Przyjaciel

Na temat relacji polsko-amerykańskich napisano już wiele, a „polski” rząd zapewnia, że bezwarunkowa przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi to najlepsze rozwiązanie dla Polski. Obecność amerykańskich wojsk w Polsce jest faktem powszechnie znanym i pewnie większość ludzi uważa, że jest to dobre dla naszego bezpieczeństwa. Warto jednak pamiętać, że w polityce nie ma sentymentów, są tylko interesy, a interes amerykański jest zapewne inny niż polski.

W dniu 1 listopada 2023 ukazał się na portalu Interia artykuł Amerykański dron nad Polską. “Niespodziewany gość”. Poniżej jego treść:

We wtorek nad naszym krajem, niedaleko granicy z Obwodem Królewieckim, krążył bezzałogowy statek powietrzny RQ-4 Global Hawk, który na co dzień patroluje sytuację na Morzu Czarnym. To niecodzienny gość nad Polską, ponieważ z reguły pilnuje tego co się dzieje na Krymie.

Amerykański dron bezzałogowy spędził wiele godzin na obserwacji tego, co dzieje się przy granicy Polski z Obwodem Królewieckim.

Z zapisu w serwisie Flightradar24 wynika, że dron mógł patrolować polską granicę z Królewcem. O tym fakcie poinformował dziennikarz Mariusz Marszałkowski na  platformie X.

“RQ-4 Global Hawk. Niecodzienny gość nad Polską. Z reguły pilnuje tego, co się dzieje na Krymie. Dzisiaj od kilku już godzin ‘wisi’ nad północną Polską i zagląda, co dzieje się w Królewcu” – napisał Marszałkowski.

Nie zdarzyło się to od marca 2022 r., kiedy to ostatni raz Flightradar24 zarejestrował kilka podobnych lotów. RQ-4 Global Hawk latał ok. 75 km od granicy z rosyjskim terytorium. Na zapisie z serwisu Flightradar24 widzimy, że dron spędził nad Polską ok. 10 godz.

Dron RQ-4 Global Hawk. Oto, co potrafi

RQ-4 Global Hawk to amerykański dron. Jest największym tego typu statkiem powietrznym znajdującym się obecnie w czynnej służbie. Maszyna ma masę 6781 kilogramów, długość 14,5 metra, wysokość 4,7 metra i rozpiętość skrzydeł na poziomie 40 metrów. Maksymalna masa startowa wynosi 14,6 tony. 

RQ-4B Global Hawk może poruszać się z prędkością przekraczającą 570 km/h i dokonywać lotów na wysokości aż 19,8 kilometra. RQ-4B Global Hawk wyposażono w radarowy odbiornik ostrzegawczy AN/ALR 89, pokładowy system zakłócający oraz holowany system wabików ALE 50.

Northrop Grumman RQ-4B Global Hawk wykonuje loty nad Bułgarią, Rumunią i środkową częścią Morza Czarnego. Maszyna startuje, podobnie jak czynił to MQ-9 Reaper, z włoskiej Bazy Sił Powietrznych Sigonella leżącej na Sycylii.

xxx

Tak więc amerykańskie wojska są wszędzie w Europie. A skoro tak, to o jakiejkolwiek niezależnej inicjatywie unii europejskiej nie ma mowy. Natomiast dla tych entuzjastów amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce warto zacytować Henry Kissingera, który miał powiedzieć: „To be an enemy of the United States is dangerous, to become it’s friend is lethal”. Znaczy to, że bycie wrogiem Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczne, ale bycie ich przyjacielem jest śmiercionośne.

A czyje interesy realizują Stany Zjednoczone? Zupełnie przypadkiem trafiłem na fragment rozmowy Szacha Iranu z amerykańskim dziennikarzem, którym był Mike Wallace (Wallik), którego rodzice byli imigrantami, rosyjskimi Żydami. On urodził się już w Ameryce w 1918 roku.

Szach mówi o tym, że docenia to, że mają wiele środków do swojej dyspozycji, wywierają presję na wielu ludziach, ale nie uważa, że to pomoże Izraelowi.
- Dlaczego, jeśli to prawda, prezydent Stanów Zjednoczonych miałby na to zwracać uwagę, na to lobby? - pyta dziennikarz.
- Oni są silni - odpowiada szach.
- Silni - w jakim sensie?
- Oni kontrolują wiele rzeczy.
- Kontrolują co?
- Gazety, media, banki, finanse... i na tym poprzestanę.
- Chwileczkę! Rzeczywiście pan wierzy, że żydowska wspólnota w Stanach Zjednoczonych jest tak potężna? Każe mediom przedstawiać ich punkt widzenia, dotyczący polityki zagranicznej?
- Tak.
- Nie informują, my nie informujemy rzetelnie?
- Proszę nie mylić dwóch rzeczy. Ja nie mówię, że media, tylko że w mediach mają swoich ludzi. Nie we wszystkich mediach. Niektóre gazety odzwierciedlają tylko ich punkt widzenia. 
- Przykładowo - mówi dziennikarz - New York Times jest w posiadaniu żydowskiej rodziny Salzburger. Sugeruje pan, że NYT jest stronniczy w kwestii podejścia do syjonizmu, istnienia Izraela, relacji Stanów Zjednoczonych ze światem arabskim.
- Będę musiał - mówi szach - przeanalizować wszystkie artykuły NYT poświęcone temu zagadnieniu i wyciągnąć wnioski. Może pan poddać to analizie komputerowej i ona da panu odpowiedź.
- Z tego, co pan mówi, wynika, że pan wierzy.
- Tak. Poczekajmy na wynik analizy komputerowej. 

Jak wynika z tego krótkiego dialogu, szach sprytnie uniknął oskarżenia o antysemityzm, podpierając się analizą komputerową. Maszynie trudno zarzucić stronniczość. Szach, będąc u władzy przez 38 lat, zdawał sobie sprawę z tego, jak potężni są Żydzi i doświadczył tego na własnej skórze. Wierność Ameryce nie pomogła. Gdy Amerykanie, a właściwie Żydzi, uznali, że jego czas się skończył, to nie mieli skrupułów. Wymienili go na Chomeiniego. Dla Pahlawiego przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi zakończyła się jego śmiercią. Zmarł w Kairze w 1981 roku, a więc dwa lata po rewolucji islamskiej w Iranie. Podejrzewam, że podobnie będzie w Polsce. Jeśli Amerykanie uznają, że to państwo spełniło swoją funkcję, to pozwolą Niemcom i Rosjanom na zmiany terytorialne w tej części Europy.

Zakaz

W dniu 19 października Rada Najwyższa Ukrainy zdecydowała o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Federacją Rosyjską, co w praktyce oznacza delegalizację Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. O tym Interia w artykule Historyczna decyzja w Ukrainie. Emocje podczas głosowania. Poniżej jego treść:

Rada Najwyższa Ukrainy zdecydowała o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Federacją Rosyjską. Decyzja polityków oznacza zdelegalizowanie Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego.

Projekt ustawy został przyjęty w pierwszym czytaniu. Głos “za” oddało 267 deputowanych, a 15 było przeciwnych tego typu rozwiązaniom.

Zmiany w przepisach dotyczących organizacji religijnych zaproponował prezydent Wołodymyr Zełenski. W swoim przemówieniu 1 grudnia 2022 roku ogłosił, że zlecił Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony przedstawienie projektu ustawy, która znacząco ograniczy działalność Cerkwi mającej swoje duchowne przywództwo w Moskwie.

Wcześniej Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przeprowadziła szereg przeszukań w miejscach kultu, na terenach klasztorów i diecezji należących do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Funkcjonariusze w wielu przypadkach znajdowali dokumenty potwierdzające działalność antyukraińską.

Oficjalne statystyki podają, że od początku wojny wobec przedstawicieli moskiewskiej Cerkwi wszczęto 67 postępowań karnych. Wśród wielu przestępstw, aż 20 dotyczyło zdrady stanu, kolaboracji i bezpośredniej pomocy Rosji.

Emocje na sali parlamentarnej

Debaty dotyczące ustawy i dzień głosowania były przepełnione emocjami, które wyrzucali z siebie posłowie różnych frakcji parlamentarnych.

W pewnym momencie doszło do kłótni, która o mały włos nie przerodziła się w fizyczną agresję. Posłowie, którzy nie zgadzali się z proponowanymi przepisami twierdzili, że ich wprowadzenie ma charakter wojny religijnej i znacząco ogranicza wolność wyznania setek tysięcy wiernych w całym kraju. 

“Sprawa, kiedy frakcja zmieniła nazwę i koło, ale prorosyjskie ideały są niezmienne. Głosowanie jest pokazowe, bez zbędnych ceregieli. (…) Mam jedno ciągłe pytanie, co ci miłośnicy ‘rosyjskiego pokoju’ pod cyniczną nazwą Platforma dla Życia i Pokoju, robią w murach naszego ukraińskiego parlamentu?” – napisał poseł Oleg Dunda.

Polityk odniósł się do partii Platforma dla Życia i Pokoju, która jako jedyna frakcja niemal w całości zagłosowała przeciwko zaproponowanym przepisom.

xxx

Czy to oznacza początek wojny religijnej na Ukrainie? Czy to oznacza, że ta trwająca wojna na Ukrainie będzie wygaszana? Trudno przewidzieć, co tam się stanie. Jeśli Ukraina przegra wojnę militarną, a zachowa swoją Cerkiew, to Rosja nie będzie mogła powiedzieć, że rządzi tam niepodzielnie, zgodnie z zasadą: czyja religia, tego władza.

