Ustrój I RP

W poprzednim blogu „Iwan Kalita” pisałem, że proces marginalizacji narodu polskiego i częściowej, a właściwie stopniowej, jego podmiany zaczął się od unii z Litwą, mając na myśli unię lubelską (1569). Zaczął się jednak wcześniej, od unii horodelskiej w 1413 roku. To właśnie wtedy 47 rodów bojarów litewskich, a właściwie litewsko-ruskich, adoptowało 47 herbów szlachty polskiej. I w ten sposób rody te, nadal żyjące w Wielkim Księstwie Litewskim i mające tam swoje posiadłości, stały się polskimi. Jednym z takich herbów był herb Jelita. Najbardziej znanym rodem pieczętującym się nim był ród Zamoyskich.

Jan Zamoyski jest uważany za najwybitniejszego i najpotężniejszego magnata Rzeczypospolitej. O nim pisałem w blogu Jan Zamoyski. Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1987) pisała:

Że jednak w świadomości Polaków XVI i XVII wieku jakaś różnica między stosunkami naszymi a zagranicznymi istniała, świadectw na to przecież nie brak i te, które ja przytaczam w Rozdrożu, nie są wszak jedynymi. Nie żeby upierać się przy swoim, lecz by wskazać, jak dalece nie byłam gołosłowną, przypomnę tu jeszcze jedno z nich, mianowicie mowę Jana Zamoyskiego, wygłoszoną w r. 1575 przeciw obcej kandydaturze na tron polski. (Wybór mów staropolskich – zebrał Antoni Małecki, Kraków 1860). Zamoyski bronił wówczas sprawy ze wszech miar słusznej, a broniąc jej, wskazywał dobitnie, jakie są różnice między ustrojem polityczno-społecznym Polski, a innych krajów zachodniej Europy. Od Leszczyńskiego i Skargi różnił się tym, że chwalił i to bardzo, wszystko, co tamci ganili. Lecz choć ocena była odmienna, to jednak charakter podkreślanych różnic między Polską i Europą Zachodnią był ten sam.

Powiada więc ówczesny starosta bełski tak: „Wolność nasza na trzech głównych opiera się zasadach, a tak są nam właściwe, że je tylko u nas znaleźć można” […] I zaraz po wolności obioru królów, jako drugą „wolność” wymienia Zamoyski, że „Nad poddanymi naszymi beż żadnej apelacji mamy nie tylko moc zupełną, ale nawet prawo życia i śmierci; przeciwnie, sami tak jesteśmy wolni, że ani król, ani żaden urzędnik żadnej nad nami mocy nie maja, tylko tę, jakąśmy im sami nad sobą wedle ustaw publicznych nadali”. „Wszystko to – dodaje – u cudzoziemców inaczej się dzieje”. Królowie tam „sami samowładnie nad ludźmi swymi panują, a szlachcie takiegoż prawa nad poddanymi zaprzeczają i prawie równają szlachtę z poddanymi”. „Podług naszych praw – mówi dalej – nieszlachcic żadnego urzędu posiadać ani żadnej godności piastować nie może; u nich szlachta jedynie wojskowość za godną siebie uznała, inne części administracji wewnętrznej, jako to rządy i wszystkie prawie urzędy plebejuszom oddała. Toteż nic dziwnego, skoro plebejusze cały zarząd mają w swym ręku, że i plebejskie rady, i plebejskie ustawy przemagają”. Ciekawe, że nawet wynikający z tak przedstawionych stosunków rozkwit miast nie znajduje łaski w oczach Zamoyskiego. „Kwitną tam – powiada – wsie i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę”.

x

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – to cytat z aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej z 1600 roku. I takie właśnie były te Rzeczypospolite – pośmiewisko całej Europy. No bo jak ktoś miał takie poglądy, to i takie treści wbijał innym do głów w tej swojej akademii.

Dąbrowska opublikowała swoje studium w 1937 roku. Środowiska ziemiańskie rozpętały histeryczną nagonkę na nią, co świadczyło o tym, że ich stosunek do chłopów nie zmienił się od czasów Zamoyskiego. Była więc II RP skansenem, takim samym jak I RP.

