Dawno temu w Ameryce

Już mam dość tego cyrku. Męczy mnie to i szukam ucieczki. W takich sytuacjach wracam do książek, które kiedyś czytałem. Książki, zwłaszcza te papierowe, mają tę zaletę, że nie zmieniają się. Czasy się zmieniają, a one – nie! Kiedyś czytałem „Faraona” Prusa i ta powieść nie wydała mi się zbyt interesująca, nawet nudna – co to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Czasy się zmieniały. Wróciłem do niej po latach, po przemianach, i ja też już inny, i… szok! Czytam i wszystko jest aktualne, nawet odnalazłem w niej „naszego” Jony Danielsa. Na początku 2018 roku przeczytałem powieść, a właściwie sagę – „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, a teraz wróciłem do niej i nie mogę się nadziwić, jak bardzo inaczej odbieram ją teraz. Tak bardzo dużo się zmieniło od tego czasu, a to tylko niecałe trzy lata! To, czego wtedy nie zauważałem, nie dostrzegałem, teraz widzę wyraźnie. Wtedy nie zwróciłem uwagi na opis Ameryki z połowy XIX wieku, a szczególnie – miasteczka Virginia City. Bo jeszcze nie wiedziałem, co to jest dystans społeczny, przymusowa maseczka, terror sanitarny i psychiczny. Czy ten Dziki Zachód był taki dziki? A jeśli tak, to mimo wszystko bardziej ludzki, o wiele bardziej ludzki niż terror sanitarny. Zabijanie, okradanie, oszukiwanie i wiele jeszcze innych grzechów, to są ludzkie cechy, ale zmuszanie ludzi do niezgodnych z ich naturą zachowań jest nieludzkie. Łatwiej to zrozumieć, gdy porównamy obie te skrajności – amerykańską, opisaną poniżej i – obecną, której opisywać nie trzeba, bo jej doświadczamy na co dzień.

Ameryka w czasach pionierskich nie była jeszcze skonsolidowanym państwem i jej obywatele, jeśli tak ich można nazwać, mieli duże pole manewru. Sami sobie tworzyli swoje niepisane prawa, swój kodeks postępowania i wszyscy byli tego świadomi, że ich los jest w ich rękach. Ich życie było surowe, często brutalne. Oni mieli świadomość, że w każdej chwili mogą zejść z tego świata, ale też wiedzieli, że i oni mogą wymierzyć sprawiedliwość, tak jak ją rozumieją, bo każdy miał kolta lub strzelbę. Ta idea nadal jest jeszcze żywa w Ameryce, przynajmniej w niektórych stanach. To dużo! My, tu w Polsce, możemy sobie tylko poruszać palcem w bucie.

Ta Anastasia, o której pisze Fallaci, to jej prababka. Była pół-Polką i to, jak do tego doszło, opisuje w swojej sadze. Jest to bardzo ciekawy wątek, do którego wrócę w następnym blogu. W tym jednak chciałbym się skupić na tym, jak wyglądała Ameryka w czasach, gdy państwo było słabe i jego obywatele sami sobie organizowali swoje życie. Wybrałem dwa fragmenty. Jeden to opis Nowego Jorku, drugi – miasteczka Virginia City. Bo od Nowego Jorku zaczęła się amerykańska przygoda Anastasii, a skończyła się w Kalifornii.

Fallaci pisała tę sagę 10 lat, do samej śmierci w 2006 roku. W trakcie jej pisania korzystała nie tylko z rodzinnych przekazów i dokumentów, ale penetrowała archiwa, księgi parafialne, docierała do dokumentów z epoki itp. Od początku lat 60-tych częściej mieszkała w Ameryce w Nowym Jorku niż we Włoszech. Dzięki temu łatwiej było jej tam śledzić losy swojej prababki. „Wśród wielu postaci – pisał o swojej ciotce Edoardo Perazzi – ulubioną była Anastasia, do której Oriana czuła najwięcej sympatii i której poświęciła czwartą część powieści. Kapelusz cały w czereśniach zamyka się w 1889 roku jej śmiercią i małżeństwem Antonia Fallaciego i Giacomy Ferrier (córka Anastasii – przyp. mój), dziadków Oriany, rodziców jej ojca Edoarda, którzy w niektórych miejscach sami stają się narratorami.” Drugie imię Fallaci, po prababce, to właśnie Anastasia.

»Zadaję sobie pytanie, co czuła Anastasia, gdy John wiózł ją na Irving Place, a jednocześnie próbuję wyobrazić sobie miasto, w którym miała przeżyć prolog swej amerykańskiej przygody. Z wyglądu Nowy York był bardzo odmienny od dzisiejszej metropolii. Nie istniały jeszcze nawet słynne mosty, od stu lat łączące Manhattan z Brooklynem i New Jersey. Żeby przebyć Hudson lub East River, trzeba było wsiąść na prom. I naturalnie nie było jeszcze drapaczy chmur. Nie było świecących szyldów, migoczących świateł, elektryczności. Nie istniały Times Square, Park Avenue ani Statua Wolności. Budynki nie były wyższe niż na sześć lub siedem pięter, Edison nie wymyślił jeszcze żarówki, dlatego też używano wciąż oświetlenia gazowego, a na miejscu Times Square znajdował się zbiornik wodny. Na miejscu Park Avenue tunel kolejowy tak zwanej Hudson Line. Tam, gdzie dziś wznosi się Statua Wolności, znajdowała się wysepka usypana ze śmieci wyrzucanych przez przepływające obok statki. Jednak była to już budząca szacunek metropolia, która liczyła osiemset tysięcy mieszkańców, dużo więcej niż Filadelfia, gdzie żyło wówczas pięćset czterdzieści tysięcy. Cztery razy większa od Bostonu czy Chicago i szesnaście razy większa od stolicy konfederatów, Richmond, które w czasie wojny rozrosło się do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, i dziesięć razy większa od Waszyngtonu, zaledwie osiemdziesięciotysięcznego. Zarazem była to połowa ludności Paryża, w którym mieszkało milion sześćset tysięcy osób, i jedna trzecia ludności Londynu, liczącego wtedy dwa miliony trzysta tysięcy mieszkańców. Daremnie szukać by śladów bohaterskiej przeszłości miasta z czasów, gdy nazywało się Nowy Amsterdam i holenderscy pionierzy zabierali je Indianom: nawet siedemnastowieczne cmentarze zostały usunięte, by zrobić miejsce pod domy. Było to także miasto bogate. Centrum finansowe kraju, kolebka Wall Street, siedziba dziewięćdziesięciu jeden baków, w których złoto płynęło strugami, niczym lawa po erupcji wulkanu. A także miasto brudne, niebezpieczne, niespokojne, o wysokim wskaźniku przestępczości. Śmieci rosły tygodniami w sterty wysokie na trzy metry, nikt nie zbierał psich i końskich odchodów, od szkodliwych wyziewów można było zachorować na świerzb, cholerę lub tyfus, i pomimo zniesienia niewolnictwa w porcie przemycano jeszcze wielu niewolników. Praktyka, za którą prawo teoretycznie przewidywało karę szubienicy, ale na którą skorumpowani urzędnicy przymykali oko. Nie przypadkiem rok 1864 zamknął się smutnym bilansem stu tysięcy zabójstw, ataków nożowniczych, oszustw i porwań. Nie bez powodu konfederaci uważali Nowy Jork za siedlisko hipokryzji, miasto bez serca, bez zasad, bez moralności i bez Boga.

Z drugiej strony, być może właśnie z tego powodu, była to najbardziej frywolna metropolia Ameryki, a być może i całego świata. Lunapark dla dorosłych. Oprócz dziewięćdziesięciu jeden banków było tam również czterysta sześćdziesiąt burdeli, pięćdziesiąt dwa domy uciech, setki barów, piwiarni, palarni opium. Były także baseny publiczne dla panów i pań (baseny, w których można było pływać bez ubrania), korty tenisowe, pola golfowe, boiska do strzelania z łuku, tory wrotkowe i łyżwiarskie, dwa hipodromy, stadion do gry w polo, drugi do gry w baseball , klub jachtowy organizujący zawody żaglówek oraz niezliczona liczba dance houses, czyli sal tanecznych. Istniały tam także dziesiątki teatrów, między innymi Academy of Music, Winter Garden oraz Barnum’s American Museum: gigantyczny cyrk, w którym obok klownów, akrobatów, iluzjonistów, lwów, tygrysów i słoni pokazywano także wybryki natury w rodzaju braci syjamskich czy cieląt o dwóch głowach, Żywego Szkieletu (niewiarygodnie chudego człowieka) i miss Jane Campbell – dziewczyny ważącej prawie pół tony, która sama określała siebie jako „największą górę mięsa istniejącą kiedykolwiek w ciele kobiecym”. Na przybyszów czekały tuziny hoteli – w porównaniu z nimi najbardziej luksusowe transatlantyki wydawały się kurną chatą. Między innymi bajeczny hotel Astor, gdzie kurczaka przygotowywano na szesnaście różnych sposobów, a szampan lał się strumieniami, albo ultranowoczesny Fifth Avenue Hotel, w którym na wyższe piętra wjeżdżało się perpendicular railway, pionową kolejką, innymi słowy: windą. Urządzeniem gdzie indziej nieznanym. Zresztą jeśli nie umarłeś z głodu i nędzy, w Nowym Jorku wszystko mogło stać się źródłem rozrywki. Wszystko! Obłąkany ruch uliczny na Broadwayu, gdzie setki karet, powozików, wozów, dwukółek pędziło pomiędzy tramwajami ciągniętymi przez sześć koni i omnibusami: zabawne dorożki z woźnicą siedzącym na dachu, zatrzymujące się na żądanie. (Żeby wysiąść, trzeba było pociągnąć za sznurek przywiązany do lewej stopy dorożkarza i krzyknąć „Stop”!). Skandaliczne sklepy przy Bowery, w których można było kupić każdy najbardziej fantastyczny przedmiot lub lek, włączając w to słynną maść do przedłużenia stosunku miłosnego. Niedyskretne rozprawy w aulach Sądu Cywilnego, gdzie każdego roku przeprowadzano dziesiątki rozwodów. Chamstwo Vanderbiltów , Stewartów, Pierpontów, Morganów, którzy w swoich magnackich rezydencjach mieli złote nocniki i służbę w liberii ( składały się na nią: kaftan z adamaszku, atłasowe szelki, jedwabne pończochy, koronkowa koszula, a czasem nawet turban). Arogancja sufrażystek, które paliły w towarzystwie, gardłowały za antykoncepcją, a w razie konieczności dokonywały aborcji w klinice madame Restell (działającej za zezwoleniem burmistrza). Co prawda wojna, mimo iż toczyła się daleko na Południu, nieco przykróciła te niebywałe ekscesy i pociągnęła za sobą inflację. W 1865 roku płaszcz mógł w Nowym Jorku kosztować pięćdziesiąt dolarów – równowartość miejsca w trzeciej klasie na transatlantyku. Obowiązkowy pobór do wojska i praktyka zastępstwa, przeciwko której najbiedniejsi daremnie organizowali burzliwe protesty, sprawiła, że śmierć zebrała obfite żniwo. W rezultacie na ulicach licznie pojawiły się kobiety w żałobie, matki i wdowy w czarnych welonach. Wojna nie zmieniła jednak obyczajów bezbożnego miasta, a wręcz przeciwnie, zdwoiła jego cynizm. Dlaczego? Bo dzięki dostawom wojskowym bogacze stali się jeszcze bogatsi, sprzedając swe towary zarówno wojskom Północy, jak i konfederatom. Tym drugim, dzięki statkom płynącym na Bahamy. Business is business, my dear, and favours neutrals. Interesy to interesy, mój drogi, i najlepiej służą tym, którzy zachowują neutralność.«

Tak wyglądał Nowy Jork, ale był też Dziki Zachód, który my znamy z westernów. Jest to jednak obraz jednostronny. W poniższym fragmencie autorka wierniej oddaje jego rzeczywistość.

Virginia City już nie istnieje, a fotografie z tamtej epoki ukazują miasto dość odmienne od ghost-town odtworzonego, a raczej wymyślonego na użytek turystów. Zamiast prawdziwego miasta ukazują raczej olbrzymią wioskę, składającą się z trzech ulic i skromnych domków z drewna lub z cegieł. Osadę podobną do miasteczek z westernów, z urzędem szeryfa, saloonem i małym bankiem, zamkniętą w górskiej dolinie – Virginia City leżało na zboczu Mount Davidson, gdzie odkryto żyłę srebra, i zewsząd otoczone było przez wysokie szczyty. W 1865 roku miasto niewiele miało zresztą do zaoferowania z estetycznego punktu widzenia. Powstało ledwie pięć lat wcześniej, zastąpiwszy namioty i baraki pierwszego obozowiska górników, i rosło chaotycznie, podporządkowane jedynie potrzebie zapewnienia noclegu hordom, które napływały tam w poszukiwaniu szczęścia. Spekulanci, gracze, górnicy rozczarowani gorączką złota w Kalifornii. Przestępcy, prostytutki, biedacy i awanturnicy wszelkiej maści i narodowości. Amerykanie, Indianie, Meksykanie, Chińczycy, Europejczycy. Nie przypadkiem w tych latach miasto liczyło aż dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A jednak było ono właśnie takie, jak opisywała je Lydia. Bo w 1860 roku złoże srebra przyniosło milion dolarów dochodu. W 1861 roku już dwa miliony, rok później siedem, dwa lata potem dwanaście, w 1864 roku aż osiemnaście. Wydobywany kruszec zawierał nawet do pięciu procent złota. Ulice, wybrukowane kamieniami z kopalń lub ubite resztkami pyłu kopalnianego naprawdę świeciły się złotem i srebrem. Klamki, ostrogi, podkowy, wykończenia siodeł rzeczywiście robiono ze srebra. Używano go także do płacenia za towary i dawania napiwków, czasem w formie samorodków, kiedy indziej kawałeczków odcinanych nożem z lasek metalu. Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.

W tym miejscu muszę przerwać ten cytat i przytoczyć fragment artykułu (lata 30-te) Louisa Evena (1885-1974) Kim są prawdziwi władcy świata? Autor był propagatorem tzw. Kredytu Społecznego. W nim nawiązuje do tych „greenbacks”. Artykuł ten został przedrukowany przez dwumiesięcznik „Michael”, wydanie promocyjne numer 16, luty 2015. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

W ostatnim zdaniu przerwanego cytatu Fallaci pisze: „Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.” Czyli bankierzy robili wszystko, by zniechęcić ludzi do używania tych zielonych dolarów.

W innym miejscu Fallaci pisze o zabójstwie Lincolna:

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

Na następnej stronie pisze:

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.

Teraz mogę wrócić do przerwanego wątku o Virginia City:

Co więcej, było to naprawdę miejsce, w którym ludzie nie bali się ani Boga, ani diabła i robili, co chcieli. Najchętniej pili i uprawiali hazard. W Virginia City był tylko jeden kościół i dwieście domów gry. Sto dwadzieścia saloonów serwujących alkohol i posiadających również stoły do gry w faraona, w pokera, blackjacka, chuck-a-chuck, czyli gry w kości. Grali wszyscy. Dobrzy i nikczemni, biedni i bogaci, młodzi i kobiety. Gorączka gry dopadała każdego, kto przyjeżdżał do miasta. Nawet tych, którzy nie mieli w ręku talii kart ani kości. Grało się o wszystko. O tygodniową płacę, akcje kopalni, złote zęby, buty, spodnie, koszulę noszoną na grzbiecie, życie. Jeśli chodzi o alkohol, o Jezu! Lokali sprzedających trunki nie dałoby się zliczyć. Dzisiejsze Las Vegas wypada blado w porównaniu z Virginia City. W 1859 roku pierwsi górnicy przytaszczyli z sobą przez Sierra Nevada skrzynie whisky, brandy, rumu, ginu, wódki, absyntu. Teraz alkohol był najważniejszym towarem przywożonym do Nevady i nikt nie był w stanie określić, ile barów, zajazdów, piwiarni istnieje wmieście. Przy samej tylko C Street, głównej ulicy Virginia City, znajdowało się ich sto osiemdziesiąt dwa. Włosi, Hiszpanie, Francuzi preferowali koniak, Anglicy i Amerykanie whisky. Popularne były także koktajle, na przykład Woshoe Drink, piekielna mieszanka na bazie whisky, brandy, absyntu i ulepu – po wypiciu trzydziestu kropli tego trunku padałeś jak trup. Albo Minnie Kiss, pocałunek Minnie, trucizna z rumu, sherry i piwa, która miała taki sam efekt. Oraz Total Destruction, czyli Całkowita Zagłada, której efekty opisywano w ten sposób: „Najpierw się blednie, potem czerwienieje, potem przechodzi się do pozycji poziomej. Na ziemi przyjmuje się wyraz twarzy uśmiechnięty i błogi, po czym natychmiast zapada się w sen. Po przebudzeniu boli głowa i wydaje się, że żołądek jest pełen os, motyli, sosu pieprzowego i witriolu. Ale warto”.

Z taką samą łatwością strzelano i zabijano się nawzajem. „W pierwszych dwudziestu sześciu grobach w Virginia City pochowano ciała zamordowanych”, pisze w Pod gołym niebem Mark Twain, który przez trzy lata pracował w jako reporter w lokalnym „Territorial Enterprise”. A pisał to w roku 1861, potem zabójstwa stały się tak częste, że nie stanowiły żadnej sensacji. Wszyscy posiadali rewolwer lub strzelbę, przedmioty sprzedawane razem z kilofami i łopatami lub w sklepach spożywczych, a różnicę zdań rozwiązywano pojedynkiem. Nie były to jednak pojedynki toczone zgodnie z regułami podyktowanymi przez kodeks honorowy, przewidującymi wręczenie pisemnego wezwania, obecność sekundantów, chirurga, drugiego chirurga, ceremonialne nabicie pistoletów, panowie-jesteście-gotowi, liczę-do-trzech-i-strzelacie. Tylko jeden wystrzał. To były pojedynki takie, jakie się widzi w westernach: staczane od razu w saloonie albo na ulicy. Bang-bang-bang! W 1845 roku ogłoszono Anti-Dueling Law, prawo przeciw pojedynkom, które uznawało za przestępstwo zarówno wyzwanie na pojedynek, jak i zaakceptowanie wyzwania, a także przewidywało oskarżenie o morderstwo w razie zabicia przeciwnika w walce. W praktyce jednak prawo to przez długi czas nie weszło w życie i dalej spokojnie wysyłano ludzi na cmentarz. Zwykle odbywało się to na B Street za pomocą pięciostrzałowego kolta. Magazynek opróżniano na ślepo, nie dbając o zgromadzonych gapiów, dlatego oprócz pojedynkujących się ginęły zawsze trzy czy cztery osoby z tłumu. Pewnego razu zginęło ich osiem, plus obaj przeciwnicy. A powody do wyzwania często bywały błahe. Dieta oparta na alkoholu skłaniała do liberalnego naciskania na cyngiel, toteż w 1865 roku niejaki Bill Bryan, adwokat, zabił górnika popijającego spokojnie piwo just-because-I-felt-like-killing-somebody. Bo-miałem-ochotę-kogoś-zamordować. Strzelały zresztą także kobiety. Zarówno władze, jak i prasa zachęcały je, by zawsze chodziły z bronią, a jeśli zdarzyło im się kogoś zastrzelić, nigdy ich nie skazywano. Często nie stawiano nawet przed sądem. „To nie zbrodnia zastrzelić chama, który cię molestuje, a jeśli klepnie cię po tyłku, masz do tego pełne prawo”. W 1865 roku roku prostytutka imieniem Juanita Sanchez doczekała się triumfalnej rundy za zabicie byłego kochanka Jacka Butlera, który dla żartu wymierzył w nią rewolwer. Co do sprawiedliwości, było to puste słowo. Niewygodnych świadków wypędzało się lub zabijało. Sędziów, ławę przysięgłych i szeryfów można było przekupić, sprawy wygrywali ci, którzy mieli więcej pieniędzy, zresztą i tak na przedstawicieli sprawiedliwości nie należało za bardzo liczyć. Byli zawsze pijani. Jeśli nie pijani, to głupi. Jeśli nie głupi to ciemni. Nie umieli nawet odróżnić „deprawacji” od „deportacji” i w dziewięciu na dziesięć przypadków werdykt brzmiał not guilty, niewinny. W rezultacie przestępstwa mnożyły się jak szarańcza w Utah, i w porównaniu z Virginia City Nowy Jork mógł się wydawać szkołą zakonną dla panienek z dobrych domów. W 1865 roku w jednym tylko dniu odbyły się i zakończyły dwa procesy o zabójstwo, dwa dotyczące pojedynku, pięć w sprawie zamachu na życie, pięć o zranienie nożem. Kradzieży, włamań, oszustw nikt by nie zliczył. „Jeśli pozostanę tu przez sześć miesięcy – napisał w swym dzienniku jakiś uczciwy podróżny – ja także stanę się przestępcą”. A ksiądz z jedynego kościoła w mieście opowiadał: „Wczoraj oczyściłem duszę jednego z parafian. Na pytanie, czy kiedyś kogoś zabił, odpowiedział: tylko dwie lub trzy osoby. Na pytanie, czy dopuścił się oszustwa, odrzekł: najwyżej ze dwadzieścia lub trzydzieści razy. A na pytanie, czy zdarza się mu kraść, powiedział: codziennie, co w tym złego?”.

Ale Lydia nie myliła się też, twierdząc, że Virginia City to raj dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych. Bo w tych pierwszych latach istnienia miasta górnicy, spekulanci, oszuści, gracze, awanturnicy nie przywozili ze sobą, jak można się domyślić, żon, córek, sióstr ani kochanek. Na początku brak kobiet był tak dotkliwy, że gdy dyliżans zatrzymywał się na zmianę koni, wszyscy przybiegali zobaczyć, czy nie ma w nim jakiejś kobiety. Jeśli była, zaczynali krzyczeć: „Yes, yes! There is. Oh, God! That’s good for the eyes! O Boże, co za widok dla oczu!” Pewnego dnia żona jakiegoś Kalifornijczyka tak się tym przestraszyła, że zamiast wyjść z powozu, aby odpocząć i zjeść obiad, skuliła się w środku i zaciągnęła zasłony. Wtedy grupa górników ofiarowała mężowi dwieście dolarów, aby namówił ją do odsłonięcia okna i wyjrzenia na chwilę. On ją przekonał i na widok kobiecej twarzy ze dwunastu gapiów zemdlało z wrażenia. W 1860 roku sytuacja trochę się polepszyła: na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn przypadało dziesięć kobiet ( w większości były to oczywiście prostytutki, entraineuses czy hurdy-gurdy girls – dziewczyny do tańca, które brały dwadzieścia pięć centów za obrót, całkiem pokaźna sumka za przetańczenie całego tańca z klientem saloonu). W 1861 roku było już dwadzieścia kobiet na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn, w 1863 czterdzieści, a w 1865 pięćdziesiąt. Jednak to i tak wciąż za mało – i niezamężnej kobiecie wystarczyło wysiąść z dyliżansu, by znaleźć sobie męża. Nawet jeśli była stara i brzydka i kulawa. Poświadczają to także akty ślubu z dołączonymi fotografiami małżonków: obok przystojnego krzepkiego młodziana prawie zawsze stoi matrona, która mogłaby być jego matką. I naturalnie rozwód był równie łatwy do przeprowadzenia jak zawarcie małżeństwa. Największą korzyścią dla kobiet było jednak co innego: szacunek, jaki żywili mężczyźni dla każdej istoty obdarzonej biustem i noszącej spódnicę. Byłam bardzo zaskoczona, wyczytawszy, że kobieta miała prawo strzelić do każdego, kto wyraził się wobec niej obleśnie albo poklepał ją po siedzeniu. Wszystkie książki historyczne są zgodne co do tego, że takie niestosowne sytuacje nie zdarzały się w Virginia City i wśród niezliczonych przestępstw, które tam popełniano, nie dochodziło do gwałtów. „Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, który uchybiłby kobiecie” dodaje podróżnik od dziennika „jeśli-pozostanę-tu przez-sześć-miesięcy-ja-także-stanę-się-przestępcą”. Po pierwsze, nie używało się słowa kobieta. Mówiło się lady, dama. (Obyczaj wciąż rozpowszechniony na zachodzie Stanów). Poza tym w obecności kobiety zdejmowało się kapelusz. Zawsze. Na koniec: kobietę otaczało się opieką. Zawsze. Podawało się jej ramię, ofiarowało pomoc w niesieniu pakunków, pomagało w przejściu przez ulicę. I lepiej było nie rzucać na nią zbyt śmiałych spojrzeń. „Apologize or I blow up your brain. Przeproś albo rozwalę ci mózg”. Zawsze. W odniesieniu do każdej kobiety. Także hurdy-gurdy girls, entraineuses, prostytutek. Jednym słowem, były traktowane jak królowe. Wszystko im wybaczano. Na przykład w teatrze można było gwizdać na aktora. Na aktorkę – nigdy. Nawet jeśli nie umiała grać ani śpiewać. Wręcz przeciwnie, publiczność stawała się wtedy szczególnie wielkoduszna o oklaskiwała ją głośno, rzucała jej samorodki i woreczki ze srebrem i złotem. „Fine!, świetnie! Brawo, bis!” Poza tym bezgranicznie podziwiali kobiety odważne, nieustraszone, przedsiębiorcze i mieli szczególną słabość do tych, które mówiły z silnym francuskim akcentem, to znaczy zaokrąglając r, co było, jak pamiętamy, charakterystyczne dla sposobu mówienia Anastasii. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które by bardziej do niej pasowało. I pociesza mnie, że o pierwszych latach spędzonych w Virginia City opowiadała nieco obszerniej, z mniejszą powściągliwością i rezerwą. (Opowiadała dziadkowi i babce Oriany Fallaci, a oni jej. – przyp. mój).

Były dwa sposoby kolonizacji. Anglicy rzucali na pierwszy ogień kolonizatorów. Dopiero gdy oni jakoś zagospodarowali się w nowych warunkach, to wkraczało państwo z całym swoim aparatem. Francuzi i Hiszpanie do kolonizacji od początku angażowali państwo. Dlatego kolonizacja Ameryki Południowej wyglądała inaczej. Tam też dużą rolę odgrywał Kościół. Dziki Zachód wyglądał tak, jak wyglądał, dlatego że ludzie sami decydowali o swoim losie i sami organizowali sobie życie. A że wyglądało ono tak, jak wyżej zostało opisane, to tylko świadczy o tym, że ludzka natura, to jest coś, czego nie da się ogarnąć, nie da się przewidzieć ludzkich reakcji i zachowań. I to wszystko teraz nam zabierają. Chcą z nas zrobić automaty, które będą całkowicie przewidywalne.

Armagedon

Orlen buduje dwa szpitale modułowe. Jeden na terenie Płocka, drugi – Ostrołęki, powiedział 18 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia Daniel Obajtek prezes PKN Orlen. Placówka w Płocku powstaje na terenie Centrum Badawczo-Rozwojowego.

Szpital modułowy jest to szpital budowany od podstaw – wyjaśniał prezes. Składa się on z kontenerów medycznych. To są pojedyncze kontenery medyczne mające wszelkie atesty medyczne. One są łączone w całość niejako modułowo i tak powstaje szpital modułowy. Ten szpital będzie liczył około 200 łóżek i będzie w pełni wyposażony do tego, by mógł przyjmować pacjentów.

Czy to są szpitale pełnowartościowe w sensie takim, że tam są respiratory i instalacje tlenowe, wszystko, co powinno znaleźć się w prawdziwym szpitalu – pyta redaktor.

Tak, panie redaktorze, to są szpitale, gdzie będzie znajdowało się wszystko, będą znajdowały się kardiomonitory, będą znajdowały się respiratory, są to szpitale w pełni wyposażone, które mogą prowadzić działalność, niczym nie różnią się od szpitali, które w tym zakresie funkcjonują.

Spółki Skarbu Państwa mają wybudować 15 takich szpitali. Powstaną 4 na Mazowszu, 4 w Małopolsce, 3 na Dolnym Śląsku, 2 na Górnym Śląsku oraz po jednym w Wielkopolsce i na Pomorzu. Oddanie pierwszych szpitali zaplanowano na listopad. Tak informował 4 listopada portal forsal.pl.

PKN Orlen zajmie się szpitalami mazowieckimi, KGHM zorganizuje trzy szpitale na Dolnym Śląsku, a Węglokoks – dwa na Górnym. Tauron i PKO Bank Polski – w Małopolsce, PKO Bank Polski – w Poznaniu, a Totalizator – w Radomiu. Lotos zorganizuje szpital w Gdańsku.

Oprócz szpitali modułowych są również szpitale tymczasowe, zwane też polowymi. Takie szpitale planowane będą we wszystkich województwach. Większość zostanie oddana do użytku między 15 a 30 listopada. Zapewnią one około 5,5 tys. dodatkowych łóżek. Na Bizblog.pl możemy przeczytać:

Na Stadionie Narodowym szpital tymczasowy, o ile zajdzie taka potrzeba, ma dysponować nawet tysiącem łóżek. Podobnie ma być w innych województwach. Biorąc pod uwagę już wcześniejsze raportowanie wojewodów do rządu w sprawie kłopotów z obsadzeniem lekarskich dyżurów, to można mieć poważne wątpliwości kto będzie się opiekował pacjentami w szpitalach właśnie co tworzonych na stadionach. Wszak już rok temu, kiedy jeszcze pandemia COVID-19 nikomu się nie śniła, wyliczono, że nad Wisłą brakuje ok. 68 tys. lekarzy.

Na tym samym portalu można było przeczytać informację z 19.10.2020: Do środy wypracujemy listę szpitali prywatnych, które będą miały obowiązek utworzenia covidowych łóżek. – ogłosił w poniedziałek minister zdrowia Adam Niedzielski. System ochrony zdrowia nie wytrzymuje uderzenia drugiej fali koronawirusa, ale otwieranie szpitali polowych na stadionach to za mało.

