Rzeź galicyjska

W XIX wieku stosunki pomiędzy szlachtą a poddanymi ulegały narastającemu napięciu (co szczególnie uwidoczniło się w Galicji) z powodu bezwzględnego egzekwowania powinności feudalnych, przede wszystkim pańszczyzny. Pomimo że obowiązujące prawo nie zezwalało już szlachcie na bicie chłopa, a jedynie na jego uwięzienie, szlachta nie zwracała na to uwagi i często chłosta kończyła się nawet śmiercią poddanego, a skutki kary zależały jedynie od siły i sadyzmu bijącego (np. ekonoma). Podobnego traktowania ze strony szlachty doznał także Jakub Szela. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. Chłopi zmuszani byli do odrabiania pańszczyzny na gruntach dominikalnych, sięgającej 3 dni w tygodniu. Ponadto podlegali pod jurysdykcję pańską w większości spraw, a jedynie w najcięższych mogli odwoływać się do sądów państwowych.

W świecie wyobrażeń galicyjskiego chłopstwa szczególne miejsce zajmował cesarz, jednoznacznie identyfikowany jako opiekun i rzecznik praw ludu. Pamięć o cesarzowej Marii Teresie i jej synu Józefie II była żywa na długo po ich panowaniu.

Austriacy, chcąc doprowadzić do rozdźwięku w polskim społeczeństwie i tym samym zapobiec wybuchowi ewentualnego powstania, wykorzystali niezadowolenie chłopów i – rozpuszczając plotkę o tym, że szlachta planuje przeciwko chłopom akcję zbrojną, której celem ma być ich wybicie – pchnęli ich do mordów i plądrowania szlacheckich dworów. Za głównego inspiratora uważany jest starosta tarnowski Joseph Breinl von Wallerstern.

Gdy powstanie krakowskie zostało stłumione i chłopi przestali być potrzebni Austriakom, wojsko przywróciło spokój. Jakub Szela został internowany, a następnie przesiedlony na Bukowinę. Bardzo szybko w Galicji zapanował spokój, jednak długo jeszcze pamiętano o rzezi galicyjskiej, która swoim zasięgiem objęła przede wszystkim Tarnowskie, Sanockie, Nowosądeckie i część Jasielskiego.

To tyle Wikipedia. Pisze ona o prowokacji ze strony Austriaków, ale nic o żydowskiej agitacji przeciwko szlachcie, która zaczęła się parę lat wcześniej. Jej motywem przewodnim było to, że rząd zniósł pańszczyznę i wydał nawet w tej sprawie dekret, tylko szlachta go ukrywała. Wydaje się jednak, że problem był bardziej skomplikowany, a działania Austriaków i Żydów były tą iskrą na beczce prochu.

Nie jest tak łatwo zmobilizować większą grupę ludzi do zgodnego i zdecydowanego działania. Musi być jakiś silny bodziec, motywacja oraz przyzwolenie władz, co miało miejsce w przypadku tej rzezi. Gdyby nie było zgody Austriaków, nie doszłoby do niej. Postępowanie chłopów było wyjątkowo okrutne. Właścicielom dworów obcinano głowy, za które Austriacy wypłacali pieniądze. A w „Weselu” Wyspiańskiego: Myśmy wszystko zapomnieli… Mego dziadka piłą rżnęli. To okrucieństwo chłopów porównuje się do okrucieństwa rzezi wołyńskiej. Było ono w wielu wypadkach podobne. Jednak jest podstawowa różnica. W trakcie rzezi wołyńskiej ginęli niewinni ludzie – chłopi. W przypadku rzezi galicyjskiej chłopi mordowali swoich oprawców.

To nie jest tak, że takie zdarzenie da się prosto wytłumaczyć. Ja zawsze uważam, że jeżeli chce się zrozumieć istotę problemu, to trzeba zacząć od początku i przeanalizować relacje chłopsko-pańskie w szerszym przedziale czasu. Jest taka doskonała praca Marii Dąbrowskiej Rozdroże. Jest to studium na temat zagadnień wiejskich. Zostało ono opublikowane w 1937 roku i spotkało się z gwałtowną reakcją środowisk ziemiańskich. Dąbrowska była atakowana, często w bardzo niewybredny sposób, co w sumie nie dziwi. Dziwi natomiast co innego. W PRL-u studium to wydano po raz pierwszy w 1987 roku. W posłowiu Franciszek Jakubczak pisze tak:

„Od napisania przez Marię Dąbrowską i opublikowania w 1937 roku Rozdroża, noszącego naukowy tytuł Studium na temat zagadnień wiejskich, upłynęło już nieomal pół wieku. Nieprzeciętna musi być wartość studium Dąbrowskiej, jeśli w ciągu czterdziestolecia Polski Ludowej wznowienia tej głośnej i bliskiej ruchowi ludowemu książki domagano się przy każdej okazji gruntowniejszego podejmowania spraw tradycji ruchu ludowego, historii chłopów i kultury wsi polskiej.”

Ciekawe, że w Polsce Ludowej najważniejsza praca na temat tego ludu nie mogła być wydana. Wiele bardzo wartościowych książek wydawano w latach 80-tych, przeważnie w drugiej połowie, gdy PRL chylił się ku upadkowi.

Wybrałem te fragmenty, które najlepiej tłumaczą, tak mi się przynajmniej wydaje, dlaczego doszło do tej rzezi. Trzeba było wrócić do czasów piastowskich, w których chłopom powodziło się znacznie lepiej. Ich sytuacja pogarsza się od XV wieku i później jest już tylko gorzej. Dąbrowska pisze tak:

»Historyczne usprawiedliwienie pańszczyzny i zależności włościan wywodzi się zawsze od tego pierwotnego podziału pracy: szlachcic-rycerz bronił ojczyzny, więc i chłopa – chłop w zamian winien go był utrzymywać. Lecz najstarsze dokumenty średniowiecza mówią, że kmiecie z dawien dawna byli obowiązani do obrony kraju. Nigdy, zdaje się, że nie ulegało wątpliwości, że byli obowiązani bronić go w razie najazdu, co się w pierwszych wiekach istnienia Polski nierzadko przecie zdarzało. Stanisław Smolka jednak ujawnia w swoim dziele Mieszko Stary i jego wiek znacznie donioślejszy i bardziej wszechstronny udział kmieci w obronie kraju. Powiada on, że nie tylko w razie najazdu nieprzyjaciela cała ludność chłopska stawała pod broń, ale że i na większych wyprawach „nie pogardzano tłumami gorzej uzbrojonych tarczowników z chłopstwa”. Nadto, „gdy przyszło do wielkiej wojny”, tworzono z chłopów nawet pułki konnic, i takie oddziały miał mieć z sobą Bolesław Krzywousty na wyprawie węgierskiej.

Kazimierz Odnowiciel był ocalony w boju przez chłopa, którego uczynił władyką, i w ogóle „nieustanny przybytek z klasy chudopacholskich dziedziców (nazwa „dziedzice” pierwotnie dotyczyła kmieci) odświeżał w rycerstwie siłę rodzimego pierwiastka”. Natomiast według tego samego źródła „góra wojskowa liczyła wielu obcych rycerzy”.

Korzon w swych Dziejach wojen i wojskowości w Polsce również mówi o udziale chłopów średniowiecznych w służbie wojennej. Obszernie zaś podaje organizację pospolitego ruszenia za Kazimierza Wielkiego, który „zobowiązał prawem, statutem i gospodarczymi zarządzeniami całą ludność rolną do służby wojskowej”. Zatem pierwsze oficjalne pospolite ruszenie było nie wyłącznie szlacheckie, lecz ogólnie narodowe, czyli w ogromnej zapewne części chłopskie.

Dopiero wiek XV, więc czas, gdy gruntowała się pomału gospodarka folwarczna i pańszczyźniana, wyłączająca chłopów spod prawa państwowego, nadała pospolitemu ruszeniu charakter wybitnie szlachecki. Stopniowo zanikała wówczas idea powszechnej służby wojennej chłopów, a statuty przewidują już tylko udział kmieci w obronie miejscowej w razie najazdu.

Szlacheckie pospolite ruszenie okazało się wprędce i dość zawodne i niewystarczające jako środek obrony, a zwłaszcza jako środek umocnienia potęgi państwa. O przywróceniu jednak na większą skalę służby wojskowej chłopów i mowy być nie mogło, stanowili oni bowiem już wtedy prywatną własność i źródło największego dochodu szlachty, która dla żadnych celów nie dała ich brać ze wsi. Toteż już pierwsi Jagiellonowie posługiwali się wojskiem zaciężnym, rzecz prosta, cudzoziemskim.

Jagiellonowie starali się zresztą przez cały czas utrzymywać resztki tradycji pospolitego ruszenia chłopskiego przynajmniej na Litwie, gdzie ich władza była bardziej realna. Niezależnie od tego, w całej Rzeczypospolitej zaczęli niebawem z chłopów tworzyć znaną i zasłużoną w bojach piechotę łanową czyli wybraniecką, wyciąganą oczywiście tylko z królewszczyzn i to nie bez oporu starostów. Ta właśnie chłopska piechota stanowiła pierwszy zawiązek armii stałej, opartej na poborze. Historia nie przekazała nam wiadomości, by ta chłopska piechota uciekła z pola bitwy, lub zawiązywała rokosze, co się szlachcie nierzadko zdarzało. Powszechnie znany też jest fakt, że w ostatnich wiekach Rzeczypospolitej chłopi, zwłaszcza tam, gdzie zachowały się przypadkowo resztki swobody, występowali samorzutnie, i często z lepszym niż szlachta rezultatem, w obronie kraju. Dość przypomnieć rolę Kurpiów i górali w partyzantce przeciw Szwedom, którym szlacheckie pospolite ruszenie Polskę wydało na łup, a których najazdowi chłopi pierwsi stawili czoło. Mimo to sejm szlachecki oprał się spełnieniu ślubów Jana Kazimierza. Daninę krwi uznał za jeszcze jedną daninę, należną panom obok pieniędzy, płodów rolnych i pracy. Toteż jeśli chłopscy bohaterowie wojenni Polski szlacheckiej – wywlekani dziś czasem z niepamięci głównie dla zagrzania chłopów do coraz większych obowiązków – są tak zapomniani i zdają się być nieliczni, to są oni za to bohaterami najbardziej niepodejrzanymi, gdyż – mimo woli może – lecz najzupełniej bezinteresowni. Za swoją krew i życie nie mogli się – przynajmniej jako zbiorowość – niczego spodziewać i, choć to straszno powiedzieć, nic nie uzyskali, prócz wzmagającego się ucisku.

Służba wojenna szlachty była niby to bezpłatna. W rzeczywistości kosztowała bardzo drogo. To właśnie, między innymi, skłaniało królów naszych do przechodzenia na wojska zaciężne.

Rzecz dziś już zbadana i wiadoma, że o każde uchwalenie koniecznej wojny ziemiaństwo targowało się do upadłego, nie chcąc nic dać, nie to żeby za darmo, lecz nawet za cenę przyzwoicie umiarkowaną. To zaś, co uzyskiwało, nazywam za Słowackim ceną „krwi nie wylanej”, boć korzystano z owych zysków bez względu na rany i zasługi, korzystali z nich i ci, co wcale nawet sami na wojnę nie poszli.

