W numerze 26 tygodnika Przegląd z dnia 24-30.06.2024 ukazał się fragment książki Stanisława Sławomira Niciei Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. 20, Wydawnictwo MS, Opole 2024. Fragment ten redakcja tego tygodnika zatytułowała Dwie biografie Anny Walentynowicz. Ja poniżej cytuję obszerne fragmenty tego, co wybrała redakcja.
x
Z okolic Równego wywodzi się rodzina Anny Walentynowicz (1929-2010) – suwnicowej w Stoczni Gdańskiej, której usunięcie z pracy 14 sierpnia 1980 r. stało się impulsem do wybuchu strajku w jej macierzystym zakładzie. Strajk ten niespodziewanie uruchomił potężną falę robotniczego buntu, który rozlał się po całej Polsce. W jego następstwie powstał dziesięciomilionowy ruch robotniczy o nazwie Solidarność, który ostatecznie doprowadził do gruntownych zmian politycznych w polskim państwie i upadku PRL. Anna Walentynowicz stała się jedną z ikon tego ruchu i postacią legendarną. Przyznano jej najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego oraz amerykański Medal Wolności Trumana-Reagana. Stała się bohaterką dziesiątków reportaży i kilku obszernych książek. Trafiła do filmografii i otrzymała przydomek „Anna Solidarność”. Jej wspomnienia ukazały się w językach angielskim, niemieckim, czeskim, słowackim, ukraińskim i japońskim.
Po dojściu w 1989 r. Solidarności do władzy ujawniły się wśród jej przywódców potężne kontrowersje i rozpoczęła się bezpardonowa walka personalna, w ogniu której znalazła się również Walentynowicz. Oprócz hagiografów, przypisujących jej wyłączny mit założycielski Solidarności, pojawili się antagoniści i demaskatorzy. Walentynowicz w swoich wypowiedziach atakowała przede wszystkim Lecha Wałęsę – wybranego przywódcą Solidarności, który tym samym zyskiwał światowy rozgłos.
Krąg zwolenników Walentynowicz od początku zwalczał wyidealizowany obraz Wałęsy, głosząc, że nim stanął na czele stoczniowej Solidarności, miał „ciemną przeszłość agenturalną” i wbrew jego twierdzeniom „nie włączył się do strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie Walentynowicz, przeskakując przez płot, a został przywieziony do strajkującej załogi esbecką motorówką”. W opinii Walentynowicz i coraz liczniejszego grona jej zwolenników Wałęsa na początku strajku miał wykonywać polecenia swoich mocodawców z SB, którzy dzięki jego informacjom mieli wgląd i mogli od środka kontrolować przebieg robotniczego buntu w stoczni.
Walka dwóch ikon założycielskich Solidarności – Wałęsy i Walentynowicz – ma długą i dramatyczną historię. Jednym z następstw tej wielkiej kontrowersji było poddanie ostrej lustracji życiorysów obojga bohaterów zwycięskiego strajku. Poczęły powstawać na ich temat monografie i filmy hagiograficzne, ale też padały coraz cięższe oskarżenia, przybierające często formę paszkwili. Tylko irracjonalnym pieniactwem można tłumaczyć fakt, że Walentynowicz i Wałęsa potrafili się ze sobą tak brutalnie skłócić i znienawidzić. Potęgująca się polaryzacja polityczna poczęła niszczyć ich autorytety. Badacze wątków rodzinnych Walentynowicz zaczęli w toku tej walki ujawniać, że jej oficjalny życiorys mija się z prawdą. Pojawiały się coraz to nowe dowody, że niewygodne z jej punktu widzenia fakty zostały przemilczane, zatajone lub zmanipulowane.
Wersja Cenckiewicza
Według ubranej w togę naukowości hagiograficznej wersji Cenckiewicza Walentynowicz urodziła się w Równem, a jej rodzicami byli Aleksandra z Paszkowskich i Jan Lubczykowie. Z aktu urodzenia wystawionego post factum 27 grudnia 1951 r. (a więc miała już 22 lata) przez Romana Matuszewskiego, urzędnika łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego wynikało, że ojciec był ogrodnikiem, a matka krawcową. W odręcznym życiorysie z 4 listopada 1950 r., starając się o pracę w stoczni, Walentynowicz napisała, że rodzice byli właścicielami malej posesji w Równem i przed wybuchem wojny ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej w tym mieście.