Na portalu mp.pl (medycyna praktyczna dla lekarzy) 06.11.2020 można było przeczytać:

Wojewoda opolski poinformował w czwartek, że w regionie jest sześć w pełni przekształconych szpitali dla chorych na COVID-19. Dodatkowe osiem pracuje w trybie hybrydowym. Wojewoda informuje, że na koniec listopada dostępnych będzie 1,3 tys. łóżek dla pacjentów chorych na COVID-19. W celu odciążenia szpitali i bazy łóżkowej w szpitalach planuje się zwiększenie liczby miejsc w izolatoriach z 684 do tysiąca na koniec miesiąca.

Cóż wynika z tych cytatów? Ano wynika to, że rząd szykuje nam pobyt w „bardzo atrakcyjnych miejscach”. Są to:

  • szpitale modułowe
  • szpitale tymczasowe (polowe)
  • szpitale tradycyjne, przekształcone na covidowe
  • szpitale hybrydowe tj. dla pacjentów covidowych i innych
  • covidowe łóżka w szpitalach prywatnych

Dlaczego rząd tak się stara i działa tak pospiesznie? Czyżby spodziewał się potężniejszej fali zakażeń? A jeśli tak, to skąd o tym wie? Musi coś wiedzieć, bo to są potężne inwestycje, idące w miliardy złotych. A ilu ludzi pracuje przy tym bezproduktywnie? No właśnie! Czy ta praca jest produktywna? Jeśli założymy, że są to współczesne krematoria, to chyba nie. Jeśli kogoś szokuje tego typu stwierdzenie, to polecam obejrzenie filmu pod komentarzem na moim wcześniejszym blogu „Ludzka natura”.

W dniu 19 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia przeprowadzono wywiad z wiceministrem zdrowia Waldemarem Kraską.

Premier zapowiada, że szczepienia na Covid będą dobrowolne, a minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że resort zakłada zaszczepienie całej dorosłej populacji. Jak to wytłumaczyć? – pyta redaktor.

Nie chcemy Polaków zmuszać do szczepienia, ale chcemy ich przekonać, że to jedyna skuteczna metoda, aby zakończyć tę pandemię, jedyna metoda, aby powrócić do normalności. Możemy to zrobić, pokazując, że ta szczepionka jest nie tylko skuteczna, ale także bezpieczna, to nieodzowny warunek każdego szczepienia, żeby osoba, która poddaje się temu szczepieniu, była absolutnie pewna, że ta szczepionka nie powoduje żadnych niepokojących skutków ubocznych, bo…

Ale w przypadku firmy Pfizer już podano, że skuteczność jest na poziomie 90%, czyli u 10% testowanych covid rozwinął się. – wtrąca redaktor.

Nawet chyba większa, wczoraj było to skorygowane, nawet 95% podawała firma, czyli dość duża skuteczność. Ja tylko przypomnę, że w przypadku szczepienia na grypę ta skuteczność to jest 75-80%, czyli prawie 10% niższa.

Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem. Nawet najlepszy lek może powodować, że nie wszyscy na niego zareagują, że ten przebieg może być różny. Zawsze jest łatwiej i taniej zapobiegać niż leczyć. Druga strona tego medalu, to to, że jeszcze nie ma w tej chwili leków, które byłyby dedykowane koronawirusowi, które niszczyłyby tego wirusa, być może takie leki także się pojawią.

Panie ministrze, a jak długo będzie trwała odporność po szczepieniu? Bo niektórzy mówią, że skoro kilka miesięcy, to tak jak po przechorowaniu.

Różnie firmy podają. Jeżeli mówimy o szczepionce na grypę, która już od wielu, wielu lat jest, to jest mniej więcej około roku odporności do momentu, kiedy pojawi się następny wirus. Tutaj mi się wydaje, że to na pewno będzie dużo dłużej niż kilka miesięcy. Trudno w tej chwili powiedzieć, ta szczepionka jest nowa, ale myślę, że warto to zrobić, warto się zaszczepić, żeby tę odporność uzyskać.

A czy rząd zakupi w takim razie szczepionki dla całej dorosłej populacji, czyli dla 31 milionów osób?

Tak, mamy takie plany, żeby ta szczepionka była dla każdego dorosłego Polaka. Mam nadzieję, że wszyscy z tego skorzystają.

Widać więc, że co innego mówi premier, co innego minister zdrowia, a co innego wiceminister zdrowia. A skoro tak, panuje taki chaos, to i my mamy mętlik w głowie. Czy w tym chaosie, szumie informacyjnym, jesteśmy w stanie cokolwiek zrozumieć, doszukać się jakiejś konsekwencji w działaniu, która zdradziłaby nam prawdziwe intencje?

Wiceminister mówi: „Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem.” Skoro szczepionka uchroni nas przed zachorowaniem i ma się pojawić już na wiosnę, czyli za 4 miesiące, to po co budowa tylu szpitali? Od początku „pandemii” zostało zakażonych 796 798 osób (stan na 19 listopada), zmarło – 12 088, czyli nie zmarło – 784 710 osób. To jest konstatacja niezwykle „błyskotliwa”, mniej więcej w stylu Nuty z filmu Vabank. Ktoś tam mówi: dziś jest niedziela, a – Nuta, jąkając się – jutro będzie poniedziałek. Tak to chyba mniej więcej szło. Pandemia trwa 10 miesięcy, co daje w zaokrągleniu 80 000 zakażonych na miesiąc. Przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób. W ciągu tych 10 miesięcy zmarło 12 088 osób, co daje 1200 osób miesięcznie. Przez następne cztery miesiące umrze 4800 osób. Liczba ozdrowieńców od początku „pandemii” to 361 886, co oznacza, że chorych jest 434 912 osób. Łóżka zajęte przez chorych na COVID-19 – 22 536. Znaczy to, że ci, którzy leżą na tych łóżkach, najpoważniejsze przypadki, to 5% ogółu zakażonych. Ogółem łóżek dla zakażonych jest 37 348 (stan na 19 listopada), co oznacza, że rząd ma w rezerwie 14 812 łóżek. Jeśli więc przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób, to 5% z nich będzie potrzebowało łóżek, czyli 16 000. Tu z kolei zrobiłem założenie, że żadne z wcześniej zajętych łóżek nie zostanie zwolnione.

Ja wiem, że od 5 października liczba zakażonych rośnie w postępie geometrycznym, czyli uśrednianie do 10 miesięcy jest błędem metodologicznym, ale też te dane są naciągane. Trudno więc na ich podstawie zorientować się, jaki jest stan faktyczny. Natomiast liczba zgonów na wykresie jest cały czas płaska. Wzrasta ona proporcjonalnie do liczby zakażonych, co skutkuje tym, że śmiertelność jest na stałym poziomie 1,6% czy 1,5%. A to jest najważniejsze. Tu nie ma zmian. Inna sprawa, że dane dotyczące zgonów też są nieprawdziwe. Ale spróbujmy ekstrapolować, czyli 16 000 – 14 812 = 1 188. Tyle łóżek, dla najpoważniejszych przypadków, zabraknie do momentu pojawienia się szczepionki, która rozwiąże wszystkie problemy. A potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Co? Bajka? Bajka, ale to nie moja wina, że ludzie wierzą w bajki.

Skoro zabraknie 1 188 łóżek, niech nawet 1200, niech nawet 2000, to po co tyle szpitali, jeśli na samym Stadionie Narodowym ma być docelowo 1000 czy 1200 łóżek? Może rząd wie coś, czego my nie wiemy. Może wie, jak zadziała szczepionka. A jak zadziała? Z informacji na różnych kanałach, w Polsce i za granicą, można się dowiedzieć, że ona zmienia kod DNA w komórce w taki sposób, że organizm zaczyna produkować przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma takiej potrzeby. Normalnie organizm, gdy dostaną się do niego jakieś wirusy, zaczyna wytwarzać przeciwciała, które pozbywają się intruzów. Objawia się to gorączką, utratą węchu i smaku, osłabieniem organizmu. Tak on się broni, ale wtedy, gdy obce ciała zaatakują go. W ten sposób je zwalcza. Jeśli jednak, po zaaplikowaniu szczepionki, organizm zacznie wytwarzać przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma intruzów, to zacznie walczyć z samym sobą, co w efekcie będzie prowadzić do śmierci. Początkowo będzie to wyglądać jak zakażenie – wyższa temperatura, osłabienie, utrata węchu i smaku itp., co będzie pretekstem do umieszczenia delikwenta w szpitalu, a tam już się nim zajmą.

Wszystko wskazuje na to, że rząd przygotowuje się na wzrost zakażeń po zaaplikowaniu szczepionki i stąd dążenie do tworzenia nowych szpitali, w takiej czy innej formie. Póki co zmienił taktykę i zaczyna straszyć wzrastającą liczbą dziennych zgonów. Wykorzystuje fakt, że obecnie umiera znacznie więcej ludzi niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Tych dodatkowych łóżek w nowych „szpitalach” może być około 20 tys., a może i więcej. Jeśli w Polsce już w zeszłym roku brakowało 68 tys. lekarzy, a i pielęgniarek jest mało, to kto będzie opiekował się, czy może „opiekował się” tymi ludźmi? Czy nie Wojska Obrony Terytorialnej? Dobrze to nie wygląda.

Źródła

Śledząc historię i rozwój instrumentów piśmiennych czasem można natknąć się na dość zaskakujące fakty, o których mało kto wie, a już na pewno nie spodziewałby się ich w tym miejscu. Na jeden z nich natknąłem się w książce The Pencil A History of Design and Circumstance, której autorem jest Henry Petroski. Chodzi o historię produkcji ołówka w Związku Radzieckim po rewolucji październikowej.

Może komuś wydawać się, że cóż to za filozofia wyprodukować coś tak prostego jak drewniany ołówek. Możemy zamówić u stolarza meble, nawet jakieś fantazyjne, i on je zrobi. A „prostego” ołówka – nie. Chociażby z tego względu, że do jego wykonania, czyli wycięcia z drewna form dla grafitu, potrzebne są specjalistyczne maszyny, nie mówiąc już o tym, że samego wkładu do tego ołówka też sam nie zrobi. W tym miejscu wypada mi przytoczyć kilka faktów z jego historii, może dla niektórych nudnych, ale ułatwi to zrozumienie tego, co zdarzyło się w porewolucyjnym Związku Radzieckim.

Pod koniec XVII wieku drewniany ołówek, takim jakim znamy go dziś, był już produkowany. Może jeszcze nie na masową skalę, ale też nie była to produkcja chałupnicza. Prawdopodobnie pierwszym, który pomysł umieszczenia grafitu wewnątrz drewnianego ołówka zrealizował w praktyce, był stolarz (joiner) z Kestwick w Anglii. Przy czym angielskie słowo joiner oznacza stolarza w węższym znaczeniu niż w języku polskim. Był to stolarz, który wycinał z drewna mniejsze kawałki i łączył je. Wykonywał framugi do drzwi, drzwi, ozdoby z drewna itp.

Według innych źródeł nową technikę produkcji ołówków opanował już w 1662 roku Friedrich Staedtler, którego określano jako specjalistę i producenta ołówków. Był on synem emigranta, który osiedlił się w Norymberdze. Nie kontynuował jednak zawodu ojca, ale został sklepikarzem. Ożenił się z córką stolarza (joiner), od którego nauczył się tajników umieszczania grafitu w drewnie. I od samego początku chciał specjalizować się w produkcji ołówków. Niestety nie zgodziła się na to rada cechu uważając, że inni stolarze również mają do tego prawo i specjalizacja nie jest potrzebna. Jego upór i konsekwencja zostały docenione i w 1675 roku uznano go za producenta ołówków.

Staedtler wprowadził nowe metody produkcji. Jego własny warsztat rzemieślniczy rozwijał się, produkcja rosła. Pojawili się też inni producenci i w końcu w 1731 roku utworzono cech producentów ołówków.

W 1760 roku Kaspar Faber, rzemieślnik, osiedlił się w Stein koło Norymbergi. W następnym roku wywiesił szyld informujący o jego nowym zajęciu – produkcji ołówków. Początkowo była ona niewielka. Mieściła się w jednym podręcznym koszyku, z którym wybierał się do Norymbergi i pobliskiego Fürth. Po jego śmierci w 1784 roku jego syn, Anton Wilhelm, został jedynym właścicielem firmy, która później znana była na całym świecie jako A. W. Faber.

W 1793 roku wybuchła wojna pomiędzy Francją i Anglią. Francja została odcięta od dostaw doskonałej jakości angielskiego grafitu, ale też od gorszej jakości niemieckich ołówków produkowanych ze sproszkowanego grafitu zmieszanego z siarką i klejem. Ponieważ wojna, rewolucja, edukacja i codzienny biznes nie mogą obejść się bez ołówków, francuski minister wojny, Lazar Carnot, poszukiwał nowej metody ich produkcji. Człowiekiem, który mógł podjąć się tego zadania był Nocolas-Jacques Conté, trzydziestodziewięcioletni wówczas inżynier i wynalazca. Dokonywał już eksperymentów z grafitem, ale też miał doświadczenie w produkcji grafitowych tygli służących do wytopu metali. Jego wysiłki nie poszły na marne i w 1795 roku uzyskał patent na produkcję grafitu do ołówków.

Proces jego produkcji polegał na usunięciu z drobno sproszkowanego grafitu zanieczyszczeń, zmieszaniu z glinką porcelanową i wodą. Tak ukształtowaną, jeszcze mokrą masę, umieszczano w podłużnych, cienkich formach. Następnie wyschnięty grafit wyjmowano z form, opakowywano węglem drzewnym i zamykano w ceramicznych naczyniach i poddawano działaniu wysokich temperatur. Po takich zabiegach grafit w formie pręcików umieszczano w dopasowanej szczelinie wyciętej w drewnianej formie. Następnie formę tę z grafitem pokrywano klejem i na nią nakładano bliźniaczą formę z podobnie wyciętą szczeliną. I tak powstawały doskonałej jakości ołówki. Proste? Proste, jak się wie. Przyznam, że często zastanawiałem się, jak oni wkładają ten grafit do środka. Łączenia tych dwóch części nie było widać, bo lakier je pokrywał, a i przy temperowaniu trudno było się go dopatrzyć, co świadczyło o opanowaniu technologii do perfekcji.

Niektórzy uważają, że proces produkcji nowego grafitu niezależnie odkrył w 1790 roku wiedeński mechanik Josef Hardtmuth. Jednak jest to prawdopodobnie data powstania firmy. Sam Hardtmuth twierdzi, że opracował ten proces w 1798 roku, a więc trzy lata po jego opatentowaniu przez Conté. Według niektórych źródeł nowy proces produkcji grafitu wykorzystano w Wiedniu dopiero po jego wprowadzeniu przez zięcia Conté Arnoulda Humblota. Miał on też dokonać wielu ulepszeń w procesie swego teścia. Ostatecznie też został on szefem firmy w Paryżu.

Może trochę przydługa ta historyczna dygresja, ale chciałem pokazać, że ołówek, zdawałoby się – nic prostszego, to jego produkcja jest bardzo skomplikowanym procesem. I teraz mogę przejść do głównego wątku.

W 1921 roku przybył z Nowego Jorku do Moskwy młody lekarz – Armand Hammer. Celem tej wizyty było zorganizowanie dostawy leków i chemikaliów z jego rodzinnej firmy do Związku Radzieckiego. W trakcie swojej podróży na Ural miał okazję osobiście przekonać się o spustoszeniu jakie poczyniła rewolucja październikowa: głód, choroby, upadek handlu i produkcji. Zobaczył wielkie zapasy wydobytych minerałów, drogich kamieni, futer itp. Nie było jednak nikogo, kto by podjął się ich wymiany na zboże i inne produkty pierwszej potrzeby. I taką wymianę zorganizował Hammer. Amerykańskie statki ze zbożem pojawiły się w Piotrogrodzie. Po wyładowaniu zapełniły się towarami radzieckimi. Wymiana okazała się obustronnie korzystna. Taka zdecydowana postawa Hammera zwróciła uwagę Lenina, który zaprosił go na Kreml. W efekcie tych rozmów Hammer stał się pierwszym aktywnym amerykańskim biznesmenem w Związku Radzieckim. Według relacji samego Hammera Lenin mówił do niego tak:

»Dwa kraje, Stany Zjednoczone i Rosja, jak to ujął Lenin, wzajemnie uzupełniają się. Rosja jest zacofanym krajem z ogromnymi bogactwami naturalnymi. Stany Zjednoczone mogą wykorzystać te surowce naturalne i rynek dla swojego przemysłu maszynowego, a w dalszej kolejności, dla produkowanych towarów. Rosja potrzebuje przede wszystkim amerykańskiej techniki i zarządzania, amerykańskich inżynierów i techników. Lenin wziął do ręki egzemplarz Scientific American.

„Spójrz tu”, powiedział, kartkując pośpiesznie numer pisma, „to jest to czego dokonał wasz naród. To jest to, co oznacza postęp: budownictwo, wynalazki, maszyny, zautomatyzowanie produkcji wspomagające ludzkie ręce. Dziś Rosja wygląda jak Ameryka w swoich pionierskich latach. Potrzebujemy wiedzy i ducha, który uczynił Amerykę tym, czym jest.”

„To czego potrzebujemy, żeby stanąć na nogi”, mówił, podnosząc coraz bardziej głos…, „to amerykański kapitał i pomoc techniczna. Czyż nie tak?”«

Początkowo chciał on rozwijać współpracę na zasadzie handlu i wymiany. Proponował Fordowi wejście na rynek radziecki z samochodami i traktorami. Jednak nic z tego nie wyszło, bo władze radzieckie chciały tworzyć przemysł i produkcję na miejscu. I to samo zaproponowały Hammerowi. I gdy tak zastanawiał się nad tym, jakim rodzajem produkcji zająć się, pomysł sam się narzucił, zresztą zupełnie przypadkowo.

Hammer wszedł do sklepu z artykułami piśmiennymi, by kupić ołówek. Okazało się, że najprostszy ołówek kosztował prawie 10 razy więcej niż w Ameryce. Hammerowi chodziło jednak o ołówek chemiczny (kopiowy). A tych było tak mało, że sprzedawano je tylko stałym klientom, którzy kupowali papier i zeszyty. To był rok 1925. Jak sam wspominał, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Władze radzieckie poparły pomysł. Wprawdzie wywołało to niezadowolenie tych, którzy sprowadzali niewielkie ilości ołówków z Niemiec, ale nie oni decydowali. Hammer zobowiązał się, że w pierwszym roku produkcji dostarczy na rynek ołówków o wartości 1 miliona dolarów. To bardzo przypadło do gustu rządzącym, bo planowali nauczyć czytać i pisać każdego obywatela.

Jednak od pomysłu do przemysłu droga daleka. Co innego wiedzieć jak wyprodukować ołówek, a co innego wyprodukować go. Do produkcji niezbędni są ludzie, którzy mają wiedzę, a więc inżynierowie, majstrzy i wykwalifikowani robotnicy. I po to wszystko musiał się udać Hammer do Norymbergi do firmy Faber która od pokoleń była w rękach rodziny Faber. Obecnie nazywa się ona Faber-Castell i jest największym na świecie producentem ołówków. Oprócz nich produkuje ołówki automatyczne, długopisy, pióra i inne akcesoria.

Firma ta starannie skrywała tajemnice procesu produkcji i konstrukcji najnowszych maszyn. Żeby więc uruchomić produkcję w Związku Radzieckim, należało pozyskać ludzi z kwalifikacjami oraz maszyny do produkcji ołówków. A to nie było takie proste, bo fabryka Fabera była zorganizowana na sposób feudalny. Jego rządy były bardziej absolutne niż jakiegokolwiek księcia czy feudalnego barona. Nie było więc łatwo cokolwiek wydobyć z tej twierdzy. Nie mniej jednak zawsze znajdą się jacyś niezadowoleni, którzy w zamian za lepsze wynagrodzenie i warunki pracy, gotowi są podjąć ryzyko zmiany zatrudnienia i wyjazdu z kraju. I takich ludzi znalazł Hammer dzięki pomocy jednego z bankierów. Pod pretekstem wyjazdu na wakacje do Finlandii opuścili Niemcy. W Helsinkach, za sprawą Hammera, czekały na nich radzieckie wizy. Podstępu użyto również przy sprowadzaniu maszyn. Zamówiono je u producenta w częściach i kazano przysłać do Berlina, sugerując, że tam nastąpi ich montaż. A gdy tam znalazły się, każdą część oznakowano i wysłano do Moskwy.

W Moskwie Hammer szybko znalazł odpowiednie miejsce na zlokalizowanie fabryki i osiedla dla robotników. Był to opuszczony zakład produkcji mydła. Szybko odnowiono podupadłe budynki, zainstalowano maszyny i rozpoczęto produkcję. Zanim jednak do tego doszło, Hammer importował ołówki na kwotę 2 milionów dolarów rocznie. W pierwszym roku produkcji wartość wyprodukowanych ołówków wyniosła 2,5 miliona dolarów. W drugim roku produkcji cena jednostkowa spadła pięciokrotnie.

To wszystko stało się bardzo szybko. Wyniki były imponujące. Trzeba jednak pamiętać o tym, że działo się to w warunkach całkowitego monopolu, ponieważ import ołówków do Związku Radzieckiego był zabroniony, ale nie dla Hammera. I to chyba tłumaczy, skąd taka sympatia amerykańskich kapitalistów do komunistycznego kraju: posiadanie monopolu na swoją produkcję czy handel, to marzenie każdego przedsiębiorcy. W Ameryce to nie byłoby możliwe.

Gdy produkcja wrosła z 51 milionów do 72 milionów sztuk rocznie, fabryka Hammera mogła wyeksportować 20% produkcji do Anglii, Turcji, Persji i na Daleki Wschód. Zysk z zainwestowanego kapitału wynosił 100%. A ten zainwestowany kapitał to milion dolarów. Był to kapitał Hammera, ale zyski dzielono po połowie tj. połowa dla Hammera i połowa dla władz Związku Radzieckiego.

Produkowano różne ołówki, ale najbardziej popularny to „Diamond”, który pakowano w zielone pudełka i oznaczano napisem: “A. Hammer – American Industrial Concession, U.S.S.R.” Znakiem handlowym, czyli logo, jakbyśmy dziś powiedzieli, był skrzyżowany z kotwicą młot, co miało kojarzyć się z dwoma skrzyżowanymi młotami na niektórych ołówkach Fabera. Pewnego razu Nikita Chruszczow powiedział Hammerowi, że nauczył się pisać, używając ołówków. Podobnie było w przypadku innych radzieckich przywódców, takich jak Leonid Breżniew i Konstantin Czernienko. Wszystkim przywódcom radzieckim, poza Stalinem, zależało na poznaniu Hammera, bo on znał Lenina.

Przemysł kwitł i, z początkowo jednej fabryki, powstało ich pięć. Produkowano w nich nie tylko ołówki, ale też artykuły pochodne. Takie fabryki były również miejscem, w którym mogli się ukryć ludzie o niebolszewickim pochodzeniu: profesorowie, pisarze, generałowie, urzędnicy carscy itp. Wszyscy oni obsługiwali maszyny do cięcia drewna lub pakowali gotowe produkty, tak jak zwykli robotnicy. Ich jedynym celem było wtopienie się w ten tłum i zatarcie śladów swojej przeszłości. To jednak nie zmieniało faktu, że wszechobecni szpiedzy i agenci demaskowali ich i żądali wydalenia ich z zakładu w celu zrobienia miejsca prawdziwym proletariuszom.

Jednak takie typowo kapitalistyczne przedsiębiorstwo charakteryzujące się podziałem zysków i pracą akordową, nie mogło ujść uwagi radzieckiej prasie i całe przedsiębiorstwo Hammera znalazło się w ogniu jej krytyki. Ale były też i inne czynniki, które wskazywały, że klimat dla tego typu przedsięwzięć uległ zmianie. Trudności w uzyskaniu kredytu oraz pogarszający się stosunek władz radzieckich do kapitału zagranicznego, spowodowały że Hammer zaczął rozważać możliwość sprzedaży fabryki rządowi radzieckiemu. I to nastąpiło w 1930 roku. Nowy właściciel zmienił nazwę na “Sacco and Vanzetti Pencil Factory” na cześć włoskich imigrantów Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, którzy w 1927 roku zostali skazani na śmierć za zabójstwo w trakcie kradzieży w fabryce butów w 1920 roku, i których to egzekucja stała się powodem protestów socjalistów na całym świecie.

Zagłębianie się w historię artykułów piśmiennych prowadzi czasem do odkrywania takich mało znanych faktów jak produkcja ołówków w Związku Radzieckim wkrótce po rewolucji październikowej w 1917 roku. Zdawać by się mogło, że ideologiczna wrogość i nieskrywana niechęć bolszewików do kapitalistów, powinna była wykluczać taką współpracę jak w przypadku Hammera i komunistów radzieckich. A jednak!

Jednym z obrazów mojej młodości, który na trwałe wrył się w moją pamięć, jest początek jednego dziennika telewizyjnego z połowy lat 70-tych, tego najważniejszego, o 19.30. Wtedy cała Polska zasiadała przed telewizorami, by utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy 10-tą potęgą gospodarczą świata. Tą pierwszą informacją było to, że amerykański przemysłowiec Armand Hammer został przyjęty na Kremlu przez Leonida Breżniewa. Pamiętam to jak dziś. Taki jest los starych ludzi: pamiętają dobrze to, co było dawno temu, a z tym co dziś, coraz gorzej. Armand Hammer był wtedy, jak mi się wydawało, trzęsącym się staruszkiem, a zmarł dopiero w 1990 roku, a więc przeżył Breżniewa. Dla 16-to, czy 17-to latka ktoś, kto ma 77 lat wydaje się trzęsącym dziadkiem, a on był w dobrej kondycji. To zdarzenie utkwiło mi w pamięci dlatego, że byłem prawie zszokowany: Jak to?! Kapitalista spotyka się z komunistą i rozmawiają ze sobą, jak starzy kumple? Ja ciągle słyszałem z telewizji, że kapitalizm jest be, a tu… masz ci babo placek! Kapitalizm i komunizm są w najlepszej komitywie. Wtedy były inne czasy, ja byłem młody i głupi, nie miałem dostępu do informacji, do których dostęp mam obecnie, nie było Wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN nie ma hasła „Armand Hammer”, a w Wikipedii – jest! I do tego wiele bardzo ciekawych rzeczy możemy się z niego dowiedzieć. Pisze ona tak:

Armand Hammer (Арма́нд Ха́ммеp), ur. 21 maja 1898 w Nowym Jorku, zm. 10 grudnia 1990 w Los Angeles) – amerykański przemysłowiec, związany z przedsiębiorstwem naftowym Occidental Petroleum, przez lata znany ze swoich kolekcji sztuki, filantropii jak i relacji ze Związkiem Radzieckim. Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina. 25-krotnie otrzymał tytuł Doctor honoris causa. CIA określała go „Kapitalistycznym Księciem” (The Capitalist Prince). Jego prawnukiem jest Armie Hammer.

Pochodził z żydowskiej rodziny z Odessy. Pierwszy mln dolarów uzyskał jeszcze przed ukończeniem w 1921 studiów medycznych na Columbia University w Nowym Jorku, w prowadzonym przez ojca przedsiębiorstwie farmaceutycznym, z produkcji syropu na kaszel na bazie spirytusu i ekstraktu z imbiru, co było oceniane jako jeden z przykładów skutecznego obejścia prohibicji. Przedsiębiorstwo ojca Allied Dry & Chemical Corp. z siedzibą w Newark, zajmowało się produkcją kremów do twarzy oraz wyrobów zielarskich.

W dalszej części Wikipedia pisze:

W trakcie jego 8-letniego pobytu w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, użyczony przez Lwa Trockiego eks-kupiecki pałacyk Hammera (z 1816) w Moskwie przy ul. Sadowo-Samotecznej 14 (Садовая-Самотечная ул.), z uwagi na ówczesny brak stosunków dyplomatycznych pomiędzy obydwoma krajami, pełnił rolę nieoficjalnego poselstwa USA w tym kraju; obecnie mieści się w nim ambasada Libanu. Na początku lat 1930. Hammer powrócił do Stanów Zjednoczonych wraz ze sprzedaną mu przez leningradzki Ermitaż dużą ilością dzieł sztuki, dawniej należących np. do rodziny carskiej Romanowów, m.in. wyrobami Faberge. Po ich sprzedaży (kiermasze w 36 miastach Stanów Zjednoczonych!), Hammer zajął się produkcją whisky (J.W. Dant Distilling Co.) i hodowlą bydła. Był agentem Kominternu. Jego działalność była monitorowana przez FBI i CIA.

Zachęcam wszystkich, którzy przeczytają ten blog, do zapoznania się z całym opisem hasła „Armand Hammer” – warto! Ale mnie wystarczy to: „Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina.” – No tak! – przyjacielem Lenina, Reagana i rodziny Ala Gora! Przecież te wszystkie podziały na lewicę i prawicę, na socjalistów i kapitalistów to jeden wielki pic na wodę fotomontaż. Dobrze się bawią, robiąc ludziom wodę z mózgu.

Już tylko na przykładzie samego Hammera i jego życiorysu widać, że te wszystkie rewolucje, przewroty i wojny służą Żydom do robienia interesów, czyli, mówiąc wprost, do okradania innych narodów. Bo czymże był „zakup” z państwowego muzeum dzieł sztuki? Gdyby je jeszcze „kupował” dla siebie, ale widać, że chodziło o zrobienie dobrego interesu. Zapewne było wielu ludzi w Ameryce, którzy gotowi byli słono zapłacić za przedmioty należące do carskiej rodziny. Kto by nie chciał?

