Miasta I RP

Tak nas uczono i nadal tak się uczy, że unia polsko-litewska to akt, na którym skorzystały obie strony i że powstało potężne państwo, którego obawiali się jego sąsiedzi. Oczywiście jest to nieprawda. Ten akt spowodował to, że Polska, czyli Korona, cofnęła się cywilizacyjnie pod każdym względem. To prawda, że było to państwo zależne od cesarzy niemieckich, od papieża i miało też przeciwko sobie potężny zakon i dlatego Piastom tak trudno było walczyć o utracone ziemie. Jednak nadal leżało ono w Europie, wprawdzie na jej peryferiach, ale jednak w Europie. I tak jakoś dziwnie się stało, że ten potężny zakon uległ dzikiemu Litwinowi, gdy ten został był królem Polski. Wiadomo było, że ten dzikus nie upomni się o utracone ziemie piastowskie, a poza tym planowano już reformację, więc rola tego zakonu kończyła się. Czy to jednak Wschód odpowiadał za degradację Korony? Wydaje się, że był za słaby, że był tylko narzędziem, a decydował ktoś inny. Upadek polskich miast zdaje się tego dowodzić. Bardzo dobrze opisuje to Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce PIW 1976. Poniżej wybrany fragment.

x

Stara to rzecz, że gdy jedna warstwa społeczna uzyskuje przywileje, zawsze dziać się to musi czyimś kosztem. Szlachta rozszerzała coraz bardziej swe uprawnienia, zagarniała dla siebie coraz to nowe dziedziny gospodarcze; równocześnie ograniczano prawa włościan i mieszczan, poddawano wieś w niewolę, powodowano upadek miast. Wystarczy uświadomić sobie tę głęboką różnicę, jaka zachodzi w stanie miast w szesnastym i osiemnastym wieku: zrazu mamy do czynienia z miastami wcale znacznymi, mogącymi się równać z niejednym miastem zagranicznym, z mieszczaństwem żyjącym w dobrobycie, czasem zamożnym, o wcale wysokiej stopie wymagań życiowych; patrycjat miejski jest warstwą ambitną, wykształconą, biorącą żywy udział w życiu kulturalnym społeczeństwa. Wiek osiemnasty daje nam, poza stolicą, która rozwija się w cieniu dworu królewskiego, obraz upadku i nędzy miast; miast tych jest nominalnie dużo, ale są one niewielkie, często wyludnione, czasem w ruinie stojące, utrzymujące się najczęściej z przejazdu i postoju podróżnych, poza tym dostarczające prostego towaru dla okolicy; mieszczanie, o niskim poziomie życiowym i kulturalnym, mało aktywni gospodarczo, często żyjący z pracy na roli (chłoporobotnicy? – przyp. W.L.), nie mają innych ambicyj poza podkreślaniem swej wyższości nad włościanami i żadnej roli w życiu publicznym nie odgrywają; dopiero w drugiej połowie osiemnastego wieku za przykładem Warszawy ożywiają się nieco mieszkańcy większych miast i przyłączają do akcji reformy społecznej.

Polityka stanowa szlachty powoduje upadek miast; szlachcic był wolny od podatków, nie płacił cła przy wywozie towarów za granicę, skoro deklarował je jako proprii laboris (wyrób własny – przyp. W.L.), był chroniony przez ustawodawstwo wojewodzińskie, które pilnowało taryf towarowych; co więcej miał możność rozbijać jedność administracyjną i gospodarczą miasta przez jurydyki (część miasta wyjęta spod prawa miejskiego). Szlachta nie poprzestawała na tym; niezależnie od ograniczania gospodarczej aktywności mieszczan prowadzono przeciwko nim kampanię stałej niechęci. Lekceważono miasta, śmiano się z mieszczan, nazywano ich łykami i zamsikami, narzekano na ich zdzierstwo, przypisywano im drożyznę, patrzono z niechęcią na zamożniejszych kupców, wytykano im zbytki, skoro tylko ktoś wystawniej się ubierał lub hojniej gości podejmował. Wiedziano, że za granicą, w Rzeszy niemieckiej, we Flandrii i Francji, są miasta bogate i mieszczanie w dobrobycie żyją, ale stan ten był raczej argumentem za ograniczeniem miast. Przecież człowiek tak rozsądny i jasno myślący jak Jan Zamoyski na sejmie elekcyjnym w r. 1575 wyraźnie stwierdza, że rozwój miast związany jest z krzywdą szlachty, mówiąc o zagranicy:

„Kwitną tam wsi i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę. Nie podług rękodzielnych wyrobów, nie podług murów i obszernych budowli, czego i nam nie brak, sądzi się o szczęściu ludzi, ale podług ich wolności, cnót i dobrych obyczajów.”

Szlachta więc niszczyła miasta, i to niszczyła świadomie; uważano, że wzbogacony mieszczanin jest zbytecznym konkurentem szlachcica, chciano, by pomiędzy szlachtą a plebejami był jak największy dystans.

Nie można się więc dziwić, że zamożniejsi mieszczanie starali się o przejście w ten czy inny sposób w szeregi szlacheckie. Cóż mogło im dać miasto, prócz możności dalszego pomnażania majątku, i to dość problematycznej wobec polityki gospodarczej szlachty; ale nawet i majątku tego nie mogli spokojnie używać, narażeni wciąż na przytyki, zaczepki i szykany ze strony szlachty.

Przechodzili więc do osiadłej szlachty bogaci mieszczanie, jak krakowscy Bonarowie, Betmanowie, lwowscy Korniaktowie, greccy kupcy; kto kupił dobra ziemskie, często od nich nowe nazwisko brał, jak Cyrusowie – Sobolewscy, Langowie – Niegoszowscy. Ale nie było trzeba koniecznie majątku, aby wejść w szeregi herbowej braci; kto miał nieco przedsiębiorczości i odwagi, próbował szczęścia, zazwyczaj z powodzeniem. Liber chamorum tylu wymienia „miejskich synków”, i to nie tylko z większych miast, że odnosimy wrażenie, jakoby każdy, kto tylko chciał, mógł wejść w społeczeństwo szlacheckie. Ale też ubożało mieszczaństwo, skoro element bardziej ambitny, bardziej aktywny, tworzący elitę miejską, tak licznie opuszczał miasto i szukał szczęścia w innym stanie. Stosunki te trwają aż do końca osiemnastego wieku; pragnieniem każdego mieszczanina jest zostać szlachcicem. Jedni uzyskują formalnie dyplomy, drudzy tylko podają się za szlachtę i ostatecznie z czasem także i formalne prawa uzyskują, inni znów przynajmniej nazwisko szlacheckie z końcówką -ski przybierają i wyglądem zewnętrznym szlachtę naśladują. Epoka reform jest bardzo liberalna w tym względzie; ciągle czytamy w Voluminach o nowych nobilitacjach mieszczan, a także o formalnym uznawaniu samozwańców. Konstytucja z r. 1775 stwierdzając, że istnieją obywatele, którzy „choć nie są szlachtą rodowitą polską, przecież za nią są powszechnie wzięci”, i wyrażając „litość nad takowymi ludźmi przyzwoitą”, dozwala nadać im tytuły szlacheckie diplomatibus secretis (tajne paszporty), a więc bez publicznego ogłoszenia, do „zakłócenia okazje uchylając”.

U schyłku istnienia Rzeczypospolitej droga do szlachectwa stoi otworem dla zamożniejszego i inteligentniejszego mieszczaństwa. Uchwalono, że król nadaje diplomata nobilitatis (dyplomy szlacheckie) mieszczanom, którzy w służbie rządowej uzyskali stopień regenta, w wojsku zaś rangę kapitana; dyplomy te otrzymywano za okazaniem patentu, nawet bez opłaty stemplowej. Kto pełnił przez dwa lata służbę publiczną, kto był właścicielem wsi, opłacającej podatek w pewnej wysokości, miał prawo do starania się o nobilitację; wreszcie nobilitowano także i mieszczan nie mających innych tytułów prócz posiadania dziedzicznej posesji w mieście, a więc domu.

Obok samolubnej polityki szlacheckiej inny jeszcze czynnik wpływa coraz istotniej na losy mieszczan: konkurencja ze strony ludności żydowskiej.

Ustawodawstwo określało ściśle zakres uprawnień gospodarczych ludności żydowskiej, ale najwidoczniej nie bardzo było ono przestrzegane, skoro ciągle się powtarza rozmaite zakazy, a miasta starają się wciąż o pomoc władz w walce z Żydami. Żydzi tymczasem zdobywają coraz to nowe pozycje. Klęski, które ponoszą dzielnice żydowskie w czasie wojen szwedzkich i kozackich, zmuszają ludność żydowską do osiedlania się w mieście chrześcijańskim; wynajmują tu oni domy, nawet je kupują, i tak powoli, wbrew prawu, ustalają się coraz silniej w samym mieście, prowadzą handel, wykonują rękodzieła. Równocześnie też następują próby osiedlania się w miastach, które miały dawne przywileje de non tolerandis Judaeis, nie dopuszczające Żydów; wszystko to miało być prowizoryczne, ale kto już raz w mieście chrześcijańskim osiadł, nie opuszczał go tak łatwo. Zaczynały się rozruchy antyżydowskie, miasta uzyskiwały dekrety nakazujące rugować Żydów; częściowo je wykonywano, ale nie zawsze i nie wszędzie. Pilnowano też, by Żydzi nie trudnili się rękodziełem i nie tworzyli konkurencji cechom, by nie uprawiali handlu obnośnego itd., ale ciągłe skargi na ten temat pozwalają przypuszczać, iż w rzeczywistości ludność żydowska zakazów tych nie przestrzegała i stawała się coraz groźniejszym współzawodnikiem chrześcijan. Oto np. opis inwazji żydowskiej w Lublinie z połowy XVIII wieku, wyrażony w uchwale miejskiej:

… uważając ultimam cladem (ostatnie nieszczęście) tego miasta przez mnóstwo Żydów, w tym mieście będących, po placach, dworach, dworkach, kamienicach, domach różnych, budach, piwnicach kramiki trzymających… a tak ci Żydzi… handel prawem zakazany wiodą, szynki różnych trunków, nawet i wina prowadzą, piwo robią… chleby różne pieką… w rzemiosłach i kunsztach cechom przeszkadzają, słowem, wszystkie sposoby do życia katolikom odbierają. Niegdyś populosa civitas (ludne miasto), teraz ledwie trzecia część zubożałego pospólstwa nam została, a na Przedmieściu Krakowskim sami Żydzi z trunkami w kamienicach pod bokiem kościoła szabasy publicznie odprawują… mając siano na strychach, zgubą miastu przez pożar grożą… Cechy złotników, cyrulików, krawców, kuśnierzy, piekarzy, kotlarzy, safianików (garbarzy) i insze upadły… Towary różne wożą i sprzedają, nawet już i dziedzicznymi prawami niektórzy na miejskich gruntach przeciw prawu osiadają…

Postanowiono więc wysiedlić Żydów z miasta, co istotnie po kilku latach przy asyście wojskowej wykonano; wysiedleni przenieśli się na przedmieścia, a wraz z nimi sklepy i warsztaty. Miasta broniły się więc przeciwko supremacji ludności żydowskiej środkami czasem bardzo zdecydowanymi, choć rzadko skutecznymi; bezskuteczność tych rugów okazywała się zwłaszcza tam, gdzie istniały jurydyki i gdzie pod władzą duchowną czy szlachecką gęsto osiadali Żydzi, wobec których władze miejskie były bezsilne.

Tak więc stopniowo ludność żydowska rozszerza się poza granice dawnej dzielnicy żydowskiej, zaczyna obejmować coraz to nowe działy wytwórczości czy handlu, zastrzeżone dawniej dla chrześcijan, i zwyciężając w walce konkurencyjnej staje się w większości miast najpoważniejszym elementem gospodarczym.

Ale prócz wewnętrznego rozwoju stosunków, który coraz to niekorzystniej kształtował sytuację mieszczan, spadały jeszcze na miasta klęski zewnętrzne, nie przewidziane, które niszczyły jego dorobek, często tak do szczętu, że niektóre miasta już z upadku się nie podnosiły. Były to klęski elementarne, przede wszystkim pożary, które gwałtownie się szerzyły w drewnianych czy półdrewnianych skupieniach, była to jednak przede wszystkim wojna. A wojen przeszło dość przez Rzeczpospolitą; nie było tak spokojnego kąta w całym pastwie, do którego by groza wojny nie doszła; w połowie siedemnastego wieku, w czasie potopu szwedzkiego, padły miasta na ogromnej przestrzeni, i od tego czasu zazwyczaj liczy się upadek życia miejskiego.

Ale nie tylko wojska nieprzyjacielskie były groźne dla miast; wojska Rzeczypospolitej były również poważnym ciężarem. Żołnierz nie pobierał strawy z pułku, lecz z żołdu winien był płacić sam za swe utrzymanie; tymczasem skarb był najczęściej pusty i żołd wypłacano bardzo nieregularnie; cóż więc miał żołnierz robić? Brał co mu dano, a gdy nie chciano mu nic dać, brał gwałtem, a gdy raz się przyzwyczaił do rabunku, rabował już nie z potrzeby, ale dla chciwości czy fantazji. Działo się tak nie tylko w czasie wojny; w okresach zupełnego spokoju żołnierz, nie opłacony lub do grabieży przyzwyczajony, był klęską.

Bywały istotnie przykłady, że mieszczanie, zrujnowani przez ciągłe postoje, opuszczali swe domostwa, pozostawiając je na łasce Boskiej i żołnierskiej. Obrona była niemożliwa; tworzyli co prawda mieszczanie rodzaj armii ochotniczej, i broni zawsze w ratuszu i w cechach było dość dużo, ale wiedziano, że wojska w razie oporu szturmem zdobędą miasto.

Ciężar kwaterunków spadał przede wszystkim na miasta, skoro wsie szlacheckie zostały z nich zwolnione; jedyną pociechą był niski stan liczebny wojsk Rzeczypospolitej. Ale za to ciągle przechodziły przez kraj wojska obce, czy to nieprzyjacielskie, czy zaprzyjaźnione: szwedzkie, saskie, rosyjskie; zdzierstwa rabunki, gwałty były na porządku dziennym. Nie można się więc dziwić, że miasta znajdowały się w bardzo ciężkiej sytuacji.

Pełno też w pamiętnikach cudzoziemców, zwiedzających Polskę, opisów nędzy miast. Jeszcze w Wielkopolsce, w województwie krakowskim, na Pomorzu miasta te przedstawiały się lepiej i zarówno wyglądem zewnętrznym, jak i społeczną strukturą bardziej były do miast zachodniej Europy zbliżone, ale już na Mazowszu miasta te przedstawiały widok godny politowania; cóż dopiero na rozległych ziemiach litewskich i ruskich.

Tak np. orszak francuski, jadący wraz z Marią Ludwiką do Warszawy, dziwił się ubóstwu i zaniedbaniu miasteczek. Przejeżdżano przez Mławę, Ciechanów i Nowe Miasto. Wspomniane trzy miejsca – pisze Laboureur – chociaż imię miast w Polsce mają, uchodziłyby we Francji za wioski; nie są one opasane murem ani fosą, domy ich w małej liczbie są rozrzucone, źle stawiane i niewygodne. Nędza mieszkańców wzbudza politowanie, większość źle odziana, prawie wszyscy chodzą boso; w izbach mieszczą się gołe dzieci wraz z psami, prosiętami i drobiem.

Narzekali i swoi; w poważniejszej publicystyce osiemnastego wieku skargi na smutny stan miast są powszechne.

„Jaka w nich budynków ruina – pisze król Leszczyński w Głosie wolnym – jaka nieludzkość obywatelów, jaka indigencja (przyznawanie obcym obywatelstwa, szlachectwa) mieszkańców, jaka incapacitas (ubezwłasnowolnienie) rzemieślników, jaka insufficencja (niedostatek) towarów, jaki na ostatek przy wielkim niedostatku nierząd in politia! (w polityce)”.

Śmiali się satyrycy; przysłowiowym został opis Krasickiego w pierwszych strofach Monachomachii:

W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda)
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.

x

Ignacy Błażej Franciszek Krasicki herbu Rogala (ur. 3 lutego 1735 w Dubiecku, zm. 14 marca 1801 w Berlinie) – biskup warmiński od 1767, arcybiskup gnieźnieński od 1795, książę sambijski, hrabia Świętego Cesarstwa Rzymskiego, prezydent Trybunału Głównego Koronnego w Lublinie w 1765, proboszcz przemyski, kustosz kapituły katedralnej lwowskiej w 1765 roku, poeta, prozaik, publicysta i encyklopedysta, kawaler maltański zaszczycony Krzyżem Devotionis, mianowany biskupem tytularnym Verinopolis w 1766 roku. Prymas Polski od 1795 r. aż do śmierci. Jeden z głównych przedstawicieli polskiego oświecenia. Nazywany „księciem poetów polskich”. Ignacy Krasicki pochodził z rodziny magnackiej. W latach 1743-1750 uczył się w kolegium jezuickim we Lwowie.

Monachomachia, czyli Wojna mnichów (z gr. monachos – mnich, machia – walka) – poemat heroikomiczny o wojnie mnichów autorstwa Ignacego Krasickiego. Wydany po raz pierwszy anonimowo w roku 1778 w Lipsku, wywołał oburzenie hierarchii kościelnej i uznanie u twórców epoki oświecenia.

Tematem utworu jest walka pomiędzy mnichami dwóch zakonów: karmelitów i dominikanów. Monachomachia wywołała skandal – występowała przeciw zakonom, zasobnemu życiu duchownych, próżniactwu i zacofaniu. Stanowi utrzymaną w duchu oświecenia krytykę wad społecznych, obecnych również w Kościele, czego Krasicki nigdy nie ukrywał. – Wikipedia.

Mamy więc w tym wypadku do czynienia z encyklopedystą, czyli masonem, który wyśmiewa stan, za który, z racji stanowiska, sam po części odpowiada. Kościół zawsze był zażydzony i kontrolowany przez tę nację. Nic się nie zmieniło.

Bystroń przytacza fragment mowy Zamoyskiego na sejmie elekcyjnym z 1575 roku. Jednak nie próbuje on w niej nawet tłumaczyć swego stanowiska wobec mieszczan i nie uzasadnia dlaczego uważa on, że dominująca pozycja szlachty w nowym państwie jest najważniejsza. Skoro nie potrafił czy nie mógł tego wytłumaczyć, to znaczy, że wykonywał polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Nigdy nie zrozumiemy, dlaczego tak się stało, jeśli nie uwzględnimy tego, co tak naprawdę wydarzyło się w tym czasie. Od momentu powstania unii polsko-litewskiej następuje stopniowy i narastający z czasem napływ ludności żydowskiej do tego nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej. Nadawało się ono idealnie do tego osadnictwa. Wielkie Księstwo Litewskie tworzyły społeczności nie w pełni wykształcone w sensie narodowościowym i społecznym. Zneutralizowanie Korony, niewygodnej dla Rzeszy niemieckiej, nastąpiło poprzez połączenie jej z WKL. Jeśli doda się do tego fakt, że królami w tym państwie przeważnie byli obcy, to stanie się jasne, dlaczego realizowało ono interes tych, którzy zaczęli się w nim osiedlać.

Ci nowi osadnicy czuli się w tym państwie bezkarni. Prawo ich nie dotyczyło. Stan szlachecki dlatego był otwarty na nowych braci, by to właśnie Żydzi mogli go zasilać bez problemu. Podejrzewam, że łatwość wejścia do niego była tym spowodowana, a dla innych ta droga była zamknięta. Mieszczan zwalczano po to, by zrobić miejsce Żydom. I tak z czasem przybywało ich, a miejscowa ludność była spychana w niebyt.

Pisze Bystroń, że całkowity upadek miast i mieszczaństwa datuje się od potopu szwedzkiego, a więc jest to tylko potwierdzenie tego, o czym wcześniej pisałem, że głównym celem potopu było zniszczenie Korony. Szwedzi niszczyli zamki, czyli magnaterię i miasta, czyli mieszczaństwo. Po co oni to robili? Przecież wycofali się z Korony. Najwyraźniej król szwedzki działał na rozkaz swoich nieznanych przełożonych, działał w interesie ludności żydowskiej, która tu osiedlała się. To prawda, że ta ludność też ucierpiała, ale miała ona możliwości odbudowania swojej pozycji z racji dostępu do kapitału. Rdzenna ludność polska – nie miała. O tym skąd brała się przewaga Żydów w handlu pisałem w blogu Handel . Na wojnach wszyscy tracą, tylko jedna nacja zyskuje. Nic się pod tym względem nie zmieniło.

Rzeczpospolita powstała w wyniku unii polsko-litewskiej to był żydowski projekt, mający na celu stworzenie Żydom miejsca do masowego osadnictwa, zdominowania tego państwa i dokonywania w nim różnych socjologicznych eksperymentów. I nadal to trwa. Wciąganie Polski do wojny na Ukrainie jest tego dowodem.

Mowa

Różnica pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim była fundamentalna. Ustrój Korony to monarchia, a WKL to monarchia parlamentarna, w której król był marionetką. Był to więc ustrój, który określano mianem demokracji szlacheckiej. Kto jednak stworzył ten ustrój? Nie ma na ten temat informacji. A przecież samo się nie zrobiło. Wbrew pozorom nie stało się to nagle. Cały okres unii personalnej od 1385 do 1569 to czas dostosowywania Korony do „standardów” WKL. O tym w blogach Jagiellonowie i Jak powstawał ustrój I RP. Najwyraźniej ktoś już wcześniej szykował nowy ustrój i szkolił w tym kierunku ludzi. Jednym z nich był Jan Zamoyski – Rusin, którego przodkowie adoptowali jeden z 47 polskich herbów szlacheckich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku. I w ten sposób Jan Zamoyski stał się najpotężniejszym magnatem Rzeczypospolitej, co w praktyce oznaczało, że był największym złodziejem. Nic się w tym względzie nie zmieniło. Dziś najbogatszym „Polakiem” jest Ukrainiec Sołowiow, który zresztą przyznaje się do swoich korzeni.

Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987 pisze:

Że jednak w świadomości Polaków XVI i XVII wieku jakaś różnica między stosunkami naszymi a zagranicznymi istniała, świadectw na to przecież nie brak i te, które ja przytaczałam w Rozdrożu, nie są wszak jedynymi. Nie żeby upierać się przy swoim, lecz by wskazać, jak dalece nie byłam gołosłowną, przypomnę tu jeszcze z nich jedno, mianowicie mowę Jana Zamoyskiego, wygłoszoną w r. 1575 przeciw obcej kandydaturze na tron polski. (Wybór mów staropolskich – zebrał Antoni Małecki, Kraków 1860). Zamoyski bronił wówczas sprawy ze wszech miar słusznej, a broniąc jej, wskazywał dobitnie, jakie są różnice między ustrojem polityczno-społecznym Polski, a innych krajów zachodnich. Od Leszczyńskiego i Skargi różnił się tym, że chwalił, i to bardzo, wszystko, co tamci ganili. Lecz choć ocena była odmienna, to jednak charakter podkreślanych różnic między Polską i Europą Zachodnią był ten sam.

