Zamach stanu

W komentarzu z dnia 11 lutego Tomasz Piekielnik porusza na swoim kanale m.in. sprawę zamachu stanu, o którym ostatnio zrobiło się głośno w różnego rodzaju mediach. Od 43:30 komentuje on to zagadnienie. Poniżej zapis tego komentarza.

Chodzi o ciąg dalszy tej sytuacji spektakularnej, dotyczącej zawiadomienia o zamachu stanu, zawiadomienia złożonego do zastępcy Prokuratora Generalnego. Zawiadomienie przygotował i złożył prezes Trybunału Konstytucyjnego pan Bogdan Święczkowski. I tu przypomnienie – Rzeczpospolita z 6 lutego: Wpłynęła do sekretariatu zastępcy Prokuratora Generalnego zamknięta koperta, o której wypowiadał się Bogdan Święczkowski, że jest to zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zamachu stanu przez działających w porozumieniu, w ramach zorganizowanej grupy przestępczej, polityków wysokiej rangi, takich jak premier Donald Tusk czy Marszałek Sejmu Szymon Hołownia.

Natomiast dziś, 11 lutego, Rzeczpospolita informuje, że Adam Bodnar zawiesza swojego zastępcę, czyli prokuratora Michała Ostrowskiego, tego, który miał tym śledztwem się zająć. Prokurator Adam Bodnar zawiesił na sześć miesięcy swojego zastępcę prokuratora Michała Ostrowskiego – poinformowała we wtorek Prokuratura Krajowa. To pokłosie w sprawie wszczęcia tzw. zamachu stanu. Jak czytamy w komunikacie, decyzja o zawieszeniu prokuratora Michała Ostrowskiego uzasadniona jest „podejmowanymi przez Michała Ostrowskiego działaniami i towarzyszącymi im okolicznościami, które w sposób jednoznaczny wskazują na brak poszanowania dla podstawowych zasad funkcjonowania prokuratury i stanowią emanację postrzegania tej instytucji jako organu zaangażowanego w ochronę partykularnych interesów politycznych”. W komunikacie zaznaczono, że decyzja nie jest prawomocna. Przysługuje od niej odwołanie do sądu dyscyplinarnego, niemniej jest natychmiast wykonalna.

W mediach prokurator Ostrowski wypowiada się, że nie wyobraża sobie, że śledztwo w tej sprawie nie będzie prowadzone, że dalsze czynności nie nabiorą biegu. Jednocześnie zaznaczył, że zamierza wykonać decyzję swojego przełożonego, czyli Prokuratora Generalnego.

Jaki to będzie miało skutek i konsekwencje? Po pierwsze ja dostrzegam tutaj niebezpieczeństwo ingerencji zewnętrznej. I wiem, jak to brzmi, wiem, że jest to bardzo sensacyjne, co teraz mówię. Natomiast uważam, że prawdopodobieństwo tego jest niezerowe. Bo zwróćmy uwagę, jeżeli w Polsce wprowadza się jakiegoś rodzaju marazm ustrojowo-polityczny, czy on jeszcze bardziej eskaluje, to trzeba będzie powiedzieć, to może zostać podchwycone przez zachodnie mocarstwa. W przeszłości, na przestrzeni wielu minionych wieków, bywało tak już niejeden raz. Zatem jeszcze trzeba zadać pytanie, czy to nie jest czasem celowo organizowany stan rzeczy. I tutaj nie dałbym sobie ręki uciąć za tezę, że to wszystko dzieje się przypadkowo, że to nie jest zorganizowane. Wiecie, co mam na myśli, również to doskonale. Zarówno ze strony Brukseli jak i Waszyngtonu mogą pojawiać się tego rodzaju dążenia, aby w większym stopniu niż dotychczas, wykonywać zamęt na terenie Polski. A czy nie jest to także jakimś zwiększeniem prawdopodobieństwa, że będziemy przeżywać to, co nasi prapradziadkowie? Mowa o rozbiorach, zmianach granic i podziale danego państwa na konkretne strefy wpływów. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że na przykład takie Niemcy są mocno związane z Dolnym Śląskiem, z Wielkopolską – inwestycyjnie, historycznie. Dodać do tego można jeszcze Pomorze. Ale też Polska centralna z Warszawą na czele, chciałoby się pewnie w Waszyngtonie powiedzieć, że powinna pozostać w dalszym ciągu pod niewidzialnym zarządem komisarycznym Waszyngtonu, czy bardziej władzy zza Waszyngtonu. Kto wie, czy nie wywodzi się ona właśnie z rejonów syjonistycznych, z rejonów Tel Awiwu? Kto wie drodzy Państwo? Ja swoje zdanie mam, ale Państwa zachęcam do myślenia.

x

O co w tym wszystkim chodzi? Business Insider wyjaśnia:

Rządząca koalicja może wykorzystać pomysł Bogdana Święczkowskiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego, przeciwko politykom obecnej opozycji. I to skutecznie, bo ma odpowiednią większość w Sejmie do uchylenia immunitetów posłów PiS, którzy zajmowali eksponowane stanowiska. Eksperci zgodnie jednak podkreślają, że łamanie konstytucji to nie jest zamach stanu. Droga obrana przez człowieka Zbigniewa Ziobry może zaszkodzić Polsce.

  • Bogdan Święczkowski, prezes Trybunału Konstytucyjnemu, zarzuca politykom koalicji rządzącej, w tym premierowi Donaldowi Tuskowi, “zamach stanu”
  • Nazywa ich zorganizowaną grupą przestępczą, która przemocą i groźbami dąży do zmiany konstytucyjnego ustroju Polski poprzez wyeliminowanie TK, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego
  • Zdaniem części prawników, choć dochodzi do łamania konstytucji, i to od dawna, to jednak nie można mówić o zamachu stanu
  • Eksperci ostrzegają jednak, że rządząca koalicja może wykorzystać pomysł Bogdana Święczkowskiego do rozliczenia PiS

Prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski złożył do prokuratury zawiadomienie o dokonaniu “zamachu stanu” przez m.in. premiera Donalda Tuska i jego ministrów, marszałka Sejmu Szymona Hołownię, marszałka Senatu Małgorzatę Kidawę-Błońską, posłów koalicji rządzącej, a także niektórych sędziów i prokuratorów. Czy może się okazać, że w Polsce doszło do zamachu stanu? Nie — odpowiadają zgodnie prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, i dr Kamil Stępniak z Centrum Prawa Konstytucyjnego i Monitorowania Praworządności. Eksperci wskazują na potencjalne skutki zawiadomienia, w tym takie, które mogą uderzyć w PiS.

x

Tak więc Piekielnik dostrzega w tym sporze niebezpieczeństwo ingerencji zewnętrznej. Odwołuje się do historii i przypomina o rozbiorach. Nie da się ukryć, że te rozbiory do dziś rzucają się cieniem na stan umysłów w Polsce, a także wzbudzają strach przed sąsiadami, którzy o niczym innym nie myślą, tylko o kolejnym rozbiorze Polski. Co jest naturalne, gdy nie zna się prawdziwych powodów tych rozbiorów, bo myśli się tak, jak zostało to zakodowane przez edukację i propagandę. Wypada więc to jakoś poukładać.

