W związku z misją Artemis II powrócił temat pobytu ludzi na Księżycu. Jest tylu wątpiących, co wierzących, że człowiek stanął na Srebrnym Globie. Wydaje się, że z technicznego punktu widzenia jest to możliwe. Problem jednak polega na tym, że nie wiadomo czy człowiek jest w stanie przeżyć taki wypad poza Ziemię i jak długo jest w stanie wytrzymać w tak odmiennych od ziemskich warunkach. Z powodu braku szczegółowych informacji na ten temat trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Pozostaje mi więc metoda, którą posługuję się na tym blogu, czyli logiczne wnioskowanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że i ono może być niedoskonałe.
To, że historię przedstawia się w sposób zakłamany, to w to wierzy chyba więcej osób, niż w to, że ludzie nie wylądowali na Księżycu. Innymi słowy, ludzie łatwiej dopuszczają do siebie myśl, że historia może być zakłamana, ale nie – teraźniejszość, bo przecież oni są jej świadkami. Trudno to dociera do ludzi, choć mamy tego namacalny dowód w postaci wojny na Ukrainie. Wmawia się nam, że trzeba pomagać „uchodźcom” z Ukrainy, bo tam wojna. Tak, tam wojna, ale ona ma miejsce na 1/5 obszaru tego państwa i to na jego dalekim wschodzie. Reszta państwa jest od niej wolna i to właśnie z tej wolnej części przybywa do „Polski” najwięcej „uchodźców”.
Straszy się nas Rosją, że jak pokona Ukrainę, to ruszy na Polskę i tu najczęściej podpiera się napaścią z 1920 roku. Tylko jakoś nikt z tych straszących nie chce zauważyć, że gdy bolszewicy ruszyli na zachód, to w Rosji nadal trwała wojna domowa i biali jeszcze nie skapitulowali, a zdobycze czerwonych to stosunkowo niewielki obszar wokół Moskwy i Piotrogrodu. I w takiej sytuacji ruszyli na zachód, a biali nie wykorzystali tego; czy dlatego, że byli tacy głupi, czy może dlatego, że mieli taki rozkaz? Bolszewicy podeszli pod Warszawę i tu zdarzył się cud. Nie pierwszy to cud, wcześniej mieliśmy do czynienia z cudem domu brandenburskiego i to nie z jednym, ale z dwoma. W tych cudach chodziło o to, że w pierwszy Rosjanie podeszli pod Berlin i… wycofali się, w drugim – wycofali wojska z frontu. Podobnie było pod Warszawą. Poniższy cytat pochodzi z blogu Niemcy zjednoczone.
Cud domu brandenburskiego
Cud domu brandenburskiego (niem. Mirakel des Hauses Brandenburg) – wydarzenie podczas wojny siedmioletniej, które uniemożliwiło koalicji antypruskiej ostateczne pokonanie Królestwa Prus.
Do pierwszego cudu domu brandenburskiego doszło po przegranej przez Prusy bitwie pod Kunowicami 12 sierpnia 1759 roku, kiedy rosyjski generał-feldmarszałek Piotr Sałtykow nie zdecydował się na marsz na Berlin, ani na dalsze efektywne współdziałanie z Austriakami. Tym samym koalicja antypruska nie wykorzystała wielkiego zwycięstwa, co umożliwiło odtworzenie armii i kontynuowanie wojny przez Prusy. Określenie „cud” ukuł sam Fryderyk II Wielki.
Głośniejszy i bardziej znany w historii stał się jednak kolejny „cud” z 5 stycznia 1762 roku: po śmierci carycy Elżbiety Romanowej jej następca, Piotr III Romanow, który w przeciwieństwie do poprzedniczki był germanofilem i zwolennikiem Fryderyka II, wycofał swoje wojska z linii frontu i przekazał część armii Fryderykowi. Za przykładem Piotra III poszła Szwecja, zawierając z Prusami pokój. Król wzmocniony na duchu przeprowadzał ofensywy na Śląsku i w Saksonii, zmuszając wojska austriackie do odwrotu. Spowodowało to nieoczekiwany zwrot w wojnie siedmioletniej.
Skoro zakłamuje się nam historię i teraźniejszość, to czy nie może być tak w przypadku lądowania człowieka na Księżycu? Być może tak właśnie jest. Skąd taki pęd do podkreślania, że człowiek może podbić Kosmos, że jest wszechpotężny? Czy nie jest to wbrew twierdzeniom średniowiecznych scholastyków? Scholastyka to główny kierunek filozofii chrześcijańskiej, charakteryzujący się dążeniem do rozumowego udowodnienia dogmatów religijnych, abstrakcyjnymi analizami i spekulatywnym dociekaniem bez odwoływania się do doświadczenia. – Tak to definiuje Słownik wyrazów obcych PWN 2002. Ci scholastycy twierdzili (dogmaty), że Ziemia jest wyjątkowa we wszechświecie i człowiek – też. Później przyszedł renesans, który wyniósł na ołtarze doświadczenie, alchemię, astrologię, wróżbitów wróżących z układu gwiazd itp. I to był „postęp” i to trwa do dziś. Człowiek w kosmosie ma być dowodem na jego potęgę, czymś potężniejszym od Boga, ma opanować Kosmos i w sposób pośredni zanegować wszechpotęgę Boga. – Tak to sobie tłumaczę, ten pęd w przestworza. To jest moje subiektywne odczucie. Osobiście wolę jednak sprawy ziemskie, bo tu leży klucz do wszystkiego.
