Najsilniejsza armia

Propaganda to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy instrument, który wykorzystuje państwo prowadzące wojnę lub przygotowujące się do uczestnictwa w niej. Wiele wskazuje na to, że Polska, jako państwo, przygotowuje się do udziału w wojnie na Ukrainie. I w związku z tym rząd „polski” wmawia Polakom, że Rosja szykuje się do napaści na Polskę i że mamy obowiązek pomagać Ukrainie, bo tak naprawdę to jest to pomoc w obronie własnej. W tej propagandzie polskim mediom pomagają media brytyjskie. Jak wiadomo Wielka Brytania jest od dawna naszym „wypróbowanym” przyjacielem, a były jej premier, Boris Johnson, podczas swojej wizyty w Warszawie parę miesięcy temu powiedział nawet, że Polska w trudnych sytuacjach zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Zawsze – to może liczyć na brytyjskie media „polski” rząd i jego propaganda.

Na Interii ukazał się w dniu 11 marca 2023 artykuł: Brytyjskie media: Polska kupuje sprzęt i buduje najsilniejszą armię w Europie (https://wydarzenia.interia.pl/zagranica/news-brytyjskie-media-polska-kupuje-sprzet-i-buduje-najsilniejsza,nId,6648934). Poniżej jego treść:

Polska, w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Rosji, kupuje nowoczesny sprzęt wojskowy – pisze w sobotę “Daily Telegraph”. W ten sposób, jak zwraca uwagę brytyjski dziennik, realizuje ona projekt stworzenia najsilniejszej armii w Europie.

Jako oficer artylerii jestem podekscytowany nowym sprzętem. Mieliśmy dużo starej artylerii, ale teraz mamy bardzo nowoczesną broń – mówi gazecie kapitan Marek Adamiak z 11. Mazurskiego Pułku Artylerii, który w połowie grudnia otrzymał 24 samobieżne haubice K9 produkcji południowokoreańskiej o zasięgu ponad 50 km, co znacznie zwiększa możliwości na polu walki.

Ale jak zaznacza “Daily Telegraph”, 24 haubice “to tylko wierzchołek ogromnego programu wydatków obronnych Polski”, bo w związku z toczącą się w Ukrainie wojną i obawami, że Polska sama może pewnego dnia znaleźć się na celowniku Kremla, polski rząd jest zdeterminowany, by zbroić kraj – i to szybko. Zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.

“Daily Telegraph”: Polska była świadoma zagrożenia jeszcze przed wojną w Ukrainie

Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. Inwazja Władimira Putina na Ukrainę przyspieszyła i zintensyfikowała ten proces.

“Nikt nie może wątpić w ambicje Polski” – podkreśla “Daily Telegraph”, wyliczając, że złożyła zamówienia na 1000 czołgów podstawowych K2 z Korei Południowej i 250 czołgów M1A2 SEPv3 Abrams z USA, dzięki czemu będzie miała najwięcej czołgów w Europie; artylerię wzmocni 600 K9, 18 wyrzutni HIMARS z 9000 rakiet oraz 288 systemów K239 Chunmoo MRL z Korei Południowej. Ponad 1000 wyprodukowanych w Polsce bojowych wozów piechoty Borsuk będzie do dyspozycji polskich żołnierzy, a ich osłonę powietrzną zapewni 96 śmigłowców AH-64E Apache kupionych od USA oraz 48 samolotów bojowych FA-50 zamówionych obecnie w Korei Południowej. Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”.

Wymieniamy nasz sprzęt bardzo, bardzo szybko. To naprawdę jest rewolucja, a nie ewolucja – mówi kapitan Adamiak.

“Tegoroczny budżet obronny Polski będzie rekordowy”

Ale jak zauważa “Daily Telegraph”, mimo tego, iż Polska cieszyła się przez lata wzrostem gospodarczym i przewiduje się, że w tym roku PKB nadal będzie rósł, pomimo gospodarczych konsekwencji wojny w Ukrainie, to koszt wydatków na obronę będzie znaczny. Wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.

Dziennik przypomina, że Komisja Europejska nadal odmawia Polsce pieniędzy z unijnego funduszu odbudowy po pandemii ze względu na trwający spór o praworządność, za to w zeszłym roku amerykański Kongres, aby pomóc Polsce, zatwierdził przeznaczenie 288,6 mln dolarów na “odstraszanie i obronę” przed zwiększonym zagrożeniem ze strony Rosji. Ale gazeta wskazuje, ze przy inflacji wynoszącej 17 proc. budżet obronny może stać się trudny do zrealizowania.

Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”.

“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. Dodaje, że obronność i to, kto najlepiej potrafi bronić kraju, będzie jednym z głównych tematów w kampanii przed jesiennymi wyborami do parlamentu. 

xxxxxxxx

Mamy więc do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją i militaryzowaniem Polski na potęgę. Daily Telegraph zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.

Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. – Czyli że wojnę tę zaplanowano znacznie wcześniej niż nam się wydaje.

Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”. – To już nawet nie wymaga komentarza. Planują zrobić z Polaków mięso armatnie. Chyba większość ludzi w Polsce nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza.

Daily Telegraph wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.

Natomiast prezydent 2 lutego podpisał ustawę budżetową na 2023 r. Zaplanowane dochody budżetu państwa wyniosą 604,5 mld zł, wydatki – 672,5 mld zł, a deficyt około 68 mld zł. 16% budżetu państwa na zbrojenia? To jakiś koszmar.

Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”. – A jak będą odpowiednio zarządzane, to nie wydrenują? I Polacy mają się poświęcić, by zadbać o interes narodowy. Tylko którego narodu?

“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. – Oznacza to, że wszystkie partie i jej liderzy mają tego samego suwerena i w podskokach wykonują jego polecenia. Ci, którzy krzyczą, że to nie nasza wojna, lub że tylko dobrobyt i pokój, też mają tego samego nieznanego przełożonego.

xxxxxxxx

Propaganda dotyczy nie tylko spraw bieżących, ale również historii, którą próbuje się przedstawić w świetle korzystnym dla naszych „sprawdzonych” sojuszników. Na kanale Powojnie pojawił się film zatytułowany Tajny plan ataku zachodnich aliantów na Związek Radziecki. Churchill chce uwolnić Polskę.

W opisie do tego odcinka prowadzący pisze:

Hej, w tym odcinku serii Powojnie wracam do 1945 roku i planu, który opracowali brytyjscy analitycy w związku z prośbą Winstona Churchilla. Premier Wielkiej Brytanii chciał tuż po pokonaniu III Rzeszy przystąpić do ataku na Związek Radziecki. W ten sposób uratowana zostałaby Polska, która po ustaleniach w Jałcie weszła do strefy wpływów ZSRR.

Brytyjczycy opracowali kilka możliwych wersji wydarzeń i nakreślili scenariusz przyszłego konfliktu. Dokumenty związane z operacją “Nie do pomyślenia” zostały odtajnione dopiero w 1998 roku.

W pewnym momencie prowadzący mówi:

Do pierwszego uderzenia miało dojść w okolicach Drezna. Celem operacji „Nie do pomyślenia” było narzucenie ZSRR woli USA oraz Wielkiej Brytanii w kwestii Polski, która miałaby w ten sposób być wyrwana z sowieckiej strefy wpływów. Analitycy zakładali dwa warianty: długotrwałego konfliktu i szybkiego pokazu siły, który zmusi Sowietów do podpisania rozejmu zgodnego oczekiwaniami Zachodu. W przypadku tego drugiego, czyli optymistycznego wariantu, brytyjscy wojskowi zakładali, że kampania zbrojna zakończy się jeszcze przed nadejściem zimy. Z analiz wykonanych przez Brytyjczyków wynikało, że front miałby powstać na linii Szczecin-Piła-Bydgoszcz i Lipsk-Cottbus-Poznań-Wrocław. Kluczowe miało być starcie pancerne na linii Odra-Nysa Łużycka w rejonie między Szczecinem a Bydgoszczą. Bitwa, która rozegrałaby się w tamtym momencie, mogłaby mieć większy zasięg niż ta toczona na Łuku Kurskim. Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia.

xxxxxxxx

W 8:41 prowadzący prezentuje mapkę, na której wyraźnie widać, że ten plan „wyzwolenia” Polski, to plan ustalenia granicy wschodniej Niemiec zgodnej z tą z 1937 roku. Zresztą sam mówi: Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia. Stabilizacji, a więc zatrzymania go na tej linii.

Ta operacja, to chyba nie do końca była taka tajna, skoro w tamtym czasie w Polsce panowało dość powszechne przekonanie, że wkrótce wybuchnie nowa wojna: Andziu, Andziu, wyjdź przed sień! Anders wróci lada dzień. I pewnie też z tego powodu antykomunistyczne podziemie było nadal aktywne. Zachodni alianci wcale nie mieli zamiaru walczyć ze Związkiem Radzieckim, bo podział Niemiec na strefy okupacyjne został już ustalony w Quebecu we wrześniu 1944 i potwierdzony w Jałcie w lutym 1945 roku. Gdyby nie chcieli oni oddać Związkowi Radzieckiemu części Niemiec, to nie pomagaliby Stalinowi albo w pewnym momencie przerwali tę pomoc. Po co więc ten plan? No może właśnie po to, by Polacy dalej się wykrwawiali, podszczypywali Stalina. A dziś, jak widać, można go ponownie wykorzystać, by wciskać kit naiwnym Polakom, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są sojusznikami Polski.

Kanał Powojnie ma 198 tys. subskrybentów, a jego filmy mają ponad 100, 200 a nawet ponad 300 tys. wyświetleń. Jego siła oddziaływania jest więc bardzo duża i to, co przekazuje, dociera do masowego odbiorcy. W tym wypadku kanał ten podjął się wybielania naszych „sojuszników” z okresu II wojny światowej. Chyba nie przypadkiem, bo dziś to Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wciągają Polskę do wojny na Ukrainie. I prawdopodobnie po części finansują zbrojenia Polski.

Sytuacja prawie do złudzenia przypomina tę z 1939 roku. Wtedy Wielka Brytania i Francja, poprzez swoje gwarancje, wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami. Gdyby nie te gwarancje, to masoński rząd sanacyjny, współpracujący oczywiście z Zachodem, nie miałby usprawiedliwienia dla podjęcia decyzji o zbrojnym oporze. Zadanie swoje wykonał i uciekł na Zachód. Zachód kazał Polakom walczyć z Niemcami, ale zakazał walki ze Związkiem Radzieckim, który też napadł na Polskę. Dziś jest odwrotnie – każe walczyć Polakom ze Związkiem Radzieckim, czyli z Rosją, która Polsce nie zagraża. A więc przed wojną wrogiem byli Niemcy, a dziś Rosjanie. No bo to Rosja chce niby napaść na Polskę – tak nam tłumaczą.

Miejsce rządu sanacyjnego zajął po wojnie rząd komunistyczny. Obecnie też masońsko-żydowski rząd III RP wciąga Polskę do wojny na Ukrainie i pewnie też ucieknie za granicę, o czym często wspomina Maciej Maciak na swoim kanale Musisz to wiedzieć. Skąd on to wie? Już widać, że nowy rząd jest szykowany. Po wojnie, bez względu na to kiedy ona się skończy, pojawi się ten nowy rząd. Już są organizowane dwie nowe partie, które obecnie są ruchami, czyli Ruch Dobrobytu i Pokoju oraz Polski Ruch Antywojenny. RDiP jest, póki co, półtajną organizacją, bo jedynie jego lider jest powszechnie znany. Pozostali pozostają w ukryciu i są znani tylko innym członkom Ruchu. Wprawdzie o PRA wiemy niewiele więcej, ale ten ruch jest nowy, podczas gdy RDiP działa już chyba około pół roku. Jak zapewnia jego lider, RDiP jest ruchem otwartym dla wszystkich, więc pewnie i dla wielu z różnych partii, które po wojnie znikną ze sceny politycznej.

Skutki wojny dla Polski będą opłakane, więc PiS i PO staną się bankrutami politycznymi. Będą musieli przyjść nowi ludzie. Najlepiej jak będą to ci, którzy od początku byli przeciw tej wojnie. Tylko oni i ich otoczenie będzie mogło liczyć na akceptację wymęczonych i sfrustrowanych ludzi, a także na akceptację nowej społeczności, która do tego czasu zapewne uzyska już prawa wyborcze. Leszek Sykulski prezydentem, a Maciej Maciak premierem? „Wasz prezydent, nasz premier.” Wszystko to bardzo możliwe, bo skoro Maciej Maciak często powtarza, że jak on będzie premierem, to będzie inaczej. Niektórzy uważają, że jest to przejaw megalomanii, ale on dobrze wie, co mówi. Ktoś go na to stanowisko przygotowuje, kreuje jego wizerunek. I za jakiś czas może się okazać, że – ni z tego, ni z owego – mamy już premiera nowego.

Jak zawsze, jestem pełen podziwu i uznania dla tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów, którzy dbają o to, żebyśmy się tutaj nie nudzili. Ale ja osobiście wolałbym się nudzić i żyć w kraju, w którym nic się nie dzieje. Niestety, to miejsce, pomiędzy Rosją a Niemcami, nigdy nie było stabilne. Tu jest gorzej niż na Bałkanach. Tam się tłuką, ale przynajmniej wszyscy siedzą na swoim miejscu: Serbia to Serbia, Chorwacja to Chorwacja, Słowenia to Słowenia. A tu to nie wiadomo co: czy Polska to Polska, czy Polska to Ukraina?

Czy już zaczyna się?

Kreowanie konfliktu to nie jest akt jednorazowy, to proces ciągły, któremu towarzyszy szereg drobnych spięć, incydentów, które mają na celu jego stopniową eskalację. Zanim wybuchło powstanie styczniowe w 1863 roku, do pierwszych manifestacji doszło dwa lata wcześniej w lutym 1861 roku. Obecnie mamy w Polsce wielomilionową rzeszę przesiedleńców z Ukrainy, co samo w sobie jest już niebezpieczne, biorąc pod uwagę trudne relacje polsko-ukraińskie na przestrzeni wieków. Ktoś, kto zaplanował te przesiedlenia i uprzywilejował przesiedleńców względem ludności miejscowej, dobrze wiedział, czym to grozi. I mam takie wrażenie, że już zaczynają się pierwsze prowokacje. Prowokacje, w których emocje zdominują zdrowy rozsądek.