Mniejsza jednak o cenę, płaconą bezpośrednio w dobrach ziemskich i starostwach lub udziałem w takich czy innych dochodach. Bardziej doniosłą w swych zgubnych skutkach ogólnopaństwowych była cena, płacona przywilejami. W łagodnym gloryfikującym ujęciu nazywało się to zdobywaniem przywilejów, mających być podstawą demokratycznego ustroju, rękojmią, zabezpieczającą przed samowładztwem. W gruncie rzeczy szlachta uzyskiwała w takich okolicznościach prawo do nieograniczonego ucisku chłopów. Wydzierała państwu i królowi nie tyle władzę nad sobą, ile władzę nad chłopem, a więc nad „istotnym narodem”, którą też w końcu sobie bez zastrzeżeń przywłaszczyła. Ignacy Baranowski, badacz bezstronny i szlachtę raczej usprawiedliwiający stwierdza w swej książce Wieś i folwark, że kiedy Zygmunt Stary odwołał się do szlachty o podatek na wojnę pruską (nawet więc krwi nie żądał), ona „według zwyczaju wyzyskała położenie i w zamian za pobór” wyjednała trzy uchwały statutu toruńskiego (1520), dotyczące pańszczyzny. Konstytucja tego statutu o robociznach „była pierwszym ustawowym określeniem stosunku pańszczyźnianego w prawodawstwie polskim”. Oznaczając wymiar pańszczyzny na jeden dzień w tygodniu zdawała się być, formalnie przynajmniej, hamulcem powściągającym jej dowolne zwiększenie. Ale to tylko pozór. Choć trudno temu dać wiarę, niemniej statut toruński zawierał punkt mówiący, że „ustawa ta nie ma być wprowadzana tam, gdzie chłopi odrabiają więcej niż jeden dzień swym panom”. A ponieważ owymi czasy w dobrach szlacheckich włościanie odrabiali już wszędzie więcej niż jeden dzień w tygodniu, chodziło więc tylko o wprowadzenie bodaj minimum pańszczyzny w dobrach królewskich, gdzie jeszcze chłopi nie wszędzie ją odrabiali i dokąd uciekali, szukając lepszej doli, z majątków prywatnych. Z tym uciekaniem szlachta zaczynała już wtedy walczyć i dla uchronienia się przed nim potrzebowała „powszechnej ustawy o pańszczyźnie”, aby nie było w Polsce kąta ni miejsca, dokąd by chłop miał po co uciekać. W tym celu zaczynała też tworzyć „wskroś nowoczesną organizację ziemian-kapitalistów” – stwierdza to nie żaden „klasowy przewrotowiec”, ale tenże Ignacy Baranowski.

A od XVI aż prawie do końca XVIII wieku wewnętrzne dzieje Polski są w znacznym stopniu historią wzrastania pańszczyzny i niewoli chłopów. Zacząwszy w wieku XV, a rozszerzywszy w XVI gospodarkę folwarczną, szlachta uznała z całym naiwnym cynizmem pracę chłopów „za największą intratę w Polsce” tę intratę wyciągnęła bez najmniejszych skrupułów, z całkowitą pogodą ducha i w pełni zadowolenia z siebie.

Stawszy się pomału wielkim przedsiębiorcą i kupcem zbożowym, ziemiaństwo swoją szlachecką daninę krwi dawało coraz niechętniej, bo tyle uzyskawszy wolało się oddawać spokojnemu dosytowi.

Chłopi zostali w ciągu tego czasu absolutnie wyjęci spod prawa publicznego i poddani bez zastrzeżeń patrymonialnemu sądowi szlachty. Spór chłopa z panem rozsądzał wyłącznie tenże jego własny pan, więc strona zainteresowana i w stosunku do chłopa wszechwładna. Za szkodę wyrządzoną chłopu sąsiada szlachcic płacił karę właścicielowi podsądnego, tak jak za szkodę wyrządzoną na cudzym inwentarzu. A działo się to w kraju, chlubiącym się swymi trybunałami obywatelskimi i swoim „Nikogo bez sądu nie uwięzimy”… Dobra i majątki szlacheckie czy wielkopańskie stały się państewkami absolutnymi, w których pan rządził bezapelacyjnie narodzinami, życiem, śmiercią, każdym dniem i każdą nocą gromady niewolników, nie w takim jak starożytne, lecz w niemniej ciężkim znaczeniu.

Swej nieograniczonej władzy nad chłopem szlachta używała przez cztery blisko wieki wyłącznie w dwu kierunkach: zwiększenia pańszczyzny i przytwierdzenia chłopów do ziemi.. Od XVI do XVIII stulecia szlachta, coraz bardziej obojętna na sprawy publiczne, uchwaliła jedną za drugą około 60 konstytucji o zbiegłych kmieciach, ku temu głównie służył w tym czasie jej tyle sławiony parlamentaryzm. Według Baranowskiego nadmierna ilość i ciągłe ponawianie tych ustaw świadczy o ich bezskuteczności. Bardzo możliwe, ale świadczy i o tym, jak potwornie źle było chłopom, skoro nie spodziewając się nigdzie obrony ani prawa, zbiegali jednak, prawdziwie w czarną noc ponad światem. Świętochowski w swojej Historii chłopów polskich przytacza treść aż 38 postanowień o zbiegłych chłopach, jakie zapadły w ciągu jednego XVII wieku. I trudno mu się dziwić, kiedy dodaje: „Nie potrzeba wymowniejszego dowodu, jak dalece szlachta nie mogła dostrzec w chłopach pierwiastków ludzkich, zasługujących na coś więcej ze strony ustawodawstwa, niźli listy gończe”.

Twórcy Konstytucji 3 maja, choć tak zdeterminowani, że rzecz swoją postanowili przeprowadzić na drodze zamachu stanu, tym nawet rewolucyjnym sposobem nie poważyli się forsować czegoś, co musiałoby wywołać żywiołowy sprzeciw szlachty, grożący wojną domową. Dla spraw skarbu i wojska, czy wzmocnienia władzy wykonawczej można było liczyć, że się wzbudzi bodaj na krótko zapał w odpowiednio zażytym, nóż najazdu mającym na gardle, a bądź co bądź na swój sposób łatwym do do patriotycznego roztkliwienia pospólstwie szlacheckim. Dla sprawy chłopskiej – nigdy. Wchodziła tu w grę rzecz zbyt silna – materialny interes „klasowy”, którego wymyślenie przypisuje się dopiero socjalistom.

To liczenie się państwa z egoizmem szlachty, jak każdy zdrożny kompromis, i tak nie pomogło. Wojna domowa, której chciano uniknąć przez połowiczność reform, nie dała na siebie czekać. Targowica, występująca – paradoks częsty w takich wypadkach – pod hasłem obrony wolności i demokracji, nieugruntowane dzieło 3 maja przy hańbiącej obcej pomocy obaliła. Zaś w sprawie chłopskiej nakazywała dziedzicom wszelkie obudzone przez sejm czteroletni nadzieje włościan niweczyć i buntujących się przeciw jakimkolwiek „dawniejszym powinnościom” przykładnie karać. I choć tego właśnie grzechu nikt jej ani pamięta, ani wypomina, w nim – osobliwie trwałe, do dziś pokutujące – okazało się jej „za grobem zwycięstwo”.

W latach 1772-75 nie protestowano przeciw rozbiorom ojczyzny, ale Świętochowski (Historia chłopów polskich) podaje tekst memoriału, złożonego wtedy gubernatorowi lwowskiemu przez szlachtę zaboru austriackiego, protestującą „przeciw opodatkowaniu szlachty, która krwią przelaną za ojczyznę, okupiła sobie uwolnienie od tego ciężaru, a chłopami opiekowała się życzliwie”. Według tego samego źródła szlachta w adresie hołdowniczym do Marii Teresy proponowała zachowanie pańszczyzny. Kiedy nastał Józef II, szlachta, przerażona jego programem reform rolnych, wysilała cały swój dowcip i całą troskę publiczną na przesyłanie rządowi memoriałów, dowodzących, „że reforma rolna w Galicji prawnie przeprowadzić się nie da, a przeprowadzona gwałtem wywoła powszechną ruinę gospodarczą”. Zaznaczmy przy tym, chociaż to ciężko boli, że włościańskie patenty Józefa II zaczęły wychodzić przed Sejmem Czteroletnim i że szły dalej niż Konstytucja 3 maja. Więc szlachta okrojonej Rzplitej miała już ostrzeżenie i przykład, co można było i co należało zrobić. Ponurej tej przestrogi nikt nie wziął pod uwagę. Szlachta zaboru austriackiego zamiast słać do Warszawy najgorętsze wezwania, by sejm i rząd w uobywatelnieniu ludu nie dały się ubiec najeźdźcy, bawiła rząd wiedeński narzekaniem na swoje ciężkie położenie, przekonywaniem, że ochrony i pomocy potrzebuje nade wszystko ziemiaństwo i duchowieństwo, a nie chłopi.

Zaślepienie szlachty zwyciężyło. Rząd austriacki zaczął ustępować. Zresztą po śmierci Józefa II kurs reform się skończył, przyszła znana i nikczemna polityka zdeprawowanej biurokracji. Zemsta dziejów rzuciła swoje memento w koszmarnej postaci rzezi galicyjskiej. Po tym dantejskim doświadczeniu nastąpiło krótkie, lecz świetne ocknienie, po raz pierwszy jak gdyby masowe. Kiedy w roku 1848 wybuchają próby powstania, to i Komitet Narodowy w Krakowie i Rada Narodowa we Lwowie wysyłają do władz memoriały, żądające zniesienia pańszczyzny i nie żadnego oczynszowania, lecz uwłaszczenia chłopów. Te memoriały są opatrzone tysiącami podpisów, są to aż do r. 1863 – obok postanowień sejmików litewsko-białoruskich z r. 1817 – jedyne ekspiacyjne akty publiczne szlachty polskiej w sprawie chłopów.

Ogień Wiosny Ludów jak silnie w sercach ziemiaństwa wybuchnął, tak samo prędko i zgasł, pogrążając dziedziców zaboru austriackiego w tym głębszą ciemność wstecznej myśli i niestety, wybitnie „klasowego” stosunku do spraw obywatelskich, społecznych i gospodarczych. W samym zresztą przedstawionym tu okresie przebudzenia moralnego nie brakło bynajmniej objawów świadczących, że wstrząs wydobył na jaw tylko drobną, zdrową na duchu garstkę, która chwilowo zasłoniła zdezorientowaną, lecz nie odmienioną do gruntu całość żywiołu szlachetczyzny. Do jakiego stopnia nawet najinteligentniejsi spośród ziemian owego czasu tkwili, jeśli nie w żądzy ucisku, to w mrzonce nawrotu do patriarchalno-pańszczyźnianej sielanki, to można poznać choćby z memoriału Aleksandra Fredry, złożonego nadzwyczajnemu komisarzowi Galicji Stadionowi tuż po rzezi galicyjskiej. „Władza patriarchalna – pisze sławny komediopisarz – dziedzicom przynależy, nikt jej skutecznie nie zastąpi… Zadaniem niższych urzędników być powinno jak najprostszą mową przekonać lud, że pańszczyzna jest nie tylko własnością pana, ale jest zarazem konsekwencją ustanowionego porządku mocą prawa i wolą monarchy, że nie wypełniający w tym względzie swoich obowiązków narusza prawa własności, a nade wszystko wykracza przeciwko rzeczonej najwyższej woli…” Oto jak przedstawiciel elity szlacheckiej rozumiał opiekę prawa państwowego nad chłopem w pięćdziesiąt kilka lat po Konstytucji 3 maja i w przededniu zniesienia pańszczyzny przez rząd austriacki. Jeżeli powoływaliśmy się na wolę obcych monarchów, o ile ona zachowywała pańszczyznę, a narzekaliśmy na obce rządy, gdy uwłaszczały chłopów, to jakie mieliśmy potem prawo mówić o sztucznym wykopaniu przepaści między chatą a dworem? Wprawdzie chciałoby się Fredrę uważać za wyjątek, trudno jednak nie zgodzić się ze Świętochowskim, że skoro tak myślał człowiek utalentowany i obyty ze światem nowych idei (napoleończyk), to inni „zwykli panowie” musieli myśleć znacznie gorzej. To pewne, że pięknej tradycji 48 roku nie zachowali oni nawet w dobrej pamięci.

