Akcja „Wisła”

W poprzednim blogu wspomniałem o tym, że akcja „Wisła” może mieć bezpośredni związek z tym, co działo się na Wołyniu w lipcu 1943 roku. Warto więc przyjrzeć się jej bliżej. Informacje o tej operacji, jak ją niektórzy nazywają, zaczerpnąłem z Wikipedii. Pisze ona m.in.:

x

Akcja „Wisła”, operacja „Wisła” (ukr. Операція «Вісла», w języku polskich Ukraińców zwykle Акція «Вісла») – akcja pacyfikacyjna o charakterze polityczno-wojskowym przeprowadzona w latach 1947–1950 przez struktury państwowe Polski Ludowej przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów działającym na terytorium państwowym RP, w celu odcięcia walczących oddziałów UPA od naturalnego zaplecza. Polegała ona na masowej deportacji – wysiedleniu całych wsi i osad oraz rozproszeniu ludności cywilnej z terenów Polski południowo-wschodniej (obszary na wschód od Rzeszowa i Lublina), głównie na Ziemie Zachodnie, która objęła Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków oraz mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Akcja przeprowadzona została przez Ludowe Wojsko Polskie, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego i inne struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz agendy cywilne (Państwowy Urząd Repatriacyjny).

Formalną decyzję o akcji „Wisła” podjęło Biuro Polityczne KC PPR 29 marca 1947. Przyjmuje się, że akcja trwała od 28 kwietnia do końca lipca 1947, chociaż ostatnie wysiedlenia miały miejsce w roku 1950. Szacuje się, iż w wyniku akcji wojskowej rozbito siły UPA w liczbie 1500 ludzi (17 sotni), oraz uwięziono 2900 aktywnych lub domniemanych członków OUN (np. w obozie pracy w Jaworznie), a wysiedlenia objęły ponad 140 tysięcy osób cywilnych. Pierwotnym kryptonimem tej akcji był „Wschód”, zmieniony później na „Wisła”. Według Ryszarda Torzeckiego decyzja o przeprowadzeniu akcji „Wisła” zapadła najprawdopodobniej w Moskwie, dopiero później zostały przyjęte decyzje Biura Politycznego KC PPR (w marcu 1947) i Państwowej Komisji Bezpieczeństwa RP (12 kwietnia 1947). Analogiczną opinię wyraża Grzegorz Motyka. W październiku 1947 władze ZSRR przeprowadziły równolegle Akcję „Z” (Zachód), w wyniku której z terenu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej MGB deportowało na wschód ponad 76 tysięcy Ukraińców, oskarżonych o sprzyjanie UPA.

Akcja „Wisła” została przeprowadzona po zakończonym przymusowym wysiedleniu do ZSRR ludności ukraińskiej w latach 1944–1946, które nie objęło całej ludności ukraińskiej. Do dziś budzi ona kontrowersje i jest różnie interpretowana przez historyków. Tomasz Stryjek uważa, że jej głównym zadaniem było nie tyle zniszczenie UPA (wskazując m.in. na fakt, iż objęła ona również obszary, gdzie UPA w ogóle nie działała), ale czystka etniczna wymierzona przeciwko niepolskiej ludności zamieszkującej tereny Polski południowo-wschodniej i określa ją mianem czystki etnicznej przeprowadzonej samodzielnie przez władze komunistyczne Polski, autonomicznie wobec Moskwy. Czesław Partacz uznaje ją za zbrodnię komunistyczną.

Przyczyny

Pod koniec II wojny światowej walki pomiędzy UPA a jednostkami ludowego Wojska Polskiego oraz polskiego podziemia niepodległościowego (AK, NSZ), jako konsekwencje rzezi wołyńskiej na terenie południowo-wschodniej Polski, nie ustały, a nawet się nasiliły.

Przyczyną intensyfikacji walk była z jednej strony chęć oderwania tego terenu od Polski i utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego po oczekiwanym konflikcie zbrojnym państw zachodnich z ZSRR, z drugiej zaś strony repatriacja ludności ukraińskiej do ZSRR. UPA za wszelką cenę chciała zapobiec wysiedleniu ludności ukraińskiej. Atakowała więc m.in. siedziby komisji przesiedleńczych, stacje kolejowe, mosty, wiadukty, tory, linie telefoniczne. Jednocześnie palono już wysiedlone wsie, aby zapobiec osiedlaniu się polskich osadników. UPA paliła i terroryzowała również wioski i miasta, w których mieszkała ludność polska.

Władze polskie twierdziły, że wysiedlenie ludności ukraińskiej ma służyć zwalczeniu partyzantki ukraińskiej, oraz że ludność ukraińska stanowiła dla OUN-UPA bazę zaopatrzenia i schronienia, a przede wszystkim zaplecze werbunkowe. Określenie rzeczywistego charakteru współpracy tej części ludności ukraińskiej, która popierała OUN i UPA, jest problematyczne, gdyż OUN prowadziła z pomocą bezwzględnej służby bezpieczeństwa OUN politykę terroru wobec tych Ukraińców, którzy nie akceptowali jej metod prowadzenia walki. Ocenę tę utrudnia ponadto fakt, iż UPA stosowała także przymusowe wcielanie ludności ukraińskiej do swoich szeregów.

Sukces działań w tym zakresie, chociaż rozbito ok. 80% sił UPA, był tylko połowiczny, ponieważ część oddziałów UPA przedarła się do Niemiec (na przykład sotnia „Hromenki” i „Brodycza”), inni powrócili na Ukrainę (część sotni „Stacha”, „Chrina” i „Bira”). Akcja ta w zamierzeniach służyła przede wszystkim likwidacji problemu ukraińskiego na terenie Polski przez rozproszenie ludności ukraińskiej, w celu jej późniejszej asymilacji (polonizacji).

Wysiedlenie Ukraińców z Polski do ZSRR

Wysiedlenie Ukraińców z Polski do ZSRR – akcja masowych przesiedleń, przeprowadzona w oparciu o kryterium etniczne na polsko-ukraińskim pograniczu narodowościowym w latach 1944–1946. Wysiedlenie to nie objęło całej ludności ukraińskiej. Pozostałe na południowo-wschodnich terenach Polski osoby narodowości ukraińskiej zostały objęte akcją „Wisła”.

Łącznie w czasie całej akcji repatriacji ludności ukraińskiej przesiedlono około 480 tysięcy osób (122 450 rodzin), w tym:

  • z województwa krakowskiego – 21 776 osób;
  • z województwa rzeszowskiego – 267 790 osób;
  • z województwa lubelskiego – 190 734 osoby.

6 maja 1947 rządy Rzeczypospolitej Polskiej i Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej wydały wspólny komunikat o zakończeniu przesiedlenia obywateli polskich z terytorium USRR do Polski i ludności ukraińskiej z terytorium Polski do USRR.

Przygotowania do akcji

Śmierć gen. Świerczewskiego – Waltera

Bezpośrednim pretekstem do rozpoczęcia akcji była śmierć generała Karola Świerczewskiego w dniu 28 marca 1947 roku, podczas gdy sama akcja została zaplanowana już kilka miesięcy wcześniej. Generał zginął w zasadzce UPA w miejscowości Jabłonki koło Baligrodu w Bieszczadach, gdy udawał się na inspekcję posterunku wojskowego w Cisnej. (…) Po tym wydarzeniu władze polskie w ciągu kilkunastu godzin podjęły decyzję o deportacji ludności niepolskiej (ukraińskiej, ale też rusińskiej – Łemków i Bojków) z terenów całej południowo-wschodniej Polski. Pozbawienie zaplecza (głównie żywnościowego, ale być może i militarnego) oddziałów UPA i zdecydowane działania dużych związków taktycznych Wojska Polskiego doprowadziło w ostateczności do ustania walk zbrojnych na wysiedlonych terenach.

Przygotowania rządu

Jesienią 1946 roku, już po zakończeniu wysiedleń ludności ukraińskiej do USRR, w granicach Polski pozostawało ponad 140 tys. osób narodowości ukraińskiej należącej głównie do Kościoła greckokatolickiego jak i do Kościoła prawosławnego. Ponieważ strona radziecka nie wyraziła zgody na przedłużenie akcji przesiedleńczej, w kręgach wojskowych zaczął kształtować się pomysł wysiedlenia ludności ukraińskiej na ziemie zachodnie i północne. W styczniu 1947 roku jednostki Wojska Polskiego stacjonujące w południowo-wschodniej Polsce otrzymały rozkaz sporządzenia wykazów rodzin ukraińskich, które nie zostały przesiedlone w latach 1944–1946. W lutym zastępca szefa Sztabu Generalnego gen. Stefan Mossor zaproponował plan przesiedlenia Ukraińców na Ziemie Odzyskane, jemu też powierzono dowództwo akcji.

Aby nikt nie przedostał się na teren sąsiednich krajów, minister obrony narodowej marszałek Michał Rola-Żymierski zwrócił się 15 kwietnia 1947 roku do ministrów obrony narodowej Republiki Czechosłowacji i ZSRR z prośbą o szczelną blokadę granicy z Polską.

Niektórzy historycy (na przykład Ryszard Torzecki z IH PAN) twierdzą, że decyzja o przeprowadzeniu Akcji „Wisła” zapadła w Moskwie w połowie lutego, po przygotowaniu planu operacji przez ludowego sekretarza spraw wewnętrznych USRR gen. Siergieja Sawczenkę, i zaaprobowaniu przez Ławrentija Berię i Georgija Malenkowa. Dopiero później zostały przyjęte decyzje Biura Politycznego KC PPR (w marcu 1947) i Państwowej Komisji Bezpieczeństwa RP (12 kwietnia 1947).

Siły UPA

Wedle szacunków z dokumentów dowództwa GO „Wisła”, Ukraińska Powstańcza Armia dysponowała na dzień 1 kwietnia 1947 siłami zbrojnymi w liczbie 2402 ludzi, łącznie z obsadą terenową w liczbie 720 ludzi. Dysponujących bronią i aktywnych w walce członków UPA oszacowano na 1772 ludzi. Po trzech miesiącach działania GO „Wisła”, siły zbrojne UPA zmniejszyły się z 2402 ludzi do 563 ludzi.

Grupa Operacyjna „Wisła”

Do przeprowadzenia akcji przeznaczono cztery dywizje piechoty (6, 7, 8, 9 DP), jedną dywizję Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz trzy dodatkowe pułki (piechoty, samochodowy i saperski – 5 Mazurski Pułk Saperów – Szczecin). Akcję wspierała dodatkowo 3 DP. Łącznie dało to ponad 20 tysięcy żołnierzy. Oprócz tego wspomagać akcję miały oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, Milicji Obywatelskiej, Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Władze ZSRR wyznaczyły do akcji po swej stronie jedną dywizję pancerną, specjalne oddziały antypartyzanckie oraz oddziały Wojsk Pogranicznych NKWD do blokowania granicy.

Czechosłowacy utworzyli specjalną grupę operacyjną oraz oddali do polskiej dyspozycji środki transportu do pomocy w przegrupowaniu polskich wojsk.

Oczywistym jest, że w rzeczywistości akcja „Wisła” była dużo wcześniej przygotowaną operacją rozproszenia pozostałej na ziemiach polskich mniejszości ukraińskiej, oskarżanej o stanowienie zaplecza dla działań takich organizacji jak UPA i OUN. Akcja dotknęła mieszkańców południowo-wschodniej Polski, w tym również Polaków z małżeństw mieszanych, oraz inne mniejszości rusińskie – stanowiące większość mieszkańców wielu miejscowości. Akcja „Wisła”, przeprowadzona została przez Grupę Operacyjną „Wisła”, dowodzoną przez gen. Stefana Mossora, rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 roku o godzinie 4 nad ranem.

Przesiedlenia

Przesiedlenia objęły około 140 tysięcy osób (86 tys. z województwa rzeszowskiego, 45 tys. z województwa lubelskiego i 10 tys. z województwa krakowskiego) pozostałych po wyjazdach na Ukrainę oraz po wywózkach w głąb ZSRR po podpisaniu umowy o wymianie ludności między Polską a radziecką Ukrainą w latach 1944–1946 a zamieszkujących Polesie, Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, Beskid Niski, Beskid Sądecki i tzw. Ruś Szlachtowską.

Osiedlenie

Ludność osiedlano na podstawie Planu Ewakuacyjnego z dnia 18 kwietnia 1947, opracowanego przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych. Przewidywał on rozmieszczenie wysiedleńców w województwie szczecińskim i olsztyńskim. Zarządzenie Departamentu Osiedleńczego MZO z 27 czerwca 1947 zabraniało osiedlania przesiedleńców:

  • w pasie 50 km od granic lądowych państwa
  • w pasie 10 km od starych granic (z 1939 roku)
  • w pasie 30 km od wybrzeża morskiego
  • w odległości mniejszej niż 30 km od miast wojewódzkich

Pismo ministra MZO z dnia 31 lipca 1947 nakazywało dodatkowo, aby przesiedleńców o ujemnej opinii osiedlać najwyżej po jednej rodzinie z jednego transportu na gromadę. Rodziny o opinii pozytywnej mogły być osiedlane po kilka łącznie, przy czym liczba osób nie mogła przekroczyć 10% mieszkańców danej gromady.

Wkrótce po rozpoczęciu wysiedleń okazało się, że nie da się osiedlić takiej liczby ludności w zgodzie z tymi przepisami. Władze terenowe powszechnie je więc naruszały. Po przyjeździe do stacji rozładowania i odbiorze od kierownika stacji ludnością zajmowali się wójtowie. Ponieważ powszechny był brak wpisanej kategorii bezpieczeństwa na listach przesiedleńców, wójtowie często sami decydowali o przyznaniu takiej kategorii, lub też nie zwracali na nią uwagi. Rodziny z kategorią A i B polecono osiedlać po jednej na wieś lub folwark. Dopiero wobec braku miejsca do zasiedlania zezwolono na dosiedlanie kilku rodzin z kategorii C, pod warunkiem, że rodziny te pochodziły z różnych regionów, i nie znały się wcześniej. W sumie osiedlono 95 846 osób pochodzących z województwa rzeszowskiego i 44 728 osób pochodzących z województwa lubelskiego (nie podano danych z województwa krakowskiego).

x

Tak więc reasumując:

  • w latach 1944-1946 trwało przesiedlanie ludności ukraińskiej do USRR i polskiej z USRR do Polski; akcję zakończono 6 maja 1947 roku; w sumie przesiedlono 480 tys. osób ludności ukraińskiej,
  • brak zgody strony radzieckiej na dalsze przedłużenie akcji przesiedleńczej, ale z jakich powodów, o tym Wikipedia nie wspomina; w październiku 1947 roku władze ZSRR przeprowadziły równolegle Akcję „Z” (Zachód), w wyniku której z terenu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej deportowało na wschód ponad 76 tysięcy Ukraińców, oskarżonych o sprzyjanie UPA,
  • według niektórych historyków decyzja o przeprowadzeniu akcji zapadła w Moskwie w lutym 1947 roku,
  • od 28 kwietnia 1947 roku do końca lipca 1947 roku trwała akcja „Wisła”, w wyniku której przesiedlono 140 tys. osób,
  • akcja ta objęła również tereny, gdzie UPA nie działała,
  • pomoc Czechosłowacji i ZSRR w uszczelnieniu granicy polskiej,
  • siły UPA to 1772 osoby dysponujące bronią i aktywne w walce,
  • siły polskie to 20 tys. żołnierzy plus oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, MO, ORMO i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego,
  • władze ZSRR wyznaczyły po swojej stronie jedną dywizję pancerną, specjalne oddziały antypartyzanckie oraz oddziały Wojsk Pogranicznych NKWD,
  • podział ludności przesiedlanej na kategorie bezpieczeństwa A, B i C sugerował, że przesiedlano również członków UPA,
  • brak wpisanej kategorii bezpieczeństwa na listach przesiedleńców i dowolność w jej przyznawaniu przez wójtów umożliwiała członkom UPA osiedlanie się w większych skupiskach ludności i komunikowanie się;

Zestawiając te fakty trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej akcji przesiedleńczej chodziło przede wszystkim o to, by w sposób zakamuflowany osiedlić na ziemiach poniemieckich uczestników rzezi wołyńskiej. Mamy więc przesiedlenia w jedną i drugą stronę, a dodatkowo jeszcze przesiedlenie na wschód z terenu Ukrainy 76 tys. osób oskarżonych o sprzyjanie UPA. A skąd oni mogli być przesiedleni, skoro sprzyjali UPA? – Z Wołynia. A zatem wypada sobie zadać pytanie, czy świadkowie rzezi wołyńskiej mogli przenieść się na teren PRL-u, czy może raczej zostali przesiedleni w głąb Związku Radzieckiego? No bo jak mogli dostać się na teren Polski bez zgody władz radzieckich i polskich, skoro rok później później przeszedł przez te tereny front i NKWD kontrolowało ten obszar? W lipcu 1944 roku front dotarł do Bugu, a więc Wołyń był już pod radziecką kontrolą i niemal od razu zaczęły się przesiedlenia ludności ukraińskiej do Związku Radzieckiego. W takiej sytuacji nikt z Wołynia nie mógł się przenieść na zachód bez zgody i wiedzy władz.

Zastanawia też wielka dysproporcja pomiędzy siłami UPA a siłami wojsk skierowanych do walki z nimi. Czy w tym wypadku nie chodziło raczej o to, by kontrolować akcję przesiedleńczą, by nikt przypadkowy nie mógł tam osiedlić się. Nie chodziło też o to, by tę ludność rozproszyć w wśród polskiej i spolonizować.

Źródło: Wikipedia.
Źródło: Wikipedia.

Na powyższych mapach widać wyraźnie, że nie o żadne rozproszenie chodziło. W tym przemieszaniu i przesiedlaniu ludności chodziło prawdopodobnie o to, by sprawców rzezi wołyńskiej rozproszyć wśród ludności, która nie mieszkała na Wołyniu i nie mogła być świadkiem tamtych wydarzeń.

Wiem, że istnieje monografia Ewy Siemaszko poświęcona rzezi wołyńskiej. Czy wiarygodna? O tym w blogu 11 lipca ’43. Jednak, gdy szuka się prawdy, to trzeba zadawać sobie proste pytania. Rozmiar zwyrodnienia sprawców został udokumentowany zdjęciami. Kto je zrobił? Przecież nie rodziny ofiar, bo wśród tej prostej, biednej ludności aparat fotograficzny był abstrakcją, a poza tym, czy kogoś z rodziny w obliczu takiej tragedii byłoby stać na robienie zdjęć? Ktoś jednak te zdjęcia zrobił. Po co? Z punktu widzenia sprawcy to nielogiczne dokumentować swoje zwyrodnienie. A jeszcze bardziej nielogiczne było to, że je komuś przekazał, tak jakby chciał, by wszyscy je kiedyś zobaczyli. Tak więc, zanim pogrzebano ciała ofiar, sprawcy zrobili zdjęcia. Bez nich nie można by było tak oddziaływać na ludzi, na ich emocje. Nie powstałaby też monografia Siemaszko. Spalono wsie, wszystko zrównano z ziemią, tak by nie pozostał żaden ślad. No właśnie! Jaki ślad? Kto wie, co znaleziono by w tych chałupach. Może jakieś ikony, krzyże prawosławne. „Nie zostało pominięte już nic”. Akcja została przeprowadzona dokładnie i można już było tworzyć mit, że na Wołyniu Ukraińcy mordowali Polaków.

Gdy ludzie patrzą na te zdjęcia, to przeraża ich rozmiar zdziczenia sprawców i nie zastanawiają się nad tym, kto je zrobił. To przecież nie było tak, że zbrodnia została dokonana, sprawcy uciekli, a wkraczające wojska zajęły teren zbrodni i ją udokumentowano. To był lipiec 1943 roku. Front był daleko na wschodzie, pod Kurskiem.

Można sobie zadać jeszcze prostsze pytanie: skąd UPA miała amunicję? Wiadomo, że Niemcy wspierali UPA w walce z polską partyzantką, ale gdy oni wycofali się, to od lipca 1944 roku na terenie działalności UPA rządziło NKWD. A jednak do czasu „ostatecznego rozwiązania” w 1947 roku UPA miała amunicję, „sprawiała” problem i potężne NKWD i trochę mniej potężne LWP nie mogły sobie poradzić.

Można mieć broń, ale jak nie ma amunicji, to broń jest kupą złomu. Przekonały się o tym wojska Kuomintangu, walczące z chińskimi komunistami. W pewnym momencie Amerykanie wstrzymali im dostawy amunicji i w ten sposób komuniści chińscy zdobyli władzę w Chinach. A dziś Amerykanie wspierają Tajwan w walce z komunistycznymi Chinami. Ale żeby było jeszcze śmieszniej, to na początku lat 20-tych zeszłego wieku Czang Kaj-szek był komunistą, ale skoro Amerykanie kazali, to przestał nim być, przynajmniej oficjalnie. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a on sam był często postacią kronik filmowych. Więcej o tym, jak w Chinach komuniści walczyli z komunistami, w blogu Chiny.

Taka praktyka tworzenia swego rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie prawdziwego zamiaru jest często wykorzystywana przez tych, którzy rządzą światem. O tym pisałem w blogu Sumy bajońskie. Podobnie było w przypadku inwazji na Czechosłowację w 1968 roku, gdy użyto nieproporcjonalnie wielkich sił do stłumienia zagrożenia, którego nie było, a chodziło o przeniesienie pocisków z głowicami nuklearnymi na granicę RFN-u z Czechosłowacją.

Lipiec… niebezpieczna pora

W „Nocy Listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego Wielki Książę pyta Makrota: „Listopad to dla Polaków niebezpieczna pora?”. A ten odpowiada: „(…) Tak teraz jest listopad, więc baczne mam słuchy. Jest to pora, gdy idą między żywych duchy i razem się bratają”. – Tak pisał Wojciech Jażdżewski w swoim felietonie „Listopad… niebezpieczna pora – okiem felietonisty” z dnia 21 listopada 2007 roku, zamieszczonym w Dzienniku Związkowym.