Podstawowe cechy ustroju I RP to: wolna elekcja króla, przywileje szlacheckie, czyli wolność oraz sejm i sejmiki ziemskie. Była to więc monarchia parlamentarna. Polska Piastów była monarchią. Było to państwo o zrównoważonych stanach, w którym chłopi byli przeważnie wolnymi ludźmi, silnej władzy królewskiej i w miarę zasobnym skarbie królewskim. Było więc to zupełnie inne państwo, niż Rzeczpospolita powstała po unii lubelskiej, która była zlepkiem dwóch różnych państw. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem składającym się z różnych księstw, w którym dominowali potężni feudałowie. Połączenie dwóch tak różnych organizmów państwowych wymagało dostosowania jednego z nich do drugiego, czyli dostosowania Królestwa Polskiego do „standardów” WKL. I temu właśnie służyło stworzenie nowego ustroju. W szczegółach pisałem o tym w blogu Jak powstawał ustrój I RP.

Kim był więc Zamoyski – apologeta ustroju I RP? W 1551 roku, gdy miał 9 lat, jego rodzina przyjęła wyznanie kalwińskie. Tak pisze Wikipedia, ale nie pisze, jakiego wyznania się zrzekła. Czy było to wyznanie prawosławne? Pierwsze nauki odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie (nazwa wskazuje na ruskość tego miasta), następnie wysłany na studia do Paryża, później przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. To zapewne tam, na Zachodzie, został przygotowany, i nie tylko on, do roli twórcy nowego ustroju nowego państwa.

To, co się wówczas stało, to było wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej. To prawda, że było to państwo podległe cesarzowi niemieckiemu i papieżowi, jednak było ono w miarę normalne dla zwykłego jego mieszkańca. Wejście w obręb kultury wschodniej oznaczało likwidację Polski i zaniechanie zabiegania o interesy polskie, bo ważniejszy był interes tego, który dominował, czyli WKL. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej, przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów, głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.”

Wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej oznaczało wejście w orbitę oddziaływania Wschodu. Jej ponowne wejście do nowej unii w 2004 roku było powierzchowne, bo chociażby wspólna z Ukrainą organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku oznaczała, że dla Zachodu Polska nadal jest krajem wschodnim, a jej wyjątkowe, na tle innych krajów europejskich, zaangażowanie – na rozkaz USA – w wojnę na Ukrainie, tylko to potwierdza.

Doszło więc do czegoś wyjątkowego w historii świata. 47 polskich rodów szlacheckich udzieliło swych herbów 47 rodom bojarskim WKL (podobno było ich więcej). Wydaje się rzeczą nienaturalną, żeby najwyżej stojące w hierarchii społecznej rody dzieliły się z innymi swoim szlachectwem. A jednak tak się stało. Jak to wytłumaczyć? Czy te rody były polskie? Jaki miały w tym interes? Wydaje się, że bez tego nie mogłoby powstać nowe państwo zwane Rzeczpospolitą. Ktoś to starannie zaplanował i zrealizował. Kto?

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego (Vesper 2007) jest taki fragment:

„Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Co się stanie, gdy zamiast stwierdzenia, że 47 rodów bojarskich adoptowało 47 herbów polskich rodów szlacheckich, powiemy, że te 47 rodów zasymilowało się z rodami polskimi. Brzmi to zupełnie inaczej i już sugeruje, że możemy mieć do czynienia z nacją wybraną albo przynajmniej z jej metodami działania. Często się mówi, że tamtejsze elity uległy polonizacji. Tak jednak nie było. Sam język i wyznanie to za mało. Gdyby chodziło o polonizację, to oprócz języka i wyznania trzeba by było zaakceptować i inne elementy polskości, co w kontekście łączenia z WKL oznaczałoby przyjęcie ustroju panującego w Koronie przed unią. Tego jednak nie zrobiono. Zrobiono odwrotnie. Nowy ustrój stworzono tak, by pasował do realiów WKL, a nie Korony. Był to więc początek rutenizacji Korony, a nie – polonizacji WKL. Polonizacja Kresów oznaczałaby również napływ dużej ilości ludności polskiej na ich tereny. Tego nie było, bo nie ma żadnych opracowań na ten temat. Trudno zresztą wyobrazić sobie taki proces, bo ówczesna ludność polska to w 70-80% chłopi-niewolnicy. A szlachta nie miała motywacji do szukania lepszego życia gdzieś w nieznanym, skoro miała u siebie raj na ziemi. A poza tym, to te ziemie były zajęte przez kresowych królików-feudałów, którzy mieli do dyspozycji własnych niewolników. Ale jak rusińscy feudałowie przeszli na katolicyzm i język polski, to stali się od razu polskimi panami, którzy gnębili rusiński lud. I wystarczyła tylko iskra, by wywołać wojnę czy powstanie na tle religijnym i narodowym.

