Kto stworzył ZSRR?

Antony C. Sutton w przedmowie do swojej książki „Skull and bones tajemna elita Ameryki” pisze:

W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z tej pracy wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

To że rewolucję bolszewicką finansowała Wall Street, a później również mocno zaangażowała się w uprzemysłowienie Związku Radzieckiego, wiedziano już przed wojną. O tym pisze Adolf Nowaczyński w jednym ze swoich artykułów „USA – ZSRR” ze zbioru „Plewy i perły”, wydanego po raz pierwszy w 1934 roku. Obecnie udostępnił go Dom Wydawniczy „Ostoja” z Krzeszowic. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego artykułu. W jego początkowej części autor zastanawia się dlaczego Polska została potraktowana przez Amerykanów tak surowo, otrzymując cztery skromne pożyczki zawarte na bardzo ciężkich warunkach, pomimo że nigdy nie była wrogim dla Ameryki państwem.

A jak w stosunku do naszych Sąsiadów? – pyta Nowaczyński. O tym szeroko pisze w swej drugiej już słynnej książce „German Crizes” mister R. Knickerbocker… 300 milionów inwestowali w przemyśle, 200 milionów w hipotekach, 300 w akcjach, 1920 milionów w długoterminowych, 800 milionów w krótkoterminowych i jeszcze tyle a tyle milionów w innych, dość, że w sumie 3 miliardy 620 milionów. Ostatnio jeszcze wieści, że J. Pierpont Morgan zaopiekował się firmą „Oppel”, fabrykującą 40 procent samochodów niemieckich przydatnych i w razie wojny… Słowo: „Lusitania” wykreślone jest z dykcjonarza niemiecko-amerykańskiego. W Genewie ręka w rękę.

No a jak teraz wobec naszego wschodniego sąsiada?

Tu przypomnieć należy, że my jesteśmy, jak wiadomo, tak zwanym przedmurzem cywilizacji (sic), przedmurzem czy bastionem kapitalizmu (Kohn by się uśmiał…).

Otóż Stany Zjednoczone do grudnia r. 1933 nie uznały USRR ani de jure (caduco), ani de facto, i co jakiś czas o tym uroczyście zapewniają orbi et urbi. Toteż i zacny a wędrowny kapitał „międzynarodowy” czy nadnarodowy nie idzie tu tak prostą drogą, jak wprost do Niemiec, ale idzie do Londynu, dopiero z Londynu do Berlina, a z Berlina wylewa się struga złota do Sowietów. Natomiast całkiem jawnie idą i jadą do Sowietów ludzie, i to ludzie nie tuzinkowi, a ważni, najlepsi, wybrani, doborowi i twórcy. Można się o tym sporo nadowiadywać, przeglądając różne nowe publikacje i periodyki. W Berlinie wychodzi fundamentalny miesięcznik „Das neue Russland”, w Paryżu również kapitalny: Le Plan quinquenal de USSR. Specjalne numery wydało „Vu” nr 192 (prosowiecki) i „J’ai suis partout”(antysowiecki). Ze swego wojażu do Rosji zdał sprawę w świeżej książce znany polityk radykalny Pierre Dominique (Qui, mais Moscou!). Najważniejsze są atoli dwa dzieła sowieckich działaczy już tłumaczone pośpiesznie na angielski… i na niemiecki, tj. inżyniera sowieckiego N. Iljina: „Fünf Jahre die Welt verändern” oraz komisarza ludowego od finansów G. Grinki „Der Fünfjahrplan USSR”.

Więc tedy Ameryka? nowa słowiańska Ameryka? przez lud i państwo w galopującym tempie z pomocą… Amerykanów stwarzane nowe Stany Zjednoczone słowiańsko-eurazyjskie.

Czy tylko Amerykanów? Oczywiście, że nie. W samej Moskwie przebywa obecnie 30 000 cudzoziemców, nie 3 tysiące, a trzydzieści, Niemcy, Włosi, Szwedzi, Wiedeńczycy, Japończycy, Czesi itd. Ale po hotelach język angielski i narzecze amerykańskie najbardziej zadomowione.

Antykapitalistycznemu państwu pomagają ze wszystkich sił hiperkapitalistyczne narody. W stosunkach handlowych są oczywiście ze wszystkimi. Dystrybucja zamówień i obstalunków idzie na wszystkie boki.