Wygląda na to, że taką niebezpieczną porą dla Polaków może stać się lipiec. A to ze względu na rzeź wołyńską, która miała miejsce w lipcu 1943 roku. W tym roku przetoczyła się przez Polskę fala pochodów upamiętniających tamto tragiczne wydarzenie. Odsłonięto też pomnik poświęcony ofiarom rzezi wołyńskiej w Domostawie na Podkarpaciu. W związku z tym odnoszę wrażenie, że nikomu nie zależy na dotarciu do prawdy, a jedynie na jątrzeniu, podsycaniu konfliktu, co z uwagi na obecność w Polsce milionów Ukraińców, może zaostrzyć relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Nie chce mi się wierzyć i nie wierzę, że to wszystko, te manifestacje, to odsłonięcie tego pomnika – że to wszystko jest spontaniczne. Wprost przeciwnie, jestem przekonany, że te wszystkie wydarzenia były zorganizowane przez odpowiednie służby.

Czasem, żeby się czegoś dowiedzieć o tym, co się wydarzyło 11 lipca 1943 roku, trzeba poszukać gdzieś daleko. W styczniu 2023 roku „dotarłem” do Rwandy. I tak powstał blog Ludobójstwo. Ponieważ na tej stronie jest już ponad 470 blogów, więc siłą rzeczy większość z nich umyka uwadze i dlatego postanowiłem przypomnieć wybrane fragmenty z tamtego blogu. Jest on bardzo długi, cytowałem w nim obszernie Kapuścińskiego i Wikipedię, więc przeczytanie całości wymaga czasu i nie jest on zbyt łatwy w odbiorze, jak sądzę. Jeśli jednak ktoś chce, to tutaj może go znaleźć.

W ludobójstwie w Rwandzie uderzyło mnie podobieństwo do tego, co wydarzyło się na Wołyniu. Poniżej te fragmenty, które tego dowodzą.

x

Jest takie powiedzenie: gdzie Rzym, gdzie Krym. Używamy go, gdy chcemy podkreślić, że jakieś rzeczy, sytuacje, zdarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Parafrazując je, mógłbym powiedzieć: gdzie Wołyń, gdzie Rwanda. Czy ludobójstwo na Wołyniu z 1943 roku ma coś wspólnego z tym w Rwandzie z 1994 roku. Jak się okazuje – ma. Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) opisuje wydarzenia, które miały tam miejsce. Ten opis nosi tytuł Wykład o Ruandzie. Nie jest to reportaż, to raczej esej, synteza. W sumie to może nawet nie zwróciłbym uwagi na ten opis, gdyby nie końcowa jego część, w której Kapuściński stara się wyjaśnić, dlaczego, pomimo że rządzący dysponowali doskonałym uzbrojeniem i mogli wybić do nogi swoich wrogów, w ruch poszły maczety, młoty, dzidy itp. i dlaczego w tę zbrodnię zaangażowano tylu zwykłych ludzi. Analogia do Wołynia aż nadto widoczna.

Między ofensywą z października 1990 a rzezią z kwietnia 1994 minie trzy i pól roku. W obozie rządzących Ruandą dochodzi do gwałtownych sporów między zwolennikami kompromisu i utworzenia koalicyjnego, narodowego rządu (ludzie Habyarimany plus partyzanci) a fanatycznym despotycznym klanem Akazu kierowanym przez Agathe i jej braci. Sam Habyarimana kluczy, waha się, nie wie, co robić, i coraz bardziej traci wpływ na rozwój wypadków. Szybko i niepodzielnie górę bierze szowinistyczna linia klanu Akazu. Obóz Akazu ma swoich ideologów – to intelektualiści, uczeni, profesorowie wydziałów historii i filozofii ruandyjskiego uniwersytetu w Butare – Ferdinand Nahimana, Casimir Bizimungu, Leon Mugesira i kilku innych. To oni właśnie formułują ideologię, która uzasadni ludobójstwo jako właściwie jedyne wyjście, jedyny sposób własnego przetrwania. Teoria Nahimany i jego kolegów głosi, że Tutsi to najzwyczajniej obca rasa. To Niloci, którzy przyszli do Ruandy, gdzieś znad Nilu, podbili rodzimych mieszkańców tej ziemi – Hutu, zaczęli ich wyzyskiwać, niewolić i rozkładać od wewnątrz. Tutsi zawładnęli wszystkim, co jest w Ruandzie cenne: ziemią, bydłem, rynkami, a z czasem i państwem. Hutu zostali zepchnięci do roli podbitego narodu, który wiekami żył w nędzy, głodzie i poniżeniu. Ale naród Hutu musi odzyskać swoją tożsamość i godność, jako równy zająć miejsce wśród innych narodów świata.

I zaczynają się przygotowania. Armia, która liczyła pięć tysięcy ludzi, została powiększona do 35 tysięcy żołnierzy. Drugą siłą uderzeniową staje się Gwardia Prezydencka, elitarne, nowocześnie i bogato wyposażone jednostki (instruktorów przysłała Francja, a broń i sprzęt – Francja, RPA i Egipt). Ale największy nacisk kładzie się na tworzenie masowej paramilitarnej organizacji – Interahamwe (tzn. Uderzymy Razem). Należą do niej i odbywają w niej szkolenia wojskowe i ideologiczne ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci i urzędnicy – olbrzymia rzesza, istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Jednocześnie podprefekci i prefekci mają na polecenie rządu sporządzać i dostarczać listy przeciwników władzy, wszelkich ludzi podejrzanych, niepewnych, dwuznacznych, najróżniejszych malkontentów, pesymistów, sceptyków i liberałów. Organem teoretycznym klanu Akazu jest pismo „Kangura”, ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”.

Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają – pół miliona, inni – milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. Przeraża najbardziej to, że wczoraj jeszcze niewinni ludzie wymordowali innych, zupełnie niewinnych ludzi, i to bez żadnego powodu, bez potrzeby. Zresztą gdyby to nawet nie był milion, tylko na przykład jeden niewinny, czy wówczas też nie byłby to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że wiosną 1994 roku przebywał akurat w Ruandzie?

Pół miliona-milion zabitych to oczywiście tragicznie dużo. Ale z drugiej strony, znając piekielną siłę rażenia armii Habyarimany, jej helikoptery, cekaemy, artylerię i wozy pancerne, można było w ciągu trzech miesięcy systematycznego strzelania zgładzić o wiele więcej ludzi. A jednak tak się nie stało. Jednak w większości ginęli oni nie od bomb i cekaemów, tylko padali rozsiekani i zatłuczeni bronią najbardziej prymitywną – maczetami, młotami, dzidami i kijami. Bo też liderom reżimu nie tylko chodziło o cel – ostateczne rozwiązanie. Ważne było również, jak się do niego zmierza. Ważne było, aby po drodze do Najwyższego Ideału, jakim miało być unicestwienie wroga raz na zawsze, zawiązała się przestępcza wspólnota narodu, aby przez masowy udział w zbrodni powstało łączące wszystkich jedno poczucie winy, tak by każdy, mając na swoim koncie czyjąś śmierć, wiedział, że odtąd wisi nad nim nieodwołalne prawo odwetu, za którym dostrzeże on widmo swojej własnej śmierci.

O ile w systemach hitlerowskim i stalinowskim śmierć zadawali oprawcy z instytucji wyspecjalizowanych – SS czy NKWD, a zbrodnia była dziełem wydzielonych formacji, działających w miejscach ukrytych, to w Ruandzie chodziło o to, żeby śmierć zadał każdy, żeby zbrodnia była produktem masowego, niejako ludowego i wręcz żywiołowego wystąpienia, w którym udział wzięliby wszyscy – aby nie było rąk, które nie umoczyłyby się we krwi ludzi, uznanych przez reżim za wrogów.

Ten końcowy fragment, jak napisałem we wstępie, nieodparcie nasuwa skojarzenia z Wołyniem. Ci, którzy dokonali rzezi na Wołyniu, również dysponowali odpowiednią bronią i użycie siekier, pił, wideł itp. nie było konieczne i nie było konieczne zaangażowanie okolicznej ludności. A jednak! Skąd u Kapuścińskiego taka interpretacja? Czyżby coś wiedział o Wołyniu, czego my nie wiemy? Pewnie wiedział, ale w swoim zapatrzeniu w Ukrainę nie zająknął się o Wołyniu, chociaż o głodzie na Ukrainie pisał i wszelką winą za to obarczał Stalina.

Paradoksalne! Żeby dowiedzieć się czegoś o rzezi wołyńskiej, trzeba było „zajechać” aż do Rwandy. No cóż, jak to mówią: podróże kształcą. Niektórzy dodają, że owszem, ale wykształconych. Jak widać sam pomysł i sposób jego wykonania są w obu przypadkach bardzo podobne, a to skłania do wniosku, że wyszły z tego samego ośrodka decyzyjnego.

Problemy, konflikty, powstania, wzajemna nienawiść – to wszystko pojawiło się w obu bliźniaczych krajach, czyli w Rwandzie i Burundi, wraz z pojawieniem się tam europejskich kolonistów. A kim oni byli? Kim byli ci ludzie, którzy na konferencji w Berlinie podzielili Afrykę? Kongo przypadło belgijskiemu królowi, które od 1885 do 1908 było jego prywatną własnością, a on sam był masonem. W wyniku okrucieństw, jakich tam się dopuszczano, Kongo przeszło pod zarząd Belgii. Po I wojnie światowej Rwanda i Burundi stały się kolonią belgijską. Rządy Belgów, praktycznie do początku lat 60-tych XX wieku, to faworyzowanie jednych kosztem drugich, czyli ich skłócanie. Skłócali ich tak skutecznie, że ci zaczęli skakać sobie do oczu, nienawidzić i w końcu zabijać.

Belgowie wprowadzili w 1933 roku dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej. I nikt tego nie zniósł do 1994 roku. To wydatnie ułatwiło identyfikację, bo w tym dokumencie było zapisane, kto jest Tutsi, a kto – Hutu, chociaż ten podział nie był precyzyjny, bo Hutu, awansując w hierarchii społecznej, mógł stać się Tutsi, a zbiedniały Tutsi mógł stać się Hutu. Również sam wygląd nie dawał podstawy do jednoznacznej identyfikacji. Były to typowo rasistowskie praktyki Belgów, ale o tym Kapuściński nie wspomina, pisząc, że Belgowie do roku 1959 nie wykazywali większej aktywności i nie ingerowali w sprawy lokalne.

Te podziały były tak głębokie, że przetrwały do lat 90-tych. Ktoś tych ludzi po mistrzowsku rozgrywał, skoro „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot, którym wracał prezydent Habyarimana z wynegocjowanym z Frontem Narodowym Rwandy kompromisem. I od tego zaczęła się cała tragedia. Może by do niej nie doszło, gdyby nie interwencja prezydenta Mitterranda, w wyniku której wylądowali w Rwandzie francuscy spadochroniarze. Daje to czas stronie rządowej na wzmocnienie. Pojawiają się francuscy instruktorzy, broń i sprzęt przysyła Francja, RPA i Egipt. Powstaje masowa, paramilitarna organizacja – Interahamwe (Uderzymy Razem). Szkolą się w niej ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci, urzędnicy – jak to określił Kapuściński – istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Nie napisał tylko, co stało się z tymi francuskimi spadochroniarzami. Na cda.pl można obejrzeć film Hotel Ruanda z 2004 roku. I to w nim jest pokazane, że w pewnym momencie te wszystkie wojska, łącznie z wojskami ONZ, opuszczają Rwandę. A więc jakby ktoś specjalnie szykował tę rzeź. Nie było już wojsk, które rozdzielałyby skonfliktowane strony. Zupełnie jak na Wołyniu w 1943 roku, gdzie AK zapadła się pod ziemię i o niczym nie wiedziała. Pewnie dostała taki rozkaz z Londynu.

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię publiczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

x

Podobieństwa pomiędzy obiema rzeziami można ująć w parę punktów:

  • użycie podobnych narzędzi zbrodni, pomimo że mordujący byli wyposażeni w broń
  • szowinizm ukraiński i szowinizm klanu Akazu
  • ideologia szowinizmu ukraińskiego – Dmytro Doncow; ideologia klanu Akazu – profesorowie wydziałów historii i filozofii uniwersytetu ruandyjskiego; a więc ktoś z góry definiuje ludowi wroga
  • organizacje paramilitarne na Wołyniu, utworzone przez rząd sanacyjny w latach 1928-38 w okresie tzw. eksperymentu wołyńskiego, przekształcone w UPA; paramilitarna organizacja Interahamwe w Ruandzie
  • na Wołyniu w rzeź zostali zaangażowani zwykli ludzie, często sąsiedzi mordowanych; w Rwandzie zbrodnia była produktem masowego, ludowego wystąpienia
  • na Wołyniu nie było Niemców, którzy dalej na tym terenie sprawowali władzę; nie było też oddziałów AK; w Rwandzie w pewnym momencie wszystkie wojska opuszczają kraj
  • w Rwandzie apel: Śmierć! Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione do dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!; w Polsce: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć!; czyżby to był potomek tych, którzy mordowali na Wołyniu, a obecnie tylko zmodyfikował hasło?

Czy w związku z tym, że analogia jest aż nadto widoczna, to czy można wysnuć wniosek, że inspiracja i kierownictwo wyszło z tego samego źródła? Któż mógł doprowadzić do dwóch tak podobnych do siebie rzezi i tak oddalonych od siebie w czasie i przestrzeni? Na to pytanie każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

Czy możliwa byłaby ta rzeź, gdyby nie było tzw. eksperymentu wołyńskiego, którego efektem było stworzenie oddziałów paramilitarnych na tamtym terenie? A później zapoczątkowano akcję zachęcania miejscowej prawosławnej ludności do przechodzenia na katolicyzm? Z tym wiązały się pewne korzyści. Tym, którzy zdecydowaliby się zmienić wyznanie, obiecywano ziemię. I jeszcze ta nieobecność Niemców i AK. Wygląda na to, że przygotowania do tej rzezi prowadzone były na szeroką i międzynarodową skalę. Podobnie było w Rwandzie.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to, co dzieje się obecnie wokół rzezi wołyńskiej, jest przygotowywaniem do konfliktu polsko-ukraińskiego. Jeśli powstanie to wspólne państwo, to być może scenariusz wydarzeń będzie zbliżony do tego z okresu I RP. Przez cały czas jej trwania istniało wspólne państwo polsko-ukraińskie zwane Koroną i ciągle były jakieś rzezie i pogromy. Ostatnią była rzeź humańska w 1768 roku. Natomiast na Litwie, która była w unii z tym wspólnym państwem polsko-ukraińskim był spokój. Warto o tym pamiętać, bo jak mówią: historia lubi się powtarzać, choć nie zawsze dokładnie tak samo.

Mamy więc taką sytuację, że jedni chcą przeprosin i ekshumacji, a drudzy nie chcą przepraszać i nie godzą się na ekshumację. Coś jest do ukrycia, tylko co? W rzeź na Wołyniu były zaangażowane setki ludzi, a może i tysiące. Nie wszystkich udało się zamordować. Byli więc świadkowie. Pozostawanie sprawców tam gdzie działali stwarzało dodatkowe problemy, bo pewnie ci sprawcy woleliby pozbyć się ich. Przenieśli się na teren obecnej Polski i tam walczyli z nowymi władzami PRL-u. To dało pretekst tym władzom do przeprowadzenia tzw. Akcji Wisła. Przesiedlono nie tylko miejscową ludność, ale również i sprawców rzezi wołyńskiej. I to był prawdziwy cel tej akcji. Na ziemiach poniemieckich zyskali nową tożsamość, nowe nazwiska. I to oni w większości sprawowali ważne funkcje w PRL-u. Jego faktyczni władcy, czyli Żydzi, zrobili z nich swe wierne sługi. I obecnie ich wnuki również muszą wykonywać polecenia swoich nieznanych przełożonych. Czy nowy konflikt polsko-ukraiński, a właściwie ukraińsko-ukraiński ma odwrócić uwagę od rzezi wołyńskiej? Czy może potomkowie ofiar szukają zemsty? Najnowsza historia Polski jest niezwykle zagmatwana i zafałszowana.

Konsekwencje unii polsko-litewskiej

A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. – Te słowa wypowiedział Stefan Starzyński, Prezydent Warszawy, w dniu 1 września 1939 roku. Po 8 lipca 2024 roku, po podpisaniu porozumienia polsko-ukraińskiego, stają się one nadzwyczaj aktualne. Problem polega na tym, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. W Internecie pojawiło się mnóstwo komentarzy. Bryluje tu Tomasz Piekielnik, który z komentatora ekonomicznego stał się politycznym. W jednym ze swoich komentarzy obszernie omawia tę umowę. Ja wybrałem z niej pewne fragmenty, które uważam za najważniejsze.

Wiadomym jest, że Rosja prowadzi wojnę z Ukrainą, czyli Ukraina na swoim terenie prowadzi wojnę z Rosją, a to oznacza, że jeżeli my udzielamy gwarancji Ukrainie, to po prostu przyłączamy się do wojny. W mojej ocenie zawarcie takiego porozumienia jest wypowiedzeniem wojny Rosji i jest takim formalnym aktem przyłączenia się do wojny. I będzie to tak oceniane przez stronę rosyjską, a także jej sojuszników.

Ja mam niestety takie wrażenie, że ta umowa, to taki pierwszy krok do stworzenia czegoś, co jeszcze nie chce mi przejść przez gardło, ale wspólnego państwa. Ta umowa nie jest tylko, można powiedzieć, ograniczona do jakichś gwarancji bezpieczeństwa, do współpracy militarnej. A więc podsumowując, jest to uregulowana współpraca obronna i wojskowa, współpraca przemysłów obronnych. Mowa jest tam o ulokowaniu polskich fabryk zbrojeniowych na terenie Ukrainy. Mowa jest też o tym, że Polska gwarantuje, czy jest „gwarantem” przystąpienia czy przyłączenia Ukrainy do NATO. Jest tam bardzo potężny obszar współpracy pozamilitarnej, a więc gospodarczej, administracyjnej, samorządowej, w dziedzinie szkolnictwa wyższego i nauki, uniwersytetów. Pojawia się tam też wątek opracowania narzędzi badań historycznych. Uwaga! Pojawia się tam też wprost zapis o tym, że stworzone zostaną wytyczne programowe do stworzenia podręczników, które dotyczą historii, rzekomo naszej wspólnej. No, a ta historia jest bardzo bolesna, bo dotyczy rzezi wołyńskiej, mordowania setek tysięcy Polaków przez Ukraińców.

Więc rządzący na siłę, na zamówienie z Waszyngtonu wprowadzają nam wspólną, ja to już nazwę, wspólną wizję wspólnego państwa. Chciałbym się mylić w tych przewidywaniach, w tej interpretacji, ale z takiej bardzo szerokiej perspektywy, umowy, czyli porozumienia między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą, naprawdę chciałbym się mylić, ale coś mi podpowiada, że to w tym kierunku zmierza.

Bardzo mnie to dziwi, że tzw. opozycja w tym względzie nie protestuje. Nie słychać tutaj żadnych głosów, pytań sensownych dotyczących tejże sprawy, które powinna zadawać opozycja, czy to tzw. PiS, czy to tzw. Konfederacja przede wszystkim. No, nie ma tego, jakby to wszyscy ślepo wspierali. Pytanie tylko – dlaczego? Nie ma interesu państwowości polskiej, nie ma interesu narodowego polskiego, narodu polskiego i ja dostrzegam również, że nie mamy interesu ekonomicznego, a wręcz przeciwnie.

To wszystko prowadzi do potężnego zubożenia Polski, bo mowa tu o wydatkach, które nie śnią się nam. Ja tylko podkreślę, że rząd planuje w tym roku wydać z budżetu, z dochodów budżetowych, wynoszących 680 miliardów planowanych na ten rok, 150 miliardów na zbrojenia. I co się z tym uzbrojeniem będzie dziać, gdzie ono powędruje? Ale, co ciekawe, to nie będzie uzbrojenie, które będzie nam w tym roku dostarczone. To są wydatki tego roku. Ono będzie kiedyś dostarczone. I druga rzecz, szacowane są na około 80 miliardów odsetki od długu publicznego, czyli od zadłużenia Polski. Ale gdyby zerknąć do tego, ile faktycznie kosztuje nas obsługa długu publicznego – tego jawnego i niejawnego, tego ukrytego w różnego rodzaju fundacjach celowych, których jest kilkanaście, no to śmiało można stwierdzić, że obsługa tego długu będzie mogła kosztować 150 miliardów złotych. To jest mój szacunek na podstawie analizy, której dokonuję stale i dzielę się tym z Państwem na tym kanale. Zatem z 680 miliardów dochodu budżetowego na 2024 rok zostanie na wszelkie cele typu edukacja, usługi medyczne, ochrona zdrowia, usługi publiczne, zapewnienie pensji administracji, wojsku, zapewnienie wynagrodzenia w sferach samorządowych i tak dalej – 380 miliardów. W związku z tym dużo, ale to bardzo dużo braknie i Polska będzie się dalej zadłużać.

Z tej umowy to wynikają w zasadzie obowiązki Polski, a nie obowiązki Ukrainy. W związku z tym ta umowa, w mojej ocenie, nie jest dokumentem, który można nazwać umową wzajemną. To jest, ja to nazywam dekretem zobowiązującym. Zatem polski rząd, premier, przy akceptacji prezydenta, podpisał się pod dekretem ukraińskim, zobowiązującym administrację państwową polską, zobowiązującym wojsko polskie do określonych działań i zachowań, do określonych postaw, do określonych świadczeń. Jeszcze raz podkreślam, porozumienie o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą jest po prostu „dekretem ukraińskim” co do zobowiązania Polski do wykonywania określonych świadczeń, do pełnienia wysługi na rzecz Ukrainy, podpisanym przez rząd polski.