Tak więc tresowane przez wieki kolejne pokolenia uwierzyły w to, że jak katolik i mówi po polsku to Polak, że Kresy zostały spolonizowane i że teraz polskość to Kresy i że tam jest prawdziwa Polska. Taka jest potęga odpowiedniej edukacji i propagandy, a przecież jedno i drugie to słowo.

x

Dzisiaj dotarła do mnie kupiona na Allegro książka: Wojna i pokój Lwa Tołstoja. Nie dlatego ją kupiłem, że nagle stałem się miłośnikiem literatury rosyjskiej, tylko dlatego, że interesuje mnie to, jak Tołstoj opisał rok 1812. Jest to wydanie z 1958 roku w płóciennej oprawie, bez śladów używania. Powieść ta została wydana w nakładzie 10 000 egzemplarzy w cenie 15 zł za cztery tomy. Natomiast Trylogia Sienkiewicza z 1956 roku w sześciu tomach, podobnie wydana, ale w nakładzie 30 000 egzemplarzy, kosztowała 120 zł. To bardzo dużo jak na tamte czasy. Ludzie przeciętnie zarabiali wtedy około 1000 zł. Wygląda więc na to, że literatura rosyjska za czasów komunistów była dotowana. Czy jest zatem tak, jak niektórzy utrzymują, że to zawsze jest imperializm rosyjski, bez względu na to czy jest czerwony, czy biały? Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja za te cztery tomy zapłaciłem… 15 zł plus 10 zł za przesyłkę.

Szlachta c.d.

Pamiętam, jak kiedyś Bolesław Prus dzielił się w jednej ze swoich Kronik Tygodniowych własną refleksją. Otóż gdzieś, w jakimś zajeździe czy karczmie, odbywała się jakaś chłopska uroczystość czy spotkanie. W pewnym momencie przyjechali jacyś szlachcie i kazali karczmarzowi wyrzucić wszystkich chłopów. Podobną sytuację zaobserwował on gdzieś na terenie Austro-Węgier. I tam też w karczmie siedzieli chłopi i pojawiła się szlachta węgierska. Przywitali się z nimi i porozmawiali. Tak skrajnie różny stosunek szlachty do chłopów na Węgrzech i w „Polsce” skłania do zadania sobie paru pytań: Kim była polska szlachta? Jakie ona miała korzenie? Skąd u niej była taka nienawiść do polskiego chłopa i traktowanie go jak przedmiot? Taki stosunek do innych jest charakterystyczny dla pewnej nacji, która wcale tego nie ukrywa.

Norman Davies w książce Boże igrzysko (ZNAK, 1999) dobrze opisał zjawisko zwane szlachtą, więc dzięki temu można wysnuć pewne wnioski na temat jej pochodzenia. Poniżej wybrane fragmenty:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem Żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Sama nazwa „szlachta” jest już źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie „rodów”; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego Geschlechtsverband i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Wybór nazw herbowych jest zachwycająco niezrozumiały. Bończa (Bonifacy) to przykład jednej z wielu nazw utworzonych od imion osób. Śreniawa, Rawa czy Doliwa to nazwy miejscowości. Amadej z Węgier czy Rogala z Saksonii były nazwami importowanymi z zagranicy – podobnie jak Sas (z saskiego Siedmiogrodu) czy Prus (z Prus). Dąb i Poraj to rośliny. Aksak (po tatarsku „lis”), Lewart (lampart), Rak, Gryf, Łabędź, Świnka i Wężyk – to zwierzęta; Krzywda, Prawda, Niezgoda, Mądrostki – to nazwy wartości moralnych; Oksza (siekiera) i Łodzia pochodzą od nazw przedmiotów codziennego użytku. Kategorie tego typu można było mnożyć bez końca.

