Przewarstwienie społeczne

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia w swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienia pewnego Europejczyka PIW 2025, wspomina okres swojej młodości, okres, w którym kształtował się w Austrii nowy system polityczny. Jak sam przyznał, to co wówczas się działo, miało decydujące znaczenie dla przyszłości nie tylko Austrii, ale również Europy, a nawet całego świata. Jednak ani on, ani inni nie potrafili dostrzec powagi tych wydarzeń, a tym bardziej ich skutków. Dopiero po wielu latach przyszła refleksja. My dziś, tu w Polsce, jesteśmy w podobnej sytuacji, bo dzieją się tu brzemienne w skutkach zdarzenia, których konsekwencje całkowicie zmienią naszą rzeczywistość. Żyjemy już w zupełnie innym państwie, niż przed 24 lutego 2022. To jest już wspólne państwo polsko-ukraińskie, choć jeszcze bez wytyczonych granic. Skoro jednak prezydent Ukrainy domaga się, by Polska zaciągała kredyty na zakup broni dla tego państwa, to już chyba lepszego dowodu na to nie trzeba. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z refleksjami Zweiga, bo może ułatwi to nam zrozumienie tego, co tu się dzieje i co może nas czekać w przyszłości.

x

Wiedzieliśmy, że w sztuce gotuje się coś nowego, bardziej żywiołowego, problematycznego, kuszącego niż to, co zadowalało naszych rodziców i całe otoczenie. Lecz zapatrzeni w ten jeden wycinek życia, dla nas najważniejszy, nie dostrzegaliśmy, że przewrót w dziedzinie estetyki był tylko zwiastunem o wiele głębiej sięgających przemian, które miały podważyć świat naszych ojców, świat pewności i bezpieczeństwa, a w końcu całkiem go zniszczyć. Zaczęło się zanosić na jakieś dziwne przewarstwienie społeczne w naszej starej Austrii. Masy, które w milczeniu i posłusznie latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. W tym właśnie ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku polityka wtargnęła ostrym, gwałtownym podmuchem w bezwietrzną ciszę spokojnego, wygodnego życia. Nowe stulecie żądało nowego ładu, nowych czasów.

Pierwszym z wielkich ruchów masowych w Austrii był ruch socjalistyczny. Dotychczas prawo głosowania, niesłusznie zwane „powszechnym”, było przyznawane tylko klasom posiadającym, mogącym wykazać się płaceniem odpowiednio wysokich podatków. Wybrani przez tę klasę adwokaci i właściciele ziemscy wierzyli szczerze i uczciwie, że są w parlamencie rzecznikami i przedstawicielami „ludu”.

Byli bardzo dumni, że są ludźmi uczonymi, nawet z wyższym wykształceniem; pełni poczucia godności własnej, przykładali wielką wagę do nienagannego zachowania i dobrej dykcji. Sesje parlamentu przypominały wieczory dyskusyjne w eleganckim klubie. W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. Ale zapominali o tym, że reprezentują tylko pięćdziesiąt czy sto tysięcy dobrze usytuowanych obywateli dużych miast, a nie setki tysięcy i miliony mieszkańców całego kraju.

Tymczasem nowo wprowadzone maszyny dokonywały swego dzieła – rozproszeni dotąd robotnicy skupili się w przemyśle. Pod kierownictwem wybitnego człowieka, doktora Victora Adlera, powstała w Austrii partia socjalistyczna. Postawiła sobie za cel realizację żądań proletariatu i domagała się powszechnego i naprawdę równego prawa wyborczego. Gdy prawo to zostało przyznane (a raczej wymuszone), wyszło na jaw, jaką cieniutką, chociaż wysoce cenną warstewkę stanowił liberalizm. Wraz z nim znikła z życia politycznego ugodowość, interesy jednych ścierały się ostro z interesami innych, rozpoczęła się ostra walka.

Przypominam sobie z mego najwcześniejszego dzieciństwa dzień, który przyniósł decydujący zwrot w rozwoju socjalistycznej partii w Austrii. Robotnicy, pragnąc po raz pierwszy wykazać swą siłę i liczebność, rzucili hasło, by dzień 1 maja ogłosić świętem ludu pracującego, i postanowili w zwartych szeregach przemaszerować przez piękną, szeroką aleję kasztanową na Praterze, którą zwykle jeździły tylko powozy i inne pojazdy arystokracji i bogatej burżuazji. Zapowiedź ta wywołała przerażenie wśród liberalnego mieszczaństwa. Socjaliści! W owych czasach słowo to miało w Austrii i w Niemczech posmak krwi i terroru, tak jak przedtem nazwa „jakobini”, a później – „bolszewicy”. Panowało powszechne przekonanie, że ta „czerwona hołota” z przedmieścia będzie w czasie przemarszu podpalała domy, plądrowała sklepy i dokonywała wszelkich możliwych gwałtów. Wybuchła panika. Ściągnięto policję z całego miasta i okolic, ustawiono posterunki na drodze do Prateru. Kupcy zapuścili żelazne żaluzje na sklepach, a rodzice surowo zakazali dzieciom wychodzić na ulicę w tym straszliwym dniu, w którym Wiedeń miał stanąć w płomieniach. Ale nic się nie stało. Robotnicy maszerowali razem z żonami i dziećmi w zwartych szeregach, czwórkami, utrzymując wzorową dyscyplinę, a każdy z nich nosił przypięty do bluzy czerwony goździk, symbol partii. Maszerując śpiewali Międzynarodówkę, a dzieci, gdy znalazły się po raz pierwszy w życiu wśród zieleni tej „arystokratycznej” alei, zaintonowały niewinne piosenki szkolne. Nikogo nie znieważono, nikogo nie pobito, nie zaciskano nawet pięści. Policjanci i żołnierze uśmiechali się do maszerujących przyjaźnie. Wobec tak nienagannego zachowania robotników burżuazja nie mogła już piętnować ich mianem „rewolucyjnej bandy”, doszło więc – jak zawsze w starej i mądrej Austrii – do wzajemnych koncesji. Dzisiejszy system ucisku i tępienia nie został jeszcze wynaleziony, ideały ludzkości (chociaż już blednące) były jeszcze żywe nawet u przywódców partyjnych.