Niniejsze porozumienie ma na celu uzupełnienie postanowień Wspólnej Deklaracji G7 w sprawie wsparcia Ukrainy, przyjętej w Wilnie dnia 12 lipca 2023 roku (zwanej dalej Wspólną Deklaracją G7), a następnie podpisanej przez Polskę.

Zatem widzimy, że Polska nie wykonuje suwerennie swoich decyzji. Jeżeli porozumienie nasze, ten dekret, czyli umowa z Ukrainą jest wypełnieniem postanowień Wspólnej Deklaracji G7, to znaczy, że my tu realizujemy wolę mocarstw, a nie realizujemy polityki państwa polskiego.

Uczestnicy uznają, że trwająca rosyjska agresja na Ukrainę stanowi zasadniczy kontekst niniejszego Porozumienia. Z tego też względu głównym celem jest pomoc Ukrainie w realizacji prawa do samoobrony.

Czyli, mówiąc krótko, gdyby nie było wojny z Ukrainą, to tego porozumienia by nie było, to tego dekretu by nie było. Głównym celem jest przyłączenie się Polski do wojny. To jest wszystko opisane językiem prawniczym, językiem, który ja nazywam mową trawą, ale w istocie, jeżeli kontekst jest taki, że trwa wojna na Ukrainie, że to porozumienie (dekret) jest wystosowane z uwagi, że trwa wojna i głównym celem jest pomoc Polski Ukrainie w realizacji prawa do samoobrony, to to jest po prostu bełkot prawniczy. Ukraina prowadzi samoobronę, owszem, ale Polska nie może prowadzić samoobrony Ukrainy. Oznacza to, że Polska zamierza pomóc Ukrainie w ataku na napastnika, który ją zaatakował.

Uważam, że Polska jako kraj pierwszy i potem długo, długo żaden inny – w oczach Federacji Rosyjskiej, w oczach Putina – „zasługuje na ukaranie”. Nie ma drugiego państwa, które jest tak agresywne, czy to w wypowiedziach, czy w działaniach w kierunku Rosji. Podkreślam, my nie zostaliśmy zaatakowani przez Rosję. W związku z tym, jeżeli my zaatakujemy Rosję, przyłączymy się do obrony Ukrainy, to z punktu widzenia jakiejkolwiek logiki będziemy prowadzić wojnę napastniczą przeciwko Rosji.

Polska będzie kontynuować wsparcie w zakresie rozminowywania w celach bojowych i humanitarnych, inicjatyw związanych z edukacją na temat ryzyka oraz budowania zdolności.

Teraz taki żart ponury, ale sami wiecie Państwo, że może on być rzeczywistością. Ta umowa, jeżeli została przysłana z Waszyngtonu w języku angielskim, to pewnie jest powód, dla którego wersja anglojęzyczna jest obowiązująca, no ale tutaj coś nie pyknęło Google translatorowi, bo zakładam, że Google translatorem był tłumaczony ten dokument. Jestem o tym przekonany, dlatego, że na stronie ukraińskiej pojawiła się wersja angielska tej umowy. Ukraińcy szybciej opublikowali tę wersję, niż Polacy, to porozumienie i uwaga…, gdy ja wszedłem na tę stronę i użyłem translatora na język polski, sprawdzając to z ciekawości, to proszę mi wierzyć, jest to niemal kropka w kropkę identyczne z wersją polskojęzyczną.

Podpisano w Warszawie dnia 8 lipca 2024r. W dwóch egzemplarzach, w języku polskim, ukraińskim i angielskim, przy czym wszystkie teksty są jednakowo autentyczne. W wypadku jakichkolwiek rozbieżności przy ich interpretacji tekst w języku angielskim będzie rozstrzygający. – Podpisał Donald Tusk Prezes Rady Ministrów, Wołodymir Zełeński Prezydent.

x

Relacje polsko-ukraińskie są tak stare, jak stara jest unia polsko-litewska. Zaczęło się od unii personalnej w 1385 roku. Jej celem było dostosowanie realiów Królestwa Polskiego, czyli Korony do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego. Korona była małym państwem, monarchią o zrównoważonych stanach, silnej władzy królewskiej, z całkiem zasobnym skarbem królewskim i przeważnie wolnymi chłopami. WKL to był zlepek feudalnych księstw, w których chłopi byli niewolnikami. W tym czasie, na mocy unii horodelskiej z 1413 roku 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich adoptowało 47 herbów szlachty polskiej. Tak więc, gdy doszło do unii realnej w 1569 roku, to ci bojarzy litewscy i ruscy byli już od pokoleń „polską” szlachtą. Natomiast wolni chłopi z Korony stali się chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. Jednocześnie zachodził proces rozkradania królewszczyzn, czyli ziem należących do króla, czyli, jakbyśmy to dziś powiedzieli, do skarbu państwa. Rej w tym wiódł Jan Zamoyski, którego przodkowie adoptowali jeden z tych 47 herbów szlachty polskiej. I w ten sposób Rusin Zamojski stał się najpotężniejszym magnatem Rzeczypospolitej.

Na krótko przed unią realną doszło do wyłączenia z WKL województw: podlaskiego, wołyńskiego, kijowskiego i bracławskiego, czyli ziem obecnej Ukrainy. Włączono je do Korony i to wspólne państwo polsko-rusińskie nadal nazywano Koroną. I tak powiększona Korona weszła w unię z pomniejszonym WKL. Wyglądało to więc tak, jakby to Korona zdominowała WKL, podczas gdy było odwrotnie. Elity WKL zdominowały Koronę. Całkowite zmarginalizowanie jej magnaterii nastąpiło po potopie szwedzkim, który zniszczył jej zamki i ograbił z ruchomości. Potop zdziesiątkował też ludność Korony. Natomiast WKL, zajęta przez Rosję, nie ucierpiała. I tak utrwaliła się dominacja bojarów litewskich i rusińskich, którzy podawali się już za szlachtę polską, nad ziemiami i ludnością Korony.

Ten stan trwa do dziś. Jeśli Litwin Radziwiłł nie miał skrupułów, by sprzymierzyć się z królem szwedzkim i porzucić Koronę na pastwę losu, to dlaczego nie miałby tego zrobić Tusk czy Duda. Oni nie są Polakami, tak jak nie był Polakiem Radziwiłł. Tak naprawdę ludnością polską byli tylko chłopi z Korony, którzy w Rzeczpospolitej stali się niewolnikami. I dziś powoli dokonuje się ich marginalizacja w sensie materialnym.

Powstanie II RP niczego w tym względzie nie zmieniło. O tym w blogu Eksperyment wołyński. Po II wojnie światowej na ziemie poniemieckie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a w III RP ukrainizacja tego państwa jest kontynuowana. O tym w blogu Eksperyment wołyński II. W świetle historii nie powinno to dziwić, bo Polska skończyła się wraz z unią personalną z Litwą. Mamy więc tu do czynienia z wielką mistyfikacją. Państwo, które nazywa się Polską, powinno nazywać się Ukrainą-bis, Ukrainą Zachodnią, czy jakoś tak podobnie.

Piekielnik nazywa umowę z 8 lipca dekretem ukraińskim, choć powinien ją nazywać dekretem amerykańskim, skoro sam stwierdził, że przyszła ona z Waszyngtonu. Zapewne została tam zredagowana, bo jeśli w przypadku wątpliwości interpretacyjnych wersją rozstrzygającą jest wersja angielska, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak jest. A skoro tak, to znaczy, że to Amerykanie o wszystkim decydują, a może raczej amerykańscy Żydzi. Ich przodkowie wysmażyli unię polsko-litewską i ich dziełem było postanowienie unii horodelskiej o 47 herbach szlachty polskiej, które adoptowali bojarzy litewscy i rusińscy.

Powiedział on także, że prawie połowa budżetu państwa polskiego przeznaczana jest na pomoc wojskową i gospodarczą dla Ukrainy oraz na obsługę zadłużenia z tego tytułu i żeby nie nastąpiło bankructwo państwa, to trzeba zaciągać kolejne kredyty, które będą spłacać podatnicy. Z tymi podatnikami to oczywiście bajka, ale wszyscy to powtarzają, bo gdyby powiedzieć, że tak wielkich długów i odsetek od nich polski podatnik nigdy nie będzie w stanie spłacić, to trzeba by wyjaśnić, kto udziela tych kredytów i jaki ma w tym interes, skoro wie, że te długi nie będą spłacone.

Kredyty, podobnie jak ta umowa, płyną z Ameryki. Dlaczego Ameryka nie finansuje Ukrainy bezpośrednio, tylko wysługuje się Polską? Gdyby to faktycznie była wojna zastępcza Ameryki z Rosją, to Amerykanie pomagaliby bezpośrednio Ukrainie. Przecież Rosjanie i tak wiedzą, że to Ameryka wszystko finansuje. Wiadomo też, że Rosja tej wojny nie może przegrać i nie przegra. Po co więc Ameryce potrzebny jest pośrednik w postaci Polski i dlaczego „polscy” politycy, jak żadni inni, są tak agresywni w stosunku do Rosji? Wszystko to jest konieczne do stworzenia pewnego wizerunku Polski.

Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu pojawiały się na kanałach internetowych i w zachodniej prasie informacje o tym, że Polska wyrasta w Europie na potęgę gospodarczą i militarną. Zastanawiałem się, po co ktoś rozgłaszał takie bzdury? Po to, by wytworzyć w ludziach przekonanie, że Polska to potęga i że dzięki temu stać ją na pomoc Ukrainie. Było też dużo informacji na temat tego, jak Polacy pomagają uchodźcom ukraińskim. Obecnie jednak, gdy kreuje się obraz Polski jako państwa, które intensywnie dozbraja Ukrainę, a jej politycy są wyjątkowo agresywni w stosunku do Rosji, to europejska opinia publiczna może nabrać przekonania, że winę za tę przedłużającą się wojnę ponosi głównie Polska. Jeśli rząd „polski” wyśle wojsko polskie na Ukrainę, to tym bardziej utwierdzi się ona w tym przekazie.

Gdy więc w końcu Amerykanie uznają, że nadszedł czas jej zakończenia, to głównym winowajcą będzie Polska i w związku z tym powinna ona być ukarana. W takiej sytuacji wszyscy uznają, że będzie to dobre rozwiązanie. Tą karą będzie połączenie Polski, bez ziem poniemieckich, z okrojoną Ukrainą, prawdopodobnie bez Ukrainy zadnieprzańskiej. Żeby jednak do takiego połączenia doszło, to trzeba zintegrować oba kraje pod względem gospodarczym, socjalnym, etnicznym, czyli masowym osiedlaniem Ukraińców w Polsce, kultury i edukacji, logistycznym, czyli budowy dróg i kolei w kierunku Ukrainy, przejść granicznych itp. I to wszystko realizuje się. Gdyby chodziło tylko o pomoc militarną, to ograniczyłaby się ona do tego obszaru, a tak nie jest. Głównym zatem celem jest stworzenie nowego państwa, a nie wojna z Rosją, której oba państwa nie są w stanie pokonać, ale bez tej wojny nie można tego dokonać. To, co się teraz dzieje, nie byłoby możliwe w warunkach pokojowych. Ta wojna jest tylko środkiem do celu.

Władysław Studnicki

Parę dni temu pojawił się na kanale Zakazane Historie odcinek poświęcony Władysławowi Studnickiemu a zatytułowany Studnicki: Polityk, który przewidział klęskę wrześniową. Był to chyba jedyny znaczący proniemiecki polityk okresu międzywojennego i nie zmienił swoich poglądów do śmierci. Jego koncepcja opierała się na sojuszu z Niemcami przeciwko Rosji. Nie dziwi to, bo wszyscy wywodzący się z Wielkiego Księstwa Litewskiego mają antyrosyjskie fobie. Podszywają się pod Polaków i w ten sposób opinia światowa jest przekonana, że to Polacy mają te fobie i zachowują się irracjonalnie. Warto więc sobie przybliżyć tę postać, bo to ułatwi zrozumienie tego, co obecnie dzieje się w polityce tego regionu, a zwłaszcza tej umowy pomiędzy Polską i Ukrainą z 8 lipca.

Wikipedia o Studnickim pisze m.in. tak:

Władysław Studnicki-Gizbert (ur. 15 listopada 1867 w Dyneburgu, zm. 10 stycznia 1953 w Londynie) – polski polityk i publicysta, członek tymczasowego zarządu Polskiego Skarbu Wojskowego w 1912, od września 1939 zwolennik kolaboracji Polski z III Rzeszą. Brat Wacława, archiwisty wileńskiego.

W młodości uczęszczał do Gimnazjum w Dyneburgu. Od 1887 był studentem Szkoły Handlowej Leopolda Kronenberga. W 1888 r. był jednym z założycieli II Proletariatu, za działalność socjalistyczną aresztowany jesienią 1888, po ośmiu miesiącach śledztwa zesłano go na Syberię. Po powrocie z zesłania w 1896 zamieszkał w Petersburgu, a wkrótce potem w Warszawie. W 1897 wyjechał razem z bratem Wacławem do Wiednia, a następnie osiadł w Heidelbergu. Działał w Związku Zagranicznych Socjalistów Polskich i był członkiem jego władz, tzw. Centralizacji, publikował także w emigracyjnej prasie socjalistycznej, m.in. „Przedświcie”. Stopniowo jednak oddalał się od ruchu socjalistycznego w stronę poglądów bardziej narodowych. W 1901 zamieszkał w Galicji i został najpierw członkiem tamtejszego Stronnictwa Ludowego, a w 1902 Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. W 1903 założył we Lwowie „Tygodnik Lwowski”.

W 1904 r. wydał zbiór swojej publicystyki Od socjalizmu do nacjonalizmu, gdzie przedstawił przyczyny zmiany swoich poglądów. Ostatecznie rozstał się jednak z ruchem nacjonalistycznym wobec różnic w stosunku do Rosji. W latach 1905–1910 mieszkał głównie w Warszawie, był aktywnym publicystą, będącym w opozycji do prorosyjskiej polityki Romana Dmowskiego. W latach 1906–1908 wykładał ekonomię polityczną na Wydziale Humanistycznym Towarzystwa Kursów Naukowych w Warszawie. W 1910 wydał Sprawę polską, w której głosił potrzebę odbudowy niepodległej Polski w oparciu o państwa centralne. Wysunął wówczas koncepcję tzw. trializmu, czyli poszerzenia austro-węgierskiej unii realnej o trzeci człon, którym miało być odbudowane państwo polskie. Był zwolennikiem rozbicia Rosji, która zajęła 80% terytorium I Rzeczypospolitej (w granicach z 1772). W ostatnim okresie przed wybuchem I wojny światowej był działaczem Polskiego Skarbu Wojskowego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, czynił kroki na rzecz stworzenia politycznej nadbudowy dla polskich organizacji paramilitarnych. Do idei tej, w 1912 r., starał się przekonać płk. Tadeusza Rozwadowskiego, w późniejszym czasie jedynego generała Polaka w służbie austriackiej, który nawiązał kontakty z polskim ruchem strzeleckim. Członek Wydziału Finansowego Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. Po klęskach armii austro-węgierskiej jesienią 1914 stał się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli orientacji proniemieckiej. 10 maja 1916 spotkał się z generał-gubernatorem Hansem von Beselerem, któremu przedłożył projekt powołania niepodległej Polski, ze wschodnią granicą na Dźwinie i Berezynie, z zachowaniem zachodniej granicy Królestwa Polskiego z Niemcami z 1815. 21 lipca 1916 założył Klub Państwowców Polskich. Nazywany był jednym ze współautorów aktu 5 listopada, który obiecywał utworzenie państwa polskiego. W grudniu 1916 wszedł do 25-osobowej Tymczasowej Rady Stanu dzięki poparciu okupacyjnych władz niemieckich, został z niej wykluczony w sierpniu 1917. Do końca wojny popierał ekspansję przyszłego państwa polskiego na wschód w sojuszu z Niemcami. W 1918 był zaangażowany w rozmowy o obsadzeniu tronu polskiego przez księcia saskiego Christiana. Mianowany członkiem Rady Stanu w 1918 roku.

x

Istota koncepcji Studnickiego sprowadza się do paru punktów:

  • Był zwolennikiem rozbicia Rosji, która zajęła 80% terytorium I Rzeczypospolitej (w granicach z 1772).
  • 10 maja 1916 spotkał się z generał-gubernatorem Hansem von Beselerem, któremu przedłożył projekt powołania niepodległej Polski, ze wschodnią granicą na Dźwinie i Berezynie, z zachowaniem zachodniej granicy Królestwa Polskiego z Niemcami z 1815.
  • Do końca wojny popierał ekspansję przyszłego państwa polskiego na wschód w sojuszu z Niemcami.
  • W 1918 był zaangażowany w rozmowy o obsadzeniu tronu polskiego przez księcia saskiego Christiana.
  • Dla Studnickiego najgroźniejszym przeciwnikiem była bolszewicka Rosja, a nie Niemcy, z którymi, jak podkreślał, niewielkim kosztem moglibyśmy dojść do porozumienia.

Studnickiego za jego poglądy cenili m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz, Adolf Bocheński i Jerzy Giedroyć, który wydawał wpływowy dziennik „Polityka”. A więc dwóch Litwinów i jeden Ukrainiec. Tylko tacy ludzie mogli dogadywać się z Niemcami i niewielkim kosztem dojść z nimi do porozumienia. Ten „niewielki koszt”, to zachodnia granica Królestwa Polskiego z 1815 roku, jako przyszła granica polsko-niemiecka. A więc ten „niewielki koszt”, to rezygnacja z Wielkopolski, Małopolski i Pomorza. I to mają być Polacy i patrioci? I jeszcze ten saski książę jako król Polski.

x

Jeśli prześledzi się historię Polski, to widać, że ostatecznie przesunięcie tzw. ośrodka polskości na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego nastąpiło w XIX wieku. Tam się wszystko działo; powstawała literatura kresowa, pierwsze partie polityczne, rozwijało się polskie szkolnictwo itp. Wszystko jednak zaczęło się od realizacji jednego z postanowień unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich adoptowało herby 47 rodów szlachty polskiej. I tak bojarzy ci stali się polskimi panami, którzy prześladowali rusiński lud. Podobno tych rodów bojarskich było więcej, ale budynek, w którym przechowywano ten dokument został zniszczony podczas powstania warszawskiego. To działo się za czasów unii personalnej z Litwą. Jej zadaniem było tak naprawdę dostosowanie Korony do realiów WKL, czyli trzeba było z w miarę nowoczesnego państwa europejskiego zrobić wschodnie państwo feudalne, a z chłopów – niewolników. To trwało prawie dwieście lat.

Unia realna skutkowała tym, że jezuici wkroczyli na ziemie WKL i zapoczątkowali budowę kościołów, a ludność prawosławną zachęcali do przechodzenia na katolicyzm. Zdobywali teren tak, jak czynią to współczesne korporacje. W mieście, w którym mieszkam, rynek znajduje się przy kościele, a nie przy cerkwi, chociaż kościoły budowano tu znacznie później.

Dwa najważniejsze kroki, czyli przekształcenie rusińskiej i litewskiej szlachty w polską i ekspansja jezuitów na teren WKL, dokonały się. Jednak szlachta Korony, jakkolwiek już zdominowana przez nową szlachtę z WKL, to jednak nadal była obecna i zapewne bardziej świadoma, niż polski lud. Należało więc ją dobić, by dominacja WKL była całkowita. I temu właśnie celowi służył najazd szwedzki, czyli potop.

Oficjalnie najazd szwedzki tłumaczy się tym, że Szwecja chciała uczynić Morze Bałtyckie swoim wewnętrznym morzem. A skoro tak, to po co było iść daleko na południe, niszczyć Koronę i mordować jej ludność, tym bardziej, że Korona miała bardzo ograniczony dostęp do morza? To Prusy rządziły na południowym i wschodnim Bałtyku, więc to one stały na drodze do realizacji tego celu, ale z jakichś irracjonalnych (pozornie) powodów Szwedzi zaatakowali Koronę. Postąpili też wbrew klasycznej zasadzie prowadzenia wojny, że celem każdej wojny nie jest zniszczenie wroga, tylko podporządkowanie go własnej woli. Szwedzi niszczyli nawet te zamki, których obrońcy poddawali się. Wygląda więc na to, że celem tej wojny było zniszczenie Korony.

Często też mówi się, że planowano wtedy rozbiór Rzeczypospolitej. Być może planowano i dokonano go, bo przecież Szwecja zajęła praktycznie całą Koronę, ale tę Koronę starą, bo na krótko przed unią realną w 1569 roku połączono ją z całą południową częścią WKL, czyli z obecną Ukrainą i to wspólne państwo polsko-ukraińskie w ramach Rzeczypospolitej nadal nazywano Koroną. Natomiast Rosja zajęła całe WKL, łącznie z jej częścią południową. Z kolei Litwin Radziwiłł dogadał się z królem szwedzkim i w ten sposób Litwa też nie ucierpiała od szwedzkiego najazdu.

