Wojna Hitlera

W blogu „Wojna secesyjna” pisałem o tym, że konflikt ten został sztucznie wykreowany, a zwaśnione strony podzielone na dwie równe sobie siły tak, by wojna trwała jak najdłużej i była jak najbardziej wyniszczająca. I tak było. Straty ludzkie i materialne były ogromne. A chodziło o to, by osłabić Amerykę i przejąć nad nią kontrolę. Jedną stronę wspierali finansiści z Londynu, drugą – z Paryża. W trakcie tej wojny, w 1862 roku, przyjęto amerykańską ustawę bankową, która monopol druku pieniądza oddawała w ręce City of London.

Właściwie to wszystkie wielkie wojny były tak prowadzone, by nie było zwycięzcy, a straty ludzkie i materialne były jak największe. Dotyczy to również obu wojen światowych. Pierwszą tak zakończono, by dać pretekst do rozpętania drugiej.

W II wojnie światowej można znaleźć wiele przykładów na to, że obie strony walczyły tak, by straty były jak największe. Pierwszy etap tej wojny to pasmo sukcesów, początkowo dyplomatycznych, a później wojskowych. Hitler zajmuje Europę Śrokowo-Wschodnią, na zachodzie Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Luksemburg i część Francji. Poza jego zasięgiem pozostała Jugosławia i Grecja. Włochy stają się jego sojusznikiem. Do tego momentu Hitler współpracuje ze swoim sztabem i nawet poddaje się sugestiom swoich generałów. Problem pojawia się, gdy trzeba podjąć decyzję, w jaki sposób zaatakować Anglię, a później, w trakcie wojny ze Związkiem Radzieckim i tak już będzie do końca wojny.

W tym blogu będę korzystał z pracy Allana Bullocka Hitler – studium tyranii. I spróbuję cytowane fragmenty poskładać w logiczną całość. Hitler, zanim zaatakował Anglię, to wiedział już, że jego głównym celem jest wojna na wschodzie. Bullock pisze tak:

„W dniach 24 października 1939 i 11 lutego 1940 roku oba państwa zawarły kolejne umowy ekonomiczne. Niemcom tak trudno było się obejść bez rosyjskich surowców, że 30 marca 1940 roku Hitler polecił, aby dostawom broni do ZSRR dano pierwszeństwo przed zaopatrzeniem własnych sił zbrojnych. W zamian Związek Radziecki w pierwszym roku dostarczył Rzeszy milion ton zbóż, pół miliona ton pszenicy, 900 000 ton ropy, 500 000 ton fosfatów, 100 000 ton bawełny oraz mniejsze ilości innych surowców, a transportem z Mandżurii – milion ton fasoli sojowej.”

A więc jeszcze przed uderzeniem na zachód Hitler wysyła broń do Związku Radzieckiego, który chce zaatakować. Co najmniej dziwne posunięcie. Przecież w momencie wypowiedzenia wojny dostawy tych surowców zostaną przerwane i trzeba będzie to jakoś zrekompensować dostawami z innych rejonów. Po co więc takie zakupy? Chyba tylko po to, by zapłacić za nie bronią, by przeciwnik był silniejszy i by wojna była jak najbardziej wyniszczająca.

Dużo do myślenia daje sposób, w jaki Hitler prowadził wojnę z Anglią. Bullock tak pisze:

»Aż do lata 1940 roku Hitler nigdy poważnie się nie zastanawiał, jak prowadzić i wygrać wojnę z Anglią. Nie jest to takim paradoksem, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Zbrojny zatarg z Wielką Brytanią wynikł jedynie stąd, że nie zgodziła się ona pozostawić Hitlerowi wolnej ręki w Europie. Ale gdy ta sprawa została przesądzona, nie miał on żadnych żądań pod adresem Anglii, prócz zwrotu dawnych kolonii niemieckich. Każda zdobycz terytorialna lub ekonomiczna, jaką Niemcy mogli osiągnąć na zachodzie, miała drugorzędne znaczenie w porównaniu z głównym celem, jakim było skierowanie całej uwolnionej energii niemieckiej w jednym kierunku: zrealizowania polityki, której Hitler pozostał wierny od czasu napisania „Mein Kampf” – historycznego niemieckiego „Drang nach Osten”.«

Bitwa o Anglię miała miejsce we wrześniu i na początku października 1940 roku. Podsumowując to wydarzenie Bullock pisze:

»W praktyce położyło to kres całemu zamiarowi i po przesunięciu go na rok, został on w styczniu 1942 roku odłożony ad acta. Z przebiegu wydarzeń wyłaniają się trzy wnioski:

Po pierwsze jasne jest, że Hitler, ani nie wierzył, ani nie chciał przyznać, że dla zmuszenia Anglii do pertraktacji trzeba w dalszym ciągu z nią wojować.