W wywiadach, których udzieliła dziennikarzom i reporterom (m.in. Hannie Kral, Tomaszowi Jastrunowi i Annie Baszanowskiej), opowiadała, że jej ojciec, zmobilizowany do Wojska Polskiego we wrześniu 1939r., z wojny nie wrócił, że w 1940 r. zmarła jej matka, a jedyny brat Andrzej został wywieziony na Sybir. W tej sytuacji jako kilkunastoletnia dziewczynka trafiła na służbę do niezapamiętanej przez nią z nazwiska polskiej rodziny i z nią wyjechała w 1943 r. w okolice Warszawy. Po wojnie osiadła w Gdańsku, uciekając właściwie od opresyjnych gospodarzy, którzy traktowali ją wręcz jak niewolnicę. Była przez nich bita i poniżana.
W Gdańsku po trzymiesięcznym kursie Walentynowicz uzyskała dyplom spawaczki i podjęła pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wyróżniała się pracowitością i entuzjazmem, osiągając z czasem pozycję wysoko cenionej i „wzorowej młodej proletariuszki”. Została w stoczni przodownicą pracy (wyrabiała 270% normy). Działała w stoczniowych strukturach Związku Młodzieży Polskiej i Ligi Kobiet. Jako wyróżniającą się przodownicę pracy w nagrodę wysłano ją w 1951 r., by reprezentowała „socjalistyczną młodzież” na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie, na którym była wśród setek delegatów wiwatujących w pochodzie przez miasto na cześć Józefa Stalina – „prawdziwego obrońcy pokoju”. Na łamach regionalnej prasy pomorskiej ukazywały się artykuły chwalące jej ideowość i pracowitość.
W późniejszych latach była odznaczana medalami: dwukrotnie brązowym za zasługi, raz srebrnym i raz złotym. W 1984 r., kiedy stała się opozycjonistką, odesłała te medale do Rady Państwa PRL. W 1952 r. urodziła nieślubnego syna, Janusza. Nazwiska ojca nigdy nie ujawniła. W 1964 r. wyszła za mąż za Kazimierza Walentynowicza, również pracownika Stoczni Gdańskiej, zaangażowanego w działalność związkową, który zmarł w 1971 r.
Lustracyjne kontrowersje
Gdy 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz jako członkini delegacji polskiej na uroczystości katyńskiej zginęła w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, do mieszkającej w Równem Walentyny Romaniuk, dziennikarki amerykańskiej rozgłośni Radio Swoboda, mającej siedzibę w Pradze czeskiej, zadzwonił kolega z pytaniem, czy wie, że Walentynowicz była Ukrainką. „Początkowo – wspomina Walentyna Romaniuk – nie uwierzyłam. O tym, kim była Walentynowicz, wiedziałam. Ale byłam przekonana, że matka Solidarności była Polką. Kolega jednak nalegał, abym odszukała rodzinę Anny. Jak się okazało, mieszkali oni w sąsiedztwie redakcji. Poszłam do tego mieszkania i przedstawiłam się. Na moje spotkanie wyszła zasmucona starsza kobieta, siostra Anny. Płakała, pokazywała wspólne zdjęcia. Opowiadała mi o losie młodszej siostry. (…) O moim odkryciu zawiadomiłam kierownictwo Radia Swoboda. Początkowo nie uwierzono mi, ale po sprawdzeniu faktów wyrażono zgodę. Audycja radiowa stała się prawdziwą sensacją w obu państwach. Na Ukrainie dziwiono się, a w Polsce nie wierzono i oburzano się. Wówczas pojechałam do rodzinnej wsi Sadowe pod Równem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości i poznałam tam wielu krewnych Walentynowicz: braci, bratanków”.
Radio Swoboda, zapowiadając wywiad z Olgą Lubczyk – starszą siostrą Walentynowicz, wyeksponowało zdanie: „W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, której życie odmieniło losy Polski”. Media polskie przemilczały tę wiadomość, ale trafiła ona na łamy wychodzącego w Polsce rocznika mniejszości ukraińskiej „Ukrainśkij Almanach”, a 1 września 2010 r. (powołując się na ustalenia regionalistów z Wołynia) opublikował ją na łamach wysokonakładowej „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech – działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce.
