytetach w Bolonii i Padwie.

Zgodnie z życzeniem stryja, Łaski poświęcił się karierze duchownej, jednak przede wszystkim chciał poznać intelektualne prądy epoki. Z tego powodu w 1525 wyjechał ponownie na Zachód. W Bazylei zaprzyjaźnił się z wybitnym humanistą Erazmem z Rotterdamu, mieszkał w jego domu kilka miesięcy, łożył na jego utrzymanie i w końcu odkupił cenne zbiory biblioteczne Erazma pozwalając mu korzystać z nich do końca życia. Później cały zbiór biblioteczny sprowadził do Polski na polecenie Łaskiego Andrzej Frycz Modrzewski.

Europa Zachodnia znajdowała się w tym czasie w zarzewiu powstającej reformacji i Łaski zaznajomił się z rozmaitymi nurtami ideowymi tej epoki. Poznał wybitnych reformatorów: Huldrycha Zwingliego, Joachima Camerariusa, Johannesa Oecolampadiusa, Alberta Hardenberga, Marcina Bucera i Filipa Melanchtona.

Duchowny katolicki

Po powrocie do Polski Łaski otrzymał prepozyturę łęczycką, kustodię płocką i probostwo gnieźnieńskie. Następnie został dziekanem gnieźnieńskim i kanonikiem krakowskim. Był także sekretarzem królewskim. Otaczał opieką młodych uczonych polskich, m.in. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Wyjeżdżał wielokrotnie na Zachód.

W 1529 Łaski wyjechał na Węgry jako doradca swego brata Hieronima. Otrzymał od Jana Zapolyi tytularne biskupstwo wespremskie (Veszprém) i podjął pracę w dyplomacji Królestwa Węgier. Państwo to było wówczas rozdarte między Habsburgów i Turcję, a ten wewnętrzny chaos stał się przyczyną kompromitacji i końca kariery Hieronima, a także ruiny finansowej całej rodziny, co skutkowało zahamowaniem kariery duchownej Jana Łaskiego (zamiast arcybiskupem gnieźnieńskim mianowano go tylko archidiakonem i prałatem poznańskim).

Pastor i działacz reformacji na Zachodzie

W 1540 w Louvain Łaski zawarł małżeństwo z Barbarą, córką kupca lowańskiego (poznaną w chrześcijańskiej wspólnocie „Bracia i Siostry Wspólnego Życia”) i zawiadomił o tym (a także o wystąpieniu z Kościoła katolickiego) biskupa kujawskiego Łukasza Górkę. Natychmiast pozbawiono go dochodów z jego polskich majątków kościelnych. Nagle bez środków do życia, Łaski wrócił do Polski i formalnie odżegnał się od „herezji”, dzięki czemu przywrócono mu dochody. Posunięcie to, jakkolwiek je tłumaczyć, świadczy o jego niekonsekwencji i chwiejności w obliczu trudności, (oczekiwanie na inne źródło utrzymania oraz pilne potrzeby wsparcia brata – Hieronima).

W maju 1540 Łaski wyjechał do Niemiec. 3 lata później otrzymał od regentki Wschodniej Fryzji Anny Oldenburskiej nominację na stanowisko efora wszystkich kościołów tego państwa i proboszcza parafii w Emden. Łaski stał się duchownym ewangelickim i pionierem reformacji we Fryzji, umiejętnie prowadząc działalność misyjną między naciskami ze strony katolików i anabaptystów. Łaski napisał swój manifest teologiczny Epitome oraz opracował katechizm. Odniósł sukces, eliminując katolicyzm z terenu księstwa.

Na zaproszenie arcybiskupa Tomasza Cranmera, 7 lat później Łaski wyjechał do Anglii, która właśnie reorganizowała w duchu protestanckim swój narodowy Kościół anglikański. 24 lipca 1550 roku król Edward VI nadał Łaskiemu tytuł superintendenta (biskupa) zborów dla cudzoziemców-protestantów, uciekających do Anglii przed prześladowaniami.

W 1550 roku Jan Łaski został mianowany przez małoletniego króla Edwarda VI superintendentem zborów cudzoziemskich w Londynie: niderlandzko-niemieckiego, francuskiego i włoskiego; źródło: Wikipedia.

Wkrótce Łaski zaczyna toczyć spór z Kościołem anglikańskim o zwierzchnictwo nad swoimi zborami. Do tego dołączają się konflikty doktrynalne i narodowościowe w łonie samych zborów. Aby je zażegnać, Łaski napisał w 1551 wspólne wyznanie wiary „Confessio Londinensis”, które celowo pomijało milczeniem drażliwą kwestię sakramentów.

Po uporaniu się z kwestiami doktrynalnymi, Łaski przystąpił do energicznej organizacji zborów (w duchu kalwińskim, prezbiterialnym), której program przedstawił w dziele Kształt i sposób całkowity służby kościelnej w kościele cudzoziemskim ustanowionym w Londynie, zadedykowanym królowi Polski (1555). W tym wysiłku dopomogło Łaskiemu jego doświadczenie jako pastora we Fryzji. Dzieło to zawierało również polemikę Łaskiego z luterańskimi pastorami – Johannem Timannem oraz Joachimem Westphalem.

Łaski unikał narzucania swoich poglądów i zawsze starał się o ich zaakceptowanie przez parafian. Demokratyzacja życia religijnego była jednym z priorytetów Łaskiego – starał się wykorzenić hierarchiczny model funkcjonowania Kościoła katolickiego. Na tym tle dochodziło do konfliktów z duchownymi anglikańskimi, których raził także kalwiński rygoryzm moralny: surowa dyscyplina oraz skromność duchowieństwa i wiernych – a także nowatorstwo Łaskiego: sprzeciw wobec używania szat liturgicznych, ozdób i ołtarza w kościołach. Łaski naczelną zasadą uczynił równość wszystkich członków zboru, bez względu na ich pochodzenie czy pozycję społeczną. Był też pierwszym, który wprowadził uroczystość konfirmacji młodzieży protestanckiej.

Łaski napisał także własny katechizm, który później stał się podstawą „Katechizmu Heidelberskiego”, obowiązującego w Kościele ewangelicko-reformowanym.

Aktywnie działał także w Kościele anglikańskim: rozprawa Brevis et dilucida de Sacramentis ecclesiae Christi tractatio podkreślała potrzebę odcięcia się od tradycji katolickiej w kwestii sakramentów: Łaski uznawał za sakramenty jednoznacznie opisane w Nowym Testamencie jako ustanowione przez Jezusa: Eucharystię i chrzest. Jako członek komisji ds. rewizji praw kościelnych, Łaski w wielkim stopniu przyczynił się do „protestantyzacji” Kościoła anglikańskiego i stworzył podstawy dla późniejszego ruchu purytańskiego w Anglii.

Łaski był także energicznym dyplomatą, działającym na dworze księcia Prus Albrechta i innych książąt niemieckich, w celu stworzenia wielkiej koalicji przeciwko papieżowi i cesarzowi, która jednak nie doszła do skutku.

Działalność w Polsce

W 1553 Łaski musiał opuścić Anglię podczas trwania represji przeciwko protestantom rozpętanych przez królową Marię Tudor (zwaną „Krwawą Mary”). Zachęcony wieściami o postępach reformacji w Polsce, Łaski po 17 latach (w 1556) wrócił do ojczyzny, gdzie jako „arcykacerza” przywitała go wrogość katolickiego duchowieństwa, które podjęło zabiegi o wydalenie go z Polski. Król Zygmunt II August zezwolił mu jednak na pozostanie oraz na prywatne spotkania i zjazdy ze szlachtą i ministrami. Polscy protestanci powitali Łaskiego z radością i wiarą w jego doświadczenie i zdolności organizacyjne.

