Alternative für Polen

W niedzielę 6 lipca Tomasz Piekielnik zamieścił na swoim kanale komentarz na temat bieżącej sytuacji w Polsce i nakreślił scenariusz, który, jego zdaniem, może zostać zrealizowany w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Poniżej wybrane fragmenty.

Czy Polska jest skazana na bycie zamorską kolonią Stanów Zjednoczonych? – pyta Piekielnik. Co miałoby się wydarzyć w ciągu najbliższych dwóch lat, by do tego doszło?

Wybory prezydenckie

Wkrótce zaprzysiężenie prezydenta Karola Nawrockiego. Gdyby jednak Koalicja Obywatelska chciała zanegować ten wybór, to mielibyśmy do czynienia z bojkotem wyborów prezydenckich. Ale jeśli wszystko pójdzie po myśli połowy narodu, to złoży on przysięgę i obejmie Urząd Prezydenta RP. Piekielnik twierdzi, że Nawrocki jest przychylny Stanom Zjednoczonym. Jest kandydatem PiS-u, a konkretnie środowiska PiS-u, który bardziej opowiada się za sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi niż unią europejską, ale oba środowiska, czyli PO-PiS, opowiadają się albo za jednym, albo za drugim. Jak jednak znaleźć prawdziwych sojuszników? – Tu Piekielnik wskazuje środowiska związane z Grzegorzem Braunem.

Co takiego miałoby się zdarzyć, by za jakieś dwa lata okazało się, że Polska jest zależna od Stanów Zjednoczonych?

  • po pierwsze – zaprzysiężenie Karola Nawrockiego
  • po drugie – obalenie rządu Donalda Tuska

To obalenie rządu, podanie się go do dymisji lub nawet przyspieszone wybory – to wszystko, to jest bardzo realny scenariusz. Być może na jesień tego roku lub na wiosnę – przyszłego.

W Polsce dzieje się bardzo źle. Mamy demontaż praworządności, demontaż aparatu władzy. Donald Tusk sprawia wrażenie, jakby chciał pozbyć się władzy. Jeśli dojdzie do stworzenia nowego rządu, to w większości będzie on składał się z ludzi Pis-u, czyli rządów Jarosława Kaczyńskiego i Waszyngtonu.

Kolejny temat

Polska a Ukraina, Polska a Niemcy – to wszystko sprowadza się do tego, że możemy stać się pionkiem w sprawach polsko-niemieckich i polsko-ukraińskich, że nie będziemy mogli mówić własnym głosem, tylko będziemy mieli głos podstawiony z Waszyngtonu i Tel Awiwu.

Co takiego musi się wydarzyć na arenie międzynarodowej, by Polska stała się zależna od Stanów Zjednoczonych i Izraela?

  • po pierwsze dedolaryzacja, spór o hegemonię na świecie pomiędzy BRICS i Stanami Zjednoczonymi
  • wojna na Ukrainie i Bliskim Wschodzie to przejaw rywalizacji BRICS i Stanów Zjednoczonych
  • terytoria zaborcze to dostarczyciel rekruta

Jeszcze jeden wątek – unia europejska

Czy unia europejska odpuści Polskę? Jeśli tak się stanie, to wtedy wprowadzą się tutaj kontrolerzy ze Stanów Zjednoczonych, zarządzający ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy zatem unia może odpuścić? Kiedy uzna, że nie ma już żadnych szans na reanimację siły politycznej tego obozu, obozu europejskiego, czytaj: pan Donald Tusk, pan Rafał Trzaskowski, pan Szymon Hołownia.

Końcowy wniosek

Uważam, że nie jesteśmy daleko od tego, aby Bruksela odpuściła Polskę na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zapewne nie uczyni tego za darmo. W polityce, w interesach nic za darmo nie ma. Bruksela będzie oczekiwać od Stanów Zjednoczonych czegoś w zamian. I co to może być to „w zamian”? A co jeśli to coś „w zamian” dotyczy wojny na Ukrainie? Co, jeśli Bruksela, Berlin powie: odpuszczamy Polskę, niech tu będą wpływy amerykańskie, izraelskie, żydowskie, ukraińskie, ale w zamian Waszyngtonie odpuszczasz domaganie się jakiejś wysługi, którą miałeś na myśli – wojsk Europy zachodniej w wojnie przeciwko Rosji. Niech tym się zajmie Polska. To jest cena, którą zapłacić, być może, będą musieli Polacy za targ dobity pomiędzy Europą zachodnią a Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście wszystko w asyście Izraela.

Jakie mogą być jeszcze palny dla Polski? Oby żadne! A to, że są, nie mam złudzeń. Plany mogą być takie, by tu reaktywować koncepcję Polin, ale teraz w wydaniu Ukro-Polin.

x

Noch ist Polen nicht verloren. (Jeszcze Polska nie zginęła.) Jeszcze nie zginęła, jak sugeruje Piekielnik, ale może zginąć. Z kolei napis na jego T-shircie: „I’ve got Georgia on my mind”, pod nim mapa stanu i niżej: „Atlanta” – czy to jest jakiś przekaz, czy przypadek? I’ve got Poland on my mind? Georgia to stan w USA. Wikipedia tak pisze:

„Georgia – stan w południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największy na wschód od Missisipi. Nazwa stanu została nadana na cześć króla Wielkiej Brytanii Jerzego II Hanowerskiego (ang. George II).”

A więc Piekielnik mówi otwartym tekstem, że wyjście Polski z unii jest możliwe, bo jeśli Stany Zjednoczone zaczną tu rządzić, to unii nie pozostanie nic innego, jak tylko wypchnąć Polskę ze swoich struktur. Ja jednak twierdzę od samego początku wojny na Ukrainie, że wybuchła ona po to, by mogło dojść do połączenia części Polski z zachodnią Ukrainą. Ponieważ Ukraina nie jest w unii, to w takiej sytuacji jej połączenie z Polską nie jest możliwe. By do tego mogło dojść, to Polska musi wyjść z niej. Chodzi też o to, jak stwierdził Piekielnik, by Polskę wciągnąć do wojny na Ukrainie. Nie dodał jednak, że chodzi przede wszystkim o to, by Niemcy odzyskały swoje byłe ziemie wschodnie. Na takie stwierdzenie Piekielnik, ani nikt inny, na razie nie ma przyzwolenia. Niemniej jednak gotowanie żaby na wolnym ogniu weszło w nowy etap.

Mówienie o jakimś niepodległym państwie polskim na tym terenie pomiędzy Rosją i Niemcami jest jakimś nieporozumieniem, mówiąc najdelikatniej. Polska piastowska była częścią I Rzeszy, o czym pisałem w blogu1025. Karków był wówczas miastem niemieckim, a warszawski Mariensztat nie bez powodu tak się nazywa. Unia personalna z Litwą i w konsekwencji unia lubelska to włączenie ziem polskich do Europy wschodniej i zdominowanie ich przez Słowian wschodnich pozostających pod żydowskim nadzorem. I RP to twór państwowo-podobny, pośmiewisko Europy. O żadnej niepodległości nie mogło być tam mowy, skoro rządziła nim dynastia jagiellońska, a później szwedzka z jagiellońską domieszką, a na końcu saska. Jedyną poważną instytucją na tym terenie był żydowski sejm czterech ziem, który Żydzi zlikwidowali na krótko przed rozbiorami. Jeśli jednak funkcjonowały obok siebie, na tym samym terenie, dwa różne sejmy, to nie można w takim wypadku mówić o państwie. Czym zatem była I RP? Księstwo Warszawskie zostało stworzone w celu poboru rekruta przez Napoleona, a Królestwo Polskie to strefa wolnocłowa sklecona dla Niemiec do handlu z Rosją. II RP to państwo sezonowe (niecałe 20 lat istnienia), stworzone przez Niemców w oparciu o carską administrację Królestwa. PRL (45 lat) – wasal Związku Radzieckiego, III RP (33 lata) – unii europejskiej. Państwo, żeby można je nazwać poważnym, musi mieć niezmienne granice przez setki lat. To jest podstawowy warunek i w oparciu o to można tworzyć takie państwo z trwałymi instytucjami, urzędami, stabilnym prawem i zawodową administracją. Tego wszystkiego tu nigdy nie było i nie ma. Nie można więc w tym wypadku mówić o utracie suwerenności na rzecz Ameryki czy Izraela. A skoro nie było tu nigdy suwerennego państwa, to nie można mówić o utracie suwerenności przez to państwo, a tym bardziej o jej obronie.

Ewakuacja czy ucieczka?

„Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi znane przysłowie, a konkretnie przekleństwo chińskiego pochodzenia. I faktycznie, przyszło nam żyć w przełomowym okresie. Niestety – zgodnie ze wspomnianą mądrością – oznacza to koniec świata, jaki znamy. – Z internetu.

Czy rzeczywiście dochodzimy do tego momentu? W dniu 27 czerwca Leszek Sykulski na swoim kanale komentował artykuł, który ukazał się na łamach Financial Times. Jego tytuł to: Polska przygotowuje plany ewakuacji dzieł sztuki na wypadek inwazji Rosji. Artykuł ten został opublikowany na podstawie wywiadu przeprowadzonego z minister kultury rządu RP Hanną Wróblewską, która powiedziała, że takie planowanie jest konieczne, ponieważ prawie 1000 polskich muzeów nie może działać w oparciu o teoretyczną koncepcję bezpieczeństwa, dopóki Rosja będzie prowadzić wojnę na Ukrainie. Powiedziała ona – kontynuuje Sykulski – że jej ministerstwo prowadzi rozmowy z władzami za granicą na temat przyjęcia ewakuowanych dzieł sztuki z około 160 instytucji zarządzanych przez państwo polskie. Plan ma być gotowy do końca roku i, jak pisze Financial Times, jest to część szerszych działań na rzecz bezpieczeństwa państwa podejmowanych przez rząd Donalda Tuska, które to plany obejmują wzmocnienie ochrony granic i podwojenie liczebności sił zbrojnych RP do pół miliona żołnierzy. Media w Polsce bardzo szybko podchwyciły temat i wczoraj, 26 czerwca, m.in. Portal Samorządowy poinformował, że ta groźba wojny ma przyspieszać konkretne działania i co więcej, że rząd RP ma szykować plan ewakuacji na Zachód nie tylko dzieł sztuki. Na Portalu Samorządowym można przeczytać wprost: Groźba wojny przyspiesza działania. Rząd szykuje plan ewakuacji na Zachód. Nikt jednak nie stawia fundamentalnego pytania: „w czyim interesie miałaby być ta wojna?”. Dlaczego dzieje się to wszystko w takim pośpiechu? Dlaczego wcześniej te plany nie zostały opracowane? Zagrożenie wojną jest realne, widać zagrożenie groźbą prowokacji, która mogłaby uruchomić spiralę wchodzenia na tę drabinę eskalacyjną i to jest bardzo niebezpieczna sytuacja.

x

To tylko fragment jego komentarza, ale jest w nim zawarte to, co najważniejsze. Jaką grę prowadzi rząd i o co w tym wszystkim chodzi? Ucieczka rządu sanacyjnego była ewenementem na skalę światową. Hitler podbił całą Europę kontynentalną, ale takiej spektakularnej ucieczki, w chwili, gdy losy wojny z Niemcami nie były jeszcze ostatecznie przesądzone, nie było. To dało oczywiście pretekst władzom Związku Radzieckiego do zajęcia wschodnich terenów II RP, bo, jak tłumaczyły, Państwo Polskie przestało istnieć. A skoro tak, to musiały one wziąć pod ochronę ludność tego terenu. Gdyby więc władze sanacyjne nie uciekły, zabierając ze sobą złoto, to władze sowieckie nie miałyby pretekstu do zajęcia tych terenów. I cały misterny plan, zakładający przyszły konflikt niemiecko-radziecki, nie mógłby być zrealizowany.

Czy zatem dziś nie mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”? Jaki jest niezbędny warunek, by uznać, że dane państwo przestało istnieć? – Ucieczka rządu. Dlaczego rząd ukraiński nie uciekł, pomimo rosyjskiej agresji, a rząd „polski” już się szykuje do ewakuacji? Jeśli więc dojdzie do sprowokowania Rosji, do czego, jak się wydaje, dążą gorliwie władze „polskie”, to może ona faktycznie wystrzelić kilka rakiet na budynki rządowe czy wojskowe. To oczywiście stanie się doskonałym wytłumaczeniem konieczności ewakuacji rządu. Jeśli rząd ewakuuje się, to państwo to przestanie istnieć i wówczas Niemcy będą mogły zając swoje, utracone w wyniku II wojny światowej, wschodnie ziemie, używając dokładnie tego samego argumentu, którym posłużyli się w 1939 roku bolszewicy. Oczywiście nie wszyscy będą musieli uciekać. Gauleiter von Danzig Donald Tusk raczej nie będzie musiał. On będzie u siebie. To byłoby powtórzenie wariantu z 1939 roku, tylko w odwrotnie: Rosja atakuje, a Niemcy zajmują zachodnią część Polski.

x

Polityka nie ma nic wspólnego z uczciwością, a tym bardziej z demokracją. Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii, Czytelnik 1975 pisał:

Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również z ryzykownej próby puczu. (…)

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy.

x

Obecne zawirowania wokół ostatnich wyborów, to nic innego jak tylko próby destabilizowania systemu prawnego państwa, jego ośmieszania na arenie międzynarodowej, co w konsekwencji ma prowadzić do sytuacji podobnej do tej sprzed rozbiorów. W tym wypadku jednak nie chodzi o nie, a o stworzenie nowego państwa, które powstanie w wyniku połączenia centralnej i wschodniej Polski z zachodnią Ukrainą.