Co do zaboru pruskiego, to znanym jest fakt, że tamtejszy zaborca, znacznie od innych sprytniejszy i może znacznie pewniejszy trwałości swego panowania, prowadził na swej grabieży politykę nie tak demagogiczną i nie tak bezwzględnie rabunkową. Nie zależało mu tak na podsycaniu przeciwieństw społecznych, gdyż dla niszczenia polskości przewidywał inne, na dalszą metę zakrojone sposoby. Toteż reformę uwłaszczeniową (najwcześniejszą) przeprowadził z silniejszym uwzględnieniem czynników gospodarczych, widząc w tym większe dla siebie korzyści. Odpowiedzią, którą na razie otrzymał, było wydatne wzięcie przez włościan udziału w powstaniu 1848, obok insurekcji kościuszkowskiej jedynym powstaniu częściowo chłopskim. W ostatecznym rezultacie stosunki ułożyły się tam zdrowiej, a staroszlachecka nienawiść do reform rolnych odżyła dopiero… w Polsce niepodległej.

Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztka czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się wstecz. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczenia chłopów. Jak wiadomo, prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-spolecznego procesu, który się odbył na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on ani znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

Rugom tym towarzyszyła publicystyka, której głosy cytować byłoby już zbytecznym znęcaniem się nad i tak czyśćcowymi duchami smutnej przeszłości. Dość powiedzieć, że kręciła się ona dokoła uzasadnienia świętego prawa panów do ziemi chłopskiej i nie odbiegała ani o jeden ton od tego, co pisano w końcu wieku XVIII. Znów zarzekano się, że „nigdy”, że „na zawsze”, a wyrazem najpopularniejszych zapewne poglądów była choćby uchwała rady powiatowej w Płocku, głosząca między innymi: „Własności naszej gruntowej dla nikogo i dla żadnych względów nie tylko nie ustępujemy, lecz owszem, przeciw naruszaniu onej protestujemy się”. Pamiętać zaś trzeba, że własność, której „dla żadnych względów” i nigdy postanowiono nie ustąpić, to były – w owym czasie – nie folwarki, lecz grunty od prawieku zasiedlone chłopami.

Zwróćmy się jeszcze ku temu, co działo się w ostatnim pięćdziesięcioleciu niewoli w Galicji. Tam również sprawa narodowościowa zabarwiała swoiście stosunki, ale działo się to niejako na marginesie całokształtu polskiego życia dzielnicy, która jedyna posiadała przez czterdzieści lat autonomię. Ten właśnie fakt pozwala wyraźniej niż w innych zaborach obserwować smutne i charakterystyczne dla stosunku ziemiaństwa do sprawy chłopskiej zjawiska. W Galicji bowiem rozegrała się w całej pełni i jawności walka na nowej pozycji, na którą wycofała się szlachta. Nie mogąc się już bronić ani przed zamianą pańszczyzny na czynsze, ani przed uwłaszczeniem – broniono się zaciekle przed… oświatą ludową.

Żabko-Potopowicz, stwierdzając, że w Galicji „odpowiedzialność za bieg spraw krajowych ponosiło ziemiaństwo”, mówi o jego wielkich zasługach na polu oświaty. W samej rzeczy budżet oświatowy, zwłaszcza w ostatnich czasach przed wojną był wysoki, zrobiono też wiele w dziedzinie zakładania szkół wyższych. Jeśli jednak idzie o szkolnictwo ludowe, to i dzieje galicyjskiej Rady Szkolnej i diariusze sejmu lwowskiego mówią nam zgoła co innego.

Sejm galicyjski był, jak wiadomo, w ciągu całego swego istnienia opanowany przez żywioły konserwatywne, w znacznej części szlacheckie, z przedstawicielami najpierwszych rodów miejscowych na czele. Cytaty mów, jakie ci ludzie wygłaszali w latach sześćdziesiątych i później w sprawie szkolnictwa wiejskiego i oświaty ludowej, świadczą o zupełnie swoistym i wypaczonym pojmowaniu obowiązków obywatelskich. Świętochowski, przytaczając te mowy, stwierdza nadto, że „uchwalono śmiesznie małe sumy na szkolnictwo elementarne, karcono przekroczenia budżetu szkolnego, zniżano kwalifikacje nauczycieli… czyniono wszystko, co mogło utrzymać lud w ciemnocie”. Wśród zwolenników najniższego minimum nauki dla chłopów i jak najmniejszych wydatków na szkoły wiejskie figurują takie nazwiska, jak: hr. W. Dzieduszyckiego, hr. Reya, hr. Wodzickiego, hr. Stadnickiego, D. Abrahamowicza, nawet prof. J. Szujskiego. Kiedy posłowie chłopscy oświadczyli się za dodatkowym podatkiem na szkoły, szlachta zastrzegła się, że ona tego podatku płacić nie będzie, „gdyż ze szkoły ludowej nie użytkuje”. Dano tym wyraz opłakanej prawdzie, że tylko chłop jest zawsze stworzony do płacenia na rzeczy, z których nie użytkuje.

Jeszcze w r. 1880 hr. Rey domagał się „ażeby plany i podręczniki szkolne były odmienne dla miast i wsi”, podobnie i seminaria nauczycielskie. Odmienność pojmowano przy tym nie w sensie uwzględnienia dajmy na to zawodowej oświaty rolniczej na wsi, lecz w sensie ograniczenia programu nauki wiejskiej w porównaniu z miejską (Sprawa ta jest zresztą do dziś widać w Polsce aktualna). Czas nauki starano się skrócić, rozciągając święta i wakacje do ostatecznych granic. Żądano jak najniższego kształcenia nauczycieli wiejskich i zatwierdzania na te stanowiska „żywiołów naiwnych”, bo „jeżeliby miała wejść do szkolnictwa wiejskiego inteligencja, to biada porządkowi społecznemu”. Programy ograniczano do nauki religii, czytania, pisania i rachunków. Poseł Grocholski żądał w ogóle „uwolnienia sejmu od obowiązku utrzymania szkół powszechnych i oddania ich staraniom prywatnym”. Niesłychane te w końcu XIX wieku projekty udaremnił częściowo… rząd austriacki, ku tym większemu wstydowi nie szlachty – bo ta może i dziś by jeszcze swego ówczesnego stanowiska broniła – lecz wszystkich dobrych obywateli za swoją szlachtę. Ziemiaństwo trwało na swym niechlubnym posterunku tak walecznie, że jeszcze w r. 1887 poseł hr. Stadnicki mówił: „Wolimy zakładać skromne ochronki pod kierownictwem sióstr służebniczek, niż mieć u siebie szkoły ludowe pospolite, obawiając się trucizny, którą one w dzieciach wiejskich zaszczepiają… Chcemy, żeby lud był tak wychowywany, jak my to rozumiemy”.«

Rzeź galicyjska nie wzięła się znikąd. Gdyby relacje chłopsko-szlacheckie wyglądały inaczej, Austriacy i Żydzi nie byliby w stanie sprowokować chłopów. To, że doszło do tak drastycznych wydarzeń, oznaczało tylko to, że chłopi byli ludźmi, którzy czuli i cierpieli z racji swego poniżenia. Taka jest ludzka natura: niezgłębiona, tajemnicza, wybuchowa, a nade wszystko nieobliczalna. Szlachta miała wszelkie instrumenty ku temu, by poniżać chłopa: czasem biła go, czasem linczowała, czasem zabijała, ale najczęściej zmuszała go do niewolniczej pracy, wyzyskując wszelkie jego siły witalne. Chłop nie mógł odpowiedzieć tym samym. Nie mógł rozłożyć w czasie swojej zemsty w taki sposób, jak to czyniła szlachta. Gdy więc nadarzyła się okazja, emocje wzięły górę.

I RP była republiką bananową, opartą na eksporcie zboża, tak jak republiki bananowe były i są oparte na eksporcie bananów. Było to państwo o ustroju niewolniczym, w którym 90% społeczeństwa było niewolnikami. Jedna klasa społeczna zawłaszczyła sobie państwo i wykorzystywała je dla własnego zysku. Etos, słowo, którego nie lubię, bo kojarzy mi się z Geremkiem, który nadużywał go: jego „etos Solidarności”, ale które tu najbardziej pasuje, etos szlachecki I RP przetrwał zabory i odrodził się w II RP. Wszak Piłsudski, po zamachu majowym, faworyzował ziemiaństwo. Zdawać by się mogło, że za czasów PRL-u była to obca ideologia, ale skoro Rozdroże, aż do 1987 roku, nie mogło być wydane, to chyba nie taka obca. Nic dziwnego, przecież PRL-em rządzili żydowscy faktorzy. Ci sami, którzy wyręczali szlachtę z przykrych obowiązków zajmowania się finansami i gospodarką. Po 1989 roku etos szlachecki powraca: „ciemny lud to kupi”, „będą zap…..lać za miskę ryżu”.

W mojej ocenie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, czym jest obecna Polska, bez odwołania do historii, do I RP. Ta gangrena, która ją toczyła, odradzała się niczym hydra, w II i III RP, a i PRL nie mógł się jej oprzeć.

Powstanie krakowskie

Powstanie krakowskie raczej nie funkcjonuje w powszechnej świadomości. Bo też bardziej było, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadymą, niż powstaniem zbrojnym. Stoczono tylko jedną bitwę. Nie mniej jednak zasługuje na uwagę. Wszyscy wiemy o tych antypolskich powstaniach: insurekcji kościuszkowskiej, powstaniu listopadowym, styczniowym, warszawskim. Wiemy też o tych polskich, o których się nie mówi: wielkopolskim i powstaniach śląskich. Nie mówi się o nich, a raczej, mówi się o nich bardzo rzadko, co na jedno wychodzi, ale wiemy! A o powstaniu krakowskim z 1846 roku i równoczesną z nim rzezią galicyjską? Bardzo mało. W Krakowie powstał Rząd Narodowy. Czy z tego względu, że było to Wolne Miasto Kraków? Wolne było teoretycznie, ale ładnie brzmiało. Wikipedia pisze tak:

Powstanie krakowskie było próbą ogólnonarodowego powstania. Trwało ono od 21 lutego do 4 marca 1846 roku. Do nielicznych nieudanych wystąpień zbrojnych doszło także w innych miejscach we wszystkich trzech zaborach, ale głównie w Galicji. Wolne Miasto Kraków zwane też Rzeczpospolitą Krakowską powstało na kongresie wiedeńskim w 1815 roku. Istniało do upadku powstania w 1846 roku.

