Metoda

Świat współczesny jest światem informacji. To wszystko dzięki internetowi. Nie jesteśmy w stanie „przetrawić” nawet promila tego, co do nas dociera tą drogą. Ale nie tylko informacje. Mamy dostęp do niepomiernych zasobów wiedzy z każdej dziedziny. W takiej sytuacji najważniejsza staje się nie sama wiedza, ale umiejętność jej selekcjonowania i wyciągania wniosków. Jednak cały wysiłek tworzących nowy porządek świata idzie w kierunku, żeby nas dosłownie – przytłoczyć informacją. W tym kierunku idzie też system edukacji na każdym poziomie: od najniższego do najwyższego. Cel podstawowy – zabić myślenie. Zgodnie z zasadą: myślenie nie ma przyszłości, przyszłość należy do programowania i sztucznej inteligencji. To oczywiście program dla mas. Dla elit jest pewnie inny program.

Nauka kojarzy się nam z czymś dostojnym. Poważni naukowcy, to tacy, którzy używają mądrych słów, gdy objaśniają jakiś problem i tak to wyjaśniają, że normalny człowiek, który tego nie rozumie, może nabrać przekonania, że jest głupi i przyjąć do wiadomości to, co ci „poważni” naukowcy mu wmawiają. Ten sam mechanizm dotyczy historii i polityki. Tu też tworzy się setki interpretacji, powołuje się na różne źródła, twierdząc przy okazji, że ze względu na brak dokumentów, czy dostępu do nich, wielu spraw nie da się wyjaśnić. Jednak są tacy, nieliczni wprawdzie, którzy uważają, że niekomplikowanie, a wprost przeciwnie – upraszczanie, może nas zbliżyć do prawdy. I nie da się ukryć że, przynajmniej według mnie, w tym szaleństwie jest metoda. No właśnie! Czy to szaleństwo i cóż to za zwierz ta metoda?

Metoda 1. «sposób postępowania dla osiągnięcia określonego celu»: M-y uprawy roli. M-y pedagogiczne. Kierownik stosował wobec nas metodę dyskretnego kontrolowania. 2.«sposób naukowego badania rzeczy i zjawisk i przedstawiania wyników tych badań»: M. dialektyczna. M. eksperymentalna. <gr.>

Tak definiuje to słowo Mały Słownik Języka Polskiego, PWN Warszawa 1968. Mamy więc dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze jest stosunkowo proste. Dotyczy sposobu działania, by dojść do określonego celu. Miałem kiedyś znajomego, który miał znajomego, który stosował metodę, nawet nie tyle podrywania dziewczyn, co składania im na dyskotekach niedwuznacznych erotycznych propozycji. Wiedział, że w 9 na 10 przypadków dostanie po gębie, ale w jednym przypadku – nie! Gęba puchła, ale za każdym razem był bliżej celu. To jest właśnie metoda w pierwszym znaczeniu. W tym wypadku ważne jest niezałamywanie się i konsekwencja, a dojście do celu pozostaje tylko kwestią czasu.

W drugim znaczeniu, znaczeniu metody naukowej, jest to trochę bardziej skomplikowane, ale nie aż tak bardzo. Jerzy Dzik w swojej książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie jej treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Tak więc naukę od innych dziedzin odróżnia metoda. Wiara polega na tym, że człowiek wierzy. Są dwa rodzaje wierzących. Jedni wierzą w to, że Bóg istnieje, inni że – nie. Sztuka, z kolei, sprowadza się do natchnienia. Jak kto i w jaki sposób do niego dochodzi, to już inna sprawa.