Hiszpańskie stocznie mają dostarczyć 50 okrętów handlowych. Szwedzka firma Karlstad Mechanical Works Kristinenkas dowiozła już pociągiem 24-wagonowym turbinę kolos. Japońscy inżynierowie z wiosną r. 1931 „wynajęci byli” do zrobienia porządku na kolejach… Architekt niemiecki Schwagenscheidt buduje miasto na Uralu. Najsłynniejszy urbanista Le Corbussier inne miasto. Najlepszy wiedeński L. Pilewski jeszcze inne. Na konkurs budowy pałacu ludowego na Krasnej Płoszczadi (wieża Babel) przysłano 700 prac, wśród których włoska ekscelencja członek Akademii Brasini i wyróżniony amerykański spec od skyscraperów Mr. Hamilton. W Italii zamówiły Sowiety 300 tanków, w Anglii 120 typu Roadster… Faszystowscy inżynierowie, kupcy, maklerzy, konstruktorzy podróżują sobie po czerwonej marksowskiej Unii jak u siebie w domu. Ale jednak prócz Niemców… do roku 1933… nikt tak nie pokumał się, nie pobracił i nie wszedł w dzisiejsze życie rosyjskie jak Amerykanie.

Waszyngton dotąd nie uznawał „czerwonych carów” na Kremlu, ale jankesi, businessmani, captains of industry pokochali bolszewików jak swoich. Nie dali im Rosjanie ni Kościuszki, ni Pułaskiego, ni najpracowitszej i najpotulniejszej emigracji, a jednak afekty i sentymenty są strzeliste.

Pisało o tym niedawno ryskie „Siewodnia”, a polskie pisma amerykańskie przetłumaczyły: – „Ameryka dwukrotnie już uratowała Rosję sowiecką od upadku. Czy zrobi to ona po raz trzeci jeszcze?” – pytają tu przybyłych Amerykanów.

Po raz pierwszy uratowała Ameryka reżym sowiecki, gdy w czasie powszechnego głodu w Rosji w 1921 roku Stany Zjednoczone dały rządowi Sowietów żywności, lekarstw i innych dostaw ogólnej wartości dolarów 60 milionów. Mało jest znanym, że rząd sowiecki pogwałcił ugodę z Ameryką i zamiast wszystką żywność przeznaczyć dla głodujących dzieci, część jej rozdał pomiędzy kolejarzy rosyjskich, tym ratując swój system transportacyjny.

Po raz drugi uratowały Stany Zjednoczone Rosję w roku 1929, gdy dyktator Stalin zainaugurował osławioną pięciolatkę. Przekonano się natychmiast, że Rosja nie posiada ludzi do przeprowadzenia planu przemysłowego. Sprowadzono tysiącami inżynierów, techników i wszelkiego rodzaju ekspertów z Ameryki, którzy znowu sprowadzili tysiące wykwalifikowanych robotników amerykańskich, którzy na przykład wyłącznie niemal budowali słynną tamę na Dnieprze. Amerykanie nauczyli Rosjan jak pracować, jak prowadzić maszyny i fabryki. Pobudowali oni Rosji olbrzymie zakłady przemysłowe, w tym fabryki traktorów, automobili, maszyn rolniczych itd. i doprowadzili do stanu wydajności kopalnie węgla, żelaza, złota, cynku, miedzi i studnie naftowe, a nawet nauczyli Sowiety, jak administrować olbrzymimi farmami, powstałymi z konfiskaty roli i majątków prywatnych. Uczą dalej Amerykanie Rosjan, jak hodować bydło… Jest 12 000 nauczycieli zagranicznych w Rosji, z tego 7 000 Niemców i 4 000 Amerykanów. Zachodzi teraz pytanie, czy Ameryka dostarczy jeszcze Rosji pieniędzy, bez których nie doprowadzi ona swej pięciolatki do pożądanego rezultatu.

I tak jest w samej rzeczy. Bolszewicką rewolucję finansowały za pośrednictwem Trockiego i Fürstenberga nowojorskie domy bankowe Wahrburgi i Schiffy. I od tego czasu kazirodczy romans superkapitalizmu z konsekwentnym marksizmem jak się szczęśliwie zaczął, tak się toczy, inżynierowie, architekci z Ohio, z Filadelfii, z Chicago, z Cincinnati, z Rochester, z Bostonu przejeżdżają gromadami Sowiety wszerz i wzdłuż. Ci z Pittsburga są teraz w dawnym Petersburgu. Colonel Cooper ze sztabem kosztem stu milionów dolarów stawił kolos energii elektrycznej i cudo hydrauliki Dnieprostroj. 500 majstrów od Forda w 17 miesięcy z armią 23 tysięcy robotników postawili na nogi pod Niżnym Nowogrodem nad Oką Awłostroj, co będzie 140 000 maszyn wyrzucał z gardzieli rocznie. Przy Stalingradzie, skąd będzie szło 50 000 traktorów rocznie pracowało 380 inżynierów amerykańskich, a patronuje Harvester z Milvaukee. Dzięki Amerykanom Magnitogorsk na Uralu ma zakasować roczną produkcję stali największej na globie stalowni w Gary (Indiana). Gdzie ruszyć się, czy to Kuzmickistroj, czy Beresnikowski Kombinat, czy nowe miasto w dziewiczej puszczy i kopalnie azbestu, wszędzie inżynierowie z Toledo, z Memphis, z Syrakuz czy Utica, ale nie tej gdzie się urodził Katon…