Taki stan to efekt bycia strefą zgniotu od czasu unii lubelskiej. Trudno zatem, by w takim miejscu mogło kiedykolwiek powstać cokolwiek sensownego. Do tego potrzebna jest stabilizacja, taka jak na zachodzie Europy, gdzie państwa mają niezmienne od setek lat granice.

Zadłużenie III RP

W dniu 17 czerwca ukazał się na portalu Interia BIZNES artykuł Scenariusz ostrzegawczy dla Polski. “Dług może eksplodować”. Poniżej jego wybrane fragmenty:

Jeśli finanse publiczne będą się toczyły siłą bezwładu i rząd nie zrobi nic, żeby temu zapobiec, nasz dług – za trochę ponad dekadę – sięgnie 107 proc. PKB – uważają ekonomiści. To scenariusz ostrzegawczy. Problem polega na tym, że rok po roku kolejne takie scenariusze ostrzegawcze pokazują, że dług tylko rośnie. I nie widać, by rząd chciał coś z tym zrobić.

– Dług może eksplodować do 107 proc. PKB w ciągu półtorej dekady – mówił Sławomir Dudek, prezes Instytutu Finansów Publicznych podczas prezentacji raportu “Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2025” na czerwcowym Europejskim Kongresie Finansowym.

Autorzy raportu, Sławomir Dudek, Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy oraz Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, na podstawie aktualnych danych wyliczyli taki właśnie scenariusz ostrzegawczy. Czy się spełni? Zależy to od tego, czy i kiedy rząd zapanuje nad wzrostem wydatków lub będzie miał odwagę przekonać społeczeństwo o konieczności wzrostu dochodów. Albo i jedno, i drugie. Autorzy ogłosili jeszcze dwa inne scenariusze, ale żaden nie wskazuje na powrót długu poniżej 60 proc. PKB. 

Ostrzegawcze prognozy dla państw Unii formułuje także co roku Komisja Europejska w “Debt Sustainability Monitor”. Opierają się one na założeniu, że rząd nie przeprowadzi konsolidacji fiskalnej, czyli pozwoli na szybszy wzrost wydatków niż dochodów. Według DSM z marca tego roku, polski dług publiczny za 10 lat osiągnie 94,6 proc. PKB.

– Wszyscy wiedzą, że nie dojedziemy do 100 proc. długu do PKB, bo po drodze będziemy mieli kryzys (…) Problemem jest mindset, uznawanie przez polityków, że stać nas na wszystko na raz – skomentował wyniki raportu koordynator prognoz makroekonomicznych EKF Marcin Mrowiec. 

Dług rośnie, bo co roku deficyty finansów publicznych są wyższe niż deklarowane przez rząd. Dodatkowo doszły wydatki na zbrojenia, którymi rząd uzasadnił krajową klauzulę wyjścia.

Wzrost deficytu finansów publicznych wynika z bardzo szybkiego wzrostu wydatków całego sektora przy niemal niezmiennych dochodach. Przed pandemią, w 2019 roku, wydatki publiczne wynosiły 41,4 proc. PKB, w roku pandemii mocno wzrosły, ale potem wróciły do poziomu ok. 43 proc. PKB. Od 2022 roku przez kolejne dwa lata wzrosły o 6,2 pkt. proc. PKB – do najwyższego poziomu od wejścia do Unii, czyli do 49,4 proc. PKB, a od 2019 roku zwiększyły się aż o 8 punktów proc. PKB.

Równocześnie wzrostowi wydatków nie towarzyszy poprawa jakości usług publicznych. I tak pomimo, że niemal połowę PKB przeznaczamy na wydatki, to te na ochronę zdrowia (według unijnej klasyfikacji) należą do najniższych w całej UE. Natomiast wydatki na transfery socjalne w gotówce (czyli na 800+, 300+, “babciowe” itp.) wyniosły w 2024 roku 17,1 proc. PKB i pod tym względem Polska przegoniła Szwecję i Niemcy. Wynika z tego, że rozpoczęta przez PiS polityka mająca doprowadzić do prywatyzacji usług publicznych nie została odwrócona.

Rząd PiS “przeniósł” ogromną część zadłużenia poza budżet, do funduszy Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. W ten sposób np. znaczna część finansowania zbrojeń obchodzi zarówno ustawę budżetową, jak też reguły fiskalne. Trzeba znaleźć zgodne z art. 219 konstytucji rozwiązania dla finansowania zbrojeń i wygaszać “równoległy budżet”, żeby stworzone przez PiS fundusze podlegały kontroli parlamentarnej – stwierdza raport.

x

W dniu 19 czerwca na tym samym portalu ukazał się artykuł Chcemy zbroić się coraz mocniej. Ale czy budżet i Polacy to udźwigną? Poniżej wybrane fragmenty:

Kraje NATO na szczycie w Hadze będą dyskutować o przyjęciu wyższego progu nakładów na zbrojenia. Polska jest “za” – deklaruje szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Ale czy podbicie stawki nie będzie katastrofalne dla polskich finansów publicznych, które i tak są pod ogromną presją? Eksperci są zgodni: sytuacja budżetowa nie wygląda dobrze, ale zbroić się musimy. Oprócz pytań o obciążenia budżetu pojawiają się też pytania o obciążenia dla społeczeństwa. Czy za zbrojenia Polacy zapłacą ograniczonym dostępem do świadczeń socjalnych – i stresem?

Państwa członkowskie NATO powinny przeznaczać 5 proc. swojego PKB na obronność – uważa Mark Rutte, sekretarz generalny sojuszu. Po niedawnym spotkaniu ministrów obrony krajów NATO zapowiedział on, że taki właśnie cel przedstawi na szczycie Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Hadze, który odbędzie się w dniach 24-25 czerwca. Podbicie stawki jest znaczące – średnia wydatków na obronę europejskich członków NATO wyniosła w 2024 r. tylko ok. 2 proc. PKB, czyli oscylowała w granicach obecnego progu, przyjętego jeszcze w 2014 r. na szczycie sojuszu w walijskim Newport.

Polska zawyża tę średnią – w budżecie na 2024 r. zaplanowano wydatki na obronność w wysokości 4,2 proc. PKB (wykonanie było nieco poniżej planu – już pod koniec grudnia ubiegłego roku wiceszef MON Paweł Bejda wskazywał na poziom ok. 3,8 proc. PKB). W oficjalnym raporcie NATO zaprezentowanym w kwietniu Polska zajmowała pierwsze miejsce wśród krajów sojuszu z wydatkami na poziomie 4,07 proc. PKB. Średnią zawyżały również kraje bałtyckie – druga w zestawieniu Estonia (3,41 proc. PKB), zajmująca trzecie miejsce Łotwa (3,39 proc. PKB) i piąta w rankingu Litwa (3,11 proc. PKB). Czwarte miejsce należało do USA z wydatkami na poziomie 3,19 proc. PKB, choć w liczbach bezwzględnych nakłady Amerykanów na obronność są oczywiście największe. Budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych w ubiegłym roku stanowił 64 proc. całkowitych wydatków NATO na obronność, które sięgnęły ok. 1,3 bln dolarów.

Ale rząd Donalda Tuska się nie zatrzymuje – słowa wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza świadczą o tym, że Polska opowiada się za zwiększeniem progu wydatków na obronność dla krajów NATO do 5 proc. PKB. “Polska popiera to stanowisko” – mówił szef MON na niedawnym Forum Bezpieczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej “Razem dla bezpiecznej Europy”, podkreślając, że zagrożenia są “największe od II wojny światowej”. Powtórzył to także w środę 18 czerwca przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. “Bardzo popieramy starania o podniesienie wydatków we wszystkich państwach członkowskich (NATO – red.) do 5 proc. PKB. My wydajemy prawie 5 proc., wiemy, że trzeba wydawać tyle przez dekady, i będziemy zachęcać do tego wszystkie państwa” – zapowiedział.

– Mówiąc o 5 proc. PKB wydawanych na obronność, należy uwzględnić kilka aspektów – mówi Interii Biznes dr Jacek Raubo z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, szef działu analiz Defence24. – Najważniejszą z nich są potrzeby obronne państw NATO niezbędne już teraz w zakresie odstraszania i obrony – nie ma co ukrywać, że wiele z nich ma obecnie problem nawet z realizacją wydatków na obronność na poziomie 2 proc. PKB. 

Pieniądze są potrzebne na trzy rzeczy – wskazuje. – Pierwsza z nich to modernizacja sił zbrojnych – jak obecnie w Polsce – co jest przedsięwzięciem długofalowym i kosztownym. Musi być tutaj obecny element kontynuacji i na to środki muszą być zagwarantowane. Druga rzecz to działania w wymiarze “tu i teraz”. Musimy mieć pieniądze na wzmacnianie sił zbrojnych, jeśli chodzi o reagowanie kryzysowe, które staje się istotne w kontekście działań Rosji za naszą wschodnią granicą, ale też tego, co dzieje się w basenie Morza Śródziemnego. Musimy wysłać jasny sygnał, że jesteśmy gotowi ponieść ten ciężar w perspektywie 10-20 lat, bo potem może być za późno. Trzecia rzecz wiąże się z pewną symboliką w relacjach transatlantyckich – mamy w tym układzie USA, mamy kraje wschodniej flanki NATO, które inwestują w obronność – jak Polska i kraje bałtyckie – i wreszcie bogatą Europę Zachodnią, które oscylują w realiach pozimnowojennych. Przykładem mogą być tutaj Hiszpania czy Belgia. Tam konieczne jest zasypywanie bieżących luk w zakresie odstraszania i obronności. 

Hiszpania i Belgia przywołane przez eksperta zajmują niechlubne dwa ostatnie miejsca w rankingu krajów NATO pod względem wydatków na obronność poniesionych w 2024 roku, liczonych jako procent PKB – Hiszpania wydała na te cele 1,24 proc. swojego PKB, a Belgia 1,29 proc.

Nasz kraj, podkreśla dr Jacek Raubo, gra w innej lidze. – Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej. Nasza ocena rzeczywistości międzynarodowej determinuje i będzie determinować każdy kolejny rząd do wzmacniania potencjału obronnego – nie tylko wojskowego, bo mówimy tutaj zarówno o przygotowaniu się na konflikt poniżej progu wojny, jak i na konflikt pełnoskalowy. W skali Europy Polska jest wyjątkiem pod kątem społeczno-politycznej postawy wobec wydatków na obronność. Od dłuższego czasu jako kraj sygnalizujemy, że ten konsensus co do inwestowania w obronność jest; że możemy dyskutować o specyfice poszczególnych zamówień, ale co do zasady jesteśmy zgodni. Potrafimy z naszej strony dać Europie przykład, że społeczeństwo i politycy mogą zgromadzić się wokół idei budowania obronności, a im dalej od flanki wschodniej NATO, tym gorzej jest z takimi postawami.

– Polska pełni rolę host nation (państwa przyjmującego siły sojusznicze na wypadek kryzysu lub wojny) – to od naszych dróg, od kolei, od portów lotniczych, po systemy łączności, bazy i gotowość sprzętową zależy skuteczność pomocy udzielanej sojuszniczym wojskom – dodaje wykładowca UAM. – Dlatego np. infrastruktura podwójnego przeznaczenia wymaga od nas pewnych obciążeń. 

– Co to oznacza? Że budujemy mosty, ale z taką nośnością, która jest dostosowana do przejazdu kolumn z bronią pancerną. Odpowiednie przygotowanie do konfliktu wymaga od nas także zabezpieczenia funkcjonowania przemysłu obronnego. Do tego musimy zlikwidować zapóźnienia, które istnieją w segmencie niewojskowym, związane z przygotowaniem społeczeństwa na ewentualną wojnę. To też będzie wymagało odpowiednich środków, które muszą być zgrane z polską gospodarką i z realiami międzynarodowymi.

Potrzeby są ogromne i ogromne są też wydatki. Czy Polska może sobie pozwolić na dalsze zwiększanie puli nakładów na obronność? W budżecie na 2025 rok przewidziano rekordowe wydatki na obronność, które mają wynieść 4,7 proc. PKB, czyli 186,6 mld zł (z tej kwoty 124,3 mld zł to wydatki z budżetu państwa, a 62,3 mld zł to środki z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych). Tymczasem ustawa budżetowa zakłada, że deficyt budżetu sięgnie 289 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB. Z kolei deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych – według najnowszej prognozy resortu finansów z końca kwietnia – ma wynieść 6,3 proc. PKB. Finanse publiczne i tak są już zatem pod presją.

