Globaliści

Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czy wszyscy globaliści to zboczeńcy? Wbrew pozorom ten typ ludzi nie jest wytworem naszych czasów. Pojawili się znacznie wcześniej. Jednym z nich był John Maynard Keynes. Wikipedia pisze o nim m.in. tak:

„John Maynard Keynes, 1. baron Keynes (ur. 5 czerwca 1883 w Cambridge zm. 21kwietnia 1946 w Firle) – angielski ekonomista, twórca teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie ekonomii i finansów państwowych. Był synem logika i ekonomisty Johna Neville’a Keynesa(1852–1949) i Ady Florence Keynes z domu Brown(1861–1958), brytyjskiej pisarki.

Na początku Keynes studiował matematykę i historię, ukończył także jeden semestr ekonomii na Cambridge. Studia ekonomiczne odbył pod kierunkiem ekonomistów liberalnych Artura Cecila Pigou i Alfreda Marshalla w latach 1905–1908. Jego poglądy na ekonomię wywarły decydujący wpływ na rozwój myśli ekonomicznej w latach 30.–60. XX wieku.

Szkoła Keynesowska położyła nacisk na analizę agregatową ujmowanego popytu globalnego. Chodziło o zwiększenie popytu, co miało przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego i zlikwidować bezrobocie. Aby zapewnić stały rozwój gospodarczy, należy poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, pobudzić wzrost globalnych wydatków. Stąd nazwa – ekonomia popytu. Według nich sterowanie przez państwo globalnym popytem odbywa się za pomocą środków polityki fiskalnej (ewentualnie polityki pieniężnej).

W 1935 roku w przedmowie do niemieckiego wydania swojej książki Keynes argumentował, że jego teoria może być wdrożona o wiele łatwiej w warunkach państwa totalitarnego niż w gospodarce wolnorynkowej, co w późniejszych latach stało się podstawą do wielu zarzutów o totalitarne sympatie.

Był homoseksualistą, i mimo że prawo brytyjskie zakazywało kontaktów homoseksualnych, prowadził w latach 1901–1915 częściowo zaszyfrowane pamiętniki, w których opisywał ze szczegółami swoje stosunki z kilkudziesięcioma partnerami. W 1925 r. Keynes ożenił się z Lidią Łopokową, tancerką Ballets Russes Siergieja Diagilewa. 42-letni ekonomista zakochał się po raz pierwszy w życiu w kobiecie, z którą poznał się w 1921.”

Mówiąc wprost, Keynes był zwolennikiem drukowania pieniądza, co miało pobudzać wzrost globalnych wydatków, a tym samym gospodarkę, a więc dokładnie to, czego obecnie doświadczamy. Czy był homoseksualistą, jak pisze Wikipedia? W książce Standard Bitcoina Saifedean Ammous, profesor ekonomii na Libańskim Uniwersytecie Amerykańskim, pisze:

„Trudno uznać za przypadek, że rozpad instytucji rodziny nastąpił w okresie powszechnej implementacji nauk ekonomicznych człowieka, który nigdy nie był zainteresowany myśleniem w kategoriach długoterminowych. Urodzony w bogatej rodzinie, która przez pokolenia zgromadziła znaczący kapitał, Keynes był libertyńskim hedonistą marnującym większość dorosłego życia na stosunkach seksualnych z dziećmi, włączając w to podróże po dziecięcych domach publicznych w rejonie Morza Śródziemnego. Społeczeństwo Wiktoriańskiej Anglii cechowało się niską preferencją czasową (skłonność do oszczędzania – przyp. mój), silnym przywiązaniem do zasad moralnych, niewielką liczbą konfliktów między jednostkami i stabilnymi rodzinami. Keynes należał do pokolenia wyrosłego w kontrze do tych tradycji. Postrzegał je jako elementy instytucjonalnej opresji, którą należało obalić. Bardzo wymowne okazuje się spojrzenie na ekonomię keynesowską przez pryzmat rodzaju moralności, jaki jej autor chciał zaszczepić w społeczeństwie – które, jak wierzył, mógł kształtować wedle własnej woli.”

