Wybory ’25 c.d.

W komentarzu na swoim kanale, po pierwszej turze wyborów prezydenckich, Tomasz Piekielnik zwrócił uwagę na interesujący fakt. Niestety, zamiast od razu przenieść jego słowa na „papier”, czyli na mój blog, odłożyłem to na później i teraz nie odnajduję tego wątku, co oznacza, że został usunięty. No cóż, czasem zdarza się, że oficer prowadzący coś przeoczy, ale w tym wypadku szybko naprawił swój błąd.

Chodziło o to, że kandydaci, którzy zdobyli najmniejsze poparcie: Bartoszewicz Artur – 95 640 głosów, Maciak Maciej – 36 371, Woch Marek Marian – 18 338, że oni musieli zebrać 100 tys. podpisów. Artur Bartoszewicz chwalił się, że zebrał ich 250 tys. Jak to się więc stało, że uzyskali oni mniejsze poparcie, niż ilość zebranych podpisów. Czy tu nie było jakiegoś fałszerstwa? – pytał Piekielnik. No właśnie! Nie można wykluczyć tego, że część ludzi składała podpisy, ale nie zamierzała głosować na tego kandydata. To jest nieuczciwe i aż ciśnie się na usta słynna sentencja z filmu Wielki Szu: „Graliśmy uczciwie: Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy”. Ale też nie można wykluczyć innej możliwości, że podpisy te zostały zebrane nieuczciwie lub że ich nie zebrano w wymaganej ustawą ilości. Nieuczciwie, to oznaczałoby, że mogły być kupione, choć niekoniecznie, w jakiejś firmie posiadającej w dużej ilości dane personalne ludzi, jak choćby operatorzy telefonii komórkowych czy banki. W drugim przypadku oznacza to, że nie zebrano wymaganej ilości podpisów, a Państwowa Komisja Wyborcza i tak zaakceptowała taką listę. Kto ma do nich dostęp? Kto może kontrolować jakość pracy tej komisji? Jeśli było trzynastu kandydatów, to znaczy, że trzeba było sprawdzić, a nie policzyć, 1 300 000 danych, to znaczy sprawdzić imię i nazwisko i numer PESEL. Ilu ludzi musiałoby to robić i ile czasu zajęłoby to im? A jak sprawdzić czy oni nie oszukiwali? A co jeśli na tych listach znajdowali się obywatele Ukrainy, którzy mają nadane te numery? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi na nie nie ma. Wydaje się, że tu działa reguła: ROMA LOCUTA, CAUSA FINITA (Rzym orzekł, sprawa skończona). Ktoś może oczywiście założyć, że Komisja działa uczciwie, ale to jest tylko założenie. Ja założyłem sobie, że działa ona nieuczciwie, choć nie mam na to dowodów, to działanie Platformy Obywatelskiej z 2007 roku, o czym niżej, jest dla mnie wystarczającym powodem, by uważać całą klasę polityczną za skorumpowaną i pozbawioną wszelkich skrupułów w swoim postępowaniu.

Pojawiły się już opinie o możliwości sfałszowania wyników wyborów, a to m.in. z tego względu, że tak równomierny rozkład głosów zwycięzców pierwszej tury jest nienaturalny. Przytaczane jest w tym wypadku słynne stwierdzenie Stalina, że nieważne, kto jak głosuje tylko, kto liczy głosy. Czy jest zatem taka możliwość, że przy liczeniu głosów można dokonać zmian? Komisje w lokalach wyborczych zliczają głosy i na tym etapie, etapie pojedynczego lokalu wyborczego, fałszowanie wyników wyborów nie ma sensu, bo rodzaj tego fałszerstwa trzeba by uzgodnić we wszystkich lokalach wyborczych w całym państwie. Wyniki glosowania w tych lokalach są przekazywane do gmin, które sumują wyniki ze wszystkich lokali wyborczych na swoim terenie. Taki zbiorczy wynik wysyłają do województwa, które sumuje wyniki z wszystkich gmin i wysyła do PKW, która sumuje wyniki ze wszystkich województw. Karta do głosowania jest anonimowa, skąd więc biorą się informacje o tym, kto ma takie a takie wykształcenie, do jakiej grupy wiekowej zalicza się, czy jest z miasta czy ze wsi itp. Prawdopodobnie są to informacje od ankieterów, którzy przed lokalami wyborczymi pytają ludzi o to, jak głosowali. Czy taka próbka może być wiarygodna i czy ankietowani mówią im prawdę? Czy cokolwiek z tego, co nam mówią o wyborach jest prawdziwe?

