Brazylia

Jeśli jakieś wydarzenie należało by uznać za najważniejsze w nowożytnych dziejach świata, to chyba jest nim rewolucja francuska i jej konsekwencje w postaci wojen napoleońskich. Napoleon sprzedał pół Ameryki Anglii, by pozyskanymi pieniędzmi sfinansować podbój Europy i całkowicie ją odmienić. Nie udało mu się pokonać Rosji, ale czy mu rzeczywiście o to chodziło? Ziarno rzucone na rosyjską glebę zaowocowało sto lat później w postaci rewolucji październikowej. Szerzej na ten temat pisałem w blogu „Przed rewolucją”.

Podejrzewam jednak, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że idee rewolucji francuskiej i skutki wojen napoleońskich dotarły do Ameryki Południowej. W efekcie początek XIX wieku, to powstawanie niepodległych państw na tym kontynencie. Historia hiszpańskojęzycznej Ameryki Południowej była bardziej burzliwa, obfitowała w wiele wojen, powstań i rewolucji. Na tym tle historia Brazylii jawi się prawie jako sielanka, ale jest ona dla nas ciekawa, szczególnie okres Cesarstwa Brazylii (1822-1889), które było monarchią parlamentarną. To, co się tam wtedy działo, mam na myśli system partyjny i zachowania parlamentarzystów, do złudzenia przypomina to, co działo się w Polsce po 1989 roku i co dzieje się do dziś. A to znaczy, że wszędzie i zawsze te same siły pociągają za sznurki. I dlatego temu okresowi historii Brazylii poświęciłem najwięcej miejsca, bo jest on, według mnie, kluczem do zrozumienia tego jak działa masoneria, ale też – do zrozumienia naszej rzeczywistości.

To, że Ameryka Południowa, a szerzej – Ameryka Łacińska, wygląda tak jak wygląda, jest wynikiem działania masonerii, która jest narzędziem do realizacji celów żydowskich. Gdy patrzy się na flagi narodowe Brazylii, Argentyny czy Urugwaju, to nie ma najmniejszych wątpliwości, kto był ich pomysłodawcą. Zdobycie przez kraje Ameryki Południowej niepodległości w praktyce było tylko zamianą jednego suwerena na drugiego. Miejsce Hiszpanii i Portugalii zajęły Stany Zjednoczone. I ta zależność jest dla tych krajów o wiele bardziej wyniszczająca, niż było to w przypadku bycia koloniami.

Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku pisał: „W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy.” W okresie odkryć geograficznych Hiszpania i Portugalia były tymi krajami, którym żydostwo wiele zawdzięczało. Później, gdy Anglia rosła w siłę, dzięki jego pieniądzom, nie miało ono najmniejszych skrupułów, by wykorzystać ją do podważenia hiszpańskiej dominacji na morzach. Podobnie było w przypadku Portugalii, której potęga morska kończyła się w momencie rodzenia się nowej – holenderskiej. Nowe państwo, które chcieli wykorzystać Żydzi, czyli Stany Zjednoczone, musiało być potęgą i dostało w „prezencie ślubnym” całą Amerykę Łacińską. Obecnie nie wahają się oni, by poświęcić te Stany Zjednoczone na rzecz Chin. A zaczęło się to wszystko znacznie wcześniej, bo już w Imperium Rzymskim, a nawet jeszcze wcześniej. Bo jak to się stało, że mała Grecja oparła się potężnemu Imperium Perskiemu, a później uległa małej Macedonii i Aleksander Macedoński, zwany Wielkim, podbił potężną Persję?

Ameryka Południowa to, w moim przekonaniu, wielki masoński eksperyment, w którym głównym punktem programu było i jest mieszanie ras. Od samego początku podboju Brazylii Portugalczycy to praktykowali. Ciekawe, skąd się to u nich wzięło? Sami wpadli na ten pomysł, czy ktoś im coś zasugerował? Zupełnie inaczej wglądało to w Ameryce Północnej. Takie rzeczy zapewne nie dzieją się przypadkowo. A później można twierdzić, że Ameryka Łacińska jest taka, jaka jest, bo jest katolicka, a Ameryka Północna jest taka, jaka jest, bo jest protestancka. A może jest tak, jak jest, bo tak postanowili masoni, a raczej ich „nieznani przełożeni”.

Wszystkie poniższe informacje, oprócz tych, które wskazują na inne źródło, zaczerpnąłem z Wikipedii.

Początkowy okres historii Brazylii można podzielić na trzy części:

  • okres kolonialny trwający od 1500 do 1815 roku
  • Zjednoczone Królestwo Portugalii, Brazylii i Algarve 1815-1822
  • Cesarstwo Brazylii 1822-1889

Brazylia zajmuje połowę powierzchni Ameryki Południowej i graniczy prawie ze wszystkimi krajami oprócz Chile i Ekwadoru. Była ona kolonią portugalską, a pozostała część kontynentu była kolonią hiszpańską, która początkowo nazywała się wicekrólestwem Peru (Nowa Kastylia). W 1535 roku Pizarro założył Limę, a wicekrólestwo powstało w 1542 roku.

Kiedyś Stanisław Michalkiewicz, opisując relacje pomiędzy różnymi służbami, ujął to bardzo obrazowo: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Tak naprawdę, to do tego samego sprowadza się traktat z Tordesillas z 1494 roku, który podzielił Nowy Świat pomiędzy Hiszpanię i Portugalię. I tu należy szukać przyczyn takiego podziału Ameryki Południowej. Traktat obowiązywał do 1777 roku, jednak Portugalczycy złamali jego postanowienia jeszcze w XVII wieku i wtargnęli w głąb kontynentu.

Źródło: Wikipedia

Brazylię odkrył 22 kwietnia 1500 roku portugalski żeglarz Pedro Alvares Cabral, który nowo odkryty ląd nazwał Terra de Vera Cruz (Ziemia Prawdziwego Krzyża), przemianowany wkrótce na Santa Cruz (Święty Krzyż). Zgłosił on prawo korony do odkrytych terytoriów na mocy traktatu z Tordesillas. Traktat ten miał zapobiec konfliktowi pomiędzy Hiszpanią i Portugalią o tereny odkryte przez Kolumba w Ameryce i zapewniał Portugalczykom terytoria brazylijskie, jeszcze przed ich oficjalnym odkryciem, co rodzi przypuszczenia, że poznali oni linię brzegową Ameryki Południowej znacznie wcześniej niż to się powszechnie przyjmuje. W 1529 roku traktat z Tordesillas został uzupełniony układem z Saragossy, który rozstrzygał o podziale stref na wschodzie.

Pierwszymi białymi, którzy zostali przymusowo osiedleni, byli dwaj skazańcy pozostawieni przez Cabrala, by umacniać kontakty z tubylcami przez mieszanie ras, co było portugalską praktyką tamtych czasów. W 1501 roku przybyli pierwsi portugalscy osadnicy. Cześć z nich to biedota szukająca lepszego losu, ale prym wiodła szlachta, która otrzymywała w uznaniu zasług ziemie na terenie nowej kolonii, tzw. kapitanie. Wiele z tych olbrzymich posiadłości to obszary obecnych brazylijskich stanów. W 1554 roku kraj został podzielony na 15 dziedzicznych kapitanii, które zostały później jednostkami organizacyjnymi.

Kapitanie kolonialnej Brazylii, to jednostki podziału terytorialnego portugalskiej Ameryki, mające formę przyznawanego przez władców Portugalii dziedzicznego nadania. Taki sposób wczesnej kolonizacji (XVI wiek) pozwalał na przeniesienie obowiązku organizacji zwartego osadnictwa na dysponujące kapitałem osoby prywatne, czerpiące z tego tytułu określone dochody.

Obecna nazwa kraju pojawiła się w 1512 roku, gdy zaczęto czerpać coraz większe zyski z eksploatacji rdzenia drzewa Caesalpinia brasiliensis, które zawierało czerwony barwnik (brazyliana), wykorzystywany w tkactwie. Słowo brazyliana miało też inne znaczenie, miało, bo chyba nikt go dzisiaj nie używa. Oznaczało ono strzał na bramkę, po którym piłka odbijała się od poprzeczki i wpadała do bramki. Inną dochodową działalnością w XVI i XVII wieku były plantacje trzciny cukrowej. W związku z tym wzrastało zapotrzebowanie na niewolniczą siłę roboczą. Indianie nie nadawali się do ciężkiej pracy i masowo ginęli, więc rozpoczęto sprowadzanie czarnoskórych niewolników z Afryki.

W XVII wieku wraz z odkryciem w Brazylii złóż złota i diamentów pojawiły się zastępy zbrojnych awanturników, bandeirantes, którzy trudnili się też handlem indiańskimi niewolnikami. W XVIII wieku nastąpił ponowny rozwój rolnictwa związany z wprowadzeniem uprawy bawełny. Dobre warunki oraz łatwa dostępność taniej, niewolniczej siły roboczej spowodowały szybki wzrost produkcji. Pod wpływem zwycięskiej wojny o niepodległość w Ameryce Północnej, wybuchały nieudane powstania: 1789 w stanie Minas Gerais, 1794 w Rio de Janeiro, 1798 w stanie Bahia i 1801w Pernambuco.

Zmiana sytuacji nastąpiła dopiero za sprawą wojen napoleońskich toczonych w Europie na początku XIX wieku. Groźba inwazji zmusiła portugalskiego regenta i późniejszego króla Jana VI do opuszczenia Europy. Ucieczka do Brazylii (1807) sprawiła, że po raz pierwszy i ostatni w historii Zachodu władca rządził imperium z terytoriów zamorskich.

Za sprawą regenta i portugalskiego dworu Brazylia stała się świetnie prosperującym centrum rozległego imperium. Rio de Janeiro stało się jego stolicą. Król położył kres trwającemu trzy wieki monopolowi handlowemu Portugalii i zapoczątkował rozwój przemysłu. Założył pierwszą gazetę, bank, akademię wojskową i akademię marynarki wojennej, szkołę medyczną, teatr, bibliotekę, muzeum i obserwatorium astronomiczne. Gdy w końcu upadek Napoleona uwolnił Portugalię spod francuskiej okupacji, monarcha nie zamierzał wracać. Za sprawą ówczesnego ministra spraw zagranicznych, a późniejszego kanclerza Klemensa von Metternicha, 16 grudnia 1815 roku status Brazylii podniesiono do rangi równorzędnego królestwa, tworząc Zjednoczone Królestwo Portugalii, Brazylii i Algarve. W praktyce była to unia. W odpowiedzi w powojennej Portugalii doszło do liberalnej rewolty. Nowo wyłonione Kortezy uchwaliły projekt konstytucji, która jakkolwiek demokratyczna dla europejskiej Portugalii (osłabiająca pozycję monarchy) okazała się despotyczna w stosunku do byłych terytoriów zamorskich. Odrębny status Brazylii miał zostać zniesiony, kolonialne relacje przywrócone, a króla wezwano do powrotu. Jan VI pozbawiony możliwości manewru zgodził się na powrót do Lizbony (26 kwietnia 1821), pozostawiając jednak na miejscu swojego syna Pedro (Piotra) w roli regenta.

Ilustracja
Jose Bonifacio de Andrada; źródło: Wikipedia

Po uchwaleniu niekorzystnej dla dynastii i Brazylijczyków konstytucji Piotr, odebrawszy liczne wyrazy poparcia obiecał pozostać na miejscu i wspierać brazylijskie dążenia do niepodległości. Jednym ze wspierających był Jose Bonifacio de Andrada i przekonał go, aby ogłosił niepodległość Brazylii. On sam liczył na tron i w czerwcu 1822 roku zwołał brazylijskie zgromadzenie konstytucyjne, a 7 września, na wieść o anulowaniu wszystkich jego edyktów przez portugalskie Kortezy, wypowiedział słynne słowa „Independencia ou Morte!” (Niepodległość albo śmierć) i zerwał unię. Od tego czasu „okrzyk znad Ipirangi” (rzeka, nad którą przebywał wtedy regent) jest głównym hasłem brazylijskiego dnia niepodległości. 12 października ogłoszony przez zgromadzenie Cesarzem Brazylii. Został koronowany 1 grudnia 1822 roku.

Flaga Cesarstwa Brazylii 18 września 1822 – 15 listopada 1889; źródło: Wikipedia

Działania zbrojne mające na celu wyparcie stacjonujących w kraju sił portugalskich trwały do końca 1823 roku. Mediacji pomiędzy zwaśnionymi stronami podjęła się mająca rozległe interesy po obu stronach Atlantyku Wielka Brytania. Wobec takiego obrotu sprawy, postawiony pod ścianą rząd Portugalii zgodził się za kwotę dwóch milionów funtów zrezygnować ze swoich praw do kolonii i uznać jej niepodległość. W ten sposób groźba długotrwałego konfliktu została zażegnana, a ciągłość administracyjna w obu krajach zachowana.

W tym miejscu wypada mi wyjaśnić, że Wielka Brytania i Portugalia pozostawały w tym momencie w przyjaznych stosunkach od około 200 lat. Ostatnie wojny pomiędzy Anglią i Portugalią miały miejsce w Indiach w czasie, gdy pojawili się tam Anglicy, a Portugalczycy już tam byli. Jak to się skończyło, to opisuje Kazimierz Dziewanowski w swojej książce z 1996 roku Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie:

„Doszło więc do długotrwałych pertraktacji portugalsko-angielskich, w wyniku czego w roku 1635 angielski prezydent w Suracie, William Methwold, podpisał z wicekrólem Goa układ rozejmowy, który przekształcił się później w trwały pokój. W roku 1640 Portugalia odzyskała niezawisłość (od Hiszpanii, jak sądzę – przyp. W.L.) i odtąd datuje się długotrwała historia przyjaźni i sojuszu Portugalii z Anglią.

Po rewolucji cromwellowskiej na tron angielski wstąpił Karol II. Pogarszające się stosunki z Holandią doprowadziły w tym czasie do dalszego zacieśnienia sojuszu z Portugalią. Uwieńczeniem tego sojuszu stało się małżeństwo króla z portugalską księżniczką Katarzyną z Bragancy. Zawarto przy tym tajny układ, w którym Anglia gwarantowała obronę portugalskich posiadłości na Wschodzie przeciwko atakom holenderskim. Z kolei Portugalia, aby ułatwić Anglikom zadanie, przekazała im w posagu księżniczki wyspę w zatoce Bom, inaczej – Bom Bay, gdzie jak sądzono, można by założyć bazę dla królewskiej marynarki wojennej.”

Piotr I, w trakcie swego panowania, musiał rozwiązać wiele problemów. Powstanie secesjonistyczne w prowincji Cisplatina, które wybuchło na początku 1825 roku, a także późniejsza próba aneksji tej prowincji przez Zjednoczone Prowincje Rio de La Plata (późniejsza Argentyna), doprowadziły do wojny brazylijsko-argentyńskiej. W marcu 1826 roku Jan VI zmarł, a Piotr I odziedziczył koronę portugalską. Natychmiast abdykował, a koronę przekazał swojej córce Marii. Sytuacja pogorszyła się w 1828 roku, po utracie Cisplatiny, która stała się niezależną republiką Urugwaju. W tym samym czasie władzę w Portugalii przejął Michał, młodszy brat Piotra.

W 1826 roku po utworzeniu parlamentu Cesarstwa, Zgromadzenia Ogólnego, pojawiły się nowe problemy. Piotr I, wraz ze znaczną częścią posłów, opowiedział się za niezawisłymi sądami, wybieranymi przez obywateli, legislacją i rządem, który będzie prowadzony przez cesarza. Władca miałby szerokie uprawnienia wykonawcze i wiele prerogatyw. Oponenci chcieli mniejszej władzy monarchy i władzy legislacyjnej. Walka o to, czy rząd zostanie zdominowany przez parlament, czy przez cesarza, została przeniesiona do debat w latach 1826-1831 w sprawie ustanowienia struktury władzy. Nie dając sobie rady z problemami w Brazylii i Portugalii, 7 kwietnia 1831 roku cesarz Piotr I abdykował na rzecz swojego syna Piotra II i powrócił do Portugalii, aby pomóc córce odzyskać tron.

Anarchia

Po nagłym odejściu Piotra I głową państwa został pięcioletni chłopiec. Ponieważ mógł on objąć władzę dopiero po uzyskaniu pełnoletności, na jego miejsce wybrano regenta. Ale on nie miał wielu uprawnień i był podporządkowany Zgromadzeniu Ogólnemu.

Regent nie był w stanie rozwiązać sporów pomiędzy państwowymi a lokalnymi ugrupowaniami politycznymi. Wierząc, że zwiększenie autonomii prowincji i władz lokalnych załagodzi sytuację, w 1834 roku Zgromadzenie Ogólne przyjęło poprawkę do konstytucji, zwaną Acto Adicional (Ustawa dodatkowa). Zamiast zakończyć chaos, nowe uprawnienia spotęgowały rywalizację i konflikty. Partie lokalne rywalizowały ze sobą, aby przejąć władzę w prowincjach i miastach, gdyż każda partia, która zdominowałaby prowincję, mogłaby przejąć władzę nad systemem wyborczym i politycznym regionu. Te partie, które utraciły władzę, buntowały się i próbowały ją odzyskać, wszczynając bunty.

Politycy, którzy przejęli władzę w latach 30-tych XIX wieku poznali trudności i pułapki władzy. Według historyka R.J. Barmana, do 1840 roku „stracili wszelką wiarę w swoją zdolność do samodzielnego rządzenia państwem. Przyjęli Piotra II jako władcę, którego obecność była niezbędna dla przetrwania kraju”. Ci, którzy utworzyli Partię Konserwatywną w latach 40-tych XIX wieku uważali, że potrzebna jest postać neutralna – osoba, która mogłaby stać ponad podziałami politycznymi, aby rozwiązywać spory polityczne i zmniejszyć niezadowolenie obywateli. Chcieli cesarza, który byłby bardziej zależny od władzy ustawodawczej, niż konstytucyjny monarcha, którego chciał Piotr I, ale z większą władzą niż ta, którą chciała Partia Liberalna na początku regencji. Liberałowie chcieli zmniejszyć wiek pełnoletności, w którym cesarz mógłby objąć władzę, z 18-tego do 14-tego roku życia. Cesarz został uznany za zdolnego do samodzielnego rządzenia w lipcu 1840 roku, gdy skończył 14 lat.

Zjednoczenie

Aby osiągnąć swoje cele liberałowie połączyli się z grupą wysokich rangą urzędników pałacowych oraz wybitnymi politykami we „Frakcję Dworzan”. Dworzanie należeli do bliskich współpracowników monarchy i wywierali na niego wpływ, co umożliwiło tworzenie kolejnych gabinetów liberalno-dworskich. Ich dominacja była jednak krótkotrwała. Do 1846 roku Piotr II dojrzał psychicznie i fizycznie. Z powodzeniem ukrócił wpływy dworzan, usuwając ich ze swojego kręgu. Zdymisjonował również rząd liberałów, którzy okazali się bezskuteczni podczas sprawowania rządu i zwrócił się w 1848 roku do konserwatystów z prośbą o utworzenie rządu.

Zdolności cesarza oraz nowo utworzonego rządu konserwatystów zostały przetestowane w trakcie trzech kryzysów w latach 1848-1852. Dzięki uporaniu się z nimi Cesarstwo znacznie podniosło prestiż państwa na arenie międzynarodowej. Europejczycy przybywali do Brazylii i widzieli kraj wprowadzający w życie znane im liberalne ideały, takie jak wolność prasy i swobody obywatelskie. Reprezentatywna monarchia parlamentarna stała w sprzeczności z mieszanką dyktatury i niestabilności w innych państwach Ameryki Południowej w tym okresie.

Rozwój

Na początku lat 50. XIX wieku Brazylia osiągnęła wewnętrzną stabilność i dobrobyt ekonomiczny. Rozwijano infrastrukturę, budowano linie kolejowe, telegraficzne oraz tworzono sieć żeglugi rzecznej i morskiej spajającej całe terytorium Cesarstwa. Po pięciu latach rządów, rząd konserwatystów został odwołany i we wrześniu 1853 roku Honorio Hermeto Carneiro Leao, szef Partii Konserwatywnej, musiał utworzyć nowy gabinet. Cesarz Piotr II pragnął zrealizować ambitny plan zwany „Pojednanie”, który miał na celu wzmocnienie roli parlamentu w rozstrzyganiu sporów politycznych w kraju.

Leao zaprosi kilku liberałów do przyłączenia się do konserwatystów. Aby ich zachęcić, zaproponował im nawet urzędy ministrów. Nowy gabinet, choć odnosił duże sukcesy, od początku był nękany silną opozycją ze strony ultrakonserwatystów ze swojej partii, którzy nie zgadzali się na utworzenie rządu z liberałami. Wierzyli, że gabinet stał się machiną polityczną „zainfekowaną” przez liberałów, którzy nie podzielali poglądów partii i byli przede wszystkim zainteresowani zdobywaniem urzędów publicznych. Pomimo podejrzeń Leao wykazywał się elastycznością, która pomogła mu przezwyciężyć wszelkie przeszkody. Jednak we wrześniu 1856 roku, u szczytu swojej kariery, zmarł nieoczekiwanie, a jego gabinet przetrwał do 1857 roku.

Partia konserwatywna podzieliła się. Z jednej strony byli ultrakonserwatyści, a z drugiej umiarkowani konserwatyści popierający pojednanie. Ultrakonserwatystami kierował Joaquim Rodriguez Torres, Eusebio de Queiros i Paulino Soares de Sousa – byli ministrowie z gabinetu z lat 1848-1853. Ci starsi mężowie stanu przejęli kontrolę nad Partią Konserwatywną po śmierci Leao. Po roku 1857 żaden rząd nie przetrwał długo. Szybko upadały one z braku większości w Izbie Deputowanych.

Członkowie Partii Liberalnej, która zaczęła słabnąć od buntu Praieiry w 1849 roku, skorzystali z tego, co wydawało się zbliżać ich do konserwatystów, aby powrócić do polityki krajowej ze zdwojoną siłą. Pomogło im to zdobyć kilka miejsc w Izbie Deputowanych w wyborach w 1860 roku. Kiedy wielu umiarkowanych konserwatystów utworzyło wraz z liberałami nową partię polityczną, Ligę Progresywną, niemożliwe było utrzymanie władzy przez Partię Konserwatywną, która utraciła większość w parlamencie.

Wojna paragwajska

Okres spokoju dobiegł końca, gdy brytyjski konsul w Rio de Janeiro nieomal wywołał wojnę pomiędzy Brazylią a Wielką Brytanią. Wysłał ultimatum zawierające obraźliwe żądania, wynikające z dwóch małych incydentów z końca 1861 roku i początku 1862. Rząd brazylijski nie podporządkował się, a konsul wydał rozkaz brytyjskim statkom wojennym do przechwytywania statków handlowych jako rekompensaty. Brazylia przygotowała się na nadciągający konflikt, a obrona przybrzeżna otrzymała zgodę na strzelanie do każdego statku brytyjskiego, który próbowałby przejąć jednostki brazylijskie. W czerwcu 1863 roku rząd Brazylii zerwał wszelkie stosunki dyplomatyczne z Wielką Brytanią.

Jednocześnie w Urugwaju wybuchła kolejna wojna domowa, w której partie polityczne rozpoczęły walkę pomiędzy sobą. Konflikt ten doprowadził do mordów Brazylijczyków oraz grabieży ziem urugwajskich. Rząd Brazylii interweniował i w grudniu 1864 roku rozpoczął wojnę urugwajską. Gdy wojska brazylijskie wkroczyły do Urugwaju, paragwajski dyktator Francisco Solano Lopez zażądał ich wycofania. Po zignorowaniu tych żądań zarządził konfiskatę brazylijskiego statku kupieckiego w porcie Asuncion i wtrącił do więzienia brazylijskiego gubernatora stanu Mato Grosso, który był na jego pokładzie. Najechał prowincję Mato Grosso i zajął znajdujące się tam kopalnie diamentów. Zamierzał też pomóc urugwajskiemu prezydentowi Aguirre przeciwko rewolucyjnemu uzurpatorowi wspieranemu przez Brazylię.

To, co na początku wyglądało na krótką i łatwą interwencje wojskową, doprowadziło do prawdziwej wojny w południowo-wschodniej części Ameryki Południowej. Jednak wojna na dwa fronty, z Wielką Brytanią i Paragwajem, nie była możliwa, więc we wrześniu 1865 roku rząd brytyjski wysłał posła, który publicznie przeprosił za kryzys między imperiami. Inwazja Paragwaju w 1864 roku doprowadziła do znacznie dłuższego kryzysu niż się spodziewano, a wiara w możliwości rządu progresywnego do prowadzenia wojny zanikła. Od momentu powstania Liga Progresywna była też nękana przez wewnętrzne konflikty pomiędzy frakcjami utworzonymi przez byłych umiarkowanych konserwatystów i byłych liberałów.

Gabinet ustąpił, a w lipcu 1868 roku cesarz wybrał starszego wicehrabię Itaborai do utworzenia nowego rządu, co oznaczało powrót konserwatystów do władzy. To spowodowało, że dwie skłócone frakcje progresywne połączyły się, co doprowadziło do ponownego utworzenia Partii Liberalnej. Trzecia, mniejsza frakcja, ale bardzo radykalna, ogłosiła się republikanami, co było złym sygnałem dla monarchy. Niemniej jednak gabinet utworzony przez wicehrabię Itaborai był słabszy, niż ten, który zastąpił. Konflikt z Paragwajem zakończył się w marcu 1870 roku całkowitym zwycięstwem Brazylii i jej sojuszników. Ponad 50 tysięcy brazylijskich żołnierzy zginęło, a koszty wojny były jedenaście razy większe niż roczny budżet kraju. Jednak był on wystarczająco bogaty, by spłacić dług wojenny w zaledwie 10 lat. Konflikt był również bodźcem do wzrostu produkcji krajowej i rozwoju gospodarczego.

Wojna paragwajska (wojna trójprzymierza) – wojna stoczona w latach 1864-1870 pomiędzy Paragwajem a koalicją Brazylii, Argentyny i Urugwaju. Najbardziej krwawy konflikt w historii Ameryki Południowej. W rezultacie wojny 50% mieszkańców Paragwaju zostało pozbawionych życia, w tym 90% męskiej populacji. Głównym powodem ataku na Brazylię była chęć zapewnienia sobie korzystania z ujścia La Platy, czyli dostępu do morza, którego Paragwaj nie ma. Bezpośrednią przyczyną wojny było wkroczenie wojsk brazylijskich do Urugwaju, interweniujących w wojnie domowej w tym kraju po stronie powstańców z partii Colorado, podczas gdy Paragwaj popierał rząd pełniącego obowiązki prezydenta Aguirre z partii „Białych”. Powstańców popierała również Argentyna. Nowy rząd Urugwaju, Brazylia oraz Argentyna zawiązały trójprzymierze. Przymierze tych trzech państw poparła Wielka Brytania, wspierając je finansowo.

Ilustracja
Flaga urugwajskiej partii Colorado, powstałej w 1836 roku; źródło: Wikipedia

Apogeum

Dyplomatyczne zwycięstwo nad Imperium Brytyjskim i militarne nad Urugwajem w 1865 roku, a następnie zwycięstwo w wojnie z Paragwajem w 1870 roku oznaczało początek „złotego wieku” brazylijskiego imperium. Brazylia rozwijała się szybko, rozpoczęła modernizację infrastruktury i rosła imigracja. Cesarstwo było znane na arenie międzynarodowej jako państwo nowoczesne i postępowe, drugie w Ameryce po Stanach Zjednoczonych. Była to stabilna politycznie gospodarka o dużym potencjale inwestycyjnym.

W marcu 1871 roku cesarz Piotr II mianował konserwatystę Jose Paranhos, wicehrabię Rio Branco, na szefa rządu. Jego głównym zadaniem było uchwalenie prawa, które natychmiast pozwoli wyzwolić wszystkie dzieci urodzone przez niewolnice. W maju kontrowersyjna ustawa została wprowadzona do Izby Deputowanych i stała się obiektem ataków opozycji, która zyskała poparcie jednej trzeciej deputowanych i dążyła do zjednania sobie opinii publicznej przeciwko niej. We wrześniu prawo zwane „Rio Branco Law” zaczęło obowiązywać. Sukces premiera poważnie zaszkodził długookresowej stabilizacji politycznej Cesarstwa. Nowe prawo podzieliło konserwatystów: umiarkowani konserwatyści popierali je, natomiast ultrakonserwatyści byli przeciwko niemu.

Poparcie „Rio Branco Law” przez cesarza Piotra II doprowadziło do utraty lojalności ultrakonserwatystów wobec monarchy. Partia konserwatywna doświadczyła wcześniej poważnych podziałów, gdy monarcha dzięki polityce rozjemczej doprowadził do utworzenia Ligi Progresywnej. Ultrakonserwatyści z Joaquim Rodrigues Torres, Eusebio de Queiros oraz Paulino Soares de Sousa na czele sprzeciwiali się polityce pojednawczej. Uważali jednak, że cesarz jest niezbędny do funkcjonowania systemu politycznego kraju; monarcha był bezstronnym arbitrem w razie impasu politycznego. Młode pokolenie ultrakonserwatystów, które dochodziło do władzy, nie doświadczyło regencji i pierwszych lat panowania Piotra II, znali tylko okres dobrobytu, pokoju i stabilności. Dla nich – i dla klas rządzących w ogóle – obecność neutralnego monarchy, który mógłby rozstrzygać spory polityczne, nie była już ważna. Ponadto, gdy cesarz opowiedział się wyraźnie za nowym prawem dotyczącym dzieci niewolników, osłabił swoją pozycję jako neutralnego arbitra. Młodzi ambitni politycy nie widzieli powodu, aby podtrzymywać władzę cesarską.

Regres

W latach 80-tych XIX wieku Brazylia nadal rozwijała się. W społeczeństwie stopniowo dochodziło do zmiany poglądów na temat praw kobiet. Natomiast listy pisane przez Piotra II ukazują go jako człowieka zmęczonego światem, coraz bardziej wyobcowanego i pesymistycznie nastawionego do życia. Pozostawał skrupulatny w wykonywaniu swoich obowiązków jako cesarz, choć często zaprzestawał podejmowania jakichkolwiek działań, mających na celu zachowanie stabilności kraju. Jego rosnąca obojętność wobec losu kraju i bezczynność przy zagrożeniu monarchii jako systemu, doprowadziła do tego, że historycy obwiniali go za jej upadek. On sam uważał, że śmierć jego dwóch synów i brak męskiego dziedzica była znakiem, że cesarstwo powinno być zastąpione innym ustrojem.

Zmęczony cesarz, który już nie zajmował się tronem, spadkobierca, czyli najstarsza córka Piotra II Izabela, która nie chciała być cesarzową, coraz bardziej niezadowolona klasa rządząca, która odrzucała rolę cesarza w sprawach państwa – wszystkie te czynniki sprawiły, że zbliżał się kres cesarstwa. Inicjatywy proponujące obalenie władzy cesarskiej pojawiły się w armii. Idea republikanizmu nigdy nie przyjęła się w Brazylii. Poza wąskimi kręgami elit miała niewielkie poparcie w prowincjach. Rosnąca kombinacja idei republikańskich i pozytywistycznych w szeregach młodych oficerów i dowódców średniego szczebla zaczęła stanowić poważne zagrożenie dla monarchii. Oficerowie ci preferowali republikańską dyktaturę, którą uważali za lepszą od liberalnej monarchii demokratycznej. Począwszy od małych aktów niesubordynacji na początku lat 80-tych XIX wieku, niezadowolenie w armii rosło przez dekadę, gdy cesarz przestał się już interesować sprawami państwa, a politycy nie potrafili przywrócić władzy rządu nad wojskiem.

