Stare gazety

Kiedyś, bardzo dawno temu, gdy jeszcze czytałem „Najwyższy Czas”, zamieszczał w nim swoje artykuły, jeśli dobrze pamiętam nazwisko, Marek Koprowski. Mieszkał w azjatyckiej części Rosji i to jej poświęcał swoją uwagę. W jednym z nich napisał o tym, jak tamtejsze władze patrzyły z nieufnością na kogoś, kto, tak jak on, chodził do biblioteki i przeglądał stare gazety. Czego on tam szukał? Zapewne nie musiał niczego szukać. Wystarczy, że czytał i porównywał to, co pisano wtedy, z tym co się pisze obecnie. I to wystarczy. Ale dla władzy to bardzo niewygodna praktyka, bo demaskuje ją. Po latach widać, jak niewiele miały wspólnego z rzeczywistością miraże roztaczane przez polityków, pragnących jedynie pozyskać głosy wyborców. Czas jest brutalnym weryfikatorem, a może raczej demaskatorem prawdziwych intencji wielkich tego świata. Jak to mówią Rosjanie: Pażywiom, uwidim. No więc dożyliśmy i zobaczyliśmy, po co przyjęto kraje Europy wschodniej do unii.

Ja zachowałem sobie jeden taki stary dodatek „+Plus-Minus” do weekendowego wydania „Rzeczpospolitej” z dnia 14-15 grudnia 2002 roku. Na pierwszej stronie u góry napis: „Po dramatycznych negocjacjach Unia przyjęła wszystkie żądania Polski”. A poniżej, wielkimi literami: „Dzień dobry, Europo”. Pod nim duże zdjęcie, na którym na pierwszym planie uśmiechnięty premier Leszek Miller z uniesioną na wysokość ramienia prawą dłonią. W tle, na drugim planie, Włodzimierz Cimoszewicz w rozpiętej marynarce. Widać więc krawat, którego koniec wyraźnie sięga poniżej paska spodni. Nie wiedział partyjny aparatczyk, że elegancko zawiązany krawat sięga końcem do paska spodni, nie wyżej i nie niżej. Ale skąd on mógł wiedzieć? Przecież on dopiero wchodził do Europy.

We wstępie do swojego artykułu również zamieszczonego na pierwszej stronie, Jędrzej Bielecki pisze:

„Jesteśmy już niemal w Unii Europejskiej. – Wszystkie nasze postulaty zostały przyjęte – oznajmił premier Leszek Miller po kilkunastogodzinnych negocjacjach na szczycie UE w Kopenhadze.”

Polska delegacja w Kopenhadze to: Danuta Hübner, Marek Pol, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Grzegorz Kołodko i Jarosław Kalinowski.

W dolnej części pierwszej strony zamieszczony jest również komentarz redakcji, zatytułowany „Unia zaprasza, Polska decyduje”. Poniżej jego treść:

Decyzja zapadła. To już nie deklaracje, to czyn. Europa nas chce. Unia Europejska pragnie nas widzieć w swoim gronie. Swoją wolę poparła w Kopenhadze rozsądnymi ustępstwami, także finansowymi. O tym, czy to zaproszenie przyjmiemy, czy chcemy należeć do Unii, zadecyduje polskie referendum. Dla nas, Polaków decyzja nie powinna być trudna. Dla jej podjęcia nie trzeba nawet odwoływać się do skądinąd słusznych haseł i emocjonalnych deklaracji o chwili dziejowej i historycznym wymiarze ani do wspomnień o czasach komunizmu.

Wystarczy na zimno uświadomić sobie, w którym miejscu jesteśmy teraz. A znajdujemy się, niestety, wciąż w przeszłości. Z winy historii, ale nie bez własnych zaniedbań. W wielu dziedzinach, szczególnie w gospodarce i poziomie życia ludzi, krok, raczej kilka kroków za Europą. Jest to dystans, który być może zdołalibyśmy odrobić sami, ale z pewnością ani za życia tego, ani kilku następnych pokoleń. Świat zmienia się zbyt szybko, Europa nie będzie na nas czekać, samotny wysiłek musiałby się okazać za wielki. A na dodatek trzeba byłoby go dokonywać zgodnie z regułami gry, które inni ustalili dla siebie i dla nas, ale bez naszego udziału.

Wchodząc do Unii Europejskiej, możemy dokonać wielkiego kroku – przejść z przeszłości do współczesności czyli do Unii. Do jedynego miejsca, z którego prowadzi droga w przyszłość. Poza Unią jest oczekiwanie na cud. Ale my nie cudu potrzebujemy, ale europejskiej normalności. – Zespół „Rzeczpospolitej”.

„Rzeczpospolita” zamieściła też wypowiedzi byłych premierów III RP. Poniżej ich fragmenty.

Tadeusz Mazowiecki: Wejście do Unii Europejskiej jest ostatecznym zamknięciem podziału Europy, podziału jałtańskiego. Polsce daje to szanse na wyrównanie poziomu cywilizacyjnego z Europą Zachodnią. Ten podział trwa dłużej niż od czasu wprowadzenia w Polsce komunizmu.

Jam Krzysztof Bielecki: Musimy też nauczyć się wydobywać obiecane nam pieniądze. Składkę Unia ściągnie z nas bezlitośnie, a my musimy umieć odzyskać te pieniądze i jeszcze więcej – 10 miliardów euro w trzy lata. To gigantyczna praca.

Hanna Suchocka: Nie ma dla nas innego miejsca na kontynencie, jak w UE. Europa się organizowała, jednoczyła, gdy my byliśmy odgrodzeni od niej murem. Jeśli chcemy powrócić do naszych korzeni, odzyskać kontakt z Europą, to nie mamy innej drogi.

Józef Oleksy: Sfinalizował się proces niesłychanej doniosłości, na miarę naszej historii, dopełniający polską transformację po dziejowym przełomie 1989 roku. Jeśli dalej wszystko potoczy się pomyślnie, będziemy mogli mówić o nowym etapie w życiu, w rozwoju Polski.

Jerzy Buzek: Zakończenie kilkuletnich negocjacji to ciężka praca kolejnych rządów, parlamentów i samych obywateli. To moment wielkiego triumfu. Kilkanaście lat temu nie wyobrażaliśmy sobie, że coś podobnego może nas spotkać.

Zamieściłem tylko fragmenty ich wypowiedzi, bo to takie zwyczajne pustosłowie. Jedynie wypowiedź Jana Olszewskiego zasługuje na to, by ją w pełni przytoczyć:

„To, że UE doda trochę pieniędzy, było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaliśmy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Kiedyś Aleksander Dumas napisał powieść Trzej muszkieterowie, a rok później dopisał dalszy jej ciąg, czyli Dwadzieścia lat później. I w przypadku tego „wielkiego wydarzenia” mija właśnie 20 lat. Podstawowe pytanie jakie wypada sobie zadać, to: Jaki był cel łączenia rozwiniętej gospodarczo Europy zachodniej i nierozwiniętej Europy wschodniej? Jeśli różnice w rozwoju tych dwóch części Europy sięgały zamierzchłych czasów, to znaczy, że ten podział był bardzo głęboki. Można wręcz powiedzieć, że sięga on podziału Imperium Rzymskiego na część wschodnią i zachodnią. Jednak, nie cofając się aż tak daleko w przeszłość, wypada zadać sobie proste pytanie: Jaki interes miałyby mieć państwa Europy zachodniej w dofinansowaniu rozwoju państw Europy wschodniej? No bo jak inaczej miało by odbyć się wydźwignięcie zacofanych gospodarczo państw i wyrównanie poziomu? Jednak takie dofinansowanie oznaczało by poprawę szeroko pojętej infrastruktury tych państw: budowę nowoczesnych dróg, kolei, modernizację telekomunikacji itp. Nie oznaczało by to, że te państwa staną się producentami wszelkiego rodzaju dóbr i usług, które zapewniły państwom Europy zachodniej rozwój, bogactwo i przewagę nad Europą wschodnią i nie tylko nad nią. A skoro tak, to podział na dwie Europy pozostanie, utrwali się i pogłębi się.

