Grecy i Żydzi

Winston Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-1996) w rozdziale Gehenna Greków zrobił krótką uwagę na temat tradycji greckich i żydowskich. Niby pisał o Grekach i Żydach, ale odnoszę wrażenie, że pisał o Żydach. Poniżej ten fragment:

Grecy rywalizują z Żydami o tytuł najbardziej upolitycznionego narodu na świecie. Choćby znajdowali się w beznadziejnej sytuacji i choćby ich krajowi zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo, zawsze będą podzieleni na liczne partie, których przywódcy walczą między sobą z niesłabnącym zapałem. Niezwykle celnie oddaje to powiedzenie, że gdziekolwiek znajdzie się trzech Żydów, dwaj z nich okażą się premierami, a trzeci przywódcą opozycji. To samo zresztą dotyczy innego przesławnego i starożytnego narodu, którego nie kończąca się i pełna burz walka o życie sięga początków myśli ludzkiej. Żadne inne nacje nie odcisnęły tak trwałego piętna na obliczu świata. Obydwie wykazały zdolność przetrwania pomimo cierpień i zagrożeń ze strony rozlicznych najeźdźców, z którymi równać się mogły jedynie ich własne wewnętrzne nienawiści, spory i wstrząsy. Upływ kilku tysięcy lat nie spowodował bynajmniej zmiany ich usposobienia, ani też nie zmniejszył w żaden sposób ich witalności. Nie złamali ich ani wrogowie zewnętrzni, ani ci, znajdujący się pośród nich samych i każdy z tych narodów pozostawił nam dziedzictwo geniuszu i mądrości. Żadne inne dwa miasta nie znaczyły więcej w dziejach ludzkości, aniżeli Ateny i Jerozolima. Promieniujące z nich religia, filozofia i sztuka stanowią światło przewodnie nowoczesnej wiary i kultury. Pomimo całych wieków obcego panowania i nieopisanych cierpień są to nadal żywe społeczności i liczące się siły we współczesnym świecie, zmagające się wewnętrznie z nieprawdopodobną żywotnością. Osobiście zawsze trzymałem stronę obydwu, wierząc w to, że zdołają przetrwać zarówno wstrząsy wewnętrzne, jak i światowe tendencje grożące ich całkowitym zniszczeniem.

xxxxxxxx

Mamy tu, według mnie, do czynienia z nieskrywaną sympatią Churchilla do Żydów, co nie powinno dziwić, bo podobno on sam był pół Żydem. W każdym razie, gdzie znajdzie się trzech, dwaj z nich okażą się premierami, a trzeci przywódcą opozycji. I gdy obserwuje się polską scenę polityczną, to nie da się ukryć, że tak jest. Zarówno rząd jak i opozycja są zdominowane przez Żydów. Więc bez względu na wynik wyborów, zawsze oni będą wygranymi.

Z kolei Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisze:

Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:

Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej… – „Hajnt”, nr 35, 10 II 1931 r., „Bron. Huberman wypowiada swoje wrażenia z podróży do Erec Israel”, A. Alperin, koresp. z Paryża.

W jakim celu wytwarzali żydzi dla Europy wartości ekonomiczne (a tylko o nie chodzi nam w danym wypadku)? Czy w dbałości o dobro narodów rdzennych? Nie. Ich wysiłki myślowe musiały być skierowane na zabezpieczenie potrzeb żydostwa w warunkach jego bytu w rozproszeniu. Ponieważ zaś potrzeby żydowskie w tych warunkach mogą być zabezpieczone jedynie kosztem otoczenia, kosztem ludności rdzennej, przeto „wartości ekonomiczne”, którymi tak chełpił się ten żyd, muszą stanowić ciężary dla narodów rdzennych. Jedną z tych „wartości” jest układ stosunków gospodarczych, czyli obecna budowa gospodarcza, która opiera się na zaprzeczeniu zasad gospodarki narodowej, narodowej w sensie potrzeb każdego narodu rdzennego w jego kraju ojczystym.

xxxxxxxx

Autor przechodzi jakby trochę obok tematu, bo Hubermanowi chodziło o to, że to Żydzi wytworzyli te wszystkie wartości, a nie o to, że mają one również służyć narodom rdzennym. Nie mają i nie służą, co nie zmienia faktu, że to oni je wytworzyli.

Co do kultury, to sprawa jest dyskusyjna, bo może być ona wartościowa, ale i może być szkodliwa. Inna sprawa jest w przypadku ekonomii. Wszystkie teorie ekonomiczne i ideologie, jak choćby liberalizm czy komunizm służą Żydom. Liberalizm, bo pozwala rozwijać się ich międzynarodowym firmom. Komunizm, bo to oni rządzą w takim państwie i tylko oni mogą czerpać korzyści z takiego stanu.

Żydzi są najstarszym narodem i z racji tego mają największe doświadczenie w każdej dziedzinie życia. I to doświadczenie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie. Często jest to też doświadczenie narodów, wśród których żyją w rozproszeniu i asymilacji. I to jest ta przewaga, której narody rdzenne, osiadłe nie są w stanie pokonać.

W serialu dokumentalnym II wojna światowa na Bałkanach pod koniec odcinka 11/12 lektor mówi:

„Latem 1943 roku brytyjski premier, który był również ministrem obrony, zajął się osobiście polityką swego kraju wobec Jugosławii. Jak pisze McDowell, swoje decyzje Churchill uzależniał od zdania anonimowych osób w Londynie bez żadnego oficjalnego statusu, których personaliów nie wyjawił nawet w swoich pamiętnikach. Dalej McDowell analizuje kluczowe decyzje prezydentów Roosevelta i Wilsona. Stwierdza, że przywódcy żadnego innego wielkiego państwa nie mieli takiego bezpośredniego wpływu na politykę międzynarodową, zwłaszcza podczas wojny, jak prezydenci Stanów Zjednoczonych. Niczym średniowieczna monarchia, swoje decyzje podejmowali w kręgu osobistych doradców, urzędników Białego Domu lub przyjaciół bez prawie żadnych oficjalnych pełnomocnictw i odpowiedzialności, która by usprawiedliwiała ich często rozstrzygający wpływ na amerykańską politykę. Jak pisze amerykański historyk Antony Sutton, tymi anonimowymi, osobistymi doradcami byli multimilionerzy, którzy w wojnie widzieli bardzo dochodowy interes. Dlatego chcieli, by ten interes kręcił się jak najdłużej.”

Mamy więc niejako potwierdzenie tego, co ja często powtarzam, że o wszystkim decydują Żydzi. Jednak ich motywem nie jest chęć zysku, bo ten mogą czerpać z wielu dziedzin życia gospodarczego, a poza tym, to oni sami sobie mogą wydrukować pieniądze, bo mają na to monopol. Celem jest więc nie zysk, ale wyniszczanie i skłócanie narodów rdzennych, co prowadzi do ich osłabiania, a co wzmacnia Żydów i pozwala im na coraz większą dominację nad tymi narodami.

Afera Stavisky’ego

W poprzednim blogu, „Jugosławia”, wspomniałem o aferze Stavisky’ego, która doprowadziła do kryzysu rządowego we Francji i gwałtownych demonstracji. Może więc warto ją sobie przybliżyć, a może nie tylko ją, ale w ogóle naturę wszelkich afer finansowych, skąd one się biorą i kto jest ich autorem.

Wikipedia pisze:

Afera Stavisky’ego – jedna z największych afer związana z francuskimi kręgami rządowymi w styczniu 1934 r.

Afera związana była z osobą Serge’a Alexandre’a Stavisky’ego (ur. 20 listopada 1886, zm. 8 stycznia 1934), żydowskiego imigranta z rosyjskiej Ukrainy. W paryskim świecie przestępczym był drobnym oszustem i hochsztaplerem, znanym pod pseudonimem „le beau Sasha” („piękny Sasza”). W latach 1918-1928 często przebywał we francuskich więzieniach. Wkrótce w niejasnych okolicznościach założył firmę jubilerską „Alex” w Orleanie, a następnie stanął na czele Towarzystwa Gruntów i Robót Publicznych, cieszącego się oficjalnym poparciem władz. Pod zastaw fałszywej biżuterii zaciągnął ogromne kredyty w banku Crédit municipal w Bayonne, przez co wielu akcjonariuszy straciło pieniądze. Prasa zaczęła pisać, że takich operacji finansowych nie można było zrobić bez poparcia możnych protektorów w parlamencie, rządzie i mediach. Faktycznie S. A. Stavisky miał wiele znajomości w kręgach rządzących i świecie finansjery. Pozostawał w zażyłych stosunkach z samym premierem Camille’m Chautempsem i ministrami jego rządu.

W pierwszych dniach stycznia 1934 r. wyszła na jaw prawda o finansowych machinacjach S. A. Stavisky’ego. Władze wydały nakaz aresztowania go, ale po wejściu policjantów do jego domu w Chamonix 8 stycznia, popełnił samobójstwo wystrzałem z rewolweru w głowę. Prasa opozycyjna oskarżała rządzących, że w rzeczywistości S. A. Stavisky został zastrzelony, co było na rękę wielu wpływowym ludziom. Następnie rozpoczęła kampanię polityczną przeciwko korupcji rządu, podczas której dochodziło raz po raz do ulicznych demonstracji skrajnej prawicy.

Kryzys doprowadził do dymisji gabinetu premiera C. Chautempsa, zastąpionego 27 stycznia przez jego partyjnego kolegę Edouarda Daladiera. Jedną z jego pierwszych decyzji było usunięcie prefekta paryskiej policji Jeana Chiappe’a, który otwarcie wyznawał prawicowe sympatie. Było to bezpośrednim powodem wybuchu 4 lutego w Paryżu wielkich demonstracji organizacji i ugrupowań skrajnie prawicowych (tzw. lig antyparlamentarnych) nazwanych Kryzysem 6 lutego 1934.

W 1935 r. rozpoczął się proces przeciwko 20 osobom zamieszanym w aferę Stavisky’ego, w tym dwóm deputowanym i jednemu generałowi. Wydano 11 wyroków uniewinniających i 9 skazujących.

W 1974 r. francuski reżyser Alain Resnais nakręcił film fabularny pt. Stavisky z Jeanem-Paulem Belmondo w roli głównej.

Z kolei angielska Wikipedia pisze:

Serge Alexandre Stavisky (20 listopada 1886 – 8 stycznia 1934) był francuskim finansistą i malwersantem, którego działania wywołały skandal polityczny, który stał się znany jako afera Stavisky’ego .

Alexandre Stavisky był polskim Żydem, który urodził się na terenie dzisiejszej Ukrainy, a którego rosyjscy rodzice przenieśli się do Francji.

Pod zdjęciem Stawiskiego pisze angielska Wikipedia, że urodził się 20 listopada 1886 w miejscowości Słobodka w guberni kijowskiej w Imperium Rosyjskim. Czyżby angielska Wikipedia wiedziała, że jest w Polsce miasto Stawiski w województwie podlaskim, w powiecie kolneńskim (niedaleko Jedwabnego) i stąd wniosek, że był polskim Żydem?

Stavisky próbował różnych zawodów. Pracował jako piosenkarz w kawiarni, jako kierownik klubu nocnego, jako robotnik w fabryce zup i jako krupier. Obywatelstwo francuskie otrzymał w 1910 r. W latach 30. prowadził miejskie lombardy w Bayonne, ale obracał się także w kręgach finansowych. Sprzedał wiele bezwartościowych obligacji i sfinansował swój „lombard” dając w zastaw to, co nazwał szmaragdami zmarłej cesarzowej Niemiec – które później okazały się być szklanymi świecidełkami. W 1927 roku Stavisky został po raz pierwszy oskarżony o wyłudzenie wielu milionów franków. Jednak proces wielokrotnie przekładano, a jego samego zwalniano za kaucją 19 razy.

W obawie przed wykryciem prawdy w grudniu 1933 r. Stavisky uciekł. 8 stycznia 1934 r. policja znalazła go w chatce w Chamonix, umierającego od dwóch ran postrzałowych głowy. Chirurdzy próbowali go ratować, ale zmarł we wczesnych godzinach rannych 9 stycznia. Oficjalnie Stavisky popełnił samobójstwo, ale powszechnie spekulowano, że został zamordowany, aby oszustwo nie wyszło na jaw.

W następstwie śmierci Stavisky’ego na ulicach Paryża wybuchły zamieszki, w wyniku których 10 stycznia aresztowano 250 osób, gdy pojawiły się informacje o udziale rządu w skandalu finansowym. Francuski premier Camille Chautemps został zmuszony do rezygnacji ze względu na liczbę ministrów uwikłanych w aferę, a także pogłoski, że zlecił zabójstwo Stavisky’ego. W sprawie zlecono oficjalne publiczne dochodzenie. Na krótko przed jej rozpoczęciem starszy sędzia, Albert Prince, który miał być świadkiem, został zamordowany. Jego ciało znaleziono na linii kolejowej w pobliżu Dijon, do którego wyjechał z Paryża, ponieważ otrzymał fałszywy telegram, w którym informowano go, że jego matka jest bardzo chora.

xxxxxxxx

Jakoś tak się dziwnie składa, że we wszelkiego rodzaju afery finansowe są zamieszani Żydzi i praktycznie tylko oni. Przykładów jest wiele. Adolf Nowaczyński w swojej książce Plewy i perły (1934) pisał:

„Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej południowej Ameryki.”

Andreas Lambrou w swojej książce Fountain Pens of the World (2005) pisze:

W pewnym momencie wydawało się, że historia tej firmy będzie trwała od 1906 do 1909 i że będzie to jedna z najkrócej istniejących na rynku firm. Cierpiała ona na brak kapitału, co po części było wynikiem zachowania się jednego z jej założycieli, Augusta Ebersteina, który wyprzedał park maszynowy firmy, by uregulować swoje długi.

Był inżynierem, który po pobycie w Anglii i Ameryce zdobył doświadczenie i był zainteresowany produkcją piór wiecznych. Po powrocie do Berlina wszedł w spółkę z bankierem Alfredem Nehemiasem. Kapitał niezbędny do rozpoczęcia działalności został dostarczony w 1906 roku przez hamburskie konsorcjum produkujące artykuły papiernicze.

Pierwszy cios przyszedł w 1908 roku, gdy hamburskie konsorcjum wycofało się. Szok nie trwał jednak długo. Nehemias znalazł nowych wspólników: Claus Johannes Voss zgodził się zainwestować 50.000 RM a Max Koch 100.000 RM, ale tylko połowa tego Kapitału miała być zainwestowana na początek. Koch chciał poczekać pół roku, by zobaczyć, jak firma się rozwija. Rothschild, Behrens & Company of Hamburg, firma zaopatrująca biura, również była zainteresowana, ale tylko jako cichy wspólnik, by uniknąć niezadowolenia innych producentów, dla których pracowali jako dystrybutorzy ich produktów.

Potem przyszedł potrójny cios: zabrakło drugiej połowy kapitału Maxa Kocha; Alfred Nehemias, uzdolniony menadżer, zmarł nagle na atak serca, a Eberstein został przyłapany na wykorzystywaniu majątku firmy na własną korzyść.

Eberstein z rodziną uciekł do Ameryki w trakcie trwania procesu. Śmieć Nehemiasa była poważnym problemem, gdyż wdowa po nim wycofała jego udziały. Wilhelm Dziambor z firmy Rothschild, Behrens & Co. uzupełnił wycofane przez wdowę udziały, ale to było za mało. Kapitału nadal brakowało. Voss, nie chcąc stracić własnego, znalazł nowego wspólnika. Był to Christian Lausen. Trio Voss, Lausen i Dziambor uzdrowiło finanse firmy.

xxxxxxxx

Ta historia to początek najsłynniejszej firmy, a może raczej firmy produkującej najbardziej ekskluzywne pióra wieczne i inne instrumenty piśmienne – firmy Montblanc. Ten cytat przytoczyłem nie tyle ze względu na ucieczkę Ebersteina do Ameryki, co ze względu na nazwisko Dziambor. Dla tych, którzy interesują się polityką, nazwisko to nie jest zapewne obce.

Tak jak wspomniałem wcześniej, wszystkie afery finansowe i to we wszystkich krajach są żydowskiego autorstwa. Nie wynika to z jakichś szczególnych predyspozycji Żydów do tego typu machlojek, choć pewnie wieki praktyki zrobiły swoje. Wynika to z dwóch cech narodu żydowskiego: z rozproszenia i asymilacji. Rozproszenie powoduje, że są wszędzie, w każdym kraju i w każdej liczącej się instytucji państwowej i prywatnej, w każdym urzędzie i w większości firm, które coś znaczą na rynku. Natomiast asymilacja powoduje, że działają anonimowo. Do tego, by dokonywać wszelkiego rodzaju afer, nie tylko finansowych, potrzebna jest współpraca wielu ludzi i wymiana pomiędzy nimi informacji, które nie są dostępne dla innych. Jeśli doda się do tego fakt, że jest to naród prawniczy, to sądy czy prokuratury mogą tak działać, by komplikować procedury, opóźniać cały proces sądowy. W końcu taki człowiek, gdy zawiodą już wszelkie środki, może uciec za granicę. Jako, że jest to naród rozproszony, to wszędzie są rodacy takiego aferzysty, którzy mu pomogą w nowym kraju i środowisku. I tam może od nowa uprawiać swój proceder i w razie konieczności ponownie zmienić kraj.

I właśnie dlatego w te wszystkie afery są i zawsze byli zamieszani Żydzi, bo nikt iny nie ma takich możliwości. A że są zasymilowani, to działają nie – jako Żydzi, tylko obywatele różnych państw. W przypadku opisanej afery trudno sobie wyobrazić, by bank, jakikolwiek bank, przyjął pod zastaw potężnego kredytu jakieś świecidełka, nie sprawdzając, czy są to naturalne szmaragdy. Żeby tak się stało, wielu ludzi musiało być w zmowie, łącznie z jakimś jubilerem czy gemmologiem, który zaświadczył o autentyczności biżuterii.

Generał

W historii mieliśmy dwóch takich, którzy użyli wojska do realizacji pewnych celów. Pierwszym był Piłsudski, który dokonał zamachu majowego w 1926 roku, drugim Jaruzelski, który wprowadził stan wojenny w 1981 roku. Piłsudski był litewskim Żydem. Jedno z jego zdjęć z młodości zdradzą urodę tej nacji. Czy był nim również Jaruzelski? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w jego życiorysie. Pomocne tu mogą być również informacje o jego przodkach. Wydaje się, że na podstawie informacji zawartych w Wikipedii można pokusić się o pewne wnioski. Wikipedia pisze:

Wywodził się z rodziny szlacheckiej i ziemiańskiej herbu Ślepowron. Ród wywodzi się z pogranicza Mazowsza i Podlasia. Korzeniami sięga przełomu XV i XVI wieku. Gniazdem rodowym przodków był majątek Jaruzele, a później m.in. Ruś Stara – Sokoły wraz z przyległościami.

