Wystawa

W dniu 11 lipca w muzeum w Gdańsku została otwarta wystawa zatytułowana „Nasi chłopcy mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w III Rzeszy”. Odnosi się to do tych mieszkańców, którzy służyli w armii III Rzeszy. Problem polega na tym, że oburzenie zostało wywołane użyciem słów „nasi chłopcy” które jest zarezerwowane dla żołnierzy Września, obrońców Westerplatte, żołnierzy AK, ale nie dla żołnierzy Wehrmachtu. Mamy tu do czynienia z testowaniem polskiej odporności psychologicznej, z testowaniem instytucji instytucji państwa polskiego w zakresie stosowania przemocy symbolicznej. – mówił Leszek Sykulski w swoim komentarzu z dnia 11 lipca. Poniżej fragmenty jego komentarza.

To jest niewyobrażalny skandal, próba relatywizacji historii, to jest próba wybielania zbrodni niemieckich. To jest proces, który można nazwać elementem przemocy symbolicznej. To jest ewidentne narzucenie pewnej interpretacji historii. Mamy redefiniowane granice wspólnoty. „Nasi chłopcy” to żołnierze września września 1939, obrońcy Westerplatte, powstańcy warszawscy, a nie żołnierze Wehrmachtu. Mamy tu redefinicję symbolicznej wspólnoty: nasi chłopcy, zamiast – wrogowie; zdrajcy, zamiast – ofiary. Bo przecież tak można określić ludzi siłą wcielonych do Wehrmachtu, jako ofiary, ale nie – nasi chłopcy. Jest to świadomy element polityki Niemiec i lobby niemieckiego w Polsce. Ale nie pierwszy to taki przypadek.

5 lipca tego roku w oddziale Instytutu Pileckiego w Berlinie doszło do gorszących scen. Niejaki Peter Oliver Loew z Deutsches Polen Institut opowiadał o projekcie Domu Polskiego, a konkretnie o pewnej ekspozycji w Domu Polskim w Berlinie, Domu, który ma być wybudowany w miejscu tego głazu, który Niemcy postawili. Ta ekspozycja miałaby zaakcentować kwestie rzekomej współwiny Polaków za holokaust. Niemcy prowadzą świadomą politykę rozmywania win, próbują relatywizować historię. To są działania skoordynowane.

Te działania nasilają się w okresie 80-tej rocznicy zakończenia II wojny światowej i 80-tej rocznicy powrotu Polski na ziemie zachodnie i północne. Nie da się nie zauważyć, że ten powrót na te ziemie jest traktowany przez władze Rzeczypospolitej Polskiej po macoszemu. Niezwykle skromnie wyglądają obchody powrotu Polski na te ziemie. Widać tu próbę eksponowania niemieckiej przeszłości tych ziem. I to dzieje się na bardzo wielu płaszczyznach. Przypomnę tylko, że całkiem niedawno doszło do skandalu na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie Aula Leopoldina, uznawana przez wielu za najpiękniejszą salę Uniwersytetu Wrocławskiego, została potraktowana w taki sposób, że zniknął z jej ścian Orzeł Biały, za to umieszczono tam portret króla Prus Fryderyka II, który był jednym z inicjatorów rozbiorów Rzeczypospolitej. To są, niektórzy powiedzieliby – drobne sprawy, drobne elementy – ale jest to właśnie to, z czego jest tkanina przemocy symbolicznej. W ten sposób, jeśli połączy się te kropki, to widać ewidentnie celowe działania, papierki lakmusowe, w jaki sposób państwo polskie, władze samorządowe czy władze państwowe, czy służby specjalne reagują bądź też nie reagują na tego typu działania. Niemcy sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić. Widzimy z jaką swobodą żołnierze Bundeswehry poruszają się po terytorium państwa polskiego. Wszystko to niby w kontekście tej osłony węzła logistycznego w Rzeszowie-Jasionce. Ministerstwo Obrony Narodowej oficjalnie potwierdziło, że Bundeswehra stacjonuje w Polsce w związku z ochroną węzła logistycznego w Rzeszowie-Jasionce. Faktem jest jednak, że niemieckie samochody i żołnierze są widoczni nie tylko na terenie województwa podkarpackiego czy autostrady do lotniska Rzeszów-Jasionka, ale są widoczni w Warszawie i w innych miastach Polski. To jest takie oswajanie społeczeństwa polskiego z widokiem tych żołnierzy.

To jest proces przyspieszania federalizacji unii europejskiej, przekształcenia Europy ojczyzn w państwo federalne, super państwo europejskie.

x

Rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. Państwo, które podbija inne i zajmuje jego teren, staje się od tego momentu suwerenem na danym terenie i ono stanowi prawo, a jego ludność musi się mu podporządkować. Nikt nie idzie na wojnę z własnej woli, bo wie, że szansa przeżycia jest niewielka i szczęśliwi są ci, którzy z niej wracają. Niemcy wcielali do wojska nie tylko ludzi z Pomorza czy Wielkopolski. Również czynili to w Generalnej Guberni. Tam jeden mężczyzna z każdej wsi stawał się żołnierzem Wehrmachtu. Tego doświadczył jeden z dalekich kuzynów mojej rodziny. Dotarł z wojskiem niemieckim pod samą Moskwę i przez lornetkę oglądał miasto.

Proces oskarżania ludności polskiej o współudział w holokauście nie jest czymś nowym i już dawno temu zapoczątkowali to Żydzi. Można oczywiście wmawiać światu, że Polacy, którzy nie mieli własnego państwa i byli pod niemiecką okupacją, że oni budowali obozy koncentracyjne, ale w jaki sposób to było możliwe, tego nikt nie tłumaczy, a w dobie sztucznej inteligencji wszystko można ludziom wmówić. I jak ona powie im, że Ziemia jest łaska, to uwierzą.

We Wrocławiu na uniwersytecie zdjęto w jednej z sal godło państwowe i zastąpiono je portretem króla Prus. Z kolei żołnierze Bundeswehry panoszą się po całej Polsce. Można oczywiście, jak czyni to Sykulski, sugerować, że chodzi tu o działania związane z tworzeniem superpaństwa europejskiego, ale chyba nikt poważny nie uwierzy w tego typu tłumaczenie. Jest to przede wszystkim dowód na to, że państwo polskie istnieje już tylko na papierze. No bo jeśli ktoś zdejmuje jego godło ze ściany uniwersytetu i władze tego państwa nie reagują, to czyż trzeba lepszego dowodu? No, jest nim niewątpliwie też obecność wojska niemieckiego na terytorium tego państwa, w sytuacji, gdy wojsko polskie w zupełności wystarczyłoby do wykonywania tych zadań, które realizuje na jego terenie Bundeswehra.

Jakieś kilkanaście lat temu dokonano korekty granicy województwa warmińsko-mazurskiego. Powiat olecki, należący do województwa podlaskiego, włączono do warmińsko-mazurskiego. I w ten sposób województwo to ma obecnie na terenie Polski historyczne granice Prus Wschodnich. To jeszcze jeden z dowodów na to, że przygotowania do przejęcia ziem zachodnich przez Niemcy trwają od dawna. Jest to proces powolny, ale dokonywany konsekwentnie małymi kroczkami. Prędzej czy później do tego dojdzie i trzeba będzie to jakoś wytłumaczyć światu. Jednak jakoś tak dziwnie nikt o tym w Polsce nie mówi, jest to temat tabu. Czy dlatego, że Niemcy to nasz „sojusznik”? Inna sprawa, że bez wojny na Ukrainie nie byłoby to możliwe.

Pożary

Przelała się ostatnio przez Polskę fala pożarów, o których większość komentujących w internecie wypowiedziała się jednoznacznie, sugerując, że były to podpalenia. Cytowano przy okazji wypowiedź ukraińskiej aktywistki, Natalii Panczenko, mieszkającej w Polsce. W lutym tego roku w wywiadzie dla ukraińskiego Kanału 5 powiedziała:

„Prowadzenie retoryki antyukraińskiej w Polsce może skończyć się walkami ulicznymi na tle narodowościowym. To przede wszystkim ogromne niebezpieczeństwo dla Polaków i rozumiem, że oni rozumieją, bo dziś, kiedy to co 10 mieszkaniec Polski jest Ukraińcem, to wzrastanie wrogości między Ukraińcami a Polakami jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla Polski. Ponieważ na terytorium Polski zaczną się walki, bo na terytorium Polski rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej.”

Jaką antyukraińską retorykę miała na myśli Panczenko? Polska, jako państwo, już wszystko oddała Ukrainie, obywatele Ukrainy są w Polsce wyjątkowo przychylnie traktowani, mogą nawet po jednym dniu pracy dostać uprawnienia emerytalne. To ewenement na skalę światową. Gdzie jest zatem ta antyukraińska retoryka? – To domaganie się przez niektóre środowiska przeprosin za rzeź wołyńską oraz pozwolenia na ekshumację ofiar tej zbrodni. Na jedno i na drugie strona ukraińska nie zgadza się. Mamy więc idealny pretekst do jątrzenia po obu stronach. By to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku.

Już parę razy zamieszczałem ten cytat:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: “i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską.”

A więc wschodni Słowianie są kłótliwi, wredni, zawistni. Tak oni sami siebie zdefiniowali, a ja tylko to powtarzam, żeby nikt mi nie zarzucił stronniczości czy uprzedzenia do Słowian wschodnich. W słynnej już dziś komedii Sami swoi Kargul i Pawlak byli Polakami, ale tak naprawdę byli Ukraińcami. Film powstał w czasach PRL-u, czyli państwa, którego ustrojem był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jeden przywódca (partia).

Od kiedy istnieje naród polski? Czy mógł istnieć za Piastów, skoro język polski w formie literackiej stworzono dopiero w okresie reformacji? Czy szlachta była narodem polskim, skoro ona sama twierdziła, że pochodziła od Sarmatów? A poza tym miała ona żydowskie korzenie. Bo jak wytłumaczyć fakt, że podzieliła się swoimi herbami z litewskimi i rusińskimi bojarami. Rzecz niebywała w tej warstwie w innych państwach. To skutkowało również jej nadmierną liczebnością (około 8-10% ogółu ludności) w stosunku do innych państw europejskich (1-2% w Anglii i Francji). I to również rzecz wyjątkowa w Europie. Rzeczpospolita Obojga Narodów to twór, w którym narodem, ale nie polskim, była szlachta, a chłopi byli niewolnikami i jako tacy narodu utworzyć nie mogli. Skarlałe mieszczaństwo było przeważnie żydowskie lub niemieckie i nie miało na nic wpływu.

Rozbiory Rzeczypospolitej i napływ amerykańskiego zboża do Europy zachodniej skutkują stopniową marginalizacją i pauperyzacją stanu szlacheckiego. Pojawia się potrzeba stworzenia nowego, teraz już polskiego, narodu. Cały XIX-ty wiek to jego tworzenie na terenie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli na Kresach. W tym czasie chłopi na ziemiach polskich są nadal niewolnikami. Pod koniec XIX-go wieku mamy już tam gotowy naród polski. A więc Polak to mieszkaniec Kresów, katolik wywodzący się z nie w pełni wykształconych w sensie narodowościowym i językowym wschodniosłowiańskich społeczności. Tam narodził się Polak-katolik, w opozycji do prawosławnego. To tam, na Kresach, powstawała głównie literatura polska i to tam kształtowała się inteligencja polska, która zdominowała państwo powstałe po I wojnie światowej. Czy zatem korzeni zjawiska zwanego polskim piekiełkiem nie tam należy szukać?

W latach 1937-38 rząd II RP przeprowadził na Wołyniu akcję konwertowania tamtejszej ludności na katolicyzm. W ten sposób kilkanaście tysięcy osób stało się Polakami, no bo jak katolik na Kresach, to musi być Polak. I dlatego UPA mogła wymordować tych ludzi jako Polaków.

Po II wojnie światowej przesiedlano na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe, najwięcej Ukraińców, i tych Polaków, których stworzono uprzednio z części ludności zamieszkującej te Kresy. By doszło do wykreowania takiego narodu, to oprócz uczenia tych ludzi języka polskiego i konwertowania ich na katolicyzm, trzeba było zapewne stosować jakieś zachęty materialne bądź w postaci awansu społecznego. To nie mogło spodobać się pozostałym. Pewnie zadziałał tu podobny mechanizm jak w przypadku szlachty rusińskiej i litewskiej w I RP, gdyż ci, którzy stali się posłami i senatorami I RP mieli większe przywileje niż pozostali i to właśnie było podłożem wszystkich konfliktów na Ukrainie w czasach I RP.

Konflikty ze wschodu, z Kresów, zostały przeniesione na teren obecnej Polski. Spór o Wołyń jest faktycznie sporem ukraińsko-ukraińskim, co nie przeszkadza wykorzystywać go do destabilizowania III RP. Kilka dni temu odbył się w Warszawie Marsz Pamięci Rzezi Wołyńskiej. Można było zobaczyć tam osobnika w czarnym T-szercie z napisem: „Jeb… UPA i Banderę”. Kto zleca produkcję takich koszulek? Kto je produkuje? Kto je zakłada? Są to działania nastawione na eskalację konfliktu. Po jednej i po drugiej stronie barykady są pewnie ludzie przez kogoś opłacani.

Czy mogą żyć w Polsce rodziny pomordowanych na Wołyniu? Wydaje się to mało prawdopodobne, bo oprócz akcji „Wisła” przeprowadzono równolegle w Związku Radzieckim podobną akcję, wysiedlając ludność z tamtych terenów w głąb radzieckiej Azji.

Emocje są złym doradcą, ale to właśnie na nich bazuje władza, która sztucznie eskaluje ten konflikt. Z drugiej strony dziwi postawa Ukraińców, którzy oskarżani o dokonanie rzezi wołyńskiej, nie chcą wykorzystać argumentu, który nasuwa się w sposób niejako naturalny, czyli rzezi galicyjskiej. Zastanawiające? A może wcale nie! Bo wiedzą, kim byli jej sprawcy.

Alternative für Polen

W niedzielę 6 lipca Tomasz Piekielnik zamieścił na swoim kanale komentarz na temat bieżącej sytuacji w Polsce i nakreślił scenariusz, który, jego zdaniem, może zostać zrealizowany w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Poniżej wybrane fragmenty.

Czy Polska jest skazana na bycie zamorską kolonią Stanów Zjednoczonych? – pyta Piekielnik. Co miałoby się wydarzyć w ciągu najbliższych dwóch lat, by do tego doszło?

Wybory prezydenckie

Wkrótce zaprzysiężenie prezydenta Karola Nawrockiego. Gdyby jednak Koalicja Obywatelska chciała zanegować ten wybór, to mielibyśmy do czynienia z bojkotem wyborów prezydenckich. Ale jeśli wszystko pójdzie po myśli połowy narodu, to złoży on przysięgę i obejmie Urząd Prezydenta RP. Piekielnik twierdzi, że Nawrocki jest przychylny Stanom Zjednoczonym. Jest kandydatem PiS-u, a konkretnie środowiska PiS-u, który bardziej opowiada się za sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi niż unią europejską, ale oba środowiska, czyli PO-PiS, opowiadają się albo za jednym, albo za drugim. Jak jednak znaleźć prawdziwych sojuszników? – Tu Piekielnik wskazuje środowiska związane z Grzegorzem Braunem.

Co takiego miałoby się zdarzyć, by za jakieś dwa lata okazało się, że Polska jest zależna od Stanów Zjednoczonych?

  • po pierwsze – zaprzysiężenie Karola Nawrockiego
  • po drugie – obalenie rządu Donalda Tuska

To obalenie rządu, podanie się go do dymisji lub nawet przyspieszone wybory – to wszystko, to jest bardzo realny scenariusz. Być może na jesień tego roku lub na wiosnę – przyszłego.

W Polsce dzieje się bardzo źle. Mamy demontaż praworządności, demontaż aparatu władzy. Donald Tusk sprawia wrażenie, jakby chciał pozbyć się władzy. Jeśli dojdzie do stworzenia nowego rządu, to w większości będzie on składał się z ludzi Pis-u, czyli rządów Jarosława Kaczyńskiego i Waszyngtonu.

Kolejny temat

Polska a Ukraina, Polska a Niemcy – to wszystko sprowadza się do tego, że możemy stać się pionkiem w sprawach polsko-niemieckich i polsko-ukraińskich, że nie będziemy mogli mówić własnym głosem, tylko będziemy mieli głos podstawiony z Waszyngtonu i Tel Awiwu.

Co takiego musi się wydarzyć na arenie międzynarodowej, by Polska stała się zależna od Stanów Zjednoczonych i Izraela?

  • po pierwsze dedolaryzacja, spór o hegemonię na świecie pomiędzy BRICS i Stanami Zjednoczonymi
  • wojna na Ukrainie i Bliskim Wschodzie to przejaw rywalizacji BRICS i Stanów Zjednoczonych
  • terytoria zaborcze to dostarczyciel rekruta

Jeszcze jeden wątek – unia europejska

Czy unia europejska odpuści Polskę? Jeśli tak się stanie, to wtedy wprowadzą się tutaj kontrolerzy ze Stanów Zjednoczonych, zarządzający ze Stanów Zjednoczonych. Kiedy zatem unia może odpuścić? Kiedy uzna, że nie ma już żadnych szans na reanimację siły politycznej tego obozu, obozu europejskiego, czytaj: pan Donald Tusk, pan Rafał Trzaskowski, pan Szymon Hołownia.