Czy można zatem sfałszować wyniki wyborów? A jeśli tak, to na jakim etapie? Na etapie lokali wyborczych, jak napisałem wyżej, wydaje się to bez sensu i raczej niemożliwe. Podobnie ma się sprawa na etapie województw. Pozostaje więc etap centralny, czyli PKW. Komisja ta może podać wyniki wyborów takie, jakie jej zlecili nieznani przełożeni. Skoro nikt nie może skontrolować PKW, to jest rzeczą naturalną, że tam mogą dokonywać się tego typu procedery. Tam nie trzeba z nikim koordynować swoich decyzji. Tylko PKW zna prawdziwe wyniki głosowania i nikt inny i nikt inny nie ma wglądu do tych informacji.

Demokracja jest najbardziej szatańskim ustrojem, jaki kiedykolwiek wymyślono. Najlepiej jej istotę ujął Winston Churchill w definicji, której tylko część, zaznaczona kursywą, jest powszechnie znana. Poniżej pełna wersja.

Monarchia była ustrojem, w którym władzę dziedziczono lub nowego władcę wybierała wąska grupa ludzi. Jej wadą było to, że cała odpowiedzialność spoczywała na monarsze. W demokracji nikt nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny, bo po wyborach przychodzi nowa władza wybrana w demokratycznych wyborach, a stara odchodzi w siną dal. Stąd permanentną cechą tego ustroju jest wszechogarniająca korupcja i brak odpowiedzialności za słowo.

W 2007 roku Platforma Obywatelska przeprowadziła akcję zbierania podpisów pod petycją do sejmu w sprawie zmiany ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli żeby wybory do sejmu odbywały się w okręgach jednomandatowych. W praktyce chodziło o to, by ludzie, którzy uzyskali minimalne poparcie, nie zostawali posłami. A tak się dzieje w ordynacji proporcjonalnej. PO zebrała ponad 700 tys. podpisów. Jednym z nich był mój. Później wszystkie one trafiły do sejmowej niszczarki. To był moment, który pozbawił mnie wszelkich złudzeń i powiedziałem sobie, że ja w tym cyrku uczestniczyć nie będę. I od tego momentu na żadne wybory nie chodzę, bo uwłaczałoby to mojej godności jako człowieka.

W 2008 roku wziąłem udział w Marszu JOW, czyli Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Wtedy miałem jeszcze złudzenia co do tego rozwiązania, ale później, po bliższym przyjrzeniu się tzw. Regule JOW i innym pomysłom typu demokracji szwajcarskiej, wyzwoliłem się z wszelkich złudzeń. O tym pisałem w blogu Pomysły. Jednak na udział w Marszu zdecydowałem się dlatego, że chciałem z bliska zobaczyć, jak to jest zorganizowane. Szedłem więc w tym pochodzie od Placu Zamkowego do Sejmu i słuchałem, co mówili idący tuż za mną studenci z Koszalina. Przyjechali na ten pochód, bo im opłacono przejazd w obie strony i po jego zakończeniu dostali jeszcze darmowy obiad. Szli i co chwila skandowali: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Byli też studenci z Wrocławia, bo to siedziba Ruchu JOW. Oprócz nich było sporo ludzi starszych. Nie był to wielki pochód. Może wzięło w nim udział około dwustu osób. Ale warto było pojechać. Teraz nie mam żadnych złudzeń, że te wszystkie protesty, czy to rolników, hutników, górników i innych, są akcjami zorganizowanymi, a ludzie biorący w nich udział opłaceni w takiej czy innej formie.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – Szekspir. Te wybory, jak wszystkie inne i cała otoczka wokół nich, to oczywiście teatr. Scenariusz został już dawno napisany, role rozdzielone. Jedynie naiwny elektorat wierzy, że to tak naprawdę i tłumnie głosuje, sądząc, że ma na coś wpływ. Demokracja to opium dla mas.