Wersja udokumentowana źródłami
Jaka jest więc ostatecznie prawda o pochodzeniu Anny Walentynowicz? Nad tym zagadnieniem pracowało w latach 2010-2020 wielu dziennikarzy, reporterów i historyków. Najbardziej wiarygodny obraz młodości Anny Walentynowicz stworzyli w swojej reporterskiej książce „Walentynowicz. Anna szuka raju” (2020) Dorota Karaś i Marek Sterlingow. Odbyli oni nie tylko wyprawę w rodzinne strony ikony „Solidarności”, ale wykorzystali też ustalenia ukraińskich dziennikarzy (Walentyny Odarczenko) i historyków regionalistów (Jefrema Hasaja, Mykoły Paszkowecia i Jarosława Plasa), a także parce dokumentacyjne historyka z Uniwersytetu Gdańskiego – Igora Hałagidy.
Sztundyści
Według faktografii zgromadzonej w powyższych opracowaniach Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (obecnie Sadowe, 40 km od Równego). W jej rodzinie pielęgnowano legendę, że ich przodkiem był słynny kozacki ataman Semen Nalewajko (1560-1597), stracony publicznie po buncie wznieconym przeciwko polskim panom. Daleki kuzyn Anny – Mykoła Paszkoweć napisał na ten temat rozprawę naukową.
Rodzicami Anny byli Pryśka z Paszkoweciów i Nazar Lubczykowie, którzy należeli do wyznawców sztundyzmu. Była to na Wołyniu licząca ok. 30 tys. wyznawców wspólnota, sekta, czy też odnoga protestantyzmu, zrzeszająca głównie kolonistów niemieckich oraz pracujących u nich chłopów ukraińskich i polskich, ale też Ormian.
Sztundyści nie chodzili do kościoła. Nazwę swojej wspólnoty wywodzili od niemieckiego słowa eine Stunde (godzina) – tyle bowiem czasu każdego dnia przeznaczali na modlitwę i czytanie Biblii w domach. Wyróżniali się uczciwością, prawdomównością i rzetelnością, nie przeklinali, nie palili machorki ani nie pili alkoholu, dlatego na Wołyniu greccy i rzymscy katolicy oraz Żydzi uważali ich za dziwaków.
Pryśka i Nazar Lubczykowie mieli sześcioro dzieci. Najstarszymi były Olga (rocznik 1926) i Anna (1929), później urodzili się: Petro, Katarina, Nadija i Wasyl. Ich przyrodnim bratem był Iwan Suszczuk – syn Pryśki Lubczykowej z pierwszego małżeństwa. Rodzice wpajali dzieciom surowe zasady wiary: obowiązek codziennej modlitwy i czytania Biblii. Żadne z dzieci nie było chrzczone w kościele, sztundyści bowiem uważali, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, w wieku dorosłym. Stąd Anna Walentynowicz ochrzciła się w kościele rzymskokatolickim w Gdańsku dopiero w wieku 35 lat, tuż przed swoim ślubem z Kazimierzem Walentynowiczem. Nie przyznała się do braku tego sakramentu. Twierdziła, że akt chrztu spłonął razem z metryką w Równem.
Matka Anny Walentynowicz zmarła w 1937 r. Trzy lata później jej ojciec Nazar ożenił się po raz drugi, z młodszą od niego o 18 lat Mariją Ozarczuk, z którą miał później pięcioro dzieci. Przeżył z nią 45 lat. Zmarł w 1995 r.
Rodzina Lubczyków była wielodzietna. Gdy Sowieci zabrali im część ziemi, popadli w wielką biedę i zostali zmuszeni do oddania najstarszych, ale jeszcze niepełnoletnich córek – Olgi, a później Anny – na służbę do polskiej rodziny Walentyny i Edmunda Teleśnickich. Teleśnicki był z wykształcenia agronomem, pracownikiem istniejącej od 1913 r. cukrowni w Babinie nieopodal Równego. Teleśnicki pełnił tam obowiązki kontraktora buraków. Jeździł po okolicznych wsiach i podpisywał z chłopami umowy. W październiku 1939 r. przeprowadził się do majątku Pustomyty, leżącego nieopodal wsi Sienne, gdzie mieszkała rodzina Lubczyków. „W tym gospodarstwie – wspomina Olga Lubczyk – Hanusia karmiła świnie, doiła krowy, prała”. Tam pracowała też Julia Płocka – matka przyszłego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego, a jego ojciec był w tej wsi zarządcą mleczarni.
