Powroty

Mam taki nawyk, że wracam do książek, które kiedyś czytałem. I za każdym razem znajduję w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegłem. Czy dlatego, że nieuważnie czytałem, czy raczej dlatego, że czasy się zmieniają, a wraz z nimi i ja, i dzięki temu odkrywam to, co wcześniej było niewidoczne. Książki, raz napisane, nie zmieniają się, w przeciwieństwie do internetu, i to jest ich największą zaletą. Jedną z tych, do których wróciłem po latach, jest książka Bold New World; The Essential Road Map to the Twenty-First Century, której autorem jest William Knoke. Została ona wydana w 1996 roku. Czytałem ją więc w drugiej połowie lat 90-tych. To była ciężka lektura, bo opisywała, mniej więcej, rzeczywistość, której teraz doświadczamy. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić tego świata, a już z pewnością znaleźć w nim miejsce dla siebie. Miałem nadzieję, że nie dożyję tych czasów. Stało się jednak inaczej: „Life is brutal and full of zasadzkas”. Do książki wróciłem, ale nie musiałem jej czytać ponownie, od deski do deski, bo zaznaczyłem sobie wtedy najważniejsze fragmenty. A tak na marginesie, czy ktoś wie, skąd wzięło się określenie – od deski do deski? Pierwsze książki miały okładki drewniane, czyli z desek. Przyznam, że słysząc to „od deski do deski”, nie kojarzyło mi się ono z deskami, tylko z tym, że książka została przeczytana od początku do końca. Dziś już nikt nie czyta, od deski do deski, bo ludzie przeważnie czytają w internecie lub czytają e-booki.

Wróciłem więc do książki i przejrzałem ją i znalazłem, coś, co wtedy uszło mojej uwagi. A może nie uszło? Po prostu wtedy nie mogłem dostrzec tego, co obecnie widzę, bo dziś mam już inne doświadczenia i spostrzeżenia. Nie wiem tylko, czy autor świadomie napisał to, co napisał, czy umknęło to jego uwadze.

Autor opisał w tej książce rzeczywistość początku XXI wieku. Jest w niej wszystko, czego obecnie doświadczamy. On to opisał, ale nie wyjaśnił, dlaczego tak ma się stać, dlaczego ten świat ma tak wyglądać. Czy dlatego, że „rozwój” i „postęp”, to są zjawiska, które są niezależne od woli człowieka, czy może jednak ktoś świadomie kieruje tym procesem? Z informacji podanej na obwolucie książki można m.in. dowiedzieć się, że:

William Knoke był wówczas twórcą i prezesem Harvard Capital Group, która zajmowała się bankowością inwestycyjną, specjalizującą się w fuzjach i przejęciach firm z branży nowoczesnych technologii. Jest absolwentem Stanford University i Harvard Business School.

William Knoke, bankier inwestycyjny i wizjoner, który wierzy, że to nie, tak szeroko reklamowana era informacyjna, która definiuje nasze czasy, tylko to, co on nazywa społeczeństwem bez tożsamości (Placeless Society). Rewolucje w komunikowaniu się i transporcie przenoszą nas w epokę wszystkiego-wszędzie (Age of Everything-Everywhere), w której ludzie i towary często przenoszą się z jednego miejsca na drugie niemal natychmiast. Uświadamia nam, że ponieważ „blisko równa się daleko” (near equals far), wszelkie kryteria, według których oceniano potencjał narodowy, bogactwo korporacji i znaczenie jednostki należy zdefiniować na nowo.

Knoke zaczyna od początku, od opisu świata, od opisu świata wymiarowego i tak to według niego wygląda:

Świat wymiarowy

Uczniowie wchodzą do klasy. Na tablicy nauczycielka narysowała kropkę, linię, kwadrat i sześcian. Wskazując placem, na początku, na linię, opisuje świat jednowymiarowy. „To jest prosty wycinek linii kolejowej” – mówi. „Pociąg na tej linii może poruszać się do przodu lub do tyłu. Nie może skręcić w lewo lub w prawo albo do góry lub na dół.

Następnie nauczycielka wskazuje na kwadrat. „To jest świat dwuwymiarowy” – mówi im. Wyciąga kawałek kartonu i umieszcza na nim stonogę. Owad zaczyna wędrówkę tu i tam. „To jest świat dwuwymiarowy” – wyjaśnia. „Można poruszać się wzdłuż lub wszerz kwadratu.”

W końcu przechodzi do sześcianu. „W tej przestrzeni, która może być pokojem, można poruszać się do góry i do dołu, jak również wzdłuż i wszerz” – mówi ona. „Ona reprezentuje świat trójwymiarowy, ten, w którym my żyjemy. W tym momencie wyciąga gołębia skądś zza jej biurka i pozwala mu pofrunąć po pokoju i ulecieć przez otwarte okno na czubek okolicznego drzewa. Uczniowie patrzą przez chwilę na ptaka, który odlatuje na kolejną gałąź, poza ich polem widzenia, i zwracają swój wzrok na nauczycielkę.

Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

Świat zero wymiarowy

Od najdawniejszych czasów, jakieś 2 miliony lat temu, do około 5000 lat temu, nasi przodkowie żyli w świecie zero wymiarowym. Oni oczywiście rozumieli świat trójwymiarowy. Drzewa miały wysokość, szerokość i głębokość. Jaskinie miały ściany i sufity. Jednak w sensie społecznym te koczownicze plemiona były oddzielone od siebie, takie wyspiarskie kultury (insular „dot cultures”) sporadycznie kontaktujące się ze sobą. Choć zdarzały się grupy dochodzące do 50 osób, to typowa jednostka łowiecka składała się z dwóch lub trzech spokrewnionych rodzin. Gdy taka grupa rozrastała się, to musiała się podzielić i szukać dla siebie nowych terenów łowieckich. W całym swoim życiu tacy ludzie nie widzieli więcej niż kilkaset osób.

Nie ulega wątpliwości, że taka samoizolacja, bardziej niż cokolwiek innego, ograniczała rozwój ludzkości w ciągu tych dwóch milionów lat. Gdy coś ulepszono – jak choćby sposób ostrzenia krzemienia lub konserwacji mięsa renifera – to tylko przypadkiem inne grupy mogły z tego skorzystać. Z reguły każda z nich musiała sama odkrywać i ulepszać środki, które pozwalały przetrwać. Szanse na gromadzenie wiedzy i postęp były nikłe.

Świat jednowymiarowy

Po 2 milionach lat, około 15 000 lat p.n.e., nastąpiło ocieplenie, lodowiec topniał. Warunki stały się korzystne dla rolnictwa i hodowli. Ludzie zaczęli uprawiać dzikie trawy, które dostarczały jadalnych nasion oraz hodować dzikie owce i kozy. Uniezależnieni od łowiectwa, zaczęli gromadzić się i osiedlać się w wioskach. Około 3000 p.n.e. koczownicy zmienili się w rolników.

Ludzie, którzy poprzednio żyli w izolacji, zaczęli teraz kontaktować się ze sobą, z sąsiednimi wioskami, wykorzystując do tego utarte szlaki, prowadzące wzdłuż brzegów rzek lub przez przełęcze górskie. Przepływały nie tylko towary handlowe, ale również idee i wiedza. Z Indii zapożyczyli cyfry dziesiętne i technikę szczepień. Turcja dała światu brąz i stal. Z Azji centralnej dotarły konie, koło z Iranu. Z Egiptu – papier i atrament, arytmetyka i geometria, bielizna i szkło. Z Babilonii – astronomia, znaki zodiaku i pierwsze książki. Z Sumeru – pierwsze kontrakty handlowe i użycie złota jako miernika wartości. Chiny dostarczyły jedwabiu, prochu i kompas.

Te wynalazki i odkrycia i wiele innych, dotyczących filozofii, interesów, sztuki i religii mieszały się ze sobą i dojrzewały w globalnym kotle (globalny kocioł w jednowymiarowym świecie? – przyp. mój). Każda kultura, każda osoba, każda społeczność wzbogacały wspólną wiedzę. Szlaki handlowe, bardziej niż cokolwiek innego, wyzwoliły ludzkość z prymitywnej epoki i stworzyły podwaliny cywilizacji: człowiek wkroczył w świat jednowymiarowy – erę kontaktów społecznych w oparciu o ustalone szlaki.

Świat dwuwymiarowy

W miarę jak pojedyncze szlaki handlowe wydłużały się i krzyżowały z innymi, rozwijał się świat dwuwymiarowy. Pojedyncza wioska nie była już tylko punktem na mapie, ale funkcjonowała w szerszym kontekście. Dziecko, które przyszło na wiejski targ, widziało wielu sprzedawców i ich towary, wykonane z brązu i żelaza, kubki wycięte z bursztynu, morskie muszle, piękne tkaniny i skóry, i kształtowało swoje wyobrażenie o świecie. Z czasem rozwinęło się w człowieku pojęcie lądu i społeczeństwa, które tworzyli ludzie i wioski rozproszone w różnych kierunkach.

Przywódcy wyłaniających się centrów handlowych dostrzegli okazję stworzoną przez świat dwuwymiarowy i zaczęli wykorzystywać drogi, by przechwycić kontrolę nad większymi obszarami. Powstawały imperia. Początkowo w Mezopotamii i Egipcie, w Indiach i Chinach, a później w Persji, Grecji i Rzymie.

Imperialni przywódcy szybko wykorzystali drogi do umocnienia swojej władzy. Inkowie wybudowali drogi od Chile do Peru i Ekwadoru. Chińczycy pokryli swój kraj siecią dróg, uzupełnioną mostami i promami ułatwiającymi przeprawy. Rzym, w momencie największego rozkwitu, dysponował drogami o długości 53 000 mil. Wszędzie drogi umożliwiały szybkie dotarcie żołnierzy, by utrzymać kontrolę nad całym imperium.

Pomimo że rozumiano znaczenie świata dwuwymiarowego, to z wyjątkiem regionalnych imperiów z rozwiniętą siecią dróg, odległe obszary nadal były dostępne poprzez wąskie drogi jednowymiarowej przestrzeni. Fenicjanie, Grecy, Rzymianie i Chińczycy dysponowali statkami, które umożliwiały kontrolę na morzu, ale w niewielkim tylko zakresie. Była to żegluga przybrzeżna. Przejście do drugiego wymiaru nie było jeszcze pełne.

Wszystko zmieniło się w XV wieku. Nastąpił postęp w morskiej technice. Cieśle budowali duże statki zdatne do żeglugi, wyposażone w żagle i stery, umożliwiające płynięcie prawie pod wiatr. Matematycy opracowali tablice nawigacyjne a rzemieślnicy skonstruowali instrumenty takie jak liczniki przebytej odległości, dokładniejsze astrolabia i kompasy. Wszystko więc było gotowe na nową generację żeglarzy, którzy przetną pępowinę łączącą ich z lądem.

W rezultacie Era Odkryć Geograficznych zapoczątkowała pełne przejście ludzkości do przestrzeni dwuwymiarowej. W przeciągu tylko 35 lat europejscy żeglarze opłynęli Afrykę, odkryli obie Ameryki i opłynęli świat. Nowe możliwości pozwoliły Europejczykom rozciągnąć swoją władzę na cały świat. W ciągu pięciu wieków, u progu XX wieku, 25 europejskich państw kontrolowało 84% lądów (skąd on wziął 25 państw w Europie u progu XX wieku? – przyp. mój). Rewolucja dwuwymiarowego świata – okres gdy ludzkość swobodnie współdziałała na całej powierzchni Ziemi – została ukończona.

Trzeci wymiar

W XIX wieku pojawiły się na niebie balony i prymitywne szybowce. Na początku XX wieku ludzie skonstruowali latające maszyny napędzane silnikiem. Znaczny postęp nastąpił w czasie I wojny światowej. W trakcie II wojny światowej pojawiły się bombowce dalekiego zasięgu, zdolne do przenoszenia pocisków nuklearnych. W ciągu jednego pokolenia konflikty zbrojne przeniosły się w trzeci wymiar.

Już nie wystarczyło bronic swoich granic czy patrolować wody przybrzeżne. W trzecim wymiarze wróg mógł zaatakować bez przekraczania granic. Tak jak wcześniej, nowy wymiar całkowicie zmienił układ sił na świecie.

Nowa rzeczywistość wytworzyła nowy porządek polityczny. Dwie super potęgi starły się w śmiertelnej walce o panowanie nad trzecim wymiarem. Obie nagromadziły masę pocisków nuklearnych, umieściły satelity na orbicie, wysłały ludzi na Księżyc, roboty na planety, stworzyły stacje orbitalne.

Rozwinął się także cywilny transport lotniczy. Pojawiło się mnóstwo nowych samolotów, lotnisk i producentów. W 1950 roku 20 milionów pasażerów korzystało z transportu lotniczego w USA, a 10 lat wcześniej prawie ich nie było. Do 1990 roku ilość pasażerów samolotów wzrastała o 500 milionów rocznie. Trzeci wymiar został opanowany.

Podobieństwa

Pierwszy wymiar trwał dobre 5000 lat, poczynając od pierwszych śladów cywilizacji. Drugi wymiar – 500 lat, kończąc się opanowaniem mórz. Trzeci istniał tylko 50 lat i jego zwieńczeniem było opanowanie przestrzeni powietrznej. Tempo przyspiesza i w miarę jak zbliżamy się do nowego tysiąclecia, ludzkość przymierza się do przeskoczenia do czwartego, prawdopodobnie ostatniego, wymiaru.

By zrozumieć zakres nadchodzącej przemiany, musimy przeanalizować poprzednie przejścia do nowych wymiarów. Każda jego zmiana pociągała za sobą wstrząs w politycznej organizacji. Zasadniczy zwrot nastąpił w trakcie przejścia do pierwszego wymiaru, od niezliczonych plemion koczowniczych, mieszkańców jaskiń, do dobrze zorganizowanych i wspólnych rządów (collective governments) w rozwijających się wioskach i rodzących się państwach-miastach. Drugi wymiar był świadkiem tworzenia się regionalnych królestw, a później imperiów kolonialnych obejmujących cały świat. Trzeci wymiar zapoczątkował rywalizację supermocarstw i walkę o panowanie w powietrzu i na orbicie okołoziemskiej. Niebawem przekonamy się, dlaczego czwarty wymiar, na dobre czy na złe, zwiastuje rząd globalny.

Zasady rządzące bogactwem również ulegną przemianie. Gromadzenie bogactwa bardzo przypomina koncentrację władzy politycznej i militarnej. Nowa przewaga konkurencyjna, dodatkowe informacje lub zdolność do podjęcia właściwej decyzji może oznaczać różnicę pomiędzy sukcesem i porażką. Każdy nowy wymiar to szansa, to poszerzenie zakresu wolności i działania, jak również nowe możliwości, niedostępne dla tych, którzy nie przeniosą się do niego. Nowi bogaci obywatele pierwszego wymiaru, to kupcy, którzy dostrzegli nowe szanse – nowe szlaki handlowe.

Podobnie, gdy społeczeństwa przechodziły do drugiego wymiaru, tymi którzy zgromadzili nieporównywalne bogactwo, byli ci, którzy wiedzieli jak stworzyć imperia i panować na morzach (jak to czynili Fenicjanie i Grecy, później Rzymianie i Wenecjanie, a po nich Hiszpanie i Anglicy).

Trzeci wymiar, era transportu powietrznego, stworzyła ponadnarodowym korporacjom warunki do natychmiastowego niemalże przenoszenia ludzi, surowców i produktów końcowych w dowolne miejsca na świecie. To im dało przewagę konkurencyjną nad tymi, którzy nie dokonali zmian. Produkcja może być zorganizowana gdziekolwiek, gdzie różnice płac, ceny surowców i umiejętności pracowników dają przewagę konkurencyjną. To pozwoliło na powstanie globalnych firm, których bogactwo przewyższało często bogactwo państw, które udzielały im gościny.

Kto wzbogacił się? Ci, którzy bezpośrednio wykorzystali nowy wymiar, nie ci, którzy ich zaopatrywali. To nie hodowcy osłów, cieśle, którzy budowali statki, czy producenci samolotów stali się najbogatsi. Raczej byli to ci, którzy wykorzystywali osły, statki, samoloty do realizacji swoich celów. Przykładem może być ropa naftowa, podstawowy surowiec trzeciego wymiaru. Z pewnością sprzedawcy stali się bogaci, ale prawdziwe bogactwo było udziałem tych, którzy konsumowali ropę w celu wytworzenia jeszcze większego bogactwa – Stany Zjednoczone, Japonia i Europa.

Ta sama zasada ma zastosowanie w czwartym wymiarze: producenci nowych narzędzi będą bez wątpienia prosperować – nawet niektórzy wyjątkowo – ale jako grupa, to użytkownicy nowych narzędzi zgromadzą większość tego nieporównywalnego nowego bogactwa.

Kiedy świat wkroczy do nowego wymiaru, nie wszyscy od razu się w nim znajdą. Nawet obecnie wielu ludzi żyje w pierwszym lub drugim wymiarze. Niestety spóźnialscy wydają się być na zawsze skazani na względną biedę, ponieważ bez możliwości (wolności) przejścia do następnego wymiaru, będą cały czas w gorszej sytuacji, a ich gospodarki zawsze będą słabsze niż te z większą możliwością poruszania się po nowym wymiarze.

I odwrotnie, największe nagrody czekają na tych, którzy pierwsi przeniosą się do nowego wymiaru. W pierwszym wymiarze kupcy, którzy regularnie przemierzali szlaki handlowe byli pierwszymi nouveaux riches. Podobnie miasta , które wykorzystały główne drogi handlowe rosły i prosperowały. W drugim wymiarze ci, którzy ustanowili regionalne imperia, a później Hiszpanie i Anglicy, którzy pierwsi rościli sobie prawa do Nowego Świata, zdobyli łupy, które wyniosły ich do niewyobrażalnego wcześniej bogactwa. W naszej obecnej epoce to właśnie globalne korporacje, ubiegając innych, pierwsze dotarły do nowych rynków. Wskazówki dla tych, którzy poszukują bogactwa w wyłaniającym się czwartym wymiarze są proste: bądźcie tam pierwsi.

Do tego opisu, takiej interpretacji dziejów, należy podejść z pewną rezerwą, choć jest to opis przemawiający do wyobraźni. Przede wszystkim nie wiemy jak żył człowiek pierwotny. Jednak naskalne rysunki i obrazy sugerują, że nie był on taki prymitywny. Jeśli niektóre z nich mają po kilka metrów szerokości i wysokości, to nasuwa się wniosek, że do ich namalowania potrzebne były rusztowania i odpowiednie oświetlenie. Wszyscy widzieliśmy gdzieś zdjęcie posągu Dawida, Michała Anioła. Posąg jak posąg. Podobnych rzeźb wykonał on ponad 10. Miały one przeważnie około 2 metrów wysokości. Nawet jeśli dowodziły geniuszu artysty, to jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że można coś takiego zrobić, ale Dawid ma wysokość 5 metrów i 17 centymetrów. To jest zupełnie inna skala trudności. Nic więc dziwnego, że nikt go nie pytał, jak wyrzeźbił te pozostałe, tylko pytano o Dawida. Michał Anioł odpowiedział: „To proste, odjąłem wszystko, co nie było Dawidem”. Proste? Proste! Podobny problem, problem skali, pojawia się w przypadku tych wielkich malowideł człowieka pierwotnego, co sugeruje, że on taki pierwotny nie był i być może sposób organizacji tych społeczeństw nie był tak ograniczony jak chce Knoke. Był to jednak obraz bardziej skomplikowany. Paul Herrmann w książce Siódma minęła ósma przemija pisze:

„Z początku człowiek drapał paznokciami po miękkiej ścianie jaskini, podobnie jak robił to pazurami niedźwiedź jaskiniowy; są to kolorowe odbicia ludzkich rąk, mozolnie ryte w ścianie, pobieżne szkice zwierząt, najpierw próby z kolorami, a potem kolorowe obrazy, długie walki o światło i cień w obrazie, o głębię i perspektywę. Potem przyszły długie okresy impresjonistycznej koncentracji obrazu na ruch i na przelotną chwilę spojrzenia; z kolei nastąpiły ekspresjonistyczne uproszczenia i deformacje malowanego przedmiotu, rozczłonkowanie obrazu na trójkąty, kostki, łuki, romby i prostokąty, tak dobrze nam znane ze współczesnej sztuki. Wszystko to zawarte jest w wielkim planie historii, która od tej stylizacji postępowała ku symbolizmowi wczesnego pisma obrazkowego.

Być może, że te obrazy z epoki lodowej posiadają treść czarodziejską i znaczenie magiczne. Nawet w tych wypadkach, gdy są one realistyczne i dla szerokiego kręgu widzów natychmiast zrozumiałe, należy je chyba pojmować w ten sposób. Ale z chwilą gdy zaczynają występować impresjonistyczne deformacje i uproszczenia – jak na przykład w pochodzącym z Teyjat pięknym rysunku w kości, na którym stado reniferów składa się z dwóch, z niezwykłą dokładnością narysowanych zwierząt idących na czele stada (na rysunku w książce jedno idzie na początku, drugie na końcu – przyp. mój), poza tym zaś chmary falujących kresek, jako symbol błyskawicznie szybkiego ruchu, jako obraz migawkowy i deformacja wywołana przelotną chwilą spojrzenia – z tą chwilą mogła się narodzić sztuka, której wykonywanie nie było już podyktowane względami magiczno-religijnymi ani też celowo uwarunkowane. Albowiem tego rodzaju symboliczne przedstawienie zjawisk świata zewnętrznego nie było już powszechnie zrozumiałe, więc nie mogło chyba działać jako czar. Rysunek czy obraz stały się sprawą prywatną, sprawą świadomej swego „ja” jednostki, kwestią kierunku, mody lub szkoły. W ten sposób ludzie pierwotni wstąpili, być może, na drogę, u której końca znajdowało się pismo obrazkowe.”

Te opisy tych trzech wymiarów nie są aż tak istotne. Autor zapewne chciał, poprzez kontrast, uzmysłowić czytającym, czym może być czwarty wymiar. Ten obraz jest o wiele ciekawszy, zwłaszcza że możemy go skonfrontować z naszą rzeczywistością. Książka została ukończona w 1995 roku. Była więc pisana w pierwszej połowie lat 90-tych, ponad 25 lat temu. To już jedno pokolenie. Czy był on wizjonerem? Bardziej chce mi się wierzyć, że był dobrze poinformowany. A biorąc pod uwagę jego zajęcie, to należy prawdopodobnie, jeśli jeszcze żyje, do nacji „wybranej”, która od zawsze dążyła do podporządkowania sobie innych.

Już w tamtym czasie wiedział, że krzem i elektrony zostaną zastąpione laserem i fotonami. Że będzie postępowała miniaturyzacja sprzętu komputerowego a wraz z nią będą wzrastały możliwości operacyjne komputerów. A jak ta moc operacyjna będzie wykorzystana? – pyta Knoke. Po części odpowiedzią jest zazębianie, splatanie się ludzi z maszynami (intermeshing humans with machines). Zamiast porozumiewać się z komputerem poprzez migający monitor, klepiąc w klawiaturę, klikając myszką, będziemy porozumiewać się w ten sam sposób, jak porozumiewają się ze sobą ludzie – za pomocą pięciu zmysłów. To będzie oznaczać, że komputery tak upodobnią się do ludzi, że ich użycie będzie możliwe w każdej wyobrażalnej sytuacji, czy to będzie projektowanie, reklama, prowadzenie samochodu, pranie, czy… uprawianie seksu. Zupełnie tak jak soczewki kontaktowe czy aparaty słuchowe, które stały się integralną częścią osoby, która z nich korzysta, elektroniczny świat szybko staje się udoskonaloną formą człowieczeństwa (extension of humanity).

To było pisane ponad 25 lat temu. Na początku lat 90-tych komputery powoli wkraczały do firm, do urzędów – w Polsce. Jeszcze nie bardzo było wiadomo, co z tego wyniknie. O internecie mało kto słyszał. Ja „przeszedłem” na internet około roku 2000. Pamiętam, że straszono nas wtedy, że po roku 2000 wszystko w internecie się załamie, bo ilość adresów IP zaplanowano tylko na określoną liczbę, itp. Nic się nie stało. Nikt jednak wtedy nie był w stanie wyobrazić sobie tego, o czym pisał Knoke. Znaczy ja nie mogłem sobie tego wyobrazić, funkcjonując w tamtej polskiej rzeczywistości.

Dalej w rozdziale zatytułowanym „Krzemowy umysł” pisze on, że relacje człowiek-komputer nie ograniczą się do zmysłów, ale ogarną też intelekt. Wkrótce będziemy rozmawiać z naszymi komputerami domowymi, telefonami, a ich odpowiedzi będą miały sens. A jeszcze później konwersacja ze strony komputerów będzie tak wyrafinowana (sophisticated) jak u ludzi. Czy aby na pewno?