Zajrzałem do Wikipedii, by zobaczyć, co oni tam napisali o Ermitażu. I na końcu trafiłem na takie zdanie: W czasie II wojny światowej Ermitaż został bezpośrednio trafiony tylko dwukrotnie, pomimo tego że na miasto spadło w tym czasie ponad 150 tysięcy ciężkich pocisków artyleryjskich oraz ponad 10 tysięcy bomb burzących i zapalających. Czy to przypadek, czy świadomie oszczędzano dzieła sztuki, nie licząc się zupełnie z ludzkim życiem? Czy to przypadkiem nie jest tak samo jak obecnie? – Życie ludzkie nic nie warte.

Ludzka natura

Żyjemy w czasach, w których dokonywane są na ludziach wyjątkowo wyrafinowane eksperymenty, które w sposób pośredni prowadzą do pogorszenia zdrowia psychicznego i fizycznego, a w dalszej perspektywie będą skutkowały zwiększoną śmiertelnością osób mniej odpornych na stres. O wiele trudniej jest zabić człowieka, gdy trzeba tego dokonać bezpośrednio – strzałem w potylicę, czy po prostu zarąbać, a nawet zagazować. Jeśli jednak nie robimy tego w taki sposób, ale zdalnie, to czynność ta nie sprawia problemu, można zabijać setki, tysiące, a może nawet miliony. Ilu ludzi zmarło w Polsce od momentu pojawienia się „pandemii”, tylko dlatego, że odmówiono im pomocy lekarskiej? Ilu ludzi zmarło dlatego, że nie mogli poddać się operacji wyrostka robaczkowego, czy innej, bo odmówiono im tej usługi, bo szpitale zamknięte, bo pandemia? Winnych nie ma. Tak można mordować w białych rękawiczkach i mówić: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków. Winnych nie ma, a ofiary są. Czy można wymyślić bardziej perfidną zbrodnię?

Chciałbym tutaj zacytować fragment powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić, który po części dotyka problemu, o którym wyżej napisałem. Sam jego początek zaczyna się od urywka, który cytowałem w blogu „Statystyki”, ale jest on niezbędny dla zrozumienia tego, co dalej. Dialog odbywa się w trakcie podróży z Mińska do Wilna w 1943 roku:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

Ale niech pan, z łaski swojej, weźmie pod uwagę, że scholastycy dwunastego i trzynastego wieku byli zupełnie zgodni, co do tego, że w filozofii nie może być prawdą, co uznane zostało za fałsz w teologii. Doktryna komunistyczna jest antyhumanistyczna, Hors de doute (niewątpliwie – przyp. mój). Ale antyhumanistyczna będzie każda, która twierdzi, że w naturze nie może być prawdą to, co nie zgadza się z doktryną. Czy to będzie Święte Officium, czy ten chamski hitleryzm, zwyczajny socjalizm, czy zwyczajny nacjonalizm, czy coś pareil (podobnego). Teraz na przykład jest wojna. Tymczasem z jej przedstawienia, z jej opisów, robi się brudną ścierkę do wycierania fałszywych łez, po wszystkich stronach frontów. Dlatego nabieram do niej obrzydzenia. C’est dégoûtant (to obrzydliwe), to wszystko. Wojna jest tylko wojną, niczym więcej. Ale gdzie tkwi péché original? Grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co jest arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe, i wyszukane zbrodnie, my właściwie nazywamy: „nieludzkie”. Od tego pierworodnego super kłamstwa zaczyna się i pochodzi wszystkie inne kłamstwo. Tymczasem jest ono zupełnie jawne. Że najokropniejsze zbrodnie popełnianie być mogą wyłącznie przez ludzi, dowodzi między innymi, że ich powtórzenie w przedstawieniu, w ilustracji, w artystycznym oddaniu prawdy tych zbrodni, w realistycznym oddaniu, też tylko udać się może ludziom. Nerona, czy ja wiem jakiego masowego zabójcy, zbrodniarza, sadysty czy krwawego kretyna, nie zagrają panu na scenie ani ten samochód, ani ta kierownica – uderzył po niej pięścią – ani ta brzoza, ani o, ta dziura wyrwana przez minę w moście, ani krowa, ani kanarek w klatce. Zagra tylko człowiek. I czym bardziej uzdolniony, tym lepiej zagra. Mówi się wtedy: genialny aktor, świetny teatr. I słusznie się mówi. I tak samo będzie po tej wojnie. W teatrze, w kinie. Zechcą wystawić hitlerowców, czy bolszewików, czy innych, zależnie od tego kto wygra, w Londynie, Paryżu, czy Rzymie, czy gdzie indziej na całym świecie, zrobią to na pewno doskonale. A co to znaczy? To znaczy, że wystarczy odziać aktorów w odpowiednie ubrania, odpowiednie mundury, wcisnąć rolę w rękę, a będą grać o-la-la! Pełne kreacje, z wczuciem się, z „wrośnięciem się w rolę”, z „wżyciem się”, jak napiszą o najlepszych aktorach w recenzjach. A czy byłoby to możliwe, gdyby nie leżało w głębi natury ludzkiej, nie było jej właściwe? Bez względu na narodowość i pochodzenie? Absolument, niemożliwie! Jeżeli więc chcemy wykorzenić pewne zło, musimy szukać jego korzeni. Musimy te korzenie znać. Jeżeli zaś pan te korzenie, te źródła zbrodni będzie widział nie w naturze ludzkiej, lecz w pewnej klasie, narodowości, czy innej sztucznie wyspekulowanej przyczynie, to, évidemment, nie może pan tego zła zwalczyć tam gdzie go nie ma, ani wykorzenić, szukając gdzie nie rosną, i zresztą nigdy nie rosły… Dlatego wojna jest przede wszystkim rzeczą ludzką, a załamywanie rąk nad „nieludzkością” kłamstwem…

-Nie można jednak nie robić różnic – zaczął. – Ja też jestem „po tej stronie”. Ale widzę, że „nasza strona”, nasza chęć walki ze złem bolszewickim, zawalona jest ciężkimi głazami, prawie unicestwiona złem niemieckim i ich…

-Nie mówmy o polityce, inżynierze. Umówiliśmy się nie mówić o polityce… („Kiedy?”, pomyślał Anton.) – Mówimy o sprawach ludzkich. Zbrodnie hitlerowskie. Kto wie, może ja widziałem więcej od pana. Co się wyrabia z Żydami! Voilà! A co się wyrabia w walce z partyzantami i co moi kochani Flamandowie do tego swej skromnej rączki przykładają. Pomijając już naszych kuzynów Holendrów. Et les autres choses, jeune homme ( I inne rzeczy, młody człowieku). Cały świat zachłystuje się oburzeniem, i powiem panu, że à juste titre (słusznie). Ale gdzie jest napisane, w jakim prawie boskim czy ludzkim, że mordowanie za to, że ktoś jest innej rasy, jest czymś gorszym niż mordowanie za to, że ktoś należy do innej klasy, ma więcej pieniędzy, inne poglądy na świat, czy chce mówić głośno to co myśli, czy też chce w ogóle myśleć? Nigdzie. Ja tu nie chcę powoływać się na moją kupiecką rodzinę. Ale bolszewicy wymordowali przecie więcej ludzi, niż Hitler zdążył to zrobić i pierwsi zbudowali kacety. A cały ten oburzający się świat, łączy się z nimi i ich wspiera. Ja jestem wrogiem uogólnień, odstępstwa od reguły należą do najbardziej rozpowszechnionej reguły, dlatego wszystkie oceny kolektywne są fałszywe. Ale niech pan nie zapomni, że żyjemy w erze chrześcijańskiej, w której od dwóch tysięcy lat każe się z ambony: „nie kradnij!’. A jednocześnie toleruje się milcząco, gdy ludziom kradnie się to, co każdy ma najdroższego na świecie i co otrzymał od samego Pana Boga: wolną wolę. Naturalnie, to co się wyrabia z Żydami, to okropne. Bo to i kobiety, i dzieci, czym wstrząsa to okropieństwo? Wstrząsa małą odległością. Zabijanie w rowach, z bliskiej odległości. Tak jak zabici zostali polscy oficerowie w Katyniu przez bolszewików, słyszał pan? Tu tkwi, że tak powiem, różnica w podobieństwie pomiędzy morderstwami niemieckimi i bolszewickimi, a bombardowaniem anglosaskim ludności miejskiej. Jeden patrzy w twarz człowieka i naciska cyngiel. Drugi patrzy w miasto i naciska guzik. W jednym wypadku giną kobiety i dzieci żydowskie, w drugim kobiety i dzieci niemieckie. Ta różnica odległości ma też inne szczegóły. W pierwszym wypadku człowiek chleje wódkę i strasznie przeklina, w drugim może żuje gumę i uśmiecha się w mikrofon: „Hallo! Jim, spuściłem już swój ładunek”… Czy jak tam. Bomby lecą na miasto. Pan wie, że ja przypadkowo byłem w Kolonii 29 czerwca. Później już dowiedziałem się, że spadło 44.856 bomb kruszących i około półtora miliona bomb zapalających. Zginęło niewiele, tylko 20 tysięcy ludzi. Jak osobiście z tej nocy wyszedłem i co się działo, nie będę opisywać. To dziedzina literatury, nie filozofii. Prawda widziałem dzieci… Ale rzecz nie w tym co widziałem. Spalanie cywilnej ludności w komorach gazowych, czy od bomb zapalających asfalt uliczny w Hamburgu, to tylko różnica techniki. Czy pan przypuszcza, drogi inżynierze, że wielka rewolucja francuska, uważana za początek współczesnego postępu, nie zmieniłaby swojej gilotyny na komory gazowe, gdyby postęp techniczny już wówczas znał ten wynalazek? Przekonany jestem, że by zmieniła. A pan, nie? Co jest zbrodnią, a co nie jest, decyduje nie prawda obiektywna. Zadecyduje o tym strona zwycięska. Niemcy nie zwyciężą, sans doute (bez wątpienia). Ale gdyby zwyciężyli, powstanie olbrzymia literatura o dziewczynce śpiącej z misiem na poduszce, której lotnik amerykański oderwał rękę, a ona jeszcze drugą przyciska swego pluszowego niedźwiedzia w niebieskiej kokardce, i przez kałuże krwi biegnie płacząc i wołając mamy… Zwyciężą alianci, będzie ogromna literatura o dziecku żydowskim, które wyszarganym niedźwiadkiem zasłania oczy przed kulą SS-mana. Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy… Pan wie, że dziś zakazane są opisy skutków bombardowań alianckich, aby nie straszyć ludności. Bo przecież tamtym chodzi o jej sterroryzowanie.«

W pewnym sensie dzieje świata można sprowadzić do coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zabijania człowieka. Zaczęło się od maczugi, później przyszła kolej na miecz, łuk, jeszcze później broń palna, stopniowo ulepszana do karabinu maszynowego. To oczywiście tylko niektóre rodzaje broni służące do zabijania. II wojna światowa przyniosła nam nowe sposoby masowej eksterminacji ludzi, jak choćby komory gazowe czy zmasowane bombardowania miast i w końcu bombę atomową.

Obecnie mamy do czynienia z najbardziej wyrafinowaną formą zabijania ludzi. Wyrafinowaną, bo nie bezpośrednią, nikt nikomu nie przykłada lufy do skroni. Choć może nie wszystko jest nowe: „Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy…”. Teraz od ilości, od powtarzalności tej propagandy, zależeć będzie stopień zastraszenia i zniewolenia. Nie ma w tej chwili innego tematu. Codziennie nas straszą, a to „naukowcy” odkryli nową wersję wirusa, oczywiście jeszcze groźniejszą, a to „lekarze” zidentyfikowali grupy najbardziej podatne na zakażenie, a to określili datę kulminacyjnej fali zakażeń. Totalne brednie, kłamstwa, fałszywe statystyki, fałszywe autorytety, zeszmaceni lekarze – to wszystko zalewa nas codziennie niczym potężna fala tsunami, która po przejściu pozostawia za sobą ogrom zniszczeń i rozpacz. Czy ten sposób dręczenia możemy nazwać nieludzkim? Chyba najbardziej ludzki, bo któż poza ludźmi byłby w stanie coś takiego wymyślić? Ileż zwyrodnienia, zakłamania, sadyzmu nagromadziło się w zakamarkach ludzkiego umysłu! Ale to dotyczy tych na górze, na samej górze. A czy na dole będzie lepiej, gdy to wszystko zacznie się rozwijać, gdy ludziom zacznie wysiadać psychika, nerwy i nieokiełznane emocje dojdą do głosu?

To stwarzanie atmosfery zagrożenia musi oddziaływać negatywnie na wielu ludzi, na ich psychikę. Nie po to robiono kiedyś eksperymenty, by obecnie nie wykorzystać ich wyników. Jednym z nich był ten przeprowadzony, chyba w Ameryce, już dawno temu. Grupa kilku czy kilkunastu osób została uprzedzona o przeprowadzanym eksperymencie i miała odpowiednio reagować. Jedna osoba, nie należąca do tej grupy, nie została poinformowana o tym, na czym miał on polegać. I tę osobę, po wejściu na salę, zapytano o kolor przedmiotu, który znajdował się w niej. Był on koloru białego i takiej odpowiedzi udzieliła ta osoba, ale wszyscy pozostali uczestnicy eksperymentu twierdzili, że – czarnego. Osoba poddana eksperymentowi upierała się, że jest białego, ale wszyscy pozostali nadal (Nadal to hiszpański tenisista – jakie te języki są podobne!) twierdzili, że jest koloru czarnego. Spory trwały jakiś czas, ale wobec faktu, że wszyscy poza nią byli innego zdania, uznała, że nie ma racji i stwierdziła, że białe jest czarne. Właśnie wyniki tego eksperymentu i pewnie wielu innych wykorzystują możni tego świata, by nas zniewolić i uczynić poddanymi ich woli.

Przekaz z mediów nie pozostawia wątpliwości. Jednym z dominujących obrazków jest zdjęcie człowieka, któremu ktoś zakapturzony grzebie w gardle lub w nosie. Po co? By pobrać materiał genetyczny? Rządy wszystkich państw dążą do przymusowych szczepień. W praktyce oznacza to, że już jesteśmy niewolnikami. Nie mamy prawa odmówić. Nie mamy szansy na ucieczkę, bo obecnie przekraczanie granicy wiąże się z okazaniem świadectwa poddania się testowi, a w niedalekiej przyszłości – świadectwa szczepienia. Któż by przypuszczał, że terror sanitarny będzie najgorszym z terrorów, jakie wymyśliła ludzkość. A jeszcze niewiele ponad pół roku temu nikt z mas nie wiedział co to takiego.

Wymyślono chorych bezobjawowo, a więc takich, którzy nie mają objawów choroby, a mimo to mogą zarażać. Po co to zrobiono? Po to, by mieć pretekst do wykonania testu na zdrowym człowieku i zmuszać zdrowych ludzi do noszenia maseczek czy przyłbic. 11 listopada przeczytałem na Interii, że zmarł 50-letni mężczyzna, którego nie chciał przyjąć oddział ratunkowy szpitala w Limanowej, bo nie miał wykonanego testu na obecność koronawirusa. Ci, którzy podjęli taką decyzję, dobrze widzieli, że nie spotka ich żadna kara. Trzymają się procedur. A kto je zatwierdził? O! Tego się nie dogrzebiemy. A nawet gdyby, to i tak pozostanie bezkarny. Tak się morduje ludzi. Dotychczas mord kojarzył się nam z jakimś sprawcą, który działał w bliskim kontakcie z ofiarą. Mógł być on też stosunkowo daleko od niej, jak snajper, ale to snajper strzelał. Nie było wątpliwości, kto zabijał, nawet jeśli nie został zdemaskowany. I nie miejmy złudzeń, ci którzy wdrażają odpowiednie procedury, doskonale wiedzą, po co to robią – by zabijać. Po to również jest ustawa o bezkarności, która zwalnia personel medyczny z jakiejkolwiek odpowiedzialności w sytuacji, gdy „walczą” z koronawirusem.

Koronawirusem zainfekujemy się podczas krótkiej rozmowy, tak można przeczytać na portalu Onet. Prąd powietrza towarzyszący wypowiadaniu niektórych głosek niesie go z zawrotną prędkością. Dotrze on najdalej, kiedy wymawiamy słowa z silnie zaakcentowaną głoską „p”. To jest wynik badania, które przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu w Princeton – pisze Onet. Ciekawe, że doszli do wniosków, które znane są ludziom od zarania dziejów. Zdarzają się tacy osobnicy, którzy mają taki sposób mówienia, że rozmawiając z nimi, lepiej zejść z „linii strzału”.

Milczenie jest przeciwwirusowe. „Szczególnie groźne wypowiadanie słów na… p”. Tak pisze portal RMF 24. I dodaje, że naukowcy z Princeton University i University of Montpellier wykazali, że zwykła konwersacja przyczynia się do powstania intensywnego strumienia drobin śliny, który może unosić ze sobą koronawirusy i poważnie zwiększyć ryzyko infekcji. To Montpellier nie jest tu przypadkowe. Miasto o tradycjach uniwersyteckich. Wydział medycyny, pierwszy we Francji, założono tu w 1221 roku. No!!! Takie tradycje, to chyba musi być prawda. Problem polega tylko na tym, że ani Onet, ani RMF 24 nie zamieszczają linków do tych odkrywczych badań. Nie podają też nazwisk tych badaczy. Tak można pisać największe bzdury, zasłaniając się naukowcami. A ja zrobiłem proste doświadczenie, na które nie wpadli naukowcy z Princeton. Uniosłem dłoń na odległość około 20 cm od ust i wypowiedziałem angielskie słowo „think”, tak jak nakazują samouczki, czyli wymówiłem głoskę „f” z językiem między zębami. I wyszło mi, że prąd powietrza, powstający przy wypowiadaniu tej głoski nie jest słabszy, niż w przypadku głoski „p”, a odnoszę wrażenie, że nawet silniejszy.

Cała ta propaganda zmierza ku temu, by wmówić nam, że właściwie wszystko jest dla nas zagrożeniem: kontakty międzyludzkie, rozmowy, podawanie ręki, twarz bez maski, odwiedzanie grobów w dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Ale w innych terminach już można pość na cmentarz. Jednocześnie robienie zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych jest bezpieczne, jeśli dotyczy żywności. Natomiast kupowanie ubrań czy butów może być niebezpieczne. W jednym z artykułów, chyba na Interii, podano, że w Niemczech dwoje naukowców z tureckimi korzeniami opracowało szczepionkę, i że zajęło im to dwa lata. Czyli że zaczęli nad nią pracować, gdy jeszcze nie było koronawirusa. Doprawdy musieli być genialni.

Te wszystkie absurdalne zakazy i nakazy, informacje pozbawione sensu, nie są przypadkowe. Rządzący doskonale sobie zdają z tego sprawę i prawdopodobnie robią to celowo. Dla ludzi widzących te wszystkie niekonsekwencje, nieadekwatonść zastosowanych środków zapobiegawczych w stosunku do zagrożenia, staje się to coraz bardziej męczące. I o to chodzi. Taka miękka forma sadyzmu, bardziej dręcząca ludzki umysł niż ciało, ale wszyscy dobrze wiemy, że zdrowie psychiczne ma wpływ na zdrowie fizyczne.

Polska Times pisze, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmarło prawie o 500 osób mniej, niż w roku ubiegłym. W sumie to bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce średnio umiera rocznie około 400 tys. osób, czyli około 200 tys. na pół roku. Jednak w dalszej części tego artykułu pojawiają się ciekawe informacje. Od 5 października można zaobserwować znaczny wzrost liczby zgonów. Na przełomie października i listopada najwyższy tygodniowy wskaźnik wyniósł aż 12 257 osób. W 2019 roku w tym samym czasie wyniósł 7678, w 2018 roku – 7793, w 2015 – 7800 zgonów. W październiku zmarło 43,8 tysiąca osób. Kolejno w 2019 – 31 tysięcy, w 2018 – 30,7 tysiąca, w 2017 – 30,6 tysiąca. W porównaniu z poprzednimi latami, październik 2020 charakteryzuje się drastycznym wzrostem liczby zgonów. Od 1 do 31 października na sam COVID-19 zmarło w Polsce 3118 osób. To połowa zgonów z powodu koronawirusa od początku pandemii.

To są ciekawe dane. Wcześniej umierało w Polsce 1000-1100 osób dziennie. Na przełomie października i listopada zanotowano najwyższy tygodniowy wskaźnik zgonów, aż 12 257, co, w przeliczeniu na dzień, daje 1751 osób. Czy to oznacza, że 500-600 osób dziennie umiera z powodu nieudzielenia im pomocy medycznej? Tego nie można wykluczyć, ale udowodnienie tego będzie trudne, bo w karcie zgonu nie będzie napisane, że nastąpił on z powodu odmowy udzielenia pomocy lekarskiej, czy odmowy przyjęcia do szpitala. Czy więc zbrodnia doskonała?

12 listopada premier oświadczył, że na razie lockdownu nie będzie, jeśli obecna tendencja się utrzyma, tj. nie będzie znacznych wzrostów zakażeń. Pewnie ich nie będzie, bo gdyby były, to trzeba by ogłosić lockdown i zamknąć gospodarkę na miesiąc. To jednak oznaczałoby, że skończyłby się on tuż przed świętami. A to byłby niewybaczalny błąd. Nie zdziwiłbym się, gdyby za tydzień czy dwa znacznie wzrosła liczba dziennych zakażeń. Mam takie przeczucie, że Żydzi nie odmówią sobie tej przyjemności i zafundują Polakom lockdown na święta Bożego Narodzenia. Tak w ramach walki z tradycją i polskimi zwyczajami.

Czy jest jakiś ratunek przed tym szaleństwem? Gdyby dotyczyło to pojedynczego kraju, to można by mieć jakieś złudzenia. Wystarczyłoby, by znalazła się jakaś zorganizowana grupa, np. armia, która zbuntowałaby się i obaliła tyranów. Jednak jest to mało prawdopodobne, bo mamy rząd światowy i taka akcja musiałaby nastąpić jednocześnie we wszystkich krajach świata. Inną szansą byłby rozłam w łonie tego tajnego rządu światowego, ale czy to możliwe? A może jakiś potężny impuls elektromagnetyczny z kosmosu, który zaburzyłby całkowicie cały ten system zniewolenia oparty na elektronice, internecie i technologiach je wykorzystujących?

Statystyki

Brytyjski polityk Benjamin Disraeli, jak dotychczas jedyny, przynajmniej oficjalnie, żydowski premier Wielkiej Brytanii, mówił, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa i statystyki. No właśnie! Przyszło nam żyć ze statystykami z dnia na dzień. Codziennie czytamy w internecie, oglądamy w telewizji lub słuchamy w radiu o kolejnych przypadkach zakażeń, zgonów, ozdrowień itp., dotyczących tzw. pandemii.

Na portalu Interia jest to wszystko bardzo dobrze opisane. Są wykresy, które pozwalają nam śledzić rozwój epidemii od samego początku. Z nich można wyczytać, że 7 listopada było 27 875 nowych przypadków zakażeń, 11 835 osób wyzdrowiało, 349 osób zmarło. Od początku zakażonych zostało 521 640 osób, wyzdrowiało – 200 510, zgonów – 7 636, aktywnych przypadków jest więc: 521 640 – 200 510 – 7 636 = 313 494. Te 313 494 aktywne przypadki w stosunku do całej ludności Polski, to – 0,82%, ale tego już Interia nie podaje. Śmiertelność tej epidemii tj. stosunek zgonów do zakażonych na dzień 7 listopada, to 1,5%.

Czy to dużo, czy mało? Skąd możemy wiedzieć, skoro nie mamy porównania? Jedyne, co możemy wyczytać z tych wykresów, to to, że od 7 października nastąpił skokowy wzrost dziennych zakażeń. Nie wiemy z jakiej przyczyny. Nie wiemy, czy od tej daty nastąpił skokowy wzrost wykonywanych testów. Informacje o nich są podawane tylko na dany dzień. Jeśli więc ta informacja jest ukryta, to znaczy, że jest niewygodna. Podobnie ma się rzecz z podawanymi wcześniej danymi dotyczącymi wieku zmarłych. Zapewne jest ona również niewygodna, bo ze względu na to, że większość z tych zgonów dotyczyła osób powyżej 70., a często powyżej 80. i 90. roku życia, to trudno było, zdrowo myślącemu człowiekowi, uwierzyć, że to z powodu koronawirusa. Życie nie trwa wiecznie. Wprawdzie z moich obserwacji wynika, że ja jestem nieśmiertelny, bo ciągle widzę nekrologi – inni umierają, a ja żyję, ale tylko do momentu sfalsyfikowania mojej teorii, czyli udowodnienia, że nie mam racji, co nastąpi w chwili mojego zgonu, ale ja tego dowodu, z oczywistych względów, nie będę mógł przyjąć do wiadomości. Nadal więc jestem nieśmiertelny. Urodziny i śmierć to nie są doświadczenia naszego życia.

Czy śmiertelność na poziomie 1,5% to dużo? Śmiertelność „hiszpanki” oceniano na 5-10%, a w niektórych rejonach na 20%. Tak więc 1,5%, to nie jest dużo. Problem jednak polega na tym, że mamy prawo przypuszczać, że jest ona zawyżona. Tym pośrednim dowodem jest fakt niepodawania wieku osób rzekomo zmarłych z powodu epidemii. Drugim faktem budzącym wątpliwość jest to, że krzywa zakażeń i wyzdrowień rośnie, od pewnego momentu, w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów – nie. Jest prawie płaska. Na zdrowy rozum, jeśli wzrasta ilość zakażeń, a epidemia jest groźna, to powinna tak samo, proporcjonalnie, rosnąć liczba zgonów.

Portal Interia zamieszcza dane rządowe, a konkretnie: źródło danych Ministerstwo Zdrowia/WHO. Tak więc:

  • 05.06: zakażenia – 25 410, zgony – 1138, śmiertelność – 4,4%
  • 22.07: zakażenia – 61 181, zgony – 1951, śmiertelność – 3,1%
  • 11.10: zakażenia – 125 816, zgony – 3004, śmiertelność – 2,3%
  • 07.11: zakażenia – 521 640, zgony – 7636, śmiertelność – 1,5%

Ciekawe! Wraz z rozwojem „pandemii” jej śmiertelność spada. Liczba zakażeń „dramatycznie” rośnie, zgonów – też, a śmiertelność spada. Jeśli więc krzywa zakażeń i wyzdrowień rośnie w postępie geometrycznym, a zgonów – nie, to znaczy, że dane dotyczące zakażeń i wyzdrowień są sztucznie zawyżane. To da się zrobić. Wystarczy chorego na grypę zakwalifikować jako chorego na COVID-19. Nie da się jednak sztucznie zwiększyć ilości zgonów. Ludzi umiera tyle ile umiera, średnio 1000-1100 dziennie. 7 listopada zmarło z powodu koronawirusa 349 osób. Tyle udało im się naciągnąć. Mogą oczywiście dojść do tego tysiąca dziennie, co będzie oznaczało, że wszystkie zgony są z jednego powodu. Czy to możliwe? Obawiam się, że w tej „pandemii” wszystko jest możliwe. Jeśli jednak założymy, że dane nie są fałszowane, to znaczy, że wraz ze wzrastającą liczbą zakażonych śmiertelność spada, czyli wirus nie jest groźny. To z kolei oznaczałoby, że środki zapobiegawcze, które wykorzystuje się, nie służą do walki z nim tylko z ludźmi.

Prawdę mówiąc, to dziwię się, że Interia zamieszcza takie dane i wykresy, ale to tylko znaczy, że uważają nas za kompletnych idiotów, albo ci, którzy robią ten kabaret, czują się tak pewnie, że zupełnie nie zależy im na stwarzaniu pozorów. Osobiście uważam, że ta druga możliwość jest bardziej prawdopodobna.

Cóż ja mogę? W tym momencie to chyba tylko zacytować Józefa Mackiewicza, fragment jego powieści, Nie trzeba głośno mówić:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

W latach dwudziestych dyskutowano na temat odpowiedzialności za wywołanie pierwszej wojny światowej. Staremu Clemenceau postawiono pytanie: „Co będą o tym spornym i trudnym problemie myśleć historycy przyszłości?” Clemenceau odpowiedział: „Nie wiem. Ale wiem, że z pewnością nie powiedzą, że to Belgia zaatakowała Niemcy”. To jasne. Wtedy był to jeszcze elementarny fakt, z rodzaju tych, których przeinaczyć, zdawało się, niepodobna. I nie próbowały nawet przeinaczyć tego Niemcy. A w 1939 roku Sowiety twierdziły, że napadła na nie Finlandia!… Pan powiada: „Kto zaczął?” Drogi panie, od 10 tysięcy lat zawsze ktoś zaczynał. Poznałem w Berlinie bliżej pewną Ormiankę. Mówi mi: „Co wy tam krzyczycie o jakimś bolszewizmie! A znowu jak posłucham radia brytyjskiego…”

– Nie bała się przyznawać?

