Polactwo

Jeden z komentujących pod blogiem „Polskość” wspomniał o książce Ziemkiewicza Polactwo. Ukazała się ona w 2004 roku. Tematycznie wiąże się ona z zagadnieniem polskości, więc wypada, chociaż trochę, przybliżyć sobie sposób, w jaki autor podchodzi do tego zagadnienia. Nie czytałem tej książki, bo mnie do niej zniechęcił jej tytuł. Znalazłem jednak w internecie dostępne za darmo jej fragmenty. Z nich wybrałem perę akapitów, by je tu przytoczyć. W moim przekonaniu wystarczy to, by zorientować się, w jakim stylu pisze Ziemkiewicz i poznać sposób jego argumentacji. Zanim jednak do nich przejdę, to parę podstawowych faktów o tej książce. Wikipedia m.in. pisze:

Zdaniem autora tytuł książki oznacza pewien stan umysłu charakteryzujący się mentalnością postpańszczyźnianą i postpeerelowską. W przypadku mas mentalność ta ma się objawiać cwaniactwem i brakiem pojęcia dobra wspólnego, w przypadku elit zwracaniem się przeciwko własnemu narodowi i narzucania mu cywilizacji importowanej. W zamyśle autora nie miało to być więc pogardliwe określenie Polaków.

Polactwo okazało się bestsellerem i wywołało ożywioną dyskusję w telewizji i na forach internetowych. Wydawanie książki było kilkakrotnie wznawiane, między innymi w latach 2007, 2008, 2012 i 2020. Książka była wielokrotnie cytowana w publikacjach naukowych. Zainteresowanie książką utrzymywało się dość długo – przykładowo, Magazyn Literacki „Książki” wymienił ją na liście bestsellerów października 2012.

Po latach krytyce podlegała jednak zawarta w książce Ziemkiewicza drwina z rzekomej roszczeniowości społeczeństwa polskiego, wyrażona przezeń następującymi słowy: „Każdego dnia polactwo, doprowadzone do totalnego skołowania, sfrustrowane, skundlone, oduczone troski o jakiekolwiek wspólne dobro, wymusza na swoich elitach taką właśnie politykę. Aby pod siebie. Aby do jutra”. Jakub Majmurek ironizował: „Wyobraźmy sobie reakcję środowisk, w których dziś czytuje się Ziemkiewicza, gdyby ktoś tak napisał o beneficjentach 500 plus”.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. Wojciech Chlebda pisał, iż termin „polactwo” został przez Ziemkiewicza utrwalony jako określenie „biernej, niechętnej zmianom i wstecznej części polskiego społeczeństwa postpeerelowskiego”.

xxx

W tygodniku Do Rzeczy, z okazji kolejnego wydania książki, ukazał się 27 sierpnia 2020 roku artykuł „Polactwo”. Wznowienie kultowej publicystyki Rafała Ziemkiewicza (https://dorzeczy.pl/kraj/151652/polactwo-wznowienie-kultowej-publicystyki-rafala-ziemkiewicza.html). A w nim opinie czytelników:

  • Świetny styl i wnikliwa analiza polityczna. Można się nie zgadzać, ale znać warto.
  • Wspaniała polszczyzna. Cięty humor. Wnikliwe obserwacje. Kurs historii najnowszej.
  • Gorzkie, szczere, skłaniające do myślenia 
i otwierające oczy.

  • Warta polecenia, jeżeli ktoś ma nerwy ze stali.
  • Kawał bardzo dobrej publicystyki pod prąd.

  • Ta książka to gorzka pigułka do przełknięcia. Autor brutalnie obnaża nie tylko świat wokół nas, ale i nas samych. Polecam gorąco!
  • Polecam ją każdej osobie, której troska o wspólnotę jaką tworzymy, nie jest obca.
  • Uwielbiam. Polactwo powinno obowiązywać 
w szkołach w temacie historii najnowszej.
  • Nie zawiodłem się…, ale wstrząsnąć – wstrząsnęło.

Trudno się dziwić takim komentarzom, bo przecież w tym tygodniku pisuje Ziemkiewicz. W internecie można przeczytać fragment tej książki (https://www.google.pl/books/edition/Polactwo/ZQ9NDgAAQBAJ?hl=pl&gbpv=1&pg=PT3&printsec=frontcover) i z niego wybrałem poniższe cytaty.

O I-wszej Rzeczypospolitej

To nie jest książka o historii, ale zacznijmy od niej. Bo Polacy mają w swej historii doświadczenie szczególne, obce większości narodów. Polacy mieli kiedyś państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata, górujące pod każdym względem nad sąsiadami, rozległe, obfitujące we wszystkie możliwe bogactwa – i w ciągu kilku zaledwie pokoleń doprowadzili je do zagłady. Ich państwo rozleciało się jak domek z kart, nie dlatego, że najechała je potęga, której nie było w stanie się przeciwstawić, nie wskutek jakichś kataklizmów, epidemii, trzęsień ziemi, powodzi, ale dlatego, że po prostu do imentu (od weg. iment – oznacza „całkowicie, do cna, gruntownie” i znane jest głównie z gwary – przyp. W.L.) przegniło. Nie miało ani władzy, ani egzekucji praw, ani sprawnej gospodarki, ani aparatu sprawiedliwości, ani armii, ani obywateli, którzy byliby gotowi, w imię wspólnego dobra, wyrzec się choć drobnej części swoich stanowych przywilejów. Zabił je nie żadem historyczny determinizm, tylko głupota jego własnych mieszkańców, ich zamiłowanie do powszechnego bałaganu, który zwykł utożsamiać z wolnością, nieodpowiedzialność, intelektualna i moralna degrengolada, a wreszcie kompletny brak elit politycznych, które byłyby w stanie zdefiniować narodowe interesy i kierować nimi.

Osobliwość naszego narodu polega jednak na tym, że ma w swych dziejach taką katastrofę – ale na tym, że od kilkuset lat żyjąc w jej cieniu, wypracował niepowtarzalną umiejętność nieprzyjmowania tego, co się stało do wiadomości i co za tym idzie – niewyciągania ze swojej historii jakichkolwiek wniosków.

Do dziś w dawnej, upadłej Rzeczypospolitej nie chcemy widzieć kraju, o którym ojciec ekonomii Adam Smith w swoim opisaniu świata odnotował zwięźle, że o ile mu wiadomo, nie produkuje się tu niczego prócz najprostszych rzeczy, niezbędnych do domowego użytku.

O gwarancjach

Gdyby ta obrona trwała dwa czy trzy miesiące, Anglia z Francją też nie zaatakowałyby w tym czasie Niemiec, bo po prostu nie miały czym! Potencjał zbrojny naszych sojuszników nie był, sprawdziłem w źródłach z epoki, nieznany. Mówi się, że podpisując owe sławne gwarancje, Francja i Anglia doskonale zdawały sobie sprawę, iż pomocy nam nie udzielą. Więc dlaczego je podpisały? To akurat proste jak w pysk dał: żeby zyskać na czasie. Zdając sobie sprawę ze swego nieprzygotowania do zbrojnej konfrontacji, postanowiły skierować pierwsze uderzenie Niemiec na wschód, na Polaków, aby przez te kilka miesięcy wzmocnić swoją obronę.

Cóż za cynizm, przyjęło się to komentować. Cynizm? Polityka międzynarodowa nie zna takiego pojęcia. Przywódcy Wielkiej Brytanii i Francji mieli obowiązek kierować się interesem swoich krajów, a nie Polski. Zamiast zżymać się na nich, zapytajmy: a co nasi mężowie stanu? Czy oni tego wszystkiego nie widzieli, nie rozumieli? Jeśli nie zadali sobie trudu sprawdzić, jaki jest rzeczywisty militarny potencjał mocarstw, które nam swoje gwarancje obiecały, zastanowić się, na ile perspektywa ich pomocy jest realna, przemyśleć ich grę, jeśli wierzyli, że Niemcy dadzą się gwarancjami naszych bezsilnych sojuszników zastraszyć, nagle zatrzymają rozpędzone już przygotowania do wojny – to wypada stwierdzić, że byli idiotami. Jeśli zaś o wszystkim wiedzieli i mimo to podpisali układ, który oznaczał dla bezbronnego kraju nieuchronną klęskę i rzeź to byli idiotami tym bardziej! Dlaczego uparcie od pół wieku nie chcemy tego przyznać, tylko nosimy w sobie pretensję do zachodnich aliantów o graniczącą ze zbrodnią głupotę naszych własnych przywódców.

O Balcerowiczu

Nic tej chorobliwej sytuacji nie obrazuje bardziej dobitnie niż nienawiść, jaką żywi polactwo do człowieka uważanego za symbol polskich przemian. Leszek Balcerowicz jest jednym z nielicznych Polaków, których nazwisko jest dziś rozpoznawalne na świecie.

U nas tymczasem, w Polsce, wychodzi ot, taki sobie naiwny cwaniaczek, wykształcenie rolnicze zawodowe i publicznie nazywa profesora Balcerowicza idiotą. „Ekonomicznym” idiotą, uściśla, i dodaje do tego jeszcze bandytę, łobuza tudzież szereg innych kwiecistych epitetów. Ale te na razie zostawmy, skupmy się tylko na tym drobnym fakcie, że oto ekonomiczną wiedzę człowieka wysoko cenionego przez największych w tej dziedzinie fachowców na świecie u nas weryfikuje negatywnie osobnik, który skończył przysłowiowe trzy klasy i czwarty korytarz. A polactwo, które tego słucha, zamiast parsknąć śmiechem i posłać głąba gdzie jego miejsce, do kopania buraków – bije mu brawo. Prawie jedna trzecia zgłasza gotowość wybrania go premierem bądź prezydentem Rzeczypospolitej, a pięćdziesiąt parę procent deklaruje w badaniach, że ufa właśnie jemu, nie Balcerowiczowi.

Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, że za materialny poziom życia każdego odpowiada państwo, że rząd ma obowiązek zapewnić miejsca pracy, że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! Było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.

xxx

Pisze Ziemkiewicz, że Polacy mieli państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata. Tylko że nie uzasadnił tego. Na czym niby ta potęga miała się opierać? Przede wszystkim nie było to państwo polskie, tylko unia. Potężne pod względem obszaru państwo zostało połączone z Koroną. Wcześniej przez ponad 180 lat Jagiellonowie niszczyli Koronę w sensie gospodarczym, politycznym, społecznym, dostosowując ją w ten sposób do „standardów” dzikiego, feudalnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, powstałego wskutek litewskich podbojów. Wykorzystali oni moment rozpadu dzielnicowego Rusi Kijowskiej i mongolskie najazdy na te tereny i podporządkowali sobie potężny obszar. Obszar, na którym siedzieli wielcy feudałowie litewscy i ruscy. W Koronie tak potężnych feudałów nie było, więc szybko została ona podporządkowana interesom WKL. A w nim dominowało litwactwo, białoruteniactwo i i rusiniactwo (ukrainiactwo).

Pisze też, że brakowało elit politycznych, które mogłyby zdefiniować narodowe interesy. Elitami politycznymi tego dziwacznego tworu byli wielcy feudałowie, których interesem była chęć utrzymania swoich małych państewek i tylko to ich interesowało. A do tego trzeba jeszcze dodać, że Jagiellonowie nie byli Polakami, podobnie jak Wazowie i Sasi.

Cytując Adama Smitha przeczy Ziemkiewicz swemu twierdzeniu, że to była jedna z największych potęg ówczesnego świata. Skoro niczego tam nie produkowano, to nic nie mogło się rozwijać, ani handel, ani usługi, ani kultura, nauka i oświata.

x

W przypadku francuskich i angielskich gwarancji Ziemkiewicz całkowicie rozgrzesza polityków obu nacji, bo przecież w polityce międzynarodowej nie ma takiego pojęcia jak cynizm i całą winę zrzuca na polskich mężów stanu, nazywając ich idiotami. W sumie dobre to tłumaczenie, ale dla… idiotów. Nie wątpię w to, że większość entuzjastów jego twórczości właśnie do tej kategorii należy.

Polscy mężowie stanu, jak ich nazywa Ziemkiewicz, nie byli idiotami, wręcz przeciwnie, byli bardzo inteligentni. Niestety nie reprezentowali interesów państwa polskiego, tylko interesy masońskie i tych, którzy za nimi stali. Bez względu na to, czy byłyby te gwarancje, czy – nie, jedyną sensowną decyzją było by poddanie się bez walki. Niemcy mieli druzgocącą przewagę pod każdym względem i mogli zaatakować z trzech stron. To są fakty, które były znane i widoczne wszystkim ówczesnym politykom i wojskowym. Jeśli jednak podjęto walkę zbrojną, to znaczy, że ktoś potężniejszy kazał im tak postąpić. Gwarancje były tylko i wyłącznie po to, by usprawiedliwić ich decyzje, bo bez nich trudno chyba było by zmobilizować wojsko i społeczeństwo do podjęcia oporu. Bo, co by było, gdyby II RP poddała się? Wtedy Niemcy musieliby zająć całe państwo. Nie mogliby się zatrzymać tam, gdzie się zatrzymali, bo wyglądało by to dziwnie: wypowiedzieli wojnę, przeciwnik poddał się, a oni zajęli tylko połowę państwa. Dlatego Polacy musieli walczyć w bezsensownej wojnie, by mogło dojść do zrealizowania paktu Ribbentrop-Mołotow. No, ale dla czytelników Ziemkiewicza jest to chyba zbyt wyrafinowana interpretacja.

A tak na marginesie, odroczenie napadu na Francję o parę miesięcy nie pomogło. Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja – 135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii, a reszta nie przedstawiała pełnej gotowości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny. Te informacje pochodzą z monumentalnej pracy W. Churchilla II wojna światowa. Wygląda więc na to, że Francuzi byli idiotami, bo w Ardenach zostawili otwartą furtkę. Co więcej, stamtąd wiodła najkrótsza droga do Paryża, a więc byli idiotami tym bardziej! Tak pewnie skonstatowałby Ziemkiewicz. Otóż idiotami nie byli. Widocznie tak, jak w przypadku Polaków, rozkaz przyszedł z góry i trzeba było go wykonać.

x

Gloryfikuje Ziemkiewicz Balcerowicza, prawie uważa go za świętość i skarb narodowy, bo przecież to jeden z nielicznych Polaków, o których świat usłyszał. A prawda jest taka, że udzielił on tylko temu projektowi swego nazwiska. Nawet nie Jeffrey Sachs – o którym Wikipedia pisze, że był ekonomicznym doradcą rządów w Ameryce Łacińskiej, Europie Wschodniej, krajach byłego ZSRR, Azji i Afryce – był autorem tego planu. No proszę, w jakim to doborowym towarzystwie przyszło nam się znaleźć. Doradzał stosowanie tzw. terapii szokowej, zgodnie z którą reformy gospodarcze powinny być wprowadzane w możliwie szybki sposób. Przykładami terapii szokowej w Europie Środkowej i Wschodniej są plan Balcerowicza i Reforma Gajdara. Po raz pierwszy terapię szokową zastosowano w Chile po zamachu stanu generała Augusto Pinocheta w 1973 roku, co określano później jako chilijski cud. W 1973 roku Jeffrey Sachs miał 19 lat.

Podstawą planu Balcerowicza była ideologia liberalizmu gospodarczego, czyli wolnego rynku. Sprowadzało się to do tego, że wszystkie nierentowne zakłady i przedsiębiorstwa należało zlikwidować, a rentowne – sprywatyzować. Nikt nie wnikał w szczegóły, jak to się stało, że tak wiele przedsiębiorstw stało się deficytowymi. Stało się tak, bo przez całą dekadę lat 80-tych pracowano nad tym, bo już wtedy wiedziano, jakie są plany wielkich tego świata. Wciskano ludziom ciemnotę, że ustrój komunistyczny jest niewydolny i trzeba dokonać zmian. I tak się stało. Jak na komendę na przełomie lat 80-tych i 90-tych komunizm w krajach Europy Wschodniej i w Związku Radzieckim zbankrutował. Ale jakimś dziwnym trafem w Chinach miał się dobrze, a obecnie ma się nawet lepiej. Tyle że w tamtym czasie nikt nie zwracał uwagi na Chiny i nie było wiadomo, czy tam będzie tak samo, jak w Europie. Wszyscy byli zajęci tym, co się działo na ich własnym podwórku.

Dobrze pamiętam tamten czas i dobrze pamiętam, że jeden fakt zwrócił moją uwagę. Wszystko, co było ich zdaniem nierentowne, wszystko to likwidowano, ale był jeden wyjątek. Banki! Banki były tak samo zadłużone, jak inne przedsiębiorstwa, co w ich wypadku oznaczało posiadanie złych kredytów, tj. niespłacalnych. To było oczywiste, bo skoro doprowadzano świadomie przedsiębiorstwa do upadku, to siłą rzeczy banki, które udzielały im kredytów, również musiały podzielić ich los. Tu jednak nastąpił wyjątek. Banków nie zlikwidowano. Najpierw je oddłużono na koszt skarbu państwa, a dopiero później sprzedano. Co oznaczało, że ten liberalizm i wolny rynek, to ściema. Cała więc operacja polegała na tym, by zlikwidować polskie przedsiębiorstwa, państwową sieć handlową i tym samym zrobić miejsce na rynku dla międzynarodowych korporacji. Czy zatem Andrzej Lepper tak bardzo się mylił, gdy nazwał Balcerowicza ekonomicznym idiotą? Oczywiście nie był on nim, ale oficjalnie przyjął na siebie rolę orędownika tego przekrętu, więc Lepper oficjalnie nazywał go ekonomicznym idiotą, choć zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że Balcerowicz był figurantem.

„Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, (…) że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.”

A więc według Ziemkiewicza ludzie, którzy domagali się, by ich zakłady pracy potraktować tak samo, jak banki, to polactwo. Jak wiele pogardy jest w tym człowieku dla innych, szczególnie dla tych mniej wykształconych i wykonujących prace fizyczne. Pogarda dla tego typu ludzi to PRL-owski wynalazek ówczesnych elit, które były zdominowane przez Żydów.

x

„Chamuś w gumofilcach, podkoszulku i beretce, jak z satyrycznych rysunków Krauzego, stał się polskim bożkiem i wyrocznią. To on mówi elitom, czego chce naród. To pod jego kątem układa polityczne programy, to na jego rozum przykrawają świat media.”

W tym cytacie nie ma krzty prawdy. Tak nie wyglądał przeciętny robotnik w PRL-u, ani później również. A czy elity słuchają go i pod niego układają programy polityczne? Być może tak, ale jeszcze nigdy ich nie zrealizowały w praktyce, więc wpływ tego „chamusia” na rzeczywistość był i jest zerowy. Pogarda dla zwykłego człowieka, to cecha pewnych ludzi. O nich pisałem w blogu „Kim oni są?” Do nich również należy Ziemkiewicz.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. W moim odczuciu bardziej chodziło o słowo „buractwo”. Nie ulega wątpliwości, że krytyczne spojrzenie na naszą rzeczywistość jest jak najbardziej wskazane, ale wypada, by było ono bezstronne. Jeśli już chce Ziemkiewicz używać tego określenia, to niech będzie konsekwentny. W tak wymieszanym społeczeństwie mieszka nie tylko polactwo, ale również litwactwo, białorutniactwo, ukrainiactwo i żydłactwo.

Jedni „intelektualiści” piszą, że polskość to wielokulturowość i wieloetniczność, a inni, że – nienormalność, a jeszcze inni, że – polactwo, udając, że nie wiedzą, że I RP była właśnie wielokulturowa i wieloetniczna i że konsekwencje tego stanu trwają do dziś. Każdy pisze tak, jak mu wygodniej, albo jak mu zlecono.

Polskość c.d.

W blogu „Polskość” ustosunkowałem się do stwierdzenia Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”. I teraz postaram się uzasadnić, że on miał rację. Tylko najpierw trzeba tę „polskość” zdefiniować. A więc trzeba zacząć od tego, co inni na ten temat pisali. Ale może na początek definicja słownikowa. Mały Słownik języka polskiego PWN 1968 tak definiuje to słowo: polskość – zespól cech polskich, polski charakter czego; przynależność do narodu polskiego. Internetowy Wielki słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości.

Tygodnik Przegląd zamieścił 6 września 2021 artykuł Czym jest polskość, który jest fragmentem książki Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Szkice historyczne i osobiste (https://www.tygodnikprzeglad.pl/czym-jest-polskosc-2/). Poniżej wybrane fragmenty:

To się zmieniło po I wojnie – nie tyle jednak po roku 1918, ile po roku 1921, który ostatecznie ustalił kształt nowego państwa. A państwo to powstało jako twór całkowicie nowy: po raz pierwszy od Kazimierza Wielkiego obyło się bez Rusi, po raz pierwszy od Jagiełły – bez Litwy. To znaczy: w obrębie II RP pozostały wprawdzie takie ruskie i litewskie miasta, jak Lwów i Wilno, jednak nie były one nośnikami własnych idei państwowych: służyły Polsce. Co jednak pozostało z dawnej polskości? Oprócz pamięci zbiorowej, oprócz utworów z literatury pięknej i pomników historiografii byli to przede wszystkim egzulanci. Zjawisko to pojawiło się jeszcze w XVII w., gdy Rzeczpospolita utraciła ziemie naddnieprzańskie, a ich mieszkańcy przenieśli się w jej granice. W dwudziestoleciu w granice II RP przenieśli się ludzie z Litwy oraz z sowieckiej Białorusi i sowieckiej Ukrainy: był wśród nich Jarosław Iwaszkiewicz. A przecież do grona egzulantów należy zaliczyć także Jerzego Giedroycia, Czesława Miłosza i Stanisława Stommę. Ostatnie relikty I Rzeczypospolitej odeszły bowiem na naszych oczach, a „Znak”, którego Stomma był pierwszym redaktorem, do dziś dotyka szczególnego nerwu polskości.

A więc tym szczególnym nerwem polskości byli tzw. egzulanci, tacy m.in. jak Ukrainiec Iwaszkiewicz, czy Litwini: Giedroyć, Miłosz i Stomma. I byli jeszcze Białorusini, niewymienieni tu z nazwiska.

Czy więc dziś, definiując polskość, potrafimy odejść od uwarunkowań ideologicznych? Czy pamiętamy o wielkości terytorium, na którym się ona rozwijała? Czy zdajemy sobie sprawę z zasadniczej różnicy, jaka Polaka dzisiejszego dzieli od jego przodków? Czy przyjmujemy do wiadomości, że polskość jest zawsze (niemal zawsze?) pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe? Czy nasze dziedzictwo obejmuje także polski komunizm, Polonię sowiecką i państwo, które nazywało się PRL? Czym jest polskość?

Według autora polskość jest zawsze pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe. Innymi słowy czymś rozmytym, nieprecyzyjnym, a może nawet mistycznym. Trąca to trochę psychiatrykiem.

To państwo – choć jeszcze pod tradycyjną nazwą Rzeczypospolitej Polskiej – pojawiło się w roku 1945. Pojawiło się na trupie Rzeczypospolitej Niepodległej. A powstanie tego państwa to było już coś znacznie więcej niż obycie się Polski bez Rusi i Litwy. Teraz – pierwszy raz od średniowiecza – Polacy znaleźli się sami. Żydzi zostali wymordowani, Niemcy wygnani, Ukraińcy przesiedleni. Życie bez Innego – to była nasza nowa sytuacja egzystencjalna. Tymczasem – zauważał we wspomnianej ankiecie Józef Czapski – to „Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi”.

Nie ma więc w Polsce Żydów i Ukraińców? Nie było przesiedleń mniejszości kresowych na tzw. Ziemie Odzyskane? No i mamy już bardzo precyzyjną definicję polskości według Józefa Czapskiego. Jeśli Polska czystej krwi, w domyśle piastowska, nie była Polską, to czym była?

Czym więc jest polskość dziś? Jakie treści nadają temu pojęciu szkoła, Kościół, media? A cokolwiek powiemy o różnicy między Polakiem historycznym a Polakiem dzisiejszym – w jakim stopniu potrafimy żyć tradycją dawnego, wielonarodowego i wielokulturowego państwa?

Stopienie uroczystości państwowych z kościelnymi, w połączeniu z etniczną homogenicznością społeczeństwa, zdaje się świadczyć, że prawdziwy Polak to Polak katolik. Równanie takie niosło jednak zawsze treść dla polskości zawężającą. Czy dziś, w tej naszej nowej sytuacji egzystencjalnej, trafi ono na grunt podatny? Byłoby to po raz kolejny wbrew tradycji. Wszak był i taki czas, że w Sejmie Rzeczypospolitej katolicy stanowili mniejszość. A cóż mówić o wkładzie w polską kulturę protestantyzmu, poczynając od Mikołaja Reja? Cóż mówić o takich nurtach polskości, jak postawy antyklerykalne (nieraz widoczne u przedrozbiorowej szlachty), jak tendencje laickie, wolnomyślicielskie, kosmopolityczne? A Rusini piszący w XVII wieku po polsku? A polsko-czesko-niemieccy Ślązacy? A wszelkie inne zjawiska pogranicza etnicznego i kulturowego, które tak nieraz trudno zakwalifikować do piśmiennictwa jednego narodu, a które również wzbogacają wielobarwną paletę polskości?

Czyli nasza tradycja, to państwo wielonarodowe i wielokulturowe. A wcześniej według Romanowskiego niczego nie było.

xxx

Adam Szostkiewicz pojęciu polskości poświęca swój artykuł w „Polityce” Co to znaczy być Polakiem?, który ukazał się 17 lipca 2010 roku. Oryginalny tytuł tekstu to „Polskość i inne ości” (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1507074,1,co-to-znaczy-byc-polakiem.read). Poniżej wybrane fragmenty:

Bo tak jak nie ma jedynej definicji patriotyzmu, nie ma też jedynego rozumienia polskości. Ta wielość jest przejawem bogactwa naszej historii i kultury.

Świeżym przykładem tych dzisiejszych trudności z polskością była akcja polskiego księdza (zresztą o korzeniach ormiańskich) Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego przeciwko organizatorom sesji naukowej ku pamięci grekokatolickiego metropolity Andrzeja Szeptyckiego, nieżyjącego od ponad 60 lat. Dla polskiego kapłana Szeptycki jest zapiekłym ukraińskim nacjonalistą, dla ukraińskich unitów i patriotów – bohaterem sprawy wolnej Ukrainy. Rodzony brat metropolity Stanisław Szeptycki walczył tymczasem o niepodległą Polskę w Legionach Piłsudskiego, dowodził w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., był ministrem obrony w II RP, a po 1945 r. szefem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jeden brat wybrał ukraińskość, drugi polskość. Mieli do tego takie samo prawo. Prawo wolnych ludzi do wyboru własnej tożsamości. Tak samo było z wywodzącymi się z Litwy braćmi Narutowiczami. Gabriel, pierwszy prezydent odrodzonej po 1918 r. Polski, został zamordowany przez polskiego nacjonalistę. Brat Gabriela, Stanisław, został niepodległościowym działaczem litewskim.

Czym ona jest od wielkiego dzwonu, to mniej więcej wiemy. Nie ma chyba wybitnego polskiego pisarza, myśliciela, reżysera, aktora, malarza, artysty, historyka, socjologa, psychologa, działacza, kapłana, który by nam tego nie tłumaczył. Czasem aż do zmęczenia i przesytu wywołującego w nas odruch buntu: „a wiosną, niechaj wiosnę, nie Polskę, zobaczę”. Odruch zdrowy, rodzaj narodowej psychoterapii. Takiej, która pomogłaby nieco zintegrować „Polaka rozłamanego”. Określenia tego użył ponad 20 lat temu Donald Tusk. W ankiecie o polskości rozpisanej przez katolicki miesięcznik „Znak” Tusk pisał: „Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem”. W tej samej ankiecie prof. Jerzy Jedlicki zwracał uwagę, że po raz pierwszy w dziejach dorasta w Polsce pokolenie, dla którego przywiązanie do kraju ojczystego nie jest rzeczą oczywistą, lecz kwestią wyboru (właśnie tak jak dla cytowanego przed chwilą młodego Tuska). „Dzięki łatwości podróżowania, dzięki nowoczesnej technice znają – i to w masie – świat lepiej niż jakiekolwiek poprzednie generacje. I porównują. I zadają rodzicom bardzo kłopotliwe pytania: z czego właściwie mam być dumny(a)? Nie zaspokoicie ich bitwą pod Grunwaldem ani obroną Jasnej Góry”.

Polskość – etyczna propozycja

Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie. A czy można na serio rozprawiać o polskości bez dyskusji o tym, czemu polskość, dawniej i dziś, traci atrakcyjność i czy jej porzucenie, wybór jakiejś innej „-ości”, na przykład europejskości, mamy od razu potępiać jako akt narodowej zdrady? Bo do polskości się dorasta i wchodzi, ale też się od niej odchodzi. Rzadko do końca i finalnie, ale jednak. Dlaczego? Bez odpowiedzi na to pytanie nie ogarniemy polskości.