Polska będzie zapewne szukać pola manewru w budżecie na 2026 rok, bo wiele wskazuje na to, że wydatki na obronność będą jednym z priorytetów. W rozmowie z Interią Biznes podczas tegorocznej konferencji Impact Władysław Kosiniak-Kamysz mówił: “Uważam, ze 5 proc. (PKB w kontekście wydatków na obronność – red.) to jest to, do czego powinniśmy dążyć”.

Jednocześnie przestrzega: – Sytuacja budżetowa w przypadku Polski jest bardzo słaba. Trajektoria deficytu i długu sektora finansów publicznych przy wydatkach na obronność przekraczających 5 proc. PKB będzie nas sytuować wśród krajów UE z największym deficytem.

Mając świadomość powagi sytuacji, Polska złożyła wniosek o tzw. unijną klauzulę wyjścia. Bruksela wiosną przystała na to, by wydatki na obronność były wyłączone z oceny poziomów długu i deficytu sektora finansów publicznych państw członkowskich (Polska zabiegała o to na forum unijnym przez długi czas). Skorzystanie z klauzuli da z pewnością dodatkową przestrzeń fiskalną, ale – jak mówi Jacek Raubo – trzeba będzie wykorzystać ją mądrze.

x

Zacytowałem fragmenty dwóch artykułów. Jeden z nich przedstawia stan zadłużenia III RP, drugi – uzasadnia konieczność zadłużania się na tak niebotyczne kwoty. Rząd, by ukryć wielkość tego zadłużenia, stworzył coś w rodzaju budżetu równoległego, czyli przesunął pieniądze na inne konta. Jednocześnie unia zgodziła się na zastosowanie wobec III RP tzw. unijnej klauzuli wyjścia, czyli pozwoliła jej oficjalnie na przekraczanie limitów zadłużenia w stosunku do PKB, które sama wcześniej ustaliła. W drugim artykule mamy przedstawione uzasadnienie dla tego typu procederów. Zaznaczono w nim, że Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej i że pełni rolę host nation. Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale oznacza po prostu to, że jest ona przedmurzem Europy. Tę role pełniła ona w czasach I RP, pełniła ją także z czasach PRL-u, tylko że w odwrotnym kierunku – była przedmurzem Związku Radzieckiego. To jej terytorium miało być polem walki pomiędzy NATO i Układem Warszawskim. Obecnie zaś ma wziąć na siebie ewentualny atak Rosji, bo jak zaznaczono w drugim artykule, zagrożenie wojną nigdy nie było tak duże od czasów II wojny światowej. Wprawdzie nie wyjaśniono, dlaczego tak jest, ale pewnie dlatego, że jest to doskonały pretekst do zwiększania wydatków na zbrojenia bez konieczności tłumaczenia się z tak nieracjonalnych poczynań.

Historia poucza nas, że w konfliktach Zachodu z Rosją nigdy nie dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych, w których jedna ze stron pokonuje drugą zdecydowanie i podporządkowuje ją sobie. W czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) doszło do dwóch cudów brandenburskich. W pierwszym z nich, w 1759 roku, rosyjski generał-feldmarszałek Sałtykow nie zdecydował się na marsz na Berlin, co umożliwiło Prusom odtworzenie armii i kontynuowanie wojny. W drugim, w 1762 roku, Piotr III Romanow wycofał swoje wojska z linii frontu, osłabiając w ten sposób koalicję antypruską, i przekazał część armii Fryderykowi, co definitywnie położyło kres tej koalicji. Napoleon mógł podbić Rosję, ale pozwolono mu na to tylko częściowo. Po jego klęsce wojska carskie dotarły do Paryża, ale nie poszły na Madryt czy Lizbonę, tylko wycofały się do Księstwa Warszawskiego, które Zachód podarował Rosji, zostawiając Prusom Wielkopolskę, a Austrii Kraków. Podobnie było w przypadku Hitlera, który również mógł pokonać Związek Radziecki, gdyby mu na to pozwolono. Jednak za każdym razem traciło na tym jakieś pośpiesznie sklecone państwo polskie. Wydaje się, że i tym razem może być podobnie.

Temu zapewne ma służyć celowe zadłużanie bez ograniczeń III RP. By to zrozumieć, należy wrócić do czasów PRL-u. Gierek chciał stworzyć państwo przemysłowo-rolnicze i przy okazji 10-tą potęgę gospodarczą świata. Rzucanie się z motyką na słońce wydaje się być w tym kraju Zulu-gula czymś naturalnym. W tym celu zaciągnął kredyty na Zachodzie, które miały być przeznaczone na budowę zakładów przemysłowych. Produkcją z tych zakładów chciano spłacać te kredyty. Problem polegał jednak na tym, że złotówka była niewymienialna na waluty zachodnie. Licencje, które Zachód sprzedał PRL-owi były przestarzałe i nie było szans, by tego typu towar, pochodzący z takiej produkcji, sprzedać na Zachodzie i uzyskać niezbędne dewizy do spłaty rat i odsetek od zaciągniętych tam kredytów. Inna sprawa, że ci, którzy dali te kredyty, nie udostępnili zachodnich rynków zbytu tym towarom, ale przecież oni dobrze wiedzieli, dlaczego tak zrobili. Próbowano je sprzedawać w krajach Trzeciego Świata po cenach dumpingowych. To jednak pogarszało tyko sytuację. Starano się sprzedawać wszystko, co tylko dało się sprzedać na Zachodzie, a dawało się tylko sprzedawać żywność i węgiel, ale w ten sposób zubażano rynek krajowy. To, z kolei, stało się pretekstem do wzbudzania społecznego niezadowolenia – Polak głodny, to zły. I tak narodziła się Solidarność. Rząd komunistyczny uznał, że komunizm nie sprawdził się, choć w tym samym czasie w Chinach miał się dobrze, i „podał” się do dymisji. Nowy rząd wybrano w „demokratycznych” wyborach. I ten rząd dostał od zachodnich wierzycieli propozycję nie do odrzucenia: umorzymy wam część długów w zamian za to, że zlikwidujecie wszystko, co zostało zbudowane za nasze kredyty i udostępnicie nam wasz rynek zbytu. Rząd nie miał wyjścia. Pojawił się „genialny” amerykański ekonomista, który stworzył nie mniej „genialnemu” ekonomiście rodzimego chowu plan zwany planem Balcerowicza, który był ideologicznym rozwinięciem propozycji przedstawionej nowemu rządowi przez owych zachodnich wierzycieli.

O co zatem dzisiaj chodzi w przypadku tych obecnych, udzielanych bez ograniczeń? Rosja z Zachodem, prędzej czy później, dogada się. Jak zawsze i w tym przypadku odbędzie się to kosztem obecnego państwa polskiego. Rząd polski nie będzie miał wyjścia i być może scenariusz powtórzy się. Bardzo możliwe, że w obliczu bankructwa państwa podda się on do dymisji, a nowy rząd, wybrany w „demokratycznych” wyborach, znowu zgodzi się na wszystkie warunki, które mu zaproponują wierzyciele. Jakie to będą warunki? Ja, niezmiennie od początku wojny na Ukrainie, powtarzam, że chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które nie obejmie polskich ziem zachodnich i wschodniej Ukrainy, co oznacza, że obie strony, czyli Niemcy i Rosja, będą usatysfakcjonowane. Jednak ten scenariusz jest realizowany powoli, więc do wielu to jeszcze nie dociera. Gdy jednak po wycofaniu się Ameryki – oczywiście oficjalnym, bo nie faktycznym – z Europy do stołu zasiądą Rosja i Niemcy, to scenariusz przeze mnie nakreślony stanie się bardzo prawdopodobny.

x

To, co zwraca uwagę w tym zadłużeniu, to to, że nie podaje się jego wartości bezwzględnej. Nie wiadomo więc na ile miliardów jest zadłużona III RP. Podaje się tylko informację w odniesieniu do PKB, czyli Produktu Krajowego Brutto, czyli wartości wszelkich towarów i usług wytworzonych w danym roku. Natomiast dochód to przeważnie czwarta cześć PKB. Co innego jest jednak powiedzieć, że państwo wydaje na zbrojenia 5% PKB, a co innego powiedzieć, że państwo wydaje na ten cel 25% dochodu.

Polacy nie gęsi

Wiem, że na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna, ale mnie ona nie interesuje. Od 1948 roku istnieje tam państwo Izrael i od tego roku trwają tam wojny, które niczego nie zmieniają. Izrael jak trwał, tak trwa. Jaki jest zatem cel tych wojen? Może po prostu one są po to, by państwo żydowskie w Palestynie nie przestało istnieć? Może ma to być czymś w rodzaju mobilizacji narodu żydowskiego, dla którego naturalnym stanem jest stan rozproszenia, a nie egzystowanie we własnym państwie, które powoduje rozkład wewnętrzny tego narodu? Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, jak pisał Koneczny, zapewne też Żyd.

Mnie interesuje to, co tutaj się dzieje, w tym dziwnym kraju nad Wisłą. Na portalu forsal.pl ukazał się artykuł Język ukraiński zamiast hiszpańskiego, niemieckiego czy francuskiego – zmiany w nauczaniu drugiego języka w szkołach. Poniżej fragment:

Język ukraiński drugim językiem w szkołach?

„Jeśli nie uda się nam wprowadzić ukraińskiego komponentu do polskich szkół, to przynajmniej zróbmy ukraiński drugim językiem obcym”: powiedział Paweł Lewczuk – pracownik naukowy Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.

Otóż są takie plany – minister edukacji narodowej Barbara Nowacka zadeklarowała właśnie wsparcie dla wprowadzenia języka ukraińskiego jako drugiego języka obcego w polskich szkołach. Propozycję omówiła z ministrem edukacji Ukrainy Oksenem Lisowym.

Z kolei Tomasz Piekielnik kilka dni temu na swoim kanale tak to skomentował:

„Jaka jest druga strona tego medalu? Otóż, w mojej opinii jest to po to, by kuchennymi drzwiami, w sposób haniebny i absolutnie bezczelny, wprowadzać, na razie możliwość z sugestią, być może jest to właściwy wybór, nauczanie języka ukraińskiego dla polskich dzieci. Ja się pytam, po co? Uczmy w polskich szkołach ukraińskich dzieci języka polskiego, historii polskiej, historii niezakłamanej, również w sprawie rzezi wołyńskiej, a nie nakładajmy na polskie dzieci, na razie za fasadą możliwości, a za chwilę już coś więcej, brzemienia w postaci doprowadzenia do konieczności uczenia się języka ukraińskiego – tak to określę. Bo tym jest to dla mnie, w mojej opinii. Podkreślam, to mój pogląd, Państwo możecie mieć własny.”

Może więc są takie plany, tyle że dalekosiężne i dlatego zamiary te są trudne do rozszyfrowania. Ja, z ciekawości, zajrzałem do internetowego słownika diki w wersji niemieckiej i wpisałem język ukraiński. Wyświetliło mi się słowo Ukrainisch. Jako przykłady jego zastosowania podano dwa zdania:

Wenn du kein Ukrainisch kennst, solltest du besser zu Hause bleiben. (Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu.) Ich kenne ein bisschen Ukrainisch. (Znam trochę ukraiński.)

Kto wie czy za jakiś czas nie czeka nas taka właśnie rzeczywistość? W każdym razie warto się bliżej przyjrzeć temu, w jakich okolicznościach powstał narodowy język polski i kim byli ci, którzy go stworzyli. Może wtedy łatwiej będzie nam zrozumieć te wszystkie zabiegi wokół języka ukraińskiego w Polsce.

x

Mikołaj Rej (1505-1569) w swoim wierszu napisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Powiedział to w XVI wieku. Czy gdyby język polski istniał wcześniej i był postronnym znany, to czy Rej użyłby takiego sformułowania? Logika nakazuje powiedzieć – nie! Jak zatem było?

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela 1932, wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

W Krakowie powstaje ok. r. 1540 tajne stowarzyszenie dla rozszerzania nauk ewangelicznych. „Składało się ono z najznakomitszych uczonych owego czasu, którzy, połączeni węzłami osobistej przyjaźni, utworzyli ów związek, pozornie ściśle katolicki i dążący tylko do przeprowadzenia reform, w niczym nie naruszających prawowierności. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony, a należeli doń: Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, syn jego, Andrzej Trzesiecki, znakomity uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – obaj uczniowie Erazma Rotterdamczyka, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Andrzej Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych osób, znakomitych zdolnościami i zajmowanym w społeczeństwie stanowiskiem.” – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.

Czy gramatyk, lingwista i księgarz znaleźli się w tym towarzystwie przypadkowo, czy raczej nie? Z pewnością to drugie. W 1966 roku, z okazji 1000-lecia chrztu Polski, ukazywała się na łamach Ekspressu Wieczornego Ilustrowana Kronika Polaków. W formie książkowej została wydana przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1967 roku. W niej można przeczytać:

Na początku XVI wieku polska kultura umysłowa i artystyczna wkracza w okres niebywałego rozkwitu. Polscy artyści przetwarzają i wzbogacają o rodzime elementy kulturę Odrodzenia. Na gruncie polskim dojrzewają talenty obcych artystów, szczególnie włoskich.