Ledwo czerwony goździk stał się symbolem partyjnym, już ukazał się w klapach marynarek inny kwiat – biały goździk – jako symbol partii chrześcijańsko-społecznej. (Czyż to nie wzruszające, że w owych czasach obierano jeszcze kwiatki jako symbole partyjne, a nie buty z cholewami, sztylety i trupie czaszki?). Partia chrześcijańsko-społeczna, jako na wskroś drobnomieszczańska, stanowiła właściwie tylko organiczną przeciwwagę dla proletariatu i tak samo jak tamta partia była wytworem zwycięstwa maszyny nad rękodziełem. Maszyna bowiem, skupiając masy w fabrykach, stwarzała wielką potęgę i dawała robotnikom możliwość awansu społecznego, jednocześnie zaś zagrażała drobnym rękodzielnikom. Wielkie domy towarowe i produkcja masowa doprowadziły do ruiny stan średni i drobnych przedsiębiorców, opierających się na rzemiośle. Z tych trosk i niezadowolenia skorzystał zręczny i popularny lider, dr Karl Lueger, i rzuciwszy slogan: „Trzeba pomóc szaremu człowiekowi”, porwał za sobą całe drobnomieszczaństwo i rozjątrzony stan średni, których lęk przed stoczeniem się do proletariatu był o wiele większy niż zazdrość wobec klas posiadających.

Była to dokładnie ta sama wystraszona warstwa społeczna, którą później skupił wokół siebie Adolf Hitler jako zaczątek szerokich mas. Pod jeszcze jednym względem Karl Lueger był prototypem Hitlera: nauczył go użyteczności haseł antysemickich, które niezadowolonemu drobnomieszczaństwu wskazują palcem przeciwnika i ku niemu kierują nienawiść, odwracając ją niepostrzeżenie od obszarników i feudalnych bogaczy w zupełnie inną stronę. Lecz zwulgaryzowanie i brutalność dzisiejszej polityki, przerażający upadek naszego stulecia wychodzą na jaw dopiero w zestawieniu tych dwóch postaci. Karl Lueger, o imponującej powierzchowności, z miękką blond brodą – „piękny Karol”, jak go nazywał wiedeński lud – miał wyższe wykształcenie i nie na darmo pobierał nauki w czasach, które stawiały kulturę na najwyższym piedestale. Potrafił przemawiać dostępnie i popularnie. Był dowcipny i energiczny, ale w przemówieniach najbardziej nawet gwałtownych (czy też takich, jakie w owych czasach uważano za gwałtowne) nigdy nie przekraczał granic przyzwoitości. Swojego Streichera, mechanika nazwiskiem Schneider, który operował bajdami o mordach rytualnych i podobnie wulgarnymi wymysłami, trzymał dobrze w ryzach. W życiu osobistym był skromny i nieposzlakowany, przeciwników traktował z pewną dżentelmenerią; nawet głoszony oficjalnie antysemityzm nie przeszkadzał mu utrzymywać nadal dobrych, życzliwych stosunków z dawnymi przyjaciółmi Żydami. Gdy propagowany przez niego ruch opanował w końcu magistrat i Luger został burmistrzem Wiednia (po dwukrotnej odmowie podpisania jego nominacji, gdyż Franciszek Józef nie tolerował antysemityzmu), rządy jego okazały się nie tylko jak najbardziej sprawiedliwe, ale wzorowo demokratyczne. Żydzi, którzy drżeli na myśl o triumfie ugrupowania antysemickiego, nie utracili ani swych praw, ani powszechnego szacunku. Jad nienawiści i żądza wzajemnego bezlitosnego wytępienia nie wsączyły się jeszcze do krwiobiegu epoki.