Struktura rodu herbowego pozostaje do pewnego stopnia zagadką. Szczegółowe badania nie doprowadziły do ustalenia żadnej stałej zasady przynależności. Dawna teoria więzów krwi została wprawdzie zdyskredytowana, ale nie zastąpiono jej żadną inną. Członkowie tego samego rodu zazwyczaj walczyli obok siebie ramię w ramię, wspólnie tworząc podstawowe jednostki feudalnej armii. Na poparcie hipotezy, która podkreśla ten właśnie aspekt, można przytoczyć takie nazwy, jak Dołęga czy Doliwa, które wyraźnie wywodzą się z okrzyków bojowych. Badania szły także w kierunku ustalenia patronów – utworzono termin „ród klientarny”. Czasami król pełnił rolę „osoby wprowadzającej”, przypisując nowych rycerzy do wybranych przez siebie rodów. Czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich przyjaciół i krewnych do własnego rodu. Patronat nie był tu w każdym razie bez znaczenia.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swoich racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeżeli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych oskarżeń podających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król i jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

Podczas gdy proces wyłaniania się szlachty jako odrębnego stanu społecznego był już zaawansowany za czasów panowania Kazimierza Wielkiego, proces umacniania i kodowania jej przywilejów prawnych trwał jeszcze przez co najmniej dwieście lat. Na przestrzeni całego minionego okresu królowie polscy nadawali immunitety poszczególnym rycerzom i przedstawicielom duchowieństwa, zwalniając ich od poszczególnych podatków lub od obowiązku stawiania swych poddanych przed sądem królewskim. Ale już od końca XIV w. podobne ustępstwa na rzecz szlachty egzekwowały nie jednostki, lecz cały stan, żądający jednakowych praw dla wszystkich swych członków.

Okresy kryzysów – w czasie wojny lub przed kolejną sukcesją – dawały szlachcie dobrą okazję do przetargów. Raz uzyskane zdobycze rzadko wypuszczano z rąk. W 1374 r. Ludwik Węgierski, chcąc zagwarantować sobie sukcesję swojej córki Jadwigi, na mocy Statutu koszyckiego zwolnił szlachtę od wszelkich dotychczasowych świadczeń z wyjątkiem poradlnego z gruntów kmiecych w wysokości 2 groszy od łana oraz zredukował do jednej szóstej taryfę podatków nakładanych na dzierżawców należących do stanu szlacheckiego.

2 października 1413 r. przyjęto w Horodle nowe warunki unii Polski z Litwą, rozszerzając przywileje szlachty polskiej na litewskich bojarów. Czterdzieści siedem polskich rodów herbowych otwarło bramy na przyjęcie litewskiej szlachty. Przywileje nadane w r. 1422 w Czerwińsku, w r. 1430 w Jedlni i w 1433 w Krakowie dowodzą, że troska Władysława Jagiełły o przyszłość synów stopniowo brała górę nad jego niechęcią do neminem captivabimus – zasady odpowiadającej angielskiemu habeas corpus i chroniącej dobra oraz osobę szlachcica przed konfiskatą i aresztem, dopóki w jego sprawie nie zapadnie wyrok sądowy.

W 1454 r., podczas drugiej wojny z Krzyżakami, Kazimierz Jagiellończyk przyjął w Nieszawie żądania szlachty, aby nie nakładano żadnych podatków ani nie zwoływano pospolitego ruszenia bez zgody nowo powstałych ziemskich sejmików szlacheckich. W 1496 r. w Piotrkowie, podczas przygotowań do swojej fatalnej w skutkach wyprawy do Mołdawii, Jan Olbracht przyznał szlachcie monopol na użytkowanie ziemi. W pięć lat później (1501) jego brat Aleksander spróbował użyć senatu jako narzędzia do ukrócenia roszczeń szlachty. Na mocy przywileju mielnickiego zadekretował, że senatorzy mogą podlegać jedynie równym sobie rangą. Ale sejm wkrótce znalazł okazję do zemsty. Konstytucja Nihil novi, uchwalona w Radomiu 14 czerwca 1505, anulowała przywilej mielnicki, ustalając równouprawnienie izby poselskiej i senatu w kompetencjach ustawodawczych oraz zarządziła, że „nic nowego nie może być postanowionym” bez zgody obu izb sejmu. Odtąd prawodawstwo pozostawało pod ścisłą kontrolą szlachty. Slogan „nic o nas bez nas” pozostawał podstawową zasadą „demokracji szlacheckiej”.

Supremacja szlachty w dziedzinie prawodawstwa była przez nią wykorzystywana dla zapewnienia sobie dalszej przewagi nad resztą społeczeństwa. Nie zadowalając się najróżniejszymi przywilejami oraz, praktycznie rzecz biorąc, monopolem w zakresie własności ziemskiej, zarządzania i administracji, a także uprzywilejowaną rolą w życiu politycznym kraju, szlachta zaczęła umacniać swe pozycje w dziedzinie spraw bardziej szczegółowych.

