Antypolskie powstania

Antypolskie powstania – kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe i warszawskie – zawsze przynosiły nam straty materialne i ludzkie, a żadnych korzyści. Jeśli jednak ktoś traci, to korzysta ktoś inny. O powstaniu warszawskim pisałem w innym miejscu, więc je pominę. Któż więc korzystał na tych powstaniach? Każde z nich wypada prześledzić z osobna, bo też każde odbywało się w odmiennych warunkach.

Po obaleniu Konstytucji 3 maja część wspierających ją emigrantów osiadła w Lipsku, w którym to powstał Komitet Emigracyjny. W jego skład wchodzili m.in. Ignacy Działyński (nazwisko wymienione przez Graetza – „Historia Żydów” – jako frankistowskie), Eliasz D’Aloe, dygnitarz masoński i płatny szpieg rosyjski, Andrzej Kapostas, reprezentujący wpływy judaizmu w ówczesnym wolnomularstwie polskim. Twórcą tego Komitetu był Marie Louis Descorches, francuski dyplomata, przebywający w Rzeczypospolitej od lipca 1791 do października 1792 roku. Był zwolennikiem rewolucji francuskiej i popierał jakobinów. I Komitet ten wysyła Kościuszkę na początku 1793 roku do Paryża. Proponuje on wysadzenie wojsk rewolucyjnej Francji na wybrzeżu Morza Czarnego, by związać Rosję. Jednak trafia na zły moment, na klęskę wojsk rewolucyjnych nad Renem, na tendencje pokojowe Robespierre’a i tajne układy francusko-pruskie. Niemniej jednak rewolucyjna Francja pragnie odciążenia poprzez wybuch rewolucji w Polsce i nie skąpi pieniędzy na powstanie brata-masona Kościuszki. Konwent paryski hojnie finansował rewolucję nad Wisłą. Skarbnik Rewolucji przyznawał w swoich przemówieniach, że pomoc dla braci w Warszawie kosztowała Francję 60 milionów. Rewolucja w Polsce oznaczała dla Francji związanie wojsk Austrii, Prus i Rosji, co skutkowałoby uratowaniem rewolucji francuskiej.

Sam Kościuszko głosił w swoich odezwach hasła Rewolucji i lóż wolnomularskich: wolność, równość, braterstwo. I jak ona, obiecywał Żydom wszelkie prawa obywatelskie i polityczne. Powstał nawet oddział żydowski pod wodzą Berka Joselewicza. Pewnie wzorował się na Żydach, którzy służyli we francuskiej gwardii narodowej.

Omawiając insurekcję kościuszkowską nie sposób pominąć frankistów. Podczas sejmu czteroletniego posłami byli: Szymanowscy, Orłowscy, Jasińscy, Józefowicze-Hlebiccy (wywodzący się od Michela Ezefowicza), Wojciech Turski i wielu innych. Byli to ludzie bardzo bogaci i zajmujący wysokie stanowiska. Szlachta frankistowska obsadziła wszystkie stronnictwa sejmowe. Była ona w stronnictwie patriotycznym, wśród radykałów, głoszących hasła rewolucji francuskiej i w partii magnackiej. Jej celem było podtrzymywanie różnic pomiędzy walczącymi stronnictwami, co dezorientowało szlachtę polską i odwracało od nich, tj. od frankistów, uwagę rdzennie polskiego społeczeństwa. Aż chciałoby się wykrzyknąć: przecież dziś jest tak samo! Dlatego, żeby zrozumieć naszą teraźniejszość, trzeba poznać naszą historię i historię naszych współlokatorów, z którymi dzielimy tę ziemię. Jest ich więcej niż wielu się wydaje i zajmują kluczowe stanowiska w kraju.

Gdy stronnictwo patriotyczne, korzystając z nieobecności znacznej liczby posłów opozycji, którzy nie zdążyli wrócić ze świąt Wielkanocnych, uchwaliło Konstytucję 3 maja, wielu neofitów stanęło w szeregu zaciekłych zwolenników dawnych swobód szlacheckich. Wśród wybitnych działaczy konfederacji targowickiej znajdowali się Pawłowscy, Piotrowscy, Majewscy, Wincenty Józefowicz-Hlebicki, Jasiński i Orłowski. Oni to za plecami ograniczonych magnatów doprowadzili do zbrojnej interwencji rosyjskiej i jednocześnie do wielkiego rozczarowania społeczeństwa, które zaczęło szukać winnych tego nieszczęścia.

Ten moment, moment rozgoryczenia, wykorzystują frankiści działający wśród radykałów. Na rozkaz dany z góry, tysiące kryptożydów rozpoczęło agitację przeciwko przywódcom Targowicy. I w taki sposób nazwiska Potockich, Branickich, Rzewuskich i Kossakowskich stały się symbolem zdrajców ojczyzny. I takimi są do dziś. O frankistowskiej szlachcie, która popierała Targowicę i agitowała za Rosją, i przez którą była sowicie opłacana, nie wspominano i nie wspomina się. Chyba nie przez przypadek? Pod koniec kwietnia 1789 roku Frank mówił do swoich uczniów: „Nie obawiajcie się, lubo będzie rozruch między nimi i wszyscy panowie drżeć będą, nie obawiajcie się ani ich, ani rozruchu, tylko czyńcie, co wam każę” (Kraushar – Frank i Frankiści).

„Redukcja wojska koronnego i litewskiego spowodowała wybuch powstania. Powodzenie Tadeusza Kościuszki w bitwie pod Racławicami przyśpieszyło wypędzenie Moskali z Warszawy. Dnia 18 kwietnia stolica byłą wolna. Władze powstańcze rozpoczęły swe rządy od zapewnienia miastu spokoju wewnętrznego. Nie spodobało się to polskim radykałom, na których czoło wysunął się w owym czasie Jan Dembowski, bliski krewny Franciszka ‘Jemerdskiego’ Dembowskiego (Jeruchama), jednego z najbardziej zaufanych chachama Franka. Za jego pośrednictwem ‘polityczny mesjasz upadającej Polski’ ustalił jak gdyby termin rozpoczęcia walki zbrojnej. Jan Dembowski bowiem przyjechał na początku marca 1794 roku do Drezna z oświadczeniem, że wojsko dłużej nie będzie czekać na Kościuszkę i samo rozpocznie powstanie.

Dembowski, o którym pisze Tokarz (‘Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 r.’), że ‘był zawsze dobrze poinformowany, co Moskale poczynać zamierzali’, widząc, iż tłumiona przez Targowicę nienawiść mas do sprawców nieszczęść wezbrała, zaczął wraz z zaufanymi głosić hasła rewolucji francuskiej. Zachęta do terroryzmu znalazła wśród znękanego ludu stolicy echo przychylne. Przy sypaniu okopów, na rogach ulic i placach rozogniano umysły przeciwko zdrajcom. Zaprawiony do tej roboty, bierze Dembowski czynny udział w szerzeniu fermentu i podniecaniu rzemieślników Starego Miasta, których przychylność starał się pozyskać. Wielce mu byli pomocni m.in. Józef Piotrowski, były podchorąży gwardii pieszej, osobnik karany za kradzież i dezercję i Jasińscy spokrewnieni z Józefem Muszyńskim, sądzonym za szpiegostwo. Wysyłani na ulicę przez Dembowskiego agitatorzy szerzyli bezustannie ferment, podniecając tłumy okrzykami: ‘Ojczyzna chce kary na zdrajców’, ‘niech żyje rewolucja’. Z agentami Dembowskiego współdziałały masy nowochrzczeńców, zamieszkujące Warszawę. Na próżno władze nakazały zamknięcie wszystkich szynków, utrzymywanych przez frankistów, w których raczono bezpłatnie pospólstwo wódką i podjudzano przeciwko szlachcie.

Majowe i czerwcowe orgie w stolicy odwróciły uwagę społeczeństwa polskiego od dwuznacznego zachowania się frankistów. Przypominały one wrześniowe mordy 1792 r. we Francji. Tłum złożony w znacznej mierze z przestępców zawodowych podburzany przez Dembowskiego, będącego za pośrednictwem Eliasza D’Aloe w stałym kontakcie z Moskalami, Bartłomieja i Dominika Jasińskich, Nowickiego i innych, mordował bez zachowania jakichkolwiek form sądowych; łączył posądzonych lub niewinnych z winnymi, rabując zarazem wieszanych. Gdy motłoch zajęty był budowaniem szubienic, Dembowski, który wskazywał odpowiednie według niego miejsca, kazał jedną wznieść na ulicy Senatorskiej przed prymasowskim pałacem; miał w tym swój cel. Józef Piotrowski zaś, mianujący się wodzem pospólstwa, na koniu i w mundurze, co upewniało wszystkich, że ma za sobą poparcie wojska, prowadził wzburzony tłum do pałacu Brühlowskiego dla mordowania przebywających tam więźniów”. – Stanisław Didier Rola neofitów w dziejach Polski.

Powstanie trwało od połowy marca 1794 do połowy listopada 1794 roku. Zakończyło się klęską. Na Syberię zesłano 20 000 powstańców. Ziemie skonfiskowane uczestnikom powstania zostały nadane generałom rosyjskim w nagrodę za jego stłumienie. Największą stratę poniosła polska kultura. Biblioteka Załuskich licząca 400 tysięcy tomów, 20 tysięcy rękopisów i 40 tysięcy rycin dostała się w ręce Rosjan. W trakcie transportu do Petersburga uległo zniszczeniu 140 tysięcy tomów, 9 tysięcy rękopisów 15 500 rycin.

Jakby mało było tych nieszczęść, frankiści podburzali włościan przeciwko szlachcie. Przygotowywali kolejne powstanie. Nic z tego nie wyszło. Postanowili więc zaopiekować się ocalałą po 1794 roku młodzieżą szlachecką i skupić ją w organizacjach wolnomularskich, w których odgrywali niepoślednią rolę. Polskie społeczeństwo i duchowieństwo nie opierało się zbytnio masonerii. Polacy masowo wstępowali do wolnomularstwa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wkrótce znalazły się tam najwybitniejsze jednostki z wojska, polityki i nauki.

Upadek powstania skończył się w efekcie trzecim rozbiorem a to oznaczało, że do Warszawy przybyli pruscy urzędnicy a wraz z nimi zamożni niemieccy Żydzi neofici. Tak wzmocnieni frankiści zdobywali w kraju coraz większe wpływy. W trzecim pokoleniu dostarczyli oni krajowi licznych prawników, uczonych, artystów. A na kierowniczych stanowiskach w polskim wolnomularstwie widzimy: Szymanowskich, Krysińskich, Majewskich, Krzyżanowskich, Lewińskich, Piotrowskich. Było ono w Królestwie Kongresowym bardzo rozbudowane i szeroko rozgałęzione. Ich członków liczono w tysiącach, co oznaczało, że polskie społeczeństwo było głęboko spenetrowane.

Pozostaje jeszcze do oceny aspekt gospodarczy, o którym Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela” pisze tak:

„Po rozbiorach położenie gospodarcze żydów polskich poprawiło się od razu; popierają ich rządy pruskie, oszczędzają austriackie; Rosja pozwala im docierać w charakterze kupców do swych wewnętrznych guberni. Równocześnie z rozwojem teorii ekonomicznych fizjokratów, z narodzinami liberalizmu ekonomicznego otwierają się warunki do swobodnego handlu międzynarodowego. Fizjokraci twierdzą, że czysty dochód daje tylko rolnictwo i spychają nań cały ciężar podatków, oswobadzając przemysł i handel. Torujący sobie drogę liberalizm odrzuca cła wygórowane i otwiera granice dla przywozu i wywozu towarów. Z tego wszystkiego korzystają żydzi, zaś na terenie dawnej Rzeczypospolitej poczyna się im uśmiechać pomyślność gospodarcza. Wychodzi od razu na jaw, że zniszczenie państwa polskiego było naturalnym skutkiem żydowskiego skupienia się na tych ziemiach, koniecznym warunkiem przetrwania mas żydowskich”.

xxx

Insurekcja kościuszkowska przyniosła polskiemu społeczeństwu same straty i doprowadziła do trzeciego rozbioru oraz wymazania Polski z mapy Europy. Zyskiwali Żydzi i frankiści, Polacy tracili. Było to więc powstanie antypolskie.

Podobnie było w przypadku powstania listopadowego. Sekwencja wydarzeń jest następująca:

  • w lipcu i sierpniu 1830 roku wybuchły zwycięskie rewolucje we Francji i Belgii, które doprowadziły do podważenia Świętego Przymierza, w skład którego wchodziły Prusy, Austria i Rosja a później też Francja.
  • 17 października cesarz rozkazał przygotowanie mobilizacji alarmowej wojska polskiego i rosyjskiego.
  • 21 października ks. Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki otrzymał polecenie przygotowania finansów Kongresówki na wypadek wojny.
  • 24 listopada Kongres Narodowy w Brukseli zdetronizował króla Niderlandów i ogłosił niepodległość Belgii.
  • 23 listopada ostrzeżono członków spisku o ich dekonspiracji i mających nastąpić aresztowaniach. To zadecydowało o przyspieszeniu wybuchu powstania.

I znowu, tak jak w przypadku insurekcji, mamy wątek francuski. A i frankistowski się znajdzie. Były dwa stronnictwa: umiarkowane i radykalne. Ci pierwsi uważali rewolucję za zgubną dla kraju, drudzy – wprost przeciwnie! Uważali, że naszedł właściwy moment i rozpoczęli kampanię wśród spiskującej młodzieży, nawołującą do walki zbrojnej. Głównymi agitatorami byli: Józef Zaliwski podporucznik I pułku piechoty i Józefat Bolesław Ostrowski, tak zwany Ibuś, Żyd z pochodzenia.

Ugrupowania skrajne utworzyły Klub Patriotyczny. I jak to „patrioci”, rozpoczęli zgubną dla kraju działalność. W ich szeregach było wielu neofitów takich jak Jan Czyński, Tadeusz Krępowicki, Jan Majewski, Krzyżanowski, kapitan Majzner i inni. Celem „patriotów” była rewolucja społeczna. Nienawidzili oni szlachty. Dążyli do utworzenia najwyższej władzy w postaci gminy rewolucyjnej, a nawet komuny rewolucyjnej.

Rozpowszechniali oni przeróżne plotki, a to, że w Petersburgu wybuchła rewolucja, że Mikołaj zginął, że Francja wypowiedziała wojnę Prusom, że powstało W. ks. Poznańskie, Litwa, Wołyń, Podole, Ukraina, że Austriacy mają wkroczyć. Dążyli do zerwania wszelkich rozmów Rządu z carewiczem Konstantym. Po wiecu, który odbył się 3 grudnia, wysłano delegację do Rady Administracyjnej (rządu) z żądaniem natychmiastowego rozpoczęcia walki z wrogiem. Ukrytym celem tych ataków był Chłopicki, który zwalczał Klub Patriotyczny. Nie dążył on do zbrojnej konfrontacji z Rosją. Wprost przeciwnie, uważał, że nie należy bezsensownie przelewać krwi. W rozmowie z Czartoryskim powiedział: „Nie mam innych widoków, nadziei i zamiarów, jak tylko Kongresowe Królestwo w całości utrzymać, ale utrzymać z całą niepodległością, jaką mu traktaty i konstytucje zawarowały. Będę żądał, aby odtąd konstytucja nie była martwą literą, ale w całej świętości zachowana została. Będę domagać się, aby wojska rosyjskie w Królestwie nie konsystowały, bo to da większe znamię i gwarancję naszej niepodległości. Tego wszystkiego żądam i otrzymać muszę”.

Jego największymi przeciwnikami byli Czyński, Krępowicki, Wojciech Kazimierski, J. B. Ostrowski, Jasiński, Krysiński, Wołowski. W „Nowej Polsce”, której redaktorami byli Kazimierski i Ostrowski, Dominik Krysiński, profesor uniwersytetu i poseł na sejm, pisał o dyktaturze Chłopickiego, że „Europa zrozumie ją, jako przygotowanie do pogromu Żydów”. Żądał też on, by ministrowie byli mianowani przez sejm, a nie przez rząd. W takim przypadku dyktator byłby marionetką.

Chłopicki miał poparcie młodzieży akademickiej i armii. Było to sporym zaskoczeniem dla kryptożydów. Na jednym z posiedzeń sejmu, którego skład był już wcześniej odpowiednio przygotowany, Franciszek Wołowski (frankista) tak zakończył swoje przemówienie: „Dziś jeszcze w obliczu Europy wyrzeczmy, że Mikołaj I przestał nad nami panować”. Następnie sejm przyjął jego wniosek o uchylenie wszystkich artykułów konstytucji Królestwa, które, po ogłoszeniu detronizacji cara, były w sprzeczności z nowym porządkiem rzeczy. Wniosek ten poparli Krasiński, Czyński, Krępowicki i inni frankiści.

W takim stanie rzeczy Chłopicki stwierdził, że uchwała sejmu utrudnia mu prowadzenie rozmów z Rosją i zrzekł się w styczniu 1831 roku dyktatury. Jego zwolennicy nie dawali za wygraną i żądali wyjaśnień, czy go usunięto, czy może sam zrezygnował. Wątpliwości przyjaciół popularnego generała rozwiał neofita dr Wolff, który, jako jego dawny lekarz i przyjaciel, prosił ich, żeby byłemu dyktatorowi nie powierzali żadnych ważnych funkcji, gdyż dostaje on pomieszania zmysłów. Emanuel Wolff był generalnym sztab-medykiem wojsk Rzeczypospolitej Polskiej i późniejszym prezbiterem gminy kalwińskiej.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z książki Stanisława Didier „Rola neofitów w dziejach Polski” (pierwsze wydanie 1934r.). A jak na to patrzy Wikipedia?

17 stycznia, wobec fiaska rokowań z Mikołajem I, który zażądał bezwarunkowej kapitulacji powstańców gen. Chłopicki złożył dymisję. Radykalne Towarzystwo Patriotyczne kierowane przez Joachima Lelewela zdobyło wówczas decydujący głos w sejmie, który 25 stycznia 1831 r. na wniosek posła Romana Sołtyka podjął uchwałę o detronizacji Mikołaja I, co było równoznaczne z zerwaniem unii personalnej i aktem niepodległości Królestwa. Poseł Jan Ledóchowski wybiegł wtedy na środek sejmu i zawołał „Wyrzeknijmy więc wszyscy: nie ma Mikołaja!”. Adam Czartoryski podpisując ten dokument miał powiedzieć: „Zgubiliście Polskę”.W odpowiedzi bowiem granice Królestwa Polskiego przekroczyła 115 tys. armia rosyjska z 336 działami pod wodzą feldmarszałka Iwana Dybicza, który uzyskał od cesarza nieograniczoną władzę nad ośmioma województwami Królestwa Polskiego.

Wszystko inaczej! Z przekazu Wikipedii wynika, że Polacy to jacyś niedorozwinięci umysłowo osobnicy, wichrzyciele i buntownicy. Ten ma władzę, kto rządzi mediami, kto pisze historię, komu podlega edukacja.

I znowu wypada zadać sobie pytanie: kto zyskał, a kto stracił? Ten wywołał powstanie, kto zyskał. Ale jest jeszcze jedno pytanie: dlaczego Polacy byli i chyba nadal są naiwni? Otóż neofici od samego początku starali się docierać do zakładów wychowawczych, czyli mówiąc wprost – do szkół, by w nich odpowiednio urabiać młodzież. Zapewne starali się wmawiać jej, że patriotyzm jest wtedy, gdy się walczy za ojczyznę i za nią umiera, bez względu na to, czy ta walka ma sens, czy – nie. A czy dzisiaj jest inaczej. Wmawiają nam, że uczestnictwo w marszu niepodległości czy powstania warszawskiego to patriotyzm, co więcej, nawet obowiązek. Ja tak nie uważam. Powstanie warszawskie, podobnie jak te, o których piszę, były powstaniami antypolskimi, bo Polacy w nich tracili. Polskimi powstaniami było Powstanie Wielkopolskie i Powstania Śląskie.

A więc jakie to były straty? Dobrze opisuje to przywołany już wcześniej Stanisław Didier:

»Po upadku powstania listopadowego około 50.000 osób udało się na emigrację. Był to kwiat społeczeństwa polskiego. Ludzie zajmujący najwybitniejsze w kraju stanowiska, jak np. utalentowani pisarze, prawnicy, uczeni, doświadczeni oficerowie, wreszcie cała rzesza żołnierzy, uświadomionych oraz pełnych zapału do czynu i pracy, cały ten zasób talentów rozmaitego rodzaju, sił moralnych i fizycznych, był bezpowrotnie niemal dla kraju stracony. Ci ludzie, przeznaczeni z mocy swego uzdolnienia do odegrania pierwszorzędnej roli w życiu narodowym, wyrzuceni zostali siłą wypadków poza granice ziemi ojczystej. Polska zniszczona podczas wojny, opuszczona przez wojsko, sejm, rząd i wszystkich dotychczasowych swoich przewodników, zlana krwią, pokryta smutkiem, oddana została na łaskę i niełaskę wrogów. Mógł więc rząd rosyjski robić, co chciał.

(…) W samym Królestwie moskale skonfiskowali przeszło 400.000 morgów ziemi. Na Litwie, Ukrainie, Podolu i Wołyniu zabrano przeszło 3.322.075 morgów. Na Litwie i Rusi skonfiskowano majątki 2.889 obywatelom. W Królestwie Polskim – 2.625 obywatelom. Poza tym po 1839 r. (do 1856 r.) zabrano jeszcze szlachcie polskiej 551 majątków.

(…) Miejsce przerzedzonego rdzennie polskiego stanu kierowniczego (wojna i emigracja pochłonęły większość ludzi ze średnim i wyższym wykształceniem) zajęli, po powstaniu listopadowym, przede wszystkim wzrastający stale w liczbę i znaczenie, neofici żydowscy. W pierwszej połowie zeszłego stulecia, począwszy od 1825 roku, chrzcili się wszyscy urzędnicy żydowscy monopolu tytoniowego, metryka bowiem była im potrzebna do awansu. Sprzeniewierzali się także Staremu Zakonowi, ze względów praktycznych, lekarze i dentyści, zmuszeni do ciągłego ocierania się o ludność chrześcijańską, szczęśliwym misjonarzem była także miłość. Najlepszym tego dowodem była duża ilość ochrzczonych Żydówek, zaślubiających przeważnie dawniejszych neofitów. Miały one widocznie ustrzec wychrzczonych mężczyzn od łączenia się z aryjskimi niewiastami.

Przychylne ustosunkowania się możnych do neofitów przyczyniło się poważnie do wzrostu liczby pozornych chrześcijan. Od 1814 r. działało w Warszawie „Towarzystwo biblijne”, które miało na celu szerzenie chrześcijaństwa wśród Żydów.

Towarzystwu, zainicjowanemu przez Adama Czartoryskiego, sprzyjał zarówno rząd warszawski, jak i ministeria w Petersburgu. Trzymał Żydów do chrztu i ks. Józef Poniatowski z siostrzenicą Aleksandrą Potocką; cały ich legion trzymał minister Grabowski, syn króla Stanisława Augusta, z siostrą Izabelą Sobolewską. Grabowski posunął gorliwość chrześcijańską do tego stopnia, że nadał jednemu ze swoich synów chrzestnych, Lichtenbaumowi z Rawy, własne nazwisko. Księżna Joanna Łowicka nie odmawiała neofitom swej łaski. Najwięcej jednak chrześniaków posiadał Paskiewicz, który stawał sam w kościele, albo posyłał w swoim zastępstwie którego z wyższych urzędników. Czasami zapisały księgi kościelne nazwisko Paskiewicza, jako ojca chrzestnego, kilka razy tego samego dnia.

Neofici katoliccy, korzystając z prawa polskiego, które pozwalało nowochrzczeńcom (aż do r. 1850) zmieniać razem z chrztem nazwisko, przyjmowali prawie wszyscy nazwiska kończące się na „ski”. Neofici ewangeliccy zadowalali się przeważnie drobnymi zmianami w pisowni.

(…) Korzystając z naiwnego dążenia wnuków carowej Katarzyny do rusyfikowania Żydów przez narzucenie im wiary schizmatyckiej (po r. 1831 na obszarze W. Ks. Litewskiego obowiązywało prawo, że Żyd mógł być ochrzczony tylko w cerkwi), dochodzili tamtejsi nowochrzczeńcy do najwyższych stanowisk w kraju. Stworzyli nową warstwę ludności: pozornych Moskali pochodzenia żydowskiego, których liczbę w samym tylko Petersburgu za Mikołaja I historyk żydowski Schipper („Żydzi Królestwa Polskiego w dobie powstania listopadowego „) podaje na 8.000. Gotowi na wszelkiego rodzaju uciemiężenia i podłości, neofici rosyjscy starali się okazać największą gorliwość w uciskaniu Polaków. Wiedzieli oni dobrze, iż im więcej okazywać będą patriotycznego moskiewskiego apetytu, tym chętniej rozdzielać będzie rząd carski pomiędzy nich majątki gnębionej szlachty polskiej.

