Pierwszy manifest komunistyczny

Wszyscy słyszeli o manifeście komunistycznym Karola Marksa, ale nie był on pierwszym tego typu programem politycznym. Był nim ten z okresu rewolucji francuskiej. Stefan Zweig w książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2000 tak pisze:

Czas, w którym Fouché został prokonsulem, należał do radykałów. Toteż w swoim departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, Fouché zachowuje się jak wściekły radykał. Ciska gromy na umiarkowanych, zarzuca kraj płomiennymi manifestami, rzuca najstraszliwsze groźby na bogatych, wahających się, niezdecydowanych, wywierając moralną i fizyczną presję werbuje na wsiach całe regimenty ochotników i wysyła ich na wroga. Talentami organizacyjnymi, szybką orientacją dorównuje co najmniej każdemu ze swoich kolegów, zuchwałością słów wszystkich ich przewyższa. Gdyż to jedno trzeba zdecydowanie stwierdzić: w przeciwieństwie do słynnych szermierzy Rewolucji, Robespierre’a i Dantona, Joseph Fouché nie zachowuje powściągliwości w sprawach Kościoła i własności prywatnej, przez tamtych określanych jeszcze z szacunkiem jako „nietykalne”, lecz głosi zdecydowanie radykalny i bolszewicki program społeczny. Pierwszym wyraźnym manifestem komunistycznym ery nowożytnej nie jest słynny manifest Karola Marksa ani „Goniec heski” Georga Büchnera, lecz owa bardzo mało znana, celowo nie zauważana przez socjalistyczną historiografię „Instruction” z Lyonu, podpisana wprawdzie przez Fouchégo i Collota d’Herbois, ale niewątpliwie ułożona przez samego Fouchégo. Ten utrzymany w stanowczym tonie, wyprzedzający postulatami o sto lat swoją epokę dokument – jeden z najbardziej zdumiewających dokumentów Rewolucji – jest wart chyba tego, by go wydobyć z zapomnienia; nawet jeżeli w czasach, gdy późniejszy książę Otranto protestował rozpaczliwie przeciwko temu, czego domagał się niegdyś zwykły obywatel Joseph Fouché, jego „instrukcja” – traktując rzecz historycznie – straciła mimo wszystko na wartości, to wyznanie wiary czyni go pierwszym niewątpliwym socjalistą i komunistą Rewolucji. Nie Marat, nie Chaumette sformułowali najśmielsze postulaty Rewolucji Francuskiej, lecz Joseph Fouché, a oryginalny tekst rzuca więcej światła na jego tak na ogół nieuchwytny charakter niż jakikolwiek opis.

Na początku tej „Instruction” Fouché ośmiela się głosić nieomylność wszelkich aktów gwałtu: „tym, którzy działają w w interesie Rewolucji, wolno wszystko. Nie ma większego niebezpieczeństwa dla republikanina niż chowanie się za prawami Republiki. Kto je narusza, nawet ten, kto pozornie przesadza, często daleki jest jeszcze od właściwego rezultatu. Póki istnieje na świecie jeden choćby nieszczęśliwy, wolność musi być celem naszych poczynań”.

Po tym stanowczym, w pewnym sensie już maksymalistycznym wstępie Fouché następująco definiuje istotę rewolucji:

„Rewolucja została dokonana w interesie ludu; nie należy jednak przez to rozumieć owej klasy uprzywilejowanych dzięki bogactwu, którzy zagarnęli dla siebie wszystkie przyjemności życia, wszystko, czym dysponuje kraj. Lud to jest ogół obywateli Francji, a przede wszystkim ta niebywale liczna klasa nędzarzy, którzy bronią granic ojczyzny i żywią społeczeństwo swoją pracą. Rewolucja byłaby politycznym i moralnym nadużyciem, gdyby troszczyła się tylko o polepszenie bytu kilkuset osób i pozwoliła dalej trwać w biedzie dwudziestu czterem milionom. Rażącym oszustwem byłoby występowanie w imieniu równości, gdy między ludźmi istnieją jeszcze tak ogromne różnice w dobrobycie.”

Następnie Fouché wykłada swoją ulubioną teorię, że „mauvais riche”, „niedobry bogacz”, nigdy nie będzie prawdziwym rewolucjonistą, szczerym i oddanym republikaninem, a więc każda burżuazyjna tylko rewolucja, która utrzyma wszystkie różnice majątkowe, musi nieuchronnie wyrodzić się w nową tyranię, „gdyż bogaci zawsze będą uważali siebie za inny rodzaj ludzi”. Dlatego domaga się od ludu największego wysiłku i całkowicie „integralnej” rewolucji.

„Nie miejcie złudzeń: żeby stać się prawdziwym republikaninem, każdy obywatel musi przejść rewolucję wewnętrzną, podobną do tej, która odmieniła oblicze Francji. Nic nie łączy poddanych tyranów z mieszkańcami wolnego kraju. Trzeba więc całkowicie odmienić wszystkie ich działania, ich uczucia, ich przyzwyczajenia. Jesteście ciemiężeni, winniście więc roznieść w proch i pył waszych ciemiężycieli, byliście niewolnikami kościelnych zabobonów, teraz nie powinniście mieć żadnej religii poza religią wolności… Każdy, komu obcym pozostanie ten entuzjazm, kto zna inne radości i troski niż szczęście ludu, kto potrafi zimno kalkulować, kto oblicza, jakie korzyści przynieść mu może prestiż, stanowisko, talent, uchylając się choć na chwilę od myślenia o dobru powszechnym, każdy, komu nie kipi w żyłach krew, gdy mowa o ucisku i o zbytku, kto ma łzy litości dla wroga ludu miast zachować całe współczucie dla męczenników wolności, kłamie, jeżeli śmie nazywać się republikaninem. Tacy ludzie niech lepiej opuszczą nasz kraj, gdyż zostaną zdemaskowani, a ich nieczystą krwią nasiąknie gleba wolności. Republice potrzebni są tylko ludzie wolni, wszystkich innych jest zdecydowana wyplenić, i tylko takich uznaje za swoje dzieci, którzy dla niej chcą żyć, walczyć i umierać.”

W trzecim akapicie „Instruction” rewolucyjne wyznanie wiary bez osłonek i wyraźnie przekształca się w manifest komunistyczny (pierwszy ze sformułowanych w 1793 roku):

„Każdy, kto posiada więcej, niż mu koniecznie potrzeba, musi okazywać pomoc innym, a nałożona na niego opłata winna być proporcjonalna do wielkich potrzeb ojczyzny; najpierw trzeba więc ogólnie i prawdziwie rewolucyjnie ustalić, ile każdy obywatel powinien złożyć w darze dla sprawy publicznej. Nie chodzi tutaj o obliczenia matematyczne ani o obawy i ociąganie towarzyszące zwykle wymiarowi publicznych podatków; zastosowana metoda musi być tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest sytuacja. Niech wasze działania będą więc śmiałe i zakrojone na wielką skalę, zabierając każdemu obywatelowi to, co nie jest mu koniecznie potrzebne, gdyż wszelki nadmiar (le superflu) jest wyraźnym pogwałceniem praw ludu. Wszystko, co wykracza poza potrzeby człowieka, może być wykorzystane tylko źle. Nie pozostawiajcie więc nikomu nic ponadto, co koniecznie potrzebne, w czasie wojny cała reszta należy się Republice i jej armiom.”

Fouché podkreśla, że nie należy się zadowalać tylko pieniędzmi.

„Ojczyzna żąda teraz wszystkich rzeczy – ciągnie – których niektórzy mają nadmiar, a które mogą być przydatne obrońcom ojczyzny. Są na przykład ludzie posiadający niewiarygodne ilości płótna i koszul, sukna i butów. Wszystkie te rzeczy muszą być przedmiotem rewolucyjnej rekwizycji.”

Żąda również bez ogródek wydania całego złota i srebra, „metaux vils et corrupteurs” (metale nieszlachetne i szkodliwe), którymi gardzi prawdziwy republikanin, na rzecz skarbu państwa, gdzie „wybije się na nich wizerunek Rewolucji i po oczyszczeniu przez ogień będą służyć tylko ogółowi. Nam potrzebne są tylko stal i żelazo, a Republika zatriumfuje”. Kończy zaś swoje wezwanie strasznym apelem o bezwzględność:

„Będziemy rządzić z całą surowością przydanego nam autorytetu, jako złe intencje karać będziemy wszystko, co w innych warunkach uchodzić może za opieszałość, słabość lub powolność. Minął jednak czas półśrodków, oglądania się na różne względy. Pomóżcie nam uderzać mocno albo sami zostaniecie uderzeni. Wolność lub śmierć! Do was należy wybór.”

To teoretyczne dziełko pozwala wyrobić sobie pojęcie o poczynaniach Josepha Fouché jako prokonsula. W departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, waży się podjąć walkę z najpotężniejszymi siłami Francji, przed którymi ostrożnie cofali się nawet Robespierre i Danton: z własnością prywatną i Kościołem. Działa szybko i zdecydowanie na rzecz „égalisation des fortunes” (zrównywanie majątków), wymyślając tak zwane „komitety filantropijne”, którym ludzie zamożni mieli rzekomo według własnego uznania składać dary. By jednak nie było wątpliwości, już z góry delikatnie upomina, że „jeżeli bogaty nie uczyni użytku z prawa przysłużenia się reżimowi wolności, Republika ma prawo zawładnąć jego mieniem”. Nie toleruje żadnego nadmiaru i stanowczo zwalcza wszelki „superflu”. „Republikaninowi potrzebne jest tylko żelazo, chleb i czterdzieści écus zarobku.” Fouché wyprowadza konie ze stajni, wysypuje mąkę z worków, dzierżawcy mają pod karą śmierci przestrzegać jego zaleceń, nakazuje piec żołnierski chleb wielkiej wojny, taki sam dla wszystkich, i zabrania wypieku jakiegokolwiek białego luksusowego pieczywa. Co tydzień stawia dzięki temu na nogi po pięć tysięcy rekrutów wyposażonych w konie, buty, ubrania i flinty, siłą uruchamia fabryki, i wszystko jest posłuszne jego żelaznej energii. Napływają pieniądze, podatki, daniny i ofiary, dostawy i świadczenia i po dwóch miesiącach działalności z dumą pisze do Konwentu: „ on rougit ici d’être riche”, „tutaj ludzie wstydzą się uchodzić jeszcze za bogatych”. Naprawdę powinien jednak powiedzieć: „Tutaj ludzie boją się być bogaci”.

W tym samym czasie radykał i komunista Joseph Fouché, późniejszy książę Otranto, milioner z protekcji króla pobożnie biorący w kościele drugi ślub, dał się poznać jako najbardziej zapamiętały, namiętny przeciwnik religii chrześcijańskiej. „Ten obłudny kult trzeba zastąpić wiarą w Republikę i w moralność” – grzmi w pełnym pogróżek liście i już niczym ogniste gromy spadają na kościoły i katedry pierwsze represje. Ustawa za ustawą, dekret za dekretem: „Księża nie mają prawa nosić duchownych strojów poza miejscem kultu”, pozbawia się ich wszelkich przywilejów, gdyż „nadeszła pora – argumentuje Fouché – by tej klasie pyszałków narzucić czystość pierwszych chrześcijan i cofnąć ich do klasy mieszczan.”

Wkrótce Josephowi Fouché już nie wystarcza funkcja zwierzchnika sił zbrojnych, kierownika wymiaru sprawiedliwości, dyktatora o nieograniczonej władzy cywilnej – zgarnia dla siebie również wszystkie uprawnienia kościelne. Znosi celibat, nakazuje, żeby w ciągu miesiąca każdy ksiądz ożenił się albo zaadoptował dziecko, publicznie udziela ślubów i daje rozwody, wstępuje na ambonę (z której starannie usunięto wszystkie krzyże i symbole religijne) i wygłasza ateistyczne kazania, w których zaprzecza nieśmiertelności i istnieniu Boga. Likwidacji ulegają chrześcijańskie ceremonie pogrzebowe, a jedyną pociechą są wyryte na cmentarzach słowa: „Śmierć to wieczny sen”. Ten nowy papież jako pierwszy na prowincji wprowadza w Nevers cywilny chrzest, nadając swojej córeczce imię od departamentu, „Nièvre”. Ochrzcił dziecko przy akompaniamencie werbli i wojskowej muzyki Gwardii Narodowej bez pośrednictwa Kościoła, na rynku miasta. W Moulins przejechał na czele orszaku przez całe miasto i ściskając młot w dłoni rozbijał krzyże, krucyfiksy i obrazy świętych, „haniebne symbole fanatyzmu”. Ze zrabowanych mitr biskupich i ściągniętych z ołtarzy obrusów ułożono stos i podczas gdy jaskrawe płomienie buchały w górę, plebs wrzeszcząc tańczył wokół tego ateistycznego autodafè. Wyładowanie jednak swojej złości tylko na martwych przedmiotach, na bezbronnych kamiennych figurkach i kruchych krzyżach byłoby dla Fouchégo połową sukcesu. Prawdziwy triumf odniósł dopiero wtedy, gdy pod wpływem jego siły przekonywania arcybiskup François Laurent zrzucił mnisi kaptur i przywdział czerwoną czapeczkę, a za nim poszło z entuzjazmem trzydziestu księży, sukces, o którym fama z szybkością płomienia obiegła całą Francję. Fouché z dumą może chwalić się przed swymi mniej zdecydowanymi kolegami ateistami, że na obszarze poddanym jego władzy wyplenił fanatyzm, zniszczył chrześcijaństwo.

Czyny wariata, szaleńcza pasja fanatycznego idealisty, można by pomyśleć! W rzeczywistości jednak, nawet gdy udaje namiętność, Joseph Fouché zawsze pozostaje człowiekiem umiejącym liczyć, realistą. Wie, że będzie musiał zdać rachunek przed Konwentem, wie również, że patriotyczne frazesy i listy, podobnie jak asygnaty, dawno już straciły na wartości, i po to, by wywołać podziw, trzeba przemawiać kruszcem. Toteż podczas gdy wystawione przez niego regimenty maszerowały ku granicy, Fouché wysłał do Paryża wszystko, co zrabował po kościołach. Do Konwentu wciągano skrzynię za skrzynią, wypełnione złotymi monstrancjami, połamanymi i przetopionymi srebrnymi świecznikami, krucyfiksami z litego metalu i wyrwanymi z nich drogimi kamieniami. Wiedział, że Republice potrzebna jest przede wszystkim gotówka, toteż jako pierwszy, jako jedyny, przysłał z prowincji takie wymowne łupy. Konwent najpierw zdumiewa ta nowa energia, potem jednak radując się głośno nagradza hucznymi brawami. Odtąd Konwent zna i wymienia nazwisko Fouchégo jako żelaznego człowieka, najbardziej nieustraszonego, najstraszliwszego republikanina Republiki.

x

Głównym postulat rewolucji francuskiej to zabrać bogatym i dać biednym. Jego podstawą ideologiczną był manifest komunistyczny, zwany „Instruction” z Lyonu. Skąd u rewolucjonistów taka nienawiść do bogatych? Czy choć w części postulat ten został zrealizowany? Nie został. To, o co w takim razie chodziło? Wiemy, że w wyniku tej rewolucji arystokracja straciła, a zyskała burżuazja, czyli mieszczaństwo, bo bourgeoisie to po francusku mieszczanin. Czy jednak awans pewnej grupy społecznej musiał automatycznie wiązać się z pauperyzacją drugiej? Niekoniecznie, a przynajmniej potrzeba było na to dużo czasu, bo przecież w przypadku arystokracji jej bogactwo było wynikiem wielowiekowej akumulacji ziemi i niewolniczej pracy poddanych. Było więc ono niewyobrażalne. Tak zgromadzone bogactwo, przeważnie w ziemi i nieruchomościach, nie mogło, tak z dnia na dzień, wyparować jak jakieś papiery na giełdzie. Tu, do jego przejęcia, potrzebna była rewolucja, która, posługując się zmanipulowanym plebsem, podkopie fundamenty arystokratycznego gmachu. Stąd hasło: zabrać bogatym. A bogatymi byli wtedy arystokraci. Nawet jeśli część z nich była Żydami, to nie miało to znaczenia. Najważniejsze było to, by zabrać czy podważyć pozycję nieżydowskich posesjonatów. Ci, z kolei, przyzwyczajeni do pewnego poziomu życia, szukali ratunku w mieszanych małżeństwach. I w ten sposób arystokratyczna ziemia i nieruchomości stawały się własnością Żydów.

Trochę inaczej przebiegało to w czasie rewolucji październikowej. Tam wszystko upaństwowiono, bo nie było w Rosji stosunkowo licznego i bogatego mieszczaństwa i jego rolę przejęło państwo. Ale przecież państwo, to nie jest jakiś abstrakcyjny byt. Ktoś nim musi rządzić. I rządził tak, by po wielu latach stwierdzić, że komunistyczne państwo nie sprawdziło się i że prywatny lepiej sobie poradzi. I wszystko sprywatyzowano, nie tylko w Związku Radzieckim, ale i w innych państwach tzw. demokracji ludowej. I cały ich majątek trafił do międzynarodowego kapitału.

Rewolucje i wojny to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które bez nich nie byłyby możliwe. A korzyści z tych zmian odnosi zawsze tylko jedna nacja.

Człowiek polityczny

Czasem, żeby ogarnąć całość, wystarczy poznać jej fragment. Tak przynajmniej jest, jak sądzę, w polityce. Klasycznym przykładem polityka był Joseph Fouché. W swojej książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo Książnica”, Katowice 2000, Stefan Zweig stworzył jego bardzo sugestywny obraz. Wydawnictwo, w krótkiej notce, tak go charakteryzuje:

Joseph Fouché, „najbardziej zdumiewający mąż stanu” czasów Rewolucji Francuskiej i Cesarstwa, doradca Bonapartego i jego przeciwnik, dyplomata i wygnaniec, nie cieszył się sympatią współczesnych, nie znalazł też sprawiedliwości u potomnych – ktokolwiek o nim wspominał, nie szczędził zjadliwych epitetów, usuwając go do drugiego szeregu statystów. Wybitny biografista austriacki Stefan Zweig, który stworzył przekonujące portrety m.in. Marii Antoniny i Marii Stuart, potrafił od drugorzędnej odróżnić rolę drugoplanową, jaką odegrał w dziejach Fouché. Dostrzegłszy w nim niezwykle barwną, nigdy do końca nie odgadnioną osobowość, śledzi w tej książce zmienne koleje losów człowieka, który u progu nowej epoki przewodził wszystkim stronnictwom i jedyny je przeżył, który choć nigdy naprawdę nie zdobył władzy, sprawował ją latami, który w psychologicznym pojedynku zwyciężył Robespierre’a i Napoleona.

Z kolei Wikipedia tak go charakteryzuje:

Joseph Fouché, książę Otranto (ur. 21 maja 1759 w Le Pellerin koło Nantes, zm. 25 grudnia 1820 w Trieście we Włoszech) – francuski polityk, członek Konwentu w okresie rewolucji francuskiej, minister policji podczas panowania Napoleona. Odpowiedzialny za masowe mordy w Lyonie podczas rewolucji (stąd przydomek Kat z Lyonu, fr. Mitrailleur de Lyon).

W okresie rewolucji francuskiej był członkiem Konwentu Narodowego, wybrany z departamentu Loire-Atlantique. Związał się z Robespierre’em i jakobinami. W 1793 roku głosował za skazaniem Ludwika XVI na śmierć. W 1794 roku aresztowany za wystąpienia przeciwko Robespierre’owi, uwolniony w wyniku amnestii. Po upadku dyktatury jakobinów jeden z czołowych polityków w okresie rządów termidorian. Poparł przeprowadzony przez Napoleona zamach stanu i wprowadzenie konsulatu. W latach 1799–1802, 1804–1810 i podczas „stu dni“ był ministrem policji cesarza. Po upadku Napoleona w 1815 roku przeszedł na stronę Ludwika XVIII, został prezydentem rządu tymczasowego, a później ministrem policji. Zdymisjonowany, głównie za sprawą rojalistów, został mianowany ambasadorem w Dreźnie, a następnie oskarżony o królobójstwo i skazany w 1816 r. na dożywotnią banicję.

x

Poniżej wybrane fragmenty z tej książki:

Joseph Fouché – jeszcze nieprędko zostanie księciem Otranto! – urodził się 31 maja 1759 roku w portowym mieście Nantes. Marynarzami, kupcami byli jego rodzice, marynarzami jego przodkowie; wydawało się więc naturalne, że ich potomek również wyruszy na morze, będzie handlował lub prowadził statki. Szybko jednak okazało się, że ten szczupły, wyrośnięty, anemiczny, nerwowy i brzydki chłopak nie zdradza najmniejszej skłonności do tak trudnego i wówczas jeszcze rzeczywiście heroicznego zajęcia. Dwie mile od brzegu cierpiał już na chorobę morską, był zmęczony po kwadransie biegu lub chłopięcych zabaw. Co począć z tak delikatną latoroślą, nie bez troski zdawali sobie pytanie rodzice, gdyż we Francji roku 1770 nie było jeszcze miejsca dla przebudzonego już duchowo i niecierpliwie prącego do przodu mieszczaństwa. W sądach, w administracji, na wszystkich stanowiskach, w każdym urzędzie, wszystkie tłuste kąski zastrzegano dla szlachty; do służby u dworu wymagano herbu hrabiowskiego lub intratnej baronii; nawet w wojsku mieszczanin, nim posiwiał, dorobić się mógł najwyżej stopnia kaprala. W źle rządzonym, skorumpowanym królestwie trzeci stan nie miał jeszcze żadnych szans; nic dziwnego, że ćwierć wieku później zechce wywalczyć pięściami to, czego zbyt długo odmawiano jego wyciągniętej w pokornej prośbie dłoni.

Pozostawał tylko Kościół. Ta tysiącletnia potęga, znajomością świata nieskończenie przewyższająca wszystkich królów, postępuje mądrzej, bardziej demokratycznie i wielkodusznie. Każdy talent może liczyć na jej opiekę i nawet człowieka najniższego stanu przyjmuje do swego niewidzialnego królestwa. A że mały Joseph wyróżniał się wynikami w nauce w szkole u Oratorianów, ci po jej ukończeniu chętnie znaleźli dla niego miejsce nauczyciela matematyki i fizyki, inspektora szkolnego i katechety. W wieku dwudziestu lat miał Fouché w tym zakonie, od czasu wypędzenia jezuitów kierującym katolickim wychowaniem w całej Francji, dobrą posadę, która choć skromna i nie dająca wielkich widoków na karierę, była przecież dla niego szkołą, w której ucząc innych uczył się sam.

Przez dziesięć lat, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, ten blady, zamknięty w sobie półksiądz snuje się po klasztornych krużgankach i cichych refektarzach. Uczy w Niort, Saumur, Vendȏme, w Paryżu, ale nie odczuwa prawie potrzeby zmiany miejsca, gdyż wszystko jedno, w jakim mieście, życie nauczyciela seminaryjnego płynie tak samo spokojnie, ubogo i niepozornie, zawsze za milczącymi murami, zawsze w izolacji od życia. (…) Jakby wszystko stanęło w miejscu na te dziesięć nierzeczywistych lat poza czasem i przestrzenią, jałowych i pozbawionych ambicji, cichych, spędzonych w cieniu.