Wybory ’25

Wybory prezydenckie, czyli wybór pawiana nr 1, coraz bliżej. Zarejestrowano już chyba dwunastu pawianów, a jeśli Państwowa Komisja Wyborcza zatwierdzi pozostałych, to będzie ich siedemnastu. Dotychczas zatwierdziła 15-tu. To znacznie więcej niż w poprzednich wyborach. Wtedy było ich dziesięciu, jedenastu. W związku z tym Tomasz Piekielnik na swoim kanale zastanawia się nad tym, czy to możliwe, by kandydaci bez zaplecza partyjnego mogli zebrać wymaganą liczbę 100 tys. podpisów. Poniżej zapis jego wypowiedzi na ten temat, który poruszył w końcowej części swego komentarza.

Niektórzy kandydaci, bo jest ich co najmniej jeden, zebrali podpisy w liczbie 100 tys., czy ponad 100 tys., powiedzmy 250 tys., bez struktur, bez nawet, co potwierdzają internauci, zbliżonej z tą liczbą liczby wizyt na swojej stronie internetowej, na której można było pobrać dokument do podpisów wyborczych, rejestrować się i tak dalej. I prezydent Komorowski wyjaśnia, jak to się dzieje – kandydaci na prezydenta kupili podpisy? Komorowski mówi (polsatnews.pl):

– Mogę się zakładać, że absolutna większość osób, które kandydują, a nie mają zaplecza politycznego, po prostu kupiła te głosy od wyspecjalizowanych firm – uznał Komorowski, odnosząc się do rekordowej liczby osób deklarujących zebranie 100 tys. podpisów, by móc startować w wyborach głowy państwa. Z kolei Leszek Miller ocenił, że prezydenta powinno wybierać Zgromadzenie Narodowe.

Stwierdzenie faktu przez pana Bronisława Komorowskiego, należy tak ocenić te słowa, niż uznać za tezę, choć pan Komorowski mówi, że może się o to założyć, to pamiętajmy, że kandydował w wyborach prezydenckich, był czołowym politykiem Platformy Obywatelskiej, zatem zapewne do jego uszu dochodziły konkretne informacje, sygnały, wiadomości i fakty dotyczące tego, jak zbiera się podpisy w trakcie wyborów prezydenckich. Komorowski dalej mówi:

– Mam swoją opinię w tej kwestii. Uważam, że przestał działać próg, który wprowadzono do ustawy, żeby nie było ogromnej ilości „planktonu politycznego” w prezydenckiej kampanii wyborczej. To było tych 100 tys. podpisów.

Jeszcze raz twierdzę, w mojej opinii, były prezydent stwierdza pewien fakt. Zadajmy sobie pytanie: jak ktoś bez zaplecza politycznego, deklarujący wykonywanie, powiedzmy sobie szczerze takiej, a nie innej aktywności zawodowej, etatowo, nazwijmy to dydaktycznej – lub inni kandydaci jeszcze jakąś inną dziwną działalność deklarują, że wykonują – nazwijmy to redaktorsko-nijaką. Jeżeli oni zebrali po 100 tys. podpisów, a jeden 250 tys., to w opinii, wyrażonej przez prezydenta Komorowskiego, musieli kupić podpisy. Tylko pytanie za czyje, skoro najprawdopodobniej nie za swoje. Kto za tym się kryje? Kto za tym stoi? Czy oni sami to wiedzą, czy może nawet nie wiedzą i nie chcą wiedzieć? Może podejrzewają, a nie wnikają. Może cieszą się, że jakaś fala podpływa, to na niej zabiorą się gdzieś dalej. Kto wie jak jest naprawdę? Ale nie ulega wątpliwości, że trafnie, w mojej opinii, w wywiadzie na kanale w pewnej debacie pan Grzegorz Braun, konkretnie na kanale pani Moniki Jaruzelskiej, w pewnej debacie powiedział wprost do swojego adwersarza: pan chyba nawet nie wie, kto za tym stoi, za zebraniem tych podpisów. Bo to jest fizycznie niemożliwe, żeby zebrać bez zaplecza politycznego, bez ludzi, bez struktur tak gigantyczną ilość podpisów.