Po niepowodzeniach wcześniejszych zrywów narodowych zaczęto brać pod uwagę rolę chłopów w walkach powstańczych. Powstanie w Krakowie chciano oprzeć na sile chłopskich rąk. W zamian za pomoc utworzony tu Rząd Narodowy Rzeczypospolitej Polskiej obiecał uwłaszczenie chłopów, przydzielenie im ziemi i utworzenie warsztatów narodowych. Jednak zamiar przyciągnięcia chłopów do powstania nie powiódł się, gdyż głoszeniem i tłumaczeniem obietnic wśród najniższej warstwy społeczeństwa zajęła się jedynie niewielka garstka ludzi, wśród nich m.in. Edward Dembowski.

W styczniu 1846 r. ustalono skład Rządu Narodowego. Weszli do niego: Karol Libelt z Poznańskiego, Ludwik Gorzkowski z Krakowa i Jan Tyssowski z Galicji oraz dwaj przedstawiciele Centralizacji. W lutym hr. Henryk Poniński zadenuncjował pruskiej policji spiskowców i około 70 aresztowano wraz z przywódcami Karolem Libeltem i Ludwikiem Mierosławskim ujętym w Świniarach oraz skazanym na karę śmierci, której uniknął dzięki rewolucji berlińskiej.

18 lutego 1846 r., gdy niewielki oddział austriacki wkroczył do Krakowa, władze powstańcze postanowiły odwołać termin powstania, potem jednak – nie wiedząc o rozpoczętej już tego dnia rzezi galicyjskiej – postanowiły utrzymać go.

20 lutego 1846 r. – w Krośnie, w mieszkaniu kupca Marcelego Myczkowskiego, dowódca Franciszek Wolański (rysownik i skryptor Wincentego Pola), po otrzymaniu od Rządu Narodowego decyzji, ogłosił odezwę o wybuchu powstania w nocy z 21/22 lutego. W wyznaczonym czasie powstańcy rozpoczęli ostrzeliwanie oddziałów zaborczych. W Krakowie przerażony Ludwik Collin wyprowadził je z miasta. Tego dnia Rząd Narodowy ogłosił Manifest do narodu. 24 lutego 1846 władzę dyktatora objął Jan Tyssowski zwany Tyssowieckim, którego posunięciami kierował rewolucjonista Edward Dembowski.

22 lutego Kraków i okolice były już wolne. Do powstańczych oddziałów zgłosiło się 6 tys. ochotników, ale z uwagi na niedostatek broni, w samym Krakowie wyposażono jedynie ok. 2 tys. ludzi. Nie prowadzono też energicznych starań w celu pozyskania większej ilości broni, aby skutecznie przeciwstawić się Austriakom.

Jedyna bitwa w tym powstaniu odbyła się 26 lutego 1846 r. pod Gdowem. Maszerujący na Kraków austriacki pułkownik Ludvig von Benedek wraz z okolicznymi chłopami pokonał po krótkiej walce, wysłany przeciwko niemu, oddział powstańczy. Mimo tej porażki najbardziej radykalny działacz podziemia, Edward Dembowski, nie rezygnował. Chciał przemówić do chłopów i w tym celu 27 lutego 1846 r. wyruszył z krzyżem w ręku z procesją do Podgórza. Nie zdołał jednak zrealizować swych zamiarów. Drogę idącemu tłumowi zastąpiła austriacka armia gen. Ludwiga Collina, która oddała kilka salw do tłumu, w wyniku czego Dembowski zginął. Austriacy stanęli pod Krakowem 1 marca i zażądali od miasta kapitulacji w ciągu 48 godzin. 3 marca Tyssowski zdołał opuścić Kraków i na czele znacznego oddziału udał się na granicę z Prusami. Tymczasem wojska austriackie wkroczyły do Krakowa.

Nie udało się wywołać powstań w Wielkopolsce i Królestwie Polskim. Natomiast w Galicji sprowokowane przez władze austriackie chłopstwo uderzyło, na 3 dni przed rozpoczęciem powstania (pierwsze ataki na dwory miały miejsce 18 lutego, masowa napaść rozpoczęła się 19 lutego), na dwory szlacheckie oraz niektóre kościoły, dokonując krwawej rzezi, mordując w sposób okrutny między 1200 a 3000 ziemian, urzędników dworskich i rządowych oraz księży. Rzeź galicyjska pogrążyła ostatecznie nadzieje powstańców na poderwanie całego narodu do walki przeciwko zaborcom. Austriacy do Galicji skierowali 55 tys. wojska. Powstanie zakończyło się klęską, a uczestników czekało więzienie na Szpilbergu lub kara śmierci na cytadeli we Lwowie.

Do Wolnego Miasta Krakowa oprócz wojsk austriackich wkroczyły też korpusy rosyjski (3 marca) i pruski (7 marca). Wprowadzono rządy okupacyjne: rozwiązano Senat, tworząc w jego miejsce Tymczasową Radę Administracyjną Cywilno-Wojskową Wolnego Miasta; aresztowano ponad 1200 obywateli pod zarzutem uczestnictwa w powstaniu. Około 100 z wcześniej aresztowanych osadzono w więzieniach na dożywocie lub długoletnie więzienie. Zostali jednak szybko uwolnieni przez rewolucjonistów podczas Wiosny Ludów.

Powstanie krakowskie położyło kres istnieniu Wolnego Miasta Krakowa. 16 listopada 1846 miasto włączono do Austrii, zgodnie z tajnym porozumieniem państw zaborczych zawartym w Cieplicach jeszcze w 1835 roku. Wywołało to co prawda sprzeciw – w formie not dyplomatycznych – Francji i Wielkiej Brytanii, gdyż było to złamanie postanowień kongresu wiedeńskiego, ale mimo to nie zdecydowano się na poważniejsze działania. Austriacy zaś, anektując Kraków, przemianowali zajęte terytorium na Wielkie Księstwo Krakowskie. Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia.

To tyle Wikipedia. Na uwagę zasługuje fakt, że porozumienie państw zaborczych o włączeniu Wolnego Miasta Krakowa do Austrii zostało zawarte w 1835 roku, a więc na 11 lat przed wybuchem powstania. Wygląda więc na to, że powstanie dostarczyło idealnego argumentu do realizacji tego, co już znacznie wcześniej ustalono.

Równie ciekawą informację można znaleźć w Wikipedii na temat Tyssowskiego. – Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji. Ostatecznie wycofał się z liczącym 1500 żołnierzy oddziałem powstańczym do Prus i został internowany wraz z powstańcami w okolicach Bierunia Nowego na rok, po czym otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych W USA współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie w Ameryce. Zmarł 5 kwietnia 1857 roku w Waszyngtonie.

No cóż, negocjował warunki kapitulacji z Prusakami. Taki był mocny. A później jeszcze zgodzili się oni na jego wyjazd do Ameryki, w której współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Podążał śladami Kościuszki i Pułaskiego. Oni byli masonami, to zapewne Tyssowski też nim był. Nie ma takiej opcji, by jakieś “polskie” powstanie wybuchło bez udziału Żydów i masonów i nie w ich interesie. W tym wypadku udało się im napuścić chłopów na ziemian, urzędników i kler.

Wikipedia podaje, że w Rządzie Narodowym byli dwaj przedstawiciele Centralizacji, ale nie wyjaśnia, co to takiego. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 znajduje się hasło „Centralizacja Poznańska” i tak je wyjaśnia:

Potoczna nazwa kierownictwa polskiego spisku demokratycznego, 1844-46. Utworzony w 1839 w Poznaniu przez Centralizację Wersalską TPD komitet spiskowy, zw. Komitetem Poznańskim, przejął w końcu 1844 z jej rąk nadzór nad ruchem konspiracyjnym w 3 zaborach; na czele C.P. stał Karol Libelt; przeważały w niej elementy szlachecko-demokratyczne przeciwne rewolucji społecznej; ograniczając rolę chłopstwa i drobnomieszczaństwa w przyszłym powstaniu. C.P. przyznawała rolę hegemona szlachcie; antyrewolucyjnej taktyce C.P. przeciwstawiał się Związek Plebejuszy; w listopadzie 1845 nastąpiła reorganizacja, w wyniku której weszli do C.P.: A. Guttry, W. Kosiński i J. Esman oraz W. Dzwonkowski i F. Wiesiołowski jako przedstawiciele Królestwa Polskiego i Galicji; termin powstania wyznaczono na luty 1846; na kilka dni przed jego wybuchem 70 czołowych jego działaczy z Libeltem i Guttrym zostało aresztowanych, co spowodowało rozbicie Centralizacji Poznańskiej.

Związek Plebejuszy, to jak podaje ta encyklopedia, to tajna organizacja patriotyczno-rewolucyjna, założona w latach 1842-43 w Poznaniu przez W.M. Stefańskiego; skupiał drobnych rzemieślników, czeladników, komorników oraz młodzież; celem Z.P. była walka o niepodległość Polski i przemiany społeczne w duchu demokratycznym; w dziedzinie społecznej wysuwał żądania sprawiedliwego rozdziału dóbr, zapewnienia wszystkim prawa do pracy i zarobków, zniesienia własności obszarniczej i przejęcia jej przez gminy; środkiem realizacji tych postulatów miało być powstanie, będące zarazem rewolucją społeczną. Na ukształtowanie ideologii Z.P. wywarł wpływ E. Dembowski, który w 1843 roku rozpoczął działalność w Wielkopolsce, starając się przy pomocy Z.P. wpłynąć na radykalizację poglądów w Komitecie Poznańskim TDP. Związek sięgał swymi wpływami na Pomorze Gdańskie, Śląsk, utrzymywał kontakty z Galicją, Królestwem Polskim oraz z kolonią polską w Berlinie; aresztowanie w 1845 Stefańskiego przyczyniło się do osłabienia Związku; w 1845 Z.P. połączył się z konspiracją TDP w Poznańskiem; główni działacze: Stefański, J. Esman. M. Palacz, Franciszek Trojanowski.

A Wikipedia tyle pisze na temat Związku Plebejuszy: „Związek Plebejuszy został założony w 1842 roku przez księgarza Walentego Stefańskiego w Poznaniu. Organizacja skupiała rzemieślników, czeladników i młodzież. Związek Plebejuszy nawoływał do ludowego powstania, zniesienia własności prywatnej na czas powstania, sprawiedliwego podziału dóbr, zniesienia podziału stanowego oraz przyznania prawa do pracy.”

Z tych wszystkich informacji można wywnioskować, że „centrala dowodzenia” znajdowała się w Paryżu. Drugi wniosek jest taki, że tym rewolucjonistom wcale nie chodziło o prawdziwą rewolucję, o jaką zabiegał Związek Plebejuszy, tylko o coś innego i dlatego zneutralizowano go. O tym pisze Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski:

»Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”), a Czyński w swej „Malowniczej Rosji” w „przeciwieństwie do szlacheckiej Polski kreślił jakąś idealną Rosję” (Limanowski, „Stanisław Worcell”).