Wracając jednak do nauki wypada wyjaśnić na czym polega ta metoda naukowa. Jerzy Dzik tak to precyzuje:

„Tym, co wyodrębnia przyrodoznawstwo spośród innych dziedzin wiedzy, nie jest treść przedstawianych przez nie twierdzeń, lecz metoda, za pomocą której doszło do ich sformułowania. Określić więc trzeba zasady postępowania, dzięki którym uzyskuje się wiedzę naukową. Zasad takich, które są bez sprzeciwu akceptowane przez uczonych wszystkich dziedzin, nie jest wiele. Prawdę powiedziawszy, są tylko dwie:

  • zasada brzytwy Occama
  • zasada testowalności

Wystarczają one jednak do tego, by nadspodziewanie wąsko zakreślić granice nauki i ująć w cugle wyobraźnię, z natury mającą skłonność do bezkrytycznego bujania.

Pierwszym z ograniczeń myślenia naukowego o niekwestionowanej konieczności jest brzytwa Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. (…) Zasada brzytwy Occama każe użyć możliwie małej liczby praw i nie wprowadzać żadnego nowego prawa bez istotnej potrzeby. Co więcej, jeżeli uda nam się liczbę tych praw zmniejszyć i, powiedzmy, zakres stosowalności kilku praw objąć jednym, bardziej ogólnym prawem, to uważamy, że dokonaliśmy postępu w rozwoju naszej dziedziny nauki.

(…) Niemal powszechnie przyjętą regułą określającą ściślej granice nauki jest zasada (wymaganej) testowalności teorii naukowych przez doświadczenie (empirię). Wnioski wyprowadzone z teorii naukowych nie mogą być sprzeczne z danymi empirycznymi. Musi zatem istnieć możliwość porównywania tych wniosków z rzeczywistością i ich testowania. Teorie, z których nie wypływają wnioski testowalne przez dane doświadczalne, nie należą do dziedziny nauki.

Są dwie główne strategie ścisłego poznania naukowego i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno opierać się na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.”

Zdaję sobie sprawę, że od tego indukcjonizmu, testowalności, falsyfikacjonizmu głowa może rozboleć, ale te cytaty pochodzą z podręcznika akademickiego, który musi zachować pewną powagę. Ale to wcale nie jest trudne, gdy pod te skomplikowane słowa podłoży się normalne i jeszcze poda przykład. Bo teoria teorią, ale jak to działa w praktyce?

Nassim Nicholas Taleb w prologu książki Czarny Łabędź pisze:

„Zanim odkryto Australię, mieszkańcy Starego Świata byli przekonani, że wszystkie łabędzie są białe. Trwali niezachwiani w swej wierze, ponieważ dowody empiryczne zdawały się ją całkowicie potwierdzać. Widok pierwszego czarnego łabędzia mógł się okazać interesującą niespodzianką dla kilku ornitologów ( i innych ludzi szczególnie zainteresowanych upierzeniem ptaków), ale nie o to chodzi. Historia ta ilustruje poważne ograniczenie procesu wnioskowania opartego na obserwacji lub doświadczeniach oraz kruchości naszej wiedzy. Jedno spostrzeżenie może obalić ogólną tezę, postawioną na podstawie tysięcy lat obserwowania milionów białych osobników. Wystarczy do tego jeden jedyny (i jak słyszałem, dość brzydki) czarny ptak.”

I wszystko jasne! Indukcja to kolejne obserwacje, pojedyncze doświadczenia. Testowalność, to potwierdzenie, sprawdzenie założenia: Wszystkie łabędzie są białe i za każdym razem, gdy widzę łabędzia, widzę że jest biały. To utwierdza mnie w tym, że wnioski, które wyciągam są słuszne. Falsyfikacjonizm to: O! Widzicie! Czarny łabędź! G…. prawda, że wszystkie łabędzie są białe. Falsyfikacjonizm to po prostu wykazanie, że dana teoria jest błędna.

Ale to jeszcze nie koniec problemów z poznawaniem i oceną rzeczywistości. Cytowany wyżej Taleb w innej swojej książce Zawiedzeni przez losowość pisze:

„W praktyce wnioskowania istnieje dobrze znany problem indukcji. Ciąży on nad nauką od bardzo dawna, ale dyscypliny ścisłe nie ucierpiały z jego powodu tak bardzo, jak nauki społeczne, a zwłaszcza ekonomia (w tym szczególnie ekonomia finansowa). Dlaczego? Ponieważ składnik losowości potęguje skutki występowania tego problemu. Problem indukcji nigdzie nie jest tak istotny jak w świecie obrotu papierami wartościowymi i nigdzie nie jest tak uparcie ignorowany!