Łaski wiedział, iż aby podważyć silną pozycję polskiego Kościoła katolickiego, należy uzyskać poparcie króla. Snuł koncepcje przekształcenia kościoła w Polsce w kościół państwowy w oparciu o władzę królewską. Jednak ostatecznie do konwersji Zygmunta II Augusta nie doszło. Wówczas Łaski postanowił połączyć wszystkich protestantów polskich w jedną silną organizację. Plan nie powiódł się, wobec oporu polskich luteranów. Łaski osiadł w Pińczowie, skąd kierował polskimi reformowanymi. Na początek zajął się reorganizacją zborów małopolskich: wprowadził swój kalwiński katechizm i strukturę synodalno-prezbiterialną, uprościł liturgię.

Starał się mocniej związać szlachtę z Kościołem, przez nadanie jej obowiązku materialnego wsparcia i oddanie całkowitej kontroli nad finansami zboru. Określił także ściśle kryteria kwalifikacji pastorów i warunki ich kształcenia. Podniósł szkołę ewangelicką w Pińczowie do poziomu gimnazjum, z zamiarem uczynienia z niej akademii. Rozwijał ożywioną działalność misyjno-propagandową, czego rezultatem było trzykrotne zwiększenie liczby zborów. Prawdopodobnie brał udział w tłumaczeniu Biblii na język polski (została wydana w 1563 roku w Brześciu Litewskim, jako tzw. Biblia brzeska albo Biblia Radziwiłłowska – od wydawcy Mikołaja Radziwiłła Czarnego). Działalność Łaskiego przerwała śmierć w 1560. Został pochowany w Pińczowie, w ówczesnym kościele kalwińskim (obecnie kościół katolicki pw. św. Jana).

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) pisze tak:

Jan Łaski, reformator polski, (1499-1560), bratanek Jana Łaskiego (1456-1531), starannie wykształcony w uniwersytetach krajowych i zagranicznych. Wyświęcony 1521 na księdza katolickiego, obsypany został dzięki protekcji stryja Jana (prymasa – przyp. W.L.) beneficjami kościelnymi. W czasie podróży zagranicznej 1524-26 zetknął się z różnowiercami i powoli został wciągnięty w koła reformatorskie, przenikając duchem Zwingliego. Po powrocie do kraju nie zerwał z katolicyzmem, lecz unikając dworu, poświęcił się studiom teologicznym, w ścisłym porozumieniu z reformatorami zagranicznymi. 1538 zerwał ostatecznie z katolicyzmem, a nie należąc faktycznie do żadnego wyznania, osiedlił się w Emden i tu na życzenie hrabiny, rządzącej krajem, objął obowiązki eforatu kościelnego, przestrzegając na tym stanowisku karności, zaprowadzając, nieznany dotąd w świecie, przymus nauki szklonej. Pod presją cesarza Łaski musiał opuścić Emden, skąd udał się do Anglii. W Londynie został 1550 superintendentem gminy cudzoziemskiej, którą urządził i ułożył jej kult, według własnego przekonania. Zwalczany zaciekle przez katolików a nawet luteranów, wytrwał na stanowisku do 1553, dążąc stale do zjednoczenia wszystkich wyznań. Na rozkaz Marii Tudor opuścił Londyn, by do 1555 zabawić w Emden, skąd przez Frankfurt, Wittenbergę, Wrocław powrócił do Polski, gdzie podobnie jak w Emden czy Londynie, zabiegał o zjednoczenie sekt różnowierczych, pragnąc wspólnymi siłami złamać przewagę katolicyzmu. Wahającego się w wierze Zygmunta Augusta starał się przeciągnąć na stronę różnowierców, lecz ani to, ani też starania o zjednoczenie różnowierców, nie powiodły się. Łaski odegrał wybitną rolę w ruchu reformatorskim XVI wieku, z tego też powodu budzi on wiele zainteresowania wśród uczonych zagranicznych, kórzy poświęcili mu szereg prac. Dzieła jego wydał Holender A. Kuyper, „Joannes a Lasco: opera tam edita quam inedita” 1866 („Jan z Łaska: zarówno prace opublikowane jak i niepublikowane”).

x

Dla pełnego obrazu warto jeszcze zacytować z tego samego źródła wybrane informacje o braciach Jana Łaskiego.

Stanisław Łaski (?-1550), polski wojownik i mąż stanu, kształcił się wraz z braćmi, Jaroszem, Hieronimem i Janem we Francji, pielgrzymował do Ziemi Świętej, służył zbrojnie królowi Franciszkowi I i z nim w 1524 odbył wyprawę włoską, a w 1525 pod Pawią uratował mu życie, przy czym sam odniósł ranę; wykupiwszy się z niewoli, posłował od królowej-matki, regentki Francji, do Karola V celem wyjednania uwolnienia króla; z nim razem powrócił do Paryża i jeszcze w 1528 w jego służbie wyprawił się do Włoch. Następnie wdał się w walkę o tron węgierski pomiędzy Janem Zapolją (którego prawą ręką był Jarosz Łaski) a Ferdynandem habsburskim i w roku 1530 uczestniczył w obronie Budy przeciw austriackim wojskom Rogendorfa. Od 1531 w Polsce dostał się do senatu, był kolejno kasztelanem przemęckim, wojewodą sieradzkim i łęczyckim. Jest on autorem traktatu „Spraw i postępków rycerskich opisanie krótkie” (Lwów, 1599). Traktat ten jest kompilacją z autorów wojskowych starożytnych (głównie Wegetjusza) i humanistycznych, ale zawiera szereg wzmianek i uwag oryginalnych i jest najważniejszym pomnikiem teorii wojskowej w Polsce. Natomiast Wikipedia informuje, że zwiedził Islandię, Ziemię Świętą, Grenlandię, Grecję i Afrykę Południową.

Hieronim Łaski (również: Jarosz Łaski, właśc.: Hieronim (Jarosław) Łaski) herbu Korab (27 września 1496, zm. 22 grudnia 1541) – polski dyplomata na usługach królów Polski, Węgier i Habsburgów, wojewoda sieradzki, wojewoda siedmiogrodzki, żupan spiski, ban Chorwacji, kawaler maltański (w zakonie po 1520 roku), nominat na komandorię poznańską.

Syn z drugiego małżeństwa wojewody łęczyckiego i sieradzkiego, Jarosława Łaskiego z Zuzanną z Bąkowej Góry – Bąk herbu Zadora, brat dyplomaty Stanisława i reformatora Jana. Bratanek prymasa Jana Łaskiego. W roku 1513 towarzyszył stryjowi w wyprawie na Sobór laterański V, po czym został we Włoszech do roku 1517 studiując w tym czasie na Uniwersytecie bolońskim, a następnie odbył pielgrzymkę do Jerozolimy. – Wikipedia.