Po drugie, gdy się już o tym przekonał i rozpoczął poważne przygotowania do inwazji, brak przewagi na morzu zmusił go do porzucenia zamiaru lądowania, w planowanej uprzednio sile 40 dywizji, na rzecz pokonania Anglii z powietrza, z tym że lądowanie nastąpiłoby dopiero po złamaniu ducha w Anglikach i sparaliżowaniu ich obrony przez Luftwaffe.

Po trzecie, Hitler zdecydował się odłożyć, a potem całkiem zaniechać inwazji, nie dlatego, że przejrzano jego bluff, ale dlatego, że zrozumiał, iż Luftwaffe, podobnie jak flota wojenna, nie może stworzyć warunków koniecznych dla przeprowadzenia niemieckich wojsk lądowych przez kanał i okupowania Anglii.

W swojej mowie do generałów 23 listopada 1939 roku powtórzył warunek po raz pierwszy wymieniony w „Mein Kampf”: „Możemy zmierzyć się z Rosją tylko wtedy, gdy będziemy mieli wolne ręce na zachodzie”.

Ale gdy wypędził Anglików z kontynentu i pozbawił ich sojusznika, czy sprawa nie wyglądała na załatwioną?

Gotów był czekać do jesieni, lecz nie dłużej, żeby przekonać się, czy uda mu się zmusić Anglików do kapitulacji. Tymczasem zaś, jeszcze przed końcem lipca i zanim Luftwaffe przystąpiła do totalnej ofensywy przeciwko Anglii, wydał rozkaz opracowania wstępnego planu ataku na Rosję.«

Z powyższego cytatu wynika już jednoznacznie, że Hitlerowi chodziło o to, by wojna była jak najbardziej wyniszczająca. Po co atakować Anglię, skoro nie ma się ku temu wystarczających sił i środków? Co więcej, jeśli Hitlerowi rzeczywiście chodziłoby o pokonanie Anglii, czy przynajmniej o jej upokorzenie, to był na to sposób. Bullock tak pisze:

»Istniała jeszcze trzecia możliwość zastępująca atak na Anglię lub Związek Radziecki, którą Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi – działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły.

Rozwijając te argumenty w czasie dwóch narad z Hitlerem, w dniach 6 i 26 września, poparł je jeszcze dodatkowymi argumentami o gospodarczym znaczeniu tego terenu dla Niemiec, skąd mogłyby one czerpać tak im potrzebne surowce, oraz o niebezpieczeństwie, jakie by za sobą pociągnęło lądowanie Anglików czy nawet Amerykanów we francuskiej Afryce Zachodniej poprzez wyspy hiszpańskie i portugalskie na Atlantyku. Na drugiej z tych narad wysunął pewne konkretne propozycje: należy zająć Gibraltar i Wyspy Kanaryjskie oraz – w porozumieniu z rządem w Vichy – wzmocnić obronę francuskiej Afryki Północnej. Jednocześnie Niemcy wspólnie z Włochami powinny rozpocząć wielką ofensywę w kierunku Suezu, a stamtąd posunąć się dalej na północ, przez Palestynę i Syrię, do Turcji.

To był właśnie ów alternatywny projekt przyszłych działań wojennych w stosunku do tego, który już się kształtował w mózgu Hitlera. Raeder potwierdza to dodając, że gdyby jego plan został z powodzeniem zrealizowany, to „wątpliwe, czy trzeba by było atakować Rosję od północy”. Dużo argumentów przemawiało za realizacją tych planów: Anglia figurowała w nich jako wróg nr 1 (wniosek całkiem naturalny dla niemieckiej floty wojennej), w pełni wykorzystywały one sojusz Niemiec z Włochami i Hiszpanią i wreszcie projektowane działania znacznie bardziej leżały w możliwościach Niemców niż podbicie Rosji. Göring, który zwykle był w jak najgorszych stosunkach z Raederem, gorąco popierał jego koncepcje, a i Hitler potrafiłby je właściwie ocenić, gdyby sobie zdawał sprawę ze znaczenia, jakie ma panowanie na morzu.«