Ale już rozkwitł trzeci kwiat, modry chaber, ulubiony kwiatek Bismarcka i emblemat partii niemieckonarodowej. Wówczas nie zdawano sobie jeszcze sprawy, że była to partia świadomie rewolucyjna, która z brutalną siłą dążyła do zniszczenia monarchii austriackiej i stworzenia Wielkich Niemiec pod kierownictwem Prusaków i protestantów – tak jak później wymarzył sobie Hitler. Podczas gdy partia chrześcijańsko-społeczna zakorzeniła się w Wiedniu i w całym kraju, a socjalistyczna w ośrodkach przemysłowych, partia niemieckonarodowa pozyskała sobie zwolenników na terenach pogranicznych, czeskich i podalpejskich. Słaba liczebnie, rekompensowała to gwałtowną agresywnością i niepohamowaną brutalnością. Kilku jej przedstawicieli stało się synonimem terroru (w dawnym znaczeniu tego słowa) i hańby dla parlamenty austriackiego. Z ich idei, z ich techniki wywodził się Hitler, pochodzący również z terenów pogranicznych. Od Georga Schönerera przejął hasło: „Oderwać się od Rzymu”, za którym poszły wówczas tysiące niemieckich nacjonalistów; z niemiecką karnością przechodzili z katolicyzmu na protestantyzm, na złość cesarzowi i duchowieństwu. Od niego przejął Hitler antysemicką teorię rasistowską. „W tej rasie kryją się największe świństwa” – głosił jego znakomity poprzednik, który świecił mu przykładem; od niego przede wszystkim nauczył się taktyki rzucania grup szturmowych, bijących na oślep, gdzie popadnie, i zasady terrorystycznego zastraszania przez małą grupkę przeważającej liczebnie, lecz bardziej biernej i bardziej humanitarnej większości. To samo, co robili SA-mani dla hitleryzmu, a więc rozpędzanie pałkami gumowymi, napadanie na przeciwników politycznych w nocy i powalanie obezwładnionych na ziemię, robili studenci korporanci dla partii niemieckonarodowej. Korzystając z akademickiej nietykalności, stosowali terror pałkarski z niesłychaną brutalnością, a przy każdej akcji politycznej zbiegali się na znak gwizdka, zorganizowani po wojskowemu. Zgrupowani w korporacjach, z pokiereszowanymi gębami, pijani, brutalni, opanowywali aulę, gdyż w przeciwieństwie do innych studentów nosili nie tylko czapki i szarfy, ale byli uzbrojeni w twarde, ciężkie kije. Wywoływali stale awantury, napadali na studentów Żydów, Słowian, Włochów i wyrzucali bezbronnych z gmachu. Przy każdym „bummlu” (taką nazwę nosiły owe sobotnie „igraszki”) lała się krew.

W związku z dawnym przywilejem nadanym uniwersytetom policja nie miała prawa przestąpić progu auli – musiała więc przyglądać się bezczynnie, jak ci tchórzliwi awanturnicy szaleją, i ograniczać się do podnoszenia poturbowanych, broczących krwią studentów, których ci bandyci-nacjonaliści zrzucali ze schodów na ulicę.

Gdy znikoma, ale rozwrzeszczana partia niemieckonarodowa chciała w Austrii coś przeforsować, wysyłała przede wszystkim jako czołówkę swoich studentów. Gdy hrabia Badeni za zgodą cesarza i parlamentu wydał ustawę językową, mającą na celu pogodzenie skłóconych grup narodowościowych, która prawdopodobnie przedłużyłaby istnienie monarchii o dobrych kilkadziesiąt lat, garstka młodych, rozjuszonych burszów okupowała Ringstrasse. Trzeba było wysłać na nich konnicę, która rozpędziła ich, płazując szablami i strzelając.

Ale w owej tragicznie słabej i wzruszająco humanistycznej erze liberalizmu wstręt i niechęć do gwałtów, awantur i rozlewu krwi były tak wielkie, że rząd ustąpił pod terrorem niemieckich nacjonalistów. Premier podał się do dymisji, a na wskroś lojalna ustawa została zniesiona. Wtargnięcie brutalności do polityki mogło święcić swój pierwszy sukces. Wszystkie te podziemne rysy i pęknięcia pomiędzy rasami i klasami społecznymi, tak żmudnie zalepiane w epoce ugodowości, otwarły się od nowa, rozszerzając się w rozpadliny i przepaście. Właściwie już w ostatnich dziesięciu latach poprzedzających nowe stulecie rozpoczęła się w Austrii wojna wszystkich przeciw wszystkim.

Lecz my, młodzi, zaprzątnięci całkowicie ambicjami literackimi, prawie nie spostrzegliśmy tych niebezpiecznych zmian w naszej ojczyźnie. Nie widzieliśmy nic poza książkami i obrazami, nie żywiliśmy najmniejszych zainteresowań dla problemów politycznych i społecznych. Jakie znaczenie miały te głośne kłótnie dla naszego życia? Miasto było zaabsorbowane wyborami, a myśmy chodzili do biblioteki. Masy burzyły się, a myśmy pisali wiersze i prowadzili dyskusje. Nie spostrzegaliśmy ognistych znaków na ścianie. Jak ongi król Baltazar, ucztowaliśmy beztrosko przy stole zastawionym kosztownymi daniami sztuki, nie wybiegaliśmy trwożnie w przyszłość. Dopiero gdy w dwadzieścia lat później zwalił się dach nad naszymi głowami i runęły na nas mury, zrozumieliśmy, ze fundamenty były już dawno podminowane i że wraz z nowym stuleciem rozpoczął się upadek wolności osobistej w Europie.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to to, jak Zweig definiuje ustrój liberalny. Pisał: W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. W zasadzie tak powinno być i to wydaje się najlepszym rozwiązaniem, że pewna grupa ludzi stara się pogodzić interesy różnych grup społecznych. System partyjny, czyli demokracja, polega na tym, że interesy poszczególnych klas są sprzeczne, bo przecież interesy robotników były sprzeczne z interesami drobnych przedsiębiorców. Dla robotników istnienie fabryk i wielkich domów towarowych sprzedających ich produkcję było korzystne, bo fabryki dawały im pracę, ale zabierały ją drobnym przedsiębiorcom. Sprzeczność nie do pogodzenia. Taki stan zapewnia ciągły ferment, ale nigdy nie doprowadzi do konstruktywnych rozwiązań. Do tego dochodzi jeszcze partia narodowa, która reprezentuje interesy narodu, czyli wszystkich, czyli nikogo. Żeby było śmieszniej, to w przypadku Austrii (ale czy tylko Austrii?) partia narodowa reprezentowała interesy wszystkich, tylko nie Austriaków, bo skupiała ludzi z terenów przygranicznych, czyli takich, którzy pochodzili z rodzin mieszanych lub wręcz byli innej narodowości.