Natomiast Encyklopedia Getenberga pisze:

Hieronim, dyplomata polski, (1495-1542), zręczny a biegły w znajomości obcych języków, już za młodych lat oddawał Zygmuntowi I usługi, jako poseł do cesarstwa i książąt mazowieckich. Szybko też posuwał się w godnościach senatorskich, zostawszy wojewodą inowrocławskim, później sieradzkim. Z powodu niechęci części magnatów do siebie, oddał się na usługi Jana Zapolji, nie mieszając się do spraw polskich. W ciągu paru lat zdołał pozyskać dla Zapolji sułtana tureckiego Solimana, sympatię wielu dworów, a nawet zapośredniczyć ugodę z Habsburgami. Za te usługi obdarował Zapolja Łaskiego na Spiszu i dał mu w zarząd Siedmiogród. W czasie nowego poselstwa do sułtana, Zapolja odebrał Łaskiemu zarząd Siedmiogrodu, a nawet polecił go uwięzić (1534), zdaje się w obawie, że Łaski dąży do oderwania Siedmiogrodu. Uwolniony 1535 z więzienia (według Wikipedii uwolniony po interwencji Jana Tarnowskiego – przyp. W.L.), osiadł w dobrach na Spiszu; niedługo zaczął działać z ramienia Habsburgów, dążąc do poróżnienia Zapolji z sułtanem. Starania Łaskiego zmierzające do nawiązania porozumienia Habsburgów z Portą, nie wzbudziły zaufania w Konstantynopolu, z powodu czego spełzły na niczym. Turcy natomiast widząc w nim zdolnego, lecz bez zasad dyplomatę, zaproponowali mu przejście na żołd sułtański, co jednak Łaski odrzucił. Niedługo po powrocie z Turcji umarł w Krakowie.

x

Jan Łaski to był typowy człowiek renesansu – utalentowany i wszechstronnie wykształcony. To wykształcenie zdobył na Zachodzie i tam też posiadł znajomość języków obcych. Jak to się zatem stało, że zyskał on uznanie najwybitniejszych umysłów tamtych czasów? Zapewne duża w tym zasługa królowej Bony, która przybyła do Polski w 1519 roku i stąd kierunek włoski był bardzo popularny w owym czasie. A tam, we Włoszech czasu renesansu, aż się roiło od różnych tajnych związków, które rozprzestrzeniły się na całą Europę zachodnią. Nie powinna więc dziwić jego błyskotliwa kariera i dokonania. Te tajne związki były wszędzie i wszędzie, gdzie się pojawiał dwory książęce i królewskie stały dla niego otworem.

Zaczynał tradycyjnie – jako ksiądz katolicki. Później został pastorem, organizatorem zborów ewangelickich, pionierem reformacji we Fryzji, reformatorem w duchu protestanckim narodowego kościoła anglikańskiego, twórcą podstaw ruchu purytańskiego w Anglii, dyplomatą na dworze księcia Prus Albrechta i innych książąt niemieckich, twórcą kościoła kalwińskiego w Polsce. Prawdopodobnie brał też udział w przekładzie Biblii na język polski i przyczynił się do rozwoju polskiego języka literackiego i piśmiennictwa.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

W Krakowie powstaje ok. 1540 tajne stowarzyszenie dla rozpowszechniania nauk ewangelicznych.

„Składało się ono z najznakomitszych uczonych owego czasu, którzy, połączonymi węzłami osobistej przyjaźni, utworzyli ów związek, pozornie ściśle katolicki i dążący tylko do przeprowadzenia reform, w niczym nie naruszających prawowierności. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony, a należeli doń: Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, syn jego, Andrzej Trzecieski, znakomity uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – obaj uczniowie Erazma Rotterdamczyka, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Adam Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych osób, znakomitych zdolnościami, uczonością i zajmowanym w społeczeństwie stanowiskiem. Lismanini posiadał liczny księgozbiór dzieł antykatolickich i stale otrzymywał każde tego rodzaju wydawnictwo. Na zebraniach stowarzyszenia objaśniał on rozmaite zagadnienia teologiczne, a nie dające się poprzeć Pismem Świętym zasady rzymsko-katolickie śmiało zbijano na tych posiedzeniach.” – Walerian Krasiński Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.

Na temat dokonań reformacji w Polsce Wikipedia m.in. pisze:

„Powstały wówczas takie znaczące dzieła jak polskie tłumaczenie Biblii brzeskiej (jedno z pierwszych na świecie tłumaczeń Biblii na język narodowy), rozwinęła się literatura polityczna i polemiczna (taką literaturę tworzyli m.in. Marcin Czechowic, Andrzej Frycz Modrzewski i Szymon Budny). Protestantami było wielu pionierów polskiej literatury, m.in. ojciec literatury polskiej Mikołaj Rej.

Reformacja ożywiła ruch wydawniczy – w XVI w. działało 20 drukarni innowierczych i przyczyniła się do rozwoju szkolnictwa, głównie średniego: powstały luterańskie gimnazja w Toruniu i Gdańsku i kalwińskie w Pińczowie, a także akademie – braci czeskich w Lesznie i braci polskich w Rakowie. Te placówki oświatowe były znane z wysokiego poziomu nauczania.

Kolejnym skutkiem reformacji było ożywienie i wzbogacenie piśmiennictwa katolickiego, kontrreformacyjnego, które musiało skutecznie konkurować z literaturą protestancką. Dopiero po całkowitym zwycięstwie kontrreformacji w połowie XVII w. nastąpiło wyraźne obniżenie poziomu literatury i kultury polskiej, które trwało aż do epoki oświecenia.

Wyjątkowym zjawiskiem była działalność braci polskich, których dzieła, głównie książki o tematyce filozoficznej i społecznej (autorzy: Hieronim Moskorzowski, Faust Socyn, Andrzej Wiszowaty, Piotr Stoiński (młodszy) i inni) postulujące racjonalizm i tolerancję religijną, wywarły duży wpływ na inne kraje europejskie (m.in. na filozofię Johna Locke), a nawet na Stany Zjednoczone (Katechizm Rakowski braci polskich inspirował Konstytucję Stanów Zjednoczonych w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa oraz rozdziału państwa od Kościoła).”

x

Dlaczego reformacja w Polsce nie powiodła się? Skończyła się nagle, jak nożem uciął. Po zwycięstwie kontrreformacji nastąpiło wyraźne obniżenie poziomu literatury i kultury polskiej. To zdanie wiele wyjaśnia. Zadanie, jakie powierzono reformatorom polegało na stworzeniu literackiego języka polskiego i piśmiennictwa. To było narzędzie, w które zostali uzbrojeni jezuici, by móc tworzyć na wschodzie nowy naród w oparciu o język i kulturę polską. Po to też powstawały liczne drukarnie. Później wielcy pisarze, literaci, teologowie i filozofowie stali się zbędni, bo to prostemu niepiśmiennemu ludowi na wschodzie nie było potrzebne. To wszystko działo się przed unią polsko-litewską (1569), jakby ktoś już wcześniej dokładnie wiedział do czego miał dążyć i co chciał osiągnąć. Reformacja to też idea polskich wolności, ku której ciążą społeczeństwa państw sąsiednich i idea dobrowolnych unii. Najpierw były Prusy, później Inflanty i czas przyszedł w końcu na tę najważniejszą i najbardziej brzemienną w skutki. Gdy to osiągnięto, reformacja stała się zbędna: murzyn zrobił był swoje i murzyn mógł odejść. Była więc reformacja w Polsce czymś sztucznym, narzędziem służącym do osiągnięcia pewnego stanu, niezbędnego do ekspansji na wschód.

