Wandea

W dniu 29 grudnia 2023 wszedł na ekrany polskich kin film „Wandea. Zwycięstwo albo śmierć”. Ja miałem okazję obejrzeć go w sobotę 6 stycznia. Ten obraz to jedna wielka rzeź. To, co wydarzyło się w Wandei, począwszy od 1793 roku, to ludobójstwo. Szacuje się, że ofiar mogło być około 120 tys. z 815 tys. zamieszkujących Wandeę. Przekaz filmu wydawał się prosty: walka chłopów w obronie króla i wiary katolickiej. Ja jednak, oglądając ten film, zastanawiałem się, czy to rzeczywiście było możliwe, by ci chłopi mogli być tak zdeterminowani i czy rzeczywiście byli gotowi oddać życie za króla i wiarę. O ile w przypadku jednostek jestem skłonny uwierzyć w taką motywację, to w przypadku całej społeczności wydaje mi się to wątpliwe. Czy mógł być tam jeszcze jakiś dodatkowy powód? Dlaczego akurat Wandea? Czym się różniła od reszty Francji?

Wandea na tle mapy Francji; źródło: Wikipedia.

W artykule na portalu „Historia Do Rzeczy” można przeczytać:

Wandejczycy wyrażali sprzeciw wobec upadku władzy królewskiej oraz szykanowania wiary katolickiej. Z chwilą rozpoczęcia rewolucji francuskiej mieszkańcy Wandei nie opuścili króla, ani nie dali się porwać wichrowi radykalnych przemian. Czarę goryczy przelało zabicie Ludwika XVI oraz zapowiadany pobór do wojska, który spowodowałby wyjazd na wojnę wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn.

x

Z kolei na stronie „ciekawostki historyczne.pl” w artykule „Powstanie wandejskie, czyli ludobójstwo Francuzów rękami… Francuzów” jego autor, Marcin Moneta, m.in. pisze:

Powstanie antyrepublikańskie wybuchło w jednej z najbiedniejszych części kraju, a jego motorem byli ci, żyjący najniżej w społecznej hierarchii, czyli chłopi. Teoretycznie to właśnie oni powinni byli w największym stopniu popierać Rewolucję, bo przecież w obronie ludu obalono króla. A jednak – choć w pierwszym okresie Wandejczycy rzeczywiście sprzyjali władzom rewolucyjnym, a ancien régime traktowali z dystansem – z czasem doktrynerstwo, szaleństwo i dyktatorskie zapędy rewolucjonistów zaczęły budzić coraz większy opór wśród przywiązanych do tradycyjnych wartości, prostych ludzi, którzy pragnęli po prostu sprawiedliwego i uczciwego życia, a także szacunku dla wartości, w które wierzyli. To właśnie uderzenie w sferę wartości pchnęło rolników z Wandei do postawienia kos na sztorc i wojny z republiką pod hasłem „Bóg i Król”.

Bezpośrednią przyczyną rewolty były obowiązkowe powołania do wojska dla tysięcy mężczyzn z prowincji, często jedynych żywicieli rodzin, którzy musieli porzucić swoje gospodarstwa, by pójść do armii. Gniew narastał jednak stopniowo już wcześniej, wraz z coraz dotkliwszymi szykanami republiki wobec – znienawidzonego przez rewolucjonistów – Kościoła katolickiego.

Byli jednak i tacy, którzy mimo krwi na rękach jeszcze długo pławili się w zaszczytach i służyli Francji – nieważne z której strony zarządzanej. Generał Turreau – dowódca kolumn piekielnych – nie tylko nie położył głowy, ale nawet został zrehabilitowany. Po obaleniu jakobinów rewolucyjna Francja uznała, że jedynie wykonywał rozkazy. Później Turreau z powodzeniem służył pod Napoleonem, jednak gdy cesarzowi powinęła się noga, okazało się, że tak jak i Wandejczycy, których mordował, w głębi serca jest… rojalistą. Gdy Burbonowie odzyskali władzę w 1814 roku, generał bez skrępowania przeszedł na służbę do króla Ludwika XVIII. Do dziś jego nazwisko widnieje na Łuku Triumfalnym w sercu francuskiej stolicy, obok innych zasłużonych…

x

Na portalu historycznym Dzieje.pl autor, Michał Szukała, w artykule Do kin trafiła „Wandea. Zwycięstwo albo śmierć” – film o zapomnianym ludobójstwie, m.in. pisze:

Najgroźniejsze dla republiki miały okazać się działania jej przywódców. Ratunkiem dla nowego reżimu miał być pobór 300 tysięcy rekrutów, którzy mieli odeprzeć inwazję europejskich monarchii. Chłopi mieli zostać zmuszeni do porzucenia swoich gospodarstw tuż przed porą zasiewów. Powstanie będące reakcją na decyzję władz w Paryżu wybuchło w położonej w zachodniej Francji Wandei, której mieszkańcy spoglądali dotąd na rewolucję z nadzieją lub umiarkowanym dystansem. Ich zapatrywania zmienił nie tylko pobór, ale również zamordowanie Ludwika XVI oraz zastępowanie przez władze lokalnych duchownych, którzy nie chcieli złożyć przysięgi na tak zwaną konstytucję cywilną kleru, której zapisy faktycznie podporządkowywały Kościół państwu. Wściekłość Wandejczyków zwróciła się przeciwko urzędnikom reżimu rewolucyjnego, a nawet duchownym, którzy stanęli po jego stronie.

x

„Polska Zbrojna” zamieszcza artykuł Grzegorza Kucharczyka „Wandea – heroizm i Ludobójstwo”, a w nim m.in.:

Eskalacja antykatolickiej polityki republiki zbiegła się z egzekucją króla Ludwika XVI (21 stycznia 1793) i zarządzeniem przez władze rewolucyjne powszechnego poboru do wojska (la levée en masse) w marcu 1793 roku. Pierwsze z tych wydarzeń było dla Wandejczyków potwierdzeniem, że w Paryżu zainstalował się reżim depczący wszystkie uświęcone od wieków tradycje religijne i polityczne Francji. Drugie zostało odebrane jako niedopuszczalna uzurpacja republikańskiego rządu, nie do pomyślenia w czasach monarchii, która opierała swój wysiłek militarny na profesjonalnej armii. Wandejscy chłopi nie chcieli składać daniny krwi na rzecz reżimu powszechnie uznawanego przez nich za bezbożny i antyfrancuski.

Wiosną 1793 roku powstanie wybuchło spontanicznie w całej Wandei. Od początku było ono ludowe. Jeśli gdzieś można było znaleźć we Francji doby rewolucji obszar, na którym działała maksyma o „wolności, równości i braterstwie” (sztandarowe hasło rewolucji), to paradoksalnie właśnie tam. Dowódców oddziałów powstańczych wyłaniano w jawnych i powszechnych wyborach. Przyznawał to później nawet sam Napoleon: „W armii wandejskiej panowała ta wielka zasada [równości]”.

Istniał jednak pewien przymus. Odczuli go niektórzy przedstawiciele wandejskiej szlachty, którzy zmuszani byli przez chłopów do objęcia dowództwa nad poszczególnymi oddziałami Armii Katolickiej i Królewskiej. Legendarnego dowódcę wojsk powstańczych François de Charette’a trzeba było dosłownie wyciągać spod łóżka. Nie tak drastycznie, ale jednak z pewnym przymuszeniem „skłoniono” do udziału w powstaniu innych wybitnych dowódców wandejskiego zrywu – markiza Charles’a de Bonchampsa i hrabiego Henriego de La Rochejaqueleina.

x

Na stronie „Wielka Historia” Anna Winkler w artykule „Rzeź w Wandei. Dzieci rozdeptałem końmi i wymordowałem kobiety” m.in. pisze:

W departamencie wrzało od miesięcy – pierwsze wystąpienia pojawiły się już w 1792 roku. Ale wieść o poborze, w połączeniu ze świeżym jeszcze wspomnieniem królobójstwa (Ludwik XVI został zgilotynowany w styczniu 1793 roku) i prześladowaniami księży, którzy odmówili złożenia przysięgi wierności państwu, przesądziła sprawę.

Było to – jak zaznacza profesor Grzegorz Kucharczyk w książce Chrystofobia. 500 lat nienawiści do Jezusa i Kościoła – klasyczne powstanie chłopskie. „Lud stał się inspiratorem powstania przeciw «ludowej» rewolucji” – pisze nie bez ironii wykładowca UAM i kierownik jednej z pracowni Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) zamieszcza taką informację:

Wandea – departament w zachodniej Francji, wydzielony w 1790 z zachodniej części dawnego Poitou. Wojny wandejskie,1793-96, nazwa powstań chłopskich pod hasłem obrony religii i monarchii, w okresie rewolucji francuskiej; pierwsze z nich wybuchło 10 III 1793 w Wandei jako protest przeciw powołaniu pospolitego ruszenia (włącznie z księżmi) na wojnę z Austrią, jak też przeciw straceniu króla; podsycane przez rojalistów i kler oraz wspierane przez Anglię, wkrótce objęło Bretanię, Poitou i Andegawenię (30 tys. ludzi); głównym przywódcą był woźnica Jacques Cathelineau; po początkowych sukcesach powstanie zostało stłumione przez gen. L. Hoche’a; wybuchło znowu w latach 1799-180 i 1815.

x

Z przytoczonych wyżej fragmentów wynika, że iskrą zapalną był przymusowy podbór do wojska. Do tego doszła antykościelna polityka rewolucyjnej władzy i zgilotynowanie króla. Jedynie Marcin Moneta sygnalizuje: A jednak – choć w pierwszym okresie Wandejczycy rzeczywiście sprzyjali władzom rewolucyjnym, a ancien régime traktowali z dystansem – z czasem doktrynerstwo, szaleństwo i dyktatorskie zapędy rewolucjonistów zaczęły budzić coraz większy opór wśród przywiązanych do tradycyjnych wartości, prostych ludzi…

Jednak dopiero w Wikipedia wyjaśnia ten problem całościowo. Pisze m.in. tak:

Zamieszkująca Wandeę ludność początkowo nie wykazywała wrogości wobec zmian rewolucyjnych. Jej zeszyty akcesyjne z listą skarg i propozycji do Stanów Generalnych nie różniły się od zeszytów innych prowincji. Zeszyty zawierały skargi na nadużycia senioralne i domagały się ogólnej reformy podatkowej i sądowniczej. Wandea była jedną z dwunastu prowincji, które w pierwszej turze wybrały najwięcej deputowanych. W większości dołączyli oni później do klubu jakobinów. Samo zaś obalenie monarchii nie wywołało większego oporu w prowincji.

Przed rewolucją Kościół w Wandei posiadał ok. 10% ziemi, darowanej mu w zapisach testamentowych miejscowych mieszkańców w ciągu setek lat. W intencji darczyńców zapisy te miały stanowić podstawę utrzymania księży, zakonów i kościołów, a także służyć do walki z ubóstwem oraz utrzymania szkół i szpitali. W listopadzie 1789 roku Zgromadzenie Narodowe skonfiskowało dobra kościelne i wyemitowało asygnaty, za pomocą których można było te dobra nabyć. Dało to możliwości wzbogacenia się skorumpowanym urzędnikom, a społeczności lokalne zostały pozbawione możliwości zaspokajania potrzeb w zakresie lecznictwa, opieki społecznej i szkolnictwa. Następnym punktem zapalnym był dekret o zaprzysiężeniu księży na wierność narodowi. W wielu parafiach ludność nie chciała wpuścić zaprzysiężonych księży do kościołów i interweniowała znienawidzona przez ludność Gwardia Narodowa. W styczniu 1791 roku w Saint-Christophe-du-Ligneron (w okolicy Machecoul) były pierwsze ofiary śmiertelne wśród parafian broniących niezaprzysiężonych księży. W sierpniu 1792 roku w miasteczku Breissure Gwardia Narodowa wymordowała większość z około pięciuset nieuzbrojonych parafian – zakładników, wziętych z ludności miejscowej przeciwstawiającej się eksmisji sióstr z pobliskiego klasztoru.

Przede wszystkim antykościelne postępowanie władz rewolucyjnych, w drugiej kolejności stracenie Ludwika XVI 21 stycznia 1793 wywołało niezadowolenie w Wandei. Do wybuchu powstania przyczyniła się także kryzysowa sytuacja ekonomiczna, spowodowana między innymi wojną z państwami pierwszej koalicji. Bezpośrednim powodem wybuchu rewolty była jednak ustawa Konwentu z 23 lutego o powołaniu 300 tys. rekrutów, z czego 4 tys. miało pochodzić z Wandei. Niezadowolenie wywołała droga, którą rekrutacja miała się odbyć. W przypadku nieznalezienia odpowiedniej liczby ochotników, każda gmina miała sama wyznaczyć odpowiednią grupę ludzi, nieistotne czy w drodze losowania, przez wybór czy w inny sposób. Otworzyło to pole do intryg i wysyłania do armii osób niewygodnych z punktu widzenia rewolucji czy wewnętrznego układu sił.

xxx

Pisze więc na początku Wikipedia, że samo obalenie monarchii nie wywołało większego oporu w prowincji. Natomiast w dalszej części dodaje, że Kościół w Wandei posiadał 10% ziemi, którą chłopi przekazali mu w zamian za opiekę socjalną, czyli ubezpieczenie społeczne oraz utrzymywanie szpitali i szkół. Skonfiskowanie dóbr kościelnych oznaczało dla nich utratę tego wszystkiego, czego dorabiali się przez wieki. I to była ta specyfika Wandei. Ale nie tylko to. Był jeszcze jeden czynnik, o którym pisze Wikipedia, ale w części poświęconej rewolucji francuskiej, a nie – Wandei:

„Żyrondyści wciąż mieli największy wpływ na władzę. Koalicja antyfrancuska miała znaczny potencjał militarny. W związku z tym w lutym 1793 Konwent uchwalił pobór 300 tys. żołnierzy. Na początku marca uzbrojeni chłopi zaczęli zbierać się w grupy, żeby stawiać opór poborowi na wojnę w obronie niepopularnej rewolucji. Główną przyczyną niepopularności wśród chłopstwa były aresztowania niekonstytucyjnych księży, którzy odmówili złożenia przysięgi obywatelskiej na wierność narodowi i konstytucji francuskiej. W niektórych rejonach prawie wszyscy księża odmówili złożenia przysięgi. Księża byli filarami społeczności i w Wandei, częściej niż gdzie indziej, księża pochodzili ze społeczności, w których posługiwali.”

Ostatnie zdanie dopełnia obraz i dlatego łatwiej zrozumieć, skąd u tych ludzi taka determinacja. Natomiast motyw obrony króla i wiary katolickiej został, przez środowiska konserwatywne i katolickie, wyniesiony do rangi symbolu. W ich mniemaniu walka o szczytne idee jest czymś wznioślejszym, czymś, na czym można zbudować legendę, a nawet system wartości. A walka o obronę własnego interesu i tego, co przez wieki udało im się wypracować? – To brzmi tak przyziemnie. Ale prawda jest taka, że łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny. Taka jest ludzka natura.

A w całej tej francuskiej rewolucji wcale nie chodziło o wolność, równość i braterstwo – choć to ostatnie to może dla masonów – bo żadnej wolności i równości nie było i nie ma, tylko o odsunięcie od władzy i wpływów starej arystokracji, która swoje bogactwo zawdzięczała wyprawom krzyżowym i nadaniom ziemi z racji tych wypraw, które były wyprawami łupieżczymi pod hasłami obrony Ziemi Świętej przed muzułmanami. Innymi słowy – złodzieje starej daty walczyli z kandydatami na złodziei młodej daty.

Nowa arystokracja, zwana burżuazją, powoli zdobywała teren. W Wikipedii można przeczytać o sytuacji w przedrewolucyjnej Francji m.in. i to:

„Najwyżej stała grupa ok. 4 tys. rodzin „przedstawionych” królowi – osób stale towarzyszących królowi, tworzących jego dwór, oraz książąt krwi. Ich utrzymanie pochłaniało ok. 33 milionów liwrów rocznie ze szkatuły królewskiej. To z tej grupy rekrutowało się wyższe duchowieństwo i wyżsi oficerowie. Żyli oni stale na skraju bankructwa, chcąc ratować swoje majątki, w pewnym momencie zaczęli brać za żony córki bogatych mieszczan, co znacznie zbliżyło ich ekonomicznie do wielkiej burżuazji.”

Kim byli ci bogaci mieszczanie i wielka burżuazja, tego chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Ale nie cała stara arystokracja żyła na skraju bankructwa, o czym może świadczyć fakt, że arystokraci walczyli w Wandei po stronie chłopów.

Aktualizacja:

Krótko po wrzuceniu tego bloga na stronę wszedłem na YouTube i od razu pojawił mi się poniższy film czy video, jak kto woli.

Postęp

W dzisiejszym świecie, w którym następuje niezwykle szybki rozwój techniki, szczególnie tej związanej z komputerami i informatyką, ludzie na ogół nie zastanawiają się nad tym, po co to wszystko. Oczywiście do pewnego momentu ten rozwój jest jak najbardziej korzystny, szczególnie gdy chodzi o zastosowanie tego postępu w naukach medycznych czy choćby w internecie. Jest jednak pewna granica, której nie wolno przekraczać. Chodzi tu oczywiście o ingerowanie w ciało i mózg ludzki. O tym pisze w swojej książce Cyber pułapka (2023) ks. prof. Andrzej Zwoliński. Poniżej wybrane fragmenty.

Badacze i analitycy współczesnej cywilizacji wskazują, że w nowożytności miały miejsce dwie próby zawładnięcia ludzką osobą. Pierwszą z nich był krwawy despotyzm związany z totalitarnymi ideologiami XX wieku: komunizmem i faszyzmem. Druga próba polegała na planach podporządkowania człowieka radykalnym wersjom biotechnologii (neuronauce, inżynierii genetycznej, eugenice, klonowaniu). Ta druga próba wciąż trwa – próbuje zredukować osobę ludzką do przejściowego elementu ewolucji kosmicznej, kreśląc fantastyczne wizje jej przyszłości. Totalitaryzmy okazały swoją najgłębszą zawartość i była nią, jak się okazało, nienawiść do człowieka. Podobnie tragiczne skutki może nieść ze sobą projekt sprowadzający człowieka do jego cielesności. Skutkiem próby całkowitej naturalizacji człowieka będzie wielka demoralizacja humanistyczna i despotyzm, tego, co organiczne. Jest bowiem ogromna sprzeczność pomiędzy próbą wejścia nauki i techniki w ludzką sferę intencjonalną, moralną, poznawczą i decyzyjną, a perspektywą lepszego panowania nad samym sobą w samostanowieniu. Gdy podporządkowuje się samostanowienie temu, co organiczne, prowadzi to do podważenia wolności człowieka. Dokonuje się organiczno-naturalistycznej redukcji człowieka. Takie niebezpieczeństwo stwarza tzw. transhumanizm, próbujący przekroczyć granice człowieczeństwa zakreślone w sferze prawa natury i kondycji ludzkiej otrzymanej od Stwórcy.

x

Transhumanizm (czasem skracany do >H lub H+) – ruch intelektualny, kulturowy oraz polityczny postulujący możliwość i potrzebę (ale nie konieczność) wykorzystania nauki i techniki, w szczególności neurotechnologii, biotechnologii i nanotechnologii, do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń i poprawy kondycji ludzkiej. – Wikipedia.

x

Sztuczny człowiek jako plan

Postacią z historii myśli ludzkiej, która odrodziła się w wielu powieściach science fiction w XX wieku, jest Golem z tradycji żydowskiej. Hebrajskie słowo golem oznacza twór nieukształtowany, niemający jeszcze formy. Nie jest to człowiek, lecz potencjał materii. To Adam, zanim Bóg obdarzył go życiem. Powtarzanie aktu przejścia od nieukształtowanej materii do żywej istoty było przede wszystkim doświadczeniem mistycznym, rytuałem ekstatycznym, odtwarzającym boski akt stwórczy. W kabale Golema tworzą sprawiedliwi i to wtedy, gdy są najbliżsi Bogu. Celem tego rytuału była zmiana stanu świadomości, osiągnięcie ekstazy, nie zaś tworzenie życia.

Michał Anioł Stworzenie Adama, fresk z Kaplicy Sykstyńskiej; źródło: Wikipedia.

Golem pojawił się w XII wieku jako istota człekopodobna, poruszająca się i funkcjonująca dzięki mocom stwórczym człowieka, które są mu dane przez Boga. Należało wpierw zgłębić tajemnicę świętych liter, by móc odtworzyć ten akt. Litery obdarzone są siłą, dzięki nim człowiek może uczynić stworzenie z dziewiczej ziemi, ugniatać je i zakopywać w ziemi, zataczać kręgi i sferę wokół stworzenia. Rytuał ten powtarzany 442 razy (inny wariant mówi że 462) sprawia, że stworzenie podnosi się żywe dzięki sile zawartej w tradycji liter.

Tradycja Golema, ożywiona w XVII, zrodziła szereg podań, np. o Golemie, który służył jako parobek (chełmońscy Żydzi), który zbuntował się i wymknął spod kontroli swojego twórcy. Najsłynniejsza jest historia Golema, którego stworzył rabbi Low, żyjący w Pradze, który ulepił go z wody i gliny, ognia i powietrza, a ożywił go słowem met (prawda) napisanym na kartce, którą włożył mu w usta lub też nakreślił na jego czole. Po wymazaniu słowa Golem pozostawał martwym posągiem, a nie żywym sługą (met). Golem był obdarzony wielką siłą, pracował fizycznie. Pewnego razu, gdy rabin zapomniał wyciągnąć kartkę z jego ust, Golem zaczął niszczyć wszystko wokół siebie, co spowodowało, że rabbi – przestraszony tym, co uczynił – zniszczył tę figurę. Jako mit nowoczesności golem oznacza sztucznego człowieka obdarzonego nadnaturalną siłą, która może jednak wymknąć się spod kontroli. Elementy tego mitu można znaleźć w historii maszyn, które wspomagają prace człowieka, są mu pomocne, lecz muszą też budzić jego respekt.

x

Golem (hebr. ‏גולם‎ lub ‏גלם‎; jid. ‏גולם‎ gojlem) – istota utworzona z gliny na kształt człowieka, ale pozbawiona duszy rozumiejącej neszama, a zatem również zdolności mowy.

Hebrajskie słowo golem pojawia się w Biblii tylko raz, w Księdze Psalmów 139:16, który to werset tradycja talmudyczna wkłada w usta Adama. W tym miejscu bywa ono tłumaczone jako „zarodek, embrion”, ale prawdopodobnie oznacza coś bezkształtnego, pozbawionego formy. W średniowieczu utożsamiano je z greckim pojęciem bezkształtnej materii – stgr. ἡ ὕλη (hē hýlē). Część tradycji żydowskiej traktuje również Adama przed obdarzeniem go bożym tchnieniem jako golema.

Tworzenie golema przez ludzi wiąże się z powtarzaniem procesu bożej kreacji. Jako że uważano, iż została ona dokonana za pomocą liter alfabetu hebrajskiego, również przez odpowiednie ich układy próbowano ponowić ten akt. Pierwsze przekazy o golemie utworzonym przez człowieka zawiera Talmud. Później na stałe praktyki te związane były z magicznym wykorzystaniem traktatu Sefer Jecira (Księga Stworzenia) i odtworzeniem podanej tam struktury boskiej kreacji. – Wikipedia.

x

Biotechnologiczne eksperymenty z człowiekiem

W miarę rozwoju techniki kontakt maszyny i człowieka staje się coraz bliższy. Kolejnym etapem ich „zbliżenia” jest nakładanie urządzenia elektronicznego na skórę, niczym kalkomania czy zmywalny tatuaż. Taki mocowany na sobie plaster zawiera czujniki, tranzystory, odbiornik radiowy, anteny bezprzewodowe, cewki przewodzące i baterie słoneczne. Pozostają one niewyczuwalne po przyklejeniu na skórę. Układy elektroniczne są umieszczone na elastycznym podkładzie, a następie na małym arkuszu cienkiego plastiku. Po zwilżeniu wodą przylegają do skóry i pozostają na jej powierzchni. Ten pomysł to kolejny krok w połączeniu świata elektroniki i biologii bez potrzeby inwazji chirurgicznej – wszczepień bezpośrednio do organizmu. Owe elektroniczne plastry mogą zawierać różnego rodzaju urządzenia, jak sterowniki zmechanizowanych protez, mogą też umożliwiać posługiwanie się komputerem czy pomagać w komunikowaniu się z innymi ludźmi lub dokonywać stałej obserwacji kondycji pacjenta.

Jedną z najbardziej produktywnych interdyscyplinarnych dziedzin badań stało się poszukiwanie tzw. sztucznej inteligencji (AI – artifical intelligence; polski odpowiednik: SI), która połączyła technikę komputerową, psychologię, matematykę, naukę o zachowaniu i neurologię. Później ta dziedzina zróżnicowała się na różne poddyscypliny.

„Poprawa” człowieka z czasem zaczęła dotyczyć wszelkich dziedzin życia ludzkiego. Do najbardziej spektakularnych działań należą próby powiększenia możliwości ludzkiego mózgu. Interfejs mózg-komputer (ang. brain-computer interface – BCI) pozwala na bezpośrednią komunikację pomiędzy mózgiem a odpowiednim urządzeniem zewnętrznym. Celem działań w tej dziedzinie jest poprawa ludzkich zmysłów albo czynności ruchowych. Neuroprotetyka ma na celu przywrócenie uszkodzonego słuchu, wzroku i czynności ruchowych. Badania nad BCI rozpoczęły się w latach 70-tych XX wieku na University of California Los Angeles (UCLA), gdzie też po raz pierwszy w historii użyto wyrażenia „interfejs mózg-komputer”. Głównym zastosowaniem BCI pozostaje medycyna, zwłaszcza prace nad umożliwieniem komunikacji zewnętrznej pacjentom w ciężkich stadiach takich chorób, jak stwardnienie rozsiane, udar mózgu czy mózgowe porażenie dziecięce. BCI znalazło zastosowanie wojskowe oraz w rozrywce – na przykład popularne „czytniki myśli” czy interfejsowe gry komputerowe.

Zwolennicy ulepszania człowieka za pomocą środków technologicznych nadają owym środkom szczególne znaczenie: poprzez nie bowiem człowiek zmierza do osiągnięcia celu, który sam wybiera, na który wskazuje i zaznacza jako ważny. Często odwołuje się przy tym do tzw. imperatywu technologicznego, który opiera się na konieczności sięgnięcia po jakąś technologię, jeżeli jest ona dostępna. Wiąże się to z niebezpieczeństwem rozminięcia się z etyką, co zachodzi zwłaszcza wówczas, gdy zastosowanie biotechniki może wiązać się z ryzykiem dla przyszłych istot ludzkich lub dla przyjmującej ją jednostki.