Robert Lamont junior syn szefa i wspólnika Morganów przyjechał, ażeby podnieść hodowlę bydła. Dwudziestu speców murzyńskich od kultury bawełny przyjechało, żeby regulować plantacje i sanować produkcję. A teraz dopiero przypominają, że już przecież w r. 1922 zjechała do Rosji pierwsza grupa farmerów-instruktorów.

I z pomocą tych to jankesowskich speców wywęszono już w ziemi trzy nowe kopalnie nafty i nowe złoża węglowe, mangan, żelazo i diabli wiedzą co tam jeszcze. I już się wszędzie wgryźli „inżynierowie z Ohio” w te Ferros-plany, Chimokombinaty, Traktorostroje. Wszystko im przypomina rozmiary i dymensje amerykańskie. Czują się przepysznie, bo są na nowo pilgrimami i pionierami. Do czynienia i do działania mają tylko z kolosalnościami i z cyframi „astronomicznymi”. Fanatycy technologii mogą się wyżywać, wyszumieć, wyszaleć i pracować obłędnie z furią. Tu się wysadza dynamitem w powietrze, tam się buduje na 20 pięter. Można zwariować i szaleć w radosnej twórczości (thrill). Życie ludzkie, materiał ludzki znaczą minimalnie, nie wchodzą w grę, jak za dawnych dobrych czasów.

Toteż dziwnie do siebie przylgnęli Iwan i Jonathan… Gdy się ciężko popiją, z równą rozkoszą strzelają z koltów do talerzy i ściągają obrusy obie „szerokie natury”.

Kląć też potrafią w dwóch językach na czym świat stoi. Limuzynę luksusową lincolnowską roztrzaskać o przydrożne drzewo, też bywa duża happines dla Iwana i dla Jonathana. Tym śpiewają cygańskie romanse, a tym murzyńskie spirituels. W ekstremach się kochają i jedni i drudzy. Doszło do tego, że już jest w Sowietach grupa literacka, która nazwała się „Byzness” i pod Iljii Selwińskiego przewodem tom taki zbiorowy wydała.

A co już najdziwniejsze w tym wszystkim to to, że już bolszewików Amerykanie zdołali zarazić swym „naj”. „The biggest little town of the world…” najgrubsze małe miasteczko świata… Psychoza, obłęd, folie reklamowania, że to a to jest „naj”. W najkrótszym czasie (Tempo!) (Tempo!) największa centrala… największa tama, największa jadłodajnia, największy szpital. No i przy tym oczywiście opijanie się, oszałamianie cyframi i tarzanie się, zanurzanie w statystyce. Wszystko musi być gigantyczne i wszystko kolosalne i wszystko first i big.

Podziwiać można. Zazdrościć nie ma czego. Niech się olbrzymy kochają, zobaczymy co w przyszłości wyjdzie z tego. Pozostaje fakt faktem, że w Sowietach faraońskich bezrobocia nie ma, a u zakochanych w Bolszewii Amerykanów coś się tak zaczyna psować jak w r. 1905 w carskiej Rosji. A do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia, jakie będzie tempo?

Nam w każdym razie w tym dziesięcioleciu dużo nie pomogli. Natomiast co się zowie tym wrogo przeciw nam usposobionym sąsiadom z prawej i lewej. Po prostu postawili ich na nogi i do rąk im wtykają parabellum.

Może im tam Pan Bóg to wybaczy. Ale my chyba nie koniecznie i nie tak łatwo…

W innym artykule „Sowietarchia w anegdocie” Nowaczyński zamieszcza różne dowcipy. I jeden z nich zwrócił moją uwagę.

Życiorys obywatela:

Urodził się w poniedziałek, zameldowano go we wtorek, aresztowano w środę, osądzono we czwartek, przewieziono, do Czerezwyczajki w piątek, zbadano w sobotę, w niedzielę rozstrzelano.