Gdy Napoleon Bonaparte podbił północne Włochy, to na przyjęciu u pewnej włoskiej arystokratki powiedział: „Tutti Italiani sono lordoni” (Wszyscy Włosi to łajdacy). Na co ta włoska arystokratka odpowiedziała: „Non tutti ma buona parte” (Nie wszyscy, ale znaczna część). To „buona parte” było aluzją do „Bonaparte”, czyli zmiany przez Napoleona nazwiska z włoskiego Buonaparte, bo pochodził z włoskiej Korsyki, na bardziej eleganckie, z francuska brzmiące, Bonaparte. Czy rzeczywiście komputery będą w stanie osiągnąć kiedyś ten stan wyrafinowania, co ta włoska arystokratka?

Dalej, drążąc temat komputeryzacji, ostrzega. Ci, którzy widzą przyszłość przed programistami, powinni zastanowić się. Dzisiejsi programiści pracują nad programami, które piszą programy. Oprogramowanie wbudowane we współczesne układy scalone jest tak złożone, że tylko komputery mogą je zaprojektować. Za kilka dziesięcioleci programista będzie mógł zaledwie powiedzieć komputerowi, czego potrzebuje i komputer, nie programista, będzie wiedział, jak to zrobić.

Czwarty wymiar, jak twierdzi Knoke, zwiastuje rząd globalny. Dziś już wiemy, dzięki „pandemii”, że taki rząd istnieje, choć nieoficjalnie, ale jest. Wskazują na to reakcje rządów poszczególnych krajów. Wszystkie zachowują się podobnie i podejmują podobne decyzje. Żeby jednak powstał rząd światowy, potrzebne były działania, które umożliwiłyby jego powstanie. Przede wszystkim trzeba było zneutralizować lub podporządkować sobie rządy państw. Władza rządów opierała się na pieniądzu. Żeby więc pozbawić je władzy, trzeba było pozbawić je władzy nad pieniądzem. Do tego najlepiej nadają się globalne korporacje.

Największe na świecie globalne korporacje są bogatsze niż wiele państw i to nie tych najmniejszych. Knoke pisze, że są one zarządzane tak jakby nie istniały państwa, tylko świat, jakby nie było podziałów politycznych. Dostosowują się do warunków lokalnych. Jak kameleony wtapiają się w lokalny krajobraz. Jak bezgłowa ameba, siedziba korporacji może być w takim lub innym kraju lub niezwiązana z żadnym miejscem.

Globalne korporacje są ponadnarodowe w tym sensie, że nie czują żadnego związku z państwem narodowym, w którym mają swoją siedzibę, a globalni menadżerowie są odzwierciedleniem tej rzeczywistości: nie są od tego, by promować konkretny kraj, ale by podejmować działania, które zwiększą zysk, udział w rynku lub podniosą cenę akcji na giełdzie. Elastyczność korporacji daje im przewagę konkurencyjną nad sztywną polityką rządów. Im bardziej korporacje stają się globalne, tym mniej władzy i kontroli pozostaje lokalnym czy centralnym rządom. Mogą one zjednywać jeden rząd przeciwko drugiemu i dyktować swoje warunki podjęcia działalności na danym terenie. Dotyczy to ulg podatkowych, dotacji na rozwój infrastruktury, nie przestrzegania norm ochrony środowiska czy przepisów BHP.

W latach 1987 i 1988 japońskiej firmie Toshiba groziły sankcje handlowe z powodu sprzedaży Związkowi Radzieckiemu produktów objętych embargiem. Toshiba wydała 30 milionów dolarów na lobbystów. W 1982 roku, gdy senator z Tennessee James Sasser wspierał ustawę „kupuj amerykańskie samochody”, zarządzający firmą Nissan stworzyli specjalny fundusz, wspierający oponenta Sassera. Rządy i demokracje przetrwają, pod warunkiem że dostosują się do realiów globalnej gospodarki, ale to i tak korporacje będą rządzić.

Knoke porusza w zasadzie wszystkie problemy, których my obecnie doświadczamy. Pisze więc o wędrówkach ludów, które, jak zaznacza, nie są niczym nowym. Różnica polega na tym, że obecnie odbywa się to na znacznie większą skalę i znacznie szybciej, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę postęp w dziedzinie transportu. Wspomina o zanieczyszczeniu środowiska, skażeniu radioaktywnym, ekologii, eksploatacji surowców naturalnych. Pisze też o ciężkim położeniu czarnej społeczności w Ameryce, o homoseksualistach, feminizmie i rozpadzie rodziny. „Nie zostało pominięte już nic” – jak śpiewał zespół Turbo w utworze Dorosłe dzieci w 1983 roku.

Ano nie zostało. Knoke stwierdza też, że zmieni się nasz słownik. Być „w pracy” lub „w biurze”, nie będzie już oznaczać miejsca, ale aktywność. Gdzie nie będzie już miało znaczenia. Ważne, by praca była wykonana. Będą też klasy bez ścian. To już przerabiamy. W czwartym wymiarze szkoły będą wykorzystywać interaktywne multimedia i komputery. Nowy system umożliwi dotarcie do wszystkich uczniów – w miastach, na przedmieściach, na wsi – i zapewni równy dostęp do wiedzy. Szczególnie dla dzieci edukacja multimedialna będzie o wiele bardziej interesująca niż drukowana książka. Cały czas student będzie poszukiwać nowych narzędzi i źródeł w różnych elektronicznych bazach danych; komunikować się z innymi studentami za pomocą poczty elektronicznej, wideokonferencji czy telefonu; i doskonalić wszystkie umiejętności niezbędne w gospodarce przyszłości.

Knoke jest takim wizjonerem, że przewidział pojawienie się islamskiego globalnego terroryzmu, którego fala przeleje się przez rejon Morza Śródziemnego, Europę, Amerykę i cały świat. A islamski fundamentalizm, jak pisze, nie akceptuje tego, że dobra materialne są dobrami niezbędnymi. A ci najbardziej gorliwi, zeloci, dążą do kontrolowania każdego aspektu życia osobistego: jak kto się ubiera, co je, jak się modli, jak podrywa kobiety, jak uprawia seks. Prawa własności niepewne i pozbawione podstaw prawnych.

Czyż w świetle tego – „nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy” – nie jest łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie posłużono się islamem do zniszczenia Europy. Bez Europy nie będzie Ameryki, bo z niej wywodzą się jej korzenie. Zresztą, Europa się wali i Ameryka również.

Na samym końcu Knoke pisze, że to „placelessness”, czyli brak zakorzenienia w konkretnym miejscu lub społeczności, faworyzuje demokrację w taki sposób, że każdy ma dostęp do informacji. A są sposoby na to, by każda opinia została zapisana, co, miejmy nadzieję, zapobiegnie tyranii. Upadek zorganizowanej hierarchii wzmacnia jednostkę i przekazuje proces podejmowania decyzji do mas (to the people at large).

Ten ostatni akapit, to, jak dziś wszyscy wiemy, choćby po wyborach w Ameryce, to kompletna bzdura. Jednak, gdy ja to czytałem 25 lat temu, to nie odbierałem tak tego, jak obecnie. Nie mniej uważam, że autor zdawał sobie sprawę z tego, że totalna cyfryzacja prowadzi dokładnie w odwrotnym kierunku.

Przed nami wiele decyzji – pisze Knoke – i być może powinniśmy się nieco obawiać. To właśnie strach utrzymywał naszych przodków przy życiu w ich zero wymiarowym świecie; ci, którzy nie bali się, umierali. Strach jest zdrową reakcją przed nieznanym i my musimy zdawać sobie z tego sprawę, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To strach odbiera nam sen, zmusza do myślenia, do planowania, do przygotowania się.

Tak, przebyliśmy długą drogę… Nieprawdaż?

Spoglądając wstecz za siebie, nasz nowy świat – który jest prawie taki sam, jak ten odległy – wydaje się całkowicie odmienny od tego, czego wcześniej doświadczyła ludzkość. A jednak, przy bliższym przyjrzeniu się, jest prawie taki sam. W jakimś kosmicznym paradoksie, czwarty wymiar przeniósł nas z powrotem do miejsca, od którego zaczęliśmy: pojedynczej kropki w przestrzeni (a single dot in space). – A Bold New World.

No właśnie! Co było na początku? – Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

To jest właśnie to, czego nie zauważyłem, czytając tę książkę 25 lat temu. A skąd ja mogłem wtedy wiedzieć, co jest grane? Autor wyraźnie pisze, że świat jednowymiarowy i czterowymiarowy to jest dokładnie to samo – niewolnictwo. Czy zrobił to świadomie, czy – nie? Podejrzewam, że wiedział, co pisze i wiedział, że ten właściwy przekaz dotrze do nielicznych, może wtajemniczonych, a reszta będzie żyła w iluzji, że nowy, lepszy dla nich świat jest tuż, tuż.

Jednak, według mnie, świat zero wymiarowy, jak go opisuje Knoke, nie był światem niewolników, bo ludzie trudniący się łowiectwem i zbieractwem musieli być aktywni na dużym obszarze i nikt nie mógł im dyktować, co mają robić. Na etapie, na którym każdy walczył o przetrwanie, nie mogło być mowy o niewolnictwie. Ale i on sam nie uzasadnił, dlaczego uważa świat zero wymiarowy za świat bez wolności. Co do jednego jest pełna zgoda – świat czterowymiarowy, którego doświadczamy dąży do pozbawienia ludzi wolności, a zatem do niewolnictwa.

Czy czegoś tu jeszcze brakuje? Czego tu nie ma? – Pandemii? A jednak! Jest! Skromny akapit, na który wtedy w ogóle nie zwróciłem uwagi. Przytoczę go w oryginale, bo nie znam angielskiej terminologii biologicznej. Niech każdy sobie przetłumaczy to na swój własny sposób lub posłuży się dobrym tłumaczem internetowym. W końcu żyjemy w świecie czterowymiarowym – świat w zasięgu ręki, a raczej w zasięgu klawiatury i myszki.

We may enter a world of autocratic rule and tyranny, or one of democratic utopia. Our civil liberties may be endangered by one person developing a biological strain so horrible it would require placeless intrusion on each of us to protect all of us. Yet we may, as a people, develop an early allergy to concentrated power and not allow it to take root.

Czyli że jakiś szaleniec wypuści jakiś biologiczny szczep i będzie wielka bieda, i trzeba będzie podjąć jakieś środki nadzwyczajne, by go pokonać. Tak! Jedna osoba wyhoduje sobie szczep, którym zaszantażuje cały świat. I trzeba będzie ograniczyć ludziom ich podstawowe prawa, ale na szczęście zostanie wyprodukowana szczepionka, która nas uratuje. Genialny wizjoner? A może tylko opisywał pewien scenariusz, który już wówczas, zapewne tyko w zarysach, istniał.

Nie o wszystkim wspomniałem. O rynku finansowym i giełdach, o robotach, o bombie demograficznej i pewnie jeszcze o paru innych rzeczach, o których pisze Knoke, ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że ten czwarty wymiar, ta nowa rzeczywistość, prowadzi nas do niewolnictwa i to, że zostało to zaplanowane. No właśnie! Czy zostało zaplanowane? Czy to wszystko odbywa się niezależnie od woli człowieka? Jeśli nie zostało zaplanowane, to dlaczego idzie to w kierunku niewolnictwa? Skoro jednak niektórym udało się tak trafnie wybiec myślą do przodu, to jest coś na rzeczy, i być może jest to realizacja pewnego planu.

Knoke pisze, że podmuchy wiatru kołyszące listkiem są stosunkowo łatwe do zmierzenia, ale miejsce jego upadku jest praktycznie niemożliwe do przewidzenia. O złożoności świata próbujemy dowiedzieć się czegoś z teorii chaosu. Komputerowe symulacje pogody mówią nam, że nawet delikatny trzepot skrzydeł motyla na jednym końcu świata, poprzez skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy, może być, 50 lat później, przyczyną potężnego tajfunu na drugim jego końcu.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest precyzyjnie zaplanowany program doprowadzenia ludzi do stanu niewolnictwa i stopniowego eliminowania tych, których uznają za zbędnych. To banda psychopatów, szaleńców, degeneratów i zboczeńców, która nie cofnie się przed niczym. Uwierzyli, że są nadludźmi i że swój plan doprowadzą do końca. Miejmy jednak nadzieję, że teoria chaosu nie jest tylko teorią, wymysłem ludzi i symulacji komputerowych, i że w pewnym momencie zadziała. Kto wie, jeśli opór przeciw szczepieniom będzie duży, to może on okazać się w skutkach tym, czym w atmosferze może być trzepot skrzydeł motyla. Oby się tylko nie okazało, że będzie to… „Tupot białych mew”.

Potop

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach I Rzeczypospolitej była wojna ze Szwecją, zwana popularnie potopem szwedzkim. Prawdę mówiąc, było to chyba najważniejsze wydarzenie w jej dziejach i jakże brzemienne w skutkach, początek końca tworu zwanego unią polsko-litewską. Niecałe sto lat po jej powstaniu dochodzi do wojny, której ta unia miała zapobiec. Taki miał być cel: zabezpieczenie się przed agresją ze strony Rosji. Unia, która powstała pod przymusem, bo Litwinów przymuszono do niej, nie mogła zapewnić bezpieczeństwa żadnemu z tych państw. Zanim doszło do agresji rosyjskiej, wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie. W jego konsekwencji doszło do zajęcia prawie całych Kresów przez Rosję (1654). Jedynie północna część Wielkiego Księstwa Litewskiego pozostała wolną. I dopiero później włączają się Szwedzi (1655). By jednak to wszystko zrozumieć, wypada cofnąć się do wojny trzydziestoletniej (1618-1648), która była wojną religijną, kontynuacją reformacji. Idąc dalej tym tropem – powstanie na Ukrainie, potop rosyjski, potop szwedzki – były kontynuacją wojny trzydziestoletniej, a więc były to również wojny religijne. Reformacja nie pokonała katolicyzmu, choć był taki moment, że wydawało się, że jej zwycięstwo jest nieuniknione. Tak się jednak nie stało. Być może właśnie dlatego, by móc z kim walczyć w przyszłości. Gdyby zwyciężyła, nie byłoby wojny trzydziestoletniej, ani wojen w Polsce. Nie byłoby tylu start materialnych i ludzkich. Tak dobrze być nie mogło.

W 1617 roku na zamku Hornstein pod Weimarem hr. Ludwik Anhalt-Koethen zakłada tajny związek pod nazwą „fruchtbringende Gesellschaft” (owocne stowarzyszenie) zwany także „zakonem palmowym”. Nazwa pochodziła od jego symbolicznego godła, przedstawiającego palmę kokosową. To samo godło w starożytności, za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby, symbolizowało wojującą Judeę. W skład tego stowarzyszenia wchodzili m.in. kanclerz szwedzki Oxenstierna , król szwedzki Karol Gustaw, elektor Fryderyk Wilhelm pruski (tzw. wielki elektor).

W 1618 roku wybucha, zorganizowane przez braci czeskich, powstanie przeciw Habsburgom. Równocześnie książę siedmiogrodzki, Bethlen Gabor, kalwin, zajmuje północne Węgry i ogłasza się królem węgierskim. W 1619 roku oblega Wiedeń. Król Zygmunt III wysłał na Węgry na pomoc Austrii oddział kozaków. Zawarł z nią uprzednio przymierze, bez zgody sejmu, a więc bezprawne. Wojska Bethlena Gabora zostały pobite i oblężenie Wiednia musiało zostać przerwane. Kalwin Bethlen zdobył w 1613 roku Siedmiogród przy pomocy wojsk tureckich. A to oznaczało dla Polski wojnę z Turcją i jej izolację.

W 1620 roku połączone wojska austriacko-bawarskie w bitwie pod Białą Górą pokonują wojska Fryderyka, palatyna reńskiego i Bethlena Gabora. To był początek wojny, która przez 30 lat niszczyła Niemcy i kraje sąsiednie i stała się dla Niemiec i Czech prawdziwą katastrofą cywilizacyjną. Inicjatywa wyszła od unii protestanckiej, której twórcą i głową był Fryderyk, palatyn reński. Jego przyjacielem i doradcą był wybitny Żyd niderlandzki, kabalista Abraham Zacuto Lusitano.

Manasse ben Izrael, żydowski kabalista i mesjanista, wierzył w nieodległe już panowanie Izraela nad innymi narodami. Księga Zohar, którą czcił, przepowiadała nadejście czasu łaski na rok 1648. Zwiastunem tego nadejścia miała być wyczerpująca wojna trzydziestoletnia. Obudziła w Żydach nadzieję, że zbliża się już, przepowiedziane w księdze Daniela i Apokalipsie, mesjańskie tysiącletnie królestwo.

Tak więc Żydzi i reformatorzy czekali na mesjasza, tyle że mesjanizm rozumieli jedni trochę inaczej niż drudzy. Reformatorzy chcieli panowania reformacji z udziałem narodu wybranego, natomiast Żydzi uważali swoich prozelitów za środek do zapewnienia Izraelowi nadejścia „czasu łaski”. I rzecz zadziwiająca! Zapowiedziany przez Zohar na rok 1648 początek czasu łaski, doby mesjańskiej, zbiegł się z zakończeniem wojny trzydziestoletniej i zawarciem pokoju westfalskiego w 1648 roku.

Na zachodzie pokój, a u nas właśnie w 1648 roku zaczyna się powstanie Chmielnickiego. W okresie wojny trzydziestoletniej wielu Żydów niemieckich napływa do Polski. Ale nie tylko ten fakt zaostrzył kwestię żydowską. Wobec przepowiedni Zoharu poczynali sobie Żydzi coraz bezwzględniej w stosunku do ludności chrześcijańskiej.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Trzy domy magnackie kolonizowały głównie Ukrainę i Małą Ruś: Koniecpolscy, Wiśniowieccy i Potoccy, którzy nałożone na Kozaków uciążliwe podatki wypuszczali w dzierżawę swoim plenipotentom żydowskim. Kozacy musieli opłacać podatek od każdego nowonarodzonego dziecka, od każdej świeżo zaślubionej pary. Aby nie można było ominąć tej dani, arendarze żydowscy przechowywali u siebie klucze od kościołów greckich i ilekroć duchowny miał ochrzcić dziecko lub połączyć ślubem jakie stadło, musiał o nie prosić arendarza, który je wręczał dopiero po uiszczeniu daniny.

Hasłem, którym Chmielnicki rozagitował tłumy było „Polacy oddali nas w niewolę przeklętemu nasieniu żydowskiemu”. Toteż całe kozactwo i zbuntowany lud ruski rzucił się przede wszystkim na żydów, a potem na szlachtę, która ich żydom oddała. Ofiarą padło wielu księży katolickich, z czego ukuli później historycy zarzut, że przyczyną buntu była zbyt obcesowa propaganda katolicka. Sądzę jednak, że nie trzeba aż tak daleko idących przypuszczeń, aby wyjaśnić zwrócenie się Kozaków przeciw duchowieństwu katolickiemu.

„Salwandy w swej Histoire de Jean Sobieski Paryż r. 1829 pisze, że wielu socynianów (braci polskich – przyp. mój) przyłączyło się do kozaków. My wiemy o jednym tylko wypadku dotyczącym Grzegorza Niemierycza, który podróżował z Ruarusem i Wiszowatym (wnuk Fausta Socyna, kaznodzieja ariański, ideolog religijny braci polskich – przyp. mój) i był autorem polskiej książki Modlitwy i Pieśni wydanej w r. 1653 i kilku rozpraw w języku łacińskim. Mając znaczne posiadłości na Ukrainie, a głównie po lewej stronie Dniepru, w kraju kozaków, przechylał się Niemierycz do kościoła wschodniego i miał namawiać swych współwyznawców do tego samego, spodziewając się przez to pozyskać wielki wpływ na zwolenników tego kościoła i użyć go na posunięcie naprzód sprawy socyniańskiej… Salwandy pisze również, że szlachta socyniańska wywołała powstanie chłopów w okolicach Krakowa i Poznania.”

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rozpoczął się dla Polski okres Potopu w tym samym roku, gdy na zachodzie kończono wojnę trzydziestoletnią pokojem westfalskim (1648r.). Po śmierci Władysława IV elekcja otwarta. Protestanci polscy kandydaturze Jana Kazimierza przeciwstawiają Stefana Rakoczego, księcia siedmiogrodzkiego.

Śmierć Stefana Rakoczego oddała tron polski bezspornie w ręce Jana Kazimierza. Po elekcji Komeński opuszcza Polskę i udaje się do Siedmiogrodu do Zygmunta Rakoczego i przedstawia mu plany swojej secta heroica, by zwalić katolicyzm. Tam styka się z niejakim Drabikiem, duchownym braci czeskich, który przedstawia Komeńskiemu swe przepowiednie, wieszczące katastrofę państw katolickich. Przepowiednie takie, tyczące Polski, znane są już w XVI w. i głosiły Polsce zalanie potopem wojsk nieprzyjacielskich, jeżeli nie osadzi na tronie króla protestanta.

Obecnie Drabikowi udaje się Komeńskiego pozyskać dla swoich przepowiedni. Jeden egzemplarz swych wróżb przesyła Drabik Januszowi Radziwiłłowi, czyniąc aluzje, że czeka go korona…«

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rolicki sugeruje wprost, że bracia polscy byli wśród Kozaków. Wprawdzie nie traktuje się u nas Trylogii Sienkiewicza jako wiarygodnego źródła historycznego, co może nie do końca jest słuszne, bo w Ogniem i mieczem można natrafić na taki fragment, który dużo wyjaśnia:

»Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako. Twarze ludzkie stały się niespokojne. Rolnik niechętnie z pługiem na pole wychodził, chociaż wiosna przyszła wczesna, cicha, ciepła, a nad stepami dzwoniły od dawna skowronki. Wieczorami ludzie po siołach gromadzili się w kupy i stojąc na drodze gwarzyli półgłosem o rzeczach strasznych. Ślepców krążących z lirami i pieśnią wypytywano o nowiny. Niektórym zdało się, ze nocami widzą jakieś odblaski na niebie i że księżyc czerwieńszy niż zwykle podnosi się zza borów. Wróżono klęski lub śmierć królewską (Władysław IV zmarł w 1648 roku, a ten opis, to wiosna tego roku – przyp. mój) – a wszystko to było tym dziwniejsze, że do ziem onych, przywykłych z dawna do niepokojów, walk, najazdów, strach niełatwy miał przystęp; musiały więc jakieś wyjątkowo złowrogie wichry grać w powietrzu, skoro niepokój stał się powszechnym.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.

Druga oznaka była jeszcze niebezpieczniejsza. Sicz, w zbyt szczupłych granicach objęta, nie mogła wszystkich swych ludzi wyżywić, wyprawy nie zawsze się zdarzały, przeto stepy nie dawały chleba Kozakom, mnóstwo więc Niżowców rozpraszało się rokrocznie, w spokojnych czasach, po okolicach zamieszkanych. Pełno ich było na Ukrainie, ba! nawet na całej Rusi. Jedni zaciągali się do pocztów starościńskich, inni szynkowali wódkę po drogach, inni trudnili się po wsiach i miastach handlem i rzemiosłami. W każdej prawie wsi stała opodal od innych chata, w której mieszkał Zaporożec. Niektórzy mieli w takich chatach żony i gospodarstwo. A Zaporożec taki, jako człek zwykle kuty i bity, był poniekąd dobrodziejstwem wsi, w której mieszkał. Nie było nad nich lepszych kowali, kołodziejów, garbarzy, woskobojów, rybitwów i myśliwych. Kozak wszystko umiał, wszystko zrobił; dom postawił i siodło uszył. Powszechnie jednak nie byli to osadnicy spokojni, bo żyli życiem tymczasowym. Kto chciał wyrok zbrojno wyegzekwować, na sąsiada najazd zrobić lub się od spodziewanego obronić, potrzebował tylko krzyknąć, a wnet mołojcy zlatywali się jak kurcy na żer gotowi. Używała ich też szlachta, używali panowie wiecznie spory ze sobą wiodący, gdy jednak i takich wypraw brakło, to siedzieli cicho po wsiach pracując do upadłego i w pocie czoła zdobywając chleb powszedni.

I trwało tak czasem rok, dwa, aż nagle przychodziła wieść o jakiejś walnej wyprawie, czy to jakiego atamana na Tatarów, czy na Lachiw czy wreszcie paniąt polskich na Wołoszczyznę i wnet ci kołodzieje, kowale, garbarze, woskoboje porzucali spokojne zajęcie i przede wszystkim poczynali pić na śmierć we wszystkich szynkach ukraińskich.

Przepiwszy wszystko, pili dalej na borg, ne na to, szczo je, na to, szczo bude. Przyszłe łupy miały zapłacić hulatykę.

Zjawisko owo powtarzało się tak stale, że później doświadczeni ludzie ukraińscy zwykli mawiać: „Oho! trzęsą się szynki od Niżowców – w Ukrainie coś się gotuje.”

I starostowie wzmacniali zaraz załogi w zamkach, pilnie dając na wszystko baczenie, panowie ściągali poczty, szlachta wysyłała żony i dzieci do miast.

Owóż wiosny tej Kozacy poczęli pić jak nigdy, trwonić na ślepo wszelakie zapracowane dobro, i to nie w jednym powiecie, nie w jednym województwie, ale na całej Rusi, jak długa i szeroka.«

Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża.