W 1496 r. ten sam sejm, który ustanowił monopol szlachty w zakresie własności i użytkowania ziemi, podjął kroki zmierzające do ograniczenia praw duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Odtąd wszystkie nominacje na wyższe urzędy kościelne były dostępne wyłącznie dla kandydatów ze stanu szlacheckiego. Wszędzie poza terenem Prus Królewskich mieszczanie musieli sprzedać ziemię, której byli właścicielami. Chłopom nie wolno było opuszczać wsi i przenosić się do miast. Począwszy od 1501 r., łańcuch ustaw coraz mocniej przykuwał chłopów do ziemi i wiązał ich z wolą pana.

  • W 1518 r. zniesiono kompetencje kompetencje sądów królewskich w zakresie apelacji w sprawach między panem a chłopem.
  • W 1550 r. zezwolono szlachcie na zakup domów na terenie miast i do ich zajmowania bez konieczności płacenia podatków miejskich, co było sprzeczne ze wszystkimi lokalnymi prawami.
  • W 1563 r., po uregulowaniu kwestii nabywania sołectw, czyli jurysdykcji wiejskiej, otwarto szlachcie drogę wiodącą do pełnej kontroli nad ludnością zamieszkującą jej majątki.
  • W dziedzinie handlu szlachtę zwolniono od opłat celnych za towary przeznaczone do jej własnego użytku.
  • Chociaż sama szlachta nie miała się zajmować handlem – statuty z 1633 i 1677 r. formalnie jej tego nie zabraniały – całe życie gospodarcze kraju było zorganizowane z punktu widzenia jej interesów.

We wszystkich konfliktach społecznych stan szlachecki miał wyraźną przewagę. Posiadał monopol na kierowanie zarówno działalnością Kościoła, jak i centralnych organów prawodawczych; stanowił element dominujący w życiu dworu królewskiego, armii i aparatu administracyjnego. W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ustalił. Z tego właśnie okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV w. Spośród nich wyłoniła się niewielka grupa szlachty, która zaczęła gromadzić w swych rękach nieproporcjonalnych rozmiarów majątki oraz zdobywać ogromne wpływy. Chociaż w zestawieniu z magnackimi rodzinami późniejszej epoki Tęczyńscy, Tarnowscy, Odrowążowie, Górkowie, Firlejowie, Szamotulscy czy Melsztyńscy byli zaledwie drobnymi płotkami, w porównaniu zresztą społeczeństwa mieli oni znaczną przewagę. Podczas gdy w epoce Piastów miasta trzymały się z daleka od interesów właścicieli ziemskich i w czasie zajadłych sporów możnowładztwa mogły przejmować rolę arbitrów lub nawet przesądzać o wyborze książąt, teraz miały zostać podporządkowane wszechogarniającym roszczeniom szlachty.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie przenikających się warstw. (…) Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych. Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy.

Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi wobec prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

Jest rzeczą charakterystyczną, że w przypadku wszystkich najbogatszych magnatów akumulacja ogromnych fortun wiązała się bezpośrednio ze sprawowaniem przez nich wysokich urzędów publicznych. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były jeszcze stosunkowo skromne i znacznie ustępowały ogromnym latyfundiom Litwy.

Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa. Pod tym względem nie mogły z Rzecząpospolitą rywalizować nawet Hiszpania czy Węgry, gdzie szlachta dochodziła do 5% ogółu ludności; Francja (1%) i Anglia (2%) stanowiły pod tym względem ostry kontrast. Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do roku 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

x

Kim tak naprawdę była ta szlachta? Co ją odróżniało od szlachty innych państw?

  • Herbów nie nadawano pojedynczym osobom, jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom, jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zwołanie i godło; polski szlachcic dzielił godło z dziesiątkami innych, którzy nie byli z nim spokrewnieni.
  • Wybór nazw herbowych niezrozumiały: od imion, od miejscowości, od nazw roślin, zwierząt, od nazw wartości moralnych. Kategorie tego typu można było tworzyć bez końca. Zadziwiająca analogia do sposobu tworzenia nazwisk frankistowskich.
  • Ród klientarny, a więc istnienie osoby wprowadzającej do rodu, np. król czy wybitni przedstawiciele szlachty.
  • „Nagana szlachecka”, czyli towarzystwo wzajemnej adoracji albo republika kolesiów.
  • 2 października 1413 roku 47 polskich rodów szlacheckich użyczyło swoich herbów litewskiej szlachcie, czyli szlachcie Wielkiego Księstwa Litewskiego.
  • Proces umacniania i kodowania przywilejów szlachty trwał około 200 lat; to okres unii personalnej, czyli panowania w Polsce Jagiellonów (1385-1569).