Końcowy wniosek

Uważam, że nie jesteśmy daleko od tego, aby Bruksela odpuściła Polskę na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zapewne nie uczyni tego za darmo. W polityce, w interesach nic za darmo nie ma. Bruksela będzie oczekiwać od Stanów Zjednoczonych czegoś w zamian. I co to może być to „w zamian”? A co jeśli to coś „w zamian” dotyczy wojny na Ukrainie? Co, jeśli Bruksela, Berlin powie: odpuszczamy Polskę, niech tu będą wpływy amerykańskie, izraelskie, żydowskie, ukraińskie, ale w zamian Waszyngtonie odpuszczasz domaganie się jakiejś wysługi, którą miałeś na myśli – wojsk Europy zachodniej w wojnie przeciwko Rosji. Niech tym się zajmie Polska. To jest cena, którą zapłacić, być może, będą musieli Polacy za targ dobity pomiędzy Europą zachodnią a Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście wszystko w asyście Izraela.

Jakie mogą być jeszcze palny dla Polski? Oby żadne! A to, że są, nie mam złudzeń. Plany mogą być takie, by tu reaktywować koncepcję Polin, ale teraz w wydaniu Ukro-Polin.

x

Noch ist Polen nicht verloren. (Jeszcze Polska nie zginęła.) Jeszcze nie zginęła, jak sugeruje Piekielnik, ale może zginąć. Z kolei napis na jego T-shircie: „I’ve got Georgia on my mind”, pod nim mapa stanu i niżej: „Atlanta” – czy to jest jakiś przekaz, czy przypadek? I’ve got Poland on my mind? Georgia to stan w USA. Wikipedia tak pisze:

„Georgia – stan w południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, największy na wschód od Missisipi. Nazwa stanu została nadana na cześć króla Wielkiej Brytanii Jerzego II Hanowerskiego (ang. George II).”

A więc Piekielnik mówi otwartym tekstem, że wyjście Polski z unii jest możliwe, bo jeśli Stany Zjednoczone zaczną tu rządzić, to unii nie pozostanie nic innego, jak tylko wypchnąć Polskę ze swoich struktur. Ja jednak twierdzę od samego początku wojny na Ukrainie, że wybuchła ona po to, by mogło dojść do połączenia części Polski z zachodnią Ukrainą. Ponieważ Ukraina nie jest w unii, to w takiej sytuacji jej połączenie z Polską nie jest możliwe. By do tego mogło dojść, to Polska musi wyjść z niej. Chodzi też o to, jak stwierdził Piekielnik, by Polskę wciągnąć do wojny na Ukrainie. Nie dodał jednak, że chodzi przede wszystkim o to, by Niemcy odzyskały swoje byłe ziemie wschodnie. Na takie stwierdzenie Piekielnik, ani nikt inny, na razie nie ma przyzwolenia. Niemniej jednak gotowanie żaby na wolnym ogniu weszło w nowy etap.

Mówienie o jakimś niepodległym państwie polskim na tym terenie pomiędzy Rosją i Niemcami jest jakimś nieporozumieniem, mówiąc najdelikatniej. Polska piastowska była częścią I Rzeszy, o czym pisałem w blogu1025. Karków był wówczas miastem niemieckim, a warszawski Mariensztat nie bez powodu tak się nazywa. Unia personalna z Litwą i w konsekwencji unia lubelska to włączenie ziem polskich do Europy wschodniej i zdominowanie ich przez Słowian wschodnich pozostających pod żydowskim nadzorem. I RP to twór państwowo-podobny, pośmiewisko Europy. O żadnej niepodległości nie mogło być tam mowy, skoro rządziła nim dynastia jagiellońska, a później szwedzka z jagiellońską domieszką, a na końcu saska. Jedyną poważną instytucją na tym terenie był żydowski sejm czterech ziem, który Żydzi zlikwidowali na krótko przed rozbiorami. Jeśli jednak funkcjonowały obok siebie, na tym samym terenie, dwa różne sejmy, to nie można w takim wypadku mówić o państwie. Czym zatem była I RP? Księstwo Warszawskie zostało stworzone w celu poboru rekruta przez Napoleona, a Królestwo Polskie to strefa wolnocłowa sklecona dla Niemiec do handlu z Rosją. II RP to państwo sezonowe (niecałe 20 lat istnienia), stworzone przez Niemców w oparciu o carską administrację Królestwa. PRL (45 lat) – wasal Związku Radzieckiego, III RP (33 lata) – unii europejskiej. Państwo, żeby można je nazwać poważnym, musi mieć niezmienne granice przez setki lat. To jest podstawowy warunek i w oparciu o to można tworzyć takie państwo z trwałymi instytucjami, urzędami, stabilnym prawem i zawodową administracją. Tego wszystkiego tu nigdy nie było i nie ma. Nie można więc w tym wypadku mówić o utracie suwerenności na rzecz Ameryki czy Izraela. A skoro nie było tu nigdy suwerennego państwa, to nie można mówić o utracie suwerenności przez to państwo, a tym bardziej o jej obronie.

Europa

Europa to kontynent, a raczej część kontynentu zwanego Eurazją. Czym jednak zasłużyła sobie ona na bycie osobnym kontynentem? Zapewne mało kto zastanawia się nad tym, na czym polega jej specyfika. Warto może więc przybliżyć sobie jej historię i to, co stanowi o jej wyjątkowości. Może wtedy łatwiej będzie zrozumieć współczesny świat.

Wikipedia pisze:

Europa – część świata leżąca na półkuli północnej, na pograniczu półkuli wschodniej i zachodniej. Jest uznawana za kontynent albo za część świata tworzącą wraz z Azją kontynent Eurazję.

Nazwa Europy wywodzi się z greckiego słowa Εὐρώπη (Europe) i zwykle poprzez łacińską formę Europa weszło do niemal wszystkich języków świata. Etymologia samego terminu Εὐρώπη jest niejasna: być może pochodzi ono od εὐρωπός (europos) – „łagodnie wznoszący się”, albo od asyryjskiego ereb, „zachód”. Inne teorie wywodzą pochodzenia nazwy od semickiego słowa oznaczającego „ciemny”. Używane jest też określenie Stary Kontynent.

Przebieg umownej granicy Europy z Azją na wschodzie i południowym wschodzie wzbudza kontrowersje. Kwestia ta jest różnie rozstrzygana w nauce poszczególnych krajów, a najwięcej rozbieżności w tej sprawie występuje w nauce anglosaskiej.

Zdjęcie satelitarne; źródło: Wikipedia.

Zwykle przyjmuje się, że Europa rozciąga się od Oceanu Atlantyckiego na zachodzie do gór Ural na wschodzie oraz od Oceanu Arktycznego na północy do Morza Śródziemnego, Morza Czarnego i gór Kaukaz na południu (Kaukaz w niektórych interpretacjach jest zaliczany do Europy, a w niektórych nie).

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) pisze:

Nazwa, położenie i granice.

Nazwa Europa pochodzi zapewne z asyryjskiego (irib lub ereb = zachód) i została za pośrednictwem Fenicjan przyjęta w obecnym brzmieniu przez Greków. Europa jest największym półwyspem Azji, z którą zrasta się na całej granicy wschodniej. Niemniej specjalne stanowisko Europy w historii cywilizacji i w ogóle ludzkości usprawiedliwia w pełni jej samodzielność jako części ziemi. Stanowisko to uzyskała Europa dzięki znakomitym warunkom geograficznym, na które składa się środkowe położenie na półkuli lądowej, w stosunku do wszystkich lądów, wobec równika i bieguna oraz wobec krain o najstarszej cywilizacji, dalej znakomite rozwinięcie wybrzeży i ukształtowanie pionowe, dogodny klimat, obfitość bogactw mineralnych, dobre warunki dla rozwoju życia zwierząt i roślin oraz korzystne rozmieszczenie rzek i dogodne warunki komunikacyjne.

Północne i zachodnie granice Europy są oceaniczne, podobnie jak i południowe, z tą tylko różnicą, że tutaj oddzielają ją od sąsiednich lądów w 4 miejscach tylko wąskie cieśniny. Naturalną wschodnią granicę Europy tworzy łańcuch Uralu, a dalej ku południowi rzeka Ural i góry Kaukazu. Natomiast granica polityczna nie pokrywa się w całości z tą granicą. (…) W ogólności ląd Europy zwęża się wydatnie ku zachodowi, a po odcięciu półwyspów jest podobny do trójkąta prostokątnego, którego wierzchołki są oparte o zatokę Biskajską na zachodzie, morze Karyjskie na północy i morze Kaspijskie na południu.

Historia

Europa była zaludniona we wczesnej już epoce; z jej krańca północnego wyszła germańska grupa Indoeuropejczyków i wyparła ludy innego pochodzenia, których pokrewieństwo i związki są wątpliwe. Dzieje Europy, po których pozostała tradycja piśmienna i wytwory wyższej kultury, rozpoczęły się na półwyspie bałkańskim i wyspach morza Egejskiego. Ich twórcami są indoeuropejscy Hellenowie czyli Grecy, którzy w trzecim tysiącleciu prz. Chr. wdarli się na półwysep Frygo-Traków i pomieszawszy się z niearyjskimi mieszkańcami Mniejszej Azji, stopniowo ich wchłonęli.

Tymczasem w Italii zjawili się Latynowie, którzy objąwszy spuściznę po niearyjskich poprzednikach (Iberach, Liguryjczykach, Illyryjczykach, Etruskach), zdobyli do roku 266 prz. Chr. cały kraj. Państwo rzymskie, rozszerzając się na Azję i Afrykę, zapłodnione kulturą grecką, przedstawia wykwit cywilizacji śródziemnomorskiej.

W okresie wędrówki ludów wtargnęły do państwa rzymskiego liczne szczepy germańskie (Gotowie, Wandalowie, Langobardowie, Frankowie), przyjęły język łaciński i zmieszały się z ludnością tubylczą. Z mieszaniny tej powstawały od wieku VIII. ludy romańskie, które zróżnicowały się później pod względem językowym, politycznym i kulturalnym (Włochy, Hiszpano-Portugalia, Francja, Rumunia). Na kresach państwa rzymskiego i na niezajętych przez nie terytoriach środkowej i północnej Europy, poczęły się tworzyć germańskie i słowiańskie państwa plemienne z chwilą, gdy wędrówka ustąpiła miejsca osiedleniu się. Tak powstawały państwa niezromanizowanych Franków, Alemanów, Bawarów, Sasów, Turyngów, w Wielkiej Brytanii Anglo-sasów; spośród wielu plemion słowiańskich tworzą państwo Polacy i Czesi, na północy germańscy Norwegowie, Duńczycy i Szwedzi. Wszystkie te ludy zawdzięczają swoją wspólność kulturową religii katolickiej i cywilizacji rzymskiej, podczas gdy Rusini i znaczna część południowych Słowian przyjmuje wiarę i cywilizację z Bizancjum. Właściwa Europa średniowieczna zamyka się w ramach religijno-kulturalnych Zachodu. Dzięki organizacji kościelnej stało się możliwe wskrzeszenie cesarstwa rzymskiego przez Karola W., a po rozpadnięciu się jego państwa przez Ottona I.

Nowego ducha wniosło w ludy europejskie Odrodzenie i humanizm, które przyspieszyły tworzenie się typu nowoczesnego Europejczyka, z jego strukturą duchową, opartą na wspólnym wykształceniu klasycznym, religii chrześcijańskiej i poczuciu narodowym. W dziedzinie państwowej występuje od XV wieku dążność do prowadzenia polityki mocarstwowej. Trzeci czynnik rozwoju to Reformacja, stanowiąca germańskie ujęcie chrześcijaństwa, która rozbiła jednolitość religijną zachodniej i środkowej Europy i zmusiła kościół katolicki do wewnętrznej reformy na soborze trydenckim. – Równocześnie ulega zmianie stanowisko Europy, dzięki odkryciu Ameryki i drogi morskiej do Indii. Europa przestała być dla swoich mieszkańców punktem centralnym świata, aczkolwiek, przez założenie szeregu kolonii i supremację nad Nowym Światem, wzmocniło się jej przodownictwo polityczne, a Europejczycy stali się rasą panującą. Z czasem powstają nowe ośrodki polityczne i gospodarcze, a deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej uwidoczniła w całej pełni fakt, że poza Europą istnieje organizm państwowy o ludności przeważnie indoeuropejskiej i równorzędnych zasobach duchowych. Mimo ekspansji politycznej i gospodarczego podboju świata przez Europejczyków, zwłaszcza Anglików i Francuzów, zjawisko to występuje coraz silniej, a wojna światowa przyniosła definitywne zepchnięcie Europy z jej dominującego miejsca na kuli ziemskiej. U wszystkich ludów rozbudziło się dążenie do samodzielności (dominia brytyjskie, Islam, Chiny), tak, że zrzucenie opieki i protektoratu Europy wydaje się kwestią czasu.

Losy państwowe Europy od XV wieku kierowane były zaznaczonymi wyżej czynnikami. Istotną zmianą jest wciągnięcie w obręb kultury europejskiej bizantyńskiego Wschodu spadkobierczyni cesarzy bizantyńskich, Turcji, z podlegającymi jej ludami chrześcijańskimi, od 1700 zaś Rosji. Polityka światowa wielkich państw XIX wieku stanowi dalszy ciąg walki o stanowisko mocarstwowe XVII. i XVIII. wieku, prowadzonej przy użyciu wszystkich nowych zdobyczy politycznych, gospodarczych i technicznych. Wojna światowa, będąca starciem kilku imperialistów europejskich, stanowi z tego punktu widzenia, mimo udziału innych części świata, wytwór rozwoju dziejowego Europy.

x

Inaczej trochę rozkłada akcenty Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70):

Nazwa Europa występuje po raz pierwszy u Homera i Hezjoda; wywodzi się ją zazwyczaj z fenickiego ereph „ciemny”, część filologów opowiada się jednak za greckim pochodzeniem tego wyrazu, uwiecznionego w mitologii. W starożytności kontynent europejski nie tworzył całości gospodarczej ani kulturalnej. Południowa Europa wraz z północną Afryką i południowo-zachodnią Azją tworzyłą ściśle powiązany pod względem gospodarczym i kulturalnym świat śródziemnomorski, który stanowił również jedność polityczną w ramach imperium rzymskiego. Europa północna natomiast stanowiła domenę tzw. barbarzyńskich ludów Celtów, Germanów i Słowian.

Pierwszym krokiem do politycznego i kulturalnego połączenia Europy były podboje rzymskie w I-II w.n.e. w zachodniej i i północno-zachodniej Europie; ekspansja rzymska na północ, a później wędrówki ludów germańskich i słowiańskich w V-VII w.n.e. wytworzyły nowe stosunki etniczne, które mogły przyczynić się do powstania jedności kulturowej i gospodarczej całego kontynentu. Przeszkodził temu jednak upadek cesarstwa rzymskiego i postępująca chrystianizacja. Nastąpił rozkład jedności gospodarczo-kulturalnej świata śródziemnomorskiego w części południowej (Afryka) i południowo-wschodniej (pd.-zach. Azja) opanowanego (od VII w.) przez islam. Rozwój stosunków feudalnych w VI-X wieku postępował nierównomiernie, najwcześniej jednak rozwinął się w zachodniej Europie (VIII-X w.). Ideologiczną nadbudową feudalizmu stał się kościół, który w X wieku objął swymi wpływami niemal cały kontynent europejski. W ciągu VI-X wieków zaznaczył się podział na wschodnio-europejską cywilizację bizantyjską (stanowiącą kontynuację dawnej kultury hellenistycznej), która objęła swymi wpływami Półwysep Bałkański, Ruś i Azję Mniejszą, oraz zachodnią cywilizację łacińską obejmującą swym zasięgiem zachodnią, północno-zachodnią i środkową Europę (Czechy, Polskę, Węgry, kraje skandynawskie). Mimo rozbicia politycznego Europy cywilizacja zachodnia oparłą się falom najazdów arabskich, normańskich, turskich VIII-IX wiek. Jedność kulturowa i i gospodarcza świata bizantyńskiego znalazła wyraz w ramach cesarstwa bizantyńskiego (dawniej wsch.rzym.) i utrzymała się aż do upadku jego potęgi w czasie krucjat. Próbę politycznego zjednoczenia zach. Europy podjęli, w oparciu o papiestwo, królowie Franków, wskrzeszając w 800 zachodnie cesarstwo rzymskie; państwo Franków okazało się jednak nietrwałe. Również wysiłki królów niemieckich (od 962 uwieńczonych koroną cesarską) zmierzające do uzależnienia innych państw chrześcijańskich, nie doprowadziły do jedności politycznej Europy. Rozbicie Europy pogłębiło się w okresie rywalizacji cesarstwa i papiestwa (Grzegorz VII, cezaropapizm) w XI-XIV wieku mimo dążeń Grzegorza VII do narzucenia politycznego zwierzchnictwa kościoła całej Europie. Autorytet papieski został zachwiany po oderwaniu się w 1054 kościoła greckiego. Poważną przeszkodą dla uniwersalistycznych dążeń papiestwa było również tworzenie się silnych państw scentralizowanych (monarchia Kapetyngów), które usiłowały podporządkować sobie papiestwo. Uniwersalistyczne dążenia papiestwa znalazły m.in. ujście w organizowanych 1096-1291 krucjatach, początkowo w Europie (Płw. Pirenejski, kraje nadbałtyckie), później w Syrii i Palestynie. Krucjaty i wyprawy odkrywcze XIII wieku zapoznały Europę z kulturami Wschodu. Wpłynęło to na ożywienie stosunków gospodarczych i handlowych obejmujących dwa konglomeraty gospodarcze: kraje śródziemnomorskie, z przewagą handlową miast włoskich (Wenecja i Genua) oraz kraje nad Bałtykiem i Morzem Północnym, z przewagą niemieckich miast hanzeatyckich. Obydwa te rejony gospodarcze powiązane były siecią dróg lądowych, a od XIV wieku również szlaków morskich przez Atlantyk. Głównymi ośrodkami handlu północnej i południowej Europy stały się początkowo targi szampańskie (XII-XIII w.), a później Brugia i Antwerpia.

