Kabaret

Właśnie leci kabarecik – tak chyba w skrócie można podsumować to, co dzieje się w sejmie. Muszę przyznać, że „polscy” politycy są dobrymi aktorami. Akcja nabiera tempa i wygląda na to, że przed nami ciekawy spektakl. W dniu 18 stycznia ukazał się an Interii artykuł Wariant siłowy też jest w grze. Sejm gotowy na powrót Kamińskiego i Wąsika. Poniżej jego fragment:

Większość rządząca zapewnia, że będzie gotowa na każdy scenariusz, gdy po wyjściu na wolność Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik pojawią się w Sejmie, chcąc dalej sprawować wygaszone mandaty poselskie. Mimo tego, rządzący odczuwają niepokój związany z tym, co może się wówczas wydarzyć. – Obawiam się, że Kaczyński zrobi wszystko, żeby destabilizować pracę Sejmu włącznie z wariantem siłowym – mówi Interii Monika Wielichowska, wicemarszałkini Sejmu.

W gorącym konflikcie o przyszłość Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika jest wszystko: rozgrzane do czerwoności emocje, dualizm prawny, wielkie polityczne interesy, wyroki sądów, zainteresowanie nie tylko polskiej, ale też międzynarodowej opinii publicznej. Największy chaos związany z całą sprawą jednak dopiero przed nami.

Wskutek wszczętej przez prezydenta Andrzeja Dudy procedury ułaskawieniowej kwestią czasu jest, kiedy obaj politycy znów wyjdą na wolność. A gdy wyjdą, zapewne stawią się na pierwszym możliwym posiedzeniu Sejmu, żeby dalej sprawować swoje mandaty poselskie. Zjednoczona Prawica jest zdeterminowana, żeby ich w tym wesprzeć. To oznacza wojnę totalną przy Wiejskiej. Czy rządzący są na nią gotowi?

Marszałek Szymon Hołownia ma mieć przygotowany cały wachlarz środków zaradczych – od tych najbardziej “miękkich” aż po siłowe zaprowadzenie porządku, gdyby opozycja chciała doprowadzić do konfrontacji fizycznej.

x

Można by zadać sobie pytanie: po co oni to robią? Przecież w sprawach zasadniczych, najważniejszych dla obywateli, niczym nie różnią się. Tu panuje pełna zgodność. Tak było w przypadku „pandemii”. PiS łamał podstawowe prawa konstytucyjne obywateli, a Platforma Obywatelska nie protestowała. Podobnie jest w przypadku pomocy dla Ukrainy i sprowadzenia milionów obywateli obcego państwa i uprzywilejowania ich w stosunku do obywateli własnego państwa. Skoro w tych fundamentalnych dla obywateli sprawach nie różnią się, to znaczy, że oni o niczym nie decydują, że ktoś inny nimi kieruje. Ale nie są to ludzie przypadkowi. Ktoś ich starannie dobiera na te stanowiska. Może warto więc przyjrzeć się bliżej „bohaterowi” całej tej hucpy, czyli Mariuszowi Kamińskiemu (1965).

Wikipedia tak m.in. pisze:

W 1981 został skazany na rok pobytu w zakładzie poprawczym za zbezczeszczenie Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. W maju 1983 został zatrzymany według danych ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych za wznoszenie „wrogich” okrzyków w trakcie „nielegalnej” manifestacji. Zwolniono go w lipcu tego samego roku. Został następnie relegowany z liceum. Był członkiem Federacji Młodzieży Walczącej, współtworzył redakcję wydawanych przez FMW pism podziemnych „Serwis Informacyjny FMW” oraz „Nasze Wiadomości”. W 1984 rozpoczął studia w Instytucie Historii Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego (ukończył je w 1990, broniąc pracy magisterskiej Terroryzm w powstaniu styczniowym napisanej pod kierunkiem Jerzego Skowronka). Od 1984 należał do niejawnego Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Był członkiem tajnego zarządu NZS na Uniwersytecie Warszawskim. Jako przedstawiciel opozycyjnych organizacji studenckich brał udział w jednym z podzespołów Okrągłego Stołu.

Krótko był działaczem Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna. W 1991 pracował w Departamencie Zagrożeń Wewnętrznych Biura Bezpieczeństwa Narodowego, później zatrudniony w administracji zarządu Regionu Mazowsze „Solidarności”, w Głównym Urzędzie Ceł i w TVP.

Syn Arkadiusza i Teresy. Był żonaty z Anną Kasprzyszak – polską dziennikarką, działaczką opozycyjną, doradcą prezydenta Andrzeja Dudy. Jego syn Kacper jest z wykształcenia prawnikiem, byłym działaczem samorządowym (był radnym PiS w Otwocku), zatrudnionym w Banku Światowym z rekomendacji NBP w latach 2018–2023. Obecną, drugą żoną polityka jest Barbara (skończyła prawo na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, od 2004 jako adwokat w Warszawie). W 2021 została wyznaczona przez Krajową Radę Sądownictwa na stanowisko sędzi w Sądzie Rejonowym w Piasecznie.

Mariusz Kamiński deklarował się jako ateista. Mimo to w 2019, podczas zaprzysiężenia na urząd ministra spraw wewnętrznych i administracji, dodał do słów przysięgi formułę „tak mi dopomóż Bóg”.

x

A więc jako szesnastoletni chłopak zbezcześcił Kamiński Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Za coś takiego dostawało się w PRL-u wilczy bilet. Niemożliwe było podjęcie studiów, a o dobrej pracy można było tylko pomarzyć. I jeszcze ten udział w nielegalnej manifestacji, czyli recydywa. I aresztowanie tylko na dwa miesiące, a później przyjęcie na studia. Takie coś nie mogło być udziałem przeciętnego obywatela PRL-u. Musiał więc być Kamiński kimś szczególnym, pod specjalną ochroną. I tak się budowało ten kombatancki etos (ulubione słowo Geremka): prawdziwi patrioci, którzy „walczyli” o wolną Polskę. A jak już wywalczyli, no to należała się nagroda. No bo przecież ci, którzy nie „walczyli” nie mogli zostać nagrodzeni. Ale gdyby tylko spróbowali, to władze PRL-u pokazałyby im, gdzie raki zimują. Niektórzy nieświadomi i naiwni próbowali, ale marnie skończyli. Nie wiedzieli, że ta ścieżka kariery była tylko dla wybranych, czy może raczej dla narodu wybranego. Patriotyzm w tym kraju jest zarezerwowany tylko dla jednej nacji. I żadna konkurencja nie jest tolerowana.

Później był działaczem Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, czyli ROAD – tak światowo, po angielsku się nazwali, żeby zrobić wrażenie na ówczesnym polskim zaścianku. Ruch ten był w opozycji do Porozumienia Centrum braci Kaczyńskich.

No i na koniec syn, który został zatrudniony w Banku Światowym z rekomendacji NBP. Tu już chyba nie ma wątpliwości, z jakiej nacji wywodzi się Kamiński. Czasem wystarczy poczytać życiorysy w Wikipedii i wszystko staje się jasne.

x

O takim Radku Sikorskim (1963) można przeczytać:

W marcu 1981 w I Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy, wówczas noszącym imię Ludwika Waryńskiego, pełnił funkcję przewodniczącego uczniowskiego komitetu strajkowego, będącego odpowiedzią na tzw. wydarzenia bydgoskie.

W czerwcu 1981 wyjechał do Wielkiej Brytanii w celu nauki języka angielskiego. Po pół roku, kiedy w Polsce wprowadzony został stan wojenny, wystąpił o azyl polityczny, który przyznano mu w 1982. W Anglii podjął studia w Pembroke College Uniwersytetu w Oksfordzie. Był członkiem Klubu Bullingdona. Po trzyletnim pobycie na tej uczelni ukończył studia, uzyskując tytuł zawodowy Bachelor of Arts na kierunku PPE (politologia, filozofia, ekonomia). Zgodnie z praktyką uniwersytet ten na wniosek Radosława Sikorskiego wystawił mu także dyplom Master of Arts.

Bullingdon Club (Klub Bullingdonu) – elitarny klub towarzyski działający na Uniwersytecie Oksfordzkim. Klub nie ma stałej siedziby. Zyskał rozgłos ze względu na zamożność swych członków oraz urządzane przez nich huczne biesiady. Członkostwo klubu uzyskać można wyłącznie w drodze zaproszenia przez osobę już będącą jego członkiem; wiąże się ono ze znacznymi kosztami, ze względu na obowiązek zakupu klubowego munduru i partycypacji w kosztach wystawnych biesiad i naprawy wyrządzanych przy tej okazji szkód.

Klub został założony ponad 200 lat temu. Niektóre źródła podają, że powstał w 1780 roku i liczył w momencie powstania trzydziestu członków, natomiast w roku 1875 uważany był za „starą oksfordzką instytucję, z wieloma pięknymi tradycjami”. Początkowo klub stanowił forum dla studentów zainteresowanych łowiectwem i krykietem.

Raport z roku 1876 relacjonował, że wśród zajęć członków klubu „krykiet miał znaczenie drugorzędne wobec obiadów oraz że mężczyźni należeli przede wszystkim do klasy ludzi majętnych”. W relacji „The New York Times” z 1913 roku, „Bullingdon jest koronnym wyrazem elitaryzmu istniejącego na Oksfordzie; jest to klub dla synów szlachty, synów wielkich fortun; członkostwo w nim to wyraz przynależności do „błękitnokrwistych” tego uniwersytetu”. Do klubu należał także hrabia Alfred Potocki, ostatni ordynat na Łańcucie.

Za typowy sposób organizowania spotkań Klubu Bullingdona uważa się zamówienie przez jego członków sali w restauracji pod zmyślonym nazwiskiem – większość restauratorów zna reputację klubu i obawia się możliwości wyrządzenia zniszczeń podczas biesiady. Przebieg spotkań zależy jednak w dużej mierze od bieżącego składu osobowego organizacji, a szkody czynione przez bullingdończyków bywały zarówno wynikiem umyślnych aktów wandalizmu, jak i skutkiem ubocznym intensywnego, wielogodzinnego biesiadowania i związanej z tym konsumpcji.

W ostatnich latach działalność klubu była stosunkowo spokojna i nie wzbudzała aż tak dużych kontrowersji, jak wcześniej. Jednak w roku 2005, po zdemolowaniu podczas obiadu XV-wiecznego pubu w hrabstwie Oxfordshire, czterech członków zostało aresztowanych, co odbiło się szerokim echem w prasie brytyjskiej.

The Bullingdon Club stał się nawet przedmiotem debaty w brytyjskiej Izbie Gmin, jako jeden z przykładów nieobyczajnego zachowania w tamtejszym społeczeństwie, a także jako polityczny przytyk pod adresem prominentnych brytyjskich parlamentarzystów, którzy w przeszłości do niego należeli: premiera Davida Camerona, ministra finansów George’a Osborne’a, a także burmistrza Londynu i premiera Borisa Johnsona.

x

Wikipedia nic nie pisze na temat rodziców Sikorskiego i rodziny, z której pochodzi, co skłania do przypuszczeń, że pochodzi on z narodu wybranego. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że jakiś osiemnastoletni chłopak z komunistycznej Polski wyjeżdża do Anglii, dostaje się na elitarny uniwersytet i zostaje przyjęty do elitarnego klubu. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wyjeżdżając z Polski w czerwcu 1981 roku wiedział, że zostanie tu wprowadzony stan wojenny. Szybko więc, uprzednio, zaliczył epizod kombatancki i już w Anglii mógł starać się o azyl polityczny, bo przecież nie mógł wrócić do kraju, w którym inny Żyd dławił demokrację, a on przecież o nią walczył.

W Anglii należał do klubu, który urządzał huczne biesiady. Czy to był przypadek, czy może nawiązanie do tradycji? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Już od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. (…) Ogniskami humanizmu są akademie, czyli związki osób, interesujących się starożytnością. Nie należy ich mieszać z ówczesnymi uniwersytetami, choć i te stopniowo dostawały się pod wpływy humanistów.

Akademie te, zakładane zwykle przez ludzi prywatnych, nie miały oficjalnego charakteru; po prostu wielbiciele starożytności schodzili się na zebrania lub biesiady i rozmawiali częstokroć o rzeczach, o których wówczas nie było wolno mówić publicznie.

I tak słynna akademia platońska we Florencji zajmowała się Platonem i usiłowała poglądy filozofa greckiego stosować do dogmatów chrześcijaństwa. Sekundowały jej inne akademie, jak rzymska lub wenecka. Akademia rzymska nigdy nie odbywała jawnych zebrań, lecz zawsze pod osłoną jakiejś uroczystości czy też biesiady, a inne bardzo liczne akademie włoskie ukrywały się także, by uniknąć odpowiedzialności za wolnomyślne poglądy. W ten sposób organizacje te nabrały charakteru związków tajnych, a członkowie ich posługiwali się pseudonimami łacińskimi lub greckimi.

Żydzi wywierają we Włoszech znaczny wpływ na pojęcie cywilizacji klasycznej. Gemistos Plethon, dusza akademii platońskiej we Florencji (zm. 1450) był uczniem żydowskim. Nauczycielem jego był pewien uczony żyd, Elissaios, od którego zapewne przejął elementy orientalne, że celem jego była instauracja kultury i religii antycznej, a środkiem do tego – filozofia Platona i walka z arystotelizmem i scholastycyzmem. Nic dziwnego, że akademie, walczące z filozofią katolicką, biorąc swe nauki od żydów, musiały kryć się ze swoją działalnością.

x

„Przebieg spotkań zależy jednak w dużej mierze od bieżącego składu osobowego organizacji, a szkody czynione przez bullingdończyków bywały zarówno wynikiem umyślnych aktów wandalizmu, jak i skutkiem ubocznym intensywnego, wielogodzinnego biesiadowania i związanej z tym konsumpcji.”

Skąd my znamy te akty wandalizmu? Znamy to z wycieczek żydowskiej młodzieży do Oświęcimia. Hotele, w których owa młodzież nocowała, wyglądały po ich wyjeździe jak pobojowiska. Wszystko zniszczone, fekalia w pokojach: na podłodze, na ścianach i na łóżkach. Wygląda na to, że mamy tu wspólny mianownik. Czy zatem ten elitarny klub, jak pisze Wikipedia, nie jest żydowskim klubem lub takim, w którym oni dominują? – I taką to edukację odebrał w Anglii obecny minister spraw zagranicznych tego państwa, które jeszcze nazywają Polską.

Wandea

W dniu 29 grudnia 2023 wszedł na ekrany polskich kin film „Wandea. Zwycięstwo albo śmierć”. Ja miałem okazję obejrzeć go w sobotę 6 stycznia. Ten obraz to jedna wielka rzeź. To, co wydarzyło się w Wandei, począwszy od 1793 roku, to ludobójstwo. Szacuje się, że ofiar mogło być około 120 tys. z 815 tys. zamieszkujących Wandeę. Przekaz filmu wydawał się prosty: walka chłopów w obronie króla i wiary katolickiej. Ja jednak, oglądając ten film, zastanawiałem się, czy to rzeczywiście było możliwe, by ci chłopi mogli być tak zdeterminowani i czy rzeczywiście byli gotowi oddać życie za króla i wiarę. O ile w przypadku jednostek jestem skłonny uwierzyć w taką motywację, to w przypadku całej społeczności wydaje mi się to wątpliwe. Czy mógł być tam jeszcze jakiś dodatkowy powód? Dlaczego akurat Wandea? Czym się różniła od reszty Francji?

Wandea na tle mapy Francji; źródło: Wikipedia.

W artykule na portalu „Historia Do Rzeczy” można przeczytać:

Wandejczycy wyrażali sprzeciw wobec upadku władzy królewskiej oraz szykanowania wiary katolickiej. Z chwilą rozpoczęcia rewolucji francuskiej mieszkańcy Wandei nie opuścili króla, ani nie dali się porwać wichrowi radykalnych przemian. Czarę goryczy przelało zabicie Ludwika XVI oraz zapowiadany pobór do wojska, który spowodowałby wyjazd na wojnę wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn.

x

Z kolei na stronie „ciekawostki historyczne.pl” w artykule „Powstanie wandejskie, czyli ludobójstwo Francuzów rękami… Francuzów” jego autor, Marcin Moneta, m.in. pisze:

Powstanie antyrepublikańskie wybuchło w jednej z najbiedniejszych części kraju, a jego motorem byli ci, żyjący najniżej w społecznej hierarchii, czyli chłopi. Teoretycznie to właśnie oni powinni byli w największym stopniu popierać Rewolucję, bo przecież w obronie ludu obalono króla. A jednak – choć w pierwszym okresie Wandejczycy rzeczywiście sprzyjali władzom rewolucyjnym, a ancien régime traktowali z dystansem – z czasem doktrynerstwo, szaleństwo i dyktatorskie zapędy rewolucjonistów zaczęły budzić coraz większy opór wśród przywiązanych do tradycyjnych wartości, prostych ludzi, którzy pragnęli po prostu sprawiedliwego i uczciwego życia, a także szacunku dla wartości, w które wierzyli. To właśnie uderzenie w sferę wartości pchnęło rolników z Wandei do postawienia kos na sztorc i wojny z republiką pod hasłem „Bóg i Król”.

Bezpośrednią przyczyną rewolty były obowiązkowe powołania do wojska dla tysięcy mężczyzn z prowincji, często jedynych żywicieli rodzin, którzy musieli porzucić swoje gospodarstwa, by pójść do armii. Gniew narastał jednak stopniowo już wcześniej, wraz z coraz dotkliwszymi szykanami republiki wobec – znienawidzonego przez rewolucjonistów – Kościoła katolickiego.

Byli jednak i tacy, którzy mimo krwi na rękach jeszcze długo pławili się w zaszczytach i służyli Francji – nieważne z której strony zarządzanej. Generał Turreau – dowódca kolumn piekielnych – nie tylko nie położył głowy, ale nawet został zrehabilitowany. Po obaleniu jakobinów rewolucyjna Francja uznała, że jedynie wykonywał rozkazy. Później Turreau z powodzeniem służył pod Napoleonem, jednak gdy cesarzowi powinęła się noga, okazało się, że tak jak i Wandejczycy, których mordował, w głębi serca jest… rojalistą. Gdy Burbonowie odzyskali władzę w 1814 roku, generał bez skrępowania przeszedł na służbę do króla Ludwika XVIII. Do dziś jego nazwisko widnieje na Łuku Triumfalnym w sercu francuskiej stolicy, obok innych zasłużonych…

x

Na portalu historycznym Dzieje.pl autor, Michał Szukała, w artykule Do kin trafiła „Wandea. Zwycięstwo albo śmierć” – film o zapomnianym ludobójstwie, m.in. pisze:

Najgroźniejsze dla republiki miały okazać się działania jej przywódców. Ratunkiem dla nowego reżimu miał być pobór 300 tysięcy rekrutów, którzy mieli odeprzeć inwazję europejskich monarchii. Chłopi mieli zostać zmuszeni do porzucenia swoich gospodarstw tuż przed porą zasiewów. Powstanie będące reakcją na decyzję władz w Paryżu wybuchło w położonej w zachodniej Francji Wandei, której mieszkańcy spoglądali dotąd na rewolucję z nadzieją lub umiarkowanym dystansem. Ich zapatrywania zmienił nie tylko pobór, ale również zamordowanie Ludwika XVI oraz zastępowanie przez władze lokalnych duchownych, którzy nie chcieli złożyć przysięgi na tak zwaną konstytucję cywilną kleru, której zapisy faktycznie podporządkowywały Kościół państwu. Wściekłość Wandejczyków zwróciła się przeciwko urzędnikom reżimu rewolucyjnego, a nawet duchownym, którzy stanęli po jego stronie.

x

„Polska Zbrojna” zamieszcza artykuł Grzegorza Kucharczyka „Wandea – heroizm i Ludobójstwo”, a w nim m.in.:

Eskalacja antykatolickiej polityki republiki zbiegła się z egzekucją króla Ludwika XVI (21 stycznia 1793) i zarządzeniem przez władze rewolucyjne powszechnego poboru do wojska (la levée en masse) w marcu 1793 roku. Pierwsze z tych wydarzeń było dla Wandejczyków potwierdzeniem, że w Paryżu zainstalował się reżim depczący wszystkie uświęcone od wieków tradycje religijne i polityczne Francji. Drugie zostało odebrane jako niedopuszczalna uzurpacja republikańskiego rządu, nie do pomyślenia w czasach monarchii, która opierała swój wysiłek militarny na profesjonalnej armii. Wandejscy chłopi nie chcieli składać daniny krwi na rzecz reżimu powszechnie uznawanego przez nich za bezbożny i antyfrancuski.

Wiosną 1793 roku powstanie wybuchło spontanicznie w całej Wandei. Od początku było ono ludowe. Jeśli gdzieś można było znaleźć we Francji doby rewolucji obszar, na którym działała maksyma o „wolności, równości i braterstwie” (sztandarowe hasło rewolucji), to paradoksalnie właśnie tam. Dowódców oddziałów powstańczych wyłaniano w jawnych i powszechnych wyborach. Przyznawał to później nawet sam Napoleon: „W armii wandejskiej panowała ta wielka zasada [równości]”.

Istniał jednak pewien przymus. Odczuli go niektórzy przedstawiciele wandejskiej szlachty, którzy zmuszani byli przez chłopów do objęcia dowództwa nad poszczególnymi oddziałami Armii Katolickiej i Królewskiej. Legendarnego dowódcę wojsk powstańczych François de Charette’a trzeba było dosłownie wyciągać spod łóżka. Nie tak drastycznie, ale jednak z pewnym przymuszeniem „skłoniono” do udziału w powstaniu innych wybitnych dowódców wandejskiego zrywu – markiza Charles’a de Bonchampsa i hrabiego Henriego de La Rochejaqueleina.

x

Na stronie „Wielka Historia” Anna Winkler w artykule „Rzeź w Wandei. Dzieci rozdeptałem końmi i wymordowałem kobiety” m.in. pisze:

W departamencie wrzało od miesięcy – pierwsze wystąpienia pojawiły się już w 1792 roku. Ale wieść o poborze, w połączeniu ze świeżym jeszcze wspomnieniem królobójstwa (Ludwik XVI został zgilotynowany w styczniu 1793 roku) i prześladowaniami księży, którzy odmówili złożenia przysięgi wierności państwu, przesądziła sprawę.

Było to – jak zaznacza profesor Grzegorz Kucharczyk w książce Chrystofobia. 500 lat nienawiści do Jezusa i Kościoła – klasyczne powstanie chłopskie. „Lud stał się inspiratorem powstania przeciw «ludowej» rewolucji” – pisze nie bez ironii wykładowca UAM i kierownik jednej z pracowni Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) zamieszcza taką informację:

Wandea – departament w zachodniej Francji, wydzielony w 1790 z zachodniej części dawnego Poitou. Wojny wandejskie,1793-96, nazwa powstań chłopskich pod hasłem obrony religii i monarchii, w okresie rewolucji francuskiej; pierwsze z nich wybuchło 10 III 1793 w Wandei jako protest przeciw powołaniu pospolitego ruszenia (włącznie z księżmi) na wojnę z Austrią, jak też przeciw straceniu króla; podsycane przez rojalistów i kler oraz wspierane przez Anglię, wkrótce objęło Bretanię, Poitou i Andegawenię (30 tys. ludzi); głównym przywódcą był woźnica Jacques Cathelineau; po początkowych sukcesach powstanie zostało stłumione przez gen. L. Hoche’a; wybuchło znowu w latach 1799-180 i 1815.

x

Z przytoczonych wyżej fragmentów wynika, że iskrą zapalną był przymusowy podbór do wojska. Do tego doszła antykościelna polityka rewolucyjnej władzy i zgilotynowanie króla. Jedynie Marcin Moneta sygnalizuje: A jednak – choć w pierwszym okresie Wandejczycy rzeczywiście sprzyjali władzom rewolucyjnym, a ancien régime traktowali z dystansem – z czasem doktrynerstwo, szaleństwo i dyktatorskie zapędy rewolucjonistów zaczęły budzić coraz większy opór wśród przywiązanych do tradycyjnych wartości, prostych ludzi…

Jednak dopiero w Wikipedia wyjaśnia ten problem całościowo. Pisze m.in. tak:

Zamieszkująca Wandeę ludność początkowo nie wykazywała wrogości wobec zmian rewolucyjnych. Jej zeszyty akcesyjne z listą skarg i propozycji do Stanów Generalnych nie różniły się od zeszytów innych prowincji. Zeszyty zawierały skargi na nadużycia senioralne i domagały się ogólnej reformy podatkowej i sądowniczej. Wandea była jedną z dwunastu prowincji, które w pierwszej turze wybrały najwięcej deputowanych. W większości dołączyli oni później do klubu jakobinów. Samo zaś obalenie monarchii nie wywołało większego oporu w prowincji.

Przed rewolucją Kościół w Wandei posiadał ok. 10% ziemi, darowanej mu w zapisach testamentowych miejscowych mieszkańców w ciągu setek lat. W intencji darczyńców zapisy te miały stanowić podstawę utrzymania księży, zakonów i kościołów, a także służyć do walki z ubóstwem oraz utrzymania szkół i szpitali. W listopadzie 1789 roku Zgromadzenie Narodowe skonfiskowało dobra kościelne i wyemitowało asygnaty, za pomocą których można było te dobra nabyć. Dało to możliwości wzbogacenia się skorumpowanym urzędnikom, a społeczności lokalne zostały pozbawione możliwości zaspokajania potrzeb w zakresie lecznictwa, opieki społecznej i szkolnictwa. Następnym punktem zapalnym był dekret o zaprzysiężeniu księży na wierność narodowi. W wielu parafiach ludność nie chciała wpuścić zaprzysiężonych księży do kościołów i interweniowała znienawidzona przez ludność Gwardia Narodowa. W styczniu 1791 roku w Saint-Christophe-du-Ligneron (w okolicy Machecoul) były pierwsze ofiary śmiertelne wśród parafian broniących niezaprzysiężonych księży. W sierpniu 1792 roku w miasteczku Breissure Gwardia Narodowa wymordowała większość z około pięciuset nieuzbrojonych parafian – zakładników, wziętych z ludności miejscowej przeciwstawiającej się eksmisji sióstr z pobliskiego klasztoru.

Przede wszystkim antykościelne postępowanie władz rewolucyjnych, w drugiej kolejności stracenie Ludwika XVI 21 stycznia 1793 wywołało niezadowolenie w Wandei. Do wybuchu powstania przyczyniła się także kryzysowa sytuacja ekonomiczna, spowodowana między innymi wojną z państwami pierwszej koalicji. Bezpośrednim powodem wybuchu rewolty była jednak ustawa Konwentu z 23 lutego o powołaniu 300 tys. rekrutów, z czego 4 tys. miało pochodzić z Wandei. Niezadowolenie wywołała droga, którą rekrutacja miała się odbyć. W przypadku nieznalezienia odpowiedniej liczby ochotników, każda gmina miała sama wyznaczyć odpowiednią grupę ludzi, nieistotne czy w drodze losowania, przez wybór czy w inny sposób. Otworzyło to pole do intryg i wysyłania do armii osób niewygodnych z punktu widzenia rewolucji czy wewnętrznego układu sił.

xxx

Pisze więc na początku Wikipedia, że samo obalenie monarchii nie wywołało większego oporu w prowincji. Natomiast w dalszej części dodaje, że Kościół w Wandei posiadał 10% ziemi, którą chłopi przekazali mu w zamian za opiekę socjalną, czyli ubezpieczenie społeczne oraz utrzymywanie szpitali i szkół. Skonfiskowanie dóbr kościelnych oznaczało dla nich utratę tego wszystkiego, czego dorabiali się przez wieki. I to była ta specyfika Wandei. Ale nie tylko to. Był jeszcze jeden czynnik, o którym pisze Wikipedia, ale w części poświęconej rewolucji francuskiej, a nie – Wandei:

„Żyrondyści wciąż mieli największy wpływ na władzę. Koalicja antyfrancuska miała znaczny potencjał militarny. W związku z tym w lutym 1793 Konwent uchwalił pobór 300 tys. żołnierzy. Na początku marca uzbrojeni chłopi zaczęli zbierać się w grupy, żeby stawiać opór poborowi na wojnę w obronie niepopularnej rewolucji. Główną przyczyną niepopularności wśród chłopstwa były aresztowania niekonstytucyjnych księży, którzy odmówili złożenia przysięgi obywatelskiej na wierność narodowi i konstytucji francuskiej. W niektórych rejonach prawie wszyscy księża odmówili złożenia przysięgi. Księża byli filarami społeczności i w Wandei, częściej niż gdzie indziej, księża pochodzili ze społeczności, w których posługiwali.”

Ostatnie zdanie dopełnia obraz i dlatego łatwiej zrozumieć, skąd u tych ludzi taka determinacja. Natomiast motyw obrony króla i wiary katolickiej został, przez środowiska konserwatywne i katolickie, wyniesiony do rangi symbolu. W ich mniemaniu walka o szczytne idee jest czymś wznioślejszym, czymś, na czym można zbudować legendę, a nawet system wartości. A walka o obronę własnego interesu i tego, co przez wieki udało im się wypracować? – To brzmi tak przyziemnie. Ale prawda jest taka, że łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny. Taka jest ludzka natura.

A w całej tej francuskiej rewolucji wcale nie chodziło o wolność, równość i braterstwo – choć to ostatnie to może dla masonów – bo żadnej wolności i równości nie było i nie ma, tylko o odsunięcie od władzy i wpływów starej arystokracji, która swoje bogactwo zawdzięczała wyprawom krzyżowym i nadaniom ziemi z racji tych wypraw, które były wyprawami łupieżczymi pod hasłami obrony Ziemi Świętej przed muzułmanami. Innymi słowy – złodzieje starej daty walczyli z kandydatami na złodziei młodej daty.

Nowa arystokracja, zwana burżuazją, powoli zdobywała teren. W Wikipedii można przeczytać o sytuacji w przedrewolucyjnej Francji m.in. i to:

„Najwyżej stała grupa ok. 4 tys. rodzin „przedstawionych” królowi – osób stale towarzyszących królowi, tworzących jego dwór, oraz książąt krwi. Ich utrzymanie pochłaniało ok. 33 milionów liwrów rocznie ze szkatuły królewskiej. To z tej grupy rekrutowało się wyższe duchowieństwo i wyżsi oficerowie. Żyli oni stale na skraju bankructwa, chcąc ratować swoje majątki, w pewnym momencie zaczęli brać za żony córki bogatych mieszczan, co znacznie zbliżyło ich ekonomicznie do wielkiej burżuazji.”

Kim byli ci bogaci mieszczanie i wielka burżuazja, tego chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Ale nie cała stara arystokracja żyła na skraju bankructwa, o czym może świadczyć fakt, że arystokraci walczyli w Wandei po stronie chłopów.

Aktualizacja:

Krótko po wrzuceniu tego bloga na stronę wszedłem na YouTube i od razu pojawił mi się poniższy film czy video, jak kto woli.

