Jak zapewne wszyscy wiedzą pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolita została podzielona pomiędzy trzech zaborców. Co innego, gdy jedno państwo zostaje wchłonięte przez inne, a co innego, gdy zostaje podzielone pomiędzy trzy państwa. Czechy cały czas były częścią monarchii habsburskiej. Dziś to państwo jest daleko bardziej poważane na arenie międzynarodowej, niż państwo polskie, które jest raczej parodią państwa. No bo jeżeli Komendant Główny Policji bawi się granatnikiem w pomieszczeniu zamkniętym, to znaczy, że ma on mentalność kilkuletniego dziecka, a takiego kilkuletniego dziecka nie można przecież ukarać. I ten osobnik, o mentalności kilkuletniego dziecka, nadal pozostaje tym komendantem. To właśnie kraj Zulu-Gula.
Z trzech różnych części, które przez 123 lata należały do różnych państw, różnych pod względem rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, nie da się stworzyć niczego normalnego. A ja, jako kabalista, czyli ktoś, kto przypisuje magiczną moc pewnym liczbom, zastanawiam się, czy liczba 123 jest w tym wypadku przypadkowa.
Parę tygodni temu zrobiło się głośno wokół wypowiedzi zmarłego aktora Jerzego Stuhra, który deklarował się jako obywatel Mitteleuropy. Znane są też jego i jego syna negatywne opinie na temat Polski i Polaków. Skąd to się wzięło? Do poszczególnych części byłej Rzeczypospolitej napływały rzesze obywateli państw zaborczych. To oni zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska w administracji i innych instytucjach oraz organizacjach państw zaborczych. Żyli tu jak pączki w maśle. To zapewne dotyczyło również przodków Jerzego Stuhra, którzy przybyli do Krakowa z Austrii lub Niemiec. Jednak z nastaniem II RP dla tych ludzi ta sielanka skończyła się, bo pojawili się ci, którzy tę nową Polskę „wywalczyli” i to teraz oni chcieli żyć jak pączki w maśle. Bardzo możliwie, że przodkowie Stuhra zostali odsunięci od synekur i stąd jego, a pewnie i wielu innych, narzekanie czy wręcz szkalowanie Polski i Polaków. Kłótnie zaczęły się już, zanim powstała II RP.
Z inicjatywy stronnictw galicyjskich, które utworzyły w 1914 roku Naczelny Komitet Narodowy (NKN), powstały w armii austriackiej Legiony Polskie. I Brygadą Legionów dowodził Piłsudski, II – m.in. Haller, III – m.in. Roja. Zawiązkiem Legionów Polskich była organizacja „Strzelec”, utworzona we Lwowie i Krakowie, m.in. przez Piłsudskiego. Z inicjatywy Komitetu Narodowego Polskiego (KNP) powstał w armii rosyjskiej w końcu 1914 roku Legion puławski, wcielony w 1915 roku do Brygady (później dywizji) Strzelców Polskich, od sierpnia 1917 roku w składzie I Korpusu Polskiego.
A więc zarysował się tu podział: jedni z Rosją, drudzy – z państwami centralnymi. Jednak wśród tych drugich też doszło do rozłamu. O tym pisała w swoim Dzienniku Maria Dąbrowska – Dzienniki 1914-1965, Polska Akademia Nauk, Wydział I Nauk Społecznych, Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009. Jest to wersja bez opracowania edytorskiego wydana w nakładzie 300 egzemplarzy. Jest to pełna, nieocenzurowana wersja tych Dzienników. Poniżej fragment z 1916 roku, ale jak można domyślić się, w późniejszym okresie uzupełniała ten wpis.
x
Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome sobie postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli już istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałosne porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.
Rozbrat pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana (mąż Dąbrowskiej, piłsudczyk – przyp. W.L.) osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.
Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N-owi – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.
Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.
N.K.N-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście postulatu zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austriacko-pruskich.
Tak to wyglądało w mniej więcej czystej postaci, bo co tam pod spodem, to jak zwykle w polityce – różne rzeczy się działy.