Upadek

W ostatnich latach Imperium Brazylijczycy cieszyli się znacznym prestiżem międzynarodowym, a także stali się wschodzącą potęgą na arenie międzynarodowej. Podczas gdy Piotr II leczył się w Europie, parlament uchwalił, a księżniczka cesarska Izabela I podpisała „złote prawo”, które całkowicie znosiło niewolnictwo w Brazylii. Przewidywania, które zapowiadały zapaść gospodarczą spowodowaną jego zniesieniem, nie sprawdziły się. Niemniej jednak podpisanie ustawy podważyło wiarę w neutralność monarchy, a to spowodowało poparcie republikanizmu przez ultrakonserwatystów, wspieranych przez bogatych i potężnych plantatorów kawy, którzy mieli ogromny wpływ na politykę, gospodarkę i społeczeństwo w kraju.

Aby zapobiec republikańskiemu sprzeciwowi, rząd wykorzystał łatwo dostępny dla cesarstwa kredyt, który miał napędzić dalszy rozwój gospodarki kraju. Rząd masowo udzielał właścicielom plantacji pożyczek z korzystnym oprocentowaniem, aby zjednać sobie ich przychylność. Pośrednio zaczął również rozwiązywać problem krnąbrnego wojska, reorganizując Gwardię Narodową.

Działania podjęte przez rząd zaalarmowały cywilów o poglądach republikańskich oraz wojskowych. Republikanie wiedzieli, że odcięłoby to wsparcie dla realizacji ich celów. Ośmieliło ich to do podjęcia dalszych działań. Reorganizacja Gwardii Narodowej, rozpoczęta w sierpniu 1889 roku, oraz stworzenie rywalizujących ze sobą sił, spowodowało, że dysydenci z korpusu oficerskiego rozważali desperackie kroki. Dla republikanów i wojskowych było to sygnałem: „teraz albo nigdy”. Chociaż większość Brazylijczyków nie pragnęła zmiany formy rządów, republikanie zaczęli naciskać na wojskowych, aby ci obalili monarchię.

Tymczasowa flaga Republiki Brazylii od 15 do 19 listopada 1889; źródło: Wikipedia

Początek zamachu stanu oraz proklamowanie republiki nastąpiło 15 listopada 1889 roku. Przywódcą rewolty został Manuel Deodoro da Fonseca. Nieliczne osoby, które były świadkami tych wydarzeń zdawały sobie sprawę, że to bunt. Przez cały zamach stanu cesarz Piotr II sprawiał wrażenie braku zainteresowania wydarzeniami w Brazylii. Odrzucał sugestie polityków oraz dowódców wojskowych, aby powstrzymać przewrót. Cesarz oraz jego rodzina zostali wygnani z kraju 17 listopada tego samego roku. Pomimo że nastąpiła reakcja monarchistów po upadku Cesarstwa, została ona całkowicie stłumiona i ani Piotr II, ani Izabela I nie poparli restauracji. Gdy zamach doszedł do skutku, establishment polityczny poparł wprowadzenie ustroju republikańskiego, głównie z tego powodu, że stan ten zaakceptował cesarz.

Flaga Brazylii od 1889 do dzisiaj; źródło: Wikipedia

Dalszy okres dziejów Brazylii dzieli się, według angielskiej Wikipedii, na następujące części:

  • Wczesna Republika 1889-1894
  • Pierwsza Republika Brazylijska 1889-1930 (stara republika)
  • Druga Republika Brazylijska 1930-1937
  • Trzecia Republika Brazylijska 1937-1946
  • Republika 1946 roku albo Republika Populistyczna 1946-1964 – Czwarta Republika
  • Rządy wojskowych 1964-1985 – Piąta Republika
  • Nowa Republika (Szósta Republika 1985 – do dziś)

Pierwszy okres to rządy Manuela Deodoro da Fonseca, jak się można domyślić, wojskowego. Od 1894 do 1930 roku to okres wpływów wielkich właścicieli ziemskich i plantatorów. A lata 1930 do 1946 roku to Era Vargasa. Prezydentem był Getulio Vargas.

Konstytucja Brazylii była wzorowana na amerykańskiej. Również system partyjny republiki czerpał z tych samych wzorców: partia konserwatywna i liberalna. Nawet flaga, obowiązująca przez cztery dni, nie pozostawiała złudzeń, skąd płyną do Brazylii instrukcje. Ustrój republikański wprowadzono w Brazylii, pomimo że większość mieszkańców wcale go nie chciała. W monarchii konstytucyjnej jest monarcha, są partie polityczne i jest parlament. Podobnie w republice: jest parlament, są partie polityczne i jest monarcha, który nazywa się prezydentem. Jedyna różnica, ale jakże istotna, polega na tym, że monarcha trwa niezmiennie i tron jest dziedziczony, a w republice prezydent jest wybierany na pewien okres i to samo dotyczy partii politycznych. Jakież tu pole do popisu, by trwać: koalicje partyjne, przechodzenie z partii do partii, zakładanie nowych partii, a wszystko to po to, by ciągle być u władzy, jak w monarchii. Tak więc dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Przeciętny poddany czy obywatel nigdy nie miał na nic wpływu.

Świętem Narodowym Brazylii jest dzień 7 września, bo 7 września 1822 roku padły te słynne słowa „Independencia ou Morte!”. W herbie Brazylii widnieją słowa: Federacyjna Republika Brazylii 15 listopada 1889 – powstanie republiki, a na jej fladze napis – Ordem e Progresso. Już chyba nic więcej nie trzeba dodawać.

Chiny

„Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?” – Pytał ponad 100 lat temu Stanisław Wyspiański w pierwszej scenie “Wesela”, ustami Czepca, bawiącego na zabawie dziennikarza. To, że Wyspiański wybitnym poetą był – to wie każdy. Ale że był też prorokiem? Dzisiaj trudno pojawić się na jakimkolwiek “salonie”, by natychmiast nie spotkać się z bliźniaczym w zasadzie pytaniem – co najwyżej są “Chińczyki” zamiast oryginalnych “Chińcyków”. Ale wiadomo, o kogo chodzi. – Tak pisał w artykule wstępnym, w marcu 2010 roku, dziennikarz Forbes’a. Wyspiański nawiązywał do tzw. powstania bokserów z przełomu XIX i XX wieku i związanej z nim interwencji mocarstw europejskich, Japonii i USA.

No właśnie! Czy Wyspiański był prorokiem? Nie był. Powstanie to było skierowane przeciw panującej dynastii i dopiero po zajęciu przez powstańców dzielnicy misji dyplomatycznych nastąpiła interwencja Zachodu. A jeśli jeszcze dodamy, że ci „bokserzy” wywodzili się z tajnego stowarzyszenia, to to wszystko już tak prosto nie wygląda. Bo skoro tajne stowarzyszenie, to cel mógł być zupełnie inny niż oficjalny i daleko bardziej wybiegający w przyszłość.

Problem tak naprawdę sprowadza się do tego, czy obecne Chiny są mocarstwem działającym niezależnie i realizującym własną politykę i dbającym o własne interesy, czy są raczej narzędziem w ręku tych, którzy nazywają siebie narodem wybranym? Co do tego, że ten naród uzależnił od siebie Amerykę, to nikt już tego nie neguje. Może jeszcze nie do wszystkich dociera fakt, że Rosja też jest całkowicie od niego zależna. A skoro tak, to czy możliwe jest, że ten naród nie dostrzegł potencjału, przede wszystkim demograficznego, jaki tkwi w tym wielkim, zdyscyplinowanym i pracowitym narodzie, jakim są Chińczycy?

Chiny są, według mnie, przede wszystkim państwem komunistycznym i narzędziem mającym narzucić ten komunizm reszcie świata. Wykorzystują do tego swój potencjał demograficzny i ekonomiczny. Amerykański kapitał wiadomego pochodzenia zbudował potęgę Związku Radzieckiego, a później Chin. Czy Chiny, jak to się mówi, mogą urwać się z łańcucha? A czy te wszystkie potężne i zaawansowane technologicznie firmy chińskie są własnością Chińczyków, czy tylko oni tam pracują?

Niczego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jeśli próbujemy interpretować rzeczywistość w oderwaniu od przeszłości, czyli od historii. Żeby zrozumieć albo przynajmniej próbować zrozumieć, czym są obecne Chiny, to wypada jednak zacząć od początku. Wszystkie poniższe informacje pochodzą z Wikipedii. Nie będę jednak ukrywać, że historię Chin potraktowałem wybiórczo. Wiedziałem czego szukałem i znalazłem. To, czego szukałem, to tajne stowarzyszenia, maskujące się często jako związki religijne. Zupełnie tak jak w Europie. I tak samo jak w Europie, tak i tam, wywoływały one powstania ludowe, chłopskie.

Chińska tradycja historyczna dotycząca najwcześniejszego okresu dziejów kraju ukształtowała się za panowania wschodniej dynastii Zhou (770-265 p.n.e.) i została ostatecznie zredagowana w epoce Han (206 p.n.e. – 220 n.e). Zgodnie z tą tradycją Chiny od początku swych dziejów stanowiły jedność i były rządzone przez autokratycznych jedynowładców, najpierw w postaci Trzech Dostojnych i Pięciu Cesarzy (2850-2205 p.n.e.), następnie zaś panujących dzięki swojej cnocie królów-mędrców z dynastii Xia (2205-1766 p.n.e.) i dynastii Shang (1766-1122 p.n.e.). Nie ulega wątpliwości, że tradycja ta ma swoje źródło w ukształtowanym w drugiej połowie epoki Zhou ideale jedności Chin i ideologii imperialnej z epoki Han, a także konfucjańskiej koncepcji władzy jako mędrca rządzącego dzięki Mandatowi Niebios. – A w naszej kulturze mamy rządzącego z Bożej łaski. W sumie więc na to samo wychodzi.

Pierwsza dynastia Shang (1766-1122 p.n.e.) została obalona przez najeźdźców z zachodu, przez zachodnią dynastię Zhou. Ta zmiana wiązała się ze spektakularnym zjawiskiem astronomicznym, jakim była koniunkcja pięciu planet i istnieją solidne podstawy do przypuszczenia, że to właśnie wydarzenie stało się podstawą do wiary Zhou w Mandat Niebios, mający przysługiwać królowi Wen (1099-1050 p.n.e.), który przyjął swój tytuł.

Mandat Niebios to tradycyjna teoria filozoficzna w Chinach, według której władca musi mieć poparcie Niebios, by rządzić. Mandat zyskują władcy sprawiedliwi, postępujący moralnie i obyczajnie, którzy dbają o lud. Jeżeli na tronie zasiada despota, Niebiosa mogą wycofać swój mandat, co sygnalizują poprzez np. zaćmienia, pojawienie się komety, klęski głodu, powodzie, trzęsienia ziemi, wojny itd. W takiej sytuacji sprawiedliwe jest wszcząć bunt przeciw władzy. To jest też konfucjańska koncepcja władzy. Mandat mógł dotyczyć zarówno pojedynczego władcy, jak i całej dynastii. Nie miał ograniczeń czasowych, ani klasowych, gdyż zakładał ciągłość instytucji cesarstwa bez względu na zmianę rodziny panującej. Dwa razy w historii Chin zdarzyło się, że założycielami dynastii były osoby wywodzące się z ludu (Han i Ming). Do tej koncepcji musieli odwoływać się rządzący Chinami cudzoziemcy, Mongołowie z dynastii Yuan czy Mandżurowie z dynastii Qing.

Wschodnia dynastia Zhou (770-256 p.n.e.)

W tym czasie rozpoczęła się w Chinach epoka żelaza, co zaowocowało rozwojem rolnictwa, wyposażonego w nowe narzędzia, jak i techniki wojskowej. Rosła liczba ludności, postępowała urbanizacja, rozwijało się rzemiosło i handel, co prowadziło do wzrostu znaczenia nowej klasy mieszczan i kupców. Znaczenie dawnej arystokracji systematycznie spadało, co wiązało się także z faktem, iż wojska oparte na rydwanach zastąpiły masowe armie złożone z piechoty i kawalerii. Synowie podupadłych arystokratów szukali szczęścia na dworach rywalizujących ze sobą władców, proponując im swoje usługi jako doradcy i żołnierze. W tym intelektualnym klimacie ciągłych zmian, rywalizacji i konieczności innowacji, rozkwitły liczne szkoły filozoficzne, z którego to powodu w chińskiej tradycji ta epoka jest znana jako okres Stu Szkół.

Najsłynniejszym z działających wówczas mistrzów miał się okazać Konfucjusz (551-479 p.n.e.), uważany za twórcę konfucjanizmu, systemu filozoficzno-religijnego, który głosi, że zbudowanie idealnego społeczeństwa i osiągnięcie pokoju na świecie jest możliwe pod warunkiem przestrzegania obowiązków wynikających z hierarchii społecznej oraz zachowania tradycji, czystości, ładu i porządku. Konfucjanizm rozpowszechnił się w Chinach i Korei a także w Wietnamie i Japonii, stając się doktryną państwowo-religijną tych krajów, kształtującą ich politykę i obyczaje do czasów współczesnych. Duch konfucjanizmu jest w wielu krajach Dalekiego Wschodu wciąż żywy i głęboko zakorzeniony w świadomości wielu ludzi, spełniając podobną rolę kulturową jak wartości chrześcijańskie w krajach Zachodu.

Drugim tradycyjnym chińskim systemem filozoficznym i religijnym, obok konfucjanizmu, był taoizm. Przyjęto, że twórcą taoizmu był Laozi, żyjący w VI w. p.n.e. Był więc współczesny Konfucjuszowi. System ten powstał w II i III wieku n.e. Ideałem taoistów było proste życie zgodne z naturą. Próba zmiany naturalnego porządku, to źródło wszelkiego zła. Podstawowa zasada taoizmu mówiła, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z naturą, a zdarzenia mają biec, jak mają, bez wszelkiej ingerencji i narzucania czegokolwiek. Taoizm, w przeciwieństwie do konfucjanizmu, był otwarty na zapożyczenia z innych wierzeń. W różnych okresach otwierał się na elementy konfucjanizmu, szamanizmu, buddyzmu, chrześcijaństwa i manicheizmu.

Dynastia Han (206 p.n.e. – 220 n.e.)

W 124 roku p.n.e. cesarz Wu utworzył Uniwersytet Cesarski, na którym miano uczyć konfucjańskiego pięcioksięgu. To tych dzieł dotyczył edykt o spaleniu ksiąg.

Palenie ksiąg i grzebanie uczonych, to okres w historii Chin pomiędzy 213 a 206 rokiem p.n.e., w którym prowadzono politykę niszczenia klasycznych ksiąg chińskich i prześladowania konfucjańskich uczonych. Politykę tę realizowano za pierwszego cesarza dynastii Qin (221-207 p.n.e.), który został do niej przekonany przez swego kanclerza Li Si. Li Si był reprezentantem legizmu i podjął próbę zlikwidowania konkurencyjnych szkół filozoficznych, nakazując zniszczenie ich tekstów kanonicznych. Wyjątkiem miały być jedynie teksty legistyczne, a także poświęcone kwestiom praktycznym, jak m.in. medycyna, rolnictwo, wróżbiarstwo. Legiści głosili pragmatyczną zasadę przestrzegania wszystkich jasno napisanych i ogłoszonych publicznie praw wydanych przez prawowitego władcę, niezależnie od ich moralnego znaczenia. W obliczu prawa wszyscy powinni być równi.

Od tej pory, tj. od 124 roku p.n.e., żyjący do niedawna na marginesie konfucjaniści zaczęli korzystać z cesarskiego patronatu i ich nauczanie zdominowało dziedzictwo pozostałych Stu Szkół. To wszystko miało jednak swoją cenę. Gdy w cesarstwie wykrystalizowała się ideologiczna ortodoksja, swoboda myślenia, charakterystyczna dla Stu Szkół, odeszła do przeszłości. W przeciwieństwie do cesarstwa Qin, Han nie sprawowało ideologicznej kontroli poprzez prześladowania inaczej myślących, chociaż okazjonalnie także i one się zdarzały, ale raczej poprzez hojne wspieranie cesarskich uczonych, w taki sposób, że myśliciele nie związani z dworem znajdowali się na politycznym i intelektualnym marginesie.

Pięcioksiąg konfucjański to zestaw pięciu ksiąg klasycznych w Chinach. Ich autorstwo tradycja przypisuje Konfucjuszowi, jednak z ustaleń sinologów wynika, że pierwsze trzy księgi powstały jeszcze przed Konfucjuszem. Pierwotnie istniała jeszcze szósta księga, która zaginęła pod koniec panowania dynastii Zhou. Księgi Pięcioksięgu konfucjańskiego wraz z Czteroksięgiem konfucjańskim odgrywają w Chinach rolę podobną do Biblii w społeczeństwach zachodnich. Stanowią podstawę etyki i filozofii. Oryginalne teksty Pięcioksięgu zostały spalone w III w. p.n.e. z rozkazu cesarza Shi Huangdi. Odtworzono je w okresie dynastii Han na podstawie przekazów ustnych i zachowanych fragmentów.

Czteroksiąg konfucjański to zbiór czterech najważniejszych ksiąg stanowiących wykładnię filozofii konfucjańskiej. Zostały one zebrane przez filozofa Zhu Xi (1130-1200) jako uzupełnienie Pięcioksięgu konfucjańskiego.

Pojawia się tu uderzające podobieństwo. Mamy Pięcioksiąg Mojżesza, czyli Torę. Jej uzupełnieniem, tłumaczeniem, interpretacją jest Talmud, który składa się z dwóch części: Miszny (wykład, powtórzenie) i Gemary (zakończenie, zamknięcie). Uporządkowanie tej drugiej połowy zakończono około 500 r. n.e. Nie wiem czy jest to zbieżność przypadkowa, czy – nie, ale jest. Pięcioksiąg Mojżesza – Pięcioksiąg konfucjański. Talmud – Czteroksiąg konfucjański.

Dynastia Sui (589-619)

Za panowania dynastii Sui buddyzm stał się religią państwową. Zbudowano wiele świątyń, wzniesiono dziesiątki tysięcy posągów. Szkoły i świątynie konfucjańskie zamykano. Podejmowano gigantyczne roboty publiczne, jak rozbudowa Wielkiego Muru i budowa Wielkiego Kanału. Ciągłe wojny, a także prowadzone na wielką skalę roboty publiczne, znacznie osłabiły cesarstwo. Wywołało to falę powstań, które doprowadziły do upadku tej dynastii.

Dynastia Tang (619-907)

Za panowania dynastii Tang nastąpiło zjednoczenie ziem chińskich, rozwój ekonomiczny i kulturalny. Stworzone wówczas wzorce zostały przejęte przez kraje ościenne (Korea i Japonia). Kontrolowano ziemie obecnego Afganistanu. Zwierzchność Chin uznały Czampa (środkowy i południowy Wietnam) i Kambodża. Szerokie kontakty z zagranicą oraz korzystna sytuacja polityczna i gospodarcza stworzyły dogodne warunki do rozwoju nauki i kultury; rozwinęła się astronomia, matematyka, kartografia. W VIII w. rozpowszechnił się druk ksylograficzny; słynne chińskie wynalazki: papier, porcelana i sztuka drukarska zaczęły przenikać do innych państw; do Chin dotarły zoroastryzm, manicheizm, islam i chrześcijaństwo nestoriańskie (doktryna, według której Jezus Chrystus był zwykłym człowiekiem).

Dynastia Yuan (1279-1368)

W latach 1351-1368 wybuchło ludowe powstanie Czerwonych Turbanów przeciwko tej mongolskiej dynastii. Bezpośrednią przyczyną jego wybuchu była działalność mesjanistycznej sekty religijnej Białego Lotosu. W latach 40-tych XIV wieku rząd mongolski skierował 150 tysięcy chłopów do naprawy uszkodzonych wałów nad rzeką Huang He. Wyznawcy Białego Lotosu rozpoczęli akcję agitacyjną wśród chłopów. Nazwa Czerwone Turbany powstała od charakterystycznych czerwonych nakryć głowy noszonych przez chłopów powstańczej armii.

Stowarzyszenie Białego Lotosu to nazwa chińskich stowarzyszeń o charakterze religijnym i religijno-politycznym. Pierwsze stowarzyszenie pod tą nazwą powstało w 402 roku, gdy Huiyuan (wczesny buddysta chiński) zgromadził grupę 123 (przypadkowa liczba?) wyznawców kultu przed posągiem buddy Amitabhny, gdzie ślubował odrodzić się w Zachodnim Raju buddy Amiabhy-Sukhawati. Była to pierwsza znana organizacja Czystej Krainy, tzw. Stowarzyszenia Białego Lotosu. Cele organizacji były wyłącznie religijne: wspólne kontynuowanie praktyk Szkoły Czystej Krainy oraz propagowanie kultu buddy Amitabhy. Amitabha – Nieskończone Światło, czyli także Amitajus – Nieskończone Życie.

W okresie panowania mongolskiej dynastii Yuan zostało ono oficjalnie uznane dwoma dekretami z 1281 i 1308 roku. Jednak w 1313 stowarzyszenie otrzymało zakaz propagowania swoich nauk. W 1322 roku jego działalność znów została zakazana. I w tym czasie nastąpiła zmiana. Zaczęło ono czcić także bóstwa niebuddyjskie. Było to już tajne stowarzyszenie. Pod względem religijnym jego członkowie już wtedy wyznawali synkretyczne połączenie buddyzmu i taoizmu, głosząc nadejście buddy Maitrei. Ze względu na to, że budda Maitreja ma ustanowić nowy ład, kult ten łączył się często z rewolucyjnymi ruchami, najczęściej chłopskimi. Sekty związane z tym kultem stawały na czele powstań i buntów. Tajne stowarzyszenia kultu Maitrei istniały jeszcze w XX wieku. Jego historia nadała impet mesjanistycznym ruchom w Chinach. Często przywódcy tych ruchów byli uważani za proroków lub nawet inkarnacje Maitrei.

Stowarzyszenie Białego Lotosu prowadziło silną agitację wśród chłopów, doprowadzając do wybuchu w 1351 roku antymongolskiego powstania Czerwonych Turbanów pod wodzą Hana Shantonga. Hasłem jego powstania był slogan „Kraj jest w wielkim pomieszaniu i Maitreja schodzi, aby się odrodzić”. Powstanie zostało stłumione przez Mongołów w 1363 roku. Otworzyło jednak drogę do zwycięstwa powstaniu chłopskiemu Zhu Yuanzhanga (byłego członka Czerwonych Turbanów), który założył dynastię Ming (1368-1644). Po objęciu tronu Zhu Yuanzhang zwrócił się przeciwko Stowarzyszeniu Białego Lotosu. Jego członkowie wywołali powstanie, które zostało stłumione, a przywódcy ugrupowania zostali straceni.

Stowarzyszenie Białego Lotosu uaktywniło się na nowo w XVIII wieku, działając przeciwko mandżurskiej dynastii Qing (1644-1911) i wszczynając dwa powstania w Shandongu w roku 1774 (powstanie Wang Luna) i na pograniczu Syczuanu, Shaanxi i Hubei w latach 1796-1805. Pomimo stłumienia powstania w 1804 roku nie udało się zniszczyć stowarzyszenia, które dało początek kilku niezależnym organizacjom, które także wywoływały powstania, m.in. Stowarzyszenie Ośmiu Trygramów, Stowarzyszenie Niebiańskiego Porządku, czy Pięść w Imię Sprawiedliwości (bokserzy).

Dynastia Ming (1368-1644)

Po wypędzeniu Mongołów władze w Chinach objęła dynastia Ming. W pierwszym okresie jej panowania, do połowy XV wieku, nastąpiła konsolidacja cesarstwa i towarzysząca jej ekspansja terytorialna. Następnie podupadło ono nieco. A po 1520 roku przeżyło tzw. drugi renesans, zwłaszcza w dziedzinie kultury. Do Chin przybyli drogą morską pierwsi Europejczycy. Portugalczycy w 1557 założyli enklawę kolonialną w Makau, Holendrzy w 1624 osiedlili się na Tajwanie, a w 1637 roku w Kantonie pojawili się Anglicy. Zintensyfikowali swą działalność misjonarze, zwłaszcza jezuici.

W tym okresie wystąpiły istotne zmiany w Mandżurii. W 1608 roku Nurhaczi zjednoczył plemiona mandżurskie. W 1617 Mandżurowie zajęli ziemie do linii Wielkiego Muru, a w 1620 roku podbili Koreę. W cesarstwie w 1628 roku wybuchło kolejne powstanie chłopskie pod wodzą Li Zichenga (chiński chłop). W 1644 powstańcy wkroczyli do Pekinu. Ostatni cesarz Mingów popełnił samobójstwo. Jeden z dowódców wojsk cesarskich, gen. Wu Sangui, na wiadomość o śmierci władcy wezwał na pomoc Mandżurów, którzy zajęli Pekin, zmuszając powstańców i ich przywódcę do ucieczki. Na tronie chińskim osadzili potomka Nurhaczego, a swoją dynastię nazwali Qing.

Dynastia mandżurska Qing (1644-1911)

Władzę w podbitych Chinach oparli Mandżurowie na bezwzględnej dominacji elementu mandżurskiego. Chińczycy zostali zmuszeni do noszenia warkoczy jako oznaki poddaństwa wobec Mandżurów. Zdobywcy zachowali swą wojskowo-plemienną strukturę społeczną (podział ludności na Osiem Chorągwi), przejęli jednak bez zmian chiński system administracyjny. Językiem urzędowym, oprócz chińskiego, stał się także mandżurski. Nowa dynastia doceniła korzyści płynące ze społecznej teorii konfucjanizmu. Imperium Qingów bywa określane mianem „cesarstwa konfucjańskiego”. Feudalizm biurokratyczny przeżył wówczas szczyt rozwoju, a nieodłącznym elementem życia społecznego stało się przekupstwo.

Jedną z charakterystycznych cech dynastii Qing był szybki wzrost ludności Chin, od ok. 300 mln w 1787 do ok. 430 mln przed 1850. Czynnik demograficzny zaczął odtąd odgrywać istotną rolę w dalszym rozwoju tego kraju. Szybki przyrost ludności stał się przyczyną chińskiej emigracji do państw Azji Południowo-Wschodniej.

Wpływy kolonialne w Chinach

W XVII wieku do Chin zaczęły przybywać liczne misje handlowe i polityczne z Rosji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii i Francji. W 1757 roku, chcąc bronić się przed wpływami zagranicy i importem towarów, rząd mandżurski zamknął dla cudzoziemskich statków wszystkie porty oprócz Kantonu. Wielkie zapotrzebowanie na herbatę, jedwab i porcelanę zmusiło kraje europejskie, a przede wszystkim Wielką Brytanię, do poszukiwania sposobów zbilansowania ujemnego salda w handlu z Chinami. Do cesarstwa zaczęto przywozić opium. W krótkim czasie narkomania w społeczeństwie chińskim przybrała tak duże rozmiary, że urzędnicy zaczęli przypisywać jej nadmierny odpływ srebra za granicę. W 1839 roku w Kantonie dokonano zniszczenia zapasów opium należących do kupców brytyjskich.

W latach 1839-1841 miał miejsce zbrojny konflikt pomiędzy Chinami a Wielką Brytanią, zwany I wojną opiumową. Na skutek wojny, zwycięska Wielka Brytania na mocy traktatu nankińskiego, zawartego 29 sierpnia 1842 roku, zmusiła Chiny do otwarcia niektórych portów w Kantonie, Fuzhou, Xiamen, Ningbo i Szanghaju dla statków europejskich, odstąpienia Brytyjczykom Hongkongu oraz opłacenia wysokiej kontrybucji. Podobne traktaty podpisały Chiny w 1844 roku ze Stanami Zjednoczonymi i Francją. Ich skutkiem było powstanie eksterytorialnych dzielnic europejskich, tzw. koncesji, w większych portach i miastach.

Sytuacja po pierwszej wojnie opiumowej sprzyjała aktywizacji tajnych stowarzyszeń o charakterze antymandżurskim i antyfeudalnym, takich jak Stowarzyszenie Białego Lotosu, Związek Triady, Związek Starszych Braci. W 1850 roku doszło w południowo-wschodniej części kraju do wybuchu jednego z największych w dziejach Chin chłopskiego powstania tajpingów (1851-1864), w którym zginęło co najmniej 20 milionów ludzi. W tym samym czasie w północnej części miało miejsce powstanie Nian (1853-1868), niewiele mniej niszczycielskie i muzułmańskie powstanie w południowo-zachodnich (1855-1873) i północno-zachodnich (1862-1877) Chinach.

Przywódcą powstania tajpingów był charyzmatyczny mistyk Hong Xiuquan. Kierując się ideą powszechnej równości i braterstwa proklamował on w sierpniu 1851 roku utworzenie Niebiańskiego Królestwa Wielkiego Pokoju, od którego chińskiej nazwy pochodzi nazwa powstania. Sam siebie obwołał władcą. Ogłosił też nową religię, będącą mieszanką chrześcijaństwa i konfucjanizmu. Wprowadzała ona purytańskie zasady moralne, wspólną własność majątkową, równy podział ziemi, równość kobiet i mężczyzn, mandarynów i chłopów itp., surową dyscyplinę i wojskową organizację. Znakiem tajpingów była żółta przepaska na głowie i długie włosy bez warkoczyka. Tak pisze o nowej religii Wikipedia, ale tak naprawdę ta nowa religia, to stary, żydowski komunizm, propagowany przez nich od czasów antycznych. Główną przyczyną upadku powstania w 1864 roku była interwencja mocarstw zachodnich: Wielkiej Brytanii i Francji.

W latach 1856-1860 nastąpił dalszy etap agresji mocarstw europejskich przeciwko Chinom, tzw. II i III wojna opiumowa. W efekcie nastąpiły dalsze ustępstwa Chin. Po śmierci cesarza Tongzhi (z dynastii Qing) w 1861 roku, w wyniku przewrotu pałacowego, rządy przejęła cesarzowa-wdowa Cixi, która po uzyskaniu zbrojnego poparcia Wielkiej Brytanii i Francji stłumiła powstanie tajpingów. Nadal jednak wybuchały lokalne powstania antymandżurskie, inspirowane najczęściej przez tajne organizacje, związane z Białym Lotosem. Wojna japońsko-chińska (1894-1895) zapoczątkowała faktyczny podział Chin na strefy wpływów obcych mocarstw i praktycznie nieograniczoną penetrację obcego kapitału w cesarstwie Qingów.

Pod koniec XIX wieku zaczęły powstawać pierwsze chińskie przedsiębiorstwa kapitalistyczne. Ich rozwój nie był chroniony przez rząd qingowski przed zagraniczną konkurencją. W kołach młodej burżuazji, właścicieli ziemskich i inteligencji pojawiały się tendencje reformatorskie, przede wszystkim dotyczące systemu oświaty, organizacji armii, rozwoju przemysłu i rolnictwa. Przywódcą środowisk zwolenników reform był Kang Youwei, który zdobył zaufanie cesarza Guangxu (1875-1908) i pod jego auspicjami rozpoczął realizację reform. Po stu dniach (1898) cesarzowa Cixi położyła kres przemianom. Cesarz został internowany, część reformatorów ujęta i stracona.

Rewolucja chińska

Napięcia społeczne w cesarstwie Qingów narastały. Nadal działały różne tajne stowarzyszenia. W 1898 roku w północno-wschodnich Chinach wybuchło powstanie bokserów (1898-1901), zorganizowane przez stowarzyszenie Yihequan (Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju). Tak potocznie określa się członków tajnego stowarzyszenia. „Pięść” była jedną z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Słowo „pięść” (i w dalszej kolejności „bokserzy”) pochodzi od sztuki walk ćwiczonych przez członków ruchu. Bokserzy praktykowali także rozmaite techniki szamańskie, wprowadzając się przed walką w mistyczny trans.

Dwa lata później, w 1900 roku, powstańcy wkroczyli do Pekinu i zablokowali dzielnicę misji dyplomatycznych. Interwencja (1900-1901) Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii, Rosji, Austro-Węgier i Włoch zakończyła się podpisaniem tzw. protokołu końcowego, w myśl którego Chiny miały w ciągu 39 lat spłacić kontrybucję 450 mln taeli. Ochronę ambasad w Pekinie miały sprawować obce wojska. Powstanie bokserów upadło.