Postęp

W dzisiejszym świecie, w którym następuje niezwykle szybki rozwój techniki, szczególnie tej związanej z komputerami i informatyką, ludzie na ogół nie zastanawiają się nad tym, po co to wszystko. Oczywiście do pewnego momentu ten rozwój jest jak najbardziej korzystny, szczególnie gdy chodzi o zastosowanie tego postępu w naukach medycznych czy choćby w internecie. Jest jednak pewna granica, której nie wolno przekraczać. Chodzi tu oczywiście o ingerowanie w ciało i mózg ludzki. O tym pisze w swojej książce Cyber pułapka (2023) ks. prof. Andrzej Zwoliński. Poniżej wybrane fragmenty.

Badacze i analitycy współczesnej cywilizacji wskazują, że w nowożytności miały miejsce dwie próby zawładnięcia ludzką osobą. Pierwszą z nich był krwawy despotyzm związany z totalitarnymi ideologiami XX wieku: komunizmem i faszyzmem. Druga próba polegała na planach podporządkowania człowieka radykalnym wersjom biotechnologii (neuronauce, inżynierii genetycznej, eugenice, klonowaniu). Ta druga próba wciąż trwa – próbuje zredukować osobę ludzką do przejściowego elementu ewolucji kosmicznej, kreśląc fantastyczne wizje jej przyszłości. Totalitaryzmy okazały swoją najgłębszą zawartość i była nią, jak się okazało, nienawiść do człowieka. Podobnie tragiczne skutki może nieść ze sobą projekt sprowadzający człowieka do jego cielesności. Skutkiem próby całkowitej naturalizacji człowieka będzie wielka demoralizacja humanistyczna i despotyzm, tego, co organiczne. Jest bowiem ogromna sprzeczność pomiędzy próbą wejścia nauki i techniki w ludzką sferę intencjonalną, moralną, poznawczą i decyzyjną, a perspektywą lepszego panowania nad samym sobą w samostanowieniu. Gdy podporządkowuje się samostanowienie temu, co organiczne, prowadzi to do podważenia wolności człowieka. Dokonuje się organiczno-naturalistycznej redukcji człowieka. Takie niebezpieczeństwo stwarza tzw. transhumanizm, próbujący przekroczyć granice człowieczeństwa zakreślone w sferze prawa natury i kondycji ludzkiej otrzymanej od Stwórcy.

x

Transhumanizm (czasem skracany do >H lub H+) – ruch intelektualny, kulturowy oraz polityczny postulujący możliwość i potrzebę (ale nie konieczność) wykorzystania nauki i techniki, w szczególności neurotechnologii, biotechnologii i nanotechnologii, do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń i poprawy kondycji ludzkiej. – Wikipedia.

x

Sztuczny człowiek jako plan

Postacią z historii myśli ludzkiej, która odrodziła się w wielu powieściach science fiction w XX wieku, jest Golem z tradycji żydowskiej. Hebrajskie słowo golem oznacza twór nieukształtowany, niemający jeszcze formy. Nie jest to człowiek, lecz potencjał materii. To Adam, zanim Bóg obdarzył go życiem. Powtarzanie aktu przejścia od nieukształtowanej materii do żywej istoty było przede wszystkim doświadczeniem mistycznym, rytuałem ekstatycznym, odtwarzającym boski akt stwórczy. W kabale Golema tworzą sprawiedliwi i to wtedy, gdy są najbliżsi Bogu. Celem tego rytuału była zmiana stanu świadomości, osiągnięcie ekstazy, nie zaś tworzenie życia.

Michał Anioł Stworzenie Adama, fresk z Kaplicy Sykstyńskiej; źródło: Wikipedia.

Golem pojawił się w XII wieku jako istota człekopodobna, poruszająca się i funkcjonująca dzięki mocom stwórczym człowieka, które są mu dane przez Boga. Należało wpierw zgłębić tajemnicę świętych liter, by móc odtworzyć ten akt. Litery obdarzone są siłą, dzięki nim człowiek może uczynić stworzenie z dziewiczej ziemi, ugniatać je i zakopywać w ziemi, zataczać kręgi i sferę wokół stworzenia. Rytuał ten powtarzany 442 razy (inny wariant mówi że 462) sprawia, że stworzenie podnosi się żywe dzięki sile zawartej w tradycji liter.

Tradycja Golema, ożywiona w XVII, zrodziła szereg podań, np. o Golemie, który służył jako parobek (chełmońscy Żydzi), który zbuntował się i wymknął spod kontroli swojego twórcy. Najsłynniejsza jest historia Golema, którego stworzył rabbi Low, żyjący w Pradze, który ulepił go z wody i gliny, ognia i powietrza, a ożywił go słowem met (prawda) napisanym na kartce, którą włożył mu w usta lub też nakreślił na jego czole. Po wymazaniu słowa Golem pozostawał martwym posągiem, a nie żywym sługą (met). Golem był obdarzony wielką siłą, pracował fizycznie. Pewnego razu, gdy rabin zapomniał wyciągnąć kartkę z jego ust, Golem zaczął niszczyć wszystko wokół siebie, co spowodowało, że rabbi – przestraszony tym, co uczynił – zniszczył tę figurę. Jako mit nowoczesności golem oznacza sztucznego człowieka obdarzonego nadnaturalną siłą, która może jednak wymknąć się spod kontroli. Elementy tego mitu można znaleźć w historii maszyn, które wspomagają prace człowieka, są mu pomocne, lecz muszą też budzić jego respekt.

x

Golem (hebr. ‏גולם‎ lub ‏גלם‎; jid. ‏גולם‎ gojlem) – istota utworzona z gliny na kształt człowieka, ale pozbawiona duszy rozumiejącej neszama, a zatem również zdolności mowy.

Hebrajskie słowo golem pojawia się w Biblii tylko raz, w Księdze Psalmów 139:16, który to werset tradycja talmudyczna wkłada w usta Adama. W tym miejscu bywa ono tłumaczone jako „zarodek, embrion”, ale prawdopodobnie oznacza coś bezkształtnego, pozbawionego formy. W średniowieczu utożsamiano je z greckim pojęciem bezkształtnej materii – stgr. ἡ ὕλη (hē hýlē). Część tradycji żydowskiej traktuje również Adama przed obdarzeniem go bożym tchnieniem jako golema.

Tworzenie golema przez ludzi wiąże się z powtarzaniem procesu bożej kreacji. Jako że uważano, iż została ona dokonana za pomocą liter alfabetu hebrajskiego, również przez odpowiednie ich układy próbowano ponowić ten akt. Pierwsze przekazy o golemie utworzonym przez człowieka zawiera Talmud. Później na stałe praktyki te związane były z magicznym wykorzystaniem traktatu Sefer Jecira (Księga Stworzenia) i odtworzeniem podanej tam struktury boskiej kreacji. – Wikipedia.

x

Biotechnologiczne eksperymenty z człowiekiem

W miarę rozwoju techniki kontakt maszyny i człowieka staje się coraz bliższy. Kolejnym etapem ich „zbliżenia” jest nakładanie urządzenia elektronicznego na skórę, niczym kalkomania czy zmywalny tatuaż. Taki mocowany na sobie plaster zawiera czujniki, tranzystory, odbiornik radiowy, anteny bezprzewodowe, cewki przewodzące i baterie słoneczne. Pozostają one niewyczuwalne po przyklejeniu na skórę. Układy elektroniczne są umieszczone na elastycznym podkładzie, a następie na małym arkuszu cienkiego plastiku. Po zwilżeniu wodą przylegają do skóry i pozostają na jej powierzchni. Ten pomysł to kolejny krok w połączeniu świata elektroniki i biologii bez potrzeby inwazji chirurgicznej – wszczepień bezpośrednio do organizmu. Owe elektroniczne plastry mogą zawierać różnego rodzaju urządzenia, jak sterowniki zmechanizowanych protez, mogą też umożliwiać posługiwanie się komputerem czy pomagać w komunikowaniu się z innymi ludźmi lub dokonywać stałej obserwacji kondycji pacjenta.

Jedną z najbardziej produktywnych interdyscyplinarnych dziedzin badań stało się poszukiwanie tzw. sztucznej inteligencji (AI – artifical intelligence; polski odpowiednik: SI), która połączyła technikę komputerową, psychologię, matematykę, naukę o zachowaniu i neurologię. Później ta dziedzina zróżnicowała się na różne poddyscypliny.

„Poprawa” człowieka z czasem zaczęła dotyczyć wszelkich dziedzin życia ludzkiego. Do najbardziej spektakularnych działań należą próby powiększenia możliwości ludzkiego mózgu. Interfejs mózg-komputer (ang. brain-computer interface – BCI) pozwala na bezpośrednią komunikację pomiędzy mózgiem a odpowiednim urządzeniem zewnętrznym. Celem działań w tej dziedzinie jest poprawa ludzkich zmysłów albo czynności ruchowych. Neuroprotetyka ma na celu przywrócenie uszkodzonego słuchu, wzroku i czynności ruchowych. Badania nad BCI rozpoczęły się w latach 70-tych XX wieku na University of California Los Angeles (UCLA), gdzie też po raz pierwszy w historii użyto wyrażenia „interfejs mózg-komputer”. Głównym zastosowaniem BCI pozostaje medycyna, zwłaszcza prace nad umożliwieniem komunikacji zewnętrznej pacjentom w ciężkich stadiach takich chorób, jak stwardnienie rozsiane, udar mózgu czy mózgowe porażenie dziecięce. BCI znalazło zastosowanie wojskowe oraz w rozrywce – na przykład popularne „czytniki myśli” czy interfejsowe gry komputerowe.

Zwolennicy ulepszania człowieka za pomocą środków technologicznych nadają owym środkom szczególne znaczenie: poprzez nie bowiem człowiek zmierza do osiągnięcia celu, który sam wybiera, na który wskazuje i zaznacza jako ważny. Często odwołuje się przy tym do tzw. imperatywu technologicznego, który opiera się na konieczności sięgnięcia po jakąś technologię, jeżeli jest ona dostępna. Wiąże się to z niebezpieczeństwem rozminięcia się z etyką, co zachodzi zwłaszcza wówczas, gdy zastosowanie biotechniki może wiązać się z ryzykiem dla przyszłych istot ludzkich lub dla przyjmującej ją jednostki.

Postczłowiek w braterstwie z komputerem

Do bardzo niebezpiecznych działań należy eksperymentowanie z wprowadzeniem elektronicznych implantów w obszar mózgu człowieka. Zwłaszcza gdy docelowo wiąże się to z marzeniem stworzenia cyborga, za jakiego uważa się robota wyposażonego w biologiczny mózg. Ma do tego prowadzić testowanie maszyn wyposażonych w neurony pobrane od zwierząt czy ludzi. Ludzkie ciała i mózgi są traktowane jako czynniki hamujące rozwój człowieka, gdyż wiążą go z licznymi ograniczeniami. Podłączenie ich do maszyn miałoby na celu uwolnienie od tych barier.

Konstrukcje „sztucznych owadów”, czy całych zespołów maszyn podłączonych do ciała ludzkiego, wskazują na różnego rodzaju szanse, lecz i zagrożenia związane z mechanicznym podejściem do człowieka. Nikt nie może przewidzieć dalszych skutków tego typu ingerencji, zwłaszcza dla zdrowia fizycznego i psychicznego tych, którzy im się poddają. Nieznane są także skutki społeczne tej specyficznej koegzystencji człowieka i maszyny, a także przyszłość przewidywanych ich ściślejszych relacji.

Obserwacja i badania kodu genetycznego doprowadziły do idei zamiany krzemowej budowy tradycyjnych podzespołów komputerów na pracujące dzięki wykorzystaniu kwasu DNA. Byłyby to tzw. biologiczne komputery, które mogą zastąpić wielkie bazy danych. Można je wykorzystać m.in. do stworzenia inteligentnych leków, które same potrafią zlokalizować niebezpieczeństwo, a następnie zaradzić mu, wspomagając pracę układu odpornościowego. Pierwsze tego typu próby już się dokonały: w 2004 roku naukowcy Instytutu Nauki Weizmanna skonstruowali rodzaj komputera, który mógł diagnozować komórki nowotworowe, a potem zaaplikować im lekarstwo.

Ideałem człowieka w erze komputerowej jest postczłowiek, zwany też Nadczłowiekiem czy Supermanem. To przyszła istota ludzka, której zakres możliwości został znacznie poszerzony, przezwyciężając ograniczenia natury ludzkiej, w tym także tymczasowość egzystencji związaną ze śmiertelnością. W perspektywie tej koncepcji jest zbudowanie sztucznej inteligencji, która przewyższa swoich twórców, pozostając na ich służbie. Postczłowiek miałby być genialny, inteligencją przewyższający jakiegokolwiek człowieka obecnie żyjącego, byłby niepodatny na choroby ani proces starzenia się oraz obdarzony większym potencjałem dostępnych mu przyjemności, wolny od wszelkiej skazy cielesnej. Sposobem dotarcia do tego typu ideału nowego człowieka jest między innymi molekularna nanotechnologia, inżynieria genetyczna, substancje regulujące samopoczucie, terapie przeciw starzeniu się organizmu, interfejsy neurologiczne, zaawansowane narzędzia zarządzania informacjami, które poprawią pamięć oraz synteza człowieka z maszyną. Z tej koncepcji postczłowieka wyrasta tzw. posthumanizm, który wiąże się ze zmianą postrzegania miejsca człowieka w świecie. Człowiek przestaje być centrum świata i miarą wszechrzeczy. Posthumanizm przekonuje o konieczności odejścia od antropocentrycznego punktu widzenia, wskazując powiązania człowieka ze światem zwierząt i roślin i ze wszystkim co nieludzkie. I tak na przykład studia nad zwierzętami (animal studies) postrzegane są jako część debaty posthumanistycznej.

Z ideą postczłowieka wiąże się także postgenderyzm, czyli ruch społeczny, polityczny i kulturalny, który postuluje dobrowolną eliminację płci społecznej (gender). Ma to nastąpić poprzez zastosowanie zaawansowanej biotechnologii i wspomaganych technik reprodukcyjnych. Za twórcę tego ruchu uważa się kanadyjskiego futurystę George’a Dvorsky’ego, który w eseju napisanym wraz z socjologiem dr. Jamesem Hughesem, pt. Postgenderism: Beyond the Gender Binary (2008) pierwszy użył terminu „postgenderyzm”. Postgenderyści uważają, że obecność ról społecznych i różnic między płciami, które ograniczają jednostkę, wynikają ze zbyt niskiego rozwoju społeczeństwa. Sądzą, że gdyby istniała możliwość reprodukcji wspomaganej technologicznie, seks dla reprodukcji przestałby być potrzebny. Postgenderowi ludzie mieliby zaś możliwość – zgodnie ze swoją wolą – zarówno zajść w ciążę, jak i być ojcem dziecka, co oznaczałoby eliminacje określonych ról społecznych poszczególnych płci. Ważny dla propagowania idei postgenderyzmu był esej feministki socjalistycznej z 1991 roku Donny Haraway, pt. A Cyborg Manifesto: Science, Technology and Socialist-Feminism in the Late Twentieth Century (Manifest Cyborga: Nauka, technologia i socjalistyczny feminizm pod koniec XX wieku). Proponuje ona, by wysiłki nauki zmierzały w kierunku uwolnienia kobiet od obowiązków reprodukcyjnych, gdyż dopiero wówczas będą wolne od swoich biologicznych ograniczeń. Przekroczenie identyfikacji płci ma się dokonać m.in. przez postępy w klonowaniu ludzi, partenogenezę i konstruowanie sztucznej macicy.

Przedmiotem analiz Nowego Człowieka są przede wszystkim konsekwencje – dla indywidualnego i społecznego życia ludzi – wprowadzenia najnowszego typu technologii. Jednym z wątków tych analiz jest „sztuczne ciało” jako efekt nałożenia technik komputerowych na naturalne fizyczne uposażenie człowieka, które otrzymujemy rodząc się ludźmi. Już E. Fromm przestrzegał przed zjawiskiem, które nazwał „robotyzmem” i które rozumiał jako modyfikowanie psychofizycznego ustroju człowieka, czy przedłużanie jego życia, co niesie za sobą zmiany typu kultury. Za szczególnie niebezpieczne uznawano wówczas różnego rodzaju „maszyny telepatyczne”, które podpowiadają człowiekowi, co ma czynić, myśleć, czy co ma uważać za dobre, a więc manipulują jego stanami emocjonalnymi i popędami. Wizje te w dużej części spełniły się już, na przykład w cyberseksie.

x

Niektórzy wprost przestrzegają przed biblijną Bestią, która już nadeszła. Jej znakiem, zgodnie z dowolnie odczytywanym fragmentem Apokalipsy św. Jana (Ap 13,11-18), są właśnie „chipy” („otrzymują znamię na prawą rękę lub czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia” -Ap 13,16-17). Twierdzi się nawet, że uważać należy na smart card (ang. karty płatnicze), które są „podstawą znaku Bestii”. Stąd wielu uwrażliwia całe społeczności na przyjmowanie technologii mikrochipów identyfikacyjnych, w tym elektronicznych dowodów osobistych czy tzw. bezpiecznych kart ubezpieczeniowych. Groźby upatruje się nawet w kodach kreskowych czy coraz powszechniejszych tagach RFID (radio-frequency identification – przyp. W.L.).

Lęki i obawy związane z urządzeniami elektronicznymi najnowszej generacji wiążą się z ideą magicznego człowieka, stworzonego technikami magicznymi Golema. Ta żydowska tradycja wiąże się bowiem z ideą tworzenia, będącego imitacją mocy stwórczej Boga, czyli z prowokowaniem konfliktu z mocą Stwórcy. Pełne pychy wejście w kompetencje Boga, bez zważania na granice natury i daną człowiekowi kondycję i możliwości, było odczytywane jako grzeszny bunt i konkurowanie z Bogiem. Grzech pychy jest odejściem człowieka od prawdy o sobie samym i oddaniem się grzesznemu marzycielstwu o swobodnej samokreacji.

Myśliciel i analityk współczesności Karl Jaspers stwierdził: „Człowiek po raz drugi włamał się w organizm natury i ją opuścił, by w niej stworzyć dzieło, którego by ona nie tylko nigdy nie stworzyła, ale które nadto zaczyna z nią teraz rywalizować o władzę i potęgę”. Już F. Bacon postulował, aby rozwoju konstrukcji teoretycznych i polepszania ludzkiej kondycji nie traktować oddzielnie, czy nawet jako przymiotów przeciwstawnych, jak to czyniła myśl starogrecka. Dlatego konieczne jest – postulował – aby pilnować zbieżności prawdy i pożytku, a nigdy nie podporządkowywać prawdy pożytkowi. Należy ustanawiać między nimi stosunek należności. Praktyczny pożytek (practicita), bez prawdy, jest dla Bacona czymś arbitralnym, przypadkowym, niezdolnym do postępu i rozwoju. Pogoń za natychmiastowym wynikiem praktycznym, bez namysłu nad jej sensem i pożytkiem, jest typowa dla magii i alchemii – zachłannych w dążeniu do praktycznych rezultatów, przy ignorowaniu braków i luk w teoriach, którymi magowie i alchemicy posługują się w swoim działaniu. Są to teorie subiektywne, niemożliwe do skodyfikowania i naukowej weryfikacji. Bacon zaś twierdził, że do realizacji dzieł należy bardziej dążyć z tego powodu, że są rękojmiami prawdy, niż ze względu na wygody życiowe.

xxx

Pisze autor, że istotą komunizmu i faszyzmu (chyba powinno być – nazizmu) była nienawiść do człowieka. Podobne tragiczne skutki, pisze dalej, może nieść ze sobą projekt sprowadzający człowieka do jego cielesności. Otóż, ten projekt jest sam w sobie nienawiścią do człowieka od samego początku pojawienia się takiej idei. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Golem wywodzi się z tradycji żydowskiej, a w tej tradycji nienawiść do ludzi, których Żydzi za ludzi nie uważają, jest ciągle obecna. Stąd cała ta nowoczesna technologia – którą wprowadza się pod pozorem udogodnień, wygód, poprawy ludzkiego zdrowia i organizmu człowieka – ma na celu zniszczenie człowieka: podporządkowanie go i sprowadzenie go do roli posłusznej maszyny, pozbawionej własnej woli, niezdolnej do samodzielnego myślenia i bezpłciowej.

Mamy więc tu do czynienia z tak zwanym posthumanizmem, w odróżnieniu od humanizmu, w którym człowiek był centrum świata i miarą wszechrzeczy. Humanizm to prąd, który pojawił się na początku renesansu i podważał średniowieczny porządek, w którym to Bóg był w centrum świata i był miarą wszechrzeczy. Początkowo pojawił się on we Włoszech i duży wpływ na niego wywarli Żydzi, działając w różnego rodzaju tajnych związkach. Humanizm wyostrzył konflikt pomiędzy wiarą a wiedzą. Negował metodę średniowiecznych scholastyków, którzy uważali, że poznanie jest możliwe w oparciu o metodę dedukcji, bez udziału obserwacji i eksperymentu, które były podstawą dla humanistów. Stąd taki rozwój w renesansie magii, alchemii i astrologii.

Autor dobrze opisał zjawisko i zagrożenia z niego płynące, ale wydaje się, że daje do zrozumienia czytelniom, że jest to proces, którego ludzie nie kontrolują lub wymyka się spod tej kontroli. Tak sugeruje tytuł książki Cyber pułapka. W mojej ocenie tak nie jest. Wszystko jest pod kontrolą i rozwija się w zamierzonym kierunku. Natomiast ci bezkrytyczni użytkownicy, którzy tak chętnie akceptują te zmiany, nie zdają sobie sprawy z zagrożenia i w stosunku do nich ten tytuł ma uzasadnienie.

Ludzie, by być aktywnymi i twórczymi w swojej pracy, potrzebują pieniędzy. Jeśli je mają, to mają motywację do pracy. Tam, gdzie są pieniądze, ludzie pracują efektywniej. I rozwijają się te dziedziny nauki i przemysłu, gdzie te pieniądze są. Gdzie ich nie ma, nie ma rozwoju i bogactwa. Tak więc o tym, czy jakaś branża przemysłowa, czy dziedzina nauki się rozwija, decydują pieniądze, a ściślej ci, którzy mają monopol na ich kreowanie i dystrybucję. Jeśli więc te branże nowych technologi i biotechnologii rozwijają się tak dynamicznie, to znaczy, że ten, kto rozdziela pieniądze, kieruje ich największy strumień do tych właśnie branż. I one rozwijają się, ale w tym kierunku, w jakim chce ten, który daje te pieniądze. I dlatego wszystko jest pod kontrolą.

Jest tylko jeden naród na świecie, który cechuje:

  • rozproszenie i asymilacja
  • monopol na kreowanie pieniądza
  • monopol na światowy handel
  • monopol medialny

To te najważniejsze czynniki, a są jeszcze inne, które są niezbędne, by rządzić światem i decydować o jego rozwoju w pożądanym dla siebie kierunku. W blogu „Dobry interes” zamieściłem krótkie video z wypowiedzią Brauna, w której opowiadał o tym, jak jego przodek stał się Polakiem. Teraz pojawia się tam komunikat: „This video is private”. Ja jednak mam ten zwyczaj, że zapisuję treść prezentowanego video, więc każdy może sobie przeczytać, ale już nie obejrzeć i wysłuchać. Szybko się zorientowali, że Braun tą wypowiedzią zdemaskował się. Tak działa monopol medialny. I pomimo, że on zgasił im świece chanukowe, to oni „zgasili” mu to video – tak w ramach „rewanżu”. I tak działa monopol medialny.

Gaszenie świec

W poprzednim blogu „Dobry interes” cytowałem krótką wypowiedź Brauna. Ostatnie zdanie brzmiało: „I w XVIII wieku, gdzieś tam we Lwowie, jakiś Braun się spolonizował”. W 1759 roku, a więc w XVIII wieku, odbył się chrzest frankistów we Lwowie. Z tego wniosek, że jakiś Braun był frankistą, a to oznacza, że Grzegorz Braun również jest frankistą. Frankiści niby zasymilowali się i spolonizowali się. Czy rzeczywiście tak się stało? Frankiści to była żydowska sekta i żeby zrozumieć to zjawisko, to trzeba zacząć od początku i od wyjaśnienia pewnych pojęć.

Pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu to Tora. Uczeni żydowscy przez wieki wykładali i komentowali pięcioksiąg Mojżesza, czyli Torę. Wszystko to zostało zebrane i uporządkowane. Tak powstała Miszna (w roku 200), czyli pierwsza, główna część Talmudu. I dalej nie można już było komentować Tory. Chciałoby się powiedzieć: Roma locuta, causa finita (Rzym orzekł, sprawa skończona). Natomiast można było komentować Misznę. I tak powstała druga część Talmudu, czyli Gemara (w roku 500). I obie te części to Talmud, czyli Nauka. Tajny, mistyczny wykład Biblii to Kabała, a jej treść zawarta jest w księdze Zohar.

Ideologia frankistów wyrosła na gruncie sabataizmu i mesjanizmu XVII i XVIII wieku. Frankiści nie uznawali Talmudu i kodeksów rabinicznych, a doktrynę swoją oparli na Kabale i księdze Zohar. Potępieni i wyklęci przez talmudystów 18 VI 1756 na sejmie czterech ziem (waad) w Brodach (uchwałę potwierdził synod rabinów w Starym Konstantynowie), prześladowani przez władzę świecką za tajemne praktyki, frankiści znaleźli opiekuna w biskupie lwowsko-kamienieckim M. Dembowskim w zamian za gotowość przyjęcia chrześcijaństwa. – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-19770).

x

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze (wytłuszczenie W.L.):

Talmud nadał średniowiecznym skupiskom żydowskim w chrześcijańskiej Europie, a także pod władzą muzułmańską swoiste piętno. Tysięczne, drobiazgowe przepisy religijne, a szczególnie zaś przepisy tyczące tzw. czystości lewickiej, utrudniły masom żydowskim kontakt z ludnością, wśród której żyli. „Ogrodzenie Zakonu”, zapoczątkowane przez reformy Ezdrasza i Nehemiasza (V w. p.n.e. – przyp. W.L.), poprowadzone dalej przez Faryzeuszów zostało przez talmudystów babilońskich spotęgowane do ostatecznych granic. W końcu duch nienawiści do chrześcijaństwa, jakim przesiąknięty jest Talmud, sprawił, że masy żydowskie w ślepej zaciekłości nieraz nawet wbrew własnym interesom materialnym zdradzały wobec ludności chrześcijańskiej prawdziwy swój do niej stosunek.

W rezultacie Talmud odosobnił Żydów, pozbawił ich bezpośredniego wpływu politycznego na ogół państw chrześcijańskich i stworzył faktyczne getto żydowskie na wieki przedtem, zanim powstało ono prawnie.

Odseparowana od Żydów cywilizacja chrześcijańska, pozbawiona tak wspaniale fermentujących „drożdży rozkładu”, mogła iść własnymi drogami i zwróciła się przeciwko żydostwu, popierającemu islam w Hiszpanii i Ziemi Świętej. Pochód Krzyżowców w Palestynie, Egipcie i na półwyspie iberyjskim poczyna żydostwu zagrażać poważnie. Niepodobna go zahamować, skoro nie posiada się w społecznościach chrześcijańskich dostatecznych wpływów, skoro brak tego czynnika, którym ongiś w walce z cesarstwem rzymskim było żydostwo hellenistyczne.

Żydzi odgrodzeni drutem kolczastym Talmudu, byli organicznie niezdolni do wchodzenia w głąb życia społeczeństw innych i podstępnej działalności rozkładającej wewnątrz nich.

x

Nawiązanie takiego kontaktu między żydostwem, a cywilizacją chrześcijańską, miała umożliwić filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Majmonides stał się niejako duchowym ojcem reformacji, racjonalizmu, a w końcu żydostwa liberalnego XIX w. „Odegrał on względem żydostwa poniekąd rolę zbawiciela”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Urodził się w r. 1135 w Kordobie; przodkowie jego przez osiem pokoleń wstecz byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Przeniósłszy się wraz z ojcem do Fezu w Afryce północnej, przyjął pozornie islam, równocześnie pracował nad komentarzem do Miszny.

Pierwszym dziełem młodego filozofa była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. Mając lat czterdzieści, uchodził już Majmuni za miarodajny autorytet rabiniczny. W 1180 roku ukończył drugie swoje wielkie dzieło: Miszna-Tora, będące czymś w rodzaju kodyfikacji Talmudu.

W Misznie-Torze „filozofię, etykę, obrzędy i iżby tak rzec uczuciową stronę judaizmu, wyrażającą się w nadziei zbawienia mesjanistycznego, wszystko jednakowo uwzględniono w tej księdze” – Henryk Graetz Historia żydów.

Z drugiej strony, równolegle z działalnością Majmuniego, marzenia mesjańskie poczęli szerzyć kabaliści. Ożywicielem kabały w żydostwie jest w owym czasie Mojżesz Nachmani (Bonastruc de Porta ur. ok. 1195 zm. ok. 1270 roku).

Kabalistyka żydowska, ściśle związana z pojętym po żydowsku mesjanizmem, była w dużej mierze skarbnicą tajnej tradycji politycznej. Istotą jej były tajemnice, czyli misteria, o których zdobyciu bez wtajemniczenia nie można było marzyć. Była nauką dla wybranych, chrześcijanie zaś bywali niekiedy za pomocą fałszywego klucza wtajemniczani w kabałę dla konkretnych celów polityki żydowskiej.

„Kabała mogła się pochwalić, że głębiej niż filozofia religii Majmuniego, pozwoliła zajrzeć w tajemnice judaizmu, że wykazała jego związek z wyższym światem i przyszłym ukształtowaniem rzeczy.” – Henryk Graetz Historia żydów.

Te tajemnice judaizmu – to więc „związek z wyższym światem” i „przyszłe ukształtowanie rzeczy”. To pierwsze – to właśnie owe małe misterium, to filozofia Kabały, to fantazje, dzięki którym to, co z początku było ciemne, wcale nie staje się jasne; to drugie, to „przyszłe ukształtowanie rzeczy” – to właśnie owe „wielkie tajemnice”, to ten sam „tajemniczy koniec”, o którym pisał Józef Chasdaj do króla Chazarów, to właśnie odpowiedź na pytanie, w jaki sposób Bóg Izraela nie da „zgasnąć płomieniowi panowania żydowskiego wśród narodów świata”.

Oto najwyższa tajemnica Kabały, o której pisze Graetz, że „wślizgnęła się do kół żydowskich nowa księga, stawiająca nieznaną jeszcze przed stu laty Kabałę obok Biblii i Talmudu, a nawet ponad nimi”.