Jeśli ktoś jest bardziej zainteresowany tą tematyką, to pisałem o tym w blogach „Czyja władza, tego religia” i „Czyja religia, tego władza”. W każdym razie, ze względu na to, że po 24 lutego 2022 roku ilość prawosławnych w Polsce gwałtownie wzrosła i być może są już większością – biorąc pod uwagę konsekwencje unii lubelskiej, podporządkowanie Królestwa Polskiego Rosji, przesiedlenia mniejszości kresowych pod II wojnie światowej – to nie powinno być dla nas obojętne, co się tam dzieje, bo spory te mogą się tu przenieść. Mamy przecież w tej Polsce prawosławnych sympatyzujących z Rosją i tych sympatyzujących z Ukrainą. Warto więc wiedzieć, o co w tym sporze chodzi i przybliżyć sobie prawosławie. Wypada też pamiętać o tym, że w Rosji katolicyzm nie jest uznawany za oficjalną religię czy może w tym wypadku raczej – wyznanie. Tam uznaje się prawosławie, islam, judaizm i buddyzm.

Frekwencja

Kolejne wybory za nami i można powiedzieć, że nic się nie zmieniło, bo partia wygrywająca nie jest w stanie utworzyć samodzielnie rządu, a partie przegrywające mogą stworzyć koalicję większościową. Jednym słowem ci, którzy przegrali będą rządzić. Taki to urok demokracji. Ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo i tak wcześniej wszystko ustalono. Wydaje się, że preferencje głosujących nie zmieniają się. Jest jednak jedna zasadnicza zmiana. Dotyczy ona frekwencji. W tych wyborach była ona wyjątkowo wysoka, najwyższa od 1989 roku w wyborach do sejmu, a więc od pierwszych, jeszcze częściowo, wolnych wyborów. Wówczas były dwie tury głosowania. W pierwszej frekwencja wyniosła 62,70%, w drugiej – 25,31%. Później wyglądało to tak, jak w poniższej tabeli.

19891991199319972001200520072011201520192023
62,70%43,20%52,13%47,93%46,29%40,57%53,88%48,92%50,92%61,74%74,38%

Co takiego stało się pomiędzy 2019 a 2023 rokiem? Zanim jednak o tym, to wypada sobie przypomnieć, co stało się w 1989 roku i czy to nie miało wpływu na frekwencję aż do obecnych wyborów. Informacje na ten temat zaczerpnąłem z Wikipedii.

Przy Okrągłym Stole ustalono, że w wyborach do Sejmu PRL 65% mandatów (299) miało przypaść stronie rządowej. O pozostałe 35% mieli ubiegać się bezpartyjni, czyli opozycja. 10% miało być wyłonione z tzw. listy krajowej, ogólnopolskiej listy obejmującej 35 kandydatów, którzy też reprezentowali stronę rządową. O takiej liczbie kandydatów zadecydowała Rada Państwa.

W wyborach 4 czerwca 1989 roku strona opozycyjna uzyskała 160 ze 161 mandatów dla kandydatów bezpartyjnych. W głosowaniu do Senatu 92 kandydatów „Solidarności” zdobyło mandaty – na 100 możliwych. Z listy krajowej, z 35 kandydatów, tylko dwóch uzyskało więcej niż 50% głosów ważnych. W ramach pozostałych 261 mandatów dla ugrupowań koalicyjnych, czyli rządowych, żaden z kandydatów nie uzyskał więcej niż 50% ważnych głosów. Dwie osoby z największym poparciem przechodziły do drugiej tury. Porażką zakończył się też start przedstawicieli opozycji spoza KO „S”, z których żaden nie został wybrany do Sejmu lub Senatu.

8 czerwca zorganizowano spotkanie Komisji Porozumiewawczej. Pojawiła się wówczas propozycja unieważnienia głosowania na krajową listę wyborczą i powtórnego głosowania na nią w drugiej turze. Strona solidarnościowa nie sprzeciwiała się zmianie ordynacji wyborczej i przeniesieniu tych mandatów na okręgi wyborcze przeznaczone wyłącznie dla kandydatów strony rządowej (koalicyjnej). Decyzję w tej sprawie powierzono Radzie Państwa, która 12 czerwca 1989 roku wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą oraz uchwałę tworzącą 33 nowe mandaty wyłącznie dla kandydatów strony rządowej. Było to rozwiązanie kontrowersyjne, bo doszło do zmiany zasad wyborów w trakcie ich trwania, co uważano za ważny precedens. 18 czerwca odbyło się głosowanie w drugiej turze. Wybrano 295 posłów i 8 senatorów. Frekwencja wyniosła 25,31%.

Zarówno strona rządowa jak i opozycyjna były zaskoczone frekwencją – 62,70%. Obie strony spodziewały się wyższej. Jednak fakt, że prawie 40% uprawnionych do głosowania nie poszło na wybory, świadczy o tym, że była wtedy w Polsce spora grupa ludzi, którzy nie dali się nabrać na ten cyrk, który zaczął się od Okrągłego Stołu. I przez 34 lata, aż do ostatnich wyborów, była to najwyższa frekwencja. Cóż więc się stało, że w porównaniu do poprzednich wyborów (61,74%) nastąpił wzrost do 74,38%, a więc o ponad 12%. Przez tyle lat niewiele się zmieniało, aż tu nagle taki skok.

Gdyby te zmiany zachodziły stopniowo, z wyborów na wybory, to można by domniemywać, że następuje zmiana w nastawieniu elektoratu, ale tak nie było. Owszem, w poprzednich wyborach zdarzały się duże różnice: 1991 (43,20%) – 1993 (52,13%); 2005 (40,57%) – 2007 (53,88%); 2015 (50,92) – 2019 (61,74%). Nigdy jednak frekwencja nie przekroczyła tej z wyborów z 1989 roku. Te różnice można więc było przypisać wahaniom nastrojów stałego elektoratu. Gdzie jest zatem przyczyna tak radykalnej zmiany? Może we frekwencji wyborczej w największych miastach w Polsce?

WarszawaPoznańKrakówGdańskWrocławŁódźKatowiceSzczecin
84,92%82,92%81,95%81,50%81,16%79,28%78,73%77,88%

Czy to nowi „Polacy” podnieśli tak frekwencję, na poziom dotychczas w Polsce nieosiągalny? Osiedlają się oni głównie w największych polskich miastach i w nich była największa frekwencja wyborcza. Czy zatem już dorobiliśmy się „rodzimych” yuppies? – Young Ukrainian Professionals. No cóż, śmiesznie to brzmi, ale – jaki kraj, tacy profesjonaliści.

W wyborach w 2019 roku frekwencja wyniosła 61,74%, do głosowania było uprawnionych 30,2 mln, głosowało – 18,7 mln. W 2023 roku frekwencja wyniosła 74,38%, uprawnionych do głosowania było 28,9 mln, głosowało – 21,4 mln. Z tego wynika, że przybyło 2,7 mln głosujących. Skąd przybyło? Czy z Ukrainy? Szacuje się, że od 2014 roku osiedliło się w Polsce około 2-3 mln Ukraińców. Przez ten czas wielu z nich, a może nawet większość, zdobyło już polskie obywatelstwo i może głosować. Czy zatem to oni wpłynęli na wzrost frekwencji? Bardzo możliwe, że tak, choć nie należy zapominać o tym, że w tej kampanii mocno zachęcano ludzi do pójścia na wybory. Zaangażowano do tego różnych celebrytów, a nawet najbardziej popularnych sportowców, jak Iga Świątek czy Robert Lewandowski. Odniosłem wrażenie, że rządzącym tym razem bardziej zależało na frekwencji niż na samym wyniku głosowania. Stary rząd nabroił i taktycznie wycofuje się, a nowy powie: to nie my, to oni. I jak to zwykle bywa w demokracji, nikt nie ponosi odpowiedzialności za podejmowane decyzje, co czyni ją idealnym ustrojem dla rządzących.

Robi się, w mojej ocenie, coraz bardziej niebezpiecznie. Tak wysoka frekwencja, najwyższa w III RP, daje władzy mocny argument, legitymizuje ją, jak nigdy dotąd. I ta władza ten argument wykorzysta, gdy będzie chciała wprowadzić jakieś drastyczne zmiany w obowiązującym prawie. Czy ci ludzie już zapomnieli, co się działo w trakcie tej „pandemii”? Wszystkie partie zgodnie działały, nikt nie protestował. Czy ci ludzie nie widzą tego, że rząd PiS sprowadził miliony Ukraińców i dał im większe prawa niż obywatelom tego państwa? I żadna partia, żadna „opozycja” nie protestowała. Kim więc są ci, którzy poszli głosować? A kim byli ci, którzy w 1989 roku nie poszli głosować? Może to właśnie w większości byli Polacy – te 40%. A dziś? Te 30%, które nie poszło na wybory, kim oni są? Czy takie są proporcje Polaków i „Polaków” z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego? Bo im zapewne sprowadzenie milionów Ukraińców do Polski nie przeszkadza. Czy to oznacza, że Polska w Polsce dramatycznie kurczy się, a Ukraina w Polsce rozpiera się? I to wszystko na naszych oczach.

Takie to wnioski chodzą mi po głowie po tych wyborach. Nie wiem, czy słuszne.

Dom wariatów c.d.

Od początku wojny na Ukrainie wmawia się nam, że to nasza wojna i że musimy bronić Ukrainy, bo jeśli nie, to czeka nas ten sam los. Skąd takie pomysły i dlaczego nas tak straszą? I czy oni wierzą w to, co mówią? To są echa pewnego artykułu Juliusza Mieroszewskiego, zamieszczonego w paryskiej „Kulturze” w 1974 roku. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

Jeśli chodzi o stosunek do ZSRR, początkowo był zwolennikiem walki przeciwko niemu „na wszystkich dostępnych nam polach i w każdej dostępnej nam formie”, jednakże w latach późniejszych uznał stosowanie metod siłowych za bezcelowe, nieskuteczne. Dawał wyraz przekonaniu, iż zmiany zachodzące w imperium sowieckim w konsekwencji muszą doprowadzić do jego rozpadu. Zauważał jednak, że problem rosyjski w dalszym ciągu będzie dla Polski aktualny i wymagający rozwiązania. Proponował „demokratyzację” ZSRR, swoisty „eksport europejskości”, co miałoby neutralizować zgubne skutki mechanizmów komunizmu, zarówno wewnątrz imperium, jak i w państwach satelickich. Tego zadania miała się podjąć Polska jako państwo najbardziej zbliżone do Zachodu – zarówno pod względem geograficznym, jak i kulturowym.