Przykład Jana Łaskiego i jego braci pokazuje, że dyplomacja, wtedy europejska, została opanowana przez Żydów. Tylko ten naród spełniał wymogi niezbędne, by tego dokonać. To oczywiście rozproszenie i asymilacja. To rozproszenie i asymilacja wymuszała naukę języków obcych i trzeba było znać ich kilka, by poruszać się swobodnie po Europie, Anglii czy Turcji. Taki stan osiąga się poprzez wielowiekowe obcowanie z różnymi nacjami, co zmusza do nauki ich języków. Dzięki temu mogą oni nie tylko nauczyć się ich, ale też często wpływać na ich rozwój, tak jak to się działo w przypadku języka polskiego. Do tego konieczne jest, by rozum był ciągle zajęty, zgodnie z tym, co mówił Wokulskiemu Szlangbaum: Żydzi mają rozum, bo u nich rozum jest ciągle zajęty. Za to jedno zdanie powinien był Prus dostać Nobla, ale to Żydzi decydowali i decydują, komu go przyznać.

Co my możemy w takim razie zrobić? Uczyć się od nich, zgodnie z tym, co powtarzał towarzysz Lenin: uczyć się, uczyć się i jeszcze raz – uczyć się. Że to jest trudniejsze, niż pójście na wybory? No jest, ale nauka to pot i łzy, ale inny pot i inne łzy, niż te na siłowni.

Po co imperia?

Dlaczego powstawały imperia? – Takie pytanie zadał sobie Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996. I starał się w niej na nie odpowiedzieć. Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to autor kilku książek, dziennikarz, w latach 1990-93 ambasador Polski w USA. Było on też autorem słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Jak sam mówił, był potomkiem Jana Dziewanowskiego, który brał udział w szarży szwoleżerów w wąwozie Somosierra. A więc Jan był sługusem Napoleona i zapewne masonem. I był nim pewnie również Kazimierz Dziewanowski. Sądzę, że warto jednak zapoznać się z jego sposobem argumentacji. Zwłaszcza obecnie, gdy dzieje się na świecie tak wiele i trudno jest zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Według mnie następuje przenoszenie centrum świata do Chin, a tym samym tworzenie nowego światowego mocarstwa i likwidowanie obecnego, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jest to proces długotrwały i dlatego trudno go dostrzec w przeciągu życia jednego człowieka. Dopiero gdy odwołamy się do historii i spojrzymy na to, jak powstawały i upadały poprzednie imperia, to obraz stanie się nieco bardziej klarowny, co nie znaczy, że zupełnie jasny.

W pewnym momencie Dziewanowski cytuje dwa pytania, które nurtowały Anglików. Pierwsze: jaki sens mają kolonie, jeśli się nimi nie rządzi?; drugie: jeśli z posiadania kolonii nie płyną żadne korzyści, to po co płacić za ich utrzymanie? Pierwsze wynikało z sytuacji w Kanadzie, gdzie obie prowincje, angielska i francuska, były zależne od gubernatorów. Władza wykonawcza podlegała więc ośrodkowi zamorskiemu. Drugie – ze względu na szerzące się wówczas poglądy zwolenników wolnego rynku i likwidacji wszelkich ograniczeń w handlu, w tym również dla towarów napływających do Anglii z kolonii. Poniżej analiza Dziewanowskiego.

x

Te dwa sprzeczne ze sobą pytania ujawniają istotę dylematu imperialnego – nie tylko w przypadku Wielkiej Brytanii. Na pierwsze pytanie: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi – ogromna większość metropolii imperialnych w dziejach odpowiada pozytywnie i jednoznacznie; należy mieć kolonie i rządzić nimi w sposób bezpośredni, wyciągając z tego maksimum zysku. Zastanówmy się jednak nad motywami, dla których „należało mieć kolonie”. Wydaje się, że badając dzieje rozmaitych imperiów, można wyróżnić co najmniej trzy główne motywy. Pierwszy: dążenie do gospodarczej eksploatacji terytoriów zależnych, czyli właśnie „wyciąganie z nich maksymalnego zysku”. Ten motyw niezwykle wyraźnie i w skrajnej postaci przejawił się w dziejach imperium hiszpańskiego, kiedy podbijało ono krainy po to, aby wydobyć z nich złoto, srebro i inne skarby. Był on również łatwo dostrzegalny w niektórych podbojach rzymskich, kiedy ogromnemu skupisku ludzkiemu w Mieście (Rzym to początkowo było miasto-państwo – przyp. W.L.), skupisku, którego duża część prowadziła żywot z gospodarczego punktu widzenia pasożytniczy – otóż gdy temu skupisku potrzebna była pszenica, oliwa, tkaniny – by odziać lud i nakarmić; a także dzikie zwierzęta i gladiatorzy – aby go zabawić i uspokoić. Motyw gospodarczy był więc pierwszym i podstawowym motywem w zdobywaniu kolonii.

Ale nie był jedynym, a czasem inne nawet go przesłaniały. I tak na przykład, studiując historię starożytnego Rzymu widzi się, że wiele rzymskich podbojów, zwłaszcza te w północnej, środkowej i południowo-zachodniej Europie, nie miało wyraźnych przyczyn gospodarczych, a bywało i tak, że okazywały się nadzwyczaj kosztowne; nie przynosząc zysków, obciążały wielkimi kosztami skarb państwa. W tym przypadku rozstrzygającym motywem było coś innego: chęć umocnienia dotychczasowych zdobyczy, ubezpieczenia granic państwa, usunięcia wiszącego nad tymi granicami niebezpieczeństwa. Ten motyw spotykamy w dziejach wszystkich imperiów, zwłaszcza – co logiczne i oczywiste – w ich okresach późniejszych, u szczytu potęgi, kiedy jest już czego bronić. Można zatem powiedzieć, że pierwszy motyw: gospodarczy, jest wczesną podnietą imperiotwórczą, drugi: wojskowo-strategiczny, podnietą okresu pełnego rozwoju. Powiedzieliśmy, że ten drugi impuls, nakazujący poszerzenie posiadłości, jest impulsem logicznym i oczywistym. Ale jest tak tylko na pierwszy rzut oka, chociaż owa logika kierowała rozumowaniem wielu najznakomitszych mężów stanu we wszystkich wielkich imperiach. W rzeczywistości jest to rodzaj błędnego koła. Ile sąsiednich krajów trzeba podbić, by uznać granice za bezpieczne? A jak postąpić z krajami jeszcze dalej położonymi, które zagrażają terenom uznanym przez nas za niezbędne dla naszego bezpieczeństwa? Jak uchronić się od zagrożeń wewnętrznych, rozmaitych buntów, powstań, rebelii? Jak chronić drogi komunikacyjne? I oto twórcy wielkiego imperium spostrzegają wreszcie, że po to, aby doprowadzić ich rozumowanie do logicznej konkluzji – trzeba podbić cały świat.

W tym momencie zaczyna się upadek imperium.