Na portalu Onet pojawił się artykuł: Prawica wyzywała ukraińską pisarkę, policja była bezradna (https://www.onet.pl/informacje/onetpoznan/prawica-przerwala-spotkanie-z-oksana-zabuzko-wyzwiska-i-wulgaryzmy/k39p57r,79cfc278). Poniżej jego treść:

Spotkanie z Oksaną Zabużko, które we wtorek odbyło się w Poznaniu, musiało być przerwane. Wszystko przez osoby o prawicowych i narodowych poglądach, które wtargnęły do Biblioteki Raczyńskich, wykrzykując obelgi pod adresem pisarki. Jak podaje “Gazeta Wyborcza”, na miejscu musiała interweniować policja.

Do zdarzenia doszło we wtorek, 7 marca. Oksana Zabużko miała promować w Poznaniu swoją najnowszą książkę pt. “Najdłuższa podróż”. Niestety, nim spotkanie z czytelnikami rozpoczęło się na dobre, musiało zostać przerwane. Na sali pojawiły się bowiem osoby, które nie przyszły tam słuchać o literaturze, a atakować ukraińską pisarkę.

Wśród awanturników znalazły się zarówno młode, jak i starsze osoby. “Niektórych poznajemy po twarzach — uczestniczyli w demonstracjach antyszczepionkowców, organizowali marsz niepodległości w Poznaniu, a jeden z mężczyzn Piotr Pijanowski został prawomocnie skazany za grożenie śmiercią poznańskim politykom” — podaje “Gazeta Wyborcza”.

Osoby, które wtargnęły do biblioteki, miały ze sobą m.in. transparent z napisem “Historii nie znacie, nazistów wspieracie”. Z ich ust można również było usłyszeć takie okrzyki, jak choćby “Wołyń, Wołyń! Pamiętamy!” czy też “Polska to my, a nie Bandera i jego psy”. “GW” podaje, że jeden ze starszych mężczyzn w koszulce z napisem “Wołyń” powiedział: “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię”.

Organizatorzy spotkania wezwali na miejsce policję. Jednak ta była bezradna. Awanturnicy przekonywali bowiem, że przyszli na spotkanie z autorką, które było otwarte dla wszystkich. Co więcej, lider tej grupy sam chciał złożyć zawiadomienie na policji. “Chcieliśmy zgłosić przestępstwo głoszenia nienawiści pod płaszczykiem kulturalnego spotkania, tak jak robili faszyści” — przekonywał mężczyzna.

Policja wylegitymowała osoby, które wywołały zamieszki i odjechała. – Gdy organizatorzy chcieli rozpocząć spotkanie, grupa ok. 20 osób zaczęła krzyczeć. Trwało to kilkadziesiąt minut. Wylegitymowaliśmy te osoby, spodziewamy się, że w środę dyrekcja biblioteki złoży zawiadomienie. Będziemy prowadzić sprawę pod kątem zakłócenia porządku — powiedział Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Organizatorzy spotkania zdecydowali, że zostanie ono przerwane. Nie wszyscy byli zadowoleni z takiego rozwiązania. Fani pisarki uznali, że w ten sposób pozwala się wygrać osobom siejącym nienawiść. Spotkanie z Oksaną Zabużko ostatecznie odbyło się online.

To nie pierwszy raz, kiedy ukraińska pisarka musiała zmierzyć się w Polsce z taką sytuacją. Do podobnego incydentu doszło bowiem w Krakowie w listopadzie 2022 r. Wtedy to Oksana Zabużko odbierała Nagrodę Rady Miasta Krakowa im. Stanisława Vincenza. Niestety, uroczystość została przerwana przez podobną grupę awanturników.

xxxxxxxx

Takie incydenty, to typowe prowokacje, dobrze zaplanowane z wykorzystaniem doświadczonych prowokatorów, którzy doskonale wiedzą, jak podgrzać atmosferę i wzbudzić nienawiść strony atakowanej. Odzywki typu “Polska to my, a nie Bandera i jego psy” czy “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię” świadczą o tym, że tu nie chodzi o jakikolwiek dialog tylko o sianie nienawiści. A z drugiej strony, skoro taki incydent miał już wcześniej miejsce, to dlaczego organizatorzy nie zdecydowali się na spotkanie online? Czy dlatego, że wtedy trudno było by o prowokację?

Ukraińcy, których tu ściągnięto, mogą mieć różne poglądy. Jedni mogą być banderowcami, inni – nie. Domaganie się od nich, by przeprosili za Wołyń jest równie bezsensowne, jak domaganie się od Polaków, by przepraszali za holocaust. Przede wszystkim tych, którzy dziś żyją, nie było wtedy na świecie i nie oni dokonali tych zbrodni, więc dlaczego mają przepraszać? Takie podejście do tych spraw budzi tylko niechęć a nawet agresję, ale o to właśnie chodzi tym, którzy kreują ten konflikt. A oni nigdy nie zgodzą się na wyjawienie prawdy, bo wtedy mogłoby się okazać, że tych zbrodni dokonali nie Ukraińcy i nie Polacy tam ginęli, a jeśli nawet, to stanowili tam mniejszość. Już sam fakt, że uderzono jednocześnie o tej samej godzinie na 99 wsi i miejscowości, skłania do wniosku, że akcja była przeprowadzona profesjonalnie, z dużym rozmachem i była wcześniej przygotowana. Czegoś takiego nie mogli zrobić zwykli chłopi z siekierami, widłami, piłami itp. Tym, którzy ze strony „polskiej” będą domagać się przeprosin, wcale nie zależy na dochodzeniu do prawdy. Im tylko zależy na tym, by jeszcze bardziej szczuć na siebie i tak już niechętnych sobie Polaków i Ukraińców.

Ludność wymordowano, domy spalono, wszystko zrównano z ziemią. Postępowano tak, by zatrzeć wszelkie ślady, dowody. Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację, podobnie jak Żydzi w Jedwabnem. Ciekawa zbieżność. Ale, pomimo tych wszystkich zabiegów, dojście do prawdy jest możliwe. II RP jaka była, taka była, ale miała swoją administrację na całym obszarze tego państwa, a więc i na Wołyniu, czyli w województwie wołyńskim. Administracja musi wiedzieć wszystko, a więc m.in. i to, kto zamieszkiwał na danym terenie, w tych wioskach, które zrównano z ziemią a ludność wymordowano. Jaka to była ludność, z podziałem na wyznanie, to zapewne było jej znane. Co się stało z tą dokumentacją? Czy zabrali ją ze sobą wycofujący się Niemcy, czy może wpadła w ręce nadciągającej Armii Czerwonej? Osobiście obstawiałbym, że skoro „Ordnung muss sein”, to Niemcy, ale pewności nie mam. W każdym razie ta dokumentacja gdzieś jest i jest pilnie strzeżona, bo nikomu z wielkich tego świata nie zależy na jej ujawnieniu. A skoro nie zależy na tym, to znaczy, że oficjalna wersja wydarzeń jest sprzeczna z tym, co zawiera ta dokumentacja. Ale dzięki temu można skłócać ze sobą ludzi, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że może było inaczej. Tak działa propaganda – lata wtłaczania jedynie słusznej wersji wydarzeń spowodowały, że tę oficjalną wersję przyjmuje się jak aksjomat.

W blogu „Eksperyment wołyński” pisałem:

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludności. Z tego 70% to Ukraińcy, 15 % – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy. Resztę stanowiły inne narodowości. Około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach. Jan Kęsik w swojej pracy z 2008 roku Województwo wołyńskie pod rządami Henryka Józewskiego pisze:

»Ludność polską na Wołyniu w latach międzywojennych można podzielić na cztery zasadnicze, wyraźnie wyodrębniające się grupy: element autochtoniczny, osadnicy wojskowi i cywilni, ziemiaństwo wraz z duchowieństwem rzymskokatolickim oraz administracja państwowa. Pierwszą z nich tworzyli głównie chłopi i szlachta zagrodowa. Pod względem wyznaniowym wśród Polaków – autochtonów wyodrębnić można dwie kategorie: katolików i prawosławnych, przy czym ci ostatni, zresztą zdecydowanie przeważający liczebnie, to ludność silnie zrutenizowana bądź zrusyfikowana. Szlachta zagrodowa wyznania prawosławnego niejednokrotnie nie posiadała wyraźnie określonego poczucia przynależności narodowej, wielu z nich potrafiło określić się tylko jako „tutejszy”, „prawosławny”.«

Jeśli więc ludność autochtoniczna była w większości zrutenizowana i prawosławna – a ludność napływową w dużym stopniu, jak wynika z artykułu Lucyny Kulińskiej, stanowili Ukraińcy z Galicji – to, o co tak naprawdę chodziło w rzezi wołyńskiej, dokonanej na terenie całkowicie zdominowanym przez Ukraińców? Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Pasjonariusze

Kampania wyborcza rozkręca się. Dwa żydowskie twory: Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP) i Polski Ruch Antywojenny (PRA) – są coraz aktywniejsze i rosną w siłę. Szczególnie ten drugi zaczyna działać z rozmachem i na szeroką skalę. RDiP działa bez rozgłosu, ale chyba nie mniej skutecznie. Żeby tak działać, trzeba mieć duże pieniądze. A skąd one? Międzynarodowe korporacje nie po to przejmują rynki we wszystkich krajach, by zyski płynęły tylko do tych korporacji. Część z nich jest wykorzystywana m.in. na tworzenie takich ruchów, jak te dwa wyżej wymienione, czyli baza bazą, a nadbudowa jest nie mniej ważna. Twarzami ruchu PRA są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń.

W ostatnim odcinku Antywojennych Polaków Rozmów z dnia 6 marca Leszek Sykulski w pewnym momencie mówi:

PRA chce stworzyć nową doktrynę i temu m.in. będą służyć dwa kongresy, które odbędą się w kwietniu 2023 roku. Pierwszy to kongres pokoju organizowany przez Stowarzyszenia Patria w Warszawie. Natomiast drugi kongres, to będzie kongres antywojenny ruchu PRA. Odbędzie się na południu Polski. Miejsce nie jest jeszcze znane. Będzie to kongres ideowy, mający na celu pracę ideotwórczą – stworzenie nowej doktryny dla Rzeczypospolitej Polskiej. Tutaj chcemy skupić ludzi, jakby powiedział klasyk, pasjonarnych, ludzi pasjonarnych, ludzi, którzy wiedzą, że bez dobrych podstaw ideowych, koncepcyjnych, doktrynalnych daleko, tak naprawdę, nie zajedzie się.

Leszek Sykulski, gdy mówił „jakby powiedział klasyk, pasjonarnych”, to twarz mu się rozjaśniła, oczy nabrały blasku, a wszystko to ledwie dostrzegalne. Nie wspomniał oczywiście, co to za klasyk, a więc przekaz był jakby dla wtajemniczonych. Ale od czego jest internet? Wystarczy mieć dostęp do niego, sprawną myszkę i sprawny palec wskazujący prawej ręki. Doktryna nie jest nowa. Trop prowadzi do Lwa Gumiłowa i Aleksandra Dugina:

Pasjonariusze, czyli twórcy ruskiego etnosu

Wspominany już Władimir Bondarienko w swej pracy Пламенные реакционеры (Płomienni reakcjoniści – przyp. W.L.) dokonał autorskiego podziału rosyjskiego ruchu patriotycznego, grupując go w trzech podstawowych nurtach: „czerwonym” – prostalinowskim, „białym” – procarskim oraz ksenofobicznym i, jego zdaniem, najbardziej niejednorodnym patriotyzmie „ruskim”, który nader chętnie nawiązuje do bogatego dziedzictwa dawnej Rusi i Rusi Moskiewskiej. Nie powinno dziwić, że w rejestrze Bondarienki wśród „ruskich” patriotów można odnaleźć również postać Lwa Gumilowa, który w swych historycznych szkicach poświęcił wiele miejsca na objaśnienie historii Rosji, interpretowanej przez pryzmat jego autorskiej teorii etnosu. Zakreślone przez niego, głównie w rozprawie Od Rusi do Rosji, dzieje, począwszy od ruskiej starożytności aż po pierwsze dekady XVIII wieku, stanowią tu sekwencję różnorodnych wydarzeń i zjawisk, prezentowanych poprzez portrety pasjonariuszy – wielkich osobowości, które – zdaniem Gumilowa – miały istotny wpływ na rosyjską, imperialną etnogenezę:

Pasjonariusze dążą do zmiany otoczenia i są do tego zdolni. To oni organizują dalekie wyprawy, z których powracają tylko nieliczni. To oni walczą o podporządkowanie sobie ludów, otaczających ich własny etnos, albo, przeciwnie, odpierając najeźdźców.

A wszystkie te często nieracjonalne zachowania mogą się realizować dzięki energetycznej nadwyżce:

Wykorzystując nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami na wszystkich szczeblach hierarchii społecznej, pasjonariusze, choć z trudem, wypracowują nowe stereotypy zachowań, narzucają je wszystkim innym i tworzą w ten sposób nowy system etniczny, nowy etnos, który rejestruje historia.

Dzięki teorii pasjonarności Gumilow w łatwy sposób mógł uzasadnić kwestie, których objaśnienie w sposób racjonalny jest do dziś ostatecznie niemożliwe, przede wszystkim ze względu na czas, który upłynął od tych wydarzeń, zacierając sensy i znaczenia istotne w przeszłości. Ponadto pasjonarność – według Lwa Gumilowa – jest cechą zarówno osobniczą, jak i społeczną, wszelkie zatem działania „ruskich” pasjonariuszy stanowią znakomitą przestrzeń, która umożliwia potwierdzenie lub uwypuklenie ich znaczenia dla rosyjskiej tradycji i kultury. W tym autorskim ujęciu znalazło się miejsce dla historycznych liderów rosyjskiej etnogenezy, począwszy od zwycięzcy Chazarów, legendarnego Światosława, skończywszy na Piotrze Wielkim. Jednakże wszyscy znaczni w pojęciu Gumilowa pasjonariusze nie w każdym przypadku zyskują poklask badacza i pełną akceptację ich zaprzeszłych dokonań. Warto w tym miejscu rozpatrzyć swoistą intencjonalność interpretacji historycznej, zaproponowaną przez autora Od Rusi do Rosji, która została przekazana czytelnikom poprzez liczne szkice pasjonarnych figur rosyjskiej historii.