(…) Z wielką nienawiścią odnosili się najwpływowsi neofici rosyjscy do szlachty polskiej; tak np.: rozporządzeniem ministra skarbu Kankrina nakazano gubernatorowi podolskiemu, Łubianowskiemu, przesiedlenie 5,000 rodzin zaściankowej szlachty na Kaukaz. Na zesłanie skazani byli nie tylko biorący udział w powstaniu, ale i ci, którzy nie cieszyli się zaufaniem władz państwowych. Jakkolwiek rozkaz był dość wyraźny i mógł być stosowany dowolnie, jednak Rosjanin Łubianowski, ze względów humanitarnych, nie spieszył się z jego wykonaniem; żądał wyjaśnień od ministra, okazując ludzkość i pewne względy dla nieszczęśliwych. Dopiero ponowny rozkaz Kankrina (Żyd heski) zmusił Łubianowskiego do rozpoczęcia akcji przesiedleńczej. (…) Leopold Kornenberg zaś miał się wyrazić, według zapewnień Lesznowskiego, redaktora „Gazety Warszawskiej”, że „dopóty u nas nie będzie dobrze, dopóki ostatniego szlachcica polskiego nie wywiozą na Sybir”.«

x

Jakże odmienna jest psychika Żyda od psychiki Rosjanina, a pewnie i od psychiki Polaka. U Żyda, jeśli chodzi o goja, nie ma miejsca na współczucie i humanitarne podejście. Jest tylko nienawiść. Warto o tym pamiętać, gdy potępia się Rosjan za ich stosunek do Polaków. Prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich nieszczęść, gdyby tak wielu Żydów nie zajmowało eksponowanych stanowisk w rosyjskim wojsku i administracji centralnej. Nie byłoby też tych nieszczęsnych powstań, gdyby po drugiej stronie nie było ich jeszcze więcej niż po rosyjskiej. Zatruli więc nam Żydzi relacje z narodem rosyjskim. Szczuli Polaków na Rosjan, a Rosjan na Polaków i po obu stronach to oni pociągali za sznurki. I obecnie nie jest inaczej. Ich metody nie zmieniają się, tylko że trzeba je znać. Wycieranie sobie gęby patriotyzmem, nachalna dewocja, organizowanie idiotycznych marszów patriotycznych, to tylko niektóre z metod ogłupiania zdezorientowanych tłumów. I cały czas to wykorzystują, że podam tylko przykład Związku Patriotów Polskich w ZSRR w czasie II wojny światowej.

xxx

Po powstaniu listopadowym miała miejsce masowa emigracja, wśród której było wielu neofitów. Byli we wszystkich stowarzyszeniach polskich. Wśród członków Towarzystwa Demokratycznego decydującą rolę odgrywają tacy ludzie jak: Czyński, Jakubowski, Majzner, Krępowicki, Kwiatkowski, Kazimierski, Łaski, Beniowski, Behrens (podający się za Pawłowskiego), Michałowski, Maciejowski, Lubliner, Paprocki, Rotwand i inni. Zaciekle zwalczali oni stronnictwo konserwatywne, w którym brylowali były poseł Franciszek Wołowski i jego brat, ekonomista, Ludwik Wołowski. Byli oni współzałożycielami Towarzystwa Literackiego, organu obozu Czartoryskich, w którym prowadzili ożywioną działalność.

Była więc popowstaniowa emigracja infiltrowana i kontrolowana przez neofitów, których nazywano w tamtym czasie mechesami. A czy dziś jest inaczej z Polonią, szczególnie amerykańską? Tak naprawdę, to cała ta ich działalność emigracyjna sprowadzała się do organizowania spisków, wysyłania emisariuszy do kraju, by prowadzili tam działalność wywrotową wśród szlachty i włościan, do podburzania jednych przeciw drugim, do głoszenia haseł rewolucji socjalnej.

W kraju nie było lepiej. Jedyna polska gazeta – „Gazeta Warszawska” zamieściła szereg artykułów o kwestii żydowskiej, m.in. o wzroście ilościowym Żydów, o ludności uzależnionej od lichwiarzy, o tym, czym różni się spekulant od prawdziwego przemysłowca. Wywołały one ostrą reakcje ze strony środowiska żydowskiego. Rozpoczęła się planowa kampania przeciwko „Gazecie Warszawskiej”. Z pomocą przyszła prasa zagraniczna, uzależniona od kapitału międzynarodowego. W jednej z gazet rosyjskich nazwano redaktora Lesznowskiego niegodziwcem, który śmie obrażać Żydów. W sukurs przyszło też czasopismo „Nord” z Brukseli, „Breslauer Zeitung”, „L’Observateur Belge”. Lesznowski zamierzał też bronić się w krakowskim „Czasie”, ale redakcja odmówiła mu swoich łam, uzasadniając to tym, że zraziłaby do siebie całe wiedeńskie dziennikarstwo, będące w rękach Żydów.

Dopiero w 1859 roku wpływowe żydowskie koła warszawskie zdecydowały się na wydawanie własnego codziennego pisma politycznego. Kroneneberg, który był kierownikiem całego środowiska żydowskiego w kraju, kupił „Gazetę Codzienną”, która po pewnym czasie zaczęła wychodzić jako… „Gazeta Polska”. Znamy ten tytuł? Dziś też mamy „Gazetę Polską”. Jak oni lubią wycierać sobie gębę tą Polską! Głównymi jej współpracownikami byli neofici: Wołowski, Szymanowski, Chęciński, Kapliński. Najważniejszym celem tej gazety było rozpowszechnianie nowego poglądu na kwestię żydowską, w myśl którego najlepszym dla kraju będzie zasymilowanie Żydów.

Żydzi nie zapomnieli o polskiej młodzieży. Pojawiają się rozmaite kółka organizacyjne wśród studentów Petersburga, Kijowa i Warszawy. Prym w nich wiódł Karol Majewski sekretarz Leopolda Kronenberga. Przewodniczył tajnemu „komitetowi akademickiemu” i był w zarządzie konspiracyjnego „stowarzyszenia uczniów szkoły sztuk pięknych i młodzieży miejskiej”. Nie zaniedbano też starszego pokolenia. W 1859 roku powołano do życia komitet, w skład którego weszli: Jürgens, Henryk Wohl, Natansonowie, neofita adwokat Andrzej Wolf, frankista inż. Stanisław Jarmund i inni. Stał on się zawiązkiem organizacji Czerwonych, która parła do walki z Rosją. Nie przypadkiem chyba Kronenberg pisał w liście z dnia 18 I 1860 roku, że „sprawa żydowska nie jest najpierwszą i są inne daleko ważniejsze”. Zapewne tą najważniejszą było pchnięcie gojów do beznadziejnej walki z zaborcą. A przygotowaniem do niej miały być wielkie manifestacje, których reżyserami byli neofici pokroju Majewskiego.

Po przeciwnej stronie barykady był Andrzej Zamoyski, prezes „Towarzystwa Rolniczego”. On i ludzie skupieni wokół niego uważali, że drogą spisków nic się nie wywalczy. Dążenie do powstania uważał Zamoyski za zbrodnię, która zniweczy rezultaty pracy cichej, prowadzonej od 30 lat. Powstanie nie będzie w stanie zwyciężyć, a tylko pogorszy sytuację kraju. Taka postawa nie mogła oczywiście spodobać się Kronenebergowi. Podobnego zdania była grupa rosyjskich generałów, przeważnie niemieckiego pochodzenia. Przewodził im Kotzebue, który zwrócił uwagę namiestnika Gorczakowa na liczne tworzące się komitety i delegacje Towarzystwa oraz udział ich członków w rozmaitych konkursach i przedsięwzięciach rolnych. Gorczakow wysłał do Zamoyskiego zarządzenie zabraniające prowadzenia tego typu aktywności w terenie.

Po śmierci Paskiewicza namiestnikiem Królestwa został ks. Gorczakow, stary i pozbawiony energii. Na czoło pałacowej sitwy wysunął się neofita Juliusz Enoch. Człowiek układny, dowcipny, mówiący płynnie po francusku, niemal od razu tak zjednał sobie namiestnika, że nazwano go faktorem Gorczakowa. Dzięki niemu uzyskał Enoch wpływy i uznanie na dworze carskim. I wykorzystał je, gdy Rosjanie wpadli na pomysł, by uspokoić wzburzone nastroje w Królestwie poprzez powołanie wybitnego Polaka na jeden z naczelnych urzędów w kraju. I w tym momencie Enoch rzucił na szalę wszystkie swoje atuty i przekonał Gorczakowa, że Wielopolski będzie tym, który spacyfikuje kraj.

Wielopolski był bardzo zdolnym człowiekiem, ale jednocześnie bardzo wyniosłym, przez co niepopularnym w społeczeństwie. O wiele odpowiedniejszym kandydatem byłby Andrzej Zamoyski, cieszący się sympatią w narodzie. Nie miał on jednak poparcia wpływowych warszawskich Żydów, którzy prowadzili z nim potajemną walkę. Wielopolski był filosemitą. W trakcie swoich rządów sprzyjał Żydom, zatwierdzając wiele korzystnych dla nich ustaw. Rozwiązał „Towarzystwo Rolnicze” i pognębił tym samym Andrzeja Zamoyskiego. Spodziewał się wdzięczności ze strony tych, którym pomógł. A stało się zupełnie inaczej. Pisma zagraniczne zniesławiały go. „Gazeta Polska” raz wydawała się popierać go, a innym razem ostro go krytykowała, podważając jego autorytet w społeczeństwie. Nie mógł zrozumieć, że był tylko narzędziem do rozbicia umiarkowanego stronnictwa polskiego, a gdy zrobił swoje, stał się zbędnym dla tego środowiska. Odnoszę wrażenie, że współcześni filosemici nie zdają sobie sprawy z natury swoich panów.

Czerwoni parli do powstania, do którego wstępem miały być manifestacje. Znając religijność Polaków, starali się nadać tym manifestacjom charakter kościelny. Pierwszą taką okazją był pogrzeb generałowej Sowińskiej, w którym uczestniczyło kilka tysięcy ludzi. Żydzi stali się bardzo religijni. Nosili krzyże, śpiewali w kościołach „Boże coś Polskę” i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Te manifestacje oburzały klikę wojskową, której przewodził Kotzbue, a której celem było prowokowanie Polaków. W sukurs tym poczynaniom szli wyżsi urzędnicy pochodzenia żydowskiego, tacy jak szef tajnej policji warszawskiej Felkner czy gubernator grodzieński Szpeyer. Agitatorzy ze strony Czerwonych starali się wywoływać awantury uliczne, obrażali oficerów rosyjskich w miejscach publicznych itp. Czyli mamy po stronie „polskiej” prowokatorów, a po rosyjskiej kamarylę wojskową podobnej proweniencji, która tylko czekała na okazję do interwencji.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsze ofiary padły na ulicach stolicy w lutym 1861 roku. Od kul poległo pięciu Polaków. Wywołało to silne wzburzenie wśród mieszkańców Warszawy. Sytuację pogorszyło jeszcze rozwiązanie „Towarzystwa Rolniczego”. Wykorzystali to Czerwoni do przygotowania nowej manifestacji, która odbyła się w kwietniu. Dość licznie uczestniczyli w niej Żydzi. Zachowywali się bardzo hałaśliwie, prowokując wojsko rosyjskie. Dwustu zabitych i czterystu rannych – taki był bilans tej manifestacji i zaledwie trzy nazwiska żydowskie wśród poległych. Żydzi i frankiści prowokowali, a Polacy ginęli i tracili. Jeśli w jednym zdaniu miałbym scharakteryzować te trzy powstania, to tak bym to ujął.

x

»Stosunkowo łatwo udało się „mechesom” spopularyzowanie idei walki zbrojnej z Rosją wśród przedstawicieli zamożnych sfer polskich. Dzięki staraniom Jürgensa powstała na gruzach „Towarzystwa Rolniczego” organizacja nowa, na wpół tajna, którą dla jej umiarkowania przezwano „Białą”. Na czoło Białych wysunęli się w krótkim czasie: Leopold Kronenberg, którego podejrzewano, nie bez powodu zresztą, iż on to głównie przyczynił się do rozwiązania Tow. Roln., Karol Majewski, Jürgens, Aleksander Kurtz, wielki przyjaciel Enocha i Władysław Zamoyski. Dzięki zaagitowaniu przez Karola Majewskiego dwu zapalonych ziemian: Kołaczkowskiego i Siemieńskiego, do nowo założonej organizacji przystąpiła młodsza generacja ziemiaństwa, zdezorientowana po skasowaniu Tow. Roln. i idąca od tej pory na pasku nienawidzących jej „mechesów”. Mieli też powodzenie Biali wśród bogatego mieszczaństwa warszawskiego, przeważnie pochodzenia żydowskiego. Przywódcy Białych nawiązali ścisły kontakt z tzw. „Biurem Polskim”, które, powstawszy w 1860 r. mieściło się w „Hotelu Lambert”. Należeli do niego m. in. Ludwik Wołowski, Leon Kapliński i Julian Klaczko.

Zaabsorbowawszy uwagę społeczeństwa, grupującego się w poszczególnych organizacjach, przygotowaniami do zbrojnej walki z zaborcą, przystąpili przywódcy neoficcy do dalszej „pracy”. Dążyli oni do jak największego skłócenia najpoważniejszych ugrupowań politycznych w kraju, tj. Czerwonych i Białych. Dokonać miał tego Karol Majewski, stanowiący niejako ogniwo między Czerwonymi i Białymi, do spółki z Leopoldem Kronenbergiem, o którym Z. L. S. pisze (Historia dwóch lat 1861-1862), że „we wszystkich partiach miał swoich ludzi”. Na zebraniu przywódców Białych, Kronenberg, w którego mieszkaniu odbywało się posiedzenie, zgłosił wniosek, ażeby wydać w ręce Wielopolskiego głównych działaczy Czerwonych. W ten sposób miano dopomóc margrabiemu do pacyfikacji kraju. Po dłuższej dyskusji projekt Kronenberga, gorąco poparty przez Jürgensa, został przyjęty. Miał to uczynić Karol Majewski, orientujący się najlepiej co do składu osobowego kierowników Czerwonych. W pałacu Brühlowskim, gdzie rezydował Wielopolski jako naczelnik rządu cywilnego, toczyły się rozmowy między Majewskim a margrabią w obecności Kronenberga. Pertraktacji powyższych nie doprowadzono do skutku. Doszły one jednak do uszu bacznych na wszystko Czerwonych. Przyczynił się do tego głównie Majewski, który informował ich stale o poczynaniach Białych. Zawrzała słusznym gniewem brać szeregowa Czerwonych, nie orientująca się w prowokatorskich poczynaniach „mechesów”, dążących do rozbicia społeczeństwa polskiego. Od tej pory uważała ona Białych za wrogów bardziej niebezpiecznych niż Moskale i Niemcy.« – Stanisław Didier Rola neofitów w dziejach Polski.

x

Cóż to za menażeria! Z jednej strony Czerwoni, radykalni, którzy latem 1862 roku tworzą Komitet Centralny (skąd my znamy tę nazwę?), którego hasłem programowym była rewolucja socjalna, a więc, jak rewolucja socjalna, to nie – niepodległość. Ich celem było też zaszczepienie tej rewolucji w Rosji. A więc rewolucja! A jak rewolucja, to kto za nią stoi? Komu ona służy? Z drugiej strony mamy Białych, umiarkowanych, wśród których dominują Kronenberg, Jürgens, Eronenberg. A między nimi frankiści, robiący wodę z mózgu niewtajemniczonym po obu stronach i szczujących jednych na drugich. A dziś jak jest? Mamy takich mącących ludziom w głowach jak Korwin-Mikke, Braun itp. Jest zażydzona Konfederacja. To tylko niby prawa strona. Po drugiej stronie też są oni. Dokładnie tak jak w czasie tych powstań.

Dzięki raportom neofity Grzegorza Peretza, współpracownika pisma „Gołos”, wiedziano w Petersburgu, że wybuch powstania przygotowywany jest na styczeń. Pisał też o tym Kraszewski w swoich powieściach, że powstanie styczniowe było przewidziane przez Moskwę. O tym, jak do niego doszło pisze cytowany wcześniej Stanisław Didier:

„Ze Skierniewic wyszło hasło natychmiastowego rozpoczęcia walki zbrojnej. W tym mieście bowiem na początku stycznia 1863 r. zebrali się komisarze wojewódzcy, wśród których dużą rolę odgrywał Józef Piotrowski, członek rodziny, o której Mikołaj Berg pisał („Pamiętniki o polskich spiskach i powstaniach 1831-1862”), że „pochodzi z tych Żydów, którzy wraz z Frankiem dla osiągnięcia równouprawnienia przyjęli powierzchownie chrystianizm i zmienili swe nazwiska na krajowe, zachowując zawsze w głębi duszy i w domu obyczaj żydowski”. Komisarze postanowili przesłać Komitetowi Centralnemu ultimatum, w którym zażądali od niego ogłoszenia powstania, oświadczając, iż w razie sprzeciwu naczelnej władzy sami rozpoczną ruch zbrojny. Większość Komitetu nie chciała oprzeć się żądaniom malkontentów skierniewickich. Na próżno poszczególni członkowie Komitetu, jak A. Giller (z tego powodu zapewne niecierpiany przez L. Kronenberga, który dał temu wyraz w swoim liście z dn. 4 VI 1864) i inni protestowali przeciwko rozpoczęciu powstania, zarzucając wprost, że nie postarał się nawet przygotować zawczasu w dostatecznej ilości i jakości środków wojennych. W styczniu 1863 r. Komitet Centralny, z którego wystąpił Giller (nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za klęskę w razie ogłoszenia równoczesnego z branką powstania) uznał się za Tymczasowy Rząd Narodowy i wezwał młodzież polską do broni.

Od tej pory wydarzenia potoczyły się znaną już koleją losu. Już po kilku miesiącach walki przerzedziły się szybko zastępy najdzielniejszych. Nie tylko w dniach lipcowych, ale wcześniej jeszcze nie widzieliśmy już owej młodzieży, pełnej entuzjazmu, która spotykała się z sobą zarówno przy pracy organizacyjnej, jak i na polach walk. Dosięgły ją kule, bagnety lub stryczek wroga. Na arenie wypadków pozostawali krzykacze, ślepi czciciele rewolucji francuskiej, którym zdawało się, że Polska powstanie wówczas, gdy na polski grunt przeflancuje się hasła i sposoby działania Francuzów z końca XVIII w.”

x

Na czoło kierownictwa powstania wysunęli się chrzczeni i niechrzczeni Żydzi. Byli wśród nich Karol Majewski, stojący przez pewien czas na czele Rządu Narodowego, Józef Piotrowski, członek rządu utworzonego we wrześniu 1863 roku, Aleksander Pawłowski, wchodzący do Trybunału Rewolucyjnego, Józef Kwiatkowski, naczelnik Warszawy, Franciszek Orłowski, dowódca oddziału żandarmerii, Władysław Majewski, komisarz województwa kaliskiego, Stanisław Rudnicki, Adam Majewski, bracia Niemirowscy, Bronisław Wołowski, Kaplińscy, Henryk Wohl, Artur Goldman i wielu innych.

W czasie gdy młodzież polska przelewała krew w beznadziejnej walce, przywódcy Czerwonych rozpoczęli walkę z Białymi. Skutkowało to tym, że każdy nowo powstający rząd był szybko obalany. W końcu za namową Czartoryskiego dyktatorem powstania został Romuald Traugutt. Na niewiele to się zdało. Jednym z najbliższych jego współpracowników był Epstein. Pomimo „czułej” opieki Traugutt był stanowczy i zdecydowany. Jednak przy końcu 1863 roku elementy skrajnie radykalne utworzyły tzw. Komitet Rewolucyjny, którego zadaniem było przeciwdziałanie zarządzeniom Traugutta. Jego przewodniczącym został Bronisław Brzeziński. Prawda, że ładne nazwisko? Od razu kojarzy się ze Zbigniewem Brzezińskim.

Każde z tych powstań było dla Polaków tragiczne, każde pociągało za sobą ofiary i konfiskatę majątków. Trzy powstania wywoływane co trzydzieści lat, a więc co jedno pokolenie. Co się tylko odrodziło, to szło w rozsypkę. Trudno licytować, które z nich było najtragiczniejsze, bo czyż można stopniować tragedie? Niemniej jednak wydaje się, że te ostatnie było najbardziej brzemienne w skutkach.

I tu znowu wypada mi odwołać się do Stanisława Didier:

»Utworzony na początku 1864 r. przez cara Aleksandra „Komitet dla spraw Królestwa Polskiego” rozpoczął „ściślejsze zespolenie kraju z cesarstwem rosyjskim” od masowego wysiedlania rdzennie polskiego żywiołu na Sybir i konfiskaty dóbr ziemskich. Jak podają „Les deportations en Siberie, le nombre des deportés et leur sort dans l’exil” (Rkp. Czartoryskich nr 5577) urzędnicy rosyjscy pod koniec 1866 r. określali liczbę zesłanych w głąb Rosji i na Syberię Polaków na 250 tysięcy osób. Był to kwiat narodu polskiego. Studenci, ziemianie, oficerowie, księża stanowili poważną część tych najofiarniejszych synów Polski. Przystąpili też Moskale do dalszego wywłaszczania szlachty. Na Ukrainie, Podolu i Wołyniu skonfiskowano Polakom w roku 1863/64 – 383.761 morgów ziemi, której wartość wynosiła setki milionów rubli. Postarano się poza tym o przeprowadzenie uwłaszczenia włościan w sposób, który miał zapewnić wieczną wdzięczność carskim urzędnikom ze strony ciemnego i biednego ludu, a dziedziców doprowadzić do ruiny finansowej.

(…) Zrujnowane ziemiaństwo musiało kołatać do Żydów o pożyczkę lub o posadę. Powstająca plutokracja, przeważnie pochodzenia żydowskiego, nie mogła być w niezgodzie z synami Izraela. Młodzież żydowska wstępowała gremialnie po 1863 roku do średnich i wyższych szkół. Zaroiło się w Królestwie od chrzczonych i niechrzczonych żydowskich lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Zajmowali oni w szybkim tempie miejsca inteligencji polskiej, wyniszczonej podczas powstania, gnijącej w kopalniach Syberii lub pędzącej tułaczy żywot na obczyźnie.

Pomógł Żydom panujący wówczas nastrój – zespolenie eksperymentów asymilacyjnych i doktryny pozytywistycznej. Nie darmo Kornenberg i jego satelici potrafili natchnąć zmęczone społeczeństwo polskie myślą, że krajowi bardzo zależy na zyskaniu sympatii mas żydowskich, liczących w samej Warszawie około stu tysięcy osób.

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowym pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy ( z czym było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Jana Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd” (I was my whole life a Jew and I die as a Jew… – „The Jewish Encyclopedia”. Funk and Wagnalls Company, New York and London, t. III, str. 252).

Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stan. Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych. Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinii polskiej współpracownikami przeważnie żydowskiego pochodzenia, jak to St. Kramsztyk, B. Rajchman, H. Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”).

(…) Zainteresowano się znowu Frankistami. Stwierdzono, że ci najgorętsi rzecznicy asymilacji Żydów, chociaż przyjęli chrześcijaństwo przeszło sto lat temu, pozostają jednak w ścisłej łączności pomiędzy sobą i z synami Izraela. Słusznie obawiali się patrioci polscy wznowionego po powstaniu styczniowym – masowego porzucania wiary ojców przez inteligencję żydowską. Na przykładzie Kronenberga widzieli, jak neofici polscy umieli przystosować się do każdej okoliczności. Pobłażliwość rządu rosyjskiego dla tego, który finansował 1863 r., nasuwała już niejednemu ciekawe przypuszczenia co do możliwości istnienia poza sutymi łapówkami innych, ukrytych dla społeczeństwa polskiego nici, łączących satrapów moskiewskich (często pochodzenia niemieckiego) z czołowymi przedstawicielami żydostwa polskiego. A że cele przywódców Izraela nie były przyjazne dla narodu polskiego, to łatwo się można przekonać, przeczytawszy okólnik kierowników politycznych kół żydowskich, wydany w listopadzie 1898 r. do Żydów polskich. Odezwa ta brzmi: „Bracia i współwyznawcy! Trzeba, ażeby kraj (tj. Galicja – przypisek) został naszym królestwem (…). Starajcie się po trochu usunąć Polaków ze wszystkich ważniejszych stanowisk i skupić w waszych rękach wszystkie nici władzy społecznej. Wszystko, co do chrześcijan należy, powinno stać się waszą własnością, związek izraelski dostarczy wam potrzebnych do tego środków. Już zaczęto na ten cel zbierać potrzebne fundusze, a udaje się lepiej niż przypuścić było można. Dla doprowadzenia do skutku planu wyrwania stanowczo Galicji chrześcijanom, wszyscy nasi wielcy i bogatsi zapisali się na znaczne sumy. Da baron Hirsz (wkrótce potem umarł – przypisek), dadzą Rotszyldzi, Bleichröderowie i Mendelsohnowie i inni dadzą (…). Bracia i współwyznawcy! Dołóżcie wszelkich usiłowań, ażeby doprowadzić do skutku to, co zamierzamy (…) (L. Viel, „Le Juif sectaire” str. 173).