Wojna siedmioletnia (1756-63) – wojna pomiędzy Wielką Brytanią, Prusami i Hanowerem a Francją, Austrią, Rosją, Szwecją i Saksonią. Była to więc wojna, w której Rosja walczyła z Prusami. W 1757 roku zajęła ona Królewiec i ogłosiła przyłączenie Prus Wschodnich do Rosji. W trakcie tej wojny Rosja zajęła tereny od Królewca po Berlin, zagrażając tym samym istnieniu Prus. W tym czasie Rzeczpospolita była już praktycznie rosyjskim protektoratem, co znaczy, że Rosja rządziła w niej według własnego uznania. W 1762 roku Rosja wycofała się spod Berlina i z Prus. Był to tzw. cud domu brandenburskiego. A dziesięć lat później, gdy Prusy były jeszcze wtedy jakimś wypierdkiem mamuta, Rosja dzieli się z nimi i z Austrią ziemiami Rzeczypospolitej. Taki altruizm ze strony drapieżnego rosyjskiego imperializmu, którym nas dziś starszą, wydaje się być niezrozumiały. Prusy i Austria zajęły ziemie etnicznie polskie, a Rosja ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, które wcześniej były ziemiami Rusi Kijowskiej.

Konfederacja barska (1768-72) była powstaniem przeciwko zmianom ustrojowym, które zapoczątkował Stanisław August, a które ograniczały dotychczasowe prawa szlachty i magnatów. Doszło w tym czasie do porwania króla, co odbiło się szerokim, negatywnym echem w całej Europie. I stało się to pretekstem do zalegalizowania pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 roku. Następnie uchwalenie Konstytucji 3-go maja skutkowało drugim rozbiorem, a insurekcja kościuszkowska – trzecim. Mamy więc tu sekwencję – akcja i reakcja; anarchia, z którą trzeba zrobić porządek. I stąd słuszne podejrzenia Piekielnika, że ten spór o Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy może stać się pretekstem do ingerencji obcych mocarstw. Tylko czy miałoby to skutkować rozbiorem?

Pytanie zasadnicze brzmi: po co były rozbiory Rzeczypospolitej? To chyba jedyny taki przypadek w historii świata, że jedno państwo, czy raczej twór państwowopodobny, staje się łupem trzech sąsiadów. Dlaczego Rosja, która niepodzielnie rządziła w Rzeczypospolitej, podzieliła się nią z Prusami i Austrią? Po klęsce Napoleona w Rosji Księstwo Warszawskie, pomniejszone o Wielkopolskę i Wolne Miasto Kraków, przypadło Rosji. W Wielkopolsce, najludniejszej wówczas polskiej dzielnicy, zaczyna się czas intensywnej germanizacji. Podobnie dzieje się w Królestwie Polskim – intensywna rusyfikacja. A więc Polacy poddawani są intensywnym zabiegom wynaradawiania. W tym samy czasie na ziemiach byłego WKL przebiega zakrojona na szeroką skalę polonizacja, polegająca na upowszechnianiu języka polskiego wśród mas i elit. I stąd mamy taki wysyp różnych Mickiewiczów, Słowackich, Orzeszkowych, Konopnickich itp. Powstał więc na wschodzie nowy naród polski, a stary został zmarginalizowany.

Po co więc były rozbiory, w których uczestniczyły trzy państwa? No właśnie po to, by stworzyć nowy naród. Powstał Polak katolik, który był w opozycji do prawosławnego Rosjanina, który zawsze dąży do przyłączenia do Rosji ziem byłej Rusi Kijowskiej, na których mieszkał już ten Polak katolik. Wcześniej jezuici zajmowali się konwersją prawosławnych na katolicyzm. Po to były podboje Batorego.

Gdy po I wojnie światowej odradzało się państwo polskie, to nie mogło w nim zabraknąć ziem wschodnich. Nie po to trudzono się przez cały XIX. wiek nad stworzeniem nowego narodu polskiego, by został on poza granicami odradzającego się państwa. I tak bolszewicy, którzy w 1920 roku przeważali tyko w okolicach Moskwy i Piotrogrodu, wyruszyli na podbój Europy. Podeszli pod Warszawę i wycofali się. Piłsudski miał otwartą drogę na Moskwę, ale zatrzymał tam, gdzie miał się zatrzymać. Miał zająć ziemie, na których uprzednio stworzono nowy naród polski, które to ziemie miały stać się częścią II RP.

O co zatem chodzi w obecnej kłótni tych rządowych gangów? O to, by stworzyć mocarstwom pretekst do interwencji, tak jak to było w okresie przed zaborami. Piekielnik wspomniał o tym, że Dolny Śląsk, Wielkopolska i Pomorze są mocno związane inwestycyjnie i historycznie z Niemcami. Dał więc do zrozumienia, że Niemcy, prędzej czy później, upomną się o swoje. Co w takim razie z resztą, z centralną i wschodnią Polską? A co z Ukrainą? Ile z niej zostanie po wojnie? Tak intensywne, pod każdym względem, zaangażowanie Polski w wojnę na Ukrainie będzie argumentem za połączeniem tych pozostałości w jedno państwo. Dziś jeszcze nikt nie chce o tym mówić otwarcie, ale przecież cały czas trwa w Polsce urabianie opinii publicznej. W dalszej perspektywie oznacza to, że te pozostałe jeszcze niedobitki starego narodu polskiego zostaną całkowicie zmarginalizowane. Pozostanie tylko nowy naród polski, nowi Ukraińcy – obok tych starych, przesiedlonych po II wojnie światowej – i kolorowi.