Postępując zgodnie z osią chronologii czasowej podręcznika Od Rusi do Rosji, pierwszą pasjonarną postacią, jaką wyróżnił Gumilow, był pogański książę Światosław (Świętosław wg M. Hellera), syn wielkiej księżnej Olgi, pogromca Chazarskiego Kaganatu. Wyprawa księcia, rozpoczęta w 964 roku, zwieńczona została zdobyciem chazarskiej stolicy Itilu i drugiej ważnej twierdzy Sarkel. Jak podkreślił autor, główną zdobyczą tej wyprawy był fakt odzyskania niezależności przez Ruś Kijowską i podniesienie jej autorytetu w oczach Bizancjum.

xxxxxxxx

Fragment ten pochodzi z pracy Bartosza Gołąbka: Lew Gumiłow i Aleksander Dugin O dwóch obliczach Eurazjatyzmu w Rosji po 1991 roku. Jest ona dostępna w internecie w PDF (https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bitstream/handle/item/39943/golabek_lew_gumilow_i_aleksander_dugin_2012.pdf?sequence=1&isAllowed=y).

A więc mamy już dwóch rodzimych pasjonariuszów, zwolenników rosyjskiego mistycyzmu. Sądząc po dynamice z jaką wchodzą na polski rynek polityczny, będzie ich więcej. Jak wykorzystają oni nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami? Jaki będzie ten nowy system etniczny? Sądząc po ilości nowego elementu etnicznego w „Polsce”, czyli Ukraińców, mogą liczyć na spore poparcie. Powoli, powoli staje się ta „Polska” krajem wschodnioeuropejskim. Niektórzy chcą zamienić dominację amerykańską na rosyjską, ale dominacja jest zawsze dominacją. Od tego lepiej nie będzie, co najwyżej – inaczej.

Co trzeba zrobić, by wywołać ruch antywojenny? Najpierw trzeba wywołać wojnę, a tę już mamy od roku. Mamy więc tezę. A jak już jest wojna, to trzeba stworzyć ruch antywojenny, czyli antytezę. I tak powstaje konflikt, czyli heglowski proces dialektyczny, który prowadzi do powstania syntezy, czyli nowej jakości. Być może jest to początek rewolucji na polskiej scenie politycznej, która doprowadzi do powstania dwóch nowych partii. Skoro powstanie nowe państwo, a wiele wskazuje na to, że tak może być, to pewnie będą też potrzebne nowe partie polityczne, bo, po masowych przesiedleniach, mamy już nowe społeczeństwo. Czy tak rzeczywiście będzie? Trudno powiedzieć. Na razie są to tylko spekulacje, ale już teraz widać, że najlepsi scenarzyści i reżyserzy intensywnie pracują.

Mięso armatnie

Na portalu ZeroHedge ukazał się 1 marca wywiad, jakiego udzielił Troy Offenbecker stacji ABC News, zatytułowany Most Ukrainian Soldiers On Bakhmut Front-Line Killed ‘Within 4 Hours’ – Większość ukraińskich żołnierzy na froncie w Bachmucie ginie w ciągu 4 godzin (https://www.zerohedge.com/geopolitical/most-bakhmut-front-line-ukrainian-soldiers-killed-within-4-hours). Poniżej jego treść:

Emerytowany amerykański żołnierz piechoty morskiej walczący na Ukrainie powiedział ABC News, że linia frontu to „maszynka do mięsa”, na której żołnierze przeżywają średnio „cztery godziny”.

Troy Offenbecker walczy u boku sił ukraińskich w rejonie Donbasu. Od kilku miesięcy Moskwa i Kijów toczą walki wokół Bachmutu, a w tym czasie wojska rosyjskie powoli zdobywają teren wokół miasta.

W styczniu Niemcy oszacowały, że Kijów codziennie w tej walce traci „trzycyfrową liczbę” żołnierzy. Biały Dom uważał wówczas, że prezydent Wołodymyr Zełenski poświęca zbyt wiele istnień ludzkich i zasobów, aby bronić miasta.

Komentarz Offenbeckera sugeruje, że sytuacja ukraińskich żołnierzy może się pogarszać. „Na froncie było bardzo źle. Wiele ofiar”. Ocenił, że „przewidywana długość życia na linii frontu wynosi około czterech godzin”.

Powiedział, że rosyjski atak na miasto nie słabnie i zamienił się w „maszynkę do mięsa”. „Artyleria działa bez przerwy”. Offenbecker wyjaśnił, że wojska rosyjskie walczą przez całą dobę. „Rosjanom być może zaczyna brakować pocisków, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni był to ciągły atak. Cały dzień i całą noc” – powiedział ABC.

Tymczasem zachodni sojusznicy Kijowa powiedzieli ostatnio Zełenskiemu, że kraje NATO szukają pocisków artyleryjskich do wysłania na Ukrainę. Sekretarz obrony Lloyd Austin powiedział, że Stany Zjednoczone będą szkolić siły ukraińskie w zakresie metod walki wykorzystujących mniej amunicji.

Kreml ogłosił z zeszłym roku mobilizację 300 tys. żołnierzy. Zachodni przywódcy przewidywali, że tej zimy Moskwa zarządzi ofensywę. Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że rosyjska ofensywa jest już w toku, a Offenbecker się z tym zgadza. „Sadząc po intensywności ostrzału i ilości sprzętu, który przywieźli, myślę, że to się zaczęło” – wyjaśnił ABC.

Ze względu na ścisłą kontrolę Moskwy i Kijowa nad prasą w obu krajach, nie jest jasne, jak duża jest liczba ofiar śmiertelnych w każdym z nich. Od początku wojny Zełenski znacjonalizował ukraińskie media, zdelegalizował swoją opozycję polityczną i uwięził obywateli, którzy sprzeciwiali się jego administracji.

Komentując stan dziennikarstwa na Ukrainie, lider związku prasowego Serhij Guz wyjaśnił: „Nigdy nie wiemy, co jest podstawą tych oskarżeń, jaki jest prorosyjski związek… Zaczyna to wyglądać raczej na oskarżenie polityczne niż na prawdziwe przestępstwo”. „Wielu dziennikarzy dokonuje teraz autocenzury” – dodał.

xxxxxxxx

Widać wyraźnie, że w tej wojnie chodzi o to, by zginęło jak najwięcej żołnierzy. Nikt tu nie próbuje prowadzić jakichkolwiek negocjacji. Nikt nie jest skłonny do ustępstw. Tylko że ci „twardziele” nie są na froncie, tylko gdzieś daleko w ciepłych biurach. Natomiast „polski” rząd usilnie dąży do tego, by również polski żołnierz ginął co 4 godziny na froncie ukraińsko-rosyjskim, przekonując naiwnych, że to nasza wojna i że Rosja zaatakuje Polskę, jeśli nie pomożemy Ukrainie. Przekaz w polskich mediach jest zapewne podobny do tego w tych ukraińskich. Z nich możemy się dowiedzieć, że Rosja cały czas ponosi straty i lada moment przegra tę wojnę, a Ukraińcy cały czas odnoszą sukcesy i nie mają żadnych strat. Ja już pamiętam taki podobny, jednostronny przekaz. Propaganda gierkowska może była nawet lepsza od tej obecnej. Wtedy żyliśmy w kraju, który nieustannie rozwijał się, był 10-tą potęgą gospodarczą świata, a na zgniłym Zachodzie recesja i bezrobocie. Wtedy można było wcisnąć ten kit, bo nie było internetu i przytłaczająca większość ludzi nie miała szans, by przekonać się na własnej skórze, jak zgniły był ten Zachód.

Jak to się zaczęło?

Każdy, kto oglądał komedię Jak rozpętałem drugą wojnę światową, ten wie, że to Franek Dolas ją rozpętał. A jak było z I wojną światową? Komedii na ten temat nie nakręcono, więc pozostają nam tylko domysły. Powszechnie uważa się, że to z powodu zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, ale to był tylko pretekst do jej wywołania. Przygotowania do niej trwały od lat. Opracowywano plany operacyjne, tworzono sojusze.

Sojusze militarne w 1914 roku; źródło: Wikipedia.

W poprzednim blogu cytowałem Churchilla i stwierdziłem, że to, co pisał w swoim dziele Druga Wojna Światowa (polskie wydanie -1994) trzeba czytać na odwrót. Jednak nie zawsze tak jest. Czasem pisze wprost o faktach, które są mało znane albo w ogóle nieznane. Tak było w przypadku przyczyn wybuchu I wojny światowej. Pisze on:

Do połowy 1934 roku rząd JKMości w znacznej mierze panował nad biegiem wydarzeń i wybuch wojny był wówczas niemożliwy. Wielka Brytania wspierana przez Francję i liczne agendy Ligi Narodów mogła w każdej chwili wywrzeć ogromny nacisk na ruch hitlerowski, który zdążył już doprowadzić do głębokiego podziału w społeczeństwie niemieckim. Ponadto wszystko to mogło się odbyć bez rozlewu krwi. Lecz ten etap dobiegł końca. Uzbrojone i kierowane przez nazistów Niemcy, nieuchronnie zbliżały się do pewnej granicy. A mimo to, choć może się to wydawać niewiarygodne, jeszcze w ciągu owego krytycznego roku pan MacDonald, wspomagany przez pana Baldwina, kontynuował prace na rzecz rozbrojenia Francji. Nie mogę tutaj powstrzymać się od zacytowania protestu wygłoszonego przeze mnie w Parlamencie 7 lutego, który wszakże przeszedł bez najmniejszego echa:

Wojny wybuchają nagle. Pamiętam okres, kiedy wszyscy, podobnie jak teraz, patrzyli w przyszłość pełni obaw i niepewności. I nagle, nieoczekiwanie, coś się wydarzyło – coś straszliwego, błyskawicznego, przytłaczającego, nieodwracalnego. Pozwolę sobie przypomnieć, co takiego wydarzyło się w 1914 roku. Nie doszło do żadnego sporu pomiędzy Niemcami a Francją. Po prostu pewnego lipcowego poranka ambasador niemiecki zajechał na Quai d’Orsay i zwrócił się do francuskiego premiera z następującymi słowami: „Zostaliśmy zmuszeni do zmobilizowania naszych sił przeciwko Rosji i zamierzamy wypowiedzieć jej wojnę. Jak w związku z tym faktem zachowa się Francja?” Premier Francji, po skonsultowaniu się ze swoim gabinetem, odpowiedział, że Francja postąpi zgodnie ze swymi interesami. Ambasador zapytał wówczas: „Zawarliście przymierze z Rosją, prawda?” „Zgadza się” – odpowiedział premier Francji. I w ten właśnie sposób w ciągu kilku minut obszar konfliktu, i tak już poważnego na Wschodzie, rozszerzył się niepomiernie poprzez przyłączenie się doń dwóch wielkich narodów europejskich walczących po przeciwnych stronach. Czasami jednak nie wystarcza nawet deklaracja neutralności. Przy tamtej właśnie okazji, jak to dzisiaj nam wiadomo, na wypadek gdyby Francuzi zrezygnowali ze spełnienia swego obowiązku jako sojusznicy Rosji i gdyby okazało się, że skłonni są wycofać się z konfliktu wywołanego przez Niemcy, ambasador niemiecki został upoważniony przez swój rząd do zażądania od Francuzów, aby przekazali oddziałom niemieckim twierdze Toul i Verdun jako gwarancje dochowania obietnicy neutralności na wypadek, gdyby później zechcieli nagle zmienić zdanie.

xxxxxxxx

To oczywiście tylko fragment tego protestu. Dwie rzeczy zwracają uwagę. Pierwsza to to, że rząd angielski w 1934 roku pracował nad rozbrojeniem Francji. Podstawowe pytanie, jakie się nasuwa to – dlaczego? Czyżby po to, by Hitler mógł zająć całą Europę zachodnią, wykorzystać jej zasoby i uderzyć na Związek Radziecki? Jeśli tak, to kto tak naprawdę rządził w Anglii? A we Francji?

Druga rzecz, która zwraca uwagę to zdanie: „Zostaliśmy zmuszeni do zmobilizowania naszych sił przeciwko Rosji i zamierzamy wypowiedzieć jej wojnę.” Zostaliśmy zmuszeni – pisze Churchill, ale nie dodaje przez kogo. Pozostają więc nam tylko domysły. Ale takie przedstawienie przyczyny wybuchu I wojny światowej zdaje się potwierdzać fakt, że rządzą nie ci, którzy są wystawiani na świeczniki, tylko jacyś nieznani przełożeni i teorie spiskowe nie są teoriami spiskowymi, tylko są elementem rzeczywistości.

Zawsze jednak musi być jakiś pretekst, który usprawiedliwi takie, a nie inne działanie. W tym wypadku było to zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda, które stało się tą iskrą zapalną. Zabójcą był serbski nacjonalista Gavrilo Princip, należący do rewolucyjnej, czy może raczej terrorystycznej organizacji Młoda Bośnia, która była powiązana z serbską organizacją Czarna ręka. A więc serbski nacjonalista zabija austriackiego arcyksięcia i już mamy konflikt serbsko-austriacki. Za Serbią musi stanąć Rosja, a za Austrią – Niemcy. Najlepsi scenarzyści i reżyserzy zadbali o każdy szczegół tego spektaklu. Wikipedia pisze:

24 lipca 1914 rząd rosyjski ogłosił wolę obrony Serbii, w razie ataku Austro-Węgier. 26 lipca Austro-Węgry i Niemcy odrzuciły brytyjską propozycję zwołania międzynarodowej konferencji w sprawie rozwiązania sporu. 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii i w tym momencie zaczęła działać „zasada domina”, wywołana skomplikowanym systemem sojuszy międzynarodowych. 29 lipca Rosja zarządziła częściową mobilizację, ale tylko przeciwko Austro-Węgrom i jako krok poparcia dla Serbii. Następnego dnia (30 lipca) Rosja ogłosiła jednak powszechną mobilizację. Niemcy 31 lipca zagroziły wypowiedzeniem wojny w wypadku, gdyby Rosja nie odwołała mobilizacji. W odpowiedzi na to 1 sierpnia także Francja ogłosiła mobilizację. 1 sierpnia II Rzesza ogłosiła wojnę z Rosją, a dwa dni później (3 sierpnia) z Francją.