Ale przecież przez te dziesięć lat klasztornej szkoły Joseph Fouché posiadł wiele umiejętności, które niezwykle przydały się przyszłemu mężowi stanu; przede wszystkim opanował technikę milczenia, kardynalną sztukę ukrywania własnych myśli, osiągnął mistrzostwo w obserwowaniu charakterów i umiejętność postępowania z ludźmi. To, że przez całe życie, nawet w pasji, panował nad każdym drgnieniem twarzy, że na jego nieruchomym, ukrytym za murem milczenia obliczu nie można było dostrzec nigdy gwałtownych przypływów gniewu, rozgoryczenia,wzburzenia, że takim samym spokojnym bezbarwnym głosem wypowiadał rzeczy najzwyklejsze i najstraszliwsze i tak samo bezszelestnym krokiem potrafił poruszać się po cesarskich komnatach i wśród szalejącego tłumu – wszystko to brało się stąd, że nim wspiął się na scenę świata, przez lata spędzone w refektarzach zdobył niezrównaną wewnętrzną dyscyplinę, biorąc przykład z Loyoli dawno poskromił własną wolę i nauczył się przemawiać na liczącej wiele wieków retoryce Kościoła. Może to nie przypadek, że trzech wielkich dyplomatów Rewolucji Francuskiej, Talleyrand, Sieyés i Fouché, przyszło ze szkoły Kościoła; nim osiągnęli popularność, od dawna już posiedli znajomość ludzi. Prastara, wspólna, sięgająca daleko wstecz tradycja w decydujących momentach wyciska pewne podobieństwo na ich skądinąd tak odmiennych charakterach. Fouché dodał do tego żelazną, równą spartańskiej dyscyplinę, wewnętrzny sprzeciw wobec luksusu i blichtru, umiejętność ukrywania prywatnego życia i uczuć osobistych; nie, te lata spędzone w cieniu klasztornych murów nie były wcale stracone, ucząc innych nauczył się tam nieskończenie dużo.

Za murami klasztorów, w najściślejszym odosobnieniu, ten jakże giętki i niespokojny duch zdobywa stopniowo ogromną wiedzę psychologiczną. Przez lata dane mu będzie działać tylko w ukryciu, w najściślejszym kręgu duchowieństwa, ale już w roku 1778 zaczęła się we Francji społeczna zawierucha, która wdarła się nawet za mury klasztorów. W celach Oratorianów tak samo dyskutowano na temat praw człowieka, jak na spotkaniach wolnomularzy, jakiś nowy rodzaj ciekawości pchał tych młodych księży ku mieszczanom, ciekawość również sprawiała, że nauczyciel matematyki i fizyki zainteresował się zdumiewającymi odkryciami epoki, braćmi Montgolfier, pierwszymi statkami powietrznymi, wspaniałymi wynalazkami z dziedziny elektryczności i medycyny. Duchowni szukali kontaktu z kołami inteligencji, a w Arras mogli go znaleźć w osobliwym klubie zwanym „Rosati”, czymś w rodzaju „szlarafii”1, w którym wesoło spędzali czas miejscowi intelektualiści. Były to bardzo skromne spotkania, na których spokojnie, niepozorni mieszczanie recytowali wierszyki lub wygłaszali literackie przemówienia, wojskowi mieszali się z cywilami i mile widziany był również nauczyciel z klasztornej szkoły, Joseph Fouché, gdyż miał dużo do powiedzenia na temat osiągnięć fizyki. Często siadywał tam wśród kolegów i słuchał, gdy na przykład pewien kapitan z korpusu inżynierskiego, nazwiskiem Lazare Carnot, odczytywał szydercze wiersze własnego autorstwa albo blady adwokat o wąskich ustach, Maksymilian de Robespierre (wtedy przywiązywał jeszcze wagę do szlacheckiej partykuły), wygłaszał przy stole przyprawiającą o zawrót głowy mowę na cześć „Rosati”. Albowiem prowincja rozkoszuje się jeszcze ostatnimi powiewami filozofującego wieku osiemnastego, pan de Robespierre zamiast krwawych wyroków spokojnie układa zgrabne wierszyki, szwajcarski lekarz Marat zamiast gwałtownych komunistycznych manifestów pisze słodko sentymentalną powieść, mały porucznik Bonaparte trudzi się gdzieś na prowincji nad nowelą, naśladownictwem Wertera; burzowe chmury dopiero gromadzą się za horyzontem.

Cóż za igraszka losu: noszący tonsurę2 nauczyciel szkoły klasztornej szczególnie się zaprzyjaźnił właśnie z tym bladym, nerwowym, nieskończenie ambitnym adwokatem de Robespierre; (…) Kiedy Maksymilian de Robespierre miał jechać do Wersalu, żeby jako delegat do Stanów Generalnych wziąć udział w pracach nad nową konstytucją Francji, to właśnie noszący tonsurę Joseph Fouché pożyczył kilka sztuk złota bardzo biednemu adwokatowi, żeby mógł opłacić podróż i uszyć sobie nowe ubranie.

Wkrótce po odjeździe Robespierre’a na sesję Stanów Generalnych, która wstrząśnie fundamentami Francji, oratorianie z Arras również robią swoją małą rewolucję. Polityka wcisnęła się do refektarzy i mądry, obdarzony świetnym węchem Joseph Fouché czuje powiew historii. Z jego inicjatywy księża wysyłają deputację do Zgromadzenia Narodowego, żeby okazać swoją sympatię dla trzeciego stanu. Zwykle jednak tak ostrożny, tym razem uderzył o godzinę za wcześnie. Przełożeni, nie mając siły ukarać go naprawdę, wysyłają za karę do bratniego zakładu w Nantes, tam gdzie pobierał nauki jako chłopiec i gdzie uczył się poznawać ludzi.

Teraz jednak jest już dorosły, już dojrzał i nie ma dłużej ochoty uczyć wyrostków tabliczki mnożenia, geometrii i fizyki. Czując, skąd wieje wiatr, Fouché zrozumiał, że w kraju rozpęta się wkrótce społeczna zawierucha, że polityka opanowuje świat: a więc naprzód, do polityki! Zrzuca sutannę, przestaje pielęgnować tonsurę i wygłasza polityczne wykłady, już nie dla niedorosłych chłopców, lecz dla dziarskich obywateli Nantes. Założono klub – cóż, kariera polityków zawsze wymaga sceny, na której mogą wypróbować swoją elokwencję – wystarczyło kilka tygodni, i Fouché jest prezesem „Amis de la Constitution” w Nantes. Sławi postęp, ale bardzo ostrożnie, bardzo łagodnie, gdyż w mieście zacnych kupców polityczny barometr wskazuje umiarkowaną pogodę, w Nantes nikomu nie jest potrzebny radykalizm, tutaj ludzie obawiają się o swój kredyt, a przede wszystkim chcą robić dobre interesy. Kolonie dostarczają zbyt wielkich zysków, by budziły tam sympatie tak fantastyczne pomysły, jak uwalnianie niewolników; toteż Joseph Fouché natychmiast układa patetyczny dokument do Konwentu przeciwko zniesieniu handlu niewolnikami, co wprawdzie spotka się z ostrą przyganą Brissota, nie pomniejsza jednak poważania, jakim cieszy się Fouché w węższych kręgach mieszczaństwa. Żeby w porę wzmocnić swoją pozycję polityczną wśród miejscowej kamaryli (przyszłych wyborców), pośpiesznie żeni się z córką majętnego kupca, brzydką, ale dobrze urodzoną panienką, gdyż szybko i bez reszty chce zmieszczanieć w czasach, w których – czuje już to – stan trzeci będzie wkrótce stanem najwyższym i rządzącym.

To wszystko było już przygotowaniem do właściwego celu. Ledwie rozpisano wybory do Konwentu, były nauczyciel klasztornej szkoły zgłasza swoją kandydaturę. A co robi każdy kandydat? Na początek obiecuje swoim poczciwym wyborcom wszystko, co tylko ci chcą usłyszeć. Fouché obiecuje więc ochronę handlu, obronę własności, przestrzeganie praw; o wiele wymowniej piorunuje (bo w Nantes wiatr wieje raczej z prawa niż z lewa) przeciwko tym, którzy zakłócają porządek publiczny, niż przeciwko staremu reżimowi. Rzeczywiście, anno 1792 zostaje deputowanym do Konwentu i trójkolorowa kokarda delegata zastąpi teraz na długo skrycie, lecz wciąż jeszcze noszoną tonsurę.

Rankiem 21 września nowo wybrany Konwent wchodzi na salę. Nie witany już tak uroczyście, tak pompatycznie jak pierwsze Zgromadzenie Konstytucyjne trzy lata temu. Wtedy stał jeszcze pośrodku drogocenny fotel obity wyszywanym w białe lilie adamaszkiem, miejsce dla króla; gdy wszedł król, wszyscy unieśli się z szacunkiem, wydając radosne okrzyki na cześć pomazańca. Teraz jednak padły jego warownie, Bastylia i Tuilerie, nie ma już we Francji króla; tylko tłustawy jegomość, zwany przez swoich prostackich strażników i sędziów Ludwikiem Kapetem, pozbawiony władzy nudzi się w Temple i jak zwykły obywatel bezradnie czeka na wyrok. Krajem rządzi siedmiuset pięćdziesięciu posłów, którzy usadowili się w jego własnym domu. Z tyłu, za stołem prezydialnym, wiszą wypisane olbrzymimi literami nowe tablice dziesięciu przykazań, dokładny tekst konstytucji, a ściany sali zdobią – niebezpieczny symbol – wiązki liktorskich rózeg i morderczy topór.

Na galeriach zbiera się lud i ciekawie przygląda swoim wybrańcom. Siedmiuset pięćdziesięciu członków Konwentu wolnym krokiem udaje się do królewskiego domu, dziwna mieszanina wszystkich stanów i zawodów: bezrobotni adwokaci obok słynnych filozofów, zbiegli księża obok weteranów dawnych wojen, niefortunni łowcy przygód obok słynnych matematyków i wytwornych poetów; tak się dzieje, gdy gwałtownie potrząsnąć szklanką, za sprawą rewolucji to co było we Francji na samym dnie, teraz wypłynęło na wierzch. Najwyższa pora, żeby uporządkować chaos.

Już podział miejsc świadczy o pierwszej próbie zaprowadzenia ładu. W amfiteatralnej sali, tak ciasnej, że nieprzyjazne słowa zderzają się niemal w powietrzu, na dole w głębi siedzą spokojni, oświeceni, ostrożni, „Marais”, Bagno, jak nazwano szyderczo tych beznamiętnie ważących wszystkie decyzje. Bojowi, niecierpliwi, radykalni zajmują miejsca na najwyższych ławach, na „Górze”, której ostatnie rzędy dotykają już galerii, symbolicznie niejako dając przez to do zrozumienia, że za nimi stoją masy, lud, proletariat.

Te dwie siły stanowią szale wagi. Między nimi w odpływach i przypływach faluje rewolucja. Dla mieszczaństwa, dla umiarkowanych, republika wywalczywszy konstytucję, usunąwszy króla i szlachtę, przeniósłszy prawa na trzeci stan, osiągnęła wszystko, co było do osiągnięcia; teraz najchętniej postawiliby tamę, zatrzymali napierające doły i ograniczyli się do tego, co świeżo zdobyli. Ich przywódcami są Condorcet, Roland, żyrondyści, przedstawiciele duchowieństwa i stanu średniego. Ci z Góry jednak chcą dalej pchać potężną falę rewolucji, aż porwie ze sobą wszystkie istniejące jeszcze przeżytki, wszystkie objawy zacofania; oni, Marat, Danton, Robespierre jako przywódcy proletariatu dążą do „la revolution intégrale”, rewolucji całkowitej, radykalnej, aż po ateizm i komunizm. Po królu chcą rzucić na ziemię również i inne tradycyjne podpory państwa, pieniądz i Boga. Raz w stronę jednej, raz drugiej partii niespokojnie przechylają się szale wagi. Jeżeli zwyciężą żyrondyści, umiarkowani, rewolucję zamuli stopniowo najpierw liberalna, potem konserwatywna reakcja. Jeżeli zwyciężą radykałowie, porwą ją fale i wichry anarchii. Toteż odświętna harmonia w godzinie otwarcia nie oszuka nikogo z obecnych na owym historycznym posiedzeniu, każdy wie, że na tej sali wkrótce rozpocznie się walka na śmierć i życie, walka o dusze i władzę. Miejsce, jakie zajmuje deputowany, na dole, na parterze, czy wysoko, na górze, od razu określa jego stanowisko.

Wśród tych siedmiuset pięćdziesięciu, którzy wkroczyli uroczyście na salę zdetronizowanego króla, milcząc wszedł również, przepasany trójkolorową wstęgą wybrańca narodu, Joseph Fouché, deputowany z Nantes. Tonsura już mu zarosła, dawno zrzucił kapłańskie suknie; jak wszyscy tutaj, miał na sobie pozbawiony ozdób strój mieszczanina.

Gdzie też zajmie miejsce? Wśród radykałów, na górze, czy na dole, wśród umiarkowanych? Joseph Fouché nie waha się długo. Zna tylko jedną partię, której był i pozostanie wierny aż do końca: silniejszą, partię większości. Toteż i tym razem waży i oblicza w duchu głosy, i widzi: na razie władza należy jeszcze do żyrondystów, do umiarkowanych. Siada więc na ich ławach, obok Condorceta, Rolanda, Servana, obok ludzi, którzy trzymają w ręku ministerstwa, mają wpływ na wszystkie nominacje i rozdzielają tłuste kąski. Tutaj, wśród nich, czuje się pewnie i tutaj siada.

Ostrożny! mało kto jest tak ostrożny jak on. W sprawozdaniach z posiedzeń z pierwszych miesięcy w ogóle nie pojawia się nazwisko Josepha Fouché. Podczas gdy inni, gnani próżnością, pchają się natarczywie do głosu, zgłaszają propozycje, wygłaszają pompatyczne przemówienia, nawzajem się oskarżają i zwalczają, deputowany z Nantes ani razu nie pojawia się na podwyższeniu dla mówców. Słabość głosu, tak tłumaczy się wobec przyjaciół i wyborców, przeszkadza mu w publicznych wystąpieniach. A ponieważ wszyscy pozostali łapczywie i z niecierpliwością jeden przez drugiego rwą się do słowa, milczenie tego skromnego na pozór człowieka sprawia tylko sympatyczne wrażenie.

Jego skromność jest jednak w rzeczywistości wykalkulowana. Były fizyk najpierw oblicza stosunek sił, obserwuje, zwleka z zajęciem stanowiska, gdyż widzi, że szala zwycięstwa się chwieje. Dopóki nie przechyli się ostatecznie, ostrożny Fouché nie decyduje się zadeklarować po tej lub po tamtej stronie. Tylko nie wyczerpać się przedwcześnie, tylko się zbyt wcześnie nie określić, nie związać na zawsze! Jeszcze nie wiadomo, czy rewolucja pójdzie naprzód, czy też opadną jej fale; jak prawdziwy marynarski syn, Fouché czeka na pomyślny wiatr i na razie trzyma swój statek w porcie.

Jeszcze w Arras, za murami klasztoru, obserwował, jak szybko od „hosanna3 lud przechodzi do okrzyków „crucifiger4. Wszyscy lub prawie wszyscy, którzy wysunęli się na pierwszy plan w okresie Stanów Generalnych i Zgromadzenia Konstytucyjnego, dzisiaj są zapomniani albo znienawidzeni. Ciało Mirabeau, wczoraj jeszcze w Panteonie, dziś haniebnie stamtąd wyrzucone; La Fayette, kilka tygodni temu wielbiony triumfalnie jak ojciec ojczyzny, dziś jest już zdrajcą; Custine, Pétion, jeszcze niedawno radośnie witani, przemykają się już bojaźliwie z dala od tłumu. Nie, tylko nie ujawniać się zbyt wcześnie, nie określić zbyt pochopnie, niech najpierw wyczerpią, wypalą się inni! On, który wcześnie poznał świat, wie, że rewolucja nigdy nie należy do tego, kto ją rozpoczął, lecz zawsze do ostatniego, do tego, który jest na końcu i niczym zdobycz ciągnie ją ku sobie.

Toteż mądry, świadomie przycupnął w cieniu. Zbliża się do sprawujących władzę, ale sam unika wszelkiej oficjalnej, wszelkiej widocznej władzy. Miast grzmieć z trybuny i na łamach prasy, woli, by go wybierano do komitetów i komisji, skąd siedząc w cieniu można mieć wgląd w sytuację i wpływ na wydarzenia, unikając kontroli i nienawiści. I rzeczywiście, dzięki sprawności w pracy jest lubiany, niepozorny wygląd chroni go przed wszelką zawiścią. Z pokoju, w którym pracuje czekając, aż wybije jego godzina, może bez przeszkód patrzeć, jak pożerają się nawzajem tygrysy z Góry i pantery Żyrondy, jak wielcy zapaleńcy, górujący nad innymi, Verniaud, Condorcet, Desmoulins, Danton, Marat i Robespierre, ranią się nawzajem śmiertelnie. Przygląda się i czeka, gdyż wie: dopiero, kiedy zniszczą się nawzajem ci zapaleńcy, nadejdzie czas dla wyczekujących i inteligentnych. Fouché zawsze będzie decydował się dopiero wtedy, gdy bitwa zostanie już rozegrana.

Przez całe życie lubi stać w cieniu: nigdy naprawdę nie sprawować władzy, a przecież trzymać ją całkowicie w swoich rękach, pociągać za wszystkie nici, ale za nic nie ponosić odpowiedzialności. Zawsze ustawiać się za Pierwszym, kryć się za jego plecami, pchać go do przodu, a gdy tylko ten zapędzi się zbyt daleko, w decydującym momencie gładko się go zaprzeć, to będzie jego ulubiona rola. Najznakomitszy intrygant na politycznej scenie z taką samą wirtuozerią odgrywa ją w dwudziestu przebraniach, w niezliczonych epizodach, pod rządami republikanów, królów i cesarzy.

x

Stefan Zweig dał nam bardzo sugestywny i wyczerpujący obraz, jak on to określił, człowieka politycznego, jednocześnie opisując pewne mechanizmy czy prawa, jakimi rządzi się polityka. Po tej lekturze nie ma więc najmniejszych wątpliwości, że prawdziwa władza jest starannie ukryta, a jej zamiary nie są znane tym, których one dotyczą, czyli wyborcom. Chcą nie chcąc, między wierszami, napisał on o roli Kościoła w tworzeniu sceny politycznej. A rola ta wydaje się być fundamentalna. Trudno się dziwić, bo to najstarsza instytucja, a zatem dysponująca największą wiedzą i doświadczeniem. Czymże są bowiem tajne kancelarie państwowe i rządowe, do których ma dostęp każda nowa władza, wobec tych kościelnych? Za murami klasztorów kryją się archiwa, w które wgląd mają tylko nieliczni. Żadna wojna ich nie niszczy. Zatem wszelkie lustracje rządowe są tylko igrzyskami dla plebsu. Ale o tym nie trzeba głośno mówić.

A kim był Fouché? A może ciekawsze jest pytanie: czy miał swego oficera prowadzącego, który rezydował ukryty gdzieś głęboko w jakimś klasztorze? A czy w przypadku innych nie było podobnie?

W Wikipedii można znaleźć, bez większego wysiłku, parę ciekawych fragmentów, które opisują, choć nie wprost, mechanizm tworzenia sceny politycznej w trakcie tej rewolucji:

Jakobini (fr. Jacobins) – lewicowy klub polityczny działający w rewolucyjnej Francji. Został założony w 1789 w Paryżu jako Klub Bretoński. Na jego czele stał Maximilien Robespierre. 10 sierpnia 1790 roku został przemianowany na Stowarzyszenie Przyjaciół Konstytucji (Société des amis de la Constitution). U szczytu swojej potęgi klub miał setki kapituł rozsianych po całej Francji z całkowitą liczbą członków około 400 tys. Po upadku Robespierre’a klub został zlikwidowany. Jego członkowie byli przeciwni klerowi katolickiemu i religii chrześcijańskiej, w miejsce której ustanowili kult Istoty Najwyższej. Przydomek „jakobini” pochodzi od miejsca obrad w klasztorze zakonu dominikanów (zwanych jakobinami) w Paryżu.

Początkowo opowiadający się za monarchią konstytucyjną, jednak na drodze radykalizacji skłaniający się ku proklamacji republiki. Wynikało to z wewnętrznego podziału w partii i wyodrębnienia się feuillantów. Zwolennicy koncepcji republikańskiej z Maximilienem Robespierre’em na czele nadawali ton dalszej polityce ugrupowania. Do kolejnego podziału wewnętrznego doszło w obliczu wypowiedzenia przez Francję wojny Austrii. Jedni uważali, że należy szerzyć ideę rewolucji całemu światu, umacniając tym samym zdobycze rewolucji (żyrondyści). Obóz drugi z Robespierre’em na czele twierdził, iż Francja nie jest jeszcze na to gotowa. Po proklamowaniu Republiki klub przemianowano na Stowarzyszenie Przyjaciół Wolności i Równości (Société des amis de la liberté et de l’égalité).

Dla jakobinów celem było powołanie narodowego parlamentu, który – demokratycznie wybrany – byłby symbolem suwerennego państwa. W ten sposób przyczynili się m.in. do powstania nacjonalizmu.

Jakobinami nazywali członkowie konfederacji targowickiej polskich wyznawców radykalnej polityki rewolucyjnej – podczas insurekcji kościuszkowskiej ich czołowymi przedstawicielami byli Hugo Kołłątaj, Jakub Jasiński i Józef Zajączek. Członkiem zagranicznym klubu jakobinów został 24 grudnia 1790 późniejszy twórca konfederacji targowickiej, Stanisław Szczęsny Potocki.

Feuillanci (Feuillants) – klub polityczny czasów rewolucji francuskiej. Jego oficjalna nazwa brzmiała Stowarzyszenie 1789 roku. Klub został utworzony 16 lipca 1791 roku w wyniku secesji z klubu jakobinów, którego polityka ulegała stopniowej radykalizacji. Feuillanci jako miejsce swoich spotkań obrali bernardyński klasztor Feuillantów, dzięki czemu zaczęto tak nazywać to ugrupowanie. Feuillanci opowiadali się za monarchią konstytucyjną i rolą króla jako najwyższej władzy wykonawczej. Jednocześnie propagowali laicyzm i prowadzili umiarkowaną działalność antyklerykalną. Ich główną linią programową była demokratyzacja życia publicznego, wierność konstytucji i zakończenie dzieła rewolucji. Feuillanci byli najsilniejszym klubem politycznym w Legislatywie, z kolei wewnątrz podzieleni byli na dwie orientacje: lamenthystów (skupionych wokół Alexandre de Lametha) i fayettystów (skupionych wokół Marie Joseph de La Fayette’a) – stroniących od dworu królewskiego (La Fayette był wśród tego otoczenia persona non grata). Po obaleniu monarchii klub rozwiązano, a większość działaczy udała się na emigrację bądź odsunęła się od życia publicznego. Mimo to wielu z nich trafiło później na gilotynę.