Polskość to propozycja etyczna, która obejmuje język, kulturę, historię, pamięć itd. I nic o gospodarce, o Wielkopolsce, nic o pragmatyzmie.

W XIX w. odchodziło się na przykład dla chleba i kariery w państwach zaborczych. Ale też dlatego, że nie wszyscy byli gotowi do zrywów kończących się klęską. Albo dlatego, że należało się do elity społecznej, w której uczestnictwo w kulturze europejskiej było do pogodzenia z polskością. Mamy na to wspaniałe powojenne przykłady choćby w kręgu paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.

Dla Szostkiewicza polskość to dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie, czyli znowu coś ezoterycznego, mistycznego. – Dom wariatów.

xxx

Z kolei Andrzej B. Legocki w artykule O współczesnym rozumieniu polskości (https://info.put.poznan.pl/sites/default/files/Wyk%C5%82ad%20prof.%20A.Legockiego.pdf) m.in. pisze:

Niezwykle ważnym kryterium polskości jest zamieszkiwane terytorium, krajobraz ojczysty, ziemia-żywicielka. Naszą ziemią plemienną i kolebką państwowości jest Wielkopolska. Później ojczyzna stała się ogromna. Od zdobytych kresów wschodnich poprzez wieki zapomniane i odzyskane później, kresy zachodnie.

A więc mamy konkret: terytorium, krajobraz, ziemia żywicielka i kolebka państwowości. Dalej jest już poprawność polityczna.

„Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy” – w tej triadzie ziemia jest ostoją trwania, ród – dziedziczną plemiennością, a język polski – międzyludzkim spoiwem. Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą. Szczególnie istotnym wyznacznikiem definiującym polską świadomość jest rodzimy język. Jest wielkim skarbem Polaków i niezastąpionym przewodnikiem dziejowym. Umożliwia nie tylko wyrażanie codziennych myśli, ale także przysparza wielkiego bogactwa naszej kulturze, nieomylnie ukazując busole polskości. Wszyscy, którzy przyczynili się do rozwoju języka polskiego – od pierwszej zachowanej sentencji w XIII-wiecznej księdze henrykowskiej, od Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, z Jakubem Wujkiem, autorem sławnego przekładu Biblii, po wieszczów epoki romantyzmu i mistrzów słowa polskiego czasów nowożytnych – wszyscy oni znaleźli trwałe miejsce w panteonie narodowej kultury. W miarę upowszechniania edukacji nastąpiło połączenie języka potocznego i intelektualnego w jeden język ogólnopolski.

Ogromnie ważnym elementem dla uformowania polskości było przyjęcie chrześcijaństwa. Oznaczało ono formalne przypisanie państwa do Europy łacińskiej, zachodniej. Zespolenie tradycji chrześcijańskiej z kulturą narodową stworzyło ostoję polskości. W trudnych dla narodu latach i w czasach przełomów Kościół był niezawodnym azylem dla „żywej polskości”. Dla wielu ludzi, zwłaszcza tych których losy rzuciły na obczyznę, oznaczała ona dostęp do polskiej kultury, zaś u ludzi religijnych – wierność wierze Ojców i kult Bogurodzicy, czym zawsze wyróżniał się polski katolicyzm.

Przez wieki całe polskość oznaczała wzajemne przenikanie się kultur wielu narodów. Jakże znamienny był ów narodowościowy tygiel ludzki na kresach wschodnich, skąd wyszło na świat tylu wielkich Polaków i zasłużonych twórców narodowej kultury!

I znowu poprawność polityczna!

Wiele przetrwałych przez stulecia cech polskości ukształtowała szeroka otwartość oraz ujmującą gościnność naszego narodu. Polska była otwarta na oścież dla ludzi spoza naszego plemienia. Oskar Kolberg, Aleksander Brückner, Samuel Linde czy Artur Grottger wpisani zostali w szczytny rejestr wybitnych twórców polskiej kultury. Przynależność do naszego społeczeństwa często też była atrakcyjna dla ruskich bojarów i litewskich kniaziów.

Wiek XIX przyniósł dwie często przeciwstawiane sobie tradycje postaw patriotycznych: podjęcie czynu zbrojnego dla zrzucenia jarzma niewoli, albo rozpoczęcie walki o Ojczyznę inną drogą; poprzez wytrwałe kształcenie społeczeństwa i kult pracy od podstaw. Ciekawe, że pamięć o zrywach wolnościowych była w naszej tradycji zawsze stawiana wyżej od kultu pracy organicznej. W polskiej historiografii wykształcił się swoisty kult wojen, nawet tych przegranych.

Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność. Tutaj też pojawiły się wzorce pragmatycznego myślenia, bez kompleksów wobec silniejszego zaborcy, od którego nawet potrafiliśmy się niejednego nauczyć. Wielkopolscy organicznicy dobrze wiedzieli, że droga do restytucji niepodległej Rzeczypospolitej będzie długa, pełna poświęceń i wypełniona niestrudzoną pracą. Umacnianie pierwiastków narodowych w gospodarce i oświacie ceniono tutaj wyżej niż uprawianie, jak gdzie indziej, mało skutecznej polityki. Dla takich ludzi jak: Hipolit Cegielski, Karol Marcinkowski, August Cieszkowski, Dezydery Chłapowski, Karol Libelt, ks. Piotr Wawrzyniak, ks. Augustyn Szamarzewski i Maksymilian Jackowski polskość oznaczała służbę społeczeństwu poprzez własny przykład i rozważne inicjatywy gospodarcze.

I znowu konkret: służba społeczeństwu i rozważne inicjatywy gospodarcze. Pojęcia całkowicie abstrakcyjne dla ludzi ze wschodnimi korzeniami.

Sądzę, że zapoczątkowany w Wielkopolsce „najdłuższy etos nowoczesnej Europy” w jakimś stopniu przetrwał tutaj do dziś. Odnaleźć go można choćby w konstruktywnym współdziałaniu poznańskich uczelni, czego symbolicznym lecz przecież wymownym znakiem jest nasza dzisiejsza uroczystość. Cennymi przykładami tych tendencji są również tworzone tutaj zintegrowane centra badawczo-wdrożeniowe poświęcone nowym materiałom i nowym technologiom. Przy tej okazji warto wspomnieć, że pierwsza w Polsce środowiskowa instytucja uczelniana powstała właśnie w Poznaniu, w roku 1973, z inicjatywy ówczesnej Akademii Rolniczej. Był to Międzyuczelniany Instytut Biochemii.

Podsumowując, tu autor już inaczej rozkłada akcenty, choć wspomina o przenikaniu się wielu kultur i narodów na wschodzie, to skupia się bardziej na Wielkopolsce. Kontrast pomiędzy nim a cytowanymi powyżej autorami jest wyraźny.

xxx

„Krytyka Polityczna” w artykule z 13 listopada 2020 Polskość to nienormalność Wojciecha Czusza ( https://krytykapolityczna.pl/kraj/polskosc-to-nienormalnosc-list/) m.in. pisze:

Polska jest nienormalna. Polacy od dawna są Inni – i ci Inni, ci nienormalni, najlepiej ducha polskości wyrażają.

Polskość to rasowa i religijna różnorodność, polskość to homoseksualizm i transpłciowość, polskość to przecięcie kultur, wieczny dialog, wieczne wrzenie i wieczne narodziny czegoś nowego. Kto domaga się prawd raz ustalonych, prymatu tradycji i świętości autorytetów, ten o polskiej historii nie ma pojęcia i polskości przeczy.

Polskość to także bieda, samotność, bezsilność i depresja. Bardziej niż szklane elewacje warszawskich i krakowskich biurowców, bardziej niż piękne mieszkania bohaterów popularnych seriali. Polakiem w pierwszym rzędzie nie jest ten, kto mieści się w normach widzialności wyznaczanych przez media głównego nurtu.

Jak widać pojęcie polskości jest bardzo rozciągłe i każdy może stworzyć swoją własną jej definicję. Tylko, że z takiego pisania nic nie wynika, bo im jakaś definicja jest bardziej pojemna, tym jest mniej precyzyjna i przeradza się w bełkot.

xxx

Historię Polski przedrozbiorowej można podzielić na trzy okresy: Polskę piastowską (966-1385), okres panowania dynastii jagiellońskiej (1386-1569), czyli unię personalną Polski i Litwy i Rzeczpospolitą (1569-1795), czyli unię realną Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Polska piastowska trwała 419 lat, unia personalna – 183 lata, Rzeczpospolita – 226 lat. A więc okresowi, który trwał najdłużej poświęca się najmniej uwagi albo w ogóle go się nie zauważa.

Polska piastowska była państwem o w miarę zrównoważonych stanach, silnej władzy królewskiej i zasobnym skarbie królewskim. Nie było w niej niewolnictwa chłopów i rozwijały się miasta i mieszczaństwo. Okres panowania Jagiellonów, to był okres dostosowywania Korony do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to też okres rozkradania tego, co dziś nazywamy majątkiem skarbu państwa. Nowe państwo, czyli Rzeczpospolita miało już gotowy ustrój, którego cechami charakterystycznymi była słaba władza królewska, skarb państwa świecący pustkami i dominacja jednego stanu, czyli szlachty, a w praktyce dominacja potężnych feudałów ruskich i litewskich. W ten sposób nowe państwo zostało zdominowane przez elity WKL.

Czy zatem ten nowy twór powinno nazywać się Polską? Nie powinno, bo powstało nowe państwo, które już Polską nie było. Korona została zdominowana przez WKL i odtąd wschodni element, który zaadoptował język polski, zaczął nazywać się Polakami, a cały obszar Rzeczypospolitej nazywano też Polską. I to ci „Polacy” tworzyli później polską literaturę, bardzo hermetyczną, której problematyka nie mogła zainteresować czytelników szerokiego świata. Tylko dwa dzieła mogły zwrócić uwagę świata. To Quo vadis Sienkiewicza i Faraon Prusa. Sienkiewicz dostał Nobla, bo usunął z powieści wątki antysemickie, a Prus nie dostał, bo, chociaż początkowo był wielkim zwolennikiem asymilacji Żydów i z tego tytułu zyskał nawet przydomek Icek Glocwaker, to później przejrzał na oczy i zaczął pisać o nich obiektywnie i dlatego Nobla nie dostał.

Takie wielkie państwo, od morza do morza, a nie wydało z siebie nic, żadnych wybitnych w skali światowej pisarzy, malarzy, muzyków (Chopin był synem Francuza i frankistki), rzeźbiarzy, żadnych architektów, inżynierów, uczonych. Totalna pustynia. Czy zatem miał rację Tusk, gdy mówił, że polskość to nienormalność? Józef Czapski powiedział, że to Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi. Nie wymienił jednak tych narodów. A przecież nietrudno je wyliczyć: Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Żydzi. Można więc ułożyć sobie pewne równanie:

litewskość + białoruskość + ukraińskość + żydowskość = polskość

Jeśli więc polskość, to nienormalność, jak chce Tusk, to znaczy to, że litewskość, białoruskość, ukraińskość i żydowskość, to też nienormalność. Jednym słowem strzelił sobie w stopę, jakby powiedział były prezydent.

Internetowy słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości. A skoro tak, to wypada odwołać się do tradycji, do tej najstarszej, czyli do początków polskiej państwowości. Jej kolebką była Wielkopolska. Mamy więc pewne terytorium, ziemię, wspólnych przodków, język, chrzest, pierwszych władców.

„Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność.” – Nie był to żaden model polskości, tylko polskość. Wielkopolska wyglądała inaczej prawdopodobnie dlatego, że była najdalej na zachód wysuniętą częścią Polski i stąd wpływy wschodnie najsłabsze. Obywatelska współodpowiedzialność to była abstrakcja na wschodzie.

W cytowanych powyżej czterech fragmentach mamy w trzech przypadkach bełkot, jakieś nieprecyzyjne określenie polskości i jeden przykład konkretnego określenia, czym jest polskość. I jest to przykład z Wielkopolski. A więc nawet jeszcze dziś, gdy cała Polska zasypana jest Ukraińcami, tam zachowało się jeszcze jakieś polskie myślenie.

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje bark brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.”

To fragment artykułu Tuska Polak rozłamany z 1987 roku. Ani w tym fragmencie, ani w całym artykule nie próbował on zdefiniować, czym jest polskość. To taki sam bełkot, jak w przypadku innych. Nawet nie zająknął się o Wielkopolsce, która odróżniała się od innych dzielnic nie tylko w sensie gospodarczym, mentalnym, ale też miała bardziej liczne i rozwinięte mieszczaństwo, a chłopi wcześniej przestali tam być niewolnikami. Choć to ostatnie, to raczej wynik polityki zaborczej Niemców.

Na 6 lat przed śmiercią w eseju Przewrót popowstaniowy Dmowski pisze już normalnie, od siebie, a nie, jak wcześniej, na zamówienie:

„Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Jeśli poza Wielkopolską, w której podział był klarowny: Polacy – Niemcy, trudno było zdefiniować pojęcie polskości, to dlatego, że ludność była tam mocno wymieszana, wielonarodowa, wielowyznaniowa. I w tym sensie była i jest to nienormalność, bo dzisiejsze społeczeństwo polskie również takim jest, a wszystkie działania obecnych rządów prowadzą ku temu, by było jeszcze bardziej wymieszane i jeszcze bardziej nienormalne.

Z drugiej strony można zadać sobie pytanie, czy oni rzeczywiście tak myślą o polskości? Czy może jest to fragment szerszego planu? Artykuł Tuska ukazał się w 1987 roku, a więc u progu przemian ustrojowych i gospodarczych. Skoro w tym planie była przebudowa polskiego społeczeństwa, to należało zacząć od zmiany postrzegania przez nie siebie i swojej historii. Gdy komuś obrzydzi się jego własny naród i państwo, to łatwiej będzie mu zaakceptować nowych przybyszy i być może też likwidację jego państwa. Podkreślanie wielokulturowego i wielonarodowego charakteru Rzeczypospolitej temu właśnie służy. Bo trudno w to uwierzyć, że bełkot, który tu zacytowałem jest wynikiem ich niemocy intelektualnej.

KUL

W związku z dwuznacznym stanowiskiem hierarchów kościelnych w sprawie rzezi wołyńskiej pojawia się pytanie: czym jest Kościół katolicki w Polsce i komu służy? Instytucja, która według endeków i innych “patriotów” jest nieodzownym elementem polskości, po raz kolejny daje dowód, że jest jej wrogiem. I tak sobie skojarzyłem, że jest przecież w Polsce Katolicki Uniwersytet Lubelski, czyli KUL. I w pewnym sensie jest on częścią tego Kościoła. Może więc poznanie historii tej części ułatwi zrozumienie, czym jest całość. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii; (wytłuszczenia W.L.).

xxx

Universitas Lublinensis Ioannis Pauli II, skr. KUL, w latach 1918–1928 Uniwersytet Lubelski) – polski uniwersytet katolicki z siedzibą w Lublinie. Jest kościelną szkołą wyższą o pełnych prawach publicznych szkół wyższych. Najstarsza uczelnia Lublina i trzeci najstarszy funkcjonujący uniwersytet w Polsce.

Został założony 27 lipca 1918 roku jako Uniwersytet Lubelski z inicjatywy ówczesnego rektora Akademii Duchownej w Petersburgu (powstałej w 1842 roku) ks. Idziego Radziszewskiego. Po wyrażeniu zgody na utworzenie uniwersytetu przez konferencję biskupów polskich w Warszawie z udziałem Achillesa Ratti (późniejszego papieża Piusa XI), uruchomiono naukę na wydziałach: Teologicznym, Prawa Kanonicznego, Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych oraz Nauk Humanistycznych. Pierwszym rektorem KUL został Radziszewski, a większość kadry uczelni stanowili wykładowcy Akademii, której ówczesny Uniwersytet Lubelski stał się kontynuatorem.

Katolicki Uniwersytet Lubelski powstał z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego, który zbierał fundusze na powstanie katolickiej uczelni w Polsce wśród Polonii w Petersburgu, w miejsce likwidowanej przez władze bolszewickie Akademii Duchownej w Petersburgu. Głównymi fundatorami byli przemysłowiec Karol Jaroszyński i inżynier Franciszek Skąpski.

Na miejsce dla takiej uczelni wybrano Lublin. W 1918 roku pomysł zyskał akceptację polskich biskupów oraz nuncjusza Stolicy Apostolskiej i 27 lipca 1918 roku decyzją Zjazdu Biskupów Królestwa Polskiego została powołana uczelnia pod nazwą Uniwersytet Lubelski. Księgozbiór Akademii Petersburskiej stał się zaczątkiem księgozbioru nowego Uniwersytetu. Jesienią 1918 roku Uniwersytet rozpoczął działalność. Początkowo korzystał z bazy lokalowej seminarium duchownego. Obejmował wtedy 4 wydziały: Teologiczny (otwarty w 1918), Prawa Kanonicznego, Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych oraz Nauk Humanistycznych.

W 1928 r. zmieniono nazwę uczelni na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Przed II wojną światową KUL zdobywał uprawnienia państwowe oraz, mimo że miał status uczelni prywatnej, otrzymał prawo do dotacji państwowych. Otrzymał także własny gmach – był to budynek podominikański usytuowany przy Alejach Racławickich, blisko centrum miasta.

KUL była pierwszą wyższą uczelnią, która wznowiła działalność na skrawku wyzwolonej Polski. Już 2 sierpnia 1944 roku KUL uzyskał pozwolenie od nowych komunistycznych władz na wznowienie działalności, a 3 listopada 1944 roku podjęto zajęcia akademickie (na inauguracji roku szkolnego obecni byli m.in. przedstawiciele PKWN i oficjalny reprezentant ZSRR w Lublinie – Nikołaj Bułganin). Uczelnię udało się reaktywować dzięki inicjatywie ks. prof. Antoniego Słomkowskiego. Zaczęli tu wykładać profesorowie przesiedleni z Kresów Wschodnich, głównie z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Początkowo nowe władze sprzyjały katolickiej uczelni, później jednak stała się ona celem ataków. Doszło do nacjonalizacji podstawowego źródła finansowania KUL, jakim był liczący 7 tys. ha majątek rolny Fundacji hr. Potulickich w Potulicach koło Nakła. W 1949 roku zabroniono przyjmowania nowych studentów na niektóre świeckie kierunki, pozbawiono funkcji rektora ks. Słomkowskiego – za to, że nie chciał zalegalizować na uczelni komórki młodzieżowej organizacji komunistycznej. Uniwersytet był stale inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, utrudniano życie studentom i wykładowcom, cenzurowano publikacje uczelni.

Dopiero lata 90. XX wieku przyniosły poprawę sytuacji. Część pieniędzy KUL zaczął otrzymywać z budżetu państwa, zniesiono cenzurę, uczelnia zaczęła rozwijać bazę dydaktyczną. W 1991 r. KUL odzyskał Fundację Potulicką, a w 2003 r. założył grupę kapitałową CGFP sp. z o.o. mającą w swych zasobach ziemię o areale 5000 ha. Z danych księgowych wynika jakim majątkiem obraca cała grupa kapitałowa i jak duże finansowanie posiada KUL.

xxx

O Akademii Duchownej w Petersburgu Wikipedia tak pisze:

Cesarska Rzymskokatolicka Akademia Duchowna w Petersburgu (ros. Императорская римско-католическая духовная академия) – wyższa szkoła teologiczna istniejąca w latach 1842–1918 w Petersburgu.

W 1773 roku po kasacie zakonu jezuitów prowadzony przez nich w Wilnie Uniwersytet Wileński Stowarzyszenia Jezusowego Księstwa Litewskiego został przemianowany na Szkołę Główną Wielkiego Księstwa Litewskiego. 4 kwietnia 1803 roku na jego bazie powstał Imperatorski Uniwersytet Wileński. W 1833 roku z wydziału teologicznego tej uczelni po połączeniu z Głównym Seminarium Wileńskim utworzono Wileńską Rzymskokatolicką Akademię Duchowną. W 1842 roku przeniesiono ją do Petersburga. Po wizytacji uczelni 18 grudnia 1844 roku Mikołaj I zatwierdził statut uczelni i wydał rozporządzenie nadające jej nazwę Cesarskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej. Gdy w 1847 roku podpisano konkordat pomiędzy Rosją a Stolicą Apostolską Akademia została podporządkowana arcybiskupowi mohylewskiemu. Po likwidacji w 1867 roku Warszawskiej Akademii Duchownej jej studentów przeniesiono do działającej w Petersburgu uczelni.

W lutym 1918 roku z inicjatywy Radziszewskiego w Piotrogrodzie Komitet Organizacyjny mający za zadanie zorganizowanie uniwersytetu katolickiego, a 23 października 1918 roku Edward Ropp metropolita mohylewski przekazał tworzącemu się Uniwersytetowi w Lublinie prawo piotrogrodzkiej Akademii do otwarcia wydziału teologicznego w roku akademickim 1918/19. Gdy w grudniu 1918 roku został otwarty Uniwersytet Lubelski w gronie jego wykładowców znaleźli się również profesorzy Akademii, a zaczątkiem biblioteki uniwersytetu były księgozbiory wykładowców zakupione przez Karola Jaroszyńskiego.

xxx

Mamy więc taką sytuację, że zakon jezuitów został skasowany w całej Europie, ale nie w Rosji i ta prawosławna Rosja, niby tak wroga katolicyzmowi, bardzo przychylnie odnosi się do jezuitów. Można więc powiedzieć, że korzenie KUL są jezuickie. Ciekawymi postaciami są też dwaj fundatorzy Karol Jaroszyński i Franciszek Skąpski.

Karol Jaroszyński, Karol Lucjan Jan Jaroszyński herbu własnego, ros. Карл Иосифович Ярошински, Charles Jaroszynski (ur. 13 grudnia 1878 w Kijowie, zm. 8 września 1929 w Warszawie) – polski przedsiębiorca, finansista i filantrop.

Syn Józefa Klemensa Jaroszyńskiego herbu własnego (1826–1885), właściciela rozległych dóbr, szeregu cukrowni na Podolu i banku w Kijowie, i Karoliny Borsza-Drzewieckiej herbu Nałęcz (ok. 1837–1921). Uczęszczał do Szkoły Męskiej Towarzystwa Popierania Szkoły Średniej oraz Pierwszego Gimnazjum Klasycznego w Kijowie (do 1896); absolwent wydziału handlowego Szkoły Realnej w Moskwie (Московское реальное училище) (1899). Finansista z polskiej rodziny szlacheckiej, zamieszkałej na Podolu w okolicach Winnicy. Właściciel dóbr Antopol, Krzyżopol, Wapniarka. Nazywany też rosyjskim Vanderbiltem. W 1909 r. powiększył swój majątek rozbijając bank w Casino de Monte-Carlo – wygrał wówczas w ruletkę w przeliczeniu 774 kg złota (1 mln rubli). W marcu 1916 jego majątek oceniano na kwotę 26,1 mln rubli, 300 mln rub. w długach wekslowych oraz 950 mln rub. w złocie i nieruchomościach, łącznie 1 mld 276 mln rubli. Ostrożne szacując, byłoby to ponad 200 mld obecnych polskich zł. Można więc przyjąć, że był jednym z najbogatszych i wpływowych ludzi w Imperium Rosyjskim i najbogatszym Polakiem na przełomie XIX i XX wieku. Był wówczas największym właścicielem cukrowni w świecie, gdyż był właścicielem lub współwłaścicielem 53 cukrowni i rafinerii cukru m.in. w Gniewaniu, Czarnominie, Kordelewce, Tomaszpolu, Stepanówce, Woronowicy, Odessie, Mariańsku, Gorodiszczach, Tule, Czerkasach, Michajłowskim Chutorze, Woroneżu, Krupcu, Malowiskach, Makarińcu, Iwnii, Perewerziewce i Suprunówce; 12 banków.

Prowadził znaczącą działalność filantropijną. W 1917 nabył za 1 mln rubli dom senatora Połowcowa na potrzeby bursy dla polskich studentów przy Nab. Kriukowa 12 (Крюкова наб.к.) w Petersburgu (DS „Zgoda”). Wspierał utworzenie Uniwersytetu Lubelskiego. Był prezesem „Komitetu Organizacyjnego Uniwersytetu Katolickiego” i jednym z głównych (obok Franciszka Skąpskiego) fundatorów. Na jego powstanie wpłacił w latach 1918–1922 bardzo duże kwoty, a następnie wspierał go finansowo do końca życia.

Według wspomnień Jałowieckiego, w 1917 r. Jaroszyński miał mieć kontakty z bolszewikami (możliwe, że dzięki domniemanej przynależności do masonerii) i mógł z wyprzedzeniem wiedzieć o planowanym przez nich przewrocie. Podczas wojny domowej w Rosji był uczestnikiem tzw. „intrygi bankowej”, której celem było finansowe wsparcie sił antybolszewickich przez aliantów. 14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała nakaz jego aresztowania. Ukrywał się przez pewien czas w mieście, w sierpniu 1918 r. wyjechał do Kijowa, a następnie do Odessy, skąd na wiosnę 1920 r. ewakuował się na pokładzie francuskiego torpedowca do Paryża, a po kilku miesiącach przeniósł się do Warszawy. Zamieszkał w pałacu Sobańskich.

Pełnił wówczas funkcje:

  • doradcy finansowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1921–1922)
  • dyrektora Banku Rosyjsko-Polskiego SA w Warszawie (1921–1923)
  • prezesa Banku Zjednoczonych Przemysłowców SA w Warszawie
  • prezesa Rady Banku Leśnego SA w Wilnie”.

W tym czasie był też głównym udziałowcem (56%) Banku Towarowego SA w Warszawie (1922). Jego działalność finansowa w Polsce nie powiodła się jednak i popadł w problemy finansowe. W 1923 r. wyjechał do Rzymu, w 1926 r. powrócił do Warszawy, zamieszkując w małym mieszkaniu przy ul. Smoczej 7. Po przekazaniu kolejnej darowizny na Katolicki Uniwersytet Lubelski w 1928 r. znalazł się w bardzo złej sytuacji materialnej.

Pod koniec życia cierpiał na problemy zdrowotne po zamachu na jego życie w Operze Paryskiej, gdzie ukłuto go zatrutą igłą, prawdopodobnie z powodu działalności antybolszewickiej.

Zmarł w szpitalu św. Ducha w Warszawie na dur brzuszny i został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w grobowcu rodzinnym przy reprezentacyjnej al. Katakumbowej (filar 44), jednak wkrótce ciało przeniesiono do grobu w odległym miejscu cmentarza (kw. 227, rz. 3, m. 23).

xxx

O drugim fundatorze, Franciszku Skąpskim, Wikipedia nie zamieściła odrębnej informacji, natomiast pisze o nim na swoim blogu Grzegorz Wysok. Grzegorz Piotr Wysok (http://grzegorzwysok.blogspot.com/2008/10/inynier-franciszek-skpski-fundator-i.html). Inżynier Franciszek Skąpski – fundator i współorganizator KUL – był masonem. Poniżej treść tego artykułu:

Obserwując degrengoladę panującą od dłuższego czasu w murach lubelskiej uczelni – gdzie bez problemów wykładane są heretyckie doktryny nie mające nic wspólnego z katolicyzmem (np. teologia w ujęciu o. Hryniewicza – głoszącego nie istnienie piekła i tzw. powszechne zbawienie; “Kongresy chrześcijańskie” z udziałem rabinów i Moniki Olejnik itp.) warto przypomnieć postać współorganizatora i fundatora tej uczelni inżyniera Franciszka Skąpskiego (1881-1966) będącego wybitnym polskim masonem.

W skrócie można o nim powiedzieć co następuje. Był to niezwykle bogaty przedsiębiorca budowlany w przedrewolucyjnej Rosji, wydawca polskiej gazety codziennej “Dziennik Petersburski” ukazującej się w czasie I wojny światowej a wyrażającej dyskretnie poglądy obozu piłsudczykowskiego sprzyjającego Państwom Centralnym a wrogiego Aliantom i polskiemu obozowi narodowemu z Dmowskim na czele. Działał też w harcerstwie pełniąc po wybuchu rewolucji funkcję komendanta piotrogrodzkiej chorągwi i Towarzystwie Gimnastycznym “Sokół”. Jednocześnie był członkiem konspiracyjnego POW (Polska Organizacja Wojskowa) finansując z własnych środków jej działalność, a od 1917 sprawując funkcję komendanta na Rosję. Jako zwolennik Piłsudskiego a jednocześnie osoba bardzo wpływowa Franciszek Skąpski odegrał decydującą rolę w obaleniu planu Narodowej Demokracji utworzenia w Rosji potężnej Armii Polskiej stojącej w obozie antyniemieckim gdy po obaleniu caratu pojawiła się realnie taka możliwość.

