Po roku

Mija już rok od momentu, który stał się naszą „nową normalnością”. Na portalu ZeroHegde pojawił się artykuł One year to flatten life as we knew it, którego autorem jest Rob Slane. Opisuje on ten rok i dzieli się swoimi refleksjami na temat tego, jak zmienia się nasza rzeczywistość, co z tego wynika i kim są ci ludzie, którzy zgotowali nam ten los. Pomyślałem sobie, że warto się z nim zapoznać, zwłaszcza że w kolejnym blogu będę chciał przybliżyć ideologię anarchizmu i nihilizmu, który jest skrajną odmianą tego pierwszego. Mam takie wrażenie, że nihilizm, który narodził się w XIX wieku, przeżywa swój renesans za sprawą fałszywej pandemii. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/covid-19/one-year-flatten-life-we-knew-it.

Minął rok odkąd rozpoczęliśmy nowy, niesprawdzony, nienaukowy, drakoński i doprawdy szalony eksperyment medyczny, społeczny, ekonomiczny i psychologiczny, dokonywany na milionach ludzi. W dniu, w którym zaaplikowano nam to szaleństwo, napisałem: „Wygląda na to, że to koniec Wielkiej Brytanii, jaką znaliśmy”. Wszystko, co wydarzyło się od tamtego czasu, jak sądzę, sprawdziło się, a tym, czego nie przewidziałem jest to, że miliony ludzi nadal wierzą, że ograniczenia miały naukowe uzasadnienie, że były konieczne, że były skuteczne i że mamy życzliwy rząd, którego celem jest zapewnienie nam wszystkim bezpieczeństwa. Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą.

Krótkie podsumowanie tego, co się wydarzyło

Na nic zda się szukanie literatury medycznej i naukowej sprzed 2020 r., opowiadającej się za masową kwarantanną zdrowych ludzi, jako właściwą reakcją na pandemię. W rzeczywistości, po tym, jak spanikowany rząd meksykański flirtował z tym pomysłem przez całe pięć dni podczas wybuchu świńskiej grypy w 2009 r. (zakończył go, gdy zdano sobie sprawę, jak niszczące na dłuższą metę byłyby jej skutki), ówczesny dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Dr Margaret Chan, wyraźnie ostrzegła przed stosowaniem takich destrukcyjnych środków:

W związku z tym pozwolę sobie zdecydowanie apelować do krajów, aby powstrzymały się od wprowadzania środków, które są gospodarczo i społecznie destrukcyjne, a nie mają uzasadnienia naukowego i nie przynoszą wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego.

Tak więc ten destrukcyjny, nienaukowy pomysł, bez wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego, został po cichu zarzucony i zapomniany. Dopiero w styczniu 2020 roku powrócono do niego w chińskiej prowincji Hubei na polecenie Xi Jinpinga, przywódcy jednego z najbardziej totalitarnych reżimów na świecie, o czym szczegółowo opisuje prawnik Michael Sanger.

Można by oczekiwać, że WHO pójdzie tą samą drogą, co dr Chan w 2009 roku, ale do lutego, w niewytłumaczalny sposób, zmieniła swoje wytyczne dotyczące reakcji na pandemię, opierając się na nieprzekonywujących i najbardziej niewiarygodnych dowodach, dostosowując je do dekretu Wuhan.

Można by więc oczekiwać, że kraje zachodnie odrzucą to tyrańskie podejście, ale, co dziwi, nie zrobiły tego. W Wielkiej Brytanii całkowicie rozsądna strategia gotowości na wypadek pandemii, którą rząd prowadził od 2011 roku, i która dążyła do zapewnienia minimalnych zakłóceń w społeczeństwie, nawet podczas epidemii wirusa, mogącej pochłonąć 315 000 istnień ludzkich w okresie 15 tygodni – została zarzucona. Dlaczego? To jest najważniejsze pytanie, na które szukamy odpowiedzi. Sądzę jednak, że ważne jest też to, co profesor Neil Ferguson zasugerował nam w swoim grudniowym wywiadzie dla The Times:

Oni [Chińczycy] twierdzili, że spłaszczyli krzywą. Na początku byłem sceptyczny. Myślałem, że to było ukrywanie prawdy przez Chińczyków. Jednak w miarę gromadzenia danych stało się jasne, że była to skuteczna polityka. Ale to komunistyczne państwo jednopartyjne, powiedzieliśmy. Myśleliśmy, że nie uszłoby to nam na sucho w Europie. A potem również Włochy to zrobiły. I zdaliśmy sobie sprawę, że możemy.

Twierdzenie chińskiego rządu o spłaszczeniu krzywizny to fałszywy trop. Komentarz profesora, że zdali sobie sprawę, że wdrożenie taktyki despotycznego reżimu może ujść na sucho, nie jest nim.

Ponieważ WHO i rząd zawiedli, z pewnością Brytyjczycy nie daliby się nabrać na coś tak ewidentnie absurdalnego, jak zakazanie milionom całkowicie zdrowych ludzi kontaktu z innymi zdrowymi ludźmi? Czy idea, która uczyniła ten kraj jednym z najbardziej wolnych narodów na ziemi, zadziała?

Niestety nie. Brytyjczycy, poprzez terroryzowanie ich strachem, histerią i jawnym kłamstwem na bezprecedensową skalę, potulnie poddawali się tym despotycznym dekretom, wierząc, że mają one coś wspólnego z zapewnieniem im bezpieczeństwa.

Kłamstwo o bezobjawowej transmisji i mit pół miliona zgonów

Zdecydowanie największym kłamstwem jest bezobjawowa transmisja. Rzeczywiście, kiedyś może stać się największym kłamstwem – oszukanie największej liczby ludzi w najkrótszym czasie. Opierało się ono głównie na incydencie w Niemczech, gdzie chińska dama, o której sądzono, że nie ma żadnych objawów, rozniosła chorobę. Jednak później okazało się, że rzeczywiście miała objawy, ale stłumiła je lekami. Jednak rzadko o tym pisano, a do tego czasu narodził się mit, że była to nowa, tajemnicza choroba, którą mogliby przenosić ludzie bez objawów, a wraz z nią powstała podstawa do zamykania gospodarek, masek i niezliczonych innych dziwacznych, oderwanych o rzeczywistości ograniczeń nałożonych na nas. Wielkie badanie przeprowadzone na 10 milionach ludzi w Wuhan, w późniejszym okresie, wykazało zero przypadków bezobjawowego rozprzestrzeniania się, ale jak można się domyślić, zostało ono całkowicie zignorowane przez rządy i media na całym świecie.

A co z twierdzeniem profesora Fergusona o 510 000 zgonów? Pozostaje to podstawą do twierdzenia zwolenników kwarantanny, że gdybyśmy nie zostali zamknięci, zginęłyby setki tysięcy więcej osób. Oprócz faktu, że Wielka Brytania zajmuje obecnie piąte miejsce na świecie pod względem liczby zgonów na milion, mając trzecią najbardziej rygorystyczną blokadę na planecie Ziemi, według Uniwersytetu Oksfordzkiego, a kraje, które tego nie zrobiły, radziły sobie nie gorzej – czy potrzeba jeszcze jakiegokolwiek innego dowodu, na który możemy powołać się, by wykazać fałszywość twierdzenia profesora Fergusona o dniu zagłady?

Dlaczego aż tyle i co jest w rzeczywistości zawarte w samym raporcie profesora Fergusona? Doszedł on do swojej liczby 510 000 zgonów dla scenariusza „bez ograniczeń”, szacując, że 81% populacji zostanie zarażonych i przyjmując współczynnik śmiertelności zarażonych (IFR) Covid-19 na 0,9%. Jednak w październiku, jeden z czołowych epidemiologów na świecie, John Ioannidis z Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii, opublikował ostateczne badanie dotyczące IFR Covid-19. Obliczył, że mediana wskaźnika wyniosła 0,23%, a nie 0,9%, jak założył Ferguson, a jego praca została zaakceptowana i zatwierdzona przez WHO.

To bardzo ważne: gdyby Ferguson zastosował liczbę IFR wynoszącą 0,23%, a nie 0,9%, to kto zgadnie, do jakiej liczby zgonów by doszedł? Odpowiedź – to około 127 tysięcy. Jest to niezwykle interesujące, ponieważ całkowita liczba „oficjalnych” zgonów spowodowanych przez Covid-19 w chwili pisania tego tekstu (ukazał się 22 marca – przyp. mój) wynosi 126 172. Innymi słowy, gdyby Ferguson użył prawidłowego IFR, liczba zgonów, które przewidziałby w scenariuszu bez blokady, byłaby taką samą liczbą oficjalnych zgonów, jaką faktycznie mieliśmy w przypadku trzeciego najbardziej rygorystycznego zamknięcia na świecie. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te około 126 000 zgonów nie było spowodowanych przez Covid-19, ale zwolennicy ograniczeń twierdzą, że było, więc to ich zadaniem jest wyjaśnienie, w jaki sposób ta liczba jest obecnie taka sama, jak ta, którą przewidziano w badaniu Fergusona dla sytuacji bez ograniczeń, gdyby użył właściwego IFR.

To, że ograniczenia nie uratowały życia, powinno być oczywiste. Wirus był znany od początku marca 2020 r. Z faktu, że w przeważającej mierze zabijał on osoby starsze z chorobami współistniejącymi, wynika, że zasoby mogły i powinny były być skierowane na ochronę takich osób. Jednak podejście z rozpylaczem (kropelkowe przenoszenie – przyp. mój), które przyjęto w celu poddania wszystkich kwarantannie, nie jest – z definicji – podejściem ukierunkowanym. I ironia polega na tym, że przy wszystkich absurdalnych nawoływaniach zdrowych ludzi do zmiany całego stylu życia, aby chronić słabszych, to to, co tak naprawdę wydarzyło się, to to, że zdrowym ludziom całkowicie wykoślawiono życie, a starszych skazywano na powolną śmierć.

Niszczycielska moc ograniczeń

To tyle, jeśli chodzi o nieskuteczność ograniczeń w celu czynienia dobra, a co z ich niszczycielską mocą? Każda krytyka będzie tu zbyt łagodna. Niszczą życie. Niszczą źródła utrzymania. Niszczą miejsca pracy. Niszczą biznesy. Niszczą edukację. Niszczą kościoły. Niszczą zaufanie. Niszczą zdrowie psychiczne. Niszczą małżeństwa. Niszczą relacje. Niszczą społeczności. Przeczą temu, że policja służy ludziom. Niszczą praworządność. Niszczą wolną Brytanię.

Czas i miejsce nie wystarczą, by opisać zniszczenia delikatnej równowagi życia w sferze medycznej (zwłaszcza osłabionego układu odpornościowego), sferze społecznej, sferze psychologicznej i sferze ekonomicznej, czy o zwrocie ku transhumanistycznej przyszłości, spowodowanym przez nieustanne wezwania ludzi do trzymania się z dala od innych ludzi oraz dziwaczny rytuał zakrywania ludzkiej twarzy – najbardziej bezpośrednia i najważniejsza fizyczna manifestacja Imago Dei – bezużytecznymi kawałkami materiału.

Tych, którzy się na to zgodzili, pytam po prostu: Czy nadal nie widzicie, co zrobiliście? Czy nadal nie widzicie, czym jest to, co poparliście?

Wielka Brytania, która istniała przed marcem 2020 r., lub o której wielu z nas myślało, że istnieje, już przeminęła. Wielka Brytania, w której uznaliśmy wolność za coś oczywistego, odeszła. Weszliśmy w zupełnie inną przyszłość, co więcej, wydaje się, że zdecydowana większość ludzi przyjęła ją z zadowoleniem. Co gorsza, zostajemy wprowadzeni do transhumanistycznej technokracji, w której nie jesteśmy postrzegani jako ludzie, stworzeni na obraz Boga, ale jedynie jako potencjalni nosiciele wirusów, cyfrowe numery identyfikacyjne, drony nadające się do śledzenia i namierzania, nadające się do obserwowania i zarządzania przez dystopijnych technokratów, którzy budują wokół nas swój medyczny despotyzm, ale nie jesteśmy uważani za godnych, by żyć cicho i spokojnie, zajmując się naszym legalnym biznesem, prowadząc życie bez ingerencji zwierzchników w każdy jego aspekt.

Dlaczego tak się stało?

Przez pierwsze kilka miesięcy wzbraniałem się przed myślą, że kontynuacja tych posunięć była spowodowana przez polityków, próbujących ukryć okropną pomyłkę, lub że jest to część czegoś znacznie bardziej nikczemnego. I chociaż wciąż nie mam jasności co do motywów, to dla mnie ewentualność „tuszowania wielkiego błędu” stała się nie do utrzymania w październiku, wraz z wydaniem Wielkiej Deklaracji z Barrington. Było to naukowo uzasadnione, solidne z medycznego punktu widzenia, intelektualnie wiarygodne wyjście z powstałego kryzysu. Były to otwarte drzwi dla rządu brytyjskiego, wraz z innymi na całym świecie, na wyjście i zachowanie twarzy. Ale to, co faktycznie wydarzyło się to to, że albo to zignorowali, albo, w przypadku towarzysza Hancocka, cynicznie wyśmiali.

Myślę, że teraz jest już oczywiste, że dzieje się coś o wiele bardziej nikczemnego. Ale jak to wyjaśnić? Niektórzy wyobrażają sobie, że potrzeba do tego jakiegoś diabła, pociągającego za sznurki i sprawiającego, że wszystkie jego marionetki tańczą w rytm tej samej melodii. Nie wierzę, że tak jest. Każdy, kto ma choćby najbardziej pobieżną wiedzę o polityce ostatnich dwudziestu lat, musiał zauważyć, że prawie wszyscy ludzie, którzy robią karierę, mają zasadniczo tę samą ideologię. Myślą tak samo. Głoszą te same frazesy. Chodzą tymi samymi ścieżkami. A jeśli nie myślisz, nie mówisz lub nie postępujesz tak jak oni, to nigdy nie zostaniesz zaproszony na imprezę. Jest to dość oczywiste, że wielu z tych ludzi postrzegało Covid-19 jako okazję do zwiększenia ich władzy, kontrolowania ludzi i przekształcenia społeczeństwa na swój własny ohydny sposób.

Ale to nie wszystko. Widziałem niekończące się niepokojące komentarze – odzwierciedlające moje własne myśli – zarówno chrześcijan, jak i nie-chrześcijan, że niewytłumaczalnie dziwna reakcja na to, co się stało, była taka, jakby miliony ludzi zostały sparaliżowane jakimś rodzajem zaklęcia. W związku z tym dobrze byłoby pamiętać o tym, że istnieją rzeczy, które są poza naszymi możliwościami zrozumienia za pomocą czysto ludzkiego rozumu i ludzkich działań:

Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władzami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. (Efezjan 6: 12).

Patrząc w przyszłość

Po uśpieniu i propagandzie w celu zaakceptowania środków, które są nie tylko jałowe same w sobie, ale które zniszczyły wyobrażenie tego, co moglibyśmy nazwać normalnym życiem, miliony zostały teraz zaczadzone ideą, że pośpieszne, niewypróbowane, niesprawdzone „szczepionki”, których badania kliniczne mają się zakończyć dopiero w 2023 r. (Pfizer, AstraZeneca i Moderna), są pewnego rodzaju ratunkiem i powrotem do normalności. Ale jak pokazały wiadomości z ostatnich dni, czeka ich duże rozczarowanie. Twoi zwierzchnicy nie chcą pozwolić ci wrócić do normalności. Entuzjastycznie zabierają się do dzieła i nie sądzę, by taką okazję zaprzepaścili.

To, co widzimy, jest o wiele ważniejsze, o wiele bardziej kompleksowe, o wiele bardziej okropne, niż większość z nas może pojąć. Jak podsumowała Naomi Wolf w fantastycznym komentarzu do niedawnej sytuacji:

Ale tym razem stajemy w obliczu nie tylko wojny o wolność. Tym razem stajemy w obliczu wojny z ludźmi i ze wszystkim, co czyni nas ludzkimi.

W rzeczy samej. Od zamykania gospodarek po dystans społeczny, po maski, człowieczeństwo i wszystko to, co oznacza bycie człowiekiem, wszystko to jest przedmiotem ataku. Jest tylko jedna pokojowa droga wyjścia z tej transhumanistycznej technokratycznej przyszłości: jednostki, wspólnoty religijne i narody muszą pokutować przed Bogiem, a skruchą muszą błagać Go o uwolnienie się od tego sądu, a On przywróci prawdę, rzeczywistość, i to, co właściwie znaczy być człowiekiem w świecie, który zapomniał o tych rzeczach. Godzina jest późna. Potrzeba jest naprawdę pilna.

Konflikty

Ostatnio jakoś tak częściej zastanawiam się nad tą rzeczywistością i dochodzę do wniosku, że jest ona od początku do końca sztucznie kreowana. I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o bieżące wydarzenia ostatniego roku. Chodzi mi o to, co dzieje się od początku tego naszego świata, od początku chrześcijaństwa. Skąd biorą się te wszystkie konflikty, wojny, powstania, zamieszki itp. Model dziejów opisany przez Hegla, a więc teza, antyteza i synteza, zdaje się mieć zastosowanie od początku. Dwa sprzeczne ze sobą poglądy, czy światopoglądy, ścierają się ze sobą i powstaje nowa rzeczywistość, czyli synteza. Skąd jednak biorą się te przeciwieństwa? Zawsze były państwa, które miały zapędy imperialistyczne. Takim było imperium Czyngis-chana. Ale były też Chiny, które przez wieki nie chciały mieć nic wspólnego ze światem zewnętrznym i odgrodziły się od niego murem. Naród, który uważał się za lepszy i predestynowany do panowania nad innymi narodami, robił to w sposób otwarty i często brutalny. Dzięki temu walka z nim była łatwiejsza, bo przeciwnik był znany i znane były jego zamiary. Jest jednak taki naród, który chce panować nad światem, ale chce to osiągnąć w zupełnie inny sposób, nie tak otwarcie, raczej skrycie i podstępem. Dlatego walka z nim jest bardzo trudna, tym bardziej, że naród ten żyje w rozproszeniu wśród innych narodów. I naród ten tworzy sztuczne konflikty, których ofiarami padają inni. On sam za każdym razem zyskuje.

Nie ma na świecie drugiego tak jątrzącego narodu jak Żydzi. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela tak opisuje początek relacji Żydów z Rzymem:

»Jak przedtem hellenizm, tak teraz Rzym z początku odniósł się do żydów przyjaźnie. Wspomniałem już o tym, jak na rozkaz senatu rzymskiego musiał Antioch Wspaniały wycofać swe wojska z Egiptu. Potem znów państwo Machabejczyków cieszyło się opieką senatu rzymskiego. Szymon Machabejczyk wyprawia do Rzymu poselstwo z prośbą o przymierze i uzyskuje uroczyste oświadczenie senatu, że Judejczycy są jego sprzymierzeńcami (140 przed Chr.). W 7 lat później Hyrkan Machabejczyk wyprawia znów posłów do Rzymu i otrzymuje potężne poparcie przeciw Syrii (133 przed Chr.).

Na prośbę samych żydów mieszają się Rzymianie po raz pierwszy w sprawy wewnętrzne Judei. W r. 65 przed Chr. dwaj dowódcy Pompejusza, Scaurus i Gabinus zostają przez Arystobula Hasmonejczyka opłaceni, aby się wmieszali w jego spór o władzę z bratem Hyrkanem – Scaurus otrzymuje dwa miliony, Gabinus zaś półtora, jak nas o tym informuje żydowski historyk starożytny, Józef Flavius. Niebawem zwaśnieni bracia zwrócili się znowu wprost do samego Pompejusza, składając mu dary i prosząc o ich rozsądzenie.

Nagle ni stąd, ni zowąd Arystobul czyni zwrot i uderza na chwilowo kwaterujące w Judei wojska rzymskie. W rezultacie Pompejusz zdobywa po dłuższym oblężeniu Jerozolimę. Zwycięzca zachowuje się łaskawie, nie tyka nawet skarbca świątyni (61 przed Chr.).

Judea zachowała wprawdzie niezależność polityczną i samorząd, lecz pozostawała odtąd w stosunku pewnej zawisłości od Rzymu jako autonomiczna prowincja rzymska pod władzą żydowskich wielkorządców, czy prokuratorów rzymskich, czy też nawet jako państwo samodzielne pod władzą królów z dynastii herodiańskiej.

Rzym w swym postępowaniu wobec Judejczyków był od pierwszej chwili paraliżowany przez ich wpływy zakulisowe. Wspomniałem już o szerokim rozlaniu się fali dobrowolnej emigracji żydowskiej. Dwa szczególne skupienia, Aleksandria i Rzym, urastają w tym czasie do dużej potęgi. Kolonia żydowska w Rzymie powstała jeszcze wtedy, gdy Rzymianie nie znali żydów palestyńskich. Dopiero zdobycie Jerozolimy przez Pompejusza i uprowadzenie do Rzymu w triumfie więźniów żydowskich dało gminie żydowskiej w stolicy świata odpowiednie kierownictwo.

Na żydowskiej gminie w Rzymie opiera się Juliusz Cezar w swej walce o dyktaturę. Siedzi po uszy w długach i od bankierów zależy. Toteż całe życie jest wiernym przyjacielem Izraela. Zadając pierwszy cios śmiertelny rzymskiej rzeczypospolitej, zdobywa sobie na skrzydłach judaizmu tak przereklamowane miejsce w historii.