-Nie. Une courageuse demoiselle (dzielna panna – przyp. mój). „ To tylko słyszę, powiada, o zbrodniach hitlerowskich! C’est drole (To dziwne – przyp. mój). Turcy, o, to dopiero zaraza świata! To dopiero zbrodniarze autentyczni!” Aleksander Wielki też zaczął. I pan myśli, że jak on szedł naprzód, to spotkanych po drodze przeciwników gładził po główce? W tej chwili ważne nie zbrodnie. Nazizm, to w perspektywie historii une petite merde (gówienko – przyp. mój), fragment fizycznego terroru, jakie były i będą. Natomiast komunizm, to une peste (zaraza – przyp. mój). Żadna doktryna nie odbierała jeszcze ludziom do tego stopnia prawa do wątpliwości, prawa do porównań z tym co było. Żadna nie odbierała do tego stopnia resztki rozsądku, nie była tak skuteczna i tak zaraźliwa… A zresztą, też nie jestem pewien.«

No właśnie! Żadna doktryna nie odbierała ludziom do tego stopnia prawa do wątpliwości, prawa do porównań z tym co było. Żadna nie odbierała do tego stopnia resztki rozsądku, nie była tak skuteczna i tak zaraźliwa… Czy to, z czym obecnie mamy do czynienia, to nie jest to, co opisał Mackiewicz? Czy to komunizm? – Jego początek, czy jego kontynuacja, tyle że spotęgowana możliwościami nowoczesnych technologii? Wygląda na to, że tak. Tak mi się przynajmniej wydaje – komunizm w nowoczesnej odsłonie. A zresztą, też nie jestem pewien.

Cyrk

W sobotę 31 października i w niedzielę 1 listopada przeprowadzono na Słowacji przymusowe, bo zagrożone karą pieniężną, testowanie obywateli na obecność koronawirusa. Portal Bankier tak pisał:

„Organizatorzy tylko raz w sobotę poinformowali, ile osób skorzystało z testów. W południe do punktów pobrań przyszło ponad 800 tys. osób. Pozytywny wynik miało 7947 testowanych. Minister obrony po południu poinformował w sieciach społecznościowych, że badaniu poddało się ponad milion osób. Konkretnych danych nie przedstawił.”

Z kolei w Wyborczej, w wydaniu internetowym, można było przeczytać:

„Do niedzielnego popołudnia prawie 3 mln osób poddały się testom na koronawirusa. Niewiele ponad 1% miało wyniki pozytywne – powiedział w telewizji JOJ Jaroslav Nad, minister obrony republiki Słowacji.

Tylko w pierwszym dniu do punktów, gdzie pobierano próbki, ustawiły się długie kolejki. Wtedy przebadanych zostało nieco ponad 2,5 mln mieszkańców 5,5 milionowej Słowacji. Do poddania się testom zobowiązani zostali wszyscy od 10. toku życia.”

To bardzo ciekawe. Im większa próbka, tym mniejszym błędem jest obarczony wynik. Tak więc na Słowacji zakażonych jest około 1% populacji. W Polsce w ciągu ostatnich paru dni liczba zakażeń znacznie wzrosła i pod koniec ubiegłego tygodnia przekroczyła 20 tys. Wprawdzie w poniedziałek i wtorek spadła poniżej owych 20 tys., ale nadal jest wysoka. Ostatnio wykonuje się 50-60 tys. testów dziennie, z tego wynika, że co trzeci testowany jest zarażony. Czy to oznacza, że gdyby w Polsce, tak jak na Słowacji, przetestowano większość obywateli, to ilość zakażonych wyniosłaby 30%? Żyjemy w tym samym klimacie, na podobnej stopie życiowej i mamy podobny poziom rozwoju społecznego i gospodarczego. Czy możliwe, by mogła być taka różnica? Czy może po prostu wyniki testów są naciągane?

Na portalu Interia, we wtorek 3 listopada, można było przeczytać, że po poniedziałkowym spotkaniu z premierem przedstawiciel Konfederacji mówił, że lockdown jest rozważany. Z kolei wiceminister zdrowia powiedział:

Tu nie chodzi o liczbę nowych zakażeń, ale o liczbę osób, które mogą być hospitalizowane, czyli wydajność polskiej służby zdrowia. Jego zdaniem wzrost liczby nowych przypadków jest pewny: To jest nieuniknione i nie wiemy tylko, jaka będzie skala tych nowych zakażeń. Zdaniem Kraski, jeśli liczba nowych zakażeń drastycznie wzrośnie, to aspekt gospodarczy będzie odsunięty, bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków.

Również 3 listopada w pierwszym programie Polskiego Radia usłyszałem fragment wywiadu z jakimś lekarzem, który mówił, że na wiosnę będą możliwe szczepienia, prawdopodobnie w kwietniu. Na początek planuje się zaszczepić osoby powyżej 65 roku i personel medyczny, ale nie wykluczył, że i inne grupy społeczne mogą im podlegać.

Wiceminister zdrowia mówi, że wzrost liczby nowych przypadków jest pewny. A skąd on to wie? Może wie, że będzie więcej testów. Jeśli zamiast 60 tys., będzie 120 tys., to liczba zakażeń wzrośnie do 40 tys. Skoro prezydent Francji, w której już wprowadzono lockdown, oświadczył, że to, czyli wprowadzenie lockdownu, zostało uzgodnione z partnerami z unii europejskiej, to znaczy, że i w Polsce możemy się tego spodziewać. Potrzebny jest tylko pretekst. Masowe protesty zapewne „zaowocują” zwiększoną liczbą zakażeń. Nie trudno więc chyba domyślić się, kto i po co je zorganizował.

Zamykanie ludzi w domach, ograniczanie im kontaktu z rodziną i innymi ludźmi wpływa ujemnie na ich zdrowie psychiczne, co może oddziaływać na zdrowie fizyczne. Noszenie masek zmienia nie tylko naszą mentalność, ale szkodzi naszemu zdrowiu. Kiedy więc wiceminister zdrowia mówi: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków, to kłamie. Najważniejsze dla nich jest osłabienie zdrowia Polaków i pozbawianie ich życia. Nawet, jeśli ten wirus jest, to nie jest on na tyle groźny, by stosować takie restrykcje. Dlaczego więc wielcy tego świata nie wykorzystają groźniejszego wirusa? – Bo broń biologiczna nie działa wybiórczo i mogłaby dosięgnąć tych, którzy się nią posłużyli. A taki słaby wirus i sztuczna pandemia staje się doskonałym usprawiedliwieniem do zalegalizowania tyranii i terroru. I to nic nowego. To wszystko, czego doświadczamy, przetestowano w III Rzeszy.

Wojska niemieckie, będące blisko Moskwy, niewiele mogły zdziałać ze względu na załamanie się pogody w październiku i listopadzie 1941 roku i zatrzymały się. W dniu 6 grudnia wojska radzieckie przeszły do kontrofensywy. Pomimo ich wysiłków Niemcy utrzymali swoje pozycje i nie doszło do przerwania frontu. Hitler uznał to za swój wielki sukces i rozpoczął przygotowania do wiosennej ofensywy. Alan Bullock tak to opisuje w swojej książce Hitler – studium tyrani:

„Społeczeństwu niemieckiemu, nie mniej od armii niemieckiej, potrzebne było podniesienie wiary w swego Führera, toteż w pierwszych czterech miesiącach 1942 roku znalazł on czas na wygłoszenie trzech wielkich mów (…).

Ale dopiero w mowie z 26 kwietnia 1942 roku, mając już zimę za sobą, dał on pełny wyraz swojej odnowionej wierze w ostateczne zwycięstwo Niemiec (…).

Odmalowany przez niego obraz warunków, w jakich w czasie ubiegłych kilku miesięcy armia niemiecka musiała walczyć, był wstępem do zażądania jeszcze większych uprawnień dla siebie; miało to być dla frontu wewnętrznego tym, czym dla frontu na wschodzie było przejęcie kierownictwa nad działaniami wojennymi.

Ustawa uchwalona przez Reichstag – jak można się było spodziewać bez dyskusji – głosi:

Führer dla osiągnięcia zwycięstwa musi posiadać wszystkie uprawnienia, jakich żąda. Dlatego, nie będąc związany istniejącymi przepisami prawnymi, w charakterze Wodza Narodu, Najwyższego Dowódcy Sił Zbrojnych, Szefa Rządu i najwyższego szefa władzy wykonawczej, jako Najwyższy Sędzia i Przywódca Partii – Führer powinien mieć możność, za pomocą wszystkich będących w jego posiadaniu środków, zmuszenia każdego Niemca, jeżeli zajdzie potrzeba, czy to zwykłego żołnierza, niższego lub wyższego urzędnika lub sędziego, wyższego lub szeregowego funkcjonariusza Partii, robotnika lub pracodawcę, do spełnienia jego obowiązków. W wypadku niewywiązania się z tych obowiązków Führer jest upoważniony, nie zważając na prawo, wymierzyć karę i usunąć winnego z zajmowanego posterunku, pozbawić rangi i stanowiska bez oglądania się na istniejącą procedurę.”

Tak więc Führer, dla osiągnięcia zwycięstwa, musi dysponować nieograniczoną władzą i nie musi liczyć się z nikim i z niczym. I tak też nasz rząd, i rządy innych krajów, dla osiągnięcia „zwycięstwa” nad koronawirusem, muszą dysponować nieograniczoną władzą. Może ktoś kiedyś napisze książkę Koronawirus – studium tyranii.

Niemców, jako jednostki i jako naród, potępiano w przeszłości za uległą postawę i popieranie Hitlera. Czy słusznie? W wolnych wyborach, najlepszy wynik jaki osiągnęła NSDAP to 37%, a więc 63% Niemców nigdy nie poparło Hitlera. A później? Czemu nie protestowali? A czy obecnie ludzie protestują przeciw tej tyranii i łamaniu prawa?

Rząd już przebiera nóżkami, by wprowadzić kolejne obostrzenia. Pan każe, sługa musi. Skoro tak zostało ustalone wyżej, to nie ma wyjścia. No i proszę! Mamy wyniki z 4 listopada: 24 692 nowe przypadki zakażeń i 373 zgony. A więc mamy rekord! I o to chodziło. Liczba zakażeń, według rządowych wykresów, rośnie w postępie geometrycznym, tylko zgony na wykresie w linii poziomej. Wykonano 65,7 tys. testów. Oznacza to, że 37% z przetestowanych jest zakażonych. Średnio dziennie wykonuje się około 60-65 tys. testów, a procentowy udział zakażonych rośnie z dnia na dzień. Najwyraźniej jest takie zapotrzebowanie. Rząd chce nam udowodnić, że wszyscy jesteśmy zakażeni, a na Słowacji tylko 1% i takie same obostrzenia. Cyrk na kółkach.

No i stało się! Premier ogłosił dziś, że jeśli liczba zakażeń będzie wyższa niż 70-75 przypadków na 100.000, to będzie całkowity lockdown. Jeżeli założymy, że w Polsce mieszka 38 mln, to dzisiejszy wynik tj. 24 692 zakażenia daje 66 na 100.000. Kabaretu ciąg dalszy, tyle że nie do śmiechu nam, raczej do płaczu.

Czas apokalipsy

Pisałem już wcześniej, że wszelka wiedza bierze się z porównań. Nawet jeśli jest w tym stwierdzeniu trochę przesady, to niewiele. Porównując rzeczy czy zjawiska, obserwujemy lub analizujemy je w jakimś kontekście, a nie w oderwaniu od rzeczywistości. A z tym mamy do czynienia w przypadku „pandemii”. Wcześniej pandemia była w sytuacji, gdy liczba zachorowań na jakąś chorobę gwałtownie rosła w stosunku do normalnego jej stanu i do ogółu zachorowań. Jeśli na grypę „hiszpankę”, która wybuchła u schyłku I wojny światowej (1918-1920), zmarło więcej ludzi niż poległo w trakcie tej wojny, to można w tym wypadku mówić o pandemii. Obecnie WHO zmieniło jej definicję i rządy wszystkich państw mogą ją ogłosić wtedy, gdy im się podoba, a właściwie to na rozkaz rządu światowego, któremu te rządy podlegają. I tak się stało, i mamy „pandemię”.

Jak więc wyglądała pandemia „hiszpanki”? Wikipedia tak ją opisuje:

»Pierwsza fala nadeszła wiosną 1918 roku, była wysoce zakaźna, ale łagodna w przebiegu i nie wzbudziła zaniepokojenia. Druga fala, od sierpnia 1918 roku, odznaczała się niezwykle wysoką śmiertelnością. Wystąpiła jednocześnie w trzech rejonach: w Breście we Francji, w Bostonie w USA i we Freetown w Sierra Leone. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Jako że ich transporty docierały głównie do portów we Francji, kraj ten stał się wylęgarnią zarazy. Pandemia grypy była także przyczyną licznych śmierci jeńców podczas wojny polsko-bolszewickiej i po niej. Trzecia fala pandemii miała miejsce między końcem 1918 a marcem 1919 i nierównomiernie, lecz z podobnym nasileniem rozwijała się w Stanach Zjednoczonych oraz w niektórych częściach Europy. Ostatnie zarażenia odnotowano w 1920 roku, jednak ostatnia fala cechowała się mniejszą śmiertelnością niż dwie poprzednie.

Śmiertelność grypy „hiszpanki” jest trudna do oceny, jednak na podstawie danych wojskowych można ją oszacować na 5-10%. W zamkniętych społecznościach śmiertelność była jeszcze wyższa. W Bostonie zachorowało 10% ludności. 2/3 chorych zmarło. W całej armii Stanów Zjednoczonych zachorowało 20%.

Liczba ofiar „hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar frontów I wojny światowej. Na grypę i jej powikłania zmarły 24 tysiące osób amerykańskiego personelu wojskowego (amerykańskie straty bojowe wyniosły 34 tysiące osób). W Wielkiej Brytanii zmarło 150 tysięcy osób.

Podawane są różne szacunki śmiertelności na całym świecie: od 21-25 mln do 50-100 mln. Była pierwszą pandemią od czasów czarnej śmierci (1347-1350) o tak wysokiej śmiertelności. Zachorowało na nią 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata.

Nietypową cechą tej pandemii był odwrócony profil wiekowy jej ofiar. Umierali przede wszystkim ludzie młodzi i w średnim wieku (20-40 lat), podczas gdy zwykle na grypę umierają dzieci, osoby starsze i z osłabioną odpornością. W relacjach z pandemii podkreślano, że liczba zgonów w młodym wieku przekraczała liczbę zgonów w starszym wieku, np. w Szwajcarii znacznie poważniejszy przebieg zachorowań stwierdzono u osób w przedziale wiekowym 20-49 lat.«

Tak wyglądała prawdziwa pandemia. Na tę grypę zachorowała 1/3 populacji świata. A jak to wygląda obecnie? Rząd informuje codziennie o ilości osób zarażonych i zgonach. Tych zgonów jest kilkadziesiąt dziennie, a w ostatnich dniach ponad 100 dziennie. Czy to dużo czy mało? Z poprzednich lat ze statystyk wynikało, że w Polsce umierało dziennie na różne choroby i ze starości 1000-1100 osób. W dniu 27 października liczba osób zakażonych od początku „pandemii” wynosi 280229, a zmarłych – 4615, co daje śmiertelność na poziomie 1,6%. To jest bardzo niska śmiertelność, ale jeśli dodamy, że większość z tych zmarłych to ludzie starzy, schorowani, którzy, jak to rząd określa, mieli choroby współistniejące, to okazuje się, że nie ma żadnej pandemii. Jest tylko „pandemia”. Tego jednego dnia zostało zakażonych 16300 osób, zmarło – 132. W środę dzienna liczba zakażonych wzrosła do 18820, a zmarłych – 236. Ogólna liczba zakażonych w środę 28 października – 299049, zmarłych – 4851. Śmiertelność dalej na poziomie 1,6%, ale we wtorek zmarły 132 osoby, a w środę – 236, prawie dwa razy więcej. To robi wrażenie i o to chodzi! W czwartek liczba zakażonych – 20156, zgonów – 301. Od początku 319205 i 301, co daje śmiertelność 1,6%. Oznacza to, że na 200 osób chorych 3 umierają. W piątek 30 października – 21629 zakażonych, 202 – zgony. Od początku – 340834, 5351, śmiertelność – 1,6%. Według rządowych wykresów krzywa zakażeń od paru dni rośnie w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów jest płaska od samego początku i nadal taka jest, a mamy do czynienia z drugą falą. Tak przynajmniej twierdzi rząd.

Problem jednak polega na tym, że my nie wiemy, czy te dane są prawdziwe, bo testy, które są używane do diagnozowania zakażenia nie były do tego stworzone. Nie wiemy czy wśród tych ponad 300 tysięcy zakażonych nie ma takich, które wiosną zostały zdiagnozowane jako chore i obecnie ponownie są zakażone. Na jakiej podstawie osoby, które mają choroby współistniejące, kwalifikuje się jako zmarłe z powodu COVID? W sumie nic nie wiemy i mamy wierzyć. Czy mamy więc do czynienia z oszustwem na skalę światową? Czy to możliwe, żeby rządy wszystkich krajów i ich dyżurni lekarze wirusolodzy i inni, kłamali w żywe oczy? Jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tę „pandemię”. A ilu wierzy? Codziennie jesteśmy atakowani informacjami o gwałtownie rosnących zakażeniach, o przepracowaniu personelu medycznego, o tym, że zaraz zabraknie łóżek w szpitalach, o zakażeniach kolejnych członków rządu, a wszyscy oni w maseczkach. Do tego dochodzą wypowiedzi „ekspertów” o tym, że najgorsze jeszcze przed nami. Jeśli dodamy do tego zdjęcia personelu medycznego w szczelnych skafandrach z jakimiś strzykawkami czy innym sprzętem lub takich samych sanitariuszy pchających łóżko z chorym lub w karetce, to na większości ludzi musi to robić wrażenie, a nawet jak nie robi, to działa na podświadomość. W tym działaniu nie ma nic przypadkowego i nie przypadkiem znowu muszę odwołać się do Bullocka i książki Hitler – studium tyranii. Cytaty kursywą pochodzą z „Mein Kampf”:

Ponieważ masy mają tylko słabą znajomość abstrakcyjnych idei, przeto ich reakcja wypływa raczej z domeny uczuć, gdzie tkwią korzenie pozytywnej czy negatywnej ich postawy… Niezwykła stabilność mas wynika z emocjonalnych podstaw ich nastawienia. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą. Siłą napędową prawie wszystkich wielkich rewolucji na kuli ziemskiej nigdy nie było jakieś naukowe poznanie, które opanowało masy, ale zawsze fanatyzm, który je natchnął, i często pewnego rodzaju histeria pchająca je do czynu. Ktokolwiek chce porwać masy, musi znać klucz do ich serc. Tym kluczem jest nie obiektywizm, a więc nieudolna postawa, ale stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.

Hitler bez ogródek tłumaczy, jak to można osiągnąć: Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Z drugiej strony masy szybko zapominają. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach. Dla intelektualistów, którzy ciągle szukają czegoś nowego, Hitler miał jedynie pogardę. Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Wystarczy usunąć jeden punkt ze sfery dogmatycznej pewności, a dyskusja, jaka się wywiąże, nie tylko nie doprowadzi do nowego i lepszego sformułowania, ale może łatwo przejść w nie kończące się debaty i ogólne zamieszanie.

Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. Tak robią Żydzi stosując się do zasady:

Prawdą jest, że w wielkim kłamstwie zawsze jest pewien element wiarygodności, albowiem szerokie masy narodu w głębi emocjonalnej sfery swej natury nie tyle są świadome i celowo złe, ile łatwo ulegają zepsuciu; tak więc w swoich prymitywnych umysłach łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego, bo same często uciekają się do małych kłamstewek w drobnych sprawach, ale wstydziłyby się posługiwać wielkim kłamstwem. Taka nieprawda nigdy by im nie przyszła na myśl i nie uwierzą, że ktoś inny miałby czelność haniebnie przekręcać prawdę… Najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.

Przede wszystkim zaś nigdy nie wahać się, nigdy nie łagodzić tego, co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować przeciwnej stronie, wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach. To jest

pierwszy warunek, którego należy się trzymać w każdego rodzaju propagandzie: systematyczna, jednoznaczna postawa wobec każdego problemu, z którym się ma do czynienia… Kiedy ludzie zobaczą bezkompromisowy, zaciekły atak na przeciwnika, zawsze przyjmą to za dowód, ze racja leży po stronie atakującego, ale jeżeli atakujący zatrzyma się w pół drogi i nie doprowadzi zwycięstwa do końca… przyjmą za dowód, że nie jest on pewny swojej racji.

Propaganda nie ograniczała się tylko do słowa mówionego. Były jeszcze afisze, zawsze czerwone, w rewolucyjnym kolorze, wybranym po to, by prowokować lewicę; swastyka i flagi, z ich czarnym Hakenkreuzem w białym kole na czerwonym tle – wzór, do którego Hitler przywiązywał jak największą wagę; postawa na baczność, mundury i hierarchia partyjna. Od socjaldemokratów Hitler wziął jeszcze pomysł masówek i demonstracji. Głównym celem takich masówek było wywołanie wrażenia siły, przynależności do ruchu, który musi doprowadzić do sukcesu. Hitler odkrył tutaj pewną psychologiczną prawdę, która później w historii ruchu nazistowskiego odegrała wielką role: że gwałt i terror mają własną wartość propagandową i że manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające, jak i odpychające.

To tyle Bullock i jego cytaty z Hitlera. A więc masówki i demonstracje miały wywoływać wrażenie siły. A czy te „szpitale” organizowane na stadionach, czy one nie są ich odpowiednikami? To też masówki, tyle że trochę inne. One mają wywołać wrażenie grozy. Parę dni temu pokazano zdjęcie kilku pacjentów, których umieszczono w pomieszczeniu postojowym karetek, bo w szpitalu zabrakło miejsca, ale nie pokazano wnętrza tego szpitala z jego „zatłoczonymi” salami. Tak właśnie działa ta propaganda i ma bardzo wiele wspólnego z nazistowską, co nie powinno dziwić, bo to chyba ci sami, którzy zaopiekowali się Hitlerem, organizują nam to piekiełko.

Ale po co ta cała hucpa z „pandemią”? – Bo jest nas za dużo i Ziemia „nie wyrabia”. Tak orzekli wielcy tego świata i szlus! W języku oryginału pisze się Schluss i znaczy to – koniec. Wyjaśniam, bo mam świadomość, że obecnie „Englisch über alles”. Orzekli, że jest nas za dużo, ale jakoś dziwnym trafem nie przeszkadza im masowa produkcja, która bardziej dewastuje środowisko naturalne i pożera surowce, które występują w ograniczonej ilości, bo zasoby Ziemi nie są nieskończone. I nie jest grzechem masowa produkcja, tylko masowa tandetna produkcja, która z założenia produkuje buble, których okres używania jest krótki, i która wymaga ciągłego odnawiania. To jest biznes dla producentów i handlu, ale czy dla klienta?

Wybrano model globalizacji, który zniszczył nie tylko środowisko naturalne i jego zasoby, ale też mnóstwo zawodów, takich jak choćby krawiec, szewc, zegarmistrz, masarz i wiele innych. No właśnie! Piszę – masarz, a edytor tekstu podkreśla mi to słowo, znaczy że piszę z błędem, bo powinienem napisać – masaż. Skoro nie ma zawodu masarz, to i nie ma takiego słowa. Jest tylko masaż i masażysta – specjalista od robienia masaży, a specjalisty od robienia wędlin nie ma. Z tymi słowami jest też inny problem, bo coraz częściej pojawiają się takie – zapożyczone z angielskiego. Nie tak dawno temu trafiłem na vlog, co, jak się domyślam, znaczy videoblog, czyli film, którego tytuł brzmiał: Przygoda z dwiema Persjankami. – O! I tego słowa edytor nie podkreśla. Te Persjanki to kalka z angielskiego. Po angielsku jest – „Persian”, co znaczy – Pers, Persjanka; tak to tłumaczą słowniki internetowe i tak to tłumaczy słownik angielsko-polski Stanisławskiego. Ale Słownik Poprawnej Polszczyzny nie pozostawia wątpliwości: Pers, Persyjka. – Jak to ładnie brzmi! Nieprawdaż? Tak z ciekawości zajrzałem do słownika niemiecko-polskiego i tam znalazłem: Perser – Pers, Perserin – Persyjka. Polski i niemiecki rozróżnia płcie, angielski, w tym wypadku – nie, ale – Englisch über alles, nic nie poradzimy. Na otarcie łez pozostaje mi tylko stwierdzenie, że mój edytor tekstu nie podkreśla słowa “Persyjka”. Dobre i tyle!

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku, a ten wątek, to – po co ta hucpa? – Za dużo ludzi na Ziemi. Pomysł z tym przeludnieniem jest stary jak świat, no, może nie tak stary, ale pojawił się w końcu XVIII wieku za sprawą Thomasa Roberta Malthusa (1766-1834). Był to angielski ekonomista i duchowny anglikański. Był twórcą teorii przeludnienia opublikowanej w 1798 roku. Według niego, skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w – arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. Pisał: epidemie, zarazy, pomory (…) przyniosą tysiące i dziesiątki tysięcy ofiar. Jeśli nie przyniesie to skutku, gigantyczna nieunikniona plaga głodu (…) jednym potężnym uderzeniem wyrówna poziom ludności z poziomem żywności.

Dziś wiemy, że to się nie sprawdziło. Postęp techniczny i wzrost wydajności w rolnictwie pozwolił uniknąć tego scenariusza. Ale skąd u niego taki pomysł? Malthus żył w latach intensywnego przyrostu naturalnego białej rasy. Pod koniec XVIII wieku Berlin liczył 20 tys. mieszkańców. Na początku XX wieku – już 2 miliony. W tamtym czasie przyrost naturalny w Niemczech był bardzo wysoki i stąd „Drang nach Osten”. Ale i w innych krajach był wysoki; w Królestwie Polskim, w Rosji i w innych. Wyjątkiem była Francja. Jeszcze chyba w czasie rewolucji francuskiej była ona najludniejszym krajem w Europie, a już pod koniec XIX wieku notowała ujemny przyrost naturalny, podczas gdy inne kraje „rosły w siłę”. I właśnie dlatego parlamentarzyści francuscy zastanawiali się nad tym, jak zachęcić Francuzów do rozmnażania się, bo u sąsiada za miedzą ludzi przybywa. Ten problem opisywał w „Kronikach Tygodniowych” Prus, który stwierdził, że jest coś takiego jak siła populacji. Jeśli jest ona silna, to mamy do czynienia z dużym przyrostem naturalnym, gdy słabnie jest odwrotnie.

Malthus popełnił błąd metodologiczny. Inna sprawa czy zrobił to świadomie. Prawdopodobnie był masonem i dobrze wiedział po co tworzy taką teorię. Założył, że ten wzrost liczby ludności będzie stały i tak szybki, jak on to obserwował. Za jego życia tak było, co nie znaczy, że zawsze tak musi być. Dziś wiemy, że biała rasa raczej się zwija. Ostatnim razem odbudowała się po II wojnie światowej, ale od lat 60-tych słabnie. Natomiast rasa żółta i czarna od tych lat 60-tych kwitnie.

To zapewne stało się przyczyną powstania prądu zwanego neomaltuzjanizmem. Nawiązywał on do teorii Malthusa. W 1968 roku w książce The Population Bomb Paul R. Ehrlich opisał scenariusze oparte na założeniach zbliżonych do oryginalnej teorii Malthusa. Według jego prognozy w ciągu około 15 lat od publikacji książki miało dojść do ogólnoświatowej katastrofy demograficznej połączonej z klęską głodu. Ehrlich proponował wprowadzenie szerokiej kontroli urodzeń, rozważając różne możliwości sterylizacji oraz ograniczenie przyrostu naturalnego za pomocą środków fiskalnych. Minęło 15 lat i nic z tego, co on prognozował, nie sprawdziło się.

Na wyczerpaniu surowców naturalnych skupia się książka Granice wzrostu wydana w 1972 roku przez Klub Rzymski, przewidująca wyczerpanie zdolności Ziemi do utrzymania prognozowanej liczby ludności świata w ciągu około 100 lat. Jako środek pozwalający na ograniczenie eksplozji demograficznej i nieracjonalnego zużycia surowców postulowano kontrolę urodzin, ograniczenie liczebności rodzin oraz środki fiskalne. – Tak to opisuje Wikipedia, ale ja nie widzę sensu w tym opisie. Co to znaczy nieracjonalne zużycie surowców? Skoro jest więcej ludzi, to musi być ich większe zużycie.

Z tych niespójnych teorii jasno wynika, że chodzi o redukcję liczby ludności i nic więcej. Surowce naturalne wyczerpują się zbyt szybko nie dlatego, że ludzi jest za dużo, bo ludzie ich nie jedzą, tylko dlatego, że produkcja jest nastawiona na wytwarzanie przedmiotów szybko zużywających się. To powoduje, że trzeba produkować ich coraz więcej, a do tego trzeba coraz więcej surowców. Żywność jest produktem odnawialnym. Produkcja roślinna potrzebuje nie tylko gleby, ale i energii słonecznej. Na tej samej glebie można co roku zbierać plony, a energia słoneczna jest, z naszego punktu widzenia, niewyczerpalna.

Zanim człowiek wynalazł rolnictwo, to trudnił się łowiectwem i zbieractwem. Jedno i drugie wymaga wielkich przestrzeni, a więc i małej gęstości zaludnienia. Obie czynności wymagają zaangażowania i czasu. Nie tak łatwo upolować jakąś zwierzynę, a i zbieractwo absorbuje. Cała aktywność człowieka sprowadza się do zdobycia żywności. W takiej rzeczywistości nie ma miejsca na internetowe pogaduszki. O spotkaniach w knajpach, pubach i innych tego typu przybytkach nie wspominam, bo to już jest historia. Skoro człowiek nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o polowaniu i zbieractwie, to zrozumiałe, że nie było rozwoju. Dopiero gdy pojawiła się obfitość żywności, za sprawą rolnictwa, to większość ludzi mogła zająć się czymś innym. I to coś innego powodowało to, co my nazywamy rozwojem.

Malthus twierdził, że przyczyną tak gwałtownego wzrostu populacji jest niepohamowany pociąg seksualny. Ale ten niepohamowany pociąg istniał, gdy ludzie trudnili się łowiectwem i zbieractwem i później. Jednak nie powodował on tak gwałtownego przyrostu naturalnego. Co więc było jego przyczyną w Anglii, gdzie on go obserwował i w Niemczech? We Francji było inaczej. Czy za sprawą rewolucji francuskiej?