W Afryce koloniści, wytyczając sztucznie granice państw, zmusili do egzystowania w obrębie jednego państwa plemion, które często walczyły ze sobą o ziemię i stąd były do siebie wrogo nastawione. Powstałe w ten sposób państwa były ich karykaturami. Lokalni kacykowie nie stali się nagle politykami z krwi i kości, dawne waśnie nie wygasły. To samo stało się po unii polsko-litewskiej, gdy połączono ze sobą państwo zwane Królestwem Polskim z WKL, czyli z czymś, co bardziej przypominało te współczesne postkolonialne państwa afrykańskie. Z tego mariażu mogło powstać tylko to, co niektórzy nazywają obecnie krajem Zulu-Gula. I takim krajem były I RP, II RP, PRL (10. potęga gospodarcza świata) i III RP. Dziś jest nim Rzeczpospolita Ukraińska. Ten, kto wymyślił tę nazwę, a spopularyzował ją Tadeusz Ross, nie zrobił tego przypadkiem. O naszych rodzimych kacykach możemy powiedzieć, że różnią się od kacyków afrykańskich tylko tym, że brakuje im dzid i kolczyków w nosach.

Poniatowski

Ostatnie lata istnienia Rzeczypospolitej Iluś Tam Narodów to panowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego herbu Ciołek, czyli jednego z tych 47 herbów szlachty polskiej zaadoptowanych przez 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich w 1413 roku na mocy unii horodelskiej. I taki to był „Piast”. Wettinowie doprowadzili do tego, że RITN stała się protektoratem Rosji, co oznaczało, że nic bez jej zgody nie mogło się dziać. Sejm praktycznie został zlikwidowany. Jego niektóre funkcje przejęły sejmiki, wojsko zredukowane do minimum, a emisja pieniądza ograniczona, co oznaczało zastój gospodarczy. Wybór króla Norman Davies opisał tak:

„Droga Poniatowskiego istotnie nieźle została przetarta. Pole elekcyjne otoczono rosyjskimi żołnierzami oraz dworakami Czartoryskich. 6 września 1764 r. ci spośród szlachty Rzeczypospolitej, którzy już wcześniej nie opuścili z oburzeniem pola elekcyjnego, jednobrzmiącym okrzykiem ogłosili wybór swego nowego króla. Jak zauważył sam zwycięzca, była to najmniej kłopotliwa elekcja w dziejach Rzeczypospolitej.”

Można więc w tym momencie zadać sobie pytanie: czy tak wybrany król mógł, jak to się mówi, urwać się w pewnym momencie z rosyjskiego łańcucha? Chyba tylko naiwny mógłby w to uwierzyć. A drugie pytanie to: dlaczego część szlachty z oburzeniem opuściła pole elekcyjne? Przecież mogła zostać i głosować przeciw, skoro była taka oburzona. Wygląda więc na to, że i ona była krótko trzymana.

Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK, 1999 pisze m.in. tak:

Rozbiór Polski, którego dokonano w trzech etapach w latach 1772, 1793 i 1795, był wydarzeniem bezprecedensowym w nowożytnych dziejach Europy. Chociaż zwycięskie mocarstwa z zasady pozbawiały pokonanych rywali posiadłości terytorialnych, a także nie sprzeciwiały się podziałowi łupów w Indiach, Ameryce czy Afryce, nie zdarzył się przypadek, aby rozmyślnie i z zimną krwią unicestwiły jedno z historycznych państw Europy. Polskę poddano politycznej wiwisekcji przez okaleczenie, amputację i wreszcie całkowite rozczłonkowanie, jako jedyne usprawiedliwienie podając, że pacjent niezbyt dobrze się czuł. Agonia Rzeczypospolitej zbiegła się w czasie z okresem panowania jej ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732-98).

Żartownisie z epoki oświecenia ostrzyli swój dowcip na nieszczęściach Rzeczypospolitej. Fryderyk II, król pruski, protestant i jeden z najbardziej wścibskich sąsiadów Polski, pisał chełpliwie” „spożyjemy (…) jedna hostię – Polskę, i jeżeli nie zbawi to naszych dusz, to na pewno będzie z wielką korzyścią dla naszych państw”. Voltaire wymyślił słynny bon mot: „Jeden Polak – to sam urok, dwóch Polaków – awantura, trzech Polaków – o, to już Sprawa Polska”. Ich publiczność chichotała elegancko, wierząc, że Polska w ten czy inny sposób zasłużyła na swój los. Kanclerz rosyjski, Michał Woroncow, powiedział w 1763 r., że Polska jest bezustannie pogrążona w chaosie i że dopóki zachowa swój obecny ustrój, nie będzie zasługiwała na to, aby ją uznać za jedno z mocarstw Europy.

Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że przypinana Polsce etykieta „Rzeczypospolitej Anarchii” nie była z gruntu bezzasadna. Przez blisko 50 lat, licząc od Sejmu Niemego 1717 r., politycy byli zupełnie bezsilni w kwestii naprawy wielu z jej poważnych dolegliwości. Państwo wciąż jeszcze było Rzeczpospolitą dwojga narodów, gdzie ścieranie się sprzecznych interesów obu części składowych – Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego – skutecznie utrudniało wszelkie próby reform. Monarchia była nadal monarchią elekcyjną – zabawką w rękach międzynarodowej dyplomacji. Działalność sejmu nadal paraliżowało liberum veto. Konstytucja nadal dopuszczała zawiązywanie konfederacji. Mimo 11 milionów ludności oraz obszaru wynoszącego 730 380 kilometrów kwadratowych – czyli większego niż obszar Francji lub Hiszpanii – wciąż jeszcze brak było centralnego skarbu, a szeregi armii królewskiej praktycznie liczyły nie więcej niż 12 000 ludzi. „Złota wolność”, którą większość szlacheckich obywateli nauczyła się uważać za chlubę swojej Rzeczypospolitej, straciła swe znaczenie w kraju, w którym dziewięć dziesiątych ludności żyło w ubóstwie i niewolo i gdzie z zasady wszystkie sprawy załatwiano obietnicami francuskiego złota lub groźba rosyjskiego przymusu. Przez blisko 50 lat Rzeczpospolitą traktowano jak rosyjski protektorat i rządzono w niej metodami, które w życiu cywilnym uznano by za normalne gangsterstwo. Dopóki rosyjscy gangsterzy dostawali swoją dolę, a polscy naiwniacy i frajerzy przyjmowali ich opiekę, panował spokój. Ale gdy tylko podopieczni próbowali zrzucić sobie z karku niepożądanych opiekunów, nieuchronnie zaczynały się kłopoty.