No cóż, cała argumentacja Bullocka sprowadza się do tego, że Hitler nie zdawał sobie sprawy, albo że upierał się przy swoim stanowisku, nie próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście Hitler nie zdawał sobie sprawy albo dlaczego upierał się. Próba szukania odpowiedzi na te pytania mogłaby prowadzić do bardzo niepoprawnych politycznie wniosków. Trudno więc dziwić się, że nie drąży tematu. No bo jak? Wódz, który opanował ponad pół Europy, nie zdaje sobie sprawy z tego jakie znaczenie ma panowanie na morzu? Dalej Bullock pisze:

»Trzeba przyznać, że wczesnym latem 1941 roku sytuacja we wschodniej części Morza Śródziemnego zmieniła się nie do poznania. Anglików wyrzucono z Grecji i odepchnięto pod granicę egipską. W Iraku proniemiecko usposobiony premier, Raszid Ali, stanął na czele buntu skierowanego przeciwko garnizonom brytyjskim i na początku maja zaapelował do Hitlera o pomoc, która mogłaby nadejść z baz w Syrii pozostającej pod władzą Francji Pétainowskiej. Wreszcie w dniach 20-27 maja spadochroniarze niemieccy zajęli Kretę.

Niemiecki sztab marynarki wojennej i Rommel uważali, że szczupłe siły, jakimi na tym terenie dysponują Anglicy dla utrzymania Egiptu, Palestyny i Iraku, są rozciągnięte do granic, wystarczy więc jedno mocne pchnięcie, żeby obalić całą budowlę angielskiego systemu obronnego na Środkowym Wschodzie. Zgodnie z tym 30 maja Raeder ponowił żądanie przeprowadzenia „jesienią 1941 roku decydującej ofensywy na Egipt-Suez, która – dowodził – będzie dla Anglii bardziej śmiertelnym ciosem niż zajęcie Londynu”. W tydzień później sztab marynarki przedłożył Hitlerowi memorandum, w którym, przyjmując decyzję napaści na Związek Radziecki za fakt nieodwołalny, podkreślano, że napaść ta „pod żadnym warunkiem nie powinna prowadzić do porzucenia, redukcji albo odłożenia planów kampanii we wschodniej części Morza Śródziemnego”. Niepokój przebijający w tym czasie z depesz Churchilla i generała Wavella potwierdza słuszność tez dowództwa niemieckiej marynarki wojennej. Nawet jedna czwarta sił zmasowanych do napaści na Związek Radziecki, przerzucona na ten teatr działań, mogłaby fatalnie zagrozić angielskiemu panowaniu na Środkowym Wschodzie.

Hitler jednak nie chciał dojrzeć nadarzającej się okazji; zawiodła go intuicja. Zajęty całkowicie napaścią na Związek Radziecki, nie chciał widzieć w basenie śródziemnomorskim nic innego, prócz drugorzędnego teatru działań, który można pozostawić wojskom włoskim, usztywnionym jednostkami niemieckimi. Daremnie Raeder i Rommel starali się otworzyć mu oczy na możliwości zarysowujące się na południu. Nie dał się przekonać, wolał raczej stwarzać warunki, niż z nich korzystać. Miało się to stać jednym z największych jego błędów strategicznych.«

I znowu to samo. Bullock stara się przekonać czytelnika, że Hitler wolał stwarzać warunki niż z nich korzystać. Najwyraźniej nie chciał on wygrać tej wojny. Możemy oczywiście przyjąć pogląd, że Hitler był szaleńcem, psychopatą, że był po prostu głupi nie wykorzystując nadzwyczaj korzystnej dla niego sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego. Ja jednak twierdzę, że on w każdej sytuacji zdawał sobie sprawę z tego, co się może stać, gdy wykorzysta te okazje.

Doskonały opis wojny niemiecko-radzieckiej daje Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić. I z niej pochodzą poniższe fragmenty. Powieść jest pisana w formie fabuły i dokumentu. W części dokumentalnej Mackiewicz przytaczał fakty, nie komentował ich. Ocenę i interpretację zostawiał czytelnikom.

»W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny tekst decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.«

Jeśli pod koniec lipca 1941 roku Hitler, mając 350 km do Moskwy i wolną do niej drogę, wstrzymuje ofensywę i wraca na początku października, to jak to należy rozumieć? Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie chciał jej zdobyć i tym samym pokonać Związku Radzieckiego. Mackiewicz tak to wyjaśnia:

„Historia lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać.”