W ostatnich latach XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, m.in. wystąpienie z brzegów Żółtej Rzeki i dwuletnia susza. Prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt winą za te wydarzenia obarczali cudzoziemców, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęska żywiołowa spowodowała wzrost przestępczości na niespotykaną dotąd skalę. W obawie przed rabusiami napadającymi na wioski chłopi powierzali swoją ochronę tajnym stowarzyszeniom.

W 1905 roku walkę o wyzwolenie Chin podjęła Liga Związkowa (brzmi to podobnie jak Liga Polska, poprzedniczka Ligi Narodowej) założona w 1905 roku przez Sun Jat-sena. W 1907 roku sformułował on program Ligi w postaci 3 zasad:

  • nacjonalizmu (obalenie dynastii Qing)
  • demokracji (ustanowienie republiki)
  • dobrobytu ludu (zrównanie w prawach do ziemi)

W 1911 roku z inspiracji Ligi Związkowej wybuchło powstanie w Wuchangu, które zapoczątkowało rewolucję Xinhai. 29 grudnia 1911 roku w Nankinie zgromadzenie przedstawicieli zrewolucjonizowanych prowincji proklamowało Republikę Chińską i wybrało Sun Jat-sena na tymczasowego prezydenta. 12 lutego 1912 opublikowano edykt o detronizacji dynastii Qing.

Wuhan

Miasto Wuhan powstało przez połączenie trzech miast: Hankou, Hanyangu i Wuchangu. Na mocy zwartego miedzy Chinami, Francją i Imperium Brytyjskim traktatu tiencińskiego, kończącego II wojnę opiumową, otwarto Hankou dla handlu zagranicznego, co dało dodatkowy impuls do rozwoju gospodarczego trzech sąsiadujących ze sobą miast. W latach 1861-1896 przyznano w Hankou koncesje Brytyjczykom, Francuzom, Niemcom, Japończykom oraz Rosjanom, dzięki czemu powstało w tym mieście wiele zagranicznych przedsiębiorstw zajmujących się handlem i spedycją.

Hankou, Wuchang i Hanyang odegrały ważną rolę w XX-wiecznej historii Chin. W 1911 roku wybuchło powstanie w Wuchangu, które dało początek rewolucji Xinhai, w wyniku której doszło do obalenia dynastii Qing i proklamowania Republiki Chińskiej. Obszar dzisiejszego Wuhanu był główną areną walk pomiędzy siłami cesarskimi a rewolucjonistami, których nadrzędnym celem było zdobycie arsenału w Hanyangu. Obecne miasto Wuhan powstało w 1949 roku z połączenia trzech wspomnianych miast. W latach 50-tych XX wieku nastąpił szybki rozwój przemysłu, głównie ciężkiego i tekstylnego. W 1958 roku w mieście utworzono Wuhański Instytut Wirusologii, którego częścią jest otwarte w 2017 roku Narodowe Laboratorium Bezpieczeństwa Biologicznego, gdzie bada się niebezpieczne patogeny m.in. SARS i wirusa Ebola.

Sun Jat-sen

Sun Jat-sen urodził się w 1866 roku w rodzinie biednych chłopów. W 1879 został ściągnięty na Hawaje przez swojego starszego brata. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w college’u „lolani School”, w którym uczył się języka angielskiego, historii Wielkiej Brytanii, matematyki, przyrody i religii chrześcijańskiej. W 1884 lub 1885 roku w czasie studiów medycznych w Hongkongu został ochrzczony przez amerykańskiego misjonarza. Uczęszczał do kościoła Tsai, założonego w 1888 roku przez brytyjską organizację misyjną London Missionary Society. Sun widział w rewolucji zjawisko podobne do misji zbawienia w kościołach chrześcijańskich, a jego nawrócenie na chrześcijaństwo wpłynęło na jego rewolucyjne idee.

Republika Chińska (1911-1949)

Brak przygotowania działaczy demokratycznych do przejęcia władzy po upadku dynastii Qing zmusił ich do kompromisu. 21 grudnia 1911 roku Sun przyjechał do Szanghaju, a następnie w trakcie spotkania w Nankinie został wybrany tymczasowo na prezydenta. W lutym 1912 roku zrzekł się prezydentury na rzecz generała Yuan Shikaia, będącego cesarskim ministrem. W ten sposób doszło do podziału władzy pomiędzy rewolucjonistów a dawnych zwolenników cesarza. W marcu 1912 uchwalono w Nankinie tymczasową konstytucję republiki. W sierpniu Sun Jat-sen założył partię polityczną Kuomintang, w której skład weszła Liga Związkowa i inne liberalne ugrupowania. Wybory w 1912 okazały się dla Kuomintangu wielkim sukcesem. Partia zdobyła 296 z 596 mandatów w izbie niższej i 123 z 274 w wyższej. W listopadzie 1912 roku Yuan Shikai zdelegalizował Kuomintang, rozwiązał parlament i wprowadził dyktaturę. To doprowadziło do walki pomiędzy Sunem a Yuanem. W kraju doszło do drugiej rewolucji, w trakcie której Sun i wojska wierne Kuomintangowi próbowały obalić reżim Yuana.

W 1915 roku Yuan ogłosił przywrócenie w Chinach monarchii, a sam koronował się na cesarza. To wszystko z pomocą Japończyków, którzy wykorzystując dążenia Yuana do władzy, w styczniu 1915 roku wysunęli 21 żądań warunkujących udzielenie pomocy. Domagali się oni m.in. udziału Japonii w kierowaniu polityką, finansami i wojskiem. Yuan przyjął te warunki i w grudniu ogłosił się cesarzem i wkrótce zmarł w 1916 roku. Władzę w Pekinie przejął po nim rząd Duana Qirui.

Walki wewnętrzne zapoczątkowały w Chinach tzw. erę militarystów, w trakcie której rzeczywistą władzę w wielu rejonach przejęli lokalni watażkowie. W rezultacie tych walk południowe Chiny pozostawały pod silnymi wpływami Kuomintangu, natomiast na północy faktyczną władzą podzieliło się kilku generałów. W latach 1912-1927 w południowych Chinach działały trzy rządy: Tymczasowy Rząd Nankiński (1912), wojskowy rząd w Kantonie (1921-1925) i Rząd w Kantonie, a następnie w Wuhanie (1925-1927). Rządy w południowych Chinach działały w opozycji do rządu pekińskiego na północy. Tam Kuomintang został zdelegalizowany przez Yuana, a tymczasowym zamiennikiem partii była Chińska Partia Rewolucyjna.

W trakcie I wojny światowej nastąpiło osłabienie nacisku politycznego i gospodarczego ze strony Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Rosji, zajętych wojną w Europie. Wzmocniły się natomiast wpływy Japonii i Stanów Zjednoczonych. Odrzucenie na paryskiej konferencji pokojowej w 1919 roku żądań chińskich w sprawie unieważnienia przywilejów i praw obcych mocarstw na ich terytorium, a także zwrotu poniemieckiego terytorium koncesyjnego w Shandongu (Szantung – prowincja na wschodnim wybrzeżu) wywołało masowe demonstracje, zwane jako Ruch 4 maja. Ten ruch to był zalążek KPCh.

Kuomintang został restaurowany 10 października 1919 roku, gdy Sun utworzył nowe ugrupowanie legitymujące się tą nazwą. Sam mianował się generalissimusem nowych władz. Po bezskutecznych próbach uzyskania pomocy od mocarstw zachodnich, jak i od Japonii, zwrócił się do ZSRR. Radziecki dyplomata Adolf Joffe odwiedził go w Szanghaju w 1922 i 1923 roku. Umowa pomiędzy rządem Suna a ZSRR została spisana w Manifeście Sun-Joffe ze stycznia 1923 roku. W kraju zaczęły organizować się kółka marksistowskie, z których w 1921 roku powstała Komunistyczna Partia Chin. W październiku 1923 roku Michaił Borodin, przedstawiciel Kominternu, przyjechał do Szanghaju i zdobył zaufanie Sun Jat-sena. Na początku 1924 roku Sunowi udało się zreorganizować i scalić Kuomintang w hierarchiczną strukturę, wzorowaną na partii bolszewickiej. Na mocy jego polecenia delegaci Kuomintangu wybrali do jego komitetu wykonawczego trzech przedstawicieli komunistów i zgodzili się na powołanie akademii wojskowej, na czele której stanął Czang Kaj-szek.

W 1924 komuniści nawiązali współpracę z Kuomintangiem, przekształconym w partię narodowo-rewolucyjną. Ta współpraca doprowadziła m.in. do utworzenia Armii Narodowo-Rewolucyjnej, podległej rządowi w Kantonie. Odegrała ona znaczną rolę w wojnie domowej lat 1924-1927. W celu doprowadzenia do zwołania ogólnokrajowego Zgromadzenia Narodowego Sun Jat-sen w imieniu rządu w Kantonie udał się na rokowania z rządem pekińskim, lecz jego śmierć w 12 marca 1925 roku przerwała jego misję. Chiny ogarnęła fala strajków, przeciw którym rząd w Pekinie zastosował ostre represje, co z kolei wywołało wspólne wspólne wystąpienia robotników, studentów a także kupców. Demonstracje te, znane jako Ruch 30 maja, sprzyjały podjęciu akcji wojennej przeciwko generałom sprawującym władzę na północy Chin. – A protesty na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku nazywa się w Chinach kontynentalnych incydentem z 4 czerwca.

Wojna Kuomintangu z komunistami

Armia Narodowo-Rewolucyjna rozpoczęła 9 lipca 1926 działania znane jako „ekspedycja północna”. Była to wielka kampania militarna przeprowadzona przez siły Kuomintangu w latach 1926-1928. Jej efektem było pokonanie rządzących na północy Chin militarystów i zjednoczenie kraju. Dowodzący tą armią Czang Kaj-szek, następca Sun Jat-sena, 12 kwietnia 1927 roku zerwał współpracę z komunistami, dokonał masakry ich zwolenników i utworzył nowy rząd w Nankinie. 1 sierpnia 1927 w Nanchangu wybuchło powstanie kierowane przez KPCh pod wodzą m.in. Zhou Enlaia. Tego samego roku w prowincji Hunan i częściowo w prowincjach Jiangxi i Guangdong wybuchło, pod przywództwem Mao Zedonga (za mojej młodości wymawiało się Mao Ce-tung), „powstanie jesiennych zbiorów” – jaka piękna nazwa! Oba te powstania uważa się za początek II rewolucyjnej wojny domowej (1927-1937). Powstanie w Nanchangu uznaje się za początek formowania Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W następstwie tych powstań w środkowych i południowych prowincjach prowincjach Chin powstały liczne tereny pod wyłączną kontrolą KPCH. Stały się one bazami rewolucyjnymi. Wojska kuomintangowskie na rozkaz Czang Kaj-szeka próbowały je zlikwidować podczas tzw. kampanii okrążających w latach 1930-1934. Cztery pierwsze zostały odparte, ale w czasie piątej przewaga wojsk Kuomintangu była tak znaczna, że komuniści zdecydowali opuścić swoje bazy. W czasie Wielkiego Marszu przedarli się oni do prowincji Shaanxi (na północy), gdzie utworzyli nową bazę w okolicy miasta Yan’an.

Mandżuria

18 września 1931 roku japońska Armia Kwantuńska wysadziła w powietrze odcinek należącej do Japonii Kolei Południowomandżurskiej i oskarżyła o sabotaż Chiny. W ten sposób rozpoczęły się działania zbrojne w Mandżurii. 9 marca 1932 roku Japończycy proklamowali utworzenie marionetkowego Państwa Mandżurskiego (Madżuko). Po opanowaniu Mandżurii uderzyli 7 lipca 1937 roku na Chiny właściwe. I tak rozpoczęła się wojna chińsko-japońska (1937-1945). Jej wybuch doprowadził do porozumienia komunistów z Kuomintangiem i utworzenia wspólnego frontu antyjapońskiego. W latach 1937-1945 Japończycy opanowali znaczne obszary Chin z Pekinem, Szanghajem, Nankinem, Kantonem, Wuhanem. Wojska chińskie kontrolowały obszar środkowych i zachodnich Chin.

Wojna na Pacyfiku

Rozpoczęcie przez Japończyków 7 grudnia 1941 roku wojny przeciw Stanom Zjednoczonym na Pacyfiku odciągnęło część sił japońskich z terenu Chin. O klęsce Japonii przesądziło zrzucenie przez Amerykanów bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w dniach 6 i 9 sierpnia 1945 roku oraz wojna wypowiedziana 9 sierpnia przez ZSRR Japonii. Armia Czerwona zajęła Mandżurię.

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

Rok 1972

To był rok przełomowy. Chiny nawiązały stosunki dyplomatyczne z USA. Antony Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

»W 1971 roku Nixon mianował George’a „Poppy” (poppy – mak, opium; zapewne aluzja do tego, że rodzina Bushów była zamieszana w handel narkotykami – przyp. W.L.) Busha (wtajemniczony w roku 1948) ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie biorąc pod uwagę faktu, że Bush nie miał żadnego doświadczenia w dyplomacji. Jako główny delegat Stanów Zjednoczonych był odpowiedzialny za obronę będącej pierwotnym, wolnorynkowym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych Republiki Chińskiej przed atakiem komunistycznych Chin. Mając do dyspozycji ogromną potęgę Stanów Zjednoczonych, Bush poniósł sromotną klęskę. Republika została usunięta z Organizacji Narodów Zjednoczonych, a jej miejsce zajęły komunistyczne Chiny. Niedługo po tej porażce Bush odszedł z Organizacji Narodów Zjednoczonych i objął funkcję przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej.

Nie jest to miejsce na opowiadanie całej historii amerykańskiego zaangażowania w Chinach. Zaczęło się ono od ingerencji Wall Street w rewolucję Sun Jat-sena w 1911 roku, który to epizod nie zapisał się jeszcze w świadomości opinii publicznej.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem [Stilwell] bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Historia zdradzenia Chin i roli, jaką odegrał w tym Zakon ukaże się dopiero w kolejnym tomie. Tymczasem pragniemy jedynie zwrócić uwagę na decyzję o budowie komunistycznych Chin jako nowego ramienia dialektyki. Decyzja ta podjęta za rządów prezydenta Richarda Nixona, a w czyn wprowadził ją Henry Kissinger (Chase Manhattan Bank) i George „Poppy” Bush (Zakon).

W chwili, gdy książka ta zostanie oddana do druku (początek 1984 roku) Bechtel Coropration zakłada nową firmę, Bechtel China Inc., zajmującą się realizacją kontraktów inżynieryjnych i budowlanych dla chińskiego rządu. Nowym prezesem Bechtel China Inc. Został Sydney B. Ford, były kierownik do spraw marketingu Bechtel Civil & Minerals Inc. Obecnie Bechtel pracuje nad studiami dla China National Coal Development Corporation i China National Offshore Oil Coropration – obie są rzecz jasna chińskimi organizacjami komunistycznymi.

Wygląda na to, że Bechtel pełni obecnie podobną funkcję, jaka swego czasu przypadła mającej siedzibę w Detroit Albert Kahn Inc. – firmie, która w 1928 roku zajęła się wstępnymi studiami i planowaniem pierwszego radzieckiego planu pięcioletniego.

Około roku 2000 komunistyczne Chiny będą „supermocarstwem” zbudowanym dzięki amerykańskiej technologii i amerykańskim umiejętnościom. Celem Zakonu jest prawdopodobnie doprowadzenie do konfliktu pomiędzy tą potęgą a Związkiem Radzieckim.

Nie ulega wątpliwości, że Betchel wykona swoje zadanie. Dla firmy tej pracuje były dyrektor CIA, Richard Helms, a także sekretarz stanu George Schultz i sekretarz obrony Caspar Weinberg. Gdyby jakiś waszyngtoński planista zajmujący się bezpieczeństwem narodowym wychylił się na tyle, by zaprotestować, będzie miał do czynienia z potężna i wpływową grupą.«

Uwagi końcowe

Informacje podawane przez Wikipedię są prezentowane w sposób chaotyczny i niespójny. Czasem nawet jedne przeczą drugim. To jest szczególnie widoczne, gdy korzysta się z linków w tekście podstawowym. Stąd też i mój przekaz może być trudny i męczący w odbiorze. Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć, że ja też się męczyłem, gdy próbowałem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło, a może chodzi, bo przecież to nadal trwa. Niemniej jednak i w tym chaosie można wyłowić fakty, które skłaniają do refleksji. To, co mnie uderzyło, tak jakbym dostał obuchem w głowę, to to, gdy zobaczyłem flagę Kuomintangu. Jej masońskie konotacje nie pozostawiają złudzeń – nawet tam dotarli.

Ilustracja

Sam Kuomintang to partia, która pierwotnie reprezentowała tak zwany chiński socjalizm, a dopiero z czasem przeszła na pozycje prawicowe. Tak pisze Wikipedia i ma na myśli współczesny Kuomintang. Ale czy rzeczywiście tak jest? Ten chiński socjalizm, to jedna z trzech zasad ludowych Kuomintangu. Wikipedia nie pisze, która to zasada. A były trzy: nacjonalizm, demokracja i dobrobyt ludu. Pisze tylko, że została zdefiniowana przez Sun Jat-sena jako socjalistyczna. Polegała na podziale środków do życia na: transport, mieszkanie, jedzenie i odzież. Można to też rozumieć jako pomoc społeczną, gospodarkę przemysłową i równowagę w podziale gruntów. Skąd my to znamy? Nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy.

Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Tak to opisuje Wikipedia. Skoro więc komuniści walczyli z komunistami, to, o co w tym wszystkim chodziło? Może o to, by bez względu na wynik, nasze było na wierzchu. A zatem, czy to Chińczyki trzymają się mocno, czy może Żydzi trzymają się mocno? Ale na to pytanie, to już każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

Kryzys gospodarczy

W swoich blogach często cytowałem fragmenty z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Wypada więc wyjaśnić skąd taki tytuł? Rolicki pisał tę książkę na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Pierwsze wydanie ukazało się w 1932 roku. Później były kolejne. Mój egzemplarz jest prawdopodobnie reprintem drugiego wydania. To był czas wielkiego kryzysu z roku 1929, ale to był przede wszystkim wielki kryzys żydostwa. Tak uważał Rolicki i w tamtym czasie wydawało się mu, że żydostwo tego nie przetrwa. I stąd taki tytuł książki. On sam nie mógł być już świadkiem, jak ono z niego wybrnęło. Na przełomie 1939 i 1940 roku, jako przedstawiciel ONR(Obóz Narodowo-Radykalny), próbował przedostać się do Francji. Niestety w górach na Słowacji odmroził sobie nogi i pomimo operacji w szpitalu w Budapeszcie zmarł na początku 1940 roku.

Rolicki opisał ten kryzys w przedostatnim rozdziale zatytułowanym Kryzys gospodarczy. On zbiegł się również z kryzysem duchowym żydostwa. I temu kryzysowi też poświęcił on oddzielny rozdział. W rozdziale Kryzys gospodarczy cytuje on historyków, ekonomistów i polityków żydowskich. I dlatego to jest takie ważne, bo któż lepiej, niż oni sami, dokona analizy tego kryzysu, ich kryzysu.

Ja ten rozdział zacytuję w całości, bo on, w dobie obecnego kryzysu, staje się bardziej aktualny – jak nigdy wcześniej. I co ważniejsze, wyjaśnia, po co Żydom te ich wymysły typu socjalizm, kapitalizm, liberalizm itp.

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

„Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationanlismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

„Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami.” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Łatwo to powiedzieć. Przewarstwowienie żydów, nadanie im społecznego wyglądu narodu normalnego, aby oprócz handlu i zawodów miejskich, mieli także odpowiednio liczną warstwę rolniczą i robotniczą, wymaga kompletnej reorganizacji żydowskiego życia.

„Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji.” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby rozpostarł się na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

„Dzisiejsze położenie żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora).” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926 r. mówił Louis Marshall:

„Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjaliści i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu; nie dać upaść żydostwu”. – „Moment” z dn. 31 października 1926 r., nr 248.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r., prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli prasy żydowskiej w Warszawie, dr Leo Bramson, „zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną jego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, my nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko; różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczna dla innych, złą jest dla żydów.” – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

„Zagadnienie, jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. „W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje się nam możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na anarchicznej produkcji.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Gliksman zdaje sobie sprawę, że przewrót ten jest ryzykownym zamiarem o charakterze politycznym i szuka wzrokiem sprzymierzeńców poza rzeszami żydowskimi.

„Skoro przeszkody do takiego rozwoju są przede wszystkim natury politycznej, więc w dziedzinę polityczną w pierwszym rzędzie muszą się skierować wysiłki tych wszystkich, którzy chcą się przyczynić do rozwiązania zagadnienia gospodarczego wśród żydów. Spośród wszystkich sił politycznych, działających w obecnej chwili w polskim życiu społecznym, mógłby – jak się zdaje – jedynie ruch socjalistyczny wprowadzić w życie te zasady ustroju ogólnego, na które właśnie wskazałem.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Od chwili, gdy pisano te słowa, sytuacja pogorszyła się znacznie. Ujawnił się gospodarczy kryzys światowy. Narody w obronie własnej poczynają zrywać z dotychczasowymi zasadami swobody handlu międzynarodowego. Przykład daje Anglia, klasyczny kraj liberalizmu.

Zarówno kryzys, jak i jego skutki uderzają coraz silniej w żydowską finansjerę, tę ostoję wschodniego żydostwa. Rozmiary i trwałość kryzysu światowego zmuszają ludzi do myślenia, do szukania przyczyn. Ustala się zdanie, że przyczyny kryzysu leżą w podstawach samego ustroju kapitalistycznego.

Równocześnie chwieje się bolszewizm. System socjalistyczny nie zdał egzaminu.

Ustrój kapitalistyczny został narzucony światu przez żydów i przystosowany do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zwiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalną, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.

W odezwie do żydów polskich z r. 1932, podpisanej przez wszystkie główne organizacje syjonistyczne, czytamy:

„W obecnym ciężkim czasie, kiedy jesteśmy wypierani ze wszystkich naszych pozycji, kiedy jesteśmy zajęci sprawą suchego chleba, kiedy nie ma jednej żydowskiej izby, która by nie była nawiedzona okropnym kryzysem, grzebiącym coraz więcej nasz byt ekonomiczny – w tym ciężkim okresie przychodzimy do was, towarzysze, z żądaniem przyłączenia się do hebrajskiego związku światowego… Prawda, że mamy jeszcze dość władzy i siły, aby kontynuować naszą narodową walkę na całym froncie, ciągnącym się z jednego końca świata na drugi, z pól i miast Syjonu do każdego zapadłego kącika żydowskiej izby w innym kraju. Naród żydowski jest nieśmiertelny i tak, jak zawsze w poprzednich pokoleniach przetrwaliśmy różne katastrofy i przełomy, tak również w dobie obecnej wyjdziemy zwycięsko z naszej walki starego narodu z najpotężniejszymi i najsilniejszymi tego świata; w końcu wznowimy nasze narodowe życie zarówno w Erec Izrael, jak we wszystkich innych krajach…” – „Hajnt” z dn. 2 marca nr 52.

W lutym 1932 wygłosił Chaim Bialik, uczeń i następca Achad-ha-Ama, po powrocie z Europy odczyt w Tel Awiwie w Palestynie, który streszcza żargonowy „Hajnt” w artykule, zatytułowanym: Bialik przekazuje Erec Izrael (Palestynie – przyp. autora) smutne pozdrowienia z golusu (krajów wygnania – przyp. autora).

„Jak się okazuje, dzięki troskom ostatnich lat doszło się do syjonizmu, który ma sens i wartość nie tylko dla ogółu, lecz również dla jednostki. Albowiem gospodarcze podstawy zostały zachwiane w tej mierze, że prawie każdy żyd czuje, że utracił swoje korzenie. Najgorzej jest z podrastającym pokoleniem. Ono „wisi w powietrzu” bez gruntu pod nogami. Wszędzie, gdzie żyją żydzi, wisi w powietrzu pytanie: co robić z dziećmi? To uczucie narzuca lęk i zwątpienie… Słyszeliście niewątpliwie o położeniu fabrykanta Oszera Kohna (właściciel widzewskiej manufaktury – przyp. autora), który przyobiecał nam duże rzeczy. Spotkałem się z nim i zobrazował mi położenie swoje i podobnych do niego. Człowieka ten obraz przejmuje przerażeniem. Spytałem go, czyżbyście nie mogli uratować części swego majątku, przenosząc go do Erec Izrael tak samo, jak dzisiaj jesteście dumni z tego, że dookoła was znajdują utrzymanie w waszym mieście setki rodzin. Odpowiedź brzmiała: Przy całej mojej woli nie mogę nic już uratować. Jeżeli bym wyrwał część, zapadnie się cała budowla. Jestem związany łańcuchami z układem moich stosunków. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Jak się okazuje, w takim samym położeniu są inni fabrykanci. Wszystko zależy od cudu, wszystko wisi na pajęczynie, na sztuczkach i kombinacjach, które umożliwiają pozorny byt. Jeżeli wyrwie się z tego jeden kamień, rozleci się wszystko.”

Światowy kryzys gospodarczy zachwiał Izraelem. Odczuwamy go i my, nieżydzi. Dlaczego? Bo daliśmy sobie narzucić ustrój gospodarczy, wymyślony przez żydów i dostosowany do potrzeb narodu chorego, przeżywającego stały kryzys od tysiącleci. Ratunku przeciw niedomaganiom tego ustroju szukaliśmy w ustroju socjalistycznym, wymyślonym znowu przez żydów i znowu dla potrzeb chorego narodu. Ocalić nas może tylko wyrwanie się z ustrojów sztucznych, a poszukiwanie ram, w których mogłyby żyć i rozwijać się narody zdrowe.

Naród, przeżywający wieczny kryzys, gdy narzuca swe myśli, zaraża otoczenie. Twórczość jego w każdej dziedzinie, a więc także w gospodarczej, wlecze za sobą zarodki choroby.«

W ostatnim rozdziale Perspektywy Rolicki pisze:

»Naród żydowski jest narodem chorym. Nie jest to wynikiem jego dziejów, wieki rozproszenia tylko spotęgowały jego chorobę. Istotną przyczyną jego choroby, jego tragicznego położenia jest jego dążenie mesjańskie, chęć narzucenia swej władzy i swego ducha innym narodom świata.

Poczucie choroby nurtuje wśród żydostwa. Wszak w r. 1929 poseł Grunbaum w swoim referacie w Lublinie powiedział wyraźnie:

„Chorego nie można tolerować. Nawet ojciec lub matka, jeżeli są stale chorzy, stają się ciężarem. Narody nie mogą nas znieść. My zarażamy powietrze, jako naród chory…” – „Moment” z r. 1929, nr 272.

Stwierdzenie jest, brak tylko wśród żydostwa należytego rozpoznania choroby. A dzieje jego wskazują, że bywały chwile, gdy przeciw tej chorobliwej manii mesjańskiej, wymagającej wiecznie ofiar z własnego plemienia, jak krwiożerczy Moloch, przeciw temu opętaniu zrywał się bunt wśród żydowskich rzesz. Przecież po niewoli babilońskiej w okresie reform Ezdrasza i Nehemiasza, mających na celu przez ogrodzenie Zakonu uzdolnić Izraela do roli mesjańskiej, ma miejsce secesja Samarytan nie chcących się poddać wymaganiom reformatorów. Jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Potem znowu w Babilonii, gdy Izraelowi zarzuca się więzy Talmudu, zacieśniając ogrodzenie do ostatecznego stopnia dla tych samych celów co ongiś, zrywa się wśród żydostwa potężny ruch karaitów. I znowu jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Są to chwile, w których rzesze trzeźwieją i krzyczą głośno, że mają dość bezustannych ofiar w imię chimery.

Dziś żydostwo, jak w końcu XV wieku, znalazło się znowu w położeniu rozpaczliwym. Gmach wzniesiony z takim nakładem starań, kosztem takich ofiar, rysuje się groźnie i znikąd nie widać podpory. We wszystkich narodach budzi się poczucie, że naród chory zaraża powietrze. Ta świadomość rośnie i będzie wzbierać z każdym rokiem. Pora zmyślnych sztuczek już nie wróci. Kryzys światowy likwiduje pomocnicze organizacje Izraela wśród nieżydów. Reszty dokona blask prawdy.

Diaspora żydowska po wiekach jest znowu poważnie zagrożona. Dziś żydzi jeszcze mogą przyczynić się do tego, by rozwiązanie nastąpiło z najmniejszym bólem, na pół dobrowolnie. Gdy świadomość wśród narodów wzrośnie, do czego mogą się jeszcze przyczynić nowe eksperymenty żydostwa, gnanego lękiem, który zaciemnia rozsądek, to nad głowami ludu izraelskiego zbierze się taka burza, że nie powstrzyma jej nic. Wtedy na ratunek, na spokojne rozwiązanie kwestii żydowskiej będzie już za późno.«

Rolicki był w swoim osądzie zbyt optymistyczny. Żydzi znaleźli sposób na wyjście z sytuacji, zdawałoby się bez wyjścia. On tego nie mógł zobaczyć, ale dzięki jego analizie łatwiej nam zrozumieć, co później zaszło. „Lekiem na całe zło” był kryzys 1929 roku, który Żydzi sami wykreowali, a który w efekcie doprowadził do wojny, zmieniającej diametralnie światową rzeczywistość. Po niej zastosowano Weltoktober w ograniczonej formie, tzn. ograniczono się do Europy wschodniej. Teraz już wiadomo dlaczego po II wojnie światowej nastąpił taki podział Europy. Wschodnia Europa stała się socjalistyczna pod dominacją bolszewizmu. Wariant z jego likwidacją nastąpił dopiero po 1989 roku. Instalując socjalizm w Europie wschodniej rozwiązywali Żydzi problem wschodnioeuropejskiej biedoty żydowskiej. W państwie socjalistycznym wszyscy mieli pracę, a ta żydowska biedota znalazła zatrudnienie nie tylko w państwowych zakładach, ale też w administracji, milicji, wojsku, sądach itp. To prawda, że w wyniku wojny część tej żydowskiej biedoty zginęła w obozach koncentracyjnych, ale to była stosunkowo niewielka część z większej całości, a poza tym to był koszt całej operacji. Żydzi nigdy nie mieli problemu ze składaniem ofiar z własnego narodu w celu realizacji swoich chorobliwych idei mesjańskich.

Obozy koncentracyjne na terenie Polski były więc częścią planu mającego na celu rozwiązanie problemu biedoty żydowskiej w Europie wschodniej. Nie było z tym problemu. Wśród nazistów aż się roiło od Żydów. A po wojnie, gdy zaczęli wymierać ci, którzy pamiętali tamte czasy, Żydzi zaczęli odwracać kota ogonem. Do spółki z nazistami, niemieckimi nazistami znaleźli „prawdziwego” winowajcę. I jeszcze domagają się odszkodowań za mienie, które pozostawiła ta biedota. Absurd? Ależ nie! Wystarczy tylko zmienić programy szkolne, wydawać odpowiednie „prace naukowe”, kręcić odpowiednie filmy i mieć w swoich rękach środki masowego przekazu.

Takie przedstawienie przez Rolickiego kryzysu żydostwa przed wojną skłania też do wniosku, że Stalin, Churchill i Roosevelt byli tylko kukiełkami, a Churchill wcale nie sprzedał Polski Stalinowi. I nie ci trzej panowie wyznaczali powojenny podział Europy.

W 1981 roku miałem okazję słuchać wykładu Kuronia. To, co wtedy mnie zaszokowało, to to, że on ciągle powtarzał, że Związek Radziecki musi upaść. Siedziałem, słuchałem i w duchu myślałem sobie: co on pier…! Taka potęga? To niemożliwe! Od kiedy żyłem, Związek Radziecki zawsze był potężny i nikogo się nie bał. A jednak! Kuroń miał rację. Skąd on to wiedział na 10 lat wcześniej? No wiadomo skąd!

