Edukacja c.d.

„Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat” mawiał filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec. Niewątpliwie bez przejęcia systemu edukacji, siły starające się wprowadzić Nowy Porządek Świata, miałyby o wiele trudniejsze zadanie. Przede wszystkim trudno byłoby wmówić ludziom, że oto, ni stąd, ni zowąd, pojawił się jakiś śmiertelnie groźny wirus, który nie jest ani śmiertelny, ani groźniejszy od zwykłego wirusa grypy, ani nie jest niczym nowym. Skoro jednak mówią tak „uczone głowy”, to chyba coś musi być na rzeczy. Nie jest ważne, że jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy nie wierzą w tę bajkę. Niestety tych, którzy wierzą jest znacznie więcej i to może decydować.

Antony Sutton w swojej książce z 1983 roku Skull and bones; Tajemna elita Ameryki poświęca też dużo miejsca edukacji. Poniżej fragmenty jego wywodów:

»Każda grupa pragnąca zapewnić sobie kontrolę nad przyszłością amerykańskiego społeczeństwa, musi najpierw przejąć kontrolę nad systemem edukacji, czyli nad populacją przyszłości. Wszystko zaczęło się na Yale. Nawet na kartach oficjalnej historii Yale da się odczuć świadomość potęgi tego uniwersytetu i sukcesu, jaki odniósł. W oficjalnej historii czytamy, że „Sukces Yale był nieznośny i tajemniczy”.

Pełną świadomość tego sukcesu miał też najważniejszy rywal Yale, Uniwersytet Harvarda. Doszło do tego, że w 1892 roku młody harvardzki wykładowca, George Santayana, udał się na Yale, by zbadać ową „niepokojącą legendę” o potędze tego Uniwersytetu. Santayana przytoczył słowa absolwentów Harvardu zamierzających wysłać swoich synów na Yale i tłumaczących to faktem, że gdy zamkną się za nimi mury uczelni, „wszyscy, którzy ukończyli Harvard pracują dla absolwentów Yale”.

Nikt wcześniej nie zadał jednak oczywistego pytania – dlaczego? Czym jest „potęga Yale”?

W latach pięćdziesiątych XIX wieku trzech członków Zakonu opuściło mury Yale i wspólnie, współpracując też niekiedy z innymi członkami, dokonało rewolucji, która zmieniła oblicze, kierunek i cel amerykańskiego systemu edukacji. Rewolucja ta była błyskawiczna, cicha i wyjątkowo udana. Amerykanie nawet dzisiaj, w 1983 roku, nie są świadomi tego zamachu stanu.

Wywrotowe trio tworzyli:

  • Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849), wykładowca w yale’owskiej Divinity School, a następnie dwunasty rektor Uniwersytetu Yale.
  • Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w roku 1852), pierwszy rektor Uniwersytetu Kalifornijskiego, pierwszy rektor Uniwersytetu Johna Hopkinsa i pierwszy prezes Carnegie Institution.
  • Andrew Dickson White (wtajemniczony w roku 1853), pierwszy rektor Uniwersytetu Cornell i pierwszy przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Tych trzech godnych uwagi mężczyzn wstąpiło w szeregi Zakonu w odstępie kilku lat od siebie (1849, 1852, 1853). Natychmiast wyruszyli do Europy. Wszyscy trzej rozpoczęli studia filozoficzne na Uniwersytecie Berlińskim, zmonopolizowanym przez filozofię postheglowską.

Dlaczego to niemieckie doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ był to okres, w którym ukształtowała się osobowość tych trzech mężczyzn. Dopiero co ukończyli studia, snuli plany na przyszłość, a ferment, jaki wywołała filozofia heglowska, był w tamtym czasie w Niemczech siłą dominującą.

Hegliści dzielili się na dwie grupy. Ich prawe skrzydło tkwiło u korzeni pruskiego militaryzmu, stanowiąc natchnienie dla zjednoczenia Niemiec i – w późniejszym okresie – dojścia do władzy Hitlera. W gronie tym czołowe pozycje zajmowali Karl Ritter z Uniwersytetu Berlińskiego, na którym studiowała nasza trójka, baron von Bismarck i baron von Stockmar, zaufany doradca angielskiej królowej Wiktorii. Prawicowym heglistą był także żyjący nieco wcześniej Karl Theodor Dalberg (1744-1817), arcykanclerz rzeszy Niemieckiej, spokrewniony z angielskim lordem Actonem i członek Zakonu Iluminatów o pseudonimie Baco v. Verulam.

Istnieli także hegliści o poglądach lewicowych, będący orędownikami socjalizmu naukowego. Najsłynniejszymi z nich byli rzecz jasna Karol Marks, Fryderyk Engels, Heinrich Heine, Max Stirner i Moses Hess.

Należy pamiętać, że dla obu grup punktem wyjścia jest heglowska teoria państwa, czyli przekonanie o wyższości państwa nad jednostką. Pruski militaryzm, nazizm i marksizm mają te same filozoficzne korzenie. Nie pozostało to bez wpływu na naszą trójkę.

Związki z iluminatami

Johann Friedrich Herbart był wybitnym niemieckim filozofem z początku XIX wieku. W Stanach Zjednoczonych istniało niegdyś National Herbart Society for the Scientific Study of Education (Krajowe stowarzyszenie imieniem Herbarta na rzecz nauki o edukacji), którego celem było przystosowanie herbartiańskich zasad do amerykańskiego systemu edukacji. Stowarzyszenie to przekształciło się później w National Society for the Study of Education. Obecnie nie słyszy się zbyt często o Johannie Herbarcie, ale jego wpływy przetrwały w tak zwanych „wzbogaconych” szkolnych programach nauczania i w obecnej metodologii pedagogicznej.

Herbart był teoretykiem pedagogiki, a także filozofem i psychologiem. Uważał on, że pedagogikę należy uprawiać w ściśle naukowy sposób, a naczelnym celem edukacji jest przygotowanie dziecka do życia w porządku społecznym, którego jest integralną częścią. W ślad za Heglem głosił, że jednostka nie ma znaczenia. Celem edukacji nie jest jedynie rozwój indywidualnego talentu, indywidualnej sprawności, siły psychicznej czy wiedzy. Jest nim rozwój charakteru i moralności społecznej, a najważniejsze zadanie wychowawcy polega na dokonywaniu analizy działań i powinności człowieka wobec społeczeństwa.

Zadaniem kształcenia jest urzeczywistnienie tych celów i rozbudzanie pożądanych społecznie idei. W przekonaniu Herbarta i zgodnie z teorią Hegla moralne jest zatem to, co przynosi korzyść społeczeństwu.

Herbartianie są zwolennikami koncentrowania przedmiotów wokół głównego tematu, czyli na przykład łączenia historii, wiedzy o społeczeństwie i literatury angielskiej. Pozwala to nauczycielowi na łatwiejsze podejmowanie tych tematów, które są bardziej przydatne dla osiągnięcia celu.

Wszystkie idee, które odnajdujemy w dzisiejszej filozofii edukacyjnej weszły do amerykańskiej pedagogiki za pośrednictwem grup herbartiańskich.

Johann Herbart studiował na Uniwersytecie w Jenie, gdzie znalazł się pod wpływem Johanna Herdera, Friedricha Schillera, Johanna Fichtego i Johanna Goethego. W późniejszych latach, będąc w Szwajcarii, nawiązał kontakt z Johannem Pestalozzim. Ludzie, którzy wywarli nań największy wpływ, mają jedną interesującą cechę: albo byli członkami Zakonu Iluminatów, albo uważa się, że mieli z nim bliskie związki.

Jeszcze ściślejszy związek łączył Herbarta z innym znanym członkiem Zakonu Iluminatów, Johannem Heinrichem Pestalozzim (1746-1827). Pestalozzi był cieszącym się sławą szwajcarskim nauczycielem mieszkającym w Interlaken i noszącym iluminacki pseudonim „Alfred”.

Na samym początku XIX wieku, przed ukończeniem doktoratu, Herbart spędził trzy lata w szwajcarskim Interlaken. Efektem jego kontaktów z Pestalozzim jest książka na temat teorii pedagogicznych tego ostatniego, z których wiele Herbart przyjął za swoje. Książka ta nosi tytuł Pestalozzis Idee eines Abc der Anschauung (Zbadane i naukowo wywiedzione abecadło poglądowości według pomysłu Pestalozziego). Została przetłumaczona na angielski. Fakt ten nie pozostaje bez znaczenia, stanowi bowiem przyczynek do tego, jak znaczny wpływ na dzisiejszą pedagogikę wywiera iluminacka książka.