Od XVI wieku cywilizacja europejska oddziaływała silnie na sąsiadujące kontynenty dzięki nowym zdobyczom techniki i rozwojowi kultury humanistycznej; rozkwit nauki w okresie renesansu sprzyjał sukcesywnemu eliminowaniu światopoglądu religijnego. W XVI wieku nastąpił dalszy rozłam światopoglądowy i polityczny Europy wskutek reformacji i wojen religijnych. Nawet wspólne niebezpieczeństwo grożące ze strony Turków, których ekspansja od XVI wieku na kontynencie europejskim nie skończyła się z upadkiem cesarstwa bizantyńskiego (1453), nie wpłynęło, mimo wysiłków kościoła, na polityczne zespolenie Europy. Bizantyńskie dziedzictwo kulturowe przejęła w dużej mierze Rosja wyzwolona spod trwającego od XIII wieku jarzma tatarskiego.

Odkrycia geograficzne w XV-XVI wieku doprowadziły do konfrontacji cywilizacji europejskiej z pozaeuropejską. Ekspansja kolonialna Europy spowodowała zniszczenie kwitnących kultur Ameryki Środkowej i Południowej oraz wyludnienie i degradację gospodarczą Afryki, zahamowanie rozwoju Indii i Indonezji. Odkrycia i zdobycze nie pozostały bez wpływu na gospodarczy rozwój Europy. Grabież kolonialna przyspieszyła pierwotną akumulację kapitału, dostarczyła kruszców szlachetnych i surowców, umożliwiając szybki rozwój przemysłu manufakturowego i przechodzenie do kapitalistycznych form produkcji. W ciągu XVI/XVII wieku władzę w najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach zdobyła burżuazja, najpierw w Holandii (1579), następnie Anglii (1648) i Francji (1789). Zapoczątkowało to rywalizację państw europejskich w walce o kolonie. Na macierzystym kontynencie rywalizacja ta wiązała się z ekonomicznymi teoriami merkantylizmu. Wojny religijne w XVI i 1 poł. XVII wieku doprowadziły do ujednolicenia wyznaniowego wewnątrz poszczególnych państw. Państwa te, wzmocnione organizacyjnie przez ustrój absolutystyczny, toczyły walkę o hegemonię w Europie. Po okresie przewagi hiszpańskiej w XVI wieku przyszedł w XVII wieku okres hegemonii francuskiej, która zakończyła się w XVIII wieku. Nastąpił okres tzw. „równowagi europejskiej” utrwalonej wskutek licznych wojen (między Francją, Austrią, Prusami, Anglią i Rosją), które nie dały żadnej ze stron bezwzględnego zwycięstwa. Równowagę tę zakłóciły dopiero rozbiory Polski i Turcji europejskiej, stwarzając w końcu XVIII wieku nową sytuację polityczną. Ofensywa laickiej myśli Oświecenia, rozwój nauki przyczyniły się do spopularyzowania w Europie idei wolnościowych i emancypacyjnych. Znalazły one ujście w Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która wstrząsnęła systemem społecznym i politycznym całej ówczesnej Europy.

Wielka Rewolucja Francuska zburzyła stan równowagi między mocarstwami, wzbudziła na całym kontynencie dążenia stanów uprzywilejowanych do wolności i równości, otworzyła perspektywy zbliżenia i zbratania narodów. W schyłkowym okresie Rewolucji ekspansja Francji w Niderlandach, Niemczech i Włoszech – z wojny o zachowanie zdobyczy rewolucji przekształciła się w wojnę zaborczą. Napoleon I zaś wykorzystał przewagę armii stworzonej przez Rewolucję dla nowej próby zbudowania monarchii europejskiej. Dążenia te zostały unicestwione w latach 1812-14 przez Anglię i Rosję, jak również przez narody hiszpański i niemiecki opierające się francuskiemu najazdowi. Wojny napoleońskie miały jednak doniosłe znaczenie dla późniejszych dziejów Europy., spopularyzowały idee Wielkiej Rewolucji Francuskiej na kontynencie europejskim, przenosząc wiele jej zdobyczy do krajów podbitych przez Napoleona. W 1815 roku Kongres Wiedeński przywrócił większość strąconych dynastii, a na straży uznanej na nowo zasady legitymizmu postawił związek monarchów, tzw. Święte Przymierze. Trwałe porozumienie wszystkich państw europejskich nie zostało zrealizowane, w praktyce jednak w ciągu XIX wieku o wszystkich ważniejszych sprawach kontynentu decydował tzw. koncert, tj. porozumienie pięciu głównych mocarstw: Rosji, Prus (od 1871 – Niemiec), Austrii (od 1867 – Austro-Węgier), Francji i Anglii.

W 1859-70 do koncertu 5 mocarstw dołączyły się również zjednoczone Włochy. W interesie ustroju monarchicznego i klas posiadających koncert mocarstw przeciwdziałał w Europie ruchom rewolucyjnym i dążeniom narodowo-wyzwoleńczym, starając się równocześnie nie dopuszczać do nadmiernego wzrostu sił żadnego z uczestników.

Punkt szczytowy gospodarczej i politycznej przewagi Europy nad resztą świata przypadł na przełom XIX i XX wieku. W owym czasie cały niemal obszar Afryki i Azji, z wyjątkiem Chin, Persji i Turcji był już podzielony między mocarstwa kolonialne. Rozwój komunikacji oraz międzynarodowego handlu i kredytu służył gospodarczemu scaleniu świata uzależnionego od giełd zachodniej Europy. Niemcy, zjednoczone od 1871, osiągnęły względną przewagę w koncercie europejskim głównie wskutek długotrwałego okresu pokojowej stabilizacji. W dobie wolnokonkurencyjnego kapitalizmu rozszerzał się reż z wolna w Europie zasięg swobód politycznych. Ostatki systemu feudalnego wraz z poddaństwem chłopów i pańszczyzną uległy likwidacji w środkowej i wschodniej Europie między 1807 a 1866. Kraje demokracji parlamentarnej (Anglia, Francja) obniżały stopniowo cenzus wyborczy. Przeważający na kontynencie system monarchii konstytucyjnych zapewniał burżuazji (poza Rosją) udział we władzy piastowanej jeszcze w zasadzie przez wielką własność ziemską. Rosnąca liczebnie, coraz bardziej uświadomiona i lepiej zorganizowana klasa robotnicza zdobywała stopniowo lepsze warunki pracy i płacy, zmuszając rządy burżuazyjne do rozszerzania ustawodawstwa społecznego (np. Anglia, Niemcy, Austro-Węgry). Część ludności europejskiej emigrowała w tym czasie do innych części świata (ok. 30 mln w 1830-1914 do Stanów Zjednoczonych, ok. 7,5 mln w 1801-1914 z europejskiej Rosji na Syberię). Szybko wzrastał dobrobyt klas posiadających, ugruntowany w znacznej mierze na eksploatacji kolonii; miały w nim swój udział także górne warstwy klas pracujących.

Pierwsze symptomy kryzysu światowej hegemonii Europy ujawniły się już przed 1914, wraz z wkroczeniem kapitalizmu w nowe imperialistyczne stadium. Przechodzenie większości mocarstw do systemu protekcji celnej, zaostrzająca się walka o surowce i rynki zbytu rodziła konflikty polityczne; początkowo między Anglią i Francją, a od schyłku XIX wieku między Anglią a Niemcami. Dążeniom Niemiec do ściślejszego uzależnienia od siebie „Mitteleuropy”, a w przyszłości również krajów Bliskiego Wschodu (plany ekspansji związane z linią kolejową Berlin-Bagdad) opierały się inne mocarstwa. Trójprzymierzu zmontowanemu przez Bismarcka 1879-82 (Niemcy, Austro-Węgry, Włochy) przeciwstawiło się ukształtowane 1904–07 trójporozumienie Anglii, Francji i Rosji. Dwa rywalizujące bloki forsownie zbroiły się, przygotowując do wojny. W tymże czasie dwa nowe mocarstwa pozaeuropejskie: Stany Zjednoczone (od 1898) i Japonia (od 1904) weszły w roli równorzędnych partnerów na arenę polityki światowej. Początek emancypacji „białych” dominiów Wielkiej Brytanii (Kanada 1867, Australia 1900, Afryka Południowa 1910) świadczył także o słabnięciu zależności niektórych krajów zamorskich od Europy.

I wojna światowa (1914-18) zburzyła system równowagi politycznej utrzymywany w Europie od stu lat. Rozpadła się monarchia austro-węgierska, w środkowej i południowo-wschodniej Europie powstały nowe państwa lub odzyskały niepodległość, Niemcy stały się republiką; w wyniku rewolucji październikowej w Rosji 1917 powstało pierwsze w świecie państwo socjalistyczne. Traktaty pokojowe 1919-20 utrwaliły nową strukturę terytorialną Europy. Aby zapobiec na przyszłość konfliktom wojennym, utworzono 1919 Ligę Narodów, która w praktyce służyła jednak przede wszystkim do utrzymania politycznej hegemonii Wielkiej Brytanii i Francji.

x

Co zatem decydowało – poza tym, że Europa jest położona w centralnej części półkuli lądowej i w równej odległości od równika i bieguna – o jej wyjątkowości? Chyba jej na poły wyspiarski kształt. Półwyspami są też, w jej obrębie, Półwysep Iberyjski, Włochy i Skandynawia. W praktyce więc Europa, w sensie cywilizacyjnym, kończy się tam, gdzie zaczyna się jej kontynentalny charakter. Tą granicą jest linia biegnąca wzdłuż granicy wschodniej Niemiec z 1937 roku; dalej na południu obejmuje ona Czechy, Węgry i skręca na południowy zachód do Triestu nad Adriatykiem.

Takie warunki wymuszały niejako rozwój kontynentu oparty o handel morski i lądowy, który był możliwy ze względu na stosunkowo jego niewielki obszar. Z tym wiązał się również rozwój miast, który był konsekwencją powstania wielu niedługich szlaków handlowych. I to było też cechą charakterystyczną rzymskiego imperium w jego części zachodniej. Z kolei jego część wschodnia była bardziej kontynentalna, rozległa, co sprzyjało bardziej rozwojowi opartemu o wielką własność ziemską. Efektem tego było to, że Europa zachodnia rozwijała się szybciej, bo rozwój miast i handlu stymulował nie tylko wymianę towarów, ale również sprzyjał intensywniejszym kontaktom międzyludzkim, co z kolei powodowało rozwój nauki, kultury, sztuki i wszelkiego rodzaju idei i myśli. Jednym słowem Europa zachodnia to dynamika, a wschodnia – statyka.

Idea zjednoczonej Europy, to idea stara, bo sięgająca czasów rzymskich, gdy była częścią tego imperium. Próbę wskrzeszania tej idei podjął Karol Wielki. Po nim, jak niektórzy twierdzą, próbę tę podejmowali Napoleon i Hitler. Trudno jednak się z tym zgodzić, bo obaj zaatakowali Rosję, która nie ma nic wspólnego z Europą zachodnią w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. Próba włączenia Rosji do Europy, to próba łączenia wody z ogniem. Czy Imperium Rzymskie rozpadło się na część zachodnią i wschodnią m.in. dlatego, że były to zupełnie dwa odmienne organizmy gospodarcze w obrębie jednego państwa? Jeśli zatem ma dojść do ziszczenia się idei zjednoczonej Europy, to musi to być zjednoczenie państw zachodniej Europy, która kiedyś byłą częścią Imperium Rzymskiego. A to oznacza, że cała Europa wschodnia musi być wyłączona z tego procesu. Po co więc było jej przyłączenie? Może po to, by Niemcy mogły odebrać swoje wschodnie ziemie. Ale jak to zrobić bez wojny? Raczej trudno. Włączenie Polski do unii i NATO dało pretekst Ukrainie do wysunięcia podobnych żądań, które nie byłyby możliwe, gdyby Polska nie była w tych organizacjach. Wojna skończy się prawdopodobnie tym, że Niemcy odbiorą to, co ich; reszta Polski połączy się z zachodnią Ukrainą i tym samym Polska, i pewnie cała Europa wschodnia, zostanie wypchnięta z unii. A wojna z Rosją, jak często, służy temu, by w Europie dokonywano rewolucyjnych zmian, których bez tej wojny nie dałoby się przeprowadzić.

Europa, dzięki koloniom, zdominowała świat. To prawda, że Europejczycy korzystali z dorobku starszych cywilizacji, ale tylko oni potrafili ten dorobek wykorzystać, wzbogacić i rozpowszechnić na cały świat. Czy zatem można dziś powiedzieć, że Europa została zdominowana przez Nowy Świat, który stworzyła, czy może raczej ten Świat jest nadal narzędziem w jej ręku? Nie można jednak zapominać o tym, kto tak naprawdę rządził w Rzymie a później tworzył tę kolonialną Europę.

Ewakuacja czy ucieczka?

„Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi znane przysłowie, a konkretnie przekleństwo chińskiego pochodzenia. I faktycznie, przyszło nam żyć w przełomowym okresie. Niestety – zgodnie ze wspomnianą mądrością – oznacza to koniec świata, jaki znamy. – Z internetu.

Czy rzeczywiście dochodzimy do tego momentu? W dniu 27 czerwca Leszek Sykulski na swoim kanale komentował artykuł, który ukazał się na łamach Financial Times. Jego tytuł to: Polska przygotowuje plany ewakuacji dzieł sztuki na wypadek inwazji Rosji. Artykuł ten został opublikowany na podstawie wywiadu przeprowadzonego z minister kultury rządu RP Hanną Wróblewską, która powiedziała, że takie planowanie jest konieczne, ponieważ prawie 1000 polskich muzeów nie może działać w oparciu o teoretyczną koncepcję bezpieczeństwa, dopóki Rosja będzie prowadzić wojnę na Ukrainie. Powiedziała ona – kontynuuje Sykulski – że jej ministerstwo prowadzi rozmowy z władzami za granicą na temat przyjęcia ewakuowanych dzieł sztuki z około 160 instytucji zarządzanych przez państwo polskie. Plan ma być gotowy do końca roku i, jak pisze Financial Times, jest to część szerszych działań na rzecz bezpieczeństwa państwa podejmowanych przez rząd Donalda Tuska, które to plany obejmują wzmocnienie ochrony granic i podwojenie liczebności sił zbrojnych RP do pół miliona żołnierzy. Media w Polsce bardzo szybko podchwyciły temat i wczoraj, 26 czerwca, m.in. Portal Samorządowy poinformował, że ta groźba wojny ma przyspieszać konkretne działania i co więcej, że rząd RP ma szykować plan ewakuacji na Zachód nie tylko dzieł sztuki. Na Portalu Samorządowym można przeczytać wprost: Groźba wojny przyspiesza działania. Rząd szykuje plan ewakuacji na Zachód. Nikt jednak nie stawia fundamentalnego pytania: „w czyim interesie miałaby być ta wojna?”. Dlaczego dzieje się to wszystko w takim pośpiechu? Dlaczego wcześniej te plany nie zostały opracowane? Zagrożenie wojną jest realne, widać zagrożenie groźbą prowokacji, która mogłaby uruchomić spiralę wchodzenia na tę drabinę eskalacyjną i to jest bardzo niebezpieczna sytuacja.

x

To tylko fragment jego komentarza, ale jest w nim zawarte to, co najważniejsze. Jaką grę prowadzi rząd i o co w tym wszystkim chodzi? Ucieczka rządu sanacyjnego była ewenementem na skalę światową. Hitler podbił całą Europę kontynentalną, ale takiej spektakularnej ucieczki, w chwili, gdy losy wojny z Niemcami nie były jeszcze ostatecznie przesądzone, nie było. To dało oczywiście pretekst władzom Związku Radzieckiego do zajęcia wschodnich terenów II RP, bo, jak tłumaczyły, Państwo Polskie przestało istnieć. A skoro tak, to musiały one wziąć pod ochronę ludność tego terenu. Gdyby więc władze sanacyjne nie uciekły, zabierając ze sobą złoto, to władze sowieckie nie miałyby pretekstu do zajęcia tych terenów. I cały misterny plan, zakładający przyszły konflikt niemiecko-radziecki, nie mógłby być zrealizowany.