Szczególnie smutnie zapisały się w dziejach Polski przygotowania do zbrojnego wystąpienia, czynione przez młodzież szlachecką w 1846 roku w Galicji. W tym czasie bowiem, gdy rabin Majzels i Maurycy Krzepicki wygłaszali w synagodze mowy, w których zachwycali się narodem polskim, współwyznawcy ich podburzali ciemny lud, szerząc wiadomości, że „szlachta zorganizowała spisek, mający dać hasło rzezi chłopów” (Limanowski, „Historia ruchu rewolucyjnego w Polsce w 1846 r.”). Dużo materiału o ustosunkowaniu się żydostwa do ówczesnego społeczeństwa polskiego podaje też memoriał Franciszka Trzeciaka, wręczony hr. Stadionowi, gdzie czytamy, że „hajdamacy z tarnowskiego i jasielskiego cyrkułu, powtarzając wśród rzezi baśń, iż cesarz zniósł dziesięcioro Boskich przykazań, powoływali się na różnych żydowskich agentów, stojących blisko urzędników” (Łoziński, „Szkice z historii Galicji w XIX wieku”).

Żydowscy prowokatorzy, wielce pomocni urzędnikom austriackim w przygotowaniu rzezi szlachty polskiej, wiedzieli dobrze co czynili. Mieli oni świadomość tego, że Galicja przepełniona była materiałem wybuchowym, którego eksplozja rabacyjna od Tarnowa zataczała coraz szersze kręgi. Krwawe wypadki ogarnąć mogły wschodnie okolice kraju, grunt bowiem był przygotowany. Nie darmo na parę lat przed nieszczęsnymi wypadkami 1846 r. zaczęły obiegać między chłopami pogłoski, szerzone przez karczmarzy żydowskich, o darowaniu pańszczyzny; od roku zaś ludność wiejska była nawet przekonana, że najwyższy dekret w tej sprawie już został wydany i dlatego tylko nie nastąpiło obwieszczenie, że dziedzice złośliwie ukrywają go. Pożar, ogarnąwszy Galicję, mógł się stąd przenieść w dalsze strony. W innych prowincjach Austrii, jak to w dwa lata później wykazały rozprawy parlamentu konstytucyjnego w Wiedniu, stosunki pańszczyźniane również nie były tak pomyślne, ażeby poddani nie wykazali chęci naśladowania chłopów galicyjskich.«

To tyle słowem wstępu. No! Trochę przydługi ten wstęp, ale chciałem, ewentualnym czytającym, uświadomić, jak różne mogą być opisy tego samego zdarzenia. A to nie koniec, bo w poprzednim blogu obiecałem, że wyjaśnię, jak to się stało, że prababka Oriany Fallaci, Anastasia, była pół-Polką i przy okazji, jak ona opisała powstanie krakowskie i rzeź galicyjską. To wszystko w jej sadze Kapelusz cały w czereśniach.

O Anastasii wiem dużo. Babcia Giacoma i dziadek Antonio często opowiadali o jej perypetiach i ekscesach, o przygodach i osobliwych przypadkach, z których zwierzała się im, zanim popełniła samobójstwo. Wiem na przykład, że nie mówiła po włosku, lecz po francusku, że paliła jak mężczyzna, tańczyła walca, że była inteligentną feministką ante litteram. Wiem, że nosiła nazwisko Ferrier i była owocem miłości waldejskiej dziewczyny z Turynu (właśnie dlatego mówiła po francusku, językiem, którym od siedemnastego wieku posługiwali się wszyscy waldensi z Piemontu) i młodego Polaka z Krakowa, że nigdy nie poznała jej ojca, zabitego przez Austriaków w powstaniu w 1846 roku, i słabo pamiętała matkę, zmarłą wkrótce potem z żalu. Wiem, że wyrastała w Turynie na via Lagrange, wychowana przez ciotkę, Tante Jacqueline, otoczona opieką również przez Giudittę Sidoli, przyjaciółkę Mazziniego. Wiem, że nie była nieśmiała w stosunkach z mężczyznami i że w wieku szesnastu lat połączył ją flirt z rówieśnikiem, Edmundem de Amicisem. W wieku lat siedemnastu miała przygodę z szefem policji, który aresztował ją w czasie antyrządowych rozruchów. Jako osiemnastolatka przeżyła namiętny romans i zaszła w ciążę ze sławnym arystokratycznym do szpiku kości mężczyzną, którego imienia w rodzinie nie wolno było nawet wspominać. „Cisza. On się nie liczy”. (Ale przecież się liczy. Czy mi się podoba, czy nie, jest moim pradziadkiem. I chociaż mam zamiar dochować strzeżonego tak długo sekretu, to nie mogę nie brać pod uwagę, że wśród moich chromosomów są także jego chromosomy). Wiem też, że porzuciwszy owoc tej namiętności, czyli babcię Giacomę, Anastasia uciekła do Nowego Jorku, do którego przybyła na dwa miesiące przed zamordowaniem Lincolna. Tam dołączyła do pionierów wyruszających na Dziki Zachód i wraz z nimi, strzelając do Indian, przemierzyła prerie Missouri, Kansas, Kolorado, zatrzymała się w Utah, gdzie mało brakowało, a zostałaby żoną mormona mającego już sześć żon. Z Utah udała się do Nevady i z równą beztroską związała się z hazardzistą i szulerem. Z Nevady dotarła do Kalifornii, gdzie przez długi czas kierowała saloonem (a może burdelem?) w San Francisco – jednym słowem, była kimś, kogo nazywa się Madame. Wiem na koniec, że wróciła z Ameryki w 1879 roku i wtedy wzięła do siebie córkę, z która mieszkała przez dziesięć lat, to znaczy do czasu ślubu babci Giacomy z dziadkiem Antoniem…

Moja pamięć błąka się jakby we mgle, kiedy powraca do dni, w których nazywałam się Marguerite Ferrier, miałam szesnaście lat, mieszkałam w Turynie i należałam do Ewangelickiego Kościoła Waldensów, Kościoła, który wcześniej od Lutra i Kalwina, wielkich reformatorów, podał w wątpliwość katolicyzm i odrzucił papieża, kardynałów, biskupów, księży, Matkę Boską, świętych i święte. A wraz z nimi mszę, eucharystię, czyściec, posty, spowiedź.(„Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się do niego modlić, wystarczy Biblia. Matka Boska była kobietą jak wszystkie inne, święta hostia to tylko kawałek chleba, a czyściec jest kłamstwem. Mięso można jeść także w piątek, grzechy wyznaje się Panu Bogu i nikomu więcej…”). O tym kim byłam w roku Pańskim 1845, mogę tylko powiedzieć, że nie brakowało mi fizycznego wdzięku. Ani też lekkomyślności. Miałam ciało drobne jak ptaszek i na swój sposób ponętne. Delikatne rysy, wielkie rozmarzone oczy, proste włosy zaplecione w warkocz i urokliwie skromny strój. To znaczy tradycyjny ubiór waldensów. Na plecach biały fałdzisty płaszczyk: pèlerine vaudoise. Na czarnej, sięgającej stóp spódnicy biały fartuszek: tablier vaudoise. Na głowie sztywny czepek, także biały, i ozdobiony z tyłu długimi wstążkami: coiffe vaudoise. Na dłoniach rękawiczki: les mitaines vaudoises. A w moim biednym mózgu pustkę pustego orzecha. Mimo iż umiałam czytać i pisać, bo analfabetyzm wśród waldensów był rzadki, nigdy nie spojrzałam na powieść, czy inną książkę, która nie była biblią. Pamiętam jednak, że sto lat później, kiedy miałam dziesięć lat i waldejska krewna, zwana ciotką Febe, prowadziła mnie do swojej kaplicy we Florencji, ogarniała mnie przygnębiająca melancholia. (Ona, jako dziecko, chodziła też do kościoła, a tam nastrój był zgoła odmienny niż w surowej kaplicy waldensów: posągi, freski, świece, złoto. I stąd ta przygnębiająca melancholia. – przyp. mój).

Tu widać pewną niekonsekwencję u Fallaci, bo wyżej cytuje: „Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się modlić, wystarczy Biblia.” A skoro tak, to po co kaplica? I pisze też: „ …mównica, z której pastor w todze pouczał wiernych tonem nauczyciela…”. Waldensi mają swój kościół w Mediolanie, mają też świątynię w Turynie, w której 22 czerwca 2015 roku papież Franciszek zwrócił się do wiernych tego wyznania w słowach: „W imieniu Kościoła katolickiego proszę was o przebaczenie za niechrześcijańskie czy nawet nieludzkie postawy i zachowania w dziejach, jakich dopuściliśmy się przeciwko wam. W imię Jezusa Chrystusa przebaczcie nam.”

Kim byli waldensi? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z Francji południowej agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i tak stali się groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę (1208), która pod wodzą Szymona de Montfort toczyła z nimi walkę przez kilkanaście lat. Sobór w zdobytej Tuluzie (1229) ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja ta zwróciła się także przeciw żydom, jako inspiratorom i organizatorom kacerstwa.

W połowie XIII w. wybuchł w północnych Włoszech ruch rewolucyjno-religijny, ruch tzw. „braci apostolskich” i zagroził papiestwu niemal bezpośrednio. Sekta ta z początku rozkrzewiła się na tajnych nocnych schadzkach. Była to sekta bardzo bliska albigensom i utrzymująca z nimi tajemnicze stosunki. Zakazywali własności prywatnej i małżeństwa.

Około r. 1300 na czele sekty stanął niejaki Dolcino, syn duchownego i jego kochanki. Ten obrał sobie za „siostrę” Małgorzatę di Trenk, zakonnicę, którą wykradł z klasztoru i począł działać w Lombardii, głosząc bliskie nadejście mesjasza z rodu królewskiego (Dawidowego), przy czym powoływał się na proroków żydowskich. Wkrótce zorganizował w Alpach piemonckich bunt chłopski. Skupił wokół siebie tłumy zbrojne, złożone z mężczyzn i kobiet i jął burzyć klasztory, miasteczka i wsie. W roku 1307 powstanie zostało stłumione.

Ten cytat, trochę przydługi, musiałem zamieścić, bo w dalszym ciągu przytoczę opis Fallaci, dotyczący waldensów i będzie on odmienny od powyższego. Ona nie wyjaśnia, skąd wzięły się prześladowania waldensów. A pisze tak:

To prawda, w Piemoncie waldensi nigdy nie mieli łatwego życia. Od kiedy przybyli tu w trzynastym wieku, uciekając przed krwawymi krucjatami nakazanymi przez Innocentego III w Langwedocji i innych rejonach Francji, a zwłaszcza od kiedy przyłączyli się do reformacji Kalwina, przeżywali niekończącą się kalwarię. Zanim Emanuel Filibert przyznał im terytorium u stóp Alp Kotyjskich, to znaczy doliny Torre Pellice i San Martino, katoliccy królowie sabaudzcy prześladowali ich na wszelkie wymyślone przez inkwizycję sposoby: aresztowaniami, torturami, stosami na placach publicznych, szubienicami. Później było tak samo. W 1655 roku Karol Emanuel zamordował ich tylu, że aby go powstrzymać, trzeba było gróźb Cromwella, w 1686 roku Wiktor Amadeusz II wymordował szesnaście tysięcy waldensów i wygnał trzy tysiące innych, którzy zdołali wrócić do Piemontu dopiero po interwencji protestanckich władców. W osiemnastym wieku żyli w czymś na kształt limbusu, oblężonego przez księży, którzy zakładali swoje parafie na ich terytorium. Jedyne, co łączyło ich z ludnością katolicką, to język, którego używali zamiast włoskiego: francuski. Tylko w okresie napoleońskim, kiedy przyznano im bezwarunkową wolność religii i wielu z nich przeprowadziło się do Turynu, gdzie podejmowali pracę jako urzędnicy państwowi, mogli żyć jak zwyczajni obywatele. Po kongresie wiedeńskim ten nawias wolności się jednak zamknął i w 1845 roku, kiedy rozpoczyna się historia Marguerite, sprawy nie miały się dobrze. W dolinach traktowano ich jak niepożądanych poddanych, w Turynie jako niemile widzianych gości.

