Od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że jej celem jest odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Scenariusz, w który przytłaczająca większość ludzi nie chce uwierzyć. Jednak z rzadka pojawiają się opinie czy wypowiedzi, które, wprawdzie nie wprost, ale pośrednio sugerują, że takie zakończenie konfliktu jest możliwe. Na stronie internetowej Myśli Polskiej pojawił się artykuł Korab-Karpowicz: Czy zagraża nam Rosja? Poniżej jego końcowy fragment:
Mówiąc krótko, Rosja nie ma interesu w dalszych podbojach i w wojnie, gdyż taką wojnę z NATO by sromotnie przegrała. Może się co najwyżej skutecznie bronić. Rosjanie są motywowani przede wszystkim chęcią własnego bezpieczeństwa i obrony, a więc nie należy się spodziewać dalszego rozszerzenia konfliktu zbrojnego poza Ukrainę, jak długo w tym nie pomożemy i ich nie sprowokujemy. Gdyby jednakże do takiej wojny doszło, to najbardziej poszkodowana byłaby Polska, przez którą przebiegałby główny teatr wojenny, dlatego szczególnie nam powinno jak najmniej na niej zależeć. Powinniśmy raczej zachować wielką powściągliwość, niż do wojny nawoływać i ją wspierać. Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie? Jest jeszcze wiele innych dylematów, które mogą się pojawić w przypadku załamania obecnego ładu w Europie. Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.
Julian Korab-Karpowicz jest profesorem na Anglo-Amerykańskim Uniwersytecie w Pradze. Wykładał na wielu uczelniach w Polsce i za granicą. Specjalizuje się w filozofii polityki i teorii stosunków międzynarodowych. Opracował dwa projekty pokoju: dla Korei i Izraela. Jest autorem często cytowanego artykułu Political Realism in International Relations (Stanford Encyclopedia of Philosophy) oraz „Harmonii społecznej” i innych książek przetłumaczonych na kilka języków.
Mamy tu bardzo wymowne zdanie:
Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie?
A więc autor sugeruje, że nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy. Czy jesteśmy więc sojusznikami, czy – nie? Bo skoro nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy, to znaczy, że sojusznikami nie jesteśmy. I co to znaczy: gdyby państwo niemieckie uległo znacznemu wzmocnieniu? Autor nie pisze o jakie wzmocnienie chodzi: militarne czy wojskowe. Niemcy gospodarczo są najsilniejszym państwem w Europie i pod względem militarnym też są chyba najmocniejsi. Więc chyba nie o to chodzi, bo tu zmiana jakościowa zajść nie może. Pozostaje więc trzecia możliwość; państwo niemieckie ulega wzmocnieniu politycznemu. To jest możliwe, gdy Stany Zjednoczone wycofają się oficjalnie, bo przecież nie faktycznie, z Europy. Wówczas na ringu pozostają dwaj gracze: Rosja i Niemcy. On więc sugeruje, że gdyby doszło do wojny Polski z Rosją, to Niemcy mogą się upomnieć o utracone terytoria na wschodzie, czyli 17 września bis i w odwrotnej kolejności: najpierw atak ze wschodu i później nóż w plecy z zachodu.
I następne zdanie:
Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.
Czyli profesor sugeruje, że Ukraina nie ma już szans na odzyskanie utraconych ziem, a to oznacza, że rozbiór Ukrainy jest nieunikniony i tylko wtedy pokój będzie możliwy. A więc ugoda perejasławska bis.
Do wojny Polski z Rosją nie dojdzie, co uzasadniałem w blogu „Szantaż”. Natomiast bardziej realny jest wariant z wysłaniem wojsk na Ukrainę. I o tym wspominał prezydent Francji. Informuje o tym Interia w artykule Macron o wysłaniu wojsk na Ukrainę. “Niczego nie można wykluczyć” Poniżej jego fragment:
»Nie ma zgody na wysłanie wojsk do Ukrainy, ale nie można wykluczyć takiego rozwiązania w przyszłości – wynika ze słów prezydenta Francji Emmanuela Macrona, które padły na zakończenie międzynarodowej konferencji na rzecz wsparcia Ukrainy.
Po spotkaniu Macron zadeklarował, że “zrobimy wszystko, co trzeba, by Rosja nie mogła wygrać tej wojny“. – Nie ma dzisiaj konsensusu, by wysłać w sposób oficjalny i otwarty wojska lądowe do Ukrainy, ale w przyszłości niczego nie można wykluczyć – powiedział francuski prezydent.«
„Makaron” nie sprecyzował, czyje to wojska lądowe miałyby być wysłane na Ukrainę. Oficjalnie nie mogłyby być to wojska NATO, bo to oznaczałoby wojnę NATO z Rosją, na co obie strony na pewno nie zdecydują się. Pozostaje więc wysłanie wojsk, które nie będą występować w charakterze wojsk NATO. I tu zapewne chodzi przede wszystkim o wojsko polskie. Ono oczywiście niczego nie zmieni i prędzej czy później dojdzie do rozmów pokojowych. W takiej sytuacji głównym winnym będzie Polska, którą jakoś trzeba będzie ukarać. Dla Niemców będzie to idealna sytuacja, by odebrać to, co oni uważają za swoje. Przy odpowiednio wykreowanym negatywnym obrazie Polski w świecie nie będzie to trudne.
W 1985 roku w Delhi wszedłem do księgarni, wziąłem z półki atlas geograficzny i otworzyłem go na mapie Europy. Na mapie Polski zostały wykropkowane niemieckie granice z 1937 roku i napis, że te ziemie są tymczasowo pod polską administracją. Wtedy to był dla mnie szok, ale uświadomiłem sobie, że inni mogą zupełnie inaczej patrzeć na ten problem. Dlatego nie mam wątpliwości, że te ziemie poniemieckie, prędzej czy później, wrócą do Niemiec.
Toczy się spór o to, czy po II wojnie światowej nastąpiło wyzwolenie czy zmiana okupanta. Dla jednych była to zmiana okupanta, dla innych – wyzwolenie. Ale jeśli było to wyzwolenie, to jakiego kraju? Bo powstało nowe państwo, które straciło swoje ziemie na wschodzie, a dostało zabrane Niemcom ziemie na zachodzie. Na te zachodnie ziemie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a dla większości Polaków z Kresów, a zwłaszcza dla tych z Kazachstanu, miejsca w tym nowym państwie nie było i do dziś nie ma. Efekt tego wyzwolenia będzie taki, że 1/3 terytorium tego państwa odpadnie, a w zamian powrócą Kresy. Czy można zatem to, co działo się na tych ziemiach, nazywać wyzwoleniem – jak chcą jedni, czy okupacją – jak chcą inni? Wydaje się, że oba określenia na sytuację powstałą po 1945 roku nie oddają istoty rzeczy. Trudno przecież nazwać wyzwoleniem stan, w którym gwarantem przynależności 1/3 ziem nowego państwa był ten, który te ziemie dał. Jeśli nie była to okupacja, to na pewno była to zależność. A w takim wypadku o niepodległości trudno mówić.