To, że masonem był polityk związany z Piłsudskim, niszczyciel armii polskiej, zwolennik Niemiec i Austrii nie dziwi. Ale Franciszek Skąpski był też… współfundatorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i w latach 1918-1922 jego Kuratorem. Jakie były powody, że mason a w latach późniejszych również zwolennik i propagator hinduistycznej i okultystycznej nauki, wyznawca filozofii Bo Yn Ra, Hatha i Radża Jogi itp., członek loży Ebdar – Tempel zu Brunn, jawny odstępca od kościoła, tłumacz i wydawca dzieł z zakresu wiedzy tajemnej – przeznaczył znaczne kwoty pieniężne (podobno 1 mln rubli w złocie) na KUL?

Sam inżynier Skąpski w swoim spisanym w 1958 życiorysie nie tłumaczy jasno swych motywów, podkreśla jedynie swój kryzys religijny spowodowany jakoby politycznymi sugestiami spowiednika, z którymi się nie zgadzał i co odwiodło go od kościoła.

Nie można formułować zbyt kategorycznych sądów jednak przynajmniej jako hipotezę można przyjąć, że mogła tu wchodzić w grę długoplanowa polityka masonerii zmierzająca do zdobycia wpływu na Kościół poprzez próby zbudowania instytucji, która formować będzie inteligencje katolicką i księży w duchu dla masonerii pożądanym. Urabiać kadry, rozmiękczać ortodoksyjność nauczania, propagować miły wolnomularzom “katolicyzm postępowy” tak aby uniwersytet z założenia katolicki stał się źródłem fermentu i zamieszania – czego złowrogie skutki niestety obserwujemy nie od dziś. W liście F. Skąpskiego do księdza rektora Idziego Radziszewskiego z 30.08.1918 roku znalazłem ciekawy i znamienny fragment: “Lublin przyjął z entuzjazmem wieść o uniwerku, ale koniecznie uniwerku katolickim, żeby Żydów nie przyjmować, ale ja się temu wedle możności opieram”. To też jest jakaś wskazówka!

xxx

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia ten fragment: W 1991 r. KUL odzyskał Fundację Potulicką, a w 2003 r. założył grupę kapitałową CGFP sp. z o.o. mającą w swych zasobach ziemię o areale 5000 ha.” Stanisław Didier w swojej książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) w rozdziale Okres pozytywizmu pisze:

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcili się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Łascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie, Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Rzyszczewskimi, Potulickimi, Lasockimi, Ilińskimi, Skarbkami, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in.

xxx

Z przedstawionych powyżej informacji wynika, że KUL miał dwóch fundatorów. Jeden z nich był Żydem, a drugi masonem. Można więc powiedzieć, że jest to żydowski uniwersytet, a jego kadrę w dużej części stanowią Żydzi. I to oni decydują o linii programowej tej uczelni.

Z drugiej strony, jeśli zastanowić się tak ogólnie nad Kościołem katolickim jako instytucją, to jest raczej niemożliwe, by nie była ona żydowskim wynalazkiem i nie pozostawała pod ich kontrolą. Kościół dysponuje danymi dotyczącymi aktów chrztu. W jego archiwach znajdują się również akty chrztu Żydów od najdawniejszych czasów. To bardzo wrażliwe dane, które mogłyby być wykorzystane na różne sposoby. Na to zapewne nie pozwoliliby oni. A skoro tak , to hierarchowie Kościoła katolickiego muszą tak postępować, jak tego chcą Żydzi. Inna sprawa, że część z tych hierarchów to Żydzi, a im wyżej w hierarchii, tym ich więcej. I stąd takie ich zachowanie w sprawie rzezi wołyńskiej.

Nieformalne związki

W związku z „próbą” zamachu stanu w Rosji i działaniami Prigożyna pojawiło się i nadal pojawia mnóstwo artykułów, komentarzy, prób interpretacji tych wydarzeń. Odnoszę jednak wrażenie, że to wszystko ma raczej służyć zaciemnieniu obrazu, niż wyjaśnieniu tego, o co w tym zamieszaniu chodziło. Ponieważ ci, którzy rządzą tym światem, nie zmieniają swoich metod i zasad działania, to wypada odwołać się do tego, co już było, a co daje się jakoś sensownie wytłumaczyć. Wytłumaczyć nie znaczy udowodnić. Działań opartych o nieformalne związki nie da się udowodnić i wypada zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli ktoś myśli, że gdzieś są jakieś twarde dowody w postaci dokumentów, zamkniętych w niedostępnych archiwach, to jest bardzo naiwny.

xxx

Tym, co już było i co zmieniło oblicze świata, jak żadne inne w XX wieku, była rewolucja bolszewicka w Rosji w 1917 roku. Antony C. Sutton w swojej książce Wall Street a rewolucja bolszewicka (1974), Wektory 2017, w podrozdziale Intencje i cele Trockiego pisze:

W rezultacie możemy wywieść następującą sekwencję zdarzeń: Trocki podróżował z Nowego Jorku do Piotrogrodu z paszportem, który otrzymał dzięki interwencji Woodrowa Wilsona, z otwartym zamiarem „kontynuowania” rewolucji. Rząd brytyjski był bezpośrednio odpowiedzialny za uwolnienie Trockiego z kanadyjskiego aresztu w 1917 roku, lecz mogły też istnieć inne „naciski”. Lincoln Steffens, amerykański komunista, pełnił funkcję łącznika między Wilsonem a Charlesem R. Crane’em oraz między Crane’em a Trockim. Ponadto, podczas gdy Crane nie zajmował żadnego oficjalnego stanowiska, jego syn Richard był osobistym asystentem sekretarza stanu Roberta Lansinga, a Crane senior bezzwłocznie otrzymywał szczegółowe raporty o postępie rewolucji bolszewickiej. Co więcej, ambasador William Dodd (ambasador USA w Niemczech za czasów Hitlera) powiedział, że Crane odegrał aktywną rolę w rewolucji Kiereńskiego. Listy Steffensa potwierdzają, że Crane postrzegał przewrót Kiereńskiego jako krok w trwającej rewolucji.

Interesujące jest jednak nie tyle to, że istniała komunikacja między tak różnymi osobami jak Crane, Steffens, Trocki i Woodrow Wilson, ile to, że istniała przynajmniej pewna zgoda co do dalszej procedury – to jest co do tego, że Rząd Tymczasowy jest faktycznie „tymczasowy” oraz że powinno dojść do „re-rewolucji”.

Z drugiej strony, interpretując intencje Trockiego, należy zachować ostrożność – był mistrzem podwójnych gier. Oficjalne dokumenty wyraźnie ukazują sprzeczne działania. Na przykład 23 marca 1918 roku Wydział Dalekiego Wschodu w Departamencie Stanu USA otrzymał dwa raporty dotyczące Trockiego – jeden kłóci się z drugim. Pierwszy, datowany na dwudziestego marca i nadany z Moskwy, odnosi się do rosyjskiej gazety „Rosyjskie słowo” i cytuje wywiad z Trockim, w którym ten stwierdził, że jakikolwiek sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest niemożliwy:

Radziecka Rosja nie może sprzymierzyć się (…) z kapitalistyczną Ameryką, gdyż byłaby to zdrada. Możliwe, że Amerykanie zabiegają o takie zbliżenie z nami ze względu na ich niechęć wobec Japonii, lecz w żadnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek sojuszu z burżuazyjnym państwem.

Drugi raport, również pochodzący z Moskwy, to wiadomość datowana 17 marca 1918 roku, trzy dni wcześniej, wysłana przez ambasadora Francisa: „Trocki prosi o pięciu amerykańskich oficerów jako inspektorów armii organizowanej do obrony oraz o personel i sprzęt kolejowy”.

Ta prośba skierowana do USA jest oczywiście sprzeczna z odrzuceniem „sojuszu”.

Nim opuścimy Trockiego, należy wspomnieć jeszcze o procesach pokazowych lat trzydziestych, a w szczególności o oskarżeniach i procesach „antyradzieckiego bloku prawicowców i trockistów” z 1938 roku. Te parodie procesów sądowych, które Zachód niemal jednogłośnie potępił, mogą rzucić nieco światła na intencje Trockiego.

Sednem stalinowskiego oskarżenia było to, że trockiści byli opłacanymi agentami międzynarodowego kapitalizmu. K.G. Rakowski, jeden z podsądnych w 1938 roku, powiedział lub został nakłoniony do powiedzenia: „Byliśmy awangardą obcej agresji, międzynarodowego faszyzmu, i to nie tylko w ZSRR, lecz także w Hiszpanii, Chinach, na całym świecie”. W orzeczeniu „sądu” znalazło się stwierdzenie: „Nie istnieje na świecie nikt, kto przyniósł ludowi tyle cierpienia i nieszczęść co Trocki. To najnikczemniejszy agent faszyzmu”.

Chociaż może to być jedynie obelga powszechna pośród międzynarodowych komunistów w latach trzydziestych i czterdziestych, godne uwagi jest to, że wątki tego samooskarżenia zgadzają się z prezentowanymi w tym rozdziale świadectwami. Ponadto, jak zobaczymy później, Trocki był w stanie zdobyć poparcie wśród międzynarodowych kapitalistów, którzy przypadkiem wspierali także Mussoliniego i Hitlera.

Dopóki widzimy wszystkich międzynarodowych rewolucjonistów i wszystkich międzynarodowych kapitalistów jako zaciekłych wrogów, nie dostrzegamy kluczowej kwestii – że w rzeczywistości istniała pewna współpraca między międzynarodowymi kapitalistami a międzynarodowymi rewolucjonistami, w tym faszystami. I nie ma żadnych powodów, aby z góry wykluczać z tego sojuszu Trockiego.

Tę roboczą wstępną ocenę będziemy mogli rozwinąć, kiedy przyjrzymy się historii Michaiła Gruzenberga, głównego agenta bolszewików w Skandynawii, który pod pseudonimem Aleksander Gumberg był również doradcą Chase National Bank w Nowym Jorku, a później doradcą Floyda Odluma z Atlas Corporation. O tej podwójnej roli wiedzieli – i akceptowali ją – zarówno Sowieci, jak i jego amerykańscy pracodawcy. Historia Gruzenberga to przykład sojuszu międzynarodowej rewolucji z międzynarodowym kapitalizmem.

Spostrzeżenia pułkownika MacLeana, że Trocki miał „silne podziemne wpływy” oraz że jego „możliwości były tak duże, że wydano rozkazy, aby okazać mu wszelkie względy”, nie kłócą się w żadnym przypadku z interwencją Coultera-Gwatkina na rzecz Trockiego, czy jeśli o to chodzi, z późniejszymi stalinowskimi oskarżeniami w pokazowych procesach trockistów w latach trzydziestych. Nie kłócą się również z przypadkiem Gruzenberga. Z drugiej strony jedyne potwierdzone bezpośrednie powiązanie między Trockim a międzynarodową bankowością stanowił jego kuzyn Abram Givatovzo, który był prywatnym bankierem w Kijowie przed rosyjską rewolucją i w Sztokholmie po rewolucji. Chociaż Givatovzo deklarował antybolszewizm, w rzeczywistości działał na rzecz Sowietów w transakcjach walutowych w 1918 roku.

Czy wydarzenia te potwierdzają istnienie jakiejś międzynarodowej sieci? Po pierwsze mamy Trockiego, rosyjskiego internacjonalistycznego rewolucjonistę z powiązaniami w Niemczech, któremu pomaga dwóch rzekomych zwolenników księcia Lwowa w Rosji (Aleinikoff i Wolf, Rosjanie mieszkający w Nowym Jorku). Tych dwóch zachęca do działania liberalnego kanadyjskiego zastępcę poczmistrza generalnego, który z kolei wstawia się u prominentnego majora brytyjskiej armii w kanadyjskim sztabie wojskowym. Wszystkie te powiązania są weryfikowalne.

Krótko mówiąc, relacje lojalności bywają czasem inne, niż się wydaje. Możemy jednak domniemywać, że Trocki, Aleinikoff, Wolf, Coulter i Gwatkin, działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec państwa czy ponad etykiety polityczne. Należy podkreślić, że nie istnieje żaden absolutny dowód na to, że tak było. W tym momencie jest to jedyne logiczne założenie przyjęte na podstawie faktów. Tego rodzaju wyższa lojalność mogła wynikać z samej przyjaźni, chociaż rozważanie takiej poliglotycznej kombinacji wymaga znacznego wysiłku wyobraźni. Mogła jednak wynikać również z innych motywów. Obraz wciąż jest niekompletny.

xxx

No właśnie! Działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne, czyli ponad partie polityczne. W jednym z poprzednich blogów cytowałem Henryka Rolickiego, który w swojej książce Zmierzch Izraela cytował Heinricha Kohna z jego Die politische Idee des Judentums:

Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.

Rolicki od siebie dodaje: „Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych”.

Czyli zarówno Żyd – Heinrich Kohn jak i Henryk Rolicki mówią wprost o tym, o czym Sutton pisze tak wymijająco: jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne.

xxx

W końcowym rozdziale Sojusz bankierów z rewolucją Sutton m.in. pisze:

Jaki motyw tłumaczy tę koalicję kapitalistów z bolszewikami? Rosja była wówczas – jak i dzisiaj – największym niezagospodarowanym rynkiem rynkiem na świecie. Co więcej, Rosja, wtedy i teraz, była największym potencjalnym konkurentem Stanów Zjednoczonych i tym samym największym potencjalnym zagrożeniem dla amerykańskiej przemysłowej i finansowej supremacji. Rzut oka na mapę świata wystarczy, aby zobaczyć różnicę między ogromnym terytorium Rosji a mniejszymi Stanami Zjednoczonymi. Ludzi z Wall Street musi przerażać myśl o Rosji jako drugim, obok Ameryki, gigancie przemysłowym.

Dlaczego jednak pozwalać Rosji stać się konkurencją i zagrożeniem dla amerykańskiej supremacji? Pod koniec XIX wieku Morgan, Rockefeller i Guggenheim ujawnili swe monopolistyczne skłonności. W Railroad and Regulation 1877-1916 Gabriel Kolko pokazał, że to właściciele kolei, a nie rolnicy, chcieli państwowej kontroli nad koleją, aby zachować swoje monopole i zlikwidować konkurencję. Przedstawione tu dowody można zatem najprościej wyjaśnić wzrostem ambicji i poszerzeniem horyzontów syndykatu finansistów z Wall Street na skalę globalną. Gigantyczny rosyjski rynek miał zostać zmonopolizowany i przemieniony w techniczną kolonię, którą eksploatować będzie kilku wpływowych amerykańskich finansistów i kontrolowane przez nich korporacje. To, co kontrolowane przez amerykański przemysł Międzystanowa Komisja Handlu i Federalna Komisja Handlowa mogły uczynić dla tego przemysłu w kraju, planowany socjalistyczny rząd mógł zrobić dla niego za granicą – przy odpowiednim wsparciu i zachętach ze strony Wall Street i Waszyngtonu.

Gdyby to wyjaśnienie wydawało się zbyt radykalne, należy przypomnieć, że Trocki powołał carskich generałów do skonsolidowania Armii Czerwonej, to Trocki prosił o amerykańskich oficerów do kontrolowania rewolucyjnej Rosji i o wstawiennictwo za Sowietami, to Trocki zdławił pierwsze wolnościowe tendencje w rewolucji rosyjskiej, a następnie robotników i chłopów, należy też zauważyć, że oficjalna historia całkowicie ignoruje siedemsettysięczną Armię Zieloną, złożoną z byłych bolszewików oburzonych zdradą rewolucji, którzy walczyli i z białymi, i z czerwonymi. Innymi słowy, sugestia jest taka, że rewolucja bolszewicka stanowiła sojusz etatystów: etatystycznych rewolucjonistów i etatystycznych finansistów zjednoczonych przeciwko prawdziwie wolnościowym tendencjom w Rosji.

Czytelnik musi zadać sobie teraz pytanie, czy ci bankierzy byli również skrytymi bolszewikami? Nie, oczywiście, że nie. Ci finansiści nie wyznawali żadnej ideologii. Wielką nadinterpretacją byłoby założyć, że ich pomoc dla bolszewików była motywowana ideologicznie w jakimkolwiek ścisłym sensie. Finansiści kierowani byli pragnieniem władzy i dlatego wspierali wszelkie polityczne stronnictwa, które mogłyby im dać dostęp do władzy: Trockiego, Lenina, cara, Kołczaka, Denikina – wszyscy otrzymali większą lub mniejszą pomoc. Wszyscy poza tymi, którzy pragnęli prawdziwie wolnego i indywidualistycznego społeczeństwa.

Pomoc nie ograniczała się do etatystycznych bolszewików i etatystycznych antybolszewików. W swojej książce Mussolini and Fascism: The View from America (Mussolini i faszyzm: Spojrzenie z Ameryki) John P. Diggis zauważył w odniesieniu do Thomasa Lamonta z Guaranty Trust, że

ze wszystkich liderów amerykańskiego biznesu Thomas W. Lamont najsilniej popierał faszyzm. Lamont, który kierował wpływową siecią bankową J.P. Morgana, był kimś w rodzaju konsultanta biznesowego faszystowskiego rządu we Włoszech.

W 1926 roku, w kluczowym dla Mussoliniego momencie, Lamont zapewnił włoskiemu dyktatorowi pożyczkę w wysokości stu milionów dolarów. Można również przypomnieć, że dyrektor Guaranty Trust był ojcem Corlissa Lamonta, amerykańskiego komunisty. Takie bezstronne podejście do bliźniaczych systemów totalitarnych, komunizmu i faszyzmu, nie ograniczało się tylko do rodziny Lamontów. Na przykład Otto Kahn, dyrektor American International Corporation oraz Kuhn, Loeb & Co., był pewien, że amerykański kapitał zainwestowany we Włoszech znajdzie tam bezpieczeństwo, wsparcie, możliwości i nagrodę. To ten sam Otto, który w 1924 roku przekonywał socjalistyczną League of Industrial Democracy, że jej cele są jego celami. Różnią się zaś jedynie – zdaniem Otto Kahna – co do sposobu ich osiągnięcia.

Po obu stronach Atlantyku bankierzy dostrzegali zalety i potencjał marksizmu. Na przykład lord Milner był angielskim bankierem, który cieszył się wpływami w brytyjskiej polityce wojennej i który jednocześnie był zwolennikiem marksizmu. W Nowym Jorku w 1903 roku utworzono socjalistyczny klub „X”. Do jego członków należeli nie tylko komunista Lincoln Steffens, socjalista William English Walling i komunistyczny bankier Morris Hillquit, lecz również filozof John Dewey, James T. Shotwell, Charles Edward Russell i Rufus Weeks (wiceprezes New York Life Insurance Company). Na corocznym spotkaniu Economic Club w Astor Hotel w Nowym Jorku przemawiali socjaliści.

Z tych nieprawdopodobnych źródeł pochodzi współczesny internacjonalistyczny ruch obejmujący nie tylko finansistów – Carnegiego, Paula Warburga, Otto Kahna, Bernarda Barucha i Herberta Hoovera – lecz również Carnegie Foundation i jej córkę International Conciliation.

Lew Trocki również deklarował się jako internacjonalista. Wspominaliśmy z pewnym zainteresowaniem o jego powiązaniach na najwyższych szczeblach czy przyjaciołach w Kanadzie. Trocki nie był zatem prorosyjski, proaliancki czy proniemiecki, jak wielu go przedstawiało. Był zwolennikiem rewolucji i światowej dyktatury. Jednym słowem był internacjonalistą. Bolszewików i bankierów łączył zatem internacjonalizm. Rewolucja i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy. Międzynarodowa finansjera woli robić interesy z centralnymi rządami. Ostatnie, czego pragnie społeczność bankowa, to leseferystyczna gospodarka i zdecentralizowana władza, gdyż prowadziłyby one do rozproszenia władzy.

Oto zatem wyjaśnienie, które zgadza się z przedstawionymi dowodami. Ta garstka bankierów i spekulantów nie była bolszewikami, komunistami, socjalistami, demokratami czy nawet Amerykanami. Nade wszystko ludzie ci pragnęli rynków, najlepiej zmonopolizowanych i międzynarodowych – a zmonopolizowanie światowego rynku stanowiło ich najwyższy cel. Chcieli rynków, które można by eksploatować monopolistycznie bez obawy o konkurencję ze strony Rosji, Niemiec czy kogokolwiek innego – w tym amerykańskich biznesmenów spoza zaklętego kręgu. Ta zamknięta grupa była apolityczna i amoralna. W 1917 roku interesował ją tylko jeden cel: zmonopolizowanie rosyjskiego rynku pod intelektualną ochroną i przykrywką ligi na rzecz egzekwowania pokoju.

Wall Street faktycznie osiągnęła swój cel. Kontrolowane przez ten syndykat amerykańskie firmy zaczęły budować Związek Radziecki, a obecnie wprowadzają radziecki kompleks wojskowo-przemysłowy w epokę komputerów.

Dzisiaj cel ten nie stracił na aktualności. John D. Rockefeller wyłożył go w swojej książce The Second American Revolution (Druga rewolucja amerykańska) – na której okładce widnieje pięcioramienna gwiazda. W książce znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Warto zauważyć, że Rockefellerowie, którzy od wieku promują te humanistyczną ideę, nie rozdali innym własnego majątku. Przypuszczalnie w ich zaleceniu zawarte jest założenie, że to my wszyscy mamy pracować na rzecz Rockefellerów. Książka Rockefellera propaguje kolektywizm pod płaszczykiem „umiarkowanego konserwatyzmu|” i „dobra społecznego”. W praktyce nawołuje do kontynuowania wcześniejszego poparcia Morgana-Rockefellera dla kolektywistycznych przedsięwzięć i znoszenia praw jednostki.

Krótko mówiąc, idea dobra społecznego była i pozostaje narzędziem i wymówką dla autokreacji elitarnego kręgu, który apeluje o pokój na świecie i ludzką przyzwoitość. Jednak dopóki czytelnik patrzy na historię świata przez pryzmat nieuchronnego marksistowskiego konfliktu między kapitalizmem a komunizmem, cele takiego sojuszu między międzynarodowymi finansistami a międzynarodowymi rewolucjonistami pozostają niezrozumiałe. To samo tyczy się groteskowości propagowania dobra społecznego przez grabieżców. Jeśli sojusze te wciąż wymykają się zrozumieniu czytelnika, powinien zastanowić się nad oczywistym faktem, że te same międzynarodowe grupy zawsze chętnie wskazują, co inni powinni robić, lecz wyraźnie nie chcą zostać pierwszymi z tych, którzy oddadzą swój majątek i władzę. Ich usta są otwarte, lecz ich kieszenie zamknięte.

Tę technikę, którą monopoliści wykorzystują do kantowania społeczeństwa, wyłożył na początku XX wieku Frederick C. Howe w książce The Confessions of a Monopolist. Po pierwsze, twierdzi Howe, polityka to nieodzowna część biznesu. Kontrolowanie poszczególnych gałęzi przemysłu wymaga kontrolowania Kongresu i regulatorów, dzięki czemu można zaprząc społeczeństwo do pracy dla monopolisty. Zatem, zdaniem Howe’a, monopolista powinien kierować się dwiema zasadami: „Po pierwsze, niech społeczeństwo pracuje dla ciebie. Po drugie, uczyń z tego biznes”. Są to, jak napisał Howe, podstawowe „zasady wielkiego biznesu”.

xxx

Jeśli jest tak, jak to opisał Sutton, to interpretacja otaczającej nas rzeczywistości może być zgoła odmienna od tej oficjalnej. Jeśli rewolucja bolszewicka w Rosji została sfinansowana przez finansistów z Wall Street, to znaczy, że Związek Radziecki, a raczej jego politycy byli zależni od tych finansistów. A to może oznaczać, że jego upadek na początku lat 90-tych, podobnie jak całego bloku komunistycznego, był zaplanowany. Oficjalne tłumaczenie, że komunizm zbankrutował, nie trzyma się kupy, bo przecież ten sam komunizm w Chinach nadal trwał.

Upadek czy bankructwo Związku Radzieckiego miało swoje konsekwencje w postaci oderwania od niego całego bloku komunistycznego i przeciągnięcie go na stronę unii europejskiej oraz powstanie niepodległych państw, znajdujących się wcześniej w obrębie ZSRR. Dziś już wiemy, że najbardziej brzemienną w skutki była decyzja o powstaniu niepodległej Ukrainy. To oznaczało, że prędzej czy później dojdzie do wojny rosyjsko-uraińskiej, dlatego że już wcześniej taka wojna była. Działo się to w latach 1917-1921. Wówczas Zachodnioukraińska Republika Ludowa, powstała na terenie byłej Galicji wschodniej dążyła do utworzenia niepodległego państwa i przeciągnięcia na swoją stronę reszty Ukrainy. Ostatecznie w wyniku traktatu ryskiego z 1921 roku ustalono, że Galicja wschodnia, czyli ZRUL wejdzie w skład II RP. Dziś ten sam schemat jest ponownie wykorzystywany, tylko że trochę inaczej, bo Ukraina jest, przynajmniej teoretycznie, niepodległym państwem, ale najwyraźniej to za mało. Ona chce do unii europejskiej i do NATO. Ale nie wszyscy na Ukrainie tego chcą i stąd konflikt.

Czy Rosja, powstała po upadku Związku Radzieckiego, jest niezależna od Stanów Zjednoczonych, a właściwie od finansistów z Wall Street? Wydaje się to mało prawdopodobne, a jeśli tak, to oznacza, że w wojnie na Ukrainie Rosja realizuje cele tych finansistów. Podobnie jest w przypadku Ukrainy. Zresztą sami Amerykanie przyznali, że wydali kilka miliardów dolarów na zorganizowanie cyrku zwanego Majdanem. A skoro tak, to znaczy, że konflikt został wywołany sztucznie. I prawdopodobnie tak samo jest w przypadku „zamachu stanu” dokonanego w Rosji przez Prigozyna i jego Grupę Wagnera. Czy fakt, że Prigożyn ze swoim prywatnym wojskiem schronił się na Białorusi nie oznacza, że rozpoczął się proces przeciągania Białorusi na stronę Zachodu? W ten sposób możliwe byłoby odtworzenie I Rzeczypospolitej. Tylko po co? Może nie chodzi o nią, tylko o coś zupełnie innego?

Procent ludności żydowskiej w strefie osiedlenia około 1905 roku; źródło: Wikipedia.

Strefa osiedlenia (również granica osiedlenia, ros. черта оседлости – czerta osiedłosti) – zachodnia część Imperium Rosyjskiego stanowiąca około 20% jego europejskiej części, istniejąca w latach 1791–1917, w której nakazywano zamieszkiwać społeczności żydowskiej, utworzona 23 grudnia 1791 roku na mocy ukazu carycy Katarzyny II. W skład tej strefy wchodziły zachodnie gubernie rosyjskie, utworzone po rozbiorach Polski, także gubernie południowo-zachodnie nadczarnomorskie. – Wikipedia.

Rafał Żebrowski w swoim artykule Rocznica wydania ukazu o ustanowieniu „strefy osiedlenia” dla Żydów (https://www.jhi.pl/artykuly/rocznica-wydania-ukazu-o-ustanowieniu-strefy-osiedlenia-dla-zydow,243) m.in. pisze:

Na początku XX w. w s.o. żyło ok. 5 mln. wyznawców judaizmu, co stanowiło blisko 40% wszystkich Żydów na świecie. Natomiast poza nią stale mieszkało ich tylko ok. 200 tys. Słusznie więc wówczas podnoszono, że gdyby pozwolono im wszystkim rozproszyć się po całym Imperium, wówczas stanowiliby na tyle niewielki procent ogółu ludności, że napięcia i konflikty byłyby mniejsze niż w małych miasteczkach strefy, w których Żydzi niejednokrotnie stanowili większość, a w wielu jej guberniach – po kilkanaście procent mieszkańców, znajdując z trudem źródła utrzymania, często zmuszeni do korzystania z pomocy społecznej.

Trudno ocenić rolę s.o. w dziejach narodu żydowskiego. Niewątpliwie warunki życia były w niej bardzo trudne, zwłaszcza dla ubogich. Jednak trudno nie zauważyć, iż skupienie Żydów w miasteczkach strefy sprawiło, że większość z nich zachowała tradycyjną kulturę i hierarchię wartości. To właśnie głównie oni, wraz ze współwyznawcami w Królestwie Polskim i Galicji, przenieśli jidyszkejt (ducha żydowskiego), równocześnie w walny sposób przyczyniając się do powstania nowoczesnej kultury żydowskiej. To oni stali się bohaterami klasycznych dzieł Szołema Alejchema i Mendełe Mojcher Sforima. Dla przyszłości duże znaczenie miała także emigracja Żydów ze s.o. i ich udział w rozwoju skupiska żydowskiego w USA (2 mln. emigrantów w latach 1881-1914).

xxx

Rewolucja i i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy, a zmonopolizowanie światowego rynku stanowi najwyższy cel bankierów i spekulantów. W książce Druga amerykańska rewolucja znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Tak to interpretuje Sutton.