Któż, czytając ten fragment, domyśli się, że chodzi tu o braci polskich, nie wiedząc, że byli fachowcami od powstań chłopskich. Nie wiedząc, przemknie oczami po tym urywku i podąży za głównym wątkiem.

Sytuacja na Ukrainie była nader skomplikowana i fragment dialogu pomiędzy Chmielnickim i Skrzetuskim nieco wyjaśnia:

„Sami jeno Wiśniowieccy a Potoccy, a Zasławscy, a Kalinowscy, a Koniecpolscy, i szlachty garść! Dla nich starostwa, dostojeństwa, ziemia i ludzie, dla nich szczęście i złota wolność, a reszta narodu ręce we łzach do nieba wyciąga czekając bożego zmiłowania, bo i królewskie nie pomoże! Ileż to szlachty nawet nieznośnego ich ucisku wytrzymać nie mogąc na Sicz ucieka, jako ja sam uciekłem? Nie chcę też wojny z królem, nie chcę z Rzecząpospolitą! Ona mać, on ojciec! Król miłościwy pan, ale królewięta! Z nimi nam nie żyć; ich to zdzierstwa, ich to arendy, stawszczyzny, pojemszczyzny, suchomielszczyzny, oczkowe i rogowe; ich to tyrania i uciski przez Żydów czynione o zemstę do nieba wołają.

I któż są oni? – mówił dalej pan Skrzetuski – czy tu z Niemiec przyszli albo od Turek? Nie krew-że to z krwi, nie kość z kości waszej? Nie wasza-że to szlachta, nie wasi książęta? Co gdy tak jest, tedy ci biada, hetmanie, bo ty młodszych braci na starszych uzbrajasz i parrycydów (parrycyda, z łaciny – ojcobójca, morderca, zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. mój) z nich czynisz.”

Tak więc spolonizowana arystokracja i szlachta ukraińska do spółki z Żydami eksploatowała ukraiński lud, a winą zostali obarczeni Polacy.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce tak opisuje przyczynę buntów kozackich:

»Najwięcej rozwydrzyli się Żydzi na Rusi i Ukrainie. Opętali szlachtę, zajmującą się w owym czasie więcej polityką, aniżeli swoimi majątkami, podniecili ją do wyzyskiwania Kozaków. Doszło do tego, że Judaici dzierżawili nie tylko dobra szlacheckie, lecz także cerkwie. Kto z ludu kozackiego chciał ochrzcić swoje dziecko, albo się żenić, musiał zapłacić członkom „wybranego narodu” haracz. Nawet umierać i wędrować po śmierci na cmentarz chrześcijański nie mógł bez pozwolenia dzierżawców wyznania talmudycznego.

Ta chciwa, potworna arogancja Żydów oburzyła nie tylko uczciwych „gojów”, lecz także żydowskiego historyka, Graetza, zaciętego wroga chrystianizmu. Pisze on:

„Odeszła od nich (od Żydów) rzetelność i prawość, jak opuściła ich prostota i zmysł prawdy. W oszukaństwie i przebiegłości znajdywali rozkosz, niby zwycięską radość. Uczyli szlachtę polską, jak upokarzać i poniewierać gruntownie Kozaków, narzucili się im na sędziów i mieszali się do ich praw kościelnych.”

Taka obłąkana arogancja musiała wywołać nienawiść Kozaków do Żydów. I stało się tak… Do dnia dzisiejszego pamiętają dzieci stepów swoją poniewierkę, nie zapomnieli krzywd, doznanych za rządów żydowskich.

Wyssani do ostatniego grosza, traktowani jak bydlęta, wysłali Kozacy poselstwo do Krakowa, do króla Jana Kazimierza, i prosili go, aby zdjął z nich pęta żydowskie: „Nie szukajcie w prawach surowości przeciwko Żydom – przemawiało poselstwo – ale pilnować należy, aby nie byli w mocy nas obdzierać”.

Jan Kazimierz nie przychylił się do słusznych żądań Kozaków, za co drogo zapłacił. Bowiem Kozacy, sprzykrzywszy sobie poniewierkę z dwóch stron, od Żydów i od bałamuconych przez nich szlachciców polskich, wzięli się do broni. Wojna Kozaków z Polską zaczęła się pogromem Judy. Strasznym był ten pogrom – dzikim, brutalnym, rafinowanym mordem.

Skopany, skrzywdzony Zaporożec stał się hieną, tygrysem, szakalem. Tysiące Żydów torturował bez litości i zabijał, jak wściekłych psów (w Niemirowie, Pilewcach, Zamościu, Tomaszowie, Turobinie, Tarnogrodzie, Biłgoraju, Kroczniku, Łucku itd.).

Przeliczyła się znów megalomania żydowska. Już się zdawało, że opanowała całą Sicz kozacką i Wołyń, i że będzie na zawsze władzą tych, gdy straszny, okrutny grom spadł na nią niespodzianie i zdruzgotał jej niemądrą pychę. Z torbami, zrabowani przez Kozaków, uciekli z Zaporoża ci magnaci żydowscy, którym udało się ocalić życie. Nadzy przyszli nad Dniepr, nadzy odeszli…«

Nadzy odeszli, pisze Jeske-Choiński, ale powrócili. I znowu gnębią ukraiński lud. Czy Zaporożec znowu się zbuntuje? Chyba nie! Ucieka do Polski, a w niej dalej nienawidzi Polaków za upokorzenia, których doznali jego przodkowie od swoich spolonizowanych współbraci i od Żydów.

Natomiast Wikipedia bunty kozackie tak tłumaczy:

„Właściwe rządy sprawowały rody magnackie (gł. Wiśniowieccy, Zasławscy, Ostrogscy), złożone ze spolonizowanej szlachty ruskiej i zarządzające ogromnymi latyfundiami. Ich polonizacja motywowana była często ambicjami politycznymi i nieodłącznie związana z porzuceniem prawosławia. Ukraińska historiografia właśnie im przypisuje główną odpowiedzialność za wybuch buntów – ich zaborcza i ekspansywna polityka rolna miała prowadzić do stałego podnoszenia powinności pańszczyźnianych i wpędzać chłopstwo w nędzę. W ten sposób nawarstwiała się nienawiść tzw. prostego ludu do warstw uprzywilejowanych, oparta również na uprzedzeniach narodowościowych i religijnych.”

Powstanie Chmielnickiego daje Moskwie pretekst do wkroczenia w granice Rzeczypospolitej. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»W r. 1654 Chmielnicki poddał się Moskwie i wojska moskiewskie wkroczyły do Polski, zalewając całą wschodnią połać Polski i Litwy. Rozpoczął się potop, który miał pozbawić Polskę nie tylko roli mocarstwowej, lecz właściwie roli niepodległego państwa. Falą, która miała Polskę zalać, stali się Szwedzi, idący w pierwszym szeregu wojującej reformacji. Karol Gustaw i Axel Oxenstierna, jego kanclerz, dwaj członkowie zakonu palmowego, gotowi byli dobyć oręża. Fryderyk Wilhelm, margrabia brandenburski i lenny wobec Polski książę pruski, także członek zakonu palmowego, okazać miał poparcie, by wywalczyć sobie zwolnienie z lenna i tytuł dziejowy „wielkiego elektora”. Różokrzyżowiec Komeniusz, przyjaciel i agent Oxenstierny, siedzi u księcia siedmiogrodzkiego, by go nakłonić do secta heroica, mającej zwalczyć „wieżę Babel” (Kościół katolicki – przyp. mój). W Polsce jest biskupem braci czeskich, połączonych z kalwinami i mistrzem szefa kalwinów, Zbigniewa Gorajskiego. Jest w przyjaźni z Januszem Radziwiłłem, któremu Drabik przepowiedział koronę. Jest w bliskim kontakcie z Krzysztofem Opalińskim, drukującym swe „Satyry” w Amsterdamie. Na różnowierców może liczyć.

Rakoczy siedmiogrodzki gotów jest przystąpić do secta heroica. Już przedtem były obawy, że książę siedmiogrodzki nie tylko z samym Chmielnickim konspiruje, ale i między szlachtą licznych ma zwolenników. Podejrzewano o to przede wszystkim księcia Janusza Radziwiłła i księcia Wiśniowieckiego. Te stosunki domu Rakoczych zapewne nie zostały zerwane. Do Polski, której wschód zalały wojska moskiewskie, wkraczają teraz wojska Karola Gustawa (1655 r.). W Wielkopolsce Wittenberg bez walki przeciąga pospolite ruszenie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego na stronę Karola Gustawa. Satyryk amsterdamski okrywa się hańbą dziejową. Na Litwie naśladują go skwapliwie obaj Radziwiłłowie, Janusz i Bogusław. Obaj kalwini; Janusz przyjaciel Komeńskiego w r. 1644 w jego obecności przewodniczył synodowi ewangelików w Orlu. Bogusław, zaufany przyjaciel Fryderyka Wilhelma, księcia pruskiego, działającego, jak Oxenstierna, w zakonie machabejskiej palmy.

W całym kraju hulają wojska szwedzkie i pragną wytępić wszystko, co katolickie.

„Pisarze katoliccy przypisują protestantom w Wielkopolsce podmawianie Szwedów do popełniania owych gwałtów; a socynianie i bracia czescy, zwłaszcza ci, którzy z Czech i Moraw schronili się do Polski, najsilniej byli obwiniani o sprzyjanie wrogom.

Jakkolwiek popieranie obcego najeźdźcy przeciwko ojczyźnie bynajmniej nie zasługuje na pochwałę, łatwo się jednak tłumaczy tym, że w kraju tak podzielonym na stronnictwa, jakim wówczas byłą Polska, uczucie przywiązania do ojczyzny ustępowało przed duchem stronniczym. Wszelako mniej tu zadziwia postępowanie socynianów, którzy prześladowani zarówno przez katolików, jak i przez ewangelików, szukali opieki u Szweda; natomiast nie podobne do przebaczenia było zachowanie się w tym wypadku Czechów i Morawian, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed prześladowaniem, jakiego doznawali we własnej ojczyźnie” – tak osobliwie osądza te zdrady pisarz kalwiński.” – Hr. W. Krasiński, Zarys dziejów reformacji.

Konfederacja tyszowiecka, śluby Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej postawiły naród na nogi. Źle poczęło się dziać Szwedom i ich sprzymierzeńcom. W r. 1656 wojska polskie stają pod Lesznem. Rezyduje tam Komeński i podżega ludność (w znacznej mierze żydowską) do zbrojnego oporu ramię przy ramieniu z wojskiem szwedzkim. Miasto zostaje zdobyte i podpalone przez Polaków, jako gniazdo spisku. Komeński zdołał uciec za granicę, lecz archiwum jego i rękopisy stały się pastwą ognia.

Szwedzi ponoszą klęskę za klęską. Teraz już kalwini przechodzą na stronę Jana Kazimierza; sprawa na razie stracona. Osadzenie na tronie Karola Gustawa „wzniosłego z wysoko się pnącym słonecznikiem” nie powiodło się.

W r. 1657 najeżdża Polskę wraz z kozakami Chmielnickiego książę siedmiogrodzki, pozyskany przez Komeńskiego dla secta heroica. Usiłuje zdobyć bezskutecznie Lwów, potem śpieszy pod Kraków, który mu otwiera załoga szwedzka. Karol Gustaw łączy się z nim pod Chmielowem. Ostatnia próba. Za późno.

Karol Gustaw, popierany przez żydów i spiski reformacyjne, snuje teraz wprost plany rozbioru Polski. On pierwszy, po nim będzie August II Sas.

Z chciwym brandenburczykiem zawarł nowy traktat w Labiau i zapewnił mu udzielność Prus książęcych i Warmii, a z drugiej strony wciągnął do aliansu Rakoczego i Chmielnickiego, ofiarując pierwszemu Małopolskę, Ruś Czerwoną, Mazowsze, Litwę, Wołyń i Podole, drugiemu Ukrainę. Sobie oczywiście zachowuję Wielkopolskę i Gdańsk.

Po klęsce Rakoczego wojna ma się ku końcowi. Fryderyk Wilhelm pruski zawiera w r. 1657 z królem traktat welawski. Zostaje zwolniony od powinności lennej, zaś siostrzeniec jego, Bogusław Radziwiłł, odzyskuje swe dobra w Rzeczypospolitej.

Powstają samodzielne Prusy, a „osobliwie światło w Niemczech”, wielki elektor, kładzie podwaliny pod dzieło Fryderyka Wielkiego: pierwszy rozbiór Polski. Traktat oliwski ze Szwecją 1660 r. odpycha Polskę jeszcze bardziej od Bałtyku, pozbawiając ją Inflant.

A teraz kolej na zdrajców. Wielu przebaczono, umieli się osłonic. Jednak już na sejmie 1658 r. uchwalono wypędzenie braci polskich z kraju. W r. 1659 sejm kazał arianom opuścić Polskę do dnia 10 lipca 1660 r. Szwecja w traktacie usiłowała to odrobić, lecz bezskutecznie. Udali się częścią do Prus, gdzie ich przyjął gościnnie Bogusław Radziwiłł, częścią zaś do siedziby Spinozy, do Amsterdamu. Do wygnania braci zmusili sejm chłopi polscy; oni to w r. 1656 zdobyli Sącz, siedzibę arian i puścili z dymem; podobne zbrojne odruchy miały miejsce i gdzie indziej.

Na sejmie w r. 1658 rozważano również sprawę wygnania żydów z Polski za zdradę na rzecz Szwedów. Rzeczpospolita nie miała już jednak dość sił, aby sobie na to pozwolić. Minął potop i pozostawił za sobą zniszczone państwo. Zabrakło Polsce spokoju, aby mogła zagoić rany. Zaraz potem rokosz Lubomirskiego, potem wojny tureckie, wojna północna, wojna szwedzko-rosyjska, gdzie Rzeczpospolita musiała przyglądać się biernie, jak jej ziemie tratują wojska moskiewskie i szwedzkie.«

W Wikipedii potop szwedzki jest tak opisany:

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski.

Potop szwedzki był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, która dążyła do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, wynikiem czego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do czego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii.

Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku.

Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona powstaniami kozackimi Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet przypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu. Od wiosny 1656 roku zaczął wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, co zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Od jesieni 1656 roku poprawiła się sytuacja międzynarodowa, co doprowadziło do wycofania się z Polski większości wojsk szwedzkich do czerwca 1657 roku. Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze z Toruniem na czele. I choć ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne.

Szacuje się, iż w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90%. Do dziś nie zostały w większości odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie, dwa brązowe lwy zdobią do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.”

Mamy więc powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojnę polsko-rosyjską (1654-1667) i polsko-szwedzką (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Jednak ta ze Szwecją była najbardziej wyniszczająca. Wikipedia pisze:

„Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek w Olsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. Marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).”

W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

W sumie można to uznać za pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Wszystkie trzy państwa, które brały udział w wojnie – Szwecja, Prusy i Rosja, coś zyskały jej kosztem.

A czy to było mocarstwo? Skoro Rosja zajmuje prawie całe Kresy i nie boi się, to chyba nie. Co ciekawe, zatrzymuje się prawie dokładnie na linii, którą my nazywamy linią Curzona. Co więcej, nie zajmuje północnej Litwy i nie wkracza w granice Korony. Jakby chciała zostawić to Szwecji, która dopiero w następnym roku zajmuje te tereny. Czy oni się wcześniej umówili?

Po co były te wojny? Żeby osłabić „mocarstwo”, które mocarstwem nie było? Gdyby nie było unii, to nie byłoby tych wojen. Straty terytorialne, jakie poniosła Rzeczpospolita, to były straty Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego część południową, po unii, przyłączono do Korony. Największe zniszczenia materialne i ludzkie miały miejsce na terenie Korony, czyli Polski. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. – Tak pisze Wikipedia. Skoro te twierdze i zamki poddawały się bez walki, to nie mogły już stanowić miejsc oporu. Skąd więc taka nienawiść? Czy tylko różnice wyznaniowe mogły być ich przyczyną? Skoro, niby, Karol Gustaw chciał być królem Polski, to po co obracać kraj w perzynę? Widocznie chyba jednak chodziło nie o jego podbicie, tylko o jego zniszczenie. Najwyraźniej król szwedzki wykonywał czyjeś instrukcje.

Potop szwedzki to był początek końca Rzeczypospolitej. W jego wyniku twór ten, dwa sztucznie złączone państwa, stracił niepodległość, jeśli w ogóle ją miał. Wtedy właśnie, po tej wojnie, rozpoczął się karnawał liberum veto – „wolne” nie pozwalam. Pierwszy zerwał sejm poseł z Litwy, W. Siciński, w 1652 roku. Następny zerwano w 1669 roku i tak to trwało przez stulecie. W pełni wykorzystano zaprojektowany u progu unii ustrój, który sparaliżował całkowicie państwo i jego organy i stał się przedmiotem drwin całej niemalże Europy. Nie Polacy go stworzyli, nie Polacy byli głównymi aktorami tego cyrku, ale na nich spadło całe to odium.

Dziwnie wyglądała ta wojna. Gdyby ktoś chciał pokonać tę unię dwóch, luźno ze sobą związanych państw, to dokonałby jednoczesnego ataku. A tu mamy jakieś niezrozumiałe posunięcia: powstanie Chmielnickiego 1648 roku, wkroczenie Rosji w 1654 roku, Szwecji – w 1655 roku i najazd Rakoczego wraz z Chmielnickim w 1657 roku, gdy Szwedzi są w totalnym odwrocie. W odwrocie, dlatego że odnosili porażki, czy dlatego, że tak chcieli? Tak jakby w tym wszystkim chodziło o to, by ta wojna trwała jak najdłużej, a nie o szybkie pokonanie i podporządkowanie sobie przeciwnika. Zupełnie jak w przypadku wojny Hitlera. Ci, którzy powołali do życia unię polsko-litewską i stworzyli jej idiotyczny ustrój, a więc Żydzi, mogliby ją zlikwidować, gdyby chcieli. Woleli jednak, by na jej terenie toczyły się wyniszczające wojny. Dla Polski była to katastrofa. Jej starty były, proporcjonalnie, większe niż w czasie II wojny światowej. To na terenie Korony, a nie na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, dokonano tego spustoszenia.

Pożar 1666 roku

Podejrzewam, że mało kto słyszał o wielkim pożarze Londynu w 1666 roku. Czy to był przypadek, że akurat właśnie w tym roku doszło do niego? Nasza „pandemia” pojawia się w 2020 roku, traktat wersalski – 1919. Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Przecież kiedyś to wszystko musiało się zdarzyć, a że tak wyszło? Nie da się udowodnić, że wielki pożar Londynu został zaplanowany na ten właśnie rok i że w ogóle został zaplanowany. Niemniej jednak pewna sekwencja zdarzeń, którą niżej przedstawiam, skłania do refleksji. Ale nawet informacja z Wikipedii, że pożar wybuchł we wschodniej części miasta, przy wietrze wiejącym w kierunku zachodnim, każe wątpić w przypadek. Z drugiej strony postawa mieszkańców Londynu i króla oraz jego najbliższego otoczenia nie rozwiewa tych wątpliwości.

Wikipedia pisze tak:

Wielki pożar Londynu – pożar trwający od 2 do 5 września 1666 roku w Londynie.

Pożar ten wybuchł w piekarni przy ulicy Pudding Lane we wschodniej części miasta. Z powodu silnego wiatru i konstrukcji budynków z materiałów łatwopalnych (drewno, słoma) ogień rozszerzył się w kierunku zachodnim na całe miasto. W sumie zostało zniszczonych 13 200 budynków i 87 (z ponad 100) kościołów, między innymi katedra św. Pawła (ang. St Paul’s Cathedral). Równało się to 2/3 powierzchni miasta.

W pożarze zginęło 6 osób. Żywioł zabił większość szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od 1665 roku epidemię dżumy. Pożar miał wielki wpływ na ówczesne społeczeństwo angielskie, a także na sam Londyn.

Znaczący udział w odbudowie miał architekt Sir Christopher Wren. Pierwotne plany Wrena dotyczące odbudowy zakładały oparcie się na przejrzystym układzie urbanistycznym na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a spory prawne nie pozwalały szybko rozwiązać kwestii własności działek, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic.

W roku 1667 Parlament uchwalił podatek węglowy z przeznaczeniem na fundusz odbudowy Londynu. Miasto odbudowano w oparciu o istniejącą, jeszcze średniowieczną, strukturę ulic, jednak już z wykorzystaniem trwalszych materiałów (cegły i kamień), poprawiając warunki sanitarne i dostępność do budynków.

4 września 2016 roku, w ramach 4-dniowego festiwalu pod nazwą London’s Burning („Londyn płonie”) w 350. rocznicę Wielkiego Pożaru, na Tamizie ustawiono i spalono 120-metrową makietę przedstawiającą XVII-wieczny Londyn.”

Pożar ten został opisany w Dzienniku Samuela Pepysa. Dziennik obejmował okres od 1 stycznia 1660 do 31 maja 1669 roku. Pepys był wysokim urzędnikiem królewskim. Przekładu dokonała Maria Dąbrowska i we wstępie m.in. pisze:

„Okres, w którym Samuel Pepys pisał swój Dziennik, to pierwsze dziesięciolecie tzw. Restauracji, czyli przywrócenia na tron angielski – w osobie Karola II – dynastii Stuartów po upadku republiki ustanowionej przez tzw. Wielką Rebelię, tj. rewolucję z lat czterdziestych XVII wieku, w której wodzem był znany całemu światu Oliver Cromwell. U nas odpowiada tym czasom okres powstań ukraińskich związanych z imieniem Bohdana Chmielnickiego, okres szwedzkiego „potopu” i ostatnie dziesięciolecie panowania Jana Kazimierza. Kiedy Samuel Pepys, zagrożony utratą wzroku, przerywa swój szyfrowany Dziennik, Polska zabiera się do smutnej pamięci elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, tak soczyście opisanej przez naszego pamiętnikarza, współczesnego Pepysowi Jana Chryzostoma Paska.”

Za rządów Cromwella dochodzi do ponownego sprowadzenia Żydów do Anglii, wypędzonych stamtąd w 1290 roku. W akcji tej bierze też udział, w porozumieniu z nim, Manasse ben Izrael z Amsterdamu. Zaczyna się od zapewnienia swobody maranom, dotąd starannie utajnionym, dzięki czemu wracają oni masowo na judaizm. Od 1657 roku osiedlają się Żydzi w Londynie. W 1753 roku otrzymują, z pewnymi ograniczeniami, obywatelstwo angielskie i prawa polityczne. O wiele wcześniej niż w Europie kontynentalnej (po rewolucji francuskiej). To wydatnie ułatwiło im penetrację społeczeństw chrześcijańskich oraz wchodzenie do tajnych organizacji. Zmarłego w 1657 roku Manassego zastępuje jego uczeń, sławny filozof, Baruch Spinoza (1632-1677), hiszpański maran. Spinoza, podobnie jak Manasse, był kabalistą i wierzył w mesjańskie przepowiednie Zoharu.

Ten pożar, to pożar tej części miasta, którą nazywa się City of London, znajdującej się w obrębie rzymskich murów z okresu Imperium Rzymskiego. Pepys opisał go w swoim Dzienniku. Jednak wcześniej, w dniu 18 lutego, zanotował:

„18 lutego. (Niedziela.) Leżałem długo, rozmawiając z żoną, m.in. o tym, że Pola musi do nas przyjechać i być tu trochę, iżby nabrała światowej ogłady. Potem będąc w mieście wstąpiłem do mego księgarza po książkę, pisaną dwadzieścia lat temu o proroctwie na teraźniejszy rok, w której liczbę 1666 wykłada się jako bestię apokaliptyczną i Antychrysta zwiastującą.”