Postczłowiek w braterstwie z komputerem

Do bardzo niebezpiecznych działań należy eksperymentowanie z wprowadzeniem elektronicznych implantów w obszar mózgu człowieka. Zwłaszcza gdy docelowo wiąże się to z marzeniem stworzenia cyborga, za jakiego uważa się robota wyposażonego w biologiczny mózg. Ma do tego prowadzić testowanie maszyn wyposażonych w neurony pobrane od zwierząt czy ludzi. Ludzkie ciała i mózgi są traktowane jako czynniki hamujące rozwój człowieka, gdyż wiążą go z licznymi ograniczeniami. Podłączenie ich do maszyn miałoby na celu uwolnienie od tych barier.

Konstrukcje „sztucznych owadów”, czy całych zespołów maszyn podłączonych do ciała ludzkiego, wskazują na różnego rodzaju szanse, lecz i zagrożenia związane z mechanicznym podejściem do człowieka. Nikt nie może przewidzieć dalszych skutków tego typu ingerencji, zwłaszcza dla zdrowia fizycznego i psychicznego tych, którzy im się poddają. Nieznane są także skutki społeczne tej specyficznej koegzystencji człowieka i maszyny, a także przyszłość przewidywanych ich ściślejszych relacji.

Obserwacja i badania kodu genetycznego doprowadziły do idei zamiany krzemowej budowy tradycyjnych podzespołów komputerów na pracujące dzięki wykorzystaniu kwasu DNA. Byłyby to tzw. biologiczne komputery, które mogą zastąpić wielkie bazy danych. Można je wykorzystać m.in. do stworzenia inteligentnych leków, które same potrafią zlokalizować niebezpieczeństwo, a następnie zaradzić mu, wspomagając pracę układu odpornościowego. Pierwsze tego typu próby już się dokonały: w 2004 roku naukowcy Instytutu Nauki Weizmanna skonstruowali rodzaj komputera, który mógł diagnozować komórki nowotworowe, a potem zaaplikować im lekarstwo.

Ideałem człowieka w erze komputerowej jest postczłowiek, zwany też Nadczłowiekiem czy Supermanem. To przyszła istota ludzka, której zakres możliwości został znacznie poszerzony, przezwyciężając ograniczenia natury ludzkiej, w tym także tymczasowość egzystencji związaną ze śmiertelnością. W perspektywie tej koncepcji jest zbudowanie sztucznej inteligencji, która przewyższa swoich twórców, pozostając na ich służbie. Postczłowiek miałby być genialny, inteligencją przewyższający jakiegokolwiek człowieka obecnie żyjącego, byłby niepodatny na choroby ani proces starzenia się oraz obdarzony większym potencjałem dostępnych mu przyjemności, wolny od wszelkiej skazy cielesnej. Sposobem dotarcia do tego typu ideału nowego człowieka jest między innymi molekularna nanotechnologia, inżynieria genetyczna, substancje regulujące samopoczucie, terapie przeciw starzeniu się organizmu, interfejsy neurologiczne, zaawansowane narzędzia zarządzania informacjami, które poprawią pamięć oraz synteza człowieka z maszyną. Z tej koncepcji postczłowieka wyrasta tzw. posthumanizm, który wiąże się ze zmianą postrzegania miejsca człowieka w świecie. Człowiek przestaje być centrum świata i miarą wszechrzeczy. Posthumanizm przekonuje o konieczności odejścia od antropocentrycznego punktu widzenia, wskazując powiązania człowieka ze światem zwierząt i roślin i ze wszystkim co nieludzkie. I tak na przykład studia nad zwierzętami (animal studies) postrzegane są jako część debaty posthumanistycznej.

Z ideą postczłowieka wiąże się także postgenderyzm, czyli ruch społeczny, polityczny i kulturalny, który postuluje dobrowolną eliminację płci społecznej (gender). Ma to nastąpić poprzez zastosowanie zaawansowanej biotechnologii i wspomaganych technik reprodukcyjnych. Za twórcę tego ruchu uważa się kanadyjskiego futurystę George’a Dvorsky’ego, który w eseju napisanym wraz z socjologiem dr. Jamesem Hughesem, pt. Postgenderism: Beyond the Gender Binary (2008) pierwszy użył terminu „postgenderyzm”. Postgenderyści uważają, że obecność ról społecznych i różnic między płciami, które ograniczają jednostkę, wynikają ze zbyt niskiego rozwoju społeczeństwa. Sądzą, że gdyby istniała możliwość reprodukcji wspomaganej technologicznie, seks dla reprodukcji przestałby być potrzebny. Postgenderowi ludzie mieliby zaś możliwość – zgodnie ze swoją wolą – zarówno zajść w ciążę, jak i być ojcem dziecka, co oznaczałoby eliminacje określonych ról społecznych poszczególnych płci. Ważny dla propagowania idei postgenderyzmu był esej feministki socjalistycznej z 1991 roku Donny Haraway, pt. A Cyborg Manifesto: Science, Technology and Socialist-Feminism in the Late Twentieth Century (Manifest Cyborga: Nauka, technologia i socjalistyczny feminizm pod koniec XX wieku). Proponuje ona, by wysiłki nauki zmierzały w kierunku uwolnienia kobiet od obowiązków reprodukcyjnych, gdyż dopiero wówczas będą wolne od swoich biologicznych ograniczeń. Przekroczenie identyfikacji płci ma się dokonać m.in. przez postępy w klonowaniu ludzi, partenogenezę i konstruowanie sztucznej macicy.

Przedmiotem analiz Nowego Człowieka są przede wszystkim konsekwencje – dla indywidualnego i społecznego życia ludzi – wprowadzenia najnowszego typu technologii. Jednym z wątków tych analiz jest „sztuczne ciało” jako efekt nałożenia technik komputerowych na naturalne fizyczne uposażenie człowieka, które otrzymujemy rodząc się ludźmi. Już E. Fromm przestrzegał przed zjawiskiem, które nazwał „robotyzmem” i które rozumiał jako modyfikowanie psychofizycznego ustroju człowieka, czy przedłużanie jego życia, co niesie za sobą zmiany typu kultury. Za szczególnie niebezpieczne uznawano wówczas różnego rodzaju „maszyny telepatyczne”, które podpowiadają człowiekowi, co ma czynić, myśleć, czy co ma uważać za dobre, a więc manipulują jego stanami emocjonalnymi i popędami. Wizje te w dużej części spełniły się już, na przykład w cyberseksie.

x

Niektórzy wprost przestrzegają przed biblijną Bestią, która już nadeszła. Jej znakiem, zgodnie z dowolnie odczytywanym fragmentem Apokalipsy św. Jana (Ap 13,11-18), są właśnie „chipy” („otrzymują znamię na prawą rękę lub czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia” -Ap 13,16-17). Twierdzi się nawet, że uważać należy na smart card (ang. karty płatnicze), które są „podstawą znaku Bestii”. Stąd wielu uwrażliwia całe społeczności na przyjmowanie technologii mikrochipów identyfikacyjnych, w tym elektronicznych dowodów osobistych czy tzw. bezpiecznych kart ubezpieczeniowych. Groźby upatruje się nawet w kodach kreskowych czy coraz powszechniejszych tagach RFID (radio-frequency identification – przyp. W.L.).

Lęki i obawy związane z urządzeniami elektronicznymi najnowszej generacji wiążą się z ideą magicznego człowieka, stworzonego technikami magicznymi Golema. Ta żydowska tradycja wiąże się bowiem z ideą tworzenia, będącego imitacją mocy stwórczej Boga, czyli z prowokowaniem konfliktu z mocą Stwórcy. Pełne pychy wejście w kompetencje Boga, bez zważania na granice natury i daną człowiekowi kondycję i możliwości, było odczytywane jako grzeszny bunt i konkurowanie z Bogiem. Grzech pychy jest odejściem człowieka od prawdy o sobie samym i oddaniem się grzesznemu marzycielstwu o swobodnej samokreacji.

Myśliciel i analityk współczesności Karl Jaspers stwierdził: „Człowiek po raz drugi włamał się w organizm natury i ją opuścił, by w niej stworzyć dzieło, którego by ona nie tylko nigdy nie stworzyła, ale które nadto zaczyna z nią teraz rywalizować o władzę i potęgę”. Już F. Bacon postulował, aby rozwoju konstrukcji teoretycznych i polepszania ludzkiej kondycji nie traktować oddzielnie, czy nawet jako przymiotów przeciwstawnych, jak to czyniła myśl starogrecka. Dlatego konieczne jest – postulował – aby pilnować zbieżności prawdy i pożytku, a nigdy nie podporządkowywać prawdy pożytkowi. Należy ustanawiać między nimi stosunek należności. Praktyczny pożytek (practicita), bez prawdy, jest dla Bacona czymś arbitralnym, przypadkowym, niezdolnym do postępu i rozwoju. Pogoń za natychmiastowym wynikiem praktycznym, bez namysłu nad jej sensem i pożytkiem, jest typowa dla magii i alchemii – zachłannych w dążeniu do praktycznych rezultatów, przy ignorowaniu braków i luk w teoriach, którymi magowie i alchemicy posługują się w swoim działaniu. Są to teorie subiektywne, niemożliwe do skodyfikowania i naukowej weryfikacji. Bacon zaś twierdził, że do realizacji dzieł należy bardziej dążyć z tego powodu, że są rękojmiami prawdy, niż ze względu na wygody życiowe.

xxx

Pisze autor, że istotą komunizmu i faszyzmu (chyba powinno być – nazizmu) była nienawiść do człowieka. Podobne tragiczne skutki, pisze dalej, może nieść ze sobą projekt sprowadzający człowieka do jego cielesności. Otóż, ten projekt jest sam w sobie nienawiścią do człowieka od samego początku pojawienia się takiej idei. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Golem wywodzi się z tradycji żydowskiej, a w tej tradycji nienawiść do ludzi, których Żydzi za ludzi nie uważają, jest ciągle obecna. Stąd cała ta nowoczesna technologia – którą wprowadza się pod pozorem udogodnień, wygód, poprawy ludzkiego zdrowia i organizmu człowieka – ma na celu zniszczenie człowieka: podporządkowanie go i sprowadzenie go do roli posłusznej maszyny, pozbawionej własnej woli, niezdolnej do samodzielnego myślenia i bezpłciowej.

Mamy więc tu do czynienia z tak zwanym posthumanizmem, w odróżnieniu od humanizmu, w którym człowiek był centrum świata i miarą wszechrzeczy. Humanizm to prąd, który pojawił się na początku renesansu i podważał średniowieczny porządek, w którym to Bóg był w centrum świata i był miarą wszechrzeczy. Początkowo pojawił się on we Włoszech i duży wpływ na niego wywarli Żydzi, działając w różnego rodzaju tajnych związkach. Humanizm wyostrzył konflikt pomiędzy wiarą a wiedzą. Negował metodę średniowiecznych scholastyków, którzy uważali, że poznanie jest możliwe w oparciu o metodę dedukcji, bez udziału obserwacji i eksperymentu, które były podstawą dla humanistów. Stąd taki rozwój w renesansie magii, alchemii i astrologii.

Autor dobrze opisał zjawisko i zagrożenia z niego płynące, ale wydaje się, że daje do zrozumienia czytelniom, że jest to proces, którego ludzie nie kontrolują lub wymyka się spod tej kontroli. Tak sugeruje tytuł książki Cyber pułapka. W mojej ocenie tak nie jest. Wszystko jest pod kontrolą i rozwija się w zamierzonym kierunku. Natomiast ci bezkrytyczni użytkownicy, którzy tak chętnie akceptują te zmiany, nie zdają sobie sprawy z zagrożenia i w stosunku do nich ten tytuł ma uzasadnienie.

Ludzie, by być aktywnymi i twórczymi w swojej pracy, potrzebują pieniędzy. Jeśli je mają, to mają motywację do pracy. Tam, gdzie są pieniądze, ludzie pracują efektywniej. I rozwijają się te dziedziny nauki i przemysłu, gdzie te pieniądze są. Gdzie ich nie ma, nie ma rozwoju i bogactwa. Tak więc o tym, czy jakaś branża przemysłowa, czy dziedzina nauki się rozwija, decydują pieniądze, a ściślej ci, którzy mają monopol na ich kreowanie i dystrybucję. Jeśli więc te branże nowych technologi i biotechnologii rozwijają się tak dynamicznie, to znaczy, że ten, kto rozdziela pieniądze, kieruje ich największy strumień do tych właśnie branż. I one rozwijają się, ale w tym kierunku, w jakim chce ten, który daje te pieniądze. I dlatego wszystko jest pod kontrolą.

Jest tylko jeden naród na świecie, który cechuje:

  • rozproszenie i asymilacja
  • monopol na kreowanie pieniądza
  • monopol na światowy handel
  • monopol medialny

To te najważniejsze czynniki, a są jeszcze inne, które są niezbędne, by rządzić światem i decydować o jego rozwoju w pożądanym dla siebie kierunku. W blogu „Dobry interes” zamieściłem krótkie video z wypowiedzią Brauna, w której opowiadał o tym, jak jego przodek stał się Polakiem. Teraz pojawia się tam komunikat: „This video is private”. Ja jednak mam ten zwyczaj, że zapisuję treść prezentowanego video, więc każdy może sobie przeczytać, ale już nie obejrzeć i wysłuchać. Szybko się zorientowali, że Braun tą wypowiedzią zdemaskował się. Tak działa monopol medialny. I pomimo, że on zgasił im świece chanukowe, to oni „zgasili” mu to video – tak w ramach „rewanżu”. I tak działa monopol medialny.

Zagadka

O pakcie Ribbentrop-Mołotow to pewnie każdy słyszał, ale o tym, że ostateczne ustalenie stref wpływów nastąpiło dopiero pod koniec września 1939 roku, to pewnie większość nie wie. Dlaczego tak się stało? Dlaczego od razu nie ustalono nowej granicy niemiecko-radzieckiej? To są pytania, na które odpowiedzi nie znajduję i raczej wątpię, bym je znalazł. Pozostają więc tylko domysły.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Pakt Ribbentrop–Mołotow, też: pakt Hitler–Stalin – umowa międzynarodowa z 23 sierpnia 1939 roku, będąca formalnie paktem o nieagresji pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, która zgodnie z tajnym protokołem dodatkowym, stanowiącym załącznik do oficjalnego dokumentu umowy, dotyczyła rozbioru terytoriów lub rozporządzenia niepodległością suwerennych państw: Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii. Bywa także określany jako IV rozbiór Polski.

Główne postanowienia paktu

  • Kraje bałtyckie: (Estonia, Łotwa) i Finlandia staną się strefą wpływów i przyszłym terytorium ZSRR, a północna granica Litwy (z Łotwą) stanowić ma granicę pomiędzy strefami interesów Niemiec i ZSRR.
  • Na obszarach należących do państwa polskiego strefy interesów Niemiec i ZSRR będą rozgraniczone wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu.
  • Strona radziecka podkreśla swoje zainteresowanie Besarabią, ze strony niemieckiej stwierdza się zupełne niezainteresowanie tym terytorium.
Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Późniejsze modyfikacje ustaleń paktu

Już w trakcie trwania II wojny światowej, 28 września 1939, kiedy doszło do spotkania nacierających z zachodu Niemców z nacierającą ze wschodu Armią Czerwoną, a los Polski był w tej kampanii przesądzony, doszło do doprecyzowania postanowień niemiecko-sowieckich. Podpisano w Moskwie niemiecko-radziecki traktat o granicach i przyjaźni zwany drugim układem Ribbentrop–Mołotow.

Dokonano wówczas następujących modyfikacji: ZSRR zgodził się na odstąpienie Niemcom Lubelszczyzny oraz wschodniej części Mazowsza w zamian za zgodę Niemiec na oddanie Litwy do sowieckiej strefy wpływów. Wkrótce (10 października) Wileńszczyzna została przekazana Litwie w zamian za zgodę na stacjonowanie garnizonów radzieckich na jej terytorium. Podobne układy wymuszono 29 września i 5 października na Estonii i Łotwie.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

x

Dlaczego na początku ustalono strefę wpływu Związku Radzieckiego na Wiśle? Czy już wtedy wiedziano, że polskie wojsko dostanie rozkaz niewalczenia z Armią Czerwoną, a główne siły zostaną skierowane na front zachodni? Dlaczego po miesiącu Stalin oddał Hitlerowi wschodnie Mazowsze, Lubelszczyznę i powiat suwalski, zwany też Trójkątem Suwalskim? A w zamian dostał tylko skrawek Wileńszczyzny, powiat łomżyński z miejscowością Jedwabne i powiat grajewski? Gdybym nie „znał” Stalina, to bym powiedział, że zrobił głupi interes, ale ponieważ go „znam”, to powiem, że zrobił dziwny interes. A może po prostu wykonał polecenie swoich nieznanych przełożonych?

Getta żydowskie w okupowanej Europie Wschodniej w latach 1941-1942. Źródło: Wikipedia.

Pierwszym gettem na terenie okupowanej Polski było utworzone 8 października 1939 roku getto w Piotrkowie Trybunalskim. Później powstawały one w innych miastach. Był to czysty zabieg logistyczny. Skupionych na niewielkim obszarze Żydów łatwiej było wywozić do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady.

Na powyższej mapie widać jak na dłoni, gdzie mieszkało najwięcej Żydów, a właściwie żydowskiej biedoty, której koszty utrzymania coraz bardziej uwierały bogatych amerykańskich i zachodnioeuropejskich Żydów. Kolejnym etapem „ostatecznego rozwiązania” było utworzenie obozów zagłady.

Niemieckie, nazistowskie obozy eksterminacji lokalizowane w okupowanej Polsce. Źródło: Wikipedia.

Z 8 obozów zagłady istniejących na terenie Europy 6 zlokalizowano w Polsce. Pozostałe dwa to obóz na Białorusi i obóz w Chorwacji. Jednak większość historyków nie uznaje tych dwóch obozów za obozy zagłady. W chorwackim obozie ginęli przeważnie Serbowie, a w białoruskim – znaczny odsetek innych narodowości. W związku z tym można uznać, że wszystkie obozy zagłady w czasie II wojny światowej znajdowały się na terenie okupowanej Polski. Były to: Oświęcim, Chełmno nad Nerem, Treblinka, Majdanek, Sobibór, Bełżec. Cztery z nich – Treblinka, Majdanek, Sobibór i Bełżec – zlokalizowano na terenach, które Stalin „odstąpił” Hitlerowi i praktycznie wszystkie zostały umiejscowione wzdłuż granicy, którą ustalono pod koniec września 1939 roku. Do Oświęcimia zwożono głównie Żydów z Europy Zachodniej, Południowej i Południowo-Wschodniej. 

Podstawowe pytanie brzmi: czy decyzja o ostatecznym rozwiązaniu została podjęta w styczniu 1942 roku? Wydaje się to mało prawdopodobne, bo zorganizowanie tylu gett oraz obozów koncentracyjnych i zagłady wymagało dużo czasu. Było to też bardzo skomplikowane organizacyjnie przedsięwzięcie. Taką decyzję musiano podjąć znacznie wcześniej. Bardzo możliwe, że jeszcze przed wojną. Na to może wskazywać zmiana granicy pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim na terenie Polski pod koniec września 1939 roku. Natomiast początkowe, z 23 sierpnia, rozgraniczenie stref wpływu miało na celu ograniczenie pola manewru polskiemu wojsku walczącemu na froncie zachodnim. A może podstawowym celem wojny niemiecko-radzieckiej było właśnie zajęcie tych terenów, na których mieszkało dużo Żydów? Sposób prowadzenia wojny przez Hitlera wskazuje, że wcale mu nie zależało na zwycięstwie nad Związkiem Radzieckim.

Wojny mają na celu ukrycie prawdziwych zamiarów tych, którzy je wywołują. Warto o tym pamiętać, bo dotyczy to również obecnie trwającej wojny na Ukrainie. I nigdy też nie służą interesom tych, którzy biorą w nich udział. Zawsze korzysta ten trzeci i zawsze ten sam. Jak trzeba, to nawet kosztem własnego narodu.

Gaszenie świec

W poprzednim blogu „Dobry interes” cytowałem krótką wypowiedź Brauna. Ostatnie zdanie brzmiało: „I w XVIII wieku, gdzieś tam we Lwowie, jakiś Braun się spolonizował”. W 1759 roku, a więc w XVIII wieku, odbył się chrzest frankistów we Lwowie. Z tego wniosek, że jakiś Braun był frankistą, a to oznacza, że Grzegorz Braun również jest frankistą. Frankiści niby zasymilowali się i spolonizowali się. Czy rzeczywiście tak się stało? Frankiści to była żydowska sekta i żeby zrozumieć to zjawisko, to trzeba zacząć od początku i od wyjaśnienia pewnych pojęć.

Pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu to Tora. Uczeni żydowscy przez wieki wykładali i komentowali pięcioksiąg Mojżesza, czyli Torę. Wszystko to zostało zebrane i uporządkowane. Tak powstała Miszna (w roku 200), czyli pierwsza, główna część Talmudu. I dalej nie można już było komentować Tory. Chciałoby się powiedzieć: Roma locuta, causa finita (Rzym orzekł, sprawa skończona). Natomiast można było komentować Misznę. I tak powstała druga część Talmudu, czyli Gemara (w roku 500). I obie te części to Talmud, czyli Nauka. Tajny, mistyczny wykład Biblii to Kabała, a jej treść zawarta jest w księdze Zohar.

Ideologia frankistów wyrosła na gruncie sabataizmu i mesjanizmu XVII i XVIII wieku. Frankiści nie uznawali Talmudu i kodeksów rabinicznych, a doktrynę swoją oparli na Kabale i księdze Zohar. Potępieni i wyklęci przez talmudystów 18 VI 1756 na sejmie czterech ziem (waad) w Brodach (uchwałę potwierdził synod rabinów w Starym Konstantynowie), prześladowani przez władzę świecką za tajemne praktyki, frankiści znaleźli opiekuna w biskupie lwowsko-kamienieckim M. Dembowskim w zamian za gotowość przyjęcia chrześcijaństwa. – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-19770).

x

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze (wytłuszczenie W.L.):

Talmud nadał średniowiecznym skupiskom żydowskim w chrześcijańskiej Europie, a także pod władzą muzułmańską swoiste piętno. Tysięczne, drobiazgowe przepisy religijne, a szczególnie zaś przepisy tyczące tzw. czystości lewickiej, utrudniły masom żydowskim kontakt z ludnością, wśród której żyli. „Ogrodzenie Zakonu”, zapoczątkowane przez reformy Ezdrasza i Nehemiasza (V w. p.n.e. – przyp. W.L.), poprowadzone dalej przez Faryzeuszów zostało przez talmudystów babilońskich spotęgowane do ostatecznych granic. W końcu duch nienawiści do chrześcijaństwa, jakim przesiąknięty jest Talmud, sprawił, że masy żydowskie w ślepej zaciekłości nieraz nawet wbrew własnym interesom materialnym zdradzały wobec ludności chrześcijańskiej prawdziwy swój do niej stosunek.

W rezultacie Talmud odosobnił Żydów, pozbawił ich bezpośredniego wpływu politycznego na ogół państw chrześcijańskich i stworzył faktyczne getto żydowskie na wieki przedtem, zanim powstało ono prawnie.

Odseparowana od Żydów cywilizacja chrześcijańska, pozbawiona tak wspaniale fermentujących „drożdży rozkładu”, mogła iść własnymi drogami i zwróciła się przeciwko żydostwu, popierającemu islam w Hiszpanii i Ziemi Świętej. Pochód Krzyżowców w Palestynie, Egipcie i na półwyspie iberyjskim poczyna żydostwu zagrażać poważnie. Niepodobna go zahamować, skoro nie posiada się w społecznościach chrześcijańskich dostatecznych wpływów, skoro brak tego czynnika, którym ongiś w walce z cesarstwem rzymskim było żydostwo hellenistyczne.

Żydzi odgrodzeni drutem kolczastym Talmudu, byli organicznie niezdolni do wchodzenia w głąb życia społeczeństw innych i podstępnej działalności rozkładającej wewnątrz nich.

x

Nawiązanie takiego kontaktu między żydostwem, a cywilizacją chrześcijańską, miała umożliwić filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Majmonides stał się niejako duchowym ojcem reformacji, racjonalizmu, a w końcu żydostwa liberalnego XIX w. „Odegrał on względem żydostwa poniekąd rolę zbawiciela”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Urodził się w r. 1135 w Kordobie; przodkowie jego przez osiem pokoleń wstecz byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Przeniósłszy się wraz z ojcem do Fezu w Afryce północnej, przyjął pozornie islam, równocześnie pracował nad komentarzem do Miszny.

Pierwszym dziełem młodego filozofa była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. Mając lat czterdzieści, uchodził już Majmuni za miarodajny autorytet rabiniczny. W 1180 roku ukończył drugie swoje wielkie dzieło: Miszna-Tora, będące czymś w rodzaju kodyfikacji Talmudu.

W Misznie-Torze „filozofię, etykę, obrzędy i iżby tak rzec uczuciową stronę judaizmu, wyrażającą się w nadziei zbawienia mesjanistycznego, wszystko jednakowo uwzględniono w tej księdze” – Henryk Graetz Historia żydów.

Z drugiej strony, równolegle z działalnością Majmuniego, marzenia mesjańskie poczęli szerzyć kabaliści. Ożywicielem kabały w żydostwie jest w owym czasie Mojżesz Nachmani (Bonastruc de Porta ur. ok. 1195 zm. ok. 1270 roku).

Kabalistyka żydowska, ściśle związana z pojętym po żydowsku mesjanizmem, była w dużej mierze skarbnicą tajnej tradycji politycznej. Istotą jej były tajemnice, czyli misteria, o których zdobyciu bez wtajemniczenia nie można było marzyć. Była nauką dla wybranych, chrześcijanie zaś bywali niekiedy za pomocą fałszywego klucza wtajemniczani w kabałę dla konkretnych celów polityki żydowskiej.

„Kabała mogła się pochwalić, że głębiej niż filozofia religii Majmuniego, pozwoliła zajrzeć w tajemnice judaizmu, że wykazała jego związek z wyższym światem i przyszłym ukształtowaniem rzeczy.” – Henryk Graetz Historia żydów.