Trudnych do pojęcia wydarzeń okresu rozbiorów zupełnie nie da się we właściwy sposób zrozumieć, jeśli się sobie nie uprzytomni, że wewnętrzne kłopoty Polski systematycznie podsycali jej potężniejsi sąsiedzi. Rosja już od ponad wieku miesza się w wewnętrzne sprawy państwa. To Piotr I nalegał, aby mianowano go „opiekunem” prawosławnej mniejszości, i on uknuł skuteczną intrygę zmierzającą do osadzenia dynastii Wettinów na polskim tronie; on też wreszcie zmusił Sejm Niemy do zatwierdzenia ograniczeń skarbu, wojska i reform – restrykcji, które miały przyczynić do sparaliżowania życia publicznego. Nie tylko Rosja, ale także Szwecja, Prusy, Francja i Austria używały Polski jako pola bitwy, na którym można było tanim kosztem rozwiązywać własne spory. Mówiąc po prostu, słabość Polski znakomicie odpowiadała celom jej sąsiadów. Według ówczesnego frazesu, Polska była „karczmą Europy”. Co więcej, gdy tylko Polacy próbowali podjąć jakiekolwiek kroki w kierunku zaprowadzenia porządku w swoim domu zarówno Rosja, jak i Prusy podejmowały własne kroki, aby upewnić się, że nic się nie zmieni. W r. 1764, gdy sejm konwokacyjny powołał komisję finansową dla wprowadzenia powszechnego systemu ceł na wzór innych państw nowożytnych, Fryderyk pruski zainstalował w Marienwerder (Kwidzynie) komorę celną i baterię dział, z których bombardował i terroryzował polskie statki dla wymuszenia cła, dopóki nie zrezygnowano z wszelkich nowych propozycji. W tym samym roku Rosjanie zorganizowali najnowszą ze swych ekspedycji wojskowych, której zadaniem było dopilnowanie, aby nadchodząca elekcja królewska przebiegła zgodnie z planem. Jeżeli w okresie, który miał teraz nastąpić, Polacy istotnie sami przyczynili się do katastrofy, to raczej dlatego, że desperacko próbowali wyzwolić się z anarchii, niż dlatego, że rzekomo pragnęli się w niej tarzać. Dla wszystkich powinno być jasne, że despoci z Petersburga i Berlina, którzy własnym poddanym odmawiali większości swobód obywatelskich, nigdy nie mogliby stać się prawdziwymi orędownikami jakiejkolwiek prawdziwej „złotej wolności” w Polsce.

x

Chociaż zwycięskie mocarstwa z zasady pozbawiały pokonanych rywali posiadłości terytorialnych, a także nie sprzeciwiały się podziałowi łupów w Indiach, Ameryce czy Afryce, nie zdarzył się przypadek, aby rozmyślnie i z zimną krwią unicestwiły jedno z historycznych państw Europy.

Czy rzeczywiście było to jedno z historycznych państw Europy? Rzeczpospolita nie była państwem, a jeśli już, to raczej quasi-państwem. Dalej Davies pisze:

Przez blisko 50 lat, licząc od Sejmu Niemego 1717 r., politycy byli zupełnie bezsilni w kwestii naprawy wielu z jej poważnych dolegliwości. Państwo wciąż jeszcze było Rzeczpospolitą dwojga narodów, gdzie ścieranie się sprzecznych interesów obu części składowych – Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego – skutecznie utrudniało wszelkie próby reform.

Jeśli było to państwo dwóch narodów, to używanie określenia „Rzeczpospolita Anarchii” jest zwyczajnym nadużyciem i zafałszowaniem obrazu historii. Bo jeśli jeden naród zabiega o swoje interesy – choć w tym wypadku należałoby powiedzieć, że to feudałowie czy bojarzy litewscy i rusińscy bronili swoich interesów – to nazywanie tego anarchią jest lekką przesadą. I jak w ogóle cokolwiek naprawiać, jeśli były to różne państwa? Postanowienia unii lubelskiej według Wikipedii to m.in.:

  • wspólny władca i wspólny sejm
  • wspólna polityka obronna i zagraniczna
  • odrębne urzędy centralne, tytuły i dostojeństwa z zakresem kompetencji identycznym w obu krajach
  • jednakowa moneta bita osobno w każdym państwie
  • odrębne wojsko polskie i litewskie
  • odrębne języki urzędowe (na Litwie język ruski)
  • zachowano w mocy wszystkie dotychczasowe prawa i przywileje obowiązujące w obu państwach, jak również odrębne sądownictwo i prawo sądowe

Mamy więc tu do czynienia z dwoma państwami, choć używanie tego terminu w stosunku do Litwy jest pewnym nadużyciem, bo WKL było raczej luźnym związkiem księstw, w którym nie było typowej dla państw silnej władzy centralnej i sprawnej administracji. Takim państwem było Królestwo Polskie nazywane również Koroną. I to właśnie ono było tym historycznym państwem, które zostało zlikwidowane przez Jagiellonów w trakcie ich rządów w okresie unii personalnej w latach 1385-1569.

Monarchia była nadal monarchią elekcyjną – zabawką w rękach międzynarodowej dyplomacji. Działalność sejmu nadal paraliżowało liberum veto. Konstytucja nadal dopuszczała zawiązywanie konfederacji.

Nie wiadomo kto stworzył ustrój Rzeczypospolitej. Wiadomo tylko, że na mocy dwóch statutów z 1530 i 1538 roku Zygmunt Stary zatwierdził, że wybór króla po śmierci jego syna, Zygmunta Augusta, miał się odbywać na zasadzie wolnej elekcji. Powstał więc ustrój, który całkowicie sparaliżował działanie obu państw w ramach jednej unii. To oczywiście znakomicie ułatwiło ingerowanie obcych mocarstw w sprawy tworu zwanego Rzeczpospolitą, ale też ułatwiało potężnym bojarom rusińskim i litewskim prowadzenie własnej polityki i układanie się z obcymi mocarstwami, czego wynikiem były stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie, a wcześniej również szwedzkie.