Koszta utrzymania armii, ochrony granic i dróg komunikacyjnych stopniowo przewyższają korzyści uzyskiwane z eksploatacji kolonii. Chodzi nie tylko o koszta natury finansowo-gospodarczej. Koszta społeczne i polityczne bywają czasem jeszcze większe. Podbojów można dokonywać armią niezbyt liczną, za to sprawną, dysponującą przewagą techniczną i energicznym dowództwem. Taka armia uderza w wybranym miejscu i chwili, bezwzględnością działania poraża przeciwnika. Natomiast rozrzucona na wielkich przestrzeniach armia mająca zadanie defensywne (bronić dawnych zdobyczy) i której liczebność wzrasta, a poczucie misji zanika – taka armia łatwo ulega demoralizacji. Bardziej niż wrogiem zewnętrznym poczyna interesować się tym, co dzieje się wewnątrz kraju, a zwłaszcza w metropolii; dowódcy ubiegają się o lepsze, bardziej intratne czy też ułatwiające dalszą karierę garnizony; aby to osiągnąć, poszukują protektorów w metropolii; potem z kolei inni ambitni działacze w metropolii zaczynają szukać ich poparcia. A potem… dzieje imperialnego Rzymu wyraźnie wskazują, co następuje potem. Armia włącza się do walki o władzę, ustanawia i obala cesarzy, nie dba już o wysunięte garnizony.

Na koniec przychodzą barbarzyńcy.

Posługiwanie się li tylko przykładem Rzymu byłoby jednak zbytnim uproszczeniem, chociaż The Cambridge History of the British Empire wcale się przed takimi porównaniami nie cofa. We wstępie do tomu VI, poświęconego Kanadzie, czytamy tam następujące skreślone ze śmiertelną powagą słowa: „Pragnąc inkorporować francuskich Kanadyjczyków do Imperium Brytyjskiego, nasi mężowie stanu i gubernatorzy wynaleźli środki i sposoby, przywołujące porównanie z użytymi przez Rzym w Grecji i w Galii. Ale nowoczesne zadanie było jeszcze trudniejsze od tego, z którym mieli do czynienia Cezarowie, ponieważ istniał teraz potężny wpływ religii i poczucia narodowego. W rezultacie Kanadyjczycy, przewyższając Greków i Galów swą świadomością narodową, a zatem i polityczną wytrwałością, stawiali skuteczny opór zarówno problemom asymilacji, jak i przymusu. Po prawdzie, żaden z tych środków nie był poważnie brany pod uwagę przez brytyjskich mężów stanu (…)”

Jednak mimo iż autorzy owej Historii nie cofają się przed podobnymi porównaniami, można mieć wątpliwości, czy taka analogia nie jest zbyt daleko posunięta. Pomiędzy imperium rzymskim a brytyjskim, prócz różnicy w czasie, istniała również odmienność geograficzna. Pierwsze było imperium przede wszystkim kontynentalnym, lądowym (choć sięgało również do Afryki i Bliskiego Wschodu). Drugie miało swe posiadłości rozsiane za morzami. Bardziej więc na miejscu będzie porównywanie z innymi, nowszymi imperiami kolonialnymi: portugalskim, hiszpańskim, francuskim, a także do pewnego stopnia z holenderskim, niemieckim i włoskim.

A zatem pierwszy był motyw gospodarczy, drugim była ochrona dotychczasowych zdobyczy. Bywało, że koszta drugiego przewyższały korzyści płynące z tego pierwszego. W przypadku Portugalii ciężary wynikające z konieczności ochrony wszystkiego, co na początku zdobyli portugalscy żeglarze, kupcy i zdobywcy, niebawem przewyższały możliwości metropolii. Podobne były dzieje imperium hiszpańskiego.

Bywał również i trzeci motyw, który najwyraźniej można rozróżnić w dziejach budowy imperium kolonialnego Francji, Niemiec i Włoch. Motyw najmniej logiczny, czasem ocierający się o granicę absurdu, głęboko jednak ludzki i dowodzący po raz nie wiadomo który, że człowiek – a dotyczy to również i rządów, republik, monarchii, cesarstw – działa pod wpływem niezwykle różnorodnych impulsów, niekoniecznie zgodnych z jego zasadniczymi interesami ekonomicznymi, a czasem zupełnie z nimi sprzecznych. Należy raczej powiedzieć, że ludzie działają nie tyle w rzeczywistej zgodzie ze swymi podstawowymi interesami, ile raczej w zgodzie z tym, co wydaje im się nadrzędnym interesem lub potrzebą, jedno zaś z drugim nie idzie w parze.

Takim nie gospodarczym, nie finansowym i nawet nie strategicznym motywem bywała w dziejach imperiów kolonialnych czysta chęć rozszerzenia panowania państwa czy króla, chęć umocnienia prestiżu, zwiększenia autorytetu, podkreślenia wyższości, zwielokrotnienia chwały. Francja podbijając w XIX wieku pustynne obszary północnej i północno-zachodniej Afryki, nie czyniła tego dla bezpośrednich korzyści gospodarczych, a w każdym razie nie stanowiły one głównej siły napędowej podboju. Niemcy, lokując się w Afryce czy na wyspach Pacyfiku, mieli tylko niejasne pojęcie o korzyściach ekonomicznych, jakie mogą z tego płynąć; powodowała nimi natomiast zazdrość i chęć dotrzymania kroku Wielkiej Brytanii. Włochy, gdy wdały się w walkę z Turcją o Libię, gdy obsadziły Somalię i Erytreę oraz później, gdy podbijały Abisynię, szermowały wprawdzie hasłem przestrzeni życiowej, przeludnienia Włoch i braku surowców, ale w gruncie rzeczy (dotyczy to szczególnie Włoch faszystowskich) chodziło im o ekspansję polityczną, o umocnienie autorytetu państwa, o pozyskanie szacunku wśród obcych. Przecież ani Libia, ani Erytrea nie nadawały się do masowego osadnictwa, nie dysponowały też surowcami (nikt wówczas nie słyszał o libijskiej nafcie). Nawet w Polsce nie brakowało ludzi, którzy pragnęli, by Francja przekazała nam Madagaskar, na którym jako żywo nie było żadnych poważniejszych bogactw. Byli i tacy, którzy podczas ostatniej wojny przemyśliwali o tym, by Polska przejęła kolonie odebrane Włochom – jako odszkodowanie wojenne dla naszego kraju. I cóż by zniszczona Polska robiła z Erytreą?

Trzecim motywem, spotykanym wcale nierzadko i mającym nieraz decydujące znaczenie – była więc próżność ludzka, próżność państwowa, królewska, ale i republikańska. Wystarczy przypomnieć słynne epizody z dziejów kolonialnych, które omal nie doprowadziły do wielkich wojen: incydent w Faszodzie, incydent w Agadirze… A cóż, jak nie próżność państwowa, stało się przyczyną wojny o Falklandy?

Odmianą tego motywu, który kilkakrotnie w historii wystąpił z ogromną mocą, jest dążność do podporządkowania sobie innych krajów z przyczyn religijno-ideologicznych. Najwyraźniej przejawia się ona w dziejach podbojów arabskich i tureckich oraz historii zakonu krzyżackiego, miała też swój udział w hiszpańskiej konkwiście. Istnieją również dwudziestowieczne przykłady tego rodzaju, a najnowszym są pewne hasła głoszone przez Iran Chomeiniego. Motywacja religijno-ideologiczna bywa skuteczna w pierwszym „bohaterskim” okresie podboju, wnet jednak wyczerpuje się i zostaje zastąpiona motywacją czysto imperialistyczną, to znaczy gospodarczą, a następnie wojskową. Przykład turecki jest tutaj szczególnie wymowny, podobnie jak krzyżacki.