Te tajemnice judaizmu – to więc „związek z wyższym światem” i „przyszłe ukształtowanie rzeczy”. To pierwsze – to właśnie owe małe misterium, to filozofia Kabały, to fantazje, dzięki którym to, co z początku było ciemne, wcale nie staje się jasne; to drugie, to „przyszłe ukształtowanie rzeczy” – to właśnie owe „wielkie tajemnice”, to ten sam „tajemniczy koniec”, o którym pisał Józef Chasdaj do króla Chazarów, to właśnie odpowiedź na pytanie, w jaki sposób Bóg Izraela nie da „zgasnąć płomieniowi panowania żydowskiego wśród narodów świata”.

Oto najwyższa tajemnica Kabały, o której pisze Graetz, że „wślizgnęła się do kół żydowskich nowa księga, stawiająca nieznaną jeszcze przed stu laty Kabałę obok Biblii i Talmudu, a nawet ponad nimi”.

Spełnienie warunków przymierza z Jehową, czyli opanowanie świata przez żydów i metody wiodące do tego celu – oto wielka tajemnica Kabały, czyli prastarej tradycji boskiej, oto „święte świętych” tej najwyższej księgi Izraela, postawionej ponad Torą i Talmudem. Oto najbardziej tajony sens religii żydowskiej, tej religii politycznej, dla której cały aparat dogmatyczny i obrzędowy jest niczym więcej, jak środkiem, czyniącym z odurzonych tłumów uległe rzesze wyznawców i parawanem zarazem, zakrywającym szczelnie to tajemnicze, polityczne „święte świętych”.

x

Sabbataj Cwi, żyd sefardyjski (ur. 1626, zm. 1676) od wczesnej młodości był kabalistą i począł działać w Smyrnie (obecnie Izmir – przyp. W.L.), jako kontynuator Lurii i jego kabały praktycznej (k. praktyczna to system magii i egzorcyzmów – przyp. W.L.). Objawiwszy się w Smyrnie, jako oczekiwany mesjasz w r. 1648, udał się potem do Konstantynopola i do Salonik i tam „wziął uroczyście ślub mistyczny z Torą. W rozumieniu kabalistycznym miało to znaczyć, że Tora, córka niebios, połączyła się z Mesjaszem, synem niebios, nierozerwalnymi więzami, czyli że jest on wcieloną Torą i może ją zastąpić” – H. G. Historia żydów.

Idąc za praktyczną namową swego współwyznawcy, mesjasz, „przyprowadzony przed sułtana, zrzucił wnet żydowskie nakrycie głowy na ziemię na znak pogardy, służący podał mu biały turban i zielony płaszcz i w ten sposób odbyło się przejście na wiarę mahometańską” – H.G. Historia żydów.

Albowiem „właśnie przez przyjęcie islamu stwierdził Sabbataj swe posłannictwo. Jest to misterium kabalistyczne, już przed wiekami obwieszczane. Jak pierwszy zbawca, Mojżesz musiał jakiś czas bawić na dworze Faraona w pozornej postaci Egipcjanina, tak samo, ostatni zbawiciel musiał zostać Turkiem” – H.G. Historia żydów.

Sabbateizm wywarł w Polsce olbrzymi wpływ na żydostwo w XVII i XVIII w. Przez wnuka Sabbataja Cwi, Berachię, urzędującego jako wcielenie Sabbataja, jako mesjasz w Salonikach, wyświęcony został na następnego mesjasza Jakub Lejbowicz, znany w naszych dziejach pod swym przybranym imieniem: Frank.

x

W tym samym czasie, w którym na ziemiach polskich rozpoczyna swój zdobywczy pochód wśród mas żydowskich, oparty na kabale praktycznej, chasydyzm – pojawia się wśród żydostwa zagadkowy ruch nie wyjaśniony dotąd w swej istocie – tzw. ruch frankistów.

W roku 1755 przybywa do Polski Jakub Lejbowicz Frank, żyd, urodzony na Podolu, lecz nie znający języka polskiego, wychowany w Turcji, gdzie przystał do sekty Sabbatejczyków. Towarzyszy mu liczny orszak zwolenników. Pojawienie się ich oraz zachowanie wywołuje zgorszenie wśród talmudycznego żydostwa i na skutek denuncjacji żydowskich Frank zostaje postawiony przed sąd biskupa kamienieckiego, Dębowskiego. W rezultacie dochodzi w 1757 roku dochodzi w Kamieńcu Podolskim do dysputy przed forum kościelnym między rabinami a frankistami. Tymczasem biskup Dębowski mianowany zostaje arcybiskupem lwowskim i postanawia przenieść dalszy ciąg dysput do Lwowa; nagle jednak umiera wśród tajemniczych okoliczności. Następcą jego w archidiecezji lwowskiej jest Władysław Aleksander Łubieński, lecz zaraz po objęciu nowego swego stanowiska zostaje mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i pozostawia we Lwowie w charakterze administratora archidiecezji ks. Mikulskiego. Ks. Mikulski, złudzony obietnicami frankistów, że przejdą na chrześcijaństwo pod warunkiem odprawienia publicznej dysputy z rabinami, organizuje tę dysputę we Lwowie, mimo ostrzeżeń nuncjusza papieskiego, ks. Serra, który nie ufa zbytnio w szczerość żydowskich sekciarzy. W lipcu 1759 roku w archikatedrze lwowskiej w asystencji tłumów publiczności, a szczególnie gawiedzi żydowskiej, rozpoczynają się pamiętne dysputy. Frankiści twierdzą, że wierzą w Trójcę Św. I w to, że Mesjasz już przyszedł i zarzucają talmudystom uprawianie mordów rytualnych. Rabini bronią się jak mogą, zaś sąd kościelny przyznaje zwycięstwo w dyspucie frankistom. Kazanie ks. Mikulskiego w katedrze kończy dysputę namową frankistów, by niezwłocznie dali się ochrzcić.

Frankiści jakiś czas zwlekają, lecz w końcu przechodzą na chrześcijaństwo. Sam Frank pod naciskiem przyjmuje we Lwowie „chrzest z wody” i jedzie do Warszawy, aby przyjąć uroczyście chrzest. Obrzęd odbywa się z wielką paradą, a trzyma go do chrztu przez zastępstwo sam król, August III Sas. Znaczna część frankistów uzyskuje wkrótce nobilitację. Niebawem – już po elekcji Stanisława Augusta – wybucha w związku z nobilitacjami burza na sejmie 1764 roku, lecz mimo to nobilitacje frankistów mają dalej miejsce bądź to za pomocą różnych kruczków prawnych, bądź też dzięki uprawianym przez króla nobilitacjom sekretnym.

Istotnie od czasów tzw. marranów hiszpańskich nie widziały dzieje tak tłumnego przejścia żydów na chrześcijaństwo. W okresie Sejmu Czteroletniego liczba neofitów frankistowskich wynosiła w Polsce 24.000 osób. W samej Warszawie osiadło 6 tysięcy frankistów.

„Po dyspucie Lwowskiej zebrało się w Konstantynowie wielu rabinów, którzy, po długich rozprawach, doszli do wniosku, że nie ma innego sposobu uwolnienia się od frankistów, jak znaglić ich do przyjęcia chrześcijaństwa, że im samym należy przyłożyć się do tego. Dużo pieniędzy wydano na zachody około tej sprawy i istotnie przyspieszono chrzest sekciarzy”- Hilary Nusbaum, Historia żydów.

Skoro więc żydzi talmudyści sfinansowali chrzest chachama (drugi zastępca przewodniczącego Sanhedrynu – przyp. W.L.) i mesjasza, to nie jest rzeczą nieprawdopodobną, że dostarczali mu pieniędzy i później, ogałacając Polskę ze złota. Przemawia za tym i szereg innych faktów. Oto w Offenbachu pod Frankfurtem „pierwszorzędne domy bankierskie we Frankfurcie pośpieszyły z oświadczeniem swej gotowości do usług. Do rzędu tych wierzących należeli i Rothschildowie frankfurccy” – A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Nie omieszkał Frank wobec swych uczniów wychwalać żydów polskich. „Żydzi polscy wiedzą więcej od was. Pewna rzecz toczy się między nimi, co widzieli przeze mnie w r. 1756, gdym ją sprawił między nimi. Przed wami obawiałem się odkryć moje uczynki, bom im pewną rzecz ukazał w księdze pod tytułem: En Jankiew (Oko Jakuba) i jeden wiersz, który im wyjaśniłem, rabinowi samemu.” – Księga Słów Pańskich, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Chacham i mesjasz wyjaśnił żydom talmudycznym rzeczy tak tajemne, że obawiał się je odkryć własnym adeptom. Zwalczany wśród wrzawy, chrzcił się i żył w przepychu za pieniądze swych wrogów. Czy nie zbliżamy się do jądra zagadki?

Zjawienie się Franka w Polsce nie było przypadkowe. Miał on jakąś wielką misję do spełnienia, której istotę postaram się wyświetlić. Przybył nie sam, lecz na czele orszaku żydów tureckich i włoskich, a więc sefardyjskich. Wejście do Polski sam Frank uważał za spełnienie misji, której ciężar przyjął niechętnie. Miał więc Frank wyraźne rozkazy, którym musiał ulec. W Polsce miało żydostwo coś wielkiego do zdziałania, do czego żydów polskich kierownictwo uznało za niezdatnych. I sam Frank napomyka o tym wyraźnie. „Ja pójdę i wejdę do Polski, bo grunt podniesienia jest w Polsce. Tam będzie zbudowany piękny budynek, jakiego człowiek żaden nie widział, odkąd świat światem.” – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Misja Franka miała jakiś cel wybitnie ziemski, tak nauczał stale. „Trzebaż wam było zrozumieć, iż rzecz ta nie dana mądrym i uczonym, tylko takim prostakom jak ja,bo mądrzy patrzą w niebo, bo choć tam nic nie widzą, a my na ziemię patrzeć powinniśmy.” – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Przeciwstawiał się tu Frank uczonym, a nierealnym rabinom talmudycznym, nie umiejącym spojrzeć na ziemię. Zwalczał talmudyczną uczoność tak samo, jak czynił to w tym samym czasie Izrael z Międzyborza, odnowiciel chasydyzmu. Obaj równocześnie, każdy na swój sposób, uderzali mocno w zakrzepłe organizacje talmudyczne. Chasydyzm miał – jak mówiłem wyżej – uzdolnić żydowskie masy do ofensywy rewolucyjno-mesjańskiej. Frank wyłuskał z łona żydostwa pewną część, kilkanaście tysięcy, by ich poprowadzić do przyjęcia chrztu i do nobilitacji.

Czy chodziło mu o prawdziwą nobilitację? Tę kwestię możemy rozstrzygnąć niedwuznacznie na podstawie własnych jego słów.

Powiadam wam: kto się nie pomiesza z narodami, daremna praca jego”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

To pomieszanie z narodami, ta asymilacja miała mu służyć do osiągnięcia własnych celów. Miała to więc być asymilacja pozorna, taka sama, jaką równocześnie wśród zachodniego żydostwa głosił Mojżesz Mendelssohn. I tak ujawnia się przed nami ciekawy stosunek Franka do współczesnych mu reformatorów polityki żydowskiej. Jedną ręką bratał się z Izraelem z Międzyborza, drugą z Mojżeszem Mendelssohnem. Stanął między nimi,a wszyscy trzej równocześnie godzili w Talmud, który dotychczas był podstawą organizacyjną szerokich mas żydowskich.

Im bardziej pozorna miała być ta asymilacja, tym bardziej należało dbać o zachowanie tych pozorów. A więc przede wszystkim zmiana nazwisk żydowskich na polskie. Czynią to wszyscy frankiści, a nawet sam mistrz przyjmuje nazwisko: Dobrucki.

„Gdy mi wspomożenie moje nadejdzie, wymażę imiona wasze, nawet dzieci wasze nie będą znane po waszemu imieniu. Dam wam nowe nazwiska, równie jak i dzieciom waszym. Powiadam wam: co tylko czynię, czynię dla waszego dobra”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Asymilacja ma wyznawcom Franka zapewnić wejście do Daas, przez co rozumie on najwyższy stopień wtajemniczenia, coś jakby raj na ziemi.

„Pierwsze poswatanie się z narodami będzie początkiem wejścia do Daas, jak stoi: Wejeosu kulom agudo achas (wszystko uczyni jeden związek). Jakub się tylko pięty Ezawa (Ezaw symbolizuje Polskę – przyp. autora) trzymał, my zaś postaramy się, by ciało jego złączyło się z jego ciałem”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Mając tak wykrętne zamiary, musiał Frank zarówno osobę swą, jak i swe wypowiedzenia okrywać tajemniczością. Nawet uczniów swych nie wtajemniczał w swoje cele, lecz czynił z nich narzędzia swoich zamiarów. Nauki swoje ubierał w szatę nieprzejrzystości, posługiwał się alegoriami i symbolami, jak wolnomularze. Polskę nazywał „Ezaw” lub „sukcesja Boska”, Francja – to „kraj Filistrów” lub „kraj zepsucia”, Rzesza niemiecka – to „Egipt”, Turcja to „stan Izmaela”, chrześcijaństwo zwie się „religią Edomu”, czasem zwie się także „Ezaw”, jak ongiś Rzym nazywała księga Zohar. Siebie zwie „Pan” albo „Jakub”.

„Gdy wam opowiem jaką historyjkę, to jest ona wam obcą, lecz gdy ja co mówię, okrywam to trojaką zasłoną”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Celem lepszego mistyfikowania niewtajemniczonych rabinów talmudycznych, Frank udaje człowieka nie posiadającego zbyt wielkiej wiedzy judaistycznej. Przyznaje się do tego w ścisłym kole uczniów: „Chciałem odkryć prawdę, lecz mi mówiono… musisz odmienić mowę twoją i udawać prostaka”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Fałszywą grę kazał prowadzić wszystkim swoim adeptom i nakazywał, „aby się żaden nie wydał, iż jest z moich ludzi, tylko żeby byli – tak jak inne przechrzty”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Oszustwo miało być jego metodą walki, oszustwo tak przebiegłe, że o takim jego stopniu nie mogą mieć pojęcia narody europejskie.

„Zapewne, będę się starał iść z wielką mocą i siłą, lecz około owej mocy musimy krążyć ze słodkimi słowy i oszukaństwem, póki wszystko nie przejdzie do rąk naszych”. – Księga Słów, cytuje A. Kraushar Frank i Frankiści polscy.

Pierwszym oszukaństwem w granicach Polski jest już dysputa kamieniecka; toczy się ona w języku hebrajskim. Biskup Dębowski osłonił wprawdzie frankistów, lecz chciał pójść za daleko w rozumieniu żydowskim. Nakazał niszczyć egzemplarze Talmudu. Zagadkowa jego śmierć uratowała talmudystów kamienieckich i lwowskich. „Żydzi mówili, że była to kara Boża, jaka spotyka każdego, zawsze i wszędzie, kto śmie się targnąć na Izraela” – Z.I. Sulima Historia Franka i Frankistów.

Frank zostawił w Polsce swych adeptów, sam zaś schronił się do Turcji i wrócił dopiero pod koniec dysputy lwowskiej. W międzyczasie przeszedł na islam wraz z kilkudziesięciu uczniami, tak jak jego poprzednik, Sabbataj Cwi.

Przed dysputą lwowską postawili frankiści szereg tez, o które mieli się spierać z rabinami talmudycznymi. Główną ich tezą była wiara w prawdziwość Trójcy Św. W tym mieściło się oszustwo, które raz już zostało wypróbowane przez żydów w okresie poprzedzającym reformację. Wszak już Reuchlin, pionier reformacji, występował wobec papieża z twierdzeniem, że na podstawie kabały można udowodnić dogmaty chrześcijaństwa. Teraz w dwieście kilkadziesiąt lat później na tym oparł swoją grę Frank.

Księga Zohar, a za nią Sabbataj Cwi głosili istnienie Trójcy, lecz całkiem innej niż chrześcijańska wiara, gdyż jej trzecią osobą była niewiasta (Szechina). I to qui pro quo miało i w dyspucie lwowskiej święcić triumfy.

Frankiści powoływali się wprost na księgę Zohar i na jej Trójcę. „Żydzi oświadczyli, że za tekst Zoharu, jako księgi wyklętej, oni odpowiadać nie będą” – Z. I. Sulima Historia Franka i Frankistów.

Czytelnik, zdaje się, nie zapomniał, że księga Zohar nie tylko nie była nigdy wyklęta, lecz przeciwnie stawiano ją ponad Torą i Talmudem. Odpowiedź żydów talmudystów była więc naigrawaniem się z pełnego dobrej wiary, prowadzącego dysputę ks. Mikulskiego. Rzecz ta nabiera jeszcze smaku, gdy zauważymy, że w dyspucie lwowskiej brał udział po stronie talmudystów Izrael z Międzyborza, wielbiciel Zoharu, odnowiciel chasydyzmu!

Aby tym łatwiej nadać sobie pozór dobrej wiary, wystąpili frankiści przeciw talmudystom z zarzutem uprawiania mordów rytualnych. Trzeba wiedzieć, że w owym czasie procesy o mord rytualny nie należały w Polsce do rzadkości. Wystąpienie z takim zarzutem przez ludzi należących do żydostwa, groziło rozdmuchaniem ruchu przeciwżydowskiego w całym kraju. Mimo to jednak frankiści chwycili się tego zarzutu i podtrzymywali go podczas dysputy. Ale za to któż mógł wątpić w szczerość intencji tych żydów, którzy takie oskarżenie rzucają w oczy swym współwyznawcom i to w obecności kleru rzymsko-katolickiego i tłumów zgromadzonych we lwowskiej katedrze? Żydzi talmudyści zbijali zarzut, jak umieli. Powoływali się nawet na świadectwa „katolickiego” pisarza, Hugona Grotiusa!

A przecież Hugo Grotius był to uczeń Izraela ben Manassego, różokrzyżowiec, as reformacji i propagator wspólnego frontu przeciwrzymskiego w kościele wschodnim!

A więc pozorny islam i pozorny katolicyzm. Udoskonalona kontynuacja zaleceń Mojżesza Majmuniego. Nie trafiło to wśród żydów polskich na nieprzygotowany grunt. Wszak już w XVI wieku Ezofowicze, rodzina żydów sefardyjskich, przechodzili w Polsce na chrześcijaństwo i otrzymali herb Leliwa, a jeden z nich zostaje za Zygmunta I podskarbim litewskim. Michał Ezofowicz w liście do króla Zygmunta tak pisze o sobie i swej rodzinie:

„My słuchamy drugiego Mojżesza (Majmuniego – przyp. autora)” – B. Z. Czy istnieją czysto polskie polskie rodziny szlacheckie? Dłuższe studium, zamieszczone w „Naszym Przeglądzie” z r. 1928 (patrz nr 166).

Król, niewtajemniczony w arkany żydowskiej religii politycznej, nie wiedział oczywiście, że Majmuni sam był pozornym mahometaninem i zalecał pozorne przyjmowanie obcych religii.

„W Herbarzu szlachty polskiej znajdujemy setki takich rodzin, uszlachconych w wieku XVII, a nobilitacji towarzyszył chrzest” – B. Z. Czy istnieją czysto polskie polskie rodziny szlacheckie? („Nasz Przegląd” nr 172).

Po raz pierwszy jednak spotykamy w XVIII w. na terenie Polski tajną organizację żydowską, która cała przechodzi na chrześcijaństwo, zachowując swój ustrój wewnętrzny. Od XV wieku w Hiszpanii nie widziały dzieje takiego zdarzenia.

xxx

Dziwnym i niezrozumiałym faktem było to, że do takiej dysputy doszło i to jeszcze w archikatedrze lwowskiej. Żydzi, którzy mieli praktycznie własne państwo w Rzeczypospolitej, własne sądownictwo, ci Żydzi zgodzili się na to, by sędzią w ich sporze był chrześcijanin i jeszcze ksiądz. To była jakaś hucpa. Rzecz wyjątkowa w dziejach żydostwa. Już samo to powinno było wzbudzić podejrzenia. Skoro jednak tak się nie stało, to kim był biskup Dembowski (Dębowski), ks. Mikulski? Kim byli ci wszyscy, którzy przyczynili się do zalegalizowania pobytu frankistów na terenie Rzeczypospolitej? Dziećmi we mgle? No, nie sądzę. Jedynie nuncjusz papieski, ks. Serra, nie wierzył frankistom. Bardzo to dziwne. Nawet to, że 7 stycznia 1760 roku Frank został aresztowany pod zarzutem oszustwa i uwięziony w twierdzy w Częstochowie, nie zmienia oceny tych ludzi. W 1772 roku, przed pierwszym rozbiorem, zostaje uwolniony i przechodzi na służbę rosyjską. Jednak ziarno zostało zasiane i wydało obfite plony.

W odezwie do Żydów Frank pisał: … ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie musiał Polskę dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć.

„W każdym miejscu łupina poprzedza owoc.” – Tak zapisano w cytowanej wyżej Księdze Słów. A łupiny, to według Zoharu pierwiastek zły, to chrześcijaństwo. Mamy więc zoharystę, frankistę – Grzegorza Brauna, który gasi świece chanukowe w Sejmie. Co on tak naprawdę chciał w ten sposób osiągnąć? Czy świece chanukowe palą się w Sejmie, czy nie, to nie ma znaczenia, bo „te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują…”. Czyż to nie jest nasza obecna rzeczywistość?

Grzegorz Braun, jako frankista, sytuuje się najwyżej w żydowskiej hierarchii, tak jak księga Zohar stoi ponad Biblią i Talmudem. Czy ktoś mu podskoczy? A jeśli nawet, to będzie to tylko gra, kabaret. I mamy dalszy ciąg:

„Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Grzegorza Brauna i Monikę Jaruzelską wpłynęło do Prokuratury Okręgowej w Warszawie – przekazał Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Aktywiści zarzucają dziennikarce i jej gościowi głoszenie zakazanych treści oraz rozpowszechnianie je (powinno być „ich” – przyp. W.L.) w sieci.” – Tak wczoraj, czyli 26 grudnia, informowała Interia. No cóż, przedstawienie musi trwać. Tylko, o co tak naprawdę chodziło Braunowi z tą jego sejmową hucpą?

Dobry interes

Pewne wypowiedzi zawierają więcej treści, niż nam się wydaje. Czasem może być w nich nawet jakiś ukryty przekaz. By je jednak właściwie odczytać, potrzebna jest pewna wiedza. Wydaje się, że tak jest w przypadku jednej, krótkiej refleksji. Kiedyś, w 2015 roku, Grzegorz Braun udzielił wywiadu, w którym m.in. powiedział (można go wysłuchać tu: https://iluminata.pl/prawo-i-sprawiedliwosc-poleglo-na-w-ukrainie/):

„Proszę pana, ja jestem człowiekiem wywodzącym się z 1000-letniej tradycji chrześcijańskiej Korony Polskiej. W przyszłym roku będziemy mieli 1050 lecie chrztu Polski. Ja jestem, proszę pana, jak pan z mojego nazwiska może wnioskować, jestem jednym z tych ludzi, którzy wywodzą się z rodzin, które kiedyś zapragnęły być Polakami. Kiedyś Polska to był taki dobry interes i to był taki cudowny kraj, że ludzie tutaj pchali się drzwiami i oknami. I w XVIII wieku, gdzieś tam we Lwowie, jakiś Braun się spolonizował.”

Ostatnie zdanie może być pewną wskazówką. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisze:

Zżymali się talmudyści, nie chcieli dysputować z odszczepieńcami, ale zmuszeni do tego przez rząd polski, stawili się do Lwowa i kłócili się z Frankiem aż trzy miesiące (latem 1759 r.). Struwszy swoich wrogów długą dysputą, zatarł Frank z radości ręce i rozkazał swoim ludziom przejść na katolicyzm.

Chrzest frankistów zaczął się we wrześniu 1759 r. Od września aż do grudnia ochrzciło się we Lwowie około 500 kontrtalmudystów obojej płci. Frank przyjął na chrzcie imię Józef.

Na tym powinien był Frank zakończyć swoją działalność. Wprowadził swoich zwolenników do wiary, panującej w Polsce, zabezpieczył ich raz na zawsze przeciw nienawiści talmudystów, zapewnił im opiekę rządu i możnych panów, ułatwił im walkę o byt, otworzywszy dla nich źródła zarobkowania, zamknięte przez prawowiernych Judaitów.

x

To między innymi z tego powodu Polska, to był dobry interes i cudowny kraj. Ale nie tylko. Przede wszystkim z innego powodu. Żeby to zrozumieć wypada prześledzić napływ Żydów na ziemie polskie na przestrzeni wieków. Marian Miszalski w książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) pisze (wytłuszczenia autor):

W połowie XIV wieku szacunkowe dane mówią o 10-20 tysiącach Żydów osiadłych w ówczesnej Polsce. Już sam „rozrzut” tych szacunków (20 tysięcy to dwa razy więcej niż 10 tysięcy…) wskazuje na bardzo skąpe wiarygodne źródła historyczne. We Wrocławiu, jednym z największych wówczas polskich miast, mieszka w tym czasie 130 rodzin żydowskich. Takich miast nie miała Polska wiele… Wydaje się więc, że liczba 20 tysięcy Żydów żyjących w Polsce w połowie XIV wieku jest zawyżona.

Następne cztery wieki to okres niebywale intensywnego napływu i rozrostu ludności żydowskiej w Polsce: w połowie XVIII wieku liczba Żydów zamieszkujących I Rzeczpospolitą szacowana jest na 750 tysięcy. Ponad 37-krotny wzrost (gdyby przyjąć 20 tysięcy w połowie XIV wieku) – gdy w tym czasie ludność Polski ogółem wzrosła w najlepszym razie tylko 7-krotnie (ludność Polski w wieku XIV szacowana jest na 1,9 do 3,3 miliona, a w wieku XVIII na 12 do 14 milionów)… (Miszalski nie dodaje, że wśród tych 12-14 milionów było tylko 4 miliony Polaków. – przyp. W.L.) Bez wątpienia uprzywilejowane, szczególnie korzystne na tle innych ówczesnych państw warunki prawne żydowskiego osadnictwa w Polsce (gwarantowana Żydom przez państwo polskie wyjątkowa autonomia) spowodowały ten uderzający napływ i rozrost żydostwa w I Rzeczypospolitej.

Autonomia żydowska nie polegała na wyodrębnieniu dla Żydów określonej części Polski, w której rządziliby się własnymi prawami – wszak zamieszkiwali po wsiach, miasteczkach i miastach w całej Rzeczypospolitej. Autonomia ludności żydowskiej w I Rzeczypospolitej polegała na tym, że miała ona pewną własną strukturę władzy, obowiązującą tylko Żydów i niezależną od władzy miejscowej, opartą na własnym prawie i sieci gmin wyznaniowych żydowskich (kahałów), które na wyższym szczeblu komunikowały się ze sobą obradami swych reprezentantów na żydowskich sejmikach ziemskich, a od 1580 roku na samej górze był „żydowski sejm”: najpierw sejm Żydów Koronnych, potem obradujący dwa razy w roku tzw. Sejm Czterech Ziem (Wielkopolski, Małopolski, Litwy i Ukrainy) – Wielki Waad – utworzony przez króla Stefana Batorego.