Ktoś to starannie i od dłuższego czasu przygotowywał poprzez tworzenie sojuszy o podobnym potencjale militarnym i ludnościowym. Bo tylko wtedy, gdy siły będą mniej więcej równe, to konflikt ma szanse trwać długo i wyniszczać obie jego strony. To właśnie dlatego wojna na Ukrainie, czyli wojna NATO – Rosja, trwa już rok i nic nie wskazuje, by miała się szybko skończyć. Gdyby to była wojna Rosja-Ukraina, to skończyłaby się po dwóch tygodniach i bez większych strat ludzkich czy materialnych. A tak trwa już rok, straty materialne potężne i równie potężny jest jej negatywny wpływ na światową gospodarkę. I o to dokładnie chodzi w tej wojnie tym, którzy napisali jej scenariusz, a teraz reżyserują jej przebieg; o to by zginęło jak najwięcej ludzi, by straty materialne były jak największe, by kryzys gospodarczy się pogłębiał. Czy po tej wojnie zmiany będą równie wielkie, jak po I wojnie światowej? Jak wielkie? Tego nie wiemy, ale już teraz widać, że dwa państwa nie przetrwają jej w tym kształcie, w jakim były przed jej rozpoczęciem. To oczywiście Ukraina, która już straciła część swojego terytorium, i Polska, w której dokonuje się podmiana społeczeństwa i być może czeka ją jeszcze utrata tzw. Ziem Odzyskanych.

Lekcja

W przedostatnim blogu pisałem o Liberii jako państwie stworzonym przez Stany Zjednoczone. Jest to państwo, w którym miała powstać polska kolonia. Żeby jednak wyjaśnić, jak do tego doszło, to potrzebny jest wcześniej jeszcze jeden blog o Lidze Morskiej i Kolonialnej, który wyjaśni, przynajmniej po części, skąd wzięła się w takim kraju, bez żadnych tradycji morskich i kolonialnych, chęć posiadania kolonii. Ale żeby to wyjaśnić, to trzeba poznać realia gospodarcze II RP. Pewne informacje na ten temat pojawiły się w dyskusji na kanale Wszechnica FWW, która miała miejsce w końcu stycznia. Jej tytuł to: II Rzeczpospolita – lekcja dla współczesnych elit. Jerzy Marek Nowakowski i Jerzy Szczepański z Wszechnicy i Fundacji Wspierania Wsi zaprosili profesora Włodzimierza Mędrzeckiego. Dyskusja trwała 1,5 godziny. Ja wybrałem parę fragmentów, które ułatwią zrozumienie problematyki kolejnych blogów.

Marek Nowakowski: Na jedną rzecz chciałem zwrócić uwagę, bo pan profesor w pewnym momencie stwierdza, że byliśmy w sytuacji fatalnej z powodu braku polskiego kapitału i być może to jest coś, co nas do dzisiaj boli, a ja przyznam, że ja cały czas mam w pamięci taki fragment z opus magnum Fernanda Braudela (Civilisation matérielle, économie et capitalisme, XVe-XVIIIe siecle, 1979 – przyp. W.L.), który pisze o Polsce Złotego Wieku w XVI stuleciu, pisał o tej Polsce jako kraju peryferyjnym, bo był to kraj uzależniony od bankierów z Amsterdamu, nie był traktowany jako podmiot gospodarczy. Czy to w ogóle nie jest jeden z kluczy naszych różnych słabości, ten brak skumulowanego polskiego kapitału i możliwości swobodnego manewru w gospodarce?

Włodzimierz Mędrzecki: Zdecydowanie tak, przy czym znów jednym z bardzo ważnych powodów takiego stanu są zabory i niemożność funkcjonowania państwa polskiego jako czynnika ułatwiającego kumulowanie kapitału i inwestycje o znaczeniu ogólnospołecznym przez cały wiek XIX-ty.

M.N. Ale my mieliśmy Wokulskiego i „Kornenbergów”, Bóg wie kogo jeszcze, no mieliśmy potężny polski kapitał, mieliśmy Polaków, którzy tak naprawdę byli budowniczymi czy współbudowniczymi prosperity Syberii rosyjskiej. Więc, co się z nim stało?

W.M. Pierwsza wojna światowa doprowadziła do zniszczenia systemu ekonomicznego i finansowego na terenie Królestwa Polskiego, a w niemałym stopniu także Galicji. Jednym z takich głównych tematów dyskusji ekonomicznych pierwszych lat II Rzeczypospolitej, to jest przypominanie, że o ile w 1913 roku polskie kapitały i sporo przedsiębiorstw polskich i banków prywatnych, ziemiańskich z kapitałem mieszanym, funkcjonowało całkiem nieźle, to w 1918 roku po całkowitej katastrofie Rosji i rosyjskiego systemu finansowego – te pieniądze po prostu wyparowały. Nie było nawet tego, nawet „Wokulscy” stracili w I wojnie światowej swoje fortuny. W związku z tym od początku państwowa kasa zaczęła drukować polskie marki praktycznie rzecz biorąc bez pokrycia, bo naprawdę skarb był pusty.

M.N. Zgoda. Czy nie potrafiliśmy, czy po prostu nie dało się włączyć mechanizmów ekonomicznych, które by pozwoliły na stworzenie polskiej warstwy właścicieli? Bo tak naprawdę zbiedniałe ziemiaństwo, potwornie zbiedniałe, te pałace były, najczęściej miały trzy sale w dobrym stanie, a resztę zapuszczoną i nieogrzewaną z oszczędności, prawie nie było kapitału. Z kolei to się przełożyło na coś, co jest chyba chorobą naszego myślenia społecznego teraz, czyli na taki etatyzm, wymuszony po części, a do dzisiaj przecież, po fali etatyzmu międzywojennego, po całym okresie komunistycznym, ja mam wrażenie, że do dzisiaj jest takie wrażenie, że państwo jest lepsze.

W.M. W to wierzono po części dlatego, że polski ruch narodowy i polska inteligencja bardzo starała się przekonać nie w pełni oddanych idei niepodległości chłopów i robotników, że kiedy nastanie Niepodległa, to uda się rozwiązać wszystkie problemy, które są udziałem ziem polskich, polskich biednych chłopów, robotników i mit „szklanych domów”, to nie tylko Żeromski, on był powielany w różnych wariantach, w różnych środowiskach. Stąd w 18-tym, 19-tym, a zwłaszcza w 20-tym roku, po pokonaniu bolszewików, po prostu taka głęboka wiara, że damy radę i że znajdą się pieniądze na wszystko. Natomiast ekonomia w okresie międzywojennym była zdecydowanie inną ekonomią niż współcześnie. Nikt wtedy nie pomyślałby o tym, że można kreować pieniądz tak, jak obecnie, budowanie podstawy do kredytowania na wielokrotny kredyt i zakładanie dźwigni finansowych, tylko było jasne, że jak nie ma pokrycia w złocie dla pieniądza, to tego pieniądza nie można drukować, poza krótkim okresem powojennym. Stąd reforma walutowa Grabskiego uzdrowiła polskie finanse i stworzyła podstawy pod solidną ekonomię, ale nie oznaczało, że pieniędzy przybyło. Ich było tyle, ile wypracowano w danym momencie. I kiedy nie przekroczymy tego progu, jesteśmy skazani na to, że każda złotówka na inwestycje musi być wypracowana przez społeczeństwo.

M.N. Ja pamiętam, że Eugeniusz Kwiatkowski na starość mówił, że jakby on wiedział, że wybuchnie wojna, to on by poszedł na kontrolowaną inflację i bylibyśmy lepiej uzbrojeni we wrześniu 1939 roku.

W.M. Ponieważ Polska nie miała zbyt dobrej prasy na arenie międzynarodowej, także jako gospodarka, nie byliśmy w stanie znaleźć dogodnych pożyczek inwestycyjnych, które pozwoliłyby na samoczynny rozwój ekonomiczny.

W dalszej części:

M.N. Tutaj pada pytanie kluczowe dla II Rzeczypospolitej: czy nie była to wina braku reformy rolnej? Ja spędziłem kilka lat jako ambasador na Łotwie. Łotysze po 1918 roku wprowadzili brutalną reformę rolną, dokładnie według takich standardów jak w PRL-u i stworzyli potężne, nowoczesne rolnictwo, gdzie nasi chłopi jeździli na saksy.

W.M. To prawda, to była dużo lepsza reforma niż w PRL-u, ponieważ przyjęła założenie, że podstawowym gospodarstwem jest duże gospodarstwo. Tam wielka własność była niemiecka, bądź rosyjska.

Piotr Szczepański: W Polsce byli ziemianie, mieli swoją reprezentację polityczną. Taka brutalna reforma polityczna, jak na Łotwie, nie była możliwa.

W tym miejscu profesor zrobił unik i nie podjął tematu kluczowego wręcz dla bytu II RP, czyli reformy rolnej, tylko zaczął mówić o tym, że chłopskie gospodarstwa były tak uprawiane, że miały dołki i górki i że w latach mokrych w dołkach stała woda i połowa areału była wyłączona spod uprawy. Natomiast ziemianie orali równo.

Wszelkie kłopoty II RP sprowadzały się więc do dwóch rzeczy: braku kapitału i braku reformy rolnej, która rozwiązałby problem bezrobocia i przeludnienia wsi. Temu tematowi oraz relacjom chłopsko-ziemiańskim poświęciła swoje Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich Maria Dąbrowska. Co ciekawe w PRL-u ukazało się ono dopiero w 1987 roku. Wcześniej, jakbyśmy to dziś powiedzieli, było banowane. I wygląda na to, że obecnie również nie trzeba o tym głośno mówić.

Jeśli chodzi o kapitał, a właściwie jego brak, to też to wyglądało trochę inaczej niż mówił profesor. Ekonomia była taka sama przed wojną i po wojnie w tym sensie, że przed wojną też drukowano bez opamiętania. O hiperinflacji w Niemczech w 1923 roku pisałem w blogu „Hiperinflacja”, a o tym, co odstawiono na Węgrzech w 1946 roku – w blogu „Hiperinflacja c.d.”. Ta niemiecka hiperinflacja odbiła się rykoszetem i w Polsce, i tak jak w Niemczech, tak i w Polsce szybko przywrócono stabilną walutę. Profesor wspomina o tym, że nie można było drukować pieniądza bez ograniczeń, bo złotówka miała pokrycie w złocie. – Jak więc było z tą złotówką? Wikipedia pisze:

Standard złota, jako sztywny kurs walutowy, utrudnia buforowanie zmian konkurencyjności krajów. Standard złota przedłużył i pogłębił wielki kryzys. Kraje, które odeszły od standardu złota i zdewaluowały swoje waluty w 1931, miały wyraźnie wyższą produkcję przemysłową w 1934 niż w 1929 – w ostatnim roku przed kryzysem. Kraje złotego bloku miały produkcję przemysłową niższą o 22% niż przed kryzysem. W 1936 różnica ta wynosiła 41 punktów procentowych odpowiednio 127% poziomu z 1929 w krajach po dewaluacji w 1931 i 86% w krajach złotego bloku. Kraje, które porzuciły wymienialność na złoto mogły prowadzić ekspansywną politykę monetarną i fiskalną, w sytuacji kryzysu bez niebezpieczeństwa inflacji, zwiększający popyt krajowy uruchamiający niewykorzystywane w kryzysie moce produkcyjne.

Złoty blok – utworzony w 1933 roku skupiał Belgię, Francję, Holandię, Luksemburg, Polskę, Szwajcarię i Włochy. Jego uczestnicy zobowiązali się do przestrzegania zasad stabilizacji monetarnej, utrzymywania wymiany pieniędzy krajowych na złoto oraz swobody międzynarodowego przepływu kapitałów. Powstanie złotego bloku miało na celu obronę liberalnej polityki pieniężnej i zasad nią rządzących sprzed wielkiego kryzysu. W przypadku państw wierzycielskich taka polityka była uzasadniona, gdyż umożliwiała im wycofywanie lokat kapitałowych z innych państw. Złoty blok stanowił przeciwwagę dla powstałego dwa lata wcześniej bloku szterlingowego, w którym doszło do odejścia wymiany walut na złoto, a główną walutą został funt szterling zdewaluowany w 1931 roku o 39%. Kraje, które odeszły od dotychczasowych zasad polityki pieniężnej, uznały, że prymat w polityce gospodarczej powinien mieć nie pieniądz, lecz produkcja, wymiana i konsumpcja. W związku z tym polityka pieniężna powinna być używana w celu realizacji tych zadań. Złoty blok przetrwał do 1936 roku, kiedy to został oficjalnie zdewaluowany frank francuski przez wybrany w kwietniu rząd Frontu Ludowego.

W okresie wielkiego kryzysu państwo polskie dążyło za wszelką cenę do utrzymania parytetu złotego, a to wymagało prowadzenia polityki deflacyjnej. W ówczesnym czasie za prowadzenie polityki gospodarczej odpowiadało trzech wojskowych, których przygotowanie do prowadzenia tej roli pozostawiało wiele do życzenia. Byli to kierownik Ministerstwa Skarbu – płk Ignacy Matuszewski, wiceminister skarbu – płk Adam Koc oraz szef Biura Ekonomicznego Prezesa Rady Ministrów – płk Tadeusz Lechnicki. Chociaż w ówczesnej Polsce zdawano sobie sprawę z dyskusyjności prowadzonej polityki gospodarczej, to jej przeciwnicy znajdowali się w mniejszości. Podkreślali oni, że polityka deflacyjna wpływa ujemnie na aktywność procesów konsumpcji, że brak dewaluacji złotego odbija się negatywnie na konkurencyjności polskiego eksportu (utrzymywanie przedkryzysowego parytetu złotego, podczas gdy inne kraje dokonały dewaluacji swych walut powodowało, że polskie towary na zagranicznych rynkach stawały się relatywnie droższe), że brak ograniczeń dewizowych powodował niekontrolowany odpływ kapitału z kraju. Jednakże wszelkim eksperymentom pieniężnym sprzeciwiał się marszałek Józef Piłsudski i jego zdanie było decydujące.

W rezultacie prowadzonej polityki gospodarczej Polska przyłączyła się do złotego bloku jako kraj dłużniczy. Pozostali członkowie należeli do państw wierzycielskich, które to kraje dążyły do zachowania zasad liberalnej polityki pieniężnej w celu bezproblemowego wycofywania kapitału oraz spłacania długów w niezdewaluowanych walutach.

xxxxxxxx

I wszystko jasne. Uczestnictwo Polski w złotym bloku trwało trzy lata od 1933 do 1936 roku. Zaszkodził on polskiej gospodarce, ale nie aż tak bardzo ze względu na krótkotrwałość istnienia. Więcej szkody uczynił jej największy szkodnik w historii Polski – Józef Piłsudski i jego masońskie rządy. I to on faworyzował ziemiaństwo, to kresowe ziemiaństwo, bo to przecież tam znajdowała się większość ich majątków, należących do spolszczonych magnatów litewskich i rusińskich. I znowu Kresy, jak wcześniej i później w polskiej historii, bywały przyczyną polskich nieszczęść i problemów.