Saifedean cytuje również innych autorów. David Felix w pracy Keynes: A Critical Life, Greenwood Press, Westpoint,, Connecticut 1999, s. 112 cytuje list Keynesa, w którym informuje on przyjaciela: „Wyjeżdżam do Egiptu. […] Właśnie się dowiedziałem, że łóżka z chłopcami już na mnie czekają”. W innym liście polecał Stracheyowi, aby udał się do Tunisu i na Sycylię, „jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym tańczą nadzy chłopcy”.

Jak więc widać bogactwo, wielkie bogactwo, degeneruje. Nie ma znaczenia w jakiej epoce żyje taki człowiek. Zawsze zmierza to ku jednemu, ku zboczeniom i degeneracji. To jest oczywiście sfera obyczajowa. Dla przytłaczającej większości ludzi ważniejsza jest jednak ekonomia i dlatego poglądy Keynesa w tej materii są warte przybliżenia, bo dotyczą większości ludzi i co ważniejsze są one zbliżone do poglądów obecnych globalistów.

Ammous tak je przedstawia:

»Zarówno w sowieckiej, jak i kapitalistycznej gospodarce pogląd, według którego państwo powinno „kierować” lub „zarządzać” gospodarką, aby realizować cele społeczne, powszechnie uważany za jest za słuszny i potrzebny. Warto wrócić w tym miejscu do przekonań Johna Maynarda Keynesa, aby mieć pełną świadomość, jak brzmią jego sugestie co do systemu gospodarczego, które to ludzkość bezwiednie akceptowała przez ostatnie dziesięciolecia. W jednym ze swoich mniej znanych artykułów zatytułowanych The end of Laissez-Faire, Keynes zaproponował, jaka powinna być właściwa rola państwa w społeczeństwie. Wyraził tam swój sprzeciw wobec liberalizmu i indywidualizmu – czego można by się spodziewać – lecz przedstawił też krytykę socjalizmu:

XIX-wieczny socjalizm państwowy pochodził od Benthama, wolnej konkurencji itd., i pod pewnymi względami jest czystszą, a pod innymi bardziej mętną wersją tej samej filozofii, która leży u podstaw XIX-wiecznego indywidualizmu. Oba kładły równy nacisk na wolność jednostki, jeden na negatywną, polegającą na unikaniu ograniczeń dla istniejących swobód, a drugi na pozytywną – celem przeciwdziałania istniejącym monopolom. Stanowią one różne odpowiedzi na tę samą atmosferę intelektualną.

Problem Keynesa z socjalizmem polegał zatem na tym, że ostatecznym celem tego systemu było zwiększenie wolności jednostki. Zdaniem słynnego ekonomisty ostatecznym celem nie powinny być sprawy trywialne, takie jak wolność indywidualna, lecz kontrola gospodarcza państwa nad gospodarką zgodna z jego upodobaniami. Keynes zakreślił trzy główne obszary, w których państwo miało grać pierwsze skrzypce. Po pierwsze, było to „szczegółowe zarządzanie walutą i kredytem przez centralną instytucję”. Ten pogląd dał podstawy nowoczesnej bankowości centralnej. Po drugie i w związku z punktem pierwszym, Keynes był przekonany, że rolą państwa było decydowanie o

skali pożądanych oszczędności w społeczeństwie, skali transferu części tychże oszczędności do innych krajów w postaci inwestycji zagranicznych oraz o tym, czy aktualna organizacja rynku inwestycyjnego dystrybuuje oszczędności za pomocą najbardziej produktywnych krajowych kanałów. Nie sądzę, aby o tych kwestiach powinny decydować wyłącznie prywatne opinie i zyski, jak to ma miejsce obecnie.

Wreszcie Keynes wierzył, że rolą państwa było opracowanie

przemyślanej, krajowej polityki dotyczącej rozmiaru populacji – czy należy ją zwiększyć, ograniczyć, czy pozostawić taką, jaka jest. […] Ustaliwszy zaś tę politykę, musimy podjąć działania mające na celu jej realizację. Właściwy na to czas przyjdzie być może nieco później, gdyż społeczeństwo jako całość musi zacząć zwracać uwagę nie tylko na ilość, lecz także na jakość swoich przyszłych członków.