Gdy wojska Pompejusza pod wodzą Krassusa poniosły klęskę w wojnie z Partami (Persami), wybuchło powstanie w Judei, zakończone rozgromieniem wojsk judzkich. W tym czasie Cezar w Rzymie wypuszcza na wolność Arystobula Hasmonejczyka, tego samego, który przedtem zaatakował zdradziecko wojska rzymskie. Toteż w walce z Pompejuszem całe żydostwo popiera Cezara, a senat pod jego dyktandem ogłasza ich za przyjaciół i sojuszników narodu rzymskiego. Żydzi aleksandryjscy otrzymują od Cezara potwierdzenie wszelkich swobód obywatelskich i własną jurysdykcję pod władzą arabarchy. Żydzi w małej Azji dostają prawa obywatelskie, a nadto przywilej swobodnego odbywania zebrań, w odróżnieniu od reszty mieszkańców. Wszystkim żydom poza Palestyną specjalny edykt cezara zezwala na wysyłanie złota do Jerozolimy. Żydzi w Rzymie mają odeń prawo stowarzyszania się i zgromadzeń, choć wszystkim rdzennym Rzymianom dyktator odebrał tę wolność.

Nic dziwnego, że po zgonie dyktatora Judejczycy rzymscy do tego stopnia nie mogli się w żalu utulić, iż przez kilka nocy z kolei u mogiły jego płakali. Później znowu sojusznikiem żydów był Oktawian, podczas gdy przeciwnik jego Antoniusz, uchodził za ich wroga.

Antoniusz, władając na wschodzie, wprowadza na tron Judei Heroda, przedstawiciela kierunku hellenistyczno-aleksandryjskiego wśród żydów. Żydzi „pobożni” stawiają opór i Herod decyduje się siłą zbrojną na własnych ziomkach zdobywać Jerozolimę.

Zwycięstwo Oktawiana nad Antoniuszem, odniesione przy poparciu żydostwa, przynosi żydom nowe swobody i przywileje w Aleksandrii, Rzymie i Azji Mniejszej. Herod przed upadkiem Antoniusza przechodzi oczywiście na stronę silniejszego i otrzymuje od Oktawiana potwierdzenie swego królestwa. Upamiętnia swe rządy wspaniałą rozbudową świątyni jerozolimskiej.

Nienawiść faryzeuszów do taktyki hellenistów posunęła się aż tak daleko, że po jego śmierci wysłali do Oktawiana deputację, by go poprosić o pozbawienie Judei niepodległości i wcielenie jej do Syrii w charakterze rzymskiej prowincji z zachowaniem samorządu. Pięćdziesięciu najprzedniejszych mężów Judei wchodziło w skład deputacji, a cała rzymska kolonia żydowska orędowała za jej życzeniem. Mimo to jednak Oktawian nie ustąpił i zachował Judei niepodległość. Czy przyjaźń dla żydów aż tak mu wrosła w serce, że na przekór ich żądaniom uszczęśliwił ich nadal niepodległym państwem? A może właśnie bał się iść na rękę tym właśnie, którzy żądali wcielenia Palestyny do państwa rzymskiego, a równocześnie podziemnie patronowali spiskom i rewolucji? Po kilku latach jednak faryzeusze postawili na swoim i Judea stała się prowincją rzymską (6 po Chr.).

Opowieść, jakoby Rzym pozbawił żydów niepodległego państwa, jest więc historyczną legendą. To właśnie przedstawiciel Rzymu bronił przed nimi bezskutecznie przez kilka lat niepodległości Judei, a odebranie jej niepodległości było koncesją dla faryzeuszów.

Partia antyhellenistyczna opierała się na tajnych związkach, przede wszystkim na „pobożnych” (Asydejczykach, chassidim), których zewnętrzną przesłoną byli faryzeusze. Za Heroda odłam skrajny „pobożnych” organizuje się w związki „zelotów” czyli żarliwców; na czele ich staje Juda Galilejczyk. Są to organizacje partyzanckiej walki zbrojnej z Rzymianami, a na zewnątrz ukrywają się pod hasłami republikańskimi (przeciw dynastii Herodiadów).

Zeloci są właściwymi inicjatorami zbrojnych powstań żydowskich. Oni starają się przeszkodzić gwałtem zarządzonemu przez Rzym spisowi ludności. Utrzymują najściślejsze stosunki z żydami babilońskimi, którzy pod osłoną rządów Partów (Persów) mogą bezkarnie podżegać do nienawistnych wystąpień przeciw Rzymowi. Wszak Rzym z Partami był w ustawicznej wojnie.

Wrzenie podziemne wzrasta. Jak zwykle w ugrupowaniach tajnych i skrajnych odrywa się od zelotów jeszcze skrajniejsze skrzydło, „sykariusze”. Trudnią się oni po prostu bandytyzmem i sianiem anarchii w kraju; jednakowoż celem ich jest wywołanie „ruchawki” rewolucyjnej.

Żydzi w stosunku do Rzymian i Greków są stroną napadającą. Uderzają podstępnie, z ukrycia, jak właśnie ci sykariusze, albo tam gdzie czują się w przewadze. Sykariusze nadają stopniowo kierunek taktyce „zelotów”. Zaczynają od pogromu Samarytan.

Rewolucjoniści nie ograniczają swej działalności do Palestyny. W Cezarei za Nerona uderzają nagle na ludność grecką, lecz zostają odparci. W Aleksandrii powiodło się im gorzej, bo w odwecie za napad żydów na ludność nieżydowską namiestnik cesarski Tyberiusz Aleksander kazał legionom uderzyć na dzielnice żydowskie i sprawił rzeź.

Ernest Renan (żyd) w swej „Historii Izraela” pisze z całą słusznością: „Antysemityzm nie jest wynalazkiem naszych czasów i nigdy nie był bardziej płomienny, jak w ostatnim wieku przed naszą erą… W Aleksandrii, w Antiochii, w Małej Azji, w Cyrenajce, w Damaszku walka między żydami a nieżydami była rzeczą stałą. Rozpoczyna się czas nienawiści religijnych i nie można zaprzeczyć, że te objawy nienawiści były zazwyczaj prowokowane przez żydów”.

Gdy więc Neron, ulegając naciskowi opinii, pozbawił w końcu żydów praw obywatelskich, to wybuch powstania w Judei stał się iskrą, rzuconą lekkomyślnie na prochy. Również wódz wojsk rzymskich, Tytus, inspirowany przez swoją kochankę, żydowską księżniczkę Berenikę, która nie odstępowała od jego boku podczas kampanii, musiał jednak ulec nastrojowi swoich żołnierzy i rzymskiej racji stanu.

Wódz rzymski przy oblężeniu Jerozolimy za podszeptem Bereniki każe oszczędzać świątynię, nie może jednak powstrzymać swych żołnierzy w czasie zwycięskiego szturmu i rzucona ręką nieznanego sprawcy żagiew płonąca wpada do świątyni, a triumfujące szeregi, wbrew osobistej interwencji Tytusa niecą w niej pożar. Jerozolima obrócona została w kupę gruzów.

Odtąd cały Izrael zaprzysiągł Rzymowi wiekuistą nienawiść. Rzymowi w każdym czasie i w każdej postaci. Ta nienawiść i chęć zemsty stała się odtąd dla Izraela istotnym składnikiem jego religii politycznej.«

Henryk Rolicki w swojej książce opierał się przeważnie na opracowaniach żydowskich historyków, więc niczego nie wymyślał. W zasadzie ten powyższy cytat w zupełności wystarcza, by uświadomić sobie, czym jest żydowska natura, jak oni działają. Nie było możliwości, by Rzym zadowolił Żydów. Skoro oni dzielą się na niby wrogie sobie stronnictwa, z których jedno chce niepodległości od Rzymu, a drugie – wprost przeciwnie, to musi dojść do konfliktu. Wystarczy byle jaki powód, by wzniecić powstanie czy wojnę. No bo przecież spis ludności, to nie jest powód do wywoływania powstania. A skoro im się nie podobał spis, to po co godzili się na uzależnienie od Rzymu. Tak wygląda logika żydowska i nie ma takiego, który by ich zadowolił. Po to ona właśnie taka jest. I obecnie jest tak samo. To oni uraczyli nas tą „pandemią” i to oni organizują te wszystkie protesty.

Żydzi nie mieli powodu, by pałać nienawiścią do Rzymu, więc musieli taki powód stworzyć. Imperium Rzymskie zostało w dużym stopniu zbudowane w oparciu o wojsko, o sprawne i zdyscyplinowane wojsko. Bez tego nie ma mowy o podbojach i utrzymaniu w ryzach ludności zamieszkującej zdobyte tereny. Czy możliwe jest więc, że żołnierze rzymscy w trakcie zdobywania Jerozolimy okazali się tak niezdyscyplinowani? Dlaczego w 61 r. p.n.e. Pompejusz, po zdobyciu Jerozolimy, nawet nie tknął jej skarbca, a żołnierze okazali się zdyscyplinowani? A w 70 r. n.e. było inaczej? Ktoś podrzucił płonącą żagiew, a żołnierze wzniecają pożar. A gdyby tego nie zrobili, to nie byłoby powodu do nienawiści. A może ktoś postarał się, by taki powód był. Po tym, czego Żydzi dokonali wcześniej, nie można wykluczyć, że to oni sami podpalili tę świątynię. Jej unicestwienie to był faktyczny koniec państwa żydowskiego w Palestynie i tamtejsi Żydzi rozproszyli się po świecie. Życie w diasporze to chyba jedyny dla nich stan do przyjęcia, stan, w którym w pełni mogą żerować na innych nacjach.

Może tak miało być. Wszak 70 lat wcześniej pojawił się mesjasz, który głosił zupełnie nową religię, którą należało rozpowszechnić wszędzie, gdzie się dało, zaczynając od Rzymu. Trzeba było też ją w pełni kontrolować i nienawidzić jej wyznawców. Nowa religia była skierowana do ubogich, których Żydzi również chcieli sobie podporządkować. I niby stąd konflikt, jak również z powodu różnic „ideologicznych”. Według tej religii Bóg objawia się w trzech postaciach: Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Człowiek posiada duszę, która jest nieśmiertelna. To tylko niektóre z dogmatów tej nowej religii. Wraz z nią pojawiły się sekty, które je podważały. Najważniejszą z nich w tym początkowym okresie był arianizm. Henryk Rolicki tak o niej pisze:

»Teza ariańska była przekreśleniem pojęcia Trójcy i zwrotem w kierunku judaistycznie pojętego monoteizmu, który wzdragał się przed przyznaniem Chrystusowi Boskości, a godził się co najwyżej na przyznanie mu roli proroka lub Mesjasza, to jest człowieka, objawiającego wolę Boga. Te próby pogodzenia chrześcijaństwa z odmówieniem Chrystusowi Boskości miały miejsce przed powstaniem arianizmu.

Sam Ariusz, kapłan z Aleksandrii, sprawca rozłamu w Kościele, pochodził z Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis), a więc z kraju, w którym ludność żydowska stanowiła przeważającą większość. Epifaniusz, pisarz prawosławny XVII w. tak opisywał Ariusza: „Ariusz miał wszystkie przymioty węża niebezpiecznego, a powierzchowność tak układną, że dzięki niej snadnie uwodził ludzi prostodusznych i łatwowiernych”.

Rozłam w Kościele, wywołany przez arianizm, wstrząsnął Kościołem głęboko, nie mniej niż reformacja w tysiąc lat później. Całe stulecia wypełniły walki zbrojne o religię, podczas których arianie zdobywali kościoły i zdzierali wizerunki i obrazy. W tym obrazoburstwie przejawił się znowu widoczny wpływ judaizmu, zakazującego – jak wiadomo – plastycznego przedstawiania Jehowy i ludzi. Dlatego przecież sztandary z wizerunkiem cesarzy rzymskich były obrazą wierzeń żydowskich i grzeczne hufce rzymskie omijały na ogół Judeę, aby wizerunkami nie drażnić ludności.

Arianizmowi przypadła smutna rola polityczna w upadku cesarstwa rzymskiego. Wszak Rzym za Konstantyna, poszukując za wszelką cenę ostoi w jedności religijnej, zdecydował oprzeć się na chrześcijaństwie. Chrześcijaństwo miało państwu dodać sił w rozpaczliwej walce z najazdami barbarzyńców, z tzw. wędrówką ludów. I wtedy właśnie jakieś ciemne siły rozdzierają jedność chrześcijaństwa.

Zdawał sobie sprawę z doniosłości tej groźby cesarz Konstantyn, gdy osobiście brał udział w soborze nicejskim, mającym rozstrzygnąć spór (325 r. po Chr.). Wystosował nawet list do obu stron, w którym pisał: „Powróćcie mi dnie spokojne i noce od trosk wolne… Jak długo bowiem naród Boży pozostanie rozdzielony walką zbyteczną, a zgubną, ja nie będę mógł się uspokoić”.

Sobór potępił doktrynę Ariusza, lecz ten nie ugiął się i zorganizował potężne odszczepieństwo. Sam Konstantyn chwiał się na obie strony i raz popierał prawowiernych chrześcijan, to znowu pod koniec życia wziął stronę arian. Po nim cesarze jedni stali przy Kościele, to znów inni byli arianami. Zwłaszcza ludy barbarzyńskie, które osiedlały się na terytoriach cesarstwa, jak Gotowie, Wandale przyjmowały arianizm.

Cesarz Teodozjusz Wielki stanął po stronie Kościoła, lecz nie zdołał stłumić arianizmu. „Można było mieć nadzieję, że triumf chrześcijaństwa da w wyniku ustalenie jedności moralnej i religijnej cesarstwa. Powstanie i wspaniałe powodzenie, jakie miała herezja ariańska, zniszczyły tę nadzieję”. – Leon Homo, L’empire romain.

Chrześcijaństwo i cesarstwo rzymskie, oba znienawidzone przez żydów, za jednym zamachem otrzymały cios potężny. I gdziekolwiek odtąd przyjrzymy się panowaniu arian, są oni zdecydowanie przyjaciółmi żydów. Arianizm przetrwał aż do VI w. po Chrystusie.«

A więc mamy konflikt: czy można przedstawiać Boga na obrazach, czy – nie. Można by zapytać: a co w tym jest złego? Może więc wypada pójść o krok dalej. Wypada i wypada zacytować fragment z monumentalnego dzieła E.H. Gombricha O sztuce:

»O wiele trudniejsza i bardziej złożona okazała się dekoracja bazylik, gdyż pojawił się tu problem rzeźby lub obrazu i jego funkcji w kulcie religijnym. Sprawa ta wywołała bardzo gwałtowne spory. Wszyscy niemal chrześcijanie byli zgodni co do jednego: zakazu ustawiania posągów w domu Bożym. Rzeźby zbyt przypominały bożki i pogańskie idole potępione w Biblii. Umieszczenie na ołtarzu posągu Boga lub jednego ze świętych wydawało się niedopuszczalne. W jaki sposób mieliby nieszczęśni poganie, których dopiero co nawrócono na nową wiarę, pojąć różnicę między starymi wierzeniami a religią chrześcijańską, gdyby tego rodzaju wizerunki oglądali w kościołach? Mogliby uznać, iż taka statua rzeczywiście „przedstawia” Boga, tak jak rzeźba Fidiasza w powszechnym mniemaniu wyobrażała Zeusa. Wówczas zrozumienie idei jedynego, wszechmogącego i niewidzialnego Boga, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, byłoby dla nich jeszcze trudniejsze. Chociażby wszyscy gorliwi chrześcijanie wyrazili sprzeciw wobec monumentalnych posągów o wyglądzie człowieka, ich koncepcje na temat malarstwa religijnego różniły się zdecydowanie. Niektórzy uznali obrazy za użyteczne, gdyż przywoływały w pamięci wiernych nauki, jakie otrzymali, i ożywiały w wyobraźni epizody z życia świętych. Taka opinia panowała przede wszystkim w łacińskiej, zachodniej części rzymskiego imperium. Postawę tę reprezentował też żyjący pod koniec VI w. n.e. papież Grzegorz Wielki. Przeciwnikom malarstwa przypominał, że wielu członków Kościoła nie potrafi czytać, ani pisać i że do celów edukacyjnych wyobrażenia plastyczne są bardzo użyteczne. „Obraz jest bowiem tym dla ludzi prostych, czym pismo dla ludzi umiejących czytać”, podkreślał.«

Tak więc można, według chrześcijan, przedstawiać Boga na obrazach, ale rzeźbić nie można. Kościoły wschodnie idą o krok dalej, bo według nich można malować Boga, ale tylko w określony sposób. Jedni twierdzą, że nie wolno w żaden sposób przedstawiać wizerunku Boga, inni – że można na obrazach, jeszcze inni, że można, ale tylko w określony sposób. I jest to przedmiotem sporów, wrogości i agresji. Czy to już dom wariatów? Jakoś trzeba było podzielić tych ludzi, by skakali sobie do oczu i spierali się o sprawy zupełnie bez znaczenia. Różnice religijne i wyznaniowe dzielą ludzi jeszcze bardziej niż polityka.

Źródło grafiki: Wikipedia.

W 476 roku n.e. upada cesarstwo zachodniorzymskie. W latach 481-814 rozwija się Imperium Franków. Ten okres, od V do IX wieku, to tzw. wieki ciemne. Tak go nazwano ze względu na niewielką ilość zachowanych informacji. Jakoś tak dziwnie się stało, że zniknęli arianie. Według Rolickiego w VI wieku. Zajmowali taki wielki obszar i rozpłynęli się. A może musieli zniknąć na pewien czas. W 732 roku Karol Młot w bitwie pod Poitiers pokonuje Arabów nasłanych przez Żydów. Chyba ci ostatni nie wysyłaliby Arabów na arian, tak im przecież bliskich ideowo. W 800 roku Karol Wielki otrzymuje z rąk papieża Leona III tytuł cesarza rzymskiego. Po jego śmierci w 814 roku jego imperium rozpada się. Następuje okres rozwoju Kościoła katolickiego. Świadczą o tym imponujące katedry średniowieczne. Najwyraźniej Żydzi pozwolili, by „przeciwnik” nabrał siły do dalszej walki.

Ruch rewolucyjno-religijny wybucha na wielką skalę pod koniec XII wieku w południowej Francji. Pojawia się tam sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze wtedy częścią królestwa francuskiego, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których wyróżniali się hrabiowie Tuluzy. Żydzi w południowej Francji mieli duży wpływ na ludność i byli dopuszczani do urzędów, podobnie jak w sąsiedniej Hiszpanii. Mieli tam też swoje uczelnie talmudyczne.

Nauka albigensów dotarła ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który prawdopodobnie był Żydem. Posiadali oni dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi. I stąd ich nazwa. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych tak opisuje tę sektę:

»W III wieku powstał manicheizm. Twórcą nauki tej był Manes lub Manicheusz pochodzący z Persji, a według Efraima, z Chaldei. Dzieckiem będąc, kupiony został jako niewolnik przez bogatą wdowę z Ktezifonu w Babilonie. Wdowa upodobała sobie chłopczynę, wychowała go jakby własnego syna, obdarzyła wolnością i pozostawiła mu cały swój majątek. Wraz z innymi odziedziczonymi przedmiotami dostała mu się księga, którą przeczytał, przetłumaczył i poczyniwszy w niej pewne zmiany podał za swoją. Odtąd zaczął wykładać przyswojone teorie, a zmieniwszy imię Kurbikusa na Manesa, ogłosił się Parakletem (Duchem św.), przyobiecanym przez Jezusa Chrystusa. W swoim systemie religijnym Manes wyłożył jaśniej naukę o dwóch początkach: światłości i ciemności, będącej podstawą gnostycyzmu, z którym zapoznali go magowie Persji. Manichejczycy czcili gwiazdy i słońce, nie tylko jako symbol światłości wiecznej, ale jako materię Boga samego. Potępiali wszelkie prawo, wszelką władzę, jako dzieło złego początku… Napadali stanowczo na prawo własności i nauczali według świadectwa św. Epifaniusza i św. Augustyna, że nie można mieć żadnej własności, ani domu, ani pola, ani czegokolwiek innego… Mosheim, pisarz protestancki, twierdzi, że i magia wchodziła w zakres manicheizmu, jako konieczny wynik wiary w dwojaki początek.

Manichejczycy dzielili się na trzy kategorie: słuchaczy, czyli wierzących, wybranych i doskonałych. Do jakiejkolwiek należał kto kategorii, zobowiązywał się zachować sekret przysięgą, której złamać pod żadnym pozorem nie było wolno. Prawo pozwalało nawet krzywoprzysięstwem wyłamać się od zdradzenia tajemnicy. Poznawali się manichejczycy między sobą jako dzieci światłości po pewnych znakach, wyrazach, hasłach, dotknięciu rąk lub łona… S. Leon tak się o nich wyraża: Prawem ich – łakomstwo, religią – szatan, ofiarą – czyny bezecne. „Uczniowie Manesa, pisze B. Redares, rozszerzyli naukę swą na całym Wschodzie; gnostycy, kopci i inne sekty Egiptu i Asyrii złączyły się z nimi i utworzyły jedno stowarzyszenie religijne”.«

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i stali się tak groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę w 1208 roku. Walka z nimi, pod wodzą Szymona de Montfort, toczyła się przez kilkanaście lat. Sobór w Tuluzie w roku 1229 ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tego tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja zwróciła się też przeciw Żydom, którzy byli inspiratorami i organizatorami kacerstwa, czyli odstępstwa od kościoła rzymskokatolickiego.

Po wypędzeniu z południowej Francji sekta ta przeniosła się do Niderlandów jako sekta beghardów. Pojawiła się też ona we Francji, Niemczech i Anglii. We Flandrii, jako beghardzi, wywołali zbrojne powstanie w 1358 roku. We Francji działali jako „bracia i siostry wolnego ducha”, w Anglii jako lollhardzi, we Włoszech jako „bracia apostolscy”, w Czechach jako husyci. W Anglii w 1381 roku lollhardzi wywołali krwawy bunt chłopski. Powstańcy zdobyli nawet Londyn i zamordowali arcybiskupa.