Po 1989 roku dwubiegunowy porządek polityczny przestał istnieć. Jego likwidacja była wstępem do tworzenia porządku jednobiegunowego, co w praktyce oznaczało tworzenie rządu światowego. I dziś taki rząd istnieje, wprawdzie nieoficjalnie, ale istnieje. A Chiny jako przeciwwaga dla Ameryki? Chiny, tak samo jak reszta świata, stosuje reżim sanitarny wobec swoich obywateli. Wygląda na to, że zbliżamy się do ostatecznego rozwiązania. Tylko dla kogo będzie ono ostateczne? Czy ci, którzy dążą do niego, nie przeliczą się?

A może wcale nie chodzi o ostateczne rozwiązanie, tylko o znalezienie wyjścia z żydowskiego systemu finansowego, który zawiódł. System, oparty na niczym nieograniczonym kredycie, musiał się kiedyś załamać i załamał się. Załamuje się wszystko: systemy emerytalne, rynki finansowe, handel, produkcja, usługi, finanse państwowe i samorządowe. Żeby sobie z tym poradzić, potrzebne są radykalne posunięcia. Wojna światowa nie wchodzi w grę, bo mamy rząd światowy. Więc kto z kim miałby walczyć? Dlatego wymyślono pandemię. Ona ma zrobić to, co wcześniej robiły wojny. Ma zmienić obowiązujący porządek, którego nie da się już utrzymać. A czy on będzie wyglądał tak, jak nam mówią, że będzie to świat ludzi podłączonych do globalnego systemu informatycznego i całkowicie sterowalnych? Może tak. A może jest to tylko środek do celu, którzy znają ci, którzy to wszystko zaplanowali. Jedno wydaje się pewne, że jest to kolejny kryzys żydowski, z którego Żydzi próbują wyjść obronną ręką.

6 sierpnia

Obecna sytuacja związana z „pandemią” dowodzi, że mamy do czynienia z eksperymentem medycznym. Masowo aplikuje się ludziom na całym świecie nieprzetestowaną „szczepionkę”, której skutki działania, w większości przypadków, znane będą za 3-4 lata. Czy to pierwszy raz, gdy rządy dokonują eksperymentów na swoich obywatelach? Niestety nie. Właściwie to wszystkie wojny, sztucznie wywoływane, stawały się okazją do ich wykonywania. I mam tu na myśli nie tylko nazistowskie eksperymenty w obozach koncentracyjnych. Takim eksperymentem było też zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

W Wikipedii możemy przeczytać, że były to jedyne w historii dwa przypadki użycia broni atomowej do działań zbrojnych. Ataku dokonały Stany Zjednoczone. W dniu 6 sierpnia 1945 roku zrzuciły bombę na Hiroszimę, a 9 sierpnia – na Nagasaki.

Od czerwca 1944 roku, po zdobyciu Marianów, dowództwo USAAF-u wysyłało superfortece B-29 nad japońskie miasta. To te same Mariany, które przed I wojną światową należały do Niemiec, a po jej zakończeniu, przyznano Japonii. Pomimo licznych nalotów Japonia nie zgadzała się na kapitulację. Jej stanowiska nie zmienił nawet potężny nalot dywanowy na Tokio z 9/10 marca 1945 roku. Był to najbardziej niszczycielski, przeprowadzony z użyciem bomb zapalających, atak powietrzny w historii. Wobec tego dowództwo amerykańskie planowało operacje, która zakładała desant 777 tys. żołnierzy amerykańskich na wybrzeżu Kiusiu. To najbardziej wysunięta na południowy-zachód wyspa archipelagu japońskiego. Pozostałe to Hokkaido (północ, zimowe igrzyska olimpijskie w Sapporo w 1972 roku), Honsiu (największa) i Sikoku.

Do desantu jednak nie doszło. Zdecydowano się na zrzucenie bomb atomowych. Pierwszy próbny wybuch bomby miał miejsce 16 lipca 1945 roku na poligonie wojskowym w stanie Nowy Meksyk. Jej siła rażenia zaskoczyła wszystkich naukowców i obserwatorów.

Na konferencji poczdamskiej (17 lipca – 2 sierpnia 1945 roku) sekretarz wojny Henry Stimson poinformował prezydenta Trumana, że prace nad bombą zostały ukończone i w przeciągu trzech tygodni może zostać ona zrzucona na jedno z japońskich miast. 26 lipca Truman ogłosił tzw. deklarację poczdamską, w której określił sposób zakończenia wojny – bezwarunkowa kapitulacja cesarstwa. Tego też dnia na wyspę Tinian (Mariany) przybył ciężki krążownik USS „Indianapolis”, przywożąc elementy bomby atomowej o nazwie „Little Boy”. Przez dwa dni rząd japoński obradował nad deklaracją. W końcu zdecydował, że Japonia nie zgadza się na postawione warunki. A te warunki to m.in. całkowita demilitaryzacja Japonii i ustanowienie obcych baz wojskowych na jej terenie.

W dniu 31 lipca został zakończony montaż „Little Boy”. Następnego dnia bomba była gotowa do użycia. Do realizacji zadania wyznaczono siedem superfortec B-29. Pierwsze trzy miały rozpoznać pogodę nad wyznaczonymi celami – Hiroszimą, Kokurą i Nagasaki. Bombę załadowano do B-29 o nazwie „Enola Gay”. Kolejny znajdował się na wyspie Iwo Jima (połowa drogi pomiędzy wyspą Tinian a wyspami japońskimi) w stałym pogotowiu, na wypadek kłopotów technicznych. Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Źródło: Wikipedia

„Little Boy” wybuchł o 8:16 (czasu Hiroszima), 43 sekundy po zrzuceniu z „Enola Gay”, 580 metrów nad dziedzińcem szpitala Shima, 240 metrów na południowy wschód od mostu Aioi, w który celował bombardier Thomas Ferebee. Pilotem bombowca był Paul Tibbets. Wybuch miał siłę około 16 kiloton TNT. Nad centrum miasta zaczął formować się gigantyczny słup dymu, przybierający kształt grzyba. Jego wysokość sięgała kilkunastu kilometrów. Szacuje się, że zginęło około 30% populacji miasta (70-90 tys. mieszkańców), a liczba ta do dziś jest sporna. Z 76 tys. budynków, 70 tys. zostało zburzonych lub uszkodzonych, w tym 48 tys. całkowicie.

Zrzucenie bomby na Hiroszimę nie doprowadziło do bezwarunkowej kapitulacji Japonii. Wojskowi przekonywali cesarza, że Amerykanie dysponowali tylko jedną bombą. Wobec tego Amerykanie podjęli decyzję o zrzuceniu kolejnej bomby. Dodatkowym motywem do szybkiego zakończenia wojny z Japonią były szybkie postępy ofensywy radzieckiej w Mandżurii.

9 sierpnia Amerykanie wykonali kolejny nalot. O wiele bardziej złożona implozyjna bomba plutonowa „Fat Man” spadła na Nagasaki. Pierwotnie celem miała być Kokura, jednak zbyt duża pokrywa chmur uniemożliwiająca celowanie optyczne oraz coraz bardziej aktywna japońska obrona przeciwlotnicza nad miastem, spowodowała zmianę obiektu ataku. Bomba wybuchła o 11:02 czasu lokalnego z siłą ocenianą później na 22 kiloton TNT i 3 km od planowanego celu.

Ponieważ otaczające dzielnicę wzgórza osłabiły siłę fali uderzeniowej, „Fat Man”, pomimo że blisko dwukrotnie silniejszy niż „Little Boy” zrzucony na Hiroszimę, spowodował mniejsze szkody w ludziach i zabudowaniach. Niemniej jednak miasto zostało całkowicie zniszczone w promieniu ok. 1,6 km od miejsca wybuchu, a do sporych zniszczeń w dalszych jego częściach doprowadziły liczne pożary. Szacuje się, że eksplozja bomby „Fat Man” zabiła 40–70 tys. osób (do końca roku 1945 zmarło 70 tys. ludzi), w tym nieznaną liczbę uchodźców z Hiroszimy.

Ataki atomowe nadal nie przekonywały japońskich władz do kapitulacji. Kręgi wojskowe były zdecydowane dalej prowadzić wojnę. Dopiero 10 sierpnia cesarz Hirohito rozkazał przyjąć propozycję Amerykanów i to jego autorytet, niezaprzeczalny dla każdego ówczesnego Japończyka, w dużym stopniu zadecydował o kapitulacji kraju. Jedynym warunkiem japońskiej propozycji przekazanej Amerykanom za pośrednictwem Szwajcarii było, aby Hirohito zachował tytuł i pozycję cesarza. Tego samego dnia wieczorem prezydent Truman przyjął kapitulację Japonii i nazajutrz rozkazał wstrzymanie wszelkich operacji wojskowych (kolejny nalot atomowy z użyciem bomby „Fat Man II” był przygotowywany na 17-18 sierpnia). 15 sierpnia cesarz wygłosił orędzie, w którym ogłosił zawieszenie broni. 2 września na pokładzie USS „Missouri” Japonia podpisała akt „bezwarunkowej kapitulacji”.

Oceny długoterminowych skutków ataków jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki nie są jednoznaczne. Według części szacunków w ciągu kolejnych 6 lat na chorobę popromienną umarło jeszcze 60 tysięcy ludzi.

Oszacowanie rzeczywistych strat (zabici i zmarli w ciągu pierwszego dnia po wybuchu) jest niemożliwe. Oficjalne szacunki amerykańskie w 1945 roku mówiły o 70 tys. śmiertelnych ofiar w Hiroszimie. Jezuici mający swoją misję w Hiroszimie podawali liczbę co najmniej 100 tys. zabitych. Później liczba ta stopniowo rosła, co należy przypisać chorobie popromiennej i skażeniu radioaktywnemu.

Tak to przedstawia Wikipedia. Fakty są bezdyskusyjne, natomiast pewne próby interpretacji motywów, jakimi kierowały się obie strony, mogą budzić pewne zastrzeżenia. Pomijając jednak te próby interpretacji motywów obu stron, fakty nieodparcie skłaniają do wniosku, że był to eksperyment. Eksperyment, na który zgodziły się obie strony, czy może raczej oba rządy. Jedni nie mieli skrupułów, by zrzucić bomby na bezbronną ludność cywilną, na miasta. Drudzy zgodzili się na to, by to ich obywatele zostali poddani temu eksperymentowi. Dlaczego zrzucono bomby na bezbronną ludność, a nie na wojsko? Przecież to wojsko japońskie walczyło z wojskiem amerykańskim. Zwykli ludzie nie mieli nic do tego, może nawet byli przeciwni wojnie, bo na wojnie giną żołnierze, którzy wywodzą się z tych zwykłych ludzi. Na wojnie nie giną politycy i generałowie, chociaż to oni powinni ponosić konsekwencje swoich decyzji.

Wszystko wskazuje na to, że sam konflikt pomiędzy USA i Japonią, zapoczątkowany atakiem na amerykańską bazę Pearl Harbor, został wywołany sztucznie. Japończycy tak zaatakowali bazę, by zniszczeń było jak najmniej. W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Chodziło więc o pretekst do rozpoczęcia wojny, a nie o zniszczenie bazy na Hawajach. Gdyby ją zniszczono, to amerykańskie działania na Pacyfiku byłyby bardzo ograniczone.

Ciekawe informacje można znaleźć w artykule Adama Szostkiewicza Hiroszima i Nagasaki. Trauma Japonii, Polityka nr 31/2005. Jeszcze wczoraj link do tego artykułu działał. Dziś już – nie. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty.

Ranek 6 sierpnia 1945 r. był pogodny. Amerykańskie bombowce typu B-29 nadlatywały na dużej wysokości nad wybrzeże południowej Japonii. Wychwycił je japoński radar w Hiroszimie, ale operator uznał, że to akcja zwiadowcza i nie ogłosił alarmu. Kapitan marynarki wojennej William Parsons uzbroił bombę dopiero podczas lotu. Chłopczyk – tak przezwano bombę – naszpikowany był 60 kg uranu. Kwadrans po ósmej lokalnego czasu dowódca bombowca płk Paul Tibbets zrzucił bombę na miasto.

Wydaje się mało prawdopodobne, żeby operator mógł podjąć taką decyzję samodzielnie. W wojsku nie ma miejsca na samowolne interpretowanie tego, czy coś jest powodem do ogłaszania alarmu, czy nie jest. W takim wypadku operator zapewne poinformował swoich zwierzchników, a oni uznali, że nie ma powodu, by go ogłaszać. Tylko czy dlatego, że zignorowali zagrożenie, czy zrobili to świadomie, być może na czyjeś polecenie. Podobnie zachowali się Amerykanie w Pearl Harbor, gdy „uznali” nadlatujące japońskie samoloty za ich własne.

Dalej w tym artykule można przeczytać:

Cesarz, rząd i naczelne dowództwo w Tokio wiedziały już, że w Hiroszimie stało się coś, co przyspieszy klęskę Japonii, ale dopiero szesnaście godzin po ataku nabrały pewności, że jest ona nieuchronna. W specjalnym oświadczeniu prezydent Harry Truman poinformował świat, że lotnictwo amerykańskie zrzuciło jedną bombę o sile ponad 20 tys. ton trotylu: „Japończycy zaczęli wojnę atakiem z powietrza na Pearl Harbor. Odpłaciliśmy im teraz po wielekroć. Ale koniec jeszcze nie nadszedł. Tą bombą powiększyliśmy dramatycznie nasze możliwości niszczenia”. Komunikat był jasny: Stany Zjednoczone posiadają broń atomową i są gotowe użyć jej przeciwko Japonii.

Mamy więc odwołanie do ataku na Pearl Harbor i teraz spotkała Japończyków zasłużona kara. Jest to klasyczne kreowanie konfliktów: akcja i reakcja. A że Amerykanie wiedzieli o tym ataku, że prawdopodobnie było współdziałanie obu stron, by do tego ataku doszło, to o tym prezydent nie może oczywiście wspomnieć.

Czy da się tę hekatombę usprawiedliwić? Spór o to do dziś dzieli historyków. Koronny argument zwolenników użycia bomby jest ten, że ataki na Hiroszimę i Nagasaki przyspieszyły kapitulację Japonii, a przez to oszczędziły życie nie tylko setek tysięcy żołnierzy amerykańskich, którzy nie musieli już dokonywać inwazji Wysp Japońskich, ale także jeszcze większej liczby potencjalnych ofiar po stronie japońskiej.

Przeciwnicy ataku atomowego twierdzą, że Japonia była już na kolanach – kilku ówczesnych amerykańskich naczelnych dowódców wojskowych, m.in. generałowie Eisenhower i MacArthur, admirałowie Leahy i Nimitz, odradzało atak jako militarnie nieuzasadniony. Niektórzy dowódcy japońscy twierdzili, że to nie bomby atomowe Amerykanów, ale przystąpienie Sowietów do wojny przesądziło o kapitulacji Cesarstwa 15 sierpnia 1945 r. A już na pewno – dowodzili – niepotrzebne było zniszczenie Nagasaki.

Skoro najwyżsi rangą amerykańscy dowódcy wojskowi uznali atak za militarnie nieuzasadniony, to chyba wiedzieli, co mówili i chyba nikt bardziej niż oni nie znał faktycznej sytuacji na froncie walki z Japonią. Podjęto inną decyzję, a więc nie czynniki militarne decydowały, tylko polityczne. Bombę zrzucono po to, by później innym pokazać skutki jej działania i w ten sposób zastraszyć. Jak to zrobić, gdy zrzuca się ją na poligonie? Bez ofiar, spalonych czy napromieniowanych ciał? To nie zadziała na ludzką wyobraźnię. Perfidia doskonała!

Opinia amerykańska poznała makabryczne szczegóły ataków dopiero w rok później. Tygodnik „The New Yorker” prawie cały numer datowany 31 sierpnia 1946 r. wypełnił opowieścią Johna Herseya o skutkach zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Tekst ten przeszedł do historii prasy światowej: „To być może najsłynniejszy materiał kiedykolwiek opublikowany w tygodniku”, napisał „New Yorker” w nekrologu Herseya (zmarł w 1993 r.).

Relację tłumaczono na wiele języków i drukowano w formie książkowej w milionach egzemplarzy. Tylko w powojennej Japonii amerykańskie władze okupacyjne ociągały się z wyrażeniem zgody na edycję japońską (ostatecznie „Hiroszima” ukazała się tam w 1949 r.). Stylem zbliżonym do „Medalionów” Nałkowskiej autor opowiada o losach sześciorga ocalałych z wybuchu mieszkańców miasta, w tym niemieckiego misjonarza i japońskiego pastora. Jeden z naukowców amerykańskich pracujących nad bombą atomową napisał: „Płakałem, czytając opowieść Herseya o tym, co spotkało tę szóstkę, która szczęśliwie ocalała. Wstydzę się na wspomnienie, że piliśmy szampana na wieść o ataku na Hiroszimę, kiedy tam mieszkańcy miasta przeżywali niewysłowione cierpienia”.

Albert Einstein zamówił tysiąc egzemplarzy numeru z „Hiroszimą” Herseya: genialny fizyk należał do grupy uczonych, którzy skrytykowali użycie bomby atomowej przeciwko cywilom. Leo Szilard, inny naukowiec, który pracował nad amerykańską bombą i także uważał, że Ameryka nie powinna była użyć jej pierwsza, zauważył, że gdyby Niemcy użyli bomby atomowej do ataku na miasta, zostałoby to uznane za zbrodnię wojenną, a sprawców skazano by w Norymberdze na karę śmierci i powieszono. Istniała możliwość zademonstrowania potęgi bomby atomowej bez zabijania ludzi.

To ciekawe, że ci wszyscy naukowcy, którzy przyczynili się do powstania bomby atomowej, okazali się tacy „naiwni” i „wierzyli”, że nie zostanie ona użyta przeciw cywilom. Taka bomba nie mogła działać wybiórczo, niszczyła wszystko, co spotkała na swojej drodze. Wiedzieli, jak działa reakcja łańcuchowa. Oni nie mogli powiedzieć, że tylko wykonywali rozkazy, ale dobrze płatna posada jest nie do pogardzenia, szczególnie dla emigrantów, a takimi byli Einstein i Leo Szilard, węgierski Żyd.

Po stronie zachodniej nie brakuje więc wyrzutów sumienia. A po japońskiej? Hiroszima to dla Japończyków słowo niemal święte – wyjaśnia brytyjski pisarz, miłośnik i znawca Japonii Ian Buruma – symbol narodowego męczeństwa i absolutnego zła, tak jak w Europie Auschwitz; w znakomitej książce o japońskim rachunku sumienia Buruma cytuje japońskiego uczonego, profesora Saika: „Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”.

Japończycy utożsamiają się więc z ofiarami Hiroszimy, ale tego, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tej tragedii, wolą nie rozpamiętywać. Kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, odpowiedzialność zaczyna się rozmywać. Naród agresorów zamienia się w naród męczenników.

Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”. Dziś już wiemy, że obowiązuje inna narracja. Największym grzechem XX wieku był holocaust. Tak nam się wmawia już od wielu lat i nic nie wskazuje na to, by coś zmieniło się w tej materii w dającej przewidzieć się przyszłości.

W ostatnim akapicie autor, Adam Szostkiewicz, pisze, że kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, to odpowiedzialność zaczyna się rozmywać i naród agresorów zmienia się w naród męczenników. Czy rzeczywiście tak było, że Cesarstwo rozpętało wojnę?

Na mocy traktatu pokojowego, po I wojnie światowej, Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii.

Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część Półwyspu Indochińskiego, co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa.

Marionetkowy rząd Vichy podpisał porozumienie, jakie podyktowali mu Niemcy, których sojusznikiem podczas II wojny światowej była Japonia. Tak więc Japonia stała się mocarstwem na zasadzie – jak dają to bierzemy. Kto by nie wziął! Jednak nie wszystko jest takie proste. W blogu „7 grudnia” pisałem:

„Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.”

Jaki więc był ten imperializm japoński i skąd on się wziął? Państwa europejskie i Ameryka wykreowały go dla własnych celów. Trzeba jednak dodać, że konferencję w Wersalu finansował Rotszyld. Bez tego faktu zrozumienie czegokolwiek w polityce międzywojnia i II wojny światowej będzie trudne. Ktoś, kto finansował taką konferencję, miał zapewne wpływ na jej skład, a zatem i wpływ na to, co miało się dziać w najbliższej przyszłości i tej dalszej.

Jeśli ktoś przeprowadza eksperyment, powiedzmy w laboratorium, to obserwuje jego przebieg, notuje to, co zauważył, robi uwagi, może nawet fotografuje pewne zjawiska. Tworzy więc jego pełną dokumentację.

A jak to było w Hiroszimie? Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Już same nazwy tych samolotów wskazują, że ci, którzy je tak ochrzcili, musieli mieć coś nie tak z głową. „Enola Gay” – „gay”, to chyba w tym wypadku jakiś „wesołek”, czy coś podobnego. „The Great Artiste” – „Wielki Artysta”. Czy ci, którzy skompletowali taką aparaturę pomiarową i naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania nie wiedzieli, że bomba spadnie na niewinną ludność? Czy ci naukowcy nie wiedzieli o tym? A później płakali. Że co? Że żołnierze japońscy byli często wyjątkowo okrutni wobec swoich przeciwników i ludności cywilnej podbitych krajów? Byli! Ale to ich i ich dowódców należało karać, a nie bezbronną i niewinną ludność, którą potraktowano jak zwierzęta, na których przeprowadza się eksperymenty. A okrutni byli nie tylko żołnierze japońscy. W Europie nie było lepiej. Ale i w Europie i w Azji cierpieli niewinni ludzie.

Z tego, co wydarzyło się w Hiroszimie i Nagasaki płynie jeden wniosek: wszystkie rządy traktują swoich obywateli jak podludzi; mogą zrobić z nimi wszystko i nie będą miały najmniejszych skrupułów, by zrobić to, co uznają za konieczne z ich punktu widzenia. Do swych celów angażują pomocników, najczęściej naukowców z różnych dziedzin. W przypadku bomby atomowej byli to fizycy jądrowi. Obecnie wykorzystują biotechnologów, wirusologów, biologów, personel medyczny różnych stopni. I oni, dobrze opłaceni, również nie mają najmniejszych skrupułów, by służyć tym rządom. Doskonale wiedzą, że ta „szczepionka” służy do zabijania ludzi. Tylko, że tym razem działa ona w sposób niewidoczny i nie od razu. I to im nie przeszkadza, podobnie jak kiedyś fizykom nie przeszkadzało to, że bomba atomowa, z racji swej natury, bardziej będzie groźna dla ludzi niż dla wojska. Wygląda więc na to, że za pieniądze można z człowiekiem zrobić wszystko, a ten eksperyment, któremu jesteśmy obecnie poddawani, w swoich skutkach, będzie o wiele groźniejszy niż wszystko, czego ludzkość dotychczas doświadczyła. Jeśli więc są jeszcze ludzie, którzy wierzą w to, że rząd wszystko robi w trosce o nasze bezpieczeństwo i zdrowie, to ich przebudzenie będzie bardzo bolesne.

Gibraltar

W lipcu 1943 roku wiele się działo. 5 lipca bitwa pod Kurskiem, 10 – „akcja” w Jedwabnem, a na Sycylii wylądowały wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie. 11 lipca – rzeź wołyńska. A wcześniej, 4 lipca, doszło do katastrofy w Gibraltarze. Co tam zaszło i czy był to wypadek, czy zaplanowana zbrodnia, tego pewnie nigdy się nie dowiemy z racji utajnienia dokumentów przez Anglików. Pozostaje jedynie próba dojścia do prawdy na podstawie tych faktów, których nikt nie kwestionuje i które są dostępne w Wikipedii i na nich będę się opierał.

Władysław Sikorski, jako dowódca okręgu we Lwowie, nie bierze udziału w zamachu majowym i nie popiera Piłsudskiego. 19 marca 1928 roku prezydent Ignacy Mościcki zwolnił go z tego stanowiska i od tego momentu uzyskuje Sikorski status generała do dyspozycji, czyli że został on zepchnięty na boczny tor. Do 1939 roku pozostawał w dyspozycji Ministra Spraw Wojskowych. Studiował we Francji w Ecole Superieure de Guerre. W 1936 roku był jednym z sygnatariuszy antysanacyjnego Frontu Morges.

Front Morges to porozumienie działaczy stronnictw centrowych, powstałe w 1936 roku z inicjatywy generała Władysława Sikorskiego i Ignacego Paderewskiego w celu walki z dyktaturą sanacyjną i prowadzoną przez nią polityką zagraniczną. Porozumienie zostało zawiązane w szwajcarskiej miejscowości Morges, w której mieszkał Ignacy Paderewski. Należeli również do niego Józef Haller, Wojciech Korfanty, Karol Popiel, płk Izydor Modelski, gen. Marian Januszajtis, Włodzimierz Marszewski. Zamierzali powołać Ignacego Paderewskiego na stanowisko prezydenta, a Wincentego Witosa na stanowisko premiera. Żądali przywrócenia demokracji i zacieśnienia współpracy z Francją.

Wraz z zaostrzeniem się sytuacji międzynarodowej, Sikorski powrócił do kraju w 1938 roku. Wiązało się to z nadzieją na pełnienie stanowiska, na którym mógłby w pełni wykorzystać swe zdolności. W 1939, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wrześniowej (25 sierpnia), domagał się od marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza przydziału do jednostki frontowej, lecz go nie otrzymał. Nie zaprzestał jednak kolejnych prób dotarcia do Wodza Naczelnego, przygotowując nowe pismo i wręczając je emerytowanemu majorowi Julianowi Malinowskiemu, który miał je przekazać marszałkowi Śmigłemu-Rydzowi. Usiłowania te nie przyniosły jednak zamierzonego skutku. W takich okolicznościach przedostał się przez Rumunię do Francji, gdzie już 28 września, a więc jeszcze przed ustaniem walk w Polsce, podjął się – za przyzwoleniem aliantów – tworzenia polskiej armii na uchodźstwie.

Na stronie Gimnazjum Dwujęzycznego nr 50 im. Gen. Władysława Sikorskiego w Warszawie możemy przeczytać taką informację, dotyczącą tego okresu:

1 września 1939r. wybuchła wojna. 5 września rząd i Naczelne Dowództwo ewakuowało się z Warszawy. Nocą, z 6 na 7 września, zgodnie z ogólnym poleceniem komendanta miasta, Sikorski również opuścił Warszawę. Ponieważ tylko Wódz Naczelny mógł go przywrócić do czynnej służby, Sikorski ruszył za nim w bezskuteczną pogoń. We Lwowie spotkał generała Sosnkowskiego, który wystawił jemu i jego towarzyszom odpowiednie dokumenty podróży. 17 września dowiedzieli się o wkroczeniu Armii Czerwonej, a o zmierzchu znaleźli Naczelne Dowództwo w Kutach. Marszałek Śmigły, choć rad z przybycia generała, nie mógł przydzielić mu żadnej funkcji. 18 września Sikorski, jadąc za kolumną Naczelnego Dowództwa, przekroczył granicę z Rumunią w Czeremoszu. W niewielkim hoteliku w przygranicznym miasteczku Wyżnica, spotkał ambasadora Francji. Ten, przeczuwając internowanie władz polskich i wiedząc, że Polacy będą się bili, o ile znajdzie się ktoś z nienaruszonym autorytetem wojskowym, postanowił uchronić za wszelką cenę Sikorskiego. Po tej rozmowie, generał wyjechał do Bukaresztu. Tymczasem rząd i marszałek Śmigły Rydz rzeczywiście zostali internowani.

22 września Sikorski był już w Paryżu, a 28 września – w dniu kapitulacji Warszawy, przekazano mu dowództwo Wojsk Polskich we Francji. 30 września został premierem Rządu Jedności i Obrony Narodowej, a dnia 7 listopada, dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej, Sikorski został mianowany Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.

Trudno oczywiście uwierzyć w to, że to spotkanie było przypadkowe. Sikorski od 1928 roku częściej przebywał we Francji niż w Polsce i był frankofilem. Tak samo trudno uwierzyć w to, że ambasador francuski przeczuwał internowanie. On to po prostu wiedział. Zapewne Sikorski znacznie wcześniej został wytypowany przez Francuzów na przyszłego szefa rządu polskiego i dlatego nie został internowany. Przecież po to internowano polski rząd w Rumunii, by zrobić miejsce nowemu, emigracyjnemu. I po to zlikwidowano polskie wojsko, by móc tworzyć nowe na emigracji.

W Paryżu dołączył do Władysława Raczkiewicza i Stanisława Mikołajczyka. Ten pierwszy został wyznaczony na mocy art. 13 konstytucji kwietniowej przez Ignacego Mościckiego na prezydenta RP. Sam Mościcki ustąpił z tego stanowiska. Raczkiewicz powierzył misję tworzenia rządu Augustowi Zaleskiemu byłemu ministrowi spraw zagranicznych w sanacyjnych rządach. Jednak jego pozycja była bardzo słaba – klęska wrześniowa podkopała autorytet tego obozu. Dodatkowo większość znanych przywódców sanacyjnych znajdowała się w Rumunii lub na Węgrzech. We Francji natomiast bardzo silna była opozycja wobec tego obozu, której liderem był Władysław Sikorski. Generał postrzegany był jako frankofil i polityk mający bardzo dobre kontakty z władzami francuskimi. 30 września 1939 mianowany został przez prezydenta Raczkiewicza nowym premierem rządu Rzeczypospolitej. Jednocześnie przedstawiciele opozycji zawarli z politykami sanacyjnymi przebywającymi we Francji tzw. umowę paryską, zgodnie z którą ustalono, iż swoje konstytucyjne prerogatywy prezydent będzie wykonywał w porozumieniu z premierem.

W połowie października do Paryża przybył generał Kazimierz Sosnkowski, który został wyznaczony przez Raczkiewicza na następcę prezydenta w przypadku opróżnienia urzędu. Wszedł też w skład rządu jako minister bez teki. Zwolennicy sanacji pragnęli, aby został on również mianowany Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych. Obóz zwolenników Sikorskiego nie dopuścił jednak do tego i 7 listopada 1939 Sikorski został mianowany przez prezydenta RP Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych (stanowisko to wakowało po internowanym w Rumunii Edwardzie Rydzu-Śmigłym). Rząd Sikorskiego został natychmiast uznany przez Francję i Wielką Brytanię za legalne i suwerenne przedstawicielstwo państwa polskiego. USA uznały ten fakt 2 października 1939. Tymczasem do gabinetu wszedł bliski przyjaciel generała, Stanisław Kot, obejmując resort spraw wewnętrznych. Wzmocniło to pozycję premiera.

Wygląda więc na to, że II RP była państwem, od momentu jej powstania, skazanym na likwidację, a jej politycy marionetkami. Czy można się temu dziwić, że postanowienia konferencji pokojowej w Wersalu były takie, a nie inne, skoro w całości finansował ją Rotszyld. Celem zamachu majowego było zdobycie władzy przez siły, które miały bez przeszkód doprowadzić do wojny z Niemcami. Wojny bez sensu, bo przeciwnik znacznie silniejszy, lepiej uzbrojony i zorganizowany i mogący uderzyć z trzech stron. Nikt o zdrowych zmysłach nie podjąłby takiej decyzji. Tak mógł tylko zrobić rząd masoński. Gdy już murzyn zrobił swoje, to został internowany w Rumunii, a jego wojsko zlikwidowane. Musiał zrobić miejsce nowemu rządowi i nowemu wojsku. Rząd na uchodźstwie i tam tworzone wojsko zawsze będzie zależne od tego, kto udziela gościny i musi postępować zgodnie z jego życzeniem. Był więc Sikorski i wszyscy pozostali politycy marionetkami w rękach Francuzów, a później Anglików. To, że do rządu i działalności politycznej na emigracji dopuścili oni też polityków sanacyjnych, jak choćby Raczkiewicz, świadczy o tym, że całkowicie kontrolowali poczynania obu stron.