W dniu 2 września Pepys zapisuje w swoim dzienniku:

»2 września (Niedziela.) Dziewki nasze siedziały do późna w noc, aby przygotować wszystko dla dzisiejszych gości, a jedna z nich, Jane, około 3 nad ranem nuże nas wołać, że wielki pożar widać w Mieście. Tedy wstałem i oblókłszy się w nocny przyodziewek, poszedłem do jej okna i zdało mi się, że to gdzieś na tyłach ulicy Mark Lane, a nie będąc zwyczajny takich pożarów, jakie się potem okazały, mniemałem, że to dosyć daleko; tedy wróciłem do łóżka i zasnąłem. Około 7 wstałem, aby ubrać się, i wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem ogień mniejszy, niż był przedtem, i dalszy, za czym poszedłem do mego nowego gabinetu, by po wczorajszym sprzątaniu ułożyć wszystko na miejscu. Ale wnet przyszła Jane i mówi mi, że słychać jakoby 300 domów spłonęło tej nocy od pożarów, któreśmy byli widzieli; i że teraz pali się cała Fish Street aż do Londyńskiego Mostu. Tedy zebrałem się natychmiast i poszedłem do Tower, i tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił kościół Św. Magnusa i większość Fish Street. Zszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się swoich domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały opaliwszy sobie skrzydła. Postawszy tak z godzinę i napatrzywszy się szalejącego ognia a nie widząc dookoła nikogo, kto starałby się go ugasić, tylko wszystkich łapiących, co mieli dobytku pod ręką, i zostawiających resztę na pastwę pożaru, i widząc ogień już w Steel Yard i że wiatr bardzo silny przerzuca płomienie ku śródmieściu, i że wszystko po tak długiej suszy okazuje się palne, nawet same kamienie kościołów, i widząc m.in. biedną dzwonnicę Św. Wawrzyńca, koło której cudna pani Horsley mieszkała, jak zająwszy się od szczytu wnet objęta płomieniami zwaliła się – pośpieszyłem do Whitehall i tam do gabinetu Króla, gdzie zaraz wszyscy do mnie, i zdałem im sprawę o rzeczy, i przeraziłem ich, i zaraz posłano z tym do Króla. A zaś wnet byłem przed oblicze Króla wezwany i powiedziałem Królowi i księciu Yorku, com widział, i że o ile Jego Królewska Mość nie rozkaże burzyć domów, to nic nie wstrzyma szerzenia się pożaru. Zdawali się być bardzo poruszeni i Król poruczył mi pójść do Lorda Majora (odpowiednik obecnego burmistrza – przyp. mój) i nakazać mu Jego imieniem, żeby nie szczędził domów, tylko burzył je wszędzie, dokąd zbliża się pożar. Książę Yorku kazał mu też oznajmić, że gdyby potrzebował więcej żołnierzy, on ich da; to samo rzekł mi potem lord Arlington. Spotkawszy kapitana Cocke’a wziąłem jego powóz i z Creedem – do Św. Pawła, a stamtąd pieszo wzdłuż Watling Street, a iść nie było łatwo, bo wszystko, co żyje, uciekało stamtąd obładowane rzeczami, które chcieli ocalić; a tu i ówdzie niesiono chorych w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach. Dopiero na Canning Street spotkałem Lorda majora zgoła zmęczonego, z chustką do nosa na szyi. Słysząc zlecenie królewskie wykrzyknął jak mdła niewiasta: „Boże, co ja mogę uczynić? Umęczyłem się, a ludzie nie chcą mnie słuchać. Jam kazał burzyć domy, ale ogień szybko pomyka, nie możemy nadążyć!” Dodał, że nie trzeba mu więcej żołnierzy i że co do niego, to musi iść odetchnąć, bo był na nogach całą noc. Za czym rozstaliśmy się i poszedłem do domu oglądając po drodze ludzi prawie oszalałych, a nigdzie żadną miarą nie przedsiębrano jakichś środków dla przytłumienia pożaru. Domy też tu wszędzie gęsto tak stoją i pełno palnych materyj, jako to smoły i dziegciu w ulicach nad Tamizą; i domy towarowe z olejami, z winem, gorzałką i innymi rzeczami. Było już około 12, tedy do domu, gdzie zastałem już zaproszonych na dzisiaj gości, którymi byli: pan Wood i jego żona Barbara Sheldon (nasza Bab z Greenwich, świeżo mu poślubiona) oraz pan Moone z żoną, gładką niewiastą, a i on grzeczny człowiek. Ale zamiar pana Moone’a i też mój: obejrzeć mój nowy gabinet, którym – dawno przezeń pożądanym – widokiem chciałem go uradować, zawiódł nas całkiem, jako że byliśmy wszyscy w wielkim pomięszaniu i zatroskaniu z przyczyn pożaru, o którym nie wiemy, co myśleć. Ale obiad mieliśmy nadzwyczaj dobry i było nam wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Zaraz po obiedzie ja i państwo Moone wyszliśmy i chodziliśmy po mieście; w ulicach nic tylko pełno ludzi, koni, wozów napełnionych wszelakim dobytkiem, gotowych lecieć jeden przez drugi, by przewozić dobro ludzkie z domów strawionych ogniem – w inne. Teraz wywożą wszystko z Canning Street (która rano przyjęła była dobytek z innych ulic) na Lumbard Street i dalej. Doszliśmy do Św. Pawła, stamtąd Moone z żoną do domu, a ja do przystani Św. Pawła. Nająłem tam czółno i to w dół, to w górę od mostu przypatrując się pożarowi, który szalał i szerzył się, i przytłumić go zdawało się niepodobieństwem. Spotkałem barkę z królem i księciem Yorku i z nimi do Queenshithe, gdzie wezwali do siebie sir Ryszarda Browne’a. Jedyny rozkaz, jaki wydali, to aby śpiesznie burzyć domy poniżej mostu wzdłuż wybrzeża, lecz niewiele było i mogło być zdziałane, gdyż ogień się za szybko na te domy przerzucał. Rzeka pełna czółen wiozących ludzki dobytek, a wiele cennych rzeczy pływało po wodzie, alem spostrzegł, że na co trzeciej bez mała szkucie albo łodzi widać było pośród innych sprzętów domowych wirginał. Napatrzywszy się tego do woli – do parku St. James, gdzie wedle umowy spotkałem żonę z Creedem, Woodem i jego żoną i siedliśmy do mego czółna i znów dalej to w dół, to w górę Rzeki ku pożarowi, który wzrastał, a wiatr był wielki. I tak blisko byliśmy ognia, jak tylko dym pozwalał, a płynąc pod wiatr, o małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim. Kiedy nie mogliśmy już wytrwać na wodzie, weszliśmy do malej piwiarni na Strandzie naprzeciw „Trzech Żurawi” i tam siedzieliśmy prawie do zmroku, i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza Śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów! Z ciężkim więc sercem do domu, a tam zastaliśmy wszystkich rozprawiających i lamentujących nad tą pożogą; i biedny Tom Hayter przybył z resztą swego dobytku ocalonego z domu, co spłonął na Fish Street. Zaprosiłem go, by został z nami, i przyjąłem jego rzeczy, ale źle obliczył wybrawszy się do nas, bo co chwila przychodziły wieści o rozszerzaniu się pożaru, tak że musieliśmy sami przystąpić do ładowania naszych rzeczy i gotować się do przeprowadzki; tedy przy miesiącu ( a po wietrznym dniu była piękna, sucha i ciepła noc miesięczna) znieśliśmy wiele z mego dobytku do ogrodu, a ja z panem Hayterem przenieśliśmy moje pieniądze i skrzynię żelazną do piwnicy mając to miejsce za najpewniejsze. Worki ze złotem, co ważniejsze papiery, a też talony w osobnym puzderku przygotowałem, by przenieść do urzędu. Strach był tak wielki, że sir J. Batten sprowadził ze wsi wozy, aby tejże nocy wywieźć całe moje mienie. Pan Hayter, nieborak, położył się za naszą namową do łóżka, aleć niewiele miał odpocznienia z przyczyny hałasu panującego w moim domu przy znoszeniu rzeczy.«

Dalej Pepys m.in. pisał:

»4 września. Po południu siedząc melancholicznie z sir W. Pennem w naszym ogrodzie i rozmyślając nad tym, że nasz urząd spłonie na pewno, jeśli nie zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki ratunku, przedłożyłem, aby posłać po naszych robotników z Woolwich i Deptford i napisać do do sir W. Coventry’ego, żeby wystarał się o pozwolenie księcia Yorku na zburzenie domów okolicznych raczej, niż mielibyśmy stracić Urząd, co byłoby z wielką szkodą dla spraw państwowych. Tedy sir W. Penn wyruszył wieczorem, aby przysłać robotników na rano, a ja napisałem list do sir Coventry’ego w tej sprawie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Tej nocy pani Turner i jej mąż wieczerzali z nami w urzędzie smętną bardzo manierą, mieliśmy tylko barani przodek i ani bodaj serwety lub jakichkolwiek nakryć, aleśmy byli weseli. Tylko od czasu do czasu, wyszedłszy na ogród, widzieliśmy, jak strasznie wygląda niebo całe w ogniu po nocy; i to było dosyć, i od tego widoku odechciewało nam się żartów; w samej rzeczy było to nad wyraz przerażające, bo wyglądało właśnie, jakby to już u nas się paliło, i całe niebo było w łunie. Po wieczerzy poszedłem w dół ku Tower Street i tam też widziałem już wszystko w ogniu: Trinity House z tamtej strony, i gospodę „Pod Delfinem” – z tej, co już było bardzo blisko nas, a paliło się wszystko z największą gwałtownością. Teraz nareszcie przystąpiono do burzenia domów na Tower Street, czego ludzie zrazu bali się więcej niż wszystkiego; aliści wszędzie, gdzie to uczyniono, pożar został wstrzymany. Ogień szerzy się już wzdłuż Fleet Street, spłonął już Św. Paweł i cała Cheapside. Napisałem dziś wieczór do ojca, lecz że i poczta spłonęła, listu nie mogłem wysłać.

6 września. Wstałem około 5, a przed bramą urzędu spotkałem pana Gaudena z wezwaniem dla naszych ludzi do Bishopsgate, gdzie dotąd ognia nie było, a teraz się pokazał, co nie bez racji daje ludziom, a też i mnie do myślenia, że jest w tym jakiś spisek (o co wielu tymi dniami ujęto i żadnemu cudzoziemcowi nie jest bezpiecznie chodzić w teraźniejszym czasie po ulicach); poszedłem z ludźmi i zagasiliśmy niebawem ten pożar, tak że już znowu wszystko w porządku.

15 września. Wieczorem przyszedł do nas kapitan Cocke i przechadzaliśmy się z nim po ogrodzie. Powiada, że roczny czynsz ze spalonych domów wart jest 600 000 funtów i że to uczyni parlament skłonniejszym do udzielenia pomocy Królowi. I mówiliśmy o tym, że nigdy jeszcze na świecie tak wielka klęska jak nasza nie była ścierpiana przez obywateli równie mężnym sercem. I że ani jeden bodaj kupiec nie ogłosi bankructwa.

13 grudnia. Will Hewer obiadował ze mną i pokazał mi gazetę z kwietnia tego roku, w której piszą (co i dziwno, że nikt sobie tego potem nie przypomniał), jako wielu było wtedy sądzonymi na śmierć, winnych zamysłu obalenia rządu i zamordowania króla, a jednym ze środków dla osiągnięcia tego celu miało być spalenie stolicy; i że dniem wyznaczonym na to przez spiskowców miał być dzień 3 września. A pożar wszczął się 2 września, co zdaje mi się bardzo dziwne.«

Po co był ten pożar? Spalenie miasta po to, by obalić rząd i zamordować króla wydaje się bez sensu. Tego można dokonać różnymi innymi i prostszymi sposobami. Spaliła się ta część miasta, która nazywa się City of London. Wszystko odbudowano i miejsce to stało się siedzibą światowej finansjery. Żeby to łatwiej zrozumieć, wypada przywołać nasze doświadczenia. Powstanie warszawskie doprowadziło w efekcie do zburzenia miasta. Po co je zburzono? Po to, by później odbudować. Ale to odbudowane miasto, to było już inne miasto i inni ludzie je zasiedlili. O to dokładnie chodziło w tym powstaniu. Miało być zrobione miejsce dla nowej elity rządzącej, która po części, może nawet większej, przybyła tu na radzieckich czołgach. Mieli być nowi ludzie i nowe miasto, które w niczym nie przypominałoby tamtego, nie miało nic w sobie z atmosfery tamtego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pożarze Londynu chodziło o coś podobnego. Żydzi po czterystu latach wygnania powrócili do Anglii i niemal od razu pokazali na co ich stać i kto tu będzie panem. W przypadku obu miast metody działania podobne, tylko cele realizowano innymi środkami. Czy ktoś łączy te dwa zdarzenia i to, że ci sami dokonali zniszczenia obu miast? Po metodach ich się poznaje.

Relacje anglosasko-żydowskie są może jeszcze bardziej pogmatwane niż te polsko-żydowskie. Pepys notuje w swoim Dzienniku 15 października 1666 roku:

„Colwill opowiadał mi dzisiaj o nieprawościach Dworu, o wzgardzie, jaką Król na siebie ściąga na nic nie będąc pamiętnym, jeno czyniąc to, czego chcą jego dworscy faworyci; że książę Yorku zupełnym stał się niewolnikiem tej kurwy Denham i o nią tylko dba i że istotnie były jakoweś amory między księżną Yorku a pięknym Sidneyem. Ale czym niepomiernie mnie zdziwił, choć to potwierdza Pierce, to wiadomością, że Coventry przystał do kabały z księciem Yorku, lordem Brounckerem i ową Denham, co istna hańba i bardzo mnie to boli; i że Coventry składa tej pani wizyty. Ale myślę, że to nie może być prawdą.”

Korzystam z drugiego wydania Dzienników z 1954 roku. W posłowiu Julian Hochfeld, chcąc być może odnieść się do treści powyższego cytatu, pisze:

W r. 1667 następuje upadek Clarendona, przeciw któremu król kieruje całą niechęć opinii publicznej. Nowe ministerstwo Karola II znane jest pod nazwą „kabały”, tj. intrygi, zmowy (przypadkowo angielskie słowo cabal odpowiada początkowym literom nazwisk członków ministerstwa: Clifford, Arlington, Buckingham, Ashley-Cooper, Lauderdale). Ministerstwo to intryguje przeciw innym, ale i sami jego członkowie intrygują nawzajem przeciw sobie.

Problem jednak polega na tym, że Pepys napisał swoje uwagi w październiku 1666 roku, a nowe ministerstwo Karola II, zwane „kabałą”, powstaje w 1667 roku.

Góralskie Veto

W Dzienniku Gazeta Prawna w artykule Ojcowiznę mus ratować. Góralskie Veto spowodowało, że tu i ówdzie zapłonęły ciupagi, z dnia 22 stycznia 2021 roku, można, już na początku tego artykułu, przeczytać takie zdanie: „Katarzyna Wiercioch jest w sztabie pospolitego ruszenia przy Sebastianie Pitoniu (twarzy Góralskiego Veta) od marca ubiegłego roku.” Link tu: https://www.gazetaprawna.pl/magazyn-na-weekend/artykuly/8074694,goralskie-veto-zakopane-otwarte-lokale-bunt-przedsiebiorcow.html.

Dziennik Gazeta Prawna to raczej poważny dziennik, więc nie sądzę, by zamieszczał niesprawdzone informacje. Od marca ubiegłego roku? Przecież wtedy jeszcze nikt nie słyszał o pandemii, o zamykaniu lokali gastronomicznych, maseczkach i wszystkich tych idiotyzmach, którymi męczą nas globaliści. Ale już wtedy istniał sztab pospolitego ruszenia. A skoro wtedy istniał, to musiał być jeszcze wcześniej skompletowany. No cóż, architekci, nomen omen, tej nowej normalności, rozważali różne warianty rozwoju tej „pandemii” i przygotowywali się na różne scenariusze. Może nawet na taki, że liczba zakażeń spadnie drastycznie, z czym mamy obecnie do czynienia, co wytrąci władzy wszelkie argumenty uzasadniające obostrzenia. I co wtedy? Wtedy uruchamiamy Góralskie Veto. Przedsiębiorcy otwierają knajpy, hotele, stoki narciarskie. Sądy oczywiście wydają wyroki na korzyść tych przedsiębiorców. Rząd nie reaguje. A po co ma reagować? Im więcej otwartych lokali gastronomicznych, hoteli itp., tym lepiej. Po jakimś czasie podrasujemy statystyki zakażeń i przykręcimy śrubę. Nastraszymy ludzi, że chodzenie do restauracji, barów, czy kawiarni jest niebezpieczne, że tylko jak zaczynacie się spotykać, to wirus atakuje ze zdwojoną siłą. Że to wszystko to będzie pic na wodę fotomontaż? To nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Będzie powód do zaostrzenia restrykcji i kolejny argument za zaszczepieniem się, a może nawet za przymusem szczepień, który jeszcze formalnie nie obowiązuje, choć dobrowolność staje się coraz bardziej teoretyczna.

W jednym ze swoich wystąpień – „Góralskie Veto stawia kolejny krok” – Pitoń straszy przedsiębiorców hiperinflacją i jakby na potwierdzenie tego, poinformował, że NBP szykuje banknot o nominale 1000 zł. Nie ma w tym żadnej logiki. Jeśli celem globalistów jest pozbawienie ludzi ich własności, to hiperinflacja spowoduje, że wszyscy zadłużeni spłacą swój dług za grosze i będą właścicielami swoich domów, firm itp. A tarcza finansowa jest właśnie po to, by wykończyć tych przedsiębiorców. Gdyby ci, którzy z niej skorzystali, mieli spłacić swoje zadłużenie, to przy hiperinflacji, spłacą je za grosze. A banknot ten jest tylko potwierdzeniem inflacji, a to duża różnica. Jak dla mnie Pitoń jest rzecznikiem tych, przeciwko którym kieruje swój protest, szumnie zwanym Góralskim Vetem.

Dziś wszyscy siedzą w internecie. Kiedyś było inaczej. W swoim Dzienniku Maria Dąbrowska zapisała pod datą 27.X. 1950: „W Polsce mają zostać zlikwidowane wszystkie wytwórnie łóżek i tapczanów do spania, jako zbędnych już mebli. Bo reakcja nie śpi, partyjni i UB czuwają, a reszta siedzi. Nie ma więc już kandydatów do spania.”

Tak więc słowo „siedzieć” zmieniło swoje znaczenie. Dziś wszyscy siedzą w internecie i ja też. I co ja tam czytam? Czytam entuzjastyczne komentarze na temat Góralskiego Veta. Entuzjastyczni są wszyscy: zwykli komentujący i właściciele kanałów internetowych, bardziej lub mniej popularnych. Same ochy i achy. Owszem, zdarzają się wśród nielicznych komentujących opinie, że Pitoń to ruski agent. Ja przynajmniej na takie się natknąłem. Być może są jeszcze inne, odrębne zdania, ale zapewne jest ich zdecydowanie mniej niż tych entuzjastycznych.

Pitoń dostał potężne wsparcie medialne i to nie tylko z tych tak zwanych mediów alternatywnych, ale i z tych głównych. Bo skoro przeprowadza z nim wywiad Radio Zet, pisze o nim Dziennik Gazeta Prawna i inne, to powinno to skłonić do zastanowienia. Komu i po co zależy na nagłaśnianiu tego protestu? Sam Pitoń, w odróżnieniu od przedsiębiorców, niczym nie ryzykuje. Nie prowadzi działalności gospodarczej, która cierpi na skutek „pandemii”.

Na stronie portalu bezprawnik.pl możemy przeczytać:

»Z tego względu – oprócz oczywistych komunikatów m.in. w mediach społecznościowych – w sieci powstała też specjalna mapa otwartych lokali gastronomicznych. „Interaktywna mapa polskiego biznesu” stale się powiększa. Najwięcej otwartych lokali znajduje się obecnie w dużych miastach na terenie kraju. Oprócz lokali gastronomicznych na mapie mogą znaleźć się oczywiście też inne firmy, które zgodnie z obostrzeniami nie powinny działać (lub ich działalność jest ograniczona). Dotyczy to m.in. hoteli czy siłowni.

Twórcy mapy zachęcają przedsiębiorców, by zgłaszali się do nich, jeśli zdecydują się na otworzenie z powrotem swojego biznesu w pełnym wymiarze. Autorzy zaznaczają przy tym, że umieszczą firmę (razem z jej adresem i podstawowymi danymi) na mapie całkowicie bezpłatnie. Mapa otwartych lokali jest dostępna pod tym linkiem. Z kolei przedsiębiorcy, którzy chcą przeczytać krótki protokół postępowania w razie kontroli, powinni zajrzeć do tekstu #otwieraMY – rady prawnika.«

I dwa zamienne komentarze pod tekstem:

Gwidon Naskręt: Taka mapa to marzenie każdego organu ścigania – gdybym był restauratorem, to raczej (nadal) działałbym w głębokiej konspiracji.

Karls: Smutne ale prawdziwe. Nie zdziwiłbym się jak by to była prowokacja. Po co na ślepo robić kontrole i liczyć, że się trafi, jak ludzie w internecie uwierzą wszystko i jeszcze sami na siebie doniosą?

W tekście oczywiście nie ma informacji na temat tego, kto jest twórcą tej mapy i kto zapłacił za jej stworzenie. Nie wiemy też, czy prawnicy, którzy tak ochoczo chcą pomagać przedsiębiorcom, robią to z dobrego serca, czy ktoś im za to płaci.

Nie wygląda to na spontaniczny ruch. Wprost przeciwnie, wygląda to na dobrze skoordynowaną akcję mediów, środowisk prawniczych i innych. Zbyt szybko rozszerza się to na cały kraj i jest nagłaśniane przez wszystkie media. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z prowokacją? Czas pokaże.

W krótkim filmiku z dnia 25 stycznia Pitoń apeluje do Prezydenta RP. W końcówce tego apelu wykonuje gest dłonią, który przypomina do złudzenia gest byłego prezydenta Francji Francois Hollande, udającego się do masońskiej świątyni. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2r1n_UCHpyo. A tu Gates z takim samym gestem dłoni: https://nt.interia.pl/raporty/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-bill-gates-musimy-byc-gotowi-na-kolejna-pandemie,nId,5016910#iwa_source=worthsee.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Hiperinflacja

Gdy zacząłem pisać ten blog, to jeszcze nie znałem najnowszej wypowiedzi lidera Góralskiego Veta, Sebastiana Pitonia, który straszył nas hiperinflacją, którą nam szykują globaliści. A ten blog jest poświęcony hiperinflacji, tej najsłynniejszej, niemieckiej, z 1923 roku, ale też innemu mało znanemu faktowi z 1914 roku. Pitoń, jako architekt, ma ambicję, by, jak Gaudi, projektować niekonwencjonalnie, dla wyjątkowych klientów, domy. I nie ma w tym nic zdrożnego. Każdy ma prawo do spełniania się w swoim zawodzie. Jeśli jednak wypowiada się w innych sprawach, to wypada zapoznać się uprzednio z tą tematyką. A on najwyraźniej tego nie zrobił, albo nie chciał, albo nie o to w tym wszystkim chodzi, tylko o to, by wykreować nowego guru, który pociągnie za sobą masy, jak Wałęsa, które obudzą się z ręką w nocniku.

Do czego prowadzi hiperinflacja? Prowadzi do tego, że ci, którzy mają kredyty, spłacają je za grosze. Obecnie kredyty ma również tzw. plebs, zatrudniony w korporacjach i plebs, prowadzący własną działalność gospodarczą (ja też należę do plebsu). Czy o to chodzi globalistom, by plebs stał się właścicielem swoich domów i swoich biznesów? Chodzi im dokładnie o odwrotną sytuację. O to, by ich pozbawić ich własności. Hiperinflacja jest ostatnią rzeczą, której chcą. Od lat drukują bez ograniczeń, a hiperinflacji nie ma. Jest inflacja i to każdy widzi.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to końcowe odliczanie. Kiedyś był nawet taki przebój „The final countdown” zespołu Europe. To końcowe odliczanie wieńczy dzieło wieloletnich, a właściwie to dzieło wielowiekowych zabiegów pewnej nacji, która wyspecjalizowała się w wywoływaniu kryzysów finansowych i wojen. Za największy kryzys finansowy w najnowszej historii świata uważa się ten z 1929 roku. Wszystkiego można się o nim dowiedzieć, tylko nie tego, jaka była jego przyczyna i kto go wywołał? Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że te kryzysy finansowe, to jakieś plagi egipskie, które spadają na nas z przyczyn bliżej nieznanych.

Niektórzy jednak uważają, że był jeszcze większy kryzys, a właściwie krach giełdowy, ten z 1914 roku, o którym prawie nikt nie słyszał. Skoro był taki wielki, to dlaczego taki zamilczany na śmierć? Nie udało mi się w polskim internecie znaleźć nic na jego temat. Jedyne na co natrafiłem, to fragment z „Parkietu”:

„W ostatnim tygodniu lipca 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny światowej, doszło bowiem do rynkowego krachu, który nadwerężył liberalny, zachodni ład gospodarczy, budowany od czasów rewolucji przemysłowej. Mimo że kryzys ten wstrząsnął fundamentami ówczesnego kapitalizmu, został niemal całkowicie pogrzebany w otchłani zapomnienia.” – Więcej nie mogłem przeczytać, bo reszta dostępna tylko prenumeratorom. A dlaczego został pogrzebany w otchłani zapomnienia?

Niall Ferguson w książce Potęga pieniądza pisze:

„Niektóre katastrofy finansowe mają swoje rzeczywiste przyczyny. Jeszcze gorszy krach giełdowy (niż ten z 1929 roku – przyp. mój) miał miejsce pod koniec lipca 1914 roku, kiedy wybuch I wojny światowej doprowadził do tak gwałtownych spadków notowań, że największe światowe giełdy – w tym giełda nowojorska – zmuszone były zawiesić działalność. Giełdy pozostały zamknięte od sierpnia aż do końca 1914 roku. Był to jednak skutek wojny światowej, która spadła na rynki finansowe jak grom z jasnego nieba. Znacznie trudniej wyjaśnić krach z października 1929 roku.”