Szwedzi, gdyby chcieli, to pewnie mogliby zająć całą Koronę, łącznie z klasztorem na Jasnej Górze, ale wycofali się. Zadowolili się tylko Inflantami. Rosja też wycofała się. Zostawiła sobie tylko Ukrainę zadnieprzańską. Był to więc klasyczny rozbiór. Dlaczego jednak tylko taki skromny, skoro oba państwa zajęły praktycznie całą Rzeczpospolitą? Dlaczego wycofały się? Nie ulega wątpliwości, że Szwecja była zbyt małym krajem, by podporządkować sobie Koronę, a oficjalny powód, czyli chęć stworzenia z Bałtyku swego wewnętrznego morza, również był nierealny ze względu na Prusy. Wychodzi więc na to, że prawdziwym celem tej wojny było zniszczenie Korony, czyli Polski, a konkretnie jej elity, czyli magnaterii, jej zamków i posiadłości. Magnateria WKL, czyli wówczas już „polscy panowie”, nie ucierpiała. W ten sposób dokonała się podmiana elit i Wschód zdominował Rzeczpospolitą, której pozwolono jeszcze istnieć przez ponad sto lat. O tym, jak na masową skalę produkowano Polaków na wschodzie w XIX wieku, pisałem w blogu Zrozumieć Polskę.

Te nowe „polskie” elity wywodziły się z WKL, które powstało z dawnych ziem Rusi Kijowskiej, do których prawo rościła sobie Rosja i nadal rości, nazywając Ukrainę i Białoruś bliską zagranicą. A obecne „elity” również mają tam swoje korzenie. Stąd są te antyrosyjskie fobie u wszystkich tych ludzi. Nie dziwią więc poglądy Studnickiego, Giedroycia i innych, dla których ziemie polskie są tylko nic nieznaczącym dodatkiem do ich prawdziwej ojczyzny, czyli ziem byłego WKL. Nie dziwi też słynne już oświadczenie jakiegoś tam Jasiny, który powiedział, że rząd polski jest sługą Ukrainy. Nie dziwi również postawa „polskiego” rządu, który bezwarunkowo wspiera Ukrainę. Problem polega na tym, że zdecydowana większość ludzi nie zdaje sobie sprawy ze stanu faktycznego i nie rozumie, a część jest nawet zszokowana takim zachowaniem tych ludzi, których uważa za Polaków, a oni tylko ich udają.

Trzeba jednak sobie powiedzieć szczerze, że ten plan, podmiany jednego narodu społecznościami z WKL, był planem kogoś, kto stał ponad tym i tym wszystkim kierował i to, co obecnie dzieje się w relacjach polsko-ukraińskich, to również jego dzieło. Realizacja czegoś takiego jak potop szwedzki wymagała skoordynowanych działań w wielu państwach, a to mogła zrobić tylko jedna nacja. I obecnie jest tak samo. Te sługi Ukrainy to tylko żałosne kukiełki, realizujące czyjeś rozkazy.

Polska szlachta w większości, jeśli nie w całości, była żydowskiego pochodzenia i prawdopodobnie tak samo było w przypadku tych litewskich i rusińskich bojarów. Bo jest rzeczą nienaturalną, że ktoś, kto należy do najwyższej warstwy, tak ochoczo przyjmuje do swego grona innych. Cechą charakterystyczną tej warstwy w innych państwach była jej ekskluzywność. To było 1-2% całego społeczeństwa, czasem około 5%, ale nigdy 10%, jak w przypadku Rzeczypospolitej. I do tego dochodzi jeszcze ta liczba – 47. Dlaczego akurat 47, a nie 50? Dlaczego magnateria Korony została zmarginalizowana, jeśli była żydowska? No właśnie! Równie dobrze można by zadać pytanie: dlaczego doszło do Holokaustu? Problem polega na tym, że my do oceny działań Żydów stosujemy system wartości oparty na Dekalogu, który nam ułożyli właśnie oni, a ich system wartości jest zupełnie inny, dla nas nieznany. I dlatego mamy problemy z oceną i interpretacją tego, co dzieje się w polityce.

Aktualizacja z dnia 13 lipca 2024

Wskoczył mi wczoraj na ekran fragment z filmu “Lalka”. Bardzo wymowny i skłaniający do refleksji.

To (pol)exit or not to (pol)exit?

Miesiąc temu na swoim kanale na YouTube Ryszard Legutko przedstawił swoje stanowisko w kwestii ewentualnego wyjścia Polski z unii. Spór polsko-polski ważniejszy niż spór Polski z UE – tak zatytułował swoją wypowiedź. Ryszard Legutko to filozof, publicysta i polityk, autor książek o tematyce społeczno politycznej, tłumacz, komentator dzieł Platona. Do Parlamentu Europejskiego kandydował z listy Prawa i Sprawiedliwości. W PE przystąpił do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Poniżej zapis jego wypowiedzi.

Czy warto zastanawiać się nad polexitem? Tak, oczywiście. Powinniśmy być otwarci na różne możliwości i różne scenariusze. Pamiętajmy, że unia europejska idzie w tym kierunku, że coraz więcej rzeczy tam się dzieje niezależnie od naszej woli. Podejmowane są decyzje, na które my nie mamy żadnego wpływu. Te decyzje mogą być czasami dla nas korzystne, ale bardzo często korzystne dla nas nie są. Wobec tego jest oczywiste, że trzeba rozważać: wychodzić czy nie wychodzić?, jakie są koszty jednego i drugiego?, warto czy nie warto? Trzeba o tym mówić również z tego powodu, że od samego początku, od momentu, kiedy zarysowała się możliwość naszego wyjścia z unii, to zapanowało wśród Polaków takie cielęce ubóstwienie unii europejskiej. To się na szczęście teraz zmienia. Zmienia się dość wyraźnie, ale jest ciągle jeszcze ogromna grupa Polaków, z pewnością większość Polaków, która nawet nie chce słyszeć o jakiejkolwiek krytyce unii i uważa, że krytykowanie unii jest czymś w rodzaju grzechu, rzeczą nieprzyzwoitą i w żadnym razie nie należy o tym mówić, ani nawet myśleć. Więc, żeby wyzwolić się z tego stanu marazmu i umysłowej bezwładności, trzeba również zastanowić się nad tym czy warto wychodzić z unii, czy nie? Gdzie przebiega ta czerwona linia? Jakie kroki należy podjąć i tym podobne rzeczy. To wszystko mieści się w ramach politycznej racjonalności. Niemówienie o tym, niemyślenie o tym jest w istocie przejawem nieracjonalności.

No dobrze, ale nie o tym chciałem mówić. Mamy jeden kraj, jak dotąd, który wyszedł z unii europejskiej – Wielka Brytania. No i przyjrzyjmy się temu przypadkowi brytyjskiemu. Czy wyjście z unii europejskiej spowodowało przyrost dobra dla Wielkiej Brytanii? Kiedy rozmawiałem z politykami brytyjskimi z partii konserwatywnej, to wszyscy chwalą ten krok. Kiedy rozmawiałem z publicystami konserwatywnymi, to – jakkolwiek chwalą samą decyzję – to wyrażają wielkie rozczarowanie tym, co stało się po brexicie. Istotnie, jeśli Wielka Brytania wyszła z unii europejskiej, to wyzwoliła się od komisji europejskiej, wyzwoliła się od tych europejskich trybunałów, a więc mogła zarządzać swoimi sprawami wedle woli i wedle woli brytyjskiego społeczeństwa. Czy przez to Wielka Brytania stała się krajem o większej wolności, większych swobodach, niż w państwach, gdzie reguły narzucała unia europejska? Nie! Bynajmniej! Wielka Brytania jest w tej chwili jednym z najbardziej zamordystycznych krajów zachodniej Europy czy w ogóle świata zachodniego, gdzie polityczna poprawność jest bardzo mocno egzekwowana, gdzie rząd konserwatywny, rząd, który jest przy władzy od wielu lat, nie tylko nie potrafi ograniczyć imigracji, ale właściwie ją zwiększył. W tej chwili to wszystko zupełnie poza kontrolą, a te próby podejmowane nie przynoszą specjalnych skutków; gdzie szkolnictwo, edukacja nadal jest w szponach politycznej poprawności, no i tym podobne rzeczy. Podobnie ta zielona ideologia. A zatem wyjście z unii europejskiej Wielkiej Brytanii zapewne się jej przysłużyło w jakimś zakresie, ale w dużym zakresie niewiele to zmieniło.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Cały świat zachodni, Europa Zachodnia w szczególności, znajduje się pod rządami lewicy. Dotyczy to również unii europejskiej, niezależnie od tego, jak się te partie nazywają. Czy się nazywają partiami konserwatywnymi, jak w Anglii, czy chrześcijańsko-demokratycznymi, czy ludowymi, czy centrowymi, czy jeszcze inaczej, czy zielonymi, czy socjalistycznymi. Wszędzie właściwie jest ta sama agenda, ten sam program. Dlatego brytyjska partia konserwatywna realizowała program lewicowy.

Czym jest lewica, na czym polega myślenie lewicowe? Z grubsza polega na tym, że lewica uznaje, że świat, w którym żyjemy jest światem złym, niesprawiedliwym, źle rządzonym i trzeba dokonać radykalnej zmiany, radykalnego przemodelowania, zmiany stosunków społecznych, zmiany prawa, zmiany sposobu myślenia. Trzeba dokonać takiego swoistego recyklingu, przenicowania społeczeństwa.

Jeżeli przyjrzymy się polskiej sytuacji, no to dostrzeżemy bardzo łatwo, że to myślenie lewicowe jest w Polsce bardzo silne. Już nie tylko chodzi o to, że orientacja lewicowa jest przy władzy, no bo cały program (nie program ) obecnego rządu, rządu Donalda Tuska, rządu koalicyjnego, jest programem lewicowym, programem, który dąży do radykalnego przebudowania świata i przebudowania Polski, ponieważ ta Polska tradycyjna jest zła i w tym współczesnym świecie się nie mieści.

Jest zastanawiające, jak sposób myślenia tego rządu przypomina sposób myślenia władców komunistycznych, którzy w Polsce rozpoczęli swoje rządy przywiezieni na czołgach sowieckich w 44-tym, 45-tym roku. W jednym i drugim przypadku dąży się do recyklingu, do takiego przenicowania polskiej tożsamości. Trzeba powiedzieć, że lewica współczesna, ta platformersko-hołowniana, osiągnęła całkiem sporo w tym zakresie. Pod pewnymi względami nawet więcej, niż ta lewica komunistyczna, mimo użycia środków bardziej łagodnych.

Atak na polską tożsamość i na polską historię jest analogiczny do tego, jaki był podejmowany po wojnie, a nawet powiedziałbym, że bardziej radykalny. To, co się dzieje z nauczaniem historii. Na przykład te zabiegi, które wykonuje współczesny resort oświaty. To poszło znacznie dalej, niż robili to komuniści.

Atak na chrześcijaństwo. Oczywiście komuna aresztowała, więziła, skazywała na śmierć kler, polskich księży torturowała. Od pewnego momentu złagodniała i w jakimś sensie ten Kościół stał się instytucją w Polsce, z którą zaczęto się liczyć. W tej chwili atak na Kościół jest niezwykle brutalny i zmasowany, jeśli chodzi o stronę językową. Jest jeszcze ostrzejszy, niż był za komuny. Albo weźmy polską tradycję patriotyczną – żołnierze wyklęci. To, co się pisze w tej chwili, co lewica, rząd, organizacje z rządem związane czy z nim się utożsamiające – to, co piszą o żołnierzach wyklętych, to właściwie to samo, co za komuny. Atak na papieża w Polsce, w III RP, jest znacznie ostrzejszy, niż ataki na Karola Wojtyłę w Polsce Ludowej do czasu, kiedy Karol Wojtyła został papieżem.

Wiele z tych rzeczy, które obserwujemy, które ja obserwuję z niepokojem, są rodzimego chowu. One są oczywiście wspierane przez unię. Unia daje im jakiś parasol, rozmaite sposoby podtrzymywania tego rodzaju działalności. Ale tak naprawdę powstały one w Polsce. Są realizowane polskimi siłami i mówienie o polexicie jest oczywiście racjonalne, ale jeśli wyobrażamy sobie, że odbywa się referendum, Polacy decydują, że chcą wyjść z unii, że to zmieni coś zasadniczego w Polsce, że uczyni te praktyki, które obserwujemy dzisiaj niemożliwymi, to my się karmimy złudzeniami. Barbaryzacja polskiej kultury, ogłupianie społeczeństwa przez te eksperymenty edukacyjne czy antyedukacyjne, propaganda antypolska – to wszystko jest zasilane energią ludzi, instytucji żyjących w tym kraju. Więc na pytanie, czy trzeba myśleć o polexicie i trzeba do niego dążyć, odpowiadam warunkowym „tak”. To znaczy trzeba myśleć i trzeba rozważać taki scenariusz. Realizacja tego scenariusza będzie kompletnie bez sensu, jeśli domu polskiego nie uporządkujemy. To znaczy, jeśli nie wzmocnimy tej strony patriotycznej, tej strony, która będzie polską suwerenność podtrzymywała. Bo co z tego, że wyzwalając się od instytucji unijnych, będziemy państwem suwerennym, skoro ta suwerenność będzie wykorzystywana do tych samych celów, do których dąży unia. A więc w istocie spór polsko-polski uważam za ważniejszy od sporu Polski z unią europejską.

x

Wszystkie partie w unii europejskiej są lewicowe – tak twierdzi Legutko i chyba wie, co mówi, bo przecież był parlamentarzystą europejskim. Lewica, według niego, uważa, że świat jest zły, niesprawiedliwy, źle rządzony. Trzeba więc dokonać radykalnej zmiany, polegającej na tym, że zmienia się stosunki społeczne, prawo, sposób myślenia. Trzeba więc zmienić społeczeństwo. – Czy rzeczywiście lewica chce zmiany społeczeństwa? Chce tzw. sprawiedliwości społecznej, tj. sprawiedliwego podziału wypracowanego dochodu. Do tego wystarczy zmiana prawa, do tego nie potrzeba zmiany społeczeństwa i sposobu jego myślenia. Czy zatem jest to lewica i czy tak powinny nazywać się te partie?

Polska lewica nie różni się niczym od tej europejskiej i ma takie same cele – twierdzi Legutko. Atakuje ona polską historię i chrześcijaństwo. Polska tradycja patriotyczna, to żołnierze wyklęci. Mówiąc o ataku na chrześcijaństwo ma on na myśli atak na Kościół katolicki. Dlaczego zawęża pojęcie chrześcijaństwa? Lewica zawsze atakowała Kościół i nigdy nie kryła się z poglądami, że dla niej Kościół katolicki to ciemnota i zabobon. Nigdy jednak nie atakowała w taki, ani w żaden inny sposób, Cerkwi prawosławnej, chociaż jest ona bardziej przywiązana do tradycji, niż Kościół, a więc jest to jeszcze większa ciemnota i zabobon. Ktoś może powiedzieć, że dlatego, że prawosławnych jest zdecydowanie mniej. Nie jest to jednak prawda. Po powstaniu listopadowym Rosjanie usuwali ze wszelkich urzędów i instytucji państwowych Królestwa Polaków i zastępowali ich Rosjanami. Jednocześnie budowali cerkwie i w ten sposób tworzyli wspólnoty prawosławne na ziemiach etnicznie polskich. O tym pisałem w blogu Czyja religia, tego władza. Po II wojnie światowej na ziemie poniemieckie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a więc prawosławnych. Mamy więc w Polsce bardzo dużo wyznawców prawosławia. Propaganda narodowo-socjalistycznego PRL-u zakodowała ludziom w głowach, że Polska jest krajem jednolitym narodowo i katolickim, a takim nie była i nie jest.

Siły, które są przeciwne wartościom chrześcijańskim i patriotycznym, są rodzimego chowu. Jest to więc spór polsko-polski. Jednak Legutko nie precyzuje dokładnie, jakie to są siły. Jak więc walczyć z czymś, co nie jest jasno określone, czego nie można nazwać? To walka z wiatrakami, to jakaś donkiszoteria. Natomiast proponuje on wzmocnienie strony patriotycznej, czyli że druga strona jest niepatriotyczna. A skoro jest niepatriotyczna, to może nie są to Polacy, a spór nie jest sporem polsko-polskim? Wzmocnienie strony własnej, bez właściwego rozpoznania przeciwnika, prowadzi tylko do niekończącego się konfliktu. I zdaje się, że właśnie o to chodzi. Jeśli nie powiemy ludziom z korzeniami białoruskimi, ukraińskimi i innymi, że nie są patriotami, a oni nie powiedzą wprost, dlaczego są tak niechętni Polakom, to nigdy nie dojdziemy do porozumienia. Tylko szczery dialog i jasne deklaracje z obu stron mogą być realną próbą rozwiązania tego konfliktu. Na to jednak politycy wszelkich orientacji nie są gotowi i nie chcą tego. Racją ich bytu jest tworzenie konfliktów, a nie ich rozwiązywanie.

Mamy więc klarowny podział sceny politycznej – dwie dominujące partie: PO i PiS. One mają największy elektorat i najbardziej stabilny. Wiemy też, że zarówno dla zwolenników PO jak i PiS, program polityczny i gospodarczy nie ma znaczenia. Bez względu na to, co zrobią politycy obu partii oni i tak zawsze będą głosować na swoje partie. A skoro tak, to podział musi przebiegać gdzie indziej. Elektorat PiS jest przywiązany do tych idiotycznych haseł typu Bóg, Honor, Ojczyzna. Z tym się utożsamia, a więc Polak-katolik. Tak właśnie przenicowano społeczności na Kresach i zrobiono z nich Polaków. Oni innej tożsamości nie mają i tego się trzymają. Mamy więc podział: cała Polska zachodnia i największe miasta to elektorat PO. Podobnie głosują prawosławni Ukraińcy i Białorusini w południowej części Podlasia, gdzie stanowią zdecydowaną większość. Tak więc zwolennicy PO to w większości prawosławni. Dla nich wszelkie ataki na Kościół katolicki są mile widziane, bo oni nienawidzą go. I dobrze o tym wie Donald Tusk i dlatego może mówić, że polskość to nienormalność.

Legutko na zakończenie stwierdza, że spór polsko-polski jest ważniejszy od sporu Polski z unią. Czy rzeczywiście jest to spór polsko-polski, czy może raczej funkcjonujący podskórnie, wykreowany przez polityków, spór prawosławno-katolicki? PO – prawosławie, PiS – katolicyzm. Wiadomo, że antagonizmy na tle wyznaniowym są trwalsze i nie do usunięcia. To jest niekończący się samograj.

Czy rzeczywiście przenicowanie społeczeństwa to oryginalna lewicowa myśl? Przecież tak było w XIX wieku na Kresach, będących wtedy pod zaborem rosyjskim, gdzie z miejscowych społeczności robiono Polaków. O tym pisałem w blogu Zrozumieć Polskę.

Ten obraz polskiej rzeczywistości, jaki tu nakreśliłem, jest nieco przerysowany, ale tak jak w karykaturze dla uwypuklenia pewnych cech trzeba je uczynić wyrazistymi, tak i w tym wypadku należało tak postąpić. Żeby cokolwiek zrozumieć, trzeba wyrażać się jasno i precyzyjnie, a nie rozmywać obraz, tak jak to czynili impresjoniści i jak to uczynił Legutko. Musi być on jasny i klarowny, tak jak w malarstwie klasycznym.

Po co więc ten polexit i cała ta dyskusja o nim? Jeśli ma być odtworzona I RP, to wyjście z unii jest konieczne. Problem jednak polega na tym, że nikt o tym nie powie, bo jest jeszcze za wcześnie, ale przygotowania już trwają, czego dowodem jest choćby cytowana powyżej wypowiedź Ryszarda Legutko.

Legenda Solidarności

W numerze 26 tygodnika Przegląd z dnia 24-30.06.2024 ukazał się fragment książki Stanisława Sławomira Niciei Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. 20, Wydawnictwo MS, Opole 2024. Fragment ten redakcja tego tygodnika zatytułowała Dwie biografie Anny Walentynowicz. Ja poniżej cytuję obszerne fragmenty tego, co wybrała redakcja.

x

Z okolic Równego wywodzi się rodzina Anny Walentynowicz (1929-2010) – suwnicowej w Stoczni Gdańskiej, której usunięcie z pracy 14 sierpnia 1980 r. stało się impulsem do wybuchu strajku w jej macierzystym zakładzie. Strajk ten niespodziewanie uruchomił potężną falę robotniczego buntu, który rozlał się po całej Polsce. W jego następstwie powstał dziesięciomilionowy ruch robotniczy o nazwie Solidarność, który ostatecznie doprowadził do gruntownych zmian politycznych w polskim państwie i upadku PRL. Anna Walentynowicz stała się jedną z ikon tego ruchu i postacią legendarną. Przyznano jej najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego oraz amerykański Medal Wolności Trumana-Reagana. Stała się bohaterką dziesiątków reportaży i kilku obszernych książek. Trafiła do filmografii i otrzymała przydomek „Anna Solidarność”. Jej wspomnienia ukazały się w językach angielskim, niemieckim, czeskim, słowackim, ukraińskim i japońskim.

Po dojściu w 1989 r. Solidarności do władzy ujawniły się wśród jej przywódców potężne kontrowersje i rozpoczęła się bezpardonowa walka personalna, w ogniu której znalazła się również Walentynowicz. Oprócz hagiografów, przypisujących jej wyłączny mit założycielski Solidarności, pojawili się antagoniści i demaskatorzy. Walentynowicz w swoich wypowiedziach atakowała przede wszystkim Lecha Wałęsę – wybranego przywódcą Solidarności, który tym samym zyskiwał światowy rozgłos.

Krąg zwolenników Walentynowicz od początku zwalczał wyidealizowany obraz Wałęsy, głosząc, że nim stanął na czele stoczniowej Solidarności, miał „ciemną przeszłość agenturalną” i wbrew jego twierdzeniom „nie włączył się do strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie Walentynowicz, przeskakując przez płot, a został przywieziony do strajkującej załogi esbecką motorówką”. W opinii Walentynowicz i coraz liczniejszego grona jej zwolenników Wałęsa na początku strajku miał wykonywać polecenia swoich mocodawców z SB, którzy dzięki jego informacjom mieli wgląd i mogli od środka kontrolować przebieg robotniczego buntu w stoczni.