„W czasie wojny domowej na Litwie (zwanej też wojną sapieżyńską) w 1700 Kazimierz Jan Sapieha stanął na czele rodu Sapiehów w ich walce o utrzymanie uprzywilejowanej pozycji w Wielkim Księstwie. 18 listopada 1700 został pokonany w bitwie pod Olkienikami przez szlachtę litewską, dowodzoną przez Michała Serwacego Wiśniowieckiego. W styczniu 1702 roku podpisał akt pacyfikacji Wielkiego Księstwa Litewskiego. W 1705 roku potwierdził pacta conventa Stanisława Leszczyńskiego. W 1708 roku oddał buławę swojemu bratankowi Janowi Sapieże. W czasie wojny północnej wraz z całym swoim rodem należał do stronnictwa proszwedzkiego.

Według niechętnej Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu opinii niektórych współczesnych jego ojciec Stanisław miał być w rzeczywistości nieślubnym synem hetmana wielkiego litewskiego Kazimierza Jana Sapiehy i pewnej Żydówki, a adoptował go Franciszek Poniatowski, żonaty z Heleną Niewiarowską (Jerzy Łojek Dzieje zdrajcy. Stanisław Szczęsny Potocki Wydawnictwo Śląsk, Katowice, 1988). Trzeba pamiętać jednak, że pomówienia tego typu należały do kanonu publicystki politycznej okresu staropolskiego i nie należy przywiązywać do nich zbyt dużej wagi.” – Wikipedia.

To Piotr I nalegał, aby mianowano go „opiekunem” prawosławnej mniejszości, i on uknuł skuteczną intrygę zmierzającą do osadzenia dynastii Wettinów na polskim tronie; on też wreszcie zmusił Sejm Niemy do zatwierdzenia ograniczeń skarbu, wojska i reform – restrykcji, które miały przyczynić do sparaliżowania życia publicznego.

No właśnie! Unia spowodowała, że w granicach Rzeczypospolitej więcej było prawosławnych niż katolików, a zgodnie z zasadą, że czyja religia, tego władza, to władza Rosji nad znacznym obszarem tego quasi-państwa stała się faktem. I na kogo on tak nalegał? Znowu ta forma bezosobowa, czyli to jacyś jego nieznani przełożeni wyznaczyli go na opiekuna tej ludności. I to pewnie oni wymusili takie, a nie inne zachowanie Sejmu Niemego.

Nie tylko Rosja, ale także Szwecja, Prusy, Francja i Austria używały Polski jako pola bitwy, na którym można było tanim kosztem rozwiązywać własne spory. Mówiąc po prostu, słabość Polski znakomicie odpowiadała celom jej sąsiadów.

Jakie to były własne spory, które te państwa rozwiązywały na terytorium Rzeczypospolitej? O tym Davies nie wspomina, ale w dalszej części pisze tak (wytłuszczenia W.L.):

Polityka ekspansji Rosji wobec Europy Wschodniej – a zwłaszcza wobec Polski, realizowana była w dwóch formach. Z jednej strony, ugrupowanie militarystyczne otwarcie opowiadało się za bezpośrednimi aneksjami. Wyznawcy tej polityki uważali, że interesom Rosji najlepiej służy zajmowanie przy każdej nadarzającej się okazji terytorium należącego do jej sąsiadów. Prezes admiralicji i prezydent Kolegium Wojennego Zachar Czernyszew jasno wyraził ten pogląd, gdy – podczas posiedzenia rady zwołanej przez nową carycę Katarzynę dla omówienia problemów, jakie wyłoniły się w związku ze śmiercią króla Polski – zaproponował inwazję na polskie Inflanty oraz na tereny województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego. Miał niewątpliwie poparcie tych, którzy w poprzednich latach – gdy wojska rosyjskie znalazły się w Berlinie – namawiali ówczesną cesarzową Elżbietę do rozbioru zuchwałego królestwa pruskiego. Politycy natomiast wykazywali większą ostrożność. Panin – główny doradca Katarzyny w sprawach zagranicznych – trzymał się starszych i bardziej zakonspirowanych reguł rosyjskiej gry, która polegała na rozbrojeniu rywali obietnicami zapewnienia im ochrony: ofiara nie była łapczywie pożerana, lecz zjadana powoli i spokojnie – kawałek po kawałku. (…) Według planu Panina, Rzeczpospolita miała nadal pełnić funkcję placówki Rosji w Europie – podporządkowanego jej protektoratu, który ciągłymi manipulacjami można było minimalnym kosztem utrzymać w stałej zależności. Na początku Katarzyna bez wątpienia przychylała się do tych zamiarów; jedną z istotnych tendencji politycznych okresu rozbiorów jest stopniowe przechodzenie władczyni Rosji od polityki natychmiastowej konsumpcji do polityki powolnego przeżuwania.

Poglądy Prus były nieco odmienne. W porównaniu z Rosją było to państwo małe, a godna podziwu skuteczność działania nie zawsze chroniła je przed skutkami nienasyconych ambicji. Zajęcie Śląska w r. 1740 zainicjowało dwudziestoletni okres wojen, które omal nie zakończyły się unicestwieniem samego podżegacza. W r. 1762, gdy skarb był pusty, a Berlin okupowany przez wojska rosyjskie, Prusy uratowała tylko nagła śmierć cesarzowej Elżbiety, po której w samą porę tron objął Piotr III – gorący zwolennik Fryderyka. Prusy były w gruncie rzeczy beztroskim międzynarodowym pasożytem. Trzykrotnie w latach 1656, 1720 i 1733 – uczestniczyły w nieudanych planach rozbioru Rzeczypospolitej. W r. 1752, w swoim Testamencie politycznym, Fryderyk przyrównał polskiego sąsiada do „karczocha gotowego do zjedzenia, listek po listku”. „Królestwo w Prusach” nie posiadało jeszcze bowiem skonsolidowanej bazy terytorialnej. Posiadłości Hohenzollernów były rozproszone w Europie Północnej w postaci nie powiązanych ze sobą terytorialnie zlepków poszczególnych ziem. Dwie największe części składowe – Brandenburgia i Prusy (Wschodnie) Książęce, wciąż jeszcze przedzielał szeroki pas należących do Polski Prus (Zachodnich) Królewskich, w których Fryderyk widział pierwszy listek swojego karczocha. Po kryzysie z r. 1762 jego polityka nie nabrała żadnych przejawów skruchy, stała się natomiast bardziej ostrożna. Gangsterstwo uprawiane samotnie okazało się zbyt ryzykowne. Teraz Fryderykowi zależało na stworzeniu gangu.