I w takiej sytuacji, przy zabójczej polityce finansowej i niezgodzie na reformę rolną, sanacyjni „geniusze” wymyślili sobie, że bezrobocie i przeludnienie na wsi można zlikwidować poprzez stworzenie kolonii i wysłanie tam ludzi, z którymi oni nie wiedzieli, co zrobić. A więc Polska miała stać się potęgą kolonialną i dorobili do tego ideologię, wykorzystując organizację zwaną Ligą Morską i Kolonialną. II RP – „potęga” kolonialna. PRL – 10-ta „potęga” gospodarcza świata. III RP plus Ukraina to 80 mln ludności i największe pod względem obszaru państwo w Europie. To „potęga”, z którą każdy będzie się liczył – tak nas przekonują Ukraińcy, udający Polaków. Przecież ta II RP, PRL i III RP to domy wariatów-megalomanów. Czy to się kiedyś skończy?

Nowy ruch

A więc mamy nowy ruch – Polski Ruch Antywojenny (PRA). Jego inauguracja miała miejsce 3 lutego 2023 roku o godzinie 18:00 w Częstochowie przy ulicy Królewskiej 30a, w siedzibie wydawnictwa 3DOM. Jego inicjatorami są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń. To drugi ruch, obok Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) Macieja Maciaka, którego naczelnym hasłem jest sprzeciw wobec wojny. Oba więc ruchy mają podobny program. W przypadku PRA jest tylko jeden postulat, w przypadku RDiP – dwa. Będą więc walczyć o tego samego wyborcę. PRA ma już swoją stronę internetową (https://www.polskiruchantywojenny.pl).W krótkim nagraniu Leszek Sykulski informuje o powstaniu Ruchu, jego celach i metodach działania. Poniżej fragment jego wypowiedzi:

Celem Ruchu jest pokazanie, że w Polsce nie ma przyzwolenia sporej części społeczeństwa na angażowanie nas w wojnę na Ukrainie. Jesteśmy przeciwni bezwarunkowemu militarnemu wspieraniu Ukrainy. Jesteśmy przeciwni jakimkolwiek zakusom na to, aby wojsko polskie miało wziąć udział w tej wojnie. Jesteśmy przeciwni zaostrzaniu, antagonizowaniu, wzrastaniu napięcia w relacjach z Rosją i Białorusią. Uważamy, że Polska nie jest przygotowana do żadnej wojny, do udziału w żadnym konflikcie zbrojnym, a dalsze, bezwarunkowe wspieranie Ukrainy przybliża nas do ewentualnego odwetu ze strony Rosji i Białorusi.

Szanowni Państwo! Chcemy podjąć działalność informacyjną, edukacyjną na rzecz pokazania społeczeństwu polskiemu, narodowi polskiemu, że ta wojna, z całą swoją genezą, tak naprawdę nie wygląda tak, jak przedstawia to oficjalna narracja, oficjalna propaganda. Sprzeciwiamy się próbie cenzurowania mediów, cenzurowania intelektualistów, sprzeciwiamy się ograniczaniu wolności słowa, sprzeciwiamy się próbie dyskredytowania wszystkich tych osób, które nie podzielają wizji obecnej władzy. Uważamy, że jest to nie tylko łamanie Konstytucji, ale jest to działalność głęboko szkodliwa dla polskiej racji stanu i dla polskiego interesu narodowego. Mówimy jasno: to nie nasza wojna, to nie jest nasza wojna, nie idźmy na tę wojnę.

Chcemy, Szanowni Państwo, podjąć także działania edukacyjne w zakresie zarówno publikacji książkowych, e-booków, kampanii w mediach społecznościowych, różnego rodzaju raportach, analizach. Stąd też właśnie spotykamy się w siedzibie wydawnictwa, ale także chcemy podjąć działalność wychodząc na zewnątrz. Chcemy podjąć taką kampanię informacyjną, billboardową, kampanię plakatową, wklejkową, bannerową – generalnie obliczoną właśnie na szeroką kampanię informacyjną. Uważamy, że mamy do tego nie tylko prawo, ale nawet obowiązek, aby zaprezentować inny sposób spojrzenia na ten konflikt, na rolę Polski właśnie w całej tej geopolitycznej układance. Uważamy, że artykuł 54 Konstytucji mówiący o wolności słowa, jest nie tylko przywilejem, jest nie tylko prawem, ale jest także obowiązkiem, aby stosować pluralizm poglądów w życiu publicznym. Mamy szereg planów związanych z rozwojem Ruchu Antywojennego, Polskiego Ruchu Antywojennego w Polsce, od działalności edukacyjnej, informacyjnej, na działaniach związanych chociażby z organizacją – wynikających z Konstytucji, do której Konstytucja daje nam prawo – legalnych marszów antywojennych, marszów propokojowych, różnego rodzaju tego typu inicjatyw.

xxxxxxxx

Z wypowiedzi Leszka Sykulskiego wynika, że pod względem organizacyjnym i logistycznym, będzie to bardzo trudne i wymagające zaangażowania wielu ludzi przedsięwzięcie. A skoro tak, to i wymagające dużych pieniędzy, bo przecież nikt nie będzie pracował za darmo. Chyba nikt rozsądny nie uwierzy w to, że wsparcie finansowe, o które już proszą, wystarczy. Od kogo dostaną te pieniądze?

Jedni są przeciwko wojnie i zaangażowaniu Polski na Ukrainie, inni domagają się od Ukraińców przeprosin za Wołyń. I to wszystko ma być w państwie, w którym mieszka około 10 mln Ukraińców, którzy od 2014 roku napływają do Polski, a po 24 lutego 2022 roku to już można mówić o potopie ukraińskim. Jeśli doda się do tego tych Ukraińców, którzy są potomkami przesiedlonych po II wojnie światowej, a którzy nie zasymilowali się, to tzw. mniejszość ukraińska w Polsce może już nie jest mniejszością. W takiej sytuacji tego typu inicjatywy i żądania mogą prowadzić do poważnych niepokojów społecznych, zwłaszcza że Sykulski chce organizować marsze, czyli wyprowadzać ludzi na ulice.

Czy taki scenariusz wypichcili nam najlepsi scenarzyści, a najlepsi reżyserzy zrealizują go w praktyce? Czas pokaże. W każdym razie wygląda to bardzo źle, bo nic nierobienie nie poprawi tej niewygodnej sytuacji, ale tego typu propozycje, jak Sykulskiego, niosą ryzyko niepokojów społecznych, a rząd i tak będzie robił swoje.

Problem polega na tym, o czym już wcześniej wspominałem, że Polska jako państwo, w którym realizowano interesy tego państwa, skończyło się wraz z objęciem tronu polskiego przez Litwina, a już szczególnie – od unii lubelskiej. Od tego momentu Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy obu tych narodów, czyli Litwinów i Rusinów, czyli wojny z Moskwą, a nie – Polaków, czyli dążenie do odzyskania Śląska, na którym ludność polska stanowiła większość. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku sytuacja powtórzyła się. Bolszewicy, którzy nie mieli szans, by opanować Europę, bo jeszcze nie pokonali białych, podeszli pod Warszawę po to tylko, by wojska polskie miały pretekst do zajęcia Kresów – bo dalej nie posunęły się, chociaż droga na Moskwę była wolna a bolszewicy rozbici – i przyłączenia ich do ziem polskich. To nie było w interesie Polski. Ktoś jednak tak zadecydował, że Polacy mają mieszkać w jednym kraju z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami itp. Musiał to być ktoś bardzo potężny. I teraz ten ktoś też zadecydował, że Polacy mają mieszkać wspólnie z Ukraińcami, Białorusinami i pomagać Ukrainie w wojnie z Moskwą. To jest „never ending story”. I o tym ktoś, kto chce podjąć jakąkolwiek akcję powinien wiedzieć. Powinien wiedzieć, że zderzy się z jakąś potężną, niewidzialną siłą.

“Polacy” na Kremlu c.d.

W poprzednim bogu pisałem o tym, że w 1610 roku to nie Polacy byli na Kremlu, a jeśli byli, to nie jako reprezentanci ówczesnego państwa, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tylko prywatnie. Jednak pozostał mi jakiś niedosyt, że nie wszystko zostało wyjaśnione i że ten wątek z Polakami na Kremlu trzeba uzupełnić o dodatkowe informacje. Przejrzałem więc Dzieje Polski Nowożytnej Konopczyńskiego, Boże Igrzysko Davies’a, Wikipedię, ale nic na ten temat nie znalazłem. Przeczytałem parę artykułów w internecie, z których też niczego nie dowiedziałem się. W jednym z nich napisali nawet, że po tym pobycie na Kremlu Rzeczpospolita odzyskała Smoleńsk, który utraciła 93 lata wcześniej, tylko że to było w roku 1514, a więc nie było jeszcze Rzeczypospolitej, bo ona powstała po unii lubelskiej w 1569 roku. W jednym tylko artykule znalazłem informacje warte przytoczenia. To artykuł, a właściwie wywiad, z 7 listopada 2022 roku, zamieszczony w tygodniku „Wprost” (https://historia.wprost.pl/historia-staropolska/10941643/kapitulacja-polskiej-zalogi-na-kremlu-dochodzilo-do-ekstremalnych-sytuacji.html). Poniżej jego część dostępna bezpłatnie:

7 listopada 1612 roku polska załoga stacjonująca na moskiewskim Kremlu kapitulowała po długim oblężeniu. – W diariuszach zostały zapisane ekstremalne sceny. Mamy informacje o tym, że ojcowie zjadali synów, czy makabryczne cenniki ile kosztowały poszczególne części ludzkiego ciała oraz części zwierząt – mówi w rozmowie z „Wprost” dr hab. Konrad Bobiatyński z Wydziału Historii UW.

Maciej Zaremba: Mam wrażenie, że w Polsce istnieje powszechna, mocno uproszczona wiedza, że „kiedyś Polacy zajęli Moskwę, byliśmy potęgą”. Ale gdy przejdziemy do szczegółów, to już mało kto potrafi rozróżnić na przykład dymitriady od wojny Rzeczypospolitej z Moskwą. A już informacja, że moskiewskiego Kremla nie zdobyliśmy, a zajęliśmy po uzgodnieniu umowy o carskiej koronie dla królewicza Władysława, może dla niektórych być szokiem. Czy da się uporządkować w kilku zdaniach na czym polegało zaangażowanie Rzeczypospolitej w sprawy moskiewskie na początku XVII wieku?

Dr. hab Konrad Bobiatyński: Warto rozpocząć od tego, że w 1598 roku wygasła dynastia Rurykowiczów. Rozpoczęło to cykl niepokojów wewnętrznych w Państwie Moskiewskim, bo tak należy nazywać to państwo. To nie była wtedy Rosja. Car Borys Godunow, który pochodził z rodu nie zaliczającego się do dotychczasowych elit władzy, spotkał się z ostrą opozycją bojarsko-kniaziowską. W tej sytuacji w 1603 roku objawił się na wschodnich kresach Rzeczypospolitej człowiek, który podawał się za cudem ocalonego najmłodszego syna Iwana Groźnego Dymitra. W rzeczywistości zmarłego lub zabitego, tego się nie dowiemy, w 1591 roku.

I ten Dymitr, zwany Samozwańcem, szybko zaczął pozyskiwać możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Dymitriady to właśnie okres nieformalnych wypraw, można powiedzieć prywatnych. Odbywały się za wiedzą króla, ale nie były to wyprawy państwowe. Rozpoczęło się to w 1604 roku, kiedy to Dymitr wyprawił się na Moskwę przy pomocy swoich protektorów: książąt Wiśniowieckich i wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha, który obiecał wydać za niego swoją córkę. Godunow w 1605 roku zmarł, a jego syn Fiodor został zamordowany. I w 1605 roku Dymitr zostaje carem. I od tego rozpoczyna się cała historia.

Walka z Moskwą krokiem do odzyskania tronu w Szwecji?

A dlaczego polski król się zdecydował wziąć udział w tym „zamieszaniu”.

To była seria kolejnych wydarzeń. Dymitr rządził rok i został zamordowany. Morderstwo miało miejsce tuż po ślubie z Maryna Mniszchówną. Wtedy doszło do rzezi Polaków i Litwinów w Moskwie. To bardzo wzburzyło nastroje w Rzeczypospolitej. Ale król na interwencję zdecydował się dopiero w 1609 roku, czyli kilka lat później.

Powodów było kilka. Oficjalnie chodziło o sojusz, jaki kolejny car Wasyl Szujski zawarł z królem Szwecji Karolem IX, z którym Zygmunt III Waza pozostawał w konflikcie i uważał go za uzurpatora na ojczystym tronie. Karol IX był stryjem Zygmunta III, który pozbawił polskiego króla należnego mu tronu szwedzkiego. Oczywiście to był oficjalny powód dla Rzeczypospolitej, bo król nie uzyskał zgody Sejmu na tę wyprawę. Ale król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy jest zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. A tak naprawdę motywy były różne.

Jakie?

Jednym z nich było na pewno doprowadzenie do wewnętrznej pacyfikacji Rzeczpospolitej po wojnie domowej, po rokoszu sandomierskim. Chodziło też o to, żeby poprzez podbicie Moskwy stworzyć sobie lepsze warunki do odzyskania tronu szwedzkiego. Tych czynników było naprawdę wiele.

I jak doszło do tego, że syn polskiego króla został obrany na carski tron?

We wrześniu 1609 roku król rozpoczął interwencję od oblężenia Smoleńska. Jak wiadomo wojska Rzeczpospolitej nie potrafiły skutecznie oblegać miast, więc oblężenie trwało niezwykle długo. W 1610 roku siły moskiewskie wzmocnione przez korpus, można powiedzieć szwedzki, ale złożony z najemników z różnych krajów Europy Zachodniej, ruszył na odsiecz Smoleńskowi. Naprzeciwko niego ruszył hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski i 4 lipca 1610 roku odniósł znakomite zwycięstwo pod Kłuszynem rozbijając całkowicie przeciwnika. Wtedy, w zupełnie niespodziewany sposób, bo to nie było celem wyprawy Zółkiewskiego, stanęła otworem droga na Moskwę.