Zarówno w Turynie, jak i w dolinach, w najtrudniejszej sytuacji znajdowały się jednak kobiety. Jeśli policja arcybiskupia otrzymała informację, że jakaś niezamężna waldenska zaszła w ciążę, to księża roztaczali nad nią kontrolę i zaraz po porodzie zabierali dziecko, Dosłownie wyrywali matce niemowlę z ramion i przekazywali do sierocińca katechumenów w Pinerolo, gdzie wychowywano je w doktrynie Kościoła katolickiego, rzymskiego i apostolskiego.

Kobietom ciążyło także jarzmo sztywnej kalwińskiej moralności. Przed nadejściem reformacji kobiety w społecznościach waldensów cieszyły się dużym prestiżem. Miały nawet prawo być kaznodziejami, to znaczy czytać i komentować Biblię. Po przyjęciu doktryny Kalwina sytuacja się zmieniła. Zabroniono noszenia eleganckich ubrań i biżuterii, zabroniono frywolnych fryzur i malowania twarzy, zabroniono nazbyt swawolnych uśmiechów do mężczyzn (kończyło się to więzieniem). Czy to zresztą nie Kalwin twierdził, że żona powinna być czysta, cierpliwa, posłuszna, oszczędna, uprzejma, troskliwa, niepiękna? Można zadać sobie pytanie, jak znalazły okazję do nieposłuszeństwa i grzechu. W mieście nigdy nie wychodziły na ulicę same, a w domu zawsze je nadzorowano jako potencjalne wspólniczki szatana. Wychodziły za mąż tylko za kogoś wybranego przez rodzinę, najlepiej kuzyna z rodzimej wioski, a w czasie nabożeństwa w Chapelle de Prusse nie wolno im było nawet stać obok mężczyzn. Musiały się tłoczyć w wydzielonej dla nich części, w swoistym gineceum. Zwłaszcza jeśli były ładne, jak Marguerite, i miały takiego ojca jak Thomas.

Ten zwyczaj zapewne został przejęty od Żydów. Swego czasu byłem w synagodze w Tykocinie. To takie miasteczko na pograniczu Podlasia i Mazowsza. Główna bryła synagogi to miejsce, gdzie modlą się Żydzi. Do niej „dolepiona” jest mniejsza. Nazywa się ona babińcem. Tam właśnie kobiety i dzieci zbierają się i poprzez okna, wychodzące na główną salę, obserwują modlących się mężczyzn.

Wiosną 1801 roku niejaki Thomas Ferrier wyemigrował z żoną Suzanne do Turynu, gdzie został urzędnikiem państwowym i gdzie tego samego roku Suzanne urodziła kolejnego Thomàsa, czyli ojca Marguerite: dlatego mieszkał on przez całe życie w stolicy Piemontu przy ulicy Dora Grossa 5, na czwartym piętrze domu stojącego prawie na rogu Piazza Castello. Z zawodu był księgowym, pracował w hotelu Feder, co zapewniało mu bardzo dobrą pensję, a po cichu udzielał pożyczek na czterdzieści procent. Działalność, którą niech mi wolno będzie nazwać zwykłym lichwiarstwem.

Zgodnie z tym, co mówił niski i smutny głos babci Giacomy, Ferrierowie mieszkali na czwartym piętrze przy via Dora Grossa 5 – prawie na rogu z Piazza Castello, placu, na którym wznosi się Palazzo Madama i pałac królewski, i o parę kroków od Piazza San Carlo. Był to więc szacowny adres, a do tego nie zapominajmy, że w 1845 roku via Dora Grossa była piękną ulicą. Stały przy niej stare kościoły, historyczne gmachy. Wyróżniała się też wyrafinowaniem. Nie było tam na przykład sklepów spożywczych. Żadnych podrzędnych oberży. Były za to sklepy jubilerskie i słynne kawiarnie, takie jak Café des Alpes czy Caffè Barone. Ta ostania w południe zmieniała się w restaurację, do której uczęszczali sędziowie i adwokaci.

Mieszkanie było duże, dwa razy większe od mieszkania zegarmistrza, który zajmował dwie izby. Składało się z obszernego salonu, w którym wieczorem czytano Biblię i Livre de famille, z kuchni, gdzie przed rozpoczęciem posiłku odmawiano modlitwy dziękczynne, z łazienki z wanną z mosiądzu oraz czterech sypialni. Jednej dla małżonków, jednej dla Tante Jacqueline, jednej dla Margeuerite i ostatniej, którą Thomàs podnajmował przejezdnym obcokrajowcom. Szczególnie takim, którzy zdawali się mieć coś do ukrycia. Fałszywy paszport, jakąś tajną misję, cichą potrzebę, by nie dać się zauważyć przez policję. Powodem takich preferencji Thomàsa, podwójnie niebezpiecznych w przypadku heretyka, czyli człowieka nielubianego przez władze, było to, że tacy goście płacili bez sprzeciwu wygórowane kwoty za pokój. Zwykle osiemdziesiąt lirów za miesiąc lub dwadzieścia za tydzień – cena dobrego hotelu w centrum. Od Polaków, ultrakatolickich Polaków, żądał jednak jeszcze więcej. Na nic się zdawały wyrzuty Tante Jacqueline, nazywającej go usurier, lichwiarzem, vous-n’avez-pas-honte, jak-wam-nie-wstyd. Judith stawała po stronie męża: Nous avons besoin d’argent pour la dot de notre fille! Potrzebujemy pieniędzy na posag dla naszej córki!”. I oto pewnego sierpniowego wieczoru służąca wprowadziła do salonu rodziny Ferrier pięknego młodzieńca, mówiącego po francusku ze słowiańskim akcentem. Stanisława Gurowskiego, czy też Rogowskiego albo Żakowskiego. Mojego polskiego prapradziadka.

Bonsoir Monsieur, Mesdames. C’est ici qu’on loue la chambre pour les étrangeres? Czy tutaj jest do wynajęcia pokój dla cudzoziemców?”

O tak, był to urodziwy młodzieniec. Wysoki i szczupły nerwową chudością, o jasnych włosach, brodzie i wąsach barwy zboża, wklęsłych policzkach, wyrazistych kościach policzkowych (kości policzkowe Anastasii), błękitnych oczach, zmysłowych ustach. Elegancki z domieszką wyniosłości. Zadając pytanie, stuknął obcasami, skłonił się lekko, a kiedy to uczynił, jego oczy napotkały wzrok Marguerite, która spojrzała na niego, jak gdyby pojawił się przed nią książę z bajki.

Mówię Gurowski, Rogowski albo Żakowski, bo dokładnej pisowni nie umiem odtworzyć. Dla tych, którzy nie znają języków Europy Wschodniej, te wszystkie nazwiska pełne W, K,Z, potrójnych i poczwórnych spółgłosek, niewymawialnych zbitek, brzmią podobnie. Zresztą nie mam nawet dowodu, że było to jedno z tych trzech. Jeśli podróżował z fałszywym paszportem, to prawdziwe nazwisko mogło brzmieć Pietkiewicz, Cymbryziekiewicz czy Marzulewicz. Na imię miał Władysław, Maksymilian lub Leon. (Hipotezy, które odbierają sens wszelkim próbom poszukiwań. Dla mnie zresztą pozostał on na zawsze po prostu prapradziadkiem Stanisławem). Niski i smutny głos opowiedział mi za to wystarczająco dużo, bym mogła zrozumieć krótką egzystencję, jakiej doświadczyłam poprzez niego u boku sławnego Edwarda Dembowskiego. Stanisław pochodził ze średnio zamożnej szlacheckiej rodziny z Krakowa, opowiadała babcia Giacoma, która uzyskała te informacje od Anastasii, poinformowanej z kolei przez Tante Jacqueline. Rodzina składała się z rodziców i czterech sióstr, posiadała niewielki majątek ziemski w Galicji i mieszkała w kamienicy przy ulicy Floriańskiej, gdzie wśród służby byli nawet ochmistrz i woźnica. Jednym słowem, pochodził raczej z zamożnego domu. Mógłby prowadzić wygodne życie paniczyka. Zamiast tego był rewolucjonistą i pełnił obowiązki emisariusza, czyli tajnego agenta w ruchu oporu.

Podejrzewam też, że do Turynu wysłał Stanisława właśnie Dembowski. Bo w Krakowie działały co najmniej trzy tajne partie. Konserwatywna Czartoryskiego, który ze swej słynnej rezydencji Hôtel Lambert w Paryżu rządził polską emigracją we Francji. Umiarkowana Lelewela, wydalonego z Francji w 1834 roku i kierującego teraz z Brukseli ruchem Młodej Polski, oraz radykalna partia Dembowskiego, czyli Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Jestem jednak pewna, że Stanisław nie współpracował z frakcją Czartoryskiego: konserwatysty, byłego ministra spraw zagranicznych w Petersburgu, wysługującego się Rosjanom, oskarżanego nie bez podstaw o ambicję zajęcia tronu wakującego po wymuszonej abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie wydaje mi się także, by Stanisław należał do partii Lelewela, potępianego przez wszystkich za swoją współpracę z Mazzinim. Dembowski natomiast był uważany, zwłaszcza przez swoich rówieśników, za kogoś w rodzaju świętego i geniusza. W 1844 roku miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale już od co najmniej pięciu lat pisał ważne rozprawy filozoficzne, obracał się w kręgach intelektualnych i mimo iż wywodził się z arystokratycznej rodziny, nie oszczędzał się w pracy dla sprawy. Za własne pieniądze założył w Warszawie miesięcznik „Przegląd Naukowy”, który po wydaniu kilku numerów stał się głównym organem myśli postępowej i który o mały włos nie kosztował Dembowskiego wywózki na Syberię. Po ucieczce przed aresztowaniem schronił się w Poznaniu, gdzie sprzymierzył się z Walentym Stefańskim, liderem Związku Plebejuszy, ruchu jeszcze bardziej lewicowego niż Towarzystwo Demokratyczne, i z jego przyjacielem Kamieńskim, który z okrzykiem „Niech żyje Madonna!” prowadził działalność propagandową wśród biedaków na wsi. Wydalony z Poznania, Dembowski zaczął podróżować po Europie i walczyć. Potem osiedlił się w Galicji i często udawał się do pobliskiego Krakowa, gdzie – jak szeptano – od jakiegoś czasu pewien student z ulicy Floriańskiej zastąpił go w wypełnianiu zadań emisariusza. Na wiosnę Stefański i Kamieński oświadczyli, że chcą podburzyć masy chłopskie przeciw panom, toteż aby przeszkodzić wybuchowi wojny domowej w miejsce wojny narodowej zarówno konserwatyści, jak i umiarkowani oraz radykałowie zdecydowali o roznieceniu jednoczesnego powstania we wszystkich trzech zaborach. Za namową Dembowskiego przyłączył się do nich Związek Plebejuszy, i głusi na rady Mazziniego nie-róbcie-tego, jeszcze-za-wcześnie, nie-jesteście-gotowi, razem ustalili datę tak wczesną, że zakrawała na samobójstwo. Koniec stycznia lub połowa lutego 1846 roku. Gorzej: z powodu przedwczesnych zamieszek, wewnętrznych kłótni i wynikłego z nich chaosu dziwny alians wydał wielu plotkarzy, niezdolnych do zachowania tajemnicy. Szykujemy-powstanie, wypędzimy-najeźdźcę, na-początku-przyszłego-roku-będzie-gorąco. Ostrzeżone Austria, Rosja i Prusy były gotowe do zdławienia rozruchów, ale ponieważ już wrzało, powstańcy nie mogli się wycofać. A zwłaszcza główny twórca dziwnego sojuszu. W rezultacie Dembowski rozpaczliwie potrzebował pomocy. Ludzi, pieniędzy, wsparcia politycznego, dyplomatycznego, wojskowego…