Był to absolutny wyjątek, fenomen w skali europejskiej: trzyszczeblowy autonomiczny samorząd społeczności żydowskiej w Polsce, wyposażony w przywileje, różniący się właściwie od „państwa w państwie” tylko brakiem własnego wojska. Ten żydowski trzyszczeblowy samorząd miał własny system poboru podatków, własne sądownictwo – nie tylko religijne, ale również cywilne i karnewłasne szkolnictwo, a ów żydowski Sejm Czterech Ziem utrzymywał własne kontakty międzynarodowe. Nie było w ówczesnej Europie podobnej instytucji. Tak ukształtowana wyjątkowa autonomia ludności żydowskiej przetrwała w Polsce do czasów sejmu elekcyjnego Stanisława Augusta Poniatowskiego, tj. do roku 1764.

Ilu więc Żydów mieszkało na ziemiach polskich za Piastów? Nie ma pewnych źródeł, pozostają oceny szacunkowe, pośrednie. Jeśli we Wrocławiu, jednym z największych wówczas miast polskich, w latach 1350-1370 mieszkało tylko 130 rodzin żydowskich, a osadnictwo żydowskie na Śląsku rozpoczęło się już w XI wieku – ich liczba nie była wielka: raczej 10 niż 20 tysięcy w wieku XIV i prędzej już 20 niż 30 tysięcy w wieku XV. Ta niewielka liczba potwierdzałaby przypuszczenie, że początkowo sprowadzali się głównie „fachowcy-finansiści”, wprawni poborcy podatkowi i pośrednicy kapitałowi, którzy ściągali pod swe potrzeby pomocników, swoich krewnych i znajomych, a uzyskiwane od władców w zamian za skarbowe usługi przywileje stworzyły z czasem podatny grunt pod większe osadnictwo żydowskie.

Dla wieku XVI szacunki populacji żydowskiej oscylują między 100 a 150 tysięcy, co przy szacowanej na 7,5 miliona liczbie mieszkańców Polski daje już 1,3 procent ludności żydowskiej, ale spotkałem się z szacunkami mówiącymi o 0,6 procent ludności żydowskiej w Polsce w roku 1576 (autor nie podawał jednak, jaką przyjął wielkość całej ludności Polski).

W połowie wieku XVII liczba Żydów szacowana jest na ok. 250 tysięcy, a ludność Polski liczy – według niektórych źródeł – ok. 11 milionów; Żydzi stanowiliby zatem ok. 2,3 procent; ale inne szacunki mówią, że w XVII wieku ludność żydowska w Polsce stanowi ok. 350-500 tysięcy (więc ok. 4,5 procent), a jeszcze inne – że „ w roku 1648 żydzi stanowili od 4,5 do 5 procent ogółu ludności w Polsce i było ich 400 tysięcy” (ludność Polski musiałaby liczyć tylko ok. 8 milionów). Być może szacunki ludności polskiej na 11 milionów w XVII wieku pochodzą sprzed wojen szwedzkich, a na 8 milionów – z okresu powojennego: rzeczywiście, wojny szwedzkie spustoszyły i wyludniły Polskę. Dlaczego jednak to wyludnienie nie dotknęło ludności żydowskiej, zamieszkującej polskie ziemie, a przeciwnie – w okresie tym Żydów raczej przybywa niż ubywa?…

W połowie XVIII wieku: jedne źródła podają, że Rzeczpospolita liczyła w 1750 roku 12 milionów mieszkańców, inne – że 14 milionów; dość zgodnie przyjmowana jest liczba 750 tysięcy Żydów; podobne dane znalazłem dla roku 1764 – podawana przez historyków liczba Żydów to nadal ok. 750 tysięcy. Przyjmując, że Polska miała wówczas ok. 14 milionów mieszkańców – Żydów byłoby 5,3 procent; przyjmując 12-milionową ludność Polski, procent Żydów byłby wyższy – ok. 6,2.

Dalej jednak zaczyna się wspomniana na wstępie łamigłówka statystyczno-demograficzna. Stefan Korboński podaje, że „po rozbiorach pod zabór rosyjski dostało się 1127 tysięcy Żydów, pod austriacki – 800 tysięcy, pod pruski – 50 tysięcy”. Wynikałoby stąd, że tylu Żydów – łącznie 1 milion 997 tysięcy – zamieszkiwało I Rzeczpospolitą tuż przed rozbiorami i zaraz po III rozbiorze (rok 1795) dostało się pod zaborcze władze. Skąd ten skok ilościowy – wzrost o ponad 1,2 miliona w porównaniu o roku 1764, w ciągu raptem 30 lat?… Jeśli Korboński ma rację, to Żydzi stanowiliby tuż przed i tuż po III rozbiorze Polski 16 albo 12 procent ludności polskiej (w zależności od tego, czy szacuje się jej ludność na 12 czy 14 milionów; a może szacunki ludności Polski są mylne?…); już w latach 1750-1764 musiało ich być w Polsce znacznie więcej niż 750 tysięcy.

Sądzimy, że udało się nam rozwiązać tę historyczno-demograficzną zagadkę. Otóż w 1754 roku przeprowadzono w Polsce spis ludności żydowskiej w celu wyliczenia podatków, jakie ludność ta powinna płacić. Mocą przywilejów nadanych ludności żydowskiej w Polsce całkowitą ewidencję ludności żydowskiej prowadziły nie władze państwowe lub lokalne, ale kahały – żydowskie gminy wyznaniowe, które przez cały okres istnienia nagminnie i poważnie zaniżały jej liczebność wobec władz I Rzeczypospolitej. Kahały płaciły więc podatki na podstawie tej zaniżanej liczebności. Ale władze kahalne doskonale wiedziały, ilu Żydów zamieszkuje daną gminę: ściągały podatki od wszystkich Żydów, ale wpłacały państwu znacznie pomniejszane kwoty, tylko od tej zaniżanej liczby. Resztę władze (zarządy) kahalne zatrzymywały dla siebie i obracały tym pieniądzem – i stąd brała się w decydującym stopniu duża zamożność władz kahalnych, w tym wielu rabinów i cadyków.

Abstrahując od rozmaitych szacunków – niebywała dynamika wzrostu żydowskiej populacji w Polsce między XIV a XVIII wiekiem jest faktem. Okres ten nazywany jest „złotym wiekiem Żydów w Polsce”, a Polska – „żydowskim rajem” (paradis Iudaeorum).

Jakie były przyczyny tego niebywale gwałtownego wyżu demograficznego pośród wschodnioeuropejskiego żydostwa w stosunkowo krótkim okresie historycznym?

Pierwsza – to niewątpliwie wyjątkowo korzystna, uprzywilejowana sytuacja prawna Żydów w Polsce w porównaniu z ich sytuacją w innych krajach europejskich (przynajmniej do czasu rewolucji francuskiej i epoki napoleońskiej), zachęcająca do emigracji z Zachodu i osiedlania się w Polsce.

Drugi powód – to specyfika tej społeczności, o której zwięźle wspomniał już w XVII wieku Sebastian Miczyński, profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swej „Kronice”, pisząc o Żydach: „ w wieku 12 lat żenią się, na wojnach nie giną, od powietrza nie umierają, więc się namnożyli”.

Wszystkie te czynniki razem wzięte plus nieustanna imigracja do Polski działające w dłuższym czasie mogły (zwłaszcza w prymitywnej w końcu pod względem medycznym epoce I Rzeczypospolitej, naznaczonej licznymi wojnami) procentować szybkim rozrostem demograficznym Żydów, tym bardziej że śmiertelność wśród chłopstwa była szczególnie wysoka.

x

Podsumowując wywód Miszalskiego można te dane – jak on sam przyznaje, szacunkowe – ująć w tabeli dla zobrazowania tendencji.

WiekLudność PolskiLudność żydowskaProcent Żydów
XIV1,3 mln10-20 tys.0,7-1,8
XV1,9-3,3 mln20-30 tys.1-1,8
XVI7,5 mln100-150 tys.1,3
XVII11 mln350-500 tys.4,5
XVIII14 mln750 tys.5,3
XVIII14 mln2 mln12

Widać wyraźnie, że do diametralnej zmiany dochodzi w XVII wieku. W mojej ocenie dwie daty są tu kluczowe. Rok 1423 – statut warcki i rok 1569 – unia lubelska, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita. O statucie warckim tak pisze Wikipedia (wytłuszczenie W.L.):

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów.

Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie.

Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów;
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Jest to jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Od tego momentu zaczyna się proces stopniowego ograniczania praw chłopów, co w konsekwencji doprowadzi do ich niewolnictwa. Unia z 1569 roku spowodowała powstanie nowego państwa. Nastąpiło połączenie dwóch zupełnie nieprzystających do siebie państw. Jedno było w miarę nowoczesne, ze zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską, drugie – na wskroś feudalne. Jeśli więc w Wielkim Księstwie Litewskim chłopi byli niewolnikami, to również takimi musieli zostać w Koronie.

x

W Ilustrowanej Kronice Polaków (1967) pisano:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Właściwie to trudno taki twór nazywać państwem. Był to raczej luźny związek feudalnych państewek. A jeśli doda się do tego fakt, że na tym obszarze funkcjonowało dobrze zorganizowane państwo żydowskie, to dla takiego tworu pozostaje chyba tylko jedno określenie – cyrk. I dziś, nie przypadkiem, mamy podobną sytuację. Kto zdecydował o przesiedleniu na teren Polski milionów Ukraińców i nadaniu im praw, których nie mają obywatele tego tworu, zwanego III RP? Kto zdecydował o bezalternatywnej pomocy finansowej i wojskowej dla Ukrainy? Przecież nie te kukiełki typu Kaczyński, Morawiecki czy Tusk. W I RP król nie miał nic do gadania i w III RP rząd nie ma nic do gadania. Prawdziwa władza była i jest ukryta. Nadzwyczajnie trwały układ. III RP niczym nie różni się od I RP. I nikt o tym nie mówi, natomiast o hucpie Brauna – wszyscy.

Że Polska, to był taki cudowny kraj, to wyjaśnienie tego mamy w cytowanym z książki Miszalskiego fragmencie. Pozostaje jeszcze do „odcyfrowania” pierwsza część tego zdania: „Kiedyś Polska to był taki dobry interes…” Dlaczego to był taki dobry interes, że ludzie, a konkretnie Żydzi, pchali się tu drzwiami i oknami? Na to mamy odpowiedź w statucie warckim z 1423 roku. Proces dostosowywania prawa Korony do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego trwał przez cały okres unii personalnej (o tym w szczegółach pisałem w blogu „Jak powstawał ustrój I RP”). Sprowadzał się on do stopniowego ograniczania praw chłopów, aż do zrobienia z nich niewolników oraz do zmarginalizowania mieszczaństwa. Jednocześnie następowało wzmacnianie pozycji szlachty. Na mocy unii w Horodle z 1413 roku nastąpiła adopcja przez przedstawicieli co najmniej 47 polskich rodów heraldycznych (z których do dziś ustalono tylko część) do swoich herbów i zawołań tyluż panów i bojarów litewskich. Jednak w Wikipedii, która podaje tę informację, jest uzupełnienie:

Szlachta polska podzieliła się wówczas swoimi herbami, wspólnością rodową i przywilejami stanowymi z członkami niższego kulturalnie narodu, obcego pochodzeniem, obyczajami, a niekiedy mową, z którym w czasach nie tak odległych prowadziła wiekowe walki. Wszystko to stało się możliwe po zaledwie 28 latach współżycia politycznego, zapoczątkowanego związkiem krwi rodzimych dynastii, przechodzeniem wyższych warstw społecznych Wielkiego Księstwa Litewskiego na katolicyzm, a także wspólnie stoczonymi bitwami nad Worsklą (1399; lewy dopływ Dniepru – przyp. W.L.) oraz pod Grunwaldem.

Zestawienie pieczęci z aktów horodelskich z pocztem 47 wymienionych w tekstach aktów rodów adoptujących, wykazuje nadwyżkę kilku rodów adoptujących. Wynika stąd, że dany poczet nie jest pełny, na co też wskazuje słówko etc., umiejscowione na samym końcu tekstu aktu. Jest to ważne spostrzeżenie, gdyż stwierdza, że więcej rodów litewskich zostało adoptowanych w Horodle, niż jest ich wymienionych w tekstach. Zasób tych rodów daje się jeszcze obliczyć drogą zbadania sfragistyki bojarskiej z najbliższego czasu po Horodle, oraz późniejszej heraldyki litewskiej.

W sumie więc u progu powstania nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej, chłop był niewolnikiem, co oznacza, że nie mógł przenieść się do miasta i stać się z czasem mieszczaninem, a skarlałe mieszczaństwo niewiele mogło. Jednocześnie na samej górze hierarchii społecznej przewagę osiągnęli członkowie niższego kulturalnie narodu. I na tak przygotowany grunt wkroczyli Żydzi, którzy zdominowali handel, rzemiosło i usługi, zarówno na wsi, jak i w miastach. Wchodzili więc w ten obszar, jak w masło, a obszar był wielki, jak wielkie było Wielkie Księstwo Litewskie. Cały ten obszar z „wypierdkiem” zwanym Koroną był do ich dyspozycji. Do tego „wypierdka” włączono, na krótko przed unią lubelską, całą południową część WKL. I tak powiększona Korona dominowała pod względem obszaru nad pozostałą, okrojoną już, częścią WKL. W ten sposób można było odnieść wrażenie, że to Polacy zdominowali WKL, podczas gdy faktycznie było na odwrót. I tak powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną i które było w unii z Litwą.

Czegoś takiego, tak potężnego obszaru, czyli mówiąc wprost – rynku zbytu, pozbawionego jakiejkolwiek konkurencji, nie mogli mieć Żydzi w Europie zachodniej. To był rzeczywiście dobry interes, choć tak po prawdzie, to był fantastyczny interes.

Ale po co była ta unia, skoro Korona była tylko dodatkiem do WKL? Taki sojusz nie miał szans na skuteczne przeciwstawienie się rosnącej w siłę Moskwie. Czy chodziło o dokończenie reformacji (1517) na wschodzie i rozbicie prawosławia? Unia z katolicką Koroną i włączenie do niej całej południowej, prawosławnej części WKL stwarzało taką możliwość i tak się stało. Podział trwa do dziś. Dlaczego nie włączono do Korony katolickiej części WKL, czyli Litwy, co byłoby bardziej naturalne? Widać wyraźnie, że chodziło o kreowanie konfliktów, a nie zapobieganie im. Jednak nie dotyczyło to Żydów. Oni żyli tu jak u Pana Boga za piecem i dlatego to był dla nich taki dobry interes i cudowny kraj. Jednak odnoszę wrażenie, graniczące z pewnością, że ten kraj jest nadal dla nich dobrym interesem i cudownym krajem. Trudno więc dziwić się, że przodkowie Brauna zapragnęli być „Polakami”.

A może chodziło też jeszcze o coś innego? O likwidację Królestwa Polskiego. Jakie ono było, takie było, ale pewnie prędzej czy później upomniałoby się o Śląsk i Pomorze. I-sza Rzesza to był związek różnych księstw i księstewek, które nie byłyby w stanie obronić się przed agresją z zewnątrz. Natomiast zjednoczenie, którego dokonał Łokietek, mogło stać się realnym zagrożeniem. Nie było jeszcze wówczas silnych Prus i Austrii. Przypadek Odsieczy Wiedeńskiej tego dowodzi. Osadzenie na polskim tronie Litwina dawało gwarancję, że polityka takiego państwa zostanie skierowana na wschód. I tak się stało. Unia personalna przekształciła się w unię realną, z polskiego chłopa zrobiono niewolnika, polską szlachtę zdominowała szlachta litewska i ruska. Powstanie Rzeczpospolitej oznaczało likwidację Polski, z której pozostał chyba tylko język. I przez dwa wieki Rzeczpospolita osłaniała Rzeszę od wschodu i południowego wschodu, a gdy Prusy i Austria stały się na tyle silne, że same się broniły, to zlikwidowały ten śmieszny twór.

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia szlachty: czy była ona polska, czy nie? O tym problemie pisałem w blogu „Szlachta” i tam cytowałem fragmenty z książki Boże igrzysko Normana Daviesa. Między innymi ten poniższy:

„Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Jedną z konsekwencji wspólnoty herbowej była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.”

Niestety, ani Davies, ani nikt inny nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Przecież, na zdrowy rozum, to taka uprzywilejowana grupa powinna bronić dostępu do swego środowiska ludziom przypadkowym. Bo co to za szlachta, którą można liczyć na pęczki? A tu mamy kuriozalną na skalę światową sytuację. 47 polskich rodów szlacheckich użycza swoich herbów nie wiadomo dokładnie jakiej ilości litewskich i rusińskich rodów bojarskich. W moim przekonaniu jest tylko jedno logiczne wytłumaczenie. Zarówno polska szlachta, jak i bojarzy litewscy i rusińscy, to były warstwy społeczne zdominowane przez Żydów. W tym wypadku zadziałała solidarność plemienna i wspólny interes. Rzeczpospolita to był taki dobry interes i cudowny kraj – ale tylko dla wybranych.

Szopka

Chociaż do Nowego Roku jeszcze dwa tygodnie, to w Brukseli już pojawiła się szopka noworoczna. Wprawdzie nie w sensie dosłownym, ale to, co stało się 14 grudnia 2023 roku, to właśnie szopka. Na czwartkowym szczycie unii europejskiej debatowano nad długoterminową pomocą finansową dla Ukrainy oraz rozpoczęciem procesu akcesyjnego tego „państwa” do struktur unijnych. Premier Victor Orban wyszedł z sali, gdy zaczęło się głosowanie w sprawie rozpoczęcia procesu akcesyjnego Ukrainy do unii europejskiej. Tym sposobem umożliwił pozostałym 26 członkom unii podjęcie jednomyślnej decyzji w tej sprawie. Orban stwierdził, że nie chciał brać udziału w tej złej decyzji i dlatego wyszedł z sali. Jednocześnie jednak zablokował długoterminową pomoc finansową dla Ukrainy. Stanowisko Węgier wydaje się dosyć jasne: rozmowy akcesyjne – raczej tak, pomoc finansowa – nie. Takie rozwiązanie, jak nieobecność w sprawie akcesji Ukrainy do unii, wskazał Orbanowi Olaf Scholtz. Jeden z unijnych dyplomatów stwierdził, że pomimo nieobecności Orbana, głosowanie odbyło się zgodnie z prawem.

Na kanale „Myśl Polska” w odcinku Akcja „Chanuka”, pod jego koniec, od 58 minuty, pojawiła się krótka ocena tego, co wydarzyło się w Brukseli. Prowadzący, Jan Engelgard, stwierdził, że to Orban jest zwycięzcą tego szczytu. Z czym nie do końca zgodził się Przemysław Piasta.

Stwierdził on, że nie było to widowiskowe zwycięstwo, nie osiągnął wszystkich celów swoich marzeń, ale Orban jest mistrzem polityki realnej, czyli osiąga rzeczy możliwe do osiągnięcia. Osiągnął to, co chciał osiągnąć. Będzie jeszcze miał wiele okazji do zablokowania członkostwa Ukrainy w unii, zwłaszcza że z czasem to nie eurokraci, a właśnie państwa narodowe będą rozpatrywały tę kwestię w kontekście własnego, także gospodarczego, interesu. A to jest problem dla wielu krajów unii europejskiej. No cóż, czasami nie należy podejmować walki, jeśli jest się przekonanym, że z tej walki nie wyjdzie się zwycięzcą.

Jan Engelgard: Orban wygrał wszystko, co chciał, to znaczy odblokował pieniądze dla Węgier, chyba 10 miliardów, zablokował 50 miliardów pomocy dla Ukrainy i dwa: jak chcecie rozpocząć akcesję, proszę bardzo, nie będę przeszkadzał.

Mateusz Piskorski stwierdził, że przystąpienie Ukrainy do unii europejskiej nie jest w niczyim interesie. Nie jest to na rękę żadnemu państwu unii. Jest to na rękę Stanom Zjednoczonym, które chcą Europę podminować, osłabić – ewentualnie Wielkiej Brytanii. Jest chyba 57 różnych procedur, przy których potrzebna będzie zgoda wszystkich krajów członkowskich, w tym oczywiście ostateczną decyzję podejmą parlamenty 27 krajów członkowskich. Natomiast perspektywa członkostwa Ukrainy w unii, to jest rok 2030. Czy naprawdę wierzymy, że Ukraina w obecnym kształcie przetrwa do 2030 roku? Czy sama unia europejska przetrwa w takiej postaci do tego 2030 roku?

Olaf Swolkień: Ja tylko dodam, że kilka dni wcześniej Orban wysłał swoich polityków na rozmowy z amerykańskimi republikanami, gdzie Węgrzy przekonywali ich do wstrzymania pomocy dla Ukrainy. Więc to pokazuje, że on prowadzi naprawdę taką politykę światową. Gra na wielu fortepianach, czego my nie jesteśmy w stanie absolutnie pojąć.

Pod tym filmem pojawiło się mnóstwo pozytywnych dla Orbana komentarzy. Jeden z nich: „Obyśmy kiedyś mieli w Sejmie takich skutecznych patriotów polskich, jak Orban jest węgierskim”. Pod nim osiem odpowiedzi w podobnym tonie i jedna, jakbym to powiedział, trzeźwa: „Przypomnij jak zadbał o naród podczas covidiozy. Entuzjazm?”

x

W moim przekonaniu mamy do czynienia z klasyczną szopką. Orban, niby stawiający się unii, gdy dochodzi do decydującej debaty, podkula pod siebie ogon i robi się łagodny jak baranek. Wprawdzie oświadcza, że proces akcesji Ukrainy do unii zawsze może zablokować węgierski parlament, ale chyba sam nie wierzy w to, co mówi. Po raz kolejny mamy dowód, że cała ta polityka na pokaz, to teatrzyk dla naiwnych. Jeśli komuś się wydaje, że Orban to taki niezależny polityk, to nic bardziej błędnego.

Ja nie mam i nie miałem wątpliwości, że Orban jest zupełnie kimś innym, niż przedstawiają to media. W blogu „Victor Orban” cytowałem fragmenty z krótkiego filmu o nim z kanału „Powojnie”. M.in. to:

„Najważniejszym wydarzeniem w pierwszych latach politycznej działalności Orbana było przemówienie, które wygłosił 16 czerwca 1989 roku w Budapeszcie. Tego dnia oficjalnie pochowano bohaterów antykomunistycznego powstania w 1956 roku. W dniu pogrzebu rozpoczęła się wielka polityczna kariera Viktora Orbana, która trwa do dziś. Wówczas nieznany opozycyjny polityk wygłosił mowę, która stała się jednym z symboli upadającego komunizmu na Węgrzech. Domagał się jak najszybszego wycofania wojsk radzieckich oraz wolnych wyborów.

Orban miał wtedy 26 lat. Pod wrażeniem jego charyzmy i odwagi był słynny Węgier George Soros. Jego fundacja Społeczeństwa Otwartego zaproponowała mu stypendium w Wielkiej Brytanii. Orban propozycję przyjął. Przez kolejne 9 miesięcy studiował na naukach politycznych w Oksfordzie. Jego osobistym opiekunem w Anglii był polsko-brytyjski filozof Zbigniew Pełczyński były żołnierz Armii Krajowej. W styczniu 1990 roku Orban wrócił do ojczyzny. Chciał zostać parlamentarzystą pierwszego postkomunistycznego zgromadzenia narodowego.”

W dalszej części komentowałem:

W przypadku Żydów bywa tak, że czasem zdjęcia z młodości lub z późnej starości uwydatniają żydowskie rysy twarzy. Nie zawsze tak bywa, a może nawet częściej tak nie bywa. Jednak w przypadku Orbana tak właśnie było. Znamienne jest również to, że stypendium w Anglii załatwił i sfinansował mu Soros. Ten sam, którego później wyrzucił z Węgier. Nie sądzę, by on sam na to wpadł. Może nawet sam Soros mu doradził. Cóż mogło go bardziej uwiarygodnić w oczach Węgrów i nie tylko ich, jak nie taka zdecydowana postawa wobec żydowskiego „filantropa”? Takim gestem pozyskał zapewne sympatię i zaufanie wielu wyborców.

Na obecną politykę Orbana w stosunku do unii europejskiej i Rosji wypada więc patrzeć przez pryzmat jego pochodzenia. I dopiero na tym tle widać, że nie jest to żadna niezależna polityka. Orban odgrywa rolę, jaką mu wyznaczyli jego nieznani przełożeni. Zresztą nie tylko on. A polityka ta jest niezwykle wyrafinowana i wielowątkowa.

x

Blog o Orbanie zamieściłem 20 czerwca 2022 roku, a więc 1,5 roku temu. I teraz sprawdza się to, o czym wtedy pisałem. Natomiast nazwałem to szopką nie tylko ze względu na zachowanie Orbana, ale przede wszystkim na fakt, że unia rozpoczyna procedurę akcesyjną w stosunku do państwa, które jest w stanie wojny i które ma nie wiadomo jakie granice. Część obszaru tego państwa została już włączona do innego. Czy można zatem poważnie traktować zamiary unii, a raczej tych, którzy nią kierują? O co więc w tym wszystkim chodzi? Orban mógł swoim głosem zablokować rozpoczęcie tej procedury. Gdyby jednak tak zrobił, oznaczałoby to koniec wojny na Ukrainie, a w każdym razie brak jakiejkolwiek motywacji do walki ze strony Ukraińców, co na jedno wychodzi. A na to wielcy tego świata nie mogą pozwolić. Najwyraźniej jest jeszcze na to za wcześnie.

Mateusz Piskorski w swojej wypowiedzi zadał pytanie: „Czy sama unia europejska przetrwa w takiej postaci do tego 2030 roku?” Czyżby coś wiedział? Powiedział wyraźnie „w takiej postaci”. Czy to oznacza, że jakieś państwa mogą z niej wystąpić, czyli, mówiąc wprost, zostać wyrzucone? III RP, ze względu na zaangażowanie w pomoc finansową i militarną dla Ukrainy, jest już państwem upadłym i zupełnie nieprzystającym do unii, choćby dlatego, że żadne inne państwo tej unii aż tak nie pomaga Ukrainie. Już dziś ze względu na swoje zadłużenie, którego wielkości nie znamy, mogłaby zostać postawiona w stan upadłości. Ktoś jednak uważa, że jeszcze za wcześnie. Jeśli Ukraina zostanie odcięta od Morza Czarnego i Krymu, to tak okrojone państwo nie będzie mogło samodzielnie funkcjonować. Co więc pozostanie? Odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej? Takiego państwa, w skład którego wchodziłyby okrojona Ukraina, III RP bez ziem poniemieckich, Białoruś i państwa bałtyckie. Trudno oczywiście powiedzieć czy tak się stanie. Jednak większe zaangażowanie III RP w wojnę na Ukrainie może taki scenariusz uczynić bardziej prawdopodobnym.