Żyrondyści (fr. Girondins) – nieformalne stronnictwo polityczne z czasów rewolucji francuskiej, grupujące głównie przedstawicieli inteligencji i burżuazji, początkowo stanowiące prawe skrzydło jakobinów z programem monarchii konstytucyjnej i rządów parlamentarnych z zachowaniem swobód życia gospodarczego i religijnego.

Nazwa ugrupowania wywodzi się od departamentu Żyronda (fr. Gironde), a ten z kolei od Żyrondy, estuarium rzeki Garonny w południowej Francji), z którego pochodziła większość deputowanych. Członków tego stronnictwa zwano również brissotystami, od nazwiska ich głównego przywódcy Jakuba Brissot. Przyszli żyrondyści początkowo tworzyli klub jakobinów. Stronnictwo utworzone zostało na fali protestu wobec pokojowej polityki jakobinów. Część członków dokonała secesji na przełomie października i listopada 1791 roku.

Żyrondyści początkowo opowiadali się za monarchią konstytucyjną i ograniczeniem roli króla do funkcji reprezentacyjnych. W wyniku poparcia, jakim cieszyli się wśród ludności, otrzymali od Ludwika XVI misję tworzenia rządu. Byli gorącymi zwolennikami rozprzestrzeniania rewolucji w całej Europie i to pod ich wpływem Francja wypowiedziała wojnę Austrii 20 kwietnia 1792 roku, zapoczątkowując długi okres wojen z kolejnymi koalicjami. Szybko opowiedzieli się za republiką.

Żyronda utrzymywała w nowej republikańskiej rzeczywistości główny wpływ na władzę i to ją obarczano winą za klęski w wojnach i trudną sytuację gospodarczą. Szczególną nienawiścią żyrondystów darzyli sankiuloci i to oni, podjudzani przez kordelierów i jakobinów, dokonali 2 czerwca 1793 roku zamachu stanu, który doprowadził do unicestwienia stronnictwa. Czołowych przedstawicieli Żyrondy aresztowano, skazano na śmierć i zgilotynowano. Stronnictwo przestało istnieć, ale jego ocalali przedstawiciele wzięli udział w przewrocie termidoriańskim.

Żyrondyści dali początek idei politycznej zwanej żyrondyzmem. Ta umiarkowanie rewolucyjna idea (oparta na filozofii oświecenia i antyklerykalizmie) pojawiła się w czasie rządów Aleksandra Kiereńskiego w Rosji oraz w czasie rządów republikańskich w Hiszpanii w latach 1931–1936. W Polsce idea związana jest z tzw. lewicą laicką, prezentowaną przez Komitet Obrony Robotników, Unię Wolności i Partię Demokratyczną.

Sankiuloci (fr. sans-culottes czyli bez kulotów [bez gaci, czyli gołodupcy – przyp. W.L.], ważnego elementu ówczesnych garniturów) – pogardliwa nazwa stosowana przez stany wyższe w odniesieniu do najradykalniejszych uczestników rewolucji francuskiej (1789–1799), wywodzących się z robotników manufaktur, drobnych rzemieślników, kramarzy oraz bezrobotnych mieszkańców Paryża.

Sankiuloci tworzyli ruch niejednorodny, pozbawiony praw politycznych (od 1789 na statusie „obywateli biernych”), który nie wykształcił własnych struktur działając w lokalnych stowarzyszeniach, pozostających głównie pod wpływem kordelierów. Występowali przeciwko królowi Ludwikowi XVI, arystokracji, bogatej burżuazji, stanowiąc „zbrojne ramię” przywódców rewolucji. Odgrywali czołową rolę w szturmie na Bastylię (1789), obaleniu monarchii (1792), egzekucji króla (1793) i usunięciu żyrondystów (1793). Po przejęciu władzy przez jakobinów sankiuloci zostali dopuszczeni do funkcji wojskowych i administracyjnych, jednakże dążenia jakobinów do podporządkowania sobie całego społeczeństwa francuskiego doprowadziły do ostrego konfliktu z kordelierami i sankiulotami, którzy w lipcu 1794 wystąpili przeciwko jakobińskiemu terrorowi (przewrót 9 thermidora). Przywódcom sankiulotów wytoczono proces, ich przedstawicieli usunięto z organów władzy, sankiulotów rozbrojono, a ich działalność sparaliżowano. W okresie „thermidoriańskim” kilkakrotne, gwałtowne wystąpienia sankiulotów zostały krwawo stłumione, a wojskowa pacyfikacja robotniczych przedmieść Paryża w maju 1795 położyła kres ich ruchowi.

Radykalne oczekiwania i poglądy polityczne sankiulotów popychały burżuazyjne rządy rewolucji do coraz głębszych przemian społecznych. Wyróżniał ich ubiór – długie pantalony i czerwone czapki wolności – powstały w całkowitej opozycji do dotychczasowej mody arystokratycznej (krótkie bufiaste spodnie). Część ich programu przejął François Noël Babeuf i jego Sprzysiężenie Równych.

Kordelierzy (Cordeliers; od la corde – sznur) – klub polityczny z okresu rewolucji francuskiej założony 27 kwietnia 1790 roku w Paryżu. Jego pełna nazwa brzmiała Stowarzyszenie Przyjaciół Praw Człowieka i Obywatela (Société des Amis des droits de l’homme et du citoyen). W początkowym okresie rewolucji kordelierzy stanowili najbardziej radykalny blok lewicowy, żądając jako pierwsi ustanowienia republiki. Wkrótce podzielili się (nieformalnie) na dwa stronnictwa – radykalne, zwane hebertystami, i umiarkowane, zwane dantonistami. Niemal do końca współdziałali z jakobinami. W marcu roku 1794 doszło do trwałego rozłamu w klubie, w wyniku czego stronnictwo hebertystów upadło, a ich liderzy zostali zgilotynowani. Dantoniści zaś już kilka dni później stali się obiektem ataku jakobinów. W kwietniu, po zaaranżowanym procesie, główni przywódcy kordelierów zostali zgilotynowani, a klub rozwiązano.

x

Często wcześniej dziwiło mnie, dlaczego Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) pisze „Wielka Rewolucja Francuska” i „rewolucja październikowa”? Teraz rozumiem. Rewolucja październikowa tylko powielała „zdobycze” Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Po to właśnie wybrał się Napoleon na Moskwę, by jej idee przenieść na rosyjski grunt. Wszystko wtedy powstało, a więc człowiek polityczny, czyli współczesny polityk, obecny system polityczny i nacjonalizm. Nawet manifest komunistyczny nie jest dziełem Marksa, ale o tym w następnym blogu. Mechanizm jest stosunkowo prosty. Powstaje opozycja, w tym wypadku względem króla, czyli monarchii. Po zdobyciu władzy, czy może nawet wcześniej, w jej łonie tworzy się rozłam. Silniejsza strona dochodzi do władzy. Po jakimś czasie, z racji niepowodzeń w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, dochodzi do jej obalenia i opozycja zaczyna rządzić. I znowu pojawiają się problemy i niezadowolenie. W tym jednak wypadku, gdy brak opozycji, pojawia się dyktatura, czyli Napoleon. A gdy on ponosi porażki, to dochodzi do restauracji (jak ja lubię to słowo!) monarchii, ale już nie absolutnej tylko parlamentarnej. I tak to działa do dziś. Silna władza prezydencka to dawna monarchia, a silna władza parlamentu to dawna monarchia parlamentarna. Nic zatem nie zmienia się, poza tym, że zmieniają się nazwy. No właśnie! – Na początku było słowo. Wygląda na to, że to „Słowo” to potęga.

Kto zatem kieruje tym wszystkim? Kto pociąga za sznurki, które wiążą polityków? Wydaje się, że wszystkie drogi prowadzą do Kościoła, który za murami swoich potężnych klasztorów, prawie nietykalnych, skrywa niejedną tajemnicę. A gdy już trzeba zbombardować taki klasztor to uprzedza się o tym:

W czasie II wojny światowej wzgórze Monte Cassino było świetnym miejscem na bazę w tworzonej przez Niemców Linii Gustawa, ale marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem na zniszczenie klasztoru, o czym poinformował Watykan i dowództwo aliantów. Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowało niemieckie wojsko, jednak zdecydowali się na bombardowanie obawiając się, że w trakcie bitwy może się to zmienić. Na zbombardowanie klasztoru nalegał gen. Bernard Freyberg, dowódca Korpusu Nowozelandzkiego, którego dywizja miała szturmować górę. Wobec jego stanowczego stanowiska, sztab V Armii amerykańskiej wyraził zgodę na lotniczy atak na klasztor, chociaż wcześniej nie znajdował się na liście celów. Bombardowanie miało nastąpić początkowo 13 lutego 1944, ale z powodu złych warunków atmosferycznych przesunięto je o dwa dni. Publiczne ogłoszenie przez aliantów godziny bombardowania (15 lutego 1944), pozwoliło więc benedyktynom na zorganizowanie transportu i przewiezienie bezcennych skarbów kultury europejskiej, znajdujących się w klasztorze do Watykanu. – Wikipedia.

Czy te bezcenne skarby kultury europejskiej to również archiwa klasztorne?

  1. szlarafia – drobne sprężyny wypełniające materac, tapczany itp., zapewniające im dużą elastyczność i sprężystość. (niem. Schlaraffiamatratze, tj. schlaff-Raffia-Matratze ‘materac z wiotkiej rafii’) ↩︎
  2. tonsura – wygolone miejsce w kształcie kółka na głowie duchownego katolickiego; także: wygolony wierzch głowy u członków niektórych zakonów. ↩︎
  3. hosanna (ach, ratuj) – 1. okrzyk powitalny i modlitewny dawnych Żydów, używany w tymże znaczeniu także liturgii chrześcijańskiej. 2. przen. okrzyk wyrażający nastrój radosny, podniosły. ↩︎
  4. crucifiger (fr.) – ukrzyżować ↩︎

100 dni

Gdy tak obserwuję obecną scenę polityczną, to mam wrażenie, że jest tak jak zawsze, tyle że aktorzy coraz gorsi. A może to tylko moje subiektywne odczucie. Czym było owe 100 dni Napoleona? A może nie tylko to, może cała jego kariera i nie tylko jego? Czy rzeczywiście prawdziwi rządzący są niewidoczni, głęboko ukryci, ale realnie wpływający na naszą rzeczywistość? W przypadku rewolucji angielskiej szybko doszło do restauracji monarchii, w przypadku rewolucji francuskiej też szybko doszło do jej restauracji, a później jeszcze szybciej do ponownej. A zatem na brak restauracji nie możemy narzekać, więc głód nam nie grozi. Po co był ponowny powrót Napoleona do władzy na tak krótki okres? Najpierw mamy we Francji rewolucję, powstaje rząd rewolucyjny, a wraz z nim wielki bałagan i kłótnie frakcyjne, co uzasadnia wprowadzenie dyktatury. To pozwala na podbicie Europy kontynentalnej, by zaprowadzić w niej porządek prawny podobny do tego, który za rewolucji wprowadzono we Francji: poddani stali się obywatelami i otrzymali prawa wyborcze. Gdy to już zrobiono, to skierowano Napoleona do Rosji, by połamał sobie na niej zęby i gdy to się dokonało, pozbyto się go, zsyłając na wyspę, która „przypadkiem” leży tylko 20 km od wybrzeża Włoch, chyba tylko po to, by mógł on z powrotem łatwo dostać się na ląd. Natomiast kolejne zesłanie – na Wyspę św. Heleny, leżącą na południowym Atlantyku, z dala od wybrzeży Afryki – taki powrót uniemożliwiło. O co chodziło z tymi 100-tu dniami? Proste pytanie, a odpowiedź niestety trudna.

Wikipedia m.in. pisze:

Zaczynał karierę jako dowódca artylerii w wojskach rewolucji francuskiej, walczący z paryskim powstaniem rojalistów, z Monarchią Habsburgów i z Królestwem Wielkiej Brytanii. Obalił francuskie rządy Dyrektoriatu przez zamach stanu, wprowadził nową konstytucję i kontynuował walkę z Austrią, zdobywając nowe ziemie. Jako cesarz kontynuował walki z Austrią i Wielką Brytanią, a także sprzymierzoną z nimi carską Rosją, zdobywając m.in. tereny I Rzeszy Niemieckiej, dalsze części Półwyspu Apenińskiego oraz Bałkanów. Walki z dotychczasowymi wrogami oraz z Królestwem Prus i Królestwem Szwecji przyniosły mu tereny tego pierwszego państwa, z których utworzył Księstwo Warszawskie. Walczył z Wielką Brytanią także gospodarczo, za pomocą embarga znanego jako blokada kontynentalna. Obalił również władze Hiszpanii i Portugalii, wprowadzając tam przychylne mu rządy. Przy wsparciu Wielkiej Armii najechał na Rosję, ale po zdobyciu Paryża przez sprzymierzonych i jego zajęciu przez Rosjan 31 marca 1814 roku się abdykował. Doszło do pierwszej restauracji Burbonów. Wrócił do rządów w czasie znanym jako 100 dni Napoleona, jednak jego przegrana z Wielką Brytanią i Prusami w bitwie pod Waterloo skończyła się pojmaniem przez Brytyjczyków, ostatecznym uwięzieniem i drugą restauracją Burbonów. Mimo finalnej porażki Napoléon Bonaparte uchodzi za jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych w dziejach i bywa nazywany geniuszem wojny. Walki Francji pod przywództwem Bonapartego są znane jako wojny napoleońskie. Wywarły one wpływ na niemal całą Europę, skutkując między innymi utworzeniem Cesarstwa Austrii, upadkiem I Rzeszy Niemieckiej i kongresem wiedeńskim, na którym powołano Związek Niemiecki.

Bonaparte to także wpływowy reformator polityczny, kontynuujący pewne cele rewolucji francuskiej. We Francji i na podbitych terenach wprowadził kodeks cywilny znany jako Kodeks Napoleona, wprowadzający m.in. wolność religijną, świeckość państwa i małżeństwa cywilne z możliwością rozwodu. Kodeks ten był wzorcem dla przepisów innych państw, a jego niektóre zapisy obowiązywały w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Napoleońskie wojny i reformy przyczyniły się do upadku feudalizmu w Europie i zastąpienia go kapitalizmem. Rządy i poglądy Bonapartego i jego kontynuatorów są znane jako bonapartyzm i uznawane za nowożytną formę cezaryzmu.

Wczesne lata

Po wybuchu rewolucji francuskiej Bonaparte nie od razu ją poparł. Zgłosił się do korsykańskich powstańców Paolego, w konsekwencji odmowy przyjęcia przeszedł na stronę francuską. W kwietniu 1791 został awansowany na porucznika. Kiedy Paoli w maju 1793 wywołał antyfrancuskie powstanie, rodzina Bonapartych musiała uciekać z wyspy.

W lipcu 1793, Bonaparte opublikował pro-republikański pamflet pt. Le souper de Beaucaire (Kolacja w Beaucaire), którym zjednał sobie wsparcie Augustyna Robespierre’a, młodszego brata lidera Rewolucji, Maksymiliana Robespierre’a. Z pomocą swojego korsykańskiego znajomego, Antoine’a Christophe’a Salicetiego, Bonaparte został zaprzysiężony kapitanem artylerii sił rewolucyjnych podczas oblężenia Tulonu.

Po upadku jakobinów, z którymi był związany, znalazł się chwilowo w więzieniu, a potem przez kilkanaście miesięcy pozostawał bez przydziału. Dopiero lider Dyrektoriatu Paul Barras, który pamiętał Napoleona z okresu oblężenia Tulonu, powołał go do objęcia dowództwa nad oddziałami broniącymi Republiki w czasie rojalistycznego powstania 13 Vendémiaire (5 października 1795). Pozwoliło to Napoleonowi kolejny raz wykazać się skutecznością, przez zastosowanie w walkach ulicznych artylerii. Po tym wydarzeniu został mianowany dowódcą wojsk wewnętrznych i generałem dywizji.

9 marca 1796, mając 27 lat, poślubił owdowiałą arystokratkę Józefinę de Beauharnais, która po śmierci swojego męża była kochanką Barrasa i kilku innych wpływowych polityków. To wówczas zmienił nazwisko, nadając mu francuską pisownię i wymowę. Kilka dni po ślubie z Józefiną, Napoleon objął dowództwo nad wojskami francuskimi walczącymi z Austriakami na terytorium północnej Italii i spekulowano, że stało się tak dzięki znajomościom Józefiny.

W 1797 roku trwała wciąż wojna Francji z Monarchią Brytyjską, ostatnim państwem I koalicji antyfrancuskiej, zawiązanej w 1793 roku przeciwko rewolucji we Francji. By zmusić Wielką Brytanię do zakończenia wojny, Napoleon Bonaparte zaproponował podbicie Indii – perły Korony Brytyjskiej. W tym celu Napoleon ruszył na Egipt, mający być przyszłą bazą wypadową do ataku na Indie. Wyprawa egipska doszła do skutku w maju 1798 roku. Wzięło w niej udział 38 tysięcy marynarzy i żołnierzy oraz 175 uczonych i artystów, którzy mieli badać kulturę i historię Egiptu. Ich zasługą było odkrycie na nowo dla Europy historii starożytnego Egiptu.

Zamach stanu 18 brumaire’a

Napoleon, nie czekając na ostateczne zakończenie kampanii, powrócił do Francji. Katastrofalny autorytet rządzącego wówczas we Francji dyrektoriatu dawał wielkie nadzieje wszelkiego typu spiskowcom i zamachowcom. Rząd był zbyt skorumpowany i niekompetentny, aby poradzić sobie z problemami, jakie dotknęły państwo.

Pomysł przejęcia władzy na drodze zamachu stanu wyszedł od księdza Emanuela Sieyèsa, który wszedł do dyrektoriatu w maju 1799 roku, razem z nim spiskował inny dyrektor Roger Ducos, były minister spraw zagranicznych Charles Talleyrand, a także szef policji Joseph Fouché. Napoleon miał z początku jedynie poprzeć zamach wojskiem i swym autorytetem, jakim cieszył się wśród paryżan. Początkowo wybrano do tego zadania generała Jouberta, ale ten zginął w bitwie pod Novi 15 sierpnia 1799 roku, wśród konspiratorów wstawił się za Bonapartem Talleyrand.

Zamach stanu miał się odbyć 16 i 17 brumaire’a (7 i 8 listopada), ostatecznie jednak przesunięto go na 9 i 10 listopada. Pierwszego dnia Napoleon spotkał się o szóstej rano z sześćdziesięcioma oficerami 17 Okręgu Wojskowego oraz adiutantami z Gwardii Narodowej, wtedy „dobitnie przedstawił im rozpaczliwe położenie Republiki i poprosił o to, aby udowodnić swoje przywiązanie do jego osoby, składając przysięgę wierności obu izbom”. Mniej więcej w tym samym czasie, w pałacu Tuileries, przegłosowano mianowanie Napoleona dowódcą 17 Okręgu Wojskowego i Gwardii Narodowej oraz przeniesiono mające się odbyć następnego dnia obrady izb ustawodawczych do Saint-Cloud. Udało się to zrobić dzięki zwołaniu obrad o niesamowicie wczesnej porze i niepowiadomieniu członków Rady Starszych przeciwnych Napoleonowi. Następnie Bonaparte przybył osobiście do izby ustawodawczej i wygłosił przemówienie, w którym odwołał się do jedności narodowej Francuzów i które zostało bardzo ciepło przyjęte. Jeszcze tego dnia ze swych stanowisk ustąpili Ducos i Sieyès.

Nazajutrz 10 listopada obie izby ustawodawcze zebrały się na obradach w Saint-Cloud, przybył tam także Napoleon, by przemówić do Rady Starszych i Rady Pięciuset i przekonać ich do porzucenia konstytucji roku 3. Tego dnia bowiem przekupstwem i groźbami zmuszono pozostałych dyrektorów do ustąpienia ze stanowiska, powstała więc próżnia we władzy. Tak brzmiała jego (bardzo dobrze przyjęta) przemowa do Rady Starszych:

„Jesteście na wulkanie. Republika nie ma już rządu; dyrektoriat został rozwiązany, frakcje się miotają. Nadszedł czas decyzji. Wezwaliście mnie i moich towarzyszy broni, żebyśmy wsparli waszą mądrość, ale czas jest cenny. Musimy zdecydować. Wiem, że mówimy o Cezarze, o Cromwellu, jakby obecną chwilę można było porównać do wydarzeń z przeszłości. Ale tak nie jest, a ja pragnę jedynie bezpieczeństwa Republiki i chcę wspierać decyzje, jakie zamierzacie podjąć”

Następnie próbował przemówić do Rady Pięciuset, ale nie dano mu dojść do głosu i musiał uciekać pod osłoną grenadierów. Słychać wtedy było takie okrzyki jak: „Precz z tyranem!”, „Cromwell!”, „Wyjąć go spod prawa!”. Wtedy Napoleon i Lucjan, jego brat, pozyskali wsparcie 400 żołnierzy ochraniających Ciało Prawodawcze. W tym celu musieli odegrać istne przedstawienie, w którym Lucjan mierzył szpadą w Napoleona, mówiąc, że gdyby chciał sięgnąć po władzę, osobiście by go zabił. Przekonywali żołnierzy, że większość deputowanych Rady Pięciuset została sterroryzowana przez garstkę „fanatyków na angielskim żołdzie”. Do sali wdarło się wojsko pod wodzą Murata i rozpędziło przeciwników Bonapartego, następnie Lucjan, przewodniczący posiedzeniu, zebrał ok. 50 członków Rady i przegłosował odpowiednie ustawy: Ducosa, Sieyèsa i Napoleona mianowano tymczasowymi konsulami, a także zawieszono obrady izby ustawodawczej i wyrzucono z niej 61 przeciwników nowego reżimu. Nowa konstytucja miała zostać opracowana przez komisję łącznie 50 deputowanych z obu izb ustawodawczych, ale prawdopodobnie została opracowana już wcześniej przez Sieyèsa.

Klęska

Po klęsce Francuzów w kampanii moskiewskiej wojna rozgorzała ponownie w 1813 na terytoriach niemieckich. Napoleonowi udało się sprowadzić z Francji nową 150-tysięczną armię i początkowo odniósł zwycięstwa w bitwach pod Lützen, Dreznem i Budziszynem. Poniósł jednak klęskę w wielkiej Bitwie Narodów pod Lipskiem, rozegranej w dniach 16–19 października 1813. Bitwa pod Lipskiem była największą bitwą w historii wojen napoleońskich. Poległ w niej m.in. Józef Poniatowski, który był jedynym marszałkiem polskiej narodowości. Po zdobyciu Paryża przez Sprzymierzonych 31 marca 1814 rozpoczęła się rosyjska okupacja miasta.

Abdykacja

Pod wpływem nalegań części swoich marszałków Napoleon abdykował 6 kwietnia, zrzekając się władzy na rzecz syna, powierzając regencję swej żonie Marii Ludwice. Koalicja państw zawiązana przeciwko Napoleonowi zażądała jednak bezwarunkowej kapitulacji i zrzeczenia się tronu. Bonaparte, wobec zdrady marszałka Marmonta, bezwarunkową abdykację podpisał 6 kwietnia 1814 roku, co zostało potwierdzone konwencją z 11 kwietnia (tzw. traktat z Fontainebleau, który wszedł w życie 13 kwietnia). Zesłano go na wyspę Elbę, położoną na Morzu Śródziemnym, 20 km od wybrzeża Włoch.