Nic nie wyszło z wyrównywania poziomów rozwoju gospodarczego, co, po dwudziestu latach od tamtego czasu, jest dziś faktem. A co w takim razie z drugim filarem, czyli bezpieczeństwem, które miało zapewnić Polsce wejście do NATO? W tym wypadku jest jeszcze gorzej, bo NATO wciąga Polskę w wojnę na Ukrainie, a więc mowy o żadnym bezpieczeństwie być nie może. No więc nasze „Dwadzieścia lat później”, to wojna na Ukrainie i coraz częstsze głosy o potrzebie wyjścia z unii. Mają więc rację Rosjanie, czy może raczej władze rosyjskie, że czytanie starych gazet nie jest wskazane, wprost przeciwnie. Ci, którzy kiedyś palili książki, dobrze wiedzieli, co robili. W końcu uporano się z tym problemem, bo internet eliminuje tego typu zagrożenia, że jakieś niepoprawne myśli czy idee trafią przypadkiem do ludzi, do których trafić nie powinny.

Po co więc była ta cała hucpa z rozszerzeniem unii na wschodnią Europę? Pożyliśmy, dożyliśmy i zobaczyliśmy. Zobaczyliśmy Majdan w 2014 roku. W cytowanej przeze mnie w poprzednim blogu książce Życie polskie w dawnych wiekach jest wyjaśnienie tego słowa: W niektórych zamkach zajmował dziedziniec obszar bardzo znaczny; z ruin dotąd zachowanych zamku w Ogrodzieńcu domyślać by się można kilkumorgowej przestrzeni wewnętrznego, głównego dziedzińca. Służył taki dziedziniec za majdan, czyli punkt zborny załogi, a przy uroczystych sposobnościach za widownię obchodów, festynów, tzw. tryumfów, zjazdów i igrzysk rycerskich, którym z osobnej loggii przypatrywały się damy.

Głównym zawołaniem tego Majdanu było: My chcemy do Europy! Ale czy ten postulat, to żądanie, czy to było by możliwe, gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, a w szczególności Polska, która sąsiaduje z Ukrainą? – I tu jest pies pogrzebany! Gdyby żaden z krajów Europy wschodniej nie był członkiem unii europejskiej, to takie zawołanie nie miałoby sensu. I tu rodzi się kolejne pytanie: Czy ktoś, kto po rozpadzie prządku jałtańskiego planował włączenie państw Europy wschodniej do NATO i unii europejskiej, czy ten ktoś już wtedy planował wojnę na Ukrainie i traktował to włączenie jako etap przejściowy do tej wojny? Wszak to tylko 10 lat. Polska weszła do unii w 2004 roku, a Majdan zaczął się w 2014 roku.

I dzieje się rzecz dziwna. Polska, będąca członkiem drugiej kategorii, Polska, która, podobnie jak inne kraje, wdrożyła u siebie prawo unijne i uznała jego wyższość nad polskim, ta Polska otwiera granicę z Ukrainą, granicę, która jest granicą zewnętrzną unii, a więc decyzję o jej otwarciu musiała podjąć unia, czyli ktoś, kto nią faktycznie rządzi. To nie polski rząd decydował. On tylko wykonał polecenie swoich nieznanych przełożonych. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to rozpad unii w tym kształcie. To tak jakby ktoś podkopał w jednym miejscu fundament budynku. Co dalej będzie się działo z takim budynkiem, tego chyba już nie muszę tłumaczyć.

Po raz pierwszy weszła Polska do Europy, przyjmując chrześcijaństwo i akceptując zwierzchność władzy cesarza niemieckiego i papieża. Wchodząc w unię z Litwą, wyszła Polska z Europy i jednocześnie zanegowała zwierzchność cesarza niemieckiego i papieża. I teraz znowu Polska, angażując się w wojnę na Ukrainie i tworząc z nią unię, o czym się nie mówi, a co się dzieje – wychodzi z Europy. Czy tak będzie lepiej, jak próbują nam wmawiać internetowi gdakacze? (Nie ma w słowniku języka polskiego słowa „gdakacz”, więc wygląda na to, że je wymyśliłem.). Historia pokazuje, że na mariażach ze wschodem wyszła Polska, a raczej Polacy, jak Zabłocki na mydle.

Rozpad unii?

Wojna to „wspaniały” wynalazek. Nic tak nie zmienia rzeczywistości jak ona, nic tak nie usprawiedliwia wielu zmian, które nie byłyby możliwe, gdyby nie wojna. Świat po wojnie na Ukrainie będzie zupełnie inny, szczególnie w Europie środkowej i wschodniej, która tym różni się od Europy zachodniej, że granice państwowe w niej nigdy nie były stałe, co w praktyce oznaczało, że i państwa nie były trwałe. Powstawały i znikały, wchłaniane przez potężniejsze. Szczególnie dotyczyło to obszaru Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Europa zachodnia ma takie niezmienne granice od setek lat. Może więc nie przypadkiem miejsce konfliktu jest w Europie wschodniej. Może więc nie przypadkiem państwa Europy środkowej i wschodniej zostały przyjęte do unii europejskiej. Ten podział, prędzej czy później, musiał zaowocować rozłamem, a słabsze państwa musiały szukać sobie potężniejszego protektora. Tylko czy to wszystko, czego obecnie doświadczamy, dzieje się spontanicznie, czy może wyreżyserował to jakiś utalentowany reżyser? Oto jest pytanie!

Na portalu Zerohedge ukazał się 23 czerwca artykuł Ukraine War Blows Up EU’s Superpower Delusion – Wojna na Ukrainie dowodzi, że mocarstwowość Unii Europejskiej jest iluzją (https://www.zerohedge.com/geopolitical/ukraine-war-blows-eus-superpower-delusion).

»Przywódcy Francji, Niemiec i Włoch wspólnie odwiedzili Ukrainę, próbując przedstawić jednolity europejski front w sprawie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jednodniowa wizyta była bogata w formie, ale uboga w treść: jedność europejska pozostaje iluzją.

Kiedy rosyjski prezydent Władimir Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę 24 lutego, Unia Europejska odpowiedziała następnego dnia pakietem bezprecedensowych sankcji gospodarczych mających na celu izolację Rosji.

UE, chwalona za okazanie „determinacji, jedności i szybkości” w odpowiedzi na działania Putina, stanęła w obliczu przemian, dzięki którym będzie odgrywać rolę „geostrategicznego aktora” na scenie globalnej. Jeden z obserwatorów stwierdził, że UE stała się „głównym geopolitycznym protagonistą” i że Europa „odkryła, że jest supermocarstwem”.

