Wietnam

Jeszcze na dobre nie skończyła się II wojna światowa, a już zaczęła się wojna w Wietnamie. Dlaczego akurat tam, a nie w innych krajach tego regionu? I dlaczego akurat tam wojna trwała tak długo? Czy wpływ na to miał fakt, że wietnamskie elity polityczne kształciły się w Europie i przesiąknęły różnymi idiotycznymi ideologiami, i to że katolicy byli tam stosunkowo liczni, jak na kraj azjatycki? Być może, bo przecież zróżnicowanie kulturowe i religijne sprzyja kreowaniu konfliktów. Przypadek Wietnamu wydaje się być bardziej skomplikowany, niż gdy chodziło o inne państwa podzielone – Niemcy i Koreę. Informacje zawarte w tym blogu pochodzą z Wikipedii i Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970).

x

Chińska okupacja Wietnamu trwała ponad 1000 lat. Ostatecznie stał się on niepodległy w 938 roku i był nim do połowy XIX wieku. W XVII wieku pojawili się misjonarze katoliccy i pomimo prześladowań ze strony cesarskiej, stał się ten kraj ostoją katolicyzmu. Misjonarze tacy jak Aleksander de Rhodes, francuski jezuita, przyczynili się do rozwoju społeczeństwa, stworzyli podstawy nowoczesnego alfabetu wietnamskiego, ale jednocześnie swoją działalnością spowodowali, że kraj ten popadł w zależność od Francji.

Struktura religijna Wietnamu w 2019 roku przedstawiała się następująco: buddyzm – 50%, brak religii – 18,2%, tradycyjne religie plemienne – 10,3%, chrześcijaństwo – 9%.

Kościół katolicki, który nigdzie w Azji – poza rządzonymi przez Hiszpanów Filipinami – nie wywarł większego wpływu, w Wietnamie odniósł sukces. Począwszy od XVII wieku setki tysięcy Wietnamczyków przyjęło, z różnorakich powodów, nową wiarę. Miejscowi kupcy widzieli w katolicyzmie sposób na znalezienie wspólnego języka z przybyszami zza mórz; chłopi szukali w nim wyzwolenia od konfucjanizmu, a tym samym od władzy feudalnej mandarynów.

Na północy, gdzie wskutek przeludnienia i kiepskich zazwyczaj zbiorów panował powszechny niedostatek, księża autochtoni posiedli władzę trybunów ludowych. Całe powiaty przyjmowały katolicyzm i broniły go przed administracją cesarsko-mandaryńską. W 1946 roku te same powiaty katolickie miały stanąć do walki zarówno przeciwko kolonizatorom francuskim, jak i komunistycznemu Viet Minhowi. W 1954 roku, gdy komuniści zwyciężyli Francuzów i objęli władzę, całe wioski uciekały na południe, widząc jedyny ratunek w reżimie Ngo Dình Diema.

Władcy wietnamscy prowadzili wobec misji katolickich politykę pełną sprzeczności. Z jednej strony wygodne im było doradztwo techniczne księży, ich powiązania z kupcami (zwłaszcza z handlarzami bronią), ale jednocześnie obawiali się wpływu, jaki nowa religia może wywierać na społeczeństwo. Chrześcijański kanon wiary wraz z jego ideą równej godności i zbawienia stał bowiem w głębokiej sprzeczności z konfucjańską koncepcją niewolniczej uległości wobec władzy.

Dworem cesarskim wstrząsnęło szczególnie pismo łacińskie, jakim XVIII-wieczny jezuita postanowił zastąpić dotąd obowiązujące ideogramy chińskie. Nowość przyjmowała się szybko i powszechnie. Księża-kaznodzieje mogli odtąd docierać do coraz szerszych rzesz wiernych słowem już nie tylko mówionym, natomiast przedstawiciele administracji państwowej – na każdym szczeblu władzy – jęli tracić autorytet i przewagę, jaką mieli nad narodem analfabetów. U dworu obawiano się także, iż katolicyzm jest w istocie forpocztą europejskiego kolonializmu. Stąd właśnie przedziwna polityka przemiennego faworyzowania i prześladowania misjonarzy. Tym bardziej, że na dworze nie brakowało lekarzy, astronomów i matematyków w sutannach.

Pierwszymi misjonarzami chrześcijańskimi w Wietnamie byli wędrowcy w rodzaju Odoryka de Pordenone, włoskiego franciszkanina, autora popularnego sprawozdania z podróży na Daleki Wschód. W XVII w. przybyli wygnani z Japonii jezuici, którzy znaleźli schronienie w portugalskim Faifo. Pracowici i pełni poświęcenia, dokonali wiele dla zbliżenia obcych sobie kultur, nie dorównywali jednak Aleksandrowi de Rhodes, prawdziwemu odkrywcy Wietnamu dla Europy i Francji. Był on m.in. autorem pierwszego wielojęzycznego słownika języka wietnamskiego, opracował także alfabet, który, z pewnymi modyfikacjami, pozostaje w użyciu po dziś dzień.

Rhodes sądził, że winę za rosnącą niechęć Azjatów do Europejczyków ponoszą Portugalczycy, albo raczej ich fatalna polityka kolonizacyjna. Jezuita wrócił więc do Europy, gdzie bezskutecznie próbował przekonać Stolicę Apostolską o konieczności uchylenia bulli Mikołaja V, dającej Portugalczykom wyłączność na podbój Azji. Nie zwojowawszy nic w Rzymie, pojechał do Paryża. I tu jął opowiadać, że wietnamscy rybacy tkają swe sieci z jedwabiu, że kraj jest bogaty niczym mityczne El Dorado, a naród ciąży ku katolicyzmowi.

Lata 1843-1940 to czas podboju i utworzenia kolonii francuskiej. Francuzi zajęli cały Wietnam, Kambodżę i Laos. Większość wietnamskich polityków i wojskowych kształciła się w Europie. W 1927 roku powstała związana z Kuomintangiem Narodowa Partia Wietnamu, natomiast w 1930 – Komunistyczna Partia Wietnamu, na czele której przez wiele lat stał Ho Chi Minh. W 1930 doszło do nieudanego antyfrancuskiego powstania. Po jego fiasku przewagę w ruchu antykolonialnym zyskali komuniści.

II wojna światowa

W czasie II wojny światowej kolaboracyjny względem III Rzeszy rząd Francji Vichy zawarł porozumienie z Japonią, na mocy którego w 1940 roku zezwolono na stacjonowanie wojsk japońskich na północy Wietnamu. W 1941 roku rozszerzono japońską kontrolę wojskową na cały obszar Indochin, zachowano przy tym francuską administrację kolonialną. W 1942 roku Japończycy opanowali Indonezję i Birmę. W ten sposób podporządkowali oni sobie całą Azję Południowo-Wschodnią. W Wietnamie pojawili się Amerykanie. Niewielkie oddziały OSS1 pomagały wietnamskim partyzantom w walce z Japończykami, dostarczały broni, amunicji, środków medycznych, a przede wszystkim oficerów-instruktorów.

W 1941 roku została utworzona Liga Niepodległości Wietnamskiej, zwana Viet Minhem. Od tej nazwy wziął swój pseudonim Ho Chi Minh, co znaczy „Ten, który Niesie światło”. Ponieważ Viet Minh walczył przeciwko Japończykom, zyskał poparcie Chin i USA.

W marcu 1945 Japończycy zażądali od gubernatora francuskiego w Hanoi podporządkowania podległych mu oddziałów Legii Cudzoziemskiej rozkazom Armii Cesarskiej, a gdy ten odmówił, wkroczyli zbrojnie. Garnizon stołeczny złożył broń i został internowany na całkiem przyzwoitych warunkach, ale tam, gdzie żołnierze francuscy stawili opór, zabijano ich. Japończycy internowali także kilkuset cywilów; wielu z nich zostało zamęczonych na śmierć. Dwa dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę, 8 sierpnia 1945 roku Ho Chi Minh utworzył Komitet Wyzwolenia, a 13 sierpnia wybuchło ogólnonarodowe powstanie. Walki z wojskami japońskimi trwały dwa dni. Po kapitulacji Japonii wojska Viet Minhu, którego Ho Chi Minh był przywódcą politycznym, zajęły Tonkin, czyli północną część kraju, zmusiły 25 sierpnia cesarza Bao Dai do abdykacji i 2 września 1945 roku, przy cichym poparciu Stanów Zjednoczonych ogłosiły powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Ho Chi Minh działał szybko i skutecznie; jego siły rosły z dnia na dzień, a oddziały Viet Minhu dotarły do Sajgonu na południu kraju.

Annam i Cochinchina – francuskie kolonie od 1862 roku. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Wojna indochińska (1946-1954)

Od początku września 1945 roku do południowej części Wietnamu zaczęły napływać wojska brytyjskie, a do części północnej – wojska kuomintangowskie, które z ramienia aliantów zachodnich miały przyjąć kapitulację wojsk japońskich; granica działalności obu armii w Wietnamie przebiegała wzdłuż 16 równoleżnika. Pod osłoną wojsk brytyjskich przybyły do Sajgonu również jednostki francuskie, które 22/23 września 1945 roku dokonały zamachu stanu, wypierając władze DRW ze wszystkich urzędów w mieście. Zapoczątkowało to wznowienie walki wyzwoleńczej w południowym Wietnamie.

W lutym 1946 roku Francja zawarła porozumienie z rządem Czang Kaj-szeka, na podstawie którego w zamian za zrzeczenie się przywilejów w Chinach uzyskała zgodę na zluzowanie wojsk chińskich w północnym Wietnamie. 6 marca 1946 roku rząd francuski zawarł z rządem DRW wstępne porozumienie, w którym Francja uznała „Republikę Wietnamu jako państwo wolne, posiadające swój rząd, swój parlament, swoją armię i swe finanse” oraz zobowiązała się do uznania rezultatów referendum mającego zadecydować o zjednoczeniu całego Wietnamu. Ze swej strony rząd DRW zgodził się na przybycie ściśle ograniczonej liczby wojsk francuskich do północnego Wietnamu w celu zastąpienia Chińczyków w przyjęciu kapitulacji wojsk japońskich. Ewakuacja wojsk francuskich miała nastąpić najpóźniej po pięciu latach. Wietnamska delegacja rządowa udała się na dalsze rokowania do Francji; 14 września 1946 roku Ho Chi Minh podpisał w Paryżu francusko-wietnamskie modus vivendi, potwierdzające marcowe porozumienie, regulujące niektóre problemy konsularne i gospodarcze.

Rząd Francji uchylał się jednak od pełnego uregulowania stosunków z Wietnamem, kontynuując wysiłki w celu oderwania południowego Wietnamu od DRW. Wyrazem tego było ustanowienie 1 czerwca 1946 roku tzw. Republiki Kochinchiny, podporządkowanej komisarzowi Francji, oraz poczynania wojsk francuskich na terenie całego kraju wykraczające poza modus vivendi. 10 listopada 1946 doszło do incydentu pomiędzy celnikami francuskimi a żołnierzami wietnamskimi w Hajfongu, efektem czego było wysunięcie przez Francję żądania przekazania portu. Wobec braku odpowiedzi osiem dni później wojska francuskie wzięły port siłą zabijając kilka tysięcy osób i w nocy z 19 na 20 listopada 1946 roku obaliły rząd Ho Chí Minha. Komuniści wycofali się z miast i przystąpili do pierwszych uderzeń odwetowych; rozpoczęła się pierwsza wojna indochińska. Działania wojskowe Francji przeciwko DRW, nazwane przez opinię francuską „brudną wojną”, trwały 8 lat i zakończyły się klęską wojsk francuskich pod Dien Bien Phu 7 maja 1954 roku.

Dien Bien Phu

Działania Francji wsparte zostały przez USA które zapewniły Francuzom nalot na pozycje Viet Minhu za pomocą bombowców startujących z lotniskowców na Morzu Południowochińskim. Wsparcie to nie przydało się jednak na tyle na ile spodziewali się tego Francuzi a wojska kolonialne zaczęły ponosić kolejne straty w obliczu czego Francuzi zaczęli nawet poważnie rozważać możliwość użycia broni atomowej. Francuskie Siły Zbrojne ustąpiły ostatecznie z północnego Wietnamu w 1954 roku po przegranej bitwie pod Dien Bien Phu, która oznaczała koniec kolonialnego statusu Wietnamu. W bitwie tej walczyło niewielu rodowitych Francuzów. Francja do zwalczania Viet Minhu użyła przede wszystkim dywizji Legii Cudzoziemskiej.

Wietnam Południowy (Republika Wietnamu)

To państwo istniejące w latach 1955-1975. Wietnam Południowy został proklamowany 23 kwietnia 1949 roku w Kochinchinie, na podstawie porozumienia zawartego między utworzonym tam antykomunistycznym Centralnym Rządem Tymczasowym i francuskimi władzami kolonialnymi. Głową państwa został były cesarz Wietnamu Bao Dai.

Konflikt z rządem proklamowanej na północy Demokratycznej Republiki Wietnamu doprowadził do wybuchu I wojny indochińskiej. Faktyczny podział państwa został utrwalony przez postanowienia konferencji genewskiej, która odbyła się w 1954 roku. Wietnam został podzielony wzdłuż 17 równoleżnika. Porozumienie genewskie nakazywało przeprowadzenie w obu częściach Wietnamu wyborów, po których miało nastąpić zjednoczenie państwa. Władzę w państwie oficjalnie sprawował cesarz Bao Dai, którego w 1955 roku odsunął od władzy jego premier Ngo Dinh Diem, który stał się tym samym prezydentem z woli Stanów Zjednoczonych. Ngo Dình Diem wycofał się z pomysłu przeprowadzenia wyborów, co spowodowało powstanie w latach 1957-1959 lewicowej partyzantki Wietkong. Wietkong zyskał wsparcie rządu komunistycznego na północy. Ngo Dình Diem nie radził sobie z postępującym rozkładem państwa, a ponadto wszedł w konflikt ze stanowiącymi większość mieszkańców państwa buddystami, czego źródłem był jego fanatyczny katolicyzm. Represje stosowane wobec buddystów spowodowały utratę przez Ngo Dinh Diema poparcia ze strony władz Stanów Zjednoczonych.

W 1963 roku agenci Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) zorganizowali pucz, w wyniku którego rząd Wietnamu Południowego zastąpiono rządem jeszcze bardziej uzależnionym od woli Administracji Stanów Zjednoczonych. Utworzenie nowego rządu umożliwiło interwencję wojsk amerykańskich w Wietnamie Południowym. W latach 1964-1968 w wyniku 13 zamachów rządy w Sajgonie zmieniały się 9 razy.

Wojna ze Stanami Zjednoczonymi (1964-1972)

Wojna ta zwana jest również II wojną indochińską. Głównymi stronami konfliktu były z jednej strony Demokratyczna Republika Wietnamu (wspierana przez kraje socjalistyczne) oraz wspierane przez to państwo organizacje komunistyczne w Wietnamie Południowym, Laosie i Kambodży. Z drugiej strony stała Republika Wietnamu i wspierająca ją koalicja międzynarodowa, obejmująca Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Południową, Tajlandię, Australię, Nową Zelandię i Filipiny. De facto stroną konfliktu były również Kambodża i Laos. Walki toczyły się na terytorium Wietnamu Południowego, Laosu i Kambodży. Amerykańskie naloty bombowe objęły także terytorium Wietnamu Północnego. Do wojny doszło, gdy w Stanach Zjednoczonych przyjęto “teorię domina”, która zakładała, że państwa socjalistyczne (ZSRR i ChRL) będą dążyć do opanowania krajów Trzeciego Świata poprzez atakowanie państw sąsiadujących z już opanowanymi. Z tego powodu, że Wietnam Północny zaczął aktywnie wspierać lewicową partyzantkę na południu, w Waszyngtonie podjęto decyzję o przyjściu rządowi w Sajgonie z pomocą.

Od 1961 roku rosło nasilenie wojskowej interwencji USA w ramach tzw. wojny specjalnej przeciwko powstańcom. Siły zbrojne rządu sajgońskiego zostały rozbudowane do ponad 600 tys. żołnierzy, a ekspedycyjny korpus oficerski USA , działający formalnie w charakterze doradców tych sił, osiągnął w 1964 roku liczbę 23 tys. W sierpniu 1964 roku, pod pretekstem rzekomego zaatakowania VII Floty USA w Zatoce Tonkińskiej przez kutry torpedowe DRW, USA po raz pierwszy zbombardowały terytorium DRW, rozpoczynając bez wypowiedzenia wojny agresję na to państwo. W lutym 1965 roku USA rozszerzyły działania na cały Wietnam, podejmując systematyczne bombardowania DRW i terenów wyzwolonych w Wietnamie Południowym.

Z biegiem czasu instruktorów wojskowych zastąpiły regularne oddziały amerykańskich sił zbrojnych, by w szczytowym okresie (rok 1968) skoncentrować w Wietnamie ponad 500 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Na skutek ogromnych strat, ponoszonych przez wojska amerykańskie, i coraz większego oporu społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, za prezydentury Richarda Nixona podjęto decyzję o “wietnamizacji” wojny i wycofaniu się z konfliktu, co nastąpiło w roku 1972. Dobrze uzbrojona, ale źle wyszkolona i zdemoralizowana armia południowowietnamska stawiała opór do wiosny 1975 roku, kiedy to w ciągu kilku miesięcy została pobita przez słabsze siły z północy. 30 kwietnia 1975 roku siły północnowietnamskie aresztowały ostatniego przywódcę Wietnamu Południowego, generała Duong Van Minha. Wojna zakończyła się bezspornym zwycięstwem komunistów i zjednoczeniem Wietnamu.

xxx

Jeszcze za czasów kolonialnych Wietnamczycy próbowali walczyć o niepodległość, ale tak jakoś bez skutku. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy podjęli walkę z Japończykami. Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że pomagały im niewielkie oddziały OSS. I po kapitulacji Japonii od razu powstało nowe, komunistyczne państwo, które poparły Stany Zjednoczone i Chiny. A później te same Stany Zjednoczone pomagały Francji w jej wojnie z tym młodym komunistycznym państwem, do którego powstania przyczyniły się. A jeszcze później pomagały one temu drugiemu, niekomunistycznemu państwu w jego walce z tym komunistycznym. I dorobiło do tego nawet ideologię, czyli „teorię domina”, wedle której pomagały one państwu niekomunistycznemu sąsiadującemu z państwem komunistycznym. I to właśnie miał być powód bezpośredniego zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w wojnę w Wietnamie. Efekt był taki, że po ośmiu latach wycofały się z tej wojny na rzecz jej „wietnamizacji”, czyli pozostawieniu Wietnamczyków samym sobie, czyli wojny domowej. Po zwycięstwie komunistów z północy doszło do zjednoczenia Wietnamu i stał się on państwem komunistycznym. Tak działała „teoria domina”. Po co więc Amerykanie weszli w tę wojnę?

x

W styczniu 1973 roku w Sajgonie Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad (Oriana Fallaci Wywiad z historią, Świat Książki, 2016) z Nguyen Van Thieu, który został prezydentem Południowego Wietnamu w 1967 roku, po swoim udziale w zamachu w 1963 roku mającym na celu obalenie ówczesnego prezydenta. W 1975 roku, na krótko przed zwycięstwem Wietnamu Północnego, poddał się do dymisji i wyjechał na Tajwan, później do Anglii i w końcu do Ameryki. Poniżej wybrane fragmenty:

To zatem prawda, że pańskie „nie” to jest „nie” w stylu wietnamskim. To znaczy „nie”, które mogłoby znaczyć „tak”.

Skądże. Kiedy mówię nie, to znaczy nie, powtarzam pani. A kiedy mówię całkowicie-się-z-wami-nie-zgadzam-panowie-Amerykanie-choć-pozostaję-waszym-przyjacielem, to znaczy właśnie tyle. Zawsze utrzymywałem, że doktor Kissinger, jako negocjator i przedstawiciel Nixona, ma święty obowiązek konsultować ze mną i porównywać mój punkt widzenia z amerykańskim punktem widzenia. Oczekiwałem zawsze, że rząd Stanów Zjednoczonych będzie popierał moje zdanie i pomoże mi przekonać komunistów, żeby zmodyfikowali swoje żądania. Żeby to nie było ogólnikowe, powiem pani, jakie są dwa podstawowe punkty zaakceptowane przez Kissingera, a odrzucone przeze mnie. Pierwszy punkt to obecność oddziałów północnowietnamskich w Wietnamie Południowym. Drugi to formuła polityczna, jaką północni Wietnamczycy chcieliby narzucić naszej przyszłości. Podobnie jak całe porozumienie, te dwa punkty zostały obmyślone przez komunistów w Paryżu. Tak więc wyjaśniłem doktorowi Kissingerowi, że zaakceptowanie ich oznaczałoby ugięcie się przez żądaniami północnych Wietnamczyków. To, czego żądają północni Wietnamczycy, to utrata Wietnamu Południowego. Voilà.

Czy nie mógłby pan wyrazić się jaśniej, panie prezydencie?

Mais vous savez, mademoiselle, c’est très simple!2 Amerykanie twierdzą, że w Wietnamie Południowym jest sto czterdzieści pięć tysięcy północnych Wietnamczyków, ja mówię, że jest ich trzysta tysięcy, jakkolwiek taka sprzeczka jest zbędna. Czy ich ocena jest prawdziwa, czy moja (ale to moja jest prawdziwa), absolutnie nie do przyjęcia jest tolerowanie obecności trzystu tysięcy północnych Wietnamczyków zalegalizowanej przez prawne porozumienie, zatwierdzonej przez międzynarodową konferencję, to znaczy przez cały świat. Oznacza to bowiem przyznanie im prawa do określania się jako wyzwoliciele oraz prawa do twierdzenia, że Wietnam jest tylko jeden od Hanoi po Sajgon, jednak należy do do Hanoi, a nie do Sajgonu. Czy dobrze to wyjaśniłem, mademoiselle? Ja twierdzę, że zaakceptowanie obecności w kraju armii złożonej z trzystu tysięcy żołnierzy oznacza zaakceptowanie władzy takiej armii nad tym krajem. Oznacza uznanie północnych Wietnamczyków za wyzwolicieli, a nie za agresorów. W konsekwencji oznacza uznanie armii południowowietnamskiej za najemną armię Amerykanów. Słowem, odwrócenie kota ogonem. Właśnie to powiedziałem Kissingerowi: „Ależ doktorze Kissinger, czy nie rozumie pan, że działając w ten sposób, stawia pan legalny rząd Wietnamu Południowego w pozycji rządu marionetkowego, zainstalowanego przez Amerykanów?!”.

Cóż, musiał pan odzyskać trochę zaufania, kiedy Amerykanie wznowili bombardowania Hanoi. Tutaj, w Sajgonie, mówiliśmy: „Thieu musiał wznosić toasty szampanem, kiedy dotarła do niego ta wiadomość!”.

Powiedzmy od razu jedno: nikt nie kocha wojny. Ja oczywiście nie kocham wojny. Być zmuszonym ją toczyć nie sprawia mi żadnej radości. Zatem nie piję szampana z powodu bombardowań Hanoi, tak samo jak nie piję szampana z powodu rakiet wystrzelonych na Sajgon. Ale szczerze mówiąc, od chwili, kiedy ta wojna istnieje, trzeba ją toczyć. A w dniu, kiedy te bombardowania znów zostaną zawieszone, zapytam pana Nixona: „Dlaczego? Co chce pan przez to osiągnąć? Co pan osiągnął?”. Nie, ja nie proszę, żeby przerwano bombardowania. One mają cel, a jeśli chce się osiągnąć cel, musimy bombardować. Mademoiselle, mówiąc jako wojskowy, powiem pani, że wojna jest tym mniej okrutna, im jest krótsza.

Mówią tak również zwolennicy bomby atomowej, panie prezydencie.

Ja nie jestem zwolennikiem wojny atomowej. Nie mam na myśli bomby atomowej. Mam na myśli… Czy słyszała pani kiedyś o stopniowaniu? A zatem moim zdaniem stopniowanie nie jest sposobem na wyleczenie choroby. Szczególnie jeśli ta choroba trwa od dłuższego czasu, trzeba ją leczyć szybko, drastycznymi metodami. Mademoiselle, wojna jest chorobą. Nikomu się nie podoba, ale kiedy na nas spada, trzeba szybko rozwiązać problem. Bez stopniowania. Stopniowanie prezydenta Johnsona było nieznośne. On nigdy nie zrozumie tej prostej prawdy: wojnę się prowadzi albo nie. Stopniowanie, które Amerykanie stosowali po Johnsonie, było takie samo. Już od lat Amerykanie bombardują, przestają bombardować, znowu bombardują, redukują, eskalują, nad dwudziestym równoleżnikiem, pod dwudziestym równoleżnikiem… Co to ma być? Wojna? To nie jest wojna, to jest połowiczna wojna. C’est une demi-guerre. Do dzisiaj prowadziliśmy połowiczną wojnę, une demi-guerre. A ja powiem pani, że gdybyśmy zaatakowali Wietnam Północny jak w klasycznej wojnie, gdybyśmy nieprzerwanie bombardowali Wietnam Północny, gdybyśmy wylądowali w Wietnamie Północnym, dzisiaj wojna byłaby skończona. I dodam, że – jeśli pertraktacje pokojowe się nie powiodą – istnieje jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę: przenieść wojnę do Wietnamu Północnego. Pod każdym względem, łącznie z desantem.

To znaczy, że desant jest wciąż brany pod uwagę?

Czemu nie, jeśli Amerykanie są skłonni go przeprowadzić? Jeśli nie będzie to możliwe dla Amerykanów, nie będzie to możliwe dla nikogo! Pozwoli pani, że lepiej to wyjaśnię. Kiedy byłem ministrem obrony, a Amerykanie rozpoczęli bombardowania, w czerwcu 1965 roku, ktoś mnie zapytał: „Panie ministrze, czy sądzi pan, że te bombardowania spowodują przerwanie wojny w ciągu trzech miesięcy?”. A ja odparłem: „To zależy od was, Amerykanów”. Po czym powtórzyłem przykład z bokserem. „Jesteście wielkim bokserem, a Wietnam Północny jest małym bokserem. Jeśli zechcecie, możecie posłać go na matę w pierwszej rundzie. Jeśli nie będziecie chcieli i przedłużycie mecz do dziewiątej rundy, publiczność może się zniechęcić i poprosić o zwrot pieniędzy za bilety. Jest coś jeszcze gorszego: jeśli z powodu przedłużającego się meczu złapie was skurcz, ten mały przeciwnik może was nawet pokonać. Allons, donc! Soyez de grands boxeurs!3 Poślijcie go na matę w pierwszej rundzie! Poprzez stopniowanie bombardowania nigdy niczego nie osiągniecie. Przeciwnie, dostarczycie Giapowi argumentu, by mógł twierdzić, że taki mały kraj jak Wietnam Północny może oprzeć się amerykańskiej potędze. Wystawiają was na próbę, panowie Amerykanie! Nie bombardujcie dla formy, nie prowadźcie wojny psychologicznej, prowadźcie wojnę!” Mademoiselle, my wszyscy byliśmy pod amerykańskimi bombardowaniami. Ja też byłem, w 1942 roku, kiedy byli tutaj Japończycy. I przypominam pani, że nie jest wcale trudno wytrzymać bombardowania, po pewnym czasie można przywyknąć, szczególnie jeśli ma się do dyspozycji dobre schrony. Tak więc podczas pierwszych bombardowań północni Wietnamczycy całkowicie podupadli na duchu. Morale ludności było bardzo niskie, a w Hanoi spodziewano się desantu. Ale Amerykanie nie napierali i… Amerykanie zabijają przez pięć minut, potem dają cztery minuty wytchnienia, potem znowu zabijają…

Panie prezydencie, mówimy tutaj tyko o północnych Wietnamczykach. Wydaje mi się zatem, że nadszedł moment, by porozmawiać o Vietcongu i o jeszcze jednej różnicy poglądów między panem a Kissingerem.