W latach 60-tych miała miejsce tzw. zielona rewolucja, której celem było unowocześnienie rolnictwa w krajach, zwanych wtedy, krajami Trzeciego Świata, a co za tym idzie, likwidacja głodu. I w jej wyniku nastąpiła ta eksplozja demograficzna. Czy faktycznie z tego powodu? Nadal w Afryce jest wiele krajów, w których ludzie doświadczają głodu, a pomimo tego przyrost naturalny jest wysoki. Inna sprawa, że wiele dzieci umiera.

Malthus uważał, że problem przeludnienia rozwiąże sama natura. Neomaltuzjanizm poszedł o krok dalej. Uznał, że potrzebna jest ingerencja człowieka i zaproponował kontrolę urodzeń, sterylizacje i środki fiskalne. Jak to ładnie nazwano – środki fiskalne, czyli, masz dużo dzieci, płacisz większe podatki. A obecnie u nas mamy dokładnie odwrotną sytuację – 500+. Rząd płaci za posiadanie większej ilości dzieci, a rząd światowy dąży do redukcji ludności świata. Dom wariatów? Na COVID umierają ludzie starzy. Tak wynikało z danych rządowych. Teraz już nie podają wieku zmarłych. Tak więc ludzie starzy umierają nie ze starości, tylko z powodu „pandemii”, więc chrońmy seniorów – tak pier… premier a za nim reszta. Niech nie wychodzą z domu. To co? Niech zdychają w domach, tak? Nie dla nich poranne i wieczorne mgły, nie dla nich „nieśmiertelnik, żółty październik”. Dom jest schronieniem, ale nie więzieniem. Tu nie ma wątpliwości – pierwsi do „odstrzału” są starzy ludzie. Są niepotrzebni: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to też neomaltuzjanizm, tyle że w najnowocześniejszej odsłonie. – Ludzi jest za dużo i nie będziemy czekać na wojny, kataklizmy i inne plagi, które zredukują liczbę ludności. Nie będziemy też bawić się w kontrolę urodzin, sterylizację i środki fiskalne. Zaczniemy ich zabijać, ale nie tak po chamsku, strzałem w potylicę, ale bardziej „subtelnie”, powoli, na raty, tak by nie zorientowali się, że są zabijani. W tym celu wymyślimy pandemię i pod jej pretekstem zalegalizujemy prawa takie, jakie będziemy chcieli. Działanie jest kompleksowe i polega na niszczeniu:

  • państwa
  • gospodarki
  • więzów społecznych
  • osobowości człowieka
  • tradycji

Niszczenie państwa polega na odebraniu mu suwerenności. Wszystkie państwa działają podobnie, zgodnie z pewnym scenariuszem, co dowodzi istnienia rządu światowego. Wszystkie restrykcje wprowadzane są niezgodnie z konstytucją, co dowodzi, że prawo nie jest przestrzegane. Jednym z filarów państwa jest jego system prawny, a jego niszczenie, to niszczenie państwa.

Niszczenie gospodarki jest ewidentne. Sprowadza się ono do likwidacji małych i średnich firm, których właścicielami są niezależni ludzie. Z pracownikami zatrudnionymi na etatach czy w korporacjach rząd poradzi sobie szybko. Niszczony jest też pieniądz. Czas likwidacji gotówki jest bliski, a wraz z nią zniknie własność prywatna. Rząd na potęgę kreuje pieniądze bez pokrycia. Na walkę z „pandemią” nie żałuje ich. Jest też gotowy hojnie wynagradzać lekarzy, dając im bardzo wysokie podwyżki. Wie, że już niedługo te pieniądze nie będą nic warte, a lekarze obudzą się z ręką w nocniku, gdy zobaczą, że ich elektroniczne konta są zablokowane lub zezwalające na wypłaty niewielkich kwot.

Ograniczenia w przemieszczaniu się, tzw. dystans społeczny, zamykanie tych wszystkich miejsc, w których ludzie mogli spotykać się ze sobą i wymieniać informacje, zamykanie ich w domach – to wszystko prowadzi do zerwania więzów społecznych, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju psychicznego każdej jednostki.

Maski przed niczym nie chronią. Rządzący dobrze o tym wiedzą, a mimo to upierają się przy obowiązku ich noszenia. One zmieniają naszą osobowość: jak w masce uśmiechnąć się do drugiego człowieka? W maskach wszyscy wyglądamy podobnie i przypominamy małpy, a nie ludzi. I o to chodzi, żebyśmy stawali się anonimowi, traktowali innych jako zagrożenie dla naszego zdrowia. To jest proces, to nie stanie się tak od razu, ale gdy zostaniemy z nimi jeszcze przez rok czy dwa, to nawet nie zorientujemy się, w którym momencie staniemy się już kimś innym, niż dotychczas byliśmy. Ale maski nie tylko zmieniają naszą osobowość, one też wpływają negatywnie na nasze zdrowie, bo z ciągłego wdychania wydychanego powietrza nic dobrego nie może wyniknąć. Jednym słowem – zabierają nam nasze podstawowe prawa, prawo do oddychania świeżym powietrzem i prawo do bycia człowiekiem.

Niszczenie tradycji polega na m.in. na zabranianiu nam możliwości obchodzenia świąt, tak jak to czyniliśmy dotychczas. Zamknięcie cmentarzy na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny jest tego najlepszym dowodem. Na cmentarz nie wolno pójść, ale wielotysięczne manifestacje w wielu miastach mogą się odbywać. I jakoś w tym wypadku rząd jest “bezradny”, a policja bierna. Na manifestacjach wirusa nie ma, a na cmentarzach jest.

Wszystko to jest robione stopniowo, powoli i łagodnie. Zmiany w naszych nawykach wpłyną na naszą podświadomość, a ta na nasze zachowanie. Gdy już nas zmienią, to będą mogli zrobić z nami wszystko, co zechcą. Jak zechcą, to nas uśmiercą, a jak nie zechcą, to łaskawie pozwolą nam żyć. I po to jest ta cała „pandemia”. Sam projekt jest oczywiście projektem satanistycznym. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znalazła się grupa ludzi, która chce zastąpić Boga, jak chcą jedni, czy naturę, jak chcą inni i decydować o tym, czy jest nas za dużo, czy może w sam raz.

Żarty się kończą. Słowacja, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła obowiązkowe dla wszystkich obywateli testy na obecność koronawirusa. Bandytyzm i terroryzm w “majestacie” prawa. Człowiek przestaje być panem własnego ciała i o tym, czy jest zdrowy czy zakażony, nie on będzie decydował na podstawie własnego samopoczucia. Jeśli test wykaże mu zakażenie, to zostanie skierowany na “leczenie”. A tam już wszystko będzie można z nim zrobić.

Kto stworzył Hitlera?

Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii zawarł wiele informacji na temat tego, kto finansował Hitlera. Wybrałem te fragmenty, które są poświęcone temu zagadnieniu do 1933 roku oraz te, w których autor opisuje sam początek jego kariery. Kiedy jednak przepisywałem je z książki, to zwróciło moją uwagę to, że właściwie od samego początku pojawiają się wokół Hitlera ludzie nietuzinkowi i gotowi mu bezinteresownie pomagać. Osoby, przeważnie z wyższych warstw niemieckiego społeczeństwa, zaopiekowały się człowiekiem znikąd, biednym i bez wykształcenia. Skąd u nich tyle altruizmu? Ale nie tylko one! Pomagała też armia. Szef Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu zleca Hitlerowi obserwację kanapowej partii politycznej – Niemieckiej Partii Robotniczej. Partia ta liczyła niewiele więcej ponad 40 osób. Hitler, gdy podjął decyzję o wstąpieniu do niej, został przyjęty do jej Komitetu jako siódmy członek. Dlaczego od razu do Komitetu? Po jednym gwałtownym wystąpieniu? Zanim Hitler pojawił się w tej partii, byli już w niej Feder, Eckart i Röhm., a to nie byli jacyś ludzie znikąd. Tak jak nie był człowiekiem znikąd Harrer, który razem z Drexlerem założył Niemiecką Partię Robotniczą. Harrera i Eckarta łączyła przynależność do Towarzystwa Thule. To takie tajne stowarzyszenie, które pod pozorem czegoś tam realizuje zupełnie inne cele. Ach! Przypominają się te tajne związki z epoki renesansu typu akademia platońska itp. Ale o tym na końcu bloga. Bullock pisze tak:

»W burzliwych dniach kwietnia i maja 1919 roku Hitler mieszkał w Monachium. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę wtedy odegrał. Zgodnie z tym, co sam pisze w „Mein Kampf”, chciano go aresztować przy końcu kwietnia, ale chwyciwszy za karabin odpędził trzech ludzi, którzy po niego przyszli. Po obaleniu rządu komunistycznego denuncjował jego zwolenników przed komisją śledczą ustanowioną przez 2 pułk piechoty, która sądziła i skazywała na rozstrzelanie aktywistów strony przeciwnej. Potem dostał pracę w Biurze Prasowo-Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu (Monachium), ośrodku, w którym działali tacy ludzie jak Röhm. Po skończeniu kursu dla wojskowych „instruktorów politycznych” został zatrudniony jako Bildungsoffizier (wychowawca polityczny), z zadaniem uodporniania ludzi na zarazę socjalistyczną, pacyfistyczną i idei demokratycznych. Dla Hitlera był to ważny krok naprzód, ponieważ dowodził, że ma zdolności polityczne. Potem, we wrześniu, szef Departamentu Politycznego polecił mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium, Niemiecką Partię Robotniczą, która mogła interesować armię.

Niemiecka Partia Robotnicza powstała z Komitetu Niezależnych Robotników, który zawiązał się 7 marca 1918 roku z inicjatywy monachijskiego ślusarza, Antona Drexlera. Myślał on o stworzeniu partii, która byłaby zarówno robotnicza, jak i narodowa. Dostrzegał bowiem to, co widział Hitler, a mianowicie, że ruch klasy średniej, w rodzaju Frontu Ojczyźnianego (do którego należał), kompletnie nie orientuje się w nastrojach mas, coraz bardziej ulegających propagandzie antynarodowej i antymilitarnej. Komitet Drexlera, liczący czterdziestu członków, rozwijał się słabo. W październiku wraz z dziennikarzem Karlem Harrerem założył Drexler Polityczne Koło Robotnicze, które z kolei w styczniu 1919 roku połączyło się z Komitetem Niezależnych Robotników tworząc Niemiecką Partię Robotniczą. Prezesem jej został Harrer. Organizacja liczyła niewiele więcej członków niż początkowy komitet Drexlera. Jej działalność sprowadzała się do dyskusji w monachijskich piwiarniach, a partyjny komitet sześciu nie miał jakiegoś jasnego i bardziej ambitnego programu. Z pewnością nie była to zbyt imponująca scena, kiedy wieczorem 12 września 1919 roku Hitler zjawił się na swoje pierwsze zebranie w salce Sterneckerbräu, w monachijskiej piwnicy-piwiarni, gdzie zgromadziła się grupka złożona z 20 czy 25 ludzi. Jednym z mówców był Gottfried Feder, człowiek dobrze znany w Monachium, zbzikowany na punkcie ekonomii, który już raz wywarł na Hitlerze duże wrażenie podczas jednego z politycznych kursów urządzanych dla wojska. Drugim był jakiś bawarski separatysta; jego przemówienie propagujące odłączenie się Bawarii od Rzeszy Niemieckiej i unię z Austrią, poderwało Hitlera na nogi. Zaoponował tak gwałtownie, że po skończonym zebraniu Drexler wręczył mu egzemplarz swojej autobiograficznej broszury „Mein politisches Erwachen” („Moje polityczne przebudzenie”). A w parę dni później Hitler otrzymał zaproszenie na zebranie Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej.

Po pewnym wahaniu Hitler poszedł na to zebranie. Komitet zasiadał w obskurnej piwiarni „Alte Rosenbad” na Herrnstrasse.

Przeszedłem przez mroczną salę, gdzie nie było ani jednego gościa, i poszukałem drzwi wiodących do bocznej salki. Tu stanąłem przed Komitetem. W bladym świetle lampy gazowej ujrzałem czterech ludzi siedzących przy okrągłym stole. Jednym z nich był autor broszury. – Mein Kampf.

Potem wszystko szło według schematu: fundusze partii – jak wynikało ze sprawozdania – wynosiły 7 marek i 50 fenigów, przyjęto najpierw drobiazgowe wyszczególnienie wydatków, następnie odczytano trzy nadesłane listy i zaakceptowano odpowiedzi.

Jednakże Hitler szczerze przyznaje, że pociągała go ta miernota, bo tylko w partii, która tak jak on stawiała pierwsze kroki, mógł się wybić i narzucić jej swoje idee. W ustabilizowanych partiach nie było dla niego miejsca; tam byłby niczym. Po dwudniowym namyśle powziął decyzję i przystąpił do Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej jako jej siódmy członek.

Jego energia i ambicja, dotąd rozproszone, teraz znalazły ujście. Wolno i pracowicie rozbudowywał partię i popychał swoich ostrożnych i pozbawionych wyobraźni kolegów z Komitetu ku śmielszym metodom zjednywania członków. Powielono i rozdano kilkanaście zaproszeń, zamieszczono niewielkie ogłoszenie w miejscowej gazecie, wynajęto większą salę na częstsze zebrania. Kiedy Hitler po raz pierwszy przemawiał w październiku w „Hofbräuhaus”, zebrało się stu jedenastu ludzi. Ten wynik utwierdził Karla Harrera w mniemaniu, że Hitler nie jest utalentowanym mówcą. Jednakże Hitler uparł się i liczba słuchaczy stopniowo rosła. W październiku, kiedy mówił o pokoju brzesko-litewskim i wersalskim, miał już stu trzydziestu słuchaczy, a nieco później – dwustu.

Na początku 1920 roku powierzono Hitlerowi prowadzenie propagandy partyjnej. Szybko zabrał się wtedy do zorganizowania pierwszej masówki. 22 lutego dzięki sprytnie zredagowanym obwieszczeniom, zebrał prawie 2000 ludzi w „Festsaal” w piwiarni „Hofbräuhaus”. Głównym mówcą był dr Dingfelder, ale dopiero Hitler zwrócił na siebie uwagę audytorium i korzystając z okazji ogłosił nową nazwę partii – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza – i podał do wiadomości jej program zawarty w 25 punktach. Harrer, zirytowany metodami, przy pomocy których Hitler coraz szybciej parł naprzód, zrezygnował ze stanowiska prezesa. 1 kwietnia 1920 roku Hitler wystąpił ostatecznie z wojska i całkowicie poświęcił się rozbudowie partii, coraz bardziej biorąc ją pod swoją kontrolę.

Kiedy Hitler zabrał się do rozbudowy partii, Röhm, by przysporzyć jej członków, pchał do niej ludzi z dawnego Freikorpsu i starych żołnierzy. Z tego elementu powstały pierwsze bojówki, zalążek SA. W grudniu 1920 roku Röhm zdołał nakłonić swego przełożonego, generała-majora Rittera von Eppa, który sam był dawnym przywódcą Freikorpsu i członkiem partii, do wyasygnowania sześćdziesięciu tysięcy marek potrzebnych na zakup tygodnika „Völkischer Beobachter” („Obserwator Krajowy” – przyp mój). Dietrich Eckart dostarczył połowę pieniędzy, ale część pozostałej sumy pochodziła z sekretnych funduszy armii. Przede wszystkim jednak Röhm był tym koniecznym ogniwem gwarantującym Hitlerowi protekcję lub co najmniej tolerancję ze strony wojska i rządu bawarskiego, który zależał od miejscowego dowództwa sił zbrojnych, tego najwyższego sędziego w sprawach pokoju publicznego. Gdyby nie wyjątkowa rola, jaką odgrywało wojsko w polityce Niemiec, zwłaszcza Bawarii, a także to, że mogło ono popierać polityczne ugrupowania i ich działalność, gdy mu odpowiadały, Hitler nigdy nie zdołałby tak bezkarnie stosować swoich metod podburzania, zastraszania i gwałtu. Choć jego stosunek do armii w latach 1914-1945 ciągle się zmieniał, miała ona dla niego olbrzymią wagę; nigdy jednak nie miała takiego znaczenia, jak we wczesnym okresie w Monachium. Gdyby nie protekcja wojska, ogromnie trudno by mu było przebrnąć przez pierwsze szczeble kariery politycznej. Armia jednak, jeszcze przed śmiercią Hitlera, miała doświadczyć w całej pełni jego niewdzięczności.

Gottfried Feder i Dietrich Eckart, tak jak Röhm, przystąpili do Niemieckiej Partii Robotniczej jeszcze przed Hitlerem. Obaj byli ludźmi dosyć wykształconymi i dobrze znanymi w Monachium. Feder z zawodu był inżynierem; wyznawał jakieś wysoce oryginalne teorie ekonomiczne na temat zniesienia „jarzma renty”, które głosił z uporem maniaka. Wywarł wielkie wrażenie na Hitlerze (podobno Hitler, naśladując Federa, przyciął sobie swoje długie, rzadkie wąsy w słynną szczoteczkę), który z zachwytem pisze o nim w „Mein Kampf”, ale z czasem stracił wpływ i po dojściu nazistów do władzy pozostał w cieniu, mieszkając nadal w Monachium. Dietrich Eckart, znacznie starszy od Hitlera, był znanym dziennikarzem, poetą i dramaturgiem. Typowy Bawarczyk, lubiący dobrze zjeść, piwosz, stały bywalec takich lokali, jak Brennessel, winiarnia w Schwabing, przyjaźnił się z Röhmem, był zagorzałym nacjonalistą, antydemokratą, antyklerykałem i rasistą uwielbiającym nordycki folklor i – jak w średniowieczu szczuto psami uwiązanego niedźwiedzia – tak teraz on szczuł Niemców na Żydów. Przy końcu wojny był właścicielem brukowej szmaty, wychodzącej pod nazwą „Auf gut’ Deutsch” („W dobrym niemieckim” – przyp. mój), a potem został redaktorem pisma „Völkischer Beobachter”, na którego kupno dostarczył większą część potrzebnej kwoty. Eckart był bardzo oczytany; przetłumaczył „Peer Gynta” i pasjonował się Schopenhauerem. Kiedy sobie podpił piwem, stawał się dobrym mówcą i miał wielki wpływ na znacznie młodszego i jeszcze nie wyrobionego Hitlera. Pożyczał mu książki, poprawiał styl w mowie i w piśmie i zabierał wszędzie ze sobą.

To on zawiózł Hitlera po raz pierwszy do Obersalzbergu, gdzie potem często zatrzymywali się w pensjonacie „Moritz” razem z przyjaciółką Eckarta, Anną, z Hoffmannem, Hermannem Esserem, Drexlerem i jeszcze jednym przyjacielem Eckarta, drem Emilem Gansserem. „Doktor Gansser zasługuje na wieczystą wdzięczność partii – powiedział później Hitler. – Gdyby nie on, nie poznałbym Ryszarda Franka, handlarza zbożem, i nie mógłbym w 1923 roku w dalszym ciągu wydawać «Beobachtera».” To samo można powiedzieć o Bechsteinie.

Bechstein, bogaty i cieszący się światową renomą fabrykant fortepianów, należał do szerszego kręgu przyjaciół, do którego Eckart wprowadził również Hitlera. Frau Helena Bechstein bardzo polubiła młodego człowieka, który był u niej częstym gościem w Berlinie. Zaczęła nawet wydawać przyjęcia na cześć nowego proroka, potrafiła wynajdywać fundusze dla partii, a później nawet odwiedziła Hitlera w więzieniu. I znów przez Eckarta, który był członkiem stowarzyszenia „Thule” – pozornie interesującego się mitologią nordycką, ale biorącego też udział w konspiracji politycznej – Hitler poznał Hessa i Rosenberga.

W dwa lata po zakupieniu „Völkischer Beobachter” Hitler przekształcił je w pismo codzienne. Wymagało to pieniędzy. Części dostarczyła Frau Gertruda von Seydlitz, bałtycka Niemka, która miała udziały w finlandzkich papierniach, a Putzi Hanfstängl, syn monachijskiego bogacza i wydawcy dzieł z dziedziny sztuki, udzielił Hiterowi pożyczki w wysokości tysiąca dolarów. Hanfstängl, wychowanek Uniwersytetu Harwardzkiego, nie tylko wprowadził Hitlera do własnego domu – gdzie zachwycał go swoją grą na fortepianie, zwłaszcza utworów Wagnera – ale i do niektórych zamożnych monachijskich domów, między innymi do Bruckmannów.

Bruckmannowie, podobnie jak Bechsteinowie, byli oczarowani Hitlerem i serdecznie się z nim zaprzyjaźnili. Ale Hitler potrafił być bardzo kłopotliwy w towarzystwie. Brakowało mu ogłady, co jednak zręcznie eksponował. Umyślnie zachowywał się jak dziwak, przychodził późno i odchodził nagle lub też siedział i ostentacyjnie milczał albo zmuszał wszystkich do słuchania swoich krzykliwych wywodów.

Niewątpliwie Hitler otrzymywał zasiłki od ludzi sympatyzujących z celami partii, ale wysokość tych kwot i ich waga zostały wyolbrzymione. Hermann Aust, przemysłowiec monachijski, składając zeznanie przed sędzią śledczym po puczu w 1923 roku, powiedział, że zapoznał Hitlera z pewną liczbą bawarskich przemysłowców i kupców, którzy zaprosili go do wygłaszania mów na zebraniach w „Herrenklub” i w Sali Kupieckiej w Monachium. W rezultacie wielu obecnych wpłacało pewne kwoty Austowi, jako dotacje na ruch narodowosocjalistyczny, a on przekazywał je Hitlerowi. Dr Gansser skontaktował Hitlera z niektórymi berlińskimi ludźmi interesu. Dietrich Eckart nie skąpił pieniędzy na pokrycie różnych rachunków, a Frau Seydlitz, tak jak Frau Bechstein, z pewnością też przyczyniały się do zasilania kasy partii. W 1923 roku, kiedy Hitler i Ludendorff szli razem, Fritz Thyssen, prezes Zjednoczonych Stalowni (Vereinigte Stahlwerke), dał im sto tysięcy marek w złocie, ale w tym początkowym okresie podobne dary były bardzo rzadkie.

Krążyły wówczas uporczywe pogłoski, rozpuszczane przez przeciwników partii narodowosocjalistycznej, że Francuzi finansują nazistów. Oskarżenie to nie zostało jednak poparte żadnym konkretnym dowodem. Według innych pogłosek, Hitlera miała w 1923 roku wspierać finansowo Szwajcaria. Dopiero znacznie później udało mu się uzyskać od niemieckich przemysłowców z Zagłębia Ruhry i z Nadrenii olbrzymie dotacje na cele polityczne. W gruncie rzeczy więc ruch nazistowski startował z bardzo słabych pozycji finansowych.

Funk, niepokaźny cwaniak, który po Schachcie objął prezesurę Reichsbanku i tekę ministra gospodarki, był naczelnym redaktorem „Berliner Börsen-Zeitung”, najpoważniejszej gazety finansowej w latach dwudziestych. W 1931 roku Funk zrezygnował ze stanowiska redaktora i zaczął występować jako łącznik między partią nazistowską i pewnymi kołami wielkiego przemysłu i kapitału. Przez jakiś czas prowadził Wirtschaftpolitischer Pressedienst, agencję ekonomiczno-prasową kontrolowaną przez dra Wagenera, szefa nazistowskiego wydziału ekonomicznego. Agencja miała nie więcej niż sześćdziesięciu subskrybentów, ale jak powiedział Funk, „płacili oni bardzo dobrze”. W zamian Funk obowiązany był wpływać na politykę gospodarczą partii i nakłaniać Hitlera do odrzucenia antykapitalistycznych poglądów, wyznawanych przez takich ludzi jak Gottfried Feder.

W owym czasie tylko pewne koła finansowo-przemysłowe gotowe były poprzeć Hitlera i nazistów. Funk wyraźnie mówi, że największa część funduszy, które przemysłowcy przeznaczali na cele polityczne, płynęła do kas niemieckiej partii narodowej, demokratów i partii ludowej. Nazistów subwencjonowała głównie potężna grupa z przemysłu węglowego i stalowego w Zagłębiu Ruhry i Westfalii. Obok Emila Kirdorfa, największego potentata przemysłowego Zagłębia Ruhry, Fritza Thyssena i Alberta Voeglera ze Zjednoczonych Zakładów Hutniczych, Funk wymienia Friedricha Springoruma i Tengelmanna, Ernesta Buskühla oraz H.G. Kneppera z Towarzystwa Górniczego w Gelsenkirchen. Wśród bankierów i finansistów, którzy według opinii Funka spotykali się z Hitlerem w latach 1931-1932 i przynajmniej od czasu do czasu pomagali mu, byli Stein i Schröder z banku Steina w Kolonii, E.G. Von Stauss z Banku Niemieckiego, Hilgard ze Spółki Asekuracyjnej „Allianz” oraz jeszcze dwóch bankierów – Otto Christian Fischer i Fr. Reinhart.

Lista Funka, zresztą zrobiona na chybił trafił, z pewnością nie jest kompletna. Niemniej jednak przynosi interesującą wskazówkę, kto pragnął nawiązać kontakt z Hitlerem i – nawet jeżeli to nie doprowadziło do bezpośredniej pomocy finansowej, jak w przypadku Thyssena – z jakiego rodzaju ludźmi zaczął się on spotykać.

Oczywiście nie tylko Funk był zainteresowany w zetknięciu Hitlera z finansistami i ludźmi wpływowymi. Pierwsze spotkanie dawnego prezesa Reichsbanku, dra Schachta, i Thyssena z Hitlerem odbyło się w mieszkaniu Göringa, gdzie obaj spędzili cały wieczór na słuchaniu Hitlera. Göring był bardzo czynny w organizowaniu tego rodzaju spotkań; nie mniej czynny był hrabia von Helldorf, mianowany przywódcą berlińskiej SA. Grauert, który w Düssseldorfie był grubą rybą jako kierownik Stowarzyszenia Pracodawców w Nadrenii i Westfalii, dysponującego znacznymi funduszami na łamanie strajków, wykorzystał swoje stanowisko dla popierania nazistów, za co potem został podsekretarzem stanu w kierowanym przez Göringa pruskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Nie można ustalić, jak to wszystko wyrażało się w brzęczącej monecie. Funk podaje trzy cyfry. Na procesie w Norymberdze powiedział, że przy wyborach w 1932 roku, kiedy partii brakowało pieniędzy, otwarcie ich zażądał: „W trzech lub czterech wypadkach, po bezpośredniej interwencji, ogólna kwota wyniosła mniej więcej pół miliona”. Druga cyfra dotyczy danin składanych przez poważną grupę nadreńsko-westfalską w latach 1931-32; w tym czasie – stwierdza Funk pod przysięgą – kwoty te nie sięgnęły miliona marek. Wreszcie, kiedy zażądano, aby określił globalną sumę, jaką Hitler otrzymał od przemysłu na podtrzymanie swego ruchu, nim został kanclerzem, odparł: „W przeciwieństwie do innych partii, nie sądzę, aby to było więcej niż kilka milionów”.

Pamiętniki Thyssena, na przekór tytułowi „Opłacałem Hitlera”, przynoszą rozczarowanie i niewiele dodają do zeznań Funka. Thyssen oficjalnie wstąpił do partii w grudniu 1931 roku. On też doprowadził do najbardziej znanego ze wszystkich spotkania Hitlera z przedstawicielami ciężkiego przemysłu, które odbyło się w styczniu 1932 roku w Klubie Przemysłowców w Düsseldorfie.

Sam dałem – pisze Thyssen – ogółem milion marek na partię narodowosocjalistyczną… Ciężki przemysł zaczął dawać pieniądze dopiero w ostatnich latach przed dojściem nazistów do władzy. Nie dawano ich jednak bezpośrednio Hitlerowi; otrzymywał je dr Alfred Hugenberg, przywódca nacjonalistów, który mniej więcej jedną piątą tych kwot przekazywał nazistom. Ogółem biorąc można przyjąć, że ciężki przemysł dawał nazistom około dwóch milionów marek rocznie.

Niestety nie bardzo wiadomo, o jakim okresie Thyssen mówi. Trudno jest w tej chwili wyjść poza te zwodnicze i niedokładne dane. Łatwo jest wyolbrzymiać znaczenie tych subwencji, jednakże najważniejsze jest, że Hitler, niezależnie od sum otrzymywanych od Kirdorfa, Thyssena i innych, nie był ani polityczną marionetką kapitalistów, ani zwykłym agentem magnatów przemysłowych, który stracił niezależność. Relacje Thyssena i Schachta świadczą o rozczarowaniu tych, którzy myśleli, że go kupili i że odtąd będzie tak skakał, jak mu zagrają. Z czasem odkryli – na równi z konserwatystami i generalicją – że wbrew utartemu mniemaniu bankierzy i przemysłowcy byli zbyt naiwnymi partnerami dla takiego politycznego gracza jak Hitler.«

Wszystko wskazuje na to, że Towarzystwo Thule odegrało, kto wie, czy nie ważniejszą rolę niż same pieniądze. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

»Towarzystwo Thule – tajna organizacja rasistowska i okultystyczna, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej. Nazwa pochodzi od mitycznej wyspy Thule, która dla starożytnych Greków była najbardziej na północ wysuniętym lądem. Stąd nazwa ta miała duże znaczenie dla wyznawców nordyckich kultów.