Bereza Kartuska

Jakiś czas temu trafiłem na kanał „Sprawa dla Jarosława” a który obecnie nazywa się „Jarosław szuka kłopotów”. W jednym z odcinków jego autor opisuje swój pobyt ze Stowarzyszeniem Spadkobierców Kombatantów II Wojny Światowej w „polskim obozie koncentracyjnym” w Berezie Kartuskiej. Działo się to w drodze powrotnej spod Lenino. Obecnie w budynku obozu mieści się muzeum, które powstało w 1965 roku. Była to jednak tylko częściowa ekspozycja. Dopiero w 2022 roku, a więc gdy stosunki polsko-białoruskie sięgnęły dna, zorganizowano muzeum na nowo i z pełną ekspozycją dokumentów, przedmiotów itp. Przed budynkiem muzeum stoi pomnik z napisem: Pamięci ofiar polskiej okupacji Zachodniej Białorusi 1921-1939.

Jakoś ten napis nie wywarł wrażenia na uczestnikach tej wycieczki, a powinien. Nie było żadnej okupacji Zachodniej Białorusi. Białorusini wypisują bzdury. Był traktat ryski, który podzielił ziemie białoruskie na część zachodnią, która przypadła Polsce i część wschodnią, która weszła w skład Związku Radzieckiego. Nawet nie było rozbioru Białorusi, bo nie było takiego państwa. Ale jeśli Białorusini chcą mówić o polskiej okupacji, to powinni być konsekwentni i mówić też o radzieckiej okupacji. Żałośni są i chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo.

A jak było z tym „obozem koncentracyjnym”? Wikipedia tak m.in. pisze o Berezie Kartuskiej:

Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej – obóz odosobnienia zorganizowany i prowadzony przez władze II Rzeczypospolitej w Berezie Kartuskiej w ówczesnym powiecie prużańskim, istniejący w latach 1934–1939. Powstał głównie w celu izolowania oraz psychicznego i fizycznego dręczenia oponentów politycznych sprawującej wówczas władzę sanacji, m.in. komunistów, endeków, ludowców, a także nacjonalistów ukraińskich. Do obozu osadzeni trafiali na podstawie decyzji administracyjnej (bez sankcji sądowej), bez możliwości skorzystania ze środka odwoławczego. Stałym elementem traktowania więźniów było stosowanie tortur. Część historyków określiła ośrodek jako obóz koncentracyjny.

Używanie określenia obóz koncentracyjny jest nadużyciem dla celów propagandowych. Czy coś jest obozem koncentracyjnym, czy nim nie jest, o tym nie decyduje sposób traktowania więźniów, tylko skala. Ilość osób więzionych i zmarłych w Berezie Kartuskiej w ciągi tych 5 czy 6 lat jest nieporównywalna z ilością osób, które przeszły i zmarły w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej. To oczywiście nie zmienia faktu, że brutalny sposób traktowania więźniów w Berezie Kartuskiej obciąża konto rządów sanacyjnych.

Utworzony został 12 lipca 1934 w Berezie Kartuskiej na mocy rozporządzenia z mocą ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca 1934 r. w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu, chociaż zaczął funkcjonować już 6 lipca, gdy przywieziono dwóch pierwszych więźniów. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a jego pomysł zaakceptował Józef Piłsudski. Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono tylko jedno – w Berezie. Z tego powodu wśród ówczesnej polskiej opinii publicznej rozporządzenie to zyskało miano „lex Bereza Kartuska”. Obóz mieścił się w budynku dawnych carskich koszar. Obiekt ten nosił oficjalną nazwę „Miejsce Odosobnienia” i był przeznaczony dla osób, „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego”. Określano go jako „nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw” oraz „burzycieli porządku publicznego i bezpieczeństwa”.

Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zabójstwo ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego popełnione przez Hryhorija Maciejkę, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Według różnych szacunków przez 5 lat działalności Berezy Kartuskiej zanotowano od 4 do 20 przypadków śmierci. Norman Davies podał liczbę 17 ofiar śmiertelnych. Agnieszka Knyt z ogólnej liczby 3 tysięcy więźniów uwięzionych w Berezie do końca sierpnia 1939 podaje 13 zgonów. Natomiast ukraiński historyk Wiktor Idzio w swojej książce o UPA, podaje liczbę aż 300 ofiar. Ireneusz Polit podaje, że w ciągu 6 lat w Berezie zmarło 14 osób (10 – w szpitalach dokąd ich skierowano na leczenie zewnętrzne, 3 osoby w samym MO z powodu chorób, 1 na skutek samobójstwa).

x

Mnie jednak zainteresował nie tyle sam obóz, co jego pomysłodawca Leon Kozłowski. Wikipedia zamieszcza o nim obszerną informację. Ja zacytuję tylko niektóre fakty z jego życiorysu.

Leon Tadeusz Kozłowski (ur. 6 czerwca 1892 w Rembieszycach, zm. 11 maja 1944 w Berlinie) – polski archeolog i polityk, premier rządu II Rzeczypospolitej w latach 1934–1935.

Przed 1914 należał m.in. do Związku Młodzieży Postępowej i Związku Strzeleckiego. W czasie I wojny światowej służył w 1 pułku ułanów Legionów Polskich, a od 1917 należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Walczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 1921–1931 i 1935–1939 był profesorem archeologii Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie.

Od 1926 po przewrocie majowym organizował Związek Naprawy Rzeczypospolitej we Lwowie. Od 1928 był działaczem BBWR. W latach 1928–1935 posłem na Sejm RP, a następnie w latach 1935–1939 – senatorem. W rządzie pełnił funkcje: ministra reform rolnych (1930–1932) oraz podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu (1932–1933). W okresie od 15 maja 1934 do 28 marca 1935 pełnił urząd premiera. Był pomysłodawcą utworzenia Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Po śmierci marszałka Piłsudskiego był uważany za zwolennika Walerego Sławka i „lewicowego” wśród „grupy pułkowników”. W okresie 1937–1938 należał do Obozu Zjednoczenia Narodowego. W młodości wolnomularz związany z Wielką Lożą Narodową Polski, później latem 1938 był autorem jednej z głośniejszych w historii II Rzeczypospolitej kampanii antymasońskich.

Po wybuchu II wojny światowej 26 września 1939 został aresztowany przez Sowietów we Lwowie i osadzony w więzieniu, skąd przetransportowano go do Moskwy; gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Po uwolnieniu, w wyniku układu Sikorski-Majski, trafił do armii gen. Władysława Andersa; zajmował się w niej pracą biurową. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 w rejonie Tuły przedostał się na niemiecką stronę frontu.

Posądzany o to, że najpierw w Warszawie, a następnie w Berlinie, usiłował prowadzić rokowania z Niemcami w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego oraz współdziałał z niemiecką propagandą odnośnie do sytuacji w ZSRR. Zaocznie skazany przez sąd polowy armii Andersa na karę śmierci za zdradę, choć istnieją poważne wątpliwości co do legalności tej decyzji.

Został internowany w Berlinie, w hotelu Alemannia. Za pracę w tamtejszym muzeum, gdzie mógł prowadzić pracę naukową, przyznano mu wysoką comiesięczną pensję. Zmarł na atak serca lub w wyniku odniesionych ran 11 maja 1944 podczas albo po nalocie alianckim. Leon Kozłowski został pochowany na cmentarzu parafii św. Jadwigi w Berlinie. W 1974 jego prochy zostały przeniesione przez rodzinę na cmentarz Powązkowski (kwatera 33 rząd 6 grób 23/24).

Kolaborant czy ofiara?

Przez wiele lat Leon Kozłowski uznawany był za kandydata na „polskiego Quislinga” przez emigrację londyńską, a jednocześnie był potępiany przez władze komunistyczne za współudział w rzekomej „faszyzacji” kraju i uczestnictwo w niemieckiej kampanii propagandowej w sprawie Katynia.

Problemem rzekomej kolaboracji Leona Kozłowskiego z Niemcami zajął się jego bratanek Maciej Kozłowski w książce pt. Sprawa premiera Leona Kozłowskiego. Zdrajca czy ofiara. Jego zdaniem, nie ma żadnego dowodu świadczącego o tym, że Leon Kozłowski prowadził z Niemcami rozmowy na temat utworzenia kolaboracyjnego rządu. Wręcz przeciwnie, w swych listach do rodziny były premier zdecydowanie temu zaprzeczał. Jak twierdzi Maciej Kozłowski, plotka jakoby takie rozmowy miały miejsce, została rozpowszechniona przez niemiecką propagandę przy pomocy szwedzkiego dziennikarza New York Timesa, Johna Axelsona. W opinii Macieja Kozłowskiego niesłuszny i wymagający weryfikacji był również wyrok śmierci polskiego sądu wydany w Buzułuku, i że rzekoma kolaboracja Leona Kozłowskiego z Niemcami nie została nigdy udowodniona, a postawiony mu zarzut dezercji z armii Andersa również jest wielce kontrowersyjny, jako że oskarżony najprawdopodobniej do niej w ogóle nie wstąpił. Poddano jedynie weryfikacji jego stopień wojskowy, co nie oznaczało włączenia w szeregi armii.

x

Kim jest Maciej Kozłowski bratanek Leona Kozłowskiego? Wikipedia tak m.in. pisze:

Maciej Kozłowski (ur. 12 stycznia 1943 w Luborzycy) – polski historyk, dziennikarz, publicysta, działacz opozycji w okresie PRL, dyplomata, w latach 1999–2003 ambasador RP w Izraelu.

W 1966 ukończył studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego (archeologia śródziemnomorska). W latach 1966–1968 uczęszczał na studia podyplomowe dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim.

W latach 80. XX w. prowadził wykłady z najnowszej historii Polski, z historii Polski nowożytnej i Europy Środkowej na Uniwersytecie Jagiellońskim, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz na uczelniach zagranicznych. Był członkiem Rady Funduszu Wydawnictw Niezależnych. W latach 1986–1988 przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W 1988 uzyskał stopień doktora na Wydziale Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1989 był członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W lutym 1989 należał do organizatorów tygodnika „Czas Solidarności”.

W 1990 podjął pracę w dyplomacji, obejmując stanowisko radcy-ministra pełnomocnego w Ambasadzie RP w Waszyngtonie. W latach 1993–1994 pełnił obowiązki chargé d’affaires tamże. Następnie przeszedł do pracy w centrali MSZ. Był dyrektorem departamentu Ameryki Północnej i Południowej, a od 1998 podsekretarzem stanu. W latach 1999–2003 pełnił funkcję ambasadora RP w Izraelu. Obecnie na emeryturze.

Był członkiem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego, koordynował prace nad raportem o rozszerzeniu NATO, był także działaczem fundacji Forum Dialogu Między Narodami. Wchodzi w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie.

Kozłowskiemu zarzucono, że w latach 60. był najpierw kandydatem, a potem tajnym współpracownikiem SB w Krakowie o kryptonimie „Witold”. 6 grudnia 2012 Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że skłamał on w oświadczeniu lustracyjnym i w latach 1965–1969 współpracował tajnie i świadomie ze Służbą Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, i skazał go na 3 lata zakazu pełnienia funkcji publicznych. 11 czerwca 2013 Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok. Ostatecznie jednak 13 lutego 2014 Sąd Najwyższy w postępowaniu kasacyjnym prawomocnie oczyścił Macieja Kozłowskiego z zarzutu kłamstwa lustracyjnego.

x

Z informacji, jakie podaje Wikipedia, możemy się dowiedzieć, że w młodości Leon Kozłowski był masonem. Natomiast w 1938 roku był autorem jednej z najgłośniejszych w historii II RP kampanii antymasońskich. We wrześniu 1939 roku został aresztowany przez Sowietów i przewieziony do Moskwy, gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Dlaczego? O tym Wikipedia nie pisze. Zwolniony po podpisaniu układu Sikorski-Majski trafił do armii Andersa. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 roku przedostał się na niemiecką stronę frontu. Już kiedyś o tym wspomniałem, że dla pewnej kategorii ludzi nie istniały granice, linie frontu. Przekraczali je, jakby przechodzili z jednego pokoju do drugiego. Posądzony o to, że usiłował prowadzić z Niemcami rokowania w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego. Zapewne nie była to oferta przypadkowa, skoro Niemcy rozmawiali z nim. Bo to, że Niemcy zatrudnili go jako archeologa i wynagradzali go sowicie, to raczej nie było z tego powodu, że interesowała ich jego kariera naukowa. Jako osoba, która brała czynny udział w życiu politycznym II RP, idealnie nadawała się do tej roli.

Jego bratanek Maciej Kozłowski starał się wybielić stryja i nawet napisał książkę na ten temat. Czy jednak może być wiarygodna osoba, która sama była posądzona o współpracę z SB? W latach 1986-1988 Kozłowski przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych. A więc jeszcze za czasów PRL-u był przygotowywany do uczestnictwa w rządach przyszłej III RP. W latach 1999-2003 pełnił funkcje ambasadora RP w Izraelu. Wchodzi też w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie. Czy zatem możliwe jest, by ambasadorem RP w Izraelu nie był polski Żyd? Wydaje się to mało prawdopodobne, a nawet niemożliwe. A skoro tak, to znaczy, że Maciej Kozłowski jest Żydem. A to daje podstawę do twierdzenia, że jego stryj, Leon kozłowski, również był Żydem. To także oznacza, że pomysłodawcą obozu w Berezie Kartuskiej był Żyd.

Ojcem Leona był Stefan, a pradziadkiem Stefana był Teodor Radziejowski (1766-1829) – uczestnik wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku, insurekcji kościuszkowskiej. Na podstawie dekretu króla Fryderyka Augusta I (książę warszawski w latach 1807-1815) z 12 czerwca 1810 roku otrzymał rangę pułkownika. Uczestnik wojen napoleońskich (1806-1807). W 1812 roku wzięty pod Wilnem do niewoli rosyjskiej. Spędził w niej 1,5 roku. Zwolniony ze służby w wojsku polskim. W 1816 roku postanowieniem cara Aleksandra I-go otrzymał pensję (emeryturę wojskową). W 1815 roku był czynnym członkiem III stopnia lubelskiej loży masońskiej Wolność Odzyskana. – To tyle Wikipedia. A więc człowiek, który w trakcie całej swojej kariery wojskowej walczył z Rosją, dostał od tej Rosji emeryturę wojskową. Jak widać jednych za to samo nagradzano emeryturą wojskową, a innych – zsyłano na Sybir.

Matką Leona była Maria ze Strasburgerów. Już samo to nazwisko zdradza korzenie. Maria była córką Leona Strasburgera (1845-1883), który pochodził z rodziny niemieckich ewangelików przybyłych do Warszawy w końcu XVIII wieku. Jego ojciec, Edward Strasburger, był cukiernikiem a matka, Anna Krystyna Schütz, w okresie manifestacji patriotycznych 1861 roku organizowała kwesty w kościołach i zbiórkę pieniędzy na pomnik pięciu poległych, czyli ofiar masakry w Warszawie podczas manifestacji patriotycznej z 27 lutego 1861 roku. Ich pogrzeb, który odbył się 2 marca 1861 roku na cmentarzu Powązkowskim, był wielką manifestacją polityczno-społeczną przeciwko rosyjskim władzom zaborczym w Królestwie Polskim. W pogrzebie uczestniczyli przedstawiciele wszystkich cechów, stanów społecznych i wyznań. Na placu bankowym do pochodu pogrzebowego przyłączyli się przedstawiciele mniejszości żydowskiej np. rabini Dow Ber Meisels i Izaak Kramsztyk w otoczeniu chórów synagogalnych.

x

W tym miejscu wypada zacytować fragment z książki Zmierzch Izraela (1932) Henryka Rolickiego. Wszystkie cytowane przez autora fragmenty pochodzą z książki Samuela Hirszhorna Historia żydów w Polsce.

Pojawia się w Warszawie krakowski rabin Meisels, który przedtem maczał palce w rewolucji 1848 roku.

„Gdy zapytano go dlaczego on, żyd ortodoksyjny, trzyma z lewicą, a nie z prawicą, odrzekł kalamburem: Die Juden haben keine Rechte (żydzi nie mają praw, a także żydzi nie mają prawicy – przyp. aut.)”.

„W Warszawie ruch rewolucyjny rozpoczął się od niewinnych manifestacji, w których na równi z Polakami brali udział żydzi. Kierownictwo Meiselsa, kaznodziei Lastrowa i przedstawicieli gminy warszawskiej nadawało przy tym wszystkim wystąpieniom piętno reprezentacji ogółu żydowskiego. W manifestacji 25-27 lutego 1861 roku, która zakończyła się śmiercią „pięciu poległych”, wielu żydów ucierpiało od kul… Miesels należał do składu delegacji, która udała się do namiestnika Gorczakowa, celem zadośćuczynienia za przelaną krew. W demonstracyjnym pochodzie pogrzebowym, idącym za trumną poległych, razem z duchowieństwem katolickim znalazło się także duchowieństwo żydowskie z Meiselsem na czele. Wielu żydów uczestniczyło w kościołach na odprawionych mszach zadusznych ze śpiewami i mowami patriotycznymi.”

Z chwilą wybuchu powstania rabini wydali odezwę do ludności żydowskiej, wzywającą do poparcia powstania i kończącą się znamiennym zwrotem: kto roztropny, ten pojmie, że tylko tą drogą, a nie inną, dobro kraju osiągnięte być może.

Komentując tę odezwę pisze historyk żydowski:

„Umiarkowany ton odezwy w porównaniu z bojową proklamacją Rządu Narodowego jest uderzający: ani jednego zdania rewolucyjnego, ani jednego nawet antyrosyjskiego… nie czuli się moralnie upoważnieni do angażowania zbiorowości żydowskiej w zdecydowaną rewolucję i woleli tę sprawę traktować ogólnikowo i mętnie.”

I znowu na przykładzie 1863 roku możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko poprzez związki węglarskie, lecz nawet bezpośrednio. W swej miłości do Polski posuwali się tak daleko, że nawet przezwyciężyli odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.

x

Leon Strasburger (1845-1883) jako 17-letni chłopak przyłączył się do powstania styczniowego, rany w bitwie pod Małogoszczem. Po przekroczeniu granicy z Galicją został uwięziony w Krakowie. Zbiegł do Niemiec. Dzięki staraniom ojca po kilku latach wrócił do Królestwa Polskiego. Zakupił majątek Trzebienice w powiecie miechowskim i poświęcił się rolnictwu. W 1872 roku nabył sąsiedni majątek w Przybysławicach. Po reformie sądownictwa w Królestwie Polskim w 1876 roku był pierwszym sędzią gminnym w Miechowie.

Ojcem Stefana, a dziadkiem Leona, był Romuald Kozłowski. Wikipedia nie zamieszcza o nim żadnej informacji. Pisze tylko, że był właścicielem wsi Rembieszyce, Lipnica i Wola Tesserowa. Naturalnie nie ma też informacji o ojcu Romualda i jego dziadku. W związku z tym wypada sięgnąć po informacje o tych wsiach. Pochodzą one z Wikipedii.

W 1798 Rembieszyce kupił Franciszek Wolski, ale od kogo? Brak informacji. Od 1854 roku właściciele to Romuald Leon Kozłowski i jego żona Bronisława z Radziejowskich. Podczas powstania styczniowego dwór w Rembieszycach, położony niedaleko „Wiernej Rzeki”, udzielał pomocy i schronienia oddziałom powstańczym. W latach 1895-1898 Rembieszyce należały do Włodzimierza Lubienieckiego, a w latach 1898-1906 do Romualda Kozłowskiego (brata Stefana) i Lucyny ze Strasburgerów. Po 1906 roku właścicielami wsi byli m.in. Sucheccy i Bankiewiczowie.

Wilhelm Napomucen, miecznik wojsk chęcińskich w 1776 roku, sprzedał Lipnicę w 1818 roku Stanisławowi Kossakowskiemu. W 1839 roku kupiła ją Joanna z Dębskich Kossakowska. Potem otrzymała ją w spadku Joanna z Oraczewskich Urbańska, żona Ignacego, malarza i nauczyciela w Lublinie. W 1856 roku nabyli wieś Franciszek i Julia Dąbscy. W 1867 roku właścicielem Lipnicy jest Teofil Dąbski i w tym samym roku sprzedaje wieś Romualdowi Kozłowskiemu i w trzy lata później odkupuje ją z powrotem. W 1890 roku Lipnice kupuje Stanisław Tede, a w roku 1897 nabywa ją Adam Konarski. Kilka lat później sprzedaje ją, ale nie ma informacji komu. Na początku XX wieku wieś rozparcelowano w całości.

W 1690 roku Wola Tesserowa należy do Jana Zabielskiego i żony. W XVIII wieku przechodzi do Antoniego Komornickiego i Magdaleny z Rogóyskich. W 1798 roku po śmierci Antoniego wieś kupuje Urban Komornicki, a po jego śmierci dzielą się nią jego dzieci. W 1845 r. ziemie nabywa Ludwik Kozłowski. W latach 30 XX wieku majątek został rozparcelowany.

W XIX wieku właścicielami Przybysławic byli: Bonawentura Psarski, Ludwik Jan Kanty Kozłowski, Żyd Motyl Sercarz i od 1872 roku Leon Strasburger, ewangelik, uczestnik powstania styczniowego. Od 1895 do 1945 roku właścicielami byli Kozłowscy herbu Jastrzębiec: Stefan Kozłowski żonaty z Marią Strasburger, która Przybysławice otrzymała po swoim ojcu Leonie Strasburgerze, a następnie ich syn Tomasz Kozłowski – legionista, prezes Kieleckiej Izby Rolniczej, poseł na Sejm w latach 1931–1938, żonaty z Jadwigą z Postępskich. Współwłaścicielem był jego brat Leon Kozłowski, archeolog, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, polityk, premier rządu RP w latach 1934–1935.

Stefan Rafał Kozłowski (1859-1908) – syn Romualda i Bronisławy z Radziejowskich, ojciec Leona Kozłowskiego. W 1882 roku ukończył z bardzo dobrym wynikiem wydział rolniczy Politechniki Ryskiej uzyskując tytuł agronoma. Podczas studiów był współzałożycielem korporacji akademickiej Arkonia i autorem deklaracji ideowej Arkonii znanej jako Podanie Kozłowskiego. W latach 1883-1895 administrował majątkami w Woli Tesserowskiej i Rembieszycach. Od 1895 roku właściciel majątku Przybysławice k. Miechowa. Wspierał czynnie ruch narodowy na Śląsku, zwłaszcza Wojciecha Korfantego. Należał do Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.

xxx

Po trzecim rozbiorze w 1795 roku zabór pruski sięgał do linii Curzona. Dopiero po traktacie w Tylży w 1807 roku i po powstaniu Księstwa Warszawskiego Prusacy wycofali się. Zanim jednak do tego doszło na ziemie te, wraz z nimi, napłynęło mnóstwo niemieckich Żydów. Po traktacie Prusacy wycofali się, a Żydzi zostali. I to prawdopodobnie w tym czasie osiedlili się w Warszawie rodzice Leona Strasburgera. Żydzi niemieccy przechodzili na protestantyzm, nie zmieniali nazwisk, plasowali się wyżej w hierarchii społecznej, byli bogatsi i postępowi. Żydzi miejscowi przechodzili na katolicyzm, zmieniali nazwiska, byli biedniejsi i konserwatywni. To z tych Strasburgerów pochodzi znany aktor Karol Strasburger. I tak po prawdzie, to korzeni polskiej inteligencji należy szukać wśród tych niemieckich Żydów. Wystarczy popatrzeć na nazwiska uczonych, lekarzy, prawników, inżynierów, oficerów, polityków, dyplomatów itd. Oczywiście mam tu na myśli tę prawdziwą inteligencję, a nie tę, która dotarła tu w 1945 roku na radzieckich czołgach.

Często można zetknąć się z opinią, że jedyną narodowością, która w Polsce się szybko asymilowała, byli Niemcy. I to oni stawali się też wielkimi patriotami. No właśnie! Niemcy czy „Niemcy”? Jakoś mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim nie za bardzo chce się asymilować. Łatwo być patriotą, gdy się wie, że włos z głowy nie spadnie. Leon Strasburger walczył w powstaniu styczniowym, przekroczył granicę z Galicją, aresztowany w Krakowie, ucieka (jak?) z więzienia do Niemiec. Po paru latach, dzięki staraniom ojca, wraca do Królestwa Polskiego. Kupuje sobie majątek, a po kilku latach następny i na koniec zostaje jeszcze pierwszym sędzią gminnym w Miechowie. I to wszystko pod rządami tych, z którymi walczył. Tak to działało i tak to działa dziś. Niechby któryś z tych naiwnych patriotów spróbował zgasić świece chanukowe w Sejmie, to przekonałby się, jak potężne jest państwo, jak sprawnie działa i jak szybko zgasiłoby takiego naiwnego patriotę. Poseł Braun ma podwójną ochronę: z racji tego, że jest posłem i z racji tego, że jest Żydem. Roztropnie jest zatem nie angażować się w te żydowskie gierki.

Z tego, co napisała Wikipedia, to informacji na temat przodków Leona Kozłowskiego ze strony matki jest znacznie więcej, niż tych ze strony ojca. O ojcu Stefanie wiemy dużo, ale już o dziadku czy pradziadku – prawie nic. Nie ma więc pewności czy byli oni Żydami, którzy ochrzcili się i zmienili nazwisko czy może należeli do zubożałej szlachty i wchodzili w koligacje z bogatymi Żydówkami, co było w XIX wieku powszechne, szczególnie po powstaniu styczniowym.

Gdy się tak prześledzi los tych wiosek, o które ocierali się Kozłowscy, to odnosi się wrażenie, że właśnie wtedy, w tym XIX wieku, majątki te były traktowane jak jakieś akcje giełdowe, które raz się kupowało, potem sprzedawało i znowu kupowało. Typowe żydowskie geszefty. Po powstaniach, ich uczestników, przeważnie szlachtę, wywożono na Sybir, a majątki rekwirowano. Zapewne była to okazja do tanich zakupów i późniejszej odsprzedaży z dużym zyskiem. Dla jednych powstania to tragedie rodzinne, a dla innych – okazja do szybkiego wzbogacenia się.