Bardzo zabawne, że obok N.K.N-istów i Pierwszobrygadowców istniała jeszcze i garść polityków, która lekceważąc Austrię, realne widoki samodzielnego bytowania widziała dla Polski tylko w ścisłym na przyszłość sojuszu, a na obecną chwilę we współpracy z Niemcami. Przywodził tej garstce już wtedy na tym punkcie wręcz obłąkany Władysław Studnicki. Ze strony niemieckiej występował jako pośrednik m.in. późniejszy za okupacji kurator Uniwersytetu Warszawskiego, zniemczony Polak, hr. Hutten-Czapski. Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji, będziemy mieli niewesoły obraz prawie zupełnego braku samoistnej polityki polskiej, która by w oparciu przede wszystkim o własny naród chciała przyszłość budować. W tym układzie rzeczy jedynym istotnym przedstawicielem samodzielnej polityki polskiej, tworzonej w najtrudniejszych warunkach, była tylko garść ówczesnych Piłsudczyków. Jak się z tego zadania wywiązali, to inna rzecz, ale że je podjęli, to trzeba raz na zawsze podkreślić i zapamiętać, gdyż późniejsze błędy i grzechy przez tzw. „ludzi Piłsudskiego” popełniane, tak dalece zasłoniły tę ich pierwotną niewątpliwą zasługę, że gotowiśmy jej już nigdy – jak wielu innych prawd historii – spod gruzów nie wygrzebać.
Jeśli w Warszawie wszystko, co nie było moskalofilskie lub obałamucone przez odezwę Wielkiego Księcia, stanęło raczej po stronie Piłsudskiego niż N.K.N-u, tym bardziej można to powiedzieć o Lublinie. Lublin był poza Kielcami jedynym miastem, do którego po wycofaniu się Moskali wkroczyli nie Niemcy ani Austriacy, lecz właśnie Pierwsza Brygada. Widok polskich ułanów, zawsze podniecający naszą ulicę, wywołał podniesienie się temperatury uczuć patriotycznych, którym dosyć skutecznie starano się nie dać ostygnąć. Nadto znaczna i ruchliwa duchowo część inteligencji lubelskiej była przeważnie już od wielu lat w łączności z wielu obecnie uzbrojonymi współpracownikami Piłsudskiego, znając ich bądź z PPS bądź z chłopskiego ruchu Zaraniarskiego ze Związku Walki Czynnej itp. Nic też dziwnego, że usposobienie Lublina kazało się gorąco patriotyczne i na ogół gorąco „pierwszobrygadowe”. Przy czym słowa „Pierwsza Brygada” oznaczały zawsze myśl o Polsce nie tylko niepodległej, ale demokratycznej, ludowej. Tak jak Piotrków stał się chcąc nie chcąc ośrodkiem promieniowania Departamentu Wojsk. N.K.N., tak Lublin stał się na jakiś czas stolicą „roboty Piłsudskiego”, a wpływy N.K.N. pozostały tam zawsze dosyć znikome. Piłsudski odkomenderował wtedy do pracy politycznej sporą ilość swoich wojskowych, oczywiście prawie wyłącznie tych, którzy bądź z tradycji swojego życia, bądź z wykształcenia czy upodobania byli politykami lub społecznikami, a na front poszli tylko, by spłacić tzw. „daninę krwi”, czy tam wykazać gotowość oddania życia w ofierze, wreszcie, jakby powiedzieć – dla fasonu. Podkreślam ten fakt, ponieważ w uważaniu późniejszych „sanacyjnych” rządów Piłsudskiego za wojskowe było sporo nieporozumienia. Tzw. „rządy pułkowników” nie były w gruncie rzeczy rządami wojskowych, gdyż ci pułkownicy przeważnie ani wykształcenia wojskowego, ani typowej kariery wojskowej za sobą nie mieli. Były to rządy uwojskowionych wskutek okoliczności i ogólnej mody polityków, może złych i niemądrych, może nawet w końcu niemoralnych, ale polityków nieraz niemal od dziecka – przy tym ludzi, którzy byli cywilami śród wojskowych, a wojskowymi, szerzącymi „obyczaje kordegardy” – śród cywilów, i właściwie w końcu sami dobrze nie wiedzieli po jakim świecie chodzą.