Spełnienie warunków przymierza z Jehową, czyli opanowanie świata przez żydów i metody wiodące do tego celu – oto wielka tajemnica Kabały, czyli prastarej tradycji boskiej, oto „święte świętych” tej najwyższej księgi Izraela, postawionej ponad Torą i Talmudem. Oto najbardziej tajony sens religii żydowskiej, tej religii politycznej, dla której cały aparat dogmatyczny i obrzędowy jest niczym więcej, jak środkiem, czyniącym z odurzonych tłumów uległe rzesze wyznawców i parawanem zarazem, zakrywającym szczelnie to tajemnicze, polityczne „święte świętych”.

x

Sabbataj Cwi, żyd sefardyjski (ur. 1626, zm. 1676) od wczesnej młodości był kabalistą i począł działać w Smyrnie (obecnie Izmir – przyp. W.L.), jako kontynuator Lurii i jego kabały praktycznej (k. praktyczna to system magii i egzorcyzmów – przyp. W.L.). Objawiwszy się w Smyrnie, jako oczekiwany mesjasz w r. 1648, udał się potem do Konstantynopola i do Salonik i tam „wziął uroczyście ślub mistyczny z Torą. W rozumieniu kabalistycznym miało to znaczyć, że Tora, córka niebios, połączyła się z Mesjaszem, synem niebios, nierozerwalnymi więzami, czyli że jest on wcieloną Torą i może ją zastąpić” – H. G. Historia żydów.

Idąc za praktyczną namową swego współwyznawcy, mesjasz, „przyprowadzony przed sułtana, zrzucił wnet żydowskie nakrycie głowy na ziemię na znak pogardy, służący podał mu biały turban i zielony płaszcz i w ten sposób odbyło się przejście na wiarę mahometańską” – H.G. Historia żydów.

Albowiem „właśnie przez przyjęcie islamu stwierdził Sabbataj swe posłannictwo. Jest to misterium kabalistyczne, już przed wiekami obwieszczane. Jak pierwszy zbawca, Mojżesz musiał jakiś czas bawić na dworze Faraona w pozornej postaci Egipcjanina, tak samo, ostatni zbawiciel musiał zostać Turkiem” – H.G. Historia żydów.

Sabbateizm wywarł w Polsce olbrzymi wpływ na żydostwo w XVII i XVIII w. Przez wnuka Sabbataja Cwi, Berachię, urzędującego jako wcielenie Sabbataja, jako mesjasz w Salonikach, wyświęcony został na następnego mesjasza Jakub Lejbowicz, znany w naszych dziejach pod swym przybranym imieniem: Frank.

x

W tym samym czasie, w którym na ziemiach polskich rozpoczyna swój zdobywczy pochód wśród mas żydowskich, oparty na kabale praktycznej, chasydyzm – pojawia się wśród żydostwa zagadkowy ruch nie wyjaśniony dotąd w swej istocie – tzw. ruch frankistów.

W roku 1755 przybywa do Polski Jakub Lejbowicz Frank, żyd, urodzony na Podolu, lecz nie znający języka polskiego, wychowany w Turcji, gdzie przystał do sekty Sabbatejczyków. Towarzyszy mu liczny orszak zwolenników. Pojawienie się ich oraz zachowanie wywołuje zgorszenie wśród talmudycznego żydostwa i na skutek denuncjacji żydowskich Frank zostaje postawiony przed sąd biskupa kamienieckiego, Dębowskiego. W rezultacie dochodzi w 1757 roku dochodzi w Kamieńcu Podolskim do dysputy przed forum kościelnym między rabinami a frankistami. Tymczasem biskup Dębowski mianowany zostaje arcybiskupem lwowskim i postanawia przenieść dalszy ciąg dysput do Lwowa; nagle jednak umiera wśród tajemniczych okoliczności. Następcą jego w archidiecezji lwowskiej jest Władysław Aleksander Łubieński, lecz zaraz po objęciu nowego swego stanowiska zostaje mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i pozostawia we Lwowie w charakterze administratora archidiecezji ks. Mikulskiego. Ks. Mikulski, złudzony obietnicami frankistów, że przejdą na chrześcijaństwo pod warunkiem odprawienia publicznej dysputy z rabinami, organizuje tę dysputę we Lwowie, mimo ostrzeżeń nuncjusza papieskiego, ks. Serra, który nie ufa zbytnio w szczerość żydowskich sekciarzy. W lipcu 1759 roku w archikatedrze lwowskiej w asystencji tłumów publiczności, a szczególnie gawiedzi żydowskiej, rozpoczynają się pamiętne dysputy. Frankiści twierdzą, że wierzą w Trójcę Św. I w to, że Mesjasz już przyszedł i zarzucają talmudystom uprawianie mordów rytualnych. Rabini bronią się jak mogą, zaś sąd kościelny przyznaje zwycięstwo w dyspucie frankistom. Kazanie ks. Mikulskiego w katedrze kończy dysputę namową frankistów, by niezwłocznie dali się ochrzcić.

Frankiści jakiś czas zwlekają, lecz w końcu przechodzą na chrześcijaństwo. Sam Frank pod naciskiem przyjmuje we Lwowie „chrzest z wody” i jedzie do Warszawy, aby przyjąć uroczyście chrzest. Obrzęd odbywa się z wielką paradą, a trzyma go do chrztu przez zastępstwo sam król, August III Sas. Znaczna część frankistów uzyskuje wkrótce nobilitację. Niebawem – już po elekcji Stanisława Augusta – wybucha w związku z nobilitacjami burza na sejmie 1764 roku, lecz mimo to nobilitacje frankistów mają dalej miejsce bądź to za pomocą różnych kruczków prawnych, bądź też dzięki uprawianym przez króla nobilitacjom sekretnym.

Istotnie od czasów tzw. marranów hiszpańskich nie widziały dzieje tak tłumnego przejścia żydów na chrześcijaństwo. W okresie Sejmu Czteroletniego liczba neofitów frankistowskich wynosiła w Polsce 24.000 osób. W samej Warszawie osiadło 6 tysięcy frankistów.

„Po dyspucie Lwowskiej zebrało się w Konstantynowie wielu rabinów, którzy, po długich rozprawach, doszli do wniosku, że nie ma innego sposobu uwolnienia się od frankistów, jak znaglić ich do przyjęcia chrześcijaństwa, że im samym należy przyłożyć się do tego. Dużo pieniędzy wydano na zachody około tej sprawy i istotnie przyspieszono chrzest sekciarzy”- Hilary Nusbaum, Historia żydów.

Skoro więc żydzi talmudyści sfinansowali chrzest chachama (drugi zastępca przewodniczącego Sanhedrynu – przyp. W.L.) i mesjasza, to nie jest rzeczą nieprawdopodobną, że dostarczali mu pieniędzy i później, ogałacając Polskę ze złota. Przemawia za tym i szereg innych faktów. Oto w Offenbachu pod Frankfurtem „pierwszorzędne domy bankierskie we Frankfurcie pośpieszyły z oświadczeniem swej gotowości do usług. Do rzędu tych wierzących należeli i Rothschildowie frankfurccy” – A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Nie omieszkał Frank wobec swych uczniów wychwalać żydów polskich. „Żydzi polscy wiedzą więcej od was. Pewna rzecz toczy się między nimi, co widzieli przeze mnie w r. 1756, gdym ją sprawił między nimi. Przed wami obawiałem się odkryć moje uczynki, bom im pewną rzecz ukazał w księdze pod tytułem: En Jankiew (Oko Jakuba) i jeden wiersz, który im wyjaśniłem, rabinowi samemu.” – Księga Słów Pańskich, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Chacham i mesjasz wyjaśnił żydom talmudycznym rzeczy tak tajemne, że obawiał się je odkryć własnym adeptom. Zwalczany wśród wrzawy, chrzcił się i żył w przepychu za pieniądze swych wrogów. Czy nie zbliżamy się do jądra zagadki?

Zjawienie się Franka w Polsce nie było przypadkowe. Miał on jakąś wielką misję do spełnienia, której istotę postaram się wyświetlić. Przybył nie sam, lecz na czele orszaku żydów tureckich i włoskich, a więc sefardyjskich. Wejście do Polski sam Frank uważał za spełnienie misji, której ciężar przyjął niechętnie. Miał więc Frank wyraźne rozkazy, którym musiał ulec. W Polsce miało żydostwo coś wielkiego do zdziałania, do czego żydów polskich kierownictwo uznało za niezdatnych. I sam Frank napomyka o tym wyraźnie. „Ja pójdę i wejdę do Polski, bo grunt podniesienia jest w Polsce. Tam będzie zbudowany piękny budynek, jakiego człowiek żaden nie widział, odkąd świat światem.” – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Misja Franka miała jakiś cel wybitnie ziemski, tak nauczał stale. „Trzebaż wam było zrozumieć, iż rzecz ta nie dana mądrym i uczonym, tylko takim prostakom jak ja,bo mądrzy patrzą w niebo, bo choć tam nic nie widzą, a my na ziemię patrzeć powinniśmy.” – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Przeciwstawiał się tu Frank uczonym, a nierealnym rabinom talmudycznym, nie umiejącym spojrzeć na ziemię. Zwalczał talmudyczną uczoność tak samo, jak czynił to w tym samym czasie Izrael z Międzyborza, odnowiciel chasydyzmu. Obaj równocześnie, każdy na swój sposób, uderzali mocno w zakrzepłe organizacje talmudyczne. Chasydyzm miał – jak mówiłem wyżej – uzdolnić żydowskie masy do ofensywy rewolucyjno-mesjańskiej. Frank wyłuskał z łona żydostwa pewną część, kilkanaście tysięcy, by ich poprowadzić do przyjęcia chrztu i do nobilitacji.

Czy chodziło mu o prawdziwą nobilitację? Tę kwestię możemy rozstrzygnąć niedwuznacznie na podstawie własnych jego słów.

Powiadam wam: kto się nie pomiesza z narodami, daremna praca jego”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

To pomieszanie z narodami, ta asymilacja miała mu służyć do osiągnięcia własnych celów. Miała to więc być asymilacja pozorna, taka sama, jaką równocześnie wśród zachodniego żydostwa głosił Mojżesz Mendelssohn. I tak ujawnia się przed nami ciekawy stosunek Franka do współczesnych mu reformatorów polityki żydowskiej. Jedną ręką bratał się z Izraelem z Międzyborza, drugą z Mojżeszem Mendelssohnem. Stanął między nimi,a wszyscy trzej równocześnie godzili w Talmud, który dotychczas był podstawą organizacyjną szerokich mas żydowskich.

Im bardziej pozorna miała być ta asymilacja, tym bardziej należało dbać o zachowanie tych pozorów. A więc przede wszystkim zmiana nazwisk żydowskich na polskie. Czynią to wszyscy frankiści, a nawet sam mistrz przyjmuje nazwisko: Dobrucki.

„Gdy mi wspomożenie moje nadejdzie, wymażę imiona wasze, nawet dzieci wasze nie będą znane po waszemu imieniu. Dam wam nowe nazwiska, równie jak i dzieciom waszym. Powiadam wam: co tylko czynię, czynię dla waszego dobra”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Asymilacja ma wyznawcom Franka zapewnić wejście do Daas, przez co rozumie on najwyższy stopień wtajemniczenia, coś jakby raj na ziemi.

„Pierwsze poswatanie się z narodami będzie początkiem wejścia do Daas, jak stoi: Wejeosu kulom agudo achas (wszystko uczyni jeden związek). Jakub się tylko pięty Ezawa (Ezaw symbolizuje Polskę – przyp. autora) trzymał, my zaś postaramy się, by ciało jego złączyło się z jego ciałem”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Mając tak wykrętne zamiary, musiał Frank zarówno osobę swą, jak i swe wypowiedzenia okrywać tajemniczością. Nawet uczniów swych nie wtajemniczał w swoje cele, lecz czynił z nich narzędzia swoich zamiarów. Nauki swoje ubierał w szatę nieprzejrzystości, posługiwał się alegoriami i symbolami, jak wolnomularze. Polskę nazywał „Ezaw” lub „sukcesja Boska”, Francja – to „kraj Filistrów” lub „kraj zepsucia”, Rzesza niemiecka – to „Egipt”, Turcja to „stan Izmaela”, chrześcijaństwo zwie się „religią Edomu”, czasem zwie się także „Ezaw”, jak ongiś Rzym nazywała księga Zohar. Siebie zwie „Pan” albo „Jakub”.

„Gdy wam opowiem jaką historyjkę, to jest ona wam obcą, lecz gdy ja co mówię, okrywam to trojaką zasłoną”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Celem lepszego mistyfikowania niewtajemniczonych rabinów talmudycznych, Frank udaje człowieka nie posiadającego zbyt wielkiej wiedzy judaistycznej. Przyznaje się do tego w ścisłym kole uczniów: „Chciałem odkryć prawdę, lecz mi mówiono… musisz odmienić mowę twoją i udawać prostaka”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Fałszywą grę kazał prowadzić wszystkim swoim adeptom i nakazywał, „aby się żaden nie wydał, iż jest z moich ludzi, tylko żeby byli – tak jak inne przechrzty”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Oszustwo miało być jego metodą walki, oszustwo tak przebiegłe, że o takim jego stopniu nie mogą mieć pojęcia narody europejskie.

„Zapewne, będę się starał iść z wielką mocą i siłą, lecz około owej mocy musimy krążyć ze słodkimi słowy i oszukaństwem, póki wszystko nie przejdzie do rąk naszych”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Pierwszym oszukaństwem w granicach Polski jest już dysputa kamieniecka; toczy się ona w języku hebrajskim. Biskup Dębowski osłonił wprawdzie frankistów, lecz chciał pójść za daleko w rozumieniu żydowskim. Nakazał niszczyć egzemplarze Talmudu. Zagadkowa jego śmierć uratowała talmudystów kamienieckich i lwowskich. „Żydzi mówili, że była to kara Boża, jaka spotyka każdego, zawsze i wszędzie, kto śmie się targnąć na Izraela” – Z.I. Sulima Historia Franka i Frankistów.

Frank zostawił w Polsce swych adeptów, sam zaś schronił się do Turcji i wrócił dopiero pod koniec dysputy lwowskiej. W międzyczasie przeszedł na islam wraz z kilkudziesięciu uczniami, tak jak jego poprzednik, Sabbataj Cwi.

Przed dysputą lwowską postawili frankiści szereg tez, o które mieli się spierać z rabinami talmudycznymi. Główną ich tezą była wiara w prawdziwość Trójcy Św. W tym mieściło się oszustwo, które raz już zostało wypróbowane przez żydów w okresie poprzedzającym reformację. Wszak już Reuchlin, pionier reformacji, występował wobec papieża z twierdzeniem, że na podstawie kabały można udowodnić dogmaty chrześcijaństwa. Teraz w dwieście kilkadziesiąt lat później na tym oparł swoją grę Frank.

Księga Zohar, a za nią Sabbataj Cwi głosili istnienie Trójcy, lecz całkiem innej niż chrześcijańska wiara, gdyż jej trzecią osobą była niewiasta (Szechina). I to qui pro quo miało i w dyspucie lwowskiej święcić triumfy.

Frankiści powoływali się wprost na księgę Zohar i na jej Trójcę. „Żydzi oświadczyli, że za tekst Zoharu, jako księgi wyklętej, oni odpowiadać nie będą” – Z. I. Sulima Historia Franka i Frankistów.

Czytelnik, zdaje się, nie zapomniał, że księga Zohar nie tylko nie była nigdy wyklęta, lecz przeciwnie stawiano ją ponad Torą i Talmudem. Odpowiedź żydów talmudystów była więc naigrawaniem się z pełnego dobrej wiary, prowadzącego dysputę ks. Mikulskiego. Rzecz ta nabiera jeszcze smaku, gdy zauważymy, że w dyspucie lwowskiej brał udział po stronie talmudystów Izrael z Międzyborza, wielbiciel Zoharu, odnowiciel chasydyzmu!

Aby tym łatwiej nadać sobie pozór dobrej wiary, wystąpili frankiści przeciw talmudystom z zarzutem uprawiania mordów rytualnych. Trzeba wiedzieć, że w owym czasie procesy o mord rytualny nie należały w Polsce do rzadkości. Wystąpienie z takim zarzutem przez ludzi należących do żydostwa, groziło rozdmuchaniem ruchu przeciwżydowskiego w całym kraju. Mimo to jednak frankiści chwycili się tego zarzutu i podtrzymywali go podczas dysputy. Ale za to któż mógł wątpić w szczerość intencji tych żydów, którzy takie oskarżenie rzucają w oczy swym współwyznawcom i to w obecności kleru rzymsko-katolickiego i tłumów zgromadzonych we lwowskiej katedrze? Żydzi talmudyści zbijali zarzut, jak umieli. Powoływali się nawet na świadectwa „katolickiego” pisarza, Hugona Grotiusa!

A przecież Hugo Grotius był to uczeń Izraela ben Manassego, różokrzyżowiec, as reformacji i propagator wspólnego frontu przeciwrzymskiego w kościele wschodnim!

A więc pozorny islam i pozorny katolicyzm. Udoskonalona kontynuacja zaleceń Mojżesza Majmuniego. Nie trafiło to wśród żydów polskich na nieprzygotowany grunt. Wszak już w XVI wieku Ezofowicze, rodzina żydów sefardyjskich, przechodzili w Polsce na chrześcijaństwo i otrzymali herb Leliwa, a jeden z nich zostaje za Zygmunta I podskarbim litewskim. Michał Ezofowicz w liście do króla Zygmunta tak pisze o sobie i swej rodzinie:

„My słuchamy drugiego Mojżesza (Majmuniego – przyp. autora)” – B. Z. Czy istnieją czysto polskie polskie rodziny szlacheckie? Dłuższe studium, zamieszczone w „Naszym Przeglądzie” z r. 1928 (patrz nr 166).

Król, niewtajemniczony w arkany żydowskiej religii politycznej, nie wiedział oczywiście, że Majmuni sam był pozornym mahometaninem i zalecał pozorne przyjmowanie obcych religii.

„W Herbarzu szlachty polskiej znajdujemy setki takich rodzin, uszlachconych w wieku XVII, a nobilitacji towarzyszył chrzest” – B. Z. Czy istnieją czysto polskie polskie rodziny szlacheckie? („Nasz Przegląd” nr 172).

Po raz pierwszy jednak spotykamy w XVIII w. na terenie Polski tajną organizację żydowską, która cała przechodzi na chrześcijaństwo, zachowując swój ustrój wewnętrzny. Od XV wieku w Hiszpanii nie widziały dzieje takiego zdarzenia.

xxx

Dziwnym i niezrozumiałym faktem było to, że do takiej dysputy doszło i to jeszcze w archikatedrze lwowskiej. Żydzi, którzy mieli praktycznie własne państwo w Rzeczypospolitej, własne sądownictwo, ci Żydzi zgodzili się na to, by sędzią w ich sporze był chrześcijanin i jeszcze ksiądz. To była jakaś hucpa. Rzecz wyjątkowa w dziejach żydostwa. Już samo to powinno było wzbudzić podejrzenia. Skoro jednak tak się nie stało, to kim był biskup Dembowski (Dębowski), ks. Mikulski? Kim byli ci wszyscy, którzy przyczynili się do zalegalizowania pobytu frankistów na terenie Rzeczypospolitej? Dziećmi we mgle? No, nie sądzę. Jedynie nuncjusz papieski, ks. Serra, nie wierzył frankistom. Bardzo to dziwne. Nawet to, że 7 stycznia 1760 roku Frank został aresztowany pod zarzutem oszustwa i uwięziony w twierdzy w Częstochowie, nie zmienia oceny tych ludzi. W 1772 roku, przed pierwszym rozbiorem, zostaje uwolniony i przechodzi na służbę rosyjską. Jednak ziarno zostało zasiane i wydało obfite plony.

W odezwie do Żydów Frank pisał: … ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie musiał Polskę dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć.

„W każdym miejscu łupina poprzedza owoc.” – Tak zapisano w cytowanej wyżej Księdze Słów. A łupiny, to według Zoharu pierwiastek zły, to chrześcijaństwo. Mamy więc zoharystę, frankistę – Grzegorza Brauna, który gasi świece chanukowe w Sejmie. Co on tak naprawdę chciał w ten sposób osiągnąć? Czy świece chanukowe palą się w Sejmie, czy nie, to nie ma znaczenia, bo „te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują…”. Czyż to nie jest nasza obecna rzeczywistość?

Grzegorz Braun, jako frankista, sytuuje się najwyżej w żydowskiej hierarchii, tak jak księga Zohar stoi ponad Biblią i Talmudem. Czy ktoś mu podskoczy? A jeśli nawet, to będzie to tylko gra, kabaret. I mamy dalszy ciąg:

„Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Grzegorza Brauna i Monikę Jaruzelską wpłynęło do Prokuratury Okręgowej w Warszawie – przekazał Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Aktywiści zarzucają dziennikarce i jej gościowi głoszenie zakazanych treści oraz rozpowszechnianie je (powinno być „ich” – przyp. W.L.) w sieci.” – Tak wczoraj, czyli 26 grudnia, informowała Interia. No cóż, przedstawienie musi trwać. Tylko, o co tak naprawdę chodziło Braunowi z tą jego sejmową hucpą?

Teorie

Ten blog, wbrew pozorom, również będzie o polityce. Tak się składa, że rządzący zawsze chcą nam narzucić jakąś ideologię, którą oni uznają za wygodną do realizowania ich celów. Można powiedzieć, że ideologia wkracza we wszelkie dziedziny życia społecznego i nawet naukowego. Jedynie nauki ścisłe i techniczne jakoś się przed nią bronią, co poniekąd wynika z ich natury. Natomiast nauki przyrodnicze są w dużym stopniu, a może nawet całkowicie, nieodporne na wpływy ideologiczne. Szczególnie dotyczy to teorii ewolucji, a nawet poglądy na temat wyginięcia dinozaurów są przedmiotem licznych sporów. Można by zapytać: a czy to rzeczywiście takie ważne dla naszego życia, co stało się ileś milionów lat temu?

Kiedyś, jeszcze przed założeniem bloga na WordPress, przeczytałem tu historię pewnej Szwajcarki, która skończyła geologię w Ameryce i została tam pracownikiem naukowym. Wysunęła hipotezę, że do wyginięcia dinozaurów przyczyniła się nie asteroida, która uderzyła w Ziemię, tylko potężne erupcje wulkaniczne na Dekanie, czyli w Indiach. Powierzchnia, jaką pokryła lawa, porównywalna jest z powierzchnią Francji. Takie zjawisko spowodowało przeniknięcie do atmosfery wielkiej ilości dwutlenku węgla i innych gazów, które zatruły ją do tego stopnia, że spowodowały, na skutek zmian klimatycznych, stopniowe obumieranie wielu gatunków zwierząt, również dinozaurów.

Tę swoją hipotezę czy teorię ogłosiła ona chyba w latach 80-tych lub na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Spotkała się z tego powodu z ostracyzmem całego amerykańskiego środowiska naukowego. Wówczas obowiązywała teoria, że dinozaury wyginęły z powodu zderzenia się asteroidy z Ziemią. A więc teoria katastroficzna. Zwolennicy takich teorii opierają swój pogląd na fakcie, że na przełomie ery paleozoicznej, czyli tej najstarszej i mezozoicznej, czyli tej średniej, nastąpiło wyginięcie fauny charakterystycznej dla ery paleozoicznej i pojawienie się zupełnie innych organizmów w erze mezozoicznej. Podobnie działo się na przełomie ery mezozoicznej i kenozoicznej, czyli tej najmłodszej. I właśnie w tym czasie miało dojść do wyginięcia dinozaurów. Faktu wyginięcia nikt nie kwestionuje. Spór dotyczy tylko tego „jak”.

Wyginięcie na skutek „zatrucia” wyziewami wulkanicznymi i zmian klimatycznych jest procesem ciągłym, rozłożonym w czasie. Natomiast wyginięcie na skutek uderzenia asteroidy jest procesem nagłym, katastroficznym. To bardzo koresponduje z tym, co jest zapisane w Starym Testamencie. Dlatego dla wielu naukowców, szczególnie tych żydowskiego pochodzenia, teoria katastroficzna, nagłych zmian, jest łatwiejsza do przyjęcia. Nawet sam Einstein skłaniał się ku tym poglądom. Nic więc dziwnego, że owa Szwajcarka została, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zbanowana przez ówczesne środowisko naukowe Ameryki.

Parę dni temu na Interii pojawił się artykuł A jednak! To nie asteroida? Dinozaury i tak były bliskie zagłady. Inny powód, który mnie mocno zdziwił. Jego autor, Wojciech Brzeziński, m.in. pisze:

Czy dinozaury były skazane na zagładę i przed uderzeniem asteroidy? Najnowsze badanie, w którym naukowcy posłużyli się sztuczną inteligencją wskazuje, że dni wielkich gadów były policzone jeszcze przed kosmiczną kolizją.

Nikt nie kwestionuje, że do katastrofalnego uderzenia planetoidy faktycznie doszło. Jego ślady widzimy zresztą na całym świecie – geologiczne warstwy pochodzące z zamykającej erę dinozaurów kredy oddziela od późniejszego paleogenu cieniutka warstewka irydu. Ten pierwiastek, rzadki na Ziemi, ale całkiem powszechny na asteroidach, został rozpylony na całej powierzchni Ziemi przez kosmiczną eksplozję. 

Pytanie nie brzmi więc, czy asteroida zabiła dinozaury, ale czy jedynie przyspieszyła ich nieuchronny koniec. Czy wielkie gady były skazane na wymarcie już wcześniej. 

Coraz więcej dowodów geologicznych sugeruje bowiem, że świat dinozaurów już wcześniej znajdował się w klimatycznym i ekologicznym chaosie. Jego źródłem były ogromne erupcje wulkaniczne w tzw. Trapach Dekańskich. 

Trapy (ich nazwa pochodzi od szwedzkiego słowa trappa, oznaczającego “schody” ze względu na znajdujące się tam struktury przypominające schodki) to ogromny, wulkaniczny obszar obejmujący około połowy powierzchni dzisiejszych Indii. Powstały dokładnie wtedy, gdy wymierały dinozaury. Przez 300 tys. lat przed uderzeniem asteroidy i przez kolejnych 500 tys. lat po nim ogromne wulkany wyrzuciły z siebie ilość lawy tak ogromną, że pokryła niemal całe Indie dwukilometrową warstwą. 

Ale płynne skały nie były jedynym, co wydobywało się z ognistych czeluści. Przez 800 tys. lat te same wulkany wpompowały do atmosfery 10,4 biliona ton CO2 i 9,3 biliona ton dwutlenku siarki. Dla porównania, w latach 2000-2023 ludzkość emitowała około 16 mld ton CO2 rocznie. Tłoczymy do atmosfery gazy cieplarniane stukrotnie szybciej, niż robiły to starożytne wulkany, ale robimy to zaledwie od stulecia. Tamte wulkany pozostawały aktywne przez setki tysięcy lat. 

Wulkaniczne emisje musiały ocieplić klimat Ziemi, choć dwutlenek siarki nieco spowalniał ten proces. Gwałtowne klimatyczne zmiany musiały mieć dramatyczny wpływ na życie na Ziemi. Jak wielki? O to do tej pory trwają spory. 

x

Widać więc wyraźnie, że następuje powolne wycofywanie się z obowiązującej jeszcze do niedawna teorii katastroficznej na rzecz długotrwałego procesu. Ma to oczywiście związek z narzucaną nam teorią, że to człowiek, poprzez swoją działalność, jest przyczyną zmian klimatycznych i że to może doprowadzić do takich samych skutków, jak w przypadku dymiących niegdyś wulkanów, że ludzkość wyginie od nadmiaru emitowanych przez siebie gazów.

Dla porządku wypada powiedzieć, że dzieje Ziemi zostały podzielone na ery, a one na okresy. Mamy więc erę paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Czas przed erą paleozoiczną to prekambr, czyli to, co było przed kambrem, najstarszym okresem ery paleozoicznej. Era mezozoiczna dzieli się na trias, jurę i kredę. Kenozoiczna – na trzeciorzęd i czwartorzęd. Trzeciorzęd dzieli się na paleogen, o którym wspomniał autor cytowanego artykułu, i neogen. Chodzi więc o to, co działo się na granicy kredy i trzeciorzędu. Ktoś dociekliwy mógłby jeszcze zapytać: skoro mamy trzeciorzęd i czwartorzęd, to gdzie się podział pierwszorzęd i drugorzęd? Początkowo Francuzi proponowali podział dziejów Ziemi na pierwszorzęd, drugorzęd, trzeciorzęd i czwartorzęd. Natomiast Anglicy na ery paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Po targach zgodzono się na angielski podział, a erę kenozoiczną podzielono na trzeciorzęd i czwartorzęd. I tak zostało.

x

Czy tak rzeczywiście mogło być, jak opisuje to autor artykułu? Dla porównania fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi PWN (2011):

Często przywoływany scenariusz katastrofy kosmicznej opiera się na założeniu, że iryd występujący w czarnym granicznym ile pochodzi z ciała niebieskiego, które wówczas uderzyło w Ziemię. Coraz więcej argumentów przemawia jednak za tym, że za podwyższoną zawartością irydu (ściślej: platynowców) w osadach skondensowanych stratygraficznie, co było częstym zjawiskiem w historii geologicznej, stoi jakiś mechanizm biologiczny, a nie czynniki kosmiczne. Nie ma dowodu na dokładnie taki wiek jakiegokolwiek krateru meteorytowego. Nad brekcją impaktową w karterze Chicxulub na Jukatanie, długo uważanym za ślad po sprawcy katastrofy ekologicznej na granicy kredy i trzeciorzędu, jest osad z otwornicami kredowymi (zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że redeponowanymi). Jednak również w osadach dennych Zatoki Meksykańskiej drobiny szkliwa z meteorytu Chicxulub występują poniżej warstewki wzbogaconej w iryd. Oczywiście wielkie meteory i komety nierzadko zderzały się z Ziemią, również w okresie kredowym. Wątpliwe jednak, by katastrofa kosmiczna spowodowała skutki tak ekologicznie specyficzne, jakich dowodzi zapis paleontologiczny.

Jedną podstawowych zasad obowiązujących w geologii jest ta, że w przypadku warstw niezaburzonych, tj. leżących poziomo, jedna na drugiej, warstwy starsze leżą niżej, a młodsze wyżej. Jeśli więc nad brekcją impaktową, czyli, mówiąc po ludzku, kupą gruzu powstałą po uderzeniu meteorytu, leżą osady kredowe, to znaczy, że krater powstał wcześniej, jest starszy od osadów kredowych. Jeśli drobiny szkliwa z meteorytu leżą poniżej warstewki wzbogaconej w iryd, to znaczy, że uderzenie meteorytu nastąpiło wcześniej i powstał osad w postaci tych drobinek, a dopiero na nim osadziła się warstwa irydowa. Może to oznaczać, że ta warstwa irydowa nie ma nic wspólnego z upadkiem meteorytu. Zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że osad kredowy został redeponowany. To znaczy, że został przywleczony z innego miejsca, w którym powstał wcześniej, niż nastąpiło uderzenie meteorytu. Tylko, że trzeba to jakoś uzasadnić, a tego brakuje. Takie sytuacje zdarzają się. W Polsce mamy przykład tzw. kry kredowej, która, jako starsza, leży na młodszych osadach, ale ona została wyrwana z podłoża przez przesuwający się lodowiec i przywleczona na nowe miejsce.