W dziele zatytułowanym Badania dotyczące rozumu ludzkiego szkocki filozof David Hume sformułował ten problem w następujący sposób (przytaczam parafrazę słynnego dziś problemu Czarnego Łabędzia autorstwa Johna Stuarta Milla): Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Hume nie mógł znieść tego, że nauka w jego czasach (w XVIII wieku) przeszła za sprawą Francisa Bacona od scholastyczności opartej wyłącznie na dedukcji (bez związku z doświadczeniem realnego świata) do drugiej skrajności – naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. Bacon protestował przeciwko „snuciu pajęczyny nauki” pozbawionej zastosowań praktycznych (nauka przypominała teologię). Dzięki niemu w nauce zaczęto kłaść nacisk na obserwacje empiryczne. Problem polega na tym, że obserwacje praktyczne dokonywane bez odpowiedniej metodologii mogą nas zwieść na manowce. Hume ostrzegał przed taką wiedzą i podkreślał potrzebę utrzymania odpowiedniego rygoru podczas gromadzenia i interpretowania wiedzy – zwanego dzisiaj epistemologią (od greckiego słowa episteme, oznaczającego uczenie się). Hume był pierwszym nowożytnym epistemologiem (epistemolodzy ze świata nauk ścisłych są czasem zwani metodologami albo filozofami nauki).”

Indukcja i dedukcja są zatem dwiema metodami, które zwykły człowiek może wykorzystać do oglądu rzeczywistości. W tym wypadku indukcja to obserwacja a dedukcja to wnioskowanie. Słowo to wywodzi się z łacińskiego deductio – wywód i od czasownika deducere – wywodzić, wyprowadzać wnioski. (U nas to wszystko z greki albo z łaciny). Dedukcja jest taką formą rozumowania, w której z pewnego następstwa wielu zdań wyprowadza się zdania logiczne z nich wynikające. Jest to niezawodna procedura stanowiąca poprawny sposób wnioskowania, który prowadzi do prawdziwych stwierdzeń, pod jednym wszakże warunkiem, że przesłanki nie były błędne.

Entuzjastą dedukcji był Conan Doyle. Bohater jego powieści Sherlock Holmes wykorzystuje ją w swoich śledztwach. Doyle opisuje ją bardziej szczegółowo w Studium w szkarłacie. Oto parę przykładów:

„Z istnienia kropli wody (…) logicznie rozumujący człowiek wydedukuje możliwość istnienia Oceanu Atlantyckiego czy Niagary, choć nigdy ich nie widział ani o nich nie słyszał.”

„Całe życie to jeden wielki łańcuch, którego istotę możemy poznać po jednym ogniwie. Tak jak wszystkie inne sztuki, wiedza dedukcji i analizy dają się posiąść tylko po długich i cierpliwych studiach.”

„W rozwiązywaniu tego rodzaju problemów należy przede wszystkim umieć myśleć «wstecz». Ta metoda zwykle bywa bardzo skuteczna i łatwa, lecz ludzie rzadko z niej korzystają. W życiu codziennym bardziej opłaca się rozumowanie «naprzód» i dlatego zaniedbuje się myślenie wstecz. Na ogół jeden człowiek na pięćdziesięciu rozumuje «analitycznie», gdy reszta – «syntetycznie».”