Czy zatem dziś nie mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”? Jaki jest niezbędny warunek, by uznać, że dane państwo przestało istnieć? – Ucieczka rządu. Dlaczego rząd ukraiński nie uciekł, pomimo rosyjskiej agresji, a rząd „polski” już się szykuje do ewakuacji? Jeśli więc dojdzie do sprowokowania Rosji, do czego, jak się wydaje, dążą gorliwie władze „polskie”, to może ona faktycznie wystrzelić kilka rakiet na budynki rządowe czy wojskowe. To oczywiście stanie się doskonałym wytłumaczeniem konieczności ewakuacji rządu. Jeśli rząd ewakuuje się, to państwo to przestanie istnieć i wówczas Niemcy będą mogły zając swoje, utracone w wyniku II wojny światowej, wschodnie ziemie, używając dokładnie tego samego argumentu, którym posłużyli się w 1939 roku bolszewicy. Oczywiście nie wszyscy będą musieli uciekać. Gauleiter von Danzig Donald Tusk raczej nie będzie musiał. On będzie u siebie. To byłoby powtórzenie wariantu z 1939 roku, tylko w odwrotnie: Rosja atakuje, a Niemcy zajmują zachodnią część Polski.

x

Polityka nie ma nic wspólnego z uczciwością, a tym bardziej z demokracją. Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii, Czytelnik 1975 pisał:

Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również z ryzykownej próby puczu. (…)

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy.

x

Obecne zawirowania wokół ostatnich wyborów, to nic innego jak tylko próby destabilizowania systemu prawnego państwa, jego ośmieszania na arenie międzynarodowej, co w konsekwencji ma prowadzić do sytuacji podobnej do tej sprzed rozbiorów. W tym wypadku jednak nie chodzi o nie, a o stworzenie nowego państwa, które powstanie w wyniku połączenia centralnej i wschodniej Polski z zachodnią Ukrainą.

Taki stan to efekt bycia strefą zgniotu od czasu unii lubelskiej. Trudno zatem, by w takim miejscu mogło kiedykolwiek powstać cokolwiek sensownego. Do tego potrzebna jest stabilizacja, taka jak na zachodzie Europy, gdzie państwa mają niezmienne od setek lat granice.

Natura władzy

W książce Podróże do wielu odległych narodów świata – Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982 – Jonathan Swift opisuje w pewnym momencie swój pobyt na Wyspie Czarowników. Zawarte tam uwagi odnoszą się m.in. do natury władzy. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z nimi.

W posłowiu Juliusz Kydryński m.in. pisze:

„Nie znam drugiej książki, która w podobnie bezlitosny sposób rozprawiałaby się z całą ludzkością, z samą jej naturą i wszystkimi stworzonymi przez nią instytucjami. (…)

I dziwne, że dopiero w 1976 r., a więc w dwieście pięćdziesiąt lat od chwili ukazania się pierwszego wydania Podróży, Collin McKelvie z uniwersytetu w Dublinie podjął się wydania arcydzieła Swifta, uwzględniającego pełną korektę autorską. Wydanie to, opublikowane przez Appletree Press Ltd. w Belfaście, stało się rewelacją nawet dla czytelnika angielskiego. Otóż autor obecnego polskiego przekładu Podróży dysponował także tym wydaniem. Czytelnik polski otrzymuje zatem po raz pierwszy pełny i najbardziej autentyczny tekst Podróży Gulivera. Przekład Macieja Słomczyńskiego wypełnia dotkliwą i zawstydzającą lukę w naszej literaturze translatorskiej.”

x

Glubbdubdrib oznacza w najdokładniejszym tłumaczeniu, jakie umiem sporządzić, Wyspę Czarowników lub Magów. Jest mniej więcej trzykrotnie mniejsza niż wyspa Wight i niezwykle żyzna; a rządzi nią głowa pewnego plemienia składającego się wyłącznie z magów. (…)

Gubernator i jego rodzina obsługiwani są przez służbę domową dość osobliwego rodzaju. Dzięki swej zręczności w nekromancji ma on moc wywoływania kogo zechce spośród zmarłych i żądania od niego usług przez dwadzieścia cztery godziny, lecz nie dłużej; nie może także wywoływać tej samej osoby częściej niż raz na trzy miesiące, jeśli nie zajdą nadzwyczajne okoliczności. (…)

Zapragnąwszy ujrzeć tych starożytnych, których rozum i uczoność zyskały największa sławę, poświeciłem cały dzień na to przedsięwzięcie. Wyraziłem życzenie, aby Homer i Arystoteles pojawili się na czele wszystkich swych komentatorów; (…)

Spędziłem pięć dni na rozmowach z wielu innymi starożytnymi mędrcami. Widziałem też większość rzymskich cesarzy. Nakłoniłem Gubernatora do przywołania kucharzy Heliogabala, by przyrządzili nam obiad, lecz nie mogli okazać nazbyt wielu umiejętności, gdyż nie mieli z czego robić. Helota Agesilausa przyrządził nam garnek polewki spartańskiej, lecz nie byłem w stanie przełknąć nawet drugiej łyżki.

Sprawy osobiste zmuszały obu panów, którzy przywiedli mnie na wyspę, do opuszczenia jej po upływie następnych trzech dni. Spędziłem je na oglądaniu współczesnych zmarłych, którzy najbardziej wsławili się podczas ostatnich dwustu czy trzystu lat u nas lub w innych krajach europejskich; a będąc zagorzałym wielbicielem starych, dostojnych rodów, poprosiłem, aby Gubernator przywołał tuzin lub dwa tuziny królów wraz z ośmioma lub dziewięcioma pokoleniami ich przodków. Spotkało mnie bolesne i niespodziane rozczarowanie. Gdyż miast długiego orszaków diademów ujrzałem w pewnym rodzie dwóch skrzypków, trzech wymuskanych dworzan i włoskiego prałata; a w innych: cyrulika, opata i dwóch kardynałów. Mam nazbyt wiele uwielbienia do głów koronowanych, aby zatrzymywać się zbyt długo przy tak kruchym przedmiocie. Lecz jeśli mowa o hrabiach, markizach, książętach, lordach i im podobnych, nie miałem tylu skrupułów. I muszę wyznać, że nie bez zadowolenia odnajdywałem źródła pewnych rysów charakterystycznych dla niektórych rodów. Jasno mogłem stwierdzić, skąd wziął się w jednej rodzinie wydłużony podbródek i czemu druga tak obfitowała w łotrów podczas dwu pokoleń, a podczas dwu następnych – w głupców; czemu trzeci ród ma wodogłowie, a czwarty wydaje samych szalbierzy. Pojąłem wówczas, czemu Polydore Virgil1 powiada o pewnym wielkim domu: Nec vir fortis, nec faemina casta (Ani odważny mężczyzna, ani czysta kobieta – przyp. W.L.); a także czemu okrucieństwo, fałsz i tchórzostwo urosły jako cechy, którymi niektóre rody wyróżniają się podobnie jak tarczą herbową. Pojąłem, kto pierwszy wniósł francę w szlachetny dom, którą potomność kolejno dziedziczyła w postaci skrofulicznych wrzodów. A trudno było mi się dziwić temu wszystkiemu, widząc przecięcie linii dziedzictwa przez paziów, lokajów, służących, stangretów, kosterów, muzykantów, utracjuszy, żołdaków i rzezimieszków.

Obrzydła mi przy tym całkowicie historia nowożytna. Gdyż przebadawszy dokładnie wszystkie osobistości, które w ciągu ostatnich lat uzyskały największy rozgłos na dworach władców, odkryłem, że świat został gruntownie wprowadzony w błąd przez sprzedajnych pisarzy, którzy przypisali tchórzom największe czyny wojenne, głupcom najlepsze rady, pochlebcom prawość, rzymską cnotę zdrajcom ojczyzny, pobożność niewierzącym, skromność sodomitom, prawdomówność donosicielom. Pojąłem, jak wielu niewinnych i znakomitych ludzi zostało skazanych na śmierć lub wygnanie dzięki wpływowi ministrów na przekupnych sędziów; a także, jak wielu nicponiów wyniesionych zostało na najwyższe, najbardziej odpowiedzialne stanowiska, dające największą moc, godność i zysk; jak wielki udział w działaniach i wypadkach na dworach, w rodach i senatach mają rajfurzy, kurwy, stręczyciele, pieniacze i trefnisie. Jak niskiego mniemania nabrałem o ludzkim rozumie i uczciwości, gdy dowiedziałem się prawdy o sprężynach i przyczynach wielkich przedsięwzięć i przemian w świecie, a także o godnych wzgardy wydarzeniach, którym zawdzięczają one rozgłos.

Odkryłem przy tym łotrostwo i nieuctwo tych, którzy udają, że piszą anegdoty, czyli historie sekretne i z pomocą zatrutych pucharów wysyłają zastępy królów do grobu; odtwarzają rozmowę pomiędzy Królem i Pierwszym Ministrem, choć nie było przy niej żadnego świadka; mają klucz do otwierania umysłów i szaf ambasadorów i sekretarzy stanu; a także cierpią nieustannie, gdyż słowa ich pojęto opacznie. Odkryłem tam prawdziwe przyczyny wielu wydarzeń, które zdumiały świat, jak to kurwa może rządzić dzięki intrydze, jak intryga rządzi radą, a rada senatem. Pewien generał wyznał przede mną, że odniósł zwycięstwo jedynie dzięki tchórzostwu i nikczemnemu postępowaniu, a pewien admirał, że jedynie brak rozpoznania pomógł mu w rozbiciu nieprzyjaciela, któremu pragnął zaprzedać swą flotę. Trzej królowie oświadczyli mi, że w ciągu całego swego panowania nigdy nie obdarzyli urzędem człowieka zasłużonego, chyba że przez omyłkę lub dzięki podstępowi ministra, któremu powierzyli ów wybór; a nie uczyniliby tego także, gdyby dano im żyć ponownie; dowodzili przy tym z wielką mocą, że tron monarszy musiałby runąć nie podtrzymywany przez zepsucie, albowiem ów stanowczy, śmiały, niespokojny duch, jakim cnota umie natchnąć człowieka, jest wiekuistą przeszkodą w uszczęśliwianiu człowieka.

Ciekawość pchnęła mnie do dokładnego wypytywania o to, w jaki sposób tak wielu ludzi zdobyło wysokie godności i tytuły, a także ogromne majątki; ograniczyłem przy tym me pytania do niedawnych czasów, nie obstając jednak przy dniu dzisiejszym, gdyż nie chciałem urazić nawet cudzoziemców (a mam nadzieję, że nie muszę przekonywać Czytelnika, jakobym mówiąc o tych sprawach mógł choćby w najmniejszym stopniu mieć na myśli mój kraj rodzinny). Przywołano wielką liczbę ludzi, o których była mowa powyżej; i po wielce pobieżnym wybadaniu ich odsłonił mi się obraz tak haniebny, że nie mogę wspominać o nim bez przygnębienia. Wiarołomstwo, ucisk, przekupywanie świadków, oszustwo, stręczycielstwo i podobne słabostki znajdowały się pośród najbardziej godnych wybaczenia rzemiosł, o których wspomnieli, więc ze zrozumiałych względów wybaczyłem im to. Lecz gdy wyznali, że zawdzięczają swą wielkość lub bogactwo pederastii lub kazirodztwu, a inni – prostytuowaniu swych żon i córek; a jeszcze inni – zdradzie ojczyzny lub władcy; albo trucicielstwu połączonemu z przenicowaniem sprawiedliwości tak, aby skazano niewinnego; odkrycia te ostudziły me głębokie, wrodzone uwielbienie dla osób wysokiego stanu, co, mam nadzieję, zostanie mi wybaczone, choć winne one być traktowane przez nas, stojących niżej, z należytym ich wysokiej godności najgłębszym szacunkiem.

Często czytywałem o wielkich usługach oddawanych władcom i państwom, zapragnąłem więc ujrzeć ludzi, którzy owe usługi oddali. Gdy zapytałem o nich, odpowiedziano mi, że w żadnym ze spisów nie można ich odszukać, z wyjątkiem kilku osób, które historia ukazuje nam jako najdzikszych łotrów i zdrajców. Jeśli mowa o pozostałych, nie usłyszałem już o nich więcej. Ci pierwsi natomiast ukazali mi się wszyscy ze smutnym wejrzeniem i w najuboższych szatach. Większa ich część wyznała mi, że zmarli w nędzy i niesławie, a pozostali na szafocie lub szubienicy.

Wśród innych był tam jeden, którego dzieje wydawały mi się dość osobliwe. U boku jego stał młodzieniec liczący około osiemnastu lat. Wyznał mi, że przez wiele lat był dowódcą okrętu, a podczas bitwy morskiej pod Actium sprzyjający los pozwolił mu przebić się przez szyk nieprzyjacielski, zatopić trzy wielkie okręty wroga i pojmać czwarty, co stało się jedyną przyczyną ucieczki Antoniusza i wynikłego z niej zwycięstwa; a ów młodzieniec u jego boku, to jego jedyny syn, który zginął tam w boju. Dodał, że ufny w swe zasługi wyruszył po zakończeniu wojny do Rzymu, by prosić na dworze Augusta o przydzielenie mu większego okrętu, którego dowódca zginął. Nie bacząc jednak na jego zasługi okręt ów powierzono chłopcu, który nigdy dotąd nie widział morza, synowi wyzwoliciela, służącego jednej z kochanek królewskich. Po powrocie na własny okręt został oskarżony o zaniedbanie obowiązków i okręt ów powierzono ulubionemu paziowi Vice-Admirała Publicoli. Wówczas udał się na wieś, do ubogiej zagrody z dla od Rzymu i tam zakończył życie. Tak bardzo zaciekawiła mnie ta historia, że pragnąc poznać całą prawdę poprosiłem by wezwano Agrippę, który był admirałem podczas owej bitwy. Ukazał się on i potwierdził prawdziwość całego opowiadania, lecz z dodatkami zaszczytnymi dla kapitana, który przez skromność umniejszył lub przemilczał największą część swych zasług.

Zdziwił mnie obraz zepsucia rozrastającego się tak wysoko i tak szybko w owym cesarstwie, za sprawą tak próżno osiągniętego zbytku, co kazało mi osądzać z mniejszym zdumieniem podobne wydarzenia w innych krajach, gdzie występki wszelkiego rodzaju królowały znacznie dłużej, a cała sława wraz z łupami zagarniana była przez naczelnych wodzów, którzy, być może, mieli najmniejsze prawo do obu.

Ponieważ wszystkie wezwane osoby pojawiały się w takiej dokładnie postaci, w jakiej przebywały one na tym świecie, dało mi to przyczynę do melancholijnych rozmyślań nad tym, jak bardzo rodzaj ludzki zmarniał podczas ostatnich stu lat. Jak franca wraz z wszystkimi swymi następstwami i pod wszystkimi nazwami odmieniła każdy rys angielskiego oblicza, skróciła wzrost naszych ciał, stargała nam nerwy, doprowadziła do zwiotczenia ścięgna i mięśnie, pokryła ziemistą barwą lica i dała nam zjełczałe i obwisłe ciała.

W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.

x

By to wszystko zrozumieć, wypada jeszcze przybliżyć epokę, w której żył Swift i osobę samego autora. W cytowanym na początku posłowiu jego autor m.in. pisze:

Przyznana w Anglii oficjalnie (za panowania królowej Anny, 1702-1714) wolność prasy przyczyniła się wprawdzie do rozwoju dziennikarstwa i publicystyki, posługującej się przeważnie pamfletem, wśród ludzi piszących świeżo jednak trwała pamięć represji, spotykających zresztą wciąż jeszcze co zuchwalszych autorów. Pamiętano, jak łatwo było narazić się na karę pręgierza (co przytrafiło się Danielowi Defoe), a nawet na obcięcie uszu i napiętnowanie (co za Karola II spotkało Williama Prynne). Nic więc dziwnego, że czcigodny dziekan katedry św. Patryka w Dublinie, Jonathan Swift, który sam wyznał Alexandrowi Pope, że pisze „to vex the world rather than divert it” („by raczej oburzać świat niż go bawić”), wolał swą znakomitą, a zagadkową książkę wydać anonimowo. I chociaż Podróże do wielu odległych narodów świata, przez Lemuela Gullivera, początkowo lekarza okrętowego, a następnie kapitana licznych okrętów stały się z miejsca wielkim sukcesem wydawniczym i czytali je wszyscy „od członków gabinetu do mieszkańców pokoju dziecinnego”, chociaż zacny abbé Desfontaines przełożył je niemal natychmiast na francuski (co prawda znacznie łagodząc oryginalny tekst), Swift wolał na razie pozostać tajemniczym „Richardem Sympsonem”, bo pod tym nazwiskiem nadesłał rękopis zdumionemu wydawcy. Nie znaczy to, żeby jego autorstwa nie rozszyfrowano i żeby pisarz nie stał się adresatem tyluż wyrazów uznania i zachwytu, ilu napaści i inwektyw. No cóż, sam ostatecznie chciał „oburzać”, co mu się w znacznej mierze udało.