Wymarcie dinozaurów miało jednak podłoże odmienne niż stopniowe wypieranie gadów ssakokształtnych przez dinozaury. W późnej kredzie nie ma żadnych objawów zastępowania dinozaurów we właściwych im ekosystemach przez jakiekolwiek inne grupy kręgowców. Ssaki przez całą kredę pozostawały zwierzętami na ogól drobnych rozmiarów i zapewne nocnego trybu życia. Co więcej, zachowały te cechy przynajmniej przez kilka milionów lat po ostatecznym wyginięciu dinozaurów. Wygląda więc na to, że do końca kredy nastąpił całkowity zanik ekosystemów właściwych dla dinozaurów, zamykając możliwości przetrwania tej grupie skrajnych ekologicznych specjalistów i grupom jej podobnym (amonity). Nadeszły trwające parę milinów lat czasy niestabilnego środowiska, niesprzyjające ekologicznej specjalizacji. Dopiero w eocenie (starszy trzeciorzęd – przyp. W.L.) pojawiły się roślinożerne ssaki o rozmiarach porównywalnych z późnokredowymi dinozaurami, nawet wówczas jednak największymi drapieżnikami były wciąż, pokrewne dinozaurom, krokodyle i ptaki. Trzeba więc było kilkunastu milionów lat przemian ewolucyjnych, by z drobnych nocnych oportunistów powstały wielkie ziemno-wodne zwierzęta realizujące strategię ekologiczną specjalistów.

Wymarcie dinozaurów, tak jak i gadów ssakokształtnych, nie było zupełne. Można wręcz powiedzieć, że z tych dwu wielkich gałęzi kręgowców, gady naczelne pozostawiły po sobie więcej linii ewolucyjnych i reprezentowanych przez większe zwierzęta. O ile bowiem jedyną pozostałością po gadach ssakokształtnych były drobne i nieliczne ssaki, o tyle pamiątką po epoce dinozaurów są krokodyle i, wywodzące się ze wspólnego z dinozaurami przodka, ptaki, grupy zgoła nie marginalnego znaczenia w starszym trzeciorzędzie.

x

Z powyższego cytatu wyłania się trochę inna interpretacja tego, co działo się na przełomie kredy i trzeciorzędu. Uzupełnienia wymaga też informacja o tych wulkanach, które wyrzucały z siebie tak ogromną ilość lawy. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W przypadku centralnych lawa wydobywa się przez okrągły otwór i tworzy się krater i stożek wulkaniczny, czyli taki wulkan jak Etna czy Wezuwiusz. I o takich pisał autor cytowanego artykułu. Są to gwałtowne erupcje, co czasem gdzieś można zobaczyć. W przypadku erupcji linijnych lawa spokojnie wydobywa się długimi szczelinami i rozpływa się po powierzchni. I tak właśnie powstawały m.in. te trapy na Dekanie. Współcześnie tego typu zjawiska można obserwować na Islandii. Tam dochodziło do wylewów w latach 930-950, 1783, 1947, 1950. Tworzyły się szczeliny od długości 25-30 km i lawa pokrywała obszar o powierzchni kilkuset km2. Na tych szczelinach powstawały później stożki wulkaniczne. Jednak w przeszłości było to zjawisko częstsze i przede wszystkim na o wiele większą skalę. Tak było na granicy kredy i trzeciorzędu w dorzeczu rzeki Kolumbii w północno-zachodnich stanach Stanów Zjednoczonych (lawa pokryła większą powierzchnię niż na Dekanie, ale o mniejszej grubości), na Dekanie, w Afryce Wschodniej, na północnej Syberii, w południowej Brazylii, w Patagonii i w innych miejscach.

Szczelinami wydobywają się lawy i bardzo niewielkie ilości popiołów. Pod tym względem wyjątkowy był wybuch nowozelandzkiego wulkanu Tarawera w 1886 roku. Powstała wówczas szczelina o długości 14 km, szerokości 120 metrów, głębokości 100-140 metrów, na której utworzyło się kilkanaście karterów wyrzucających tylko popioły i bomby wulkaniczne. Popioły pokryły obszar 200 000 km2. W 1759 roku w Meksyku utworzyła się szczelina, z której wyrzucane były kamienie i piasek; utworzyły one sześć stożków, z których jeden, największy, wyrzucał także lawę.

Wygląda więc na to, że zjawisko jest bardziej skomplikowane, niż przedstawia to autor cytowanego artykułu. Jeśli więc na podstawie jakiegoś uproszczonego modelu tworzą symulacje komputerowe i zatrudniają sztuczną inteligencję, to jaki pasztet z tego może wyjść? Chyba tylko Benny Hill mógłby wymyślić coś takiego.

x

W początkowych okresach rozwoju geologii zakładano, że procesy geologiczne przebiegają katastrofalnie. Głównym przedstawicielem tego poglądu był francuski uczony G. Cuvier (1769-1832). Sądził on, że skoro warstwy leżące nad sobą zawierają szczątki odmiennych organizmów, świat organiczny od czasu do czasu ginął wskutek jakichś katastrof, a następnie był na nowo odtwarzany. Jako pierwszy, Szkot J. Hutton (1726-1797), wysunął tezę, że procesy geologiczne przebiegają bardzo powoli i że w dawnych okresach geologicznych było tak samo. Jest to teza uniformitaryzmu, według której warunki na Ziemi w przeszłości były podobne do dzisiejszych, te same siły działały i wywoływały te same procesy geologiczne co dziś. Teraźniejszość, zdaniem Huttona, jest więc kluczem do przeszłości. Później Ch. Lyell (1797-1875), kolega Darwina, rozbudował i uzasadnił tezę Huttona, obalając twierdzenia katastrofistów. Na tym poglądzie opiera się metoda aktualizmu geologicznego, polegająca na obserwowaniu obecnie przebiegających procesów geologicznych w celu odtworzenia zjawisk geologicznych, które odbywały się w przeszłości. W sumie więc jest to metoda zbliżona do tej, której używa się w detektywistyce. Detektyw też próbuje, na podstawie pozostawionych śladów, odtworzyć to, co działo się wcześniej.

Tak więc podstawą, na której opiera się geologia, jako nauka, jest metoda uniformitaryzmu i aktualizmu geologicznego. Czy sprawdza się ona w praktyce? Jak najbardziej! Wszystkie złoża mineralne, które odkrył człowiek, zostały odkryte w oparciu o tę metodę i wiedzę z niej wynikającą. Czym innym jest jednak odkrycie jakichś złóż mineralnych, a czym innym jest wyjaśnienie, w jaki sposób one powstały. Na przykład na temat tego, jak tworzyły się złoża ropy naftowej nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Odkryte złoże to jest konkret. Znajduje się w tym i tym miejscu, na takiej a takiej głębokości i koniec dyskusji. A jak ono powstało? Interpretować można różnie, podobnie jak w przypadku wyginięcia dinozaurów. I tę słabość nauk przyrodniczych wykorzystuje ideologia, a konkretnie Żydzi, którzy są chyba twórcami wszystkich ideologii.

x

W końcowej części swojej książki Dzieje życia na Ziemi Jerzy Dzik pisze na temat metody naukowego poznania:

Są dwie główne strategie ścisłego naukowego poznania i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno się opierać na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.

To, co poniżej, to bełkot, ale to nie bełkot autora. On tylko opisuje bełkot Poppera, który był idolem G. Sorosa, a który to Soros miał ambicje, by być filozofem.

Poszukiwanie prawdy powinno więc polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, następnie odrzucaniu tych z nich, z których wypływają wnioski sprzeczne z obserwowanymi zjawiskami. Tylko te z teorii niesprzecznych z danymi doświadczalnymi należą należą do dziedziny nauki, które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone (sfalsyfikowane). Najlepsze są zaś te, które dają najwięcej możliwości sfalsyfikowania. Falsyfikacja jest tym łatwiejsza, im bardziej uniwersalne jest twierdzenie, tzn. im szerszy jest zakres opisywanych przezeń zjawisk i im bardziej kategoryczne jest określenie przewidywanego (dedukcyjnie) stanu. Wiedza nasza o rzeczywistości składa się, zgodnie z falsyfikacjonizmem, z zestawu nieodrzuconych do tej pory twierdzeń, stanowiących spójną logicznie konstrukcję. Nie ma twierdzeń pewnych, każde z nich stale jest narażone na falsyfikację i (lub) zastąpienie przez twierdzenie lepiej opisujące rzeczywistość. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację.

x

Napisałem, że to bełkot, bo jeśli według Poppera poszukiwanie prawdy ma polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, to na czym ma się opierać ta spontaniczność? No bo nie na metodzie indukcyjnej, którą odrzucił. A na czym? Tego nie wyjaśnia. Tylko te z teorii, niesprzecznych z danymi doświadczalnymi, należą do dziedziny nauki (Ale jak? Skoro dane doświadczalne uzyskuje się metodą indukcji), które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone. Raz dane doświadczalne są niedobre, a drugim razem mogą posłużyć do zanegowania (sfalsyfikowania) teorii. A najlepsze są te teorie, które najłatwiej sfalsyfikować. To już jest jakieś „sanatorium pod klepsydrą”. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację. Czyli stworzyć teorię, którą będzie można łatwo zanegować. Taki żydowski kit, że aż zęby bolą.

Nassim Nicholas Taleb w książce Zawiedzeni przez losowość (2016) pisze:

„Falsyfikacjonizm Poppera jest ściśle powiązany z pojęciem społeczeństwa otwartego. Jest to rodzaj społeczeństwa, w którym nie pielęgnuje się żadnych niezmiennych prawd, dzięki czemu mogą się rodzić nowe, sprzeczne z dotychczasowymi idee.” W naszych realiach to społeczeństwo otwarte to: róbta, co chceta.

I jeszcze jeden cytat z Dziejów życia na Ziemi Jerzego Dzika (wytłuszczenie W.L.):

Dlaczego mechanizmy przebiegu ewolucji mają znaczenie dla filozofów? Okazuje się, że roztrząsając problemy ewolucji nikomu nieznanych organizmów sprzed milionów lat, stajemy na rozdrożu wymagającym wyboru jednej z wielu dróg wiodących ku poznaniu, wielu epistemologii. Było tak za czasów Trofima Łysenki, jest i dziś, choć szczęśliwie ryzyko podjęcia wyboru niewłaściwego w stosunku do okoliczności jest dziś znacznie mniejsze.

Z jednej bowiem strony jest selekcjonistyczna teoria ewolucji (podstawowa dla programu syntetycznej teorii ewolucji) i koncepcja trzeciego świata Karla R. Poppera (podstawowa dziś dla politycznej koncepcji społeczeństwa otwartego), czy wreszcie sama metodologia falsyfikacjonizmu. Eksponują one znaczenie mechanizmów samoregulacji i płynnej akomodacji do czynników zewnętrznych rozważanych układów otwartych, czyli organizmów, społeczeństw, konstrukcji naukowych.

Na przeciwnym biegunie epistemologii saltacjonistyczne (skokowe – przyp. W.L.) koncepcje ewolucji biologicznej, rewolucyjne koncepcje rozwoju społeczeństw czy koncepcja paradygmatów Thomasa S. Kuhna akcentują znaczenie nieciągłych przejść pomiędzy układami. Zmiany mają następować w wyniku dialektycznego kumulowania przeciwieństw i skokowego przejścia w nową jakość. Trzeba pamiętać o tych filozoficznych podtekstach, kiedy śledzi się dyskusje o ewolucji.

x

A co to takiego paradygmat? Wikipedia pisze (wytłuszczenie W.L.):

Paradygmat (gr. παράδειγμα parádeigma „przykład, wzór”) – zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki; znaczenie to wprowadził filozof Thomas Kuhn w książce Struktura rewolucji naukowych (ang. The Structure of Scientific Revolutions) z 1962 roku.

W 13 rozdziałach Kuhn dowodzi, że nauka nie jest jednostajnym, kumulatywnym pozyskiwaniem wiedzy. Zamiast tego nauka jest serią spokojnych okresów przerywanych przez gwałtowne intelektualne rewolucje, po których jeden koncepcyjny światopogląd jest zamieniany przez inny. Kuhn spopularyzował w tym kontekście termin paradygmat, opisywany przez niego jako w istocie zbiór poglądów podzielanych przez naukowców, zestaw porozumień o pojmowaniu zagadnień. Pomimo tego krytycy zarzucali mu brak precyzji w stosowaniu tego terminu.

Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Paradygmat kieruje wysiłkiem badawczym społeczności naukowych i jest tym kryterium, które najbardziej ściśle identyfikuje obszary nauk. Fundamentalnym argumentem Kuhna jest to, że dla dojrzałej nauki typową drogą rozwojową jest kolejne przechodzenie w procesie rewolucji od jednego do innego paradygmatu. Gdy ma miejsce zmiana paradygmatu, „świat naukowy zmienia się jakościowo i jest jakościowo wzbogacany przez fundamentalnie nowe zarówno fakty, jak i teorie”.

xxx

O co chodzi z tym falsyfikacjonizmem? Otóż wcześniej było tak, że dla średniowiecznych scholastyków naukową metodą poznania była dedukcja, czyli czysto rozumowe postrzeganie rzeczywistości, bez związku z doświadczeniem realnego świata. Jednak w XVIII wieku nauka przeszła, według niektórych, do naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. John Stuart Mill tak sformułował ten problem: Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Każdy z nas zapewne nieraz widział białe łabędzie, ale ani razu nie widział czarnego. I tego doświadczali inni. Setki obserwacji potwierdzały tylko wniosek, że wszystkie łabędzie są białe. Ale po odkryciu Australii okazało się, że są również i czarne łabędzie. Dla przeciwników metody indukcyjnej był to argument, że obserwacja i doświadczenie nie przybliża nas do poznania prawdy i konieczne są inne metody, jak choćby falsyfikacjonizm, czyli wykazanie, że dana teoria jest nieprawdziwa.

Czy rzeczywiście chodzi tu o szukanie prawdy, czy może o coś innego? W mojej ocenie chodzi o to, by zachodziła pewna spójność pomiędzy naukami społecznymi i przyrodniczymi. Jeśli w naukach społecznych obowiązuje materializm dialektyczny, czyli rewolucyjny rozwój poprzez sprzeczności, to tak samo ma być w naukach przyrodniczych. Ewolucja to nie jest stopniowy, powolny proces, a przejście od jednego stanu do drugiego odbywa się gwałtownie, chciałoby się powiedzieć rewolucyjnie. Chodzi o wmówienie ludziom, tak podprogowo, że rewolucje czy wojny to jest naturalny proces, który obowiązuje również w przyrodzie.

A może też chodzi o robienie ludziom wody z mózgu: Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Co to znaczy „bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów”? I takie coś ma pozwolić „na wybór, ocenę i krytykę”. Chyba tylko żydowski umysł jest w stanie stworzyć coś tak nieuchwytnego, niejasnego, pokrętnego i jeszcze nazwać to metodą naukową.

Z kolei falsyfikacjonizm jest wygodnym narzędziem, gdy trzeba się podeprzeć nauką, a w danym momencie obowiązująca teoria naukowa nie pasuje do ideologii. Umożliwia on stworzenie w krótkim czasie nowej teorii, podpartej symulacjami komputerowymi i sztuczną inteligencją. W tym wypadku żmudne, czasochłonne badania i obserwacje nie są konieczne, a teoria zachowuje pozory naukowości. Skoro wmawia się ludziom, że zmiany klimatyczne są wynikiem nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, to wypada podeprzeć to odpowiednim argumentem naukowym. I już wyginięcie dinozaurów nie jest wynikiem uderzenia asteroidy, tylko wynikiem nadmiernej emisji tych gazów przez wybuchające wulkany.

x

Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłuszne więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo. – Jerzy Dzik Dzieje życia na Ziemi.

x

Aktualizacja z dnia 21.12.2023: Wybuch wulkanu na Islandii.

W poniedziałek 18 grudnia 2023 w południowo-zachodniej Islandii, po tygodniach intensywnych trzęsień ziemi, wybuchł wulkan – podało Biuro Meteorologiczne tego kraju. Jak widać jest to erupcja linijna. Do takich erupcji dochodziło, na daleko większą skalę, na granicy kredy i trzeciorzędu w wielu miejscach na Ziemi.

CIA c.d.

W poprzednim blogu „CIA” cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Otisem Pike’iem, zamieszczonym w jej książce Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). Wypada więc, dla równowagi, zapoznać się z fragmentami jej wywiadu z Williamem Colby. Przeprowadziła go ona w marcu 1976 roku w Waszyngtonie. Poniżej wybrane fragmenty. W notce biograficznej Colby’ego, znajdującej się w tej książce czytamy:

William Egan Colby urodził się 4 kwietnia 1920 roku w St. Paul w Minnesocie. Zaciągnął się do wojska jako ochotnik i podczas drugiej wojny światowej działał w Biurze Służb Strategicznych (wywiadzie USA). Dwa razy skakał jako spadochroniarz za linią wroga, we Francji i w Norwegii. Po zakończeniu wojny i ukończeniu studiów w Columbia Law School, po długim okresie spędzonym w kancelarii prawnej w Nowym Jorku, przeprowadził się do Waszyngtonu i wstąpił do CIA. W latach pięćdziesiątych przebywał w Rzymie, gdzie kierował działalnością antykomunistyczną. W 1959 roku był w Sajgonie, pozostał tam do 1962 roku i wrócił w roku 1968, by śledzić projekt Phoenix. Był szefem CIA od 1973 do 1975 roku i objęło go dochodzenie na temat działalności agencji w czasie ostatnich 25 lat. Jego gotowość do współpracy z Kongresem skłoniła prezydenta Forda, by za radą Kissingera zastąpić go w 1975 George’em H.W. Bushem. Colby poświęcił się doradztwu i pisał pamiętniki. Zmarł 27 kwietnia 1996 roku w wyniku wypadku niedaleko własnego domu w Rock Point w stanie Maryland, prawdopodobnie wpadając do wody podczas wycieczki kajakiem. Wiele osób sądzi jednak, że nie był to wypadek.

We wstępie do wywiadu Fallaci m.in. pisze:

On reprezentował władzę, niewidzialną i wszechobecną ośmiornicę, która wszystko kontroluje i dławi. Ja jej ofiarę. On wierzył w prawo do śledzenia, wtrącania się, przekupywania, obalania rządów, związywania spisków, zabijania, sprawowania kontroli nawet nade mną, na przykład przez nagrywanie moich rozmów telefonicznych. Ja wierzyłam w prawo do bycia pozostawioną w spokoju i do osobistego rozporządzania wolnością, która mi się należy. Tym sposobem niechęć, z jaką go zaatakowałam, mówiąc mu natychmiast, że mój kraj nie jest jego kolonią, jego bananową republiką, szybko mu się udzieliła. I nie było już możliwe znalezienie punktu porozumienia, wzajemnej tolerancji. Godzinami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem, obrzucaliśmy się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. (Ideologiczne uprzedzenia, jak je nazywał). I widowisko to miało w sobie coś absurdalnego, na granicy lekkiego szaleństwa. Mój głos, zatruty namiętnością i gniewem, czasami drżał. Jego natomiast pozostawał niezmieniony, opanowany, pewny. Jedyna oznaka wrogości widoczna była w błękitnych oczach, nieruchomych niczym oczy ślepca, w których chwilami rozbłyskiwało niemałe okrucieństwo, podczas gdy usta nie przestawały się uśmiechać, ręce nie przestawały z wdziękiem dolewać kawy. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie, kogo przypomina ten człowiek z lodu, zadający mi cierpienie. Odpowiedź była prosta. Przypominał inkwizytora albo funkcjonariusza radzieckiej Partii Komunistycznej. Co w sumie na jedno wychodzi. Pewnego razu widziałam w gazecie zdjęcie Susłowa. I William Colby miał to samo spojrzenie, ten sam nos, te same usta, co Susłow. Miał też tę samą wydłużoną, chudą, elegancką sylwetkę.

xxx

Te nazwiska, panie Colby. Nazwiska nędzników, którzy brali we Włoszech pieniądze od CIA. Włochy nie są bananową republiką United Fruits, panie Colby, i to niesprawiedliwe, żeby podejrzenie ciążyło na całej klasie politycznej. Nie sądzi pan, że Pertini, marszałek naszego sejmu, ma prawo poznać te nazwiska?

Nie, ponieważ nasza Izba Reprezentantów postanowiła w głosowaniu, że nazwiska mają pozostać tajne, i ponieważ CIA musi chronić swych członków, musi chronić tych, którzy z nią współpracują. Oczywiście decyzja o podaniu nazwisk lub nie należy do rządu Stanów Zjednoczonych, a ja nie mówię w imieniu rządu. Mówię w imieniu CIA. Ale moja opinia brzmi nie, moje zalecenie brzmi nie. Żadnych nazwisk. To minimum, co mogę zrobić, aby uszanować porozumienie z ludźmi, którzy ze mną pracowali. W pani parlamencie mogą przeprowadzać wszelkie dochodzenia, jakie chcą. Czy nie istnieje policja śledcza? Ten, kto czuje się podejrzany, wystarczy, że powie: „To nieprawda, nie przyjmowałem pieniędzy”. Mnie to w zupełności odpowiada. Nie mogę poświęcić jednych, żeby uniknąć podejrzeń co do drugich. Obiecałem, że zachowam tajemnicę, i ją zachowam, bo jeśli złamię obietnicę, nie będę już mógł zwrócić się do nowych ludzi. Byłoby łatwo zastosować metodę eliminacji, odpowiedzieć „nie” na sześć nazwisk, a na siódme „no comment”. Pani miałaby to, czego szuka. Czemu nie poszuka pani tego samego u Rosjan? Czemu nie poprosi pani radzieckiego rządu o nazwiska komunistów, którzy we Włoszech biorą pieniądze z Moskwy? Związek Radziecki robi dokładnie to, co my. Ma identyczne jak my problemy.

Później porozmawiamy o Rosjanach. Teraz rozmawiamy o CIA, panie Colby. Gdybym ja, obywatelka obcego kraju, przyjechała tu, aby finansować jedną z amerykańskich partii, i dwudziestu jeden z waszych polityków, ponadto niektórych waszych dziennikarzy, co…

Popełniłaby pani rzecz nielegalną i gdybym się o tym dowiedział, doniósłbym na panią FBI, żeby panią aresztowało.

Dobrze. Tak więc ja powinnam donieść włoskiej policji na pana, pańskiego ambasadora, pańskich agentów i sprawić, aby was aresztowano.

Tego nie mówię.

Jak to nie? Jeśli jest nielegalne, żebym ja korumpowała, powiedzmy, pana Pike’a albo senatora Churcha, czyż nie jest tak samo nielegalne, żeby pan korumpował, powiedzmy, pana Micelego?

Nie mówię, że byłaby to korupcja. Mówię, że postąpiłaby pani przeciwko mojemu prawu.

Ale pan też postąpił przeciwko mojemu, panie Colby! I wie pan, co dodam? Jest tylko jeden człowiek bardziej obrzydliwy od przekupionego – przekupujący.

My w CIA nie przekupujemy. Jeżeli macie w waszym społeczeństwie problem z korupcją, istniał on na długo przed przybyciem CIA. Przekupywać oznacza dawać pieniądze komuś, kto coś dla nas robi, a my nie dajemy pieniędzy w tym celu. Dajemy pieniądze temu, kto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by robić to, co chce. Zasadniczo popieramy ustroje demokratyczne i wśród wszystkich krajów, które powinny to rozumieć, są Włochy. To amerykańska pomoc przez trzydzieści lat powstrzymywała Włochy przed upadkiem w autorytarny komunizm. I poradziliśmy sobie z tym, właśnie wspierając partie demokratycznego centrum.

Waszych „klientów”, jak określa ich pan w raporcie Pike’a. Panie Colby, w słowniku angielsko-włoskim słowo „client” jest przetłumaczone dosłownie jako klient. Ale co dla pana oznacza klient?

No więc… otóż… Jak adwokat nazywa… Co robi adwokat ze swoim klientem? Adwokat pomaga klientowi… Tak, klienci adwokata.

Uważa się pan więc za adwokata chrześcijańskich demokratów i socjaldemokratów we Włoszech.

Zgadza się. To znaczy… Nie. Nie chcę komentować żadnej konkretnej sytuacji.

Dlaczego? Odpowiedział mi pan może kłamstwem?

Ja nie kłamię. I cierpię, kiedy jestem oskarżany o kłamstwo. Naprawdę tego nie robię. Czasami coś przemilczę, czasami odmówię udzielenia informacji, zachowam tajemnicę. Ale żadnych kłamstw, nawet gdybym chciał. Nie pozwoliliby mi na to Izba Reprezentantów ani Senat, ani prasa. Szef amerykańskiej Intelligence to nie to, co szef wywiadu innych krajów, gdzie wolno mu negować prawdę. Tutaj wywiad działa pod nadzorem prawa, nie poza prawem. I żeby sobie radzić, trzeba mówić „no comment”. Ale w sprawie finansowania przez nas partii demokratycznych, to ja chciałbym zadać pani pytanie: Czy byłoby w porządku, gdyby Ameryka wsparła partie demokratyczne przeciwko Hitlerowi?

Odpowiem panu natychmiast, panie Colby: we Włoszech nie ma żadnego Hitlera. A tamte osiemset tysięcy dolarów, które ambasador Graham Martin zechciał dać generałowi Micelemu, z błogosławieństwem Kissingera, nie trafiły wcale w demokratyczne ręce. Trafiły w ręce naśladowców Hitlera.

Nie będę dyskutował na temat żadnej konkretnej operacji CIA, ale powiem pani, że mam wielki szacunek dla ambasadora Martina. Byliśmy razem w wielu częściach świata i zawsze uważałem go za człowieka silnego, człowieka, który zawsze zajmował właściwą pozycję i podejmował właściwe zobowiązania w interesie Stanów Zjednoczonych. Poza tym sądzę, że w tego rodzaju działalności CIA może jeden punkt widzenia, a nasz rząd inny. To nie CIA decyduje, decyduje prezydent. Proszę nie zapominać, że w każdej z tych operacji CIA działa w służbie rządu, postępuje według wytycznych. Czasem wytyczne są możliwe do zaakceptowania, czasem nie. Ale w każdym wypadku CIA postępuje ściśle według nich. Przynajmniej do zeszłego roku, to znaczy do czasu wejścia nowej ustawy, prezydent mógł wezwać dyrektora CIA i powiedzieć” „Zrób to i nie mów nikomu”.

A więc to właśnie Nixon i Kissinger chcieli dać Micelemu te pieniądze; CIA tak naprawdę była przeciwna. Jeśli ich pan spotka, proszę podziękować im za bomby, które faszyści produkują za te pieniądze.

Nie mogę o tym rozmawiać. Wiem jednak, że neofaszyści mają tylko osiem procent głosów i mimo iż istnieją wśród nich bardzo ekstremistyczne elementy, nie grozi wam z pewnością drugi marsz na Rzym. Wiem, że zagrożenie dla was stanowią komuniści. I wiem, że od zakończenia wojny my w CIA cały czas wspomagaliśmy różne formy demokratyczne przeciw groźbie komunizmu. I trwało to przez dwadzieścia pięć, a raczej trzydzieści lat.

Z takim rezultatem, że komuniści stoją obecnie u progu rządu i w każdych wyborach zyskują więcej głosów. Czy wydaje się panu, że dobrze pan zainwestował te pieniądze? Wydaje się panu, że pańska Intelligence okazała się inteligentna?

Zazwyczaj nie wydajemy naszych pieniędzy na głupoty. Pewnych spraw nie należy oceniać tylko na podstawie jednego czynnika. W tym wypadku, na podstawie trzydziestu trzech procent, które uzyskali komuniści w ostatnich wyborach. I możliwe, że amerykańskie interwencje we Włoszech po drugiej wojnie światowej nie były doskonałe, jednak były przydatne. Pozytywne. Mówię również o NATO oraz o planie Marshalla. Gdy byłem w Rzymie, w 1953 roku, ludzie jeździli vespami1. Teraz jeżdżą samochodami. Żyje się wam teraz lepiej, niż żyłoby się, gdyby komuniści wygrali w roku 1948 i w 1960. Przeciętnemu Włochowi żyje się lepiej niż przeciętnemu Polakowi, więc amerykańska polityka we Włoszech nie była błędem. Wykonaliśmy dobrą robotę. Kiedy mówicie, że źle się wam wiedzie, powtarzacie to samo, co w 1955 roku. Wtedy też krzyczeliście, że rząd jest fatalny i wszystko się wali. We Włoszech widzicie zawsze sprawy w sposób katastroficzny, cały czas macie wrażenie, że znajdujecie się na skraju przepaści. A jednak w 1955 roku do katastrofy nie doszło. I teraz też nie dojdzie. Bo istnieją porządni Włosi.

Z pewnością nie są to pańscy „klienci”, panie Colby.

Mówię o zwykłych ludziach.

Jaki był pana ulubiony polityk, gdy przebywał pan we Włoszech?

Myślę, że De Gasperi. Ale nie mogę wymieniać nazwisk. Nie powinienem. Zresztą nie znałem zbyt wielu ważnych osób… Byłem młodym funkcjonariuszem i moja praca polegała raczej na zbieraniu informacji i utrzymywaniu kontaktów z ugrupowaniami politycznymi, jako że mówiłem po włosku. Mogę powiedzieć pani tylko tyle, że w tamtym okresie byłem za otwarciem w stronę lewicy. Tak, za otwarciem wobec socjalistów. Szanowałem ich. Nadal ich szanuję, bo socjaliści są zachodni, europejscy, naprawdę wierzą w wolność i demokrację. W latach pięćdziesiątych sądziłem, że popełnili wielki błąd, sprzymierzając się z komunistami, ale uważałem również, że na dłuższą metę nie utrzymają tego sojuszu. I dlatego tak, byłem za otwarciem w ich stronę. Jednak w tamtym czasie nie był to decydujący element amerykańskiej polityki we Włoszech.

No tak. Ambasadorem była Claire Boothe Luce. Do jakiego stopnia pan, jako przedstawiciel CIA, działał i działa we współpracy z ambasadą USA?

Współpracowałem dużo z ambasadą, to oczywiste. Byłem doradcą politycznym, political attaché. Zawsze współpracuje się z ambasadami. Większość informacji zdobywamy poprzez nasze ambasady. A pani Luce wykonywała dobrą robotę. Doskonałą robotę. Nadal jestem przyjacielem pani Luce. Interesująca zdolna kobieta.

Zwłaszcza zdolna do wtrącania się w sprawy mojego kraju, jakby był jej kolonią. Jednak działacie we Włoszech nie tylko za pośrednictwem waszej ambasady; wszyscy wiemy, że prawdziwym przyczółkiem we Włoszech jest SID. Pytam, jak pan śmie śledzić mnie w moim domu, używając do tego tajnych służb mojego kraju? Jakim prawem na przykład kontroluje pan mój telefon?