Jeśli zaś chodzi o edukację, iluminaci mieli następujący cel: „Musimy urobić zwykłych ludzi w każdym zakątku. Cel ten uda się osiągnąć przede wszystkim dzięki szkołom i naturalnemu, serdecznemu zachowaniu, łaskawości, popularności i tolerancji dla ich przesądów, które bez pośpiechu wykorzenimy i rozwiejemy”.

Zakon Iluminatów powstał na Uniwersytecie w Ingolstadt, Grupa w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, a Zakon na Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych. Paradoks polega na tym, że instytucje rzekomo oddane poszukiwaniu prawdy i wolności stały się kolebkami organizacji, których celem jest zniewolenie świata.

Wpływ Deweya

Patrząc na postać Johna Deweya z perspektywy osiemdziesięciu lat utrzymywania się jego wpływu, można go uznać za najważniejszy czynnik kolektywizacji lub heglizacji amerykańskich szkół. Dewey był nieodmiennie filozofem zmiany społecznej i dlatego właśnie wywarł wpływ tak dogłębny i wszechogarniający. I to właśnie w pracy i realizowaniu pomysłów Johna Deweya kryją się cele Zakonu.

Gdy Zakon sprowadził G. Stanleya Halla z Lipska na Uniwersytet Johna Hopkinsa, John Dewey już tam był, czekając na napisanie swojej rozprawy doktorskiej na temat „psychologii” Kanta. Będąc już wyznawcą filozofii Hegla, przyswoił sobie psychologię Wundta i Hegla i zastosował je w swojej koncepcji edukacji, której celem była zmiana społeczna. Doskonale ilustruje to cytat z Mojego pedagogicznego credo Deweya:

Szkoła jest przede wszystkim instytucją społeczną. Ponieważ edukacja jest procesem społecznym, szkoła po prostu stanowi tę formę życia wspólnotowego, w której wszystkie te wpływy skupiają się, by jak najskuteczniej doprowadzić dziecko do partycypowania w odziedziczonych przezeń zasobach rasy i wykorzystania jego własnych sił dla celów społecznych. Edukacja jest więc życiem, a nie przygotowaniem do przyszłego życia.

Wynika z tego, że deweyowska edukacja nie skupia się na dziecku, ale na państwie, ponieważ heglowskie „cele społeczne” zawsze stawiają w centrum państwo.

W tym właśnie tkwi sedno nieporozumień pomiędzy współczesnymi rodzicami a systemem edukacji. Rodzice uważają, że dziecko chodzi do szkoły, by nabyć w niej umiejętności potrzebnych mu w dorosłym życiu, ale Dewey stwierdza wyraźnie, że edukacja nie jest „przygotowaniem do przyszłego życia”. Deweyowski system edukacji nie przywiązuje wagi do rozwijania talentów dziecka. Przeciwnie, jego zadaniem jest przygotowanie go do funkcjonowania w roli części składowej organicznej całości, czyli mówiąc wprost, bycia trybikiem w mechanizmie organicznego społeczeństwa. Podczas gdy wartości moralne większości Amerykanów są zakorzenione w indywidualizmie, system oświatowy czerpie swoje z heglowskiej koncepcji państwa jako absolutu. Nic dziwnego, że dochodzi do nieporozumień.

Gdy porówna się Hegla, Johna Deweya oraz teoretyków i praktyków dzisiejszej pedagogiki, uderza ich niezwykłe podobieństwo. Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej: „Państwo jest rzeczywistością absolutną, a jednostka uzyskuje obiektywność, prawdę i moralność wyłącznie będąc częścią państwa”.

John Dewey starał się zminimalizować wolność jednostki. W swoim artykule Demokracja i administracja oświatowa („School & Society”, XVL, 1937) pisze o „zagubionej jednostce”, po czym ponownie powołuje się na Hegla: „wolność jest partycypacją każdej dojrzałej istoty ludzkiej w tworzeniu wartości regulujących wspólne życie”. Jest to stwierdzenie czysto heglowskie, analogiczne do przekonania, że człowiek może znaleźć wolność jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. Krytycznie nastawiony do Johna Deweya Horace M. Kallen stwierdził, że Dewey był „ślepy na czysty indywidualizm jednostek”.

Cel edukacji

Jaki jest zatem cel edukacji, skoro jednostka nie ma żadnych praw i żyje tylko dla państwa?

Hegel nie musiał pisać o oświacie i – o ile nam wiadomo – w jego pismach nie znajdzie się zdania poświęconego wyłącznie zagadnieniom edukacji. Nie było takiej potrzeby. W opinii Hegla wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Pogląd ten znalazł odzwierciedlenie we wszystkich systemach politycznych opartych na filozofii Hegla, bez względu na to, czy chodziło o radziecki komunizm, czy hitlerowski narodowy socjalizm. John Dewey podzielał heglowskie postrzeganie społeczeństwa jako organicznej całości:

Wykształcenie polega albo na umiejętności wykorzystywania swoich zdolności umysłowych dla dobra społeczeństwa, albo na umiejętności partycypowania w doświadczeniu innych i poszerzania w ten sposób indywidualnej świadomości na świadomość rasy (Wykłady dla pierwszego roku pedagogiki).

Ostatnie zdanie przywodzi na myśl hitlerowską filozofię rasy, czyli prawicowy heglizm, a poglądy dzisiejszych pedagogów odzwierciedlają to podejście. Oto cytat z wypowiedzi członka zgromadzeń ustawodawczych Kalifornii, Johna Vasconcellosa, piastującego także nader ważne stanowisko przewodniczącego Wspólnej Komisji do spraw Ogólnego Planowania w Szkolnictwie Wyższym oraz Komitetu do Spraw Celów Oświatowych przy zgromadzeniu stanowym Kalifornii:

Przyszedł czas na nową wizję nas samych, człowieka, ludzkiej natury i ludzkiego potencjału oraz nową teorię polityczną i instytucje oparte na tej wizji. Na czym polega ta wizja Człowieka? Na przekonaniu, że ludzka natura, pełna, organizmiczna istota ludzka jest kochająca… że ze swej natury człowiek dąży ku wspólnocie (cyt. za : Rex Myles, Brotherhood and Darkness).

Na czym ma polegać to „poszerzenie indywidualnej świadomości” (Dewey) i „dążenie ku wspólnocie” (Vasconcellos)?

Za zasłoną starannego języka kryje się Nowy Porządek Świata, światowe społeczeństwo organiczne. W Konstytucji nie ma jednak najmniejszej wzmianki na temat światowego porządku organicznego. Żaden urzędnik państwowy ani osoba piastująca stanowisko wybieralne nie może zgodnie z prawem popychać Stanów Zjednoczonych w kierunku takiego ustroju, ponieważ jest to w sposób oczywisty niezgodne z Konstytucją. Dewey nie był, rzecz jasna, urzędnikiem państwowym, ale Vasconcellos złożył przysięgę na wierność Konstytucji.

Większość ludzi, zapytana o światowy porządek, odpowie prawdopodobnie, że zanim zaangażujemy się w ezoteryczne pomysły, powinniśmy najpierw zająć się problemami wewnątrz naszego kraju. Większym zmartwieniem dla Amerykanów jest chyba korupcja polityczna, żałośnie niskie standardy oświatowe i bezduszna biurokracja. Trudno dostrzec, co nowy porządek świata może mieć wspólnego z kształceniem dzieci, ale odpowiedź na to zagadnienie można znaleźć w literaturze. Fichte, będący poprzednikiem Hegla i źródłem wielu jego idei filozoficznych, miał jasno sprecyzowaną koncepcję Ligi Narodów (Volkenbund) oraz wizję związku zaprowadzającego pokój. Fichte zapewniał, że „gdy federacja ta się rozprzestrzeni i stopniowo obejmie całą Ziemię, zapanuje wieczny pokój, będący jedyną zgodną z prawem relacją pomiędzy państwami”.

National Education Association, zajmujące się lobbowaniem w sprawach związanych z edukacją, w 1976 roku stworzyło program z okazji dwusetnej rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych zatytułowany „Deklaracja Niepodległości: kształcenie na rzecz globalnej społeczności”. Na szóstej stronie tego dokumentu czytamy: „Jesteśmy zaangażowani w ideę kształcenia na rzecz globalnej społeczności. Zachęcamy do udzielenia nam pomocy w przekształceniu tego zaangażowania w działanie i zmobilizowanie światowego szkolnictwa do rozwijania światowej społeczności”.