100 dni

W kwietniu 1814 francuski Senat ogłosił detronizację cesarza Napoleona i sprowadził brata zgilotynowanego Ludwika XVI, aby ten objął rządy. Napoleon abdykował 6 kwietnia, zachowując tytuł cesarski i otrzymał dożywotnio we władanie wyspę Elbę na Morzu Śródziemnym. Jego żona Maria Luiza i syn Napoleon II otrzymali Księstwo Parmy i Piacenzy. 30 maja 1814 VI koalicja podpisała w Paryżu korzystny dla Francji pokój (I pokój paryski) z Ludwikiem XVIII Burbonem jako królem. Nowy ład w Europie miał być zatwierdzony na kongresie w Wiedniu, który zebrał się we wrześniu 1814. Ludwik XVIII wprowadził Kartę Konstytucyjną utrzymującą wolność słowa, równość i braterstwo; powołał dwuizbowy parlament (Izba Deputowanych i Izba Parów). Społeczeństwo obawiało się powrotu rządów absolutystycznych, dawna arystokracja wprowadzała chaos, a dymisje napoleońskich generałów oraz odebranie inwalidom wojennym prawa do rent obniżały morale armii, odrodził się kult Napoleona.

Cesarz zdecydował się na powrót i 26 lutego 1815 opuścił Elbę. 1 marca o godzinie 2:00 w nocy wylądował z oddziałami liczącymi około 800 ludzi w zatoce Juan (dziś niewielka miejscowość plażowa Golfe-Juan w gminie Vallauris, w okręgu Grasse) na Riwierze. Rozpoczął w ten sposób tak zwany „lot orła” – blisko trzytygodniową podróż do stolicy, w trakcie której z wygnańca na powrót stał się cesarzem Francuzów. Po biwaku w oliwnym gaju oddziały wyruszyły w drogę o godzinie 23:00. 4 marca dotarli do Digne, 5 marca do Gap, gdzie została wydrukowana proklamacja, którą cesarz podyktował 28 lutego, jeszcze na pokładzie statku. 6 marca dotarli do Corps, położonego u stóp dzisiejszego sanktuarium maryjnego La Salette. We wtorek 7 marca przez La Mure i Plateau Mateysine podążyli na północ. Wczesnym popołudniem na rozległych błoniach nad Wielkim Jeziorem Laffrey cesarzowi zastąpił drogę batalion piechoty. Wystąpienie cesarza do żołnierzy i przejście tego oddziału na stronę Napoleona (tak zwane Spotkanie na Łące Laffrey) uznawane jest za kluczowy moment epopei „100 dni” Napoleona.

20 marca dotarł do Paryża, wszędzie owacyjnie witany przez Francuzów i o godzinie 21:00 tego dnia zajął Pałac Tuileries, opuszczony zaledwie 20 godzin wcześniej przez króla Ludwika XVIII. Tu 22 kwietnia ogłosił liberalną konstytucję, opracowaną przez Benjamina Constanta.

Do ostatecznej bitwy doszło na terenie Belgii, gdzie stacjonowały, nie rozwiązane jeszcze, wojska VI koalicji (pruskie pod dowództwem feldmarszałka Blüchera i brytyjskie księcia Wellingtona). Wprawdzie część armii pruskiej została wcześniej powstrzymana, lecz i tak Blücherowi udało się w decydującym momencie bitwy pod Waterloo, kiedy zwycięstwo Francuzów było bliskie, wesprzeć potężnymi siłami pruskimi Wellingtona, w konsekwencji czego koalicja Wielkiej Brytanii i Prus ostatecznie pokonała Napoleona (18 czerwca 1815). Rezultatem był II pokój paryski podpisany w listopadzie 1815.

22 czerwca 1815 Napoleon, po „100 dniach”, abdykował kolejny raz. 3 lipca 1815 przyjechał do Rochefort, chcąc przedostać się do Ameryki, jednak ze względu na blokadę portu przez okręty Royal Navy było to niewykonalne. 8 lipca 1815 powrócił do Paryża Ludwik XVIII. 15 lipca 1815 Napoleon poddał się kapitanowi fregaty HMS „Bellerophon” Frederickowi Maitlandowi i jako więzień brytyjski dowieziony został do Plymouth. 31 lipca 1815 delegacja rządu brytyjskiego oznajmiła Napoleonowi, że będzie deportowany na Wyspę Świętej Heleny. 7 sierpnia 1815 więźnia przeniesiono na HMS „Northumberland”; podróż do miejsca zesłania trwała od 7 sierpnia do 15 października 1815. Napoleon zmarł w Longwood House na Wyspie Świętej Heleny 5 maja 1821.

Wojny napoleońskie zakończyły się na terenie Belgii w 1815 roku kapitulacją Francji i internowaniem obalonego Napoleona na Wyspie Świętej Heleny, na południowym Atlantyku. Klęska armii Napoleona przesądzona została na polach bitewnych, ale przyczynili się do niej również sami Francuzi. Zdrada oficerów i żołnierzy, których Napoleon wyniósł, dając im tytuły i zaszczyty, przesądziła o klęsce. W ostatnim okresie panowania Bonapartego dochodziło do spisków i zdrad, przykładem może być tajna współpraca byłego napoleońskiego ministra dyplomacji, księcia Charles’a Talleyranda, z carem Rosji Aleksandrem I.

x

W listopadzie 1799 roku, a więc w 10 lat po wybuchu rewolucji, dochodzi do zamachu stanu. W tym czasie rządzi Dyrektoriat, czyli pięcioosobowy rząd. Parlament to Rada Starszych i Rada Pięciuset. W maju 1799 roku w skład Dyrektoriatu wchodzi ksiądz Emmanuel Sieyes i spiskuje z dwoma innymi członkami Dyrektoriatu, czyli, w pewnym sensie, rząd sam siebie obala. W tym samym czasie przegłosowano (kto?) w Pałacu Tuileries mianowanie Napoleona dowódcą Gwardii Narodowej. 10 listopada zebrały się dwie izby ustawodawcze: Rada Starszych i Rada Pięciuset. Rada Pięciuset nie poparła Napoleona i wtedy wsparło go 400 żołnierzy z ochrony parlamentu. Zanim jednak do tego doszło, to Napoleon przebywał w Egipcie, bo niby miała to być baza wypadowa do ataku na Indie w celu osłabienia Anglii. Jednak nie dokończył tej kampanii, tylko wrócił do Francji. Czy samowolnie podjął taką decyzję, czy z czyjegoś rozkazu? O tym nigdzie nie piszą. Czy zatem rozkaz otrzymał od jakiegoś wysoko postawionego masona?

Po klęsce w bitwie pod Lipskiem Napoleon abdykował 6 kwietnia 1814 roku i został zesłany na Elbę. Wojska okupacyjne opuściły Paryż w czerwcu. Wikipedia pisze, że cesarz zdecydował się na powrót 26 lutego 1815 roku. Wypada więc zapytać czy to było zesłanie, czy – nie? Bo skoro sam zdecydował się na powrót, to znaczy, że nie było zesłania, tylko posuniecie taktyczne. A może znowu ktoś mu wydał rozkaz do powrotu?

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) pisze:

„Na wieść o głębokim niezadowoleniu, jakie wzbudziły we Francji rządy Burbonów, oraz o sporach wśród zwycięzców zebranych na kongresie wiedeńskim Napoleon wylądował w zatoce Juan na czele drobnego oddziału wojska i, bez żadnego wystrzału, opanował cały kraj, deklarując rządy liberalne i pokojowe. Władcy Europy odrzucili jego oświadczenie i uznali go za wyjętego spod prawa. Uprzedzając przeciwników, Napoleon wkroczył do Belgii i tu, w bitwie pod Waterloo 18 V 1815, poniósł druzgocącą klęskę.”

Z kolei Niall Ferguson, w książce Potęga pieniądza – Finansowa historia świata Wydawnictwo Literackie, 2010, pisze:

Wellington nazwał bitwę pod Waterloo „najbardziej wyrównanym starciem, jakie dane mu było oglądać”. Po całodziennych zajadłych natarciach, kontrnatarciach i bohaterskich obronach, nadejście spóźnionej armii pruskiej okazało się rozstrzygające.

W tej samej książce, nieco wcześniej, pisze:

„Rankiem 18 czerwca 1815 roku liczące 67 tysięcy żołnierzy oddziały brytyjskie, holenderskie i niemieckie pod dowództwem księcia Wellingtona stanęły na polach pod Waterloo niedaleko Brukseli, naprzeciwko niemal równie licznych wojsk francuskich dowodzonych przez cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte. Bitwa pod Waterloo była kulminacyjnym punktem konfliktu zbrojnego między Anglią a Francją, trwającego z krótkimi przerwami przez ponad dwadzieścia lat. Było to jednak coś więcej niż tylko walka wrogich armii. Było to także starcie dwóch konkurencyjnych systemów finansowych: francuskiego, który za czasów Napoleona polegał głównie na grabieży (w formie podatków nakładanych na podbite narody), i brytyjskiego, opartego na długu publicznym.”

Czy zatem nie mieliśmy w tym wypadku do czynienia ze starciem dwóch żydowskich frakcji: kontynentalnej i brytyjskiej, w walce o dominację w Europie i na świecie. Rewolucja angielska pozwoliła Żydom na powrót do Anglii i skutkowała utworzeniem banku centralnego w tym kraju. Rewolucja francuska zapewniła francuskiemu mieszczaństwu, czyli Żydom, pozycję dominującą we francuskim społeczeństwie, a po podboju Europy również w społeczeństwach innych państw europejskich.

Czy dziś nie mamy do czynienia z podobną sytuacją? Czy to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, czyli walka Żydów amerykańskich z pozostałymi, którzy ukrywają się za parawanem unii europejskiej i państw BRICS? – Tego nie wiem. Polityka żydowska jest wielowątkowa, wielowarstwowa i wielce zagmatwana. Bardzo trudno jest ją rozszyfrować.

Starożytny Rzym

Poprzedni blog był poświęcony starożytnej Grecji. W tym wypada zastanowić się, czym był starożytny Rzym, ile z niej zapożyczył i co nowego wniósł do dziejów świata. Ujmując to najbardziej lapidarnie jak się da, to można powiedzieć, że Grecja to kultura, a Rzym to organizacja społeczeństwa, państwa i prawo rzymskie, które do dziś jest najważniejszym przedmiotem na studiach prawniczych. Wikipedia bardzo obszernie i szczegółowo opisuje dzieje starożytnego Rzymu. Ja starałem się wybrać z niej pewne fragmenty z okresu Rzymu królewskiego i Republiki rzymskiej, które stały się podstawą do stworzenia wartości europejskich, jakbyśmy to dziś powiedzieli. To, co stało się pod koniec istnienia średniej republiki, było, w mojej ocenie, punktem zwrotnym w dziejach starożytnego Rzymu i świata. W 133 roku p.n.e. trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy, by ziemię, będącą własnością wspólną, rozdzielić wśród biedniejszych obywateli, czemu przeciwstawili się wielcy właściciele ziemscy, którzy często tę ziemię dzierżawili od dłuższego czasu i uważali ją za swoją. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu, bo dotychczas żaden trybun nie występował przeciwko innemu. Wydaje mi się, że to jest ten moment, w którym lud stracił realny wpływ na władzę i stał się nic nie znaczącym do niej dodatkiem i tak jest do dziś. Ciekawe, że takie samo podłoże miał ruch egzekucyjny w XVI wielu w Rzeczypospolitej, którego celem była reforma państwa. Średnia szlachta domagała się zwrotu nielegalnie zajętych przez magnatów dóbr królewskich.

Starożytny Rzym – cywilizacja rozwijająca się w basenie Morza Śródziemnego i części Europy. Jej kolebką było miasto i późniejsza stolica Rzym, leżące w Italii, które w pewnym momencie swoich dziejów rozpoczęło ekspansję, rozszerzając swoje panowanie na znaczne obszary i wchłaniając m.in. kulturę starożytnej Grecji. Cywilizacja rzymska, nazywana też niekiedy grecko-rzymską, razem z pochodzącą z Bliskiego Wschodu religią – chrześcijaństwem, stworzyła podstawy późniejszej cywilizacji europejskiej. Miasto Rzym zaczęło kształtować się w VIII wieku p.n.e., natomiast kres stworzonego przez nie państwa nastąpił formalnie w 1453 roku n.e. (wraz z upadkiem Konstantynopola i tym samym Cesarstwa Bizantyńskiego), choć dosyć często jako koniec starożytnego Rzymu przyjmuje się rok 476 n.e., w którym upadło cesarstwo zachodniorzymskie.

Dzieje Rzymu można podzielić na następujące okresy:

Rzym królewski – od początków miasta (założenie Rzymu przez Romulusa – tradycyjna data to 753 p.n.e.) do obalenia ostatniego króla – Tarkwiniusza Pysznego – roku 509 p.n.e.

Republika rzymska – lata 509-27 p.n.e.

  • okres wczesnej Republiki – od obalenia Tarkwiniusza Pysznego (509 p.n.e.) do zakończenia podboju Italii (zdobyciem Volsini) w 264 p.n.e.
  • okres średniej Republiki – od rozpoczęcia wojen punickich (264 p.n.e.) do roku 133 p.n.e.
  • okres późnej Republiki – od rozpoczęcia reform agrarnych przez braci Grakchów (Tyberiusza i Gajusza) w 133 p.n.e. do upadku Republiki w 27 p.n.e. (podaje się także rok 31 p.n.e. lub 30 p.n.e.)

Cesarstwo Rzymskie – od ogłoszenia Oktawiana Augustem 27 p.n.e. do upadku Konstantynopola w 1453 n.e.

  • okres wczesnego Cesarstwa – od ustanowienia pryncypatu przez Oktawiana w 27 p.n.e. do śmierci Marka Aureliusza (koniec pax Romana) w 180 n.e.
  • okres średniego Cesarstwa – od śmierci Marka Aureliusza (180 n.e.) do objęcia władzy przez Dioklecjana i wprowadzenia dominatu w roku 284
  • okres późnego Cesarstwa – od objęcia władzy przez Dioklecjana w 284 do podziału Cesarstwa po śmierci Teodozjusza w 395

W 395 roku nastąpił ostateczny podział cesarstwa na dwa niezależne państwa:

  • Cesarstwo zachodniorzymskie – zlikwidowane w 476 roku (obalenie ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa przez Odoakra
  • Cesarstwo Bizantyjskie (Bizancjum) – upadło w 1453 na skutek zdobycia Konstantynopola przez Turków Osmańskich

x

Rzym królewski (łac. Regnum Romanum) – okres w dziejach starożytnego Rzymu trwający według tradycji od założenia miasta przez legendarnego Romulusa w 753 p.n.e. do obalenia monarchii i wprowadzenia Republiki przez Lucjusza Juniusza Brutusa w 509 p.n.e.

Większość znanych źródeł literackich dotyczących Rzymu królewskiego to wytwór o wiele późniejszej historiografii senatorskiej i poezji doby cesarstwa (I wiek p.n.e. – I wiek n.e.). Przekaz przez nie prezentowany to pomieszanie legend i faktów historycznych. Wynika z niego, że najstarsza osada powstała w środkowych Włoszech, na wzgórzu palatyńskim (łac. Mons Palatinus), nad rzeką Tyber, w obrębie tzw. Roma quadrata.

Ustrój

Rzym we wczesnym okresie był monarchią, tzn. że pełnia władzy w mieście (łac. imperium) przypadała królowi. Władca (łac. rex) dowodził armią, a także posiadał pełnię władzy cywilnej, sądowej i religijnej. Jej pozostałości znane są także w postaci tytulatury funkcji religijnych, które przeszły w ręce członków rodów patrycjuszowskich w okresie późniejszym np.: król ofiar (łac. rex sacrorum), regia nazwa budynku kolegium pontyfików, interregnum okres pomiędzy ustąpieniem jednego z najwyższych urzędników a nastaniem kolejnego, czy też regifugium doroczne święto obchodzone 24 lutego na cześć ucieczki ostatniego króla. Według tradycji król był obieralny przez zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Królowi przysługiwały zapożyczone od Etrusków insygnia zwane fasces.

Senat w okresie królewskim miał najprawdopodobniej funkcję doradczą. Należeli do niego przedstawiciele możnych rodów (pierwotnie 100). Znaczenia nabierał w okresie bezkrólewia, kiedy to wyznaczał interrexów, tzn. urzędników wypełniających obowiązki króla i zmieniających się co 5 dni. Trwało to do momentu wyboru nowego władcy, co ważne zatwierdzanego przez senat (łac. patrum auctoritas) na podstawie pomyślnych wróżb (łac. inauguratio).

Obok króla i senatu trzecim organem władzy było zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Niestety niewiele o nim wiadomo poza faktem, że głosowano na nim według kurii, które były najprawdopodobniej, jak w innych miastach latyńskich, pozostałością podziałów rodowych z okresu przedmiejskiego.

Społeczeństwo

Podstawową jednostką społeczną starożytnego Rzymu była rodzina. Na jej czele stał pater familias (ojciec rodziny) mający nieograniczoną władzę (łac. auctoritas) nad wszystkimi członkami rodziny, niewolnymi oraz mieniem.

Spokrewnione rodziny łączyły się ze sobą w rody (łac. gens), a jego członkowie nosili oprócz imion indywidualnych także imię rodowe (łac. nomen gentile, np. Fabiusze, Juliusze, Klaudiusze itp.). Rody łączyły się w kurie (łac. co viria, zgromadzenie mężczyzn) początkowo w liczbie trzydziestu. Każda kuria zobowiązana była do wystawienia 10 jeźdźców (łac. decuria) i 100 pieszych (łac. centuria) w przypadku wojny. Dziesięć kurii tworzyło tribus (łac. tribu, plemię).

Zasadnicza linia podziału społeczeństwa Rzymu królewskiego przebiegała pomiędzy poszczególnymi grupami wolnych obywateli. Warstwę wyższą tworzyły bogate rody arystokratyczne (tzw. patrycjusze), a niższą plebejusze (łac. plebes, lud). Mozaikę tę uzupełniali uzależnieni od możnych klienci (często wyzwoleńcy) oraz ludzie niewolni.

x

Republika rzymska – (łac. Res publica Romana) – okres w historii starożytnego Rzymu, w którym był on republiką, trwający od upadku królestwa w 509*1 do początku cesarstwa w 27.

Wczesna republika

Powstanie republiki i konflikt pomiędzy plebejuszami i patrycjuszami

Zgodnie z rzymską tradycją historyczną od momentu swojego powstania Rzym był rządzony przez królów. Ostatnim z nich miał być Tarquinius Superbus (534* – 509*), którego tyrańskie rządy zakończyły się wygnaniem z Rzymu. Po obaleniu monarchii Rzym stał się republiką, co wiązało się przede wszystkim z postawieniem na czele państwa dwóch jednorocznych urzędników o równej władzy, początkowo prawdopodobnie nazywanych pretorami, a później konsulami. Prawo do sprawowania konsulatu i innych urzędów przysługiwało jedynie patrycjuszom, którzy tworzyli zamknięty stan arystokratyczny, ponieważ tylko ich uważano za uprawnionych do dokonywania czynności o charakterze sakralnym (w szczególności auspicjów) podtrzymujących więzi pomiędzy Rzymem a bogami. W roku 494* grupa obywateli postanowiła się zbuntować przeciwko nadużyciom konsulów i opuściła Rzym, po czym zawiązała sprzysiężenie, powołując spośród siebie dwóch trybunów, mających chronić członków sprzysiężenia przed nadużyciami urzędników. Średniozamożni plebejusze, bo pod taką nazwą stali się znani członkowie sprzysiężenia, stanowili zasadniczą część rzymskiej armii, stąd patrycjusze nie mogli ich po prostu zignorować. Tak rozpoczęła się trwająca dwa wieki walka patrycjuszy z plebejuszami. Pierwszym znaczącym sukcesem plebejuszy była kodyfikacja prawa w postaci tzw. Prawa XII tablic z 449*, która ograniczyła samowolę urzędników. W tym samym roku republika uznała także istnienie organizacji plebejskiej i nietykalność trybunów. W latach 444* – 367* zamiast konsulów powoływano 3 lub 6 trybunów konsularnych, przy czym kilkukrotnie stali się nimi plebejusze. Pozycja organizacji plebejuszy wzrosła w IV w. p.n.e., kiedy zaczęła ona zdobywać poparcie wśród rzymskiej biedoty domagając się rozdziału pomiędzy obywateli ziemi publicznej (ager publicus) oraz uchwalenia ustaw chroniących przed niewolą za długi. To w tym okresie do plebejuszy zaliczono wszystkich obywateli rzymskich nie będących patrycjuszami. W roku 367* plebejuszy dopuszczono do konsulatu, zaś w 326* zniesiono niewolę za długi. Za ostateczny koniec konfliktu pomiędzy plebejuszami a patrycjuszami uważa się uchwalenie w roku 287 lex Hortensia, zgodnie z którą uchwały komicjów plebejskich (plebiscitia) uzyskały moc ustaw (leges) wiążących całe państwo bez obowiązkowego dotychczas zatwierdzenia senatu. Ostatecznie pewna część górnej warstwy plebsu zespoliła się z patrycjuszami poprzez mieszane małżeństwa i wspólne sprawowanie urzędów, tak że zaczęła się wytwarzać nowa arystokracja senatorska, określana często mianem nobilitas.

Podbój Italii

Kompromis pomiędzy patrycjuszami a plebejuszami został zawarty w obliczu konieczności wspólnego prowadzenia wojen, które doprowadziły Rzym do podboju całej Italii. Po upadku monarchii Rzym od nowa uregulował stosunki z Latynami zawierając z nimi w roku 493* przymierze znane jako foedus Cassianum. Prowadzone w V w. wojny, skierowane przede wszystkim przeciwko Wolskom, Aeuquom i Sabinom, przynosiły korzyści wszystkim członkom przymierza. Przełomowym wydarzeniem było zdobycie w roku 396* wielkiego etruskiego miasta Veii. Miasto zostało zniszczone, a jego mieszkańcy wymordowani lub sprzedani w niewolę, tak że cała jego ziemia uprawna mogła zostać rozdzielona. (…) W 282 Rzym sprowokował wojnę z ostatnim niezależnym miastem Italii, Tarentem, który zwrócił się o pomoc do króla Epiru Pyrrusa (307–302, 297–272). W trakcie wojny z Pyrrusem (280–275) Rzymianie doznali szeregu porażek, jednak w krytycznym momencie udało im się zawrzeć sojusz z Kartaginą. W roku 275 Pyrrus wycofał się z Italii, zaś jego śmierć w roku 272 stała się sygnałem do kapitulacji Tarentu i dotychczas nieugiętych Samnitów. Za ostatni akt podboju Italii uznaje się zdobycie przez Rzym etruskiego miasta Volsinii w 264.