Très bien. Ja twierdzę, że formuła polityczna przyjęta przez Amerykanów w październiku jest formułą podstępną, poprzez którą północni Wietnamczycy próbują narzucić nam rząd koalicyjny. Twierdzę, że nigdy nie zaakceptujemy takiej formuły, pod żadnym przebraniem, ponieważ ja nie narzucam Hanoi żadnego rządu i nie chcę, żeby Hanoi narzucało cokolwiek Sajgonowi. Konstytucja Wietnamu Północnego mówi, że Wietnam jest jeden, niepodzielny, od Lao Cai po Ca Mau. Konstytucja Wietnamu Południowego mówi to samo: Wietnam jest jeden, od Ca Mau po Lao Cai itd. Pozostaje jednak faktyczna sytuacja: dwa państwa wewnątrz tego narodu. Państwo Wietnamu Północnego i państwo Wietnamu Południowego, każde ze swoim rządem, ze swoim parlamentem, ze swoją konstytucją. Zatem każde z tych państw powinno samodzielnie decydować o własnej przyszłości politycznej, bez ingerencji drugiego. Jak Niemcy. Jak Korea. Dwa państwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie. Kiedy takie zjednoczenie nastąpi, Bóg jeden wie. Osobiście wykluczam, by mogło to się stać wcześnie niż za dwadzieścia lat, i dlatego zawsze prosiłem, żeby Wietnam Północny i Wietnam Południowy zostały przyjęte do ONZ…

Ale Vietcong istnieje, panie prezydencie, są to południowi Wietnamczycy, powinni uczestniczyć w życiu politycznym Wietnamu Południowego.

Tak, ale bez ingerencji ze strony Wietnamu Północnego. Tak też mówię: pozwólcie, że o przyszłości politycznej Wietnamu Południowego będziemy decydowali my i południowowietnamscy komuniści. Ja zgadzam się negocjować z Narodowym Frontem Wyzwolenia, zgadzam się organizować wybory z jego udziałem, zgadzam się mieć go w przyszłości jako partię polityczną. Ale to jest sprawa polityki południowowietnamskiej, a nie polityki północnowietnamskiej! Nie chcę nakazów z Hanoi, chcę swobodnie negocjować z Narodowym Frontem Wyzwolenia! Ale jak mogę to robić, jeśli północni Wietnamczycy są tu przebrani za żołnierzy Vietcongu? Mademoiselle, nawet sam Front Wyzwolenia nie mógłby swobodnie ze mną negocjować, mając na karku trzysta tysięcy północnych Wietnamczyków uzbrojonych w artylerię! Tak więc powtarzam: zostawcie nas samych, nas i Vietcong. Lepiej się zrozumiemy, szybciej. Wszyscy jesteśmy południowymi Wietnamczykami i ja wiem, że większość żołnierzy Vietcongu, walczących od dwudziestu lat, nie chce opanować Wietnamu Południowego! Jak mogą to uczynić, skoro są południowymi Wietnamczykami?! Ja wiem, że chcą tylko uczestniczyć w życiu politycznym kraju i…

Czy próbował pan kiedykolwiek nawiązać z nimi dialog, panie prezydencie?

Ale jak mam to zrobić, skoro są tu północni Wietnamczycy?! Jak oni mają to zrobić, skoro są tu północni Wietnamczycy? Właśnie to wciąż powtarzam Amerykanom, którzy nie rozumieją! Przypuśćmy, że chciałbym spotkać się z madame Binh, co mogłoby skądinąd sprawić mi przyjemność. Jak mam to zrobić? Jak ona ma to zrobić? Madame Binh nie ma swobody rozmawiania ze mną, jej rzecznikami są północni Wietnamczycy! Mówię pani, mademoiselle, że dopiero kiedy północni Wietnamczycy odejdą, ludzie Vietcongu poczują się wolni, żeby przyjść i rozmawiać ze mną. I przyjdą. Ponieważ ja ich zaproszę i ponieważ nie będą już kontrolowani przez innych. Faktem jest, że… Mademoiselle, dwa albo trzy lata temu miało miejsce zjawisko nazywane tu ruchem Chu Hoi. Chu Hoi znaczy mniej więcej dezerter z Vietcongu. A więc w pewnym momencie ich liczba była bardzo wysoka: około dwustu tysięcy. To zaniepokoiło ogromnie północnych Wietnamczyków, ponieważ – to jasne – pozwól Chu Hoi pójść dalej i koniec z Narodowym Frontem Wyzwolenia. Co więc zrobili północni Wietnamczycy? Rozproszyli się po wsiach i jednostkach Vietcongu, żeby zastąpić ich żołnierzy albo uniemożliwić im dezercję. I… Ale czy nie rozumie pani, że ta druga różnica poglądów z doktorem Kissingerem jest konsekwencją pierwszej?! Nie rozumie pani, że podstawowym problemem pozostaje obecność trzystu tysięcy północnych Wietnamczyków?

Tak, panie prezydencie, ale pan posuwa się nieco dalej, odrzucając ipso facto4 rząd koalicyjny. Jeśli jest pan gotów zaakceptować Vietcong w polityce Wietnamu Południowego, to dlaczego odrzuca pan ideę rządu koalicyjnego?

Ponieważ to, co powiedziałem do tej pory, nie oznacza wcale rządu koalicyjnego, oznacza po prostu udział Vietcongu w wyborach! Ponieważ to, co odrzucam, to żądanie koalicyjnego rządu zgłaszane przez kogoś innego! Rząd jest wynikiem wyborów, tak czy nie? Zatem jeśli nawet pewnego dnia będzie w Sajgonie rząd całkowicie kontrolowany przez komunistów, będzie to musiało wynikać z wyborów. Tak czy nie? Nie będzie to rząd spreparowany. Nie będzie to rząd narzucony przez Hanoi. O co proszę w gruncie rzeczy? O trzy miesiące rozmów z Narodowym Frontem Wyzwolenia, plus trzy miesiące na znalezienie z nim porozumienia i zorganizowanie wyborów, wreszcie o wybory jedna-osoba-jeden-głos. Allons, donc! Czego się ode mnie oczekuje? Czego ponad to? Reprezentuję legalny rząd, a zniżam się do rozmów z tymi, którzy chcą nielegalnie zająć moje miejsce, zgadzam się na ich udział w wyborach… do diaska! Akceptuję nawet możliwość, że wygrają, choć jestem gotów założyć się, że tak się nie stanie, poderżnę sobie gardło, jeśli wygrają… Nie, nie, mademoiselle. Reprezentują zbyt mały procent ludności. Ich liczba wynosi około stu tysięcy. Od pięćdziesięciu do stu tysięcy i…

x

Tak więc dwa podstawowe punkty zaakceptowane przez Kissingera, a odrzucone przez Thieu to:

  • obecność oddziałów północnowietnamskich w Wietnamie Południowym
  • formuła polityczna: zalegalizowanie tej obecności przez prawne porozumienie i zatwierdzenie przez międzynarodową konferencję

To w praktyce oznaczało przyznanie komunistom prawa do określania się jako wyzwoliciele oraz prawa do twierdzenia, że Wietnam jest tylko jeden. Zaakceptowanie obecności w kraju armii złożonej z 300 tys. żołnierzy oznaczało zaakceptowanie władzy tej armii nad Wietnamem Południowym. Oznaczało uznanie północnych Wietnamczyków za wyzwolicieli, a nie za agresorów. I w konsekwencji oznaczało to uznanie armii południowowietnamskiej za najemną armię Amerykanów, a rząd południowowietnamski za marionetkowy. Jakaż analogia z Armią Czerwoną w Polsce!

Wygląda na to, że społeczność międzynarodowa – na którą składały się różne państwa, biorące udział w konferencjach międzynarodowych – wykonywała polecenia Amerykanów. Czy to oznacza, że Polskę, jako sojusznika USA, czeka podobny los, jaki stał się udziałem Wietnamu Południowego? Warto pamiętać o tym, co kiedyś powiedział Kissinger: „Bycie wrogiem Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczne, ale bycie jego sojusznikiem jest śmiertelne”.

Sposób, w jaki Amerykanie prowadzili wojnę w Wietnamie wskazuje na to, że wcale im nie chodziło o pokonanie Wietnamu Północnego, a wręcz o coś przeciwnego. Jednak wojnę kontynuowano i ginęli ludzie. Czy taki był cel, by zginęło ich jak najwięcej i po skończonej wojnie jeszcze przez długie lata byli skłóceni? Czy nie ma tu analogii do wojny na Ukrainie. Przecież Rosja, jako bokser wagi ciężkiej, mogłaby już w pierwszej rundzie posłać na deski boksera wagi piórkowej, jakim jest Ukraina. A jednak tego nie robi.

To, co Thieu odrzucał, to – jak sam powiedział – żądanie rządu koalicyjnego zgłaszane przez kogoś innego. Jego zdaniem rząd powinien był powstać w wyniku wyborów. I nawet gdyby komuniści wygrali, to on zaakceptowałby taki rząd. Jednak uważał, że komuniści nie mieli szans na wygranie wyborów, bo było ich zbyt mało. Czy miał rację? Skoro do tych wyborów nie doszło, to ci, którzy o tym decydowali, dobrze orientowali się w sytuacji. Tak więc Wietnamowi został narzucony komunizm w wersji stalinowskiej, czyli narzucony siłą, podobnie jak to było w przypadku krajów Europy Wschodniej. Efektem upadku Wietnamu Południowego było również zainstalowanie rządów komunistycznych w Laosie i Kambodży.

Obecnie Wietnam to republika socjalistyczna. Zgromadzenie Narodowe liczy 498 posłów: 458 posłów Komunistycznej Partii Wietnamu i 40 posłów niezależnych. Według Amnesty International rządząca partia stosuje represje wobec opozycji, ograniczane są wolność słowa i zgromadzeń. Powszechne są naruszenia praw pracowniczych i praw człowieka. – Tak pisze Wikipedia.

x

Aleksander de Rhodes, francuski jezuita, był tym, który odkrył dla Europy i Francji Wietnam. To było w XVII wieku. Ale 200 lat później pojawił się inny Rhodes – Cecil Rhodes. O nim Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka (1996) pisze:

Któregoś dnia w Oxfordzie, w obecności kilku przyjaciół, Rhodes po raz pierwszy odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Ku zaskoczeniu wszystkich wygłosił przemówienie, w którym powiedział: „Twierdzę, ze jesteśmy pierwszą rasą na świecie i im większą część kuli ziemskiej zasiedlimy – tym lepiej dla ludzkości (…). Każdy akr ziemi dodanej do naszego terytorium oznacza narodziny większej ilości Anglików (…). Objęcie większości świata naszymi rządami oznaczać będzie po prostu koniec wszystkich wojen”. Zawarł w tym przemówieniu program, którym miał się kierować przez całe życie. Niebawem napisał testament, choć był przecież młodym człowiekiem, którego zdrowie uległo wybitnej poprawie. Wszystkie pieniądze, a miał już wtedy pokaźny majątek, choć nie był jeszcze, jak później, potentatem finansowym, przeznaczył na utworzenie i rozwój niejawnego stowarzyszenia, którego celem miało być „rozprzestrzenienie władzy brytyjskiej na cały świat”.

x

Brzmiało to dokładnie tak, jak program innej nacji. I prawdopodobnie jest tak, że ta inna nacja zasłaniając się Anglosasami, realizuje dokładnie ten program. A więc wojny skończą się, gdy naród wybrany uzna, że już całkowicie sobie podporządkował pozostałe narody. Czy zatem Cecil Rhodes był Żydem? Czy był nim Aleksander de Rhodes? I czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa?

  1. OSS (Office of Strategic Services) – Biuro Służb Strategicznych – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942-1946. Poprzednik CIA. ↩︎
  2. Mais vous savez, mademoiselle, c’est très simple! – Wie pani, to bardzo proste. ↩︎
  3. Allons, donc! Soyez de grands boxeurs! – A więc do dzieła! Bądźcie wielkimi bokserami! ↩︎
  4. Ipso facto (łac.) – tym samym. ↩︎

Kompromis historyczny

Z tym komunizmem to nie jest tak, jak nam się wmawia. Nasze doświadczenie dotyczy wersji leninowskiej komunizmu i jej kontynuacji w postaci stalinizmu. W tej wersji dojście do władzy komunistów następuje w wyniku rewolucji, czyli użycia siły, terroru – i jej utrzymanie wymaga siły i terroru: władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy. Narzucanie tej wersji komunizmu odbywa się wbrew woli ludu. Jednak nie wszyscy teoretycy i ideologowie komunizmu podzielali takie działania. Na tym tle doszło do ostrego sporu ideologicznego pomiędzy Leninem a Karolem Kautsky’m. W końcu Lenin stwierdził: „Po co dyskutować z towarzyszem Kautsky’m, lepiej od razu go zignorować”. Stało się tak dlatego, że towarzysz Kautsky uważał, że komuniści powinni zdobyć władzę w wyniku demokratycznych wyborów. Jest to fundamentalna różnica, która powoduje, że mamy do czynienia z zupełnie innym komunizmem. Jeśli zakładano, że komuniści mają zdobyć władzę w wyniku demokratycznych wyborów, czyli zgodnie z wolą ludu, to gdy ten lud zmieni zdanie, to oni się z tym pogodzą i władzę oddadzą. Jednak nie tylko Kautsky był tego zdania, również współzałożyciel (wraz z Palmiro Togliattim) Włoskiej Partii Komunistycznej – Antonio Gramsci (1891-1937). Wikipedia tak m.in. pisze:

Podstawowym problemem, z którym borykał się Gramsci, była kwestia szerokiego poparcia dla faszyzmu wśród włoskiego proletariatu. Doprowadziło go to do swoistego „odwrócenia” Marksa i położenia równego nacisku na bazę i nadbudowę – zarówno sfera ekonomiczno-społeczna, jak i sfera kultury ma wpływ na podejmowane decyzje i działania. Droga do zmiany nie prowadzi poprzez rewolucyjny przewrót, lecz wymaga długotrwałego okresu tworzenia kulturowej hegemonii – wspólnej platformy wyobrażeń i idei łączącej intelektualistów z ludem.

x

W styczniu 1974 roku Oriana Fallaci przeprowadziła w Rzymie wywiad z włoskim komunistą Giorgio Amendolą (1917-1980) – Oriana Fallaci Wywiad z historią Świat Książki, 2016. W nim wyjaśnia on, czym był ten kompromis historyczny. Poniżej jego fragmenty, a we wstępie do niego Fallaci m.in. pisze:

Tylu rzeczy chciałam się od niego dowiedzieć. Wszystkiego, czego ktoś, kto nie jest komunistą, chciałby się dowiedzieć od jednego z przywódców Włoskiej Partii Komunistycznej na początku roku 1974; stanowisko, jakie zajęłaby partia, gdyby odbyło się referendum dotyczące rozwodów, prawdziwa natura kompromisu historycznego, będącego wówczas przedmiotem licznych dyskusji i tak bardzo nieprawdopodobnego, stosunki z socjalistami i ugrupowaniami pozaparlamentarnymi ze skrajnej lewicy, które określały Partię Komunistyczną jako partię senną i burżuazyjną, wreszcie relacje ze Związkiem Radzieckim i problem wolności. Do jakiego stopnia komuniści mogli udowodnić, że są niezależni od Moskwy i do jakiego stopnia możemy im wierzyć, kiedy twierdzą, że nie odejdą od partyjnego pluralizmu? Przez niemal trzydzieści lat godzili się na demokratyczną grę sił, to prawda, pełnili poprawnie swoją rolę opozycji, ale czy będą postępować tak samo, kiedy dojdą do władzy i zaczną rządzić? Czy z ich strony to strategia, czy szczerość? Berlinguer (I sekretarz WPK – przyp. W.L.) praktycznie milczał. Pełen rezerwy i nieśmiały, nie udzielał w tamtym czasie wywiadów, dopiero wybory w 1976 roku sprawiły, że wyszedł ze swojej skorupy i zgodził się na kontakty z prasą. Jeśli więc chciałeś dowiedzieć się tego, co ja, musiałeś zwrócić się do kogoś innego. A tym kimś był Giorgio Amendola: jedyny w gruncie rzeczy, który gotów był mówić i nie obawiał się odpowiadać nawet na najbardziej podchwytliwe pytania.

Ale przede wszystkim chciałam go poznać: jako człowieka, jako postać. Uważałam go za jednego z najbardziej interesujących włoskich polityków. Historia jego życia wydaje się jak wzięta z powieści i nie przypadkiem opowiedział ją w książkach, które odniosły wielki sukces. Syn wielkiego liberała, jakim był Giovanni Amendola, i tej nadzwyczajnej kobiety, jaką była Eva Kuhn, urodził się i wyrósł w środowisku intelektualnym i mieszczańskim; został więc komunistą, nie mając stygmatów. Aż do dwudziestego roku życia on też był liberałem i wszystko przed nawróceniem się na Partię Komunistyczną pozwalało przypuszczać, że co najwyżej zwiąże się z ruchem Sprawiedliwość i Wolność. Był uczniem Benedetta Crocego, przyjacielem Galeazza Ciana; jego przypadek różnił się od przypadków takich ludzi, jak Giancarlo Pajetta czy Longo, czy Scoccimarro. Był w każdym razie kimś osobnym, człowiekiem pełnym fantazji i zaskakującym. Jako antyfaszysta walczył dzielnie, płacąc za swój wybór zesłaniem i emigracją; w Ruchu Oporu uczestniczył bardziej na mocy czynów niż słów i wkrótce został jednym z jego przywódców; było to dramatyczne i bolesne. Brał między innymi udział w akcji na via Rasella, za którą w odwecie Niemcy rozstrzelali grupę Rzymian w Fosse Ardeatine. To również dzięki niemu w okresie 1940-1945 Włoska Partia Komunistyczna tak bardzo się umocniła, że stała się najsilniejszą partią komunistyczną w Europie Zachodniej. A jednak zachował zawsze godną uwagi niezależność postępowania i myślenia: na przykład jako jedyny ośmielił się zbuntować przeciwko Togliattiemu. Oddany Stalinowi był jednym z pierwszych, którzy spostrzegli, że stalinizm jest czymś haniebnym; proces destalinizacji Partii Komunistycznej był w dużej mierze jego dziełem. Nie przypadkiem niektórzy nazywali go kpiąco socjaldemokratą. Kiedy jednak na niego patrzymy, wydaje się komunistą w starym stylu: jest taki twardy i surowy, oschły. Może z powodu swojego wyglądu, to znaczy imponującej, wysokiej i masywnej sylwetki, pomarszczonej i żywej twarzy, jak u wieśniaka, włosów ostrzyżonych bardzo krótko, jak w wojsku, poruszania się z powagą i dostojeństwem. Szła też za nim fama choleryka i rzeczywiście, mówiąc, miał zwyczaj podkreślania najważniejszych słów przez uderzanie zaciśniętą dłonią w stół, tak mocno, że przypominało to wystrzały z karabinu.

Kiedy więc spotkałam się z nim w celu przeprowadzenia wywiadu, byłam bardzo zdziwiona jego uprzejmością. Jasne jest, że na początku taka uprzejmość wydawała mi się sztuczna: zwracał się do mnie jak nauczyciel starej daty zwraca się do tępego ucznia, aby przekonać go do tego, by czytał więcej i lepiej. Takie wrażenie wzmacniały uderzenia dłonią w stół i potężny surowy głos, który często przesadnie podnosił, sprawiając, że podskakiwałam przestraszona. Szybko jednak spostrzegłam, że chodzi o zewnętrzną powłokę i że wewnątrz kryje się prawdziwa uprzejmość.

x

Czy możemy wreszcie pomówić o kompromisie historycznym, senatorze Amendola?

Moim zdaniem wielką matrycą tego kompromisu jest Ruch Oporu. I kiedy to mówię nie mam na myśli spotkania De Gasperiego, Scoccimarra i Nienniego, chociaż miało ono swoje znaczenie. Mam na myśli tę wielką magmę, jaką był Ruch Oporu: żołnierze i oficerowie, którzy poszli do partyzantki, żeby nie zostać schwytani, robotnicy, którzy szli w góry, żeby uniknąć aresztowania, chłopi, którzy im pomagali, żeby ratować bydło… I w tej magmie jak można było oddzielić partyzantów czerwonych od partyzantów białych? Chadecy mieli swoje oddziały partyzanckie w Emilii i Veneto, to prawda, ale występowali też w oddziałach imienia Garibaldiego, byli tam proboszczowie kapelani, byli patrioci niekomuniści. Nie przypadkiem w trakcie wojny dojrzała idea spotkania między nami a chadekami. Nie przypadkiem w Turynie zawarty został pakt pomiędzy Partią Komunistyczną, Socjalistyczną i Chrześcijańską Demokracją, który tak rozzłościł członków Partii Czynu. To była już forma kompromisu historycznego. Nie przypadkiem ten element trójpartyjny objawił się niemal wyłącznie na północy kraju i w pierwszym rządzie republikańskim De Gasperiego dyskusja nad trójpartyjnością była silnie obecna. Czyż De Gasperi nie mówił o „humanistycznym i laickim solidaryzmie oraz solidaryzmie chrześcijańskim”? Zimna wojna przerwała tę dyskusję, stało się tak z powodu sytuacji międzynarodowej. Kiedy w Turynie socjaliści zbliżyli się do Chrześcijańskiej Demokracji, Togliatti oświadczył: „Doskonale, róbcie tak dalej, a nam pomożecie. Doskonale, abyście tylko utrzymywali z nami kontakt”. Powiedział to otwarcie. Zerwanie nastąpiło wtedy, kiedy Nenni (socjalista – przyp. W.L.) odwrócił sytuację i zawarł porozumienie z Chrześcijańską Demokracją, które zakładało izolację komunistów. Togliatti nie miał nic przeciwko centrolewicy, nie podobała mu się ta konkretna centrolewica. I teraz, kiedy…

Niech pan posłucha, nie mówiąc o tym, że wydaje mi się to co najmniej naciągane przedstawiać chadeków jako autorytety Ruchu Oporu, cóż to za komuniści, którzy…

I teraz, kiedy minęło 10 lat, jak mówiłem, i w kraju panuje kryzys, jak można go rozwiązać, jeśli nie za pomocą demokratycznej lewicowej alternatywy? To kwestia rachunku matematycznego. Cała lewica we Włoszech nie przekroczyła nigdy czterdziestu czterech procent. I do tych czterdziestu czterech procent zaliczam socjaldemokratów i republikanów. Chodzi więc o niejednolite czterdzieści cztery procent: socjaldemokraci i republikanie nie chcą być z nami. My i socjaliści nie przekroczyliśmy nigdy trzydziestu dwóch, trzydziestu trzech procent. Od 1946 roku mogą zmieniać się składniki dodawania, ale suma pozostaje jednakowa. Co do Demokracji Chrześcijańskiej, to ma własną siłę, taką samą jak w 1946 roku: pomiędzy trzydzieści pięć a trzydzieści siedem procent. Istotnie, czterdzieści osiem procent uzyskane 18 kwietnia już się nie powtórzyło, pozostało dla chadeków mirażem, który ścigają zawsze, ale którego nigdy nie potrafią dogonić. W rezultacie od dwudziestu pięciu lat siłujemy się na rękę z Chrześcijańską Demokracją, i to siłowanie zrujnowało kraj. Opiera się ono na zawsze takiej samej relacji wpływów, nie mówimy o sukcesach i porażkach jednej i drugiej strony, nie mówimy o tym, że z dziewiętnastu przeszliśmy do dwudziestu siedmiu procent, że oni zeszli z czterdziestu ośmiu do trzydziestu siedmiu. Siłowanie się na rękę pozostaje faktem i nie może trwać dłużej, kiedy kraj się rozpada. Stąd konieczność spotkania.

Spotkania czy wspólnego rządu?

Kiedy mówimy o kompromisie historycznym, nie twierdzimy, że komuniści muszą wejść do rządu. Mówimy o polityce, w której istnieją inne relacje pomiędzy opozycją a większością, a także inna większość. Czy komuniści wejdą, czy nie, do rządu, to kwestia drugorzędna. Nas interesuje to, co Togliatti nazwał „strefą rządu”, to znaczy obecność komunistów jako odpowiedzialnej siły. Wejść do strefy rządu oznacza wejść do strefy, gdzie z uwagi na siłę, którą dysponujemy, uważani jesteśmy za współodpowiedzialnych za pewne decyzje. Czy wyraziłem się jasno? Chcę powiedzieć, że w wielkim planie strategicznym, którym mamy się kierować, konkretna forma nowych relacji między nami a Chrześcijańską Demokracją jest czymś drugorzędnym. Nie wykluczamy wejścia do rządu, ale nie traktujemy wejścia do rządu jako warunku. Możemy nawet wziąć na siebie odpowiedzialność wejścia do rządu, ale jeśli inni będą robić z tego problem, nie będziemy rozpaczać. Nie zależy nam na fotelach ministerialnych. Zależy nam na tym, żeby się z nami konsultowano na czas, żebyśmy współuczestniczyli. A to już się dzieje, to prawda. Ale w zbyt małym stopniu. Innymi słowy, powiadamy: skoro nie potraficie rozwiązać problemów, czy możemy coś zrobić? Ja to nazywam „pożytkiem z parasola”. Ponieważ oni mieli zwyczaj mówić: „Wolę zmoknąć, niż wziąć parasol od komunisty”. Nadeszła jednak chwila, aby odpowiedzieć: „Pamiętajcie, że komunistyczny parasol może być pożyteczny”.

Ale kiedy mówicie o Chrześcijańskiej Demokracji, mówicie o całej czy tylko o ugrupowaniu na lewo od Chrześcijańskiej Demokracji?

Co do tego naprawdę się wahaliśmy. Przeszliśmy od całej Demokracji Chrześcijańskiej do Chrześcijańskiej Demokracji powstałej z ewentualnego podziału, a potem znowu wróciliśmy do całej. Była taka chwila, kiedy sądziliśmy, że kryzys teorii zbliżenia klas społecznych popycha Chrześcijańską Demokrację do rozłamu, tak jak stało się we Francji. A jednak utrzymała ona jedność, a nawet wyciągnęła korzyść ze swoich wewnętrznych konfliktów, z wielości nurtów. Jest oczywiste, że nigdy nie liczyłem na odpryski religijnej kontestacji: niektóre zjawiska są objawem niepewności, nie są zaś faktem politycznym. A zatem dziś dylemat ten interesuje nas mniej. To Chrześcijańska Demokracja musi zrozumieć, że nie można przechodzić z taką dezynwolturą od otwarcia na prawo do otwarcia na lewo, od centroprawicy do centrolewicy. Możemy tylko sprzyjać jej spoglądaniu na lewo.

A więc skoro mamy taki piękny związek małżeński, gdzie podzieją się inni? Na przykład socjaliści?