21 marca, niecały miesiąc po inwazji Rosji na Ukrainę, europejscy urzędnicy ogłosili ambitny plan osiągnięcia przez UE „strategicznej autonomii”, mający na celu zrównanie liczącego 27 państw bloku z Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Jego oczywistym celem było umożliwienie „suwerennej” UE działania niezależnie od Stanów Zjednoczonych i Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) w sprawach obrony i bezpieczeństwa. Ten plan jest teraz w rozsypce.

W miarę jak wojna się przeciągała, jedność europejska załamywała się, a wysiłki zmierzające do przekształcenia Unii Europejskiej w europejskie superpaństwo — Stany Zjednoczone Europy — okazały się być tym, czym są: złudzeniami wielkości.

Największe państwa członkowskie UE — Francja i Niemcy — starały się uspokoić Putina kosztem suwerenności Ukrainy. Prezydent Francji Emmanuel Macron, największy zwolennik europejskiej autonomii strategicznej, twierdzi, że Putin nie powinien być „upokarzany”, a nawet wezwał Ukrainę do ustępstw terytorialnych, aby pomóc rosyjskiemu dyktatorowi zachować twarz.

Tymczasem premier Niemiec Olaf Scholz z niejasnych powodów uparcie odmawia dostarczenia Ukrainie broni, której ona potrzebuje do obrony przed rosyjską agresją.

Niemiecko-francuska uległość rozwścieczyła większość członków UE i NATO z Europy Środkowej i Wschodniej. Słusznie obawiają się oni, że jeśli imperialne ambicje Putina nie zostaną na Ukrainie powstrzymane, to one będą następnym celem.

Rosyjski odwet i niejednomyślna reakcja UE spowodowały wyraźną zmianę w układzie sił bloku w kwestiach bezpieczeństwa. Francja i Niemcy od dawna przypisują sobie faktyczne przywództwo w UE — i oczekują, że inne państwa członkowskie dostosują się do nich. Niepowodzenie Paryża i Berlina w tym względzie w obliczu agresji Putina stworzyło próżnię przywódczą UE, którą wypełniły Polska, kraje bałtyckie i inne dawne kraje komunistyczne. Powrót do przedwojennego status quo wydaje się mało prawdopodobny.

Inwazja Putina na Ukrainę podkreśliła niezbędność Stanów Zjednoczonych i NATO dla europejskiej obrony i bezpieczeństwa. Francja i Niemcy, nie broniąc najbardziej podstawowych wartości zachodnich, podważyły swoją wiarygodność i zaufanie. Można oczekiwać, że inne państwa członkowskie UE będą zdecydowanie sprzeciwiać się wszelkim wysiłkom na rzecz rozwoju niezależnego europejskiego potencjału wojskowego, który podważa sojusz transatlantycki.

Poniżanie Putina

W szczególności Macron i Scholz wielokrotnie starali się przypodobać Putinowi. Obaj na przykład odbyli liczne indywidualne rozmowy telefoniczne z rosyjskim przywódcą – rozmowy, które inne państwa członkowskie UE skrytykowały jako kontrproduktywne, ponieważ takie rozmowy mogą przekonać Putina, że może zakończyć tę wojnę na własnych warunkach. Po jednym takim telefonie 13 maja Scholz wezwał do zawieszenia broni na Ukrainie, ale nie zażądał, aby Rosja natychmiast wycofała wszystkie swoje wojska z terytorium Ukrainy.

Według niemieckiej gazety Welt am Sonntag Niemcy, mimo wielokrotnych obietnic, nadal nie przekazały Ukrainie ani jednej sztuki ciężkiej broni. Niektórzy mówią, że Scholz gra na zwłokę. Niemiecki magazyn informacyjny Der Spiegel doniósł niedawno, że Scholz odmawia wypowiedzenia słów „Ukraina musi wygrać”, ponieważ uważa, że Ukraina nie może odnieść zwycięstwa.

Inni uważają, że niemiecki kanclerz czeka na zakończenie wojny, aby niemiecki przemysł mógł wznowić współpracę z Rosją. Zdaniem wszystkich ekspertów politycznych, rozterka Scholza, niezależnie od motywacji, poważnie nadszarpnęła wiarygodność Niemiec. Scholz wydaje się niezdolny lub niechętny do przyznania, po lekcjach brytyjskiego ułagodzenia Adolfa Hitlera w latach 30. XX wieku, że jeśli Putin wygra na Ukrainie, może skierować swój wzrok na Europę.

Tymczasem Macron uparcie trzymał się koncepcji przekształcenia UE w suwerenne superpaństwo. Podczas przemówienia w Parlamencie Europejskim 9 maja francuski prezydent wezwał do zbudowania „silniejszej i bardziej suwerennej Europy”, która może stać się „panem własnego losu”. Dodał, że wojna na Ukrainie „nie może odwracać naszej uwagi od tego programu”.

Macron, który udzielał Ukrainie wsparcia militarnego, ostrzegał też przed upokarzaniem Putina i wzywał do porozumienia z Rosją „w celu zbudowania nowej równowagi bezpieczeństwa” w Europie. Zostało to szeroko zinterpretowane jako wezwanie Ukrainy do ustępstw terytorialnych wobec Putina.

3 czerwca Macron powtórzył swoje ostrzeżenie o upokorzeniu Putina. W rozmowie z francuskimi mediami powiedział:

„Nie wolno nam upokarzać Rosji, tak aby po zakończeniu walk dojść do porozumienia kanałami dyplomatycznymi. Jestem przekonany, że rolą Francji jest bycie siłą pośredniczącą”.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba odpowiedział:

„Wezwania do uniknięcia upokorzenia Rosji mogą tylko upokorzyć Francję. Wszyscy lepiej skoncentrujmy się na tym, jak powstrzymać Rosję. To przyniesie pokój i ocali życie wielu ludziom”.

Prezydent Polski Andrzej Duda w rozmowie z niemiecką gazetą Bild powiedział, że rozmowy telefoniczne z Putinem przypominały rozmowy z Adolfem Hitlerem:

„Jestem zdumiony wszystkimi rozmowami, które w tej chwili prowadzą z Putinem Kanclerz Scholz i prezydent Emmanuel Macron. Te rozmowy są bezużyteczne. Co oni robią? Legitymują jedynie osobę odpowiedzialną za zbrodnie popełnione przez armię rosyjską na Ukrainie. Władimir Putin odpowiada za to. Podjął decyzję o wysłaniu tam wojsk. Dowódcy są mu podporządkowani. Czy ktoś tak rozmawiał z Adolfem Hitlerem podczas II wojny światowej? Czy ktoś powiedział, że Adolf Hitler musiał ratować twarz? Że powinniśmy postępować w taki sposób, aby nie upokarzało to Adolfa Hitlera?”

John Chipman, szef londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych, napisał na Twitterze:

Koniec francuskiej wyjątkowości. Kiedy już uznasz, że jesteś mediatorem między dobrem a złem, dni świetności się skończyły.

„Ratowanie twarzy” jest słabym celem dyplomatycznym; Putin sam może wziąć osobistą odpowiedzialność za swoją twarz.