W tym czasie Władysław Sikorski skupił się na tworzeniu armii polskiej we Francji – 4 stycznia 1940 zawarto z rządem francuskim umowę wojskową i porozumienie dotyczące lotnictwa. W 1940 Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich wzięła udział w bitwie o Narwik, a dwie polskie dywizje brały udział w obronie Francji przed Niemcami, podczas gdy brygada zmotoryzowana i dwie dywizje piechoty były w trakcie tworzenia. W Syrii powstawała Brygada Strzelców karpackich, do której napływali Polacy, którym udało się opuścić Rumunię. Siły powietrzne RP we Francji składały się z 86 samolotów wchodzących w skład czterech szwadronów, z czego półtora szwadronu gotowe było do walki, reszta znajdowała się w różnym stadium formowania. W tym czasie Polska pozostawała trzecim najsilniejszym aliantem, mając ponad 84 tys. żołnierzy w samej Francji.

Po ataku Niemiec na Francję i pokonaniu przez nich wojsk francuskich, Władysław Sikorski nie zgodził się na propozycję marszałka Philippe Pétaina, który postulował bezwarunkową kapitulację. Poufne informacje o rozmowach francusko–niemieckich na temat poddania się trafiły do rządu polskiego 13 czerwca. 17 czerwca gabinet otrzymał oficjalną informację o kapitulacji. Uwalniało to oficjalnie Polskie Siły Zbrojne od obowiązku współpracy z Francją. Klęska tego kraju była dla Sikorskiego ogromnym zawodem i rozczarowaniem. Do końca wierzył w jej potęgę militarną oraz wolę walki francuskiego społeczeństwa. Po kapitulacji Francji, wewnątrz rządu polskiego na uchodźstwie pojawiły się głosy o konieczności rozwiązania gabinetu Sikorskiego. Dzięki energicznej postawie Sikorskiego i pomocy brytyjskiej nie doszło do tego.

19 czerwca 1940 spotkał się z premierem Winstonem Churchillem i obiecał mu, że polskie oddziały będą walczyć razem z brytyjskimi aż do zwycięstwa. 5 sierpnia 1940 podpisał umowę w sprawie odbudowy polskiej armii i rządu polskiego na wychodźstwie w Wielkiej Brytanii. W wyniku ewakuowania polskich żołnierzy na Wyspy, a rządu do Londynu, w tych strukturach powstały zalążki armii, floty wojennej i handlowej oraz lotnictwa. Po utworzeniu kolaboranckiego państwa Vichy i rozłamu we francuskich siłach zbrojnych, armia polska w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie stała się na pewien czas drugą co do wielkości aliancką siłą zbrojną.

Proces ewakuacji polskich oddziałów na Wyspy Brytyjskie i związane z tym problemy wpłynęły na wykształcenie się wielu nieporozumień osobistych pomiędzy politykami emigracyjnymi, które z kolei doprowadziły do kryzysu w rządzie na uchodźstwie. 18 lipca prezydent Raczkiewicz przesłał Sikorskiemu pismo, w którym odwołał go ze stanowiska premiera. Generał nie przyjął go, ale prezydent na szefa rządu desygnował Zaleskiego. Głównym powodem zdymisjonowania Sikorskiego był jego stosunek do ZSRR. Uważał on, że trzeba poszukiwać porozumienia ze Związkiem Sowieckim. 19 czerwca Sikorski złożył rządowi brytyjskiemu memoriał, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii złożonej z Polaków przebywających w ZSRR. Dokument ten nie był konsultowany ani z prezydentem, ani z resztą gabinetu. Tymczasem zarówno Raczkiewicz, jak i Zaleski twierdzili, że Polska jest w stanie wojny zarówno z Niemcami, jak i ze Związkiem Sowieckim.

Przeciwko dymisji Sikorskiego opowiedziała się grupa oficerów związana z Wodzem Naczelnym, jak również Rada Narodowa. 20 lipca Władysław Raczkiewicz zmuszony był wycofać swą decyzję. Generał Sikorski zatrzymał stanowisko szefa rządu, ale pod warunkiem rezygnacji z planów rozpoczęcia rokowań z ZSRR. Dzięki temu zwiększyły się wpływy obozu sanacyjnego na politykę zagraniczną rządu RP na uchodźstwie.

W tym momencie już wyraźnie widać, po co, już teraz tylko Anglikom, potrzebni byli politycy sanacyjni. Ich koncepcja to: Niemcy i Związek Radziecki to wrogowie, z którymi się nie rozmawia. Sikorski natomiast chciał rozmawiać ze Związkiem Radzieckim. Do momentu zaatakowania Związku Radzieckiego przez Niemcy Sikorski był jeszcze do zaakceptowania. Później stawał się coraz bardziej niewygodnym.

Po ataku Niemiec na ZSRR (operacja Barbarossa) w czerwcu 1941, Sikorski był jednym z pierwszych polityków, którzy spostrzegli diametralną zmianę sytuacji. Pomimo tego, w dzień po tym ataku, w przemówieniu radiowym z 23 czerwca 1941 generał przekazał warunki, na jakich rząd polski nawiąże stosunki dyplomatyczne z ZSRR. Sikorski chciał przywrócenia stosunków polsko–sowieckich do stanu sprzed agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939, w tym potwierdzenia granicy państwowej ustalonej w traktacie ryskim z 1921. Ponadto chciał dla niej gwarancji Wielkiej Brytanii i USA. Podkreślał także konieczność poprawy sytuacji ludności polskiej, która znalazła się na terenach okupowanych przez ZSRR po 17 września 1939. Tymczasem ZSRR kwestionował zasadę przywrócenia status quo ante i twierdził, że zmiany graniczne nastąpiły za zgodą ludności wyrażoną w pseudowyborach do tzw. Zgromadzeń Ludowych Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w październiku 1939.

Winstonowi Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Wywierał więc w tej sprawie naciski na polskiego premiera. Wstępne rozmowy w tej sprawie zaczęły się 5 lipca 1941. Oprócz Sikorskiego i ambasadora ZSRR w Londynie Iwana Majskiego, brał w nich udział także przedstawiciel rządu brytyjskiego Alexander Cadogan a później minister Anthony Eden. Majski był świadomy swojej mocnej pozycji w tych rokowaniach. Zdawał sobie sprawę z tego, że Churchillowi bardziej zależy na wciągnięciu Stalina do sojuszu, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po zakończeniu wojny. Z tego względu zajął nieugięte stanowisko, a Sikorski był poddany naciskom brytyjskim w kierunku zawarcia porozumienia. Ostatecznie w artykule 1 układu Rząd ZSRR uznał, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 roku tracą moc, zaś Rząd RP stwierdzał, że nie jest związany żadnym układem skierowanym przeciw ZSRR. W protokole dodatkowym rząd ZSRR zagwarantował “amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu, a także jeńców. Treść układu Sikorski interpretował jako możliwość uznania przez ZSRR po zakończeniu wojny przedwojennych granic Polski.

Rokowania prowadzone z ZSRR spowodowały skonsolidowanie się opozycji wobec poczynań Władysława Sikorskiego. Przewodził jej generał Kazimierz Sosnkowski minister bez teki w rządzie na uchodźstwie. Burzliwy przebieg miały dwa posiedzenia Rady Narodowej – 15 i 21 lipca, podczas których z ostrą krytyką wobec Sikorskiego wystąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. 25 lipca rząd opuściło trzech jego dotychczasowych członków: Zaleski, Sosnkowski i Marian Seyda (minister sprawiedliwości). Grupa ta była zdania, iż z podpisaniem ewentualnego układu ze Stalinem należy się wstrzymać do czasu, aż sytuacja militarna ZSRR w wojnie z Niemcami będzie na tyle zła, że ZSRR będzie zmuszony do ustępstw. Podobnego zdania był prezydent Raczkiewicz, który 29 lipca odmówił premierowi udzielenia pełnomocnictw niezbędnych dla zawarcia układu. Generał Sikorski był jednak zdania, że wszelka zwłoka wpłynie niekorzystnie na międzynarodową pozycję rządu polskiego. Ponadto sądził, że nie można pozwolić na dłuższe niż to konieczne pozostawanie ludności polskiej pod sowiecką jurysdykcją. Z tego względu zdecydował się na zawarcie porozumienia na własną odpowiedzialność, bez prezydenckich pełnomocnictw.

30 lipca 1941 podpisał układ z reprezentującym ZSRR ambasadorem Iwanem Majskim. Podczas uroczystości zawarcia porozumienia obecni byli również Churchill i Eden. Do umowy dołączono także tajny protokół, w którym stwierdzano, iż istnieje możliwość prowadzenia dalszych rozmów w kwestiach, które nie zostały poruszone w treści dokumentu. Porozumienie Sikorski–Majski zostało skrytykowane przez niechętną Sikorskiemu opozycję. Szczególnie zwrócono uwagę na określenie „amnestia”, sugerujące fakt, iż Polacy znajdujący się na ziemiach okupowanych przez ZSRR podlegają prawu tego kraju, a więc znajdują się na terytorium należącym do ZSRR. Słowo to sugerowało również, że obywatele polscy popełnili jakieś przestępstwa. Układ Sikorski–Majski nie był ratyfikowany i nie był w konsekwencji umową międzypaństwową, lecz rodzajem protokołu.

W konsekwencji układu władze sowieckie ogłosiły amnestię dla Polaków osadzonych w obozach Gułag-u na Dalekiej Północy i deportowanych w głąb ZSRR w latach 1939-1941 oraz na utworzenie Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Dzięki temu później – po ewakuacji wojska i znacznej ilości ludności cywilnej na Bliski Wschód – udało się opuścić terytorium ZSRR ok. 115 tys. ludzi.

Zawarcie układu Sikorski–Majski bez upoważnienia prezydenta RP wywołało poważny kryzys w rządzie polskim na uchodźstwie. 27 lipca ze stanowiska ustąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. Nieco później z rządu wyszli także Seyda i Sosnkowski. Nad rezygnacją zastanawiał się również prezydent Raczkiewicz, ale ostatecznie pozostał i 22 sierpnia zdecydował się na podpisanie dekretów zwalniających wyżej wymienionych ministrów. Na ich miejsce do gabinetu weszli: Edward Raczyński (objął stanowisko 3 września, jako kierownik resortu spraw zagranicznych), Herman Liberman (PPS, minister sprawiedliwości, Lieberman zmarł 21 października, zastąpił go Wacław Komarnicki) i Karol Popiel (Stronnictwo Pracy, minister bez teki).

30 listopada 1941 Sikorski przyleciał do Kujbyszewa, gdzie wizytował tworzące się polskie oddziały. Następnie w dniach 3–4 grudnia spotkał się ze Stalinem. Zaproponował mu wyprowadzenie armii polskiej do Iranu na co nie uzyskał zgody. Ustalono natomiast, że będzie się ona składać z 6 dywizji liczących ok. 96 tys. żołnierzy oraz z formacji pomocniczych w skład których wejdzie dalsze ok. 30 tys. osób. Stalin zgodził się również na ewakuację z ZSRR 25 tys. żołnierzy. Efektem rozmów było także podpisanie 4 grudnia wspólnej deklaracji politycznej Sikorski-Stalin. Sikorski uważał wówczas, że „z ZSRR należy zawrzeć długotrwały sojusz na bazie antyniemieckiej i na zawsze skończyć z przedwojenną sanacyjną polityką lawirowania między dwoma wrogami i awanturami w stosunku do ZSRR w rodzaju marszu na Kijów w 1920 r… budować drogę ku przyszłości, prostować relacje między nami”.

Wkrótce okazało się, że ZSRR wciąż planuje przejęcie kontroli nad ziemiami polskimi po zakończeniu wojny. ZSRR rozpoczął dyplomatyczną ofensywę po pierwszym znaczącym sukcesie militarnym, jakim było zatrzymanie ofensywy Wehrmachtu na Moskwę. Już w styczniu 1942 Sowieci ujawnili swoje pretensje do Lwowa. 26 stycznia brytyjski dyplomata Stafford Cripps przekazał Sikorskiemu, że dowiedział się w Moskwie, iż Stalin planuje przekazać Polsce Prusy Wschodnie oraz przesunąć polską granicę wschodnią do tzw. linii Curzona. Sikorski ostro sprzeciwiał się jakimkolwiek zmianom granic państwa polskiego w czasie wojny. Jego zdaniem postanowienia Karty Atlantyckiej i traktatu ryskiego gwarantowały Polsce nienaruszalność jej granic. Jego nieugięta postawa wkrótce wpłynęła na pogorszenie nie tylko relacji polsko–sowieckich, ale i sytuacji całego sojuszu brytyjsko–amerykańsko–sowieckiego. Rooseveltowi i Churchillowi zależało bowiem na jak najlepszej współpracy z ZSRR. Postawa polskiego premiera wywoływała u nich zniecierpliwienie. Tymczasem gen. Władysławowi Andersowi udało się doprowadzić do udzielenia poparcia przez mocarstwa zachodnie dla planu ewakuacji Polskich Sił Zbrojnych do Iranu przy pozostawieniu ośrodków rekrutacyjnych Wojska Polskiego w ZSRR. Nastąpiło to w kwietniu i sierpniu 1942, podczas natarcia niemieckiego na Kaukaz i Stalingrad.

W marcu 1942, w czasie lotu samolotu z generałem Sikorskim nad Atlantykiem, ppłk Bohdan Kleczyński udaremnił próbę zamachu, w porę wykrywając i rozbrajając świecę dymną wielkiej mocy, co groziło unicestwieniem maszyny. W listopadzie 1943 roku ma miejsce drugi zamach na lotnisku Dorval pod Montrealem.

W 1943 napięte stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie i ZSRR zostały wystawione na ciężką próbę. 13 kwietnia Niemcy obwieścili o odkryciu ciał 4 tys. polskich oficerów zamordowanych przez NKWD i pochowanych w zbiorowych mogiłach w katyńskim lesie niedaleko Smoleńska. W odpowiedzi na komunikat Radia Berlin radio moskiewskie 15 kwietnia 1943 nadało komunikat Sowinformbiuro (Sowieckie Biuro Informacyjne), który 16 kwietnia 1943 roku opublikowano również w gazecie „Prawda”. Komunikat oskarżał o zbrodnię Niemców i stwierdzał, że polscy jeńcy wojenni pracowali w 1941 na robotach budowlanych na zachód od Smoleńska i latem 1941 roku wpadli w ręce wojsk niemieckich. Propaganda nazistowska kierowana przez Józefa Goebbelsa wykorzystywała sprawę katyńską do skłócenia Polski, aliantów i ZSRR.

Gdy 16 kwietnia Władysław Sikorski odmówił uznania powyższej oficjalnej sowieckiej interpretacji zbrodni katyńskiej i zażądał śledztwa Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w tej sprawie, został oskarżony przez ZSRR o współpracę z III Rzeszą. 26 kwietnia 1943 ZSRR zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem polskim na uchodźstwie. Stalin w korespondencji z Churchillem nie wykluczał wznowienia stosunków warunkując to zmianami personalnymi w składzie rządu polskiego. W odpowiedzi Churchill pisał 12 maja, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Jednocześnie Stalin powołał Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele i rozpoczął organizację 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki pod nominalnym dowództwem ppłk. Zygmunta Berlinga (któremu Stalin nadał stopień generała brygady), faktycznie podporządkowanej politycznie Stalinowi. Posunięcia te były politycznie skierowane przeciw Rządowi RP na uchodźstwie i miały stanowić podstawę dla tworzenia podporządkowanego ZSRR ośrodka władzy w Polsce. W czerwcu 1943 Wódz Naczelny i premier RP gen. Władysław Sikorski uznał wojsko Berlinga za „polską dywizję komunistyczną, o charakterze dywersyjnym”, samego jego twórcę za „zdrajcę, który zdezerterował z Wojska Polskiego”.

Sikorski wydał jednak zgodę na rozmowy swoich przedstawicieli w Polsce i dowództwa Armii Krajowej z działaczami Polskiej Partii Robotniczej. Komuniści zamierzali powierzyć Sikorskiemu stanowisko premiera w rządzie wyzwolonej przez Armię Czerwoną Polski. W czasie inspekcji polskich oddziałów w Afryce Północnej, według Ksawerego Pruszyńskiego 2 lipca 1943 w Kairze Sikorski mówił o konieczności pogodzenia się ze zmianą wschodniej granicy Polski i dokonania konstruktywnego zwrotu w stosunkach polsko-radzieckich.

Czy był to zamach, czy wypadek? W grudniu 2013 roku IPN umorzył śledztwo w tej sprawie stwierdzając, że dowody nie pozwalają ani potwierdzić, ani wykluczyć tezy o zamachu.

Według ekspertyzy profesora Jerzego Maryniaka z Politechniki Warszawskiej, opartej na symulacji numerycznej lotu Liberatora i laboratoryjnych badaniach tonięcia modelu tego samolotu, samolot ten był sprawny przez cały okres lotu i świadomie sterowany do momentu wodowania.

Według Dariusza Baliszewskiego, dziennikarza i historyka, Sikorski i jego współpracownicy zostali zamordowani jeszcze przed lotem w rezydencji gubernatora, a katastrofa była mistyfikacją w celu ukrycia zabójstwa. Baliszewski wskazuje, że za zabójstwem stali niechętni Sikorskiemu Polacy z ppor. Ludwikiem Łubieńskim (szefem polskiej misji wojskowej na Gibraltarze) i Brytyjczycy. Natomiast córka Sikorskiego Zofia Leśniowska została uprowadzona przez Sowietów za wiedzą strony brytyjskiej.

Według Tadeusza Kisielewskiego, politologa i historyka, główną rolę w przeprowadzeniu kontrolowanego wodowania samolotu odegrał nie pierwszy pilot Eduard Prchal, ale podmieniony drugi pilot. Wskazuje on na stronę sowiecką jako głównego inspiratora i sprawcę zamachu. Podobnie jak Baliszewski uważa, że Leśniowska została porwana przez Sowietów. Sugeruje on, że została ona wysłana przez ojca na tajne rozmowy z Sowietami. Miał jej towarzyszyć sekretarz Adam Kułakowski (jego ciało także nie zostało odnalezione). Z negocjatorów mieli stać się zakładnikami przetrzymywanymi w willi NKWD pod Moskwą. Ponadto nie istnieje też żadne potwierdzenie, że Leśniowska weszła na pokład samolotu.

Czyli dalej nic nie wiemy, bo nawet nie ma zgodności, co do tego, kto to zrobił? W takich wypadkach wypada sięgnąć do naszych korzeni, znaczy do korzeni naszej kultury i cywilizacji. Kiedyś, dawno temu, za moich czasów studenckich, miałem okazję zetknąć się ze studentami prawa. U nich najważniejszym egzaminem na studiach był egzamin z prawa rzymskiego. Jak go zdali, to już byli prawnikami i przez resztę studiów mogli pić, co też zresztą często robili. Ponad 1500 lat minęło od czasu upadku Imperium Rzymskiego, a prawo rzymskie nadal jest najważniejszym przedmiotem na wydziale prawa. A skoro tak jest, to znaczy, że jest ono ponadczasowe. Może więc, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść), wywodząca się z Rzymu, jest również ponadczasowa i jej przywołanie również ułatwi nam odpowiedź na pytanie: kto tego dokonał?

Ten dokonał, komu polityka Sikorskiego przeszkadzała najbardziej. W odróżnieniu od sanacji skłaniał się on ku współpracy ze Związkiem Radzieckim. W ostateczności zgadzał się nawet na linię Curzona. Uważał więc, że niepodległość jest najważniejsza, i że jak trzeba zapłacić za nią wiele, to trzeba zapłacić. Problem jednak polegał na tym, że na tej niepodległości nie zależało politykom sanacyjnym, a tym bardziej Anglii i Związkowi Radzieckiemu. Anglia sprzedała swojego wiernego sojusznika nowemu, znacznie potężniejszemu, sojusznikowi. Stalinowi nie była potrzebna 300 tysięczna armia polska podległa polskiemu dowództwu, która, wracając do Polski, stanowiłaby podstawę jej suwerenności. Z kolei Churchillowi taka armia przydałaby się do walki z Niemcami. Oderwana od swojej ojczyzny nie mogła jej w żaden sposób pomóc. Stalin, zwalniając tych więzionych żołnierzy, pozbywał się problemu, bo już nie musiał się przed nikim tłumaczyć, co się z nimi stało. Mógł zacząć tworzyć polskie wojsko całkowicie mu podległe. Idealne rozwiązanie dla obu stron i tragiczne dla Polski.

Na drodze do realizacji tego planu była tylko jedna przeszkoda – Sikorski. Jak pisał Churchill do Stalina, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Sam Churchill wystawił taką laurkę Sikorskiemu. I pewnie była to najwybitniejsza osobowość tamtych czasów. Utalentowany wojskowy, a może jeszcze bardziej utalentowany polityk. W sensie intelektualnym pewnie nie ustępował Churchillowi i Stalinowi. Niestety niewiele mógł zrobić. Polska i Polacy byli tylko przedmiotem wielkiej polityki, a nie jej podmiotem. Tę próbę, próbę uczynienia z Polski podmiotu polityki, podjął Sikorski. Skończyło się to dla niego tragicznie. My jednak powinniśmy wyciągnąć z tego jeden wniosek, że na drodze do niepodległości Polski stoją potężne siły i jak trzeba, to nie cofną się przed niczym.

11 lipca

Rzeź wołyńska, to, jak pisze Wikipedia, ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1945.

Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło około 50-60 tys. Polaków i w odwecie 2-3 tysiące Ukraińców. Analogiczne ludobójstwo zostało przeprowadzone przez oddziały UPA na terenie Małopolski Wschodniej w pierwszej połowie 1944 roku.

O świcie (godzina 3 nad ranem) 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie się. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Na przykład akcję w pow. włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Rzeź rozpoczęła się o godz. 3 rano 11 lipca 1943 roku od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Żdżary, Zabłoćce-Sądową, Nowiny, Zagaje, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów, Gucin i inne. We wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób; w kolonii Orzeszyn na ogólną liczbę 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków tylko 20 udało się ujść z życiem, w kolonii Zagaje na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu.

Zabójstw dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżali chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich, zabierając całe mienie pozostałe po zamordowanych Polakach. Główna akcja trwała do 16 lipca 1943. W całym zaś lipcu 1943 celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano wówczas siedemnaście tysięcy Polaków, co stanowiło kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.

To są podstawowe fakty na temat rzezi wołyńskiej i tzw. krwawej niedzieli 11 lipca 1943roku. Była to, jak pisze Wikipedia, akcja zorganizowana i wcześniej zaplanowana. Wszystko to działo się na terenach okupowanych przez Niemców. Trudno sobie wyobrazić, by mogło to się dziać bez ich wiedzy i aprobaty. Również polityka sanacyjna wobec mniejszości ukraińskiej sprawiała wrażenie, jakby celowo dążono do tego, by tej ludności dostarczyć pretekstu do zemsty. Trudno to wszystko zrozumieć. Nie ma rady, trzeba zacząć od początku.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – ukraińska nacjonalistyczna organizacja polityczno-wojskowa została założona w 1929 roku w Wiedniu. Kierowała się ona ideologią ukraińskiego nacjonalizmu, dążąc do zbudowania na ziemiach uznawanych przez nią za ukraińskie nieodległego państwa o ustroju zbliżonym do faszyzmu. W praktyce działała konspiracyjnie, głównie w II Rzeczypospolitej, prowadząc działalność terrorystyczną, dywersyjną, szkoleniową i propagandowo-oświatową. W 1940 roku doszło do rozłamu OUN na dwie frakcje, następnie organizacje: OUN-B (banderowców pod przywództwem Stepana Bandery) oraz OUN-M (melnykowców pod przywództwem Andrija Melnyka).

OUN powstała na I Kongresie OUN w dniach 27 stycznia – 3 lutego 1929 roku w Wiedniu, w wyniku połączenia trzech emigracyjnych organizacji:

  • Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO)
  • Związku Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej (SUNM)
  • Legii Ukraińskich Nacjonalistów (LUN)

Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO) – była nielegalną, terrorystyczną organizacją ukraińską w II RP, działającą w latach 1920-1933. Powstała 31 sierpnia 1920 roku w Pradze. Nazwa jej nawiązywała do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), tajnej organizacji z lat 1914-1921. Członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z walk o niepodległość. W 1925 roku kwatera główna UWO została przeniesiona do Berlina. UWO korzystała z materialnego wsparcia Czechosłowacji, zwłaszcza prezydenta Tomasa Masaryka i ludzi z jego otoczenia. Natomiast Legia Ukraińskich Nacjonalistów to ukraińska emigracyjna organizacja, utworzona w Czechosłowacji w 1925 roku. Tworzyli ją głównie emigranci z Naddnieprza. Związek Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej powstał w 1926 roku. Miał on na celu ideologiczne szkolenie młodzieży.

Najwyższą władzą OUN był Wielki Kongres. Na nim delegaci wybierali zarząd – Prowid OUN jako organ wykonawczy oraz ustalali kierunek polityczny i taktykę organizacji. W okresie między kongresami najwyższą władzę w organizacji piastował Główny Prowid OUN, na czele którego stał przewodniczący zarządu (prowidnyk). Główny Prowid kierował pracą organizacji.

Całe terytorium Ukrainy zostało podzielone na „kraje”, które były najwyższymi jednostkami administracyjnymi w strukturze terytorialnej OUN. Tereny II RP podlegały Krajowi II (Małopolska Wschodnia) i III (Wołyń, Południowe Polesie, Chełmszczyzna, Podlasie Lubelskie). Na czele poszczególnych „krajów” stały Krajowe Kierownictwa OUN, które podlegały bezpośrednio Głównemu Prowodowi.

Członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia. Kandydat do OUN musiał najpierw odbyć szereg szkoleń ideologicznych i 6-miesięczny staż, podczas którego poddawano go licznym próbom. Po ukończeniu i zaaprobowaniu jego kandydatury przez 2/3 członków koła, mógł zostać szeregowym i nosić odznakę – tryzub.

Członków dzielono na trzy kategorie wiekowe:

  • pionierów (8-15 lat
  • junaków (15-21)
  • pełnoprawnych członków (powyżej 21 lat)

Celem OUN była walka z Polską, Rumunią i ZSRR w celu utworzenia niepodległej Ukrainy, od Donu aż po Małopolskę, poprzez m.in. oderwanie od państwa polskiego województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego.

OUN była od początku w II RP organizacją nielegalną i opowiadała się przeciwko polityce ugody polsko-ukraińskiej, reprezentowanej ze strony ukraińskiej przez UNDO (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne) – ukraińską partię legalnie działającą w Polsce, ze strony polskiej – przez wpływową część obozu piłsudczyków.

OUN realizując politykę przeciwną zbliżeniu polsko-ukraińskiemu na przełomie lat 1929/1930 wystąpiła z hasłem: Na słowne argumenty żaden Polak nie będzie wrażliwy, na terror wszyscy. Było to preludium do szeroko zakrojonych zamachów na polskie obiekty administracyjne, tory kolejowe, mosty, urzędy pocztowe, słupy telegraficzne. Celem głównym było wygnanie Lachów za San oraz zniszczenie pojawiających się postaw ugodowych społeczności ukraińskiej wobec państwa polskiego i pokazania żywotności ukraińskiej organizacji. OUN organizowała lub przyjęła odpowiedzialność za akty terroru indywidualnego przeciw wysokim urzędnikom Rzeczypospolitej – m.in. zamachy przeciwko Tadeuszowi Hołówce (1931) i Bronisławowi Pierackiemu (1934), a także akty przemocy przeciw instytucjom państwa polskiego.

Polityka ugody prowadzona w Małopolsce Wschodniej przez UNDO i obóz piłsudczyków załamała się w 1938 roku wobec zbliżenia rządzącej części obozu sanacyjnego (Edward Rydz-Śmigły, Adam Koc) do haseł nacjonalistycznych środowisk obozu endecji w Polsce. Jednocześnie Henryk Józewski, wojewoda wołyński (1928-1929 i 1930-1938), zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń, zostaje zwolniony. Natomiast Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to do dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht (zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego), zaś nowym wojewodą lubelskim został jawny zwolennik polonizacji major Jerzy de Tramecourt. Olbrycht 20 stycznia 1938 przedstawił szczegółowe wytyczne w sprawie prowadzenia akcji: na szczeblu powiatowym mieli być powołani kierownicy-oficerowie pochodzący z lokalnych jednostek wojskowych, stojący na czele zespołów terenowych. Olbrycht podkreślał również wagę oprawy ideowej całego przedsięwzięcia, konsekwentnego podkreślania ważności działań polonizacyjnych. Szczególną rolę wyznaczał Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, którego nowe placówki nakazał powoływać w każdym powiecie, gdzie powstał zespół terenowy. W kwietniu tego samego roku Olbrycht przedstawił również postulat nasycenia terenu księżmi rzymskokatolickimi.

Nagminnie dochodziło do przypadków niszczenia i profanowania przedmiotów kultu religijnego, nie podejmowano bowiem prób porozumienia z prawosławnymi w sprawie przejęcia wyposażenia niszczonych cerkwi. Miało miejsce również kilka przypadków zdewastowania prawosławnego cmentarza lub zniszczenia parafialnej biblioteki. W większości przypadków miejscowa ludność, zastraszona, nie podejmowała prób oporu, jedynie obserwowała rozbiórkę, nawet jeśli prawosławni spodziewali się zagrożenia swojej cerkwi. Jedynie w kilku wypadkach doszło do pobicia obserwujących wiernych przez policję lub do bójki między prawosławnymi a prowadzącymi prace, które jednak trafiwszy do sądu, kończyły się przegraną chłopów. Przełomem był wyrok w sprawie 30 chłopów broniących cerkwi Narodzenia Matki Bożej we wsi Chmielek, którzy zostali uniewinnieni przez sędziego Stanisława Markowskiego w sądzie w Zamościu. Od tego momentu śledztwa w sprawie prawosławnych broniących swoich cerkwi były umarzane.

W czasie akcji 1938 burzenie cerkwi odbywało się bez wyraźnych kryteriów, obok świątyń zamkniętych i nieużytkowanych niszczono obiekty będące miejscem żywego kultu lub celem pielgrzymek. Poseł Stepan Baran, interpelując w Sejmie 21 lipca 1938, wymieniał przypadki rozbierania czynnych klasztorów oraz miejsc, gdzie od stuleci funkcjonował kult cudownych ikon. Tylko pięć rozebranych cerkwi było siedzibami parafii, do których uczęszczało mniej niż 1000 wiernych. Władze doprowadziły również do zamknięcia szeregu placówek nieetatowych.

Akcja niszczenia cerkwi, w odróżnieniu od poprzedniej fali rewindykacji prawosławnych obiektów sakralnych, została doprowadzona do końca wbrew oporowi wiernych i duchowieństwa. Sprawozdanie wojewody lubelskiego z 16 lipca wskazuje, iż w tym momencie władze uznały po prostu, że liczba wyburzonych cerkwi jest już wystarczająca i zaczęły wyciszać nastroje z nią związane. Ten sam dokument podaje, że w toku działań zniszczonych zostało 91 cerkwi, 26 domów modlitewnych oraz 10 kaplic, zaś jedna cerkiew w Szczebrzeszynie została pozostawiona w stanie zupełnej ruiny. Ponadto cztery cerkwie zostały zaadaptowane na kościoły rzymskokatolickie, cztery – na kostnice, a jedna, opanowana przez wiernych, których nie udało się z niej usunąć, miała zostać w późniejszym czasie oddana katolikom obrządku łacińskiego.

Kościołowi prawosławnemu pozostawiono praktycznie jedynie niezbędne do przetrwania minimum świątyń, niszcząc w 20 przypadkach nawet cerkwie wzniesione po 1918. Przy niszczeniu unicestwionych zostało wiele zabytków kultury; najstarsza zrujnowana cerkiew w Szczebrzeszynie pochodziła z XVI w. W związku z uniemożliwieniem tysiącom wiernych uczestnictwa w nabożeństwach prawosławnych, część z nich, wbrew woli, musiała formalnie przyjąć katolicyzm lub zacząć uczestniczyć w obrzędach odprawianych w kościołach rzymskokatolickich. Kościół prawosławny stracił w 1938 1/3 wszystkich swoich świątyń.