Zgadzam się na komponent socjalistyczny, ponieważ istnieje elektorat socjalistyczny, który przetrwał błędy socjalistów. Ta wspaniała, cudowna wierność włoskiego elektoratu socjalistycznego. Mimo tej wierności socjaliści spadli z dziewiętnastu procent do dziesięciu. Wraz z pięcioma procentami socjaldemokratów osiągają piętnaście procent. Czy to więc my zniszczymy jedność socjalistyczną, czy raczej jedność socjalistyczna sama znika w trakcie wymiany pokoleń? Chciałbym bardzo, żeby socjaliści uczestniczyli w kompromisie historycznym. Mają oni funkcję łącznika, mediatora, ponieważ wyrażają coś, co nie jest komunistyczne i nie jest chadeckie. Ale ich obecność w kompromisie historycznym nie zależy od nas, zależy od nich. A jeśli będą dalej się kłócić i dzielić… Wie pani, że mógłbym napisać historię podziałów socjalistycznych z pierwszej ręki? Z pierwszej ręki! (uderzenie zaciśniętą pięścią w stół – przyp. W.L.) Używając słów wszystkich socjalistów, którzy przychodzili do mnie, żeby się wyżalić, opowiedzieć mi o swoich problemach… To byłaby historia niekończących się kłótni, kłótni bezpodstawnych. Mówi pani, że we Włoskiej Partii Socjalistycznej występuje element anarchistyczny, bakuninowski. Ale występuje i u nas, komunistów! We Włoszech element anarchistyczny występuje wszędzie. Albo prawie. Ale my, komuniści, potrafiliśmy go zneutralizować albo przynajmniej wziąć jego dobrą część, to znaczy tendencje wolnościowe. Ależ tak! Ja wzmacniam element wolnościowy w Partii Komunistycznej. Niezależnie od tego, że ruch anarchistyczny był wspaniałą sprawą, nie można zapominać, że jego duch z nami pozostał. Proszę pomyśleć, że nawet Włoską Partią Komunistyczną nie da się kierować w sposób autorytarny. Jest jednak wielka różnica między wzmacnianiem takiego elementu a biernym tolerowaniem go!

Proszę posłuchać, senatorze Amendola, nie żebym się niecierpliwiła. Przeciwnie, im później zdecydujecie się, tym lepiej. Ale ten ślub Chrześcijańskiej Demokracji z Włoską Partią Komunistyczną kiedy nastąpi?

Cóż! Według mnie niektóre działania trzeba przygotować, a poza tym… Czas realizacji zależy od przypadku, od dramatycznych reperkusji wydarzeń. Jednym słowem, to nie jest coś, co można zrobić na zimno. Potrzeba… Nie wiem, jak to określić…

Jakieś traumy?

Być może. Faszystowskiego zagrożenia na przykład. Albo pogłębienia kryzysu gospodarczego. Albo obu rzeczy naraz. Kryzys rozpoczął się wraz z wojną w Wietnamie, to znaczy z dewaluacją dolara, chaosem w handlu, zmienionymi stosunkami między Ameryką a Europą… Jeśli uda się doprowadzić do przeorganizowania ładu monetarnego i handlowego na skalę światową, czeka nas długi okres niestabilności ekonomicznej. Czeka nas także zaostrzenie walki klasowej. Jeśli kryzys się pogłębi, klasy panujące będą usiłowały przerzucić jego ciężar na robotników angielskich, francuskich, niemieckich, włoskich, a ci się zbuntują. Ale zbuntuje się także drobnomieszczaństwo, które żyło dotąd w dobrych warunkach. Drobnomieszczaństwo nie zgodzi się chętnie na rezygnację z tego, co miało, a więc łatwo będzie je zmobilizować przeciwko demokracji. Historia uczy nas, że faszystowskie kalkulacje żywią się zawsze podobnymi sytuacjami, i gdyby zagrożenie faszystowskie stało się konkretne, element republikański i antyfaszystowski w Chrześcijańskiej Demokracji przystąpiłby do działania. Zgodziłby się na kompromis historyczny już bez wahania.

To jest pytanie, które stawiam wszystkim: Czy ma pan na myśli zamach stanu?

Zamachy stanu robi się w skali międzynarodowej. Gdyby więc we Włoszech zamach stanu miały jedynie dokonać siły wewnętrzne, powiedziałbym, że nie obawiam się niczego. Nasze siły wewnętrzne nie działają jednak na własny rachunek; działają na rzecz sił obcych. Nawet nie mam na myśli Ameryki… wiemy, że w tym kraju istnieją sprzeczne dynamiki… mam na myśli obce siły związane z imperializmem w ogóle… jednym słowem, jak to jest, że nie można znaleźć odpowiedzialnych za masakrę na piazza Fontana? Jak to jest, że nie można dojść do tego, kto spowodował zamach na Fiumicino? Mówi o tym nawet Pertini, prawda? Cóż! Może dlatego, że my, starzy antyfaszyści, jesteśmy uczuleni. Może dlatego, że wszystko cuchnie nam faszyzmem. Może dlatego, że przeceniamy zagrożenie faszyzmem, bo widzieliśmy, jak faszyzm się rodzi, i żyliśmy w tym reżimie. Mamy jednak obowiązek powiadomić innych o naszym niepokoju. Dzisiejsza sytuacja w basenie Morza Śródziemnego wcale mi się nie podoba. Za dużo dyktatur w tym Śródziemnomorzu. Komuś może się nie podobać, że Włochy są jedynym demokratycznym półwyspem, może wręcz najbardziej demokratycznym krajem w Europie. A z pewnością najbardziej żywym w sensie kulturalno-politycznym. Tak, Włochy są krajem, który najbardziej walczy o wolność, krajem, gdzie najwięcej napięć i najwięcej uczestnictwa w walce politycznej, i to niepokoi z pewnością tych, którzy chcieliby kontrolować region śródziemnomorski w określony sposób. A zatem ewentualność zamachu we Włoszech związana jest z rozwojem sytuacji na świecie, z problemem bezpieczeństwa europejskiego, przede wszystkim z problemem bezpieczeństwa basenu Morza Śródziemnego. A zagrożenie istnieje. Tak, istnieje.

A w jakim wypadku będziemy potrafili się obronić?

Odpowiem pani tak: tego nie da się zrobić w ostatniej chwili. Jeśli dziś w nocy przyjdą mnie aresztować, zastaną mnie w domu. Nie chcę goryla przed drzwiami ani goryla jako obstawy towarzyszącej mi na ulicy. I jeśli wszystkich nas niespodziewanie aresztują nie obronimy się; kiedy robotnicy zostają pozbawieni przywództwa na skutek wyeliminowana swoich liderów, niewiele mogą zrobić. Dodam jednak: zarówno w Chile, jak i w Grecji zamach stanu nie dokonał się nagle. A więc naszą rolą jest alarmować, abyśmy nie byli zmuszeni bronić się in extremis. Proszę posłuchać, aby zorganizować zamach stanu, potrzebne jest wojsko. Nie mam żadnego prawa wątpić w wierność włoskiego wojska; tak jak w sądownictwie, tak i w wojsku toruje sobie drogę pokolenie w czasach antyfaszyzmu i republiki. Ale wojsko związane jest z NATO i istnieje porozumienie między zagranicznymi tajnymi służbami a włoskimi tajnymi służbami. Porozumienie, które działa. Podsłuchy telefoniczne na przykład przerażają mnie, ponieważ udowadniają istnienie tajnych kadr, których państwo oficjalnie nie kontroluje. Wyrażam się jasno? Skutki praktyczne mniej mnie niepokoją. Podsłuchują rozmowy tak wielu osób, że może sobie pani wyobrazić, jaki z tego wynika zamęt? Co im przyjdzie z podsłuchiwania telefonicznej kłótni między moją żoną a teściową? Co wywnioskują z podsłuchiwania mojej rodziny? Włosi już zmądrzyli: jeśli nie chcą, aby o niektórych sprawach się dowiedziano, z pewnością nie mówią o nich przez telefon. Ale fakt, że mamy pięć tysięcy albo dziesięć tysięcy, albo dwadzieścia tysięcy telefonów na podsłuchu, martwi mnie, ponieważ zakłada istnienie wielkiej organizacji nieopłacanej przez państwo, a więc mogącej się stać narzędziem zamachu stanu. Zagrożeniem dla wolności.

Proszę mi wybaczyć, ale teraz muszę panu powiedzieć coś nieprzyjemnego. Już od kilku godzin rozmawiamy o demokracji i wolności i gotowa jestem włożyć rękę w ogień za to, że pan osobiście w nie wierzy. Udowodnił to pan całym swoim życiem. Ale pan to nie Partia Komunistyczna i wobec was, komunistów, pozostaje zawsze to samo zastrzeżenie dotyczące wolności. W krajach, gdzie komuniści są u władzy, nie ma wolności. A waszym wzorcem był zawsze model radziecki, niebędący z pewnością symbolem wolności. No to jak to jest?

Chwileczkę. Mówienie o modelu radzieckim jest nieścisłe. Związek Radziecki odpowiada określonej rzeczywistości historycznej, niebędącej rzeczywistością włoską. W każdym razie gwarancji wolności, której pani się domaga, nie dają wypowiedzi nasze, komunistów. Pierwszy przyznaję, że kiedy mówimy, iż chcemy szanować wolność, ktoś może nam nie uwierzyć… Nasze życie i nasze świadectwo liczą się tylko do pewnego stopnia… prawdziwą gwarancją wolności jest zatem charakter naszego kraju, który jest krajem nieznoszącym przymusu. W ostatnich trzydziestu latach Włochy doświadczyły tyle wolności, że już w niej zasmakowały. I bronią jej. A poza tym nikt nie może wpaść na pomysł, żeby samodzielnie zaprowadzić socjalizm we Włoszech. Socjalizm we Włoszech można zaprowadzić jedynie za pomocą wolności, systemu wielopartyjnego, uczestnictwa różnych sił. I na podstawie obiektywnych potrzeb, a nie doktrynerskiej logiki. Już mówiłem, że nie chcemy przeprowadzać reform na rzecz socjalizmu, ale dlatego, że reformy są konieczne. Mówiłem już, że ludzi, wielu ludzi socjalizm nie interesuje. I… ale przecież nawet w naszej partii nie ma zgody na brak wolności! Ale przecież nawet w latach, nad którymi ciążyła osobowość Togliattiego, był zawsze jakiś komunista, który wstawał, aby zadać bezczelne pytania, pytania, które w innej partii uznano by za lekceważące! W ostatnich dwudziestu latach naród wychował się we Włoszech do wolności i… Powiedziałem, Włochy i już? Powinienem był powiedzieć: Anglia, Francja, Niemcy, jednym słowem Europa Zachodnia; kraje, gdzie klasa robotnicza ukształtowała się w walkach o wolność. Na przykład prawo do strajku.

Aha…

Zgoda. Strajków się nadużywa. Istotnie, mówimy o tym. Ale to nie klas robotnicza nadużywa strajków, lecz inne kategorie pracowników. Uważam, że w niektórych dziedzinach podstawowych usług, na przykład w szpitalach, uciekanie się do strajku powinno być czymś wyjątkowym, czymś w interesie chorych, a nie kogoś innego. Występuje dziś rozdrobnienie korporacyjne strajków. Potrzeba więcej samodyscypliny, więcej świadomości politycznej. Jeśli ruch związkowy nie ma świadomości politycznej, popada w korporacjonizm: każdy działa na własny rachunek i kraj ginie. A więc kiedy ktoś nas pyta: czemu-nie-interweniujecie, odpowiadam: „Drodzy panowie, zawsze nam zarzucaliście, że nie chcemy niezależnego związku zawodowego. Teraz, kiedy jest niezależny, chcecie, żebyśmy interweniowali. Nie może tak być, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko! My już możemy jedynie powiedzieć, że taki a taki strajk nie wydaje się nam słuszny”. Tak właśnie jest. Ale jakże to?! Oskarżano nas o to, że posługiwaliśmy się związkami zawodowymi, aby instrumentalizować walkę klasową, i chociaż ja tak nie uważam, że tak postępowaliśmy, trzeba przyznać, że w dawnym systemie syndykalizmu wpływy partii były naprawdę obecne. A dziś, kiedy to się już nie zdarza, dziś, kiedy jedność związków jest silna, dziś, kiedy związki są pełnoletnie, biada się nad niedogodnościami. Trudno! Życie składa się także z niedogodności! Nie zgadzam się z tymi, którzy powiadają: dziś-we-Włoszech-rządzą-zwiąki-zawodowe. Związki wywierają wpływ na partie, tak, to prawda, ale partie mają nadal dominującą rolę. Kto, jeśli nie partie, uczestniczy w powszechnych wyborach? Kto, jeśli nie partie, uchwala ustawy w parlamencie? Proszę posłuchać, mój sąd o dzisiejszych Włoszech nie jest negatywny.

Nie jest?!

Nie, nie jest.

Pan zadziwia mnie coraz bardziej. Ponieważ prawdą jest, że nie chcecie już nikogo straszyć, prawdą jest, że nie jesteście już tacy jak przedtem, ale żeby mówić, iż we Włoszech wszystko jest w porządku! Czy nie jest to przypadkiem sposób, aby nie uznać win klasy politycznej, do której wy także należycie?

Nie istnieje jedna klasa polityczna. To jest pojęcie wprowadzone we Włoszech przez amerykańską socjologię. Należę do partii, która nigdy nie była u władzy, i nie można mnie mylić z kimś, kto był w rządzie, kto władał Włochami przez ponad dwadzieścia lat. Moją jedyną odpowiedzialnością jest to, że przegrałem, to znaczy, że nie byłem zdolny zmienić biegu rzeczy. Jasne jest, że my, komuniści, nie zdołaliśmy dokonać zwrotu politycznego, którego kraj potrzebował. Jasne jest, że nie zdołaliśmy dokonać socjalistycznej rewolucji we Włoszech. Ale czy jest naszą winą, że kraj jej nie chciał, czy jest naszą winą, że socjaldemokraci, republikanie, czasem także socjaliści, jednym słowem, centrolewica, sprzyjali Chrześcijańskiej Demokracji? A jednak powtarzam, mój sąd o dzisiejszych Włoszech nie jest negatywny.

x

W encyklopedii Britannica o Komunistycznej Partii Włoch można m.in. przeczytać:

W 1956 roku, kiedy po ujawnieniu zbrodni Józefa Stalina nastąpiło stłumienie przez Związek Radziecki powstania węgierskiego, przywódca komunistyczny Palmiro Togliatti uniezależnił partię od Związku Radzieckiego, proponując koncepcję „policentryzmu”, formy ograniczonej niezależności wśród partii komunistycznych. Po śmierci Togliattiego w 1964 r. PCI niemal podzieliła się z tego powodu na frakcje „rosyjską” i „włoską”. Pomimo tego konfliktu i innych podziałów na lewicy, PCI zdobyła 27 procent głosów w wyborach parlamentarnych w 1968 roku. Jednak utrzymująca się zimna wojna uniemożliwiła poważne rozważenie wejścia komunistów do koalicji rządzącej na szczeblu krajowym.

x

Tu pojawia się już pewien trop. Przeszkodą do wejścia komunistów do rządu była trwająca zimna wojna. Ale dlaczego była ona przeszkodą? Tego tematu Britannica nie podejmuje. Ona i inne źródła pomijają pewne wątki, które znajdują się w nocie biograficznej Berlinguera. W książce Wywiad z władzą (Świat Książki, 2016) wydawnictwo Rizzoli zamieściło noty biograficzne osób, z którymi Fallaci rozmawiała. O Berlinguerze można m.in. przeczytać:

W 1972 roku został sekretarzem WPK, podejmując współpracę z Chrześcijańską Demokracją z zamiarem przeprowadzenia reform społecznych i gospodarczych, które uznawał za niezbędne. Jednocześnie był przekonany o konieczności stworzenia nowej formy komunizmu, niezależnego od Związku Radzieckiego, czyli eurokomunizmu. Za sekretariatu Berlinguera WPK zdobyła największe poparcie w swojej historii – 34,4 procent w 1976 roku, do czego przyczyniło się także skuteczne działanie lokalnych komitetów partii. W tym samym roku WPK dokonała słynnego zerwania z Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego. Na zjeździe w Moskwie Berlinguer otwarcie wypowiedział się przeciw oficjalnemu stanowisku, stwierdzając, że zamierza budować socjalizm „konieczny i możliwy tylko we Włoszech”. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Włochy zmagały się z kryzysem gospodarczo-energetycznym, bezrobociem, strajkami, terroryzmem. W październiku 1977 roku ujawniono prywatną korespondencję Berlinguera z biskupem Ivrei Luigim Bettazzim, która miała świadczyć o możliwości dialogu między katolikami i komunistami. W 1978 roku, po spotkaniu z Bettino Craxim (socjalista – przyp. W.L.), Berlinguer uznał, że najodpowiedniejszym rozmówcą w sprawie konkretnego porozumienia, czyli kompromisu historycznego, będzie Aldo Moro. W marcu rozpoczęły się przygotowania do utworzenia rządu Andreottiego, któremu WPK miała udzielić poparcia z zewnątrz, w oczekiwaniu na kolejny etap, w którym miało dojść ostatecznie do koalicji. Szesnastego marca Aldo Moro został uprowadzony (nieco później zabity) przez Czerwone Brygady. Podczas przetrzymywania Moro Berlinguer zajął stanowisko razem z tak zwanym „frontem bezkompromisowości”. Po tragicznym finale sprawy Moro WPK znalazła się poza większością, powracając do roli opozycji.

xxx

Teraz, kiedy już mamy podstawowe informacje na temat tego, co się wtedy wydarzyło we Włoszech, można pokusić się o wyciągnięcie wniosków. Britannica napisała, że zimna wojna uniemożliwiła poważne rozważenie wejścia komunistów do koalicji rządzącej, ale chyba raczej uniemożliwiła komunistom zdobycie władzy samodzielnej. Jeśli w wyborach w 1968 roku zdobyli 27% głosów, a w 1976 – 34,4%, to powstało zagrożenie, że w następnych wyborach mogliby nawet rządzić samodzielnie, a przynajmniej bez koalicji z nimi utworzenie rządu nie byłoby możliwe. Dlaczego to było takie niebezpieczne? Dlatego, że w okresie zimnej wojny ustrój komunistyczny był przedstawiany jako źródło wszelkiego zła, a prezydent Ronald Reagan stwierdził nawet, że Związek Radziecki to imperium zła. Komunizm radziecki i ten krajów satelickich był starszakiem dla społeczeństw pozostałych państw europejskich i nie tylko europejskich. Dzięki temu Stany Zjednoczone, pod pozorem ich obrony przed komunizmem, realizowały swoje interesy w tych państwach, czyli je sobie podporządkowywały.

Co by się jednak stało, gdyby komuniści we Włoszech zdobyli władzę na drodze demokratycznych wyborów? Wtedy cały świat zobaczyłby, że jest takie państwo, w którym ludzie sami sobie wybrali komunistów do władzy, i że ten komunizm nie musi być wcale taki zły. I wtedy cały misterny plan amerykański terroryzowania pozostałych państw pod pozorem ochrony przed komunizmem ległby w gruzach. Należało więc zrobić coś, co zniechęci ludzi we Włoszech do komunistów, a światu pokazać, że komuniści zachowują się nieodpowiedzialnie, bo przecież Czerwone Brygady to pewnie komunistyczne bojówki.

Żeby sojusz chadecji z komunistami nie wydał się egzotyczny, trzeba było uwiarygodnić komunistów. Do tego służyło pozorne zerwanie Włoskiej Partii Komunistycznej z Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego w 1976 roku. Żeby to uwiarygodnienie było jeszcze bardziej przekonywujące, to ujawniono w październiku 1977 roku prywatną korespondencję Berlinguera z biskupem Ivrei Luigim Bettazzim, która miała świadczyć o możliwości dialogu między katolikami i komunistami. I gdy wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę, to przyszedł cios w postaci porwania i zabójstwa Aldo Moro.

W mojej ocenie w to zabójstwo byli zamieszani wszyscy: CIA, KGB, włoskie służby specjalne, część włoskich komunistów, część chadeków, hierarchowie katoliccy we Włoszech e tutti quanti1. CIA finansowało chadeków, a KGB – komunistów. Wygląda na to, że pomimo zabezpieczenia z każdej strony, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zapewne część chadeków i część komunistów wierzyła i chciała takiej koalicji, czyli tego kompromisu historycznego, bo on był jakby częścią włoskiej historii, częścią włoskiej tradycji politycznej. Zapewne wierzyli oni w to, że w ten sposób uda się stworzyć stabilne rządy we Włoszech. Na pewno do sukcesów komunistów przyczyniła się praca lokalnych komitetów partyjnych, a więc inicjatywa oddolna. Jeśli jednak ktoś wierzy w to, że inicjatywa oddolna, że oddolne zjednoczenie się ludzi może coś zmienić, to jest bardzo, ale to bardzo naiwny. Demokracja jest fikcją. Demokracja to opium dla ludu; co cztery lata kolejna dawka, która poprawia nastrój, daje nową nadzieję. A ma być tak, jak chcą wielcy tego świata.

I tak już na marginesie – Enrico Berlinguer, to tak jak u nas, przykładowo, Warszawski. Chyba nie muszę tłumaczyć, kto ma takie nazwiska. Ja mogę jeszcze uwierzyć w to, że włoskim komunistą był Amendola, ale Berlinguer…

  1. e tutti quanti – i wszyscy pozostali; i cała reszta (tego towarzystwa) ↩︎

Aldo Moro

W blogu „CIA c.d.”, w którym cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Williamem Colby’m, w pewnym momencie pyta ona go, co zrobiłaby CIA, gdyby komuniści we Włoszech zdobyli władzę. Czy byłoby drugie Chile? Na co Colby odpowiada: „Niekoniecznie. Nie wiem… To hipotetyczne pytanie, nie mogę na nie odpowiedzieć. To zależy od zbyt wielu czynników. Mogłoby nie wydarzyć się nic, mogłoby się coś wydarzyć, mógłby przytrafić się jakiś błąd”. To było w 1976 roku. Czy dwa lata później, w 1978 roku, przyszła odpowiedź na to pytanie? W 1978 roku został zamordowany Aldo Moro.

Rankiem pięciokrotny premier Włoch i lider Chrześcijańskiej Demokracji jechał do parlamentu, by wziąć udział w debacie poprzedzającej głosowanie nad votum zaufania dla nowo utworzonego rządu Giulia Andreottiego. Poparcia mieli mu udzielić komuniści, co przypieczętowałoby historyczny kompromis między rządzącymi od 30 lat chadekami a Włoską Partią Komunistyczną (PCI). Moro był jednym z architektów tego porozumienia, liczył, że w ten sposób utoruje sobie drogę do prezydentury – Polityka (Pomocnik Historyczny – 14.11.2023). Tyle było dostępne w wersji elektronicznej bezpłatnie. Przeczytałem cały ten artykuł na stoisku z prasą w Kauflandzie i nie ma w nim nic, co wyjaśniałoby motywy, którymi kierowali się mordercy.

Wikipedia tak m.in. o tym pisze:

Aldo Moro (ur. 23 września 1916 w Maglie, zm. 9 maja 1978 w Rzymie) – włoski polityk, prawnik, nauczyciel akademicki i działacz katolicki, jeden z liderów Chrześcijańskiej Demokracji i jej sekretarz w latach 1959–1964, długoletni deputowany, minister w różnych resortach, w latach 1963–1968 i 1974–1976 premier Włoch stojący na czele pięciu gabinetów. W 1978 porwany, więziony i następnie zamordowany przez terrorystów z Czerwonych Brygad.

Zamach na Aldo Moro – porwanie 16 marca 1978 roku o godzinie 9:10, a następnie zamordowanie byłego włoskiego premiera Aldo Moro. Do czynu przyznała się włoska organizacja terrorystyczna Czerwone Brygady, ciało Moro odnaleziono 9 maja 1978 roku. Porwanie przypadło na okres walk wewnętrznych we Włoszech, zwanych jako lata ołowiu.

Przed zamachem

Aldo Moro, absolwent, a następnie wykładowca prawa na uniwersytecie w Bari, od początku kariery politycznej był związany z Chrześcijańską Demokracją. W 1946 roku został wybrany do Zgromadzenia Konstytucyjnego. Następnie był ministrem łaski i sprawiedliwości (w latach 1955–1957), oświaty (1957–1959) oraz spraw zagranicznych (1969–1974). Dwukrotnie pełnił funkcję premiera Włoch (w latach 1963–1968 oraz 1974–1976). Był orędownikiem integracji europejskiej oraz autorem tzw. równoległej konwergencji (tj. kompromisu dopuszczającego współpracę Chrześcijańskiej Demokracji z Włoską Partią Komunistyczną).

Porwanie i śmierć

Porwanie miało miejsce w centrum Rzymu 16 marca 1978 roku o godzinie 9:10. Wtedy to Fiat 128 uderzył w samochód, którym podróżował Moro. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn, którzy zabili dwóch osobistych ochroniarzy Moro, podróżujących wraz z nim, natomiast ich wspólnicy ostrzeliwali drugi samochód, w którym znajdowało się jeszcze trzech członków osobistej ochrony byłego włoskiego premiera. Po tym zdarzeniu mężczyźni wepchnęli Moro do Fiata i natychmiast ruszyli. W poszukiwania zaginionego włączyło się 50 tysięcy policjantów, co nie przyniosło rezultatu, jednakże po pewnym czasie okazało się, że były one prowadzone nieudolnie (nie sprawdzono na przykład miejsca znanego policji z donosu, a w którym rzeczywiście przebywał Moro, bowiem gdy policjanci zapukali do drzwi, a nikt nie otworzył, poszli dalej). 18 kwietnia Czerwone Brygady podały, że na Aldzie Moro „został wykonany wyrok przez samobójstwo”, i że jego ciało znajduje się w jeziorze w Abruzzach.

Porywacze przedstawili swoje żądania dopiero 35 dni po uprowadzeniu Moro. Wraz z dostarczeniem policji zdjęcia żywego polityka, żądali uwolnienia 13 działaczy tej organizacji, sądzonych w Turynie. Rząd odmówił negocjacji z terrorystami (obawiano się kolejnych porwań), odrzucając prośby Alda Moro (pozwolono mu wysłać kilkanaście listów z apelami o pomoc i uwolnienie więźniów oraz nakręcono z nim kilka filmów o podobnej treści) i jego rodziny. Do terrorystów apelowali między innymi papież Paweł VI (który oferował siebie w zamian za Moro) i sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim, ale bezskutecznie. W ręce porywaczy w zamian za Moro chciało oddać się trzech włoskich biskupów.

Podziurawione kulami ciało Alda Moro odnaleziono 9 maja 1978 roku w bagażniku porzuconego na ulicach Rzymu samochodu Renault 4 z francuskimi tablicami rejestracyjnymi, które wskazał Romano Prodi, powołując się na seans spirytystyczny.

Wyroki

Za udział w porwaniu i zamordowaniu Alda Moro odpowiadało 46 członków Czerwonych Brygad. 17 uniewinniono, 28 skazano na kary pozbawienia wolności do lat 15, a przywódcę Czerwonych Brygad Maria Morettiego na sześciokrotną karę dożywotniego pozbawienia wolności (Moretti więzienie opuścił w 1994 roku).

xxx

Z tego, co napisała Wikipedia, wyglądało to bardzo dziwnie, tak jakby wszyscy robili wszystko, by doszło do tego morderstwa. Na stronie TVN24 Świat w dniu 23 marca 2014 roku ukazał się artykuł Były inspektor policji ujawnia: Uprowadzenie Aldo Moro “osłaniały” służby specjalne. Poniżej jego treść.