Wyobraźcie sobie Państwo, ile to jest ludzi – 250 tysięcy czy nawet 100 tysięcy ludzi. Tu nie chodzi o to, że ktoś może mieć tego typu obserwatorów. Na tym kanale, gdzie z ogromną przyjemnością goszczę Państwa, niebawem dobijemy do 200 tys. subskrypcji. Ale w mojej opinii, jeśli wyraziłbym tego typu prośbę zbierania podpisów, to okazałoby się, że niewielki ułamek tej liczby, to byłyby podpisy faktycznie zebrane. Bo czym innym jest kogoś oglądać, a czym innym jest wydrukować dokument, podpisać, porozmawiać z rodziną, ze znajomymi, żeby może też podpisali, wybrać się na pocztę i wysłać czy zanieść osobiście. I nazwijmy to tzw. „konwersja” w tym przypadku wyniosłaby może 10 może 20%, ale gwarantuję Państwu, że moje szacunki są dość optymistyczne, nawet gdyby to wszystko rozlało się jakoś lawinowo. Zatem pytanie, jak uzbierano te podpisy w przypadku niektórych osób, co uważa na ten temat pan prezydent Komorowski, ja mogę tylko powiedzieć: cóż, nie da się temu, co mówił prezydent Komorowski czy dostrzegł pan Grzegorz Braun, logicznie zaprzeczyć. Ale Państwu pozostawiam własną ocenę, możecie Państwo uważać, jak tylko sobie Państwo życzycie.

x

Nazywam tych ludzi pawianami, choć wiem, że obrażam pawiany. Za dużo już w swoim życiu widziałem, by tzw. polityków traktować poważnie. Widziałem budowę „drugiej Polski”. Wtedy w radiowej Trójce była satyryczna audycja „60 minut na godzinę”, a w niej „Dyrekcja cyrku w budowie”, bo to był cyrk. Jak można było zaciągać kredyty w dewizach i musieć je później spłacać w tych dewizach, skoro złoty nie był wymienialny na nie? Plan był taki, że te dewizy uzyska się że sprzedaży towarów wyprodukowanych w fabrykach wybudowanych za kredyty dewizowe. Problem jednak polegał na tym, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swojego rynku zbytu dla tych towarów. To musiało skończyć się katastrofą i tak się skończyło. I to był właśnie ten cyrk w budowie.

Później przyszła kolej na budowę „drugiej Japonii” i, co naturalne, nic z tego nie wyszło. Jedyne, co się udało, to Matka Boska w klapie marynarki. Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć. Może tym razem się uda? „Drugą Irlandię” budował człowiek, który zawsze stał habacht (na baczność), gdy rozmawiał ze swoimi niemieckimi przełożonymi. I tym razem nic z tego nie wyszło. Kolejny projekt jest już realizowany bez rozgłosu i nikt nie chce go firmować. Dlaczego? Czyżby uważali, że budowa „drugiej Ukrainy” to obciach? A jednak, w odróżnieniu od poprzednich, nieudanych projektów, wygląda na to, że ten zakończy się powodzeniem. Jak zatem wierzyć w obietnice polityków, które są tylko słowami rzucanymi na wiatr, jak śpiewała kiedyś Dalida:

Paroles et paroles et paroles et paroles et paroles
Et encore des paroles que tu sèmes au vent
Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa
I jeszcze raz słowa, które rzucasz na wiatr

Tak więc to, co mówią politycy, czyli nasze pawiany, to tylko słowa. Ważniejsze i prawdziwe jest to, o czym nie mówią, a nie mówią o budowie drugiej Ukrainy na terenie Rzeczypospolitej Ukraińskiej, która w praktyce już nią jest.