A zatem u podstaw wszystkich wielkich imperiów kolonialnych w historii rozróżnić można trzy główne motywy: gospodarczy, strategiczny i ideologiczno-prestiżowy. Czasem splatały się one ze sobą, tworząc bogatą ideologię imperialną, w której obecne były wszystkie trzy elementy. Jednakże siła występowania poszczególnych elementów była w różnych metropoliach rozmaita. Imperium brytyjskie tym różniło się od innych (z wyjątkiem może holenderskiego), że czynnik gospodarczy, czynnik zysku, przeważał, a w każdym razie nigdy nie tracono go z oczu.

Było więc oczywiste i zrozumiałe, że w chwili gdy zorientowano się, że polityka monopolu gospodarczego i sztucznego, przymusowego zwalczania konkurencji przestaje być dla Wielkiej Brytanii korzystna, gdy angielski przemysł i finanse domagały się wprowadzenia reguł swobodnej gry, na miejsce starego, klasycznego pytania: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, pojawia się nowe: po co rządzić koloniami, jeśli to przynosi ciężary, a nie daje zysku?

Mówiliśmy już, że Portugalia i Hiszpania nie znalazły rozwiązania tej kwestii i ich imperia upadły. Natomiast Wielka Brytania usilnie starała się ją rozwiązać. Znalezienie właściwej formuły nastręczało do końca wielkie trudności i znaleziono ją tylko w niektórych przypadkach. W rezultacie imperium brytyjskie również się rozpadło, ale nie tak definitywnie, jak to się stało z portugalskim. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów – a przynajmniej jej część – istnieje nadal.

Jednym z najważniejszych laboratoriów doświadczalnych była Kanada. Poprzednia próba ułożenia sobie stosunków z białymi koloniami w Ameryce zakończyła się niepowodzeniem – deklaracją Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Kanada – kraj o mniej licznej ludności, z której pokaźna część składała się z lojalistów, lepiej nadawała się do nowych eksperymentów imperialnych, natomiast sytuację komplikowało istnienie ludności francuskiej. Proces układania stosunków między Kanadą a metropolią nie przebiegał gładko. W 1837 wybuchła w okolicach Montrealu rebelia kierowana przez Francuza Papineau, w której również uczestniczyli niektórzy radykałowie pochodzenia angielskiego. Ogłosili oni republikę. Zamieszki wybuchły też w anglojęzycznej Górnej Kanadzie. Kres rebelii wkrótce położyła armia, ale był to mimo wszystko głośny sygnał alarmowy dla Londynu, który miał wszak w pamięci doświadczenia z koloniami amerykańskimi. Z wolna przed ludźmi kierującymi brytyjską polityką, a także przed opinią publiczną, zaczął się zarysowywać problem z długimi tradycjami, czy lepiej mieć dobrze prosperujących sojuszników (którym wszelako trzeba pozostawić obszerny margines swobody), czy też nędzniejszych i niej pewnych, a za to w pełni uzależnionych wasali? Myślę, że gdy chodzi o jej „białe imperium”, Anglia potrafiła znaleźć na to pytanie dalekowzroczną odpowiedź; nie potrafiła tam, gdzie głębokie różnice historyczne, kulturowe, rasowe i religijne uniemożliwiły uformowanie się głębszych więzi, powiązań trwalszych niż tylko polityczne i wojskowe.

Rezultatem rebelii roku 1837 było wysłanie do Kanady lorda Durhama, któremu rząd powierzył misję dokładnego zbadania sytuacji i zaproponowanie odpowiednich wniosków. Durham był człowiekiem niezmiernie bogatym i ustosunkowanym, którego pozycja społeczna i uzdolnienia predestynowały do najwyższych stanowisk w państwie. Jednocześnie wyznawał głęboko demokratyczne, a nawet radykalne poglądy, które utrudniały mu zrobienie kariery ( i istotnie jej nie zrobił). Oddał jednak wielkie usługi Wielkiej Brytanii i Kanadzie, a wysunąwszy po raz pierwszy pomysł nowego i nie spotykanego dotąd ukształtowania stosunków między metropolią a jedną z kolonii – otworzył nowatorską drogę ku przyszłości, czego zresztą bynajmniej nie doceniono. (…)

Durham nie domagał się bynajmniej utrzymania Kanady w dotychczasowej zależności od Wielkiej Brytanii. Wręcz przeciwnie. Raport zalecał dokonanie dwóch doniosłych posunięć, dwóch innowacji, które stały w sprzeczności z dotychczasowym systemem rządzenia i miały wpłynąć na dalsze kształtowanie się dziejów. Po pierwsze: zalecał zjednoczenie wszystkich prowincji kanadyjskich w jedno państwo. Po drugie: przekazanie (z pewnymi wyjątkami) pełnej władzy w ręce mieszkańców tego państwa. (…)

Utworzono silny rząd centralny; prowincję kanadyjską ponownie rozdzielono na dwie części – francuski Quebec i angielskie Ontario; postanowiono, że rząd federalny natychmiast przystąpi do budowy wielkiej kolei, łączącej wszystkie prowincje; przewidziano też, że do zjednoczonej Kanady przystąpią w terminie późniejszym pozostałe kolonie północnoamerykańskie.

Poważną trudność sprawiło znalezienie odpowiedniej nazwy dla nowego państwa. Postanowiono wprawdzie już na początku, że będzie się ono nazywało Kanadą. Ale jaką? Królestwem kanadyjskim? To mogłoby nasuwać myśl o odrębności królestwa kanadyjskiego od Korony Brytyjskiej, a nikt przecież nie kwestionował formalnego zwierzchnictwa brytyjskiej dynastii; ponadto – argumentowali niektórzy – byłoby to bezpośrednie wyzwanie wobec republikańsko nastrojonych Jankesów. Przedstawiciel Nowego Brunszwiku, Tilley, udał się podczas obrad na nabożeństwo do opactwa westminsterskiego i usłyszał śpiewany tam psalm siedemdziesiąty drugi, który podsunął mu nowe rozwiązanie. Stalo się ono później bardzo popularne, ale wciąż nasuwa trudności polskiemu tłumaczowi.

Tekst angielski odpowiedniego ustępu psalmu siedemdziesiątego drugiego brzmi: „He shall have dominion also from sea to sea, and from river unto the ends of the earth”. Jak łatwo się domyślić, chodzi o słowo „dominion”. I tutaj właśnie mamy trudności. Dwuwiersz ósmy (bo o ten chodzi) w tłumaczeniu księdza Wujka brzmi: „I będzie panował od morza aż do morza i od rzeki aż do krajów okręgu ziemi”. W Biblii Tysiąclecia czytamy: „I panować będzie od morza do morza, od Rzeki aż po krańce ziemi”. Czesław Miłosz tłumaczy to podobnie: „Panować będzie od morza do morza i od wielkiej rzeki po krańce ziemi”.

W moim egzemplarzu Biblii, wydanym przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne Warszawa 1979, dokonano przekładu z języków hebrajskiego i greckiego: „Niech panuje od morza do morza i od Rzeki aż do krańców ziemi!”

Jak widać polscy tłumacze solidarnie użyli czasownika „panować”. Jako rzeczownik brzmiałoby to więc: panowanie. Panowanie Kanady? To nie ma sensu. Jeżeli jednak odejdzie się od biblijnego znaczenia tego słowa, wówczas znajdziemy stare słowo używane jako określenie wielkiej posiadłości ziemskiej albo leśnej należącej do króla, później zaś jako wielkiej własności feudalnej należącej do pana, lecz uprawianej przez chłopów. Ale i o również nie odpowiada znaczeniu, jakie owemu słowu nadano w British North America Act. Nie odpowiadałoby to zresztą poczuciu dumy niezależnych osadników kanadyjskich. Trzeba więc uznać, że pojęcie dominium, którego użyto dla określenia nowego federacyjnego państwa kanadyjskiego, było wynalazkiem dokonanym przez Tilleya i jego współtowarzyszy, zatwierdzonym przez brytyjski parlament.