Zagadkowość utworu Swifta, który obok wcześniejszego Robinsona Crusoe Defoe miał stać się najwybitniejszą powieścią angielskiego Oświecenia i jednym z największych osiągnięć literatury światowej, łączy się z tajemnicą psychiki jego twórcy. „Niełatwo pogodzić jego pogardę dla ludzkości z afektem, jakim darzył przyjaciół i jakim oni go darzyli, ani jego gorzką niechęć do kobiet z miłością, jaką wzbudził. Trudno też, biorąc pod uwagę jego życie, przyzwoite i nie obrażające panujących zasad obyczajowych, i jego prawdziwą, jeśli nawet formalną religijność, wyjaśnić napastliwość niektórych jego utworów. Zwykłe fizjologiczne zjawiska życia, napełniały go, jak się zdaje, niewytłumaczalnym przerażeniem. Wczesne lata ubóstwa pozostawiły na nim niezatarte piętno, stał się człowiekiem dumnym i zgorzkniałym. Gdyby się urodził w bogactwie i pochodził z dobrego rodu, zająłby zapewne przodujące, być może nawet decydujące stanowisko w zawiłym życiu politycznym swej epoki” (George Sampson).

Istotnie, życie polityczne epoki było zawiłe i skomplikowane, a nie mniej skomplikowane było życie samego Swifta. Pełne smutków i rozczarowań, stawiało go często wobec sytuacji przymusowych, w których przyrodzona wrażliwość młodego Jonathana była wystawiana na ciężkie próby. Anglik, urodzony w Irlandii, której początkowo nie znosił, stał się w późniejszym w życiu jej gorliwym patriotą. Satyryk i humorysta, okazał się chyba pierwszym na świecie przedstawicielem – jakbyśmy dziś powiedzieli – „czarnego” humoru, o czym świadczą – obok samych Podróży Gullivera – liczne jego wiersze i pamflety, a zwłaszcza makabryczna Skromna propozycja (A modest Proposal). Intelektualista i polityk, z pewnością powołany – jak słusznie twierdzi Sampson – do zajmowania najwybitniejszych stanowisk, z konieczności niemal wstępuje do stanu duchownego, a w nim dochodzi do godności dziekana dublińskiej katedry św. Patryka, co było zaszczytem wprawdzie, niemniej – właściwie wygnaniem. Życie towarzyskie, jakkolwiek bujne, uprawiał jednak raczej dorywczo, z okazji okresowych pobytów w Anglii, życie osobiste zaś, którego najciekawszą „dokumentacją” jest słynny Journal to Stella, pisany dla wieloletniej przyjaciółki i towarzyszki (którą być może poślubił, choć jest to nie wyjaśnioną do dziś tajemnicą), kryło jeszcze nie mniej tajemniczy i kłopotliwy epizod, związany z postacią młodziutkiej Hester Vanhomrigh, zwanej przez Swifta Vanessą. Świadectwem tego epizodu jest poemat Cadenus and Vanessa.

Na tle jego czasów życie Swifta nabiera szczególnego wyrazu. Gdy Jonathan rodzi się w Dublinie 30 listopada 1667 roku, ojciec jego nie żyje już od kilku miesięcy. Matka wraca do swych krewnych w Anglii, zostawiając syna na wychowaniu u ludzi obcych; w końcu chłopcem, pozbawionym obojga rodziców, zajmuje się najpierw stryj Godwin, a po jego śmierci znany polityk i eseista Sir William Temple (niektórzy twierdzą, że ojciec owego Temple’a był w istocie również prawdziwym ojcem Jonathana). Po latach nauki w szkole w Kilkenny i dublińskim Trinity College, Swift obejmuje w domu Temple’a (w Moor Park w pobliżu Londynu) stanowisko jakby sekretarza, rozczarowany jednak brakiem protekcji, jakiej oczekiwał, postanawia zostać duchownym. Ale pobyt w Moor Park przynosi mu niemałe korzyści i przeżycia. Bogata biblioteka Temple’a skłania go do poważniejszych studiów, ponadto w Moor Park poznaje Esther Johnson, naturalną córkę Temple’a, a swą późniejszą „Stellę” (bo dla niej właśnie będzie pisał po latach wspomniany Journal).

Jako duchowny Swift dwukrotnie otrzymuje prebendę w Irlandii, wraca jednak sporadycznie do Anglii, gdzie nawiązał liczne znajomości i przyjaźnie w kołach literackich i politycznych. Sam już spróbował swych sił jako człowiek pióra: pisywał ody w stylu Pindara (po których przeczytaniu jego kuzyn Dryden powiedział: „Kuzynie Swift, nigdy nie będziesz poetą”), napisał głośną Opowieść o beczce (Tale of a Tub), satyrę na „korupcję w religii i nauczaniu”, oraz Bitwę książek (The Battle of the Books), pamflet na temat sporu o wartości literatury starożytnej i nowoczesnej; powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVII w., rzeczy te opublikowane zostały dopiero w r. 1704, także zresztą anonimowo.

Tymczasem w okresie restauracji Stuartów powstały w kraju dwa stronnictwa, z których jedno: torysi, byli – najogólniej biorąc – stronnikami króla, drugie zaś: whigowie2, opowiadało się raczej po stronie dysydentów kościoła anglikańskiego i londyńskich kupców. W praktyce politycznej granica poglądów jednych i drugich była zresztą dość płynna, zdarzały się wzajemne odstępstwa i kompromisy. W każdym razie Swift, początkowo przyjaciel whigów (wśród nich Addisona i Steele’a, wydawców pism „Tatler” i „Spectator”), gdy zorientował się, że stronnictwo to nie przysłuży się ani jemu samemu, ani sprawie jego kościoła, do którego był szczerze przywiązany, przeszedł do torysów, łącząc się z ich przywódcami Harleyem i Bolingbroke’em. Zaczął atakować dawnych przyjaciół w pamfletach na tematy religijne w piśmie „Examiner”. Gdy w 1713 r. otrzymał stanowisko dziekana katedry św. Patryka, zrozumiał, że do końca życia jest skazany na pobyt w Irlandii. Wrogość, z jaką odnosiła się do niego królowa Anna, zamykała mu drogę do większej kariery, a po śmierci królowej triumf whigów przesądził o jego odsunięciu od spraw publicznych.

Jednakże po latach przerwy powstają znowu jego pamflety, dowodzące żywego już uczestnictwa autora w sprawach Irlandii (m.in. Drapier’s Letters, w których pierwszy protestuje przeciwko wprowadzeniu w Irlandii miedzianych monet, bitych przez niejakiego Mr Wooda3, a w końcu owa Skromna propozycja, w której Swift pomoc dla ubogich widzi w sprzedaży ich dzieci na… mięso dla bogatych), przede wszystkim jednak – 28 października 1726 roku – ukazują się Podróże do wielu odległych narodów świata.

xxx

Rewolucja angielska z czasów Cromwella (w 1653 dochodzi do władzy) była punktem zwrotnym w dziejach Anglii i świata. W jej wyniku Żydzi mogli oficjalnie powrócić do Anglii po ich wygnaniu w roku 1290. Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanego po zwycięstwie tej rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocnił się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości. Zwycięstwo rewolucji i parlamentu wzmogło siłę żywiołów kapitalistycznych. W 1694 powołano Bank Angielski, mający wyłączne prawo emisji banknotów; umocniła się pozycja City londyńskiej, ciągnącej dodatkowe zyski ze stałego wzrostu zadłużenia państwa; nowych bodźców doznała polityka ekspansji morskiej i kolonialnej.

Taka była mniej więcej rzeczywistość, w której przyszło żyć i działać autorowi cytowanej powieści. Więcej o tym jak do tego doszło w blogu Król i parlament. Gdy czyta się ten fragment, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nic nie zmieniło się, że ludzie władzy są tak samo skorumpowani, wyzbyci wszelkich skrupułów, głupi, zawistni, mściwi i zboczeni pod względem seksualnym na wszelkie możliwe sposoby. Tego typu wynaturzenia są jakby nieodłączną cechą osobowości ludzi, którzy są wynoszeni na eksponowane stanowiska. Czy to przypadek, czy może raczej świadoma polityka tych, którzy dzierżą faktyczną władzę? Wydaje się, że to drugie.

Na końcu cytowanego fragmentu Swift, jakby z pewną nostalgią, pisze:

„W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.’

Co więc takiego stało się, a może raczej, kto zepsuł tych ludzi? Jeśli sprzedawali się za sztukę złota, to znaczy, że sprzedawali się tym, którzy tymi sztukami złota dysponowali bez ograniczeń. Ale na tym nie skończyło się? Temu zepsuciu w sferze materialnej towarzyszyło zepsucie w sferze obyczajowej. I tym chyba można wytłumaczyć wszelkie obecne afery na tym tle w kręgach władzy. A to oznacza, że scena polityczna została szczelnie odgrodzona od tych, którzy nie poddali się tym warunkom, na jakich mogliby być dopuszczeni do najwyższych stanowisk. Zatem każde wybory to teatr dla naiwnych, wierzących w demokrację, a faktycznie jest to wybór tych, którzy już uprzednio zostali zaakceptowani przez prawdziwą władzę.

Obecnie dokonano pewnego „postępu” w stosunku do czasów Swifta, bo wszelkie aberracje w sferze obyczajowej są wprowadzane na szeroką skalę wśród mas. Wydaje się, że próby zmiany tożsamości są o wiele groźniejsze, niż zależność finansowa. Do tego dochodzi jeszcze kontrola za pomocą telefonów komórkowych, które są obecnie bardziej kieszonkowymi komputerami niż telefonami w ścisłym znaczeniu i służą one bardziej do inwigilacji właściciela takiego urządzenia, a ich funkcja komunikacyjna jest tylko dodatkiem. To dzieło tych samych, którzy w czasach Swifta psuli rdzenny naród angielski.

  1. Polydore Vergil (born c. 1470, Urbino, Urbino and Pesaro—died April 18, 1555, Urbino) was an Italian-born Humanist who wrote an English history that became required reading in schools and influenced the 16th-century English chroniclers Edward Hall and Raphael Holinshed and, through them, Shakespeare. – Britannica.

    Polydore Vergil or Virgil (Italian: Polidoro Virgili, commonly Latinised as Polydorus Vergilius; c. 1470 – 18 April 1555), widely known as Polydore Vergil of Urbino, was an Italian humanist scholar, historian, priest and diplomat, who spent much of his life in England. He is particularly remembered for his works the Proverbiorum libellus (1498), a collection of Latin proverbs; De inventoribus rerum (1499), a history of discoveries and origins; and the Anglica Historia (drafted by 1513; printed in 1534), an influential history of England. He has been dubbed the “Father of English History”. – angielska Wikipedia. ↩︎
  2. Warto objaśnić pochodzenie tych nazw, aktualnych w życiu politycznym Anglii po dzień dzisiejszy. Słowo tories – oznaczało rozbójników irlandzkich; przezwisko to, zaakceptowane z dumą przez obrzucanych nim działaczy, miało sugerować, że są oni kryptopapistami. Natomiast whigs – skrót słowa whigamores, oznaczającego grupę purytańskich chłopów z zachodniej Szkocji. (A. Maurois: Dzieje Anglii). ↩︎
  3. Za ten pamflet nałożono cenę na głowę Swifta, a chociaż w Irlandii wiedziano, kto naprawdę ukrywał się pod pseudonimem Drapier, nikt przecież autora nie wydał. ↩︎

Zadłużenie III RP

W dniu 17 czerwca ukazał się na portalu Interia BIZNES artykuł Scenariusz ostrzegawczy dla Polski. “Dług może eksplodować”. Poniżej jego wybrane fragmenty:

Jeśli finanse publiczne będą się toczyły siłą bezwładu i rząd nie zrobi nic, żeby temu zapobiec, nasz dług – za trochę ponad dekadę – sięgnie 107 proc. PKB – uważają ekonomiści. To scenariusz ostrzegawczy. Problem polega na tym, że rok po roku kolejne takie scenariusze ostrzegawcze pokazują, że dług tylko rośnie. I nie widać, by rząd chciał coś z tym zrobić.

– Dług może eksplodować do 107 proc. PKB w ciągu półtorej dekady – mówił Sławomir Dudek, prezes Instytutu Finansów Publicznych podczas prezentacji raportu “Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2025” na czerwcowym Europejskim Kongresie Finansowym.

Autorzy raportu, Sławomir Dudek, Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy oraz Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, na podstawie aktualnych danych wyliczyli taki właśnie scenariusz ostrzegawczy. Czy się spełni? Zależy to od tego, czy i kiedy rząd zapanuje nad wzrostem wydatków lub będzie miał odwagę przekonać społeczeństwo o konieczności wzrostu dochodów. Albo i jedno, i drugie. Autorzy ogłosili jeszcze dwa inne scenariusze, ale żaden nie wskazuje na powrót długu poniżej 60 proc. PKB. 

Ostrzegawcze prognozy dla państw Unii formułuje także co roku Komisja Europejska w “Debt Sustainability Monitor”. Opierają się one na założeniu, że rząd nie przeprowadzi konsolidacji fiskalnej, czyli pozwoli na szybszy wzrost wydatków niż dochodów. Według DSM z marca tego roku, polski dług publiczny za 10 lat osiągnie 94,6 proc. PKB.

– Wszyscy wiedzą, że nie dojedziemy do 100 proc. długu do PKB, bo po drodze będziemy mieli kryzys (…) Problemem jest mindset, uznawanie przez polityków, że stać nas na wszystko na raz – skomentował wyniki raportu koordynator prognoz makroekonomicznych EKF Marcin Mrowiec. 

Dług rośnie, bo co roku deficyty finansów publicznych są wyższe niż deklarowane przez rząd. Dodatkowo doszły wydatki na zbrojenia, którymi rząd uzasadnił krajową klauzulę wyjścia.

Wzrost deficytu finansów publicznych wynika z bardzo szybkiego wzrostu wydatków całego sektora przy niemal niezmiennych dochodach. Przed pandemią, w 2019 roku, wydatki publiczne wynosiły 41,4 proc. PKB, w roku pandemii mocno wzrosły, ale potem wróciły do poziomu ok. 43 proc. PKB. Od 2022 roku przez kolejne dwa lata wzrosły o 6,2 pkt. proc. PKB – do najwyższego poziomu od wejścia do Unii, czyli do 49,4 proc. PKB, a od 2019 roku zwiększyły się aż o 8 punktów proc. PKB.

Równocześnie wzrostowi wydatków nie towarzyszy poprawa jakości usług publicznych. I tak pomimo, że niemal połowę PKB przeznaczamy na wydatki, to te na ochronę zdrowia (według unijnej klasyfikacji) należą do najniższych w całej UE. Natomiast wydatki na transfery socjalne w gotówce (czyli na 800+, 300+, “babciowe” itp.) wyniosły w 2024 roku 17,1 proc. PKB i pod tym względem Polska przegoniła Szwecję i Niemcy. Wynika z tego, że rozpoczęta przez PiS polityka mająca doprowadzić do prywatyzacji usług publicznych nie została odwrócona.

Rząd PiS “przeniósł” ogromną część zadłużenia poza budżet, do funduszy Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. W ten sposób np. znaczna część finansowania zbrojeń obchodzi zarówno ustawę budżetową, jak też reguły fiskalne. Trzeba znaleźć zgodne z art. 219 konstytucji rozwiązania dla finansowania zbrojeń i wygaszać “równoległy budżet”, żeby stworzone przez PiS fundusze podlegały kontroli parlamentarnej – stwierdza raport.

x

W dniu 19 czerwca na tym samym portalu ukazał się artykuł Chcemy zbroić się coraz mocniej. Ale czy budżet i Polacy to udźwigną? Poniżej wybrane fragmenty:

Kraje NATO na szczycie w Hadze będą dyskutować o przyjęciu wyższego progu nakładów na zbrojenia. Polska jest “za” – deklaruje szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Ale czy podbicie stawki nie będzie katastrofalne dla polskich finansów publicznych, które i tak są pod ogromną presją? Eksperci są zgodni: sytuacja budżetowa nie wygląda dobrze, ale zbroić się musimy. Oprócz pytań o obciążenia budżetu pojawiają się też pytania o obciążenia dla społeczeństwa. Czy za zbrojenia Polacy zapłacą ograniczonym dostępem do świadczeń socjalnych – i stresem?

Państwa członkowskie NATO powinny przeznaczać 5 proc. swojego PKB na obronność – uważa Mark Rutte, sekretarz generalny sojuszu. Po niedawnym spotkaniu ministrów obrony krajów NATO zapowiedział on, że taki właśnie cel przedstawi na szczycie Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Hadze, który odbędzie się w dniach 24-25 czerwca. Podbicie stawki jest znaczące – średnia wydatków na obronę europejskich członków NATO wyniosła w 2024 r. tylko ok. 2 proc. PKB, czyli oscylowała w granicach obecnego progu, przyjętego jeszcze w 2014 r. na szczycie sojuszu w walijskim Newport.