Społeczeństwo i ustrój wczesnej republiki

Podbój Italii był możliwy, ponieważ Rzymianie stworzyli mechanizmy powodujące, iż każde kolejne zwycięstwo pomnażało ich potęgę. Odbywało się to przede wszystkim poprzez osadzanie na zdobytej ziemi (po uprzedniej eksterminacji lub wygnaniu poprzednich mieszkańców) własnych obywateli, głównie w ramach tzw. kolonii. Ponieważ armia rzymska miała charakter obywatelski, tj. składała się z Rzymian zobowiązanych do różnego rodzaju służby wojskowej zależnie od wielkości posiadanego majątku (najbogatsi tworzyli kawalerię, najbiedniejsi służyli jako procarze) każdy taki przydział ziemi oznaczał zwiększenie potencjału militarnego państwa. Mieszkańcom wielu podbitych miast nadawano rzymskie obywatelstwo (często było to tzw. civitates sine suffragio, czyli bez praw politycznych), przy zachowaniu poprzedniego. Tego rodzaju nadal autonomiczne osady były nazywane municypiami. Ci nowi obywatele, zdegradowani zarówno politycznie, jak i majątkowo, musieli początkowo odczuwać wobec zdobywców ogromny resentyment, jednak nieustanna ekspansja ich nowych władców dawała im szansę odzyskania statusu quo ante, a nawet jego podwyższenia, kosztem kolejnych ofiar Rzymu. W ten sposób „raz skorzystawszy z owoców zaborczości, której sami padli byli ofiarą, nowi obywatele nie mieli już wyboru i stawali się takimi samymi patriotami rzymskimi jak obywatele optimo iure. Ta polityka rozciągania własnego obywatelstwa na ludy podbite była być może największą różnicą kultury politycznej Rzymu w stosunku do greckich polis, gdzie obowiązywała zasada obywatelskiego ekskluzywizmu. W okresach przerw pomiędzy wielkimi wojnami Rzymianie atakowali znacznie słabszych przeciwników, często ich sprzymierzeńców, pod różnymi pretekstami traktowanych jak buntownicy, i konfiskowali część ich ziemi. Ta brutalność była akceptowana przez wszystkie warstwy społeczeństwa, ponieważ chłopom dawała upragnioną ziemię i łupy, zaś ich wodzom sławę i bogactwo.

Najłagodniejszą formą podporządkowania Rzymowi był sojusz (foedus), zakładający udzielanie pomocy wojskowej (auxilia). Kontyngenty sprzymierzeńców, którzy zachowywali wewnętrzną autonomię i poza tym nie płacili daniny, stanowiły ponad połowę rzymskiej armii. Szczególną kategorię stanowili Latynowie, którym przysługiwało tzw. ius latinum, niepełna forma obywatelstwa rzymskiego, zgodnie z którą mogli oni korzystać z praw politycznych po przeniesieniu się do Rzymu. Od czasu zwycięstwa nad Latynami w 338* Rzymianie stosowali zasadę zgodnie z którą z każdym pokonanym przeciwnikiem zawierali osobny traktat (jeśli nie unicestwili go całkowicie) i chociaż sprzymierzeńcy byli związani sojuszem z nimi, to nie mogli zawierać sojuszy pomiędzy sobą. W ten sposób Rzymianie mogli wygrywać animozje pomiędzy sprzymierzeńcami, różnicując ich status według swojego upodobania, zgodnie z zasadą divide et impera. Oznaczało to iż Italia „pozostała luźną federacją silnie uzależnionych od Rzymu państewek. Sam Rzym zachował formy ustrojowe miasta państwa (civitas) i naczelne władze rzymskie pozostały w zasadzie władzami miejskimi”.

W III w. wykształciły się ostatecznie republikańskie instytucje, z których większość miała istnieć aż do końca funkcjonowania państwa rzymskiego, nawet jeśli w okresie cesarstwa przestała się z nimi wiązać rzeczywista władza. Suwerenną władzę w republice sprawował lud rzymski (populus Romanus), który wypowiadał się poprzez zgromadzenia. Istniały trzy rodzaje zgromadzeń. Komicja centurialne były zorganizowane według podziału obywateli na klasy majątkowe, co zapewniało przewagę w głosowaniach najbogatszym. To one wybierały wyższych magistratów: konsulów, pretorów i cenzorów, zatwierdzały traktaty z obcymi państwami oraz decydowały o wojnie i pokoju. Komicja tribusowe były zorganizowane na podstawie okręgów, tribus, poprzez które głosowano. W III wieku stały się one głównym organem ustawodawczym (chociaż uprawnienia w tym zakresie posiadały też komicja centurialne). Wybierano na nich także niższych magistratów: edylów kurulnych i kwestorów. Concilia plebis, także oparte na organizacji tribusowej (głosy w ramach tribus liczono tu jednak na zasadach całkowicie egalitarnych), wybierały trybunów ludowych i edylów plebejskich, oraz wydawały wspomniane już powyżej plebiscitia, które od 287 miały moc ustaw. Najwyższymi urzędnikami byli wybierani na okres jednego roku dwaj konsulowie, których władza (imperium), będąca przedłużeniem dawnej władzy królewskiej, była teoretycznie nieograniczona. Ich decyzje mogły zostać podważone jedynie przez odwołanie się obywatela do ludu (ius provocationis) oraz veto trybunów ludowych. (…) Rzymski senat był początkowo jedynie ciałem doradczym, z racji jednorocznych kadencji najważniejszych urzędników oraz przebywania konsulów z reguły poza granicami miasta stał się symbolem ciągłości państwa oraz organem w ramach którego podejmowano najważniejsze decyzje o strategicznym znaczeniu. Było to spowodowane także składem senatu, obejmującego byłych magistratów, na czele z dawnymi konsulami i pretorami. Nawet jeśli uchwały senatu (senatus consultum) formalnie rzecz biorąc były jedynie zaleceniami, to sprawujący swój urząd tylko przez rok konsul nie mógł sobie raczej pozwolić na zlekceważenie zdania swoich kolegów. Z biegiem czasu kompetencje senatu coraz bardziej się rozrastały, przy czym w okresie wczesnej republiki do najważniejszych należało zarządzanie finansami państwa oraz nadzorowanie spraw kultu religijnego.

Republika w okresie wielkich podbojów

Wojny punickie

Wojny punickie – nazwa ogólna dla konfliktów zbrojnych między Republiką rzymską a Kartaginą, państwem powstałym z fenickiej (łac. Poeni – Fenicjanie, punicus – fenicki, bella punica – wojny fenickie) kolonii w Afryce Północnej (obecnie Tunezja), jakie rozegrały się z przerwami w okresie od 264 do 146 r. p.n.e.

Kartagina i jej kolonie przed pierwszą wojną punicką; źródło: Wikipedia.

W polityce Kartaginy w III wieku p.n.e. zarysowały się dwa kierunki dalszego rozwoju:

  • pierwszy, popierany przez kupiectwo i rzemieślników, głosił rozszerzenie wpływów w terytoriach zamorskich poprzez podboje i kolonizację (w tym handlową)
  • drugi, zgodny z interesem właścicieli ziemskich, stawiał za główny cel utrwalenie już posiadanych zdobyczy afrykańskich i ich jak najefektywniejsze

Najwięcej zwolenników znalazł wariant pierwszy, gdyż podstawą ekonomicznego bytu Kartaginy był handel i handel pośredniczy. Transakcje zawierane przez Kartaginę dotyczyły w głównej mierze produktów rolnych, wyrobów rzemiosła, metali (w tym szlachetnych) oraz niewolników, na których oparte było stojące na bardzo wysokim poziomie rolnictwo. Penetracja militarna i handlowa Morza Śródziemnego prowadzona przez Kartaginę, uzależniała od niej w dużej części handel tego rejonu. Jednak poważną przeszkodę w osiągnięciu całkowitej dominacji handlowej stanowiły wolne miasta greckie położone na Sycylii, która była uważana za spichlerz rejonów śródziemnomorskich. Dzięki położeniu na przecięciu morskich szlaków handlowych miała duże znaczenie gospodarcze, strategiczne i polityczne. W kartagińskim posiadaniu znajdowały się położone w zachodniej części Sycylii posiadłości: Lilibeum, Drepanum i Panormus, jednak ich znaczenie w porównaniu z Syrakuzami czy Mesyną było nieznaczne. Opanowanie lub uzależnienie od siebie tych miast było jednym z głównych celów ekspansji kartagińskiej. Sycylia pełniła równocześnie niebagatelną rolę w planach rzymskich. Wyspa miała służyć jako dostawca żywności do Wiecznego Miasta, a także stanowić rodzaj buforu ochronnego w razie agresji ze strony Kartaginy.

Przed wojnami punickimi Rzym zajmował tylko tereny współczesnych Włoch. Do Fenicji należały prawie cała Sycylia – bez Mesyny i Syrakuz, które były wolnymi miastami greckimi – Korsyka, Sardynia, północne wybrzeże Afryki i południowa część Hiszpanii. Po tych wojnach stały się one częścią Rzymu.

Wojny z państwami hellenistycznymi

W latach 229–228 Rzymianie zajęli część Illiri, tym samym inaugurując swoją ekspansję na Bałkanach. Oznaczało to jednak ingerencję w strefę wpływów Macedonii i w 215 król Filip V (221–179) zawarł z Hannibalem układ przewidujący iż po zwycięstwie tego ostatniego rzymskie posiadłości w Illirii przejdą na jego rzecz. W odpowiedzi Rzym zawarł sojusz z Etolami (związek wspólnot i poleis greckich) i doprowadził do wybuchu nierozstrzygniętej tzw. I wojny macedońskiej (215–205). Po pokonaniu Kartaginy Rzymianie niezwłocznie przystąpili do ostatecznej rozprawy z Filipem, który został całkowicie pokonany w trakcie II wojny macedońskiej (200–196). Rzymianie ogłosili miasta greckie wolnymi, niezadowoleni z takiego stanu rzeczy byli jednak Etolowie, którzy tym samym nie uzyskali oczekiwanych zdobyczy. Zachęcany do tego przez Etolów, w roku 192 przeciwko Rzymowi wystąpił Seleukida Antioch III (223–187), rychło jednak okazało się, że pozostali Grecy są mu niechętni i w obliczu rzymskiej przewagi musiał on opuścić Europę. O losach wojny z Seleukidami zdecydowało rzymskie zwycięstwo pod Magnezją, po którym w 188 Antioch zgodził się wycofać z Azji Mniejszej aż po góry Taurus, zapłacić gigantyczną kontrybucję i zrezygnować z posiadania floty. Etolowie stali się państwem klienckim Rzymu, którego hegemonia nad światem hellenistycznym nie ulegała odtąd wątpliwości. Kolejna wojna z Macedonią w latach 171–167 doprowadziła do zagłady tego państwa, które zostało podzielone na cztery podlegające Rzymowi republiki. Do ostatecznego podporządkowania terenów Grecji doszło w latach 148–146, kiedy po stłumieniu rebelii w dawnej Macedonii i pokonaniu zbyt niezależnego z rzymskiego punktu widzenia Związku Achajskiego utworzono w tym regionie prowincję, kończąc tym samym definitywnie z fikcją greckiej wolności z łaski Rzymu.

Podbój Galii Cisalpejskiej i Iberii

Po zakończeniu II wojny punickiej Rzymianie przystąpili do systematycznego podbijania Gali Cisalpejskiej. Do roku 196 pokonano Kenomanów i Insubrów, jednak Bojowie skapitulowali dopiero po 11 latach nieprzerwanych walk (201–191), podczas których Rzymianie przegrali przynajmniej trzy walne bitwy. W latach 187–180 podbito Ligurów, jednak walki z pomniejszymi ludami Galii Cisalpejskiej miały się toczyć aż do 155.

Wielkość Półwyspu Iberyjskiego oraz siła zamieszkujących go ludów sprawiła, że okazał się on najtrudniejszą do ujarzmienia zdobyczą Rzymian. Rzymska obecność w Iberii była związana z zajęciem tamtejszych posiadłości Kartaginy w czasie II wojny punickiej, została zaś uregulowana w 197 utworzeniem dwóch prowincji, Hiszpanii Dalszej i Bliższej. Przez następne niemal dwadzieścia lat Rzymianie prowadzili walki z Celtyberami (w Hiszpanii Bliższej) i Luzytanami (w Hiszpanii Dalszej), jednak pomimo zwycięstw nie byli w stanie ich ujarzmić. Sytuacja zmieniła się dopiero za sprawą namiestnika Hiszpanii Bliższej Tiberiusa Gracchusa (180–178), który zaczął zawierać z miejscowymi ludami układy regulujące ich powinności wobec republiki. Ta polityka, kontynuowana przez jego następców, dała Iberii ćwierć wieku pokoju. Około 155 Rzymianie wznowili politykę agresji, co w pierwszym rzędzie doprowadziło do wybuchu wojny z Luzytanami. Ich najważniejszy przywódca, Wiriatus, zadał Rzymowi cały szereg klęsk w latach 147 do 139, dopóki nie został skrytobójczo zamordowany. W Hiszpanii Bliższej głównym przeciwnikiem byli Arewakowie i Rzymianie ponieśli całą serię porażek próbując zdobyć ich główne miasto, Numancję. W 137 cała rzymska armia konsularna została otoczona i konsul Mancinus był zmuszony zaprzysiąc pokój, nie zatwierdzony jednak później przez senat. Dopiero w 133 ogromna armia pod wodzą zdobywcy Kartaginy, Scipio Aemilianusa, pokonała Numantyńczyków i zrównała miasto z ziemią. Po zakończeniu tej wojny w rękach Rzymian znalazła się cała Iberia z wyjątkiem regionu Gór Kantabryjskich.

Ekspansja Rzymu w II wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia.

Powstanie systemu prowincjonalnego

Po zdobyciu Sycylii Rzymianie potraktowali jej mieszkańców inaczej, niż wcześniej podbijane ludy Italii – nie otrzymali oni statusu sprzymierzeńców, lecz zostali uznani za poddanych i obciążeni daniną (vectigal) i cłami. (…) W związku z powyższym Rzymianie musieli zorganizować rządy na terenach zamorskich inaczej niż w Italii, do czego wstępem było ustanowienie w roku 227 dwóch dodatkowych pretorów, którzy mieli sprawować swoją władzę (imperium) wyłącznie na Sycylii i Sardynii (z Korsyką). Takie określenie zakresu władzy Rzymianie nazywali provincia (np. prowincje konsulów były niemal zawsze obszarami wyznaczonymi im dla toczenia wojen) teraz jednak ten termin, dotąd przywiązany do osób, „został po raz pierwszy związany na stałe z pewnymi terytoriami: w czas wojny i w czas pokoju, Sycylia i Sardynia były odtąd rok po roku obszarami sprawowania władzy przez rzymskich urzędników”.

Niemal do końca republiki tak rozumiane prowincje zasadniczo nie straciły swojego charakteru – były one obszarami działań wojskowych rzymskich magistratów (nawet jeśli polegały one tylko na bezkrwawej okupacji), którzy stojąc na czele swych oddziałów rządzili danym regionem na zasadzie stanu wojennego, posiadając nieograniczoną władzę wojskowego dowódcy. Oznaczało to także, że ściągane z prowincji podatki przez długi czas były traktowane jak właściwie przedłużenie wojskowych kontrybucji, a namiestnicy uważali podlegające im tereny za podlegające rabunkowi jak kraje podbite.

Wzrost pozycji senatu

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

Przemiany społeczne

Zamorska ekspansja Rzymu dramatycznie zmieniła jego społeczeństwo i pozwoliła na zniesienie podatku od majątku (tributum) w Italii po zwycięstwie w wojnie z Macedonią w 167. W największym stopniu korzystali jednak na niej członkowie nobilitas i ludzie z nimi związani. Po konfiskacie części ziemi pokonanego przeciwnika Rzymianie włączali ją do areału ziemi publicznej (ager publicus). Jej część była potem rozdzielana pomiędzy obywateli, a część sprzedawana lub użytkowana na zasadzie faktycznego zajmowania, bez tytułu własności (possessio). Teoretycznie można było użytkować jedynie do 500 iugera ziemi (125 hektarów), w praktyce jednak zamożni Rzymianie bezustannie przekraczali ten limit. Wielka własność ziemska zaczęła powstawać już podczas podboju Italii, a rozrosła się ogromnie gdy po II wojnie punickiej do ager publicus włączono tereny południowej Italii skonfiskowane sprzymierzeńcom, którzy zdradzili Rzym podczas wojny z Hannibalem. Podczas gdy większość ziemi skonfiskowanej w Galii Cisalpejskiej została rozdzielona pomiędzy rzymskich obywateli, ziemia publiczna południowej Italii stała się obszarem na którym na zasadzie possessio istniały wielkie majątki ziemskie. Ich istnienie było możliwe także dlatego, że w wyniku podbojów do Rzymu napłynęło tysiące niewolników, którzy stali się pracownikami latyfundiów, i to od tego momentu niewolna siła robocza zaczyna odgrywać istotną rolę w gospodarce Italii. Zgodnie z zasadą terra Italia przyjmowano iż mieszkańcy Italii nie powinni mieszkać poza nią, co w praktyce oznaczało, że nie przydzielano im ziemi w zdobytych prowincjach. Akcja kolonizacyjna w Gali Cisalpejskiej właściwie ustała pod koniec lat siedemdziesiątych II w. i od tego momentu obywatele nie mogli się już spodziewać, że ich wysiłek zbrojny zostanie wynagrodzony ziemią. Było to tym bardziej dotkliwe, że wojny toczyły się teraz nie w Italii, a w odległych zamorskich regionach, przy czym żołnierze często pozostawali poza domem przez wiele lat, co powodowało upadek ich gospodarstw. W rezultacie w II w. armia rzymska zaczęła mieć problemy z poborem, zwłaszcza na wojnę w Iberii, która nie oferowała perspektywy zdobycia wielkich łupów, a kojarzyła się z długoletnią służbą z dala od domu i dużą szansą na śmierć, ranę lub niewolę. Ponadto działki przyznawane kolonistom nadal pozwalały jedynie na skromne utrzymanie, podczas gdy w ówczesnej Italii zaczęła powstawać rozwinięta gospodarka towarowo-pieniężna, oferująca całkiem inne perspektywy życiowe. Weterani wracali do podupadłych gospodarstw i musieli konkurować z gospodarstwami używającymi niewolników. Alternatywą dla życia na ubogiej wsi było sprzedanie nobilitas ziemi, czasami wymuszone, i emigracja do Rzymu, gdzie obywatele mogli żyć pełniąc jedynie rolę klienta rzymskiej elity władzy, bądź osiedlenie się w prowincji, gdzie Rzymianin natychmiast stawał się członkiem miejscowej warstwy wyższej. W tym samym czasie przedstawiciele nobilitas tworzyli ogromne fortuny dzięki łupom, darom od obcych państw, udziałowi w rozwijającym się handlu międzynarodowym i korzystaniu z ager publicus. Rosło zatem społeczne rozwarstwienie i wiążące się z nim niezadowolenie klas niższych.

Kryzys i upadek republiki

Reformy Gracchów i epoka Mariusa

Konflikt interesów pomiędzy nobilitas a niższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa w pełni ujawnił się w 133, kiedy trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy przewidującej rozdzielenie ziemi wchodzącej w skład ager publicus pośród biedniejszych obywateli. Pomimo że jego propozycje były podobne do wielu inicjatyw tego rodzaju we wcześniejszej historii Rzymu spotkały się one z gwałtownym oporem wielkich właścicieli ziemskich, którzy, czasami dzierżąc ziemię publiczną przez okres dwóch pokoleń, od dawna uważali ją za swoją własność i nie zamierzali się nią z kimkolwiek dzielić. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu – dotychczas nigdy trybun nie występował przeciwko innemu trybunowi – i doprowadziło do dyskusji czy trybun może działać wbrew woli plebsu. (…) Wydarzenia czasów Gracchów doprowadziły jednak do tego iż ta zgoda pomiędzy różnymi instytucjami, reprezentującymi różne elementy społeczeństwa, została bezpowrotnie utracona, a rozdzierający odtąd republikę konflikt ostatecznie doprowadził do jej upadku. Jego oznaką było powstanie dwóch stronnictw, które miały zdominować ostatnie lata istnienia republiki – popularów, będących duchowymi spadkobiercami Gracchów, oraz optymatów, broniących republiki przed ich zdaniem niszczącymi dla niej próbami zmian.

x

Zbigniew Krasnowski w swojej książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja” w 2021 roku pisze:

Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:

„Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej…” – „Hajnt”, nr 35, 10 II 1931r., „Bron. Huberman wypowiada swoje wrażenia z podróży do Erec Israel”, A. Alperin, koresp. z Paryża.

Jeśli tak jest, to wypada tę myśl rozwinąć i zapytać czy tylko wartości pozytywne, czy również negatywne? Bo jeśli to Żydzi wytworzyli te wszystkie wartości, to są odpowiedzialni za wszystko, co było dobre, ale również i za to, co było złe.

Gdy czyta się książki czy opracowania historyczne, to prawie zawsze pewne zdarzenia są opisane w formie bezosobowej, a więc, że wybuchła rewolucja, że obalono monarchię, a później republikę itp. Samo się to jednak nie zrobiło, a skoro tak, to kto? Tu odpowiedzi brak.

Greckie miasta rozwinęły się wokół wszystkich wybrzeży Morza Śródziemnego. Czy już wtedy byli tam Żydzi? Przypadek Persji jest wielce zastanawiający, bo wygląda na to, że to państwo samo na siebie napadło. To tak jakby Słowacja w 1939 roku, będąc państwem satelickim III Rzeszy, napadła na nią i pokonała ją. Takim państwem wasalnym Persji była Macedonia. Początkowo opanowała ona Grecję, a następnie podbiła Persję. Czy nie po to, by Żydzi greccy mogli osiedlić się we wszystkich państwach, które Persja uprzednio sobie podporządkowała? W ten sposób, jako Grecy, rozsiedli się m.in. na terenach obecnej Syrii, Turcji i Egiptu. I gdy Rzym wchłonął te tereny, to razem z tymi Żydami. A to oznaczało, że Rzym zaaplikował sobie truciznę, która, działając powoli, ale skutecznie, doprowadziła do jego upadku.

Dopóki Rzym rozwijał się na półwyspie, to jeszcze to jakoś działało i lud miał wpływ na politykę. Gdy jednak zaczął podbijać tereny zamorskie, to sytuacja zmieniła się:

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

A więc wpływ cudzoziemców był coraz większy i to ich interesy były realizowane. Żydzi opanowali Rzym, a po jego upadku dominowali na trenach, które on podbił, czyli w Europie Zachodniej. Z państw hellenistycznych powstało Bizancjum, którego spadkobiercą stała się Rosja. Czym zatem jest konflikt Zachodu ze Wschodem, również ten obecny? Po obu stronach Żydzi pociągają za sznurki.

Żydzi poprzez rozproszenie i asymilację zdobywają przewagę ekonomiczną i polityczną we wszystkich narodach rdzennych. Wnikają głęboko w ich tkankę i tworzą „walczące” ze sobą partie i stronnictwa. W III RP są obecni w tych „propolskich” środowiskach i w tych opozycyjnych. Z jednej strony Żydzi, obywatele III RP, reprezentują interesy Ukrainy, a z drugiej – Żydzi, obywatele III RP, demonstrują swoje patriotyczne postawy. W ten sposób pociągają za sobą innych obywateli, nieświadomych i ulegających emocjom. Taka to żydowska gra od czasów najdawniejszych, od czasów starożytnej Grecji i starożytnego Rzymu, a może nawet od jeszcze dawniejszych. Nic zatem dziwnego, że naród tak stary, przekazujący z pokolenia na pokolenie wiedzę i doświadczenie przodków, tak konsekwentny w działaniu, że ten naród dominuje wśród narodów rdzennych.