Co się stało?

W samym mieście doszło do rozruchów, do obalenia cara Wasyla IV Szujskiego. I kiedy Żółkiewski podszedł pod mury Kremla rozpoczął negocjacje z elitami bojarskimi. Już wcześniej, na początku 1610 roku, w pewnym gronie, można powiedzieć propolsko nastawionych elit moskiewskich, pojawiła się koncepcja, żeby wybrać na tron pierworodnego syna Zygmunta III, czyli królewicza Władysława. I ta koncepcja zmaterializowała się w trakcie negocjacji mających miejsce pod Moskwą w sierpniu 1610 roku. 27 sierpnia Żółkiewski podpisał układ z bojarami o elekcji królewicza Władysława, który nigdy oczywiście nie wszedł w życie, ale otworzył wojskom polskim drogę na Kreml.

A co stało się 9 października? Zdobyliśmy wtedy Kreml, jak to często jest przedstawiane?

Miasto nie tyle zostało zdobyte, co po prostu polska załoga na mocy układu z 27 sierpnia wkroczyła na Kreml i obsadziła to serce Państwa Moskiewskiego. To jest po prostu data, kiedy polska załoga weszła do twierdzy w środku Moskwy.

Polacy na Kremlu. W Żółkiewskim widziano gwaranta bezpieczeństwa

Jak ludność moskiewska podchodziła do polskiej załogi? Czy to zmieniało się w czasie?

To skomplikowany problem. Dotąd nie wspomniałem o tzw. Dymitrze II Samozwańcu. Po obaleniu Dymitra I pojawił się wkrótce kolejny uzurpator, który podawał się za po raz kolejny cudem ocalonego cara. Dymitr II od 1608 roku terroryzował Moskwę. Założył obóz we wsi Tuszyno, która dzisiaj jest północną dzielnicą Moskwy. Żółkiewski z całą pewnością w sierpniu, wrześniu 1610 roku był uważany przez ludność moskiewską i bojarów za kogoś, kto ma ochronić Moskwę przed czymś jeszcze gorszym, czyli pacyfikacją ze strony tych niekarnych, półdzikich band, które były pod komendą Dymitra II Samozwańca.

Czyli Żółkiewski i jego wojska byli uznawani za pewnego rodzaju wybawienie?

Początkowo widziano w Żółkiewskim kogoś, kto będzie gwarantem spokoju, bezpieczeństwa. To się oczywiście zmieniało. Zółkiewski doprowadził do rozbicia obozu Dymitra II Samozwańca, który wkrótce uciekł spod Moskwy i został niedługo zamordowany. Ale dochodziło do konfliktów pomiędzy ludnością i wojskami polskimi, w skład których wchodziło wielu najemników. Część z nich przeszła na stronę polską po bitwie pod Kłuszynem. To były konflikty na różnym tle.

Jakim?

Oczywiście, jak to z żołnierzami bywa, istniały problemy z dyscypliną. Doszło do różnych incydentów pomiędzy żołnierzami a ludnością, chociażby do bezczeszczenia ikon. Do różnych sporów często na bardzo błahym tle. Oczywiście było także stronnictwo w Moskwie, które w ogóle nie widziało możliwości powołania Władysława na tron. Był patriarcha Hermogenes, który podjudzał, podsycał antypolskie nastroje. Do wybuchu doszło wiosną 1611 roku. Trzeba też pamiętać, że dopóki w Moskwie był Stanisław Żółkiewski, to łagodził sytuację. To był człowiek bardzo koncyliacyjnie nastawiony, szanowany przez Rosjan.

Ale Żółkiewski wyjechał z Moskwy.

Tak i później zastąpił go człowiek o dużo mniejszej charyzmie, Aleksander Gosiewski. Oczywiście nie należy go bezpośrednio obarczać odpowiedzialnością za to, co się działo. Ale konflikt narastał i doszło do wybuchu powstania antypolskiego wiosną 1611 roku i do ostrych walk. Powstanie udało się stłumić, ale od tego czasu sytuacja się systematycznie pogarszała. Polska załoga była coraz ostrzej atakowana przez kolejne pospolite ruszenia moskiewskie, które zaczęły ją blokować, a później rozpoczęły regularne oblężenie. I wiemy jak to się wszystko skończyło w 1612 roku. Ale po drodze wydarzyło się jeszcze kilka ciekawych rzeczy.

xxxxxxxxxxxx

I w tym miejscu kończy się darmowy dostęp do tego wywiadu. Na początku dowiadujemy się, że ten „spór z carem, którego bojarzy rosyjscy jakoś tam nie uznawali”, jak to ujął Maciak, polegał na tym, że car Borys Godunow nie pochodził z rodu zaliczanego do ówczesnych elit. I pojawia się ktoś, kto podaje się za syna Iwana Groźnego. Ten Dymitr, zwany Samozwańcem, zyskuje możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Są nimi książęta Wiśniowieccy i wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech. Wiśniowieccy to Rusini. A Mniszech? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

„Tajne organizacje pracują bezustannie, agitatorzy jeżdżą z kraju do kraju, setki pism krążą z rąk do rąk. Do sojuszu przeciw Rzymowi usiłują zwerbować kościół wschodni. W Polsce ewangelicy, połączeni unią sandomierską, starają się zarzucić sieci na prawosławie i przeciwstawić unii brzeskiej (1596), z drugiej strony działa wśród dyzunitów sekta judaizantów, o której mówiłem wyżej. Przez Polskę usiłuje się zarzucić sieć na Moskwę, stąd finansowana przez Mniszcha wyprawa Dymitra Samozwańca, wychowanego po ariańsku przez Gabriela Hojskiego, protektora arianizmu.”

Ten wątek nie jest oczywiście poruszany przez historyków, ale okres tzw. Wielkiej Smuty, czyli bezkrólewia w Carstwie Moskiewskim, był doskonałą okazją do tego typu przedsięwzięć.

Z tego wywiadu dowiadujemy się też, że król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy było zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany. Relacje i interpretacje tych wydarzeń są różne i można się spierać o to, czy to byli Polacy, czy – nie. Można sobie też zadać inne pytanie: w czyim to było interesie? Na pewno nie w polskim. W mojej ocenie Polska, czyli w tamtym czasie Korona Królestwa Polskiego, to państwo, które skończyło się wraz z unią lubelską, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Ale jakoś tak się dziwnie składało, że to nowe państwo realizowało tylko interesy jednego z państw, które wchodziły w skład RON. To były interesy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ich realizacja zaczęła się jeszcze w okresie unii personalnej, gdy królem był Litwin Jagiełło.

Po bitwie pod Grunwaldem WKL odzyskało Żmudź, a Polska jakieś niewielkie skrawki Ziemi Dobrzyńskiej. W 1343 roku Kazimierz Wielki zawarł z Krzyżakami pokój i skierował swoje zainteresowania na Ruś Halicko-Włodzimierską. Wojny z nimi powróciły, gdy królem został Jagiełło. Litwa chciała odzyskać Żmudź, którą straciła po bitwie nad Strawą (dopływ Niemna) w 1348 roku. Litwini i Rusini (Ukraińcy?) stracili tam 6000 z 9000 ludzi, a Krzyżacy 60 w tym 8 rycerzy zakonnych. Tak więc bitwa pod Grunwaldem przyniosła korzyści tylko WKL.

Pacta conventa zobowiązywały króla do odzyskiwania ziem utraconych przez WKL na rzecz Moskwy. Nie było mowy o zobowiązaniu króla do odzyskiwania Śląska czy Gdańska. Nowe państwo było zdominowane przez litewskich i rusińskich możnowładców, a właściwie feudałów, którzy wykorzystywali je do realizacji własnych interesów, które polegały na tym, że pod władzą Moskwy nie byliby tak potężni. W WKL znaczyli więcej niż król, który był bardziej zainteresowany tronem szwedzkim, co naturalne, bo był Szwedem. W ten sposób to małe państwo polskie, zwane Koroną, zostało wplątane w wojny z Moskwą, z którą wcześniej nie graniczyło i nie miało z nią żadnych spornych kwestii. Smoleńszczyzna nie była ziemią polską. Litwini i Rusini z WKL, które powstało z ziem Rusi Kijowskiej, nie byli w stanie obronić się przed Moskwą, która upominała się o ziemie tej Rusi i stąd unia z Koroną, która choć mała, to było to jednak państwo na wyższym poziomie rozwoju i lepiej zorganizowane niż WKL.Jakby tego było mało, to doszły jeszcze wojny ze Szwecją o Inflanty. To też był interes WKL. A później przyszedł potop szwedzki, ale tylko na ziemie byłej Korony.

I od tego momentu, od tej nieszczęsnej dla Polaków unii lubelskiej, polityka ta jest niezmienna. Cały czas, aż do zaborów, Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy jednej strony i tylko jej. I to się odrodziło po I wojnie światowej, po której II RP stała się kalką I RP, a władze II RP bardziej na uwadze miały interes ukraiński (eksperyment wołyński) niż polski. I dziś jest tak samo. Władze III RP też mają na uwadze tylko interes ukraiński, co jest pośrednim dowodem na to, że ten wschodni żywioł dominuje w tym państwie, zwanym jeszcze Polską, a Polacy są w nim całkowicie zmarginalizowani. I nic się nie zmieniło od czasu unii lubelskiej. Trwałość i niezmienność tej koncepcji i konsekwencja z jaką realizowana jest ta polityka, skłania mnie do wniosku, że za tym wszystkim kryją się jacyś nieznani przełożeni, którzy zdominowali kiedyś Koronę i WKL i to oni stworzyli ten idiotyczny ustrój tego nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów, i decydowali o jego losach.

A piwo „1610” jest jak najbardziej na czasie, gdy trzeba przekonać Polaków do udziału w wojnie na Ukrainie: Patrzcie! Kiedyś się udało, to i teraz może się udać. Moskwa jest do pokonania!

“Polacy” na Kremlu

Na kanale internetowym „Musisz to wiedzieć” w odcinku nr 1588 z dnia 22 stycznia Maciej Maciak, możliwe że przyszły premier, „obala” mit o Polakach, którzy w 1610 roku zdobyli Moskwę i osadzili na Kremlu swoje wojska. Ten nasz rodzimy „Flecista z Hameln” niby obala jeden mit, że Polacy zdobyli Kreml, drugim, że zostali zaproszeni i że to byli Polacy, a to nie byli Polacy. Ale po kolei. Maciak zaczyna swój program wstępem, w którym mówi:

„Zacznę od czegoś, co każdy Polak ma wbite do głowy, szczególnie ostatnio, o tym, jak podbiliśmy Moskwę. Te informacje, które teraz podam są szokujące, dla większości szokujące. Robiłem badanie, ale gdy zapytałem w tym badaniu – ale powiedz mi, jakie były szczegóły tego, gdy zdobyliśmy Moskwę, gdy polski władca rządził w Moskwie – to nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. Bo nigdy nie zdobyliśmy Moskwy. Jeżeli uważacie, że mówię coś absurdalnego, no to zachęcam Państwa do odwiedzenia strony Muzeum Historii Polski pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czyli pana ministra Glińskiego i tam jest to opisane dość poprawnie.

To nie było tak, że my zdobyliśmy Moskwę. W tym czasie, około 1610 roku, to nazwa piwa Mentzena (piwo o nazwie „1610” – przyp. W.L.) i to z tego powodu drobna errata do informacji z poprzedniego odcinka. Tak pan Mentzen upamiętnia podbój Moskwy, podbój Moskwy piwem, żeby ludzie żłopali. Browarnik Mentzen upamiętnia tę datę. Proszę Państwa, to nie było tak. W tamtym czasie bojarzy rosyjscy mieli spór z carem, którego jakoś tam nie uznawali i poprosili Polaków o pomoc. Tak! Rosyjscy bojarzy poprosili Polaków o pomoc i tam przyjechała do Moskwy pomóc bojarom polska załoga. Maksymalnie było ich trzy tysiące. Jednak ze względu, że Polacy się źle zachowywali, wkurzali bojarów, swoich gospodarzy, dobrodziejów, którzy chcieli im oddać Księstwo… Królestwo Moskiewskie (Carstwo Moskiewskie – przyp. W. L.), no to zaczęło się prześladowanie ludzi, palenie Moskwy. Z tego powstał głód i Polacy zostali przepędzeni. Tak to było. Przeczytajcie sobie w szczegółach tę pasjonującą historię. Nigdy Polacy nie zdobyli Moskwy. Nie było takiego faktu. Od tak prozaicznych rzeczy zaczęło się, jak kazali bojarom golić brody. Nie wiadomo o co chodziło ówczesnym dowódcom obsady Kremla. Dowódcą załogi na Kremlu był Korwin Gosiewski. Mamy pecha do niektórych nazwisk.”

W tym momencie Maciak przechodzi do cytowania artykułu, którego tytułu nie podał, ani nie poinformował, kto jest jego autorem, ani nie dodał do niego linku. Zapewne uznał, że 99% jego wyznawców nie zada sobie trudu, by szukać oryginalnego tekstu i zaczarowana jego narracją łyknie te bzdury. I ma rację! Strona tego muzeum jest tak beznadziejna, że trudno coś na niej znaleźć. Dopiero gdy wpisałem w wyszukiwarkę frazę „Polacy na Kremlu w 1610 roku”, to pojawił mi się na pierwszym miejscu omawiany artykuł. Jego tytuł to „Obsadzenie Kremla przez załogę polską”. Jest to wywiad z prof. Anną Filipczak-Kocur z Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego (https://muzhp.pl/pl/e/72/obsadzenie-kremla-przez-zaloge-polska). Poniżej cały ten wywiad. Wytłuściłem to, co zacytował z niego Maciak.

Jakie były okoliczności znalezienia się Polaków w Moskwie? W jaki sposób opanowali oni Kreml w 1610 roku?