Dziadek Wojciecha, również Wojciech, brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię na 8 lat. Po powrocie do Polski, poślubił Helenę z domu Filipkowską, która wniosła mu duży posag. Dzięki temu małżeństwo mogło kształcić liczne potomstwo. Ojciec Wojciecha, Władysław, był siódmym z ośmiorga dzieci Wojciecha i Heleny. Ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze. Wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920. Mimo że należała mu się część dóbr rodzinnych, pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Ciesząc się opinią dobrego fachowca, trafił do Kurowa, położonego 17 km na wschód od Puław, gdzie poznał Wandę z Zarembów z pobliskiej Dąbrowy Wielkiej, absolwentkę Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. Ich ślub miał miejsce 19 września 1922. Wojciech urodził się 6 lipca 1923 o godz. 21 w Kurowie. Pierwsze imię otrzymał po dziadku – powstańcu. W 1928 małżeństwu urodziła się jeszcze córka Teresa.

7 października 1923 został ochrzczony w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Michała Archanioła w Kurowie. Rodzina była głęboko religijna i patriotyczna. W 1925 rodzina Jaruzelskich opuściła Kurów i zamieszkała w majątku Trzeciny nad rzeką Brok.

Nie uczęszczał do szkoły powszechnej. Już po pierwszym dniu edukacji poprosił rodziców o kontynuowanie nauki w domu. Wkrótce potem został zatrudniony dla niego prywatny nauczyciel. Od 1933 Wojciech Jaruzelski uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów na warszawskich Bielanach, a jego edukacja była sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Na etapie wyboru rozpatrywane były także gimnazjum jezuickie w Chyrowie koło Lwowa i gimnazjum w Rydzynie. Szkoła uczyła w duchu endeckim oraz zasad katolickich i poszanowania polskiej tradycji. We wczesnej młodości był bardzo religijnym i dobrze zapowiadającym się uczniem. Dostrzeżono w nim talent do przedmiotów humanistycznych. W klasie przyjaźnił się z Tadeuszem Gajcym. Miał dobry styl pisania i formułowania myśli. W latach 1937–1939 należał do Związku Harcerstwa Polskiego, należał do drużyny im. Stanisława Żółkiewskiego. W tym czasie opublikował artykuł Służba Polsce do szkolnej „Jednodniówki”. Odwoływał się tam do tradycji Orląt Lwowskich i harcerzy, którzy polegli w 1920, walcząc z bolszewikami. W 1939 ukończył IV klasę gimnazjum, uzyskując tzw. „małą maturę” w gimnazjum marianów.

Po wybuchu II wojny światowej rodzina uciekała w kierunku wschodnim. W momencie agresji ZSRR na Polskę, rodzina Jaruzelskich przebywała w jednym z majątków w powiecie lidzkim (województwo nowogrodzkie). Wobec ataku ze wschodu postanowili wrócić do Trzecin. Ostatecznie kierując się w kierunku Litwy, w nocy z 22 na 23 września przekroczyli w okolicach Kopciowa granicę z Litwą. Tam mieszkali w różnych miejscowościach w majątkach polskich rodzin. Po okupacji Litwy przez Armie Czerwoną i aneksji przez ZSRR, rodzina Jaruzelskich postanowiła wrócić na tereny okupacji niemieckiej. Ostatecznie matka, obawiając się, że przy przekroczeniu granicy może dojść do rozdzielenia rodziny, zdecydowała o pozostaniu na Litwie. 14 czerwca 1941 rodzina została deportowana na Syberię. Wojciech zamieszkał wraz z matką i siostrą w osadzie leśnej Turoczaku, gdzie w Górach Ałtajskich (ok. 300 km od Bijska) pracował w tajdze przy wyrębie lasów. Nabawił się tam choroby oczu, ślepoty śnieżnej, która trwale uszkodziła mu wzrok. Ciemne okulary ochronne stały się jego znakiem rozpoznawczym. Był także urzędnikiem w Rajpotriebsojuzie (Rejonowy Związek Spożywców). Ojciec został zesłany do łagrów w Kraju Krasnojarskim. Po podpisaniu umowy Sikorski-Majski, jesienią 1941 Władysław został zwolniony z łagru i udał się do Bijska, gdzie znajdowała się polska delegatura. Według siostry Wojciecha, ojciec zapisał go na ochotnika do formującego się wojska Andersa, lecz Wojciech z rodziną dopiero w styczniu 1942 przybył do Bijska. W międzyczasie w październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.

Ojciec Wojciecha Jaruzelskiego dostał posadę wozaka w miejscowym przedsiębiorstwie rybnym. Władysław Jaruzelski zmarł 4 czerwca 1942 w Bijsku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. 19-letni Wojciech stał się jedynym opiekunem rodziny.

W maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Ponownie został wezwany 19 lipca tegoż roku. Dostał skierowanie do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Nie był to zaciąg ochotniczy, lecz radziecki pobór do wojska. Został skierowany do I Batalionu Piechoty, dowodzonego przez kapitana nazwiskiem Kostriuko. Przydzielony do karabinów maszynowych (CKM typu Maxim). Nie przejawiał większego zainteresowania przedmiotami wojskowymi. Uzyskiwał przeciętne wyniki. Przysięga wojskowa miała miejsce w dniu 11 listopada, odbierał ją gen. bryg. Zygmunt Berling w obecności m.in. Wandy Wasilewskiej i Gieorgija Żukowa. Promocja miała miejsce 16 grudnia 1943. Promował gen. Berling. Jaruzelski na 296 promowanych zajął miejsce około 100. Według generała Zygmunta Huszczy prymusi (m.in. Florian Siwicki) byli mianowani na stopień podporucznika, a większość została, w tym Jaruzelski, mianowana na stopień chorążego. Po uzyskaniu promocji został skierowany na stanowisko dowódcy plutonu piechoty w składzie 8 Kompanii, III Batalionu, 5 Pułku, 2 Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego. Od 1943 do 1944 był dowódcą plutonu strzelców, w maju 1944 został przeniesiony do zwiadu, gdzie został dowódcą plutonu zwiadu konnego (dwunastoosobowa drużyna).

W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe). Generał Jaruzelski twierdził, że akcję przeprowadzał Główny Zarząd Polityczny WP, a wśród oficerów zwolnionych z wojska „ani jeden (…) nie był pracownikiem Sztabu Generalnego, której to instytucji ja wówczas byłem szefem”. Pomimo tego żałował tego co się wtedy stało, albowiem to „ciemna, brudna karta najnowszej historii”. „Tamten czas ma jednak wiele płaszczyzn i uwarunkowań (…). Na różnych etapach różne były moje – i miejsce, i możliwości. Nie uchylam się jednak od krytycznej oceny tego na co mogłem mieć realny wpływ. Ubolewam z powodu symptomów i faktów, jakie „pełzały” w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych. Rok 1967 to było w Wojsku wybuchowe apogeum. Po tzw. wojnie czerwcowej pojawił się w naszych siłach zbrojnych (…) szokujący sygnał strategiczno-profesjonalny. W warunkach antagonistycznie podzielonego wówczas świata nastąpiło obsesyjne wręcz uwrażliwienie na ochronę tajemnicy, problem lojalności oraz zagrożenia zaskakującą napaścią zwłaszcza z powietrza. (…) Powstała w skali kraju swoista psychoza, słynne określenie „piąta kolumna”, pożywka dla podejrzeń, inspiracja i pretekst do oskarżeń oraz różnych, niewątpliwie także preparowanych informacji, wreszcie polityczno-personalnych rozgrywek (…).” – stwierdził Jaruzelski.

24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.

xxxxxxxx

To wybrane fragmenty życiorysu Jaruzelskiego, które mogą sugerować, że był on Żydem. Wywodził się on ze starej ziemiańskiej i patriotycznej rodziny, no bo przecież jego dziadek brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię. Gniazdem rodowym był majątek Jaruzele. W opracowaniu Aleksandra Włodarskiego Ród Jaruzelskich Herbu Ślepowron jest informacja, że początkowo majątek nazywał się Jeruzele. Podobne to do angielskiego Jerusalem, Jeruzalem, czyli Jerozolima. Czy zbieżność jest przypadkowa, czy – nie, tego raczej nie dowiemy się. Natomiast dziadek po powrocie z zesłania poślubił Helenę Filipkowską, która wniosła mu duży posag, dzięki temu ośmioro dzieci mogło się kształcić. To bardzo charakterystyczne. Po powstaniu styczniowym spauperyzowana szlachta koligaciła się z Żydami. Dzięki temu Żydzi wnikali do najwyższych warstw polskiego społeczeństwa. Ilość dzieci też sugeruje, że był tu realizowany żydowski scenariusz. Nazwisko „Filipkowska” sugeruje neofickie pochodzenie – od imienia Filip. Czy fakt, że ojciec Jaruzelskiego ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze, który był ośrodkiem odłamu husytyzmu – taborytów, miał jakieś znaczenie? Być może.

Ojciec Jaruzelskiego brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a później pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Innymi słowy był faktorem. Faktorami byli Żydzi, którzy zarządzali majątkami ziemiańskimi, bo panowie ziemianie nie mieli czasu a pewnie i głowy do takich zajęć.

Wykształcenie odebrał Jaruzelski jak najbardziej stosowne dla polskiego patrioty. Uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów. Ziemiańskie korzenie i głęboka religijność – to przecież kwintesencja polskości.

14 czerwca 1941 roku rodzina Jaruzelskich została deportowana na Syberię. W październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.

Z powyższego wynika, że to srogie NKWD obchodziło się z Jaruzelskim wyjątkowo delikatnie, skoro mógł opuścić bez jego wiedzy miejsce zamieszkania i jeszcze odmówić przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości. I w nagrodę za takie postępowanie w maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Kogo tak mogło traktować NKWD? Tylko Żyda.

W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe).

Tu już jest wyraźnie kreowany na polskiego patriotę. To będzie jak znalazł w momencie wprowadzania stanu wojennego. No bo przecież jest wielkim polskim patriotą i dobro ojczyzny jest najważniejsze.

24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.

Rockefeller zrobił dla Jaruzelskiego wyjątek. Zjechał ze swego gabinetu na najwyższym pietrze, by na dole go powitać. Rozmowa, a przynajmniej jej fragmenty, odbywała się w obecności Brzezińskiego, a więc bez tłumacza. I tak sobie trzej Żydzi zdecydowali, co miało się dalej stać z tą Polską.

Z tych informacji zawartych w Wikipedii wynika, że babka Jaruzelskiego była Żydówką. Czy była nią jego matka? Tego nie da się potwierdzić, ani zaprzeczyć. Można więc powiedzieć, że przynajmniej po ojcu był Żydem. Stosunek NKWD do niego zdaje się potwierdzać, że nim był. Również jego udział w czystkach w wojsku w marcu 1968 roku może być na to dowodem. W tym wypadku chodziło prawdopodobnie o uwiarygodnienie go jako Polaka, patrioty i antysemity.

Córka Jaruzelskiego, Monika, ma swój kanał internetowy, na którym przeprowadza wywiady z różnymi osobistościami z polskiej sceny politycznej. Jest to swego rodzaju namaszczanie. Kto nie był u Moniki Jaruzelskiej, ten nie należy do systemu. Trochę to przypomina namaszczanie Lecha Wałęsy z 1989 roku. Zdjęcie z Wałęsą było informacją dla wyborców: to nasz człowiek. Monika Jaruzelska zrobiła nawet wywiad z tym pajacem i przebierańcem – Wojciechem Olszańskim. Z tego można wysnuć wniosek, że on również należy do tego towarzystwa. Na razie siedzi w więzieniu, ale to jest rodzaj kombatanctwa. Dla niektórych jest to niezbędny epizod w karierze politycznej, jak kiedyś internowanie w stanie wojennym.

Pustynia

W swojej książce „Imperium” (1993), będącej zbiorem reportaży z podróży w latach 1989-1991 po upadającym Związku Radzieckim, Ryszard Kapuściński opisuje też Turkmenię. Turkmeni w przeszłości byli narodem pustynnym i koczowniczym. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, jakby pisał o innym pustynnym i koczowniczym narodzie. To, co w tym opisie najistotniejsze, to cechy jakie wytwarzał pustynny i koczowniczy tryb życia.

Turkmenistan, Republika Turkmenistanu (w okresie ZSRR funkcjonowała nazwa Turkmenia) – państwo położone w Azji Środkowej, na północ od gór Kopet-Dag, pomiędzy Morzem Kaspijskim a Amu-darią. Stolicą państwa jest Aszchabad. Kraj rozciąga się na 1100 km od wschodu do zachodu oraz na 650 km z północy na południe. Powierzchnia – 488 tys. km2. Większość mieszkańców stanowią Turkmeni. Turkmenistan graniczy z Afganistanem, Iranem i Uzbekistanem. Około 80% powierzchni kraju leży na Nizinie Turańskiej. Terytorium Turkmenistanu w większości pokrywa pustynia Kara-kum. W zależności od metodologii pomiaru pustynia zajmuje od 70% do 80% terytorium kraju. – Wikipedia.

Kapuściński tak opisuje Turkmenię:

»Taki Turkmen, który dożył siwej brody, wie wszystko. Jego głowa jest pełna mądrości, jego oczy czytały księgę życia. Kiedy dostał pierwszego wielbłąda, poznał smak bogactwa. Kiedy zdechło mu stado owiec, poznał nieszczęścia nędzy. Widział wyschłe studnie, a więc wie, co to radość. On wie, że słońce przynosi życie, ale wie również, że słońce przynosi śmierć, z czego nie zdaje sobie sprawy żaden Europejczyk.

Wie co to jest pragnienie i co to jest nasycenie.

Wie, że jak jest upał, trzeba się ciepło ubrać, w chałat i baranią czapę, a nie rozbierać się do skóry, jak to robią biali. Człowiek ubrany myśli, a rozebrany – nie. Człowiek nagi może popełnić każde głupstwo. Ci, którzy tworzyli wielkie dzieła, byli zawsze ubrani. W Sumerze i Mezopotamii, a Samarkandzie i w Bagdadzie mimo piekła upałów ludzie chodzili ubrani. Powstały tam wielkie cywilizacje, których nie znała Australia ani równik afrykański, gdzie chodzono po słońcu nago. Można się o tym przekonać czytając historię świata.

Być może ten stary zna odpowiedź na wielkie pytanie Szekspira.

Widział on pustynię i widział oazę, to znaczy widział cały świat, który w ostatecznej ostateczności sprowadza się do tego jedynego podziału. Na świat przychodzi coraz więcej ludzi, w oazach robi się ciasno, nawet w dużej oazie Europy, nie licząc oazy Gangesu, oazy Nilu. Czy ludzkość, która narodziła się na pustyniach, o czym mówią wszystkie świadectwa, nie będzie musiał wrócić tam, gdzie jest jej kolebka? I wtedy do kogo przyjdzie po radę ten spocony mieszczuch ze swoim przegrzanym fiatem, ze swoją lodówką, której nie będzie miał gdzie podłączyć? Czy nie zacznie szukać Turkmena z siwą brodą, Tuarega owiniętego turbanem? Oni wiedzą, gdzie są studnie, to znaczy znają tajemnice przetrwania i ocalenia. Ich wiedza, pozbawiona scholastyki i doktrynerstwa, jest wielka, ponieważ służy życiu. W Europie mają zwyczaj pisać o ludziach pustyni, ze są zacofani, nawet skrajnie zacofani. Nikt nie pomyśli, że tak nie wolno sądzić o ludach, które w najstraszniejszych dla człowieka warunkach umiały przetrwać tysiąclecia, wytwarzając typ kultury najcenniejszej, bo praktycznej, pozwalającej całym narodom istnieć i rozwijać się, podczas gdy w tym samym czasie wiele cywilizacji osiadłych upadło i zniknęło z ziemi na zawsze.

Niektórzy myślą, ze człowiek szedł na pustynię z biedy, bo nie miał innego wyjścia. Ale było akurat odwrotnie. W Turkmenii na pustynie mogli iść ci, którzy mieli stada, a więc bogatsi, koczowanie było przywilejem zamożnych. „Pobyt na pustyni – mówi profesor Gabriel – jest zaszczytem, to teren wybrany”. Przejście do życia osiadłego było dla koczownika zawsze ostatecznością, rodzajem życiowej przegranej, degradacją. Koczownika można osiedlić tylko siłą, przymusem ekonomicznym albo politycznym. Nie zna on ceny, którą można zapłacić za wolność, jaką daje pustynia.

Czy można sobie wyobrazić cywilizację ludzką bez tego wkładu, który wnieśli do niej koczownicy? Weźmy Złotą Ordę i państwo Timuridów. Były to największe imperia średniowieczne. Najdłuższy epos literatury światowej, który nazywa się „Manas” i liczy 40 tomów, jest epopeją narodową ludu koczowniczego – Kirgizów. Weźmy rozkwit sztuki indyjskiej pod rządami koczowniczej dynastii Wielkiego Mogoła. Należy wymienić takie zjawisko, jak islam, który trzynaście wieków wpływa na dzieje świata i jest ciągle religią w stanie ekspansji, mającą wyznawców na wielkim obszarze globu, od Senegalu do Indonezji, od Mongolii po Zanzibar.

Ale przede wszystkim w ciągu tych tysiącleci, które nie znały samolotu, a jeszcze wcześniej nie znały statku parowego, koczownicy, ten jedyny lud, który posiadł wspaniałą i niebezpieczną sztukę pokonywania martwych przestrzeni, tworzyli przez sam fakt swoich ciągłych wędrówek pierwszy w dziejach naprawdę światowy system mass-communications, przenosząc z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent, z jednego krańca na drugi nie tylko złoto, korzenie i daktyle, ale książki i listy, wiadomości polityczne i relacje z odkryć, oryginały i kopie wielkich dzieł myśli i wyobraźni, co pozwalało w tamtych wiekach rozproszenia i izolacji wymienić osiągnięcia i rozwijać kulturę.«

Ten ostatni akapit, to w moim odczuciu, pochwała i zachwyt nad koczowniczym i pustynnym ludem, jakim byli Żydzi. Trudno się dziwić. Jak napisałem w blogu „Reportażysta”, był Kapuściński ukraińskim Żydem. Nie można więc mieć do niego pretensji o te sympatie. Ale też trudno uwierzyć w to, że to Turkmeni stworzyli światowy system, jak to on ujmuje, mass-communications, czy przenosili z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent złoto, książki i listy. Złoto służyło przecież do bicia monety. Czy zatem pustynny i koczowniczy tryb życia był niezbędny, by wytworzyć cywilizację żydowską? Z opisu Kapuścińskiego wynika, że tak.

W reportażu o Azerbejdżanie pojawia się ciekawa informacja na temat tego, czym było Imperium. Pisze on:

„Następnego dnia rozmowa z profesorem Ayudinem Mirsalinoglu Mamedowem. Ciekawy, mądry, ucieszony, bo właśnie po raz pierwszy od 1917 roku pozwolono im założyć Kulturalne Towarzystwo Turkologiczne. Profesor od lat redaguje czasopismo poświęcone turkologii. Nie wszyscy wiedzą, że język turecki (lub: języki tureckie) jest drugim, po rosyjskim językiem Imperium. W języku tym mówi tam około 60 milionów ludzi. Azerbejdżanin nie tylko porozumie się w Ankarze, ale także w Taszkencie i w Jakucku. Wszędzie żyją jego turkojęzyczni bracia. W jakimś sensie były ZSRR to słowiańsko-tureckie mocarstwo. Pomysł Sołżenicyna polegał na tym, żeby się pozbyć elementu tureckiego, żeby zostało tylko mocarstwo słowiańskie.”