W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ukształtował. Z tego okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV wieku.

A skąd brała się ta ziemia?

Najistotniejszym źródłem dochodów monarchów z dynastii Jagiellonów w Polsce były dochody z dóbr królewskich – nieruchomości znajdujących się w ich bezpośrednim posiadaniu. Jagiellonowie odziedziczyli po Piastach prawo do dużych tronowych majątków ziemskich, obejmujących scaloną w 1368 roku przez Kazimierza III Wielkiego domenę, na którą składały się pola uprawne, lasy i łąki oraz kopalnie. Własne majątki Jagiellonów na Litwie stanowiące majątek ziemski stopniowo przeszły w ręce magnaterii jako darowizny, zastawy lub zabezpieczenie wydatków dostojników. Władcom pozostały dobra przejmowane po wygasłych rodach oraz majątek osobisty hospodarski finansowany z danin, ceł, myt i karczem.

Szacunkowo ocenić można rozmiar domeny królewskiej na około 30% powierzchni Królestwa Polskiego. Obejmowała ona około 300 miast i ponad 3500 wsi. Po reformie Kazimierza III Wielkiego kompleksami dóbr królewskich administrował starosta lub wielkorządca, oddając część dochodów skarbowi. Pozostała część stanowiła utrzymanie budynków publicznych i twierdz oraz administracji sądowej i policyjnej, a także dochód starosty.

Piastowska domena ulegała stopniowemu zmniejszeniu od czasów panowania Ludwika Węgierskiego, jej redukcję pogłębiły nadania i alienacje na rzecz magnatów i sojuszników z okresu panowania Władysława II Jagiełły. Do znacznego zubożenia domeny królewskiej doszło w trakcie prowadzonej przez Władysława III wojny domowej na Węgrzech w latach 1440–1444: poprzez masowe zastawy na rzecz możnych osób prywatnych finansujących węgierską politykę królewską pożyczkami, król pozbawił się posiadania znacznej części dóbr. Upadek domeny osłabił państwo, a fortuny magnackie powstawały kosztem dóbr koronnych. Jak wskazuje Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”:

Skarb koronny popadł w ruinę, z której nie miał się już nigdy podźwignąć. Na zawsze przepadł główny wspornik polityki piastowskiej, czyli zdecydowana przewaga materialna panującego nad poddanymi. W przyszłości miało być w Polsce akurat odwrotnie – bogate możnowładztwo, szczególnie duchowne, nędzarskie państwo.

Te powyższe informacje pochodzą z Wikipedii, więc nie jest to żadna tajemnica. Możemy więc wywnioskować, że potęga rodów Rzeczypospolitej wzięła się z rozkradania majątku państwa Piastów i zadłużenia Jagiellonów uwikłanych w wojny w interesie własnej dynastii. Tak się skończyła Polska.

A czy liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie?

W hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Tak pisał Jan Potocki w Rękopisie znalezionym w Saragossie.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał we wstępie:

»Język hebrajski daje wdzięczne pole do wieloznacznego wyrażania myśli. Podobnie jak inne języki wschodnie, lubuje się w obrazach alegorycznych, zastępujących ścisłe rozumowanie, a nadto właściwa pisownia jego pozbawiona jest samogłosek. Jakże łatwo więc jedno zdanie może być czytane w wieloraki sposób! Przypuśćmy na chwilę, że język polski nie posługuje się samogłoskami. Napiszemy sobie w takiej pisowni zdanie następujące: „dm zbj”. Można je przeczytać: „Odma zabija” albo „Dom zbója”, ale także „Dym zabija”, albo nawet „Adam zabija”. Jest to więc pismo, które dla piszących stylem rabinicznym, pełnym pozornych sprzeczności, jest znakomitym szyfrem.«

Prawdopodobnie liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie, bo dlaczego akurat 47, a nie 50? Po stronie litewskiej tych rodów było więcej, ale nie da się tego uściślić, bo budynek, w którym ten dokument był przechowywany, został zburzony podczas powstania warszawskiego.