Jednak najgroźniejszy dla Kościoła i porządku społecznego wybuch miał miejsce w Czechach. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Po spaleniu Husa na stosie organizacje beghardów w Czechach, odtąd zwane husyckimi, rozpadły się na kilka ugrupowań, z których najskrajniejszym byli taboryci, sekta jawnie komunistyczna. Założyła ona miasto na pagórku na rzeką Łuźnicą i w języku Starego Testamentu nazwała je Tabor. Mieszkańcy Taboru byli znowu przeważnie tkaczami. Taboryci głosili, że sam Bóg (Jehowa Starego Testamentu) ma królować nad ludźmi, zaś ludowi (Izraelowi Starego Testamentu) należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł i podatków i na cztery niemal wieki przed rewolucją francuską szermowali hasłem równości. Znieśli również u siebie własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując zniesienie rodziny.«

To wszystko działo się w czasie gdy Kościół katolicki był najsłabszy. Był to więc moment, w którym można było go całkowicie zniszczyć, gdyby Żydom faktycznie o to chodziło, ale chyba nie chodziło. Zupełnie jak po upadku Rzymu, gdy arianie opanowali całą jego zachodnią cześć. Zostali jednak usunięci. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Jest rzeczą godną uwagi, że wybuch ruchów reformatorskich ma miejsce wówczas, gdy stan rozprzężenia w Kościele katolickim ma się już ku końcowi. Ruch Wycleffa i husytyzm, który wystąpił w czasie najdalej posuniętego rozkładu w Kościele, znajdującego wyraz w tzw. schizmie zachodniej i w równoczesnym panowaniu dwóch lub trzech papieży, nie wstrząsnął podwalinami organizacji kościelnej, podczas gdy wystąpienia Lutra i Zwingliego, przypadające na okres, w którym Kościół odzyskiwał już swą wartość moralną i organizacyjną, doprowadziły do zupełnego rozłamu w świecie chrześcijańskim.

„Gdyby ruch reformacyjny był rzeczywiście skutkiem oburzenia moralnego na zgniliznę papiestwa, jak w nas wmawiają ideologiczni dziejopisarze protestantyzmu, to ruch Wycleffa właśnie w czasie schizmy powinien był rozwinąć się najszerzej, gdyż wtedy papiestwo upadło najniżej pod względem moralnym”. – Karol Kautsky, Historia komunizmu.

A tymczasem generalny atak na Rzym i jego powagę moralną został wykonany i przeprowadzony skutecznie z górą w sto lat później, gdy tymczasem na terenie Hiszpanii zaszły wypadki, stawiające żydostwo w położeniu tragicznym. Rozwijający się ruch reformacyjny obniżał powagę katolicyzmu i chrześcijaństwa w ogóle, a tym samym dyskredytował moralnie inkwizycję, był więc żydom niezmiernie na rękę. Czy trudno przypuścić, że maczali w tym palce?«

Reformację poprzedza ruch humanistyczny, który stanowi swego rodzaju przygotowanie ideologiczne. Rolicki tak o nim pisze:

»Już od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Upadek Konstantynopola w r. 1453 i ucieczka uczonych bizantyńskich do Włoch, podsyca ten prąd, dzięki odkryciu rękopisów starożytnych. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, a więc usposabiającym jednostkę niechętnie w stosunku do jakichkolwiek więzów karności społecznej czy religijnej.

Liczni marrani, uciekający z Hiszpanii przed inkwizycją, znajdowali dostęp do życia umysłowego we Włoszech, a od wypędzenia z Hiszpanii także żydzi. Występują oni pod imionami i nazwiskami włoskimi, przeinaczonymi z hebrajskiego tak dalece, że trzeba głębokich studiów, by odnaleźć w danym imieniu włoskim dawne hebrajskie brzmienie.

Ruch humanistyczny do ostrości doprowadził konflikt pomiędzy wiedzą i wiarą. Wykazując, że postępy wiedzy godzą w dogmatykę katolicką, osłabił autorytet Kościoła i starał się religię zepchnąć na teren pozarozumowy, a więc pozbawić podpory, jaką jej dawała średniowieczna filozofia scholastyczna. Powoli stawał na gruncie wolności myślenia w zakresie religijnym, dając podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Ciekawe, że te ogniska uczonych, indywidualistów i intelektualistów, były również kołami, w których zajmowano się astrologią, a nawet magią. Astrologami byli w przeważającej większości żydzi, którzy tę wiedzę tajemną przynieśli z Azji. Na dworach panujących i magnatów, w kołach uczonych astrologowie odgrywają rolę doniosłą i od ich horoskopów zależały często decyzje pierwszorzędnej wagi.

I tak, jak później w lożach wolnomularskich XVIII w., tak i teraz kult rozumu i wiedzy idzie ramię w ramię z wiarą w zabobony, gusła i obrzędy magiczne.«

Po co to wszystko? Czy rzeczywiście spory o wizerunek Boga, czy jego brak, są tak ważne dla przeciętnego człowieka? Czy to, że Bóg występuje pod jedną postacią, czy – w trzech, jest powodem do sporów i kłótni? Czy to, że ktoś zadowala się dogmatami, a inny sam chce czytać i interpretować Biblię, ma jakieś znaczenie? Przecież większość z tych, którzy czytają Biblię i tak nic z tego nie rozumie. Co to ma za znaczenie dla zwykłego człowieka? Jego celem na tym świecie jest spłodzenie potomstwa, jego wychowanie, bycie użytecznym, poprzez swoją pracę, dla innych i to wszystko. Po co skakać sobie do oczu i nienawidzić innych tylko dlatego, że ktoś inny ma inny system wartości, czy jest innego wyznania czy religii. Dlaczego ktoś, kto uważa się za racjonalistę, uważa wierzących za zacofanych, a sam jednocześnie wierzy w gusła, magię, astrologię? Dom wariatów? Wariaci są na wolności, a normalni w szpitalach psychiatrycznych. Chyba nie ma w tym wielkiej przesady? Może trochę, ale chyba nie za dużo.

Bogactwo

Pojawiają się od czasu do czasu głosy, które ostrzegają nas przed hiperinflacją. No bo skoro drukuje się, czy kreuje się elektronicznie tak dużo pieniędzy, to znaczy, że kiedyś ta bańka musi pęknąć. Ale to zadłużanie państw trwa już od 40 lat i nadal to wszystko jakoś funkcjonuje. No właśnie! Jakoś! Mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje. Większość woli nas straszyć. Niektórzy z nich robią to zupełnie bezinteresownie, a niektórzy mają w tym własny interes. Tymi, którzy mają interes są m.in. ci, którzy sprzedają złoto i srebro bulionowe, czyli takie w sztabkach o różnej wielkości i ciężarze. To jest ich biznes i trudno się im dziwić.

Na powyższym wykresie widać jak przyrastał dług publiczny USA na przestrzeni ostatnich 40 lat. Posłużyłem się danymi dla tego kraju, bo tam skala zjawiska jest największa i stamtąd pochodzi zdecydowana większość najbogatszych na świecie ludzi, co nie oznacza, że w innych krajach jest inaczej. Jest tak samo, tyle że na mniejszą skalę. Wykres pochodzi z portalu Bankier.pl.

Wiadomo, że rynkami finansowymi rządzą Żydzi. Mogą więc, przykładowo, przeznaczać pieniądze z funduszy inwestycyjnych i emerytalnych na zakup obligacji skarbu państwa. Im bogatszy w różne instrumenty finansowe rynek, tym łatwiej dokonywać na nim różnych operacji, często na granicy prawa, a nawet poza nią. Łatwiej też jest wprowadzić na taki rynek pieniądze pochodzące ze zwykłego dodruku. Nawet wymyślili sobie nazwę na to drukowanie – luzowanie ilościowe (quantitative easing). Ładnie nieprawdaż?

Ilość miliarderów i wartość ich majątków w bilionach dolarów w ciągu ostatnich 20 lat przedstawiała się następująco:

  • 2020 – 2.095 – 8,0
  • 2019 – 2.153 – 8,7
  • 2018 – 2.208 – 9,1
  • 2016 – 1.810 – 6,5
  • 2013 – 1.426 – 5,4
  • 2010 – 1.011 – 3,6
  • 2009 – 0.793 – 2,4
  • 2008 – 1.125 – 4.4
  • 2004 – 0.587 – 1,9
  • 2000 – 0.470 – 0,9

Widać więc z tego zestawienia kryzys roku 2008. Rekordowym był rok 2018. Dwa kolejne lata to lekki spadek. Uwzględnieni są tylko miliarderzy. Podejrzewam jednak, że milionerów przybyło znacznie więcej. Zestawiając dynamikę przyrostu długu USA do dynamiki przyrostu ilości ludzi bogatych i ich majątku, nie sposób nie zauważyć korelacji tych dwóch trendów. W angielskiej Wikipedii można przeczytać:

W 2018 roku na liście znalazła się rekordowa liczba 2208 osób, w tym 259 nowych, głównie z Chin i USA; były 63 osoby poniżej 40 roku życia i rekordowa liczba 256 kobiet. Średnia wartość netto tej listy wyniosła 4,1 miliarda USD, co oznacza wzrost o 350 milionów USD w porównaniu z 2017 r. W sumie łączna wartość netto miliarderów w 2018 r. wyniosła 9,1 bln USD, w porównaniu z 7,67 bln USD w 2017 r. Do 2018 r. założyciel firmy Microsoft Bill Gates był na szczycie listy 18 razy z ostatnich 24 lat, podczas gdy założyciel Amazona Jeff Bezos po raz pierwszy znalazł się na szczycie i został pierwszym 100 miliarderem uwzględnionym w tym rankingu. W 2017 roku Mark Zuckerberg był jedyną osobą na szczycie listy 10 miliarderów w wieku poniżej 50 lat i jedyną na liście 20 miliarderów poniżej 40 roku życia.

Według raportu Bloomberg News w 2017 roku 500 najbogatszych ludzi na świecie wzbogaciło się o 1 bilion dolarów. Według raportu Oxfam z 2017 r. Ośmiu największych miliarderów posiada tyle samo łącznego bogactwa co „najbiedniejsza połowa ludzkości”. Całość tu: https://en.wikipedia.org/wiki/The_World%27s_Billionaires.

Bloomberg – ładna nazwa. Góra kwiatów, kwiecista góra – tak chyba można by przetłumaczyć tę nazwę; die Blume – kwiat, der Berg – góra. Ładnie się nazywają. Tak jak Marek Edelman – szlachetny mężczyzna: edel – szlachetny, der Mann – mężczyzna. Byli też tacy jak Goldberg, Goldstein, Silberstein, Rubinstein, Edelbaum (szlachetne drzewo) i pospolici – Einstein, Zuckerman itp. Ale i u nas zdarzali się podobni – Złotopolski. Był nawet taki serial – Złotopolscy. To jedni z tych, którzy byli w XIX wieku właścicielami cukrowni na Ukrainie.

Jeśli ośmiu najbogatszych ludzi świata posiada tyle, co jego biedniejsza połowa, to znaczy, że dokonuje się, na niespotykaną dotychczas skalę, transfer pieniądza. Te pieniądze nie trafiają do wszystkich, tylko do nielicznych i dlatego nie ma hiperinflacji. Prawdopodobnie wszystkie największe korporacje należą do tych ludzi. A one nie płacą żadnych podatków. Co więcej, wiele rządów zachęca je do inwestowania w ich krajach, oferując im dodatkowe korzyści w postaci przyznawania gruntów i nieruchomości na działalność gospodarczą. Są też zapewne zachęty, o których my nigdy nie dowiemy się. A wszystko za to, że zatrudnią setki ludzi, a tysiące stracą pracę z powodu niemożności konkurowania z wielkimi firmami. Rządy, rezygnując z podatków od korporacji, uszczuplają swoje dochody. Ludzie, którzy tracą pracę również nie płacą podatków. Budżety stają się permanentnie deficytowe. Rządy muszą zaciągać kredyty, których nie są w stanie spłacać. W związku z tym muszą zaciągać kolejne i tak rośnie dług. Im więcej korporacji i ich władzy, tym mniejsze dochody rządów i mniej ich władzy, a właściciele korporacji coraz bogatsi. Wszystko zmierza ku temu, że ta koncentracja kapitału w rękach nielicznych będzie powiększać się. Gdy większość bogactwa przejdzie w ich ręce, to wtedy powstanie rząd światowy. Nie muszę chyba dodawać, że „pandemia” jest kolejnym etapem na drodze do utrwalania tych nierówności.

To jest kradzież – bogacenie się na wprowadzaniu do obiegu pustego pieniądza i kosztem tych, którzy nie mają do niego dostępu. Dzięki temu, że dolar jest walutą światową i tam mają siedzibę największe korporacje, okradany jest cały świat. Pomysłowość Żydów nie zna granic. Podobno ma być wprowadzony podatek katastralny, którego wartość rosłaby wraz z przyrostem wartości nieruchomości. Nie jest to oczywiście nic nowego, ale przy takim tempie przyrostu pieniądza, trafiającego do stosunkowo nielicznych, może to być problemem dla wielu właścicieli nieruchomości.

Jeszcze nie tak dawno temu można było usłyszeć narzekania rządu, że na wiele rzeczy nie ma pieniędzy, aż tu raptem stał się cud. Cud na Wisłą! Może i nadal nie ma pieniędzy na wiele rzeczy, ale na wszystko, co wiąże się z „pandemią” – są. Nie brakuje ich na budowę szpitali polowych i modułowych, nie brakuje na szczepionki, nie brakuje na wynagrodzenia dla tych wszystkich, którzy „walczą z pandemią”. Nie brakuje ich na opłatę za pobyt w luksusowych hotelach dodatkowego personelu. A skoro ich nie brakuje, to skąd rząd bierze te pieniądze? Odpowiedź może być tylko jedna – drukuje i kreuje elektronicznie. Ci, którzy uważają, że to z ich podatków, to się bardzo mylą. Żyjemy w zupełnie absurdalnej rzeczywistości.

Sierpień ’80

Grudzień ’70, Czerwiec ’76 i Sierpień ’80 łączy ten sam motyw – podwyżki cen żywności. Fakt ten świadczy o tym, że był to tylko pretekst. Gdyby to było autentyczne, to mądra władza, po Grudniu, nauczona doświadczeniem, już drugi raz nie postąpiłaby tak. A ona zrobiła to samo w czerwcu 1976 roku i znowu w sierpniu 1980 roku. A więc wyjątkowo głupia władza, która nie uczy się na błędach. Tak można by sądzić. Niestety, dla nas, władza nie jest wyjątkowo głupia, co najwyżej jest na usługach Żydów i masonów i musiała i musi słuchać ich rozkazów. Podwyżki cen żywności były wyjątkowo wygodnym instrumentem do wzniecania zamieszek i strajków, bo one mogły być powodem do strajku dla każdego zakładu, niezależnie od branży i miejsca, w którym był on zlokalizowany. W ten sposób mogły strajkować zakłady z całego kraju i z każdej branży. I strajkowały. Nie ma drugiego takiego powodu, który połączyłby wszystkich. Wszak wszyscy musimy jeść i to codziennie. Z pozoru bardzo racjonalny powód, ale tylko z pozoru, bo podwyżka cen żywności wcale nie musi wszystkich jednoczyć. To nie miało jednak znaczenia. Liczyły się pozory.

Sierpień ’80 został starannie przygotowany. Jesienią 1976 roku powstaje KOR. Jego członkami-założycielami byli m.in. Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń, Piotr Naimski, Jan Józef Lipski, Ludwik Cohn. W 1978 roku powstają Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Ich Komitet Założycielski został powołany 29 kwietnia 1978 roku przez Andrzeja Gwiazdę, Krzysztofa Wyszkowskiego i Antoniego Sokołowskiego. Aktywnymi działaczami byli m.in. Bogdan Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bogdan Lis.

Pierwsze strajki były reakcją na podwyżkę cen mięsa i wędlin. Ogłoszono ją 1 lipca. I jeszcze tego samego dnia wybuchły strajki m.in. w WSK PZL-Mielec, POMET w Poznaniu i Transbud w Tarnobrzegu. Bardzo się chłopcy spieszyli. 16 lipca wybuchły strajki w Świdniku i Lublinie. Oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac. W lipcu strajkowało około 80 tysięcy osób w 177 zakładach pracy.

Najważniejszy strajk, zorganizowany przez Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, rozpoczął się 14 sierpnia w Stoczni Gdańskiej. Jego przywódcą był Bogdan Borusewicz, który dobrał sobie do towarzystwa paru robotników. Robotnicy, jak pisze Wikipedia, na zorganizowanym przez siebie wiecu żądają:

  • przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy
  • postawienia pomnika ofiar grudnia 70
  • zagwarantowania bezpieczeństwa strajkującym
  • podwyżki płac o 2 tysiące złotych
  • dodatku drożyźnianego i rodzinnego odpowiadających wysokości zasiłków funkcjonariuszy MO i SB

Do strajkujących przybywa Lech Wałęsa i obejmuje przewodnictwo strajku, który przybrał charakter okupacyjny.

16 sierpnia strajk omal nie zakończył się, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech zgodził się na spełnienie początkowych postulatów – przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 roku, gwarancje nietykalności dla strajkujących.

Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego, m.in. Anna Walentynowicz, sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki. Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów.

Przewodniczącym MKS został Lech Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Lech Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pienkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorki, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Lista żądań powstała na podstawie postulatów strajkujących zakładów pracy, po gorących dyskusjach w gronie liderów strajku, m.in. Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Bogdana Lisa, Aliny Pienkowskiej i Lecha Wałęsy (ostatecznie zredagował je Bogdan Borusewicz). 18 sierpnia kierownictwo MKS zdecydowało o podaniu treści postulatów do publicznej wiadomości.

Portal DZIEJE.PL tak opisuje tamte wydarzenia:

»Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową. (Skąd robotnicy wiedzieli, że PRL ratyfikowała konwencję nr 87? – przyp. mój).

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur “starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: “Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast “wolne” związki określono jako “samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do “zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość transmitowała TVP.

Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli Wałęsa, jako przewodniczący, oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ “Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych).«

Skala tego, co stało się w sierpniu 1980 roku, przerastała wszystko razem, co się w Polsce wydarzyło od 1956 roku. Można oczywiście wierzyć w to, że to wszystko było spontaniczne. Wtedy większość tak myślała i ja również. Człowiek młody ma ideały i w nie wierzy. Człowiek stary nie ma ideałów, więc, siłą rzeczy, nie może w nie wierzyć. Pozostaje chłodna ocena. Jak to było możliwe, że „podpalono” cały kraj? Po Grudniu nowa władza była bardziej tolerancyjna, bo zaciągnęła kredyty na Zachodzie i ten Zachód zaczął wtrącać się w polskie sprawy. A to prawa człowieka, prawa do zrzeszania się czy tworzenia różnych organizacji. Powstał KOR, powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i takie same, nawet wcześniej, na Śląsku. Przeciętny Polak nawet nie podejrzewał, że były takie organizacje. Ale one były i robiły to, co ktoś wyżej im zlecił.

Wywołanie strajku ogólnopolskiego to wielkie wyzwanie, jakbyśmy to dziś powiedzieli, logistyczne. To wymagało zaangażowania wielu ludzi. Tych w zakładach pracy i tych z zewnątrz. Czy mogło się to odbyć bez cichego przyzwolenia kierownictwa tych zakładów? Ja rozumiem, że robotnicy jednego zakładu mogą się porozumieć i podjąć decyzję o strajku, ale robotnicy z całego kraju i do tego z różnych branż i tak szybko? Nie ma takiej możliwości. Coś takiego nie może się zdarzyć spontanicznie. To wymagało wielomiesięcznych przygotowań.

Jeśli, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, nie mogło to zdarzyć się spontanicznie, to znaczy, że ktoś to wcześniej dokładnie zaplanował. I zaplanował. W tym celu powstał KOR, a później Wolne Związki Zawodowe. Nie robotnicy tworzyli te organizacje i nie oni decydowali o ich programach. A jeśli nie robotnicy, to znaczy, że celem tych organizacji nie była poprawa ich losu, tylko coś innego. Dziś już wiemy, że tym celem była Polska, jej przyszły kształt i to, kto w niej będzie dominował.

Strajk w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się 14 sierpnia. 16 sierpnia omal nie skończył się, gdy dyrekcja zgodziła się na spełnienie początkowych pięciu postulatów. Nie tak to zaplanowano i znaleźli się tacy, m.in. Anna Walentynowicz, którzy nie dopuścili do jego zakończenia. Trzeba było zredagować nowe postulaty, których władza nie będzie w stanie spełnić. Wystarczyły dwa dni i 18 sierpnia pojawiła się lista 21 postulatów. Po dwóch cyklach obrad z godziny 10-tej i 20-tej uzgodniono ich treść. Gdy czyta się je, to trudno oprzeć się wrażeniu, że były one już wcześniej zredagowane i jeżeli nawet dyskutowano nad nimi, to tylko po to, by sprawić wrażenie, że robotnicy mają na coś wpływ i że one od nich wyszły, i że dokonało się to właśnie podczas strajku.

Przy MKS utworzono komisję, w skład której weszli Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski. Skąd oni się wzięli? Kto utworzył tę komisję? Skąd się wzięło tych 64 intelektualistów? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi i nie będzie. Pozostają domysły. Zapewne wielu z tych ludzi było masonami. W każdym razie robotnicy nie mieli tu nic do gadania.

Sierpień ’80, jak wszystkie polskie przesilenia, był dziełem Żydów i masonów. Żydzi sami nie są wstanie wszystkiego ogarnąć i kontrolować, dlatego przysposobili ich sobie do pomocy. Ich sposoby działania są od wieków takie same i dlatego ich zdradzają. To jest jednak tylko widoczne dla tych, którzy zadają sobie trud, by poznać te sposoby działania.