Ponieważ w ten sposób wiem, co się dzieje na świecie. A kontrola telefonu, wie pani… Mój telefon był kontrolowany wiele razy, w wielu krajach, jestem pewny. I nigdy nie miało to dla mnie znaczenia. Nawet gdyby był kontrolowany teraz, co wykluczam, nie miałoby to dla mnie żadnego znaczenia. Przynajmniej pod względem emocjonalnym. Nie widzę nic złego w próbach zrozumienia, co dzieje się na świecie, co myślą i robią ludzie. Nie chodzi wcale o podglądanie cudzej prywatności; chodzi o informację, czy ma pani wycelowany we mnie pistolet lub jakąkolwiek inną broń, która mogłaby wyrządzić mi krzywdę. Krótko mówiąc, pyta mnie pani, czy jedno państwo ma prawo do wykorzystywania swojej Intelligence w innym państwie poprzez tajną działalność? Cóż, w każdym kraju jest prawo, które odpowiada, że nie. I prawie w każdym kraju się to robi. Bo mamy moralne prawo próbować odkryć, co się dzieje, i w ten sposób się bronić. Jest to nielegalne, ale mamy do tego prawo.

Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałam. Uważa pan za nielegalne, lecz słuszne również działanie za pośrednictwem tajnych służb innego kraju. Na przykład mojego.

To zależy. Czasami inna Intelligence nam pomaga. To zależy od polityki kraju. Czasami dwa kraje mają obopólny interes, na przykład znajdują się bardzo blisko swoich sojuszników i bardzo martwi je możliwość penetracji. Wtedy razem pracujemy.

Tak jak mówiłam. Czy to prawda, że najlepszą operacją CIA z SID-em była ucieczka Swietłany, córki Stalina, z Moskwy?

Tego nie mogę powiedzieć. Zwłaszcza teraz, w okresie dochodzeń, nie powinienem mówić o naszych wspólnikach i o naszych stosunkach z zagranicznymi tajnymi służbami. Jeśli to zrobię, jeśli ktokolwiek z nas to zrobi, przestaną ufać naszej Intelligence. Służby wywiadowcze nie powinny nic mówić o swoich wspólnikach. Nie wyobraża sobie pani, jak bardzo to, co się wydarzyło, zaszkodziło CIA. Ogromnie. Na całym świecie. Niektórzy ludzie mówią nam teraz: „Jak mam stać po waszej stronie? Czy naprawdę mogę zawierzyć wam swoje życie? Czy też opowiecie wszystko Kongresowi?”. Wielu się od nas odwróciło. Wielu, którzy z nami współpracowali, powiedziało nam: „Nie, dość, nie robię tego więcej”. Nawet niektóre z zagranicznych tajnych służb powiedziały nam: „Nie, dość, dawaliśmy wam wiele tajnych materiałów, a od tej chwili nie będziemy wam już nic dawać”. Straciliśmy taką masę współpracowników, taką masę agentów…

Tylko agentów czy również klientów?

Również klientów. Niektórzy powiedzieli nam: „Na miłość boską, nic nam już nie dawajcie, bo później o tym opowiecie”. Nowi i wypróbowani ludzie. Poczuli się zdradzeni. My w CIA bardzo walczyliśmy, żeby utrzymać ich nazwiska w tajemnicy, i sądzę, że wygraliśmy. Ale rozgłos wokół tej sprawy wyrządził nam mimo wszystko wielką krzywdę. Takie rzeczy nie przytrafiają się w KGB. We Włoszech macie mnóstwo agentów KGB. Wielu. Oczywiście również Włochów. KGB bardzo stara się we Włoszech, nie mówiąc o tym, że może liczyć na Włoską Partię Komunistyczną. Stara się bardzo energicznie. Jednak nikt nie prosi KGB o ujawnienie nazwisk jego agentów, jego klientów lub prowadzonej przez nie działalności. Nikt nie wymaga od niego postępowania w sposób demokratyczny i liberalny. KGB nie wytyka się przewinień, na temat KGB nic się ujawnia; ani tego, co słuszne, ani tego, co niewłaściwe. Kto oskarża KGB o wtrącanie się do prywatnych spraw pani kraju?

Myli się pan, panie Colby. Święta prawda jest taka, że nie chcemy ani was, ani ich. Mamy dość ich i was.

Dobrze, dobrze. Ale w takim razie dlaczego nie mówicie o pieniądzach, które włoscy komuniści czerpią z handlu z Europą Wschodnią? Wszystkie środki, które przechodzą tam i z powrotem poprzez handel ze Związkiem Radzieckim i krajami satelickimi, przechodzą przez agencje, które oddają pewien procent włoskim komunistom. To dobry system. Skomplikowany, ale dobry. Udoskonalenie go zajęło im trzydzieści lat. Co by pani powiedziała, gdyby Ameryka prowadziła, gdyby Ameryka prowadziła z Włochami handel rządowy i oddawała pewien odsetek jednej z partii?

Nie zajmuje się tym CIA? Nie zajmują się tym ambasadorowie, tacy jak Martin? Nie zajmują się tym takie firmy, jak Lockheed, Gulf, Esso?

Pani sposób racjonalizowania i pośredniego dochodzenia do wniosku, że inni to porządni chłopcy, dobre, czyste, wspaniałe istoty, jest nadzwyczajny. Sowieci dają pewien odsetek swoich dochodów z handlu z Włochami pewnym osobom, które przekazują go potem Włoskiej Partii Komunistycznej, a pani mówi: to to samo. Tak, to to samo, co zrobili w Polsce, żeby polska partia komunistyczna weszła do rządu, a później objęła władzę. Zaczyna się zawsze w ten sposób: wspomaga się partię komunistyczną pieniędzmi, partia wchodzi do rządu, potem dochodzi do władzy i przy niej zostaje. Ale biada, jeśli nie zostaje tak, jak chce Związek Radziecki! Przyjeżdża delegacja z Moskwy, siada do stołu wraz z centralnym komitetem i tłumaczy mu, że lepiej „grzecznie się zachowywać”. Chciałaby pani, żeby tak się to skończyło we Włoszech? Załóżmy nawet, że korupcja we Włoszech jest tylko po jednej stronie, załóżmy, że włoscy komuniści to porządni, uczciwi chłopcy. Czy z tego względu dopuściłaby ich pani do do rządów? Proszę wymienić jeden kraj, w którym panował komunizm, a teraz już nie panuje. Tylko jeden! Jeden, gdzie partia komunistyczna doszła do władzy, a później się wycofała, zgodnie z zasadami demokratycznej gry, oddając innej partii prawo do rządów. Proszę wymienić! Jeden! Tylko jeden!

Panie Colby, co zrobilibyście wy, Amerykanie, gdyby komuniści wygrali wybory we Włoszech?

Proszę wymienić jeden kraj! Jeden jedyny!

Panie Colby, przeprowadzilibyście zamach stanu, jak w Chile?

Jeden kraj! Tylko jeden! Rumunia? Czechosłowacja? Węgry? Polska?

Niech mi pan odpowie, panie Colby: Drugie Chile?

A gdyby później nie było już drugich wyborów? Gdyby później stało się to, co stało się z Hitlerem i z Mussolinim? Czy nie rozumie pani, że komuniści przez te wszystkie lata stosowali się do demokratycznych reguł gry, bo im się to opłacało? Nie rozumie pani, że dopóki byli w mniejszości, ustrój demokratyczny był im potrzebny? Czy naprawdę wierzy pani, że gdy będą u rządów, nadal będą stosowali się do reguł demokracji? To nie są ludzie, którym można powiedzieć: „Jako że dobrzy z was chłopcy, pozwolimy wam trochę porządzić”. Ich centralizm demokratyczny nie ma nic wspólnego z demokracją. A wasze problemy możecie rozwiązać w lepszy sposób, niż pozwalając im wygrać wybory. Proszę o tym pamiętać. Albo nigdy więcej nie wygracie wyborów.

x

Ale powtarzam pytanie, na które nie chce pan odpowiedzieć: Co zrobiliby Amerykanie, gdyby we Włoszech komuniści doszli do władzy?

Nie wiem. To kwestia polityki Stanów Zjednoczonych. Nie wiem.

Ależ wie pan, panie Colby. Drugie Chile?

Niekoniecznie. Nie wiem… To hipotetyczne pytanie, nie mogę na nie odpowiedzieć. To zależy od zbyt wielu czynników. Mogłoby się nie wydarzyć nic, mogłoby się coś wydarzyć, mógłby przytrafić się jakiś błąd.

Taki błąd jak w Chile? No dalej, panie Colby. Uważa pan, że gdyby komuniści doszli do rządów, interwencja Stanów Zjednoczonych we Włoszech przy udziale drugiego Pinocheta byłaby uzasadniona?

Nie sądzę, abym mógł odpowiedzieć na to pytanie. A wasz Pinochet nie jest w Ameryce. Jest we Włoszech.

Wiem, ale jesteście mu potrzebni. Bez was nic nie zrobi. Panie Colby, próbuję skłonić pana do przyznania, że Włochy są niezawisłym państwem, a nie bananową republiką, nie waszą kolonią! Nie możecie być zawsze policjantami świata. Jasne?

Chiaro ma sbagliato (Jasne, ale błędne – przyp. W.L.). Proszę pozwolić mi wyjaśnić. Po pierwszej wojnie światowej Ameryka przeżyła zjawisko odrzucenia. Powiedzieliśmy sobie, że wojna była błędem, że źle walczono, i mieliśmy okres niewinności. Zredukowaliśmy naszą armię do mniej więcej stu pięćdziesięciu tysięcy, chcieliśmy otwartej dyplomacji, a sekretarz stanu rozwiązał Intelligence, twierdząc, że dżentelmeni nie czytają cudzej poczty. Krótko mówiąc, przygotowywaliśmy się do życia w świecie dżentelmenów i ogłosiliśmy, że nie chcemy się więcej angażować w sprawy zagraniczne. Pojawiły się problemy w Europie i nie interweniowaliśmy. Nadeszła wojna w Hiszpanii i ogłosiliśmy neutralność. Poddaliśmy nawet pod głosowanie ustawę o naszej neutralności. Ale to nie zadziałało. I spadły na nas problemy gospodarcze, nadeszli autorytarni przywódcy, którzy wierzyli, że mogą zapanować nad swoimi sąsiadami, wybuchła druga wojna światowa i musieliśmy do niej przystąpić. Po drugiej wojnie światowej zaczęliśmy od początku: w 1945 roku rozwiązaliśmy armię, rozwiązaliśmy OSS2 i powiedzieliśmy: pokój. Jednak zaczęła się zimna wojna. Od razu stało się jasne, że Stalin nie pójdzie drogą, którą wytyczyliśmy. Rosyjski komunizm stał się zagrożeniem w Grecji, w Turcji, w Iranie. I tym sposobem zrozumieliśmy lekcję. Połączyliśmy nasze tajne służby, nazwaliśmy je CIA, powstrzymaliśmy autorytarną ekspansję Związku Radzieckiego za pomocą NATO, planu Marshalla i CIA. Wspólnie, liberałowie i konserwatyści jedni i drudzy przekonani tym razem, że trzeba udzielić pomocy za granicą. Ja byłem jednym z liberałów. W młodości byłem wręcz radykałem i…

A niech to. Jakim cudem tak się pan zmienił?

Clemenceau mawiał, że kto nie jest radykałem w młodości, nie ma serca, a kto nie jest konserwatystą na starość, nie ma rozumu. Ale proszę pozwolić mi skończyć. NATO zadziałało. Powstrzymanie radzieckiego ekspansjonizmu udało się. Wywrotowy plan partii komunistycznych został zneutralizowany. I nie chodziło o przejście na stronę faszystów, nie chodziło o prawicę przeciw lewicy. Chodziło o poszukiwanie demokratycznego rozwiązania. I była to polityka amerykańska, do której CIA się przyłączyła i od tamtej pory ją stosowała, mówiąc, że będziemy walczyć o wolność za wszelką cenę. To jasne… no cóż, tak, w trakcie tej walki za wszelką cenę zdarzały się i zdarzają przypadki współpracy z lokalnymi dość autorytarnymi przywódcami. Albo bardziej autorytarnymi niż życzyliby sobie ludzie.

x

Proszę mi opowiedzieć o mafii. O tym, jak CIA wykorzystuje mafię.

Jeden taki przypadek! Tylko jeden taki przypadek! W 1960 roku! W sprawie Castro! Gdy Castro objął władzę na Kubie, rozważaliśmy możliwość współpracy z osobami, które miały jeszcze na Kubie pewnych przyjaciół. Mam na myśli osoby z mafii. Przyjaciół mafii. Skontaktowaliśmy się z nimi i zgodnie z naszym planem mieli spróbować zabić Castro. Ale było to bardzo… Cóż, nie zadziałało. Allen Dulles i McCone byli w tym czasie dyrektorami CIA. I McCone stwierdził, że nic o tym nie wie.

Jednak Bobby Kennedy o tym wiedział. Wiedział więc o tym także John, prezydent. Wie pan, co o tym myślę? Te wyznania dyskredytują najbardziej nie CIA, lecz prezydentów Stanów Zjednoczonych.

Te wyznania świadczą o tym, że CIA nie była nigdy dzikim słoniem, państwem w państwie, rządem poza rządem, lecz zawsze funkcjonowała jako element amerykańskiej polityki. A teraz, gdy kraj przechodzi proces rewizjonizmu, CIA jest trochę kozłem ofiarnym tego rewizjonizmu… Dowody na to, że prezydenci chcieli pewnych konkretnych akcji, nie są zbyt oczywiste, w niektórych wypadkach nie jest nawet jasne, czy prezydent o tym wiedział, czy nie. Ale fakty wskazują po prostu, że CIA działała w ramach polityki, która zdawała się ją upoważniać do robienia pewnych rzeczy.

Rzeczywiście, od Eisenhowera po Nixona, żaden się nie uratuje. A za Johnsona jakie łajdactwo uknuliście? Ach tak, zamach stanu Papadopulosa.

CIA nie poparła, powtarzam, nie poparła puczu pułkowników w Grecji. Oczywiście… nie odrzuciliśmy pułkowników. Ale też ich nie poparliśmy. Powiedzmy jednym słowem, że z nimi pracowaliśmy. Po przejęciu władzy przez Papadopulosa zawarliśmy z nim układ o wymianie informacji. Również z Ioannidisem CIA miała układ w tym samym celu. Reszta to mity. Utrzymywanie dobrych stosunków z jakimś autorytarnym przywódcą nie oznacza wcale, że się go popiera. Ach, pani naprawdę nie chce zaakceptować innego obrazu CIA niż ten, który stworzyła pani fantazja. Przypomniała mi pani historię o ślepcach i słoniu. Wie pani jaką? Nadchodzi słoń i zbliża się do niego czterech ślepców. Jeden dotyka jego trąby i mówi: „To włócznia”. Jeden dotyka jego nogi i mówi: „To drzewo”. Jeden dotyka jego ogona i mówi: „To wąż”. Jeden dotyka jego boku i mówi: „To mur”. I żaden z nich nie zauważa, że całość to słoń. Oczywiście, część winy leży po naszej stronie. Intelligence powinno stanowić całkowitą tajemnicę. Kiedy Schlesinger został dyrektorem CIA, zapytał: „Dlaczego przy autostradzie nie ma znaku wskazującego siedzibę CIA?”. Odpowiedzieliśmy: „Był, ale gdy Kennedy został prezydentem, kazał nam go zdjąć, uznając za śmieszny fakt, że tajne służby są oznaczone przy autostradzie”. Schlesinger odrzekł: „Postawcie go z powrotem”. Tak więc go postawiliśmy i… Ale czy demokracja nie zależy od tajemnicy? Czy głosowanie nie jest tajne?

A jednak to właśnie pan złamał tajemnicę. Czy kiedykolwiek zdarza się panu żałować, że wyjawił pan tyle rzeczy komisjom śledczym? Czy mógł pan odmówić?

Z pewnością nie żałuję, że powiedziałem prawdę. Nigdy nie wątpiłem ani się nie wahałem, czy powinienem odpowiedzieć prawdą na ich pytania. Co do odmówienia zeznań, nie mógłbym, nawet gdybym chciał. Prawo nakazywało mi mówić. Nie miałem wyboru. Nie oczekiwałem wcale, że ujawnione przeze mnie informacje pozostaną tajne. Nie sądziłem jednak, że pewne sprawy wywołają taką sensację. Faktem jest, że życie w społeczeństwie tak otwartym jak amerykańskie nie jest wygodne. Proszę spojrzeć na przypadek Richarda Welsha, agenta CIA zamordowanego w Atenach. Wie pani, jak do tego doszło? Rok temu urzędnik John March napisał tu, w Waszyngtonie, artykuł, twierdząc, że wie, jak zidentyfikować w różnych ambasadach tych, którzy pracują dla CIA. I zademonstrował to. Czy moglibyśmy mu to uniemożliwić? Nie. Nasze prawodawstwo jet słabe w tej kwestii. By raport Pike’a nie został opublikowany, konieczna była interwencja Kongresu. A żeby Kongres posunął się tak daleko, trzeba było śmierci Welsha. To była ogromna strata dla nas, CIA. Ogromna. Był niezwykle zdolnym agentem.

xxx

Kiedy czytałem ten wywiad i wybierałem powyższe fragmenty, to zastanawiałem się czy oni oboje wierzyli w to, co mówili. Czy było w tym więcej hipokryzji, czy może naiwności? Trudno ocenić. A może nie było ani jednego, ani drugiego. Wszak ja to oceniam z perspektywy 50 lat i tego, co się później wydarzyło. Oni w tamtym momencie tej wiedzy nie mieli. Jednak z tego wywiadu wynika, że metody działania CIA i KGB były niemal identyczne. A to powinno skłaniać do pewnej refleksji, a mianowicie takiej, że jeden i ten sam ośrodek decyzyjny kierował obu instytucjami. Trudno, by było inaczej, skoro oba państwa również podlegały temu samemu ośrodkowi.

W pewnym momencie Colby mówi, że po I wojnie światowej Stany Zjednoczone wycofały się z Europy, zredukowały swoją armię i stały się neutralne, ale nadeszli autorytarni przywódcy, wybuchła II wojna światowa i Stany Zjednoczone musiały przystąpić do wojny. Problem polega na tym, że ci autorytarni przywódcy nie wzięli się z powietrza i bez finansowego wsparcia bankierów z Ameryki nie byłoby Hitlera, Mussoliniego i potęgi Związku Radzieckiego. Czy to możliwe, by szef CIA nie wiedział o tym? Bo w to, że mogła o tym nie wiedzieć włoska dziennikarka, to jeszcze mogę uwierzyć.

Bardzo obrazowa jest historia o słoniu i ślepcach. My istotnie, jako zwykli ludzie, nie mamy obrazu całości i stąd nasze wyobrażenie o władzy i jej służbach jest niepełne. Jedyne do czego możemy się odwołać to historia. Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów. Nacjonalizm jako zjawisko pojawił się po rewolucji francuskiej, szczególnie zaakcentował swą obecność w Europie i Ameryce Południowej. Wtedy był dobry, a teraz jest zły. Był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii, co skutkowało powstaniem ustroju republikańskiego, czyli demokracji. Wiadomo, że monarchia nie jest najlepszym ustrojem, bo monarcha rządzi dożywotnio i to on jest za wszystko odpowiedzialny. Trudno więc przy takim ustroju postępować całkowicie nieodpowiedzialnie, chociażby z tego względu, że jest mało chętnych, by brać na swe barki odpowiedzialność za politykę, którą tak naprawdę uprawiają inni z tylnego siedzenia. Dopiero w demokracji, w której władza zmienia się co 4—5 lat, rządzący mogą poczuć się bezkarnie, bo ich nie można rozliczyć, a raczej jedynym ich rozliczeniem jest odsunięcie od władzy przez wyborców. To doprawdy łagodny wymiar kary, więc i chętnych nie brakuje.

Tak więc nacjonalizm był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii. A gdy już do tego doszło i demokracja zapanowała, to nacjonalizm stał się zły. Zły dlatego, że trudniej rządzić społeczeństwem jednolitym pod względem narodowościowym, bo ma ono spójny system wartości i wspólny interes. Gdy jednak wymiesza się narody, to powstaje społeczeństwo zatomizowane, podzielone na wiele grup o sprzecznych interesach, różnych systemach wartości, różnych wyznaniach czy religiach. Plastyczna masa, z którą rządzący mogą zrobić, co im się żywnie podoba. I takiej demokracji broniła Ameryka przed komunizmem, który sama stworzyła w Związku Radzieckim. Idealny pretekst do ingerowania w sprawy wewnętrzne innych państw, czyli ich kontrolowania. Do tego m.in. wykorzystywała i wykorzystuje swoje tajne służby, takie jak CIA.

Gdy komunizm upadł w Europie Wschodniej – bo nie w Chinach, gdzie miał i ma się dobrze – to nie nastąpił koniec historii, jak niektórzy wieszczyli. Konflikty i wojny nadal trwały i do dziś trwają. Skąd one się biorą i czy nie można im zapobiec? Wygląda na to, że w obecnym świecie jest to niemożliwe. Jest to świat cywilizacji czy kultury żydowskiej i dopóki się ona nie skończy, nie będzie końca wojnom, konfliktom, rewolucjom itp.

Naród żydowski jest narodem specyficznym, bo funkcjonującym wśród innych narodów rdzennych w rozproszeniu i asymilacji. Rozproszenie oznacza, że Żydzi są rozproszeni po całym świecie i wszędzie, gdzie mieszkają, są zasymilowani z mieszkańcami danego kraju. Ta asymilacja oznacza, że się upodobniają do rdzennych mieszkańców i są w ten sposób nierozpoznawalni jako obcy. Specyfika tego narodu polega też na tym, że ma swoją ideologię, wedle której uważają się on za naród wybrany, to znaczy taki, który ma prawo panować nad resztą narodów.

Rozproszenie i asymilacja to jeszcze za mało, by panować nad innymi narodami. Do tego potrzebne są takie narzędzia jak monopol na emisję pieniądza i dominacja w handlu. Dominacja w handlu oznacza też kontrolę nad produkcją. Żaden producent nie zaistnieje, gdy nie będzie miał dostępu do sieci dystrybucji, czyli handlu. Dopiero te cztery czynniki powodują, że panowanie nad narodami rdzennymi staje się realne. Bo dzięki nim można opanować wszelkiego rodzaju media, edukację, kulturę, wszelkiego rodzaju urzędy państwowe, wojsko i policję. Żeby jednak rdzenne narody nie mogły się rozwijać, to trzeba je utrzymywać w stanie permanentnej słabości i rozkładu. I temu właśnie służą różnego rodzaju konflikty: religijne i wyznaniowe, społeczne, rewolucje, wojny. Temu też służy mieszanie narodów. Jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, eksperymentem w tej dziedzinie była unia polsko-litewska. Wynik, nadzwyczajny – jak sądzę, zaskoczył samych twórców. Szlak został przetarty. Może stąd taki sentyment Żydów do Polin.

  1. Vespa (pl. Osa) – nazwa linii włoskich skuterów należącej do firmy Piaggio. Pierwsze modele powstały według projektu inżyniera Corradino D’Ascanio (1946). Na jej wzór w latach 60-tych powstały radziecka Wiatka i polska WFM Osa. ↩︎
  2. OSS – Office of Strategic Services (Biuro Służb Strategicznych) – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942-1946. Poprzednik CIA. ↩︎

CIA

W poprzednim blogu „Nowa partia” wspomniałem o tym, że podstawowym i najważniejszym punktem programu nowej partii o nazwie Bezpieczna Polska jest opcja „zero” w służbach specjalnych. To skłania do zastanowienia, czym tak naprawdę są służby specjalne, kto nimi rządzi i czy rzeczywiście są tak wszechpotężne, jak nam niektórzy próbują wmówić. Pewne informacje można znaleźć w książce Oriany Fallaci Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). W marcu 1976 roku przeprowadziła ona w Waszyngtonie wywiad z Otisem Pike’iem. Jego fragmenty poniżej.

Otis Pike urodził się 31 sierpnia 1921 roku w Riverhead w stanie Nowy York. W 1946 roku uzyskał dyplom Princeton, w 1948 Columbia Law School, pracował jako prawnik i sprawował funkcję sędziego pokoju od 1954 do 1960 roku, kiedy został wybrany do Kongresu. W następstwie artykułu opublikowanego przez Seymoura Hersha w grudniu 1974 roku w „New York Times”, w którym zostało ujawnione wewnętrzne szpiegostwo CIA, Kongres postanowił rozpocząć dochodzenie na temat całej działalności wywiadu i powołał Komisję Specjalną, której przewodnictwo powierzył Otisowi Pike’owi. Ujawnienie raportu Komisji zostało zablokowane, jednak tekst ukazał się w „The Village Voice”, wywołując sensację i protesty. W 1978 roku Pike zrezygnował ze stanowiska w Kongresie.

We wstępie do tego wywiadu Oriana Fallaci m.in. pisze:

Należało przeczytać w całości raport kongresmena Pike’a, choćby ocenzurowany i zniekształcony przeróbkami, z którymi do nas dotarł, by zrozumieć oburzenie wstrząsające tym zacnym człowiekiem, który przeciwstawił się CIA, Kissingerowi, samemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, którym był wówczas Gerald Ford. Należało poznać Otisa Pike’a i doświadczyć poruszenia na widok łez, które w pewnej chwili zraszały mu rzęsy, by zrozumieć studnię niegodziwości, której na imię władza. Jakakolwiek władza; zarówno gdy ukazuje się ubrana w mundury tyranii, jak i w szaty poprawności politycznej. Otis Pike pokazuje, że w jednym i w drugim wypadku walka z nią służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia. Biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera.

x

Panie Pike, William Colby (szef CIA 1973-1975 – przyp. W.L.) twierdzi, że pański raport jest całkowicie stronniczy, pełen uprzedzeń i że został napisany z zamiarem zdyskredytowania CIA. Mówi, że nie ma tam nawet całości jego zeznań.

Dobry Boże, nie, nie ma. Gdybym miał zapisać wszystko, co mi powiedział, byłby to jego raport, nie mój. Moje zadanie nie polegało na zredagowaniu czegoś, co otrzymałoby aprobatę CIA, i jest oczywiste, że panu Colby’emu mój raport się nie podoba. Stwierdzam w nim, że CIA wykonała paskudną robotę. Wyjaśniamy, że CIA nie wywiązała się ze swojego podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie Stanom Zjednoczonym dobrej Intelligence. Opowiadamy w nim o bardzo poważnych nadużyciach, jakich dopuściła się CIA, i o nieskuteczności, o marnotrawstwie. Śmieci. Nie, dobry Boże, na pewno nie spodziewałem się, że pan Colby mi podziękuje. I nic mnie nie obchodzi, co on mówi. A raczej odpowiem mu tak: zakończyłem moje dochodzenie, mając większy szacunek dla CIA niż dla tych, którzy wydawali CIA rozkazy. Pan Colby zachował się przed komisją uczciwiej od innych. To znaczy uczciwiej od tych, którzy reprezentowali organy naszej władzy wykonawczej.

Czy to aluzja do Kissingera?

Ech, tak. Nietrudno mi przyznać, że po zakończeniu dochodzenia doktor Kissinger podobał mi się znacznie mniej, niż gdy go poznałem. On nie udziela informacji. Wychodzi z założenia, że wszystkie jego źródła są bardzo osobiste; nie tylko te związane z zagranicznymi szefami państw, lecz również te odnoszące się do urzędników Departamentu Stanu. Tak więc parlament nie powinien się w to wtrącać. Natomiast pan Colby… Cóż pan Colby jest utalentowanym człowiekiem i potrafi stosować grę słów. Czasem szuka ucieczki w semantyce. Jednak jeśli zadałem mu właściwe pytanie, udzielał mi szczerej odpowiedzi. On nie jest nieuczciwy. I jest mniej winny niż ci, którzy teraz każą mu płacić za wszystkich.

Twierdzi pan, że Colby stał się kozłem ofiarnym w tej sprawie?

Jestem o tym przekonany. I jestem też przekonany, że mu się to podoba. Pewnego dnia mu to powiedziałem: „Podoba się panu rola kozła ofiarnego, prawda?”. Nie odpowiedział. Nadal siedział nieporuszony. Jednak było jasne, że odgrywanie roli kozła ofiarnego sprawiało mu przyjemność. I nikt nie potrafiłby zagrać tej roli lepiej, z lepszym rezultatem. Uczciwy wobec nas, lojalny wobec swoich ludzi… Zostawił CIA, tak by wszyscy uważali go za wielkiego człowieka, bo ich ocalił. Doskonała strategia, wspaniała robota. Ech! Zręcznie mną manipulował ten Colby. Zwyciężył. A ja przegrałem.

W jakim sensie pan przegrał, panie Pike?

W najbardziej oczywistym: nie pozwolili mi opublikować raportu, zablokowali go. Kiedy Izba Reprezentantów orzekła, że nie może zostać opublikowany bez zgody prezydenta i do prezydenta należy ustalenie, czy szkodzi on działalności naszej Intelligence za granicą, zrozumiałem natychmiast, że przegrałem. Użyte wyrażenie brzmiało dosłownie: „działalność naszej Intelligence za granicą”; przez działalność mieli na myśli zabójstwa, tajne wojny, opłacanie zagranicznych liderów politycznych. A mój raport nie mówił o niczym innym. Nie przypadkiem prosiłem o głos, by stwierdzić, że w takim razie Ford nigdy nie wyda zezwolenia. Było mi przykro. Było mi tak bardzo przykro, dobry Boże. To był dobry raport. Raport, z którego można było być dumnym. I mi go zablokowali. Co za porażka. Poniosłem w swoim życiu wiele porażek, ale ta była najgorsza. Problem w tym, że… Cóż, to proste: zlecili nam wykonanie pewnego zadania, a my wykonaliśmy je lepiej, niż się spodziewali. A raczej niż się obawiali.

Jednak wina leży również po pańskiej stronie, panie Pike. Czy było konieczne wniesienie sprawy do parlamentu? Czy było konieczne uzyskanie zgody prezydenta?

Zgody prezydenta, nie. Nie musieliśmy błagać o żadną zgodę prezydenta. Wniesienie sprawy do parlamentu owszem, było konieczne. Oto co się stało. Dzięki przeszkodom, jakie napotkaliśmy, na przykład przeszkodzie zwanej Henry Kissinger, spóźniliśmy się, nie mieliśmy już czasu, by ukończyć raport do ustalonej daty. Poprosiliśmy parlament o przyznanie nam dwutygodniowego odroczenia i parlament się zgodził. I wykorzystaliśmy je w całości. Raport został sporządzony przez grono redakcyjne, komisja chciała sprawdzić go rozdział za rozdziałem, a czasem słowo po słowie: opublikowanie go pospiesznie, z ryzykiem przeoczenia nieścisłości i błędów, byłoby nieodpowiedzialne. Dwudziestego trzeciego stycznia raport został ukończony i zaaprobowany przez komisję większością dziewięciu głosów do czterech. Upoważniało nas to do sporządzenia próbnych odbitek, ale ci czterej znaleźli wykręt. Zgodnie z regulaminem mieli prawo do pięciu dni legislacyjnych, by spisać punkty sporne. Dni legislacyjne rozumiane są jako te, w których zbiera się parlament. W ten sposób z pięciu zrobiło się ich osiem. I czterej opozycjoniści dostarczyli swoje dokumenty, gdy komisja miała już zostać rozwiązana. Odwołanie się do głosowania w celu opublikowania raportu było już wtedy konieczne.