Jak w świetle tej odezwy, a była zapewne jedną z wielu, wygląda finansowy udział w powstaniu styczniowym Kronenberga, który przez poszczególnych badaczy historycznych jest wychwalany za to, że bez jego pomocy finansowej nie mogłyby organizacje powstańcze rozwinąć skutecznej agitacji? Jemu zawdzięcza więc w lwiej części Polska, że setki tysięcy najwierniejszych Jej synów marniało w tajgach syberyjskich lub gniło w ziemi. W kraju zaś pozostały masy biernych, wśród których żerowali synowie „narodu wybranego”.

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcili się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie, Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Rzyszczewskimi, Potulickimi, Lasockimi, Ilińskimi, Skarbkami, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy bankier, podkreślający swój patriotyzm na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie z pięcioma wybitnymi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł się on śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1875 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m.in., iż „(…) prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają (…)” (Rudolf Vrba, „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”).

Służyli też często zrujnowani karmazyni (w dawnej Polsce szlachcic ze starożytnego rodu, któremu przysługiwało noszenie karmazynowego żupana – przyp. mój) polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacji. Wynajmowali ich żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomii, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli.«

xxx

W trakcie pisania tego artykułu snuło się nade mną widmo – nie! nie widmo komunizmu, snuło się nade mną widmo powstania warszawskiego, czyli tego nieobecnego w tym miejscu. Ciągle miałem wrażenie, że one wszystkie mają wspólny mianownik. W każdym z nich była siła, która, wbrew zdrowemu rozsądkowi, parła do walki. W 1794 roku Jan Dembowski jedzie do Drezna i oświadcza, że wojsko dłużej czekać nie będzie i samo rozpocznie powstanie. Pozostaje tylko pytanie: czy to samowolka, czy może jednak stała za nim jakaś siła?

W powstaniu listopadowym przedstawiciele Klubu Patriotycznego, chciałoby się napisać – „Klubu Patriotycznego”, wysyłają delegację do Rady Administracyjnej (rządu) z żądaniem natychmiastowego rozpoczęcia walki z wrogiem. W powstaniu warszawskim też tak się palono do walki z Niemcami. Chłopicki był przeciw powstaniu, zupełnie tak samo jak w 1944 wielu wojskowych, i nie tylko, było przeciw niemu.

W powstaniu styczniowym Czerwoni prą do walki z Rosją. Po przeciwnej stronie jest Andrzej Zamoyski i jego „Towarzystwo Rolnicze” (praca u podstaw). Czerwoni tworzą Komitet Centralny. Na początku stycznia 1863 roku komisarze (tak jak w unii europejskiej) Komitetu zbierają się w Skierniewicach i przesyłają Komitetowi Centralnemu ultimatum, w którym żądają od niego ogłoszenia powstania, oświadczając, że w razie sprzeciwu naczelnej władzy sami rozpoczną ruch zbrojny. I tu pojawia się pytanie: to kto tu rządzi? Skoro poszczególni komisarze mają odwagę, by przeciwstawić się oficjalnej władzy tj. Komitetowi Centralnemu, to znaczy, że jest jeszcze jakaś inna, ponad nim, władza. Niektórzy członkowie tego Komitetu protestowali przeciwko rozpoczęciu powstania, argumentując, że nie postarał się on nawet przygotować zawczasu w dostatecznej ilości i jakości środków wojennych. W styczniu 1863 Komitet Centralny uznał się za Tymczasowy Rząd Narodowy i wezwał młodzież polską do broni. W 1944 roku, pomimo sprzeciwu wielu wojskowych i biernej postawie Wodza Naczelnego, powstanie wybuchło.

»W pamiętnikach abpa Felińskiego możemy przeczytać: „Jakoż z 22 na 23 styczna wybuchło ogólne powstanie w kraju; mówię ogólnie co do miejsca, nie zaś co do ludności, gdyż bardzo nieliczna gromadka spiskowych za broń pochwyciła”. Pierwsze walki powstańcy rozpoczęli właściwie bez broni, musieli ją zdobywać na żołnierzach rosyjskich. Zdaniem Felińskiego ta „garstka źle uzbrojonych i nie wprawionych do walki ochotników” nie miała ani szans ani nadziei na zwycięstwo.« – Marek Topczewski Wybuch powstania styczniowego.

W powstaniu warszawskim powstańcy też byli bez broni. Musieli zdobywać ją na żołnierzach niemieckich. No i jak tu nie zacytować cesarza Etiopii Hajle Syllasje, który w rozmowie z Orianą Fallaci w 1972 roku w Addis Abebie stwierdza, że „w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. No i nie dzieje się nic nowego. Żydzi w obecnej Polsce stroją się w piórka patriotów i uderzają w religijność, czuły punkt, Polaków. Mamy w internecie Media Narodowe, mamy „jedyne takie propolskie media”, mamy Radio Maryja, mamy marsze, które do złudzenia przypominają te z czasów powstania styczniowego. Jedni Żydzi – krajowi – organizują nam te marsze, a drudzy – zagraniczni – opisują je jako marsze polskich nacjonalistów, czy nawet – nazistów. W trakcie tych pochodów bardzo łatwo o prowokację i wywołanie zamieszek. I może właśnie o to chodzi, i może ktoś sięgnie po ten środek, gdy nadejdzie stosowna chwila. Wcale nie musi się to stać podczas tego najbliższego “marszu niepodległości”. Oni są cierpliwi, konsekwentni i potrafią czekać.

Mogłoby się wydawać, że to zgrana karta, ale – nie! To jest zgrana karta, ale dla tych, którzy wiedzą, a dla tych, którzy nie wiedzą, to nie jest zgrana karta. Dlatego, chcąc poznać teraźniejszość, należy uczyć się historii, ale tej prawdziwej, bo jedynie prawda jest ciekawa. Ciekawa, ale, dla większości, niewygodna. Takie życie! Skoro te wszystkie powstania, łącznie z warszawskim, mają jeden wspólny mianownik, to znaczy, że jeden i ten sam ośrodek je wywoływał.

x

Aktualizacja z dnia 3 października 2024:

Kiedy pisałem ten blog 5 lat temu, to wierzyłem w to, że powstanie wielkopolskie i powstania śląskie były powstaniami wywołanymi przez Polaków i z korzyścią dla nich. Były wywołane przez te same siły, które wywoływały poprzednie powstania i które mały w przyszłości wywołać powstanie warszawskie. Niemcy nie przegrały I wojny światowej. Były w niej niepokonane, ale zmuszone były przez jakieś siły do kapitulacji. To oczywiście wywołało w Niemczech falę oburzenia i frustracji, co w przyszłości miało doprowadzić do zdobycia władzy przez Hitlera, choć i w tym wypadku nie obyło się bez machlojek. W wolnych wyborach najlepszy wynik nazistów to 37% w wyborach parlamentarnych. Powstania śląskie i powstanie wielkopolskie miały na celu wyrwanie Niemcom jak najwięcej terytorium z ich byłego państwa, by to w przyszłości również stało się podstawą do niemieckich roszczeń, a że w tym momencie było to korzystne dla Polaków, to inna para kaloszy. Niemcy wówczas były na tyle silnym państwem, że powstania te nie miałyby szans powodzenia, gdyby nie te wyższe siły, które tak zdecydowały.

Sztadlani

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią, znają słowo „jurgielt” i pochodzące od niego – „jurgieltnik”. To pierwsze wywodzi się od niemieckiego „Jahrgeld” – pensja roczna. Jak pisze Wikipedia, była to zinstytucjonalizowana forma korupcji urzędników I Rzeczypospolitej przez mocarstwa ościenne w XVIII wieku. Choć , jak stwierdza dalej, już w XVI wieku opłacanie polskich polityków przez inne państwa nie było niczym nowym. Czy ze słowem „jurgielt” mają coś wspólnego nazwiska: Jurgiel, Jurgielewicz, Jurgielaniec, Jurgielski, Jurgielewiczowa? Z niego czerpią swój źródłosłów, czy może to przypadek? Któż to dzisiaj rozwikła!

Nie wszyscy jednak, a raczej mało kto, zna inne słowo, które jest, jakbyśmy powiedzieli, drugą stroną medalu. Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Tak więc wiemy już, że jurgieltnicy, to ci, którzy brali łapówki od przedstawicieli mocarstw ościennych. A ci, którzy je brali od sztadlanów, nie mają swojej nazwy, a więc nie istnieją w naszej świadomości. Czego nie nazwiemy, tego nie ma. Tamta rzeczywistość, szczególnie rzeczywistość Rzeczypospolitej XVII i XVIII wieku, a więc okresu upadku, jest bardziej skomplikowana. Nie zrozumiemy jej, tego pieniactwa, warcholstwa, zrywania sejmów – jeśli nie uwzględnimy w niej Żydów.

W I Rzeczypospolitej Żydzi tworzyli państwo w państwie. Podstawą ich organizacji były gminy, czyli kahały. Ani król, ani jego urzędnicy, nie mieli nad nimi władzy. Szybko zorientowano się, że podatki płacone do skarbu państwa przez te gminy są znacznie mniejsze niżby to wynikało z ich liczebności. Kontakt urzędników z przedstawicielami gmin był utrudniony ze względu na ich ilość i rozproszenie w terenie. Uznano więc, że prościej będzie wyznaczyć żydowskich przedstawicieli króla, którzy zajmą się poborem tych podatków. Zamysł może i szlachetny, ale skończyło się to łatwiejszym dostępem Żydów do dworu królewskiego, a tym samym ułatwiało korupcję. Tak powstał Wielki Waad, czyli żydowski Sejm Czterech Ziem – Wielkopolski, Małopolski, Wołynia i Rusi Czerwonej. Powołany został w 1580 roku przez Stefana Batorego. Marszałek tego sejmu został nazwany przez polskiego króla – „Żydem, który na naszym urzęduje dworze”. Cóż? Czy oni wtedy nie zdawali sobie sprawy, że wpuszczenie Żyda na ten dwór, to to samo, co wpuszczenie lisa do kurnika? Wielki Waad został zlikwidowany w 1764 roku, a to dlatego, że nie spełniał funkcji, do których został powołany, czyli poboru podatków. Zamiast tego korumpował urzędników królewskich.

Mamy więc organ centralny, mamy gminy a pomiędzy nimi są jeszcze żydowskie sejmiki ziemskie. W miarę jak na ziemiach polskich przybywało Żydów, zwiększała się liczba kahałów. Organizowali oni wspólne obrady kahałów pochodzących z określonej jednostki administracyjnej – z określonej ziemi. Przy takiej organizacji terytorialnej łatwo było podporządkować sobie kraj i kierować nim według własnej woli i zgodnie z własnym interesem. To już nawet nie było „państwo w państwie”, to były dwa państwa na tym samym terytorium.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

W tym miejscu aż się prosi, by przerwać ten cytat i zapytać: czy dziś nie jest podobnie? Czy usunięcie z Konfederacji doktora Czerniaka nie jest właśnie niedopuszczeniem do wyboru na posła człowieka niewygodnego Żydom? I to tyle, i wracamy do cytatu.

Na sztadlanów wybierano ludzi światłych, sprytnych i w świecie obytych, mających dostęp do dygnitarzy i na dwór królewski, mieli oni zasięgnąć języka o panujących nastrojach w stosunku do żydów i paraliżować wszelkie grożące im niebezpieczeństwa.

Orędownicy ci żydów byli w pełnym tego słowa znaczeniu dywersantami i wywiadowcami w stosunku do Królestwa Polskiego. Jeśli żydzi przez swoją organizację i autonomię, jaką posiadali, tworzyli i tworzą rząd w rządzie i jeśli ich cele były i są zawsze przeciwne celom Polski, to ten rząd żydowski przez swą instytucję łapowniczą sztadlanów i przy nadzwyczaj liberalnym ustroju Polski z „liberum veto”, miał zawsze możność nie dopuścić na Sejmie do żadnej pożytecznej uchwały, która by nadawała Polsce tężyznę i sile. Na słabej Polsce zależało zawsze żydom, bo tylko przy słabym organizmie mogli oni swe cele osiągnąć, mogli się wzmacniać. Za ich pieniądze wybrano Augusta II i odtąd Polska stanęła na równi pochyłej dążąc do upadku w przyspieszonym tempie. Przy pomocy przekupstwa zrywali żydzi sejmy i nie dopuszczali do żadnej reformy, aż wreszcie przy pomocy masonerii doprowadzili do rozbiorów Polski.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.

W czym się te starania objawiały było dotychczas tajemnicą, kilku niewyczerpanych zresztą zapisek w starych pinaksach (protokółach) hebrajskich”.

Lewin odsłania rąbek tej tajemnicy i przytacza niektóre wyjątki z owych Protokołów.

Delegaci kahałów brzeskiego, grodzkiego i pińskiego wydają w r. 1623 w Brześciu Litewskim następującą uchwałę: „Odnośnie do wszystkich trzech gmin naczelnych winni są przełożeni tychże stać na straży podczas zbierania się sejmików przed sejmem, dowiadywać się i uważać, żeby broń Boże nie ustanowiły czego nowego, co by nam było bolesnym kolcem. Wydatki, jakie powstaną zapłaci każda gmina z jej okręgiem. Tak samo oprócz trzech gmin głównych, w każdej siedzibie grodu, gdzie powiat się gromadzi na sejmik, winni są przełożeni owej gminy stać w wyżej wskazany sposób na straży; wydatki jakie narosną, poniesie też gmina naczelna z okręgiem. A jeżeli się okaże, że jakaś gmina nie stała na straży i nie stanowiła swych sztadlanów (syndyków) na sejmikach, zostanie ukarana grzywną stu czerwonych złotych na cele dobroczynne”.

W cztery lata później w r. 1627 na zjeździe gmin wznowiono nacisk na powyższą uchwałę, zaznaczając:

„Wyjaśnia się, że wydatki sejmikowe ponosić mają gminy razem z okręgami; znaczy to, że gminy mają dać stosunkowo do ich udziału w kwocie podatkowej, a okręgi też wedle ich udziału w kwocie podatkowej”.

Ważną bardzo uwagę zwracano na sejmiki, by nie dopuścić przy pomocy łapówek do wyboru na Sejm posła nieżyczliwego żydom. Sztadlani mieli w tym kierunku odpowiednie zlecenia, powzięte na zjeździe żydów w r. 1628, gdzie powiedziano:

„Na trzy albo cztery tygodnie przed sejmikiem powinni przełożeni krajowi w każdej wielkiej rezydencji rozsyłać pisemne wezwania, do przebywających w pobliżu zebrania się sejmiku mężów, by czuwali, ażeby broń Boże nie postanowiono czegoś nowego i by zaradzili, czemu się jeszcze da zaradzić. Posłom zaś do sejmu, którzy zostaną wybrani, należy złożyć podarunki i prosić ich, aby nam byli na sejmie przychylni”.

Izaak Lewin, przytaczając powyższą uchwałę dodaje, że „podarunki” stanowiły najpoważniejszą pozycję „ w funduszu wyborczym” u żydów w danej Polsce. „Droga to zresztą była jedyna, która wiodła do celu. Jeżeli się istotnie chciało przychylnie usposobić dla jakiejś sprawy posłów czy innych dygnitarzy w dawnej Polsce, to najbardziej i najniezawodniej można to było uskutecznić – podarunkami. Ten argument przemawiał do przekonania, był więc stale w użyciu i wykazywał tendencje do ciągłego wzrostu na wadze i pojemności”.

Prócz prezentów dla posłów pochłaniały wielkie sumy pieniężne dary dla uczestników sejmiku. Skoro przy wyborze w dawnej Polsce ułożenie instrukcji odgrywało bardzo znaczącą rolę, koniecznym było wytworzenie przychylnego nastroju na całym sejmiku, a to nie było ani łatwe, ani już zgoła nie tanie. Pinaksy (tj. protokoły) kahalne z najrozmaitszych stron Polski świadczą o rozmiarach „wydatków sejmikowych” bardzo wymownie.

W protokołach gmin żydowskich znajdują się pozycje, które są istotnie dokumentami, bo dowodzą o łapownictwie uprawianym przez żydów, a z drugiej strony o upadku moralnym i sprzedajności szlachty, deprawowanej przez żydów.

Wymieniane są bowiem kwoty wypłacane w czasie sejmików „marszałkowi, wicemarszałkowi, pisarzowi i dwum deputatom, sługom marszałka, obrońcom w komisji”. Podając to Izaak Lewin dodaje: „Tak się urabiało nastrój przedwyborczy”.

Do składania podatku na przekupywanie szlachty na sejmikach obowiązany był każdy żyd pod klątwą, jak stwierdza to uchwała zjazdu gmin litewskich w Sielcu z r. 1670, gdzie postanowiono:

„O ile idzie o wydatki sejmikowe gmin naczelnych, to z uwagi na to, że są tam wielkie skupienia (żydowskie) i szlachta jest zachłanna na pieniądze, zapadło postanowienie: (wydatek) do 150 zł idzie na rachunek związku krajowego (za sprawdzeniem) pod klątwą, w osadach zaś do 30 kóp litewskich, też pod klątwą. Każda gmina i osada obowiązana jest jednak łożyć wydatki i starać się w interesie kraju (tj. ogółu żydostwa), aby czegoś podejrzanego i niebezpiecznego w instrukcji nie zalecono”.

W trzy lata później, tj. w r. 1673 na zjeździe gmin żydowskich w Sielcu zapadła uchwała, z której widzimy, że podatek na przekupstwo rozciągnięto do najmniejszych osiedli żydowskich:

„Z miejscowości, w której nie ma stałego domu modlitwy żydowskiego, nie przejmie związek więcej wydatków sejmikowych aniżeli 20 złp., choćby nawet rzeczywiste wydatki sumę tę przekroczyły, a i to pod klątwą”.

Z tego widzimy, że każdy żyd obowiązany był pod klątwą składać podatek na przekupywanie posłów i senatorów czy też ludzi wpływowych. Sumy zaś zebrane przechodziły do rąk właściwych przy pomocy sztadlanów, „którzy byli pomostem, przez który przedostawały się dezyderaty żydowskie na zewnątrz; z drugiej zaś strony komunikowali żydom, co ich ze strony włodarzy państwa czeka. Oni byli tymi, którzy w imieniu żydów nawiązywali kontakt z najrozmaitszymi czynnikami polskimi. Sztadlanem był, krótko mówiąc, każdy kto występował na zewnątrz w imieniu żydów. Jasne jest, że i na sejmikach szlacheckich bronili interesów żydowskich – sztadlani”.

Toteż już w r. 1623, na zjeździe gmin w Brześciu, nałożono karę 100 czerwonych złotych na gminy, które „nie ustanowią sztadlanów na sejmikach”.

Na zjeździe gmin litewskich w Chomsku w r. 1691 uchwalono, że „wśród delegatów na sejm, powinni znajdować się przynajmniej dwaj, którzy by potrafili stanąć w pałacu Króla i dygnitarzy, pozostali zaś mają być mądrzy, roztropni i światli”.

W r. 1670 na zjeździe w Sielcu uchwalono, że na każdy sejm udać się mają dwaj delegaci gmin, a przełożony kahału brzeskiego winien być przynajmniej obecny na otwarciu sejmu.

Oprócz sztadlanów nie wolno było pod karą cielesną, pieniężną, a wreszcie i pod klątwą żadnemu żydowi pokazywać się w sejmie. W wyjątkowych wypadkach kahał dawał pisemne pozwolenie na zjawienie się w sejmie. Rygor ten miał na celu ułatwienie działalności sztadlanom. Większa bowiem ilość żydów, zjawiających się wśród posłów, zwracałaby uwagę, a to udaremniłoby sztadlanom dyskretną ich akcję przekupstwa.

Jak bardzo uważano na osobiste uzdolnienia sztadlanów i jaką wagę przywiązywano do ich działalności świadczy następujący dokument wystawiony w Słucku w r. 1761 dla wybranego na sztadlana Chaima syna Józefa, podpisany przez rabinów wszystkich pięciu naczelnych gmin i przez przełożonych tychże.

„Oto znaleźliśmy to, czego dusza nasza zapragnęła, człowieka mądrego i roztropnego, z którego ust kapie mirra…, który ma możność i powagę, by stanąć w pałacu Króla i dygnitarzy, by się wysłowić pięknym i kwiecistym językiem, którego usta i serce równie szczere…

I zgodziliśmy się całkowicie, wybraliśmy i ustanowiliśmy znakomitego współwyznawcę pana Chaima syna Józefa, sztadlana, by był delegatem Bożym i delegatem naszym, rzecznikiem i obrońcą we wszystkich ziemiach litewskich; oczy jego niechaj będą otwarte na wszystkie potrzeby kraju naszego, by wnosić jego obronę przed Królem jegomością i dygnitarzami Rzeczypospolitej. (…)”

A zatem nikt nikomu nie może mieć nic do wyrzucenia. Wszyscy brali, czyli wszystkich żydzi deprawowali, dając im pieniądze, a z chłopów i mieszczan wprost skórę zdzierali. Stwierdza to oprócz innych pseudomesjasz Jakub Lejbowicz Frank Dobrucki w r. 1755 w swym liście do żydów w Polsce, „że miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują”.

Sztadlani odgrywali taką rolę, że jak mówi Izaak Lewin: „niepodobna mówić o stosunkach polsko-żydowskich w dawnej Rzeczypospolitej, a pominąć sztadlanów”.

„Doszło bowiem do tego, że rozpowszechniło się w Polsce mniemanie: Kto o żydach dobrze mówi, jest już przekupiony, kto na nich wygaduje – chce nim dopiero zostać”.

Przytaczając to za Frankiem, Izaak Lewin dodaje, że „pierwszych i drugich było sporo. A wskutek tego wydatki nieustannie rosły”. Rosła przy tym deprawacja i „powiększali się ci, którzy złe nazywają dobrem, a dobre złem”.

W ten sposób żydzi, sprowadzając rozluźnienie wszelkich węzłów państwowo-społecznych, nie dopuszczając do żadnych zdrowych reform, sprowadzili upadek Polski. Przy nadzwyczaj liberalnym ustroju państwowym, jaki był w Polsce, mogli żydzi łatwo zrywać sejmy, toteż przy pomocy przekupnych posłów w dobie saskiej na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, co żydzi przypisują swym wpływom.

Tego rodzaju zgubnego i szkodliwego elementu żadne państwo wytrzymać nie mogło, toteż i Polska nie wytrzymała. Powyższe zestawienie zgrozą przejmuje każdego Polaka.

To jednak tylko „odsłonięty rąbek tajemnicy”, pochodzący ze starych protokołów żydowskich, nie wyczerpujący zresztą (wszystkiego), jak mówi Izak Lewin.

Żydzi się jednak nie zmienili. W odrodzonej Polsce pozostali takimi samymi, jakimi byli w dawnej Polsce. Jak jednak dawniej tak i obecnie są tajemniczymi i zakonspirowanymi w swej zgubnej i zbrodniczej działalności.

Wiele nam rzeczy wyjaśnia mowa jaką wygłosił bankier żydowski senator Szereszewski w swojej mowie nad trumną posła, również żyda, Wacława Wiślickiego, w której tak go przedstawił, że siłą konieczności zmusza nas do przekonania na podstawie przytoczonej już charakterystyki o działalności dawnych sztadlanów, że ów poseł Wiślicki był również sztadlanem i to sztadlanem najwyższej rangi. Charakteryzując jego działalność powiedział senator Szereszewski:

„Zgasł światły przywódca i obrońca. Jego odwaga wystąpień… sprawiała, że wiszące nad ludnością żydowską niebezpieczeństwa traciły na ostrości, słabły i wreszcie rozpływały się w nicość. Stawaliśmy olśnieni częstokroć, kiedy zjawiska przesądzone, rzeczy beznadziejne zmieniały swój bieg, dzięki inicjatywie Zmarłego. Działo się to zarówno w dziedzinie administracyjnych zarządzeń Państwa jak i w dziedzinie ustawodawczej. Powszechny żal społeczeństwa żydowskiego świadczy o tym, że żydzi wiedzą kogo stracili”.