Upokorzenie: łagodna kara za zbrodnie wojenne.

Interesy narodowe

Niektórzy obserwatorzy spekulują, że obsesja Macrona na punkcie upokorzenia Putina wynika z błędnego zrozumienia traktatu wersalskiego z czerwca 1919 r., który oficjalnie zakończył I wojnę światową. Przez długi czas utrzymywał się pogląd, że warunki narzucone Niemcom były upokarzające i podsycały nastroje nacjonalistyczne i w końcu doprowadziły do wyniesienia Adolfa Hitlera do władzy i II wojny światowej, ale współcześni uczeni zakwestionowali tę narrację: mówią, że Traktat Wersalski nie był wystarczająco surowy dla Niemiec.

Inni podejrzewają, że Macron i Scholz szukają rozwiązania w formie nowego Kongresu Wiedeńskiego w XIX-wiecznym stylu, w którym Francja, Niemcy i Rosja zgadzają się podzielić Europę na strefy wpływów. Takie porozumienie przypuszczalnie przekształciłoby Ukrainę w państwo wasalne Rosji.

Jeszcze inni uważają, że Francja i Niemcy są przede wszystkim zainteresowane ochroną interesów narodowych i interesów finansowych w Rosji.

Niemiecki poseł do Parlamentu Europejskiego Reinhard Bütikofer zauważył:

„Ponieważ twardogłowi z Moskwy kwestionują, czy Europa ‘przetrwa’ obecny kryzys, prezydent Macron mówi: Nie wolno nam upokarzać Rosji. Macron wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, że obrona Ukrainy przed rosyjską agresją polega również na obronie wspólnego bezpieczeństwa Europy. Putin chce czegoś więcej niż tylko zdominowania Ukrainy. Macron uważa, że interesy Francji są rozbieżne z interesami Europy Wschodniej i Środkowej”.

Komentarz Bütikofera dotyka sedna sprawy: interesy narodowe wciąż mają znaczenie. Jednym z mitów założycielskich UE jest to, że suwerenność narodowa jest koncepcją przestarzałą i że interesy narodowe 27 państw członkowskich UE można podporządkować nowemu „interesowi europejskiemu”. Wojna na Ukrainie i różne reakcje na nią dowiodły, że interesy narodowe są ważne i nadal będą takimi.

Premier Łotwy Krišjānis Kariņš w rozmowie z Politico przekonywał, że jedynym sposobem na osiągnięcie trwałego pokoju i bezpieczeństwa w Europie jest pokonanie Rosji w wojnie na Ukrainie:

„Trudność polega na tym, że niektórzy z moich kolegów mają błędne przekonanie… pokój za wszelką cenę. Pokój za wszelką cenę to to, co robiliśmy przez 20 lat w relacjach z Putinem. Pokój za wszelką cenę oznacza zwycięstwo Putina. We własnym interesie Niemiec, Francji, Włoch i wszystkich innych, jeśli naprawdę chcemy bezpieczeństwa w Europie, Rosja musi przegrać, w końcu musi zdać sobie sprawę, że nie może działać w ten sposób. I wspólnie możemy tego dokonać.”

Transatlantyckie układy

Tymczasem transatlantyzm cieszy się coraz większą popularnością. Nowe badanie przeprowadzone przez Globsec, think tank z siedzibą w Bratysławie, wykazało szerokie poparcie (79%) w dziewięciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Czechy, Węgry, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia i Słowacja) dla NATO jako gwaranta bezpieczeństwa.

Badanie wykazało również znaczny wzrost postrzegania przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej Stanów Zjednoczonych jako strategicznego partnera. Na przykład w Polsce takie postrzeganie wzrosło z 54 proc. w 2021 r. do 73 proc. w 2022 r. Z kolei postrzeganie Niemiec przez Polskę jako strategicznego partnera spadło z 48 proc. w 2021 r. do 27 proc. w 2022 r.

„Postrzeganie USA jako partnera strategicznego wzrosło o 10 punktów procentowych od 2021 r.” – czytamy w raporcie. „Waszyngton jest obecnie postrzegany jako kluczowy sojusznik w NATO przez 3/4 respondentów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej”.

Niemiecki analityk Marcel Dirsus zauważył:

Bez amerykańskiego wsparcia już byłoby po Ukrainie. Kraje takie jak Niemcy i Francja jeszcze bardziej utrudniły europejską jedność, ponieważ nikt na wschód od Odry nie wierzy, że pomogą, gdy sprawy przybiorą niekorzystny obrót…

Co to za korzyść dla Polski czy Estonii, że Niemcy mają więcej czołgów, skoro ani one, ani Rosja nie wierzą, że Berlin byłby skłonny użyć ich do obrony Warszawy czy Tallina?

Bardzo wątpię, aby Europejczycy z Europy Środkowej, którzy już wcześniej byli sceptyczni co do europejskiej autonomii lub suwerenności, czy czegokolwiek innego, patrzyli na Macrona i Scholza i myśleli, że teraz nadszedł czas, aby bardziej polegać na Paryżu i Berlinie. Jeśli już, to wolą postawić na Amerykę.

Polski analityk Konrad Muzyka powiedział:

Ukraina pokazała, że Francja i Niemcy nie chcą zwiększać kosztów związanych z atakiem Rosji na Ukrainę. Paryż i Niemcy nie chcą tam wysyłać sprzętu, co więc sprawia, że ludzie myślą, że ich żołnierze zginą za Tallin, Wilno, Rygę czy Warszawę?

Amerykański ekspert ds. polityki zagranicznej Elliot Cohen podsumował:

Prezydent Macron nadal, przewrotnie, mówi o wyjściu z wojny, o wykorzystaniu europejskich gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Dlaczego, u licha, jakikolwiek Ukrainiec myśli, że Francja lub Niemcy mogą lub zechcą walczyć w ich imieniu? To próżność, a nie cechy męża stanu w działaniu.

Retoryka kontra konkrety

16 czerwca Macron, Scholz i włoski premier Mario Draghi, wraz z prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem, przybyli do stolicy Ukrainy, Kijowa, po raz pierwszy od początku wojny. Wizyta miała najwyraźniej na celu udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak europejski rozłam i niepełne poparcie dla Ukrainy.

Przywódcy zapewnili, że UE nie zmusi Ukrainy do poddania się lub oddania terytorium w celu zakończenia wojny. „Ukraina wybierze taki pokój, jakiego pragnie” – powiedział Draghi. „Żadne rozwiązanie dyplomatyczne nie może być oddzielone od woli Kijowa, od tego, co uważa za akceptowalne dla jego narodu. Tylko w ten sposób możemy zbudować sprawiedliwy i trwały pokój”.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski został również zaproszony do udziału w szczycie G7, który odbędzie się w Niemczech w dniach 26-28 czerwca oraz szczycie NATO w Madrycie w dniach 29-30 czerwca.

Trzej przywódcy wyrazili poparcie dla nadania Ukrainie statusu kandydata do członkostwa w UE, ale Macron podkreślił, że takiemu statusowi będzie towarzyszyć „mapa drogowa”, która zawierałaby „warunki”. Wcześniej Macron, Scholz i Draghi stwierdzili, że kandydowanie Ukrainy może potrwać kilkadziesiąt lat.