Walka dwóch ikon założycielskich Solidarności – Wałęsy i Walentynowicz – ma długą i dramatyczną historię. Jednym z następstw tej wielkiej kontrowersji było poddanie ostrej lustracji życiorysów obojga bohaterów zwycięskiego strajku. Poczęły powstawać na ich temat monografie i filmy hagiograficzne, ale też padały coraz cięższe oskarżenia, przybierające często formę paszkwili. Tylko irracjonalnym pieniactwem można tłumaczyć fakt, że Walentynowicz i Wałęsa potrafili się ze sobą tak brutalnie skłócić i znienawidzić. Potęgująca się polaryzacja polityczna poczęła niszczyć ich autorytety. Badacze wątków rodzinnych Walentynowicz zaczęli w toku tej walki ujawniać, że jej oficjalny życiorys mija się z prawdą. Pojawiały się coraz to nowe dowody, że niewygodne z jej punktu widzenia fakty zostały przemilczane, zatajone lub zmanipulowane.

Wersja Cenckiewicza

Według ubranej w togę naukowości hagiograficznej wersji Cenckiewicza Walentynowicz urodziła się w Równem, a jej rodzicami byli Aleksandra z Paszkowskich i Jan Lubczykowie. Z aktu urodzenia wystawionego post factum 27 grudnia 1951 r. (a więc miała już 22 lata) przez Romana Matuszewskiego, urzędnika łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego wynikało, że ojciec był ogrodnikiem, a matka krawcową. W odręcznym życiorysie z 4 listopada 1950 r., starając się o pracę w stoczni, Walentynowicz napisała, że rodzice byli właścicielami malej posesji w Równem i przed wybuchem wojny ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej w tym mieście.

W wywiadach, których udzieliła dziennikarzom i reporterom (m.in. Hannie Kral, Tomaszowi Jastrunowi i Annie Baszanowskiej), opowiadała, że jej ojciec, zmobilizowany do Wojska Polskiego we wrześniu 1939r., z wojny nie wrócił, że w 1940 r. zmarła jej matka, a jedyny brat Andrzej został wywieziony na Sybir. W tej sytuacji jako kilkunastoletnia dziewczynka trafiła na służbę do niezapamiętanej przez nią z nazwiska polskiej rodziny i z nią wyjechała w 1943 r. w okolice Warszawy. Po wojnie osiadła w Gdańsku, uciekając właściwie od opresyjnych gospodarzy, którzy traktowali ją wręcz jak niewolnicę. Była przez nich bita i poniżana.

W Gdańsku po trzymiesięcznym kursie Walentynowicz uzyskała dyplom spawaczki i podjęła pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wyróżniała się pracowitością i entuzjazmem, osiągając z czasem pozycję wysoko cenionej i „wzorowej młodej proletariuszki”. Została w stoczni przodownicą pracy (wyrabiała 270% normy). Działała w stoczniowych strukturach Związku Młodzieży Polskiej i Ligi Kobiet. Jako wyróżniającą się przodownicę pracy w nagrodę wysłano ją w 1951 r., by reprezentowała „socjalistyczną młodzież” na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie, na którym była wśród setek delegatów wiwatujących w pochodzie przez miasto na cześć Józefa Stalina – „prawdziwego obrońcy pokoju”. Na łamach regionalnej prasy pomorskiej ukazywały się artykuły chwalące jej ideowość i pracowitość.

W późniejszych latach była odznaczana medalami: dwukrotnie brązowym za zasługi, raz srebrnym i raz złotym. W 1984 r., kiedy stała się opozycjonistką, odesłała te medale do Rady Państwa PRL. W 1952 r. urodziła nieślubnego syna, Janusza. Nazwiska ojca nigdy nie ujawniła. W 1964 r. wyszła za mąż za Kazimierza Walentynowicza, również pracownika Stoczni Gdańskiej, zaangażowanego w działalność związkową, który zmarł w 1971 r.

Lustracyjne kontrowersje

Gdy 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz jako członkini delegacji polskiej na uroczystości katyńskiej zginęła w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, do mieszkającej w Równem Walentyny Romaniuk, dziennikarki amerykańskiej rozgłośni Radio Swoboda, mającej siedzibę w Pradze czeskiej, zadzwonił kolega z pytaniem, czy wie, że Walentynowicz była Ukrainką. „Początkowo – wspomina Walentyna Romaniuk – nie uwierzyłam. O tym, kim była Walentynowicz, wiedziałam. Ale byłam przekonana, że matka Solidarności była Polką. Kolega jednak nalegał, abym odszukała rodzinę Anny. Jak się okazało, mieszkali oni w sąsiedztwie redakcji. Poszłam do tego mieszkania i przedstawiłam się. Na moje spotkanie wyszła zasmucona starsza kobieta, siostra Anny. Płakała, pokazywała wspólne zdjęcia. Opowiadała mi o losie młodszej siostry. (…) O moim odkryciu zawiadomiłam kierownictwo Radia Swoboda. Początkowo nie uwierzono mi, ale po sprawdzeniu faktów wyrażono zgodę. Audycja radiowa stała się prawdziwą sensacją w obu państwach. Na Ukrainie dziwiono się, a w Polsce nie wierzono i oburzano się. Wówczas pojechałam do rodzinnej wsi Sadowe pod Równem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości i poznałam tam wielu krewnych Walentynowicz: braci, bratanków”.

Radio Swoboda, zapowiadając wywiad z Olgą Lubczyk – starszą siostrą Walentynowicz, wyeksponowało zdanie: „W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, której życie odmieniło losy Polski”. Media polskie przemilczały tę wiadomość, ale trafiła ona na łamy wychodzącego w Polsce rocznika mniejszości ukraińskiej „Ukrainśkij Almanach”, a 1 września 2010 r. (powołując się na ustalenia regionalistów z Wołynia) opublikował ją na łamach wysokonakładowej „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech – działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Wersja udokumentowana źródłami

Jaka jest więc ostatecznie prawda o pochodzeniu Anny Walentynowicz? Nad tym zagadnieniem pracowało w latach 2010-2020 wielu dziennikarzy, reporterów i historyków. Najbardziej wiarygodny obraz młodości Anny Walentynowicz stworzyli w swojej reporterskiej książce „Walentynowicz. Anna szuka raju” (2020) Dorota Karaś i Marek Sterlingow. Odbyli oni nie tylko wyprawę w rodzinne strony ikony „Solidarności”, ale wykorzystali też ustalenia ukraińskich dziennikarzy (Walentyny Odarczenko) i historyków regionalistów (Jefrema Hasaja, Mykoły Paszkowecia i Jarosława Plasa), a także parce dokumentacyjne historyka z Uniwersytetu Gdańskiego – Igora Hałagidy.

Sztundyści

Według faktografii zgromadzonej w powyższych opracowaniach Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (obecnie Sadowe, 40 km od Równego). W jej rodzinie pielęgnowano legendę, że ich przodkiem był słynny kozacki ataman Semen Nalewajko (1560-1597), stracony publicznie po buncie wznieconym przeciwko polskim panom. Daleki kuzyn Anny – Mykoła Paszkoweć napisał na ten temat rozprawę naukową.

Rodzicami Anny byli Pryśka z Paszkoweciów i Nazar Lubczykowie, którzy należeli do wyznawców sztundyzmu. Była to na Wołyniu licząca ok. 30 tys. wyznawców wspólnota, sekta, czy też odnoga protestantyzmu, zrzeszająca głównie kolonistów niemieckich oraz pracujących u nich chłopów ukraińskich i polskich, ale też Ormian.

Sztundyści nie chodzili do kościoła. Nazwę swojej wspólnoty wywodzili od niemieckiego słowa eine Stunde (godzina) – tyle bowiem czasu każdego dnia przeznaczali na modlitwę i czytanie Biblii w domach. Wyróżniali się uczciwością, prawdomównością i rzetelnością, nie przeklinali, nie palili machorki ani nie pili alkoholu, dlatego na Wołyniu greccy i rzymscy katolicy oraz Żydzi uważali ich za dziwaków.

Pryśka i Nazar Lubczykowie mieli sześcioro dzieci. Najstarszymi były Olga (rocznik 1926) i Anna (1929), później urodzili się: Petro, Katarina, Nadija i Wasyl. Ich przyrodnim bratem był Iwan Suszczuk – syn Pryśki Lubczykowej z pierwszego małżeństwa. Rodzice wpajali dzieciom surowe zasady wiary: obowiązek codziennej modlitwy i czytania Biblii. Żadne z dzieci nie było chrzczone w kościele, sztundyści bowiem uważali, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, w wieku dorosłym. Stąd Anna Walentynowicz ochrzciła się w kościele rzymskokatolickim w Gdańsku dopiero w wieku 35 lat, tuż przed swoim ślubem z Kazimierzem Walentynowiczem. Nie przyznała się do braku tego sakramentu. Twierdziła, że akt chrztu spłonął razem z metryką w Równem.

Matka Anny Walentynowicz zmarła w 1937 r. Trzy lata później jej ojciec Nazar ożenił się po raz drugi, z młodszą od niego o 18 lat Mariją Ozarczuk, z którą miał później pięcioro dzieci. Przeżył z nią 45 lat. Zmarł w 1995 r.

Rodzina Lubczyków była wielodzietna. Gdy Sowieci zabrali im część ziemi, popadli w wielką biedę i zostali zmuszeni do oddania najstarszych, ale jeszcze niepełnoletnich córek – Olgi, a później Anny – na służbę do polskiej rodziny Walentyny i Edmunda Teleśnickich. Teleśnicki był z wykształcenia agronomem, pracownikiem istniejącej od 1913 r. cukrowni w Babinie nieopodal Równego. Teleśnicki pełnił tam obowiązki kontraktora buraków. Jeździł po okolicznych wsiach i podpisywał z chłopami umowy. W październiku 1939 r. przeprowadził się do majątku Pustomyty, leżącego nieopodal wsi Sienne, gdzie mieszkała rodzina Lubczyków. „W tym gospodarstwie – wspomina Olga Lubczyk – Hanusia karmiła świnie, doiła krowy, prała”. Tam pracowała też Julia Płocka – matka przyszłego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego, a jego ojciec był w tej wsi zarządcą mleczarni.

Odyseja Teleśnickich

Gdy 11 lipca 1943 r. doszło na Wołyniu do „krwawej niedzieli”, w czasie której w ciągu jednego dnia wymordowano w sposób sadystyczny kilkadziesiąt tysięcy Polaków, Teleśniccy postanowili za wszelką cenę przedostać się z dziećmi – Angeliną i Romanem – do generalnej Guberni. Po zgromadzeniu żywności, bimbru na łapówki oraz załadowaniu na wozy cenniejszego dobytku, w tym ukrytego w odzieży złota „na czarną godzinę”, postanowili wyruszyć w kierunku Równego – miasta, w którym było stosunkowo bezpiecznie, gdyż stacjonowały tam wojska niemieckie. Cały czas była z nimi Anna Lubczyk.

Po przyjeździe do Równego Walentyna i Edmund Teleśniccy ujrzeli setki koczujących na ulicach spanikowanych Polaków, którzy zbiegli z wiosek palonych przez banderowców. Szczególna ciżba była w pobliżu dworca kolejowego i koszar, gdzie stacjonowali niemieccy żołnierze, gdyż prawem paradoksu dawali oni w tym czasie Polakom poczucie bezpieczeństwa przed zagrażającymi ich życiu banderowcami. Ludzie masowo zgłaszali się na roboty przymusowe w głąb Niemiec – woleli ciężką pracę u niemieckiego bądź austriackiego bauera niż śmierć w torturach. Na ulicach Równego rozgrywały się się wówczas nierzadko sceny apokaliptyczne.

Przedsiębiorczy Edmund Teleśnicki po długich zabiegach przekupił strażników niemieckich eskortujących transport wojskowy jadący w kierunku Generalnej Guberni i pozwolono jego rodzinie jechać z żołnierzami. Anna Lubczyk też była w tym transporcie. Opuszczała rodzinne strony w takim samym stresie jak Teleśniccy, gdyż trwająca kilka dni podróż odbywała się w wielkiej niepewności, co może się w każdej chwili zdarzyć. Zdaniem Olgi Lubczyk Anna była wówczas przekonana przez Teleśnickich, że jej rodzice i całe rodzeństwo zginęło w Siennem, gdy Niemcy spacyfikowali i zdziesiątkowali tę wieś za spalenie przez banderowców w Pustomytach dworu Pruszyńskich i tamtejszej mleczarni. Czy Teleśniccy świadomie, z premedytacją okłamali wówczas Annę? Czy uwierzyła im? – nikt już obecnie tego nie ustali. W każdym razie opuściła wówczas Wołyń w niemieckim transporcie wojskowym. Pojechała w rodzinne strony dopiero po 53 latach w roku 1996.

Podróż do Generalnej Guberni Walentyny i Edmunda Teleśnickich z dziećmi Angeliną i Romanem oraz Anną Lubczyk trwała dwa tygodnie. Dotarli do Tłuszcza pod Warszawą, a stamtąd do Melcowizny, gdzie brat Edmunda Teleśnickiego Leon prowadził małe gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję gajowego.

„Po przeprowadzce do Gdańska – twierdziła siostra Walentynowicz, Olga Lubczyk – Anna pracowała w fabryce margaryny i wówczas zainteresowała się zawodem operatora suwnicy. Dobrzy ludzie w Gdańsku pomogli jej skończyć kurs i została suwnicową w stoczni”.

Interesująca jest relacja Olgi Lubczyk dotycząca lat 80.,gdy w Polsce toczyła się walka o legalizację Solidarności. „Przychodzili do nas ludzie z KGB – wspominała Olga Lubczyk – i pytali ojca, czy miał taką córkę Annę i gdzie ona jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział: »Była taka, ale umarła«. Ojciec miał przekonanie, że Anna żyje w Polsce, ale się z tym nie obnosił. Krajoznawca z Tarnopola Jefrem Hasaj na prośbę ojca już po zwycięstwie w Polsce Solidarności nawiązał z nią kontakt i po kilku miesiącach Anna udała się do Równego, aby spotkać się z rodziną, ale jej ojciec już tego nie dożył. Anna przez 15 lat co roku odwiedzała swoją ojczyznę i rodzinę w Równem. Ostatni raz dzwoniła w kwietniu 2010, by przekazać informację o wyjeździe do Katynia. Mieliśmy się jeszcze spotkać, ale los chciał inaczej”.

W obliczu tych nowych ujawnionych faktów z życia Walentynowicz zaczęto spekulować, dlaczego po 1989 r., po zwycięstwie „Solidarności”, nigdy oficjalnie nie potwierdziła swojego ukraińskiego rodowodu. Nie ujawniła, że miała rodzeństwo mieszkające na Ukrainie, że po 1996 r. wielokrotnie jeździła do siostry Olgi, że gościła ją u siebie w Gdańsku. Trudno uwierzyć, że nie wiedziała, iż jej przyrodni brat Iwan został skazany przez Sowietów na 15 lat łagru za przynależność do Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowców). Dlaczego ukrywała to nawet po upadku Związku Radzieckiego? Można zrozumieć, że wcześniej tego nie czyniła, gdyż nie chciała narazić swoich krewnych na szykany ze strony KGB – ale po powstaniu w 1991 r. niepodległej Ukrainy takiego niebezpieczeństwa już nie było, a także miała wtedy osobisty kontakt z siostrą Olgą.

Bardziej dziwi postawa Sławomira Cenckiewicza, który w książce albumowej wydanej w 2017 r., a więc siedem lat po śmierci Walentynowicz, zamieścił kilkaset fotografii z różnymi ludźmi, ale nie znalazł miejsca na choćby jedno zdjęcie z siostrą Olgą lub kimkolwiek z ukraińskiej rodziny. Wiadomym też było, że syn Walentynowicz Janusz i jej wnuk Piotr gościli w rodzinnych stronach matki i babki. Piotr Walentynowicz pojechał tam z reżyserem filmowym Jerzym Zalewskim szukać śladów przodków. Odnalazł groby wielu członków rodziny, w tym grób rodziców babki – mówił o tym w programie telewizyjnym „Pod prąd”.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 r. Anny Walentynowicz, twierdził, że za jej życia nigdy nie słyszał o jej ukraińskiej rodzinie. „To zaskakujące wiadomości – przyznał. – Zawsze mówiła, że nie ma nikogo, że po wojnie została sama jak palec. Czemu nie przyznała się do swoich korzeni? Moim zdaniem z obawy przed wrogością, jaką Polacy darzyli Ukraińców. Pokolenie, które przeżyło wojnę, pamiętało, co się wydarzyło na Wołyniu. Pani Ania mogła obawiać się tych uprzedzeń. Jak to możliwe, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie?”.

Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Walentynę Romaniuk powstał film dokumentalny „Córka Ukrainy – matka Solidarności”, który w 2018 r. otrzymał pierwszą nagrodę na polsko-ukraińskim Festiwalu Radiowo-Telewizyjnym „Kalinowe Mosty”. Ludmiła Pryjmaczuk zacytowała słowa wypowiedziane przez Annę Walentynowicz podczas jej pobytu u rodziny w Równem: „Gdy umrę na Ukrainie, pochowajcie mnie tu”.

Obecnie, po latach kontrowersji wokół biografii, Anna Walentynowicz jest postacią łączącą społeczność polską i ukraińską.

x

Mamy w tym artykule do czynienia z dwiema wersjami życiorysu Anny Walentynowicz. Obie niepełne, ale zawierające informacje, które są bardzo ciekawe, a których nie spodziewałbym się w tym miejscu. Chodzi oczywiście o rzeź wołyńską, w trakcie której Walentynowicz wyjechała z Ukrainy. Jak to było możliwe, że doszło do niej w sytuacji, gdy znajdowały się tam wojska niemieckie, co w praktyce oznaczało, że Niemcy w pełni kontrolowali ten teren. Musiało więc dojść do tej rzezi za ich zgodą i aprobatą. Dlaczego zachowali się biernie, chociaż były wyjątki? Gdy banderowcy spalili dwór Pruszyńskich i mleczarnię, to Niemcy w odwecie spacyfikowali i zdziesiątkowali pobliską wieś. Ludność uciekała ze spalonych wsi i zgłaszała się masowo na roboty do Niemiec. Może to dobry sposób. Zamiast zmuszać ich siłą, zrobili tak, że sami przyszli. Czy możliwa była tego typu perfidia i brak wszelkich skrupułów? W trakcie tamtej wojny działy się rzeczy, o których nam się nie śniło. O większości nigdy się nie dowiemy.

Jak to było możliwe, że Walentynowicz wraz z rodziną Teleśnickich wyjechała do Generalnej Guberni? Bez zgody władz niemieckich nie byłoby to możliwe, a już na pewno nie byłoby to możliwe dla zwykłych ludzi. W tym czasie front niemiecko-radziecki był daleko na wschodzie, a ziemie okupowane przez Niemców były pod ich pełną kontrolą.

Walentynowicz dotarła do Tłuszcza pod Warszawą. Z artykułu wynika, że tam nadal przebywała z rodziną Teleśnickich. Jak długo? Tu, w „wersji udokumentowanej źródłami” pojawia się luka. Następnie przeprowadza się do Gdańska. Ale skąd? Czy z Melcowizny? Nie wiadomo.

W wersji Cenckiewicza znajduje się informacja, że 27 grudnia 1951 roku urzędnik łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego, Roman Matuszewski, wystawił jej akt urodzenia. Nie ma jednak informacji, na jakie nazwisko został on wystawiony i dlaczego akurat w Łodzi? Przecież mieszkała pod Warszawą od jej wschodniej strony. Czy tak następuje zacieranie śladów? Ponad rok wcześniej, 4 listopada 1950 roku, starając się o pracę w stoczni, dołączyła swój życiorys. Jakim nazwiskiem posługiwała się wtedy? Nie wiadomo więc, jakie nazwisko nosiła do czasu wyjścia za mąż za Kazimierza Walentynowicza. Nie wiadomo też, kto był ojcem jej nieślubnego dziecka. Może ktoś ważny, skoro to taka tajemnica.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 roku Anny Walentynowicz, dziwił się, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie. Może był bardzo naiwny albo takiego udawał. Skoro do rodziny Walentynowicz na Ukrainie przychodzili ludzie z KGB i pytali jej ojca, czy ma córkę Annę, to znaczy, że wiedzieli, że ją ma. Inna sprawa czy o nią pytali, czy raczej dali do zrozumienia, by nie przyznawał się do niej. Czy służby, które inwigilowały, nie miały dostępu do urzędów i wglądu w dokumenty znajdujące się w nich? Dobrze wiedziały, kim ona była i raczej nie inwigilowały jej, tylko ją prowadziły i to zapewne od nich KGB miało informację o tym, skąd ona pochodziła. Było zapewne bardzo dużo takich osób, które służby przygotowywały do różnych ról. Być może na pewnym etapie uznały, że to właśnie ona nadaje się doskonale do odegrania pewnej roli. I tak Ukrainka, której rodzina utrzymuje, że jej dalekim przodkiem był kozacki ataman Semen Nalewajko, stała się ikoną Solidarności i zmieniła bieg historii Polski. – To działa na wyobraźnię ludu, który zaczyna wierzyć w to, że nawet prości ludzie mogą postawić się władzy i odmienić bieg historii.

Życiorys Anny Walentynowicz, to jeden z wielu przypadków tego, jak dokonuje się podmiana jednego narodu drugim. Okres wojny i następujące po niej przesiedlenia były idealnym momentem, by wielu ludziom zmienić tożsamość i narodowość. Ten proces został zapoczątkowany aktem unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i oni, a później ich potomkowie stali się „polskimi panami”, z którymi walczył Semen Nalewajko. Anna Walentynowicz – daleka jego krewna, jak utrzymuje jej rodzina – stała się symbolem polskiego patriotyzmu, ikoną Solidarności.

Proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu trwa nadal i przybiera na sile. Na Interii ukazał się 2 lipca artykuł Coraz więcej Białorusinów mieszka w Polsce. Widać wyraźny wzrost. W ciągu ostatniego półrocza liczba Białorusinów mieszkających w Polsce wzrosła o 10%. Są to głównie mężczyźni w wieku 18-34 lat. I są oni jednocześnie drugą największą grupą cudzoziemców, którzy kupują w Polsce nieruchomości. Jaki to więc reżim na Białorusi, skoro jej obywatele mogą wyjeżdżać za granicę i to jeszcze na dodatek do państwa, które postawiło na granicy z nią płot. Zapewne dlatego tak się dzieje, że są to Żydzi białoruscy, a dla tej nacji granice nie istnieją. Oficjalnie będą jednak Białorusinami i za jakiś czas staną się obywatelami polskimi z prawem wyborczym. To kolejny dowód, moim zdaniem, że wszystko zmierza w kierunku odtworzenia I RP i jej wielonarodowego charakteru.

Sojusz

W swoim podkaście geopolitycznym z dnia 23 czerwca 2024 roku zatytułowanym Wicepremier Ukrainy chce sojuszu z Polską Leszek Sykulski mówi m.in. tak:

Wicepremier Ukrainy Irina Wereszczuk podczas III Forum Odbudowy Ukrainy w Kijowie powiedziała: „Bez sojuszu z Polską nie będziemy w stanie wygrać wojny”. Te słowa wywołały prawdziwą burzę w wielu środowiskach, także tych, które dotychczas nawoływały do wspierania Ukrainy, pomocy finansowej, gospodarczej, a nawet militarnej, ponieważ pokazują w jak trudnej sytuacji jest dzisiaj Ukraina i że bez zaangażowania wojsk Kolektywnego Zachodu trudno mówić o jakimkolwiek zwycięstwie. Dzisiaj państwa tzw. Kolektywnego Zachodu po prostu zwyczajnie nie chcą angażować się bezpośrednio wojskowo, a przynajmniej nie w takiej skali, jak chciałaby pani Irina Wereszczuk.

W związku z tym mamy tutaj do czynienia z pewnym nawiązaniem do planu, dziś już nieco zapomnianego,Stoltenberga-Jermaka. Był taki plan, który polegał na tym, aby zaproponować Ukrainie swego rodzaju „małe NATO”, jak często publicyści, komentatorzy nazywali ten plan, a mianowicie takie dwustronne porozumienia polityczno-wojskowe z Ukrainą i w tymże właśnie planie Jermakowa-Stoltenberga była koncepcja stworzenia takiego sojuszu polityczno-militarnego między Polską a Ukrainą. Miały być takie kręgi sojusznicze, gdzie ten najwęższy krąg to byliby tacy najwierniejsi sojusznicy Ukrainy, gdzie w planie Jermaka-Stoltenberga właśnie miała być również Polska. No i tutaj były rozważane różnego rodzaju koncepcje, łącznie z tym, aby państwa, które wchodzą w takie głębsze relacje sojusznicze z Ukrainą i miały potencjalnie np. wysłać wojsko na Ukrainę, aby te państwa automatycznie traciły możliwość skorzystania z art.5 Traktatu Waszyngtońskiego,Traktatu Północnoatlantyckiego i tego traktatu NATO, który mówi o tym, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, że jedno państwo ma prawo oczekiwać pomocy ze strony państw innych, jeżeli zostanie zaatakowane.

Nie muszę mówić, że tego typu plan, plan Jermaka-Stoltenberga, i koncepcja rzucona przez Irinę Wereszczuk jest skrajnie niekorzystna dla państwa polskiego, w pewien sposób uprzedmiotowia państwo polskie, które staje się tak naprawdę zakładnikiem ukraińskiej racji stanu i nie może być mowy na zgodę na tego typu plany, koncepcje. To nie może być poważnie traktowane. No, ale niestety pani Irina Wereszczuk jest traktowana poważnie przez czynniki decyzyjne państwa polskiego. Tutaj można oczywiście próbować zrozumieć stanowisko wicepremier Ukrainy, która mówi o tym, że bez wsparcia Zachodu Ukraina sobie nie pomoże itd., ale wiemy doskonale, że przyczyna tej wojny na Ukrainie jest znacznie głębsza i ona nie wynika tylko i wyłącznie z jakichś animozji narodowościowych w Donbasie, ale jest tak naprawdę proxy war, to jest wojna zastępcza, toczona między Kolektywnym Zachodem a państwem związkowym Rosji i Białorusi. Trzeba w takich kategoriach geopolitycznych patrzeć na ten konflikt, zwłaszcza że po 25 lutego tego roku, kiedy dziennik New York Times opublikował szokujące informacje, ale którym nikt nie zaprzeczył. Nikt z kręgów decyzyjnych USA nie zaprzeczył rewelacjom, że po 2014 roku na terytorium Ukrainy stworzono dwanaście wielkich baz wywiadowczych przez wywiady brytyjski MI6 i amerykański CIA. To jasno pokazuje, że Ukraina stała się zakładnikiem w rozgrywce potężnych graczy na europejskiej szachownicy.

Dalej Sykulski twierdzi, że Polska nie jest przygotowana do żadnego konfliktu; nie ma ani efektywnego systemu obrony powietrznej, ani efektywnego systemu szkolenia rezerw, ani efektywnej infrastruktury obronnej dla ludności cywilnej, schronów różnego rodzaju, zabezpieczeń na czas wojny. Polska nie ma systemu obrony cywilnej, nie ma niezbędnych do tego zapasów, nie ma systemu reagowania, szkolenia ludności – krótko mówiąc, nie jest gotowa i nie ma żadnego interesu, by uczestniczyć w wojnie. Próba mówienia, że Ukraina powinna wchodzić w jakiekolwiek bilateralne relacje, sojusze polityczno-militarne jest absolutnie sprzeczna z polskim interesem narodowym.

Sykulski twierdzi, że prędzej czy później jakiś reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich nastąpi ze względu na chęć dyplomacji amerykańskiej do pozyskania neutralności Rosji w konflikcie Ameryki z Chinami. W związku z tym widać już wypuszczanie różnych balonów próbnych, takich jak choćby ten niedawny artykuł w NYT, który sugeruje, że zerwanie rosyjsko-ukraińskich rozmów pokojowych w roku 2022 odbyło się z aktywnym udziałem decydentów państwa polskiego, czyli że jest to próba przeniesienia odpowiedzialności, a przynajmniej części odpowiedzialności, za tragedię Ukraińców na Polskę, że to właśnie prezydent Polski, polscy dyplomaci, politycy doprowadzili do zerwania rozmów negocjacyjnych, do fiaska rosyjsko-ukraińskiego traktatu pokojowego w 2022 roku.

Tego typu działania amerykańskie, które mają na celu przeniesienie części odpowiedzialności, nie na Wielką Brytanię, a na Polskę, a przecież to wiemy doskonale, że kluczową destrukcyjną rolę w zerwaniu tych rozmów negocjacyjnych między Ukrainą a Rosją odegrał Boris Johnson ówczesny premier Wielkiej Brytanii, który w roku 2022 kilkukrotnie udawał się z wizytą do Kijowa. To Boris Johnson mocno naciskał na elity Kijowa, by zerwać te negocjacje z Rosją, by kontynuować walkę. Tutaj widzimy próbę przerzucenia tej odpowiedzialności na decydentów polskich. To jest niezwykle niebezpieczne, ponieważ prędzej czy później dojdzie do sytuacji, w której strony konfliktu usiądą przy stoliku rozmów, ale gdzie główne decyzje będą zapadały ponad głowami państw małych i średnich. Waszyngton z Moskwą dogadają się, bo mają takie geopolityczne interesy. Natomiast tym kozłem ofiarnym może stać się Polska i to nie tylko w kontekście tego, co establishment polityczny Ukrainy będzie mówić. Część tego establishmentu, który po przegranej wojnie będzie starał się przerzucić sporą część odpowiedzialności na czynniki zewnętrzne, a nie, np. na oligarchów, ale będzie szukał wroga za granicą i bardzo blisko jest zresztą Polska. Polskę będzie łatwo tutaj oskarżyć ze strony części radykalnych środowisk ukraińskich z uwagi na tradycje polityczne tego narodu i na te kwestie, które dzisiaj wypływają, jeśli chodzi o narrację takich periodyków jak NYT.

Polska prowadzi mało asertywną politykę względem Ukrainy. Jest to polityka serwilizmu, uległości, bezwarunkowego wspierania, która musi się skończyć źle. Ten artykuł w NYT powinien podziałać jak kubeł zimnej, lodowatej wręcz wody, na rozgrzane głowy polskich publicystów, intelektualistów, polityków, decydentów. Powinni zrozumieć, że wojna na Ukrainie, to nie nasza wojna. Polska powinna trzymać się z dala od tego konfliktu i zaprzestać wspierania militarnego Ukrainy, dążyć do tego, aby jak najszybciej ten konflikt wygasić i jak najszybciej znormalizować relacje pomiędzy Polską a Rosją i Polską a Białorusią, bo to także jest konieczny warunek do tego, aby zakończyć kryzys na granicy.

x

Sykulski poruszył w swej wypowiedzi parę wątków, ale ich nie rozwinął. Te wątki to:

  • sojusz z Ukrainą
  • „małe NATO” z wyłączeniem art.5
  • zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją a Ukrainą nastąpiło z udziałem polityków polskich
  • polityka uległości w stosunkach z Ukrainą

Sojusz Polski z Ukrainą nie ma najmniejszego sensu, bo oba państwa są zbyt słabe, by pokonać Rosję. Po co więc taki pomysł? Po to, by wciągnąć Polskę do wojny z Rosją. Jeśli więc Polska przystąpi do tej wojny, to w trakcie rozmów pokojowych zasiądzie na ławie oskarżonych. I o to dokładnie chodzi.

„Małe NATO”, o czym nie powiedział Sykulski, to Polska, Ukraina i kraje bałtyckie. Skoro one chcą walczyć z Rosją, to niech robią to na własny rachunek, my im nie pomożemy, gdy Rosja na nie napadnie. – Tak należy interpretować propozycję Zachodu czy Kolektywnego Zachodu. To też jest nawiązanie do „tradycji” I RP.

Zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją i Ukrainą nastąpiło z winy Polaków. – Tak sugeruje NYT. Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale wyraźnie widać kierunek, w którym mogą potoczyć się sprawy. Jeśli mamy winę (zbrodnię), to musi być i kara. To nie może skończyć się tak, że politycy polscy i ukraińscy dostaną po klapsie od Amerykanów i wrócą do piaskownicy. Nie po to rozpętano tę wojnę, by wszyscy pozabierali zabawki i wszystko wróciło do stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Widać coraz wyraźniej, że wszystko kręci się na obszarze byłej I RP, zwanym obecnie Międzymorzem. Kara dla Polski to utrata ziem poniemieckich, a dla Ukrainy – utrata Ukrainy Zadnieprzańskiej.

To, co Sykulski nazywa polityką uległości wobec Ukrainy nie jest nią. Ponad dwieście lat wspólnego państwa polsko-ukraińskiego w ramach Rzeczypospolitej, później w ramach II RP i, po przesiedleniach po II wojnie światowej, w ramach PRL-u, spowodowało, że Ukraińcy razem z Żydami ukraińskimi tworzą w III RP główną siłę polityczną i reprezentują w niej interes amerykański czy może raczej interes amerykańskich Żydów. Jest to oczywiście polityka uległości i serwilizmu, ale nie wobec Ukrainy.

Wszystko zmierza, w mojej ocenie, w kierunku odtworzenia I RP. I tu rodzi się pytanie: po co? Tak, jak traktat wersalski został tak zredagowany, by doszło stosunkowo szybko do nowej wojny – tak odtworzenie I RP będzie źródłem niekończących się konfliktów. To nowe państwo, imitujące I RP, będzie równie śmieszne i żałosne. Trzeba jednak pamiętać, że ledwie powstała Rzeczpospolita, a już zaczęły się powstania na Ukrainie. Było ich wiele, a powstanie Chmielnickiego było ostatnim z nich.

Wbrew temu, co mówi Sykulski, że jest to proxy war, czyli wojna zastępcza Zachodu z Rosją o coś tam, to, moim zdaniem, jest to wojna o odtworzenie I RP. Wszystkie działania wielkich tego świata to sugerują. A te niekończące się konflikty są zawsze w interesie jednej nacji, bo osłabiają narody rdzenne, a ją wzmacniają i przybliżają ją do realizacji jej ostatecznego celu.



City of Moscow

Pewnie każdy słyszał o City of London, ale czy ktoś słyszał o City of Moscow? Owszem określenie to funkcjonuje czasem w znaczeniu „Miasto Moskwa”. Ja jednak używam go węższym znaczeniu, w jakim używa się do Londynu określenia „City of London”. W ten sposób mogę zadać pytanie: co łączy City o London z City of Moscow? – Pożar. Pożar Londynu – 1666, pożar Moskwy – 1812. A co wspólnego mają oba te pożary? Oba wybuchły 2 września i trwały do 6 września. Czy zatem był to przypadek. O pożarze Londynu pisałem w blogu Pożar 1666 roku. Na początek wypada zapoznać się z tym, co pisze o obu pożarach Wikipedia.

Pożar Moskwy

Pożar Moskwy (ros. Московский пожар) – pożar, który trwał od 2 do 6 września (14–18 września) 1812 podczas okupacji Moskwy przez wojska francuskie. Armia Imperium Rosyjskiego opuściła miasto po bitwie pod Borodino. Pożar objął praktycznie cały Biały Gród i Ziemny Gród oraz znaczne obszary na obrzeżu miasta, niszcząc ¾ zabudowy.

Chronologia wydarzeń

  • 31 sierpnia / 12 września – cofająca się armia rosyjska rozbiła obóz w Filach. Trwała ewakuacja oraz żywiołowa ucieczka ludności cywilnej.
  • 1 września / 13 września – rada wojenna w Filach akceptuje decyzję generała feldmarszałka Kutuzowa o opuszczeniu Moskwy bez walki.
  • 2 września / 14 września – armia rosyjska wyruszyła na wschód wraz z tłumami uchodźców. W ślad za nimi do Moskwy wkroczyła awangarda Wielkiej Armii pod dowództwem marszałka Murata, która zajęła Kreml. Wieczorem do miasta wkroczyły główne siły wojsk cesarza Napoleona I. Według źródeł rosyjskich, tego dnia wybuchły pierwsze pożary.
  • 3 września / 15 września – w godzinach porannych Napoleon I przy dźwiękach Marsylianki wkroczył na czele gwardii na Kreml. Pożar ogarnął cały Kitaj-gorod pod murami Kremla.
  • 4 września / 16 września – rano Napoleon I opuścił Kreml i zamieszkał w Pałacu Pietrowskim. Świta Napoleona I przejechała przez płonący Arbat do rzeki Moskwy.
  • 6 września / 18 września – po zniszczeniu trzech czwartych miasta, pożar powoli wygasał. Napoleon I powrócił na Kreml.
  • 12 września / 24 września – z wyroku trybunału francuskiego rozstrzelano pierwszych podpalaczy.
  • 6–7 października / 18–19 października – armia francuska opuściła Moskwę.

Przyczyny pożaru

Istnieje wiele wersji powstania pożaru – celowe podpalenie opuszczonego miasta na rozkaz gubernatora Fiodora Rostopczyna, podpalenie przez rosyjskich dywersantów oraz działania francuskich okupantów. Pożary wybuchały w wielu miejscach, możliwe, że wszystkie wersje były uzasadnione.

Skutki pożaru

Według szacunków, pożar pochłonął:

  • 6496 z 9151 budynków mieszkalnych (w tym 6584 drewnianych i 2567 murowanych),
  • 8251 sklepów, magazynów i tym podobnych,
  • 122 z 329 świątyń (nie uwzględniając rabunków).

W ogniu zginęły 2 tysiące rannych żołnierzy rosyjskich, pozostawionych w mieście przez wycofujące się oddziały. Spłonął Uniwersytet, biblioteka Buturlina, teatry Pietrowski i Arbacki. Liczba ludności Moskwy zmniejszyła się z 270 do 215 tysięcy. Moskwa straciła znaczną część historycznych budowli, zwłaszcza drewnianych. Jednocześnie ruina całych dzielnic pozwoliła na modernizację urbanistyki miasta.

Mapa Moskwy (wydanie 1813) – kolorem czerwonym zaznaczono dzielnice zniszczone przez pożar; źródło: Wikipedia.

Pożar Londynu

Wielki pożar Londynu (ang. Great Fire of London) – pożar w centralnym Londynie trwający od niedzieli 2 września do czwartku 6 września 1666 roku, obejmujący głównie średniowieczną dzielnicę City of London otaczaną przez zbudowany jeszcze w czasach rzymskich mur londyński, a następnie rozprzestrzeniający się na zachód. Oficjalna liczba ofiar katastrofy jest relatywnie nieduża, chociaż część historyków kwestionuje to przekonanie.

Pożar rozpoczął się w niedzielę 2 września niedługo po północy w piekarni na ulicy Pudding Lane, szybko się rozprzestrzeniając. Użycie skutecznych metod przeciwpożarowych w postaci tworzenia pasów przeciwpożarowych poprzez usunięcie struktur stojących na drodze ognia zostało znacząco opóźnione ze względu na niezdecydowanie ówczesnego lorda majora Londynu, sir Thomasa Bloodwortha. Wyburzenie większych budynków zarządzono dopiero w niedzielę w nocy, jednak do tego czasu wiatr zamienił już pożar w burzę ogniową, wobec której zastosowanie takich środków było już nieskuteczne; w poniedziałek pożoga rozprzestrzeniła się na północ, w kierunku centrum City. Szybko pojawiły się podejrzenia, jakoby za podpaleniem stali obcokrajowcy, a ludzie pozbawieni domów swój gniew skupili na Francuzach i Holendrach, z którymi Anglia toczyła wówczas II wojnę angielsko-holenderską; znaczna liczba imigrantów z tych krajów stała się ofiarami ulicznej przemocy. We wtorek pożar opanował niemal całe City, niszcząc katedrę św. Pawła, i przeskoczył na drugą stronę rzeki Fleet, zagrażając dworowi Karola II Stuarta przy Whitehall. Równocześnie prowadzone były skoordynowane działania przeciwpożarowe, jednak za kluczowe czynniki ugaszenia pożaru uznaje się zelżenie silnego wschodniego wiatru oraz użycie przez garnizon z Tower of London prochu czarnego do tworzenia pasów przeciwpożarowych, co powstrzymało rozprzestrzenianie się ognia w kierunku wschodnim.

Po opanowaniu żywiołu Londyn stanął przed olbrzymimi problemami ekonomicznymi i społecznymi. Król Karol II zalecał, żeby opuścić miasto i osiedlić się gdzieś indziej, obawiając się, że niezadowoleni mieszkańcy mogą wzniecić przeciwko niemu powstanie. Zaproponowano różne – niekiedy radykalne – plany odbudowy miasta. Ostatecznie Londyn odbudowano na planie średniowiecznym, a zastosowany wtedy układ ulic przetrwał do XXI wieku.

Środkowy Londyn w 1666 roku. Spalony obszar zaznaczony na różowo. Pudding Lane na niebiesko. Źródło: Wikipedia.

x

Wikipedia szeroko rozpisuje się o pożarze Londynu, a na temat pożaru Moskwy tylko tyle, ile zacytowałem. Również Lew Tołstoj w swojej powieści Wojna i pokój niewiele pisze o tym pożarze. Jednak opisuje dziwne zachowanie Napoleona po wkroczeniu do Moskwy. Może tu jest jakaś wskazówka. Pisze on tak:

Napoleon wkracza do Moskwy po wspaniałym zwycięstwie de la Moskova; zwycięstwo jest niewątpliwe, gdyż pole walki pozostało przy Francuzach. Rosjanie cofają się i oddają stolicę. Moskwa pełna żywności, broni, amunicji i niezliczonych bogactw – w rękach Napoleona. Wojsko rosyjskie, dwa razy słabsze niż francuskie, w ciągu miesiąca nie czyni ani jednej próby natarcia. Położenie Napoleona – najświetniejsze. Do tego, aby z dwukrotnie większymi siłami runąć na resztki rosyjskiej armii i zniszczyć ją; do tego, żeby zawrzeć korzystny pokój albo, na wypadek odmowy, zrobić manewr zagrażający Petersburgowi; do tego, żeby nawet w wypadku niepowodzenia wrócić do Smoleńska albo Wilna lub pozostać w Moskwie; do tego, słowem, żeby utrzymać to wspaniałe położenie, w jakim znajdowało się wówczas wojsko francuskie, wydawałoby się, nie trzeba szczególnego geniuszu. Do tego trzeba było zrobić najprostszą i najłatwiejszą rzecz: nie pozwolić wojsku, aby grabiło, przygotować zimową odzież, której wystarczyłoby w Moskwie dla całej armii, i we właściwy sposób zmagazynować prowiant znajdujący cię w Moskwie, który mógł wystarczyć dłużej niż na pół roku (według danych historyków francuskich) dla całego wojska. Napoleon, ten geniusz nad geniuszami, władca armii, jak twierdzą historycy, nic takiego nie zrobił.