Nie tylko powyższe myśli, ale nawet i wyrażenia zgadzają się z charakterystyką dawnych sztadlanów i ich działalnością, zmuszają zatem do nieuniknionego wniosku, że poseł Wiślicki był również sztadlanem. Potwierdza to zresztą zupełnie jasno żargonowe pismo Hajnt (1932 nr 219), nazywając go sztadlanem.

I w tym miejscu wypada ponowić postawione przeze mnie wyżej pytanie: Czy dzisiaj jest tak samo? Z cytatu wiemy, że w okresie II RP było tak samo jak w Polsce przedrozbiorowej. Obecnie jest trochę inaczej niż w II RP, w której życie polityczne nie było tak zdominowane przez Żydów, co wymagało od nich utrzymywania instytucji sztadlanów. Dziś tego nie muszą robić, bo wszystkie partie polityczne, te duże, te mniejsze i najmniejsze – są przez nich zdominowane lub kontrolowane. Wymownym tego dowodem jest usunięcie doktora Czerniaka z Konfederacji. Bardzo zastanawiające jest wycofanie komitetu wyborczego 1 Polska pod pozorem spenetrowania go przez służby specjalne. Komitet, który prawdopodobnie miałby szansę przekroczenia 3% progu, a więc możliwość finansowania z budżetu państwa. Nie! Do tego nie można było dopuścić. To byłoby zbyt niebezpieczne. To, co się nie zmieniło, to sposób działania i zorganizowania. Zdusić w zarodku każde niebezpieczeństwo, bo niedopatrzenie może być nie do odwrócenia lub drogo kosztować. Jeśli w Polsce przedrozbiorowej administracja żydowska pokrywała się z administracją państwa, to oznaczało, że kontrolowali je na każdym szczeblu i docierali do wszystkich ludzi, którzy mieli jakikolwiek wpływ na jego losy. – „Nic o nas bez nas”. Machina jednego państwa pracowała na rozmontowanie machiny drugiego państwa. I każdy Żyd, poprzez płacenie podatku na sztadlana, przyczyniał się do upadku Polski. Czy chciał, czy nie chciał!

Długo pracowali Żydzi na swoją pozycję w Polsce i nadal to robią, żeby jej nie utracić. Ich dziełem są rozbiory i te powstania, o których ciągle się mówi i gloryfikuje: insurekcja kościuszkowska, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, powstanie warszawskie. A zamilcza się Powstanie Wielkopolskie i Powstania Śląskie. Ciekawe czemu? Te pierwsze przynosiły Polsce straty i pogarszały położenie Polaków, a Żydzi za każdym razem wzmacniali się. Te drugie nic im nie dawały, nie były ich i w ich interesie – wzmacniały polski żywioł. A skoro tak, to mamy odpowiedź na pytanie w czyim ręku jest edukacja, nie mówiąc już o wszelkiego rodzaju mediach, bo to jest powszechnie wiadome. I jeszcze jakieś marsze – durnego powstania, którego nie powinno być i niepodległości, której nie ma i wszystko wskazuje, że przez dłuższy czas nie będzie. Kto wyprowadza Polaków na ulice? I po co? I jeszcze wmawiają, że to patriotyzm.

Niektórzy uważają, że najważniejsza jest edukacja. Zapewne tak! Ale jaka edukacja? Czy taka, w której wyjaśnimy, że wszystkiemu jest winny marksizm i międzynarodowy kapitał, który dąży do panowania nad światem? Czy „bezosobowy” kapitał może mieć cel? I po co on chce panować nad światem? Bo tak mu się spodobało?

Dziś Polacy są w bardzo trudnym położeniu, bo ich państwo nie jest ich państwem. Czy jego odbicie jest możliwe? Może na początek wypadało by poznać prawdziwą historię własnego państwa i narodu, poznać historię Żydów, ich kulturę i mentalność. A przede wszystkim uczyć się od nich, co zalecał ks. dr Stanisław Trzeciak. I dopiero wtedy szukać środków zaradczych.

Rabini

W starożytnym Egipcie kapłani byli grupą mędrców, która oprócz tego, że miała wpływ na losy kraju, to byli oni również nauczycielami młodych pokoleń, doradami ludzi dorosłych, spełniali obowiązki religijne, jako astrologowie mieli wpływ na politykę, a ponadto byli znawcami własnego kraju i sąsiadów. Podobne funkcje w narodzie żydowskim pełnią rabini. I nie ma w tym nic dziwnego, wszak Mojżesz czerpał ze źródeł wiedzy egipskiej. Był mężem Egipcjanki, Sefory, córki kapłana, i jako jego zięć i uczeń, czerpał z tej nagromadzonej przez wieki mądrości.

W 1869 roku w Pradze rabbi Reiehhorn wygłosił mowę nad trumną rabina ben Jehudy. Poniższy fragment, który jest częścią tej mowy, pochodzi ze zbioru tekstów poświęconych sprawie żydowskiej, zebranych przez Adolfa Nowaczyńskiego, a wydanych w książce „Mocarstwo anonimowe” w 1921 roku i wznowionych przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice 2013.

„Co stulecie – my uczeni Izraela, przyjęliśmy jako zwyczaj zbierać się w sanhedrynie, by sprawdzać, jakie zrobiliśmy postępy nad opanowaniem świata, obiecanego nam przez Jehowę, i jakie zwycięstwa odnieśliśmy nad chrystianizmem.

W tym roku zebrani nad grobem naszego wielebnego Symeona-ben-Ihudy możemy z dumą powiedzieć, że wiek ubiegły zbliżył nas do celu i że ten cel będzie niedługo osiągnięty.

Złoto zawsze było i będzie siłą niepokonaną. Kierowane umiejętną ręką będzie najużyteczniejszą dźwignią dla tego, który je posiada, a przedmiotem pożądania dla tych, którzy go nie mają. Złotem kupujemy sumienia najbardziej uporczywe, ustalamy całość wszystkich wartości, kurs dla wszystkich produktów, przychodzimy z pomocą kredytem (pożyczką) państwom, które później zdane są na naszą łaskę.

Wszystkie ważniejsze banki i giełdy wszechświatowe, wierzytelności dla wszystkich rządów, są w naszych rękach.

Inną wielką siłą, jak powiadamy, jest prasa. Powtarzając nieustannie pewne idee, prasa przyjmuje je w końcu jako prawdy. Teatr oddaje usługi podobne. Wszędzie; prasa i teatr są posłuszne naszym wskazówkom.

Przez nieustanne pochwały systemu demokratycznego, podzielimy chrześcijan na partie polityczne, zburzymy ich jedność narodową i zaszczepimy rozłam. Bezsilni poddadzą się prasie naszego kapitalizmu zjednoczonego, oddanego naszej sprawie.

Pchać będziemy chrześcijan do wojen, wyzyskując ich pychę i ich głupotę. Wyginą i zostawią miejsca wolne dla naszych. (Tak się dokładnie stało w naszym przypadku po powstaniu styczniowym).

Posiadłość ziemi zawsze tworzyła wpływy i władzę. W imię sprawiedliwości socjalnej i równości będziemy dzielili wielkie majątki. Część ziemi damy chłopom, którzy tak bardzo tego pragną, a którzy niedługo będą obdłużeni przez wyzysk. Nasze kapitały zrobią nas panami. My staniemy się teraz wielkimi posiadaczami, a posiadanie tej ziemi zapewni nam władzę.

Starajmy się zastąpić w obiegu złoto przez monetę papierową; nasze kasy będą przepełnione złotem, będziemy regulowali wartość papierów, co nas uczyni panami wszystkiego, co istnieje.

Mamy pomiędzy sobą zdolnych mówców, którzy potrafią zdobyć się na entuzjazm i przekonywać tłumy; rozpowszechniać będą pomiędzy ludem, oznajmiając im zmiany, jakie mają zajść a które urzeczywistnione dadzą szczęście całemu rodowi ludzkiemu.

Przez złoto i pochlebstwa pozyskamy proletariat, który się podejmie zniszczyć kapitalizm chrześcijański. Przyrzekniemy robotnikom płacę o jakiej nigdy nie marzyli, podniesiemy jednak równocześnie ceny towarów potrzebnych, tak iż nasze zyski będą jeszcze większe.

W ten sposób przygotujemy Rewolucję, którą chrześcijanie sami będą prowadzili, a z której my będziemy zbierać owoce.

Przez nasze szyderstwo i nasze napaści ośmieszymy i zohydzimy ich księży; ich religia stanie się tak samo śmieszna i wstrętna, jak ich kler. Będziemy więc także panami ich dusz, bo nasze nabożne przywiązanie do naszej religii i naszych obrządków wytwarza wyższość naszą i wyższość naszych dusz. (Film „Kler”)

Posłaliśmy już naszych ludzi na wszystkie ważne posterunki. Postaramy się dostarczyć gojom adwokatów i lekarzy; adwokaci są wtajemniczeni we wszystkie interesy; lekarze raz wprowadzeni w dom, stają się spowiednikami i kierownikami sumienia.

Ale przede wszystkim tam zajmujmy stanowiska, gdzie można nauczać. Przez nauczanie możemy wszczepiać idee, które są nam potrzebne, przygotowując umysły do naszej wygody.

Jeżeli jeden z naszych wpadnie nieszczęśliwie w szpony sprawiedliwości u chrześcijan, śpieszmy mu z pomocą, znajdźmy tyle świadectw, by go uwolnić od jego sędziów, czekając cierpliwie, aż się sami staniemy sędziami.

Monarchowie chrześcijańscy, nadęci ambicjami i próżnością, otaczają się zbytkiem i liczną armią. My dostarczymy im potrzebnych pieniędzy, których domaga się ich szaleństwo i będziemy ich trzymali na smyczy.

Starajmy się nie przeszkadzać małżeństwu naszych ludzi z chrześcijankami, bo przez nie dojdziemy do kół najwięcej dla nas zamkniętych. Jeśli nasze córki wyjdą za gojmów, nie będą nam mniej użyteczne, bo dzieci z matki żydówki należą do nas.

Szerzmy idee wolnych związków, by zniszczyć u kobiet chrześcijańskich przywiązanie do zasad i praktyk religijnych.

Od wieków synowie Izraela, pogardzani i prześladowani, pracowali, by sobie utorować drogę do władzy. Dobiegają kresu. Badają życie ekonomiczne przeklętych chrześcijan; ich wpływ jest przeważający w polityce i obyczajach.

W godzinę oznaczoną, zawczasu, rozpętamy Rewolucję, która rujnując wszystkie klasy chrześcijaństwa, ujarzmi nam wszystkich chrześcijan. I tak dopełni się obietnica Boża dana swojemu ludowi.”

W innym tekście „Żydzi i kahały”, Wilno, 1870, zamieszczonym w tym samym zbiorze, czytamy:

„Bracia! Od wielu lat trwa walka narodu żydowskiego o panowanie nad światem, które przyrzeczono już Abrahamowi. Krzyż odebrał je od nas: jesteśmy wszędzie prześladowani i poniżani, wytępić nas jednak nikt nie zdoła. Owszem, jesteśmy wszędzie, rozproszeni po całek kuli ziemskiej. To dowód oczywisty, iż cała ziemia, wszystkie kraje powinny należeć do nas, do narodu wybranego. Nie o samą ziemię jednak chodzi: wszystko złoto, jakiekolwiek i gdziekolwiek się znajduje, powinno być naszą własnością i to nastąpi niebawem. Wtedy władza nad całym światem znajdzie się w naszych rękach i spełni się to, co Abrahamowi przyrzeczono.

Złoto! Wszak to siła i władza nad światem, radość, upojenie i nagroda najwyższa.

Osiemnaście wieków należało do naszych wrogów; następne jednak będą niepodzielnie naszym udziałem, będziemy władcami całego świata!

Dość jest rzucić już dziś okiem na Europę: posiadamy większość złota, kilka miliardów franków, w tylu miastach: Paryż, Londyn, Hamburg, Berlin, Wiedeń, Rzym, Neapol, Amsterdam, Petersburg – wszystko to już nasze! Samych Rotszyldów tylu posiadamy, a inni potentaci pieniężni – w różnych miastach Europy i Ameryki.

Wszystkie państwa, wszyscy prawie panujący zadłużyli się u Żydów po uszy i są od nich zależni. Giełda reguluje te wszystkie długi. Odraczamy terminy ich płatności, udzielamy nowych pożyczek dla rządów, abyśmy je coraz silniej trzymali w swych rękach. Lecz nie sami tylko panujący; musimy uzależnić od siebie: prezydentów rzeczypospolitych, ministeria, parlamenty; wszystko to powinno nam się poddać, powinno ulegać naszej władzy jeszcze bardziej, niż dzisiaj, zupełnie absolutnie, bezwzględnie, bezapelacyjnie. Powinniśmy ująć w swe ręce – rzecz oczywista – wszystko to, co się nam jeszcze wymyka, a więc: resztę kapitału, wszystkie koleje żelazne, całą żeglugę, wszystką ziemię, lasy, bogactwa mineralne, resztę fabryk. Musimy kierować dowolnie dochodami skarbów państwowych, budżetami wszystkich krajów, nie wypuszczając ze swych rąk ceł i podatków.

Bardzośmy błądzili dotąd, lekceważąc własność ziemską, ten istny kapitał żelazny. Trzeba to naprawić; niech każdy z nas uzna za swój obowiązek zawładnąć jak największym obszarem ziemi w każdym kraju, w każdej części świata. Powinniśmy w tym celu dążyć do zrujnowania większej własności ziemskiej; na im mniejsze działki je poćwiartujemy, tym łatwiej będzie wykupić własność ziemską, zawładnąć nią całkowicie. Aby ułatwić sobie to zadanie, należy wpływać na rządy państw poszczególnych i skłonić je do zrzucenia całego ciężaru podatków na obecnych właścicieli ziemskich. Gdy ich wyrugujemy, potrafimy przerzucić ciężary podatkowe na inne profesje i stany. Nie obawiajcie się roli: praca robotników chrześcijańskich da nam zyski obfite, jak to już dziś widzimy: w przemyśle, handlu, na kolejach itp., bo praca była i będzie niewolnicą spekulacji. Aby pracę należycie wyzyskać, trzeba mieć tylko odrobinę sprytu, przebiegłości, umieć stosować fortele i podstępy. Chyba nie jesteśmy tak ograniczeni, abyśmy tego nie potrafili.

Nie przerażajcie się również tym, że mnóstwo żydów chrzci się. To wcale nie szkodzi. Będą naszymi najlepszymi pomocnikami, będą stopniami, po których dostaniemy się tam, dokąd wejść jeszcze nie możemy, pozostając formalnie żydami. Nie trwóżcie się: ten chrzest nie zmieni ani na jotę ducha, etyki, dążności żyda. Za paręset lat, a może i prędzej, nie będziemy już potrzebowali nawet pozornie zmieniać wyznania; przeciwnie, wszyscy chrześcijanie zapragną przejść na wiarę Mojżesza, lecz my ich odtrącimy z nienawiścią i wzgardą.

W sferze handlu powinniśmy ująć w swe ręce wszystko, bez żadnych wyjątków. Bezwzględnie nie należy dopuścić wrogów do handlu, zwłaszcza takimi artykułami, jak: zboże, wełna i wódka. Są to przedmioty podstawowe, które nam dadzą zyski kolosalne. Nie przejmujmy się tym zgoła, iż, skutkiem naszej spekulacji i podniesienia np. cen zboża, mogą nastąpić epidemie, głód, wielka nędza; przy swym sprycie wrodzonym łatwo całą winę zwalimy rząd i jego fiskalizm. Mogą następnie wyniknąć wichrzenia, niepokoje, zaburzenia wśród ludu zgłodniałego. Tym lepiej! Nie obawiajmy się tych rozruchów wewnętrznych, raczej im dopomagajmy, gdyż wszelkie zamieszki ludowe dopomagają nam tylko do zwiększenia władzy, do skupienia bogactw w naszych rękach.

Wszelkie, nawet najwyższe stanowiska rządowe i społeczne powinny być dla nas dostępne, lecz tylko te,które przynoszą ze sobą cześć, władzę, przywileje, zyski, albowiem te posady, których udziałem jest wiedza i praca a mierne wynagrodzenie, mogą zostać przy chrześcijanach.

Rzeczą jest oczywistą, iż powinniśmy ująć w swe ręce ministeria najważniejsze, a więc oświaty publicznej, skarbu, spraw wewnętrznych i sprawiedliwości. Gdy posiądziemy te w każdym kraju, będziemy panami wszechwładnymi.

Powinniśmy też pamiętać o medycynie: wszak wtedy życie i zdrowie wrogów będziemy posiadali we własnych rękach; wszak będziemy znali wtedy najgłębsze tajemnice rodzinne i osobiste, nie wyłączając sfer rządowych i ludzi najbogatszych. Da to nam możność osiągania zysków kolosalnych i olbrzymio powiększy nasze wpływy, naszą władze. Ale nie dosyć na tym, obok prawa i medycyny, poznajmy gruntownie nauki społeczne i ekonomiczne; przy ich pomocy wywołać zawsze potrafimy, przy swym sprycie wrodzonym, zamieszanie i przewrót w głowach ludzi, stojących na czele władzy, najczęściej niezbyt wykształconych, niepewnych siebie, idących po omacku.

Nie poprzestańmy jednak na tym i nie zapominajmy, że potęgą olbrzymią jest dziś prasa. Przy pomocy złota i przebiegłości wrodzonej łatwo ją opanujemy; mając prasę w rękach, będziemy mogli urabiać opinię publiczną w kierunku dla nas pożądanym, zmienić, przeobrazić poglądy i pojęcia dotychczasowe w zakresie np. moralności, spraw religijnych i wszelkich w ogóle kulturalnych. Ująwszy całkowicie w swe ręce prasę, szczególnie codzienną, powinniśmy nią tak kierować, aby służyła wyłącznie do naszych celów i zadań. Osiągnęliśmy to częściowo i dużo organów codziennych jest już w rękach ludzi naszych; nie zatrzymujmy się jednak w połowie drogi i zawładnijmy jak najprędzej cała prasą codzienną, wszystkimi bez wyjątku jej organami we wszystkich krajach i miastach.”

Czytając te fragmenty, aż trudno uwierzyć, że pochodzą one sprzed 150 lat, tak aktualnie brzmią. Jest tu opisane wszystko, co my nazywamy marksizmem, marksizmem kulturowym, marszem przez instytucje, teorią krytyczną, gender – bo jak inaczej interpretować słowa: mając prasę, będziemy mogli urabiać opinię publiczną w kierunku dla nas pożądanym, zmienić, przeobrazić poglądy i pojęcia dotychczasowe w zakresie np. moralności, spraw religijnych i wszelkich w ogóle kulturalnych. Dziś nadal te wszystkie wysiłki w celu zdemoralizowania gojów są prowadzone nie tylko w prasie i teatrze, ale również w kinie, radiu, telewizji i internecie.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, a wznowionej w 2013 roku przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

W „Mowie rabina we Lwowie” wygłoszonej w r. 1912 czytamy: „Nie może być nierozerwalności chrześcijańskiego małżeństwa”.

Gdyby ktokolwiek wątpił o autentyczności tej mowy, ziejącej bezdenną nienawiścią i pogardą dla gojów i gdyby nie mógł zrozumieć tej bezczelności, z jaką żydzi mieszają się do chrześcijańskiego Sakramentu małżeństwa, to niech sobie uprzytomni, że żydzi będąc w większości w Komisji Kodyfikacyjnej uchwalili dla Polski w r. 1929 to, co w wymienionej mowie było postanowione, jako cel dla propagandy w krajach chrześcijańskich. Zresztą, praktyka życia wykazuje, że żydzi istotnie tak postępują, jak w owej mowie wskazano. Zaciekła ich dążność do zaprowadzania rozwodów i ślubów cywilnych w Polsce, opiera się na prastarych ich uchwałach, a wszystko to zmierza do osłabienia Polski przez zachwianie jej fundamentu, jakim jest zdrowa moralnie katolicka rodzina.

W tej książce przytacza też autor fragment „Mowy na cmentarzu żydowskim w Pradze” poświęcony szkole:

„Głównym filarem Kościoła jest szkoła. Na wychowanie chrześcijańskiej młodzieży musimy uzyskać wpływ. Dlatego należy najpierw przeprowadzić oddzielenie szkoły do Kościoła. Pod hasłem postępu i równouprawnienia wszystkich religii musi nastąpić przemiana szkół chrześcijańskich na bezwyznaniowe. Wtedy będą mogli być Izraelici nauczycielami we wszystkich szkołach. Chrześcijańskie zaś wychowanie ograniczy się do domu, a ponieważ masy nie mają na to czasu, religijność wyższych stanów będzie wstrząśnięta i wkrótce zniknie. Agitacja za zniesieniem własnej posiadłości kościołów i szkół przeprowadzi przejście majątków kościelnych i szkolnych w posiadanie państwa, a zatem wcześniej czy później w ręce Izraela.”

W okresie od marca do sierpnia 1919 roku istniała Węgierska Republika Rad. W tym czasie wprowadzono do szkół „poglądowe uświadomienie o stosunkach płciowych”, a komisarzami ludowymi do spraw wychowania publicznego młodzieży byli sami Żydzi. Tak więc to, co dzisiaj zaczyna się w niektórych szkołach, to nic nowego. Przeobrażeniem poglądów i pojęć dotychczasowych w zakresie moralności zajmują się oni, a przynajmniej próbują się zajmować, od dawna. Chodzi oczywiście o przeobrażanie moralności gojów i tylko gojów.

Można by tylko zdać sobie pytanie: czy dzisiaj nie jest podobnie? Sądząc po tym, w jakim kierunku zmierza szkolnictwo i edukacja, to chyba tak. Wszędzie i wszystko kontrolują Żydzi.

Przez złoto i pochlebstwa pozyskamy proletariat, który się podejmie zniszczyć kapitalizm chrześcijański.

„Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”. – Stanisław Didier Rola neofitów w dziejach Polski.

Nie od dziś i nie od lat 60-tych ubiegłego wieku, czy jeszcze wcześniejszych – dążą Żydzi do demoralizacji społeczeństw, wśród których żyją. Do ich pauperyzacji i ogłupienia. To ostatnie ma się odbywać poprzez odpowiedni system edukacji i wychowania. Dążą też do depopulacji tych społeczeństw poprzez propagowanie zboczeń i dewiacji. Jednym słowem dążą do zburzenia ich dotychczasowego systemu wartości, bo tylko wtedy można je sobie całkowicie podporządkować.

Polska czy Polin?

Kiedyś, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej, zapamiętałem sentencję widniejącą na ścianie jej korytarza: „Chcesz zrozumieć teraźniejszość, ucz się historii.” Litery wycięte ze styropianu. Tak! Tak! Styropian za PRL-u służył nie tylko do tego, by spać na nim podczas strajków w Stoczni Gdańskiej. Wtedy, jako dwunastoletni chłopak, nie rozumiałem tego przesłania. Ale zapamiętałem i po latach wróciło ono do mnie jak bumerang, ale już nie jako puste słowa, lecz ponadczasowa mądrość.

Od jakiegoś czasu jesteśmy oswajani ze słowem „Polin” jako synonimem słowa „Polska”. Obecny prezydent Andrzej Duda jest pierwszym polskim prezydentem, który zaczął się nim posługiwać. Być może dla niektórych może być to szokujące, ale poprzedni prezydenci, w swoich poczynaniach, wcale mu nie ustępowali, może nawet byli gorsi, choć obecny nie miał jeszcze okazji, by im dorównać. Wszystko przed nim. Kwaśniewski, naciskany przez żydowskie lobby, zawetował przyjętą przez Sejm 11 września 2001 roku ustawę reprywatyzacyjną, bo ograniczała ona osoby z niej korzystające do polskich obywateli. Natomiast Wałęsa na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami powiedział: „jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze”. Jednak chyba Lech Kaczyński przebija ich wszystkich, łącznie z Komorowskim:

  • jako prezydent Warszawy walnie przyczynił się do powstania Muzeum Polin
  • w czerwcu 2001 roku, jako minister sprawiedliwości, wstrzymał ekshumację w Jedwabnem
  • we wrześniu 2006 roku, podczas wizyty w Tel Awiwie udostępnił archiwa IPN Izraelowi
  • w dniu 9 września 2007 roku wyraził zgodę na reaktywowanie w Polsce żydowskiej Loży B’nai B’rith

To tylko niektóre z jego „wyczynów”. Inni politycy nie byli lepsi. To za rządów Tuska nastąpił 24 lutego 2011 roku wyjazd polskiego rządu do Izraela. I cóż tam ustalono? W czerwcu 2011 roku premier Donald Tusk skierował do wojewodów tajne zarządzenie, by w trybie administracyjnym oddawali „mienie żydowskie” zgłaszającym się „spadkobiercom”, nie mającym dokumentów umożliwiających przeprowadzenie postępowania sądowego. 27 stycznia 2014 roku do Oświęcimia przybyła z Tel Awiwu delegacja, w skład której wchodzili m.in. posłowie Knesetu, ministrowie izraelskiego rządu, szef Banku Izraela i prezes Sądu Najwyższego. Obradowali na Wawelu. Po raz pierwszy za granicą.