Cechą charakterystyczną Sierpnia było to, że akcja była szybka i totalna. Nie minęły dwa miesiące, a cały kraj był pogrążony w strajkach. W książce Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger, wydanej po raz pierwszy w 1894 roku, można znaleźć takie fragmenty, które zdradzają, że te scenariusze nie są niczym nowym. One są wykorzystywane od wieków.

»Rewolucja lipcowa nie była owocem jednej chwili, pracowano od dawna nad jej wywołaniem. Dupin starszy, mason wyższych stopni, należący do Loży Trynozofów, uczeń Ragona, mówił wtedy: „Nie sądźcie, żeby w przeciągu trzech dni dokazano tego wszystkiego. Jeżeli rewolucja z takim pośpiechem, tak nagle została wywołana, to dlatego, że ona nikogo nieprzygotowanym nie zastała… zdziałaliśmy ją w ciągu kilku dni, bośmy mieli klucz do jej organizacji, mogliśmy zatem niezwłocznie istniejący porządek innym zastąpić”.

Jeszcze jednym dowodem, że rewolucja z r. 1830 była wynikiem długich knowań (te długie knowania, to w naszym przypadku KOR i WZZ – przyp. mój), jest jednoczesne wywołanie jej w wielu państwach Europy. Kraje położone bliżej Francji najsilniej to odczuły i pierwsze stały się ogniskami zaburzeń. Już 26 sierpnia wybuchło powstanie w Belgii, z 28 na 29 sierpnia widzimy je w Verriers, 30 sierpnia w Akwizgranie, następnie w Juliaku i Elberfeldzie. 6 września widzimy ruchy w Kassel, a za nimi w Fuldzie, Felsbergu, Wolfhagenie, Hanau, pomimo że konstytucja elektoralna heska była najwolnomyślniejszą z ogłoszonych w Niemczech. Z Hesji Elektoralnej ruch się udzielił Hesji Darmstadzkiej. W początku września wybuchły także ruchy w Saksonii, a mianowicie w Lipsku i Dreźnie, następnie w Chemnitz, Freibergu, Frankenbergu, Stolbergu, Schneebergu, Krichbergu, Auersbachu, Plauen, Königsbergu, nareszcie we wszystkich prawie osadach Górnych Łużyc. W Brunświku przyszło do prawdziwej rewolucji, która skończyła się wygnaniem księcia panującego, Karola, 6 września. Hanowerczycy poszli także za przykładem współrodaków. Lüneburg, Hildesheim, Hanower, a następnie Getynga (8 stycznia 1831) są także widownią zaburzeń, od których i północne państwa niemieckie wolnymi nie były. W Hamburgu i Meklemburgu wybuchły niepokoje także we wrześniu. Z kolei przeniósł się ruch nawet do Wrocławia i Berlina.

Szwajcaria pomimo liberalnej formy swego rządu nie uniknęła losu państw sąsiednich. Już w sierpniu objawił się ruch we Fryburgu i Bernie, 12 września – w Argowii, w początkach października – w Targowii, 13 października w Zurichu.

Z państw włoskich najwcześniej ruch wywołanym został w Sardynii, jako najbliżej Francji położonej, lecz na ognisko powstania przeznaczone zostało Państwo Kościelne, Modena, Parma i Toskania. Miało ono wybuchnąć jednocześnie we wszystkich tych krajach na początku lutego 1831 r. Punktem centralnym miała być Bolonia.

Inne państwa Europy wolnymi od niepokojów nie były: Hiszpania, Portugalia, Grecja, Albania i Bośnia były ich widownią, największe jednak rozmiary przybrały one w Belgii i Polsce.«

10 listopada 1980 roku Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków. Stanowiło to 80% wszystkich zatrudnionych. No właśnie! Słowo „solidarność” zostało wybrane nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też wśród tych 21 postulatów znalazł się ten, mówiący o zniesieniu przywilejów dla MO i SB. W cytowanej książce można przeczytać:

„Mówcie często, wiele i wszędzie o jego nędzy i jego potrzebach. Lud sam siebie nie zna, ale działająca część społeczeństwa przejmuje się uczuciami litości dla ludu i prędzej lub później weźmie się do dzieła. Uczone rozprawy nie są tu ani potrzebne, ani pożyteczne. Są słowa upajające, zawierające wszystko, które należy często powtarzać wobec ludu, jak: wolność, prawa człowieka, postęp, równość i braterstwo; lud zrozumieć je potrafi, zwłaszcza gdy im się przeciwstawi wyrazy: despotyzm, przywileje, tyrania, niewola itd. Cała trudność nie polega na tym, aby lud poznać, ale by go zjednoczyć.”

Tak więc udało się zjednoczyć lud w 1980 roku. Podobną próbę podejmuje się obecnie w związku z „pandemią” – i z powodzeniem. Po stanie euforii i nadziei przyszedł stan wojenny, a wraz z nim represje i ofiary. I o tym też jest w tej książce:

„Spisek najlepiej ukartowany to ten, który najwięcej ma rozgłosu i najwięcej osób kompromituje; miejcie męczenników, miejcie ofiary, będziemy mieli między sobą takich, co to na korzyść sprawy obrócić potrafią.”

Były ofiary? Były. – Górnicy z kopalni Wujek. Byli męczennicy? Byli. – Ksiądz Popiełuszko i inni księża. Później przyszedł Okrągły Stół i ci, którzy „walczyli” z rządem, zajęli jego miejsce. O tym też jest we wspomnianej książce:

»Marszałek Maison, który niecną zdradą w Rambouillet zapewnił powodzenie rewolucji paryskiej, był wysokim urzędnikiem Wielkiego Wschodu. Praktyczny polityk D’Israeli tak w tej kwestii mówi: „Barykad nie wzniosło mieszczaństwo, ja znam tych, co je wznieśli; nie tworzą oni narodu, ale stowarzyszenie… Ich towarzystwa tajne pokrywają siecią całą Europę, rozgałęzione są w Hiszpanii, zrujnowały Włochy. Tażsama organizacja istnieje w Niemczech i Rosji”. Najwięcej przekonywującą okolicznością o już dawniejszym przygotowaniu rewolucji jest to, że wszyscy ci, którzy spiskowali przeciwko prawemu rządowi, występują teraz na widownię. Talleyrand jedzie do Londynu jako przedstawiciel nowego rządu, ks. Decazes zajmuje Luksemburg jako wielki referendarz Izby Parów, założyciele karbonaryzmu francuskiego Lafayette, Dupont de l’Eure i d’Argout zajmują najwyższe urzędy; Cousin za tajne usługi i za publiczne zarzuty czynione monarchii z katedry w Sorbonie zostaje radcą stanu, a następnie ministrem.«

Sierpień ’80 zakończył się stanem wojennym, a jego dalszą konsekwencją był Okrągły Stół. I wtedy wyszło na jaw, że cała ta opozycja solidarnościowa, to była opozycja licencjonowana, czyli taka, która licencję na opozycyjność dostała od władzy. Swego czasu Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą. Mackiewicz twierdził, że prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniu, podczas gdy Kisielewski rozjeżdżał się po Europie Zachodniej, nocując w najlepszych hotelach. Po 1989 roku założył Kisielewski UPR. Nowa licencjonowana partia opozycyjna i takie samo środowisko. A więc nowi licencjonowani opozycjoniści Michalkiewicz, Korwin-Mikke, Miszalski, Sommer i inni. Licencję na opozycyjność ma również Konfederacja. I wszystkie te „niezależne” telewizje i kanały internetowe, które, dla uwiarygodnienia, faktycznie rządzący czasem blokują na dwa tygodnie, a później odblokowują. Żenujące numery, ale chyba wielu na nie się nabiera.

Ile są warte autentyczne strajki, to przekonali się robotnicy po 1989 roku, gdy likwidowano ich zakłady. Nikt się ich nie bał, nikt się z nimi nie liczył. To też w pośredni sposób dowodzi, że tamte solidarnościowe strajki to była ustawka, że wcale nie chodziło o polepszenie losu robotników i nie tylko ich losu.

Czerwiec ’76

Jest takie powiedzenie, że dużo musi się zmienić, żeby nic nie zmieniło się. Ono oczywiście niewiele znaczy, jeśli nie zostanie poparte odpowiednim przykładem. To trochę jak z tym chińskim przysłowiem, że jeden rysunek jest więcej wart niż 1000 słów. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1970 roku wydawało się, że nastąpiła radykalna zmiana. Przyszła nowa ekipa, „otwarta na świat”. Nowy przywódca, z większą ogładą. To jedno akurat było prawdą. Gierek był wyjątkowy w naszej powojennej historii, bo jako jedyny znał języki zachodnie. Podobno biegle mówił po francusku. Znał również flamandzki, choć nie tak dobrze jak francuski. Dla naszych prezydentów po 1989 roku rzecz nie do przeskoczenia – dla wszystkich bez wyjątku. Niemniej jednak dla przeciętnego obywatela PRL-u niewielkie to było pocieszenie, pomijając już fakt, że większość i tak o tym nie wiedziała.

Żeby opisać jakąś rzeczywistość, prawdziwą czy wykreowaną, należy zebrać odpowiednie fakty i spróbować wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Cóż więc takiego wydarzyło się w czerwcu 1976 roku? W czerwcu 1976 nastąpiła „powtórka z rozrywki” z grudnia 1970 roku. Według Wikipedii przebieg wydarzeń wyglądał tak:

„Władze komunistyczne od początku liczyły się z masowymi wystąpieniami ludności, niezadowolonej z drakońskich podwyżek cen, o czym może świadczyć wczesne przygotowanie sztabu ćwiczeń Lato 76, na czele którego stanął wiceminister MSW i szef SB generał Bogusław Stachura. Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO. Rozpoczęto tworzenie w komendach wojewódzkich MO specjalnych grup śledczych, których zadaniem była inwigilacja potencjalnych inspiratorów wystąpień. Wprowadzono tryb przyspieszony w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń, przygotowano wolne miejsca w aresztach. 23 czerwca w przeddzień wystąpienia Jaroszewicza podniesiono gotowość bojową jednostek podległych MSW, rozpoczęła się właściwa faza Operacji Lato 1976.”

W tym miejscu wypada zadać sobie pytanie: Skąd władze wiedziały, że będą protesty i protestujący będą zachowywać się agresywnie?

»24 czerwca – transmisja na żywo przemówienia premiera Piotra Jaroszewicza i ogłoszenie podwyżek („nowych cen”).

25 czerwca – treść przemówienia pojawia się w prasie. Strajkuje 97 zakładów, m.in w Radomiu, Ursusie i Płocku. Rząd PRL ukrył przed opinią publiczną fakt wybuchu zamieszek, nazywając je „drobnymi, chuligańskimi wybrykami”. Mimo to, szybko wycofał się z zapowiadanych podwyżek, w lęku przed rozszerzeniem się protestów na cały kraj i zaproponował rozpoczęcie „szerokich konsultacji społecznych na temat podwyżek cen i trudnościach w zaopatrzeniu”. Równolegle przeprowadzono szybką, brutalną pacyfikację strajków, nadal utrzymując, że były to tylko chuligańskie wybryki. W Radomiu okradziono i zdemolowano ponad 100 sklepów. W Ursusie zatrzymano pociąg “Opolanin” prowadzony lokomotywą EP05-22, rozkręcono także szyny na międzynarodowej linii kolejowej. Oddziały Milicji były celowo nie wyposażone w broń palną. Edward Gierek wydał zalecenia traktujące użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność. Tak też się stało, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

26–30 czerwca – wydarzenia radomskie – rozszerzenie się strajków na wszystkie zakłady państwowe w Radomiu w odpowiedzi na brutalne pacyfikacje i aresztowania organizatorów pierwszych strajków. Władze lokalne ogłaszają stan wyjątkowy i czasowo zamykają wszystkie zakłady. W efekcie na ulice wychodzą zrewoltowane tłumy mieszkańców miasta, łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, które dokonują m.in. podpalenia budynku komitetu wojewódzkiego PZPR. Miasto zostaje całkowicie spacyfikowane przez liczne oddziały ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych. Skala aresztowań osiąga znaczne rozmiary. Aresztowanych poddaje się m.in. torturom polegającym na przechodzeniu przez szpaler milicjantów tłukących aresztanta pałkami, znanej jako „ścieżka zdrowia”. Edward Gierek dowiedziawszy się o tego typu praktykach nakazał natychmiastowe ich zaprzestanie. Równolegle, w całym kraju narasta oficjalna propaganda nazywająca uparcie protestującą ludność miasta – chuliganami i wichrzycielami, organizowane są „spontaniczne” wiece protestacyjne przeciw działaniom „radomskich warchołów”.

Według raportu sporządzonego przez MSW na potrzeby Biura Politycznego na terenie 12 województw zastrajkowało 112 zakładów, w strajkach uczestniczyło ponad 80 tysięcy osób (w tym 20 800 w Radomiu i 14 200 w Ursusie). Dramatyczny los spotkał także robotników, którzy protestowali w mniejszych zakładach pracy na prowincji. Tutaj najczęściej nie docierali emisariusze Komitetu Obrony Robotników, o represjonowanych nie mówiło się w rozgłośni Wolna Europa, a częściowa rehabilitacja nastąpiła w 1981lub później.«

Wikipedia pisze o drakońskich podwyżkach cen. Według niej wynosiły one średnio 70%. Istotnie – były one wyższe niż w 1970 roku. Mięso i ryby zdrożały o 70%, nabiał 64%, ryż 150%, cukier 90%. Portal historyczny DZIEJE.PL tak opisuje przebieg tamtych wydarzeń:

„W Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do pochodów i demonstracji, zakończonych starciami z MO, a w przypadku Radomia – dramatycznymi walkami ulicznymi. W Radomiu strajk rozpoczęli robotnicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera, którzy wyszli na ulicę, aby powiadomić o strajku inne zakłady i ruszyć pod gmach KW PZPR. Do strajku przyłączyły się załogi 25 przedsiębiorstw, łącznie ok. 17 tys. osób. W kulminacyjnym momencie na ulicach demonstrowało ok. 20 tys. osób.

Gdy przed siedzibą KW zgromadziło się kilka tysięcy ludzi, demonstranci, którzy weszli do budynku, nakłonili I sekretarza Janusza Prokopiaka do przekazania do Warszawy żądania odwołania podwyżki. Po dwóch godzinach oczekiwania, gdy okazało się, że w budynku nie ma już przedstawicieli partii (zostali ewakuowani), tłum zaczął niszczyć wyposażenie, a przed godz. 15.00 gmach podpalono. Władze skierowały do miasta oddziały ZOMO z Warszawy, Łodzi, Kielc i Lublina oraz Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie – wieczorem oddziały MO liczyły ok. 1550 funkcjonariuszy. Doszło do gwałtownych walk, w czasie których młodzi ludzie wznosili barykady, rzucali kamieniami, cegłami, wyrwanym brukiem, a nawet butelkami z benzyną; MO posługiwała się pałkami, armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi. Dwóch demonstrantów, Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, zginęło w tragicznym wypadku, zabitych przez rozpędzoną przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą spychali w kierunku zomowców. Oprócz gmachu KW PZPR atakowano budynek KW MO i Urzędu Wojewódzkiego. Doszło do dewastacji sklepów i kradzieży. Oddziały MO opanowały sytuację w centrum miasta dopiero późnym wieczorem.

W Zakładach Mechanicznych Ursus od rana strajkowało 90% załogi. Robotnicy, którzy udali się pod gmach dyrekcji, usłyszeli tam wezwanie do powrotu do pracy. Wyszli na pobliskie tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami, aby poinformować innych mieszkańców Polski o strajku. Ponad 1 tys. osób siedzących na torowisku tworzyło żywą zaporę i zatrzymywało pociągi. Aby na trwałe zablokować tory demonstranci próbowali przeciąć szyny palnikiem acetylenowym, a gdy to się nie udało rozkręcili je, a w powstałą wyrwę zepchnęli lokomotywę. Interwencja MO nastąpiła ok. 21.30, gdy tłum stopniał do kilkuset osób. Starcie trwało kilkanaście minut, po nim zaczęła się obława na demonstrantów.

W Płocku strajk wybuchł w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych. Ok. godz. 14.00 przy jednej z bram doszło do spontanicznego wiecu, po którym grupa jego uczestników pomaszerowała pod gmach KW PZPR, ok. 17.00 tłum przed siedzibą partii liczył 2-3 tys. osób. Do zebranych przemówił I sekretarz. Część manifestantów ruszyła w stronę innych zakładów, ale ich pracownicy nie przyłączyli się do protestu. Po ogłoszeniu komunikatu o odwołaniu podwyżki, budynek KW obrzucono kamieniami, wybito kilka szyb, zaatakowano radiowóz straży pożarnej. Ok. godz. 21.00 demonstrantów zaatakowały ściągnięte z Łodzi oddziały ZOMO.”

Dwie nieścisłości wkradły się do tekstu Wikipedii. Pierwsza to, że podpalenie budynku KW miało miejsce 26 czerwca, podczas gdy w innych źródłach i w innym miejscu w Wikipedii podana jest data 25 czerwca. Druga to to, że w trakcie tych wydarzeń pojawili się emisariusze KOR-u, który oficjalnie powstał we wrześniu 1976 roku. Być może działali wtedy jeszcze nieoficjalnie, co dla pewnych organizacji jest stanem naturalnym.

Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO.

Ach! Jakże fatalnie typowano! Tak starannie przygotowano się, obstawiono najważniejsze ośrodki w kraju, a tu masz ci babo placek! W Radomiu. Akurat tam, gdzie nie było prawie milicji i ZOMO. Taki pech!

Scenariusz wydarzeń był więc następujący:

  • przygotowanie operacji Lato 76
  • ogłoszenie podwyżek cen żywności
  • protesty już od rana następnego dnia
  • starcia z milicją i ZOMO
  • plądrowanie sklepów
  • podpalenie budynku komitetu wojewódzkiego partii
  • wycofanie się z podwyżek

Scenariusz, który do złudzenia przypomina ten sprzed sześciu lat z Wybrzeża. Jeśli scenariusz był taki sam, to znaczy, że układali go ci sami ludzie. A skoro ci sami, to znaczy, że nikt z prawdziwych decydentów nie został usunięty, pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę z tamtych lat. Zmieniono zewnętrzny garnitur. Zaciągnięto kredyty, Polska „otworzyła się” na świat. „Ludziom żyło się lepiej, a Polska rosła w siłę.” Tak przynajmniej nam wmawiano. Dużo więc musiało się zmienić, by wszystko, poza kosmetycznymi zmianami, pozostało po staremu.

Były też pewne różnice. Nie użyto wojska i nie strzelano do ludzi z ostrej amunicji. Nowością były „ścieżki zdrowia”, które były jednym z przejawów represjonowania robotników. To stało się pretekstem do powstania KOR-u, który miał kontrolować kolejne przesilenie, czyli Sierpień ’80. Agenci KOR-u opanowali cały związek zawodowy Solidarność. Ci planiści, którzy zaplanowali Grudzień i Czerwiec, a zapewne też Marzec, już wiedzieli, że będzie kolejny strajk, który ogarnie cały kraj.

A skąd oni wiedzieli, że będzie taki strajk? Wiedzieli, bo wiedzieli, że pojawi się poważny kryzys. A skąd o tym wiedzieli? To proste. To oni udzielili Polsce kredytów, o których wiedzieli, że Polska nie będzie w stanie ich spłacić. Te kredyty były w dużym stopniu przeznaczone na uprzemysłowienie kraju. Powstały fabryki, które coś produkowały i to coś trzeba było sprzedać. Kredyty były w tzw. twardych walutach, których w Polsce nie było, bo była ona odcięta od gospodarki światowej. Sprzedaż towarów za waluty krajów demokracji ludowej nie wchodziła w grę, bo spłata kredytów musiała być w tej samej walucie, w której je zaciągnięto. Trzeba było sprzedawać te towary na Zachodzie, ale tam rynek był zamknięty, bo na nim rządzili ci, którzy dawali Polsce te kredyty. Sprzedaż czy inwestycje w tzw. Trzecim Świecie odbywały się najczęściej po cenach dumpingowych, co nie rozwiązywało problemu. Skutki nietrudno było przewidzieć. Problemy zaczęły się pojawiać już w pierwszej połowie lat 70-tych, co stwarzało okazję do wywołania zamieszek. I tak pojawił się Czerwiec ’76 – wstęp do Sierpnia ’80.

Poprzedni blog kończyłem cytatem z książki Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger i tym razem też tak wypada:

W parę lat później, przyjaciel p. de Gougenot des Mousseaux, protestant, wysoki urzędnik w służbie państwa niemieckiego zostający, pisał do tego ostatniego: „W obecnych czasach widzę Żydów bardzo gorliwie pracujących nad zburzeniem podstawy naszego społeczeństwa i przygotowaniem rewolucji. Należą oni do rasy dziwnie hojnie obdarzonej, wydającej geniuszów na każdym polu i z wszelkiego rodzaju dążnościami; chcę powiedzieć ludzi oryginalnych, wysoko inteligentnych i bardzo czynnych… W r. 1848, roku przewrotów rewolucyjnych, miałem stosunki z pewnym Żydem, który przez próżność zdradzał tajemnice towarzystw tajnych, do których należał. Powiadamiał on mnie na osiem lub dziesięć dni naprzód o rewolucjach mających nastąpić w jakimkolwiek punkcie Europy. Wskutek tego nabrałem niezbitego przekonania, że te wszystkie ruchy ludów uciśnionych itd. itd. są z góry postanowione przez jakichś 12 indywiduów, które wydają rozkazy towarzystwom tajnym całej Europy. Grunt pod stopami naszymi jest cały podminowany, a Żydzi dostarczają duży kontyngent tych minerów”.