Polska zawyża tę średnią – w budżecie na 2024 r. zaplanowano wydatki na obronność w wysokości 4,2 proc. PKB (wykonanie było nieco poniżej planu – już pod koniec grudnia ubiegłego roku wiceszef MON Paweł Bejda wskazywał na poziom ok. 3,8 proc. PKB). W oficjalnym raporcie NATO zaprezentowanym w kwietniu Polska zajmowała pierwsze miejsce wśród krajów sojuszu z wydatkami na poziomie 4,07 proc. PKB. Średnią zawyżały również kraje bałtyckie – druga w zestawieniu Estonia (3,41 proc. PKB), zajmująca trzecie miejsce Łotwa (3,39 proc. PKB) i piąta w rankingu Litwa (3,11 proc. PKB). Czwarte miejsce należało do USA z wydatkami na poziomie 3,19 proc. PKB, choć w liczbach bezwzględnych nakłady Amerykanów na obronność są oczywiście największe. Budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych w ubiegłym roku stanowił 64 proc. całkowitych wydatków NATO na obronność, które sięgnęły ok. 1,3 bln dolarów.

Ale rząd Donalda Tuska się nie zatrzymuje – słowa wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza świadczą o tym, że Polska opowiada się za zwiększeniem progu wydatków na obronność dla krajów NATO do 5 proc. PKB. “Polska popiera to stanowisko” – mówił szef MON na niedawnym Forum Bezpieczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej “Razem dla bezpiecznej Europy”, podkreślając, że zagrożenia są “największe od II wojny światowej”. Powtórzył to także w środę 18 czerwca przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. “Bardzo popieramy starania o podniesienie wydatków we wszystkich państwach członkowskich (NATO – red.) do 5 proc. PKB. My wydajemy prawie 5 proc., wiemy, że trzeba wydawać tyle przez dekady, i będziemy zachęcać do tego wszystkie państwa” – zapowiedział.

– Mówiąc o 5 proc. PKB wydawanych na obronność, należy uwzględnić kilka aspektów – mówi Interii Biznes dr Jacek Raubo z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, szef działu analiz Defence24. – Najważniejszą z nich są potrzeby obronne państw NATO niezbędne już teraz w zakresie odstraszania i obrony – nie ma co ukrywać, że wiele z nich ma obecnie problem nawet z realizacją wydatków na obronność na poziomie 2 proc. PKB. 

Pieniądze są potrzebne na trzy rzeczy – wskazuje. – Pierwsza z nich to modernizacja sił zbrojnych – jak obecnie w Polsce – co jest przedsięwzięciem długofalowym i kosztownym. Musi być tutaj obecny element kontynuacji i na to środki muszą być zagwarantowane. Druga rzecz to działania w wymiarze “tu i teraz”. Musimy mieć pieniądze na wzmacnianie sił zbrojnych, jeśli chodzi o reagowanie kryzysowe, które staje się istotne w kontekście działań Rosji za naszą wschodnią granicą, ale też tego, co dzieje się w basenie Morza Śródziemnego. Musimy wysłać jasny sygnał, że jesteśmy gotowi ponieść ten ciężar w perspektywie 10-20 lat, bo potem może być za późno. Trzecia rzecz wiąże się z pewną symboliką w relacjach transatlantyckich – mamy w tym układzie USA, mamy kraje wschodniej flanki NATO, które inwestują w obronność – jak Polska i kraje bałtyckie – i wreszcie bogatą Europę Zachodnią, które oscylują w realiach pozimnowojennych. Przykładem mogą być tutaj Hiszpania czy Belgia. Tam konieczne jest zasypywanie bieżących luk w zakresie odstraszania i obronności. 

Hiszpania i Belgia przywołane przez eksperta zajmują niechlubne dwa ostatnie miejsca w rankingu krajów NATO pod względem wydatków na obronność poniesionych w 2024 roku, liczonych jako procent PKB – Hiszpania wydała na te cele 1,24 proc. swojego PKB, a Belgia 1,29 proc.

Nasz kraj, podkreśla dr Jacek Raubo, gra w innej lidze. – Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej. Nasza ocena rzeczywistości międzynarodowej determinuje i będzie determinować każdy kolejny rząd do wzmacniania potencjału obronnego – nie tylko wojskowego, bo mówimy tutaj zarówno o przygotowaniu się na konflikt poniżej progu wojny, jak i na konflikt pełnoskalowy. W skali Europy Polska jest wyjątkiem pod kątem społeczno-politycznej postawy wobec wydatków na obronność. Od dłuższego czasu jako kraj sygnalizujemy, że ten konsensus co do inwestowania w obronność jest; że możemy dyskutować o specyfice poszczególnych zamówień, ale co do zasady jesteśmy zgodni. Potrafimy z naszej strony dać Europie przykład, że społeczeństwo i politycy mogą zgromadzić się wokół idei budowania obronności, a im dalej od flanki wschodniej NATO, tym gorzej jest z takimi postawami.

– Polska pełni rolę host nation (państwa przyjmującego siły sojusznicze na wypadek kryzysu lub wojny) – to od naszych dróg, od kolei, od portów lotniczych, po systemy łączności, bazy i gotowość sprzętową zależy skuteczność pomocy udzielanej sojuszniczym wojskom – dodaje wykładowca UAM. – Dlatego np. infrastruktura podwójnego przeznaczenia wymaga od nas pewnych obciążeń. 

– Co to oznacza? Że budujemy mosty, ale z taką nośnością, która jest dostosowana do przejazdu kolumn z bronią pancerną. Odpowiednie przygotowanie do konfliktu wymaga od nas także zabezpieczenia funkcjonowania przemysłu obronnego. Do tego musimy zlikwidować zapóźnienia, które istnieją w segmencie niewojskowym, związane z przygotowaniem społeczeństwa na ewentualną wojnę. To też będzie wymagało odpowiednich środków, które muszą być zgrane z polską gospodarką i z realiami międzynarodowymi.

Potrzeby są ogromne i ogromne są też wydatki. Czy Polska może sobie pozwolić na dalsze zwiększanie puli nakładów na obronność? W budżecie na 2025 rok przewidziano rekordowe wydatki na obronność, które mają wynieść 4,7 proc. PKB, czyli 186,6 mld zł (z tej kwoty 124,3 mld zł to wydatki z budżetu państwa, a 62,3 mld zł to środki z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych). Tymczasem ustawa budżetowa zakłada, że deficyt budżetu sięgnie 289 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB. Z kolei deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych – według najnowszej prognozy resortu finansów z końca kwietnia – ma wynieść 6,3 proc. PKB. Finanse publiczne i tak są już zatem pod presją.

Polska będzie zapewne szukać pola manewru w budżecie na 2026 rok, bo wiele wskazuje na to, że wydatki na obronność będą jednym z priorytetów. W rozmowie z Interią Biznes podczas tegorocznej konferencji Impact Władysław Kosiniak-Kamysz mówił: “Uważam, ze 5 proc. (PKB w kontekście wydatków na obronność – red.) to jest to, do czego powinniśmy dążyć”.

Jednocześnie przestrzega: – Sytuacja budżetowa w przypadku Polski jest bardzo słaba. Trajektoria deficytu i długu sektora finansów publicznych przy wydatkach na obronność przekraczających 5 proc. PKB będzie nas sytuować wśród krajów UE z największym deficytem.

Mając świadomość powagi sytuacji, Polska złożyła wniosek o tzw. unijną klauzulę wyjścia. Bruksela wiosną przystała na to, by wydatki na obronność były wyłączone z oceny poziomów długu i deficytu sektora finansów publicznych państw członkowskich (Polska zabiegała o to na forum unijnym przez długi czas). Skorzystanie z klauzuli da z pewnością dodatkową przestrzeń fiskalną, ale – jak mówi Jacek Raubo – trzeba będzie wykorzystać ją mądrze.

x

Zacytowałem fragmenty dwóch artykułów. Jeden z nich przedstawia stan zadłużenia III RP, drugi – uzasadnia konieczność zadłużania się na tak niebotyczne kwoty. Rząd, by ukryć wielkość tego zadłużenia, stworzył coś w rodzaju budżetu równoległego, czyli przesunął pieniądze na inne konta. Jednocześnie unia zgodziła się na zastosowanie wobec III RP tzw. unijnej klauzuli wyjścia, czyli pozwoliła jej oficjalnie na przekraczanie limitów zadłużenia w stosunku do PKB, które sama wcześniej ustaliła. W drugim artykule mamy przedstawione uzasadnienie dla tego typu procederów. Zaznaczono w nim, że Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej i że pełni rolę host nation. Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale oznacza po prostu to, że jest ona przedmurzem Europy. Tę role pełniła ona w czasach I RP, pełniła ją także z czasach PRL-u, tylko że w odwrotnym kierunku – była przedmurzem Związku Radzieckiego. To jej terytorium miało być polem walki pomiędzy NATO i Układem Warszawskim. Obecnie zaś ma wziąć na siebie ewentualny atak Rosji, bo jak zaznaczono w drugim artykule, zagrożenie wojną nigdy nie było tak duże od czasów II wojny światowej. Wprawdzie nie wyjaśniono, dlaczego tak jest, ale pewnie dlatego, że jest to doskonały pretekst do zwiększania wydatków na zbrojenia bez konieczności tłumaczenia się z tak nieracjonalnych poczynań.

Historia poucza nas, że w konfliktach Zachodu z Rosją nigdy nie dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych, w których jedna ze stron pokonuje drugą zdecydowanie i podporządkowuje ją sobie. W czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) doszło do dwóch cudów brandenburskich. W pierwszym z nich, w 1759 roku, rosyjski generał-feldmarszałek Sałtykow nie zdecydował się na marsz na Berlin, co umożliwiło Prusom odtworzenie armii i kontynuowanie wojny. W drugim, w 1762 roku, Piotr III Romanow wycofał swoje wojska z linii frontu, osłabiając w ten sposób koalicję antypruską, i przekazał część armii Fryderykowi, co definitywnie położyło kres tej koalicji. Napoleon mógł podbić Rosję, ale pozwolono mu na to tylko częściowo. Po jego klęsce wojska carskie dotarły do Paryża, ale nie poszły na Madryt czy Lizbonę, tylko wycofały się do Księstwa Warszawskiego, które Zachód podarował Rosji, zostawiając Prusom Wielkopolskę, a Austrii Kraków. Podobnie było w przypadku Hitlera, który również mógł pokonać Związek Radziecki, gdyby mu na to pozwolono. Jednak za każdym razem traciło na tym jakieś pośpiesznie sklecone państwo polskie. Wydaje się, że i tym razem może być podobnie.

Temu zapewne ma służyć celowe zadłużanie bez ograniczeń III RP. By to zrozumieć, należy wrócić do czasów PRL-u. Gierek chciał stworzyć państwo przemysłowo-rolnicze i przy okazji 10-tą potęgę gospodarczą świata. Rzucanie się z motyką na słońce wydaje się być w tym kraju Zulu-gula czymś naturalnym. W tym celu zaciągnął kredyty na Zachodzie, które miały być przeznaczone na budowę zakładów przemysłowych. Produkcją z tych zakładów chciano spłacać te kredyty. Problem polegał jednak na tym, że złotówka była niewymienialna na waluty zachodnie. Licencje, które Zachód sprzedał PRL-owi były przestarzałe i nie było szans, by tego typu towar, pochodzący z takiej produkcji, sprzedać na Zachodzie i uzyskać niezbędne dewizy do spłaty rat i odsetek od zaciągniętych tam kredytów. Inna sprawa, że ci, którzy dali te kredyty, nie udostępnili zachodnich rynków zbytu tym towarom, ale przecież oni dobrze wiedzieli, dlaczego tak zrobili. Próbowano je sprzedawać w krajach Trzeciego Świata po cenach dumpingowych. To jednak pogarszało tyko sytuację. Starano się sprzedawać wszystko, co tylko dało się sprzedać na Zachodzie, a dawało się tylko sprzedawać żywność i węgiel, ale w ten sposób zubażano rynek krajowy. To, z kolei, stało się pretekstem do wzbudzania społecznego niezadowolenia – Polak głodny, to zły. I tak narodziła się Solidarność. Rząd komunistyczny uznał, że komunizm nie sprawdził się, choć w tym samym czasie w Chinach miał się dobrze, i „podał” się do dymisji. Nowy rząd wybrano w „demokratycznych” wyborach. I ten rząd dostał od zachodnich wierzycieli propozycję nie do odrzucenia: umorzymy wam część długów w zamian za to, że zlikwidujecie wszystko, co zostało zbudowane za nasze kredyty i udostępnicie nam wasz rynek zbytu. Rząd nie miał wyjścia. Pojawił się „genialny” amerykański ekonomista, który stworzył nie mniej „genialnemu” ekonomiście rodzimego chowu plan zwany planem Balcerowicza, który był ideologicznym rozwinięciem propozycji przedstawionej nowemu rządowi przez owych zachodnich wierzycieli.

O co zatem dzisiaj chodzi w przypadku tych obecnych, udzielanych bez ograniczeń? Rosja z Zachodem, prędzej czy później, dogada się. Jak zawsze i w tym przypadku odbędzie się to kosztem obecnego państwa polskiego. Rząd polski nie będzie miał wyjścia i być może scenariusz powtórzy się. Bardzo możliwe, że w obliczu bankructwa państwa podda się on do dymisji, a nowy rząd, wybrany w „demokratycznych” wyborach, znowu zgodzi się na wszystkie warunki, które mu zaproponują wierzyciele. Jakie to będą warunki? Ja, niezmiennie od początku wojny na Ukrainie, powtarzam, że chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które nie obejmie polskich ziem zachodnich i wschodniej Ukrainy, co oznacza, że obie strony, czyli Niemcy i Rosja, będą usatysfakcjonowane. Jednak ten scenariusz jest realizowany powoli, więc do wielu to jeszcze nie dociera. Gdy jednak po wycofaniu się Ameryki – oczywiście oficjalnym, bo nie faktycznym – z Europy do stołu zasiądą Rosja i Niemcy, to scenariusz przeze mnie nakreślony stanie się bardzo prawdopodobny.

x

To, co zwraca uwagę w tym zadłużeniu, to to, że nie podaje się jego wartości bezwzględnej. Nie wiadomo więc na ile miliardów jest zadłużona III RP. Podaje się tylko informację w odniesieniu do PKB, czyli Produktu Krajowego Brutto, czyli wartości wszelkich towarów i usług wytworzonych w danym roku. Natomiast dochód to przeważnie czwarta cześć PKB. Co innego jest jednak powiedzieć, że państwo wydaje na zbrojenia 5% PKB, a co innego powiedzieć, że państwo wydaje na ten cel 25% dochodu.

Polacy nie gęsi

Wiem, że na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna, ale mnie ona nie interesuje. Od 1948 roku istnieje tam państwo Izrael i od tego roku trwają tam wojny, które niczego nie zmieniają. Izrael jak trwał, tak trwa. Jaki jest zatem cel tych wojen? Może po prostu one są po to, by państwo żydowskie w Palestynie nie przestało istnieć? Może ma to być czymś w rodzaju mobilizacji narodu żydowskiego, dla którego naturalnym stanem jest stan rozproszenia, a nie egzystowanie we własnym państwie, które powoduje rozkład wewnętrzny tego narodu? Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, jak pisał Koneczny, zapewne też Żyd.

Mnie interesuje to, co tutaj się dzieje, w tym dziwnym kraju nad Wisłą. Na portalu forsal.pl ukazał się artykuł Język ukraiński zamiast hiszpańskiego, niemieckiego czy francuskiego – zmiany w nauczaniu drugiego języka w szkołach. Poniżej fragment:

Język ukraiński drugim językiem w szkołach?

„Jeśli nie uda się nam wprowadzić ukraińskiego komponentu do polskich szkół, to przynajmniej zróbmy ukraiński drugim językiem obcym”: powiedział Paweł Lewczuk – pracownik naukowy Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.

Otóż są takie plany – minister edukacji narodowej Barbara Nowacka zadeklarowała właśnie wsparcie dla wprowadzenia języka ukraińskiego jako drugiego języka obcego w polskich szkołach. Propozycję omówiła z ministrem edukacji Ukrainy Oksenem Lisowym.

Z kolei Tomasz Piekielnik kilka dni temu na swoim kanale tak to skomentował:

„Jaka jest druga strona tego medalu? Otóż, w mojej opinii jest to po to, by kuchennymi drzwiami, w sposób haniebny i absolutnie bezczelny, wprowadzać, na razie możliwość z sugestią, być może jest to właściwy wybór, nauczanie języka ukraińskiego dla polskich dzieci. Ja się pytam, po co? Uczmy w polskich szkołach ukraińskich dzieci języka polskiego, historii polskiej, historii niezakłamanej, również w sprawie rzezi wołyńskiej, a nie nakładajmy na polskie dzieci, na razie za fasadą możliwości, a za chwilę już coś więcej, brzemienia w postaci doprowadzenia do konieczności uczenia się języka ukraińskiego – tak to określę. Bo tym jest to dla mnie, w mojej opinii. Podkreślam, to mój pogląd, Państwo możecie mieć własny.”