W 1974 na łamach „Kultury” sformułował, wraz z Jerzym Giedroyciem, fundamentalną dla polskiej myśli politycznej koncepcję, iż suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski.

xxx

Ten tekst Juliusza Mieroszewskiego jest uznawany za kamień milowy polskiej myśli politycznej dotyczącej polityki wschodniej. Dziw bierze, że do tej pory nie jest ogólnodostępny w sieci – publicyści z kręgu paryskiej „Kultury” dążyli do upowszechniania ich myśli szerszemu ogółowi. Dziś argumenty Juliusza Mieroszewskiego znalazłyby wielu oponentów – docenić należy odwagę autora piszącego ten tekst w 1974 roku. Artykuł Mieroszewskiego pt. Rosyjski „kompleks Polski” i obszar ULB, pojawił się w numerze 9 (324) paryskiej „Kultury” w 1974 roku. – Tak piszą administratorzy strony, na której został umieszczony ten tekst. Tu link do całego tekstu, który pojawił się na linkowanej stronie 15 maja 2011 roku. https://web.archive.org/web/20110515115116/http://lubczasopismo.salon24.pl/nieuczesane/post/305065,j-mieroszewski-rosyjski-kompleks-polski-i-obszar-ulb

Poniżej wybrane fragmenty:

Jeżeli dla uproszczenia obszar obejmujący Ukrainę, Litwę i Białoruś określimy literami ULB – to należy stwierdzić, że w przeszłości – a poniekąd i dziś – obszar ULB był czymś więcej niż „kością niezgody” pomiędzy Polską a Rosją. Obszar ULB determinował formę stosunków polsko-rosyjskich, skazując nas albo na imperializm, albo na satelictwo.

Jest szaleństwem przypuszczać, że poprzez uznanie problemów ULB za wewnątrzpaństwową sprawę rosyjską – Polska może wyprostować swoje stosunki z Rosją. Rywalizacja pomiędzy Polską a Rosją na tych obszarach miała zawsze na celu ustalenie przewagi, a nie dobrosąsiedzkich stosunków polsko-rosyjskich.

Z punktu widzenia rosyjskiego, wcielenie obszarów ULB do imperium rosyjskiego jest niezbędnym warunkiem umożliwiającym zredukowanie Polski do statusu satelickiego. W perspektywie Moskwy Polska musi być satelicka w takiej czy innej formie. Historia uczy Rosjan, że Polska prawdziwie niepodległa sięgała zawsze po Wilno i Kijów i usiłowała ustalić swoją przewagę na obszarach ULB. Gdyby powyższe dążenia historyczne Polaków zostały uwieńczone powodzeniem – byłoby to równoznaczne z likwidacją pozycji imperialnej Rosji w Europie. Innymi słowy, Polska nie może być prawdziwie niepodległa, jeżeli Rosja ma zachować status imperialny w Europie.

Ja również nie wierzę w system „albo my, albo oni” – nie wierzę, byśmy byli kiedykolwiek w możności odepchnąć Rosję z rogatek Przemyśla pod Smoleńsk. Uważam również, że system powyższy – choć głęboko historycznie zakorzeniony – jest dziś anachronizmem, barbarzyńskim anachronizmem. Ukraińcy, Litwini i Białorusini w dwudziestym wieku nie mogą być pionkami w historycznej grze polsko-rosyjskiej.

Pragnąłem wykazać, że system „my albo oni” – choć czerpie swą moc z wielowiekowej tradycji – jest w gruncie rzeczy zatrutym źródłem. Musimy szukać kontaktów i porozumienia z Rosjanami gotowymi przyznać pełne prawo do samostanowienia Ukraińcom, Litwinom i Białorusinom i, co również ważne, musimy sami zrezygnować raz i na zawsze z Wilna, Lwowa i z jakiejkolwiek polityki czy planów, które by zmierzały do ustanowienia w sprzyjającej koniunkturze naszej przewagi na Wschodzie kosztem cytowanych wyżej narodów. Tak Polacy, jak i Rosjanie muszą zrozumieć, że tylko nieimperialistyczna Rosja i nieimperialistyczna Polska miałyby szansę ułożenia i uporządkowania swych wzajemnych stosunków. Musimy zrozumieć, że każdy imperializm jest zły, zarówno polski, jak rosyjski – zarówno zrealizowany, jak i potencjalny, czekający na koniunkturę.

xxx

To są fragmenty, ale zachęcam do przeczytania całości, choćby pobieżnie. Jeśli ten tekst jest uznawany za kamień milowy polskiej myśli politycznej dotyczącej polityki wschodniej, to ręce opadają. Przede wszystkim, jeśli już, to myśli politycznej tych, którzy utożsamiają się z byłym Wielkim Księstwem Litewskim. Do nich należy zapewne Giedroyć i Mieroszewski, choć ten ostatni był prawdopodobnie krakowskim Żydem. Ten tekst to jakieś grafomaństwo. Autor nie wspomina o tym, skąd się wzięło WKL. A przecież jest to podstawa, by zrozumieć stosunek Rosji do tych ziem, które on nazywa ULB.

To ziemie byłej Rusi Kijowskiej. W wyniku jej rozbicia dzielnicowego i mongolskich najazdów stała się ona łatwym łupem dla Litwinów. Państwo litewskie było słabym państwem i nie miało szans, by samodzielnie utrzymać na dłuższą metę kontrolę nad tak ogromnym obszarem i obronić je przed zakusami rosnącej w siłę Moskwy. Taki był interes WKL czy ULB, jak zawał, tak zwał. Nigdy to nie był interes Polski. Po unii lubelskiej, która się dokonała za rządów Jagiellona – Zygmunta Augusta, a więc nie Polaka, Korona została całkowicie zdominowana przez WKL i jej interes był ważniejszy, niż interes Korony. Interesem Korony było odzyskanie ziem utraconych na zachodzie, a interes WKL koncentrował się na wschodzie. Polegał on na utrzymaniu ziem byłej Rusi Kijowskiej oraz dążeniu do odzyskania tego, co wcześniej ono straciło na rzecz Moskwy. I takie zadanie miał też Batory, który nie mówił po polsku. Pacta conventa zawierały punkt, mówiący o tym, że każdy król elekcyjny będzie dążył do odzyskania ziem utraconych przez WKL. O tym autor nie wspomina i nawet nie wyjaśnia, dlaczego to Polska miałaby się tam angażować.

Cały konflikt autor rozpatruje w kategoriach skrajnych: albo imperializm, abo satelictwo. A więc interes WKL czy ULB nazywa polskim imperializmem, czyli że to Polacy dążyli do zdominowania WKL, by Rosja nie podporządkowała go sobie. A przecież było dokładnie odwrotnie. To Litwini chcieli zachować swoje zdobycze imperialne i nie dopuścić do ich utraty na rzecz Moskwy. To był konflikt elit WKL z Moskwą. I ten stan trwa do dziś. Obecna Polska jest również zdominowana przez wschodnie elity, a emigracja „polska” też, bo paryska „Kultura”, to Giedroyć, a Giedroyć to Litwa. I te wschodnie elity są antyrosyjskie i to one straszą rosyjskim imperializmem. Czasem mam wrażenie, że na tym wschodzie był tylko jeden normalny człowiek – Józef Mackiewicz. On pisał po polsku, ale nie uważał się za Polaka. Utożsamiał się z tym, co kiedyś było Wielkim Księstwem Litewskim i często podkreślał w swojej twórczości różnice pomiędzy Polską a ziemiami byłego WKL. Niestety reszta uważa się za Polaków i według własnych kryteriów definiuje interes Polski, który tak naprawdę jest interesem byłego WKL.

Państwa we władaniu dynastii Jagiellonów pod koniec XV wieku; źródło: Wikipedia. Na tej mapie widać wyraźnie jak daleko na wschód sięgało WKL.
Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie przed unią lubelską (1561); źródło: Wikipedia. Tu widać ziemie utracone przez WKL na rzecz Moskwy. I to do ich odzyskania zobowiązywali się królowie elekcyjni.
Wielkie Księstwo Litewskie (ciemny czerwony) w ramach Rzeczypospolitej ok. 1635; źródło: Wikipedia. Widać na tej mapie, że nie doszło do odzyskania na wschodzie wszystkich ziem, będących we władaniu Jagiellonów pod koniec XV wieku. Gdzie zatem ten polski imperializm? Włączenie do Korony południowej części WKL dokonało się za życia ostatniego Jagiellona – Zygmunta Augusta.

O co tak naprawdę chodzi w tym dziejowym konflikcie, w którym Rosję oskarża się o imperializm? Jest to konflikt prawosławia kijowskiego z prawosławiem moskiewskim. Jako że prawosławie kijowskie od początku było słabsze od moskiewskiego, to od początku szukało pomocy na zewnątrz, a że Polska była najbliżej, to ona właśnie jako pierwsza została wciągnięta w tę hucpę. To słowo nie zostało tu użyte przypadkowo. I dziś jest tak samo. Ukraina szuka pomocy na zewnątrz.

Dla Rosji podstawą jej polityki jest podporządkowanie wszystkich państw, w których dominuje prawosławie. Ziemie byłej Rusi Kijowskiej to prawosławie, a więc zgodnie z rosyjską doktryną, muszą podlegać Rosji. I wedle tych wschodnich elit, zainstalowanych w Polsce, jest to imperializm rosyjski. A Rosja te ziemie definiuje jako bliską zagranicę i nie zamierza tolerować nikogo, kto będzie chciał ten stan zmienić. Mamy więc tu do czynienia nie z imperializmem, tylko z wojną religijną, choć być może jest to wyższa forma imperializmu. O tym jednak nikt nie wspomina, bo to oznaczało by przeniesienie go na zupełnie inną płaszczyznę.