Tyle napisał Fergusson na temat tego kryzysu, a w języku polskim w internecie, jak wspomniałem wyżej, nic nie można znaleźć. O wiele lepiej wygląda to w języku angielskim. Natknąłem się na takie opracowanie: „The Great Financial Crisis of 1914: What Can We Learn from Aldrich-Vreeland Emergency Currency? William L. Silber.” Poniżej wybrane fragmenty:

„W momencie wybuchu I wojny światowej, największy od pokolenia odpływ złota, stanowił podwójne zagrożenie dla amerykańskich finansów: wewnętrzny drenaż waluty z systemu bankowego i zewnętrzny – złota do Europy. System Rezerwy Federalnej, nowo zatwierdzony przez Kongres 23 grudnia 1913 r., latem 1914 r. pozostawał na uboczu, ofiara politycznych i administracyjnych zaniedbań.

Brak operacyjnego banku centralnego skłonił sekretarza skarbu Williama G. McAdoo do szukania rozwiązania na własną rękę. Zastosował taką formę kontroli kapitału, aby poradzić sobie z zagrożeniem zewnętrznym, zamykając giełdę nowojorską (NYSE) na ponad cztery miesiące, aby tym sposobem uniemożliwić Europejczykom sprzedaż swoich amerykańskich papierów wartościowych i zażądanie złota w zamian. Powołał się też na awaryjne postanowienia ustawy Aldricha-Vreelanda dotyczące waluty, aby poradzić sobie z zagrożeniem wewnętrznym, umożliwiając bankom emitowanie krajowych banknotów, ważnej formy waluty w czasach przed powstaniem Rezerwy Federalnej, bez formalnego wymogu, aby waluta ta miała pokrycie w obligacjach skarbowych Stanów Zjednoczonych.

W momencie wybuchu Wielkiej Wojny cudzoziemcy posiadali amerykańskie akcje i obligacje kolejowe o wartości ponad 4 miliardów dolarów, z czego 3 miliardy dolarów w rękach Brytyjczyków. Te papiery wartościowe były aktywami płynnymi i można je było szybko sprzedać na NYSE. W ramach standardu złota inwestorzy zagraniczni mogliby następnie wykorzystać swoje wpływy pieniężne na zakup metalu szlachetnego z amerykańskiego systemu bankowego. Obawa, że Stany Zjednoczone zrezygnują ze standardu złota, spowodowała, że wartość dolara na światowych rynkach była wyjątkowo niska.

Skala problemu zmusiła Amerykę do samoobrony: w momencie wybuchu wojny rezerwy w nowojorskich bankach zostałyby zmniejszone o połowę, gdyby Brytyjczycy sprzedali tylko pięć procent swoich udziałów. Ludzie wiedzieli, że banki próbowały oszczędzać rezerwy w 1907 roku, zawieszając wymienialność depozytów na gotówkę. W 1914 r. bankierzy obawiali się, że odpływ złota do Europy „wzbudzi strach” i spowoduje dodatkowe zapotrzebowanie na pieniądze, zanim zawieszenia zaczną obowiązywać. Bez działającego Systemu Rezerwy Federalnej, niedobór waluty spowodowałby runy na banki, podobne do tych, których doświadczyliśmy jesienią 1907 roku – tylko większe.

Kryzys rozpoczął się 27 lipca 1914 r. Zamiana dolarów na funty na rynku walutowym i wzrost kursu wymiany do 4,92 dolara za funta, cztery centy powyżej punktu eksportowego złota, spowodowały masowy wykup złota. 31 lipca 1914 r., gdy cena funta szterlinga nie spadła w odpowiedzi na rekordowy eksport złota, sekretarz skarbu McAdoo poprosił NYSE o jej zamknięcie. Gdyby obcokrajowcy nie mogli sprzedać swoich amerykańskich akcji, nie mogliby zdobyć dolarów i żądać złota w zamian. McAdoo odrzucił najprostsze rozwiązanie (które wybrał Nixon w 1971 roku – przyp. mój), odejście od standardu złota, jako zbyt niekorzystne dla amerykańskiej wiarygodności.

NYSE pozostawała zamknięta do 12 grudnia 1914 r., ograniczając sprzedaż amerykańskich papierów wartościowych przez obcokrajowców i hamując ich popyt na złoto. Ale groźba runu na amerykańskie rezerwy bankowe nie zniknęła. Amerykańskie długi denominowane w funtach brytyjskich zapadały w tym okresie, a amerykańscy pożyczkobiorcy potrzebowaliby funta szterlinga lub złota, aby wywiązać się ze swoich zobowiązań. Co więcej, prewencyjne podejmowanie gotówki z banków groziło zmniejszeniem rezerw w wyniku odpływu złota.

McAdoo dostrzegł potencjalne niebezpieczeństwo swojej polityki – zamknięcie giełdy pozostawiło rynki kapitałowe bez steru, a zalanie kraju awaryjną walutą groziło inflacją. Receptą McAdoo na zdławienie kryzysu była strategia ucieczki do przodu. 3 września 1914 roku zorganizował Biuro Ubezpieczeń od Ryzyka Wojennego, aby promować eksport bawełny i pszenicy do Europy. Eksport generowałby napływ złota jako płatności za towary amerykańskie, które mogłoby następnie regulować zagraniczne zobowiązania.

Polityka McAdoo zapobiegła panice. Banki nigdy nie wycofały się z obietnicy zamiany depozytów na walutę, a Departament Skarbu USA nigdy nie zrezygnował ze standardu złota, latem i jesienią 1914 r. 11 listopada 1914 r., mniej niż cztery miesiące po wybuchu kryzysu i cztery dni przed otwarciem Banków Rezerwy Federalnej, kurs dolara w stosunku do funta szterlinga spadł poniżej punktu eksportu złota i tym sposobem eksport złota ustał. Zniknęło zagrożenie dla amerykańskiego systemu finansowego.”

Tak więc „Parkiet” pisze o rynkowym krachu, Ferguson o krachu giełdowym, a Silber o wielkim kryzysie finansowym. Istotnie, był to wielki kryzys finansowy, który został zażegnany dzięki roztropnej polityce sekretarza skarbu McAdoo. Nie było więc rynkowego krachu ani krachu giełdowego. A nie było, bo zamknięto giełdę i banki, ale nie po to, by nie wywiązywać się ze swoich zobowiązań, tylko by znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu nikt nie starci. Rozwiązanie nie w stylu finansowych macherów, którzy stanęli z boku. Może właśnie dlatego nic nie pisze się o tym kryzysie finansowym, bo nagle okazałoby się, że można znajdować takie rozwiązania, które nie służą okradaniu innych i nie prowadzą do głębokich zmian w funkcjonowaniu państw i ich gospodarek. To nie przypadkiem po kryzysie z 1929 roku wprowadzono tzw. New Deal, czyli nowy porządek. Ten kryzys trwał do 1933 roku, czyli cztery lata, a jego skutki były odczuwalne jeszcze długo później. Kryzys z lipca 1914 roku trwał tylko 4 miesiące. Dlatego tak o nim cicho.

Ale też wypada sobie zadać pytanie: dlaczego podjęto takie kroki i tak szybko uporano się z zagrożeniem? Czy dlatego, że dbano o interes drobnego inwestora czy ciułacza? No!!! To byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. Prawdopodobnie zostaliby narażeni na stary wielcy tego świata i stąd désintéressement, że się tak wyrażę w tym języku dyplomacji, FED-u, czyli Żydów. I może właśnie dlatego i przede wszystkim dlatego tak o nim cicho.

Tak działa elita finansowa, gdy chodzi o zabezpieczenie jej interesów. A jak działa, gdy chodzi o zrobienie dużych interesów? Duże interesy można zrobić na hiperinflacji, takiej jak w Republice Weimarskiej w 1923 roku. Rondo Cameron w swojej Historii gospodarczej świata pisze:

„W istocie, wobec gospodarczego osłabienia Europy i niepewnego stanu gospodarki międzynarodowej, Francja, Wielka Brytania i inne państwa alianckie mogły spłacić długi Stanom Zjednoczonym tylko pod warunkiem uzyskania podobnych sum w charakterze reparacji. Ale zdolność Niemiec do spłaty reparacji zależała w ostatecznym rachunku od ich zdolności do uzyskania takiej nadwyżki eksportu nad importem, która umożliwiłaby im zdobycie dostatecznej ilości obcych walut lub złota. Jednak ograniczenia gospodarcze narzucone Niemcom przez aliantów uniemożliwiły im uzyskanie nadwyżki wystarczającej na coroczne spłaty. W końcu lata 1922 roku, w wyniku obciążenia kraju spłatą reparacji (a także w efekcie działań spekulacyjnych), zaczęła katastrofalnie spadać wartość niemieckiej marki. W końcu roku nacisk, jakiemu podlegała marka, był już tak wielki, że Niemcy w ogóle zaprzestały spłat.

Wojska francuskie i belgijskie przystąpiły w styczniu 1923 roku do okupacji Ruhry, przejęły tamtejsze kopalnie węgla oraz koleje i próbowały zmusić niemieckich właścicieli kopalń i niemieckich robotników do dostaw węgla. Niemcy odpowiedzieli biernym oporem. Rząd niemiecki wydrukował ogromne ilości pieniądza papierowego na wypłaty rekompensacyjne dla robotników i pracodawców na obszarze Ruhry i w ten sposób wywołał falę nieopanowanej inflacji. W 1914 roku stosunek wartości niemieckiej marki w złocie do dolara wynosił jak 4,2:1. W końcu wojny 14 marek papierowych równało się jednemu dolarowi, w lipcu 1922 roku były to już 493 marki papierowe, a w styczniu 1923 roku – 17 792. Później spadek wartości marki odbywał się w postępie geometrycznym aż do 15 listopada 1923 roku, kiedy ostatnia zarejestrowana transakcja wymiany odbyła się po kursie 4,2 bln marek za jednego dolara. Marka była dosłownie mniej warta od papieru, na którym ją wydrukowano. W tym momencie władze walutowe zdemonetyzowały markę i zastąpiły ją nową jednostką pieniężną o nazwie rentenmark, równą bilionowi starych marek.”

Z tego fragmentu można wywnioskować, że praktycznie od zakończenia I wojny światowej, tak kierowano polityką i gospodarką, by doprowadzić do nowego konfliktu. Kierowano? Kto kierował? No chyba nietrudno się domyślić. Skoro narzucono Niemcom ograniczenia gospodarcze, to trudno, by byli w stanie spłacać reparacje. Zajęcie Ruhry, okręgu przemysłowego, który dostarczał 80% produkcji stali i węgla, musiało doprowadzić do załamania gospodarki. Ci, którzy o tym decydowali, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

W momencie, gdy kurs marki wobec dolara doszedł do biliona, zdecydowano się na wymianę waluty. Można by zapytać, dlaczego akurat wtedy? Sama wymiana waluty w trudnej sytuacji gospodarczej nie rozwiązuje żadnego gospodarczego problemu. Po co była ta hiperinflacja? Wyjaśnia to Alan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii. Pisze on:

„Okupacja Ruhry zadała ostateczny cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono już sto sześćdziesiąt tysięcy marek; 1 sierpnia – milion; 1 listopada – sto trzydzieści miliardów. Załamanie marki nie tylko kładło na obie łopatki handel i prowadziło do bankructwa interesów, ale oznaczało również brak żywności w większych miastach i bezrobocie; pociągało za sobą klasyczny skutek wszystkich katastrof ekonomicznych, bo sięgając także w dół dotykało każdego członka społeczeństwa w sposób, w jaki nie dotyka go żadne wydarzenie polityczne. Wszystkie oszczędności klasy średniej i pracującej stopniały za jednym zamachem, tak jak nie zdołałaby ich stopić żadna rewolucja, a jednocześnie siła nabywcza płac została zredukowana do zera. Gdyby nawet ktoś pracował do upadłego, nie zdołałby zakupić odzienia dla rodziny, a w dodatku pracy nie można było znaleźć.

Inflacja ta niezależnie od przyczyn, jakie ją wywołały – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła podwalinami niemieckiego społeczeństwa, tak jak nie wstrząsnęły nimi ani wojna, ani rewolucja listopadowa 1918 roku, ani nawet traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i w znaczenie pieniądza. Gwałtowne ataki Hitlera na zgniły, opanowany przez Żydów system, który dopuścił do tego, zaciekłe napaści na traktat wersalski i na rząd republikański za podpisanie go, znalazły oddźwięk w doprowadzonych do nędzy i rozpaczy szerokich warstwach niemieckiego społeczeństwa.”

Co było przyczyną tej hiperinflacji? Przecież sama z siebie nie bierze się ona. Ktoś musiał drukować te pieniądze, ale wcześniej ktoś musiał podjąć decyzję, by je drukować. Nie wszyscy stracili. Bullock pisze: „a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie”. Z kolei Wikipedia pisze:

„Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.”

Źródło: strefainwestorów.pl

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.” – Wikipedia.

A co działo się później? Wikipedia tak pisze:

„15 października 1923 rząd Rzeszy powołał do życia Deutsche Rentenbank, który przejął zadanie emisji pieniądza od Reichsbanku i od 15 listopada 1923 rozpoczął emisję nowej waluty – Rentenmarki. Ponieważ rezerwy złota Rzeszy nie wystarczyły na pokrycie kapitału założycielskiego Rentenbanku, zaciągnięto kredyt pod hipotekę zakładów przemysłowych i gospodarstw rolnych znajdujących się w posiadaniu państwa – kredyt opiewał na sumę 3,2 miliarda Rentenmarek. Kurs nowej waluty – Rentenmarki – ustalono na 1:1012 (bilion) marki papierowej, co odpowiadało 4,2 Rentenmarki za dolara. (powrót do kursu złotej marki do dolara z 1914 roku – przyp. mój).

Rozporządzenie ograniczyło ilość pieniądza w obiegu do kwoty 3,2 miliarda Rentenmarek, ustalając również granicę 1,2 miliarda Rentenmarek do dyspozycji rządu. Pomimo tego, że finansowanie wydatków rządowych odbywało się prawie wyłącznie poprzez emisję dodatkowego pieniądza, Rentenbank nie zgodził się na podwyższenie tych pułapów. Reforma skutecznie ograniczyła ilość pieniądza w obiegu, zatrzymała inflację i wymusiła powrót do zbilansowanego budżetu.

Dzięki reformie, ograniczeniu pieniądza w obiegu i drastycznej konsolidacji budżetu udało się ustabilizować walutę – zaczęto mówić o cudzie Rentenmarki.

Rentenmarka była jedynie rozwiązaniem przejściowym, a 30 sierpnia 1924 zgodnie z planem Dawesa wprowadzono Reichsmarkę.

Chociaż hiperinflacja zakończyła się reformą walutową a Republika Weimarska przetrwała jeszcze przez ponad dekadę, wielu historyków uważa, że ówczesna sytuacja gospodarcza odegrała znaczącą role w dojściu nazistów i Adolfa Hitlera do władzy. Hiperinflacja poważnie zachwiała zaufaniem klasy średniej do instytucji liberalnych – członkowie klasy średniej mający oszczędności w gotówce i obligacjach byli najbardziej narażeni na straty. Spadło zaufanie do banków – wielu bankierów było pochodzenia żydowskiego, przez co niektórzy określali weimarskie banknoty o wysokich nominałach mianem żydowskiego confetti.”

To tyle Wikipedia, ale nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować jeszcze jednego zdania, które mnie rozbawiało: W okresie międzywojennym zjawisko hiperinflacji niemieckiej tłumaczyły dwie teorie ekonomiczne: teoria bilansu płatniczego i ilościowa teoria pieniądza. To tylko jedno zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że ekonomia jest nauką, a może „nauką”, wymyśloną przez Żydów, by w sposób „naukowy” tłumaczyć gojom ich finansowe machlojki i robić im wodę z mózgu.

Liberum veto

Ostatnio pojawiła się oddolna inicjatywa przedsiębiorców, którzy mają już dość zakazów, które uniemożliwiają im prowadzenie działalności i zarabianie na życie. Iskra wyszła z gór, dlatego sprzeciw określono mianem Góralskiego Veta. Inicjatorzy protestu odwołują się w ten sposób do tradycji I Rzeczypospolitej i to jej liberum veto ma symbolizować ten oddolny ruch. Czy rzeczywiście jest to oddolny ruch? Czy rzeczywiście sądy, tak same z siebie, wydają wyroki korzystne dla przedsiębiorców? W Ameryce zablokowano, jeszcze urzędującemu wówczas prezydentowi, komunikowanie się poprzez media społecznościowe, a u nas, zbuntowana restauracja w Cieszynie wykorzystuje Facebook do komunikowania się z innymi, chcącymi iść w jej ślady, a Facebook ich nie blokuje. – Zastanawiające. Restauracja ta rozpoczęła swoją działalność w połowie lipca 2019 roku pod nazwą „U trzech braci”. Czy ci „bracia”, to tutaj tacy przypadkowi? Ja dobrze pamiętam początki Solidarności, nadzieje i entuzjazm, jaki nam towarzyszył i rozczarowanie, jakie później przyszło i refleksja, że to była ustawka. Kontrolę nad nią szybko przejęli ludzie z KOR-u. Skończyło się to stanem wojennym, który został wprowadzony bezprawnie.

Argument, że to, co robi rząd, jest bezprawne, jest wyjątkowo naiwny. Tak, jak naiwna jest wiara w to, że sądy wydają korzystne dla przedsiębiorców wyroki. Jeśli takie wydają, to dlatego, że tak mają robić. Być może celem tej akcji, jak dla mnie, zaplanowanej z premedytacją, jest wprowadzenie ostrzejszych rygorów, gdy Góralskie Veto rozejdzie się po kraju i nagle zacznie „wzrastać” liczba zakażonych. Dla rządu nie jest problemem sfabrykowanie odpowiednich statystyk. One od początku nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Rząd, gdyby chciał, to w pięć minut spacyfikowałby to Góralskie Veto i tę cieszyńską restaurację. Stan wojenny z 1981 roku z dnia na dzień spacyfikował cały kraj. Inna sprawa, że rząd przygotowywał się do tego, prawdopodobnie, od jesieni 1980 roku, a może jeszcze wcześniej. A czy teraz on do czegoś nie przygotowuje się? Tego nie wiemy, ale taka „bezradność” rządu budzi niepokój – takie podpuszczanie. W 1981 roku też tak to wyglądało.

Wyskoczył ten przywódca Góralskiego Veta, Sebastian Pitoń, z nawiązaniem do tradycji I Rzeczypospolitej i jej liberum veto. No to spójrzmy, co to była za tradycja i czy rzeczywiście warto do niej nawiązywać.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie wspomina o sejmikach, których znaczenie było nie mniejsze niż sejmu, a może nawet większe. To był kluczowy element ustrojowy I Rzeczypospolitej. Ale o nim w dalszej części bloga.

Wmawia się nam, że I Rzeczypospolita była państwem o wspaniałym ustroju, demokracją, jakiej świat nie widział, a liberum veto symbolem wolności. Taką narrację przyjęto po 1989 roku. Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Wielka Encyklopedia Powszechna, powstała za czasów PRL-u, tak pisze:

»Liberum Veto (łac., ‘wolne „nie pozwalam” ‘), w Polsce XVII-XVIII wieku przyjęta potocznie nazwa prawa zrywania sejmu, wyrażanego w okrzyku posła „nie pozwalam” lub „protestuje się”; protest zgłoszony przeciwko jednej z uchwał danego sejmu (bez obowiązku uzasadnienia) unieważniał wszystkie jego uchwały, które traktowano jako całość. Po raz pierwszy zerwał w ten sposób sejm w 1652 roku poseł upicki W. Siciński; w 1669 roku zerwano sejm przed upływem czasu przewidzianego na obrady, a w 1688 nawet przed wyborem marszałka. W pierwszej połowie XVIII wieku za Augusta II zakończyły się uchwałami tylko 4 sejmy, za Augusta III – tylko 1 sejm.

U podłoża liberum veto leżała praktyka wiązania posłów zaprzysięganą przez nich instrukcją, co przyczyniało się do odrzucenia zasady większości głosów („nic na nas bez nas”). Wśród znacznej części szlachty liberum veto uchodziło za „źrenicę wolności”, wyraz „głosu wolnego” szlacheckiej demokracji. W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).

Jednym ze środków zaradczych przeciwko liberum veto było chwilowe zawieszanie lub odraczanie obrad sejmu (limita). Bardziej skuteczne było zawiązywanie konfederacji, do której sejm przystępował, lub powoływanie jej przez sejm. Obowiązywała wówczas zasada większości głosów, a sejm skonfederowany nie mógł być zerwany.

Krytyka zasady jednomyślności i liberum veto oraz pierwsze reformy rozpoczęły się już w XVII wieku. Z postulatami zasadniczych zmian zmierzających do uzdrowienia polskiego sejmowania wystąpili przede wszystkim S. Leszczyński (Głos wolny wolność ubezpieczający 1749), S. Konarski (1760-64), J. Wybicki (1775). Reformy podjęte na Sejmie Czteroletnim zostały poprzedzone wystąpieniami H. Kołłątaja (1788-89) i S. Staszica (1787, 1790), którzy potępiając liberum veto, postulowali zamianę jednomyślności na nowoczesny system zwykłej lub kwalifikowanej większości głosów.

Reforma sejmowa podjęta w 1768 roku niewiele ograniczyła liberum veto, usunęła je tylko ze spraw drugorzędnych; Liberum veto pozostało jednym z praw kardynalnych. Ważniejsza była w tym czasie praktyka stałego konfederowania sejmów. Kres zasadzie jednomyślności i praktyce zrywania sejmów położyła dopiero Konstytucja 3 maja 1791.«

Encyklopedia podaje następujące źródła: W. Konopczyński Liberum veto, Kraków 1918; S. Kutrzeba Sejm walny dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1922; W. Czapliński Dwa sejmy roku 1652, Wrocław 1955.

W Wikipedii możemy m.in. przeczytać:

Liberum veto – zasada ustrojowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dająca prawo każdemu z posłów biorących udział w obradach Sejmu do zerwania go i unieważnienia podjętych na nich uchwał.

Zasada ta powstała z zasady jednomyślności, a ta z kolei ze wspólnotowego charakteru Rzeczypospolitej, która w istocie rzeczy stanowiła federację ziem. Każdy z posłów był wybrany przez lokalny sejmik i reprezentował jeden okręg. Tym samym brał na siebie odpowiedzialność wobec sejmiku za wszystkie decyzje, które zapadną na Sejmie. Natomiast podejmowanie decyzji przez większość wbrew woli mniejszości (choćby tą mniejszością był tylko jeden sejmik) uznawano za łamanie zasady równości ustrojowej. Za zasadą jednomyślności przemawiały istotne względy praktyczne. W dawnej Polsce nie istniał bowiem urzędniczy aparat egzekucji prawa, utrzymywany przez samo państwo z pieniędzy podatników. Obowiązujące prawo egzekwowane było przez szlachtę – czy to indywidualnie, czy też zbiorowo. Funkcjonowanie władzy wykonawczej zależało więc od dobrowolnego wsparcia wszystkich obywateli. W takich warunkach próby egzekucji prawa niemającego za sobą powszechnego poparcia musiałyby więc być nieskuteczne lub – co gorsza – mogłyby prowadzić do wojny domowej.”

Jest to opis dosyć ogólnikowy i nie bardzo wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. Norman Davies w swojej książce Boże Igrzysko opisuje to bardziej szczegółowo:

»Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.«

Z tego opisu wynika, że większość spraw załatwiano na poziomie sejmików i posłów wiązały instrukcje od szlachty danej prowincji. Jednak ktoś tym wszystkim musiał rządzić. „W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).” – I pewnie ten wniosek nie jest daleki od prawdy.

W Wikipedii można jeszcze natknąć się na taki fragment:

„Zasada liberum veto była też wyrazem przekonania szlachty, że gdyby prawie wszyscy posłowie szlacheccy ulegli korupcji, to zawsze znajdzie się chociażby jeden nieprzekupiony, który sprzeciwi się przyjęciu szkodliwej ustawy. Jej istnienie związane było z trwającym od dziesięcioleci konfliktem pomiędzy majestatem królewskim i wolnością szlachecką (łac. inter maiestatem ac libertatem), przy czym za potencjalnego sprawcę praktyk korupcyjnych uważano króla.”

Takiego argumentu używa też lider Góralskiego Veta, tłumacząc powód, dla którego odwołuje się do tej tradycji. No cóż, najwyraźniej nie słyszał on o instrukcjach od szlachty danej ziemi, które obowiązywały posła tej ziemi. Ale nie ograniczało się to do samych instrukcji. Był jeszcze jeden czynnik, jeszcze ważniejszy, który całkowicie wypaczał działanie tej „demokracji szlacheckiej”. Temat szczegółowo opisany w blogu „Sztadlani”. Tu przytoczę z niego parę fragmentów.

Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

»Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

„Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.”«

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że liberum veto wcale nie było takie liberum, jak niektórym naiwnym wydaje się. Ja mam taką wadę, że jak ktoś odwołuje się do tradycji I Rzeczypospolitej, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

Wikipedia pisze też:

„Ogółem w XVII–XVIII wieku sejm zerwano 73 razy. Podział posłów zrywających sejm ze względu na pochodzenie wygląda następująco:

  • 28 posłów z ziem litewskich
  • 24 posłów z ziem Rusi
  • 12 posłów z ziem Wielkopolski i Mazowsza
  • 9 posłów z Małopolski

Trzy razy zerwał sejm reprezentant sejmiku wileńskiego, cztery razy upickiego. W pierwszej połowie XVIII Sejmy zrywano często, natomiast od 1764 roku za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego liberum veto wyszło praktycznie z użycia, zasada jednomyślności nie dotyczyła bowiem sejmów skonfederowanych. Posłowie zawiązywali więc konfederację na początku obrad, aby zapobiec ich zerwaniu.