Może więc są takie plany, tyle że dalekosiężne i dlatego zamiary te są trudne do rozszyfrowania. Ja, z ciekawości, zajrzałem do internetowego słownika diki w wersji niemieckiej i wpisałem język ukraiński. Wyświetliło mi się słowo Ukrainisch. Jako przykłady jego zastosowania podano dwa zdania:

Wenn du kein Ukrainisch kennst, solltest du besser zu Hause bleiben. (Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu.) Ich kenne ein bisschen Ukrainisch. (Znam trochę ukraiński.)

Kto wie czy za jakiś czas nie czeka nas taka właśnie rzeczywistość? W każdym razie warto się bliżej przyjrzeć temu, w jakich okolicznościach powstał narodowy język polski i kim byli ci, którzy go stworzyli. Może wtedy łatwiej będzie nam zrozumieć te wszystkie zabiegi wokół języka ukraińskiego w Polsce.

x

Mikołaj Rej (1505-1569) w swoim wierszu napisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Powiedział to w XVI wieku. Czy gdyby język polski istniał wcześniej i był postronnym znany, to czy Rej użyłby takiego sformułowania? Logika nakazuje powiedzieć – nie! Jak zatem było?

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela 1932, wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

W Krakowie powstaje ok. r. 1540 tajne stowarzyszenie dla rozszerzania nauk ewangelicznych. „Składało się ono z najznakomitszych uczonych owego czasu, którzy, połączeni węzłami osobistej przyjaźni, utworzyli ów związek, pozornie ściśle katolicki i dążący tylko do przeprowadzenia reform, w niczym nie naruszających prawowierności. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony, a należeli doń: Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, syn jego, Andrzej Trzesiecki, znakomity uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – obaj uczniowie Erazma Rotterdamczyka, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Andrzej Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych osób, znakomitych zdolnościami i zajmowanym w społeczeństwie stanowiskiem.” – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.

Czy gramatyk, lingwista i księgarz znaleźli się w tym towarzystwie przypadkowo, czy raczej nie? Z pewnością to drugie. W 1966 roku, z okazji 1000-lecia chrztu Polski, ukazywała się na łamach Ekspressu Wieczornego Ilustrowana Kronika Polaków. W formie książkowej została wydana przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1967 roku. W niej można przeczytać:

Na początku XVI wieku polska kultura umysłowa i artystyczna wkracza w okres niebywałego rozkwitu. Polscy artyści przetwarzają i wzbogacają o rodzime elementy kulturę Odrodzenia. Na gruncie polskim dojrzewają talenty obcych artystów, szczególnie włoskich.

Biernat z Lublina – pierwszy literat polski, którego dzieła ukazały się drukiem, autor pierwszej w całości po polsku wydrukowanej książki („Raj duszny”, 1513), urodził się ok. 1465 r., zmarł ok. 1529 r. Biernat w swych religijnych i świeckich utworach był jednym z prekursorów reformacji, głosił poglądy godzące w hierarchię kościelną i feudalny porządek społeczny.

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków 1521).

Reformacja i ruch egzekucyjny sprzyjały rozwojowi pisarstwa polskiego, poezji wszelkich rodzajów, publicystyki, literatury społecznej, politycznej i prawniczej oraz historiografii. Złoty wiek literatury polskiej zdobią nazwiska takich wybitnych twórców, jak Rej i Kochanowski, Frycz-Modrzewski, Goślicki, Bazylik, Czechowic, Budny, Skarga, Bielski, Górnicki i Kromer. Olbrzymia większość pisarzy tworzy w języku narodowym. Dzięki temu ich oddziaływanie na społeczeństwo mogło przybrać szerokie rozmiary. Po łacinie pisze niewielu, m.in. Modrzewski (podstawowe jego dzieło zostało zresztą rychło przetłumaczone na polski przez Bazylika) i Goślicki. Dzięki temu znów ich dzieła zostały łatwo przyswojone przez obcych w oryginalnej łacinie lub w przekładach na obce języki narodowe.

x

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem literacki język polski to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim, jak na język niesłowiański, całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

Za czasów reformacji polska kultura rozbłysła niczym supernowa. A po unii lubelskiej równie szybko zgasła. I RP to była pustynia kulturalna i intelektualna. Potężne pod względem obszaru państwo i nic poza tym. To dowodzi, że akcja z czasów reformacji została zaplanowana. Język polski został podrasowany i czekał na właściwy moment, który nadszedł w XIX wieku po rozbiorach I RP. Powstała wtedy na Kresach zaściankowa literatura, której celem było nie tyle zdobywanie laurów na arenie międzynarodowej, co przyswojenie języka polskiego przez miejscową ludność, która po takim zabiegu stawała się ludnością narodowości polskiej. Język był tu więc podstawowym elementem kształtowania świadomości narodowej. Tymi, którzy wnieśli najwięcej w unowocześnienie języka polskiego w XIX wieku byli Prus i Sienkiewicz.

Czy obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją, tylko w odwrotnym kierunku? Czy to język ukraiński ma kształtować świadomość narodową mieszkańców tego kraju Zulu-Gula? Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu. Być może jest to początek tego procesu, który ma trwać latami i dlatego jest niewidoczny. A może jest to zamierzone na wywoływanie niepokojów społecznych? W Polsce mieszka przecież wiele osób, które mają korzenie rosyjskie czy sympatyzują z Rosją. Czy im taka sytuacja będzie odpowiadać, by ich dzieci uczyły się ukraińskiego? A co będzie, jeśli pierwszeństwo w przyjmowaniu do pracy będą miały osoby ze znajomością języka ukraińskiego?

x

Nie tak dawno temu natknąłem się na wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, który stwierdził, że Polska to 1000 lat historii, a Niemcy to tylko 150 lat. – Można się narkotyzować, ale czy warto?

Uchwała

W dniu 4 czerwca 2025 roku Sejm RP przyjął uchwałę o ustanowieniu dnia 11 lipca Dniem Pamięci o Polakach – ofiarach ludobójstwa dokonanego Przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. Wyjaśnienie tej decyzji na stronach sejmowych jest następujące:

„W latach 1939-1946 nacjonaliści ukraińscy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) oraz innych ukraińskich formacji nacjonalistycznych działających na ziemiach Kresów Wschodnich II RP (województwa wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie, poleskie) oraz obecnych województw lubelskiego i podkarpackiego dokonali na ludności polskiej zbrodni ludobójstwa, mordując ponad sto tysięcy Polaków, głównie mieszkańców wsi, niszcząc ich mienie i doprowadzając do uchodźstwa z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej setek tysięcy Polaków. Apogeum tej zbrodni przypada na lipiec 1943 r., a symboliczną datą hekatomby Polaków z rąk ukraińskich nacjonalistów jest dzień 11 lipca, kiedy to w 1943 r. Polacy byli mordowani w około sto miejscowościach. Męczeńska śmierć za przynależność do narodu polskiego zasługuje na pamięć w formie dnia wyróżnianego corocznie przez państwo polskie, w którym będzie oddawany hołd ofiarom.”

W moim odczuciu jest to typowa uchwała konfrontacyjna, której celem jest dalsze eskalowanie i tak już wrogich stosunków polsko-ukraińskich. Rzeź wołyńska jest i będzie idealnym narzędziem do zaogniania tych relacji w sytuacji, gdy przesiedlono już do Polski kilka milinów Ukraińców, a kolejne kilka napłynie po zakończeniu wojny na Ukrainie. W ten sposób Polska stanie się, a właściwie już jest, bardziej Ukrainą niż Polską. Czy ten konflikt może być przedsmakiem tego, co może się stać, gdy dojdzie do stworzenia nowego państwa polsko-ukraińskiego, które będzie składać się z ziem polskich bez ziem poniemieckich i z ziem zachodniej Ukrainy? Żeby zrozumieć jego podłoże i wyjaśnić, kto tak naprawdę pociąga za sznurki, trzeba zacząć od początku.

Być może dla kogoś wizja wspólnego państwa polsko-ukraińskiego jest szokująca, ale to nic nowego. Przecież takie państwo funkcjonowało w ramach I RP i nazywało się Koroną.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Zaczęło się od unii personalnej, gdy królem Polski został dziki Litwin Jagiełło. Wtedy Polska była jeszcze częścią I Rzeszy, czyli Europy. Cały okres tej unii (1386-1569) był czasem dostosowywania Polski do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ale nie tylko o to chodziło. W 1413 roku, na mocy unii horodelskiej, 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami. Z tym związana była również zmiana wyznania. Jak to było możliwe, że szlachta polska tak hojnie rozdawała swoje herby? Przecież to nienaturalne, by swój stan, będący wyróżnikiem i zapewniający wyjątkową pozycję w społeczeństwie, czynić dostępnym dla przypadkowych ludzi i tym samym deprecjonować go? Rzecz niebywała w historii innych państw, co też przejawiało się tym, że stan szlachecki w Polsce był najliczniejszym w całej Europie. Gdy jednak przyjmiemy do wiadomości fakt, że polska szlachta w przeważającej mierze miała żydowskie korzenie, co też tłumaczy jej stosunek do polskich chłopów i fakt, że faktorami – czyli tymi, którzy zajmowali się finansami szlacheckimi – byli Żydzi, to wówczas stanie się jasne to szafowanie swoimi herbami, bo dzielono się nimi z Żydami z WKL.

Ta nowa „polska” szlachta z WKL musiała wejść w konflikt z tymi bojarami rusińskimi, którzy tych herbów nie mieli, nie byli katolikami i nie mogli z tego powodu zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej, co wiązało się z licznymi przywilejami i statusem majątkowym. Takie było podłoże wszelkich konfliktów na Ukrainie po jej włączeniu do Korony.

Na krótko przed unią lubelską w 1569 roku wyłączono z WKL Podlasie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie, czyli praktycznie całą Ukrainę i włączono je do Korony. I z tak okrojonym WKL powiększona Korona weszła w unię. W ten sposób posłowie i senatorowie z Podlasia, Wołynia, Kijowszczyzny i Bracławskiego stali się posłami i senatorami koronnymi. Oznaczało to, że w Rzeczypospolitej dominowali koroniarze. W praktyce jednak posłowie i senatorowie z byłego WKL przeważali w sejmie warszawskim nad posłami i senatorami z dawnej Korony, czyli Polski, co oznaczało, że Wschód zdominował nowe państwo i całkowicie odpowiadał za jego politykę. Potop szwedzki jeszcze bardziej osłabił dawną Koronę i dominacja Wschodu stała się jeszcze większa. Rozbiory skutkowały tym, że w Wielkopolsce intensywnie germanizowano ludność polską, a w Królestwie Polskim – rusyfikowano. Natomiast pod zaborem rosyjskim tworzono nowy naród polski z katolickiej ludności, którą jeszcze za czasów Batorego jezuici odciągnęli od prawosławia. On przeminął, a oni pozostali. W XIX wieku intensywnie rozwijano polskie szkolnictwo na Kresach i w ten sposób powstał tam nowy naród polski i narodził się Polak-katolik w opozycji do prawosławnej ludności, która nada tam żyła.

Po powstaniu listopadowym rząd carski wymienił całą administrację Królestwa na rosyjską i prawosławną. Również kościoły zamieniano na cerkwie i w ten sposób przybywało w Królestwie ludności prawosławnej. Po upadku caratu ludność ta nie miała czego szukać w bolszewickiej Rosji, więc zapewne pozostała w odrodzonej Polsce i stanowiła trzon administracji nowego państwa stworzonego przez Niemców. Być może część z tych ludzi przeszła na katolicyzm, ale korzenie wschodnie pozostały, jak również sentymenty względem prawosławia i Rosji carskiej.

II RP została zdominowana przez elity wywodzące się z byłego WKL, przeważnie nastawione antyrosyjsko. W latach 1928-38 przeprowadzono tzw. eksperyment wołyński, który polegał na stworzeniu podstaw nowego państwa ukraińskiego i na działaniach mających osłabić Związek Radziecki. W ramach tego eksperymentu stworzono m.in. oddziały paramilitarne. Ludzi przeszkolono i wyposażono w broń. Wszystko to działo się za wiedzą i zgodą Piłsudskiego. W grudniu 1942 roku powstaje UPA, która 11 lipca 1943 roku dokonuje rzezi wołyńskiej, atakując jednocześnie 99 miejscowości i wiosek. Akcja, którą mogły wykonać tylko dobrze wyszkolone i uzbrojone oddziały – wyszkolone i uzbrojone przez II RP.

W latach 1937 i 1938 rząd sanacyjny przeprowadził na Wołyniu akcję konwertowania ludności prawosławnej na katolicyzm. Szacuje się, że kilkanaście tysięcy osób zmieniło w ten sposób wyznanie. I najprawdopodobniej to ta ludność stała się celem ataków UPA. Nie była więc to ludność polska tylko ukraińska, którą rząd sanacyjny zachęcił do zmiany wyznania i w ten sposób ludzie ci stali się Polakami, bo na Kresach każdy, kto był katolikiem był Polakiem. Ukraińcy mordowali Ukraińców, a dziś wmawia się nam, że Ukraińcy mordowali Polaków. I w ten sposób mamy na terenie Polski konflikt Ukraińców z Ukraińcami, którzy uważają się za Polaków bądź ktoś im każde udawać Polaków.

Rzezi wołyńskiej dokonano z wyjątkowym okrucieństwem. Nie pozostało po niej nic. Ludzi wymordowano a zabudowania spalono do gołej ziemi, tak by nie pozostał żaden ślad. Czy przypadkowo, czy może celowo? Ilość ofiar zwiększa się w miarę zaostrzania konfliktu. Niektórzy mówią o stu tysiącach, inni podają jeszcze większe liczby. Zanim ciała zakopano, ktoś zadbał o wykonanie zdjęć ofiar. Kto to zrobił? Osoby postronne nie mogły tego zrobić, pomijając już fakt, że w tamtym czasie nikt w tych wioskach nie dysponował aparatem fotograficznym. Mogli to zrobić tylko oprawcy. Ale jaki mieli w tym cel? Chcieli, by te zdjęcia zostały upublicznione. Po co? By zaostrzyć konflikt i grać na ludzkich emocjach.

Jeśli ofiar było kilkanaście tysięcy, to znaczy, że musiano wykopać tyle grobów. Ile czasu trzeba, by wykopać dół o długości dwóch metrów, szerokości jednego metra i głębokiego na jeden metr? A ile czasu potrzeba na to, by wykopać kilkanaście tysięcy takich dołów i ilu ludzi musiałoby to robić? Załóżmy, że zamordowano tam 15 tysięcy ludzi. Załóżmy, że jeden człowiek mógłby wykopać w ciągu dnia trzy takie groby, może nawet nieco mniejsze. Gdyby kopało je 100 osób, to zajęłoby im to 50 dni. Gdyby to robiło 1000 osób, to zajęłoby im to 5 dni. A skąd tam wziąć 1000 osób i rozwieźć je do 99 miejscowości? Przecież to całkiem spore wyzwanie logistyczne. Czy tam były warunki do tego, by przeprowadzić taką operację? I każdy z tych kopiących to świadek. A gdzie było wtedy AK, a gdzie byli Niemcy?

To wszystko nie trzyma się kupy, gdy uwzględnimy, że tam zamordowano 15 tys. osób. A co w takim razie, gdy mowa o 100 tys., a innych ponosi jeszcze fantazja i mówią o 500 tys.? Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że ciała ofiar spalono wraz z zabudowaniami. Tylko w ten sposób akacja mogła być przeprowadzona sprawnie, szybko i bez świadków. A jeśli tak, to nic dziwnego, że Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację ciał, bo ich tam nie ma. Stronie „polskiej” to również pasuje, bo ten konflikt to idealny samograj, który można wykorzystywać do niekończącego się sporu: Ukraińcy nie zgodzą się na ekshumację, a strona polska nie zaakceptuje stanowiska strony ukraińskiej.