Cel niemal w całości odpowiadający celom Hegla sformułował w swojej książce Self Knowlegde and Social Action (Samowiedza i działanie społeczne) Obadiah Silas Harris, adiunkt wydziału Zarządzania i Rozwoju Szkolnictwa Uniwersytetu Nowy Meksyk w Las Cruces w Nowym Meksyku:

Gdy edukatorzy społeczni mówią, że edukacja społeczna bierze pod uwagę jednostkę jako całość i jej całe otoczenie, mają na myśli dokładnie to: dziedzina jaką jest edukacja społeczna obejmuje jednostkę wraz z całą jej strukturą psychofizyczną oraz klimatem ekologicznym wraz ze wszystkimi implikacjami – społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi, kulturalnymi, duchowymi itd. Jej celem jest zintegrowanie jednostki w sobie (sic!) i w społeczności, aż jednostka stanie się kosmiczną duszą, a społeczność światem.

W tej samej książce na stronie osiemdziesiątej czwartej czytamy:

Kosmiczna dusza (…) cała rasa ludzka wykształci własną rzeczywistą duszę – kosmiczną duszę rasy. Tak wygląda przyszłość ewolucji ludzkości. Wynikiem pojawienia się uniwersalnej duszy będzie wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dające początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi.

Ostatni przytoczony cytat jeszcze bardziej trąci Adolfem Hitlerem niż wypowiedzi Johna Vasconcellosa. Ma on w sobie taką samą mieszaninę okultyzmu, etniczności i absolutyzmu.

Powszechnie uważa się, że zgodnie z określonym w Konstytucji charakterem relacji pomiędzy jednostką a państwem, to jednostka pełni funkcję nadrzędną, a celem istnienia państwa jest służba jednostce i że państwo nie ma władzy, za wyjątkiem wyraźnie wyrażonej woli narodu.

Krótko mówiąc, propozycje Johna Deweya i jego zwolenników są niekonstytucyjne. Nigdy nie przekroczyłyby progów amerykańskich klas szkolnych, gdyby za ich rozpowszechnianiem nie stała ogromna potęga Zakonu.«

Sutton pisał to ponad 40 lat lat temu. Gdybyśmy w jego opisie zamiast uczniów i studentów wstawili społeczeństwo, to uzyskalibyśmy obraz współczesności i cele, do których dążą rządzący światem. Być może do wielu ludzi nie dociera ten fakt, że obecnie jednostka nic nie znaczy i na nic nie ma wpływu. Nawet nie decyduje o własnym zdrowiu. Nie ma znaczenia, że mogę się dobrze czuć i nic mi nie dolega. O tym czy jestem zdrowy, czy chory, decyduje państwo, a konkretnie testy, które ono uznaje za miarodajne, a które zostały stworzone w zupełnie innym celu niż diagnozowanie zarażenia wirusem. Państwo uznało, że nawet jak ktoś jest zdrowy, to jest chory, chory bezobjawowo i może zarażać innych. I ono decyduje o tym, gdzie mi wolno wejść czy pojechać, a gdzie – nie. Ono decyduje o tym, że wszyscy obywatele danego kraju mogą zarażać, a emigranci nie zarażają. Tak więc już jesteśmy niewolnikami, choć jeszcze do niewielu to dociera, a państwo jest już wszechmogące. Jest absolutem.

Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej i że wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Za młodu uczono mnie, że idee Lenina są wiecznie żywe, a teraz okazuje się, że to idee Hegla są wiecznie żywe. W tej chwili mamy do czynienia z wdrażaniem heglowskiego modelu państwa. Państwo decyduje o tym, które jednostki są wartościowe, a które nie. Ci, którzy są właścicielami małych firm uznani zostali za zbędnych i nie przedstawiają dla państwa żadnej wartości. Podobnie ludzie starzy. To, czy ktoś będzie żyć, będzie zależeć, a właściwie już zależy, od państwa. My nie wiemy, czy my wszyscy dostajemy takie same „szczepionki”. Czy są tacy, którzy dostają sól fizjologiczną, czy może nic im nie wstrzykuje się, a dostają zaświadczenia o szczepieniu? A ci faktycznie „zaszczepieni”? Jak państwo uzna, że mają żyć, to będą żyli, a jak uzna, że są zbędni, to ich zlikwiduje. To dlatego rządom wszystkich państw zależy na „zaszczepieniu” wszystkich. Każde inne tłumaczenie jest zwykłą zasłoną dymną, a mówiąc bardziej dosadnie – ściemą.

Sutton wielokrotnie zwracał uwagę na to, że z heglizmu czerpał zarówno nazizm jak i komunizm. Na portalu Interia ukazał się artykuł o nazistowskiej edukacji. Link tu: https://kobieta.interia.pl/zycie-i-styl/news-jak-wychowac-naziste-edukacja-do-smierci,nId,5487992 Autorka nie zająknęła się nawet o heglowskich korzeniach nazizmu. Trudno jednak mieć do niej o to pretensję. Wszak propaganda to uzupełnienie edukacji i jej cele są podobne: przedstawianie jedynie słusznego obrazu historii i teraźniejszości.

Po co to wszystko? Proste pytanie, na które nikt nie chce dać odpowiedzi. Sutton pisał, że celem jest Nowy Porządek Świata. Być może więcej nie mógł napisać. Po co to wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dającej początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi? Można i tak nazwać mesjański cel Żydów i ich uparte dążenie do tego, by stać się rasą panów. Ideologiczną podstawę pod te dążenia zapewnił m.in. Georg Wilhelm Friedrich Hegel.

Nowy Porządek

Na naszych oczach rodzi się państwo totalitarne, a właściwie państwa totalitarne, bo zjawisko dotyczy całego świata. Wielu uważa, że pandemię wymyślono, by na niej zarabiać, wzbogacać się, a jej trwanie leży w interesie tych, którzy na tym korzystają. Gdyby tak faktycznie było, to nie byłoby jeszcze tak źle. Ale jest gorzej. Pandemię wymyślono po to, by całkowicie podporządkować jednostkę państwu i pozbawić ją wszelkiej własności. Prawdopodobnie więc przytłaczająca większość tych, którzy zarabiają na niej, również jest ujęta w tym planie. To jest końcowy etap pewnego procesu dziejowego, starannie zaplanowanego i realizowanego od lat, a może nawet od początku. Dobrze to opisuje i wyjaśnia Antony Sutton w książce Skull and bones; tajemna elita Ameryki. Pierwsze jej wydanie pojawiło się w 1983 roku, a więc Sutton pisał ją prawdopodobnie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty:

»Historię działań operacyjnych Zakonu można zrozumieć jedynie w ramach heglowskiego procesu dialektycznego. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o pogląd, że to konflikt tworzy historię.

Efektem tej zasady jest przekonanie, że kontrolowany konflikt może wprowadzić historię na z góry określone tory. Gdy więc, na przykład, Komisja Trójstronna wypowiada się na temat „zarządzanego konfliktu”, co czyniła wielokrotnie na łamach swoich publikacji, sugeruje tym samym sterowanie konfliktem dla osiągnięcia długoterminowych, z góry określonych celów, a nie po prostu swobodne posiłkowanie się manipulacją dla rozwiązania problemu.

Dialektyka przenosi ów „zarządzany konflikt” Komisji Trójstronnej o jeden krok dalej. Z punktu widzenia heglistów istniejąca siła (teza) rodzi siłę jej przeciwną (antytezę). Konflikt pomiędzy tymi siłami tworzy syntezę. Następnie cały proces zaczyna się od początku: teza przeciwstawiona antytezie prowadzi do syntezy.

Synteza, do której dąży establishment, nosi nazwę Nowego Porządku Świata. Bez kontrolowanego konfliktu porządek ten nigdy jednak nie nadejdzie. Przypadkowe działania poszczególnych członków społeczeństwa nie doprowadzą do syntezy, która jest bytem sztucznym, a zarazem musi zostać stworzona. Tworzy się ją zaś dzięki przemyślanemu wykorzystaniu zarządzanego konfliktu. Przez cały czas poświęcony na dążenie do syntezy, nie osiąga się żadnych korzyści z rozgrywania zaangażowanych stron. Wyjaśnia to, dlaczego międzynarodowi bankierzy popierali nazistów, Związek Radziecki, Północną Koreę, Północny Wietnam i tak do znudzenia, przeciwko Stanom Zjednoczonym. „Konflikt” rodzi zysk, popychając jednocześnie świat w kierunku Rządu Światowego. Proces ten trwa do dzisiaj.