Ważnym głosem w kwestii liberum veto jest stanowisko Pawła Jasienicy, który gorąco przeciwstawiał się łączeniu politycznej anarchii z polskością czy też polskim charakterem narodowym, zwracając uwagę, że ani jeden poseł z Poznańskiego nie zerwał sejmu przy pomocy veto, natomiast większość vetujących pochodziła z litewskiej części Rzeczypospolitej. Jasienica nie zgadza się ze stwierdzeniami, że „naród polski przez swoją anarchię sam przygotował rozbiory”. Utrzymuje on, że to nie polskie społeczeństwo, lecz władza przyczyniła się do utraty państwowości. Zwłaszcza ostatni Jagiellonowie w niedostatecznym stopniu dopuszczali do głosu szlachtę, której żądania zwiększenia realnej władzy królewskiej pozostawały w opozycji do łagodnej polityki dworu. Po śmierci Zygmunta II Augusta niedopuszczana do głosu szlachta zmuszona była bez przygotowania wybrać następcę tronu, co gorsza z marnych kandydatów. Gdy pogorszyła się sytuacja międzynarodowa, przyniosło to opłakane skutki.”

I Rzeczypospolita trwała niewiele ponad 200 lat. Liberum veto panowało od polowy XVII wieku do połowy XVIII wieku. Czy była to taka wielka tradycja i czy rzeczywiście jest się do czego odwoływać? Tradycja niewątpliwie niechlubna. Po co więc odgrzewać ten zatruty kotlet? Może po to, by dać innym sygnał, skąd nam nogi wyrastają i po której stronie barykady stoimy.

Gdybym ja chciał nawiązywać do tradycji I Rzeczypospolitej, o której mam jak najgorsze zdanie, to te Góralskie Veto nazwałbym Góralskim Rokoszem, bo rokosz to prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje. Obecnie taki bunt nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem i jest on skierowany, nie przeciwko królowi, tylko przeciwko rządowi i dlatego nie nazywamy go rokoszem, tylko obywatelskim nieposłuszeństwem, bo dziś wszyscy obywatele mają takie prawa, jak niegdyś szlachta.

Z historii, tej prawdziwej, możemy dowiedzieć się o wiele więcej o teraźniejszości, niż wielu się wydaje. I dzięki niej możemy tę teraźniejszość łatwiej zrozumieć. Tylko komu chce się ją zgłębiać i docierać do różnych źródeł, nawet tych oficjalnych, z których też można czasem wyłowić jakąś ciekawą informację.

Pieniądze

Tak się jakoś dziwnie składa, że całe nasze życie kręci się wokół pieniędzy. Trudno, żeby było inaczej. Nie jesteśmy w stanie bez nich żyć. Wprawdzie Indianie w Puszczy Amazońskiej, Aborygeni czy Buszmeni obywają się bez pieniędzy, co więcej, ich nie można zaszantażować tym, że jak się nie zaszczepią, to nie wyjadą za granicę, czy nie będą mogli korzystać z usług państwowej służby zdrowia. Oni to wszystko mają w d….. Oni nawet nie wiedzą, co to jest pandemia i że ona jest. A my uwierzyliśmy w postęp, którego nie byłoby, gdyby nie kredyt. Tak! Taką ciemnotę wciskają nam międzynarodowi macherzy od finansów. Skoro więc wszystkiemu winny jest pieniądz, a właściwie pusty pieniądz, to wypada chyba zastanowić się nad tym czym on jest, jaka jest jego natura.

Jak zawsze w takich wypadkach należy zacząć od definicji. Wikipedia pisze tak:

Pieniądz – towar uznany w wyniku ogólnej zgody jako środek wymiany gospodarczej, w którym są wyrażone ceny i wartości wszystkich innych towarów. Jako waluta, krąży anonimowo od osoby do osoby i pomiędzy krajami, ułatwiając wymianę handlową. Innymi słowy jest to materialny lub niematerialny środek, który można wymienić na towar lub usługę. Prawnie określony środek płatniczy, który może wyrażać, przechowywać i przekazywać wartość ściśle związaną z realnym produktem społecznym.

A więc pieniądz jest towarem. Słowo to Wikipedia definiuje jako produkt pracy ludzkiej, który jest przeznaczony do sprzedaży. Pojęcie to obejmuje dobra konsumpcyjne i produkcyjne. Rozumiem więc, że dobrem konsumpcyjnym może być coś, co mogę skonsumować, a dobrem produkcyjnym jest coś, co mogę przeznaczyć do produkcji innego dobra. Wikipedia wyjaśnia jeszcze, że waluta to jest nazwa pieniądza obowiązującego w danym państwie. I dalej wyjaśnia, że pieniądz jest materialnym lub niematerialnym środkiem, który można wymienić na towar lub usługę. Jeśli jest niematerialnym środkiem, to nie może być towarem – taka sprzeczność w definicji. I jakby w tym momencie dotykamy istoty problemu: czy prawdziwy pieniądz może być niematerialny, a jeśli może być niematerialny, to czy musi mieć pokrycie w czymś materialnym? I dlaczego to pokrycie w czymś materialnym jest tak ważne? Banknot jest materialny, ale nie jest towarem, bo nie służy do konsumpcji i do produkcji innego dobra. Bitcoin jest niematerialny i nie jest towarem.

Mamy dwa rodzaje pieniądza. Pieniądz gotówkowy i bezgotówkowy. Pieniądz gotówkowy to:

  • kruszcowy
  • metalowy
  • papierowy

Pieniądz bezgotówkowy to:

  • czeki
  • weksle
  • obligacje
  • bony
  • pieniądz elektroniczny
  • karty kredytowe

Ekonomiczne funkcje pieniądza:

  • funkcja cyrkulacyjna (transakcyjna)
  • funkcja obrachunkowa (miernik wartości towarów)
  • funkcja płatnicza
  • funkcja tezauryzacyjna

W sumie więc wszystko jasne, poza tą ostatnią funkcją pieniądza. Brzmi to bardzo tajemniczo, bo słowo pochodzi od greckiego „thesauros” – magazyn, skarbiec. Czyli jak schowamy pieniądze, złoto, biżuterię albo kupimy dzieła sztuki i antyki, to wtedy mamy do czynienia z tezauryzacją, co można też nazwać oszczędzaniem. Chodzi w tym o to, jak zachować wartość swojej pracy w czasie, jak uchronić się przed inflacją. 100 lat temu uncja złota kosztowała 20 dolarów, obecnie – blisko 2000, a więc 100 razy więcej, a cena ta jest sztucznie utrzymywana na tym poziomie.

Skąd się bierze inflacja? Inflacja bierze się z emitowania pustego pieniądza. Zyskują ci, którzy pierwsi mają dostęp do tych nowych pieniędzy i dokonują zakupów jeszcze po starych cenach. Pozostali patrzą tylko bezradnie, jak ich pieniądze, a więc praca, tracą na wartości. Mają ich za mało, by inwestować w nieruchomości, ziemię, nie mają predyspozycji do prowadzenia jakichś podejrzanych interesów. Tak się tworzy podział na biednych i bogatych. Praca jest tu ostatnim czynnikiem, który decyduje o tym, czy ktoś jest bogaty, czy biedny. Ale nie chodzi tu o to, by wszyscy byli bogaci, tylko o to, by ci, którzy zarabiają najmniej, mogli zarabiać w pieniądzach, które nie tracą na wartości. Z drugiej strony, czy ci najlepiej zarabiający są tacy wyjątkowo uzdolnieni i zapotrzebowanie rynku na ich usługi jest tak duże, że przekłada się to na ich zarobki. Czy takie branże jak informatyczna, farmaceutyczna, medyczna, medialna – czy one wypracowują swoje zyski w oparciu o wolny rynek, czy dlatego, że to państwo jest najbardziej zainteresowane w korzystaniu z ich usług? A jest zainteresowane, bo dzięki nim może realizować program całkowitego zniewolenia swoich obywateli.

Ktoś może powiedzieć, że biedni byli zawsze. To prawda. I zapewne nie da się do końca wyeliminować tego zjawiska, bo są ludzie umysłowo chorzy, kaleki, dotykają ludzi zdarzenia losowe itp. Chodzi tylko o skalę. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że był jakiś władca arabski, który postanowił rozprawić się z biedą i wyrżnął wszystkich biedaków. I co? I po pewnym czasie… znowu pojawili się biedni. Problem jest więc bardzo złożony. Wyjaśnienie, czym jest pieniądz, pozwoli zapewne na, przynajmniej częściowe, zrozumienie problemu biedy. I jak zawsze wypada zacząć od początku.

W definicji Wikipedii podano, że pieniądz jest towarem. To ma swój głębszy sens, bo jedyna sensowna wymiana jest wtedy, gdy wymieniamy jakiś towar na inny towar. Oba wymagały nakładu jakiejś pracy. Złoto i srebro są towarami. Popyt na złoto kształtuje się mniej więcej tak: jubilerstwo – 44%, popyt inwestycyjny – 29%, banki centralne – 12%, przemysł – 9%, EFT-y – 6%. Te ostatnie to fundusze, które kupują złoto w imieniu inwestorów posiadających ich udziały. W przypadku srebra wygląda to tak: przemysł – 53%, monety i sztabki – 20%, jubilerstwo – 18%, fotografia – 5%, srebra stołowe – 4%.

Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Od 700 roku przed Chrystusem ludzie z niemal wszystkich kultur – Majowie , Inkowie, Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Osmanowie i Arabowie – uważali złoto i srebro za cenne środki wymiany. Z powodu ich szczególnych własności, czyli rzadkości i atrakcyjności, te cenne kruszce na tysiące lat ukształtowały postawę systemów pieniężnych na całym świecie.

Cenne metale są podzielne, przenośne, trwałe i rzadkie, a w dodatku ogromnie pożądane. Niezależnie od tego, czy wynika to z ich blasku, czy ciężaru (złoto waży niemal dwa razy tyle co ołów), na całym świecie ludzie czują pociąg do złota i srebra. Do tego, złota i srebra nie można kopiować. Z całego układu okresowego pierwiastków złoto i srebro najlepiej się nadają na środki płatnicze.

Ponadto drogocenne metale okazują się doskonałymi magazynami wartości. W Muzeum Londynu znajduje się dowód, że złoto ma mniej więcej tę samą wartość co dwa tysiące lat temu. Wśród tamtejszych eksponatów znajduje się rzymski aureus, moneta zwierająca 8 gramów 22-karatowego złota (o czystości wynoszącej 90 procent). Obok eksponatu podano informację, że za tę monetę można było nabyć około 400 litrów taniego wina. W 2011 roku wartość 8 gramów 22-karatowego złota wynosiła około 400 euro. We francuskich sklepach z winem można kupić cienkie wino w kartonie, płacąc mniej więcej euro za litr. Popyt na złoto i srebro jest nieskończony i odwieczny.”

Saifedean Ammous w książce Standard Bitcoina opisuje historię złotego pieniądza:

»W czasach Republiki Rzymskiej dominującą monetą był denar, który zawierał 4,55 grama srebra. Jednak z biegiem czasu najbardziej cenionym pieniądzem w przodujących cywilizacyjnie rejonach świata stawało się złoto i to złote monety zaczynały wieść prym jako główny środek wymiany. Juliusz Cezar, ostatni dyktator republiki Rzymskiej, wprowadził do obiegu aureusa – monetę, która zawierała 8 gramów złota i była powszechnie akceptowana na kontynencie europejskim oraz na obszarach położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zwiększając zakres specjalizacji i handlu w Starym świecie. Na okres siedemdziesięciu pięciu lat zapanowała niespotykana wcześniej stabilność gospodarcza, która przetrwała nawet przewrót polityczny, w ramach którego Juliusz Cezar został zamordowany, a republika rzymska przekształcona w imperium z Oktawianem Augustem na czele. Złota era trwała do czasów rządów niesławnego cesarza Nerona, pierwszego, który hołdował zwyczajowi „psucia monety”. Proceder ten polegał na zbieraniu monet będących w obiegu, okrawaniu części ich kruszcu, a następnie wytapianiu większej ilości monet o mniejszej zawartości złota lub srebra.

Póki Rzym zdolny był zajmować nowe terytoria i grabić bogactwo podbitych ludów, jego żołnierze i władcy mogli cieszyć się łupami. Cesarze posuwali się nawet do kupowania sobie poparcia obywateli imperium, wydając rozporządzenia o sztucznie niskich cenach zboża i innych podstawowych produktów, a czasem rozdając je zupełnie za darmo. W konsekwencji, zamiast zarabiać na życie, pracując na wsiach, wielu chłopów opuściło swoje farmy i przeniosło się do Rzymu, gdzie mogli zakosztować lepszego życia bez konieczności pracy. Z biegiem lat Stary Świat nie miał już do zaoferowania nowych zamożnych rejonów do plądrowania, a tymczasem coraz bardziej wystawny i rozrzutny styl życia rządzących oraz coraz liczniejsza armia wymagały dodatkowych źródeł finansowania. Co gorsza, wzrósł również odsetek bezproduktywnych obywateli pasożytujących na hojności cesarza. Wkrótce konieczne stały się dalsze kontrole cen. Neron, który władał Rzymem w latach 54-68 naszej ery, wpadł (na pewno nie on, ale autor nie mógł inaczej napisać – przyp. mój) na zmyślne rozwiązanie tego problemu, łudząco podobne do sugestii Johna Maynarda Keynesa dla rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po I wojnie światowej: poprzez dewaluację waluty można za jednym zamachem osiągnąć obniżkę realnych płac pracowników, redukcję kosztów rządowych subsydiów na produkty pierwszej potrzeby oraz dodatkowe fundusze na finansowanie innych wydatków publicznych.

Zawartość złota w rzymskim aureusie stopniowo obniżono z 8 do 7,2 grama, a zawartość srebra w denarze spadła z 3,9 do 3,41 grama. Zapewniło to tymczasową ulgę rzymskiemu skarbowi, lecz jednocześnie uruchomiło destrukcyjne w skutkach dodatnie sprzężenie zwrotne: niezadowolenie ludu, kontrole cen, dewaluacja pieniądza i wzrost cen następowały jedno po drugim z przewidywalną regularnością pór roku.

Pod rządami cesarza Karakalli (lata 211-217 naszej ery) zawartość złota w monetach znów obniżono, tym razem do 6,5 grama, a za panowania Dioklecjana (lata 284-305 naszej ery) dalej do 5,5 grama. Następnie do obiegu wprowadzono monetę zastępczą zwaną solidem i zawierającą już tylko 4,5 grama złota. Za czasów Dioklecjana denar zawierał jedynie śladowe ilości srebra, którym powlekano rdzeń monety wytapianej z brązu. Powłoka ta w niedługim czasie starła się na skutek użytkowania i na tym zakończyła się era denara jako srebrnej monety.

Stopniowy spadek wartości pieniądza uruchomił powolny, acz nieuchronny proces schyłku imperium w ramach cyklu, który może się wydawać znajomy współczesnym Czytelnikom: psucie waluty obniżało realną wartość aureusa, zwiększało zaś podaż pieniądza i pozwalało cesarzom dalej wydawać na prawo i lewo. Niedługo później pojawiły się inflacja i problemy gospodarcze, którym władcy próbowali w nieudolny sposób przeciwdziałać dalszą dewaluacją monet. Ferdinand Lips znakomicie podsumowuje ten proces i oferuje radę dla ludzi aktualnie zainteresowanych tą tematyką:

Dzisiejszych ekonomistów keynesowskich oraz obecne pokolenie inwestorów powinien zainteresować fakt, że choć cesarze rzymscy robili, co mogli, by „zarządzać” swoimi gospodarkami, jedyne co im się udało, to pogorszyć sprawy. Ustanawiano kontrole cen i płac oraz przymus prawny posługiwania się oficjalnym środkiem płatniczym, nie rozumiejąc, że zabiegi te miały równe szanse powodzenia, co próby zatrzymania pływów morskich. Zamieszki, korupcja, bezprawie i bezmyślna mania na punkcie spekulacji rozprzestrzeniły się po imperium niczym plaga. Dewaluowane monety były tak niepewne, że spekulowanie towarami stało się o wiele bardziej atrakcyjne niż ich produkowanie.

Długoterminowe konsekwencje, jakich doświadczyło Imperium Rzymskie, okazały się druzgocące. Choć Rzymu w okolicach II wieku naszej ery nie można uznać za w pełni wolnorynkową, kapitalistyczną gospodarkę, gdyż działalność przedsiębiorcza była wówczas ograniczona na wielu polach, niemniej gospodarka ta do spółki z solidnym aureusem umożliwiała wykształcenie się największego rynku w ówczesnej historii ludzkości oraz najdalej posuniętego i najbardziej produktywnego podziału pracy, jaki świat w owych czasach widział. Obywatele Rzymu oraz innych dużych miast uzyskiwali dobra, których potrzebowali w ramach handlu z najdalszymi zakątkami imperium. Pozwala to wyjaśnić wzrost dobrobytu w tamtym okresie oraz pustoszący upadek, którego imperium doznało, gdy wspomniany podział pracy się załamał. Rosnące podatki, kontrole cen oraz inflacja zmusiły mieszkańców miast do wyniesienia się na obszary wiejskie, gdzie zajmowali oni wolne połacie ziemi, które mogli przynajmniej uprawiać na własne potrzeby – brak dochodów uwalniał ich od konieczności płacenia horrendalnie wysokich podatków. Skomplikowana struktura społeczna Imperium Rzymskiego, z podziałem pracy na obszarze większości Europy i terenów położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zaczęła się walić. Potomkowie Rzymian na powrót zaczęli wieść życie samowystarczalnych wieśniaków, rozproszonych i egzystujących w izolacji, a z czasem stali się chłopami pańszczyźnianymi na służbie u feudalnych panów.

Cesarz Dioklecjan na zawsze związał swoje nazwisko z fiskalnym i monetarnym matactwem, a Imperium za jego rządów stoczyło się na dno. Jednak rok po jego abdykacji władzę przejął Konstantyn I Wielki, któremu poprzez odważne reformy i odpowiedzialną politykę gospodarczą udało się odwrócić bieg historii. Konstantyn, który jako pierwszy cesarz przeszedł na chrześcijaństwo, przyjął sobie za cel utrzymanie zawartości złota w solidzie na poziomie 4,5 grama i zaprzestanie psucia monet , które w 312 roku naszej ery zaczęto produkować w dużych ilościach. Nową siedzibę cesarską ustanowił w Konstantynopolu, na styku Europy i Azji, dając tym samym początek Cesarstwu Wschodniorzymskiemu (później Bizantyjskiemu), w którym przyjęto solida jak główny środek wymiany. I podczas gdy Rzym pogrążał się w gospodarczym, społecznym i kulturalnym rozkładzie aż do ostatecznego upadku w roku 476. Bizancjum przetrwało kolejne tysiąc lat, a solid zyskał status najdłużej używanej waluty w historii ludzkości.

Determinacja Konstantyna w utrzymaniu jakości solida uczyniła go najbardziej rozpoznawalną i najszerzej akceptowaną walutą na świecie, którą z czasem zaczęto nazywać bizantem. W czasie, gdy Rzym płonął pod rządami zrujnowanych cesarzy, których w efekcie kompletnej dewaluacji monet nie było już stać na opłacanie żołnierzy, odpowiedzialny fiskalnie i monetarnie Konstantynopol prosperował przez kolejne kilka stuleci. Kiedy Wandalowie i Wizygoci panoszyli się po Rzymie, Konstantynopol pozostawał względnie bogaty i wolny jeszcze przez długi czas. I podobnie jak to było w przypadku Imperium Rzymskiego, schyłek Konstantynopola zaczął się dopiero wówczas, gdy jego władcy rozpoczęli dewaluację waluty – proces, którego początku historycy upatrują w rządach Konstantyna IX Monomacha (1042-1055). Razem z upadkiem monetarnym Imperium doznało zapaści na polu fiskalnym, militarnym i kulturowym. Doświadczane coraz częstszymi i coraz poważniejszymi kryzysami ostatecznie zostało podbite przez Turków w roku 1453.

Powszechnie uważa się, że to rozwój miast-państw wyciągnął Europę z ciemnych wieków i wprowadził w epokę renesansu. Mniej powszechna jest jest wiedza na temat roli, jaką w tym procesie odegrały solidne pieniądze. To w miastach państwach ludzie mogli żyć, dysponując swobodą pracy, produkcji, handlu i bogacenia się, przy czym wymienione wyżej korzyści były w dużej mierze zasługą przyjęcia przez te ośrodki solidnych standardów monetarnych. Wszystko zaczęło się w roku 1252 we Florencji, gdzie uruchomiono bicie florenów – pierwszej porządnej monety od czasu Juliusza Cezara i jego aureusa. Rozkwit Florencji uczynił ją handlowym centrum Europy, a floren zyskał status głównego europejskiego środka wymiany, co otworzyło bankom drogę do prowadzenia działalności na obszarze całego kontynentu. Jako pierwsza śladami Florencji poszła Wenecja, gdzie w roku 1270 rozpoczęto bicie dukata zaprojektowanego na wzór florena, a przed końcem XIV wieku już w ponad 150 europejskich miastach i państwach bito monety wzorowane na florenckiej walucie. Standaryzacja na taką skalę dała mieszkańcom Europy możliwość handlu i akumulacji bogactwa przy pomocy solidnego pieniądza, cechującego się wysoką zbywalnością niezależną od czasu i miejsca – a dzięki łatwej podzielności – również skali. W następstwie uzyskania przez europejskie chłopstwo wolności gospodarczej, nastąpił polityczny, naukowy, intelektualny i kulturowy rozkwit włoskich miast-państw, który z czasem objął cały kontynent europejski. Czy to w przypadku Rzymu, Konstantynopola, Florencji czy Wenecji, historia raz za razem pokazuje, że solidny standard monetarny stanowi warunek bogacenia się i rozwoju społeczeństw. Bez takiego standardu ludzkość staje u progu biedy, zacofania i barbarzyństwa.«

Z powyższego cytatu nie wiadomo dlaczego te floreny i dukaty stały się tak powszechne i akceptowane w całej Europie. To wyjaśnia Willem Middelkoop:

„Pod koniec XIII wieku wszystkie włoskie miasta-państwa, które szybko powiększyły zakres swoich wpływów, używały złotych monet do ułatwienia rozwijającego się handlu, a to ograniczało monopolistyczne przywileje monarchów bijących pieniądz. W krótkim czasie te złote monety rozprzestrzeniły się w całej zachodniej Europie, w wyniku czego rozwinął się system pieniężny oparty na złocie. W roku 1275 osiem monet srebrnych wymieniało się na jedną złotą tego samego ciężaru.

Po upadku cesarstwa bizantyjskiego, epidemii dżumy i ciągu krachów finansowych nękających Europę w wielu krajach tego kontynentu bizanta w roli pieniądza zastąpiły monety srebrne. Od roku 1550 do początku XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen. Po odkryciu olbrzymich złóż srebra w Ameryce łacińskiej w XVI wieku rozwinął się międzynarodowy system waluty srebrnej, który utrzymał się prawie przez czterysta lat. Ponieważ srebro ma mniejszą wartość od złota, srebrnymi monetami łatwiej się było posługiwać przy codziennych zakupach. System waluty srebrnej przyjęto także w Stanach Zjednoczonych w 1785 roku.

W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Fakt powstania miast-państw i bicie przez nie złotych monet spowodował, że monopol monarchów został przełamany. W momencie, gdy pojawia się na rynku solidna moneta, bicie takich o obniżonej zawartości złota mija się z celem, bo nikt ich nie przyjmie. To jest tylko możliwe, gdy władcy mają monopol. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany.

Middelkoop pisze też, że od 1550 roku do połowy XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen, ale nie wyjaśnia, co było powodem. Powodem było to, że w Europie pojawiło się dużo złota. Było to oczywiście złoto zrabowane mieszkańcom obu Ameryk, a nie te wydobyte z ziemi. Złoto jest też towarem i podlega takim samym prawom, jak każdy inny towar. Jeśli jest go dużo, to jego cena spada. W tym wypadku nie nastąpił spadek ceny złota, które samo w sobie jest miernikiem wartości, tylko nastąpił wzrost cen innych towarów. Jednak taka sytuacja już nigdy w dziejach ludzkości nie powtórzy się. Zwiększenie ilości złota może nastąpić obecnie tylko poprzez jego wydobycie, co nie jest łatwe i wymaga dużego nakładu sił i środków.

O srebrze Middelkoop pisze: „W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Zaprawdę muszą się gimnastykować wszyscy ci piszący książki o finansach, walutach, ekonomii itp., żeby nie napisać prawdy, bo musieliby napisać o macherach od finansów. Z tym srebrem to było trochę inaczej. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym nic złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze (wechseln, wym. veksln, znaczy: wymieniać, rozmieniać, zamieniać – przyp. mój) mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.