Powiada więc ówczesny starosta bełski tak: „Wolność nasza na trzech głównych opiera się zasadach, a tak są nam właściwie, że je tylko u nas znaleźć można” (…) I zaraz po wolności obioru królów, jako drugą „wolność” wymienia Zamoyski, że „Nad poddanymi naszymi bez żadnej apelacji mamy nie tylko moc zupełną, ale nawet prawo życia i śmierci; przeciwnie, sami tak jesteśmy wolni, że ani król, ani żaden urzędnik żadnej nad nami mocy nie mają, tylko tę, jakąśmy im sami nad sobą wedle ustaw publicznych nadali”. „Wszystko to – dodaje – u cudzoziemców inaczej się dzieje”. Królowie tam „sami samowładnie nad ludźmi swymi panują, a szlachcie takiegoż prawa nad poddanymi zaprzeczają i prawie równają szlachtę z poddanymi”. „Podług naszych praw – mówi dalej – nieszlachcic żadnego urzędu posiadać ani żadnej godności piastować nie może; u nich szlachta jedynie wojskowość za godną siebie uznała, inne części administracji wewnętrznej, jako to rządy i wszystkie prawie urzędy plebejuszom oddała. Toteż nic dziwnego, skoro plebejusze cały zarząd mają w swoim ręku, że i plebejskie rady, i plebejskie ustawy przemagają”. Ciekawe, że nawet wynikający z tak przedstawionych stosunków rozkwit miast nie znajduje łaski w oczach Zamoyskiego. „Kwitną tam – powiada – wsie i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę”.

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) tak m.in. pisze o Zamoyskim:

Szkoły kończył w Krasnymstawie, poczem studiował w kollegjum paryskim, przebywając czas jakiś na dworze późniejszego króla Franciszka II. Ogromny wpływ na jego umysłowość wywarł pobyt w strassburskiej szkole Sturma, a nade wszystko na uniwersytecie padewskim. Tutaj przeszedł na katolicyzm, wykształcił się znakomicie w studiach humanistycznych oraz historyczno-prawnych, pozostając pod wpływem słynnego profesora Sigoniusa. (…) Powróciwszy do kraju został jako znakomity znawca prawa i łaciny mianowany sekretarzem królewskim, powierzono mu też uporządkowanie archiwum koronnego. W czasie I. bezkrólewia był propagatorem, choć nie twórcą hasła elekcji „viritim”, przez co zyskał ogromną wziętość u szlachty i utwierdził rządy szlacheckie w Rzplitej. Zwolennik kandydatury Iwana Groźnego na tron polski, zwalczał energicznie Habsburgów i myśl wyboru króla-rodaka, ostatecznie opowiedział się za Henrykiem Walezym i został m.in. wysłany z poselstwem do niego do Paryża. Podczas II. bezkrólewia był za „Piastem”, w końcu zgodził się na wybór Anny Jagiellonki i Batorego. Bożyszcze szlachty, pozyskawszy sobie szybko Batorego, stał się jego prawą ręką. 1576 podkanclerzy, 1578 kanclerz, kierował faktycznie większością spraw politycznych. (…) Gorący zwolennik wojny z Moskwą odznaczył się w roku 1580 przez zdobycie Wieliża i Zawołocia, oraz przez wspólne z królem zdobycie Wielkich Łuków. (…) Mimo epoki kontrreformacyjnej był zawsze tolerantem, pragnąc jedności religii w Polsce tylko ze względów na płynące stąd korzyści polityczne. Z tego też powodu popierał unję brzeską. Polityk w wielkim stylu, tęgi wódz, znakomity humanista, mówca i mecenas, mimo swego uprzywilejowanego stanowiska w państwie pozostał Z. Zawsze typem szlachcica polskiego XVI w.

x

W 1551 roku ojciec i rodzina Zamoyskiego przyjęli wyznanie kalwińskie. Zamoyski miał wtedy 9 lat. Początkowo studiował w Paryżu, później przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a w końcu trafił do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. Jakiego wyznania był na początku? Nigdzie o tym nie piszą. Pewnie prawosławnego. Zapewne był jednym z tych, którzy mieli stworzyć podstawy prawne pod nowy ustrój nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą. Skąd czerpano wzory? Zamoyski kończył swoją edukację w Padwie, a więc w Republice Weneckiej. Wikipedia pisze:

Złota wolność – określenie swobód i przywilejów, przysługujących szlachcie w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ustrój ten czerpał w głównej mierze z filozofii Arystotelesa, religii katolickiej oraz praktyki Republiki Weneckiej. Nazwa spopularyzowana w 1597 roku.

Początek praw gwarantujących w Polsce i Litwie niespotykaną w ówczesnej Europie wolność szlachecką stanowiły także artykuły henrykowskie spisane na sejmie elekcyjnym 20 maja 1573 roku, a następnie przedstawione do podpisania Henrykowi Walezemu jako warunek objęcia tronu Rzeczypospolitej.

Republika Wenecka, Rzeczpospolita Wenecka, Najjaśniejsza Republika Wenecka (wł. Serenissima Repubblica di Venezia, wenecki Repùblega de Venèsia) – północnowłoska republika kupiecka, istniejąca od 697 roku do 15 maja 1797 roku. Najdłużej nieprzerwanie funkcjonujące państwo o ustroju republikańskim w historii. W średniowieczu jedna z największych potęg handlowych i politycznych w basenie Morza Śródziemnego i jedno z najbogatszych miast Europy. Republika Wenecka była najpotężniejszą i zarazem najtrwalszą z powstałych w średniowieczu miejskich komun włoskich. Jako jedno z nielicznych państw włoskich odegrała również wielką rolę w historii nie tylko Italii, ale całej Europy i basenu Morza Śródziemnego. Od czasów wypraw krzyżowych po zmagania z Imperium Osmańskim, Republika Wenecka była dla Europy głównym pośrednikiem i uczestnikiem kontaktów z muzułmańskim Bliskim Wschodem – zarówno tych pokojowych, jak i wojennych.

Rozwój terytorialny Republiki Weneckiej; źródło: Wikipedia.

Na czele państwa weneckiego stał obieralny – de iure dożywotnio – doża, który zazwyczaj wywodził się z wąskiego grona kilku najważniejszych rodów. Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży. Władza, w rozbudowanym z czasem państwie, całkowicie spoczywała w rękach Wenecjan, którzy wszelkie terytoria przyłączone do republiki traktowali jak kolonie. Ten miejski partykularyzm stał się jedną z przyczyn niemożności podjęcia przez Wenecję próby zjednoczenia Italii – mimo całej posiadanej przez nią potęgi i bogactwa.

x

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) na temat ustroju Republiki Weneckiej można przeczytać:

W miarę wzrostu potęgi politycznej Wenecji jej ustrój wewnętrzny przekształcał się stopniowo w oligarchiczną republikę (rolę doży sprowadzono do funkcji reprezentacyjnych), rządzoną przez ok. 200 rodów arystokratycznych; dostęp do najwyższych godności mieli przedstawiciele zaledwie zaledwie kilku z nich. Ustrój ten utrwaliły zwłaszcza ustawy z 1297 i 1299, oddając rządy rodom, które aktualnie uczestniczyły w Radzie; pozostałe grupy ludności (rzemieślnicy, nawet bogaci kupcy) były całkowicie pozbawione udziału w rządach (zgromadzenie ludowe ostatecznie zlikwidowano 1423). Próby obalenia oligarchii (1299, 1310, 1354 – M. Falieri) zostały udaremnione. Najwyższym organem władzy była istniejąca od 1187 Wielka Rada; sprawami zagranicznymi i kolonii zajmował się Senat; sądownictwo spoczywało w ręku Quarantii (Rady Czterdziestu) i podległych jej kolegiów; właściwy rząd tworzyła 10-osobowa signoria; ustroju strzegł rozgałęziony system policji politycznej.

x

Czy rzeczywiście można dopatrywać się podobieństw pomiędzy ustrojem Rzeczypospolitej a tym Republiki Weneckiej? Jedyne podobieństwo, moim zdaniem, to słowo Serenissima, czyli Najjaśniejsza. Republika Wenecka była republiką oligarchiczną, miejską, a Rzeczpospolita byłą republiką szlachecką, wiejską. O potędze Wenecji decydował handel zamorski i władza skupiona w ręku nielicznych. Rzeczpospolita była republiką zbożową, państwem feudalnym, w którym wielcy kresowi feudałowie byli potężniejsi od króla. Więcej podobieństw jest pomiędzy Królestwem Wizygotów a Rzeczpospolitą. Tam też dokonywano wyboru króla na drodze elekcji, władza królewska była słaba w odróżnieniu od lokalnych władców. Państwo to również nie dysponowało silną armią. Ciekawe rzeczy tam się działy. W pewnym momencie ariańscy Wizygoci przeszli na katolicyzm.

Wydaje się, że tym, którzy zdecydowali o unii Korony z Wielkim Księstwem Litewskim, chodziło o to, by stworzyć taki ustrój tego nowego państwa, który bardziej pasowałby do mentalności feudałów z WKL. W ten sposób ich dominacja byłaby niejako z automatu, a to oznaczało orientację na wschód. Było to wbrew interesom Korony, której polityka sprowadzała się do odzyskania utraconych na zachodzie ziem, głównie Śląska. W takiej sytuacji wydaje się chyba oczywiste, że pomysł takiej unii musiał wyjść z zachodu, prawdopodobnie z Niemiec. Rzesza to było państwo, które składało się z wielu księstw i księstewek, więc miałoby problemy w konfrontacji z rosnącą w siłę Koroną. Niestety Kazimierz Wielki tylko odcinał kupony od tego, co osiągnął jego ojciec, czyli Władysław Łokietek. I za jego panowania widać już zwrot w kierunku południowo-wschodnim, czyli przyłączenie do Korony Rusi Halickiej. Unia polsko-litewska dała Rzeszy spokojną granicę do czasów rozbiorów Rzeczypospolitej i prawdopodobnie o to chodziło.

Wysłano więc na Zachód na „stypendia” ludzi pokroju Zamoyskiego na szkolenie ideologiczne. I ci ludzie, przeważnie kalwini, po tym przeszkoleniu, wykonywali posłusznie polecenia swoich nieznanych przełożonych. Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce PIW 1976 pisze:

„Ale cały ruch reformacyjny w Polsce był wątły; szerzył się on jedynie w najwyższych sferach społecznych, był jakby modą intelektualną i bardzo szybko znikł, pozostawiając jedynie nieliczne, coraz szczuplejsze grupki wierzących. Reformacja nie tknęła szerokich warstw ludowych; dziedzic nie zmuszał swych poddanych do przyjęcia nowej wiary, więc z chwilą gdy tenże dziedzic-nowowierca lub jego potomkowie wrócili do katolicyzmu, cały wysiłek reformacji przestał istnieć.”

Rodzi się więc podstawowe pytanie: to po co było cale to zamieszanie z reformacją? Czy nie po to, by pewne działania, w natłoku sporów na tle wyznaniowym, zeszły na drugi plan?

Wikipedia m.in. pisze:

Reformacja w Rzeczypospolitej Obojga Narodów była ruchem religijnym i społecznym, postulującym zmiany w polskim Kościele; istniała od lat 20. XVI w. do połowy XVII w., kiedy ostatecznie zwyciężyła kontrreformacja. Polską reformację cechował dynamiczny rozwój od XVI do XVII w., a następnie równie szybki upadek, aż do całkowitej marginalizacji i utraty znaczenia w początkach XVIII w. Zdaniem niektórych badaczy reformacja w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów Europy, gdzie doprowadziła do wzmocnienia władzy monarchicznej, tylko w Rzeczypospolitej naruszyła jednocześnie władzę monarchiczną i kościelną.

Natomiast WEP pisze tak:

W Polsce reformacja, pod postacią luteranizmu, najwcześniej znalazła sobie zwolenników wśród mieszczaństwa. Szlachta przystąpiła do niej dopiero w połowie XVI wieku, opowiadając się przeważnie za kalwinizmem, od którego odłączyli się (1562-65) bracia polscy. Ruch reformacyjny miał w dużym stopniu charakter walki społeczno-ekonomicznej, zmierzającej do zniesienia przywilejów majątkowych kleru, a także jego sądownictwa nad świeckimi. Swobodny rozwój reformacji wśród szlachty gwarantowały konstytucje sejmowe (1555 i 1562/63) oraz konfederacja warszawska (1573). Również i w Polsce reformacja – z Rakowem braci polskich i Lesznem braci czeskich na czele – przyczyniła się do rozwoju narodowego piśmiennictwa i szkolnictwa. Jej szczytowy okres przypadł na rządy Zygmunta Augusta; następne lata przyniosły schyłek reformacji, wywołany m.in. umiejętną akcją kontrreformacji i wąskim społecznie zasięgiem ruchu reformacyjnego oraz zobojętnieniem szlachty dla dogmatycznej strony reformacji z chwilą osiągnięcia związanych z reformacją w Polsce postulatów społeczno-politycznych.

Z kolei Encyklopedia Powszechna WG pisze:

Luteranizm pociągał mieszczaństwo w Gdańsku i innych miastach polskich, oraz Prusy; szlachta i magnaci bardziej garneli się do nauki Kalwina. Po całej Polsce zaczęto głosić „czystą Ewangelję”, sprowadzano kaznodziejów z zagranicy, oddawano pałace na zbory, budowano szkoły protestanckie. Polska stanęła otworem dla wszystkich prześladowanych za takie, czy inne przekonania na Zachodzie, dawała schronienie najskrajniejszym odłamom protestantyzmu; sama wytworzyła sektę arjan polskich, którzy potępiali niewolę chłopa, zakazywali rozlewu krwi, zwalczali karę śmierci, głosili wolność sumienia, propagowali naukę niesprzeciwiania się złu, lecz zwalczania go dobrem; doktryny arjańskie zaważyły na rozwoju religijnym Europy, a nawet Ameryki. Rozszczepiając się na mnóstwo zwalczających się odłamów, reformacja sama się przez to osłabiała, nie dotknęła też twardo przy katolicyzmie stojących, przywiązanych do tradycji, obrzędowości mas ludowych; opierała się przedewszystkiem na szlachcie. Aczkolwiek nie osiągnęła zwycięstwa i odrywała niejednokrotnie społeczeństwo od zadań politycznych, tem niemniej dała obfity posiew haseł i poglądów nowych, spowodowała reformy w łonie istniejącej już organizacji; nie przeorała do gruntu życia społecznego, ale unarodowiła życie państwowe, wpłynęła na rozkwit literatury, już nie łacińskiej, lecz polskiej, przyczyniła się w znacznym stopniu do dalszego rozkwitu umysłowego. W tej naprężonej walce o zasady wyrastały bujnie postaci działaczy i pisarzy politycznych, poetów i kaznodziei, jak Kochanowski „najpodnioślejszy, najgłębszy i najwymowniejszy wyraz indywidualizmu, a zarazem poczucia obywatelskiego i ludzkiego”, republikanin, który rozumiał jednak potrzebę silnego rządu, – jak Mikołaj Rey, Modrzewski, Orzechowski, Jan Łaski, jeden z założycieli kościoła reformowanego we Fryzji i w Anglji, naczelnik kościołów małopolskich i inicjator zgody sandomierskiej (1570), która zespoliła polskich protestantów. Polska staje się ośrodkiem, ku któremu ciążą społeczeństwa państw sąsiednich, znęcone rozkwitem polskich wolności. Coraz szersze kręgi zatacza idea unij dobrowolnych, łączących różne ludy w jednym organizmie państwowym, na gruncie zupełnego równouprawnienia. Po Prusiech przychodzi kolej na Inflanty, państwo zakonu kawalerów mieczowych, zagrożone podbojem przez Moskwę, która za Iwana Groźnego podejmuje walkę o dostęp do morza Bałtyckiego. Połączenie Inflant z Polską (1561) aktem podobnym do pruskiego z 1525 pobudziło Moskwę do działań zaczepnych; walka z Moskwą o Inflanty i o ziemie ruskie staje się koniecznością dla państwa polsko-litewskiego. W trafnem rozumieniu zrozumieniu zbliżającego się groźnego niebezpieczeństwa Zygmunt August doprowadził, mimo protestów obawiającego się o swoje przywileje i stanowisko dominujące możnowładztwa litewskiego, do zawarcia unji realnej z Litwą na sejmie lubelskim (1569). Odtąd w myśl hasła „wolni z wolnymi, równi z równymi” oba państwa miały posiadać wspólnie obieranego króla, wspólny sejm, wspólne przymierza i wojny; zachowywały natomiast zupełną samodzielność wewnętrzną, własne urzędy, skarb, wojsko i sądownictwo.

x

Mamy więc tu do czynienia z kupą obłudnych frazesów typu polskie wolności, tolerancja, wolni z wolnymi, równi z równymi, idea łączenia różnych ludów na gruncie zupełnego równouprawnienia, a w praktyce chodziło o walkę z Moskwą, o ziemie ruskie. Natomiast przyłączenie Inflant dało Szwedom pretekst do napaści na Koronę, a właściwie jej polską część. Mit tej tolerancji pryska w zestawieniu z faktem wygnania arian z Rzeczypospolitej. Wikipedia pisze:

Ośrodki braci polskich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów około 1573 roku; źródło: Wikipedia.

„Na mocy ustaw sejmowych z roku 1658 i następnych zostali zobowiązani do przejścia w ciągu trzech lat na katolicyzm lub opuszczenia kraju. Okres ten skrócono do dwóch lat, w trakcie których mieli wyprzedać majątki i przenieść się za granicę. W konsekwencji bracia polscy zostali wygnani z Polski. Rzeczywistą przyczyną wygnania braci polskich były względy dogmatyczne, gdyż na tych samych obradach sejmu podjęto uchwałę o amnestii dla wszystkich zwolenników Szwedów. Było to pierwsze tak poważne naruszenie wolności religijnej w Rzeczypospolitej oraz pierwsza, a zarazem ostatnia, banicja grupy religijnej na terenie Polski i Litwy. W wyniku ustawy znaczna część wyznawców wyemigrowała z kraju, zanosząc unitariańską myśl teologiczną do innych państw. Bracia polscy osiedlili się: w Holandii, gdzie część przystąpiła do Kościoła remonstranckiego, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie, gdzie w Koloszwarze (Cluj) utworzyli osobny zbór, na Śląsku (głównie w Kluczborku) i w północnych Niemczech (Friedrichstadt).”

Jak widać w tym kraju Zulu-Gula, jakim była Rzeczpospolita, nawet współpraca z najeźdźcą nie była traktowana jako poważne przestępstwo. No ale cóż, sejm składał się w większości z posłów rusińskich i litewskich, dla których piastowska Korona nic nie znaczyła. W kontekście wojny na Ukrainie mamy podobną sytuację, jeśli chodzi o posłów i rząd. Czym jednak zasłużyli sobie arianie na takie „wyróżnienie”? Zasłużyli sobie tym, że potępiali niewolę chłopa, zakazywali rozlewu krwi, zwalczali karę śmierci. Takie herezje w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, w której szlachcic był panem życia i śmierci chłopa, nie mogły ujść płazem. Wszystko można było w niej robić, łącznie ze współpracą z wrogiem, co uchodziło na sucho, ale nie potępianie niewoli chłopa. Tego było za wiele. Mowa Zamoyskiego, to nie było rzucanie słów na wiatr. Swoją drogą to ciekawe, że dla sejmu w czasie, gdy Szwed podchodził pod Warszawę, najważniejsze było wyrzucenie arian z Rzeczypospolitej.

Reformacja była efemerą w historii Polski. Nie była zjawiskiem masowym, więc nie mogła pozostawić trwałych śladów. Po co więc ona była i jaki był jej cel? Polska otworzyła się dla wszystkich prześladowanych w Europie zachodniej. Wypracowano wtedy podstawę ideologiczną do stworzenia państwa wielonarodowego, a więc państwa, w którym wszyscy mają równe prawa. I tak Polska zaczęła przygarniać do siebie i stawać w obronie tych, którzy czuli się zagrożeni czy prześladowani. Tylko tak jakoś dziwnie się złożyło, że dotyczyło to tylko wschodu, a ci tak mocno prześladowani na zachodzie nie chcieli się przyłączyć do Polski. Reformacja to był ten pierwszy moment, gdy Zachód cynicznie wykorzystał Polskę, odepchnął ją od siebie i zepchnął we wschodnie czeluście.

Jezuici

Panuje u nas powszechne przekonanie, ukształtowane przez edukację, historyków i publicystykę, że po unii lubelskiej Polacy polonizowali Kresy, czyli Wielkie Księstwo Litewskie. Tak nie było, bo Korona była zbyt małym państwem i nie dysonowała potencjałem, który umożliwiłby podporządkowanie tak rozległego obszaru o nieco większej liczbie ludności. Do tego była potrzebna organizacja o innej skali działania i paramilitarna, jakbyśmy dziś powiedzieli. Regulamin ćwiczeń duchowych w zakonie jezuitów, to poniekąd odpowiednik regulaminu, jaki później pruski Fryderyk wydał dla swej piechoty. – Tak pisał Tomasz Mann w Czarodziejskiej górze. Katolicyzm i następująca po nim polonizacja WKL, to było dzieło jezuitów i w związku z tym warto bliżej przyjrzeć się temu zakonowi i metodom jego działania.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Towarzystwo Jezusowe, SJ (łac. Societas Jesu), jezuici – męski papieski zakon apostolski założony przez Ignacego Loyolę.

Cechą charakterystyczną jego charyzmatu jest dyspozycyjność do służenia papieżowi we wszelkich możliwych dziedzinach, a zwłaszcza w zadaniach najtrudniejszych; w związku z tym nie ma ściśle ustalonego zakresu działania, gdyż wyznaczają go znaki czasu. Dało Kościołowi 1 papieża, 49 kardynałów, 5 patriarchów, 87 arcybiskupów i 268 biskupów oraz 50 świętych i 180 błogosławionych.

Główne elementy charyzmatu

Od początku istnienia jezuitów podstawowymi zasadami odróżniającymi ich od innych zakonów były:

  • akcentowanie posłuszeństwa wobec papieża i przełożonych – jak pisał Ignacy Loyola w Ćwiczeniach duchownych w ramach Reguł o trzymaniu z Kościołem: Trzeba być zawsze gotowym wierzyć, że to, co ja widzę jako białe, jest czarne, jeśli tak to określi Kościół hierarchiczny.
  • wybór członków według kryterium wysokich wymagań duchowych oraz predyspozycji intelektualnych i silnej osobowości
  • stałe edukowanie własnych członków, tak aby posiadając nie tylko religijne wykształcenie, byli zdolni dobrze rozumieć współczesny świat i wchodzić z nim w dialog
  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność
  • stawianie czoła najtrudniejszym wyzwaniom, walka na pierwszej linii frontu, wytyczanie kierunków rozwoju Kościoła

Ekspansja

Towarzystwo Jezusowe w wielu państwach Europy stworzyło od podstaw system szkolnictwa średniego oraz nadawało mu ton aż do kasaty, kiedy prowadziło siedemset szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształciło około 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację. Szkoły te uchodziły za nowoczesne, chociaż z czasem przestały nadążać za szybkimi postępami nauki. Ich celem było, zgodnie z zasadą i fundamentem Loyoli, wychowanie w duchu katolickim wszystkimi możliwymi środkami. Regułę tę stosowano również w budowanych przy nich kościołach, co doprowadziło do narodzin baroku. Centralna świątynia zakonu zwana Il Gesù, wzniesiona obok Kolegium Rzymskiego, była pierwszą budowlą w tym stylu.