Tani, naiwny patriotyzm, to pułapka, jaką zastawiają na niczego nieświadomych ludzi Żydzi, strojący się w piórka patriotów i gorliwych katolików. Wciągają ich w różne bezsensowne marsze i manifestacje. To jest właśnie proceder, który zapoczątkowali w 1861 roku i do dziś go praktykują. Najwyraźniej większość nadal na to nabiera się.

Pozostaje jeszcze sprawa Leona Kozłowskiego. Jak to się stało, że dotarł do linii frontu? Po zwolnieniu z więzienia w Moskwie krótko pracował w ambasadzie RP. W październiku 1941 roku, wraz z grupą osób niezdolnych do służby wojskowej, został wysłany do Taszkientu. Jak pisze Wikipedia, postanowił zatrzymać się w Kujbyszewie, gdzie pracował krótko jako oficer w intendenturze. 27 października z kapitanem rezerwy Andrzejem Litwińczukiem wyruszył w drogę w kierunku zachodnim. Kilkakrotnie byli zatrzymywani przez milicję, zanim dotarli do Tuły. Jak pokonali tę odległość? Z Kujbyszewa do Tuły jest ponad 800 km. Jakie musieli mieć papiery, że milicja ich nie zatrzymywała? Do linii frontu dotarli 9 lub 10 listopada. Oddali się w ręce pierwszego napotkanego oddziału niemieckiego. Chyba musiał być jakąś szczególną osobą, której władze radzieckie zapewniły pełną ochronę, by bezpiecznie dotarł do linii frontu. I bardzo możliwe, że wszystko było uzgodnione ze stroną niemiecką.

Jeśli Leon Kozłowski nie zamierzał kolaborować z Niemcami, jak utrzymuje jego bratanek Maciej Kozłowski, to po co przekraczał linię frontu? Trudno w to uwierzyć, że cała akcja nie była ściśle kontrolowana przez obie walczące strony. Czy rzeczywiście w tamtym okresie, a więc na samym początku wojny niemiecko-radzieckiej, rozważano jeszcze możliwość utworzenia polskiego rządu kolaborującego z Niemcami? Bardzo możliwe, ale tego pewnie nie dowiemy się. Jednego wszak możemy być chyba pewni. Bez względu na to jakie scenariusze pisano dla Polski, w głównych rolach zawsze obsadzani byli Żydzi. I nie inaczej jest obecnie.

Teorie

Ten blog, wbrew pozorom, również będzie o polityce. Tak się składa, że rządzący zawsze chcą nam narzucić jakąś ideologię, którą oni uznają za wygodną do realizowania ich celów. Można powiedzieć, że ideologia wkracza we wszelkie dziedziny życia społecznego i nawet naukowego. Jedynie nauki ścisłe i techniczne jakoś się przed nią bronią, co poniekąd wynika z ich natury. Natomiast nauki przyrodnicze są w dużym stopniu, a może nawet całkowicie, nieodporne na wpływy ideologiczne. Szczególnie dotyczy to teorii ewolucji, a nawet poglądy na temat wyginięcia dinozaurów są przedmiotem licznych sporów. Można by zapytać: a czy to rzeczywiście takie ważne dla naszego życia, co stało się ileś milionów lat temu?

Kiedyś, jeszcze przed założeniem bloga na WordPress, przeczytałem tu historię pewnej Szwajcarki, która skończyła geologię w Ameryce i została tam pracownikiem naukowym. Wysunęła hipotezę, że do wyginięcia dinozaurów przyczyniła się nie asteroida, która uderzyła w Ziemię, tylko potężne erupcje wulkaniczne na Dekanie, czyli w Indiach. Powierzchnia, jaką pokryła lawa, porównywalna jest z powierzchnią Francji. Takie zjawisko spowodowało przeniknięcie do atmosfery wielkiej ilości dwutlenku węgla i innych gazów, które zatruły ją do tego stopnia, że spowodowały, na skutek zmian klimatycznych, stopniowe obumieranie wielu gatunków zwierząt, również dinozaurów.

Tę swoją hipotezę czy teorię ogłosiła ona chyba w latach 80-tych lub na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Spotkała się z tego powodu z ostracyzmem całego amerykańskiego środowiska naukowego. Wówczas obowiązywała teoria, że dinozaury wyginęły z powodu zderzenia się asteroidy z Ziemią. A więc teoria katastroficzna. Zwolennicy takich teorii opierają swój pogląd na fakcie, że na przełomie ery paleozoicznej, czyli tej najstarszej i mezozoicznej, czyli tej średniej, nastąpiło wyginięcie fauny charakterystycznej dla ery paleozoicznej i pojawienie się zupełnie innych organizmów w erze mezozoicznej. Podobnie działo się na przełomie ery mezozoicznej i kenozoicznej, czyli tej najmłodszej. I właśnie w tym czasie miało dojść do wyginięcia dinozaurów. Faktu wyginięcia nikt nie kwestionuje. Spór dotyczy tylko tego „jak”.

Wyginięcie na skutek „zatrucia” wyziewami wulkanicznymi i zmian klimatycznych jest procesem ciągłym, rozłożonym w czasie. Natomiast wyginięcie na skutek uderzenia asteroidy jest procesem nagłym, katastroficznym. To bardzo koresponduje z tym, co jest zapisane w Starym Testamencie. Dlatego dla wielu naukowców, szczególnie tych żydowskiego pochodzenia, teoria katastroficzna, nagłych zmian, jest łatwiejsza do przyjęcia. Nawet sam Einstein skłaniał się ku tym poglądom. Nic więc dziwnego, że owa Szwajcarka została, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zbanowana przez ówczesne środowisko naukowe Ameryki.

Parę dni temu na Interii pojawił się artykuł A jednak! To nie asteroida? Dinozaury i tak były bliskie zagłady. Inny powód, który mnie mocno zdziwił. Jego autor, Wojciech Brzeziński, m.in. pisze:

Czy dinozaury były skazane na zagładę i przed uderzeniem asteroidy? Najnowsze badanie, w którym naukowcy posłużyli się sztuczną inteligencją wskazuje, że dni wielkich gadów były policzone jeszcze przed kosmiczną kolizją.

Nikt nie kwestionuje, że do katastrofalnego uderzenia planetoidy faktycznie doszło. Jego ślady widzimy zresztą na całym świecie – geologiczne warstwy pochodzące z zamykającej erę dinozaurów kredy oddziela od późniejszego paleogenu cieniutka warstewka irydu. Ten pierwiastek, rzadki na Ziemi, ale całkiem powszechny na asteroidach, został rozpylony na całej powierzchni Ziemi przez kosmiczną eksplozję. 

Pytanie nie brzmi więc, czy asteroida zabiła dinozaury, ale czy jedynie przyspieszyła ich nieuchronny koniec. Czy wielkie gady były skazane na wymarcie już wcześniej. 

Coraz więcej dowodów geologicznych sugeruje bowiem, że świat dinozaurów już wcześniej znajdował się w klimatycznym i ekologicznym chaosie. Jego źródłem były ogromne erupcje wulkaniczne w tzw. Trapach Dekańskich. 

Trapy (ich nazwa pochodzi od szwedzkiego słowa trappa, oznaczającego “schody” ze względu na znajdujące się tam struktury przypominające schodki) to ogromny, wulkaniczny obszar obejmujący około połowy powierzchni dzisiejszych Indii. Powstały dokładnie wtedy, gdy wymierały dinozaury. Przez 300 tys. lat przed uderzeniem asteroidy i przez kolejnych 500 tys. lat po nim ogromne wulkany wyrzuciły z siebie ilość lawy tak ogromną, że pokryła niemal całe Indie dwukilometrową warstwą. 

Ale płynne skały nie były jedynym, co wydobywało się z ognistych czeluści. Przez 800 tys. lat te same wulkany wpompowały do atmosfery 10,4 biliona ton CO2 i 9,3 biliona ton dwutlenku siarki. Dla porównania, w latach 2000-2023 ludzkość emitowała około 16 mld ton CO2 rocznie. Tłoczymy do atmosfery gazy cieplarniane stukrotnie szybciej, niż robiły to starożytne wulkany, ale robimy to zaledwie od stulecia. Tamte wulkany pozostawały aktywne przez setki tysięcy lat. 

Wulkaniczne emisje musiały ocieplić klimat Ziemi, choć dwutlenek siarki nieco spowalniał ten proces. Gwałtowne klimatyczne zmiany musiały mieć dramatyczny wpływ na życie na Ziemi. Jak wielki? O to do tej pory trwają spory. 

x

Widać więc wyraźnie, że następuje powolne wycofywanie się z obowiązującej jeszcze do niedawna teorii katastroficznej na rzecz długotrwałego procesu. Ma to oczywiście związek z narzucaną nam teorią, że to człowiek, poprzez swoją działalność, jest przyczyną zmian klimatycznych i że to może doprowadzić do takich samych skutków, jak w przypadku dymiących niegdyś wulkanów, że ludzkość wyginie od nadmiaru emitowanych przez siebie gazów.

Dla porządku wypada powiedzieć, że dzieje Ziemi zostały podzielone na ery, a one na okresy. Mamy więc erę paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Czas przed erą paleozoiczną to prekambr, czyli to, co było przed kambrem, najstarszym okresem ery paleozoicznej. Era mezozoiczna dzieli się na trias, jurę i kredę. Kenozoiczna – na trzeciorzęd i czwartorzęd. Trzeciorzęd dzieli się na paleogen, o którym wspomniał autor cytowanego artykułu, i neogen. Chodzi więc o to, co działo się na granicy kredy i trzeciorzędu. Ktoś dociekliwy mógłby jeszcze zapytać: skoro mamy trzeciorzęd i czwartorzęd, to gdzie się podział pierwszorzęd i drugorzęd? Początkowo Francuzi proponowali podział dziejów Ziemi na pierwszorzęd, drugorzęd, trzeciorzęd i czwartorzęd. Natomiast Anglicy na ery paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Po targach zgodzono się na angielski podział, a erę kenozoiczną podzielono na trzeciorzęd i czwartorzęd. I tak zostało.

x

Czy tak rzeczywiście mogło być, jak opisuje to autor artykułu? Dla porównania fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi PWN (2011):

Często przywoływany scenariusz katastrofy kosmicznej opiera się na założeniu, że iryd występujący w czarnym granicznym ile pochodzi z ciała niebieskiego, które wówczas uderzyło w Ziemię. Coraz więcej argumentów przemawia jednak za tym, że za podwyższoną zawartością irydu (ściślej: platynowców) w osadach skondensowanych stratygraficznie, co było częstym zjawiskiem w historii geologicznej, stoi jakiś mechanizm biologiczny, a nie czynniki kosmiczne. Nie ma dowodu na dokładnie taki wiek jakiegokolwiek krateru meteorytowego. Nad brekcją impaktową w karterze Chicxulub na Jukatanie, długo uważanym za ślad po sprawcy katastrofy ekologicznej na granicy kredy i trzeciorzędu, jest osad z otwornicami kredowymi (zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że redeponowanymi). Jednak również w osadach dennych Zatoki Meksykańskiej drobiny szkliwa z meteorytu Chicxulub występują poniżej warstewki wzbogaconej w iryd. Oczywiście wielkie meteory i komety nierzadko zderzały się z Ziemią, również w okresie kredowym. Wątpliwe jednak, by katastrofa kosmiczna spowodowała skutki tak ekologicznie specyficzne, jakich dowodzi zapis paleontologiczny.

Jedną podstawowych zasad obowiązujących w geologii jest ta, że w przypadku warstw niezaburzonych, tj. leżących poziomo, jedna na drugiej, warstwy starsze leżą niżej, a młodsze wyżej. Jeśli więc nad brekcją impaktową, czyli, mówiąc po ludzku, kupą gruzu powstałą po uderzeniu meteorytu, leżą osady kredowe, to znaczy, że krater powstał wcześniej, jest starszy od osadów kredowych. Jeśli drobiny szkliwa z meteorytu leżą poniżej warstewki wzbogaconej w iryd, to znaczy, że uderzenie meteorytu nastąpiło wcześniej i powstał osad w postaci tych drobinek, a dopiero na nim osadziła się warstwa irydowa. Może to oznaczać, że ta warstwa irydowa nie ma nic wspólnego z upadkiem meteorytu. Zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że osad kredowy został redeponowany. To znaczy, że został przywleczony z innego miejsca, w którym powstał wcześniej, niż nastąpiło uderzenie meteorytu. Tylko, że trzeba to jakoś uzasadnić, a tego brakuje. Takie sytuacje zdarzają się. W Polsce mamy przykład tzw. kry kredowej, która, jako starsza, leży na młodszych osadach, ale ona została wyrwana z podłoża przez przesuwający się lodowiec i przywleczona na nowe miejsce.

Wymarcie dinozaurów miało jednak podłoże odmienne niż stopniowe wypieranie gadów ssakokształtnych przez dinozaury. W późnej kredzie nie ma żadnych objawów zastępowania dinozaurów we właściwych im ekosystemach przez jakiekolwiek inne grupy kręgowców. Ssaki przez całą kredę pozostawały zwierzętami na ogól drobnych rozmiarów i zapewne nocnego trybu życia. Co więcej, zachowały te cechy przynajmniej przez kilka milionów lat po ostatecznym wyginięciu dinozaurów. Wygląda więc na to, że do końca kredy nastąpił całkowity zanik ekosystemów właściwych dla dinozaurów, zamykając możliwości przetrwania tej grupie skrajnych ekologicznych specjalistów i grupom jej podobnym (amonity). Nadeszły trwające parę milinów lat czasy niestabilnego środowiska, niesprzyjające ekologicznej specjalizacji. Dopiero w eocenie (starszy trzeciorzęd – przyp. W.L.) pojawiły się roślinożerne ssaki o rozmiarach porównywalnych z późnokredowymi dinozaurami, nawet wówczas jednak największymi drapieżnikami były wciąż, pokrewne dinozaurom, krokodyle i ptaki. Trzeba więc było kilkunastu milionów lat przemian ewolucyjnych, by z drobnych nocnych oportunistów powstały wielkie ziemno-wodne zwierzęta realizujące strategię ekologiczną specjalistów.

Wymarcie dinozaurów, tak jak i gadów ssakokształtnych, nie było zupełne. Można wręcz powiedzieć, że z tych dwu wielkich gałęzi kręgowców, gady naczelne pozostawiły po sobie więcej linii ewolucyjnych i reprezentowanych przez większe zwierzęta. O ile bowiem jedyną pozostałością po gadach ssakokształtnych były drobne i nieliczne ssaki, o tyle pamiątką po epoce dinozaurów są krokodyle i, wywodzące się ze wspólnego z dinozaurami przodka, ptaki, grupy zgoła nie marginalnego znaczenia w starszym trzeciorzędzie.

x

Z powyższego cytatu wyłania się trochę inna interpretacja tego, co działo się na przełomie kredy i trzeciorzędu. Uzupełnienia wymaga też informacja o tych wulkanach, które wyrzucały z siebie tak ogromną ilość lawy. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W przypadku centralnych lawa wydobywa się przez okrągły otwór i tworzy się krater i stożek wulkaniczny, czyli taki wulkan jak Etna czy Wezuwiusz. I o takich pisał autor cytowanego artykułu. Są to gwałtowne erupcje, co czasem gdzieś można zobaczyć. W przypadku erupcji linijnych lawa spokojnie wydobywa się długimi szczelinami i rozpływa się po powierzchni. I tak właśnie powstawały m.in. te trapy na Dekanie. Współcześnie tego typu zjawiska można obserwować na Islandii. Tam dochodziło do wylewów w latach 930-950, 1783, 1947, 1950. Tworzyły się szczeliny od długości 25-30 km i lawa pokrywała obszar o powierzchni kilkuset km2. Na tych szczelinach powstawały później stożki wulkaniczne. Jednak w przeszłości było to zjawisko częstsze i przede wszystkim na o wiele większą skalę. Tak było na granicy kredy i trzeciorzędu w dorzeczu rzeki Kolumbii w północno-zachodnich stanach Stanów Zjednoczonych (lawa pokryła większą powierzchnię niż na Dekanie, ale o mniejszej grubości), na Dekanie, w Afryce Wschodniej, na północnej Syberii, w południowej Brazylii, w Patagonii i w innych miejscach.

Szczelinami wydobywają się lawy i bardzo niewielkie ilości popiołów. Pod tym względem wyjątkowy był wybuch nowozelandzkiego wulkanu Tarawera w 1886 roku. Powstała wówczas szczelina o długości 14 km, szerokości 120 metrów, głębokości 100-140 metrów, na której utworzyło się kilkanaście karterów wyrzucających tylko popioły i bomby wulkaniczne. Popioły pokryły obszar 200 000 km2. W 1759 roku w Meksyku utworzyła się szczelina, z której wyrzucane były kamienie i piasek; utworzyły one sześć stożków, z których jeden, największy, wyrzucał także lawę.

Wygląda więc na to, że zjawisko jest bardziej skomplikowane, niż przedstawia to autor cytowanego artykułu. Jeśli więc na podstawie jakiegoś uproszczonego modelu tworzą symulacje komputerowe i zatrudniają sztuczną inteligencję, to jaki pasztet z tego może wyjść? Chyba tylko Benny Hill mógłby wymyślić coś takiego.

x

W początkowych okresach rozwoju geologii zakładano, że procesy geologiczne przebiegają katastrofalnie. Głównym przedstawicielem tego poglądu był francuski uczony G. Cuvier (1769-1832). Sądził on, że skoro warstwy leżące nad sobą zawierają szczątki odmiennych organizmów, świat organiczny od czasu do czasu ginął wskutek jakichś katastrof, a następnie był na nowo odtwarzany. Jako pierwszy, Szkot J. Hutton (1726-1797), wysunął tezę, że procesy geologiczne przebiegają bardzo powoli i że w dawnych okresach geologicznych było tak samo. Jest to teza uniformitaryzmu, według której warunki na Ziemi w przeszłości były podobne do dzisiejszych, te same siły działały i wywoływały te same procesy geologiczne co dziś. Teraźniejszość, zdaniem Huttona, jest więc kluczem do przeszłości. Później Ch. Lyell (1797-1875), kolega Darwina, rozbudował i uzasadnił tezę Huttona, obalając twierdzenia katastrofistów. Na tym poglądzie opiera się metoda aktualizmu geologicznego, polegająca na obserwowaniu obecnie przebiegających procesów geologicznych w celu odtworzenia zjawisk geologicznych, które odbywały się w przeszłości. W sumie więc jest to metoda zbliżona do tej, której używa się w detektywistyce. Detektyw też próbuje, na podstawie pozostawionych śladów, odtworzyć to, co działo się wcześniej.

Tak więc podstawą, na której opiera się geologia, jako nauka, jest metoda uniformitaryzmu i aktualizmu geologicznego. Czy sprawdza się ona w praktyce? Jak najbardziej! Wszystkie złoża mineralne, które odkrył człowiek, zostały odkryte w oparciu o tę metodę i wiedzę z niej wynikającą. Czym innym jest jednak odkrycie jakichś złóż mineralnych, a czym innym jest wyjaśnienie, w jaki sposób one powstały. Na przykład na temat tego, jak tworzyły się złoża ropy naftowej nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Odkryte złoże to jest konkret. Znajduje się w tym i tym miejscu, na takiej a takiej głębokości i koniec dyskusji. A jak ono powstało? Interpretować można różnie, podobnie jak w przypadku wyginięcia dinozaurów. I tę słabość nauk przyrodniczych wykorzystuje ideologia, a konkretnie Żydzi, którzy są chyba twórcami wszystkich ideologii.

x

W końcowej części swojej książki Dzieje życia na Ziemi Jerzy Dzik pisze na temat metody naukowego poznania:

Są dwie główne strategie ścisłego naukowego poznania i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno się opierać na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.

To, co poniżej, to bełkot, ale to nie bełkot autora. On tylko opisuje bełkot Poppera, który był idolem G. Sorosa, a który to Soros miał ambicje, by być filozofem.

Poszukiwanie prawdy powinno więc polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, następnie odrzucaniu tych z nich, z których wypływają wnioski sprzeczne z obserwowanymi zjawiskami. Tylko te z teorii niesprzecznych z danymi doświadczalnymi należą należą do dziedziny nauki, które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone (sfalsyfikowane). Najlepsze są zaś te, które dają najwięcej możliwości sfalsyfikowania. Falsyfikacja jest tym łatwiejsza, im bardziej uniwersalne jest twierdzenie, tzn. im szerszy jest zakres opisywanych przezeń zjawisk i im bardziej kategoryczne jest określenie przewidywanego (dedukcyjnie) stanu. Wiedza nasza o rzeczywistości składa się, zgodnie z falsyfikacjonizmem, z zestawu nieodrzuconych do tej pory twierdzeń, stanowiących spójną logicznie konstrukcję. Nie ma twierdzeń pewnych, każde z nich stale jest narażone na falsyfikację i (lub) zastąpienie przez twierdzenie lepiej opisujące rzeczywistość. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację.

x

Napisałem, że to bełkot, bo jeśli według Poppera poszukiwanie prawdy ma polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, to na czym ma się opierać ta spontaniczność? No bo nie na metodzie indukcyjnej, którą odrzucił. A na czym? Tego nie wyjaśnia. Tylko te z teorii, niesprzecznych z danymi doświadczalnymi, należą do dziedziny nauki (Ale jak? Skoro dane doświadczalne uzyskuje się metodą indukcji), które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone. Raz dane doświadczalne są niedobre, a drugim razem mogą posłużyć do zanegowania (sfalsyfikowania) teorii. A najlepsze są te teorie, które najłatwiej sfalsyfikować. To już jest jakieś „sanatorium pod klepsydrą”. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację. Czyli stworzyć teorię, którą będzie można łatwo zanegować. Taki żydowski kit, że aż zęby bolą.

Nassim Nicholas Taleb w książce Zawiedzeni przez losowość (2016) pisze:

„Falsyfikacjonizm Poppera jest ściśle powiązany z pojęciem społeczeństwa otwartego. Jest to rodzaj społeczeństwa, w którym nie pielęgnuje się żadnych niezmiennych prawd, dzięki czemu mogą się rodzić nowe, sprzeczne z dotychczasowymi idee.” W naszych realiach to społeczeństwo otwarte to: róbta, co chceta.

I jeszcze jeden cytat z Dziejów życia na Ziemi Jerzego Dzika (wytłuszczenie W.L.):

Dlaczego mechanizmy przebiegu ewolucji mają znaczenie dla filozofów? Okazuje się, że roztrząsając problemy ewolucji nikomu nieznanych organizmów sprzed milionów lat, stajemy na rozdrożu wymagającym wyboru jednej z wielu dróg wiodących ku poznaniu, wielu epistemologii. Było tak za czasów Trofima Łysenki, jest i dziś, choć szczęśliwie ryzyko podjęcia wyboru niewłaściwego w stosunku do okoliczności jest dziś znacznie mniejsze.

Z jednej bowiem strony jest selekcjonistyczna teoria ewolucji (podstawowa dla programu syntetycznej teorii ewolucji) i koncepcja trzeciego świata Karla R. Poppera (podstawowa dziś dla politycznej koncepcji społeczeństwa otwartego), czy wreszcie sama metodologia falsyfikacjonizmu. Eksponują one znaczenie mechanizmów samoregulacji i płynnej akomodacji do czynników zewnętrznych rozważanych układów otwartych, czyli organizmów, społeczeństw, konstrukcji naukowych.

Na przeciwnym biegunie epistemologii saltacjonistyczne (skokowe – przyp. W.L.) koncepcje ewolucji biologicznej, rewolucyjne koncepcje rozwoju społeczeństw czy koncepcja paradygmatów Thomasa S. Kuhna akcentują znaczenie nieciągłych przejść pomiędzy układami. Zmiany mają następować w wyniku dialektycznego kumulowania przeciwieństw i skokowego przejścia w nową jakość. Trzeba pamiętać o tych filozoficznych podtekstach, kiedy śledzi się dyskusje o ewolucji.

x

A co to takiego paradygmat? Wikipedia pisze (wytłuszczenie W.L.):

Paradygmat (gr. παράδειγμα parádeigma „przykład, wzór”) – zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki; znaczenie to wprowadził filozof Thomas Kuhn w książce Struktura rewolucji naukowych (ang. The Structure of Scientific Revolutions) z 1962 roku.

W 13 rozdziałach Kuhn dowodzi, że nauka nie jest jednostajnym, kumulatywnym pozyskiwaniem wiedzy. Zamiast tego nauka jest serią spokojnych okresów przerywanych przez gwałtowne intelektualne rewolucje, po których jeden koncepcyjny światopogląd jest zamieniany przez inny. Kuhn spopularyzował w tym kontekście termin paradygmat, opisywany przez niego jako w istocie zbiór poglądów podzielanych przez naukowców, zestaw porozumień o pojmowaniu zagadnień. Pomimo tego krytycy zarzucali mu brak precyzji w stosowaniu tego terminu.

Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Paradygmat kieruje wysiłkiem badawczym społeczności naukowych i jest tym kryterium, które najbardziej ściśle identyfikuje obszary nauk. Fundamentalnym argumentem Kuhna jest to, że dla dojrzałej nauki typową drogą rozwojową jest kolejne przechodzenie w procesie rewolucji od jednego do innego paradygmatu. Gdy ma miejsce zmiana paradygmatu, „świat naukowy zmienia się jakościowo i jest jakościowo wzbogacany przez fundamentalnie nowe zarówno fakty, jak i teorie”.

xxx

O co chodzi z tym falsyfikacjonizmem? Otóż wcześniej było tak, że dla średniowiecznych scholastyków naukową metodą poznania była dedukcja, czyli czysto rozumowe postrzeganie rzeczywistości, bez związku z doświadczeniem realnego świata. Jednak w XVIII wieku nauka przeszła, według niektórych, do naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. John Stuart Mill tak sformułował ten problem: Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Każdy z nas zapewne nieraz widział białe łabędzie, ale ani razu nie widział czarnego. I tego doświadczali inni. Setki obserwacji potwierdzały tylko wniosek, że wszystkie łabędzie są białe. Ale po odkryciu Australii okazało się, że są również i czarne łabędzie. Dla przeciwników metody indukcyjnej był to argument, że obserwacja i doświadczenie nie przybliża nas do poznania prawdy i konieczne są inne metody, jak choćby falsyfikacjonizm, czyli wykazanie, że dana teoria jest nieprawdziwa.