Dominium kanadyjskie, za którym poszły niebawem następne: Australia, Nowa Zelandia, Południowa Afryka. Było to nowe pojęcie, oznaczające nowy typ stosunków między metropolią a dawnymi koloniami. Stanowiło ono zarazem odpowiedź, jakiej Wielka Brytania udzieliła na owe dwa klasyczne pytania imperialne: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, oraz: po co płacić na utrzymanie kolonii, jeśli nie ma z tego zysku? Był to również dowód, że w Wielkiej Brytanii nigdy nie zatryumfował czysto wojskowy sposób myślenia. Odtąd nie zamierzała ona troszczyć się o wewnętrzne sprawy kanadyjskie; zrezygnowała też z posługiwania się Kanadą do celów imperialnych. Oba kraje, związane osobą wspólnego monarchy, miały odtąd podążać równoległymi, ale osobnymi ścieżkami.

x

Tak tłumaczył nam pewien fragment rzeczywistości mason – zapewne bardzo wysokiego stopnia. Dziewanowski wyróżnia pewne motywy, które napędzały powstawanie imperiów:

  • motyw gospodarczy – imperium hiszpańskie, rzymskie
  • motyw wojskowo-strategiczny – imperium rzymskie w późniejszym okresie
  • motyw prestiżowy – imperium francuskie, niemieckie, włoskie
  • motyw religijno-ideologiczny – kraje arabskie, Turcja, zakon krzyżacki, Iran

Od tych modeli imperialnych brytyjskie, według Dziewanowskiego, wyraźnie odróżnia się. Wprawdzie motyw gospodarczy przeważał, ale Brytyjczycy potrafili znaleźć rozwiązanie, natomiast Portugalia i Hiszpania – nie. I dlatego imperia tych państw upadły. Brytyjskie również, ale nie do końca. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów istnieje nadal. Jakie to były więzi, tradycje i instytucje, o tym nie wspomina on. Dlaczego? Były to tradycje protestanckie, czyli odcinanie się od miejscowej ludności, niemieszanie się z nią. W przypadku imperium portugalskiego i hiszpańskiego podstawowym założeniem ich podboju była asymilacja miejscowej ludności i nawracanie jej na katolicyzm. Z biegiem czasu doprowadziło to do wykreowania wśród tej ludności świadomości narodowej, której ona prawdopodobnie nadal nie miała, i powstań przeciwko Madrytowi i Lizbonie. Independencia ou Morte! (Niepodległość albo śmierć) – „okrzyk znad Ipirangi” od 7 września 1822 roku jest głównym hasłem brazylijskiego dnia niepodległości. Wykrzyczał je regent Piotr. Więcej o tym w blogu Brazylia. W ciągu paru lat na początku XIX wieku wszystkie kolonie Ameryki Południowej wybiły się na niepodległość, a raczej na „niepodległość”, bo popadły w całkowitą zależność od protestanckiej Ameryki.

W przypadku imperium brytyjskiego pojawił się problem: jak doprowadzić do upadku imperium, ale tak, żeby nie upadło? I wymyślono ten numer z Kanadą i psalmem siedemdziesiątym drugim. Z Ameryką Południową uporano się w na początku XIX wieku, a kolonie w Afryce zlikwidowano w latach 60-tych XX wieku. Wtedy wszystkie państwa europejskie, łącznie z Wielką Brytanią, utraciły tam swoje kolonie. Anglia odpuściła sobie później nawet Rodezję i Afrykę Południową, bo były to kolonie kontynentalne, a więc nie stanowiące z jej punktu widzenia większej wartości. Tak więc wszystkie kraje europejskie przestały być potęgami kolonialnymi, Wielka Brytania pozostawała nadal imperium. To specyficzne imperium, bo leży ono na wyspach. Na nich leży Wielka Brytania, Australia i Nowa Zelandia. W pewnym sensie wyspą jest również Ameryka Północna, otoczona oceanami. Tylko na południu graniczy z całkowicie podległą sobie Ameryką Łacińską.

Tak więc imperium brytyjskie nadal trwa. Centrum dowodzenia jest City of London. Stany Zjednoczone, niby niezależne od Wielkiej Brytanii, realizują jej cele i terroryzują świat. Mamy więc tu do czynienia z podwójnym blefem. Najpierw stworzyła ona w Ameryce niby niezależne od niej państwo, a później pozbyła się swoich kontynentalnych koloni, by pokazać, że nie jest już mocarstwem kolonialnym.

Czy w takim razie to, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest przenoszenie centrum świata do Chin, czy może kolejny blef? Niewątpliwie Chiny stają się centrum gospodarczym i handlowym świata, ale czy decyzyjnym? A to już inna para kaloszy.

Analiza Dziewanowskiego zawiera interesujące informacje, ale jest błędna i sprowadza czytelnika na manowce. Mason, niewątpliwie wysokiego stopnia, „zapomniał” o słoniu w składzie porcelany, czyli o imperium rosyjskim. Czy przypadkiem? Zapewne nie! Ten „słoń” nie pasował mu do koncepcji. Imperium rosyjskie jest równie trwałe jak brytyjskie. Początkowo nazywało się ono carskim, później Związkiem Radzieckim, a obecnie Federacją Rosyjską. A czymże jest federacja, jak nie imperium? Dlaczego Dziewanowski pominął to imperium? Czy dlatego, że jest ono bardzo podobne do brytyjskiego? To nie carowie byli zaangażowani bezpośrednio w podbój Syberii, podobnie jak Korona Brytyjska w tworzenie kolonii zamorskich. Jest to też imperium religijno-ideologiczne, prawosławne, tak jak brytyjskie – protestanckie. Jedno jest imperium morsko-wyspiarskim, drugie – lądowym. Oba się uzupełniają i współpracują ze sobą. Tak było w czasie II wojny światowej i tak jest obecnie w przypadku wojny na Ukrainie. Watro, by pamiętali o tym wszyscy ci, którzy tak prą do współpracy z Rosją i są zwolennikami panslawizmu.

Osadnictwo

W blogu Jezuici pisałem o tym, że to właśnie oni stworzyli nowy naród polski z niewykształconych w sensie narodowościowym i językowym społeczności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zetknąłem się oczywiście z opiniami, że to jednak ludność z Korony emigrowała na wschód i podporządkowywała sobie tamtejsze społeczności. Gdyby tak było to istniałaby jakieś relacje z czasów tego osadnictwa, jakieś pamiętniki, dokumenty itp. Tego nie ma i nikt z tych, którzy o tym wspominają, nie powołuje się na nie. Zresztą osadnictwo to wcale nie jest taka prosta sprawa, ale o tym w dalszej części bloga.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; wiek XVI-XVIII PIW 1976 pisze:

„Kto osiadał? Stosunki były niepewne, więc i osadnictwo różne przechodziło koleje losu; w każdym razie żywiołu polskiego weszło na Ruś bardzo dużo. Osiadali tu więc przede wszystkim uczestnicy kresowych wojen, którzy stopniowo obozy wojskowe przekształcali w osady kolonizacyjne, sprowadzano tu całymi wsiami ludność poddańczą z ziem rdzennej Polski, przychodzili tu chętnie bardziej przedsiębiorczy mieszczanie, aby dorobić się majątku w zmiennej koniunkturze. Wielcy panowie, którym przypadły ogromne obszary ukrainne, poszukiwali kolonistów, na których mogliby się oprzeć, a znowu rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy, którym w dawnej ojczyźnie było za ciasno, szukali nowych siedzib na Rusi. Gdy tylko nieco było na Kresach spokojniej, gęsto wznosiły się „krzyże wolności”, czyli słobody, znaki obwieszczające wolność od pańszczyzny na określoną ilość lat dla osadników, którzy się zgłoszą; w krzyże zatykano kołki drewniane, które oznaczały ilość lat słobody, i co rok kołek jeden wyjmowano. Nie pytano kto zacz i skąd się wziął; kto przybył, dostawał ziemię i pracował dla siebie i dla pana. Rosła więc ludność, rosły obszary pod pługiem, rosły fortuny.”