Jezuiccy misjonarze penetrowali najdalsze zakątki świata, wyróżniając się poszanowaniem lokalnych tradycji (inkulturacja). Przekazywali Europie wiedzę o innych cywilizacjach, a tym ostatnim – osiągnięcia rewolucji naukowej. Bronili tubylców przed wyzyskiem kolonizatorów, tworząc redukcje misyjne nazwane przez Voltaire’a triumfem ludzkości. Najwybitniejszymi z nich byli: pionier misji azjatyckich Franciszek Ksawery oraz chińskich – Matteo Ricci.

Działając w środowisku elit politycznych, jezuici wywierali często wpływ na kierunek rządów, przy czym posądzano ich czasem o inspirowanie prześladowań protestantów. W 1575 Henryk III Walezy wybrał na spowiednika ojca Edmonda Augera i odtąd wszyscy królowie francuscy mieli kierowników duchowych z Towarzystwa Jezusowego. Członkowie zakonu byli obecni także na innych dworach Europy, nawet protestanckich.

Wkład naukowy

Wielu członków zakonu łączyło posługę religijną z pracą naukową. Odznaczyli się między innymi w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka i sejsmologia, która jest czasem określana jako „jezuicka nauka”. Jezuici tacy jak Christoph Clavius, Maximilián Hell, Johann Schreck, Gyula Fényi, Albert Curtz, Jacques de Billy, Orazio Grassi, Giovanni Battista Zupi czy Franz de Paula Triesnecker byli astronomami. Opisali lub odkryli takie zjawiska jak zaćmienia, okultacje, obieg planet wokół słońca, wpływ Księżyca na zjawisko pływów, atmosferę Jowisza czy plamy na Słońcu. W uznaniu ich osiągnięć Międzynarodowa Unia Astronomiczna nazwała od ich imion i nazwisk kilka kraterów i rowów na Księżycu. Jezuici przez niektórych historyków są opisywani jako ci, którzy „wnieśli największy wkład w rozwój fizyki eksperymentalnej w XVII wieku”. Jezuiccy naukowcy z XVIII wieku przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów. Mają oni również wkład w rozwój wiedzy o magnetyzmie, optyce, elektryczności i biologii. Athanasius Kircher był jednym z najwszechstronniejszych uczonych wszech czasów, a Ruđer Josip Bošković – prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności. Inni, jak twórca słynnej Apoteozy św. Ignacego Andrea Pozzo, mieli wybitne osiągnięcia w dziedzinie sztuki. Jezuiccy misjonarze tacy jak Lorenzo Hervás y Panduro, Jean-François Gerbillon, Claude de Visdelou, Sabatino de Ursis, Diego de Pantoja, Joachim Bouvet, Jean Joseph Marie Amiot czy José de Acosta badali historię, kulturę, język i przyrodę krajów, w których działali. Cenieni byli przez władców chińskich, którzy powierzali im odpowiedzialne funkcje na dworze (mandaryn Johann Adam Schall von Bell). Jezuici w Chinach byli uważani za specjalistów w dziedzinie astronomii, kalendarza, matematyki, geografii i hydrauliki. Polski misjonarz jezuicki Michał Boym był autorem dzieła Flora sinensis (1656) – pierwszej książki na temat roślinności Chin, jaka ukazała się w Europie.

Szkolnictwo jezuickie w Polsce

Szkoły jezuickie – szkoły prowadzone przez zakon jezuitów, w Polsce od 1565 r. Pojawienie się kolegiów jezuickich (wraz z pijarskimi i teatyńskimi) było przełomem w dziedzinie edukacji. Pośród innych placówek oświatowych uważane za najlepsze, kolegia jezuickie rozwijały się najszybciej. Po ogłoszeniu w 1773 roku kasaty zakonu jezuitów w Rzeczypospolitej, zarząd nad szkołami i majątkami przejęła Komisja Edukacji Narodowej, w której działalność włączyło się wielu dawnych jezuitów.

Do Polski sprowadził zakon jezuitów biskup warmiński Stanisław Hozjusz, w roku 1564, fundując im Kolegium jezuitów w Braniewie (Collegium Hosianum). Następne kolegia jezuickie powstały w Pułtusku (1566), Wilnie (1570) i Poznaniu (1575). Do końca XVI wieku na ziemiach Rzeczypospolitej powstało 12 kolegiów.

Stanisław Hozjusz herbu Hozyusz, (ur. 5 maja 1504 w Krakowie, zm. 5 sierpnia 1579 w Capranice) – polski humanista, poeta, sekretarz królewski Zygmunta I Starego od 1538 roku, sekretarz wielki koronny od 1543 roku, dyplomata, biskup chełmiński i warmiński, kardynał, teolog-polemista, jeden z czołowych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji, przedstawiciel dyplomatyczny Rzeczypospolitej w Państwie Kościelnym w 1569 roku oraz Sługa Boży Kościoła katolickiego.

Urodził się w Krakowie w rodzinie mieszczańskiej, która przybyła do Polski z Pforzheim w Badenii. Jego ojciec Ulryk Hose był zarządcą mennicy w Wilnie, później zaś został także horodniczym i wojskim wileńskim. Matka Anna z domu Schlacke była wcześniej wdową po krakowskim kupcu Erhardzie Slakerze.

1 kwietnia 1579 roku król Stefan Batory nadał kolegium (szkoła średnia – przyp. W.L.) jezuickiemu w Wilnie statut uniwersytecki. Nowa szkoła pod nazwą Akademii Wileńskiej była pierwszą szkołą wyższą w Wielkim Księstwie Litewskim i drugą w Rzeczypospolitej (po Krakowie). Pierwszym rektorem placówki był Piotr Skarga, a wykładali często cudzoziemcy, m.in. Anglik, James Bosgrave. W 1661 powstała jezuicka Akademia Lwowska. Jedno z wiodących kolegiów znajdowało się w Poznaniu (kolegium poznańskie), jednak przyznawane mu przywileje akademickie były blokowane przez konkurencyjną Akademię Krakowską.

Fundatorami kolegiów jezuickich byli zazwyczaj przedstawiciele rodów magnackich i możnych rodów szlacheckich. Pierwsze kolegium jezuickie na Rusi Czerwonej ufundowała w Jarosławiu w 1574 Zofia z Odrowążów Tarnowska. Anna Chodkiewiczowa, żona Jana Karola Chodkiewicza przekazała jezuitom w 1625 kolegium w kolegium jezuitów w Ostrogu. Mikołaj Krzysztof Radziwiłł w 1582 ufundował kolegium jezuitów w Nieświeżu, a jego brat Stanisław Radziwiłł przekazał na rzecz Akademii Wileńskiej wieś Łukiszki. Natomiast jego syn Albrycht Radziwiłł ufundował w 1631 kolegium jezuitów w Pińsku. Lew Kazimierz Sapieha założył kolegium jezuitów w Brześciu. Kazimierz Leon Sapieha wspierał jezuitów w Grodnie i Wilnie. Janusz Wiśniowiecki, kasztelan krakowski, ufundował Krzemieńcu, a jego brat Michał Wiśniowiecki, hetman wielki litewski, uposażył jezuitów w Pińsku i Słonimiu. Marcjan Ogiński ufundował kolegium jezuitów w Mińsku, Michał Potocki fundował kolegium w Nowogródku, a w 1617 Stanisław Żółkiewski sprowadził jezuitów do Baru, gdzie tamtejsze kolegium wspierał nowymi nadaniami Stanisław Koniecpolski. Aleksander Korwin Gosiewski, wojewoda smoleński, założył jezuitom kolegium w Witebsku. Szczepan Gostomski zapoczątkował powstanie kolegium w Sandomierzu w 1602, a Piotr Bal w 1619 założył kolegium w Krośnie. Stanisław i Paweł Wolscy ufundowali w 1612 kolegium w Rawie Ruskiej.

W 1608 roku odrębną prowincję polską podzielono na prowincję polską i litewską (do której włączono Warmię i Mazowsze). W połowie XVII wieku w obu tych prowincjach istniało około 40 szkół. W drugiej połowie XVII wieku kolegia jezuickie dotknął przejściowy kryzys spowodowany wojnami kozackimi, najazdem Szwedów i wojną z Rosją. Po ustaniu wojen szkolnictwo jezuickie przeżyło ponowny rozkwit.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze o jezuitach:

Celem zakonu miała być przede wszystkim obrona katolicyzmu i papiestwa, w XVI wieku szczególnie zagrożonego przez postępy reformacji, oraz utrzymanie wpływu Kościoła na życie polityczne, społeczne i kulturalne. Jako środek do tego celu miała służyć działalność duszpasterska, szczególnie szeroko pojmowana przez jezuitów praca w dziedzinie wychowania oraz tzw. ćwiczenia duchowe – prototyp późniejszych rekolekcji i misji, których wzór opracował sam założyciel, wreszcie zakulisowe wpływy polityczne na dworach panujących i wśród arystokracji.

Organizacja zakonu i jego typ ascezy odbiegały całkowicie od utartego modelu średniowiecznego i tworzyły jedyną w swoim rodzaju instytucję zakonną o strukturze raczej wojskowej, bezwzględnie podporządkowaną papiestwu. Konstytucja zakonna nie zobowiązuje do żadnych praktyk pokutnych, powszechnych w innych zakonach, wysuwa natomiast na czoło zasadę bezwzględnego posłuszeństwa, które obejmuje całe życie zewnętrzne i wewnętrzne jezuity. Właściwy zakon stanowią tzw. profesi, którzy po skończonych studiach, po 33 latach życia i po 17 latach życia w zakonie zostali dopuszczeni do złożenia, obok trzech zwyczajnych, czwartego ślubu – bezwzględnego posłuszeństwa papieżowi. Spośród nich rekrutują się wszyscy wyżsi przełożeni zakonu i profesorowie filozofii i teologii. Wszyscy inni składają tylko trzy śluby i w rządach zakonem nie mają żadnego głosu. Podstawową jednostką administracyjną zakonu jest prowincja z prowincjałem mianowanym na okres 3 lat. Na czele całego zakonu stoi generał, jedyny przełożony wybierany dożywotnio, piastujący władzę absolutną, w teorii tylko ograniczoną przez tzw. kongregację generalną, która zbiera się dla elekcji nowego generała i w wypadkach nadzwyczajnych. W jej skład wchodzą prowincjałowie i po dwóch profesów z każdej prowincji.

Dla uzyskania poparcia w kościele i wśród klas panujących społeczeństwa XVI wieku skoncentrowali się jezuici na wychowaniu duchowieństwa i młodzieży z rządzących sfer arystokratycznych. Po soborze trydenckim jezuici objęli kierownictwo nad wszystkimi prawie nowo powstającymi seminariami duchownymi i zakładali specjalne kolegia, w których kształcili duchowieństwo dla krajów szczególnie zagrożonych przez reformację.

Umiejętnie przechwytując w swoje ręce inicjatywę humanistów i posługując się środkami, którymi oddziaływał humanizm, przy jednoczesnym zwalczaniu jego istoty, jezuici starali się wyróżniać wykształceniem klasycznym i zakładali różnego rodzaju i stopnia szkoły dla młodzieży świeckiej. W XVII i XVIII wieku jezuici mieli praktycznie monopol na wychowanie młodzieży ze sfer wpływowych. Popularyzowane równocześnie wśród młodzieży (od 1565) Sodalicje Mariańskie pogłębiały jednostronność wychowania fanatycznych obrońców katolicyzmu. Walkę z reformacją prowadzili jezuici rozwijając szeroką działalność polityczną, opartą na funkcjach spowiedników i doradców panujących oraz rodzin magnackich. Sprzyjającym im monarchom pomagali we wzmocnieniu stanowiska tronu, natomiast w stosunku do swych przeciwników spośród panujących wysunęli teorię sprawiedliwego „tyranobójstwa”. Swą giętką taktykę polityczną uzasadniali jezuici teoretycznie, formułując zasadę «cel uświęca środki», co wyrobiło im opinię ludzi podstępnych i obłudnych (jezuityzm) i wywołało we Francji gwałtowną opozycję ze strony jansenistów, których sympatyk, B. Pascal, poddał jezuityzm ostrej krytyce (Prowincjałki 1656). Rygoryzmowi moralnemu jansenistów przeciwstawiali własną zasadę probabilizmu oraz kult miłosierdzia bożego w nabożeństwie do Serca Jezusowego. Po energicznej i bezwzględnej walce doprowadzili do całkowitego zniszczenia jansenizmu. Ostrą walkę w dziedzinie teologii moralnej i dogmatycznej prowadzili również z dominikanami. Gdzie nie mogli wejść jako misjonarze, tam wchodzili jako uczeni i rozległością swej wiedzy zjednywali przychylną opinię dla zakonu. W dziedzinie nauk przyrodniczych jezuici byli konserwatystami i starali się je podporządkować doktrynie kościelnej. Z biegiem czasu wobec rozwoju nauk w XVII i XVIII wieku nauka jezuicka stała się domeną zacofania i w epoce oświecenia spotkała się z ostrą krytyką (zwłaszcza Woltera i encyklopedystów francuskich), która ostatecznie podkopała autorytet zakonu.

Ożywioną działalność rozwijali jezuici na misjach w Afryce (Kongo, Maroko, Abisynia), Azji (Bliski i Środkowy Wschód, Indie,Cejlon, Chiny, Japonia, Tybet) i Ameryce (redukcje paragwajskie). W związku z tym zakon bogacił się i w XVIII wieku był jedną z najpoważniejszych potęg finansowych Europy.

Pod naciskiem nastrojów antyjezuickich (zarówno w kręgach świeckich, jak i kościelnych) poszczególne państwa europejskie usuwają jezuitów ze swoich granic: Portugalia 1759, Francja 1764, Hiszpania 1767, wreszcie Sycylia i Malta 1768. We wszystkich krajach zniósł zakon jezuitów papież Klemens XIV bullą Dominus ac Redemptor 21 VII 1773. (…)

Carowa Katarzyna II, chcąc zaznaczyć swoja niezależność od decyzji papieża, nie pozwoliła ogłosić bulli kasacyjnej na Białorusi, gdzie jezuici zachowali stan posiadania i mogli nadal działać. Po rewolucji francuskiej i upadku Napoleona papiestwo w warunkach walki z ideami liberalizmu i demokracji znów sięgnęło do pomocy zakonu. 7 VIII 1814 roku papież Pius VII przywrócił zakon jezuitów.

Do Polski jezuitów sprowadził w 1564 kardynał S. Hozjusz, który ufundował im pierwsze kolegium w Braniewie. Jezuici szybko rozwinęli szeroką działalność polityczną, broniąc początkowo absolutyzmu monarszego (Piotr Skarga), a po rokoszu Zebrzydowskiego (1606-08), gdy stwierdzili, że taka orientacja nie zapewni im popularności u szlachty, stanęli po stronie „złotej wolności”, zawsze w interesie papiestwa. W XVII i XVIII wieku byli jedynymi nieomal wychowawcami młodzieży szlacheckiej, którą urabiali w duchu skrajnej nietolerancji i fanatyzmu religijnego.

x

„W XVII i XVIII wieku byli jedynymi nieomal wychowawcami młodzieży szlacheckiej, którą urabiali w duchu skrajnej nietolerancji i fanatyzmu religijnego.” – Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich chowanie. Teraz już wiemy, komu zawdzięczamy to, że ta Rzeczpospolita była pośmiewiskiem ówczesnej Europy. I tak niestety zostało do dziś.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, PIW 1976 pisze:

Religijność staropolska jest rozlewna, afektowana, zewnętrzna; obserwacja, często teatralna, demonstracyjna, jest jej podstawową cechą; głośne nabożeństwo, fundacja dla klasztoru, pielgrzymka do świętego obrazu, oto główna treść życia religijnego. Daleko mniejszą wagę przywiązywano do samej nauki kościelnej, czy to dogmatycznej, czy moralnej; zasób wyobrażeń religijnych przeciętnie wykształconego człowieka tych czasów dość znacznie odbiegał od oficjalnej nauki kościoła i przesuwał się wyraźnie ku legendzie i przesądowi.

Księża byli na ogół mało wykształceni, i to nie tylko w zakresie teologii. Pewnie, że bywali wśród nich ludzie o wyższym poziomie intelektualnym, ale ci najczęściej zagadnieniami teologicznymi czy nauczaniem wiernych się nie zajmowali; przeciętny parochus ruralis (wiejski pastor – przyp. WL.), z domu, często włościańskiego, wyniósłszy tylko nieco tradycyjnych wiadomości, niewiele nauczył się w szkole parafialnej, niewiele też mógł tę szczupłą wiedzę uzupełnić w seminarium duchownym; umiał tyle łaciny, że mógł mszę odprawić i brewiarz czytać, a poza tym chyba niewiele więcej. Księża uniccy i schizmatycy jeszcze mniej umieli, czasami i z trudem czytali. Łatwo pojąć, że nauka, którą tak wykształcony ksiądz szerzył, była bardzo popularna i stosowała się do tych umysłowości, dla których była przeznaczona.

Najważniejszym środkiem szerzenia nauki kościelnej była ambona; używano jej i nadużywano często. Mało który ksiądz czuł w sobie powołanie pedagogiczne, ale każdy miał ambicje retoryczne. Całe życie umysłowe było pod znakiem frazesu i cytat z autorów; retoryki uczono w szkołach, wszyscy zresztą, zajmujący jakieś wyższe stanowisko społeczne, musieli umieć przemawiać publicznie. Można sobie wyobrazić, jak wyglądało takie barokowe kazanie, wygłoszone przez przeciętnego proboszcza wiejskiego lub też zakonnika w prowincjonalnym klasztorze! Jeszcze w szesnastym wieku było lepiej, gdyż zainteresowanie zagadnieniami religijnymi było znaczne, należało więc poważniejszymi argumentami zajmować słuchaczy i powoływać się na ewangelię; gdy jednak kontrreformacja bezwzględnie zwyciężyła, kazania wróciły do opowieści średniowiecznych, do legend, do wymyślnych obrazów mąk piekielnych.

x

Pisze autor, że jeszcze w XVI wieku nie było tak źle, ale gdy kontrreformacja zwyciężyła, to było znacznie gorzej. Warto jednak o tym pamiętać, że to również okres unii lubelskiej (1569) i powstania nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą. Czy przyłączenie znacznie słabiej rozwiniętych w sensie cywilizacyjnym i społecznym terenów nie miało na to wpływu? Jak można było trafiać do tych ciemnych prawosławnych mas, które przyciągano do katolicyzmu? Przecież jakieś wyrafinowane dysputy teologiczne nie miały w tym wypadku żadnego sensu.

W dalszej części autor pisze (wytłuszczenia W.L.):

Wśród rozmaitych grup zakonnych na pierwsze się wybili miejsce jezuici, najbardziej wpływowi, najzamożniejsi, wykształceni, ustosunkowani, świetnie zorganizowani. Sprowadzeni przez kardynała Hozjusza do Braniewa na Warmii już w r. 1564, a do Pułtuska, przez biskupa Noskowskiego, w r. 1565, z nadzwyczajną szybkością rozmnożyli domy zakonne po całej Polsce i Litwie, opanowali dwór, objęli Uniwersytet Wileński, wkrótce stali się oni panami ogromnych włości, spowiednikami najwyższych sfer, kierownikami młodzieży szlacheckiej. Wyróżniało się też Towarzystwo Jezusowe na tle większości kontemplacyjno-dewocyjnych zakonów inteligencją celowo dobranych zakonników, aktywnością, precyzją działania, szeroko zakreślonym programem; piła więc szlachta z bernardynami, uczyła się ascezy u karmelitów, ale dzieci jezuitom oddawała i w ważniejszych wypadkach radziła się u jezuitów.

Nie było zakonu, który by prowadził tak celowy dobór ludzi, jak właśnie jezuici, w szkołach już wypatrywano chłopców zdolnych lub zamożnych i powoli wciągano ich do nowicjatu; wyjątkowo tylko przyjmowano nieszlachtę, o ile chodziło o jednostki naprawdę wybitnie uzdolnione. Nie było zakonu, który by tak celowo prowadził tak celowo wyzyskiwał zdolności ludzkie, wyszukując dla każdego odpowiednią dla jego sił i zdolności pracę; nie było też zakonu, który by tak łatwo pozbywał się elementów niedociągniętych do wysokich wymagań. Nie dziw więc, że już w zewnętrznym wyglądzie odbijali jezuici korzystnie od ruchliwej, prymitywnej, rubasznej gromady kontemplacyjnych, a zwłaszcza żebraczych zakonów.

Mina ich, przez pół poważna i skromna, wiele im u wszystkich dawała respektu – pisze Kitowicz – ćwicząc swoich nowicjuszów w cnotach zakonnych i chrześcijańskich, nie zapominali oraz dawać im lekcyj w obyczajowości świeckiej, jak to: w ochędóstwie około siebie, w gestach, w mowie, w chodzie; zgoła w każdym ruszeniu ciała mieli osobliwsze zacięcia, którymi się od innych zakonników różnili.

Element ten, inteligentny, wykształcony, dobrze ułożony, wydyscyplinowany, ślepo oddany zakonowi i jego ambicjom, stał się jednym z najpoważniejszych czynników w życiu polskim.

Jezuici zwracali się przede wszystkim do sfer zamożnych, do magnatów i bogatszych ziemian; drogą tą uzyskiwał zakon wielkie fundacje i przemożne wpływy.

Nie pospolitowali się z nikim podłym – pisze znów Kitowicz – ale zawsze szukali znajomości z osobami znacznymi i panami. Wdowy bogate i wielkie panie były ich obłowem, których sumienia umiejąc zostawać rządcami, ściągali na swój zakon dobrodziejstwa.

Potężnym ośrodkiem oddziaływania na szerokie sfery szlacheckie było szkolnictwo jezuickie, oparte na konsekwentnie przemyślanych zasadach, wyłożonych w Ratio studiorum; młodzież przywiązywała się do szkół i do profesorów i przez całe życie zachowywała wdzięczność dla jezuitów, popierając ich i obdarzając przy każdej sposobności. Przez dłuższy czas szkoły jezuickie były bez konkurencji; na daleki plan zeszły nieliczne szkoły, tzw. „akademickie”, zakładane przez Akademię Krakowską, która zresztą z pełną niechęcią odnosiła się do jezuitów; w osiemnastym wieku zaczęły wybijać szkoły pijarskie, ale nigdy ani liczbą, ani znaczeniem nie dorównały potężnemu szkolnictwu jezuickiemu.

Wzrastające szybko znaczenie i w grube krocie idący majątek zakonu wywołały dużo niechęci i zarzutów pod adresem jezuitów; zaczyna się więc pod już koniec szesnastego wieku ofensywa przeciwko Towarzystwu, prowadzona przez duchowieństwo świeckie, przez inne zakony, tudzież część szlachty i niektórych magnatów; specjalną nienawiścią darzyli jezuitów schizmatycy i dysydenci, przeciwko którym zwracała się bardzo ostro akcja jezuitów, rozmaitymi środkami prowadzona.

Zarzutów było dużo, od konkretnych poczynając, kończąc na inwektywach. Zarzucano im powszechnie dumę, wyniosłość, zarozumiałość, skoro inaczej z magnatami czy zamożnym ziemiaństwem niż średnią szlachtą mówili i lekceważyli świeckie duchowieństwo; wytykano im już samą nazwę „Towarzystwa Jezusowego”, jakoby za towarzyszy Chrystusa się podawali. Nazywano ich Jeżoitami i Wyzuwitami. Zarzucano im nieszczerość i obłudę; wypominano im akcję misyjną i ich kompromisowość wobec wierzeń indyjskich czy chińskich, zarzucano dalej nieuczciwość w dyskusji, wyłudzanie testamentów od konających, napastliwość i intrygi: Szczypać, lżyć, hańbić – to wasza robota, pisze jeden z publicystów z czasów rokoszu Zebrzydowskiego w wierszu Do jezuity Skargi.