Masy, które posłusznie – pisze Zweig – i w milczeniu latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. Ale jak to się stało? Czy one tak same z siebie? Drobni przedsiębiorcy są niezależni i rozproszeni i dlatego trudno ich zjednoczyć i kierować nimi. W przypadku robotników w fabrykach jest to możliwe, bo są skupieni w jednym miejscu i są zależni od swego pracodawcy, czyli fabrykanta. Zatem twórcami partii socjalistycznej musieli być sami fabrykanci. I to pewnie oni zmuszali robotników do pochodów., bo jak nie, to wynocha z fabryki. A kto zorganizował rozproszonych drobnych przedsiębiorców? Czy partia chrześcijańsko-społeczna mogła odwrócić bieg historii? Czy mogła zlikwidować fabryki albo przynajmniej ograniczyć ich ekspansję na rynku? Nie mogła, ale była niezbędna, by mogła powstać demokracja.

A partia narodowa? Ta wszystkim obiecywała, wszystkim, którzy utożsamiali się z narodem. Im miało być lepiej, gdy nastąpi zmarginalizowanie obcych i Żydów. To oni byli źródłem ich niepowodzeń. Tak więc system partyjny polega na tym, by antagonizować wszystkich ze wszystkimi. A zatem stara zasada: dziel i rządź.

To wszystko było możliwe w sytuacji, gdy istniał wyraźny podział na grupy społeczne. Gdy produkcja uległa całkowitemu zautomatyzowaniu, to robotnicy przestali być potrzebni. Postępująca cyfryzacja i automatyzacja wszelkich czynności powoduje, że większość ludzi może zostać wyeliminowana z twórczego procesu, a zatem sprowadzona do stanu niewolnictwa, choć może w nieco innej formie niż poprzednio. Takie zrównanie powoduje, że w jednorodnym społeczeństwie trudno o konflikt. Trzeba więc przenieść go z poziomu społecznego na poziom międzynarodowy i również rasowy. I stąd te wszystkie migracje i mieszanie narodów, jak to ma miejsce w przypadku Polski. Już widać gołym okiem, jak szykowany jest konflikt polsko-ukraiński. Ta wojna, a raczej zaangażowanie się w nią Polski, może przynieść opłakane skutki, ale dopiero to, co może stać się później, będzie naprawdę niebezpieczne.

Austria i Wiedeń

Żydzi, jako naród, to temat skomplikowany i zagadkowy. Jego decydujący wpływ na losy świata wydaje się być niezaprzeczalny. Nie jest łatwo zrozumieć, na czym polega jego fenomen, co nie zmienia tego, że warto próbować, bo to przybliża nas do uzmysłowienia sobie, czym jest nasza rzeczywistość i nasz świat. Takim małym krokiem w tym kierunku może być poznanie postrzegania świata z żydowskiego punktu widzenia. Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim Żydem, pisarzem, dramaturgiem i tłumaczem. W swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienie pewnego Europejczyka PIW 2025, prezentuje swój punkt widzenia na sprawy tego świata i roli w nim żydostwa. Poniżej wybrane fragmenty.

x

Dostosowanie się do środowiska, do narodu i kraju, w którym mieszkają, to dla Żydów nie tylko środek samoobrony, ale i głęboka potrzeba wewnętrzna. Tęsknota za ojczyzną, za spokojem, wytchnieniem, bezpieczeństwem skłania ich do żywiołowego wiązania się z kulturą świata otaczającego. I nigdzie może – z wyjątkiem Hiszpanii w wieku XV – więź taka nie dała szczęśliwszych i płodniejszych rezultatów niż w Austrii. Osiedli od dwustu z górą lat w stolicy cesarstwa, Żydzi zetknęli się tutaj z łatwym w pożyciu, skłonnym do zgody narodem, w którym pod lekkomyślną na pozór powłoką drzemało takie samo głębokie zrozumienie dla wartości duchowych i estetycznych, co w nich samych. I z czymś jeszcze spotkali się w Wiedniu: znaleźli dla siebie zadania życiowe. W ostatnim stuleciu sztuka w Austrii straciła swych starych, tradycyjnych mecenasów i protektorów: dom cesarski i arystokrację. W wieku XVIII Maria Teresa kazała swojej córce brać lekcje muzyki u Glucka, Józef II, jako znawca muzyki, dyskutował z Mozartem o jego operach, Leopold III sam komponował – ale później monarchowie, jak Franciszek II i Ferdynand, nie interesowali się sztuką, a cesarz Franciszek Józef, który przez całe osiemdziesiąt lat swego życia nie tylko nie przeczytał, ale nawet nie wziął do ręki żadnej książki poza regulaminem wojskowym, okazywał nawet wyraźną antypatię do muzyki.