  1. Daty opatrzone asteriskiem podane są według tzw. chronologii varroniańskiej, ustalonej w I w. p.n.e. przez Marcusa Terentiusa Varrona na podstawie przyjętej przez niego listy eponimicznych (określających rok) rzymskich magistratów: konsulów, decemwirów i trybunów konsularnych. W stosunku do chronologii absolutnej daty chronologii varroniańskiej cofają daty wcześniejsze niż 333 p.n.e. o cztery lata (stąd 753 p.n.e.* to 749 p.n.e.), 332–325 p.n.e. – o trzy lata, 323–310 p.n.e. – o dwa lata, 308–302 p.n.e. – o rok; od 300 p.n.e. daty są zgodne z chronologią absolutną. Zobacz F.W. Walbank et al. (red.): The Cambridge Ancient History. Second Edition. Volume VII. Part II. The Rise of Rome to 220 B.C. Cambridge: Cambridge University Press. ↩︎

Starożytna Grecja

Żeby zrozumieć, czym było Imperium Rzymskie, trzeba cofnąć się do wcześniejszego okresu, do starożytnej Grecji, ale żeby wyrobić sobie bardziej ogólny pogląd, to trzeba cofnąć się do czasów Hamana i Estery. O tym w blogu Purim. Poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

Dzieje starożytnej Grecji (Hellady) to historia kilku następujących po sobie wysokich kultur oddzielonych „ciemnymi wiekami” i wielkimi migracjami. O najstarszej z tych kultur (jeszcze przedhelleńskiej) zwanej od mitycznego króla Minosa kulturą minojską, która rozwinęła się w III tysiącleciu p.n.e. na Krecie, wiadomo stosunkowo najmniej. Jej świadectwem są ruiny wielkich pałaców odkryte w Knossos i Fajstos. Nie wiadomo, kim byli ich budowniczowie. Nie udało się dotąd odczytać dwóch starszych z trzech pozostawionych przez nich systemów pisma. Z badań archeologicznych wynika, że w 2 połowie III tysiąclecia p.n.e. na wyspie znajdowało się wiele niezależnych małych państw. Pod koniec tysiąclecia władcy z Knossos podporządkowali sobie sąsiadów. Korzystne położenie geograficzne pozwoliło Kreteńczykom uczestniczyć w wymianie handlowej między ośrodkami cywilizacji greckich a Bliskim Wschodem i Egiptem. Zyski z handlu zainwestowano w rozwój floty, co uczyniło z Krety w XIX-XVIII w. p.n.e. największe mocarstwo morskie. Około 1800 p.n.e. Kreteńczycy założyli pierwszą kolonię na Kyterze, a wkrótce potem następne na innych wyspach Morza Egejskiego. W XV w. p.n.e. kultura minojska załamała się, co wiązane jest z erupcją wulkanu na wyspie Thira i – prawdopodobnie – z następstwami tsunami powstałego w trakcie tego wybuchu.

Przedstawiciele kultury mykeńskiej (greccy Achajowie) ukształtowanej w XV w. p.n.e. na Peloponezie, zniszczyli pałace na Krecie i narzucili wyspie swoje zwierzchnictwo. Posługiwali się przejętym od Kreteńczyków alfabetem, tzw. pismem linearnym B (odczytanym). Śladami ich działalności budowlanej są ruiny twierdz w Mykenach i Tyrynsie, a aktywności politycznej – późniejszy, literacki opis wojny z Troją w Azji Mniejszej (Iliada Homera).

W XII w. p.n.e. kultura mykeńska upadła – miasta zostały zniszczone, pismo wyszło z użycia. Stało się tak za przyczyną napływu obcych ludów i, być może, trzęsień ziemi. Czas od XII do VIII w. p.n.e. nosi w historii Grecji nazwę „wieków ciemnych”. W tym czasie Grecy kolonizowali wybrzeża Anatolii, powstały m.in. miasta Efez i Milet.

Greckie kolonie (kolor czerwony) powstałe do VI wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia; autor: Gepgepgep – praca własna.

„Właściwa” starożytna Grecja ukształtowała się między VIII a VI w. p.n.e. Uformowały się wówczas państwa-miasta, terytorialne wspólnoty obywateli zwane polis. Powstał alfabet, pierwsze zbiory praw, umocniła się wspólnota kulturowa Greków, bazująca na wspólnocie języka, religii i tradycji zawartej w poematach epickich takich jak Iliada i Odyseja, a także na uznaniu ogólnogreckich ośrodków kultu: Zeusa w Olimpii oraz Apollina w Delos i w Delfach, igrzysk w Olimpii i wyroczni delfickiej. Emigracja ludności poszukującej lepszych warunków życia zaowocowała powstaniem kolonii greckich w całym basenie Morza Śródziemnego (Italia, Sycylia, tereny dzisiejszej Francji i Hiszpanii, Libii, Egiptu, Cypru i pd. Turcji) oraz nad Morzem Czarnym.

Pod koniec tego okresu ustaliła się ostatecznie odmienność ustrojowa największej polis Sparty, stale zagrożonej buntami podbitej ludności, zmilitaryzowanej i zamkniętej w swych granicach. Drugie co do wielkości, ale najludniejsze miasto-państwo Hellady, otwarte i ożywione handlem Ateny, przechodziło w VI w. przemiany ustrojowe, które do udziału w sprawowaniu władzy włączały kolejne grupy obywateli. Demokracja ateńska rozwinęła się w pełni w V w. Losowanie urzędów i wynagradzanie obywateli za sprawowanie funkcji publicznych umożliwiło wówczas bezpośredni udział w rządach nawet najuboższym.

Konflikt grecko-perski w latach 499-479; źródło: Wikipedia; Bibi Saint-Pol, praca własna. Macedonia oznaczona jest jako państwo wasalne Persji.

Konflikt między Persją i greckimi koloniami w Azji Mniejszej, a następnie atak perski na poleis na Półwyspie Bałkańskim sprawił, że u progu V w. p.n.e. zagrożeni w swych siedzibach Grecy wspólnie wystąpili przeciw najeźdźcom. Współdziałanie Aten i Sparty pozwoliło zwyciężyć Persów (490–470 p.n.e.), ale korzyści polityczne z sukcesu wyniosły głównie Ateny. Nadal obawiające się Persów mniejsze polis uznały ich hegemonię i przyłączały się do kierowanego przez nie Związku Morskiego. Rywalizacja obu państw doprowadziła do kilkudziesięcioletniej wojny, w której zaangażowali się także sojusznicy Sparty ze Związku Peloponeskiego i Aten ze Związku Morskiego. Mimo udziału w kolejnych wojnach, Ateny były w V w. p.n.e. niekwestionowaną stolicą kulturalną Grecji.

Wzrost pozycji Macedonii (360-336 p.n.e.)

Macedonia do połowy IV wieku p.n.e. pozostawała na peryferiach świata greckiego. Jej mieszkańcy etnicznie i językowo pokrewni Grekom, byli przez nich uznawani za po części barbarzyńców, jednak kraj stopniowo upodabniał się kulturowo do reszty Hellady. Decydującą zmianą w historii Macedonii było wstąpienia na tron w 360 p.n.e. Filipa II, wcześniej zakładnika w Tebach podczas szczytu potęgi tego polis. Nowy król zreformował armię, tworząc formację falangi macedońskiej, a także kawalerii tzw. hetajrów. Pokonał zagrażających państwu z północy Dardanów, potem dzięki zręcznej polityce i podbojom (m.in. w Tracji gdzie zajął greckie poleis oraz kopalnie złota) znacząco poszerzył granice i zasoby Macedonii. Interwencja podczas tzw. III wojny świętej w Grecji Środkowej dała mu możliwość przyłączenia w 352 p.n.e. Tesalii, później anektował poleis Związku Chalcydyckiego oraz dalsze tereny w Tracji aż po Morze Czarne. Rosnąca pozycja Macedonii doprowadziła do wojny z sojuszem Aten i Teb zakończonej sukcesem Filipa. W 337 r. p.n.e. narzucił on całej Grecji (z wyjątkiem Sparty) swoją hegemonię, tworząc Związek Koryncki – formalnie sojusz mający walczyć z Persją, w rzeczywistości narzędzie dominacji macedońskiej. Kolejnym etapem podbojów Filipa była wojna z Persją, rozpoczęta w 336 r. p.n.e., jednak tego samego roku król padł ofiarą zamachu, a na tronie macedońskim zasiadł jego dwudziestoletni syn, Aleksander, później nazwany Wielkim.

Panowanie Aleksandra Wielkiego (336-323 p.n.e.)

Młody król szybko stłumił opór miast greckich i został wybrany hegemonem Związku Korynckiego. Jednak gdy ruszył na wyprawę w głąb Bałkanów w Tebach wybuchło powstanie. Aleksander szybko wrócił do Beocji, zdobył i zrównał z ziemią miasto. Czyn ten ostudził w Grecji nastroje antymacedońskie i pozwolił władcy na kontynuowanie rozpoczętej przez ojca rozprawy z Persją. W 334 p.n.e. z wielką armią przekroczył Hellespont i rozpoczął kampanię, która po kilku latach walk uczyniła go panem całego rozległo państwa perskiego (obejmującego Azję Mniejszą, Lewant i Syrię, Egipt, Mezopotamię oraz Iran), którego stolicą uczynił Babilon. W 327 r. p.n.e. przekroczył Hindukusz i z sukcesami walczył w Indiach, lecz opór znużonej armii zmusił go do powrotu do Babilonu w 324 r. p.n.e., gdzie zajął się organizowaniem swojego imperium oraz planami kolejnych podbojów. Latem 323 r. p.n.e. niespełna 33-letni władca zmarł pozostawiając ogromne państwo dowódcom swojej armii. Jego podboje i włączenie pod panowanie macedońsko-greckie wielkich obszarów na Wschodzie zapoczątkowało nowy okres w dziejach Grecji.

Okres hellenistyczny (323-30 p.n.e.)

Imperium Macedońskie (336-323) i królestwa Diadochów w 301 roku p.n.e. i w 200 roku p.n.e.; Wikipedia, Captain Blood,praca własna.

Kształtowanie się świata hellenistycznego

Ogromne państwo Aleksandra szybko stało się polem walki pomiędzy jego dowódcami starającymi się wykroić dla siebie własne królestwa – nazwano ich diadochami, a toczone przez nich walki wojnami diadochów. Także część greckich poleis pod przywództwem Aten spróbowała uzyskać niezależność w tzw. wojnie lamijskiej z lat 323–321 p.n.e., ale uległy armii macedońskiej. Wojny diadochów trwające blisko 40 lat po śmierci Aleksandra doprowadziły do powstania trzech królestw, rządzonych przez dynastie wywodzące się od ich założycieli:

  • państwo Seleucydów z centrum w Syrii, obejmującego także Mezopotamię, Iran oraz część Azji Mniejszej
  • Egipt Ptolemeuszy ze stolicą w Aleksandrii
  • Macedonia Antygonidów

Scena polityczna świata greckiego uzupełniana była przez mniejsze, mniej lub bardziej niezależne państwa i poleis jak np. Epir, Pergamon (później lokalna potęga w Azji Mniejszej), Rodos czy poleis zachodniego basenu Morza Śródziemnego.

Świat hellenistyczny

Zakończenie wojen diadochów nie spowodowało końca rywalizacji między państwami hellenistycznymi. Seleucydzi i Ptolemeusze stoczyli w III i II w. p.n.e. szereg wojen tzw. syryjskich o kontrolę nad Syrią i Palestyną. Ptolemeusze prowadzili ekspansję na wyspach Morza Egejskiego, także w części Azji Mniejszej. Antygonidzi w Macedonii starali się utrzymać kontrolę nad resztą Grecji kontynentalnej, ale musieli stawić czoło nowym tworom politycznym – Związkom Achajskiemu i Etolskiemu. W przeciągu III w. p.n.e. w Azji Mniejszej rosła pozycja Pergamonu, który przeciwstawiał się głównie Seleucydom, walczył także z Galatami – Celtami, którzy po spustoszeniu północnej Grecji na początku III w. p.n.e. osiedli w Anatolii.

Rozległe państwo Seleucydów borykało się także z tendencjami odśrodkowymi – w III w. p.n.e. uniezależniły się jego wschodnie rubieże – królestwo Greko-Baktryjskie rządzone przez grecką elitę, które potem rozpoczęło ekspansję w Indiach. Inna uniezależniona prowincja – Partia, zdobyta przez koczowników ze stepu Środkowo-Azjatyckiego, stała się poważnym zagrożeniem dla Seleucydów, przejmując później inne wschodnie satrapie.

Ekspansja Rzymu i upadek świata hellenistycznego

Na Zachodzie szybko rosła potęga italskiego miasta – Rzymu. Na początku III w. p.n.e. było już panem prawie całej Italii (w tym znajdujących się tam greckich poleis). Seria wojen z Kartaginą dała mu pozycję hegemona na Zachodzie i kontrolę, w większości greckiej, Sycylii. Wojny macedońskie toczone przez Rzym z Antygonidami pozwoliły mu zaangażować się w politykę w Grecji, gdzie został wkrótce głównym arbitrem. Po zwycięskiej wojnie z Seleucydami z lat 192–188 p.n.e. mógł dyktować swoje warunki tak wrogom, jak i sojusznikom w regionie. Stopniowo kolejne części świata greckiego stawały się rzymskimi prowincjami. Próbę przeciwstawienia się tej ekspansji podjął w latach 88–66 p.n.e. helleński Pont pod rządami Mitrydatesa VI, zyskując sojuszników na terenie Grecji europejskiej i w Azji Mniejszej, ale w końcu uległ rzymskim armiom. Znacznie okrojone państwo Seleucydów stało się prowincją w latach 60 I w. p.n.e., ostatnie z państw hellenistycznych – Egipt w 30 r. p.n.e. Wschodnie tereny państwa Seleucydów (Mezopotamia i Iran) trafiły w ręce Partów.

Suwerenne, greckie i hellenistyczne państwa i poleis zniknęły z mapy politycznej, jednak ich kultura wciąż trwała, silnie oddziałując także na Rzymian. Wschodnia połowa Imperium Romanum pozostała greckojęzyczna, a część elementów greckiej kultury przyjmowały także dalsze państwa Wschodu.

x

Skoro kultura hellenistyczna tak bardzo oddziaływała na Rzym, to wypada przybliżyć sobie ten świat hellenistyczny. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Hellenizm – nazwa wprowadzona do nauki przez J.G. Droysena (1836) na określenie dziejów greckich w latach ok. 330-30 p.n.e., tj. od podboju monarchii perskiej przez Aleksandra Wielkiego do zlikwidowania państw hellenistycznych, które pojawiły się na terenie jego imperium.

Jedną z podstawowych zasad polityki władców hellenistycznych było kolonizowanie terenów państw osadnikami grecko-macedońskimi, zakładanie miast typu greckie polis (podległych komendantowi załogi macedońskiej) lub kolonii wojskowych. Z Macedończyków i Greków rekrutowali się urzędnicy i wojsko; w ich rękach znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny. Punkt ciężkości życia ekonomicznego i kulturalnego przeniósł się z Grecji do Azji Zachodniej i Egiptu. Rozkwit gospodarczy, któremu towarzyszył rozwój handlu sięgającego do krajów Dalekiego Wschodu i wschodniej Afryki, był wywołany m.in. upłynnieniem zasobów kruszców szlachetnych jeszcze przez Aleksandra Wielkiego, eksploratorską polityką władców, wyzyskiwaniem zasobów surowców i umiejętności rzemieślniczych ludów orientalnych. Kształtująca się na Wschodzie kultura zwana hellenistyczną (w odróżnieniu od helleńskiej, czyli czysto greckiej), była kulturą nowego typu, powstałą wśród Greków pochodzących z różnych stron Grecji i pozostających w kontakcie z wysoką kulturą ludów orientalnych; szczególnymi jej cechami były: uniwersalizm – mający za podstawę jedność ekonomiczną państw hellenistycznych (unia europejska się kłania – przyp. W.L.), kosmopolityzm, jako wynik przejścia z roli obywatela miasta-państwa (gr. polis – stąd polites) do roli obywatela świata (gr. kosmopolites – termin wprowadzony przez cynika Diogenesa z Synopy), indywidualizm – znajdujący wyraz m.in. w ówczesnych kierunkach filozoficznych (cynizm, stoicyzm, epikureizm), poszukujących drogi do szczęścia jednostki oraz synkretyzm, wypływający z tych samych dążeń, lecz wiążący nadzieje ludzkie z pomocą i opieką mniej znanych, potężnych bóstw, utożsamianych z bóstwami rodzimymi. Przejawem zachodzących procesów było również wytworzenie się na podstawie dialektu attyckiego nowej formy języka greckiego, zwanej wspólnym (gr. koine); w tym języku powstawało ówczesne piśmiennictwo.

Podboje Aleksandra Wielkiego i głębokie zmiany, jakie zaszły we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w okresie hellenizmu, zburzyły dawne stosunki polityczne, społeczne, ekonomiczne i ideologiczne. W sferze religii wyraziło się to m.in. w rozpowszechnianiu się judaizmu, oraz w zjawisku zwanym synkretyzmem. Polegało ono na stapianiu się różnych kultów i różnych bóstw w jedno, z ogólną tendencją utworzenia jednego (choć nie jedynego) bóstwa (Izyda, Serapis). Władcy hellenistyczni, chcąc zapewne m.in. zjednoczyć we wspólnym kulcie wieloplemienne i niejednolite społeczeństwo, wprowadzili oparty na wschodnich tradycjach kult panującego. Charakterystyczny był również dla hellenizmu kult bogini „losu” – Tyche oraz babiloński kult gwiazd (i planet), którym przypisywano wpływ na bieg wszelkich zdarzeń. Poznanie przyszłego losu miała ułatwić coraz bardziej rozpowszechniająca się astrologia, a zapobiec niepomyślnym przypadkom gnoza, posługująca się w niższych formach magią. Wyrazem racjonalizujących tendencji w hellenizmie były poglądy religijne Euhemera. Wszystkie te wierzenia nie zaspokoiły jednak ówczesnych dążeń ludzkich – potrzeby szczęścia; jedni szukali go w radościach życia doczesnego, inni w ówczesnych systemach filozoficznych, wielu zaś widziało w życiu pozagrobowym; drogę do szczęścia pozagrobowego wskazywały coraz szerzej uprawiane religie misteryjne. Na tym podłożu znalazł licznych wyznawców chrystianizm, rozwijający się w okresie cesarstwa rzymskiego.

x

Po tym cytacie z WEP już można się zorientować, czym był hellenizm, ale otwartym tekstem pisze o tym Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”:

Po rozpadnięciu się państwa Aleksandra Wielkiego na Macedonię, Egipt i Syrię, Palestyna dostała się pod władzę Egiptu. Jest to okres, w którym po raz pierwszy w całej pełni hellenizm spotyka się z judaizmem twarzą w twarz. Barwnie i wszechstronnie opisał to spotkanie Tadeusz Zieliński w swej dwutomowej książce: „Hellenizm a judaizm”.

Na dworze Ptolomeuszów w Aleksandrii żydzi są nader mile widziani i są powiernikami królów, nie omijają ich urzędy państwowe i inne korzyści. Okres panowania egipskiego (323-201 przed Chr.) zaznacza się mniej lub więcej powierzchowną hellenizacją Palestyny, a nawet Jerozolimy. Ton życiu duchowemu żydostwa nadają teraz niewidzialne wpływy skupień emigracyjnych. Właściwie już od śmierci Nehemiasza podnieta dla podtrzymania Erec Izrael (siedziby narodowej) płynie z Babilonu. Jest to znany nam kierunek „ogrodzenia”. Drugie potężne skupienie żydowskie wytwarza się w Aleksandrii. Przedstawia ono kierunek hellenistyczny, a więc mniej więcej pozornej asymilacji do cywilizacji greckiej.

Jerozolima jest miejscem, gdzie oba te kierunki toczą ze sobą walkę.

Hellenizm jest widoczny z dala, a judaizm nurtuje pod spodem. Hellenizm niesie z sobą równouprawnienie obywatelskie z ludnością macedońską egipskiego państwa; w Aleksandrii Ptolomeusze równają ludność żydowską w prawach z ludnością panującą. Stąd rozchodzą się żydzi po innych miastach Egiptu i uzyskują większość w nadbrzeżnych miastach Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis).

W państwie syryjskim, pod którego władzą znalazł się Babilon, żydzi również otrzymują pełnię praw obywatelskich; z Babilonu rozchodzą się do miast założonych przez dynastię Seleucydów i dają początek m.in. wielkiemu żydowskiemu skupieniu w Antiochii.

x

Można więc powiedzieć, że hellenizm to asymilacja Żydów na terenie byłego państwa perskiego. Skoro nawet WEP pisze, że w rękach Macedończyków i Greków znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny, to chyba nie ma żadnych wątpliwości, co to byli za Macedończycy i Grecy. Natomiast Persja, to chciałoby się powiedzieć ewenement na skalę światową, bo to państwo, które samo na siebie napadło. Bo jak inaczej rozumieć fakt, że Macedonia, która była całkowicie podległa Persji napadła na nią i doprowadziła do jej rozpadu. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że łatwiej było przyłączyć Grecję do Imperium Rzymskiego jako oddzielne państwo, niż gdyby była ona częścią innego potężnego państwa. Zresztą losy Aleksandra Wielkiego też świadczą o tym, że wszystko było wyreżyserowane.

Żydzi wykorzystali Persję, by zdominować Egipt, tereny obecnej Syrii i Turcji. To, co było dalej na wschód, też zostało przez nich opanowane. Później to samo czyniono w Imperium Rzymskim, gdy ono podbijało Europę Zachodnią. Za legionami rzymskimi szli Żydzi i osiedlali się na zdobytych terenach. Do tych samych celów służyło wykorzystywanie imperiów kolonialnych Portugalii, Hiszpanii, Francji, Anglii, Holandii i Rosji.

Jeśli komuś dzisiaj wydaje się, że to, z czym mamy obecnie do czynienia, to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, to jest w błędzie. Żydzi kontrolują wszystkie waluty i nie ma to dla nich najmniejszego znaczenia, czy walutą dominującą będzie dolar czy jakaś inna waluta stworzona przez państwa BRICS, bo będzie ona pod ich kontrolą, tak jak wszystkie banki na świecie. A czy pozwolą dalej Ameryce być mocarstwem dominującym, czy raczej zdecydują na to, że nadszedł czas Chin, to za jakiś czas się dowiemy.

Można też powiedzieć, że Żydzi cały czas robią to samo, co robili w okresie hellenistycznym. Mamy więc kosmopolityzm, unifikację gospodarczą, wędrówki ludów, horoskopy i co tam jeszcze.

Czym był PRL?