Grudzień ’70

Grudzień ’70 należy bez wątpienia do najtragiczniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. W trakcie tych zajść zginęło 41 osób, a według niektórych źródeł – 45. Dla porównania, w zamachu majowym zginęło 379 osób, 215 żołnierzy i 164 osoby cywilne. Dlaczego władze komunistyczne zdecydowały się na takie ekstremalne rozwiązanie? Co chciały przez to osiągnąć? Nic tam nie było dziełem przypadku. Wszystko zaplanowano i wykonano? Władza nie miała skrupułów, by strzelać do tłumu. Czy to były zabiegi zmierzające do pozbycia się Gomułki? Do tego nie potrzeba ofiar, jak pokazuje przykład usunięcia Gierka. A może to był fragment większej całości, pewnego planu, który miał doprowadzić do zmiany realiów politycznych w Europie Środkowej? A może chciano dokonać pewnego eksperymentu i sprawdzić ludzkie reakcje? Do jakiego stopnia można podporządkować sobie tłum, wykorzystując do tego swoich agentów? Jak on zareaguje na przemoc? Jak społeczeństwo zareaguje?

Oficjalnie przyczyną protestów były podwyżki cen żywności. Średnio wzrosły one o 23%. Polskie społeczeństwo, z natury raczej łagodne, nie reagowałoby tak gwałtownie na stosunkowo niewielką podwyżkę, nawet przed świętami Bożego Narodzenia. W latach 50-tych przeżyło wymianę pieniędzy, która okradła ludzi, ale protestów nie było. Zdarzały się natomiast samobójstwa.

Decyzję o podwyżce ogłoszono przez radio 12 grudnia wieczorem. To była sobota. Miała ona obowiązywać od poniedziałku 14 grudnia. Decyzję podjęto na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 30l istopada. Jednak do całej operacji przygotowywano się znacznie wcześniej.

„Biuro Polityczne KC PZPR zdawało sobie sprawę, że wzrost cen głęboko dotknie obywateli i stanie się powodem niezadowolenia społecznego. Liczono się z demonstracjami i groźbą wybuchu zamieszek. Od czerwca 1969 r. do maja 1970 r. szef Głównego Inspektoratu Obrony Terytorialnej, wiceminister gen. Grzegorz Korczyński, nadzorował opracowanie planu „zabezpieczania reformy gospodarczej” przez wojsko. W pracach planistycznych wykorzystano m.in. doświadczenia z krwawej pacyfikacji Poznania w czerwcu 1956 r. oraz inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację z sierpnia 1968 r. W dniu 8 grudnia 1970 r. minister obrony narodowej, gen. Wojciech Jaruzelski, wydał rozkaz, w którym określił zasady współdziałania LWP z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w przypadku wybuchu strajków.” – Tak to opisuje na swojej stronie Wojskowe Biuro Historyczne.

W protestach brało udział kilkanaście tysięcy osób. Po stronie rządowej było 27 tysięcy żołnierzy, 5 tysięcy milicjantów, 550 czołgów, 700 transporterów opancerzonych. Wyglądało to więc na jakieś manewry, ćwiczenia w terenie zabudowanym. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć transportery opancerzone, ale czołgi! To była większa operacja LWP niż w Czechosłowacji. Tam było 24 tysiące żołnierzy. W Czechosłowacji zginęło 72-108 osób. Interwencja trwała miesiąc. W Polsce od 14 do 22 grudnia i 41-45 zabitych.

W poniedziałek 14 grudnia robotnicy Stoczni Gdańskiej odmówili podjęcia pracy i wielotysięczny tłum udał się pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku. Zażądali spotkania z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a od dyrektora stoczni podjęcia negocjacji w sprawie cofnięcia podwyżek. Ich postulaty nie zostały spełnione. Tego dnia doszło też do pierwszych starć z milicją. Przed południem delegacja stoczniowców próbowała rozmawiać z rektorem Politechniki Gdańskiej, a o 17-tej próbowano zorganizować tam wiec, ale bez powodzenia. W związku z tym udano się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie udało się go zorganizować. Podobny odbył się na placu przed dworcem głównym. W tych wiecach wzięli udział również studenci Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej.

Można w tym miejscy zapytać: jak to możliwe, że podwyżki ogłoszono w sobotę wieczorem, a w poniedziałek rano robotnicy byli już doskonale zorganizowani. Ale nie tylko oni. Również milicja była na posterunku. Skąd milicja wiedziała, że będzie strajk? Wielotysięczny tłum, a takim była przecież załoga Stoczni Gdańskiej, nie mógł tak sam z siebie zorganizować się i do tego tak szybko. Wynika z tego, że cała załoga już wcześniej musiała być poddana intensywnej agitacji.

15 grudnia ogłoszono strajk powszechny, do którego przyłączyły się inne przedsiębiorstwa, m.in. Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni i pracownicy elbląskiego Zamechu. W skład pierwszego komitetu strajkowego weszli Zbigniew Jarosz (przewodniczący), Jerzy Górski (zastępca przewodniczącego), Stanisław Oziębło, Ryszard Podhajski, Kazimierz Szołoch, Lech Wałęsa, Zofia Zejser. Robotnicy udali się pod gmach KW PZPR na wcześniej zapowiedziany więc. Po drodze napotkali oddziały milicji. Doszło do walk ulicznych i starć z milicją. Późnym wieczorem podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego. Ogłoszono strajk okupacyjny. Wojsko i milicja zablokowały porty i stocznie.

Gdy płonął budynek komitetu wojewódzkiego partii, pensjonariusze domu poprawczego w Malborku rozpoczęli rabunek sklepów przy ulicy Rajskiej i sąsiednich. Cześć manifestantów próbowała ich powstrzymać, ale bez rezultatu. Około południa stoczniowcy zdobyli czołg, który zabezpieczono na terenie Gdańskiej Stoczni Remontowej. Około godziny 16-tej przed samym dworcem kolejowym został zastrzelony przez snajpera człowiek, który być może był tylko przechodniem, gdyż w tym czasie walki toczyły się pod komendą milicji, a nie na placu dworcowym. Strzał padł od strony wiaduktu Błędnik, gdzie nie było wtedy ani wojska, ani milicji. Musiał więc strzelać snajper, prawdopodobnie ulokowany w wieżowcu Centrum Techniki Okrętowej przy Błędniku. Potem stoczniowcy złożyli na środku hali dworcowej zwłoki kolegi rozjechanego przez czołg, rozbili dworcową kwiaciarnię i podpalili kasy dworcowe. Gdy oddziały wojska i milicji pojawiły się na Błędniku i od strony komitetu, manifestanci, którym groziło otoczenie, wpadli na dworzec i do stojącej jeszcze kolejki elektrycznej i odjechali zanim pojawili się milicjanci.

To są informacje z Wikipedii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te wydarzenia to jedna wielka prowokacja, sztucznie wywołany konflikt. Rabunki, podpalenia to zwykły wandalizm. Zapewne zwykłych robotników nie byłoby stać na takie zachowanie. Wielu ludzi z zewnątrz musiało być w to zaangażowanych, przeszkolonych i opłaconych. Skoro ktoś podpalił budynek komitetu partii, to znaczy, że już wcześniej podjął taki zamiar i musiał się do niego przygotować, choćby poprzez zdobycie i zabranie ze sobą materiałów łatwopalnych, bo samymi zapałkami, to można jedynie „podpalić” papierosa. A skąd się wzięli w Gdańsku pensjonariusze domu poprawczego w Malborku?

Dzień 16 i 17 grudnia jest dokładniej opisany na stronie Wojskowego Biura Historycznego i z niej pochodzi poniższy fragment:

„Operacją wojskową w Trójmieście kierował gen. Stanisław Antos. Użycie czołgów i transporterów opancerzonych przeciwko bezbronnym ludziom nieuchronnie musiało doprowadzić do tragedii. 15 grudnia w okolicy Dworca Głównego PKP w Gdańsku transporter opancerzony TOPAS z 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej zmiażdżył gąsienicami jednego z protestujących. Mimo tej tragedii do Gdańska ściągały coraz to nowe pododdziały. Następnego dnia wojsko otoczyło teren Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Gdy strajkujący próbowali opuścić teren zakładu, żołnierze 16. Dywizji Pancernej i 13. pułku Wojsk Obrony Wewnętrznej otworzyli ogień z karabinków i pistoletów maszynowych. Od kul zginęli dwaj stoczniowcy, a jedenastu kolejnych zostało rannych. Na ulicach Gdańska strzelała także milicja. Łącznie w Gdańsku straciło życie 16 ludzi. Wobec groźby władzy, że Stocznia Gdańska zostanie zrównana z ziemią przez ciężką artylerię, strajkujący ustąpili. Kolejne dni przyniosły Gdańszczanom represje i szykany. Zamordowanych chowano na cmentarzach nocami, po cichu i w tajemnicy. Niemal natychmiast po pacyfikacji zbuntowanego miasta Służba Bezpieczeństwa przystąpiła do przeciwdziałania próbom upamiętnienia ofiar masakry.

W odróżnieniu od Gdańska, gdzie spłonął budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, demonstracje w Gdyni miały na ogół spokojny przebieg. Mimo to, to właśnie Gdynianie ponieśli najkrwawszą ofiarę grudniowej masakry.

W nocy z 16 na 17 października milicja i żołnierze 8. Drezdeńskiej Dywizji Zmechanizowanej im. Bartosza Głowackiego otoczyli teren Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Jednocześnie w radiu i telewizji nadano wystąpienie Stanisława Kociołka, w którym wzywał stoczniowców do powrotu do pracy. Gdy wczesnym rankiem robotnicy wysiedli z pociągów na przystanku Gdynia-Stocznia, drogę do pracy zagrodziły im czołgi i żołnierze celujący do nich z ręcznych karabinów maszynowych. Napięcie sięgnęło zenitu, wojsko otworzyło ogień. W wyniku serii z broni maszynowej zginęło 11 stoczniowców. Ciało jednego z zabitych, Zbigniewa Godlewskiego, roztrzęsieni demonstranci położyli na drzwiach i ponieśli w kierunku budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Pochód został kilkukrotnie obrzucony granatami dymnymi wystrzeliwanymi z ziemi i ze śmigłowców krążących nad Gdynią. W Śródmieściu milicja i wojsko ponownie otworzyły ogień do manifestantów. Padli ranni i zabici. Łącznie w masakrze zginęło 18 ludzi. Złapanych manifestantów poddawano brutalnym torturom w katowni urządzonej w budynku Prezydium MRN. Szczególnie okrutnie traktowano młodzież.

Gdy do Szczecina dotarły informacje o protestach w Trójmieście, robotnicy Stoczni im. Adolfa Warskiego wylegli na ulice. Oprócz stoczni do strajku przystąpiło szereg zakładów pracy w samym mieście i jego okolicach.

17 grudnia napięcie w Szczecinie rosło z godziny na godzinę. Dochodziło do licznych starć między protestującymi a milicją. Apogeum walk ulicznych stało się podpalenie budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W celu spacyfikowania demonstrantów, w kierunku najważniejszych obiektów w mieście, z koszar wyjechały pododdziały z: 12. Dywizji Zmechanizowanej, 12. Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, 12. pułku pontonowego i 16. batalionu pontonowego Wojsk Obrony Wewnętrznej oraz 36. pułku inżynieryjno-budowlanego. Pojawienie się wojska na ulicach nie uspokoiło nastrojów, wręcz przeciwnie – dochodziło zarówno do walki, jak i prób bratania się z żołnierzami. W zamieszaniu wojskowi wielokrotnie uciekali się do użycia broni. Oddawano strzały w powietrze, w bruk, jak również w kierunku demonstrujących. Symbolem szczecińskiej tragedii stała się śmierć 16-letniej uczennicy, Jadwigi Kowalczyk. Dziewczynka obserwowała demonstrację przez okno ze swojego pokoju, gdy przypadkowo wystrzelony pocisk trafił ją prosto w głowę. Kolejny dzień – 18 grudnia – nie przyniósł uspokojenia. Wojsko otworzyło ogień do demonstrujących przed Stocznią im. Adolfa Warskiego, zabijając dwóch młodych chłopców i raniąc wielu innych. Łącznie w Szczecinie śmierć ponosiło 16 ludzi, a kilkuset zostało rannych. W obliczu groźby utraty życia na ulicach, robotnicy podjęli strajk okupacyjny na terenie swoich zakładów pracy. Zawiązał się Okołomiejski Komitet Strajkowy, zrzeszający większość szczecińskich zakładów pracy, który przejął faktyczną władzę na życiem miasta. Negocjacje pomiędzy robotnikami a władzą trwały do 22 grudnia 1970 r. i zakończyły się zawieszeniem strajku na czas świąt.”

Stocznie zostały spacyfikowane. We wszystkich objętych zamieszkami miastach Wybrzeża obowiązywały stan wyjątkowy i godzina milicyjna. Zginęło 41 osób. Niektóre źródła podają, że 45 osób. Kto wydał rozkaz strzelania do bezbronnych osób? Władze PZPR. A kto był tą władzą? Biuro Polityczne w składzie: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak. Zgodnie z rozkazem Gomułki strzały, po ostrzegawczej salwie w górę, miały być oddawane w nogi. Trudno więc w takiej sytuacji znaleźć winnego. Ktoś jednak ten rozkaz wydał. Nie dowiemy się kto, bo tak to wszystko jest zorganizowane, że prawdziwi decydenci są zawsze anonimowi.

Może więc warto sięgnąć do historii, by poznać od kuchni zasady działania władz i metody, jakimi one posługują się. To zapewne jest niezmienne. Różnica jest taka, że obecne władze dysponują bez porównania większymi możliwościami ze względu na postęp techniczny. Pisząc „władze” mam na myśli oczywiście te prawdziwe, tajne. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych oparła się na rozprawie jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) i pracach innych badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Poniżej fragment, który może choć trochę ułatwi zrozumienie tego, co działo się w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu i nie tylko wtedy i nie tylko tam.

»W pierwszych chwilach wybuchu rewolucyjnego, zapanowało we Francji ogólne przerażenie. Najstraszniejsze wieści krążyły po kraju, rozruchy i pożary wybuchały wszędzie, lękano się wszystkiego. Taine w swej Historii rewolucji stawia pytanie, czy popłochu tego nie wywołały „ukryte, przekupione ręce”, na które to pytanie odpowiada zarazem: „Współcześni byli tego pewni, rzecz jest możliwą”. Nie tylko możliwą, ale i pewną, jak tego mamy niepodlegające wątpliwości świadectwo Bertranda de Molleville, ministra Ludwika XVI, dowodzącego, że program cały postępowania przygotowany był w komitecie propagandy w Loży Połączonych Przyjaciół. Projekt działania za pomocą terroryzmu, podał Adrian Duport, jeden z członków zgromadzenia, badacz historii i taktyki rewolucji dawnych i nowszych czasów, przyjęty do najtajniejszych narad fakcji filozoficznej. On to, wystosowawszy odpowiedni memoriał, przekonał członków komitetu, że jedynie terroryzmem wywołać można rewolucję i że należy w tym celu poświęcić kilka znanych postaci. Wskazał nawet pierwsze ofiary. Plan Adriana Duport został przyjęty. Niedługo potem widziano głowy pp. de Launey, de Flesselles, Bertlüer i Foulon obnoszone na pikach po ulicach Paryża. Niecny ten owoc filantropii i wolności, w obronie których niby to walczono, sprawił odpowiednie skutki. Pod wpływem przerażenia wszyscy wahający się dotychczas powiększyli liczbę rewolucjonistów. Szli oni bez przekonania, ale w celu własnej obrony. W r. 1789 Mirabeau zakomunikował plan Duporta Chamfortowi, ten zaś Marmontelowi.

Wskazówki dane przez tego ostatniego w swych pamiętnikach, odpowiadają zupełnie temu, co mówi p. de Molleville: „Pieniądze i pozwolenie rabunku wszechwładnie działają na lud. Dowód tego mieliśmy właśnie na przedmieściu św. Antoniego. Nie uwierzylibyście nawet, jak mało kosztowało ks. orleańskiego zburzenie fabryki uczciwego Reveillona, który spośród tego samego ludu stu rodzinom dawał utrzymanie. Mirabeau utrzymuje, że za tysiąc luidorów można wywołać ładne zaburzenie… Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… Lud jest wielką trzodą myślącą jedynie o pastwisku, którą przy pomocy dobrych psów, pasterze prowadzą jak tylko chcą. Zresztą jego to dobra pragniemy, jakkolwiek bez jego wiedzy. Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. Wszystko to wzbudza politowanie i wstyd przynosi w wieku takim jak nasz. Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. Do owładnięcia mieszczaństwem, klasą niemającą wiele do stracenia, a mogącą dużo zyskać, jest wiele środków. Głód, niedostatek, pieniądze, postrach wybuchu, przerażające wieści, za pomocą których można wśród ludu wywołać trwogę do wściekłości ich doprowadzającą. Klasa bardziej oświecona wydaje eleganckich mówców, lecz wszyscy oni są niczym w porównaniu z tymi Demostenesami, którzy za talara w karczmach, na placach publicznych, w ogrodach i na wybrzeżach głoszą o spustoszeniach, pożarach wiosek, zrównaniu ich z ziemią, zalaniu krwią, o zamiarach oblężenia i zagłady Paryża ( W celu szybszego wywołania rewolucji w Paryżu ks. orleański zabrał wszystko zboże i wywiózł je na wyspę Jersey i Guernesey, a koryfeusze rewolucji oskarżali rząd o umyślne wywołanie głodu.). Użycia podobnych środków wymaga przewrót socjalny. Czyżby można dokazać czegokolwiek z tym ludem, gdyby go się okiełzało zasadami uczciwości i sprawiedliwości? Ludzie uczciwi są słabi i nie mają dosyć zuchwalstwa. Lud jest dlatego dobrym czynnikiem rewolucyjnym, że nie ma zasad moralnych. Tym, którzy w środkach nie przebierają, oprzeć się nie można. Nie ma ani jednej z dawnych cnót, która by nam pożyteczną być mogła. Innych cnót potrzeba ludowi”. Barruel, żyjący podczas rewolucji w Paryżu, wyjaśnia przyczynę tak łatwego kierowania ludem. „Od r. 1788 mówi on, robotnicy nasi z przedmieścia S. Antoine i S. Marceau, wtajemniczani bywali gromadnie do lóż masońskich. Zniesienie cechów sztuk i rzemiosł dało masom przewagę, tak drogo okupioną nieszczęściami klasy rzemieślniczej”.«

Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… – no właśnie! Od czego są postulaty? Każdy strajk, to jakieś postulaty. A kto je tworzy? Robotnicy?

Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. – A więc żadnych skrupułów, żadnej litości dla jakichkolwiek wartości.

Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. – To tak jak ze starym budynkiem. Lepiej go zburzyć i zbudować nowy. Nowy rząd jest o wiele bardziej wiarygodny dla ludu niż stary. Jest to stwarzanie dla niego nowej nadziei, a dla nowego rządu czas do następnego kryzysu. Wszyscy ci ludzie przychodzą do odegrania pewnej roli, jaką im przypisano i mają tego świadomość. Tworzą więc frakcje, partie, programy i kłócą się ze sobą. A wszystko to po to, by zawrócić w głowie nieświadomemu niczego ludowi. Gdy przychodzi ich czas, to odchodzą. Na ich miejsce przychodzą inni, gdy nowy plan ma być wprowadzony.

Dlaczego wydarzenia na Wybrzeżu były tak krwawe? Widocznie takimi musiały być, bo tak zaplanowano. Co chciano w ten sposób osiągnąć? Trudno oceniać Grudzień ’70 w oderwaniu od pozostałych „polskich miesięcy”, od Marca ’68, Czerwca ’76, Sierpnia ’80, a może nawet od Października ’56. Według niektórych ocen Marzec ’68 wyszedł na dobre Polsce, bo wielu Żydów opuściło Polskę i w ten sposób w opozycji mogli również działać Polacy. Może tak właśnie chciała strona żydowska, by Polacy tak myśleli. Więcej Żydów wyjechało z Polski w latach 50-tych i na początku lat 60-tych niż w 1968 i 1969 roku. Ale jest ich w Polsce tak dużo i zajmują tak ważne stanowiska, że to nie miało znaczenia. Może więc ten Grudzień ’70 i Czerwiec ’76 potrzebne były jako uzasadnienie do powstania KOR-u i zdominowania opozycji. W każdym razie po Marcu nikomu nie przyszłoby do głowy, by podejrzewać, że za wypadki na Wybrzeżu są odpowiedzialni Żydzi. Kozioł ofiarny się znalazł. Ale on takie zadanie miał do wykonania i je wykonał, to znaczy wziął na siebie całą odpowiedzialność.

Podatki

Parę dni temu na kanale „cepolska” zamieściłem komentarz, w którym pisałem, że to nie wysokie podatki decydują o kondycji polskich przedsiębiorców, tylko brak dostępu do rynku, wynikający ze zbyt wysokiej ceny oferowanych przez nich towarów, co jest spowodowane polityką cenową tych, którzy tym rynkiem rządzą. Komentarz został usunięty. Zapewne z jakichś powodów okazał się niewygodny. A skoro tak, to może warto ten temat przybliżyć.

Mówią, że podatki w Polsce są wysokie. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Zapewne dla tych, którzy zarabiają mało są wysokie, ale dla takich programistów, informatyków, lekarzy czy ludzi z branży farmaceutycznej i pewnie wielu innych raczej nie. Nawet dla takich fryzjerów chyba nie. Kiedyś było ich mało, a teraz salony czy zakłady fryzjerskie mnożą się jak grzyby po deszczu. Zupełnie inaczej wgląda sytuacja tych, którzy zajęli się handlem. Dla nich podatki są wysokie.

