W komentarzu na swoim kanale, po pierwszej turze wyborów prezydenckich, Tomasz Piekielnik zwrócił uwagę na interesujący fakt. Niestety, zamiast od razu przenieść jego słowa na „papier”, czyli na mój blog, odłożyłem to na później i teraz nie odnajduję tego wątku, co oznacza, że został usunięty. No cóż, czasem zdarza się, że oficer prowadzący coś przeoczy, ale w tym wypadku szybko naprawił swój błąd.
Chodziło o to, że kandydaci, którzy zdobyli najmniejsze poparcie: Bartoszewicz Artur – 95 640 głosów, Maciak Maciej – 36 371, Woch Marek Marian – 18 338, że oni musieli zebrać 100 tys. podpisów. Artur Bartoszewicz chwalił się, że zebrał ich 250 tys. Jak to się więc stało, że uzyskali oni mniejsze poparcie, niż ilość zebranych podpisów. Czy tu nie było jakiegoś fałszerstwa? – pytał Piekielnik. No właśnie! Nie można wykluczyć tego, że część ludzi składała podpisy, ale nie zamierzała głosować na tego kandydata. To jest nieuczciwe i aż ciśnie się na usta słynna sentencja z filmu Wielki Szu: „Graliśmy uczciwie: Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy”. Ale też nie można wykluczyć innej możliwości, że podpisy te zostały zebrane nieuczciwie lub że ich nie zebrano w wymaganej ustawą ilości. Nieuczciwie, to oznaczałoby, że mogły być kupione, choć niekoniecznie, w jakiejś firmie posiadającej w dużej ilości dane personalne ludzi, jak choćby operatorzy telefonii komórkowych czy banki. W drugim przypadku oznacza to, że nie zebrano wymaganej ilości podpisów, a Państwowa Komisja Wyborcza i tak zaakceptowała taką listę. Kto ma do nich dostęp? Kto może kontrolować jakość pracy tej komisji? Jeśli było trzynastu kandydatów, to znaczy, że trzeba było sprawdzić, a nie policzyć, 1 300 000 danych, to znaczy sprawdzić imię i nazwisko i numer PESEL. Ilu ludzi musiałoby to robić i ile czasu zajęłoby to im? A jak sprawdzić czy oni nie oszukiwali? A co jeśli na tych listach znajdowali się obywatele Ukrainy, którzy mają nadane te numery? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi na nie nie ma. Wydaje się, że tu działa reguła: ROMA LOCUTA, CAUSA FINITA (Rzym orzekł, sprawa skończona). Ktoś może oczywiście założyć, że Komisja działa uczciwie, ale to jest tylko założenie. Ja założyłem sobie, że działa ona nieuczciwie, choć nie mam na to dowodów, to działanie Platformy Obywatelskiej z 2007 roku, o czym niżej, jest dla mnie wystarczającym powodem, by uważać całą klasę polityczną za skorumpowaną i pozbawioną wszelkich skrupułów w swoim postępowaniu.
Pojawiły się już opinie o możliwości sfałszowania wyników wyborów, a to m.in. z tego względu, że tak równomierny rozkład głosów zwycięzców pierwszej tury jest nienaturalny. Przytaczane jest w tym wypadku słynne stwierdzenie Stalina, że nieważne, kto jak głosuje tylko, kto liczy głosy. Czy jest zatem taka możliwość, że przy liczeniu głosów można dokonać zmian? Komisje w lokalach wyborczych zliczają głosy i na tym etapie, etapie pojedynczego lokalu wyborczego, fałszowanie wyników wyborów nie ma sensu, bo rodzaj tego fałszerstwa trzeba by uzgodnić we wszystkich lokalach wyborczych w całym państwie. Wyniki glosowania w tych lokalach są przekazywane do gmin, które sumują wyniki ze wszystkich lokali wyborczych na swoim terenie. Taki zbiorczy wynik wysyłają do województwa, które sumuje wyniki z wszystkich gmin i wysyła do PKW, która sumuje wyniki ze wszystkich województw. Karta do głosowania jest anonimowa, skąd więc biorą się informacje o tym, kto ma takie a takie wykształcenie, do jakiej grupy wiekowej zalicza się, czy jest z miasta czy ze wsi itp. Prawdopodobnie są to informacje od ankieterów, którzy przed lokalami wyborczymi pytają ludzi o to, jak głosowali. Czy taka próbka może być wiarygodna i czy ankietowani mówią im prawdę? Czy cokolwiek z tego, co nam mówią o wyborach jest prawdziwe?