Podobnie arystokracja przestała roztaczać opiekę nad sztuką: minęły owe chwalebne czasy, kiedy to Esterházy gościli u siebie Haydna, Lobkowitzowie, Kinsky i Waldsteinowie ubiegali się o to, kto pierwszy w swoim pałacu usłyszy prawykonanie utworu Beethovena, kiedy hrabina Thun padała na kolana przed geniuszem, błagając, żeby nie wycofywał z Opery Fidelia. Wagner, Brahms, Johann Strauss, Hugo Wolf już nie znajdowali u arystokracji żadnego oparcia. Dlatego też musiało wkroczyć mieszczaństwo, by zająć się utrzymaniem Filharmonii na dawnym poziomie i umożliwić egzystencję rzeźbiarzom i malarzom. Dumę i ambicję Żydów stanowiło to właśnie, że w głównej mierze przyczynili się do utrzymania dobrego imienia kultury wiedeńskiej w jego dawnej świetności. Zawsze kochali to miasto i zżyli się z nim całym sercem, ale dopiero przez umiłowanie sztuki wiedeńskiej poczuli się w pełni równouprawnionymi obywatelami, prawdziwymi wiedeńczykami.

Na życie publiczne nie wywierali dotychczas prawie żadnego wpływu. Blask domu cesarskiego zaćmiewał prywatne fortuny, wysokie stanowiska kierownicze w państwie pozostały w rękach tych, którzy je odziedziczyli; dyplomacja stanowiła rezerwat arystokracji, armia i wyższe urzędy obsadzane były przez stare rody, a Żydzi nawet nie mieli ambicji, by wedrzeć się w uprzywilejowane koła. Taktownie respektowali te tradycyjne przywileje, jako samo przez się zrozumiałe. Przypominam sobie na przykład, że ojciec mój przez całe życie unikał bywania u Sachera, i to nie ze względów oszczędnościowych – różnica cen bowiem między tą restauracją a innymi była śmiesznie mała – ale dlatego, że kierował się naturalnym poczuciem dystansu: czułby się nieswojo czy też uważałby za niewłaściwe sąsiadować ze stolikiem księcia Schwarzenberga lub Lobkowitza. Jedynie w stosunku do sztuki wszyscy w Wiedniu czuli się równouprawnieni, gdyż umiłowanie sztuki uchodziło za powszechny obowiązek, a dzięki udzielanej pomocy i poparciu burżuazja żydowska przyczyniła się w olbrzymim stopniu do rozkwitu kultury wiedeńskiej. Żydzi stanowili gros publiczności, wypełniali sale teatralne i koncertowe, kupowali książki i obrazy, zwiedzali wystawy i wskutek swojego bardziej ruchliwego, a mniej obciążonego tradycją zrozumienia dla sztuki stali się protektorami i pionierami nowoczesności. Prawie wszystkie wielkie zbiory sztuki w XIX stuleciu powstały dzięki nim, prawie wszystkim eksperymentom artystycznym utorowali drogę. Gdyby nie bezustanne mobilizujące zainteresowanie burżuazji żydowskiej, Wiedeń – na skutek gnuśności dworu, arystokracji i milionerów-chrześcijan, którzy woleli trzymać stajnie wyścigowe i urządzać polowania, niż popierać sztukę – pozostałby w dziedzinie sztuki daleko w tyle za Berlinem, podobnie jak Austria pozostała w tyle za Niemcami w dziedzinie polityki. Kto chciał wprowadzić coś nowego lub przyjechał na gościnne występy i szukał w Wiedniu zarówno zrozumienia, jak i audytorium, ten był zdany na burżuazję żydowską. Gdy jeden, jedyny raz w okresie nasilenia antysemityzmu próbowano założyć tak zwany teatr narodowy, nie znaleźli się dla tej imprezy ani autorzy, ani aktorzy, ani publiczność. Po kilku miesiącach ów „teatr narodowy” zbankrutował żałośnie. Na tym przykładzie ujawniło się po raz pierwszy, że dziewięć dziesiątych tego, co świat wielbił jako kulturę wiedeńską XIX wieku, było kulturą popieraną, pielęgnowaną albo wręcz stworzoną przez Żydów wiedeńskich.

Właśnie w latach ostatnich – podobnie jak to działo się w Hiszpanii przed równie tragicznym końcem – żydostwo wiedeńskie stało się artystycznie twórcze, wcale zresztą nie w rodzaju specyficznie żydowskim. Dzięki swemu fantastycznemu darowi asymilacji Żydzi nadali temu, co austriackie, co wiedeńskie, wyraz szczególnie intensywny.