Były inspektor włoskiej policji powiedział w rozmowie z agencją ANSA, że włoskie służby specjalne “osłaniały” operację terrorystów, którzy 16 marca 1978 r. uprowadzili lidera Chrześcijańskiej Demokracji Aldo Moro. Po 55 dniach odnaleziono jego ciało.

Inspektor Enrico Rossi, obecnie już na emeryturze, wyjawił w niedzielę włoskiej agencji prasowej ANSA, że przy ataku na samochody ochrony Aldo Moro, w czasie którego zabito pięciu jej członków i uprowadzono przywódcę chadecji, obecnych było dwóch członków włoskich tajnych służb na motocyklu. Ich zadaniem miało być ochranianie terrorystów i czuwanie, aby nikt im nie przeszkodził.

Agenci tajnych służb

Sensacyjne oświadczenie byłego inspektora zostało w niedzielę powtórzone przez wszystkie włoskie media.

– Na motocyklu marki Honda było dwóch agentów tajnych służb. Mieli za zadanie ochraniać członków Czerwonych Brygad, aby nikt im nie przeszkadzał (w uprowadzeniu Moro). Byli to ludzie pułkownika tajnych służb Camillo Guglielmiego – powiedział inspektor.

Rossi wyjaśnił, że wszedł w posiadanie tych informacji, idąc za wskazówkami zawartymi w anonimowym liście, który w lutym 2011 roku pojawił się na jego biurku w komisariacie. Autorem listu był – według inspektora – jeden z agentów, którzy obecni byli przy akcji terrorystów z Czerwonych Brygad.

Śledztwo inspektora

Inspektor podjął śledztwo i dotarł do jednego z mężczyzn, którzy siedząc na motocyklu obserwowali akcję terrorystów. W jego mieszkaniu Rossi znalazł pistolet. To z tej broni padł strzał w kierunku mężczyzny, który pojawił się na miejscu zamachu. Być może był to przypadkowo przejeżdżający policjant, który mógł przeszkodzić członkom Czerwonych Brygad w ich operacji.

Inspektor Rossi nie kontynuował dochodzenia, ponieważ – jak wyjawił agencji ANSA – nie uzyskał na to pozwolenia zwierzchników.

Parlamentarne dochodzenie

Po ogłoszeniu rewelacji emerytowanego inspektora policji, senator Partii Demokratycznej Andrea Marcucci zażądał otwarcia dochodzenia parlamentarnego w sprawie uprowadzenia Aldo Moro.

– Być może z perspektywy 36 lat, jakie upłynęły od tej tragedii, ustalenie prawdy o uprowadzeniu i śmierci Aldo Moro stanie się łatwiejsze – powiedział Marcucci.

Moro „musiał umrzeć”

16 marca 1978 roku o godzinie 9.30 rano w ciągu zaledwie trzech minut “komando” Czerwonych Brygad zatrzymało samochód, którym Moro udawał się do parlamentu i uprowadziło go, zabijając najpierw pięciu członków jego eskorty.

Moro miał wygłosić przemówienie z okazji zwycięstwa politycznego jego opcji w parlamencie. Chrześcijańska Demokracja zwyciężyła w głosowaniu nad wotum nieufności przeciwko jej rządowi, korzystając po raz pierwszy z poparcia Włoskiej Partii Komunistycznej, co spotkało się z krytyką wielu środowisk politycznych we Włoszech.

Moro był więziony przez terrorystów przez 55 dni, po czym znaleziono jego ciało w bagażniku samochodu zaparkowanego na jednej ze śródmiejskich ulic Rzymu.

“Musiał umrzeć” – brzmi tytuł książki napisanej przez dziennikarza Sandro Provvisionato i sędziego Fernando Imposimato, którzy twierdzą, że “było aż osiem okazji, aby uwolnić Moro z rąk Czerwonych Brygad, ale nic nie zrobiono”.

xxx

Sprawa zabójstwa Aldo Moro wraca co jakiś czas w mediach. W dniu 9 maja 2023 roku w Historia Do Rzeczy ukazał się artykuł Aldo Moro. Włoski premier zamordowany przez lewicowych terrorystów. W zakończeniu tego artykułu czytamy:

Do dzisiaj we Włoszech toczy się spór, dlaczego państwo nie podjęło bardziej radykalnych kroków, aby uratować Aldo Moro. Czy wpływ na to miały jego dążenia do ponadpartyjnych porozumień i tworzenie rządu nawet tak „egzotycznego”, jak koalicja chadecji z komunistami? Czy możliwe, aby decyzję o poświęceniu Moro podjęli Amerykanie, którzy nie chcieli dopuścić, aby do władzy we Włoszech doszli komuniści? A może śmierć Moro była wynikiem wewnętrznych „przepychanek” włoskich polityków, którzy nie potrafili podjąć w tamtej sytuacji żadnej decyzji? Sprawa ta do dzisiaj każe stawiać wiele pytań.

x

W lutym 2001 roku w audycji Polskiego Radia z cyklu Dźwiękowy przewodnik po najnowszej historii Włoch tamte wydarzenia komentował historyk dr Jan Czuja:

Mała uliczka Via Fanii została zablokowana dwoma samochodami terrorystów z przodu i z tyłu. W ciągu półtorej minuty oddano kilkaset strzałów. Wszyscy zostali zabici. Ostrzelano też okoliczne domy, by zapobiec zbiegowisku. Odcięto również linie telefoniczne w całej dzielnicy. Policja była bez szans. Ze względu na blokadę telefonów, nawet powiadomienie o zamachu było utrudnione. Akcja poszukiwawcza zaczęła się z opóźnieniem. Poszukiwania były prowadzone opieszale. Trafiono nawet na kryjówkę Czerwonych Brygad, ale jej dokładnie nie sprawdzono.

W innej audycji z września 2012 roku znajduje się informacja, że wywodzący się z chadecji premier, Giulio Andreotti, trwał w polityce nienegocjowania z porywaczami, co doprowadziło ostatecznie do śmierci Moro. Dziś wiadomo, że śledztwo policyjne było sabotowane i nie miało żadnych szans na powodzenie. Mimo silnej krytyki, Andreotti utrzymał fotel premiera i poparcie chadeków.

x

W Gazeta.pl z dnia 09.05. 2019 w artykule Chciał się za niego wymienić papież. Nic nie pomogło m.in. czytamy:

Jego wielkim osiągnięciem była kluczowa rola przy wypracowaniu tak zwanego “historycznego kompromisu”, czyli porozumieniu o współpracy pomiędzy chadecją a komunistami. Dawało ono nadzieję na stworzenie stabilnego rządu, co wcześniej było trudne w latach współpracy chadecji z koalicją bardziej umiarkowanych partii lewicowych. “Historyczny kompromis” miał dać Włochom tak bardzo potrzebną stabilizację, jednak miał wielu wrogów, tak po prawej, jak i po lewej stronie sceny politycznej.

Dążenie prawicowego polityka do włączenia komunistów do władzy można zrozumieć, jeśli się spojrzy na sytuację Włoch w tym okresie. Były to tak zwane “lata ołowiu”. Okres od końca lat 60. do lat 80., kiedy Włochy były pogrążone w fali terroru zarówno skrajnej prawicy, jak i lewicy. Zamachy bombowe i strzelaniny były normą. Przez kilkanaście lat zginęło ponad 400 osób.

Zasadzka czekała na Via Fani, ulicy w północnej części włoskiej stolicy. Kilkunastu terrorystów przy użyciu kilku samochodów zablokowało kolumnę wiozącą polityka. Do uwięzionych w pojazdach ochroniarzy otworzyli ogień z broni automatycznej, wystrzeliwując niemal sto pocisków. Wszyscy funkcjonariusze zginęli na miejscu. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że ci nawet nie trzymali swojej broni przy sobie. Nie mieli okazji szkolić się z jej użycia i nie czuli się z nią pewnie, więc schowali ją w bagażnikach. Nikt nie spodziewał się zamachu na byłego premiera.

Zamachowcy przyznali się do swojego czynu poprzez telefon do agencji prasowej ANSA. Przedstawili się jako Czerwone Brygady, ciesząca się już dużą niesławą lewacka organizacja terrorystyczna, której chora ideologia zakładała wywołanie rewolucji we Włoszech poprzez walkę zbrojną. Byli odpowiedzialni za porwania, mordy, napady na banki, handel narkotykami i bronią. Mordowali nawet prawników, których wyznaczono do obrony ich aresztowanych członków.

Na miejscu porwania Moro szybko zgromadziły się tłumy. W obradującym parlamencie informacja o wydarzeniu wywołała wielkie poruszenie. Nowy rząd został zaakceptowany dużą liczbą głosów, ale wbrew planom nie weszli do niego komuniści, którzy znaleźli się pod ostrą krytyką ze względu na atak, koniec końców, komunistycznej bojówki. W gorącej atmosferze powstała kolejna prawicowo-centrowa koalicja.

xxx

Czy możliwe było przeprowadzenie takiej akcji bez udziału służb specjalnych? Kto odciął linie telefoniczne w całej dzielnicy? Przecież nie zrobił tego zwykły terrorysta. Wydaje się to niemożliwe bez współpracy kogoś z firmy telekomunikacyjnej. Skąd taka nieporadność w działaniach policji? Zastanawia też brak negocjacji z terrorystami. Dlaczego ochrona Moro była bez broni? Czy uzasadnione było obarczanie komunistów odpowiedzialnością za działania Czerwonych Brygad? Skąd takie łagodne wyroki dla terrorystów i zwolnienie po kilkunastu latach głównego przywódcy, który został skazany na dożywotnie więzienie.

O Czerwonych Brygadach Wikipedia m.in. pisze:

Na początku 1970 roku powstała organizacja Lewica Proletariacka, która od kwietnia zaczęła tworzyć bojówki nazwane Czerwonymi Brygadami. Początkowo celem ich ataków były wielkie zakłady przemysłowe. Chodziło o zastraszenie kapitalistów oraz ożywienie kontaktów między robotnikami a ich pracodawcami. W 1974 roku nastąpiła zmiana taktyki i radykalizacja działań. W kwietniu 1974 roku został porwany sędzia Maria Sossi, a organizacja ogłosiła, że jej celem stali się funkcjonariusze państwa włoskiego. Sossi został zwolniony po 35 dniach. 17 czerwca grupa zaatakowała siedzibę neofaszystowskiej partii w Padwie. Zginęli dwaj neofaszyści. 16 listopada 1977 roku terroryści zastrzelili Carlo Casalegno, dziennikarza pracującego dla pisma La Stampa. 16 marca 1978 roku przeprowadzili najsłynniejszą akcję, jaką było porwanie Aldo Moro.

Wkrótce doszło w Czerwonych Brygadach do rozłamu na „ortodoksów” i zwolenników „zbrojnego reformizmu”, co osłabiło organizację. Dziełem „ortodoksów” było m.in. zabójstwo komunistycznego związkowca Guido Rossa, które przyczyniło się do kompromitacji Czerwonych Brygad wśród robotników.

W lutym 1980 roku został aresztowany dowódca kolumny turyńskiej, a jego zeznania pozwoliły na rozbicie kierownictwa Czerwonych Brygad. W 1981 roku nastąpił rozpad tej kolumny. Ostatnią wielką akcją Czerwonych Brygad było porwanie amerykańskiego generała Jamesa L. Doziera w grudniu 1981 roku, który w styczniu 1982 roku został odbity przez włoską policję.

x

Jeśli Czerwone Brygady były organizacją lewicową, to dlaczego zamordowano Moro, który był zwolennikiem współpracy z komunistami? Takie działanie wydaje się nielogiczne. Czy zatem nie jest słuszne podejrzenie, że zostały one wykreowane przez CIA i jej podlegały? Czy tylko one? A policja i cała ówczesna klasa polityczna? Bez tej podległości przeprowadzenie akcji, polegającej na zabójstwie Moro nie byłoby możliwe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mogło być inaczej? Idąc tym tropem, można zadać sobie pytanie, czy w pozostałych państwach europejskich nie było i nie jest podobnie.

Dlaczego jednak doszło do zamordowania Moro? Wydaje się, że rozwiązania tej zagadki należy szukać w tym „historycznym kompromisie”. A co to takiego ten historyczny kompromis i skąd on się wziął? O tym jakoś te główne media nie chcą pisać, a raczej wgłębiać się w ten temat. W związku z tym nie pozostaje mi nic innego, jak wyjaśnić to pojęcie, ale o tym w następnym blogu.

Pieniądze i wojny

W blogu „CIA c.d.” pisałem o tym, że źródłem wszelkich wojen jest ideologia żydowska, która zakłada, że Żydzi są narodem wybranym i w związku z tym mają prawo do podporządkowania sobie innych narodów. By to było możliwe, muszą utrzymywać narody rdzenne w stanie permanentnej słabości i rozkładu. I do tego potrzebne są im wojny. Ale do ich prowadzenia niezbędne są pieniądze, a monopol na ich emisję mają właśnie Żydzi. Natomiast rdzenne narody nie mają żadnego interesu, by ze sobą walczyć i nawzajem wyniszczać się. Ciekawe uwagi, zdające się potwierdzać mój pogląd, znalazłem w książce Standard bitcoina (Fijorr Publishing, 2020). Jej autorem jest Saifedean Ammous, który tak pisze:

Patrząc wstecz, kluczowa różnica pomiędzy I wojną światową a wcześniejszymi, ograniczonymi konfliktami nie dotyczyła ani kwestii gospodarczych ani strategicznych, lecz raczej monetarnych. Gdy państwa funkcjonowały w ramach standardu złota, to rządy miały bezpośrednią kontrolę nad zapasami złota, podczas gdy ich obywatele posługiwali się papierowymi banknotami wymienialnymi na to złoto. Łatwość z jaką rządy mogły wyemitować większą ilość banknotów, była po prostu zbyt kusząca w sytuacji wymykającego się spod kontroli konfliktu wymagającego potężnych nakładów finansowych. Co być może ważniejsze, dodruk pieniądza wydawał się zdecydowanie wygodniejszy politycznie niż nałożenie na obywateli wyższych podatków. Już po zaledwie kilku tygodniach od wybuchu wojny rządy wszystkich największych krajów uwikłanych w spór zawiesiły wymienialność banknotów na złoto, co w praktyce oznaczało porzucenie standardu złota i przejście na standard pieniądza pustego.

Prosty trik polegający na zawieszeniu wymienialności banknotów na złoto sprawił, że działania wojenne rządów przestały być ograniczone funduszami zgromadzonymi w ich skarbcach – fundusze te zaczęły nagle obejmować w zasadzie całe bogactwo ich obywateli. Tak długo, jak dany rząd mógł drukować pieniądze akceptowane później przez jego obywateli oraz cudzoziemców, był w stanie finansować wydatki wojenne. Dla odmiany dawniej, w systemie monetarnym, w którym złoto jako pieniądz krążyło w rękach obywateli, rządy dysponowały jedynie zawartościami własnych skarbców oraz możliwością nakładania nowych podatków i emitowania obligacji. Ograniczenia te hamowały zapędy wojenne władców, leżąc u podstaw względnie długich okresów pokoju w różnych rejonach świata przed XX stuleciem.

Gdyby kraje europejskie nie porzuciły standardu złota lub gdyby obywatele tych krajów trzymali swoje złoto we własnych rękach – zmuszając rządzących, by uciekali się do podatków, a nie do inflacji – być może historia potoczyłaby się inaczej. Niewykluczone, że I wojna światowa doczekałaby się rozstrzygnięcia militarnego już po kilku miesiącach konfliktu, na skutek problemów finansowych jednej ze stron i trudności w pozyskiwaniu funduszy od ludności nieskorej do rozstawania się ze swoim bogactwem dla ratowania panującego akurat reżimu. Niestety po zawieszeniu standardu złota rządy zyskały dodatkowy stopień swobody. Nie musiały już ograniczać się do zasobów w swoich skarbcach – poprzez inflację mogły finansować wojnę aż do wyczerpania się zakumulowanego bogactwa swoich obywateli.

Dewaluowanie waluty przez uwikłane w wojnę kraje umożliwiło trwanie w krwawym impasie przez cztery długie lata. Tymczasem bezsensu tego konfliktu świadomi byli nie tylko zwyczajni mieszkańcy Europy, ale również żołnierze na frontach narażający życie w zasadzie bez powodów innych niż kombinacja bezgranicznej próżności i obłąkańczych ambicji swoich monarchów, spośród których większość była ze sobą skoligacona. Jeden z najdobitniejszych przejawów ambiwalencji wobec konfliktu miał miejsce w Wigilię Bożego Narodzenia 1914 roku, kiedy to francuscy, angielscy i niemieccy żołnierze zignorowali rozkazy, by walczyć, odłożyli broń na bok i przekroczyli linię frontu, by wspólnie obchodzić Święta. Wielu niemieckich żołnierzy pracowało wcześniej w Anglii i potrafiło swobodnie porozumiewać się w języku angielskim. Jako że znaczny odsetek wojaków obu armii lubował się w piłce nożnej rozegrano wiele improwizowanych meczów. Ten spontaniczny rozejm ujawnił zdumiewająca prawdę: uwikłani w wojnę żołnierze tak naprawdę nie mieli nic przeciwko sobie. Nie mieli też w wojnie niczego do zyskania i nie widzieli sensu kontynuowania walk. Znacznie lepszą areną dla narodowych potyczek są chociażby rozgrywki piłkarskie – popularna na całym świecie dyscyplina, która oferuje pokojowe ujście dla emocji związanych z lokalną i narodową przynależnością.

Walki toczyły się przez kolejne cztery lata, podczas których żadna ze stron nie potrafiła uzyskać wyraźnej przewagi, aż do momentu, gdy w roku 1917 do aliantów przyłączyły się Stany Zjednoczone. Amerykanie zapewnili siłom Ententy zastrzyk funduszy i zasobów, na który państwa centralne nie miały odpowiedzi, co przechyliło szalę zwycięstwa na stronę tych pierwszych. I choć wszystkie rządy finansowały działania wojenne poprzez inflację, to Niemcy i Cesarstwo Austro-Węgierskie jako pierwsze w roku 1918, zaczęły doświadczać poważnych spadków wartości walut papierowych, które przesądziły o ich porażce. Porównanie kursów walut krajów zaangażowanych w wojnę z kursem waluty Szwajcarii – utrzymującej przez cały ten okres zarówno neutralność, jak i standard złota – daje dobry obraz skali dewaluacji, do jakiej doszło w czasie wojny.

Gdy wojenny kurz opadł, waluty wszystkich europejskich mocarstw były warte dużo mniej niż przed wojną. Średnie wartości walut krajów pokonanych – Niemiec i Austrii – w listopadzie roku 1918 wynosiły odpowiednio 51 i 31 procent ich wycen z roku 1913. Kurs waluty Włoch spadł w tym okresie do 77 procent jej przedwojennej wartości zaś waluty francuska i brytyjska poniosły straty nieco mniejsze: 9 i 7 procent. Najlepiej wojnę zniósł amerykański dolar, który stracił tylko 4 procent swojej wartości sprzed wojny.

KrajSpadek wartości waluty podczas I WŚ
USA3,44%
WB6,63%
FRA9,04%
22,3%
NIEM48,9%
AUS68,9%
Spadek wartości walut krajów europejskich względem franka szwajcarskiego podczas I wojny światowej. Dane obejmują okres od czerwca roku 1914 do listopada roku 1918.

Zmian terytorialnych, które ustalono podczas paryskiej konferencji pokojowej zwieńczonej traktatem wersalskim nie sposób uznać za warte przelanej krwi – większość krajów zyskało bądź straciło obszary graniczne, a żaden ze zwycięzców nie wszedł w posiadanie terytoriów na tyle dużych, by uzasadniały one poczynione poświęcenie. Cesarstwo Austro-Węgierskie zostało podzielone na mniejsze narody, które jednak nie padły łupem wygranych, lecz uzyskały suwerenność i utworzyły własne rządy. Jedną z najistotniejszych konsekwencji wojny był upadek wielu europejskich monarchii i zastąpienie ich ustrojami republikańskimi. Ocena tego, na ile były to zmiany pozytywne, blednie w porównaniu do spustoszenia i tragedii, na które wojna skazała ludy Europy.

xxx

To, o czym nie wspomniał autor, a od czego to wszystko się zaczęło, to powstanie w grudniu 1913 roku Systemu Rezerwy Federalnej, czyli czegoś, co jest jakby bankiem centralnym Stanów Zjednoczonych, tyle że prywatnym, mającym monopolistyczne prawo druku dolarów. W praktyce tworzą ten system banki z Wall Street. A skoro tak, to znaczy, że Ameryką rządzą Żydzi, co w sumie nie jest żadną tajemnicą. A jak rządzą Ameryką, to znaczy, że rządzą całym światem. 110 lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył, co zdaje się potwierdzać przypuszczenia, że prawdziwa władza jest ukryta. A to oznacza, że nie ponosi odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Monopol w dziedzinie emisji pieniądza w każdym kraju powoduje, że Żydzi dominują nad pozostałymi narodami. Bez likwidacji tego stanu nie ma możliwości obrony przed nimi. Zdawał sobie z tego sprawę prezydent John F. Kennedy i podjął próbę emisji pieniądza przez rząd Stanów Zjednoczonych. A jak to się skończyło, to wszyscy wiemy.

Autor celnie zauważył, że po I wojnie światowej nie było zwycięzców. Wszyscy przegrali. To po co była ta wojna? – chciałoby się zapytać. Autor zachował się poprawnie i stwierdził, że to chore ambicje monarchów doprowadziły do jej wybuchu. Cóż, gdyby chciał napisać prawdę, to pewnie nie wydałby tej książki. Ale i tak napisał dużo. I to należy docenić.

Nikt też nie skorzystał na rozpadzie Austro-Węgier. Powstały nowe, małe państwa, które 20 lat później padły łupem dwóch rodzących się imperializmów. Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że po tej wojnie wcale nie chodziło o stworzenie warunków do trwałego pokoju, tylko o to, by doprowadzić do wybuchu kolejnej – była II RP. Wytyczono jej granice tak, by była skonfliktowana ze wszystkimi sąsiadami. Odtworzenie jej w granicach zbliżonych do tych przedrozbiorowych też temu służyło. Eksperyment z unią polsko-litewską nie sprawdził się, a jednak wrócono do tego pomysłu. I nie przypadkiem tak się stało.

Wszystko było i jest robione tak, by skłócać wszystkich ze wszystkimi. Odwieczna zasada „dziel i rządź” jest powszechnie stosowana przez tych, którzy realizują swoje chore idee.

Święto

Nowa Polska, powstała po 1989 roku, uznała, że jej świętem narodowym ma być 11 listopada. Tak chcą środowiska piłsudczykowskie. Endecja ma na ten temat odmienne zdanie i bardziej skłania się ku dacie 28 czerwca, gdy w 1919 roku podpisano traktat wersalski. A co sądzą na ten temat zwykli ludzie? Przeważnie nie wiadomo, ale pewnie wielu kieruje się tym, co im media podpowiadają i co wynieśli ze szkoły. Różnie to może wyglądać w przypadku tych, którzy odebrali edukację w PRL-u i tych, którzy chodzili do szkół po 1989 roku.

Są w Polsce miejsca, gdzie są ludzie, którzy z tym obecnym oficjalnym świętem niepodległości nie utożsamiają się. Tak jest tam, skąd pochodzą moi rodzice, czyli z okolic Opoczna, a więc z pogranicza Mazowsza i Małopolski. Dlaczego tak jest? Do czasów uwłaszczenia chłopów w Królestwie przez cara Aleksandra II byli oni niewolnikami. Dzięki jego decyzji stali się wolnymi ludźmi. Za to, w dowód wdzięczności, chłopi stawiali mu pomniki. Trudno się temu dziwić. Był to naturalny odruch. A później, gdy powstało państwo polskie i przyszła żydo-sanacja, to pomniki zburzyła. Czy w takiej sytuacji można było się spodziewać innej reakcji z ich strony, niż – mówiąc delikatnie – niechęć wobec nowej władzy? Zwłaszcza, że ta władza preferowała ziemiaństwo i reformy rolnej nie wprowadziła. Zadra pozostała i tkwi do dziś.

Tak więc nie dla wszystkich jest to święto i nie wszyscy utożsamiają się z obecną władzą, choć wiem, że na wsi wielu popiera PiS, czyli neo-żydo-sanację. A dla mnie również nie jest to moje święto. Ja też się z nim nie utożsamiam, podobnie jak z tym państwem i jego władzą, która reprezentuje interesy Ukrainy, a jej obywateli w Polsce traktuje lepiej niż własnych. Nie mój cyrk, nie moje małpy.

A tak na marginesie tego święta, w trakcie zamachu majowego Piłsudski, zestresowany, schował się gdzieś do mysiej dziury. Całą operacją kierował gen. Orlicz-Dreszer. Ten sam, który w 1930 roku przejął Ligę Morską i Rzeczną, przemianował ją na Ligę Morską i Kolonialną. Dokonywała ona zakupów ziemi w Brazylii, pod pozorem osadnictwa, czemu rząd brazylijski był przychylny, ale po szeregu prowokacji ze strony polskiej, sugerujących, że rząd sanacyjny chce tam stworzyć kolonię, rząd brazylijski podjął zdecydowane działania przeciwne tego typu pomysłom. W efekcie ziemie zakupione z państwowej kasy przeszły w ręce prywatnych spółek. Działo się to już na krótko przed wojną, a po wojnie już nie było tego państwa. W mojej ocenie była to największa afera finansowa II RP. Szczegółowo pisałem o tym w blogu „Brazylijska prowokacja”.

CIA c.d.

W poprzednim blogu „CIA” cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Otisem Pike’iem, zamieszczonym w jej książce Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). Wypada więc, dla równowagi, zapoznać się z fragmentami jej wywiadu z Williamem Colby. Przeprowadziła go ona w marcu 1976 roku w Waszyngtonie. Poniżej wybrane fragmenty. W notce biograficznej Colby’ego, znajdującej się w tej książce czytamy:

William Egan Colby urodził się 4 kwietnia 1920 roku w St. Paul w Minnesocie. Zaciągnął się do wojska jako ochotnik i podczas drugiej wojny światowej działał w Biurze Służb Strategicznych (wywiadzie USA). Dwa razy skakał jako spadochroniarz za linią wroga, we Francji i w Norwegii. Po zakończeniu wojny i ukończeniu studiów w Columbia Law School, po długim okresie spędzonym w kancelarii prawnej w Nowym Jorku, przeprowadził się do Waszyngtonu i wstąpił do CIA. W latach pięćdziesiątych przebywał w Rzymie, gdzie kierował działalnością antykomunistyczną. W 1959 roku był w Sajgonie, pozostał tam do 1962 roku i wrócił w roku 1968, by śledzić projekt Phoenix. Był szefem CIA od 1973 do 1975 roku i objęło go dochodzenie na temat działalności agencji w czasie ostatnich 25 lat. Jego gotowość do współpracy z Kongresem skłoniła prezydenta Forda, by za radą Kissingera zastąpić go w 1975 George’em H.W. Bushem. Colby poświęcił się doradztwu i pisał pamiętniki. Zmarł 27 kwietnia 1996 roku w wyniku wypadku niedaleko własnego domu w Rock Point w stanie Maryland, prawdopodobnie wpadając do wody podczas wycieczki kajakiem. Wiele osób sądzi jednak, że nie był to wypadek.