Trzeciemu sąsiadowi Rzeczypospolitej – Austrii – brak było zarówno dynamizmu Prus, jak i naturalnych zasobów Rosji. Wyczerpani wojną siedmioletnią Austriacy dysponowali terenem aż zbyt rozległym, aby zapewnić pole do działania swojej rozlatującej się administracji. Nie mieli żadnych planów ekspansji. Górska granica w Karpatach, oddzielająca Austrię od Polski i w ogóle od północnej Europy, ciągnęła się nieprzerwanie – poza jedną wąską szczeliną Spiszu. Austriacy byli przynajmniej katolikami jak Polacy; wciąż jeszcze pamiętali legendarny rok 1683, kiedy to Sobieski przełamał oblężenie Wiednia. Nienawidzili Prus i bali się Rosji. Wydawało się rzeczą nie do pomyślenia, że mogliby dołączyć do napastników, którzy szykowali atak na Polskę. A jednak to zrobili.

No właśnie! Nie mieli żadnego powodu, a mimo to zrobili to. Davies nie wyjaśnia, dlaczego to zrobili. Wydaje się, że najprostszym wytłumaczeniem jest to, że ktoś ich do tego zmusił. Kto? I po co? By odwrócić uwagę od prawdziwych motywów.

Rok 1767 był rokiem, w którym nadszedł nadir „polskiej anarchii”; wtedy też wyraźnie zaznaczyły się zgubne prowokacje Rosjan. Najpierw zawiązały się dwie zbrojne konfederacje dysydentów – konfederacja protestantów w Toruniu i konfederacja prawosławnych w Słucku. Ocenę stopnia religijnej motywacji obu tych wydarzeń umożliwia fakt, że konfederację w Toruniu zawiązał pewien rosyjski oficer; rozpoczął on swoją działalność od zaaresztowania wszystkich – z zarządem miejskim włącznie – którzy sprzeciwiali się woli cesarzowej. Następnie w Radomiu powstał ruch o charakterze poważniejszym, który stopniowo przerodził się w „konfederację generalną” obejmując cały kraj. Niektórzy spośród członków tej konfederacji – na przykład Radziwiłłowie na Litwie – zmierzali do detronizacji króla. Inni próbowali po prostu udaremnić wysuwany przez niego program reform. Jeszcze inni myśleli, że ratują Kościół. Wszystkimi manipulowano. Przy tej okazji Repninowi nie tylko udawało się reżyserować posunięcia zarówno opozycji, jak i króla; zdołał wręcz namówić Stanisława Augusta, aby przyłączył się do konfederatów. W październiku odkrył karty. Zaaranżowawszy nadzwyczajne posiedzenie sejmu, szybciutko zaaresztował czterech czołowych przywódców opozycji i zakutych w łańcuchy wysłał ich do Kaługi. Po czym mianowani przez Repnina ludzie zawiesili sejm na rzecz specjalnej komisji, która zabrała się do wydania tak zwanych „praw kardynalnych”, mających na celu przedłużenie władzy anarchii. Utwierdzono monopol szlachty na prawa polityczne. Utrzymano liberum veto. Elekcje królewskie miały być „wolne”. Krótko mówiąc, „złota wolność” objawiała się jako oczywiste mydlenie oczu. Jedyną osobą uprawnioną do wprowadzenia zmian była cesarzowa Rosji. Przywrócono system z r. 1717.

Tu już niczego nie trzeba komentować. Davies napisał wprost, czym była ta „polska anarchia”.

W r. 1768 reperkusje brutalności Rosjan wobec Rzeczypospolitej nabrały gwałtownego rozmachu. 29 lutego zebrane w Barze konsorcjum rozczarowanej szlachty zawiązało pod wodzą marszałków Michała Krasińskiego i Józefa Puławskiego nową konfederację, z udziałem członków rodu Potockich, Sapiehów i Krasińskich. Rozpoczęli wojnę, której Rosjanie nie byli w stanie stłumić przez blisko cztery lata. Stworzyli takie ideały i rozbudzili takie wątpliwości wobec podstawowych pryncypiów, jakich nie znano od dziesiątków lat; one to właśnie miały stać się punktem wyjścia dla współczesnego nacjonalizmu polskiego. Jednocześnie zaś sprowokowali gwałtowne skutki uboczne, które całkowicie wymknęły się spod ich kontroli. Na Ukrainie siły konfederatów zaatakowała od tyłu tak zwana koliszczyzna – powstanie chłopów i Kozaków, które krwawo rozprawiło się ze szlachtą, Żydami i duchowieństwem. Powstanie na krótko odwróciło uwagę wojsk rosyjskich i królewskich, które wspólnie wyruszyły przeciwko konfederatom. W Humaniu (Umań) doprowadziło ono do masakry, której rozmiary przeszły do legendy. Około dwudziestu tysięcy ludności katolickiej i żydowskiej zapędzono do kościołów i synagog i z zimna krwią wymordowano.

Stworzyli takie ideały i rozbudzili takie wątpliwości wobec podstawowych pryncypiów, jakich nie znano od dziesiątków lat; one to właśnie miały stać się punktem wyjścia dla współczesnego nacjonalizmu polskiego.

„Celem konfederacji było zniesienie ustaw narzuconych przez Rosję, zwłaszcza zapewniających równouprawnienie innowiercom. Przez niektórych historyków uważana jest za pierwsze polskie powstanie narodowe. Ogólną nazwą konfederacji barskiej określa się 66 lokalnych konfederacji Korony i Litwy. Przedstawiciele tych 66 cząstkowych związków tworzyli zorganizowany pod koniec października 1769 naczelny organ władzy zwany Generalnością.

24 lutego 1768 Rzeczpospolita podpisała z Rosją traktat wieczystej przyjaźni, mocą którego stawała się protektoratem rosyjskim. Katarzyna II gwarantowała nienaruszalność granic i ustroju wewnętrznego tego państwa.26 lutego uchwalono prawa kardynalne, wpisując równouprawnienie innowierców jako nienaruszalne prawo Rzeczypospolitej.” – Wikipedia.

Tym punktem wyjścia dla polskiego nacjonalizmu miał być więc katolicyzm.