A poniżej fragment z blogu Konfucjanizm:

„W tym systemie, w którym wszystko zostało podporządkowane społecznemu życiu jednostki, jej stosunek do drugiego człowieka jest sprawą zasadniczej wagi. Właściwy stosunek do bliźniego (żen) to jedno z podstawowych pojęć konfucjanizmu. Termin żen należy do tych, które w tłumaczeniu oddać najtrudniej. Żen jest bowiem główną z cnót człowieka szlachetnego, a zarazem jego podstawowym obowiązkiem wobec całego otoczenia. Zwykle termin ten oddaje się w sinologii europejskiej przez humanitarność, cnota humanitarności, to jest to ludzki do bliźniego stosunek, właściwy stosunek do ludzi.”

Nie przypadkiem więc całą produkcję przenosi się do Chin i robi się z nich fabrykę świata, czyli monopol na światową produkcję. Nie tylko ze względu na liczbę ludności, ale przede wszystkim na mentalność Chińczyków i ich kolektywny styl życia. Ich nie trzeba formować do wymogów globalistów, bo oni zostali takimi uformowani przez konfucjanizm. Europejczyków, tych indywidualistów, nie da się przerobić. Można ich co najwyżej zutylizować poprzez mieszanie z czarnymi, muzułmanami i innymi. I to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Janusz Waluś

Pod koniec zeszłego roku pojawiły się w wielu mediach informacje, że Janusz Waluś zostanie zwolniony z wiezienia w RPA. Była to okazja do przypomnienia tego wydarzenia sprzed 30-tu lat. Pojawiło się wiele artykułów o nim samym i o jego czynie. Bliższe przyjrzenie się temu, kim był Janusz Waluś i z jakiej pochodził rodziny, skłania do refleksji, a uproszczona interpretacja jego czynu wzbudza podejrzenia, że być może jest w tej sprawie jakieś drugie dno. Wypada jednak zacząć od podstaw. Wikipedia pisze:

Janusz Jakub Waluś (ur. 14 stycznia 1953 w Zakopanem) – południowoafrykański działacz skrajnej prawicy narodowości polskiej, terrorysta i zabójca czarnoskórego lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego.

Urodził się w Zakopanem, na Podhalu, choć publicysta Adam Tycner wskazuje na okolice Szczyrku. W rodzinie, wywodzącej się z Kresów, panowała atmosfera antykomunistyczna. Jego rodzice wraz z Januszem i jego starszym bratem przenieśli się potem do Radomia. Jego ojciec, Tadeusz Waluś, prowadził prywatny zakład zajmujący się produkcją kryształów, w którym pomagał także jego syn.

W młodości uprawiał sporty samochodowe – zdobył tytuł mistrza Polski w kategorii Fiat 127. Mówił, że był „sympatykiem Solidarności, ale bliżej mu było do KPN”.

W 1981 roku wyemigrował do Południowej Afryki, gdzie dołączył do ojca i brata, którzy przybyli tam w połowie lat 70. XX wieku. Wspólnie z nimi, podobnie jak wcześniej w Polsce, prowadził niewielką hutę szkła. Gdy po kilku latach ich rodzinny interes zbankrutował, ojciec opuścił Południową Afrykę, a bracia pozostali w tym kraju, zajmując się różnymi profesjami – starszy brat założył przedsiębiorstwo, a Janusz Waluś został kierowcą ciężarówki.

W 1986 roku przyjął południowoafrykańskie obywatelstwo i silnie zaangażował się w działalność polityczną. W czasie rosnących antagonizmów rasowych, światopoglądowych i narodowych stanął po stronie afrykanerskich nacjonalistycznych działaczy, dążących do utrzymania systemu segregacji rasowej – apartheidu. Wstąpił kolejno do rządzącej Partii Narodowej, następnie Partii Konserwatywnej, a w końcu do neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu (Afrikaner Weerstandsbeweging).

Po tym, gdy w lutym 1990 roku, decyzją prezydenta Frederika Willema de Klerka, uwolniono Nelsona Mandelę i zalegalizowano działalność największych opozycyjnych stowarzyszeń – Afrykańskiego Kongresu Narodowego i Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, ruchy afrykanerskie uległy zradykalizowaniu. Skrajna rasistowska prawica, w której szeregach był Waluś, była zdecydowanie przeciwna postępującym przemianom politycznym. Oprócz sprzeciwu wobec nadania praw obywatelskich i wyborczych czarnej większości obawiała się również skutków rosnącego poparcia dla komunistów.

10 kwietnia 1993 roku zastrzelił Chrisa Haniego, będącego liderem partii komunistycznej, przed jego domem w Boksburgu obok Pretorii.

xxx

To tyle Wikipedia, z której o rodzinie Walusia i jej korzeniach niczego nie dowiemy się. Natomiast Helena Łygas w artykule z 24 listopada 2022 roku Janusz Waluś. Człowiek, który uwierzył, że może zmienić losy świata (https://natemat.pl/451135,janusz-walus-dziecinstwo-zona-corka-i-wnuczka-janusza-walusia) pisze o niej dosyć szczegółowo. Poniżej fragmenty tego artykułu.

Kuba do RPA przyjeżdża jako 28-latek. Południowa Afryka to jego miłość od pierwszego wejrzenia. Trudno zresztą dziwić się komuś, kto wyrwał się z komunistycznej Polski, w dodatku z niesłynącego z urody Radomia. Odurzają go nowoczesne budynki, kosmopolityczne miasta, roślinność, klimat, kolory.

W RPA od pięciu lat mieszka z żoną i córką jego starszy brat Witek, z wykształcenia inżynier. Kuba wyższego wykształcenia nie ma. Mimo że jest inteligentny (a przynajmniej tak mówią o nim nieliczni dziennikarze, którzy przez ostatnie trzy dekady mieli okazję z nim porozmawiać), nigdy nie ciągnęło go za specjalnie do nauki. Ale w więzieniu uczy się portugalskiego i znacznie podszkala angielski. Z nudów.

Kilka lat przed Kubą, Witek ściąga do RPA i ojca, tym bardziej że w Polsce upada jego interes. Bo i Tadeusz Waluś, na przekór ustrojowi, całe życie jest prywaciarzem.

Z matką chłopców – Teresą – poznają się podczas okupacji w Zakopanem.

Są nastolatkami i swoją pierwszą, wielką miłością. Mimo że Teresa w momencie wybuchu wojny ma tylko 15 lat, zgłasza się do pracy na kolei – jej rodzice boją się, że inaczej zostanie wywieziona na roboty do Niemiec. Dziewczyna zostaje sekretarką naczelnika stacji.

Z kolei Tadeusza do Zakopanego przywożą rodzice – w 1939 roku uciekają przed Sowietami z Kresów do Krakowa, ale że syn podupada na zdrowiu, przeprowadzają się w góry. Po wojnie Tadeusz wraca do Krakowa, ale już z Teresą.

Zaczynają studia na Akademii Handlowej. Żadne z nich ich nie skończy. Gdy Teresa zajdzie w ciążę, przeprowadzają się do Kielc, gdzie ojciec Teresy, a dziadek Kuby, jest lekarzem wojewódzkim.

To tu rodzi się Witek Waluś, Kuba przyjdzie na świat już w Zakopanem, gdzie jego babka wspierana przez rodzinę prowadzi pensjonat. Ale zakopiańskiego życia Kuba pamiętał nie będzie.

Jego chrzestną zostanie córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy jest daleką kuzynką Teresy Waluś, więc dziewczyna często przyjeżdża do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską.

Tadeusz często przychodzi do Bierutów. Taka znajomość jest nie do pogardzenia – tym bardziej dla PRL-owskiego prywaciarza. Ojciec Kuby zajmuje się początkowo importem kryształów z Czechosłowacji – popyt na nie jest olbrzymi.

Dziś portrety babci Heleny autorstwa Witkacego wiszą w domu Witka. Wciąż mieszka w RPA. Prowadzi firmę produkującą sprzęt wojskowy na obrzeżach Pretorii. A przynajmniej prowadził, gdy przed pięcioma laty rozmawiał z nim Szymon Opryszek.

Gdy Kuba ma cztery lata Walusiowie opuszczają Zakopane.

Tadeusz rozkręca z bratem kolejny interes – produkcję słodyczy – w tym czekolady. Patentują nawet autorską recepturę. A że czekolada to towar deficytowy i chodliwy nie mniej niż czeskie kryształy, na brak pieniędzy nie mogą narzekać.

Ojciec i wujek jeżdżą ze swoimi czekoladami i lodami do miasta, do Krakowa, ale Witek i Kuba uczą się w wiejskiej podstawówce.

Walusiowie to najbogatsza rodzina w okolicy – jako pierwsi mają telewizor, telefon, samochód. Wyjeżdżają na wakacje zagranicę, do Bułgarii. Sąsiadów z Gaju nie stać nawet na Ustkę.

Mimo to, we wsi ich lubią, bo i Walusiowie są w porządku – dają pracę, nie oszukują. Gdy gubi się ich pies, sąsiedzi ruszają na poszukiwania. Może ze względu na sympatię, a może ze względu na nagrodę – 200 (ówczesnych) złotych. To koszt tygodniowego wyżywienia dużej rodziny. I pół kieszonkowego chłopaków.

Rówieśnicy po lekcjach pracują na roli albo w domu, ale Witek i Kuba nie muszą. Stać ich. I może to przyzwyczajenie do “stać ich” przesądzi w końcu o wyjeździe braci do RPA.

Gdy przestaje być ich stać w Polsce, już w Radomiu, gdzie podupada interes ojca, szukają innych dróg do bycia złotymi chłopcami.

Kuba przyzna zresztą, że z Polski wyjechał za kasą. Nienawiść do komunizmu? W Polsce nie był opozycjonistą, mimo że miał dostęp do rodzącego się w Krakowie środowiska. Może był po prostu oportunistą?

xxx

Wybrane fragmenty z ebooka Cezarego Łazarewicza Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia (https://www.legimi.pl/ebook-nic-osobistego-sprawa-janusza-walusia-cezary-lazarewicz,b377833.html):

Inżynier Witold Stanisław Waluś, syn Tadeusza i Teresy z domu Strzelichowska, urodzony w Kielcach w 1948 roku, z zawodu chemik-ceramik (po krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej), przylatuje samolotem z Wiednia, by rozpocząć nowe życie. Ma wtedy dwadzieścia osiem lat, długie, ciemne włosy spadające na ramiona i gęstą czarną brodę. Towarzyszy mu rok starsza żona Grażyna i ich czteroletnia córka Joanna.

Prośbę o zezwolenie na wyjazd Witold Waluś składa do krakowskiego biura paszportów i dowodów osobistych MSW w sierpniu 1974 roku. W tym samym roku Walusiowie dostają paszporty z pieczątką: „wszystkie kraje świata”. Za łapówkę i po znajomości – mówi dziś Witold. Wyruszają rok później – w czerwcu 1975 roku.

Opowiada o marcu 1968 roku, strajku na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, o całkowitej utracie wiary w socjalizm, ideologicznej ofensywie marksizmu na uczelni, urabianiu i próbie odzyskania przez władzę młodzieży.

Pamięta sierpień 1968 roku, gdy Wojsko Polskie wkraczało z Sowietami do Czechosłowacji, by stłumić tam wolnościowe powstanie. Studentów AGH przebrano wtedy w wojskowe mundury i wysłano na obóz do Morąga. Opowiada:

– Wstydzę się, że jestem w polskim mundurze, i od tej pory nie czuję związku, zamiast „u nas” zaczynam mówić „w Polsce”. Nie wyjeżdżałem z Polski z biedy, za chlebem. Nam się dobrze powodziło, bo nasz ojciec był prywatną inicjatywą. Żyliśmy lepiej niż inni. Uciekaliśmy z komunizmu, a nie z biedy.

Zakopane

Piętrowy, zbudowany z drewna w stylu zakopiańskim dom. Na górze niewielkie – dwupokojowe mieszkanie, na dole – pracownia architektoniczna. Widać stąd Gubałówkę i Giewont. W latach sześćdziesiątych willę podzielono na mieszkania, a w dziewięćdziesiątych zaczął je na raty odkupować i odnawiać Andrzej Kawecki, dyrektor biura promocji Zakopanego. To dzięki niemu nie rozpadła się i nie przegniła.

Przy willi pod tym samym adresem jest dobudówka. W roku 1963 Maria Brzozowska kupiła tę część domu od doktora Bocheńskiego z Krakowa. Jej wnuczka Irena Walter prowadzi teraz pensjonat, ale nie wie, kto mieszkał tu wcześniej. Pamięta, że kilkanaście lat temu przyjechał wysoki, postawny mężczyzna w kapeluszu z wielkim rondem. Mówił, że jest z Południowej Afryki. Towarzyszyła mu kobieta z Azji i mały chłopczyk. Prosił, by oprowadziła go po domu. Zaglądał w każdy kąt, a potem powiedział, że spędził tu dzieciństwo.

Irena Walter nie słyszała nigdy o Julii Mallisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie do Zakopanego. Tu Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej, który mieści się w wybudowanej na początku XX wieku przez cieślę Jana Ustupskiego willi „Pyszna” przy ulicy Chramcówki. Tu też Helena spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, porucznika cesarskiej i królewskiej Armii Austro-Węgier, za którego wychodzi za mąż w 1920 roku. Strzelichowski robi w międzywojennej Polsce karierę administracyjną i zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w Peczeniżynie, w województwie stanisławowskim. Mieszka z żoną w służbowym dworku szlacheckim. Szybko przestają z sobą rozmawiać i się rozstają. Helena wraca do Zakopanego z urodzoną w 1924 roku córką Teresą i gdy na początku lat trzydziestych umiera Błażowska, przejmuje z matką willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, córka Heleny, w chwili wybuchu wojny ma piętnaście lat. Żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zgłasza się do pracy na kolei. I aż do zakończenia wojny jest sekretarką niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem. To przyszła matka Witolda i Janusza. Ojciec chłopców Tadeusz jest o rok młodszy od Teresy. Rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku, ale Tadeusz urodził się na Kresach w majątku Hanusowszczyzna, między Nowogródkiem a Nieświeżem. Gdy w 1939 roku wchodzą tam Rosjanie, jego rodzice na czas uciekają do Krakowa, a potem przenoszą się do Zakopanego, by leczyć chorego syna. Tu w czasie okupacji Tadeusz i Teresa poznają się bliżej.

Po wojnie rozpoczynają studia na Akademii Handlowej w Krakowie, ale ich nie kończą. W lipcu 1947 roku biorą ślub. Pierwszy ich syn, Witold Stanisław, rodzi się dziesięć miesięcy później w Kielcach. W Kielcach, bo ojciec Teresy, doktor Strzelichowski, został tu mianowany po wojnie lekarzem wojewódzkim i chce mieć pod kontrolą przyjście na świat pierwszego wnuka. Drugi ich syn, Janusz Jakub, rodzi się pięć lat później, już w Zakopanem.

xxx

Tadeusz i Teresa to rodzice Janusza Walusia. Jego chrzestną jest córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy, bez nazwiska i imienia, jest daleką kuzynką Teresy Waluś. Czyli jedna z żon Bieruta, a miał ich wiele i przynajmniej niektóre z nich były Żydówkami, jest kuzynką matki Walusia. Magda przyjeżdża często do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską, matkę Teresy.

Irena Walter nie słyszała o Julii Mellisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie, czyli po I wojnie światowej, do Zakopanego. Julia Mellisa – to imiona, nazwiska brak. Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej. Tu Helena, też bez nazwiska, spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, za którego wychodzi za mąż i w końcu dostaje nazwisko. Teraz jest Heleną Strzelichowską. Strzelichowski zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w województwie stanisławowskim. Szybko się ze sobą rozstają, tak jakby chodziło tylko o zmianę nazwiska, i Helena wraca w 1924 roku z córką Teresą (matką Walusia) do Zakopanego. Gdy na początku lat 30-tych umiera hrabina Błażowska, przejmuje z matką, czyli Julią Mellisą, willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, 15-latka, córka Heleny, wnuczka Julii Mellisy, żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zostaje sekretarką u niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem.

O ojcu Walusia, Tadeuszu, wiadomo tyle, że urodził się w majątku na Litwie, choć rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku. W jaki sposób tam trafili? Co tam robili? O tym autor, Cezary Łazarewicz, nie wspomina. Gdy we wrześniu 1939 roku weszli tam Rosjanie, jak napisał autor, to rodzice Tadeusza uciekają do Krakowa. Jak? W jaki sposób przedostali się przez linię frontu radziecko-niemieckiego?

Po wojnie Tadeusz często odwiedza rodzinę Bierutów. Zajmuje się importem kryształów z Czechosłowacji, następnie – produkcją słodyczy. W tamtych latach, szczególnie 40-tych, 50-tych, 60-tych, nie każdy mógł prowadzić działalność gospodarczą, czyli jak to się wtedy mówiło, zostać prywaciarzem. A już taki interes jak import kryształów z Czechosłowacji, to tylko dla wybranych. Podobnie rzecz się miała, gdy chodziło o produkcję słodyczy. Władze PRL-u wydawały pozwolenia na taką działalność tylko nielicznym, a to oznaczało, że ci którzy dostąpili tego zaszczytu nie mieli konkurencji, co oznaczało, że bardzo szybko bogacili się.

xxx

Z przedstawionych informacji wynika, że rodzina Walusia, nie była przeciętną polską rodziną. Na ich podstawie, a także na braku czy zatajaniu pewnych informacji czy faktów, można domniemywać, że miała ona żydowskie korzenie. Nawet fakt, że brat Walusia dostał paszport w 1974 roku, a wyjechał w 1975, świadczy o tym, że nie był to przeciętny obywatel PRL-u. W tamtych czasach było bardzo trudno dostać paszport indywidualnie. Łatwiejsze to było przy wyjazdach z państwowymi biurami podróży, ale wycieczki na Zachód były bardzo drogie i mało kogo było na to stać. Po powrocie trzeba było od razu oddać paszport na komendę milicji. Nie było takiej opcji, by przeciętny obywatel mógł przez rok trzymać paszport w domu w szufladzie. Zastanawiający też jest jego antykomunizm, dla którego nie było praktycznie uzasadnienia. Sztucznie to wszystko wyglądało. Ale ani on, ani jego ojciec czy brat, nie mieli problemu z otrzymaniem paszportu i dostaniem się do RPA, czyli państwa, które nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych z krajami komunistycznymi i bardzo starannie prześwietlało potencjalnych imigrantów. A tu „antykomunistyczna” rodzina, utrzymująca zażyłe kontakty z najwyżej umocowanymi w państwie komunistami, wjeżdża sobie do RPA jak do stodoły. Dla przedstawicieli pewnej nacji nie istnieją granice i wszędzie doskonale sobie radzą.

I tak dochodzimy do momentu, gdy „wielki” antykomunista, Janusz Waluś, którego chrzestną jest córka Bieruta, zabija południowoafrykańskiego komunistę Chrisa Haniego. Cyrk nad cyrki. Jaki był motyw? No bo przecież zabójstwo pojedynczego komunisty, nawet jeśli był liderem partii komunistycznej, niczego nie zmieniło i nie mogło zmienić. Jednak cały świat dowiedział się, że Polak, fanatyczny antykomunista, członek neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu, zabił południowoafrykańskiego komunistę. Jaki więc był motyw? Bardzo możliwe, że było ich wiele. W każdym razie Polska, jako państwo, wizerunkowo na tym nie zyskała, a raczej straciła.

xxx

Na portalu Nowy Ład Adam Szabelak, autor książki „Wczoraj i dziś Burów”, w wywiadzie z Kacprem Kitą Kim jest Janusz Waluś? Jak wpłynął na historię RPA? Adam Szabelak (https://nlad.pl/kim-jest-janusz-walus-jak-wplynal-na-historie-rpa-adam-szabelak/) rozjaśnia nieco skomplikowaną sytuację polityczną w RPA. Poniżej wybrane fragmenty:

AS (…) Waluś swoim czynem, zabicia Chrisa Haniego, tu spotkałem się z głównym poglądem wdrażanym przez większość osób, z którymi rozmawiałem. To, że Waluś zabił Haniego umożliwiło Afrykańskiemu Kongresowi Narodowemu przejęcie pełni władzy w Południowej Afryce. Dlaczego? Dlatego, że po tym wszystkim Mandela – który wcześniej był po prostu liderem partyjnym, nie był prezydentem, nie miał żadnej funkcji państwowej – wystąpił w telewizji i powiedział tak:

Biały człowiek, rasista, zwolennik apartheidu, zabił Chrisa Haniego, ale jednocześnie to biała kobieta, Afrykanerka, zadzwoniła na policję i doniosła na Walusia, informując ją, że to właśnie on zabił. Jeżeli tak było, znaczy że są źli biali ludzie, ale też są biali ludzie w porządku. Powołajmy komisję prawdy i pojednania, pojednajmy się i budujmy razem przyszłość, bo po wykluczeniu rasistów będziemy w stanie zbudować nasz tęczowy naród.

I Mandela dzięki temu zyskał niekwestionowany autorytet w społeczeństwie południowoafrykańskim i tu był też element jednoczenia się. Po prostu nastąpił kryzys, ludzie jednoczyli się wokół Mandeli.

KK No tak, tylko czy Waluś osiągnął swój cel? Rozumiem, zabił Haniego, ale w praktyce umożliwiło to przejęcie władzy Mandeli, który w dłuższej perspektywie i tak realizuje postulaty komunistów. Czy to nie jest tak, że Waluś był trochę przeciw skuteczny? (…).

AS Waluś, jako swój główny cel, przedstawił po prostu zatrzymanie procesu przemian, upadku apartheidu. On nie był zaangażowany w tworzenie afrykanerskiego Volkstaat (narodowe państwo Afrykanerów – przyp. W.L.), tak samo afrykańscy nacjonaliści, z którymi był powiązany. To nie była ich wielka idea. To była koncepcja, która jakoś między nimi krążyła. Waluś po prostu… trudno mi powiedzieć, żeby miał głębszą wizję tego, co zrobił. Zrobił to, co uważał za słuszne i tyle. Tak samo jak głębszej wizji nie było w tym całym środowisku afrykanerskim.

(…) Mając te kilka lat po zmianie systemu Afrykanerzy nie stworzyli jednej spójnej wizji tego, co chcą. Dlaczego? Dlatego, że biali ludzie w Afryce Południowej byli już po prostu zmęczeni okresem ciągłego napięcia lat 80-tych i 90-tych. Nie mieli żadnej konkretnej idei, która by ich zjednoczyła, dałaby im poczucie sensu. I po prostu przytakiwali na to, co się dzieje. Pozwolili na to, żeby działo się to, co się dzieje. Oni byli lepiej sytuowani od czarnych. Większość białych miało wodę w kranie, elektryczność, było w miarę bezpiecznie i po prostu ignorowała to wszystko, co się dzieje.

Podczas referendum w latach 90-tych, które jest często przedstawiane jako referendum, w którym biali ludzie w 2/3 wyrazili przyzwolenie na zniesienie apartheidu. Nie do końca tak było, bo większość ludzi w tym referendum wyraziła się za dalszymi negocjacjami z Afrykańskim Kongresem Narodowym. To nie jest równoznaczne. To zupełnie dwie różne odpowiedzi. Ludzie chcieli dalszych negocjacji, chcieli normalizacji sytuacji, żeby już bomby nie wybuchały, żeby nie było masowych demonstracji, żeby nie było najazdów na osiedla z maczetami, gdzie ludzie zarzynali się. Chcieli normalizacji, a zostali wmanewrowani. Po latach Afrykanerzy znowu się organizują, obudzili się z tego snu i dążą do tego samostanowienia, którego nie uzyskali w latach 90-tych.

KK Czyli rozumiem, że większość Afrykanerów była bierna wobec tej rzeczywistości, w której oni byli uprzywilejowani, a potem również byli bierni wobec transformacji. (…).

AS (…) W czasach apartheidu były trzy wizje tego rozwoju. Jedna z koncepcji mówiła, że należy natychmiast zerwać z czarną, tanią siłą roboczą i doprowadzić do tego, żeby czarni żyli u siebie, żeby biali żyli u siebie. I to biali mieli pracować na siebie, nie korzystając z czarnoskórych służących, z czarnoskórych pracowników kopalń i tak dalej. Druga koncepcja była taka, że mimo że czarni będą żyli na swoim terytorium, no to można korzystać z ich siły roboczej, bo rezygnacja z taniej siły roboczej przyniesie szkody gospodarcze. A trzecia koncepcja była pośrednia, która mówiła, że można korzystać z czarnej siły roboczej, ale czasowo i systematycznie to ograniczać, żeby doprowadzić do modelu idealnego, w którym biali będą pracowali dla siebie. Ostatecznie wygrała ta koncepcja, gdzie mówiono o odrębnym rozwoju, ale tak naprawdę korzystano z czarnoskórych pracowników, nie mając dla nich wiele szacunku (…).

Symbolem Oranii – czyli miasteczka afrykanerskiego, ale typowo afrykanerskiego, zbudowanego od zera, gdzie mogą osiedlać się ludzie, którzy są związani afrykanerską kulturą, mówią w języku afrikaans, chcą pracować sami dla siebie – symbolem tego miasteczka jest mały chłopiec z podwiniętymi rękawami, który symbolizuje to, że ten nowy ruch afrykanerski sam bierze odpowiedzialność za swoją przyszłość. I właśnie jedną z zasad tej Oranii jest to, że Afrykanerzy wykonują wszystkie prace: czyszczą toalety, budują domy, kładą cegły i piszą algorytmy do programów komputerowych. Może jest to taka lekcja, którą Afrykanerzy po wielu latach odrobili i odrobili ją w bardzo imponujący sposób, trzeba im to przyznać. Zbudowali de facto, a raczej budują, państwo w państwie. Mają swoje uniwersytety, swoje związki zawodowe, które zrzeszają po 2-3 miliony ludzi. Mają największe organizacje praw człowieka w całej Afryce. Mają swoje media, mają swoje organizacje, które zapewniają pomoc socjalną biednym Afrykanerom. Tak więc budują alternatywną rzeczywistość, mimo tych niesprzyjających warunków.

xxx

Z tego, co mówi Adam Szabelak wynika, że Waluś nie miał żadnej wizji i chciał powstrzymać upadek apartheidu. Dodał, że takiej wizji nie miało cale środowisko afrykanerskie. Jeśli tak, to oznacza to, że działanie to było przypadkowe lub też ktoś inny motywował Walusia do tego czynu i inny był jego cel. Efekt był taki, że działanie Walusia wyniosło Mandelę do władzy i realizował on to, przeciw czemu opowiadał się Waluś. To uniemożliwiło Afrykanerom wynegocjowanie odpowiednich dla siebie warunków i być może rozpoczęcie budowy własnego państwa. Można więc powiedzieć, że Waluś działał wbrew interesom Afrykanerów.

Jednak Afrykanerzy zaczęli w końcu budować swoje państwo. Co się odwlecze, to nie uciecze. Budują więc oni państwo w państwie. I w tym momencie wypada zapytać: kto im na to pozwala? Jeśli rząd RPA toleruje budowę takiego państwa, to znaczy, że podcina gałąź na której siedzi, bo przecież taki ruch separatystyczny może wywołać podobne reakcje u Afrykanów, obywateli RPA, którzy nie tworzą przecież jednolitego społeczeństwa. Wprost przeciwnie, są skłóceni, bo oni są na etapie organizacji plemiennej. Jeśli natomiast rząd RPA nie ma na to wpływu, to znaczy, że ktoś inny kieruje tym państwem. W sytuacji, gdy na całym świecie Murzyni są faworyzowani w wielu dziedzinach, takie zachowanie Afrykanerów zastanawia. A jeszcze bardziej zastanawia fakt, że nikt o tym głośno nie mówi i nie sprzeciwia się temu. Bo według Adama Szabelaka, który przebywał w RPA w latach 2020 i 2021 i z bliska obserwował, co się tam dzieje, budowanie tego państwa trwa już od jakiegoś czasu. Gdzie są więc te wszystkie organizacje sponsorowane przez różnych filantropów, które tak walczą z rasizmem?

xxx

W blogu Naród cz. 2 cytowałem Ryszarda Kapuścińskiego, który ponad 40 lat temu pisał:

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

xxx

Czy można z tego cytatu wysnuć wniosek, że Afrykanerzy są szczególnie traktowani przez Żydów? Tak, jak kalwińska Szwajcaria? I dlatego jest tak cicho o działaniach Afrykanerów?

O co zatem chodziło w tym morderstwie i kto miał na tym skorzystać? Odpowiedź na to pytanie jest trudna, bo południowoafrykańskie realia są nam mało znane i być może wielu rzeczy nie wiemy. Na pewno skorzystał na tym Nelson Mandela. Być może było to też na rękę Afrykanerom, bo państwo, które wtedy powstało na zasadzie pewnego kompromisu, nie spełnia oczekiwań wielu jego obywateli. I teraz Afrykanerzy mają argument, by budować własne państwo. Może też ten polski wątek miał na celu osłabienie wizerunku Polski i Polaków w oczach opinii światowej, co w kontekście obecnych wydarzeń i kreowania Polski na kraj, który dąży do wojny z Rosją, nie jest bez znaczenia. Wszak za Walusiem opowiada się tzw. skrajna prawica narodowa i środowiska tzw. kiboli. Swoje trzy grosze dorzuca Grzegorz Braun, który nazwał Walusia „ostatnim żołnierzem wyklętym”.