Dziś coraz częściej pojawiają się głosy domagające się podziału Rosji, szczególnie z Ukrainy. Ale jak ją podzielić? Według jakich kryteriów: geograficznych, etnicznych? Ukraina też jest wieloetniczna, a Kozacy mają tureckie korzenie. Czy dojdzie do podziału Rosji? Trudno powiedzieć, natomiast Ukraina jest już podzielona i jej dalszy podział nie jest wykluczony.

Reportażysta

Wracanie do starych książek, starych artykułów, reportaży ma tę zaletę, że ich odbiór może być zupełnie inny, niż za pierwszym razem. To czas ma tę moc, że wydobywa z nich nowe treści, które wprawdzie tam były, ale jakby niewidoczne i dlatego niedostrzeżone. Tym razem wróciłem do zbioru reportaży Ryszarda Kapuścińskiego Imperium (Czytelnik, 2001). Pierwsze ich wydanie pojawiło się w 1993 roku. Powstały one w wyniku jego podróży w latach 1989-1991 po upadającym Związku Radzieckim. Tchnie z nich słabo skrywana satysfakcja, że „Imperium Zła” upadło i jednocześnie sugestia, że teraz, gdy zła już nie ma, to wszystko będzie inaczej, lepiej. Dziś po latach widzimy, że lepiej nie jest, a zło pozostało. Co więc było jego źródłem? Mówią nam teraz, że jego źródłem jest pozostałość po Imperium, czyli Rosja i że jak się ją rozczłonkuje, to już zła nie będzie. Tak mówią, ale ja jakoś nie za bardzo w to wierzę. Jakąś dziwną moc mają te stare książki, w których zapisane treści w momencie ich ukazania się wydawały się niegroźne. Ale upływający czas to zmienił. Tak! Palenie starych książek ma sens – dla tych oczywiście, którzy chcą kontrolować ludzki umysł.

Ryszard Kapuściński to światowej sławy reportażysta, publicysta. Światowej, bo z nacji światowej, tak jak zdecydowana większość polskich inteligentów. Urodził się w 1932 roku w Pińsku na Polesiu, a więc poniekąd w mateczniku polskiego żydostwa z okresu II RP. Jego ojciec walczył w 1939 roku w SGO Polesie. Po 17 września dostał się do niewoli radzieckiej. Wraz z kilkoma kolegami udało mu się uciec z kolumny prowadzonej na Smoleńsk i po zmianie ubrania na cywilne wrócił do Pińska. W obawie przed deportacją do Kazachstanu wyjechał z rodziną do swoich rodziców mieszkających w Przemyślu, a następnie w głąb niemieckiej strefy okupacyjnej. Pozostałą cześć okupacji Ryszard Kapuściński wraz z rodzicami spędził w Sierakowie w Puszczy Kampinoskiej, koło wsi Palmiry oraz w Świdrze (obecnie w granicach Otwocka). – Tak pisze Wikipedia. A więc „nieporadne” NKWD pozwoliło paru chłopakom uciec z kolumny i nawet nie próbowali ich szukać w miejscu ich zamieszkania. To jest pierwsza rzecz, którą zrobiłoby Gestapo. I później hasa sobie ojciec Kapuścińskiego z całą rodziną po obu stronach, przedzielonej granicą, byłej Polski. Wiadomo dla kogo granice nie istniały i nie istnieją.

Z tego zbioru reportaży wybrałem fragmenty jednego, tego dotyczącego Ukrainy, bo to jest teraz dla nas najważniejsze. Kapuściński pisze:

»W Kijowie mieszkam przy Bulwarze Drużby Narodów, u starszej pani – M. Ż. Mam swój mały i ciepły pokoik, pełen książek, w tym również po hiszpańsku, gdyż gospodyni jest tłumaczką z tego języka. Maleńka ubikacja, jak większość jej podobnych w tym kraju, jest od podłogi do sufitu wypełniona rolkami papieru toaletowego i torebkami proszku do prania. Poczciwa M. Ż. Dba o mnie i nawet kiedy wracam bardzo późno, odgrzewa mi jakąś zupę, w której jest zawsze kawałek mięsa z kością. Właśnie kiedy jem zupę, M. Ż. opowiada mi, jakim cudem zdobyła to mięso z kością, bo, oczywiście, jest to najprawdziwszy cud – M. Ż. i ja wiemy o tym dobrze.

Wspominam M. Ż., ponieważ niedawno musiałem powiedzieć grupie ludzi, co to jest dramat, dramat losu, dramat życia, a także dać jakiś przykład. Dla mnie przykładem jest M. Ż. Dziesięć lat temu mąż M. Ż. wyemigrował do Nowego Jorku. Najpierw biedował, ale potem pomogła mu gmina żydowska i mąż M. Ż., o którym może ona teraz powiedzieć – były mąż, stanął na nogach. Jedyną bliską osobą, która została mojej gospodyni, jest jej wnuczka. Wnuczka ma piętnaście lat. M. Ż. jest już bardzo chora, za dużo waży i ma trudności z chodzeniem. Jednego dnia wracam, a M. Ż. trzyma w ręku list i jest wyraźnie zdenerwowana. To list od jej męża, byłego męża, który pisze – przyślij mi naszą wnuczkę, ja ją tu wykształcę, ja ją rozwinę, dam jej wszystko. M. Ż. dobrze rozumie, że jej mąż, były mąż, ma rację: jaka przyszłość może czekać jej wnuczkę w Kijowie? A to dziecko jest takie zdolne! Ale jeśli wnuczka pojedzie, M. Ż. zostanie sama, zupełnie sama, a, co tu dużo mówić, trzeba się liczyć z okropnymi prawami wieku, trzeba patrzeć życiu w twarz. Z drugiej jednak strony, czy wolno odebrać wnuczce taką złotą szansę? Przecież mogłaby tam i zostać lekarzem, i grać na skrzypcach, i poznać bogatego człowieka.

I co pan o tym wszystkim myśli? Pyta mnie zrozpaczona M. Ż. Patrzę, jak drży jej ciało, jak ciągle czyta zdanie po zdaniu ów radosno-złowieszczy list (którego treść przez cały dzień skrywa przed wnuczką), i czuję, że stanąłem w środku ludzkiego dramatu. Milczę, a potem zaczynam prosić M. Ż. o przebaczenie. Proszę mi wybaczyć, mówię, proszę się nie gniewać, ale ja naprawdę nie wiem, co odpowiedzieć.

I dalej:

Polityka tak tu teraz panuje nad wszystkim, że odruchowo chciałem tę relację zacząć od streszczenia kolejnej uchwały, którą przyjął właśnie parlament Ukrainy, lub od rozmowy z jednym z miejscowych działaczy, ale teraz pomyślałem, że – nie, jednak na początek powiem co innego, a mianowicie pochwalę Kijów jako miasto. Jest to jedyne z wielkich miast w dawnym ZSRR, w którym ulice służą nie do pośpiesznego przemykania się do domu, ale do chodzenia, do spacerowania. Podobnie jest może tylko w Petersburgu, ale tam przeszkadza klimat znacznie chłodniejszy, wietrzny, deszczysty lub mroźny. Natomiast Kijów jest ciepły, zaciszny, wygrzany w słońcu. Po południu w śródmieściu widzi się tłum ludzi, i to tłumy wcale nie polityczne, nie wiecujące, ale zwyczajnie tysiące przechodniów, którzy wyszli z dusznych, ciasnych biur i mieszkań, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kijów poza tym jest miastem, w którym zachowały się ślady dawnych kawiarń. Można w nich – odstawszy swoje w kolejkach – dostać szklankę herbaty i ciastko, rzecz np. w Moskwie nie do pomyślenia.

Miasto leży na wzgórzach, niektóre ulice są kręte i bardzo strome. Ze szczytów wzgórz widać dolinę Dniepru i sam Dniepr – rzekę rozległą jak Amazonka, jak Nil, spokojną, powolną, o niekończącej się liczbie odnóg, zatok i wysp. Kiedy Ukraińcy staną się zamożni, pełno będzie tu żaglówek i jachtów – na razie jest głucho i pustawo.

Architektura Kijowa to temat na osobną opowieść. Można tu zobaczyć wszystkie epoki i style – od cudem uratowanych średniowiecznych klasztorów i cerkwi po straszliwy, stalinowski socrealizm. A pomiędzy tym i barok, i neoklasycyzm, i przede wszystkim bujna, przebogata secesja. Jakież to musiało być kiedyś piękne miasto! Dewastacja tej architektonicznej perły zaczęła się po roku 1917 i trwa praktycznie do dziś. Któregoś dnia kupiłem sobie wydany ostatnio przez miłośników Starego Kijowa niezwykły dokument – plan miasta i spis celowo zburzonych budynków, kościołów, pałaców, cmentarzy. Spis wymienia 254 obiekty, zrównane przez bolszewików z ziemią, aby zatrzeć ślady kultury Kijowa. 254 obiekty – toż to całe miasto! Na szczęście nieudolność i niewydajność systemu działały tu na korzyść sztuki. Reżym nie był w stanie wszystkiego zniszczyć, zostało jeszcze wiele cerkwi i budynków, które przyciągają naszą uwagę i budzą podziw.

I dalej:

W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że są dwie Ukrainy: zachodnia i wschodnia. Zachodnia (dawna Galicja, tereny, które wchodziły w skład przedwojennej Polski) jest bardziej „ukraińska” niż wschodnia. Jej mieszkańcy mówią po ukraińsku, czują się stuprocentowymi Ukraińcami, są z tego dumni. Tu przetrwał duch narodu, jego osobowość, jego kultura. Inaczej wygląda to na Ukrainie Wschodniej – terytorialnie większej niż Zachodnia. Tu mieszka ponad 13 milionów rdzennych Rosjan i co najmniej drugie tyle pół-Rosjan, tu rusyfikacja była bardziej intensywna i brutalna, tu Stalin wymordował niemal całą inteligencję. W latach1932-33 Stalin zagłodził na śmierć kilka milionów chłopów ukraińskich i kazał rozstrzelać dziesiątki tysięcy ukraińskich inteligentów. Uratowali się ci, którzy uciekli za granicę. Kultura ukraińska przechowała się lepiej w Toronto i Vancouver niż w Doniecku i Charkowie.

Różnice między Ukrainą Zachodnią (zwaną ukraińskim Piemontem) a Wschodnią widoczne były i teraz, w miesiącach walki o niepodległość. Wychodzący w Moskwie miesięcznik „Drużba narodów” (nr 4/90) podaje: w Kijowie, który liczy 3 miliony mieszkańców, na manifestację niepodległościową przyjdzie 40 tys. ludzi, a we Lwowie (stolica zachodniej Ukrainy), który liczy 1 mln mieszkańców, na manifestację przyjdzie 300 tysięcy. W Doniecku, który jest większy niż Lwów, na manifestację przyjdzie 5 tysięcy ludzi.

I dalej:

Przyszłość Ukrainy będzie rozwijać się w dwóch kierunkach. Pierwszy – to stosunki z Rosją, drugi – to stosunki Ukrainy z Europą i ze światem. Jeżeli relacje te będą układały się pomyślnie, szanse Ukrainy są ogromne. Jest to bowiem kraj żyznej ziemi i cennych surowców, obdarzony ciepłym, przychylnym klimatem. Jest to duży, ponad 50-milionowy naród – mocny, prężny i ambitny.

Jesienią 1990 roku Aleksander Sołżenicyn ogłosił swój projekt państwa, jakie jego zdaniem powinno powstać na miejsce ZSRR. Tytuł tej publikacji – „Jak zbudować Rosję?” Sołżenicyn proponuje, aby przyszłe państwo składało się z Rosji, Białorusi, Ukrainy i północnego Kazachstanu. Resztę oddajmy, proponował Sołżenicyn, ponieważ „nie mamy siły na peryferie”.

Ukraińcy odrzucili ten projekt. „Jedynym rozwiązaniem problemu ukraińskiego – napisał ostatnio jeden z ukraińskich dysydentów, Leonid Pluszcz – jest stworzenie własnego państwa, które zorganizuje mechanizmy obronne i odpowiednie środki dla rozwoju kultury”. Ukraińscy intelektualiści, którzy bali się rosyjskich komunistów, teraz śledzą czujnie postawę rosyjskich demokratów. Związanym z tym niepokojom daje wyraz jeden ze świetnych ukraińskich eseistów, Mikołaj Riabczuk, który pisząc o programie rosyjskiego Ruchu Reform Demokratycznych zadaje wręcz pytanie – „Imper-demokraci” zamiast „Imper-komunistów”? W podobnym duchu wypowiedziała się w początkach września wdowa po Sacharowie – Irena Bonner. Boję się tego, powiedziała, co tkwi w Rosjanach, ich „ducha ekspansji i dominacji”.

A stosunki Ukrainy ze światem? Przede wszystkim do roku 1917, a na znaczących obszarach aż do roku 1939, Ukraina to był jeden z najbarwniejszych na świecie kobierców kultur, religii, języków, przebogaty, kolorowy ogród, w który ludzie z Zachodu zagłębiali się ze zdumieniem i fascynacją. Ileż tu ciągle mimo dewastacji i zniszczeń śladów polskich, rosyjskich, żydowskich, węgierskich, włoskich, austriackich, niemieckich, rumuńskich. We wrześniu byłem na polskim cmentarzu w Żytomierzu (150 km od Kijowa na drodze do Lwowa). Grób syna Moniuszki, żony Kraszewskiego, siostry Paderewskiego, rodziny Conrada. Grobowiec rodziny generała Dąbrowskiego, służący do niedawna za przygodny dom publiczny.

Siłą Ukrainy jest jej emigracja. Duża część pszenicy kanadyjskiej rośnie na polach ukraińskich farmerów w Albercie i Ontario. Ukraińcy tworzą wpływowe, ekonomicznie i kulturalnie silne społeczności w Detroit, Nowym Jorku i Los Angeles. Także w Europie Zachodniej. Ci emigranci są bardzo przywiązani do Ukrainy, patriotyzm ukraiński ma chłopską cechę: jest silnie zakorzeniony w ziemi rodzinnej. Już dzisiaj w Kijowie pełno Ukraińców z Kanady i USA. Chcą zakładać banki i przedsiębiorstwa, chcą handlować, otwierać wydawnictwa. Już wkrótce Ukraina będzie miała własne linie lotnicze, własna flotę morską. Własną walutę i armię.

Zapytany o przyszłą Ukrainę, jeden z jej przywódców – Michaiło Horyń, powiedział nam w Kijowie: „Chcemy, aby Ukraina była państwem światłym, dobrym, demokratycznym i humanistycznym”.

Światłym, dobrym, demokratycznym i humanistycznym. Amen.«

W końcowej części książki, w jej podsumowaniu, Kapuściński pisze:

„Upadek komunizmu dokonał się w tym państwie stosunkowo bezkrwawo, a w rdzennej Rosji – zupełnie bezkrwawo. Wielka Ukraina ogłosiła niepodległość bez jednego wystrzału karabinowego. Podobnie – Białoruś.

W istocie, w świecie współczesnym obserwujemy rozszerzające się zjawisko aksamitnych rewolucji, rewolucji bezkrwawych, albo – jak to określił Isaac Deutscher – nie dokończonych.

Ich cechą jest to, że choć stare siły odchodzą, to nie odchodzą zupełnie, a walce nowego ze starym towarzyszą jednocześnie różnorodne procesy adaptacyjne, zachodzące po obu stronach barykady. Dominuje zasada unikania drapieżnych, krwiożerczych konfrontacji.

Ciekawe, że krew leje się dziś tam, gdzie do natarcia rusza zaślepiony nacjonalizm albo religijny fundamentalizm czy zoologiczny rasizm, a więc trzy czarne chmury, które mogą zaćmić niebo XXI wieku. Natomiast tam, gdzie chodzi o zmianę ustroju społecznego i towarzyszące jej różne formy walki klasowej, tam proces transformacji przebiega znacznie łagodniej i właśnie – bezkrwawo.”

Widać więc, że Kapuściński darzył Ukrainę i Ukraińców nieskrywaną sympatią, ale czy rzeczywiście ich, czy może Żydów ukraińskich. Już w pierwszym fragmencie tego cytatu pojawia się Żydówka, tłumaczka z hiszpańskiego. Jej mąż na początku lat 80-tych wyjechał do Ameryki. Kto z przeciętnych ludzi w tamtym okresie mógł wyjeżdżać ze Związku Radzieckiego? Dla tej nacji nigdy nie istniały granice.

Zachwala też on walory krajobrazowe i klimatyczne Ukrainy i wyjątkowość samego Kijowa oraz wieloetniczność i wielokulturowość społeczeństwa zamieszkującego Ukrainę. Jest w tym spory ładunek emocjonalny. Skąd taki u polskiego Żyda? Może odezwały się wspomnienia z dzieciństwa na Polesiu? A poza tym każdy Żyd lepiej czuje się w społeczeństwie multi-kulti i tak naprawdę cały czas dąży do tego, by wymieszać narody osiadłe. Ukraina od początku była takim państwem, ale też była państwem całkowicie zdominowanym przez Żydów. Pod każdym względem: kulturalnym, finansowym, politycznym. Choć to trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze bardziej zdominowanym niż Polska.

Opisuje też Kapuściński żydowską diasporę w Kanadzie i USA. Jak podkreśla, szczególnie w Kanadzie jest doskonale zorganizowana i wpływowa. Pisze, że ta emigracja wywodzi się z ukraińskich chłopów i stąd u niej taka tęsknota za ziemią rodzinną. I ci „chłopi” wracali na początku lat 90-tych, by zakładać banki, przedsiębiorstwa, handlować, otwierać wydawnictwa. Koń by się uśmiał! Ci dobrze zorganizowani i wpływowi „chłopi” ukraińscy to po prostu Żydzi ukraińscy i ich potomkowie.

Te lakoniczne wręcz informacje dają do myślenia i wyjaśniają, skąd u tych „Ukraińców”, którym tak pomaga „polski” rząd, taka niewdzięczność? Oba rządy, tj. polski i ukraiński, zdominowane są przez ukraińskich Żydów, którzy realizują własne cele, a Polacy i Ukraińcy to dla nich zwykle śmieci do zutylizowania na wojnie i do skłócania. Temu m.in. służy przesiedlenie milionów Ukraińców do Polski i uprzywilejowanie ich względem Polaków. A Polska podobnie jak Ukraina ma się stać jeszcze bardziej, niż jest, państwem wieloetnicznym i wielokulturowym. I po to też sprowadza się ogromne ilości Białorusinów, o czym się nie mówi.

„Wielka Ukraina ogłosiła niepodległość bez jednego wystrzału karabinowego.” To bardzo znamienne, że Kapuściński użył określenia „Wielka Ukraina”, a nie – „Ukraina”. W ten sposób już całkowicie się zdemaskował. Chyba był ukraińskim Żydem. Wszak Polesie leży na pograniczu Białorusi i Ukrainy. Taka jest ta Polska i mnóstwo takich Polaków w niej żyło i żyje.