Po wtóre, postanowił Bamberger wypędzić z kraju srebro, a zastąpić je niklem i złotem.

Max Nolda, Juliusz Pikardt, R.A. Seeling (Żydzi) posiadali kopalnię niklu w Naumbergu nad Bobrem, wuj Bamberga, Bischoffsheim, zasiadał w radzie nadzorczej Towarzystwa akcyjnego, eksploatującego kopalnie ołowiu i cynku. Sam nawet twórca pomysłu był głównym ”grynderem” interesu niklowego.

O znaczne straty przyprawiła skarb niemiecki zamiana srebra na złoto, nakazana kategorycznie prawem z dnia 9 lipca 1873 roku, sfabrykowanym znów przez Bamberga i Laskauera.

Zamiana ta grzeszy przeciw zasadniczym prawidłom ekonomii politycznej. Srebro bowiem mają Niemcy u siebie, a złoto muszą kupić. Aż do roku 1871 wydawały ziemie germańskie corocznie za 6 milionów talarów srebra, a złota tylko za 180 000. A właśnie w tym czasie zaczęło srebro spadać w cenie. Zniżenie jego wartości przez mennicę niemiecką nie mogło wpłynąć na podwyższenie kursu. W chwili przyjęcia prawa monetarnego, znajdowało się srebro do złota w stosunku 1:15 i pół, Niemcy straciły w przeciągu bardzo krótkiego czasu 30 procent całego swego mienia srebrnego.

Panika „srebrna” w Niemczech padła i na inne kraje. Obniżył się naturalnie kurs wszystkich papierów zagranicznych, oznaczonych na wartość srebra. Straciły na wartości wszystkie akcje austriackie, amerykańskie i wiele innych, którymi „grynderzy” zasypali targ niemiecki.

Kupony papierów austriackich i amerykańskich płaciły banki odnośne srebrem. Na tym stracili posiadacze niemieccy w r. 1875 przeszło 100 milionów marek. Taką samą klęskę ponieśli w roku następnym.

Sam rząd stracił podczas wojny ze srebrem 96 milionów, co dowiódł w r. 1879 prezydent Reichsbanku (bank państwowy), von Dechend, nie licząc 30 proc. na kursujących jeszcze później, niewycofanych talarów pruskich za 500 do 600 milionów marek.

A któż wziął te pieniądze, któż zubożył wówczas nie tylko rząd niemiecki, ale także każdego, posiadającego cośkolwiek, Germanii syna o 30 proc. Któżby inny, jeśli nie ci, którzy pochłaniają owoce całego świata? Zbogaciło się kilkuset bankierów i wekslarzów żydowskich, pośredniczących przy zamianie srebra na złoto, i Bamberger, założyciel banku niemieckiego (Deutsche Bank), który nie omieszkał postarać się natychmiast o generalne pośrednictwo w tym „interesie”.

Nie dość jeszcze było Bambergowi. „Poczciwy, uczynny”, jak go Żydzi nazywali, pamiętał także o mniejszych „biedakach żydowskiego narodu”. Obdarzył on bowiem ustawą z dnia 14 marca 1875 r. trzydzieści dwa banki żydowskie prawem wyrabiania tylu pieniędzy papierowych, ile tylko potrzebują lub zechcą. Zważywszy, że tylko 1/3 banknotów musiała być pokrywaną monetą brzęczącą lub zastawem solidnym, łatwo domyślić się, że i to prawo otworzyło na oścież bramy wszelkiemu wyzyskowi i oszustwu. Po zagarnięciu ażia i przewyżki przy sprzedaży „grynderów”, spadały naturalnie banknoty „prywatne” z szybkością spekulacji, rujnując nabywców. Przy likwidacjach odpowiadano tylko kapitałem zakładowym, czyli 2/3 wartości całej emisji tonęły w kieszeniach żydowskich.«

Jeske-Choiński pisze o Niemczech, ale atak na srebro był globalny. W 1873 roku została zaatakowana waluta amerykańska. Od 1789 do 1873 roku oba metale (srebro i złoto) miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 roku. W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii.

Bimetalizm, czyli standard złota i srebra obowiązywał przez około 400 lat i sprawdzał się. Do realizacji drobnych transakcji służyło srebro, a do większych – złoto. Innymi słowy – biedniejsi posługiwali się srebrnymi monetami, bogatsi – złotymi. Demonetyzacja srebra oznaczała sprowadzenie ludzi niezamożnych do stanu dziadostwa.

Tak to się działo we wrednym kapitalizmie. A jak to się działo w najlepszym z ustrojów, czyli socjalizmie? Maria Dąbrowska w swoim Dzienniku w dniu 2 listopada 1950 roku pisze:

„Zmiana systemu pieniężnego! Przed rokiem, czy półtora rokiem były pogłoski o wycofaniu dotychczasowych pieniędzy. Prasa je kategorycznie zdementowała, tak że stopniowo wszyscy się w związku z tą sprawą uspokoili. Ale oto uderzenie przyszło niespodziewanie. Jak świetnie trzymano to w tajemnicy, najlepszy dowód, że najlżejsza plotka tymi czasy nie pojawiła się na ten temat. Naród, który rzekomo sam się rządzi, nic nie wiedział, co o nim bez niego zdecydowano! Po kilkakrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się nikt przytomny, ktoby odradzał te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując ową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.

Wpłaty oszczędnościowe na książeczki PKO wypłacane będą w relacji 3 złote za 100, co słuszne, ale tych wypłat oszczędnościowych wobec notorycznej biedy społeczeństwa jest stosunkowo mało. Konta bankowe wypłacane będą w relacji 1 zł za 100. A na kontach bankowych jest wprawdzie pewna ilość pieniędzy inicjatywy prywatnej, która miała nieostrożność zaufać rządowi, ale gros tych kont, to są honorarja inteligencji pracującej, a zwłaszcza inteligencji twórczej nic nie dostającej do ręki lecz wszystkie należności mającej wpłacane obowiązkowo na konta bankowe. Od razu zrozumiałam, że ta reforma czyni mnie bankrutem. Miałam bowiem niezręczność przenieść połowę moich należności z „Czytelnika” na moje konto bankowe w Banku Rzemiosł i Handlu, w związku z zamiarem kupna owego nieszczęsnego domu w Rejentówce. Będę ukarana za to, że nie zużytkowałam tych pieniędzy na własną korzyść, lecz zostawiłam je w Banku na użytek państwa. Że pożyczyłam je państwu. Człowiek jest dziś karany nie za nielojalność, lecz za lojalność wobec państwa. Pieniędzy, które mam na koncie bankowym nie zarobiłam spekulacją ani handlem. Pochodzą z ciężkiego dorobku życia i twórczości. I to samo państwo, które dało mi je zarobić, dziś konfiskuje mi je w dwóch trzecich.”

W dniu 3 listopada 1950 roku pisze:

„Resztę dnia zajęły mi refleksje nad owym sposobem przeprowadzenia reformy walutowej o czym głośno w mieście. I oto, co mówią ludzie. Kiedy, bodaj półtora roku temu, rozeszły się plotki o zmianie systemu pieniężnego, miał on być w samej rzeczy wówczas zmieniony. Pieniądze już były wydrukowane (data na nowych obecnych banknotach jest 1948), ale ponieważ wieść o tym się rozeszła, rząd zdementował ją w prasie i odłożył sprawę do czasu, gdy wszelkie pogłoski ucichną, a czujność narodu zostanie całkiem uśpiona. Teraz rzecz przeprowadzono w tak absolutnej tajemnicy, że nawet sejm nie wiedział, na co został w trybie nagłym zebrany w sobotę 28.X. wieczorem. Plotka ulicy mówi, że wszystkim, którzy pracowali przy tej aferze zagrożono karą śmierci w razie zdradzenia tajemnicy. Zresztą ilość tych zatrudnionych była z wyjątkiem góry partyjnej i Mincowskiej Komisji Planowania – nieduża – podobno nowe banknoty drukowane były w Czechach, a bilon – w Moskwie wybijany. Pracowników, którzy drukowali ogłoszenia Banku Narodowego zamknięto na trzy doby w miejscach pracy – tak samo pracowników PKPG nie wypuszczono z miejsca pracy przez ostanie dwa dni. Tak samo Sejm, gdy tylko posłowie się zebrali, został zamknięty, nikogo nie wypuszczano, a telefony zostały wyłączone. O 11-tej w nocy, gdy ta zbójecka sprawa została załatwiona, wszyscy posłowie rzucili się do bufetu i wykupili go całkowicie aż do puszek z zepsutymi konserwami włącznie. O tejże godzinie zaczęto rozsyłać woźnych po wszystkich pracownikach instytucji bankowych i placówek handlu uspołecznionego, zwożąc ich do miejsc pracy dla przeliczenia cen, list płacy itp. Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uważać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.”

Od najdawniejszych więc czasów podstawową funkcją zdecydowanej większości monarchów i rządów było oszukiwanie swoich poddanych i obywateli. Ustrój czy epoka nie miały najmniejszego znaczenia. Metody, jakimi posługiwano się, zależały od możliwości. Początkowo sprowadzało się to do fałszowania srebrnych i złotych monet. Demonetyzacja srebra spowodowała, że ludzie niezamożni zostali sprowadzeni do poziomu ubóstwa. Wraz z powstaniem Banku Anglii w 1694 roku pojawiła się możliwość praktycznie nieograniczonego drukowania pieniędzy papierowych, czyli banknotów. To prowadziło do inflacji, czyli utraty wartości pieniądza. Pierwsi w kolejce do nowo wydrukowanych pieniędzy zyskiwali, reszta – traciła.

Kapitalizm okradał średnio i mniej zamożnych, ale socjalizm poszedł dalej. On potrafił nawet okraść tych, którzy już prawie nic nie mieli, ale nie byli jeszcze dziadami. Na tym właśnie polegała wyższość socjalizmu nad kapitalizmem. Jak okraść ludzi, którzy już niewiele mają? Ano poprzez wymianę pieniędzy. Jednak nie każda wymiana pieniędzy musi być niekorzystna dla obywateli. W 1994 roku przeprowadzono w Polsce wymianę pieniędzy. Ta wymiana to była denominacja. Pojawiły się nowe pieniądze, które zastąpiły stare. To był czas, kiedy rządy postkomunistyczne starały się pozyskać zaufanie obywateli i nie zależało im na ich oszukaniu. Nowa złotówka zastępowała starą w relacji 1 nowy złoty za 10 000 starych złotych. Nie miało znaczenia, czy ktoś trzymał pieniądze w skarpecie, czy w banku. Co więcej, jeszcze długo później można było zanieść te stare pieniądze do banku i wymienić na nowe. Wydawało się więc, że powróciła normalność. A to tylko była podpucha.

Jednak tamta denominacja pokazała jedną rzecz, a mianowicie to, że dla sprawnego funkcjonowania rynku nie ma znaczenia ilość pieniądza wyrażona w liczbach. Taką samą ilość produktów spożywczych, które przed wymianą kupowałem za 50 000 zł, po denominacji kupowałem za 5 zł. Jeszcze na długo przed denominacją zniknął z obiegu bilon. Zapomnieliśmy o groszach, o złotówkach w bilonie. Wszystko było w banknotach. Denominacja przywróciła monety: grosze i złotówki. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że zamiast zwiększać nominały banknotów ze względu na inflację, można pójść w przeciwnym kierunku i wprowadzać mniejsze jednostki pieniężne w miarę, jak przybywa dóbr wytwarzanych w procesie produkcji, usług i handlu. To, z kolei, oznacza, że ci, którzy oszczędzają zyskują, bo ich pieniądze nie tracą na wartości, tylko rośnie ich siła nabywcza. Gdy na rynku zwiększa się ilość towarów i usług, a ilość pieniądza pozostaje niezmienna, to jego siła nabywcza wzrasta, w odróżnieniu od sytuacji, gdy ilość pieniądza wzrasta w związku z jego dodrukiem. Wraz ze wzrastającą ilością pieniądza, niemającego pokrycia w towarach, jego siła nabywcza maleje.

Najsilniejszą walutą w historii był chyba funt szterling. Wikipedia tak o nim pisze:

Funt szterling dzieli się na 100 pensów, którego symbolem jest „p” i tak często jest określany w mowie potocznej w języku angielskim.

Do 15 lutego 1971 funt dzielił się na 240 pensów (skrótowo zapisywanych „d” od słowa denar), bądź na 20 szylingów („l”, bądź „s” od solid). Pens po przejściu na system dziesiątkowy w 1971 z racji różnicy wartości był początkowo nazywany nowym pensem.”

System dziesiątkowy, pisze Wikipedia, ależ to tragedia! Jak to wszystko schodzi na psy! Tylko co winne są temu te, skądinąd sympatyczne, w większości, zwierzaki? Nie ma takiego pojęcia jak system dziesiątkowy. Jest słowo „dziesiątkować”, które oznacza – bić, zabijać, rozstrzeliwać co dziesiątego. Jest natomiast system dziesiętny, mający za podstawę układu albo konstrukcji liczbę 10. W jakim ja świecie żyję!?

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by waluta, która zyskuje na wartości ze względu na wzrastającą ilość dóbr i usług, była dzielona na mniejsze jednostki. Wówczas zyskują wszyscy ci, którzy oszczędzają, a ci, którzy pożyczają muszą spłacać w walucie, która jest już znacznie więcej warta niż wówczas, gdy w niej pożyczali i w tym są ukryte odsetki od pożyczonego kapitału. Koszt kredytu jest tylko po stronie kredytobiorcy, zupełnie tak jak obecnie, ale zyskują nie finansowi macherzy, tylko ci, którzy oszczędzają.

Obecnie kilogram chleba kosztuje mniej więcej 4 zł, a samochód, nie jakiś ekskluzywny i nie najtańszy – 40 000 zł. Za te 5 zł po denominacji z 1994 roku kupowałem więcej niż dziś za 50 zł. A ktoś, kto wtedy zarabiał 400 zł, dziś zarabia 4000 zł albo i więcej. Czy to oznacza, że na rynku jest 10 razy więcej pieniędzy? Jest ich prawdopodobnie znacznie więcej, jeśli 1% najbogatszych ma tyle ile biedniejsza połowa ludności świata. A czy towarów i dóbr jest obecnie 10 razy więcej? Też to trudno oszacować, bo większość tego, co dzisiaj produkuje się to są rzeczy nietrwałe, często jednorazowego użytku.

Żydzi rządzą pieniądzem od bardzo dawna, ale przed nimi byli Fenicjanie i to prawdopodobnie od nich wiele się nauczyli. Wmówili wszystkim, że rozwój może następować, gdy na rynku jest coraz więcej pieniędzy, a kredyt musi być oprocentowany. A dlaczego nie może być rozwoju, gdy ilość pieniądza jest stała? Gdy ilość pieniądza jest stała, a następuje rozwój, czyli pojawia się na rynku więcej dóbr i usług, to pieniądz zyskuje na wartości. Zysk oszczędzającego polegałby nie na dopisaniu mu odsetek, tylko na tym, że po jakimś czasie za te same pieniądze mógłby nabyć więcej dóbr i usług. Ryzyko kredytobiorcy polegałoby na tym, że w momencie spłaty kredytu ta sama nominalnie ilość pieniędzy miałaby znacznie większą moc nabywczą niż w momencie jego zaciągnięcia. Rola banku sprowadzałaby się do pośrednictwa pomiędzy oszczędzającymi, a kredytobiorcami. I mógłby on tylko pożyczyć pieniądze tych, którzy je tam wcześniej zdeponowali. Nie byłoby żadnej giełdy, żadnych funduszy inwestycyjnych i temu podobnych wynalazków. Po co? Pieniądz zyskiwałby na wartości w miarę rozwoju i upływu czasu. Wszystko byłoby odwrotnie niż teraz. A czy w takiej sytuacji możliwe byłyby jakieś wojny i konflikty zbrojne?

Żydzi narzucili nam standard pustego pieniądza i oprocentowanego kredytu. Do tego dorzucili nam wymyśloną przez siebie ekonomię, mnóstwo teorii rynkowych, cyklów koniunkturalnych, liberalizm, socjalizm, monetaryzm, austriacką szkołę ekonomi, w której, jakimś dziwnym trafem, wszyscy ci Austriacy, to Żydzi.

I tak to się toczy, prawie od początku. Nie wystarczy zdominować finanse. Żeby z powodzeniem realizować swoje cele, trzeba jeszcze zdominować ludzkie umysły i sączyć w nie swoje ekonomiczne teorie, które poparte naukowymi „autorytetami”, stają się prawdami objawionymi.

Czy taki pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, musiałby mieć pokrycie w złocie? Skąd się wzięło pokrycie w złocie? Stąd, że średniowieczni złotnicy proponowali swoim klientom kwity w zamian za złoto, które u nich deponowali. W takiej sytuacji pokrycie w złocie musiało być pełne. To był okres, w którym złoto w postaci monet, było pieniądzem obiegowym. I stąd się wziął standard złota – pełne pokrycie pieniądza papierowego w złocie. Ostatecznie w 1971 roku Stany Zjednoczone wycofały się z pełnego pokrycia dolara w złocie. Skończyła się więc pewna epoka. Pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, nie musiałby mieć żadnego pokrycia w niczym. Wystarczyłoby tylko, by konsekwentnie utrzymywano stałą jego ilość. Rygor, który jest obcy ludzkiej naturze. Dlatego ten świat wygląda tak, jak wygląda.

Globaliści

Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czy wszyscy globaliści to zboczeńcy? Wbrew pozorom ten typ ludzi nie jest wytworem naszych czasów. Pojawili się znacznie wcześniej. Jednym z nich był John Maynard Keynes. Wikipedia pisze o nim m.in. tak:

„John Maynard Keynes, 1. baron Keynes (ur. 5 czerwca 1883 w Cambridge zm. 21kwietnia 1946 w Firle) – angielski ekonomista, twórca teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie ekonomii i finansów państwowych. Był synem logika i ekonomisty Johna Neville’a Keynesa(1852–1949) i Ady Florence Keynes z domu Brown(1861–1958), brytyjskiej pisarki.

Na początku Keynes studiował matematykę i historię, ukończył także jeden semestr ekonomii na Cambridge. Studia ekonomiczne odbył pod kierunkiem ekonomistów liberalnych Artura Cecila Pigou i Alfreda Marshalla w latach 1905–1908. Jego poglądy na ekonomię wywarły decydujący wpływ na rozwój myśli ekonomicznej w latach 30.–60. XX wieku.

Szkoła Keynesowska położyła nacisk na analizę agregatową ujmowanego popytu globalnego. Chodziło o zwiększenie popytu, co miało przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego i zlikwidować bezrobocie. Aby zapewnić stały rozwój gospodarczy, należy poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, pobudzić wzrost globalnych wydatków. Stąd nazwa – ekonomia popytu. Według nich sterowanie przez państwo globalnym popytem odbywa się za pomocą środków polityki fiskalnej (ewentualnie polityki pieniężnej).

W 1935 roku w przedmowie do niemieckiego wydania swojej książki Keynes argumentował, że jego teoria może być wdrożona o wiele łatwiej w warunkach państwa totalitarnego niż w gospodarce wolnorynkowej, co w późniejszych latach stało się podstawą do wielu zarzutów o totalitarne sympatie.

Był homoseksualistą, i mimo że prawo brytyjskie zakazywało kontaktów homoseksualnych, prowadził w latach 1901–1915 częściowo zaszyfrowane pamiętniki, w których opisywał ze szczegółami swoje stosunki z kilkudziesięcioma partnerami. W 1925 r. Keynes ożenił się z Lidią Łopokową, tancerką Ballets Russes Siergieja Diagilewa. 42-letni ekonomista zakochał się po raz pierwszy w życiu w kobiecie, z którą poznał się w 1921.”

Mówiąc wprost, Keynes był zwolennikiem drukowania pieniądza, co miało pobudzać wzrost globalnych wydatków, a tym samym gospodarkę, a więc dokładnie to, czego obecnie doświadczamy. Czy był homoseksualistą, jak pisze Wikipedia? W książce Standard Bitcoina Saifedean Ammous, profesor ekonomii na Libańskim Uniwersytecie Amerykańskim, pisze:

„Trudno uznać za przypadek, że rozpad instytucji rodziny nastąpił w okresie powszechnej implementacji nauk ekonomicznych człowieka, który nigdy nie był zainteresowany myśleniem w kategoriach długoterminowych. Urodzony w bogatej rodzinie, która przez pokolenia zgromadziła znaczący kapitał, Keynes był libertyńskim hedonistą marnującym większość dorosłego życia na stosunkach seksualnych z dziećmi, włączając w to podróże po dziecięcych domach publicznych w rejonie Morza Śródziemnego. Społeczeństwo Wiktoriańskiej Anglii cechowało się niską preferencją czasową (skłonność do oszczędzania – przyp. mój), silnym przywiązaniem do zasad moralnych, niewielką liczbą konfliktów między jednostkami i stabilnymi rodzinami. Keynes należał do pokolenia wyrosłego w kontrze do tych tradycji. Postrzegał je jako elementy instytucjonalnej opresji, którą należało obalić. Bardzo wymowne okazuje się spojrzenie na ekonomię keynesowską przez pryzmat rodzaju moralności, jaki jej autor chciał zaszczepić w społeczeństwie – które, jak wierzył, mógł kształtować wedle własnej woli.”

Saifedean cytuje również innych autorów. David Felix w pracy Keynes: A Critical Life, Greenwood Press, Westpoint,, Connecticut 1999, s. 112 cytuje list Keynesa, w którym informuje on przyjaciela: „Wyjeżdżam do Egiptu. […] Właśnie się dowiedziałem, że łóżka z chłopcami już na mnie czekają”. W innym liście polecał Stracheyowi, aby udał się do Tunisu i na Sycylię, „jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym tańczą nadzy chłopcy”.

Jak więc widać bogactwo, wielkie bogactwo, degeneruje. Nie ma znaczenia w jakiej epoce żyje taki człowiek. Zawsze zmierza to ku jednemu, ku zboczeniom i degeneracji. To jest oczywiście sfera obyczajowa. Dla przytłaczającej większości ludzi ważniejsza jest jednak ekonomia i dlatego poglądy Keynesa w tej materii są warte przybliżenia, bo dotyczą większości ludzi i co ważniejsze są one zbliżone do poglądów obecnych globalistów.

Ammous tak je przedstawia:

»Zarówno w sowieckiej, jak i kapitalistycznej gospodarce pogląd, według którego państwo powinno „kierować” lub „zarządzać” gospodarką, aby realizować cele społeczne, powszechnie uważany za jest za słuszny i potrzebny. Warto wrócić w tym miejscu do przekonań Johna Maynarda Keynesa, aby mieć pełną świadomość, jak brzmią jego sugestie co do systemu gospodarczego, które to ludzkość bezwiednie akceptowała przez ostatnie dziesięciolecia. W jednym ze swoich mniej znanych artykułów zatytułowanych The end of Laissez-Faire, Keynes zaproponował, jaka powinna być właściwa rola państwa w społeczeństwie. Wyraził tam swój sprzeciw wobec liberalizmu i indywidualizmu – czego można by się spodziewać – lecz przedstawił też krytykę socjalizmu:

XIX-wieczny socjalizm państwowy pochodził od Benthama, wolnej konkurencji itd., i pod pewnymi względami jest czystszą, a pod innymi bardziej mętną wersją tej samej filozofii, która leży u podstaw XIX-wiecznego indywidualizmu. Oba kładły równy nacisk na wolność jednostki, jeden na negatywną, polegającą na unikaniu ograniczeń dla istniejących swobód, a drugi na pozytywną – celem przeciwdziałania istniejącym monopolom. Stanowią one różne odpowiedzi na tę samą atmosferę intelektualną.

Problem Keynesa z socjalizmem polegał zatem na tym, że ostatecznym celem tego systemu było zwiększenie wolności jednostki. Zdaniem słynnego ekonomisty ostatecznym celem nie powinny być sprawy trywialne, takie jak wolność indywidualna, lecz kontrola gospodarcza państwa nad gospodarką zgodna z jego upodobaniami. Keynes zakreślił trzy główne obszary, w których państwo miało grać pierwsze skrzypce. Po pierwsze, było to „szczegółowe zarządzanie walutą i kredytem przez centralną instytucję”. Ten pogląd dał podstawy nowoczesnej bankowości centralnej. Po drugie i w związku z punktem pierwszym, Keynes był przekonany, że rolą państwa było decydowanie o

skali pożądanych oszczędności w społeczeństwie, skali transferu części tychże oszczędności do innych krajów w postaci inwestycji zagranicznych oraz o tym, czy aktualna organizacja rynku inwestycyjnego dystrybuuje oszczędności za pomocą najbardziej produktywnych krajowych kanałów. Nie sądzę, aby o tych kwestiach powinny decydować wyłącznie prywatne opinie i zyski, jak to ma miejsce obecnie.