Mamy tu bardzo ciekawe informacje, choć brakuje najważniejszego, czyli liczb, nawet szacunkowych. O ile w przypadku Żydów zachowały się pewne dane, które umożliwiły prześledzenie dynamiki osadnictwa żydowskiego w Polsce piastowskiej i Rzeczypospolitej, to w tym przypadku brakuje ich nam. Nie wiemy więc, jaka to była skala. Jeśli to osadnictwo odbywało się w oparciu o obozy wojskowe, to nie było ono raczej masowe, bo te wojska nie były liczne. Z drugiej strony, jeśli osiadali żołnierze najemni, to może to właśnie oni byli organizatorami powstań na Ukrainie. Natomiast ta ludność chłopska to byli po prostu niewolnicy, których przenoszono na nowe ziemie, tak jak Murzynów do Ameryki. Z kolei ci przedsiębiorczy mieszczanie i rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy to Żydzi. I stąd te żydowskie kresowe miasteczka.

Wygląda na to, że by zachęcić ludność polską do emigracji na wschód, obiecywano im ziemię i zwolnienie od pańszczyzny na ileś lat. A co potem? Może właśnie tym faktem należy tłumaczyć te ciągle powtarzające się powstania na Ukrainie od momentu połączenia jej z Koroną. Gdyby tak było, to oznaczałoby to, że to polska ludność, a później już raczej zruszczona, ale z polskimi korzeniami, brała udział w tych powstaniach przeciwko „polskim panom”, czyli potężnym rusińskim feudałom. Ciekawe, że takich powstań nie było na Litwie. Nie wspomina Bystroń o polskim tam osadnictwie, chociaż wojny toczyły się nie tylko na kierunku południowo-wschodnim, ale również na północno-wschodnim. Czy mamy zatem do czynienia z niewyobrażalnym wręcz zafałszowaniem historii Kresów? Trudno tu o jednoznaczną ocenę z braku jakichkolwiek namacalnych dowodów. Czy dlatego, że ich nie było, czy dlatego, że je zniszczono albo gdzieś głęboko ukryto?

Inny typ osadnictwa przedstawia Bolesław Prus w powieści Placówka. Opisuje to tak:

  Maciek poszedł zgonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył.
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie też ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wysypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. To ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówił Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie próżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry...
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację. (...)
- To ci naród te Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci co wzięli od nas kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan brat. u nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha jeden drugiego; te zaś pary, choć się gniewają, to zawdy jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...

Nie do końca chyba można zgodzić się z Prusem, że mamy tu do czynienia z dwoma tajemnicami nowożytnej pracy: pośpiechem i organizacją. Tak były zorganizowane społeczności protestanckie od czasów reformacji. Doskonale zostało to zobrazowane w filmie Świadek z 1985 roku w reżyserii Petera Weira na przykładzie gminy Amiszów. Były to po prostu komuny, podobnie jak żydowskie getta. Ten typ organizacji wykorzystano przy tworzeniu Imperium Brytyjskiego. Polegał on raczej na zdobywaniu terenu i okopywaniu się na nim, odgradzaniu się od tubylców i innych niebezpieczeństw, a to wymuszało pospiech i dobrą organizację. Inaczej było w przypadku kolonizacji Ameryku Południowej. W tym wypadku polegało to na podporządkowywaniu miejscowej ludności poprzez asymilację i narzucanie jej katolicyzmu. Komuny protestanckie, z racji sposobu ich zorganizowania, wymuszały niejako posłuszeństwo jednostek, bo tylko działanie dla wspólnego dobra gwarantowało przetrwanie, a te jednostki wiedziały, że za swoją pracę zostaną odpowiednio wynagrodzone. Z drugiej strony ci, którzy rządzili tymi komunami wiedzieli, że tylko sprawiedliwy podział wypracowanego bogactwa gwarantuje ich przetrwanie. W przypadku katolickiej organizacji cechą charakterystyczną była hierarchiczność i rozmach w podboju. W takim wypadku nie ma mowy o sprawiedliwym podziale wypracowanego dochodu. Tak działali jezuici. I ten typ podboju miał miejsce na kresach Rzeczypospolitej w byłym Wielkim Księstwie Litewskim.

Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996 pisze:

„(…) pojawili się misjonarze jezuiccy. Wyróżniali się odwagą, poświęceniem i wytrwałością, a także wielkimi talentami w nawiązywaniu kontaktów z Indianami i w pozyskiwaniu ich dla wiary chrześcijańskiej. Była to doprawdy niezwykła kadra. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy na własne oczy zobaczyli wodospady Niagary i Wielkie Jeziora Kanadyjskie. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami przewyższali anglikańskich czy purytańskich pastorów, którzy wnieśli ogromny wkład w dzieło ucywilizowania Nowego Świata, ale był to wkład innego rodzaju. Duchowni protestanccy wielce przyczynili się do powstania demokracji w Ameryce, ale nie zapisali się jako zwolennicy ludzkiego i przyjaznego kontaktu i współżycia z właściwymi mieszkańcami tego kontynentu, choć były wśród nich chwalebne wyjątki. Na ogół odznaczali się tą samą cechą, jaka charakteryzowała Anglików we wszystkich częściach ich rozległego imperium: skłonnością do odgradzania się od tubylców, niemieszkania z nimi, traktowania ich z wysoka. Długa tradycja prac misyjnych Kościoła katolickiego, jego trwające od najdawniejszych czasów kontakty z przedstawicielami innych wiar, obyczajów, kultur, dawały pod tym względem misjonarzom katolickim zdecydowane pierwszeństwo, choć były przecież w historii Kościoła długie okresy, w których też nie wyróżniał się tolerancją.”

Polityka jezuitów na całym świecie była taka sama: pozyskiwanie dla katolicyzmu ludzi z wszelkiego rodzaju wiar, obyczajów, kultur. Tak też czynili w Wielkim Księstwie Litewskim po unii lubelskiej z 1569 roku. Ich działalność spowodowała powstanie nowego narodu polskiego, dla którego podstawowymi elementami tożsamości był powierzchowny katolicyzm i język polski. To była działalność dominująca, sądząc po efektach. Natomiast osadnictwo polskie na ziemiach ukrainnych było raczej zjawiskiem marginalnym, choć może brzemiennym w skutkach, jeśli założymy, że miało wpływ na powstania chłopskie na tamtym terenie. Jednak z braku jakichkolwiek danych trudno w tym wypadku pokusić się o jakieś wiarygodne wnioski.