We wstępie do wywiadu Fallaci m.in. pisze:

On reprezentował władzę, niewidzialną i wszechobecną ośmiornicę, która wszystko kontroluje i dławi. Ja jej ofiarę. On wierzył w prawo do śledzenia, wtrącania się, przekupywania, obalania rządów, związywania spisków, zabijania, sprawowania kontroli nawet nade mną, na przykład przez nagrywanie moich rozmów telefonicznych. Ja wierzyłam w prawo do bycia pozostawioną w spokoju i do osobistego rozporządzania wolnością, która mi się należy. Tym sposobem niechęć, z jaką go zaatakowałam, mówiąc mu natychmiast, że mój kraj nie jest jego kolonią, jego bananową republiką, szybko mu się udzieliła. I nie było już możliwe znalezienie punktu porozumienia, wzajemnej tolerancji. Godzinami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem, obrzucaliśmy się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. (Ideologiczne uprzedzenia, jak je nazywał). I widowisko to miało w sobie coś absurdalnego, na granicy lekkiego szaleństwa. Mój głos, zatruty namiętnością i gniewem, czasami drżał. Jego natomiast pozostawał niezmieniony, opanowany, pewny. Jedyna oznaka wrogości widoczna była w błękitnych oczach, nieruchomych niczym oczy ślepca, w których chwilami rozbłyskiwało niemałe okrucieństwo, podczas gdy usta nie przestawały się uśmiechać, ręce nie przestawały z wdziękiem dolewać kawy. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie, kogo przypomina ten człowiek z lodu, zadający mi cierpienie. Odpowiedź była prosta. Przypominał inkwizytora albo funkcjonariusza radzieckiej Partii Komunistycznej. Co w sumie na jedno wychodzi. Pewnego razu widziałam w gazecie zdjęcie Susłowa. I William Colby miał to samo spojrzenie, ten sam nos, te same usta, co Susłow. Miał też tę samą wydłużoną, chudą, elegancką sylwetkę.

xxx

Te nazwiska, panie Colby. Nazwiska nędzników, którzy brali we Włoszech pieniądze od CIA. Włochy nie są bananową republiką United Fruits, panie Colby, i to niesprawiedliwe, żeby podejrzenie ciążyło na całej klasie politycznej. Nie sądzi pan, że Pertini, marszałek naszego sejmu, ma prawo poznać te nazwiska?

Nie, ponieważ nasza Izba Reprezentantów postanowiła w głosowaniu, że nazwiska mają pozostać tajne, i ponieważ CIA musi chronić swych członków, musi chronić tych, którzy z nią współpracują. Oczywiście decyzja o podaniu nazwisk lub nie należy do rządu Stanów Zjednoczonych, a ja nie mówię w imieniu rządu. Mówię w imieniu CIA. Ale moja opinia brzmi nie, moje zalecenie brzmi nie. Żadnych nazwisk. To minimum, co mogę zrobić, aby uszanować porozumienie z ludźmi, którzy ze mną pracowali. W pani parlamencie mogą przeprowadzać wszelkie dochodzenia, jakie chcą. Czy nie istnieje policja śledcza? Ten, kto czuje się podejrzany, wystarczy, że powie: „To nieprawda, nie przyjmowałem pieniędzy”. Mnie to w zupełności odpowiada. Nie mogę poświęcić jednych, żeby uniknąć podejrzeń co do drugich. Obiecałem, że zachowam tajemnicę, i ją zachowam, bo jeśli złamię obietnicę, nie będę już mógł zwrócić się do nowych ludzi. Byłoby łatwo zastosować metodę eliminacji, odpowiedzieć „nie” na sześć nazwisk, a na siódme „no comment”. Pani miałaby to, czego szuka. Czemu nie poszuka pani tego samego u Rosjan? Czemu nie poprosi pani radzieckiego rządu o nazwiska komunistów, którzy we Włoszech biorą pieniądze z Moskwy? Związek Radziecki robi dokładnie to, co my. Ma identyczne jak my problemy.

Później porozmawiamy o Rosjanach. Teraz rozmawiamy o CIA, panie Colby. Gdybym ja, obywatelka obcego kraju, przyjechała tu, aby finansować jedną z amerykańskich partii, i dwudziestu jeden z waszych polityków, ponadto niektórych waszych dziennikarzy, co…

Popełniłaby pani rzecz nielegalną i gdybym się o tym dowiedział, doniósłbym na panią FBI, żeby panią aresztowało.

Dobrze. Tak więc ja powinnam donieść włoskiej policji na pana, pańskiego ambasadora, pańskich agentów i sprawić, aby was aresztowano.

Tego nie mówię.

Jak to nie? Jeśli jest nielegalne, żebym ja korumpowała, powiedzmy, pana Pike’a albo senatora Churcha, czyż nie jest tak samo nielegalne, żeby pan korumpował, powiedzmy, pana Micelego?

Nie mówię, że byłaby to korupcja. Mówię, że postąpiłaby pani przeciwko mojemu prawu.

Ale pan też postąpił przeciwko mojemu, panie Colby! I wie pan, co dodam? Jest tylko jeden człowiek bardziej obrzydliwy od przekupionego – przekupujący.

My w CIA nie przekupujemy. Jeżeli macie w waszym społeczeństwie problem z korupcją, istniał on na długo przed przybyciem CIA. Przekupywać oznacza dawać pieniądze komuś, kto coś dla nas robi, a my nie dajemy pieniędzy w tym celu. Dajemy pieniądze temu, kto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by robić to, co chce. Zasadniczo popieramy ustroje demokratyczne i wśród wszystkich krajów, które powinny to rozumieć, są Włochy. To amerykańska pomoc przez trzydzieści lat powstrzymywała Włochy przed upadkiem w autorytarny komunizm. I poradziliśmy sobie z tym, właśnie wspierając partie demokratycznego centrum.

Waszych „klientów”, jak określa ich pan w raporcie Pike’a. Panie Colby, w słowniku angielsko-włoskim słowo „client” jest przetłumaczone dosłownie jako klient. Ale co dla pana oznacza klient?

No więc… otóż… Jak adwokat nazywa… Co robi adwokat ze swoim klientem? Adwokat pomaga klientowi… Tak, klienci adwokata.

Uważa się pan więc za adwokata chrześcijańskich demokratów i socjaldemokratów we Włoszech.

Zgadza się. To znaczy… Nie. Nie chcę komentować żadnej konkretnej sytuacji.

Dlaczego? Odpowiedział mi pan może kłamstwem?

Ja nie kłamię. I cierpię, kiedy jestem oskarżany o kłamstwo. Naprawdę tego nie robię. Czasami coś przemilczę, czasami odmówię udzielenia informacji, zachowam tajemnicę. Ale żadnych kłamstw, nawet gdybym chciał. Nie pozwoliliby mi na to Izba Reprezentantów ani Senat, ani prasa. Szef amerykańskiej Intelligence to nie to, co szef wywiadu innych krajów, gdzie wolno mu negować prawdę. Tutaj wywiad działa pod nadzorem prawa, nie poza prawem. I żeby sobie radzić, trzeba mówić „no comment”. Ale w sprawie finansowania przez nas partii demokratycznych, to ja chciałbym zadać pani pytanie: Czy byłoby w porządku, gdyby Ameryka wsparła partie demokratyczne przeciwko Hitlerowi?

Odpowiem panu natychmiast, panie Colby: we Włoszech nie ma żadnego Hitlera. A tamte osiemset tysięcy dolarów, które ambasador Graham Martin zechciał dać generałowi Micelemu, z błogosławieństwem Kissingera, nie trafiły wcale w demokratyczne ręce. Trafiły w ręce naśladowców Hitlera.

Nie będę dyskutował na temat żadnej konkretnej operacji CIA, ale powiem pani, że mam wielki szacunek dla ambasadora Martina. Byliśmy razem w wielu częściach świata i zawsze uważałem go za człowieka silnego, człowieka, który zawsze zajmował właściwą pozycję i podejmował właściwe zobowiązania w interesie Stanów Zjednoczonych. Poza tym sądzę, że w tego rodzaju działalności CIA może jeden punkt widzenia, a nasz rząd inny. To nie CIA decyduje, decyduje prezydent. Proszę nie zapominać, że w każdej z tych operacji CIA działa w służbie rządu, postępuje według wytycznych. Czasem wytyczne są możliwe do zaakceptowania, czasem nie. Ale w każdym wypadku CIA postępuje ściśle według nich. Przynajmniej do zeszłego roku, to znaczy do czasu wejścia nowej ustawy, prezydent mógł wezwać dyrektora CIA i powiedzieć” „Zrób to i nie mów nikomu”.

A więc to właśnie Nixon i Kissinger chcieli dać Micelemu te pieniądze; CIA tak naprawdę była przeciwna. Jeśli ich pan spotka, proszę podziękować im za bomby, które faszyści produkują za te pieniądze.

Nie mogę o tym rozmawiać. Wiem jednak, że neofaszyści mają tylko osiem procent głosów i mimo iż istnieją wśród nich bardzo ekstremistyczne elementy, nie grozi wam z pewnością drugi marsz na Rzym. Wiem, że zagrożenie dla was stanowią komuniści. I wiem, że od zakończenia wojny my w CIA cały czas wspomagaliśmy różne formy demokratyczne przeciw groźbie komunizmu. I trwało to przez dwadzieścia pięć, a raczej trzydzieści lat.

Z takim rezultatem, że komuniści stoją obecnie u progu rządu i w każdych wyborach zyskują więcej głosów. Czy wydaje się panu, że dobrze pan zainwestował te pieniądze? Wydaje się panu, że pańska Intelligence okazała się inteligentna?

Zazwyczaj nie wydajemy naszych pieniędzy na głupoty. Pewnych spraw nie należy oceniać tylko na podstawie jednego czynnika. W tym wypadku, na podstawie trzydziestu trzech procent, które uzyskali komuniści w ostatnich wyborach. I możliwe, że amerykańskie interwencje we Włoszech po drugiej wojnie światowej nie były doskonałe, jednak były przydatne. Pozytywne. Mówię również o NATO oraz o planie Marshalla. Gdy byłem w Rzymie, w 1953 roku, ludzie jeździli vespami1. Teraz jeżdżą samochodami. Żyje się wam teraz lepiej, niż żyłoby się, gdyby komuniści wygrali w roku 1948 i w 1960. Przeciętnemu Włochowi żyje się lepiej niż przeciętnemu Polakowi, więc amerykańska polityka we Włoszech nie była błędem. Wykonaliśmy dobrą robotę. Kiedy mówicie, że źle się wam wiedzie, powtarzacie to samo, co w 1955 roku. Wtedy też krzyczeliście, że rząd jest fatalny i wszystko się wali. We Włoszech widzicie zawsze sprawy w sposób katastroficzny, cały czas macie wrażenie, że znajdujecie się na skraju przepaści. A jednak w 1955 roku do katastrofy nie doszło. I teraz też nie dojdzie. Bo istnieją porządni Włosi.

Z pewnością nie są to pańscy „klienci”, panie Colby.

Mówię o zwykłych ludziach.

Jaki był pana ulubiony polityk, gdy przebywał pan we Włoszech?

Myślę, że De Gasperi. Ale nie mogę wymieniać nazwisk. Nie powinienem. Zresztą nie znałem zbyt wielu ważnych osób… Byłem młodym funkcjonariuszem i moja praca polegała raczej na zbieraniu informacji i utrzymywaniu kontaktów z ugrupowaniami politycznymi, jako że mówiłem po włosku. Mogę powiedzieć pani tylko tyle, że w tamtym okresie byłem za otwarciem w stronę lewicy. Tak, za otwarciem wobec socjalistów. Szanowałem ich. Nadal ich szanuję, bo socjaliści są zachodni, europejscy, naprawdę wierzą w wolność i demokrację. W latach pięćdziesiątych sądziłem, że popełnili wielki błąd, sprzymierzając się z komunistami, ale uważałem również, że na dłuższą metę nie utrzymają tego sojuszu. I dlatego tak, byłem za otwarciem w ich stronę. Jednak w tamtym czasie nie był to decydujący element amerykańskiej polityki we Włoszech.

No tak. Ambasadorem była Claire Boothe Luce. Do jakiego stopnia pan, jako przedstawiciel CIA, działał i działa we współpracy z ambasadą USA?

Współpracowałem dużo z ambasadą, to oczywiste. Byłem doradcą politycznym, political attaché. Zawsze współpracuje się z ambasadami. Większość informacji zdobywamy poprzez nasze ambasady. A pani Luce wykonywała dobrą robotę. Doskonałą robotę. Nadal jestem przyjacielem pani Luce. Interesująca zdolna kobieta.

Zwłaszcza zdolna do wtrącania się w sprawy mojego kraju, jakby był jej kolonią. Jednak działacie we Włoszech nie tylko za pośrednictwem waszej ambasady; wszyscy wiemy, że prawdziwym przyczółkiem we Włoszech jest SID. Pytam, jak pan śmie śledzić mnie w moim domu, używając do tego tajnych służb mojego kraju? Jakim prawem na przykład kontroluje pan mój telefon?

Ponieważ w ten sposób wiem, co się dzieje na świecie. A kontrola telefonu, wie pani… Mój telefon był kontrolowany wiele razy, w wielu krajach, jestem pewny. I nigdy nie miało to dla mnie znaczenia. Nawet gdyby był kontrolowany teraz, co wykluczam, nie miałoby to dla mnie żadnego znaczenia. Przynajmniej pod względem emocjonalnym. Nie widzę nic złego w próbach zrozumienia, co dzieje się na świecie, co myślą i robią ludzie. Nie chodzi wcale o podglądanie cudzej prywatności; chodzi o informację, czy ma pani wycelowany we mnie pistolet lub jakąkolwiek inną broń, która mogłaby wyrządzić mi krzywdę. Krótko mówiąc, pyta mnie pani, czy jedno państwo ma prawo do wykorzystywania swojej Intelligence w innym państwie poprzez tajną działalność? Cóż, w każdym kraju jest prawo, które odpowiada, że nie. I prawie w każdym kraju się to robi. Bo mamy moralne prawo próbować odkryć, co się dzieje, i w ten sposób się bronić. Jest to nielegalne, ale mamy do tego prawo.

Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałam. Uważa pan za nielegalne, lecz słuszne również działanie za pośrednictwem tajnych służb innego kraju. Na przykład mojego.

To zależy. Czasami inna Intelligence nam pomaga. To zależy od polityki kraju. Czasami dwa kraje mają obopólny interes, na przykład znajdują się bardzo blisko swoich sojuszników i bardzo martwi je możliwość penetracji. Wtedy razem pracujemy.

Tak jak mówiłam. Czy to prawda, że najlepszą operacją CIA z SID-em była ucieczka Swietłany, córki Stalina, z Moskwy?

Tego nie mogę powiedzieć. Zwłaszcza teraz, w okresie dochodzeń, nie powinienem mówić o naszych wspólnikach i o naszych stosunkach z zagranicznymi tajnymi służbami. Jeśli to zrobię, jeśli ktokolwiek z nas to zrobi, przestaną ufać naszej Intelligence. Służby wywiadowcze nie powinny nic mówić o swoich wspólnikach. Nie wyobraża sobie pani, jak bardzo to, co się wydarzyło, zaszkodziło CIA. Ogromnie. Na całym świecie. Niektórzy ludzie mówią nam teraz: „Jak mam stać po waszej stronie? Czy naprawdę mogę zawierzyć wam swoje życie? Czy też opowiecie wszystko Kongresowi?”. Wielu się od nas odwróciło. Wielu, którzy z nami współpracowali, powiedziało nam: „Nie, dość, nie robię tego więcej”. Nawet niektóre z zagranicznych tajnych służb powiedziały nam: „Nie, dość, dawaliśmy wam wiele tajnych materiałów, a od tej chwili nie będziemy wam już nic dawać”. Straciliśmy taką masę współpracowników, taką masę agentów…

Tylko agentów czy również klientów?

Również klientów. Niektórzy powiedzieli nam: „Na miłość boską, nic nam już nie dawajcie, bo później o tym opowiecie”. Nowi i wypróbowani ludzie. Poczuli się zdradzeni. My w CIA bardzo walczyliśmy, żeby utrzymać ich nazwiska w tajemnicy, i sądzę, że wygraliśmy. Ale rozgłos wokół tej sprawy wyrządził nam mimo wszystko wielką krzywdę. Takie rzeczy nie przytrafiają się w KGB. We Włoszech macie mnóstwo agentów KGB. Wielu. Oczywiście również Włochów. KGB bardzo stara się we Włoszech, nie mówiąc o tym, że może liczyć na Włoską Partię Komunistyczną. Stara się bardzo energicznie. Jednak nikt nie prosi KGB o ujawnienie nazwisk jego agentów, jego klientów lub prowadzonej przez nie działalności. Nikt nie wymaga od niego postępowania w sposób demokratyczny i liberalny. KGB nie wytyka się przewinień, na temat KGB nic się ujawnia; ani tego, co słuszne, ani tego, co niewłaściwe. Kto oskarża KGB o wtrącanie się do prywatnych spraw pani kraju?

Myli się pan, panie Colby. Święta prawda jest taka, że nie chcemy ani was, ani ich. Mamy dość ich i was.

Dobrze, dobrze. Ale w takim razie dlaczego nie mówicie o pieniądzach, które włoscy komuniści czerpią z handlu z Europą Wschodnią? Wszystkie środki, które przechodzą tam i z powrotem poprzez handel ze Związkiem Radzieckim i krajami satelickimi, przechodzą przez agencje, które oddają pewien procent włoskim komunistom. To dobry system. Skomplikowany, ale dobry. Udoskonalenie go zajęło im trzydzieści lat. Co by pani powiedziała, gdyby Ameryka prowadziła, gdyby Ameryka prowadziła z Włochami handel rządowy i oddawała pewien odsetek jednej z partii?

Nie zajmuje się tym CIA? Nie zajmują się tym ambasadorowie, tacy jak Martin? Nie zajmują się tym takie firmy, jak Lockheed, Gulf, Esso?

Pani sposób racjonalizowania i pośredniego dochodzenia do wniosku, że inni to porządni chłopcy, dobre, czyste, wspaniałe istoty, jest nadzwyczajny. Sowieci dają pewien odsetek swoich dochodów z handlu z Włochami pewnym osobom, które przekazują go potem Włoskiej Partii Komunistycznej, a pani mówi: to to samo. Tak, to to samo, co zrobili w Polsce, żeby polska partia komunistyczna weszła do rządu, a później objęła władzę. Zaczyna się zawsze w ten sposób: wspomaga się partię komunistyczną pieniędzmi, partia wchodzi do rządu, potem dochodzi do władzy i przy niej zostaje. Ale biada, jeśli nie zostaje tak, jak chce Związek Radziecki! Przyjeżdża delegacja z Moskwy, siada do stołu wraz z centralnym komitetem i tłumaczy mu, że lepiej „grzecznie się zachowywać”. Chciałaby pani, żeby tak się to skończyło we Włoszech? Załóżmy nawet, że korupcja we Włoszech jest tylko po jednej stronie, załóżmy, że włoscy komuniści to porządni, uczciwi chłopcy. Czy z tego względu dopuściłaby ich pani do do rządów? Proszę wymienić jeden kraj, w którym panował komunizm, a teraz już nie panuje. Tylko jeden! Jeden, gdzie partia komunistyczna doszła do władzy, a później się wycofała, zgodnie z zasadami demokratycznej gry, oddając innej partii prawo do rządów. Proszę wymienić! Jeden! Tylko jeden!

Panie Colby, co zrobilibyście wy, Amerykanie, gdyby komuniści wygrali wybory we Włoszech?

Proszę wymienić jeden kraj! Jeden jedyny!

Panie Colby, przeprowadzilibyście zamach stanu, jak w Chile?

Jeden kraj! Tylko jeden! Rumunia? Czechosłowacja? Węgry? Polska?

Niech mi pan odpowie, panie Colby: Drugie Chile?

A gdyby później nie było już drugich wyborów? Gdyby później stało się to, co stało się z Hitlerem i z Mussolinim? Czy nie rozumie pani, że komuniści przez te wszystkie lata stosowali się do demokratycznych reguł gry, bo im się to opłacało? Nie rozumie pani, że dopóki byli w mniejszości, ustrój demokratyczny był im potrzebny? Czy naprawdę wierzy pani, że gdy będą u rządów, nadal będą stosowali się do reguł demokracji? To nie są ludzie, którym można powiedzieć: „Jako że dobrzy z was chłopcy, pozwolimy wam trochę porządzić”. Ich centralizm demokratyczny nie ma nic wspólnego z demokracją. A wasze problemy możecie rozwiązać w lepszy sposób, niż pozwalając im wygrać wybory. Proszę o tym pamiętać. Albo nigdy więcej nie wygracie wyborów.

x

Ale powtarzam pytanie, na które nie chce pan odpowiedzieć: Co zrobiliby Amerykanie, gdyby we Włoszech komuniści doszli do władzy?

Nie wiem. To kwestia polityki Stanów Zjednoczonych. Nie wiem.

Ależ wie pan, panie Colby. Drugie Chile?

Niekoniecznie. Nie wiem… To hipotetyczne pytanie, nie mogę na nie odpowiedzieć. To zależy od zbyt wielu czynników. Mogłoby się nie wydarzyć nic, mogłoby się coś wydarzyć, mógłby przytrafić się jakiś błąd.

Taki błąd jak w Chile? No dalej, panie Colby. Uważa pan, że gdyby komuniści doszli do rządów, interwencja Stanów Zjednoczonych we Włoszech przy udziale drugiego Pinocheta byłaby uzasadniona?

Nie sądzę, abym mógł odpowiedzieć na to pytanie. A wasz Pinochet nie jest w Ameryce. Jest we Włoszech.

Wiem, ale jesteście mu potrzebni. Bez was nic nie zrobi. Panie Colby, próbuję skłonić pana do przyznania, że Włochy są niezawisłym państwem, a nie bananową republiką, nie waszą kolonią! Nie możecie być zawsze policjantami świata. Jasne?

Chiaro ma sbagliato (Jasne, ale błędne – przyp. W.L.). Proszę pozwolić mi wyjaśnić. Po pierwszej wojnie światowej Ameryka przeżyła zjawisko odrzucenia. Powiedzieliśmy sobie, że wojna była błędem, że źle walczono, i mieliśmy okres niewinności. Zredukowaliśmy naszą armię do mniej więcej stu pięćdziesięciu tysięcy, chcieliśmy otwartej dyplomacji, a sekretarz stanu rozwiązał Intelligence, twierdząc, że dżentelmeni nie czytają cudzej poczty. Krótko mówiąc, przygotowywaliśmy się do życia w świecie dżentelmenów i ogłosiliśmy, że nie chcemy się więcej angażować w sprawy zagraniczne. Pojawiły się problemy w Europie i nie interweniowaliśmy. Nadeszła wojna w Hiszpanii i ogłosiliśmy neutralność. Poddaliśmy nawet pod głosowanie ustawę o naszej neutralności. Ale to nie zadziałało. I spadły na nas problemy gospodarcze, nadeszli autorytarni przywódcy, którzy wierzyli, że mogą zapanować nad swoimi sąsiadami, wybuchła druga wojna światowa i musieliśmy do niej przystąpić. Po drugiej wojnie światowej zaczęliśmy od początku: w 1945 roku rozwiązaliśmy armię, rozwiązaliśmy OSS2 i powiedzieliśmy: pokój. Jednak zaczęła się zimna wojna. Od razu stało się jasne, że Stalin nie pójdzie drogą, którą wytyczyliśmy. Rosyjski komunizm stał się zagrożeniem w Grecji, w Turcji, w Iranie. I tym sposobem zrozumieliśmy lekcję. Połączyliśmy nasze tajne służby, nazwaliśmy je CIA, powstrzymaliśmy autorytarną ekspansję Związku Radzieckiego za pomocą NATO, planu Marshalla i CIA. Wspólnie, liberałowie i konserwatyści jedni i drudzy przekonani tym razem, że trzeba udzielić pomocy za granicą. Ja byłem jednym z liberałów. W młodości byłem wręcz radykałem i…

A niech to. Jakim cudem tak się pan zmienił?

Clemenceau mawiał, że kto nie jest radykałem w młodości, nie ma serca, a kto nie jest konserwatystą na starość, nie ma rozumu. Ale proszę pozwolić mi skończyć. NATO zadziałało. Powstrzymanie radzieckiego ekspansjonizmu udało się. Wywrotowy plan partii komunistycznych został zneutralizowany. I nie chodziło o przejście na stronę faszystów, nie chodziło o prawicę przeciw lewicy. Chodziło o poszukiwanie demokratycznego rozwiązania. I była to polityka amerykańska, do której CIA się przyłączyła i od tamtej pory ją stosowała, mówiąc, że będziemy walczyć o wolność za wszelką cenę. To jasne… no cóż, tak, w trakcie tej walki za wszelką cenę zdarzały się i zdarzają przypadki współpracy z lokalnymi dość autorytarnymi przywódcami. Albo bardziej autorytarnymi niż życzyliby sobie ludzie.

x

Proszę mi opowiedzieć o mafii. O tym, jak CIA wykorzystuje mafię.

Jeden taki przypadek! Tylko jeden taki przypadek! W 1960 roku! W sprawie Castro! Gdy Castro objął władzę na Kubie, rozważaliśmy możliwość współpracy z osobami, które miały jeszcze na Kubie pewnych przyjaciół. Mam na myśli osoby z mafii. Przyjaciół mafii. Skontaktowaliśmy się z nimi i zgodnie z naszym planem mieli spróbować zabić Castro. Ale było to bardzo… Cóż, nie zadziałało. Allen Dulles i McCone byli w tym czasie dyrektorami CIA. I McCone stwierdził, że nic o tym nie wie.

Jednak Bobby Kennedy o tym wiedział. Wiedział więc o tym także John, prezydent. Wie pan, co o tym myślę? Te wyznania dyskredytują najbardziej nie CIA, lecz prezydentów Stanów Zjednoczonych.

Te wyznania świadczą o tym, że CIA nie była nigdy dzikim słoniem, państwem w państwie, rządem poza rządem, lecz zawsze funkcjonowała jako element amerykańskiej polityki. A teraz, gdy kraj przechodzi proces rewizjonizmu, CIA jest trochę kozłem ofiarnym tego rewizjonizmu… Dowody na to, że prezydenci chcieli pewnych konkretnych akcji, nie są zbyt oczywiste, w niektórych wypadkach nie jest nawet jasne, czy prezydent o tym wiedział, czy nie. Ale fakty wskazują po prostu, że CIA działała w ramach polityki, która zdawała się ją upoważniać do robienia pewnych rzeczy.

Rzeczywiście, od Eisenhowera po Nixona, żaden się nie uratuje. A za Johnsona jakie łajdactwo uknuliście? Ach tak, zamach stanu Papadopulosa.