Już kilka tych faktów, zaczerpniętych z książki Krzysztofa Balińskiego „Ministerstwo Spraw Obcych”, świadczy o tym, że Państwo Polskie jest już państwem, które nie realizuje interesów Polaków, co najwyżej interesy obywateli polskich pochodzenia żydowskiego oraz Żydów z Ameryki i Izraela. Nie stało się to z dnia na dzień. A konsekwencja, z jaką Żydzi zawłaszczają sobie państwo, jest godna podziwu, choć w naszym przypadku stosowniej byłoby powiedzieć – przerażająca. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi trzeba szukać w przeszłości i w naszych słabościach. Bądźmy szczerzy! Gdyby nie one, to Żydzi samą przebiegłością, chytrością, sprytem, zdolnościami, wzajemnym wspieraniem się – nie osiągnęliby aż tak wiele. Tak się gra jak przeciwnik pozwala. A przeciwnik pozwalał na wiele, bardzo wiele.

Pierwszym Żydem, który pojawił się w Polsce około XI wieku był Ibrahim ibn Jakub. Był on sefardyjskim Żydem z Hiszpanii, zajmującym się handlem niewolnikami. Z tego też okresu pochodzi najstarsza wzmianka o gminie żydowskiej na ziemiach polskich. Początkowo osiedlali się tu Żydzi z zachodu Europy, głównie z Niemiec – Aszkenazyjczycy. Nie ma w tym nic dziwnego. Ludność polska po najazdach mongolskich była zdziesiątkowana. Kraj opustoszał. Ówcześni władcy radzili sobie w ten sposób, że promowali, jakbyśmy to dziś powiedzieli, osadnictwo niemieckie. A wraz z nimi przybywali zapewne i Żydzi. Napływ Żydów sefardyjskich nastąpił znacznie później i w mniejszej ilości. Podobnie było w przypadku osadnictwa krymskich i kaukaskich Chazarów.

Podstawą organizacji ludności żydowskiej na ziemiach polskich była gmina, czyli kahał. Władza kahału obejmowała ludność żydowską żyjącą w skupieniu lub rozproszeniu wśród ludności chrześcijańskiej i obejmowała całokształt życia tej ludności. Gmina miała własne sądownictwo świeckie i religijne oraz szkolnictwo. Prowadziła ewidencję ludności. Egzekucją praw i orzeczeń sądowych zajmowała się gminna administracja. Miała też ona władzę finansową: ustalała podatki płacone przez Żydów na rzecz swojej gminy oraz rozdzielała pomiędzy członków gminy podatki obowiązujące wobec władz państwowych lub lokalnych. Były więc gminy żydowskie państwem w państwie. Jedyne czego nie miały, a co miały państwa, to własne siły zbrojne. Taka autonomia nie powstała z dnia na dzień. Nadawana i kasowana w zależności od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców, ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Władza gminnego zarządu nad członkami gminy była przytłaczająca, wręcz totalna. Nie była to władza dziedziczna, pochodząca z wyborów, z nominacji czy kooptacji. Wyłaniana była w procedurze zawierającej wszystkie te elementy i była władzą typu oligarchicznego. Wielki wpływ na władzę i jej wybór mieli rabini. Aż trudno nie doszukać się tu analogii ze starożytnym Egiptem, w którym kapłani odgrywali podobną rolę, a z którego Żydzi czerpali pełnymi garściami.

Koniec XVIII i XIX wiek to okres, w którym wielu Żydów próbuje wyzwolić się spod kontroli kahalnej. Doskonale taką próbę opisała w swojej powieści „Meir Ezofowicz” Eliza Orzeszkowa. Właśnie, gdy ten tytułowy Meir Ezofowicz próbuje wyrwać się z tego getta, bo tym była praktycznie taka gmina, to spotyka się z ostracyzmem i zostaje z niej wykluczony i zmuszony do jej opuszczenia. Ludzie tam mieszkający nie znali języka swego otoczenia, nie kontaktowali się z okoliczną ludnością. Kiedy więc miejscowy szlachcic spotyka się z rabinem, to ze zdumieniem stwierdza, że rabin nie rozumie, co on do niego mówi. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że do 1939 roku 90% społeczności żydowskiej w Polsce nie znało języka polskiego. I dopiero uwzględniając ten fakt, łatwiej jest zrozumieć, że holocaust, holocaust żydowskich mas mógł mieć miejsce. Jakie szanse przeżycia mieli ludzie, którzy nie znali języka kraju, w którym mieszkali, unikali a często gardzili miejscową ludnością? Nie! Nie mieli żadnych szans. A żydowskie elity znały język kraju, w którym mieszkały i kontaktowały się z miejscową ludnością. Ich szanse na przeżycie były daleko większe.

Język, którym posługiwali się Żydzi, był zbliżony do niemieckiego i chociażby z tego względu bliżej było im do Niemców niż do Polaków, którymi gardzili. »Francuski podróżnik Mikołaj Bandeau w swych „Lettres sur l’etat actuel de la Pologne” (Amsterdam-Paris, 1771) pisze wyraźnie: „Żydzi uważają siebie za Niemców, mówią wszyscy po niemiecku, a utrzymują stosunki wyłącznie z niemieckimi handlarzami”.

W sto trzydzieści lat po nim niemiecko-żydowski podróżnik w swojej „Reise nach Warschau” powtarza: „Żydzi wschodni zachowali jednak pamięć o pochodzeniu swoim w ubiorze i w mowie. Długi chałat bowiem i należąca do niego jarmułka są strojem średniowiecznych mieszczan niemieckich. Żargon żydowski zaś z okruchami hebrajskimi i kilku słowiańskimi słowami jest narzeczem średniogórnoniemieckim, reńskiego i frankońskiego pochodzenia”.

Ta wspólność językowa z Niemcami, dziś tak znienawidzonymi (1933), ale nie tak dawno jeszcze ukochanymi, umiłowanymi, jedynymi, dała się nam tutaj szczególnie we znaki, podczas czteroletniej okupacji pruskiej. Od samego początku nie było parki bardziej się kochających gołąbków. – Na Marszałkowskiej ulicy taki ścisk jak pewnego dnia dnia sierpniowego (1915), gdy wjeżdżał książę Ludwik Bawarski, już się nie powtórzył i nie powtórzy! I ten szał patriotycznej radości, że Moskale wypędzeni! No i zaczęły się flirty i amory do de grubis. Żydowska część ludności stolicy na głos rozmawiała sobie po niemiecku i półniemiecku. Prusacy i Bawarzy mieli wszędzie gratisowych ciceronów… Uradowany tym korespondent „Frankfurter Zeitung” niejaki pan Kapłun-Kogen, pisał (12.08.1915):

„Warszawa jest najważniejszym żydowskim centrum Europy… Żydzi i Niemcy stanowią większość ludności Warszawy… Jest w interesie Niemiec podkreślać ten fakt przy każdej sposobności”.« – Adolf Nowaczyński, Plewy i perły.

Były więc gminy żydowskie w I Rzeczypospolitej autonomiczne. Same pobierały podatki i same je odprowadzały do skarbu państwa. Same też zajmowały się ewidencją ludności, a to oznaczało, że tylko one wiedziały, jak liczna jest populacja tych gmin i ile podatków można z nich ściągnąć. Polski król i jego świta zdane były na to, co im przekazywały władze gmin. Taki stan powodował, że z żydowskich gmin odprowadzano do skarbu państwa tylko część należnych podatków. Tę „zaoszczędzoną” resztę zarządy gmin przeznaczały na realizację swoich oligarchicznych interesów. I tak zaczęły one pełnić funkcję „parabanków”. Pożyczały pieniądze na procent, ale też same zapożyczały się, by z kolei te pieniądze pożyczać na wyższy procent. Pod koniec istnienia I Rzeczypospolitej było w niej około tysiąca gmin wyznaniowych żydowskich. Tworzyły one potężną sieć małych, średnich i dużych banków. Im większa gmina tym większy bank. Tak tworzył się wielki żydowski kapitał, którego często używano do walki z polskim handlem. Stopniowo zaczęli też Żydzi przenosić się na wieś. Brali w dzierżawy od szlachty młyny i karczmy. Stawali się wiejskimi bankierami, którzy udzielali kredytów chłopom i szlachcie. Często byli też faktorami, zarządzającymi szlacheckimi majątkami. Każdy szlachcic miał swojego Żyda od ekonomii i finansów.

Stefan Bratkowski w artykule “Żyli skromnie i oszczędzali”, Rzeczypospolita, w dodatku Plus – Minus, z 13-14 stycznia 2001 pisze:

Z czasem, pod koniec XVII wieku, same kahały pod kierownictwem swej doświadczonej starszyzny staną się – bankami. Lokowali w nich swe kapitały i magnaci, i biskupi katoliccy, i klasztory. Przy oprocentowaniu 7 do 10% rocznie. Zwało się to lokatami “na synagogach”. Zabezpieczał je cały majątek wszystkich członków kahału, były to więc lokaty pewne. Kapitały co większych kahałów rosły w XVIII wieku do rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy dukatów holenderskich, czyli i do dziesięciu nawet ton złota… Mniejszymi pieniędzmi szlacheckimi obracali pomniejsi żydowscy ludzie interesów – dzierżawcy karczem i zajazdów.

Jeśli więc wierzyć Bratkowskiemu, to wygląda to tak, jakby doktryna KK wspierała Żydów. No bo jak inaczej rozumieć zakaz pożyczania pieniędzy na procent przez chrześcijan, przy jednoczesnym lokowaniu własnych kapitałów u największych wrogów? A może tak, że chrześcijaństwo od samego początku było infiltrowane przez Żydów, którzy przez taki zakaz eliminowali konkurencję. Im dalej w las, tym więcej drzew – tak mówią. Coraz więcej wątpliwości, coraz to nowe wątki pojawiają się.

Kahały nie były jedyną jednostką administracyjną. Poszczególne kahały utrzymywały ze sobą łączność. Ich zarządy koordynowały wspólne działania, mające na celu ochronę interesów ludności żydowskiej. W praktyce przerodziło się to w regularne międzykahalne spotkania. I tak powstały żydowskie sejmiki ziemskie. To był drugi stopień administracji żydowskiego samorządu. W 1580 roku, na mocy przywileju udzielonego Żydom przez Stefana Batorego, powstał Wielki Waad – żydowski Sejm Czterech Ziem Korony – Wielkopolski, Małopolski, Wołynia i Rusi Czerwonej. Było to ciało wybierane przez samą społeczność żydowską, a które miało nadzorować pobór podatków od kahałów, i z którymi mieli kontaktować się urzędnicy królewscy, zamiast „użerać” się z licznymi i rozproszonymi po całym kraju gminami żydowskimi. Pomysł, w założeniu, wydawał się całkiem dobry, ale w praktyce nie spełnił oczekiwań. I to z bardzo prostego powodu: Żydzi zaczęli korumpować urzędników królewskich. Za ich pieniądze dochodziło do zrywania sejmów Rzeczypospolitej, które domagały się pełniejszej kontroli nad wpływami podatkowymi od kahałów lub zwiększenia opodatkowania ludności żydowskiej na wojsko. Żydzi byli zwolnieni z obowiązku służby wojskowej. W 1764 roku, na sejmie elekcyjnym Stanisława Augusta Poniatowskiego, zlikwidowano Wielki Waad, bo nie spełniał celu, do którego został powołany.

Ale jak to się stało, że gminy żydowskie stały się tak potężne, szczególnie w sprawach finansowych i zmonopolizowały wiele dziedzin życia gospodarczego Rzeczypospolitej? Za pierwszych Piastów Polska dopiero wchodziła w międzynarodowy obieg pieniądza. Wojny z sąsiadami oraz rywalizacja z rodzimymi panami feudalnymi wymagały pieniędzy. A jedynymi „fachowcami” w tej dziedzinie na obszarze Europy Wschodniej byli Żydzi. Na monetach pierwszych Piastów znajdowano napisy po hebrajsku. Najprawdopodobniej sprowadzali oni Żydów do bicia własnej monety i do poboru podatków. No właśnie! Do poboru podatków! Czy aby dziś nie jest podobnie? Rodzima administracja skarbowa gnębi własnych podatników wysokimi podatkami, nieprecyzyjnymi ustawami skarbowymi, ułatwiającymi pokrętną interpretację, zawsze na niekorzyść podatnika. Nie waloryzowane od lat kwoty wolne od podatku przepełniają tę czarę goryczy. Tego nie ma w żadnym innym kraju. Czy tak zachowuje się „rodzima” administracja skarbowa? Książę wielkopolski Mieszko III Stary (1122-1202) przekazał Żydom dzierżawę ceł granicznych i prawo ustalania ich wysokości. Może ktoś zapytać: dlaczego ci pierwsi władcy byli tak szczodrzy wobec obcych a tak surowi wobec swoich? Tamtym władcom, podobnie jak współczesnym, zawsze brakowało pieniędzy. Musieli pożyczać.

Książę wielkopolski Bolesław Pobożny nadał Żydom w 1264 roku przywilej kaliski. Na jego mocy Żydzi zyskali prawo do własnego sądownictwa całkowicie podporządkowanego rabinom. Było to w całkowitej opozycji do cywilizacji łacińskiej, w której władza sądownicza była oddzielona od władzy świeckiej. To z pewnością utrudniało proces asymilacyjny. Społeczność żydowska żyła własnym życiem i własnymi sprawami, obojętna na problemy kraju, w którym osiedliła się. Zgodnie z tym przywilejem Żydzi w sporach z chrześcijanami byli wyłączeni spod jurysdykcji sądów kasztelańskich (szlacheckich) i miejskich (mieszczańskich). Podlegali pod sądy królewskie, a królowie byli zadłużeni u Żydów. Jakby tego było mało, to w skład sądu powoływano sędziego żydowskiego, który taki spór rozstrzygał. Natomiast chrześcijanin, obok świadków chrześcijańskich, musiał także przedstawić świadków żydowskich. Zupełnie tak jak obecnie, chociaż inaczej, ale sprowadza się to do tego samego – Żyd ponad prawem. Znany dziennikarz, wiadomego pochodzenia, potrąca na przejściu dla pieszych 80-letnią staruszkę. Nie ma prawa jazdy, samochód nie ma aktualnych badań technicznych, ma niesprawne hamulce, nie ma ubezpieczenia OC. I co sąd? Sąd tego nie widzi i orzeka, że winną jest owa staruszka, która… gwałtownie wtargnęła na przejście. No i co to jest, jak nie Polin?

Przywilej kaliski zrównywał Żydów w prawach handlowych z chrześcijanami, ale przyznawał im prawo pożyczania na procent, co wydatnie utrwalało ich przewagę nad nimi. Kazimierz Wielki (1310-1370) rozszerzył ten przywilej na Wielkopolskę w 1334 roku, na inne miasta polskie w 1364 roku, na Małopolskę – w 1367 roku. Zarząd mennicami, pobór podatków i ceł granicznych za Kazimierza był całkowicie w ich rekach. Za ich radą król fałszował pieniądz, by w ten sposób, przynajmniej częściowo, radzić sobie z deficytem skarbu królewskiego. Również Żydów, jako poborców podatkowych, wykorzystywał do dojenia swoich poddanych. Co gorsza, potwierdził tzw. statuty wiślickie, które zapoczątkowały w Polsce osobistą niewolę chłopów, polegającą na pańszczyźnianym przywiązaniu ich do ziemi. Tym sposobem nie mogli oni przenosić się do miasta, by zająć się rzemiosłem.

Początkowo ilość Żydów w Polsce byłą niewielka. Jednak w miarę jak ich pozycja rosła i zyskiwali nowe przywileje, to następował napływ tej ludności, głównie z Niemiec. Początkowo byli to krewni i znajomi, a później i biedniejsza ludność, bo poszła fama, że Polska to raj dla Żydów. Tak się mówiło: Polska to niebo dla szlachty, czyściec dla mieszczaństwa, piekło dla chłopów i raj dla Żydów. Za Kazimierza Wielkiego było w Polsce liczącej około 1,5 mln ludzi około 20 tys. Żydów. W 1648 roku na 8 mln – 400 tys. Żydów. W 1764 roku na 12-14 mln – 700-750 tys. Żydów. Pod koniec XVIII wieku szacowano ich liczbę na 1,9 mln.

Okres zaborów to czas, w którym następuje redukcja funkcji kahałów do funkcji religijnych. Wiek XIX to okres emancypacji Żydów w całej Europie. Następuje dynamiczny rozwój rynków finansowych i handlowych. Powstają giełdy, wzrasta liczba banków, rozwija się prasa. W tych i innych branżach zaznacza się ich wyraźna dominacja. Można więc powiedzieć, że gdy na początku XX wieku pojawia się Polska jako państwo, to również powstaje problem ułożenia sobie stosunków z tą mniejszością, bo to, co stracili w kahałach, zyskali na innych polach.

Tragiczne w dziejach Polski powstanie styczniowe pogorszyło i tak już niekorzystne położenie ludności polskiej względem żydowskiej. Okres po powstaniu sprzyjał powstawaniu fortun niemieckich, ale przede wszystkim żydowskich, żydowskiego mieszczaństwa, handlu, rzemiosła i żydowskiej inteligencji, która zajęła miejsce polskiej, poległej w powstaniu, zesłanej na Syberię czy niszczonej w kraju. Podobny los spotkał polską szlachtę. Jakby tego nieszczęścia było mało, to jeszcze doszedł do niego napływ ludności żydowskiej z Rosji. Populacja Żydów w Polsce osiągnęła 10% i stała się drugą co do liczebności. Żydzi posiadali w całej Polsce około 75% nieruchomości w miastach, 80% zakładów przemysłowych, 85% w handlu, 90% w bankowości i 90% w ubezpieczeniach.

W 1920 roku poseł Izaak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt art. 113 przygotowywanej Konstytucji II Rzeczypospolitej. Brzmiał on tak:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do Państwa.

Cóż to oznaczałoby w praktyce? Oznaczałoby to, że Państwo Polskie straciłoby kontrolę nad tymi prowincjami, i że one mogłyby decydować, czy pozostać, czy oderwać się od Państwa.

Poseł Polskiej Partii Socjalistycznej Mieczysław Niedziałkowski odpowiedział Grunbaumowi:

Stanowczo, zupełnie kategorycznie, z całym spokojem i zupełnie czystym socjalistycznym sumieniem odrzucamy wszystkie te koncepcje, które chciałyby z Państwa Polskiego uczynić wspólną własność Polaków i Żydów (…). Zachować musimy konieczną zasadę ogólną, iż Państwo Polskie jest państwem tylko polskim.

Cóż! Dziś żadnego polskiego polityka nie stać by było na takie dictum. Ale to tylko dowodzi, że III RP to już bardziej Polin niż Polska. W 1922 roku polskie MSW dzieliło partie żydowskie na dwie grupy: umiarkowaną i wywrotową. Do tej drugiej należały: KPP, Bund i Poalej Syjon. Według jego oceny wszystkie partie żydowskie walczą o maksymalną autonomię w Rzeczypospolitej Polskiej poprzez żydowskie gminy (kahały) i dążą wspólnie do powołania przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich.

W II RP takiego sekretariatu nie było, ale, co się odwlecze, to nie uciecze. W III RP mamy:

  • urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską (w randze podsekretarza stanu)
  • urząd pełnomocnika rządu RP do spraw kontaktów z diasporą żydowską (w randze wiceministra)
  • urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską (w randze wiceministra)

A więc dwa oddzielne urzędy dla Żydów krajowych i jeden dla Żydów zagranicznych: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze”. Uprzywilejowanie społeczności żydowskiej staje się coraz bardziej widoczne i coraz bardziej nachalne.

Kiedyś Adam Michnik cytował Marka Edelmana, który powiedział, że KOR to Bund: te same ideały, te same dążenia. W III RP dochodzi do bezprecedensowej sytuacji. Jeden po drugim ministrem spraw zagranicznych zostaje dwóch potomków funkcjonariuszy KPP – Cimoszewicz i Meller. KPP oficjalnie deklarowała:

Komunistyczna Partia Polski oświadcza swą całkowitą solidarność i aktywne poparcie w bohaterskiej walce proletariatu niemieckiego przeciw niewoli wersalskiej, przeciw uciskowi socjalnemu i narodowemu. Komunistyczna Partia Polski walczy przeciw uciskowi ludności niemieckiej w Polsce o prawo do samookreślenia dla Górnego Śląska aż do oderwania od pastwa polskiego -przeciw imperialistycznej polityce aneksjonistycznej faszystowskiego rządu Piłsudskiego wobec Gdańska.

Okres powojenny to czas całkowitej dominacji Żydów w Polsce. Nastąpiło połączenie sił Żydów przedwojennych z KPP i tych przybyłych wraz z Armią Czerwoną. Używając języka zapaśniczego, można by powiedzieć, że Żydzi uchwycili Polaków w podwójnym nelsonie. Ta dominacja trwa od 1948 roku, od powstania PZPR, do 1956 roku. Po śmierci Stalina w 1953 roku rozpoczyna się w łonie PZPR walka frakcyjna „żydów” z „chamami”, czyli frakcji „Puławy” z frakcją „Natolin”. Nie wszyscy „puławianie” byli pochodzenia żydowskiego. Byli wśród nich dawni PPS-owcy. m.in. Józef Cyrankiewicz, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Adam Rapacki. We frakcji „Natolin” nie było osób pochodzenia żydowskiego. Od 1956 do 1968 postępuje marginalizacja frakcji puławskiej zakończona marcem 1968 roku. Frakcja natolińska dominuje w życiu politycznym PRL-u. Po 1957 roku Żydzi zaczynają penetrować niektóre Kluby Inteligencji Katolickiej i występują jako ugrupowanie pod nazwą „lewicy laickiej”. W 1976 roku powstaje KOR, do którego trafiają resztki „puławian”. Mamy więc pod postacią KOR-u kontynuację Bundu. Rządy Gierka można uznać za rządy narodowo-komunistyczne i jako takie nie mogły długo trwać. Żydzi wykorzystali „Solidarność” do odbudowania swoich wpływów. Szybko pojawili się w Stoczni Gdańskiej „doradcy” typu Geremka i jemu podobni. Stan wojenny był tylko etapem na drodze do Okrągłego Stołu. Wśród doradców NSZZ „Solidarność” ponad 80% stanowili Żydzi, więcej niż po stronie rządowej. Cały ten Okrągły Stół to praktycznie układ Geremek – Jaruzelski. W Magdalence doszło więc do historycznego pojednania „żydów” z „chamami” kosztem narodu polskiego. Kiszczak przekazał władzę żydokomunie w zamian za ochronę „chamów” przed lustracją, dekomunizacją i rozliczeniem ich zbrodni.

Władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy – tak zdaje się mówił Lenin. I tak jest faktycznie. Irena Lasota sformułowała koncepcję „kolejnych eszelonów”. Zgodnie z nią władza, czyli układ, wyłania własną opozycje oraz własną prawicę, lewicę i centrum. W razie kryzysu wysyła do walki kolejne „eszelony”. Stracony, skompromitowany eszelon jest zastępowany innym. Dowodem na to mają być kolejne przesilenia polityczne w Polsce: Październik ’56, Marzec ’68, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, Sierpień ’80 – zwieńczone „transformacją ustrojową” po 1989 roku. Zgodnie z tym założeniem również środowiska nie wywodzące się rodzinnie z kręgów stalinowskich czy KPP były od podstaw organizowane przez agentów wpływu. Może warto o tej koncepcji pamiętać, zwłaszcza przed wyborami.

Tak zwany „triumwirat Solidarności” – Geremek, Michnik i Kuroń to trockiści. Nigdy się zresztą z tym nie kryli. Ich sposobem na odradzające się polskie elity jest stan permanentnego wrzenia, a więc manifestacje, uliczne zadymy itp. Według Trockiego komunizm to nie system, lecz ruch, walka z cywilizacją łacińską, religią, rodziną, państwem, zastanym systemem wartości. Czymże więc jest Marsz Niepodległości, Marsz Powstania Warszawskiego? Czy nie są to manifestacje? Kto je organizuje i po co? I jeszcze do tego w sytuacji, gdy tej niepodległości już prawie nie ma. A Marsz Powstania Warszawskiego? Żeby gdzieś tam krzyczeć: Jeden Niemiec, jedna kula! Przecież to idiotyzm.