Opaliński mówi wręcz „o wychodkach jezuickich, którymi jezuici zasmradzają świat”. Głosy te stopniowo słabną i zwycięstwo jezuitów jest prawie zupełne. Dopiero w czasach rywalizacji jezuicko-pijarskiej i dyskusji o reformę szkolną znów pojawiają się zarzuty przeciwko potężnemu zakonowi; zresztą epoka racjonalizmu zwracała się w ogóle przeciwko zakonom, więc oczywiście najostrzej zwalczała największą potęgę zakonną.

Kasata zakonu w r. 1773 przez papieża Klemensa XIV była nadzwyczajną sensacją; zabrakło nagle tego czynnika, który bardzo istotną rolę w społeczeństwie polskim odgrywał. Opinia szlachecka – w ogromnej większości – oświadczyła się za jezuitami; protestowano przeciw drakońskiemu wyrokowi, starano się o cofnięcie bulli, żałowano szczerze dawnych szkół, ułatwiano zakonnikom obejmowanie nowych stanowisk; zamknięto kolegia rozszarpano ogromne majątki zakonne, ale członkowie Towarzystwa pozostali nadal doradcami szlachty i urabiali w dalszym ciągu opinię publiczną, zwłaszcza w zakresie szkolnictwa. Polemika zaczęła się obracać koło zagadnienia dziejowej roli jezuitów w kulturze polskiej, ale nie straciła dawnej namiętności; opinie pozostały skrajne, i zakon, już nie istniejący, miał wciąż jeszcze zawziętych adherentów i nie mniej zdecydowanych wrogów.

x

Wygląda na to, że zakon jezuitów był czymś więcej, niż zwykłym zakonem. Jego historia pozwala nam na zrozumienie, przynajmniej częściowe, czym jest władza, jaka jest jej natura. Czy w przypadku Rzeczypospolitej określenie go jako deep state jest zasadne? W XVIII wieku, gdy był on jedną z największych potęg finansowych Europy, został skasowany, by po 41 latach ponownie się odrodzić. Jaka siła mogła doprowadzić do likwidacji takiej potęgi finansowej? Co stało się z tym kapitałem? Do kogo on należał? Czy ten zakon to była tylko przykrywka, która pozwoliła najpotężniejszej nacji na działania w takich obszarach, które jej oficjalnie nie były dostępne? Czy jego kasacja nie miała związku z rewolucją francuską z 1789 roku? Wszak to po niej Żydzi stali się pełnoprawnymi obywatelami w państwach europejskich i mogli zacząć działać innymi metodami, niż wcześniej. Kapitał był potrzebny w innym miejscu. Pytania się mnożą, a odpowiedzi brak.

Wydaje się, że bez udziału zakonu jezuitów „podbój” WKL nie byłby możliwy. Ale też trzeba przyznać, że bez wcześniejszych zabiegów zakon ten nie miałby tak łatwo. Nie miałby tak łatwo bez tych 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich, które stały się polską szlachtą i przeszły na katolicyzm. To one później pomagały jezuitom. To właśnie przedstawiciele tych rodów byli fundatorami kolegiów jezuickich. Dwa z nich zostały następnie przekształcone w uniwersytety w Wilnie i Lwowie. Stało się więc tak, że na Kresach były dwa uniwersytety, a w byłej Koronie – jeden. Nowy ośrodek polskości na wschodzie powstał dzięki jezuitom. Na tej bazie i na kolegiach, czyli szkołach średnich, tworzyli jezuici nowy naród polski. Duży wkład w jego powstanie miała też caryca Katarzyna II, która pozwoliła jezuitom dalej działać. Nie dlatego, że chciała pokazać swoją niezależność wobec papiestwa. Po prostu wykonywała polecenia swoich nieznanych przełożonych, którzy tworzyli na tych ziemiach nowych Polaków.

Wiek XVI był przełomowy dla Europy, a dla Polski był tragiczny. Połączenie Korony z niewykształconymi pod względem językowym i narodowościowym społecznościami z WKL musiało skutkować cofnięciem się w rozwoju Korony, choć może WKL nieco zyskało w sensie cywilizacyjnym. Jan Stanisław Bystroń tak pisze w cytowanej pracy:

x

Barwna mozaika ludzka! Zróżnicowanie ludności na ziemiach Rzeczypospolitej jest bardzo znaczne; najrozmaitsze grupy religijne, językowe, stanowe, majątkowe żyją obok siebie. Różnice intelektualne pomiędzy tą ludnością są nierównie mniejsze.

Bywały oczywiście jednostki, które poziomem intelektualnym dorównywały szczytowym reprezentantom zachodniej elity umysłowej; niejeden szlachcic z okresu złotego wieku utrzymywał się na poziomie włoskiego czy niemieckiego humanisty, niejeden pisarz stanisławowski dorównywa autorom francuskim, ale są to tylko jednostki, które jaskrawo odbijają od ogólnego tła i dlatego też dość nieswojo czują się w ojczyźnie i chętnie zwracają się myślą ku zagranicy. Dopóki utrzymywano związek z wielkimi centrami kulturalnymi, zawsze znajdowała się garść osób, która z kultury tej korzystać umiała; zdolności nie brakło.

Mało było ambicji kulturalnych i na ogół nie były one zbyt głębokie. Dużo było naśladownictwa, ciekawości do nowinek, chęci wywyższenia się ponad sąsiadów, tendencji do popisywania się, wreszcie po prostu mody; moda przechodzi i zdobycze kulturalne, wydawałoby się, na stałe uzyskane, przepadają niepostrzeżenie; cały dorobek XVI wieku, cały wpływ humanizmu i reformacji zginął prawie bez śladu. Nawiązywała się z trudem i rwała nadmiernie łatwo wątła nić współpracy kulturalnej.

Chociaż różnice wykształcenia mogły być wcale znaczne, to jednak podłoże myślowe było analogiczne, bez względu na umiejętność czytania i znajomość języków obcych, bez względu na ilość przeczytanych książek i przyswojonych wiadomości. Zresztą umiejętność czytania nie była zbyt powszechna; już nie tylko wśród drobnej szlachty, która bardzo często była niepiśmienna, ale wśród zamożnych ziemian, ba, nawet wśród dygnitarzy jeszcze w osiemnastym wieku trafiały się przykłady zupełnych nieuków.

x

Cały dorobek XVI wieku, cały wpływ humanizmu i reformacji zginął prawie bez śladu. No właśnie! Dlaczego? Tego pytania nie zadają sobie żadni historycy? Wiek XVI to też wiek unii lubelskiej, a więc połączenia dwóch tak różnych bytów politycznych i cywilizacyjnych jak Korona i WKL. Pieniądz zły wypiera pieniądz dobry. Zdominowanie Rzeczypospolitej przez szlachtę z wschodu musiało do tego doprowadzić. Dla niewykształconych pod względem językowym i narodowościowym społeczności z WKL był to zbyt duży przeskok. Tam mieszkały obok siebie dwie grupy ludności. Jedna to ta, która przeszła na katolicyzm i język polski, druga została przy prawosławiu. Ta pierwsza stała się uprzywilejowana w stosunku do drugiej. Ta wyższa pozycja społeczna wiązała się również z przewagą finansową i polityczną, bo w tym momencie jest mowa o tych rusińskich i litewskich posłach i senatorach Rzeczypospolitej. Ten zachodni blichtr, wszystko na pokaz, wszystko spłycone, to była pewna demonstracja wobec tych, którzy pozostali przy swojej wierze i systemie wartości. Tu nie było jakiejś wielopokoleniowej walki o tę wyższą pozycję społeczną, to stało się stosunkowo szybko, w trakcie, prawdopodobnie, jednego pokolenia. Nie było to więc wynikiem jakiegoś wysiłku, ryzyka, umiejętności, predyspozycji. Po prostu łatwo przyszło, a to przecież nie skłania do żadnej refleksji i rozwoju intelektualnego. Nagły przeskok do innego kręgu cywilizacyjnego nie jest w stanie zmienić dawnych przyzwyczajeń i mentalności. W takim wypadku trudno o jakiś trwały i głębszy kontakt z elitami zachodnimi. Doskonale ten stan umysłowy tych „elit” opisał Karol Zbyszewski w swojej książce Niemcewicz od przodu i tyłu, Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2013. Poniżej jeden cytat. A takich kwiatków jest tam mnóstwo.

„Duszą tych pyskówek i całego życia mózgowego w Puławach był książę Adam (Czartoryski – przyp. W.L.). Trochę oczytany – o każdej sprawie mówił jak wyrocznia – nawet do Rousseau podreptał z pielgrzymką, choć twierdził, że to tłumok. Z Wielandem i Herderem wymieniał listy pełne komplementów. Mając iście papuzią łatwość do języków – nauczył się ich, nie wiadomo po co, kilkunastu; do pewnego lorda pisywał po hindusku, ogromnie kontent, że nikt go nie rozumie, co prawda nie wiadomo, czy i lord rozumiał. Ortografia we wszystkich językach na poziomie polskiej, tj. jak na członka Komisji Edukacyjnej przystało – ile słów, tyle błędów.”

Celem najazdu szwedzkiego było zniszczenie polskiej magnaterii: Szwedzi palili zamki, a ruchomości i dobra kultury wywozili. Pozbawieni tego magnaci już nie mogli stanowić jakiejkolwiek konkurencji dla potężnych feudałów ze wschodu. Ludność Korony też ucierpiała. Część wymordowali Szwedzi, część wymarła wskutek szerzącej się zarazy. Po potopie Korona była już tylko nic nieznaczącym dodatkiem do Kresów. Chłopi byli już niewolnikami, więc nie stanowili żadnej konkurencji. Można było zatem tworzyć nowy naród polski, co też jezuici skwapliwie czyni. Z części tych społeczności z WKL stworzono nowy naród polski, ale większość pozostała tym, kim była. Konflikt powstał nie tylko na tle religijnym, ale także społecznym i być może był on o wiele bardziej groźny. Był to więc konflikt dawnej ludności prawosławnej, z której jezuici stworzyli Polaków, z ludnością, która pozostała przy prawosławiu. I trwa on do dziś.

Nowy naród polski jednak nie zdał egzaminu. Radziwiłł przeszedł na stronę króla szwedzkiego. Targowica tylko potwierdziła, że to przyszywany naród. Rządy sanacyjne dostarczyły kolejnego dowodu. Obecne rządy też wpisują się w ten trend. Robią wszystko, by wciągnąć Polskę w wojnę z Rosją. To na poziomie elit. Na poziomie mas polskość można było potwierdzić tylko na dwa sposoby: powierzchownym katolicyzmem i takim samym patriotyzmem: wymachiwanie polską flagą.

Polska to wielowiekowy wyjątkowy eksperyment żydowski. Nigdzie na świecie nie było takiej unii i chyba nigdzie nie dokonano czegoś takiego jak tu, czyli stworzenia nowego narodu w miejsce poprzedniego. Nigdzie też chyba nie było takiego przypadku, by jedno państwo podzieliły pomiędzy siebie trzy państwa sąsiednie. Później jeszcze doszły powojenne zmiany granic i przesiedlenia kresowych mniejszości, które były tam większością, na ziemie poniemieckie. Tak więc nadal Polska to barwna mozaika ludzka. Nic normalnego w takich okolicznościach powstać nie może i nie powstaje.

Heureza

Dużo ostatnio dzieje się na świecie. A kiedy się nie działo? Ilość programów informacyjnych czy publicystycznych, które mają za zadanie informować nas o tych wydarzeniach i tłumaczyć je nam, jest nie do ogarnięcia przez pojedynczego człowieka. Jednak ograniczenie się do paru wybranych też nie rozwiązuje problemu, bo każdy z nich ma za zadanie tłumaczenie nam bieżących wydarzeń i przewidywanie tych przyszłych. Tym problemem, czyli przewidywaniem przyszłości, zajmował się również Stanisław Lem. Jerzy Giżycki w swojej książce Z szachami przez wieki i kraje Wydawnictwo „Sport i Turystyka”, Warszawa 1984 tak pisał:

x

Stanisław Lem zajmując się w artykule Fantastyka naukowa i futurologia („Problemy”, 1968) problemami przewidywania kierunku rozwoju pewnych zdarzeń strategiczno-politycznych sięga po przykłady matematyki gier, a po możliwości kombinatoryki szachowej w szczególności:

„…Naprawdę zbadać wszystkich wariantów zdarzeń międzynarodowych jako konfliktorodnych niepodobna. Przedsięwzięcie takie okazuje się daremne nawet, kiedy stoimy przed deską szachową z jej 64 polami i 32 pionami oraz figurami. Liczba możliwych ruchów w jednej partii szachów sięga 2120. Nawet maszyna cyfrowa o rozmiarach Słońca nie zdołałaby przepatrzeć takiego uniwersum możliwych pozycji w czasie rozsądnym, tzn. porównywalnym z długością życia ludzkiego. Cóż dopiero mówić o klasie możliwych zajść na takiej szachownicy, jaką stanowi nasza planeta, kiedy «pionami gry» są państwa i narody, urzeczywistniające konkretne konstelacje interesów i konfliktów z ich nieprzeliczalnego zbioru.

Liczba ruchów szachowych, jakkolwiek olbrzymia, jest przecież w zasadzie przeliczalna, jako że szachy stanowią grę zamkniętą, czego już nie da się orzec o wydarzeniach realnych…”

I dalej, zastanawiając się nad wyborem strategii w grze, grze rozumianej jako model pewnych konfliktowych układów w życiu, autor pisze:

„…Gry, mające eskalację za wytyczną, to mają do siebie, że ich reguły startowe niekoniecznie muszą się okazać tożsame z regułami późnych stadiów zaawansowanych. I właśnie cała mądrość polityczna oraz militarna na tym ma polegać, aby strona orientowała się w tym, czy i kiedy zmusza przeciwnika do takiej zmiany dotąd używanych reguł, która może przerosnąć w zderzenia katastrofalne.

Gdy mamy przed sobą taką różnorodność konfliktowych zajść eskalacyjnych, których nie da się ogarnąć jakimkolwiek algorytmem, wypada posłużyć się sposobami heurezy. W przeciwieństwie do rozwiązania algorytmicznego, pozwalającego na pokonanie zadania (…) całkowicie pewne, ponieważ ten tryb postępowania na pewno uwzględnia wszystkie warianty możliwe (np. przepatruje wszystkie ruchy wewnątrz pewnej gry), postępowanie heurystyczne konieczne jest tam, gdzie taka dokładność urzeczywistnić się nie daje.

Tak więc – pod nieobecność algorytmu gry w szachy – każdy gracz uprawia typowo heurystyczną strategię, ponieważ nie wszystkie bada możliwości pociągnięć własnych i przeciwnika, lecz tylko podzbiór, uznany za «istotny» dla przebiegu gry.

Powiedzieliśmy, że szachy stanowią grę, którą wolno uważać za algorytmizowalną, chociaż jej algorytmu nie znamy; jesteśmy w prawie tak sądzić, albowiem konstrukcja algorytmu jest dla nich – w sensie matematycznym – możliwa. Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…”

x

Na początek wypada wyjaśnić słowo „heureza”. Słownik Wyrazów Obcych PWN, Warszawa 2002 tak je definiuje:

Heureza pedag. sposób organizowania nauki szkolnej polegający na naprowadzeniu uczniów na drogę samodzielnych poszukiwań i mniej lub więcej samodzielnego rozwiązywania zagadnień, wymagający aktywnej postawy ucznia i rozwijający samodzielność jego myślenia. (od gr. heuresis ‘odnalezienie’)

Natomiast Wikipedia tak:

Heureza (gr. heúresisodnalezienie) – sposób nauczania polegający na naprowadzaniu uczniów na właściwy tok rozumowania i doprowadzeniu do samodzielnego rozwiązania przez nich problemów.

Jedną z pierwszych osób używających heurezy był Sokrates. Metoda ta jest też często używana przez pedagogów sprzeciwiających się przekazywaniu uczniom suchych informacji.

Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…

Trudno nie zgodzić się z Lemem, ale dlaczego to jest taka gra? Tego nie napisał, więc wypada samemu odpowiedzieć na to pytanie. Dobrym przykładem tej skomplikowanej gry jest przebieg rewolucji w Rosji w 1917 roku. Wikipedia tak to we wstępie opisuje:

„Wojna domowa w Rosji (ros. Гражданская война в России) – wojna domowa rozpoczęta po ustanowieniu przez bolszewików w wyniku zamachu stanu (rewolucja październikowa) komunistycznej władzy państwowej w Rosji. Zwolenników władzy bolszewików określano jako czerwonych, a przeciwników jako białych. 18 stycznia 1918 bolszewicy rozpędzili wybrane w demokratycznych wyborach w listopadzie-grudniu 1917 Zgromadzenie Ustawodawcze Rosji – Konstytuantę, w którym nie posiadali większości (ok. 25% mandatów) i krwawo stłumili pokojowe demonstracje w obronie parlamentu. Oznaczało to, że pokojowe odsunięcie od władzy bolszewików nie jest możliwe, a jedynym sposobem na to pozostaje walka zbrojna. Podpisanie traktatu brzeskiego (3 marca 1918) spowodowało narastanie oporu wewnętrznego i wywołało poparcie Ententy dla ruchu białych, a po zakończeniu I wojny światowej ograniczoną zewnętrzną interwencję. Za zakończenie wojny domowej jest uważane zajęcie Krymu przez Armię Czerwoną w listopadzie 1920 roku. Na Dalekim Wschodzie walki trwały jednak do 25 października 1922 roku (zdobycie Władywostoku). W Jakucji starcia zbrojne miały miejsce jeszcze w 1923 roku, a na Półwyspie Czukockim – do połowy 1924 roku.”

Źródło: Wikipedia.

Pod koniec XIX wieku zaczęły w Rosji powstawać partie polityczne. Gdy więc car abdykował, to można było przeprowadzić wybory i powstał rząd tymczasowy. Jednak niemal od razu pojawiły się sporne kwestie, jak choćby to czy kontynuować wojnę, czy – nie. Bolszewicy byli zwolennikami tego drugiego rozwiązania. Innego zdania byli biali, ale wśród nich dochodziło też do podziałów. Sformowali oni szereg armii oraz skłóconych ze sobą ośrodków politycznych. Część zwolenników białych była monarchistami, wielu zwolennikami demokratycznej republiki, socjalistami. Oprócz białych i czerwonych działali samodzielnie tzw. czarni (anarchiści – armia Nestora Machno na Ukrainie) i tzw. zieloni (chłopska samoobrona, walcząca przeciwko bolszewickiej polityce rolnej, ale także przeciw zwrotowi ziemi obszarniczej zarządzanej przez białych). Czerwoni stanowili monolit, nie było między nimi sporów ideologicznych. Jeśli się o coś kłócili, to tylko o sposób prowadzenia rewolucji. Gdy jeszcze do tego dodamy dziwne zachowanie dowództwa polskiego w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku, które robiło wszystko, by im pomóc w ich walce z białymi, to będziemy mieli pełny, ale bardzo zagmatwany, obraz tej rewolucji, ale też wyjaśnienie, dlaczego bolszewikom udało się utrzymać władzę.

Ktoś tu prowadził grę, której nie dało się zlogarytmizować. Można oczywiście przyjąć założenie, że to ludzie są sami sobie winni, że kłócą się ze sobą. Dlaczego jednak te podziały i kłótnie były tylko wśród antybolszewików, a u bolszewików była pełna zgoda? – Bo tylko w takiej sytuacji bolszewicy mogli pokonać przeważające siły.

Przywódcami wszystkich partii w przedrewolucyjnej Rosji byli Żydzi, byli też ich głównymi ideologami, oni decydowali o ich programach. Trudno sobie wyobrazić, by nie mieli wpływów w armii carskiej i w wielu innych środowiskach łącznie z prasą. Mieli takie wpływy w całej Rosji, nie tylko w jej części europejskiej. Właśnie na tym polega istota narodu rozproszonego i zasymilowanego, że jest wszędzie i wszędzie wnika w tkanki społeczne narodów rdzennych. W ten sposób naród ten może inicjować i kontrolować przebieg wszelkich wojen, rewolucji, powstań, protestów społecznych itp. Tak też to zadziałało w Rosji. W czasie rewolucji została ona rozczłonkowana na wiele obszarów, z których każdy miał swoje odrębne cele, ale gdy tylko bolszewicy ostatecznie zwyciężyli, to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z większości ziem przedrewolucyjnej Rosji powstał Związek Radziecki. To właśnie Żydzi prowadzą tę grę, którą trudno rozszyfrować, jeśli nie zna się ich zamiarów. Tak było kiedyś i tak jest obecnie. I heureza ma w tym pomóc.

Angielski średniowieczny teolog William of Occam sformułował zasadę zwaną brzytwą Occama (Ockhama), wedle której do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Mówiąc wprost: im prostsze objaśnienie rzeczywistości, tym bliższe prawdy. Można więc chyba powiedzieć, że brzytwa Occama jest jednym z narzędzi heurezy.

Scenariusze

6 sierpnia zaczęła się wielka ofensywa na Ukrainie. Od miesięcy nic tam się nie działo, aż tu nagle zmiana. W wyniku tych działań doszło do pożaru zaporoskiej elektrowni atomowej. W ofensywie w obwodzie kurskim bierze udział kilka tysięcy żołnierzy. Podobno walczą tam też najemnicy z Polski, Francji i Wielkiej Brytanii. Ukraińskie drony naruszyły przestrzeń powietrzną Białorusi i zaatakowały podmoskiewskie lotnisko wojskowe położone 31 km na północny wschód od Moskwy. 6 sierpnia to również rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Trudno oczywiście dokonywać ocen tego, co się dzieje, bo nie mamy żadnych rzetelnych informacji. Można to dopiero zrobić po czasie i dlatego tak ważne jest analizowanie tego, co zdarzało się w przeszłości. A z tych analiz wynika, że wszystko dzieje się według starannie wcześniej przygotowanych scenariuszy.

37 lat temu miało miejsce wydarzenie, które zaszokowało ówczesny świat. Mathias Rust, 19-letni niemiecki pilot, przeleciał wypożyczoną Cessną z Helsinek do Moskwy. Można więc powiedzieć, że ośmieszył „upadające” supermocarstwo. Jeśli mu się to udało, to tylko dlatego, że tak miało być. Wikipedia tak to opisuje:

x

Mathias Rust (ur. 1 czerwca 1968 w Wedel) – niemiecki pilot, który w 1987, mając wówczas 19 lat, przeleciał wypożyczoną Cessną 172 (oznaczenie D-ECJB) z miejscowości Uetersen (około 30 km na północny zachód od Hamburga) poprzez Helsinki w Finlandii do Moskwy.

Był wielokrotnie wykrywany przez obronę powietrzną ZSRR, a nawet przechwycony przez dwa myśliwce z lotniska w mieście Tapa (dziś Estonia), ani razu jednak nie padł rozkaz zestrzelenia go. Paraliż decyzyjny radzieckiej obrony przeciwlotniczej oraz irracjonalność zaistniałej sytuacji spowodowały, że udało mu się dolecieć do Moskwy, gdzie wylądował na moście Bolszoj Moskworieckij tuż obok Placu Czerwonego i Kremla. Po wylądowaniu został aresztowany przez KGB i skazany na 4 lata ciężkich robót (faktycznie odsiedział w więzieniu nieco ponad rok).