Niemiecki poseł Norbert Röttgen skrytykował wyjazd Scholza na Ukrainę jako polityczną demonstrację:

Kanclerz Scholz wzbudził duże oczekiwania związane z wyjazdem na Ukrainę. Nie spełnił ich mówiąc „tak” dla członkostwa w UE i zaproszeniem na szczyt G7. Ukraina potrzebuje teraz szybkiej pomocy, jesteśmy jej to winni. Członkostwo w UE to kwestia dziesięcioleci .

Analityk europejski David Herszenhorn, pisząc dla Politico, zauważył:

Pomimo zachęcającej retoryki trio przywódców – reprezentujących największe, najbogatsze i najpotężniejsze kraje UE – nie ogłosiło żadnej konkretnej nowej pomocy wojskowej lub finansowej dla Ukrainy, która mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Kijowa.

Z kolei prezydent USA Joe Biden poinformował w środę o dodatkowym miliardzie dolarów wsparcia dla Ukrainy….

Podczas gdy Ukraina usilnie dąży do zdobycia statusu kandydata, samo jego przyznanie nie wskazuje na to, kiedy lub nawet czy Ukraina kiedykolwiek formalnie zostanie członkiem…

Wielu urzędników i dyplomatów UE powiedziało, że trudno sobie wyobrazić, że Ukraina dokona znacznego postępu w kierunku faktycznego członkostwa, dopóki nie przestanie być w stanie wojny, a Macron powiedział, że cały proces może potrwać dekadę lub dłużej.

Korespondenci Guy Chazan, Roman Olearchyk i Amy Kazmin, pisząc dla Financial Times, stwierdzili:

Prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Olaf Scholz i premier Włoch Mario Draghi nie tylko ciepło wypowiadali się o Ukrainie – poparli również jej starania o przystąpienie do UE.

Ale kiedy euforia opadła, niektórzy Ukraińcy zaczęli zastanawiać się, czy wizyta trzech przywódców, do których dołączył również prezydent Rumunii Klaus Iohannis, oznaczała przerost formy nad treścią.

Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Berlinie, podsumował tę ambiwalencję. Członkostwo Ukrainy w UE to daleka przyszłość, powiedział niemieckiej telewizji ZDF. „A teraz potrzebujemy przetrwania” – dodał. „I do tego potrzebujemy ciężkiej broni.”

Każdy, kto miał nadzieję, że wizyta ta skończy z tego typu retoryką, będzie rozczarowany. Jedyne nowe zobowiązanie wyszło od Macrona, który powiedział, że Francja dostarczy sześć dodatkowych haubic Cezar, oprócz 12, które już dała Ukrainie. …

Kwestia broni wciąż ciąży nad stosunkami między Ukrainą a jej sojusznikami. Prezydencki doradca Mychajło Podolak napisał na Twitterze na początku tego miesiąca, że Ukraina potrzebuje 1000 haubic, 300 wyrzutni rakiet, 500 czołgów, 2000 pojazdów opancerzonych i 1000 dronów, aby osiągnąć równowagę z Rosją i „zakończyć wojnę”. Sprzętu, który kraje zachodnie zobowiązały się do tej pory dostarczyć, jest zdecydowanie za mało.

Komentarz eksperta

Irlandzka analityczka Judy Dempsey w artykule German Ambiguity Is Deciding Ukraine’s Future – Niemiecka dwuznaczność decyduje o przyszłości Ukrainy opublikowanym przez brukselski think tank Carnegie Europe napisała, że zwlekanie Scholza związane z wysłaniem ciężkiej broni na Ukrainę zmniejsza szanse Kijowa na zachowanie suwerenności i że podważyło pozycję Niemiec w całej Europie:

Pozycja Scholza zdradza brak przywództwa, a wraz z nim brak przekonania i konsekwencji. Chodzi też o strach przed antagonizowaniem Kremla. Niemieckie elity polityczne, które wyrosły w czasie zimnej wojny, nie chcą rezygnować ze swojego szczególnego biznesu i politycznych powiązań z Moskwą, nadal niechętnie akceptują działania rosyjskie w Gruzji, Syrii, Białorusi, a teraz na Ukrainie.

Te działania dotyczą tego, że Rosja aspiruje do przekształcenia europejskiego porządku postzimnowojennego. Im dłużej Scholz będzie kontynuował swoją niejednoznaczną postawę wobec Ukrainy, tym większe prawdopodobieństwo, że Putin wykorzysta kanclerza Niemiec i prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by skłonić Ukrainę do kompromisu i ostatecznie zmienić europejską architekturę bezpieczeństwa.

W praktyce miałoby to katastrofalne konsekwencje dla relacji transatlantyckich, które Putin od dawna stara się osłabić. Podzieliło by to Europę. Polska i kraje bałtyckie są obecnie głęboko nieufne w stosunku do relacji Francji i Niemiec z Putinem. Uważają, że Paryż i Berlin nie traktują poważnie rosyjskiego programu imperialistycznego.

Poza Ukrainą dwuznaczna postawa Scholza szkodzi całej Europie. Putin nie zawaha się wykorzystać jej zarówno militarnie jak i politycznie.

Były szef MI6, John Sawers, w artykule Macron gra w ryzykowną grę na Ukrainie – opublikowanym przez Financial Times, ostrzegł, że naleganie francuskiego prezydenta, by nie upokarzać Putina, może doprowadzić do przedwczesnego zawieszenia broni, które utrwali rosyjskie zdobycze:

Zachód ma dwa cele w wojnie na Ukrainie: utrzymanie suwerenności Ukrainy i powstrzymanie Rosji przed podobnymi atakami na kraje europejskie w przyszłości.

Jednak walki w regionie Donbasu są wyniszczające i stąd tendencje do wspierania każdego posunięcia, które prowadziłoby do ich zakończenia. Nic dziwnego, że pojawiły się apele o jak najszybszą inicjatywę pokojową, podczas gdy prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział, że ważne jest to, by nie „upokarzać” Rosji z powodu jej inwazji – uwaga, która wywołała chłodną reakcję szefa sztabu ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Problem polega na tym, że zawieszenie broni w tym momencie utrwaliło by rosyjskie zdobycze wojskowe w terenie. Nie ma powodu, by sądzić, że Władimir Putin zgodziłby się na wycofanie…

Jeżeli kolejna ekipa europejskiej dyplomacji ustąpi Rosji po raz kolejny w kwestii militarnych zdobyczy na Ukrainie, wtedy Putin odzyska siłę polityczną w kraju i poczuje się upoważniony do rozpoczęcia nowych militarnych agresji w przyszłości. Ukraińcy chcą walczyć dalej i potrzebują naszego ciągłego wsparcia – zaawansowanej broni i coraz ostrzejszych sankcji wobec Rosji. To oznacza jeszcze kilka miesięcy wyniszczających walk. Ale przedwczesne zawieszenie broni pomoże Putinowi zakończyć ten konflikt zwycięsko. Żaden zachodni przywódca nie powinien być jego pomocnikiem.