Inkwizycja c.d.

W poprzednim blogu „Rozproszenie i asymilacja” wspomniałem o inkwizycji i stwierdziłem, że był to żydowski wynalazek, który miał im ułatwić asymilację w społeczeństwach osiadłych i być jednocześnie rozsadnikiem katolickich społeczności i samego Kościoła. W blogu „Inkwizycja” cytowałem obszerne fragmenty eseju (wydanie z 1929 roku) hrabiego Józefa Tyszkiewicza. W tamtym czasie miałem do tego eseju stosunek bezkrytyczny. Dziś patrzę na to trochę bardziej sceptycznie. Poniżej początkowy fragment, w którym autor przedstawia tło i początki ruchów antykościelnych, reakcję Kościoła i lokalnych władców. Tyszkiewicz pisze:

»Przede wszystkim więc epokę owych Wieków Średnich zupełnie nam mylnie przedstawiono. Te czasy, które dziś jeszcze u olbrzymiej większości ludzi uważanymi są za okres zastoju, nieładu i ciemnoty – to całkiem odwrotnie, przepyszna epoka ludzkości w swej wysokości ideałów, w swej harmonii społecznej i w swoim zjednoczeniu. Jest to epoka, w której cała cywilizowana ludzkość nosiła zaszczytne miano Chrześcijaństwa, gdy wszelka władza i czyn wszelki – tak zbiorowy jak i jednostki, stosował się do praw etyki i moralności: to epoka, w której ludzie szli przez życie w ramach Dekalogu, ku jedynemu celowi każdego człowieka, ku doskonałości i Bogu!

Słusznie też Bierdiajew, Chesterton i tylu innych wielkich dzisiejszych myślicieli powiada, że gdyby okres Wieków Średnich przedłużył się i utrwalił, to ludzkość mogłaby łacno dojść do tego szczytu doskonałości społecznej, o jakim na próżno dziś marzymy.

I oto właśnie w tej epoce Chrześcijaństwo całe poruszone zostaje przez tłumy dziwnych włóczęgów, nadciągających ze wschodu. Są to wygnańcy, walczącego z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, Cesarstwa Bizantyjskiego. Prosty lud nazywa ich Bulgrami lub częściej nawet Bugrami – przez zniekształcenie nazwy Bułgar, skąd mienią się pochodzić. Oni sami jednak nazywają się Katharami, co znaczy „czysty”, głoszą jakąś nową religię, propagującą odmienny ustrój społeczny. Historia określa ich pod nazwą Albigensów, od najbardziej głośnej i licznej grupy.

Owa nowa religia – to rodzaj manicheizmu i jest bliźniaczo podobną do dzisiejszej teozofii; ów nowy ustrój – to znów rodzony brat dzisiejszego komunizmu! Analogia jest tak wielką, iż śmiało mówić można o tożsamości i dzisiejsi teozofowie świadomie wprowadzają naiwnych w błąd, twierdząc, że Kościół nigdy ich nie potępił. Siedem wieków temu wszystkie dosłownie tezy teozoficzne, zostały ex cathedra potępione pod nazwą herezji Albigensów! Różnica polegała li tylko na tym, że oprócz zamachu na religię Katharowie jednocześnie podkopywali podstawy ładu społecznego przez szerzenie humanizmu. Tam religia i ustrój społeczny stanowiły całość i tym groźniej, jak ogniska trądu, zarażać poczęły ludność miejscową.

Ale ówczesne społeczeństwo młodym jeszcze było, silnym i zdrowym, nie zarażonym dziedzicznie przez liberalizm, nie obciążone protestantyzmem, więc odruch samoobrony był też potężnym i powszechnym! Ohydne zepsucie, szerzone przez Albigensów pod płaszczem faryzeizmu, oraz straszne ich okrucieństwo i bezwzględność, dzika nienawiść do Kościoła, wywołały gwałtowne i również radykalne odruchy i represje zdrowej ludności. Wszędzie, gdzie się osiedlili, wybuchały krwawe zamieszki, wzajemne rzezie, więc, aby przywrócić spokój, aby ukarać winnych a chronić niewinnych – rządy państw europejskich zmuszone zostały do mianowania specjalnych trybunałów, do organizowania zbrojnych ekspedycji karnych.

Jak to więc było, że Cesarstwo Bizantyjskie poradziło sobie z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, a europejscy władcy, szczególnie w północnych Włoszech i w południowej Francji, nie potrafili ich wypędzić? Tego wątku Tyszkiewicz nie porusza, a przecież było to najprostsze rozwiązanie. Skoro nie zastosowano tego najprostszego sposobu, to znaczy, że nie chciano. To nie byli ludzie zasymilowani, byli wszędzie widoczni. A skoro w południowej Francji dostali biskupstwa w Tuluzie i Albi, to znaczy, że Kościół i władcy pomagali tym nowym przybyszom.

Ponieważ jednakże ze sprawą publiczną związana też była sprawa religijna, bo z jednej strony jawnie panoszyła się herezja, a z drugiej nie trzeba opuszczać z uwagi, iż w tych czasach religia była ostoją ustroju socjalnego, więc aby wyjaśnić doktrynę katolicką, by pouczać i nawracać zabłąkanych, by wreszcie oddzielić kozły od owiec, Albigensów od chrześcijan – Kościół również zmuszonym został do wyłonienia specjalnej komisji. Ta ostatnia składała się z doskonałych teologów i apologetów i nosiła nazwę trybunału badawczego, czyli inkwizycyjnego.

Oddzielić kozły od owiec”, czyli trudno było oddzielić obcych od swoich? W tamtych czasach ludzie nie przemieszczali się tak, jak obecnie. Wszyscy wiedzieli, kto jest swój, a kto – obcy, zwłaszcza władcy, którzy wtedy bardziej przypominali feudałów, niż monarchów. Oni, w swoich mniejszych niż królestwa jednostkach terytorialnych, doskonale wiedzieli, co się dzieje na ich terenie.

Takim oto był początek instytucji, zwanej później powszechnie „Trybunałem świętej Inkwizycji”.

Tutaj zaraz spotykamy się z dziwnym na pierwszy rzut oka faktem: oto gdy dzisiejsi mędrkowie napadają na instytucję Inkwizycji, to jakby zmówieni, czy też dziwnym zbiegiem okoliczności powodowani, zawsze mierzą w tzw. inkwizycję hiszpańską. O bardzo ożywionej działalności trybunałów we Francji i Włoszech mówi się i pisze bardzo mało – chociaż działalność ta była wybitnie czynną w przeciągu przeszło stulecia! Cóż to za powód tego „dziwnego trafu”?…

Tyszkiewicz wspomina tu o tzw. inkwizycji biskupiej (1184-1231), chociaż jej tak nie nazywa. „Inkwizycja biskupia okazała się nieskuteczna w walce z herezją. Jedną z głównych przyczyn był niski poziom moralny i intelektualny większości ówczesnych hierarchów kościelnych w Langwedocji. Ponadto skuteczne represje wymagały współpracy władz świeckich, a w południowej Francji i we Włoszech znaczna część miejscowych elit sprzyjała heretykom. Z lat 1184–1231 można przytoczyć bardzo niewiele przykładów działania inkwizycji biskupiej w praktyce.” – Wikipedia.

Zewsząd ściśnięci przez rządy, ścigani przez sądy i rozdrażnioną ludność – owi komuniści i teozofowie Wieków Średnich – zostali wreszcie zgnieceni. Większość zbałamuconej przez nich ludności powróciła na łono Kościoła, z przywódców i cudzoziemców zbiegło wielu poza granice świata chrześcijańskiego – upartych stracono, a niedobitki ukryły się w podziemiach swych bardziej niż kiedykolwiek tajnych lóż lub w gettach żydostwa. Tutaj, nawiasem mówiąc, znajdujemy niezaprzeczone historyczne początki masonerii, która dziś gra już w otwarte niemal karty i przybiera się najbezczelniej w laury obrońców ludzkości.

Działalność Inkwizycji zdawała się być wtedy ostatecznie zakończoną – bo słynny proces Templariuszy w r. 1312 nie był prowadzony przez Inkwizycję, a zaś podły, bo płatny przez Anglię, trybunał w Rouen, który zamordował św. Joannę d’Arc, był samozwańczą jej parodią. Najbardziej nawet zagorzali przeciwnicy Kościoła, zmuszeni są te dwa fakty uznać.

W latach 1307-1312 inkwizytorzy niemal w całej Europie zostali zaangażowani w proces templariuszy. Śledztwo to, zakończone kasatą zakonu templariuszy przez Sobór w Vienne (1312) i straceniem jego przywódców (1314), jest często przywoływane jako przykład wykorzystywania inkwizycji do celów politycznych. – Wikipedia, za: H. Ch. Lea, History of the Inquisition of the Middle Ages.

Nagle jednak, przy końcu XV wieku widzimy Inkwizycję znów działającą; z ogromną energią i konsekwencją czynną jest ona w Hiszpanii, a zwrócona przeciwko Maurom i… żydom!

I oto całkowite wyjaśnienie zagadki! Na próżno gdzie indziej szukać źródeł tej zawziętej, niewytłumaczalnej, anormalnej wprost nienawiści, którą widzimy wszędzie, gdy mowa o Inkwizycji Hiszpańskiej. Trybunał ten skutecznie uraził – wszechpotężne żydostwo!«

Tyszkiewicz nie wdaje się w szczegóły i nie pisze, co było bezpośrednim powodem nawrotu inkwizycji. Ne do końca też wyjaśnia ten powód cytowany przez Wikipedię H. Ch. Lea w swojej pracy History of the Inquisition of the Middle Ages. Pisze on:

»Inkwizycja hiszpańska została utworzona w 1480 przez hiszpańską parę królewską Ferdynanda II i Izabelę I. Przyczyną jej utworzenia były narastające w tym kraju napięcia pomiędzy tzw. „starymi chrześcijanami” (tj. miejscowymi Kastylijczykami i Katalończykami) a chrześcijanami pochodzenia żydowskiego. Ci ostatni, zwani marranami, byli podejrzewani o potajemne wyznawanie judaizmu (stąd nazywano ich też judaizantes). Zarzuty te wynikały po części z faktu, że wielu Żydów zostało ochrzczonych w wyniku pogromów, a nie dobrowolnej decyzji. Z kolei tych, którzy uczynili to dobrowolnie, podejrzewano o interesowność, gdyż chrzest otwierał przed nimi nowe możliwości działania. Marrani szybko przenikali do miejscowych elit politycznych, gospodarczych i kościelnych, budząc zawiść u „starych chrześcijan”. Narastające naciski ze strony tych ostatnich skłoniły w końcu parę królewską do zwrócenia się do papieża o zgodę na utworzenie inkwizycji, która miałaby badać oskarżenia o kryptojudaizm. Zgodę taką uzyskali od papieża Sykstusa IV 1 listopada 1478. W bulli z tego dnia papież nie tylko wyraził zgodę na utworzenie inkwizycji, ale także upoważnił parę królewską do samodzielnego dokonania nominacji. Nowy trybunał został utworzony w 1480 i rozpoczął swą działalność w Sewilli w 1481. W następnych latach utworzono kolejne trybunały, a od 1483 pracami inkwizycji w Hiszpanii kierował spowiednik królowej Tomás de Torquemada (1420–1498), który w latach 1484–1498 wydał szereg Instrukcji regulujących działanie trybunałów inkwizycyjnych.«

Jedynie cytowany przeze mnie w poprzednim blogu Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski, napisał, że jakiś neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa. To zmieniło zasadniczo nastawienie dworu. Ferdynand aragoński postarał się w 1478 roku o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Jeśli więc taki fakt miał miejsce, to powodem utworzenia inkwizycji była zwykła prowokacja. Ale o takich sprawach nie trzeba głośno mówić, bo to całkowicie zmieniłoby genezę jej powstania oraz ujawniło niewygodny fakt zastosowania odpowiedzialności zbiorowej. Dlatego tak ważne jest manipulowanie faktami lub wręcz konieczność ich usuwania z podręczników historii. Bez prawdy nigdy niczego nie zrozumiemy, a bez niej całe wnioskowanie, nawet najbardziej poprawne, nie warte funta kłaków. A o tę prawdę coraz trudniej.

Wygląda więc na to, że najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego współpracowali z Żydami, choć wmawia się nam, że się wzajemnie nienawidzili. Ale czy tylko oni? A władcy, jak choćby Ferdynand aragoński? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodząca się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta ta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z południowej Francji agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Kto popierał albigensów, popierał równocześnie żydów. Wicehrabia Roger z Beziers, przychylny albigensom, miał też starostów żydowskich Mojżesza de Cavarite i Natana. Hrabia Rajmund VI z Tuluzy dopuszczał żydów do urzędów państwowych i opiekował się albigensami. Nic dziwnego, przecież „naznaczeni piętnem kacerstwa albigensi, którzy najenergiczniej występowali przeciw papiestwu, przejęli w części ducha opozycji z obcowania z żydami lub też z książek żydowskich. Znajdowała się między nimi sekta, która bez ogródek twierdziła: prawo żydowskie lepsze jest od chrześcijańskiego”. – Henryk Graetz, Historia żydów.«

Widać więc na tych przykładach, że bez przyzwolenia władz kościelnych nie było by problemu, bo przecież Kościół mógł nie zgodzić się na chrzczenie Żydów. Ale skoro w jego doktrynie było nawracanie wszystkich na chrześcijaństwo, również Żydów, to nie było wyjścia. Tylko, kto tę doktrynę stworzył? Także wszelkie sekty podkopujące Kościół i chrześcijaństwo nie mogłyby istnieć, gdyby nie pomoc finansowa lokalnych władców i ich zgoda na działalność tych sekt na ich terenie. To samo dotyczy Kościoła. Gdyby ci ludzie, nie wiadomo skąd, nie dostali takiego wsparcia w nieznanym i obcym sobie terenie czy państwie, to nie mogliby w nim istnieć. Ktoś im zapewniał wikt i opierunek. To jest dokładnie tak, jak obecnie: gdyby „polski” rząd nie finansował ukraińskiej emigracji do Polski, to by jej tu nie było. A wojna jest doskonałym pretekstem do osiedlenia milionów „uchodźców”, tak jak kiedyś działalność inkwizycji i związane z nią wypędzenia, były doskonałym pretekstem do osiedlania się Żydów w innych krajach, a ich władcy mieli wiarygodne wytłumaczenie, dlaczego się na to godzą.

Rozproszenie i asymilacja

W swoich blogach podkreślałem wielokrotnie, że dwa czynniki, które powodują, że Żydzi dominują w świecie, to rozproszenie i asymilacja. Bez nich, nawet ich dominacja w finansach i wielu innych dziedzinach, nie gwarantowałby im sukcesu, co więcej walka z taką przewagą miałaby sens. Jednak wobec tych dwóch czynników narody osiadłe wydają się być bezsilne. Rozproszenie powoduje, że Żydzi są wszędzie, natomiast asymilacja powoduje to, że wszędzie są niewidoczni. Wnikają w organizm każdego społeczeństwa, w jego tkankę, w każdą komórkę, czyniąc z tego organizmu pożywkę dla siebie. Jednym słowem, działają jak pasożyt. Wszystko jednak ma swoje granice. W końcu tak zainfekowany organizm obumiera, a wraz z nim i pasożyt. Dla organizmów wykorzystywanych małe to pocieszenie. A dla pasożyta?

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) jej pierwszy rozdział poświęca neofitom żydowskim na zachodzie Europy. Warto więc prześledzić, jak Żydzi stopniowo opanowywali państwa zachodnioeuropejskie i w jaki sposób wnikali w ówczesne społeczności. Czy coś takiego mogło dziać się przypadkowo? Czy może to był plan, który realizowano z żelazną konsekwencją? A jeśli plan, to kto był jego twórcą?

»Od czasów Konstantego (Konstantyn I Wielki, 272-337 – przyp. W.L.), który uczynił kościół chrześcijański dominującym, Żydzi zaczynają porzucać pozornie wiarę swoich przodków, przeważnie na rzecz chrześcijaństwa. Kierownicy Kościoła szli początkowo na rękę usiłowaniom nowochrześcijan. Nie taili oni wprawdzie przed sobą, że pozyskani neofici będą tylko pozornymi chrześcijanami, ale liczyli na ich potomstwo. Papież Grzegorz I zwykł był mawiać: „zjednamy sobie, jeżeli nie ich samych (neofitów), to z pewnością ich dzieci”. Nadzieje wyższego duchowieństwa podzielali władcy świeccy. Król francuski Chilperyk (539-584 – przyp. W.L.), który osobiście trzymał do chrztu Żydów, zadowalał się pozorami nawrócenia i nie miał nic przeciwko temu, że nowochrzczeńcy dalej święcili sobotę i przestrzegali praw judaizmu. Daleko gorzej układały się warunki dla neofitów żydowskich w Hiszpanii. Na rozkaz króla Sisebuta, nakazujący wszystkim Żydom przyjąć w oznaczonym terminie chrzest lub opuścić granice ziem wizygockich, dziesiątki tysięcy Judejczyków dało się ochrzcić. Ów chrzest przymusowy nie podobał się bynajmniej klerowi. Konsylium toledańskie orzekło, że nie należy Żydów nawracać przemocą. Co się tyczy neofitów, duchowieństwo postanowiło, że powinni oni wytrwać w chrześcijaństwie. Nowi chrześcijanie hiszpańscy lgnęli jednak całym sercem do religii swych przodków. Z tęsknotą wyglądali oni lepszych czasów, aby mogli zdjąć maskę i przejść otwarcie na łono judaizmu. Na próżno następcy Sisebuta zmuszali nowochrzczeńców do ślubowania, że wytrwają w religii chrześcijańskiej, zerwą stosunki z Żydami, nie będą nadal zawierać związków małżeńskich z Żydówkami i zachowywać żydowskich świąt. Po dawnemu neofici wypełniali przepisane nakazy wiary ojców, przygotowując w porozumieniu z prącymi naprzód mahometanami upadek państwa Wizygotów. Neofici i Żydzi połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim, Tarikiem, który przywiódł z Afryki żądne boju zastępy. Po bitwie pod Xeres (lipiec 711) wtargnęli zwycięscy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez synów Jakuba. W zdobytych grodach pozostawiali dowódcy nieliczne tylko załogi, potrzebując wojsk do dalszych podbojów i poruczali obronę ich Żydom. Gdy Tarik stanął przed stolicą kraju, Toledo, nowochrzczeńcy i Żydzi, otworzywszy bramy arabskiemu zwycięzcy, witali go okrzykami radości, mordując starochrześcijan. Neofici hiszpańscy przeszli z powrotem na judaizm, upodobniając się zewnętrznie do Arabów.