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) pisze:

Wśród neofitów w państwie Jagiellonów wysunęli się na czoło pod względem wpływów i bogactw przede wszystkim nowochrześcijanie litewscy. Już za w. ks. Witolda dochodzili Żydzi na Litwie do dużych fortun. Komory celne, podatki od wódek, sól, wosk, przewozy, mostowe znajdowały się w ich rękach. Żydzi – arendarze gromadzili w swoich rękach wielkie bogactwa i nabywali posiadłości ziemskie. Wchodząc w skład warstwy ziemiańskiej, oni sami, względnie ich dzieci, przyjmowali wiarę chrześcijańską. Ponieważ szlachta litewska nie była jeszcze tak wyrobionym stanem jak w Koronie, mieli więc pozorni katolicy ułatwioną możność spełnienia woli Majmonidesa, tj. wejścia w skład przodującej warstwy narodu.

Już w wieku XVI pozorni chrześcijanie, obdarzani masowo przez władców polskich klejnotem szlacheckim, dochodzili do wysokich stanowisk. W 1510 r. obok Radziwiłłów, Ostrogskich, Ostyków, Kieżgajłów, Hlebowiczów i Sapiehów zasiadł w radzie wielkoksiążęcej neofita Abraham Józefowicz, jako podskarbi ziemski (wielki) W. Księstwa Litewskiego. Wśród jego potomków (Abrahamowiczów), spokrewnionych z najpierwszymi rodzinami polskimi (Zborowskimi) widzimy wojewodów, kasztelanów i generała artylerii litewskiej. Stanowiska starostów, stolników i krajczych były też zajmowane często przez nowochrześcijańskie rody, koligacące się drogą małżeństw ze starymi rodzinami szlacheckimi. Tak w Wielkopolsce wpływowe stanowisko zajęła wśród szlachty tamtejszej rodzina Powidzkich, wywodząca się od neofity Stefana Fiszta starosty powidzkiego i wojskiego kruszwickiego, spokrewnionego ze słynnym w dziejach rozwoju żydowskiej teologii politycznej gaonem Jakubem Polakiem, zwanym „Ojcem Talmudu”.

Czym tak naprawdę jest ta „Polska”?

„Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa.”

Tendencja wzrostu liczebności szlachty od XVI do XVIII wieku jest zbieżna z tendencją wzrostu ludności żydowskiej w Rzeczypospolitej. Czy zatem mamy do czynienia z zupełnie inną skalą liczebności ludności żydowskiej? Bo jeśli szlachta Rzeczypospolitej była w całości warstwą żydowską lub w znacznej części, to znaczy, że to było żydowskie państwo, a powstałe w XX wieku jego kolejne wersje: II RP, PRL, III RP – to też państwa żydowskie.

Zachowanie szlachty

Zalążki stanu żydowskiego powstały w wiekach XIII i XIV, chociaż instytucjonalna autonomia Żydów rozwinęła się dopiero w połowie XVI w. Przez cały ten czas trwała ich rywalizacja z mieszczaństwem oraz przymierze ze szlachtą. – Norman Davies Boże igrzysko.

Polska zaś szlachta, żywiąca dużą niechęć do niemieckiego kupca i Niemca, pożyczającego pieniądze z ochotą, zwracała się do żydów, aby od nich pożyczać środki pieniężne na zastaw swych majętności… – Adolf Nowaczyński Mocarstwo anonimowe (1921).

Ten wieczny i żadnym innym uczuciem nigdy nie przeważony strach przed „naruszeniem własności panów” przypomina mimo woli słowa Deczyńskiego: „Każdy szlachcic polski woli stracić połowę swego majątku jakimkolwiek bądź sposobem, niżeli pozwolić na to, żeby chłopi w jego wsi od odrabiania pańszczyzny wolnymi być mieli”. – Maria Dąbrowska Rozdroże (1987).

Józef Ignacy Kraszewski w książce Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799; Studia do Historii ducha i obyczaju Tom III (NapoleonV, 2015) zamieszcza relację Inflantczyka Szulca z podróży po Rzeczypospolitej w 1793 roku:

Warszawa odznaczała się zbytkiem, który zadziwiał cudzoziemców. Był to zbytek azjatycki niemal, bezładny, strumieniem płynący obok rynsztoka. Takim go maluje Szulc, obserwator dowcipny i trafny, autor powyższych obrazów. Kuchnia szczególniej była obfita, choć raczej zawiesista niż wykwintna; oprócz pieczystego, chleba i kawy, podróżny nasz nic nie chwali. Jadano pieprzno, z zaprawami ostrymi, czosnkiem i cebulą, co dla Niemca, nawykłego do słodko-mdłej kuchni, musiało być nieznośne. Wąchał tylko i wstawał głodny, dotknąć się obawiając.