Austriacki politolog Ralph Gert Schöllhammer w artykule Why Europe Hedges Its Support for Ukraine – Dlaczego Europa ogranicza swoje poparcie dla Ukrainy opublikowanym przez The Wall Street Journal twierdzi, że Paryż i Berlin obawiają się, że Ukraina w Unii może doprowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów:

Pomimo ponadnarodowych ambicji UE i jej najzagorzalszych zwolenników, w kalkulacjach politycznych państw członkowskich nadal dominują interesy narodowe. Dla Paryża i Berlina kryzys na Ukrainie to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale również możliwość decydowania o przyszłym podziale władzy w UE.

Najbardziej prestiżowe stanowiska w UE zajmują politycy zachodnioeuropejscy, co odzwierciedla brak równowagi sił między Europą Wschodnią i Zachodnią, od pani von der Leyen (Niemcy) i prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde (Francja) po wysoką przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell (Hiszpania) i przewodniczącego Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia). Rządy Europy Wschodniej dały jasno do zrozumienia, że ten status quo jest dla nich coraz bardziej nie do zaakceptowania, a wojna na Ukrainie dała im dodatkową pewność, że to się zmieni.

UE jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba państwa zazdrośnie strzegą swojej pozycji jako ostatecznych decydentów w Europie. Politycy w obu krajach są świadomi, że Ukraina w Unii może prowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów, czego ani Francja ani Niemcy nie chcą. Ukraina jest politycznie i kulturowo bliżej Polski niż Niemcy, co oznacza, że siła Niemiec w UE może zostać znacznie zmniejszona i zastąpiona przez rosnące wpływy Europy Wschodniej.

Myśli te mogą wydawać się cyniczne w świetle heroicznej walki Ukrainy i jej mieszkańców, ale błędem byłoby sądzić, że polityka siły została zastąpiona powszechnie wyznawanymi ideałami.

Ekspert europejski Stefan Auer w eseju pt. Walka Ukrainy o wolność demaskuje suwerenną Europę jako iluzję – opublikowanym przez Financial Times, napisał, że Europejczycy z Europy Środkowej lepiej niż Francja czy Niemcy rozumieją związek między narodową niepodległością a bezpieczeństwem:

Wspólne oburzenie z powodu rosyjskiej inwazji na Ukrainę początkowo wzmocniło europejską jedność. Ale wyzwania, które wywołała wojna, wydają się wzmacniać rozłam w Europie. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej, z godnym uwagi wyjątkiem Węgier, zdecydowanie popierają walkę Ukrainy o integralność terytorialną, podczas gdy Niemcy, Francja i Włochy szukają sposobów na zaakceptowanie postawy Rosji.

Dla UE nawrót do suwerenności państwowej jest nieoczekiwany. Integracja europejska rzekomo sprawiła, że państwa narodowe stały się coraz bardziej przestarzałe. Dialog, a nie groźby przemocy, utrzymałby pokój…

Zamiast wrogów, Europejczycy myśleli, że mają partnerów, konkurentów lub w najgorszym wypadku rywali. Rosyjska inwazja na Ukrainę wymusiła nagłą ponowną rewizję tego poglądu…

Kiedyś truizmem było, że Francja potrzebowała UE do ukrycia swojej słabości, podczas gdy Niemcy potrzebowały jej do ukrycia swojej siły. W odniesieniu do Rosji można argumentować, że Niemcy wykorzystują względną słabość UE, aby usprawiedliwić własną bezczynność…

Ale jeśli chodzi o pomoc Ukrainie w samej wojnie, to stolice narodowe, a nie Bruksela, mają znaczenie. To, czego chce Moskwa, a wielu zachodnich zwolenników Putina wydaje się gotowych zaakceptować, to podział Europy na strefy wpływów. Idea Grossraum wyartykułowana przez prawnika koronnego nazistowskich Niemiec, Carla Schmitta: teoria wielkich przestrzeni gospodarczych kontrolowanych przez wielkie mocarstwa….

Niemiecki kanclerz Olaf Scholz powtarza takie argumenty, kiedy deklaruje, że „Rosja nie może wygrać tej wojny”, zamiast jednoznacznie opowiedzieć się za zwycięstwem Ukrainy. Jest to tak logiczne, jak błędne. Tam, gdzie nie ma wrogów, nie może być zwycięzców.

Natomiast przywódcy Europy Środkowej i Wschodniej nie boją się łączyć języka wartości z polityką siły. Francuska i niemiecka wizja pokoju implikuje ukraińskie ustępstwa terytorialne. Takie pomysły są nieroztropne i nie zapewnią bezpieczeństwa ani Europie, ani Ukrainie. Nie wolno dążyć do suwerennej Europy kosztem suwerenności Ukrainy….

W rzeczywistości, aby Europa mogła być wolna, Ukraina musi wygrać tę decydującą bitwę naszych czasów. Przegranym będzie nie tylko Rosja Putina. Klęska rosyjskiego imperializmu powinna w końcu położyć kres francusko-niemieckim złudzeniom, bez względu na to, czy ich celem jest suwerenna czy post-narodowa Europa.

Niemiecki analityk Ulrich Speck w eseju Wojna ukraińska i odrodzenie NATO opublikowanym przez szwajcarską gazetę Neue Zürcher Zeitung stwierdził, że działania Macrona i Scholza scementowały NATO, a nie UE, jako podstawę europejskiego bezpieczeństwa:

Trzy wydarzenia uczyniły NATO ponownie głównym rozgrywającym.

Po pierwsze: otwarty atak Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Tym razem nie tylko mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej, ale także mieszkańcy Europy Zachodniej i Ameryki Północnej byli zaszokowani naruszeniem wszelkich norm, na których opiera się europejski porządek pokojowy: otwarta, agresywna wojna i podbój z niezliczonymi okrucieństwami i zbrodniami wojennymi. Jest więc jasne, że Putin jest gotowy do realizacji swojego projektu nowego imperium rosyjskiego, nawet dużym kosztem. Jasne jest też, że jeśli odniesie sukces, prawdopodobnie nie zatrzyma się na Ukrainie.

Drugim powodem odrodzenia NATO jest to, że Stany Zjednoczone wypełniają swoją klasyczną rolę przywódczą w sojuszu zachodnim. Dla administracji Bidena odrodzenie sojuszy znajduje się w centrum polityki zagranicznej: ścisła współpraca z sojusznikami jest postrzegana jako decydująca przewaga nad Chinami i Rosją, co pozwala jej radzić sobie z autokratycznymi przeciwnikami z pozycji „siły”.

Trzecim powodem jest to, że przywódcy UE, Francja i Niemcy, bardzo zachowawczo zareagowali na atak Rosji na Ukrainę. Podczas gdy Stany Zjednoczone poczyniły zdecydowane postępy w dostawach broni i sankcjach, wspierane przez zdecydowanie działającą Wielką Brytanię, wydawało się, że Paryż i Berlin miały do końca nadzieję, że będą w stanie zmienić zdanie rosyjskiego prezydenta. Obaj są niechętni dostawom broni na Ukrainę i są bardziej skłonni do współpracy niż do konfrontacji w formie sankcji. Fakt, że Macron i Scholz od początku wojny nie byli w Kijowie, podkreśla ich chłodny stosunek do Ukrainy.

Z taką postawą Berlin i Paryż zdyskredytowali się w oczach Europy Środkowo-Wschodniej i Skandynawów jako wiarygodni partnerzy na wypadek rosyjskiego zagrożenia. Bardziej niż kiedykolwiek, w polityce bezpieczeństwa, Europa wschodnia i północna będzie polegać na Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – czyli na NATO.