Już od 1604 roku różne oddziały, werbowane przeważnie przez polskich możnowładców, pomagały Dymitrowi Samozwańcowi pierwszemu, a potem drugiemu w zdobyciu korony i utrzymaniu tronu. Były to jednak inicjatywy prywatne, chociaż po cichu popierane przez Zygmunta III w perspektywie realizacji jego politycznego celu: przymierza z władcą moskiewskim dla odzyskania królestwa szwedzkiego. W 1609 roku król oficjalnie, chociaż bez zgody sejmu, wyprawą na Smoleńsk, utracony w roku 1514, rozpoczął wojnę z Moskwą. W czerwcu 1610 hetman Stanisław Żółkiewski z częścią wojska został spod obleganej twierdzy wysłany przeciwko armii Dymitra Szujskiego, podążającej na odsiecz Smoleńskowi. Żółkiewski odniósł nad nią zwycięstwo pod Kłuszynem i wyruszył do Moskwy.

Car Wasyl Szujski zawarł jeszcze 10 marca wieczysty pokój z królem szwedzkim Karolem IX. Uznał w nim prawa Szwedów do Inflant, a sam zgłosił pretensje do terytoriów, które od pokoju w Jamie Zapolskim z 1582 roku należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tytułował się carem połockim. Karol i Wasyl zobowiązali się ponadto do prowadzenia wspólnej polityki wobec Zygmunta III i jego potomków, a Szwedzi obiecali carowi pomoc zbrojną.

Wydarzenia na terenie państwa moskiewskiego w okresie wielkiej smuty – bo tak nazwano te czasy – toczyły się niezwykle szybko. Bojarzy obalili cara Wasyla Szujskiego, a koronę zaproponowali Władysławowi, synowi Zygmunta. Hetman Żółkiewski przyjął tę propozycję. Wprowadzono polską załogę do stolicy carów na prawach sojusznika. Decyzję hetmana zaakceptowały przebywające w obozie pod Tuszynem w służbie drugiego samozwańca oddziały polskie pod dowództwem Zygmunta Kazanowskiego i Samuela Zborowskiego. Dołączyło do nich kilkuset ludzi z rozbitej pod Kłuszynem armii Szujskiego. Dowództwo nad nimi objął Aleksander Korwin Gosiewski.

Jaka wyglądała sytuacja załogi polskiej oraz mieszkańców Moskwy w ciągu następnych dwóch lat, czyli do 26  października (6 listopada) 1612 roku?

W nocy 20/21 września 1610 roku oddziały Żółkiewskiego weszły do Moskwy i przebywały tam w różnej liczebności do 26 października 1612 roku nowego stylu. Zajęły Kreml oraz dwie dzielnice: Kitajgorod i Biełgorad. Hetman Żółkiewski 8 października wkroczył osobiście na Kreml, gdzie oczekiwała go duma bojarska. Był tam też Michaił Romanow, później – w 1613 roku – wybrany na cara, i patriarcha Hermogenes. Po złożeniu przysięgi przez przedstawicieli wszystkich stanów wydano bankiet z udziałem Żółkiewskiego oraz oficerów.  Aleksander Korwin Gosiewski objął urząd starosty moskiewskiego i stanął na czele strieleckiego prikaza, czyli najwyższego urzędu wojskowego. Faktycznie Rosja przestała wówczas istnieć jako suwerenne państwo.

Polityka Gosiewskiego nie podobała się wszystkim bojarom. Byli wśród nich nie tylko zwolennicy Władysława, ale i drugiego samozwańca oraz cara Szujskiego. Gosiewski odsuwał od władzy bojarów porozumiewających się z samozwańcem lub tylko o to podejrzanych. Rozdawał majątki ziemskie stronnikom Polaków, chociaż tylko na papierze. Moskwa stanęła w obliczu zamieszek zbrojnych. Patriarcha Hermogenes, 78-letni starzec, wzywał do buntu przeciw Władysławowi. Mieszkańcy Moskwy wyrażali wrogość wobec wojsk polskich. Nie chciano im sprzedawać żywności, mnożyły się incydenty zbrojne. Z tego powodu Gosiewski zdecydował się na odebranie broni  ludności cywilnej, nakazał kontrolowanie domów, karczem.

Stanisław Żółkiewski opuścił Moskwę, udając się do króla pod Smoleńsk. Przybył tam 9 listopada. Kiedy do Moskwy dotarła wiadomość, że król nie akceptuje układów Żółkiewskiego z bojarami i sam chce zostać carem, wrogie nastroje wobec Polaków przybrały na sile. Do tej pory załoga polska przebywała na Kremlu legalnie dla obrony rządu bojarskiego. Zaczęto kolportować antypolskie pisma. Cerkiew, jako jedyna siła moralna i polityczna w powszechnym chaosie, wzywała do walki przeciw polskim najeźdźcom i rosyjskim zdrajcom. Mimo to Władysław miał ciągle zwolenników.

W czasie pobytu hetmana Żółkiewskiego w Moskwie załoga polska, licząca około trzech tysięcy ludzi, zachowywała się przyzwoicie. Nie było plądrowania, gwałtów ani wyrządzania innych krzywd ludności miejscowej. Straże patrolowały ulice i pilnowały porządku. Dopiero po wyjeździe hetmana zaczęły się działania dalekie od poprawności. Prześladowano mieszkańców stolicy, grabiono pałace i cerkwie, nakładano kontrybucje, dopuszczano się świętokradztwa. Sięgano do zasobów skarbca kremlowskiego, wcześniej już mocno zubożonego przez Wasyla Szujskiego. Potęgowało to nienawiść do Polaków i Litwinów. Jednak Gosiewski nie był w stanie opanować rozprzężenia w swoich oddziałach, chociaż z całą surowością karał wszelkie ekscesy. W Moskwie zaczęło brakować żywności. Stolica stanęła przed widmem głodu.

Już na początku marca 1611 Gosiewski wzmocnił Kreml zapasami prochu strzelniczego, wytoczył armaty na mury kremlowskie i Kitajgorodu. W końcu marca i na początku kwietnia spalił przedmieścia, aby zgnieść bunt i oczyścić drogę dla odsieczy nadciągającej od strony Możajska. Spaliły się wówczas również zapasy żywności. Pomoc Jana Karola Chodkiewicza była spóźniona i zakończyła się niepowodzeniem. Miał on za mało wojska i pieniędzy na jego opłacenie. Zarządził odwrót.

Sytuacja załogi polskiej, zredukowanej do 1300 ludzi, stawała się coraz trudniejsza. Odeszli  skonfederowani żołnierze z pułku Jana Piotra Sapiehy, łączność z Chodkiewiczem została zerwana. Głód zmuszał załogę do jedzenia koni, psów, kotów, myszy, szczurów, świec, gotowania rzemieni, a także pergaminowych rękopisów z carskiej biblioteki. Zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. Do stolicy zbliżało się od Niżniego Nowogrodu pospolite ruszenie dowodzone przez kniazia Dymitra Pożarskiego i Kuźmię Zachariewicza Minina Suchorukowa.

22 października rozpoczęto pertraktacje.  Warunki traktatu przewidywały bezwarunkową kapitulację, opuszczenie Kremla przez załogę z zachowaniem honorów wojskowych. Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju. Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.

W jaki sposób można zbilansować polsko-rosyjskie zmagania? Jakie były ich skutki dla obu stron?

Wielka smuta rozpoczęła się po śmierci Iwana IV i została bezpośrednio spowodowana kryzysem dynastycznym, czyli brakiem następcy na tron carski. Pogrążyła ona to wielkie państwo w chaosie na kilkanaście lat. Chaos ten umożliwił ingerencję polską w sprawy państwa moskiewskiego. Była ona jego skutkiem, a nie przyczyną. Smuta wykreowała trzy stronnictwa: propolskie, proszwedzkie i “narodowe”. Była to walka elit politycznych. W nowszej historiografii dostrzega się w tych wydarzeniach walkę między władzą carską a arystokracją rodową. Wybór Michaiła Romanowa na cara w 1613 roku stał się początkiem nowego państwa. Ruś moskiewska przekształciła się w jednolite państwo rządzone przez cara i dumę. Jak pisze Andrzej Andrusiewicz w Dziejach wielkiej smuty, Polacy, Litwini i Szwedzi przyczynili się do  przezwyciężenia przez Rosjan smutnych czasów i ich następstw, niezamierzenie dając impuls do integracji społeczeństwa oraz konsolidacji sił politycznych wewnątrzrosyjskich, tym samym przyśpieszając wybór. Interwencja polska uaktywniła walkę narodowowyzwoleńczą i przyczyniła się do  zintegrowania społeczeństwa. Długoletnie walki spowodowały zniszczenie kraju, a przede wszystkim Moskwy, regres demograficzny, zniszczenia gospodarcze. Sytuację pogarszały klęski żywiołowe, które stały się jedną z przyczyn głodu i chorób. Nie doszło jednak do załamania się handlu zagranicznego. Skarb państwa uległ osłabieniu, ale nie unicestwieniu.  Przez cały czas wielkiej smuty znajdował się on w rękach władzy państwowej.

Kiedy doszło już do rozmów na temat unii, król polski sądził, że dla bojarów atrakcyjne są formy ustrojowe Rzeczypospolitej oraz przywileje szlacheckie, takie jak wolność osobista, zapewnienie bojarom nietykalności osobistej, czyli neminem captivabimus, prawo do studiowania za granicą. Kiedy Zygmunt III rozpoczynał marsz na wschód, nie miał żadnych planów misyjnych. Strona rosyjska widziała w tym jednak zagrożenie dla prawosławia. Król nie wziął pod uwagę konserwatyzmu bojarów – kierował się dążeniami elit, ich tęsknotą za polskimi wolnościami i stylem życia.

Nie można winić Zygmunta III za to, że nie wysłał nieletniego Władysława do pogrążonego w anarchii państwa. Tam trzeba było doświadczonego władcy – króla ojca. Nie mógł ryzykować życia syna. Hetman Żółkiewski  pod carowym Zajmiszczem i pod Moskwą poszedł na ustępstwa wobec bojarów, pokrzyżowawszy plany króla. Wycofać się nie mógł i nie mógł dotrzymać układu z 27 sierpnia 1610 roku. To podsycało nastroje antypolskie i przekreśliło szanse na związanie w jakiś sposób tego państwa z Rzecząpospolitą. W 1610 roku król zgodził się na objęcie tronu przez Władysława, ale po pewnym czasie rządów ojca. Nie wyraził natomiast zgody na jego przejście na prawosławie – nie mógł tego zrobić jako głęboko wierzący katolik. Unia personalna obu państw była nierealna. Nie do wyobrażenia było, aby car chodził do kościoła katolickiego, a jego poddani do cerkwi. Unia musi wypływać ze wspólnych interesów, a nie z przewagi wojskowej.

Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.

Prof. Anna Filipczak-Kocur – historyk, pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego, zajmuje się m.in. funkcjonowaniem centralnych instytucji Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej.

W podsumowaniu swego cytatu Maciak mówi:

„Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju z honorami i tak dalej i proszę Państwa i to było wygnanie Polaków z Moskwy, którą podobno zajęliśmy. Brednie, nigdy nie było zajęcia Moskwy zbrojnego, siłowego, tylko bojarzy chcieli współpracować z Polakami przeciw swojemu władcy. I to cała prawda o tym, jaki to silny oddział wojska tam pokonał Rosjan. Proszę Państwa, bzdury kompletne. Nie dajmy sobie tego wmówić.”

Nie pociągnął Maciak tego ostatniego cytatu dalej, bo nie pasował on do jego bajki. A szło dalej tak:

„Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.”

A czego możemy dowiedzieć się z tego wywiadu? Ano tego, że były to inicjatywy prywatne i żołnierze byli werbowani przez możnowładców. Ale co to byli za możnowładcy? Nie są wymienieni z nazwiska. Czy to byli polscy czy może litewscy i rusińscy, którzy byli potężniejsi od polskich? A więc była to prywatna inicjatywa i wojska najemne. Wszystko odbywało się bez zgody sejmu, ale za cichym przyzwoleniem króla, który widział w Samozwańcach sojuszników, którzy pomogą mu w odzyskaniu korony szwedzkiej. A więc prywata możnowładców i króla. Jednym słowem była to hucpa, której Rzeczpospolita jako państwo nie popierała. Wojsko było najemne i jak nie dostało zapłaty, to zaczęło plądrować. Ale to byli najemnicy, nawet jeśli niektórzy z nich to byli Polacy, to byli tam prywatnie i nie reprezentowali interesów Rzeczypospolitej. Mówienie w takim przypadku, że to Polacy jest nadużyciem. Skoro byli to najemnicy, to pewnie wielu z nich nie było Polakami.

„Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.”

Dziwne to, bo na początku Filipczak-Kocur mówi, że to polscy możnowładcy werbowali żołnierzy, a na końcu, że to Rzeczpospolita musi zapłacić czterem konfederacjom wojskowym po opuszczeniu Kremla. Wikipedia tak opisuje konfederację wojskową:

„Konfederacja żołnierska (także konfederacja wojskowa) – w dawnej Polsce i Litwie, w XVII wieku związki żołnierzy powstające zwykle w wyniku buntu z powodu niewypłacania żołdu. Konfederaci obierali sobie dowódców (regimentarzy) i najeżdżali dobra królewskie lub kościelne i siłą ściągali zaległy żołd. Pierwszym aktem związkowych było wypowiedzenie posłuszeństwa hetmanowi i wybranie innego wodza nazywanego marszałkiem konfederacji wojskowej. Obradowano publicznie, a dla utrzymania karności uchwalano nowe, bardzo surowe, artykuły wojskowe.”

Jeden tylko wniosek z tego wynika, że Rzeczpospolita Obojga Narodów, to był jeden wielki burdel i rządził ten, kto pierwszy wstał. W każdym razie pani profesor niezbyt precyzyjnie wyjaśnia, więc można podejrzewać, że to jednak nie byli Polacy, ci możnowładcy. Może więc Rusini kijowscy, jako „Polacy”, zwietrzyli szansę na podporządkowanie Carstwa Moskiewskiego, a polski król – Szwed, dostrzegł w tym również szansę dla siebie na odzyskanie korony szwedzkiej poprzez zyskanie sojuszników na Kremlu. No, ale wszystkiemu, jak zawsze, byli winni Polacy. I w ten schemat myślenia wpisuje się Maciak.

Protesty c.d.

W poprzednim blogu pisałem o protestach w Peru, ale też były protesty w Brazylii. W Brazylii protestujący nie pogodzili się z wynikiem wyborów, a w Peru z aresztowaniem prezydenta. W Peru zwycięzca otrzymał 50,13% głosów, przegrany – 49,87% głosów. W Brazylii odpowiednio 50,90% i 49,10%. Podobnie jak poprzednio, korzystam z tego samego źródła informacji i poniżej moje streszczenie.