A kim byli ci czterej? Ludźmi Kissingera?

Tak sądzę. Bo wie pani, dokładnie w tym samym czasie głosowaliśmy nad zaprzestaniem udzielania pomocy finansowej Angoli. Tych dziewięciu z komisji, którzy chcieli opublikować raport, głosowało za zaprzestaniem finansowania w Angoli, tych czterech, nie chcieli go opublikować, zagłosowało za kontynuacją finansowania. Czy to jasne?

Tak, i wydaje się to wielką hipokryzją. Skoro zamierzali rzucać panu kłody pod nogi, to po co powierzali panu dochodzenie? Żeby zamydlić oczy Amerykanom i światu?

Zgadzam się z panią. Hipokryzja to właściwe słowo.

Mimo to jest coś, czego nie rozumiem, panie Pike. Dlaczego te rzeczy nie przydarzyły się senatorowi Churchowi? Czemu on zdołał opublikować swój raport? A przecież mówił o Chile, o próbach zabójstw…

Zastanawia się pani, dlaczego pozwolono mu go opublikować. To proste: ponieważ był to raport ad interim 1odnoszący się do tematu już nieaktualnego, prób zabójstw. Tematu, który dotyczył działalności osób niesprawujących już urzędu: nieżyjących prezydentów, prezydentów popadłych w zapomnienie. Temat naszego raportu jest aktualny. Dotyczy wydarzeń, które miały miejsce bardzo niedawno, dotyka osób, które nadal sprawują rządy…

Z Kissingerem włącznie.

Z Kissingerem włącznie. I powiem więcej: ostateczny raport Churcha nie został jeszcze opublikowany. Church ma go dostarczyć do marca. A ja obawiam się, że kiedy go dostarczy, napotka te same trudności, jakie napotkałem ja. Również w jego przypadku nie zabraknie pretekstów. Na przykład znowu uczepią się zabójstwa Welsha i… Musi pani zrozumieć, że śmierć Welsha poruszyła Amerykę. I przysporzyła niezmiernej sympatii CIA i jego agentom.

Wróćmy do tematu hipokryzji, panie Pike. Kto przysporzył panu największych trudności?

Prezydent, Kissinger, Colby, FBI, ogólnie rząd. Zawsze obiecywali nam wszelką współpracę, a później odmawiali informacji. Również po to, by zmarnować nasz czas. Wiedzieli, że komisja będzie działać krótko, i dlatego marnowali nasz czas. Zaraz to wytłumaczę. Kiedy mówiliśmy: „Potrzebujemy tych dokumentów”, wcale nam ich nie odmawiali. Dawali nam tylko jeden z nich. Tym sposobem trzeba było znowu o nie prosić i znowu dawali nam tylko jeden. Ja wierzę w dokumenty. Ponieważ świadczą o tym, co ludzie mówili, a nie, co później chcieliby powiedzieć. Tak więc cały czas o nie prosiłem, a oni wydzielali mi je w bardzo długich odstępach. Czasami zaś nie dawali mi ich wcale. Co zrobił na przykład pan sekretarz stanu z Memorandum Boyatta? Oskarżył nas o chęć dręczenia drugorzędnych postaci z Departamentu Stanu, o uprawianie maccartyzmu2. I napisał do nas list, twierdząc, że jeśli chcemy dowiedzieć się pewnych rzeczy, musimy zwrócić się do „ważnych ludzi, którzy tworzą amerykańską politykę”. A ważni ludzie z przyjemnością nam pomogą. Tak więc poprosiliśmy o dokument jego, Kissingera. On oczywiście go miał. Ale nam go nie dał. Gorzej, zakazał wszystkim nam go dawać. Wszyscy odpowiadali nam, że dokument ten chroniony jest przywilejem egzekutywy. Również prezydent powołał się na przywilej egzekutywy.

Co to jest dokument Boyatta?

Już pani wyjaśniam. Thomas Boyatt był człowiekiem, który kierował wydziałem Cypru, Cyprus Desk, w Departamencie Stanu. I z tego, co wiedziałem, Thomas Boyatt sprzeciwiał się gwałtownie temu, co Amerykanie zrobili na Cyprze. I spisał swój sprzeciw w Memorandum Boyatta lub Memorandum sprzeciwu. Uważamy je za naprawdę niezbędne, aby się dowiedzieć, jak się zachowaliśmy w brzydkiej sprawie Cypru. Był to jedyny sposób na dotarcie do prawdy. Ale Kissinger zachował się tak, jak powiedziałem, i doszło do pierwszego sporu z nim. Wysłaliśmy nawet nakaz dostarczenia tego kawałka papieru. Na próżno. Oczywiście wezwaliśmy pana Boyatta do złożenia zeznań. Również na próżno. Boyatt chciał przyjść. Kissinger się sprzeciwił.

Gdzie jest teraz pan Boyatt?

Otrzymał awans. A raczej, zdaje mi się, że jest w Chile. Proszę pozwolić mi wykonać jeden telefon… Tak, jest w Chile. Jako szef misji dyplomatycznej w naszej ambasadzie.

Jednak Kissinger przyszedł zeznawać.

Tylko jednego dnia, rano i wieczorem. I nie będę opisywał pani jego zachowania, raport mówi sam za siebie. Ale powiem pani, że rozpaczliwie usiłowałem skłonić go do opowiedzenia tego, co było nam potrzebne. Nie udało mi się. Chronił się zawsze za swoim przywilejem politycznym; za historyjką o swoich „bardzo osobistych” źródłach. Chciałem go oskarżyć o obrazę parlamentu. Poddałem pod głosowanie trzy rezolucje, aby go oskarżyć. Sprawa się na tym zatrzymała. Większość parlamentu nie chciała dalszego postępowania. Musieliby wybrać między Kissingerem a mną, między Kissingerem a komisją i nikt nie był gotów uczynić sobie z niego wroga.

Ale dlaczego w Ameryce ludzie tak bardzo boją się Kissingera?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że stoi za nim zbyt wiele osób. Ten Kissinger to strasznie przebiegły public relation man. Gdy tylko sprawy przestają się toczyć po jego myśli, zwołuje swoich znajomków z prasy i otrzymuje potężne artykuły wstępne, które mówią zupełnie co innego niż ten, kto mu się sprzeciwił. Sprzeciwianie mu się jest niewskazane, zwłaszcza w przypadku polityka. Ja jednak sądzę, iż dowiodłem, że się go nie boję.

Dlaczego więc nie poprowadził pan dalej sam oskarżenia o obrazę?

Mógłbym. Zrezygnowałem, bo byłaby to tylko strata czasu. Nasze sądownictwo nie działa szybko, dokładnie tak jak włoskie. I komisja zostałaby rozwiązana, zanim Kissinger zasiadłby na ławie oskarżonych. Tak więc postępowałem dalej ze związanymi rękami i coraz bardziej hamowany przez obstrukcjonizm. Nakazywali nawet milczenie mniej znaczącym świadkom. Mówili im jasno i wyraźnie, że nie wolno im mówić „o pewnych sprawach”. Kissinger posunął się nawet do tego, że poinformował ich, iż nie wolno im pozwolić się przesłuchiwać, jeżeli na sali nie ma funkcjonariusza Departamentu Stanu. I nikt nie złamał tych wytycznych. Ach! Przed chwilą spytała mnie pani: Dlaczego więc powierzono panu dochodzenie? Ja powiem: Dlaczego więc je zarządzili? Hipokryzja to święte, najodpowiedniejsze słowo. Mydlenie oczu to właściwe wyrażenie. Można zrozumieć powściągliwość Colby’ego, obstrukcjonizm CIA; CIA była sądzona. Ale nie zawsze to CIA wiązała nam ręce. Najbardziej wiązał je nam Kissinger, prezydent, Departament Stanu, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, samo FBI. Dlatego twierdzę, że pod koniec szanowałem bardziej CIA niż tych, którzy wydawali jej polecenia.

Ale do kogo należało wydawanie poleceń CIA? Do sekretarza stanu, czyli Kissingera?

Bardziej niż do sekretarza stanu, do specjalnego asystenta prezydenta do spraw Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

To znaczy do Kissingera.

Dokładnie. Poza tym do ministra obrony i do sekretarza stanu.

Którym jest Kissinger.

Właśnie. Wreszcie do Narodowej Rady Bezpieczeństwa.

Do której Kissinger należy i w której znaczy najwięcej.

Właśnie. CIA nie może sama podejmować inicjatyw. Zgadzam się z Colbym, gdy odpowiada, że CIA nie jest dzikim słoniem. Po przeanalizowaniu wszystkiego, co było do przeanalizowania, doszedłem do wniosku, że CIA podejmowała inicjatywę jedynie w sprawach marginalnych i niewywołujących kontrowersji. W sprawach ważnych i odbiegających od normy zachowywała się zawsze w sposób, w jaki ktoś kazał jej się zachowywać. A tym kimś bardzo często był Kissinger.

Panie Pike, jak wytłumaczy pan władzę Kissingera?

Och, jest inteligentny. Co do tego nie ma wątpliwości. Ma wybitny umysł. Poza tym ma fascynującą łatwość słowa. Ponadto był bardzo skutecznym dyplomatą. Jest niezwykle popularny w środowisku koktajlowym Waszyngtonu, gdzie nie bywam. Wreszcie, jak już wspomniałem, ma ogromne wsparcie ze strony prasy, która poświęca mu artykuły pochwalne i atakuje jego przeciwników. Na przykład wtedy, gdy reszta świata mówiła, że Kissingerowi nie była obca tragedia w Chile, my w Ameryce w to nie wierzyliśmy. Wyszedł raport senacki Churcha, ale amerykańskie dzienniki nie wymieniły nazwiska Kissingera. Również dwa największe liberalne dzienniki Ameryki, „New York Times” i „Washington Post” je pominęły. Nie pamiętam, abym przeczytał nazwisko Kissingera w artykule, który „Washington Post” poświęcił odpowiedzialności amerykańskiej w Chile. A „New York Times” nawiązał do tego jedynie marginalnie.

Niemniej mówi się, że za Forda Kissinger nie cieszy się taką protekcją, jaką miał za Nixona.

Pozwoli pani, że odpowiem w ten sposób: Sądzę, że prezydent Ford ma ogromny respekt dla Kissingera, i sądzę, że prezydent Ford uważa, iż ogromnie go potrzebuje.

Panie Pike, czy według pana Kissinger jest demokratą?

Nie. Tym razem nie będę szukał łagodniejszych określeń. Odpowiedź brzmi: nie. Przede wszystkim myślę, że Kissinger ma bardzo niewiele szacunku dla parlamentu. I być może zasługujemy sobie na niewiele szacunku, jednak doktor Kissinger żywi niewiele szacunku dla wszelkich demokratycznych procesów. O, tak. On naprawdę nie ma cierpliwości do demokracji. W demokracji nie liczy się wcale to, co liczy się w dyplomacji. I jego stanowiska nie może zajmować człowiek, który odmawia uznania punktu widzenia większości, twierdząc, że on wie wszystko lepiej od innych. Nawet jeśli jest to człowiek inteligentny. Doktor Kissinger nie przepada za krytyką. Oskarżenia o maccartyzm łatwo płyną z jego ust, gdy ktoś mówi rzeczy, które się mu nie podobają, a…

A jeśli jest ktoś, kogo należałoby oskarżyć o maccartyzm, to właśnie on.

Brawo. Powiedziała to pani. Jest pani odważniejsza ode mnie.

Dlaczego? Tak wiele się ryzykuje, mówiąc kim jest Kissinger? Czy fakt, że pan to powiedział, a raczej przewodniczył komisji śledczej, zaszkodził może pańskiej karierze politycznej, panie Pike?

Jeszcze tego nie wiem. Nie dowiem się tego przed wyborami. Oczywiście, gdybym dzisiaj kandydował, zamiast być już deputowanym, sprawa byłaby beznadziejna.

xxx

We wstępie do wywiadu Oriana Fallaci pisze, że walka z władzą, ubraną w mundury tyranii czy szaty poprawności politycznej, służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia, ale biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera. W tej lakonicznej konstatacji porusza ona problem istoty władzy: Czym ona jest? Kto tak naprawdę rządzi? Dlaczego jest tak potężna?

Jeśli nie potrafimy dokładnie zdefiniować, czym jest władza i kto tak naprawdę rządzi, to walka z nią jest w istocie walką z wiatrakami. Z wywiadu, jaki przeprowadziła Fallaci z Pike’iem wynika, że to Kissinger rządził CIA, a ona sama, według słów Pike’a, podejmowała samodzielne decyzje tylko w sprawach drugorzędnych. Tak zapewne mogło być, ale też nie można wykluczyć możliwości, że Kissinger był tylko pasem transmisyjnym, a rządził ktoś zza kulis. Bez względu jednak na to, który przypadek zachodził, to CIA nie jest dzikim słoniem i ani ona, ani służby specjalne innych państw nie są niezależne i wszechpotężne.

Skąd się wzięły tajne służby? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Walka z Rzymem, w której tyle tkwiło judaizmu i tyle bezpośrednich oddziaływań żydowskich, prowadzona była przy pomocy szeroko rozgałęzionych tajnych organizacji o charakterze międzynarodowym. Już w XII, XIII i XIV wieku widzimy owe ruchy sekciarsko-rewolucyjne, wywołujące powstania ludowe, kierowane przez tajne związki, pozostające między sobą w ustawicznym porozumieniu. Mamy prawo powiedzieć, że już wówczas – niezależnie od widocznego w świetle dziejów jednolitego kierownictwa – związki te tworzą jedną całość organizacyjną, podzieloną terytorialnie, co ujawnia się choćby we wspólnej wszystkim nazwie „braci”. Mamy przecież braci włoskich, południowo-francuskich, braci morawskich, braci czeskich, braci niemieckich, braci polskich, braci niderlandzkich i braci angielskich.

Co więcej „braćmi” zwą się także członkowie, współdziałających z tamtymi organizacjami, tajnych akademii odrodzenia. A więc anabaptyści, socynianie, taboryci, a z drugiej strony członkowie akademii humanistycznych – jak Luter, Reuchlin, Melanchton, Zwingli, Kalwin – byli braćmi organizacyjnymi. Jest to więc jedna sieć, spojona misternie i na ten sam połów sporządzona. Owe „braterskie” akademie i stowarzyszenia (societates) nie są niczym innym, jak poprzednikami dzisiejszych lóż wolnomularskich.

x

Czy służby specjalne również wywodzą się z tego pnia? Trudno powiedzieć, ale zapewne wzorce były z niego czerpane. A jeśli tak, to oznaczałoby to, że tajne służby wszystkich państw współpracują ze sobą. Taką sugestię można znaleźć w dramacie „Cena” (2000) Waldemara Łysiaka, który wkłada w usta jednej z głównych jego postaci takie słowa:

„Powiem panu, że w trzydziestym dziewiątym NKWD i Gestapo zawarły pakt. Własny pakt, równoległy do paktu rządowego między Moskwą i Berlinem. Ciekawe jest tutaj to, że kiedy kilka lat później Moskwa i Berlin zaczęły prowadzić wojnę przeciwko sobie – pakt ich służb specjalnych nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Funkcjonuje do dzisiaj (rok 1944 – przyp. W.L.), taka osobliwość. Co prawda tylko w kwestiach tyczących partyzantki polskiej, ale zawsze…”

O tym, że służby specjalne wszystkich państw współpracują ze sobą, świadczy to, że wojny były i są prowadzone według ściśle ustalonych scenariuszy. Skoro rządy państw prowadzących wojnę nie rozmawiają ze sobą, to pewnie robią to za nie właśnie służby specjalne. Zwraca też uwagę fakt, że różni szpiedzy czy kurierzy poruszali się po Europie w czasie II wojny światowej, jakby nie istniały granice i fronty, a gdy czasem zostali aresztowani, to jakoś tak szybko byli zwalniani.

Ma więc rację Leszek Sykulski, gdy mówi, że wszystko dzieje się za kulisami, a to, co widzimy to teatr dla naiwnych.

  1. ad interim – łacińska fraza, która oznacza w międzyczasie lub tymczasowo. ↩︎
  2. maccartyzm – ogólna nazwa działań politycznych, pozbawionych skrupułów metod śledczych oraz tworzenia atmosfery strachu i podejrzeń, w walce z wewnętrznym zagrożeniem komunistycznym w latach 1950-1954 w Stanach Zjednoczonych; od nazwiska amerykańskiego senatora Josepha Raymonda Mc’Carthy’ego. ↩︎

Książka

W poprzednim blogu cytowałem fragmenty z książki Ministerstwo spraw obcych Krzysztofa Balińskiego. Została ona wydana w 2019 roku przez wydawnictwo Capital sp. z o.o. Poświęcona jest ona stosunkom polsko-żydowskim. Książka liczy sobie 520 stron formatu C5 (162×229), a więc większego niż standardowy format A5 (148×210). Drobny druk i rzadkie akapity nie ułatwiają czytania. Nie wiadomo też w jakim nakładzie została wydana, co obecnie jest normą. Zawiera jednak bardzo dużo informacji o Żydach, metodach ich działania – informacji, których często próżno szukać gdzie indziej. Można wręcz powiedzieć, że informacji demaskujących ich. A jednak została wydana i jak można się domyślać przez samych Żydów.

Wikipedia tak o nim pisze:

Krzysztof Andrzej Baliński (ur. 9 czerwca 1947 w Będzinie) – polski dyplomata i politolog specjalizujący się w problematyce krajów arabskich. Ambasador Polski w Syrii (1991–1994), z akredytacją w Jordanii (1991–1995).

Życiorys

Krzysztof Baliński urodził się w 1947 w Będzinie. Należał do młodzieżowych organizacji okresu PRL: ZMS i ZSP. Od 1970 członek PZPR. W 1971 ukończył studia na Wydziale Filologicznym UJ (kierunek filologia orientalna). Później odbył staż asystencki w Katedrze Orientalistyki UJ i studia podyplomowe w Institut d’Etudes Politiques w Paryżu w latach 1978–1979. Studiował także w Damaszku.

W latach 1973–1975 pracował jako tłumacz w Ambasadzie PRL w Damaszku. W latach 1983–1987 pracował w Ambasadzie PRL w Trypolisie. W latach 1988–1991 był naczelnikiem Wydziału Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki w Departamencie II i Departamencie Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej i Oceanii. W latach 1991–1994 był ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnikiem RP w Syrii i Jordanii. W 2001 uzyskał I stopień służbowy urzędnika Służby Cywilnej. W latach 2009–2012 był naczelnikiem Wydziału w Centrum Operacyjnym.

Krzysztof Baliński jest członkiem Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego. Posiadał uprawnienia tłumacza przysięgłego języka arabskiego. Autor publikacji poświęconych problematyce międzynarodowej i polskiej dyplomacji zamieszczanych m.in. w tygodnikach Nasza Polska, Tygodnik Solidarność i Głos. Od 2012 stały współpracownik Warszawskiej Gazety i Polski Niepodległej.

xxx

Poniżej parę wybranych wycinkowo fragmentów z tej książki:

Regułą stało się, że gdy PiS lub raczej prezes partii, natrafia w kontekście afer na przedstawiciela pewnej mniejszości narodowej, jego radykalizm słabnie, a pochodzenie aferzysty staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia nawet największe świństwa. Przykładem bariery etnicznej, na którą PiS natrafił przy rozliczaniu afer i aferzystów jest Amber Gold i GetBack. Głowni bohaterowie afery GetBack mają dziwne powiązania z Izraelem. Za akrobacjami finansowymi Amber Gold, a konkretnie OLT, stali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, oligarchowie z Ukrainy (i obywatele Izraela), a przekręt miał być narzędziem służącym do przejęcia LOT-u. Przy czym Kołomojski to wyznawca i główny sponsor sekty Chabad-Lubawicz na Ukrainie, z którą powiązani są prezydent i premier rządu polskiego. Przypomnijmy też, że na liście Macierewicza zabrakło Geremka, że PiS umieścił akta rezydentury SB w Paryżu w zbiorze zastrzeżonym, i że cała akcja lustracyjna była głównie wymierzona w ludzi o poglądach narodowo-katolickich, a Lech Kaczyński we wrześniu 2006 r., podczas wizyty w Tel Awiwie udostępnił archiwa IPN Izraelowi.

À propos KOR – jego pomysłodawcą i patronem był mason Jan Józef Lipski, prezes założonego w 1955 r. Klubu Krzywego Koła, z którego wyrósł KOR. Ale Lipski to także jeden z mentorów i wychowawców braci Kaczyńskich. Bywał częstym gościem w ich domu.

Gdy w 1976 r. powstał KOR, okazało się, że jego członkowie są bliscy ideowo wywodzącej się z Bundu przedwojennej żydowskiej partii socjalistycznej. Adam Michnik pisał: „Marek Edelman powiedział kiedyś, że KOR to to samo, co Bund. Te same ideały, te same wartości. Dla mnie – mówił Marek – Bund i KOR to ciągłość”. Tymczasem Bundowcy żądali autonomii dla Żydów w ramach państwa polskiego.

Matkami chrzestnymi Lecha i Jarosława były siostry bliźniaczki Ludmiła i Zofia Woźnickie, Żydówki uratowane przez Polaków z getta warszawskiego, z racji koligacji z Wandą Wasilewską, i nie tylko, osoby wpływowe. Przyjaźniły się blisko z Jadwigą Kaczyńską, toteż kiedy i ona w 1949 r. powoła bliźniaki, poprosiła siostry Woźnickie, by zostały matkami chrzestnymi chłopców.

Według medialnych doniesień cichym współwłaścicielem „Art-B” był Izraelczyk Meir Bar (członkiem Rady NBP był wówczas były prezes Centralnego Banku Izraela). W rabunku mienia państwowego główną role odgrywali zatem ludzie służb specjalnych Izraela, a sama nazwa przedsięwzięcia to nie skrót od „Artyści Biznesu”, lecz od nazwiska współwłaściciela firmy, agenta Mosadu Artura Birmana.

Stan wojenny nie był niczym innym jak czasem na przygotowanie powrotu stalinowskiej żydokomuny do władzy. Dowód na to stanowi przebieg tzw. „transformacji ustrojowej”, od rozmów SB w ośrodkach internowania poprzez Magdalenkę po „okrągły stół”. Dowodem są także ludzie wyznaczający kierunek „transformacji” w Polsce – w latach 1945-47 decydował o tym „triumwirat” Berman, Minc, Zambrowski (przy wykorzystaniu agenta NKWD Bieruta), w 1989 r. decydował triumwirat Geremek, Kuroń, Michnik (przy wykorzystaniu agenta Sorosa Leszka Balcerowicza). A co Mazowiecki miał na myśli nawołując do „grubej kreski”, jeśli nie odkreślenie przeszłości PRL-owskiej żydokomuny?

Uchwałą Kominternu funkcjonariusze aparatu partyjnego Komunistycznej Partii Polski przerzuceni zostali za granicę. Ich najważniejszym skupiskiem stała się Francja. Jedną z poważnych akcji, przeprowadzoną tam przez komunistów z Polski pod nadzorem NKWD był przerzut materiałów propagandowych i kampanie dążące do skompromitowania w oczach Francuzów środowisk polonijnych, m.in. poprzez zarzucanie im związków z „reakcyjnym antysemickim podziemiem” w kraju. 45 procent bojowców Brygady Międzynarodowej z Polski, która walczyła w Hiszpanii, było Żydami.

Doszło przy tym do innej bezprecedensowej sytuacji. Jeden po drugim ministrem spraw zagranicznych zostaje dwóch potomków funkcjonariuszy KPP (i oficerów zbrodniczej Informacji Wojskowej) – Cimoszewicz i Meller. W jakim innym kraju możliwa byłaby tak żelazna logika postępowania, precyzja w obsadzie kluczowego stanowiska?

Wszystkie ciągnące się od 1917 r. rewolucje, w tym oczywiście rewolucja bolszewicka, miały naturę żydowską. Kolejny przykład to krótkotrwałe rządy bolszewickie ustanowione w 1919 r. w Bawarii i na Węgrzech. W tym czasie ruch komunistyczny w Niemczech kierowany był przez Ligę Spartakusa pod przewodnictwem Róży Luksemburg i Karla Liebknechta. Wojną domową w Hiszpanii sterowali rosyjscy emisariusze, przeważnie żydowskiego pochodzenia.

Bez ideologów, polityków i filozofów pochodzenia żydowskiego trudno jest sobie wyobrazić takie wydarzenia jak rewolucja seksualna 1968 roku. Virginie Linhard, córka lidera francuskich maoistów pisała: „Maj ’68 był stymulowany i kierowany przez Żydów”. Przekonanie, że w awangardzie szkodliwych ideologii, których celem jest zniszczenie zachodniej cywilizacji harcują osoby pochodzenia żydowskiego wzmacnia postać prekursorki gender Judith Butler, amerykańskiej Żydówki z rodzin przybyłych do USA z Rosji i Węgier. Koncepcje Butler dotyczące legalizacji zoofilii, kazirodztwa i pedofilii, promowania zachowań homoseksualnych, traktowania prostytucji jako normalnej działalności gospodarczej oparte są na Szkole Frankfurckiej i psychoanalizie Freuda.

Odsłoną radykalizmu i myślenia wywrotowego był także libertarianizm, czyli tzw. prawicowy rewolucjonizm. W tej kolejnej próbie obalenia cywilizacji łacińskiej, uderzającej we wspólnotowy wymiar życia społecznego, postulującej utopijny ideał życia bez instytucji państwa, rolę zasadniczą odegrały przesycone rewolucyjnym myśleniem publikacje trzech postaci narodowości żydowskiej: Ludwiga von Mises, Ayn Rand, Murraya Rothbarda. I wreszcie współczesny przykład Sorosa, znanego z wielkiej wyrozumiałości dla komunistów.

x

Konstatacja, że wszystkie rewolucje, rewolty i ruchy wywrotowe miały naturę żydowską lub były przeważnie kierowane przez emisariuszy żydowskiego pochodzenia, odnosi się w całości do Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) w Południowej Afryce, który zasadniczo był żydowskim tworem. Ludzie tacy jak Lionel Bernstein, Dennis Goldberg, Arthur Goldreich, Hazel Goldreich i James Kantor byli nieodłączną częścią tego wywrotowego ruchu, a Nelson Mandela ich marionetką. ANC działa w ścisłym sojuszu z Południowoafrykańską Partią Komunistyczną, też w dużej mierze tworem żydowskim. Dwóch liderów partii Joe Slovo i jego żona Ruth First prowadzili lub – używając współczesnej terminologii – byli oficerami prowadzącymi młodego Mandeli, wylansowali go na przywódcę ANC, wcześniej brutalnie usuwając z tego stanowiska chrześcijańskiego, umiarkowanego działacza Alberta Luthulę.

Częścią marksistowskiej ideologii wcielanej w życie przez Mandelę był obóz dla więźniów politycznych na terenie Angoli oraz torturowanie i mordowanie oponentów, w praktyce wyłącznie czarnych. ANC wymierzało swoje partyzanckie akcje także w czarnych urzędników państwowych, nauczycieli, prawników i biznesmenów, a nawet prostych chłopów, tj. każdego, kto miał inną niż marksistowska wizję południowej Afryki. Mandelę szkolono w Moskwie, ale nie tylko – partycypował w tym także Mosad.

Znany południowoafrykański sędzia Richard Goldstone pisał: „Żydzi odgrywali znaczącą rolę w jego karierze. Był nim adwokat Lazar Sidelsky, który – wbrew zwyczajom owych czasów – przyjął młodego Mandelę do pracy w swojej kancelarii w Johannesburgu”. Można tu wymienić postacie takie jak Solly Sachs i jego syn, późniejszy minister sprawiedliwości w rządzie Mandeli; Joe Slovo, późniejszy minister budownictwa mieszkaniowego; Gill Marcus, późniejszy gubernator Banku Centralnego i Artur Chaskalson, późniejszy prezes Trybunału Konstytucyjnego. Żydem był również Cyril Harris naczelny rabin RPA, którego Mandela nazywał „mój rabin”, a który w maju 1994 r., podczas uroczystej inauguracji Mandeli na stanowisko prezydenta, wygłosił poruszające orędzie. Amerykański rabin Marc Schneier w kontekście inspirującej roli, jaką Żydzi odegrali zarówno w ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych jak i w walce o obalenie apartheidu w Afryce Południowej pisał: „żadna grupa społeczna nie zapewniła tak wiele i tak konsekwentnego wsparcia Nelsonowi Mandeli, jak amerykańscy i południowoafrykańscy Żydzi”.

x

Finansowana przez Sorosa Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar organizują szkolenia dla sędziowskiej „kasty nadzwyczajnych ludzi” na temat, jak paraliżować polskie sądownictwo. Okazuje się, że warsztaty ze szkodzenia Polsce odbywają się w Muzeum Historii Żydów Polskich-Polin.

A wiedzieć trzeba, że wytrawni gracze polityczni władzy nie oddadzą, że po ’89 dwa razy wymykała się im się z rąk, i dwa razy ją odzyskali. Fenomen ten tłumaczy też koncepcja „kolejnych eszelonów”, sformułowana przez Irenę Lasotę. Zgodnie z nią władza, czyli układ, wyłania własną opozycję oraz własną prawicę, lewicę i centrum, i w razie kryzysu wysyła do walki kolejne „eszelony”. Stracony, czyli skompromitowany eszelon natychmiast zastępowany jest następnym i tak ad infinitum. Dowodem kolejne kryzysy – Październik ’56, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, Marzec ’68, Sierpień ’80 oraz szczytowe osiągnięcie tej strategii „transformacja ustrojowa” po ’89. Czy zatem środowiska nie wywodzące się rodzinnie z kręgów stalinowskich nie były organizowane od podstaw przez agentów wpływu lub infiltrowane i zręcznie pociągane nitkami niczym marionetki.

Rasowe podziały w łonie partii już u zarania PRL pogłębiało to, że Sowieci mieli większe zaufanie do przedstawicieli mniejszości narodowych niż do Polaków. W instalowaniu polskiego komunizmu wykorzystywano doświadczenia bolszewickie z okresu rewolucji, kiedy do kierowniczych struktur ogólnorosyjskiego aparatu terroru wprowadzano przedstawicieli mniejszości narodowych w stopniu nieporównywalnym z ich liczebnością w całym społeczeństwie.