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Pierwszą miejscowością, w której przeprowadzono akcję, były Hrynki, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza, po znieważeniu przez mieszkańców wsi portretów dostojników państwowych, odebrał dokumenty 40 chłopom, zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami „nawrócono” na Wołyniu do 1939 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym. Obecnie wiadomo, że KOP, główny wykonawca akcji nawracania, stosował głównie obietnice nadania chłopom ziemi po przejściu na katolicyzm, przekonywał, że ich przodkowie należeli do katolickiej szlachty zagrodowej, stosował również aresztowania i zastraszanie prawosławnych.

W akcji nawracania na katolicyzm uczestniczyło czynnie duchowieństwo rzymskokatolickie, bezpośrednio promujące swoją religię wśród ludności oraz systematycznie rozszerzające sieć parafialną, by osoby formalnie nawrócone nie wróciły de facto do prawosławia, nie mogąc uczęszczać do kościołów rzymskokatolickich. Niektóre parafie były przy tym zakładane na terenach, gdzie żyły tylko niewielkie grupy katolików, lub nawet nie było żadnych wiernych, zwłaszcza na terenach niezurbanizowanych.

Konsekwencją zmiany polityki polskiej na Wołyniu, na prowadzoną z pozycji siły, było rozszerzenie wpływów OUN (do tej pory działającej przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej) na Wołyń i radykalizacja nastrojów społeczeństwa ukraińskiego na Wołyniu, a także dyskredytacja polityki ugodowej prowadzonej przez reprezentowane w Sejmie RP ukraińskie ugrupowania polityczne. Miało to znaczące konsekwencje, gdy aparatu państwa polskiego na tym obszarze miało po wrześniu 1939 zabraknąć.

Ideologię OUN można wiązać z dwoma publikacjami: Nacjonalizmem (1926) Dmytro Doncowa – radykalnego nacjonalistycznego publicysty ukraińskiego, m.in. tłumacza dzieł Mussoliniego i Hitlera na ukraiński i Nacjokracją (1935) autorstwa Mykoły Scibiorskiego. Ich autorzy postulowali nacjonalizm tj. dominację w państwie etnicznych Ukraińców, antyparlamentaryzm, autorytaryzm (Ukraina będzie rządzona przez lidera nominowanego przez nacjonalistyczne elity, a nie partie polityczne). W kształtowaniu świadomości nacjonalistycznej ważną rolę odegrał również Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty z 1929 roku:

Ja – Duch odwiecznej walki, który uchronił Ciebie od potopu tatarskiego i postawił między dwoma światami, nakazuję nowe życie:

  1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie.
  2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu.
  3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej.
  4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego.
  5. Pomścij śmierć Wielkich Rycerzy.
  6. O sprawie nie rozmawiaj z kim można, ale z tym, z kim trzeba.
  7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.
  8. Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu.
  9. Ani prośby, ani groźby, tortury, ani śmierć nie zmuszą Cię do wyjawnienia tajemnic.
  10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Tak to przedstawia Wikipedia. Wybrałem oczywiście tylko pewne fragmenty, które mają ułatwić zrozumienie tego, dlaczego doszło do tej tragedii i do takiego bezprecedensowego okrucieństwa. Nacjonalizm ukraiński nie był czymś, co się wzięło znikąd. W XIX wieku nacjonalizm zdominował Europę. Czym był nacjonalizm i jaka była jego natura? To dobrze opisuje Tadeusz Gluziński w swojej pracy z 1935 roku Odrodzenie idealizmu politycznego.

»Poczucie narodowe istniało u ludów europejskich od dawna; atoli pierwsze sformułowania tego poczucia narodowego, ujęcia go, jako pewnej prawdy społecznej, należy przypisać rewolucji francuskiej i jej pisarzom. Okres restauracji świętego przymierza, wysuwając na pierwszy plan w życiu publicznym państwo i dynastie, usunął chwilowo w cień narody; lata walki i rewolucji wolnościowych położyły nacisk na zagadnieniach praw jednostki, a zwycięski pochód socjalizmu skierował uwagę ogółu na problemy ekonomiczne i społeczne. Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele , a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak formułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawa najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria „egoismo sacro”, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąka wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom, a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie. Zygmunta Balickiego „Egoizm narodowy” zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu „naukowy” i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu „światopoglądowi” przeciwstawiano „światopogląd” narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod groźbą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie wspólnej historii (boć historia żydów – to niejako historie rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za „naukowością” i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.«

Czy musiało dojść do tej tragedii? Zapewne tak, bo niektóre fakty przedstawione powyżej skłaniają do takich wniosków. I RP była sztucznym tworem, skleconym z dwóch państw, które zupełnie nie pasowały do siebie. I to potwierdziły późniejsze jej losy. Tak więc odtworzenie jej w postaci II RP było świadomą decyzją wielkich tego świata, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że powstanie państwo, dla którego wszyscy jego sąsiedzi będą wrogami. I o to chodziło! Bo żeby był rozwój, to musi być konflikt. Tak uważają ci, którzy rządzą tym światem. Ale ten rozwój to nie ma być taki przypadkowy, on musi realizować pewne cele pewnej nacji. Gdyby zaś tak, jak uważał Józef Mackiewicz, powstało oddzielne państwo w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, to nie byłoby 17 września 1939, Katynia, Wołynia. Tak jednak nie mogło być.

Po stronie polskiej mamy dwie koncepcje: asymilacyjną Dmowskiego i federacyjną Piłsudskiego. Po stronie ukraińskiej mamy koncepcję nacjonalistów ukraińskich, dla których część terytorium II RP jest ziemią ukraińską. Obie polskie koncepcje stoją w sprzeczności do ukraińskiej. Wprawdzie obóz piłsudczykowski szukał porozumienia ze stroną ukraińską, ale jakoś tak dziwnie w 1938 roku zbliżył się do stanowiska endecji. I wkrótce po tym następuje akcja wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. A wcześniej, bo w grudniu 1937 roku, ma miejsce na Wołyniu akcja przymusowej konwersji miejscowej ludności na rzymski katolicyzm, czyli tzw. asymilacja. Z drugiej strony mamy działającą na terenie II RP nielegalną, terrorystyczną organizację OUN i ciągłe szkolenie młodzieży, i nie tylko jej, w duchu nienawiści do wszystkiego co nieukraińskie, a w szczególności do wszystkiego, co polskie.

O ile w przypadku polskiej strony źródło finansowania było znane, bo było nim państwo, o tyle w przypadku Ukraińców, niemających własnego państwa, źródło finansowania było zewnętrzne. Skoro jednak członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia, to nie można wykluczyć, że korzenie tej organizacji są masońskie, podobnie jak naszej endecji, o czym pisałem w blogu „Endecja”.

W tekście wytłuściłem trzy nazwiska i zrobiłem to celowo. To gen. Gustaw Paszkiewicz, gen. Brunon Olbrycht i płk Marian Turkowski. Wszyscy oni byli oficerami sanacyjnymi, odpowiedzialnymi za akcję wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. I jakoś tak się dziwnie złożyło, że wkrótce po wojnie wszyscy oni wstąpili do Ludowego Wojska Polskiego. Taką informację zamieszcza Wikipedia. Dziwne? Sanacyjni oficerowie w LWP! I jakoś tym Ukraińcom, których w wysokich władzach PRL-u nie brakowało, nie przeszkadzało to. Innym decydentom również. Czyżby więc były to jakieś szczególne osoby? Wychodzi na to, że tak.

Dlaczego celem agresji stała się bezbronna i niewinna ludność, która nie miała nic wspólnego z polityką państwa, w którym żyła? Zapewne na obdzieranie żywcem ze skóry i inne potworne tortury zasłużyli generałowie Paszkiewicz i Olbrycht oraz pułkownik Turkowski i pewnie jeszcze wielu innych, ale im trudno by było wymierzyć sprawiedliwość. Dlaczego więc zdecydowano się na mordowanie niewinnej i bezbronnej ludności? Czyżby wykonawcy tej zbrodni nie zdawali sobie z tego sprawy? Zapewne wiedzieli, ale chodziło o coś innego. Chodziło o zatrucie na wieki relacji polsko-ukrainskich. Potworność i bezsens tej zbrodni przez wiele jeszcze lat będzie wzbudzać w Polakach niechęć i odrazę. Bo jak to było możliwe, żeby się mścić, nie na swoich oprawcach, tylko na zupełnie niewinnych ludziach? I nie ma sensu porównywanie tej zbrodni z rzezią galicyjską w celu usprawiedliwienia tej wołyńskiej. Tam chłopi rżnęli pilami swoich panów, którzy gardzili nimi, znęcali się nad nimi, poniżali ich, wykorzystywali ich, pozbawiali godności człowieka. Tu cierpieli niewinni ludzie. Chłop polski był traktowany przez swego pana tak samo, jak chłop ukraiński przez swego. Przy czym jego panem nie był pan polski, tylko rusiński, który udawał polskiego. Jeśli tego faktu nie chcą dostrzec Ukraińcy, to wypada im tylko współczuć, że dają się tak łatwo manipulować.

Żeby mogło dojść do tej tragedii, musiało to być rozłożone w czasie i musiało to być skoordynowane współdziałanie sanacji, OUN-u i Niemców. OUN organizował akcje terrorystyczne na terenie II RP. W odpowiedzi sanacja stosowała represje wobec ludności ukraińskiej, bo ta niby sprzyjała i wspierała te działania terrorystyczne. Na to OUN odpowiadał kolejnymi aktami terroru, a sanacja kolejnymi represjami, czyli akcja i reakcja. A Niemcy? Wspierali wszystkie działania Ukraińców skierowane przeciwko Polakom. Tak było jeszcze przed wojną, a później podczas niej.

5 Lipca 1943 roku miała miejsce bitwa pod Kurskiem, nierozstrzygnięta, jak pisze Józef Mackiewicz, ale odwracająca losy wojny. Od tego momentu Niemcy utracili inicjatywę i stopniowo przechodzili do obrony. W tym jednak momencie dalej panowali nad zdobytym wcześniej terenem. Dalej panowali m.in. na Wołyniu. Nic bez ich wiedzy i zgody nie mogło się tam odbyć. To naród wyjątkowo uzdolniony organizacyjnie i zdyscyplinowany. Jeśli więc działo się coś w tym czasie na Wołyniu, a działo się od lutego 1943 roku, to nie mogło to dziać się bez ich wiedzy i zgody.

Takie skoordynowane działanie, rozłożone oczywiście w czasie i przestrzeni, może być realizowane tylko wówczas, gdy kieruje nim ktoś stojący wyżej, realizujący dalekosiężny plan marginalizacji Polaków w ich własnym kraju. Czyni to rękami Ukraińców, którym w tym kraju, zwanym jeszcze Polską, stwarza wyjątkowe warunki do pracy i zamieszkania. Rzeź wołyńska była tylko kolejnym etapem realizacji tego planu. Nich się żrą między sobą: im oni słabsi, tym my silniejsi. A nacjonalizm? On jest takim samym żydowskim wymysłem jak socjalizm, komunizm, kapitalizm, liberalizm, wolny rynek i jeszcze wiele innych rzeczy.

Sanacja

Sanacja, od łacińskiego sanatio, „uzdrowienie”, to nazwa obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1939. Powstała ona w związku z hasłem „sanacji moralnej” życia publicznego, wysuwanym przez ten obóz przed zamachem majowym i w trakcie niego. Jego przywódcą był Józef Piłsudski, który od 29 listopada 1918 roku do 14 grudnia 1922 roku był naczelnikiem państwa. To wtedy właśnie wszystko od niego zależało. Nic bez jego zgody nie mogło być wprowadzone w życie, m.in. konstytucja i ordynacja wyborcza. Jeśli więc przed zamachem majowym było tak źle: „rozpanoszyło” się partyjniactwo i sejmowładztwo, to odpowiedzialnym za to był naczelnik państwa. I teraz on, ten, który zgodził był się na taki stan rzeczy, wystąpił z propozycją naprawy tego, co sam u przednio zaakceptował.

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią i polityką, wiedzą jak rządziła sanacja i czym to się skończyło. Zapewne niektórzy uważają, że było to wynikiem niekompetencji i błędnych koncepcji politycznych jak i gospodarczych. Jednak pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli przybliżymy sobie ideologię sanacji, która, jak sadzę, jest mało znana, choć dokładnie opisana w Wikipedii.

Po raz pierwszy terminu sanacja państwa użył Adam Skwarczyński. Wikipedia nie podaje konkretnej daty, ale należy sądzić, że nastąpiło to na długo przed zamachem majowym. Wypracowanie własnej doktryny wymaga przecież czasu. Obok Skwarczyńskiego głównymi ideologami piłsudczyków byli Czesław Znamierowski, Mieczysław Szawleski, Kazimierz Smogorzewski, Stanisław Car, Wacław Makowski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Adam Piasecki, Teodor Seidler. Wielu z nich było masonami. Zresztą cały obóz piłsudczykowski był zdominowany przez masonerię, co wiele wyjaśnia. Nie byli to więc ludzie głupi, a jeśli „popełniali” błędy, to może właśnie dlatego, że tak miało być.

Podstawą doktryny sanacyjnej było założenie o podziale ludzi na dwie kategorie: większość społeczeństwa i dominującą nad nią mniejszość, która podejmuje najważniejsze w państwie decyzje. Założenie to oparto na tezach Vilfreda Pareto, który postrzegał historię jako ciągły proces powstawania elit obalanych następnie przez większość w celu stworzenia nowej elity. Powodem konfliktów pomiędzy elitami a społeczeństwem, według Pareto, było to, że elity zamykały się w sobie i blokowały możliwość awansu zdolnym i ambitnym jednostkom spoza swoich kręgów.

Vilfredo Pareto to włoski ekonomista i socjolog, współtwórca tzw. lozańskiej szkoły ekonomii. Pochodził z rodziny kupieckiej. Już te dwa fakty wystarczą, by zdemaskować go jako Żyda. Przypisuje się mu sformułowanie tzw. zasady Pareto, zwanej też zasadą 20/80, że np. 20% klientów generuje 80% przychodów przedsiębiorstwa. Jednak prawdziwym jej twórcą był Joseph Moses Juran, amerykański teoretyk zarządzania, wywodzący się z rumuńskich Żydów. A więc wszystko pozostaje w rodzinie.

Według Pareto właściwym źródłem równowagi społecznej jest konflikt i walka pomiędzy przeciwstawnymi siłami społecznymi. Czyli Marks, tylko ogólniej, i oczywiście Hegel. Pareto jest również autorem teorii krążenia elit, opisującej zasady rządzące elitami w społeczeństwach ludzkich. Uważał on, że elita jest złożona z tych ludzi, którzy w danej dziedzinie działania osiągają najwyższe wskaźniki. Odchodził zatem zarówno od tradycyjnego rozumienia elity jako arystokracji, jak i od utożsamiania elit wyłącznie z elitami rządzącymi.

Ideologia sanacji, początkowo bardziej egalitarystyczna, stała się w końcu tym, co można nazwać elitaryzmem autorytarnym. W okresie pomiędzy wycofaniem się Piłsudskiego z życia publicznego i przewrotem majowym podkreślano brak wsparcia społeczeństwa dla ówczesnych legionistów w walce o niepodległość i tym większe zasługi tych, którzy mimo tego o tę niepodległość walczyli. To założenie stało się uzasadnieniem dla uznania, że to byli legioniści, jako osoby najbardziej zasłużone dla stworzenia państwa, są najbardziej odpowiedni do sprawowania władzy w Polsce. W doktrynie sanacyjnej wyuczona przez zaborców bierność społeczeństwa na kwestie niepodległościowe dyskwalifikowała więc jego większość jako przywódców niepodległej Polski.

Sanacja miała zająć się przebudową społeczeństwa za pomocą zhierarchizowania go, co umożliwić miało włączenie do pracy na rzecz kraju osób chcących podjąć taki wysiłek. Jednocześnie osoby chcące się zaangażować na rzecz państwa powinny zaakceptować w elicie kierowniczą rolę zasłużonych działaczy sanacji. Tak rozumiana elita miała charakteryzować się bezinteresownym zaangażowaniem na rzecz dobra wspólnego, w odróżnieniu od starych elit, które wykorzystywały resztę społeczeństwa do zaspokajania własnych potrzeb.

Zgodnie z tymi założeniami elita wyodrębniana na podstawie indywidualnych zasług, zamiast przynależności do grupy społecznej lub partii, miała zapewnić dopływ nowych, twórczych jednostek, co miało ją zabezpieczyć przed popadnięciem w marazm. Jednocześnie odrzucono postulowaną w niektórych kręgach piłsudczyków koncepcję uznania przynależności do inteligencji za warunek zaliczenia do elity, choć częściowo wrócono do niej w 1935 roku.

Zdaniem sanacji historycznie zasłużoną awangardą byli piłsudczycy, co uzasadniało wymianę ludzi na stanowiskach na prowincji. Zajmowali je byli legioniści. W Polsce nie było to nic nowego. Tak było przed sanacją i po niej, ale chyba tylko ona pokusiła się o dorobienie ideologii do zwykłego nepotyzmu.

Adam Skwarczyński definiował postulaty sanacji jako zanegowanie demokracji przy braku zgody na dyktaturę. Wyrazem dążenia do „uspołecznienia państwa” były projekty utworzenia Powszechnej Organizacji Społeczeństwa (POS), która miała mieć cechy masowej monopartii angażującej całe społeczeństwo. Ideę jej powołania podjęto na przełomie 1935 i 1936 roku. Jej najniższy szczebel miały tworzyć m.in. samorządy terytorialne, stowarzyszenia i samorządy gospodarcze, stowarzyszenia użyteczności publicznej, spółdzielnie, kółka rolnicze, straże pożarne czy związki zawodowe, nad którymi miały się znajdować komórki szczebli powiatowych, wojewódzkich i krajowych. Jednocześnie marginalizacja partii politycznych miała spowodować zastąpienie walki wyborczej opartej na demagogii przez realne zasługi i konkretny program działania danej osoby. Podkreślano jednak, że sanacyjna władza miała mieć posłuch nie w oparciu o przymus administracyjny, a o świadomą wolę społeczeństwa, uzyskaną dzięki wychowaniu młodzieży i dobrowolnej przemianie moralnej obywateli, niemniej projekt budził skojarzenia z organizacją społeczną ZSRR, Niemiec czy Włoch i próbą budowy społeczeństwa totalitarnego.

Główną organizacją polityczną sanacji był Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (1928-1935), który mając wszelkie cechy partii politycznej, nie był nią nazwany i określano go jako przeciwieństwo partii. Marginalizując partie polityczne, sanacja tworzyła liczne organizacje młodzieżowe, społeczne, zawodowe i kombatanckie, które realizowały wspólną ideologię państwową, jednak nie służyły one wyrażaniu woli obywateli, a jedynie przekazywaniu społeczeństwu woli władz państwowych. Organizacja społeczna miała w doktrynie sanacyjnej promować uczciwość i pracę na rzecz państwa, a osoby wyróżniające się na tym polu miały przechodzić do administracji terenowej czy parlamentu. Efektem wzrostu aktywności społecznej miało być także zmarginalizowanie niepotrzebnych już partii politycznych. Sanacja planowała uzależnić zakres praw jednostek od zasług dla państwa, a wyróżnikiem elity miały być większe prawa polityczne, wzorowane na przedrozbiorowej instytucji nobilitacji.

Za włączanie do elity odpowiadać mieli jej wcześniejsi członkowie zgodnie z zasadą, że osoby najbardziej wartościowe w państwie miały wybierać najlepsze osoby z niższych stopni organizacji społecznej. Równocześnie, pomimo programu tworzenia faktycznej i prawnej elity władzy, doktryna sanacji na gruncie społecznym opowiadała się za egalitaryzmem.

Władza w budowanym ustroju jako naczelną wartość stawiała jednolicie rządzone przez prezydenta państwo, w związku z czym zobowiązywała obywateli do udziału w realizacji wspólnych celów i sankcjonowała kierowniczą rolę elity sanacyjnej w społeczeństwie. Efektem tego prawa obywatelskie były marginalizowane, a akcentowane były obowiązki obywatela wobec państwa. Jednocześnie tak pojmowana relacja państwa i obywatela nie miała prowadzić do totalitaryzmu, gdyż ten, zgodnie z sanacyjną doktryną, podobnie jak demokracja, miał prowadzić do zaniku odpowiedzialności obywateli za państwo. Dążenia te częściowo znalazły wyraz w konstytucji kwietniowej z 1935 roku, której zasadnicze założenia opracowywane były od 1928 roku, i której projekt zaakceptował Piłsudski podczas narady z rządem. Duży wkład w opracowanie nowej konstytucji miał Walery Sławek, który doprowadził do zawarcia w niej zasady elitaryzmu jako podstawy ustroju.

Wartością nadrzędną w ideologii sanacji było scentralizowane i silne państwo, jednak jego ustrój był kwestią drugorzędną, stanowiącą konsekwencję bieżącej sytuacji. Sanacja głosiła konieczność silnych rządów wobec kryzysu demokracji, która nie sprawdziła się zdaniem jej działaczy w warunkach polskich i postulowała „odpartyjnienie” sceny politycznej poprzez osłabienie partii, gdyż kluczem podziału nie miały być poglądy, lecz postawy i zasługi w czynie niepodległościowym.

Tak ideologię sanacji przedstawia Wikipedia, która wykorzystała opracowania wielu polskich historyków. Analizując założenia tej ideologi, trudno nie zadać sobie pytania: skoro było to takie dobre, to dlaczego skończyło się tak źle? Sanację skrytykowano na wszelkie możliwe sposoby, dokonano wielu drobiazgowych analiz rządów pomajowych, przedstawiano alternatywne rozwiązania, obwiniano ją za klęskę wrześniową itp. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, czy w tamtej rzeczywistości było dobre rozwiązanie?

Polska odrodzona wpadła w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, albo ktoś ją świadomie w te koleiny wepchnął. W wyniku unii lubelskiej (1569) połączono ze sobą dwa państwa o różnym poziomie rozwoju, różnych językach i wrogich sobie wyznaniach. Nowe państwo miało niby skuteczniej bronić się przed zakusami sąsiadów. Nic z tego nie wyszło. Już w niecałe sto lat po unii doszło do pierwszego rozbioru tego idiotycznego tworu, choć nie pisze się o tym, a za pierwszy rozbiór uznaje się ten z 1772 roku. W wyniku wojny ze Szwecją traci Rzeczpospolita Inflanty a Prusy uniezależniają się od niej. W wyniku wojny a Rosją, w tym samym czasie, traci ona województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę województwa kijowskiego (250 tys. km2). Ta połowa województwa kijowskiego to prawie 5/6 obecnego obszaru Polski. Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest?

Historia pokazała, że projekt pod nazwą Rzeczpospolita Obojga Narodów, był złym projektem i zantagonizował Polaków z ich wschodnimi sąsiadami. Pomimo tak złych doświadczeń obaj, niby wrogowie, Piłsudski i Dmowski, wpychają nowe państwo w stare koleiny. Koncepcja Piłsudskiego zakładała powstanie federacji obejmującej na wschodzie ziemie sprzed rozbiorów. Koncepcja Dmowskiego zakładała asymilację ludności tam mieszkającej. Terytorialnie obie koncepcje prawie się pokrywały. Z tego tylko mogły być nieszczęścia i były. Obaj działali na szkodę Polski. Odtworzenie Polski w takich granicach od razu antagonizowało ją z obu sąsiadami, czyli z Niemcami i Rosją, która tymczasowo przyjęła nazwę Związek Radziecki. Wykluczało to zawieranie jakichkolwiek sojuszy ze względu na konflikt interesów.

Odtworzenie Polski w jej granicach etnicznych lub zbliżonych do nich byłoby optymalnym rozwiązaniem. Taką byłaby Polska składająca się z obszaru byłego Królestwa Polskiego, Galicji zachodniej z Lwowem (Lwów to nie Kresy), Wielkopolski i Pomorza. Wprawdzie pozostałyby roszczenia Niemiec, ale nie mogłoby dojść do sytuacji jaka wytworzyła się 17 września 1939 roku. Po prostu Związek Radziecki nie miałby argumentów usprawiedliwiających agresję, bo on, tak jak i wcześniej Rosja, akceptował Polskę w granicach etnicznych.

O tym, jak miała wyglądać nowa Polska nie decydował mason Dmowski i mason Piłsudski, tylko ich przełożeni, a oni byli od wykonywania ich poleceń. Odtworzono ją tak, by to nowe państwo było w konflikcie ze wszystkimi sąsiadami i wewnętrznie rozdarte ze względu na liczne mniejszości narodowe. Ponad 1/3 ludności, jeśli nie więcej, nie utożsamiała się z nowym państwem. W takiej sytuacji prowadzenie jakiejkolwiek polityki zagranicznej i wewnętrznej było kwadraturą koła. Ci, którzy projektowali ten powojenny porządek, dokładnie wiedzieli, co zrobić, by kolejny konflikt był tylko kwestią czasu.

Stworzyć karykaturę państwa, jakim była II RP, to jedno, a drugie, to zainstalować w nim marionetkowe władze, które będą całkowicie posłuszne. O tym, że Niemcy wykreowali Piłsudskiego i stworzyli mu państwo, jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Jak jednak przekonać opinię publiczną do tego, że demokracja jest zła i że Polacy do niej nie dorośli? I tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: dlaczego komuś tak zależało na tym, by w II RP rządził ktoś, kto się z nikim nie liczy i podejmuje arbitralne decyzje? Dlaczego dwie kluczowe dla państwa dziedziny, czyli polityka zagraniczna i wojsko znalazły się pod kontrolą jednego człowieka, który o wszystkim decydował? A po jego śmierci niewiele się zmieniło. Zapewne chodziło o sprawne kierowanie tymi dziedzinami, a może raczej o sprawne wykonywanie poleceń nieznanych przełożonych.

Piłsudski, będąc naczelnikiem państwa, zaakceptował demokrację, czyli system wielopartyjny i ordynację wyborczą. Nie obowiązywał wówczas 5% próg wyborczy jak obecnie. Wielość partii i rozbieżne ich interesy uniemożliwiały stworzenie większości parlamentarnej. Nikomu też nie zależało na konsolidacji i łączeniu zbliżonych do siebie programowo partii. Wprost przeciwnie! W wielu z nich znajdowali się ludzie, którzy rozsadzali je od środka. Ich zadaniem było kompromitowanie demokracji i wywoływanie wrażenia, że Polacy nie dorośli do niej.

W blogu „Zamach majowy” pisałem:

»Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.«

Pretekst do wprowadzenia dyktatury został starannie przygotowany i prawdopodobnie planiści, którzy planowali przyszłość Polski, ale też i Europy, od początku zakładali, że w Polsce muszą być rządy autorytarne zwane inaczej elitaryzmem autorytarnym. Jak zwał, tak zwał. Ważne, żeby w kluczowym momencie rozkazy były wykonywane szybko i zgodnie z intencjami tych, którzy je wydawali.

Dlaczego miało tak być? Jeśli spojrzymy na granice II RP, to od razu rzuca się w oczy ich niekorzystny układ z Niemcami. Państwo to graniczyło z Polską z trzech stron: od północy, zachodu i południa. Jeśli dodamy do tego fakt, że Niemcy dysponowały ogromną przewagą militarną i dwukrotnie większą liczbą ludności, co przekładało się na liczebność armii, to wynik takiej konfrontacji byłby nietrudny do przewidzenia. W takiej sytuacji żaden człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji nie podjąłby decyzji o zbrojnym oporze. To tak jakby wystawić do walki dwóch bokserów. Jeden z wagi ciężkiej, a drugi z wagi lekkiej. Coś takiego jest bez sensu i dlatego tego nie praktykuje się. Dlaczego więc władze sanacyjne podjęły taką decyzję?

Ktoś może powiedzieć, że mieliśmy sojusze i gwarancje angielskie i francuskie. To prawda, ale Czechosłowacja też miała sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Hitler zajął Czechy, a Francja nie ruszyła się. Natomiast Związek Radziecki zastrzegł sobie, że zareaguje, jeśli Francja ruszy pierwsza. Liczenie na takie sojusze byłoby dowodem skrajnej naiwności. A ci ludzie naiwnymi nie byli. Dobrze wiedzieli, że Francja i Anglia nie zareaguje, ale mieli usprawiedliwienie dla swojej cynicznej decyzji: przecież gdyby Francja zaatakowała, to byłaby wojna na dwa fronty i Niemcy musieliby przerzucić część wojsk na zachód. A że wcześniej przetestowano ten wariant na Czechosłowacji? A kto by sobie głowę zawracał takimi drobiazgami!? Po to m.in. była ta dyktatura, by nikt w sejmie nie mógł zadawać “głupich” pytań.

Żeby mogło stać się to, co stało się, rząd II RP musiał być całkowicie podległy komuś innemu i dokładnie wykonywać rozkazy tego kogoś. Do realizacji tego musiał zdobyć władzę dyktatorską, tak by nie musiał tłumaczyć się przed nikim ze swoich decyzji i tak, by nikt mu nie przeszkadzał w podejmowaniu tych decyzji. Podejrzewam, że nawet ucieczka rządu była wcześniej zaplanowana, tak by Związek Radziecki miał pretekst do agresji. Rządy sanacyjne były rządami antypolskimi, dążącymi z premedytacją do zniszczenia państwa, którym rządziły i do wyniszczenia jego ludności. Były to rządy masońskie i realizowały cele nieznanych przełożonych. Nie byli to głupi ludzie, wprost przeciwnie! I nie popełniali żadnych błędów. Z zimną krwią i cynicznie wykonywali rozkazy swoich przełożonych. Warto o tym wiedzieć i warto też wiedzieć, kto obecnie ożywia to sanacyjne truchło.

Endecja

Żeby zrozumieć istotę jakiejś organizacji czy partii politycznej, to trzeba sięgnąć do jej korzeni, czyli do jej historii i ludzi, którzy ją tworzyli. W przypadku endecji wyglądało to tak, że w 1887 roku powstają dwie tajne organizacje:

  • Liga Polska, założona przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego
  • Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego

W 1888 roku „Zet” włączono do Ligi Polskiej. Liga Polska to tajna niepodległościowa organizacja polityczna o programie liberalno-demokratycznym, działająca w latach 1887-1893 na ziemiach polskich i na emigracji. Została ona założona przez dawnych uczestników powstania styczniowego. Byli to Zygmunt Miłkowski, Ludwik Michalski, Maksymilian Hertel i przybyły z kraju Aleksander Hirschberg. W pierwszych dniach sierpnia 1887 roku na zamku Hilfikon koło Zurychu powołali oni Ligę Polską. Jej celem była walka o niepodległość podzielonego zaborami kraju. Na czele organizacji stała Centralizacja, do której pierwszego składu weszli jej założyciele. Ta Centralizacja to taki odpowiednik Komitetu Centralnego PZPR-u, a może raczej jego Biura Politycznego. Odbyło się pięć zjazdów członków Centralizacji i przedstawicieli komitetów działających w poszczególnych zaborach. Według Ustawy Ligi Polskiej na terenie poszczególnych zaborów pracami organizacji miały kierować Komitety Prowincjonalne, które miały powołać podporządkowane im Komitety Gubernialne i Powiatowe. W większych skupiskach emigracyjnych przewidziano powołanie Komitetów Zagranicznych. Przy Lidze miał działać Skarb Narodowy, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Liga miała być organizacją tajną i trójzaborową. Tworząc struktury organizacyjne wzorowano się na stowarzyszeniach wolnomularskich – niższe szczeble organizacji nie miały nic wiedzieć o wyższych. – Tak pisze Wikipedia. Tak więc, nie owijając w bawełnę, trzeba to sobie powiedzieć wprost – Liga Polska była organizacją masońską. I ta Liga przekształciła się w 1893 w Ligę Narodową, która zapoczątkowała ruch narodowy. Należy więc zadać sobie kolejne pytanie: czy zatem Dmowski był masonem? Bo jeśli tak, to mamy niezły cyrk: Piłsudski mason, Dmowski też i obaj tworzą „wrogie” sobie ugrupowania. A więc polityka to taki teatrzyk dla naiwnych. Czy rzeczywiście tak mogło być?