Oznacza to, że nie ma alternatywy dla NATO – przynajmniej tak długo, jak Rosja zajmuje stanowisko rewizjonistyczne, nie szanuje granic i nie uznaje zmian w regionie po zakończeniu zimnej wojny. Lekcja z obecnych doświadczeń jest taka, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie utrzymać Rosję w szachu. Narzędziem do tego pozostaje NATO, które nie przeżyło się, ale jest jeszcze ważniejszym instrumentem polityki bezpieczeństwa wolnego Zachodu, niż było nim przez dziesięciolecia.«

A więc wszystko jasne! Wszystko wskazuje na to, że dni unii są policzone, choć jej rozpad nastąpi jeszcze nie tak szybko. Jeszcze długo będzie spierać się „stara” unia z „nową” o to, jakie stanowisko zająć wobec Rosji. Do porozumienia oczywiście nie dojdzie.

Gdy czytam te opinie ekspertów, to się zastanawiam, czy to są eksperci czy „eksperci”? I dochodzę do wniosku, że chyba jednak eksperci, którzy nie mogą wszystkiego powiedzieć i są raczej od tego, by wszystko bardziej zagmatwać niż wyjaśnić. No bo jak wytłumaczyć fakt, że oni nie widzą słonia w składzie porcelany, to znaczy nie widzą, że dokonuje się największa po wojnie wędrówka ludów i miliony „uchodźców” wlewają się do Polski i od razu uzyskują oni prawa, które dają im przewagę nad miejscową ludnością. Ewenement na skalę światową, a oni o tym ani słowa. Nie widzą też oni tego, że ci „uchodźcy” przybywają z terenów nieobjętych wojną. W Polsce dokonuje się podmiana społeczeństw, kładzie się podwaliny pod nowe państwo. I tego też nie widzą. Jak więc w takiej sytuacji można rzetelnie opisywać zaistniałą sytuację i wyciągać logiczne wnioski? Nie można. To wszystko przecież nie dzieje się przypadkiem, to zostało zaplanowane znacznie wcześniej i jest konsekwentnie realizowane. A skoro tak, to czemuś to służy. Ktoś ma w tym jakiś cel.

W jakim celu zamykane są kopalnie węgla kamiennego w Polsce, podczas gdy w innych krajach trwa wydobycie? Chyba nie w celu zmniejszenia emisji dwutlenku węgla? Jeśli skojarzymy sobie fakt, że prawie wszystkie te kopalnie znajdują się na tzw. ziemiach poniemieckich, to jedynym sensownym wnioskiem będzie ten, że ziemie te za jakiś czas powrócą do Niemiec, co w praktyce będzie oznaczać likwidację jałtańskiego porządku w tej części Europy. Postawa Niemiec w tym rosyjsko-ukraińskim sporze nie jest przypadkowa. To one do spółki z Rosją będą wykreślać nową mapę Europy po tej wojnie.

Eksperci twierdzą, i nie tylko oni, że celem Putina, po zwycięstwie na Ukrainie, będzie podbój kolejnych państw w Europie. Jednak fakty tego nie potwierdzają. Początkowo Putin uderzył z trzech stron: z północy, wschodu i południa. Ofensywa z północy szła w kierunku Kijowa i wydawało się, że celem jest opanowanie połowy Ukrainy, tj. Ukrainy zadnieprzańskiej. Dziś wojska rosyjskie bronią tylko terenów wschodniej i południowej Ukrainy, łącznie z Krymem, a więc terenów, które nigdy Ukrainą nie były.

Piszą eksperci, że Niemcy i Francja obawiają się osi Kijów-Warszawa w przyszłej unii i stąd taki stosunek tych państw do pomocy Ukrainie. Trzeba być nieźle naćpanym, by uwierzyć w taką bzdurę. Niemcy, których ambicją zawsze, od zjednoczenia, było dominowanie nad Europą, ci Niemcy mieliby bać się państw, o jednym z których jeden z jego wysokich urzędników powiedział, że to państwo to ch…, d… i kamieni kupa. O drugim, upadłym, to nie warto nawet wspominać.

O co więc w tym wszystkim chodzi? Podział w unii jest widoczny: państwa starej unii, tworzące jej rdzeń, skłaniają się ku Rosji i bardzo dbają o to, by Putin nie stracił twarzy, bo Putin to taka delikatna i subtelna dziewczynka, która w razie niepowodzenia może się popłakać. W żadnym wypadku nie można do tego dopuścić.

Z kolei kraje nowej unii walczą o powstrzymanie imperialistycznych zapędów Putina, a więc o obronę demokracji. A jak obrona demokracji, to nie może w niej zabraknąć Stanów Zjednoczonych, które przecież na całym świecie poświęcają się temu szczytnemu celowi.

Ukraina nawet nie myśli o tym, by odstąpić Rosji część swego terytorium, a Rosja, niby już nie carska, ale wyznaje zasadę Denikina: Ani piędzi ziemi rosyjskiej w zamian za pomoc w walce z bolszewikami!

Tak więc Ukraina nie chce oddać ziemi, którą już nie włada. Rosja nie wycofa się z ziemi, którą zajęła. Francja i Niemcy nie odstąpią od dbania o kondycję psychiczną Putina, żeby przypadkiem nie popadł w depresję. Stany Zjednoczone nie odstąpią od obrony demokracji, bo to mają we krwi. Wydaje się, że sytuacja jest patowa.

Jest jednak rozwiązanie, które, moim zdaniem, zadowoli wszystkich i wszystkim pozwoli wyjść z twarzą z tego konfliktu. Jeśli Ukraina ma stracić ziemie, które i tak już do niej nie należą, to w zamian musi otrzymać jakąś rekompensatę. Czymś takim może być nowe państwo ukraińsko-polskie. Rosja na to zgodzi się. Niemcy też się zgodzą, pod warunkiem, że odzyskają swoje utracone po II wojnie światowej ziemie. Zapewne zgodzą się na to obywatele obu, zrujnowanych do tego czasu państw, bo likwidacja tych państw będzie oznaczała likwidację ich długów. Oczywiście będzie musiało być referendum, by ich obywatele mogli się wypowiedzieć w tak fundamentalnej dla nich kwestii. Na to zgodzą się również Amerykanie, bo demokracja ponad wszystko. I tak to się skończy, jak w bajce Krasickiego: „Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły, wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły.” Tym zającem będzie oczywiście Polska, a właściwie Polacy.

Podstawowym celem tej wojny jest, w mojej opinii, likwidacja państwa polskiego, ale przy jej okazji realizuje się również inne ważne cele, z których najważniejszym jest spotęgowanie światowego kryzysu, który umożliwi osiągnięcie podstawowego celu globalistów (Żydów), czyli nowego porządku świata.

Wałęsa o unii

W dniu 5 czerwca ukazał się na Interii wywiad z Wałęsą: Lech Wałęsa: Unia Europejska powinna się rozwiązać (https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-lech-walesa-unia-europejska-powinna-sie-rozwiazac,nId,6073134). W nim były prezydent dzieli się „swoimi” uwagami:

»Jeśli Komisja Europejska zgodzi się na KPO (dla Polski – red.), to będzie jej porażka – stwierdził były prezydent Lech Wałęsa w rozmowie z Marcinem Makowskim w “Tygodniku” Interii. Jego zdaniem Unia Europejska, “zamiast chodzić na kompromis” z naszym krajem, “powinna się rozwiązać i chwilę później stworzyć nową wspólnotę na podstawie Niemiec i Francji”. – Ale bez Polski i Węgier – zastrzegł Wałęsa.