Biernat z Lublina – pierwszy literat polski, którego dzieła ukazały się drukiem, autor pierwszej w całości po polsku wydrukowanej książki („Raj duszny”, 1513), urodził się ok. 1465 r., zmarł ok. 1529 r. Biernat w swych religijnych i świeckich utworach był jednym z prekursorów reformacji, głosił poglądy godzące w hierarchię kościelną i feudalny porządek społeczny.

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków 1521).

Reformacja i ruch egzekucyjny sprzyjały rozwojowi pisarstwa polskiego, poezji wszelkich rodzajów, publicystyki, literatury społecznej, politycznej i prawniczej oraz historiografii. Złoty wiek literatury polskiej zdobią nazwiska takich wybitnych twórców, jak Rej i Kochanowski, Frycz-Modrzewski, Goślicki, Bazylik, Czechowic, Budny, Skarga, Bielski, Górnicki i Kromer. Olbrzymia większość pisarzy tworzy w języku narodowym. Dzięki temu ich oddziaływanie na społeczeństwo mogło przybrać szerokie rozmiary. Po łacinie pisze niewielu, m.in. Modrzewski (podstawowe jego dzieło zostało zresztą rychło przetłumaczone na polski przez Bazylika) i Goślicki. Dzięki temu znów ich dzieła zostały łatwo przyswojone przez obcych w oryginalnej łacinie lub w przekładach na obce języki narodowe.

x

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem literacki język polski to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim, jak na język niesłowiański, całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

Za czasów reformacji polska kultura rozbłysła niczym supernowa. A po unii lubelskiej równie szybko zgasła. I RP to była pustynia kulturalna i intelektualna. Potężne pod względem obszaru państwo i nic poza tym. To dowodzi, że akcja z czasów reformacji została zaplanowana. Język polski został podrasowany i czekał na właściwy moment, który nadszedł w XIX wieku po rozbiorach I RP. Powstała wtedy na Kresach zaściankowa literatura, której celem było nie tyle zdobywanie laurów na arenie międzynarodowej, co przyswojenie języka polskiego przez miejscową ludność, która po takim zabiegu stawała się ludnością narodowości polskiej. Język był tu więc podstawowym elementem kształtowania świadomości narodowej. Tymi, którzy wnieśli najwięcej w unowocześnienie języka polskiego w XIX wieku byli Prus i Sienkiewicz.

Czy obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją, tylko w odwrotnym kierunku? Czy to język ukraiński ma kształtować świadomość narodową mieszkańców tego kraju Zulu-Gula? Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu. Być może jest to początek tego procesu, który ma trwać latami i dlatego jest niewidoczny. A może jest to zamierzone na wywoływanie niepokojów społecznych? W Polsce mieszka przecież wiele osób, które mają korzenie rosyjskie czy sympatyzują z Rosją. Czy im taka sytuacja będzie odpowiadać, by ich dzieci uczyły się ukraińskiego? A co będzie, jeśli pierwszeństwo w przyjmowaniu do pracy będą miały osoby ze znajomością języka ukraińskiego?

x

Nie tak dawno temu natknąłem się na wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, który stwierdził, że Polska to 1000 lat historii, a Niemcy to tylko 150 lat. – Można się narkotyzować, ale czy warto?

Uchwała

W dniu 4 czerwca 2025 roku Sejm RP przyjął uchwałę o ustanowieniu dnia 11 lipca Dniem Pamięci o Polakach – ofiarach ludobójstwa dokonanego Przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. Wyjaśnienie tej decyzji na stronach sejmowych jest następujące:

„W latach 1939-1946 nacjonaliści ukraińscy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) oraz innych ukraińskich formacji nacjonalistycznych działających na ziemiach Kresów Wschodnich II RP (województwa wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie, poleskie) oraz obecnych województw lubelskiego i podkarpackiego dokonali na ludności polskiej zbrodni ludobójstwa, mordując ponad sto tysięcy Polaków, głównie mieszkańców wsi, niszcząc ich mienie i doprowadzając do uchodźstwa z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej setek tysięcy Polaków. Apogeum tej zbrodni przypada na lipiec 1943 r., a symboliczną datą hekatomby Polaków z rąk ukraińskich nacjonalistów jest dzień 11 lipca, kiedy to w 1943 r. Polacy byli mordowani w około sto miejscowościach. Męczeńska śmierć za przynależność do narodu polskiego zasługuje na pamięć w formie dnia wyróżnianego corocznie przez państwo polskie, w którym będzie oddawany hołd ofiarom.”

W moim odczuciu jest to typowa uchwała konfrontacyjna, której celem jest dalsze eskalowanie i tak już wrogich stosunków polsko-ukraińskich. Rzeź wołyńska jest i będzie idealnym narzędziem do zaogniania tych relacji w sytuacji, gdy przesiedlono już do Polski kilka milinów Ukraińców, a kolejne kilka napłynie po zakończeniu wojny na Ukrainie. W ten sposób Polska stanie się, a właściwie już jest, bardziej Ukrainą niż Polską. Czy ten konflikt może być przedsmakiem tego, co może się stać, gdy dojdzie do stworzenia nowego państwa polsko-ukraińskiego, które będzie składać się z ziem polskich bez ziem poniemieckich i z ziem zachodniej Ukrainy? Żeby zrozumieć jego podłoże i wyjaśnić, kto tak naprawdę pociąga za sznurki, trzeba zacząć od początku.

Być może dla kogoś wizja wspólnego państwa polsko-ukraińskiego jest szokująca, ale to nic nowego. Przecież takie państwo funkcjonowało w ramach I RP i nazywało się Koroną.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Zaczęło się od unii personalnej, gdy królem Polski został dziki Litwin Jagiełło. Wtedy Polska była jeszcze częścią I Rzeszy, czyli Europy. Cały okres tej unii (1386-1569) był czasem dostosowywania Polski do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ale nie tylko o to chodziło. W 1413 roku, na mocy unii horodelskiej, 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami. Z tym związana była również zmiana wyznania. Jak to było możliwe, że szlachta polska tak hojnie rozdawała swoje herby? Przecież to nienaturalne, by swój stan, będący wyróżnikiem i zapewniający wyjątkową pozycję w społeczeństwie, czynić dostępnym dla przypadkowych ludzi i tym samym deprecjonować go? Rzecz niebywała w historii innych państw, co też przejawiało się tym, że stan szlachecki w Polsce był najliczniejszym w całej Europie. Gdy jednak przyjmiemy do wiadomości fakt, że polska szlachta w przeważającej mierze miała żydowskie korzenie, co też tłumaczy jej stosunek do polskich chłopów i fakt, że faktorami – czyli tymi, którzy zajmowali się finansami szlacheckimi – byli Żydzi, to wówczas stanie się jasne to szafowanie swoimi herbami, bo dzielono się nimi z Żydami z WKL.

Ta nowa „polska” szlachta z WKL musiała wejść w konflikt z tymi bojarami rusińskimi, którzy tych herbów nie mieli, nie byli katolikami i nie mogli z tego powodu zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej, co wiązało się z licznymi przywilejami i statusem majątkowym. Takie było podłoże wszelkich konfliktów na Ukrainie po jej włączeniu do Korony.

Na krótko przed unią lubelską w 1569 roku wyłączono z WKL Podlasie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie, czyli praktycznie całą Ukrainę i włączono je do Korony. I z tak okrojonym WKL powiększona Korona weszła w unię. W ten sposób posłowie i senatorowie z Podlasia, Wołynia, Kijowszczyzny i Bracławskiego stali się posłami i senatorami koronnymi. Oznaczało to, że w Rzeczypospolitej dominowali koroniarze. W praktyce jednak posłowie i senatorowie z byłego WKL przeważali w sejmie warszawskim nad posłami i senatorami z dawnej Korony, czyli Polski, co oznaczało, że Wschód zdominował nowe państwo i całkowicie odpowiadał za jego politykę. Potop szwedzki jeszcze bardziej osłabił dawną Koronę i dominacja Wschodu stała się jeszcze większa. Rozbiory skutkowały tym, że w Wielkopolsce intensywnie germanizowano ludność polską, a w Królestwie Polskim – rusyfikowano. Natomiast pod zaborem rosyjskim tworzono nowy naród polski z katolickiej ludności, którą jeszcze za czasów Batorego jezuici odciągnęli od prawosławia. On przeminął, a oni pozostali. W XIX wieku intensywnie rozwijano polskie szkolnictwo na Kresach i w ten sposób powstał tam nowy naród polski i narodził się Polak-katolik w opozycji do prawosławnej ludności, która nada tam żyła.

Po powstaniu listopadowym rząd carski wymienił całą administrację Królestwa na rosyjską i prawosławną. Również kościoły zamieniano na cerkwie i w ten sposób przybywało w Królestwie ludności prawosławnej. Po upadku caratu ludność ta nie miała czego szukać w bolszewickiej Rosji, więc zapewne pozostała w odrodzonej Polsce i stanowiła trzon administracji nowego państwa stworzonego przez Niemców. Być może część z tych ludzi przeszła na katolicyzm, ale korzenie wschodnie pozostały, jak również sentymenty względem prawosławia i Rosji carskiej.

II RP została zdominowana przez elity wywodzące się z byłego WKL, przeważnie nastawione antyrosyjsko. W latach 1928-38 przeprowadzono tzw. eksperyment wołyński, który polegał na stworzeniu podstaw nowego państwa ukraińskiego i na działaniach mających osłabić Związek Radziecki. W ramach tego eksperymentu stworzono m.in. oddziały paramilitarne. Ludzi przeszkolono i wyposażono w broń. Wszystko to działo się za wiedzą i zgodą Piłsudskiego. W grudniu 1942 roku powstaje UPA, która 11 lipca 1943 roku dokonuje rzezi wołyńskiej, atakując jednocześnie 99 miejscowości i wiosek. Akcja, którą mogły wykonać tylko dobrze wyszkolone i uzbrojone oddziały – wyszkolone i uzbrojone przez II RP.

W latach 1937 i 1938 rząd sanacyjny przeprowadził na Wołyniu akcję konwertowania ludności prawosławnej na katolicyzm. Szacuje się, że kilkanaście tysięcy osób zmieniło w ten sposób wyznanie. I najprawdopodobniej to ta ludność stała się celem ataków UPA. Nie była więc to ludność polska tylko ukraińska, którą rząd sanacyjny zachęcił do zmiany wyznania i w ten sposób ludzie ci stali się Polakami, bo na Kresach każdy, kto był katolikiem był Polakiem. Ukraińcy mordowali Ukraińców, a dziś wmawia się nam, że Ukraińcy mordowali Polaków. I w ten sposób mamy na terenie Polski konflikt Ukraińców z Ukraińcami, którzy uważają się za Polaków bądź ktoś im każde udawać Polaków.

Rzezi wołyńskiej dokonano z wyjątkowym okrucieństwem. Nie pozostało po niej nic. Ludzi wymordowano a zabudowania spalono do gołej ziemi, tak by nie pozostał żaden ślad. Czy przypadkowo, czy może celowo? Ilość ofiar zwiększa się w miarę zaostrzania konfliktu. Niektórzy mówią o stu tysiącach, inni podają jeszcze większe liczby. Zanim ciała zakopano, ktoś zadbał o wykonanie zdjęć ofiar. Kto to zrobił? Osoby postronne nie mogły tego zrobić, pomijając już fakt, że w tamtym czasie nikt w tych wioskach nie dysponował aparatem fotograficznym. Mogli to zrobić tylko oprawcy. Ale jaki mieli w tym cel? Chcieli, by te zdjęcia zostały upublicznione. Po co? By zaostrzyć konflikt i grać na ludzkich emocjach.

Jeśli ofiar było kilkanaście tysięcy, to znaczy, że musiano wykopać tyle grobów. Ile czasu trzeba, by wykopać dół o długości dwóch metrów, szerokości jednego metra i głębokiego na jeden metr? A ile czasu potrzeba na to, by wykopać kilkanaście tysięcy takich dołów i ilu ludzi musiałoby to robić? Załóżmy, że zamordowano tam 15 tysięcy ludzi. Załóżmy, że jeden człowiek mógłby wykopać w ciągu dnia trzy takie groby, może nawet nieco mniejsze. Gdyby kopało je 100 osób, to zajęłoby im to 50 dni. Gdyby to robiło 1000 osób, to zajęłoby im to 5 dni. A skąd tam wziąć 1000 osób i rozwieźć je do 99 miejscowości? Przecież to całkiem spore wyzwanie logistyczne. Czy tam były warunki do tego, by przeprowadzić taką operację? I każdy z tych kopiących to świadek. A gdzie było wtedy AK, a gdzie byli Niemcy?