Czy Polsce coś grozi ze strony Rosji? Czy Rosja może zaatakować Polskę? Jeśli Polska sprowokuje, to różnie może być. Jednak Rosja nie musi atakować Polski, bo Polska jest już, w pewnym sensie, podbita przez Rosję. Rosja podbija Polskę prawosławiem od czasu, gdy po kongresie wiedeńskim „łyknęła” lwią część byłego Księstwa Warszawskiego. Na ziemiach Królestwa Polskiego zainstalowała swoją administrację, w której dominowali prawosławni Rosjanie. Napłynęło więc do Królestwa mnóstwo prawosławnych, którzy rozproszyli się po całym jego obszarze. A że potrzebne były im cerkwie, to i je zbudowano. Po upadku caratu ci ludzie nie wrócili do Rosji bolszewickiej, bo nie mieli do czego wracać. To było już trzecie czy czwarte pokolenie, ludzie zasymilowani, zajmujący często wysokie stanowiska, pewnie od urodzenia mówiący po polsku. Zostali w Polsce. Po II wojnie światowej z Kresów przesiedlano głównie mniejszości kresowe, czyli prawosławnych. Po 24 lutego 2022 – wyłącznie prawosławnych. Bardzo możliwe, że już obecnie prawosławni mieszkańcy Polski stanowią większość. Wprawdzie część z nich może być prawosławnymi kijowskimi, ale gdy wojna skończy się, a skończy się zwycięstwem Rosji, to oni wrócą do cerkwi moskiewskiej. Prawosławni zawsze będą bardziej lojalni wobec Rosji niż Polski. I na tym polega ten podbój.

Ci przybysze ze wschodu, poprzez swoje antyrosyjskie fobie, wciągają Polskę w wojnę z Rosją, wmawiając, że jest to polski interes. A przecież tak nie jest i tak nie było. Jan Długosz (1415-1480) pisał:

„… I ja, piszący te Kroniki, czuję niemałą pociechę z ukończenia wojny pruskiej [trzynastoletniej], odzyskania krajów z dawna od Królestwa Polskiego odpadłych i przyłączenia Prus do Polski (…) Byłbym jeszcze szczęśliwszy, gdybym doczekał się odzyskania (…) i zjednoczenia z Polską Śląska, ziemi lubuskiej i słupskiej (…) Z radością zstępowałbym do grobu i słodszy miałbym w nim odpoczynek”.

Jak obcy i niezrozumiały wydźwięk ma dla mnie to, co napisał Juliusz Mieroszewski i jak bardzo to kontrastuje z tym, o czym pisał Długosz. Od unii lubelskiej nie ma już Polski. Jest coś innego. Jest kraj Zulu-Gula, który jeszcze nazywają Polską.

Dom wariatów

W związku z tym, że Roman Giertych – niby narodowiec, bo podobno odcina się od spuścizny dziadka – ma kandydować w wyborach do Sejmu z list KO (Komitet Obywatelski), czyli Platformy Obywatelskiej, to może warto bliżej przyjrzeć się tej rodzinie. Informacje o niej zaczerpnąłem z Wikipedii.

Jędrzej Giertych (1903-1992) – jeden z przywódców Stronnictwa Narodowego powstałego w 1928 roku. Studiował prawo na UW (1921-26) i w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. W 1926 roku podczas zamachu majowego zgłosił się do wojska w obronie legalnego rządu. W latach 1927-1932 był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W 1932 roku usunięty z MSZ, rozpoczął działalność w Obozie Wielkiej Polski i Stronnictwie Narodowym od 1935 roku. W kampanii wrześniowej brał udział w obronie Helu. Został wzięty do niewoli i w latach 1939-45 przebywał w niemieckich obozach jenieckich. Po II wojnie światowej wrócił do Polski i wywiózł swoją żonę i sześcioro dzieci. Do końca życia przebywał na emigracji w Wielkiej Brytanii. W PRL-u informacje na temat Jędrzeja Giertycha podlegały cenzurze. Jego nazwisko znalazło się na specjalnej liście osób z całkowitym zakazem publikacji.

Z tej krótkiej informacji wynika, że najpierw walczył z sanacją, a zaraz potem zatrudniła go ta sanacja w swoim MSZ. Później zapewne został oddelegowany do pracy jako Polak-katolik i wielki patriota. Wojnę przesiedział bezpiecznie w obozie jenieckim. I w 1945 roku wjechał tak sobie na chwilę do PRL-u, by zabrać rodzinę na Zachód. Musiał być kimś wyjątkowym, bo w tamtym czasie wyjazd w tamtym kierunku był niemożliwy dla przeciętnego człowieka. Wyjechał do Wielkiej Brytanii, a więc został zapewne angielskim agentem.

Maciej Giertych (1936) – w 1945 roku jego ojciec przyjechał do Polski, po czym cała jego rodzina wyjechała do brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec, a stamtąd wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. W latach 1954-1958 studia z nauk biologicznych na Uniwersytecie w Oksfordzie. W 1962 roku powrócił do kraju. Pracował w Instytucie Dendrologii PAN w Kórniku pod Poznaniem. W 1989 został profesorem zwyczajnym w zakresie nauk leśnych. Członek Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa (1986-1989), którym był wtedy Jaruzelski. Członek i wiceprzewodniczący Prymasowskiej Rady Społecznej (1986-1989), poseł na Sejm IV kadencji (2001-2004), deputowany do Parlamentu Europejskiego V i VI kadencji (2004-2009). W 2005 roku był kandydatem Ligi Polskich Rodzin w wyborach prezydenckich. Głosi poglądy kreacjonistyczne i jest zwolennikiem teorii młodej Ziemi. W 2006 roku zorganizował konferencję w Parlamencie Europejskim, na której przekonywał, że nie ma dowodów prawdziwości teorii ewolucji biologicznej i nie powinna ona być wykładana w szkołach. Również w 2006 roku podczas jednego z wykładów wskazywał, że podania o smokach, występujące w wielu kulturach z różnych części świata, są poszlaką wskazująca, że dinozaury miały styczność z ludźmi.

W tym wypadku mamy do czynienia z wyszkolonym agentem angielskim, który w 1962 roku wraca do PRL-u, w którym jego ojciec jest na cenzurowanym, a on dostaje pracę w instytucie PAN-u i robi karierę naukową. Później ściśle współpracuje z komunistami i z klerem katolickim, a jeszcze później wraca do przedwojennych korzeni ojca i staje się narodowcem, Polakiem-katolikiem i wielkim patriotą. W krótkim wywiadzie, jakiego Maciej Giertych udzielił ostatnio Rafałowi Mossakowskiemu z Centrum Edukacyjnego, powtarza on, że „Kościół katolicki nie jest dodatkiem do polskości, ale stanowi jego istotę”. – Takie bzdury wypowiada profesor Giertych. Catholicus to po łacinie ogólny, dotyczący całości, to Kościół w swojej całości. Jeśli więc jest tak, że Kościół katolicki jest istotą polskości, to znaczy, że polskość jest pojęciem rozmytym, że właściwie to każdy, kto jest katolikiem, może być Polakiem. A skoro tak, to ideologia narodowa, ideologia endecji jest antypolska. Jeśli jeszcze do tego dodamy powiedzenie generała zakonu jezuitów w latach 1652-1664 Goswina Nickela, że miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”, to wychodzi na to, że cała ideologia narodowa, to stek bzdur. Warto przy tym pamiętać, że czołowy ideolog endecji, Roman Dmowski, był całe życie deistą. Dopiero na krótko przed śmiercią ochrzcił się. Deizm to kierunek filozoficzny, także stanowisko światopoglądowe, powstały w okresie oświecenia, uznający Boga za stwórcę i prawodawcę, ale odrzucający wiarę w bezpośrednie kierowanie światem przez Boga, wiarę w cuda i objawienie. A więc deizm, to w zasadzie judeizm. Główne dzieło tego deisty to Kościół, naród i państwo. – Dom wariatów! Ale czy aby na pewno? Gdyby tymi „narodowcami” byli Polacy, to tak, ale skoro są nimi głównie Żydzi, to zmienia to postać rzeczy.

Pozostaje jeszcze synek Roman, nazwany tak pewnie po Dmowskim. Tradycja musi być zachowana. I ten synek staruje teraz z list PO, czyli partii o całkowicie odmiennej ideologii. Wykształcenie prawnicze, jak na naród prawniczy przystało. Oskarżony o udział w aferze finansowej. Radio RMF 24 pisze:

„Prokuratura Regionalna w Lublinie zamierza przedstawić nowe zarzuty Romanowi Giertychowi w związku ze śledztwem dotyczącym wyprowadzenia i przywłaszczenia łącznie ok. 92 mln zł z giełdowej spółki deweloperskiej Polnord – poinformował rzecznik tej prokuratury Andrzej Jeżyński. Giertych ma kandydować do Sejmu z list KO.”

We wszelkie afery finansowe zawsze i wszędzie są zamieszani Żydzi, bo tylko oni dysponują odpowiednią wiedzą, dominują we wszelkich instytucjach finansowych rządowych i prywatnych, urzędach, kancelariach prawnych, korporacjach itp. A ostatecznie, jak coś nie wyjdzie, to zawsze mogą uciec za granicę, bo oni wszędzie są u siebie. Adolf Nowaczyński w zbiorze swoich felietonów Plewy i Perły (1934) w jednym z nich Afera lady Parnes… pisał:

„Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów swoich ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej w państwach południowej Ameryki.”

Roman Giertych uciekł do Włoch. Podobno siedzi gdzieś w Toskanii. Nie ma więc chyba złudzeń co do tego, że rodzina Giertychów jest żydowskiego pochodzenia, a cały ten ruch narodowy jest całkowicie zdominowany przez Żydów, podobnie jak wszelkie inne partie czy ugrupowania polityczne. Fałszywy patriotyzm jaki stręczą Polakom, udziela się zapewne wielu z nich. A przecież dzisiejsza Polska jest krajem wielonarodowym, w którym Polacy stanowią już chyba mniejszość. A skoro tak, to taka ideologia nie ma racji bytu w takim państwie. Może jedynie służyć do jątrzenia.