Odyseja Teleśnickich
Gdy 11 lipca 1943 r. doszło na Wołyniu do „krwawej niedzieli”, w czasie której w ciągu jednego dnia wymordowano w sposób sadystyczny kilkadziesiąt tysięcy Polaków, Teleśniccy postanowili za wszelką cenę przedostać się z dziećmi – Angeliną i Romanem – do generalnej Guberni. Po zgromadzeniu żywności, bimbru na łapówki oraz załadowaniu na wozy cenniejszego dobytku, w tym ukrytego w odzieży złota „na czarną godzinę”, postanowili wyruszyć w kierunku Równego – miasta, w którym było stosunkowo bezpiecznie, gdyż stacjonowały tam wojska niemieckie. Cały czas była z nimi Anna Lubczyk.
Po przyjeździe do Równego Walentyna i Edmund Teleśniccy ujrzeli setki koczujących na ulicach spanikowanych Polaków, którzy zbiegli z wiosek palonych przez banderowców. Szczególna ciżba była w pobliżu dworca kolejowego i koszar, gdzie stacjonowali niemieccy żołnierze, gdyż prawem paradoksu dawali oni w tym czasie Polakom poczucie bezpieczeństwa przed zagrażającymi ich życiu banderowcami. Ludzie masowo zgłaszali się na roboty przymusowe w głąb Niemiec – woleli ciężką pracę u niemieckiego bądź austriackiego bauera niż śmierć w torturach. Na ulicach Równego rozgrywały się się wówczas nierzadko sceny apokaliptyczne.
Przedsiębiorczy Edmund Teleśnicki po długich zabiegach przekupił strażników niemieckich eskortujących transport wojskowy jadący w kierunku Generalnej Guberni i pozwolono jego rodzinie jechać z żołnierzami. Anna Lubczyk też była w tym transporcie. Opuszczała rodzinne strony w takim samym stresie jak Teleśniccy, gdyż trwająca kilka dni podróż odbywała się w wielkiej niepewności, co może się w każdej chwili zdarzyć. Zdaniem Olgi Lubczyk Anna była wówczas przekonana przez Teleśnickich, że jej rodzice i całe rodzeństwo zginęło w Siennem, gdy Niemcy spacyfikowali i zdziesiątkowali tę wieś za spalenie przez banderowców w Pustomytach dworu Pruszyńskich i tamtejszej mleczarni. Czy Teleśniccy świadomie, z premedytacją okłamali wówczas Annę? Czy uwierzyła im? – nikt już obecnie tego nie ustali. W każdym razie opuściła wówczas Wołyń w niemieckim transporcie wojskowym. Pojechała w rodzinne strony dopiero po 53 latach w roku 1996.
Podróż do Generalnej Guberni Walentyny i Edmunda Teleśnickich z dziećmi Angeliną i Romanem oraz Anną Lubczyk trwała dwa tygodnie. Dotarli do Tłuszcza pod Warszawą, a stamtąd do Melcowizny, gdzie brat Edmunda Teleśnickiego Leon prowadził małe gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję gajowego.
„Po przeprowadzce do Gdańska – twierdziła siostra Walentynowicz, Olga Lubczyk – Anna pracowała w fabryce margaryny i wówczas zainteresowała się zawodem operatora suwnicy. Dobrzy ludzie w Gdańsku pomogli jej skończyć kurs i została suwnicową w stoczni”.
Interesująca jest relacja Olgi Lubczyk dotycząca lat 80.,gdy w Polsce toczyła się walka o legalizację Solidarności. „Przychodzili do nas ludzie z KGB – wspominała Olga Lubczyk – i pytali ojca, czy miał taką córkę Annę i gdzie ona jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział: »Była taka, ale umarła«. Ojciec miał przekonanie, że Anna żyje w Polsce, ale się z tym nie obnosił. Krajoznawca z Tarnopola Jefrem Hasaj na prośbę ojca już po zwycięstwie w Polsce Solidarności nawiązał z nią kontakt i po kilku miesiącach Anna udała się do Równego, aby spotkać się z rodziną, ale jej ojciec już tego nie dożył. Anna przez 15 lat co roku odwiedzała swoją ojczyznę i rodzinę w Równem. Ostatni raz dzwoniła w kwietniu 2010, by przekazać informację o wyjeździe do Katynia. Mieliśmy się jeszcze spotkać, ale los chciał inaczej”.