Z Turynu? No tak. Jeśli przeczytamy dokumenty z epoki, przede wszystkim relacje z ambasad, od razu staje się jasne, ze dla polskich powstańców skromne królestwo Sabaudów stanowiło jedyną nadzieje. Wierzyli, ze gdy tylko wybuchnie powstanie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, zbuntują się także Lombardia i Wenecja, a Piemont pospieszy im ze zbrojną pomocą. W rezultacie Austria będzie zmuszona walczyć na dwóch frontach. Czyż to nie oczywiste, że dzięki interwencji w Lombardii i Wenecji Sabaudowie mogliby rozszerzyć swoje wpływy poza Piemont, Ligurię i Sardynię, staliby się przywódcami ruchu niepodległościowego i zjednoczeniowego i na koniec nałożyliby na głowę koronę Włoch? Jakby tego było mało, w Turynie mieszkali hojni liberałowie, którzy stali po stronie uciśnionych i wytrwale próbowali przekonać o swoich racjach Jego Królewską Mość. Nie mam wątpliwości, że Stanisław przybył do Piemontu z jakimś listem do nich, zawierającym prośbę o poparcie, tak rozpaczliwie potrzebne w Krakowie, Warszawie i Poznaniu.

Jeśli chodzi o pamiętną podróż, będącą ogniwem niekończącego się łańcucha, który doprowadził do mojego przyjścia na świat, pozostaje tylko pytanie, dlaczego przy tak dużej liczbie turyńczyków wynajmujących pokoje przyjezdnym emisariusz Gurowski czy Rogowski lub Żakowski trafił właśnie do domu kalwinisty, nienawidzącego katolickich Polaków tak bardzo, że żądał od nich paskarskich cen za nocleg. Czy też, mówiąc ściślej, do domu człowieka mającego córkę prawie w wieku do zamążpójścia.

Sto lirów za miesiąc, bo paszport opisuje go jako Polaka, czyli katolika, ponadto dziesięć lirów tygodniowo za petit déjeuner, śniadanie, i ewentualnie kolacje jedzone wraz z rodziną Ferrier po wyrecytowaniu stosownych psalmów. I w chwili, gdy jego oczy spotkały oczy Marguerite, a ona odwzajemniła mu się takim, a nie innym spojrzeniem, wiemy, że zdarzyło się coś, co nie miało nic wspólnego z powstaniem w Polsce, z Rosjanami, Prusakami, Austriakami, Piemontczykami, waldensami, dynastią sabaudzką, papieżem, Kalwinem, wolnością, że sprawiedliwością, z ojczyzną. Rozpaliło się tajemnicze, nieprzeniknione, nieprzewidziane, nieopanowane, ślepe i często niepożądane uczucie, które nazywamy Miłością. Krótko mówiąc, zakochali się od pierwszego wejrzenia!

Celem misji Stanisława w Turynie było nakłonienie powstańców z 1830 roku do wzięcia udziału w kolejnym. Nic jednak z tego nie wyszło. Oni już obrośli w piórka. Również włoscy rewolucjoniści nie bardzo kwapili się wszczynania zamieszek tylko dlatego, że Polacy tak chcieli. Jedyne więc co uzyskał młody emisariusz, to to, że młody przemysłowiec, właściciel tkalni jedwabiu, Lorenzo Valeria, przekazał dużą kwotę na zakup broni w Stambule. Dalej Fallaci opisuje to tak:

Z Turynu Stanisław udał się do Genui, gdzie wsiadł na statek do Stambułu. Znalazł się w Turcji w połowie listopada, kupił broń, którą następnie przemycił do Galicji przez Morze Czarne i Mołdawię. Niebezpieczna misja, którą spełnił dzięki pomocy tureckich rewolucjonistów, najpierw ukrywszy skrzynie ze strzelbami i nabojami na statku handlowym, płynącym do Odessy, potem załadowawszy je na grzbiety dwunastu mułów, z którymi później przedarł się przez mołdawskie lasy, wymykając się z narażeniem życia Kozakom patrolującym szlaki. Do Krakowa dotarł na początku nowego roku – w sam raz, by 12 stycznia uczestniczyć w spotkaniu trzech przywódców zbliżającego się powstania. (Edwarda Dembowskiego dla zaboru austriackiego, Bronisława Dąbrowskiego, syna Henryka Dąbrowskiego, który w okresie napoleońskim stworzył legiony polskie we Włoszech, dla zaboru rosyjskiego. Dla zaboru pruskiego Ludwika Mierosławskiego: jednego z generałów, którzy w 1831 roku, po upadku Warszawy, wyemigrowali z Czartoryskim do Paryża). Przybył także w porę, by zorientować się, że sprawy źle się mają: w czasie gdy on wiózł broń do Galicji, poznańska policja aresztowała Stefańskiego i Kamieńskiego, a także trzy czwarte członków Związku Plebejuszy. Był to prawdziwy dramat, gdyż Stefański i Kamieński byli jedynymi, którzy mieli wpływ na chłopów i umieliby ich przekonać do włączenia się do walki. Bez tych ludzi powstańcom groziło, że chłopi obrócą się przeciw nim, ponieważ to szlachtę uważali za główną przyczynę swej niedoli. A najlepiej poinformowany był Klemens von Metternich, który wkrótce miał napisać do cesarza: „Wasza Wysokość, od początku stycznia wśród młodych ludzi z dobrych krakowskich rodzin szerzą się niepokojące rebelianckie nastroje. Prawomyślni obywatele nie wychodzą z domów, obawiając się zamachów, władze są zastraszane otrzymywanymi pogróżkami i jak się zdaje, powstanie ma wybuchnąć w karnawale. Młodzieńcy z dobrych rodzin otrzymali rozkaz, by byli gotowi do działania 18 lutego. Nakazałem w związku z tym generałowi Collinowi, dowódcy sił cesarskich w Podgórzu, miasteczku graniczącym z Krakowem, aby przygotował się do wkroczenia do Rzeczpospolitej Krakowskiej, zanim zimowe wylewy Wisły uniemożliwią nam przemieszczenie wojsk”. A do swego wodza naczelnego miał powiedzieć: „Zamiast Collina lepiej użyć wieśniaków. Nienawidzą z całego serca panów szlachty i ruszą na nich z większą zaciekłością niż nasi żołnierze. Będzie to nas kosztować co najmniej trzy dni rzezi, ale dzięki tym trzem dniom zapewnimy sobie sto lat pokoju”.

To, że powstanie jest skazane na klęskę, było zresztą jasne od początku. 14 lutego Prusacy schwytali Mierosławskiego, który załamał się i wyjawił wszystkie szczegóły spisku. Jego uczestnicy musieli się poddać. Także w Warszawie Towarzystwo Demokratyczne odwołało ustalony plan. Dąbrowski, zapomniawszy o honorze rodziny, po prostu uciekł. W tej sytuacji próbę rozpoczęcia powstania, które miało wybuchnąć w trzech zaborach, mogły podjąć już tylko Galicja i Kraków, czyli tereny, za które odpowiadał Dembowski. A Dembowski nie miał zamiaru wycofania się z planowanej akcji. Tak jak ustalono, 18 lutego jego ludzie zaatakowali Pilzno i zablokowali wojska Collina w Podgórzu. Tyle tylko, że rozkaz Metternicha zamiast-Collina-lepiej-użyć-mas-chłopskich wykonali gorliwi kolaboranci, którzy tygodniami krążyli po wsiach, przekonując: „Otwórzcie uszy, kutasy. Panowie szlachta chcą przepędzić Austriaków, żeby podwoić wam pańszczyznę i zwiększyć podatki!”. Byli uczniowie Stefańskiego, uzbrojeni w kosy, noże i motyki, otoczyli powstańców kordonem wozów ciągniętych przez woły i na nic się zdały próby przemówienia do nich i objaśnienia im idei sprawiedliwości i wolności, powtarzanie: walczymy-dla-was. W odpowiedzi wieśniacy podnieśli kosy, noże, motyki i wyrżnęli po kolei stu czterdziestu sześciu powstańców. Potem okaleczyli ich w okrutny sposób: obcięli im nosy, ręce, nogi, jądra i penisy. Rzucili ich na wozy ciągnięte przez woły i zawieźli do komisarza w Tarnowie, Josepha Breinla von Wallersterna, który nakazał swemu totumfackiemu podpułkownikowi Benedekowi, by wypłacił im nagrodę 1460 srebrnych guldenów. Po dziesięć guldenów za trupa. Co gorsze, poirytowany rosnącym stosem zwłok Benedek stwierdził, że nie ma potrzeby, by pokazywali mu całe ciała. Wystarczy obcięta głowa, i w przyszłości za same głowy wypłaci im taką samą kwotę. Czterdzieści osiem godzin później Collin wysłał wojska do Krakowa. Jednak z jakiegoś powodu, być może z racji następnej diabelskiej kalkulacji Metternicha, pozostał tam tylko jeden dzień i jedną noc, zabrał urzędników państwowych i zamieszkałych w mieście cudzoziemców, po czym wycofał się za Wisłę, pozostawiając miasto w rękach buntowników. Manewr, w wyniku którego Dembowski, genialny, lecz niedojrzały Dembowski, podpisał na siebie wyrok śmierci. I wyrok śmierci na Stanisława.