Nie tylko nic takiego nie zrobił, lecz gorzej, użył całej swej władzy na to, aby ze wszystkich znanych mu dróg działania wybrać taką, która była najgłupsza i najbardziej zgubna. Ze wszystkiego, co mógł Napoleon uczynić: zimować w Moskwie, iść na Petersburg, iść na Niżnij Nowgorod, cofać się, iść bardziej na północ albo na południe tą drogą, którą poszedł później Kutuzow, słowem, o jakimkolwiek by wyjściu pomyśleć – nic bardziej głupiego i zgubniejszego niż to, co przedsięwziął Napoleon, tj. pozostać w Moskwie do października, pozwalając wojsku grabić miasto; potem wahając się, zostawić garnizon w Moskwie, wyjść z niej, zbliżyć się do Kutuzowa, nie wydać bitwy, pójść na prawo, dojść do Małojarosławca, znowu nie próbując się przebić, pójść nie tą drogą, którą szedł Kutuzow, lecz wrócić na Możajsk spustoszoną drogą smoleńską – nic głupszego i bardziej zgubnego dla wojska nie można było wymyślić, jak to potwierdziły następstwa. Niech najbardziej umiejętni strategowie – zakładając, że Napoleon chciał zgubić swą armię – pokażą jakąś inną kolejność działania, która by tak niechybnie i niezależnie od wszystkiego, co przedsięwzięły wojska rosyjskie, tak całkowicie zniszczyła całą armię francuską, jak to zrobił Napoleon!

Genialny Napoleon zrobił to. Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny.

W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Zupełnie fałszywie (tylko dlatego, że skutki nie usprawiedliwiły działania Napoleona) przedstawiają nam historycy, że siły Napoleona osłabły w Moskwie. Zupełnie tak samo jak poprzednio, jak później, w roku trzynastym, Napoleon zużył całą swą umiejętność i siły, żeby uczynić wszystko, co mógł najlepszego dla siebie i dla swej armii. Działanie Napoleona w tym czasie jest nie mniej zadziwiające niż w Egipcie, we Włoszech, w Austrii i Prusach. Nie wiemy ściśle, w jakim stopniu geniusz Napoleona przejawił się w Egipcie, gdzie czterdzieści wieków patrzyło na jego wielkość, ponieważ wszystkie te wielkie zwycięstwa przedstawiają nam tylko Francuzi. Nie możemy należycie ocenić jego geniuszu w Austrii i Prusach, gdyż dane o jego tam działaniu musimy czerpać ze źródeł francuskich i niemieckich; a niepojęte przejście do niewoli korpusów bez bitwy i poddawanie się twierdz bez oblężenia musiały skłaniać Niemców do uznania jego geniuszu, jedynego usprawiedliwienia takiej wojny, którą prowadzono w Niemczech. Ale my, chwała Bogu, nie mamy potrzeby uznawania jego geniuszu, aby ukryć swój wstyd. Zapłaciliśmy za to, żeby mieć prawo patrzeć na sprawę prosto i prawdziwie, i nie wyrzekniemy się tego prawa.

Jego działanie w Moskwie jest równie zdumiewające i genialne, jak wszędzie. Rozkazy za rozkazami i plany za planami sypią się od czasu zajęcia Moskwy aż do wyjścia z niej. Nieobecność mieszkańców, brak delegacji i pożar miasta nie zaniepokoiły go. Nie spuszcza z oka ani dobra swej armii, ani działań nieprzyjaciela, ani pomyślności narodów Rosji, ani kierownictwa sprawami Paryża, ani dyplomatycznych rozmyślań o przyszłych warunkach pokoju.

x

Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny. W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Tak więc dla Tołstoja wszystko dokonuje się zgodnie z pewnymi prawami, na które ludzie nie mają wpływu, tylko jakieś fatum decyduje. Pożar w Moskwie wybuchł w momencie wkroczenia do niej Napoleona i nie zrobił on nic, by przeciwdziałać temu. Podobnie biernie zachowały się władze Londynu. To tak, jakby w obu wypadkach czekano, aż pożar ogarnie pożądany obszar. Wiemy, co to jest City of London i kto tam rządzi. Ten stan wytworzył się dzięki temu, że w 1666 roku doszło do pożaru. Wiadomo, że doszczętne zniszczenie centrum miasta będzie wymagało odbudowy. Taki stan całkowicie zmienia stosunki własnościowe i gospodarcze w najważniejszym mieście w państwie, czyli w stolicy, gdzie ma swoją siedzibę rząd. Pożar Londynu miał miejsce w kilkanaście lat po tym jak Cromwell pozwolił Żydom na powrót do Anglii. Londyn najwyraźniej został przeznaczony na stolicę Imperium, które Żydzi już wtedy budowali. Przeciwwagę miała stanowić Moskwa, która miała stać się w przyszłości siedzibą światowego komunizmu. Nie powinno więc dziwić, że była to dziwna wojna, która bardziej zasługuje na miano drôle de guerre, niż ta w wykonaniu Francuzów w 1939 roku.

Jakoś tak dziwnie się składa, że po tej wojnie pojawili się dekabryści. Wikipedia tak o nich pisze:

„Dekabryści – grupa rosyjskich spiskowców/rewolucjonistów ze sfer szlacheckich działająca w latach 20. XIX wieku. Nazwa wywodzi się od daty wybuchu antycarskiego powstania – 26 grudnia 1825 (14 grudnia według kalendarza juliańskiego) – po rosyjsku grudzień to dekabr.

Dekabryści wywodzili się z rodzin arystokratycznych (spośród 289 ukaranych za udział w spisku 22 było synami generałów, 10 synami pułkowników, 13 synami senatorów, 7 − gubernatorów, 2 − ministrów, a jeden synem członka Rady Państwa), uzyskali dobre wykształcenie, służyli w elitarnych pułkach armii rosyjskiej, znali język francuski, a niekiedy także inne języki obce. Wśród uczestników ruchu było wielu wolnomularzy. W większości byli wojskowymi i brali udział w wojnie obronnej z Napoleonem. Część z nich służyła w zachodniej Europie, m.in. stacjonowała w okupowanej Francji. Doświadczenia te i poczynione obserwacje miały wpływ na poglądy i program wielu dekabrystów, którzy byli entuzjastami francuskiego oświecenia i rewolucji francuskiej.”

Pożar Moskwy spełnił tę samą funkcję jak pożar Londynu – oczyścił centrum miasta i zrobił miejsce dla nowych przybyszy, którzy do dziś kontrolują Rosję, podobnie jak kraje anglosaskie. To był pierwszy krok. Drugim było pojawienie się dekabrystów, których zadaniem było osłabianie władzy carskiej. W konsekwencji doszło do rewolucji październikowej. Dawna stolica była już wtedy gotowa, by stać się stolicą światowego komunizmu. Po latach Związek Radziecki rozpadł się, ale Moskwa nic nie straciła na swoim znaczeniu. Rozpadu Rosji nie ma w planie wielkich tego świata, przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w kontekście wojny na Ukrainie, bo jej celem jest coś innego niż osłabienie Rosji czy jej rozczłonkowanie.

Wszystkie te dziwne zachowania Napoleona, jego pójście, wbrew zdrowemu rozsądkowi, na Moskwę, a nie na Petersburg, również rosyjska taktyka spalonej ziemi i unikanie walki; wszystko to i wiele innych niezrozumiałych decyzji po obu stronach miało służyć tylko jednemu celowi – ukryciu prawdziwego zamiaru, jakim od początku było spalenie Moskwy. Nigdy nikomu nie udało się pokonać Rosji czy Związku Radzieckiego. Napoleon miał dojść do Moskwy i doszedł, ale nie pokonał Rosji, bo tego nie było w scenariuszu. Hitler miał nie dojść do Moskwy i nie doszedł i nie pokonał Związku Radzieckiego, bo taki był scenariusz. I nie był to efekt działania jakiegoś fatum, tylko konkretnych ludzi, których tożsamości nigdy nie poznamy.

Rok 1812 c.d.

W blogu Rok 1812 zastanawiałem się na tym, dlaczego Napoleon skierował się na Moskwę, a nie na Petersburg. Jeśli oficjalnym powodem wojny była chęć pokonania Rosji za to, że złamała blokadę Anglii, to najprościej byłoby dokonać jego blokady. Do Petersburga było bliżej niż do Moskwy, a poza tym wojska napoleońskie mogłyby poruszać się wzdłuż wybrzeża Bałtyku, co znacznie utrudniłoby prowadzenie przez Rosjan wojny partyzanckiej. Blokada Petersburga oznaczałby też ruinę gospodarczą Rosji, bo cała jej wymiana handlowa odbywała się przez ten właśnie port. Pisząc ten blog nie wiedziałem, dlaczego tak się stało. Teraz, wydaje mi się, że już wiem, ale o tym w kolejnym blogu. W tym chciałbym skupić się na tym, jak Tołstoj opisał rok 1812 w swojej powieści Wojna i pokój. Jest to oczywiście powieść wielowątkowa, ale najwięcej miejsca zajmuje w niej wątek wojny 1812 roku. Gdyby nie Wielka wojna ojczyźniana, to zapewne ta wojna zapisałaby się najtrwalej w świadomości Rosjan. Jednak dla świata, według mnie, tamta wojna była ważniejsza. W następnym blogu to uzasadnię.

Wikipedia tak zaczyna opis tej powieści:

W pierwotnym zamyśle Tołstoja powieść miała być szkicem opisującym podłoże powstania dekabrystów. Następnie zdecydował się on ją rozszerzyć i opisać trzy newralgiczne punkty rosyjskiej historii XIX wieku: wojny napoleońskie, powstanie dekabrystów i wojnę krymską. W trakcie pisania jednak pisarz odszedł od właściwego tematu utworu i skupił się jedynie na opisie wojen napoleońskich (w których uczestniczyła większość dekabrystów). Końcowy efekt przyniósł kilka uzupełniających się wątków, będących uzasadnieniem poglądów historiozoficznych Tołstoja.

„Wojna i pokój” to jedno z najobszerniejszych dzieł w literaturze rosyjskiej. Ogromna liczba bohaterów i wątków skutkuje obfitością znaczeń. Nawet pobieżna analiza dzieła wymaga omówienia kilku z nich:

Ukazanie idei fatalizmu historycznego. Tołstoj był przekonany, że historią rządzi fatum, ślepy los, który nie jest zależny od jakichkolwiek ludzkich działań. Wykonawcami owego fatum są nie, jak powszechnie uważano, genialne jednostki (jak np. Napoleon), ale „masy”, czyli narody. Prawdziwie dobrym władcą jest zatem ten, który potrafi zintegrować się ze społeczeństwem i razem z nim wypełnić dziejową misję. Idąc dalej tym tokiem myślowym Tołstoj dochodzi do wniosku, że władca dziedziczny (car) jest wywyższony ponad władcę wybieralnego (Napoleon), gdyż jego władza jest związana z owym fatum, w przeciwieństwie do władcy, którego władza pochodzi z nadania ludzi buntujących się przeciwko zrządzeniom losu.

Pozostałe wątki to według Wikipedii:

  • ukazanie jedności narodu rosyjskiego w chwili zagrożenia, zwłaszcza jedności chłopstwa i szlachty,
  • zwycięstwo idei „Wojny sprawiedliwej” (wojny obronnej z 1812 roku) i klęska w wojnie zaborczej, ekspansywnej (wojna krymska),
  • ukazanie idealnego modelu rosyjskiej rodziny (patriarchatu);

Temu pierwszemu wątkowi Tołstoj poświęcił najwięcej uwagi i wypada tę ideę fatalizmu historycznego według niego przybliżyć. Poniżej wybrane fragmenty:

Przedmiotem historii jest życie narodów i ludzkości. Ująć bezpośrednio i ogarnąć słowami – opisać życie nie tylko ludzkości, ale jednego narodu, wydaje się niemożliwe.

Starożytni historycy używali prostego sposobu, żeby opisać i uchwycić wydające się nieuchwytnym – życie narodu. Opisywali działalność osób rządzących narodem, i ta działalność utożsamiała się dla nich z działalnością całego narodu.

Na pytanie, jakim sposobem jednostki według swej woli zmuszały narody do działania i co kierowało wolą tych jednostek, historycy odpowiadali: na pierwsze pytanie – uznaniem woli bóstwa, podporządkowującego narody woli jednej wybranej jednostki, a na drugie pytanie – uznaniem tegoż bóstwa, które kieruje wolą człowieka wybranego do osiągnięcia wyznaczonego celu.

Starożytni rozwiązywali te zagadnienia wiarą w bezpośredni udział bóstwa w sprawach ludzkości. Historia nowożytna w teorii swej odrzuciła oba te założenia.

Wydawałoby się, że odrzuciwszy wiarę starożytnych w zależność ludzi od bóstwa i w określony cel, do którego prowadzone są narody, historia nowożytna powinna by była badać nie przejawy władzy, lecz przyczyny, które ją formowały. Lecz tego nie uczyniła. Odrzuciwszy w teorii poglądy starożytnych, kieruje się nimi w praktyce.

Zamiast ludzi obdarzonych boską władzą, którymi bezpośrednio kieruje wola bóstwa, historia nowożytna wysunęła albo bohaterów obdarzonych niezwykłymi, nadludzkimi zdolnościami, albo po prostu ludzi o najróżnorodniejszych właściwościach, od monarchów do dziennikarzy, kierujących masami. Zamiast dawnych, miłych bóstwu dążeń narodów: żydowskiego, greckiego, rzymskiego, które starożytnym wydawały się celami ruchu ludzkości, historia nowożytna wysunęła swoje cele – szczęście Francuzów, Niemców, Anglików, a w najogólniejszej abstrakcji – dobro cywilizacji całej ludzkości, przez którą rozumie się zwykle narody zajmujące maleńki północno-zachodni kącik wielkiego lądu.

Historia nowożytna odrzuciła dawne wierzenia, nie dając na ich miejsce nowych zasad, a logika dziejów zmusiła historyków, którzy rzekomo odrzucili boską władzę cesarzy i fatum starożytnych, by nową drogą doszli do tego samego: do uznania, że 1) narodami kierują jednostki i 2) że istnieje określony cel, do którego dążą narody i ludzkość.

We wszystkich pracach najnowszych historyków, od Gibbona do Buckle’a, mimo ich pozornych różnic i pozornie nowych poglądów, widać w osnowie te dwie stare, nie do uniknięcia zasady.

Po pierwsze, historyk opisuje działalność jednostek, według jego zdania, kierujących ludzkością: jeden zalicza do nich tylko monarchów, wodzów, ministrów; drugi prócz monarchów – mówców, uczonych, reformatorów, filozofów, poetów. Po drugie, cel, do którego zmierza ludzkość, jest znany historykowi: dla jednego tym celem jest wielkość rzymskiego, hiszpańskiego, francuskiego państwa; dla innego – to wolność, równość, cywilizacja określonego rodzaju w maleńkim zakątku świata, nazywanym Europą.

W roku 1789 w Paryżu zaczyna się ferment; rośnie, rozlewa się i przejawia się w ruchu narodów z Zachodu na Wschód. Kilkakroć ruch ten kieruje się na Wschód, ściera się z ruchem przeciwnym – ze Wschodu na Zachód; w roku 1812 dochodzi do krańcowego punktu – Moskwy, i z symetrią, godną uwagi, następuje ruch przeciwny: ze Wschodu na Zachód, zupełnie jak w pierwszym wypadku, pociągając za sobą narody pośrednie. Przeciwstawny ruch dochodzi do punktu wyjścia na Zachodzie do Paryża – i zanika.

W tym dwudziestoletnim okresie ogromnej liczby pól nie zaorano, domy spalono, handel zmienia kierunek; miliony ludzi ubożeje, wzbogaca się, przesiedla, a miliony ludzi, chrześcijan, uznających miłość bliźniego, zabijają się wzajemnie.

Co to wszystko znaczy? Czym to zostało spowodowane? Co zmusiło tych ludzi, by palili domy i zabijali podobnych sobie? Jakie są przyczyny tych wydarzeń? Jaka siła kazała tym ludziom postępować w taki sposób? Oto mimowolne, prostoduszne i najbardziej uzasadnione pytania, które stawia sobie człowiek natknąwszy się na pomniki i podania o ruchu minionego okresu.

O rozwiązanie tych zagadnień zwracamy się do nauki historii, której celem jest samowiedza narodów i ludzkości.

Gdyby historia kierowała się poglądami starożytnych, powiedziałaby: bóstwo, nagradzając albo karząc swój naród, dało Napoleonowi władzę i kierowało jego wolą, aby osiągnąć swe boskie cele. Odpowiedź byłaby pełna i zrozumiała. Można było wierzyć lub nie w boskie przeznaczenie Napoleona; kto wierzył w niego, ten wszystko by zrozumiał w historii tego okresu i nie mogłoby być żadnej sprzeczności.

Ale historia nowożytna nie może w ten sposób odpowiadać. Nauka nie uznaje poglądów starożytnych o bezpośrednim mieszaniu się bóstwa w sprawy ludzkie i dlatego winna odpowiedzieć inaczej.

Historia nowożytna odpowiadając na te pytania mówi: chcecie wiedzieć, co znaczy ten ruch, skąd wypłynął i jaka siła dokonała tych wydarzeń? Posłuchajcie:

x

Ludwik XIV był człowiekiem bardzo dumnym i pewnym siebie; miał takie a takie kochanki i takich a takich ministrów i głupio rządził Francją. Następcy Ludwika również byli ludźmi słabymi i źle rządzili Francją. I oni mieli takich a takich faworytów i takie a takie kochanki. Prócz tego pewni ludzie pisali w tym czasie książki. W końcu XVIII stulecia Paryż skupił około dwudziestu ludzi, którzy zaczęli mówić, że wszyscy ludzie są równi i wolni. Z tego powodu ludzie w całej Francji zaczęli się wzajemnie wyrzynać i topić (Wandea – przyp. W.L.). Ludzie ci zabili króla i wielu innych. W tym samym czasie był we Francji człowiek genialny – Napoleon, który wszędzie wszystkich zwyciężał, czyli zabijał dużo ludzi, dlatego że był bardzo genialny. Pojechał zabijać dla czegoś tam Afrykańczyków i tak znakomicie ich zabijał, i taki był przebiegły i mądry, że przyjechawszy do Francji nakazał, by mu się wszyscy podporządkowali. I wszyscy uznali w nim władcę. Zrobiwszy się cesarzem, znowu poszedł zabijać ludzi we Włoszech, Austrii i Prusach. I tam dużo pozabijał. A w Rosji był cesarz Aleksander, który postanowił przywrócić porządek w Europie i dlatego wojował z Napoleonem. Ale w roku 1807 nagle zawarł z nim przyjaźń, a w roku 1811 znowu się rozeszli i znowu zaczęli zabijać dużo ludzi. Napoleon przywiódł do Rosji sześćset tysięcy żołnierzy i zawojował Moskwę; a później śpiesznie uciekł z Moskwy i wtedy cesarz Aleksander za radą Steina (minister pruski wypędzony przez Napoleona, w latach 1809-12 przebywał w Rosji – przyp. W.L.) i innych zjednoczył Europę do pospolitego ruszenia przeciw burzycielowi pokoju. Wszyscy sojusznicy Napoleona zrobili się od razu jego wrogami i to pospolite ruszenie poszło przeciw Napoleonowi, który zebrał nowe siły. Sprzymierzeńcy zwyciężyli Napoleona, zajęli Paryż; zmusili Napoleona do zrzeczenia się tronu i zesłali go na wyspę Elbę, nie pozbawiając go tytułu cesarza i okazując mu wszelki szacunek, mimo że przed pięciu laty i w rok później wszyscy uważali go za zbója poza prawem. A panować zaczął Ludwik XVIII, z którego dotychczas i Francuzi, i sprzymierzeńcy śmiali się tylko. Zaś Napoleon, lejąc łzy przed starą gwardią, zrzekł się tronu i pojechał na wygnanie. Potem doświadczeni mężowie stanu i dyplomaci (zwłaszcza Talleyrand, który zdążył wcześniej niż inni zająć miejsce w pewnym fotelu i tym rozszerzył granice Francji) rozmawiali w Wiedniu i uszczęśliwiali albo unieszczęśliwiali tymi rozmowami narody. Wtem dyplomaci i monarchowie omal się nie pokłócili i już gotowi byli rozkazać znowu swym wojskom zabijać się wzajemnie; ale tymczasem Napoleon z batalionem wojska przybył do Francji i Francuzi, nienawidzący go, natychmiast mu się podporządkowali. Ale sprzymierzeni monarchowie rozgniewali się o to i znowu ruszyli wojować z Francuzami. Genialnego Napoleona zwyciężyli i wywieźli na Wyspę Św. Heleny, nagle uznawszy go za zbója. I tam wygnaniec, rozłączony z miłymi sercu ludźmi i z ukochaną przez niego Francją, umierał na skale powolną śmiercią i przekazał swe wielkie czyny potomnym. A w Europie zapanowała reakcja i wszyscy panujący zaczęli znowu krzywdzić swoje ludy.

x

Na próżno byście pomyśleli, że to drwina, karykatura opisów historycznych. Przeciwnie, to najbardziej delikatny wyraz tych sprzecznych odpowiedzi, które nie odpowiadają na pytania, które daje nam cała historia, począwszy od pamiętników i dziejów poszczególnych państw do historii powszechnej i nowego rodzaju historii kultury tego czasu.

Jeżeli celem historii jest opisanie ruchu ludzkości i narodów, to niezbędna jest odpowiedź na pierwsze pytanie: jaka siła porusza narodami, inaczej wszystko inne będzie niezrozumiałe. Na to pytanie historia nowożytna z zakłopotaniem odpowiada albo to, że Napoleon był bardzo genialny, albo to, że Ludwik XIV był bardzo dumny, albo jeszcze to, że tacy to pisarze napisali takie to książki.