CIA nie poparła, powtarzam, nie poparła puczu pułkowników w Grecji. Oczywiście… nie odrzuciliśmy pułkowników. Ale też ich nie poparliśmy. Powiedzmy jednym słowem, że z nimi pracowaliśmy. Po przejęciu władzy przez Papadopulosa zawarliśmy z nim układ o wymianie informacji. Również z Ioannidisem CIA miała układ w tym samym celu. Reszta to mity. Utrzymywanie dobrych stosunków z jakimś autorytarnym przywódcą nie oznacza wcale, że się go popiera. Ach, pani naprawdę nie chce zaakceptować innego obrazu CIA niż ten, który stworzyła pani fantazja. Przypomniała mi pani historię o ślepcach i słoniu. Wie pani jaką? Nadchodzi słoń i zbliża się do niego czterech ślepców. Jeden dotyka jego trąby i mówi: „To włócznia”. Jeden dotyka jego nogi i mówi: „To drzewo”. Jeden dotyka jego ogona i mówi: „To wąż”. Jeden dotyka jego boku i mówi: „To mur”. I żaden z nich nie zauważa, że całość to słoń. Oczywiście, część winy leży po naszej stronie. Intelligence powinno stanowić całkowitą tajemnicę. Kiedy Schlesinger został dyrektorem CIA, zapytał: „Dlaczego przy autostradzie nie ma znaku wskazującego siedzibę CIA?”. Odpowiedzieliśmy: „Był, ale gdy Kennedy został prezydentem, kazał nam go zdjąć, uznając za śmieszny fakt, że tajne służby są oznaczone przy autostradzie”. Schlesinger odrzekł: „Postawcie go z powrotem”. Tak więc go postawiliśmy i… Ale czy demokracja nie zależy od tajemnicy? Czy głosowanie nie jest tajne?

A jednak to właśnie pan złamał tajemnicę. Czy kiedykolwiek zdarza się panu żałować, że wyjawił pan tyle rzeczy komisjom śledczym? Czy mógł pan odmówić?

Z pewnością nie żałuję, że powiedziałem prawdę. Nigdy nie wątpiłem ani się nie wahałem, czy powinienem odpowiedzieć prawdą na ich pytania. Co do odmówienia zeznań, nie mógłbym, nawet gdybym chciał. Prawo nakazywało mi mówić. Nie miałem wyboru. Nie oczekiwałem wcale, że ujawnione przeze mnie informacje pozostaną tajne. Nie sądziłem jednak, że pewne sprawy wywołają taką sensację. Faktem jest, że życie w społeczeństwie tak otwartym jak amerykańskie nie jest wygodne. Proszę spojrzeć na przypadek Richarda Welsha, agenta CIA zamordowanego w Atenach. Wie pani, jak do tego doszło? Rok temu urzędnik John March napisał tu, w Waszyngtonie, artykuł, twierdząc, że wie, jak zidentyfikować w różnych ambasadach tych, którzy pracują dla CIA. I zademonstrował to. Czy moglibyśmy mu to uniemożliwić? Nie. Nasze prawodawstwo jet słabe w tej kwestii. By raport Pike’a nie został opublikowany, konieczna była interwencja Kongresu. A żeby Kongres posunął się tak daleko, trzeba było śmierci Welsha. To była ogromna strata dla nas, CIA. Ogromna. Był niezwykle zdolnym agentem.

xxx

Kiedy czytałem ten wywiad i wybierałem powyższe fragmenty, to zastanawiałem się czy oni oboje wierzyli w to, co mówili. Czy było w tym więcej hipokryzji, czy może naiwności? Trudno ocenić. A może nie było ani jednego, ani drugiego. Wszak ja to oceniam z perspektywy 50 lat i tego, co się później wydarzyło. Oni w tamtym momencie tej wiedzy nie mieli. Jednak z tego wywiadu wynika, że metody działania CIA i KGB były niemal identyczne. A to powinno skłaniać do pewnej refleksji, a mianowicie takiej, że jeden i ten sam ośrodek decyzyjny kierował obu instytucjami. Trudno, by było inaczej, skoro oba państwa również podlegały temu samemu ośrodkowi.

W pewnym momencie Colby mówi, że po I wojnie światowej Stany Zjednoczone wycofały się z Europy, zredukowały swoją armię i stały się neutralne, ale nadeszli autorytarni przywódcy, wybuchła II wojna światowa i Stany Zjednoczone musiały przystąpić do wojny. Problem polega na tym, że ci autorytarni przywódcy nie wzięli się z powietrza i bez finansowego wsparcia bankierów z Ameryki nie byłoby Hitlera, Mussoliniego i potęgi Związku Radzieckiego. Czy to możliwe, by szef CIA nie wiedział o tym? Bo w to, że mogła o tym nie wiedzieć włoska dziennikarka, to jeszcze mogę uwierzyć.

Bardzo obrazowa jest historia o słoniu i ślepcach. My istotnie, jako zwykli ludzie, nie mamy obrazu całości i stąd nasze wyobrażenie o władzy i jej służbach jest niepełne. Jedyne do czego możemy się odwołać to historia. Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów. Nacjonalizm jako zjawisko pojawił się po rewolucji francuskiej, szczególnie zaakcentował swą obecność w Europie i Ameryce Południowej. Wtedy był dobry, a teraz jest zły. Był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii, co skutkowało powstaniem ustroju republikańskiego, czyli demokracji. Wiadomo, że monarchia nie jest najlepszym ustrojem, bo monarcha rządzi dożywotnio i to on jest za wszystko odpowiedzialny. Trudno więc przy takim ustroju postępować całkowicie nieodpowiedzialnie, chociażby z tego względu, że jest mało chętnych, by brać na swe barki odpowiedzialność za politykę, którą tak naprawdę uprawiają inni z tylnego siedzenia. Dopiero w demokracji, w której władza zmienia się co 4—5 lat, rządzący mogą poczuć się bezkarnie, bo ich nie można rozliczyć, a raczej jedynym ich rozliczeniem jest odsunięcie od władzy przez wyborców. To doprawdy łagodny wymiar kary, więc i chętnych nie brakuje.

Tak więc nacjonalizm był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii. A gdy już do tego doszło i demokracja zapanowała, to nacjonalizm stał się zły. Zły dlatego, że trudniej rządzić społeczeństwem jednolitym pod względem narodowościowym, bo ma ono spójny system wartości i wspólny interes. Gdy jednak wymiesza się narody, to powstaje społeczeństwo zatomizowane, podzielone na wiele grup o sprzecznych interesach, różnych systemach wartości, różnych wyznaniach czy religiach. Plastyczna masa, z którą rządzący mogą zrobić, co im się żywnie podoba. I takiej demokracji broniła Ameryka przed komunizmem, który sama stworzyła w Związku Radzieckim. Idealny pretekst do ingerowania w sprawy wewnętrzne innych państw, czyli ich kontrolowania. Do tego m.in. wykorzystywała i wykorzystuje swoje tajne służby, takie jak CIA.

Gdy komunizm upadł w Europie Wschodniej – bo nie w Chinach, gdzie miał i ma się dobrze – to nie nastąpił koniec historii, jak niektórzy wieszczyli. Konflikty i wojny nadal trwały i do dziś trwają. Skąd one się biorą i czy nie można im zapobiec? Wygląda na to, że w obecnym świecie jest to niemożliwe. Jest to świat cywilizacji czy kultury żydowskiej i dopóki się ona nie skończy, nie będzie końca wojnom, konfliktom, rewolucjom itp.

Naród żydowski jest narodem specyficznym, bo funkcjonującym wśród innych narodów rdzennych w rozproszeniu i asymilacji. Rozproszenie oznacza, że Żydzi są rozproszeni po całym świecie i wszędzie, gdzie mieszkają, są zasymilowani z mieszkańcami danego kraju. Ta asymilacja oznacza, że się upodobniają do rdzennych mieszkańców i są w ten sposób nierozpoznawalni jako obcy. Specyfika tego narodu polega też na tym, że ma swoją ideologię, wedle której uważają się on za naród wybrany, to znaczy taki, który ma prawo panować nad resztą narodów.

Rozproszenie i asymilacja to jeszcze za mało, by panować nad innymi narodami. Do tego potrzebne są takie narzędzia jak monopol na emisję pieniądza i dominacja w handlu. Dominacja w handlu oznacza też kontrolę nad produkcją. Żaden producent nie zaistnieje, gdy nie będzie miał dostępu do sieci dystrybucji, czyli handlu. Dopiero te cztery czynniki powodują, że panowanie nad narodami rdzennymi staje się realne. Bo dzięki nim można opanować wszelkiego rodzaju media, edukację, kulturę, wszelkiego rodzaju urzędy państwowe, wojsko i policję. Żeby jednak rdzenne narody nie mogły się rozwijać, to trzeba je utrzymywać w stanie permanentnej słabości i rozkładu. I temu właśnie służą różnego rodzaju konflikty: religijne i wyznaniowe, społeczne, rewolucje, wojny. Temu też służy mieszanie narodów. Jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, eksperymentem w tej dziedzinie była unia polsko-litewska. Wynik, nadzwyczajny – jak sądzę, zaskoczył samych twórców. Szlak został przetarty. Może stąd taki sentyment Żydów do Polin.

  1. Vespa (pl. Osa) – nazwa linii włoskich skuterów należącej do firmy Piaggio. Pierwsze modele powstały według projektu inżyniera Corradino D’Ascanio (1946). Na jej wzór w latach 60-tych powstały radziecka Wiatka i polska WFM Osa. ↩︎
  2. OSS – Office of Strategic Services (Biuro Służb Strategicznych) – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942-1946. Poprzednik CIA. ↩︎

CIA

W poprzednim blogu „Nowa partia” wspomniałem o tym, że podstawowym i najważniejszym punktem programu nowej partii o nazwie Bezpieczna Polska jest opcja „zero” w służbach specjalnych. To skłania do zastanowienia, czym tak naprawdę są służby specjalne, kto nimi rządzi i czy rzeczywiście są tak wszechpotężne, jak nam niektórzy próbują wmówić. Pewne informacje można znaleźć w książce Oriany Fallaci Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). W marcu 1976 roku przeprowadziła ona w Waszyngtonie wywiad z Otisem Pike’iem. Jego fragmenty poniżej.

Otis Pike urodził się 31 sierpnia 1921 roku w Riverhead w stanie Nowy York. W 1946 roku uzyskał dyplom Princeton, w 1948 Columbia Law School, pracował jako prawnik i sprawował funkcję sędziego pokoju od 1954 do 1960 roku, kiedy został wybrany do Kongresu. W następstwie artykułu opublikowanego przez Seymoura Hersha w grudniu 1974 roku w „New York Times”, w którym zostało ujawnione wewnętrzne szpiegostwo CIA, Kongres postanowił rozpocząć dochodzenie na temat całej działalności wywiadu i powołał Komisję Specjalną, której przewodnictwo powierzył Otisowi Pike’owi. Ujawnienie raportu Komisji zostało zablokowane, jednak tekst ukazał się w „The Village Voice”, wywołując sensację i protesty. W 1978 roku Pike zrezygnował ze stanowiska w Kongresie.

We wstępie do tego wywiadu Oriana Fallaci m.in. pisze:

Należało przeczytać w całości raport kongresmena Pike’a, choćby ocenzurowany i zniekształcony przeróbkami, z którymi do nas dotarł, by zrozumieć oburzenie wstrząsające tym zacnym człowiekiem, który przeciwstawił się CIA, Kissingerowi, samemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, którym był wówczas Gerald Ford. Należało poznać Otisa Pike’a i doświadczyć poruszenia na widok łez, które w pewnej chwili zraszały mu rzęsy, by zrozumieć studnię niegodziwości, której na imię władza. Jakakolwiek władza; zarówno gdy ukazuje się ubrana w mundury tyranii, jak i w szaty poprawności politycznej. Otis Pike pokazuje, że w jednym i w drugim wypadku walka z nią służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia. Biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera.

x

Panie Pike, William Colby (szef CIA 1973-1975 – przyp. W.L.) twierdzi, że pański raport jest całkowicie stronniczy, pełen uprzedzeń i że został napisany z zamiarem zdyskredytowania CIA. Mówi, że nie ma tam nawet całości jego zeznań.

Dobry Boże, nie, nie ma. Gdybym miał zapisać wszystko, co mi powiedział, byłby to jego raport, nie mój. Moje zadanie nie polegało na zredagowaniu czegoś, co otrzymałoby aprobatę CIA, i jest oczywiste, że panu Colby’emu mój raport się nie podoba. Stwierdzam w nim, że CIA wykonała paskudną robotę. Wyjaśniamy, że CIA nie wywiązała się ze swojego podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie Stanom Zjednoczonym dobrej Intelligence. Opowiadamy w nim o bardzo poważnych nadużyciach, jakich dopuściła się CIA, i o nieskuteczności, o marnotrawstwie. Śmieci. Nie, dobry Boże, na pewno nie spodziewałem się, że pan Colby mi podziękuje. I nic mnie nie obchodzi, co on mówi. A raczej odpowiem mu tak: zakończyłem moje dochodzenie, mając większy szacunek dla CIA niż dla tych, którzy wydawali CIA rozkazy. Pan Colby zachował się przed komisją uczciwiej od innych. To znaczy uczciwiej od tych, którzy reprezentowali organy naszej władzy wykonawczej.

Czy to aluzja do Kissingera?

Ech, tak. Nietrudno mi przyznać, że po zakończeniu dochodzenia doktor Kissinger podobał mi się znacznie mniej, niż gdy go poznałem. On nie udziela informacji. Wychodzi z założenia, że wszystkie jego źródła są bardzo osobiste; nie tylko te związane z zagranicznymi szefami państw, lecz również te odnoszące się do urzędników Departamentu Stanu. Tak więc parlament nie powinien się w to wtrącać. Natomiast pan Colby… Cóż pan Colby jest utalentowanym człowiekiem i potrafi stosować grę słów. Czasem szuka ucieczki w semantyce. Jednak jeśli zadałem mu właściwe pytanie, udzielał mi szczerej odpowiedzi. On nie jest nieuczciwy. I jest mniej winny niż ci, którzy teraz każą mu płacić za wszystkich.

Twierdzi pan, że Colby stał się kozłem ofiarnym w tej sprawie?

Jestem o tym przekonany. I jestem też przekonany, że mu się to podoba. Pewnego dnia mu to powiedziałem: „Podoba się panu rola kozła ofiarnego, prawda?”. Nie odpowiedział. Nadal siedział nieporuszony. Jednak było jasne, że odgrywanie roli kozła ofiarnego sprawiało mu przyjemność. I nikt nie potrafiłby zagrać tej roli lepiej, z lepszym rezultatem. Uczciwy wobec nas, lojalny wobec swoich ludzi… Zostawił CIA, tak by wszyscy uważali go za wielkiego człowieka, bo ich ocalił. Doskonała strategia, wspaniała robota. Ech! Zręcznie mną manipulował ten Colby. Zwyciężył. A ja przegrałem.

W jakim sensie pan przegrał, panie Pike?

W najbardziej oczywistym: nie pozwolili mi opublikować raportu, zablokowali go. Kiedy Izba Reprezentantów orzekła, że nie może zostać opublikowany bez zgody prezydenta i do prezydenta należy ustalenie, czy szkodzi on działalności naszej Intelligence za granicą, zrozumiałem natychmiast, że przegrałem. Użyte wyrażenie brzmiało dosłownie: „działalność naszej Intelligence za granicą”; przez działalność mieli na myśli zabójstwa, tajne wojny, opłacanie zagranicznych liderów politycznych. A mój raport nie mówił o niczym innym. Nie przypadkiem prosiłem o głos, by stwierdzić, że w takim razie Ford nigdy nie wyda zezwolenia. Było mi przykro. Było mi tak bardzo przykro, dobry Boże. To był dobry raport. Raport, z którego można było być dumnym. I mi go zablokowali. Co za porażka. Poniosłem w swoim życiu wiele porażek, ale ta była najgorsza. Problem w tym, że… Cóż, to proste: zlecili nam wykonanie pewnego zadania, a my wykonaliśmy je lepiej, niż się spodziewali. A raczej niż się obawiali.

Jednak wina leży również po pańskiej stronie, panie Pike. Czy było konieczne wniesienie sprawy do parlamentu? Czy było konieczne uzyskanie zgody prezydenta?

Zgody prezydenta, nie. Nie musieliśmy błagać o żadną zgodę prezydenta. Wniesienie sprawy do parlamentu owszem, było konieczne. Oto co się stało. Dzięki przeszkodom, jakie napotkaliśmy, na przykład przeszkodzie zwanej Henry Kissinger, spóźniliśmy się, nie mieliśmy już czasu, by ukończyć raport do ustalonej daty. Poprosiliśmy parlament o przyznanie nam dwutygodniowego odroczenia i parlament się zgodził. I wykorzystaliśmy je w całości. Raport został sporządzony przez grono redakcyjne, komisja chciała sprawdzić go rozdział za rozdziałem, a czasem słowo po słowie: opublikowanie go pospiesznie, z ryzykiem przeoczenia nieścisłości i błędów, byłoby nieodpowiedzialne. Dwudziestego trzeciego stycznia raport został ukończony i zaaprobowany przez komisję większością dziewięciu głosów do czterech. Upoważniało nas to do sporządzenia próbnych odbitek, ale ci czterej znaleźli wykręt. Zgodnie z regulaminem mieli prawo do pięciu dni legislacyjnych, by spisać punkty sporne. Dni legislacyjne rozumiane są jako te, w których zbiera się parlament. W ten sposób z pięciu zrobiło się ich osiem. I czterej opozycjoniści dostarczyli swoje dokumenty, gdy komisja miała już zostać rozwiązana. Odwołanie się do głosowania w celu opublikowania raportu było już wtedy konieczne.

A kim byli ci czterej? Ludźmi Kissingera?

Tak sądzę. Bo wie pani, dokładnie w tym samym czasie głosowaliśmy nad zaprzestaniem udzielania pomocy finansowej Angoli. Tych dziewięciu z komisji, którzy chcieli opublikować raport, głosowało za zaprzestaniem finansowania w Angoli, tych czterech, nie chcieli go opublikować, zagłosowało za kontynuacją finansowania. Czy to jasne?

Tak, i wydaje się to wielką hipokryzją. Skoro zamierzali rzucać panu kłody pod nogi, to po co powierzali panu dochodzenie? Żeby zamydlić oczy Amerykanom i światu?

Zgadzam się z panią. Hipokryzja to właściwe słowo.

Mimo to jest coś, czego nie rozumiem, panie Pike. Dlaczego te rzeczy nie przydarzyły się senatorowi Churchowi? Czemu on zdołał opublikować swój raport? A przecież mówił o Chile, o próbach zabójstw…

Zastanawia się pani, dlaczego pozwolono mu go opublikować. To proste: ponieważ był to raport ad interim 1odnoszący się do tematu już nieaktualnego, prób zabójstw. Tematu, który dotyczył działalności osób niesprawujących już urzędu: nieżyjących prezydentów, prezydentów popadłych w zapomnienie. Temat naszego raportu jest aktualny. Dotyczy wydarzeń, które miały miejsce bardzo niedawno, dotyka osób, które nadal sprawują rządy…

Z Kissingerem włącznie.

Z Kissingerem włącznie. I powiem więcej: ostateczny raport Churcha nie został jeszcze opublikowany. Church ma go dostarczyć do marca. A ja obawiam się, że kiedy go dostarczy, napotka te same trudności, jakie napotkałem ja. Również w jego przypadku nie zabraknie pretekstów. Na przykład znowu uczepią się zabójstwa Welsha i… Musi pani zrozumieć, że śmierć Welsha poruszyła Amerykę. I przysporzyła niezmiernej sympatii CIA i jego agentom.

Wróćmy do tematu hipokryzji, panie Pike. Kto przysporzył panu największych trudności?

Prezydent, Kissinger, Colby, FBI, ogólnie rząd. Zawsze obiecywali nam wszelką współpracę, a później odmawiali informacji. Również po to, by zmarnować nasz czas. Wiedzieli, że komisja będzie działać krótko, i dlatego marnowali nasz czas. Zaraz to wytłumaczę. Kiedy mówiliśmy: „Potrzebujemy tych dokumentów”, wcale nam ich nie odmawiali. Dawali nam tylko jeden z nich. Tym sposobem trzeba było znowu o nie prosić i znowu dawali nam tylko jeden. Ja wierzę w dokumenty. Ponieważ świadczą o tym, co ludzie mówili, a nie, co później chcieliby powiedzieć. Tak więc cały czas o nie prosiłem, a oni wydzielali mi je w bardzo długich odstępach. Czasami zaś nie dawali mi ich wcale. Co zrobił na przykład pan sekretarz stanu z Memorandum Boyatta? Oskarżył nas o chęć dręczenia drugorzędnych postaci z Departamentu Stanu, o uprawianie maccartyzmu2. I napisał do nas list, twierdząc, że jeśli chcemy dowiedzieć się pewnych rzeczy, musimy zwrócić się do „ważnych ludzi, którzy tworzą amerykańską politykę”. A ważni ludzie z przyjemnością nam pomogą. Tak więc poprosiliśmy o dokument jego, Kissingera. On oczywiście go miał. Ale nam go nie dał. Gorzej, zakazał wszystkim nam go dawać. Wszyscy odpowiadali nam, że dokument ten chroniony jest przywilejem egzekutywy. Również prezydent powołał się na przywilej egzekutywy.

Co to jest dokument Boyatta?

Już pani wyjaśniam. Thomas Boyatt był człowiekiem, który kierował wydziałem Cypru, Cyprus Desk, w Departamencie Stanu. I z tego, co wiedziałem, Thomas Boyatt sprzeciwiał się gwałtownie temu, co Amerykanie zrobili na Cyprze. I spisał swój sprzeciw w Memorandum Boyatta lub Memorandum sprzeciwu. Uważamy je za naprawdę niezbędne, aby się dowiedzieć, jak się zachowaliśmy w brzydkiej sprawie Cypru. Był to jedyny sposób na dotarcie do prawdy. Ale Kissinger zachował się tak, jak powiedziałem, i doszło do pierwszego sporu z nim. Wysłaliśmy nawet nakaz dostarczenia tego kawałka papieru. Na próżno. Oczywiście wezwaliśmy pana Boyatta do złożenia zeznań. Również na próżno. Boyatt chciał przyjść. Kissinger się sprzeciwił.

Gdzie jest teraz pan Boyatt?

Otrzymał awans. A raczej, zdaje mi się, że jest w Chile. Proszę pozwolić mi wykonać jeden telefon… Tak, jest w Chile. Jako szef misji dyplomatycznej w naszej ambasadzie.

Jednak Kissinger przyszedł zeznawać.

Tylko jednego dnia, rano i wieczorem. I nie będę opisywał pani jego zachowania, raport mówi sam za siebie. Ale powiem pani, że rozpaczliwie usiłowałem skłonić go do opowiedzenia tego, co było nam potrzebne. Nie udało mi się. Chronił się zawsze za swoim przywilejem politycznym; za historyjką o swoich „bardzo osobistych” źródłach. Chciałem go oskarżyć o obrazę parlamentu. Poddałem pod głosowanie trzy rezolucje, aby go oskarżyć. Sprawa się na tym zatrzymała. Większość parlamentu nie chciała dalszego postępowania. Musieliby wybrać między Kissingerem a mną, między Kissingerem a komisją i nikt nie był gotów uczynić sobie z niego wroga.

Ale dlaczego w Ameryce ludzie tak bardzo boją się Kissingera?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że stoi za nim zbyt wiele osób. Ten Kissinger to strasznie przebiegły public relation man. Gdy tylko sprawy przestają się toczyć po jego myśli, zwołuje swoich znajomków z prasy i otrzymuje potężne artykuły wstępne, które mówią zupełnie co innego niż ten, kto mu się sprzeciwił. Sprzeciwianie mu się jest niewskazane, zwłaszcza w przypadku polityka. Ja jednak sądzę, iż dowiodłem, że się go nie boję.

Dlaczego więc nie poprowadził pan dalej sam oskarżenia o obrazę?

Mógłbym. Zrezygnowałem, bo byłaby to tylko strata czasu. Nasze sądownictwo nie działa szybko, dokładnie tak jak włoskie. I komisja zostałaby rozwiązana, zanim Kissinger zasiadłby na ławie oskarżonych. Tak więc postępowałem dalej ze związanymi rękami i coraz bardziej hamowany przez obstrukcjonizm. Nakazywali nawet milczenie mniej znaczącym świadkom. Mówili im jasno i wyraźnie, że nie wolno im mówić „o pewnych sprawach”. Kissinger posunął się nawet do tego, że poinformował ich, iż nie wolno im pozwolić się przesłuchiwać, jeżeli na sali nie ma funkcjonariusza Departamentu Stanu. I nikt nie złamał tych wytycznych. Ach! Przed chwilą spytała mnie pani: Dlaczego więc powierzono panu dochodzenie? Ja powiem: Dlaczego więc je zarządzili? Hipokryzja to święte, najodpowiedniejsze słowo. Mydlenie oczu to właściwe wyrażenie. Można zrozumieć powściągliwość Colby’ego, obstrukcjonizm CIA; CIA była sądzona. Ale nie zawsze to CIA wiązała nam ręce. Najbardziej wiązał je nam Kissinger, prezydent, Departament Stanu, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, samo FBI. Dlatego twierdzę, że pod koniec szanowałem bardziej CIA niż tych, którzy wydawali jej polecenia.

Ale do kogo należało wydawanie poleceń CIA? Do sekretarza stanu, czyli Kissingera?

Bardziej niż do sekretarza stanu, do specjalnego asystenta prezydenta do spraw Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

To znaczy do Kissingera.

Dokładnie. Poza tym do ministra obrony i do sekretarza stanu.

Którym jest Kissinger.

Właśnie. Wreszcie do Narodowej Rady Bezpieczeństwa.

Do której Kissinger należy i w której znaczy najwięcej.

Właśnie. CIA nie może sama podejmować inicjatyw. Zgadzam się z Colbym, gdy odpowiada, że CIA nie jest dzikim słoniem. Po przeanalizowaniu wszystkiego, co było do przeanalizowania, doszedłem do wniosku, że CIA podejmowała inicjatywę jedynie w sprawach marginalnych i niewywołujących kontrowersji. W sprawach ważnych i odbiegających od normy zachowywała się zawsze w sposób, w jaki ktoś kazał jej się zachowywać. A tym kimś bardzo często był Kissinger.

Panie Pike, jak wytłumaczy pan władzę Kissingera?

Och, jest inteligentny. Co do tego nie ma wątpliwości. Ma wybitny umysł. Poza tym ma fascynującą łatwość słowa. Ponadto był bardzo skutecznym dyplomatą. Jest niezwykle popularny w środowisku koktajlowym Waszyngtonu, gdzie nie bywam. Wreszcie, jak już wspomniałem, ma ogromne wsparcie ze strony prasy, która poświęca mu artykuły pochwalne i atakuje jego przeciwników. Na przykład wtedy, gdy reszta świata mówiła, że Kissingerowi nie była obca tragedia w Chile, my w Ameryce w to nie wierzyliśmy. Wyszedł raport senacki Churcha, ale amerykańskie dzienniki nie wymieniły nazwiska Kissingera. Również dwa największe liberalne dzienniki Ameryki, „New York Times” i „Washington Post” je pominęły. Nie pamiętam, abym przeczytał nazwisko Kissingera w artykule, który „Washington Post” poświęcił odpowiedzialności amerykańskiej w Chile. A „New York Times” nawiązał do tego jedynie marginalnie.

Niemniej mówi się, że za Forda Kissinger nie cieszy się taką protekcją, jaką miał za Nixona.

Pozwoli pani, że odpowiem w ten sposób: Sądzę, że prezydent Ford ma ogromny respekt dla Kissingera, i sądzę, że prezydent Ford uważa, iż ogromnie go potrzebuje.

Panie Pike, czy według pana Kissinger jest demokratą?