To wszystko nie trzyma się kupy, gdy uwzględnimy, że tam zamordowano 15 tys. osób. A co w takim razie, gdy mowa o 100 tys., a innych ponosi jeszcze fantazja i mówią o 500 tys.? Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że ciała ofiar spalono wraz z zabudowaniami. Tylko w ten sposób akacja mogła być przeprowadzona sprawnie, szybko i bez świadków. A jeśli tak, to nic dziwnego, że Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację ciał, bo ich tam nie ma. Stronie „polskiej” to również pasuje, bo ten konflikt to idealny samograj, który można wykorzystywać do niekończącego się sporu: Ukraińcy nie zgodzą się na ekshumację, a strona polska nie zaakceptuje stanowiska strony ukraińskiej.

Polska jet wyjątkową, na tle Europy, mozaiką narodowościową i religijną. To efekt unii z WKL i zaborów. Każde państwo zaborcze zainstalowało na zajętym przez siebie obszarze swoją administrację. Po 123 latach i powstaniu państwa polskiego ci ludzie nie mieli dokąd wracać i pozostali tu. Echa tego procesu zdały się odbijać w wypowiedzi aktora Jerzego Stuhra. A aktor Karol Strasburger wywodzący się z rodziny niemieckich ewangelików? Takich przykładów jest mnóstwo. Gdy wybuchła I wojna światowa, to ci z zaboru austriackiego chcieli budować nową Polskę w oparciu o Austrię, żeby cała Polska wpadła w ich ręce, ci z zaboru rosyjskiego – o Rosję, mając tę samą motywację. Oczywiście i jedni i drudzy dorabiali do tego własną ideologię. Jedynie piłsudczycy nie mieli na kim się oprzeć, więc ci uważali, że trzeba budować Polskę niepodległą samodzielnie i nie szukać pomocy u nikogo. A skończyło się jak zawsze. Niemcy w oparciu o rosyjską administrację z Królestwa zbudowali Piłsudskiemu państwo, które następnie mu przekazali. I tak powstała „niepodległa” II RP. Ale był to tylko niewielki skrawek Mazowsza i Małopolski. A tam, na wschodzie, został nowy naród polski stworzony w XIX wieku. W listopadzie 1918 roku wybucha w Berlinie rewolucja bolszewicka. Żołnierze niemieccy masowo dezerterują. Front wschodni pękł. Na konferencji w Wersalu w 1919 roku ustalono tylko w zarysie (plebiscyty) granicę z Niemcami, a o granicy na wschodzie nie wspomniano też na konferencji pokojowej w 1918 roku. W styczniu 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz, by wojsko polskie zajęło miejsce ustępujących jednostek niemieckich, by oddzielić kordonem Europę od bolszewickiej zarazy. Ale w międzyczasie bolszewicy posunęli się daleko na zachód. Zajęli m.in. Wilno i Grodno. Co robić? – Oni sami przyszli z pomocą. Ledwie okopali się wokół Moskwy i Piotrogrodu, jeszcze armie Denikina i Wrangla nie zostały rozbite, a oni już ogłaszają, że idą na podbój Europy. I doszli aż pod Warszawę, a Denikin i Wrangel nie ruszyli się. Tu wykonali zwrot w tył i pośpiesznie wycofali się. Piłsudski gonił ich aż do Mińska i pod nim zatrzymał się, pomimo że droga na Moskwę była wolna. Wziął tyle na wschodzie ile miał wziąć, by nowy naród polski mógł znaleźć się w granicach „odrodzonej”. – Cyrk! Z takim samym cyrkiem mamy obecnie do czynienia na wojnie na Ukrainie.

Po II wojnie światowej przesiedlono na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe i nowych Polaków, których tam stworzono w XIX wieku. Tak więc PRL nadal był państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym, wbrew temu, co twierdziła jego propaganda. Trudno się jednak temu dziwić, bo ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jeden przywódca (partia), jedno państwo, jeden naród – katolicki.

Można więc powiedzieć, że obecna jeszcze III RP jest państwem, w którym dominują wschodni Słowianie. Kim są wschodni Słowianie? Oni sami o sobie tak napisali:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: „i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską”.

W Rosji zaczęli rządzić Waregowie, czyli Rurykowicze. Jeden z nich, Iwan Groźny, wziął tych Słowian za mordę i trzymał krótko. I tak jest w Rosji do dziś. Natomiast w WKL wschodni Słowianie nie mieli nad sobą bata i efekt był taki, jaki był, czyli anarchia i bałagan. Jedyną ludnością zachodniosłowiańską na terenie I RP byli chłopi z dawnej Korony, ale oni byli niewolnikami i na nic nie mieli wpływu. I tak jest do dziś.

Rządzący tu Żydzi dobrze wiedzą, jaki jest faktyczny rozkład sił w tym mozaikowym społeczeństwie i wiedzą, za jakie sznurki pociągać, by go skłócać. Rzeź wołyńska jest doskonałym narzędziem do wzbudzania emocji wśród Słowian wschodnich, które, jeśli odpowiednio podsycane, mogą przerodzić się w bardzo poważny i długotrwały konflikt. Czy taki jest cel tej sejmowej uchwały?

Wybory ’25 c.d.

W komentarzu na swoim kanale, po pierwszej turze wyborów prezydenckich, Tomasz Piekielnik zwrócił uwagę na interesujący fakt. Niestety, zamiast od razu przenieść jego słowa na „papier”, czyli na mój blog, odłożyłem to na później i teraz nie odnajduję tego wątku, co oznacza, że został usunięty. No cóż, czasem zdarza się, że oficer prowadzący coś przeoczy, ale w tym wypadku szybko naprawił swój błąd.

Chodziło o to, że kandydaci, którzy zdobyli najmniejsze poparcie: Bartoszewicz Artur – 95 640 głosów, Maciak Maciej – 36 371, Woch Marek Marian – 18 338, że oni musieli zebrać 100 tys. podpisów. Artur Bartoszewicz chwalił się, że zebrał ich 250 tys. Jak to się więc stało, że uzyskali oni mniejsze poparcie, niż ilość zebranych podpisów. Czy tu nie było jakiegoś fałszerstwa? – pytał Piekielnik. No właśnie! Nie można wykluczyć tego, że część ludzi składała podpisy, ale nie zamierzała głosować na tego kandydata. To jest nieuczciwe i aż ciśnie się na usta słynna sentencja z filmu Wielki Szu: „Graliśmy uczciwie: Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy”. Ale też nie można wykluczyć innej możliwości, że podpisy te zostały zebrane nieuczciwie lub że ich nie zebrano w wymaganej ustawą ilości. Nieuczciwie, to oznaczałoby, że mogły być kupione, choć niekoniecznie, w jakiejś firmie posiadającej w dużej ilości dane personalne ludzi, jak choćby operatorzy telefonii komórkowych czy banki. W drugim przypadku oznacza to, że nie zebrano wymaganej ilości podpisów, a Państwowa Komisja Wyborcza i tak zaakceptowała taką listę. Kto ma do nich dostęp? Kto może kontrolować jakość pracy tej komisji? Jeśli było trzynastu kandydatów, to znaczy, że trzeba było sprawdzić, a nie policzyć, 1 300 000 danych, to znaczy sprawdzić imię i nazwisko i numer PESEL. Ilu ludzi musiałoby to robić i ile czasu zajęłoby to im? A jak sprawdzić czy oni nie oszukiwali? A co jeśli na tych listach znajdowali się obywatele Ukrainy, którzy mają nadane te numery? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi na nie nie ma. Wydaje się, że tu działa reguła: ROMA LOCUTA, CAUSA FINITA (Rzym orzekł, sprawa skończona). Ktoś może oczywiście założyć, że Komisja działa uczciwie, ale to jest tylko założenie. Ja założyłem sobie, że działa ona nieuczciwie, choć nie mam na to dowodów, to działanie Platformy Obywatelskiej z 2007 roku, o czym niżej, jest dla mnie wystarczającym powodem, by uważać całą klasę polityczną za skorumpowaną i pozbawioną wszelkich skrupułów w swoim postępowaniu.

Pojawiły się już opinie o możliwości sfałszowania wyników wyborów, a to m.in. z tego względu, że tak równomierny rozkład głosów zwycięzców pierwszej tury jest nienaturalny. Przytaczane jest w tym wypadku słynne stwierdzenie Stalina, że nieważne, kto jak głosuje tylko, kto liczy głosy. Czy jest zatem taka możliwość, że przy liczeniu głosów można dokonać zmian? Komisje w lokalach wyborczych zliczają głosy i na tym etapie, etapie pojedynczego lokalu wyborczego, fałszowanie wyników wyborów nie ma sensu, bo rodzaj tego fałszerstwa trzeba by uzgodnić we wszystkich lokalach wyborczych w całym państwie. Wyniki glosowania w tych lokalach są przekazywane do gmin, które sumują wyniki ze wszystkich lokali wyborczych na swoim terenie. Taki zbiorczy wynik wysyłają do województwa, które sumuje wyniki z wszystkich gmin i wysyła do PKW, która sumuje wyniki ze wszystkich województw. Karta do głosowania jest anonimowa, skąd więc biorą się informacje o tym, kto ma takie a takie wykształcenie, do jakiej grupy wiekowej zalicza się, czy jest z miasta czy ze wsi itp. Prawdopodobnie są to informacje od ankieterów, którzy przed lokalami wyborczymi pytają ludzi o to, jak głosowali. Czy taka próbka może być wiarygodna i czy ankietowani mówią im prawdę? Czy cokolwiek z tego, co nam mówią o wyborach jest prawdziwe?

Czy można zatem sfałszować wyniki wyborów? A jeśli tak, to na jakim etapie? Na etapie lokali wyborczych, jak napisałem wyżej, wydaje się to bez sensu i raczej niemożliwe. Podobnie ma się sprawa na etapie województw. Pozostaje więc etap centralny, czyli PKW. Komisja ta może podać wyniki wyborów takie, jakie jej zlecili nieznani przełożeni. Skoro nikt nie może skontrolować PKW, to jest rzeczą naturalną, że tam mogą dokonywać się tego typu procedery. Tam nie trzeba z nikim koordynować swoich decyzji. Tylko PKW zna prawdziwe wyniki głosowania i nikt inny i nikt inny nie ma wglądu do tych informacji.

Demokracja jest najbardziej szatańskim ustrojem, jaki kiedykolwiek wymyślono. Najlepiej jej istotę ujął Winston Churchill w definicji, której tylko część, zaznaczona kursywą, jest powszechnie znana. Poniżej pełna wersja.

Monarchia była ustrojem, w którym władzę dziedziczono lub nowego władcę wybierała wąska grupa ludzi. Jej wadą było to, że cała odpowiedzialność spoczywała na monarsze. W demokracji nikt nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny, bo po wyborach przychodzi nowa władza wybrana w demokratycznych wyborach, a stara odchodzi w siną dal. Stąd permanentną cechą tego ustroju jest wszechogarniająca korupcja i brak odpowiedzialności za słowo.

W 2007 roku Platforma Obywatelska przeprowadziła akcję zbierania podpisów pod petycją do sejmu w sprawie zmiany ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli żeby wybory do sejmu odbywały się w okręgach jednomandatowych. W praktyce chodziło o to, by ludzie, którzy uzyskali minimalne poparcie, nie zostawali posłami. A tak się dzieje w ordynacji proporcjonalnej. PO zebrała ponad 700 tys. podpisów. Jednym z nich był mój. Później wszystkie one trafiły do sejmowej niszczarki. To był moment, który pozbawił mnie wszelkich złudzeń i powiedziałem sobie, że ja w tym cyrku uczestniczyć nie będę. I od tego momentu na żadne wybory nie chodzę, bo uwłaczałoby to mojej godności jako człowieka.

W 2008 roku wziąłem udział w Marszu JOW, czyli Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Wtedy miałem jeszcze złudzenia co do tego rozwiązania, ale później, po bliższym przyjrzeniu się tzw. Regule JOW i innym pomysłom typu demokracji szwajcarskiej, wyzwoliłem się z wszelkich złudzeń. O tym pisałem w blogu Pomysły. Jednak na udział w Marszu zdecydowałem się dlatego, że chciałem z bliska zobaczyć, jak to jest zorganizowane. Szedłem więc w tym pochodzie od Placu Zamkowego do Sejmu i słuchałem, co mówili idący tuż za mną studenci z Koszalina. Przyjechali na ten pochód, bo im opłacono przejazd w obie strony i po jego zakończeniu dostali jeszcze darmowy obiad. Szli i co chwila skandowali: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Byli też studenci z Wrocławia, bo to siedziba Ruchu JOW. Oprócz nich było sporo ludzi starszych. Nie był to wielki pochód. Może wzięło w nim udział około dwustu osób. Ale warto było pojechać. Teraz nie mam żadnych złudzeń, że te wszystkie protesty, czy to rolników, hutników, górników i innych, są akcjami zorganizowanymi, a ludzie biorący w nich udział opłaceni w takiej czy innej formie.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – Szekspir. Te wybory, jak wszystkie inne i cała otoczka wokół nich, to oczywiście teatr. Scenariusz został już dawno napisany, role rozdzielone. Jedynie naiwny elektorat wierzy, że to tak naprawdę i tłumnie głosuje, sądząc, że ma na coś wpływ. Demokracja to opium dla mas.