Czy można zatem sfałszować wyniki wyborów? A jeśli tak, to na jakim etapie? Na etapie lokali wyborczych, jak napisałem wyżej, wydaje się to bez sensu i raczej niemożliwe. Podobnie ma się sprawa na etapie województw. Pozostaje więc etap centralny, czyli PKW. Komisja ta może podać wyniki wyborów takie, jakie jej zlecili nieznani przełożeni. Skoro nikt nie może skontrolować PKW, to jest rzeczą naturalną, że tam mogą dokonywać się tego typu procedery. Tam nie trzeba z nikim koordynować swoich decyzji. Tylko PKW zna prawdziwe wyniki głosowania i nikt inny i nikt inny nie ma wglądu do tych informacji.
Demokracja jest najbardziej szatańskim ustrojem, jaki kiedykolwiek wymyślono. Najlepiej jej istotę ujął Winston Churchill w definicji, której tylko część, zaznaczona kursywą, jest powszechnie znana. Poniżej pełna wersja.
Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba płaszczyć się przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przed nikim za swoje czyny.
Monarchia była ustrojem, w którym władzę dziedziczono lub nowego władcę wybierała wąska grupa ludzi. Jej wadą było to, że cała odpowiedzialność spoczywała na monarsze. W demokracji nikt nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny, bo po wyborach przychodzi nowa władza wybrana w demokratycznych wyborach, a stara odchodzi w siną dal. Stąd permanentną cechą tego ustroju jest wszechogarniająca korupcja i brak odpowiedzialności za słowo.
W 2007 roku Platforma Obywatelska przeprowadziła akcję zbierania podpisów pod petycją do sejmu w sprawie zmiany ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli żeby wybory do sejmu odbywały się w okręgach jednomandatowych. W praktyce chodziło o to, by ludzie, którzy uzyskali minimalne poparcie, nie zostawali posłami. A tak się dzieje w ordynacji proporcjonalnej. PO zebrała ponad 700 tys. podpisów. Jednym z nich był mój. Później wszystkie one trafiły do sejmowej niszczarki. To był moment, który pozbawił mnie wszelkich złudzeń i powiedziałem sobie, że ja w tym cyrku uczestniczyć nie będę. I od tego momentu na żadne wybory nie chodzę, bo uwłaczałoby to mojej godności jako człowieka.
W 2008 roku wziąłem udział w Marszu JOW, czyli Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Wtedy miałem jeszcze złudzenia co do tego rozwiązania, ale później, po bliższym przyjrzeniu się tzw. Regule JOW i innym pomysłom typu demokracji szwajcarskiej, wyzwoliłem się z wszelkich złudzeń. O tym pisałem w blogu Pomysły. Jednak na udział w Marszu zdecydowałem się dlatego, że chciałem z bliska zobaczyć, jak to jest zorganizowane. Szedłem więc w tym pochodzie od Placu Zamkowego do Sejmu i słuchałem, co mówili idący tuż za mną studenci z Koszalina. Przyjechali na ten pochód, bo im opłacono przejazd w obie strony i po jego zakończeniu dostali jeszcze darmowy obiad. Szli i co chwila skandowali: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Byli też studenci z Wrocławia, bo to siedziba Ruchu JOW. Oprócz nich było sporo ludzi starszych. Nie był to wielki pochód. Może wzięło w nim udział około dwustu osób. Ale warto było pojechać. Teraz nie mam żadnych złudzeń, że te wszystkie protesty, czy to rolników, hutników, górników i innych, są akcjami zorganizowanymi, a ludzie biorący w nich udział opłaceni w takiej czy innej formie.
„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – Szekspir. Te wybory, jak wszystkie inne i cała otoczka wokół nich, to oczywiście teatr. Scenariusz został już dawno napisany, role rozdzielone. Jedynie naiwny elektorat wierzy, że to tak naprawdę i tłumnie głosuje, sądząc, że ma na coś wpływ. Demokracja to opium dla mas.