Nie. Tym razem nie będę szukał łagodniejszych określeń. Odpowiedź brzmi: nie. Przede wszystkim myślę, że Kissinger ma bardzo niewiele szacunku dla parlamentu. I być może zasługujemy sobie na niewiele szacunku, jednak doktor Kissinger żywi niewiele szacunku dla wszelkich demokratycznych procesów. O, tak. On naprawdę nie ma cierpliwości do demokracji. W demokracji nie liczy się wcale to, co liczy się w dyplomacji. I jego stanowiska nie może zajmować człowiek, który odmawia uznania punktu widzenia większości, twierdząc, że on wie wszystko lepiej od innych. Nawet jeśli jest to człowiek inteligentny. Doktor Kissinger nie przepada za krytyką. Oskarżenia o maccartyzm łatwo płyną z jego ust, gdy ktoś mówi rzeczy, które się mu nie podobają, a…

A jeśli jest ktoś, kogo należałoby oskarżyć o maccartyzm, to właśnie on.

Brawo. Powiedziała to pani. Jest pani odważniejsza ode mnie.

Dlaczego? Tak wiele się ryzykuje, mówiąc kim jest Kissinger? Czy fakt, że pan to powiedział, a raczej przewodniczył komisji śledczej, zaszkodził może pańskiej karierze politycznej, panie Pike?

Jeszcze tego nie wiem. Nie dowiem się tego przed wyborami. Oczywiście, gdybym dzisiaj kandydował, zamiast być już deputowanym, sprawa byłaby beznadziejna.

xxx

We wstępie do wywiadu Oriana Fallaci pisze, że walka z władzą, ubraną w mundury tyranii czy szaty poprawności politycznej, służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia, ale biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera. W tej lakonicznej konstatacji porusza ona problem istoty władzy: Czym ona jest? Kto tak naprawdę rządzi? Dlaczego jest tak potężna?

Jeśli nie potrafimy dokładnie zdefiniować, czym jest władza i kto tak naprawdę rządzi, to walka z nią jest w istocie walką z wiatrakami. Z wywiadu, jaki przeprowadziła Fallaci z Pike’iem wynika, że to Kissinger rządził CIA, a ona sama, według słów Pike’a, podejmowała samodzielne decyzje tylko w sprawach drugorzędnych. Tak zapewne mogło być, ale też nie można wykluczyć możliwości, że Kissinger był tylko pasem transmisyjnym, a rządził ktoś zza kulis. Bez względu jednak na to, który przypadek zachodził, to CIA nie jest dzikim słoniem i ani ona, ani służby specjalne innych państw nie są niezależne i wszechpotężne.

Skąd się wzięły tajne służby? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Walka z Rzymem, w której tyle tkwiło judaizmu i tyle bezpośrednich oddziaływań żydowskich, prowadzona była przy pomocy szeroko rozgałęzionych tajnych organizacji o charakterze międzynarodowym. Już w XII, XIII i XIV wieku widzimy owe ruchy sekciarsko-rewolucyjne, wywołujące powstania ludowe, kierowane przez tajne związki, pozostające między sobą w ustawicznym porozumieniu. Mamy prawo powiedzieć, że już wówczas – niezależnie od widocznego w świetle dziejów jednolitego kierownictwa – związki te tworzą jedną całość organizacyjną, podzieloną terytorialnie, co ujawnia się choćby we wspólnej wszystkim nazwie „braci”. Mamy przecież braci włoskich, południowo-francuskich, braci morawskich, braci czeskich, braci niemieckich, braci polskich, braci niderlandzkich i braci angielskich.

Co więcej „braćmi” zwą się także członkowie, współdziałających z tamtymi organizacjami, tajnych akademii odrodzenia. A więc anabaptyści, socynianie, taboryci, a z drugiej strony członkowie akademii humanistycznych – jak Luter, Reuchlin, Melanchton, Zwingli, Kalwin – byli braćmi organizacyjnymi. Jest to więc jedna sieć, spojona misternie i na ten sam połów sporządzona. Owe „braterskie” akademie i stowarzyszenia (societates) nie są niczym innym, jak poprzednikami dzisiejszych lóż wolnomularskich.

x

Czy służby specjalne również wywodzą się z tego pnia? Trudno powiedzieć, ale zapewne wzorce były z niego czerpane. A jeśli tak, to oznaczałoby to, że tajne służby wszystkich państw współpracują ze sobą. Taką sugestię można znaleźć w dramacie „Cena” (2000) Waldemara Łysiaka, który wkłada w usta jednej z głównych jego postaci takie słowa:

„Powiem panu, że w trzydziestym dziewiątym NKWD i Gestapo zawarły pakt. Własny pakt, równoległy do paktu rządowego między Moskwą i Berlinem. Ciekawe jest tutaj to, że kiedy kilka lat później Moskwa i Berlin zaczęły prowadzić wojnę przeciwko sobie – pakt ich służb specjalnych nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Funkcjonuje do dzisiaj (rok 1944 – przyp. W.L.), taka osobliwość. Co prawda tylko w kwestiach tyczących partyzantki polskiej, ale zawsze…”

O tym, że służby specjalne wszystkich państw współpracują ze sobą, świadczy to, że wojny były i są prowadzone według ściśle ustalonych scenariuszy. Skoro rządy państw prowadzących wojnę nie rozmawiają ze sobą, to pewnie robią to za nie właśnie służby specjalne. Zwraca też uwagę fakt, że różni szpiedzy czy kurierzy poruszali się po Europie w czasie II wojny światowej, jakby nie istniały granice i fronty, a gdy czasem zostali aresztowani, to jakoś tak szybko byli zwalniani.

Ma więc rację Leszek Sykulski, gdy mówi, że wszystko dzieje się za kulisami, a to, co widzimy to teatr dla naiwnych.

  1. ad interim – łacińska fraza, która oznacza w międzyczasie lub tymczasowo. ↩︎
  2. maccartyzm – ogólna nazwa działań politycznych, pozbawionych skrupułów metod śledczych oraz tworzenia atmosfery strachu i podejrzeń, w walce z wewnętrznym zagrożeniem komunistycznym w latach 1950-1954 w Stanach Zjednoczonych; od nazwiska amerykańskiego senatora Josepha Raymonda Mc’Carthy’ego. ↩︎

Nowa partia

W piątek 27 października 2023 roku Leszek Sykulski na swoim kanale w cyklicznym programie „Wieczór geopolityczny” poinformował o powstaniu nowej partii politycznej o nazwie Bezpieczna Polska. O tym, dlaczego ona powstała, jaki ma program i cele, mówił od 35:40 do 51:42. Poniżej zapis jego wypowiedzi.

Osobiście uważam i powtórzę to po raz kolejny, będę to powtarzał dopóty, dopóki będę mógł, że w Polsce nie zajdą żadne, żadne realne zmiany – konkretne, które gwarantowałyby nam bezpieczeństwo, jeżeli nie zostaną spełnione tylko dwa warunki. I uważam, że na taką partię – i na takie ugrupowanie, czy na taką koalicję warto głosować – która właśnie te dwa warunki weźmie sobie na sztandar, wprowadzi odwagę do życia publicznego, nie będzie się bała, nie będzie chować swoich liderów w szafie, tylko weźmie sobie na sztandary te dwa proste postulaty programowe. Za tym oczywiście musi iść konkretny program. Po pierwsze, głęboka reforma służb specjalnych w Polsce. Czy kogoś to jeszcze dziwi, że do dzisiaj nie wyjaśniono afery FOZZ? Dlaczego do dzisiaj nie została wyjaśniona sprawa zabójstwa generała Sławomira Petelickiego, zabójstwa Andrzeja Leppera i szereg innych afer, które do dzisiaj nie zostały wyjaśnione.

Jako były członek Komisji Weryfikacyjnej do Spraw Wojskowych Służb Informacyjnych mogę powiedzieć tylko jedno: służby specjalne po 1989 roku są bardzo mocno skażone pewnym genem, który nie pozwala na pełną suwerenność państwa polskiego. Widzieliśmy to wielu przypadkach. Tajne więzienia CIA w Starych Kiejkutach, pedofilia ukrywana w kierownictwie Agencji Wywiadu. Mówiłem o tym wszystkim w filmie Stop amerykanizacji Polski. Dorabianie się wąskiej warstwy kliki w służbach specjalnych na chociażby zakupach respiratorów, dorabianie się „elit” w służbach specjalnych. I to jest wierzchołek góry lodowej. Proszę mi wierzyć, że to, co się stało, to bagno w WSI.

Te odkryte przypadki przestępstw, to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Jeżeli byśmy spojrzeli na tzw. cywilne służby specjalne i zobaczyli, jak to się stało, że w latach 2005-2007 została złamana konstytucja, zostały tutaj sprowadzone służby specjalne, które torturowały ludzi bez wyroku sądu, przetrzymywały, to widzimy, jak bardzo mocno marionetkowe stają się niektóre ośrodki władzy w Polsce. I dlatego nie będzie żadnej realnej zmiany. To jest tylko teatr dla naiwnych widzów to, co widzimy w postaci wyborów parlamentarnych, prezydenckich i tak dalej, i tak dalej. Realne działania dzieją się za kulisami, nie dzieją się na Wiejskiej, nie dzieją się w sejmie, na sali plenarnej sejmu. To są zakulisowe działania. Dlatego żadne panaceum – w postaci referendum, głosowania elektronicznego czy jeszcze innych fantastycznych patentów ze Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych, czy innych zakątków świata – nie sprawdzą się w Polsce dopóty, dopóki nie będzie opcji „zero” w służbach, dopóki nie pozbędziemy się tych przestępców w mundurach z legitymacjami służbowymi, którzy podporządkowali Polskę obcym interesom, obcym służbom. I to jest fundament.

Dzisiaj ta partia, która nie podpisuje się czy to ugrupowanie, ruch polityczny, społeczny, który nie podpisuje się pod hasłem: stop amerykanizacji Polski czy stop amerykanizacji polskiej racji stanu – jest tak naprawdę ugrupowaniem czy ruchem, będącym za petryfikacją obecnego stanu rzeczy, czyli za tym, żeby tak było, jak jest. Żeby się nic nie zmieniło, żeby się zmieniały chorągiewki. Są różni politycy, którzy najpierw przypinali flagi polskie, potem ukraińskie. Teraz sobie niektórzy przypinają flagi izraelskie. Dla nich nie ma to najmniejszego znaczenia. To jest teatr. Sznurki pociągają zupełnie inni ludzie. To jest deep state, to jest głębokie państwo. To są ludzie bardzo mocno podporządkowani takim stolicom jak Waszyngton, Londyn, Berlin, Tel Awiw czy Jerozolima – jak kto woli. I od tego trzeba zacząć.

Drugi bardzo ważny postulat, bez którego nie będzie żadnej zmiany i nie będzie taniej energii w Polsce, bez tego drugiego fundamentu nie będzie tego wszystkiego, czyli normalizacji relacji z Białorusią i Rosją. I też trzeba o tym mówić głośno, nie bać się, nie chować liderów do szafy, nie chować sztandarów gdzieś do piwnicy. Tylko trzeba wziąć te dwa postulaty programowe na sztandary, czyli

  • głęboka reforma służb specjalnych
  • normalizacja relacji z Rosją i Białorusią

I to jest dzisiaj polska racja stanu: to jest tanie paliwo, tani prąd, tani gaz; to jest bezpieczeństwo, to są relacje dobrosąsiedzkie, to jest polityka asertywna, to jest polityka wielowektorowa, jeśli chodzi o bezpieczeństwo; dyplomacja i obronność, a nie bycie czyimkolwiek zderzakiem strategicznym. I trzeba mieć elementarną odwagę cywilną, aby dzisiaj to głośno mówić. Tak, jak mówi Polski Ruch Antywojenny i tak, jak mówi, a właściwie od przyszłego tygodnia, będzie mówić nowa partia polityczna w krajobrazie Rzeczypospolitej Polskiej. Ta partia nazywa się Bezpieczna Polska. Mam przyjemność i zaszczyt być prezesem zarządu krajowego partii politycznej, nowej partii politycznej w Polsce, która nazywa się Bezpieczna Polska. I to są dwa nasze najważniejsze postulaty programowe: opcja zero w służbach specjalnych i normalizacja relacji z Białorusią i Rosją. To jest fundament.

Natomiast takie hasła jak Stop amerykanizacji Polski, Stop ukrainizacji Polski. Takie, jak to, że żądamy ekshumacji ofiar ukraińskiego ludobójstwa na narodzie polskim czy takie: to nie nasza wojna, nie mieszajmy Polski do obcych konfliktów – to są oczywiście niezwykle istotne i integralne hasła programowe, z którymi Państwo będziecie się mogli zapoznać już w przyszłym tygodniu.

Chcemy być realną zmianą w myśleniu strategicznym narodu polskiego. Naszym celem jest zmiana kultury strategicznej narodu polskiego, tak aby skierować tę kulturę z romantyzmu na realizm, realizm polityczny, realizm geopolityczny. To jest istota rzeczy. Oczywiście nie uciekamy od angażowania się w bieżące kwestie polityczne, wybory samorządowe, do europarlamentu, wybory prezydenckie w roku 2025, ale istotą jest praca organiczna, praca u podstaw, praca nad nową strategią i nowymi doktrynami dla Rzeczypospolitej Polskiej, które będą korespondowały z tymi zmianami, które zachodzą na świecie. Dlatego tak głośno dzisiaj mówimy: to nie nasza wojna. Nie angażujmy się w żadne konflikty, które mogłyby zagrozić naszemu bezpieczeństwu ekonomicznemu, materialnemu czy wręcz biologicznemu.

Ani wojna na Ukrainie, ani konflikt na Bliskim Wschodzie, to nie są nasze wojny. Trzymajmy się od tego z dala. Politycy w Warszawie nie mają żadnej legitymacji, nie mają żadnego prawa, ani stanowionego, ani moralnego, aby udzielać bezwarunkowej – i bez pytania narodu o zgodę – pomocy dla Ukrainy, dla Izraela czy dla kogo bądź. Dlatego powiedzmy jeszcze raz głośno: to nie nasza wojna. I zachęcam Państwa do zapoznania się z programem partii Bezpieczna Polska. Będzie od przyszłego tygodnia dostępny.

I ostatnia sprawa. Pytacie Państwo, czasami padają głosy, po co jeszcze jedna partia prawicowa gdzieś w Polsce, rozdrabnianie i tak dalej. Zacznijmy od tego, że Bezpieczna Polska nie jest i nie będzie żadną partią – ani lewicową, ani prawicową. Dość tego bezsensownego i bezmyślnego podziału. Co to znaczy partia prawicowa? Przez ostatnie 8 lat rządziła Polska partia, która się mieni partią prawicową, a mamy wdrażany – nie etatyzm a socjalizm. Co z tego, że rządziła Polską partia prawicowa, która podporządkowała Polskę interesom mocarstw anglosaskich i narażała nas na konflikt z Federacją Rosyjską i Republiką Białorusi.

Co z tego, że w sejmie są różnego rodzaju partie czy ugrupowania, określające się jako prawicowe, które mówią, że rynek reguluje się sam, gdzie mamy tych domorosłych liderów krzyczących: „Tak! Rynek reguluje się sam”. Ale jak im zawieszą konta na Instagramie, to są wielkie pretensje o model kapitalizmu, który dzisiaj obowiązuje, do którego także dopuścili rządzący Polską po roku 1989. Ci wszyscy liderzy okrągłostołowi i pookrągłostołowi, którzy wpuścili do Polski dziki globalistyczny kapitalizm, który promuje wielkie, globalne, ponad narodowe korporacje, z którymi nie ma szans żaden przedsiębiorca, nawet średni czy większy – rodzimy. I temu wszystkiemu mówimy stop! Mówimy stop mieszaniu religii do polityki. Tak! To niewątpliwie coś, co odróżnia dzisiaj od tych wszystkich, którzy krzyczą o sobie, że są prawicowcami, że jedni bardziej od innych kochają Boga, jakkolwiek by Go rozumieli. Tutaj absolutnie uważamy, że nie tworzymy żadnej sekty religijnej. Porządna partia polityczna w tym systemie musi być wolna od jakichkolwiek wpływów tego typu.

Podobnie, Szanowni Państwo, pytacie: dlaczego partia polityczna, a nie ruch społeczny? Z dwóch podstawowych względów. Doskonale wiemy, że obecny system polityczny premiuje partie polityczne. Sprawdziliśmy to w ostatnich wyborach. Chcieliśmy zarejestrować Komitet Wyborczy Wyborców PRA. Zostało to zablokowane, bezprawnie zostało to zablokowane. Wpłynął oczywiście jakiś donos na nas. My się domyślamy – kto. Są środowiska, które podejmują właśnie ten temat, tego donosu. Żadnej sprawy w prokuraturze nigdy nie było, nie ma i nie będzie, bo wszystko było lege artis, wszystkie dokumenty złożone przez PRA były w pełni zgodne z prawem, sprawdzone przez wielu prawników, którzy z nami współpracują, więc wszystko odbywało się absolutnie legalnie. Widać było wolę władzy, aby zablokować. Ten układ okrągłostołowy chciał zablokować nas jako środowisko, mówiące wprost: „Stop amerykanizacji Polski! To nie nasza wojna!” Dlatego z partiami nie ma tego problemu. Władza nie jest w stanie zablokować rejestracji komitetu wyborczego. Na mocy prawa partii politycznej to się po prostu należy.

No i druga sprawa. Nie wierzę, Szanowni Państwo, w powodzenie żadnych ruchów oddolnych, które są gdzieś tam ogłoszone, gdzieś w przestrzeni, na YouTube ktoś ogłosi, że zakłada ruch. Takie coś jest kompletnie niepoważne, ponieważ nie daje żadnych praw członkom. To jest robienie sekty politycznej czy sekty polityczno-religijnej. Normalna partia musi mieć statut, gdzie są nie tylko obowiązki, ale także prawa członków. Dlatego ja Państwa już teraz serdecznie zapraszam do angażowania się w działalność partii Bezpieczna Polska. W styczniu 2024 roku odbędzie się w Warszawie kongres „Bezpiecznej”. U nas każdy ma możliwość działania w radzie programowej, ma możliwość debatowania, uczestniczenia w wyborach. Tutaj nie ma jakiejś organizacji dyktatorskiej, gdzie jeden człowiek, który gdzieś się ogłosił wodzem i jakimś guru i mówi, że nie zarejestruje niczego i tak naprawdę cała reszta nie ma żadnych praw.

xxx

O służbach specjalnych, o ile mnie pamięć nie myli, pierwszy zaczął mówić po 1989 roku Janusz Korwin-Mikke, o tym, że są takie potężne i że to właściwie one rządzą. Dziś ta retoryka powraca i reforma służb specjalnych jest głównym punktem programowym nowo powstałej partii politycznej. Leszek Sykulski obszernie i emocjonalnie wypowiada się na temat programu politycznego partii Bezpieczna Polska. Jednak nie precyzuje na czym miałaby polegać ta reforma. Czy ludzie pracujący w tych służbach mieliby być zastąpieni nowymi czy może raczej musieliby złożyć deklarację lojalności? Skoro tego nie wiemy, to trudno traktować taki program poważnie.

Wypadałoby więc zacząć o tego, czym zajmują się służby specjalne. Podejrzewam, że przeciętny człowiek o tym nie wie i ja, jako taki, też o tym nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że zajmują się tym, czym oficjalne organy państwa zajmować się nie mogą, a więc wszelkiego rodzaju szpiegowaniem we własnym państwie i za granicą. Prawdopodobnie używane są również do różnego rodzaju prowokacji politycznych i innych, np. obyczajowych. Zakres ich działania jest bardo szeroki, a więc znajduje w nich zatrudnienie wielu ludzi. Gdzieś kiedyś natrafiłem na informację, że tylko połowa pieniędzy, którymi dysponuje państwo trafia do budżetu. Druga połowa wydawana jest nieoficjalnie. Większość z nich zapewne służy do finansowania wszelkiego rodzaju służb specjalnych, cywilnych i wojskowych.

Jeśli tak jest, to służby specjalne nie są tak potężne i wszechwładne, jak nam niektórzy próbują wmówić, bo są na garnuszku państwa i to państwo, a właściwie jego przedstawiciele, którzy kierują tymi służbami, decydują o wszystkim i wystarczy, że przestaną tym ludziom płacić i po służbach specjalnych. Nie jest to żadne „głębokie państwo” tylko głęboko ukryta przed opinią publiczną instytucja finansowana przez państwo, a która nie podlega kontroli oficjalnych organów tego państwa. Tak więc żadna reforma służ specjalnych nie jest potrzebna, bo one zawsze wykonują polecenia swoich przełożonych. Jeśli zmienia się opcja polityczna, to być może zmieniają się ci, którzy rządzą służbami specjalnymi. Podejrzewam jednak, że ci, którzy rządzą służbami nie zmieniają się. Zresztą sam Leszek Sykulski przyznał, że To jest tylko teatr dla naiwnych widzów to, co widzimy w postaci wyborów parlamentarnych, prezydenckich i tak dalej, i tak dalej. Realne działania dzieją się za kulisami, nie dzieją się na Wiejskiej, nie dzieją się w sejmie, na sali plenarnej sejmu. To są zakulisowe działania. Przyznał więc osobiście, że bierze udział w tym cyrku.

Czy to oznacza, że polska scena polityczna będzie powoli zmieniana, że stare partie będą stopniowo wycofywane i zastępowane nowymi? Być może. Być może wojna na Ukrainie będzie powoli wygaszana. Czy nie po to wykreowano konflikt w Strefie Gazy? Już słychać głosy, że Amerykanie będą ograniczać wydatki na wojnę na Ukrainie. Warto pamiętać o tym, że Amerykanie wycofali się ostatecznie z Afganistanu w końcu sierpnia czy we wrześniu 2021 roku, a więc na parę miesięcy przed wybuchem wojny na Ukrainie.

Jeśli wojna na Ukrainie będzie powoli wygaszana, to może to oznaczać początek zmian w tym rejonie Europy. Być może w nowej sytuacji politycznej będą potrzebne nowe partie. Trudno oczywiście przewidzieć, jak się sprawy potoczą. Ja chciałem w tym blogu tylko zaakcentować temat służb specjalnych, bo szerzej o nich, a właściwie o amerykańskich, o tym jak działają i od kogo zależą, to w następnym blogu.

Przyjaciel

Na temat relacji polsko-amerykańskich napisano już wiele, a „polski” rząd zapewnia, że bezwarunkowa przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi to najlepsze rozwiązanie dla Polski. Obecność amerykańskich wojsk w Polsce jest faktem powszechnie znanym i pewnie większość ludzi uważa, że jest to dobre dla naszego bezpieczeństwa. Warto jednak pamiętać, że w polityce nie ma sentymentów, są tylko interesy, a interes amerykański jest zapewne inny niż polski.

W dniu 1 listopada 2023 ukazał się na portalu Interia artykuł Amerykański dron nad Polską. “Niespodziewany gość”. Poniżej jego treść:

We wtorek nad naszym krajem, niedaleko granicy z Obwodem Królewieckim, krążył bezzałogowy statek powietrzny RQ-4 Global Hawk, który na co dzień patroluje sytuację na Morzu Czarnym. To niecodzienny gość nad Polską, ponieważ z reguły pilnuje tego co się dzieje na Krymie.

Amerykański dron bezzałogowy spędził wiele godzin na obserwacji tego, co dzieje się przy granicy Polski z Obwodem Królewieckim.

Z zapisu w serwisie Flightradar24 wynika, że dron mógł patrolować polską granicę z Królewcem. O tym fakcie poinformował dziennikarz Mariusz Marszałkowski na  platformie X.

“RQ-4 Global Hawk. Niecodzienny gość nad Polską. Z reguły pilnuje tego, co się dzieje na Krymie. Dzisiaj od kilku już godzin ‘wisi’ nad północną Polską i zagląda, co dzieje się w Królewcu” – napisał Marszałkowski.

Nie zdarzyło się to od marca 2022 r., kiedy to ostatni raz Flightradar24 zarejestrował kilka podobnych lotów. RQ-4 Global Hawk latał ok. 75 km od granicy z rosyjskim terytorium. Na zapisie z serwisu Flightradar24 widzimy, że dron spędził nad Polską ok. 10 godz.

Dron RQ-4 Global Hawk. Oto, co potrafi

RQ-4 Global Hawk to amerykański dron. Jest największym tego typu statkiem powietrznym znajdującym się obecnie w czynnej służbie. Maszyna ma masę 6781 kilogramów, długość 14,5 metra, wysokość 4,7 metra i rozpiętość skrzydeł na poziomie 40 metrów. Maksymalna masa startowa wynosi 14,6 tony. 

RQ-4B Global Hawk może poruszać się z prędkością przekraczającą 570 km/h i dokonywać lotów na wysokości aż 19,8 kilometra. RQ-4B Global Hawk wyposażono w radarowy odbiornik ostrzegawczy AN/ALR 89, pokładowy system zakłócający oraz holowany system wabików ALE 50.

Northrop Grumman RQ-4B Global Hawk wykonuje loty nad Bułgarią, Rumunią i środkową częścią Morza Czarnego. Maszyna startuje, podobnie jak czynił to MQ-9 Reaper, z włoskiej Bazy Sił Powietrznych Sigonella leżącej na Sycylii.

xxx

Tak więc amerykańskie wojska są wszędzie w Europie. A skoro tak, to o jakiejkolwiek niezależnej inicjatywie unii europejskiej nie ma mowy. Natomiast dla tych entuzjastów amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce warto zacytować Henry Kissingera, który miał powiedzieć: „To be an enemy of the United States is dangerous, to become it’s friend is lethal”. Znaczy to, że bycie wrogiem Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczne, ale bycie ich przyjacielem jest śmiercionośne.

A czyje interesy realizują Stany Zjednoczone? Zupełnie przypadkiem trafiłem na fragment rozmowy Szacha Iranu z amerykańskim dziennikarzem, którym był Mike Wallace (Wallik), którego rodzice byli imigrantami, rosyjskimi Żydami. On urodził się już w Ameryce w 1918 roku.

Szach mówi o tym, że docenia to, że mają wiele środków do swojej dyspozycji, wywierają presję na wielu ludziach, ale nie uważa, że to pomoże Izraelowi.
- Dlaczego, jeśli to prawda, prezydent Stanów Zjednoczonych miałby na to zwracać uwagę, na to lobby? - pyta dziennikarz.
- Oni są silni - odpowiada szach.
- Silni - w jakim sensie?
- Oni kontrolują wiele rzeczy.
- Kontrolują co?
- Gazety, media, banki, finanse... i na tym poprzestanę.
- Chwileczkę! Rzeczywiście pan wierzy, że żydowska wspólnota w Stanach Zjednoczonych jest tak potężna? Każe mediom przedstawiać ich punkt widzenia, dotyczący polityki zagranicznej?
- Tak.
- Nie informują, my nie informujemy rzetelnie?
- Proszę nie mylić dwóch rzeczy. Ja nie mówię, że media, tylko że w mediach mają swoich ludzi. Nie we wszystkich mediach. Niektóre gazety odzwierciedlają tylko ich punkt widzenia. 
- Przykładowo - mówi dziennikarz - New York Times jest w posiadaniu żydowskiej rodziny Salzburger. Sugeruje pan, że NYT jest stronniczy w kwestii podejścia do syjonizmu, istnienia Izraela, relacji Stanów Zjednoczonych ze światem arabskim.
- Będę musiał - mówi szach - przeanalizować wszystkie artykuły NYT poświęcone temu zagadnieniu i wyciągnąć wnioski. Może pan poddać to analizie komputerowej i ona da panu odpowiedź.
- Z tego, co pan mówi, wynika, że pan wierzy.
- Tak. Poczekajmy na wynik analizy komputerowej. 