Kautsky o reformacji

Na temat reformacji przedstawia się nam na ogól interpretację o Kościele w stanie rozkładu i o tych, którzy na to się nie godzili i zaprotestowali i stąd nazwano ich protestantami. Ale takie postrzeganie tego zjawiska, jakim była reformacja, wydaje się jednostronne. Karol Kautsky w swojej pracy Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej wybrane z nich fragmenty dotyczące reformacji (wytłuszczenia W.L.). Źródło oryginalnego tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

Upadek potęgi papieskiej

Kościół był w czasach reformacji inny niż w okresie wczesnego średniowiecza. W średniowieczu był on organizacją spajającą w jedną całość państwo i społeczeństwo; w epoce reformacji byt zwykłym narzędziem administracji państwowej; podstawy państwa uległy już wówczas zmianie. Z oddzieleniem tedy kościoła od Rzymu zniknął ostatni czynnik, który pozwalał jeszcze, aby w państwie w dalszym ciągu trwało do pewnego stopnia panowanie kościoła – złudzenie tradycyjne; duchowni kościołów reformowanych stali się już teraz wszędzie sługami władz państwowych, tam zaś gdzie władzę dzierżyli monarchowie – urzędnikami ich absolutyzmu. Nie kościół już określał, w co ludzie mają wierzyć i jak postępować; władza państwowa określała, czego miał nauczać kościół.

Nie wszystkie narody i nie wszystkie klasy w tych narodach miały interes w zerwaniu z papiestwem. Więc przede wszystkim nikt we Włoszech. Im więcej rozwijała się produkcja towarowa, im myśl narodowa stawała się głębsza, tym bardziej Włosi robili się papiescy: panowanie papieży nad światem chrześcijańskim oznaczało panowanie nad nim Włoch, oznaczało jego wyzysk przez Włochy.

Pan krajów habsburskich, cesarz, też nie był zainteresowany w reformacji. I jego władza w Niemczech była niewiele więcej realna niż władza papieża; i jedna, i druga polegały częściowo na tych samych złudzeniach i musiały wraz z nimi zniknąć. Żądać więc od cesarza, by się papieża wyrzekł, było to żądać od niego samobójstwa. A równie mały interes miał on w reformacji jako pan pstrej mieszaniny krajów habsburskich. Między krajami tymi katolicyzm stanowił potężny czynnik łączności i tylko też pod wodzą katolicyzmu można było spodziewać się: krucjaty całego chrześcijaństwa przeciw Turkom; taka zaś krucjata musiałaby przede wszystkim wzmocnić dom habsburski. Reformacja oznaczała wyrzeczenie się wszelkiej nadziei tej krucjaty.

Równie mało przyczyn do zrywania z papiestwem mieli władcy Francji i Hiszpanii, a w tych krajach decydowała wówczas władza i wola królewska. Handel i produkcja towarowa w obu tych krajach wcześnie się rozwinęły. Najwcześniej nastąpiło to we Francji południowej, gdzie zerwał się też pierwszy wybuch oburzenia przeciw przemocy papieskiej – “kacerstwo” albigensów, których wytępiono w krwawej rozprawie na początku XIII wieku. Lecz co się nie powiodło republikom miejskim na południu Francji to udało się w następstwie królom francuskim. Ludwik “Święty” już w roku 1269 wydal sankcję pragmatyczną, którą w 1438 roku odnowił i rozszerzył Karol VI. Sankcja ta w znacznym stopniu uniezależniała duchowieństwo francuskie od Rzymu i poddała je władzy króla, czyli dała ona w zasadzie to samo, co prawie w sto lat później książęta niemieccy osiągnęli w czasie reformacji. Król francuski miał decydujący głos przy obsadzaniu wyższych stanowisk kościelnych; opłaty na rzecz papieży bez pozwolenia królewskiego były we Francji zakazane.

Podobnie sprawy miały się w Hiszpanii. Od 1480 roku istniała tam inkwizycja jako narzędzie policyjne władzy króla, który mianował inkwizytorów i posługiwał się ich instytucją do swych politycznych celów. I z Hiszpanii tak samo jak z Francji papież nie mógł otrzymywać pieniędzy bez zezwolenia królewskiego.

Za zgodę na sprzedaż odpustów w kraju – która to sprzedaż dała impuls do reformacji – Leon X musiał drogo zapłacić Francji i Hiszpanii. Karol V otrzymał odeń pożyczkę 175 tysięcy dukatów; Franciszek I zatrzymał sobie ładną cząstkę dochodu z odpustu. Z książąt niemieckich tylko jeden prymas moguncki, jako książę kościoła oraz władca świecki, był dość potężny, aby zażądać – i otrzymać – udział w owym łupie. Inni książęta niemieccy nie dostali nic, co ich ogromnie oburzyło i wzmogło życzliwość ich dla reformacji.

Królowie i kler we Francji i Hiszpanii wskutek wyższego rozwoju ekonomicznego tych krajów już przed reformacją nie tylko otrzymali w ogólnych zarysach to wszystko, co książęta i kler w Niemczech musieli dopiero zdobywać w ciężkiej walce, lecz byli już tak silni, iż mogli w owych krajach myśleć o tym, aby z papieża uczynić swe narzędzie, aby wyzyskać dla samych siebie jego wpływy oraz władzę. Nie tylko więc nie mieli najmniejszego interesu wyrzekać się papiestwa, ale raczej przeciwnie, byli mocno zainteresowani w tym, aby utrzymać jego władzę nad światem chrześcijańskim, bo ta władza była w istocie ich władzą.

Już w początkach XIV wieku królowie francuscy wzmogli się dość na siłach, aby uzależnić od siebie papieży rzymskich, którzy też w latach 1308-1377 obrali sobie za siedzibę Avignon leżący na ziemi francuskiej. I nie wpływ kościoła, tylko wzmocnienie się Włoch i wzrost w nich myśli narodowej i monarchistycznej, które ich rozwój ekonomiczny za sobą pociągnął, umożliwiło w końcu papieżowi wydostanie się spod wpływów Francji i powrót do Rzymu. Ale wówczas Francuzi rozpoczęli próby poddania sobie Włoch razem z papieżem. Tę samą próbę rozpoczęła też Hiszpania, która w początkach reformacji w najpomyślniejszym dla siebie była położeniu, gdy Karol V obie piastował korony, cesarsko-niemiecką i hiszpańską.

Gdy książęta niemieccy zaledwie ostrożnie i omackiem próbowali otrząsnąć się z jarzma papieskiego, właśnie wtedy obie potęgi katolickie, Francja i Hiszpania, zawzięcie walczyły ze sobą o władzę nad papieżem. W 1521 roku papież Leon X poddał się cesarzowi Karolowi i ten w tym samym roku skazał Lutra na wygnanie z granic cesarstwa niemieckiego.

Następca Leona, Hadrian VI, był “kreaturą jego cesarskiej mości”. A gdy Klemens VII, który przyszedł po Hadrianie, usiłował wyzwolić się spod wpływów cesarza, wtedy ten obrońca wiary katolickiej wysłał przeciw “ojcu świętemu” swych lands-knechtów, kazał wziąć Rzym, złupić go i zniszczyć.

Jeżeli Wiochy, Francja i Hiszpania zostały katolickie, to nie należy tego, jak się zazwyczaj czyni, przypisywać ich umysłowemu zacofaniu, ale raczej ich wyższemu rozwojowi ekonomicznemu (I). Były one panami papieża i za jego pośrednictwem wyzyskiwały germański świat chrześcijański. Ten zaś był zmuszony wyzwolić się z pęt papiestwa, aby ujść wyzyskowi; ale mógł to uczynić tylko urywając łączność z najbogatszymi i najwyżej rozwiniętymi krajami w Europie. A przeto w tym sensie reformacja była istotnie walką barbarzyństwa przeciw kulturze. Nie jest to przypadek, że czołowymi szermierzami reformacji stały się dwa najbardziej zacofane narody w Europie, Szwecja oraz Szkocja.

I – Tak samo jak niektórzy historycy mistyfikują nas przedstawieniem walki protestantyzmu z katolicyzmem jako zmagania się pomiędzy jakimiś dwiema zasadami – “autorytetu” i “indywidualizmu” – tak samo Niemcy przedstawiani są jako jakiś od Boga uprzywilejowany naród indywidualistów, ludy zaś romańskie jako niewolnicy autorytetu. Niemcy mają mieć wrodzoną skłonność do protestantyzmu, a ludy romańskie do katolicyzmu. Bardzo to wygodny sposób objaśniania zjawisk historycznych.

Przez to oczywiście nie chcemy ani trochę potępiać reformacji. Stwierdziliśmy fakt powyższy, bo on nam tłumaczy, dlaczego to w Anglii i Niemczech najbardziej wykształceni ludzie o reformacji wówczas nie chcieli nawet słuchać – rzecz niezrozumiała, gdy się jak dotychczas zazwyczaj przyjmuje, że reformacja była w istocie swej zjawiskiem natury umysłowej, walką wyższej umysłowości protestanckiej przeciwko niższej, katolickiej.

Rzecz miała się wprost odwrotnie. Humanizm był całkowitym przeciwieństwem reformacji.

Humanizm

Pogaństwo i katolicyzm

Produkcja towarowa, która wyparła feudalny sposób wytwarzania, jak to już niejednokrotnie zaznaczaliśmy, rozwinęła się była przede wszystkim we Włoszech – tym kraju, gdzie zachowały się jeszcze niezliczone wspaniałe pozostałości po rzymskim pogaństwie i gdzie tradycje tego pogaństwa starożytnego nigdy całkowicie nie wymarły. Rozwijające się stosunki handlowe z Grecją dały Włochom sposobność zaznajomienia się też z piśmiennictwem starożytnej Hellady, które jeszcze lepiej odpowiadało nowemu sposobowi myślenia niż literatura rzymska. Włoskie republiki handlowe, które duchowo i materialnie usiłowały otrząsnąć się z feudalizmu, były zachwycone znalazłszy w literaturze starej handlowej republiki ateńskiej sposób myślenia, który im w tylu punktach odpowiadał – podobnie jak życie materialne zarówno tu jak i tam wykazywało wiele podobieństwa; na domiar ten sposób myślenia był już tam wszechstronnie rozwinięty i wyrażony w najwspanialszej formie. To, co nowopowstający system produkcji musi kiedy indziej z trudem dopiero sobie tworzyć – nowy pogląd na świat, nową naukę, nową sztukę – to przedstawiciele duchowi szybko rozwijającego się we Włoszech od XIV wieku sposobu wytwarzania potrzebowali tylko odgrzebać spod gruzu, którym średniowiecze przysypało świat antyczny.

Zaczęło się studiowanie starożytności jako środka do zrozumienia teraźniejszości własnej, aby zadać cios śmiertelny obumierającym resztkom ginącej a tak niedawnej przeszłości. Kierunek umysłowy, który rozwinął się pod wpływem tych badań, nosi miano renesansu, czyli odrodzenia (mianowicie starożytności) i humanizmu (dążenia do czysto ludzkiego wykształcenia w przeciwieństwie do scholastycznej teologii, która zajmowała się oprawami boskimi). Pierwsza z tych nazw jest mianem nowego kierunku w sztuce, druga – w literaturze.

W starożytności, jak i w wiekach średnich, produkcja towarowa i handel zrodziły się w łonie republik miejskich. Ale to, co w starożytności było punktem najwyższym rozwoju społecznego, to stało się pod koniec średniowiecza punktem wyjścia nowego społeczeństwa. Widzieliśmy już powyżej, jak początki kapitalistycznego systemu produkcji wytworzyły monarchię absolutną oraz ideę narodową. Toteż humaniści stali się najgorętszymi zwolennikami łączenia się narodu pod jednym berłem, jakkolwiek rozmiłowani byli w Cyceronie i Demostenesie i jakkolwiek wielu z nich było rodem z republik miejskich. Już ojciec humanizmu, florentyńczyk Dante (1265-1321), głosił się monarchistą i płomiennym wyznawcą zjednoczenia Włoch, chociaż musiał się w tym celu uciekać do cesarza, bo papieże byli w jego czasach narzędziem w rękach Francji. Lecz po powrocie z Avignonu oni to stali się tą silą, około której skupiała się większość humanistów włoskich i po której spodziewano się, że zjednoczy Włochy.

Humaniści byli w większości swej zdania, iż rozwijające się państwo nowoczesne wymaga posiadania jednoosobowego wierzchołka. Lecz właśnie dlatego, iż według nich losy państwa i w dobrem, i w złem zawisły od osoby panującego – a ten pogląd za ich czasów znajdował usprawiedliwienie w stosunkach rzeczywistych – nie było to bynajmniej sprawą obojętną, jakiego rodzaju człowiekiem będzie panujący. Ale co więcej, według zapatrywań humanistów, zupełnie tak samo jak było nieodzowne, aby panujący rządzili krajem, tak było też konieczne, aby oni, humaniści, rządzili panującymi, wychowywali ich i kierowali nimi. Zależało to tylko od osobistego charakteru poszczególnych humanistów, jak daleko sięgające wyciągali oni konsekwencje z tych swoich zapatrywań. Panujący byli konieczni dla dobra ludów, lecz tylko panujący dobrze myślący, tzn. myślący humanistycznie. Opierać się złemu panującemu, zrzucić go z tronu, ba! nawet zamordować, aby zrobić miejsce dla lepszego, nie stało to bynajmniej w sprzeczności z zasadami humanizmu, aczkolwiek tylko nieliczni humaniści dość mieli odwagi, aby te nauki swoje w czyn wprowadzać. Było pomiędzy nimi i dużo zwykłych pochlebców bez charakteru. Na ogół jednak wszyscy podtrzymywali swe roszczenia do sprawowania duchowych rządów nad panującymi. Ideolodzy kiełkującej burżuazji byli w tym względzie tylko przedstawicielami jej klasowego stanowiska, któreśmy już poznali.

Znamiennym rezultatem tego stanowiska jest niezliczona moc publikacji humanistycznych, mających za zadanie pouczać panujących, jak mają oni urządzać państwa i jak nimi rządzić. Najbardziej znaną książką tego rodzaju jest “Książę” Machiavellego.

Lecz nie było to wcale ze strony humanistów tylko próżne, z palca wyssane uroszczenie. Humaniści stanowili rzeczywistą siłę, której ówcześni panujący istotnie potrzebowali i o którą musieli starać się by mieć ją po swojej stronie. Panującym potrzebne były podówczas nie tylko materialne środki burżuazji, lecz i zasoby umysłowe jej ideologów. “Opinia publiczna”, tzn. poglądy miejskiej, mieszczańskiej ludności stanowiły rzeczywistą silę, a tą siłą w czasach i krajach, gdzie kwitł humanizm, on to właśnie kierował i rządził. A i do swoich spraw administracyjnych panujący potrzebowali uczonych nowego kierunku. Bo nie powstała jeszcze wówczas biurokracja i humaniści byli jedynymi ludźmi, którzy – obok prawników oraz wyższego duchowieństwa, a nawet lepiej od tego ostatniego – potrafili zarządzać sprawami państwa i spełniać przy panujących funkcje doradców i posłów zagranicznych. Nie był to bynajmniej czczy frazes, gdy cesarz Maksymilian wykrzyknął: “Uczeni powinni rządzić, nie zaś być podwładnymi; należy im się cześć najpierwsza, bo Bóg i natura postawiła ich wyżej od innych”. Z wyjątkiem książąt niemieckich, szczególnie północnych, którzy, zgodnie z ekonomicznym zacofaniem Niemiec, mało troszczyli się o humanistów i bardzo skąpo ich traktowali, każdy książę starał się ściągnąć na swój dwór jak największą liczbę humanistów, wybitni zaś uczeni odbierali hołdy nieomal książęce. Uczeni odgrywali w owych czasach inną na dworach rolę niż obecnie; traktowani byli nie jak uczeni służebnicy, których się toleruje, lecz jak wielce poszukiwani przyjaciele panujących. Tą okolicznością da się poniekąd wytłumaczyć zachowanie się Henryka VIII wobec More’a.

Podobnie niekonsekwentni jak w swych poglądach politycznych byli też humaniści i w przekonaniach religijnych. Jak tam, z jednej strony, unosili się nad starożytnymi republikanami, a jednocześnie byli za monarchią, tak tutaj stawali się, z jednej strony, coraz bardziej pogańscy, z drugiej – byli przy tym wszystkim zdecydowanymi katolikami. Jak nowy sposób produkcji stał w przeciwieństwie do feudalnego, tak też i nowy pogląd na świat feudalnemu się sprzeciwiał. Im bardziej stary sposób wytwarzania podupadał, tym zuchwałej lekceważyli sobie humaniści wszystkie zakazy tradycyjne, drwili z form średniowiecznych życia małżeńskiego i rodzinnego, i z wierzeń religijnych średniowiecza.

Pogaństwo i protestantyzm

We Włoszech humanizm odpowiadał interesom realnym. Inaczej było w krajach germańskich. Tutaj był on i pozostał zawsze rośliną egzotyczną, która nie była w stanie zapuścić w grunt korzeni. Tym pilniejszą potrzebę niemieckiego humanizmu stanowiła jak najściślejsza jego łączność z Włochami, skąd przychodziła wszelka nauka i sztuka. Tylko dopóki owa łączność trwała, humaniści mogli mieć nadzieję, iż zdołają opanować północne barbarzyństwo, panujące zwłaszcza w Niemczech, i że zdołają pozyskać dla siebie klasy rządzące. Zerwanie z Rzymem oznaczało dla nich katastrofę ich zamierzeń, zwycięstwo barbarzyństwa nad cywilizacją. Z tego powodu stanęli okoniem przeciw reformacji i wytrwali przy katolicyzmie, a uczynili to właśnie dlatego, ponieważ stali na wyższym stopniu rozwoju umysłowego niż, protestanci, zawzięci przeciwnicy nowej nauki i sztuki.

Uczeni ideologowie niemieccy i angielscy zapominali wszelako o jednym przerzucając się na stronę katolicką, aby ratować zagrożoną cywilizację: zapominali, że ta kultura katolicka, ten wysoki poziom nauki i sztuki we Włoszech i ta wielkość papiestwa opierały się w gruncie rzeczy na ignorancji i wyzysku mas ludowych, na ignorancji i wyzysku całych Niemiec; że papiestwo, aby popierać nauki i sztuki we Włoszech, musiało trzymać Niemcy w biedzie i niewiedzy; że podtrzymywane sztucznie przez papieży, o ile to od nich zależało, niemieckie barbarzyństwo obaliło w reformacji kulturę katolicką i że sytuacja dziejowa tak się ukształtowała, iż jedynie zwycięstwo tego barbarzyństwa niemieckiego nad kulturą romańską mogło utorować drogę do uwolnienia Niemiec od barbarzyństwa i umożliwić im dalszy ekonomiczny i umysłowy rozwój.

Humaniści zaś widzieli tylko krzywdę nauki i sztuki, którą istotnie reformacja w krajach północnych czasowo wyrządzić im musiała. Do tego powodu, dla którego humaniści opowiedzieli się za katolicyzmem, dołączył się jeszcze jeden: reformatorzy odwoływali się do mas ludowych, do całego ludu. W różnych krajach reformacji cały lud tworzył w stosunku do papieża jedną jedyną klasę – klasę wyzyskiwanych. A kraje reformacji (z jednym wyjątkiem Anglii, gdzie reformacja była w ogóle zupełnie swoista) pod względem gospodarczym właśnie były zacofane, gdyż absolutyzm nie był się w nich jeszcze tak silnie rozwinął jak w krajach romańskich, zwłaszcza też chłopi i rycerstwo stanowili tam jeszcze znaczną siłę i mieli duże poczucie wartości własnej. Aczkolwiek największą korzyść z reformacji odnieśli koniec końców książęta oraz finansiści, to jednak rozpoczęła się ona od ruchu ludowego, od wspólnego buntu wszystkich przeciw wyzyskowi ze strony papieży; a bunt ten, rzecz prosta, nie poprzestał na obaleniu władzy papieskiej, ale doprowadził do krwawych walk różnych klas ludności między sobą, które to walki wyczerpały siły narodu i przygotowały zwycięstwo absolutyzmu królów.

Ruch ludowy był dla humanistów czymś przerażającym. Inne rządy w państwie niż rządy panującego, inny wpływ na sprawy państwowe niż tylko z jego strony, wydawały im się rzeczą zgoła niewłaściwą. Dla potrzeb i dążeń ludu mieli oni na ogół mało zrozumienia, a większość z nich wcale się też tymi sprawami nic interesowała. Z odrazą spoglądali oni na ruch, który rozpętać wojnę domową z całą jej potwornością.

Samo się przez się rozumie, że w tych warunkach humaniści stanąwszy po stronie katolicyzmu znaleźli się w większości krajów germańskich w sprzeczności z całym ludem, że reformatorzy wzgardzili nimi w końcu jako renegatami, że humaniści wszelkie wpływy utracić musieli i że zniknęli wreszcie nie pozostawiwszy po sobie najmniejszego śladu swej działalności wśród ogółu narodu. Ale i humanizmowi we Włoszech reformacja zadała również cios śmiertelny. Odkryto już wówczas drogę morską do Indii naokoło Afryki, jeżdżono już nowymi drogami handlowymi, które na przyszłość miały łączyć Europę z Indiami aż do czasu otwarcia Kanału Sueskiego; handel wycofywał się z wybrzeży Morza śródziemnego i przenosił na Ocean Atlantycki. Jednocześnie zaś oburzenie na papiestwo ogarnęło kraje germańskie: bajońskie sumy, które rokrocznie wędrowały przez Alpy do Rzymu, skończyły swe wędrówki. Źródła bogactwa Włoch wyschły i wraz z tym upadła ich umysłowa wielkość. Handel i wyzysk były podłożem materialnym humanizmu. Wraz z nimi i on też zniknął.

Lecz zniknął nie bez śladu. Jego tendencje bowiem święciły odrodzenie swe – w jezuityzmie. Jezuityzm jest to nieco podupadły intelektualnie i umysłowej samodzielności pozbawiony, wepchnięty do służby kościoła katolickiego i karnie zorganizowany humanizm. Jezuityzm tak mniej więcej ma się do humanizmu, jak chrystianizm z epoki cezarów rzymskich do neoplatonizmu… Jest on formą, w jakiej kościół katolicki owładnął humanizmem, unowocześnił się i w przeciwieństwie do dotychczasowego swego podłoża feudalnego oparł się na podstawach, które rządziły społeczeństwem od XVI aż do XVIII wieku włącznie. Jezuityzm stał się najstraszliwszą siłą zreformowanego kościoła katolickiego, albowiem był on najbardziej przystosowany do nowych stosunków politycznych i ekonomicznych.

Posługiwał się tymi samymi środkami, którymi oddziaływał i humanizm: przewagą wykształcenia klasycznego, wpływaniem na panujących, uwzględnianiem potęg finansowych. Podobnie jak humaniści, jezuici popierali władzę absolutną, ale tylko władzę tych panujących, którzy na nich pracowali. I tak samo jak humaniści, jezuici nie uważali za sprzeczne z monarchistycznymi przekonaniami swymi dążyć do usunięcia osoby panującego, gdy ten im nie dogadzał.

W stosunku zaś do pieniądza Jezuici posuwali się dalej od humanistów. Oni nie tylko reprezentowali interesy nowego sposobu produkcji, lecz posługiwali się sami tym nowym systemem. Jezuici stali się rychło największym stowarzyszeniem handlowym w Europie mającym swoje filie we wszystkich częściach świata; oni pierwsi poznali się na tym, jak doskonałym komiwojażerem handlowym może być misjonarz; oni też pierwsi pozakładali w zamorskich, zaoceanicznych krajach kapitalistyczne przedsiębiorstwa przemysłowe, np. cukrownie. A przy sposobności wspomnimy tutaj również o państwie jezuickim w Paragwaju, którego spryciarze antysocjalistyczni z predylekcją używają jako straszaka na socjalistyczną propagandę. Paragwaj jezuicki ma służyć za dowód i świadectwo, dokąd prowadzi socjalizm; w rzeczywistości jednak wskazuje on tylko, do jakiego to stanu świat by zmierzał, gdyby kapitalistyczny system produkcji miał dalej rozwijać się bez przeszkód. Państwo, gdzie środki produkcji oraz produkty należą nie do klasy pracującej, lecz do nie pracującej – i to w dodatku do kapitalistów zagranicznych! – i gdzie pracę organizują nie robotnicy, lecz nie-robotnicy – takie państwo to jednak szczególniejszy rodzaj socjalizmu.

xxx

O tym państwie jezuickim w Paragwaju Wikipedia pisze:

Pierwotnie obszar współczesnego Paragwaju zamieszkiwali Indianie, w szczególności Guarani. W 1. połowie XVI rozpoczęło się osadnictwo europejskie przez Hiszpanów; w 1537 roku założyli miasto Asunción. Chrystianizację Indian powierzono jezuitom, których misje (reducciones) poskutkowały powstaniem quasi-państwa, zwanego potocznie Republiką Guaranów. Do czasu likwidacji zakonu w 1767 władzę, zarówno duchowną, jak i świecką, sprawowali jezuici. Zanim do tego doszło, przez blisko 150 lat zarządzali blisko 150 tys. Indian Guarani w około 30 reducciones. Po likwidacji zakonu państwo przeszło we władanie ówczesnej Hiszpanii.

Lokalizacja Redukcji; źródło: Wikipedia.

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

Redukcje paragwajskie – nazwa osad indiańskich zakładanych przez jezuitów w początku XVII wieku w Paragwaju, gdzie Filip III poruczył im pokojowe utrwalanie panowania Hiszpanii. W tym celu jezuici założyli szereg ośrodków kolonizatorskich zwanych „redukcjami”, w których zgrupowali Indian, nie dopuszczając do nich świeckich Europejczyków. Żyjący w tych małych pseudorepublikach Indianie uprawiali ziemię wspólnie i tylko część dochodów zatrzymywali dla siebie, resztę zaś dawali na ogólne potrzeby. Rządy w tych osadach spoczywały całkowicie w rękach jezuitów. Były to swego rodzaju „państwa jezuickie”, zależne od wicekróla Peru; utrzymywały się do wygnania jezuitów z Paragwaju w 1767.

Redukcja (łac. reductio „sprowadzenie”) – w tym znaczeniu chodziło o sprowadzenie Indian na wiarę i stąd nazwa „redukcje paragwajskie”.

xxxxxxxx

Z opisu Kautsky’ego wynika, że w reformacji chodziło przede wszystkim o pieniądze i wpływy. Konflikt religijny był tu tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie prawdziwego celu. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy obserwujemy w Rosji coś w rodzaju próby zamachu stanu, czyli taki teatrzyk dla niezorientowanych.

Analizując humanizm Kautsky, świadomie bądź – nie, uchyla rąbka tajemnicy o prawdziwej naturze władzy. Otóż humaniści uważali za rzecz naturalną, że panujący rządzą krajem i tak samo za rzecz naturalną uważali, że to oni mają rządzić panującymi, być ich wychowawcami i kierować ich poczynaniami. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że prawdziwa władza jest ukryta, niewidoczna dla zwykłego człowieka. Czyli tak naprawdę to nic nie zmieniło się. W średniowieczu papież był widoczną władzą, ale ta prawdziwa była ukryta. W okresie reformacji monarchowie wyzwolili się spod władzy papieży, ale stali się zależni od humanistów, którzy oficjalnie nie kierowali państwem. Jest bardzo możliwe, że prawdziwa władza jest jeszcze bardziej ukryta i to właśnie ona wygrzebała skądś stare księgi republiki ateńskiej, a może nie wygrzebała, tylko wyjęła z ukrycia i w ten sposób zapoczątkowała renesans i w konsekwencji reformację.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

„Zdecydowanym przyjacielem żydów jest Włoch Filip Buonacorsi znany – obyczajem członków tajnych związków humanistycznych pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Brat królewski, kardynał Fryderyk skarży się , że król nie patrzy na to, co się koło niego dzieje i słucha tylko rad Kallimachowych (Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska). Istotnie Kazimierz Jagiellończyk słucha z ciekawością rozmów Włocha z uczonymi żydami i powierza mu wychowanie swych synów. W stosunku do Rzymu król postępuje lekceważąco: sprzyja husytom czeskim, a nie chce słuchać papieża nawet w sprawach nominacji biskupich.”

Podłożem materialnym humanizmu był handel i wyzysk i wraz z nim też znikł, ale nie do końca, co przyznaje Kautsky, bo przekształcił się humanizm w jezuityzm. A jezuici stali się wkrótce największym stowarzyszeniem handlowym w Europie, mającym swoje filie we wszystkich częściach świata. Tak więc, chcąc nie chcąc, Kautsky podpowiada nam, kto się krył za humanistami i jezuitami, skoro radzili oni sobie tak dobrze w handlu.