x
Jest takie powiedzenie: robić dobrą minę do zlej gry. Chyba w żadnej innej dziedzinie nie ma ono takiego zastosowania, jak w polityce. Generalnie ludziom, którzy zaangażowani są w politykę, chodzi o zdobycie władzy i związanych z nią przywilejów. Żeby jednak nie było tak przyziemnie, to trzeba uzbroić się w jakąś ideologię czy koncepcję polityczną. Gdy rozpoczęła się I wojna światowa, to było wiadomo, że wybuchła po to, by po niej nastąpiły zmiany, czyli żeby powstały nowe państwa. Tak więc ci, którzy służyli zaborcom, zapewne w dużym stopniu spolszczeni Austriacy i Rosjanie z Królestwa Polskiego, mieli swoje koncepcje nowego państwa. Wraz ze zniknięciem zaborców znikały też synekury, które ci zaborcy stworzyli. Rozpoczęła się więc walka o to, kto będzie rządził w nowym państwie i komu przypadną w udziale nowe konfitury. Jak ktoś się przyzwyczaił do wygodnego życia, to trudno mu się pogodzić ze zmianami i odstawieniem na boczny tor.
„Austriacy” wymyślili więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie federacja nowego państwa z Austrią, bo tylko wtedy oni zachowają swoje synekury i jeszcze dojdą te z obszaru pozostałych zaborów. Podobnie myśleli „Rosjanie”. Natomiast towarzysze z PPS-u, czyli Piłsudski i jemu podobne szemrane towarzystwo, nie mieli nic do stracenia. Oni mogli tylko zyskać, ale pod warunkiem, że powstanie niepodległe państwo polskie, bo tylko wtedy te towarzystwa wzajemnej adoracji z zaboru austriackiego i Królestwa, czyli zaboru rosyjskiego, mogłyby zostać wyeliminowane pod pretekstem tego, że to tylko oni, czyli piłsudczycy, podjęli walkę o niepodległą Polskę. I tak się stało. II RP to było prywatne poletko piłsudczyków. We wrześniu 1939 roku pokazali oni, ile był wart ich patriotyzm: wykonali zlecone zadanie, Stalin zapewnił im alibi i mieli pretekst, by spierd….. za granicę.
Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji…
No właśnie! Został jeszcze ten lud polski, który dobrze pamiętał czasy pańszczyźniane, czyli niewolnictwa i pamiętał, że to car dał im wolność – to w tym wypadku trudno się dziwić takiej postawie. Chłopi instynktownie czuli, że ta niepodległa Polska, która miała być Polską ludową, nie będzie ich Polską i szybko, za sprawą Piłsudskiego, stała się Polską pańską, ziemiańską.
Mamy zatem w Polsce nadal do czynienia z zaszłościami z okresu zaborów, przypadek Stuhra, i okresu walki o to, kto w tej nowej Polsce, czyli II RP, wygra. Najwyraźniej pamięć potomków zaborców nadal jest żywa, a oni raczej okupują wyższe szczeble drabiny społecznej w obecnej Polsce, stąd często ich protekcjonalny stosunek do reszty społeczeństwa. Mamy też ludzi z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak choćby Miłosz, który nienawidził Polski i Polaków, nie bardzo wiadomo z jakiego powodu. Podobnym przypadkiem jest Olga Tokarczuk, ukraińska Żydówka. Mamy również masę ludzi z byłego WKL, która wywodzi się z niewykształconych pod względem językowym i narodowościowym społeczności. Oni oficjalnie często deklarują się jako Polacy, równie często – jako mniejszości narodowe, ale i jedni i drudzy, gdzieś tam w podświadomości pamiętają o swoich korzeniach i mają kompleksy na punkcie Polaków (tylko, których Polaków?) i to też objawia się jakąś fobią podobną do tej u Miłosza, Tokarczuk i innych. Wygląda na to, że Polska to taki wielki szpital dla psychicznie chorych, w którym psychiatrami są Żydzi, dokonujący eksperymentów na swoich pacjentach. Większość w tym kraju udaje kogoś, kim nie jest i ma tego świadomość, nawet jeśli jest to tylko świadomość podprogowa.
Jakby tego było mało, to „Melodia Pierwszej Brygady wykazuje jednak najwięcej podobieństw z warstwą melodyczną marsza Tęsknota za ojczyzną (Тоска по родине) autorstwa Rosjanina Jakuba Josifowicza Bogorada (1879–1941). Marsz został skomponowany w 1904 r. i zdobył ogromną popularność w czasie wojny rosyjsko-japońskiej (1904–1905)”. Więcej tu.
Twórcy oficjalnego hymnu piłsudczyków zapożyczyli melodię od Rosjan, których oficjalnie nienawidzili i z którymi walczyli. Czy zrobili to z rozmysłem? A może raczej współpracowali z nimi? Przebieg wojny 1920 roku jakby to potwierdzał.