Jak wynika z tego krótkiego dialogu, szach sprytnie uniknął oskarżenia o antysemityzm, podpierając się analizą komputerową. Maszynie trudno zarzucić stronniczość. Szach, będąc u władzy przez 38 lat, zdawał sobie sprawę z tego, jak potężni są Żydzi i doświadczył tego na własnej skórze. Wierność Ameryce nie pomogła. Gdy Amerykanie, a właściwie Żydzi, uznali, że jego czas się skończył, to nie mieli skrupułów. Wymienili go na Chomeiniego. Dla Pahlawiego przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi zakończyła się jego śmiercią. Zmarł w Kairze w 1981 roku, a więc dwa lata po rewolucji islamskiej w Iranie. Podejrzewam, że podobnie będzie w Polsce. Jeśli Amerykanie uznają, że to państwo spełniło swoją funkcję, to pozwolą Niemcom i Rosjanom na zmiany terytorialne w tej części Europy.

Iran c.d.

W październiku 1973 roku w Teheranie Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad z Mohammadem Rezą Pahlawi. W tym samym czasie, 17 października 1973 roku, w czasie trwania wojny Jom Kipur (Egipt i Syria zaatakowały Izrael), arabscy członkowie OPEC zadecydowali o wstrzymaniu handlu ropą z krajami popierającymi Izrael w wojnie z Egiptem, tj. USA i krajami Europy Zachodniej. Cena za baryłkę skoczyła o 600 procent do 35 USD. W 1970 roku wynosiła ona 2 USD za baryłkę. Wywiad ten został zamieszczony w jej książce Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). Mija więc 50 lat od tamtego momentu. Warto więc zacytować jego fragmenty, bo jest, w mojej ocenie, nadal aktualny. Jednak na początek krótka notka biograficzna zamieszczona w tej książce.

Mohammad Reza Pahlawi urodził się w Teheranie 26 października 1919 roku. Jego ojciec, szach Persji od roku 1925, utrzymywał przyjazne stosunki z nazistowskimi Niemcami. W 1941 roku alianci zmusili go do opuszczenia kraju i nakłonili Mohammada Rezę, aby został szachem. Z czasem przejął pełnię władzy, prowadził politykę przychylną Stanom Zjednoczonym, pozwalając międzynarodowym korporacjom na eksploatację krajowych zasobów i wywołując silne niezadowolenie ludności, która źle znosiła jego władzę absolutną i represje tajnej policji. Pod koniec 1978 roku wrócił do kraju wygnany na skutek spisku w roku 1963 opozycyjny wobec szacha ajatollah Chomeini i wojsko przeszło na jego stronę. W roku 1979 szach został zmuszony do opuszczenia kraju i schronienia się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Jimmy Carter udzielił mu azylu politycznego. W celu rozwiązania sytuacji Amerykanów, przetrzymywanych jako zakładnicy w ambasadzie w Teheranie przez islamskich studentów, będących zwolennikami Chomeiniego, Mohammad Reza Pahlawi przyjął zaproszenie egipskiego prezydenta Sadata. Zmarł w Kairze 27 lipca 1980 roku.

x

Tu wypada sobie zadać pytanie: Jak to było możliwe, że dyktator – mający do dyspozycji wszelkie służby, tajne i jawne – zezwala na powrót Chomeiniego i wkrótce po tym wojsko przechodzi na jego stronę? Wytłumaczenie wydaje się jedno. Po prostu w Iranie rządzili Anglosasi. A skoro tak, to i Chomeini był marionetką, taką samą jak Pahlawi. Idąc dalej tym tropem konsekwentnie, należy stwierdzić, że i obecny duchowy przywódca Iranu, Ali Chamenei, jest taką marionetką.

x

Powróćmy do Waszej Wysokości. Za tą smutną twarzą kryje się tyle bezwzględności, tyle twardości, a może nawet braku współczucia. W gruncie rzeczy przypomina Wasza Wysokość swojego ojca. Zastanawiam się w jakiej mierze jest to wpływ ojca.

W żadnej. Nawet mój ojciec nie mógł mieć na mnie wpływu. Byłem związany z ojcem synowskim uczuciem, tak. Podziwem, tak. Ale na tym koniec. Nigdy nie usiłowałem go kopiować, naśladować. Nie byłoby to zresztą możliwe, choćbym chciał. Byliśmy dwiema osobowościami zbyt różnymi i także historyczne okoliczności, w których się znaleźliśmy, były zbyt różne. Mój ojciec zaczynał od zera. Kiedy doszedł do władzy, kraj nie miał niczego. Nie istniały nawet problemy, które mamy dziś na granicach, szczególnie z Rosjanami. I mój ojciec mógł sobie pozwolić no dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi. Jedynym zagrożeniem byli w gruncie rzeczy Anglicy, którzy w 1907 roku podzielili Iran między siebie a Rosjan i chcieli, żeby Iran był rodzajem ziemi niczyjej pomiędzy Rosją a ich imperium w Indiach. Jednak później Anglicy zrezygnowali z tego zamiaru i sytuacja dla mojego ojca się uprościła. Ja natomiast… Ja nie zaczynałem od zera: czekał na mnie tron. Ale kiedy tylko wstąpiłem na niego, okazało się od razu, że muszę rządzić krajem zajętym przez cudzoziemców i już. Musiałem stawić czoło piątej kolumnie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy: aby móc wywierać na nas większy wpływ, cudzoziemcy powołali do życia skrajną prawicę i skrajną lewicę… Nie, nie było to dla mnie łatwe. Być może mnie było trudniej niż ojcu. Nie mówiąc o zimnej wojnie, która skończyła się dopiero kilka lat temu.

Wasza Wysokość wspomniał przed chwilą o problemach na granicach. Kto jest dziś najgorszym sąsiadem Iranu?

Nie da się powiedzieć, bo nigdy nie wiadomo, kto jest najgorszym sąsiadem. Byłbym jednak skłonny odpowiedzieć pani, że w tym momencie jest nim Irak.

Jestem zaskoczona, że chodzi o Irak. Spodziewałam się, że Wasza Wysokość wymieni Związek Radziecki.

Związek Radziecki… Ze Związkiem Radzieckim mamy dobre stosunki dyplomatyczne i handlowe. Ze Związkiem Radzieckim mamy gazociąg. Jednym słowem, Związkowi Radzieckiemu sprzedajemy gaz. Ze Związku Radzieckiego przyjeżdżają specjaliści. I skończyła się zimna wojna. Ale problem ze Związkiem Radzieckim pozostaje zawsze ten sam i pertraktując z Rosjanami, Iran musi zawsze pamiętać o zasadniczym dylemacie: zostać krajem komunistycznym czy też nie? Nikt nie jest taki szalony ani taki naiwny, żeby negować rosyjski imperializm. I chociaż imperialistyczna polityka zawsze istniała w Rosji, pozostaje faktem, że jest ona dzisiaj o wiele groźniejsza, bo związana z komunistycznym dogmatem. Chcę powiedzieć: łatwiej jest stawić czoło krajom, które są tylko imperialistyczne, niż krajom, które są imperialistyczne i komunistyczne. Istnieje coś, co nazywamy manewrem oskrzydlającym ze strony ZSRR. Istnieje ich marzenie, żeby dotrzeć aż do Oceanu Indyjskiego przez Zatokę Perską. A Iran jest ostatnim bastionem obrony naszej cywilizacji, tego, co uważamy za do przyjęcia. Gdyby zechcieli zaatakować ten bastion, nasze przetrwanie zależałoby jedynie od zdolności i woli stawienia oporu. A zatem problem stawienia oporu jest aktualny już dziś.

A dziś Iran jest militarnie bardzo silny. Prawda?

Bardzo silny, ale niewystarczająco silny, żeby móc się oprzeć Rosjanom w razie ataku. To oczywiste. Nie mam na przykład bomby atomowej. Czuję się jednak dostatecznie silny, aby stawić opór, gdyby wybuchła trzecia wojna światowa. Tak, powiedziałem: trzecia wojna światowa. Wiele osób sądzi, że trzecia wojna światowa może wybuchnąć tylko z powodu basenu Morza Śródziemnego, ja natomiast powiadam, że może wybuchnąć o wiele łatwiej z powodu Iranu. Och, o wiele łatwiej! To my kontrolujemy w istocie światowe zasoby energetyczne. Aby dotrzeć do reszty świata, ropa nie płynie przez Morze Śródziemne, płynie przez Zatokę Perską i Ocean Indyjski. A zatem gdyby Związek Radziecki nas zaatakował, stawilibyśmy opór. I zostalibyśmy prawdopodobnie pokonani, wówczas jednak inne kraje niekomunistyczne nie pozostałyby bierne. I interweniowałyby. I wybuchłaby trzecia wojna światowa. To oczywiste. Świat niekomunistyczny nie może zgodzić się na zniknięcie Iranu, ponieważ wie dobrze, że utrata Iranu oznaczałaby utratę wszystkiego. Czy wyraziłem się jasno?

Absolutnie jasno. I bezlitośnie jasno. Ponieważ Wasza Wysokość mówi o trzeciej wojnie światowej jako o bardziej niż prawdopodobnej ewentualności.

Mówię o niej jako o czymś możliwym, w nadziei, że nic takiego nie nastąpi. Jako bliską ewentualność widzę raczej małą wojnę z którymś z sąsiadów. W gruncie rzeczy mamy samych wrogów na naszych granicach. Nie tylko Irak sprawia nam kłopoty.

A wielki przyjaciel Waszej Wysokości, Stany Zjednoczone, są geograficznie odległe.

Jeśli spyta mnie pani, kogo uważam za naszego najlepszego przyjaciela, odpowiem pani: między innymi Stany Zjednoczone. Ponieważ Stany Zjednoczone nie są naszym jedynym przyjacielem, wiele innych krajów okazuje nam przyjaźń i wierzy w nas, w znaczenie Iranu. Ale Stany Zjednoczone rozumieją nas lepiej z tego prostego powodu, że mają tu zbyt wiele interesów. Interesów ekonomicznych, a zatem bezpośrednich, interesów politycznych, a zatem pośrednich… Przed chwilą powiedziałem, że Iran jest kluczem lub jednym z kluczy do świata. Pozostaje mi jedynie dodać, że Stany Zjednoczone nie mogą zamknąć się w granicach swojego kraju, nie mogą powrócić do doktryny Monroe’a. Zmuszone są wypełniać swoje obowiązki względem świata, a więc dbać o nas. Nie ujmuje to jednak niczego naszej niezależności, ponieważ wszyscy wiedzą, że nasza przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi nie czyni z nas niewolników Stanów Zjednoczonych. Decyzje są podejmowane tutaj, w Teheranie. Nie gdzie indziej. Nie w Waszyngtonie na przykład. Zgadzam się z Nixonem, tak jak zgadzałem się z innymi prezydentami Stanów Zjednoczonych, ale mogę się z nim zgadzać tylko wtedy, kiedy jestem pewien, że traktuje mnie on jak przyjaciela. Albo raczej jak przyjaciela, który za kilka lat stanie się światową potęgą.

Stany Zjednoczone są także dobrym przyjacielem Izraela, a w ostatnim czasie Wasza Wysokość wypowiedział się twardo przeciwko Jerozolimie. Bardziej niż przeciwko Arabom, z którymi chce chyba poprawy stosunków.

Opieramy naszą politykę na niewzruszonych zasadach i nie możemy się zgodzić, żeby jakiś kraj, w tym wypadku Izrael, przyłączał terytoria, używając do tego broni. Nie możemy, ponieważ jeśli taka zasada stosowana jest w stosunku do Arabów, pewnego dnia może zostać zastosowana w stosunku do nas. Odpowie mi pani, że zawsze tak było, że granice były zawsze zmieniane na skutek użycia broni i w wyniku wojen. Zgoda, ale to nie jest dobry powód, żeby uznać ten fakt za obowiązującą zasadę. Poza tym wiadomo, że Iran zaakceptował postanowienie ONZ z 1967 roku, i jeśli Arabowie przestaną ufać ONZ, jak będzie można ich przekonać, że zostali pokonani? Jak powstrzymać ich przed rewanżem? Posługując się może bronią w postaci ropy? Ropa uderzy im do głowy. Zresztą już uderza im do głowy.

Wasza Wysokość przyznaje rację Arabom, ale sprzedaje ropę Izraelczykom.

Ropę sprzedają koncerny naftowe, a to oznacza, że sprzedają ją komukolwiek. Nasza ropa dociera wszędzie, dlaczego miałaby nie docierać do Izraela? I dlaczego miałoby mnie to obchodzić, czy dociera do Izraela? Wszystko jedno gdzie. A co do naszych osobistych relacji z Izraelem, wiadomo, że nie mamy ambasady w Jerozolimie, ale mamy izraelskich ekspertów w Iranie. Jesteśmy muzułmanami, lecz nie Arabami. A w polityce zagranicznej zachowujemy postawę bardzo niezależną.

Czy taka postawa przewiduje, że pewnego dnia między Iranem a Izraelem zostaną nawiązane normalne stosunki dyplomatyczne?

Nie. Albo raczej: nie, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia wycofania wojsk izraelskich z okupowanych terytoriów. A na temat szans, aby ta kwestia została rozwiązana, mogę jedynie powiedzieć, że Izraelczycy nie mają wyboru, jeśli chcą żyć w pokoju z Arabami. Nie tylko Arabowie wydają ogromne sumy na wojnę, robią to również Izraelczycy. I nie widzę, w jaki sposób zarówno Arabowie, jak i Izraelczycy mogliby postępować tak dalej. Poza tym w Izraelu zaczynają występować nowe zjawiska, na przykład strajki. Jak długo Izrael będzie się upierał przy swoim wymyślonym i straszliwym etosie, który kierował nim w czasach jego powstania? Myślę zwłaszcza o nowych pokoleniach i o Izraelczykach, którzy pochodzą z Europy Wschodniej i są traktowani inaczej niż inni.

Wasza Wysokość powiedział przed chwilą zdanie, które zrobiło na mnie wrażenie. Powiedział, że Iran stanie się światową potęgą. Czy Wasza Wysokość miał może na myśli prognozy tych ekonomistów, według których za trzydzieści sześć lat Iran będzie najbogatszym krajem na świecie?

Powiedzieć, że będzie najbogatszym krajem na świecie, to może przesada. Ale nie jest nią przekonanie, że dołączy do pięciu największych i najpotężniejszych krajów świata. A zatem Iran znajdzie się na tym samym poziomie co Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Japonia, Francja. Nie wymieniłem Chin, ponieważ Chiny nie są bogatym krajem i nie mogą się nim stać, jeśli za dwadzieścia pięć lat będą miały miliard czterysta milionów mieszkańców. Nas natomiast za dwadzieścia pięć lat będzie najwyżej sześćdziesiąt milionów. Och, tak: czeka nas wielkie bogactwo, wielka potęga, cokolwiek by o tym mówili komuniści. Nie przypadkiem zamierzam wprowadzić planowanie urodzin. Oto co mam na myśli: nie można oddzielić ekonomii od innych spraw i kiedy kraj jest bogaty z ekonomicznego punktu widzenia, staje się bogaty pod każdym względem. Staje się potężny w skali międzynarodowej. Mówiąc o ekonomii, nie mam zresztą tylko na myśli ropy: mam na myśli zrównoważoną gospodarkę, obejmująca wszelkie rodzaje produkcji, od przemysłowej do rolniczej, od rzemiosła do elektroniki. Mieliśmy przejść od dywanów do komputerów, a w rezultacie zachowaliśmy dywany, dodając do nich komputery. Wytwarzamy jeszcze dywany ręcznie, ale także wytwarzamy je maszynowo. Poza tym robimy mokiety (wzorzysta tkanina pluszowa – przyp. W.L.). Co roku podwajamy nasz produkt narodowy. Zresztą jest wiele znaków, że stajemy się światową potęgą. Dziesięć lat temu na przykład, kiedy zaczynała się moja Biała Rewolucja, w wyższych szkołach był tylko milion studentów. Dziś jest ich trzy miliony sto tysięcy, a za dziesięć lat będzie ich, sześć milionów.

Przed chwilą Wasza Wysokość powiedział, że nie ma na myśli tylko ropy. Ale przecież wiemy, że macie wszystkie te komputery dzięki ropie i że dywany tkacie maszynowo dzięki ropie i że jutrzejsze bogactwo wynika z ropy. Czy możemy wreszcie porozmawiać o polityce odnoszącej się do ropy i Zachodu?

To proste. Mam ropę i nie mogę jej wypić. Wiem jednak, że mogę ją maksymalnie wykorzystać, nie szantażując reszty świata, a wręcz zapobiegając temu, aby służyła ona do szantażowania reszty świata. Wybrałem więc politykę zapewniająca jej sprzedaż wszystkim, bez żadnej dyskryminacji. Nie był to trudny wybór: nigdy nie zamierzałem dołączyć do krajów arabskich, które groziły Zachodowi szantażem. Mówiłem już, że mój kraj jest niezależny, i wszyscy wiedzą, że mój kraj jest muzułmański, lecz nie arabski, a więc ja nie robię tego, co jest wygodne dla Arabów, ale to, co służy Iranowi. Poza tym Iran potrzebuje pieniędzy, a ropa pozwala zarobić mnóstwo pieniędzy. Och, różnica między mną a Arabami polega właśnie na tym. Ponieważ kraje, które powiadają nie-będziemy-sprzedawać-ropy-Zachodowi, nie wiedzą, co robić ze swoimi pieniędzmi, a zatem nie martwią się o przyszłość. Często mają zaledwie sześćset albo siedemset tysięcy mieszkańców i tak dużo pieniędzy w bankach, że mogłyby przeżyć trzy lub cztery lata, nie wydobywając ani kropli ropy, nie sprzedając ani odrobiny. Ja natomiast nie. Ja mam trzydzieści jeden i pół miliona mieszkańców i gospodarkę, którą trzeba rozwinąć, program reform, które trzeba doprowadzić do końca. Potrzebuję więc pieniędzy. Ja wiem, co zrobić z pieniędzmi, i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie wydobywać ropy. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie sprzedawać jej komukolwiek.

A Kaddafi nazywa Waszą Wysokość zdrajcą.

Zdrajcą?! Nazywać zdrajcą mnie, który wziąłem całą sprawę w swoje ręce i dysponuję już pięćdziesięcioma jeden procentami produkcji, która przedtem należała wyłącznie do zagranicznych koncernów naftowych? Nie wiedziałem, że pan Kaddafi tak mnie obraził i… proszę posłuchać, tego pana Kaddafiego nie mogę traktować ani trochę poważnie. Mogę mu tylko życzyć, aby zdołał służyć swojemu krajowi, tak jak ja służę mojemu, mogę mu tylko przypomnieć, że nie powinien tak głośno krzyczeć, zapasy ropy w Libii wyczerpią się za dziesięć lat. Mojej ropy natomiast wystarczy co najmniej na trzydzieści, czterdzieści lat. A może nawet pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Zależy od tego, czy zostaną odkryte nowe złoża, czy nie, a jest bardzo, bardzo prawdopodobne, że tak się stanie. Ale nawet gdyby to nie nastąpiło, i tak poradzimy sobie bez trudu. Nasza produkcja rośnie w oczach: w 1976 roku będziemy wydobywać osiem milionów baryłek dziennie. Osiem milionów baryłek to dużo, bardzo dużo.

W każdym razie Wsza Wysokość narobił sobie sporo wrogów.

Tego jeszcze nie wiem. Istotnie, OPEC jeszcze nie zdecydował, czy nie sprzedawać ropy Zachodowi, i być może moja decyzja, żeby nie szantażować Zachodu, skłoni Arabów do pójścia w moje ślady. Jeśli nie wszystkich Arabów, to część z nich. Jeśli nie od razu, to za jakiś czas. Niektóre kraje nie są tak niezależne jak Iran, nie mają takich ekspertów jak Iran i nie mają za sobą takiego narodu, jaki mam ja. Ja mogę narzucać swoje decyzje. One jeszcze tego nie mogą. Nie jest łatwo sprzedawać bezpośrednio, uwalniając się od koncernów naftowych, które przez dziesięciolecia miały monopol na wszystko. A nawet gdyby kraje arabskie zastosowały się do decyzji… Och, byłoby o wiele prościej, a także bezpieczniej, gdyby kraje zachodnie były wyłącznie nabywcami, a my bylibyśmy bezpośrednimi sprzedawcami. Nie występowałyby pretensje, szantaże, żale, wrogości… Może się zdarzyć, że ja dam dobry przykład, ale tak czy owak, będę szedł własną drogą. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla każdego, kto chce z nami podpisać umowę i wielu nam już złożyło propozycje. Anglicy, Amerykanie, Japończycy, Holendrzy, Niemcy. Na początku byli bardzo nieśmiali. Ale teraz stają się coraz śmielsi.

xxx

Jeśli przeczyta się ten cytowany fragment wywiadu uważnie, to można zauważyć, że podane są tam, w sposób zawoalowany, pewne istotne informacje, które każą patrzeć zupełnie inaczej na omawiane w nim wydarzenia. W kwestii relacji Izraela z Iranem Pahlawi mówi, że Iran nie może się zgodzić na to, by Izrael przyłączał terytoria, używając broni. Jeśli taka zasada jest używana w stosunku do Arabów, to pewnego dnia może być zastosowana w stosunku do Iranu. Dopóki więc Izrael nie wycofa wojsk z okupowanych terytoriów, to nie może być mowy o normalnych stosunkach z tym państwem. Jest to moim zdaniem dosyć dziwne stanowisko, bo przecież Iran nie graniczy z Izraelem. Pomiędzy obu państwami leży Syria, Jordania i Irak, a Izrael nie wysuwa roszczeń terytorialnych wobec Iranu.

Mapa polityczna Bliskiego Wschodu; źródło: Wikipedia.

W sierpniu 1975 roku Fallaci przeprowadziła wywiad z ministrem do spraw ropy naftowej Arabii Saudyjskiej, którym był wtedy Ahmed Zaki Yamani. Zapytała go o prawo do istnienia Izraela w tej części świata. Odpowiedział: „My jako Saudyjczycy mówimy, że nie mamy nic wspólnego z tego rodzaju decyzją, ponieważ nie jesteśmy w tę sprawę zaangażowani. Nie graniczymy z Izraelem. I nie będziemy się sprzeciwiać temu, co zadecydują kraje znajdujące się wokół Izraela”.

W pewnym momencie Pahlawi mówi, że dysponuje już 51 procentami produkcji, która przedtem należała wyłącznie do zagranicznych koncernów naftowych. A później dodaje: „Nie jest łatwo sprzedawać bezpośrednio, uwalniając się od koncernów naftowych, które przez dziesięciolecia miały monopol na wszystko. A nawet gdyby kraje arabskie zastosowały się do decyzji… Och, byłoby o wiele prościej, a także bezpieczniej, gdyby kraje zachodnie były wyłącznie nabywcami, a my bylibyśmy bezpośrednimi sprzedawcami. Nie występowałyby pretensje, szantaże, żale, wrogości…”

Mamy więc tu do czynienia z problemem własności i wygląda na to, że międzynarodowe koncerny naftowe, a raczej ich właściciele, decydują o wszystkim i nawet w przypadku Iranu nie wygląda to dobrze, bo przecież wydobycie ropy to pierwszy etap. A do kogo należy dystrybucja i handel? I pewnie na tym tle występują pretensje, szantaże, żale, wrogości.

W wywiadzie ze wspomnianym wyżej ministrem do spraw ropy naftowej Arabii Saudyjskiej Fallaci pyta:

A kto chce drastycznej podwyżki? Szach Iranu? Kaddafi?

Nie sądzę, aby Iran chciał drastycznej podwyżki. Tak, chce podwyżki, ale nie o trzydzieści pięć procent. Chcą jej przede wszystkim kompanie naftowe. To jasne, że gdy cena ropy rośnie, zwiększa się ich zarobek. I jeżeli nie zmieni się systemu, jeżeli Arabia Saudyjska nie obejmie na przykład stuprocentowej kontroli nad ARAMCO, na co mam nadzieję w przyszłości, będą one nadal domagać się podwyżek. Jednak razem z kompaniami naftowymi wymieniłbym Wenezuelę, Ekwador, Algierię, Irak, Gabon, Libię…

Tamta podwyżka uderzyła w kraje europejskie, Indie, Japonię, niekoniecznie w Stany Zjednoczone.

Niewątpliwie. W porównaniu z gospodarką europejską oraz japońską gospodarka amerykańska skorzystała na tej podwyżce. Skorzystała z dwóch powodów. Po pierwsze, Stany Zjednoczone importują o wiele mniej ropy niż Europejczycy i Japończycy, ponadto mogą znieść podwyżkę lepiej niż oni. Po drugie, wszystkie wielkie kompanie naftowe są amerykańskie i jak już powiedziałem zarabiają na podwyżce. W ubiegłym roku po raz pierwszy od wielu bardzo lat amerykański bilans płatniczy nie odnotował deficytu. A wartość dolara wzrosła. Jednak zaraz potem coś się stało. Stało się to, że narzuciliśmy kompaniom naftowym wysokie opłaty i odzyskaliśmy znaczną cześć ich zarobków. Mogliśmy wręcz obniżyć cenę ropy o czterdzieści centów na baryłce. A cena dolara spadła. W związku z tym zapewniam panią, że nikt w OPEC nie myślał ani nie myśli o podwyższaniu ceny, by sprawić przyjemność Ameryce.

x

Obniżenie ceny ropy o 40 centów na baryłce, która w 1973 roku kosztowała 35 dolarów, to faktycznie „sukces”. Po tych cytatach chyba łatwiej zrozumieć, jak bardzo kraje Bliskiego Wschodu są zależne od Ameryki i być może po części od Wielkiej Brytanii. A skoro tak, to te państwa decydują o tym, co tam się dzieje. Odwieczny dylemat: co było pierwsze – kura czy jajko? Czy kryzys naftowy 1973 roku wybuchł z powodu wojny, czy może wojna stała się przyczyną kryzysu? I chodziło przede wszystkim o wywołanie kryzysu. Może więc Stany Zjednoczone zmusiły Egipt i Syrię do zaatakowania Izraela, po uprzedniej zgodzie tego państwa, a może to raczej Izrael rozkazał Stanom Zjednoczonym, by zmusiły rzeczone państwa do zaatakowania go.

Dla jednych kryzys, a dla drugich okazja do zarobienia wielkich pieniędzy. To nie tylko podwyżki cen ropy i gigantyczne zyski koncernów naftowych, to także zyski z operacji giełdowych. I wcale tu nie chodzi o akcje spółek giełdowych, ale o kontrakty terminowe, które polegają na obstawianiu wzrostu lub spadku, np. ceny ropy. Zyski z takich kontraktów są wielokrotnie większe niż z inwestowania w akcje, ale też w przypadku niepowodzenia grozi to bankructwem. Ten, kto wiedział, że wybuchnie wojna i że z tego powodu wzrośnie cena ropy naftowej, ten stawał się z dnia na dzień milionerem. Oczywiście możliwości zarabiania na wojnie jest o wiele więcej. To, o czym napomknąłem, to tylko wierzchołek góry lodowej. Dla jednych wojna to tragedia, dla innych – okazja do szybkiego wzbogacenia się.