Donald Tusk wydał wojewodom tajne zarządzenie, by w trybie administracyjnym pozytywnie załatwiali prośby o przekazanie własności żydowskim spadkobiercom, którzy nie legitymują się żadnymi dokumentami. Oficjalnego potwierdzenia takiego stanu rzeczy nie ma, a służby prasowe Kancelarii Premiera zaprzeczały jego istnieniu. Wystarczy jednak prześledzić przebieg zdarzeń. W tym kontekście zaskakuje, z jaką skutecznością żydowska propaganda rozpuściła w świecie legendę o wszechobecnym bogactwie Żydów przedwojennej Polski. Skupieni wokół „biznesu Holokaustu” cwaniacy nie chcą pamiętać o najliczniejszych ofiarach – żydowskiej biedocie, wymazują z pamięci słowa Ringelbluma o niskim statusie majątkowym i społecznym większości mieszkańców getta, mówią natomiast o majątkach, których nigdy nie było i… żądają za nie odszkodowań. Jeszcze inne kłamstwo: podatki płacone przez Żydów stanowiły 40 procent dochodów budżetowych międzywojennej Polski. W rzeczywistości na trzy miliony polskich Żydów jeden milion uzależniony był od pomocy organizacji dobroczynnych, 50 procent nie było w stanie zapłacić 5 złotych komunalnego podatku, a 75 procent było sklasyfikowanych jako biedota. Będące w powszechnym użyciu określenie „żydowska szkapa” może być dobrą ilustracją tego stanu rzeczy.

Po ’89 kanonu polskiego interesu narodowego nie sformułowano nie tylko dlatego, że zabrakło woli podjęcia takiego wysiłku, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dyplomację przejęli bowiem ludzie wywodzący się z najbardziej antypolskich struktur agenturalnych Stalina, „specjaliści” od zwalczania polskiego nacjonalizmu, ludzie gruntownie pozbawieni poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, formacja której związek z polskością sprowadzał się do miejsca zamieszkania, a nawet gorzej – V kolumna świadomie wchodząca w układ z obcymi na szkodę interesu Rzeczypospolitej, ludzie którzy gwarantowali nie tyle obronę polskich interesów, co bezwzględną z nimi walkę. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj. Nie funkcjonujemy w świecie w sposób autonomiczny; nie rozróżniamy, co służy Polsce, a co zagranicy; nie wypracowaliśmy uczciwej diagnozy swego międzynarodowego otoczenia, opartej o przemyślany zespół interesów; nie uświadamiamy sobie, iż członkostwo w UE czy NATO nie jest celem samym w sobie, lecz instrumentem realizowania interesów narodowych. Nie zdaliśmy sobie też sprawy, że dotychczasową diagnozę wypracowali inni, i inne niż polskie przyświecały im cele. Pierwszym warunkiem podjęcia zadania samodzielnego zdefiniowania interesu narodowego jest suwerenność intelektualna, i to ona nakazuje, aby nie podejmować działań służących innym. Podejście charakterystyczne dla cywilizacji, którą Feliks Koneczny nazwał łacińską, postuluje, by wszelka strategia polityczna (i społeczna) oparta była o dokładne rozpoznanie rzeczywistości i w oparciu o to rozpoznanie, formułowane były cele działań.

Człowiekiem, który wyzwanie zdefiniowania polskiej racji stanu starał się podjąć był Lech Kaczyński. (…) Jego wykładnia interesu narodowego była następująca: Jest tylko jedno globalne mocarstwo; przemożny wpływ na amerykańską politykę mają Żydzi; jeśli Polska ułoży się z Żydami, zwiąże ich z Polską, to bezpieczeństwo Polski stanie się interesem żydowskim i uda się wyzwolić nasz kraj z geopolitycznego przekleństwa. Innymi słowy – im więcej Żydów i ich interesów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo kraju. Rozumowanie egzotyczne, bo Żydzi układają się bezpośrednio z naszymi oponentami, mają w Moskwie i Berlinie silne avoiry oraz wyrobiony i skuteczny nawyk układania się wyłącznie z silniejszymi. Tego rodzaju infantylne postawy obecne są i dzisiaj w środowiskach prawicy laickiej – Polska powinna stać u boku jakiegoś państwa, niezależnie od tego, czy jej się to opłaca, czy nie.

Gdy dziś słyszy się prezydenta RP, który mówi, że stosunki z Ukrainą są bezalternatywne, niezależnie od tego, czy Polsce się to opłaca, a członek gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych w odpowiedzi na zarzut, że Ukraina nigdy nie zwróci nam kredytu, mówi: „Powstrzymywanie Rosji musi kosztować. Odda, nie odda – warto zainwestować” – to trzeba poważnie rozważyć, czy nie chodzi tu o jakąś chorobę psychiczną. A chodziło o udzielony w grudniu 2015 r. kredyt w wysokości 4 miliardów złotych.

Polacy weszli w II wojnę z powszechnym wyobrażeniem polskich Żydów jako narodu zdrajców polskiej sprawy – Judaszów. Powszechne wśród nich stereotypy – postrzegania Polaków, zwłaszcza katolickiego kleru, jako Hamanów – wrogów narodu żydowskiego i nieznajomość języka polskiego powodowały, że żyli wprawdzie w tym samym kraju, lecz w innym niż reszta mieszkańców Polski świecie. Był to świat odizolowany od świata polskich „gojów” przez setki lat tak szczelnie, że nie wszyscy mieli świadomość tego, że mieszkają w Polsce. Zdecydowana ich większość wybuch II wojny sklasyfikowała tak jak wszystkie toczone na ziemiach Polski wojny, czyli jako tylko i wyłącznie „polską sprawę”.

Prezes warszawskiego Judenratu senator Adam Czerniaków podjął negocjacje i współpracę z niemieckim okupantem, co Polacy odczytali jednoznacznie jako zdradę Polski. Jak wynika z jego zapisków, codziennie w siedzibie SS negocjował z niemieckimi władzami warunki współpracy, po czym natychmiast, z jak największą skrupulatnością wprowadzał je w życie. Gdy przyszła wojna, gdy wiadomo było, że państwo polskie nie ma szans, aby wyjść z niej zwycięsko, niepomny senatorskiej przysięgi, przyjął postawę cudzoziemską. Uznał, że wojna nie jest „żydowską sprawą”, i że szkoda czasu na zachowanie chociażby pozorów lojalności wobec przedstawicieli upadającej Polski. Niemców uznał za władzę legalną. W pierwszych miesiącach, a nawet latach okupacji Żydzi żyli w symbiozie z okupantem. Z zapisków Czerniakowa wynika, że zbudowanie sieci żydowskich gett nie było realizacją niemieckich planów zagłady, lecz realizacją planów żydowskich dotyczących zbudowania w Polsce żydowskich terytorialnych autonomii. Henryk Makower w swym Pamiętniku z getta warszawskiego pisał: „mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo nam dali takie duże i ładne getto w śródmieściu”. Innymi słowy – pod niemiecką kuratelą Żydzi wcielali w życie rzuconą w Sejmie 20 lat wcześniej ideę Izaaka Grünbauma o żydowskich autonomicznych prowincjach jako formy żydowskiej państwowości. W tym samym czasie Warszawiacy to ludność zaszczuta niemieckimi łapankami, egzekucjami i wywózkami do obozów koncentracyjnych. Sam Ringelblum pisał: „opowiadają, że chrześcijanie założyli żydowskie opaski, aby chronić się przed aresztowaniem”. W ciągu trzech pierwszych lat wojny, gdy Niemcy byli skoncentrowani na mordowaniu Polaków, zaś polscy Żydzi żyli w miarę bezpiecznie za wzniesionymi przez siebie murami autonomii terytorialnej, Polakom nie towarzyszyło współczucie i pomoc polskich Żydów.

xxx

W ostatnim rozdziale zatytułowanym Oko za oko, ząb za ząb autor zastanawia się jak bronić Polski, jak bronić jej wizerunku i proponuje:

Może publikując rodowody prawdziwych beneficjentów zwycięstwa katolickiej i narodowej „Solidarności”? Może przypominając, kto nami rządzi?

Może uświadamiając Polakom, że dla wychowanków Kominternu każda prawdziwa Polska będzie „faszystowska”?

A może rozgłaszać wszem i wobec, że czołowi stalinowcy, którym w Polsce robiło się coraz ciaśniej, przewerbowali się z agentów Kominternu na agentów nowojorskich organizacji żydowskich, z nadzieją na likwidację znienawidzonej polskiej państwowości?

A może dać przyzwolenie na głoszenie tezy, że stworzone po wojnie ubeckie katownie to były „żydowskie katownie”? A może zastosować logikę strony żydowskiej i w miejscu każdej katowni UB wmurować tablice z nazwiskami zbrodniarzy, którzy torturowali i mordowali najwspanialszych polskich patriotów?

Broniąc zatem Polski i jej wizerunku, odpłacajmy pięknym za nadobne, przypominając nieprzerwanie judenraty, żydowskich kapo, żydowskich szmalcowników oraz zbrodnie żydowskiej policji w warszawskim getcie, a także, że Niemcy założyli organizację „Żagiew”, w której służyli Żydzi specjalnie przeszkoleni do wyłapywania swoich ziomków, nie tylko w Warszawie, ale w całym dystrykcie warszawskim, że na tym polu świadczyli Niemcom nieocenione usługi, bo nikt lepiej nie potrafi rozpoznać Żyda wśród Polaków, niż właśnie oni, że w ręce Niemców wydali 50 000 Żydów, 6 000 Polaków, którzy ukrywali Żydów, i ponad 1 500 księży, którzy Żydom pomagali.

Batalię medialną z Żydami wygrać można tylko wtedy, gdy Polska powstanie z kolan. Wystarczy głosić prawdę. Mamy źródła, które ujawnią, co Żydzi ukrywają – haniebny udział w zagładzie własnego narodu, tysiące żydowskich policjantów Hitlera i ich zbrodnie w warszawskim getcie, i to że Mordechaja Anielewicza zdradzili ziomkowie, a pierwsze strzały w getcie oddali Żydzi do Żydów za współpracę z Niemcami, że największymi wspólnikami Niemców w dziele wymordowania Narodu żydowskiego byli sami Żydzi.

Władze RP powinny wspierać publikacje i badania naukowe na temat bierności amerykańskich środowisk żydowskich wobec Zagłady podczas II wojny.

Bronić polski i jej wizerunku można, nękając Izrael za podejście do Palestyńczyków, dwulicową politykę w sprawie imigrantów, i za to że w Izraelu żyją prawdziwi faszyści, rasiści i nacjonaliści.

I czas najwyższy przygotować się solidnie nie tyle do obrony, co do kontrataku i ofensywy. Gdy przypominać będziemy światu dzień po dniu, kto, jak i w jakim celu zaprowadził komunizm w Polsce, sami się zreflektują, że lepiej Polski nie atakować, bo straty mogą dla nich być większe niż korzyści. Co do ofensywy – im więcej będziemy mówić na temat reparacji wojennych od Niemców, tym mniej Niemcy będą mówić o „polskich obozach”.

xxx

Cała książka jest utrzymana w takiej tonacji, jak wybrane powyżej fragmenty. Po jej lekturze pozostaje wrażenie, że Żydzi zdominowali świat. Wszystkie kluczowe dziedziny życia pozostają pod ich kontrolą. Czy można się temu w jakiś sposób przeciwstawić, walczyć z tym? Autor podaje przykłady, co należy robić, tylko nie mówi – jak? Jak można nagłaśniać jakiekolwiek żydowskie zbrodnie, oszustwa, wszczynanie wojen czy rewolucji, jeśli wszelkie środki masowego przekazu są przez nich kontrolowane? Jak powiadomić świat o tym, co wyprawiają w Polsce, skoro MSZ jest w ich rękach i kontrolują oni wszelkie organizacje polonijne? Jak zmienić rządy na drodze demokratycznej, skoro wszystkie partie, od skrajnie prawicowych poprzez centrum do skrajnie lewicowych, są ich dziełem i są przez nich kontrolowane? Jak wmurować tablice pamiątkowe w miejscach katowni UB, skoro pozwolenie na to będzie zależało od Żydów ulokowanych we wszelkich urzędach?

Pisze Baliński, że Pierwszym warunkiem podjęcia zadania samodzielnego zdefiniowania interesu narodowego jest suwerenność intelektualna, i to ona nakazuje, aby nie podejmować działań służących innym. Podejście charakterystyczne dla cywilizacji, którą Feliks Koneczny nazwał łacińską, postuluje, by wszelka strategia polityczna (i społeczna) oparta była o dokładne rozpoznanie rzeczywistości i w oparciu o to rozpoznanie, formułowane były cele działań, ale nie próbuje sam zdefiniować, na czym polega ten interes i czym on jest.

Z pojęciem interesu narodowego łączy się pojęcie narodu. „Naród, historycznie wytworzona, trwała wspólnota ludzi ukształtowana na gruncie wspólnych losów dziejowych, kultury, języka, terytorium i życia ekonomicznego, przejawiająca się w świadomości narodowej jej członków.” – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970). Jeśli więc trzymać się tej definicji, to interes narodowy polega na ochronie tej wspólnoty, jej kultury, języka i życia ekonomicznego. To dało by się zastosować do Polski piastowskiej. Natomiast w przypadku I RP, II RP, PRL-u i III RP ta definicja narodu i interesu narodowego nie mogła być zastosowana ze względu na wielonarodowy charakter tych państw. Dlatego Żydzi wszędzie dążą do tworzenia państw wielonarodowych, bo w nich dokładne określenie interesu narodowego nie jest możliwe, a oni w takich społecznościach czują się jak w ryba w wodzie.

To dokładne rozpoznanie rzeczywistości, o którym wspomina Koneczny, stało się udziałem obecnie rządzących i stąd trudność w zdefiniowaniu tego interesu narodowego, bo trzeba by powiedzieć – którego narodu? Kaczyński ma z tym najwyraźniej problem, bo przecież I RP to był Paradis Judaeorum (raj dla Żydów), nie tylko ze względu na przywileje, ale i ze względu na największe ich skupisko w Europie. A jednak zdecydowali się na likwidację tego państwa. Łatwo się likwiduje państwa nijakie, czyli wielonarodowe, takie jak I RP, bo nikt się z nimi nie identyfikuje, nie czuje wspólnoty i nikt nie protestuje, gdy się je kasuje. Czy m.in. nie po to ściągnięto do Polski miliony Ukraińców i kolorowych?

Żydzi dokonali rozbioru I RP rękami zaborców. Ta Rzeczpospolita zawadzała. Gdyby jej nie rozebrano, to był by pewien problem. Napoleon podbił całą Europę kontynentalną i w państwach podbitych wprowadzał ustrój republikański. Gdyby nie rozbiory Rzeczypospolitej, to Napoleon musiałby ją podbić, a właściwie zająć, bo tam nie było czego podbijać. W takim jednak wypadku trudno było by skłonić ludność tego państwa do udziału w wyprawie na Moskwę. A tak, atakując Rosję pod pozorem obalenia monarchii, zyskał wiernego sojusznika, bo dał mu państwo, ale jednocześnie skonfliktował go na trwałe z Rosją. Podobnie było również w przypadku IV-tego rozbioru Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku. II RP stała na drodze do bezpośredniej konfrontacji nazizmu z komunizmem. Hitler podbił prawie całą kontynentalną Europę i w tym wypadku ustrój komunistyczny Związku Radzieckiego był pretekstem do ataku na to państwo. A przecież II RP to też Paradis Judaeorum.

Obecnie wydaje się, że Żydzi postanowili odbudować dawną Rzeczpospolitą. Światowe centrum przenoszą do Chin, co siłą rzeczy marginalizuje, przynajmniej po części, Amerykę, Europę Zachodnią i Rosję. Jeśli ten dziwaczny twór zostanie odtworzony, to nastąpi osłabienie unii europejskiej, ale być może wzmocnienie Niemiec, jeśli odzyskają utracone na rzecz Polski ziemie. Trudno jednak odgadnąć, jaki scenariusz napisali ci niewątpliwie wybitni scenarzyści.

Skoro więc Baliński dokładnie opisuje działania Żydów i ich dominację w niemal każdej dziedzinie życia i proponuje pewne działania, ale nie mówi, jak to zrobić, jak np. przełamać monopol informacyjny Żydów, to rodzi się podejrzenie, że jest to zwykła podpucha. Próba skierowania energii ludzi na jałowe działania może tylko prowadzić do frustracji i zniechęcenia lub też do jakichś gwałtownych, niekontrolowanych wybuchów niezadowolenia. Nie tędy droga. Kim zatem jest Krzysztof Baliński, angażujący się po prawej stronie polskiej sceny politycznej? Sam pisze, że MSZ zdominowali Żydzi. Wypada więc zadać sobie pytanie: jakim cudem on tam trafił?

To dokładne rozpoznanie rzeczywistości w naszym wypadu polega przede wszystkim na poznaniu czy uświadomieniu sobie, czym jest w istocie judaizm? Jego istotą jest rozproszenie i asymilacja. Oznacza to, że Żydzi są wszędzie i wszędzie wnikają w tkankę narodów, wśród których mieszkają, asymilują się, czyli upodobniają się do rdzennych mieszkańców danego terenu. W ten sposób stają się dla nich nierozpoznawalni, a oni się rozpoznają między sobą i dzięki temu mogą tworzyć związki nieformalne i wykorzystywać wszelkie instytucje i organizacje danego państwa dla własnej korzyści.

Jak to działa w praktyce? Bolesław Prus w powieści Emancypantki wkłada w usta jednej z głównych jej postaci takie słowa:

„Niech pani wyobrazi sobie, że mój pryncypał, dzięki stosunkom z zagranicą, no i telegramom, na kilkanaście albo i na kilkadziesiąt godzin wcześniej niźli reszta śmiertelników wie o spadaniu lub wnoszeniu się rozmaitych wartości pieniężnych. To pozwala mu kupować z zyskiem jedne papiery i sprzedawać z zyskiem, a przynajmniej bez straty, inne rozmaitym biedakom czy naiwnym, którzy nie otrzymują depesz z zagranicy.

Niech pani doda, że w specjalnej kancelarii mego pryncypała roją się jak muchy w jatce: lichwiarze, kupcy zbożowi, leśni, okowiciani, cukrowi i mnóstwo niewyraźnych figur, między którymi nie brak nawet pana Zgierskiego. Wszyscy ci ludzie działający niby to samoistnie i na własny rachunek są tylko agentami naszego banku. Tam dostają instrukcje, według których kupują i sprzedają zboże, wełnę, domy, place, sumy spadkowe – wszystko, co pani chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby w naszym biurze sprzedawano nawet kobiety do tureckich haremów albo niewolników południowo-amerykańskim plantatorom.”

Co w takiej sytuacji można zrobić? O tym częściowo w zakładce „Dlaczego blog”. A poza tym, to wypada uczyć się od Żydów, pomagać sobie wzajemnie, szczególnie rodzinie, przyjaciołom i sprawdzonym znajomym. To jest jakby początek budowania pewnej wspólnoty, czyli tworzenie czegoś od podstaw, od dołu, czyli na obszarze, do którego nie docierają wpływy żydowskie. Wszelkie próby działania od góry spalą na panewce, bo tam wszędzie rządzą Żydzi. A do tego namawiają nas oni i nazywają taką postawę patriotyzmem. W państwie wielonarodowym nie ma miejsca na patriotyzm, bo nie ma w nim wspólnego interesu, a przynajmniej tak jest w przypadku III RP i dlatego wmawia się nam, że naszym interesem jest obrona przed Rosją, czyli pomaganie Ukrainie. To jest jednak interes żydowski, a nie – polski.

Polactwo

Jeden z komentujących pod blogiem „Polskość” wspomniał o książce Ziemkiewicza Polactwo. Ukazała się ona w 2004 roku. Tematycznie wiąże się ona z zagadnieniem polskości, więc wypada, chociaż trochę, przybliżyć sobie sposób, w jaki autor podchodzi do tego zagadnienia. Nie czytałem tej książki, bo mnie do niej zniechęcił jej tytuł. Znalazłem jednak w internecie dostępne za darmo jej fragmenty. Z nich wybrałem perę akapitów, by je tu przytoczyć. W moim przekonaniu wystarczy to, by zorientować się, w jakim stylu pisze Ziemkiewicz i poznać sposób jego argumentacji. Zanim jednak do nich przejdę, to parę podstawowych faktów o tej książce. Wikipedia m.in. pisze:

Zdaniem autora tytuł książki oznacza pewien stan umysłu charakteryzujący się mentalnością postpańszczyźnianą i postpeerelowską. W przypadku mas mentalność ta ma się objawiać cwaniactwem i brakiem pojęcia dobra wspólnego, w przypadku elit zwracaniem się przeciwko własnemu narodowi i narzucania mu cywilizacji importowanej. W zamyśle autora nie miało to być więc pogardliwe określenie Polaków.

Polactwo okazało się bestsellerem i wywołało ożywioną dyskusję w telewizji i na forach internetowych. Wydawanie książki było kilkakrotnie wznawiane, między innymi w latach 2007, 2008, 2012 i 2020. Książka była wielokrotnie cytowana w publikacjach naukowych. Zainteresowanie książką utrzymywało się dość długo – przykładowo, Magazyn Literacki „Książki” wymienił ją na liście bestsellerów października 2012.

Po latach krytyce podlegała jednak zawarta w książce Ziemkiewicza drwina z rzekomej roszczeniowości społeczeństwa polskiego, wyrażona przezeń następującymi słowy: „Każdego dnia polactwo, doprowadzone do totalnego skołowania, sfrustrowane, skundlone, oduczone troski o jakiekolwiek wspólne dobro, wymusza na swoich elitach taką właśnie politykę. Aby pod siebie. Aby do jutra”. Jakub Majmurek ironizował: „Wyobraźmy sobie reakcję środowisk, w których dziś czytuje się Ziemkiewicza, gdyby ktoś tak napisał o beneficjentach 500 plus”.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. Wojciech Chlebda pisał, iż termin „polactwo” został przez Ziemkiewicza utrwalony jako określenie „biernej, niechętnej zmianom i wstecznej części polskiego społeczeństwa postpeerelowskiego”.

xxx

W tygodniku Do Rzeczy, z okazji kolejnego wydania książki, ukazał się 27 sierpnia 2020 roku artykuł „Polactwo”. Wznowienie kultowej publicystyki Rafała Ziemkiewicza (https://dorzeczy.pl/kraj/151652/polactwo-wznowienie-kultowej-publicystyki-rafala-ziemkiewicza.html). A w nim opinie czytelników:

  • Świetny styl i wnikliwa analiza polityczna. Można się nie zgadzać, ale znać warto.
  • Wspaniała polszczyzna. Cięty humor. Wnikliwe obserwacje. Kurs historii najnowszej.
  • Gorzkie, szczere, skłaniające do myślenia 
i otwierające oczy.

  • Warta polecenia, jeżeli ktoś ma nerwy ze stali.
  • Kawał bardzo dobrej publicystyki pod prąd.

  • Ta książka to gorzka pigułka do przełknięcia. Autor brutalnie obnaża nie tylko świat wokół nas, ale i nas samych. Polecam gorąco!
  • Polecam ją każdej osobie, której troska o wspólnotę jaką tworzymy, nie jest obca.
  • Uwielbiam. Polactwo powinno obowiązywać 
w szkołach w temacie historii najnowszej.
  • Nie zawiodłem się…, ale wstrząsnąć – wstrząsnęło.

Trudno się dziwić takim komentarzom, bo przecież w tym tygodniku pisuje Ziemkiewicz. W internecie można przeczytać fragment tej książki (https://www.google.pl/books/edition/Polactwo/ZQ9NDgAAQBAJ?hl=pl&gbpv=1&pg=PT3&printsec=frontcover) i z niego wybrałem poniższe cytaty.

O I-wszej Rzeczypospolitej

To nie jest książka o historii, ale zacznijmy od niej. Bo Polacy mają w swej historii doświadczenie szczególne, obce większości narodów. Polacy mieli kiedyś państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata, górujące pod każdym względem nad sąsiadami, rozległe, obfitujące we wszystkie możliwe bogactwa – i w ciągu kilku zaledwie pokoleń doprowadzili je do zagłady. Ich państwo rozleciało się jak domek z kart, nie dlatego, że najechała je potęga, której nie było w stanie się przeciwstawić, nie wskutek jakichś kataklizmów, epidemii, trzęsień ziemi, powodzi, ale dlatego, że po prostu do imentu (od weg. iment – oznacza „całkowicie, do cna, gruntownie” i znane jest głównie z gwary – przyp. W.L.) przegniło. Nie miało ani władzy, ani egzekucji praw, ani sprawnej gospodarki, ani aparatu sprawiedliwości, ani armii, ani obywateli, którzy byliby gotowi, w imię wspólnego dobra, wyrzec się choć drobnej części swoich stanowych przywilejów. Zabił je nie żadem historyczny determinizm, tylko głupota jego własnych mieszkańców, ich zamiłowanie do powszechnego bałaganu, który zwykł utożsamiać z wolnością, nieodpowiedzialność, intelektualna i moralna degrengolada, a wreszcie kompletny brak elit politycznych, które byłyby w stanie zdefiniować narodowe interesy i kierować nimi.

Osobliwość naszego narodu polega jednak na tym, że ma w swych dziejach taką katastrofę – ale na tym, że od kilkuset lat żyjąc w jej cieniu, wypracował niepowtarzalną umiejętność nieprzyjmowania tego, co się stało do wiadomości i co za tym idzie – niewyciągania ze swojej historii jakichkolwiek wniosków.

Do dziś w dawnej, upadłej Rzeczypospolitej nie chcemy widzieć kraju, o którym ojciec ekonomii Adam Smith w swoim opisaniu świata odnotował zwięźle, że o ile mu wiadomo, nie produkuje się tu niczego prócz najprostszych rzeczy, niezbędnych do domowego użytku.

O gwarancjach

Gdyby ta obrona trwała dwa czy trzy miesiące, Anglia z Francją też nie zaatakowałyby w tym czasie Niemiec, bo po prostu nie miały czym! Potencjał zbrojny naszych sojuszników nie był, sprawdziłem w źródłach z epoki, nieznany. Mówi się, że podpisując owe sławne gwarancje, Francja i Anglia doskonale zdawały sobie sprawę, iż pomocy nam nie udzielą. Więc dlaczego je podpisały? To akurat proste jak w pysk dał: żeby zyskać na czasie. Zdając sobie sprawę ze swego nieprzygotowania do zbrojnej konfrontacji, postanowiły skierować pierwsze uderzenie Niemiec na wschód, na Polaków, aby przez te kilka miesięcy wzmocnić swoją obronę.

Cóż za cynizm, przyjęło się to komentować. Cynizm? Polityka międzynarodowa nie zna takiego pojęcia. Przywódcy Wielkiej Brytanii i Francji mieli obowiązek kierować się interesem swoich krajów, a nie Polski. Zamiast zżymać się na nich, zapytajmy: a co nasi mężowie stanu? Czy oni tego wszystkiego nie widzieli, nie rozumieli? Jeśli nie zadali sobie trudu sprawdzić, jaki jest rzeczywisty militarny potencjał mocarstw, które nam swoje gwarancje obiecały, zastanowić się, na ile perspektywa ich pomocy jest realna, przemyśleć ich grę, jeśli wierzyli, że Niemcy dadzą się gwarancjami naszych bezsilnych sojuszników zastraszyć, nagle zatrzymają rozpędzone już przygotowania do wojny – to wypada stwierdzić, że byli idiotami. Jeśli zaś o wszystkim wiedzieli i mimo to podpisali układ, który oznaczał dla bezbronnego kraju nieuchronną klęskę i rzeź to byli idiotami tym bardziej! Dlaczego uparcie od pół wieku nie chcemy tego przyznać, tylko nosimy w sobie pretensję do zachodnich aliantów o graniczącą ze zbrodnią głupotę naszych własnych przywódców.

O Balcerowiczu

Nic tej chorobliwej sytuacji nie obrazuje bardziej dobitnie niż nienawiść, jaką żywi polactwo do człowieka uważanego za symbol polskich przemian. Leszek Balcerowicz jest jednym z nielicznych Polaków, których nazwisko jest dziś rozpoznawalne na świecie.

U nas tymczasem, w Polsce, wychodzi ot, taki sobie naiwny cwaniaczek, wykształcenie rolnicze zawodowe i publicznie nazywa profesora Balcerowicza idiotą. „Ekonomicznym” idiotą, uściśla, i dodaje do tego jeszcze bandytę, łobuza tudzież szereg innych kwiecistych epitetów. Ale te na razie zostawmy, skupmy się tylko na tym drobnym fakcie, że oto ekonomiczną wiedzę człowieka wysoko cenionego przez największych w tej dziedzinie fachowców na świecie u nas weryfikuje negatywnie osobnik, który skończył przysłowiowe trzy klasy i czwarty korytarz. A polactwo, które tego słucha, zamiast parsknąć śmiechem i posłać głąba gdzie jego miejsce, do kopania buraków – bije mu brawo. Prawie jedna trzecia zgłasza gotowość wybrania go premierem bądź prezydentem Rzeczypospolitej, a pięćdziesiąt parę procent deklaruje w badaniach, że ufa właśnie jemu, nie Balcerowiczowi.

Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, że za materialny poziom życia każdego odpowiada państwo, że rząd ma obowiązek zapewnić miejsca pracy, że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! Było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.

xxx

Pisze Ziemkiewicz, że Polacy mieli państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata. Tylko że nie uzasadnił tego. Na czym niby ta potęga miała się opierać? Przede wszystkim nie było to państwo polskie, tylko unia. Potężne pod względem obszaru państwo zostało połączone z Koroną. Wcześniej przez ponad 180 lat Jagiellonowie niszczyli Koronę w sensie gospodarczym, politycznym, społecznym, dostosowując ją w ten sposób do „standardów” dzikiego, feudalnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, powstałego wskutek litewskich podbojów. Wykorzystali oni moment rozpadu dzielnicowego Rusi Kijowskiej i mongolskie najazdy na te tereny i podporządkowali sobie potężny obszar. Obszar, na którym siedzieli wielcy feudałowie litewscy i ruscy. W Koronie tak potężnych feudałów nie było, więc szybko została ona podporządkowana interesom WKL. A w nim dominowało litwactwo, białoruteniactwo i i rusiniactwo (ukrainiactwo).

Pisze też, że brakowało elit politycznych, które mogłyby zdefiniować narodowe interesy. Elitami politycznymi tego dziwacznego tworu byli wielcy feudałowie, których interesem była chęć utrzymania swoich małych państewek i tylko to ich interesowało. A do tego trzeba jeszcze dodać, że Jagiellonowie nie byli Polakami, podobnie jak Wazowie i Sasi.

Cytując Adama Smitha przeczy Ziemkiewicz swemu twierdzeniu, że to była jedna z największych potęg ówczesnego świata. Skoro niczego tam nie produkowano, to nic nie mogło się rozwijać, ani handel, ani usługi, ani kultura, nauka i oświata.

x

W przypadku francuskich i angielskich gwarancji Ziemkiewicz całkowicie rozgrzesza polityków obu nacji, bo przecież w polityce międzynarodowej nie ma takiego pojęcia jak cynizm i całą winę zrzuca na polskich mężów stanu, nazywając ich idiotami. W sumie dobre to tłumaczenie, ale dla… idiotów. Nie wątpię w to, że większość entuzjastów jego twórczości właśnie do tej kategorii należy.