Goldmark, Gustav Mahler i Schönberg odegrali wybitną rolę w muzyce międzynarodowej, Oscar Strauss, Leo Fall i Kálman doprowadzili tradycyjnego walca i operetkę do nowego rozkwitu, Hofmannsthal, Artur Schnitzler, Beer-Hofmann, Peter Altenberg nadali literaturze wiedeńskiej rangę europejską tak wysoką, jakiej nie miała od czasów Grillparzera i Stiftera. Sonnenthal i Max Reinhardt sprawili, że Wiedeń zasłynął na cały świat jako miasto najwspanialszych teatrów, Freud i inni luminarze nauki ściągnęli znów powszechną uwagę na sławny od dawien dawna uniwersytet; we wszystkich dziedzinach – jako uczeni, wirtuozi, plastycy, reżyserzy, architekci, dziennikarze – Żydzi zajmowali w życiu intelektualnym Wiednia niezaprzeczalnie najwyższe pozycje. Dzięki namiętnej miłości do tego miasta zasymilowali się całkowicie i byli szczęśliwi, że mogą służyć sławie Austrii. Uważali swą austriackość za misję wobec świata i – trzeba to powtórzyć w imię uczciwości – duża, jeśli nie największa część tego, co Europa, co Ameryka dziś jeszcze podziwia w muzyce, w literaturze, w teatrze, w rzemiośle artystycznym jako wykwit odnowionej, odmłodzonej kultury austriackiej, zostało stworzone przez Żydów wiedeńskich, którzy w tych osiągnięciach znaleźli spełnienie swych tysiącletnich dążeń duchowych. Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. Dopiero najbliższe dziesięciolecia wykażą, jakiej zbrodni dopuszczono się na Wiedniu, usiłując gwałtem znacjonalizować, sprowincjonalizować to miasto, którego sens i kultura opierały się właśnie na splocie najróżnorodniejszych elementów, na jego duchowej ponadnarodowości. Geniusz Wiednia – specyficznie muzyczny – polegał na tym, iż potrafił zharmonizować w sobie wszystkie sprzeczności narodowe i językowe. Jego kultura była syntezą wszystkich kultur zachodnich. Każdy, kto tu mieszkał i pracował, czuł się wolny od wszelkich przesądów. Łatwo było w Wiedniu czuć się Europejczykiem i wiem, że dużej mierze mam do zawdzięczenia temu miastu, które już za Marka Aureliusza broniło rzymskiego, uniwersalnego ducha, że tak wcześnie nauczyłem się miłować całym sercem ideę wspólnoty i uważać ją za własną.

Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu. Niemcy na północy spoglądali nieco gniewnie i pogardliwie na nas, sąsiadów znad Dunaju, którzy, miast być „bitnymi” i utrzymywać rygorystyczny porządek, żyją po epikurejsku, dobrze jedzą, bawią się, bywają w teatrach – i w dodatku komponują znakomitą muzykę. Zamiast niemieckiej „tężyzny”, która wszystkim innym narodom w końcu obrzydziła i wypaczyła życie, zamiast zachłannej woli górowania nad innymi i wiecznego gnania przed siebie – ludzie w Wiedniu lubili pogawędzić sobie przyjemnie, kultywowali harmonijne życie towarzyskie; dobrodusznie i może aż nazbyt tolerancyjnie pozostawili każdemu jego cząstkę bez cienia zawiści. Leben und leben lassen – ta słynna wiedeńska dewiza, która dziś jeszcze wydaje mi się bardziej ludzka niż wszelkie kategoryczne imperatywy, przyjęła się we wszystkich warstwach społeczeństwa. Biedni i bogaci, Czesi i Niemcy, żydzi i chrześcijanie żyli spokojnie mimo zdarzających się czasem drobnych utarczek; nawet polityczne i społeczne fermenty były wolne od owej straszliwej nienawiści, która niby jadowity osad pozostała w krwiobiegu czasów po pierwszej wojnie światowej. W starej Austrii walczono jeszcze po rycersku, obrzucano się co prawda nawzajem inwektywami w prasie, w parlamencie, ale po wygłoszeniu swych cycerońskich tyrad deputowani zasiadali w najlepszej zgodzie przy piwie lub kawie i mówili sobie „ty”. Nawet gdy Lueger, przywódca partii antysemickiej, został burmistrzem miasta, w życiu codziennym nic nie zmieniło się; muszę przyznać, że ani w szkole, ani na uniwersytecie, ani w świecie literackim nie doznałem najmniejszej dyskryminacji czy zniewagi jako Żyd. Nienawiść jednego kraju do drugiego, jednego narodu do innego, stolika do stolika nie tryskała codziennie z gazet, nie separowała człowieka od człowieka, narodowości od narodowości. Jeszcze owe uczucia stadne nie były tak obrzydliwie przemożne w życiu publicznym, jak dzisiaj. Wolność osobista uchodziła – trudno to sobie obecnie wyobrazić – za rzecz samą przez się zrozumiałą. Tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś, za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną.

x

Nigdy nie zapomnę widoku, jaki przedstawił się moim oczom, gdy pewnego dnia wszedłem do biura podróży w Londynie: tłoczyły się tam tłumy uchodźców, przeważnie Żydów; wszyscy chcieli wyjechać, wszystko jedno dokąd. Obojętne, do jakiego kraju, czy na lodowaty Biegun Północny, czy na rozpalone piaski Sahary, byle wyjechać, byle dalej, gdyż wiza tranzytowa już się kończyła, trzeba ruszać dalej, dalej, z żoną i dzieckiem, pod inne gwiazdy, w świat nieznanej mowy, między ludzi, obcych i niechętnych emigrantom.