x
Przeczytałem ostatnio dwie książki Marii Kuncewiczowej (1895-1989) Listy do Jerzego Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1997 i Fantomy Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989. Wybrałem z nich pewne fragmenty, które wydały mi się warte zacytowania. Jerzy to jej mąż, który zmarł w 1984 roku. W Listach do Jerzego pisze:
Ani Renia, dekoratorka życia, ani my, właściciele chatki w kazimierskim sadzie, nie wiedzieliśmy o pałacu w Łańcucie. Słuchy o nim doszły mnie dopiero z książki „Poland, a novel” Jamesa A. Michenera. Polska jako bohaterka powieści? W dodatku nie ascetyczna święta Kinga ani andegaweńska żona litewskiego Jagiełły, ani bohaterska Emilia Plater, ani uczona Maria Skłodowska. Polska Michenera to po prostu pionek zwany Królową na szachownicy dziejów. Jej „fakty i gesty” tak zostały ułożone, żeby cena książki nie przekroczyła ciekawości amerykańskiego czytelnika, dzięki czemu w roku Twojej śmierci romans o Polsce utrzymał się, Jerzy, trzydzieści osiem tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Ani Ty, ani ja nie marzyliśmy nigdy o takim sukcesie, chociaż heroinę znaliśmy osobiście.
Michener, owszem, zatroszczył się o ciągłość dziejów. Powieść zaczyna się i kończy w tym samym miejscu Polski. Wprawdzie nie w Łańcucie (raczej w gmachu o zmyślonej nazwie, wyglądającym na Baranów sandomierski), gdzie asystujemy przy wiecznym przetargu poddanych z władzą. Dzisiejszych kmiotków pańszczyźnianych z dzisiejszą szlachtą, czyli partią przez duże P. Fabuła obejmuje całość historii Polski, a jej reprezentacyjną sceną stale pozostaje ten sam pałac, jako symbol chronicznego starcia: sprawa przegrywa dziś, jak przegrywała zawsze, spór ubogich z bogaczami o ziemię. Przy czym aktualny rzecznik interesów chłopskich nosi to samo nazwisko co jego praojciec w tejże wsi przed wiekami.
Skąd Łańcut? Otóż J. A. Michener zadbał także o swój własny pobyt w jakimś historycznym polskim pałacu. W przedmowie dziękuje komu należy za dwukrotne „piękne wakacje” w Łańcucie. Zafascynowany jedną z dawnych dziedziczek, księżną Lubomirską, przyjaciółką Goethego, Franklina i Jeffersona, czy był on świadom, że znalazł się w punkcie, gdzie na szachownicy dziejów królowa, tym razem uosobiona przez Potocką z Radziwiłłów, matkę ostatniego łańcuckiego ordynata, poruszyła się w roku 1939 w stronę teutońskiej wieży? Czy Amerykanin wiedział, że ta pani spędziła dzieciństwo w Berlinie w rezydencji swoich rodziców i że właśnie tam Hitler umieścił później swoją kancelarię? Czy Michener wiedział, że kiedy hitlerowcy zbliżali się od Rzeszowa do Łańcuta, hrabina wyszła naprzeciw z chlebem i solą, a dla rannych kazała ściąć orchidee ze swojej cieplarni? Może wiedział, może nie. Historia ma znacznie więcej ciemnych zaułków niż fikcja literacka. Co znał na pewno, to fakt, że królowa jego romansu była amazonką w wielkim stylu. Dzięki niesamowitemu świstowi skrzydeł swojej husarii zwyciężyła w roku 1683 Turków pod Wiedniem. W roku 1920 po zajęciu Kijowa przez marszałka Piłsudskiego (Ty tam byłeś, Jerzy, jako szwoleżer I pułku), kiedy marszałek Tuchaczewski postanowił zniszczyć Warszawę jako przedpole Europy Zachodniej, przy czym marszałek Budionny na czele swojej kawalerii, startując z Zamościa, miał ująć w kleszcze amię polską, żeby otworzyć Rosji drogę na Berlin – królowa zaszachowała ten plan. Siła zarówno pańskich arabów, jak chłopskich mierzynków przepędziła rosyjskie konie w stepy ukraińskie. „Ocaliła Berlin, Stuttgart, Paryż, a może Londyn. Nad Wisłą stał się cud: jeden polski marszałek zwyciężył dwóch rosyjskich marszałków.”