Generalnie jest tak, że branże, których nie da się zautomatyzować, zmonopolizować, i które wymagają bezpośredniego kontaktu z klientem lub specjalistycznej wiedzy, te branże jakoś sobie radzą na rynku. W przypadku handlu słyszymy narzekania, że zagraniczne supermarkety i sieci handlowe są zwolnione z podatków, a polscy przedsiębiorcy – nie i to decyduje o ich przewadze konkurencyjnej na rynku. Znaczy, że wysokie podatki a szczególnie ZUS są gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości i gdyby nie one, to ta polska przedsiębiorczość kwitłaby. Tak bredzi Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Sadowski z jakiegoś Centrum Adama Smitha czy Gwiazdowski i pewnie jeszcze paru innych.

Wszyscy ci panowie są w takim wieku, że powinni dobrze pamiętać lata 90-te, a zwłaszcza ich pierwszą połowę. Wtedy prywatny handel rozwijał się. Nie straszna mu była wysoka inflacja i podobne odsetki od kredytów. Starczało tym ludziom na podatki i na ZUS, a ich wysokość była proporcjonalnie taka sama jak obecnie. Co więcej, były jeszcze pieniądze na inwestycje. Dlaczego było tak dobrze, a dziś jest tak źle? Bo wtedy rynek, cały rynek, należał do tych przedsiębiorców. Nie mieli konkurencji z zagranicy.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zagraniczne firmy zaczęły przejmować polski rynek. „Polski” rząd wydatnie im w tym pomagał. Nie tylko poprzez zwolnienia od podatków, ale również poprzez ustawę o przetargach, wedle której jedynym kryterium, decydującym o wyborze oferenta była cena. Z pozoru wygląda to na dbanie o finanse państwa, ale tylko z pozoru. Wiadomo, że w wielu branżach firmy państwowe stanowią łakomy kąsek, bo składają duże zamówienia. Ponieważ w Polsce zlikwidowano wszelką produkcję, to polskie firmy handlowe są zależne od dostaw z zagranicy. Nietrudno więc domyślić się, że polski oferent będzie miał wyższą cenę niż zagraniczny. Ktoś może się w tym miejscu oburzyć, że jak to tak!Tak preferować obcych, a nie swoich. Tak to jest możliwe, ponieważ w Polsce rządzą Żydzi, a dla nich Polacy są obcy i trzeba ich niszczyć, bo to jest Polin, a nie Polska, jak jeszcze wielu naiwnie sądzi.

Podobnie wygląda sytuacja na rynku ogólnym. Polscy właściciele sklepów czy hurtowni konkurują z zachodnimi supermarketami czy sieciami typu Biedronka, Lidl, Kaufland, Rossmann itp. Nawet niektórzy klienci wiedzą, że taka Biedronka to sieć portugalska. Taaak. Portugalczykiem to może być trener naszej piłkarskiej reprezentacji. Biedronka należy do portugalskiego Żyda, tak jak Lidl do austriackiego, a Kaufland do niemieckiego, choć podobno jeden i drugi ma tego samego właściciela. Nie wiem tylko czy należą do niemieckiego, czy – do austriackiego Żyda. Wydawałoby się, że w tych trudnych czasach małe sklepy spożywcze nie mają racji bytu. A jednak! Sieć Żabka rozwija się dynamicznie. W 2020 roku przybyło jej w Polsce 1000 sklepów. Ostatnie reklamy hot-dogów i kanapek w tej sieci to m.in.: Kurczaker, Wołowiner. – I wszystko jasne!

Dlaczego polskie małe sklepy nie sprostały konkurencji większych, a Żabce nie groźne wielkie sieci? Bo Żabka to też jest sieć. Czy więc te polskie małe sklepy nie mogły połączyć się i stworzyć własną sieć? A po co sieć? Bo ona może dokonywać zakupów na większą skalę i tym samym jej cena zakupu jest niższa i niższa jest cena sprzedaży dla klienta końcowego. To podstawowa zasada handlu: im więcej kupujesz, tym niższa cena zakupu. Im większe obroty, tym niższa marża i tym samym niższa cena końcowa dla klienta. Proste? Proste, tak jak wtedy, gdy coś tam stoi. No właśnie! A jak nie stoi, to jest wielki problem. I dokładnie jest taki sam wielki problem z cenami. Jak mamy niską cenę zakupu, to wszystko jest proste, a jak – nie, to wtedy jest problem.

Gdy pd koniec lat 90-tych zaczęła pojawiać się zachodnia konkurencja, to polskie sklepy nie potrafiły jej sprostać. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że miały wyższe ceny sprzedaży. Zachodnie miały niższe i bogatszy asortyment. Klienci masowo przechodzili do tych zachodnich supermarketów, sieci i w końcu do galerii handlowych. I jeszcze psioczyli na polskich sprzedawców, że tacy pazerni, bo drożej sprzedają, czyli że muszą mieć większą marżę. W rzeczywistości mieli mniejsze marże i mniejsze zyski.

Jak to działa? Załóżmy, że wyprodukowanie serka homogenizowanego kosztuje producenta 20gr. Sprzeda on go wielkiej sieci, czy hurtowni za 40 gr. Sieć ustawi sobie cenę sprzedaży na 1,20 zł. Zysk 80 gr. Drobny czy nawet średni sklepikarz kupi ten serek w hurtowni za 80 gr. Żeby mieć cenę sprzedaży taką samą jak sieć, musiałby mieć tylko 40 gr. marży. Przy jego niewielkich obrotach nie wypracuje zysku koniecznego do pokrycia wszelkich kosztów. Musi podnieść cenę. Gdyby chciał mieć zysk taki jak sieć, musiałby ustalić cenę końcową na 1,60 zł. W sieci 1,20 zł, a u niego 1,60 zł. Musi się gimnastykować. Nie może mieć takiej samej ceny jak sieć, ale też nie może mieć takiej samej marży. Próbuje 1,30 zł a może 1,40 zł. Niewiele to daje. Małe obroty, mała marża – droga prosta do bankructwa lub zadłużania się, co na jedno wychodzi.

To jest przykład hipotetyczny. Dla jasności pominąłem też podatek VAT. Chodziło mi tylko o pokazanie mechanizmu i tego jak działa handel. Podałem wysokie marże, bo w branży spożywczej muszą takimi być ze względu na stosunkowo duże straty: psucie się żywności i jej przeterminowanie. Zdawałoby się, że jedynym rozwiązaniem jest łączenie się sprzedawców i dokonywanie wspólnych, większych zakupów, by uzyskać niższą cenę zakupu poszczególnych towarów. Tak to tłumaczył kiedyś Michalkiewicz na jednym ze spotkań ze swoimi czytelnikami. Gdy jeden ze słuchaczy stwierdził, że to w przypadku Polaków niemożliwe, to Michalkiewicz stwierdził, że „jak tak, to tak”, sugerując tym samym, że faktycznie wina jest po stronie przedsiębiorców. Tyle że tak to nie działa i Polacy nie są tu niczemu winni. Łączenie się kilkunastu czy kilkudziesięciu sklepów oznacza, że takim tworem zarządzałoby kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. To jest niemożliwe. Gdyby to było możliwe, to w spółkach akcyjnych rządziliby wszyscy akcjonariusze, a rządzi najczęściej jakiś zarząd lub ci, którzy mają pakiet kontrolny akcji. Innym problemem byłoby magazynowanie takiej ilości towaru. Małe sklepy miały małą powierzchnię magazynową. Wymagałoby to stworzenia własnej hurtowni. Jej wynajęcie to koszt. Rozdzielanie towaru na poszczególne sklepy, to zatrudnienie dodatkowych ludzi. To kolejny koszt.

Takie pomysły pojawiały się pod koniec lat 90-tych, gdy już było widać narastające zagrożenie ze strony firm zachodnich. Sam uczestniczyłem w jednej takiej próbie stworzenia grupy zakupowej, więc wiem, co mówię, w odróżnieniu od Michalkiewicza, który jest dziennikarzem i w tych sprawach teoretyzuje. Kiedy na początku lat 90-tych powstawały polskie firmy, to na tyle się rozrosły, że pod koniec tej dekady wiele z nich przekształciło się w hurtownie i supermarkety. Dlaczego więc nie sprostały konkurencji? Zapewne byli tacy, którzy przeznaczali zarobione pieniądze na konsumpcję czy jakieś nietrafione inwestycje, ale większość dbała o rozwój swoich firm. Tym powodem, który położył polski handel była cena zakupu.

Wiadomo, że te wszystkie zachodnie sieci, które weszły do Polski były w rękach Żydów. Handel to ich domena od początku. Jest to kluczowa dziedzina gospodarki, bo najszybciej generuje kapitał i od niego zależni są producenci i ten kto ma sieć sprzedaży decyduje o wszystkim: czy przyjmie towar danego producenta, czy umieści go w atrakcyjnym miejscu, czy wyeliminuje konkurencję producenta danego towaru itp. Ten kto ma taką sieć, kto zajmuje się dystrybucją towarów na cały kraj, ten decyduje też o tym, komu sprzedaje i w jakiej cenie. Eliminacja więc odbywa się w ten sposób, że temu, kogo chce się pozbyć z rynku, daje się wyższą cenę sprzedaży niż innym. Może więc być tak, że nawet stosunkowo niewielka firma utrzyma się, jeśli dostanie odpowiednią cenę zakupu. I tak wyeliminowano polskie firmy. A z tych, które zostały, to bynajmniej nie wynika, że ci ludzie okazali się bardziej przedsiębiorczy, mądrzejsi, potrafili dostosować się do zmieniających warunków. W większości tych firm właścicielami są Żydzi. Po 1989 roku tacy cinkciarze i temu podobni zakładali hurtownie. A kto mógł być cinkciarzem w PRL-u? Przeważnie Żyd, jakby ktoś nie wiedział. Bo kogo innego dopuszczono by do obrotu pieniądzem? Handel walutami był oficjalnie zabroniony, ale już ich posiadanie – nie. Więc ogłoszenie w gazecie: „powracającemu z zagranicy sprzedam”, oznaczało, że sprzedam za dolary lub marki.

Mając odpowiednią ceną zakupu można całkiem nieźle sobie radzić na rynku, nawet przy stosunkowo niewielkich obrotach. Dlatego ten czynnik jest ważniejszy niż podatki i ZUS. Cena decyduje o dostępie do rynku, dzięki czemu firma generuje odpowiednie zyski pozwalające na opłacenie wszelkich kosztów. Skupianie się na podatkach i ZUS, to odwracanie kota ogonem. A dlaczego te wszystkie Korwiny, Michalkiewicze, Gwiazdowskie, Sadowskie uczepili się tych podatków? Dla odwrócenia uwagi, żeby przypadkiem ktoś nie zorientował się, że to nie państwo jest wszystkiemu winne, że jest jeszcze ktoś groźniejszy od tego państwa i że cały ten ich liberalizm to pic na wodę fotomontaż. Inna sprawa, że podatki dlatego są tak wysokie i uciążliwe dla wielu, w porównaniu z innymi krajami, bo polski rząd, to rząd żydowski. I tak jest od 1989 roku, a i wcześniej było podobnie. Ten rząd gardzi polskim podatnikiem i ustami żydowskiego premiera daje do zrozumienia, że Polacy mają pracować za miskę ryżu.

Nie zawsze jednak musi to działać w ten sposób, że jedynym instrumentem jest cena. Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Poniżej jego fragment, a więcej na blogu „Niemcy i Żydzi”.

„Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.”

A więc można jeszcze sprzedawać towar poniżej kosztów produkcji, by wyeliminować konkurencję. Gdy już jej zabraknie, to ceny podniesie się, by zrekompensować straty. Tak można działać, gdy rządzi się handlem i finansami. Kredyt też nie dla wszystkich jest na takich samych warunkach. Tak było ponad 100 lat temu i zapewne nie zaniechano tych praktyk. A naiwnym wmawia się, że wolny rynek, wolna konkurencja, a tym, którym nie powiodło się, że nie poradzili sobie, że takie reguły gry, że muszą sobie poszukać innego miejsca lub nawet wyjechać z kraju, jak sugerował im swego czasu „naczelnik” państwa.

Marzec ’68

Nigdy nie miałem dobrego zdania o filozofii. Uważałem, że to nauka czy dziedzina oderwana od rzeczywistości, ale myliłem się. Leon Leszek Szkutnik to autor samouczków do języka angielskiego i niemieckiego, ale również tomików poezji czy refleksji pisanych w tych językach. W jednym z nich wyłowiłem taką perełkę.

Es gibt keine Wirklichkeit an sich. Eine Wirkichkeit kann sich ereignen. Muss aber nicht. Ein unwirkliches Leben nennt man normal. – Nie ma rzeczywistości samej w sobie. Rzeczywistość może się wydarzyć. Może, ale nie musi. Nierzeczywiste życie nazywamy normalnym.

Jeszcze nie tak dawno temu powiedziałbym, że jest to filozofowanie, jakieś chore wymysły. Ale obecnie, w naszej „pandemicznej”, sztucznie wykreowanej rzeczywistości, to już nie jest filozofowanie, to nasza rzeczywistość. Szkutnik napisał, że rzeczywistość może się wydarzyć. Może nie chciał napisać dosłownie, że ktoś tę sztuczną rzeczywistość stwarza, może chciał, by czytelnik sam domyślił się, jaka jest rzeczywistość, czy może nierzeczywistość. Prawie wszyscy chodzą w maskach, choć nie ma żadnego zagrożenia, bo śmiertelność jest na poziomie zwykłej grypy. A że ludzie chorują? Zawsze na coś chorują. W mediach jest tylko jeden temat, inne nie istnieją. Żyjemy w podstawionej rzeczywistości. No właśnie! – W podstawionej. I tę podstawioną zaczynamy uważać za normalną. Czy zatem, oprócz tej podstawionej, istnieje jakaś niepodstawiona? Czy istnieje rzeczywistość sama w sobie? Może więc ta filozofia nie jest taka zupełnie oderwana od rzeczywistości. Od rzeczywistości czy nierzeczywistości?

Ten wstęp był po to, by ułatwić zrozumienie tego, że Marzec 68 był również podstawioną rzeczywistością. To był sztucznie wykreowany konflikt. Przeczytałem wiele artykułów dotyczących tej problematyki, ale najpełniej opisuje to wydarzenie Wikipedia i z niej pochodzą poniższe informacje.

Przykręcanie śruby zaczęło się w parę miesięcy po Październiku ’56. Na początku lat 60-tych pojawiła się w partii frakcja tzw. Partyzantów pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Reprezentowali oni nurt patriotyczno-narodowy i antysemicki. „List 34” z 1964 roku to był protest intelektualistów, dotyczący swobód w dziedzinie kultury. W listopadzie 1964 roku wykluczono z partii Modzelewskiego i Kuronia. W odpowiedzi skierowali oni list otwarty do członków partii krytycznie analizujący sytuację w kraju. Za jego rozpowszechnianie zostali w marcu 1965 roku skazani na 3 lata więzienia. W październiku tego roku zostaje usunięty z PZPR Leszek Kołakowski. Druga połowa lat 60-tych to też szereg procesów twórców takich jak m.in. M. Wańkowicz, który zostaje skazany na pozbawienie wolności, ale wyroku nie wykonano.

Tak naprawdę coś się zaczęło dziać od 5 czerwca 1967 roku, od wybuchu tzw. wojny sześciodniowej, wojny izraelsko-arabskiej. Związek Radziecki potępił Izrael i zerwał z nim stosunki dyplomatyczne. Podobnie postąpiły władze polskie. Zaczęły one organizować wiece w zakładach pracy, potępiające żydowskie „zapędy imperialistyczne”. Jednak większość obywateli sympatyzowała z Izraelem. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. MSW i podległe służby zaczęły rejestrować proizraelskie wypowiedzi. Tego typu ludzi określano mianem syjonistów. Czy tak faktycznie było? Być może ludzie faktycznie cieszyli się, że sojusznicy Związku Radzieckiego ponieśli porażkę. Nie sądzę jednak, by ktoś na ulicy czy w innych publicznych miejscach wyrażał swoje zadowolenie. Zaczęto sztucznie kreować antysemityzm, a pretekstem do tego był fakt, że niektórzy cieszyli się ze zwycięstwa Izraela. Tylko czy to był fakt, czy tak ustalono, że ktoś się cieszy? A nawet jeśli ktoś się cieszył, to co z tego? Czy to stanowiło dla kogoś jakieś zagrożenie, a już szczególnie dla państwa?

Wojna sześciodniowa to była wojna pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. W tę wojnę zaangażowały się także Irak, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Algieria. 13 maja 1967 przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Podgorny przekazał egipskiemu wiceprezydentowi Anwarowi Sadatowi fałszywą informację o koncentracji 12 izraelskich brygad przy granicy z Syrią. Wprowadzeni w błąd Egipcjanie byli przekonani, że Izrael przygotowuje się do inwazji. Dlatego ich reakcja była natychmiastowa i zdecydowana. 14 maja prezydent Naser zarządził mobilizację armii i rozpoczęto przerzucanie wojsk na półwysep Synaj, na którym stacjonowały siły UNEF – Doraźne Siły Narodów Zjednoczonych.

Zawsze wydawało mi się, że od rozpoznania zagrożenia zewnętrznego danego państwa jest jego wywiad wojskowy. Niby na granicy z Syrią Izrael skoncentrował 12 brygad, a informacja jest przekazana wiceprezydentowi Egiptu, który oddziela od Izraela Półwysep Synaj, na którym stacjonują wojska ONZ. Skąd więc taka panika, skoro informacja jest niepotwierdzona, a Egipt nie jest bezpośrednio zagrożony?

16 maja 1967 szef sztabu egipskiej armii generał Mohammed Fawzy zażądał wycofania międzynarodowych sił pokojowych UNEF z Synaju. Fawzy napisał w liście do dowódcy sił UNEF: „Do twojej wiadomości, wydałem rozkaz wszystkim siłom zbrojnym Egiptu być gotowym do działań przeciwko Izraelowi, który może przeprowadzić agresywne działania przeciwko jakiemukolwiek państwu arabskiemu. Z powodu tego rozkazu nasze wojsko już jest skoncentrowane na Synaju na naszej wschodniej granicy. Przez wzgląd na bezpieczeństwo wojsk ONZ, które stacjonują wzdłuż naszych granic, proszę abyś wydał rozkaz natychmiastowego ich wycofania”. Dowódca sił UNEF, generał Indar Jit Rikhye, odpowiedział, że musi poczekać na decyzję sekretarza generalnego ONZ.

Sekretarz U Tant podjął próbę negocjacji z Egipcjanami, a następnie 18 maja zaproponował Izraelowi przegrupowanie międzynarodowych sił pokojowych UNEF na terytorium Izraela, by mogły one nadal wypełniać swoją misję rozjemczą na granicy. Wobec odmowy, 18 maja 1967 U Thant wyraził zgodę na ewakuację sił UNEF z półwyspu Synaj i ze Strefy Gazy.

Czyż to nie jest jakaś kpina? Wyraźne kreowanie konfliktu: fałszywa informacja Podgornego, wojska ONZ-tu, ze względu na bezpieczeństwo, wycofują się z terenu, na którym ma być prowadzona wojna, bo tak im zasugerował egipski generał, a sekretarz U Tant wyraża zgodę na wycofanie wojsk ONZ. To już nawet nie jest kpina, to cyrk na kółkach, tym większy, jeśli się porówna siły obu walczących stron.

Siły Izraela i krajów arabskich (Egipt, Syria, Jordania, Irak):

  • żołnierze 264 000 – 310 000
  • samoloty 197 – 780
  • czołgi 1 300 – 1 600
  • działa artylerii 960 – 1700

Straty Izraela i krajów arabskich odpowiednio:

  • zabitych 779 – 20 000
  • rannych 2 563 – 34 500
  • samolotów 46 – 463
  • czołgów 80 – 725
  • dział artylerii 0 – 750

10 czerwca 1967 roku o godzinie 18.30 ogłoszono zawieszenie broni na froncie izraelsko-syryjskim. W momencie wprowadzenia rozejmu wojskom izraelskim brakowało kilku godzin, by dotrzeć do przedmieść Damaszku. Dziwna wojna. Dla porównania stosunek niemieckich do polskich sił w kampanii wrześniowej:

  • działa 10 000 – 4 300
  • czołgi 2 700 – 880
  • samoloty 1 300 – 400
  • żołnierze 1,6 mln – 1 mln
  • zabici 16 843 – 66 000
  • ranni 36 473 – 133 700.

Kampania wrześniowa trwała ponad miesiąc, a tam tylko 6 dni. W kampanii wrześniowej silniejszy przeciwnik wygrał dopiero po miesiącu. W przypadku wojny sześciodniowej słabszy przeciwnik nie tylko nie przegrywa, ale ponosi minimalne straty. W wyniku tej wojny Izrael zajmuje Półwysep Synaj od strony Egiptu i Wzgórza Golan od strony Syrii. Strona arabska miała przewagę praktycznie we wszystkim. Do tego była to wojna na dwa fronty: Egipt od zachodu, pozostałe państwa od wschodniej strony Izraela. Czy wojska arabskie i ich dowództwo było rzeczywiście tak nieudolne, czy to wszystko zostało wyreżyserowane? A jeśli tak, to w jakim celu?

19 czerwca 1967 roku Gomułka wygłasza przemówienie, w którym oskarżył Żydów mieszkających w Polsce o działanie na szkodę państwa. Określił ich mianem piątej kolumny. Podobno taka reakcja była wynikiem rozmowy, podczas której Breżniew zwracał Gomułce uwagę, że towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Związku Radzieckiego wobec państwa Izrael. Tak więc w sztuczny sposób podsycano w Polsce nastroje antysemickie. Przeprowadzano czystki w wojsku, milicji, organach bezpieczeństwa i innych instytucjach państwowych. Podobnie było na uczelniach. Usuwano profesorów pochodzenia żydowskiego.