29 lipca przypadła kolejna rocznica śmierci Edwarda Gierka. To już 24 lata. Ale jak co roku i tym razem nie zabrakło ludzi, którzy go wspominają z sentymentem. Często jest to efekt tego, że im w jego epoce powodziło się lepiej niż innym. To nie było tak, że wszyscy mieli mieszkania, dobrze płatną pracę i mogli co roku wyjeżdżać na urlop nad morze czy w góry. Byli też w PRL-u ludzie, którzy pobierali głodowe emerytury i żyli bardzo skromnie. Były to tzw. emerytury ze starego portfela. Obejmowały one ludzi, których część aktywnego życia zawodowego przypadła na okres II RP. Nie było więc tak kolorowo, jak chcą ci ludzie, którzy podzielili się swoimi opiniami na kanale Jarosław szuka kłopotów.

Czym był zatem PRL? By odpowiedzieć na to pytanie, wypada cofnąć się przynajmniej do czasów II RP. Czym ona była? Była to Polska pańska, Polska Radziwiłłów i im podobnych. To oni zyskali na wojnie 1920 roku, bo dzięki niej ich majątki nie znalazły się w Związku Radzieckim. To była też Polska tych wszystkich, którzy w czasach zaborów zajmowali najwyższe stanowiska w administracji trzech zaborów i w większości zachowali te stanowiska, poza tymi, które przypadły „Polakom-patriotom”, czyli piłsudczykom, którzy „bezinteresownie” walczyli o Polskę. Ale na pewno nie była to Polska chłopów i mniej licznej klasy robotniczej. Większość chłopów nie mogła zapewnić swym dzieciom odpowiedniego wykształcenia. Szkolnictwo powszechne ograniczało się do sześciu klas szkoły podstawowej. Dalsza edukacja wymagała wysłania dziecka do miasta, a to dla większości z nich było za drogie. Można więc, nieco uogólniając powiedzieć, że pańska Polska okresu międzywojennego nie dbała o warstwy najniższe.

Po wojnie przyszła, wraz z nowymi „Polakami-patriotami”, Polska ludowa. W sensie ideologicznym jej ustrojem był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jeden przywódca (partia). PRL wmówił ludziom, że Polska Ludowa byłą państwem jednonarodowym, co nie było prawdą, bo na ziemie poniemieckie przesiedlano w większości mniejszości kresowe i potomków tych, z których w XIX wieku stworzono Polaków. PRL dał ludziom dużo: dał masom możliwość kształcenia się na wszystkich poziomach nauczania, bezpłatną opiekę zdrowotną, pracę i mieszkania. To był jednak warunek konieczny, by wyzwolić w tych masach energię niezbędną do odbudowy kraju za darmo. I faktycznie ludzie pracowali za tę przysłowiową już miskę ryżu, ale nie byli nieszczęśliwi z tego powodu. Byli przekonani, że uczestniczą w czymś wyjątkowym, że pracują dla własnych dzieci. Odbudowali tę Polskę i przy okazji Wrocław, Gdańsk, zalane przez wycofujących się Niemców Żuławy i wiele innych miast niemieckich. Oczywiście nie wszystko dało się odbudować siłą rąk i dobrą chęcią. Wiele maszyn czy technologię trzeba było kupić na Zachodzie. A skąd pieniądze? Tomasz Piekielnik powiedział swego czasu na swoim kanale, że Gomułka brał kredyty na Zachodzie pod zastaw złota, które wywieziono po wybuchu wojny.

Mijały lata, ludzie powoli przekonywali się, że nie wszystko idzie tak, jak powinno. Rosło nowe pokolenie, które już inaczej patrzyło na tę rzeczywistość i nie było skłonne do poświęceń, widząc, że wysiłek rodziców idzie na marne, a i złota już pewnie brakowało. Cóż pozostało? – Kredyt. Zaczęto budować drugą Polskę. Ile z tych pieniędzy poszło w nierentowne inwestycje, ile rozkradziono pod pozorem tych inwestycji – tego nigdy nie dowiemy się. W radiowej Trójce często w programie 60 minut na godzinę przedmiotem krytyki, czy wręcz kpin, była Dyrekcja Cyrku w Budowie. Cały plan zaciągnięcia kredytów w dewizach przy niewymienialności złotówki był skazany na niepowodzenie z tych samych powodów, dla których wiele lat później wpadli w kłopoty finansowe tzw. frankowicze. Podstawowa zasada przy braniu kredytu brzmi: bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz. W przypadku PRL-u problemem było to, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swoich rynków zbytu dla produktów fabryk, na które je dał. Stąd prawie od razu pojawił się dotkliwy brak dewiz, którymi trzeba było spłacać raty kredytu i odsetki. Nie pomagała sprzedaż w krajach nazywanych wtedy Trzecim Światem, bo wyprodukowane towary zbywano po zaniżonych cenach, by w ogóle coś sprzedać. Kto wpadł na ten iście szatański pomysł, by w taki sposób zadłużyć PRL? Chyba nietrudno domyślić się.

Pojawiły się problemy na rynku wewnętrznym. Szczególnie dał się odczuć brak mięsa i wędlin, bo były to jedne z niewielu produktów, które udawało się sprzedawać za dewizy. Robotnicy wielkich zakładów przemysłowych zaczęli strajkować. Znowu pojawili się „Polacy-patrioci”, którzy przejęli kierownictwo nad buntującymi się masami, nocowali w tych zakładach na styropianach i tak powstał etos styropianowców. Stan wojenny rozgonił to towarzystwo, ale tylko pozornie. Epoka Jaruzelskiego to czas przygotowań do likwidacji PRL-u. Wszystko wtedy robiono, by przekonać ludzi, że socjalizm jest niereformowalny. Na rynek pracy wchodziły roczniki powojennego wyżu demograficznego. Nie było dla nich pracy, więc zaczęto wysyłać ludzi na wcześniejsze emerytury. Zliberalizowano też politykę paszportową, by umożliwić im wyjazd za granicę. Nie przypadkiem jedynym wówczas państwem kapitalistycznym, które nie wymagało wiz od obywateli Polski, była Austria. A tam były obozy tymczasowe, z których mogli oni wyemigrować do innych państw Europy Zachodniej czy dalej. Pod koniec lat osiemdziesiątych władza przystąpiła do rozmów z opozycją, czyli ze styropianowcami. Uznano, że komunizm nie sprawdził się, nie tylko w Polsce, ale i w reszcie krajów tzw. demokracji ludowej. Ale jakoś dziwnie w Chinach miał się dobrze i nawet masakra na placu Tian’anmen, czyli placu Niebiańskiego Spokoju, na wiosnę 1989 roku, nie zaszkodziła mu.

Ostatecznie styropianowcy, czyli „Polacy-patrioci”, przejęli władzę. By jednak ją utrzymać musieli przystać na jeden warunek, którego spełnienia zażądali wierzyciele. Musieli oni zlikwidować, czyli sprywatyzować, istniejące zakłady przemysłowe i państwową sieć handlową, a więc cały dorobek PRL-u wypracowany przez powojenne pokolenie oraz to, co zbudowano za ich kredyty w czasach Gierka.

Tak więc dorobek powojennego pokolenia – które nie tylko budowało zakłady przemysłowe, ale również bloki mieszkalne, szkoły, szpitale, drogi, mosty, ośrodki wypoczynkowe itp. – został przejęty przez „Polaków-patriotów”, a raczej ich mocodawców. Dla nich ci ciężko pracujący ludzie byli zwykłym balastem, którego należało się pozbyć, gdy wykonali swoje zadanie, czyli odbudowali kraj po powojennych zniszczeniach. Jeśli władze PRL-u umożliwiły wielu ludziom awans społeczny, to nie dlatego, że mieli na celu ich dobro, tylko dlatego, że chcieli wykorzystać ich entuzjazm. Był to zwykły cynizm. Dziś wielu z tych, którzy nadal żyją, nie może się pogodzić z tym, co stało się później. I może właśnie stąd taki sentyment do Gierka i jego epoki, która została tak brutalnie przerwana. Została przerwana, bo taki był scenariusz.

III RP to parodia państwa, tak jak zresztą wszystkie państwa czy raczej byty państwowo-podobne, które tworzono na tych ziemiach od unii polsko-litewskiej. Lech Wałęsa budował drugą Japonię, a Donald Tusk – drugą Irlandię. Nic z tego nie wyszło. Natomiast budowa drugiej Ukrainy przebiega sprawnie. Czy te miliony Ukraińców, które już są na tym terenie, zwanym Polską, a których jeszcze parę milionów tu przybędzie, czy oni nie staną się narzędziem, takim samym jak powojenne pokolenie PRL-u, do wykonania pewnego zadania, czyli w tym wypadku zmarginalizowania ludności tubylczej? A czy później Żydzi nie wystawią im rachunku za niegdysiejsze pogromy na Ukrainie? Są to pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź. Zapewne kiedyś stanie się to jasne. Tylko kiedy? I czy rzeczywiście po to ich ściągają?

x

Dziś mamy kolejną rocznicę. Więcej o tym w blogu Wojna 1920 roku. Wypada więc przypomnieć pewne fakty. Królestwo Polskie powstało 5 listopada 1916 roku. W dniu 7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego wydała deklarację niepodległości. W listopadzie Królestwo Polskie staje się zalążkiem niepodległego państwa polskiego, określanego jako II Rzeczpospolita.

Źródło: Wikipedia; Mix321, praca własna.

11 listopada 1918 roku Niemcy kapitulują i zmuszone są do podpisania warunków zawieszenia broni. Jednak paragraf 12. tych warunków nakazuje zostać im w głębi Rosji tak długo, jak zwycięzcy uznają to za stosowne, ale 9 listopada wybucha rewolucja w Berlinie i przerzuca się na wojska polowe. Wiele oddziałów wypowiada posłuszeństwo i rusza do domów. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się na linii Niemna. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajęli opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia Mińsk. 3 stycznia 1919 roku zajęli Rygę, a 6 stycznia – Wilno. 9 lutego 1919 roku wojska polskie, przepuszczane przez linie niemieckie, zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami pod Skidlem na Niemnie, a wkrótce również koło Prużan i Kobrynia. – Tak to opisuje Józef Mackiewicz w powieści Lewa wolna. Nie precyzuje jednak, kto wydał rozkaz, by wojska niemieckie przepuszczały wojska polskie.

W takim stanie rzeczy wojska niemieckie zostały wycofane i wróciły do Niemiec. 27 grudnia 1918 roku wybucha powstanie wielkopolskie. A co by było, gdyby te wojska zostały użyte do stłumienia tego powstania? Ale gdyby nie wybuchła rewolucja w Niemczech, to nie mogłoby dojść do wycofania wojsk niemieckich z frontu wschodniego i nie mogłoby dojść do wojny polsko-bolszewickiej. A czym była ta rewolucja? Erich Maria Remarque w powieści Czarny obelisk Dom Wydawniczy REBIS 2023 pisze:

„To prawda, że rewolucja niemiecka z roku 1918 była najmniej krwawą na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli.”

x

Warto o tym wszystkim pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy zapadają gdzieś tam wysoko, ko wie, czy nie rozstrzygające o losach tego regionu, decyzje.

Masowe ewakuacje czy przesiedlenia?

W swoim komentarzu sprzed tygodnia Tomasz Piekielnik zastanawia się nad tym, czy rząd szykuje masowe przesiedlania Polaków. Czy RCB, czyli Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, przygotowuje tylko plany ewakuacji ludności na wypadek tego, co może eskalować w wojnie z Rosją? Czy rząd, rozkładając Polskę, warstwa po warstwie, przygotowuje ją do czegoś nowego, czy tylko do koegzystencji narodu polskiego i ukraińskiego, o czym świadczą flagi ukraińskie na polskich urzędach, teatrach i budynkach użyteczności publicznej; o czym świadczy wprowadzanie ukraińskiego jako drugiego języka obcego do szkół, a może niebawem jako języka urzędowego? Dlaczego rząd tworzy przepisy na wypadek masowej ewakuacji? – Poniżej fragmenty jego komentarza.

RCB przygotowuje plan masowej ewakuacji ludności cywilnej. Opracowywane są scenariusze przesiedleń z dużych aglomeracji. Jak informuje portal niezależna.pl, powołując się na źródła w administracji rządowej, RCB prowadzi intensywne prace nad aktualizacją planów ewakuacji ludności cywilnej. Plan ma zakładać przesiedlenia z dużych aglomeracji, regionów przygranicznych oraz obszarów infrastruktury krytycznej. Strategia RCB dotyczy tras logistycznych, punktów zbiorczych, transportu cywilnego i wojskowego oraz miejsc tymczasowego ewakuowania w głąb kraju.

Czy dostrzegamy gdzieś miejsca tymczasowego zakwaterowania? – pyta Piekielnik. Jakie miejsca miałyby temu służyć? I ile osób zdołałyby pomieścić, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jakieś bazy noclegowe w miastach powiatowych czy dużych aglomeracjach? Sprawa jest w mojej opinii jednoznacznie dziwna, bo takich miejsc, ja przynajmniej, nie dostrzegam, chyba że mowa o szkołach, internatach, remizach strażackich, świetlicach wiejskich itd.

Połączmy fakty. A więc rząd pracuje nad konkretnymi planami ewakuacji. Szczegółów nie znamy. Czy rząd wie o czymś, co się wydarzy, a jeżeli wie, to trzeba zastanowić się, jakie inne jest niebezpieczeństwo w przypadku eskalacji wojny na Ukrainie, a jakie inne prawdopodobieństwo jest, zakładane przez rząd, tego, co się wydarzy i w związku z tym inaczej postępuje, bo bardziej konkretnie do działań nad stworzeniem tych planów ewakuacyjnych w przypadku, gdy rzecz będzie się dziać w wyniku jakiegoś działania pod fałszywą flagą, jakiegoś sabotażu, ogłoszenia światu czegoś nieistniejącego. Czy to możliwe? Polecam Państwu zdarzenia z czasów minionej pandemii. Wirus bezobjawowy, zakaz wstępu do lasu i różne inne, w tamtym czasie, herezje administracyjne. I to wszystko powoduje, że możemy zadać pytanie: przed czym Polacy mają uciekać? W mediach społecznościowych ludzie zadają pytania, nawet odpowiadają, że zdradziecka władza zorganizuje coś, w co część osób uwierzy i opuści swój dobytek, swoje miejscowości i miasteczka. – Idąc dalej tym tropem… po to, by zrobić miejsce komuś innemu.

x

Czy taki plan jest realny? Przede wszystkim nie ma gdzie tych ludzi w takiej ilości przesiedlić. Po drugie, przed czym miałyby te przesiedlenia chronić? Rakiety i drony dolecą wszędzie. Co dałoby Rosji zniszczenie wschodniej części Polski? Gdyby jednak Polska przystąpiła do wojny po stronie Ukrainy, to celem Rosji byłyby przede wszystkim obiekty militarne, a nie ludność cywilna. Jaki zatem może być prawdziwy cel tych rządowych zabiegów czy jego propagandy? Nie jest łatwo rozszyfrować zamiary wielkich tego świata, którzy decydują o wszystkim i to oni piszą te scenariusze, które później są realizowane i w zależności od rozwoju sytuacji mogą być modyfikowane lub zastępowane jedne drugimi.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, cytował rabina posła Thona, który w żargonowym (jidysz) „Hajncie” z 24 października 1930 r. pisał:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było zawsze wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.”

To, co zwróciło moją uwagę, to to, że ta informacja nie została przedstawiona w mediach głównego nurtu. Być może ma ona działać na zasadzie plotki, pokątnej informacji, która dla wielu ludzi może być bardziej wiarygodna, niż gdyby została ona bardziej nagłośniona. Czy nie jest to zamierzone na wywołanie pewnego niepokoju na rynku nieruchomości, by w efekcie doprowadzić do znacznego obniżenia wartości gruntów, działek i mieszkań? To oczywiście nie stanie się z dnia na dzień. Ta, jak niektórzy mówią, operacja psychologiczna będzie rozwijać się powoli. Dziwne rzeczy dzieją się w tym kraju Zulu-Gula, ale obawiam się, że to dopiero początek.

Mongolskie najazdy

Zawsze powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że kluczem do zrozumienia teraźniejszości jest przeszłość. I właśnie z tego powodu tak bardzo fałszuje się historię, by współcześni nie rozumieli teraźniejszości. Często zastanawiałem się nad tym, dlaczego Mongołowie zaatakowali ziemie polskie i po ich podbiciu nie ruszyli na zachód? Wydaje mi się, że znalazłem odpowiedź na to pytanie. Wikipedia tak m.in. pisze o mongolskich najazdach:

Tło historyczne

W maju 1223 w bitwie nad rzeką Kałką wojska rusko-połowieckie zostały pokonane przez armię imperium mongolskiego – w ten sposób Mongołowie stanęli u wrót Europy. W sierpniu 1227 umarł Czyngis-chan – jego imperium uległo podziałowi: zachodnia część przypadła w spadku jego wnukowi Batu-chanowi, który w 1236 stanął na czele inwazji na Europę. W grudniu 1240 Mongołowie zdobyli Kijów i ostatecznie podbili Ruś Kijowską, która weszła w skład Złotej Ordy.

Charakterystyka najazdów

I najazd mongolski

Z ziem ruskich główne siły mongolskie skierowały się na Węgry, gdzie schroniły się niedobitki Połowców pod dowództwem chana Kocjana uciekających przed pogromami mongolskimi. Pomocniczy zagon wojska mongolskiego pod dowództwem Bajdara w 1241 uderzył na Polskę, z zadaniem związania sił polskich i czeskich, aby nie mogły przyjść z odsieczą królowi węgierskiemu Beli IV.

Po bitwie legnickiej przed armią mongolską stanął problem jakim było osłonięcie oddziałów walczących bezpośrednio na Węgrzech przed siłami czeskimi. Dlatego też Bajdar szachując króla czeskiego dokonał w końcu kwietnia krótkiego wypadu dywersyjnego na Łużyce. Manewr ten zupełnie zmylił Wacława czeskiego, co oddziałom mongolskim pozwoliło na bezpieczne wtargnięcie trzema kolumnami na Morawy. Teren Moraw był systematycznie pustoszony przez siły mongolskie. Dopiero w końcu maja Wacław wzmocniony resztkami polskiego rycerstwa i posiłkami niemieckimi postawił na kontruderzenie. W tym czasie jednak Bajdar wraz z całą armią biorącą udział w udanym najeździe na Polskę wycofał się z Moraw na Węgry.

Kiedy wszystko wskazywało na to, że następnym celem uderzenia Mongołów będzie Europa Zachodnia, nastąpił odwrót. Duże straty sięgające około jednej trzeciej stanu pierwotnego, oddalenie od koczowisk, bunty w ujarzmionej Rusi i w Azji, wreszcie wieść o śmierci władcy imperium mongolskiego chana Ugedeja skłoniły Batu-chana i towarzyszących mu wodzów do odwrotu.

II najazd mongolski

Do kolejnego najazdu doszło na przełomie 1259 i 1260. Wówczas Złota Orda pod wodzą Burundaja zorganizowała – zakończoną sukcesem – wyprawę przeciwko Bolesławowi V Wstydliwemu.

III najazd mongolski

Do ostatniego najazdu mongolskiego doszło na przełomie 1287 i 1288. Dwie grupy wojsk mongolskich (północna pod dowództwem Telebogi i południowa pod dowództwem Nogaja) operowały w porozumieniu. Północna pod dowództwem Telebogi przez Lublin i Sandomierz dotarła do Gór Świętokrzyskich, gdzie pod Łagowem została pokonana przez wojska księcia Leszka Czarnego. Południowa pod dowództwem Nogaja doszła pod Kraków i na Podhale, gdzie stoczyła bitwę nad Dunajcem, a następnie doznała klęski w bitwie pod Starym Sączem, pokonana przez Polaków i przybyłe im na pomoc wojska węgierskie.

Podsumowanie

Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza I najazd w 1241), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. Wstrzymały natomiast proces jednoczenia państwa polskiego i osłabiły jego siłę – dopiero w 1320 Władysław I Łokietek został koronowany na króla Polski. Tę datę uznaje się za moment odtworzenia zjednoczonego Królestwa Polskiego.

x

Z powyższej charakterystyki najazdów mongolskich wynika, że ich celem była grabież i zniszczenie. Czy rzeczywiście była to grabież i zniszczenie dla samej grabieży i samego zniszczenia? Warto w tym momencie zacytować Normana Daviesa. W swojej monumentalnej pracy Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK 1999 pisze:

Zasadnicze przemiany społeczne nastąpiły w XIII w. w wyniku kolonizacji. Koloniści rekrutowali się częściowo z cudzoziemskich imigrantów, częściowo zaś spośród miejscowej ludności, która podejmowała reorganizację istniejących osiedli według nowego modelu. Główny impuls dla tego ruchu przyszedł z określonych terenów w zachodnich i północnych Niemczech, które już od dawna dostarczały osadników marchiom na wschodzie i które nękała groźba przeludnienia i coraz uciążliwszego ucisku feudalnego. Kolonizacja przybierała dwie odmienne formy: osadnictwa wiejskiego oraz lokacji miast. Proces ten wspomagała inicjatywa ze strony polskich książąt, których ziemie miały o wiele za mało ludności i nierzadko były dewastowane w wyniku wojennych grabieży i najazdów tatarskich. Oferując warunki dzierżawy korzystniejsze od tych, jakie można było uzyskać w Niemczech, oraz powołując zawodowego zasadźcę (lokatora), który wyszukiwał, przywoził i organizował nowo przybyłych, energiczny książę mógł w ciągu zaledwie kilku lat wzmocnić się i podnieść gospodarkę swego dziedzictwa.

Tempo kolonizacji wiejskiej nadał Henryk Brodaty, książę Śląska, który w 1205 r. rozpoczął kampanię mającą na celu ściągnięcie aż do dziesięciu tysięcy rodzin chłopskich i założenie około czterystu nowych wsi. Każda rodzina miała otrzymać jeden łan (18 ha, niem. Lahn – przyp. W.L.) ziemi ornej; pastwiska i lasy miały być użytkowane wspólnie. Wszystkie świadczenia i daniny miały zostać odroczone na czas umowy, potrzebny na zagospodarowanie. Po upływie tego okresu miały się one ograniczyć do służby wojskowej, opłat z tytułu dzierżawy i dziesięcin, płatnych w gotówce, a częściowo w naturze, oraz służby na dworze i prac przy naprawie grodu, co miało zająć dwa do czterech dni w roku. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. W nowych wsiach koloniści cieszyli się znaczną autonomią. Według tzw. „prawa niemieckiego” podlegali oni tylko rozkazom dziedzicznego sołtysa (Schultheiss), czyli „naczelnika”, mianowanego przez pana, oraz jurysdykcji wiejskich ławników, którym sołtys przewodniczył. Ich sytuacja była o wiele lepsza od położenia reszty ludności wiejskiej, która nadal podlegała daninom i obowiązkom nakładanym przez jus ducale, czuli „prawo polskie” książąt. Wielu z nich zachowało swą odrębną swą odrębną tożsamość aż do czasów współczesnych. We wsi Wilamowice w pobliżu Oświęcimia w województwie krakowskim potomkowie mieszkańców założonej w 1242 r. osady fryzyjskiej do dziś zachowali własny strój regionalny i rodzimy dialekt.