»Wybory prezydenckie z października 2022 pokazały, że Brazylia jest podzielona na dwie części. Jedni to zwolennicy Bolsonaro, drudzy – Lula da Silva, który już był wcześniej prezydentem. Lula zadeklarował, że będzie prezydentem wszystkich Brazylijczyków i że nikt nie jest zainteresowany w życiu w podzielonym kraju. Lula zdobył 50,90% głosów, a Bolsonaro – 49,10%. Wynik Bolsonaro był lepszy niż przewidywano w sondażach.

W latach 90-tych Brazylia była praktycznie odcięta od świata. Jej przemysł był chroniony poprzez wysokie cła oraz zakaz importu wielu produktów. Dodatkowo dochodziła wysoka inflacja. 30 lat temu rząd Itamara Franco zapoczątkował plan, który realizował rząd Fernando Cardoso. Podstawowym założeniem tego planu była wymiana waluty i reforma systemu podatkowego. Plan powiódł się i Brazylia stała się jedną z czołowych gospodarek rozwijającego się świata. Ograniczono biedę i nierówności społeczne. Lula korzystał z boomu gospodarczego i ożywionej wymiany handlowej. W efekcie Brazylia stała się w 2010 roku siódmą gospodarką świata. Jednak w ostatnim rankingu spadła na 12-te miejsce.

Kiedy skończyła się tania ropa naftowa zaczęły się problemy. Rząd Dilmy Rousseff okazał się bardzo niekorzystny dla brazylijskiej gospodarki, która popadła w głęboką recesję. Nawet największe państwowe przedsiębiorstwo, naftowy gigant – Petrobras, znalazło się w trudnej sytuacji ekonomicznej i bliskie bankructwa. Korzystając z niezadowolenia społecznego, Bolsonaro, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w brazylijskiej polityce, pojawił się na politycznej scenie. Jego populistyczny program przyciągnął miliony Brazylijczyków, którzy byli już zmęczeni licznymi skandalami korupcyjnymi w Partii Pracy w ciągu ostatnich 16 lat.

Jednym z największych sukcesów prezydenta Bolsonaro było zatrudnienie Paulo Guardasa jako super ministra od ekonomii. Wykształcony w Ameryce reprezentował nurt liberalny, a więc promował prywatyzację, uproszczone prawo podatkowe, prawo pracy i redukcję biurokracji. Zmniejszyło się bezrobocie, a prywatyzacja zmniejszyła dług publiczny. Kondycja finansowa firm po prywatyzacji stała się znacznie lepsza. Niektóre w ciągu dwóch lat uzyskały większy dochód niż poprzednio w ciągu dziesięciu lat. Korupcja powodowała utratę około 70 miliardów reali w ciągu roku. Była to największa prywatyzacja w ciągu ostatnich 20 lat. Przyciągnęła ona fundusze inwestycyjne z Singapuru i emerytalne z Kanady. Sprywatyzowano wodociągi i kanalizację. Pomimo pandemii prywatyzacja przyniosła korzyści. W 2021 roku PKB Brazylii wzrosło o 4,6%, a w 2022 roku, roku wyborów, osiągnęło ponad 3% wzrostu. To spowodowało powstanie prawdziwie fanatycznej społeczności opowiadającej się za Bolsonaro. By utrzymać się przy władzy Bolsonaro zwiększył o 50% zasiłki dla najbiedniejszych. W sumie było to około 110 dolarów miesięcznie. W czasie swojej kampanii obiecał utrzymać je w 2023 roku. Ten zasiłek otrzymuje około 21 milinów brazylijskich rodzin. Dla państwa jest to wydatek około 50 miliardów dolarów. To oczywiście musiało skończyć się zaciągnięciem kredytu.

Negatywny elektorat miał nie tylko Bolsonaro, ale również Lula da Silva, który trafił do więzienia oskarżony o korupcję. Spędził tam 19 miesięcy, po czym został zwolniony przez Sąd Najwyższy, który anulował wszystkie wyroki dotyczące Luli, argumentując, że sędzia wydający te wyroki nie miał do tego prawa. Innymi słowy Lula został zwolniony z powodu błędów proceduralnych, a nie dlatego, ze Sąd Najwyższy uznał, że jest niewinny. Część wyborców pamiętała dobrze czasy za poprzedniej kadencji Luli, a ci, którzy otrzymali zasiłki, byli rozżaleni ze względu na rosnącą inflację. Doszło więc do sytuacji, w której nikt z wyborców nie był obojętny.

Jedynym sektorem brazylijskiej gospodarki, który oparł się kryzysowi, było rolnictwo. To dzięki eksportowi do Chin. Jednak to było za mało. Sektor przemysłowy od ponad 20 lat znajduje się w kryzysie. Wyborcom obu stron bardziej zależy na pokonaniu przeciwnika, niż faktycznej poprawie sytuacji. Wśród zwolenników Bolsonaro są tacy, którzy chcieliby, by armia usunęła Lulę, czyli dokonała zamachu stanu.

Wygląda na to, że Bolsonaro pogodził się z porażką. Natomiast Lula stoi przed poważnym wyzwaniem. Kraj jest podzielony, a finanse w stanie opłakanym. Niezbędne są zmiany strukturalne, by zapewnić długotrwały rozwój ekonomiczny. Lula chce, by wydatki publiczne stymulowały wzrost, szczególnie w zakresie rozwoju infrastruktury. Chce też rozwoju programów socjalnych. Jednak wykonanie może okazać się trudne ze względu na podstawową barierę, jaką jest limit na wydatki publiczne, wprowadzony 6 lat temu w walce z kryzysem. Zmiana tego ograniczenia wymaga wprowadzenia poprawki do konstytucji. Tak więc doradcy Luli szukają sposobu, by wyciągnąć 32 miliardy z tego limitu. Jego pomysł to pobudzenie rynku wewnętrznego w celu zwiększenia produkcji i konsumpcji. Mówi o zwiększeniu wydatków na programy socjalne, inwestycje publiczne i infrastrukturę. Uważa, że nastąpi wzrost przychodów z podatku dochodowego. No cóż, jest to brazylijska wersja „cudu siedmiu chlebów i ryb”. Same zwiększenie przychodów z podatku dochodowego nie wystarczy, więc pozostaje zwiększenie długu publicznego.

Obecna sytuacja finansowa kraju jest o wiele gorsza, niż gdy Lula poprzednio opuszczał swój urząd w 2010 roku. 80% budżetu to wydatki na wynagrodzenia dla urzędników i na emerytury. W większości krajów jest to mniej niż 60%, a w wielu bogatych – około 40%. Natomiast jakość usług w tych krajach jest na daleko wyższym poziomie niż w Brazylii. To, czego potrzebuje Brazylia, to reforma podatkowa. Bolsonaro zawiódł. Czas na Lulę. Chce on skupić się na zwalczaniu nierówności i poprawie redystrybucji dochodów. Problem jednak polega na tym, że nie ma on większości parlamentarnej.«

Z tej analizy trudno właściwie zorientować się, gdzie jest problem. Bo skoro gospodarka brazylijska została sprywatyzowana, to powinno być dobrze. I było dobrze, ale do czasu. Tak jak w Polsce. Dopóki było co sprzedać, to były pieniądze. A jak skończyły się one, to zaczął się problem. Teraz obecny prezydent chce na powrót nacjonalizować, to co wcześniej zostało sprywatyzowane. Tak samo jak u nas PiS. Skoro więc prywatyzacja była zła, to po co ją wprowadzono? Jeśli przedsiębiorstwa państwowe były skorumpowane, to prywatyzacja wprawdzie zlikwiduje tę korupcję, ale zyski z prywatnych firm pójdą do ich właścicieli. Przedsiębiorstwo państwowe może być równie efektywne, jak prywatne. Jeśli jednak nikt nie potrafi zwalczyć korupcji w nim, to znaczy, że tak postanowiono gdzieś wyżej, a osoby biorące w niej udział mają ochronę prawną, co potwierdza przykład prezydenta Luli, który został oskarżony o korupcję i skazany na karę więzienia. I raptem okazuje się, że trzeba go zwolnić, bo nie przestrzegano procedur sądowych. Czyli że nikt w całej Brazylii nie dostrzegł tego niedopatrzenia. Raczej trudno w to uwierzyć. Już zapewne w trakcie tego procesu wiedziano, że w pewnym momencie Lula ma być zwolniony i trzeba było dokonać takiego zabiegu.

Prywatyzacja nie jest rozwiązaniem żadnego problemu, bo w Brazylii sprywatyzowano nawet wodociągi, tak jak w Polsce, a problemy pozostały. A czy fundusze z Singapuru i z Kanady będą dzielić się zyskiem z rządem brazylijskim? Pewnie tak samo, jak dzielą się podobne fundusze w Polsce.

Korupcja jest wynikiem tego, że w takich skorumpowanych państwach klasa rządząca jest uzależniona od międzynarodowego kapitału, który w ramach prywatyzacji przejmuje rynki wszystkich tych państw i wymusza na tychże rządzących odpowiednie regulacje prawne, które są korzystne dla tego kapitału. W taki sposób państwa te są pozbawione kapitału i nie są w stanie rozwijać się i stawać się bogatymi. Stan taki trwa niezmiennie i żadne obietnice i zaklęcia tego nie zmienią. A może on tak trwać dzięki demokracji, która co cztery czy pięć lat stwarza nową iluzję. Pojawiają się coraz to nowi zaklinacze, którzy po raz kolejny, nie wiadomo już który, uwodzą masy, jak ten Flecista z Hameln – szczury.

Źródło: Rzeczpospolita.

Mam jakieś takie przekonanie, że demokracja ewoluuje. Wchodzi jakby na nowy etap rozwoju. Pojawiają się wybory, w których zwycięzca tylko minimalnie wygrywa z przegranym. W przypadku Brazylii wyglądało to tak – wybory 2006:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,61%, II runda – 60,83%
  • Geraldo Alckmin – I runda – 41,64%, II runda – 39,17%

Wybory 2010:

  • Dilma Rousseff – I runda – 46,91%, II runda – 56,05%
  • Jose Serra – I runda – 32,61%, II runda – 43,95%

Wybory 2014:

  • Dilma Rousseff – I runda – 41,59%, II runda – 51,64%
  • Aecio Neves – I runda – 33,55%, II runda – 48,36%

Wybory 2018:

  • Jair Bolsonaro – I runda – 46,03%, II runda – 55,12%
  • Fernando Haddad – I runda – 29,28%, II runda – 44,87%

Wybory 2022:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,40%, II runda – 50,90%
  • Jair Bolsonaro – I runda – 43,20%, II runda – 49,10%

Mamy więc tutaj z sytuacją, w której różnica wyniku wyborczego w roku 2022 pomiędzy kandydatami wynosi 1,80%. W Peru ta różnica wyniosła 0,26%, co wydaje się w granicach błędu. Czy to możliwe, by mogło stać się coś takiego? Różne rzeczy się dzieją. W wyborach w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku Donald Trump zdobył 47,5% (304 elektorskie), Hilary Clinton – 47,7% (227 elektorskich), co dało zwycięstwo Trumpowi, bo decydowały głosy elektorskie. Taką to mamy demokrację w Ameryce. W Polsce w wyborach prezydenckich w roku 2020 w drugiej rundzie Andrzej Duda zdobył 51,03% głosów, a Rafał Trzaskowski – 48,97%, co daje różnicę 2,06%. Czy takie wyniki, to rzeczywiście efekt zrównoważonej polaryzacji, czy może efekt fałszowania wyborów. W Polsce przeprowadzono ostatnio sondaż, według którego podobno około 50% badanych uważa, że wybory są fałszowane. Udowodnienie czegoś takiego jest niemożliwe, jednak niektóre wyniki wyborów skłaniają do takich podejrzeń. Czy słusznie? Skoro nie jest ważne, kto jak głosuje, tylko kto liczy głosy, to może coś jest na rzeczy. Jednego wszak można być chyba pewnym. Takie wyniki zaogniają scenę polityczną, antagonizują wyborców i skłaniają niektórych z nich do radykalnych działań, jak choćby próby zajmowania budynków rządowych. Czy komuś właśnie o to chodzi?

A może jednak da się osiągnąć wynik zbliżony do 50/50 bez fałszowania wyniku wyborów, wykorzystując pewne naturalne podziały w społeczeństwie. W przypadku Brazylii mamy do czynienia z podziałem etnicznym, który umożliwia stworzenie takiego rozkładu głosów. Biali to 47,7% populacji Brazylii, pardo – 43,1%, czarni – 7,6%, resztę (1,6%) stanowią głównie Indianie, Japończycy, Arabowie.

Słowo „pardo” w języku hiszpańskim ma dwa znaczenia. Przymiotnik – brunatny, żółtobrunatny; ciemny, pochmurny. Rzeczownik – lampart; z łacińskiego pardus – lampart.

Pardo – ludność mieszana rasowo w Brazylii, mająca przodków zarówno białych, czarnych, indiańskich jak i żółtych. Pardo jako kategoria rasowa jest oficjalnie używana przez Brazylijski Instytut Geograficzny i Statystyczny w spisach ludności od 1950 roku. Inne kategorie rasowe ujęte w spisie to: branco (biały), negro (czarny), amarelo (żółty, który odnosi się do przybyszy ze Wschodniej Azji) oraz indigena (ludność rdzenna). Do pardo w Brazylii zalicza się Mulatów, Metysów, Zambo (przodkowie rasy czarnej i innych ras) oraz ludność pochodzenia mieszanego, tzn. taką, która ma przodków wywodzących się spośród więcej niż dwóch ras. – Wikipedia.

Jest więc Brazylia mozaiką rasową i kulturową. Nie przypadkiem tak się stało. Pierwszymi białymi, którzy zostali przymusowo osiedleni, byli dwaj skazańcy pozostawieni przez Cabrala, by umacniać kontakty z tubylcami przez mieszanie ras, co było portugalską praktyką tamtych czasów. W 1501 roku przybyli pierwsi portugalscy osadnicy. Cabral to oficjalny odkrywca Brazylii w 1500 roku. Miesza się nie tylko rasy, ale i narody, co ma obecnie miejsce w Polsce. Takie konglomeraty najwyraźniej stwarzają pole do różnego rodzaju kombinacji, podziałów politycznych, antagonizmów i wydatnie ułatwiają rządzenie tym, którzy faktycznie są u władzy.