Konsekwencją reformacji było m.in. i to, że państwa takie jak Francja, Hiszpania, Włochy i Portugalia zbiedniały, a bogatymi stały się nowe potęgi gospodarcze i handlowe: Anglia, Holandia, Niemcy. Był to efekt tego, że Żydzi przenieśli swoje kapitały z Hiszpanii do Anglii, z Portugalii do Holandii, m.in. z powodu „szalejącej” inkwizycji na Półwyspie Iberyjskim. I tak powstały nowe potęgi morskie i kolonialne – Anglia i Holandia. W 1588 roku w bitwie morskiej u południowo-zachodnich wybrzeży Anglii klęski doznała słynna hiszpańska Armada i tym sposobem dano do zrozumienia światu, że od tego momentu to Anglia będzie dominować na morzu, a nie – Hiszpania. Sama bitwa była od początku do końca wyreżyserowana. Szczegółowo o tym pisałem w blogu „Armada”.

Kautsky

Podobno Lenin miał kiedyś powiedzieć: Po co dyskutować z towarzyszem Kautsky’m, lepiej od razu go zignorować. A skoro tak, to może warto przybliżyć sobie tę postać. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

Karl Kautsky (ur. 16 października 1854 w Pradze, zm. 17 października 1938 w Amsterdamie) – niemiecko-austriacki działacz robotniczy, pacyfista, teoretyk demokratycznego socjalizmu, krytyk Lenina, uznający rosyjską dyktaturę proletariatu za błędne rozumienie dzieł Marksa. Od roku 1883 do śmierci redagował najważniejsze europejskie pismo socjalistyczne „Die Neue Zeit”.

Kautsky urodził się w roku 1854 w Pradze w rodzinie pochodzenia żydowskiego jako syn Johanna Kautsky´ego i jego żony Minny (z domu Jaich). Do austriackiej partii socjaldemokratycznej wstąpił w 1875 roku w czasie studiów w Wiedniu, gdzie poznał Augusta Bebla i Karla Liebknechta. Studiował historię, ekonomię polityczną i filozofię. Rozpoczął wówczas ożywioną działalność publicystyczną. Na początku lat 80., po emigracji do Zurychu, nawiązał kontakty z Eduardem Bernsteinem i związał się z Socjaldemokratyczną Partią Niemiec. W czasie pobytu w Londynie poznał Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. W roku 1883 założył w Stuttgarcie i aż do 1917 roku redagował czasopismo „Die Neue Zeit” (pol. „Nowy Czas”), które pełniło nieformalnie rolę organu teoretycznego II Międzynarodówki. W latach 1885–1890 przebywał na emigracji w Londynie, po czym powrócił do Stuttgartu, a w 1897 roku przeniósł się do Berlina.

Kautsky był aktywnym działaczem międzynarodowego ruchu marksistowskiego. Wraz z Bernsteinem opracował w roku 1891 program erfurcki. Zyskał sławę jako autor książki Nauki ekonomiczne Karola Marksa (wyd. 1887), przez wiele dziesięcioleci była to najbardziej poczytna popularyzacja I tomu Kapitału, przetłumaczona na 18 języków. Przez długi czas zajmował umiarkowane stanowisko między nurtem reformistycznym a rewolucyjnym w ruchu socjalistycznym. Dopiero bezpardonowa krytyka rewolucji październikowej przyniosła mu łatkę zdrajcy. W latach 20. po raz kolejny włączył się do bieżącego życia SPD, był jednym z głównych autorów programu partii uchwalonego w 1925 roku.

Do rewolucji październikowej Kautsky (Dyktatura Proletariatu 1918) odniósł się od razu krytycznie, atakując politykę bolszewików za dyktatorskie metody i wskazując, że próba budowy socjalizmu w zacofanym kraju, w którym nie rozwinęły się kapitalistyczne stosunki produkcji, jest utopijna i skazana na degenerację. Wskazywał, że rewolucja rosyjska jest w istocie rewolucją przeciwko literze i duchowi materializmu historycznego. Kautsky stawiał na legalną drogę proletariatu do władzy i za jedynie dopuszczalną formę jego panowania politycznego uważał republikę parlamentarną gwarantującą wszystkim pełnię praw i wolności politycznych. Ostra krytyka bolszewickiej dyktatury wywołała zjadliwą polemikę ze strony Lenina, który zarzucał Kautsky’emu niezrozumienie dialektycznego charakteru procesu rewolucyjnego oraz wypaczenie poglądów Marksa i Engelsa na państwo.

xxx

Tak więc Kautsky uważał, że proletariat powinien dojść do władzy w sposób legalny, a Lenin – rewolucyjny. Różnica diametralna, a więc nie do pogodzenia. Można powiedzieć, że obaj różnili się na poziomie aksjomatów.

Adolf Nowaczyński w swojej książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje wypowiedź Kautsky’ego dla Socialistische Monatshefte, 1920. Poniżej fragment:

Największym nieszczęściem Francji po r. 1871 było to, że jej obawa przed Niemcami rzuciła ją w objęcia cara. Dzisiaj uzależnia się Francja od państwa, które wraz z Rumunią jest najbardziej reakcyjnym na wschodzie, jakkolwiek tym razem nie jest zmuszona groźbą Niemiec. Zależność ta jest pełna niebezpieczeństwa…

Demokracje proletariackie i chłopskie, które graniczą z Polską, nie żywią żadnych zamiarów zdobywczych, ale nie mają najmniejszej ochoty poddać się uciskowi. Klika szlachecka, która rządzi Polską, ogarnięta jest bezmierną żądzą zaborczą, zarówno w stosunku do Ukraińców, jak do Białorusinów i Litwinów. A tę zaborczość swoją skieruje również, o ile się da, w stronę Niemiec.

Bezmierna żądza zaborcza to pewnie koncepcja asymilacyjna Dmowskiego i federacyjna Piłsudskiego. Tak patrzono na to za granicą i chyba nie bez racji. Warto o tym pamiętać. Co do Niemiec, to Kautsky chyba przesadził.

Skąd groźba, że dzięki uzyskanym korzyściom, Polska przestaje być państwem narodowym, i stanie się państwem narodowościowym, podobnym do dawnej Austrii, i jak ona będzie źródłem wiecznych zawichrzeń w swych stosunkach wewnętrznych i zewnętrznych.

W rozmowie z korespondentem Temps’a Sauerweinem:

Wskutek warunków wersalskich, Francja uczyniła się zależną od Polski. Kraj ten rządzony jest przez autokrację feudalną i zamyka w granicach obecnie zakreślonych taką liczbę narodów różnych, Ukraińców, Słowian, Rosjan, Niemców, że będzie to bałkanizacja całej tej części Europy*).

*) O redaktorze „Socialistische Monatshefte”, z pochodzenia żydzie czeskim z Pragi, autorze interesującej książki o „Pochodzeniu chrześcijaństwa”, oraz broszurki: „O niepodległości Polski” wyraża się p. K. Czapiński w Robotniku z powodu jubileuszu Kautsky’ego jak następuje:

Kautsky – to nasz wspólny nauczyciel. „Nasz” – to znaczy całej generacji socjalistów-marksistów całego świata. Słusznie mówi o nim tow. Bauer w ostatnim artykule swym w „Kampfie” wiedeńskim, że dla ogromnej większości socjalistów wielkie skarby myśli, zawarte w „Kapitale” zostałyby na zawsze niedostępne bez utalentowanego pośrednictwa Kautskiego. On to był generalnym dozorcą, szafarzem, popularyzatorem nauki marksowskiej. „Wielki Inkwizytor marksizmu” – z przekąsem odzywali się o nim rewizjoniści niemieccy, którym porządnie dał się we znaki…

xxxxxxxx

Nie stało się tak, jak przewidywał Kautsky, że II RP ulegnie bałkanizacji. Owszem, ukraiński nacjonalizm dał znać o sobie, były zabójstwa polityczne, akty terroryzmu, ale skala tych zjawisk była o wiele mniejsza, niż można było się spodziewać. Po wojnie, po przesiedleniach, przeważnie mniejszości kresowych na tzw. Ziemie odzyskane, PRL stała się państwem tak samo wielonarodowym, jakim była przed II wojną światową II RP. A jednak był spokój. Wszystkie te mniejszości siedziały jak mysz pod miotłą. Niechby tylko spróbowały!

Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm. Oficjalnie jego propaganda głosiła, że Polska jest państwem jednonarodowym i katolickim, w którym katolicy stanowią przytłaczającą większość. Na czele tego narodu stała partia, a więc: jeden naród, jedno państwo i jeden przywódca, czyli jedna partia. I tak to trwało prawie do końca PRL-u. Jednak u jego schyłku i na początku III RP dowiedzieliśmy się, że zamieszkuje tu mniejszość śląska, niemiecka, ukraińska, białoruska i inne i nie są to bynajmniej jakieś śladowe ilości. Kolejne „wolne” wybory potwierdzały pewną prawidłowość. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych i w południowej części województwa podlaskiego – w której większość stanowią prawosławni Ukraińcy i Białorusini – ludzie głosują tak samo, co świadczy o tym, że na tych tzw. ziemiach poniemieckich mniejszości kresowe stanowią większość. To jest elektorat PO. Elektorat PiS to reszta kraju. Mamy więc państwo podzielone, nie pod względem interesów gospodarczych i ideologii, ale pod względem narodowościowym i wyznaniowym.

Przez cały okres rządów Tity w Jugosławii nie było tam tego, co Kautsky nazwał bałkanizacją. Ale po jego śmierci (Tity) i po zmianach, jakie zaszły w Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Jugosławia wybuchła. Wygląda więc na to, że to nie sam fakt zamieszkiwania w jednym państwie obywateli o różnej narodowości i wyznaniu czy religii, jest przyczyną niepokojów społecznych i wzajemnej wrogości, lecz jest to efekt działania jakichś innych czynników. Jeśli założymy, że oficjalne rządy to zalegalizowane mafie, które działają tylko i wyłącznie we własnym interesie albo w interesie tego, kto je stworzył, to wówczas staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego czasem może być w jakimś państwie spokojnie, a czasem – ni stąd, ni zowąd – wybuchają zamieszki, protesty, rewolucje, wojny itp. I to jest właśnie ten dialektyczny charakter procesu rewolucyjnego, którego nie „rozumiał” Kautsky. Innymi słowy, zmienić coś można tylko na zasadzie rozpierduchy, czyli dialektycznego procesu rewolucyjnego, a nie – na drodze demokratycznej.

Religia naturalna

W poprzednim blogu „Religia” opis dziejów chrześcijaństwa zakończyłem na reformacji, w wyniku której powstał protestantyzm, a z którego wyłaniały się stopniowo nowe wyznania. Dał on też początek zjawisku zwanemu religią naturalną. Religia naturalna to taka religia, w której Bóg obejmuje sobą cały świat i każda cząstka materii jest cząstką Boga. Stoi więc ona w absolutnej opozycji do religii chrześcijańskiej, w której Bóg jest Stwórcą świata widzialnego i niewidzialnego, duchowego, i jest transcendentny (wymykający się zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu) wobec niego, a więc jest niematerialny.

Wydaje mi się, że genezę i rozwój religii naturalnej, dobrze opisuje Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932):

Reformacja głosiła oderwanie religii od hierarchii Kościoła katolickiego i zerwanie z jego autorytetem w rzeczach wiary. Dając swym wyznawcom prawo samodzielnego czytania i komentowania Pisma Świętego, wprowadziła anarchię w „zakres dogmatów” religijnych.

Zarazem twierdziła, że nie tylko teksty Pisma św., lecz i postępy wiedzy naukowej godzą w prawdy, podawane do wierzenia przez Kościół katolicki. Wyłoniły się stąd dwa kierunki, dwie poniekąd metody teologiczne: jedna stała ściśle na gruncie rozumowym, racjonalistycznym i stwierdzała nieuchronny rozbrat i rozdział między wiarą i wiedzą, i dlatego głosiła, że do zbawienia trzeba jedynie tylko wiary, choćby wbrew rozumowi; drugi kierunek o charakterze mistycznym usiłował sobie wyjaśnić tajemnice wiary, a przynajmniej ugruntować w sobie przekonanie o ich prawdziwości, sięgając do kabały żydowskiej.

Pierwszy – wysoko stawiający postęp nauki, a szczególnie nauk matematyczno-przyrodniczych, opierał się na pewnego rodzaju metodzie scholastycznej i komentowaniu Pisma św., przy czym Stary Testament postawiono na równi z Nowym, drugi w zakresie religijnym zwracał się wprost do źródeł żydowskich Starego Testamentu i kabały.

Całą literaturę hebrajską stanowią Tora, czyli Pięcioksiąg Mojżeszowy oraz komentarze do Tory. Największym z tych komentarzy jest Talmud; obok niego istnieje też tajny, mistyczny wykład Biblii, zwany Kabałą.

Pierwszy znalazł swój wyraz przede wszystkim w Kościele augsburskim, drugi w helweckim i rozlicznych sektach angielskich oraz amerykańskich.

Wtedy przyszedł Spinoza i stworzył swój system panteistyczno-materialistyczny, który łączył poniekąd w sobie dwie metody teologiczne, rozumową i mistyczną, filozoficzną i kabalistyczną. Oparcie poglądu na świat na twierdzeniu, że Bóg i materia to jedno, że Bóg obejmuje sobą cały świat materialny, że każda cząstka materii jest cząstką Boga, było z jednej strony potężnym poparciem badań nad materią, czyli przyrodniczych, z drugiej zaś dawało się pogodzić z naukami kabały. Toteż wiemy, że Spinoza był wielbicielem Zoharu (mistyczny komentarz do Tory, Pieśni nad Pieśniami i Księgi Rut, powstały w XIII wieku – przyp. W.L.) i wierzył nawet w mesjańską rolę Sabbataja Cwi.

Tak pomyślany Bóg był w istocie swej niepoznawalny – a raczej mógł być poznawalny tylko przez poznanie materii, przez badanie przyrody. Co więcej – jako niepoznawalny – nie wymagał żadnych dogmatów, które by musiały się dopiero godzić z teoriami nauki, a więc był nader wygodny. Jako niepoznawalny nie wymagał nadto żadnych uczynków, żadnej etyki.

Filozofia Spinozy dała podkład umysłowy pod ideologię lóż wolnomularskich. Skoro Bóg to materia, to i prawa materii, prawa przyrodnicze są poniekąd Boskimi. Wielki Budowniczy, ten Bóg lóż wolnomularskich już w XVIII w. w ruchu filozoficznym jest ubóstwianą Naturą. Rodzą się stąd pojęcia religii, danej człowiekowi przez przyrodę, tzw. religii naturalnej i etyki wrodzonej, tzw. etyki naturalnej. Oczywiście religia ta i etyka, dana każdemu człowiekowi niejako przyrodniczo, jest niezależna od wszelkich wyznań religijnych, a tym bardziej od narodowości czy rasy. Wiązanie religii i etyki z wyznaniem religijnym to „przesąd”. Stąd walka lóż z „przesądami”.

Przeciwieństwem przesądu jest „oświecenie”. „Oświecenie” – to nie tylko otrząśnięcie się z „przesądów”, lecz także uświadomienie sobie głosu natury, tj. poznanie prawd religii naturalnej i etyki naturalnej, czyli znalezienie „światła”. „Światło” zaś promieniuje z lóż. Uznawanie wartości tego „światła”, to hołd złożony „duchowi czasu”, trwanie przy „przesądach” zwie się „wstecznictwem”.

Etyka naturalna jest aspołeczna, bo człowiek z trudem wyrzeka się czegoś na rzecz zbiorowości. Człowiek ma pewne prawa, które mu dała natura, a szczególnie prawo do tego, żeby mógł żyć i działać jak chce, oraz żeby nikogo nie musiał słuchać i przed nikim się nie poniżać i płaszczyć. Stąd prawo do wolności i równości, uznane za „prawo naturalne”.

Społeczność jednak musi istnieć. Jak to pogodzić z prawami naturalnymi? Trzeba się uciec do fikcji, że ludzie kiedyś w prehistorii zawarli ze sobą umowę zbiorową, w której zrzekli się części swej wolności na rzecz zbiorowości. W ten sposób to ograniczenie wolności jednostki na rzecz instytucji społecznej będzie można uważać za zrzeczenie się dobrowolne. Tak powstała teoria „kontraktu społecznego” Rousseau’a, przypominająca bardzo w swej konstrukcji kontrakt Izraela z Jehową. W niej geneza rewolucyjnej „deklaracji praw człowieka i obywatela”.

Tak pojętym prawom naturalnym, tej „religii naturalnej” i „etyce naturalnej” przeciwstawia się szczególnie Kościół katolicki, opierający się o objawione dogmaty religijne, z góry dane, oraz władze świeckie, opierające się na przekonaniu, że „władza od Boga pochodzi”, a więc niechętne wszelkim pomysłom „kontraktu społecznego”.

Rozszerzenie takiej ideologii musiało doprowadzić do ataków na Kościół katolicki, ukoronowanych dopiero w r. 1870 kasatą państwa papieskiego oraz do rozprawy z królami i książętami, która znalazła swój wyraz w rewolucji francuskiej, a później w ruchach wolnościowych 1848 roku.

Papiestwo wcześnie zareagowało na zamiary wolnomularstwa, bo już w r. 1738 ukazuje się bulla Klemensa XII „In eminenti Apostolatus speculo” (W zwierciadle wybitnego Apostolstwa – przyp. W.L.) potępiająca wolnomularstwo.

Panujący dali się natomiast ogarnąć ruchowi tym bardziej, że organizacje wolnomularskie czyniły ich lub ich krewnych swymi protektorami i rzucały im piaskiem w oczy.

Na czele armii sprzymierzonych, idących na pomoc uwięzionemu Ludwikowi XVI, by stłumić rewolucję we Francji, staje przecież nie kto inny jak ks. Ferdynand Brunświcki, protektor „braci azjatyckich” oraz iluminatów Weishaupta, tj. najskrajniejszych związków rewolucyjnych. Nic dziwnego, że stał bezczynnie niemal nad Renem, gdy w Paryżu Ludwika XVI, a potem królową Habsburżankę wleczono na gilotynę.

Propaganda „religii naturalnej” znajdowała grunt niemal wyłącznie w warstwach wykształconych. W warstwach niższych, szczególnie zaś wśród ludu trafiała na odpór. Trzeba było lud specjalnie wychować.

„Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat” mawiał filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec. Ku temu celowi posłużyło wypędzenie jezuitów i kasata zakonu, po czym mogła nastąpić w krajach katolickich sekularyzacja dóbr zakonnych i szkolnictwa. Odtąd na wychowaniu położyło rękę wolnomularstwo.

W XIX w. propaganda lóż masońskich wyszła już spod znaku „Wielkiego Budowniczego” i „religii naturalnej”, a potem tzw. deizmu i poszła po linii zdecydowanego ateizmu.

Równolegle z głoszeniem „religii naturalnej” szło propagowanie „etyki naturalnej”, wspólnej dla wszystkich. Ujawniło się to wszędzie. Na polu rządów i dyplomacji w cynizmie, jakim odznaczała się – nawet na tle innych czasów – dyplomacja XVIII w., na tle stosunków społecznych w obaleniu wszelkiego autorytetu, na tle stosunków między ludźmi w zatracie wszelkiej szlachetności (jakbyśmy dziś powiedzieli dżentelmeństwa), na tle stosunków rodzinnych w tolerowaniu jawnych skandali, na tle stosunków seksualnych w zatracie wszelkiej miary.

xxx

Panteizm – pogląd filozoficzno-religijny, będący odmianą monizmu ontologicznego, odrzucający istnienie Boga osobowego, utożsamiający Boga z przyrodą lub głoszący, że Bóg istnieje w przyrodzie immanentnie.

Deizm – kierunek filozoficzny (także stanowisko światopoglądowe) powstały w okresie oświecenia, uznający Boga za stwórcę i prawodawcę ale odrzucający wiarę w bezpośrednie kierowanie światem przez Boga, wiarę w cuda i objawienie.

xxx

W powieści Jana Potockiego Pamiętnik znaleziony w Saragossie (wyd. Vesper 2007) jest fragment odnoszący się do religii naturalnej. Może warto go przytoczyć, bo Potocki żył w czasach oświecenia, a więc w okresie jej tworzenia. Poniżej ten fragment:

Moglibyście zapytać mnie, po co usiłuję was przekonać, iż religia naturalna prowadzi do tego samego celu, co i religia objawiona, bo przecież skoro jestem chrześcijaninem, powinienem wyznawać tę ostatnią i wierzyć w cuda, które stworzyły jej fundament. Pozwólcie zatem, że naprzód oznaczymy różnicę miedzy religią naturalną i objawioną.

Podług teologa Bóg jest twórcą religii chrześcijańskiej, podług filozofa także, ponieważ wszystko, co dzieje się, pochodzi z woli boskiej, ale teolog wspiera się na cudach, które są wyjątkami w ogólnych prawach natury i tym samym nie przypadają do smaku filozofowi. Ten ostatni, jako badacz natury, skłonny jest mniemać, że Bóg, twórca naszej świętej religii, chciał ją ufundować przy pomocy ludzkich środków, nie wyłamując się z powszechnych praw, rządzących światem duchowym i materialnym.

Tutaj różnica nie jest jeszcze tak znaczna, wszelako badacz natury pragnie wprowadzić jeszcze jedno subtelne rozróżnienie. Powiada on do teologa: Ci, którzy widzieli cuda na własne oczy, mogli im z łatwością uwierzyć. Dla ciebie, urodzonego o osiemnaście wieków później (akcja powieści toczy się w XVIII wieku – przyp. W.L.), wiara jest zasługą, a jeżeli wiara jest zasługą, to twoją wiarę można uważać za jednakowo wypróbowaną zarówno w wypadku, jeżeli cuda te rzeczywiste miały miejsce, jak też wówczas, jeżeli to tylko uświęcona tradycja podała je do twojej wiadomości. Skoro zaś wiarę w obu tych razach można uważać za jednakowo wypróbowaną, zasługa również musi być jednaka.

Tu teolog przechodzi do natarcia i mówi do badacza natury: Tobie zaś kto odkrył prawa natury? Skąd wiesz, czy cuda, zamiast być wyjątkami, nie są raczej objawami nieznanych tobie zjawisk? Nie możesz bowiem powiedzieć, że znasz dokładnie prawa natury, do których odwołujesz się od wyroków religii. Promienie twego wzroku podciągnąłeś pod prawa optyki, jakim więc sposobem, wszędzie się przedzierając i o nic nie uderzając, nagle, spotkawszy zwierciadło, wracają, jak gdyby odbiły się o jakieś ciało sprężyste? Dźwięki również się odbijają, a echo jest ich obrazem; z pewnym przybliżeniem stosują się do nich te same prawa, co do promieni świetlnych, chociaż mają raczej charakter modalny, podczas gdy promienie świetlne zdają się nam ciałami. Ty jednak nie wiesz tego, gdyż w gruncie rzeczy nic nie wiesz.

Badacz natury musi przyznać, że nie wie, wszelako dodaje: Jeżeli ja nie jestem w stanie określić cudu, to ty znów, senior teologu, nie masz prawa odrzucać świadectwa Ojców Kościoła (pisarze starochrześcijańscy z I-VII wieku – przyp. W.L.), którzy przyznają, że nasze dogmaty i tajemnice istniały już w religiach przedchrześcijańskich. Ponieważ więc nie weszły do tych poprzednich religii za pomocą objawienia, musisz zatem zbliżyć się do mego zdania i przyznać, że można było sformułować te same dogmaty bez pomocy cudów. Zresztą – mówi badacz – jeżeli chcesz, abym ci otwarcie powiedział, jaki mam pogląd ma pochodzenie chrześcijaństwa, to proszę, posłuchaj: Świątynie starożytnych były po prostu jatkami, bogowie ich bezwstydnymi rozpustnikami, ale w niektórych zgromadzeniach ludzi pobożnych panowały zasady daleko czystsze i składano ofiary mniej odrażające. Filozofowie oznaczali bóstwo imieniem Theos, nie wymieniając ani Jowisza, ani Saturna. Rzym podbijał naówczas ziemię i przypuszczał ją do swoich bezeceństw. Mistrz boski zjawił się w Palestynie, zaczął nauczać miłości bliźniego, pogardy bogactw, zapomnienia krzywd, poddania się woli Ojca, który jest w niebie. Ludzie prości towarzyszyli mu za życia. Po jego śmierci zeszli się z ludźmi oświeceńszymi i wybrali z obrzędów pogańskich to, co najlepiej przystawało do nowej wiary. Nareszcie Ojcowie Kościoła zabłysnęli z kazalnic wymową bez porównania bardziej przekonywującą od tej, jaką dotąd słyszano z mównic. Takim sposobem, za pomocą środków na pozór ludzkich, chrystianizm utworzył się z tego, co było najczystsze w religiach pogan i żydów.

Tak właśnie spełniają się wyroki Opatrzności. Stwórca światów mógł bez wątpienia ognistymi zgłoskami wypisać swoje święte prawa na gwiaździstym niebie, ale nie uczynił tego. Skrył w starożytnych misteriach obrzędy doskonalszej religii, zupełnie tak, jak w żołędzi ukrywa las, który będzie kiedyś ocieniał naszych potomków. My sami, aczkolwiek nie wiemy o tym, żyjemy przecież wśród przyczyn, nad których skutkami potomność będzie się zdumiewać. Dlatego to nazywamy Boga Opatrznością, w przeciwnym bowiem razie nazywalibyśmy Go tylko Potęgą.

xxxxxxxx

W tym wypadku religia naturalna różni się od objawionej tylko tym, że nie jest objawioną tylko stworzoną, czyli różni się genezą i tylko tym.

W tym momencie mógłby ktoś zapytać, po co takie rozważania, po co takie dzielenie włosa na czworo, po co zajmowanie się zagadnieniami, które z punktu widzenia codzienności są wysoce abstrakcyjne? No, ale skoro w XVIII wieku oświecenie przyniosło rozwój kultury laickiej i niezależnego poglądu na świat, a krytyka religii objawionej wiodła do deizmu, a nawet ateizmu, to wypada przybliżyć sobie ten deizm. Wikipedia tak pisze:

„Z przekonań religijnych Dmowski był deistą i przez całe życie pozostawał obojętny religijnie, jednak na krótko przed śmiercią nawrócił się i postanowił powrócić na łono Kościoła katolickiego. Na łożu śmierci 30 grudnia 1938 odwiedzili go jego przyjaciel bp Stanisław Łukomski, jego kapelan ksiądz Henryk Kulbat, a także ks. prałat Krysiak z Łomży, który udzielił mu sakramentu namaszczenia chorych.”

A więc ten „patriota”, który wmawiał Polakom, że Polak to katolik, że polską racją stanu jest bycie krajem katolickim, przez całe swoje życie nie był katolikiem tylko deistą.

Powyższa definicja deizmu pochodzi ze Słownika Wyrazów Obcych PWN z 2002 roku. Natomiast ten sam słownik, ale z 1959 roku, podaje bardziej rozbudowaną jego definicję:

„Deizm (od łac. deus bóg) filoz. pogląd, który, uznając Boga za przyczynę świata lub jego pierwszy motor, odrzuca zarazem jego interwencję w bieg zdarzeń i życie ludzkie, a więc m.in. cuda i objawienie. D. rozpowszechniony w filozofii europejskiej XVII-XVIII w. zawierał z reguły negację dogmatów religijnych i uznanie z religii tylko tego, co można rozumowo uzasadnić, nadto zasady tolerancji religijnej, odrzucenie wartości liturgii i organizacji kościelnej, moralność świecką (w Anglii m.in. Toland, Collins, we Francji m.in. Voltaire, Rousseau). D. był w czasach Oświecenia ideologią burżuazji, walczącej z wpływami Kościoła na życie społeczne, wychowanie i naukę.”

Jest różnica? Ci, którzy kiedyś palili książki, dobrze wiedzieli, co czynili. Dziś już nie trzeba palić książek, po prostu usuwa się z internetu niewygodne treści. W tej definicji jest jedna bardzo ważna wskazówka, a mianowicie to, że deizm był w czasach oświecenia ideologią burżuazji, a więc Żydów, bo to oni w większości tworzyli tę burżuazję.

Mamy więc Dmowskiego, który stręczy nam katolicyzm, sam nie będąc katolikiem. Wmawia Polakom, że katolicyzm to polska racja stanu, podczas gdy jest odwrotnie. W sytuacji, gdy państwo polskie znajduje się pomiędzy prawosławnym morzem a protestanckim żywiołem, polską racją stanu byłoby raczej propagowanie deizmu, a już na pewno unikanie określenia „Polak-katolik”. Kim zatem był Dmowski? Skoro deizm był ideologią oświeceniowej burżuazji, czyli Żydów, to wygląda na to, że Dmowski był żydowskim sługusem i realizował ich koncepcję katolickiego państwa polskiego i koncepcję asymilacyjną, która polegała na tym, by z ludności byłej Rusi Kijowskiej robić Polaków. Tak naprawdę to sprowadzała się ona do rozrzedzania polskości. Ta ludność ze wschodu zaakceptowała tylko język polski, a serce dalej pozostawało i pozostaje na Rusi. I kto wie, czy obecnie większość Polaków, to nie są właśnie tacy Polacy.