W obliczu tych nowych ujawnionych faktów z życia Walentynowicz zaczęto spekulować, dlaczego po 1989 r., po zwycięstwie „Solidarności”, nigdy oficjalnie nie potwierdziła swojego ukraińskiego rodowodu. Nie ujawniła, że miała rodzeństwo mieszkające na Ukrainie, że po 1996 r. wielokrotnie jeździła do siostry Olgi, że gościła ją u siebie w Gdańsku. Trudno uwierzyć, że nie wiedziała, iż jej przyrodni brat Iwan został skazany przez Sowietów na 15 lat łagru za przynależność do Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowców). Dlaczego ukrywała to nawet po upadku Związku Radzieckiego? Można zrozumieć, że wcześniej tego nie czyniła, gdyż nie chciała narazić swoich krewnych na szykany ze strony KGB – ale po powstaniu w 1991 r. niepodległej Ukrainy takiego niebezpieczeństwa już nie było, a także miała wtedy osobisty kontakt z siostrą Olgą.
Bardziej dziwi postawa Sławomira Cenckiewicza, który w książce albumowej wydanej w 2017 r., a więc siedem lat po śmierci Walentynowicz, zamieścił kilkaset fotografii z różnymi ludźmi, ale nie znalazł miejsca na choćby jedno zdjęcie z siostrą Olgą lub kimkolwiek z ukraińskiej rodziny. Wiadomym też było, że syn Walentynowicz Janusz i jej wnuk Piotr gościli w rodzinnych stronach matki i babki. Piotr Walentynowicz pojechał tam z reżyserem filmowym Jerzym Zalewskim szukać śladów przodków. Odnalazł groby wielu członków rodziny, w tym grób rodziców babki – mówił o tym w programie telewizyjnym „Pod prąd”.
Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 r. Anny Walentynowicz, twierdził, że za jej życia nigdy nie słyszał o jej ukraińskiej rodzinie. „To zaskakujące wiadomości – przyznał. – Zawsze mówiła, że nie ma nikogo, że po wojnie została sama jak palec. Czemu nie przyznała się do swoich korzeni? Moim zdaniem z obawy przed wrogością, jaką Polacy darzyli Ukraińców. Pokolenie, które przeżyło wojnę, pamiętało, co się wydarzyło na Wołyniu. Pani Ania mogła obawiać się tych uprzedzeń. Jak to możliwe, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie?”.
Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Walentynę Romaniuk powstał film dokumentalny „Córka Ukrainy – matka Solidarności”, który w 2018 r. otrzymał pierwszą nagrodę na polsko-ukraińskim Festiwalu Radiowo-Telewizyjnym „Kalinowe Mosty”. Ludmiła Pryjmaczuk zacytowała słowa wypowiedziane przez Annę Walentynowicz podczas jej pobytu u rodziny w Równem: „Gdy umrę na Ukrainie, pochowajcie mnie tu”.
Obecnie, po latach kontrowersji wokół biografii, Anna Walentynowicz jest postacią łączącą społeczność polską i ukraińską.
x
Mamy w tym artykule do czynienia z dwiema wersjami życiorysu Anny Walentynowicz. Obie niepełne, ale zawierające informacje, które są bardzo ciekawe, a których nie spodziewałbym się w tym miejscu. Chodzi oczywiście o rzeź wołyńską, w trakcie której Walentynowicz wyjechała z Ukrainy. Jak to było możliwe, że doszło do niej w sytuacji, gdy znajdowały się tam wojska niemieckie, co w praktyce oznaczało, że Niemcy w pełni kontrolowali ten teren. Musiało więc dojść do tej rzezi za ich zgodą i aprobatą. Dlaczego zachowali się biernie, chociaż były wyjątki? Gdy banderowcy spalili dwór Pruszyńskich i mleczarnię, to Niemcy w odwecie spacyfikowali i zdziesiątkowali pobliską wieś. Ludność uciekała ze spalonych wsi i zgłaszała się masowo na roboty do Niemiec. Może to dobry sposób. Zamiast zmuszać ich siłą, zrobili tak, że sami przyszli. Czy możliwa była tego typu perfidia i brak wszelkich skrupułów? W trakcie tamtej wojny działy się rzeczy, o których nam się nie śniło. O większości nigdy się nie dowiemy.