Konflikt rysował się bardzo wyraźnie. Głównymi protagonistami byli z jednej strony carowa Rosji, która starała się zachować status quo, z drugiej zaś polscy reformatorzy, którzy domagali się zmian. Carowa mogła liczyć na stałe poparcie ze strony czołowych polskich magnatów, których przywileje zobowiązała się utrzymać, dysydentów religijnych, których oburzenie stale podsycała, polskiej armii, którą dowodzili magnaci, polskiego Kościoła, którego biskupi pozostawali na rosyjskim żołdzie, oraz większości członków polskiego sejmu, w którym roiło się od przekupionych magnatów i rosyjskich agentów. Reformatorzy natomiast mogli liczyć jedynie na okresowe poparcie ze strony niezdecydowanego króla i garstki szlachty, która stanowiła opozycję wobec podstawowej opozycji magnackiej, na sporadyczne zainteresowanie ze strony zagranicznych przeciwników Rosji – Francji, Szwecji czy Turcji – na mniejszość sejmową oraz na rodzące się w całym kraju uczucie patriotyzmu. Siły były więc od samego początku bardzo nierówne. Ugrupowanie rosyjskie nie cieszyło się wprawdzie powszechnym poparciem, ale miało za sobą prawo, liczebną przewagę, zawodową armię oraz jednolitą politykę, którą kierował Petersburg. Reformatorzy mieli niewiele poza własnym rozumem, umiejętnością improwizacji oraz poczuciem moralnej wyższości własnych dążeń i celów.

Skoro reformatorzy mieli niewiele, to po co wszczynali powstanie? Może nie mieli rozumu, a może, co bardziej prawdopodobne, również wykonywali polecenia carowej lub swoich nieznanych przełożonych. Konsekwencją konfederacji barskiej był pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej w 1772 roku.

(…) W ciągu czterech lat od r. 1788 do 1792 zwolennicy reform w sejmie znieśli wszystkie ograniczenia, które przyczyniały się do zniewolenia Rzeczypospolitej. Czyniąc to, podważali podstawy rosyjskiego protektoratu w Polsce i dokonali przewrotu w systemie, który panował od czasu nieszczęsnego układu z 1717 r. Było oczywiste, że rząd rosyjski oraz polska klientela Rosji będą interweniować przy pierwszej nadarzającej się okazji – tak też się istotnie stało. W ten sposób podjęta przez króla naiwna próba nawiązania autentycznego przymierza z Rosją dała początek Sejmowi Czteroletniemu; Sejm Czteroletni – Konstytucji 3 maja; Konstytucja – konfederacji targowickiej; konfederacja – wojnie rosyjsko-polskiej w r. 1792; wojna – drugiemu rozbiorowi w r. 1793; drugi rozbiór – powstaniu narodowemu Kościuszki w r. 1794; powstanie wreszcie – trzeciemu rozbiorowi i ostatecznej zagładzie państwa. W sytuacji, w której najmniejsze nawet posunięcie mogło sprowokować nieobliczalne konsekwencje, jedyną szansą przetrwania dla Rzeczypospolitej było trwanie w absolutnym bezruchu. Tymczasem, robiąc jeden malutki niewinny krok, król strącił lawinę, której narastający impet wpędził cały kraj w totalną katastrofę.

Trwanie w absolutnym bezruchu nie dostarczyłoby pretekstu do rozbiorów. A więc ci, którzy doprowadzali do tych ruchów, nie byli żadnymi patriotami, tylko takimi samymi cynikami jak pozostali, których nazwano zdrajcami.

Dla każdego, kto nie był pozbawiony poczucia rzeczywistości, było rzeczą jasną, że działalność Sejmu Czteroletniego, zapoczątkowana w październiku 1788 r. łączyła się z poważnym ryzykiem rosyjskiej interwencji. W odróżnieniu od wszystkich swoich poprzedników, sejm ten odmówił rozwiązania się po upływie zwyczajowych sześciu tygodni, przekształcając się w legalną konfederację, zdecydowaną kontynuować rozpoczęte dzieło, dopóki nie zostaną podjęte istotne uchwały prawne. Pod przewodnictwem energicznego marszałka, Stanisława Małachowskiego (1736-1809), wysunął szereg projektów i utworzył liczne komisje w celu odzyskania niepodległości narodowej oraz zapewnienia rozwoju gospodarki. Korzystając z tego, że Rosja zajęta była kryzysem we Francji oraz wojną turecką, zdołał wysunąć żądania idące o wiele dalej, niż to byłoby możliwe w normalnej sytuacji. W grudniu 1789 r. był świadkiem demonstracji zorganizowanej przez przedstawicieli 141 miast, którzy w czarnych strojach przemaszerowali przed nim na znak protestu przeciwko wyłączaniu ich z życia politycznego kraju. W r. 1790 rozpisano nowe wybory i doszedł nowy komplet posłów, aby przyspieszyć przebieg prac. Wreszcie, 3 maja 1791 r., stał się sceną starannie przygotowanego coup d’etat. „Stronnictwo patriotyczne” Kołłątaja, działając w porozumieniu z Małachowskim i za wiedzą króla, wybrało dzień, w którym dwie trzecie posłów było nieobecnych z powodu ferii świątecznych (Wielkanoc przypadała na 24 kwietnia – przyp. W.L.). Przygotowany w tajemnicy projekt ustawy odczytano przed na wpół pustą salą. Głosy protestu w sprawie quorum uciszono. Króla namówiono do złożenia podpisu.

W oczach carskiej biurokracji sejm oczywiście beznadziejnie się skompromitował. Jego kontakty z francuskim Zgromadzeniem Narodowym uznano za dowód istnienia międzynarodowej konspiracji rewolucyjnej. Trzeba więc było go zdławić, razem z wszystkimi jego dokonaniami. Zadaniu temu mieli przewodzić główni polscy najemnicy carycy Katarzyny – Stanisław Szczęsny Potocki, dwóch bezrobotnych hetmanów – Franciszek Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski, oraz bracia Kossakowscy. Oni to właśnie zebrali się zimą w Petersburgu i zsynchronizowawszy własne plany z zamiarami swych rosyjskich mecenasów, 27 kwietnia 1792 r. podpisali akt konfederacji, która miała na celu obalenie polskiego sejmu i polskiej Konstytucji. Dla zachowania form, fakt istnienia aktu ukryli aż do czasu, gdy przedostali się na południowo-wschodnie kresy Polski, do miasteczka Targowica na Ukrainie. Tam też, 14 maja, oficjalnie rozwinęli sztandary; zaledwie cztery dni później przyłączyły się do nich rosyjskie wojska. Nadchodziła próba sił, do której szykowali się Kościuszko i Poniatowski.