Krzyżowcy

W dniu 18 maja pojawił się na bułgarskim kanale Pogled Info wywiad z izraelskim analitykiem Sajmonem Cipisem. W nim wypowiedział się on m.in. na temat unii europejskiej i jej polityki wobec Rosji. Poniżej ten fragment.

Czym obecnie jest unia europejska? To blok, który powinien rozszerzać się tylko o państwa europejskie. Jednak UE to blok, który obejmuje również państwa, które do Europy nie należą. To Norwegia i Szwecja, które, w sensie terytorialnym, nie leżą na kontynencie europejskim. Od Europy oddzielone są dwoma morzami: Bałtyckim i Północnym. To oznacza, że UE nie jest blokiem tylko dla państw europejskich. To jedno, a drugie to fakt, że UE ze swoją wojenną retoryką jest gotowa pójść na wojnę, ponieść jej koszty tylko po to, by dołączyć do siebie nowych członków. Mam tu na myśli Gruzję, którą UE starała się przyłączyć, czego skutkiem była wojna z Rosją w 2008 roku. Obecnie chce ona wciągnąć w swoją strukturę Ukrainę, co skutkuje wojną we Wschodniej Europie pomiędzy Rosją i Ukrainą. Natomiast zamiar wciągnięcia Gruzji jest nadal aktualny. Tym razem jednak działania prowadzone są od wewnątrz poprzez popieranie w Gruzji euroentuzjastów. UE jest gotowa zapłacić każdą cenę za pozyskanie nowych członków. To oznacza, że UE jest nie tylko blokiem ekonomicznym i geopolitycznym. Za tym kryje się coś innego. Pragnę zwrócić uwagę, że kiedy UE osiągnęła swoje apogeum na przełomie lat 80-tych i 90-tych, gdy UE świętowała upadek Związku Radzieckiego, nastąpiła jej ekspansja, czyli powiększenie o nowych członków. Byłe radzieckie republiki – takie jak Litwa, Łotwa, Estonia, Mołdawia – uzyskały początkowo status kandydatów i weszły w obręb strefy Schengen.

Skłoniło mnie to do zadania sobie wielu pytań. Dlaczego UE nie zachęca do wstąpienia w swoje szeregi takich państw Azji Środkowej jak Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, Azerbejdżan. To także były radzieckie republiki. Żadne z tych państw nie otrzymało propozycji wstąpienia do UE. Również Turcja, którą przyjęto do NATO, ale odmawia się jej statutu pełnego członka UE. Jeśli państwa te nie są zapraszane do unii, to co jest tego przyczyną? Wszystkie te państwa, to państwa muzułmańskie. Wobec tego można dojść do wniosku, że UE to nie blok makroekonomiczny i nie blok geopolityczny. UE to blok religijny. Pragnę zwrócić uwagę, że wszyscy członkowie UE i wszystkie państwa ubiegające się o członkostwo w UE, wszystkie bez wyjątku, są państwami chrześcijańskimi.

UE chciała wciągnąć w swoją strefę Gruzję. Sądzę, że w najbliższej przyszłości, jeśli UE przetrwa, ale załóżmy, że przetrwa, to nie mam wątpliwości, że zechce ona przyjąć Armenię i Białoruś. UE czeka tylko na koniec rządów Łukaszenki. Ale ani w przeszłości, ani obecnie i w przyszłości UE nie zaproponuje członkostwa państwom Azji Środkowej i Turcji, dopóki te państwa są muzułmańskie. Trzeba więc mieć na uwadze to, że UE to, nie tyle blok europejski, to blok chrześcijański.

Nie jest ważne, że niektóre państwa UE nie są katolickie. Dla UE nie jest ważne czy ma do czynienia z kościołem grecko-katolickim, katolickim, protestanckim czy prawosławnym. Najważniejsze jest, by skupić wokół siebie tylko chrześcijańskie państwa. I dlatego UE to blok religijny, a NATO wydaje się być niczym innym tylko wojskiem rycerzy krzyżowców. Ja nie żartuję, mówię jak najbardziej poważnie. Przyjmowanie nowych członków w swe struktury wydaje się być krucjatą Świętego Rzymskiego imperium, której celem jest podporządkowanie sobie imperium Bizantyjskiego. Jeśli przyjrzeć się bliżej wszystkim głównodowodzącym wojsk europejskich i wszystkim sekretarzom generalnym NATO, to oni wszyscy, bez wyjątku, są rycerzami krzyżowymi. I dlatego UE jawi się jako blok religijny Świętego Rzymskiego imperium, którego celem jest odtworzenie wielkiego katolickiego imperium. Sworzniem religijnym UE jest Watykan. Stolicą Kościoła katolickiego jest Watykan, który mieści się w granicach Rzymu. I tak mamy do czynienia z krucjatą Watykanu i UE z pomocą swojej armii krzyżowców, czyli NATO. Wszyscy mianowani oficerowie i generałowie są kawalerami mieczowymi, krzyżowcami. Są tam różne reguły i zakony, ale wszyscy są krzyżowcami.

I tak dochodzę do wniosku, że jednym wyjaśnieniem faktu, że UE jest gotowa iść na wojnę i walczyć o to, by pozyskać nowe państwa członkowskie, jest to, że jest to blok religijny, który prowadzi wojnę w Europie Wschodniej. Stąd te pogróżki w stronę Rosji, że jeśli nie ustąpi i nie zgodzi się na warunki UE w kwestii rosyjsko-ukraińskiego konfliktu, to przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec, oznajmili że w razie odmowy Rosji do dalszych negocjacji z Ukrainą i w przypadku odmowy Rosji pójścia na kompromis, to oni są zdecydowani wysłać więcej broni i zaostrzyć sankcje. I jeśli to wszystko nie pomoże, to oni są gotowi wysłać swoje wojska, będące zresztą częścią NATO.

Gdyby to był blok makroekonomiczny, to chodziłoby o wolny rynek, nowe rynki zbytu, nowe terytoria do zagospodarowania, o euro-integrację. Ale tu nie o to chodzi. Cel, to stopniowa transformacja historycznych kościołów protestanckich, prawosławnych i chrześcijańskich w katolickie. To długotrwały proces, który stopniowo zachodzi. I każde państwo UE, czy to będzie Rumunia, Bułgaria czy Polska, tak czy inaczej, wcześniej czy później, znajdzie się w sytuacji, że jeśli tam jest prawosławie, to będzie przekształcone w katolicyzm. To jest krucjata. Według mnie jest to jedyne wyjaśnienie, które tłumaczy to, że ta elita, która rządzi Europą, nie jest zainteresowana pokojem. Oni są zainteresowani kontynuowaniem wojny, ponieważ są oni częścią procesu zwanego krucjatą.

x

Jest to, w mojej opinii, bardzo ciekawy pogląd, choć rodzi się pytanie: czy to możliwe? A jeśli tak, to jaką rolę odgrywały w konflikcie rosyjsko-ukraińskim Stany Zjednoczone? Przecież to one sfinansowały i zorganizowały kijowski Majdan w 2014 roku. Czy to możliwe, by były one marionetką w rękach Watykanu? A City of London? Z drugiej strony, jeśli spojrzymy w znacznie szerszym przedziale czasowym, to może ujrzymy rzeczy w innym świetle. Wszak schizma wschodnia to rok 1054, początek reformacji to rok 1517. Unia brzeska, czyli rozłam w prawosławiu, to rok 1596. Być może, jeśli przyjmiemy taką perspektywę, to może projekt unii europejskiej to początek jednoczenia chrześcijaństwa i powrót do korzeni. Ale z drugiej strony unia działa tak, jakby chciała chrześcijaństwo zmarginalizować czy nawet zniszczyć, bo jak inaczej wytłumaczyć jej politykę migracyjną, czyli sprowadzanie ludności, która nie ma z nim nic wspólnego. A może później będą zmuszeni zostać chrześcijanami? Może ten rozkładający się Kościół katolicki to tylko zasłona dymna?

Trudno jest człowiekowi niewtajemniczonemu znaleźć odpowiedzi na te pytania i rozwiać wątpliwości, ale z pewnością warto zwracać uwagę na tego typu opinie, zwłaszcza, że Cipis przedstawił argumenty na poparcie swoich wywodów. W każdym razie, po zapoznaniu się z jego zdaniem, inaczej można spojrzeć na tę tzw. koalicję chętnych.

Flaga na urzędzie

Jakieś dwa tygodnie temu było głośno o akcji europosła Grzegorza Brauna, który zdjął ukraińską flagę z Urzędu Miasta w Białej Podlaskiej. Jako że w pierwszym tygodniu maja miałem okazję przebywać w Belgii, to nasunęły mi się pewne refleksje, o czym już w wspomniałem w poprzednim blogu. Podróże kształcą i pozwalają z dystansem spojrzeć na państwo, w którym mieszka się. Po wybuchu wojny na dalekim wschodzie Ukrainy nad wieloma polskimi urzędami zawisły ukraińskie flagi. W mieście, w którym mieszkam, było podobnie. Taka flaga wisiała na ścianie starostwa. Później ją zdjęto. Podobnie było w wielu miejscach, ale do dziś nadal powiewają na pomniku Mickiewicza w Poznaniu czy na Kopcu Kościuszki w Krakowie. Zapewne takich miejsc jest dużo w tym państwie, które ja nazywam Rzeczpospolitą Ukraińską. Ich wszechobecność skłania jednak do zadania pytania: czyje to państwo?

Onet Wiadomości 30 kwietnia pisał:

Podczas wieczornego wiecu Grzegorza Brauna na placu Wolności w Białej Podlaskiej doszło do drabinowego “szturmu” na budynek urzędu miasta. Z balkonu została zdjęta flaga Ukrainy. Wisiała ona na urzędzie od lutego 2022 r. jako wyraz solidarności z walczącą Ukrainą.

Grzegorz Braun spotkał się w środowy wieczór ze swoimi zwolennikami w Białej Podlaskiej w woj. lubelskim. Spotkanie rozpoczęło się od skandowania nazwiska polityka, który w tym czasie podpisywał gaśnice. Braun mówił do swoich sympatyków, że jako prezydent doceniłby Białą Podlaską. — Może stolicy to nie, ale siedzibę prezydenta można by tutaj przenieść — stwierdził.

Wyborcza.pl Białystok z dnia 13 maja:

Flaga Ukrainy zawisła obok polskiej na budynku wydziału prawa Uniwersytetu w Białymstoku po ataku Rosji na ten kraj jako wyraz solidarności z narodem ukraińskim. Przed majowymi świętami ją zdjęto. Powody są niejasne.

O zniknięciu flagi ukraińskiej z frontowej ściany budynku wydziału prawa Uniwersytetu w Białymstoku – mieszczącego się w centrum podlaskiej stolicy, przy ul. Mickiewicza – poinformował w sieci białostocki przedsiębiorca Robert Kozicki, prezes jednej ze znanych firm branży nieruchomości. Przyznał, że domagał się tego od władz wydziału prawa.

Bo flaga raziła go w oczy

W poście zamieszczonym na jednym z portali społecznościowych – zatytułowanym „Dwie flagi – jeden kraj” – Kozicki napisał: „Instytucje publiczne mają obowiązek reprezentować wyłącznie interes i symbole Rzeczypospolitej. Tym bardziej, że Ukraina do dziś nie przyznała się do zbrodni dokonanych na polskiej ludności na Wołyniu, nie poniosła odpowiedzialności ani nie przeprosiła w sposób jednoznaczny. Dopóki to się nie stanie, między naszymi narodami nie… – reszta dostępna po wykupieniu abonamentu.

Michał Litwiniuk, prezydent Białej Podlaskiej, tydzień temu na instagramie:

Flaga ukraińska na Urzędzie Miasta to symbol wielkiej solidarności mieszkańców naszego miasta z uciekającymi przed bestialską napaścią kobietami i dziećmi.

To także symbol naszej solidarności z naszym państwem i polską racją stanu, z wysiłkiem naszego państwa i naszych sojuszników, by nie pozwolić zatriumfować złu rosyjskiego imperializmu, którego ostrze jest wymierzone w najważniejsze polskie interesy.

To wyraz solidarności i uznania wobec bohaterskiej postawy naszych sąsiadów broniących swojej ojczyzny, swoich rodzin, swojej ziemi przed bezprawną, łamiącą wszystkie standardy prawa międzynarodowego agresją.

AI o fladze na Urzędzie Miasta w Białej Podlaskiej:

Ukraińska flaga na urzędzie miasta w Zbójnej prawdopodobnie oznacza wyrażenie solidarności z Ukrainą, wsparcie dla ukraińskiej społeczności lub symboliczne wyrażenie poparcia dla ukraińskiego narodu w obliczu obecnej sytuacji politycznej. Flaga Ukrainy jest symbolem państwowym, składającym się z dwóch poziomych pasów: niebieskiego na górze i żółtego na dole.

Dlaczego ukraińska flaga na urzędzie miasta?