Cel

W czasach swojej młodości Mathias Rust, śledząc wydarzenia ze spotkania Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa w Reykjavíku (11–16 października 1986), postanowił zrobić coś, co zwróci uwagę świata na wrogi stosunek pomiędzy krajami podzielonymi żelazną kurtyną. Przelot samolotem ponad nią miał być według Mathiasa Rusta symbolem – pomostem ponad podziałami. Zapytany później w czasie przesłuchania o motyw, Rust oznajmił, że działał na rzecz „światowego pokoju” oraz dla „porozumienia między naszymi narodami”. Wydarzenie to było precedensem na skalę światową, odbiło się szerokim echem w mediach zachodnich.

Lot

13 maja 1987 roku Rust jako nowy członek hamburskiego aeroklubu wynajął niedużą, szkolno-treningową Cessnę F 172 P Skyhawk II (numer rejestracyjny D-ECJB) wyposażoną w dodatkowy zbiornik paliwa i wystartował z lotniska Hamburg. Podczas międzylądowania w Uetersen (Szlezwik-Holsztyn) wymontował tylne siedzenia samolotu i ponownie wzbił się w powietrze. Obierał kurs na Wyspy Owcze położone na północ od Wielkiej Brytanii. Jako pilot amator mógł latać tylko w dzień, więc w swojej podróży kilkakrotnie musiał zatrzymać się gdzieś na noc, zarówno dla odpoczynku, jak i dla zatankowania paliwa. Trasa jego przelotu wiodła następnie przez Islandię (Keflavík), Norwegię (Bergen) i Finlandię. 25 maja wylądował na helsińskim lotnisku Malmi.

Trasa przelotu Mathiasa Rusta; źródło: Wikipedia.

Trzy dni później, 28 maja (w święto radzieckich wojsk ochrony pogranicza) Rust wystartował w dalszą drogę. Wieżę kontrolną w Helsinkach poinformował, że zamierza lecieć do Sztokholmu, ale wkrótce po przekazaniu tej wiadomości skierował maszynę na wschód, w stronę Leningradu (obecnie Petersburg) na ruchliwy most powietrzny między Helsinkami i Moskwą. Wkrótce potem wyłączył radio w samolocie i zerwał łączność z kontrolą naziemną. W pobliżu miejscowości Sipoo (około 40 km na północny wschód od Helsinek) Cessna zniknęła z radaru fińskiej kontroli ruchu (prawdopodobnie wskutek obniżenia wysokości lotu). Kontrolerzy ruchu, podejrzewając, że maszyna uległa wypadkowi, ogłosili akcję ratunkową. W miejscu, w którym urwał się kontakt z Rustem, ratownicy odnaleźli na powierzchni morza dużą plamę oleju, co mogłoby oznaczać, że samolot się rozbił. Próby odnalezienia jego szczątków nie przyniosły jednak rezultatu. (Rust został później obciążony kosztami za tę akcję. Musiał zapłacić 100 tys. dolarów. Pochodzenia plamy olejowej nie udało się ustalić).

Tymczasem pilot leciał nad Zatoką Fińską i wkrótce przeciął linię brzegową Morza Bałtyckiego, znalazłszy się w przestrzeni powietrznej ZSRR. Ominął Leningrad i obrał kurs na południowy wschód do Moskwy. Linia kolejowa Leningrad – Moskwa posłużyła mu jako punkt orientacyjny. O godzinie 14.29 samolot Rusta pojawił się na ekranie radaru wojsk radzieckiej obrony powietrznej. Ponieważ próby nawiązania łączności radiowej z maszyną nie przyniosły rezultatu, namiarowcy przydzielili intruzowi numer 8255 i ogłosili alarm. W stan gotowości bojowej zostały postawione trzy jednostki rakietowe. Przez pewien czas śledziły one podejrzany obiekt, ale nie otrzymały zezwolenia na jego zestrzelenie. Następnie w ślad za niezidentyfikowanym samolotem zostały wysłane dwa myśliwce przechwytujące MiG-23. O godzinie 14.48, niedaleko miasta Gdow, jeden z pilotów myśliwców zlokalizował samolot podobny do Jaka-12 i zwrócił się do dowództwa z pytaniem, czy ma go zestrzelić. Rozkazu takiego nie otrzymał. Wkrótce potem w pobliżu miasteczka Stara Russa oba myśliwce straciły Cessnę z pola widzenia. Przypuszcza się (kto?), że Rust mógł tam na krótko wylądować. Przemawiałby za tym fakt, że w drodze do Moskwy pilot przebrał się. Ponadto okres, jaki upłynął od chwili wtargnięcia w przestrzeń powietrzną ZSRR do lądowania samolotu w Moskwie, był zbyt długi jak na prędkość, z którą początkowo leciał. Punkty OPK jeszcze kilkakrotnie namierzyły maszynę Rusta, ale za każdym razem utraciły z nią kontakt radarowy, prawdopodobnie z powodu niskiego pułapu lotu. Poza tym pilotowi sprzyjały jeszcze inne okoliczności – kilka dni wcześniej wprowadzono administracyjną reformę sił powietrznych ZSRR (struktury wojskowe zostały podzielone na kilka nowych jednostek, przydzielono im nowe zakresy działań). To spowodowało pewien chaos w centrum dowodzenia i trudności w ustaleniu zakresu odpowiedzialności za poszczególne strefy obrony kraju. Ponadto większość oficerów z pułku z okręgu Pskowa, wyznaczonego do obrony odcinka wybrzeża nad Zatoką Fińską, przebywała na manewrach, zaś pozostali na dyżurze młodzi, niedoświadczeni oficerowie kontroli ruchu powietrznego nie mogli samodzielnie podjąć decyzji o ewentualnym zestrzeleniu Rusta. Niemiec mógł więc bez przeszkód lecieć dalej.

W pobliżu miasta Torżok, odległego o mniej więcej 200 km od Moskwy Rust został ponownie namierzony, jednak ponieważ poprzedniego dnia doszło tam do wypadku lotniczego i wciąż prowadzona była akcja ratunkowa, naziemny punkt kontrolny uznał jednopłatową, nisko i wolno poruszającą się Cessnę za jeden z helikopterów biorących w niej udział. Potem awionetka Niemca była namierzana jeszcze kilka razy, ale mylnie brana za krajowy samolot szkolny, który nie przestrzega przepisów. Po ponad pięciogodzinnym locie, około 18.15, Cessna dotarła nad Moskwę i kierowała się w stronę Kremla. Na niebezpiecznie niskiej wysokości Rust wykonał trzy kręgi nad placem Czerwonym i Kremlem. Właśnie tam pilot miał zamiar wylądować, jednak ze względu na dużą liczbę ludzi na placu (około 300 osób – turystów i moskwian), zdecydował się na lądowanie na moście „Bolszoj Moskworieckij”. Poprzedniego dnia w celu konserwacji zdjęto przewody elektryczne, biegnące wzdłuż mostu, a które uniemożliwiłyby lądowanie. Samolot po kilkudziesięciometrowym dobiegu, o 19.30 zatrzymał się u szczytu schodzącego ku rzece Moskwie placu pod nazwą Wasilewskij Spusk, który służył wówczas za parking dla autokarów wycieczkowych. Miejsce to zlokalizowane jest tuż obok cerkwi św. Bazylego, niecałe 100 metrów od placu Czerwonego.

Tuż po wylądowaniu pilot został zatrzymany przez funkcjonariuszy KGB. Zapytany później w czasie przesłuchania o motyw, Rust oznajmił, że działał na rzecz „światowego pokoju” oraz dla „porozumienia między naszymi narodami”. Krótko przed procesem powiedział jeszcze: Gdybym otrzymał pozwolenie na mój lot do ZSRR, nie uzyskałbym takiego światowego oddźwięku, jaki uzyskałem. Ten rozgłos dla celu, jaki sobie postawiłem, osiągnąłem w pełni. I opłacało się dla niego tu przylecieć.

Konsekwencje lądowania

2 września 1987 roku rozpoczął się proces przeciwko niemu w Moskwie. Zarzucono mu między innymi: chuligaństwo, złamanie prawa lotniczego oraz nielegalne przekroczenie granicy ZSRR. Rust został skazany na 4 lata w obozie pracy.

Konsekwencje ze strony sekretarza generalnego KC KPZR Michaiła Gorbaczowa dotknęły także ówczesnego ministra obrony Siergieja Sokołowa, dowódcę Wojsk Obrony Przeciwlotniczej Kraju Aleksandra Kołdunowa, którzy zostali zdymisjonowani, oraz ponad 2000 niższych rangą oficerów, którzy dopuścili się zaniedbania swoich obowiązków i niewykrycia obcego samolotu nad terytorium Związku Radzieckiego. Nie jest tajemnicą, że Sokołow i Kołdunow oraz pozostali zdymisjonowani byli przeciwnikami reform Gorbaczowa, a zwłaszcza pieriestrojki. Po ogłoszeniu wyroku z obawy o bezpieczeństwo więźnia nie został wysłany do ciężkich prac – postanowiono osadzić skazanego w moskiewskim więzieniu Lefortowo, gdzie spędził 432 dni. Następnie został zwolniony warunkowo. Na wniosek Przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej Andrieja Gromyki zezwolono mu na powrót do kraju, co nastąpiło 3 sierpnia 1988 roku.

Pozostałe wydarzenia z życia Mathiasa Rusta

W 1989 roku, w ramach tzw. służby zastępczej (niem. Zivildienst), pracował w szpitalu w Rissen (dzielnica Hamburga) w Niemczech. Tam zakochał się bez wzajemności w jednej z pracownic, co stało się przyczyną ataku na nią z użyciem noża. Kobieta ledwo przeżyła. Został skazany na 2 i pół roku więzienia, po 15 miesiącach został zwolniony warunkowo. Od tamtej pory prowadził podzielone życie, określając siebie jako „nieco dziwacznego”. W 1996 roku przeszedł na hinduizm żeby zaręczyć się z córką indyjskiego handlarza herbatą. W 2001 roku za kradzież puloweru z kaszmiru został ukarany grzywną w wysokości 10 tysięcy marek, zredukowaną później do 600 marek. W 2005 roku kolejny raz miał problem z prawem – za oszustwo wymierzono mu karę grzywny 1500 euro. W 2009 roku Rust określił się jako zawodowy gracz w pokera. W 2012 roku ujawnił, że pracuje jako analityk finansowy w banku inwestycyjnym z siedzibą w Zurychu.

x

Za dużo w tym locie przypadków i dziwnych zachowań Rosjan. Bez współdziałania radzieckich i niemieckich służb specjalnych taki lot nie byłby możliwy. W moim przekonaniu wszystko tu zostało doskonale zaplanowane i wykonane:

  • był wielokrotnie wykrywany przez obronę powietrzną ZSRR,
  • paraliż decyzyjny obrony przeciwlotniczej,
  • trzy jednostki rakietowe zostały postawione w stan gotowości bojowej, ale nie otrzymały rozkazu zestrzelenia,
  • Rust wylądował gdzieś na krótko, tylko gdzie?, co to było za miejsce, że nikt go nie zauważył; przecież taki samolot nie wyląduje na łące czy polu,
  • w pobliżu Moskwy ponownie został namierzony, ale naziemny punkt kontrolny uznał Cessnę za jeden z helikopterów biorących udział w akcji ratunkowej,
  • ponownie namierzona kilka razy i mylnie brana za krajowy samolot szkolny,
  • lądowanie na moście „Bolszoj Moskworieckij”, na którym poprzedniego dnia zdjęto w celu konserwacji przewody elektryczne,
  • wybór dnia: święto radzieckich wojsk ochrony pogranicza,
  • dymisja ministra obrony, dowódcy Wojsk Obrony Powietrznej Kraju oraz 2000 niższych rangą oficerów – wszyscy przeciwnicy reform, a zwłaszcza pierestrojki.

Z informacji z Wikipedii wynika, że Rust miał problemy psychiczne. A może to tylko były pozory? Zastanawiające jest to, że w końcu został analitykiem finansowym w banku inwestycyjnym w Zurychu. Na takim stanowisku i do tego w Szwajcarii to jest on już praktycznie poza prawem. Czy w związku z tym słusznym byłoby podejrzewanie go o to, że jest Żydem?

W latach 80-tych rozpoczęło się kontrolowane obalanie komunizmu w Związku Radzieckim i jego satelitach. Nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że komunizm nie sprawdził się jako ustrój, że rozpada się niejako samoistnie. Lot Rusta miał to potwierdzić. Miał pokazać, że Związek Radziecki to kolos na glinianych nogach, a jego system obrony powietrznej nie działa. Ten argument miał trafić do zwykłych ludzi, by byli bardziej skłonni do pogodzenia się z bankructwem tego ustroju, w który wówczas, zwłaszcza w Związku Radzieckim, większość nadal wierzyła. I zapewne do wielu trafił on i uwierzyli, że komunizm upada sam z siebie. Lot ten wykorzystano również do przeprowadzenia czystek na najwyższych szczeblach władzy radzieckiej.

O tym, że procesy zmian nie dokonują się samoistnie, pisałem wielokrotnie. Podobne ustawki były w przypadku Pearl Harbor i zrzucenia bomby na Hiroszimę. Tam też kontrolerzy lotów i ich dowództwo zachowywali się podobnie jak w przypadku radzieckim. O tym pisałem w blogach 7 grudnia i 6 sierpnia.



Zabory

Jak zapewne wszyscy wiedzą pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolita została podzielona pomiędzy trzech zaborców. Co innego, gdy jedno państwo zostaje wchłonięte przez inne, a co innego, gdy zostaje podzielone pomiędzy trzy państwa. Czechy cały czas były częścią monarchii habsburskiej. Dziś to państwo jest daleko bardziej poważane na arenie międzynarodowej, niż państwo polskie, które jest raczej parodią państwa. No bo jeżeli Komendant Główny Policji bawi się granatnikiem w pomieszczeniu zamkniętym, to znaczy, że ma on mentalność kilkuletniego dziecka, a takiego kilkuletniego dziecka nie można przecież ukarać. I ten osobnik, o mentalności kilkuletniego dziecka, nadal pozostaje tym komendantem. To właśnie kraj Zulu-Gula.

Z trzech różnych części, które przez 123 lata należały do różnych państw, różnych pod względem rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, nie da się stworzyć niczego normalnego. A ja, jako kabalista, czyli ktoś, kto przypisuje magiczną moc pewnym liczbom, zastanawiam się, czy liczba 123 jest w tym wypadku przypadkowa.

Parę tygodni temu zrobiło się głośno wokół wypowiedzi zmarłego aktora Jerzego Stuhra, który deklarował się jako obywatel Mitteleuropy. Znane są też jego i jego syna negatywne opinie na temat Polski i Polaków. Skąd to się wzięło? Do poszczególnych części byłej Rzeczypospolitej napływały rzesze obywateli państw zaborczych. To oni zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska w administracji i innych instytucjach oraz organizacjach państw zaborczych. Żyli tu jak pączki w maśle. To zapewne dotyczyło również przodków Jerzego Stuhra, którzy przybyli do Krakowa z Austrii lub Niemiec. Jednak z nastaniem II RP dla tych ludzi ta sielanka skończyła się, bo pojawili się ci, którzy tę nową Polskę „wywalczyli” i to teraz oni chcieli żyć jak pączki w maśle. Bardzo możliwie, że przodkowie Stuhra zostali odsunięci od synekur i stąd jego, a pewnie i wielu innych, narzekanie czy wręcz szkalowanie Polski i Polaków. Kłótnie zaczęły się już, zanim powstała II RP.

Z inicjatywy stronnictw galicyjskich, które utworzyły w 1914 roku Naczelny Komitet Narodowy (NKN), powstały w armii austriackiej Legiony Polskie. I Brygadą Legionów dowodził Piłsudski, II – m.in. Haller, III – m.in. Roja. Zawiązkiem Legionów Polskich była organizacja „Strzelec”, utworzona we Lwowie i Krakowie, m.in. przez Piłsudskiego. Z inicjatywy Komitetu Narodowego Polskiego (KNP) powstał w armii rosyjskiej w końcu 1914 roku Legion puławski, wcielony w 1915 roku do Brygady (później dywizji) Strzelców Polskich, od sierpnia 1917 roku w składzie I Korpusu Polskiego.

A więc zarysował się tu podział: jedni z Rosją, drudzy – z państwami centralnymi. Jednak wśród tych drugich też doszło do rozłamu. O tym pisała w swoim Dzienniku Maria Dąbrowska – Dzienniki 1914-1965, Polska Akademia Nauk, Wydział I Nauk Społecznych, Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009. Jest to wersja bez opracowania edytorskiego wydana w nakładzie 300 egzemplarzy. Jest to pełna, nieocenzurowana wersja tych Dzienników. Poniżej fragment z 1916 roku, ale jak można domyślić się, w późniejszym okresie uzupełniała ten wpis.

x

Już pod samym Lublinem wyminął nas odkryty samochód, w którym zobaczyłam dwie znajome sobie postacie: pułkownika Władysława Sikorskiego i dr Stanisława Kota. Jechali najwidoczniej do Lublina w celu stworzenia lub (jeżeli już istniały) wzmocnienia tam placówek Departamentu Wojskowego, tak jak ja jechałam w związku z projektowaną rozbudową placówki Pierwszej Brygady. Zabawiło mnie żałosne porównanie mojej skromnej osoby i podróży z tą wspaniałą jazdą dwu tak poczesnych osobistości.

Rozbrat pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi, jakby dziś powiedziano, ośrodkami dyspozycji polskiego działania politycznego (Departament Wojs. i Pierwsza Bryg.) stawał się coraz głębszy, co dla mnie i dla Mariana (mąż Dąbrowskiej, piłsudczyk – przyp. W.L.) osobiście było bardzo bolesne, gdyż widzieliśmy pewne racje i pewne błędy z obu stron – jednak racje nie chciały się zejść, a błędy nie chciały się do siebie przyznać.

Po zajęciu przez Państwa Centralne całego zaboru rosyjskiego polityka Piłsudskiego zyskała znacznie mocniejsze podstawy, gdyż większość nadającej ton życiu duchowemu inteligencji warszawskiej i warszawskich polityków sprzyjała daleko bardziej Komendantowi niż galicyjskiemu N.K.N-owi – czuła się w klimacie Pierwszej Brygady, z której głównymi postaciami była już dawniej zżyta – bardziej swojo.

Zarysowujące się na tym tle różnice – pominąwszy liczne szczegóły oraz grające, niestety, dużą rolę uprzedzenia dzielnicowe – przedstawiały się mniej więcej w następujący sposób. Stanowisko Piłsudskiego przy zachowaniu minimum nieuniknionej ze względów strategicznych zależności od państw centralnych było nieprzejednane w sprawie bezpośredniego dążenia do zupełnej niepodległości. W związku z tym i w wyniku załamywania się Rosji, Piłsudski uważał za konieczne natychmiastowe podjęcie przygotowań do walki także i z Niemcami, w którym to celu wstrzymał werbunek do umundurowanych i walczących na froncie szeregów, a natomiast organizował przez swych ludzi tajną Polską Organizację Wojskową, znaną pod skrótem P.O.W.

N.K.N-iści ze swej strony, nie wyrzekając się oczywiście postulatu zupełnej niepodległości, sądzili, że zmuszeni będziemy w sposób nieunikniony przejść przez okres niepodległości ograniczonej w postaci jakiejś szeroko autonomicznej czy federacyjnej łączności z Austrią. Do tego stosując bieżącą politykę, uważali, że ani na chwilę nie wolno rezygnować z werbunku do Legionów (których tworzyła się już 3-cia brygada), będących najpoważniejszym atutem w przyszłej rozgrywce o stopień naszej samodzielności. Niezależnie zaś od tego twierdzili, (i mieli w tym słuszność) że nie powinniśmy rozprzęgać raz ustanowionych szeregów, które jako kadry polskiego wojska okażą się w przełomowej chwili nagląco potrzebne bez względu na wynik wojny, a więc także i na wypadek zwycięstwa Anglii i Francji. N.K.N-iści rozumieli też naturalnie grozę niemiecką, ale jako przeciwwagę tego niebezpieczeństwa widzieli tylko wygrywanie antagonizmów austriacko-pruskich.

Tak to wyglądało w mniej więcej czystej postaci, bo co tam pod spodem, to jak zwykle w polityce – różne rzeczy się działy.

Bardzo zabawne, że obok N.K.N-istów i Pierwszobrygadowców istniała jeszcze i garść polityków, która lekceważąc Austrię, realne widoki samodzielnego bytowania widziała dla Polski tylko w ścisłym na przyszłość sojuszu, a na obecną chwilę we współpracy z Niemcami. Przywodził tej garstce już wtedy na tym punkcie wręcz obłąkany Władysław Studnicki. Ze strony niemieckiej występował jako pośrednik m.in. późniejszy za okupacji kurator Uniwersytetu Warszawskiego, zniemczony Polak, hr. Hutten-Czapski. Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji, będziemy mieli niewesoły obraz prawie zupełnego braku samoistnej polityki polskiej, która by w oparciu przede wszystkim o własny naród chciała przyszłość budować. W tym układzie rzeczy jedynym istotnym przedstawicielem samodzielnej polityki polskiej, tworzonej w najtrudniejszych warunkach, była tylko garść ówczesnych Piłsudczyków. Jak się z tego zadania wywiązali, to inna rzecz, ale że je podjęli, to trzeba raz na zawsze podkreślić i zapamiętać, gdyż późniejsze błędy i grzechy przez tzw. „ludzi Piłsudskiego” popełniane, tak dalece zasłoniły tę ich pierwotną niewątpliwą zasługę, że gotowiśmy jej już nigdy – jak wielu innych prawd historii – spod gruzów nie wygrzebać.