Towarzystwo powstało na przełomie 1917 i 1918 roku z volkistowskiej grupy Germanenorden i założone zostało przez Rudolfa von Sebottendorfa w Monachium, któremu już podczas I wojny światowej Związek Wszechniemiecki służył jako znaczące centrum nacjonalistycznej agitacji. Do jego członków zaliczali się urzędnicy, prawnicy, profesorowie uniwersyteccy, policjanci, arystokraci, lekarze, naukowcy oraz bogaci kupcy. Na zewnątrz organizacja ta widniała jako „Grupa badawcza nad starożytnościami germańskimi”, będąc w rzeczywistości zamaskowaną bawarską organizacją Zakonu Niemieckiego, który był zorganizowany na wzór loży masońskiej. Godłem Thule była swastyka otoczona koroną promieni, leżąca za nagim mieczem przeplecionym gałązkami dębu.

W styczniu 1919 roku członek Towarzystwa Karol Harrer wspólnie z Antonem Drexlerem założyli Niemiecką Partię Robotniczą (DAP). Poprzez DAP Thule próbowało propagować swoją ideologię w niemieckiej klasie robotniczej. We wrześniu 1919 roku Adolf Hitler wziął po raz pierwszy udział w zebraniu małej wówczas DAP i w listopadzie tegoż roku został jej członkiem.

Ideologia Towarzystwa była zbliżona do późniejszej ideologii NSDAP. Niektórzy członkowie Thule odgrywali istotną rolę w strukturach NSDAP. Członkami Thule byli Alfred Rosenberg, Julius Streicher, Hans Frank, Rudolf Hess i Gottfried Feder. Spośród 220 wymienionych z nazwiska członków Thule 20 pojawia się na wczesnej liście członków NSDAP.

W 1918 roku Sebottendorf zakupił czasopismo Münchener Beobachter, które od tego momentu propagowało ideologie Towarzystwa. 31 maja 1919 roku na łamach pisma opublikowano 12 punktowy program o charakterze nacjonalistycznym i antysemickim. Program był zbliżony do późniejszego programu NSDAP. Czasopismo nie sympatyzowało jednak wyłącznie z DAP, było raczej trybuną całego, rozdrobnionego nurtu volkistowskiego. W 1920 roku gazeta została zakupiona przez NSDAP i przemianowana na Völkischer Beobachter.

Towarzystwo Thule zainspirowało wiele teorii takich jak np. Jana van Helsinga (pisarz niemiecki). Twierdzono przeważnie, że wewnątrz Towarzystwa istniało silne okultystyczne czy nawet satanistyczne nastawienie. Są też przypuszczenia, według których istniał wewnętrzny zakon w strukturach Towarzystwa – Zakon Thule. Istnieją też przekazy co do przynależności samego Hitlera do Towarzystwa Thule. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, ponieważ Hitler wypowiadał się wielokrotnie bardzo lekceważąco o wybujałych teoriach Alfreda Rosenberga.

Można bez kłopotów wykazać połączenia niemieckiego spirytyzmu, który pośrednio wyszedł od Towarzystwa Thule, z okultyzmem francuskim. Poza tym, są jasne przesłanki co do tego, że Heinrich Himmler organizował spotkania z francuskim okultystą Gastonem de Mengel. Jan van Helsing przypuszczał, że w Towarzystwie Thule poza oficjalną częścią istniało wewnętrzne Towarzystwo Vril.«

Wikipedia wątpi w to, że Hitler należał do Towarzystwa Thule, bo wypowiadał się lekceważąco o teoriach Rosenberga, ale to może też oznaczać, że chciał odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o związki z tym Towarzystwem, a poza tym wcale do niego nie musiał należeć, wystarczy że był przez nie wykreowany i tym samym zależny od niego. Decyzje, jakie podejmował Hitler podczas wojny niemiecko-radzieckiej, skłaniają do przypuszczeń, że taka zależność mogła być. Tam, gdzie generałowie niemieccy domagali się zdecydowanych działań, Hitler postępował dokładnie odwrotnie, doprowadzając ich do rozpaczy. Im się wydawało, że to wojna niemiecka, a to była wojna żydowska, prowadzona w interesie żydowskiej finansjery, przez człowieka od niej zależnego, kreującego się na fanatycznego antysemitę.

Zestawiając te fakty, wygląda na to, że ktoś starannie zaplanował Hitlerowi jego karierę. Ale od kiedy? To pewnie trudno będzie ustalić. W maju 1913 roku wyjechał z Wiednia i pojawił się w Monachium. W Austrii, ze względu na słabe zdrowie, został uznany za niezdolnego do służby frontowej i pozafrontowej. Natomiast po wybuchu I wojny światowej 1 sierpnia, 3 sierpnia w petycji adresowanej do króla Bawarii, Ludwika III, prosi o przyjęcie go, mimo austriackiego poddaństwa, do któregoś z bawarskich pułków. Jego prośba została uwzględniona.

Maj 1913 roku podaje Bullock jako datę przyjazdu Hitlera do Monachium i taka data widnieje w aktach wiedeńskiej policji. Natomiast Hitler w Mein Kampf pisze:

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium. Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

Hitler urodził się w Braunau, mieście leżącym w Górnej Austrii, która graniczy od zachodu z Dolną Bawarią. To wyjaśnia, dlaczego właśnie Monachium.

Jest jeszcze parę niezrozumiałych faktów dotyczących życia Hitlera z tego wcześniejszego okresu. Bullock tak o nich pisze:

„Jakim żołnierzem był Hitler? Już w grudniu 1914 roku odznaczono go Żelaznym Krzyżem drugiej klasy, a gdy w marcu 1932 roku wytoczył proces gazecie, która zarzuciła mu tchórzostwo, jego dawny dowódca, podpułkownik Engelhardt, z uznaniem mówił o jego odwadze w listopadowych walkach roku 1914, kiedy pułk po raz pierwszy znalazł się w ogniu. Znacznie ciekawsza jest sprawa Żelaznego Krzyża pierwszej klasy, odznaczenia niezwykłego dla gefrajtra, który nadano Hitlerowi w roku 1918. Na temat czynu, który mu przyniósł to odznaczenie, mamy różne i nieprawdopodobne relacje. Otrzymał krzyż 4 sierpnia 1918 roku, ale dotyczył on okresu między jesienią 1915 i latem 1918 roku. Według jednego ze świadków, Hitler miał sam wziąć do niewoli piętnastu (inni mówią o dziesięciu lub dwunastu) Francuzów. Drugi świadek twierdzi, że byli to Anglicy. Jednakże w oficjalnej historii pułku nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym czynie. Tak czy owak było to odznaczenie, z którego był dumny i które stale nosił, gdy został kanclerzem.

Fakt, że mimo długiej służby i braku oficerów pod koniec wojny Hitler nigdy nie awansował powyżej stopnia gefrajtra, budził zdziwienie i był nawet szeroko komentowany w niemieckiej prasie przed rokiem 1933. Nie mamy dowodu, że Hitler ubiegał się o awans lub pragnął zostać podoficerem, a cóż dopiero oficerem. Zdaje się, że był zadowolony z tego, co robił. Możliwe, że w awansie przeszkadzało mu jego dziwactwo.”

Z przytoczonych powyżej faktów wynika, że Hitlerowi pomagali wszyscy: armia, arystokracja, przemysłowcy, bogaci kupcy i w końcu politycy, którzy po serii intryg politycznych, wynieśli go na stanowisko kanclerza. Czy to przypadek? Fakty te jednak wskazują na to, że tymi, którzy mu pomogli byli Żydzi, choć pewnie nie tylko oni, ale to oni go wykreowali, od początku zadbali i zaplanowali jego karierę. Że tak mogło być sugeruje fanatyczny antysemityzm Hitlera, mający sugerować, że nie łączy go z nimi nic poza nienawiścią. Jest to stara żydowska zasada – udawać antysemitę, by oddalić od siebie wszelkie podejrzenia o związek z tą nacją. A czy Hitler był Żydem? Niektórzy tak uważają. W sumie nie jest to ważne. Ważne jest to, że realizował ich cele.

O demokracji

Demokracja to taka forma rządów, która, jak żadna inna, stwarza nieograniczone możliwości zwodzenia, mataczenia, manipulowania, oszukiwania ludzi, którzy uwierzyli, że dzięki niej mają na coś wpływ. Nic bardziej mylnego! Niestety, pomimo że wybierani politycy permanentnie nie wywiązują się ze swoich wyborczych obietnic, to obywatele nadal chodzą na wybory i biorą udział w tej farsie.

Po rewolucjach „wolnościowych” 1848 roku, które były próbą sił pomiędzy zwolennikami starego i nowego prządku, pojawiło się rozwiązanie kompromisowe – monarchia konstytucyjna, tzn. taka, która ma monarchę, konstytucję i parlament. Cesarstwo niemieckie było pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim poszło królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po pierwszej wojnie światowej mapa polityczna Europy zmienia się diametralnie. Pojawiają się republiki. Jedną z nich jest Republika Weimarska (1919-1933). Nazwa pochodzi od miasta Weimar, w którym obradowało zgromadzenie narodowe, uchwalające konstytucję. Historię republiki, jak podaje Wikipedia, można podzielić na trzy okresy:

  • w latach 1919-1923 republika walczyła z bezpośrednimi skutkami wojny, hiperinflacją i próbami obalenia państwa
  • podczas „pięciu tłustych lat” 1924-1929 republika osiągnęła pewną stabilność polityczną i gospodarczą oraz uznanie Niemiec w polityce zagranicznej
  • wielki kryzys 1930-1933 oraz wzrost wpływów narodowego socjalizmu doprowadziły do agonii i upadku republiki

Jej ustrój i dzieje to przykład tego, co można zrobić z demokracji i jak niewielki wpływ mieli na to wyborcy. Skończyło się tak, jak się skończyło: demokracja przekształciła się w dyktaturę. Na ogół przyjmuje się, że Hitler doszedł do władzy na drodze demokratycznych wyborów, co nie do końca jest prawdą. Jedno to to, jak został kanclerzem, a drugie, to to, że NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie zdobyła większości parlamentarnej.

Jak zawsze w takich wypadkach trzeba zacząć od początku, trzeba cofnąć się do 1918 roku. W pierwszej połowie tego roku armia niemiecka odnosiła największe sukcesy w tej wojnie. Niemcy podpisały traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie, co kończyło wojnę na dwa fronty. 21 marca Ludendorff przystąpił do ofensywy we Francji. Zepchnął Anglików i Francuzów i tylko 40 mil dzieliło go od Paryża. Wczesną wiosną Niemcy wierzyli, że zwycięstwo mają w ręku.

Alan Bullock, w swojej monumentalnej pracy Hitler – studium tyranii, tak to opisuje:

»Szybką zmianę sytuacji, która nastąpiła w sierpniu i wrześniu, skrzętnie ukrywano przed narodem niemieckim, toteż podana dopiero na początku października 1918 roku wiadomość, że rząd poprosił o zakomunikowanie mu warunków zawieszenia broni, zaskoczyła i oszołomiła całą ludność. Liderzy partii politycznych w Reichstagu dopiero 2 października dowiedzieli się o groźnej sytuacji na froncie. Książę Maksymilian Badeński, nowy kanclerz, który miał pertraktować z aliantami, pisze w swoich pamiętnikach: „Aż do tej chwili Front Krajowy był niewzruszony… Teraz iskra przeleciała przez ludność. W Berlinie wybuchła panika”.

W listopadzie 1918 roku armia niemiecka znalazła się w beznadziejnym położeniu. Odepchnięcie jej do Niemiec i zniszczenie było tylko kwestią czasu. Jednakże kiedy rząd podpisywał kapitulację, armia wciąż jeszcze stała na obcym terytorium i jej front na zachodzie nie został przerwany. Ponadto, choć inicjatywa zakończenia działań wyszła z Naczelnego Dowództwa, od samego Ludendorffa, fakt ten był ukrywany. Naczelne Dowództwo nie tylko zrzuciło na rząd, któremu przedtem odmawiało głosu w sprawach prowadzenia wojny, całą odpowiedzialność za jej zakończenie, ale próbowało jeszcze odciąć się od konsekwencji tej decyzji, wymuszonej na rządzie wbrew spokojniejszym sądom takich ludzi, jak książę Maksymilian Badeński. Stąd powiedzenie o „nożu wbitym w plecy”.

Koniec wojny przyniósł upadek cesarskiemu rządowi. Władzę, acz niechętnie, objęły stronnictwa demokratyczne Reichstagu. Na rząd spadło całe odium za podpisanie najpierw kapitulacji, a później traktatu pokojowego. Ludziom, zgorzkniałym i pozbawionym skrupułów, łatwo było twierdzić, że to socjaldemokraci wraz z partiami republikańskimi rozmyślnie doprowadzili do kapitulacji, zdradzili Niemcy, zadali armii cios w plecy, żeby dojść do władzy. Pomijano zupełnie fakt, że Rząd Tymczasowy, kierowany przez socjaldemokratów, poświęcił interesy partii i klasowe patriotycznemu obowiązkowi utrzymania jedności Niemiec w kryzysie, którego nie wywołał. To byli ci „listopadowi zbrodniarze”, kozły ofiarne, których trzeba było koniecznie znaleźć po to, aby armia i nacjonaliści mogli coś uratować ze szczątków swych nadziei. Rzadko kiedy równie bezpodstawne kłamstwo zostało narzucone narodowi, a jednak ciągle je powtarzano i szaleńczo w nie wierzono, bo tylu ludzi chciało w nie wierzyć.«

Mamy więc bardzo dziwną sytuację. Wojska niemieckie, będąc 40 mil od Paryża, zatrzymują się, później następuje odwrót i prośba Naczelnego Dowództwa o zakończenie działań wojennych i oskarżenie rządu o podjęcie takiej decyzji. Dla Hitlera chęć rozprawienia się z „listopadowymi zbrodniarzami” była jednym z jego głównych powodów walki o władzę, tak przynajmniej deklarował. Z dzisiejszej perspektywy możemy orzec, że deklaracja ta była nieszczera. Dwadzieścia trzy lata później postąpił dokładnie tak samo: pod koniec lipca 1941 roku, będąc 300 km od Moskwy i mając do niej wolną drogę, wstrzymał ofensywę na dwa miesiące. Wygląda na to, jakby te same siły kierowały niemiecką armią podczas obu wojen.

19 stycznia 1919 roku odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego. W ich wyniku socjaldemokraci, partia demokratyczna i partia katolicka Centrum utworzyły koalicję i miały większość parlamentarną. To właśnie te partie nazywa Hitler „listopadowymi zbrodniarzami”. 11 lutego 1919 roku miały miejsce pierwsze w historii Niemiec wybory prezydenckie. Zgromadzenie Narodowe wybrało przeważającą większością głosów Friedricha Eberta – socjaldemokratę.

Konstytucja Weimarska z 11 sierpnia 1919 roku została uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe. Zastąpiła ona Konstytucję Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Rzesza Niemiecka stała się republiką a włada pochodziła bezpośrednio od narodu. Projekt tej konstytucji opracował Hugo Preuss, liberalny polityk, późniejszy minister spraw wewnętrznych. Krytykował on państwa Ententy za niewyrażenie zgody na włączenie Austrii do Republiki Weimarskiej, co było sprzeczne z deklaracją Wilsona o samostanowieniu narodów. Preuss oparł konstytucję na trzech zasadach: władza polityczna należy do narodu, państwo musi być państwem federalnym a Rzesza musi być państwem prawa.

Konstytucja Weimarska nadawała duże uprawnienia prezydentowi, który mógł zdymisjonować kanclerza, nawet gdyby ten miał poparcie parlamentu. Co więcej mógł powołać kanclerza, który nie miał jego poparcia. Struktura rządu była mieszanką systemu prezydenckiego i parlamentarnego, a prezydent mógł działać jako „kanclerz zastępczy”. Ponadto prezydent mógł dekretem o stanie wyjątkowym zawiesić podstawowe prawa obywatelskie, z czego skwapliwie skorzystał Hitler po dojściu do władzy.

W skład Rzeszy wchodziło 18 krajów związkowych. Każdy z krajów miał swój sejm (Landtag) i rząd. W artykule 6 konstytucji wyliczono 20 spraw, które były w kompetencji głównych organów federacji. Były to m.in. polityka finansowa, polityka zagraniczna, administracja kolonii, sprawy łączności (poczta, kolej itp.). Ustawodawstwo organów centralnych miało pierwszeństwo przed prawem krajowym, a to nie mogło być z nim sprzeczne. – Któż więc bardziej nadawał się do budowy wspólnej Europy? Kto miał największe doświadczenie w tworzeniu tego typu związków?

Reichstag składał się z posłów wybranych przez naród w liczbie proporcjonalnej do ludności danego kraju. Jego kadencja trwała 4 lata, przy czym mógł być rozwiązany przez prezydenta. Posiadał inicjatywę ustawodawczą jak i wyznaczał kierunek polityce rządu, który kontrolował.

Prezydent Rzeszy był wybierany przez naród na 7-letnią kadencję w wyborach powszechnych. Prezydent m.in. mianował kanclerza (szefa rządu) oraz na jego wniosek ministrów, był zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mógł rozwiązać Reichstag, jednak tylko jeden raz z tego samego powodu. Wszystkie rozporządzenia prezydenta wymagały kontrasygnaty kanclerza lub odpowiedniego ministra. Był odpowiedzialny konstytucyjnie i mógł być odwołany przez referendum ludowe na wniosek 2/3 posłów.

Rząd Rzeszy składał się z kanclerza i ministrów. Rząd musiał uzyskać poparcie parlamentu, był przed nim odpowiedzialny politycznie i konstytucyjnie. Wytyczne jego polityki określał kanclerz. – Jak jednak w praktyce wyglądały relacje pomiędzy prezydentem, kanclerzem i Reichstagiem? Znowu wypada mi zacytować Bullocka:

„Dr Brüning, który w końcu marca 1930 roku objął urząd kanclerza, musiał przy każdym akcie ustawodawczym polegać na przypadkowej i niepewnej, z trudem zmontowanej większości w Reichstagu. Na takich podstawach nie można było rządzić skutecznie. 16 lipca 1930 roku Reichstag 256 głosami przeciwko 192 odrzucił część rządowego projektu fiskalnego. Wówczas prezydent, korzystając z nadzwyczajnych uprawnień przyznanych mu w artykule 48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Reichstag zakwestionował konstytucyjność tego aktu, a następnie zażądał odwołania dekretu. Brüning w odpowiedzi rozwiązał Reichstag i rozpisał nowe wybory.”

Reichstag był jeszcze bardziej rozdrobniony niż Sejm z lat 1922-1927. Utworzenie koalicji większościowej było praktycznie niemożliwe. Wybory odbywały się według ordynacji proporcjonalnej i było ich 8 w latach 1919-1932 i ani razu żadna z partii nie uzyskała większości parlamentarnej. Jeśli to jakoś działało, to dlatego, że prezydent miał silną pozycję i mógł rządzić dekretami.

Jak to się jednak stało, że ktoś taki jak Hitler, czyli człowiek znikąd, zdobył władzę? Jak to się stało, że stworzył coś w rodzaju nieformalnego wojska? Żadne państwo, nawet najsłabsze nie tolerowałoby na swoim terytorium organizacji paramilitarnej, niezależnej od niego? Bullock tak to wyjaśnia:

„W czasie wojny Hitler sam dostrzegł, że niskie morale i zmęczenie wojenne silniej występowały w Monachium niż na północy. Rewolucja 1918 roku wybuchła najpierw tutaj, a dopiero potem w Berlinie; Wittelsbach, król Bawarii, był pierwszym, który abdykował. W pierwszej połowie 1919 roku gwałty polityczne były w Monachium na porządku dziennym. Kurta Eisnera, który kierował listopadową rewolucją w roku 1918, zamordowano w lutym następnego roku. Socjalistyczny rząd Hoffmanna sprawował władze tylko do 6 kwietnia, kiedy to – pod wpływem komunistycznego ustroju Beli Kuna na Węgrzech – w Monachium ogłoszono również Bawarską Republikę Radziecką. Ten zwrot trwał niecały miesiąc, a towarzyszyły mu nieustanne kłótnie, zamieszki i potworny chaos, co wywarło niezatarte wrażenie na Bawarczykach. Na początku maja regularne oddziały wojska, łącznie z ochotniczą formacją Freikorpsów, obaliły rząd komunistyczny. W fali represji, które nastąpiły, wzięto krwawy odwet i rozstrzelano wielu ludzi. Oficjalnie restytuowano rząd Hofmanna, ale wypadki majowe oznaczały decydujący zwrot na prawo w bawarskiej polityce.

Bawarczycy, nawet po unifikacji z Niemcami, żywili tradycyjną niechęć do rządu z Prus i protestanckiego Berlina. Uczucie to po wojnie wyraziło się w żądaniu większej autonomii i nawet w separatystycznym programie kompletnego zerwania z północnymi Niemcami na rzecz katolickiej południowoniemieckiej unii z Austrią. Konstytucja Republiki Weimarskiej znacznie sprzyjała temu bawarskiemu partykularyzmowi, bo równolegle z centralnym rządem w Rzeszy w Berlinie pozostawiała starym niemieckim państewkom – Bawarii, Prusom, Wirtembergii, Saksonii itp. – ich dawne państwowe rządy i zgromadzenia reprezentantów (Landtagi), które korzystały z dużej władzy, zwłaszcza w zakresie kontroli nad policją. W nieunormowanych i chwiejnych warunkach panujących w Niemczech w latach 1918-1923 rząd centralny miał słabą władzę, toteż rząd Bawarii mógł wykorzystać sytuację, w której rozporządzenia wychodzące z Berlina były respektowane tylko przy jego poparciu.

Te nienormalne stosunki przybrały jeszcze ostrzejszą formę po marcu 1920 roku, kiedy zawiodła próba obalenia siłą rządu Rzeszy w Berlinie (pucz Kappa), ale jednocześnie zamach powiódł się w Bawarii. W nocy z 13 na 14 marca 1920 roku dowódca miejscowego okręgu Reichswehry (armii regularnej), generał Arnold von Möhl, przedstawił socjaldemokratycznemu premierowi Bawarii, Johannesowi Hoffmannowi, ultimatum, co doprowadziło do powstania prawoskrzydłowego rządu, kierowanego przez Gustawa von Kahra. W rządzie tym partie lewicowe nie otrzymały ani jednej teki. Odtąd władze w Bawarii sprawował rząd o skrajnie partykularystycznych tendencjach i prawicowym odchyleniu, całkiem nie sympatyzujący z polityką rządu centralnego w Berlinie. W ten sposób Bawaria stała się naturalnym ośrodkiem dla tych wszystkich, którzy pragnęli pozbyć się w Niemczech ustroju republikańskiego. Rząd bawarski zaś patrzał przez palce na zdradę i knowania przeciwko legalnemu rządowi Niemiec, które planowano i organizowano tuż u jego progu w Monachium. W Bawarii więc zebrali się wszyscy nieprzejednani członkowie Freikorpsów, tu też przy końcu wojny, pod patronatem Reichswehry, tworzono dla obrony wschodnich granic Niemiec przed Polakami i bolszewikami zbrojne bandy ochotników, które teraz równie ochoczo gotowe były obrócić karabiny przeciwko Republice. Głośny kapitan Ehrhardt, wypędzony z Berlina po puczu Kappa, schronił się w Bawarii wraz ze swoją brygadą. W Bawarii też uplanowano morderstwo Erzbergera, człowieka, który podpisał akt zwieszenia broni w 1918, i Walthera Rathenaua, niemieckiego Żyda i ministra spraw zagranicznych, rzecznika polityki podporządkowania się warunkom traktatu pokojowego. Freikorpsy były szkołą politycznych morderców i terrorystów, którzy do roku 1924 i później po roku 1929 wypaczali życie Niemiec.”

Bullock bardzo dobrze wyjaśnił realia tamtych czasów w Niemczech i to, dlaczego właśnie Bawaria stała się miejscem, w którym Hitler mógł realizować swoje cele. Ale skąd wziął się problem? Konflikt pomiędzy zwolennikami starego porządku i tymi – nowego? Wikipedia wyjaśnia to tak:

„Podjęcie reform mających doprowadzić do demokracji parlamentarnej w Niemczech były warunkiem państw ententy, a w szczególności prezydenta USA Woodrowa Wilsona, rozpoczęcia negocjacji pokojowych. W swej odpowiedzi na niemiecką propozycję rozejmu prezydent stwierdził, że nie rozmawia się o warunkach zawarcia pokoju z militarystami i monarchistycznymi autokratami, a odrzucenie warunku doprowadzi do kapitulacji Niemiec. Decyzja dowództwa marynarki cesarskiej o próbie doprowadzenia do jeszcze jednej bitwy z Royal Navy, podjęta już po wysłaniu prośby o rozejm, spowodowała bunt marynarzy w Kilonii i rewolucję listopadową, która przypieczętowała los Cesarstwa.”

Tak więc narzucono Niemcom demokrację, czyli, nie tylko miały skapitulować, ale też przyjąć nowy ustrój – demokrację. Dla Niemców monarchia parlamentarna była pewnym symbolem. Jej ojcem był Bismarck, który zjednoczył Niemcy i uosabiał ich potęgę, ich cesarstwa, a teraz mieli z niej zrezygnować, bo jakiś facet zza oceanu kazał im wprowadzić demokrację.

Konstytucja Weimarska w praktyce powielała rozwiązania Konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Różnica polegała na tym, że zniknęli monarchowie i książęta. Na czele Rzeszy stał cesarz, który miał szeroki zakres władzy, przede wszystkim w polityce zagranicznej i wojskowości. Do jego najważniejszych prerogatyw należało mianowanie kanclerza, za pośrednictwem którego sprawował rządy na szczeblu ogólnopaństwowym. Tak więc odpowiednikiem cesarza w Konstytucji Weimarskiej był prezydent. No właśnie! Prezydent! Bullock tak to opisuje:

„Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia bezwzględnej większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również ryzykownej próby puczu.”

W wyborach w 1928 roku NSDAP uzyskała 2,6% głosów i 12 miejsc w parlamencie. W 1930 roku – 18,25% głosów i 107 miejsc i stała się drugą partią. Socjaldemokraci uzyskali 24,53% głosów i 143 miejsca. W maju 1932 roku NSDAP wygrała wybory. Zdobyła 37,27% głosów i 230 miejsc. Socjaldemokraci – 21,58% i 133 miejsca. W listopadzie 1932 roku NSDAP – 33,09% i 196 miejsc. Socjaldemokraci – 20,43% i 121 miejsc w parlamencie. Tak więc nie można już było lekceważyć Hitlera. Wprawdzie nadal nie miał większości, ale inne partie miały daleko gorsze wyniki. I nic nie wskazywało, by coś miało się zmienić. Bullock dalej pisze tak:

»Na pierwszy rzut oka nie było nic bardziej niemożliwego niż taki układ. Jednak ani Schleicher, ani prezydent nie byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Nie wierzyli, aby nadzwyczajne uprawnienia prezydenta mogły być trwałą podstawą do rządzenia krajem. Chcieli takiego rządu, który, gotów do energicznej walki z kryzysem, mógłby również zjednać sobie poparcie szerokich mas i, gdyby to było możliwe, miał za sobą większość w Reichstagu. Brüning nie uzyskał takiej większości w wyborach. Schleicher zaczął więc gdzie indziej szukać poparcia mas, które – jak czuł – było konieczne dla prezydenckiej formy rządów.

Hitler z jego sześcioma milionami wyborców wart był zastanowienia. Miał dwa atuty, oba w wysokiej cenie u generała. Sukces nazistów w wyborach obiecywał poparcie mas, którego Hitler mógłby dostarczyć, gdyby się udało go kupić. SA, stanowiąca zorganizowaną siłę i prąca do gwałtownych rozstrzygnięć, groziła rewolucją, gdyby Hitlera wciąż pomijano. W latach 1931-1932 Hitler stale wygrywał więc groźbę rewolucji, której nie chciał, i poparcie mas, którego nie potrafił przekształcić w większość parlamentarną; pierwsze – jako pogróżkę, drugie – jako obietnicę, by nakłonić prezydenta i jego doradców do uznania w nim pełnoprawnego partnera i przekazania mu władzy.

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się już udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy. Hitler nie uważał tego za jedyną możliwość legalnego osiągnięcia władzy. Nadal zastanawiał się nad koalicją z nacjonalistami – a w pewnym okresie nawet z Centrum – lub, co wydawało mu się lepsze, nad zdobyciem zdecydowanej większości w następnych wyborach. Po każdym kolejnym załamaniu się rokowań powracał do tej myśli. Ale nigdy nie zatrzaskiwał za sobą drzwi; zawsze starał się pozostawić wrażenie, że gotów jest powrócić do rozmów, że podejmuje środki przede wszystkim po to, by wywrzeć nacisk na stronę przeciwną i nakłonić ją do wznowienia rokowań, a nie po to, by dojść do władzy w inny sposób.

Przed laty, w Wiedniu, Hitler podziwiał taktykę Karola Luegera. Sens jej ujął w dwóch zdaniach w „Mein Kampf”:

Lueger w swojej działalności politycznej główną wagę przywiązywał do zjednania sobie tych warstw, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała je do walki, niż paraliżowała ich wolę. A jednocześnie starał się posługiwać wszystkimi środkami władzy, jakimi dysponował, i przeciągnąć na swoją stronę istniejące potężne instytucje po to, aby z tych starych źródeł siły wyciągnąć jak największe korzyści dla swojego ruchu.

Hitler był już mocno zaawansowany na drodze do „zjednania sobie tych warstw, których egzystencja była zagrożona”, teraz stało przed nim zadanie „przeciągnięcia na swoją stronę potężnych istniejących instytucji”, przede wszystkim wojska i prezydenta.«

Dalej Bullock pisze:

„Jedną z największych słabości Republiki Weimarskiej była bowiem dwulicowa postawa armii, a z całej generalicji tylko Groener szczerze i lojalnie służył Republice i nikt nie mógł go w tym zastąpić.