Innymi słowy, keynesowska koncepcja państwa, na której oparły się nowoczesne doktryny bankowości centralnej wyznawane powszechnie przez wszystkich prominentnych bankierów oraz która kształtuje treść większości podręczników ekonomii na świecie, wywodzi się z przekonań człowieka, który życzył sobie, by państwo kierowało dwoma arcyważnymi obszarami ludzkiego życia: z jednej strony pieniądzem, kredytem, oszczędnościami i decyzjami inwestycyjnymi, co oznaczało totalitarną centralizację alokacji kapitału i zniszczenie swobodnej działalności ludzkiej, a zarazem uzależnienie jednostki od państwa w kwestii zdobywania podstawowych środków do życia; z drugiej kontrolą liczebności i jakości populacji, czyli mówiąc wprost eugeniką. W przeciwieństwie do innych socjalistów Keynes nie dążył do podobnego stopnia kontroli nad jednostkami w celu zwiększenia ich wolności w dłuższym okresie, lecz raczej z zamiarem realizacji swojej wspaniałej wizji społeczeństwa. O ile socjaliści mają na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że chcą zniewolić człowieka dla jego własnego dobra – przyszłej wolności – Keynes optował za tym, by państwo zniewalało ludzi dla samej tylko kontroli. Ułatwia to zrozumienie, dlaczego Rothbard napisał kiedyś: „Marks miał tylko jedną zaletę: nie był keynesistą”.

Choć taka koncepcja może przemawiać do akademików-idealistów, którzy wyobrażają sobie, że jej realizacja przyniesie korzystne rezultaty, w rzeczywistości skutkuje ona eliminacją niezbędnych w produkcji gospodarczej mechanizmów rynkowych. Upolityczniony pieniądz przestaje spełniać swoją rolę informacyjną dla systemu produkcji, stając się rządowym programem lojalnościowym.«

Rządowy program lojalnościowy, to jest właśnie to, z czym mamy obecnie do czynienia: pieniądze dla celebrytów, dla korporacji i wielu innych instytucji. Powyższy cytat dobrze opisuje globalizm i mentalność globalistów: kontrola przepływu pieniądza i uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które grupy społeczne są bardziej wartościowe, a które mniej, które warte są zachowania, a które nie są tego warte. Widać więc, że poglądy o redukcji ludności są wcześniejsze niż kłopoty systemów emerytalnych. Nie dość, że zboczeńcy, to jeszcze próbują globaliści przypisać sobie cechy boskie i decydować o tym, kto i jak długo ma żyć. Jednak wypada tu zrobić pewną uwagę. Banki centralne nie są własnością państwa, a państwa są od nich uzależnione. A do kogo należą banki centralne i nie tylko centralne? Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Autor o tym nie wspomina. Nie podejrzewam go o to, że nie wie o tym. Gdyby to chciał napisać, to jego książka nie ukazałaby się. Taka rzeczywistość.

Obecna niczym nieograniczona kreacja pustego pieniądza przypomina do złudzenia tę z okresu przed wielkim kryzysem z 1929 roku. Ammous tak to opisuje:

»Inflacyjna kreacja kredytu może być rozumiana jako przykład przyjmującego społeczny zasięg „rabunku”, jak określił to ekonomista John Kenneth Galbraith w swojej książce na temat wielkiego kryzysu (The Great Crash 1929). Wraz ze wzrostem ekspansji kredytowej w latach 20. XX wieku korporacje zostały dosłownie zalane pieniędzmi, a defraudowanie tych pieniędzy na przeróżne sposoby było niezwykle proste. Dopóki nowy kredyt nie przestaje napływać, dopóty ofiary procederu pozostają niczego nie świadome, a iluzoryczny wzrost bogactwa dotyka całe społeczeństwo, gdyż zarówno ofiara, jak i rabuś sądzą, że posiadają pieniądze. Kreacja kredytu przez banki centralne umożliwia finansowanie niedochodowych projektów i pozwala, aby nieproduktywna działalność pożerała zasoby, wywołując tym samym niemożliwe do podtrzymania boomy.