Polska jet wyjątkową, na tle Europy, mozaiką narodowościową i religijną. To efekt unii z WKL i zaborów. Każde państwo zaborcze zainstalowało na zajętym przez siebie obszarze swoją administrację. Po 123 latach i powstaniu państwa polskiego ci ludzie nie mieli dokąd wracać i pozostali tu. Echa tego procesu zdały się odbijać w wypowiedzi aktora Jerzego Stuhra. A aktor Karol Strasburger wywodzący się z rodziny niemieckich ewangelików? Takich przykładów jest mnóstwo. Gdy wybuchła I wojna światowa, to ci z zaboru austriackiego chcieli budować nową Polskę w oparciu o Austrię, żeby cała Polska wpadła w ich ręce, ci z zaboru rosyjskiego – o Rosję, mając tę samą motywację. Oczywiście i jedni i drudzy dorabiali do tego własną ideologię. Jedynie piłsudczycy nie mieli na kim się oprzeć, więc ci uważali, że trzeba budować Polskę niepodległą samodzielnie i nie szukać pomocy u nikogo. A skończyło się jak zawsze. Niemcy w oparciu o rosyjską administrację z Królestwa zbudowali Piłsudskiemu państwo, które następnie mu przekazali. I tak powstała „niepodległa” II RP. Ale był to tylko niewielki skrawek Mazowsza i Małopolski. A tam, na wschodzie, został nowy naród polski stworzony w XIX wieku. W listopadzie 1918 roku wybucha w Berlinie rewolucja bolszewicka. Żołnierze niemieccy masowo dezerterują. Front wschodni pękł. Na konferencji w Wersalu w 1919 roku ustalono tylko w zarysie (plebiscyty) granicę z Niemcami, a o granicy na wschodzie nie wspomniano też na konferencji pokojowej w 1918 roku. W styczniu 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz, by wojsko polskie zajęło miejsce ustępujących jednostek niemieckich, by oddzielić kordonem Europę od bolszewickiej zarazy. Ale w międzyczasie bolszewicy posunęli się daleko na zachód. Zajęli m.in. Wilno i Grodno. Co robić? – Oni sami przyszli z pomocą. Ledwie okopali się wokół Moskwy i Piotrogrodu, jeszcze armie Denikina i Wrangla nie zostały rozbite, a oni już ogłaszają, że idą na podbój Europy. I doszli aż pod Warszawę, a Denikin i Wrangel nie ruszyli się. Tu wykonali zwrot w tył i pośpiesznie wycofali się. Piłsudski gonił ich aż do Mińska i pod nim zatrzymał się, pomimo że droga na Moskwę była wolna. Wziął tyle na wschodzie ile miał wziąć, by nowy naród polski mógł znaleźć się w granicach „odrodzonej”. – Cyrk! Z takim samym cyrkiem mamy obecnie do czynienia na wojnie na Ukrainie.

Po II wojnie światowej przesiedlono na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe i nowych Polaków, których tam stworzono w XIX wieku. Tak więc PRL nadal był państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym, wbrew temu, co twierdziła jego propaganda. Trudno się jednak temu dziwić, bo ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jeden przywódca (partia), jedno państwo, jeden naród – katolicki.

Można więc powiedzieć, że obecna jeszcze III RP jest państwem, w którym dominują wschodni Słowianie. Kim są wschodni Słowianie? Oni sami o sobie tak napisali:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: „i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską”.

W Rosji zaczęli rządzić Waregowie, czyli Rurykowicze. Jeden z nich, Iwan Groźny, wziął tych Słowian za mordę i trzymał krótko. I tak jest w Rosji do dziś. Natomiast w WKL wschodni Słowianie nie mieli nad sobą bata i efekt był taki, jaki był, czyli anarchia i bałagan. Jedyną ludnością zachodniosłowiańską na terenie I RP byli chłopi z dawnej Korony, ale oni byli niewolnikami i na nic nie mieli wpływu. I tak jest do dziś.

Rządzący tu Żydzi dobrze wiedzą, jaki jest faktyczny rozkład sił w tym mozaikowym społeczeństwie i wiedzą, za jakie sznurki pociągać, by go skłócać. Rzeź wołyńska jest doskonałym narzędziem do wzbudzania emocji wśród Słowian wschodnich, które, jeśli odpowiednio podsycane, mogą przerodzić się w bardzo poważny i długotrwały konflikt. Czy taki jest cel tej sejmowej uchwały?

Republika Wenecka

1 czerwca wybrano nowego pawiana nr 1 nieistniejącego już w praktyce państwa, zwanego III RP. W chwili obecnej jesteśmy w stanie przejściowym, czyli czymś takim jak lata 1939-45. Było to zupełnie bez znaczenia czy wybrany zostanie ten czy inny pawian. Decyzje co do losów tego obszaru, pomiędzy Rosją a Niemcami, zapadają gdzie indziej, choć panuje na nim ustrój republikański. Może więc warto przyjrzeć się temu, jak on działał w najdłużej istniejącej w historii Republice Weneckiej. Wikipedia tak pisze:

Republika Wenecka, Rzeczpospolita Wenecka, Najjaśniejsza Republika Wenecka (wł. Serenissima Repubblica di Venezia, wenecki Repùblega de Venèsia) – północnowłoska republika kupiecka, istniejąca od 697 roku do 15 maja 1797 roku. Najdłużej nieprzerwanie funkcjonujące państwo o ustroju republikańskim w historii. W średniowieczu jedna z największych potęg handlowych i politycznych w basenie Morza Śródziemnego i jedno z najbogatszych miast Europy. Republika Wenecka była najpotężniejszą i zarazem najtrwalszą z powstałych w średniowieczu miejskich komun włoskich. Jako jedno z nielicznych państw włoskich odegrała również wielką rolę w historii nie tylko Italii, ale całej Europy i basenu Morza Śródziemnego. Od czasów wypraw krzyżowych po zmagania z Imperium Osmańskim, Republika Wenecka była dla Europy głównym pośrednikiem i uczestnikiem kontaktów z muzułmańskim Bliskim Wschodem – zarówno tych pokojowych, jak i wojennych.

Źródło; Wikipedia (Netzach – Praca własna).

Doża Wenecji (wł. doge, wec. doxe) – najwyższy urzędnik w Republice Weneckiej. Wybierany dożywotnio najpierw przez arengo, zgromadzenie ogółu dorosłych obywateli republiki, później przez kolegium elektorów, które z kolei było wybierane przez 480-osobową wielką radę – przedstawicieli bogatych rodów (patrycjuszy).

Na czele państwa weneckiego stał obieralny – de iure dożywotnio – doża, który zazwyczaj wywodził się z wąskiego grona kilku najważniejszych rodów. Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży. Władza, w rozbudowanym z czasem państwie, całkowicie spoczywała w rękach Wenecjan, którzy wszelkie terytoria przyłączone do republiki traktowali jak kolonie. Ten miejski partykularyzm stał się jedną z przyczyn niemożności podjęcia przez Wenecję próby zjednoczenia Italii – mimo całej posiadanej przez nią potęgi i bogactwa.

Powstanie Wenecji i początki republiki (VIII – X wiek)

Wenecja, jako miasto została założona w 452 roku. W VI wieku włączona została do restaurowanego Cesarstwa Rzymskiego pod egidą Bizancjum. Pierwszym historycznie potwierdzonym dożą (księciem) Wenecji był Orso Ipato panujący od roku 726 i rok ten uznaje się za datę powstania Republiki Weneckiej. Miasto wciąż podlegało wówczas władzy bizantyńskiej, jednak wpływy Konstantynopola sukcesywnie słabły. Bizancjum samorządność Republiki uznało w 887 roku. W ciągu kolejnych wieków (IX–XI) Republika Wenecka stała się ważnym centrum handlu między Europą Zachodnią a Bizancjum i Azją, co zawdzięczała w znacznej mierze przywilejom nadawanym przez cesarzy bizantyńskich. W tym też czasie Republika rozpoczęła budowę swego imperium terytorialnego podporządkowując sobie szereg miast i wysp Dalmacji i wypierając z tego regionu wpływy Konstantynopola.

Wzrost znaczenia Wenecji w dobie krucjat (XI – XIII wiek)

Nowy rozdział w historii Wenecji rozpoczął się wraz z powstaniem ruchu krucjatowego. Dysponująca znaczną flotą Wenecja czerpała zyski z przewożenia krzyżowców oraz dzięki przywilejom handlowym w nowo powstałych na Bliskim Wschodzie państwach łacińskich. W handlu lewantyńskim Wenecja zajęła wkrótce pierwsze miejsce.

Przełomowe znaczenie dla budowy imperium weneckiego na Morzu Śródziemnym miała IV krucjata, w trakcie której wenecki doża Enrico Dandolo skłonił dowodzących krucjatą do ataku łacinników na Konstantynopol. Mimo potępienia tego projektu ze strony papiestwa doszło do zdobycia i złupienia przez krzyżowców najpotężniejszego ówcześnie chrześcijańskiego miasta. Na opanowanych terenach europejskiej części Bizancjum powstały państwa krzyżowe (w tym Cesarstwo Łacińskie). Jednak największym beneficjentem wyprawy i upadku Bizancjum stała się Republika Wenecka, która całkowicie zdominowała handel w tym regionie i w ciągu kilku lat opanowała rozliczne miasta i wyspy strzegące drogi z Wenecji do Konstantynopola (m.in. Wyspy Jońskie, liczne peloponeskie porty, Cyklady, Eubeę i Kretę). Do Wenecji trafiły wówczas liczne łupy, w tym wspaniałe dzieła sztuki zrabowane w Konstantynopolu. Przejawem wzrostu potęgi Wenecji było rozpoczęcie w 1284 roku wybijania złotego dukata, który stał się ważną monetą obiegową Europy i był używany aż do upadku republiki w XVIII wieku.

Rozwój handlu weneckiego zaczął kolidować z interesami innych miast włoskich z Genuą na czele. Między obydwiema republikami doszło na tle rywalizacji handlowej do licznych wojen. Jedna z poważniejszych wybuchła pod koniec XIII wieku, a jej przyczyną było zamknięcie przez Wenecję dostępu do Adriatyku obcym okrętom. Mimo zwycięstwa militarnego Genueńczyków w bitwie morskiej pod Curzolą (1298), Genua z powodu sporów wewnętrznych nie była w stanie kontynuować wojny i w konsekwencji doszło do rozgraniczenia wpływów między republikami.

Republika Wenecka w późnym średniowieczu (XIV- XV wiek)

Destabilizacja północnych Włoch po upadku wpływów Świętego Cesarstwa Rzymskiego w drugiej połowie XIII wieku w Italii zmusiła Wenecjan do wzmożonej aktywności politycznej na swym najbliższym, lądowym zapleczu. Na początku XIV wieku Republika wzięła udział w wojnie o Ferrarę oraz w walkach przeciw agresywnemu rodowi Scaligieri z Werony. By zabezpieczyć swe interesy od strony lądu rządzący republiką oligarchowie postanowili opanować najbliższe Wenecji tereny nadpadańskie. Pierwszą zdobyczą w tym regionie było Treviso, zajęte w 1339 roku.

Ostatnie lata Republiki (1718 – 1797)

Klęska 1718 roku ostatecznie zepchnęła Wenecję do roli państwa drugorzędnego i unaoczniła rządzącym Republiką oligarchom słabość militarną państwa. Nie przyczyniło się to jednak do prób zreformowania państwa. Elita władzy, wciąż dostatnia i doskonale radząca sobie w utrzymaniu swej przewagi politycznej i majątkowej nie była zainteresowana zmianami. Dlatego też w XVIII wieku wenecka polityka międzynarodowa polegała na zachowaniu ścisłej neutralności i bierności wobec toczących się konfliktów. Mimo pokoju Republika nie odzyskała już na morzu swej dawnej świetności. Pozostała jednak ważnym ośrodkiem kultury i sztuki promieniującej na całą Europę. Wenecjanie przodowali wciąż w malarstwie, muzyce, teatrze. Do miasta świętego Marka przybywali podróżnicy z całej Europy by poczuć atmosferę słynnych weneckich karnawałów i trwonić pieniądze na koncerty, operę, teatr, czy kurtyzany. Ożywienie myśli politycznej w dobie oświecenia nie stało się w Republice zaczątkiem reform państwowych. Republika aż do końca swego istnienia pozostała oligarchią urządzoną według średniowiecznych wzorców. Gdy w roku 1789 we Francji wybuchła rewolucja, jej idee i hasła szybko przeniknęły do Wenecji rządzonej w sposób despotyczny. Toteż gdy w czasie wojny z Austrią Napoleon Bonaparte przekroczył granice Republiki, witany był tam początkowo jako wyzwoliciel. Gdy Napoleon zażądał przeprowadzenia demokratycznych reform w państwie, 12 maja 1797 Wielka Rada w czasie burzliwego posiedzenia olbrzymią większością głosów obaliła tysiącletni porządek Republiki, powołując prowizoryczny rząd ludowy, zaś 15 maja 1797 abdykował doża Ludovico Manin. Nie zmieniło to jednak losu bezsilnej już Wenecji, którą Bonaparte poświęcił w imię taktycznego pokoju z Austrią, dlatego na podstawie układu w Campo Formio, zawartego 17 października 1797, większość posiadłości weneckich wraz z samym miastem została przyznana Austrii.

x

Wikipedia nie pisze zbyt wiele na temat ustroju Republiki Weneckiej. W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) można przeczytać:

Od XI wieku uzyskała Wenecja niezawisłość, doża Vitale Falieri (1084-1096) uzyskał od cesarza bizantyjskiego Istrię i Dalmację. Na przełomie XII i XIII wieku nastąpiła organizacja władz państwowych; najwyższą władzę posiadała Wielka Rada (Consiglio Maggiore), złożona z sędziwych patrycjuszów, obok niej istniała Mała Rada (Signoria), składająca się z doży i sześciu rajców, z czasem wytworzyła się Rada Czterdziestu (Quarantia) z władzą sądowniczą i polityczną, wreszcie w 1260 Senat (Consiglio de’ Pregadi) o decydującym wpływie na politykę zagraniczną Wenecji. Na początku XIV wieku ustaliła się ostatecznie arystokratyczno-oligarchiczna forma rządów, po ustanowieniu Rady Dziesięciu (Consiglio de’ Dieci); organem jej od XVI wieku była państwowa inkwizycja.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970):

Rywalizacja w latach 800-812 między państwem Karola Wielkiego a Bizancjum o zwierzchnictwo nad Wenecją przyczyniła się do umocnienia faktycznej niezależności republiki od 1 połowy IX wieku. Głównym jej ośrodkiem stała się od roku 810 wyspa Rivoalto (Rialto) – zalążek przyszłej Wenecji. Dogodne położenie i przywileje nadane przez cesarzy bizantyjskich sprzyjały bogaceniu się mieszczaństwa.

W miarę wzrostu potęgi politycznej Wenecji jej ustrój wewnętrzny przekształcał się stopniowo w oligarchiczną republikę (rolę doży sprowadzono do funkcji reprezentacyjnych), rządzoną przez około 200 rodów arystokratycznych; dostęp do najwyższych godności mieli przedstawiciele zaledwie kilku z nich. Ustrój ten utrwaliły zwłaszcza ustawy z 1297 i 1299, oddając rządy rodom, które aktualnie uczestniczyły w Radzie; pozostałe grupy ludności (rzemieślnicy, nawet bogaci kupcy) były całkowicie pozbawione udziału w rządach (zgromadzenie ludowe ostatecznie zlikwidowano w 1423 roku). Próby obalenia oligarchii (1299, 1310, 1354 – M. Falieri) zostały udaremnione. Najwyższym organem władzy była istniejąca od 1187 Wielka Rada; sprawami zagranicznymi i kolonii zajmował się senat; sądownictwo spoczywało w ręku Quarantii (Rady Czterdziestu) i podległych jej kolegiów; właściwy rząd tworzyła 10-osobowa signoria; ustroju strzegł rozgałęziony system policji politycznej.

x

Republika Wenecka była republiką kupiecką, a więc żydowską. Tym chyba najprościej można wytłumaczyć fakt, że ani imperium Karola Wielkiego, ani bizantyjskie nie podporządkowało jej sobie. I może też właśnie dlatego władcy Bizancjum tak hojnie obdarzali przywilejami (monopolami) handlowymi tę republikę. Nie inaczej było w przypadku nowo powstałych państw łacińskich na Bliskim Wschodzie w okresie krucjat. Na pośrednictwie handlowym pomiędzy Bliskim Wschodem i Europą wyrosła jej potęga.

„Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży.”

Czy zatem stara oligarchia kupiecka Republiki Weneckiej to odpowiednik obecnego deep state? Jeśli uznamy, że doża to odpowiednik dzisiejszych prezydentów i premierów, to znaczyłoby to, że oni nie mają na nic wpływu, co wcale nie dziwi. Faktyczna władza jest głęboko ukryta. Być może jest tak, jak w przypadku organizacji masońskich i obowiązują stopnie wtajemniczenia. Urzędnicy na szczeblu wojewódzkim znają urzędników na szczeblu centralnym, a ci znają swoich przełożonych, którzy nie są jeszcze tymi, którzy faktycznie sprawują władzę.

Republika Wenecka trwała przez 1100 lat. Jej świetność i potęga skończyła się wraz z odkryciem Nowego Świata i pojawieniem się nowych szlaków handlowych, ale ona jeszcze przez trzysta lat prowadziła różne wojny. Skąd miała na to pieniądze? Prawdopodobnie zyski z handlu z Bliskim Wschodem zostały zainwestowane w Nowym Świecie i część z nich przeznaczano na finansowanie wojen, które być może prowadzono po to, by odwrócić uwagę od faktycznych celów oligarchów. I może właśnie dlatego nie byli oni zainteresowani zjednoczeniem pod swoim przewodnictwem Italii. Gdy już ugruntowali swoją przewagę w Ameryce (1776), to uznali (1797), że Republika Wenecka nie jest już im potrzebna. Wygląda więc na to, że potomkowie wielkich rodów kupieckich nadal rządzą światem z ukrycia. Teraz przerzucili swój kapitał do Chin i opłacają różnych dziennikarzy, naukowców, ekonomistów i całą resztę, by robili nam wodę z mózgu, tłumacząc nam na różne sposoby rzeczywistość tego świata.