x

Wszystko to, co powyżej zostało opisane, było dziełem wielkich feudałów litewskich i rusińskich, z których zrobiono magnatów polskich. Dlaczego Wielkie Księstwo Litewskie, które było luźnym związkiem księstw feudalnych, nie zostało wchłonięte przez Wielkie Księstwo Moskiewskie? Czy postąpiono tak świadomie? Połączono je z małym Królestwem Polskim, wydawałoby się, że wbrew wszelkiej logice. A jednak był w tym jakiś plan. Słowianie wschodni są kłótliwi, wredni, zawistni, skłonni do anarchii. Jeśli nie stało się tak w Rosji, to tylko dlatego, że rządzili nimi Waregowie, czyli dawni Szwedzi. Dzieje unii polsko-litewskiej, to tak naprawdę dzieje podmiany narodów. Naród polski zastąpiono Słowianami wschodnimi. Zaczęło się od unii horodelskiej w 1413 roku, później, po 1569 roku, wkroczyli do akcji Jezuici, którzy przeciągali prawosławnych na katolicyzm. Wojna za Szwecją zniszczyła Koronę, czyli ludność rdzennie polską i jej dobytek. Całe WKL zajęła Rosja. W praktyce całe terytorium Rzeczypospolitej zostało zajęte przez Szwecję i Rosję, a mimo to oba państwa wycofały się. Z jakichś powodów było jeszcze za wcześnie na rozbiór. Później, za Sasów, Rzeczpospolita staje się protektoratem Rosji. Za Poniatowskiego sytuacja już dojrzewa do rozbiorów. Dlaczego jednak wypadło na Rzeczpospolitą? W 1762 roku wojska rosyjskie stacjonują w Berlinie, a Prusy są słabym rozczłonkowanym państwem. Dlaczego więc Rosja, mająca ponoć zapędy imperialne i sięgająca w tamtym czasie już do Oceanu Spokojnego, nie „połknęła” Prus? Dlaczego prawie tysiącletnia Rzesza, będąca zlepkiem mniejszych czy większych księstw, przez cały czas swego istnienia nie została zaatakowana przez Rosję czy Francję, będącą w XVII wieku najpotężniejszym państwem w Europie? Napoleon też jej krzywdy nie zrobił. Dlaczego uwzięto się na Rzeczpospolitą?

Dlaczego Rosja „podzieliła się” Rzeczpospolitą z Prusami i Austrią w sytuacji, gdy cały ten twór, który trudno nazwać państwem, był jej protektoratem? Skąd taki altruizm? Wydaje się, że odpowiedź przyniosła przyszłość. Wojny napoleońskie skutkują powstaniem Księstwa Warszawskiego, które powstało chyba tylko po to, by po kongresie wiedeńskim Rosja mogła je zająć, oddając Prusom Wielkopolskę, która była wówczas najludniejszą dzielnicą ziem polskich, i Austrii Kraków z przyległościami. W ten sposób na rdzennie polskich ziemiach mogło dojść do intensywnej germanizacji i podobnie intensywnej rusyfikacji w Królestwie Polskim, co skutkowało też wymianą administracji na rosyjską, budową cerkwi i związanym z tym prawosławnym osadnictwem. W tym samym czasie na terenie zaboru rosyjskiego, czyli terenie byłego WKL rozpoczęto intensywną polonizację. Szczególnie wyróżnił tu się bojar Czartoryski, który, w oparciu o Uniwersytet Wileński, stworzył w Wilnie i okolicach szereg polskich szkół. I tak doszło do podmiany narodów. Polaków z ziem polskich zastąpiono wschodniosłowiańskimi „Polakami”. I do tego właśnie były potrzebne rozbiory, by Niemcy i Rosjanie mogli zmarginalizować Polaków z ziem polskich i w efekcie umożliwić dominację „Polaków” ze wschodu. A Austria była im potrzebna jako alibi.

Gdy więc po latach odrodziła się Rzeczpospolita II Iluś Tam Narodów, to nie mogła ona powstać bez Kresów, czyli byłego WKL. Ale jak to zrobić? Tu z pomocą przyszli bolszewicy. Wyruszyli na podbój Europy w sytuacji, gdy biali jeszcze nie zostali pokonani. Doszli do Warszawy, a później zawrócili. Piłsudski, pomimo że miał wolną drogę na Moskwę, zatrzymał się tam, gdzie miał się zatrzymać, by stworzyć pretekst do włączenia tych ziem do nowo tworzonego państwa, no bo przecież na tych ziemiach stworzono nowych „Polaków”. I co? Teraz cała wielowiekowa robota miła pójść na nic. Tak być nie mogło. Po II wojnie światowej sytuacja trochę skomplikowała się i mogło tak się stać, że całe to towarzystwo pozostałoby za Bugiem. Ale od czego były przesiedlenia. Niemców wygnano za Odrę, a na ich miejsce sprowadzono „Polaków”. Minęło parędziesiąt lat i może niektórzy z tych „Polaków” poczuli się Polakami. Trzeba było zatem zwiększyć stężenie procentowe wschodnich Słowian w Rzeczypospolitej III Iluś Tam Narodów. I tak ileś tam milionów Ukraińców przesiedlono do III RP.

Ileż zatem wysiłku kosztowało zarówno „patriotów” jak i „zdrajców”, by doprowadzić do rozbiorów. Dwie trzecie Sejmu było stronnikami Rosji, ale jakoś nie zdążyli na obrady, bo gdyby zdążyli, to musieliby zagłosować przeciw przyjęciu Konstytucji 3 maja, a to oznaczałoby, że nie byłoby Targowicy, a więc i pretekstu do II rozbioru, no i okazałoby się, że „cały misterny plan w pi..”. A na to nie można było pozwolić. Marszałek Sejmu Stanisław Małachowski zarządził obrady pomimo braku quorum i tym samym skazał Rzeczpospolitą na II rozbiór. Ale jest uznawany za wielkiego patriotę.

I po co to wszystko było? Pomiędzy Niemcami a Rosją stworzono strefę permanentnego chaosu, konfliktogenną. To stwarza możliwość wywoływania tu konfliktów niemal na zawołanie. Tylko Słowianie wschodni, których nie trzyma się na smyczy, tak jak w Rosji, dają taką gwarancję. I mamy tego dowód na Ukrainie, ale też i w Polsce, gdzie rząd oddał wszystko Ukrainie i rozbroił się całkowicie na jej rzecz, prawdopodobnie na polecenie Stanów Zjednoczonych. Czyż nie przypomina to sytuacji Rzeczypospolitej za czasów rosyjskiego protektoratu, gdy została ona całkowicie rozbrojona za sprawą Rosji?