Ale jego odejście było zaledwie wstępem. Schleicher nabrał teraz przekonania, że główną przeszkodą w jego planie porozumienia się z nazistami jest Brüning, który nie godzi się na żadne ustępstwa, by ich pozyskać, i który obecnie stał się dla nich pretekstem do ataków na system. Człowiek ten, który w marcu 1930 roku sam siebie zaproponował na urząd kanclerza, stał się już niepotrzebny. Schleicher z takim samym cynicznym brakiem lojalności, z jakim zadał cios w plecy Groenerowi, zabrał się teraz do wysadzenia z siodła Brüninga.”

I dalej:

„Stanowisko armii całkowicie zależało od stanowiska prezydenta, starego feldmarszałka, który był wcieleniem jej tradycji i swoim autorytetem mógł zapobiec ewentualnej próbie zamachu, a także od generała von Blomberga. Hindenburg zaakceptował jego nominację na ministra obrony w rządzie, w którym Hitler miał być kanclerzem, na co też już się zgodził. Hitler mógł być pewny armii, gdyby Blomberg przyjął tę tekę. Byłoby interesujące poznać, czym naziści uprzednio go sobie kupili. Blomberg i jego dawny szef sztabu z czasów, kiedy dowodził Reichswehrą w Prusach Wschodnich, pułkownik von Reichenau, byli w kontakcie z Hitlerem. Blomberga, który pełnił obowiązki głównego doradcy wojskowego delegacji niemieckiej na konferencji rozbrojeniowej w Genewie, odwołano pospiesznie bez wiedzy Schleichera czy Hammersteina. Od wczesnego rana 30 stycznia czekał na niego na dworcu adiutant Hammersteina, major von Kuntzen, z rozkazem natychmiastowego zameldowania się u dowódcy. Ale na dworcu był jeszcze jeden oficer: Oskar von Hindenburg, adiutant prezydenta i ojca zarazem, również z rozkazem dla Blomberga bezzwłocznego stawienia się u prezydenta Republiki. Na szczęście dla Hitlera Blomberg usłuchał tego drugiego rozkazu. Przyjął od prezydenta nominację i tym samym uniknięto niebezpieczeństwa, że armia w ostatniej chwili odmówi uznania nowego rządu. We wrześniu 1933 roku Hitler oświadczył: Z wydarzeń tego dnia szczególnie pozostanie nam w pamięci rola, którą odegrała armia, bo wszyscy dobrze wiemy, że gdyby w czasie naszej rewolucji armia nie stanęła po naszej stronie, nie bylibyśmy tu dzisiaj. Raz przynajmniej powiedział szczerą prawdę.”

Podsumowując cały ten okres Bullock pisze:

»Propaganda nazistowska ukuła z czasem legendę, że potężna fala przebudzenia narodowego wyniosła Hitlera do władzy. Prawda jest bardziej prozaiczna. Miał istotnie poparcie mas, ale do urzędu kanclerza nie doprowadziły go ani jakiś nieodparty ruch narodowy czy rewolucyjny, ani popularność w wyborach, lecz niecny przetarg ze „starą bandą”, na którą napadał w ciągu długich miesięcy. Nie uchwycił władzy; doprowadzono go do niej tylnymi schodami.

Jego sukces, który wcale nie był nieuchronny, wynikał raczej ze szczęścia, a jeszcze bardziej z pomyłki jego politycznych przeciwników i rywali. W listopadzie 1932 roku, kiedy rosła krzywa powodzenia wyborczego komunistów, naziści ponieśli najcięższą klęskę tracąc dwa miliony głosów. Hitler sam potem przyznał, że partia nigdy jeszcze nie była tak bliska upadku, kiedy nieoczekiwana interwencja Papena przyniosła jej niespodziewaną szansę.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37% głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63% – byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już od 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Socjaldemokraci, wprawdzie świadomi niebezpieczeństwa nazistowskiego, od dawna przedzierzgnęli się w konserwatywną partię związków zawodowych i nie mieli ani jednego przywódcy, który byłby zdolny zorganizować skuteczną opozycję przeciw nazistom. Lojalni wobec Republiki i od 1930 roku w defensywie, dotkliwie odczuwali skutki depresji gospodarczej i ataków partii komunistycznej.

Katolickie Centrum, tak jak socjaldemokraci, aż do końca zachowało swój stan posiadania w wyborach, ale było znane z tego, że nigdy nie miało mocnej, niezależnej linii politycznej; było partią, która przede wszystkim troszczyła się o porozumienie z każdym kolejnym rządem po to, ażeby zapewnić sobie ochronę własnych interesów. W latach 1932-33 Centrum do tego stopnia nie orientowało się w niebezpieczeństwie dyktatury nazistowskiej, że nadal prowadziło rozmowy o utworzenie koalicji z nazistami i głosowało za ustawą o nadzwyczajnych pełnomocnictwach, która dała Hitlerowi nieograniczoną władzę, gdy został już kanclerzem.

W latach trzydziestych nie było w Niemczech silnej liberalnej partii, która by reprezentowała klasę średnią. Brak takiej partii parokrotnie już był jedną z klęsk w rozwoju politycznym tego kraju. Partie reprezentujące klasę średnią, które mogłyby spełnić taką rolę – partia ludowa i demokraci – straciły w stosunku do nazistów o wiele więcej głosów niż inne stronnictwa niemieckie i to dostatecznie uzasadnia ich gotowość przejścia do opozycji.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły, traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymywało wpływy: nie ruszano ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec republiki.

Wprawdzie był okres po wyborze Hindenburga na prezydenta w 1925 roku, kiedy to stanowisko zostało zmodyfikowane, ale po 1929 roku uległo ponownemu zaostrzeniu i zarówno Papen jak Hugenberg (lider partii nacjonalistycznej – przyp. mój) w pełni je podzielali. Prawica niemiecka dążyła do odzyskania swojej dawnej pozycji klasy rządzącej, do obalenia znienawidzonej Republiki, restaurowania monarchii, wskazania klasie robotniczej „jej właściwego miejsca”, odbudowy niemieckiej potęgi militarnej, anulowania postanowień 1918 roku i przywrócenia Niemcom – jej Niemcom – dominującej pozycji w Europie. Zapatrzona w swój własny interes i zaślepiona przesądami, wyrzekła się prawdziwego konserwatyzmu i własnych tradycji i popełniła kolosalny błąd upatrując w Hitlerze człowieka, który pomoże jej dojść do celu. A za jej przykładem, nieodparcie pociągnięty nacjonalizmem Hitlera, poszedł duży odłam klasy średniej i niemieckiego korpusu oficerskiego.«

W dalszym ciągu Bullock opisuje, w jaki sposób Hitler osiągnął pełnię władzy:

»Taki był skutek polityki wynikłej z sojuszu prawicy i nazistów zawartego w końcu stycznia 1933 roku. Opierał się on na wierze, że Hitlerowi i nazistom, gdy już raz dorwą się do rządu, będzie można założyć wędzidło. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że warunki, na które Hitler się zgodził, potwierdzają owo przypuszczenie.

Bo Hitler nie był nawet prezydenckim kanclerzem; Hindenburg udzielił nominacji „austriackiemu gefrajtrowi”, bo go przekonano, że zdoła on stworzyć większość w parlamencie, czyli osiągnie to, czego nie osiągnął w listopadzie 1932 roku. Hitler natychmiast po sformowaniu gabinetu zabrał się do rozmów z Centrum chcąc je pozyskać dla koalicji i, dodając 70 mandatów centrowców do 247 mandatów nazistów i nacjonalistów, zapewnić nowemu rządowi większość w Reichstagu. W tym celu nie obsadził Ministerstwa Sprawiedliwości, a kiedy wspomniane negocjacje nie doprowadziły do porozumienia, zaczął nalegać, wbrew opinii Hugenberga, na przeprowadzenie nowych wyborów, po to, by uzyskać dla koalicji bazę parlamentarną w postaci większości wyłonionej w wyborach.

To uporczywe dążenie Hitlera do pozyskania większości parlamentarnej powinno było obudzić nieufność Papena, ale on ciągle jeszcze nie widział, co się święci, i winszował sobie własnej przebiegłości. Porachował się z von Schleicherem, a jednocześnie urzeczywistnił jego marzenia, albowiem wprzągł nazistów do służby państwu, i to nie na Hitlera, ale na swoich własnych warunkach. Hitler – jak zapewniał Papen swoich przyjaciół – był jego jeńcem: miał ręce i nogi spętane przyjętymi warunkami. Rzeczywiście zdobył urząd kanclerza, ale prawdziwa władza, w pojęciu Papena, spoczywała w jego rękach.

Zaufaniem prezydenta cieszył się bowiem wicekanclerz, nie kanclerz; wicekanclerz trzymał też w ręku kluczowe stanowisko premiera Prus i sprawował władzę nad całą administracją pruską, łącznie z policją; wicekanclerz również korzystał ze świeżo wprowadzonego prawa, na mocy którego wszystkie rozmowy prezydenta z kanclerzem musiały odbywać się w jego obecności.

Rzadko kiedy jednak rozczarowanie bywa tak kompletne jak w tym wypadku i przychodzi tak szybko. Ci, którzy jak Papen wierzyli, ze przejrzeli Hitlera, przekonali się, że fatalnie się pomylili w ocenie i człowieka, i ruchu. Hitler bowiem rozumiał, i na tym polegała jego oryginalność, że w nowoczesnych warunkach można dokonać rewolucji tylko w oparciu o potęgę państwa, a nie wbrew niej; właściwa kolejność polegała na zapewnieniu sobie najpierw dostępu do władzy, a dopiero potem można było zacząć rewolucję. Hitler nigdy nie zrzucił maski legalności: zdawał sobie sprawę z olbrzymiego znaczenia psychologicznego, jakie ma posiadanie prawa po swojej stronie. Obracał więc prawo podszewką do góry i z bezprawia robił prawo.

W poniedziałek 30 stycznia o piątej po południu Hitler przewodniczył na pierwszym posiedzeniu Rady Ministrów. Sprawozdanie z tego posiedzenia znajduje się wśród dokumentów zdobytych po wojnie. Było ono poświęcone problemom utworzenia większości parlamentarnej przez zjednanie sobie poparcia Centrum. Göring zdawał relację z postępów swoich rozmów z liderem Centrum, prałatem Kaasem, a Hitler podsunął myśl, żeby rozwiązać Reichstag i zarządzić nowe wybory, gdyby te rozmowy zawiodły. Przynajmniej jeden z jego partnerów, Hugenberg, dojrzał, jak bardzo niebezpiecznie byłoby pozwolić Hitlerowi na przeprowadzenie wyborów wtedy, gdy władza była w jego ręku. Z drugiej strony właśnie Hugenberg bardziej niż inni oponował przeciwko dopuszczeniu Centrum do koalicji rządowej. Jego zdaniem najlepiej byłoby rozwiązać Reichstag i wprowadzić rządy autorytatywne. Ale to sprzeciwiało się obietnicy danej Hindenburgowi, który tylko dlatego zgodził się, aby Hitler został kanclerzem, że przyrzeczono mu, iż nowy rząd zdejmie z niego olbrzymią odpowiedzialność rządzenia na podstawie nadzwyczajnych pełnomocnictw i pozyska sobie konstytucyjne poparcie w postaci większości parlamentarnej. Hugenberg niechętnie dał się nakłonić do wyrażenia zgody na rozwiązanie Reichstagu i zarządzenie wyborów na wypadek, gdyby rozmowy z Centrum zakończyły się fiaskiem. W zamian Hitler przyrzekł mu solennie – przyrzeczenie to ponowił na posiedzeniu gabinetu w dniu 30 stycznia – że skład rządu koalicyjnego pozostanie bez zmian niezależnie od wyniku wyborów.

Następnego dnia, w czasie rozmowy z prałatem Kaasem, Hitler zrobił wszystko, by negocjacje z Centrum spaliły na panewce. Kiedy Kaas przedstawił listę z wyszczególnieniem pytań i gwarancji, których przede wszystkim domaga się Centrum, listę pomyślaną jako podstawę do dalszych rozmów, Hitler oświadczył swoim kolegom, że po przestudiowaniu jej doszedł do wniosku, iż nie może być mowy o porozumieniu i jedyne, co pozostaje, to rozwiązać Reichstag. Potem uroczyście zapewnił o swojej lojalności i wówczas to Hindenburg, ulegając namowom Papena, raz jeszcze podpisał dekret rozwiązujący Reichstag, „ponieważ nie udało się stworzyć wymaganej większości”. Centrum zaprotestowało dowodząc, że decyzja jest niesłuszna, albowiem lista z pytaniami stanowiła tylko podstawę do dyskusji, i że kanclerz uniemożliwił dalsze rozmowy. Ale było już za późno: dekret został podpisany, data wyborów ustalona, a pierwsza i najtrudniejsza przeszkoda na drodze Hitlera do władzy – zniesiona. Papen i Hugenberg dali się niepostrzeżenie wciągnąć w pułapkę. Po raz ostatni naród niemiecki poszedł do urn; tym razem Goebbels zanotował z ufnością, że sprawa jest jasna: „Walka będzie łatwa, bo możemy wykorzystać wszystkie możliwości państwa. Radio i prasę mamy do swojej dyspozycji. Nasza propaganda będzie prawdziwym majstersztykiem. Tym razem nie braknie nawet pieniędzy”.«

27 lutego 1933 roku w tajemniczych okolicznościach wybuchł pożar w gmachu Reichstagu. Podobno sprawcą podpalenia był młody komunista holenderski Marinus van der Lubbe. Czy tak faktycznie było, nie ma odpowiedzi. Natomiast wydaje się, że nie ma problemu ze znalezieniem tego, kto skorzystał – skorzystali naziści. Z drugiej strony jest stara, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). I wedle niej trop prowadzi do nazistów.

Następnego dnia po pożarze, 28 lutego, Hitler ogłosił podpisany przez prezydenta dekret „o ochronie narodu i państwa”, określony jako „środek obrony przeciwko komunistycznym aktom gwałtu”. Jego pierwszy artykuł zawieszał wolność osobistą zagwarantowaną art. 48 Konstytucji Weimarskiej. I na jego podstawie aresztowano lidera partii komunistycznej i 4000 jej członków, co, na krótko przed wyborami, znacznie utrudniało im prowadzenie kampanii wyborczej. Art. 5 zaostrzał kary, aż do kary śmierci włącznie, za zbrodnie zdrady stanu, trucicielstwo, podpalenie i wprowadzał karę śmierci lub dożywotnich ciężkich robót za udział w spisku wymierzonym przeciwko życiu członków rządu lub za poważne zakłócenie spokoju.

5 marca 1933 roku odbyły się wybory. Pomimo zaangażowania potężnych sił i środków, naziści nie uzyskali większości parlamentarnej. Zdobyli 43,91% głosów i 288 miejsc w parlamencie. Socjaldemokraci – 18,25%, 120; komuniści – 12,32%, 81; Centrum – 11,25%, 73; nacjonaliści – 7,97%, 52. Pozostałe partie zupełnie nie liczyły się. Bawarska Partia Ludowa – 2,73%, Niemiecka Partia Ludowa – 1,10%. Inne poniżej 1%. Jakkolwiek wynik ten nie zadowalał, to wystarczał, a uwadze nazistów nie umknęło, że po wykluczeniu deputowanych komunistycznych, sami osiągną potrzebną większość.

I w tym miejscu znowu wypada mi zacytować Bullocka:

»Reżim hitlerowski opierał się na tzw. ustawie „O zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy”. Ale wprowadzenie tej ustawy w życie wymagało zmiany konstytucji, musiało więc za nią opowiedzieć się dwie trzecie Reichstagu, toteż Hitler po zakończonych wyborach pomyślał przede wszystkim o tym. Jedna sprawa była prosta: 81 posłów komunistycznych nie wchodziło w rachubę, bo ci, którzy nie siedzieli jeszcze za kratkami, dostaliby się tam zaraz, gdyby pokazali się w Reichstagu. Naziści podjęli więc negocjacje z Centrum, a Hitler okazał się teraz jak najbardziej ugodowy wobec swoich partnerów-nacjonalistów. Zarówno dyskusje w gabinecie, jak i rozmowy z Centrum toczyły się w atmosferze niepokoju, wywołanego domaganiem się przez rząd tak olbrzymiej władzy. Dzięki dekretowi z 28 lutego naziści byli jednak panami sytuacji. Grozili, że w razie potrzeby dokonają takiej ilości aresztowań, iż zdobędą większość bez łączenia się z Centrum. Nacjonaliści pocieszali się, że ta nowa ustawa zawiera klauzulę gwarantująca prezydentowi jego dawną władzę; Centrum, któremu Hitler nie szczędził obietnic, zdołało prócz tego uzyskać list od prezydenta z oświadczeniem: „Kanclerz zapewnił mnie, że nawet gdyby nie był krępowany przez konstytucję, nie skorzysta z uprawnień przysługujących mu na mocy ustawy o zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy bez porozumienia się ze mną”. Była to jeszcze jedna papierowa zapora, która miała powstrzymać wzbierającą falę terroru. W owym momencie Hitler przyrzekłby wszystko, byle tylko przeprowadzić nową ustawę z zachowaniem pozorów legalności.

Majstersztykiem był ukłon w stronę prezydenta, armii i nacjonalistów przy okazji otwarcia Reichstagu; na uroczystości, która odbyła się 21 marca w Poczdamie, w kościele garnizonowym, na dwa dni przed poddaniem nowej ustawy pod głosowanie, Hitler ugruntował wówczas roszczenia nowego reżimu do objęcia dziedzictwa po militarnych tradycjach dawnych Prus i ich królach, Hohenzollernach.

W dwa dni później, kiedy Reichstag zebrał się w tymczasowej siedzibie, Operze Krolla, nazizm ukazał całkiem inne oblicze. Ustawa przedłożona Reichstagowi zawierała pięć punktów. Pierwszy i piąty upoważniał rząd na okres 4 lat do wydawania ustaw bez oglądania się na Reichstag. Drugi i czwarty wyraźnie określał, że rządowi wolno będzie nie liczyć się z postanowieniami konstytucji i zawierać traktaty z innymi państwami, co dotychczas należało wyłącznie do uprawnień Reichstagu i Reichsratu. Trzeci zaś mówił, że ustawy wydawane przez rząd muszą wyjść spod pióra kanclerza i obowiązują od dnia ogłoszenia.

Inauguracyjna mowa Hitlera była powściągliwa w tonie i treści. Mówił o bezkrwawym i zdyscyplinowanym przeprowadzeniu rewolucji i o duchu jedności narodowej, który teraz zapanował w Rzeszy w miejsce rozdźwięków partyjnych i podziału klasowego.

Po przerwie zabrał głos lider socjaldemokratów, Otto Wels. W martwej ciszy wszedł na mównicę; tylko z zewnątrz dolatywało szczekliwe skandowanie bojówkarzy: „Żądamy ustawy – lub ogień i mord”. Trzeba było nie lada odwagi, by stanąć przed zatłoczoną salą – większość komunistów i kilkunastu posłów socjaldemokratycznych wtrącono już do więzienia – i powiedzieć w oczy Hitlerowi i nazistom, że partia socjaldemokratyczna będzie głosować przeciwko przyjęciu ustawy. Wels mówił z umiarem. Być bezbronnym – dodał – nie znaczy nie mieć honoru. Ale Hitlera doprowadziło do wściekłości nawet samo napomknienie o opozycji; nie miał ani cienia wspaniałomyślności dla pokonanego przeciwnika. Nie zwracając uwagi na usiłowania Papena, który chciał go pohamować, po raz drugi wszedł na mównicę i dał Reichstagowi, rządowi i korpusowi dyplomatycznemu pokaz swojego prawdziwego charakteru: nieopanowanego, brutalnego i szyderczego. „Niepotrzebne mi są wasze głosy – fuknął pogardliwie na socjaldemokratów. – Niemcy i bez was będą wolne. Nie bierzcie nas za burżujów. Gwiazda Niemiec wschodzi, wasza zachodzi; wasze podzwonne już wybiło.”

Reszta przemówień kontrastowała z przemówieniem Welsa. Monsignore Kaas, ciągle ufając obietnicom Hitlera, wstał, aby oznajmić, że Centrum, które kiedyś upokorzyło Bismarcka w Kulturkampfie, będzie głosować za ustawą; pasowała zresztą do nędznej polityki kompromisu z nazistami, jakiego ta partia przestrzegała od lata 1932 roku. Potem doszło do głosowania i zdenerwowanie wzrosło. Kiedy Göring (przewodniczący Reichstagu – przyp. mój) ogłosił wynik: za – 441, przeciwko – 94, naziści zerwali się z miejsc i wzniósłszy ręce w nazistowskim pozdrowieniu zaśpiewali „Horst Wessel Lied”.

Na zewnątrz olbrzymi tłum wiwatował radośnie. Naziści mieli się z czego cieszyć: przyjęcie ustawy dało Hitlerowi całkowita niezależność nie tylko od Reichstagu, ale także od prezydenta. Poprzedni kanclerze, Brüning, Papen i Schleicher, byli zależni od uprawnień prezydenta do wydawania nadzwyczajnych ustaw, zgodnie z 48 artykułem konstytucji. Teraz Hitler zyskał te uprawnienia dla siebie, z pełną mocą uchylania konstytucji. Władza nad wszystkimi możliwościami wielkiego nowoczesnego państwa przeszła w ręce motłochu, męty dorwały się do rządów.«

Tak to wyglądało, tak działała ta demokracja. Pozostaje jeszcze jeden problem: czy wybrani w demokratycznych wyborach mogą obalić demokrację i wprowadzić inny ustrój? Skoro naród ich wybrał, to daje im nieograniczoną władzę i możliwość dokonywania zmian. Hitler nie ukrywał swoich zamiarów, na co zwrócił uwagę Bullock:

»Tymczasem Hitler nieustannie atakował Brüninga przypisując mu całe zło, jakie wynikło z „systemu” panującego w Niemczech od 1918 roku. Gdy 8 grudnia Brüning wygłosił przez radio mowę w obronie swoich ostatnich dekretów, odpowiedział mu nowym listem otwartym (ogłoszonym 13 grudnia 1931 roku).

List ten jest interesujący ze względu na szczere stwierdzenie Hitlera, co rozumie on pod słowem „legalność”. Brüning przemawiając przez radio oświadczył: „Nie jest prawdziwym zwolennikiem legalności ktoś, kto mówi, że po legalnym dojściu do władzy obali wszystkie bariery”. Hitler odparł:

Jako „mąż stanu” odmawia nam Pan, po naszym dojściu do władzy, prawa nieliczenia się z praworządnością. Panie Kanclerzu, fundamentalna zasada demokracji głosi: „Władza pochodzi od narodu”. Konstytucja ustala drogi, jakimi pewna koncepcja, myśl, a więc i organizacja, musi otrzymać od narodu prawo do realizowania swoich celów. Ale ostatecznie to naród, nikt inny, ustala konstytucję.

Panie Kanclerzu, jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo-socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy nic Pan nie poradzi… Kiedy konstytucja staje się przeżytkiem, naród nie umiera – to konstytucja ulega zmianie.

Była to zupełnie wyraźna wskazówka, co Hitler zamierza zrobić po dojściu do władzy, a jednak Schleicher, Papen i pozostali z grupy byli tak pewni swojej wyższości nad ignoranckim agitatorem, że z pogardliwym uśmiechem zlekceważyli sobie to ostrzeżenie.«

Sprawa wydaje się być trochę dyskusyjna, bo NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie uzyskała większości. Najlepszy wynik osiągnęła w wyborach z marca 1933 – 43,9%. Hitler był już wtedy kanclerzem. W marcu 1932 roku odbyły się wybory prezydenckie.

W pierwszej rundzie nikt nie uzyskał bezwzględnej większości: Hindenburg – 49,6%, Hitler – 30,1%, Thälmann (komuniści) – 13,2%, Duesterberg (weterani wojenni) – 6,8%, pozostali – 0,3%.

W drugiej rundzie wyłonił się zwycięzca: Hindenburg – 53%, Hitler – 36,8%, Thälmann – 10,2%, pozostali – 0%.

Czy miał więc Hitler prawo do nieliczenia się z praworządnością? W swoich przemówieniach niczego nie obiecywał wyborcom. Chciał tylko dostać wadzę na 4 lata i udowodnić, że dużo może zmienić. Nawet jeśli jego wyborcy godzili się na wszystkie jego pomysły, to nadal większość – 56%, miała inne zdanie. Poparli go tylko posłowie, którzy uchwalili ustawę, dającą Hitlerowi nieograniczoną władzę. Natomiast w wyborach prezydenckich uzyskał on gorszy wynik niż jego partia.

Niemcy, jako naród, zostali poddani ciężkiej próbie. Zostali oskarżeni o wywołanie wojny i z tego powodu narzucono im w kwietniu 1921 roku, jako pokonanym, reparacje na kwotę 132 milionów marek w złocie, czyli 6600 milionów funtów angielskich. Jesienią 1922 roku nie byli w stanie ich spłacać i rząd zażądał moratorium. Na to nie zgodzili się Francuzi i zajęli Zagłębie Ruhry, które było przemysłowym sercem Niemiec. Dostarczało 80% produkcji stali i surówki oraz 80% całego wydobycia węgla. Odcięcie od tych zasobów musiało doprowadzić do załamania się produkcji. Okupacja Ruhry zadała cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono 160.000 marek, 1 sierpnia – milion, 1 listopada – 130 miliardów. Załamanie marki kładło na łopatki handel, bankrutowały firmy, w większych miastach zaczęło brakować żywności, pojawiło się bezrobocie.

Inflacja ta – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła niemieckim społeczeństwem. Nie wstrząsnęła nim tak ani wojna, ani rewolucja listopadowa, ani traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i znaczenie pieniądza. Później jeszcze doszedł kryzys lat 30-tych. Nie należy więc dziwić się, że duża część społeczeństwa ulegała Hitlerowi, który był niezwykle utalentowanym mówcą i potrafił wczuwać się w nastroje społeczne.

Hitler przynajmniej dbał o pozory praworządności, a obecne rządy, w tym i polski, łamią bez skrupułów podstawowe prawa obywatelskie pod pretekstem ochrony zdrowia. Zabiera się nam podstawowe prawo – prawo do oddychania świeżym powietrzem. Wprawdzie nie jest ono już takie czyste i świeże, jak kiedyś, ale nadal jest lepsze od tego, które wydychamy. Hitler więził, mordował, terroryzował. Obecny rząd robi to samo, tyle że czynności te są rozłożone w czasie i stosowane w łagodniejszej formie – na razie. Nie zmienia to faktu, że idziemy tą samą drogą: od demokracji do tyranii. Inflacji takiej jak w Niemczech w 1923 roku raczej nie będzie, ale likwidacja gotówki może mieć takie same lub podobne skutki.

Na Niemcach, tych którzy nie ulegli „urokowi” nazistów, ich zwolennicy i oni sami, wywierali presję, często ich atakowali i nierzadko stosowali przemoc fizyczną i psychiczną. Dziś ci, którzy bezwzględnie podporządkowują się rządowym zaleceniom, zaczynają wywierać presję na tych, którzy im jeszcze nie do końca ulegają. Dużo podobieństw można się doszukać pomiędzy tym, co działo się w Niemczech w latach 20-tych i 30-tych, a tym, co się dzieje obecnie, ale jest też różnica. Wtedy wydarzyło się to tylko w jednym kraju, obecnie terror nie zna granic, jest totalny.

Z polityką nierozłącznie wiążą się pieniądze. Bez nich nie da się jej uprawiać. Nie inaczej było w przypadku Hitlera. Budowa partii i całego ruchu nazistowskiego wymagała pieniędzy. Bez nich Hitler nie wyszedłby poza przemawianie w podrzędnych monachijskich piwiarniach. Zagadnienie ciekawe i Bullock nie omija tego tematu, jednak o tym, to w innym miejscu.

Porównania

Już po zamieszczeniu bloga „Zamach majowy” obejrzałem na YouTube kilka filmów na ten temat, wysłuchałem opinii kilku historyków, przeważnie profesorów, ale też i ludzi, którzy interesują się historią amatorsko. Jeden motyw się powtarzał, choć może i inne – też, ale mnie ten zainteresował i zwrócił moją uwagę. Otóż, wszyscy oni mówili o sejmowładztwie i partyjniactwie. Mówili o tym, jak o jakiejś pladze egipskiej, która wzięła się nie wiadomo skąd i dzielny marszałek musiał zrobić z tym porządek, bo kryzys gospodarczy, bo nasi sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami.

Wszelka wiedza bierze się z porównań. O wiele łatwiej jest cokolwiek zrozumieć, jeśli mamy porównanie. Ocena tego, czy coś jest dobre, czy złe, będzie niepełna bez tego zabiegu. Jeśli ktoś twierdzi, że Konstytucja marcowa z 1921 roku była zła, bo wprowadzała sejmowładztwo, to pierwsze pytanie, które należy sobie zadać brzmi: dlaczego je wprowadzała? Musiała być jakaś przyczyna. Jeśli obecna Konstytucja z 1997 roku ograniczała władzę sejmu, to – dlaczego? Też musiała być jakaś przyczyna. Czasy się zmieniają. Realia 1921 roku były inne niż realia lat 90-tych. Konstytucja marcowa powstała w realiach tamtych czasów i jej ocena z dzisiejszej perspektywy musi je uwzględniać, jeśli chce się dokonać rzetelnej analizy. Konstytucja z 1997 roku powstała w rzeczywistości lat 90-tych, w zupełnie odmiennych okolicznościach. Tak więc porównania mają sens, bo na ich podstawie możemy dojść do ciekawych wniosków, odczytać intencje tych, którzy nadawali kształt obu konstytucjom.