Rodzi się tyko pytanie – kto był większym szkodnikiem: Piłsudski czy Dmowski? Warto o tych sprawach pamiętać, by zrozumieć, czym była Narodowa Demokracja i kim są ci obecni „narodowcy”, którzy słowami „Polska”, „katolicyzm”, „patriotyzm” wycierają sobie swoje obleśne gęby i drą mordę: Dmowski na Wawel!

Rzygać się chce, jak się na to wszystko patrzy.

Religia

Religia ma duży wpływ, nie tylko na nasze życie osobiste, ale również, a może przede wszystkim, na życie społeczne i na politykę. W naszych realiach dotyczy to religii chrześcijańskiej. Najbardziej brzemienny w skutkach był jej podział na wyznania: katolicyzm, prawosławie, protestantyzm. Skąd on się wziął? Czy był to proces samoistny, czy czyjeś świadome działanie? To pytania, nad którymi warto się zastanowić. Poniższe informacje pochodzą z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (Geneza i dzieje, Doktryna) i z Wikipedii.

Chrześcijaństwo to monoteistyczna religia objawiona oparta na nauczaniu Jezusa Chrystusa. Zgodnie z najstarszym Credo (wyznanie wiary) z IV wieku n.e. Jezus jest współistotny z Bogiem judaizmu i nosi tytuł – Pan (Kyrios, Adonai), którego to rzeczownika żydzi i zdecydowana większość chrześcijan używają jako zamiennika imienia własnego samego Stwórcy.

Według wiary chrześcijańskiej Bóg objawiał się ludzkości stopniowo w historii Izraela i Kościoła. Proces ten swą pełnię osiągnął w Jezusie Chrystusie. Wraz z judaizmem, chrześcijanie wyznają, że Bóg jest jeden i że jest Stwórcą świata widzialnego i niewidzialnego, duchowego, i jest transcendentny (wymykający się zwykłemu ludzkiemu doświadczeniu) wobec niego.

Przynajmniej od soboru nicejskiego (325) częścią chrześcijańskiej ortodoksji jest wiara, że Jezus Chrystus jest odwiecznym Synem Bożym, równym co do istoty Bogu Ojcu, a zatem Bóg jest jeden w „istocie”, troisty w „osobach” (hipostazach) jako Bóg Ojciec, Syn Boży (Jezus) i Duch Święty.

Duch Święty – w większości religii chrześcijańskich trzecia osoba Trójcy Świętej, równa Ojcu i Synowi w bóstwie, majestacie, substancji i naturze. Nie jest bytem zrodzonym ani stworzonym. Każda z osób Bożych ma tę samą, jedną boską istotę (naturę) i pozostaje we wzajemnej relacji osobowej na zasadzie pochodzeń: Bóg Ojciec stanowi zasadę pochodzenia dla Syna, a razem z nim (wspólnie – łac. filioque – w tradycji zachodniej; przez Syna – łac. per filium – w tradycji wschodniej) dla Ducha Świętego. Tak więc mamy:

  • katolicyzm – filioque (od Boga pochodzi Syn i Duch Święty)
  • prawosławie – per filium (od Boga pochodzi Syn, a od Syna – Duch Święty)

W III wieku n.e. w łonie chrześcijaństwa, w ramach dyskusji chrystologicznych, pojawiła się nauka arianizmu, głosząca, że Jezus Chrystus, Syn Boży, nie jest równy Ojcu i jest mu podporządkowany. Pogląd ten został przez autorytet apostolski Kościoła odrzucony jako herezja już na soborze w Nicei w 325 roku, co zostało zapisane w symbolu nicejskim (nicejskie wyznanie wiary), a następnie potwierdzone przez sobór konstantynopolitański (381) w Nicejsko-konstantynpolitańskim wyznaniu wiary.

Sobór chalcedoński – najstarsze w starożytności zgromadzenie biskupów chrześcijańskich Cesarstwa Rzymskiego, zwołane przez cesarza Marcjana do Chalcedonu w Bitynii (położona nad Morzem Czarnym w północnej Turcji), trwające od 8 do 31 października 451 roku. Zwołanie soboru było związane ze sporem wokół odpowiedzi na pytanie: kim jest Jezus Chrystus? We wschodnich prowincjach Cesarstwa, w pierwszej połowie V wieku, narastała tendencja, aby uznać Jezusa z Nazaretu za Boga. Biskupi Rzymu bronili natomiast pełnego człowieczeństwa Zbawiciela. Znaleźli się oni w ostrym sporze doktrynalnym z biskupami Aleksandrii, przywódcami stronnictwa opowiadającego się za pełną boskością Jezusa z Nazaretu.

Judaizm – religia monoteistyczna, której podstawą jest wiara w jednego Boga (osobowego, niepodzielnego, będącego bytem niematerialnym, bezcielesnym i wiecznym), będącego nie tylko stwórcą świata, ale także jego stałym „nadzorcą” lub „opiekunem”. Bóg ten zawarł z ludem Izraela wieczyste przymierze, obiecując ochronę i pomoc w zamian za podporządkowanie się jego nakazom.

Judaizm biblijny kształtował się od II tysiąclecia p.n.e., do 70 roku n.e. tj. do czasu zburzenia świątyni jerozolimskiej przez Rzymian. W tym samym roku uległ głębokiej reorientacji, po której obecnie stanowi religię narodową Żydów. Jest też pierwszą religią abrahamową. Z judaizmu biblijnego wywodzi się chrześcijaństwo.

xxx

Geneza i dzieje

Chrześcijaństwo zaczęło się kształtować w początkach naszej ery w gminach żydowskich na obszarze cesarstwa rzymskiego. Według danych literatury wczesnochrześcijańskiej (ewangelia), jego założycielem był Jezus Chrystus, gromadzący wokół siebie uczniów (apostołowie) w Palestynie za panowania cesarza Tyberiusza ok. 30 roku n.e. W połowie I wieku najznaczniejszymi skupiskami chrześcijan były Jerozolima i inne miejscowości palestyńskie oraz Antiochia; już wówczas w chrześcijaństwie występowały różne kierunki: gdy chrześcijanie palestyńscy uważali się wciąż za jedną z sekt żydowskich, głoszących ideę mesjańską i akcentowali swą wierność prawu mojżeszowemu, to organizowane przez Pawła Apostoła gminy w świecie rzymsko-hellenistycznym składały się już w większości z nawróconych „pogan”, odrzucających zwyczaje żydowskie; zburzenie Jerozolimy w 70 roku n.e. i klęska powstań żydowskich przeciw Rzymowi zadały cios pierwszemu z tych kierunków; straciło aktualność oczekiwanie mesjasza, mającego być politycznym przywódcą i wybawicielem „narodu wybranego”, zwyciężyło uniwersalistyczne pojmowanie mesjasza jako wyzwoliciela całej ludzkości.

Chrześcijaństwo, łącząc elementy judaizmu i misteriów hellenistycznych, zaczęło się szerzyć coraz bardziej w środowiskach nieżydowskich, głównie we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego, gdzie kryzys ustroju niewolniczego zaznaczał się najsilniej: nowa religia stanowiła tam wyraz protestu i bezsilności mas wobec nienawistnych porządków ekonomiczno-społecznych, na których straży stał cesarski Rzym. Spośród licznych przyczyn zwycięstwa chrześcijaństwa nad konkurencyjnymi religiami uniwersalistycznymi (np. nad mitraizmem, z którego zresztą wiele przyjęto) najważniejsza to – przystępność i humanizm idei cierpiącego Boga-Człowieka, prostego i zwykłego w przeciwieństwie do wyniosłych i pełnych dystansu bogów innych religii, prostota kultu oraz fakt odzwierciedlania przez chrześcijaństwo w najlepszy sposób synkretycznych dążeń epoki; w przeciwieństwie do innych religii chrześcijaństwo nie nosiło tak wyraźnego piętna lokalnego pochodzenia. W pierwotnym chrześcijaństwie występowały liczne sprzeczności m.in. społeczne między główną bazą socjalną nowej religii – biedotą, interpretującą mesjanizm demokratycznie i czasem rewolucyjnie, a warstwami wyższymi nastawionymi lojalistycznie i konformistycznie.

Opozycyjna postawa wyznawców chrześcijaństwa wobec panującego ustroju społecznego wywoływała prześladowania chrześcijan, wybuchające spontanicznie lub z nakazu niektórych cesarzy rzymskich; pretekstem do nich była negacja przez chrześcijaństwo oficjalnej religii rzymskiej oraz kultu cesarzy, co uznawano za nielojalność polityczną.

W miarę rozwoju nowej religii – wzrostu ilości wyznawców oraz terytorialnego (około 180 roku), chrześcijaństwo było już znane na całym obszarze śródziemnomorskim – uległa komplikacji doktryna i jej wykładnia, oraz kult i organizacja gmin. Doktryna precyzowała się coraz bardziej w ogniu walki różnych interpretacji tez wiary, szczególnie w konflikcie z gnostycyzmem.

xxx

Gnostycyzm (z stgr. γνωστικός gnostikos „dotyczący wiedzy, służący poznaniu wiedzy istnienia wszechrzeczy”) – doktryny i ruchy religijne powstające na wschodzie cesarstwa rzymskiego od I w. p.n.e. do II w., gł. w Syrii i Egipcie, dualistyczne, łączące chrześcijaństwo z pogańskimi (grecko-egipskimi) wierzeniami religijnymi. Gnostykami nazywano tych, którzy nie zadowalając się prostą, naiwną wiarą, dążyli do poznania (γνώσις = wiedza), zrozumienia i pogłębienia swojej wiary.

Antytrynitaryzm (gr. anty + łac. trinitas – przeciw Trójcy) – nurt doktrynalny występujący w wielu różnych wyznaniach chrześcijańskich, nieuznający doktryny o Trójcy Świętej i nieuznający boskości Jezusa Chrystusa. Zapoczątkowany został w I wieku n.e. Głównym założeniem antytrynitaryzmu jest wiara w Boga w jednej osobie w postaci, w jakiej ich zdaniem występował u pierwszych chrześcijan, a wcześniej w judaizmie. W tym zakresie występują różnice z wyznawcami dogmatu o Trójcy Świętej.

Arianizm – doktryna teologiczna Ariusza (zm. 336), prezbitera Kościoła w Aleksandrii w Egipcie, odrzucająca dogmat Trójcy Świętej i wpisująca się w nurt antytrynitaryzmu, powstała w kontekście sporów o rozumienie chrześcijańskiego monoteizmu. Ariusz, wykształcony w szkole antiocheńskiej, uznawał pochodzenie Syna od Boga Ojca na zasadzie stworzenia/zrodzenia. Doktryna uznana przez Kościół katolicki za herezję.

xxx

W końcu I wieku została spisana tradycja i przekazy o życiu Jezusa i pierwszych gmin, których część ujęto (ok. 200) w kanon Nowego Testamentu, pozostałe zaś uznano za apokryfy. Rozwijała się też obrzędowość, początkowo skromna, później nawiązująca do liturgii synagogalnej i misteryjnej. Również i w organizacji chrześcijaństwa zachodziły poważne zmiany w ciągu II wieku n.e.: wyemancypowanie z gmin żydowskich diaspory – gminy wczesnochrześcijańskie tworzyły początkowo organizację kierowaną przez wędrownych apostołów, charyzmatyków typu Pawła z Tarsu, a opartą na zasadach wewnętrznego demokratyzmu; na skutek jednak rozwoju gmin i wzrostu zadań administracyjnych dość szybko powstała instytucja lokalnych zarządców (episkopoi – nadzorcy) gmin, biskupów, pochodzących najczęściej z warstw wyższych.

W wyniku konfliktu między lokalną administracją (biskupami) a wędrownymi apostołami zwycięstwo przypadło tym pierwszym. Pociągnęło to za sobą ważkie konsekwencje organizacyjne i doktrynalne zarówno w sensie konieczności dostosowania tez nowej religii do aktualnych porządków społecznych (a więc i stępienia ostrza społecznego pierwotnego chrześcijaństwa), jak i szybkiej unifikacji wierzeń w system i ich zdogmatyzowania. Walnie przyczyniły się do tego także zjazdy biskupów, zrazu lokalne (synody), później coraz to ogólniejsze (sobory). Nastąpiła recepcja pojęcia kapłaństwa, wprowadzono rozróżnienie między klerem a ludem, zaczęła powstawać hierarchia kościelna, a w niej wysunęli się na czoło biskupi wielkich miast – patriarchowie Rzymu, Aleksandrii i Antiochii, od IV wieku także Konstantynopola; szczególny autorytet zdobywali biskupi stołecznego Rzymu.

W ten sposób wczesne chrześcijaństwo organizowało się na przełomie II i III wieku w kościół. Przemiany te, a w szczególności przesuniecie akcentów egalitarystycznych doktryny na płaszczyznę perspektywy pośmiertnych losów ludzi, połączone z nakazem godzenia się z wolą bożą i posłuszeństwo władzy, umożliwiły pogodzenie chrześcijaństwa z państwem. Dla cesarstwa rzymskiego chrześcijaństwo stawało się nawet atrakcyjne ze względu na swój uniwersalizm.

Źródło: Wikipedia.

Edykt tolerancyjny Konstantyna Wielkiego i Licyniusza (313), a w kilkadziesiąt lat później uznanie chrześcijaństwa przez Teodozjusza Wielkiego za religię panującą w cesarstwie rzymskim (380) ułatwiło i przyspieszyło zarówno hierarchizację kościoła, który stał się instytucją państwową, jak i dogmatyzację wierzeń (sobory w Nicei 325 i w Konstantynopolu 381); odstępstwo od chrześcijaństwa oraz herezja stawały się zdradą stanu, dzięki czemu oficjalny kościół mógł na terenie cesarstwa zakończyć zwycięsko spór teologiczny z Ariuszem. Inną formą protestu przeciw wzrostowi bogactwa kościoła i wiązania się go z państwem, jaką stało się na przełomie III i IV wieku ascetyczne pustelnictwo oraz zakony, zdołał kościół opanować i porządkować swej hierarchii. Poza granicami cesarstwa chrześcijaństwo rozszerzało się u schyłku starożytności na Wschodzie (Persja, Armenia, Etiopia) oraz wśród Germanów, którzy jednak w większości przyjmowali je w IV-V wieku w ariańskiej interpretacji.

Na obszarach cesarstwa podział państwa w 395 roku stworzył warunki do rywalizacji o prymat w kościele pomiędzy Rzymem i Konstantynopolem; pozycję zwierzchników chrześcijaństwa zapewnili sobie biskupi rzymscy, od schyłku V wieku zatrzymując wyłącznie dla siebie tytuł papieża, czyli ojca świętego, ale Wschód niełatwo się z tym godził i już na przełomie V i VI wieku następowały w kościele pierwsze, krótkotrwałe jeszcze schizmy; narastanie wzajemnej nieufności, spory doktrynalne i różnice liturgiczne pogłębiały w następnych wiekach rozdźwięk między chrześcijaństwem zachodnim a wschodnim, aż doprowadziły do trwałej już schizmy kościoła wschodniego w 1054 roku (ortodoksyjny, prawosławny kościół).

W Europie Zachodniej rozbicie chrześcijaństwa zostało zażegnane, odkąd za przykładem Franków (kat. od VI wieku) Germanowie porzucili w ciągu VI i VII wieku arianizm; w następnych wiekach chrześcijaństwo wspierane przez państwo Karolingów i odnowione cesarstwo zachodnie rozprzestrzeniło się kolejno na obszar dzisiejszych Niemiec (VIII-IX wiek) i Skandynawii (IX-XI wiek); Słowiańszczyzna uległa w ciągu IX-XI wieku wpływom chrześcijaństwa idącym częściowo z Zachodu (Czechy, Polska), częściowo z Bizancjum (Bułgaria, Ruś); straty poniosło chrześcijaństwo wskutek inwazji islamu w Syrii, Egipcie i całej północnej Afryce (VII wiek), a następnie na Półwyspie Pirenejskim (VIII wiek).

Średniowiecze, zwłaszcza od czasu krucjat, stało się epoką panowania w całej prawie Europie chrześcijańskiego poglądu na świat, co przejawiało się nie tylko w podporządkowaniu kościołowi nauki, twórczości literackiej i artystycznej oraz życia publicznego, lecz także w mentalności powszechnej; w doktrynie chrześcijańskiej szukały sankcji zarówno rozkwitający feudalizm i władza monarsza, jak ludowe ruchy antyfeudalne.

Dopiero kryzys feudalizmu, datujący się od schyłku XIV wieku, spowodował większy ferment w chrześcijaństwie: antykościelna opozycja Wiklefa i Husa stała się zapowiedzią reformacji, która w XVI wieku rozbiła trwale jedność zachodniego chrześcijaństwa, prowadząc do powstania kościołów ewangelickich i kościoła anglikańskiego, przeciwstawiających się nie tylko organizacyjnie, ale przede wszystkim doktrynalnie kościołowi rzymsko-katolickiemu i jego tradycji, będącej dla katolików na równi z Biblią źródłem wiary.

Dla chrześcijaństwa wschodniego stał się ciosem u schyłku średniowiecza podbój cesarstwa bizantyjskiego przez muzułmańskich Turków osmańskich (upadek Konstantynopola 1453); odtąd tylko w Rosji prawosławie utrzymywało się (do 1917) jako religia państwowa i dopiero w XIX wieku stawało się także w wyzwalających się spod tureckiego panowania państw bałkańskich. (Grecja, Rumunia, Serbia, Czarnogóra, Bułgaria). Za to odkrycia geograficzne XV i XVI wieku otworzyły chrześcijaństwu drogę do nowych kontynentów, zwłaszcza do Ameryki; kolonizowana przez Hiszpanów i Portugalczyków Ameryka Południowa stała się katolicka, w Ameryce Północnej od XVIII wieku osiedlali się protestanci angielscy, w Kanadzie także katolicy francuscy.

Postęp reformacji w Europie Zachodniej zahamowała kontrreformacja, jednocześnie jednak uchwały soboru trydenckiego (1545-63) uniemożliwiły porozumienie między katolikami i protestantami, a wojny religijne XVI i XVII wieku przypieczętowały rozbicie wyznaniowe i osłabiły autorytet wszystkich wszystkich kościołów chrześcijańskich. Postępowało przy tym dalsze rozbicie chrześcijaństwa; z protestantyzmu, który podważył prawo kościoła do nieomylnej interpretacji Biblii, wyłaniały się odtąd wciąż nowe wyznania (w XVI wieku anabaptyści, mennonici, antytrynitarze; w XVII wieku remonstranci, baptyści, kwakrzy; w XVIII wieku metodyści), mające tendencję do dalszego dzielenia się na wiele pomniejszych denominacji; w katolicyzmie występowały jeszcze w okresie potrydenckim tendencje do tworzenia kościołów narodowych (gallikanizm), toczyły się walki między jezuitami i jansenistami; opozycja przeciw reformom patriarchy Nikona w rosyjskim kościele prawosławnym doprowadziła do oddzielenia się starowierów i wielu innych sekt, obejmowanych wspólną nazwą raskolników.

W XVIII wieku oświecenie przyniosło rozwój kultury laickiej i niezależnego poglądu na świat; krytyka religii objawionej wiodła do deizmu, a nawet ateizmu; prądy te najsilniej doszły do głosu we Francji, zwłaszcza w latach Wielkiej Rewolucji.

xxx

Doktryna

Współcześnie większość chrześcijan, w tej liczbie główne wyznania chrześcijańskie (katolicki kościół, ortodoksyjny czyli prawosławny kościół, ewangelickie kościoły i wyznania, ewangelicko-augsburski kościół, ewangelicko-reformowany kościół, anglikański kościół), przyjmują zasady ujęte zwięźle w trzech symbolach wiary, w tzw. Credo Apostolskim, w Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskim i w Symbolu Wiary św. Atanazego. W świetle zawartych tam sformułowań chrześcijaństwo jest teizmem uznającym Boga jedynego co do natury, a troistego w osobach (Trójca Święta).

Bóg w pojęciu chrześcijańskim jest bytem osobowym niezmiennym, wiecznym i transcendentnym, całkowicie oddzielonym od świata i przewyższającym go nieskończenie pełnią doskonałości; Bóg jest twórcą całego wszechświata i utrzymuje go w istnieniu i działaniu, nadając biegowi zjawisk w przyrodzie i historii ludzkiej ogólną orientację; chrześcijanin ma wobec Boga stałe poczucie szacunku, pokory i adoracji oraz świadomość całkowitej zależności. Zgodnie z doktryną chrześcijańską, Bóg stwarzając człowieka jako istotę złożoną z ciała i nieśmiertelnej duszy, przeznaczył go do wiecznej szczęśliwości, lecz ten utraci łaskę bożą przez pierworodny grzech; w celu uwolnienia ludzkości od jego skutków nastąpiło wcielenie Syna Bożego, drugiej osoby Trójcy Świętej, który jako Jezus urodzony z Marii-Dziewicy (Matka Boska) – Bóg-Człowiek żył wśród palestyńskich Żydów w pierwszych trzydziestu kilku latach n.e., nauczał i czynił cuda, wreszcie poniósł męczeńską śmierć na krzyżu (stąd krzyż jest symbolem wszystkich chrześcijan), po czym złożony do grobu trzeciego dnia zmartwychwstał i wstąpił do nieba, czyli połączył się z Bogiem-Ojcem.

Przez swoje cierpienie i śmierć Jezus dokonał aktu odkupienia, oddając za ludzi swe życie; ofiara ta, stanowiąc godne Boga wyrównanie zła, uczyniła z człowieka nowe stworzenie i umożliwiła mu zjednoczenie się z Bogiem, czyli zbawienie duszy. Drogę człowieka do zbawienia nakreślił Jezus w swych naukach zapisanych później w czterech ewangeliach, a uczniom swoim zesłał w 50 dni po swoim zmartwychwstaniu Ducha świętego, trzecią osobę Trójcy Świętej, który ich umocnił w wierze i jest obecny w „kościele powszechnym”, czyli społeczności wiernych (pojęcie kościoła w różnych wyznaniach chrześcijańskich jest rozmaicie pojmowane). Jezus zapowiedział powtórne przyjście na ziemię w dniu sądu ostatecznego, kiedy nastąpi wskrzeszenie umarłych i przydzielenie każdemu wiekuistej nagrody lub kary, na którą zasłużył; wybrani wejdą wówczas do Królestwa Bożego, odrzuconych czeka potępienie wieczne.

Eschatologia gra szczególną rolę w doktrynie chrześcijańskiej. Celem życia chrześcijan ma być osiągnięcie zbawienia. Skażona przez grzech pierworodny natura ludzka sprawia, że człowiek wielokrotnie powtarza swój upadek i nie jest w stanie zapewnić sobie samodzielnie zbawienia; do zbawienia potrzebna mu jest łaska boża. Nauka o łasce bożej i drogach jej uzyskania przez wiernych jest jednak przedmiotem sporów doktrynalnych między poszczególnymi odłamami chrześcijaństwa (m.in. odgrywa tu rolę spór o predestynację); akcentuje się głównie konieczność wiary, adoracji Boga, przestrzegania prawa bożego zawartego w dekalogu, a streszczającego się w nakazie miłości Boga i bliźniego, pokornego zgadzania się z wolą bożą; wiąże się z tym interpretacja cierpienia nie tylko jako konsekwencji grzechu, ale też jako narzędzia oczyszczenia i odkupienia. Większość wyznań chrześcijańskich uznaje też konieczność pośrednictwa kościoła między człowiekiem a Bogiem, polegającego głównie na udzielaniu sakramentów, które mają przywrócić człowiekowi łaskę bożą.

xxxxxxxx

To, co zwraca uwagę, to fakt, że judaizm jest niezmienny od początku swego powstania, natomiast chrześcijaństwo, które się z niego wywodzi, bardzo szybko podlega ewolucji, czyli szybko następuje odejście od podstawowych założeń. Trudno się temu dziwić. Jeśli chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, to znaczy, że to Żydzi są jego twórcami. Jednak nie mogło tak być, by ten Bóg chrześcijański był takim samym Bogiem, jak Bóg żydowski. Musiał być Bogiem dla wszystkich. Zbyt duże byłoby podobieństwo. Stąd konieczność doprecyzowania doktryny chrześcijańskiej, co nastąpiło stosunkowo szybko, bo już w 325 roku.

Mamy więc w judaizmie wiarę w jednego Boga osobowego, niepodzielnego – a w chrześcijaństwie w Boga jednego w istocie i troistego w osobach (Trójca Święta). Judaizm to jeden Bóg i jeden naród, a chrześcijaństwo, to Bóg troisty w osobach i wielonarodowy, czyli uniwersalny. Judaizm: 1=1, chrześcijaństwo: 1=3. Kto ma rację, a kto się myli? Ta troistość stwarza pole do odmiennych interpretacji, a więc również do sporów, czy wręcz kłótni, a nawet nienawiści. A spory te prowadzą do rozłamów, czyli schizm. I tak dochodzi do schizmy wschodniej w 1054 roku, a później do schizmy zachodniej, czyli reformacji w 1517 roku. Kłótnie – tak naprawdę o bzdety. I te bzdety decydują o tym, że narody europejskie stają się sobie wrogie, prowadzą ze sobą wyniszczające wojny religijne. Największa nienawiść panuje pomiędzy wyznawcami tej samej religii, ale różnych wyznań. Nic nie wyzwala takich emocji jak wiara. Brak jedności to słabość i o to właśnie chodziło twórcom wyznań w obrębie chrześcijaństwa, czyli Żydom.

Wszystko zaczęło się od Rzymu, bo tam powstawały pierwsze gminy chrześcijańskie. W cytowanej wyżej WEP można przeczytać takie zdanie: Starania cesarzy o unifikację państwa występowały także w tendencji rozwijania kultu cesarza i Rzymu, który jednak nie mógł rywalizować skutecznie z szerzeniem się kultów wschodnich, wśród których od II wieku coraz większą rolę zaczęło odgrywać pozostające w konflikcie z państwowością rzymską chrześcijaństwo. Ten konflikt polegał na tym, że ustrojem Rzymu było niewolnictwo, a chrześcijaństwo w swoim początkowym stadium było bardziej ruchem rewolucyjnym i społecznym, niż religijnym.

Trudno nie zauważyć, że pomiędzy upadkiem Rzymu a uznaniem chrześcijaństwa za religię w nim panującą, zachodzi pewien związek. W 380 roku staje się ono religią panującą, a podział imperium na część zachodnią i wschodnią, czyli Bizancjum, dokonuje się w 395 roku – początek końca? Później w części zachodniej zaczyna dominować arianizm, a we wschodniej katolicyzm. Jeszcze później to wszystko się odwraca i w części zachodniej zaczyna dominować katolicyzm, a część wschodnia staje się powoli prawosławna. I ten podział ukształtował Europę taką, jaką znamy ją dziś: część zachodnia – katolicka i protestancka, część wschodnia – prawosławna. Tak dają o sobie znać antyczne korzenie Europy. Chrystianizacja Słowian postępuje z dwóch stron: od zachodu i od wschodu. W ten sposób Czechy i Polska stają się katolickie, a Ruś – prawosławna. Po upadku Konstantynopola prawosławie pozostało religią państwową tylko w Rosji i zapewne stąd jej aspiracje do roli przywódczej w całym prawosławiu i do skupiania wokół siebie ziem ruskich. Tak więc na granicy pomiędzy Polską a Rusią doszło do zetknięcia się katolicyzmu z prawosławiem i powstała strefa zgniotu – idealne miejsce do generowania wszelkiego rodzaju konfliktów religijnych i politycznych.

Nic tak nie wyzwala emocji, jak różnice na tle wyznaniowym. Cała historia tego regionu od unii lubelskiej (1569) jest tego dowodem. Unia brzeska z 1596 roku była kontynuacją reformacji, ale w wydaniu wschodnim: podział prawosławia na prawosławie właściwe i prawosławie unickie. I tak naprawdę, to bez tego podziału obecna wojna na Ukrainie prawdopodobnie nie byłaby możliwa. Nienawiść jaką darzą siebie nawzajem obie zwaśnione strony nie byłaby tak wielka, gdyby nie różnice na tle wyznaniowym.

Czy będzie więc dużym nadużyciem stwierdzenie, że religia chrześcijańska i różnice wyznaniowe w jej obrębie są źródłem wszelkiego zła, jakie dzieje się wśród chrześcijańskich społeczności? Ten, kto tego dokonał, dokładnie wiedział, czego chciał. Chciał skłócić wszystkich ze wszystkimi, bo tak łatwiej nimi rządzić, kontrolować ich i w końcu podporządkowywać ich sobie.