Zwrócił on moją uwagę, bo kiedyś, dawno temu, ale nie – w Ameryce, tylko tu – w Polsce, w samouczku „Język angielski dla początkujących” poznałem jeden z wielu w nim zamieszczonych limeryków, który stał się, jak sądzę, kalką dla tego dowcipu.

Solomon Grundy:

Solomon Grundy, born on a Monday, christened on Tuesday, married on Wednesday, took ill on Thursday, worse on Friday, died on Saturday, buried on Sunday, that was the end of Solomon Grundy.

Skala tego, co działo się w Związku Radzieckim, ogrom tych inwestycji zdumiewa. Ale też i wyłania się z tego opisu inny – bardziej przerażający obraz. Jest to obraz państwa, w którym Rosjanie niczego nie potrafią, nawet najprostszych czynności. Do wszystkiego trzeba sprowadzać zachodnich ekspertów. Jacy ci Rosjanie to debile! – tak chciałoby się wykrzyknąć. Ale tu właśnie pojawia się ten przerażający obraz, obraz rewolucji październikowej. Antony C. Sutton w jednym z wywiadów, który jest dostępny gdzieś w internecie, powiedział, że Rosja carska nie była zacofanym krajem. Jeszcze przed wybuchem I-wszej wojny światowej produkowała prototypy bardzo nowoczesnych, jak na owe czasy, samolotów. Miała też wybitnych naukowców.

Jeśli więc po rewolucji widzimy społeczeństwo, w którym nie ma ludzi, którzy cokolwiek potrafią, to jakie to jest świadectwo dla rewolucji październikowej? Wycięli w pień wszystkich, którzy cokolwiek potrafili. Inwestycje amerykańskie w Rosji porewolucyjnej są świadectwem ludobójstwa, jakiego dokonano na rosyjskiej inteligencji. To był holocaust średniej i wyższej warstwy społeczeństwa przedrewolucyjnej Rosji. Tak! Nie bójmy się tego określenia! Holocausty to nic nadzwyczajnego w historii świata. To jest standard.

I dopiero teraz, gdy już wiemy, że kapitał z Wall Street finansował rewolucję bolszewicką, a później – odbudowę i rozwój przemysłu w Związku Radzieckim, to staje się jasne dziwne zachowanie Piłsudskiego podczas wojny 1920 roku. Jej celem nie było zniszczenie bolszewizmu, tylko wspomożenie go w dobiciu Rosji carskiej. Tak przynajmniej wynikało z jej przebiegu i decyzji podejmowanych przez Naczelnego Wodza. Po co w takim razie pomoc, jakiej udzielił Zachód Polsce w krytycznym momencie tej wojny? Wyobraźmy sobie sytuację, w której bolszewicy zdobywają Warszawę i prą na zachód. Prawdopodobnie doszliby do Paryża albo i do Hiszpanii. Cóż to by oznaczało w praktyce? Oznaczałoby to to, że nie byłoby Niemiec. A gdyby nie było Niemiec, albo inaczej, gdyby były Niemcy komunistyczne, to kto by napadł na Związek Radziecki? I Hitler uderza na Związek Radziecki i… momentami zachowuje się jak Piłsudski w 1920 roku. Jego wojska dochodzą na odległość 350 km od Moskwy i zatrzymują się i… wydaje rozkaz ich przerzucenia na południowo-wschodni odcinek frontu, uzasadniając, że na tym etapie wojny opanowanie terenów zasobnych w bogactwa naturalne jest ważniejsze niż zdobycie Moskwy. Ale o tym, to w innym miejscu.

Wydaje się więc, że Sutton ma rację, gdy twierdzi, że filozofia Hegla jest podstawą, na której opiera się działanie tej tajemnej siły Ameryki. I tak to uzasadnia:

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. A bez wprowadzania zmian nie ma postępu. Nie można było dopuścić do upadku bolszewizmu, tak samo, jak nie można było nie pomóc Niemcom w odbudowie ich przemysłu. „Bo do tanga trzeba dwojga”. Na tym tle wydaje się zrozumiałe, że Polska po I wojnie światowej nie mogła dostać dużych kredytów. Silne państwo pomiędzy Rosją i Niemcami nie pasowało do koncepcji i nadal nie pasuje. Wprost przeciwnie! Jego rozbiór może być pożądany. A sam traktat pokojowy w Wersalu został tak skonstruowany, żeby nikt nie był zadowolony i żeby, prędzej czy później, doszło do konfliktu.