Polscy mężowie stanu, jak ich nazywa Ziemkiewicz, nie byli idiotami, wręcz przeciwnie, byli bardzo inteligentni. Niestety nie reprezentowali interesów państwa polskiego, tylko interesy masońskie i tych, którzy za nimi stali. Bez względu na to, czy byłyby te gwarancje, czy – nie, jedyną sensowną decyzją było by poddanie się bez walki. Niemcy mieli druzgocącą przewagę pod każdym względem i mogli zaatakować z trzech stron. To są fakty, które były znane i widoczne wszystkim ówczesnym politykom i wojskowym. Jeśli jednak podjęto walkę zbrojną, to znaczy, że ktoś potężniejszy kazał im tak postąpić. Gwarancje były tylko i wyłącznie po to, by usprawiedliwić ich decyzje, bo bez nich trudno chyba było by zmobilizować wojsko i społeczeństwo do podjęcia oporu. Bo, co by było, gdyby II RP poddała się? Wtedy Niemcy musieliby zająć całe państwo. Nie mogliby się zatrzymać tam, gdzie się zatrzymali, bo wyglądało by to dziwnie: wypowiedzieli wojnę, przeciwnik poddał się, a oni zajęli tylko połowę państwa. Dlatego Polacy musieli walczyć w bezsensownej wojnie, by mogło dojść do zrealizowania paktu Ribbentrop-Mołotow. No, ale dla czytelników Ziemkiewicza jest to chyba zbyt wyrafinowana interpretacja.

A tak na marginesie, odroczenie napadu na Francję o parę miesięcy nie pomogło. Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja – 135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii, a reszta nie przedstawiała pełnej gotowości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny. Te informacje pochodzą z monumentalnej pracy W. Churchilla II wojna światowa. Wygląda więc na to, że Francuzi byli idiotami, bo w Ardenach zostawili otwartą furtkę. Co więcej, stamtąd wiodła najkrótsza droga do Paryża, a więc byli idiotami tym bardziej! Tak pewnie skonstatowałby Ziemkiewicz. Otóż idiotami nie byli. Widocznie tak, jak w przypadku Polaków, rozkaz przyszedł z góry i trzeba było go wykonać.

x

Gloryfikuje Ziemkiewicz Balcerowicza, prawie uważa go za świętość i skarb narodowy, bo przecież to jeden z nielicznych Polaków, o których świat usłyszał. A prawda jest taka, że udzielił on tylko temu projektowi swego nazwiska. Nawet nie Jeffrey Sachs – o którym Wikipedia pisze, że był ekonomicznym doradcą rządów w Ameryce Łacińskiej, Europie Wschodniej, krajach byłego ZSRR, Azji i Afryce – był autorem tego planu. No proszę, w jakim to doborowym towarzystwie przyszło nam się znaleźć. Doradzał stosowanie tzw. terapii szokowej, zgodnie z którą reformy gospodarcze powinny być wprowadzane w możliwie szybki sposób. Przykładami terapii szokowej w Europie Środkowej i Wschodniej są plan Balcerowicza i Reforma Gajdara. Po raz pierwszy terapię szokową zastosowano w Chile po zamachu stanu generała Augusto Pinocheta w 1973 roku, co określano później jako chilijski cud. W 1973 roku Jeffrey Sachs miał 19 lat.

Podstawą planu Balcerowicza była ideologia liberalizmu gospodarczego, czyli wolnego rynku. Sprowadzało się to do tego, że wszystkie nierentowne zakłady i przedsiębiorstwa należało zlikwidować, a rentowne – sprywatyzować. Nikt nie wnikał w szczegóły, jak to się stało, że tak wiele przedsiębiorstw stało się deficytowymi. Stało się tak, bo przez całą dekadę lat 80-tych pracowano nad tym, bo już wtedy wiedziano, jakie są plany wielkich tego świata. Wciskano ludziom ciemnotę, że ustrój komunistyczny jest niewydolny i trzeba dokonać zmian. I tak się stało. Jak na komendę na przełomie lat 80-tych i 90-tych komunizm w krajach Europy Wschodniej i w Związku Radzieckim zbankrutował. Ale jakimś dziwnym trafem w Chinach miał się dobrze, a obecnie ma się nawet lepiej. Tyle że w tamtym czasie nikt nie zwracał uwagi na Chiny i nie było wiadomo, czy tam będzie tak samo, jak w Europie. Wszyscy byli zajęci tym, co się działo na ich własnym podwórku.

Dobrze pamiętam tamten czas i dobrze pamiętam, że jeden fakt zwrócił moją uwagę. Wszystko, co było ich zdaniem nierentowne, wszystko to likwidowano, ale był jeden wyjątek. Banki! Banki były tak samo zadłużone, jak inne przedsiębiorstwa, co w ich wypadku oznaczało posiadanie złych kredytów, tj. niespłacalnych. To było oczywiste, bo skoro doprowadzano świadomie przedsiębiorstwa do upadku, to siłą rzeczy banki, które udzielały im kredytów, również musiały podzielić ich los. Tu jednak nastąpił wyjątek. Banków nie zlikwidowano. Najpierw je oddłużono na koszt skarbu państwa, a dopiero później sprzedano. Co oznaczało, że ten liberalizm i wolny rynek, to ściema. Cała więc operacja polegała na tym, by zlikwidować polskie przedsiębiorstwa, państwową sieć handlową i tym samym zrobić miejsce na rynku dla międzynarodowych korporacji. Czy zatem Andrzej Lepper tak bardzo się mylił, gdy nazwał Balcerowicza ekonomicznym idiotą? Oczywiście nie był on nim, ale oficjalnie przyjął na siebie rolę orędownika tego przekrętu, więc Lepper oficjalnie nazywał go ekonomicznym idiotą, choć zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że Balcerowicz był figurantem.

„Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, (…) że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.”

A więc według Ziemkiewicza ludzie, którzy domagali się, by ich zakłady pracy potraktować tak samo, jak banki, to polactwo. Jak wiele pogardy jest w tym człowieku dla innych, szczególnie dla tych mniej wykształconych i wykonujących prace fizyczne. Pogarda dla tego typu ludzi to PRL-owski wynalazek ówczesnych elit, które były zdominowane przez Żydów.

x

„Chamuś w gumofilcach, podkoszulku i beretce, jak z satyrycznych rysunków Krauzego, stał się polskim bożkiem i wyrocznią. To on mówi elitom, czego chce naród. To pod jego kątem układa polityczne programy, to na jego rozum przykrawają świat media.”

W tym cytacie nie ma krzty prawdy. Tak nie wyglądał przeciętny robotnik w PRL-u, ani później również. A czy elity słuchają go i pod niego układają programy polityczne? Być może tak, ale jeszcze nigdy ich nie zrealizowały w praktyce, więc wpływ tego „chamusia” na rzeczywistość był i jest zerowy. Pogarda dla zwykłego człowieka, to cecha pewnych ludzi. O nich pisałem w blogu „Kim oni są?” Do nich również należy Ziemkiewicz.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. W moim odczuciu bardziej chodziło o słowo „buractwo”. Nie ulega wątpliwości, że krytyczne spojrzenie na naszą rzeczywistość jest jak najbardziej wskazane, ale wypada, by było ono bezstronne. Jeśli już chce Ziemkiewicz używać tego określenia, to niech będzie konsekwentny. W tak wymieszanym społeczeństwie mieszka nie tylko polactwo, ale również litwactwo, białorutniactwo, ukrainiactwo i żydłactwo.

Jedni „intelektualiści” piszą, że polskość to wielokulturowość i wieloetniczność, a inni, że – nienormalność, a jeszcze inni, że – polactwo, udając, że nie wiedzą, że I RP była właśnie wielokulturowa i wieloetniczna i że konsekwencje tego stanu trwają do dziś. Każdy pisze tak, jak mu wygodniej, albo jak mu zlecono.

Polskość c.d.

W blogu „Polskość” ustosunkowałem się do stwierdzenia Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”. I teraz postaram się uzasadnić, że on miał rację. Tylko najpierw trzeba tę „polskość” zdefiniować. A więc trzeba zacząć od tego, co inni na ten temat pisali. Ale może na początek definicja słownikowa. Mały Słownik języka polskiego PWN 1968 tak definiuje to słowo: polskość – zespól cech polskich, polski charakter czego; przynależność do narodu polskiego. Internetowy Wielki słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości.

Tygodnik Przegląd zamieścił 6 września 2021 artykuł Czym jest polskość, który jest fragmentem książki Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Szkice historyczne i osobiste (https://www.tygodnikprzeglad.pl/czym-jest-polskosc-2/). Poniżej wybrane fragmenty:

To się zmieniło po I wojnie – nie tyle jednak po roku 1918, ile po roku 1921, który ostatecznie ustalił kształt nowego państwa. A państwo to powstało jako twór całkowicie nowy: po raz pierwszy od Kazimierza Wielkiego obyło się bez Rusi, po raz pierwszy od Jagiełły – bez Litwy. To znaczy: w obrębie II RP pozostały wprawdzie takie ruskie i litewskie miasta, jak Lwów i Wilno, jednak nie były one nośnikami własnych idei państwowych: służyły Polsce. Co jednak pozostało z dawnej polskości? Oprócz pamięci zbiorowej, oprócz utworów z literatury pięknej i pomników historiografii byli to przede wszystkim egzulanci. Zjawisko to pojawiło się jeszcze w XVII w., gdy Rzeczpospolita utraciła ziemie naddnieprzańskie, a ich mieszkańcy przenieśli się w jej granice. W dwudziestoleciu w granice II RP przenieśli się ludzie z Litwy oraz z sowieckiej Białorusi i sowieckiej Ukrainy: był wśród nich Jarosław Iwaszkiewicz. A przecież do grona egzulantów należy zaliczyć także Jerzego Giedroycia, Czesława Miłosza i Stanisława Stommę. Ostatnie relikty I Rzeczypospolitej odeszły bowiem na naszych oczach, a „Znak”, którego Stomma był pierwszym redaktorem, do dziś dotyka szczególnego nerwu polskości.

A więc tym szczególnym nerwem polskości byli tzw. egzulanci, tacy m.in. jak Ukrainiec Iwaszkiewicz, czy Litwini: Giedroyć, Miłosz i Stomma. I byli jeszcze Białorusini, niewymienieni tu z nazwiska.

Czy więc dziś, definiując polskość, potrafimy odejść od uwarunkowań ideologicznych? Czy pamiętamy o wielkości terytorium, na którym się ona rozwijała? Czy zdajemy sobie sprawę z zasadniczej różnicy, jaka Polaka dzisiejszego dzieli od jego przodków? Czy przyjmujemy do wiadomości, że polskość jest zawsze (niemal zawsze?) pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe? Czy nasze dziedzictwo obejmuje także polski komunizm, Polonię sowiecką i państwo, które nazywało się PRL? Czym jest polskość?

Według autora polskość jest zawsze pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe. Innymi słowy czymś rozmytym, nieprecyzyjnym, a może nawet mistycznym. Trąca to trochę psychiatrykiem.

To państwo – choć jeszcze pod tradycyjną nazwą Rzeczypospolitej Polskiej – pojawiło się w roku 1945. Pojawiło się na trupie Rzeczypospolitej Niepodległej. A powstanie tego państwa to było już coś znacznie więcej niż obycie się Polski bez Rusi i Litwy. Teraz – pierwszy raz od średniowiecza – Polacy znaleźli się sami. Żydzi zostali wymordowani, Niemcy wygnani, Ukraińcy przesiedleni. Życie bez Innego – to była nasza nowa sytuacja egzystencjalna. Tymczasem – zauważał we wspomnianej ankiecie Józef Czapski – to „Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi”.

Nie ma więc w Polsce Żydów i Ukraińców? Nie było przesiedleń mniejszości kresowych na tzw. Ziemie Odzyskane? No i mamy już bardzo precyzyjną definicję polskości według Józefa Czapskiego. Jeśli Polska czystej krwi, w domyśle piastowska, nie była Polską, to czym była?

Czym więc jest polskość dziś? Jakie treści nadają temu pojęciu szkoła, Kościół, media? A cokolwiek powiemy o różnicy między Polakiem historycznym a Polakiem dzisiejszym – w jakim stopniu potrafimy żyć tradycją dawnego, wielonarodowego i wielokulturowego państwa?

Stopienie uroczystości państwowych z kościelnymi, w połączeniu z etniczną homogenicznością społeczeństwa, zdaje się świadczyć, że prawdziwy Polak to Polak katolik. Równanie takie niosło jednak zawsze treść dla polskości zawężającą. Czy dziś, w tej naszej nowej sytuacji egzystencjalnej, trafi ono na grunt podatny? Byłoby to po raz kolejny wbrew tradycji. Wszak był i taki czas, że w Sejmie Rzeczypospolitej katolicy stanowili mniejszość. A cóż mówić o wkładzie w polską kulturę protestantyzmu, poczynając od Mikołaja Reja? Cóż mówić o takich nurtach polskości, jak postawy antyklerykalne (nieraz widoczne u przedrozbiorowej szlachty), jak tendencje laickie, wolnomyślicielskie, kosmopolityczne? A Rusini piszący w XVII wieku po polsku? A polsko-czesko-niemieccy Ślązacy? A wszelkie inne zjawiska pogranicza etnicznego i kulturowego, które tak nieraz trudno zakwalifikować do piśmiennictwa jednego narodu, a które również wzbogacają wielobarwną paletę polskości?

Czyli nasza tradycja, to państwo wielonarodowe i wielokulturowe. A wcześniej według Romanowskiego niczego nie było.

xxx

Adam Szostkiewicz pojęciu polskości poświęca swój artykuł w „Polityce” Co to znaczy być Polakiem?, który ukazał się 17 lipca 2010 roku. Oryginalny tytuł tekstu to „Polskość i inne ości” (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1507074,1,co-to-znaczy-byc-polakiem.read). Poniżej wybrane fragmenty:

Bo tak jak nie ma jedynej definicji patriotyzmu, nie ma też jedynego rozumienia polskości. Ta wielość jest przejawem bogactwa naszej historii i kultury.

Świeżym przykładem tych dzisiejszych trudności z polskością była akcja polskiego księdza (zresztą o korzeniach ormiańskich) Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego przeciwko organizatorom sesji naukowej ku pamięci grekokatolickiego metropolity Andrzeja Szeptyckiego, nieżyjącego od ponad 60 lat. Dla polskiego kapłana Szeptycki jest zapiekłym ukraińskim nacjonalistą, dla ukraińskich unitów i patriotów – bohaterem sprawy wolnej Ukrainy. Rodzony brat metropolity Stanisław Szeptycki walczył tymczasem o niepodległą Polskę w Legionach Piłsudskiego, dowodził w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., był ministrem obrony w II RP, a po 1945 r. szefem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jeden brat wybrał ukraińskość, drugi polskość. Mieli do tego takie samo prawo. Prawo wolnych ludzi do wyboru własnej tożsamości. Tak samo było z wywodzącymi się z Litwy braćmi Narutowiczami. Gabriel, pierwszy prezydent odrodzonej po 1918 r. Polski, został zamordowany przez polskiego nacjonalistę. Brat Gabriela, Stanisław, został niepodległościowym działaczem litewskim.

Czym ona jest od wielkiego dzwonu, to mniej więcej wiemy. Nie ma chyba wybitnego polskiego pisarza, myśliciela, reżysera, aktora, malarza, artysty, historyka, socjologa, psychologa, działacza, kapłana, który by nam tego nie tłumaczył. Czasem aż do zmęczenia i przesytu wywołującego w nas odruch buntu: „a wiosną, niechaj wiosnę, nie Polskę, zobaczę”. Odruch zdrowy, rodzaj narodowej psychoterapii. Takiej, która pomogłaby nieco zintegrować „Polaka rozłamanego”. Określenia tego użył ponad 20 lat temu Donald Tusk. W ankiecie o polskości rozpisanej przez katolicki miesięcznik „Znak” Tusk pisał: „Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem”. W tej samej ankiecie prof. Jerzy Jedlicki zwracał uwagę, że po raz pierwszy w dziejach dorasta w Polsce pokolenie, dla którego przywiązanie do kraju ojczystego nie jest rzeczą oczywistą, lecz kwestią wyboru (właśnie tak jak dla cytowanego przed chwilą młodego Tuska). „Dzięki łatwości podróżowania, dzięki nowoczesnej technice znają – i to w masie – świat lepiej niż jakiekolwiek poprzednie generacje. I porównują. I zadają rodzicom bardzo kłopotliwe pytania: z czego właściwie mam być dumny(a)? Nie zaspokoicie ich bitwą pod Grunwaldem ani obroną Jasnej Góry”.

Polskość – etyczna propozycja

Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie. A czy można na serio rozprawiać o polskości bez dyskusji o tym, czemu polskość, dawniej i dziś, traci atrakcyjność i czy jej porzucenie, wybór jakiejś innej „-ości”, na przykład europejskości, mamy od razu potępiać jako akt narodowej zdrady? Bo do polskości się dorasta i wchodzi, ale też się od niej odchodzi. Rzadko do końca i finalnie, ale jednak. Dlaczego? Bez odpowiedzi na to pytanie nie ogarniemy polskości.

Polskość to propozycja etyczna, która obejmuje język, kulturę, historię, pamięć itd. I nic o gospodarce, o Wielkopolsce, nic o pragmatyzmie.

W XIX w. odchodziło się na przykład dla chleba i kariery w państwach zaborczych. Ale też dlatego, że nie wszyscy byli gotowi do zrywów kończących się klęską. Albo dlatego, że należało się do elity społecznej, w której uczestnictwo w kulturze europejskiej było do pogodzenia z polskością. Mamy na to wspaniałe powojenne przykłady choćby w kręgu paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.

Dla Szostkiewicza polskość to dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie, czyli znowu coś ezoterycznego, mistycznego. – Dom wariatów.

xxx

Z kolei Andrzej B. Legocki w artykule O współczesnym rozumieniu polskości (https://info.put.poznan.pl/sites/default/files/Wyk%C5%82ad%20prof.%20A.Legockiego.pdf) m.in. pisze:

Niezwykle ważnym kryterium polskości jest zamieszkiwane terytorium, krajobraz ojczysty, ziemia-żywicielka. Naszą ziemią plemienną i kolebką państwowości jest Wielkopolska. Później ojczyzna stała się ogromna. Od zdobytych kresów wschodnich poprzez wieki zapomniane i odzyskane później, kresy zachodnie.

A więc mamy konkret: terytorium, krajobraz, ziemia żywicielka i kolebka państwowości. Dalej jest już poprawność polityczna.

„Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy” – w tej triadzie ziemia jest ostoją trwania, ród – dziedziczną plemiennością, a język polski – międzyludzkim spoiwem. Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą. Szczególnie istotnym wyznacznikiem definiującym polską świadomość jest rodzimy język. Jest wielkim skarbem Polaków i niezastąpionym przewodnikiem dziejowym. Umożliwia nie tylko wyrażanie codziennych myśli, ale także przysparza wielkiego bogactwa naszej kulturze, nieomylnie ukazując busole polskości. Wszyscy, którzy przyczynili się do rozwoju języka polskiego – od pierwszej zachowanej sentencji w XIII-wiecznej księdze henrykowskiej, od Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, z Jakubem Wujkiem, autorem sławnego przekładu Biblii, po wieszczów epoki romantyzmu i mistrzów słowa polskiego czasów nowożytnych – wszyscy oni znaleźli trwałe miejsce w panteonie narodowej kultury. W miarę upowszechniania edukacji nastąpiło połączenie języka potocznego i intelektualnego w jeden język ogólnopolski.

Ogromnie ważnym elementem dla uformowania polskości było przyjęcie chrześcijaństwa. Oznaczało ono formalne przypisanie państwa do Europy łacińskiej, zachodniej. Zespolenie tradycji chrześcijańskiej z kulturą narodową stworzyło ostoję polskości. W trudnych dla narodu latach i w czasach przełomów Kościół był niezawodnym azylem dla „żywej polskości”. Dla wielu ludzi, zwłaszcza tych których losy rzuciły na obczyznę, oznaczała ona dostęp do polskiej kultury, zaś u ludzi religijnych – wierność wierze Ojców i kult Bogurodzicy, czym zawsze wyróżniał się polski katolicyzm.

Przez wieki całe polskość oznaczała wzajemne przenikanie się kultur wielu narodów. Jakże znamienny był ów narodowościowy tygiel ludzki na kresach wschodnich, skąd wyszło na świat tylu wielkich Polaków i zasłużonych twórców narodowej kultury!

I znowu poprawność polityczna!

Wiele przetrwałych przez stulecia cech polskości ukształtowała szeroka otwartość oraz ujmującą gościnność naszego narodu. Polska była otwarta na oścież dla ludzi spoza naszego plemienia. Oskar Kolberg, Aleksander Brückner, Samuel Linde czy Artur Grottger wpisani zostali w szczytny rejestr wybitnych twórców polskiej kultury. Przynależność do naszego społeczeństwa często też była atrakcyjna dla ruskich bojarów i litewskich kniaziów.

Wiek XIX przyniósł dwie często przeciwstawiane sobie tradycje postaw patriotycznych: podjęcie czynu zbrojnego dla zrzucenia jarzma niewoli, albo rozpoczęcie walki o Ojczyznę inną drogą; poprzez wytrwałe kształcenie społeczeństwa i kult pracy od podstaw. Ciekawe, że pamięć o zrywach wolnościowych była w naszej tradycji zawsze stawiana wyżej od kultu pracy organicznej. W polskiej historiografii wykształcił się swoisty kult wojen, nawet tych przegranych.

Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność. Tutaj też pojawiły się wzorce pragmatycznego myślenia, bez kompleksów wobec silniejszego zaborcy, od którego nawet potrafiliśmy się niejednego nauczyć. Wielkopolscy organicznicy dobrze wiedzieli, że droga do restytucji niepodległej Rzeczypospolitej będzie długa, pełna poświęceń i wypełniona niestrudzoną pracą. Umacnianie pierwiastków narodowych w gospodarce i oświacie ceniono tutaj wyżej niż uprawianie, jak gdzie indziej, mało skutecznej polityki. Dla takich ludzi jak: Hipolit Cegielski, Karol Marcinkowski, August Cieszkowski, Dezydery Chłapowski, Karol Libelt, ks. Piotr Wawrzyniak, ks. Augustyn Szamarzewski i Maksymilian Jackowski polskość oznaczała służbę społeczeństwu poprzez własny przykład i rozważne inicjatywy gospodarcze.

I znowu konkret: służba społeczeństwu i rozważne inicjatywy gospodarcze. Pojęcia całkowicie abstrakcyjne dla ludzi ze wschodnimi korzeniami.

Sądzę, że zapoczątkowany w Wielkopolsce „najdłuższy etos nowoczesnej Europy” w jakimś stopniu przetrwał tutaj do dziś. Odnaleźć go można choćby w konstruktywnym współdziałaniu poznańskich uczelni, czego symbolicznym lecz przecież wymownym znakiem jest nasza dzisiejsza uroczystość. Cennymi przykładami tych tendencji są również tworzone tutaj zintegrowane centra badawczo-wdrożeniowe poświęcone nowym materiałom i nowym technologiom. Przy tej okazji warto wspomnieć, że pierwsza w Polsce środowiskowa instytucja uczelniana powstała właśnie w Poznaniu, w roku 1973, z inicjatywy ówczesnej Akademii Rolniczej. Był to Międzyuczelniany Instytut Biochemii.

Podsumowując, tu autor już inaczej rozkłada akcenty, choć wspomina o przenikaniu się wielu kultur i narodów na wschodzie, to skupia się bardziej na Wielkopolsce. Kontrast pomiędzy nim a cytowanymi powyżej autorami jest wyraźny.

xxx

„Krytyka Polityczna” w artykule z 13 listopada 2020 Polskość to nienormalność Wojciecha Czusza ( https://krytykapolityczna.pl/kraj/polskosc-to-nienormalnosc-list/) m.in. pisze:

Polska jest nienormalna. Polacy od dawna są Inni – i ci Inni, ci nienormalni, najlepiej ducha polskości wyrażają.

Polskość to rasowa i religijna różnorodność, polskość to homoseksualizm i transpłciowość, polskość to przecięcie kultur, wieczny dialog, wieczne wrzenie i wieczne narodziny czegoś nowego. Kto domaga się prawd raz ustalonych, prymatu tradycji i świętości autorytetów, ten o polskiej historii nie ma pojęcia i polskości przeczy.

Polskość to także bieda, samotność, bezsilność i depresja. Bardziej niż szklane elewacje warszawskich i krakowskich biurowców, bardziej niż piękne mieszkania bohaterów popularnych seriali. Polakiem w pierwszym rzędzie nie jest ten, kto mieści się w normach widzialności wyznaczanych przez media głównego nurtu.

Jak widać pojęcie polskości jest bardzo rozciągłe i każdy może stworzyć swoją własną jej definicję. Tylko, że z takiego pisania nic nie wynika, bo im jakaś definicja jest bardziej pojemna, tym jest mniej precyzyjna i przeradza się w bełkot.

xxx

Historię Polski przedrozbiorowej można podzielić na trzy okresy: Polskę piastowską (966-1385), okres panowania dynastii jagiellońskiej (1386-1569), czyli unię personalną Polski i Litwy i Rzeczpospolitą (1569-1795), czyli unię realną Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Polska piastowska trwała 419 lat, unia personalna – 183 lata, Rzeczpospolita – 226 lat. A więc okresowi, który trwał najdłużej poświęca się najmniej uwagi albo w ogóle go się nie zauważa.

Polska piastowska była państwem o w miarę zrównoważonych stanach, silnej władzy królewskiej i zasobnym skarbie królewskim. Nie było w niej niewolnictwa chłopów i rozwijały się miasta i mieszczaństwo. Okres panowania Jagiellonów, to był okres dostosowywania Korony do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to też okres rozkradania tego, co dziś nazywamy majątkiem skarbu państwa. Nowe państwo, czyli Rzeczpospolita miało już gotowy ustrój, którego cechami charakterystycznymi była słaba władza królewska, skarb państwa świecący pustkami i dominacja jednego stanu, czyli szlachty, a w praktyce dominacja potężnych feudałów ruskich i litewskich. W ten sposób nowe państwo zostało zdominowane przez elity WKL.

Czy zatem ten nowy twór powinno nazywać się Polską? Nie powinno, bo powstało nowe państwo, które już Polską nie było. Korona została zdominowana przez WKL i odtąd wschodni element, który zaadoptował język polski, zaczął nazywać się Polakami, a cały obszar Rzeczypospolitej nazywano też Polską. I to ci „Polacy” tworzyli później polską literaturę, bardzo hermetyczną, której problematyka nie mogła zainteresować czytelników szerokiego świata. Tylko dwa dzieła mogły zwrócić uwagę świata. To Quo vadis Sienkiewicza i Faraon Prusa. Sienkiewicz dostał Nobla, bo usunął z powieści wątki antysemickie, a Prus nie dostał, bo, chociaż początkowo był wielkim zwolennikiem asymilacji Żydów i z tego tytułu zyskał nawet przydomek Icek Glocwaker, to później przejrzał na oczy i zaczął pisać o nich obiektywnie i dlatego Nobla nie dostał.

Takie wielkie państwo, od morza do morza, a nie wydało z siebie nic, żadnych wybitnych w skali światowej pisarzy, malarzy, muzyków (Chopin był synem Francuza i frankistki), rzeźbiarzy, żadnych architektów, inżynierów, uczonych. Totalna pustynia. Czy zatem miał rację Tusk, gdy mówił, że polskość to nienormalność? Józef Czapski powiedział, że to Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi. Nie wymienił jednak tych narodów. A przecież nietrudno je wyliczyć: Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Żydzi. Można więc ułożyć sobie pewne równanie:

litewskość + białoruskość + ukraińskość + żydowskość = polskość

Jeśli więc polskość, to nienormalność, jak chce Tusk, to znaczy to, że litewskość, białoruskość, ukraińskość i żydowskość, to też nienormalność. Jednym słowem strzelił sobie w stopę, jakby powiedział były prezydent.

Internetowy słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości. A skoro tak, to wypada odwołać się do tradycji, do tej najstarszej, czyli do początków polskiej państwowości. Jej kolebką była Wielkopolska. Mamy więc pewne terytorium, ziemię, wspólnych przodków, język, chrzest, pierwszych władców.

„Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność.” – Nie był to żaden model polskości, tylko polskość. Wielkopolska wyglądała inaczej prawdopodobnie dlatego, że była najdalej na zachód wysuniętą częścią Polski i stąd wpływy wschodnie najsłabsze. Obywatelska współodpowiedzialność to była abstrakcja na wschodzie.

W cytowanych powyżej czterech fragmentach mamy w trzech przypadkach bełkot, jakieś nieprecyzyjne określenie polskości i jeden przykład konkretnego określenia, czym jest polskość. I jest to przykład z Wielkopolski. A więc nawet jeszcze dziś, gdy cała Polska zasypana jest Ukraińcami, tam zachowało się jeszcze jakieś polskie myślenie.

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje bark brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.”

To fragment artykułu Tuska Polak rozłamany z 1987 roku. Ani w tym fragmencie, ani w całym artykule nie próbował on zdefiniować, czym jest polskość. To taki sam bełkot, jak w przypadku innych. Nawet nie zająknął się o Wielkopolsce, która odróżniała się od innych dzielnic nie tylko w sensie gospodarczym, mentalnym, ale też miała bardziej liczne i rozwinięte mieszczaństwo, a chłopi wcześniej przestali tam być niewolnikami. Choć to ostatnie, to raczej wynik polityki zaborczej Niemców.

Na 6 lat przed śmiercią w eseju Przewrót popowstaniowy Dmowski pisze już normalnie, od siebie, a nie, jak wcześniej, na zamówienie:

„Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Jeśli poza Wielkopolską, w której podział był klarowny: Polacy – Niemcy, trudno było zdefiniować pojęcie polskości, to dlatego, że ludność była tam mocno wymieszana, wielonarodowa, wielowyznaniowa. I w tym sensie była i jest to nienormalność, bo dzisiejsze społeczeństwo polskie również takim jest, a wszystkie działania obecnych rządów prowadzą ku temu, by było jeszcze bardziej wymieszane i jeszcze bardziej nienormalne.

Z drugiej strony można zadać sobie pytanie, czy oni rzeczywiście tak myślą o polskości? Czy może jest to fragment szerszego planu? Artykuł Tuska ukazał się w 1987 roku, a więc u progu przemian ustrojowych i gospodarczych. Skoro w tym planie była przebudowa polskiego społeczeństwa, to należało zacząć od zmiany postrzegania przez nie siebie i swojej historii. Gdy komuś obrzydzi się jego własny naród i państwo, to łatwiej będzie mu zaakceptować nowych przybyszy i być może też likwidację jego państwa. Podkreślanie wielokulturowego i wielonarodowego charakteru Rzeczypospolitej temu właśnie służy. Bo trudno w to uwierzyć, że bełkot, który tu zacytowałem jest wynikiem ich niemocy intelektualnej.