Według Hegla konflikt politycznej „prawicy” z polityczną „lewicą”, lub zgodnie z heglowską terminologią tezy i antytezy, jest niezbędny, by pchnąć historię do przodu i by mogła nastąpić historyczna zmiana. Konflikt pomiędzy tezą i antytezą prowadzi do syntezy, czyli nowej sytuacji historycznej.

Popularyzowana historia świata, zarówno na Zachodzie, jak i w krajach marksistowskich, składa się jedynie z opisów i analiz dokonywanych z politycznych perspektyw „prawicy” lub „lewicy”. Dzieła historyczne wydawane na Zachodzie postrzegają komunizm i socjalizm albo z punktu widzenia kapitalizmu finansowego, albo marksizmu. Z kolei książki publikowane w Związku Radzieckim widzą Zachód jedynie z perspektywy marksizmu. Istnieją jednak inne ramy dla analizy historycznej, które niestety (o ile nam wiadomo), nigdy nie zostały wykorzystane. Dopiero użycie ram heglowskiej logiki pozwoliłoby stwierdzić, czy elity kontrolujące państwo wykorzystują proces dialektyczny do stworzenia z góry zaplanowanej historycznej syntezy.

We współczesnych dziełach historycznych ten twórczy proces jedynie przebłyskuje gdzieniegdzie w zwodniczy sposób. Najbardziej przekonujące przebłyski można znaleźć w książce Tragedy and Hope Carrolla Quigleya. Rzadko się zdarza, by politycy z marginesu elitarnego kręgu władzy pozwolili opinii publicznej na choćby krótki wgląd w jego struktury. Prezydent Woodrow Wilson stwierdził na przykład: „Najwięksi przedstawiciele branży handlowej i produkcyjnej w Stanach Zjednoczonych wiedzą, że istnieje siła tak zorganizowana, tak wyrafinowana, tak kompletna i tak wszechobecna, iż wszelkie słowa krytyki pod jej adresem należy wypowiadać szeptem”.

Fakty zawarte w niniejszej książce dowodzą, że obecna sytuacja na świecie jest wynikiem świadomego działania elitarnej siły, polegającej w mniejszym lub większym stopniu na manipulacji żywiołami „prawicy” i „lewicy”. Twierdzimy, że najpotężniejsza ze wszystkich elit tego świata w ciągu mniej więcej ostatnich stu lat patronowała zarówno żywiołom prawicowym jak i lewicowym, by zaprowadzić nowy porządek świata.

Nie ulega wątpliwości, że tak zwany establishment w Stanach Zjednoczonych korzysta z „zarządzanego konfliktu”. Przykłady wykorzystania praktyki „zarządzania” kryzysem w celu osiągnięcia korzystnego rezultatu (korzystnego rzecz jasna dla elity) można bez trudu znaleźć w literaturze, na przykład w publikacjach Komisji Trójstronnej. Co więcej, nie ulega wątpliwości, że decyzje dotyczące wojny i pokoju są podejmowane przez kilku członków elity, a nie przez większość podczas głosowania w politycznym referendum.

Na czym polega proces dialektyczny

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z heglowskiego systemu myśli filozoficznej, obcemu większości z nas, mieszkańców Zachodu, wynikają takie absurdy, jak „pochód Boga w świecie”, pogląd, że państwo jest także swego rodzaju bogiem, że jedyną powinnością obywatela jest służba Bogu poprzez służbę państwu, że państwo jest absolutnym rozumem, że obywatel może odnaleźć wolność jedynie poprzez oddawanie czci państwu i całkowitemu posłuszeństwu wobec niego.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za tezę. Teza taka będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwstawnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skomplikowanych sił.

Karol Marks w Kapitale przedstawił kapitalizm jako tezę, a komunizm jako antytezę. Historycy – także marksistowscy – całkowicie zignorowali jednak fakt, że wynikiem starcia tych systemów nie będzie społeczeństwo ani kapitalistyczne, ani komunistyczne, lecz stanowiące syntezę obu wzajemnie zwalczających się sił. W systemie heglowskim starcie przeciwieństw musi doprowadzić do powstania społeczeństwa nie będącego ani kapitalistycznym, ani komunistycznym. Heglowski plan wydarzeń przewiduje ponadto, że nowa synteza będzie odzwierciedlała koncepcje państwa jako boga, z jednostką całkowicie podporządkowaną wszechmocnemu państwu.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Wojna, będąca dla heglistów zorganizowanym konfliktem pomiędzy narodami, jest jedynie widocznym rezultatem starcia idei. John Dewey, heglowski ulubieniec współczesnego systemu edukacji, napisał: „Wojna najskuteczniej uczy daremności wszelkich zaledwie ukończonych interesów i kładzie kres samolubnemu egoizmowi jednostki, pozwalającemu jej uznać swoje życie i majątek za należące wyłącznie do niej lub do jej rodziny”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Wystarczy to porównać do ducha i litery Konstytucji Stanów Zjednoczonych: „My, Naród” przyznajemy państwu pewne prawa, pozostawiając inne w gestii ludzi. Rozdział Kościoła od państwa jest integralną częścią Konstytucji, stanowiąc zaprzeczenie heglowskiego „państwa będącego bogiem na Ziemi”. Porównajmy jednak ten wymóg prawny z działaniami Zakonu w Stanach Zjednoczonych, Grupy w Anglii, iluminatów w Niemczech i Politbiura w Rosji. Wszyscy ci elitaryści uważają państwo za siłę nadrzędną, a samozwańcza elita rządząca państwem zachowuje się rzeczywiście jak Bóg na Ziemi.

Wywoływanie wojen i rewolucji

Manipulowanie „lewicą” i „prawicą” na froncie wewnętrznym jest powielane na arenie międzynarodowej, gdzie w dążeniu do syntezy jednego świata sztucznie konstruuje się i burzy „lewicowe” i „prawicowe” struktury polityczne.

Podręczniki uniwersyteckie przedstawiają wojnę i rewolucję jako w mniejszym lub większym stopniu przypadkowe rezultaty działania sprzecznych sił. Do załamania się negocjacji politycznych i przejścia do fizycznego konfliktu dochodzi, według autorów tych książek, po bohaterskich wysiłkach mających na celu uniknięcie wojny. Niestety, jest to bzdura. Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek.

W zachodnich podręcznikach są także olbrzymie luki. Na przykład po II wojnie światowej trybunał powołany do zbadania nazistowskich zbrodni wojennych starannie ocenzurował wszystkie materiały dowodzące wsparcia, jakiego Zachód udzielił Hitlerowi. W ten sam sposób w zachodnich podręcznikach dotyczących radzieckiego rozwoju gospodarczego nie znajdzie się wzmianki na temat gospodarczej i finansowej pomocy udzielonej rewolucji październikowej i późniejszego rozwoju ekonomicznego zachodnich firm i banków.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W rezultacie można stwierdzić, że uprawiana na Zachodzie historia jest w takim samym stopniu zniekształcona, ocenzurowana i w dużej mierze bezużyteczna jak historia hitlerowskich Niemiec, Związku Radzieckiego czy komunistycznych Chin. Żadna zachodnia fundacja nie dofinansuje badań poświęconych niepopularnym i niepoprawnym zagadnieniom, niewielu zachodnich naukowców jest w stanie „przetrwać”, zgłębiając te teorie i nie ulega wątpliwości, że żadne duże wydawnictwo nie przyjmie chętnie tekstu odzwierciedlającego ten tok myślenia.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzeniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Czy rzeczywiście tak jest, że w światowej polityce nie ma miejsca na spontaniczność, że wszystko jest z góry zaplanowane? A jeśli tak, to kto planuje i po co? Jeśli zgadzamy się z tym, że wszystko jest planowane, to musimy sobie również odpowiedzieć na to drugie pytanie. Jeden naród od początku miał jasno sprecyzowany cel, którym zawsze było podporządkowanie sobie pozostałych narodów. To jest zapisane w Starym Testamencie. Obecnie nazywa się to Nowym Porządkiem Świata, w którym jednostka nie będzie miała nic, będzie całkowicie podporządkowana państwu. A to państwo, jak pisał Sutton, to samozwańcza elita, czyli, mówiąc wprost, Żydzi.