W systemie monetarnym opartym o solidny pieniądz każda firma, aby przetrwać, musi dostarczyć społeczeństwu pewną wartość, za co wynagradzana jest dochodem, który przewyższa koszt zakupu zasobów potrzebnych do wytwarzania jej produktów. Firma jest produktywna, gdy przekształca zasoby i półprodukty nabyte po pewnej cenie rynkowej na produkty o wyższej cenie rynkowej. Każda firma produkująca dobra wyceniane niżej od zużytych na ich wytworzenie czynników produkcji zbankrutowałaby, uwalniając zasoby, które mogłyby wówczas zostać wykorzystane przez inne, bardziej produktywne firmy. Joseph Schumpeter nazwał ten proces twórczą destrukcją. W warunkach wolnego rynku nie istnieje zysk nieobarczony ryzykiem straty i każdy uczestnik zmuszony jest do ponoszenia owego ryzyka. Porażka zawsze stanowi realną możliwość – i bywa kosztowna. Emitowany przez państwo niesolidny pieniądz może jednakże opóźnić ten proces, podtrzymując nieproduktywne przedsiębiorstwa przy życiu. Takie firmy należy uznać za gospodarcze odpowiedniki zombie lub wampirów – przejadają zasoby żywych i produktywnych przedsiębiorstw, by oferować dobra i usługi o wartości niższej niż te zasoby. Powstaje w ten sposób nowa kasta społeczna, która żyje wedle reguł innych niż reszta obywateli i nie musi ponosić ryzyka. Jej przedstawiciele nie podlegają weryfikacji rynkowej, a zatem nie ponoszą konsekwencji swoich działań. Kasta, o której mowa, istnieje w każdym sektorze finansowym wspieranym przez państwowy pieniądz.

Nie da się z żadną dozą dokładności oszacować, jaki procent działalności gospodarczej we współczesnym świecie, zamiast służyć produkcji dóbr i usług użytecznych dla społeczeństwa, uczestniczy w wyścigu po emitowany przez państwo pieniądz. Umiarkowane szanse powodzenia daje natomiast analiza tego, które przedsiębiorstwa i sektory utrzymują się na rynku, z powodzeniem zdając rynkowy egzamin, a które podtrzymywane są przy życiu przez państwo – czy to jego politykę fiskalną, czy monetarną.

Przykładowo pomoc fiskalna to jedna z form generowania firm-zombie, którą stosunkowo łatwo wykryć. Każde przedsiębiorstwo , które otrzymuje bezpośrednie wsparcie od państwa oraz większość firm bazujących na sprzedaży produktów lub usług sektorowi publicznemu, to w rzeczywistości firmy-zombie. Gdyby przedsiębiorstwa te były produktywne w ujęciu rynkowym, ludzie z własnej woli byliby skłonni oddawać im swoje pieniądze, płacąc za konkretne dobra i usługi. Fakt, że firmy te nie potrafią przetrwać dzięki samym tylko dobrowolnym transakcjom, pokazuje, że nie są one przedsięwzięciami produktywnymi, lecz obciążeniem dla społeczeństwa.

Bardziej subtelnym sposobem tworzenia firm zombie jest udzielanie im dostępu do niskooprocentowanych kredytów. W miarę jak pusty pieniądz stopniowo erodował w społeczeństwie cnotę gospodarności oraz nawyk oszczędzania, inwestycje kapitałowe przestały być finansowane przez oszczędności, które zastąpił w tej roli emitowany przez państwo dług. W społeczeństwie posługującym się solidnym pieniądzem im więcej człowiek oszczędza, tym więcej jest w stanie zgromadzić kapitału i tym więcej może później zainwestować. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że właściciele kapitału to zazwyczaj osoby o niższej preferencji czasowej. Jednak, gdy kapitał pochodzi z kreacji kredytu przez państwo, jego alokacja przestaje być zorientowana na przyszłość, a decydują o niej pracownicy rozmaitych biurokratycznych agencji państwowych.«

W zasadzie wniosek, jaki można wysnuć z powyższych cytatów jest tylko jeden: wszelkie zło bierze się z drukowania, czy – obecnie kreowania, pustego pieniądza. To powoduje, że ludzie, którzy mieli i mają pierwsi dostęp do tego pieniądza, kupują dobra jeszcze po starych cenach, zanim nowe pieniądze, wywołując inflację, ustalą nowe, wyższe ceny dóbr i usług. I tak następuje proces bogacenia się jednych i ubożenia drugich. W latach 90-tych obowiązywało w Polsce prawo, które pozwalało na odpisy podatkowe dla ludzi, którzy budowali domy. Ci, którzy ich nie budowali, takich odpisów nie mieli. Tak karano tych, którzy oszczędzali. No cóż, nowa, złodziejska nomenklatura pisała prawo pod siebie. A teraz mówią: biedni są niepotrzebni, zanieczyszczają powietrze, niech się przenoszą do Krainy Wiecznych Łowów.