Wypadało by jeszcze, dla porządku, zdefiniować pojęcie polskości, ale nie jest to takie proste. Jednak bez tego cała ideologia endecji jest jakby zawieszona w próżni, bo oni nie precyzują, co oni rozumieją pod tym pojęciem. W blogu „Polskość” próbowałem zmierzyć się z tym zagadnieniem, ale nie udało mi się zdefiniować w sposób jasny i klarowny, czym jest polskość. W następnym blogu spróbuję ponownie.

Wojny

Wojna na Ukrainie trwa w najlepsze, polski rząd zadłuża się na potęgę i nikt nie zwraca uwagi na to, jak wielkie jest to zagrożenie. Owszem, niektórzy lamentują, że dług będzie tak wielki, że nawet nasze wnuki tego nie spłacą. Problem jednak polega na tym, że tu wcale nie chodzi o jego spłacenie. Wojny kosztują i rządzący zawsze zadłużali się, by je prowadzić.

II pokój toruński – traktat zawarty w Toruniu 19 października 1466 roku pomiędzy Polską a zakonem krzyżackim, kończący wojnę trzynastoletnią, trwająca w latach 1454-1466. Papiestwo, stojąc po stronie Krzyżaków, nie zatwierdziło uchwał zawartego pokoju.

Postanowienia II pokoju toruńskiego to m.in.:

  • Królestwo Polski odzyskało Pomorze Gdańskie z Gdańskiem (jako Prusy Królewskie), ziemię chełmińską i ziemię michałowską
  • Polska uzyskała Warmię i Powiśle z Żuławami, a w ich obrębie miasta pruskie, m.in. Malbork i Elbląg.

Tak o tym pisze Wikipedia. Natomiast Antoni Mączak w książce Rządzący i rządzeni (1986) pisze:

„Szczególnie niszczące dla fiskusa były długotrwałe wojny. Konflikt polsko-krzyżacki, zwłaszcza trzynaście lat wojny 1454-1466, osłabił obie strony. Król polski na mocy statutów wymuszonych przez szlacheckie pospolite ruszenie w pierwszych miesiącach wojny utracił prawo nakładania podatków bez zgody sejmików, nadto prowadząc wojnę w dużym stopniu za pieniądze zbuntowanych przeciw Krzyżakom stanów pruskich, musiał odstąpić wielkim tamtejszym miastom sporą część domen Zakonu na terenach ostatecznie zdobytych. Z reszty trzeba było też niemało oddać w długotrwałe posiadanie dowódcom oddziałów zaciężnych.”

Z kolei Wikipedia tak pisze o Związku Pruskim:

„W dniu 4 lutego 1454 Tajna Rada wysłała z Torunia do Malborka poselstwo z listem, w którym formalnie wypowiedziała wielkiemu mistrzowi krzyżackiemu posłuszeństwo. Wkrótce do Krakowa udał się z poselstwem Hans von Baysen, który w imieniu Związku Pruskiego zwrócił się do króla Kazimierza Jagiellończyka o przyłączenie Prus do Polski. W dniu 21 lutego 1454 roku Baysen został przyjęty na posiedzeniu rady koronnej i wygłosił mowę z prośbą o inkorporację. Rada przegłosowała prośbę i król się do niej przychylił. Następnego dnia król wypowiedział Zakonowi wojnę. Akt inkorporacji wystawiony 6 marca 1454 r. oznaczał równocześnie początek wojny trzynastoletniej, finansowanej głównie przez Związek Pruski (pół miliona dukatów), w tym wielkie miasta pruskie: Gdańsk (470 tys. florenów węgierskich) i Toruń (124 tys. florenów węgierskich), króla Kazimierza (pół miliona dukatów) i społeczeństwo Królestwa Polskiego (pół miliona dukatów). W maju król Polski odebrał hołd w Toruniu od Ziemi chełmińskiej, 11 czerwca w Elblągu od Gdańska i m.in. Elbląga oraz od trzech biskupów pruskich. W Królewcu hołd odebrał kanclerz Jan z Koniecpola.”

Z powyższych cytatów wynika, że Kazimierz IV Jagiellończyk to, co zdobył na Krzyżakach, musiał oddać miastom pruskim. W sumie więc Polska, jako państwo, nic nie zyskała i można powiedzieć, że była to wojna w interesie Związku Pruskiego, który wciągnął ją do tej wojny. W praktyce był to początek likwidacji zakonu krzyżackiego, ale w taki sposób, by wszystko zostało w rodzinie. Samo przyłączenie Pomorza Gdańskiego do Polski w sytuacji, w której król był dłużnikiem Związku Pruskiego i miast pruskich, to była taka sztuka dla sztuki.

Trwa kampania wyborcza, statek tonie, a zabawa w wybory trwa. Zabawa, bo o sprawach najważniejszych, czyli stanie finansów państwa, nikt nie mówi. Jeśli zadłużenie jest tak wielkie, że nie da się go spłacić, a kredytujący nadal udziela pożyczek, to dlaczego to robi? Dlatego, że rząd polski, podobnie jak Kazimierz Jagiellończyk, będzie musiał „sporą część domen” odstąpić temu, od kogo pożyczył pieniądze. A on zdecyduje o tym, czy domenę zachodnią oddać „stanom pruskim”, a resztę połączyć z domeną zachodniej Ukrainy i do tego nowego tworu dodać domenę białoruską.

Taka jest niewidzialna potęga kreowanego z niczego pieniądza. W takiej sytuacji pożyczającemu wcale nie zależy na tym, by dłużnik oddał mu z procentami te g..no warte pieniądze, bo on je może sobie w każdej chwili dodrukować czy wykreować, bo to on! ma monopol na ten proceder. Wojny to najlepsza okazja do tego, by niebotycznie zadłużać walczące strony, a ponieważ koszty ich są tak wielkie, że żadna ze stron nie jest w stanie spłacić zaciągniętych kredytów, to rozliczenie musi nastąpić w innej formie. Bardzo możliwe, że to dlatego wymyślono podatek dochodowy, by wmówić ludziom, że to wszystko z ich podatków i ukryć w ten sposób fakt, że kreowanie pieniądza z niczego służy zupełnie innym celom, niż operacje finansowe i zyski z nich czerpane, choć również może być w tym celu wykorzystywane.

Warunek

Czyżby zanosiło się na nową ugodę perejasławską, ugodę z 18 stycznia 1654 roku? Na jej mocy Ukraina Naddnieprzańska, zwana czasem Ukrainą Kijowską, została wcielona do Carstwa Rosyjskiego. Akt tej ugody był pretekstem do najazdu rosyjskiego na Rzeczpospolitą kilka miesięcy później, czyli tzw. potopu rosyjskiego.

Przybliżony zasięg Ukrainy naddnieprzańskiej na tle granic współczesnej Ukrainy; źródło: Wikipedia.

16 sierpnia portal Kresy.pl informował – Miedwiediew: Ukraina będzie musiała zrzecc się Kijowa, by wejść do NATO (https://kresy.pl/wydarzenia/miedwiediew-ukraina-bedzie-musiala-zrzec-sie-kijowa-zeby-wejsc-do-nato/). Poniżej treść tej informacji:

Były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, obecnie wiceszef rosyjskiej rady bezpieczeństwa skomentował słowa urzędnika kancelarii NATO, który sugerował, że Ukraina mogłaby wejść do Sojuszu w zamian za rezygnację z części terytorium na rzecz Rosji.

Jak informowaliśmy, szef kancelarii NATO przyznał w wywiadzie dla dużej norweskiej gazety, że w ramach Sojuszu omawiano już opcję wejścia Ukrainy do NATO w zamian za rezygnację z części terytorium na rzecz Rosji i że to „możliwe rozwiązanie”. Jego wypowiedź wywołała na Ukrainie oburzenie.

We wtorek sprawę skomentował były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, zamieszczając wpis w serwisie społecznościowym Telegram.

„Nowy pomysł dla Ukrainy z kancelarii Sojuszu Północnoatlantyckiego: Ukraina może wstąpić do NATO, jeśli zrzeknie się spornych terytoriów” – pisze wiceprzewodniczący rosyjskiej rady bezpieczeństwa.

„A co? Ciekawy pomysł. Tylko problem w tym, że wszystkie ich rzekome terytoria są w najwyższym stopniu sporne. I żeby przystąpić do bloku, kijowskie władze będą musiały zrzec się nawet Kijowa, stolicy Dawnej Rusi [wzgl. Starożytnej Rusi – red.]” – napisał Miedwiediew.

„No a stolicę przeniosą im do Lwowa. Jeśli, oczywiście, pszeki [pogardliwe określenie na Polaków – red.] zgodzą się zostawić Lemberg [nazwa miasta w jęz. niemieckim i jidisz – red.] miłośnikom sadła z koksem [tu: z kokainą; aluzja do rozpowszechnionych w Rosji pogłosek o braniu narkotyków przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i jego otoczenie – red.]” – dodał były prezydent Rosji.

Przypomnijmy, że szef kancelarii NATO Stian Jenssen udzielił wywiadu „Verdens Gang”, jednemu z największych dzienników w Norwegii. Podczas rozmowy został zapytany, czy Ukraina musi zrezygnować z części swojego terytorium, by zyskać pokój i członkostwo w NATO. W odpowiedzi Jenssen oświadczył, że ta kwestia była już podnoszona w ramach Sojuszu. „Nie mówię, że tak musi być. Ale mogłoby to być możliwe rozwiązanie” – powiedział szef kancelarii NATO.

W komentarzu dla ukraińskich mediów przedstawiciel NATO zapewnił o pełnym poparciu natowskich sojuszników dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy. Powiedział, że przywódcy krajów członkowskich potwierdzili takie stanowisko podczas lipcowego szczytu NATO w Wilnie, a później nie uległo ono zmianie.

„Będziemy dalej wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie trzeba. Jesteśmy zaangażowani w osiągnięcie sprawiedliwego i trwałego pokoju” – zaznaczył przedstawiciel NATO.

xxx

Ta informacja nie zaistniała w polskich mediach głównego nurtu. Trudno zresztą się temu dziwić. Trwa kampania wyborcza. Najważniejszą informacją jest to, że jakiś siurek z Agrounii znalazł się na liście wyborczej PO. Skoro jednak szef kancelarii NATO dopuścił możliwość takiego rozwiązania, to znaczy, że taki wariant jest rozważany. Scenariusz ten może być brany pod uwagę, gdy Ukraina przegra tę wojnę. A przecież wiadomo, że przegrany musi czymś zapłacić zwycięzcy. Jedyne czym Ukraina może zapłacić, to terytorium.