W sumie można by sobie zadać pytanie: z jakiego powodu ich usuwano? Tylko dlatego, że byli Żydami? Przecież mieli obywatelstwo polskie, byli zatrudniani na podstawie jakichś umów o pracę i jeśli nie łamali regulaminu pracy i przestrzegali przepisów prawa, to nie było podstawy do ich zwolnienia. Nie było takiego paragrafu, który dawał podstawę do zwolnienia na podstawie narodowości i na podstawie tego, że ktoś otwarcie cieszył się z sukcesów armii izraelskiej. Poziom tej argumentacji każe przypuszczać, że to właśnie Żydzi byli inspiratorami tej nagonki. A dlaczego nie używali innych argumentów? Innych nie było. Skoro odstawiono taki cyrk jak wojna sześciodniowa, to znaczy, że wszystko można.

Krytyką zajmowali się towarzysze żydowscy. Czy tak było, czy tak powiedział Breżniew? Prawdy nie dowiemy się. Znamy tylko oficjalną wersję i to, że zwolnienia dotyczyły nie tylko towarzyszy żydowskich, ale i wielu innych osób. A czy były to faktycznie zwolnienia, czy te osoby same się zwalniały, podając jako przyczynę antysemityzm? Tego też się nie dowiemy. Jednak masowość zjawiska, z partii zwolniono ponad 8 tys. członków, wskazuje, że chyba nie o krytykę tu chodziło. Co miał do powiedzenia przeciętny członek partii, nawet jeśli był Żydem, i kto by się liczył z jego zdaniem?

W listopadzie 1967 roku przypadała 50 rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Z tej okazji przygotowano w Polsce szereg imprez o charakterze propagandowym, kulturalnym i naukowym. Dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek zdecydował się wystawić w nowoczesnej inscenizacji Dziady Adama Mickiewicza. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 roku.

Spektakl nie spodobał się Wydziałowi Kultury KC PZPR w związku z czym zakazano drukowania pozytywnych recenzji. 21 grudnia Kazimierz Dejmek został wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC. Spektakl skrytykowano za wydźwięk antyradziecki i „religianctwo”. Dejmek argumentował, że utwór nie jest antyradziecki tylko antycarski. Natomiast Gomułka stwierdził, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Jednak było inaczej. W dzienniku Prawda ukazała się pozytywna recenzja i rozważano wystawienie Dziadów w Moskwie.

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie dodaje, że w PRL-u funkcjonowało coś takiego jak cenzura. Nic nie mogło trafić do publiczności, jeśli wcześniej nie zostało sprawdzone i zaakceptowane przez cenzora. I tak było z tym spektaklem. Tę inscenizację musiał wcześniej obejrzeć cenzor i ją zaakceptować. Gdyby Dejmek próbował zrobić coś inaczej, to w pięć minut przestałby być dyrektorem. A skoro tak zrobił, to znaczy, że miał na to zgodę władz. Czyli że władza sama szykowała prowokację. Inna sprawa to to, że do obchodów rocznicy rewolucji wybrano utwór, który w żaden sposób nie nawiązywał do niej. Bo gdyby nawiązywał, to publiczność nie miałaby okazji do żywiołowych reakcji. Wszystko zostało dokładnie wyreżyserowane i prawdopodobnie publiczność również starannie dobrana i poinstruowana, jak ma reagować.

Po czterech pierwszych przedstawieniach poinformowano Dejmka, że spektakl może być grany tylko raz w tygodniu i ma on odnotowywać reakcję publiczności, która podobno wznosiła hasła antyradzieckie i antyrosyjskie. 16 stycznia zawiadomiono Dejmka, że 30 stycznia odbędzie się ostatnie przedstawienie. Po ostatnim, jedenastym przedstawieniu, doszło do manifestacji studentów, którzy złożyli pod pomnikiem Mickiewicza białe i czerwone kwiaty i transparent „Żądamy dalszych przedstawień”. Już praktycznie po manifestacji interweniowała milicja. Aresztowano 35 manifestantów, z których dziewięciu pociągnięto do odpowiedzialności i ukarano grzywnami od 500 do 3000 zł. Wśród ukaranych byli m.in. Andrzej Seweryn i Jan Lityński.

Studenci zaczęli zbierać podpisy pod petycjami do rządu, w których protestowano przeciwko ograniczeniom w kulturze i żądano przywrócenia przedstawień. Najbardziej aktywne było środowisko tzw. Komandosów, w którym prym wiedli Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Karol Modzelewski i inni. Nazywali się tak ze względu na fakt, że często znienacka pojawiali się na zebraniach organizacji młodzieżowych, podczas których zadawali kłopotliwe pytania i wygłaszali kontrowersyjne opinie. Pojawili się oni w połowie lat 60-tych.

22 lutego przywódcy ruchu studenckiego podjęli decyzję o zorganizowaniu wiecu w obronie studentów usuniętych z uczelni. Miało to nastąpić w tydzień od zebrania się Związku Literatów Polskich. Zebranie miało odbyć się 29 lutego, a więc data wiecu na UW wypadała na dzień 8 marca. 4 marca usunięto z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. 7 marca władze Uniwersytetu Warszawskiego wydały zarządzenie, zgodnie z którym uznano zgromadzenie za nielegalne. 8 marca rano władze aresztowały przywódców studenckiego protestu Szlajfera, Seweryna, Blumsztajna, Lityńskiego, Modzelewskiego i Kuronia.

W południe 8 marca odbył się na dziedzińcu UW wcześniej zaplanowany wiec. Rozdawano ulotki i wzywano do obrony podstawowych praw obywatelskich. Uchwalono rezolucję, w której domagano się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności innych studentów. Gdy studenci rozchodzili się, na dziedziniec wjechało kilka autokarów, z których wysiadły oddziały ZOMO i ormowców ubrane po cywilnemu i zaczęły wyłapywać pojedyncze osoby i wywozić je poza teren uniwersytetu. Około godziny 13-tej prorektor wezwał studentów do rozejścia się. Po kwadransie zgodził się na rozmowy, w wyniku których milicjanci opuścili teren uniwersytetu. Ale już o godzinie 14-tej wrócili ormowcy, a pół godziny później pojawili się umundurowani milicjanci z długimi pałkami. Na dziedzińcu rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali studentów i pracowników naukowych. Później walki przeniosły się na ulice miasta. Według informacji MSW 9 marca do walki ze studentami na ulicach Warszawy użyto 1335 umundurowanych funkcjonariuszy, 510 cywilnych i 400 ormowców.

Manifestacje i starcia z milicją miały miejsce nie tylko w Warszawie, ale również w Gdańsku, Gliwicach, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Radomiu. Spokojnie było w Białymstoku, Bydgoszczy, Olsztynie, Opolu i Toruniu. 15 marca w Gdańsku odbyła się największa w skali kraju manifestacja. Udział w niej wzięło 20 tys. osób. 1 maja 1968 roku miała miejsce manifestacja we Wrocławiu.

W kilka dni po wydarzeniach 8 marca odbyło się zebranie aktywu spoleczno-politycznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR, na którym podjęto decyzję o zorganizowaniu „masówek” w zakładach pracy. Ich uczestnicy domagali się ujawnienia i ukarania wszystkich winowajców awantur, oczyszczenia PZPR z „syjonistów, rewizjonistów i kosmopolitów” oraz wyrażali poparcie dla Władysława Gomułki. Powszechnie używanymi hasłami podczas tych spotkań były: „Literaci do pióra, studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjonu”, „Syjoniści do Dajana”, „Oczyścić partię z syjonistów”. Ale najbardziej znane, bo błędne, było: „Syjoniści do Syjamu”. Syjam to obecna Tajlandia. Wiece były transmitowane przez telewizję. Tak więc zadbano o to, by marginalne wydarzenia utrwaliły się w powszechnej świadomości.

19 marca odbył się więc w Sali Kongresowej. Główne wystąpienie należało do Gomułki. Przemawiał przez dwie godziny. Stwierdził, że prawdziwe podziały nie przebiegają na linii robotnicy-studenci, lecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami socjalizmu. Potępił liderów protestu, a pozostałych nazwał „nieświadomymi”. Skrytykował „Dziady” i zaatakował Związek Literatów Polskich. Skrytykował Stefana Kisielewskiego, Janusza Szpotańskiego i Pawła Jasienicę. Odnosząc się do wiecu na Uniwersytecie Warszawskim stwierdził, że winnymi byli studenci pochodzenia żydowskiego. Podzielił też obywateli Polski pochodzenia żydowskiego na trzy grupy: nacjonalistów, kosmopolitów i tych, którzy uznali Polskę za jedyną ojczyznę. Nacjonalistom, jak stwierdził, jest gotów wydać paszporty emigracyjne. Jako przykład kosmopolity podał Antoniego Słonimskiego, który jeszcze w 1924 roku stwierdził, że nie czuje się ani Polakiem, ani Żydem. Co do trzeciej grupy, to stwierdził, że jedynym miernikiem oceny obywatela polskiego jest jego postawa wobec ustroju socjalistycznego oraz żywotność interesów Polski i Polaków.

A więc pojawił się już pierwszy sygnał, że coś się zaczyna w tej polityce zmieniać. Już nie wszyscy Żydzi są źli, tylko syjoniści. Co więcej, są nawet dobrzy Żydzi, którzy pracują dla dobra Polski.

21 marca Politechnika Warszawska ogłosiła 48-godzinny strajk okupacyjny, a na Uniwersytecie Warszawskim odbył się kolejny więc. Zwolniono kilku profesorów i docentów. 28 marca odbył się ostatni wiec. Po nim władze uczelni skreśliły z listy studentów 34 osoby i zawiesiły w prawach studenta kolejne 11. Pod koniec marca rozwiązano wydziały Ekonomii i Filozofii, cały trzeci rok na wydziale Matematyczo-Fizycznym oraz psychologię na Wydziale Pedagogicznym.

Osoby pochodzenia żydowskiego usuwano nie tylko z uczelni. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwalniano z SB i MO, z urzędów centralnych i terenowych, administracji państwowej, wojska, mediów, oświaty, służby zdrowia i środowisk naukowych. Za tą akcją stała przede wszystkim frakcja „Partyzantów”, widząca w rozrzedzeniu dotychczasowych struktur rządzących szanse na awans.

5 maja dochodzi do spotkania Gomułki z egzekutywą Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. Gomułka podczas przemówienia stwierdza, że wystąpiło szereg wypaczeń, że jedna sprawa to praca, a druga polowanie na Żydów. Co do działań aparatu partyjnego, w rozmowie z Józefem Kępą, stwierdza: „To jest niedopuszczalne w Partii. Jeśli Partia ma być antysemicka, to ja mam w dupie taką partię!” Podczas spotkania kierownictwa partii z Sekretariatem KC (29 maja) Władysław Gomułka poleca zakończyć akcję rozliczeniową. 24 czerwca na zlecenie władz cenzura wprowadziła zalecenie, by zaniechać kontynuowania kampanii.

W czerwcu egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego partii w Warszawie kieruje do swoich członków list, w którym stwierdza: „W słusznym dążeniu do poprawy sytuacji kadrowej wystąpiły jednak pewne nieprawidłowości oraz miały miejsce nietrafne i niesprawiedliwe decyzje. (…) Trzeba zwrócić uwagę, że wystąpiły próby wykorzystania sytuacji dla przeprowadzenia porachunków osobistych, dało sobie znać niepotrzebne zacietrzewienie, gromadzenie różnymi metodami i za wszelką cenę tzw. dowodów i argumentów, niekiedy z odległej przeszłości zamiast odpowiedzialnej i rzeczowej oceny (…) (…) Miały miejsce pożałowania godne wypadki przedstawiania świadectwa chrztu jako dowodu polskości. Podejrzenie, iż dany towarzysz jest pochodzenia żydowskiego, było dla niektórych ludzi faktycznym powodem szerzenia różnego rodzaju, częstokroć niesprawdzonych zarzutów. Te z gruntu obce naszej partii metody postępowania, wymagające zdecydowanego potępienia, były niejednokrotnie stosowane przez elementy skorumpowane, pragnące „odegrania się” (…). Partii naszej obce są wszelkie próby wartościowania ludzi według narodowości, obcy jest wszelki nacjonalizm, wszelki rasizm. (…) W procesie politycznego ożywienia wypłynęli tu i ówdzie różni „sezonowi aktywiści”, poszukujący dla siebie taniego poklasku chociażby za cenę krzywdzenia niewinnych ludzi, szerzenia nacjonalizmu i wypaczania sensu naszej polityki.”

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. około 500 pracowników naukowych, około 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. Wyjechało również około 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Tak podaje portal DZIEJE.PL.

Cała akcja trwała więc od czerwca 1967 roku do czerwca 1968 roku. Niewątpliwie kierowała tym partia, bo robotnicy, sami z siebie, nie zorganizowaliby wieców w zakładach pracy i w godzinach pracy. Ich udział miał utwierdzić w przekonaniu, że Polacy są antysemitami. Zdjęcie „Dziadów” również było wyreżyserowane, co wyżej uzasadniłem. Dało to pretekst do wywołania protestów i pojawili się niezawodnie Komandosi, którzy już od 1965 roku zdobywali doświadczenie. Do robienia w partii za antysemitów wykorzystano Partyzantów Moczara. Protesty studenckie stały się okazją do usuwania studentów i kadry profesorskiej.

I nagle 5 maja 1968 roku następuje odwrót od dotychczasowej polityki i Gomułka stwierdza, że jeśli Partia ma być antysemicka, to on ma w dupie taką partię. A rok wcześniej sam nazwał Żydów cieszących się ze zwycięstwa Izraela nad krajami arabskimi piątą kolumną. Ktoś, faktycznie rządzący, uznał, że cel został osiągnięty. A poza tym trzeba było skoncentrować się na innych zadaniach. Trwała Praska Wiosna, zainicjowana przez słowackiego Żyda Aleksandra Dubczeka. Zapewne planowano już inwazję na Czechosłowację, a Polska, choć „antysemicka”, miała brać udział w tej bezsensownej operacji, bo tam nic szczególnego się nie działo. Tak jak w Polsce, preteksty wystrugane z kija.

Gomułka, podobnie jak w 1956 roku, dobrze służył Żydom. Początkowo udawał patriotę i mówił o piątej żydowskiej kolumnie, a rok później stał się ich obrońcą. Najprawdopodobniej uznali oni, że swój cel osiągnęli i że trzeba zakończyć tę maskaradę. Kilkanaście tysięcy Żydów uzyskało status uchodźców politycznych na Zachodzie i mogli tam osiedlić się. Czy chodziło tylko o polepszenie losu poszczególnych jednostek? Po co im była potrzebna ta antysemicka kampania? 10 czerwca kończy się wojna sześciodniowa, a 19 czerwca Gomułka już wie, że Żydzi w Polsce działają na szkodę państwa. Związek przyczynowo-skutkowy obu wydarzeń jest wyraźny. Trudno jednak sobie wyobrazić, by wojna sześciodniowa została wywołana po to, by rozpocząć w Polsce akcję antysemicką.

Zapewne tym, co najmocniej spaja żydowską społeczność, jest antysemityzm. Po Marcu obraz Polski jako kraju antysemickiego utrwalił się w Europie i na świecie. Dla Żydów mieszkających w Polsce było to korzystne. Do dziś Marzec ’68 to dla nich koronny dowód na polski antysemityzm. Sami to wszystko zrobili, wykorzystując swoją pozycję w państwie i w PZPR, a winą obarczyli Polaków. A Polacy? Czy trudno dotrzeć do dokumentów, które wyjaśniłyby, w jaki sposób wszyscy ci ludzie byli zwalniani, a może nie zwalniani, tylko sami wyrażali zgodę na rozwiązywanie umów o pracę, zachęcani perspektywą lepszego życia na Zachodzie. Najwyraźniej trudno, bo pewnie Polacy nie mają dostępu do tych dokumentów. Przeszłość, jak powiedział Norwid, to dziś, tylko cokolwiek dalej. Ten rządzi teraźniejszością, kto ma dostęp do przeszłości.

Październik ’56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października ’56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października ’56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik ’56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.

Hiperinflacja c.d.

Kiedy pisze się o hiperinflacji, to z reguły przychodzi na myśl ta najbardziej znana, ta z 1923 roku z Republiki Weimarskiej. O niej pisałem w bogu „Hiperinflacja”. W tym miejscu chciałbym się zająć tą największą w historii świata. Nic o niej nie wiemy, a miała miejsce tak blisko nas, prawie za miedzą, bo na Węgrzech. Jej skala była niewyobrażalna, więc wyręczę się Wikipedią, bo tyle tam zer, że nie sposób je zliczyć, a co dopiero nazwać te liczby:

»Największą hiperinflacją w historii była hiperinflacja na Węgrzech po zakończeniu II wojny światowej, gdzie w 1946 roku największym nominałem był banknot 100 000 000 000 000 000 000 (100 trylionów, gdzie trylion to jedynka z 18 zerami) pengő (przygotowano już do wprowadzenia banknot o nominale miliard bilionów (tryliarda) pengő , tj. jedynki z 21 zerami; zamiast opisu cyfrowego na banknocie znajdowało się oznaczenie „Egymilliárd B.-pengő”), a inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca, co oznaczało podwajanie się cen przeciętnie w ciągu każdych 15 godzin. Gdy w sierpniu 1946 roku wprowadzono tam forinta, przyjęto przelicznik 1:400 000 000 000 000 000 000 000 000 000, co oznacza, iż jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (gdzie kwadrylion to jedynka z 24 zerami) pengő.«

Głowa może rozboleć od samego czytania powyższego cytatu, nie mówiąc już o tym, żeby to jakoś ogarnąć czy zrozumieć. W tym szaleństwie była metoda, ale o tym na końcu. Wypada jednak chyba zacząć od historii i polityki. Bez tego sam opis zjawiska niewiele, a właściwie nic nie wyjaśni? Podstawowe pytanie brzmi – skąd wzięła się taka hiperinflacja? Dlaczego niektóre państwa i ich waluty jej doświadczają? Dlaczego nie ima się ona amerykańskiego dolara? Drukowany już w niewyobrażalnych ilościach, a hiperinflacji, jak nie było, tak nie ma. Czy to możliwe, by taka monstrualna hiperinflacja, bo to już nie była zwykła hiperinflacja, była dziełem przypadku? W świecie finansów nie ma miejsca na spontaniczność. Jeśli wywołano taką hiperinflację, to w jakimś celu. Zapewne ktoś miał zyskać, a ktoś stracić. W przypadku Węgier trudno będzie dociec, komu to służyło i kto za tym stał. Ale warto spróbować, choć wiem, że będę odbijał się od ściany.

Tak jak napisałem wyżej, wypada zacząć od historii i polityki. Wikipedia pisze:

„W okresie od października 1944 do początku kwietnia 1945 roku terytorium Węgier było sukcesywnie opanowywane przez Armię Czerwoną. Po zakończeniu II wojny światowej Węgry należały do tzw. bloku wschodniego, będącego pod kontrolą ZSRR.

W pierwszych powojennych wyborach parlamentarnych w listopadzie 1945 zwyciężyła Niezależna Partia Drobnych Rolników. Uzyskała ponad 57% głosów. Lewicowe Węgierska Partia Komunistyczna i Węgierska Partia Socjaldemokratyczna uzyskały w sumie 34% głosów. 15 listopada 1945 powstał rząd Zoltana Tyldiego, z Niezależnej Partii Drobnych Rolników. 1 lutego premierem Węgier został Matyas Rakosi trzy dni później zastąpił go wicepremier Ferenc Nagy. 1 lutego 1946 powstała Republika Węgierska. Po wyborach Partia Komunistyczna przystąpiła do osłabienia pozycji Partii Ludowej i Partii Niepodległości. Partia Komunistyczna powołała blok lewicowy.

10 lutego 1947 został podpisany traktat pokojowy z aliantami, na mocy którego Węgry powróciły do granic określonym traktatem w Trianon.

W sierpniu 1947 odbyły się wybory parlamentarne w których 61% głosów uzyskał Blok Lewicowy.”

Hiperinflacja trwała niewiele ponad rok. Zaczęła się na wiosnę 1945 roku, a skończyła się w sierpniu 1946 roku wprowadzeniem nowej waluty – forinta. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uleciała ona gdzieś daleko w przestworza. Forint był bardzo stabilny. Zupełnie tak samo jak w republice Weimarskiej. Cały ten cyrk na Węgrzech trwał w okresie, gdy komuniści nie byli jeszcze u władzy.

Przeglądając internet niewiele można znaleźć na temat tej węgierskiej hiperinflacji, ale czasem można trafić na wyjątkowe głupoty i to pisane przez kogo?! Na stronie NBP na Portalu Edukacji Ekonomicznej można m.in. przeczytać (wytłuszczenia moje):

»Do wiosny 1945 roku produkcja kluczowych surowców spadła dramatycznie, wydobycie węgla osiągało 40 procent produkcji międzywojennej, a produkcja boksytu spadła do 1 procenta produkcji sprzed wojny. Transportu kolejowego albo samochodowego w ogóle nie było. Kolej została zniszczona w czasie bombardowań, a jeśli pozostały jakieś lokomotywy, zabrali je Rosjanie bądź uciekający Niemcy. Wszystkie budapesztańskie mosty na Dunaju zostały zniszczone, kraj był w ruinie, a przedsiębiorcy nie mieli na czym stawiać fundamentów pod produkcję.