Samo zjawisko, jak sądzę, jest wcześniejsze, a właściwie to chyba wykorzystywane przez Żydów od początku. W historii Polski też można je dostrzec. Nawet powstanie unii polsko-litewskiej na to wskazuje. Powstała ona w dobie reformacji. W tamtym okresie polskie elity umysłowe i polityczne prawie w całości przeszły na kalwinizm. A kalwinizm to najbliższe judaizmowi wyznanie chrześcijańskie. Sama reformacja w pewnym momencie dominowała w całej Europie. Cóż więc takiego stało się, że jej nie zdominowała? Katolicyzm nie mógł być całkowicie zduszony, bo nie byłoby konfliktu, nie byłoby wojen religijnych, jak choćby wojna trzydziestoletnia, po której cała Europa była zniszczona i na jej odbudowę potrzebne były pieniądze. A kto je miał? Kto zgadnie?

I Rzeczpospolita była dziwnym tworem. Połączono dwa państwa pod wieloma względami różniące się od siebie. Najważniejszą jednak różnicą były wyznania. I na tle tych różnic dochodziło do najpoważniejszych konfliktów. Było to dziwne państwo, które powstało z inspiracji Żydów lub też oni sami je stworzyli. Powstał dziwny „naród” – szlachta. Naród, do którego mógł się zapisać każdy Żyd, który przyjął chrzest. I zapisywali się Żydzi do tego narodu. Ich protegowanymi byli królowie i najwięksi magnaci, co skutkowało tym, że Żydzi automatycznie wspinali się na najwyższe szczeble drabiny społecznej. I wykorzystywali ten historyczny proces dialektyczny, chociaż zapewne tak tego nie nazywali. Efektem ich „twórczej” działalności było m.in. powstanie Chmielnickiego.

Traktat wersalski został tak sklecony, by nikt z niego nie był zadowolony, by rodził konflikty. II RP była po części odtworzeniem I RP i wszystkiego tego, co rodziło konflikty. I o to chodziło. W końcu musiało dojść do wojny. Tylko czy rzeczywiście musiało? Znowu wykreowano konflikt.

Do wojny w 1939 roku nie powinno było dojść. Żaden normalny rząd nie podjąłby walki w sytuacji, w której przeciwnik pod każdym względem dominował i mógł zaatakować z trzech stron. Dlaczego jednak doszło do tej wojny? Doszło, bo bez niej nie doszłoby do starcia nazizmu i bolszewizmu, a to już było uprzednio zaplanowane. Jednak rząd polski podjął taką decyzję, bo otrzymał obietnicę pomocy ze strony Anglii i Francji. To go usprawiedliwiało w oczach opinii publicznej, no bo zaraz ruszy Francja i Anglia. Nic to, że rok wcześniej doszło do aneksji Czech, chociaż Czechosłowacja miała gwarancje Francji i ZSRR. Francja się nie ruszyła, a Związek Radziecki zawarował był sobie, że ruszy się dopiero wtedy, gdy ruszy Francja.

Zanim jednak doszło do wojny we wrześniu 1939 roku, Niemcy i ZSRR podpisały 23 sierpnia tajne porozumienie, o którym wiedziały służby dyplomatyczne wszystkich krajów, tylko polskie nie „wiedziały”. Nie „wiedział” też polski wywiad, choć pisał o tym 30 sierpnia Kurier Poznański. Ale jaja, ale jaja – powiedziałby listonosz z serialu „Świat według Kiepskich”. Jednak ci, którzy to wszystko zaplanowali wiedzieli, że ZSRR musi zaatakować od tylu, bo ci „naiwni” i „durni” Polacy gotowi jeszcze, pomimo niemieckiej przewagi, skutecznie się bronić. I bardzo możliwe, że obroniliby się, gdyby zabezpieczenie nie było podwójne. To drugie zabezpieczenie to masa masonów wśród polskiej kadry dowódczej, którzy robili wszystko, by polskie wojsko poniosło klęskę. A gdyby tak się stało, że Polacy obroniliby się, to nie mogłoby dojść do starcia nazizmu i bolszewizmu „i cały misterny plan w pi.du”, czyli nie byłoby tych wszystkich zmian do jakich doszło po II wojnie światowej. A gdyby tak się stało, że po I wojnie światowej powstałaby Polska bez Kresów, a w ich miejsce powstałyby Białoruś i Ukraina, to co wtedy? Pod jakim pretekstem Związek Radziecki napadłby na Białoruś i Ukrainę? Nie byłoby argumentu, że polscy panowie gnębią ludność białoruską i ukraińską.

Przykładów tego, że to wszystko jest zaplanowane jest mnóstwo i to nie tylko na szczeblu międzynarodowym, ale też i na – lokalnym. W przypadku Polski najbardziej wyrazistym przykładem tego był Marzec ’68. Opisałem to w blogu pod tym samym tytułem. Inna sprawa, że pozostałe polskie przesilenia też były starannie zaplanowane, o czym też pisałem.

Zaplanowane są też wszelkiego rodzaju protesty i często uczestniczą w nich „zawodowi” protestanci. Jeśli ktoś uważa, że protesty są spontaniczne i niezależne od ośrodków decyzyjnych, to niech spróbuje zorganizować taki protest. Po pierwsze, to nie wiadomo, czy dostałyby zezwolenie władz miejskich na jego zorganizowanie; po drugie, to przekonałyby się, że nie ma chętnych do udziału w takim proteście; po trzecie, to przekonałyby się, że taki protest kosztuje. Tylko kto z tych, którzy oglądają takie protesty zastanawia się nad tym.

Czy takie opisanie i zinterpretowanie rzeczywistości, jak zrobił to Sutton, jest bliskie prawdy? W nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. – Tak napisał sam Sutton. To brzytwa Occama (Ockhama). Jest to znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Innymi słowy: im prostsze wyjaśnienie, które najprościej tłumaczy najwięcej problemów, tym bliższe jest ono prawdy. Ta zasada sprawdza się również w polityce i historii.

Zakon

W poprzednim blogu pisałem, cytując Wikipedię, że motto Novus Ordo Seclorum widnieje, nie tylko na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych i banknocie jednodolarowym, ale również na herbie Yale School of Management – szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Mamy więc tu do czynienia z pewną ciągłością pewnych idei. Natomiast herbowe motto Uniwersytetu Yale to „Światłość i prawda” pisane po hebrajsku i po łacinie.

Źródło: Wikipedia

Do pełni obrazu wypada jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięła nazwa tego uniwersytetu. Pochodzi ona od nazwiska Elihu Yela’a, który w 1718 roku podarował uczelni towary o wartości 562 funtów szterlingów, co na owe czasy było pokaźną sumą. Był on kupcem i filantropem, gubernatorem Madrasu. Już samo zestawienie – kupiec i filantrop, nie powinno nastręczać trudności z ustaleniem tożsamości fundatora tego uniwersytetu, bo za takiego został uznany.

Czym jest Uniwersytet Yale, Zakon i jakie są cele jego członków, to wyjaśnia Antony Sutton w swojej książce Sukll and bones; Tajemna elita Ameryki, która po raz pierwszy została wydana w 1983 roku. Ja korzystam z książki wydanej w 2018 roku przez Wydawnictwo Wektory. We wprowadzeniu do wydania z 2002 roku Sutton pisze:

»Historia opublikowania Tajemnej elity Ameryki. Wprowadzenia w tajniki zakonu Skull and Bones jest niezwykła. Zaczęła się na początku lat osiemdziesiątych XX wieku od przekazania przez anonimowego darczyńcę grubej na osiem cali paczki dokumentów. Papiery te zawierały ni mniej, ni więcej tylko listę członków oraz inne dokumenty dotyczące naprawdę tajnego stowarzyszenia działającego na Uniwersytecie Yale – bractwa Skull and Bones (Czaszka i Kości).

Mimo skromnej akcji promocyjnej i kilku zaledwie recenzji zignorowanych przez najważniejszych dystrybutorów, sprzedaż Tajemnej elity Ameryki utrzymywała się przez ostatnie szesnaście lat na stałym poziomie kilkuset egzemplarzy miesięcznie. Pokłosiem jej wydania był szereg artykułów i książek napisanych przez różnych autorów, jednak mój prawdziwy cel, którym było doprowadzenie do wszczęcia badań na temat wpływu, jaki filozofia Hegla wywiera na współczesną Amerykę, nie został osiągnięty. W dużym stopniu jest za to odpowiedzialny system edukacji oparty na heglowskiej koncepcji państwa, któremu udało się skutecznie ogłupić Amerykę.

Ta nieszczęsna, destrukcyjna filozofia, stanowiąca źródło zarówno nazizmu, jak i marksizmu, zatruła i skaziła naszą opartą na konstytucji republikę. Znaczną część winy za owo zepsucie ponosi elitarna grupa absolwentów Yale zrzeszonych w Skull and Bones, tak zwanych Bonesmenów. Fakt posługiwania się przez nich symbolem czaszki i kości oraz heglowska filozofia, którą się kierują, mówią same za siebie, choć z typową dla siebie obłudą będą was przekonywać, że jest inaczej.