Podpisał go z powodu stworzonego naprędce nieudolnego rządu, zawierzonego bliżej nieznanemu adwokatowi Janowi Tyssowskiemu, który zażądał dla siebie od razu tytułu dyktatora i zaczął działać tyleż arogancko, co głupio. Podpisał ten wyrok Dembowski swym płomiennym, lecz bezużytecznym apelem skierowanym do zaborów ujarzmionych już przez Prusaków i Rosjan, dlatego głuchych na wymowę jego słów. „Polacy! Godzina powstania wybiła […] wołają nas z grobu prochy ojców naszych, męczenników za sprawę narodową, abyśmy ich pomścili, wołają na nas niemowlęta, abyśmy im utrzymali Ojczyznę od Boga nam powierzoną […] jest nas dwanaście milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła”. Podpisał go orędziem, w którym głosił swój nierealistyczny i naiwny program: zniesienie klas społecznych i własności prywatnej, oddanie ziemi tym, którzy ją uprawiają, amnestia dla wieśniaków, którzy dokonali i dalej dokonywali rzezi szlachty. Którzy mordowali, wyrzynali, obcinali nosy, ręce, nogi, a przede wszystkim głowy do sprzedania Benedekowi. Na tym etapie nie ograniczali się już do masakrowania powstańców, którzy chcieli dać im ziemię na własność. Za dziesięć guldenów zabijali każdego, kto był dobrze ubrany, jechał karetą czy mieszkał w wygodnym domu i dobrze się odżywiał. Młodych, starych, kobiety i dzieci, nawet niemowlęta. W wielu wioskach i miasteczkach ulice dosłownie zapełniały się stosami okaleczonych i bezgłowych ciał. W ciągu tygodnia ci rzeźnicy zamordowali dwa tysiące osób. W Dębicy pozostawili przy życiu zaledwie trzech mieszkańców. A to wszystko nie licząc (czterystu) dworów i pałaców, które pod pretekstem szukania broni splądrowali, zburzyli do fundamentów i spalili, mimo iż zawierały cenne dzieła sztuki. Stare freski, wspaniałe obrazy. A jednak Dembowski im wybaczał. Bez wahania, tout court. Ze ślepotą (czy też fanatyzmem) idealisty, który wszystkie zbrodnie przypisuje tylko jednej stronie, dlatego zawsze gotów jest potępić tych, którzy je zlecają, a nigdy tych, którzy je wykonują, uważał chłopów nie za katów, lecz za niewinne ofiary. Za zwykle narzędzia Austriaków, a zatem za braci zasługujących na przebaczenie i szansę odkupienia. By dać wyraz tej postawie, ustanowił nawet nagrodę za głowę Breinla, będącą tysiąckrotnością zapłaty dziesięciu srebrnych guldenów. „Ja, niżej podpisany Edward Dembowski, nakładam nagrodę dziesięciu tysięcy złotych guldenów na starostę tarnowskiego i przysięgam na swój honor, że wypłacę tę sumę w gotówce temu, kto mi go dostarczy żywego lub martwego”. Nikt jednak nie potraktował go poważnie. W oczach wieśniaków bezbożny Breinl był dobroczyńcą, przyjacielem. Dlatego też 27 lutego Dembowski postanowił stawić czoło masom. Stanąć na cele pochodu złożonego z pobożnych kobiet, księży, ludzi pragnących pokoju i wyjść z miasta bez broni. Udać się na galicyjską wieś, wyjaśnić chłopom, że nie mają racji. „Chcę ludzi bez broni. Niech nikt się nie waży rzucać kamienia czy choćby gróźb”.

Jeśli wierzyć Polakowi, który w 1849 roku przybył do Włoch, by uczestniczyć w pierwszej włoskiej wojnie o Niepodległość, i opowiedział wszystko Tante Jacqueline, Stanisław nie zawahał się ani chwili i posłuchał tego wezwania. Od dnia, gdy wrócił do Krakowa, stał przy Dembowskim niczym wierny pies, i tak jak wierny pies ruszył wraz z nim popełnić to ostatnie szaleństwo. Wraz z nim, dzierżącym wysoko biało-czerwony sztandar Polski, stanął na czele procesji pięciuset niewinnych dusz, które niosąc krzyże, świece, ostensoria, wizerunki Matki Boskiej, intonowały Ave Maria. U jego boku wyszedł z miasta i skierował się do najbliższej wsi. I gdy tak patrzę na niego, jak maszeruje, wysoki i nerwowy, jasnowłosy, z tak samo jasnymi wąsami i brodą, elegancki i odrobinę wyniosły, zadaję sobie pytanie, o czym myślał w czasie tego bezsensownego pochodu. O ojczyźnie, sprawiedliwości, wolności, pięknych marzeniach, które po spełnieniu zostają zawsze zdradzone przez ludzką głupotę lub złość, czy o małej Włoszce, którą na via Dora Grossa 5 wziął do łóżka, mam nadzieję, że z miłości? O pułapce słowa „lud”, o motłochu, który według idealistów nie ponosi winy i musi być rozgrzeszony także wtedy, gdy morduje i okalecza, by dostać nagrodę za obciętą głowę, czy też o dziecku, które jego mała waldenska nosiła w łonie? Kto to wie?! Być może dlatego, że tak mało wiem o tym prapradziadku z kraju mi nieznanego, a może z nieufności, jaką budzą we mnie bohaterowie, nie potrafię przeniknąć duszy Stanisława. Nie umiem wniknąć w pamięć tego, co odczuwałam, o czym myślałam, gdy byłam Stanisławem Gurowskim lub Rogowskim czy Żakowskim. I za każdym razem, gdy próbuję sobie przypomnieć swoją śmierć, umiem tylko przywołać świadomość, że żyłam zbyt szybko, zbyt krótko. Pamiętam za to wiele innych szczegółów, innych członków procesji i otaczający mnie krajobraz. Szare niebo, nagie drzewa, Wisłę skutą lodem, przypominającą niekończącą się lodową wstęgę. Równinę pokrytą śniegiem, procesję podążającą powoli i niemal gęsiego przez zaspy. Głosy, powtarzające za moimi plecami monotonnie Zdrowaś-Maryjo-łaskiś-pełna-Pan-z-Tobą-błogosławionaś-ty-między-niewiastami-i-błogosławion-owoc-żywota-Twojego. Dziecko płaczące mamo-wracajmy-do-domu-mamo, starca mamroczącego zimno-mi-zimno-mi, a na horyzoncie kogoś zastygłego w oczekiwaniu. Chłopi? Myśleliśmy, że to chłopi. Tymczasem były to dwa szwadrony huzarów i kompania piechoty. Austriacy uprzedzeni przez chłopów o procesji. Huzarzy wyprostowani w siodle, z szablami w rekach. Piechurzy wyciągnięci na śniegu, z karabinami gotowymi do strzału. Chcieli nas nastraszyć, zmusić do odwrotu? „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, w ten sposób zobaczą, że jesteśmy bezbronni, nieszkodliwi!”, krzyknął Dembowski. Szliśmy więc dalej, i jako że ten, kto znajdował się na czele procesji, był najlepiej wystawiony na cel, on właśnie zginął pierwszy. Biedny Edward dostał kulę prosto w serce. Padł na ziemię martwy, razem ze sztandarem. Drugi zginąłem ja, kiedy podniósłszy sztandar, podjąłem marsz, krzycząc jak wcześniej Dembowski: „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się!”. Bo gdy tylko piechurzy przestali strzelać, nadjechali huzarzy i zwalił się na mnie jakiś porucznik z obnażoną szablą, który jednym ciosem odciął mi głowę.

Trofeum, które kilka godzin później zabrał z ziemi wygłodniały obdartus z nogami obwiązanymi szmatami, a potem zgłosił się z nim do Benedeka. Ten jednak, podejrzewając oszustwo, wypłacił za nie tylko pięć miedzianych guldenów.

To tyle Fallaci. To jest opis literacki, choć zawiera fakty. Jednak rzeź galicyjska, zwana też powstaniem chłopskim lub rabacją galicyjską czy chłopską, nie wszędzie występowała z takim nasileniem. Najgwałtowniej przebiegała w okolicach Tarnowa i sąsiednich terenach, ale tam, gdzie komisarz okręgowy był przeciwnikiem buntowania chłopów, rozruchy były słabe. Tak było w obwodzie rzeszowskim, ale były też miejsca, gdzie chłopi przystąpili do powstania, np. na Podhalu. Samo słowo „rabacja” pochodzi z niemieckiego „rauben”, co oznacza grabić, plądrować.

Główną postacią powstania jest Edward Dembowski, o którym możemy przeczytać w Wikipedii, że w czasie studiów znajdował się pod wpływem Hegla i utopijnych socjalistów francuskich. No więc jak pod wpływem Hegla, to mamy ciąg: teza, antyteza, synteza. W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Tylko dla kogo korzystnych? Zapewne dla tych, którzy to wszystko organizują, a powstańcy są tylko narzędziem w ich ręku. Konflikt – nieważne jaki, nawet taki, który jeszcze bardziej zantagonizuje szlachtę i chłopów. Ojciec Dembowskiego, Leon, był mistrzem obrzędów loży wolnomularskiej Wolność Odzyskana w 1815 roku. A więc był masonem. W innym miejscu Wikipedia pisze, że od 1845 roku wśród chłopów działali Julian Goslar i Edward Dembowski. Na froncie synagogi w Kolbuszowej umieszczono tablicę pamięci z napisem: Julian Maciej Goslar 1820-1852 wybitny rewolucjonista galicyjski. I wszystko jasne.

Nie wiem, czy opisując dzieje waldensa Thomasa z Turynu, zamierzała Fallaci przekazać jakieś dodatkowe informacje, ale przekazała. Napisała, że w 1801 roku ojciec Thomasa, też Thomas, przybył do Turynu. Nie napisała skąd przybył, ale z wcześniejszego opisu wynika, że z Alp Kotyjskich. To był czas, gdy Napoleon podbił północne Włochy i, jak sama wspomniała, waldensom poprawiło się i mogli być zatrudniani na państwowych posadach. Później, po upadku Napoleona, miało się im pogorszyć, ale z jej dalszego opisu wynika, że wcale nie. W 1845 roku syn Thomasa, Thomas, zajmował obszerny apartament w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w mieście. Pracował jako księgowy w hotelu i pożyczał pieniądze na lichwiarski procent oraz wynajmował pokój osobom, które nie chciały się meldować w hotelu. Mnóstwo turyńczyków wynajmowało wtedy pokoje, a taki Stanisław trafia akurat do waldensa, który nie cierpi katolików i wynajmuje mu pokój i zaprasza do spożywania posiłków ze swoją rodziną. A ten Stanisław płaci wygórowaną cenę za ten pokój i mieszka tam przez ponad miesiąc. Skąd miał pieniądze na taki wydatek? W sumie jest to opis tego, jak działają i są zorganizowane tajne związki, bo przecież Stanisław nie trafił tam przypadkowo.

Jedyne, co Stanisław uzyskuje w Turynie, to pieniądze na zakup broni. To i tak dużo. Kupuje ją w Stambule i przy pomocy tureckich rewolucjonistów załadowuje ją na statek handlowy. W Odessie przeładowuje na dwanaście mułów i przez lasy mołdawskie dociera do Krakowa. I idzie sobie ta karawana i nikt jej nie zauważa, nie sprawdza, nie śledzi, przechodzi sobie przez granicę. Ja rozumiem, że tak może przemknąć się pojedynczy emisariusz, ale 12 mułów ze skrzyniami? To bajka dla naiwnych, chyba że zaangażowana jest w to międzynarodowa finansjera. Wtedy wszystko jest możliwe. Pieniądze mają czarodziejską moc. Raptem wszyscy tracą wzrok, słuch i pamięć.

Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył Tyssowski (dyktator) do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji.

Tak było w 1846 roku w czasie powstania. Ale w 1845 roku Dembowski i Goslar działali wśród chłopów. To co? Nie wiedział, jakie wśród nich panują nastroje? Czyli że dyktator Tyssowski był zaskoczony postawą chłopów? I do tego jeszcze Austriacy pozwalają mu opuścić Kraków i negocjować z Prusakami! Nie ma w tym żadnej logiki i sensu, chyba że to wszystko zostało już wcześniej ukartowane i konsekwentnie realizowane. To tylko jednak pokazuje, że nasze „elity polityczne” były do szpiku kości cyniczne, zdemoralizowane i wiernie służące swoim mocodawcom. Zupełnie jak dziś. Nic się nie zmieniło. Tylko komu chce się zajmować tym, co było kiedyś? Było minęło. Problem w tym, że nie było i nie minęło. Zasady się nie zmieniają.