Czy papież Grzegorz I i król Chilperyk byli tak naiwni, że wierzyli, że z żydowskich dzieci wychowywanych przez Żydów da się zrobić chrześcijan? Raczej trudno w to uwierzyć. Co więc ich skłaniało do takiej postawy? Nie jest tajemnicą, że Żydzi w Rzymie, poprzez swoje pieniądze, mieli duży wpływ na jego władców. Wraz z rozrastaniem się Imperium Rzymskiego również Żydzi pojawiali się na podbitych terenach. Gdy Imperium rozpadło się, to jego poszczególne prowincje stawały się niezależnymi królestwami. Rzym ustąpił, ale Żydzi zostali. I zapewne, tak jak wcześniej wszędzie, tak i w tym wypadku, wspierali poszczególnych władców swoimi pieniędzmi, uzależniając ich tym samym od siebie. I to zapewne od nich wyszła inicjatywa, by władcy zmuszali Żydów do przyjęcia chrztu lub opuszczenia królestwa. Przyjęcie chrztu to była asymilacja, pozorna asymilacja, a więc praktyka stosowana na długo przed drugim Mojżeszem – Mojżeszem Majmunim. A jeśli tak, to czy chrześcijaństwo, żydowski wynalazek, nie było żydowskim narzędziem, umożliwiającym im pozorną asymilację? Żyd, który ochrzcił się, był dla innego chrześcijanina takim samym chrześcijaninem, jak on sam. Ale Kościół miał w swoich księgach zapisane, kogo wychrzcił. Czy Żydzi mogliby pozwolić, by na pozór wroga im instytucja dysponowała taką wiedzą?

Próby nawrócenia Żydów na chrześcijaństwo czynione były też w tym samym czasie w państwie bizantyńskim. Cesarz Bazyli Macedończyk rzucił się z wielkim zapałem do nawracania Judejczyków, urządzając dysputy religijne pomiędzy rabinami a duchowieństwem chrześcijańskim. Jakoż wielu Żydów bizantyńskich zmieniło wówczas wiarę. Uczynili to wszakże tylko dla oka. Zaledwie bowiem umarł Bazyli, neofici zrzucili maskę i powrócili do religii swych przodków. Podobna rzecz odbyła się nieco później w państwie niemieckim, gdzie wielu Żydów przyjęło z różnych względów chrześcijaństwo. Przy najbliższej sposobności powrócili oni do judaizmu, a wsławiony uczonością talmudyczną r. Gerszon zagroził klątwą każdemu, kto by wymawiał im chwilowe odstępstwo. Najwięcej Żydów jednak garnęło się w Niemczech do chrztu w okresie wypraw krzyżowych. W Spirze, Wormacji, Moguncji i wielu innych miastach nadreńskich tysiące Izraelitów szukało w pozornym przyjęciu chrześcijaństwa ocalenia przed wzburzonymi tłumami zrujnowanych lichwą tubylców.

Po co nawracać Żydów na chrześcijaństwo, skoro ich religia była starsza. O wiele łatwiej było przekonać do nowej wiary ludy pogańskie. Brak w tym racjonalnego działania, chyba że była to inicjatywa żydowska. Wówczas miało to sens.

Nowochrzczeńcy w Niemczech nie zdążyli jeszcze ochłonąć z trwogi, gdy wśród Żydów Afryki północnej rozpoczął się analogiczny ruch w kierunku przyjmowania pozornego mahometaństwa. Lubo wielu Izraelitów berberyjskich nawróciło się na wiarę muzułmańską, nader szczupła jeno garstka traktowała islam poważnie. Większość wyznawała go tylko pozornie, nie żądano bowiem od niej niczego więcej, jak żeby uwierzyła w misję proroczą Mahometa i od czasu do czasu odwiedzała meczet. Toteż synowie Jakuba przestrzegali skrycie jak najskrupulatniej przepisów judaizmu, zwłaszcza że kapłanie mahometańscy nie śledzili życia renegatów. Nawet bogobojni rabini decydowali się na ten krok niemiły, uśmierzając wyrzuty sumienia tym, że przecież nie kazano im bić czołem bałwanom, lub wyprzeć się wiary żydowskiej, lecz tylko wymówić formułę, że Mahomet jest prorokiem. Jako pozorni muzułmanie oddawali się uczeni Żydowscy w Afryce gorliwie studiom Talmudu i zbierali w uczelniach żądną wiedzy młodzież, która musiała też uczęszczać na wykłady Koranu. Za przykładem Żydów afrykańskich poszli ich rodacy hiszpańscy. W Kordobie, Toledo i Lucenie większa część Judejczyków przyjęła pozornie islam, zachowując potajemnie ustawy religii żydowskiej. Doszło do tego, że Andaluzja mahometańska nie miała w swych granicach Żydów, wyznających jawnie swą wiarę. Jeżeli pokazał się tam Izraelita, to chyba pod maską wyznawcy islamu. Z Hiszpanii hasło pozornego zrywania z wiarą swych ojców poszło dalej na północ. Dla dóbr doczesnych Żydzi w Paryżu i jego okolicach przyjmowali setkami chrzest.

Znalazł się jednak w tym czasie pewien pobożny pisarz żydowski, który posunął się do twierdzenia, że Żydzi, którzy pozornie nawrócili się na islam i chrześcijaństwo, powinni być traktowani jako odszczepieńcy i bałwochwalcy. To pismo żarliwca wywołało wśród potajemnych Żydów w Afryce i Europie wielkie wzburzenie. Przywódcy Izraela, uczuwszy całą wagę oskarżeń, wytoczonych przeciw pozornemu odszczepieństwu i zaniepokojeni ich szkodliwymi skutkami dla przyszłości wybranego narodu, postanowili usprawiedliwić postępowanie rzekomych chrześcijan i muzułmanów. Z upoważnienia Synhedrionu zabrał głos, cieszący się wielką popularnością wśród mas żydowskich, Mojżesz Majmuni, wyznający pozornie islam. W swym dziele ogłoszonym około r. 1160-1164, wykazał on przede wszystkim, że częściowe wykroczenie przeciw ustawom judaizmu nie stanowi jeszcze bynajmniej odszczepieństwa. Bałwochwalczy Izraelici za czasów rzymskich uważani byli zawsze za członków ludu bożego. My zaś, ciągnie dalej Majmuni, nie hołdujemy zgoła bałwochwalstwu. Niewątpliwie Talmud nakazuje każdemu Żydowi ponieść śmierć męczeńską, gdyby był naglony do trzech grzechów głównych, zwłaszcza do bałwochwalstwa. Wszelako kogo nie stać na męstwo męczennika, ten za swoje uchybienie nie podlega żadnej karze ze strony zakonu, nie może też bynajmniej z punktu widzenia talmudycznego, być uważany za odstępcę i człowieka nie zasługującego na wiarę. Tak sformułowaną odpowiedzią starał się Majmuni o utrzymanie w judaizmie pozornych mahometan i chrześcijan.

Takie postawienie sprawy zjednało mu powszechne uznanie. Zaczęto zwracać się doń z kwestiami religijno-prawnymi.

Majmuni uchodzi za miarodajny autorytet rabiniczny. Obsypywano go najszumniejszymi pochwałami. „Jedyny za naszych czasów”, „sztandar rabinów”, „oświeciciel oczu Izraela”, były ogólnie używanymi tytułami. Imię Majmuniego rozbrzmiewało od Hiszpanii do Indii, od Eufratu i Tygrysu do Arabii południowej i zaćmiło wszystkie wielkie współczesne sławy żydowskie. Najuczeńsi mężowie przyjmowali bez zastrzeżeń i prosili go w pokornych wyrazach o pouczenie. Uznano go za najwyższy autorytet powszechności żydowskiej, która w nim czciła swego najgodniejszego przedstawiciela. Na próżno wpływowy Żyd Abul-Arab Ibn-Moisza, który ocalił niegdyś Majmuniego w Fezie, wystąpił przeciw niemu ze skargą, że był dawniej wyznawcą islamu, a tym samym podlega karze jako odstępca. Najwyższy trybunał żydowski osądził, że pozorna zmiana wiary nie ma żadnego znaczenia i żadnych skutków pociągnąć za sobą nie może. Mało tego, egzylarcha (przywódca diaspory babilońskiej – przyp. W.L.) z Mossulu, Dawid Ben-Daniel, który ród swój wywodził od króla Dawida, z dwunastoma członkami swego kolegium obłożył klątwą tych wszystkich, co się źle wyrażali o Majmunim i jego pismach. Podporządkowały się mu dobrowolnie gminy na Wschodzie i Zachodzie.

Nigdzie idee Majmuniego nie znalazły jednak żyźniejszego gruntu, nigdzie nie doznały gorętszego przyjęcia, jak w gminach żydowskich Francji południowej. Rabini tamtejsi żywili niezmierną cześć dla „szczerze religijnego filozofa i najbogatszego w myśli rabina” (tak nazywa Graetz Majmuniego) i z większą lub mniejszą zręcznością korzystali z jego idei, jako niewątpliwie przydatnych do wzmocnienia religii. Nawet skrajnie ortodoksyjni talmudyści w Prowansji zawsze przemawiali językiem Majmuniego, ilekroć wyłuszczali swe poglądy na wiarę. Rezultatem tego było masowe przyjmowanie pozornego chrześcijaństwa dla określonego z góry celu.

Tak ścisłe zastosowanie się do poleceń „drugiego Mojżesza” (Majmuniego) nasuwa przypuszczenie, że już w owym okresie kierownicze sfery żydowskie zamierzały rozpocząć szerszą akcję polityczną, dla której prowadzenia potrzebna była większa ilość Żydów, upodobnionych zewnętrznie do autochtonów. Rozpoczęto mianowicie akcję szerzenia niedowiarstwa wśród starochrześcijan, przygotowując tym samym podłoże dla bujnego rozrostu sekty Albigensów, która wypowiedziała posłuszeństwo Kościołowi katolickiemu. „Żydzi (czytaj – pozorni odszczepieńcy) i chrześcijanie tamtejsi” – zaznacza Graetz w swojej „Historii Żydów”, t. V, str. 195 – „hołdowali poglądom wolnomyślnym. Wielu z nich należało do sekty Albigensów”.

Inteligencja żydowska Francji północnej i Anglii, zagłębiona w pisma Majmuniego (który, jej zdaniem, umiał pojednać ścisłą religijność z wolnym badaniem) nawet po pozornym porzuceniu wiary swych ojców nie straciła kontaktu z wierzącymi współbraćmi.

Opinia publiczna zarzucała Żydom, że utrzymują z nowymi chrześcijanami przyjacielskie stosunki, zapraszają ich w soboty i święta do synagogi, każą im klękać przed torą (Tora to Pięcioksiąg Mojżesza – przyp. W.L.) itp. Zainteresował się tym papież Honoriusz IV (papież w okresie 1285-1287 – przyp. W.L.) i duchowieństwo krajowe. Doszło do krwawych rozruchów i ogłoszenia banicji wszystkich niechrzczonych Żydów z Francji i Anglii.

A więc ochrzczeni Żydzi pozostali. Kto wymyślał takie parodie i po co? Wygląda na to, że Kościół katolicki był na usługach Żydów i odstawiał tego typu szopki na ich polecenie. Po rewolucji Cromwella (1640-1659) już oficjalnie powrócili Żydzi do Anglii.

Najpoważniejszym terenem zastosowania idei Mojżesza Majmuniego stał się jednak przy końcu średniowiecza Półwysep Iberyjski. Od roku 1391 kościoły katolickie napełniały się co pewien czas tysiącami Izraelitów wszelkiej płci i stanu, żądającymi chrztu. Wśród nowochrzczeńców przeważali ludzie zamożni, właściciele rozległych włości, dzierżawcy królewszczyzn, lichwiarze i handlarze niewolnikami. Stosując się do nakazu drugiego Mojżesza, zrywali oni pozornie z judaizmem. Królowie Kastylii i Aragonii patrzyli na to początkowo przez szpary. Władze nie domyślały się niczego, lub też udawały, że nie widzą obserwowania (przestrzegania – przyp. W.L.) przez neofitów nadal obrządków żydowskich. Inkwizycja nie miała jeszcze podówczas nad nimi żadnej mocy, nie istniała bowiem w Hiszpanii. Z tych to kryptożydów utworzyła się liczna i wpływowa klasa, którą można nazwać judeo-chrześcijańską. „Byli to światowcy, którzy nad wszelką religię przedkładali rozkosze życia, bogactwa i zaszczyty, sceptycy, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską (…) bo otwierała przed nimi świat szeroki (…). Klasa ta podszyła się pod płaszczyk chrześcijaństwa, a nawet udawała żarliwą pobożność (…)” pisze Graetz („Historia Żydów” tom VI, str. 4) o nowochrzczeńcach hiszpańskich. Ludność starochrześcijańska spoglądała okiem nieufnym na tych swoich nowych współwyznawców i nadała im przezwisko „marani” (marranos).

Wykształceni neofici, wśród których było wielu uczonych, lekarzy, pisarzy i poetów, dobiwszy się po pozornym przyjęciu katolicyzmu wysokich urzędów i zaszczytów, wiedli rej na zgromadzeniach kortezów, kierowali polityką w rządzie państwa i sprawowali władze na stolicach biskupich. Traktując tubylców butnie i wyniośle, wzbudzili w nich marani niechęć i rozgoryczenie. Toledańczycy dali pierwsi upust swej nienawiści do wychrztów, uchwalając statut, w myśl którego kryptożydzi odsunięci być mieli od sprawowania wszelkich urzędów. Rozległy się ogólne skargi, że liczni marani, tak duchowni jak i świeccy, zakonnicy i zakonnice, przestrzegają potajemnie obyczajów żydowskich, odsuwając się od wiary chrześcijańskiej ku niemałej szkodzie i hańbie kościoła. Zwrócono uwagę na ożywioną działalność literacką licznych nowo chrzczonych pisarzy i poetów, którym nieobca była myśl podtrzymywania swoimi utworami niezadowolenia z chrześcijaństwa u neofitów. Wielu z wychrztów korzystało z każdej okazji, aby się wynieść z kraju cichaczem. Udawali się oni w tym czasie przeważnie do Czech, gdzie rozpoczynał swoją działalność Huss. Tam mogli ci pozorni chrześcijanie rozwinąć swoją działalność, szerząc w myśl idei Majmuniego poglądy wolnomyślne wśród Słowian. Charakterystycznym jest ustęp z dzieła pisarza żydowskiego Geigera pt. „Proben jüdischer Verteidigung” (Próbki żydowskiej obrony), w którym autor, opisując wystąpienie Hussa na widownię reformatorskiej działalności, przypisuje nagły wzrost nauki, przeciwnej dogmatom katolickim, wpływowi nawróconych pozornie na wiarę chrześcijańską Żydów.

Dwór królewski, przepełniony dygnitarzami pochodzenia żydowskiego, starał się początkowo utwierdzić maran drogą łagodności w dogmatach chrześcijańskich. Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo. Ferdynand aragoński, ażeby poskromić zuchwałość nowych chrześcijan, którym zaczęto też zarzucać, że wspierają zamachy rewolucyjne podbitych Maurów (Glatman, „Szkice historyczne”, str. 103), postarał się w r. 1478 o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Pod jurysdykcją tego pierwszego trybunału znalazła się przede wszystkim Sewilla wraz z okolicą, gdyż okręg ten pozostawał pod bezpośrednią władzą królewską i nie posiadał kortezów, liczących wśród członków swoich nader wielu maranów. Powoli działalność inkwizycji, nie bacząc na stanowczy sprzeciw kortezów, rozszerzyła się w całym państwie. Nowi chrześcijanie postanowili nie poddawać się. Zajmując w kraju wysokie urzędy i wpływowe stanowiska, spokrewnieni z najznakomitszymi rodzinami zakrzątnęli się oni gorliwie koło podsycania antypatii dla nowej instytucji. W Ternelu, Walencji, Leridzie i Barcelonie wybuchły przy wprowadzeniu trybunału gwałtowne rozruchy, zaledwie przelewem krwi uśmierzone. Dokonano zamachu na życie naczelnego inkwizytora Aragonii – Arbuesa, aby terrorem sparaliżować działalność znienawidzonej inkwizycji.

Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo.” – klasyczna prowokacja, która stwarzała Ferdynandowi aragońskiemu pretekst do utworzenia inkwizycji. W takim przypadku, za obrazę majestatu, powinno się karać delikwenta stosownie do występku, a nie stosować odpowiedzialność zbiorową, bo tym faktycznie stała się inkwizycja. Żydzi dostali dokładnie to, czego chcieli.

Z pomocą inkwizycji przyszedł edykt królewski (31 marca 1492 r.), nakazujący wszystkim Żydom hiszpańskim opuszczenie kraju. Głosił on, że Judejczycy zostali wypędzeni z kraju głównie za złośliwe odstręczanie nowochrześcijan od wiary katolickiej. Wielce pomocni dla wyznawców Talmudu w tak krytycznych dla nich chwilach byli marani, których liczba niepomiernie wzrosła po ogłoszeniu edyktu. Wyruszającym w świat braciom okazali oni gorliwą pomoc. Wielu z nich przyjęło od wychodźców złoto i srebro bądź w depozyt, bądź też dla odesłania im go przy okazji przez zaufane osoby, lub wystawili w zamian weksle na miasta zagraniczne. Nowi chrześcijanie nie ustawali w gorliwych zabiegach o dobro swych wypędzonych współbraci. Sprawców przymusowej emigracji synów Jakuba prześladowali z nieubłaganą srogością. Mając się bardziej, niż kiedykolwiek na baczności i zyskując sobie niezmierną gorliwością duchowieństwo, oddawali nieprzyjaciół swoich w ręce inkwizycji.

Jaki więc był cel wypędzenia Żydów z Hiszpanii, skoro wielu z nich po ogłoszeniu edyktu stało się pozornymi chrześcijanami? Trudno w to uwierzyć, że hiszpański król był tak naiwny, by wierzyć, że coś w ten sposób osiągnie. Dla Żydów opuszczających Hiszpanię było to doskonałe alibi do osiedlenia się w innych krajach. Przecież to byli tacy współcześni uchodźcy polityczni, którym inne państwa chętnie udzielają azylu. Tacy „azylanci” z taką kupą złota stawali się w nowych krajach znaczącą siłą, mającą wpływ na dwory królewskie i wiele instytucji nowego państwa. Była też dla Żydów inkwizycja doskonałym narzędziem do eliminowania swoich wrogów, czyli zupełnie czymś odwrotnym, niż nam się wmawia. W świetle tego, co pisze autor, wydaje się, że zjawisko zwane inkwizycją jest dowodem na całkowitą podległość duchowieństwa katolickiego, a więc i Kościoła katolickiego Żydom.

Oprócz działalności inkwizycji zatruwała życie maranom nienawiść ludu. Handel na wielką skalę, lichwiarstwo, dzierżawienie dziesięcin kościelnych, podnoszenie cen na artykuły żywnościowe i wywóz ziarna za granicę podczas nieurodzajów wzmagały ku nim antypatię starych chrześcijan. Doprowadziło to do stałej, potajemnej emigracji zamożniejszych wychrztów z Półwyspu Iberyjskiego. Widzimy ich w Niemczech, Holandii, Francji, Anglii, Włoszech, Polsce i Turcji, prowadzących tam systematyczną robotę nad podważaniem Kościoła. W Niemczech wybuchła w tej porze burza, która miała swe ognisko w ograniczonym kole żydowskim. Nie darmo zaznacza Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 157), że „epokowy, ogólnodziejowego znaczenia noworodek (reformacja), który miał przeobrazić Europę, ujrzał światło dzienne w żłobie żydowskim”. Tę ścisłą łączność synów Izraela z reformacją uwydatnia też Geiger (Proben jüdischer Verteidigung), podkreślając, że „Żydzi, obserwując szerzenie się sekt religijnych w Europie, widzieli bezpośrednie uczestnictwo w nich pozornych chrześcijan”.