Jeśli w Warszawie wszystko, co nie było moskalofilskie lub obałamucone przez odezwę Wielkiego Księcia, stanęło raczej po stronie Piłsudskiego niż N.K.N-u, tym bardziej można to powiedzieć o Lublinie. Lublin był poza Kielcami jedynym miastem, do którego po wycofaniu się Moskali wkroczyli nie Niemcy ani Austriacy, lecz właśnie Pierwsza Brygada. Widok polskich ułanów, zawsze podniecający naszą ulicę, wywołał podniesienie się temperatury uczuć patriotycznych, którym dosyć skutecznie starano się nie dać ostygnąć. Nadto znaczna i ruchliwa duchowo część inteligencji lubelskiej była przeważnie już od wielu lat w łączności z wielu obecnie uzbrojonymi współpracownikami Piłsudskiego, znając ich bądź z PPS bądź z chłopskiego ruchu Zaraniarskiego ze Związku Walki Czynnej itp. Nic też dziwnego, że usposobienie Lublina kazało się gorąco patriotyczne i na ogół gorąco „pierwszobrygadowe”. Przy czym słowa „Pierwsza Brygada” oznaczały zawsze myśl o Polsce nie tylko niepodległej, ale demokratycznej, ludowej. Tak jak Piotrków stał się chcąc nie chcąc ośrodkiem promieniowania Departamentu Wojsk. N.K.N., tak Lublin stał się na jakiś czas stolicą „roboty Piłsudskiego”, a wpływy N.K.N. pozostały tam zawsze dosyć znikome. Piłsudski odkomenderował wtedy do pracy politycznej sporą ilość swoich wojskowych, oczywiście prawie wyłącznie tych, którzy bądź z tradycji swojego życia, bądź z wykształcenia czy upodobania byli politykami lub społecznikami, a na front poszli tylko, by spłacić tzw. „daninę krwi”, czy tam wykazać gotowość oddania życia w ofierze, wreszcie, jakby powiedzieć – dla fasonu. Podkreślam ten fakt, ponieważ w uważaniu późniejszych „sanacyjnych” rządów Piłsudskiego za wojskowe było sporo nieporozumienia. Tzw. „rządy pułkowników” nie były w gruncie rzeczy rządami wojskowych, gdyż ci pułkownicy przeważnie ani wykształcenia wojskowego, ani typowej kariery wojskowej za sobą nie mieli. Były to rządy uwojskowionych wskutek okoliczności i ogólnej mody polityków, może złych i niemądrych, może nawet w końcu niemoralnych, ale polityków nieraz niemal od dziecka – przy tym ludzi, którzy byli cywilami śród wojskowych, a wojskowymi, szerzącymi „obyczaje kordegardy” – śród cywilów, i właściwie w końcu sami dobrze nie wiedzieli po jakim świecie chodzą.

x

Jest takie powiedzenie: robić dobrą minę do zlej gry. Chyba w żadnej innej dziedzinie nie ma ono takiego zastosowania, jak w polityce. Generalnie ludziom, którzy zaangażowani są w politykę, chodzi o zdobycie władzy i związanych z nią przywilejów. Żeby jednak nie było tak przyziemnie, to trzeba uzbroić się w jakąś ideologię czy koncepcję polityczną. Gdy rozpoczęła się I wojna światowa, to było wiadomo, że wybuchła po to, by po niej nastąpiły zmiany, czyli żeby powstały nowe państwa. Tak więc ci, którzy służyli zaborcom, zapewne w dużym stopniu spolszczeni Austriacy i Rosjanie z Królestwa Polskiego, mieli swoje koncepcje nowego państwa. Wraz ze zniknięciem zaborców znikały też synekury, które ci zaborcy stworzyli. Rozpoczęła się więc walka o to, kto będzie rządził w nowym państwie i komu przypadną w udziale nowe konfitury. Jak ktoś się przyzwyczaił do wygodnego życia, to trudno mu się pogodzić ze zmianami i odstawieniem na boczny tor.

„Austriacy” wymyślili więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie federacja nowego państwa z Austrią, bo tylko wtedy oni zachowają swoje synekury i jeszcze dojdą te z obszaru pozostałych zaborów. Podobnie myśleli „Rosjanie”. Natomiast towarzysze z PPS-u, czyli Piłsudski i jemu podobne szemrane towarzystwo, nie mieli nic do stracenia. Oni mogli tylko zyskać, ale pod warunkiem, że powstanie niepodległe państwo polskie, bo tylko wtedy te towarzystwa wzajemnej adoracji z zaboru austriackiego i Królestwa, czyli zaboru rosyjskiego, mogłyby zostać wyeliminowane pod pretekstem tego, że to tylko oni, czyli piłsudczycy, podjęli walkę o niepodległą Polskę. I tak się stało. II RP to było prywatne poletko piłsudczyków. We wrześniu 1939 roku pokazali oni, ile był wart ich patriotyzm: wykonali zlecone zadanie, Stalin zapewnił im alibi i mieli pretekst, by spierd….. za granicę.

Jeśli dodamy, że bierny i zaniedbany politycznie ogół polski, wiedziony trafnym instynktem stronił od nowych okupantów, ale za to żywił tylko mgliste nadzieje na zjednoczenie ziem polskich pod bliżej nieokreślonym przewodnictwem Rosji…

No właśnie! Został jeszcze ten lud polski, który dobrze pamiętał czasy pańszczyźniane, czyli niewolnictwa i pamiętał, że to car dał im wolność – to w tym wypadku trudno się dziwić takiej postawie. Chłopi instynktownie czuli, że ta niepodległa Polska, która miała być Polską ludową, nie będzie ich Polską i szybko, za sprawą Piłsudskiego, stała się Polską pańską, ziemiańską.

Mamy zatem w Polsce nadal do czynienia z zaszłościami z okresu zaborów, przypadek Stuhra, i okresu walki o to, kto w tej nowej Polsce, czyli II RP, wygra. Najwyraźniej pamięć potomków zaborców nadal jest żywa, a oni raczej okupują wyższe szczeble drabiny społecznej w obecnej Polsce, stąd często ich protekcjonalny stosunek do reszty społeczeństwa. Mamy też ludzi z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak choćby Miłosz, który nienawidził Polski i Polaków, nie bardzo wiadomo z jakiego powodu. Podobnym przypadkiem jest Olga Tokarczuk, ukraińska Żydówka. Mamy również masę ludzi z byłego WKL, która wywodzi się z niewykształconych pod względem językowym i narodowościowym społeczności. Oni oficjalnie często deklarują się jako Polacy, równie często – jako mniejszości narodowe, ale i jedni i drudzy, gdzieś tam w podświadomości pamiętają o swoich korzeniach i mają kompleksy na punkcie Polaków (tylko, których Polaków?) i to też objawia się jakąś fobią podobną do tej u Miłosza, Tokarczuk i innych. Wygląda na to, że Polska to taki wielki szpital dla psychicznie chorych, w którym psychiatrami są Żydzi, dokonujący eksperymentów na swoich pacjentach. Większość w tym kraju udaje kogoś, kim nie jest i ma tego świadomość, nawet jeśli jest to tylko świadomość podprogowa.

Jakby tego było mało, to „Melodia Pierwszej Brygady wykazuje jednak najwięcej podobieństw z warstwą melodyczną marsza Tęsknota za ojczyzną (Тоска по родине) autorstwa Rosjanina Jakuba Josifowicza Bogorada (1879–1941). Marsz został skomponowany w 1904 r. i zdobył ogromną popularność w czasie wojny rosyjsko-japońskiej (1904–1905)”. Więcej tu.

Twórcy oficjalnego hymnu piłsudczyków zapożyczyli melodię od Rosjan, których oficjalnie nienawidzili i z którymi walczyli. Czy zrobili to z rozmysłem? A może raczej współpracowali z nimi? Przebieg wojny 1920 roku jakby to potwierdzał.

Krach

Bieżący tydzień zaczął się ciekawie, bo od poniedziałkowego krachu na giełdach. Tak przynajmniej niektórzy to nazywają. Do nich należy również wschodząca gwiazda polskiego internetu, czyli Tomasz Piekielnik, który jeszcze tego samego dnia skomentował na swoim kanale to, co działo się na światowych giedach. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty tego komentarza.

4:30 Zatem nie jest do końca różowo i wydaje mi się, że to będzie dopiero początek. A kolejne doniesienia w kolejnych dniach, tygodniach i miesiącach będą też ukazywać, że jesteśmy prowadzeni w jakimś konkretnym kierunku i te gospodarki, no nie tak same z siebie się kurczą czy zapadają, tylko jest to pewien zorganizowany proceder po to, żeby nagle, niczym rycerz na białym koniu, ktoś przybył do nas z wybawieniem, mówiąc – mam rozwiązanie. I czym ono może być? O tym dzisiaj pospekulujemy.

27:00 Czy ten kryzys w Stanach Zjednoczonych jest czymś przypadkowym? Czy jest czymś do przewidzenia? (…) Po pierwsze do nieba nie mogą rosnąc ani drzewa, ani zadłużenie. Czyli dług nie może rosnąć do nieba. I fakt, że gospodarki są tak potężnie zadłużone i zadłużone z roku na rok coraz bardziej, jest dla mnie wobec tego jasne, że ten fakt wskazuje na to, że – no właśnie, kreatorzy finansów świata mają jakąś strategię, mają jakiś cel. Celem zwykle jest reforma. Reforma umożliwia „zaoranie dotychczasowego porządku” i pewną reformą w świecie firm, w świecie spółek, pewną reformą rosnącego stale zadłużenia podmiotów takich jak spółki z o.o., spółki akcyjne – jest ich bankructwo, jest ogłoszenie ich upadłości. Tylko w jaki sposób mają to robić gospodarki? No właśnie! Dzieje się to w inny sposób niż w przypadku biznesu czy osób prywatnych, które ogłaszają upadłość konsumencką.

W przypadku gospodarek musi się to odbyć ze zdecydowanie innym rozmachem. Coś mi podpowiada, że przy tej okazji będzie przejście do nowej ekonomii, do nowego systemu monetarnego. I, obym się mylił, dlatego że osobiście jestem zwolennikiem, tak prywatnie jak i zawodowo jako ekonomista, jestem zwolennikiem gotówki, używania faktycznego pieniądza z jakąś fundamentalną siłą, no właśnie, jakiegoś banku centralnego czy gospodarki, która jest reprezentowana przez ten bank centralny. A my tutaj mówimy, że na świecie od lat, od dekad – świat po prostu odszedł od tego typu powiązania. Zatem od wielu lat zasobność naszych portfeli, portfeli państw, budżetów państw, to nic innego jak pewne cyfrowe zapisy na kontach, a tak zwane bank noty, czyli noty banków centralnych, czyli pieniądze, którymi się posługujemy – no nie mają już takiego waloru, który pozwalałby powiązać te wartości z konkretnym stanem majątkowym. I o tym można by długo rozmawiać. Niemniej coś mi podpowiada, że jest szykowany duży krach i problemy nie tylko gospodarek, ale także sektora finansowego, czyli banków, czego przedwiośnie mieliśmy rok temu.

30:16 Przejdźmy do tematu bezrobocia w Polsce. Okazuje się, że w Polsce nie ma bezrobocia, a są brakujące ręce do pracy. Rzeczpospolita na pierwszej stronie donosi o tym, że Polska jest bez rąk do pracy. „Przedsiębiorcy obawiają się, że wkrótce zabraknie im pracowników. Ich napływ z Ukrainy już hamuje, a rząd pod naciskiem społecznym jeszcze może zaostrzyć politykę imigracyjną”.

No to jest bardzo ciekawe dlatego, że jeżeli rację mają ekonomiści czy słusznie twierdzą ekonomiści, którzy prognozują, że rozwinie się w Europie i na świecie duży kryzys, to tych rąk do pracy w zasadzie nie trzeba będzie szukać, bo będą problemy z miejscami pracy. (…) Uważam, że w ciągu najbliższych lat będziemy mieli do czynienia z dużymi zmianami ekonomicznymi, gospodarczymi, z przyspieszeniem wojny… Jakie są symptomy tego, co się dzieje? Sama AI mówi, jakie zawody znikną z rynku, Są to zawody, które łatwo zautomatyzować, są to zawody jak najbardziej także prawnicze, księgowe, w administracji, w obróbce danych, ale także… uwaga!, także IT, to także programiści. I tych zawodów jest naprawdę całkiem sporo. W tym momencie przypomina mi się wypowiedź Mateusza Morawieckiego, który powiedział, że kiedyś AI pozbawi potężne rzesze ludzi pracy. (…) Ta rewolucja jest związana ze sztuczną inteligencją, związana ze zmianą ekonomii – to te zmiany jasno pokazują, że na rynkach pracy wydarzy się armagedon. Tak uważam. Zarówno rządy jak i te siły, które mają na to wpływ, starają się tym jakoś zarządzić. I „starają się”, to trochę nietrafnie dobrane słowo, dlatego że kreują pewnego rodzaju zmiany.

44:12 W mojej ocenie to, co się dzieje, tzw. czarny poniedziałek, czerwony poniedziałek (ze względu na barwę indeksów oznaczającą spadek – przyp. W.L.), mówię tu o krachu, który wydarzył się w Japonii, w Polsce, w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Jest to początkiem pewnego rodzaju zmian ekonomicznych. I moją intencją jest pokazanie, że właśnie te rzeczy należy ze sobą łączyć: po pierwsze – kryzys, po drugie – krach, po trzecie – wojny, po czwarte – wprowadzenie nowych zasad: waluta cyfrowa, dochód gwarantowany, czyli powszechny, warunkowy gwarantowany dochód minimalny. – To są okoliczności, które nas w najbliższej przyszłości czekają.

x

Piekielnik, nie wiem czy świadomie, czy – nie, przemyca między wierszami pewne informacje, które nie pozostawiają złudzeń, kto tak naprawdę rządzi światem. No bo jeśli pisze, że jesteśmy prowadzeni w jakimś konkretnym kierunku i te gospodarki, no nie tak same z siebie się kurczą czy zapadają, tylko jest to pewien zorganizowany proceder, to nie pozostawia tu żadnych złudzeń, że wydarzenia na świecie dzieją się w sposób spontaniczny i niekontrolowany.

A skoro tak, to cała ta geopolityka i to wszystko, co mówią ci komentatorzy od geopolityki, to wszystko nie warte funta kłaków. Ale książki się sprzedają, kanały internetowe dostarczają dochodu i o to chodzi.

W pewnym momencie mówi: Niemniej coś mi podpowiada, że jest szykowany duży krach i problemy nie tylko gospodarek, ale także sektora finansowego, czyli banków, czego przedwiośnie mieliśmy rok temu.

W obu przypadkach mówi on w formie bezosobowej lub w stronie biernej: jesteśmy prowadzeni, jest szykowany, jest to pewien zorganizowany proceder. Kto nas prowadzi, kto szykuje, kto organizuje. O tym nie mówi, ale skoro w jednym ze swoich poprzednich komentarzy stwierdził, że prawie wszystkie banki należą do Żydów, to może uznał, że już nie trzeba o tym wspominać.

Według niego „cały ten zgiełk” (All That Jazz) – czyli kryzysy, krachy, wojny – jest po to, by wprowadzić walutę cyfrową i warunkowy gwarantowany dochód minimalny oraz pozbyć się długów. Walutę cyfrową i gwarantowany dochód można wprowadzić poprzez ogłoszenie pandemii. Jedną już mieliśmy i widzieliśmy, co można zrobić z ludźmi. Nikt nie zaprotestuje, bo to ci nieznani przełożeni władzy organizują wszelkie protesty. Długi można anulować. Kiedyś, dawno temu, władcy ogłaszali co 50 lat tzw. lata jubileuszowe, w czasie których anulowano wszelkie długi. Jednak ich anulowanie to powrót do stanu wyjściowego. Wojna jest faktycznie dobrym pretekstem do ich anulowania, bo po niej wyłania się nowa rzeczywistość, choć wcale tak nie musi być. Niemcy swoje długi sprzed drugiej wojny światowej spłacali jeszcze długo po jej zakończeniu.

Wojna jednak jest pretekstem do dokonania wielu zmian, których nie można by było dokonać w warunkach pokojowych. Dotyczy to zmiany granic niektórych państw i jest doskonałym pretekstem do przesiedleń ludności na dużą skalę. Po to były kolorowe rewolucje w Afryce, by uruchomić lawinę migrantów spływającą do Europy zachodniej. Dla wschodniej Europy, szczególnie dla Polski, zrobiono kolorową rewolucję na Ukrainie, a po niej wywołano lokalną wojnę. Efekt był taki, że do Polski napłynęła wielomilionowa fala „uchodźców” z Ukrainy.

Celem tych zabiegów ma być „ubogacenie” kulturowe Europy zachodniej, czyli tak naprawdę jej marginalizacja. W przypadku Polski też mamy do czynienia z podobnym ubogaceniem, bo niewykształcone w pełni w sensie językowym i narodowym społeczności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego powoli zaczynają dominować w życiu społecznym i gospodarczym tego kraju Zulu-Gula. Tym, co mnie wręcz zaszokowało, to cytat z Rzeczypospolitej. Nie wiem czy to słowa komentującego czy dosłowne powtórzenie, ale podejrzewam, że Piekielnik powtórzył za autorką artykułu cytowanego z tego dziennika:

„Okazuje się, że w Polsce nie ma bezrobocia, a są brakujące ręce do pracy. Rzeczpospolita na pierwszej stronie donosi o tym, że Polska jest bez rąk do pracy.”

W języku polskim to wypada napisać, że w Polsce brakuje rąk do pracy, że Polsce brak rąk do pracy. Ta autorka to Aleksandra Fandrejewska. Jeśli najbardziej prestiżowy dziennik w Polsce zatrudnia osoby, które nie znają języka polskiego, a przynajmniej jego składni, to czy to nie jest kraj Zulu-Gula? Nie ma w tym dzienniku miejsca dla Polaków, ale dla ludzi ze wschodu jest. Wiadomo, że zatrudnia się też lekarzy ze wschodu bez znajomości języka polskiego. Podejrzewam, że jest to zjawisko powszechne w „polskiej” gospodarce i kulturze. Mówiąc brutalnie; zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. Zabierają nam ostatnią rzecz, z którą możemy się utożsamiać – język. Zrobią z niego narzecze podobne do ukraińskiego i białoruskiego. To jest właśnie to ubogacenie kulturowe w przypadku Polski. Choć, tak po prawdzie, zaczęło się ono od unii personalnej z Litwą, trwającej od 1385 do 1569 roku. To w tym okresie jagiellońska dzicz rozkradła królewszczyzny Korony, z polskich chłopów zrobiła niewolników, a kiełkujące mieszczaństwo zdusiła w zarodku. O tym pisałem w blogach Jagiellonowie i Jak powstawał ustrój I RP.

Według mnie mamy do czynienia z przenoszeniem centrum świata do Chin, a to musi oznaczać osłabienie Stanów Zjednoczonych i Europy, bo to ta sama cywilizacja i kultura. Wszelkie te zmiany, które nam aplikują, te absurdy i idiotyzmy, to jest to skoncentrowany atak na Europę. Nie robią tego w Afryce czy Ameryce Południowej i Azji. Amerykę osłabi się poprzez stworzenie nowej waluty, w której będzie odbywać się rozliczanie wszelkich transakcji handlowych. Mam takie wrażenie, że unia europejska właśnie po to powstała, bo w przeciwnym wypadku trudno byłoby zmusić poszczególne państwa do stosowania się do wymogów unijnych. To wszystko oczywiście jest rozłożone w czasie, dlatego tak trudno zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi.

Epopeja narodowa

Jednym z elementów, które mają spajać narody i kształtować ich tożsamość, są eposy czy epopeje narodowe. Według Wikipedii epos czy epopeja narodowa to utwór literacki (epos) o istotnym znaczeniu dla narodu lub grupy społecznej, przedstawiający jego/jej dzieje w przełomowym momencie. Określenie to przyznawane jest zwykle jednemu dziełu literatury narodowej, które według materiałów historycznych czy tradycji ma najwierniej oddawać charakterystyczne dla epoki rysy narodu lub jego warstwy, osiągając jednocześnie wysoki stopień artyzmu.

Za pierwsze eposy narodowe uznano Iliadę oraz Odyseję spisane przez Homera. Przedstawiają one historie herosów walczących z przeciwnościami losu. Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona.

Polskie eposy narodowe

Polskie eposy narodowe mają swój początek od tłumaczenia Jerozolimy wyzwolonej Torquato Tasso przez Piotra Kochanowskiego w XVII wieku. Ze względu na częściową parafrazę stosowaną dla spolszczenia tekstu był on uważany za ważny prototyp dla przyszłych eposów. Pierwszą większą próbą stworzenia eposu narodowego była Lechiada Macieja Kazimierza Sarbiewskiego. Eposu poeta nigdy nie dokończył. Zachowała się tylko XI pieśń. Następnie Wacław Potocki napisał pierwszy polski epos narodowy – Transakcję wojny chocimskiej. Utwór ten tworzony w latach 1669–1672 został jednakże wydany po raz pierwszy w 1850 roku. Pierwsze znane w Polsce polskie eposy narodowe to Sobiesciada (1686) Jędrzeja Ustrzyckiego i Viennis (1717) Jana Damascena Kalińskiego. Oba dotyczą zwycięstwa wiedeńskiego króla Jana III Sobieskiego. Ambitną, ale zapomnianą próbą była Jagiellonida Dyzmy Bończa-Tomaszewskiego.

Następnym polskim eposem narodowym jest Pan Tadeusz Mickiewicza. Do eposów polskich zaliczają się również Monachomachia i Antymonachomachia Ignacego Krasickiego. Umownie polskimi eposami narodowymi nazywa się także dzieła prozy polskiej – między innymi Stara baśń Józefa Ignacego Kraszewskiego i Chłopi Władysława Stanisława Reymonta.

x

Mamy tu zatem do czynienia z istnym embarras du choix, jakby powiedzieli Francuzi, czyli kłopot z wyborem. Stary naród polski z epoki piastowskiej, z ledwie rozwijającym się mieszczaństwem i wolnymi chłopami, został w okresie unii personalnej z Litwą zlikwidowany: mieszczaństwo skarlało i było obcego pochodzenia, a z wolnych chłopów zrobiono niewolników. Narodem stawała się szlachta ze wschodnimi korzeniami. Tak więc epos narodowy musiał, chcąc nie chcąc, uwzględnić stan faktyczny. I tak powstał Pan Tadeusz, w którym, jak pisze Wikipedia, zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. No tak, istniało przecież Księstwo Warszawskie, które obejmowało prawie (bez Pomorza) całość ziem etnicznie polskich. Dla Mickiewicza to nie była jego ojczyzna, bo przecież pisał : Litwo, Ojczyzno moja! Tak naprawdę ten poemat to był kolejny etap, w sensie kulturowym, na drodze do podmiany rdzennego narodu polskiego społecznościami z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te społeczności charakteryzował brak świadomości narodowej. Ludzie na tym terenie mówili o sobie, że są tutejsi, a porozumiewali się ze sobą po naszemu, po swojemu. I to nadal trwa. Na wsiach południowej części województwa podlaskiego ludzie mówią po swojemu. Zajazd nad Narwią na trasie Białystok – Lublin jeszcze do niedawna nazywał się Zagłoba, a teraz nazywa się Chutor na Narwią. Hier dominiert die ukrainische Wirtschaft und der ukrainische Geist.

x

W związku z tym wypada bliżej przyjrzeć się genezie tego utworu. Wikipedia tak pisze:

Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie – poemat epicki Adama Mickiewicza wydany w dwóch tomach w 1834 w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego.

Ta epopeja narodowa (z elementami gawędy szlacheckiej) powstała w latach 1833–1834 w Paryżu. Składa się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem, trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim. Czas akcji: pięć dni z roku 1811 i jeden dzień z roku 1812.

Epopeja jest stałą pozycją na polskiej liście lektur szkolnych. W 2012 była publicznie odczytywana w akcji społecznej propagującej znajomość literatury polskiej Narodowe Czytanie Pana Tadeusza.

Okoliczności powstania utworu

Jesienią 1830 roku w Rzymie Adam Mickiewicz wysłuchiwał gawęd szlacheckich wygłaszanych przez hrabiego Henryka Rzewuskiego. Narratorem i głównym bohaterem gawęd Rzewuskiego był fikcyjny szlachcic z Litwy Seweryn Soplica a jego opowiadania w sposób niezwykle barwny opisywały życie szlacheckie z ostatnich lat Rzeczypospolitej. Mickiewicz zachwycił się gawędami Rzewuskiego i nakłonił go do spisywania jego opowieści, i to w takiej postaci, w jakiej były wygłaszane – bez jakiegoś zasadniczego przestylizowania. Pamiątki Soplicy zaczęły ukazywać się w tamtejszej prasie i zyskały duże uznanie kół emigracyjnych, zaś w 1839 roku ukazały się w formie książkowej.