Wyrażenie solidarności:

  • W obecnej sytuacji politycznej, obecność ukraińskiej flagi na urzędzie miasta może być postrzegana jako wyraz wsparcia dla Ukrainy i jej narodu.
  • Wsparcie dla ukraińskiej społeczności:
  • Jeśli w Zbójnej istnieje ukraińska społeczność, obecność flagi może być wyrazem solidarności z nią i pokazem, że miasto jest otwarte i wspierające.
  • Symboliczne wyrażenie poparcia:
  • Flaga Ukrainy na urzędzie miasta może być symbolicznym gestem, pokazującym poparcie dla Ukrainy i jej aspiracji politycznych.

Jakie inne działania mogą towarzyszyć obecności flagi?

  • Organizowanie akcji charytatywnych:
  • Urząd miasta może organizować zbiórki pieniędzy lub materiałów na rzecz Ukrainy.
  • Organizowanie wydarzeń kulturalnych:
  • Może być organizowane imprezy, koncerty lub wystawy, które mają na celu wsparcie Ukrainy i promocję jej kultury.

Włączenie do programu szkoleniowego: Urząd miasta może wprowadzić do programów edukacyjnych informacje na temat Ukrainy i jej historii.

x

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że flaga obcego państwa nie może wisieć na urzędach reprezentujących władzę państwową w terenie, ani na żadnych budynkach urzędów centralnych reprezentujących Państwo Polskie. Jeśli flagi obcego państwa wiszą na takich budynkach, to pojawia się wątpliwość: czyje to państwo, czyje interesy ono reprezentuje i jakiej narodowości są urzędnicy, którzy to akceptują? To jest kwestia bezdyskusyjna. Dyskutować można o tym, czy flaga ukraińska powinna wisieć na budynku uniwersytetu czy innych budynkach publicznych, ale niebędących urzędami państwowymi. Sposobów wyrażania solidarności jest mnóstwo. Jeśli ktoś ma taką potrzebę, to może to robić na różne sposoby. Ja takiej potrzeby nie czuję i nie solidaryzuję się z narodem ukraińskim, ani z żadnym innym. Jednak mam tego świadomość, że mieszkam w państwie, w którym ludzie z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowią zdecydowaną większość. Sytuacja, w której ci ludzie, w tym wypadku pochodzenia ukraińskiego, chcą narzucać innym swoją narrację i w ten sposób terroryzować pozostałych, jest chora. Nie tylko ludzie z korzeniami polskimi z terenów Polski piastowskiej, ale również ludność prawosławna, sympatyzująca z Rosją, może czuć pewien dyskomfort, że ktoś próbuje narzucać jej inny system wartości i sposób interpretacji wojny na dalekim wschodzie Ukrainy, a więc tam, gdzie większość ludności skłania się ku Rosji. Na pozostałym obszarze Ukrainy nie ma wojny i sympatyzowanie z „cierpiącym” narodem ukraińskim wydaje się być wyjątkową hipokryzją.

Na Zachodzie mamy takie państwa jak Belgia czy Wielka Brytania, w których żyją obok siebie różne narody. Każdy z nich od wieków na swoim miejscu i w niezmiennych granicach. Każdy ma swoje przedstawicielstwo czy parlament i w nim zabiega o swoje interesy. Nikt nie udaje kogoś, kim nie jest. Flamand jest Flamandem, Walon Walonem, Szkot Szkotem, Walijczyk Walijczykiem. Natomiast w Polsce mamy przysłowiowy groch z kapustą. Wszystko jest wymieszane, granice ciągle zmieniane, ludność przesiedlana i wszyscy są „Polakami”. Jak chaotyczne jest to społeczeństwo, tak chaotyczny jest porządek urbanistyczny i architektoniczny, prawny, organizacja państwa i jego instytucji itd.

„I Have a Dream” – Żeby to wszystko zmienić, potrzeba na to wspólnej woli i pracy wielu pokoleń. Przede wszystkim trzeba zaakceptować fakt, że Polska jest państwem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. Dlaczego prezydent Białej Podlaskiej nie chce przyznać się do tego, że jest Ukraińcem, tylko udaje, że solidaryzuje się z „walczącym” narodem ukraińskim, który już milionami przeniósł się do Polski. Skoro Ukraińcy chcą rządzić w Polsce, to nie ma problemu. Niech robią to oficjalnie i oficjalnie ponoszą konsekwencje swoich rządów, ale w takim państwie mniejszość polska powinna mieć swoje prawa, a nie być dyskryminowana, tak jak to się obecnie dzieje. Gdyby ktoś chciał uporządkować to państwo, to należało by przeprowadzić referenda we wszystkich miastach i wsiach, w których ich mieszkańcy zadeklarowaliby swoją narodowość. Tam, gdzie dominowaliby Ukraińcy, tam by rządzili, a tam, gdzie dominowałaby ludność białoruska czy litewska, to ona by tam zabiegała o swoje interesy. I tak samo w przypadku ludności polskiej. Po wielu latach mogłyby, na skutek migracji, ukształtować się bardziej zwarte i ludniejsze społeczności, które miałyby swoje państewka w obrębie Polski. Być może wtedy to państwo, jak całość, stałoby się bardziej przyjazne dla zwykłego obywatela, bez względu na jego korzenie i mniej byłoby tej wszechogarniającej hipokryzji ze strony krypto-Ukraińców i Ukraińców.

Marzenia takie można mieć, ale zdaję sobie sprawę z tego, że polska rzeczywistość nie stwarza nawet najmniejszych szans na ich ziszczenie się. Od unii polsko-litewskiej, czyli wyjścia Polski piastowskiej z ówczesnej unii europejskiej, obszar pomiędzy Niemcami a Rosją stał się strefą zgniotu, zwaną wcześniej przedmurzem. Tu nie było i nie ma miejsca na trwałe granice, a tym samym nie było możliwe ukształtowanie się jednolitych narodów, mieszkających na zwartym obszarze. Nie po to jezuici szli za Batorym na wschód. Szli po to, by przeciągnąć cześć ludności prawosławnej na katolicyzm. W Połocku, największym ośrodku prawosławia na Białorusi, zbudowali swoją twierdzę. Gdy to już dokonało się, to w XIX-tym wieku wyuczono tę ludność języka polskiego i w ten sposób powstał na wschodzie nowy naród polski. Było to możliwe, bo te społeczności, poddane tym zabiegom, nie były w pełni wykształcone pod względem językowym i świadomości narodowej. Dla tego nowego narodu polskiego stworzono nową ideologię, czyli patriotyzm, zawarty w haśle: Bóg, Honor, Ojczyzna – choć ono samo zostało wyartykułowane znacznie później. Nie było tu odniesienia do tradycji historycznych, zwyczajów, do krajobrazu. Ojczyzna sprowadzała się tu do abstrakcyjnej idei i mogła być wszędzie, gdzie byli ci Polacy. Natomiast katolicyzm, który jest czymś powszechnym, tu stał w opozycji do prawosławia. W ten sposób skłócono te społeczności – te, które przyjęły katolicyzm z tymi, które pozostały przy prawosławiu. Te, które stały się katolickie, zostały pewnie obdarzone jakimiś przywilejami, jak choćby możliwość kształcenia dzieci chłopskich, tak jak to było w Królestwie Polskim, w którym dzieci chłopskie mogły kształcić się w rosyjskich szkołach i uczelniach, pod warunkiem, że przeszły na prawosławie.

Ta niechęć czy nawet nienawiść pozostała i gdy przesiedlano do nowej Polski, na ziemie poniemieckie, ludność z Kresów, to przesiedlono również te konflikty. Jeszcze na krótko przed wybuchem II wojny światowej, w 1937 i 1938 roku, rząd sanacyjny, przeprowadził akcję konwertowania ludności prawosławnej Wołynia na katolicyzm. W ten sposób kilkanaście tysięcy ludzi stało się katolikami i to właśnie oni, jako „Polacy”, byli mordowani w czasie rzezi wołyńskiej. A dziś wmawia się nam, że na Wołyniu mordowano Polaków i tak zaostrza się i tak już napięte stosunki polsko-ukraińskie, a raczej ukraińsko-ukraińskie na terenie Polski, czyli aktualnie – Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Rząd ukraiński, udający rząd polski, nie będzie miał najmniejszych skrupułów, by wysłać wojsko polskie na Ukrainę, gdy tylko skończą się wybory pawiana nr 1, a to będzie oznaczać dalszą eskalację konfliktu ukraińsko-ukraińskiego na terenie tego państwa, w którym przyszło nam żyć.

Wybory ’25

Wybory prezydenckie, czyli wybór pawiana nr 1, coraz bliżej. Zarejestrowano już chyba dwunastu pawianów, a jeśli Państwowa Komisja Wyborcza zatwierdzi pozostałych, to będzie ich siedemnastu. Dotychczas zatwierdziła 15-tu. To znacznie więcej niż w poprzednich wyborach. Wtedy było ich dziesięciu, jedenastu. W związku z tym Tomasz Piekielnik na swoim kanale zastanawia się nad tym, czy to możliwe, by kandydaci bez zaplecza partyjnego mogli zebrać wymaganą liczbę 100 tys. podpisów. Poniżej zapis jego wypowiedzi na ten temat, który poruszył w końcowej części swego komentarza.

Niektórzy kandydaci, bo jest ich co najmniej jeden, zebrali podpisy w liczbie 100 tys., czy ponad 100 tys., powiedzmy 250 tys., bez struktur, bez nawet, co potwierdzają internauci, zbliżonej z tą liczbą liczby wizyt na swojej stronie internetowej, na której można było pobrać dokument do podpisów wyborczych, rejestrować się i tak dalej. I prezydent Komorowski wyjaśnia, jak to się dzieje – kandydaci na prezydenta kupili podpisy? Komorowski mówi (polsatnews.pl):

– Mogę się zakładać, że absolutna większość osób, które kandydują, a nie mają zaplecza politycznego, po prostu kupiła te głosy od wyspecjalizowanych firm – uznał Komorowski, odnosząc się do rekordowej liczby osób deklarujących zebranie 100 tys. podpisów, by móc startować w wyborach głowy państwa. Z kolei Leszek Miller ocenił, że prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe.

Stwierdzenie faktu przez pana Bronisława Komorowskiego, należy tak ocenić te słowa, niż uznać za tezę, choć pan Komorowski mówi, że może się o to założyć, to pamiętajmy, że kandydował w wyborach prezydenckich, był czołowym politykiem Platformy Obywatelskiej, zatem zapewne do jego uszu dochodziły konkretne informacje, sygnały, wiadomości i fakty dotyczące tego, jak zbiera się podpisy w trakcie wyborów prezydenckich. Komorowski dalej mówi:

– Mam swoją opinię w tej kwestii. Uważam, że przestał działać próg, który wprowadzono do ustawy, żeby nie było ogromnej ilości „planktonu politycznego” w prezydenckiej kampanii wyborczej. To było tych 100 tys. podpisów.

Jeszcze raz twierdzę, w mojej opinii, były prezydent stwierdza pewien fakt. Zadajmy sobie pytanie: jak ktoś bez zaplecza politycznego, deklarujący wykonywanie, powiedzmy sobie szczerze takiej, a nie innej aktywności zawodowej, etatowo, nazwijmy to dydaktycznej – lub inni kandydaci jeszcze jakąś inną dziwną działalność deklarują, że wykonują – nazwijmy to redaktorsko-nijaką. Jeżeli oni zebrali po 100 tys. podpisów, a jeden 250 tys., to w opinii, wyrażonej przez prezydenta Komorowskiego, musieli kupić podpisy. Tylko pytanie za czyje, skoro najprawdopodobniej nie za swoje. Kto za tym się kryje? Kto za tym stoi? Czy oni sami to wiedzą, czy może nawet nie wiedzą i nie chcą wiedzieć? Może podejrzewają, a nie wnikają. Może cieszą się, że jakaś fala podpływa, to na niej zabiorą się gdzieś dalej. Kto wie jak jest naprawdę? Ale nie ulega wątpliwości, że trafnie, w mojej opinii, w wywiadzie na kanale w pewnej debacie pan Grzegorz Braun, konkretnie na kanale pani Moniki Jaruzelskiej, w pewnej debacie powiedział wprost do swojego adwersarza: pan chyba nawet nie wie, kto za tym stoi, za zebraniem tych podpisów. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żeby zebrać bez zaplecza politycznego, bez ludzi, bez struktur tak gigantyczną ilość podpisów.