Czy taki scenariusz jest jednym z wielu, czy może jest jedynym, który jest rozważany? Gdybyśmy wiedzieli z jakiego rejonu Ukrainy przesiedlono najwięcej ludzi do Polski, to znalibyśmy odpowiedź. Podobno Ukrainie ubyło około połowy ludzi ją zamieszkujących. Z 50 milionów zrobiło się 25, a może nawet mniej. Wyglądana na to, że rozbiór Ukrainy jest nieunikniony, tylko że jest jeszcze za wcześnie, by o tym otwarcie mówić.

Jeśli taki scenariusz zostanie zrealizowany, to będzie to oznaczać definitywny koniec państwa polskiego w tym kształcie i o takiej strukturze etnicznej, bo ci Ukraińcy, którzy tu zostali przesiedleni, na Ukrainę już na pewno nie wrócą, a prawdopodobnie dojdą jeszcze nowi przesiedleńcy. To nowe państwo będzie państwem, w którym dominować będzie prawosławie. Od zachodu napiera islam, od wschodu – prawosławie. W pewnym momencie dojdzie do zderzenia tych dwóch fundamentalizmów. Nowa bitwa pod Poitiers? I pewnie gdzieś między Odrą i Bugiem.

Apel

Kampania wyborcza zaczyna powoli rozkręcać się. Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a jednak! Zaskoczył mnie Maciej Maciak, który wystąpił na swoim kanale z apelem do Ukraińców. Prosił wszystkich, którzy mają takie możliwości, by wycięli ten fragment i rozpowszechniali, gdzie się da. Poniżej ten fragment od 19:00. Trwa to mniej więcej dwie minuty.

Kochani Ukraińcy, którzy jesteście tutaj w Polsce, bardzo was przepraszamy za decyzje polskich polityków, które ci politycy podejmowali w kwestii waszego kraju. Nie mieliśmy nic z tym wspólnego. Oni zdradzili programy, z którymi szli do wyborów. Po wyborach zaczęli zachowywać się zupełnie inaczej. My ich wybraliśmy dlatego, żeby zaprowadzili tu dobrobyt, żeby zaprowadzili pokój, a oni oszukali nas. Popchnęli was do wojny, oszukali was, że pomogą wam. Podpuścili was polscy politycy i nie tylko polscy. Oczywiście sami by na to nie wpadli, bo są za głupi. Oni was oszukali. My to zmienimy, my to widzimy. Pomóżcie nam wypchnąć ich z polskiego parlamentu, pomóżcie nam dojść do władzy. A gdy osiągniemy władzę, po tych wyborach, na drugi dzień skończy się wam wojna. Są do tego specjalne narzędzia. Pomożemy wam odzyskać władzę we własnym kraju. I tylko my możemy to zrobić. Jeżeli znowu uwierzycie politykom partii telewizyjnych w Polsce, to nie unikniecie… wiecie, że teraz rusza duża fala mobilizacji na Ukrainie. Będą was ściągać z zagranicy. Nie przeżyjecie tego. Pomożecie sobie, pomagając nam. – Mówię teraz za siebie. Nie odpowiadam za te wszystkie akcje przeciwko wam. Ludzie, którzy nawet nie wiedzą, że chodzą na pasku gdzieś tam kogoś zza oceanu, którzy nawet nie rozróżniają nazistów ukraińskich od normalnych obywateli ukraińskich. Ale też możecie sobie samym przyznać, powiedzieć: zawaliliśmy sprawę kiedy nacjonalizm, sterowany z Wall Street, jest udowodnione, się rozwijał nie robiliśmy nic. To się rozwinął. Dziś jesteście w reżimie wojennym. Więc nie popełnijcie tego błędu drugi raz, bo to samo dzieje się w Polsce. Dziś partie telewizyjne w Polsce milutkie. One unikają tematu „wojna”, mówią coś, że trzeba kontakty z Rosją itd.

xxx

Mamy więc kolejnego, który chce przepraszać w imieniu innych za coś, za co oni nie odpowiadają. Bo obecny rząd został wybrany glosami tych, którzy głosowali na PiS. Inni głosowali na inne partie. A jest wielu takich, którzy na wybory nie chodzą. Samo to jest jednak mało istotne. Ważne jest coś innego. Otóż dowiedzieliśmy się, że w „Polsce” mieszkają Ukraińcy, którzy mają prawo wyborcze i zapewne musi to być już spora grupa ludzi, skoro Maciak zdecydował się na taki apel. No bo jeśli prosi ich o pomoc, to ta pomoc może być tylko jednego rodzaju – głosowanie na Ruch DiP.

Kiedyś, gdy w 1918 roku powstało państwo polskie, pojawiło się powiedzenie: ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego. Ono obrazowało pewne zjawisko, a mianowicie takie, że zachodzą wielkie zmiany, a większość ludzi nadal żyje w poprzedniej epoce. I dziś jest tak samo. I będzie tak, że – ni z tego, ni z owego, nie mamy Polski od pierwszego. Jeszcze większość, zdecydowana większość, nie zdaje sobie sprawy z tego, że III RP skończyła się 24 lutego 2022 roku, tak jak II RP skończyła się 1 września 1939 roku. Ale będzie jeszcze lepszy numer, gdy większość dopiero po wyborach dowie się, że jest coś takiego jak Ruch DiP, który prawdopodobnie uzyska w nich dobry wynik i wprowadzi do sejmu i senatu swoich przedstawicieli. Ale „willa z basenem” nie dla nich. Pierwszeństwo będą mieli Ukraińcy.

Dlaczego wybuchło?

Jak co roku, na początku sierpnia powraca temat powstania warszawskiego. Nie inaczej było i tym razem. Oficjalna narracja jest niezmienna, ale są tacy, którzy pewne wydarzenia tłumaczą inaczej. Do nich należy Maciej Maciak, który na swoim kanale „Musisz to wiedzieć” w odcinku 1699 z dnia 8 sierpnia staje w obronie Armii Czerwonej, która, według niektórych, stała pod Warszawą i nie pomogła powstańcom. Maciak chce udowodnić jak, jego zdaniem, fałszuje się historię. Mówi o tym od 6. do 21. minuty. Poniżej wybrane fragmenty jego wypowiedzi.

Zanim się powstanie warszawskie zaczęło ci, którzy byli w szeregach AK i nie chcieli powstania byli mordowani przez tych, którzy chcieli powstania. I to niezależnie kim byli. Tu kłania się mord na panu Makowieckim z wydziału propagandy AK i innych osobach. Z żonami byli mordowani, bo nie chcieli powstania. To jest kłamstwo, że ludzie ochoczo poszli do powstania. Wcale tak nie było i ja uważam, że póki archiwa brytyjskie i amerykańskie nie będą odtajnione na ten temat, nie powinniśmy niemal żadnych analiz brać za sensowne.

Wszystkim nam, którzy nie znają szczegółów powstania warszawskiego wydaje się, że 1 sierpnia, jak wybuchło powstanie, to po drugiej stronie Wisły stała Armia Czerwona, nazywana Rosjanami i oni tak się przyglądali i nic nie robili. Gdy wybuchło powstanie, to Armia Czerwona była 50 km od Warszawy. W momencie wybuchu powstania cała lewo- i prawobrzeżna Warszawa jest pod kontrolą Niemców. Ale my mamy wrażenie, że Armia Czerwona stoi na drugim brzegu Wisły i się przygląda. A to nieprawda.

Dlaczego z jednej strony Hitler bawił się jak kotek z myszką, a z drugiej strony dowódcy, prawdziwi dowódcy powstania, czyli Brytyjczycy kazali tak długo się opierać? Bo wygląda na to, że był tu wspólny interes Hitlera i Wielkiej Brytanii, czy tam kapitału, który rozpętał II wojnę światową (Maciak nie wie, że II wojnę światową rozpętał Franek Dolas – przyp. W.L.). Jaki to interes?

Co by miał zyskać Hitler, który nie zlikwidował powstania natychmiast? Dwie rzeczy: wiedząc jacy są Rosjanie, wabiłby ich do ataku, do pomocy, cały czas jest powstanie, cały czas powstanie walczy. No chodźcie pomścić! Przedrzyjcie się przez Wisłę, a my was wybijemy, dzięki temu odzyskamy przewagę na polu walki. Z drugiej zaś strony Wielka Brytania mogła podtrzymywać na duchu i rozkazać przywódcom powstania utrzymywać to powstanie, bo opóźniało ono pochód Stalina, Armii Czerwonej do Berlina. W związku z tym szybciej by dotarli alianci zachodni i to oni inaczej może podzieliliby świat. Nie podobało się zapewne, że Stalin będzie pierwszy w Berlinie. Stalin chciał być pierwszy, a też mamy powstanie i duże siły niemieckie. W interesie Londynu było utrzymywać powstanie i przy okazji skorzystać też z pijarowego zagrania, które do dziś pokutuje, że Związek Radziecki, czyli Rosjanie, ich zdaniem, nie pomogli Warszawie. Nie mieli żadnych szans pomóc Warszawie.

Gdy wybuchło powstanie, w trym samym czasie, była wielka bitwa pancerna, zwana bitwą pod Wołominem. Była to największa bitwa pancerna II wojny światowej na terenach Polski. Rosjanie ponieśli potężne straty, właśnie próbując wyzwolić Warszawę. W tej bitwie pod Wołominem Armia czerwona straciła około 300 czołgów w około dwa tygodnie. Straty niemieckie były mniejsze. Z racji tego, że był ten opór niemiecki, bo to był rejon umocniony, Związek Radziecki, Stalin, uznał, że nie będzie szedł lwu w paszczę i postanowili przebijać się na południe, a powstanie trwa. Przebijali się jakieś 40-50 km na południe od Warszawy. Był to przyczółek warecko-magnuszewski.