Czy po 1989 roku Polska to bardziej Polska czy Polin? Nie od razu wyglądało to tak źle, ale uchwalenie w 1997 roku ustawy „O stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich” nie pozostawiało już złudzeń, że Polska niebezpiecznie dryfuje w kierunku Polin. Ustawa ta reguluje zwrot nieruchomości gminom żydowskim. Odbywa się on w trybie administracyjnym, a nie – sądowym. Te procedury nie podlegają też publicznym obwieszczeniom. Wszystko dzieje się w największej tajemnicy, poza kontrolą społeczną. Nikt nie ma dostępu do tego, co, komu i za ile jest sprzedawane i co się dzieje z tymi pieniędzmi.

Kto rządził w Polsce w 1997 roku? Koalicję tworzyło SLD i PSL. Prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, premierem – Włodzimierz Cimoszewicz, wicepremierem – Jarosław Kalinowski, a ministrem spraw wewnętrznych – Leszek Miller. A więc to oni odpowiadają za wprowadzenie tej ustawy. Jak widać wszystkie partie polityczne i wszyscy politycy od 1989 roku do dziś klęczą przez żydowskim lobby i nic nie wskazuje na to, by mogło się to w najbliższym czasie zmienić.

Inne przejawy tego, że Polska to raczej Polin to:

  • przyznawanie Żydom na coraz większą skalę obywatelstwa polskiego
  • finansowanie z pieniędzy polskiego podatnika świeckich instytucji żydowskich w postaci muzeów, instytutów badawczych, centr dialogu itp.
  • autocenzura władz i polskojęzycznych mediów w kwestii stosunków polsko-żydowskich
  • wprowadzenie do polskiego Kościoła katolickiego „Dni Judaizmu”
  • w styczniu 2010 roku premier Donald Tusk i premier Izraela Benjamin Netanjahu podjęli decyzję o „podwyższeniu stosunków państwowych między Polską a Izraelem do poziomu konsultacji międzyrządowych”. W praktyce oznacza to, że rząd Izraela jest odtąd informowany o wszelkich zamierzeniach rządu polskiego, ale nie odwrotnie.
  • zamiar wydzielenia obozu w Oświęcimiu w obszar eksterytorialny i zakaz wnoszenia na jego teren narodowych flag

Żydzi są wśród nas. Udało im się zrealizować to, co zamierzyli sobie po powstaniu styczniowym. Stali się polską inteligencją. Może to się nam nie podobać i powinno się nam nie podobać, ale nie możemy odpychać od siebie tej prawdy. Trzeba się tylko uważniej przyjrzeć się i uświadomić sobie jak w bardzo złym kierunku potoczyły się nasze sprawy.

  • Specjalnością Żydów jest przewrotność i pokrętna logika w argumentowaniu, a jeśli to nie pomaga, to przechodzą do wyzwisk, obrzucania błotem itp.
  • Żydzi bezustannie „reformują” wszystko, paraliżując w ten sposób normalne funkcjonowanie państwa.
  • Uprzedzają rodzące się aspiracje narodu i natychmiast wysuwają się „na czoło pochodu”, przejmując dowodzenie (strajki w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku).
  • Zawsze stoją na czele „postępu” i walki z „zacofaniem” (AWS, ZChN).
  • Żydzi zakładają dziesiątki najrozmaitszych partii politycznych, również antysemickie, przenikają do każdej organizacji, pozorują walkę między sobą, co utrwala chaos w państwie. Powstaje Kukiz 15, już się rozpada. Kukiz przechodzi do PSL, inni do PiS czy gdzie indziej. Powstaje Konfederacja, już ktoś odchodzi, kogoś wyrzucają. I tak w kółko, od wyborów do wyborów, od 1989 roku. Jednym słowem – cyrk.

Czy Polska to Polin, czy może jeszcze nie? Czy ten niekorzystny trend, od Polski do Polin, jest odwracalny, czy sprawy zaszły już tak daleko, że – nie?

Według Wikipedii słowo „Polin” to nazwa Polski w języku jidysz i hebrajskim. Należy je wymawiać jako „pojln”, a oznacza „tutaj spocznij”. Autorstwo tej teorii etymologicznej przypisuje się Mojżeszowi Isserlesowi naczelnemu rabinowi gminy żydowskiej w Kazimierzu. Chodzi o krakowski Kazimierz, w którym on urodził się około 1520 roku.

W 2002 roku pojawiła się w Warszawie na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu palma. Henryk Rolicki w swojej książce ‘Zmierzch Izraela”, 1932, pisze: “Zainteresować nas musi godło stowarzyszenia: drzewo palmowe. Przecież to samo godło w starożytności za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby symbolizowało wojującą Judeę. I teraz ten symbol żydowski staje się godłem stowarzyszenia, mającego skupić najwybitniejszych przedstawicieli wojującej reformacji.”

Źródło:

  1. Marian Miszalski – Żydowskie lobby polityczne w Polsce, 3S Media, Warszawa 2018.
  2. Marian Miszalski – Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu), Capital, Warszawa 2019.
  3. Krzysztof Baliński – Ministerstwo spraw obcych czyli polskie sprawy w obce ręce, Capital, Warszawa 2019.
  4. Adolf Nowaczyński – Plewy i perły, Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice 2015.

Polityka i pieniądze

Średniowiecze chrześcijańskie przejrzało immanentny kapitalizm świeckiego państwa. „Pieniądz będzie cesarzem” – to proroctwo z XI wieku. – Tak pisze Tomasz Mann w powieści „Czarodziejska góra”. I to proroctwo sprawdziło się. Pieniądze rządzą światem. Dziś już nikt chyba nie ma wątpliwości. A skoro tak, to znaczy, że wszystko, co w naszym życiu istotne, musi opierać się na pieniądzu. Wszyscy znamy to powiedzenie: Gdy nie wiemy, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nie inaczej jest w polityce. Czy ktoś zastanawia się nad tym, skąd nowe partie, powstające z dnia na dzień, mają pieniądze? Przecież wszystko kosztuje: organizacja spotkań, wynajem lokali, wynagrodzenia dla pracowników zatrudnianych przez partię, materiały reklamowe i wiele innych wydatków. A nowa partia, która jeszcze nie brała udziału w wyborach i nie przekroczyła 3% progu, nie ma pieniędzy z budżetu. Więc skąd je ma?

Nie można demonizować pieniądza, ale też nie można go nie doceniać. Po pierwszej wojnie światowej, w wyniku której, po rozpadzie Austro-Węgier i osłabieniu pozostałych zaborców Polski, czyli Niemiec i Rosji, powstała próżnia, którą wypełniły nowo powstające państwa. Pojawiły się Litwa Łotwa, Estonia, Jugosławia, Czechosłowacja i Polska. W przypadku Polski zaczęło się od tworzenia Królestwa Polskiego przez Niemców. Pieniądze były tu niezbędne, ale nie tylko one, potrzebny był też autorytet i moc innego państwa.

Polska rodziła się w bólach. Walczyć trzeba było o wszystko. O Wielkopolskę, o granice wschodnie, o Górny Śląsk, o Mazury, o Gdańsk. Wszyscy byli przeciwko nam. Ale któż to był – ci wszyscy? Gdy skończyła się wojna i stary porządek upadł, trzeba było budować nowy. Ale jego budowanie wymagało pieniędzy i odpowiednich ludzi, którzy byliby w stanie pokierować państwem. Niestety silne państwo polskie kolidowało z interesami lobby żydowskiego w Ameryce, w Anglii i w Niemczech. To ono wywierało naciski na polityków biorących udział w Konferencji w Wersalu.

Hipolit Korwin-Milewski w „Wileńskim Dzienniku” w 1919 roku pisał:

Trzecią zaś przyczyną naszej obecnej „złej marki” jest to systematyczna walka ze wszystkimi naszemi postulatami tego arcypotężnego czynnika polityki wszechświatowej, jakim jest.., Izrael! I tu nie ma niespodzianki. W pierwszych dniach listopada 1918 r., kiedy jeszcze skład osobisty Kongresu nie był ustanowiony, bawiący w Paryżu jeden z Polaków, członków byłego parlamentu rosyjskiego, otrzymał wizytę pewnego członka najbardziej znanej na całym świecie „dynastji” żydowskiej; ten go uroczyście, stanowczo uprzedził, że kiedy na Kongresie będzie figurował jako przedstawiciel Polski p. Roman Dmowski, to cały Izrael upatrzy w tem wymierzony mu w twarz policzek i wystąpi jednolicie (jak w sprawie Drejfusa) przeciw wszelkim polskim dezyderatom.

Przykład sprawy Dreyfusa pokazuje jak działają Żydzi. Opisał to w książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński:

Kiedy wojenne sądy Franci wzięły za kołnierz Dreyfusa, płynęły do Paryża z całej kuli ziemskiej potoki złota. Ratować kazali wodzowie Judy zagrożonego hańbą współwyznawcę, hańba bowiem jego mogłaby zaszkodzić politykom żydowskim we Francji. Najuboższy sklepikarz płacił bez oporu narzucony mu przez kahał haracz. Jakiś handlarz wyszogrodzki przyznał mi się w owym czasie, że płaci miesięcznie trzy ruble na jakiegoś Dreyfusa, pytając, co to za jeden ten Dreyfus i co on takiego zrobił, iż potrzeba aż tyle pieniędzy, żeby go wydostać z rąk „gojów”. Nie wiedział biedaczysko nawet, o co właściwie chodzi, a mimo to był posłusznym bez rezonowania.

W „Mocarstwie anonimowym” Adolfa Nowaczyńskiego z 1921 roku czytamy:

Grupa Jacóba Schiffa i F. Frankfurtera skłoniła Wilsona w końcu maja 1919 r., aby przystał na ustępstwa dotyczące pięciu artykułów: Rijeki, Gdańska, Saary, Górnego Śląska i odszkodowań, tych samych artykułów, od których znowu zapali się wojna w Europie.

Można powiedzieć, że tych kilkudziesięciu Jehudas (chodzi o bankierów) rządzą obecnie i Stanami i światem. Jakób H. Schiff, głowa bezsprzecznie genialna, reżyserował wojnę rosyjsko-japońską, pomógł walnie w obaleniu i Wilhelma, i caratu i on również nakazał usunięcie R. Dmowskiego z widowni politycznej. Skoro Schiff nakazał usunięcie Wilhelma, a kiedy Niemcy zastosowały się do tego ściśle, stanął oficjalnie po stronie republikańskich Niemiec, przesyłając raz po raz swoje ultima konferencji pokojowej. Najważniejszym ultimatum był cablogram do Wilsona, podpisany Schiff, Cohen-Blumenthal, Frankfurter, domagający się plebiscytu na Górnym Śląsku. Na mas-meetingu w sprawie pogromów w Polsce dnia 9 stycznia 1919 roku (Clark speaker meetingu) oświadczył kategorycznie, że nie życzy sobie, aby R. Dmowski kiedykolwiek w jakiejkolwiek formie objął oficjalne stanowisko w Polsce.

Kiedy monarchia w Rosji, w Niemczech w Austrii padła i kiedy rozpoczynała się już konferencja pokojowa, Jehudas amerykańscy byli od razu z powrotem progerman, wszyscy z wyjątkiem kilku lekkoduchów, jak Mortimer Schiff, król mody, lub Otto Kahn, współwłaściciel Metrop. Oper. House. Wszyscy inni Jehudas postanowili wytężyć siły, aby nie dopuścić interwencji zbrojnej Japonii, skierowanej do obalenia żydowskich władców w Kremlu. Trocki miał wyrobione w Ameryce stosunki prasowe podczas wojny. Martens był łącznikiem między Smolnym Instytutem a „Jehudas”. Woodrow Wilson z czasów konferencji pokojowej, stał się li tylko marjonetką w rekach Jehudas nowojorskich i londyńskich. Obaj sekretarze Wilsona, dawny Tumulty, a późniejszy George Grell byli całkowicie oddani interesom Jehudas. Jeżeli w Ameryce kursuje wieść, że to Jehudas doradzili Wilsonowi, aby punkt słynnej deklaracji tyczący się Polski był 13-tym, to może być żartem, nie jest atoli żartem, że rozstrzygnięcie w sprawach gdańskiej, górnośląskiej, wileńskiej, wschodno-galicyjskiej, fatalne plebiscyty, niedojście zagranicznej pożyczki polskiej do skutku, początek upadku waluty itp. tylko tym Jehudas amerykańskim zawdzięczamy. A wśród tych Jehudas jeszcze najspecjalniej staremu Schiffowi i domowi Wahrburgów nowojorskiemu i hamburskiemu, specjalnie protegującemu syjonizm.

Tak więc już u progu niepodległości żydowskie lobby wpływało na życie polityczne w II RP, na jej kształt terytorialny i gospodarkę. Nie wszystko się wtedy im udawało. Nie udało się przeforsować w 1919 roku w Sejmie żydowskiemu nacjonaliście i posłowi Izaakowi Grunbaumowi wniosku o utworzenie państwa polsko-żydowskiego, co w praktyce oznaczałoby utworzenie państwa w państwie. W okresie międzywojennym Polska, jako państwo, starła się utrzymać niepodległość, ale udało się to tylko do zamachu majowego w 1926 roku. II wojna światowa była dla polskiego społeczeństwa niezwykle brzemienna w skutki. Utrata znacznej części polskiej inteligencji, przy jednoczesnym zachowaniu się tej warstwy po stronie żydowskiej, zasilonej dodatkowo nadciągającymi wraz ze Stalinem Litwakami, spowodowała że mniejszość żydowska zajęła jej miejsce.

Od 1948 do1956 roku dominacja ta była absolutna. Ktoś może zapytać: A dlaczego nie od 1945 roku? W 1948 roku nastąpiło połączenie PPS i PPR i powstała PZPR. PPS była partią socjalistyczną, ale z tzw. odchyleniem nacjonalistycznym. Posiadała ona swoje zaplecze finansowe w postaci PSS-ów (Powszechna Spółdzielnia Spożywców). To był polski handel. To nie były małe sklepiki, to, przy zachowaniu wszelkich proporcji, były odpowiedniki sieci handlowych. Ta tak zwana „bitwa o handel” polegała na przejęciu tej sieci i pozbawieniu PPS-u zaplecza finansowego, a tym samym znaczenia politycznego. Bez pieniędzy polityki uprawiać się nie da. Po 1956 roku do 1976 roku, w którym powstał KOR, ta żydowska dominacja słabnie. Ale wraz z jego powstaniem, który zdaniem Marka Edelmana, był kontynuacją przedwojennego Bund-u, następuje stopniowe odzyskiwanie przez Żydów utraconego wcześniej pola.

Po roku 1989 było jeszcze gorzej, choć wszystkim się wydawało, że będzie lepiej. To prawda, zmieniła się rzeczywistość. W sklepach pojawiało się coraz więcej towarów, coraz więcej ludzi mogło sobie na nie pozwolić. Pensje rosły, ale też stopniowo następowało coraz większe zróżnicowanie płac. Tak więc jednym było lepiej, innym gorzej, a niektórym nic się nie zmieniło. W tej kwestii będzie tyle opinii, ilu ludzi.

Społeczeństwo to jedno, a państwo – to drugie. Coś, co początkowo wydawało się zaniedbaniem, stało się z czasem największym zagrożeniem dla Polaków. Nieuchwalenie na początku lat 90-tych ustawy reprywatyzacyjnej, stało się podstawą do wysuwania roszczeń przez stronę żydowską. Lobby żydowskie od początku wiedziało, ze za wszelką cenę nie może dopuścić do uchwalenia tej ustawy, bo uniemożliwiłaby ona to, co już obecnie stało się faktem, czyli żądaniem od strony polskiej rekompensat za mienie bezdziedziczne. Gdyby taka ustawa powstała, to musiałaby również i tę sprawę uregulować. A skoro nie jest ona uregulowana, to strona żydowska reguluje ją teraz tak, jak chce. I znowu chodzi o pieniądze.

Stanisław Staszic był jednym z najwybitniejszych umysłów, jakie wydała polska ziemia, ale był mieszczaninem, więc nie mógł kupować ziemi. W 1801 roku nabył starostwo Hrubieszowskie, ale nominalnymi nabywcami tych dóbr byli Aleksander ks. Sapieha i jego żona Anna z domu Zamoyska. Dopiero po przyłączeniu Hrubieszowa do księstwa Warszawskiego, w którym kodeks napoleoński wprowadził równość cywilną, księżna Sapieżyna, wówczas wdowa: aktem urzędowym z dnia 19 sierpnia 1811 roku odstąpiła swe nominalne prawa posiadania Staszicowi. Można więc powiedzieć, że Napoleon zniósł na ziemiach polskich średniowiecze, które na nich tkwiło do początku XIX wieku. Ostatecznie rozprawił się z nim – ze średniowieczem, car, który uwłaszczył chłopów po powstaniu styczniowym.

Staszic był bardzo bogatym człowiekiem, nawet nieprzyzwoicie bogatym. Mało kto wie, że budynek PAN-u, u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu w Warszawie, został przez niego sfinansowany. W Wikipedii możemy przeczytać, że był on inicjatorem jego powstania. Ale kto go sfinansował? O tym Wikipedia milczy! A przecież to jest najważniejsze! Najważniejsze, kto finansuje i w jakim celu. I pomnik Kopernika przed tym, jak go dziś nazywamy, Pałacem Staszica, również on sfinansował. A on sam mieszkał w oficynie na Krakowskim Przedmieściu w dwupokojowym mieszkaniu. Dziś już nie ma takich bogaczy! Pieniądz to potęga – można go używać na różne sposoby.

Pieniądz rządzi światem, co było do udowodnienia. Tylko komu ja chcę to udowodnić, skoro każdy o tym wie? Tyle że, jak przychodzi do głosowania, to nikt nie pyta, skąd Konfederacja ma pieniądze. Skąd poszczególni jej politycy mają pieniądze? Z czego się utrzymują? No dobrze! Ktoś powie: Jakubiak ma sieć browarów regionalnych. No dobrze! – odpowiem, ale przypadkowy człowiek nie dostaje licencji na takie browary. A Roman Kluska? Stworzył największą firmę komputerową w Polsce i co? I został zniszczony przez aparat państwa, którego był obywatelem. Jednych popieramy, innych – niszczymy. Dlaczego?

Warto zadawać sobie pytania. Nawet jak nie znajdziemy na nie odpowiedzi, to może pojawić się jakaś refleksja. To dużo! Kiedyś, już dawno temu, jadąc samochodem, na jednym z przystanków autobusowych, takim jeszcze pamiętającym czasy PRL-u, zobaczyłem wymalowany sprejem, napis: Wyłącz telewizję, włącz myślenie. Bardzo mi się to spodobało! Ale jak wyłączymy telewizję, to możemy wziąć do ręki książkę, dobrą książkę. Ona zawsze skłoni nas do zadumy i refleksji. A poza tym, książka raz napisana nie zmienia się, a internet, który wypiera telewizję, jest dynamiczny – ciągle w ruchu i w ciągłej zmianie. Warto szukać tego, co stałe i niezmienne. Inaczej zupełnie pogubimy się.

Ustawa reprywatyzacyjna

W latach 1989-91 Czechosłowacja, Węgry i Litwa uchwaliły ustawy reprywatyzacyjne, które uregulowały sprawy własności, ustaliły zasady odzyskiwania mienia zagrabionego przez rządy komunistyczne. A więc na samym początku, po upadku komunizmu, uregulowano sprawy, które wydawały się być najważniejszymi dla państwa i obywateli. I nowe otwarcie odbyło się w atmosferze zaufania i poczucia sprawiedliwości.

W Polsce, pomimo upływu 30 lat, sprawa ta nadal nie jest uregulowana. Rodzi się więc pytanie: dlaczego w tamtych krajach udało się to zrobić szybko i sprawnie, a w Polsce – nie? Można oczywiście podawać różne powody, że nie było woli większości sejmowej, że sprzeczne interesy różnych partii itp. Przez 30 lat przewinęło się przez Sejm tyle partii, tyle koalicji, tyle posłów i nie udało się. Można było mieć wątpliwości i uznać, że jesteśmy tak skłóconym narodem, że nawet w sprawach fundamentalnych nie potrafimy zjednoczyć się ponad podziałami. Jednak w momencie, gdy Żydzi oficjalnie głosili swoje roszczenia w kwocie 65 a później 300 miliardów dolarów, to sprawa stała się jasna. Od 1989 roku do dziś Żydzi decydują o tym, co w „polskim” Sejmie zostanie uchwalone, a co – nie. Jakkolwiek to przykre i przygnębiające, to musimy przyjąć do wiadomości, że Państwo Polskie to atrapa.

Krzysztof Baliński w książce „Ministerstwo spraw obcych” pisze:

… Przy okazji senatorowie wyrazili poparcie dla organizacji kierowanej przez Ronalda Laudera, która jeszcze w październiku 2017 r. skrytykowała przedstawiony przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Wśród „wad” projektu senatorzy wymieniają to, że prawo do dziedziczenia roszczeń będą mieli tylko najbliżsi krewni pierwotnych właścicieli w linii prostej. Nie wiemy co odpowiedział premier, ale sam Jaki z projektu wycofał się chybcikiem. Jak widać, im bardziej słabnie „ortodoksja” rządu w – jak się dotąd wydawało – fundamentalnych sprawach, tym bardziej rośnie apetyt żydowskich organizacji. Wycofanie się z projektu ustawy pod dyktando Izraela to nawet nie skandal, to zdrada. „To była decyzja premiera Morawieckiego, który był przeciwny uchwalaniu ustawy w takim kształcie. Projekt miał trafić do kosza” – z satysfakcją wyjaśnił portalowi Wirtualna Polska Jacek Czaputowicz.

Wielu ludzi uważa, że żydowskie roszczenia są bezpodstawne, bo opierają się na dziedziczeniu plemiennym, sprzecznym z naszym prawem, które opiera się na dziedziczeniu przez osoby spokrewnione. Poddają również w wątpliwość skuteczność amerykańskiej ustawy JUST 447, która nie obowiązuje na terytorium Polski. Jest to prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że celem tej ustawy jest wywieranie wpływu na „polskich” polityków, by uchwalili kompleksowe ustawodawstwo dotyczące mienia po ofiarach holokaustu. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że posłowie mają opracować i zatwierdzić uchwały, które usankcjonują żydowskie roszczenia. Skoro w ustawie sejmowej będzie zapis, że mienie bezdziedziczne należy się innym osobom i organizacjom żydowskim, to będzie to już zgodne z polskim prawem.

Prawo żydowskie jest inne. W 1921 roku Adolf Nowaczyński zebrał wiele tekstów dotyczących roli i znaczenia środowisk żydowskich w dziejach zarówno Europy, jak i całego świata. Jeden z nich to „Prawo Hazaka”, w którym czytamy:

Ogół ludzi mniema, że żydzi są wyznania mojżeszowego. Tak jednak nie jest. Ściśle biorąc, żydzi są wyznania talmudycznego, gdyż za najważniejszą księgę świętą, regulującą całe życie, uważają Talmud i tylko się nim kierują.

Talmud powstał z końcem IV w. po Ch. w ten sposób, że uczeni żydowscy objaśniali Thorę i wydawali poszczególne przepisy, odnoszące się do samej Thory, a później do poszczególnych zagadnień życia. Z biegiem czasu te objaśnienia ustne nabrały równorzędnego znaczenia z prawem pisanem zawartem w Thorze. Do zburzenia Jerozolimy, objaśnień uczonych nie wolno było spisywać, uczyniono to dopiero po rozproszeniu żydów, aby nie zginęły. Pierwszy zbiór praw ustnych uczynił rabbi Akiba, po nim r. Meir, lecz zbiorów tych nie uznano. Ogólnie przyjęto dopiero zbiór praw ustnych, pochodzący, od rabbi Jehudy ha-Nassi około roku 180 po Chr. i nazwano go „Miszną”. Później uczeni opracowywali dalej i komentowali „Misznę”, i w ten sposób powstała „Gemara”, która jest właściwie komentarzem „Miszny”. Komentarz ten gubi się w dyskusjach i kazuistycznych dociekaniach, w sporach rabinów i ich zapatrywaniach. Żydzi obecnie uznają przedewszystkiem „Gemarę” w myśl słów: Thora to woda, Miszna wino, a Gemara wino aromatyczne.

Dla nas ważny jest talmud dlatego, gdyż reguluje stosunek żyda do nieżyda, czyli gojma (poganin, nieczysty). Talmud przepełniony jest nienawiścią do chrześcijan, którym odmawia człowieczeństwa i uważa ich za równych ze zwierzętami. Tylko dusza żydowska jest pochodzenia boskiego, natomiast dusze gojów nie powstały z emanacji ducha bożego (Zohar).

Nie sposób w tym miejscu nie przerwać tego cytatu i powrócić do współczesności, by zamieścić wypowiedź Barbary Engelking z 18.05.2018 roku:

Prof. Engelking-Boni powiedziała w programie Moniki Olejnik: „Dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”.