Czy rzeczywiście chodzi tu o szukanie prawdy, czy może o coś innego? W mojej ocenie chodzi o to, by zachodziła pewna spójność pomiędzy naukami społecznymi i przyrodniczymi. Jeśli w naukach społecznych obowiązuje materializm dialektyczny, czyli rewolucyjny rozwój poprzez sprzeczności, to tak samo ma być w naukach przyrodniczych. Ewolucja to nie jest stopniowy, powolny proces, a przejście od jednego stanu do drugiego odbywa się gwałtownie, chciałoby się powiedzieć rewolucyjnie. Chodzi o wmówienie ludziom, tak podprogowo, że rewolucje czy wojny to jest naturalny proces, który obowiązuje również w przyrodzie.

A może też chodzi o robienie ludziom wody z mózgu: Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Co to znaczy „bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów”? I takie coś ma pozwolić „na wybór, ocenę i krytykę”. Chyba tylko żydowski umysł jest w stanie stworzyć coś tak nieuchwytnego, niejasnego, pokrętnego i jeszcze nazwać to metodą naukową.

Z kolei falsyfikacjonizm jest wygodnym narzędziem, gdy trzeba się podeprzeć nauką, a w danym momencie obowiązująca teoria naukowa nie pasuje do ideologii. Umożliwia on stworzenie w krótkim czasie nowej teorii, podpartej symulacjami komputerowymi i sztuczną inteligencją. W tym wypadku żmudne, czasochłonne badania i obserwacje nie są konieczne, a teoria zachowuje pozory naukowości. Skoro wmawia się ludziom, że zmiany klimatyczne są wynikiem nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, to wypada podeprzeć to odpowiednim argumentem naukowym. I już wyginięcie dinozaurów nie jest wynikiem uderzenia asteroidy, tylko wynikiem nadmiernej emisji tych gazów przez wybuchające wulkany.

x

Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłuszne więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo. – Jerzy Dzik Dzieje życia na Ziemi.

x

Aktualizacja z dnia 21.12.2023: Wybuch wulkanu na Islandii.

W poniedziałek 18 grudnia 2023 w południowo-zachodniej Islandii, po tygodniach intensywnych trzęsień ziemi, wybuchł wulkan – podało Biuro Meteorologiczne tego kraju. Jak widać jest to erupcja linijna. Do takich erupcji dochodziło, na daleko większą skalę, na granicy kredy i trzeciorzędu w wielu miejscach na Ziemi.

Henry Kissinger

29 listopada 2023 roku zmarł Henry Kissinger. Dożył stu lat, a więc sprawdziło się w jego przypadku powiedzenie, że złego licho nie bierze. Dla wielu był on wcieleniem zła, ale dla politycznego establishmentu był wybitną osobowością. Jak widać punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W związku z jego śmiercią ukazało się mnóstwo artykułów w prasie i komentarzy w internecie. Większość z nich jest oczywiście krytyczna i przypomina zbrodnie Kissingera. Jeden z takich krótkich komentarzy zamieścił kanał Break Through News.

Jest w nim mowa o tym, że odpowiadał za jedne z najbardziej okrutnych zbrodni ludobójstwa w historii świata. Za czasów prezydenta Nixona (1969-1973) był odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi w Wietnamie, Kambodży i Laosie. Był odpowiedzialny za 3.875 bombardowań Kambodży, które celowo były skierowane przeciwko ludności cywilnej. Laos do dnia dzisiejszego pozostaje najbardziej zbombardowanym państwem w historii świata. W Chile Kissinger odpowiadał za osobiste kierowanie puczem w 1973 roku, który doprowadził do upadku rządu Salvadora Allende i przejęcia władzy przez Augusto Pinocheta. Rząd Pinocheta odpowiada śmierć tysięcy osób i torturowanie dziesiątek tysięcy osób w czasie 16-letnich rządów. Pomógł on także pakistańskiemu dyktatorowi Yahya Khan w jego wojnie z powstaniem w Bangladeszu w 1971 roku, w wyniku której, według szacunków, zginęło od 300 tys. do 3 milionów ludzi. Kissinger poparł też i uzbroił indonezyjskiego dyktatora Suharto, który we Wschodnim Timorze w 1975 roku doprowadził do śmierci 200 tys. ludzi. W 1976 roku zaakceptował też działania junty w Argentynie w jej wojnie z lewicą. Skutkiem tego były brutalne morderstwa, tortury i zaginięcie ponad 30 tys. ludzi. – To tylko niektóre zbrodnie Kissingera. Bezspornym wydaje się więc, że powinien być zapamiętany jako ten, który opowiada za jedne z największych masowych mordów w historii.

Leszek Sykulski w swoim podkaście geopolitycznym mówi m.in.:

Kissinger był sekretarzem stanu w czasie prezydentury Nixona i Forda. To ikona amerykańskiego imperializmu. Był on jednym z architektów amerykańskiej polityki imperialnej. Według niektórych analityków Kissinger ponosi odpowiedzialność za śmierć 3 mln ludzi. Nadzorował tajną operacją dywanowego bombardowania Kambodży, gdzie zginęło mnóstwo ludzi. Był to człowiek, który sabotował szanse na rozejm w Wietnamie. I to działalność Kissingera przeciągnęła tę wojnę o 7 lat. Był odpowiedzialny za akcję CIA, która zainstalowała rządy Augusto Pinocheta w Chile. Oblicza się, że na Kambodżę Stany Zjednoczone wykonały ponad 3,5 tys. bombardowań w latach 1969-1970. Szacuje się, że amerykańskie lotnictwo zrzuciło wówczas więcej bomb, niż w trakcie II wojny światowej. Niewątpliwie działania te przyczyniły się do przejęcia władzy w Kambodży przez Czerwonych Khmerów i wymordowania przez nich ponad dwóch milionów jej obywateli.

Pamiętajmy, że ten człowiek ma bardzo wielu apologetów we współczesnych elitach amerykańskiej polityki zagranicznej, w elitach akademickich w Stanach Zjednoczonych. Natomiast, pamiętajmy, jest to człowiek, który osobiście sabotował jedyną szansę na zakończenie wojny w Wietnamie w 1968 roku. To działanie miało zabezpieczyć mu dojście do władzy w administracji Nixona.

x

W Wikipedii można przeczytać m.in.:

Henry Kissinger urodził się 27 maja 1923 w Fürth w niemieckiej Bawarii, w rodzinie żydowskiej. Był synem nauczyciela Louisa Kissingera (ur. 1887) oraz pochodzącej ze stosunkowo zamożnej i wpływowej rodziny Pauli Kissinger z domu Stern (ur. 1901 w Leutershausen). Jego prapradziadkiem ze strony ojca był Meyer Löb (1767–1838), żydowski nauczyciel z Kleineibstadt, który w 1817 przyjął nazwisko Kissinger na cześć uzdrowiskowej miejscowości Bad Kissingen, będącej od 1795 jego miejscem zamieszkania – zastosował się w ten sposób do przyjętego w 1813 w Bawarii prawa, które wymagało od niemających (w sensie niemieckim) nazwisk Żydów ich posiadania. Miał młodszego brata Waltera (1924–2021). Był wychowywany w ortodoksyjnej odmianie wyznania żydowskiego i w młodości spędzał codziennie dwie godziny na pilnym studiowaniu Biblii i Talmudu.

Kissinger był nieśmiałym i introwertycznym dzieckiem. Mając dobre wyniki w nauce w lokalnej szkole żydowskiej marzył o kontynuowaniu nauki w Gymnasium, prestiżowej państwowej szkole średniej, jednak zanim osiągnął odpowiedni wiek przestała ona przyjmować Żydów. W 1938 rodzina Kissingera w reakcji na coraz bardziej antysemicką politykę Niemiec podjęła decyzję o ucieczce do Stanów Zjednoczonych. 20 sierpnia 1938 rodzina wyruszyła drogą morską przez Londyn do Nowego Jorku.

Chcąc mieć większy wpływ na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, Henry Kissinger został doradcą ds. polityki zagranicznej podczas kampanii prezydenckich Nelsona Rockefellera, wspierając jego starania o nominację Partii Republikańskiej w latach 1960, 1964 i 1968. W latach 1961–1968, oprócz wykładania na Uniwersytecie Harvarda, był specjalnym doradcą prezydentów Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona w sprawach polityki zagranicznej. W 1969 ostatecznie odszedł z Harvarda i objął funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, którą pełnił do 1975, ponadto w latach 1973–1977 sprawował też urząd sekretarza stanu – oba stanowiska piastował najpierw w administracji prezydenta Richarda Nixona, a później Geralda Forda. W 1972 wraz z Richardem Nixonem został Człowiekiem Roku tygodnika „Time”.

Wielką próbą polityki zagranicznej w karierze Kissingera była wojna wietnamska, która zanim został doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego stała się niezwykle kosztowna, zabójcza i niepopularna. Dążąc do osiągnięcia „pokoju z honorem”, Kissinger połączył inicjatywy dyplomatyczne i wycofanie wojsk z niszczycielskimi kampaniami bombowymi w Wietnamie Północnym, mającymi na celu poprawę amerykańskiej pozycji negocjacyjnej i utrzymanie wiarygodności kraju w oczach międzynarodowych sojuszników i wrogów. Oprócz tego Kissinger zainicjował tajną kampanię bombową w Kambodży. Zarówno strategia „pokoju z honorem” w Wietnamie, jak i bombardowanie Kambodży budzą niemałe kontrowersje. „Pokój z honorem” przedłużył wojnę o cztery lata i kosztował życie 22 000 żołnierzy amerykańskich oraz niezliczonej liczby Wietnamczyków, zaś bombardowanie Kambodży wyniszczyło kraj i jest uznawane za czynnik, który pomógł Czerwonym Khmerom przejąć tam władzę.

27 stycznia 1973 Kissinger i jego północnowietnamski partner negocjacyjny Lê Đức Thọ ostatecznie podpisali porozumienie o zawieszeniu broni, kończące bezpośrednie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w konflikt. W tym samym roku obaj politycy zostali uhonorowani Pokojową Nagrodą Nobla, której przyjęcia Lê odmówił, pozostawiając Kissingera jako jedynego jej odbiorcę. Przyznanie Kissingerowi nagrody jest uznawane za jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji przyznającego ją Norweskiego Komitetu Noblowskiego w historii. Jako protest przeciwko tej decyzji dwóch członków Komitetu zrezygnowało z członkostwa, co stało się po raz pierwszy w historii przyznawania tej nagrody.

Kissinger miał także niemały wkład w rozwój relacji Stanów Zjednoczonych z Chińską Republiką Ludową. W 1971 odbył dwie tajne podróże do tego państwa, torując drogę do historycznej wizyty prezydenta Richarda Nixona w Chinach w 1972 i normalizacji stosunków chińsko-amerykańskich w 1979 roku.

Henry Kissinger ustąpił ze stanowiska sekretarza stanu po zakończeniu kadencji administracji Geralda Forda w 1977, jednak wciąż odgrywał znaczącą rolę w amerykańskiej polityce zagranicznej. W 1983 prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan powierzył mu przewodzenie Dwupartyjnej Komisji Narodowej ds. Ameryki Środkowej (National Bipartisan Commission on Central America). W latach 1984–1990, zarówno pod rządami Ronalda Reagana jak i jego następcy George’a H.W. Busha, zasiadał w Radzie Doradczej Prezydenta ds. Wywiadu Zagranicznego (President’s Foreign Intelligence Advisory Board).

Odegrał rolę w tzw. sprawie szpiegowskiej Rio Tinto z lat 2009–2010. Zgodnie z doniesieniami medialnymi zainkasował blisko 5 milionów dolarów za poinstruowanie koncernu wydobywczego Rio Tinto, jak odciąć się od aresztowanego w Chinach za łapówkarstwo pracownika, obywatela Australii Sterna Hu, i zbudować dobre relacje z chińskimi władzami.

Tuż po wyborze na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2016 Donald Trump zwrócił się do Kissingera z prośbą, aby został jego doradcą o specjalnym charakterze. 17 listopada 2016 Kissinger odbył spotkanie z prezydentem-elektem Trumpem, podczas którego obaj politycy omówili sprawy globalne. W maju 2017 Kissinger spotkał się z Trumpem w Białym Domu.

x

Zapewne te wszystkie komentarze i analizy, jakie pojawiły się po śmierci Kissingera, skupiają się na nim jako polityku, ale nie na tym, jakim był człowiekiem. W listopadzie 1972 roku Oriana Fallaci przeprowadziła z nim wywiad (Oriana Fallaci Wywiad z historią Świat książki, 2016). Był to nietypowy wywiad, bo składał się z dwóch części. Kissinger postawił warunek: zanim udzieli jej wywiadu, to sam przeprowadzi z nią wywiad i po nim oceni, czy warto jej udzielić wywiadu. Był to jedyny wywiad, jakiego udzielił Kissinger w swoim życiu. We wstępie do niego Fallaci m.in. pisze:

Ten człowiek jest zbyt sławny, zbyt ważny, mający zbyt wielkie szczęście, którego określano przydomkiem Superman, Superstar, Superkraut, a który zawierał paradoksalne sojusze, osiągał niemożliwe porozumienia, sprawiał, że świat wstrzymywał oddech, jakby ten świat był grupą jego studentów z Harvardu. Ten niewiarygodny, niezrozumiały, w gruncie rzeczy absurdalny osobnik, który spotykał się z Mao Tse-tungiem, kiedy tylko chciał, wchodził do Kremla, kiedy miał na to ochotę, budził prezydenta Stanów Zjednoczonych i wkraczał do jego pokoju, kiedy uznał to za stosowne. Ten pięćdziesięciolatek w okularach z zausznikami, w porównaniu z którym James Bond był całkowicie jałowym wymysłem. On nie strzelał, nie bił się na pięści, nie wyskakiwał z rozpędzonych samochodów jak James Bond, ale doradzał wojny, kończył wojny, rościł sobie prawo do zmiany naszego losu, a nawet go zmieniał. Kim więc, koniec końców, był ten Henry Kissinger?

(…) Nie przypadkiem można go było uznawać za drugiego najpotężniejszego człowieka Ameryki. Chociaż niektórzy uważali, że był kimś więcej, o czym świadczy dowcip, który w okresie mojego wywiadu krążył po Waszyngtonie: „Pomyśl, co by się stało, gdyby umarł Kissinger, Richard Nixon zostałby prezydentem Stanów Zjednoczonych…”.

Nazywano go umysłową niańką Nixona. Dla niego i Nixona ukuto złośliwe i demaskatorskie nazwisko: Nixinger. Prezydent nie mógł się bez niego obyć. Chciał go mieć zawsze u boku: podczas każdej podróży, uroczystości, oficjalnej kolacji, w czasie wakacji. A przede wszystkim przy podejmowaniu każdej decyzji. Jeśli Nixon postanawiał jechać do Pekinu, wprawiając w osłupienie prawicę i lewicę, to właśnie Kissinger podsunął mu wcześniej pomysł podróży do Pekinu. Jeśli Nixon postanawiał jechać do Moskwy, żeby zmylić Wschód i Zachód, to Kissinger zasugerował mu, by udał się do Moskwy. Jeśli Nixon postanawiał zawrzeć ugodę z Hanoi i opuścić Thieu, to Kissinger przekonał go do tego kroku. Jego domem był Biały Dom. Kiedy nie był akurat w podróży jako ambasador, tajny agent, minister spraw zagranicznych, negocjator, wchodził do Białego Domu wczesnym rankiem, a wychodził wieczorem. (…)

Człowiek ten pozostawał zatem zagadką, tak samo jak jego nieporównywalny sukces. Jedną z przyczyn takiej tajemnicy był fakt, że zbliżyć się do niego, zrozumieć go było niezwykle trudno, nie udzielał bowiem indywidualnych wywiadów, wypowiadał się wyłącznie na konferencjach prasowych zwoływanych przez biuro prezydenta. Tak więc przysięgam, dotąd jeszcze nie zrozumiałam, dlaczego zgodził się mnie przyjąć zaledwie trzy dni po otrzymaniu mojego pozbawionego złudzeń listu. On sam mówi, że to z powodu mojego wywiadu z generałem Giapem (pokonał Francuzów pod Dien Bien Phu – przyp. W.L.), przeprowadzonego w Hanoi w lutym 1969 roku. Być może. Pozostaje jednak faktem, że po tym nadzwyczajnym „tak” zmienił zdanie i postanowił zobaczyć się ze mną pod jednym warunkiem: że mi nic nie powie. Podczas spotkania to ja miałam mówić i na podstawie tego, co powiem, on miał postanowić, czy udzieli mi wywiadu, czy też nie. Zakładając, że znajdzie czas. Co też rzeczywiście się stało w Białym Domu, w czwartek 2 listopada 1972 roku, kiedy zobaczyłam go, jak nadchodzi zaspany, bez uśmiechu, mówiąc: „Good morning, miss Fallaci”. Następnie, wciąż bez uśmiechu, wprowadził mnie do swojego eleganckiego gabinetu, pełnego książek, telefonów, papierów, abstrakcyjnych obrazów, fotografii Nixona. Tutaj zapomniał o mnie, pogrążywszy się w lekturze długiego maszynopisu. Było to trochę kłopotliwe siedzieć tam pośrodku pokoju, podczas gdy on czytał odwrócony do mnie tyłem. Z jego strony było to również głupie, prostackie. Pozwoliło mi jednak przyjrzeć mu się, zanim on przyjrzał się mnie. Nie tylko po to, żeby odkryć, że nie jest pociągający, taki niski, krępy, przygnieciony tą wielką, baranią głową, ale by odkryć, że wcale nie jest swobodny ani pewny siebie. Zanim z kimś się zmierzy, potrzebuje zyskać na czasie i osłonić się swoją władzą. Jest to zjawisko częste u osób nieśmiałych, które chcąc to ukryć, stają się w końcu niegrzeczne. Albo naprawdę takie są.

W piętnastej minucie rozmowy, kiedy plułam już sobie w brodę, że zgodziłam się na ten absurdalny wywiad ze strony kogoś, z kim sama chciałam go przeprowadzić, zapomniał trochę o Wietnamie i tonem gorliwego reportera zapytał, którzy przywódcy państwowi wywarli na mnie największe wrażenie (bardzo lubi to określenie). Zrezygnowana, sporządziłam mu taką listę. Zgodził się przede wszystkim, jeśli chodzi o Bhutto: „Bardzo inteligentny, bardzo błyskotliwy”. Zdziwiła go natomiast Indira Gandhi: „Naprawdę podobała się pani Indira Gandhi?”. Nie chciał też uzasadnić złego wyboru, jaki zasugerował Nixonowi podczas konfliktu indyjsko-pakistańskiego, kiedy stanął po stronie Pakistańczyków, którzy mieli przegrać wojnę przeciwko Hindusom, którzy mieli ją wygrać. Na temat innego przywódcy, o którym powiedziałam, że nie wydał mi się inteligentny, ale bardzo mi się spodobał, wypowiedział się następująco: „Inteligencja nie jest potrzebna, żeby być przywódcą państwa. Cechą, która liczy się u przywódców państwa, jest siła. Odwaga spryt i siła”. Uważam to zdanie za jedno z najciekawszych, jakie mi powiedział. Dobrze ilustruje jego typ, jego osobowość. Mężczyzna kocha siłę ponad wszystko. Odwaga, spryt i siła. Inteligencja interesuje go wiele mniej, choć ma jej dużo, jak wszyscy twierdzą. (Czy chodzi jednak o inteligencję, czy też o erudycję i przebiegłość? Według mnie, inteligencja, która się liczy, rodzi się ze zrozumienia ludzi. Nie powiedziałabym, że ma on taką inteligencję. Należałoby przeprowadzić na ten temat trochę głębsze badania. Założywszy, że warto).

Mniej więcej w dwudziestej piątej minucie uznał, że zdałam egzamin. (…) Tak więc o dziesiątej w sobotę 4 listopada znów znalazłam się w Białym Domu. O dziesiątej trzydzieści ponownie wchodziłam do jego gabinetu, żeby rozpocząć być może najbardziej niewygodny wywiad, jaki kiedykolwiek przeprowadziłam. Boże, co za męka! Co dziesięć minut przerywał nam dzwonek telefonu i był to Nixon, który czegoś chciał, nieznośny, dokuczliwy jak dziecko, które nie potrafi przebywać z dala od mamy. Kissinger odpowiadał z troskliwością i uniżonością, zaś rozmowa ze mną rwała się, czyniąc jeszcze trudniejszym wysiłek, by choć trochę go zrozumieć. Wreszcie, w najciekawszym momencie, kiedy zdradzał mi nieuchwytną istotę swojej osoby, znów zadźwięczał jeden z telefonów. I znów był to Nixon: czy pan Kissinger może do niego na chwilę zajrzeć? Oczywiście, panie prezydencie. Zerwał się na równe nogi, powiedział, żebym na niego zaczekała, spróbuje dać mi jeszcze trochę czasu, i wyszedł. Tak zakończyło się moje spotkanie. Dwie godziny później, kiedy wciąż jeszcze czekałam, asystent Dick Campbell przyszedł zakłopotany, żeby mi wyjaśnić, iż prezydent wylatuje do Kalifornii i pan Kissinger musi mu towarzyszyć. Nie wróci do Waszyngtonu przed wtorkowym wieczorem, kiedy rozpocznie się obliczanie głosów, ale szczerze wątpi, bym mogła dokończyć wywiad w tych dniach. Gdybym mogła poczekać do końca listopada, kiedy tak wiele spraw się wyjaśni…

Nie mogłam i nie było warto. Czemu miałaby służyć próba potwierdzenia portretu, który miałam już w ręku? Portretu, który rodzi się z chaosu myśli, barw, wymijających odpowiedzi, wyważonych zdań, irytującego milczenia. (…)

x

Wypada tu jeszcze przytoczyć ten fragment wywiadu, „kiedy zdradzał mi nieuchwytną istotę swojej osoby”, czyli gdy Fallaci miała go już prawie na widelcu. Są to ostatnie dwa pytania tego wywiadu:

Czy jest pan przeciwko małżeństwu?

Nie. Małżeństwo czy też jego brak to dylemat, którego nie można rozwiązać jako kwestię zasady. Mogłoby się zdarzyć, że ponownie się ożenię… tak, mogłoby się tak zdarzyć. Ale wie pani, kiedy jest się poważnym człowiekiem jak ja, to koniec końców, koegzystować z drugą osobą i przetrwać taką koegzystencję jest bardzo trudno. Związek między kobietą a takim jak ja typem jest nieuchronnie bardzo skomplikowany… Trzeba być rozważnym. Och, trudno mi to wyjaśnić. Nie jestem osobą, która zwierza się dziennikarzom.

Zauważyłam, doktorze Kissinger. Nigdy nie przeprowadzałam wywiadu z kimś, kto tak bardzo uchylałby się przed pytaniami i precyzyjnymi określeniami, z nikim, kto tak jak pan broniłby się przed czyjąś próbą przeniknięcia swojej osobowości. Czy jest pan nieśmiały, panie Kissinger?

Tak. Dosyć. Sądzę natomiast, że jestem bardzo zrównoważony. Widzi pani, niektórzy przedstawiają mnie jako osobę niespokojną, tajemniczą, inni zaś pokazują mnie jako człowieka niemal wesołego, który ciągle się uśmiecha, wciąż się śmieje. Obydwa wizerunki są nie do końca prawdziwe. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem… Nie powiem pani, kim jestem. Nigdy nikomu tego nie powiem.

xxx

Podobno Kissinger żałował w życiu tylko jednej rzeczy, właśnie tego, że udzielił wywiadu Orianie Fallaci. W tym wstępie, do tego wywiadu, napisała ona też, że w 1938 roku wraz z ojcem, matką i bratem Walterem uciekł do Londynu, a potem do Nowego Jorku, że miał wtedy piętnaście lat, a na imię Heinz, a nie żaden Henry, i nie znał słowa po angielsku. Nauczył się go bardzo szybko. Natomiast Antony C. Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983) zamieścił taką uwagę: „Pozwolimy sobie w tym miejscu na pewną plotkę: otóż kilku przedstawicieli establishmentu stwierdziło, że David Rockefeller jest zwyczajnie niezbyt bystry, a Nelson Rockefeller był jedynym człowiekiem w Ameryce, który potrafił do tego stopnia kaleczyć język angielski, by w jednym zdaniu pomieścić aż dwa błędy formalne”. Tak więc demonizować Żydów nie należy, co nie zmienia faktu, że Kissinger był ponadprzeciętnie uzdolniony. Tylko czy ta ponadprzeciętność dawała prawo, usprawiedliwiała, poprzez podejmowane decyzje, wymordowanie milionów ludzi?

Przypadek Kissingera skłania do refleksji nad naturą władzy. Czym ona jest? Skąd ona się bierze? Kto tak naprawdę rządzi? Antoni Mączak w książce Rządzący i rządzeni (1986) we wstępie do niej pisze:

„W każdej rzeczypospolitej – jakakolwiek byłaby wielka, w każdym państwie – jakkolwiek byłoby ludne, rzadko zdarza się, by więcej niż pięćdziesięciu obywateli w jednym czasie wstępowało na szczeble władzy. Ani w starożytności w Atenach czy w Rzymie, ani obecnie w Wenecji czy Lukce nie ma wielu obywateli rządzących państwem, choć rządy w tych krajach nazywa się republikańskimi.”

Tak rozumował współczesny Makiawelowi kronikarz sieneński, a w jego krótkich zdaniach mieści się jeden z wielkich problemów, przed którymi staje – świadomie lub nie – każdy, kto bada systemy władzy. Autor ów, Claudio Tolomei, miał przed oczami scenę swej znacznej, ale bardzo przez możniejsze organizmy polityczne zagrożonej republiki miejskiej, obserwował mechanizmy polityczne w środowiskach mieszczańskich, ale znał także ówczesnych „tyranów”, przekształcających się właśnie we Włoszech w książąt terytorialnych. Za jego dorosłego życia rozegrał się w środkowych i północnych Włoszech dramat zakończenia wojen o ten kraj, uwieńczony zwycięstwem imperium habsburskiego nad Francją Franciszka I. Wreszcie jak każdy intelektualista włoski tych lat sięgał Tolomei do dostępnych wówczas autorów antycznych, czerpiąc od nich odwagę do ujmowania rzeczywistości w zwięzłe jednoznaczne tezy, do przerzucania mostów nad różnicami kultur, przestrzeni i czasu.

x

W tych wszystkich komentarzach, artykułach, które pojawiły się po śmierci Kissingera, nie ma zapewne tej jednej, ale najważniejszej informacji, a mianowicie tej, że Kissinger swoją nadzwyczajną władzę osiągnął, nie w wyniku demokratycznych wyborów, tylko w wyniku nominacji. A kto go nominował na stanowisko sekretarza stanu czy doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego? Chyba raczej nie Nixon. Nixon, który ustąpił ze stanowiska w 1974 roku po Aferze Watergate, a Kissingerowi włos z głowy nie spadł. Nixon usilnie starał się o reelekcję, ale w wyniku słabnącego poparcia ze względu na przedłużającą się wojnę w Wietnamie, posunął się do nielegalnych sposobów walki ze swoimi przeciwnikami politycznymi. A przecież to działania Kissingera doprowadziły do przedłużenia tej wojny. Jak mówi przysłowie: cygan zawinił, a kowala powiesili.