W takich warunkach Węgry zostały zmuszone do podpisania traktatu pokojowego, który przewidywał, że rząd węgierski wypłaci sowietom potężne odszkodowania wojenne, przekraczające połowę rocznego PKB, czyli 300 milionów dolarów. Pieniądze były też potrzebne rządowi do zaspokojenia podstawowych potrzeb kraju. Należało zatem jak najszybciej „zdobyć” pieniądze, a tymczasem uciekający przed sowietami węgierscy faszyści zabrali ze sobą do Niemiec matryce do ich drukowania.

Rosjanie, którzy ustalali wówczas politykę monetarną „wyzwolonych” państw Europy Wschodniej zareagowali na zwiększone potrzeby kapitałowe Węgier w najgorszy sposób – zaczęli drukować olbrzymie ilości pieniędzy (pengő), co spowodowało, że inflacja, która zaczęła się już w kwietniu 1945 roku, stała się hiperinflacją. Ceny na rynku wzrosły nawet czternastokrotnie i wciąż niepowstrzymanie rosły.«

Na Węgrzech, chyba od 1927 roku walutą było właśnie to pengő. Skoro więc węgierscy faszyści zabrali matryce do jego drukowania, to jak Rosjanie mogli je nadal drukować? I kto miał je drukować? Armia Radziecka? Przecież drukowaniem pieniędzy zawsze zajmują się ci sami, ci którzy są również właścicielami NBP. Dalej można jeszcze przeczytać:

„W połowie 1946 roku Węgry doświadczyły największej inflacji we współczesnej historii. W szczytowym momencie, ceny dóbr rosły średnio co 15 godzin. Dzienna stopa inflacji przewyższała 200 procent. Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy. Jej aktualną wartość podawano codziennie w komunikacie radiowym.

W sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta, nową walutę, forinta, która zastąpiła pengő. Astronomiczne ceny przestały rosnąć i, ku zdziwieniu wszystkich, nastała trwała stabilność cen. Ta nagła zmiana była tak niesłychana, że do dziś wielu ekonomistów postrzega ją jako cud finansowy i gospodarczy. Jak mogło dojść do tak fantastycznego spadku inflacji? Według większości historyków, spadek inflacji był możliwy, bo w 1946 węgierski rząd po prostu utracił kontrolę nad gospodarką.”

Jak to wszystko zostało prosto wyjaśnione! Cud, cud finansowy! A śmieją się z katolików, że wierzą w cuda boskie. No to jak? W ekonomii cuda mogą się zdarzać? I jeszcze to, że węgierski rząd utracił kontrolę nad gospodarką. Czyli że to Rosjanie stracili kontrolę nad gospodarką, bo to przecież oni drukowali te pieniądze?

Nie wszystko, co tam napisano nie trzyma się kupy. Opis trudnej powojennej sytuacji gospodarczej pokrywa się z opisami z innych źródeł, jak również opis rozwoju hiperinflacji. Ale i on jest daleki od prawdy. Zniszczenia nie były aż tak wielkie. Całość, jak ktoś ma ochotę, tu: https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/pieniadz/historia-hiperinflacji-na-wegrzech.

Wiemy więc, że sierpniu 1947 roku, w wyniku wyborów parlamentarnych, lewica zdobyła 61% głosów. To jeszcze nie była pełnia władzy komunistów. Rok wcześniej w sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta i skończyła się hiperinflacja. Nie była więc ona dziełem lewicy. Zresztą wszędzie na świecie, bez względu na ustrój, bankami i pieniądzem rządzi naród „wybrany” lub ludzie od niego zależni. O tym nie można zapominać, jeśli chce się w sposób rzetelny opisywać rzeczywistość.

Niestety niewiele można się dowiedzieć z polskiego internetu. Znacznie lepiej wygląda to w angielskim. Vinitha Kumar w pracy The Hungarian Hyperinflation – A look into the production side z września 2015 roku pisze m.in.:

„Na Węgrzech po drugiej wojnie światowej decydenci mieli do rozwiązania dwa problemy: hiperinflację i niedobory towarów. Grossman i Horváth (2000) badają decyzje, które musieli oni podjąć: albo stymulować hiperinflację, albo próbować ją zwalczać, zwiększając dochody i ograniczając obieg banknotów. Zdecydowano się na hiperinflację jako sposób na ożywienie gospodarki i pobudzenie produkcji przed wprowadzeniem nowej waluty.”

Ostatnie zdanie daje do myślenia. Autorka nie rozwija tego wątku, ale dobra i psu mucha. A więc wiedziano, że będzie wymiana pieniędzy. Kto wiedział? Na pewno nie przeciętny Kovács (Kowal, Kowalski). Ale też ten, kto wiedział, wiedział kiedy ona nastąpi. Dalej pisze ona:

„Należy zauważyć, że nawet jeśli decydenci zdecydowaliby się zwalczyć hiperinflację, mogłoby to nie udać się ze względu na ilość pieniędzy w obiegu i poważny szok podażowy. Jak wyjaśniają Grossman i Horváth (2000), zwiększenie podaży pieniądza samo w sobie jest szokiem popytowym i można je traktować jako sposób na stymulowanie konsumpcji. Kiedy występuje wysoka inflacja, pieniądze tracą na wartości, przez co ludzie są bardziej skłonni do kupowania towarów. Jednak wzrost podaży pieniądza nie jest korzystny, jeśli nie ma towarów do kupienia. Dlatego rząd potrzebował także sposobu na stymulowanie produkcji. Musimy teraz zbadać skutki hiperinflacji i wpływ polityki rządu na różne obszary produkcji. Przypomnijmy sobie, że produkcja węgla, górnictwa i rolnictwa, z kilkoma wyjątkami, rosła po 1945 roku.

Z powodów ekonomicznych lub politycznych większość gałęzi przemysłu na Węgrzech po drugiej wojnie światowej została znacjonalizowana i stała się przedsiębiorstwami państwowymi. Jednak tylko górnictwo i nieliczne elektrownie zostały upaństwowione przed stabilizacją, czyli przed zakończeniem hiperinflacji. Dlatego podczas hiperinflacji rząd podjął działania w sektorze publicznym, jak i prywatnym, aby zachęcić przedsiębiorców do zwiększenia inwestycji i produkcji. Aby stawić czoła problemom rolnictwa, przeprowadzono poważną reformę rolną. W jej wyniku wielkie posiadłości zostały podzielone i ziemia trafiła do mniej zasobnych rolników. Rząd udzielał również pożyczek na prywatnych rynkach kredytowych według stóp procentowych, które nie były indeksowane proporcjonalnie do wzrostu kosztów utrzymania, wiedząc, że płatności staną się bezwartościowe z powodu inflacji lub, być może, nawet nie oczekując, że ​​zostaną spłacone. Przedsiębiorstwa państwowe również otrzymały dotacje. Nowo utworzone Ministerstwo Odbudowy wykorzystywało rynek pracy do odbudowy państwa i rolnictwa. Ponadto rząd węgierski zaangażował banki do zapewniania funduszy przedsiębiorcom. Dokonano tego, płacąc bankom za przekazywanie pieniędzy producentom. Stopa dyskontowa banku centralnego wynosiła 3 procent, a biorąc pod uwagę inflację, która osiągnęła ponad 10 000 procent, realne stopy procentowe były ujemne. Wszystkie działania były postrzegane jako sposób na ożywienie produkcji.”

Mamy tu do czynienia z bardzo dziwnym zjawiskiem. Rząd, czy może raczej jego bank centralny, wtłacza pieniądze do państwowych i prywatnych przedsiębiorstw, nie przejmując się tym, że pieniądze te nie wrócą w postaci spłat rat kredytu i odsetek. A wie, że i tak nastąpi wymiana pieniędzy. Czyli musi być jakiś inny cel.

„W latach 1938-1948 roczny przyrost PKB na mieszkańca był na Węgrzech większy niż w Niemczech, Grecji czy Rumunii. Jako punkt końcowy wybrałam rok 1948, ponieważ było to kilka lat po drugiej wojnie światowej, co dało krajom nią dotkniętym czas na odbudowę. Jednak zarówno Jugosławia jak i Włochy radziły sobie w tym okresie lepiej niż Węgry. Inne dane dostępne dla Węgier pozwoliły na porównanie pomiędzy 1938 a 1946 rokiem. Roczny przyrost PKB na mieszkańca Węgier w latach 1938–1946 był ponownie wyższy niż w Niemczech i Grecji, ale niższy niż we Włoszech.

W miarę stabilizowania się waluty rosło zaangażowanie obcych mocarstw. Związek Radziecki pomógł poprzez dostosowanie harmonogramu spłaty reparacji wojennych od Węgier, a Stany Zjednoczone udzieliły im linii kredytowej o wartości 15 milionów dolarów, a także wsparły je w programie Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy (UNRRA). Związek Radziecki wydłużył termin spłaty reparacji z sześciu do ośmiu lat, obniżył kary za opóźnienia i zmniejszył ilość dostaw należnych w 1946 i 1947 roku. Dzięki dodatkowej pomocy Węgry mogły skupić się na działaniach stabilizacyjnych. Aby przygotować się do stabilizacji, Węgry zaczęły gromadzić towary i gotowe produkty, tak aby po wprowadzeniu forinta były one gotowe do kupienia.”

Co wiemy po przeczytaniu tego cytatu? Wiemy, że na długo przed wybuchem hiperinflacji planowano wymianę pieniędzy. Wiemy też, że gospodarka węgierska była wtedy w zdecydowanej większości w prywatnych rękach. Rząd szastał pieniędzmi na lewo i na prawo. Wiemy też, że ta hiperinflacja nie odbiła się negatywnie na gospodarce. Wiemy również, że na terenie Węgier współpraca Związku Radzieckiego i USA trwała w najlepsze. Być może był to jeszcze ten moment, gdy losy Węgier nie były ostatecznie przesądzone. Przemówienie Churchilla w Fulton miało miejsce 5 marca 1946 roku. I jeszcze to gromadzenie towarów i gotowych produktów przed wprowadzeniem do obiegu forinta. Skąd rząd miał te towary i produkty? Czy była to pomoc zagraniczna, czy rząd celowo nie wprowadzał własnych, jeśli takie miał? Takie napomykanie o kluczowych decyzjach, bez próby ich wyjaśnienia dowodzi, że autorka słabo zgłębiła zagadnienie lub nie mogła o nich napisać. Bo skoro o nich wspomniała, to gdzieś o tym musiała przeczytać. Dlaczego więc pominęła to? Czyżby komuś nadal zależało na tym, by prawda nie wyszła na światło dzienne?

Vinitha Kumar w swojej pracy cytuje opracowanie The Dynamics of the Hungarian Hyperinflation, 1945-6: A New Perspective Peter Z. Grossman, János Horváth z roku 2000. Niestety nie można się z niego dowiedzieć czegoś, co ułatwiałoby zrozumienie tej hiperinflacji i jej przyczyn.

Celem rządu węgierskiego było ożywienie gospodarki i wzrost produkcji. Chodziło o szybką odbudowę kraju ze zniszczeń. To chciano osiągnąć za pomocą dodruku pieniądza. Tak to tłumaczą autorzy obu opracowań. Czy rzeczywiście można to było osiągnąć tylko w ten sposób? Jeśli przyrost PKB w latach 1938-1948 był na Węgrzech wyższy niż w Niemczech czy Grecji, ale niższy niż we Włoszech i Jugosławii, a były to niewielkie różnice w przedziale paru procent, to oznacza, że ta hiperinflacja nie miała wielkiego wpływu na gospodarkę, bo w porównywanych krajach przyrost PKB był podobny i osiągnięto to bez tak drastycznych środków.

Piszą oni też, że był to jedyny sposób na odbudowę zniszczonego kraju. Ale przecież wiele krajów było zniszczonych przez wojnę. Że Budapeszt ucierpiał i wszystkie mosty zburzone? Warszawa została zrównana z ziemią i mosty też zniszczone, a cała Polska jeszcze bardziej niż Węgry. To jednak nie przeszkodziło gospodarce polskiej, od razu po wojnie, stanąć na nogi. Towarów nie brakowało i nie było potrzeba do tego hiperinflacji. Problemy zaczęły się po 1948 roku, po zjednoczeniu PPS i PPR i powstaniu PZPR. Komuniści przejęli pełnię władzy i zaczęła się bieda.

Grossmann i Horváth piszą, że hiperinflacja była korzystna dla przedsiębiorców, bo przy symbolicznym oprocentowaniu kredytów, których nie rewaloryzowano, spłacanie ich nie było problemem, pomijając już fakt, że nawet nie liczono na ich spłatę. Inaczej było w przypadku robotników, których płace traciły na wartości w zastraszającym tempie. Wskazują oni na zdyscyplinowanie narodu węgierskiego i jego poświęcenie dla dobra kraju. Cóż, dziwne argumenty. Cała ta hiperinflacja trwała niewiele ponad rok, a ten najgorszy etap – parę miesięcy. Można wytrzymać. Najwyraźniej jednak autorzy nie chcą zauważyć, bo nie wierzę, że nie wiedzą, że na Węgrzech było coś takiego jak rok 1956. Jak fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

„Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy.”

Czyli do końca 1945 roku nie było jeszcze źle. Nawet później nie było tak źle. Vinitha Kumar zamieszcza w swoim opracowaniu wykres wzrostu cen w sektorze przemysłowym i rolnym od grudnia 1945 roku do końca lipca 1946 roku. Opierała się na danych węgierskiego banku (Hungarian Central Creditbank) z sierpnia 1946 roku. Z niego wynika, że ta krzywa wzrostu wznosiła się dosyć łagodnie. Dopiero pod sam koniec czerwca 1946 roku wystrzeliła ostro do góry. Od tego momentu przyrost następował w postępie geometrycznym. Dokładnie tak samo wyglądał ten wykres w przypadku niemieckiej hiperinflacji z 1923 roku. Historia lubi się powtarzać, choć, jak mówią niektórzy, nie zawsze tak samo. Istotnie! Jest pewna różnica. W niemieckim przypadku krzywa wzrostu cen zmieniła się w krzywą wzrostu w postępie geometrycznym na trzy miesiące przed wymianą waluty. Na Węgrzech nastąpiło to na miesiąc i tydzień przed zmianą i w tym jednym miesiącu dosłownie wystrzelili w kosmos. I tym sposobem Węgrzy zrobili coś, co Niemcy nazywają Weltmeisterschaft – Mistrzostwo Świata. Do dziś są niepokonani. Chciałoby się powiedzieć – Złota Węgierska Jedenastka. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z oryginalnym tekstem i zobaczyć ten i inne wykresy i tabele, to tu: https://sites.krieger.jhu.edu/iae/files/2017/04/Vinitha_Kumar_Hungary.pdf.

Jeszcze do połowy kwietnia wzrost cen był stabilny. Najwyższym w obiegu był banknot dziesięciomilionowy. W połowie kwietnia nastąpiło lekkie odbicie w górę. Jeśli więc dodamy ten okres, to wyjdzie nam, że ta hiperinflacja trwała nie dłużej niż trzy i pół miesiąca. I teraz już jest jasne, dlaczego nie miała ona wpływu na gospodarkę, a i zwykli ludzie zbytnio nie ucierpieli. Szybka akcja. Któż mógł tego dokonać i po co? Ja wiem kto! Nie są to sprawy, które można komuś udowodnić, czy złapać kogoś za rękę, ale przy bliższym spojrzeniu i połączeniu pewnych faktów, connecting the dots – jak mówią Anglosasi, albo zebraniu ich „zusammen do kupy”, wyłania się pewien obraz.

Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.

A co to ma wspólnego z węgierską hiperinflacją? Wydaje mi się, że ma. Ale żeby to było zrozumiałe, to wypada zacząć od naszego podwórka, by wyjaśnić mechanizm działania inflacji czy hiperinflacji. W tym wypadku nie muszę sięgać do książek, do internetu, bo sam to przeżyłem.

W okresie „festiwalu” Solidarności, w latach 1980-81, doświadczyliśmy w Polsce dużej inflacji. Dla jednych było to bardzo bolesne doświadczenie, dla innych – wprost przeciwnie. Pieniądz tracił na wartości, a oprocentowanie kredytów i oszczędności nie zmieniało się. Ci, którym udało się dostać kredyt na dom, spłacali go za grosze, za przysłowiową kurę. Ci, którzy mieli oszczędności, stracili je. Często był to dorobek całego życia. Jednym słowem: jedni zbudowali sobie domy za oszczędności innych. Zakorzenił się pogląd, że nie warto oszczędzać, tylko brać kredyty.

Po tej inflacji uspokoiło się na całe lata 80-te, lata wykreowanego zastoju, by wymusić zmiany. Po roku 1989 nastała nowa rzeczywistość. Jeszcze na krótko przed tymi zmianami ludzie zaczęli brać kredyty. Byli to głównie ci, którzy zakładali własne firmy i rolnicy. Wydawało im się, że nie będzie problemu. Gospodarka kulała, więc i państwo i banki zachęcały do „brania spraw we własne ręce”.

Potem znowu pojawiła się inflacja, wysoka. Od lutego 1989 do lutego 1990 roku wynosiła 1180%. Dla tych, którzy zainwestowali w produkcję, czy dla rolników, którzy kupili maszyny, była to katastrofa. Tym razem, inaczej niż poprzednio, aktualizowano oprocentowanie kredytów. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Wielu ludzi popełniało samobójstwa. Jedyne co się wtedy opłacało to handel. Tak czyszczono rynek z konkurencji dla zachodniego kapitału. Ale likwidowano też państwowe przedsiębiorstwa, bo – „nierentowne”. Nierentowne były też banki. One też miały starty, ale dofinansowano je z budżetu państwa i sprzedano. Komu? Kto zgadnie? Handel się rozwijał, bo jemu inflacja nie była groźna – szybki obrót pieniądza. Polacy zakładali sklepy, hurtownie. Myśleli, że tak się będą rozwijać, tworzyć sieci handlowe. A chodziło w tym wszystkim tylko o to, by stworzyć sieć dystrybucji po upadłym handlu PRL-u. Ktoś musiał na początku sprzedawać te zachodnie towary. Kiedy już Zachód rozpoznał rynek polski i jego potencjał, to pojawiły się obce sieci handlowe, hipermarkety i w końcu galerie handlowe. Murzyn zrobił swoje i murzyn musiał odejść. – I odszedł.

W celu „walki” z inflacją ustanowiono sztywny kurs dolara na poziomie 9500 PLZ. Utrzymywano go do maja 1991 roku, a więc ponad rok. Po tym czasie uwolniono go i w momencie denominacji w 1995 roku wynosił 2,43 PLN. W ciągu czterech lat stracił na wartości dwa i pół raza: od 0,95 do 2,43. Po co był sztywny kurs dolara? Po to, by sprzedawać dolary, kupować złotówki, wkładać je do banku na bardzo wysoki procent, po roku podejmować i kupować za nie dolary. Przy takiej inflacji z jednego dolara robiło się kilka czy kilkanaście dolarów. I po to się robi inflację, czy hiperinflację. Ktoś zarabia, a ktoś tarci. Nie od niebios to zależy. No i teraz możemy cofnąć się w czasie i wrócić na Węgry z lat 1945-46.

Hiperinflacja ta nie wyrządziła gospodarce żadnej szkody, bo nie mogła, bo trwała zbyt krótko. Po co więc ją zrobiono? – Żeby ktoś zarobił. Nawet jeśli te pieniądze traciły na wartości, to nadal były pieniędzmi i jak ktoś miał ich dużo, to wymienił je na nowe, solidniejsze. A kto miał te pieniądze? Rząd pchał je do firm państwowych i prywatnych, by „ożywić” gospodarkę i produkcję. A co robili ci, którzy je dostali? Musieli coś za nie kupić. A u kogo? U tych, którzy kontrolują handel. Zgromadzili oni kupę tych „nic” nie wartych pieniędzy.

Kluczową informacją jest to, kiedy ustalono kurs wymiany pengő na forinta i termin wymiany. Z tego wykresu, na którym widać moment nagłego odbicia do góry, wynika, że mogło to nastąpić w maju lub na początku czerwca albo w połowie kwietnia, gdzie widać lekkie odbicie do góry. Skoro znano termin wymiany, to wiedziano, że ten miesiąc czy dwa totalnego chaosu nie wyrządzi gospodarce wielkiej szkody. Zaczęto drukować bez umiaru, by móc później wymienić tę makulaturę na pieniądz wartościowy. Widać, że Żyd nie mógł opanować swojej pazerności. Im bliżej terminu wymiany, tym bardziej szaleńczy dodruk. Aj waj! Panie Goldstein, pan nawet sobie nie wyobrażasz, jaki tu można zrobić interes! Czy można zatem dziwić się, że jeden z najbardziej znanych żydowskich finansistów pochodzi z Węgier?

A po co tyle zer? W 1871 roku przeprowadzono w Niemczech reformę pieniężną. Zlikwidowano wszystkie waluty lokalne i wprowadzono markę. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.«

No i już wiadomo po co tyle zer. Po to, żeby nikt nie zorientował się, ile tego pieniądza jest. Bo któż będzie się interesował taką makulaturą? Przeprowadzenie takiej operacji wymagało doskonałej organizacji i współdziałania wielu środowisk: bankowego, handlowego, politycznego, prawniczego i odpowiedniej propagandy. W tamtym okresie nawet USA i Związek Radziecki zgodnie współdziałały dla „dobra” Węgier.

Tak więc sam talent do spekulacji finansowych to za mało. To nie są jakieś czary mary i nadprzyrodzone zdolności, które pozwalają za pomocą jakichś tajemnych sztuczek oszukać innych. Żydzi po prostu współpracują ze sobą na wszystkich szczeblach i we wszystkich dziedzinach i pomagają sobie wzajemnie. Do tego jeszcze wtapiają się w społeczności, w których żyją i stają się nierozpoznawalni. Ciężko z nimi z tego powodu walczyć, ale warto poznawać metody ich działania, bo łatwiej wtedy ich zidentyfikować, ale przede wszystkim warto się od nich uczyć.