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

Z przytoczonych powyżej przykładów widać, że metodologia naukowa ma zastosowanie w różnych dziedzinach nauki i nie tylko nauki. Antony Sutton, pisząc książkę Skull and Bones Tajemna Elita Ameryki, również z niej korzystał. We fragmencie zatytułowanym Hipotezy i metoda pisze:

»Wszystko to prowadzi nas w kierunku metodologii. W niniejszym tomie zostaną przedstawione trzy hipotezy. Czym jest hipoteza? Hipoteza jest teorią, teorią roboczą, punktem wyjścia, który musi zostać poparty dowodami. Moje hipotezy powstały w wyniku analizy pewnych dokumentów, które także zostaną przedstawione. Kramarze oficjalnej historii będą wykrzykiwać, że hipotezy te są prezentowane jako udowodnione twierdzenia i niezależnie od tego, co zostanie napisane, krzyki te nie ustaną. Należy jednak powtórzyć, że na tym etapie są to jedynie hipotezy, które muszą zostać poparte dowodami. Stanowią dopiero pierwszy krok w logicznym procesie badawczym.

Następnie w myśl naukowej metodologii, można hipotezę udowodnić. Nie może ona zostać obalona. To od czytelnika zależy, czy zaprezentowane dowody uzna za wystarczające do poparcia hipotezy, czy też nie. Rzecz jasna, żaden autor, krytyk ani czytelnik nie może podjąć takiej decyzji przed zapoznaniem się z dowodami.

Mamy zamiar zastosować także dwie inne zasady dotyczące badań naukowych, które historycy głównego nurtu zwykle ignorują.

Po pierwsze, w nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. Natomiast w przypadku establishmentowej historii prosta odpowiedź jest zwykle krytykowana i uznawana za „nazbyt uproszczoną”. Krytyk sugeruje tym samym, że „biedny pisarz nie odniósł się do wszystkich faktów”. Innymi słowy, ucieka się do taniej zniewagi, nie zadając sobie trudu znalezienia alternatywnej odpowiedzi lub przytoczenia dodatkowych faktów.

Po drugie, znowu odnosząc się do zasad panujących w nauce, najbardziej zadowalającą odpowiedzią jest ta, którą da się zastosować do największej liczby przypadków, czyli odpowiedź najbardziej ogólna. Musisz na przykład znaleźć wyjaśnienie dwunastu wydarzeń i mamy teorię, która stanowi odpowiedź w jedenastu z tych przypadków. Tym samym jest ona bardziej zadowalająca niż teoria, którą da się zastosować jedynie w czterech lub pięciu przypadkach.«

Sutton nie nazywa metody, ale mówi o brzytwie Occama. Zostało to powyżej zaznaczone przeze mnie kursywą. Dalej, we fragmencie zatytułowanym Diabelska teoria historii, pisze:

»Przy użyciu takiej właśnie metodologii będziemy rozważać i przedstawiać szczegółowe i konkretne dowody (w tym nazwiska, daty oraz miejsca) wskazujące na to, że jedynym rozsądnym wyjaśnieniem ostatnich wydarzeń mających miejsce w Stanach Zjednoczonych jest istnienie spisku wykorzystującego władzę polityczną dla realizacji celów stojących w sprzeczności z Konstytucją.

Historycy głównego nurtu określają tę teorię mianem „diabelskiej teorii historii”, co również jest szybką i prostą metodą na zamiecenie sprawy pod dywan. Krytycy ci nie biorą jednak pod uwagę na przykład Ustawy Shermana, czyli aktu prawnego wymierzonego w monopole, w której istnienie spisku jest tezą nie tylko przyjętą, ale wręcz podstawową. Skoro więc akceptujemy myśl o istnieniu spisku w gospodarce, dlaczego to samo nie może dotyczyć polityki? Czyżby politycy byli bardziej niewinni niż biznesmeni?«

W tym wypadku Sutton stosuje prostą dedukcję (kursywa). Pierwsze wydanie książki Sutona ukazało się w 1983 roku. Minęło już więc wiele lat. W tamtym czasie zapewne wielu trudno było uwierzyć w to, o czym on pisał. Dziś już mało kto wątpi, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje tzw. deep state, czyli taka ukryta, nieformalna władza, która wykorzystuje swoją pozycję polityczną do działań sprzecznych z prawem.