—
Jako najbliższe krewne we wspólnocie kulturalnej figurują w Łańcucie Francja, Austria i Anglia, trochę Włochów, trochę Holendrów i Niemców… Dwóch Smuglewiczów, Matejko… Coraz to inne potrzeby i labirynty, inni architekci i malarze. Portrety. Jaśnie wielmożne przemienione na pasterki o sarnich oczach, matki obwieszone klejnotami jak nieprzystępne ikony, dzieci łóż nieprawych, ojcowie ojczyzn prywatnych, kilku bohaterów, filozofów, filantropów, jeden „Diabeł Łańcucki – Stadnicki, oprawca ludzi i niszczyciel dóbr, kryminalista na miarę dzisiejszych dyktatorów. Esteci, politycy, bastardzi historii – Rodzina Człowiecza zastygła w swoich fałszach, wystawiona na bezmyślny wzrok turysty.
W Fantomach pisze:
Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fräulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fräulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów (Płock przed I wojną św. – przyp. W.L.), Mlle Belletout – do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilenthala, drugi do pana Rosenberga. Fräulein Goertz poinformowała mnie, że Lilenthal znaczy „dolina lilii”, a Rosenberg – „góra różana”, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkm nauczyła mnie słów „bon marché” (tanio – przyp. W.L.), „ruban” (wstążka), „kopeck” (kopiejka), youpin (żydek, żydowski, Żyd).
—
Idę na rue Galilée, mijając dawny Hȏtel des Champs Elysées, dziś bank, dawniej biura delegacji polskiej do rokowań o traktat wersalski – zabytek mojej drugiej z kolei bytności w Paryżu.
Rok 1918. Oleś (brat Kuncewiczowej – przyp. W.L.) był ekspertem ekonomicznym ze strony MSZ. Ja byłam studentką Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczką w biurze prasowym tegoż ministerstwa. (…) A przy stole: granice i traktaty, Brześć i Wersal, Lenin, mocarstwa centralne i alianci, Dmowski i Piłsudski, hrabia Sforza i pani Jeleńska.
Où sont les neiges d’antan? (Gdzie są te niegdysiejsze śniegi? – przyp. W.L.). Pewnie gdzieś leżą i czekają na odwilż.
Leżą, a Paryż kwitnie, jak kwitły moje suknie, kiedy tu przyjechałam mężatką. Wituś (syn Kuncewiczowej – przyp. W.L.) miał dwa lata i został przy Olesiowej rodzinie. Działacz na urlopie nie zaprzestał działania. Wyprostowany, sprężystym drobnym krokiem biegał z prawego brzegu Sekwany na lewy1, jeżeli nie bezpośrednio za sprawą polską, to przynajmniej w jej sferze. Do tej sfery należał inżynier dróg i mostów, Adrien Godin, prawnuk faceta, który w 1863 z grupą studentów wybrał się z Paryża piechotą przez Niemcy „pomagać Polsce”. Nie pomógł, ale potomkom zalecił pomaganie „młodszej siostrze” Francji. Działacz nie byłby Działaczem, gdyby z kolei nie pomógł Adrienowi w 1921 roku w uzyskaniu autoryzacji polskich władz na wykonanie planów portu w Gdyni, co też Adrien uczynił za cenę dziękczynnego listu warszawskiego ministra.
—
U nas drewno i słoma, tam kamień, cegła i dachówka; u nas kulawy „pałac” z bagnistym gumnem z tyłu i zachwaszczonym „gazonem” z frontu, tam zamek i park, a przynajmniej dom stary otoczony czystością; u nas chałupy w skos, w przód i plecami do drogi – tam plan jednolity, niewzruszony od Karola Wielkiego.
—
Forest Hill, czyli Leśnie Wzgórze, czyli przedmieście Londynu na południowy zachód od Tamizy. Na początku stulecia odpłynęła stamtąd zamożność, szanowność, wypłacalność – słodkie wody wiktoriańskiego dosytu. Wille bankierów i garsoniery przemysłowców dostały się elementom podejrzanym. Po drugiej wojnie światowej Londyn, koszmarnie rozległy i mało romantyczny, niecały leżał w gruzach i kto chciał, mógł sobie za tanie pieniądze nabyć uszkodzoną przez podmuch ruderę. Ten ktoś wcale nie musiał być Brytyjczykiem, wystarczała „chęć szczera” zamieszkania w pękniętych ścianach, a już rząd troszczył się o rekonstrukcję.
x
Nie spodziewałem się, że znajdę w tych książkach takie ciekawe fragmenty. Kupiłem je w Kazimierzu Dolnym w 1997 roku i przeleżały tak prawie 30 lat. Warto więc czasem wracać do starych książek, bo często można z nich dowiedzieć się więcej, niż z tego wszechogarniającego obecnie szumu internetowego.
- Sur la rive gauche on pense et sur la rive droite on dépense. – Na lewym brzegu myśli się, a na prawym brzegu wydaje. Gra słów w języku francuskim: on pense – myśli się, on dépense – wydaje się, w domyśle – pieniądze. Wszystkie uczelnie, instytuty znajdują się na lewym brzegu Sekwany, podczas gdy domy towarowe, teatry itp. znajdują się na prawym brzegu. ↩︎