Szwajcaria

Szwajcaria kojarzy się przeciętnemu człowiekowi przeważnie z zegarkami i bankami. Być może niektórym jeszcze z referendami. I pewnie na tym ta wiedza kończy się. Natomiast jej historia i rozwój są już raczej mało znane, a już na pewno mało kto wie, że uprzemysłowienie Szwajcarii przebiegało podobnie jak Szwecji. Podobnie jak Szwecja, Szwajcaria stała się państwem neutralnym i to w tym samym czasie – po wojnach napoleońskich. Neutralność Szwajcarii zagwarantował kongres wiedeński, a więc wielcy tego świata. Szwajcaria była częścią Imperium Rzymskiego, czyli części, z której powstała lepiej rozwinięta część Europy – Europa Zachodnia, a Szwecja – nie. Może więc te same siły decydowały, od pewnego momentu, o kierunku rozwoju obu państw, tak różnych pod względem warunków naturalnych, pod względem położenia w Europie, o odmiennej historii i różnych ustrojach państwowych. I to wszystko nie przeszkadzało, by oba państwa, zaczynając mniej więcej w tym samym czasie, osiągnęły podobny stopień rozwoju gospodarczego i społecznego. Jak zwykle wypada zacząć od historii. Wikipedia pisze:

W czasach starożytnych obszary obecnej Szwajcarii były zamieszkane przez Retów i Celtów. Na przełomie II i I wieku p.n.e. w dolinie rzeki Aare osiedliło się celtyckie plemię Helwetów. W 58 roku p.n.e. Helwetia została włączona do Galii. W połowie V wieku południowo-zachodnie terytorium współczesnej Szwajcarii znalazło się pod panowaniem Burgundów, a północno-wschodnie – Alemanów. W latach 534–535 Helwetia została zajęta przez państwo Franków. W IX wieku podzielona pomiędzy Królestwem Burgundii a Niemcami. Od lat 1032–1034 w całości przeszła pod władzę cesarzy. W XI–XIII wieku na obszarze Szwajcarii nastąpił rozwój lokalnych świeckich i duchownych struktur władzy. W drugiej połowie XIII wieku w południowo-zachodniej Szwajcarii panowała dynastia hrabiów sabaudzkich, a na północnym wschodzie Habsburgowie.

Związek Szwajcarski

Początki tworzenia państwa Szwajcarskiego sięgają XIII wieku. W 1291 roku prakantony Uri, Schwyz i Unterwalden zawarły Akt Konfederacji Szwajcarskiej, który przyczynił się do powstania Związku Szwajcarskiego. Akt z 1291 między leśnymi kantonami stanowił sojusz obronny w przypadku agresji zewnętrznej.

Akt Konfederacji Szwajcarskiej (inaczej Karta Federalna z 1291) – sojusz obronny, podpisany 1 sierpnia 1291 przez przedstawicieli trzech kantonów leśnych, który stał się podstawą państwa szwajcarskiego.

W XIII wieku najważniejszym rodem w Szwajcarii stali się Habsburgowie. Rudolf z Habsburga przeniósł wprawdzie siedzibę rodu do Wiednia, ale nadal rozbudowywał swoją władzę na obszarze ziem szwajcarskich. Działania te wywoływały konflikty z wolnymi chłopami zrzeszonymi w kantonach leśnych Uri, Schwyz i Unterwalden. Tuż po śmierci Rudolfa z Habsburga (połowa lipca 1291) trzy kantony postanowiły zawrzeć traktat, do podpisania którego doszło w pierwszym dniu następnego miesiąca.

Pakt nosił charakter obronny. Jego uczestnicy zobowiązywali się do pomocy zbrojnej w razie agresji, a także nietolerowania wójtów oraz urzędników niewybranych spośród miejscowej ludności, czyli narzuconych przez Habsburgów. Zakazano także wzajemnych napadów na siebie i podpaleń. Spory miały rozstrzygać sądy starszych.

Traktat powołujący do życia Konfederację Szwajcarską podpisali: rycerz Werner z Attinghausen (od 1291 dożywotni starosta z Uri), syn rycerza z Uri Arnold de Silingen, Konrad Ablberg, Rudolf Stauflacher, Konrad Hunn, trzech wolnych chłopów z Uri, którzy posiadali duże posiadłości ziemskie, Konrad Erstfeld (wyzwolony chłop i równocześnie nowobogacki) oraz Burkard Schupfer (pierwszy starosta Uri).

Działania, polegające na wewnętrznej konsolidacji terytorialnej i toczenie walk z cesarstwem, miały na celu uniezależnienie od Habsburgów. Te dążenia znalazły swoje odzwierciedlenie w legendach o przysiędze na Rutli, Wilhelmie Tellu i Winkelriedzie. Przez cały XIV wiek Szwajcarzy prowadzili wojny z Habsburgami, zwyciężając w następujących bitwach:

  • 1315 – pod Morgarten
  • 1386 – pod Sempach
  • 1388 – pod Nafels

Skutkiem zwycięstw stało się utrwalenie niezależności politycznej Szwajcarów. W latach 1332–1353 do Związku Szwajcarskiego przystąpiły następujące kantony: Berno, Glarus, Lucerna, Zug, Zurych. W 1499 Związek Szwajcarski został uznany przez cesarstwo. W latach 1501–1513 związek został poszerzony o kantony: Appenzell, Bazylea, Gryzonia (jako sprzymierzeniec), Szafuza. W latach 1500–1515 na skutek udziału w wojnach włoskich do Związku Szwajcarskiego przyłączone zostały m.in.: Locarno, Lugano, Valtellina nad Adygą (do 1797 roku). Ekspansja terytorialna Szwajcarii została zakończona w roku 1515 wskutek przegranej bitwy pod Marignano, w której zwyciężyła koalicja Republiki Weneckiej i Francji.

Reformacja

W XVI wieku Szwajcaria stała się jednym z centrów reformacji. Uldrich Zwingli i Jan Kalwin prowadzili swoją działalność w miastach, będących siedzibą władz lokalnych. Wojny religijne doprowadziły w 1531 roku do podziału wyznaniowego Szwajcarii. W 1648 roku niepodległość Szwajcarii została potwierdzona przez pokój westfalski. W drugiej połowie XVII wieku Szwajcaria przygarnęła hugenockich uciekinierów z Francji, wskutek czego odnotowała wzrost gospodarczy, bowiem Hugenoci trudnili się przeważnie rzemiosłem.

Rewolucja francuska

Brak scentralizowanej władzy wywołał w XVIII wieku kryzys polityczny i społeczny. Władzę sprawowali bogaci mieszczanie i szlachta, co stało się główną przyczyną buntów reszty społeczeństwa. Pod wpływem nastrojów w sąsiedniej Francji w Szwajcarii dochodziło do powstania zrzeszeń o poglądach rewolucyjnych. W 1798 roku działacze liberalno-lewicowi w porozumieniu z rządem francuskim doprowadzili do wybuchu powstania w Vaud. Na skutek działań zbrojnych tzw. Stara Konfederacja Szwajcarska została zastąpiona nowym państwem o nazwie Republika Helwecka. Kryzys wewnętrzny ułatwił Francuzom interwencję w sprawy Szwajcarii. Napoleon Bonaparte narzucił jej nową konstytucję zwaną Aktem Mediacyjnym, która uzależniała Szwajcarów od Francji i wymusiła na nich udział w wojnach napoleońskich po stronie Napoleona. Niekorzystna dla Szwajcarii sytuacja polityczna spowodowała nasilenie w społeczeństwie nastrojów antyfrancuskich.

Neutralność

18 listopada 1813 roku rząd Szwajcarii ogłosił neutralność. 20 maja 1815 roku kongres wiedeński został jej gwarantem. W 1817 roku Szwajcaria przystąpiła do Świętego Przymierza, co spowodowało umocnienie się strony konserwatywnej. Spory pomiędzy katolikami a protestantami z jednej strony oraz pomiędzy liberałami a klerykałami z drugiej przyczyniły się do wybuchu wojny domowej 1847 roku, w której zwyciężyła strona radykalna. W 1848 roku została przyjęta nowa demokratyczna konstytucja, na mocy której związek państw stał się państwem związkowym (od 1874 roku republika federacyjna) ze stolicą w Bernie.

Na przełomie XIX i XX wieku w Szwajcarii nastąpił prężny rozwój gospodarki. W strukturze przemysłu dominowały drobne przedsiębiorstwa. Rozwinęła się bankowość, turystyka zagraniczna, podniosła się stopa życiowa mieszkańców. Ponieważ Szwajcaria miała status państwa neutralnego, została dogodnym miejscem dla emigrantów politycznych (m.in. polscy wychodźcy popowstaniowi, polscy emigranci-socjaliści) oraz miejscem schronienia dla rewolucjonistów rosyjskich. Uczelnie szwajcarskie przyciągały młodzież polską z trzech zaborów. W końcu XIX wieku Szwajcaria zaczęła tworzyć swój system obronny, Redutę Centralną.

xxxxxxxx

Pisze Wikipedia, że z powodu neutralności Szwajcarii, stała się ona dogodnym miejscem dla emigrantów politycznych i rewolucjonistów rosyjskich. Ale przynajmniej w przypadku rewolucjonistów rosyjskich bliżej było do neutralnej Szwecji. Chyba raczej decydowała bliskość banków i centralne położenie w Europie. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1968) pisze:

Jako kraj swobód demokratycznych Szwajcaria stała się w XIX wieku ośrodkiem konspiracji, schronieniem politycznych emigrantów, centrum rewolucjonistów europejskich. Spośród wychodźców różnej narodowości znaczny procent stanowili Polacy, których pierwsza fala napłynęła do Szwajcarii po upadku powstania listopadowego; część z nich, pod wpływem działającego m.in. w Szwajcarii G. Mazziniego, założyła w 1834 roku w Bernie organizację Młoda Polska. Po 1863 roku Szwajcaria stała się centrum rosyjskiej emigracji (tzw. młoda emigracja), międzynarodowego ruchu anarchistycznego (Międzynarodowy Alians Demokracji Socjalistycznej) oraz jednym z ośrodków I Międzynarodówki. W 1863 roku powstał a Genewie Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża.

U schyłku lat 70-tych XIX wieku i po 1880 do Szwajcarii napłynęła nowa fala uchodźców politycznych, przedstawicieli krajowej młodzieży socjalistycznej, m.in. L. Waryński, S. Mendelson. M. Jankowska-Mendelson, K. Dłuski, ze starszego pokolenia B. Limanowski; skupili się oni wokół założonego w 1879 roku w Genewie miesięcznika „Równość”. Po 1878 roku, w związku z wydaniem w Niemczech ustaw przeciwko socjalistom, do Zurychu przeniosło się kierownictwo niemieckiej socjaldemokracji. Szwajcaria stała się też wówczas głównym ośrodkiem rosyjskiej postępowej emigracji; 1895-1917 przebywał tu kilkakrotnie W.I. Lenin; od 1903 ukazywała się w Genewie redagowana przez niego „Iskra”; tu miały m.in. miejsce kongresy II Międzynarodówki.

Specyficzny rozwój przemysłu szwajcarskiego (m.in. przewaga drobnych przedsiębiorstw) zdecydował, iż szwajcarski ruch robotniczy pozostawał w tyle za innymi krajami Europy Zachodniej.

xxxxxxxx

No właśnie! Specyficzny rozwój przemysłu szwajcarskiego. Na czym polegała ta specyfika? O tym pisze Rondo Cameron w swojej książce Historia gospodarcza świata (1996):

W Szwajcarii w pierwszej połowie XIX wieku lub nawet wcześniej występowały już pewne istotne czynniki – zwłaszcza wysoki odsetek osób umiejących czytać i pisać – które odegrały istotną rolę w szybkim uprzemysłowieniu po 1850 roku, ale struktura gospodarcza kraju była głównie strukturą przedprzemysłową. W 1850 roku podstawowym zajęciem ponad 57% ludności zawodowo czynnej było rolnictwo, tylko mniej niż 4% pracowało w fabrykach. Ogromna większość robotników przemysłowych pracowała w domu lub w małych warsztatach, gdzie nie było żadnych maszyn. Szwajcaria właściwie nie weszła jeszcze w epokę kolei – łączna długość pierwszych linii nie sięgała 30 km. I co najważniejsze – kraj nie miał niezbędnej dla rozwoju gospodarczego struktury instytucjonalnej. Przed 1850 rokiem nie było w Szwajcarii ani jednolitych ceł (w przeciwieństwie do Niemiec, które miały Zollverein, nie mając centralnego rządu), ani efektywnej unii walutowej, ani scentralizowanego systemu pocztowego, ani jednolitych wag i miar.

Będąc krajem o niewielkim obszarze i niezbyt licznej ludności, Szwajcaria nie miała też większych konwencjonalnych bogactw naturalnych – poza energią wód i drewnem. Praktycznie biorąc nie miała węgla. 25% terytorium stanowią góry – tereny nie dajce się uprawiać i w istocie nie nadające się do zamieszkania. Mimo tych przeszkód Szwajcarzy osiągnęli na początku XX wieku stopę życiową jedną z najwyższych w Europie, a w ostatniej ćwiartce XX wieku, najwyższą na świecie. Jak tego dokonali?

Liczba ludności wzrosła z niespełna 2 mln w pierwszych latach XIX wieku do prawie 4 mln w roku 1914. Średnia stopa przyrostu była więc nieco niższa od brytyjskiej, belgijskiej i niemieckiej, ale znacznie wyższa od francuskiej. Gęstość zaludnienia była niższa niż w każdym z tych czterech krajów, ale w dużej mierze tłumaczy to ukształtowanie terenu. Ze względu na niedobór ziemi uprawnej Szwajcarzy od dawna łączyli rękodzieło domowe z gospodarką rolną i mleczarstwem. Wykorzystywali przy tym głównie surowce importowane, a pod koniec XIX wieku importowali także żywność. Tak więc Szwajcaria, podobnie ja Belgia i w większym nawet stopniu niż Wielka Brytania, uzależniona była od rynków międzynarodowych.

Jej sukcesy na tych rynkach były rezultatem niezwykłego – a może wręcz wyjątkowego – połączenia zaawansowanej techniki z gałęziami przemysłu o dużych nakładach pracy. Dzięki temu połączeniu powstawały produkty wysokiej jakości, drogie o wysokim stopniu wartości dodanej – na przykład tradycyjne szwajcarskie zegarki i zegary, wymyślne tekstylia, precyzyjne wyspecjalizowane maszyny, wyborne sery i wyroby czekoladowe. Warto podkreślić, że gałęzie o dużych nakładach pracy były przede wszystkim gałęziami wymagającymi dużego nakładu pracy wykwalifikowanej. Jeśli wydaje się to paradoksalne, to rozwiązaniem tego paradoksu był wysoki w większości kantonów odsetek ludzi umiejących pisać i czytać (występujący z powodów nie związanych z ekonomią) i istniejący w kraju rozbudowany system przyuczania do rzemiosła. Dzięki temu kraj rozporządzał wykwalifikowanymi, łatwo się przystosowującymi do zmiany warunków robotnikami, gotowymi pracować za względnie niskie wynagrodzenie. Do tego należy dodać działalność, cieszącego się uzasadnioną sławą, założonego w 1851 roku Szwajcarskiego Instytutu Techniki, dostarczającego wyszkolonych pracowników umysłowych i znajdującego pomysłowe rozwiązania trudnych problemów technicznych występujących pod koniec XIX wieku.

Szwajcaria miała w XVIII wieku duży przemysł bawełniany – największy po angielskim – ale jego podstawą byłą praca ręczna wykonywana obok innego zajęcia. W ostatnim dziesięcioleciu XVIII wieku konkurencja bardziej zaawansowanego przemysłu brytyjskiego doprowadziła do całkowitego upadku szwajcarskiego przędzalnictwa bawełny. Po wzlotach i upadkach w okresie napoleońskim i tuż po nim szwajcarski przemysł bawełniany odżył i nawet zaczął prosperować. Miał dość niezwykły zestaw technik: zmechanizowane przędzalnie (wykorzystujące na ogól nie parę, lecz energię wód) z tanią siłą roboczą w postaci kobiet i dzieci oraz rękodzielnicze tkactwo. Ręczni tkacze byli w Szwajcarii jeszcze długo po całkowitym zniknięciu ze sceny ich brytyjskich odpowiedników. Było to możliwe, gdyż szwajcarscy tkacze skupili się na produkcji tkanin wysokiej jakości – także haftowanych – i ponieważ udoskonalano ręczne krosna, wprowadzając do nich elementy wynalezionej na początku stulecia dla przemysłu jedwabniczego maszyny Jacquarda. W końcu nastąpiła też mechanizacja tkactwa, ale nadal specjalizowało się ono w tkaninach wysokiej jakości. W 1900 roku ręczne krosna były już rzadkością.

W sumie przez cały wiek XIX w szwajcarskim eksporcie dominowały tekstylia i wyroby z nimi związane. Ich wartość w cenach bieżących wzrosła z około 150mln franków w latach trzydziestych XIX wieku do ponad 600 mln franków w 1912-1913. Jednak udział tekstyliów w całości szwajcarskiego eksportu spadł w tym czasie z około trzech czwartych do nieco poniżej połowy.

Kosztem tekstyliów wzrósł udział w eksporcie produktów zarówno niektórych gałęzi tradycyjnych, jak i gałęzi nowych, powstałych w toku procesu uprzemysłowienia. W przeddzień pierwszej wojny światowej były to (w kolejności odpowiadającej ich znaczeniu): maszyny i wyspecjalizowane wyroby metalowe, żywność i napoje, zegary i zegarki, chemikalia i medykamenty. Nie mając złóż ani węgla, ani rud żelaza, Szwajcaria rozsądnie nie podejmowała prób rozwijania hutnictwa żelaza (niewielkie huty wytapiające surówkę na węglu drzewnym w górach Jury zniknęły w pierwszej połowie XIX wieku), ale opierając się na imporcie surowców, rozwinęła liczący się przemysł przetwarzania metali. Rozpoczął on działalność w latach dwudziestych XIX wieku od produkcji maszyn dla przędzalń bawełny. Zważywszy na rolę energii spadku wód w gospodarce kraju, nie powinno dziwić, że rozszerzając swą działalność, objął nią produkcję kół wodnych, turbin, trybów, pomp, zaworów i mnóstwa innych specjalistycznych wyrobów o wysokiej wartości dodanej. U zarania wieku elektryczności przemysł ten szybko zabrał się za produkcję maszyn elektrycznych. W istocie szwajcarscy inżynierowie wnieśli do tego nowego przemysłu wiele ważnych wynalazków, zwłaszcza w dziedzinie elektrowni wodnych. Żywym świadectwem rozwoju tej gałęzi jest spadek zużycia węgla per capita po roku 1900, związany głównie z elektryfikacją kolei.

W latach 1859-1860, po odkryciu sztucznych barwników, dwie małe firmy rozpoczęły ich produkcję w Bazylei, by zaopatrywać miejscowe fabryki wstążek. Potem dołączyły do nich dwie inne firmy. Charakterystyczne, że choć wszystkie cztery rozpoczęły od zaopatrywania miejscowego przemysłu, wkrótce przekonały się, że nie mogą konkurować z firmami niemieckimi w dostawach standardowych masowych barwników i w rezultacie zaczęły się specjalizować w wyrobach bardziej wyszukanych i droższych, w których produkcji wkrótce zdobyły światowy monopol. Przed końcem XIX wieku sprzedawały już ponad 90% produkcji poza Szwajcarią. Opracowały też dzięki własnym badaniom, najrozmaitsze specyfiki farmaceutyczne. Na początku XX wieku na przemysł ten, zatrudniający mniej niż 10 000 robotników, przypadało 5% całego szwajcarskiego eksportu. Wartość eksportu wyrobów tej gałęzi w przeliczeniu na jednego pracownika przekraczała 7500 franków i była dwukrotnie wyższa niż w przemyśle zegarmistrzowskim i czterokrotnie wyższa niż w przemyśle włókienniczym. W skali światowej przemysł ten zajmował drugie miejsce po niemieckim i choć produkował tylko jedną piątą tego, co ten ostatni, równało się to produkcji całej reszty świata.

Powstanie kolei chyba nie przekształciło żadnego innego kraju Europy tak radykalnie, jak Szwajcarii, ale – paradoksalnie – w żadnym innym kraju koleje nie przynosiły tak małych zysków. Inwestorzy szwajcarscy najwyraźniej przewidzieli przynajmniej to drugie zjawisko, bo bardzo niechętnie lokowali swoje pieniądze w kolejach szwajcarskich, woląc od nich amerykańskie, a swe własne pozostawiając głównie kapitalistom zagranicznym (zwłaszcza Francuzom). Budowa kolei rozpoczęła się na serio w latach pięćdziesiątych XIX wieku. W 1882 roku zakończono budowę pierwszego alpejskiego tunelu – tunelu św. Gotharda. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku większość szwajcarskich linii kolejowych znalazła się, w wyniku wysokich kosztów budowy i eksploatacji oraz małego natężenia ruchu, na skraju bankructwa. W 1898 roku rząd szwajcarski odkupił koleje od ich (głównie zagranicznych) właścicieli za ułamek ich rzeczywistej wartości. Wkrótce potem rozpoczął ich elektryfikację.

Tendencje, jakie pojawiły się w drugiej połowie XIX wieku, trwały również w wieku XX: względny spadek znaczenia rolnictwa, wzrost roli przemysłu i (nawet w jeszcze większym stopniu) usług, stała zależność od popytu międzynarodowego, zwłaszcza (od lat siedemdziesiątych XIX wieku) popytu na usługi turystyczne i na (od pierwszej wojny światowej) usługi finansowe. W latach sześćdziesiątych wieku XX około 40% dochodów z eksportu przypadało na maszyny i produkty metalurgii, 20% na chemikalia i medykamenty, 15% na zegary i zegarki, 12% na tekstylia i 5% na żywność i napoje.

xxxxxxxx

Pomiędzy warunkami i rozwojem Szwecji a Szwajcarii występują pewne różnice;

  • Szwajcaria to ośrodek finansowy i miejsce pobytu uchodźców politycznych, Szwecja – nie,
  • Szwecja ma dostęp do morzą, Szwajcaria – nie,
  • Szwecja leży na uboczu Europy, Szwajcaria – w centrum,
  • Szwajcaria była częścią Imperium Rzymskiego, Szwecja – nie,
  • Szwajcaria to państwo związkowe, związek różnych kantonów; Szwecja to monarchia.

Te różnice nie przeszkadzały jednak w tym, by od pewnego momentu rozwój obu państw przebiegał niemal identycznie:

  • w obu państwach postawiono na powszechną edukację,
  • w obu państwach ludność początkowo rolnicza zajmowała się także rzemiosłem, jak w Szwajcarii, lub łączyła pracę na roli z pracą w niewielkich fabrykach zlokalizowanych na terenach wiejskich – jak w Szwecji,
  • w obu państwach produkcja przemysłowa była nastawiona na produkty niszowe, wymagające specjalistycznej wiedzy i o wysokiej wartości dodanej,
  • w obu państwach produkcja była całkowicie uzależniona od eksportu.

I tu dochodzimy do istoty problemu. W cytowanym powyżej fragmencie autor nie wspomina o tym, by Szwajcarzy stworzyli własną sieć handlową, podobnie jak nie wspomniał o tym, opisując przypadek Szwecji. A więc oba państwa korzystały z istniejącej już sieci handlowej, czyli żydowskiej. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że cały handel światowy jest w rękach Żydów. O tym bardzo boleśnie przekonał się swego czasu Henry Ford, który początkowo próbował z nimi walczyć. W związku z tym oni przestali przyjmować samochody Forda do swoich salonów. I Ford musiał posypać głowę popiołem, przeprosił Żydów i samochody wróciły do salonów. Konkluzja jest więc taka, że ten kto ma handel, ten rządzi produkcją. Ani Szwajcaria, ani Szwecja nie byłyby tym, czym są, gdyby Żydzi nie udostępnili im swojej sieci handlowej. Z tym oczywiście nie było problemów, bo oba państwa są protestanckie, a Żydzi faworyzują wszystkie państwa protestanckie, szczególnie kosztem katolickich. A już szczególnie kalwińską Szwajcarię, bo kalwinizm jest najbliższy judaizmowi. Może dlatego właśnie uczynili Szwajcarię siedzibą wielu banków, a zwłaszcza tego najważniejszego, banku wszystkich banków, czyli Banku Rozrachunków Międzynarodowych.

Willem Middelkoop w książce Wielki Reset; Walki ze złotem i koniec systemu finansowego (2016) pisze:

Prezesów Europejskiego Banku Centralnego i Systemu Rezerwy Federalnej nadal mogą rozliczać parlamentarzyści i kongresmeni, ale nie ma żadnej formy demokratycznej kontroli nad procesem decyzyjnym w Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Posiedzenia utrzymuje się w tajemnicy przed światem zewnętrznym. Nawet ministrowie finansów muszą się domyślać, jakie decyzje podejmują bankowcy zbierający się w Bazylei. Ci sami bankierzy, którzy doprowadzili nasz światowy system finansowy na skraj rozpadu, decydują – poza sceną i nie odpowiadając przed nikim – o reformach systemu bankowego koniecznych do tego, aby nie dopuścić do kolejnego kryzysu kredytowego. Wygląda na to, że mało się zmieniło od bankructwa banku Lehman Brothers.

Dyrektorzy Banku Rozrachunków Międzynarodowych do tej pory mają status dyplomatów i nie można przeciwko nim prowadzić postępowań karnych nawet po zakończeniu ich urzędowania. W dowolnym momencie mogą się ponadto przenieść z rodzinami do neutralnej Szwajcarii.

xxxxxxxx

W końcowej części cytatu Rondo Cameron pisze o tym, że koleje radykalnie przekształciły Szwajcarię, ale że były one deficytowe ze względu na duże koszty budowy i mały ruch, to znalazły się na skraju bankructwa. W związku z tym rząd szwajcarski odkupił w 1898 roku koleje od zagranicznych właścicieli, głównie francuskich, za ułamek ich rzeczywistej wartości. Innymi słowy napisał, że zagraniczne korporacje sprzedały rządowi szwajcarskiemu swoje udziały w kolejach za ułamek ich rzeczywistej wartości. A więc dokładnie odwrotnie niż w Polsce, gdzie rząd sprzedawał przedsiębiorstwa państwowe za ułamek ich rzeczywistej wartości zagranicznym korporacjom. Co ciekawe te zagraniczne korporacje sprzedały swoje udziały w momencie, gdy rósł popyt na usługi turystyczne w Szwajcarii, a więc również na usługi kolei.

Tak więc francuski kapitał sfinansował rządowi szwajcarskiemu budowę linii kolejowych. Ale czy stracił? Nie! W tym czasie ten sam francuski kapitał inwestował w budowę kolei w Rosji i w Królestwie Polskim. W tym wypadku zapewne nie był tak hojny, jak w przypadku Szwajcarii. Mówiąc wprost, biedne państwa Europy wschodniej sfinansowały budowę kolei i tunelów w Szwajcarii. Warto o tym pamiętać, gdy dziś ogląda się, chociażby w internecie, te eleganckie, czyściutkie szwajcarskie pociągi, mknące wśród nieskażonej przyrody, wypełnione turystami podziwiającymi alpejskie krajobrazy.

A czy Polska mogłaby tak się rozwijać, jak Szwecja czy Szwajcaria? Istniał w PRL-u Instytut Sadownictwa w Skierniewicach, w którym profesor Pieniążek dopracował się wielu odmian jabłek i niskopiennych roślin owocowych. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by zamiast wysyłać na wschód surowy produkt, zacząć produkować soki owocowe i dosłownie zalać nimi świat. To w naturalny sposób wymusiło by rozwój przemysłu przetwórczego, a więc również wszelkiego rodzaju maszyn i urządzeń niezbędnych do produkcji soków, rozwój niektórych dziedzin przemysłu chemicznego, a w końcu również sprzedaż specjalistycznych maszyn wykorzystywanych w przemyśle przetwórczym. A takich niszowych branż w polskim rolnictwie znalazło by się wiele. Do tego, by tak się stało niezbędne byłyby następujące warunki:

  • dostęp do kapitału (bez niego ani Szwecja, ani Szwajcaria nie stworzyłyby swojego przemysłu)
  • dostęp do rynków zbytu
  • stabilność granic
  • stabilność polityczna
  • dojrzałe, ukształtowane i wykształcone społeczeństwo, będące wynikiem niezmiennej polityki gospodarczej, niezmienności granic i braku przesiedleń

W Polsce nie brakowało i nie brakuje ludzi, którzy byliby w stanie stworzyć te nisze, o których wspomniałem. Niestety rola, jaką Polsce wyznaczyli Żydzi, jest zupełnie inna od tej, którą wyznaczyli Szwecji czy Szwajcarii.