Heglizm gloryfikuje państwo będące narzędziem służącym rozpowszechnianiu etatyzmu oraz materialistycznych idei i zasad w systemie edukacji, nauce, polityce i ekonomii.

Zastanawiacie się, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

To nie wszystko – pomyślcie o ich pirackiej fladze. Znak umieszczony na butelkach zawierających substancje trujące, symbol dywizji „Totenkopf” walczącej w II wojnie światowej. Skull and Bones nie tylko zaangażowało się na dużą skalę w przemyt narkotyków (rodziny Bushów i Prescottów w latach sześćdziesiątych XIX wieku), ale w iście heglowskim stylu stworzyło też jego przeciwieństwo, czyli tak zwaną „wojnę z narkotykami”. Ta przepełniona hipokryzją polityka pozwalała utrzymać ceny narkotyków, kontrolować ich podaż i wysyłać do więzień całe miliony, podczas gdy beneficjentami tego procederu są, w dużej mierze, nie kto inny tylko ci sami „Bonesmeni”, którzy uchwalają prawa skierowane przeciwko narkotykom (Taft, 1904).

Prawica i lewica – narzędzie kontroli

W oczach heglistów państwo jest bytem wszechmogącym, „pochodem Boga w świecie”. Jest to w istocie kult państwa. W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Podążamy tropem niezwykłego wpływu, jaki stowarzyszenie Skull and Bones wywarło na największy heglowski konflikt: starcie nazizmu z komunizmem. Członkowie Skull and Bones zajmowali najwyższe stanowiska w kręgach decyzyjnych. Bush, Harriman, Stimson, Lovet i tak dalej – wszyscy należeli do stowarzyszenia i odegrali znaczącą rolę w kierowaniu tym konfliktem przy użyciu „prawicy” oraz „lewicy”. Finansowali oni i sprzyjali rozwojowi obu tych filozofii i w dużym stopniu sprawowali kontrole nad tym, co z nich wynikło. Sprzyjał temu redukcjonizm w nauce, będący przeciwieństwem historycznego spojrzenia holistycznego (całościowego, ogólnego – przyp. W.L.). Dzielenie nauki i procesu uczenia się na coraz węższe segmenty sprawiło, że za pomocą części łatwiej było kontrolować całość.

Zdaniem Charlotte Thomson Iserbyt, autorki The Deliberate Dumbing Down America, początki amerykańskiego systemu edukacji wiążą się z działalnością Rockefellera i Gatesa. Faktycznie jednak ów etatystyczny system edukacji stanowi odbicie idei Hegla przeszczepionych na amerykański grunt przez trzech członków Skull nad Bones – Gilmana, White’a i Dwighta – a następnie wspieranych finansowo przez Rockefellera.

W dalszej części Sutton pisze :

Oficjalna historia establishmentu

Istnieje coś takiego jak, historia establishmentu, historia oficjalna, która zdominowała karty podręczników historii, wydawnictwa branżowe, media oraz półki w bibliotekach. Oficjalna linia zakłada niezmiennie, że wydarzenia takie jak wojny, rewolucje, skandale czy zabójstwa są zdarzeniami mniej lub bardziej przypadkowymi i pozostającymi bez związku ze sobą nawzajem. Wydarzenia z założenia NIGDY nie mogą być wynikiem spisku, ani rezultatem przemyślanego i zaplanowanego działania grupowego. Doskonałym tego przykładem jest zabójstwo Kennedy’ego – zaledwie dziewięć godzin po tym, jak w Dallas doszło do tej tragedii, stacje telewizyjne ogłosiły, że strzelanina nie była wynikiem spisku, niezależnie od tego, że nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego i że śledztwo dopiero się zaczęło.

Biada każdej książce i każdemu autorowi, który nie mieści się w oficjalnych wytycznych. Nie otrzyma wsparcia fundacji. Wydawcy stchórzą. Dystrybucja będzie zupełnie przypadkowa albo nie będzie jej wcale.

Chcąc zapewnić przewagę jedynie słusznej linii, w 1946 roku Fundacja Rockefellera przeznaczyła sto trzydzieści dziewięć tysięcy dolarów na stworzenie oficjalnej historii II wojny światowej. Wszystko po to, by zapobiec ukazaniu się demaskatorskich publikacji, podobnych do tych, jakie po zakończeniu I wojny wprawiły w zakłopotanie cały establishment. Czytelnika zainteresuje fakt, że Zakon, któremu mamy się przyjrzeć na łamach tej książki, już w latach osiemdziesiątych XIX wieku wykazał się daleko idącą zapobiegliwością i powołał do życia zarówno Amerykańskie Towarzystwo Historyczne, jak i Amerykańskie Towarzystwo Ekonomiczne (większość ekonomistów w tamtych czasach była bardziej historykami niż analitykami). Zrobił to na swoich warunkach, obsadził swoimi ludźmi i wyznaczył własne cele. Andrew Dickson White był członkiem Zakonu i pierwszym prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Porażka oficjalnej historii

Czasy się zmieniły. Słabość, niespójność i zwyczajne kłamstwa oficjalnej historii ujrzały światło dzienne. W latach osiemdziesiątych XX wieku trudno już znaleźć myślącego człowieka, który przyjmowałby to, co ona głosi. Panuje powszechne przekonanie, że oficjalna historia stała się w mniejszym lub większym stopniu artykułem konsumpcyjnym, spreparowanym przez naiwnych lub chciwych historyków. Historycy chętni temu, by nadstawiać karku i sprzeciwiać się panującemu trendowi, zdarzają się rzadko, a co więcej, niektórzy z nich padają ofiarą jeszcze bardziej zawiłej gry. Wśród zwykłych, ale myślących obywateli, czyli na poziomie w największym stopniu pozostającym poza zasięgiem wpływu Zakonu, spisek stał się więc powszechnie przyjętym wyjaśnieniem dla wielu wydarzeń. Można przywołać choćby przykład zabójstwa Kennedy’ego, gdzie oficjalna teoria „samotnego strzelca” nigdy nie została zaakceptowana przez przeciętnych Amerykanów, aferę Watergate, w przypadku której „Głębokie Gardło” będące źródłem przecieku i wyczyszczone taśmy z daleka śmierdzą spiskiem, czy wreszcie Pearl Harbor, gdzie kontradmirał Husband E. Kimmel oraz generał major Walter C. Short przyjęli na siebie winę generała George’a C. Marshalla i prezydenta Franklina D. Roosevelta.

Zakon – czym jest i jak to się zaczęło

Wtajemniczeni nazywają go Zakonem. Inni od ponad stu pięćdziesięciu lat znają go pod nazwą Kapituły 322 tajnego niemieckiego stowarzyszenia. Oficjalnie, dla celów prawnych, w 1856 roku Zakon został wcielony do Russell Trust. Swego czasu był znany jako „Bractwo Śmierci”. Ci, którzy bagatelizują jego znaczenie albo chcą go wyśmiać nazywają go „Czaszka i Kości” lub po prostu „Kości”.

Amerykański okres w dziejach tego niemieckiego zakonu rozpoczął się w roku 1833 na Uniwersytecie Yale. Jego założycielami byli generał William Huntington Russel oraz Alphonso Taft, który w 1876 roku został sekretarzem wojny w administracji prezydenta Granta. Alphonso Taft był ojcem Williama Howarda Tafta, jedynego człowieka piastującego zarówno urząd prezydenta jak i prezesa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Czym jest Zakon?

Zakon nie jest po prostu kolejnym bractwem studenckim z greckimi literami w nazwie, z hasłami i specjalnymi uściskami dłoni, tak popularnymi w większości miasteczek uniwersyteckich. Kapituła 322 to tajne stowarzyszenie, którego członkowie są zobowiązani do zachowania milczenia. O ile wiadomo, działa ono jedynie na Uniwersytecie Yale. Posiada własne zasady i uroczyste obrzędy. Nie przepada za wścibstwem i dociekliwością obywateli, nazywanych przez wtajemniczonych „postronnymi” lub „wandalami”. Jego członkowie zawsze się tego członkostwa wypierają (lub powinni to robić) – po sprawdzeniu kilkuset oficjalnych życiorysów członków Skull and Bones okazało się, że tylko sześciu powołuje się na przynależność do stowarzyszenia. Pozostali milczą na ten temat. Byłoby niezwykle ciekawe dowiedzieć się, czy liczni członkowie Zakonu na różnych szczeblach władzy i piastujący stanowiska rządowe ujawniło tę przynależność w swoich danych biograficznych, przekazanych FBI w celu sprawdzenia ich przeszłości.