Dzierżawienie dziesięcin kościelnych przez maranów – czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Kościół katolicki był żydowskim narzędziem do podporządkowywania sobie narodów osiadłych?

Przy rozszerzaniu się zamieszek religijnych we Francji, Holandii i Anglii wielce pomocni byli maranie. Dzięki wykształceniu, otrzymanemu w wyższych szkołach Hiszpanii i Portugalii, zamożności, oraz pompatycznym nazwiskom szlacheckim, które przejmowali ich przodkowie od chrzestnych rodziców, mieli ci pozorni chrześcijanie wstęp swobodny do najwyższych sfer wyżej wspomnianych krajów. Pod maską znakomitych cudzoziemców portugalskich i hiszpańskich szerzyli oni wolnomyślne poglądy wśród tamtejszych mieszkańców. Jako uczeni, lekarze i prawnicy, przestający na równej stopie z najwybitniejszymi znakomitościami naukowymi i politycznymi aryjskich społeczeństw, wywierali marani potężny wpływ na opinię publiczną. Toteż sekty religijne, wspomagane przez tak możnych sprzymierzeńców, szybko się rozszerzały. Czasami jednak wschodni temperament zbyt ponosił nieprzejednanych wrogów kościoła. Wtedy groźba zagłady wisiała nad pozornymi chrześcijanami, którym, jak pisze Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 75), „nie bardzo zależało na jawnym wyznawaniu wiary żydowskiej i czujących się dobrze w swym dwuznacznym położeniu. Publicznie oskarżani przez starochrześcijan francuskich o apostazję „cudem uniknęli rzezi nocy św. Bartłomieja” (Graetz, „Historia Żydów”, t. VII,str. 47). Tylko ofiarowaniem wielkich skarbów (złoto, nagromadzone w Europie od czasu odkrycia Ameryki, zdaniem historyków żydowskich znajdowało się w większości w rękach maranów) wpływowym osobistościom Francji uniknęli maranie losu hugenotów.

Skoro zdaniem historyków żydowskich złoto napływające do Hiszpanii z Ameryki znajdowało się w rękach maranów, to już jest jasne, dlaczego Hiszpania, jako państwo, nie wzbogaciła się na tym procederze. Nagromadzone w Europie, a więc nie tylko w Hiszpanii. Pewnie w dużej części w Holandii i Anglii, co umożliwiło później zbudowanie potęg morskich obu krajów.

W daleko trudniejszych warunkach przychodziło pracować kryptożydom hiszpańskim nad podważeniem Kościoła na Półwyspie Apenińskim. Wpływ lekarzy żydowskich udostępnił wprawdzie pozornym chrześcijanom przenikanie do północnych Włoch i swobodne obracanie się po kraju. Niemniej jednak inkwizycja rzymska zmuszała ich do ostrożności. Nie mogąc otwarcie szerzyć niedowiarstwa wśród starochrześcijan przystąpili maranie do tworzenia licznych, tajemnych organizacji, kierowanych zazwyczaj przez nich, a mających na celu nieubłaganą walkę z papiestwem. Były to, tzw. „Akademie Nauk Tajemnych”. Na próżno Rzym, niezadowolony z masowego napływu do Włoch pozornych chrześcijan, drogą amnestii pozwalał im na wykonywanie praktyk żydowskich (dekret papieski z dnia 30 maja 1497 r.). Tysiące maranów wolało zachowywać pozory prawdziwych katolików, chrzcić w kościele swe dzieci, brać śluby z rąk księży katolickich i ukradkiem tylko wykonywać przez szereg pokoleń przepisy religii żydowskiej. Umożliwiało to bowiem pozornym chrześcijanom spełnianie nakazów drugiego Mojżesza.

Nic dziwnego, że Żydzi nie chcieli w sposób jawny praktykować swojej religii, bo to by ich całkowicie demaskowało w oczach chrześcijan i uniemożliwiało działanie na własną korzyść.

Rozpoczęli też ci przymusowi wychodźcy zaciętą walkę ze znienawidzoną przez nich Hiszpanią. Wyróżnił się na tym polu Józef Mendes-Nassi, agent sułtana Sulejmana, wspomagany przez rzesze marańskie. Ukrywając starannie przynależność plemienną (występował w Carogrodzie jako „bej frankijski”) starał się Nassi szkodzić wszelkimi sposobami władcom hiszpańskim. Będąc w ścisłych stosunkach z guezami niderlandzkimi, zachęcał ich Józef Nassi do wytrwania w walce z Filipem II. Przyrzekał on im, że wpłynie na sułtana, aby tenże, ujmując się za Maurami, rozstrzelił uwagę Hiszpanów. W oczach maranów, zwalczających z wielką energią swoja dawną ojczyznę, nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II zaczęła potęgować nadzieję, że z pomocą reformacji uda się wypełnić nakaz drugiego Mojżesza, nawet w najbardziej oddanej Rzymowi Hiszpanii.

O tym, że ta „nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II” była ustawką, pisałem w blogu „Armada”.

Co się tyczy maranów przebywających na Półwyspie Iberyjskim, pozostali oni pozornie chrześcijanami w ciągu całych stuleci. Zapanowała u nich tradycja, że przynajmniej jeden syn z każdej rodziny winien stać się księdzem. A ponieważ nie brakowało im zdolności i sprytu, dochodzili przeto do najwyższych stanowisk duchowych. Wielu kanoników, sędziów inkwizycji, nawet spowiedników książąt krwi, pochodziło z Żydów. Klasztory męskie i żeńskie były pełne wychrztów. Niejeden był z przekonań Żydem, lecz dla celów doczesnych udawał chrześcijanina. Byli w Hiszpanii biskupi i pobożni zakonnicy, których najbliżsi przebywali za granicą i wyznawali judaizm. Będąc w ścisłym związku ze swymi krewnymi w Holandii, Francji i Anglii pracowali oni stale nad osłabieniem monarchii hiszpańskiej. Pobożni i cisi prałaci i zakonnicy „żywili płomień swego przekonania i podkopywali potężne państwo następców Filipa II” (H. Graetz, „Historia Żydów”, t. VIII, str. 151). W ugrupowaniach monarchistycznych i kościelnych reprezentowany był zawsze żywioł marański w poważnej ilości. Niedawno korespondent dzienników syjonistycznych Eazriel Karlebach pisał w maju 1931 r., że „wśród przywódców księży jest więcej maranów, niż wśród bohaterów rewolucji”.«

Oprócz drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego, był jeszcze trzeci Mojżesz. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) tak pisał:

»Mojżesz Mendelssohn (1729-1786), żyd niemiecki, zapoznał się dzięki polskiemu żydowi Izraelowi Lewi Zamość z pismami drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego (Majmonidesa), teoretyka i obrońcy metody pozornego przyjmowania innej wiary. Atoli zmienione warunki, rozluźnienie chrześcijaństwa przez wolnomularstwo, umożliwiały już żydom dążenie do wejścia w życie społeczeństw aryjskich bez przyjmowania chrztu, bez maski pozornej religii.

Jedynym warunkiem społeczeństw aryjskich będzie – osądził Mendelssohn – uznanie się za wiernego poddanego danego państwa, za wiernego członka danego narodu. A więc zamiast pozornej religii, pozorna asymilacja. Dzięki wynalezieniu tej metody wprowadzenia w błąd gojów Mendelssohn stał się „wielki” i zjednał sobie wśród żydostwa miano „trzeciego Mojżesza”.«

Na ziemiach polskich żydowska asymilacja przybrała na sile po powstaniu styczniowym, które dla narodu polskiego stało się gwoździem do trumny. Stanisław Didier w cytowanej wyżej książce pisze:

»Młodzież żydowska wstępowała gromadnie po 1863 r. do średnich i wyższych szkół. Zaroiło się w Królestwie od chrzczonych i niechrzczonych żydowskich lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Zajmowali oni w szybkim tempie miejsca inteligencji polskiej, wyniszczonej podczas powstania, gnijącej w kopalniach Syberii lub pędzącej tułaczy żywot na obczyźnie.

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowym pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy (z czym było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd”.

Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stanisława Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych. Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinii polskiej współpracownikami też przeważnie żydowskiego pochodzenia, jak to: St. Kramsztyk, B. Rajchman, H. Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”).

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcali się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy ten bankier, podkreślający swój patriotyzm polski na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie się z pięcioma wybitnymi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł on się śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1875 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m.in., iż „(…) prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają (…)” (Rudolf Vrba, „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”).

Służyli też często zrujnowani karmazyni polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacji. Wynajmowali ich żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomii, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli.

Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i żydostwem”. Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, ukutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” (chodziło o Orła Białego – przyp. W. L.) kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydiowani przez ochrzczonego milionera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski.

Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.«

Warto o tym wszystkim, co wyżej zostało napisane, pamiętać, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów. Wszystkie te stare partie i nowe ruchy, ugrupowania itp. – wszystko to zostało stworzone przez Żydów i jest od nich zależne. Trwający ponad 150 lat proces wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i ich w nim asymilacji, spowodował ich całkowitą dominację. To jest fakt. Jeśli więc ktoś chce zmieniać polską rzeczywistość, to musi ten fakt przyjąć do wiadomości. I dopiero w oparciu o ten fakt zaproponować zmiany. Jeśli natomiast proponuje zmiany, nie widząc słonia w składzie porcelany, to po prostu oszukuje. Inna sprawa, że polityka polega m.in. na oszukiwaniu elektoratu, ale to wyborcy powinni o tym wiedzieć i nie żyć złudzeniami.

Wieki ciemne

W ostatnim tygodniu miałem problemy z łączem internetowym. Jednego dnia było połączenie z internetem, drugiego – nie. W końcu wymieniłem ruter na nowy. W międzyczasie miałem więc czas na przeczytanie książki, której wcześniej nie czytałem, a która od bardzo dawna jest w mojej bibliotece.

Ta książka to Dno czary wydana w 1965 roku. Jej autorem jest Lew Kaltenbergh (1910-1989). Na stronie „lubimyczytać.pl” można przeczytać, że to polski pisarz żydowskiego pochodzenia. Przyszedł na świat w sztetlu w Szumsku w dawnym województwie tarnopolskim (obecnie Ukraina). Jego matka była wyznania prawosławnego. Absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie (Wydział Humanistyczny). Po wojnie wykładał w Akademii Nauk Politycznych w Warszawie. Pracował także w Polskim Radiu. Autor powieści biograficznych i historycznych oraz wspomnień. Tłumacz literatury rosyjskiej, węgierskiej, niemieckiej i rumuńskiej.

Książkę tę wydało wydawnictwo Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i na jej obwolucie informuje:

„Dno czary” jest nie tylko próbą ujęcia w opowieściowy wątek biografii Norwida. Autor stara się na przestrzeni książki rozszyfrować tajemnicę wyobcowania Poety wśród współczesnych. Dociekając powodów tego zjawiska, opowieść potrąca o sploty spraw politycznych, społecznych i kulturalnych. W jej tle ukazuje się galeria postaci przeszłego czasu, ożywionych ówczesnymi sporami i konfliktami. Swoi i obcy, wielcy i mali twórcy zdarzeń, przesuwając się w barwnym korowodzie dookoła głównej postaci utworu uwypuklają jej samotność. O źródłach tej samotności stara się opowiedzieć książka Lwa Kaltenbergha.

Jest w tej książce fragment, który chcę przytoczyć, a który dotyczy okresu tzw. wieków ciemnych. Wikipedia tak definiuje ten okres:

Wieki ciemne – określenie subiektywne, używane odnośnie do okresu historycznego trwającego od końca V wieku (upadku cesarstwa rzymskiego) do połowy X wieku, nazywanego tak przez niektórych historyków ze względu na niewielki zasób źródeł pisanych z tych czasów oraz przeświadczenie o znacznym upadku kultury, czemu przeczy np. renesans karoliński. Jest to okres powstawania królestw barbarzyńskich, kryzysu w Cesarstwie Bizantyńskim i początku ekspansji Arabów. Poza tym w IX wieku miała miejsce misja Cyryla i Metodego, która zapoczątkowała rozwój chrześcijaństwa wśród Słowian. Pojęcie europejskich „wieków ciemnych” wprowadził Francesco Petrarca.

W dialogu, który chcę zacytować uczestniczą dwie osoby. Bartoli Arrigo Pietro (1801-1872) – włoski historyk, czynny uczestnik lombardzkiej rewolucji r. 1848, autor – m.in. – Antiquitates Ethruscorum (1844). Drugi to Kleofas Czubek, brat Telesfor. „Bractwo nasze jest, zapewne czymś bliskim zakonu, ale stanowi zgromadzenie ludzi świeckich. Nie mamy ślubowań zakonnych (…). Zacny fratello Telesfor przebiega, nie bacząc na wszelkie restrykcje i przepisy graniczne, kraje italskie, jak i kiedy chce. Więcej ci on znaczy mimo swej pokory od wielu głów utytułowanych… (…). Były to czasy wcale nie tak znowu dawne, jak zaczął ten twój eks-kleryk być kimś. I dodam, że kimś w miejscach wcale poważnych i różnych. Nie zdziwię się, jeśli spotkam go w jednej legacji któregoś z mocarstw jako gościa, w innej znowu – niby piastującego urząd powierniczy.” – Mamy więc tu do czynienia z masonem i to zapewne nie najniższego stopnia, dla którego nie istnieją granice państwowe i hierarchia społeczna. Poniżej wspomniany dialog:

»Bartoli łyknął ze szklanki, dopełnił ją, nalał obecnym i wtedy dopiero podjął rzucony sobie temat.

– Spokój! – wyrzekł jakby z żalem. – Prawda, że to wielka rzecz. No, ale cóż mam czynić, grzeszny, gdy nie tylko mnie spokój sam często opuszcza. Teraz to towar niezwykle rzadki na naszym półwyspie. A jeśli kto, jak ja, zagląda zbyt niedyskretnie za parawan przeszłości…

– Ej, maestro! Zagląda się za parawanik historii, a na zewnątrz wywleka się same aluzje do współczesnego nam czasu, co? – zaśmiał się „braciszek”.

– Wcale nie. Aluzje – aluzje nasuwają się same. Zdarza się i tak, że ani nawet myślisz o dniu dzisiejszym, pogrążony z głową w odległe, dalekie sprawy lat arcydawnych… A tu – gdyś się na chwilę oderwał, gdyś się rozejrzał dokoła siebie – aż strach: same wypisy, same cytaty ze sprawozdań, kronik czy tam po prostu akt – już brzmią jak akt oskarżenia. I to w sprawach nie jakoś tam generalizowanych, zaznaczanych tylko ramami. Nie! W konkretnych, jawnie w szczegółach nawet. Figlarna staruszka jest z pani historii.

– Nawet i w owej historii z Joanną?! – spytał półgębkiem Telesfor-Kleofas.

– A nawet! – Bartoli zwrócił się ponownie do Cypriana. – Właśnie, zanim wszedł pan do izby, zwierzałem się „braciszkowi” ze swoich poszukiwań archiwalnych w dziedzinie pewnego kuriozum. Zresztą, sprawa, jeśli ją rozpatrzeć z punktu ustaw kościelnych, niebagatelna, choć pogrążona w głąb mroku średnich wieków. Sprzed dziesięciu stuleci ciekawostka. Co zaś w niej najbardziej dziwnego – to to, że – jakby to powiedzieć – wygląda na podanie, na gminną legendę, jako taka krąży między ludem po całej Italii. Śladem widomym i powszechnym jest znak karciany, bardzo, bardzo stary. „Papieżyca” – La papessa. Figura równa w innych maściach „królowej” czy „damie”.

– A, widziałem, widziałem – przypomniał sobie Cyprian, który już dawniej we Florencji, zauważył tę dziwaczną kartę, zapamiętując nie mniej dziwaczne inne: „wisielca”, „papieża”, „kapucyna”.

– Właśnie. Z kart do gry, szczególnie z tych najstarszych, można wyczytać. Nim figury trafiły do gry, musiały mieć swoją rolę w grach może nie wszystkim dostępnych, ważniejszych, no i wymagających nie lada biegłości. Owóż legenda, która się łączy z ową karcianą „papieżycą” ma wiele odmian, jedno zachowując bez zmian: imię. Jeśli się mówi o osobie, która dała wzór karcianej figurze, nikt jej inaczej nie nazwie, jak „papieżycą Joanną”.

– Nie jedno to chyba rzymskie podanie. Słyszałem też inne – rzekł Kleofas-Telesfor. – Zapewne. To jest o tyle ciekawsze od innych, że ma – może i niepewne, nie najbardziej liczne – ale przecież dokumenty na poparcie tego, że nie były tylko podaniem. Że w jakiejś mierze – to prawdziwa, choć ciemna i powikłana, historia. Nim wkroczyłeś do tej komnaty, mości artysto, wyliczałem naszemu fratello owe świadectwa pisemne.

– Wykładaj, maestro, dokumenty! – wołał z ostentacyjną jowialnością ”braciszek”.

– A proszę: mam nadzieję, że historia kościoła na tyle obydwom panom jest znana, iż pamiętacie, jak to Grzegorz zwany Wielkim wysłał sławnego Augustyna do Brytanii. Stał się tam założycielem opactwa Canterbury. Żadne prawie z naszych opactw, żaden klasztor tu, na ziemi ciągle zwadami zbrojnymi i najściami pogan przeorywanej, nie zachował tej świetnej ciągłości kronik i annałów, co to właśnie sławetne opactwo. A już rejestry pontyfikatów prowadzone były ze szczególną skrupulatnością. Owóż w tych właśnie kronikach, na których niejeden zapis kanoniczny oparto, widnieje pod datą roku 853 taka nota: Hic obiit Leo quartus, cuius tamen anni usque ad Benedictum tertium computantur, eo quod mulier in papam promota fuit (Tutaj zmarł Leon IV, którego lata liczą się jednak do Benedykta III, z powodu tego, że na papieża została wyniesiona kobieta). Tamże pod rokiem 855 czytamy: Johannes. Iste non computantur, quia femina fuit (Jan. Nie został policzony, ponieważ był kobietą). I zaraz po tym wymieniony jest Benedykt trzeci. To były dokumenty najważniejsze, bo podważyć autentyczności zapisu nikt serio nie może. Powiadam: serio, bo podważa się ciągle. Ci sami, co się ustawicznie powołują na kanterberyjską kronikę we wszystkich innych sprawach i wypadkach, w tym jednym chcą widzieć niedokładność, błąd, zmyślenie. Tylko uważcie, panowie, dobrze – zacytowałem dwie noty bezsporne. A przecie co najmniej sześćdziesięciu autorów, w łacinie piszących i w grece – a są między nimi i tacy, których kościół do pocztu świętych zalicza – zaświadcza istnienie i czyny papieżycy Joanny. Z tych, przeważnie uczonych, pisarzy znaczna większość ma do papieżycy stosunek raczej życzliwy, niekiedy – powiedziałbym – pełen uznania. A nie głosi tego uznania byle kto, bo i sławny mnich Marianus Scott i ów, o którym powiada tradycja kościelna, iż diligenter scripsit (napisał ostrożnie), Ballarmin, i współczesny Joannie kapłan rzymski Anastazy, zwany Bibliotekarzem, mąż zaiste o wiedzy i zasługach imponujących. Nie pomogą na to wypusty, robione w późniejszych kopiach, sporządzanych przez benedyktynów z pism Anastazego, boć dochowało się jego manuskryptów wiele. Prawda, że teraz wiele dawnych papierzysk nie tylko ukryto przed okiem niepowołanym, ale pono oddano płomieniom. Bezcenne pergaminy, stanowiące niegdyś własność Ficina, zginęły tajemniczo z półek skarbczyka we Florencji. Niemniej, z dokumentów Joanny-papieżycy dotyczących jest jeszcze jeden, który jako najbardziej może sumiennie całą rzecz przedstawiający, was, panowie Polacy, powinien ciekawić. Jest to zapis wcale obszerny, powołujący się na wiele świadectw pisanych i ustnych, dokonany przez penitencjariusza Innocentego czwartego, biskupa Cosenzy, Marcina Polonusa.