Pamiątki Soplicy

Pamiątki Soplicy – zbiór gawęd szlacheckich autorstwa Henryka Rzewuskiego. Początkowo Rzewuski wygłaszał gawędy w salonach emigracyjnych, jednak dzięki zachętom Adama Mickiewicza zaczął je spisywać jesienią 1830 roku w Rzymie i wydawać w tamtejszej prasie. W formie książkowej pierwsze 20 części cyklu wydanych zostało w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego w latach 1839–1841 pod pełnym tytułem Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego. 5 kolejnych gawęd dodano w wydaniu wileńskim z lat 1844–1845, które ukazało się w wersji ocenzurowanej pod tytułem Pamiątki starego szlachcica litewskiego. Kontynuacją Pamiątek były niewydane za życia autora Uwagi o dawnej Polsce przez starego szlachcica Seweryna Soplicę Cześnika Parnawskiego napisane (wyd. 2003).

Narratorem gawęd jest fikcyjny bohater Seweryn Soplica, cześnik parnawski, opowiadający o osobach lub zdarzeniach z czasów Konfederacji barskiej i panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Soplica jest typowym przedstawicielem swojego środowiska, kieruje się typowym dla szlachty etosem, światopoglądem i poczuciem honoru. Te wartości są w gawędach rozumiane jako gwaranty ładu świata, który zagrożony może być jedynie przez to, co zagraniczne i obce.

Utwór Rzewuskiego, choć powstał jako pastisz i w dużej mierze przedstawiał fikcyjny obraz dawnej Polski, zdobył sobie znaczną popularność i entuzjazm odbiorców. Odwoływał się bowiem do tęsknoty za utraconymi czasami i pragnienia zachowania pamięci o przodkach i tradycjach narodowych.

x

Aleksander Jełowicki CR (ur. 18 grudnia 1804 w Hubniku, zm. 15 kwietnia 1877 w Rzymie) – polski pisarz, poeta, tłumacz i wydawca, uczestnik powstania listopadowego, poseł na sejm 1830–1831 roku z ziem zabranych z powiatu hajsyńskiego, emigrant we Francji, działacz społeczny, przełożony Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu, zakonnik. Jełowicki wydał własnym nakładem m.in. III część Dziadów (1832), Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego (1832) i Pana Tadeusza (1834) Adama Mickiewicza. W latach 1835–1838 z Eustachym Januszkiewiczem i Stefanem Dembowskim prowadził w Paryżu Drukarnię i Księgarnię Polską – pod firmą, „Jełowicki i S-ka”.

Henryk Rzewuski herbu Krzywda, pseudonim Jarosz Bejła (ur. 3 maja 1791 w Sławucie, zm. 28 lutego 1866 w Cudnowie) – polski arystokrata, hrabia, powieściopisarz i publicysta, wydawca prasowy, twórca gatunku literackiego gawędy szlacheckiej oraz prekursor w języku polskim powieści historycznej w stylu Waltera Scotta, wolnomularz.

Jełowicki urodził się na Ukrainie, podobnie Rzewuski. Najstarszy przodek Rzewuskiego, o którym wspomina Wikipedia, to Stanisław Beydo Rzewuski (ok. 1600, zm. przed 1668) – sędzia ziemski lwowski w latach 1655-1668, pisarz ziemski lwowski w latach 1653-1655, podstoli bracławski w 1641 roku, skarbnik halicki w latach 1638-1641. Był synem Krzysztofa, dziedzica wsi Dłużek koło Kamieńca Podolskiego. Stanisław jako pierwszy z rodziny osiadł na stałe w województwie ruskim.

x

Pierwsi czytelnicy Pana Tadeusza nie tylko nie określili utworu mianem epopei, ale nawet wyrażali swoje niezadowolenie z powodu niewielkiej ilości podniosłego tonu w utworze; uważano, że zawiera za dużo treści rubasznych. Zauważono także, że nie pojawia się w utworze żadna wielka postać historyczna (pojawienie się takiej osoby miało być zgodne z kanonami eposu). O chłodnym przyjęciu dzieła świadczą także liczby: Dziady cz. III wydrukowano w dwóch tysiącach egzemplarzy, które zostały sprzedane w ciągu roku, natomiast pierwsze wydanie Pana Tadeusza przygotowano w trzech tysiącach egzemplarzy, które zalegały potem na księgarskich półkach. Dwa lata po publikacji Pana Tadeusza pojawiła się entuzjastyczna recenzja Wilhelma Häringa, który jako pierwszy określił utwór mianem epopei:

To najnowsze dzieło Mickiewicza jest doskonałym poematem epickim, dziełem, którego forma jest nam obca, ale istota odpowiada najsurowszym wymogom stawianym przez naszą krytykę estetyczną eposowi, a mianowicie jego najwyższej, a według innych jedynej odmianie. „Pan Tadeusz” przynosi bowiem pełny zamknięty obraz określonego narodu i jego specyficznych cech w określonej epoce; ciągłą interesującą akcję z bogatymi epizodami, z równie ciekawym, jak i pouczającym spojrzeniem wstecz na historyczną przeszłość; mistrzowskie soczyste i pełne opisy miejsc, stosunków; zwyczajów; plastyczny obraz martwej, jak i żywej natury i do tego charakterystykę tak odważną, trafną, uzależnioną od nastroju (…). Nie brak temu bohaterskiemu poematowi, a takim on jest, pięknych, idyllicznych rysów; a narodowej tej epopei, w której poeta wytyczył sobie piękny cel uchwycenia w poetyckich obrazach pewnej właściwości narodowej, tam, gdzie nawet najbardziej płomienny duch twórcy nie zostanie poetą. W poemacie tym znajduję całkiem oryginalną samorodną formę, która stary epos splata z powieścią; wreszcie w istnieniu tego poematu znajduję dowód, że można jeszcze dziś tworzyć epopeje.

Status arcydzieła literatury polskiej oraz eposu narodowego Pan Tadeusz uzyskał po 1863 roku. W 1873 roku ukazała się pierwsza monografia dzieła, w której jej autor – Hugo Zathey – ocenił bardzo wysoko utwór Mickiewicza. Praca ta wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza.

x

Skoro praca ta, Uwagi nad Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza, wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy, to warto przytoczyć dwa jej fragmenty:

„Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Młody, dzielny, pełen zapału, odważny, przedsiębiorczy i szanowany powszechnie, postrach sąsiadom i wrogom, później powikłany w nieszczęsne, prywatne, osobiste stosunki, zbrodniarz samowolny – skutkiem zbrodni pokutnik, wygnaniec, tułacz, jedyne uspokojenie znajduje w poświęceniu beznagrodnem, w zaparciu się siebie, w zadośćuczynieniu za krzywdy i grzechy i, umierając spokojnie, widzi dopiero błyskającą jutrzenkę swobody. Czyż to nie jest dola całego narodu? Niegdyś świetność, później zawinienie rozbujałość i grzech – to przyczyna jego upadku, poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli!”

„Charakterystyczna jest bowiem, że tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo. I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności. Ztąd też na każdej niemal karcie czy to historyi politycznej ostatnich czasów, czy też dziejów literatury spotykamy cudzoziemskie nazwiska. Sprzeczność pomiędzy żywem, porywczem i nietrwałem uosobieniem szlachty a systematycznością i zamiłowaniem do pewnego stałego porządku we wszystkiem tych cudzoziemców spolszczonych – wybornie zarysował poeta, z wielkim życiem i prawdą, choć tak niby dorywczo i nawiasowo. Ta krótkość czasu, co wiecznie stała na zawadzie, że nie stało się zadość Buchmanowej radzie – sprawia wrażenie komiczne, bez wzgardy charakteryzuje szlachtę a bez kaznodziejskiego tonu wskazuje na zbywający jej namysł i rozwagę, tak potrzebną we wszystkich nawet najgorętszych i najświętszych przedsięwzięciach.”

x

Mamy więc początkowo do czynienia z sytuacją, że Pan Tadeusz zostaje przyjęty chłodno, żeby nie powiedzieć krytycznie. Dopiero gdy niemiecki literat wypowiedział się entuzjastycznie, to nastąpiła zmiana. No bo jak ktoś z Zachodu powiedział, że to wielkie dzieło, to chyba tak było. Jednak zacytowany przeze mnie fragment dowodzi, że to zwykłe wodolejstwo. Pisze on, że utwór ten przedstawia pełny obraz narodu w pewnej epoce. Jeśli obraz zaściankowej szlachty litewskiej ma być pełnym obrazem narodu, to co zresztą, która stanowiła 90% populacji zamieszkującej tereny byłej Rzeczypospolitej? Skoro jednak większość obecnego społeczeństwa tego kraju wywodzi się z tych 90%, to czy dla niej, dla tej większości, może to być epos narodowy? Choćby z tego względu nie może nim być.

Drugą osobą, która w znacznym stopniu przyczyniła się do podniesienia utworu Mickiewicza do rangi epopei narodowej, był Hugo Zathey (1846-1896). Dosyć zagadkowa postać, bo chociaż jego praca na temat Pana Tadeusza jest dostępna w internecie, to o nim samym nie ma prawie żadnych informacji. Na jego nagrobku na Cmentarzu Rakowickim można przeczytać: Doktor Filozofii Dyrektor Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie. W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga jest tylko informacja, że był polskim filologiem i historykiem literatury. Zadziwiająco mało jak na człowieka, który pierwszy dokonał gruntownej analizy tego dzieła Mickiewicza. I to ta monografia miała duży, a może największy, wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza. Tak więc dwaj obcokrajowcy powiedzieli nam, że grafomaństwo ubrane w piękne słówka, to wielkie dzieło i tak zostało. Co chcą ukryć ci, którzy nie chcą nam powiedzieć, kim był Hugo Zathey?

Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. – Pisze Zathey. Mocno to naciągane, żeby nie powiedzieć dobitniej. A dalej: …poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli! – Powstanie styczniowe i warszawskie się kłania. Nóż otwiera się w kieszeni na takie dictum.

Jednak w drugim fragmencie jest coś, co powinni sobie przyswoić wszyscy apologeci I RP i jej stanu szlacheckiego: „I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności.” Pisze on, że to Polacy, ale przecież to była zaściankowa szlachta litewska czy ogólniej – kresowa, a więc nie Polacy, tylko Litwini, Białorusini i Ukraińcy.

Pisze też Zathey, że „tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo”. – Bzdura, kłamstwo i obłuda. Przyjeżdżali wraz z zaborczą administracją, zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska i żyli dostatnio.

Tak więc kresowe towarzystwo wzajemnej adoracji: Mickiewicz, Rzewuski i Jełowicki – wypichciło epos narodowy. Tylko, którego narodu? Rzewuski skompilował opowiadania kresowych gawędziarzy i pewnie mitomanów, Mickiewicz ubrał to w piękne słówka, a Jełowicki – wydał. Nikt tego nie chciał czytać, więc zaangażowano obcokrajowców, by napisali, że to wielkie dzieło. No, a jak tak napisali, to zaściankowa reszta podchwyciła rytm.

Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. – Pisze Wikipedia. Rosjanie mają dwa takie eposy. Jednym z nich jest Słowo o wyprawie Igora. Akcja utworu rozgrywa się w XII wieku podczas wyprawy Igora Światosławowicza, księcia Nowogrodu Siewierskiego, przeciw Połowcom. To takie plemię o tureckich korzeniach. Nowogród Siewierski to miasto położone około 150 km na północ od Kijowa. Drugim – Wojna i pokój. To powieść, której akcja toczy się w czasie wojen napoleońskich. W tym wypadku cały naród rosyjski walczył z Napoleonem. I dlatego powieść ta może być uznana za epos narodowy. W przypadku Pana Tadeusza ten warunek nie jest spełniony. Czy wykreowanie tego poematu na epopeję narodową nie miało na celu wbicia wiecznej zadry w stosunki polsko-rosyjskie? Nie polskie ręce to uczyniły.

Ostatnia Wieczerza

Ostatnio głośno zrobiło się wokół profanacji Ostatniej Wieczerzy dokonanej podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Niektórzy z internetowych komentatorów twierdzą, że jest to ostateczny atak na chrześcijaństwo, inni – że jest to prowokacja, mająca na celu wywołanie fermentu społecznego i dalsze polaryzowanie społeczeństw na całym świecie. Wobec tego wypada sobie zadać pytanie: czy warto reagować na takie prowokacje? Gdyby nie było reakcji na nie, to może umarłyby one śmiercią naturalną. Kościół katolicki jest w stanie całkowitego rozkładu i chyba nic już nie jest w stanie mu pomóc. Czy zatem te prowokacje i te protesty nie wychodzą z tego samego źródła? Trudno to oczywiście udowodnić. Może więc jest to dobra okazja, by przybliżyć sobie to wybitne dzieło i zastanowić się nad tym, czym ono sobie zasłużyło na takie miano i dlaczego jest tak ważne dla naszej kultury. Na początek parę informacji z Wikipedii.

Źródło: Wikipedia. Judasz – czwarty od lewej.

Ostatnia Wieczerza (wł. Il Cenacolo lub L’Ultima Cena) – malowidło ścienne autorstwa Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę, wykonane w refektarzu (jadalni) klasztoru dominikanów przy bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Obok Mona Lisy uchodzi za jeden z najwybitniejszych obrazów Leonarda da Vinci. Brytyjski historyk sztuki Kenneth Clark nazwał malowidło filarem europejskiej sztuki, zaś polska historyk sztuki Antonina Vallentin opisała dzieło jako kanon nowego ujęcia piękna i elementarz dla przyszłych pokoleń artystów.

Okoliczności powstania malowidła

Malowidło powstało na zamówienie księcia Mediolanu Ludwika Sforzy. Władca planował przebudować kompleks kościelno-klasztorny w mauzoleum Sforzów, jednak zrezygnował z tych planów po nagłych zgonach żony Beatrice i córki Bianki w 1497 roku. Malowidło miało stanowić główny element mauzoleum. Nie wiadomo, kiedy Ludwik Sforza zlecił wykonanie dzieła. Sam pomysł Ostatniej Wieczerzy Leonardo opracował ok. 1482 roku podczas prac nad Pokłonem Trzech Króli.

Leonardo malował obraz między 1494 lub 1495 a 1498 rokiem. Według relacji Giorgio Vasariego Leonardo da Vinci pracował nad malowidłem nieregularnie. Mając gotową wizję potrafił pracować przez kilkanaście godzin dziennie, zapominając o przerwie na posiłek. Po okresie ciężkiej pracy przez dłuższy czas nie malował, ograniczając swoją pracę do obserwowania obrazu i szukania najlepszych rozwiązań. Zdarzało mu się również nagle biec do klasztoru, by dokonać drobnych poprawek. Wolne tempo prac nad fryzami dekoracyjnymi dookoła malowidła wiązały się z prowadzonymi wówczas przez Leonarda studiami matematycznymi. Prace nad obrazem śledzili na bieżąco duchowni i mieszkańcy Mediolanu. Leonardo słuchał krytycznych uwag ze strony obserwujących i niekiedy dostosowywał się do nich.

Odbiór obrazu w kulturze

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. Niektóre nawiązania tworzone są z potrzeby szokowania odbiorcy, np. wykorzystując ten motyw dla ilustracji targów erotycznych, z użyciem gadżetów i fetyszy, część z nich jest celowo bluźniercza. Modyfikacjom towarzyszy mniejsza lub większa wierność w stosunku do oryginału. Tym, co podlega wiernemu kopiowaniu, są m.in.: liczba postaci, ich gesty, symetryczne ułożenie postaci, a także dodatkowe przedmioty, których nie ma na obrazie oryginalnym: trzymany przez Jezusa kielich (zastępowany innymi elementami kulturowymi), aureole.

Susan Dorothea White bazując na dziele Leonarda da Vinci namalowała obraz „Pierwsza Wieczerza” (ang. The First Supper). Sparodiowała ona pierwowzór poprzez zastąpienie 13 białych mężczyzn kobietami o zróżnicowanym pochodzeniu, co odzwierciedlają ich stroje oraz karnacja, a w szczególności, w miejscu Jezusa namalowała czarnoskórą kobietę. Jak sama stwierdziła, jej obraz reprezentuje bezpośrednie wyzwanie dla akceptacji wizerunku trzynastu mężczyzn po jednej stronie stołu jako wychwalanego symbolu patriarchalnej religii.

x

W dzisiejszym świecie rządzący nim robią wszystko, by doprowadzić nas do stanu zdziczenia. Temu m.in. służą tego typu inscenizacje, jak ta w Paryżu. Dlatego w ramach odreagowania chciałbym zacytować, na zasadzie kontrastu, fragment z książki O sztuce (REBIS, 2009). Jej autor E.H. Gombrich (1909-2001) urodził się w Wiedniu, ale większość życia spędził w Anglii. To chyba najwybitniejszy historyk sztuki XX wieku. Poniżej jego spojrzenie na Ostatnią Wieczerzę.

x

Dziwnym trafem prace, które w niewielkiej liczbie Leonardo ukończył w wieku dojrzałym, zachowały się w bardzo złym stanie. Kiedy patrzymy na to, co pozostało ze słynnego malowidła ściennego przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę, musimy starać się wyobrazić sobie, jak jawiło się ono zakonnikom, dla których zostało namalowane. Obraz pokrywa jedną ścianę prostokątnej sali służącej za refektarz klasztoru Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Jakże fascynujący był moment odsłonięcia malowidła, kiedy obok długich stołów, przy których siedzieli zakonnicy, pojawił się stół Chrystusa i apostołów. Nigdy przedtem żadna scena religijna nie wydawała się tak bliska i tak realistyczna. Refektarz jakby powiększył się o drugą salę, gdzie Ostatnia Wieczerza przyjęła widzialną formę. Jakże wyraźnie światło padało na stół, dodając postaciom krągłości i solidności. Być może zakonnicy byli w pierwszej chwili zaskoczeni realizmem, z jakim przedstawiono wszystkie detale, naczynia oraz fałdy draperii. Wówczas, tak jak i obecnie, laicy często osądzali dzieła sztuki na podstawie ich podobieństwa do rzeczywistości. Taka była jednak prawdopodobnie tylko pierwsza reakcja. Należy przypuszczać, że kiedy minął zachwyt niezwykłą iluzją rzeczywistości, zakonnicy zwrócili uwagę na sposób, w jaki Leonardo zaprezentował biblijną scenę. Nic w tej pracy nie przypominało wcześniejszych przedstawień tego tematu. W tradycyjnych wersjach apostołowie siedzieli rzędem za stołem – jedynie Judasz oddzielony był od reszty – podczas gdy Chrystus pełen spokoju udzielał Najświętszego Sakramentu. Nowy obraz bardzo różnił się od tamtych malowideł. Był w nim dramatyzm i coś elektryzującego. Tak jak wcześniej Giotto, Leonardo powrócił do tekstu Pisma Świętego, starając się wyobrazić sobie, jak to było, kiedy Chrystus powiedział: „«Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie wyda». Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»” (Ewangelia wg św. Mateusza 26,21-22). Św. Jan dodawał, że „Jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: «Kto to jest? O kim mówi?»” (Ewangelia wg św. Jana 13,23-24). To właśnie owe pytania i gesty rąk wprowadzają ruch do całej sceny. Chrystus dopiero co wypowiedział tragiczne słowa, a zgromadzeni u Jego boku apostołowie cofają się przerażeni. Niektórzy zdają się zapewniać o swoim oddaniu i niewinności, inni z powagą zastanawiają się, kogo Pan mógł mieć na myśli, jeszcze inni zdają się spoglądać ku Niemu w oczekiwaniu wyjaśnienia. Św. Piotr, najbardziej porywczy z apostołów, śpieszy ku św. Janowi, siedzącemu po prawej stronie Jezusa. Szepcąc mu coś do ucha, mimowolnie odsłania postać Judasza. On nie jest oddzielony od reszty, mimo to wydaje się odizolowany. Nie wykonuje żadnych gestów i nie zadaje pytań. Pochyla się do przodu, patrząc podejrzliwie lub ze złością, tworząc kontrast z postacią Chrystusa, który spokojny i zrezygnowany siedzi pośród całej tej wrzawy. Ciekawe, ile trzeba było czasu, by pierwsi widzowie uświadomili sobie, jakiego wielkiego mistrzostwa trzeba, by zapanować nad dramatyczną akcją tego wydarzenia. Mimo poruszenia, jakie wywołały słowa Chrystusa, w obrazie nie ma nic z chaosu. Dwunastu apostołów zdaje się w naturalny sposób dzielić na cztery trzyosobowe grupy, połączone ze sobą gestami i pozą. W całej tej różnorodności jest tyle porządku, a w całym porządku tyle różnorodności, że mamy tu prawie niewyczerpane możliwości harmonijnego wzajemnego oddziaływania odpowiadających sobie ruchów. (…) Jeśli na chwilę zapomnimy, co przedstawia scena, i tak możemy podziwiać piękno powstałego układu postaci. Wydaje się, że kompozycja ma charakterystyczną dla obrazów gotyckich naturalną równowagę i harmonię, którą próbowali przywrócić sztuce – każdy na swój sposób – artyści tacy jak Rogier van der Weyden i Botticelli. Leonardo nie musiał poświęcać poprawności rysunku ani dokładności obserwacji w imię zasad formalnych. Jeśli zapomnimy o pięknie kompozycji, staniemy nagle wobec rzeczywistości równie przekonującej i uderzającej jak to, co widzieliśmy w pracach Masaccia i Donatella. Ale także to osiągnięcie dotyka zaledwie prawdziwej wielkości dzieła Leonarda. Sięgając daleko poza takie kwestie warsztatowe, jak kompozycja i rysunek, musimy podziwiać głęboką wnikliwość, z jaką artysta przedstawił zachowanie i reakcje ludzi, oraz siłę wyobraźni pozwalającą mu rozwinąć przed naszymi oczami tę scenę. Naoczny świadek mówi, że często widywał Leonarda przy pracy nad Ostatnią Wieczerzą. Artysta wchodził na rusztowanie i nim wykonał następny ruch pędzlem, całe dnie stał z założonymi rękami, przyglądając się krytycznie już wykonanej pracy. To właśnie wynik owych przemyśleń pozostawił nam w spadku, a Ostatnia Wieczerza, mimo iż zachowała się w bardzo złym stanie, nadal pozostaje jednym z wielkich cudów, jakich dokonał ludzki geniusz.

x

Ostatnia Wieczerza to z jednej strony symbol chrześcijaństwa, z drugiej – dzieło sztuki. Dla chrześcijan jest to wyjątkowy obraz, bo ilustruje powstanie chrześcijaństwa. A skoro tak, to wszyscy ci, którzy parodiują czy profanują to dzieło, obrażają uczucia religijne innych ludzi. I żadne tłumaczenie, że jest to wyraz artystycznej ekspresji, nie usprawiedliwia takiego działania. Obrażanie ludzkich uczuć, bardzo delikatnych, jest przejawem prymitywizmu i prostactwa. Tego robić nie należy. W takiej sytuacji jedynym rozsądnym zachowaniem wobec tego typu ekscesów jest zignorowanie ich, bo czynią to osobnicy, którzy na miano ludzi nie zasługują. A dyskusja z troglodytami nie ma sensu. Piszę to jako ateista, który jest przeciwnikiem wszelkich wyznań i religii, bo są one instrumentem skłócania ludzi wierzących. I prawdopodobnie dlatego podzielono chrześcijaństwo na wrogie sobie wyznania. A kto to zrobił? Pewnie ten, kto to chrześcijaństwo wymyślił.