A więc mamy aferę: Afera jest panie Ferdku, jakby powiedział Boczek ze „Świata według Kiepskich”. To nie możliwe, by osoba bez zaplecza politycznego mogła zebrać 100 tys. podpisów, ale możliwe, gdy kupi te podpisy od wyspecjalizowanych firm, jak powiedział Komorowski. Co to za wyspecjalizowane firmy, tego nie sprecyzował. Kto zatem winny? Ten, który kupił te podpisy, czy ta wyspecjalizowana firma?

Taką ilość podpisów można zebrać inaczej. Można to zrobić w potężnych korporacjach i kazać pracownikom podpisać się pod nazwiskiem jakiegoś kandydata. Można też wydrukować dane personalne z ewidencji ludności, która jest obecnie zarządzana centralnie i podpisać się pod różnymi nazwiskami. I taka osoba nawet nie będzie wiedzieć, że poparła jakiegoś kandydata. Przecież weryfikacją tych list zajmuje się Państwowa Komisja Wyborcza i nikt inny nie ma do nich dostępu. A jak ta komisja sprawdza autentyczność tych podpisów i liczy je? Czort jeden wie czy ona je liczy i sprawdza. A może nikt tam nie dostarcza tych 100 tysięcy podpisów, tylko tak nam się mówi. Oczywiście zbierają je, by ludzie widzieli, że oni je zbierają, ale ile ich zbiorą, to ich słodka tajemnica. Jednym słowem teatr. A jeszcze czasem komisja może zakwestionować jakieś podpisy albo stwierdzić, że na listach znalazły się dane osobowe nieboszczyków, jak to się stało w przypadku dwóch, jeszcze nie zarejestrowanych, kandydatów. To nawet nie teatr, to kabaret. Być może jest jeszcze wiele innych sposobów na tego typu akcje. Ja tylko pokazałem, że możliwości w tym względzie są nieograniczone. Jednak wybrano tylko jedną opcję, czyli kupowanie podpisów i to jest nagłaśniane.

A więc po nitce do kłębka. Piekielnik wziął na tapetę dwóch. Artur Bartoszewicz to ten, który zebrał 250 tys. podpisów, a Maciej Maciak (Ruch Dobrobytu i Pokoju, czyli willa z basenem dla każdego) to ten, który prowadzi działalność redaktorsko-nijaką. Co do pierwszego, to niewiele można o nim powiedzieć, poza tym, że nie wie, kto mu zebrał te podpisy i kto za tym stoi. Tak go poinformował Braun. A skoro on tak powiedział, to wie, że ktoś za tym stoi, ale nie podzielił się tą informacją z widzami kanału Moniki Jaruzelskiej: wiem, ale nie powiem.

Więcej wiemy o Macieju Maciaku, który jest założycielem Ruchu Dobrobytu i Pokoju i ma na YouTube swój kanał Musisz to wiedzieć. Wiadomo też, że od początku wojny na Ukrainie był on nastawiony antyukraińsko i opowiadał się za współpracą z Białorusią i Rosją. Często też jest gościem białoruskiego kanału internetowego.

A więc mamy już przygotowaną scenę do przeprowadzenia wariantu rumuńskiego na wypadek, gdyby głosowanie w sposób kontrolowany wymknęło się spod kontroli i tzw. kandydat niezależny, a raczej zależny od swoich nieznanych przełożonych, zdobył nadspodziewanie dużo głosów. Gdyby to był Maciej Maciak, to wiadomo by było, że to niewidzialna ręka wszechmogącego Putina ingerowała w wybory i jedyną obroną przed tym demonem będzie wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego, bo przecież bezpieczeństwo państwa jest najważniejsze. W przypadku Bartoszewicza ta nadzwyczajna ilość podpisów wystarczyłaby do skierowania podejrzeń na wschód. I właśnie dlatego uznano, że doszło do kupienia podpisów, bo kto inny oprócz Putina mógłby dysponować takimi pieniędzmi? Ingerencja Rosji w wybory w Polsce to również argument za tym, by budować koalicję chętnych i wysłać wojsko, również polskie, na Ukrainę.

x

Dziś mamy kolejną rocznicę katastrofy smoleńskiej. O tym w blogu Katastrofa smoleńska.