Kim byli główni działacze Ligi Polskiej? Zygmunt Miłkowski (1824-1915) był zawodowym rewolucjonistą czy działaczem politycznym oraz pisarzem. Około 1849 roku wstąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które było najliczniejszym ugrupowaniem demokratycznym emigracji polskiej po powstaniu listopadowym. Powstało ono 17 marca 1832 roku w Paryżu. Jednym z jego założycieli był Tadeusz Krępowiecki z neofickiej rodziny pochodzenia żydowskiego. Jego przodek Adam Krępowiecki został ochrzczony wraz z grupą frankistów w 1759 roku we Lwowie. Jak mamy słowo „demokratyczny”, to wiadomo kto za tym stoi. A jak mamy słowo „narodowy”, to też wiadomo, kto za tym stoi i komu to służy. A jak mamy Narodową Demokrację, to już nie ma żadnych wątpliwości.

Ciekawą postacią był Ludwik Michalski, właściwie Ludwik Matyasek (1836-1888). Urodził się w rodzinie nauczycielskiej. Był synem nauczyciela krakowskiej szkoły technicznej Michała Matyaska i Julii z Godereckich. Uczył się w krakowskich szkołach średnich, ale wcześnie osierocony nie zdołał ich skończyć. Pracował jako robotnik a następnie jako urzędnik w fabryce maszyn rolniczych. W 1858 roku został wcielony do armii austriackiej. Brał udział w wojnie francusko-austriackiej w 1859 roku. W październiku 1863 roku zdezerterował z armii i z paszportem na nazwisko Ludwika Michalskiego przekroczył granicę Królestwa Polskiego. Był uczestnikiem powstania styczniowego. Walczył jako porucznik w oddziale Franciszka Kopernickiego. Po rozbiciu jego oddziału zbiegł za granicę do Szwajcarii, gdzie zamieszkał w Zurychu. Tak pisze Wikipedia.

Ciekawe, że ci wszyscy powstańcy, po niepowodzeniach, uciekają za granicę i od razu znajdują wikt i opierunek. I dalej tak pisze: Tam dzięki pomocy J. Siemieńskiego oraz wsparciu przewodniczącego komitetu wspomagającego polskich powstańców styczniowych, Gottfrieda Kellera, ukończył w roku 1868 studia inżynierskie na Politechnice Federalnej (ETH) w Zurychu. Podczas studiów był współzałożycielem Zrzeszenia Studentów Polskich oraz Biblioteki Polskiej w Paryżu. Uzyskał w 1868 roku obywatelstwo szwajcarskie w gminie Stallikon w okręgu Affoltem kantonu zuryskiego. Dzięki pomocy swego przyjaciela, przedsiębiorcy szwajcarskiego, wyjechał wraz z żoną na Sumatrę. Tam Sułtan Deli zlecił mu organizację korpusu gwardii na wzór europejski. Dzięki temu mógł założyć w spółce z Holendrami plantację tytoniu, którą nazwał „Polonia”. Obecnie na części terenu plantacji znajduje się „Polonia International Airport”. Jest to baza wojsk lotniczych Indonezji. Do 2013 roku był to międzynarodowy port lotniczy. Dzięki interesom przeprowadzonym na Sumatrze stał się bogatym człowiekiem.

W 1875 roku powrócił do Szwajcarii, zamieszkał początkowo w Zurychu, a potem nabył za 70 tysięcy franków zamek Hilfikon w kantonie Aargau. Od 1886 roku współpracował z Zygmuntem Miłkowskim. W należącym do niego zamku odbyło się zebranie założycielskie Ligi Polskiej. Był jej współzałożycielem, a następnie członkiem jej pierwszej Centralizacji (1887-1888). Finansował redagowane przez Miłkowskiego „Wolne Polskie Słowo”. Zmarł w 1888 roku na gruźlicę. W swoim testamencie zapisał 100 000 franków na różne cele społeczne, w tym 30 000 na Skarb Narodowy. „Skarb Narodowy”, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Żydzi wszystko wypaczą i sprofanują. Na to też wskazuje historia Narodowej Demokracji.

Z tego życiorysu można wywnioskować, że w towarzystwie, w którym się obracał, nie był człowiekiem przypadkowym. Ktoś się nim starannie opiekuje od lat młodzieńczych. Zupełnie tak, jak w przypadku Korfantego. Ktoś mu pomaga skończyć studia, ktoś mu pomaga wyjechać na Sumatrę i tam dostaje zlecenie od najwyższych władz i jeszcze zakłada, w spółce z Holendrami, plantację tytoniu. A jacy to byli Holendrzy w Indonezji, to pisał żydowski ekonomista Werner Sombart, którego cytowałem w blogu „Imperium”.

5 grudnia 1887 roku  została ogłoszona Ustawa Ligi Polskiej, w której zapisano, że zadaniem Ligi jest przysposobienie wszystkich sił narodowych celem odzyskania niepodległości Polski w granicach przedrozbiorowych na podstawie federacyjnej i z uwzględnieniem różnic narodowościowych. Nowa organizacja nawiązała wprost do tradycji demokratycznej i liberalnej polskiej emigracji, stwierdzając w drugim punkcie wspomnianej ustawy, że przyjmuje zasady wyrażone w Manifeście byłego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Program Ligi Polskiej, opierając się na tych założeniach, zakładał organizację ogólnonarodowego powstania w trzech zaborach w celu odzyskania niepodległości. Przyszłe odrodzone państwo polskie miało być, zgodnie z założeniami organizacji, liberalną republiką demokratyczną wolną od wszelkich konfliktów społecznych.

W kolejnej ustawie Ligi z 1888 roku zmieniono zwrot o granicach przedrozbiorowych i federacji na sformułowanie: Liga z gorącym współczuciem popierać będzie rozwój samodzielny narodowości, które wchodziły do składu dawnej Rzeczypospolitej. Sam Miłkowski w swej innej broszurze Sprawa ruska, podkreślał konieczność rozwiązania sporów z Ukraińcami na drodze dobrowolnej i akceptowanej federacji.

W kwestiach programowych od początku wśród członków Ligi istniały różnice poglądów. Młodych działaczy reprezentował Antoni Sygietyński, który w broszurze Co robić (Paryż 1890), odrzucając ideę walki z orężem, opowiadał się za Polską narodową, „w której wszystkie narody znalazłyby miejsce”. Za główne cele uznał „utrzymanie się przy ziemi oraz podniesienie ducha narodowego” poprzez wzmocnienie „solidarności narodowej we wszystkich Polakach”.  W tym celu należy dokonać “uobywatelnienia” ludu które to zadanie należy głównie do księży i ziemian. Autor nawoływał zarazem do zgody wszystkich grup społecznych i narodowych w tym także Żydów. 

Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

Dlaczego zmieniono pierwotny program Ligi, który zakładał odrodzenie Polski w granicach przedrozbiorowych poprzez wywołanie powstania w trzech zaborach? Ano dlatego, że był to program tożsamy z programem Piłsudskiego. A zgodnie z żydowską koncepcją, by był konflikt musi być teza i antyteza, czyli dwa zwalczające się obozy. Czy już w 1888 roku wiedziano, że będzie wojna, która zmieni oblicze Europy? Wygląda na to, że tak. Później endecja szukała poparcia w państwach ententy, co nie dziwi, skoro jej działacze przebywali głównie w Szwajcarii i we Francji. Piłsudski, z kolei, oparł się o państwa centralne.

Młodzieżówką Ligi Polskiej był Związek Młodzieży Polskiej „Zet” (ZMP, „Zet”, „Zet”) – konspiracyjna organizacja polskiej młodzieży akademickiej działająca w trzech zaborach. Wikipedia przedstawia jej historię w paru punktach:

  • 14 stycznia 1887 – zjazd założycielski w Krakowie zorganizowany przez Zygmunta Balickiego
  • 1888 – podporządkowanie Lidze Polskiej
  • 17 kwietnia 1894 – rozbicie organizacji po manifestacji w setną rocznice insurekcji warszawskiej
  • 1898 – reaktywowanie i podporządkowanie Lidze Narodowej
  • 1909 – zerwanie z Ligą Narodową. Część działaczy utworzyła Zarzewie, inni w 1911 tzw. nowy Zet
  • 1908-1914 – uczestnictwo członków Zet-u w polskich organizacjach wojskowo-niepodległościowych
  • 1914-1918 – uczestnictwo członków Zet-u w Legionach Polskich

Cele programowe to m.in. dążenie do niepodległości Polski, działanie na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej, tolerancja wobec innych narodowości i wyznań, pod warunkiem, iż uznają one naczelną zasadę niepodległości i jedności Polski, szerzenie oświaty i kultury ludu wiejskiego i miejskiego.

Jednak to, co najistotniejsze, to struktura organizacyjna. Była ona trzystopniowa. Stopień niższy nie wiedział o istnieniu wyższego:

  • koledzy – wszyscy członkowie organizacji, na czele których stał starszy kolega
  • towarzysze – część wybitniejszych kolegów kierowana przez starszego towarzysza
  • bracia – najwybitniejsi z towarzyszy
  • centralizacja – najwyższy organ związku. Jeden członek Centralizacji był jawny dla wszystkich.

Oddziały powstawały we wszystkich ważniejszych uczelniach, w których uczyła się młodzież polska: w Zurychu, Genewie, Paryżu, Wiedniu, Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Berlinie, Monachium, Warszawie. A więc Szwajcaria, Francja, Austria, Niemcy i Rosja. I w taki sposób „zagospodarowywano” wszystkich tych, którzy mogliby tworzyć polskie elity działające na rzecz narodu i ewentualnie państwa, gdyby takie powstało. Zapewne wielu z tych ludzi studiowało dzięki czyjejś pomocy materialnej. To najlepszy sposób uzależnienia. Zwłaszcza wśród polityków endecji było wielu, którzy wywodzili się z niezamożnych rodzin. Skąd więc mieli pieniądze na zagraniczne studia?

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

A więc Narodowa Demokracja nie była partią polityczną tylko obozem politycznym, skupiającym różne partie czy organizacje o orientacji narodowej. W latach 1908-1911 dochodzi do rozłamu, w wyniku którego od endecji oderwały się Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, Narodowy Związek Robotniczy i Narodowy Związek Chłopski. Z jakiego powodu doszło do tego rozłamu? Według Wikipedii dlatego, że przeciwnicy Dmowskiego uważali, że zawarł on z carem tajne porozumienie w celu zwalczania PPS-u. Dziwne to tłumaczenie, bo niby czemu mieliby być przeciwni zwalczaniu swego przeciwnika politycznego. Inna sprawa, że koncepcja Dmowskiego oparcia się o Rosję była zupełnie bez sensu i nie dlatego, że czas ją szybko zweryfikował, tylko dlatego, że w polityce nie ma wiecznych przyjaciół i wiecznych wrogów. Są tylko interesy. Można nie lubić Anglików, ale nie można odmówić im racji w tym względzie. I w tym kontekście cała idea panslawistyczna też jest bez sensu, tzn. ona ma sens, ale tylko dla Rosji.

W czasie I wojny światowej ruch narodowy opowiedział się po stronie państw ententy, najpierw Rosji, tworząc Legion Puławski, a później Francji, po klęskach armii rosyjskiej, tworząc Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919) i Błękitną Armię gen. Hallera. Komitet Narodowy Polski był kontynuacją Komitetu Narodowego Polski działającego w latach 1914-1917 w Warszawie i Petersburgu.

Po odzyskaniu niepodległości ruch narodowy zorganizował się w partię polityczną pod nazwą Związek Ludowo-Narodowy, przekształconą w 1928 roku w Stronnictwo Narodowe (SN) działające do 1947 roku. W grudniu 1926 roku, w odpowiedzi na represje sanacyjne, powstaje pozaparlamentarna organizacja opozycyjna – Obóz Wielkiej Polski (OWP) na czele z Romanem Dmowskim. Jej celem była pozaparlamentarna walka o władzę z sanacją. Narodowa Demokracja obejmowała w tym okresie partie polityczne, związki zawodowe, stowarzyszenia młodzieżowe, kobiece i sportowe. W marcu 1933 roku sanacja zdelegalizowała OWP. Natomiast największa grupa radykałów wyłamała się z obozu narodowego w kwietniu 1934 roku, tworząc Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), zdelegalizowany po kilku miesiącach działalności. Wkrótce po delegalizacji ONR podzielił się na dwie zwalczające się grupy: Obóz Narodowo-Radykalny ABC oraz Ruch Narodowo-Radykalny Bolesława Piaseckiego.

W latach 30-tych główną formacją Narodowej Demokracji pozostawało Stronnictwo Narodowe kierowane przez Romana Dmowskiego. W SN toczyła się walka między narodowo-liberalnym skrzydłem „starych”, a „młodymi” skłaniającymi się ku autorytaryzmowi. Po wyeliminowaniu wpływów „starych” doszło do podziału „młodych” na ekstremistyczną frakcję Jędrzeja Giertycha i grupę Tadeusza Bieleckiego bardziej skłonną do kompromisu z sanacją.

Czym była Liga Narodowa? Powstała w 1893 roku z przekształcenia Ligi Polskiej. W 1897 roku powstaje Narodowa Demokracja, będąca obozem politycznym, skupiającym różne partie i środowiska. Działała do 1928 roku i została zastąpiona, jak pisze Wikipedia, nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”. Z tego wynika, że Liga Narodowa też była tajnym stowarzyszeniem. Czy więc nie w niej ukrywali się faktyczni przywódcy całego ruchu narodowego? A może raczej należałoby powiedzieć tzw. ruchu narodowego. Ktoś dobrze starał się, by ten ruch nie zdołał się skonsolidować w jedną potężną partię i nie wypracował spójnego programu politycznego. No, ale skoro ten ktoś zorganizował ten ruch, to pokierował nim tak, jak chciał. Trudno temu się dziwić.

Kim był Dmowski? We wrześniu 1886 roku wstąpił na wydział fizyczno-matematyczny Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (na sekcję nauk przyrodniczych). Po czterech latach ukończył studia. W 1888 roku został członkiem warszawskiego koła organizacji młodzieży patriotycznej „Zet”, a potem „starszym” Koła Braterskiego „Zet-u”. Od listopada 1891 do sierpnia 1892 studiował w Paryżu. Ale co? Co studiował? O tym Wikipedia nie informuje. Chyba jakieś wtajemniczenia. W kwietniu 1893 roku dokonał wraz z kilkoma innymi działaczami przewrotu w Lidze Polskiej i stworzył Ligę Narodową, na czele której stanął. Młody, miał wówczas 29 lat, i wyrolował starych wyjadaczy z powstania styczniowego. Ładna bajka.

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie prace kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?

Deizm według Słownika Wyrazów Obcych PWN, Warszawa, 1959 to:

Pogląd, który, uznając Boga za przyczynę świata lub jego pierwszy motor, odrzuca zarazem jego interwencję w bieg zdarzeń i życie ludzkie, a więc m.in. cuda i objawienie. Deizm rozpowszechniony w filozofii europejskiej XVII i XVIII wieku zawierał z reguły negację dogmatów religijnych i uznanie z religii tylko tego, co można rozumowo uzasadnić, nadto zasady tolerancji religijnej, odrzucenie wartości liturgii i organizacji kościelnej, moralność świecką (w Anglii m.in. Toland, Collins, we Francji m.in. Voltaire, Rousseau). Deizm był w czasach Oświecenia ideologią burżuazji, walczącej z wpływami Kościoła na życie społeczne, wychowanie i naukę.

W Wikipedii można też przeczytać, że charakter deistyczny ma Wielki Architekt Wszechświata, wiarę w którego deklarują członkowie anglosaskiej loży masońskiej. Masoneria była jedną z grup, które kształtowały oblicze Europy oświeceniowej. Zadeklarowanym deistą był Tadeusz Kościuszko.

Jeśli więc Dmowski twierdzi, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, to ja się zapytuję: kto mu takich głupot nagadał lub kazał wygłaszać takie opinie, skoro wiadomo, że polski katolicyzm był i jest płytki i powierzchowny. A on sam? Nie był przecież katolikiem, był deistą i masonem. Wsączył w Polskę i w Polaków ideologię, która miała ich antagonizować z sąsiadami. Taki to jest patriotyzm „narodowców”, którzy z narodem polskim mają niewiele wspólnego. Zrobić z Polaków albo przynajmniej przypiąć im łatkę katolickich oszołomów i antysemitów, to był cel Żydów od powstania styczniowego i to im się udało, choć ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. A Dmowski? Początkowo chciał dobrze, ale później jego mocodawcy wyznaczyli mu inny cel.

A czy Dmowski wywalczył dla Polski ziemie zachodnie na konferencji paryskiej? Niczego nie wywalczył. Wszystko już wcześniej było postanowione, o czym wspomniałem na początku bloga. Ani powstanie wielkopolskie, ani powstania śląskie nie zmieniły tego. One miały tylko stwarzać pozory, że bieg dziejów odbywa się w sposób spontaniczny, że coś zależy od ludzi. Dzisiejsze czasy są tego dowodem. Oni już wiedzą, że będzie czwarta fala i wiedzą o wiele więcej niż nam mówią. A „najbardziej zakaźny” wariant koronawirusa dotarł już do kolejnego kraju. Jak rząd będzie taki złośliwy, jak ten wirus, to jeszcze przed końcem wakacji dotrze on do Polski. W polityce nic nie dzieje się przypadkowo.

Globaliści

Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czy wszyscy globaliści to zboczeńcy? Wbrew pozorom ten typ ludzi nie jest wytworem naszych czasów. Pojawili się znacznie wcześniej. Jednym z nich był John Maynard Keynes. Wikipedia pisze o nim m.in. tak:

„John Maynard Keynes, 1. baron Keynes (ur. 5 czerwca 1883 w Cambridge zm. 21kwietnia 1946 w Firle) – angielski ekonomista, twórca teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie ekonomii i finansów państwowych. Był synem logika i ekonomisty Johna Neville’a Keynesa(1852–1949) i Ady Florence Keynes z domu Brown(1861–1958), brytyjskiej pisarki.

Na początku Keynes studiował matematykę i historię, ukończył także jeden semestr ekonomii na Cambridge. Studia ekonomiczne odbył pod kierunkiem ekonomistów liberalnych Artura Cecila Pigou i Alfreda Marshalla w latach 1905–1908. Jego poglądy na ekonomię wywarły decydujący wpływ na rozwój myśli ekonomicznej w latach 30.–60. XX wieku.

Szkoła Keynesowska położyła nacisk na analizę agregatową ujmowanego popytu globalnego. Chodziło o zwiększenie popytu, co miało przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego i zlikwidować bezrobocie. Aby zapewnić stały rozwój gospodarczy, należy poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, pobudzić wzrost globalnych wydatków. Stąd nazwa – ekonomia popytu. Według nich sterowanie przez państwo globalnym popytem odbywa się za pomocą środków polityki fiskalnej (ewentualnie polityki pieniężnej).

W 1935 roku w przedmowie do niemieckiego wydania swojej książki Keynes argumentował, że jego teoria może być wdrożona o wiele łatwiej w warunkach państwa totalitarnego niż w gospodarce wolnorynkowej, co w późniejszych latach stało się podstawą do wielu zarzutów o totalitarne sympatie.

Był homoseksualistą, i mimo że prawo brytyjskie zakazywało kontaktów homoseksualnych, prowadził w latach 1901–1915 częściowo zaszyfrowane pamiętniki, w których opisywał ze szczegółami swoje stosunki z kilkudziesięcioma partnerami. W 1925 r. Keynes ożenił się z Lidią Łopokową, tancerką Ballets Russes Siergieja Diagilewa. 42-letni ekonomista zakochał się po raz pierwszy w życiu w kobiecie, z którą poznał się w 1921.”

Mówiąc wprost, Keynes był zwolennikiem drukowania pieniądza, co miało pobudzać wzrost globalnych wydatków, a tym samym gospodarkę, a więc dokładnie to, czego obecnie doświadczamy. Czy był homoseksualistą, jak pisze Wikipedia? W książce Standard Bitcoina Saifedean Ammous, profesor ekonomii na Libańskim Uniwersytecie Amerykańskim, pisze:

„Trudno uznać za przypadek, że rozpad instytucji rodziny nastąpił w okresie powszechnej implementacji nauk ekonomicznych człowieka, który nigdy nie był zainteresowany myśleniem w kategoriach długoterminowych. Urodzony w bogatej rodzinie, która przez pokolenia zgromadziła znaczący kapitał, Keynes był libertyńskim hedonistą marnującym większość dorosłego życia na stosunkach seksualnych z dziećmi, włączając w to podróże po dziecięcych domach publicznych w rejonie Morza Śródziemnego. Społeczeństwo Wiktoriańskiej Anglii cechowało się niską preferencją czasową (skłonność do oszczędzania – przyp. mój), silnym przywiązaniem do zasad moralnych, niewielką liczbą konfliktów między jednostkami i stabilnymi rodzinami. Keynes należał do pokolenia wyrosłego w kontrze do tych tradycji. Postrzegał je jako elementy instytucjonalnej opresji, którą należało obalić. Bardzo wymowne okazuje się spojrzenie na ekonomię keynesowską przez pryzmat rodzaju moralności, jaki jej autor chciał zaszczepić w społeczeństwie – które, jak wierzył, mógł kształtować wedle własnej woli.”

Saifedean cytuje również innych autorów. David Felix w pracy Keynes: A Critical Life, Greenwood Press, Westpoint,, Connecticut 1999, s. 112 cytuje list Keynesa, w którym informuje on przyjaciela: „Wyjeżdżam do Egiptu. […] Właśnie się dowiedziałem, że łóżka z chłopcami już na mnie czekają”. W innym liście polecał Stracheyowi, aby udał się do Tunisu i na Sycylię, „jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym tańczą nadzy chłopcy”.

Jak więc widać bogactwo, wielkie bogactwo, degeneruje. Nie ma znaczenia w jakiej epoce żyje taki człowiek. Zawsze zmierza to ku jednemu, ku zboczeniom i degeneracji. To jest oczywiście sfera obyczajowa. Dla przytłaczającej większości ludzi ważniejsza jest jednak ekonomia i dlatego poglądy Keynesa w tej materii są warte przybliżenia, bo dotyczą większości ludzi i co ważniejsze są one zbliżone do poglądów obecnych globalistów.

Ammous tak je przedstawia:

»Zarówno w sowieckiej, jak i kapitalistycznej gospodarce pogląd, według którego państwo powinno „kierować” lub „zarządzać” gospodarką, aby realizować cele społeczne, powszechnie uważany za jest za słuszny i potrzebny. Warto wrócić w tym miejscu do przekonań Johna Maynarda Keynesa, aby mieć pełną świadomość, jak brzmią jego sugestie co do systemu gospodarczego, które to ludzkość bezwiednie akceptowała przez ostatnie dziesięciolecia. W jednym ze swoich mniej znanych artykułów zatytułowanych The end of Laissez-Faire, Keynes zaproponował, jaka powinna być właściwa rola państwa w społeczeństwie. Wyraził tam swój sprzeciw wobec liberalizmu i indywidualizmu – czego można by się spodziewać – lecz przedstawił też krytykę socjalizmu:

XIX-wieczny socjalizm państwowy pochodził od Benthama, wolnej konkurencji itd., i pod pewnymi względami jest czystszą, a pod innymi bardziej mętną wersją tej samej filozofii, która leży u podstaw XIX-wiecznego indywidualizmu. Oba kładły równy nacisk na wolność jednostki, jeden na negatywną, polegającą na unikaniu ograniczeń dla istniejących swobód, a drugi na pozytywną – celem przeciwdziałania istniejącym monopolom. Stanowią one różne odpowiedzi na tę samą atmosferę intelektualną.

Problem Keynesa z socjalizmem polegał zatem na tym, że ostatecznym celem tego systemu było zwiększenie wolności jednostki. Zdaniem słynnego ekonomisty ostatecznym celem nie powinny być sprawy trywialne, takie jak wolność indywidualna, lecz kontrola gospodarcza państwa nad gospodarką zgodna z jego upodobaniami. Keynes zakreślił trzy główne obszary, w których państwo miało grać pierwsze skrzypce. Po pierwsze, było to „szczegółowe zarządzanie walutą i kredytem przez centralną instytucję”. Ten pogląd dał podstawy nowoczesnej bankowości centralnej. Po drugie i w związku z punktem pierwszym, Keynes był przekonany, że rolą państwa było decydowanie o

skali pożądanych oszczędności w społeczeństwie, skali transferu części tychże oszczędności do innych krajów w postaci inwestycji zagranicznych oraz o tym, czy aktualna organizacja rynku inwestycyjnego dystrybuuje oszczędności za pomocą najbardziej produktywnych krajowych kanałów. Nie sądzę, aby o tych kwestiach powinny decydować wyłącznie prywatne opinie i zyski, jak to ma miejsce obecnie.

Wreszcie Keynes wierzył, że rolą państwa było opracowanie

przemyślanej, krajowej polityki dotyczącej rozmiaru populacji – czy należy ją zwiększyć, ograniczyć, czy pozostawić taką, jaka jest. […] Ustaliwszy zaś tę politykę, musimy podjąć działania mające na celu jej realizację. Właściwy na to czas przyjdzie być może nieco później, gdyż społeczeństwo jako całość musi zacząć zwracać uwagę nie tylko na ilość, lecz także na jakość swoich przyszłych członków.

Innymi słowy, keynesowska koncepcja państwa, na której oparły się nowoczesne doktryny bankowości centralnej wyznawane powszechnie przez wszystkich prominentnych bankierów oraz która kształtuje treść większości podręczników ekonomii na świecie, wywodzi się z przekonań człowieka, który życzył sobie, by państwo kierowało dwoma arcyważnymi obszarami ludzkiego życia: z jednej strony pieniądzem, kredytem, oszczędnościami i decyzjami inwestycyjnymi, co oznaczało totalitarną centralizację alokacji kapitału i zniszczenie swobodnej działalności ludzkiej, a zarazem uzależnienie jednostki od państwa w kwestii zdobywania podstawowych środków do życia; z drugiej kontrolą liczebności i jakości populacji, czyli mówiąc wprost eugeniką. W przeciwieństwie do innych socjalistów Keynes nie dążył do podobnego stopnia kontroli nad jednostkami w celu zwiększenia ich wolności w dłuższym okresie, lecz raczej z zamiarem realizacji swojej wspaniałej wizji społeczeństwa. O ile socjaliści mają na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że chcą zniewolić człowieka dla jego własnego dobra – przyszłej wolności – Keynes optował za tym, by państwo zniewalało ludzi dla samej tylko kontroli. Ułatwia to zrozumienie, dlaczego Rothbard napisał kiedyś: „Marks miał tylko jedną zaletę: nie był keynesistą”.

Choć taka koncepcja może przemawiać do akademików-idealistów, którzy wyobrażają sobie, że jej realizacja przyniesie korzystne rezultaty, w rzeczywistości skutkuje ona eliminacją niezbędnych w produkcji gospodarczej mechanizmów rynkowych. Upolityczniony pieniądz przestaje spełniać swoją rolę informacyjną dla systemu produkcji, stając się rządowym programem lojalnościowym.«

Rządowy program lojalnościowy, to jest właśnie to, z czym mamy obecnie do czynienia: pieniądze dla celebrytów, dla korporacji i wielu innych instytucji. Powyższy cytat dobrze opisuje globalizm i mentalność globalistów: kontrola przepływu pieniądza i uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które grupy społeczne są bardziej wartościowe, a które mniej, które warte są zachowania, a które nie są tego warte. Widać więc, że poglądy o redukcji ludności są wcześniejsze niż kłopoty systemów emerytalnych. Nie dość, że zboczeńcy, to jeszcze próbują globaliści przypisać sobie cechy boskie i decydować o tym, kto i jak długo ma żyć. Jednak wypada tu zrobić pewną uwagę. Banki centralne nie są własnością państwa, a państwa są od nich uzależnione. A do kogo należą banki centralne i nie tylko centralne? Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Autor o tym nie wspomina. Nie podejrzewam go o to, że nie wie o tym. Gdyby to chciał napisać, to jego książka nie ukazałaby się. Taka rzeczywistość.

Obecna niczym nieograniczona kreacja pustego pieniądza przypomina do złudzenia tę z okresu przed wielkim kryzysem z 1929 roku. Ammous tak to opisuje:

»Inflacyjna kreacja kredytu może być rozumiana jako przykład przyjmującego społeczny zasięg „rabunku”, jak określił to ekonomista John Kenneth Galbraith w swojej książce na temat wielkiego kryzysu (The Great Crash 1929). Wraz ze wzrostem ekspansji kredytowej w latach 20. XX wieku korporacje zostały dosłownie zalane pieniędzmi, a defraudowanie tych pieniędzy na przeróżne sposoby było niezwykle proste. Dopóki nowy kredyt nie przestaje napływać, dopóty ofiary procederu pozostają niczego nie świadome, a iluzoryczny wzrost bogactwa dotyka całe społeczeństwo, gdyż zarówno ofiara, jak i rabuś sądzą, że posiadają pieniądze. Kreacja kredytu przez banki centralne umożliwia finansowanie niedochodowych projektów i pozwala, aby nieproduktywna działalność pożerała zasoby, wywołując tym samym niemożliwe do podtrzymania boomy.

W systemie monetarnym opartym o solidny pieniądz każda firma, aby przetrwać, musi dostarczyć społeczeństwu pewną wartość, za co wynagradzana jest dochodem, który przewyższa koszt zakupu zasobów potrzebnych do wytwarzania jej produktów. Firma jest produktywna, gdy przekształca zasoby i półprodukty nabyte po pewnej cenie rynkowej na produkty o wyższej cenie rynkowej. Każda firma produkująca dobra wyceniane niżej od zużytych na ich wytworzenie czynników produkcji zbankrutowałaby, uwalniając zasoby, które mogłyby wówczas zostać wykorzystane przez inne, bardziej produktywne firmy. Joseph Schumpeter nazwał ten proces twórczą destrukcją. W warunkach wolnego rynku nie istnieje zysk nieobarczony ryzykiem straty i każdy uczestnik zmuszony jest do ponoszenia owego ryzyka. Porażka zawsze stanowi realną możliwość – i bywa kosztowna. Emitowany przez państwo niesolidny pieniądz może jednakże opóźnić ten proces, podtrzymując nieproduktywne przedsiębiorstwa przy życiu. Takie firmy należy uznać za gospodarcze odpowiedniki zombie lub wampirów – przejadają zasoby żywych i produktywnych przedsiębiorstw, by oferować dobra i usługi o wartości niższej niż te zasoby. Powstaje w ten sposób nowa kasta społeczna, która żyje wedle reguł innych niż reszta obywateli i nie musi ponosić ryzyka. Jej przedstawiciele nie podlegają weryfikacji rynkowej, a zatem nie ponoszą konsekwencji swoich działań. Kasta, o której mowa, istnieje w każdym sektorze finansowym wspieranym przez państwowy pieniądz.

Nie da się z żadną dozą dokładności oszacować, jaki procent działalności gospodarczej we współczesnym świecie, zamiast służyć produkcji dóbr i usług użytecznych dla społeczeństwa, uczestniczy w wyścigu po emitowany przez państwo pieniądz. Umiarkowane szanse powodzenia daje natomiast analiza tego, które przedsiębiorstwa i sektory utrzymują się na rynku, z powodzeniem zdając rynkowy egzamin, a które podtrzymywane są przy życiu przez państwo – czy to jego politykę fiskalną, czy monetarną.

Przykładowo pomoc fiskalna to jedna z form generowania firm-zombie, którą stosunkowo łatwo wykryć. Każde przedsiębiorstwo , które otrzymuje bezpośrednie wsparcie od państwa oraz większość firm bazujących na sprzedaży produktów lub usług sektorowi publicznemu, to w rzeczywistości firmy-zombie. Gdyby przedsiębiorstwa te były produktywne w ujęciu rynkowym, ludzie z własnej woli byliby skłonni oddawać im swoje pieniądze, płacąc za konkretne dobra i usługi. Fakt, że firmy te nie potrafią przetrwać dzięki samym tylko dobrowolnym transakcjom, pokazuje, że nie są one przedsięwzięciami produktywnymi, lecz obciążeniem dla społeczeństwa.