Był więc Kissinger takim niezatapialnym statkiem na amerykańskiej scenie politycznej. Prawdopodobnie przez całe swoje aktywne życie polityczne miał wpływ na większość, jeśli nie na wszystkich, prezydentów Stanów Zjednoczonych. I bardzo możliwe, że to on wykreował swoich następców, którzy, tak jak on, kierują amerykańską, a więc i światową sceną polityczną z tylnego siedzenia. Tak więc Kissinger i jego działalność to dowód na to, że demokracja jest fikcją, że wyborcy nie mają na nic wpływu. Tylko czy oni zdają sobie z tego sprawę? Prawdopodobnie w zdecydowanej większości – nie. I na tym polega ten myk z demokracją.

Korea

Konferencja pokojowa w Wersalu w 1919 roku była raczej konferencją wojenną, bo jej postanowienia doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. I nie było to dziełem przypadku, głupoty obradujących czy ich naiwności. Wszystko robiono, by do tej wojny doszło. I tak też się stało. W Europie starły się dwie potęgi: bolszewicki Związek Radziecki i nazistowskie Niemcy. Na Dalekim Wschodzie Japonia podbiła całą Azję wschodnią. Po zakończeniu tej wojny nastąpił nowy podział Europy. Niemcy podzielono na dwa państwa, a w Azji podzielono Wietnam i Koreę. Zjednoczenie Niemiec to krok na drodze do ich dominacji w Europie kontynentalnej i być może, w dalszej perspektywie, konflikt z Rosją. W Azji nastąpiło zjednoczenie Wietnamu, ale pozostała jeszcze podzielona Korea. Czy ma ona jeszcze swoją rolę do odegrania? Bardzo możliwe, że tak. Ten podział Korei jest najwyraźniej do czegoś potrzebny wielkim tego świata.

Jak doszło do podziału Korei po II wojnie światowej i jak przebiegała wojna koreańska w latach 1950-1953, to o tym poniżej. Informacje na ten temat pochodzą z polskiej i angielskiej Wikipedii.

x

Od XVII do XIX wieku Korea była zależna od Chin. Od 1895 roku niepodległa, a od 1897 roku istniało Cesarstwo Koreańskie. Na skutek wojny rosyjsko-japońskiej (1904-1905) Korea stała się protektoratem japońskim. W 1910 roku kraj został oficjalnie zajęty przez Japonię. Rozpoczął się długi okres okupacji (1910-1945). W latach 1919-1945 funkcjonował w Chinach Koreański Rząd Tymczasowy. Na terenie Korei istniał ogólnokrajowy ruch oporu. Szczególnie silna była komunistyczna partyzantka Kim Ir Sena.

Na konferencji w Kairze w listopadzie 1943 roku Chiny, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zadecydowały, że „w odpowiednim czasie Korea stanie się wolnym i niepodległym państwem”. Na konferencji w Teheranie w listopadzie 1943 roku i na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku Związek Radziecki zobowiązał się, że przystąpi do wojny na Dalekim Wschodzie w ciągu trzech miesięcy od zwycięstwa w Europie. Niemcy oficjalnie poddały się 8 maja 1945 roku, a Związek Radziecki wypowiedział wojnę Japonii i najechał Mandżurię 8 sierpnia 1945 roku, a więc, zgodnie z obietnicą, po trzech miesiącach. Było to dwa dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę. Jeszcze przed 10 sierpnia Armia Czerwona weszła do północnej Korei.

W nocy 10 sierpnia w Waszyngtonie amerykańscy pułkownicy Dean Rusk i Charles H. Bonesteel III otrzymali zadanie podziału Korei na sowiecką i amerykańską strefę okupacyjną i zaproponowali 38. równoleżnik jako linię podziału. Zostało to włączone do Rozkazu Generalnego Stanów Zjednoczonych nr 1, który był odpowiedzią na kapitulację Japonii 15 sierpnia. Wyjaśniając wybór 38. równoleżnika, Rusk zauważył, że „chociaż znajdował się on dalej na północ, niż mogłyby realistycznie dotrzeć siły amerykańskie [sic!] w przypadku braku porozumienia z Sowietami… uznaliśmy za ważne włączenie stolicy Korei do strefy wpływu wojsk amerykańskich”. Zauważył też, że „stanął w obliczu niemożności szybkiego użycia wojsk amerykańskich oraz zbyt krótkiego czasu i dużych odległości, które to czynniki utrudniałyby dotarcie bardzo daleko na północ, zanim wojska radzieckie wkroczą na ten obszar”. Jak wskazuje komentarz Ruska, Stany Zjednoczone miały wątpliwości, czy rząd radziecki zgodzi się na proponowaną linię podziału. Radziecki przywódca Józef Stalin podtrzymał jednak swoją wojenną politykę współpracy i 16 sierpnia Armia Czerwona zatrzymała się na 38 równoleżniku na trzy tygodnie, czekając na przybycie sił amerykańskich od południa.

W dniu 7 września 1945 r. generał Douglas MacArthur wydał Odezwę nr 1 do narodu koreańskiego, ogłaszając kontrolę wojskową Stanów Zjednoczonych nad Koreą na południe od 38 równoleżnika i ustanawiając angielski jako język urzędowy podczas kontroli wojskowej. 8 września amerykański generał porucznik John R. Hodge przybył do Incheon, aby przyjąć kapitulację Japonii na południe od 38 równoleżnika. Mianowany na gubernatora wojskowego Hodge bezpośrednio kontrolował Koreę Południową jako szef Rządu Wojskowego Armii Stanów Zjednoczonych w Korei (USAMGIK 1945–48).

W grudniu 1945 roku po konferencji moskiewskiej Stany Zjednoczone i ZSRR utworzyły komisję mającą na celu stworzenie w drodze powszechnych wyborów jednego rządu ogólnokoreańskiego. Sowieci w swojej strefie okupacyjnej prześladowali partie prawicowe i narodowe, a Amerykanie w swojej strefie siły komunistyczne, co spowodowało, że wybory odbyły się w każdej ze stref osobno. W sierpniu 1948 roku proklamowano w Seulu utworzenie Republiki Korei z prezydentem Li Syng Manem na czele, na co odpowiedzią było utworzenie we wrześniu 1948 roku Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej na północy, gdzie premierem rządu został Kim Ir Sen. Rozbieżne interesy mocarstw doprowadziły do trwałego, tragicznego podziału Korei. Od północy Korea Północna graniczyła z ZSRR (20 km granicy) i Chinami rozdartymi wojną domową. Dopiero po ostatecznej klęsce Czang Kaj-szeka i jego ucieczce na Tajwan głównodowodzący Chińską Armią Ludowo-Wyzwoleńczą Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku w Pekinie Chińską Republikę Ludową. W oczywisty sposób wzmocniło to pozycję i aspiracje komunistów koreańskich. Później zaś bezpośrednie zaangażowanie militarne komunistycznych Chin w wojnę w Korei rozstrzygnęło o remisowym rezultacie konfliktu.

Kim Ir Sen, przywódca KRLD, od chwili utworzenia państwa północnokoreańskiego snuł plany „wyzwolenia” południowej części półwyspu, apelując o pomoc do Stalina, ten jednak odmawiał, obawiając się otwartego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. ZSRR nie miał jeszcze w swym arsenale broni jądrowej, nie mógł też liczyć na żadne poparcie ze strony Chin, w których nadal trwała wojna domowa. Dlatego zgodnie z rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ nakazującą wycofanie obcych wojsk z Korei do końca grudnia 1948 roku wycofał swe wojska z KRLD (wojska amerykańskie Republikę Korei opuściły dopiero w czerwcu 1949 roku). Podobne plany miał Li Syng Man, tym bardziej że ONZ, zdominowana przez państwa niepodporządkowane ZSRR, uznawała jego rząd za jedyne legalne przedstawicielstwo narodu koreańskiego. Zarówno Kim Ir Sen jak i Li Syng Man oraz oba państwa koreańskie czyniły przygotowania polityczne i militarne do wypełnienia swej „misji dziejowej”. Powodowało to stałe incydenty na granicy, które w sierpniu 1949 roku przybrały formę „małej wojny na 38 równoleżniku”.

Armia południowokoreańska po wycofaniu się wojsk amerykańskich w czerwcu 1949 roku miała charakter sił policyjnych. W 1948 roku na wyspie Czedżu wybuchło zbrojne powstanie komunistyczne, stłumione brutalnie przez siły rządowe. Uzyskanie w 1949 roku przez ZSRR broni jądrowej i proklamowanie 1 października 1949 roku ChRL przez Mao, kończące wojnę domową w Chinach, stworzyło warunki do próby „zjednoczenia Korei” drogą agresji zbrojnej przez Kim Ir Sena. Uzyskanie zapewnień o pomocy materialnej z ZSRR i ewentualnego wsparcia Mao otwierało drogę do wojny. Nieroztropna wypowiedź Deana Achesona z 12 stycznia 1950 roku pomijająca Koreę Południową w systemie obrony globalnej Stanów Zjednoczonych stała się zapalnikiem do wybuchu. KRLD zgromadziła na granicy z Republiką Korei siły wystarczające do opanowania całego Półwyspu Koreańskiego, przekonana, że aneksja Korei Południowej nie spotka się z reakcją militarną Stanów Zjednoczonych, przeżywających szok po upadku rządu Czang Kaj-szeka w Chinach.

Wojna koreańska

25 czerwca 1950 roku wojska Korei Północnej (liczące 415 tys. żołnierzy wspartych 150 czołgami i 150 samolotami różnego typu) zaatakowały terytorium Korei Południowej, przekraczając 38 równoleżnik i zdobywając wkrótce Seul. Armia południowokoreańska licząca 150 tys. ludzi, 40 czołgów i 14 samolotów nie miała szans samodzielnie oprzeć się inwazji. W odpowiedzi na agresję Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła 27 czerwca na podstawie art. 42 Karty ONZ wysłanie do Korei sił międzynarodowych. ZSRR oficjalnie zbojkotował obrady, co umożliwiło przegłosowanie wniosku wobec niewykorzystania przysługującego ZSRR w Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawa weta. Przerzucona z prefektury Yamaguchi (Japonia) amerykańska 24. Dywizja Piechoty została zniszczona w 12-dniowej bitwie pod Daejeonem, a jej dowódca gen. William Dean trafił do niewoli. Pierwotnie planował wycofanie dywizji na południe, ale otrzymał rozkaz obrony miasta o kilka dni dłużej. Wskutek przewagi nieprzyjaciela dywizja została rozbita, a gen. Dean samodzielnie przedzierał się na południe.

26 czerwca przewodniczący Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych Tom Connally na pytanie prezydenta USA Trumana, czy prosić Kongres o wypowiedzenie wojny, odpowiedział: Jeśli włamywacz włamie się do twojego domu, możesz go zastrzelić bez pójścia na posterunek policji i uzyskania pozwolenia (“If a burglar breaks into your house, you can shoot him without going down to the police station and getting permission”). Truman uznał, że uchwała Rady Bezpieczeństwa daje wystarczającą podstawę do wysłania wojsk. 19 lipca prezydent powiadomił Kongres o podjętych krokach, żądając zwiększenia wydatków na siły zbrojne i pomoc dla państw zagrożonych przez działania komunistów.

Początkowe niepowodzenia wojsk amerykańskich związane były z tym, że oddziały amerykańskie w Japonii pełniły służbę okupacyjną i nie były ani odpowiednio uzbrojone, ani wyszkolone do prowadzenia normalnych działań wojennych. Wojska amerykańskie stacjonujące w Japonii miały poważne braki etatowe w ludziach. W późniejszym okresie stan liczebny, jakość uzbrojenia i wyszkolenia wojsk amerykańskich w Korei znacząco się poprawiły. Do 5 września 1950 wojska KRLD opanowały prawie cały półwysep (95% terytorium Korei Południowej), zamykając wojska amerykańskie i południowokoreańskie w tzw. „worku pusańskim” – w tym momencie ofensywa północnokoreańska została powstrzymana. KRLD i ZSRR za pośrednictwem Indii (Jawaharlal Nehru) zaproponowały rokowania pokojowe, odrzucone przez Stany Zjednoczone (ONZ). W międzyczasie KRLD przeprowadziła na południu reformę rolną i nacjonalizację przemysłu oraz nabór do swojej armii. W ramach sił ONZ, 14 państw skierowało do Korei swoje kontyngenty wojskowe, które czasowo rozlokowano w Japonii. 95% tych sił stanowiły wojska amerykańskie. Głównodowodzącym wojsk ONZ został gen. Douglas MacArthur, który ze swoim sztabem opracował plan inwazji na Koreę Północną.

Udany desant amerykański (ONZ) 15 września 1950 roku gen. Douglasa MacArthura pod miastem Inczon oraz jednoczesne kontruderzenie z miasta Pusan doprowadziły do odzyskania zajętych przez wojska Północy terenów. Jednostki Koreańskiej Armii Ludowej odcięte na południu Korei próbowały przejść do działań partyzanckich, tworząc tzw. „drugi front”, ale próby te zostały szybko udaremnione, ponieważ ludność południowokoreańska już zniechęciła się do KRLD (z powodu postępowania jej wojsk i organów bezpieczeństwa). W październiku działania przeniosły się na północ od 38 równoleżnika, a 90% Korei Północnej do 25 października znalazło się pod okupacją amerykańską. ONZ (Stany Zjednoczone) zaproponowały zawieszenie broni i uznanie siłowego zjednoczenia Korei, ale 25 października 1950 Mao Zedong wprowadził na front kilkusettysięczną armię „Chińskich Ochotników Ludowych”. ChOL okrążyli X Korpus amerykański, który jednak zdołał się przebić i został ewakuowany z Hŭngnam („koreańska Dunkierka”). Pod naciskiem Chińczyków (i odtwarzającej się armii KRLD) oddziały ONZ cofały się, tracąc w styczniu 1951 roku Seul. Chiny bezskutecznie prosiły o wsparcie ZSRR, Stalin zgodził się jedynie na wysłanie Chińczykom sprzętu wojskowego, z czym jednak zwlekał. Polityka ta spowodowana była chęcią utrzymania ZSRR w „neutralności”, a tym samym zrzuceniem kosztów prowadzenia wojny na Chiny. Rządy KRLD i Chin otrzymały różnorakie wsparcie ze strony Indii i niektórych państw bloku wschodniego.

Nowy dowódca wojsk lądowych gen. Matthew Ridgway powstrzymał ofensywę i w lutym 1951 roku odzyskał Seul, a następnie ruszył na północ, częściowo przekroczył 38 równoleżnik i ustabilizował front na zdatnej do obrony linii „Kansas-Wyoming”, która do dzisiaj stanowi granicę pomiędzy obydwoma państwami koreańskimi.

Na górnym małym zdjęciu wojska amerykańskie i północnokoreańskie zamknięte w tzw. worku pusańskim. Sytuacja z 5 września 1950 roku. Na dużym zdjęciu sytuacja z 25 października 1950 roku, gdy 90% Korei Północnej znalazło się pod okupacją amerykańską. Na środkowym małym zdjęciu sytuacja, gdy Mao wprowadza swoje wojsko i zajmuje w styczniu 1951 roku Seul. Na dolnym zdjęciu sytuacja, gdy po zmianie amerykańskiego dowództwa następuje odzyskanie Seulu i ustabilizowanie się linii frontu.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

W okresie od kwietnia do maja 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły wielką ofensywę, która załamała się i czerwcowa kontrofensywa ONZ z powrotem przywróciła front na linii Kansas-Wyoming. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej, przeplatanej walkami niewielkich oddziałów. W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych, podczas której nie osiągnięto porozumienia z powodu dwóch konfliktów – po pierwsze w sprawie granicy (Chiny i KRLD chciały linii 38 równoleżnika, a ONZ linii Kansas-Wyoming), a po drugie w sprawie jeńców (spora część jeńców z Chin i Korei Północnej nie chciała wracać do tych państw, które tutaj żądały przymusowego odesłania ich wszystkich). Pomimo liczebnej przewagi lotnictwa chińsko-północnokoreańskiego, wzmocnionego „ochotnikami” z ZSRR, lotnictwo amerykańskie (i innych państw ONZ – za najlepszych uchodzili piloci z RAF) odnosiło sukcesy.

Zakończenie walk

Opinia publiczna w krajach uczestniczących w operacji ONZ była mocno podzielona, szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie liczne grono ludzi sprzeciwiało się uczestnictwu w wojnie. Wiele osób obawiało się eskalacji wojny, a nawet wybuchu wojny nuklearnej. Silna opozycja względem wojny była przyczyną często napiętych relacji brytyjsko-amerykańskich. Z tych powodów brytyjscy politycy szukali sposobu na jak najszybsze zakończenie konfliktu, prędkie wycofanie wszystkich obcych sił ONZ i zjednoczenie Korei pod auspicjami tej organizacji. Ostatecznie wybór Eisenhowera i zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną (jednorazowo w Korei przebywało 500 tys. żołnierzy amerykańskich, zmieniani byli co 6 miesięcy, w sumie przewinęło się przez front 2,5 mln Amerykanów), a z drugiej strony śmierć Stalina i walka o schedę po nim oraz brak znaczących efektów działań militarnych po obu stronach zmusiły wreszcie obie strony konfliktu 27 lipca 1953 roku w Panmundżomie do podpisania rozejmu i ustanowienia strefy demarkacyjnej (po 2 km na północ i południe, zatem szerokość tej strefy wynosi 4 km) dzielącej półwysep na dotychczasowej linii frontu (linii Kansas-Wyoming); w sprawie jeńców swoje stanowisko także przeforsowała strona ONZ – w rezultacie część jeńców północnokoreańskich osiedliła się w Korei Południowej, a jeńców chińskich na Tajwanie). Rozejm został podpisany przez przedstawicieli Korei Północnej (w osobie Kim Ir Sena jako zwierzchnika armii Korei Północnej), Chin Ludowych (przedstawiciel: Peng Dehuai – dowódca Ochotników Ludowych) oraz ONZ-tu, reprezentowanego przez głównodowodzącego wojsk Narodów Zjednoczonych, amerykańskiego generała Marka W. Clarka. Nieobecność i brak podpisu przedstawiciela Republiki Korei (czyli Korei Południowej) stanowił przez długie lata pretekst dla KRLD do odmowy rozpoczęcia rozmów pokojowych z Południem, które dla Koreańczyków z Północy nie było stroną konfliktu. Nad przestrzeganiem rozejmu czuwali inspektorzy sił rozjemczych (Komisja Nadzorcza Państw Neutralnych) rozmieszczeni po obu stronach tej linii, na północy Polacy oraz Czesi i Słowacy, a na południu Szwajcarzy i Szwedzi. Ci ostatni po szykanach amerykańskich w 1956 roku zwinęli swoje posterunki. W przypadku Czechosłowacji (potem Czech) i Polski po zmianach politycznych w 1989 roku władze KRLD zaczęły także szykanować ich przedstawicieli tak, że ci w końcu wyjechali.

Konsekwencje wojny

Wojna koreańska utrwaliła podział polityczny półwyspu koreańskiego. Straty poniesione przez strony konfliktu i ludność cywilną są trudne do oceny ze względu na zróżnicowanie szacunków i brak swobodnego dostępu historyków do materiałów archiwalnych, szczególnie północnokoreańskich i chińskich. Aktualne szacunki historyków zakładają straty armii Republiki Korei (Korea Południowa) – 415 tys. żołnierzy zabitych i zmarłych w niewoli i 429 tys. rannych, Koreańskiej Armii Ludowej – 500–600 tys. zabitych i drugie tyle rannych, a ludności cywilnej – około miliona ludzi zabitych i rannych. Straty sił ONZ obejmowały: 33 629 zabitych i zaginionych oraz 107 tysięcy rannych żołnierzy amerykańskich, 1263 zabitych i 4817 rannych żołnierzy Wspólnoty Narodów oraz 1800 zabitych i 7 tys. rannych żołnierzy z pozostałych kontyngentów państw walczących pod flagą ONZ. Straty ChRL ocenia się na 400 tys. zabitych i zmarłych oraz 500 tys. rannych żołnierzy.

xxx

10 sierpnia 1945 roku amerykańscy pułkownicy otrzymali zadanie podziału Korei na sowiecką i amerykańską strefę wpływu. Ale od kogo otrzymali to zadanie? O tym angielska Wikipedia, bo z niej pochodzi ta informacja, nie mówi. Wygląda jednak na to, że od kogoś, kto stał ponad Związkiem Radzieckim i Stanami Zjednoczonymi, bo dbał o to, by została zachowana równowaga. Pomimo że armia amerykańska nie dotarła na czas na 38 równoleżnik, to Armia Czerwona, zgodnie z umową, zatrzymała się i pokornie czekała 3 tygodnie na przybycie Amerykanów. I tak dokonał się rozbiór Korei. Ale kto o tym zadecydował i jakie były motywy jego decyzji? Tego nie wiemy, a bez tej informacji wszystko inne, to tylko nic nie znacząca zasłona dymna, poza tragedią, jaką była śmierć żołnierzy po obu stronach frontu i ludności cywilnej. Dokładne dane na ten temat są niedostępne, co może sugerować, że straty ludzkie były znacznie większe, niż te oficjalnie podawane.

Postanowiono, że odbędą się powszechne wybory, ale w sowieckiej strefie prześladowano partie prawicowe i narodowe, a w amerykańskiej – komunistyczne. Jakby się umówili. A Amerykanie w Korei, w stosunku do komunistów, postępowali odmiennie niż w Wietnamie. Efekt był taki, że w każdej strefie wybory odbyły się osobno, co doprowadziło do powstania dwóch państw.

Zgodnie z rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ Związek Radziecki wycofał swoje wojska w grudniu 1948 roku, a Stany Zjednoczone w czerwcu 1949 roku. Po co one wycofały swoje wojska? No, chyba tylko po to, by doszło do wojny. Gdyby tam zostały, to nie byłoby tej wojny. Nie byłoby jej również, gdyby pozwolono Koreańczykom, żeby sami rządzili się we własnym kraju.

Powstanie komunistycznych Chin staje się, jak pisze Wikipedia, bezpośrednią przyczyną rozpoczęcia wojny przez Koreę Północną. Oliwy do ognia dolewa też Dean Acheson, który 12 stycznia 1950 roku oświadcza, że system ochrony globalnej Stanów Zjednoczonych nie obejmuje Korei Południowej. To już jest wyraźne zaproszenie „do tańca”. Natomiast stwierdzenie, że Stany Zjednoczone przeżywały szok po upadku rządu Czang Kaj-szeka w Chinach, to chyba jakiś żart ze strony Wikipedii czy źródła, z którego korzystała. Przecież to Stany Zjednoczone przyczyniły się do jego upadku, wstrzymując w decydującym momencie wojny z chińskimi komunistami dostawy amunicji dla Kuomintangu. O tym w szczegółach w blogu „Chiny”.

25 czerwca 1950 roku Korea Północna zaatakowała Koreę Południową. Przewaga Korei Północnej była tak duża, że Korea Południowa nie była w stanie się bronić. W odpowiedzi na agresję Rada Bezpieczeństwa ONZ podjęła uchwałę o wysłaniu do Korei sił międzynarodowych. Związek Radziecki zbojkotował obrady Rady Bezpieczeństwa chyba tylko po to, by ta wojna trwała, bo przecież dysponował prawem veta w tej Radzie, a może nie chciał oficjalnie popierać tej wojny. Natomiast Amerykanie nawet nie zapytali o zgodę Kongresu (jeszcze by się nie zgodził), bo Truman uznał, że Rada Bezpieczeństwa daje wystarczającą podstawę do wysłania wojsk.

Do 5 września wojska KRLD opanowały prawie cały półwysep, bo 95% terytorium Korei Południowej, zamykając wojska amerykańskie i południowokoreańskie w tzw. worku pusańskim. A więc był to klasyczny Blitzkrieg, ale w tym momencie ofensywa północnokoreańska została powstrzymana. Wikipedia nie informuje przez kogo i dlaczego. Było to dokładnie tak samo, jak w 1941 roku, gdy Hitler po półtora miesiącu był 300 km od Moskwy i miał wolną drogę, ale skierował wojska na Ukrainę.

KRLD i Związek Radziecki za pośrednictwem Indii zaproponowały rokowania pokojowe, odrzucone przez Stany Zjednoczone (ONZ). 15 września nastąpił udany desant pod miastem Inczon oraz kontruderzenie z miasta Pusan. Jak miał być nieudany, skoro przeciwnik nic nie robił? W październiku działania przeniosły się na północ od 38 równoleżnika, a 90% Korei Północnej do 25 października znalazło się pod okupacją amerykańską. Tego samego dnia Mao Zedong wprowadził na front kilkusettysięczną armię „Chińskich Ochotników Ludowych”. Pod naporem Chińczyków oddziały ONZ cofały się, tracąc w styczniu 1951 roku Seul. Nowy dowódca amerykańskich wojsk lądowych powstrzymał ofensywę przeciwnika i w lutym odzyskał Seul, a następnie ruszył na północ, częściowo przekroczył 38 równoleżnik i ustabilizował front na linii Kansas-Wyoming, która do dziś stanowi granicę pomiędzy obu państwami.

Jak zwykle kiedy trzeba przerwać wojnę, to daje o sobie znać opinia publiczna, która domagała się jej zakończenia, a której wcześniej nikt o zdanie nie pytał. 27 lipca 1953 roku podpisano rozejm i ustanowiono strefę demarkacyjną na dotychczasowej linii frontu, czyli linii Kansas-Wyoming. Rozejm został podpisany przez przedstawicieli Korei Północnej, Chin Ludowych oraz ONZ-tu. Zabrakło natomiast przedstawiciela Korei Południowej. Dlaczego? Z tego powodu KRLD odmawiała rozmów z Koreą Południową.

Wojna ta zakończyła się powrotem do punktu wyjścia, czyli podziałem Korei zgodnie z tym, co ustalono 10 sierpnia 1945 roku. To w takim razie, po co ona była? Za japońskiej okupacji powstał na terenie kraju komunistyczny ruch oporu, a w Chinach działał rząd tymczasowy. I chyba po to podzielono to państwo na dwa, by jedni i drudzy mogli zainstalować w nich swoje rządy. I konflikt gotowy. Już można szczuć jednych na drugich, by zabijali się, nienawidzili. I tylko o to chodzi zawsze i wszędzie w każdej wojnie.