Nieprawdą jest, że Armia Czerwona nie chciała pomóc Warszawie. Wykorzystuje się ten fake historyczny do tego, aby szczuć nas na Rosjan. Fakty: od 29 sierpnia do 4 września, czyli jeszcze gdy trzymała się Starówka, czy po upadku Starówki, jeszcze toczyły się walki wokół wzgórza 140. Dopiero 10 września Niemcy opuszczają Pragę. Za moment koniec powstania. Gdzie Rosjanie stali pod Warszawą?

xxx

Tako rzecze Maciej Maciak. To są oczywiście wybrane przeze mnie fragmenty, czasem nawet pojedyncze zdania. Jak ktoś chce, to może odsłuchać całości, to tylko 15 minut. Ja wybrałem to, co wydaje mi się najważniejsze i do czego chciałbym się odnieść.

W jednym punkcie zgadzam się z Maciakiem. Było wielu ludzi w AK, którzy uważali, że powstanie nie powinno wybuchnąć. Również ludność cywilna Warszawy była krytycznie do niego nastawiona. W latach 80. miałem okazję rozmawiać ze starszą kobietą, warszawianką, która zapytana o to, jak to było z tym powstaniem, powiedziała, że warszawiacy przeklinali powstańców i byli bardzo negatywnie do nich nastawieni.

W okresie od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku miała miejsce w Teheranie konferencja z udziałem przywódców USA, Anglii i ZSRR. W polskiej sprawie postanowiono:

  • ustalić nową granicę Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona
  • dokonać podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • ustalono też, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej.

To są fakty. Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić napisał, że władze polskie w Londynie nie zostały poinformowane o postanowieniach tej konferencji, ale drogą nieoficjalną dotarły one do nich. Skoro jednak Maciak twierdzi, że to Anglicy podjęli decyzję o wybuchu powstania, to oni o tych postanowieniach wiedzieli.

Jeśli powstanie miało wybuchnąć, to powinno było to się stać tydzień wcześniej, gdy w Warszawie nie było praktycznie wojsk niemieckich. W dniach 23-24 lipca wybuchła wśród Niemców panika, która osiągnęła kulminację 27 lipca. Nawet władze cywilne przejściowo opuściły miasto. A wybuchło w momencie, gdy Niemcy wrócili ze znacznymi siłami. Kto podjął taką decyzję?

22 lipca na antenie Radia Moskwa został ogłoszony Manifest PKWN, który stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest Krajowa Rada Narodowa, a rząd RP na uchodźstwie określano jako władzę nielegalną. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do dowództwa AK. Sikorski zgadzał się na dużo, zgadzał się nawet na oddanie Kresów, byle tylko Polska mogła być niepodległym państwem. Chciał, by wojsko polskie wyzwalało Polskę razem z Armią Czerwoną, ale na to nie mógł zgodzić się Stalin i alianci zachodni, bo to oznaczało by, że to polskie wojsko w momencie wkroczenia na ziemie polskie byłoby gwarantem niepodległości nowego państwa. Dlatego wojsko to wyprowadzono do Iranu, by później walczyło na zachodzie Europy. I w ten sposób zostało zneutralizowane, a niewygodną osobę w postaci Sikorskiego spuszczono do morza. Chyba za dużo wiedział albo za dużo domyślał się, a że był ambitny, to tak to musiało się skończyć.

Jeśli więc ktoś oskarża Stalina o to, że nie pomógł powstaniu, bez względu na to czy mógł, czy – nie, to ma chyba jakieś problemy z logicznym myśleniem. Ale załóżmy, że Armia Czerwona pomaga powstaniu i wyzwala Warszawę, w której wita ją dowództwo AK. I co? Stalin dzieli się z nim władzą? W powieści Nie trzeba głośno mówić Mackiewicz pisał:

»Był za okupacji sowieckiej (w Wilnie po 17 września 1939 – przyp. W.L.) u nas taki „Konrad”. Jeszcze wtedy ani w Londynie, ani w Warszawie nie myślano o „sojuszu” z nimi, a on już wtedy wpadł na ten pomysł. I jak jego aresztowali, wystąpił w NKGB w roli „politycznego sojusznika”. Dostał tak w zęby, że potoczył się pod stół. Sam opowiadał później. Powiedzieli jemu wyraźnie: nam konkurentów, ani wspólników do podziału władzy nie potrzeba. Ot co. A wy chcecie „wspólnie” zdobywać Wilno! Tamten już raz dostał w zęby za to. A gdy uciekł z transportu w czterdziestym pierwszym, to dziś znowu powtarza to samo. O tacy, to gorsi od zarazy.«

Argument, że powstanie warszawskie opóźniało marsz Armii Czerwonej do Berlina też jest bez sensu, bo to, co ustalono w Teheranie było respektowane przez wszystkie strony. W blogu „Podział Niemiec” cytowałem Churchilla, który pisał w swoim dziele II wojna światowa:

Wszyscy rozumieli, że uzgodnienia dotyczące stref okupacyjnych nie mogą zakłócać operacji wojskowych. Berlin, Pragę i Wiedeń mógł zdobyć ten, kto doszedłby do nich pierwszy.

Pomimo zwycięskiego marszu armii Eisenhowera, prezydent Truman w drugiej połowie kwietnia stanął w obliczu groźnego kryzysu. Od pewnego czasu ze wszystkich sił starałem się uzmysłowić rządowi Stanów Zjednoczonych, jak wielkie zmiany zachodzą w sferach politycznej i wojskowej. Nasze zachodnie armie wkrótce znajdą się poza granicami stref okupacyjnych, ściskając Niemców między nami a zbliżającymi się ze wschodu Rosjanami.

12 czerwca prezydent odpowiedział na moją depeszę z 4 czerwca stwierdzając, że trójstronne porozumienie o okupacji Niemiec zostało zatwierdzone przez prezydenta Roosevelta „po długich rozważaniach i szczegółowych dyskusjach” ze mną i w związku z tym nie jest możliwe odwlekanie wycofywania wojsk amerykańskich ze strefy sowieckiej w celu wywarcia nacisku na osiągnięcie porozumienia w innych sprawach.

Trzeba jednak zauważyć, że właściwym momentem do działania w tych sprawach był czas, tak jak to wyjaśniłem we wcześniejszych rozdziałach, kiedy wojska potężnych sojuszników stały naprzeciw siebie w polu, zanim Amerykanie i w mniejszym zakresie Brytyjczycy dokonali odwrotu, na obszarze o długości 400 mil i szerokości sięgającej w niektórych miejscach 120 mil. W ten sposób oddaliśmy Rosjanom samo serce i wielki obszar Niemiec.

1 lipca armie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpoczęły wycofywanie się do przeznaczonych dla nich stref. Towarzyszyły im tłumy uciekinierów. Rosja Sowiecka usadowiła się w sercu Europy. Rozpoczął się etap groźny w skutkach dla całej ludzkości.

xxx

Po co w takim razie było powstanie, skoro nie chodziło o opóźnienie marszu Armii Czerwonej do Berlina, nie chodziło też o przejęcie władzy w Warszawie, bo Stalin nie zgodziłby się na to, pomijając już fakt, że garstka powstańców nie mogła przeciwstawić się regularnej, potężnej armii? I dlaczego Niemcy w trakcie walk konsekwentnie niszczyli miasto, bez względu na to, czy to było konieczne, czy – nie? Kto im tak kazał?

Miasto zniszczono, a potem odbudowano i zasiedlono zupełnie nowymi ludźmi, którzy wkroczyli do Warszawy wraz z Armią Czerwoną. Dlaczego tak się nie stało w Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie i Sofii? Czym sobie Polacy zasłużyli na taki los? Co jest wyjątkowego w tym miejscu pomiędzy Niemcami a Rosją, że tu nie może być normalnie?

“Powtórka z rozrywki”

Wszystko wskazuje na to, że działania zmierzające do wprowadzenia wojska polskiego do wojny na Ukrainie są powoli, ale konsekwentnie wdrażane. O tym mówi Leszek Sykulski na swoim kanale w odcinku nr 705 z dnia 10 czerwca. Poniżej fragmenty jego wypowiedzi.

Dziś chciałbym wrócić do tematu wypowiedzi Andersa Rasmussena, byłego sekretarza generalnego NATO (2009-2014 – przyp. W.L.). W dniu 7 czerwca 2023 roku brytyjski dziennik Guardian opublikował informację, że były sekretarz generalny NATO Anders Rasmussen, który pełni obecnie funkcję oficjalnego doradcy prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego, oświadczył, że grupa państw NATO może być skłonna do wysłania wojsk na Ukrainę, jeśli państwa członkowskie, w tym Stany Zjednoczone, nie zapewniłyby Kijowowi takich namacalnych gwarancji bezpieczeństwa na szczycie sojuszu w Wilnie.

Warto zauważyć, że Rasmussen, który jest obecnie doradcą prezydenta Zełeńskiego, był również jednym z autorów bardzo istotnego dokumentu, a mianowicie kijowskiego traktatu bezpieczeństwa, razem z szefem kancelarii prezydenta Ukrainy Andrijem Jermakiem. Anders Rasmussen ostrzegł, że jeżeli nawet jakaś grupa państw zapewni Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa, to być może inni członkowie NATO nie będą chcieli, aby kwestia członkostwa Ukrainy w NATO została w Wilnie zatwierdzona. I tutaj warto zauważyć, że Jens Stoltenberg, obecny sekretarz generalny NATO powiedział, że kwestia gwarancji bezpieczeństwa będzie na porządku dziennym w Wilnie, ale dodał, że NATO, zgodnie z artykułem 5-tym traktatu waszyngtońskiego zapewnia pełnoprawne gwarancje bezpieczeństwa tylko pełnoprawnym członkom. I tutaj Rasmussen powiedział:

„Jeśli NATO nie może uzgodnić jasnej ścieżki rozwoju dla Ukrainy, istnieje wyraźna możliwość, że niektóre kraje podejmą działania indywidualnie. Wiemy, że Polska jest bardzo zaangażowana w konkretną pomoc dla Ukrainy i nie wykluczam takiej możliwości, że Polska zaangażuje się jeszcze mocniej, w tym kontekście, na szczeblu narodowym, a za nią pójdą kraje bałtyckie, być może z uwzględnieniem możliwości wysłania wojska na miejsce.”