Spór o to, która metoda jest bardziej wiarygodna – indukcja czy dedukcja – nie jest sporem jałowym. W moim odczuciu te metody uzupełniają się. Często tam, gdzie empiria zawodzi pozostaje nam odwołanie się do dedukcji. Magellan empirycznie dowiódł tego, że Ziemia jest kulą, ale nie chce mi się wierzyć, że kapłani egipscy o tym nie wiedzieli. Skoro potrafili wyliczyć godzinę zaćmienia Słońca, to musieli wiedzieć, że zarówno Słońce jak i Księżyc oraz planety są kulami. A skoro obserwowane przez nich ciała niebieskie były kulami, to dlaczego Ziemia miałaby być wyjątkiem. Tak działa dedukcja.

Przenosząc to rozumowanie na grunt historii i polityki, możemy próbować szukać odpowiedzi w oparciu o dedukcję tam, gdzie brakuje dokumentów albo gdzie są one utajniane na 50 lat, a jak ten okres mija, to znowu utajnia się je na kolejne 50 lat. W historii i polityce dokumenty są tym, czym w nauce obserwacje i doświadczenia. Na ogól są one (dokumenty) niedostępne. Pozostaje więc dedukcja.

Dlaczego polskie władze, szczególnie te skarbowe, zawsze były tak bezlitosne dla zwykłych podatników? Znane są te słynne domiary z czasów PRL-u, kiedy na drobnych rzemieślników, usługodawców czy sklepikarzy nakładano wysokie kary za jakieś drobne uchybienia. Po 1989 roku nic nie zmieniło się. Różnica tylko polegała na tym, że przepisy stały się tak zawiłe i niejednoznaczne, że zawsze można było doszukać się jakichś uchybień po stronie podatnika. Po co one takimi były? Ano właśnie po to, by na każdego mieć haka. Drobni cierpieli, a grube ryby bezkarnie narażały skarb państwa na straty i nie działa się im krzywda z tego powodu. Myliłby się jednak ktoś, kto by myślał, że przed wojną było inaczej. Otóż nie! Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 16.VIII.1935 pisze:

„Rano w urzędzie podatkowym. Te dranie nie mają nic lepszego do roboty, jak szykanowanie co rok takiego podatnika jak ja, który jeszcze nigdy ani dzień nie zalegał z żadnymi podatkami i ani grosza złamanego przed okiem fiskusa nie ukrył. A miliony podatków od potentatów pieniądza zalegają bezkarnie. I mój czas drogi dla nich po próżnicy tracę.”

Ustroje i czasy zmieniają się, a urzędy podatkowe, jak były wrogie zwykłemu podatnikowi, tak nadal takimi są. Do tego dochodzi jeszcze żenująco niska kwota wolna od podatku, aż nieprzyzwoicie niska w porównaniu z wieloma wyżej i niżej rozwiniętymi krajami. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego tak się dzieje? Przyznam, że często w przeszłości zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że własny rząd tak gnębi swoich podatników, z których żyje. Skąd taka nienawiść? Zwykły urzędnik może i nie jest temu winien, bo nie on ustala wytyczne i zadania, które mają być wykonane, ale on musi wykonać plan ściągnięcia określonej kwoty. Jeśli nic nie można zarzucić podatnikowi, to trzeba tak przeprowadzić kontrolę, by coś znaleźć. Ułatwiają to niejasne i często sprzeczne ze sobą przepisy a ostateczna interpretacja i tak zależy od urzędnika, który jest bezpośrednio zainteresowany ukaraniem podatnika, bo ma z tego premię. Kwoty, które są ściągane od ukaranych podatników, nie mają żadnego znaczenia dla budżetu, pomijając już fakt, że wielkie korporacje wcale nie płacą podatków.