– Była przecież w czasach późniejszych nieco inna Joanna. Ta, którą kościelne wyroki skazały na stos. Mocno teraz naciskają francuscy monsiniorowie na kurię w sprawie tej heroiny gallickiej. Orleańska dynastia wiąże z powszechnym tej wojowniczej dziewicy kultem pewne polityczne aspekta. No, o to, żeby zaginęły dokumenta jej dotyczące, obawy nie ma: przeważnie znajdują się tam, we Francji i strzegą ich świeccy, laicy i duchowni porówno. – Ta tyrada Telesfora-Kleofasa nie tylko zadziwiła Cypriana Kamila, ale mocno go podrażniła. Było dziwne słyszeć w ustach duchownego taką apostrofę nawiązująca do roli rzymskiego kleru w usuwaniu czy ukrywaniu dokumentów historycznych. I było szczególnie nieprzyjemne, że tu, w papieskim Rzymie, przedstawiciel polskiego kleru (choć trudno było zgadnąć miejsce w hierarchii kościelnej zajmowane przez Kleofasa Czubka) z taką niemal „salonową” – naturalnie, w najbardziej płaskim rozumieniu tego przymiotnika – swobodą rozprawia i o gorszącej legendzie papieżycy Joanny, i o Joannie Dziewicy Orleańskiej.«

W poprzednim blogu pisałem o tym, że jeśli zna się fakty i odpowiednio się je skojarzy, to wiele z wydarzeń bieżących i przeszłych łatwiej zrozumieć. No właśnie! Jeśli zna się fakty. Powyższy cytat uświadamia, że wiele z tych faktów jest skrywanych i ich poznanie jest niedostępne ogółowi, a zatem ten ogół ma niewielkie szanse na właściwe zrozumienie otaczającej go rzeczywistości oraz przeszłości, która tę rzeczywistość ukształtowała.

Z tego cytatu można wysnuć jeszcze jeden wniosek, a mianowicie to, jak ważne jest w życiu narodów i społeczeństw zakorzenienie. Trwanie w tym samym miejscu, na swojej ziemi przez wieki. To samo w sobie stwarza stabilne, trwałe społeczeństwa, dla których wielowiekowa tradycja jest nieodłącznym elementem ich tożsamości. I w takich społeczeństwach wiedza o ich przeszłości dostępna jest nie tylko z dawnych ksiąg i kronik, które można okroić o niewygodne treści, ale też z pewnych zwyczajów, niezmiennych od wieków. I może na tym przykładzie łatwiej zrozumieć, dlaczego wielcy tego świata tak zabiegają o wielokulturowość, migracje, przesiedlenia, mieszanie narodów i społeczeństw, przesuwanie granic państwowych i tym samym państw. Żaden naród rdzenny i osiadły nie znosi dobrze tego typu eksperymentów. Tylko jedna nacja czuje się w takiej rzeczywistości jak ryba w wodzie i to ona tego dokonuje, z korzyścią dla siebie, bo im te narody słabsze, tym jej łatwiej jest je sobie podporządkować.

Kultura żydowska

Żyjemy w czasach dominacji cywilizacji żydowskiej, a ściślej jej kultury. Cywilizacja według Feliksa Konecznego, to metoda ustroju życia zbiorowego. Dzieje, religie i inne czynniki kulturowe Żydów nazywa Koneczny cywilizacją żydowską. Jest to według niego cywilizacja sakralna. Te czynniki kulturowe to struktura społeczna, język, religia i kultura.

Wojciech Klag w swoim opracowaniu Obraz cywilizacji żydowskiej (podstawowe założenia teorii Feliksa Konecznego), Racjonalia nr 6/2016 (https://czasopisma.upjp2.edu.pl/racjonalia/article/view/2148) pisze:

»Z punktu widzenia Izraela obok języka i religii bardzo istotna jest ekonomia żydowska jako składnik konstytuujący metodę życia zbiorowego Żydów. Według autora Cywilizacji żydowskiej Żydzi od czasów starożytnych pogardzali pracą fizyczną, a w szczególności rolnictwem. Rzadko też trudnili się rzemiosłem – takie zachowanie Izraelitów wynikało z koczowniczego trybu życia. W czasie golusa (wypędzenie Żydów i ich pobyt na obczyźnie – przyp. W. L.) Izraelici odeszli od społecznego modelu opartego o ród, nastąpiła emancypacja rodziny, w której potomkowie Mojżesza zaczęli zajmować się handlem. Było to o tyle pionierskie, że w państwach chrześcijańskich głównym fundamentem ekonomii było oparcie się na własności nieruchomej, np. szewc miał swój dom, w którym świadczył usługi, Żydzi natomiast opierali się na własnościach ruchomych, a przemieszczali się z miejsca na miejsce, handlując. Izraelici też jako pierwsi wprowadzili system bankowy, udzielając kredytów na procent (lichwa). Dzięki polityce kredytowej szybko zdominowali rynek. Lichwą obciążani byli kredytobiorcy nieżydowscy (według autora lichwa w społeczności żydowskiej była zakazana, Tora [Pięcioksiąg Mojżesza – przyp. W. L.] na nią nie pozwalała, była stosowana tylko w rzadkich przypadkach). Badacz cywilizacji także uważa, że system kapitalistyczny, istniejący w Europie już wiele lat, został wprowadzony przez Żydów. Koneczny jest przekonany, że zarówno judaizm, jak i liberalizm są mocno związane z systemem ekonomii kapitalistycznej.

Autor, rozważając relację zachodzącą między cywilizacją a kulturą, skłania się do uznania paradygmatu francuskiego, według którego cywilizacja stoi wyżej od kultury, w opozycji do paradygmatu niemieckiego, który twierdził odwrotnie. Dla Konecznego kultura jest elementem cywilizacji. Autor Cywilizacji żydowskiej stawia kontrowersyjną tezę, że „kulturami cywilizacji żydowskiej będą […] socjalizm (ale nie bolszewizm) oraz narodowy socjalizm (lecz już nie bizantyński faszyzm)”. Wiąże się to z mesjanistycznym oraz apriorycznym charakterem cywilizacji żydowskiej, czego najlepszym przykładem jest cytat:

„Nie zrozumiemy Żydów, póki nie zapoznamy się z ich marzeniami syjonistyczno mesjanicznymi […]. Hans Kohn np. przyznaje w swojej książce Die politische Idee des Judentumns, że socjalizm jest środkiem do mesjanistycznych celów żydowskich […]. Socjalizm jest w ich oczach nowoczesną ewolucją Starego Testamentu. To zapatrywanie podziela większość inteligencji żydowskiej i w tym ich siła. Dlatego Żydzi są socjalistami […].”

Jednak jak zwraca uwagę krakowski profesor, „przyczyn lewicowego, socjalistycznego myślenia należy szukać na wielu płaszczyznach: świadomościowej, kulturowej, ekonomicznej, politycznej itp. Zwracają na to uwagę niektórzy myśliciele proweniencji liberalnej, np. Ludwig von Mises”. Hipotezę, którą postawił filozof krakowski, podzielali też inni wybitni filozofowie XX wieku. Arnold Toynbee twierdzi, że „Marks obrał sobie za bóstwo, zamiast Jahwe, boginię o imieniu «konieczność dziejowa», za swój lud wybrany zamiast Żydów wewnętrzny proletariat świata zachodniego, zaś za królestwo mesjańskie dyktaturę proletariatu, ale znamienne rysy żydowskiej apokaliptyki przebijają wyraźnie pod tym wytartym przebraniem”. Podobnie twierdził Bertrand Russell, który pisze:

„By zrozumieć Marksa psychologicznie, należy posłużyć się następującym słownikiem: Jahwe –materializm dialektyczny, mesjasz – Marks, naród wybrany – proletariat, Kościół – partia komunistyczna, ponowne przyjście – rewolucja, piekło – kara dla kapitalistów, tysiącletnie Królestwo Boże na ziemi – światowa wspólnota komunistyczna.”

Wspólne elementy, których doszukują się inni wybitni myśliciele, zdają się częściowo potwierdzać hipotezę postawioną przez Konecznego.«

W podsumowaniu autor m.in. pisze:

„Po zbadaniu religii żydowskich Koneczny dochodzi do wniosku, że tak naprawdę jedynym paradygmatem łączącym religie żydowskie jest prawo, które jest zawarte w świętej księdze żydowskiej Torze. Tak więc autor Praw dziejowych dopatruje się istnienia kilku religii żydowskich, które różnią się interpretacją uznawanych ksiąg, wraz z komentarzami talmudycznymi prawa zawartego w Torze. Jedność pośród Izraelitów panuje co do uznawania Tory oraz mesjańskiej roli narodu wybranego, który został wywyższony ponad inne nacje przez samego Boga. Z tym przekonaniem wiązał się mesjanizm narodu żydowskiego. To przewartościowanie ludów i wybranie jednego z nich przez Boga umocniło wiarę w misję dziejową Żydów. Mesjanizm zakłada uwolnienie od brzemienia grzechu, władzę Boga nad ludem oraz dążenie do komplementarnego bytu ludzkiego. Żydzi poprzez oparcie się na Torze pielęgnują swoje wybraństwo.

Żydzi już od czasów starożytnych pogardzali pracą fizyczną, ich zainteresowania ukierunkowały się na handel. Jako pierwsi w starożytności wprowadzili pożyczki pieniężne na procent (lichwa). Według badacza dzisiejszy system kapitalistyczny ma swoje źródło właśnie w cywilizacji żydowskiej.”

Pisze więc autor, pewnie za Konecznym, że ich zainteresowania ukierunkowały się na handel. To nie tak było, że Żydzi zainteresowali się handlem, bo to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, a przy tym przynoszące szybkie i ogromne zyski. Najpierw było rozproszenie. To jest podstawowy warunek, by zaistniał handel taki, jakim znamy go dziś. Rozproszyli się wśród różnych narodów po całym ówczesnym świecie i, utrzymując ze sobą kontakty, doskonale wiedzieli, co wytwarzają lub czego nie wytwarzają poszczególne nacje i w ten sposób dostarczali towary z miejsc, gdzie ich było w nadmiarze do miejsc, gdzie ich brakowało. Oczywiście taki handel nie mógł być handlem wymiennym. Do tego niezbędny był uniwersalny środek wymiany, czyli pieniądz. A wraz z nim pojawiła się lichwa, czyli pożyczanie pieniędzy na procent, by handel mógł się rozwijać. I tak to trwa do dziś. Handel i pieniądz są nadal pod ich całkowitą kontrolą. W blogu „Mistyka finansów” pisałem:

»Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.«

Bez rozproszenia Żydzi nie byliby tym, kim są, ale to było jeszcze za mało. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Mojżesz Mendelssohn (ur. 1729, zm. 1786), żyd niemiecki, zapoznał się dzięki polskiemu żydowi Izraelowi Lewi Zamość z pismami drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego (Majmonidesa) (ur. 1135 w Kordobie – przyp. W. L.), teoretyka i obrońcy metody pozornego przyjmowania innej wiary. Atoli zmienione warunki, rozluźnienie chrześcijaństwa przez wolnomularstwo, umożliwiały już żydom dążenie do wejścia w życie społeczeństw aryjskich bez przyjmowania chrztu, bez maski pozornej religii.

Jedynym warunkiem społeczeństw aryjskich będzie – osądził Mendelssohn – uznanie się za wiernego poddanego danego państwa, za wiernego członka danego narodu. A więc zamiast pozornej religii, pozorna asymilacja. Dzięki wynalezieniu tej metody wprowadzania w błąd gojów Mendelssohn stał się „wielki” i zjednał sobie wśród żydostwa miano „trzeciego Mojżesza”.«

Według internetowego słownika języka polskiego cywilizacja to: 1. stan rozwoju społeczeństwa w danym okresie historycznym, uwarunkowany stopniem opanowania przyrody przez człowieka; 2. ogół dóbr materialnych, środków i umiejętności osiągnięty przez określone społeczeństwo w danej epoce historycznej.

Natomiast kultura to materialna i umysłowa działalność społeczeństw oraz jej wytwory.

Mały Słownik Języka Polskiego PWN, Warszawa 1968 podaje takie definicje:

Cywilizacja – stan rozwoju społeczeństwa ludzkiego w danym okresie historycznym, ze szczególnym uwzględnieniem kultury materialnej, przeciwstawny stanowi dzikości i barbarzyństwa.

Kultura – całokształt dorobku ludzkości, wytworzonego w ogólnym rozwoju historycznym lub w jego określonej epoce: K. antyczna, grecka, rzymska. K. ludowa, socjalistyczna, narodowa. K. materialna, umysłowa, duchowa.

W mojej ocenie definicja kultury słownika z 1968 roku jest najbliższa temu, co ja nazwałem kulturą żydowską. W jej skład wchodzą m.in. te elementy:

  • religia, której fundamentem jest wybraństwo i mesjanizm narodu żydowskiego
  • rozproszenie
  • asymilacja
  • kontrola handlu na poziomie lokalnym i globalnym
  • kontrola finansów: wyłączność na emisję pieniądza i jego oprocentowanie

Wszystkie wymienione powyżej elementy oddziałują praktycznie na każdego człowieka, poza oczywiście społecznościami, które nie znają pieniądza, takimi jak Indianie amazońscy czy Aborygeni.

Zapewne większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że żyje w tej kulturze. Wszystkie wojny w przeszłości i obecne służą tylko i wyłącznie realizacji celów żydowskiego mesjanizmu. Dzięki rozproszeniu i asymilacji nie wiedzą oni, że wiele osób, z którymi się stykają, to Żydzi. Nie wiedzą, że wszyscy producenci są zależni od Żydów, bo to oni kontrolują całą sieć handlową. Nie są też w stanie wyobrazić sobie, że można funkcjonować, że gospodarki mogą rozwijać się w warunkach nieoprocentowanego pieniądza. W blogu „Lichwa” pisałem:

„Czy mogło by być inaczej? Wyobraźmy sobie sytuację, w której na rynku mamy stałą ilość pieniądza. I te pieniądze, to są pieniądze tych, którzy zdeponowali je w banku i do tego kredyty są nieoprocentowane. Można pójść, że tak powiem, w kosmos i drukować bez ograniczeń i wtedy mamy to, co mamy. A co się stanie, gdy pójdziemy w odwrotnym kierunku? W miarę, gdy na rynku przybywa dóbr i usług, a pieniądza nie możemy wykreować z niczego, to jego wartość rośnie. Za jednostkę możemy kupić więcej. Oznacza to, że za 1 grosz moglibyśmy coś kupić, np. bochenek chleba. Gdyby już grosz był dużo warty, to można by stworzyć nową jednostkę niższego rzędu. Dlaczego nie! Przecież jeszcze do 15 lutego 1971 roku funt brytyjski dzielił się na 20 szylingów i 240 pensów. Wtedy Anglia przeszła na system dziesiętny i zostały tylko pensy. A więc nie zabrakłoby pieniędzy do wymiany dóbr i usług. Wszystko jest możliwe. Samochód zamiast 60 000 zł, mógłby kosztować 60 zł, a może nawet 6 zł. A dziś za jednego Bitcoina możemy kupić takie trzy samochody.

Gdyby tak było, że na rynku jest stała ilość pieniądza to ci, którzy złożyli pieniądze w banku nie otrzymywaliby oprocentowania. Ich pieniądze zyskiwałyby na wartości w miarę upływu czasu i rozwoju gospodarki. Dodatkowo mogliby czerpać zyski z inwestycji poczynionych za ich pieniądze przez firmy, które chciałyby się rozwijać. Z tym oczywiście wiązałoby się ryzyko, bo inwestycje mogłyby być nietrafione. I nie jest to moja fantazja. W tym kierunku zmierza bankowość islamska. Jest coś takiego, gdyby ktoś nie wiedział.

Z tego powyższego wywodu wynika, że przy stałej ilości pieniądza bogacą się wszyscy, nawet ci najmniej zarabiający i nie zostają okradani poprzez inflację. Natomiast nie byłoby miejsca w takiej rzeczywistości dla giełdy i całego tego towarzystwa wzajemnej adoracji, które kręci się wokół niej i tych kredytów bez pokrycia w realnym pieniądzu. Nawet nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że takie rozwiązanie w znacznym stopniu, jeśli nie całkowicie, zlikwidowałoby biedę. Wystarczy spojrzeć na Bitcoina, którego zaprojektowano na określoną ilość i nie więcej. Dziś, tj. 14 maja 2021 roku, jego jednostka jest warta 188 233,42 zł. W listopadzie 2015 roku jego kurs to 1300 zł. Jeszcze na początku września 2020 roku jego kurs wynosił około 40 000 zł. To pokazuje jak dużo jest na rynku pustego pieniądza. To między innymi dlatego nie mamy hiperinflacji, bo ten pieniądz nie dociera do wszystkich, tylko do nielicznych i znajduje ujście w kryptowalutach i nie tylko w nich.

Bitcoin to jest waluta niematerialna. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto i po co ją stworzył. Być może jest to pewien eksperyment. Być może kiedyś dojdzie do jego krachu czy gwałtownej utraty jego wartości, by, według mnie, skompromitować ideę pieniądza o stałej ilości na rynku. Wszak przy pieniądzach kombinują ciągle ci sami.”

Pieniądz kreowany bez ograniczeń i oprocentowany, to władza i potęga. Przy stałej ilości pieniądza na rynku nie ma miejsca na korupcję i wszelkiego rodzaju finansowe malwersacje, nie ma też miejsca na inflację, czyli okradanie ludzi w białych rękawiczkach. To dlatego Żydzi stworzyli naukę zwaną ekonomią i mnóstwo teorii traktujących o rynkach finansowych, wolnym rynku, konkurencji, giełdzie itp. Wszystko po to, by wmówić gojom, że inaczej nie można, że świat nie rozwijałby się bez oprocentowanego kredytu. I uwierzyli. Dziś prawie nikt nie potrafi sobie wyobrazić, że może być inaczej. A tak naprawdę oprocentowany kredyt i kreacja pieniądza bez ograniczeń, będąca źródłem inflacji, są po to, by okradać i zubażać gojów, zgodnie z żydowską maksymą: Gazet kusy muter, co znaczy: grabić gojim jest dozwolone. I to jest właśnie kultura żydowska w najczystszej postaci i jej istota.