Pewnego razu spotkałem w tym biurze bardzo bogatego przemysłowca z Wiednia, którego znałem jako jednego z najinteligentniejszych kolekcjonerów dzieł sztuki. Nie poznałem go w pierwszej chwili, taki był stary, siwy, wymęczony. Obiema rękami uczepił się stołu. Zapytałem, dokąd chce jechać.

„Nie wiem – odpowiedział – kto nas dziś pyta, czego chcemy? Ludzie jadą tam, gdzie ich wpuszczają. Ktoś mi mówił, że tutaj można dostać wizę do San Domingo lub na Haiti”.

Aż serce się we mnie ścisnęło: ten zmęczony życiem, stary człowiek, mający dzieci i wnuki, dygoce w nadziei, że uda mu się pojechać do kraju, który dawniej z trudem znalazłby na mapie; a tam, obcy i nikomu nie potrzebny, żebrać będzie o kawałek chleba. Tuż obok ktoś pytał z rozpaczliwą nadzieją, czy może dostać się do Szanghaju, słyszał, że Chińczycy podobno przyjmują jeszcze uchodźców. Tak się tłoczyli tu ci wszyscy – dawni profesorowie uniwersytetów, dyrektorzy banków, kupcy, właściciele ziemscy, muzycy – a każdy z nich pragnął przewieźć przez góry i morza nędzne szczątki swej egzystencji byle gdzie, zrobić, co się da, przecierpieć, ile się da, byle uciec z Europy, byle uciec, uciec, uciec!

Było to zbiorowisko upiorów. Ale najbardziej wstrząsnęła mną myśl, że tych pięćdziesięciu umęczonych ludzi to zaledwie malutka czołówka rozproszonej, olbrzymiej pięcio-, ośmio-, może dziesięciomilionowej armii Żydów, która już jest w marszu, już napiera na nich z tyłu, armia obrabowanych, stratowanych przez wojnę milionów, czekających na przesyłki od komitetów dobroczynności, na zezwolenia od władz, na pieniądze na podróż. Ta gigantyczna masa, wypłoszona i uciekająca w panicznym strachu przed pożarem, jaki wzniecił Hitler, oblegała dworce wszystkich stacji granicznych Europy i wypełniała więzienia. Cały naród został skazany na wygnanie; odmawiano mu prawa nazywania się narodem, a jednak jest narodem i od dwóch tysięcy lat nie pragnie niczego więcej, niż zaprzestać wiecznej tułaczki i poczuć pod znużonymi stopami ziemię, cichą, spokojną ziemię.

Ale najtragiczniejsze w tragedii Żydów XX stulecia było to, że cierpiąc, nie widzieli sensu w tym cierpieniu i nie poczuwali się do winy. Ich praojcowie i przodkowie, skazani na wygnanie w średniowieczu, wiedzieli przynajmniej, że cierpią za swoją wiarę, za swoje prawa. Posiadali jeszcze ów talizman duchowy, jaki ludzie współcześni utracili od dawna: niewzruszoną wiarę w Boga. Żyli i cierpieli w dumnym urojeniu, że są narodem wybranym, że Stwórca świata wyznaczył im los, specjalne posłannictwo, a prorocze słowa Biblii starczyły im za prawo i nakaz. Kiedy rzucano ich na stos, przyciskali do piersi swoje święte księgi i trawieni żarem wewnętrznym, nie odczuwali tak silnie ognia pożerających płomieni. Gdy gnano ich z jednego kraju do drugiego, wiedzieli, że pozostaje im jeszcze ostatnia ojczyzna, ich ojczyzna w Bogu, z której nie przepędzi ich ziemska potęga, ani król, ani cesarz, ani inkwizycja. Dopóki wiązała ich wspólna religia, stanowili jeszcze wspólnotę – i w tym tkwiła ich siła. Gdy ich wypędzano, prześladowano, rozumieli, że muszą odpokutować za swoją winę, za to, że pragnęli odróżnić się i wyodrębnić religią i obyczajami od innych narodów świata. Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

Nawet Freud, najświetniejszy umysł tej epoki, z którym często w owych czasach rozmawiałem, nie widział żadnego wyjścia, żadnego sensu w tym bezsensie. A może właśnie w tym tkwi ostateczny, mistyczny sens żydostwa, które w zagadkowy sposób potrafi wszystko przeżyć i przetrwać, żeby odwieczne pytanie Hioba do Wiekuistego nie zostało całkowicie zapomniane na tej ziemi.

xxx

To, co decyduje o tym, że Żydzi rządzą światem to:

  • rozproszenie
  • asymilacja
  • monopol na emisję pieniądza
  • monopol w handlu

Żeby panować nad światem, to trzeba być rozproszonym po nim. Żeby skutecznie podporządkować sobie narody rdzenne, to trzeba się z nimi zasymilować, czyli trzeba udawać, że jest się członkiem danego narodu, a jednocześnie pozostawać Żydem. I tu zaczyna się kwadratura koła, czyli asymilacja pozorna prowadzi, prędzej czy później, do asymilacji faktycznej, co tak obrazowo przedstawił Zweig, opisując życie Żydów w Wiedniu na przełomie wieków i na początku XX wieku. Napisał, że nigdzie nie było im tak dobrze, z wyjątkiem Hiszpanii w XV wieku, jak w Austrii. A to oznaczało, że w obu przypadkach doszło, czy może dochodziło, do faktycznej asymilacji.