Wreszcie Keynes wierzył, że rolą państwa było opracowanie

przemyślanej, krajowej polityki dotyczącej rozmiaru populacji – czy należy ją zwiększyć, ograniczyć, czy pozostawić taką, jaka jest. […] Ustaliwszy zaś tę politykę, musimy podjąć działania mające na celu jej realizację. Właściwy na to czas przyjdzie być może nieco później, gdyż społeczeństwo jako całość musi zacząć zwracać uwagę nie tylko na ilość, lecz także na jakość swoich przyszłych członków.

Innymi słowy, keynesowska koncepcja państwa, na której oparły się nowoczesne doktryny bankowości centralnej wyznawane powszechnie przez wszystkich prominentnych bankierów oraz która kształtuje treść większości podręczników ekonomii na świecie, wywodzi się z przekonań człowieka, który życzył sobie, by państwo kierowało dwoma arcyważnymi obszarami ludzkiego życia: z jednej strony pieniądzem, kredytem, oszczędnościami i decyzjami inwestycyjnymi, co oznaczało totalitarną centralizację alokacji kapitału i zniszczenie swobodnej działalności ludzkiej, a zarazem uzależnienie jednostki od państwa w kwestii zdobywania podstawowych środków do życia; z drugiej kontrolą liczebności i jakości populacji, czyli mówiąc wprost eugeniką. W przeciwieństwie do innych socjalistów Keynes nie dążył do podobnego stopnia kontroli nad jednostkami w celu zwiększenia ich wolności w dłuższym okresie, lecz raczej z zamiarem realizacji swojej wspaniałej wizji społeczeństwa. O ile socjaliści mają na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że chcą zniewolić człowieka dla jego własnego dobra – przyszłej wolności – Keynes optował za tym, by państwo zniewalało ludzi dla samej tylko kontroli. Ułatwia to zrozumienie, dlaczego Rothbard napisał kiedyś: „Marks miał tylko jedną zaletę: nie był keynesistą”.

Choć taka koncepcja może przemawiać do akademików-idealistów, którzy wyobrażają sobie, że jej realizacja przyniesie korzystne rezultaty, w rzeczywistości skutkuje ona eliminacją niezbędnych w produkcji gospodarczej mechanizmów rynkowych. Upolityczniony pieniądz przestaje spełniać swoją rolę informacyjną dla systemu produkcji, stając się rządowym programem lojalnościowym.«

Rządowy program lojalnościowy, to jest właśnie to, z czym mamy obecnie do czynienia: pieniądze dla celebrytów, dla korporacji i wielu innych instytucji. Powyższy cytat dobrze opisuje globalizm i mentalność globalistów: kontrola przepływu pieniądza i uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które grupy społeczne są bardziej wartościowe, a które mniej, które warte są zachowania, a które nie są tego warte. Widać więc, że poglądy o redukcji ludności są wcześniejsze niż kłopoty systemów emerytalnych. Nie dość, że zboczeńcy, to jeszcze próbują globaliści przypisać sobie cechy boskie i decydować o tym, kto i jak długo ma żyć. Jednak wypada tu zrobić pewną uwagę. Banki centralne nie są własnością państwa, a państwa są od nich uzależnione. A do kogo należą banki centralne i nie tylko centralne? Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Autor o tym nie wspomina. Nie podejrzewam go o to, że nie wie o tym. Gdyby to chciał napisać, to jego książka nie ukazałaby się. Taka rzeczywistość.

Obecna niczym nieograniczona kreacja pustego pieniądza przypomina do złudzenia tę z okresu przed wielkim kryzysem z 1929 roku. Ammous tak to opisuje:

»Inflacyjna kreacja kredytu może być rozumiana jako przykład przyjmującego społeczny zasięg „rabunku”, jak określił to ekonomista John Kenneth Galbraith w swojej książce na temat wielkiego kryzysu (The Great Crash 1929). Wraz ze wzrostem ekspansji kredytowej w latach 20. XX wieku korporacje zostały dosłownie zalane pieniędzmi, a defraudowanie tych pieniędzy na przeróżne sposoby było niezwykle proste. Dopóki nowy kredyt nie przestaje napływać, dopóty ofiary procederu pozostają niczego nie świadome, a iluzoryczny wzrost bogactwa dotyka całe społeczeństwo, gdyż zarówno ofiara, jak i rabuś sądzą, że posiadają pieniądze. Kreacja kredytu przez banki centralne umożliwia finansowanie niedochodowych projektów i pozwala, aby nieproduktywna działalność pożerała zasoby, wywołując tym samym niemożliwe do podtrzymania boomy.

W systemie monetarnym opartym o solidny pieniądz każda firma, aby przetrwać, musi dostarczyć społeczeństwu pewną wartość, za co wynagradzana jest dochodem, który przewyższa koszt zakupu zasobów potrzebnych do wytwarzania jej produktów. Firma jest produktywna, gdy przekształca zasoby i półprodukty nabyte po pewnej cenie rynkowej na produkty o wyższej cenie rynkowej. Każda firma produkująca dobra wyceniane niżej od zużytych na ich wytworzenie czynników produkcji zbankrutowałaby, uwalniając zasoby, które mogłyby wówczas zostać wykorzystane przez inne, bardziej produktywne firmy. Joseph Schumpeter nazwał ten proces twórczą destrukcją. W warunkach wolnego rynku nie istnieje zysk nieobarczony ryzykiem straty i każdy uczestnik zmuszony jest do ponoszenia owego ryzyka. Porażka zawsze stanowi realną możliwość – i bywa kosztowna. Emitowany przez państwo niesolidny pieniądz może jednakże opóźnić ten proces, podtrzymując nieproduktywne przedsiębiorstwa przy życiu. Takie firmy należy uznać za gospodarcze odpowiedniki zombie lub wampirów – przejadają zasoby żywych i produktywnych przedsiębiorstw, by oferować dobra i usługi o wartości niższej niż te zasoby. Powstaje w ten sposób nowa kasta społeczna, która żyje wedle reguł innych niż reszta obywateli i nie musi ponosić ryzyka. Jej przedstawiciele nie podlegają weryfikacji rynkowej, a zatem nie ponoszą konsekwencji swoich działań. Kasta, o której mowa, istnieje w każdym sektorze finansowym wspieranym przez państwowy pieniądz.

Nie da się z żadną dozą dokładności oszacować, jaki procent działalności gospodarczej we współczesnym świecie, zamiast służyć produkcji dóbr i usług użytecznych dla społeczeństwa, uczestniczy w wyścigu po emitowany przez państwo pieniądz. Umiarkowane szanse powodzenia daje natomiast analiza tego, które przedsiębiorstwa i sektory utrzymują się na rynku, z powodzeniem zdając rynkowy egzamin, a które podtrzymywane są przy życiu przez państwo – czy to jego politykę fiskalną, czy monetarną.

Przykładowo pomoc fiskalna to jedna z form generowania firm-zombie, którą stosunkowo łatwo wykryć. Każde przedsiębiorstwo , które otrzymuje bezpośrednie wsparcie od państwa oraz większość firm bazujących na sprzedaży produktów lub usług sektorowi publicznemu, to w rzeczywistości firmy-zombie. Gdyby przedsiębiorstwa te były produktywne w ujęciu rynkowym, ludzie z własnej woli byliby skłonni oddawać im swoje pieniądze, płacąc za konkretne dobra i usługi. Fakt, że firmy te nie potrafią przetrwać dzięki samym tylko dobrowolnym transakcjom, pokazuje, że nie są one przedsięwzięciami produktywnymi, lecz obciążeniem dla społeczeństwa.

Bardziej subtelnym sposobem tworzenia firm zombie jest udzielanie im dostępu do niskooprocentowanych kredytów. W miarę jak pusty pieniądz stopniowo erodował w społeczeństwie cnotę gospodarności oraz nawyk oszczędzania, inwestycje kapitałowe przestały być finansowane przez oszczędności, które zastąpił w tej roli emitowany przez państwo dług. W społeczeństwie posługującym się solidnym pieniądzem im więcej człowiek oszczędza, tym więcej jest w stanie zgromadzić kapitału i tym więcej może później zainwestować. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że właściciele kapitału to zazwyczaj osoby o niższej preferencji czasowej. Jednak, gdy kapitał pochodzi z kreacji kredytu przez państwo, jego alokacja przestaje być zorientowana na przyszłość, a decydują o niej pracownicy rozmaitych biurokratycznych agencji państwowych.«

W zasadzie wniosek, jaki można wysnuć z powyższych cytatów jest tylko jeden: wszelkie zło bierze się z drukowania, czy – obecnie kreowania, pustego pieniądza. To powoduje, że ludzie, którzy mieli i mają pierwsi dostęp do tego pieniądza, kupują dobra jeszcze po starych cenach, zanim nowe pieniądze, wywołując inflację, ustalą nowe, wyższe ceny dóbr i usług. I tak następuje proces bogacenia się jednych i ubożenia drugich. W latach 90-tych obowiązywało w Polsce prawo, które pozwalało na odpisy podatkowe dla ludzi, którzy budowali domy. Ci, którzy ich nie budowali, takich odpisów nie mieli. Tak karano tych, którzy oszczędzali. No cóż, nowa, złodziejska nomenklatura pisała prawo pod siebie. A teraz mówią: biedni są niepotrzebni, zanieczyszczają powietrze, niech się przenoszą do Krainy Wiecznych Łowów.

Ten pusty pieniądz oddziałuje na nasze życie nawet tam, gdzie wydaje się nam, że jego moc nie dociera. Ammous pisze tak:

„W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów. Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem „sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągnąć polityczne i propagandowe cele, niedawno (książka została wydana w 2018 roku – przyp. mój)) okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.

Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnianie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani pracę na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.

Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego tworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz.

Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię w aktualnych gustach artystycznych. Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy – omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.”

Cytaty wyrwane z kontekstu, czyli z książki, są wyrwane z kontekstu i dlatego należy się pewne uzupełnienie czy wyjaśnienie. Saifedean Ammous jest zwolennikiem pieniądza niezależnego od rządu i za taki uważa Bitcoina. Wcześniej takim rozwiązaniem był dla niego standard złota, który obowiązywał w epoce wiktoriańskiej do pierwszej wojny światowej. Standard złota polegał na tym, że pieniądz miał w nim pełne pokrycie. Innymi słowy, można było dodrukować go tyle, ile wydobyto nowego złota. I to była największa zaleta, bo o tym, ile pieniądza dodrukowywano nie decydowały rządy i nikt inny, tylko ilość wydobytego złota – rzecz obiektywna i niepodważalna. I to, już samo w sobie, jest argumentem nie do obalenia. Jednak zwolennicy jakiejkolwiek teorii gotowi są dostarczać wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mają rację. W omawianym przypadku dowodem na to, że, gdy mamy zdrowy pieniądz, to i sztuka jest zdrowa i kwitnie. Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Sztuka renesansu – wspaniałe malowidła, rzeźby, architektura – mogła się rozwinąć, bo pojawiło się w Europie mnóstwo złota, które Hiszpanie wywozili z obu Ameryk. Wywozili? Rabowali albo kradli, kto co woli. Efekt był więc taki sam, jak w przypadku sztuki współczesnej – nadmiar złota skierowano na dobra wyższe. To była inna epoka, inni władcy i inni artyści i stąd inny efekt. W epoce wiktoriańskiej, gdy obowiązywał standard złota, powstawały wartościowe dzieła kultury i sztuki, ale inne niż w renesansie. Wcześniej sztuka nie była skierowana do masowego odbiorcy, a obecnie – tak.

Ale nawet jak Hiszpanie okradali amerykańskich tubylców, to wcale jeszcze nie znaczyło, że to złoto dotrze do Hiszpanii. Ryzyko było duże. Po drodze czatował na nich najsłynniejszy w historii pirat Francis Drake. Dla Hiszpanów był piratem, a dla Anglików – bohaterem narodowym. Bez cichego poparcia królowej Elżbiety, ani Drake, ani żaden inny pirat, nie miałby racji bytu. Zupełnie tak jak dziś – żadna mafia nie istniałaby, gdyby rządy nie tolerowały ich. Hiszpanie starali się odstraszać piratów na różne sposoby. Jednym z nich było nadawanie okrętom imion budzących grozę, jak choćby „Cacafuego”. Kazimierz Dziewanowski w swojej książce „Brzemię białego człowieka” tłumaczył to jako „Ziejący ogniem” – bardzo subtelnie, ale w angielskiej Wikipedii przetłumaczono to jako – „Srający ogniem”. Miało to informować potencjalnych napastników, że okręt jest wyposażony w działa. Tak więc przywożenie zrabowanego złota było zupełnie czym innym, niż drukowanie pieniądza bez pokrycia i bez żadnego ryzyka.

Szalone lata dwudzieste skończyły się wielkim kryzysem w 1929 roku. Doszło do niego, bo nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu. Gdyby dziś zrobiono to samo, kryzys byłby jeszcze większy. Jednak obecnie nie brakuje pieniędzy, rządy wszystkich państw mają pieniądze na walkę z „pandemią” i wspieranie wybranych firm. Kryzys i dramaty dotyczą tylko wybranych. Celem jest wyeliminowanie pieniądza papierowego i monet, likwidacja własności prywatnej oraz podporządkowanie ludzi ścisłym elitom rządzącym i wyeliminowanie części z nich, tych uznanych za gorszych. Dokładnie tak jak wyobrażał to sobie Keynes.

Dyktatura

Allan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii zamieścił ostatnią wypowiedź Alberta Speera przed sądem w Norymberdze. Wydaje mi się, że warta jest przytoczenia, bo jest nadal aktualna. Speer był ministrem uzbrojenia i produkcji wojennej.

„Dyktatura Hitlera pod jednym zasadniczym względem różniła się od wszelkich poprzednich dyktatur w historii świata. Był on pierwszym dyktatorem w dzisiejszych czasach rozwoju nowoczesnej techniki, dyktatorem, który dla panowania nad własnym krajem wykorzystał wszystkie środki techniczne. Za pomocą radia i głośników osiemdziesięciu milionom ludzi odebrano możność niezależnego myślenia. Dlatego też można ich było podporządkować woli jednego człowieka. Dawniej dyktatorzy nie mogli się obyć bez wysoko wykwalifikowanych pomocników, ludzi, którzy umieli myśleć i działać niezależnie. Reżim totalitarny w okresie rozwoju nowoczesnej techniki może się obyć bez nich: same urządzenia łączności pozwalają na zmechanizowanie niższego szczebla administracji. W wyniku tego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów… Jeszcze innym skutkiem był daleko sięgający nadzór nad obywatelami państwa i zachowanie jak największej tajemnicy w zakresie czynów kryminalnych.

Koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się pełnej realizacji w totalitarnym systemie Hitlera.”

W wypowiedzi Speera zwróciło moją uwagę to, że technika pozwala na zmechanizowanie niższego szczebla administracji, w wyniku czego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów. My to dziś nazywamy bezduszną biurokracją i często jest nam trudno zrozumieć urzędników. Ale ważniejsze jest to, co powiedział w ostatnim zdaniu. Jeśli przy użyciu tak skromnych, w porównaniu z obecnymi, środków technicznych udało się podporządkować cały naród, to obecnie, przy użyciu technologi cyfrowej, wspartej biotechnologią, wkroczyliśmy na wyższy etap. Narody są już zniewolone. Teraz chodzi o zniewolenie jednostki. I cała współczesna technika została w to wprzęgnięta. To jest machina, a bezkrytyczni odbiorcy rozkazów nie znajdują się na niższych szczeblach administracji, tylko na najwyższych. To jest oczywiście efekt istnienia rządu światowego. Tak więc odwoływanie się do ich sumień nie ma żadnego sensu. Tak jak Hitler, będą dążyli do zniszczenia nas. Kierują nimi te same siły, które nim kierowały. Od decyzji Hitlera nie było odwołania i dokładnie tak samo jest obecnie. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi tego nie rozumie. Apele do rządu, protesty i inne formy sprzeciwu są i będą nieskuteczne, bo mało kto wie, że w sposób zupełnie niezauważalny przeszliśmy od demokracji do dyktatury. Rząd rządzi za pomocą dekretów, a nie ustaw, które zatwierdza sejm. Ten ostatni staje się powoli atrapą. Tym się różni dyktatura od demokracji. W demokracji lud sprawuje władzę poprzez swoich przedstawicieli, czyli posłów, a oni w sprawach „pandemii” nie mają głosu. Ja oczywiście wiem, że demokracja była fikcją, ale przynajmniej zachowywano jakieś pozory. A teraz idą na całość. Jeśli jakoś można się bronić, to chyba tylko przez uświadamianie tych, którzy wierzą w to, że rząd działa dla ich dobra, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. On chce ich zabijać, może na raty, ale zabijać. Im więcej ludzi nie zaszczepi się, tym większa szansa, że globaliści będą musieli ustąpić.

Wielu ludzi zatraciło zdolność samodzielnego myślenia i co się z tym wiąże, zdolność do zadawania pytań. Wszystko to jest efektem istnienia wadliwego systemu edukacji, ale on ma takim być – nastawionym na bezrefleksyjne przyjmowanie masy informacji, z których nic nie wynika. Myślenie ma być wyłączone. Rozkazy i polecenia przychodzą z góry. Filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec, mawiał: „Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat”. Ci, którzy planowali nowy ład, dobrze wiedzieli, że jednym z warunków, umożliwiających zrealizowanie ich celów, będzie reforma systemu edukacji, a właściwie jego rozkład, polegający na pozbawianiu ludzi możliwości samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej ich rzeczywistości.

Parę tygodni temu usłyszałem w końcowym fragmencie audycji radiowej wypowiedź prowadzącej na temat błędów ortograficznych. Ponieważ to była końcówka, to nie wiem, czy cały program był temu poświęcony, czy nie. Może rozmawiano też o pisaniu ręcznym, a może o zachęcaniu do pisania piórem wiecznym, bo powiedziała ona, że błąd ortograficzny w wyrazie napisanym piórem jest bardziej szlachetny. Przyznam, że mnie zatkało. Jak można mówić takie bzdury. Błąd to błąd. Nie ma znaczenia czy piszemy ołówkiem, długopisem czy piórem wiecznym. Jeśli jednak pisanie piórem wiecznym popularyzują różni celebryci, ludzie na eksponowanych stanowiskach, to wiele osób ulega presji i nawet boi się zapytać, a niby to dlaczego pisanie piórem wiecznym miałoby być takie nobilitujące. I dlaczego pióro miałoby być lepsze od innych instrumentów piśmiennych. Inna sprawa, że, pisząc na klawiaturze, zdarzają mi się błędy, nawet ortograficzne, których nie popełniłbym, pisząc ręcznie. Nie znaczy to oczywiście, że nie zaliczyłbym ich, pisząc ręcznie takie zdanie: “Dżdżystym rankiem, dwie gżegżółki, najadłszy się miąższu dżdżownic, rzygały do brytfanny.” A te gżegżółki, to kukułki. Słownik języka polskiego podaje, że „kukułka” jest nazwą gwarową.

Współczesna technika – internet, telefonia komórkowa, telewizja – wykorzystywana jest do całkowitego podporządkowania jednostki. Wszędzie pojawiają się „eksperci”, którzy zapewniają, że szczepionka jest bezpieczna i że nie ma innej metody wyjścia z pandemii, której nie ma. Ludzie noszą maski, nawet tam, gdzie nie muszą np. w parku. Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że tu nie chodzi o żadne bezpieczeństwo, tylko o zakodowanie im pewnego odruchu: wychodzę z domu, zakładam maskę.

„W Izraelu 10% populacji otrzymało pierwszą dawkę szczepionki na koronawirusa. Jest to wskaźnik, który znacznie przewyższył resztę świata. Dla tych, którzy zastanawiają się, w jaki sposób Izrael był w stanie zorganizować tak szybką i agresywną kampanię szczepień, the Times of Israel wyjaśnia, że wysoce zdigitalizowany, społeczny system opieki zdrowotnej – wszyscy obywatele, zgodnie z prawem, muszą zarejestrować się w jednym z czterech krajowych ośrodków ds. zdrowia – i ich organ nadzorczy, doskonale współpracowały ze sobą i sprawnie przeprowadziły krajową kampanię szczepień.” – Tak pisze portal Zerohedge. Ta szczepionka to Pfizer/BioNtech.

Tak więc koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się realizacji w formie, której Speer nie mógłby sobie wyobrazić. W tej chwili mamy do czynienia z totalnym zniewoleniem jednostki. Współczesny rozwój techniki, biotechnologii, farmakologii służy tylko jednemu celowi – całkowitemu podporządkowaniu człowieka jakimś tajemnym siłom, choć nietrudno domyśleć się, jakim siłom. Najpierw, poprzez wojny i rewolucje, zniszczono narody, później, poprzez edukację, odebrano ludziom zdolność samodzielnego myślenia, a teraz, wykorzystując najnowsze technologie, dezintegruje się jakiekolwiek społeczności. Dąży się do tego, by ludzie przestali się kontaktować ze sobą bezpośrednio. Pośrednio mogą, np. poprzez Facebook, ale tam będą cenzurowani. Na wiosnę zeszłego roku założyłem konto na Facebooku, bo chciałem skontaktować się z osobą, z którą tylko tak można było skontaktować się. W czwartek wypełniłem formularz, a w sobotę przyszła informacja, że moje konto zostało zablokowane. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy weryfikowali moje dane, trafili na ten blog i tak przekonałem się na własnej skórze, że Facebook to Pejsbook. Jakoś dziwnie, ale byłem zadowolony, że tak to się skończyło.

Wszystko co dotyczy tej „pandemii”, to jedno wielkie kłamstwo. Normalnemu człowiekowi nie mieści się to w głowie, że można tak kłamać. Można! Wysłuchałem orędzia noworocznego prezydenta. Nie było w nim słowa prawdy. Jeśli ktoś mówi, że uratował miliony miejsc pracy, podczas gdy, prawdopodobnie, setki tysięcy miejsc pracy uległo likwidacji, to kłamie w żywe oczy. Jeśli mówi, że współczuje tym, którzy stracili bliskich z powodu koronawirusa, to kłamie, bo oni zmarli z powodu innych schorzeń czy chorób. Co roku umierają ludzie z powodu grypy, ale to są ci najstarsi i schorowani. Nie współczuje on natomiast tym, którzy stracili bliskich z powodu braku dostępu do leczenia. Same kłamstwa. Codziennie atakują nas nimi z internetu, telewizji, telefonów komórkowych.

Dyktatura może być groźniejsza niż wielu się wydaje, bo ona może dzielić społeczeństwa na wrogie sobie strony. Za Hitlera było tak, że nazistowskie bojówki rozbijały wiece innych partii, zastraszały ludność. Obecnie może być podobnie. Przypadek z Gorzowa Wielkopolskiego zdaje się to potwierdzać. Powstał konflikt pomiędzy tymi z personelu medycznego, którzy wpisali się na listę szczepień a tymi, którzy tego nie zrobili. Ci pierwsi uznali, że ci drudzy zachowali się nieodpowiedzialnie, bo będą stanowić zagrożenie dla nich i dla pacjentów. Wszystko wskazuje, że tego typu konflikty będą narastać w miarę, jak coraz więcej osób zostanie zaszczepionych. Nie wiem, czy groźniejsi od władzy nie okażą się ci zaszczepieni. Wszak stara zasada „dziel i rządź” jest chyba najbardziej skuteczną metodą podporządkowania sobie społeczeństwa.

Ci ludzie chyba zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, o co toczy się ta walka. Dokonuje się Wielki Reset:

»Podczas gdy każdy aspekt Wielkiego Resetowania wiąże się z technologią, Wielki Reset w szczególności pociąga za sobą „czwartą rewolucję przemysłową” lub transhumanizm, który obejmuje ekspansję genomiki, nanotechnologii i robotyki oraz ich przenikanie do ludzkich ciał i mózgów. Oczywiście czwarta rewolucja przemysłowa wiąże się z likwidacją ludzkiej pracy w wielu sektorach, która ma zostać zastąpiona automatyzacją. Co więcej, Schwab chwali użycie nanotechnologii i skanów mózgu do przewidywania i wyprzedzania ludzkich zachowań.

Wielki Reset oznacza wydawanie paszportów medycznych, które wkrótce zostaną zdigitalizowane, a także przejrzystość dokumentacji medycznej, w tym historii medycznej, składu genetycznego i stanów chorobowych. Ale mogłoby to obejmować wszczepienie mikroczipów, które odczytywałyby i informowały o składzie genetycznym i stanach mózgu w taki sposób, że „przekroczenie granicy państwowej może pewnego dnia wymagać szczegółowego skanowania mózgu w celu oceny potencjalnego zagrożenia, które może stwarzać dana osoba”.

Na froncie genomicznym Wielki Reset obejmuje postęp w inżynierii genetycznej oraz połączenie genetyki, nanotechnologii i robotyki.« Więcej tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/great-reset-part-i-reduced-expectations-and-bio-techno-feudalism.

Oby nie było tak, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. To dopiero początek. W dniu 3 stycznia mamy około 50 tys. zaszczepionych. Proces totalnego zniewolenia jednostki rozpoczął się. Właściwie to, co obserwujemy, to nie dyktatura. Czy to tyrania? Chyba brakuje nam słowa na opisanie tego zjawiska. Niektórzy nazywają to bio-techno-feudalizmem.