Jak to było możliwe, że Walentynowicz wraz z rodziną Teleśnickich wyjechała do Generalnej Guberni? Bez zgody władz niemieckich nie byłoby to możliwe, a już na pewno nie byłoby to możliwe dla zwykłych ludzi. W tym czasie front niemiecko-radziecki był daleko na wschodzie, a ziemie okupowane przez Niemców były pod ich pełną kontrolą.
Walentynowicz dotarła do Tłuszcza pod Warszawą. Z artykułu wynika, że tam nadal przebywała z rodziną Teleśnickich. Jak długo? Tu, w „wersji udokumentowanej źródłami” pojawia się luka. Następnie przeprowadza się do Gdańska. Ale skąd? Czy z Melcowizny? Nie wiadomo.
W wersji Cenckiewicza znajduje się informacja, że 27 grudnia 1951 roku urzędnik łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego, Roman Matuszewski, wystawił jej akt urodzenia. Nie ma jednak informacji, na jakie nazwisko został on wystawiony i dlaczego akurat w Łodzi? Przecież mieszkała pod Warszawą od jej wschodniej strony. Czy tak następuje zacieranie śladów? Ponad rok wcześniej, 4 listopada 1950 roku, starając się o pracę w stoczni, dołączyła swój życiorys. Jakim nazwiskiem posługiwała się wtedy? Nie wiadomo więc, jakie nazwisko nosiła do czasu wyjścia za mąż za Kazimierza Walentynowicza. Nie wiadomo też, kto był ojcem jej nieślubnego dziecka. Może ktoś ważny, skoro to taka tajemnica.
Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 roku Anny Walentynowicz, dziwił się, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie. Może był bardzo naiwny albo takiego udawał. Skoro do rodziny Walentynowicz na Ukrainie przychodzili ludzie z KGB i pytali jej ojca, czy ma córkę Annę, to znaczy, że wiedzieli, że ją ma. Inna sprawa czy o nią pytali, czy raczej dali do zrozumienia, by nie przyznawał się do niej. Czy służby, które inwigilowały, nie miały dostępu do urzędów i wglądu w dokumenty znajdujące się w nich? Dobrze wiedziały, kim ona była i raczej nie inwigilowały jej, tylko ją prowadziły i to zapewne od nich KGB miało informację o tym, skąd ona pochodziła. Było zapewne bardzo dużo takich osób, które służby przygotowywały do różnych ról. Być może na pewnym etapie uznały, że to właśnie ona nadaje się doskonale do odegrania pewnej roli. I tak Ukrainka, której rodzina utrzymuje, że jej dalekim przodkiem był kozacki ataman Semen Nalewajko, stała się ikoną Solidarności i zmieniła bieg historii Polski. – To działa na wyobraźnię ludu, który zaczyna wierzyć w to, że nawet prości ludzie mogą postawić się władzy i odmienić bieg historii.
Życiorys Anny Walentynowicz, to jeden z wielu przypadków tego, jak dokonuje się podmiana jednego narodu drugim. Okres wojny i następujące po niej przesiedlenia były idealnym momentem, by wielu ludziom zmienić tożsamość i narodowość. Ten proces został zapoczątkowany aktem unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i oni, a później ich potomkowie stali się „polskimi panami”, z którymi walczył Semen Nalewajko. Anna Walentynowicz – daleka jego krewna, jak utrzymuje jej rodzina – stała się symbolem polskiego patriotyzmu, ikoną Solidarności.
Proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu trwa nadal i przybiera na sile. Na Interii ukazał się 2 lipca artykuł Coraz więcej Białorusinów mieszka w Polsce. Widać wyraźny wzrost. W ciągu ostatniego półrocza liczba Białorusinów mieszkających w Polsce wzrosła o 10%. Są to głównie mężczyźni w wieku 18-34 lat. I są oni jednocześnie drugą największą grupą cudzoziemców, którzy kupują w Polsce nieruchomości. Jaki to więc reżim na Białorusi, skoro jej obywatele mogą wyjeżdżać za granicę i to jeszcze na dodatek do państwa, które postawiło na granicy z nią płot. Zapewne dlatego tak się dzieje, że są to Żydzi białoruscy, a dla tej nacji granice nie istnieją. Oficjalnie będą jednak Białorusinami i za jakiś czas staną się obywatelami polskimi z prawem wyborczym. To kolejny dowód, moim zdaniem, że wszystko zmierza w kierunku odtworzenia I RP i jej wielonarodowego charakteru.