Panowanie nad światem wymaga rozproszenia i pozornej asymilacji. Gdy ta asymilacja staje się faktyczną, to dominacja nad światem wymyka się z rąk. Żydowskie kierownictwo, czy ci, którzy nimi kierują, muszą reagować. Co w takim wypadku należy czynić? Co można zrobić z ludźmi, którzy dorobili się czegoś, żyją wygodnie, chodzą do kawiarń czy piwiarń, na koncerty czy wystawy, komponują czy piszą książki w języku niemieckim, a nie – hebrajskim? Mówiąc brutalnie, trzeba ich wymordować lub wygonić i zastąpić innymi, którzy zachowali w sobie żydowski pierwiastek i którym jeszcze coś się chce. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, nie ma innej metody, by pozostałych Żydów zjednoczyć, ożywić w nich żydowskość i zmotywować do działania.

Można więc, w pewnym uproszczeniu, powiedzieć, że historia świata sprowadza się do takich cyklicznych wypędzeń i holokaustów. A kto to robi? Jeśli Żydzi są tak potężni, a przede wszystkim rządzą pieniądzem, to czy to nie oni sami są sprawcami tych drastycznych procesów? Nawet jeśli, po części, są w to zaangażowani członkowie narodów rdzennych, to tylko dlatego, że są od nich uzależnieni.

Czy zatem w rewolucji francuskiej chodziło o to, by starą nieżydowską arystokrację zastąpić żydowskim mieszczaństwem? Ta arystokracja również była żydowska, tylko chyba już za bardzo zasymilowana i gnuśna. Czyż starzy austriaccy arystokraci, Schwarzenberg i Lobkowitz, nie byli, jak same nazwiska wskazują, Żydami? Najwyraźniej czas przed II wojną światową dojrzał, według kierowników żydostwa, do „ostatecznego rozwiązania”, które nie było żadnym ostatecznym rozwiązaniem, bo przecież Hitler nie zajął całej Europy, nie mówiąc o świecie. Chodziło tylko o kolejne przetasowanie wśród Żydów, by tych zblazowanych zastąpić nowymi i by na nowo pobudzić żydowską solidarność i aktywność.

Ciągłe przemieszczanie Żydów i permanentne ich przekonywanie o zagrożeniu, jakie im grozi ze strony narodów rdzennych, jest niezbędne do zachowania żydowskiej tożsamości. Ciągłe przemieszczanie się Żydów wśród narodów rdzennych pozwala im nie tylko na czerpanie z ich mądrości czy doświadczeń, ale również na akumulowanie tej wiedzy i przekazywanie następnym pokoleniom.

Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. – pisał Zweig. Ta intelektualna przewaga Żydów właśnie z tego wynika, a nie z tego, jak nam próbują oni wmówić, z ich genetycznej wyższości. Nie przypadkiem większość pisarzy czy tłumaczy w różnych krajach to Żydzi. Ciągłe obracanie się wśród różnych narodów wymusza naukę ich języków, czyli rozwijanie tych zdolności i nie tylko tych.

Kryzys wśród żydostwa już w końcu XIX wieku skłonił ich do szukania rozwiązania tego problemu, czyli postępującej asymilacji faktycznej. Lekarstwem na to miał być nie tylko holokaust, ale też syjonizm i stworzenie w Palestynie żydowskiego państwa. Jednak historia państwa Izrael pokazuje, że własne państwo żydowskie również jest problemem i powoduje jakąś degrengoladę Żydów i stąd zapewne ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, które mają na celu utrzymanie ich w ryzach. Nie do końca to się chyba udaje i dlatego być może koniecznością jest szukanie bardziej radykalnego środka i prowokowanie Iranu, który od czasów perskich jest rządzony przez Żydów, ma być tym rozwiązaniem.

Wygląda więc na to, że dzieje świata sprowadzają się do ciągłej walki Żydów o utrzymanie żydostwa w ryzach, tak by nie ulegało ono asymilacji faktycznej z narodami rdzennymi, co jest warunkiem koniecznym do utrzymania ich dominacji nad nimi, a tym samym nad światem. Wymaga to ofiar nie tylko ze strony żydowskiej, ale również i innych narodów.

x

Stefan Zweig opuścił Austrię w 1934 roku. Zostawił tam wszystko, co miał, zarówno w sensie materialnym jak i emocjonalnym. Początkowo wyjechał do Anglii, następnie przebywał w Stanach Zjednoczonych i w końcu dotarł do Brazylii, gdzie w lutym 1942 roku popełnił samobójstwo.