Bardziej subtelnym sposobem tworzenia firm zombie jest udzielanie im dostępu do niskooprocentowanych kredytów. W miarę jak pusty pieniądz stopniowo erodował w społeczeństwie cnotę gospodarności oraz nawyk oszczędzania, inwestycje kapitałowe przestały być finansowane przez oszczędności, które zastąpił w tej roli emitowany przez państwo dług. W społeczeństwie posługującym się solidnym pieniądzem im więcej człowiek oszczędza, tym więcej jest w stanie zgromadzić kapitału i tym więcej może później zainwestować. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że właściciele kapitału to zazwyczaj osoby o niższej preferencji czasowej. Jednak, gdy kapitał pochodzi z kreacji kredytu przez państwo, jego alokacja przestaje być zorientowana na przyszłość, a decydują o niej pracownicy rozmaitych biurokratycznych agencji państwowych.«

W zasadzie wniosek, jaki można wysnuć z powyższych cytatów jest tylko jeden: wszelkie zło bierze się z drukowania, czy – obecnie kreowania, pustego pieniądza. To powoduje, że ludzie, którzy mieli i mają pierwsi dostęp do tego pieniądza, kupują dobra jeszcze po starych cenach, zanim nowe pieniądze, wywołując inflację, ustalą nowe, wyższe ceny dóbr i usług. I tak następuje proces bogacenia się jednych i ubożenia drugich. W latach 90-tych obowiązywało w Polsce prawo, które pozwalało na odpisy podatkowe dla ludzi, którzy budowali domy. Ci, którzy ich nie budowali, takich odpisów nie mieli. Tak karano tych, którzy oszczędzali. No cóż, nowa, złodziejska nomenklatura pisała prawo pod siebie. A teraz mówią: biedni są niepotrzebni, zanieczyszczają powietrze, niech się przenoszą do Krainy Wiecznych Łowów.

Ten pusty pieniądz oddziałuje na nasze życie nawet tam, gdzie wydaje się nam, że jego moc nie dociera. Ammous pisze tak:

„W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów. Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem „sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągnąć polityczne i propagandowe cele, niedawno (książka została wydana w 2018 roku – przyp. mój)) okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.

Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnianie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani pracę na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.

Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego tworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz.

Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię w aktualnych gustach artystycznych. Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy – omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.”

Cytaty wyrwane z kontekstu, czyli z książki, są wyrwane z kontekstu i dlatego należy się pewne uzupełnienie czy wyjaśnienie. Saifedean Ammous jest zwolennikiem pieniądza niezależnego od rządu i za taki uważa Bitcoina. Wcześniej takim rozwiązaniem był dla niego standard złota, który obowiązywał w epoce wiktoriańskiej do pierwszej wojny światowej. Standard złota polegał na tym, że pieniądz miał w nim pełne pokrycie. Innymi słowy, można było dodrukować go tyle, ile wydobyto nowego złota. I to była największa zaleta, bo o tym, ile pieniądza dodrukowywano nie decydowały rządy i nikt inny, tylko ilość wydobytego złota – rzecz obiektywna i niepodważalna. I to, już samo w sobie, jest argumentem nie do obalenia. Jednak zwolennicy jakiejkolwiek teorii gotowi są dostarczać wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mają rację. W omawianym przypadku dowodem na to, że, gdy mamy zdrowy pieniądz, to i sztuka jest zdrowa i kwitnie. Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Sztuka renesansu – wspaniałe malowidła, rzeźby, architektura – mogła się rozwinąć, bo pojawiło się w Europie mnóstwo złota, które Hiszpanie wywozili z obu Ameryk. Wywozili? Rabowali albo kradli, kto co woli. Efekt był więc taki sam, jak w przypadku sztuki współczesnej – nadmiar złota skierowano na dobra wyższe. To była inna epoka, inni władcy i inni artyści i stąd inny efekt. W epoce wiktoriańskiej, gdy obowiązywał standard złota, powstawały wartościowe dzieła kultury i sztuki, ale inne niż w renesansie. Wcześniej sztuka nie była skierowana do masowego odbiorcy, a obecnie – tak.

Ale nawet jak Hiszpanie okradali amerykańskich tubylców, to wcale jeszcze nie znaczyło, że to złoto dotrze do Hiszpanii. Ryzyko było duże. Po drodze czatował na nich najsłynniejszy w historii pirat Francis Drake. Dla Hiszpanów był piratem, a dla Anglików – bohaterem narodowym. Bez cichego poparcia królowej Elżbiety, ani Drake, ani żaden inny pirat, nie miałby racji bytu. Zupełnie tak jak dziś – żadna mafia nie istniałaby, gdyby rządy nie tolerowały ich. Hiszpanie starali się odstraszać piratów na różne sposoby. Jednym z nich było nadawanie okrętom imion budzących grozę, jak choćby „Cacafuego”. Kazimierz Dziewanowski w swojej książce „Brzemię białego człowieka” tłumaczył to jako „Ziejący ogniem” – bardzo subtelnie, ale w angielskiej Wikipedii przetłumaczono to jako – „Srający ogniem”. Miało to informować potencjalnych napastników, że okręt jest wyposażony w działa. Tak więc przywożenie zrabowanego złota było zupełnie czym innym, niż drukowanie pieniądza bez pokrycia i bez żadnego ryzyka.

Szalone lata dwudzieste skończyły się wielkim kryzysem w 1929 roku. Doszło do niego, bo nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu. Gdyby dziś zrobiono to samo, kryzys byłby jeszcze większy. Jednak obecnie nie brakuje pieniędzy, rządy wszystkich państw mają pieniądze na walkę z „pandemią” i wspieranie wybranych firm. Kryzys i dramaty dotyczą tylko wybranych. Celem jest wyeliminowanie pieniądza papierowego i monet, likwidacja własności prywatnej oraz podporządkowanie ludzi ścisłym elitom rządzącym i wyeliminowanie części z nich, tych uznanych za gorszych. Dokładnie tak jak wyobrażał to sobie Keynes.

Czas apokalipsy

Pisałem już wcześniej, że wszelka wiedza bierze się z porównań. Nawet jeśli jest w tym stwierdzeniu trochę przesady, to niewiele. Porównując rzeczy czy zjawiska, obserwujemy lub analizujemy je w jakimś kontekście, a nie w oderwaniu od rzeczywistości. A z tym mamy do czynienia w przypadku „pandemii”. Wcześniej pandemia była w sytuacji, gdy liczba zachorowań na jakąś chorobę gwałtownie rosła w stosunku do normalnego jej stanu i do ogółu zachorowań. Jeśli na grypę „hiszpankę”, która wybuchła u schyłku I wojny światowej (1918-1920), zmarło więcej ludzi niż poległo w trakcie tej wojny, to można w tym wypadku mówić o pandemii. Obecnie WHO zmieniło jej definicję i rządy wszystkich państw mogą ją ogłosić wtedy, gdy im się podoba, a właściwie to na rozkaz rządu światowego, któremu te rządy podlegają. I tak się stało, i mamy „pandemię”.

Jak więc wyglądała pandemia „hiszpanki”? Wikipedia tak ją opisuje:

»Pierwsza fala nadeszła wiosną 1918 roku, była wysoce zakaźna, ale łagodna w przebiegu i nie wzbudziła zaniepokojenia. Druga fala, od sierpnia 1918 roku, odznaczała się niezwykle wysoką śmiertelnością. Wystąpiła jednocześnie w trzech rejonach: w Breście we Francji, w Bostonie w USA i we Freetown w Sierra Leone. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Jako że ich transporty docierały głównie do portów we Francji, kraj ten stał się wylęgarnią zarazy. Pandemia grypy była także przyczyną licznych śmierci jeńców podczas wojny polsko-bolszewickiej i po niej. Trzecia fala pandemii miała miejsce między końcem 1918 a marcem 1919 i nierównomiernie, lecz z podobnym nasileniem rozwijała się w Stanach Zjednoczonych oraz w niektórych częściach Europy. Ostatnie zarażenia odnotowano w 1920 roku, jednak ostatnia fala cechowała się mniejszą śmiertelnością niż dwie poprzednie.

Śmiertelność grypy „hiszpanki” jest trudna do oceny, jednak na podstawie danych wojskowych można ją oszacować na 5-10%. W zamkniętych społecznościach śmiertelność była jeszcze wyższa. W Bostonie zachorowało 10% ludności. 2/3 chorych zmarło. W całej armii Stanów Zjednoczonych zachorowało 20%.

Liczba ofiar „hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar frontów I wojny światowej. Na grypę i jej powikłania zmarły 24 tysiące osób amerykańskiego personelu wojskowego (amerykańskie straty bojowe wyniosły 34 tysiące osób). W Wielkiej Brytanii zmarło 150 tysięcy osób.

Podawane są różne szacunki śmiertelności na całym świecie: od 21-25 mln do 50-100 mln. Była pierwszą pandemią od czasów czarnej śmierci (1347-1350) o tak wysokiej śmiertelności. Zachorowało na nią 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata.

Nietypową cechą tej pandemii był odwrócony profil wiekowy jej ofiar. Umierali przede wszystkim ludzie młodzi i w średnim wieku (20-40 lat), podczas gdy zwykle na grypę umierają dzieci, osoby starsze i z osłabioną odpornością. W relacjach z pandemii podkreślano, że liczba zgonów w młodym wieku przekraczała liczbę zgonów w starszym wieku, np. w Szwajcarii znacznie poważniejszy przebieg zachorowań stwierdzono u osób w przedziale wiekowym 20-49 lat.«

Tak wyglądała prawdziwa pandemia. Na tę grypę zachorowała 1/3 populacji świata. A jak to wygląda obecnie? Rząd informuje codziennie o ilości osób zarażonych i zgonach. Tych zgonów jest kilkadziesiąt dziennie, a w ostatnich dniach ponad 100 dziennie. Czy to dużo czy mało? Z poprzednich lat ze statystyk wynikało, że w Polsce umierało dziennie na różne choroby i ze starości 1000-1100 osób. W dniu 27 października liczba osób zakażonych od początku „pandemii” wynosi 280229, a zmarłych – 4615, co daje śmiertelność na poziomie 1,6%. To jest bardzo niska śmiertelność, ale jeśli dodamy, że większość z tych zmarłych to ludzie starzy, schorowani, którzy, jak to rząd określa, mieli choroby współistniejące, to okazuje się, że nie ma żadnej pandemii. Jest tylko „pandemia”. Tego jednego dnia zostało zakażonych 16300 osób, zmarło – 132. W środę dzienna liczba zakażonych wzrosła do 18820, a zmarłych – 236. Ogólna liczba zakażonych w środę 28 października – 299049, zmarłych – 4851. Śmiertelność dalej na poziomie 1,6%, ale we wtorek zmarły 132 osoby, a w środę – 236, prawie dwa razy więcej. To robi wrażenie i o to chodzi! W czwartek liczba zakażonych – 20156, zgonów – 301. Od początku 319205 i 301, co daje śmiertelność 1,6%. Oznacza to, że na 200 osób chorych 3 umierają. W piątek 30 października – 21629 zakażonych, 202 – zgony. Od początku – 340834, 5351, śmiertelność – 1,6%. Według rządowych wykresów krzywa zakażeń od paru dni rośnie w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów jest płaska od samego początku i nadal taka jest, a mamy do czynienia z drugą falą. Tak przynajmniej twierdzi rząd.

Problem jednak polega na tym, że my nie wiemy, czy te dane są prawdziwe, bo testy, które są używane do diagnozowania zakażenia nie były do tego stworzone. Nie wiemy czy wśród tych ponad 300 tysięcy zakażonych nie ma takich, które wiosną zostały zdiagnozowane jako chore i obecnie ponownie są zakażone. Na jakiej podstawie osoby, które mają choroby współistniejące, kwalifikuje się jako zmarłe z powodu COVID? W sumie nic nie wiemy i mamy wierzyć. Czy mamy więc do czynienia z oszustwem na skalę światową? Czy to możliwe, żeby rządy wszystkich krajów i ich dyżurni lekarze wirusolodzy i inni, kłamali w żywe oczy? Jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tę „pandemię”. A ilu wierzy? Codziennie jesteśmy atakowani informacjami o gwałtownie rosnących zakażeniach, o przepracowaniu personelu medycznego, o tym, że zaraz zabraknie łóżek w szpitalach, o zakażeniach kolejnych członków rządu, a wszyscy oni w maseczkach. Do tego dochodzą wypowiedzi „ekspertów” o tym, że najgorsze jeszcze przed nami. Jeśli dodamy do tego zdjęcia personelu medycznego w szczelnych skafandrach z jakimiś strzykawkami czy innym sprzętem lub takich samych sanitariuszy pchających łóżko z chorym lub w karetce, to na większości ludzi musi to robić wrażenie, a nawet jak nie robi, to działa na podświadomość. W tym działaniu nie ma nic przypadkowego i nie przypadkiem znowu muszę odwołać się do Bullocka i książki Hitler – studium tyranii. Cytaty kursywą pochodzą z „Mein Kampf”:

Ponieważ masy mają tylko słabą znajomość abstrakcyjnych idei, przeto ich reakcja wypływa raczej z domeny uczuć, gdzie tkwią korzenie pozytywnej czy negatywnej ich postawy… Niezwykła stabilność mas wynika z emocjonalnych podstaw ich nastawienia. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą. Siłą napędową prawie wszystkich wielkich rewolucji na kuli ziemskiej nigdy nie było jakieś naukowe poznanie, które opanowało masy, ale zawsze fanatyzm, który je natchnął, i często pewnego rodzaju histeria pchająca je do czynu. Ktokolwiek chce porwać masy, musi znać klucz do ich serc. Tym kluczem jest nie obiektywizm, a więc nieudolna postawa, ale stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.

Hitler bez ogródek tłumaczy, jak to można osiągnąć: Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Z drugiej strony masy szybko zapominają. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach. Dla intelektualistów, którzy ciągle szukają czegoś nowego, Hitler miał jedynie pogardę. Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Wystarczy usunąć jeden punkt ze sfery dogmatycznej pewności, a dyskusja, jaka się wywiąże, nie tylko nie doprowadzi do nowego i lepszego sformułowania, ale może łatwo przejść w nie kończące się debaty i ogólne zamieszanie.

Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. Tak robią Żydzi stosując się do zasady:

Prawdą jest, że w wielkim kłamstwie zawsze jest pewien element wiarygodności, albowiem szerokie masy narodu w głębi emocjonalnej sfery swej natury nie tyle są świadome i celowo złe, ile łatwo ulegają zepsuciu; tak więc w swoich prymitywnych umysłach łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego, bo same często uciekają się do małych kłamstewek w drobnych sprawach, ale wstydziłyby się posługiwać wielkim kłamstwem. Taka nieprawda nigdy by im nie przyszła na myśl i nie uwierzą, że ktoś inny miałby czelność haniebnie przekręcać prawdę… Najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.

Przede wszystkim zaś nigdy nie wahać się, nigdy nie łagodzić tego, co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować przeciwnej stronie, wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach. To jest

pierwszy warunek, którego należy się trzymać w każdego rodzaju propagandzie: systematyczna, jednoznaczna postawa wobec każdego problemu, z którym się ma do czynienia… Kiedy ludzie zobaczą bezkompromisowy, zaciekły atak na przeciwnika, zawsze przyjmą to za dowód, ze racja leży po stronie atakującego, ale jeżeli atakujący zatrzyma się w pół drogi i nie doprowadzi zwycięstwa do końca… przyjmą za dowód, że nie jest on pewny swojej racji.

Propaganda nie ograniczała się tylko do słowa mówionego. Były jeszcze afisze, zawsze czerwone, w rewolucyjnym kolorze, wybranym po to, by prowokować lewicę; swastyka i flagi, z ich czarnym Hakenkreuzem w białym kole na czerwonym tle – wzór, do którego Hitler przywiązywał jak największą wagę; postawa na baczność, mundury i hierarchia partyjna. Od socjaldemokratów Hitler wziął jeszcze pomysł masówek i demonstracji. Głównym celem takich masówek było wywołanie wrażenia siły, przynależności do ruchu, który musi doprowadzić do sukcesu. Hitler odkrył tutaj pewną psychologiczną prawdę, która później w historii ruchu nazistowskiego odegrała wielką role: że gwałt i terror mają własną wartość propagandową i że manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające, jak i odpychające.

To tyle Bullock i jego cytaty z Hitlera. A więc masówki i demonstracje miały wywoływać wrażenie siły. A czy te „szpitale” organizowane na stadionach, czy one nie są ich odpowiednikami? To też masówki, tyle że trochę inne. One mają wywołać wrażenie grozy. Parę dni temu pokazano zdjęcie kilku pacjentów, których umieszczono w pomieszczeniu postojowym karetek, bo w szpitalu zabrakło miejsca, ale nie pokazano wnętrza tego szpitala z jego „zatłoczonymi” salami. Tak właśnie działa ta propaganda i ma bardzo wiele wspólnego z nazistowską, co nie powinno dziwić, bo to chyba ci sami, którzy zaopiekowali się Hitlerem, organizują nam to piekiełko.

Ale po co ta cała hucpa z „pandemią”? – Bo jest nas za dużo i Ziemia „nie wyrabia”. Tak orzekli wielcy tego świata i szlus! W języku oryginału pisze się Schluss i znaczy to – koniec. Wyjaśniam, bo mam świadomość, że obecnie „Englisch über alles”. Orzekli, że jest nas za dużo, ale jakoś dziwnym trafem nie przeszkadza im masowa produkcja, która bardziej dewastuje środowisko naturalne i pożera surowce, które występują w ograniczonej ilości, bo zasoby Ziemi nie są nieskończone. I nie jest grzechem masowa produkcja, tylko masowa tandetna produkcja, która z założenia produkuje buble, których okres używania jest krótki, i która wymaga ciągłego odnawiania. To jest biznes dla producentów i handlu, ale czy dla klienta?

Wybrano model globalizacji, który zniszczył nie tylko środowisko naturalne i jego zasoby, ale też mnóstwo zawodów, takich jak choćby krawiec, szewc, zegarmistrz, masarz i wiele innych. No właśnie! Piszę – masarz, a edytor tekstu podkreśla mi to słowo, znaczy że piszę z błędem, bo powinienem napisać – masaż. Skoro nie ma zawodu masarz, to i nie ma takiego słowa. Jest tylko masaż i masażysta – specjalista od robienia masaży, a specjalisty od robienia wędlin nie ma. Z tymi słowami jest też inny problem, bo coraz częściej pojawiają się takie – zapożyczone z angielskiego. Nie tak dawno temu trafiłem na vlog, co, jak się domyślam, znaczy videoblog, czyli film, którego tytuł brzmiał: Przygoda z dwiema Persjankami. – O! I tego słowa edytor nie podkreśla. Te Persjanki to kalka z angielskiego. Po angielsku jest – „Persian”, co znaczy – Pers, Persjanka; tak to tłumaczą słowniki internetowe i tak to tłumaczy słownik angielsko-polski Stanisławskiego. Ale Słownik Poprawnej Polszczyzny nie pozostawia wątpliwości: Pers, Persyjka. – Jak to ładnie brzmi! Nieprawdaż? Tak z ciekawości zajrzałem do słownika niemiecko-polskiego i tam znalazłem: Perser – Pers, Perserin – Persyjka. Polski i niemiecki rozróżnia płcie, angielski, w tym wypadku – nie, ale – Englisch über alles, nic nie poradzimy. Na otarcie łez pozostaje mi tylko stwierdzenie, że mój edytor tekstu nie podkreśla słowa “Persyjka”. Dobre i tyle!

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku, a ten wątek, to – po co ta hucpa? – Za dużo ludzi na Ziemi. Pomysł z tym przeludnieniem jest stary jak świat, no, może nie tak stary, ale pojawił się w końcu XVIII wieku za sprawą Thomasa Roberta Malthusa (1766-1834). Był to angielski ekonomista i duchowny anglikański. Był twórcą teorii przeludnienia opublikowanej w 1798 roku. Według niego, skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w – arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. Pisał: epidemie, zarazy, pomory (…) przyniosą tysiące i dziesiątki tysięcy ofiar. Jeśli nie przyniesie to skutku, gigantyczna nieunikniona plaga głodu (…) jednym potężnym uderzeniem wyrówna poziom ludności z poziomem żywności.

Dziś wiemy, że to się nie sprawdziło. Postęp techniczny i wzrost wydajności w rolnictwie pozwolił uniknąć tego scenariusza. Ale skąd u niego taki pomysł? Malthus żył w latach intensywnego przyrostu naturalnego białej rasy. Pod koniec XVIII wieku Berlin liczył 20 tys. mieszkańców. Na początku XX wieku – już 2 miliony. W tamtym czasie przyrost naturalny w Niemczech był bardzo wysoki i stąd „Drang nach Osten”. Ale i w innych krajach był wysoki; w Królestwie Polskim, w Rosji i w innych. Wyjątkiem była Francja. Jeszcze chyba w czasie rewolucji francuskiej była ona najludniejszym krajem w Europie, a już pod koniec XIX wieku notowała ujemny przyrost naturalny, podczas gdy inne kraje „rosły w siłę”. I właśnie dlatego parlamentarzyści francuscy zastanawiali się nad tym, jak zachęcić Francuzów do rozmnażania się, bo u sąsiada za miedzą ludzi przybywa. Ten problem opisywał w „Kronikach Tygodniowych” Prus, który stwierdził, że jest coś takiego jak siła populacji. Jeśli jest ona silna, to mamy do czynienia z dużym przyrostem naturalnym, gdy słabnie jest odwrotnie.

Malthus popełnił błąd metodologiczny. Inna sprawa czy zrobił to świadomie. Prawdopodobnie był masonem i dobrze wiedział po co tworzy taką teorię. Założył, że ten wzrost liczby ludności będzie stały i tak szybki, jak on to obserwował. Za jego życia tak było, co nie znaczy, że zawsze tak musi być. Dziś wiemy, że biała rasa raczej się zwija. Ostatnim razem odbudowała się po II wojnie światowej, ale od lat 60-tych słabnie. Natomiast rasa żółta i czarna od tych lat 60-tych kwitnie.

To zapewne stało się przyczyną powstania prądu zwanego neomaltuzjanizmem. Nawiązywał on do teorii Malthusa. W 1968 roku w książce The Population Bomb Paul R. Ehrlich opisał scenariusze oparte na założeniach zbliżonych do oryginalnej teorii Malthusa. Według jego prognozy w ciągu około 15 lat od publikacji książki miało dojść do ogólnoświatowej katastrofy demograficznej połączonej z klęską głodu. Ehrlich proponował wprowadzenie szerokiej kontroli urodzeń, rozważając różne możliwości sterylizacji oraz ograniczenie przyrostu naturalnego za pomocą środków fiskalnych. Minęło 15 lat i nic z tego, co on prognozował, nie sprawdziło się.

Na wyczerpaniu surowców naturalnych skupia się książka Granice wzrostu wydana w 1972 roku przez Klub Rzymski, przewidująca wyczerpanie zdolności Ziemi do utrzymania prognozowanej liczby ludności świata w ciągu około 100 lat. Jako środek pozwalający na ograniczenie eksplozji demograficznej i nieracjonalnego zużycia surowców postulowano kontrolę urodzin, ograniczenie liczebności rodzin oraz środki fiskalne. – Tak to opisuje Wikipedia, ale ja nie widzę sensu w tym opisie. Co to znaczy nieracjonalne zużycie surowców? Skoro jest więcej ludzi, to musi być ich większe zużycie.

Z tych niespójnych teorii jasno wynika, że chodzi o redukcję liczby ludności i nic więcej. Surowce naturalne wyczerpują się zbyt szybko nie dlatego, że ludzi jest za dużo, bo ludzie ich nie jedzą, tylko dlatego, że produkcja jest nastawiona na wytwarzanie przedmiotów szybko zużywających się. To powoduje, że trzeba produkować ich coraz więcej, a do tego trzeba coraz więcej surowców. Żywność jest produktem odnawialnym. Produkcja roślinna potrzebuje nie tylko gleby, ale i energii słonecznej. Na tej samej glebie można co roku zbierać plony, a energia słoneczna jest, z naszego punktu widzenia, niewyczerpalna.

Zanim człowiek wynalazł rolnictwo, to trudnił się łowiectwem i zbieractwem. Jedno i drugie wymaga wielkich przestrzeni, a więc i małej gęstości zaludnienia. Obie czynności wymagają zaangażowania i czasu. Nie tak łatwo upolować jakąś zwierzynę, a i zbieractwo absorbuje. Cała aktywność człowieka sprowadza się do zdobycia żywności. W takiej rzeczywistości nie ma miejsca na internetowe pogaduszki. O spotkaniach w knajpach, pubach i innych tego typu przybytkach nie wspominam, bo to już jest historia. Skoro człowiek nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o polowaniu i zbieractwie, to zrozumiałe, że nie było rozwoju. Dopiero gdy pojawiła się obfitość żywności, za sprawą rolnictwa, to większość ludzi mogła zająć się czymś innym. I to coś innego powodowało to, co my nazywamy rozwojem.

Malthus twierdził, że przyczyną tak gwałtownego wzrostu populacji jest niepohamowany pociąg seksualny. Ale ten niepohamowany pociąg istniał, gdy ludzie trudnili się łowiectwem i zbieractwem i później. Jednak nie powodował on tak gwałtownego przyrostu naturalnego. Co więc było jego przyczyną w Anglii, gdzie on go obserwował i w Niemczech? We Francji było inaczej. Czy za sprawą rewolucji francuskiej?

W latach 60-tych miała miejsce tzw. zielona rewolucja, której celem było unowocześnienie rolnictwa w krajach, zwanych wtedy, krajami Trzeciego Świata, a co za tym idzie, likwidacja głodu. I w jej wyniku nastąpiła ta eksplozja demograficzna. Czy faktycznie z tego powodu? Nadal w Afryce jest wiele krajów, w których ludzie doświadczają głodu, a pomimo tego przyrost naturalny jest wysoki. Inna sprawa, że wiele dzieci umiera.

Malthus uważał, że problem przeludnienia rozwiąże sama natura. Neomaltuzjanizm poszedł o krok dalej. Uznał, że potrzebna jest ingerencja człowieka i zaproponował kontrolę urodzeń, sterylizacje i środki fiskalne. Jak to ładnie nazwano – środki fiskalne, czyli, masz dużo dzieci, płacisz większe podatki. A obecnie u nas mamy dokładnie odwrotną sytuację – 500+. Rząd płaci za posiadanie większej ilości dzieci, a rząd światowy dąży do redukcji ludności świata. Dom wariatów? Na COVID umierają ludzie starzy. Tak wynikało z danych rządowych. Teraz już nie podają wieku zmarłych. Tak więc ludzie starzy umierają nie ze starości, tylko z powodu „pandemii”, więc chrońmy seniorów – tak pier… premier a za nim reszta. Niech nie wychodzą z domu. To co? Niech zdychają w domach, tak? Nie dla nich poranne i wieczorne mgły, nie dla nich „nieśmiertelnik, żółty październik”. Dom jest schronieniem, ale nie więzieniem. Tu nie ma wątpliwości – pierwsi do „odstrzału” są starzy ludzie. Są niepotrzebni: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to też neomaltuzjanizm, tyle że w najnowocześniejszej odsłonie. – Ludzi jest za dużo i nie będziemy czekać na wojny, kataklizmy i inne plagi, które zredukują liczbę ludności. Nie będziemy też bawić się w kontrolę urodzin, sterylizację i środki fiskalne. Zaczniemy ich zabijać, ale nie tak po chamsku, strzałem w potylicę, ale bardziej „subtelnie”, powoli, na raty, tak by nie zorientowali się, że są zabijani. W tym celu wymyślimy pandemię i pod jej pretekstem zalegalizujemy prawa takie, jakie będziemy chcieli. Działanie jest kompleksowe i polega na niszczeniu:

  • państwa
  • gospodarki
  • więzów społecznych
  • osobowości człowieka
  • tradycji

Niszczenie państwa polega na odebraniu mu suwerenności. Wszystkie państwa działają podobnie, zgodnie z pewnym scenariuszem, co dowodzi istnienia rządu światowego. Wszystkie restrykcje wprowadzane są niezgodnie z konstytucją, co dowodzi, że prawo nie jest przestrzegane. Jednym z filarów państwa jest jego system prawny, a jego niszczenie, to niszczenie państwa.

Niszczenie gospodarki jest ewidentne. Sprowadza się ono do likwidacji małych i średnich firm, których właścicielami są niezależni ludzie. Z pracownikami zatrudnionymi na etatach czy w korporacjach rząd poradzi sobie szybko. Niszczony jest też pieniądz. Czas likwidacji gotówki jest bliski, a wraz z nią zniknie własność prywatna. Rząd na potęgę kreuje pieniądze bez pokrycia. Na walkę z „pandemią” nie żałuje ich. Jest też gotowy hojnie wynagradzać lekarzy, dając im bardzo wysokie podwyżki. Wie, że już niedługo te pieniądze nie będą nic warte, a lekarze obudzą się z ręką w nocniku, gdy zobaczą, że ich elektroniczne konta są zablokowane lub zezwalające na wypłaty niewielkich kwot.

Ograniczenia w przemieszczaniu się, tzw. dystans społeczny, zamykanie tych wszystkich miejsc, w których ludzie mogli spotykać się ze sobą i wymieniać informacje, zamykanie ich w domach – to wszystko prowadzi do zerwania więzów społecznych, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju psychicznego każdej jednostki.

Maski przed niczym nie chronią. Rządzący dobrze o tym wiedzą, a mimo to upierają się przy obowiązku ich noszenia. One zmieniają naszą osobowość: jak w masce uśmiechnąć się do drugiego człowieka? W maskach wszyscy wyglądamy podobnie i przypominamy małpy, a nie ludzi. I o to chodzi, żebyśmy stawali się anonimowi, traktowali innych jako zagrożenie dla naszego zdrowia. To jest proces, to nie stanie się tak od razu, ale gdy zostaniemy z nimi jeszcze przez rok czy dwa, to nawet nie zorientujemy się, w którym momencie staniemy się już kimś innym, niż dotychczas byliśmy. Ale maski nie tylko zmieniają naszą osobowość, one też wpływają negatywnie na nasze zdrowie, bo z ciągłego wdychania wydychanego powietrza nic dobrego nie może wyniknąć. Jednym słowem – zabierają nam nasze podstawowe prawa, prawo do oddychania świeżym powietrzem i prawo do bycia człowiekiem.

Niszczenie tradycji polega na m.in. na zabranianiu nam możliwości obchodzenia świąt, tak jak to czyniliśmy dotychczas. Zamknięcie cmentarzy na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny jest tego najlepszym dowodem. Na cmentarz nie wolno pójść, ale wielotysięczne manifestacje w wielu miastach mogą się odbywać. I jakoś w tym wypadku rząd jest “bezradny”, a policja bierna. Na manifestacjach wirusa nie ma, a na cmentarzach jest.

Wszystko to jest robione stopniowo, powoli i łagodnie. Zmiany w naszych nawykach wpłyną na naszą podświadomość, a ta na nasze zachowanie. Gdy już nas zmienią, to będą mogli zrobić z nami wszystko, co zechcą. Jak zechcą, to nas uśmiercą, a jak nie zechcą, to łaskawie pozwolą nam żyć. I po to jest ta cała „pandemia”. Sam projekt jest oczywiście projektem satanistycznym. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znalazła się grupa ludzi, która chce zastąpić Boga, jak chcą jedni, czy naturę, jak chcą inni i decydować o tym, czy jest nas za dużo, czy może w sam raz.

Żarty się kończą. Słowacja, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła obowiązkowe dla wszystkich obywateli testy na obecność koronawirusa. Bandytyzm i terroryzm w “majestacie” prawa. Człowiek przestaje być panem własnego ciała i o tym, czy jest zdrowy czy zakażony, nie on będzie decydował na podstawie własnego samopoczucia. Jeśli test wykaże mu zakażenie, to zostanie skierowany na “leczenie”. A tam już wszystko będzie można z nim zrobić.