Gdyby nie było oprocentowanego kredytu, czyli lichwy, gdyby na rynku była stała ilość pieniądza, to świat wyglądałby zupełnie inaczej. Nie wiemy i nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić tego świata, ale chyba jednego możemy być pewni – nie było by wojen, bo nie było by chętnych na pożyczanie na nie pieniędzy. Wojna jest działaniem destrukcyjnym, więc nie było by szans na zwrócenie pieniądza o tej samej nominalnie wielkości, ale o większej sile nabywczej ze względu na poczynione inwestycje. Większa ilość dóbr na rynku, przy stałej ilości pieniądza, powoduje wzrost jego siły nabywczej. Odwrotny proces, czyli drukowanie pieniądza na cele nieprodukcyjne, czy destrukcyjne, jak choćby wojna, to spadek jego siły nabywczej. Tym, którzy go drukują, nigdy go nie zabraknie i spadek siły nabywczej pieniądza im nie szkodzi. Szkodzi tym, którzy go nie drukują. – Oto cała tajemnica wiary… żydowskiej.

Bolesław Piasecki

Niektóre środowiska, jak to skupione wokół kanału internetowego Centrum Edukacyjne Polska i Wojciecha Olszańskiego, Ukraińca i przebierańca, udającego polskiego patriotę, a także wokół tygodnika Myśl Polska o orientacji narodowo-demokratycznej – popularyzują osobę Bolesława Piaseckiego jako wzór patriotyzmu i realizmu politycznego zarazem. W związku z tym wypadało by przybliżyć sobie tę postać. Poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

Bolesław Piasecki (1915-1979) – polski polityk nacjonalistyczny, prawnik i publicysta. W latach 1935-39 przywódca Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, więzień polityczny w Berezie Kartuskiej, oficer Wojska Polskiego. W okresie II wojny światowej twórca Konfederacji Narodu (później scalonej z AK). Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia „Pax”. W latach 1971-1979 członek Rady Państwa PRL. Poseł na Sejm PRL IV, V, VI i VII kadencji.

Urodził się w rodzinie urzędniczej jako syn Ludomira i Pelagii z domu Kotnowskiej. Jego ojciec był agronomem. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim w 1935 roku. Był jednym z założycieli Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, głoszącego poglądy antykomunistyczne i antysemickie.

Obóz Narodowo-Radykalny

Obóz Narodowo-Radykalny to ugrupowanie o charakterze faszystowskim, założone 14 kwietnia 1934 roku przez młodzieżowych działaczy Obozu Wielkiej Polski, rozwiązane 10 lipca 1934 roku przez władze sanacyjne. Później działało nielegalnie. W 1935 roku rozpadło się na RNR „Falanga” i ONR „ABC”. Nazwy te są umowne i zostały nadane frakcjom przez historyków od nazw pism, wokół których koncentrowało się życie intelektualne tych dwóch frakcji – dziennika „ABC” i czasopisma „Falanga”.

Falanga – symbol używany przez polskich nacjonalistów, głównie przez środowiska związane z ruchem narodowo-radykalnym, będący stylizowanym wizerunkiem ręki trzymającej miecz. Źródło: Wikipedia.

Powstanie ONR było rezultatem rozłamu w warszawskim okręgu Stronnictwa Narodowego. Jego przyczyną był konflikt pomiędzy grupą działaczy wywodzących się z Ruchu Młodych Obozu Wielkiej Polski, umownie grupa ta jest określana jako „młodzi”, a przywódcami Stronnictwa Narodowego, umownie określanymi jako „starzy”.

Różnice wynikały z odmiennej koncepcji zdobycia władzy. „Starzy” opowiadali się za strategią legalnego zdobycia władzy, a „młodzi” dążyli do obalenia sanacji przemocą, drogą tzw. „rewolucji narodowej”. „Młodzi”, po dojściu do władzy Hitlera, byli zafascynowani hitleryzmem. Pismo Awangarda Państwa Narodowego (redagowane przez młodych narodowców z Poznania) jasno stwierdza, że hitleryzm wywarł decydujący wpływ na poglądy członków ONR. Gdy w Warszawie pojawiły się ulotki: „Hitler – endek dwa bratanki”, pismo ONR „Sztafeta” chwaliło akcję jako „dobrą robotę propagandową”. W tym samym piśmie 7 czerwca 1934 roku napisano o państwie Hitlera: „Cieszymy się, że znalazł się w Europie wielki kraj, który wymierzył żydom cios tak potężny”.

ONR „ABC” to była grupa skupiona wokół Henryka Rossmana, a RNR „Falanga” wokół Bolesława Piaseckiego. Falanga była organizacją nielegalną, co powoduje trudności w ustaleniu liczby członków. Szacuje się, że w okresie największej aktywności mogło należeć do niej około 5000 osób. Według oficjalnych danych w czerwcu 1938 roku do organizacji należało 607 członków. O liczebności sympatyków można także wnioskować na podstawie danych o dystrybucji głównego pisma Falangi. W lutym 1938 roku sprzedaż wynosiła 4500 egzemplarzy na terenie Warszawy i okolic oraz 25.000 na terenie całego kraju.

Działalność terrorystyczna

RNR posiadał zorganizowaną bojówkę, która nosiła nazwę Narodowa Organizacja Bojowa „Życie i Śmierć dla Narodu”. Początkowa nazywała się ona „Oddział Bojowy z Mieczem”. Bojówka występowała ostro przeciwko Żydom. Jej działalność polegała na demolowaniu żydowskich sklepów, lokali i mieszkań. Szczególne nasilenie działalności terrorystycznej przypada na okres wiosny i lata 1937. Wtedy właśnie Falanga zaatakowała pochód pierwszomajowy Bundu. Zginęło jedno dziecko, a kilka osób zostało rannych. Dokonano też kilku ataków bombowych na siedziby Związku Nauczycielstwa Polskiego. W jednym z nich, w Łodzi, zginęła jedna osoba a cztery zostały ranne. 1 maja 1938 roku RNR podłożył bombę na placu Muranowskim w Warszawie. Dwie osoby zostały ranne. Tego samego dnia we Lwowie członkowie Falangi rzucili petardy na pochód 1-majowy. 40 osób zostało rannych, z czego 7 ciężko. – To tylko niektóre z wyczynów RNR. Ruch ten cieszył się poparciem niektórych kręgów polskiego ziemiaństwa, które w części finansowało jego działalność.

Ideologia

RNR w zakresie organizacji, części ideologii i form zewnętrznych (elementy kultu wodza, salut rzymski, stylistyka symbolów partyjnych itp.) wyraźnie nawiązywał do faszystowskich wzorów włoskich i niemieckich. Również w Hiszpanii działała partia o podobnym profilu i o nazwie Falanga. Program organizacji został opublikowany w 1937 roku.

Falanga otwarcie opowiadała się totalitaryzmem i przeciwko demokracji. Państwo miało być zorganizowane hierarchicznie, w którym każda jednostka podlega zwierzchnikowi, a na czele państwa znajduje się wódz. Program Falangi postulował budowę katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Państwo to miało być zarządzane przez Organizację Polityczną Narodu, która miała ogrywać rolę monopartii. Wszystkie inne miały być zlikwidowane. Partia ta miała także kontrolować życie gospodarcze.

Falanga proponowała wprowadzenie gospodarki planowej, którą zarządzać miała Polityczna Organizacja Narodu za pośrednictwem swoich sekcji zawodowych. Była to forma korporacjonizmu. Państwo miało prowadzić działalność gospodarczą, udzielać kredytów, a także decydować o cenach towarów. Postulowano także upaństwowienie każdego przedsiębiorstwa, w którym decydującym źródłem dochodu nie jest praca właściciela.

Antysemityzm Falangi polegał na przekonaniu, że Żydzi są największymi wrogami narodu polskiego. Wszystkie negatywne zdaniem Falangi zjawiska, takie jak demokracja, komunizm czy kapitalizm, były wiązane z Żydami. Propaganda Falangi szczególnie mocno propagowała tezę, że komunizm jest spiskiem żydowskim, którego celem jest zdobycie władzy nad światem.

Specyficzną cechą ideologii Falangi, jako ugrupowania nacjonalistycznego, było uznawanie polskości słowiańskich mniejszości narodowych np. Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów. Postulowano asymilację tych mniejszości i walkę z jednostkami wrogimi Polsce. Odmawiano mniejszościom prawa do budowy własnego państwa, nie uznawano tych mniejszości za odrębne od narodu polskiego. Tak to opisuje Wikipedia. Ja określiłbym to jako polslawizm, czyli taką skromniejszą odmianę panslawizmu.

Lata wojny i okupacji

W kampanii wrześniowej Piasecki walczył jako porucznik broni pancernych. Po niej aresztowany przez Gestapo i więziony do kwietnia 1940 roku. Z więzienia został zwolniony po interwencji jednej z wpływowych rodzin włoskich. Po włączeniu się w pracę konspiracyjną założył organizację pod nazwą Konfederacja Narodu. Był także dowódcą Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, które do maja 1943 stoczyły 32 potyczki z Niemcami, a po ich scaleniu w 1943 z Armią Krajową, był w stopniu porucznika dowódcą III batalionu 77 Pułku Piechoty AK, walczącego na Nowogródczyźnie. Uniknął internowania w czasie akcji „Burza”. Po powrocie do centralnej Polski kontynuował działalność konspiracyjną, tym razem przeciwko Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego. W listopadzie 1944 aresztowany przez władze wojskowe i uwięziony w Lublinie. Kilkakrotnie przesłuchiwany przez gen. Iwana Sierowa. W liście do niego zadeklarował wsparcie dla reform społecznych wprowadzanych przez nowe władze, reformy rolnej i nacjonalizacji przemysłu oraz zgłosił chęć wyprowadzenia ludzi z podziemia zbrojnego. Opisał także swoją drogę życiową, działalność antysanacyjną, obóz w Berezie, aresztowanie przez Gestapo, konspirację i antyhitlerowską partyzantkę. W tym samym czasie przedstawił władzom państwowym memoriał, który zawierał główne tezy powstającego środowiska „Dziś i Jutro”. W lipcu został zwolniony z więzienia.

„Dziś i Jutro”

Dziś i Jutro – katolicki tygodnik społeczny, czasopismo wydawane w Polsce od 25 listopada 1945 roku do 1956 roku przez grupę katolików popierających działania władzy komunistycznej.

Inicjatorem pomysłu był Bolesław Piasecki, który uzyskał akceptację Władysława Gomułki na uruchomienie pisma i utworzenie wokół niego środowiska ludzi pragnących współtworzyć nową polską rzeczywistość. 17 sierpnia 1945 roku Piasecki otrzymał oficjalną zgodę władz komunistycznych na wydawanie tygodnika „Dziś i Jutro”. Dotacje na rzecz gazety przekazali: Jerzy Hagmajer (3000 dolarów), Bolesław Piasecki (1000 dolarów) i prymas Hlond (500 dolarów). Wiedząc, że zgromadzone środki finansowe wystarczą zaledwie na kilka miesięcy, B. Piasecki przystąpił do budowy zaplecza gospodarczego. Na bazie firm „Inco” i „Veritas” utworzył wielobranżowe przedsiębiorstwo ZZG (skrót ten oznacza Zjednoczone Zespoły Gospodarcze). W ZZG znalazło zatrudnienie wielu byłych oficerów i żołnierzy Armii Krajowej. Ze środowiska skupionego wokół tego czasopisma wywodzi się większość późniejszych działaczy „Pax”.

Stowarzyszenie „Pax”

W grudniu 1944 roku Bolesław Piasecki nawiązał współpracę z NKWD i w ten sposób stał się częścią establishmentu komunistycznych władz. Stowarzyszenie „Pax” zostało utworzone w 1947 roku przez Piaseckiego i innych działaczy przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Zrzeszało on katolików współpracujących z władzami komunistycznymi. Tworzyło ono ruch „księży patriotów”, atakowało Episkopat Polski za „dążenie do przywrócenia kapitalizmu”, popierało uwięzienie Stefana Wyszyńskiego. Stowarzyszenie posiadało prawie monopol na wydawanie „katolickiej” prasy. Prym wśród niej wiódł dziennik „Słowo Powszechne”. Miało też ono własne wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Pax”.

Po 1989 roku Stowarzyszenie straciło na znaczeniu i przestało prowadzić działalność polityczną. Od 1993 roku jego kontynuacją jest Stowarzyszenie „Civitas Christiana”. W 1997 roku zostało ono oficjalnie uznane przez Kościół katolicki w Polsce za organizację katolicką i zmieniło nazwę na Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”.

W Polsce Ludowej

Bezpośrednio po wojnie współpracował Piasecki z UB. Nadano mu pseudonim „Tatar”. Brał udział w operacji rozpracowania środowiska polskiej emigracji politycznej w Londynie. Według raportów pułkownik Julii Brystygierowej, poprzez tę współpracę chciał wzmocnić swoją pozycję wobec władzy. W 1953 roku drogi polskiego Kościoła katolickiego i Piaseckiego rozeszły się, po tym jak próbował on przekonać kardynała Stefana Wyszyńskiego, by uznał on prawo PZPR-u do typowania kandydatów na stanowiska biskupie.

Piasecki sceptycznie odnosił się do politycznej odwilży w 1956 roku. W tym samym roku poparł proradziecką i stalinowską frakcję natolińczyków w walce o władzę z puławianami, którzy według niego byli zdominowani przez Żydów. Od 1956 roku był posłem na Sejm PRL IV, V, VI i VII kadencji. W latach 1971-199 był członkiem Rady Państwa. W marcu 1968 roku wraz z całym „Paksem” popierał antyinteligencką i antysemicką nagonkę zorganizowaną przez frakcję Mieczysława Moczara.

Bolesław Piasecki zmarł po ciężkiej chorobie 1 stycznia 1979 roku. Na wiadomość o jego śmierci, kardynał Stefan Wyszyński, prymas Polski, odprawił mszę św. i upoważnił ks. Stefana Piotrowskiego, by podczas pogrzebu powiadomił o tym wiernych. W dniu 4 stycznia trumna z jego zwłokami została wystawiona w Pałacu Prymasowskim w Warszawie. Uroczystości pogrzebowe odbyły się tego samego dnia na cmentarzu na Powązkach w Warszawie.

I co z tego wynika?

Bolesław Piasecki musiał być jakąś wyjątkowa osobą. Aresztowany przez Gestapo, zostaje zwolniony po interwencji wpływowej włoskiej rodziny. Uniknął internowania w czasie akcji „Burza”, a przecież tam na Litwie masowo wywożono akowców do obozów. W jaki sposób zjednał sobie komunistów? Ledwie go wypuścili, a on znowu „walczył” przeciwko nim. I znowu go uwięzili, a później wypuścili i w nagrodę pozwolili mu wydawać tygodnik katolicki. Mało tego! Pozwolili mu, a może po prostu podarowali dwie firmy: Inco i Veritas, które stały się zaczątkiem wielkiego przedsiębiorstwa wielobranżowego. Dzięki temu był jednym z najbogatszych Polaków czasów, w których żył w PRL-u. I to wszystko w czasie, gdy komuniści niszczyli polską spółdzielczość – tzw. bitwa o handel. Właśnie ona na tym polegała. Nie na niszczeniu drobnego handlu, jak się powszechnie uważa, tylko na przejmowaniu przez państwo spółdzielni produkcyjnych i handlowych. I na tak oczyszczonym rynku pozwala się Piaseckiemu prowadzić prywatne przedsiębiorstwa.

Stowarzyszenie „Pax”, kierowane przez Piaseckiego, poparło aresztowanie kardynała Wyszyńskiego, a sam Piasecki nakłaniał Wyszyńskiego, by uznał on prawo PZPR-u do typowania kandydatów na stanowiska biskupie. A po śmierci Piaseckiego Wyszyński odprawia mszę świętą i każe to jeszcze rozgłosić. Cyrk! To kim był Wyszyński i jaką mu rolę wyznaczyli do odegrania jego nieznani przełożeni?

Ruch narodowy, jak już pisałem poprzednio, to fałszywa flaga. Jest tak samo zażydzony, jak przed wojną. W sensie ideologicznym jest zbliżony do nacjonalizmu ukraińskiego, tylko posługuje się inną symboliką. Państwo miało być zarządzane przez Organizację Polityczną Narodu, która miała ogrywać rolę monopartii. Natomiast Kongres Ukraińskich Nacjonalistów w 1929 roku w swojej uchwale założył wprowadzenie prawicowego ustroju totalitarnego w odzyskanym państwie, w którym niepodzielną władzę sprawować będzie jeden ruch polityczny z wodzem narodu i elitą. Mówi o tym punkt 16 Uchwały I Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, zgodnie z którym w narodzie ukraińskim nie ma miejsca na demokrację – rządzić ma nim ponadpartyjna, niedopuszczająca do powstania jakiejkolwiek partii politycznej, obejmująca cały naród ukraiński, monokratyczna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Jest to tzw. ukraiński nacjonalizm integralny. Wygląda na to, że to ci sami fachmani tworzyli ideologie nacjonalistyczne dla obu narodów i nie tylko dla nich.

Jak już kiedyś wspomniałem, ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jeden naród, jedno państwo, jedna partia. W takim ustroju Piasecki musiał dobrze się czuć, bo był on ideologicznie bardzo zbliżony do tego, co on proponował przed wojną. Natomiast w sensie materialnym czuł się znacznie lepiej niż przed wojną. Ale nie przeszkadzało mu to, że przed wojną proponował upaństwowienie każdego przedsiębiorstwa, w którym decydującym źródłem dochodu nie jest praca właściciela. A przecież w tak wielkiej firmie jak ZZG decydującym źródłem dochodu nie była jego praca.

Rodzi się zatem pytanie: po co władcy PRL-u pozwolili na powstanie takiego dziwoląga, na tle rzeczywistości PRL-u, jak Stowarzyszenie „Pax”? Czy chodziło o hibernację innego dziwoląga, zwanego RNR „Falanga” i w odpowiednim momencie przywrócenie go do życia? Dotację na rzecz powstającej gazety „Dziś i Jutro” w wysokości 3000 dolarów przekazał w 1945 roku Jerzy Hagmajer, a na kanale Centrum Edukacyjne Polska (u Żydów zawsze musi być nazwa „Polska” odmieniana na wszelkie sposoby, tak m.in. się ich poznaje) często występuje Marcin Hagmajer. Czy zbieżność nazwisk przypadkowa? Wątpię.

A sam Piasecki? W momencie wybuchu wojny miał 24 lata i pomimo tak młodego wieku i braku doświadczenia powierzano mu dowódcze stanowiska w wojsku i partyzantce. Ktoś go najwyraźniej prowadził i przygotowywał do wykonywania zadań, które mu później powierzano. Nie była to osoba przypadkowa. – Jak to było pod Troją? Strzeżcie się Greków, gdy przynoszą dary. Strzeżcie się tych, którzy krzyczą – Polska.