Ten pusty pieniądz oddziałuje na nasze życie nawet tam, gdzie wydaje się nam, że jego moc nie dociera. Ammous pisze tak:

„W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów. Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem „sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągnąć polityczne i propagandowe cele, niedawno (książka została wydana w 2018 roku – przyp. mój)) okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.

Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnianie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani pracę na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.

Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego tworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz.

Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię w aktualnych gustach artystycznych. Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy – omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.”

Cytaty wyrwane z kontekstu, czyli z książki, są wyrwane z kontekstu i dlatego należy się pewne uzupełnienie czy wyjaśnienie. Saifedean Ammous jest zwolennikiem pieniądza niezależnego od rządu i za taki uważa Bitcoina. Wcześniej takim rozwiązaniem był dla niego standard złota, który obowiązywał w epoce wiktoriańskiej do pierwszej wojny światowej. Standard złota polegał na tym, że pieniądz miał w nim pełne pokrycie. Innymi słowy, można było dodrukować go tyle, ile wydobyto nowego złota. I to była największa zaleta, bo o tym, ile pieniądza dodrukowywano nie decydowały rządy i nikt inny, tylko ilość wydobytego złota – rzecz obiektywna i niepodważalna. I to, już samo w sobie, jest argumentem nie do obalenia. Jednak zwolennicy jakiejkolwiek teorii gotowi są dostarczać wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mają rację. W omawianym przypadku dowodem na to, że, gdy mamy zdrowy pieniądz, to i sztuka jest zdrowa i kwitnie. Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Sztuka renesansu – wspaniałe malowidła, rzeźby, architektura – mogła się rozwinąć, bo pojawiło się w Europie mnóstwo złota, które Hiszpanie wywozili z obu Ameryk. Wywozili? Rabowali albo kradli, kto co woli. Efekt był więc taki sam, jak w przypadku sztuki współczesnej – nadmiar złota skierowano na dobra wyższe. To była inna epoka, inni władcy i inni artyści i stąd inny efekt. W epoce wiktoriańskiej, gdy obowiązywał standard złota, powstawały wartościowe dzieła kultury i sztuki, ale inne niż w renesansie. Wcześniej sztuka nie była skierowana do masowego odbiorcy, a obecnie – tak.

Ale nawet jak Hiszpanie okradali amerykańskich tubylców, to wcale jeszcze nie znaczyło, że to złoto dotrze do Hiszpanii. Ryzyko było duże. Po drodze czatował na nich najsłynniejszy w historii pirat Francis Drake. Dla Hiszpanów był piratem, a dla Anglików – bohaterem narodowym. Bez cichego poparcia królowej Elżbiety, ani Drake, ani żaden inny pirat, nie miałby racji bytu. Zupełnie tak jak dziś – żadna mafia nie istniałaby, gdyby rządy nie tolerowały ich. Hiszpanie starali się odstraszać piratów na różne sposoby. Jednym z nich było nadawanie okrętom imion budzących grozę, jak choćby „Cacafuego”. Kazimierz Dziewanowski w swojej książce „Brzemię białego człowieka” tłumaczył to jako „Ziejący ogniem” – bardzo subtelnie, ale w angielskiej Wikipedii przetłumaczono to jako – „Srający ogniem”. Miało to informować potencjalnych napastników, że okręt jest wyposażony w działa. Tak więc przywożenie zrabowanego złota było zupełnie czym innym, niż drukowanie pieniądza bez pokrycia i bez żadnego ryzyka.

Szalone lata dwudzieste skończyły się wielkim kryzysem w 1929 roku. Doszło do niego, bo nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu. Gdyby dziś zrobiono to samo, kryzys byłby jeszcze większy. Jednak obecnie nie brakuje pieniędzy, rządy wszystkich państw mają pieniądze na walkę z „pandemią” i wspieranie wybranych firm. Kryzys i dramaty dotyczą tylko wybranych. Celem jest wyeliminowanie pieniądza papierowego i monet, likwidacja własności prywatnej oraz podporządkowanie ludzi ścisłym elitom rządzącym i wyeliminowanie części z nich, tych uznanych za gorszych. Dokładnie tak jak wyobrażał to sobie Keynes.