Historia jakby sądziła, że siła ta rozumie się sama przez się i wszystkim jest znana. A jednak mimo wszelkie wysiłki, by tę nową siłę przedstawić jako znaną, ten, kto przeczyta wiele dzieł historycznych, mimo woli zwątpi, aby ta nowa siła, tak różnie rozumiana przez samych historyków, była wszystkim znana.

x

W miarę, jak coraz bardziej zagłębiałem się w tę powieść, sposób rozumowania i wnioskowania Tołstoja stawał się on dla mnie coraz mniej zrozumiały. Być może wynikało to z tego, że sam sposób prowadzenia tej wojny przez obie strony był co najmniej dziwny. O bitwie pod Borodinem pisze on tak:

Bitwa pod Borodinem z następującym po niej zajęciu Moskwy i ucieczką Francuzów bez nowych bitew – jest jednym z najbardziej pouczających zjawisk w historii. (…)

Ale nagle w roku 1812 Francuzi odnieśli zwycięstwo pod Moskwą, Moskwę wzięto, po czym, bez nowych bitew, przestała istnieć nie Rosja, lecz – sześciusettysięczna armia, a potem napoleońska Francja. Nie można naciągać faktów do zasad historii i mówić, że pole bitwy pod Borodinem pozostało w ręku Rosjan i że po wzięciu Moskwy były bitwy, które zniszczyły armię Napoleona.

Po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było ani jednej bitwy nie tylko generalnej, ale w jakimkolwiek stopniu znacznej, i armia francuska przestała istnieć. Co to znaczy? Gdyby to był przykład z historii Chin, moglibyśmy powiedzieć, że to nie jest zjawisko historyczne (wykręt historyków, gdy jakieś zjawisko nie pasuje do ich zasad); gdyby sprawa dotyczyła niewielkiego starcia, w którym by brały udział małe ilości wojsk, moglibyśmy przyjąć to zjawisko jako wyjątek; ale wydarzenie to działo się na oczach naszych ojców, dla których rozstrzygało się zagadnienie życia lub śmierci ojczyzny i była to wojna największa ze wszystkich znanych wojen…

Okres kampanii 1812 roku od bitwy pod Borodinem do wygnania Francuzów dowiódł, że wygranie bitwy nie tylko nie może być przyczyną podboju, ale nie jest nawet stałym jego objawem; dowiódł też, że siłą decydującą o losie narodów nie są zdobywcy, nawet nie armie i bitwy, lecz coś innego. (…)

Szermierzem, żądającym walki według zasad sztuki szermierczej – byli Francuzi, jego przeciwnikiem, który rzucił szpadę, a chwycił dębczaka, byli Rosjanie; ludźmi, którzy usiłowali wyjaśnić wszystko według zasad fechtunku – historycy, którzy pisali o tym wydarzeniu.

Od chwili spalenia Smoleńska rozpoczęła się wojna niepodobna do żadnej z wojen poprzednich, które znamy z opowiadań. Palenie miast i wsi, cofanie się po bitwach, uderzenie pod Borodinem i znowu wycofanie się, pożar Moskwy, wyłapywanie maruderów, przejmowanie transportów, wojna partyzancka – wszystko to było odstępstwem od zasad.

x

W dalszej części wraca Tołstoj do bitwy pod Borodinem i pisze:

Dlaczego to wojsko rosyjskie, które słabsze liczebnie od Francuzów, wydało bitwę pod Borodinem, dlaczego to wojsko, okrążające Francuzów z trzech stron, aby ich wziąć do niewoli, nie osiągnęło swego celu? Czyżby tak wielką przewagę nad nami mieli Francuzi, że okrążywszy ich przeważającymi siłami, nie mogliśmy ich pobić? Jak się to mogło stać?

Historia (ta, którą nazywa się tym słowem) odpowiadając na te pytania mówi, że stało się to dlatego, iż Kutuzow i Tormasow, i Czyczagow, i tamten, i ów nie wykonali takich a takich manewrów.

Ale dlaczego nie dokonali tych wszystkich manewrów? Dlaczego, jeżeli z ich winy nie osiągnięto zamierzonego celu, nie oddano ich pod sąd i nie stracono? Ale jeżeli nawet przyjąć, że winę za niepowodzenie Rosjan ponosi Kutuzow i Czyczagow itp., to i tak nie można zrozumieć, dlaczego i w tych warunkach, w jakich znajdowały się wojska rosyjskie pod Krasnem i nad Berezyną (w obu wypadkach Rosjanie mieli przewagę sił), nie wzięto do niewoli francuskiego wojska z marszałkami, królami i cesarzem, jeżeli to było celem Rosjan?

Tłumaczenie tego dziwnego zjawiska (jak to czynią rosyjscy historycy wojen) tym, że Kutuzow przeszkodził natarciu, nie ma podstaw, dlatego, że wiemy, iż wola Kutuzowa nie mogła wstrzymać wojsk od ataku pod Wiaźmą i pod Tarutinem.

Dlaczego to rosyjskie wojsko, które będąc słabsze, zwyciężyło pod Borodinem w bitwie z nieprzyjacielem będącym w pełni sił, teraz pod Krasnem i nad Berezyną, mając przewagę, zostało zwyciężone przez zdezorganizowane tłumy Francuzów?

x

W tym fragmencie Tołstoj pisze , że rosyjskie wojsko było słabsze, ale zwyciężyło pod Borodinem, a we wcześniejszym cytacie pisał, że po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było żadnej znaczącej bitwy i armia francuska przestała istnieć. Trudno to zrozumieć, jak i jego wywody dotyczące całej kampanii 1812 roku. Coraz trudniej było mi podążać za jego tokiem myślenia. W końcowej części powieści konkluduje:

Siły życia przyrody pozostają poza nami i nie uświadamiamy sobie ich, lecz nazywamy te siły ciążeniem, inercją, elektrycznością, siłą witalną itd., ale siłę życia człowieka uświadamiamy sobie i nazywamy ją wolnością. (…)

Podobnie jak nieokreślona istota siły poruszającej ciała niebieskie, nieokreślona istota siły ciepła, elektryczności albo siły łączenia się pierwiastków czy siły witalnej stanowią treść astronomii, fizyki, chemii, botaniki, zoologii itd. – tak istota siły wolności stanowi treść historii. (…)

(…) Gdy Newton sformułował prawo ciążenia, nie powiedział, że Słońce lub Ziemia posiadają właściwości przyciągania; powiedział, że każde ciało, od największego do najmniejszego, ma jakby właściwości przyciągania się wzajemnego, tj. pozostawiając na boku zagadnienie o przyczynę ruchu ciał, wyraził właściwość wspólną wszystkim ciałom od nieskończenie wielkich do nieskończenie małych. Tak samo czynią nauki przyrodnicze: pozostawiając na uboczu zagadnienie przyczyny, poszukują praw. Historia postępuje tak samo. I jeżeli przedmiotem jej ma być badanie ruchów narodów i ludzkości, a nie opisywanie epizodów z życia ludzi, to powinna, odsunąwszy pojęcie przyczyn, wykrywać prawa wspólne wszystkim równym i nierozerwalnie ze sobą związanym, nieskończenie małym elementom wolności.

xxx

Te nieskończenie małe elementy wolności to poszczególni ludzie. Wychodząc więc z założenia, że te nieskończenie małe elementy wolności mogą mieć wpływ na bieg historii, to faktycznie znalezienie przyczyny, czyli tego, kto podejmuje decyzje jest niemożliwe. To jak szukanie igły w stogu siana. A więc, skoro sprawca nie może być znaleziony, to szukamy praw rządzących historią. Tak chyba można odczytać przekaz Tołstoja.

W blogu Czechosłowacja ’68 pisałem o tym, co tam chciano ukryć: inwazja potężnych sił Układu Warszawskiego, nieproporcjonalna do zagrożenia, którego nie było. Tym odwracano uwagę od prawdziwej operacji. Tołstoj też chciał coś ukryć, odwrócić uwagę czy może ktoś mu kazał, by tak pisał. Te cytaty zamieściłem po to, by pokazać, jak można pominąć to, co było najważniejsze w tej kampanii, po co była wyprawa na Moskwę. Napoleon ze swego zadania wywiązał się znakomicie. Niby o wszystkim jest mowa: o wojnie partyzanckiej, o paleniu miast i wsi i w końcu o spaleniu Moskwy, o dziwnym zachowaniu Napoleona. Tyle że winowajcą u Tołstoja jest to fatum, ślepy los. O tym, kto był faktycznym sprawcą tej wojny i jaki miał w niej interes, to w następnym blogu.

Zrozumieć Polskę

Żeby zrozumieć, czym jest Polska, trzeba poznać historię tego regionu, ale tę prawdziwą. Trzeba sobie uświadomić, co było jego specyfiką. O wielu faktach pisałem w poprzednim blogu. Są jednak zagadnienia, których pominąć nie można. Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna (Kontra, 2018) pisał:

»Bo w Rosji wszystkie rzeczy się przewracały, a winę za ten przewrót, w ogólnej niewiedzy, zwalano na Żydów.

Ale i za falochronem niemieckim, w szerokim pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, pod zewnętrzną powłoką reprezentacyjnych deklaracji, nie układało się ani łatwo, ani zgodnie. Był to pas jedyny w swoim rodzaju, a tym różniący się od reszty Europy, że w żadnym z jego krajów, od Finlandii po Ukrainę, warstwa wyższa, szlachecka, dotychczas panująca, nie mówiła tym samym językiem co warstwa niższa, chłopska. Stąd mnożyły się trudności i powikłania haseł. Każdy na zielonym suknie hucznych stołów dyskusyjnych starał się zagarnąć palcami tyle mapy, iż nie mógł nie potrącić sąsiada. Jedni wychodzili z założenia: cuius regio eius natio (czyja religia tego naród – przyp. W.L.); inni: „pędzić won tych, którzy nami dotychczas rządzili!”«

Finlandia była przez wiele lat pod szwedzkim zaborem, a Finowie to naród chłopski. To oni stanowili większość szwedzkiego wojska, które najechało Koronę w czasie potopu szwedzkiego. Jednak mieli swój własny język i tożsamość. Tego brakowało pozostałym w tym pasie, czyli w Wielkim Księstwie Litewskim. Te języki to raczej dialekty, ludność określała siebie najczęściej mianem tutejszych. I ta nieuformowana do końca masa stała się przedmiotem pewnego eksperymentu, polegającego na zrobieniu z niej Polaków. Ten eksperyment to unia polsko-litewska. Zaczęło się od elity, czyli od tego, że 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało herby 47 rodów polskiej szlachty. Bojarzy to zbiorowa nazwa przedstawicieli klasy panującej na Rusi Kijowskiej, zajmującej drugą, po książętach, dominującą pozycję w rządzie. To wyższa szlachta, magnaci i wielcy właściciele ziemscy. W ten sposób oni, ich rodziny i potomkowie stawali się „Polakami”. Stopniowo przechodzili na język polski i katolicyzm. Ekspansja na wschód nie polegała na tym, że osiedlała się tam ludność polska, tylko na tym, że miejscową ludność poddawano działaniu odmiennej kultury i wyznania. I była to głównie zasługa jezuitów. W 1579 roku Batory przeznaczył środki na przekształcenie Kolegium Jezuitów w Wilnie w Akademię i Uniwersytet Wileński Towarzystwa Jezusowego. Językiem wykładowym była łacina, a wykładowcami uczeni pochodzący z różnych części Europy. W XVIII wieku dzięki polskim jezuitom, jak pisze Wikipedia, na uczelni tej opracowano zasady gramatyki i ortografii języka litewskiego i rozpoczęto wydawanie pierwszych książek po litewsku. W XIX wieku na bazie tego uniwersytetu powstało w Wilnie i okolicach szkolnictwo polskie i na masową skalę produkowano „Polaków”.

W pozostałej części tego pasa było podobnie. Członkowie elity szybko przeszli na katolicyzm i na język polski, bo bez tego nie mogliby zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej. Zapewne za sprawą jezuitów część ludności prawosławnej przeszła na katolicyzm. Tak więc ktoś, kto mówił po polsku i był katolikiem, stawał się z automatu „Polakiem”. Jeremi Wiśniowiecki – Młot na Kozaków – kształcił się w kolegium jezuitów we Lwowie. W tym samym kolegium kształcił się Chmielnicki. W lutym 1648 roku król Rzeczypospolitej Władysław IV, Szwed, nadaje Wiśniowieckiemu ziemie, na których znajdowała się główna siedziba Kozaków. I w lutym tego roku Chmielnicki rozpoczyna powstanie. A więc dwaj Rusini walczą ze sobą. Jeden broni Rzeczypospolitej, a właściwie swoich ziem, a drugi broni rusińską czerń przed Polakami, czyli Rusinem Wiśniowieckim.

W 1772 roku zakon jezuitów został skasowany w całej Europie. Jedynie caryca Katarzyna II pozwoliła jezuitom pozostać na terenach pozyskanych po I rozbiorze Rzeczypospolitej. Ośrodkiem działania zakonu był Połock na Białorusi. Po jego odbiciu w 1579 roku Batory założył w nim kolegium jezuitów. Połock, którego ludność wyznawała prawosławie, stał się najważniejszym w rejonie ośrodkiem misji katolickiej. W okresie kasaty Towarzystwa Jezusowego (1773-1814) na terenie Europy i kolonii zagranicznych Katarzyna II obroniła szkolnictwo i działalność Jezuitów w Rosji. Połock stał się centrum odrodzenia i rozwoju zgromadzenia. A więc nie przypadkiem w XIX wieku szkolnictwo polskie pod zaborem rosyjskim kwitło. Proces produkcji „Polaków” na wschodzie miał trwać.

W momencie ekspansji na wschód w XVI wieku Polacy byli już chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami przykutymi do ziemi. Nie mogli więc jej opuścić. Podobnie szlachta. Ona też nie mogła emigrować na wschód. Zresztą szlachta uważała się za odrębny naród, za Sarmatów. To, co tam się działo było więc dziełem jezuitów, a więc potężnego zakonu, który miał niezbędne środki i wiedzę do tego, by podbijać nowe ziemie. Jezuita to według definicji słownikowej członek zakonu Towarzystwa Jezusowego. W potocznym znaczeniu to człowiek skryty, chytry, obłudny, przebiegły, intrygant. Chyba nieprzypadkowo zasłużyli oni sobie na takie określenie.

Ich zadaniem było przeciągnięcie na katolicyzm prawosławnych Białorusinów i Ukraińców, a w przypadku Litwinów nauczenie ich języka polskiego. Wyprodukowali więc jezuici na wschodzie „Polaków”. I to pewnie ich dziełem była zbitka: Polak-katolik. A być może i również hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Taką nową ideologię trzeba było stworzyć tym nowym Polakom, bo przecież nie można było odwoływać się do tradycji piastowskiej, z którą oni nie mieli nic wspólnego. Od tego momentu punkt ciężkości przesunął się na wschód, a priorytetem w polityce był interes Kościoła katolickiego, a nie Polski, zwanej wówczas Koroną. Dla niej był to proces zabójczy, a Koroniarze stawali się powoli Polakami drugiej kategorii. Ten interes Kościoła był zbieżny z interesem tych nowych Polaków. Pomiędzy nimi a ludnością prawosławną rodziła się nienawiść. Ci ostatni postrzegali tych nowych Polaków jako zdrajców, a oni, z kolei, obawiali się nie tylko tej ludności, ale również Moskwy. I tak narodzili się „Polacy”, który nienawidzą Rosjan.

Podobna nienawiść i wrogość zrodziła się na Litwie. W tym wypadku na tle językowym. To, co dziś wyprawiają Litwini, ta ich walka z językiem polskim, to tak naprawdę ich nienawiść do tych Litwinów, którzy przeszli na język polski, a którzy uważają się za Polaków. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że ich język, jego gramatykę i ortografię, uporządkowali jezuici. Być może byli to polscy jezuici. Wygląda więc na to, że Litwin to stan umysłu.

Jednak język i wiara czy wyznanie nie czyni jeszcze Polakiem. Narodowość to coś więcej. To też wspólna historia i tradycja. Korona i ten pas, czyli Wielkie Księstwo Litewskie, nie mają wspólnej historii i tradycji. WKL nie doświadczyło potopu szwedzkiego, który głęboko wrył się w pamięć ludu polskiego. Nie doświadczyło też tzw. sum bajońskich, o których pisałem w blogu Sumy bajońskie. Gdy patrzę na stare zdjęcia i na stroje ludowe mojej matki i ciotki, to są one zupełnie inne niż ludowe stroje białoruskie i ukraińskie, a które dziś podsuwa się nam jako polskie.

To nie jest tak, że z tej nieukształtowanej masy z WKL można było zrobić Polaków, ucząc ich polskiego i przeciągając niektórych z nich na katolicyzm. I ci ludzie mają zapewne tego świadomość. Zostawali „Polakami” dla korzyści materialnych lub innych. Nie powinno więc dziwić, że w I RP były stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Dla kresowego królika wspólny interes zwany Rzeczpospolitą był abstrakcją, bo pojęcie państwa było dla niego abstrakcją. Jego interesowało tylko jego własne księstewko. Takie państwo nie mogło przetrwać. Później nie było lepiej. II RP to tylko okrojona kopia I RP, a jej elity wywodziły się z Kresów. Naczelnikiem został litewski Żyd. W sumie więc nie różniły się one mentalnie od tamtych zapijaczonych Branickich czy Sapiehów. Sanacja uczyniła z tego państwa swoje prywatne poletko. We wrześniu 1939 roku wciągnęła je do wojny a rząd uciekł za granicę. Taka mentalność.

PRL był kontynuacją tego cyrku, bo wbrew temu, co głosiła jego propaganda, było to również państwo wielonarodowe. Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden przywódca (partia), jeden naród. Na poniemieckie tereny przesiedlono w większości tzw. mniejszości kresowe, czyli Białorusinów, Ukraińców, Litwinów itp. I dlatego III RP niczym nie różni się od tej I i II-ej. Większość ludzi ją zamieszkujących ma korzenie kresowe. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że premier tego kraju Zulu-Gula mówi, że polskość to nienormalność, a połowa głosujących nadal na niego głosuje. Widać ich to nie obraża, a on wie, że może tak powiedzieć. Pewnie w ten sposób leczą swoje kompleksy, bo jako ludzie z korzeniami z tego pasa, na którym nie wykształciły się w pełni narody i języki, mogą sobie powiedzieć: nie tylko my nie jesteśmy normalni, Polacy również. Czy można sobie wyobrazić sytuację, że prezydent Francji czy kanclerz Niemiec powiedzą tak do swoich wyborców? A może prezydent Ameryki powie Amerykanom, że amerykańskość to nienormalność? Nikt nigdzie tak nie powie, a w Polsce spływa to po wszystkich, jak po kaczce?

W państwie, w którym jest tak dużo mniejszości, trzeba im jakoś wytłumaczyć, że są Polakami. Dla wielu fakt mówienia po polsku i bycie katolikiem wystarcza, ale są jeszcze prawosławni, mówiący po polsku. I tu jest problem, bo prawosławie ciąży ku Rosji, która rości sobie prawo do władzy nad wszystkimi prawosławnymi, również tymi mieszkającymi w innych krajach. Wprawdzie Cerkiew oficjalnie głosi, że jest autokefaliczna, czyli niezależna od Moskwy, ale nikt rozsądny nie wierzy w te bajki. Jak ci prawosławni godzą w sobie fakt bycia obywatelami polskimi, a jednocześnie mają świadomość, że prawosławie wymaga od nich podporządkowania się Moskwie, czyli lojalności wobec niej? Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy są rytu kijowskiego.

Czym jest zatem dzisiejsza Polska i co to jest polskość? Czy można ją zdefiniować? Adam Szostkiewicz w Polityce z dnia 17 lipca 2010 roku w artykule Co to znaczy być Polakiem pisał:

„Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie.

Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.”

A więc polskość to pewna propozycja etyczna, albo jeszcze lepiej – dzieło w ciągłym ruchu. To przykład pseudointelektualnego bełkotu księdza Tischnera i Szostkiewicza. W tym kontekście, to Donald Tusk miał rację, mówiąc, że polskość to nienormalność. Taka polskość to faktycznie nienormalność. Nie wolno jednak mówić, że Polacy to rdzenna ludność Korony, czyli Polski przed unią z Litwą, a właściwie z Wielkim Księstwem Litewskim. Nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie Szkot to Szkot, Irlandczyk to Irlandczyk, a Walijczyk to Walijczyk. Tam tak może być, bo Anglicy dominują zdecydowanie pod względem liczby ludności nad pozostałymi i pod względem obszaru. Gdyby w Polsce Ukraińcy nazywali się Ukraińcami, a nie – Polakami, podobnie Białorusini i Litwini oraz ludzie z tymi korzeniami, to okazałoby się, że stanowią oni zdecydowaną większość w tym państwie. I jeszcze ci zasymilowani Żydzi. Ale tak nie może być, bo to przecież Polacy mają być tymi warchołami, buntownikami, nawiedzonymi, tymi, na których w razie czego można będzie zrzucić winę za wszelkie nieszczęścia w Europie. A że będą to przeważnie ludzie z ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi czy żydowskimi korzeniami, to nikt o tym w szerokim świecie nie wie. Przecież to nie Polak wdeptuje Putina w ziemię, tylko Ukrainiec Hołownia. Robi to bez skrupułów, bo robi to na konto Polaków.

Czy taka Polska, mozaika różnych narodów, wyznań – może być normalnym państwem? Nie może i nie jest. Jest to bezkształtna masa, z której można wszystko ulepić i pokierować w pożądanym dla siebie kierunku. I tym zapewne kierowali się ci, którzy przed wiekami doprowadzili do unii polsko-litewskiej. To był ich wielki eksperyment, być może pierwszy taki w historii. Polegał on na podmianie jednego narodu drugim, a właściwie społecznościami nie do końca ukształtowanymi, bez tożsamości narodowej, tutejszymi – i dlatego było to możliwe. Przekonali się oni, jak łatwo rządzić w takim państwie, z nowym, sztucznie wykreowanym, zakompleksionym narodem, skłóconym na tle wyznaniowym ze swoimi jeszcze do niedawna ziomkami, jak łatwo było wywoływać tu powstania i wojny. Dziś, w obliczu wojny na Ukrainie, znowu zaczynamy odczuwać skutki tego eksperymentu.