Nie powiedziała tego wprost, ale dla niej, zgodnie z Talmudem, Polacy to zwierzęta: śmierć jak śmierć, naturalna, biologiczna – jak u zwierząt. Czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Talmud obowiązuje, i że Żydzi nadal są mu wierni. Wróćmy jednak do naszego cytatu:

Jeżeli chcemy wiedzieć, do czego żydzi dążą i jakie mają wobec nas zamiary, musimy poznać przynajmniej najważniejsze wyjątki ich świętej księgi.

A rabbi Kulun mówi, że mienie gojów i ich osoby uważane są przez żydów jakoby jakieś „wolne jezioro, w którem każdy żyd może zapuszczać sieci, byle na to pozwolenie od kahału posiadł”. Do zajęcia posiadłości chrześcijanina, według nauki talmudu, wystarczy czyn symboliczny: jeżeli żyd wetknął rydel w ziemię goja, już stał się panem całości (Baba Baura 55 a); nie wystarczy to jednak według pojęć prawnych narodów, wśród których mieszkają żydzi. Teraz musi żyd użyć swego sprytu, aby goja wyzuć z jego majętności.

I tu znowu czas na dygresję: Użyć swego sprytu. No właśnie! Zmusić Amerykanów do przyjęcia ustawy 447. Wracamy do cytatu:

Znają jednak żydzi zachłanność swoich współwyznawców i wiedzą, że w pogoni za majątkiem mogliby sobie nawzajem przeszkadzać. Aby temu zapobiec, wprowadza talmud prawo hazaka i meropje.

Na podstawie prawa hazaka żyd kupuje od kahału majętność gojowską, którą może później bez konkurencji ze strony innego zagarnąć wszelkiemi możliwemi środkami. Po opłaceniu się kahałowi żyd nabył prawo hazaka (władzę czyli prawo) na majątek chrześcijanina. Nabywca ma prawo nająć majętność, być faktorem tak właściciela, jakoteż i lokatorów. Słowem, on ma tylko prawo eksploatowania wszystkich chrześcijan, którzy wraz z właścicielem są jego ofiarami, o czem eksploatowani nie wiedzą, a nawet się nie domyślają.

W książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński pisze:

»Czym był i jest dotąd kahał, dowiedzieliśmy się dopiero od Jakuba Brafmana, Żyda wileńskiego, ochrzczonego w 34 roku życia. Napisał on po rosyjsku dzieło pt. „Książka o kahale” („Kniga kagała”, 1869r.), której ważniejsze wyjątki przetłumaczył na język polski lwowski anonim, K.W.

„Kniga kagała” potwierdza, że kahały polskie i litewskie trzymały się ściśle nakazów i zakazów Talmudu. Co im Talmud przepisał, wykonywali bez namysłu i oporu. A Talmud rozkazał, jak wiadomo, pomiędzy innymi, łupić bez litości, chytrze i przebiegle, wszelkiego gatunku innowierców, zniszczyć ich tak gruntownie, aby Juda mógł zapanować jak najprędzej nad całym światem i skopać zwyciężonych gojów.

Czytamy w księdze Brafmana: „Na ogólnym zgromadzeniu wszystkich starszych przywódców i reprezentantów naszego miasta, za wspólną zgodą bez wszelkiego wahania się, albo jakich krętactwach w kahalnej izbie wobec pełnej liczby członków postanowiono: sprzedać rabi Izaakowi, synowi Gerszona, prawo posiadania (eksploatowania) placu i szpitala, należącego do kleru Rekitskiego, położonych przy końcu ulicy Kajdanowskiej; przy tym sprzedaje się prawo eksploatacji niezabudowanego placu tutejszej gminy (mieszczaństwa), przyległego do wyżej wymienionych: placu i szpitala. Prawo to eksploatacji własności chrześcijańskich sprzedaje się Izaakowi, jego potomkom lub innym pełnomocnikom, wskazanym w sukcesji, od centrum ziemi, aż do wysokości niebios bez wszelkiego ograniczenia, za co rabi Izaak wniósł do kasy kahału wyznaczoną należytość w całości. To prawo od tej chwili jest mu przyznane jako wieczyste i nieruszone, on zaś (Izaak) może go odsprzedać w zastaw lub darować według swej woli… Wkłada się na każdy kahał obowiązek bronienia praw wyżej wymienionego Izaaka i jego następców lub pełnomocników w sposób, aby też prawa pozostały przy nich i utrzymywały ich w cichości i spokoju. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien stanąć w obronie praw Izaaka przeciw każdemu, który by chciał się wdzierać w granice tych ustąpionych przez kahał posiadłości i chciał zrobić uszczerbek prawom, jakie nabył rabi Izaak, syn Gerszona. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien prześladować takiego człowieka, zgiąć go w łęk, przygnieść i kazać mu wrócić wszystkie straty i koszta, jakie mogły wyniknąć z jakiejkolwiek szkody, wyrządzonej Izaakowi”.

Czytając tego rodzaju dziwaczne kontrakty, zdawałoby się, że je skomponował jakiś dowcipniś. Bowiem śmiesznym jest sprzedawać cudzy majątek bez wiedzy i pozwolenia jego właściciela. A jednak to nie humorystyka, lecz prawda.

Wiadomo, że Talmud mianował Żydów panami całego świata i pozwolił im zabierać bez skrupułu mienie innowierców, o ile się tylko dało. Jakimś „wolnym terytorium”, albo jakimś „wolnym jeziorem” nazywał majątek „gojów”. Posłuszne mu kahały wymyśliły dwa sposoby do wyzyskania tego terytorium albo jeziora. Łupienie zamożnych chrześcijan nazwały „hazaką” (władzą, prawem), a wysysanie ubogich chrześcijan nieposiadających żadnego majątku, „meropią”. Obowiązkiem hazaki było wydrzeć z rąk innowiercy jego własność „jakimkolwiek bądź sposobami”, meropii zaś „zaćmienie biednego chrześcijanina”. Żyd, który „kupił” w kahale jakiegoś chudopachołka „zaćmiewał” swój „towar” w taki sposób, iż wypożyczał mu pieniądze na lichwę, nasyłał mu swoich kompanów szachrajskich, bezczelnych oszustów, aby mu przyspieszyli zniszczenie „klienta”. Ta obława kończyła się zwykle nędzą, ruiną ofiary kahału

Widać więc wyraźnie na podstawie przytoczonych cytatów, że te 300 miliardów dolarów, to prawo hazaka, które mówi, że cała własność gojów, w tym wypadku Polaków, należy do Żydów. Jest to kwota wzięta z sufitu. Równie dobrze mogliby powiedzieć – 500 miliardów. Nawet jeśli uznamy, że jest w Polsce jakieś mienie bezdziedziczne, pozostawione po ofiarach holokaustu, to chyba wypadałoby dokonać jakiejś jego inwentaryzacji. Niczego takiego nie zrobiono i nikt tego nie zaproponował. Nikt nawet nie zapytał Żydów, na jakiej podstawie dokonali takiego oszacowania. Polskie miasta były po wojnie zniszczone, a więc i żydowskie mienie uległo zniszczeniu. Ale przecież to nie Polacy zniszczyli swoje miasta. Nawet jeśli wywołali powstanie w Warszawie, to nie oni ją zniszczyli. Któż więc powinien wypłacać odszkodowania? Ten, który niszczył, już je Żydom wypłacił. Pozostaje więc to, co ocalało, ale czy ktoś próbował to oszacować? Nie próbował i nie będzie próbował, bo może okazałoby się, że to tylko drobny ułamek tego, czego domagają się Żydzi. Zupełnie tak, jak z tą stodołą w Jedwabnem.

W październiku 1973 roku polska reprezentacja narodowa w piłce nożnej zremisowała 1:1 z Anglią w słynnym meczu na Wembley. Ten remis okrzyknięto zwycięskim remisem, bo dawał on reprezentacji polskiej awans do finałów Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 1974 roku, pierwszy powojenny. W tamtej reprezentacji grali piłkarze, którzy byli bardzo dobrymi piłkarzami, ale był jeden problem. Oni nie byli zbyt elokwentni i dziennikarze, którzy przeprowadzali z nimi wywiady musieli się mocno gimnastykować. Jedynie Jan Tomaszewski i Lesław Ćmikiewicz byli wygadani. Również Lubański, ale on, na skutek kontuzji odniesionej w meczu z Anglią w Chorzowie w czerwcu, nie mógł później grać w tej reprezentacji. Strzelcem tej zwycięskiej bramki był Jan Domarski. Kiedy więc dziennikarz zapytał go o to, jak było z tą bramką, Domarski odpowiedział: przyszła, najszła, zejszła, wejszła. To jest kwintesencja lakoniczności i przyznam, że jestem pełen podziwu. Dla tych, którzy nie grali w piłkę nożną i nie interesują się nią, to może być niezrozumiałe. A więc: przyszła – dostałem podanie, najszła – dokładnie na nogę, zejszła – strzeliłem, ale nie tam, gdzie zamierzałem, wejszła – ale pomimo tego piłka trafiła do bramki. Bardziej lakonicznie i precyzyjnie nie dało się tego ująć.

Gdybym ja chciał w jednym zdaniu zawrzeć to, co tak rozwlekle opisałem powyżej, to mógłbym powiedzieć tak: Żydzi uważają, że Polska i wszystko to, co posiadają Polacy, należy do nich. O to tak naprawdę chodzi w tych roszczeniach. Jak się temu przeciwstawić? Rząd jest filosemicki, premier jest Żydem, Sejm odrzuca propozycję ustawy, która pociągałaby do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy chcieliby te roszczenia realizować. Quo vadis Polonia? In absolutum Cohndominium.

Marsz Równości w Białymstoku

W dniu 20 lipca odbył się w Białymstoku tzw. Marsz Równości. Pierwszy tego typu marsz w tym mieście. Spotkał się z gwałtownym sprzeciwem jego mieszkańców. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Na protestujących wylała się fala krytyki. W sumie więc impreza udała się. Organizatorzy osiągnęli to, co chcieli, czyli konflikt.

We wtorek 16 lipca byłem w Białymstoku i widziałem samochód z plandeką, na której informowano jaki to homoseksualizm jest zły i jakie zagrożenia się z nim wiążą. To samo tylko szerzej docierało do przechodniów przez megafon. Samochód był na warszawskich rejestracjach. Bardzo się tym zdziwiłem, że komuś chciało się jechać z Warszawy.

Dopiero w sobotę, gdy zobaczyłem ten marsz, to zrozumiałem. Prawdopodobnie samochód ten jeździł od początku tygodnia. Klasyczna “padgatowka”. Poinformowanie mieszkańców Białegostoku, że coś takiego będzie miało miejsce z jednoczesnym negatywnym przekazem dotyczącym homoseksualizmu i innych dewiacji. Jakby specjalnie chciano ich zmotywować do protestu. I mieszkańcy nie zawiedli. Stawili się tłumnie, robili zdjęcia, kręcili filmy, inni protestowali. Czyli wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nawet pojawili się kibice Jagiellonii. Ciekawe czy sami się zwołali, czy ktoś ich zorganizował. Druga strona nie zawiodła. Prowokowali, rzucali kamieniami, jajkami. Ciekawe skąd je mieli w centrum miasta? Szli ulicą wyasfaltowaną, a nie żwirówką. A jajka też tam nie leżały. Wygląda na to, że jedna i ta sama siła zorganizowała i sfinansowała tę szopkę. Przekaz medialny był diametralnie odmienny.

„Przypomnijmy, że w sobotę po raz pierwszy przez Białystok przeszedł Marsz Równości. Manifestację kilkakrotnie próbowali zablokować przeciwnicy. W stronę uczestników marszu poleciały kamienie, petardy, jajka i butelki oraz wyzwiska. Policja zatrzymała 25 agresywnie zachowujących się kontrmanifestantów.” – pisała w poniedziałek Interia.

Z drugiej strony można zapytać skąd się wzięli tacy gorliwi protestujący, którzy kilkakrotnie próbowali powstrzymać marsz. Wielu z nich zostało aresztowanych. Czy zwykły, przeciętny człowiek zaryzykowałby taki akt desperacji? Na zdrowy rozum: bezbronny człowiek, a przed nim kordon uzbrojonej po zęby policji. Przecież to jest rzucanie się z motyką na Księżyc. Protest bez sensu, chyba że można na tym trochę zarobić. A to inna sprawa! Oglądając ten Marsz na kanale Mediów Narodowych, miałem okazję wysłuchać kilku wywiadów z protestującymi, którzy poza kilkoma wulgarnymi hasłami nie potrafili przedstawić swoich argumentów. Podobnie było w przypadku wywiadów z osobami tylko przyglądającymi się. Z jednej strony opłaceni „protestujący”, z drugiej – ciekawscy mieszkańcy Białegostoku, którzy, kto wie! może czuli się dowartościowani, że w końcu „postęp” dotarł na Podlasie.

Pogrążyć taki marsz można by bardzo prosto. Wystarczyło zbojkotować go. Jak wyglądałby marsz, który idzie pustą ulicą, na której nie ma żywego ducha? Jak żenująco wyglądaliby ci ludzie? Kogo by prowokowali? Jeszcze bardziej żenująco wyglądałaby ta, pożal się Boże, policja. Uzbrojona, opancerzona ochraniałaby, no właśnie! Przed kim ochraniałaby, skoro nikogo by nie było? Do takiego scenariusza finansujący obie strony nie mogli dopuścić. Przecież przedstawienie musi trwać!

Można by więc zapytać: po co tego typu zadymy? Zorganizowanie takiego przedstawienia i opisanie go w mediach światowych służy tworzeniu negatywnego obrazu Polski za granicą, tak by w razie likwidacji Polski nikt nie protestował, a raczej odetchnął z ulgą, że taki niepoprawny politycznie i ideowo kraj zostaje zlikwidowany albo, w najlepszym wypadku, spacyfikowany. Jednak jest to cel uboczny, podobnie jak demonstracja siły: Patrzcie! Uzbrojona policja, opancerzone samochody, armatka wodna, helikopter kontrolujący wszystko z góry. Jakby chcieli nam powiedzieć: Nie macie szans! Jedyne co możecie zrobić, to wykrzyczeć się.

Główny cel jest zgoła innej natury, szerszy, ogólnoświatowy. To jest konflikt. Korzenie zjawiska sięgają filozofii Hegla. Szczegółowo i w sposób starannie udokumentowany opisuje to Antony C. Sutton w książce „Skull and bones, Tajemna siła Ameryki”. Poniżej parę cytatów z tej pracy:

W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu (Zakonem nazywa Sutton tę tajemną siłę Ameryki) stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zdaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie też jej wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących.

Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał też do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę (angielski odpowiednik Zakonu), jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech od czasów Kanta, przez Fichtego I Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej niemal we wszystkich jej aspektach.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą idee lub realizację idei można uznać za tezę. Teza ta będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skonfliktowanych sił.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

Dużo tych cytatów, ale chyba warte były przytoczenia. Dodam tylko, że Sutton napisał tę książkę w 1983 roku. I żeby skończyć z tymi cytatami, to już ostatni. Tym razem z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „ŻYD Obrazy współczesne” napisanej w 1866 roku:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Ale wróćmy, jak mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do Marszu Równości. To wszystko, o czym pisze Sutton, jest realizowane zarówno w skali makro jak i mikro. To mikro to właśnie ten Marsz w Białymstoku. Klasyczne zarządzanie konfliktem i kontrolowanie go. Tą heglowską tezą był Marsz i reprezentujące go środowiska LGBT, a antytezą protestujący przeciw niemu. Takie pojedyncze działania, same w sobie, jeszcze nie dokonują przełomu, ale jest ich wiele, a rozłożone w czasie i przestrzeni, działają jak kropla, która drąży skałę. To trochę tak jak z Polakami, którzy w 1918 roku zostali zaskoczeni tym, że powstało państwo polskie i ukuli powiedzenie: „Ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego.” Nie wiedzieli, że już od 1916 roku Niemcy projektowali jego utworzenie. Wkrótce później i Rosjanie wystąpili z podobnym pomysłem. Przeciętny Polak nie mógł mieć o tym pojęcia, bo i skąd?

Dziś możemy mieć do czynienia z odwrotną sytuacją: „Ni z tego, ni z owego, nie mamy Polski od pierwszego”. Właściwie to już jej nie mamy. Rząd, który jest rzecznikiem żydowskich interesów w Polsce, który bardziej wspiera kulturę żydowską niż polską, który bardziej dba o interesy Ukraińców niż Polaków, który dofinansowuje firmy i banki zagraniczne a Polakom serwuje wysokie podatki, to taki rząd nie jest polskim rządem. A skoro rząd ten nie jest polski, to i to państwo nie jest polskie. Skoro Jonny Daniels otwarcie mówi o wydzieleniu z terytorium Polski obozu zagłady w Oświęcimiu i stworzeniu tam strefy eksterytorialnej, to kto tu rządzi? Czyż trzeba lepszych przykładów? Proszę bardzo!

Brak ustawy reprywatyzacyjnej. Czechosłowacja uporała się z tym problemem na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Węgry w 1991 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Litwa. Dlaczego było tak trudno? Dziś już wiemy o co chodzi. Od czasu, gdy żydzi wystąpili z roszczeniami, początkowo na 65 a później na 300 miliardów dolarów, to już wiemy kto rządzi Polską i to nie od czasu pojawienia się Jonny Danielsa, tylko od 1989 roku. Zresztą wcześniej też rządzili, tylko bardziej dyskretnie.

Spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość poprzez pryzmat filozofii heglowskiej dużo nam wyjaśnia. Dążenie do zmiany istniejącej sytuacji jest realizowane na trzy sposoby:

  • informację, czyli wykorzystanie środków masowego przekazu. Białostocki Marsz został nagłośniony na cały świat. I czego dowiedział się ten świat? Ano tego, że w Polsce biją mniejszości seksualne. Również edukacja został podporządkowana temu celowi. Nie będzie nowej rzeczywistości, jeśli nie będzie nowych ludzi. A tych trzeba ukształtować. Takie marsze jak w Białymstoku mają oswajać, zainteresować, informować.
  • drugim sposobem jest finansowanie skonfliktowanych stron. Zarówno Hitler jak i Stalin byli wspierani przez Wall Street.
  • trzecim – jest kredyt. Zadłużanie państw, samorządów i ludzi prowadzi do ich uzależnienia, a co za tym idzie do podporządkowania a więc i niewolnictwa.

Autorytety

Według definicji słownikowej autorytet to: 1. «ogólnie uznana czyjaś powaga, wpływ, znaczenie, przewaga; mir»: Mieć, zdobyć, utrzymać a. Podważać czyjś a. Tracić a. Cieszyć się autorytetem. 2. «o człowieku, instytucji itp. mających ogólnie uznaną powagę, wpływ, znaczenie: Był dla swych dzieci autorytetem. Najwyższe a-y naukowe orzekły. (nm. z łc.) To w nawiasie oznacza, że wyraz pochodzi z języka niemieckiego i ma łacińskie korzenie.

Często pod pojęciem autorytetu rozumiemy ludzi o nieprzeciętnych zdolnościach w jakiejś dziedzinie, rozległej wiedzy, wysokiej kulturze osobistej i nienagannej postawie moralnej. I takim ludziom skłonni jesteśmy ufać, traktować ich wypowiedzi i opinie jako obiektywny opis rzeczywistości. Ale zapominamy o tym, że nawet najwięksi geniusze, to tylko ludzie, z ich emocjami i wadami.

Jednym z takich niekwestionowanych autorytetów jest Waldemar Łysiak. To znakomity pisarz, publicysta, kolekcjoner i znawca malarstwa, to człowiek wielu talentów, ale to, jak większość ludzi, człowiek kierujący się emocjami i w tych emocjach nieobiektywny. To zwolennik PiS-u, tego PiS-u, który prowadzi nas wprost do Judeopolonii. To też bezkrytyczny wyznawca kultu Marszałka. W książce “Rzeczpospolita Kłamców Salon”, Warszawa 2004, pisze tak:

“Nasuwa się analogia z bolszewikami Lenina i Stalina, którzy nie przetrwaliby do roku 1920, gdyby nie skuteczna pomoc wojsk anarchisty N. Machno. Armia Czerwona byłaby rozbita (i to kilkakrotnie) przez armie białogwardyjskie, lecz Machno ‘trzy razy zawierał tajne porozumienia z władzą sowiecką’ (O. Gierczikow) i kolejno sparaliżował białą armię Krasnowa (1918, 1919), białą armię Denikina (1919) oraz białą armię Wrangla (1920). Jedynie dzięki sprytowi i militarnym zabiegom tego człowieka, skutecznie wspomagającego sypiącą się Armię Czerwoną, bolszewizm nie został zmieciony.”

Czytałem ten fragment i przecierałem oczy ze zdumienia. A gdzie Piłsudski! A gdzie prawie milionowa armia polska, która raptem, ni stąd ni zowąd, zatrzymała się jakby zamieniła się w słup soli? Jak to było i jakie tajne rozmowy prowadził z bolszewikami w 1919 roku Piłsudski, choć nie osobiście, tylko przez wysłanników, to o tym pisał Józef Mackiewicz w swojej powieści “Lewa wolna”. Ale wyznawca kultu Marszałka nie mógł o tym napisać! Mackiewicz, uczestnik tej wojny, gdyby przeczytał wyżej cytowany fragment, w grobie by się przewracał.

To, że ktoś w jakiejś dziedzinie jest wybitny, to nie oznacza, że nie może przemilczać pewnych, niewygodnych faktów. A w tym akurat momencie Łysiak tak postąpił. Aż trudno w to uwierzyć, ale tak jest.

Ostatnio ucierpiał trochę autorytet Stanisława Michalkiewicza. To również wybitny publicysta, pisarz, komentator życia politycznego, erudyta, równie biegle władający słowem pisanym jak i mówionym. Krasomówca – jak wielu go określa. Szczególną popularnością cieszą się jego komentarze na YouTube. Jednak ostatnio autorytet ten ucierpiał nieco, a to za sprawą jego apelu do swoich czytelników i słuchaczy. Poprosił ich o pomoc w wykupieniu mieszkania, do którego to wykupu został zmuszony w trybie nagłym. Dodał, że nie stać go na tak duży wysiłek finansowy w tak krótkim czasie. I tyle można było dowiedzieć się od niego samego. Michalkiewicz nie przedstawił żadnego dokumentu, który uwiarygadniałby jego prośbę. Nie wiadomo więc kto był właścicielem i administratorem budynku, na jaką kwotę oszacowano wartość mieszkania i kto dokonał tej wyceny. On sam nie sprecyzował o jaką kwotę chodzi, ile pieniędzy brakuje mu do wykupienia lokalu.

Odzew na apel był natychmiastowy, a chętnych do pomocy wielu, bo już chyba po miesiącu Michalkiewicz oświadczył, że mieszkanie zostało wykupione. Czy zebrał tych pieniędzy więcej, czy mniej niż było niezbędne do wykupienia mieszkania, tego nie powiedział. Ktoś mógłby zapytać: A co to nas obchodzi, jak kto wydaje swoje pieniądze? Jeśli ktoś dobrowolnie wspomógł Michalkiewicza, to jego prywatna sprawa. I pewnie miałby dużo racji. Jednak w tym przypadku jest trochę inaczej. Michalkiewicz jest, z racji wykonywania zawodu, osobą publiczną, medialną, której wpływ na kształtowanie opinii publicznej jest duży, przynajmniej po tej tzw. prawej stronie.

Znany jest on od lat jako piewca tzw. wolnego rynku, minimum państwa a więc i minimum opieki społecznej. Uważa, że ludzie powinni brać odpowiedzialność za swoje postępowanie, decyzje. Jednym słowem brać swój los we własne ręce. To także zwolennik niskich podatków, bo uważa, że ludzie sami lepiej rozporządzą swoimi pieniędzmi niż państwo. Aż tu nagle taka katastrofa! Ludzie pomóżcie! Przez całe życie nie potrafiłem zadbać o swoje sprawy, nie potrafiłem zarządzać moimi pieniędzmi i teraz ich nie mam. „Pomożecie towarzysze?! – Pomożemy!” Skąd my to znamy?

Człowiek, który postępuje wbrew zasadom, które głosi jest niewiarygodny. Nie ulega wątpliwości, że Michalkiewicz poprzez taki apel stracił autorytet u wielu swoich wcześniejszych czytelników i słuchaczy. Nie u wszystkich. Wielu pozostało przy nim.