Wyobraźcie sobie Państwo, ile to jest ludzi – 250 tysięcy czy nawet 100 tysięcy ludzi. Tu nie chodzi o to, że ktoś może mieć tego typu obserwatorów. Na tym kanale, gdzie z ogromną przyjemnością goszczę Państwa, niebawem dobijemy do 200 tys. subskrypcji. Ale w mojej opinii, jeśli wyraziłbym tego typu prośbę zbierania podpisów, to okazałoby się, że niewielki ułamek tej liczby, to byłyby podpisy faktycznie zebrane. Bo czym innym jest kogoś oglądać, a czym innym jest wydrukować dokument, podpisać, porozmawiać z rodziną, ze znajomymi, żeby może też podpisali, wybrać się na pocztę i wysłać czy zanieść osobiście. I nazwijmy to tzw. „konwersja” w tym przypadku wyniosłaby może 10 może 20%, ale gwarantuję Państwu, że moje szacunki są dość optymistyczne, nawet gdyby to wszystko rozlało się jakoś lawinowo. Zatem pytanie, jak uzbierano te podpisy w przypadku niektórych osób, co uważa na ten temat pan prezydent Komorowski, ja mogę tylko powiedzieć: cóż, nie da się temu, co mówił prezydent Komorowski czy dostrzegł pan Grzegorz Braun, logicznie zaprzeczyć. Ale Państwu pozostawiam własną ocenę, możecie Państwo uważać, jak tylko sobie Państwo życzycie.

x

Nazywam tych ludzi pawianami, choć wiem, że obrażam pawiany. Za dużo już w swoim życiu widziałem, by tzw. polityków traktować poważnie. Widziałem budowę „drugiej Polski”. Wtedy w radiowej Trójce była satyryczna audycja „60 minut na godzinę”, a w niej „Dyrekcja cyrku w budowie”, bo to był cyrk. Jak można było zaciągać kredyty w dewizach i musieć je później spłacać w tych dewizach, skoro złoty nie był wymienialny na nie? Plan był taki, że te dewizy uzyska się że sprzedaży towarów wyprodukowanych w fabrykach wybudowanych za kredyty dewizowe. Problem jednak polegał na tym, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swojego rynku zbytu dla tych towarów. To musiało skończyć się katastrofą i tak się skończyło. I to był właśnie ten cyrk w budowie.

Później przyszła kolej na budowę „drugiej Japonii” i, co naturalne, nic z tego nie wyszło. Jedyne, co się udało, to Matka Boska w klapie marynarki. Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć. Może tym razem się uda? „Drugą Irlandię” budował człowiek, który zawsze stał habacht (na baczność), gdy rozmawiał ze swoimi niemieckimi przełożonymi. I tym razem nic z tego nie wyszło. Kolejny projekt jest już realizowany bez rozgłosu i nikt nie chce go firmować. Dlaczego? Czyżby uważali, że budowa „drugiej Ukrainy” to obciach? A jednak, w odróżnieniu od poprzednich, nieudanych projektów, wygląda na to, że ten zakończy się powodzeniem. Jak zatem wierzyć w obietnice polityków, które są tylko słowami rzucanymi na wiatr, jak śpiewała kiedyś Dalida:

Paroles et paroles et paroles et paroles et paroles
Et encore des paroles que tu sèmes au vent
Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa
I jeszcze raz słowa, które rzucasz na wiatr

Tak więc to, co mówią politycy, czyli nasze pawiany, to tylko słowa. Ważniejsze i prawdziwe jest to, o czym nie mówią, a nie mówią o budowie drugiej Ukrainy na terenie Rzeczypospolitej Ukraińskiej, która w praktyce już nią jest.

A więc mamy aferę: Afera jest panie Ferdku, jakby powiedział Boczek ze „Świata według Kiepskich”. To nie możliwe, by osoba bez zaplecza politycznego mogła zebrać 100 tys. podpisów, ale możliwe, gdy kupi te podpisy od wyspecjalizowanych firm, jak powiedział Komorowski. Co to za wyspecjalizowane firmy, tego nie sprecyzował. Kto zatem winny? Ten, który kupił te podpisy, czy ta wyspecjalizowana firma?

Taką ilość podpisów można zebrać inaczej. Można to zrobić w potężnych korporacjach i kazać pracownikom podpisać się pod nazwiskiem jakiegoś kandydata. Można też wydrukować dane personalne z ewidencji ludności, która jest obecnie zarządzana centralnie i podpisać się pod różnymi nazwiskami. I taka osoba nawet nie będzie wiedzieć, że poparła jakiegoś kandydata. Przecież weryfikacją tych list zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza i nikt inny nie ma do nich dostępu. A jak ta komisja sprawdza autentyczność tych podpisów i liczy je? Czort jeden wie czy ona je liczy i sprawdza. A może nikt tam nie dostarcza tych 100 tysięcy podpisów, tylko tak nam się mówi. Oczywiście zbierają je, by ludzie widzieli, że oni je zbierają, ale ile ich zbiorą, to ich słodka tajemnica. Jednym słowem teatr. A jeszcze czasem komisja może zakwestionować jakieś podpisy albo stwierdzić, że na listach znalazły się dane osobowe nieboszczyków, jak to się stało w przypadku dwóch, jeszcze nie zarejestrowanych, kandydatów. To nawet nie teatr, to kabaret. Być może jest jeszcze wiele innych sposobów na tego typu akcje. Ja tylko pokazałem, że możliwości w tym względzie są nieograniczone. Jednak wybrano tylko jedną opcję, czyli kupowanie podpisów i to jest nagłaśniane.

A więc po nitce do kłębka. Piekielnik wziął na tapetę dwóch. Artur Bartoszewicz to ten, który zebrał 250 tys. podpisów, a Maciej Maciak (Ruch Dobrobytu i Pokoju, czyli willa z basenem dla każdego) to ten, który prowadzi działalność redaktorsko-nijaką. Co do pierwszego, to niewiele można o nim powiedzieć, poza tym, że nie wie, kto mu zebrał te podpisy i kto za tym stoi. Tak go poinformował Braun. A skoro on tak powiedział, to wie, że ktoś za tym stoi, ale nie podzielił się tą informacją z widzami kanału Moniki Jaruzelskiej: wiem, ale nie powiem.

Więcej wiemy o Macieju Maciaku, który jest założycielem Ruchu Dobrobytu i Pokoju i ma na YouTube swój kanał Musisz to wiedzieć. Wiadomo też, że od początku wojny na Ukrainie był on nastawiony antyukraińsko i opowiadał się za współpracą z Białorusią i Rosją. Często też jest gościem białoruskiego kanału internetowego.

A więc mamy już przygotowaną scenę do przeprowadzenia wariantu rumuńskiego na wypadek, gdyby głosowanie w sposób kontrolowany wymknęło się spod kontroli i tzw. kandydat niezależny, a raczej zależny od swoich nieznanych przełożonych, zdobył nadspodziewanie dużo głosów. Gdyby to był Maciej Maciak, to wiadomo by było, że to niewidzialna ręka wszechmogącego Putina ingerowała w wybory i jedyną obroną przed tym demonem będzie wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego, bo przecież bezpieczeństwo państwa jest najważniejsze. W przypadku Bartoszewicza ta nadzwyczajna ilość podpisów wystarczyłaby do skierowania podejrzeń na wschód. I właśnie dlatego uznano, że doszło do kupienia podpisów, bo kto inny oprócz Putina mógłby dysponować takimi pieniędzmi? Ingerencja Rosji w wybory w Polsce to również argument za tym, by budować koalicję chętnych i wysłać wojsko, również polskie, na Ukrainę.

x

Dziś mamy kolejną rocznicę katastrofy smoleńskiej. O tym w blogu Katastrofa smoleńska.

Ober-Ost bis

W poprzednim blogu cytowałem Arnolda Zweiga, który charakteryzował obszar zwany Ober-Ostem. Pisał on m.in. tak:

„Niewiele linii kolejowych ożywiało te rozległe prowincje, żadna z nich nie odpowiadała potrzebom mieszkańców. Tak więc szyny kolejowe biegły jedynie jako środki pomocnicze przyszłych operacji wojennych, wtłaczając w obręb swej szczupłej, zbyt ograniczonej sieci wszelki ruch komunikacyjny i potrzeby gospodarcze. Armia sprzymierzonych szczepów niemieckich tysiącem ssawek przylgnęła do ogromnego obszaru. W każdym punkcie, gdzie krzyżowały się drogi lub leżały gęściejsze skupiska ludności, przytwierdzała ona swoje macki, które czyhały, obezwładniały, dusiły lub popuszczały, zależnie od potrzeb i woli najwyższych instancji. Zarazem pompowały one z osłabionego kraju wszystkie soki żywotne i toczyły je w armię lub w państwo niemieckie; odcięte od morza i wszelkiego dowozu, niby gigantyczny polip wysysało ono okolice, które można było jeszcze z czegokolwiek ograbić.”

Tak mi się to skojarzyło, gdy przeczytałem na portalu RMF24 artykuł Miliardy na obronność z KPO. Polska pierwsza w Europie. Poniżej fragment:

Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO – tak nazywa się fundusz, który powołuje Polska. We wtorek o jego powstaniu poinformowała minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Na obronę z Krajowego Planu Odbudowy ma trafić 30 mld zł. Pieniądze będą służyć nie tylko wzmocnieniu polskiego przemysłu zbrojeniowego, ale również rozbudowie infrastruktury strategicznej, w tym np. dróg.

“To już oficjalnie: Polska jako pierwsza w Europie powołuje Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO. Zainwestujemy miliardy w schrony, infrastrukturę podwójnego zastosowania i rozwój polskich firm zbrojeniowych. Rozwiniemy nasz przemysł i badania nad nowymi technologiami” – poinformowała we wtorek na portalu X minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

Dodała, że resort rozpoczyna rozmowy z Komisją Europejską związane z kwestią powołania funduszu, a w ciągu dwóch miesięcy we współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej i innymi resortami wypracowany zostanie plan inwestycyjny dla tego funduszu. Przekierowanie środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy na cele obronne było jednym z punktów wtorkowego posiedzenia rządu.

Mowa o Krajowym Planie Odbudowy – programie inwestycyjnym, który stworzono w ramach polityki łagodzenia skutków społecznych i gospodarczych pandemii Covid-19.

Teraz jednak fundusze z KPO zostaną przesunięte na cele obronne, o czym zadecydowano we wtorek na posiedzeniu rządu. Pieniądze trafią na Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności (FBiO), z którego będą rozdysponowywane na wzmacnianie zdolności obronnych Polski. Właśnie z FBiO finansowana ma być modernizacja przemysłu obronnego kraju, ale także rozwój technologii i infrastruktury strategicznej.

x

Tak się składa, że mieszkam na Podlasiu, w tej części, która wchodziła w skład Ober-Ostu. I prawdę mówiąc niewiele się zmieniło od czasu, gdy Zweig opisywał ten obszar. Układ linii kolejowych pozostał bez mian. Białystok i Lublin, a więc dwa największe miasta na tzw. ścianie wschodniej, nigdy nie miały połączenia kolejowego, takiego normalnego. Jeśli chce się przejechać koleją z jednego do drugiego miasta – dziś pociągi pomiędzy tymi miastami nie kursują, kiedyś kursował jeden – to trzeba, mówiąc językiem żeglarskim, halsować, czyli jechać zygzakiem, wykorzystując odcinki, które były budowane dla celów woskowych. Nie można też przejechać normalnie do Trójmiasta. Trzeba jechać przez Warszawę albo telepać się przez Mazury, czyli Prusy. W tym celu trzeba najpierw jechać na północ do Ełku i tam pociąg skręca na zachód. Tak samo jest, gdy chce się pojechać do Krakowa – tylko przez Warszawę. Kiedyś miałem okazję jechać pociągiem z Krakowa do Lublina. Pod Rozwadowem (Stalowa Wola) pociąg kręcił takie piruety, że głowa mała, bo przejeżdżał przez dawną granicę austriacko-rosyjską.

Po „odzyskaniu” niepodległości w 1918 roku połączono ze sobą trzy różne części, należące do trzech różnych państw i do dziś te części nie zostały scalone w sensie komunikacyjnym i nie wyrównano różnic w infrastrukturze kolejowej i drogowej. Szczególnie dotyczy to wschodniej części Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Nie zrobiono tego w PRL-u, nie zrobiono tego również w III RP (1989-2022). Zapewne dlatego, że było to zabronione. Z tego wynika, że zarówno PRL jaki III RP były koloniami. W RU priorytetem są zbrojenia – wszystko dla województwa kijowskiego.

W takiej sytuacji nie dziwi, że strategia obronna RU zakłada cofniecie się na linię Wisły, czyli oddanie całej wschodniej części. To jest oczywiście nieco zmodyfikowana pierwsza wersja układu Ribbentrop-Mołotow. O tym, jak ewentualnie zostanie ustalona strefa wpływów na tym obszarze, zadecydują wnukowie obu wyżej wymienionych panów, a nie te pawiany w garniturach. Oni, co najwyżej, mogą bawić się w wybory pawiana nr 1 i skakać z gałęzi na gałąź, czyli pajacować.

Od czasu unii personalnej z Litwą w 1385 roku, pomiędzy Rosją a Niemcami, istnieje strefa, którą można określić jako Zulu-Gula Land, czyli typowy obszar kolonialny i poligon wojskowy, nazywany wcześniej przedmurzem. Stąd te bitwy, z których nic nie wynikało i nie było z nich żadnych korzyści, jak choćby Grunwald czy Wiedeń. W takich warunkach nie mogło powstać nowożytne, nowoczesne państwo, podobne do tych w Europie Zachodniej, a co się z tym wiąże – również takie społeczeństwo i naród. I tak ten obszar nadal jest traktowany przez współczesne państwa tej Europy i Stany Zjednoczone.