Przede wszystkim jednak Zakon jest potężny, niewiarygodnie wręcz potężny. Jeśli tylko czytelnik wytrwa i przeanalizuje dowody, które zostaną mu zaprezentowane – a te są przytłaczające – jego wizja świata bez wątpienia zarysuje się o wiele ostrzej, z przerażająca wyrazistością.

W tym momencie należałoby jeszcze dodać kilka istotnych spostrzeżeń na temat Zakonu:

  • do stowarzyszenia należą jedynie studenci najstarszego roku na Uniwersytecie Yale. Członkowie są wybierani już na trzecim roku, ale w szeregach Skull and Bones spędzają jedynie jeden rok, ostatni rok swojej nauki. Innymi słowy, organizacja jest nastawiona na działalność poza kampusem, po zakończeniu studiów. Przywódcy zakonu spotykają się raz do roku na Deer Island na rzece Świętego Wawrzyńca.
  • stowarzyszenia seniorskie, czyli zrzeszające studentów najstarszego roku, są charakterystyczne wyłącznie dla Yale. Oprócz Skull and Bones na Yale działają jeszcze dwa inne bractwa tego typu, ale nie spotyka się ich nigdzie indziej. Scroll and Key (Zwój i Klucz) oraz Wolf’s Head (Wilcza Głowa) to podobno rywalizujące ze sobą stowarzyszenia założone w połowie XIX wieku. W swoim artykule opublikowanym w „Esquire” Rosenbaum zauważył nader trafnie, że jeśli któryś z przedstawicieli liberalnego establishmentu ze Wschodniego Wybrzeża nie jest członkiem Skull and Bones, to niemal na pewno należy albo do Scroll and Key, albo do Wolf’s Head.

Jakie znaczenie ma liczba „322” umieszczona w nazwie Kapituły 322? William Russel zapożyczył ideę stowarzyszenia z Niemiec, dlatego utrzymywano, że 322 oznacza rok 32 (1832), drugą kapitułę niemieckiej organizacji. Być może istnieją gdzieś także kapituły 320 i 321, a 323 jest określeniem pokoju w świątyni Skull and Bones na Yale.

Istnieje jeszcze inne wytłumaczenie dla tej liczby, zgodnie z którym Zakon pochodzi od greckiego bractwa sięgającego czasów Demostenesa, czyli roku 322 p.n.e. Wydaje się być ono wiarygodne, ponieważ dokumenty Skull and Bones są datowane poprzez dodanie liczby 322 do liczby oznaczającej bieżący rok, czyli na przykład dokumenty pochodzące z roku 1950 noszą datę 2272 Roku Demosteńskiego.

Kto jest członkiem tego tajnego stowarzyszenia?

Na liście zawierającej ponad dwa tysiące pięćset nazwisk osób przyjętych do Zakonu nie sposób nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech:

  • Większość członków pochodzi ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Jeszcze w roku 1950 zaledwie trzech członków mieszkało w kalifornijskim Los Angeles, podczas gdy adresy dwudziestu ośmiu wskazywały na New Haven w Connecticut.
  • Wszyscy członkowie są mężczyznami, a niemal wszyscy należą do WASP (White Anglo Saxon Protestant). Większość z nich wywodzi się z rodzin angielskich purytanów, a ich przodkowie przybyli do Ameryki Północnej pomiędzy rokiem 1630 a 1660.
  • Owe purytańskie rodziny albo zawierały związki małżeńskie z członkami elity finansowej, albo wiązały się z synami finansowych potentatów, na przykład Rockefellerów, Davisonów i Harrimanów, których synowie wstępowali następnie do Zakonu.

Modus operandi Zakonu

Działania Zakonu są ukierunkowane na zmianę naszego społeczeństwa i zaprowadzenie nowego porządku świata. Ma to być starannie zaplanowany porządek, w którym wolność osobista zostanie znacznie ograniczona, ochrona konstytucyjna zniesiona, znikną też granice państwowe oraz różnice kulturalne.

Cel ten można wydedukować, analizując, a następnie sumując działania poszczególnych członków: ich konsekwentny schemat utrzymuje się od ponad stu lat. Częścią tej działalności będzie w współpraca z Grupą (brytyjski odpowiednik Zakonu – przyp. W.L.), której przyświecają analogiczne, a do tego spisane cele.

Jeśli więc zauważamy, że członkowie interesują się głównie hodowlą kaczek, że piszą artykuły na temat kaczek, chowają kaczki, sprzedają kaczki, powołują rady zajmujące się studiami nad kaczkami, tworzą kaczą filozofię, rozsądek nakazywałby stwierdzić, że ich główny cel ma związek z kaczkami, a cała ta działalność nie jest jedynie dziełem przypadku.

Z historycznego punktu widzenia działania Zakonu koncentrowały się zawsze wokół społeczeństwa, a dokładnie wokół tego, jak w określony sposób zmienić to społeczeństwo, by osiągnąć określony cel: nowy porządek świata. Wiemy, które części składowe życia społecznego będą musiały ulec zmianie, aby zaprowadzenie nowego porządku świata było możliwe, możemy więc pod tym kątem sprawdzić działania Zakonu. Tymi elementami musiałyby więc być:

  • Edukacja – w jaki sposób będzie zachowywać się społeczeństwo przyszłości.
  • Pieniądze – sposoby przechowywania bogactwa i wymiany dóbr.
  • Prawo – upoważnienie do egzekwowania woli państwa, światowe państwo potrzebuje światowego prawa i światowego sądu.
  • Polityka – kierunek, w którym zmierza państwo.
  • Gospodarka – wytwarzanie bogactwa.
  • Historia – co zdaniem ludzi wydarzyło się w przeszłości.
  • Psychologia – sposoby kontrolowania tego, w jaki sposób ludzie myślą.
  • Filantropia – aby ludzie mieli dobre zdanie na temat kontrolujących.
  • Medycyna – władza nad zdrowiem, życiem i śmiercią.
  • Religia – duchowe wierzenia ludzi, dla wielu stanowiące bodziec do działania.
  • Media – co ludzie wiedzą i czego dowiadują się na temat aktualnych wydarzeń.
  • Ciągłość – moc wyznaczania, kto pójdzie w twoje ślady.

Jeśli chodzi o działalność poszczególnych członków Zakonu, jej schemat na pierwszy rzut oka wydaje się mylący i pozornie niekonsekwentny. Oto kilka przykładów:

  • Andrew Carnegie, właściciel olbrzymiego koncernu metalurgicznego zarabiał na wojnie, ale pod wpływem członka Zakonu, Daniela Coit Gilmana, był także gorliwym przewodniczącym i sponsorem American Peace Society. Na pozór wygląda to na niekonsekwencję. Czy Carnegie mógł być zwolennikiem wojny i pokoju jednocześnie?
  • Celem założonej przez należących do Zakonu Williama H. Tafta i Theodore’a Marburga Ligi na rzecz Pokoju było krzewienie pokoju, a jednak organizacja ta aktywnie nawoływała do przystąpienia Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej. Jakim sposobem Liga mogła opowiadać się w tym samym czasie za pokojem i działaniami zbrojnymi?
  • W latach dwudziestych XX wieku W. Averell Harriman był głównym stronnikiem Związku Radzieckiego, któremu udzielał wsparcia zarówno dyplomatycznego, jak i finansowego. Harriman przyczynił się do założenia Ruskombanku, czyli pierwszego radzieckiego banku komercyjnego. Max May, wiceprezes zdominowanego przez interesy Harrimanów i Morganów Guaranty Trust, został pierwszym wiceprezesem Ruskombanku, odpowiedzialnym za operacje zagraniczne. Innymi słowy, amerykański bankier pozostający pod wpływem członka Zakonu otrzymał kluczowe stanowisko w banku radzieckim. Okazuje się jednak, że Averell Harriman, jego brat Roland Harriman oraz należący do Skull and Bones E.S. James i Knight Woolley byli za pośrednictwem Union Bank (w którym mieli duże udziały) głównymi bankierami Hitlera.

Podręczniki historii uczą nas, że naziści i komuniści byli zawziętymi wrogami, a ich ustroje stanowiły przeciwieństwo. Czy rozsądny człowiek mógł w takim razie udzielać wsparcia zarówno Związkowi Radzieckiemu, jak i Hitlerowi? Czy Harriman zachowywał się irracjonalnie, czy też jego niekonsekwencja ma jakieś wytłumaczenie?