Ten przypadek skłania jednak do pewnej refleksji. Czy my jesteśmy aż tak głupim i naiwnym narodem i społeczeństwem by wierzyć w to, że jeden z najbardziej popularnych polskich publicystów i pisarzy, sprzedający swoje książki w nakładach idących w dziesiątki tysięcy, mający od lat stronę internetową, którą wspiera wiele osób z kraju i zza granicy – że ten człowiek nie zdołał zabezpieczyć się finansowo i że jest tak głupi, że nie sprawdził jaki jest stan prawny mieszkania, w którym mieszka? Tak liczny i szybki odzew na apel Michalkiewicza wskazuje, że – tak!

A teraz puśćmy sobie wodze fantazji. Czy rzeczywiście tak było, że Michalkiewicz nie miał pieniędzy. Jeśli założymy, że nie miał, to musimy pójść krok dalej i stwierdzić, że jest życiowym nieudacznikiem i ofermą. Temu jednak przeczy jego intelekt i pozycja, jaką zajmuje. A więc założenie takie jest bez sensu i wypada je odrzucić. Czyli pozostaje druga opcja – pieniądze miał. A skoro tak, to jaki był motyw jego postępowania? I czy zrobił to dobrowolnie? Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tym apelem ośmiesza się w oczach wielu ludzi, że podważa, nieskalany dotychczas autorytet, że naraża się na spadek sprzedaży swoich książek, oglądalności itp. Jeśli miał pieniądze, to po co miałby decydować się na taki krok? Pozostaje więc druga opcja. Został do tego zmuszony. I znowu rodzi się pytanie – przez kogo? I co ten ktoś chciał przez to osiągnąć?

Puszczając nadal wodze swojej fantazji, zastanawiam się, czy nie był to pewien test? Test sprawdzający, jaką niedorzeczność można wmówić ludziom. Jak daleko można się posunąć? Chodzi oczywiście o sprawdzenie tej części polskiego społeczeństwa, która zachowała jeszcze jakieś patriotyczne uczucia. I test wypadł pozytywnie. Dla osoby, która jawi się nam jako szczery patriota, któremu polskie sprawy leżą na sercu, jesteśmy w stanie dużo zrobić i co ważniejsze – zaufać. Kto wie czy tacy ludzie nie będą potrzebni w pewnym krytycznym momencie, by swym kwiecistym językiem zapewniać nas, że nic się nie stało. Pytania i pytania, i wątpliwości.

Jostein Gaarder w książce „Świat Zofii” pisze:

„Filozof więc to ktoś taki, kto przyznaje, że jest cała masa spraw, których nie rozumie. I bardzo mu to przeszkadza. Tym samym i tak jest mądrzejszy od wszystkich, którzy chwalą się, że znają się na rzeczach, o których nie mają pojęcia. Najmądrzejszy jest ten, który wie, czego nie wie. Sam Sokrates twierdził, że wie tylko jedno – a mianowicie, że nic nie wie. Największe zagrożenie stanowią zawsze ci, którzy pytają. Odpowiadanie na pytania już nie jest tak niebezpieczne. W jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi.

Michalkiewicz znany jest z tego, że od lat ostrzega nas przed żydowskimi roszczeniami i można powiedzieć, że do pewnego momentu miał na to monopol. Nikt inny w Polsce o tym nie mówił i nie dostrzegał tych zagrożeń. Taki geniusz!? A może widział, tylko nie miał gdzie tego obwieścić – „Urbi et orbi”. Kiedyś Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą, bo jako opozycjonista rozjeżdżał się w latach 60-tych po Europie, podczas gdy, jak to on pisał, prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniach. Tym, którzy nie wiedzą, to informuję, że „ojcem założycielem” UPR-u był nie kto inny, jak właśnie Kisielewski. Z UPR-u wyrastają nogi Michalkiewicza i Korwin-Mikke. Mamy więc kolejne pokolenie, prawdopodobnie, licencjonowanych, już tym razem nie tyle opozycjonistów, co patriotów, prawicowców, liberałów, antysemitów i czego tam jeszcze!

Cóż tak naprawdę wynika z tego, że ostrzega się nas przed żydowskimi roszczeniami? Mnóstwo artykułów na ten temat napisano. Nie tylko Michalkiewicz. Mnóstwo książek wydano. Z jednej strony można powiedzieć, że z tych artykułów i z tych książek emanuje troska o losy ojczyzny. Można jednak na to spojrzeć inaczej. A może jest to takie „gotowanie żaby na wolnym ogniu”, czyli psychiczne przygotowywanie do mającego nastąpić przejęcia państwa przez mniejszość żydowską. Zresztą ta mniejszość poczyna sobie już coraz śmielej.

W tych publikacjach nie ma niestety, poza opisem, pomysłu na to, co w takiej sytuacji czynić należy. Jedynie Marian Miszalski proponuje akcentowanie żydowskiego rasizmu na forum ONZ i innych organizacji oraz wywieranie nacisku na rząd amerykański: coś nam się należy od Amerykanów za udostępnienie naszego terytorium w ich rozgrywce z Rosją. Uważa też, że rząd powinien zająć w tej sprawie zdecydowane stanowisko i publicznie oświadczyć, że roszczenia bezdziedziczne są bezpodstawne. Ale z kolei Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo spraw obcych” stwierdza, że polski MSZ jest całkowicie zdominowany przez Żydów. Któż więc, jak chce Miszalski, miałby występować w obronie polskiego interesu narodowego? Podobnie jest z polskim rządem, który jest dyspozycyjny wobec lobby żydowskiego. Dominacja mniejszości żydowskiej w naszym życiu politycznym i nie tylko politycznym, jest przerażająca, tyle że jeszcze mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Autorytety wypowiadają się, piszą książki, biorą udział w konferencjach itp., a Żydzi robią swoje. Na razie po cichu, ale coraz bardziej zdecydowanie.

Polacy, zamiast wsłuchiwać się w głosy autorytetów, prawdziwych czy fałszywych, powinni zdać sobie sprawę z tego, że Polska, praktycznie od początku swoich dziejów, nie była państwem jednolitym etnicznie. Od unii polsko-litewskiej stała się państwem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, multi-kulti. Z tego wynikają pewne konsekwencje. Nawet dzisiaj, pomijając obecną imigrację, jesteśmy państwem z mniejszościami, których interesy niekoniecznie są zbieżne z polskimi. A to są obywatele polscy, mówiący po polsku i często deklarujący się jako żarliwi patrioci i gorliwi katolicy.

Cytowany wcześniej Baliński pisze:

Premier Mateusz Morawiecki nawołuje: „Czas odrzucić te zabójcze podziały. Jesteśmy biało-czerwoni. Wszyscy Polacy jesteśmy biało-czerwoną drużyną”. Mieniący się narodową reprezentacją nawołują do „zgody narodowej”, każą ”zapominać”, „wybaczać”, „budować wspólnotę”. Kłamią, mówiąc o „podziałach między Polakami”, fałszują genezę wielowiekowego konfliktu. To nie Polacy są podzieleni i nie poglądy polityczne ich różnią. Różnią się z tymi, którzy z polskością nie chcą mieć nic wspólnego. Czas powiedzieć bez ogródek: nie ma żadnej biało-czerwonej drużyny; są patrioci i jest Targowica; Polakom nie zależy na „zasypywaniu podziałów”; interesuje ich tylko, aby w tej wojnie wygrało ich plemię, po zwycięstwie wykluczyło zaprzańców z polskiej wspólnoty narodowej i odebrało możliwość wpływania na losy kraju. Spór jest bowiem sporem nie o kształt Polski, lecz o samo jej istnienie – albo Polska będzie Polską, albo Polski nie będzie. Zamiast naiwnych apeli do potomków Bermana, przypomnieć trzeba myśl księcia Adama Czartoryskiego: „Istnieją tylko dwie partie w Polsce: partia polska i partia antypolska”, i apel Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”.

Cóż więc radzi Krzysztof Baliński? I jak sam pisze, odpowiedź jest krótka: piętnować zdrajców i sprzedawczyków – publicznie i imiennie. Główne zagrożenie idzie bowiem od wewnątrz, bo operujący zza granicy, bez swych agentów na miejscu niewiele by zdziałali.

A więc nic prostszego! Ale tak, jak kara śmieci została zniesiona nieprzypadkowo, tak nieprzypadkowo wprowadzono ustawę o ochronie danych osobowych. W niej wcale nie chodzi o ochronę danych zwykłego obywatela, tylko o zabezpieczenie się m.in. przed tym o czym pisze Baliński.

Tak więc różne autorytety podsuwają nam różne interpretacje historii, różne interpretacje rzeczywistości i różne interpretacje rozwiązania problemów, które nas dręczą, ale i tak na końcu my sami musimy odwołać się do naszego rozumu, a przynajmniej nauczyć się zadawać pytania, zgodnie z tym, co zostało napisane powyżej: w jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi. A poza tym, pytania ukierunkowują nasze myślenie, czynią je bardziej precyzyjnym.

Naród bez głowy

Polska przez wieki była największym skupiskiem diaspory żydowskiej na świecie. I jak nigdzie indziej uzyskała ona tu największe przywileje i żyła w otoczeniu niezwykle tolerancyjnego i łagodnego narodu. Wyrzuceni z całej Europy Zachodniej znaleźli tu Żydzi swoje miejsce odpoczynku, swoje Polin. Konsekwencje tego, my Polacy, odczuwamy dziś w sposób wyjątkowo bolesny, ale najgorsze jeszcze przed nami. Nie da się napisać historii Polski bez uwzględnienia w niej roli Żydów, co więcej, nie można zrozumieć naszej rzeczywistości, udając, że ich w niej nie ma. Oni są!

Druga wojna światowa była tragedią. Była tragedią dla narodu polskiego i taką była dla narodu żydowskiego. Dla narodu polskiego była to tragedia większa niż dla narodu żydowskiego. Naród polski stracił w niej swoją inteligencję, a właściwie jej zaczątek budowany w okresie II RP. Masy, jako takie, przetrwały, chociaż one też cierpiały i ich danina krwi była większa. W przypadku Żydów było odwrotnie. Inteligencja przetrwała, a masy, w odróżnieniu od polskich, zostały całkowicie unicestwione.

W kategoriach jednostki wartościowanie czyjegoś życia na podstawie przynależności do takiej czy innej warstwy czy klasy społecznej byłoby niemoralne i naganne. Tu chodzi o ludzką godność. W Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych brzmi to tak: We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal and endowed by their Creator with certain inalienable rights, that amnog these are life, liberty and the pursuit of happiness. To można przetłumaczyć mniej więcej tak: Te prawdy uważamy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni przez Stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia.

Jednak w przypadku narodów jest trochę inaczej. Tak zwane elity odpowiadają za losy danego narodu czy państwa. Jeśli ulegną likwidacji, to ich odbudowa wymaga czasu. Masy odbudowują się już w następnym pokoleniu.

Nie ulega wątpliwości, że elity wywodzą się z mas. Jest to jednak proces długotrwały. One nie powstają z pokolenia na pokolenie. W II RP był już zaczątek tych elit, ale druga wojna światowa przerwała ich odradzanie się. Natomiast elity żydowskie przetrwały wojnę i wzmocnione zasięgiem przybyłym wraz z Armią Czerwoną zdominowały życie PRL-u. Trudno więc zgodzić się z tym, że tzw. plan Balcerowicza był próbą uzdrowienia polskiej gospodarki, raczej był zamiarem jej zlikwidowania i to się udało. To kolejny etap na drodze do tworzenia Judeopolonii.

Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo Spraw Obcych czyli polskie sprawy w cudze ręce?” pisze:

»Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu «Solidarności»: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem”.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie zrozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił ręką w stół i powtarzał: „Tak , rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs z razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który zostanie nazwany „Planem Balcerowicza”, oboje udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia i w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, że rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę polskim reformom”.

W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Polska po rozbiorach i powstaniu listopadowym doświadczyła czegoś, co opisano jako Wielką Emigrację. Po prostu polskie elity wyemigrowały do Paryża. I od tego momentu Polacy stali się narodem bez głowy.

Bernhard Struck w książce „Nie Zachód, nie Wschód; Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych w latach 1750-1850”, Wydawnictwo Neriton, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2012, pisze tak:

»Epokę reform w drugiej połowie XVIII w. aż po trzeci rozbiór Polski można w oparciu o pojęcia Bitterliego określić jako okres intensywnych stosunków i wymiany kulturalnej, a nawet jako splot kultur. Podróżni tacy jak Johann Bernoulli, Joachim Schulz, Johann Philipp von Carosi, Therese Hubner i inni utrzymywali kontakty osobiste i naukowe, i opisywali je. Prowadzili dialog z polskimi uczonymi, naukowcami, literatami, politykami, światłymi przedstawicielami szlachty, a w niektórych przypadkach z samym królem. Ich relacje i przekaz wiedzy o Polsce był wkładem w polsko-niemiecki transfer kulturalny. Taka forma stosunków kulturalnych w obrębie europejskiej republiki uczonych nie różniła się w istotny sposób aż do ok. 1800 r., pomijając kilka wyjątków, od sytuacji wielu podróżnych udających się w tym samym czasie do Paryża.

Jednak inaczej niż w przypadku Francji i wielorakich kontaktów niemieckich podróżnych z uczonymi, artystami i politykami w Paryżu, których opisy przewijają się w całym badanym okresie, podobnie jak zresztą i w innych epokach, stosunki kulturalne i dialog niemiecko-polski sukcesywnie zanikały. Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście. Znamienne jest, że ci spośród odwiedzających, którzy posługiwali się w latach 30. i 40. negatywną retoryką wobec Polski i polskiej kultury, nie wspominali w swych relacjach o żadnych partnerach dialogu, społecznych czy naukowych środowiskach w Polsce. Zamiast tego dominował podział na „my” i „oni”, który sprawiał, że w narracji brak było indywidualizacji charakteryzującej opisy sprzed 1800 r. Ten podstawowy wzorzec jednostronnie prowadzonego dyskursu, a zatem hegemonicznego dyskursu kulturalnego i spojrzenia wręcz kolonialnego, można odnieść do kontekstu wewnątrzeuropejskiego, a mianowicie do relacji niemiecko-polskich i relacji podróżniczych o Polsce. Dopiero połączenie narodowego i hegemoniczno-kolonialnego dyskursu umożliwiło, inaczej niż w odniesieniu do Francji, posługiwanie się przez podróżnych od połowy lat 30. negatywną i deprecjonującą retoryką.«

Żydzi szybko dostrzegli tę lukę tj. brak polskich elit. Ale była jeszcze polska szlachta, która ze swoim majątkiem i ziemią mogła stanowić pewną przeszkodę w realizacji ich celów. J.I. Kraszewski, jako redaktor kronenbergowskiej “Gazety Codziennej” miał okazję poznać ich. I opisał to w swojej powieści “Żyd”, której fragment cytuje Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce”:

»W powietrzu czuć proch (chodzi o powstanie styczniowe), ale dla nas to nic złego. Naturalnie ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nas nie lubi, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

“A wówczas dla nas droga otwarta”… Jaka droga?…

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad polową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz…”

Oto jaką drogę widzieli przed sobą, do jakiego celu dążyli żydowscy asymilatorzy już około r. 1862. Zaledwie zdążyli wyjść z ghetta, zdjąć z siebie chałat, oświecić się po wierzchu, dorobić się wielkiej mamony, a już zachciało się im być inteligencją i arystokracją polską, już nazywali Warszawę swoją Jerozolimą, a ziemię polską swoją własnością. Parobkami, helotami mieli być u nich Polacy. Kultura europejska nie wytrzebiła z ich mózgu megalomanii talmudyzmu. Żydami, wrogami innowierców zostali.«

Kraszewski napisał powieść “Żyd” w1866 roku. Można więc śmiało powiedzieć, że świadomość żydowska po powstaniu styczniowym już dojrzała do podjęcia kroków do stworzenia w Królestwie Polskim Judeopolonii. A może to była pierwsza próba? Marian Miszalski w książce „Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu)” wymienia 5 prób stworzenia Judeopolonii:

-pierwsza, to projekt niemiecko-żydowski z 1914 roku.

-druga, to projekt Grunbauma z 1919 roku, polegający na próbie utworzenia państwa polsko-żydowskiego. Projekt ten poległ w Sejmie Ustawodawczym. Była to próba żydowska.

-trzecia próba, ta karykaturalna z 1945 roku (niesuwerenne państwo żydowsko-polskie w sowieckiej Polsce). Był to pomysł sowiecko-żydowski.

-czwarta próba, to również próba sowiecko-żydowska: spisek „okrągłego stołu”. Jaruzelski – eksponent sowieckiej racji stanu, „strona społeczna, to agentura bezpieczniacka ulokowana w „Solidarności” i żydowscy pupile Geremka i Michnika.

-piąta próba za 65 czy 300 miliardów dolarów. To jest próba wyłącznie żydowska, która jest realizowana przy pomocy rządu Izraela, lobby żydowskiego w Ameryce i „piątej kolumny” w Polsce.

Tak to widzi Marian Miszalski. Jeśli więc uznanie powstania styczniowego za taką próbę jest przedwczesne, to uznanie rewolucji 1905 roku już chyba nie! Cytowany wcześniej Jeske-Choiński pisze również:

Dokąd Żydzi zdążali podczas rewolucji, niech opowie Julian Unszlicht, który jako polski pisarz żydowskiego pochodzenia, zna lepiej od „gojów” tajemnice swoich współplemieńców. Pisze on pomiędzy innymi: „Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał »Judeo-Polski«, Syjon na gruzach Polski. – Wiekami całymi żydostwo ze wszech stron spływało w granice Rzeczypospolitej na oścież dla obcych otwarte. Rzeczpospolita nie umiała wzbudzić dla siebie poszanowania ze strony żydostwa, które, biorąc jej tolerancyjność za oznakę słabości, nauczyło się Polskę lekceważyć, nie chcąc nawet jej języka uznać za swój. Żargon niemiecki, jak obecnie żargon rosyjski litwactwa – to żywe dokumenty stwierdzające przywiązanie żydostwa do tych państw, które nie tylko Polskę ciemiężą, ale i samo żydostwo sposobami wytępić usiłowały. Polska ujarzmiona stała się ojczyzną żydostwa całego świata, drugą Palestyną, w której nie miało ono potrzeby liczyć się z interesami ludności rdzennej. W warunkach wyjątkowych Polski przy rosnącym ucisku obcym i pozornym zmiażdżeniu przezeń aspiracji politycznych narodu polskiego, proces odpadania żydostwa od polskości mógł się tylko potęgować, prowadząc w prostej linii do fantastycznej idei Judeo-Polski, odrodzenia »narodowego« żydostwa w ujarzmionej Polsce pod egidą państwowości rosyjskiej. – Pierwszy etap został przebieżony: żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po »trupie Polski«.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce. – Socjalizm polski nie umiał stawić czoła parciu nacjonalizmu żydowskiego, gdyż element żydowski, który się w nim licznie zagnieździł, nie dopuszczał do żadnej krytyki działalności politycznej żydostwa, natomiast zmuszał go ustawicznie do walki z reakcją polską, nie za jej ugodowość, bo to odpowiadało dążeniom centralistycznym nacjonalizmu żydowskiego, lecz za jej antysemityzm, któremu żer obfity dawały wybryki antypolskie socjal-litwactwa. W tych warunkach nastąpił wybuch szalonego, nieokiełznanego niczym antagonizmu. – Izrael stał się nieubłaganym, bezlitosnym sędzią wszystkich prawdziwych czy urojonych przewinień Polski, z lubością opluwał jej przeszłość, jej męczeństwo, jej prawo do wolnego życia. – Żydostwo stało się panem sytuacji w rewolucji. Coraz natarczywiej żądało od socjalistów polskich, by się wyparli swej narodowości, swych ideałów, a z proletariatu polskiego uczynili hołotę nacjonalizmu żydowskiego”.

Najmniej znana powieść Henryka Sienkiewicza to „Wiry”. Jej akcja toczy się w okresie rewolucji 1905 roku. Jest to romans i po części powieść polityczna, choć realistyczny obraz 1905 roku jest w niej skromny. Nie mniej jednak niektóre fragmenty brzmią nad wyraz aktualnie:

Nasi socjaliści zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.

-To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki.

Ale uwagę tę pominięto milczeniem, po czym Groński rzekł:

-Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw patriotom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić. Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej w tym nasi patres conscripti?

Również Bolesław Prus napisał powieść „Dzieci” poświęconą rewolucji 1905 roku i również mało znaną. Obie chyba za PRL-u nie były wydawane, co zrozumiałe. Bo czyż można było wydrukować coś takiego:

„-Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.

-Proszę pana – ciągnął – zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie… Bywało źle… działy się niegodziwości… temu nie będę przeczył… Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim – przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej… Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą: chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…”

To, co może nie do końca udało się podczas rewolucji 1905 roku, udało się po 1989 roku. Soros zaaplikował nam „Plan Balcerowicza”, a następnie zaczął realizować ideę społeczeństwa otwartego, czyli wszelkie możliwe zboczenia i internacjonalistyczne społeczeństwo.

Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”.

Tyle tylko, że nie był to plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku, tylko plan zlikwidowania gospodarki polskiej. Na piętnastu stronach to można napisać plan destrukcji. Destrukcja wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż konstrukcja. Żeby napisać plan przejścia polskiej gospodarki od socjalizmu do wolnego rynku, to trzeba by było dokonać inwentaryzacji tj. opisania tego, co jest rentowne i warte zachowania i tego, co jest nieopłacalne i niewarte zachowania. W PRL-u były przedsiębiorstwa warte zachowania i takie, które były nierentowne, i które należało zlikwidować. Jednak tego typu inwentaryzacja trwałaby co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat i byłaby opisana na kilkuset stronach, jeśli nie na tysiącach.

Roty Niepodległości

Środowiska narodowe powołały ruch o nazwie Roty Niepodległości. To ruch, którego celem jest sprzeciw wobec amerykańskiej ustawy 447. Ma on wyrażać się w formie protestów ulicznych, działalności edukacyjnej, tworzeniu czegoś, co po angielsku nazywa się think tank, a które to wyrażenie nie ma polskiego odpowiednika, ale które można chyba streścić tak: zanim zaczniesz działać – pomyśl.

Słowo rota ma w języku polskim dwa znaczenia. Pierwsze – formuła przyrzeczenia, przysięgi, przysięga: Rota sądowa. I drugie – w dawnym wojsku polskim: jednostka odpowiadająca dzisiejszej kompanii lub szwadronowi; w liczbie mnogiej: wojsko. A więc Roty Niepodległości to wojsko. I cóż to „wojsko” może zrobić?

Podczas konferencji bliskowschodniej w sprawie Iranu, która odbyła się w Warszawie na Zamku Królewskim w połowie lutego 2019 roku sekretarz stanu USA Mike Pompeo powiedział: …wzywam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holokaustu. To oczywiście nawiązanie do amerykańskiej ustawy 447.

Protesty wobec tej ustawy nie mają sensu. Jest to amerykańska ustawa i my nie mamy wpływu na to, co robią Amerykanie. Protesty powinny wywierać presję na „polskich” polityków, aby nie „czynili postępów w zakresie kompleksowego ustawodawstwa”. Bo cóż to w praktyce oznacza? W praktyce oznacza to opracowanie i zatwierdzenie ustaw, które sankcjonowałyby żydowskie roszczenia. Innymi słowy, te roszczenia miałyby podstawę prawną w postaci ustaw polskiego sejmu. I wówczas nikt nie mógłby nic zarzucić Żydom. Oni mogliby powiedzieć: Czego chcecie! Przecież sami Polacy na to się zgodzili! I to nic nowego!

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.” – Wikipedia.

I taki właśnie scenariusz rysuje się przed Polską. Mamy naciski ze strony amerykańskiej w sprawie ustawodawstwa, mamy wojska amerykańskie w Polsce i mamy żydowskie lobby, które już praktycznie rządzi Polską i tak naprawdę to już nie jest Polska tylko Polin. A więc nic nowego, wszystko już było.

Cóż można zrobić w takiej sytuacji? Można protestować: wasze ulice, nasze kamienice. To już przerabialiśmy. To nie działa! Poruszamy się w obrębie demokracji. Możemy nie pójść na wybory. Wówczas rządzący nie będą mieli naszego poparcia. Nawet jeśli zalegalizują żydowskie roszczenia, to i oni, i Żydzi, i reszta świata będzie miała świadomość, że stało się to wbrew woli narodu. A jak pokazuje historia, z jakiegoś powodu, pewne pozory przyzwoitości panom tego świata są potrzebne.

I cóż to jest, jak nie chichot historii!? Sejm Rozbiorowy obradował na Zamku Królewskim i konferencja bliskowschodnia również tam obradowała. Ten świat jest tak do znudzenia powtarzalny i nudny, że tylko te nowoczesne zabawki zwodzą nas i usiłują nam wmówić, że dzieje się coś nowego. A ten “nowy wspaniały świat”, to nic innego, jak odgrzewane kotlety.