I na końcu tego rozdziału:

„Polski chłop – pisze na ostatek – jest dotąd w całym znaczeniu wyrazu poddanym, niewolnikiem. Nowa konstytucja starała się jego los polepszyć – ale tu mowa nie o tym, co ma być, ale o tym, co jest. Pojedyncze wsie swobodniejszych kolonistów mały stanowią wyjątek.

Od pana zależy, jak długo zechce dawać ziemię wieśniakowi, albo mu ją na gorszą zamienić. Nic rzadkiego widzieć tych, co się lepiej mają, na gorsze przesiedlanych grunta, a znędzniałych na lepsze, aby mogli się lepiej wysługiwać. Syn nie jest koniecznym spadkobiercą po ojcu, nikt na pewno nie może liczyć na to, iż jego praca dostanie się dzieciom. Że zatem idą próżniactwo i rozpusta, nic dziwnego. Pozostaje tylko jedna namiętność – pijaństwo. Kańczug jest narzędziem, które rządzi tymi tłumami. Dwadzieścia batów okropna kara, ale w Polsce za bagatelkę po sto i sto walą.”

xxx

Czy zatem w świetle tych cytatów nie można mówić o dwóch narodach? Chyba można. W przypadku Polski mamy do czynienia ze zjawiskiem zwanym asymilacją na poziomie państwa. W przypadku asymilacji indywidualnej zasymilowany Żyd udaje kogoś innego, niż kim faktycznie jest. Asymilacja na poziomie państwa polega na tym, że państwo żydowskie udaje, że jest państwem polskim. Nazywa go Polską, Żydzi w nim mieszkający udają Polaków. Tak więc na arenie międzynarodowej postrzegane jest ono jako polskie i że to Polacy w nim rządzą. Wszelka odpowiedzialność za żydowską politykę wewnętrzną i międzynarodową, za decyzje, które podejmują, spada na Polaków, którzy o niczym nie decydują, bo nie są dopuszczani do stanowisk, na których o czymś się decyduje. Świat jednak tego nie wie. Wie tylko o tym, że Polacy są antysemitami w kraju, w którym podobno prawie nie ma Żydów.

Jeśli więc szlachta była w całości lub prawie w całości pochodzenia żydowskiego, to jak wytłumaczyć zjawisko zwane sztadlanami, czyli swego rodzaju żydowskimi urzędnikami, których zadaniem było przekupywanie posłów I RP. O tym pisałem w blogu „Sztadlani’. Jak wytłumaczyć, że konsekwencje nieudanego powstania styczniowego poniosła szlachta, czyli Żydzi. Jak uwiarygodnić posła, który był Żydem? Przyjmowanie łapówki dawało mu alibi, uwiarygodniało go, bo przecież Żyd nie przekupywałby Żyda – a jednak, a pieniądze i tak pozostawały w rodzinie. Podobny mechanizm działał podczas powstania styczniowego. Żydowski szlachcic był takim patriotą, że dla ojczyzny gotów był poświęcić swój majątek, a że on też zostawał w rodzinie, to drobny szczegół. Zresztą wielu z nich wracało z zesłania i zajmowało się handlem, produkcją, usługami i dobrze prosperowało. Wracali w glorii chwały, jako wielcy patrioci. Wielu z nich walczyło w powstaniu warszawskim, ale w odróżnieniu od tych nieświadomych, włos im z głowy nie spadł w czasach stalinowskich. Wręcz przeciwnie, byli zatrudniani na dobrze płatnych stanowiskach.

Takich zbiegów wymaga asymilacja na poziomie indywidualnym, by móc dokonać asymilacji na poziomie państwa. Była to nieustanna żmudna praca, trwająca od pokoleń i nadal jest kontynuowana. Jeśli ktoś więc chce walczyć o Polskę, to powinien najpierw rozpoznać sytuację: uświadomić sobie w jakim kraju mieszka i poznać naturę żydowską. Jeśli komuś się wydaje, że wystarczy wyjechać traktorami na drogi i władza się przestraszy, to gratuluję dobrego samopoczucia.