  • Rodzina Bundych dostarcza nam kolejnego przykładu pozornej niekonsekwencji. William Bundy był przez dziesięć lat związany z Central Intelligence Agency. McGeorge Bundy pełnił funkcję doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego za rządów prezydenta Kennedy’ego i Johnsona. Tym samym Bundy są prawdopodobnie zwolennikami pronatowskiej linii politycznej w kontaktach Stanów Zjednoczonych i Europy. A jednak Bundy mają powiązania z działaniami i organizacjami nie tylko przeciwnymi NATO, ale wręcz promarksistowskimi, na przykład z Institute for Policy Studies. Czy Bundy są niekonsekwentni?
  • Poszczególni członkowie Zakonu deklarują publicznie najróżniejsze poglądy, przekonania i skłaniają się ku rozmaitym ideologiom. William Buckley co jakiś czas rzuca gromy pod adresem Związku Radzieckiego. Z drugiej strony mamy Johna Burtta, należącego do kilkunastu organizacji będących przykrywką dla komunistów. William S. Coffin Junior przez trzy lata pracował w CIA, po czym stał się przywódcą ruchu sprzeciwiającego się wojnie w Wietnamie, a czynił to za pośrednictwem National Conference for a New Politics (konferencja zorganizowana w 1967 roku w Chicago przez Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych, której celem było stworzenie nowego zjednoczonego ciała politycznego na lewicy – przyp. tłum.) oraz Clergy and Laymen Concerned about Vietnam (Duchowni i świeccy zatroskani sprawą Wietnamu). Coffin był jednym z Bostońskiej Piątki, postawionym w stan oskarżenia pod zarzutem spisku mającego na celu naruszenie praw federalnych. Nie można także zapominać, że W. Averell Harriman jest doświadczonym mężem stanu związanym z Partią Demokratyczną.

Ciekawy zestaw działań i poglądów. Czy odzwierciedlają one niespójne filozofie? Czy w obliczu takiej zbieraniny indywidualnych poczynań jest możliwe, by Zakon miał jeden stały cel?

Odpowiedź brzmi: nie ma w tym niekonsekwencji, ponieważ cel, który przyświeca Zakonowi, dalece wykracza poza te działania, a do tego owe pozorne sprzeczności działają na jego korzyść.

Państwo jest absolutem

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu najwyraźniej stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących. (Zaszczepisz się, będziesz mógł podróżować – przyp. W.L.)

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. – wytł. W.L. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę, jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Stanowi to istotny aspekt próby wyjaśnienia działań Zakonu. W latach 1831-1832, gdy założyciel stowarzyszenia, William Russel, przebywał w Niemczech, w żaden sposób nie mógł on nie zetknąć się z teorią Hegla i uniknąć dyskusji na jej temat. W kręgach uniwersyteckich była ona na ustach wszystkich. Ogarnęła niemieckich intelektualistów jak szaleństwo gry w Pac-Mana. Większość Amerykanów nic na temat teorii Hegla nie słyszało, a ci, którzy się z nią zapoznali, nie chcieli mieć z nią więcej do czynienia. Dlaczego? Ponieważ jej założenia są całkowicie sprzeczne z naturalnym poczuciem indywidualnej wolności i gwarancji konstytucyjnych. Większość z nas uważa, że to państwo ma służyć jednostce, a nie na odwrót.

Opinia Zakonu jest sprzeczna z poglądami większości z nas. Uświadomienie sobie tego jest niezbędne, by móc zrozumieć, o co mu chodzi. Dlatego właśnie wszelkie spory pomiędzy lewicą a prawicą, choć mające kluczowe znaczenie dla propagowania idei zmiany, nigdy nie będą mogły przerodzić się w dyskusję na temat podstaw jeffersonowskiej demokracji głoszącej, że najlepszym rządem jest ten, który najmniej rządzi. Dyskusja, a wraz z nią środki finansowe, zawsze zmierzają w kierunku wzmocnienia prerogatyw państwa i ich wykorzystywania, jak najdalej od kwestii praw jednostki. Dopóki dyskusja nie wykracza poza ramy państwa i władzy państwowej, z punktu widzenia Zakonu nie ma znaczenia, czy coś nazywa się lewicą, prawicą, demokratami, republikanami, opcją laicką czy religijną.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie staną się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa. Wielki wkład Taftów w realizację celów Zakonu był związany ze światowym systemem sądowym i światowym prawem – internacjonalistycznym aspektem Nowego Porządku Świata.«

Ja czytałem tę książkę w 2018 roku i wtedy ta wizja państwa opresyjnego, ograniczającego podstawowe prawa jednostki wydawała mi się odległa, co więcej, nawet nie wyobrażałem sobie w jaki sposób można pozbawić człowieka tych praw: prawa do swobodnego przemieszczania się, do oddychania świeżym powietrzem, do korzystania z wszelkich obiektów użyteczności publicznej, do kultywowania tradycji i wszystkiego tego, co czyni nas ludźmi. Pod jakim pretekstem? Owszem, rozumiałem ten fikcyjny podział na lewicę i prawicę i sztuczność tych konfliktów, bo ja już od ponad dwudziestu lat nie chodzę na żadne wybory. Dopiero jednak teraz zrozumiałem, jak można ograniczyć a wręcz sterroryzować jednostkę, stłamsić ją pod pozorem wymyślonej pandemii. Pandemia jest tylko środkiem, narzędziem do realizacji celu, jakim jest państwo dominujące nad jednostką. A po co państwo ma dominować nad jednostką? Taka sztuka dla sztuki? Realizacja filozofii Hegla? A po co Hegel stworzył taką filozofię? Bo mu odbiło? W powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Żyd znajduję taki fragment:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Kraszewski tego nie mówi wprost, ale skoro nie byli Niemcami, no to kim mogli być? Nie trudno się domyślić. Jeśli Hegel był Żydem, to ta cała jego filozofia jest tylko po to, by dać podstawy do stworzenia państwa absolutu, czyli wszechmocnego. No, ale nawet takie państwo nie jest bezosobowym, jakimś abstrakcyjnym bytem. Sutton pisał, a ja wytłuściłem: Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. A więc jakaś elita, ale jaka? Chyba nie po to wysilali się ci wszyscy żydowscy filozofowie, by ktoś inny mógł sobie tyłek podetrzeć papierem, na którym wydrukowano ich przemyślenia. Tą samozwańczą elitą są oczywiście Żydzi i realizują oni swój chory, mesjanistyczny cel podporządkowania sobie świata. Tylko czy rzeczywiście chodzi o podporządkowanie sobie świata, skoro oni już teraz nim rządzą? Czy to nie jest dążenie do samounicestwienia się? Do zakończenia tego etapu istnienia ludzkości, na którym dominowała cywilizacja żydowska? Czasami jest tak w życiu jednostek, że lepiej je zakończyć samobójstwem, niż dalej trwać. Czy czasem nie może tak być w przypadku narodów, a osobliwie – narodu wybranego? A czy ten naród, ginąc, chce pociągnąć za sobą inne narody? Końcowe odliczanie? Był kiedyś, w 1986 roku, taki przebój zespołu Europe – The Final Countdown. I nawet jest w nim taka fraza: Will things ever be the same again? – Czy kiedykolwiek jeszcze będzie tak samo?

Ja oczywiście nie wiem, czy takie wnioskowanie ma sens. Jednak obserwacja rzeczywistości skłania mnie do takiego wniosku. Tempo, w jakim rośnie zadłużenie wszystkiego i wszystkich, jest przerażające. Cały świat jest zadłużony i bez szans na spłatę tego długu. Kiedy patrzę na prawie puste autobusy i pociągi, to zastanawiam się, skąd firmy transportowe mają pieniądze na pokrycie swoich kosztów i wynagrodzenia dla pracowników? Bo przecież nie od klientów. W przypadku transportu lotniczego jest podobnie. A ile jest takich firm? Tu już nie działa normalna ekonomia, to wszystko kręci się w oparciu o emisję pustego pieniądza. Ci, którzy go pożyczają, wiedzą że nie zostanie on zwrócony. Czyli że staną się właścicielami wszystkiego, co zadłużone. Teraz już chyba chodzi tylko o zadłużenie tego wszystkiego, co jeszcze nie jest zadłużone, tak by stać się właścicielami całego świata. Mesjański cel bliski realizacji. A co potem? Samounicestwienie?