Jednak Ostatnia Wieczerza to też dzieło sztuki, wybitne dzieło sztuki. Dlaczego? To chyba dobrze uzasadnił Gombrich w cytowanym fragmencie. Jednak ktoś, kto nie interesuje się malarstwem, może nie rozumieć, dlaczego uznano to za wybitne dzieło. To staje się oczywiste dopiero wtedy, gdy porówna się je z obrazami, które wcześniej malowano. Leonardo ukończył pracę nad swym dziełem w 1498 roku, a więc było to na przełomie średniowiecza i renesansu. Średniowiecze to okres potęgi Kościoła, a do wiernych, niepiśmiennych, najłatwiej było dotrzeć poprzez obraz. Ówcześni malarze dostawali zlecenia na malowanie scen religijnych. Były to zazwyczaj kompozycje statyczne, często był widoczny brak proporcji pomiędzy pierwszym planem a tłem, malarze nie potrafili oddać perspektywy. Gdy więc dziś patrzymy na te obrazy, to wydają się nam one dziwne. W przypadku Ostatniej Wieczerzy mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym: kompozycja nie jest statyczna, widać ruch, widać perspektywę. Obraz został namalowany na ścianie refektarza i sprawiał wrażenie, jakby pojawiła się druga sala, właśnie za sprawą perspektywy. To powoduje, że ten obraz jest wyjątkowy, tylko że to wszystko widać, gdy stoi się w tym refektarzu. Ci którzy parodiują i ci, którym to się podoba, nie mają zielonego pojęcia o tym kontekście. No, ale przecież od troglodytów nie można za wiele wymagać.

x

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. – pisze Wikipedia.

Ostatnia Wieczerza – Maciej Świeszewski; https://www.swieszewski.com/pl/ostatnia-wieczerza.

Od 21 marca 2016 roku obraz wisi w hali przylotów gdańskiego Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy, gdzie jest dostępny dla publiczności. Pod koniec 2022 roku obraz został uznany przez Tygodnik POLITYKA za jedno z dziesięciu najważniejszych dzieł sztuki ostatniego trzydziestolecia. – To informacja z podlinkowanej powyżej strony. Dla tego tygodnika to dzieło sztuki, a dla mnie to kicz. Czy można jednak przedstawić Ostatnią Wieczerzę inaczej? Można.

Na podlinkowanej stronie można przeczytać:

„Ostatnia Wieczerza” Salvadora Dali to dzieło niezwykle symetryczne, starannie przemyślane i dopracowane w najmniejszych detalach. Jezus jest tu główną postacią, o czym świadczą chociażby: umieszczenie go w centralnym punkcie obrazu czy otoczenie jasną poświatą wschodzącego słońca. Boskość i  nadprzyrodzona istota objawiają się na obrazie podwójnie  – poprzez nadnaturalną, przejrzystą postać Chrystusa siedzącego przy stole oraz gigantyczny, surrealistyczny fragment tułowia wynurzający się z wody jeziora często interpretowany jako symbol i zapowiedź zmartwychwstawania. Apostołowie skupieni wokół stołu z pochylonymi głowami wydają się modlić, nie widzimy jednak ich twarzy. Charakterystyczny jest również fakt, że nie ma przed nimi pokarmów ani wina.

x

Jak mówi chińskie przysłowie: jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Różnica pomiędzy dziełem sztuki a kiczem jest tak wyraźna, że nie wiem czy można tu jeszcze coś dodać. Leonardo miał swoją wizję Ostatniej Wieczerzy, a Dali – swoją. Wersja tego ostatniego jest taką uwspółcześnioną i być może na wielu robiącą większe wrażenie, niż ta Leonarda. I to jest prawdziwa sztuka. A troglodyci niech się bawią modyfikacjami, jak pisze Wikipedia.

Imperia

Wszystko się zmienia. Jedyną niezmienną rzeczą na tym świecie jest ciągła zmiana. To prawo dotyczy również imperiów, które pojawiały się, upadały i zastępowały je nowe. W dniu 24 lipca Tomasz Piekielnik zasugerował na swoim kanale, że dochodzi do osłabienia pozycji Stanów Zjednoczonych jako hegemona i świat zmierza w kierunku wielobiegunowości. A może jest to tylko etap na drodze do pojawienia się nowego imperium, nowego hegemona – Chin. Jednak na początku, tak pomiędzy 2.30 a 10.55, Piekielnik powiedział coś ciekawego, co warto przytoczyć. Poniżej niedosłowny zapis fragmentów tej wypowiedzi.

Okazuje się, że szef tej dyplomacji (ukraińskiej) jest w Chinach. Rozmawia on tam… no właśnie! O czym on tam może rozmawiać z Chińczykami? O warunkach ewentualnego rozejmu, ewentualnego pokoju. Ale to pokazuje jeszcze coś innego. To pokazuje, że Chiny stają się coraz bardziej jawnym graczem na arenie międzynarodowej, że w tej chwili delegacje różnych państw skonfliktowanych, to nie tylko będą telefonować, umawiając się na audiencję w Waszyngtonie z prezydentami Stanów Zjednoczonych, ale w kwestiach istotnych dla bezpieczeństwa międzynarodowego, trzeba będzie pewne rzeczy ustalać z Chinami. Premier Victor Orban udał się z misją pokojową, po wizycie u Zełeńskiego i Putina, do Chin, a nie do Waszyngtonu. (…) Przed nami otwiera się wielobiegunowość świata, a byliśmy przyzwyczajeni do jednobiegunowego świata i Amerykanie mieli ostatnie słowo we wszelkich sprawach międzynarodowych.

Syjonizm to jest ruch żydowski, polegający na tym, aby Żydzi osiedlili się w tej swojej historycznej lokalizacji, objęli Jerozolimę za swoja stolicę. (…) Ruch syjonistyczny ma w swojej doktrynie gromadzenie funduszy na ten cel. No i jak Państwo wiecie nacja, o której mówimy, jest właścicielem, ktoś mógłby to powiedzieć, całego kapitału świata – powiedzmy prawie całego. Gdyby tak popatrzeć po nazwiskach osób, rodów, rodzin, będących właścicielami banków, Hollywood, firm medialnych, firm inwestycyjnych, największych banków, to rzeczywiście to się w ten sposób jasno okaże.

(…) Tym bardziej, że o wspomnianych nazwiskach, rodach czy generalnie nacji, gdy mówiłem, to też musicie Państwo wiedzieć, że np. amerykański przemysł zbrojeniowy, takie firmy jak choćby Lockheed Martin i firmy, które produkują rakiety, uzbrojenie są właśnie w dużej części w portfelu takich firm jak Vanguard, State Street, BlackRock. No i cóż, tylko pochwalić zdolności gromadzenia kapitału, choć różnymi sposobami, metodami i wzajemne wspieranie się. Życzyłbym sobie, żeby Polacy wszędzie tak się wspierali, jak ta nacja. Bylibyśmy wtedy,myślę, bardzo potężnym państwem. I wiedzielibyśmy, że na swoje władze trzeba wybierać rozsądnie czy rozsądnych i mądrych ludzi, którzy dbają o polski interes narodowy, a nie o czyjś inny.

x

Można zatem powiedzieć, że Piekielnik w paru zdaniach oddał istotę żydostwa: panowanie nad światem dzięki monopolowi na emisję pieniądza i wzajemnemu wspieraniu się. Jeśli więc firmy zbrojeniowe są zależne od żydowskiego kapitału, to nie ulega wątpliwości, że o wojnie czy pokoju decydują Żydzi. Mając monopol na emisję pieniądza decydują oni o wszystkim. Czy w takim razie decydują oni także o powstawaniu imperiów i ich znikaniu? Czy tworzenie z Chin fabryki świata i centrum światowego handu to ich dzieło?

Najlepszą powieścią napisaną w języku polskim jest Faraon Bolesława Prusa i może jeszcze Quo vadis, a to ze względu na jej uniwersalność, ponadczasowość i tematykę, która może zainteresować czytelników pod każdą szerokością geograficzną, w odróżnieniu od kresowego grafomaństwa, które zdominowało literaturę polską i jest do strawienia tylko przez ludzi z kresowymi korzeniami, a więc literatura zaściankowa. Pan Tadeusz Litwina Mickiewicza, to tylko forma, owszem piękna, ale nie ma tam treści – takie pierdu-pierdu. We wstępie do swojej powieści (cytuję wydanie PIW, 1957) Prus pisze:

Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swojego od obcego, przyczynił się do utrzymania narodowej jedności silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.

Faraon rządził państwem przy pomocy armii stałej i milicji czy policji tudzież mnóstwa urzędników, z których powoli utworzyła się arystokracja rodowa. Tytularnie był on prawodawcą, naczelnym wodzem, najbogatszym właścicielem, najwyższym sędzią, kapłanem, a nawet synem bożym i bogiem. Cześć boską odbierał nie tylko od ludu i urzędników, ale niekiedy sam sobie stawiał ołtarze i przed swymi własnymi wizerunkami palił kadzidła.

Obok faraonów, a bardzo często ponad nimi stali kapłani: był to zakon mędrców kierujący losami kraju.

Dziś prawie nie można wyobrazić sobie nadzwyczajnej roli, jaką stan kapłański odegrywał w Egipcie. Byli oni nauczycielami młodych pokoleń, wróżbitami, a więc doradcami ludzi dorosłych, sędziami zmarłych, którym ich wola i wiedza gwarantowała nieśmiertelność. Nie tylko spełniali drobiazgowe obrządki religijne przy bogach i faraonach, ale jeszcze leczyli chorych jako lekarze, wpływali na bieg robót publicznych jako inżynierowie tudzież na politykę jako astrologowie, a nade wszystko – znawcy własnego kraju i sąsiadów.

W historii Egiptu pierwszorzędne znaczenie mają stosunki, jakie istniały między stanem kapłańskim a faraonami. Najczęściej faraon ulegał kapłanom, składał bogom hojne ofiary i wznosił świątynie. Wówczas żył długo, a jego imię i wizerunki, ryte na pomnikach, przechodziły od pokolenia do pokolenia, pełne chwały. Wielu jednak faraonów panowało krótko, a niektórych znikały nie tylko czyny, ale nawet nazwiska. Parę razy zaś trafiło się, że upadała dynastia, a klaff, czapkę faraonów otoczoną wężem, przywdziewał kapłan.

Egipt rozwijał się, dopóki jednolity naród, energiczni królowie i mądrzy kapłani współdziałali sobie dla pomyślności ogółu. Lecz nadeszła epoka, że lud skutkiem wojen zmniejszył się liczebnie, w uścisku i zdzierstwie utracił siły, napływ zaś obcych przybyszów podkopał rasową jedność. A gdy jeszcze w powodzi azjatyckiego zbytku utonęła energia faraonów i mądrość kapłanów, i dwie te potęgi rozpoczęły między sobą walkę o monopol obdzierania ludu, wówczas Egipt dostał się pod władzę cudzoziemców, i światło cywilizacji przez kilka tysięcy lat płonące nad Nilem – zgasło.

x

W tym krótkim fragmencie jest wszystko, czego obecnie doświadczamy. Nawet tzw. deep state funkcjonowało w tamtym czasie. Wskutek wojen i napływu obcych przybyszów nastąpił schyłek potęgi Egiptu. Rzym również upadł wskutek wojen i najazdu barbarzyńców. Tylko jakoś tak dziwnie złożyło się, że upadła zachodnia część Imperium Rzymskiego, a wschodnia przetrwała jeszcze 1000 lat. Jakoś tak wybiórczo dopadł kryzys to Imperium. Natomiast po upadku części wschodniej pojawiają się dwa globalne już imperia – portugalskie i hiszpańskie. Oba położone na ziemiach byłego Imperium Rzymskiego. Jak to się stało, że z peryferyjnych prowincji Rzymu powstały potęgi morskie?

O Imperium Portugalskim Wikipedia tak m.in. pisze:

Portugalia była pierwszym na świecie państwem prowadzącym politykę kolonialną (od 1415). Wraz z zakończeniem rekonkwisty w prowincjach Algarve i Alentejo, kraj ten kontynuował ekspansję chrześcijaństwa poprzez eksplorację wybrzeży Afryki. W połowie XVI wieku to niewielkie królestwo było liderem globalnego handlu.

Ustanowienie pokoju z Kastylią w 1411 rozpoczęło długi okres wyjątkowo korzystnej sytuacji międzynarodowej. Południową część Półwyspu Iberyjskiego wciąż zajmował Emirat Grenady, skutecznie blokujący zapędy kolonialne najgroźniejszego konkurenta Portugalii. Ekspansję terytorialną kraju zapoczątkowało zdobycie Ceuty w 1415 i odkrycie bezludnych wysp Madery (1418) i Azorów (1432). Przyczyną takiej polityki był między innymi wysoki przyrost naturalny i brak alternatywnych możliwości rozwoju. Założona około 1416 roku we wsi Sagres Szkoła Morska Henryka Żeglarza to pierwsza tego typu placówka na świecie, która przyciągnęła wybitnych uczonych z prestiżowych studia generalia. Pobliski Przylądek św. Wincentego był wówczas uważany za koniec znanego Europejczykom świata. Wyprawy, finansowane w dużej mierze z kasy Zakonu Rycerzy Chrystusa (którego Henryk był wielkim mistrzem), miały na celu eksplorację zachodnich wybrzeży dzisiejszego Maroka i Mauretanii. Liczono na pokaźne zyski z handlu niewolnikami, kością słoniową i pieprzem. W tym samym czasie Madera i Azory, jako posiadłości portugalskie, zostały zaludnione skazańcami, którzy zapoczątkowali tam uprawę roli.

Zakon Rycerzy Chrystusa (łac. Militia Domini Nostri Jesu Christi). Na mocy bulli papieskiej z 1319 zakon przejął majątek templariuszy w Portugalii. Główną siedzibę miał początkowo w Castro Marim, a następnie w 1357 siedzibę przeniósł do dawnego głównego zamku portugalskich templariuszy w Tomarze – do tamtejszego Klasztoru Zakonu Chrystusa. Pierwszy mistrz zakonu wywodził się z zakonu Avis, ale szeregowymi członkami w pierwszym pokoleniu byli dawni templariusze. Zakon przyjął regułę Kalatrawy i duchowe przewodnictwo opactwa cysterskiego w Alcobaça. Strój zakonny był koloru białego.

Zakon odgrywał ważną rolę w Portugalii, jego majątek był wykorzystywany do finansowania wypraw zamorskich, a jego członkowie brali udział w wielkich odkryciach geograficznych oraz przyczynili się do budowy portugalskiego imperium kolonialnego. Do zakonu należeli m.in. książę Henryk Żeglarz oraz przyszły król Portugalii Jan II. Na początku XVI w. zakon miał 454 komandorii w Portugalii, Afryce i Indiach.

Wielu żeglarzy (m.in. Diogo Cão i Dinis Dias) poświęciło się badaniom wybrzeży Afryki. W 1446 roku drugi z nich dotarł do Wysp Zielonego Przylądka, które mianował portugalską kolonią. W latach 1484–1485 mało wówczas znany Krzysztof Kolumb kilkakrotnie pisał do ówczesnego króla, Jana II. Po konsultacji z grupą doradców (Junta dos Mathemáticos) monarcha odrzucił jednak na początku 1485 roku propozycję zorganizowania wyprawy z Europy przez Ocean Atlantycki na zachód do Indii. Kontynuowano zamiar opłynięcia Czarnego Lądu. W 1488 roku silny sztorm zepchnął karawele Bartolomeu Diasa do wybrzeży dzisiejszego RPA. Odkryty skrawek lądu nazwano Przylądkiem Burz. Żeglarz chciał płynąć dalej, jednak bunt załogi zmusił go do powrotu, cypel przemianowano zaś wkrótce na Przylądek Dobrej Nadziei (Cabo da Boa Esperança).

Najdalej idącym skutkiem królewskiej polityki była słynna wyprawa Vasco da Gamy z lat 1497–1499, który korzystając z utartych przez swoich poprzedników szlaków dotarł drogą morską do hinduskiego portu Kalikat. Mało znany jest polski epizod tej przełomowej dla Europy ekspedycji w osobie przybranego syna Vasco i ulubieńca późniejszego króla Manuela I, niejakiego Gaspara da Gamy – poznańskiego Żyda w służbie Portugalii. Niewielki ładunek pieprzu, przywieziony z tej wyprawy pozwolił na wybudowanie w lizbońskiej dzielnicy Belém (dosł. Betlejem) okazałego Klasztoru Hieronimitów. Ekspedycja Vasco da Gamy zaprzeczyła również jednoznacznie teoriom niektórych średniowiecznych uczonych, według których Afryka w ogóle nie posiadała południowego przylądka i łączyła się z ziemią zwaną Terra Incognita.

Gdy załoga Vasco da Gamy szykowała się już do powrotu, na jej okręcie flagowym, manewrującym w pobliżu półwyspu Angediva zjawił się jakiś człowiek, który dobrze mówił po wenecku. Ubrany był w płótno, miał piękny turban na głowie, miecz u pasa. Zaledwie wyskoczył na ląd, uściskał serdecznie komendanta i kapitanów, opowiedział nam, że jest chrześcijaninem z Zachodu i we wczesnej młodości przybył do tego kraju. Obecnie znajduje się w służbie u pewnego szlachcica mauretańskiego (…). Zatem zaczął opowiadać początek swojego życia. Mówią, że w roku 1450 król polski kazał ogłosić w całym swym królestwie, aby wszyscy Żydzi, którzy się tam znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa, a po upływie tego terminu ci, którzy się tam znajdą, zostaną spaleni. To było przyczyną, że większa część Żydów wyjechała z tego królestwa do różnych ludów, a wraz z nimi wyjechali jego ojciec i matka, którzy mieszkali w pewnym mieście Posna. Przybyli oni do Jerozolimy, a stamtąd pojechali do Aleksandrii, gdzie on się urodził” – kronika João de Barros. W rzeczywistości król polski nigdy nie wydał takiego nakazu.

Mimo nasilających się z czasem protestów innych państw, w posiadaniu Lizbony znalazły się lepiej wówczas znane tereny Afryki, Indii (zwanych od tego czasu Indiami Portugalskimi), Dalekiego Wschodu, a także nieodkryta jeszcze Brazylia, do której przypadkowo dotarła w 1500 roku ekspedycja handlowa Pedro Álvaresa Cabrala. 13 okrętów z 1200 marynarzami na pokładzie miało za zadanie założyć sieć faktorii kupieckich na wybrzeżu dzisiejszego stanu Kerala, wiatry i prądy morskie pokrzyżowały jednak te plany. Ponieważ Gaspar da Gama był przewodnikiem flotylli Cabrala, niektórzy historycy uważają go za współodkrywcę jedynej portugalskiej kolonii w Ameryce Południowej.

Bez Żydka z Poznania do Indji krążącego a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał” – Joachim Lelewel.

x

Marek Arpad Kowalski w książce Kolonie Rzeczypospolitej (Bellona, 2005) tak pisze o „Żydku z Poznania”:

Spośród innych, nie misjonarzy, lecz podróżników, kupców, marynarzy, czy wszelkiego rodzaju śmiałków, najczęściej wymieniany jest niejaki Gaspar da Gama, zwany też Gaspar da India (ok. 1455-1510). Był to Żyd urodzony w Poznaniu, stąd zalicza się go patriotycznie do naszych rodaków, tyle że we wczesnej młodości opuścił wraz z rodzicami Polskę. Początkowo przebywał w Palestynie, stamtąd około 1470 roku udał się do Indii, gdzie w 1498 roku zetknął się z wyprawą Vasco da Gamy, służąc jej jako tłumacz i znawca miejscowych obyczajów. Przyjął chrzest, podczas którego otrzymał nazwisko dowódcy portugalskiej wyprawy, a zapewne Vasco da Gama był także jego ojcem chrzestnym. Uczestniczył później w wielu ekspedycjach morskich. Znał dobrze wybrzeża Afryki Wschodniej, co w pierwszych latach po przetarciu szlaku przez Vasco da Gamę, pomagało portugalskim żeglarzom w docieraniu do Indii słabo jeszcze znaną drogą. Ale trudno uznać go za przedstawiciela Polski wśród pierwszych odkrywców; był Portugalczykiem z wyboru.

x

Żydzi od zawsze byli narodem koczowniczym, a położenie Palestyny umożliwiało im penetrację trzech kontynentów: Europy, Azji i Afryki. I tak zapewne czynili. Po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku n.e. Rzymianie zabrali ze sobą do Rzymu mnóstwo Żydów, a reszta rozproszyła się po całym ówczesnym świecie. Ten fakt zapewne miał wpływ na ekspansję Imperium na terenie tych kontynentów.

Do tego, by dokonywać podbojów a następnie bogacić się na handlu zamorskim, niezbędna była znajomość tych terenów, znajomość miejscowych stosunków i języków, a więc przypadek Gaspara da Gamy. Ale najważniejsze były pieniądze, które posiadała ta koczownicza nacja. I w takiej sytuacji można zbudować imperium: kontroluje się handel zamorski i handel kontynentalny, dysponuje się kapitałem i ma się swoich ludzi rozproszonych we wszelkich instytucjach, mających wpływ na politykę danego państwa. W ten sposób można decydować o tym czy dane imperium ma trwać, czy może należy je zlikwidować, a centrum przenieść gdzie indziej. W pewnym momencie zdecydowano, że czas Portugalii i Hiszpanii minął i cały kapitał przeniesiono do Anglii i Holandii. Stało się to po odkryciu Ameryki i po tym, jak „wypędzono” Żydów z Półwyspu Iberyjskiego. Holandia zajęła na morzu miejsce Portugalii, a Anglia – Hiszpanii. O tym, jak to się stało w tym ostatnim przypadku, pisałem w blogu Armada.

W połowie XVI wieku kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około 1553 roku zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Garcia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem. – Henryk Rolicki Zmierzch Izraela (1932).

Po pierwszej wojnie światowej skończyła się era świata jednobiegunowego. Okres międzywojenny był okresem wielobiegunowości, ale powoli środek ciężkości przenosił się za ocean. To tam wszystko było największe i najnowocześniejsze. Po II wojnie światowej mieliśmy do czynienia ze światem dwubiegunowym. A po 1989 roku – z jednobiegunowym. Atak na WTC z 11 września 2001 roku, symboliczne zburzenie centrum światowego handlu, oznaczał prawdopodobnie początek końca dominacji Stanów Zjednoczonych, która praktycznie trwała od zakończenia II wojny światowej. Centrum świata przenosi się do Chin. Teraz tam wszystko jest największe i najnowocześniejsze. A zaczęło się bardzo niepozornie od wizyty Henry Kissingera w Chinach w 1972 roku.

x

Aktualizacja z dnia 28.07.24

Oceniając literaturę kresową zapomniałem o Józefie Mackiewiczu, którego często cytuję na tym blogu. Z nim jest jednak pewien problem, bo on nie uważał się za Polaka. Był również zdania, że połączenie tak różnych państw, jak Korona i Wielkie Księstwo Litewskie, było błędem ze względu na zbyt wielkie różnice kulturowe i nie tylko. W końcu przeszedł na prawosławie. Pisał po polsku, bo społeczności WKL nie wykształciły w pełni rozwiniętych języków. Z tego względu nie mieścił się w głównym nurcie literatury kresowej i problematyka, którą poruszał była odmienna.