Mamy tutaj wyraźną deklarację, że Polska mogłaby zaangażować się jeszcze mocniej i wysłać swoje wojsko na Ukrainę. Kolejny cytat z Rasmussena:

„Myślę, że Polacy poważnie zastanowiliby się nad wejściem i utworzeniem koalicji chętnych, gdyby Ukraina nie dostała nic w Wilnie. Nie należy lekceważyć polskich odczuć. Polacy czują, że Europa zachodnia zbyt długo nie słuchała ich ostrzeżeń przed prawdziwą rosyjską mentalnością.”

Mamy tutaj bardzo charakterystyczne uchwycenie czegoś, co można nazwać romantyczną częścią polskiego charakteru narodowego. Pokazanie poprzez fakt, że nie zostali docenieni przez Europę zachodnią, czy przez wiele lat nie byli doceniani przez Europę zachodnią, będą starali się właśnie pokazać swoje zaangażowanie, czy pewną swoją nadgorliwość, jeśli chodzi o kwestię włączenia się do wojny na Ukrainie. I to jest oczywiście pytanie, czy Anders Rasmussen mówi tutaj tylko i wyłącznie o swoich odczuciach, czy jest to forma pewnego oddziaływania psychologicznego, czy rzeczywiście operuje konkretnymi informacjami, czy ma konkretną wiedzę, że takie plany są przygotowywane, jeśli chodzi o wejście sił Rzeczypospolitej, potencjalnie oczywiście, na Ukrainę? Trzeba również dodać, iż były sekretarz generalny NATO powiedział, że szukanie takiej pomocy wojskowej przez Ukrainę byłoby, jego zdaniem, całkowicie legalne.

Oczywiście wszystko rozbija się o ten lipcowy szczyt sojuszu północnoatlantyckiego w Wilnie. No i w tym momencie warto też zauważyć, że Rasmussen też dodał, że konieczne jest, aby Ukraina otrzymała pisemne gwarancje bezpieczeństwa i to jeszcze, jego zdaniem, najlepiej przed szczytem, ale – uwaga! – poza ramami sojuszu północnoatlantyckiego. Zdaniem Andersa Rasmussena takie gwarancje miałyby obejmować, z jednej strony wspólną wymianę informacji wywiadowczych, ale z drugiej strony także wspólne szkolenie żołnierzy, zwiększoną produkcję amunicji, no i dostawy broni, które miałyby Ukrainie wystarczać do powstrzymywania Rosji przed kolejnymi atakami. Trzeba również podkreślić, że były sekretarz generalny NATO ostrzegł, że same gwarancje bezpieczeństwa nie wystarczą i że potrzebne są konkretne kroki.

We wrześniu 2022 roku szef kancelarii prezydenta Ukrainy Andrij Jermak i Anders Rasmussen przedstawili Wołodymirowi Zełeńskiemu rekomendacje dotyczące takiego strategicznego partnerstwa między Ukrainą a państwami gwarantami tego ukraińskiego bezpieczeństwa. Przedstawione wówczas propozycje opierały się na idei stworzenia koalicji państw gwarantów bezpieczeństwa dla Ukrainy. Te gwarancje powinny być oparte na systemie porozumień w ramach dokumentu o wspólnym partnerstwie strategicznym. Kijowski traktat bezpieczeństwa miałby zjednoczyć taką podstawową, fundamentalną grupę państw sojuszniczych i Ukrainę. I to jest bardzo istotne, bo do tej grupy państw gwarantów bezpieczeństwa Ukrainy miałyby należeć takie państwa jak: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Francja, Australia, Turcja a także państwa skandynawskie i bałtyckie.

Wiemy, że spora część państw NATO nie będzie chciała włączenia Ukrainy do NATO, nie chcąc oczywiście konfrontować się bezpośrednio militarnie z Rosją, czy też dążyć do starcia dwóch bloków polityczno-militarnych, czyli NATO i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, stąd te wszystkie pomysły na takie alternatywne formy bezpieczeństwa dla Ukrainy, no i niestety, Polska jest w każdej z tych propozycji wymieniana jako jeden z tych podstawowych gwarantów bezpieczeństwa dla Ukrainy, gdzie kompletnie nie mówi się o żadnych warunkach wstępnych, nie mówi się o rozwiązaniu tych problemów, które istnieją w stosunkach polsko-ukraińskich. Mówi się cały czas o tym bezwarunkowym wspieraniu Ukrainy, no i wielką tragedią, w mojej ocenie, byłoby włączenie Polski do nie naszej wojny, do cudzej wojny. Niestety widać próby takiego psychologiczno-informacyjnego oddziaływania na społeczeństwo polskie, aby przygotowywać się do zwiększonego wsparcia dla Ukrainy, jeszcze zwiększonego, mimo tego ogromnego, bezwarunkowego wsparcia, które zostało już przekazane. W mojej ocenie jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu i z polskim interesem narodowym, a czynienie z Polski zakładnika bezpieczeństwa Ukrainy jest kompletnie irracjonalne, jeśli chodzi o politykę realną.

xxxxxxxx

Wszystko więc wskazuje na to, że losy Polski rozstrzygną się na lipcowym szczycie NATO w Wilnie. NATO jest paktem obronnym, przynajmniej w teorii, a więc stanie w obronie każdego pełnoprawnego członka sojuszu, gdy zostanie on zaatakowany. Ponieważ oficjalnie NATO nie prowadzi wojny z Rosją i Rosja nie atakuje żadnego członka NATO, więc nie ma powodu, dla którego miałoby ono zaatakować Rosję czy zaangażować się oficjalnie w wojnę na Ukrainie. Jak zatem wciągnąć Polskę do wojny na Ukrainie? Ano tak, by pozwolić jej działać niejako poza strukturami NATO, indywidualnie. Wówczas, gdyby Rosja, po wejściu wojska polskiego na Ukrainę, zaatakowała Polskę, to NATO nie musiałoby reagować, gdyż miałoby wytłumaczenie, że Polska działała poza strukturami NATO, podjęła indywidualną decyzję i musi ponieść konsekwencje swojej decyzji, gdyż była to jej decyzja suwerenna. W ten sposób Polska wyszłaby na awanturnika, bo przecież NATO nie wydało Polsce rozkazu do wprowadzenia wojsk na Ukrainę, tylko stworzyło jej taką możliwość, a to przecież nie to samo.

NATO nie zgodzi się na szczycie w Wilnie na przyjęcie Ukrainy do sojuszu, bo takie były ustalenia z Rosją. Więc na otarcie łez przygotowuje pocieszenie w postaci gwarancji bezpieczeństwa. Tymi gwarantami miałyby być Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Francja, Australia, Turcja a także państwa skandynawskie i bałtyckie. Jak widać brakuje tu pozostałych państw, członków NATO, które graniczą z Ukrainą, a więc Słowacji, Węgier i Rumunii. Natomiast Rasmussen, w kontekście wysłania wojsk na Ukrainę, wyraźnie mówi o Polsce i ewentualnie krajach bałtyckich, które chyba mają stanowić tu tylko taki kwiatek do kożucha. Tak więc trwa powolne wciąganie Polski do wojny, która nie jest w jej interesie, a która doprowadzi do jej likwidacji w takim kształcie terytorialnym, w jakim obecnie się znajduje. Nie pierwszy to raz.

4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

Układ monachijski był pierwszym krokiem do likwidacji Czechosłowacji. Na swoją kolej czekała Polska. Celem tych zabiegów było odwrócenie skutków I wojny światowej i doprowadzenie do sytuacji, w której Niemcy będą graniczyć ze Związkiem Radzieckim. Bez tego atak Niemiec na ten kraj 22 czerwca 1941 roku nie byłby możliwy. Wszyscy do tej wojny dążyli, tylko udawali, że robią wszystko, by do niej nie dopuścić. Potęgi zawierały sojusze czy pakty z małymi państwami, nie mając najmniejszego zamiaru wywiązywać się ze swoich zobowiązań.

31 marca 1939 roku Anglia udziela Polsce jednostronnie gwarancji niepodległości, obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Jaką pomoc? Anglia była potęgą morską, a nie – lądową. Obiecywać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Ta obiecanka, która przekształciła się w sierpniu w sojusz, była tylko alibi dla Hitlera i sanacyjnych polityków. Dla Hitlera, bo 28 kwietnia wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Dla sanacyjnych polityków, bo mogli powiedzieć: „Wprawdzie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji militarno-strategicznej, ale mamy sojusznika – Anglię!” Doszła też, jako sojusznik, Francja, która wcześniej olała Czechy. Ale kto by tam przejmował się takimi szczegółami!

Jak wiadomo Czechy nie walczyły z Niemcami w 1939 roku, ale nie dlatego, że Czesi nie chcieli walczyć. Czescy generałowie chcieli walczyć, ale masoński rząd Benesza miał inne polecenie i dlatego aresztował nawet jednego z nich. Chodziło o to, by nie zniszczyć tego, co dla Hitlera było najcenniejsze – fabryki Skody. Z kolei masoński rząd II RP miał polecenie, by wciągnąć kraj do wojny. Tu nie było niczego wartościowego, z punktu widzenia Hitlera, więc można było kraj zniszczyć.

Dziś sytuacja zaczyna rozwijać się w podobnie niebezpiecznym kierunku. Znowu to państwo jest traktowane przez Zachód instrumentalnie. Podobnie jak w 1939 roku, masoński rząd III RP przebiera nóżkami, by wciągnąć Polskę do bezsensownej wojny z potężnym przeciwnikiem. Tym razem – z Rosją. Najwyraźniej w tym miejscu, pomiędzy Niemcami a Rosją, nie może być normalnie i stabilnie.