Ktoś, kto prowadzi taką politykę wobec swoich podatników, musi ich bardzo nie lubić a może nawet nienawidzić. Dlaczego inne kraje mają bardziej ludzkie do nich podejście, a u nas tego brak? Jeśli chcielibyśmy zastosować tu metodę brzytwy Occama i wybrać najprostsze wytłumaczenie, nie wnikając w jakieś pokrętne tłumaczenia, że skarb państwa świeci pustkami, że podatki trzeba płacić, to musi odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dlaczego Państwo Polskie tak nienawidzi własnego podatnika? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to nie jest Państwo Polskie, tylko obce państwo. A skoro obce, to czyje? Któż nas tak bardzo nienawidzi? Najprostsza odpowiedź – Żydzi. Nikt tak nas bardzo nienawidzi jak oni. Polski drobny przedsiębiorca, to potencjalnie większy przedsiębiorca, a może nawet wielki przedsiębiorca. I do tego niezależny. A taki to już zagrożenie dla żydowskich interesów w Polsce i takie niebezpieczeństwo trzeba niszczyć w zarodku. Innych można uzależnić. Zatrudnić ich w korporacjach i nawet dobrze im płacić, ale oni, w obawie utraty dobrze płatnej posady, będą potulni jak baranki.

Poświęciłem tyle miejsca metodzie, która jest uniwersalna, bo ma zastosowanie nie tylko w nauce, ale również można ją stosować do wyjaśniania spraw bieżących, czy próbować odgadnąć to, czego z barku dokumentów nie jesteśmy w stanie zrobić. Do tego służy wnioskowanie opisane wyżej w cytacie z Doyle’a:

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

No właśnie! Mamy końcowy wynik w postaci tego, że polska szlachta i polscy władcy byli wyjątkowo przychylnie nastawieni do Żydów. Tego nie było w innych krajach. Wprawdzie mieli w nich Żydzi duży wpływ na władców i przenikali do wyższych warstw społeczeństwa, ale ostatecznie kończyło się to ich wygnaniem. Tak postąpili Anglicy, Francuzi, Hiszpanie i Niemcy. Wielu z tych wygnanych trafiło do Polski. Jedni z Niemiec, inni od strony wschodniej. Wiemy, że polska szlachta była, ze względu na swoją liczebność, ewenementem na skalę europejską. Była też ewenementem ze względu na swój wyjątkowo przychylny stosunek do Żydów i wręcz wrogi do mieszczan i chłopów.

W XVI wieku miał miał miejsce tzw. ruch egzekucyjny. Był to ruch polityczny średniej szlachty. Jednym z postulatów wysuwanych przez ten ruch było wzmocnienie szlachty wobec mieszczan: likwidacja cechów, zakaz posiadania ziemi przez „nieszlachtę”, zwiększenie wolności handlowej dla Żydów (współpracujących ze szlachtą przeciw mieszczanom). – O tym można przeczytać w Wikipedii. A więc Żydzi współpracowali ze szlachtą przeciw mieszczanom. W tamtym czasie polskie mieszczaństwo było praktycznie niemieckie lub byli to spolszczeni Niemcy. Wiemy też, że w średniowieczu Żydzi przybywali do Polski głównie z Niemiec. Byli po prostu stamtąd wypędzani. Trudno więc dziwić się wzajemnej niechęci Żydów i mieszczan. Ale dlaczego polska szlachta wybrała Żydów? Ci mieszczanie zajmowali się handlem i rzemiosłem, ale nie tylko! Oni też oferowali pożyczki!

To jest jednak nowy wątek, wątek filosemityzmu polskiej szlachty, który wymaga oddzielnej analizy. Tu chodziło mi tylko o metodę, o pokazanie, że właściwe jej użycie może doprowadzić do nadzwyczaj ciekawych wniosków, ale też, że nawet samo zadawanie pytań jest ważne. Ono ukierunkowuje nasze myślenie, co w praktyce oznacza, że odrzucamy cały szum informacyjny i drążymy temat, jak pies, który, gdy złapie trop, to już nie odpuszcza.