Przeprowadzenie takiej operacji jak zamach majowy wymaga czasu, doskonałej organizacji, koordynacji działań i obsadzenia swoimi ludźmi wielu strategicznych stanowisk, jak choćby stanowisko prezydenta, który był zwierzchnikiem sił zbrojnych na czas pokoju. Na czas wojny wyznaczał on naczelnego wodza. Porachunki wewnętrzne to nie wojna, prezydent nadal rządzi wojskiem. Tak więc wszystko musiało być zaplanowane znacznie wcześniej i argumenty, że kryzys gospodarczy, że sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami, możemy włożyć między bajki. Tego nie da się zrobić w kilka dni. To nie było pospolite ruszenie – skrzyknięcie się kupy pijanych pacanów, wymachujących szabelkami, to była skomplikowana operacja, której celem było niedopuszczenie do wybicia się Polski na pełną niepodległość.

A partyjniactwo? W skład Sejmu I kadencji wchodziło 14 kubów poselskich. Wybrany on został na podstawie ordynacji proporcjonalnej, zatwierdzonej w 1919 roku przez Naczelnika Państwa, czyli Piłsudskiego. Nie było 5% progu, który dziś obowiązuje, ale przecież na początku, po 1989 roku, też go nie było. Mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych. Ktoś to jednak zmienił i wprowadził ten próg. Dlaczego tego nie zrobiono u zarania II RP? Prawdopodobnie dlatego, że wtedy nie praktykowano takich rozwiązań. Problem polegał chyba na tym, że II RP była państwem wielonarodowym i każda mniejszość chciała mieć w sejmie swoich przedstawicieli. Nie byłoby takiego zróżnicowania, gdyby nie przyłączono Kresów. Wówczas prawdopodobnie jedyną większościową partią byłaby endecja. Uniknięto by też wielu tragedii, które miały miejsce właśnie na Kresach.

W 1991 roku odbyły się w Polsce pierwsze wolne wybory. W wyborach do Sejmu i Senatu obowiązywała ustawa z dnia 28 czerwca 1991 roku – ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, która weszła w życie z dniem ogłoszenia (3 lipca). Stanowiła ona, iż: „Wybory posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej są powszechne, bezpośrednie, równe i wolne oraz przeprowadzone w głosowaniu tajnym”. Czynne prawo wyborcze (możliwość wybierania) mieli wszyscy obywatele polscy a także mieszkający przynajmniej przez 5 lat na terenie Polski obywatele innych państw, którzy mieli ukończone 18 lat. Bierne prawo wyborcze (możliwość kandydowania) mieli obywatele polscy, którzy w dniu głosowania mieli ukończone 21 lat i zamieszkiwali w Polsce przez przynajmniej 5 lat. – Niezły cyrk! Prawo głosowania mają obywatele obcych państw!

W wyniku wyborów mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych, przy czym 11 komitetów uzyskało po jednym mandacie. Nie zastosowano progów wyborczych. Jakby chciano powiedzieć Polakom: chcieliście wolności, to ją macie. A ta wolność miała się kojarzyć z partyjniactwem, z tym, że wolność to anarchia. Przy takim rozdrobnieniu niemożliwym było utworzenie rządu większościowego. Co ciekawe, w innych krajach Europy Wschodniej zastosowano progi wyborcze, co stwarzało bardziej stabilne układy polityczne. Czym więc Polska zasłużyła sobie na takie „wyróżnienie”? To nie był przypadek.

Kolejne wybory parlamentarne odbyły się 19 września 1993 roku. Rozpisane zostały na skutek zarządzenia prezydenta o rozwiązaniu Sejmu 31 maja 1993. 15 kwietnia 1993 roku Sejm uchwalił nową ordynację wyborczą. Wprowadzała ona progi zaporowe dla partii (5%) oraz koalicji (8%). Do Sejmu weszło 8 komitetów wyborczych. Najwięcej mandatów uzyskały Sojusz Lewicy Demokratycznej – 37,17%, Polskie Stronnictwo Ludowe – 28,70%, Unia Demokratyczna – 16,09% i Unia Pracy – 8,92%. SLD i PSL utworzyły rząd większościowy.

Ktoś decyduje o tym, że raz progi są, a raz, że ich nie ma. Ktoś opracowuje ordynację i podejmuje decyzję o tym, czy one mają być, czy nie. Od tego zależy kształt sceny politycznej. Nic tu nie dzieje się przypadkiem. Ciekawe, że ten tak skłócony i rozdrobniony Sejm z 1993 roku zdobył się na uchwalenie nowej ordynacji, która większość tych partii i ich posłów wyrzucała z niego. A może większość tych partii i posłów została sztucznie wykreowana, by wykonać pewne zadanie.

Poniżej fragmenty ordynacji wyborczych z lat 1922, 1991 i 1993. W 1922 i 1993 zastosowano tę samą metodę dzielenia mandatów, tzw. metodę D’Hondta, wykorzystującą ciąg liczb naturalnych: 1, 2, 3, 4 itd. W 1991 roku wykorzystano metodę Hare’a-Niemeyera, wykorzystującą ciąg liczb nieparzystych, przy czym pierwsza liczba to nie 1 tylko 1,4. Kombinować można też liczbą okręgów wyborczych. Jeśli okręgów będzie więcej, a mandatów w każdym okręgu mniej, to będzie korzystne dla dużych partii. Odwrotny zabieg będzie faworyzował mniejsze partie. I jak tu nie kochać demokracji?! A dyktatura? – nudy!

USTAWA z dnia 28 lipca 1922 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu.

Art. 95.
Komisja ustala według odpowiedniego formularza, ilu posłów zostało wybranych w całem Państwie ze wszystkich tych list okręgowych, które zgłosiły zgodnie z przepisami art. 57 swoje przyłączenie do poszczególnych list państwowych.

Otrzymane w ten sposób liczby mandatów poszczególnych grup wyborczych (stronnictw) pisze się obok siebie, poczynając od najwyższej, a kończąc na najniższej, następnie zaś dzieli się te liczby kolejno przez 1, 2, 3 i t. d. tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile mandatów jest do rozdzielenia przez Państwową Komisję Wyborczą.

Każda państwowa lista kandydatów, wchodząca w rachubę, otrzyma tyle mandatów poselskich, ile przypada jej liczb z pośród ustalonego w powyżej przepisany sposób szeregu liczb kolejno największych.

USTAWA z dnia 28 czerwca 1991 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 101.
1.Mandaty przydziela się poszczególnym ogólnopolskim listom kandydatów na posłów po zsumowaniu liczby głosów oddanych na listy okręgowe powiązane z daną ogólnopolską listą kandydatów na posłów. Państwowa Komisja Wyborcza dzieli mandaty pomiędzy poszczególne ogólnopolskie listy kandydatów na posłów w sposób następujący:
1) sumę ważnych głosów oddanych na listy okręgowe danego komitetu wyborczego, który zarejestrował ogólnopolską listę, dzieli się kolejno przez 1,4 (jeden i cztery dziesiąte); 3; 5; 7; … i dalej przez ciąg kolejnych liczb nieparzystych, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między ogólnopolskie listy kandydatów na posłów,
2) każdej ogólnopolskiej liście kandydatów przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno najwyższych.

USTAWA z dnia 28 maja 1993 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 3.
1. W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.
2. Okręgowe listy kandydatów na posłów komitetów wyborczych, o których mowa w art. 77 ust. 2 (koalicja wyborcza), uwzględnia się w podziale mandatów w okręgach wyborczych, jeżeli ich listy otrzymały co najmniej 8% ważnie oddanych głosów w skali kraju.

Art. 118.
1. Państwowa Komisja Wyborcza dokonuje podziału mandatów pomiędzy uprawnione listy ogólnopolskie, z uwzględnieniem art. 112, w sposób następujący:
1) liczbę głosów ważnie oddanych na wszystkie listy okręgowe danego komitetu wyborczego dzieli się kolejno przez: 1, 2, 3, 4 i dalej, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między listy ogólnopolskie,
2) każdej liście przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno największych.

Mamy więc w Ordynacji z 1922 roku ciąg: 1, 2, 3 i t.d. – w Ordynacji z 1991 ciąg: 1,4; 3; 5; 7 – w Ordynacji z 1993 roku ciąg taki jak w 1922 roku: 1, 2, 3, 4. Co to jest? Przecież normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć, o co tu chodzi. Ciąg liczb 1, 2, 3, 4, to metoda liczenia głosów według belgijskiego matematyka Victora D’Hondta (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_D%E2%80%99Hondta). Ciąg liczb 1,4; 3; 5; 7, to metoda liczenia głosów Hare’a-Niemeyera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_Hare%E2%80%99a-Niemeyera). Tak działa demokracja. W sumie jeden wielki kant i oszust. To jest model Europy kontynentalnej – niezrozumiały sposób liczenia głosów w ordynacji proporcjonalnej.

Anglosasi przyjęli inny model – ordynację większościową. U nich wszystko jest proste, wygrywa ten, który zdobył najwięcej głosów, których liczenie odbywa się przy otwartej kurtynie: elegancja Francja – chciałoby się wykrzyknąć. Niestety! Nie ma tak dobrze. Ich oszustwo leży gdzie indziej. O tym pisałem w blogu „Pomysły”. – I jak tu nie kochać Łukaszenki? – mógłby ktoś zapytać. Wszystko jasne i proste. Łukaszenka jest faszystą, on realizuje program Mussoliniego (o tym w blogu „Faszyzm”). Nie należy jednak stawiać znaku równości pomiędzy faszyzmem a nazizmem. Niestety, zakodowano ludziom w głowach, że to jedno i to samo. Co więcej, nazwanie kogoś faszystą jest gorszą obelgą, niż nazwanie kogoś nazistą.

A sejmowładztwo? Czy to źle, że sejm dominował? Był przecież wykonawcą woli narodu. To co? Naród ma wybierać swoich przedstawicieli, a oni mają być później marionetkami? Sejm był tak silny dzięki zapisom Konstytucji marcowej, która była dziełem Sejmu Ustawodawczego (1919-1922). W sejmie tym silną pozycję miał Związek Ludowo-Narodowy i to on miał duży wpływ na ostateczny kształt tej konstytucji. Jednym z jego prominentnych, jak sądzę, członków był Tadeusz Gluziński (Henryk Rolicki), którego cytuję w wielu blogach. Związek Ludowo-Narodowy wydał broszurę z tekstem konstytucji i wstępem Gluzińskiego. Można się z tym zapoznać w Wikipedii. Link tu: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/64/Konstytucja_marcowa_%28wstep_-_T_Gluzinski%29_1921.pdf

Tamci Polacy, u progu nowego państwa polskiego, wierzyli w pewne ideały, wierzyli w to, że wszyscy obywatele tego nowego państwa podzielają ich system wartości, wierzyli w to, że dobra konstytucja będzie podstawą pomyślności państwa i narodu. Wierzył w to również Gluziński, który miał wówczas 33 lata. To jest jeszcze wiek, w którym można mieć pewne złudzenia. W 1935 roku ukazała się jego najważniejsza praca Odrodzenie idealizmu politycznego, w której nie pozostawił już na demokracji suchej nitki. Ponieważ w sejmie o kształt konstytucji walczył Związek Ludowo-Narodowy, do którego należał Gluziński, to prawdopodobnie on był w nim osobą najbardziej kompetentną, decydującą o stanowisku Związku.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach francuskich, angielskich i amerykańskich. Sam początek preambuły tej konstytucji świadczy o tym, że wzorowano się na Amerykanach:

W imię Boga Wszechmogącego!

My, Naród Polski, dziękując Opatrzności za wyzwolenie nas z półtorawiekowej niewoli, wspominając z wdzięcznością męstwo i wytrwałość ofiarnej walki pokoleń, które najlepsze wysiłki swoje sprawie niepodległości bez przerwy poświęcały…

Preambułę zawiera też konstytucja III RP:

W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski…

Konstytucja marcowa dawała szeroki zakres władzy sejmowi, ale czy obecna Konstytucja tego nie robi? Nie robi, co nie zmienia faktu, że jest wzorowana na marcowej, choć nie jest jej dokładną kopią. Warto porównać niektóre artykuły obu konstytucji.

Art.2 Konstytucji marcowej:

Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Organami Narodu w zakresie ustawodawstwa jest Sejm i Senat, a w zakresie władzy wykonawczej – Prezydent Rzeczypospolitej łącznie z odpowiedzialnymi ministrami, w zakresie wymiaru sprawiedliwości – niezawisłe sądy.

Art. 4 Konstytucji III RP:

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Art. 95 K. III RP:

  1. Władzę ustawodawczą w Rzeczpospolitej Polskiej sprawuje Sejm i Senat.

Art. 11 Konstytucji m.:

Sejm składa się z posłów wybranych na lat pięć, licząc od dnia otwarcia Sejmu, w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym i stosunkowym.

Art. 96 K. III RP:

  1. Sejm składa się z 460 posłów.
  2. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm i Senat są wybierane na czteroletnią kadencję.

Art. 12 Konstytucji m.:

Prawo wybierania ma każdy obywatel bez różnicy płci, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat, używa w pełni praw cywilnych i zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od przedednia ogłoszenia wyborów w „Dzienniku Ustaw”. Prawo głosowania może być wykonane osobiście. Wojskowi w służbie czynnej nie mają prawa głosowania.

Art. 13 K. m.:

Prawo wybieralności ma każdy obywatel, mający prawo wybierania do Sejmu, nie wyjmując wojskowych w służbie czynnej, niezależnie od miejsca zamieszkania o ile ukończył 25 lat.

Art. 14 K. m.:

Nie mogą korzystać z prawa wyborczego obywatele skazani za przestępstwa, które określi ordynacja wyborcza, jako pociągające za sobą, czasową lub stałą utratę prawa wybierania, wybieralności, a także piastowanie mandatu poselskiego.

Art. 62 K. III RP:

  1. Obywatel polski ma prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego, jeżeli najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat.
  2. Prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania nie przysługuje osobom, które prawomocnym orzeczeniem sądowym są ubezwłasnowolnione lub pozbawione praw publicznych albo wyborczych.

Art. 99 K. III RP

  1. Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.
  2. Wybrany do Senatu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 30 lat.
  3. Wybraną do Sejmu lub Senatu nie może być osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności za przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego.

Art. 36 K. m.:

Senat składa się z członków wybranych przez poszczególne województwa w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym, stosunkowym. Każde województwo stanowi jeden okręg wyborczy, przy czym w stosunku do liczby mandatów sejmowych na ilość mieszkańców, liczba mandatów do Senatu wynosi 1/4 część. Prawo wybierania ma każdy wyborca do Sejmu, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył lat 30 i w dniu tym zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od roku; nie tracą jednak prawa wyborczego świeżo osiedli koloniści, którzy opuścili poprzednie miejsce zamieszkania, korzystając z reformy rolnej; również nie tracą tego prawa robotnicy, którzy zmienili miejsce pobytu wskutek zmiany miejsca pracy, oraz urzędnicy państwowi przeniesieni służbowo. Prawo wybieralności ma każdy obywatel, posiadający prawo wybierania do Senatu, nie wyłączając wojskowych w służbie czynnej, o ile z dniem ogłoszenia wyborów ukończył 40 lat. Kadencja Senatu rozpoczyna się i kończy z kadencją sejmową.

Art. 97 K. III RP:

  1. Senat składa się ze 100 senatorów
  2. Wybory do Senatu są powszechne, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym.

Wybory do Senatu III RP odbywają się w ordynacji większościowej, do Sejmu – proporcjonalnej. Z jakich powodów takie zróżnicowanie? W Konstytucji marcowej w obu przypadkach obowiązywała ordynacja proporcjonalna.

Art. 20 K. m.:

Posłowie są przedstawicielami całego narodu i nie są skrępowani żadnymi instrukcjami wyborców.

Art. 104 K. III RP:

  1. Posłowie są przedstawicielami całego Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.

Art. 39 K. m.:

Prezydenta Rzeczypospolitej wybierają na 7 lat bezwzględną większością głosów Sejm i Senat, połączony w Zgromadzenie Narodowe.

Art. 127 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na pięcioletnią kadencję i może być ponownie wybrany tylko raz.
  3. Na Prezydenta Rzeczypospolitej może być wybrany obywatel polski, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 35 lat i korzysta z pełni praw wyborczych do Sejmu.
  4. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który otrzymał więcej niż połowę ważnie oddanych głosów. Jeżeli żaden z kandydatów nie uzyska wymaganej większości głosów, czternastego dnia po pierwszym głosowaniu przeprowadza się ponowne głosowanie.
  5. W ponownym głosowaniu wyboru dokonuje się spośród dwóch kandydatów, którzy w pierwszym głosowaniu otrzymali kolejno największą liczbę głosów.
  6. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który w ponownym głosowaniu otrzymał więcej głosów.

Art. 46 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej jest zarazem najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych Państwa, nie może jednak sprawować naczelnego dowództwa w czasie wojny.

Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Państwa na wypadek wojny mianuje Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów przedstawiony przez ministra Spraw Wojskowych, który za akty, związane z dowództwem w czasie wojny, jak i za wszelkie sprawy kierownictwa wojskowego – odpowiada przed Sejmem.

Art. 134 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
  2. W czasie pokoju Prezydent Rzeczypospolitej sprawuje zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej.
  3. Na czas wojny Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, mianuje Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych. W tym samym trybie może on Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych odwołać.

Art. 44 K. m.:

Każdy akt rządowy Prezydenta Rzeczypospolitej wymaga dla swej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów i właściwego ministra, który przez podpisanie aktu bierze zań odpowiedzialność.

Art. 144 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.
  2. Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Art. 45 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej mianuje i odwołuje Prezesa Rady Ministrów, na jego wniosek mianuje i odwołuje ministrów, a na wniosek Rady Ministrów obsadza urzędy cywilne i wojskowe, zastrzeżone w ustawach.

Art. 154 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej desygnuje Prezesa Rady Ministrów, który powołuje skład Rady Ministrów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje Prezesa Rady Ministrów wraz z pozostałymi członkami Rady Ministrów w ciągu 14 dni od dnia pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniej Rady Ministrów, i odbiera przysięgę od członków nowo powstałej Rady Ministrów.

Art. 26 K. m.:

Sejm może się rozwiązać mocą własnej uchwały, powziętej większością 2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby posłów. Prezydent Rzeczypospolitej może rozwiązać Sejm za zgodą 3/5 ustawowej liczby członków Senatu. Równocześnie w obu wypadkach z samego prawa rozwiązuje się Senat. Wybory odbywają się w ciągu 90 dni od dnia rozwiązania Sejmu.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm może skrócić swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 ustawowej liczby posłów. Skrócenie kadencji Sejmu oznacza jednocześnie skrócenie kadencji Senatu.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu i Marszałka Senatu, może w przypadkach określonych w Konstytucji zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Skrócona zostaje również kadencja Senatu.
  3. Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu, zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia skrócenia kadencji Sejmu.

Art. 32 K. m.:

Do prawomocności uchwał potrzebna jest zwykła większość głosów przy obecności 1/3 ogółu ustawowej liczby posłów, o ile inne przepisy Konstytucji nie zawierają odmiennych postanowień.

Art. 120 K. III RP:

  1. Sejm uchwala ustawy zwykłą większością głosów, w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, chyba że Konstytucja przewiduje inną większość.

Art. 35 K. m.:

Każdy projekt ustawy, przez Sejm uchwalony, będzie przekazany Senatowi do rozpatrzenia. Jeżeli Senat nie podniesie w ciągu 30 dni od dnia doręczenia mu uchwalonego projektu ustawy żadnych przeciwko niemu zarzutów – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy. Na wniosek Senatu Prezydent Rzeczypospolitej może zarządzić ogłoszenie ustawy przed upływem 30 dni.

Jeżeli Senat postanowi projekt, uchwalony przez Sejm, zmienić lub odrzucić, powinien zapowiedzieć to Sejmowi w ciągu powyższych 30 dni a najdalej w ciągu następnych dni 30, zwrócić Sejmowi z proponowanymi poprawkami.

Jeżeli Sejm zmiany, przez Senat proponowane uchwali zwykłą większością, albo odrzuci większością 11/20 głosujących – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy w brzmieniu, ustalonym ponowną uchwałą Sejmu.

Art. 121 K. III RP:

  1. Ustawę uchwaloną przez Sejm Marszałek przekazuje Senatowi.
  2. Senat w ciągu 30 dni od przekazania ustawy może ją przyjąć bez zmian, uchwalić poprawki albo uchwalić odrzucenie jej w całości. Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm.
  3. Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

W Konstytucji marcowej w tym miejscu kończyła się procedura. Prezydent podpisywał ustawę.

Art. 122 K. III RP:

  1. Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza ogłoszenie jej w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.
  3. Przed podpisaniem ustawy Prezydent Rzeczypospolitej może wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją. Prezydent nie może odmówić podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją.
  4. Prezydent Rzeczypospolitej odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z Konstytucją. Jeżeli jednak niezgodność z Konstytucją dotyczy poszczególnych przepisów, a Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie, że są one nierozerwalnie związane z całą ustawą, Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu, podpisuje ustawę z pominięciem przepisów uznanych za niezgodne z Konstytucją albo zwraca ustawę Sejmowi w celu usunięcia niezgodności.
  5. Jeżeli prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi do ponownego rozpatrzenia. Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę i zarządza jej ogłoszenie w dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.

Obie konstytucje regulują szereg innych spraw, ale ja skupiłem się na relacjach pomiędzy sejmem, senatem, prezydentem i rządem, bo one są najważniejsze, gdy chodzi o ustrój państwa i sposób uprawiania polityki. Nie wszystko jest tak samo. Są różnice, które, w mojej ocenie, działają na korzyść Konstytucji marcowej.

Jedną z nich jest wiek osób mających prawa wyborcze. Obecnie każdy, kto ukończył 18 lat ma czynne prawo wyborcze, a nie – 21 lat. Bierne prawo wyborcze do sejmu to 21 lat, a do senatu – 30 lat. Według Konstytucji marcowej takie prawo do sejmu miała osoba, która ukończyła 30 lat, a do senatu – 40 lat. Chodziło o to, by o sprawach państwowych decydowali ludzie bardziej dojrzali, a więc z dużym doświadczeniem życiowym.

Szczególnie jaskrawy jest tu przykład senatu, który przecież oceniał ustawy, które uchwalał sejm. Senat mógł skierować ustawę do ponownego rozpatrzenia przez sejm, a ten, z kolei, mógł uwzględnić wskazówki senatu lub je odrzucić większością 11/20 i uchwalić ustawę w pierwotnym brzmieniu. Jest to procedura jasna i krótka. Prezydent w takiej sytuacji musiał taką ustawę podpisać. Na tym m.in. polegała siła sejmu przedmajowego, ale też było wiadomo, kto za co odpowiada. I wszystko było jasno i precyzyjnie ujęte, co tak naprawdę powinno być cechą nie tylko konstytucji, ale każdego aktu prawnego.

W przypadku obecnej Konstytucji siła prezydenta jest większa, a sejmu – mniejsza. W artykule 121 ust. 3 czytamy: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

A co jeśli odrzuci? Czy taka ustawa zostanie przyjęta w pierwotnej wersji? Tego art. 121 ust. 3 nie precyzuje. Artykuł 122 ust. 1 mówi: Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.

Prezydent może ją podpisać lub może ją skierować do Trybunału Konstytucyjnego w celu zbadania jej zgodności z konstytucją. Prezydent odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał uznał za niezgodną z konstytucją. Czyli mamy tu sytuację, która nie występowała w przypadku Konstytucji marcowej. W niej, po odrzuceniu przez sejm poprawek senatu, prezydent ją podpisywał. Teraz prezydent może też, oprócz skierowania ustawy do Trybunału, z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę sejmowi do ponownego rozpatrzenia.

Tak więc obecnie prezydent może, ale nie musi, przekazać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego lub może, ale nie musi, ponownie skierować ją do sejmu. Trybunał może orzec, że ustawa jest niezgodna z konstytucją i prezydent nie może jej podpisać lub może orzec, że jest zgodna i wtedy prezydent ją podpisuje. Czyli już nie sejm decyduje o ostatecznym przyjęciu ustawy, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny. Mamy tu do czynienia z rozmyciem się odpowiedzialności. Już nie posłowie, jako przedstawiciele narodu, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny decyduje o losach ustawy. Z drugiej strony mamy to nieprecyzyjne „może” – może, ale nie musi, zapewne w zależności od układu: czy prezydent jest z tej samej opcji, z której jest rząd czy większość sejmowa.

W tamtych czasach nie było Trybunału Konstytucyjnego, był senat, w skład którego wchodzili ludzie powyżej 40 roku życia, a więc ze sporym już doświadczeniem. Procedura była prosta i czytelna. Teraz mamy dodatkowy organ, zupełnie zbędny, powstały chyba tylko po to, by rozmyć odpowiedzialność albo zablokować poczynania przeciwników politycznych. To prawda, że było to przedmajowe sejmowładztwo. Ale czy to coś złego? W końcu władza zwierzchnia należy do narodu, a jego organami w zakresie ustawodawstwa jest sejm i senat. Po co dodatkowy organ? Art. 95 Konstytucji z 1997 roku stwierdza, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm i Senat. Oznacza to, że istnienie Trybunału jest niezgodne z konstytucją. Trybunał niby orzeka o tym, czy coś jest zgodne z konstytucją, czy – nie. Jeśli jednak Trybunał orzeknie, że ustawa jest niezgodna z konstytucją, to prezydent jej nie podpisze. Sejm musi ją poprawić lub uchwalić nową. W ten sposób Trybunał wpływa na treść ustaw. Jest więc również, w sposób pośredni, władzą ustawodawczą, tyle że nie wybraną przez naród. Gdyby w konstytucji zapisano, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm, Senat i Trybunał Konstytucyjny, to nie byłoby problemu. Od kontroli sejmu jest senat. On sam nie tworzy prawa, ale jest organem ustawodawczym, bo kontroluje sejm i może wnosić poprawki do ustaw, wpływając tym samym na ich ostateczny kształt. Trybunał Konstytucyjny też nie tworzy ustaw, ale może orzekać o ich niezgodności z konstytucją, co w praktyce oznacza, że sejm musi je poprawiać, tak samo jak po interwencji senatu i tak samo wpływa na ich ostateczny kształt.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach angielskich, francuskich i amerykańskich, ale nie do końca. W tamtych państwach senat (druga izba) miał silniejszą pozycję, bo gdy sprzeciwiał się jakiemuś prawu, to sejm (pierwsza izba) nie miał możliwości przeciwstawienia się temu. W Polsce sejm mógł większością 11/20 postawić na swoim. Czy to było złe rozwiązanie?

Silny sejm nie wziął się z niczego. Wziął się ze złego doświadczenia, wynikłego ze skupienia w jednym ręku całej władzy cywilnej i wojskowej w rękach Piłsudskiego. Gluziński tak to argumentował w przedmowie do tekstu Konstytucji marcowej:

Doświadczenie takie w Polsce w ostatnich paru latach, gdzie Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem jest p. Józef Piłsudski, przemawia przeciw łączeniu władzy cywilnej i wojskowej w jednym ręku. Przypomnę wydanie na Wielkanoc 1919 r., sprzecznej z interesem Polski, odezwy przez Naczelnego Wodza, po zajęciu Wilna, w której mówiło się o utworzeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nie połączeniu polskiej ziemi wileńskiej z Polską. Polska długo będzie płacić z powodu niepotrzebnego sojuszu z Petlurą i nieszczęsnej wyprawy kijowskiej zawinionych przez rządy wojskowe.

Na szczęście znalazła się w Sejmie większość dla takiego zapatrywania na sprawę i Prezydent nie będzie mógł w sobie łączyć władzy cywilnej i wojskowej.

Chodziło więc o ograniczenie władzy Piłsudskiego, nie dlatego, że ktoś go nie lubił, tylko dlatego, że jako polityk podejmował decyzje niekorzystne dla państwa. Obecny obóz rządzący gloryfikuje Piłsudskiego, a Kaczyński najwyraźniej wzoruje się na nim, sterując wszystkim nieformalnie. Natomiast żałosnym jest to, że ten rząd, którym on kieruje, potępia Łukaszenkę, który jest dyktatorem. Znaczy, że raz dyktator jest dobry, a raz – jest zły. Innymi słowy realizuje zasadę rządu amerykańskiego: to są skurwysyny, ale to są nasze skurwysyny. Co wcale nie dziwi, bo idzie na ich pasku, tak jak Piłsudski szedł na niemieckim pasku – od początku do końca.

Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, niż próbują nam wmówić różne „mądre” głowy w telewizji, radiu, prasie, internecie. Jeśli w 1991 roku nie zastosowano progów wyborczych, to chyba nie przypadkowo. Inne kraje tego rejonu wprowadziły je do swoich ordynacji wyborczych. Same progi wyborcze lub ich brak wcale nie muszą przesądzać o kształcie sceny politycznej. Są jeszcze inne sposoby, jak choćby manipulowanie ilością okręgów i ilością mandatów w okręgach. Do tego mogą jeszcze dochodzić wymogi związane z tym, kto może zgłaszać kandydatów i ile trzeba podpisów, by dany kandydat mógł wystartować w wyborach. Demokracja jest pod tym względem niezwykle kreatywna.

Skoro więc w 1991 roku zastosowano pewien wybieg, by skompromitować, no właśnie kogo? – demokrację czy może raczej Polaków, to czy nie zastosowano go w 1922 roku. Nie zapominajmy, że państwo organizowali nam Niemcy, a oni doskonale orientowali się we wszystkich tych niuansach. A ten Horst Niemeyer to niemiecki matematyk – fachowiec od dzielenia mandatów poselskich. Według jego metody dzielono mandaty w Bundestagu w latach 1987-2005. Ale tam takiego cyrku, jak u nas w 1991 roku, to chyba raczej nie było. Jak widać, jak się chce, to można demokrację ośmieszyć lub dodać jej powagi. Czyżby więc po 1989 roku znowu Niemcy organizowali nam państwo?