1 czerwca Komisja Europejska zaakceptowała Krajowy Plan Odbudowy przedstawiony przez Polskę. Jak dzień później zapewniała szefowa KE Ursula von der Leyen, stało się to “po bardzo dogłębnej ocenie”. – Pierwsza wypłata środków będzie możliwa, gdy zostanie wdrożone nowe prawo dotyczące spraw dyscyplinarnych sędziów – mówiła podczas wizyty w Warszawie.

Decyzja Komisji Europejskiej to krok w kierunku wypłaty Polsce 23,9 mld euro dotacji i 11,5 mld euro pożyczek w ramach Funduszu Odbudowy.

Lech Wałęsa: Polska traci miliardy. Niepoważnym politykom powinno się zabrać majątki

Sytuację wokół polskiego KPO Lech Wałęsa komentował w “Rozmowach Makowskiego” na łamach “Tygodnika” Interii. – Najbardziej mi się nie podoba, że przez kilku niepoważnych polityków Polska traci miliardy. Proponuję, aby po zwycięstwie prawdziwej demokracji zabrać im majątki, aby spłacili długi, jakie nam narobili – powiedział. 

Na uwagę Marcina Makowskiego, że politycy PiS “może nic nie musieliby spłacać, bo Komisja Europejska może niedługo odblokować fundusze unijne”, odparł: – Jeśli Komisja Europejska zgodzi się na (polskie) KPO, to będzie jej porażka.

Lech Wałęsa proponuje rozwiązanie Unii Europejskiej i “nową wspólnotę” bez Polski

Prezydent RP w latach 1990-1995 dodał, że “UE, zamiast chodzić na kompromis z Polską, powinna się rozwiązać i chwilę później stworzyć nową wspólnotę na podstawie Niemiec i Francji, ale bez Polski i Węgier“.

Ale znów mnie nie posłuchano, a to prosty pomysł: jeśli my chcielibyśmy wstąpić do nowej Unii, na wejściu poza prawami, musielibyśmy zaakceptować również obowiązki. I ustawić je tak, aby wygłupy, które mają dzisiaj miejsce, już nie powtórzyły – uznał Wałęsa.

W jego ocenie obecnie rządzący “te pieniądze (z KPO – red.) i tak roztrwonią i rozkradną”. – Bez praworządności nie ma sensu przekazywać miliardów euro na zmarnowanie – ocenił.

Lech Wałęsa w “Rozmowach Makowskiego” mówił też m.in., że “planował wejście do Unii i NATO razem z Ukrainą i Białorusią“. – Tyle że o Polsce i Węgrzech mówiłem otwarcie, a o tamte państwa zabiegałem tajnie, budując międzynarodową koalicję. Bylibyśmy to w stanie z Borysem Jelcynem zrobić, ale zabrakło mi drugiej kadencji – podkreślił.«

Trudno przypuszczać, by Wałęsa sam wpadł na ten pomysł. Tak zapewne podyktowali mu jego nieznani przełożeni. Cokolwiek by o nim nie mówić, to jest to były prezydent Polski i jako taki nadaje się do wygłaszania pewnych opinii, które niby są jego prywatnymi, ale przecież jest on nadal osobą publiczną. Ta wypowiedź wpisuje się w pewną narrację, przemycaną już od jakiegoś czasu, jeszcze nie nachalnie, raczej ostrożnie, ale konsekwentnie. Ta narracja to: unia europejska nie potrafi mówić i działać zgodnie. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest stosunek państw unii do sankcji wobec Rosji. Polska jest też atakowana za brak praworządności, a właściwie za brak „praworządności”. Wydumany problem, jeszcze jeden, który ma służyć rozsadzaniu unii od wewnątrz.

Temu też służy wypowiedź Wałęsy, ale służy też ona temu, by oswajać ludzi z faktem, że unia już nie spełnia swego zadania i czas na zmiany. Może jej likwidacja, a może przemodelowanie. Ale w każdym wariancie chodzi o wypchnięcie Polski z unii, bo tylko wtedy będzie możliwe formalne połączenie Polski z Ukrainą. Ten proces już faktycznie trwa. Nie trzeba daleko szukać dowodów. Jeśli oficjalne strony rządowe czy największe media, obok skrótu „pl”, umieszczają flagę ukraińską, to o czym to świadczy?

Jeśli te wszystkie międzynarodowe korporacje tak ochoczo zatrudniają Ukraińców, to robią to z własnej woli, czy dlatego, że są zależne od kogoś? Czy firma reklamowa nie zdaje sobie sprawy z tego, że jeśli zatrudni osobę z ukraińskim akcentem, to może to zniechęcić cześć potencjalnych nabywców? Zdaje sobie sprawę, ale pan każe, sługa musi.

Pojawia się też coraz więcej dziennikarzy, którzy mówią z ukraińskim akcentem i często też z taką składnią. Podobna tendencja jest również widoczna wśród polityków. W takiej Konfederacji, poza Braunem i Winnickim, to już chyba nikt nie potrafi odpowiednio ułożyć języka w gębie.

Wszystko wskazuje na to, że powstanie nowe państwo. Oficjalnie będzie to państwo polsko-ukraińskie, a faktycznie Polin-ukro, w którym Ukraińcy będą obywatelami drugiej kategorii, a Polacy – trzeciej. Prawdopodobnie będzie ono obejmowało obszar bez wschodniej Ukrainy i zachodniej Polski, czyli tzw. Ziem Odzyskanych. Droga do tego jeszcze daleka, ale te wszystkie działania trudno inaczej wytłumaczyć.

Wałęsa mówi jak wróg Polski i swoim oświadczeniem dowodzi, że nim jest. On nie proponuje naprawy, tylko chce Polskę z unii wyrzucić:

Ale znów mnie nie posłuchano, a to prosty pomysł: jeśli my chcielibyśmy wstąpić do nowej Unii, na wejściu poza prawami, musielibyśmy zaakceptować również obowiązki. I ustawić je tak, aby wygłupy, które mają dzisiaj miejsce, już nie powtórzyły – uznał Wałęsa.

Przecież te sporne kwestie można uregulować bez wychodzenia z unii, a jeśli ktoś, czyli PiS, tego nie chce zrobić, to właśnie dlatego, że świadomie działa na rzecz jej rozbicia. Nie tylko PiS, ale i pozostałe partie realizują z dawna ustalony scenariusz. Jeśli więc dojdzie do rozpadu unii, to winowajcą będzie Polska i to na nią spadnie odium całej Europy. A prawdziwy sprawca, czyli Wielka Brytania, pozostanie poza podejrzeniami. Inna sprawa, że Niemcom i Rosji też zależy na jej rozpadzie, ale wszystkiemu winni będą oczywiście Polacy, nie pierwszy zresztą raz w historii. A skoro już wszyscy będą przekonani, że przyczyną wszelkiego zła w Europie jest Polska, to i likwidacja tego państwa zostanie przyjęta z ulgą.