Jako model nowego osadnictwa miejskiego przyjęto powszechnie dawne „prawo magdeburskie”. Stare miasta słowiańskie otrzymywały nowe przywileje lokacyjne jako miasta „niemieckie” – Wrocław w r. 1242, Poznań w r. 1253, Kraków w r. 1257. Przyciągały one osadników niemieckiego pochodzenia i stopniowo powstawała w nich odrębna warstwa mieszczan. Odtąd znane były światu zewnętrznemu pod niemieckimi nazwami Breslau, Posen i Krakau. W innych miejscach kraju zakładano zupełnie nowe miasta, których mieszkańcami od początku byli niemieccy emigranci. Thorn (Toruń) nad Wisłą został założony przez Krzyżaków w 1231 r., natomiast miasto Neu Sandez (Nowy Sącz) założył w rejonie Karpat w 1292 r. król Wacław czeski w okresie swego sporu z Łokietkiem. Proces kolonizacji, w XIII w. przebiegający dość leniwie, miał nabrać tempa w wiekach późniejszych – XIV, XV, XVI.

x

Podstawowe pytanie jest z kategorii, co było pierwsze: kura czy jajko? Czy zatem kolonizacja niemiecka była wynikiem najazdów mongolskich, które wyludniły ziemie polskie, czy może raczej kolonizacja ta była możliwa, bo najpierw „oczyszczono” teren, co umożliwiło tę kolonizację? O tym, że mongolskie najazdy były po to, by umożliwić niemiecką kolonizację, świadczą niektóre fakty. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. Umowa ta została spisana na 14 lat przed pierwszym najazdem. Czy już tedy wiedziano o tym, co nastąpi i czyniono odpowiednie przygotowania? Mongołowie pod podbiciu ziem polskich nie ustanawiają na nich swojej władzy, tak jak to zrobili na Rusi Kijowskiej. Nie kierują się dalej na zachód, co wydawałoby się naturalne w przypadku podbojów, których celem jest zdobycie nowych terenów i ustanowienie na nich swojej władzy. Wprost przeciwnie – wycofują się z podbitych terenów. Celem najazdów mongolskich były też Czechy i Węgry, a więc ziemie, na które również była nakierowana niemiecka kolonizacja.

Niemiecka kolonizacja obejmowała zarówno obszary wiejskie jak i miejskie. Można więc powiedzieć, że była kolonizacją totalną. Jeśli dodamy do tego fakt, że osadnicy niemieccy na wsiach byli uprzywilejowani w stosunku do miejscowej ludności, to jej dominacja na tych terenach była tylko kwestią czasu. Natomiast miasta były opanowane przez niemieckie mieszczaństwo.

W tamtym czasie, w roku 1264, nadano Żydom kaliskim przywilej, który przyznawał im prawo do swobodnego poruszania po terytorium całego kraju i zajmowania się handlem. I tu rodzi się kolejne pytanie: czy takie uprzywilejowanie niemieckich osadników na wsiach nie było po to, by ich gospodarstwa, rozwijając się, zadłużyły się i zostały przejęte przez wierzycieli? Czy tak właśnie powstała „polska” szlachta, która później tak hojnie udzielała swoich herbów litewskim i rusińskim bojarom, których korzenie wydają się tożsame z tymi tej „polskiej”?

Jakie zatem korzenie ma ludność ziem piastowskich? Czy są to korzenie niemieckie i korzenie miejscowej ludności, która do XIX wieku przetrwała w stanie niewolnictwa? A jeśli tak, to w jakich proporcjach?

Ukraiński w polskich szkołach

W jednym ze swoich ostatnich komentarzy Leszek Sykulski poruszył dwa tematy. Pierwszy to sprawa zniknięcia informacji o nowym ambasadorze Rosji w Polsce. Początkowo poinformowano o podpisaniu dekretu przez prezydenta Federacji Rosyjskiej o mianowaniu nowego ambasadora w Polsce, a następnie pojawia się informacja o anulowaniu tego dekretu. Drugi temat to reforma edukacji w Polsce. Chodzi o informację przedstawioną przez ambasadora Ukrainy w Polsce w dniu 25 lipca o tym, że język ukraiński będzie wprowadzony jako drugi język obcy do szkół podstawowych. Czy to tylko skutek tych zmian w strukturze państwa polskiego, dokonanych na naszych oczach po 2022 roku, czy jest to początek znacznie szerszego planu, znacznie szerszej koncepcji geopolitycznej? – pyta Sykulski. I nie sposób nie odnieść się do koncepcji polsko-ukraińskiego państwa, którą przedstawił pan Marek Budzisz w czerwcu 2022 roku. – Poniżej fragmenty jego komentarza.

Rosyjska państwowa agencja TASS na początku podała, że nowym ambasadorem FR w Polsce zostanie Georgij Michno. Miał on zastąpić ambasadora Siergieja Andrejewa. Ta informacja została jednak wycofana ze strony agencji TASS i poinformowała ona, że odpowiednie dekrety zostały cofnięte z oficjalnej strony rządowej. Taka sytuacja jest nie tylko niecodzienna, ale bardzo groźna, pokazuje jak bardzo złe są relacje polsko-rosyjskie. Czy te relacje zostaną obniżone do poziomu chargé d’affaires? Czy może dojdzie do zamknięcia ostatniego konsulatu Rosji w Polsce, czyli konsulatu w Gdańsku, no i w odwecie – polskiego konsulatu w Irkucku i do zerwania relacji dyplomatycznych?

25 lipca ambasada Ukrainy w Polsce poinformowała w mediach społecznościowych, że został opracowany i przyjęty program nauczania języka ukraińskiego jako drugiego języka obcego w polskich szkołach dla uczniów klas 7. i 8. szkół podstawowych. Ten program został opracowany przy współpracy ambasady Ukrainy w Polsce. Autorem tego opracowania jest Pawło Lewczuk adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN. To wsparcie okazała ambasada oraz został także wymieniony ukraiński przedsiębiorca Artur Bagliuk, dyrektor krakowskiego biura polsko-ukraińskiej izby gospodarczej.

Zgodnie z zasadami, które obowiązują w Polsce, szkoły mogą wprowadzić nauczanie języka ukraińskiego pod trzema istotnymi warunkami. Po pierwsze chodzi o inicjatywę rodziców. Musi być odpowiedni wniosek do dyrektora placówki, czyli dyrektora szkoły. Musi być też zgoda dyrektora szkoły. Musi być też odpowiednia kadra, czyli nauczyciele.

Te kluczowe kwestie, jeśli chodzi o program i zasady, zostało to wszystko omówione 1. czerwca bieżącego roku na spotkaniu ministrów edukacji Ukrainy i Polski, czyli Barbary Nowackiej i Oksena Lisowyja. Wtedy była omawiana kwestia dodania języka ukraińskiego do listy języków obcych, z których to uczniowie mogą zdawać tzw. egzamin ósmoklasisty. Reforma w Polsce jest zaplanowana na lata 2026-27. Proces ten tylko postępuje. Ambasada Ukrainy już w marcu tego roku wystąpiła z apelem do rodziców dzieci ukraińskich, aby składali wnioski do dyrektorów placówek, by można było przyspieszyć ten proces. Widać tu zorganizowane pospolite ruszenie wśród społeczności ukraińskiej, aby w jak największej liczbie szkół język ukraiński, jako drugi język obcy, był wprowadzany.

x

Widać więc wyraźnie, że wszystko zmierza ku temu, by Polska weszła do wojny przeciwko Rosji, co będzie miało swoje konsekwencje w przyszłości i będzie podstawą do uczynienia z niej kozła ofiarnego. Pozbawienie Ukrainy znacznego obszaru na rzecz Rosji stanie się podstawą do połączenia pozostałej części z Polską, która za karę za wspieranie Ukrainy utraci ziemie poniemieckie. Działania, o których mówił Sykulski, są pierwszym krokiem do stworzenia z ukraińskiego drugiego języka urzędowego w Polsce, czy jak to państwo później nazwą.

Nie da się tego wszystkiego zrozumieć, jeśli nie odwoła się do historii. Unia polsko-litewska powołała do życia nowy, amebowaty twór, zwany Rzeczpospolitą. Wielkie Księstwo Litewskie połączono z małym Królestwem Polskim. 47 rodów bojarów rusińskich i litewskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej. Później ci ludzie stanowili większość posłów i senatorów w sejmie Rzeczypospolitej. Takim herbem legitymował się ojciec Mickiewicza, Zamoyski, największy złodziej Rzeczypospolitej – również. Do tego towarzystwa należał Sienkiewicz i Bór-Komorowski, ten kretyn od powstania warszawskiego. Można ich tak wymieniać bez końca. II RP niczym się nie różniła. Aż roiło się tam od różnych Radziwiłłów-Pierdziłłów, Giedroyciów-Piedroyciów i im podobnych. To wszystko korzenie WKL, którego jedyną racją bytu było drażnienie się z Rosją. Po krótkim przerywniku w postaci PRL-u wszystko wróciło po 1989 roku w stare koleiny.

Można zapytać: po co wspólne państwo polsko-ukraińskie? Przecież historia pokazała, że żaden taki amebowaty twór Rosji nie pokonał i nie pokona, bo nie było to i nie jest w planie wielkich tego świata. Jednak jego powstanie to gwarancja na niekończące się kłótnie Słowian wschodnich, z których część, ze wschodnimi korzeniami, udaje Polaków, a druga to Ukraińcy z przesiedleń po II wojnie światowej i ci nowi, których przesiedlono po 2022 roku. Szykuje się więc nam „piękna” katastrofa, głównie w ukraińsko-ukraińskim wydaniu.

x

Dlaczego wybuchło i zburzono Warszawę? Zburzono też Tokio i to do gołej ziemi, zburzono Drezno. Różnica polegała na tym, że tam nie pojawili się zupełnie nowi przybysze, dla których odbudowano i którymi zasiedlono Warszawę. W tym wypadku bardziej nasuwa się podobieństwo do wielkiego pożaru Rzymu, Londynu czy Moskwy.

x

Tomasz Piekielnik w swoich komentarzach często podkreśla, że nie należy mówić o nazistach czy hitlerowcach tylko o Niemcach. Ale w takim razie, na zasadzie analogi, czy nie należałoby mówić o Rosjanach zamiast o bolszewikach? I jedni i drudzy, czyli naziści i bolszewicy, to ta sama nacja. Czyżby to przeszkadzało Piekielnikowi?

Tożsamość

Całkiem „przypadkiem”, jak to się dzieje na YouTube, trafiłem na tzw. short, w którym Michał Woś z PiS-u wypowiadał się na temat Donalda Tuska i jego polskości czy raczej „polskości”, jak chce Woś. Poniżej jego słowa:

„Donald Tusk mówił nie tylko te słynne polskość to nienormalność, ten jego esej z końca lat 80-tych, ale Donald Tusk wydał na początku lat dwutysięcznych książkę o Gdańsku – Mój Gdańsk, zdaje się był taki tytuł, gdzie sam siebie określał gdańszczaninem, ale gdzie był rozdział o jego rodzinie i mało kto wie w Polsce, Państwo może bardziej śledzą, to wiedzą, ja przeglądałem te fragmenty, gdzie on o tej swojej rodzinie pisze i to było szokujące, bo on mówi tak: Moja babcia nie była Polką. Znaczy ona nie mówiła po polsku, mówiła całe życie po niemiecku. Natomiast tam w tej książce Tusk pisze, że jego mama miała problem z tożsamością. Znaczy nie określała siebie jako Polki. To można wyczytać w tej książce, to pisze przecież w latach dwutysięcznych, już był wtedy aktywnym, czynnym politykiem. Wiedział, jakie są tego skutki. Skoro ktoś był wychowany przez osobę, która do końca nie wie czy jest tożsamości polskiej, czy – nie, no to to odpowiada na pytanie, kim jest Donald Tusk.”

Krytyka Tuska, a raczej jego eseju, powinna zacząć się od przeczytania go, bo Tusk uzasadnia w nim swoje stanowisko. W bogu Polskość zamieściłem ten esej. Do tematu polskości powróciłem jeszcze w blogu Polskość c.d. Sądzę jednak, że na ten problem trzeba spojrzeć w szerszym kontekście historycznym. Pewne procesy odbywają się w długim okresie czasu. Ich analiza z punktu widzenia teraźniejszości może okazać się błędna. Historia Polski to ciągła wędrówka ludów. Przez cały jej okres napływali tu obcy, którzy asymilowali się w mniejszym lub większym stopniu albo wcale. Do tego dochodziły zmiany granic, co oznaczało, że w obrębie takiej Polski, z nowymi granicami, znaleźli się ludzie, którzy wcześniej nigdy nie mieli z Polską nic wspólnego, po prostu Polska do nich przyszła. I taki jest przypadek Tuska. Gdańsk do 1945 roku był miastem niemieckim i nie miał nic wspólnego z Polską. Jak widać nie wszyscy Niemcy zostali przesiedleni. Być może czuli się oni bardziej związani z Gdańskiem niż z Niemcami jako całością, bo ten kraj zawsze był związkiem księstw i księstewek, które później przekształcono w landy. Jeśli więc Tusk mówi, że jest gdańszczaninem, to bardziej podkreśla swój związek z tą swoją małą ojczyzną, niż z tą wielką. Trudno więc mieć pretensje i uważać to za coś nagannego, że matka Tuska ma problem z tożsamością.

Ale nie tylko u nas mamy takie dylematy. Zupełnie „przypadkiem” trafiłem na YouTube na krótki filmik zatytułowany: Erstes EU-Land Pleite?! Das musst DU SEHEN! – Pierwsze bankructwo kraju UE?! To musisz zobaczyć! Mowa w nim jest o Francji, ale też pada ostrzeżenie pod adresem Niemiec. Jeden z komentujących napisał: Cała EU jest totalnie zadłużona, a drugi odpowiedział: Jak już Sarazin powiedział „Niemcy same unicestwiają się”.

Z ciekawości zajrzałem do Wikipedii, by dowiedzieć się, kto to taki ów Sarazin. I tak ona pisze o nim:

Dr Thilo Sarrazin (ur. 12 lutego 1945 w Gerze) – niemiecki ekonomista, autor licznych publikacji, nie tylko na tematy gospodarcze, ale również społeczne.

W 1971 roku ukończył studia ekonomiczne na Uniwersytecie w Bonn. Dwa lata później uzyskał doktorat, również w Bonn. W latach 1975–1981 pisał przemówienia dla ekonomisty i polityka Hansa Apela. W latach 2002−2009 był Senatorem ds. Finansów w Berlinie; polityk Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD).

Od 2009 do września 2010 roku był członkiem zarządu Banku Centralnego Republiki Federalnej Niemiec (Deutsche Bundesbank).

Kontrowersje

Książka „Deutschland schafft sich ab”

Pod koniec sierpnia 2010 roku nakładem monachijskiego wydawnictwa Deutsche Verlags-Anstalt ukazała się książka pod tytułem „Deutschland schafft sich ab: Wie wir unser Land aufs Spiel setzen” (ISBN 978-3-421-04430-3), co można na język polski przetłumaczyć jako Niemcy likwidują się same: Jak wystawiamy nasz kraj na ryzyko. W swojej książce Sarrazin zarzuca imigrantom z państw muzułmańskich, że tworzą równoległe społeczeństwo, swoiste państwo w państwie, przez co ich integracja jest utrudniona. Szczególną uwagę zwraca on na fakt, że emigranci z krajów islamskich przysparzają państwu również więcej kosztów socjalnych, niż dostarczają korzyści rozwojowi gospodarki. Autor przytaczając liczne statystyki zauważa, że podobnej skali problemów nie ma z emigrantami z Azji czy Europy Środkowo-Wschodniej. Winą obarcza więc islam, który − zdaniem Sarrazina − stoi w opozycji do wartości liberalnych państw europejskich.

Książka wywołała ogólnonarodową debatę o imigrantach. Sam autor poniósł liczne konsekwencje. Macierzysta partia Sarrazina − SPD − wszczęła procedurę wykluczenia go z szeregów. Prezydent Christian Wulff wezwał Sarrazina do ustąpienia z funkcji członka zarządu Bundesbanku. Stanowisko prezydenta wywołało również kontrowersje, czy nie stanowi zamachu na niezależność banku centralnego.

Książka Sarrazina okazała się bestsellerem osiągając we wrześniu 2010 roku łączny nakład do 250 tys. egzemplarzy. Do końca 2010 roku sprzedano blisko 1,5 mln egzemplarzy.

Krytycy Sarrazina twierdzą, że jego poglądy charakteryzują się ksenofobią. Tymczasem badania genealogiczne jego rodziny wykazały, że on sam pochodzi od imigrantów, którzy przybyli do Niemiec wskutek anulowania Edyktu nantejskiego przez Ludwika XIV. Byli nimi francuscy Hugenoci, Włosi i Anglicy. Niemieckie media sprzyjające Sarrazinowi uznały, że jest to wzorowy przykład tak zwanego „sukcesu integracyjnego” (Integrationserfolg).

Nazwisko autora pochodzi od słowa „saracen”, które w średniowieczu stosowało się dla określania Arabów lub ogólnie wszystkich wyznawców islamu.

x

Gdy patrzymy na historię w krótkim okresie czasu, to niczego nie widzimy. Gdy spojrzymy na nią w dłuższym okresie czasu, to widzimy, że nowożytna historia ludzkości to w dużym stopniu ciąg wędrówek ludów, spowodowanych głównie przez wojny, prześladowania religijne, rewolucje itp. Współczesna Europa to efekt najazdu barbarzyńców na zachodnią część Imperium Rzymskiego, czego skutkiem był jej upadek. Hiszpańska inkwizycja to był doskonały pretekst do osiedlania się Żydów w całej Europie pod pozorem prześladowań religijnych. Anulowanie edyktu nantejskiego to podobne zjawisko, które usprawiedliwiło przyjęcie na teren Niemiec fali uchodźców z różnych krajów, nie tylko z Francji.

Jak to jest jednak możliwe, że takie masy ludzi przemieszczają się do innych krajów i jakoś tam sobie radzą? Nie znają języka, nie mają gdzie mieszkać, nie mają źródła utrzymania, a mimo to osiedlają się i zaczynają nowe życie w obcym otoczeniu. Nie znajdziemy żadnych informacji na temat tego, jak to jest możliwe. Rozumiem, że później, gdy ci nowi już zadomowią się, to mogą ściągać swoich krewnych, ale na początku nie jest to możliwe. Musi tu zatem działać inny czynnik, który umożliwi tym ludziom rozpoczęcie nowego życia na obczyźnie.

Wyjaśnienie tego zagadnienia jest bardzo proste. Trzeba po prostu dokonać odwrócenia metody wnioskowania, która zakłada, że wyjaśnienia teraźniejszości należy szukać w historii. Trzeba poszukać wyjaśnienia historii w teraźniejszości. A my, tu w Polsce, mamy możliwość obserwowania tego procesu na żywo. Wojna na dalekim wschodzie Ukrainy dostarczyła pretekstu do przesiedlenia do Polski milionów Ukraińców w sytuacji, gdy na 4/5 obszaru Ukrainy nie ma działań wojennych. Ci przesiedleńcy zostali otoczeni szczególną opieką „polskiego” rządu, tak szczególną, że mają oni większe uprawnienia niż obywatele państwa, na którego teren zostali przesiedleni. Podobnie musiało dziać się w przeszłości, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, gdyż ówcześni monarchowie nie dysponowali taką ilością wirtualnego pieniądza jak rządy współczesnych państw. Jeśli więc mówimy o upadku Rzymu pod naporem barbarzyńców, to wypada się zastanowić, czy nie było tak, że tych barbarzyńców przyjęto, dano im wikt i opierunek – a nie jest tajemnicą, że w końcowym okresie istnienia Imperium chleb i wino były darmowe – co musiało negatywnie wpłynąć na stan gospodarki Imperium. Wysiłek finansowy z tym związany, czyli socjal jakbyśmy dziś powiedzieli, był zbyt wielki i musiało ono zbankrutować, co oznaczało tylko tyle, że inna władza przejęła kontrolę nad tym całym obszarem, zwanym później Europą Zachodnią.

Czy mamy zatem do czynienia w przypadku Polski z tym samym procesem, procesem świadomego zadłużania państwa mającego doprowadzić do bankructwa III RP i stworzenia w jej miejsce nowego? Wszystko wskazuje na to, że tak, bo jak wytłumaczyć fakt pomagania Ukrainie ponad możliwości finansowe III RP? Jak wytłumaczyć fakt, że zaciąga ona kredyty w Ameryce na zakup sprzętu wojskowego, który następnie nieodpłatnie przekazuje Ukrainie? Dlaczego to państwo ukraińskie nie zaciąga bezpośrednio tych kredytów w USA? Chyba tylko dlatego, że ono i tak jest już przeznaczone do likwidacji pod pozorem wojny.

Gdy 24 lutego 2022 roku zaczęła się specjalna operacja wojskowa na Ukrainie, jak to Rosjanie nazywają, to Putin powiedział, że jej celem jest denazyfikacja Ukrainy i jej demilitaryzacja. Rosja zajęła tylko 1/5 część Ukrainy, jak więc on sobie to wyobrażał? Dziś już wiemy, że denazyfikacja Ukrainy oznacza przesiedlenie ukraińskich nazistów na teren III RP. Demilitaryzacja dokona się wraz z zakończeniem wojny. Teren na Ukrainie, oczyszczony z nazistów ukraińskich, zajmie Rosja. Być może jej część, zwana Galicją Wschodnią, zostanie włączona do nowego państwa, które powstanie po zakończeniu tej wojny.

Rewolucja francuska skutkowała tym, że stary, monarchiczny porządek, został obalony. Powstały państwa narodowe, a poddani stali się obywatelami. To oznaczało, że wszystkim obywatelom tych państw, często zupełnie sobie obcym pod względem mentalnym i wyniesionych z domu tradycji, rządzący wmawiali, że są do siebie podobni, że łączy ich ten sam system wartości i ta sama historia, że muszą te państwa kochać i w razie potrzeby ich bronić, a nawet oddawać za nie życie – i nazwano to patriotyzmem. I ci rządzący rościli sobie prawo do oceny, kto jest prawdziwym patriotą, a kto – nie.

Skrajną formą patriotyzmu jest narodowy socjalizm, czyli nazizm, który jest wszędzie zwalczany i potępiany z wyjątkiem Ukrainy. Jest jednak patriotyzm doskonałym instrumentem do grania na ludzkich emocjach, jak to czyni Michał Woś z PiS-u. Ta partia zarezerwowała dla siebie endecki model patriotyzmu, stworzony w XIX wieku na użytek ludności zamieszkującej ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sprowadzał się on do tego: mówicie po polsku, jesteście katolikami, a więc jesteście Polakami. A Polska to przecież pojęcie abstrakcyjne, to obszar z ciągle zmieniającymi się granicami, z ciągle napływającymi nowymi osadnikami bądź tymi, którzy swego miejsca zamieszkania nie zmienili, tylko Polska zmieniła swoje położenie i ich wchłonęła. Zatem jak różna jest historia Polski, jak zmienny jest jej obszar i granice, tak zmienna i niepoddająca się ścisłej definicji jest polska tożsamość. Czy zatem odwoływanie się do polskości ma sens i czy nazywanie jej nienormalnością również ma sens? Bo czyż proces historyczny, który doprowadził do takiego stanu, można nazywać nienormalnym? A czy w takim razie Polak również nie jest pojęciem abstrakcyjnym?