O drugim krytycznym momencie tej wojny, który mógł zadecydować o jej losach Mackiewicz pisze tak:

»Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.«

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

»Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.«

Wygląda więc na to, że Hitler tak zachowywał się, jakby nie chciał wygrać tej wojny, tylko żeby ona trwała. Już w 1940 roku w bitwie pod Dunkierką, gdy zepchnął broniące się wojska francuskie i angielskie prawie do morza, to wstrzymał atak na 48 godzin. To wystarczyło, by wojska te ewakuowały się do Anglii. Jednak wtedy było to wyjątkowe zachowanie i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Bullock nie opisał tak dokładnie jak Mackiewicz tego, co działo się na froncie wschodnim, dlatego wykorzystałem fragmenty jego powieści, by zilustrować dziwne zachowanie Hitlera. Bullock pisał:

„W napiętych stosunkach, które powstały i rozwijały się między Hitlerem a armią po napaści na Związek Radziecki, Hitler, nie generałowie, przeszedł do ataku. Raz po raz zmieniał decyzje najwyższych rangą dowódców, ignorował ich rady, ganił ich za tchórzostwo, zmuszał do spełniania rozkazów, które uważali za niewykonalne, i zwalniał ich ze stanowisk, gdy go zawiedli. Zgodnie z zeznaniem feldmarszałka von Mansteina złożonym w Norymberdze, z siedemnastu feldmarszałków jeden tylko zdołał zatrzymać swoje dowództwo do końca wojny; dziesięciu zostało zdymisjonowanych. Z trzydziestu sześciu generałów-pułkowników zdymisjonowano osiemnastu i jedynie trzech doczekało końca wojny na swoich poprzednich stanowiskach. Manstein przytoczył te dane na dowód opozycji, jaką Wehrmacht stawiał Hitlerowi. Wydają się jednak one świadczyć o czymś przeciwnym: o uległości, z jaką generałowie znosili takie traktowanie, na jakie żaden z poprzednich władców Niemiec nie poważyłby się wobec armii.”

Dziwne tłumaczenie. Hitler był naczelnym wodzem i wszyscy mu podlegali i musieli wykonywać jego rozkazy. Jedyne co mogli zrobić, to odmówić wykonania rozkazu i wtedy byli zwalniani. Hitler miał swoje wojsko – jednostki SS i dywizje Waffen SS. Były więc faktycznie dwie armie. Poprzedni władcy Niemiec mieli jedną armię i to jest różnica.

»Pierwsze półrocze 1944 roku przyniosło Hitlerowi jedynie intensyfikację wszystkich znanych już problemów. W styczniu Rosjanie uwolnili Leningrad od oblegających go wojsk niemieckich; w lutym przekroczyli przedwojenną granicę polską, a w marcu – rumuńską.

W czasie tego półrocza lotnictwo alianckie z monotonną regularnością kontynuowało bombardowania niemieckich miast i linii komunikacyjnych. W marcu Amerykanie dokonali pierwszego dziennego nalotu na Berlin. We Włoszech Kesselring miał trzymać się na linii zimowej, czyli na linii Gustawa, do początków lata, ale w maju został wyparty i zaczął się cofać. Wojska alianckie wkroczyły 4 czerwca do Rzymu, pierwszej zdobytej przez nie stolicy europejskiej.

W dwa dni później Anglicy i Amerykanie rozpoczęli o świcie z dawna oczekiwane lądowanie na zachodzie.

Niemiecki wywiad fatalnie pomylił się w określeniu daty inwazji, w ocenie siły uderzeniowej przeciwnika i w rozpoznaniu miejsca lądowania. Hitler wbrew poglądom Rundstedta i innych generałów, którzy spodziewali się lądowania aliantów bardziej na północ, w Pas-de-Calais, słusznie przypuszczał, że nastąpi ono na wybrzeżu normandzkim. Myślał jednak, tak jak i Rommel, że drugie lądowanie odbędzie się w węższej części kanału, tam gdzie znajdowały się wyrzutnie V-1, a zwodnicze manewry Anglików, przedsięwzięte dla umocnienia Niemców w tym przekonaniu, przyjął za dobrą monetę. W rezultacie znaczne siły niemieckie – 15 armię w składzie piętnastu dywizji – na rozkaz Hitlera skoncentrowano i trzymano w odwodzie na północ od Sekwany, gdy tymczasem rzucenie jej do walk w Normandii mogło przynieść Niemcom znaczne korzyści.

Samo lądowanie, które zaczęło się 6 czerwca o świcie, całkowicie zaskoczyło Niemców. Rommel przebywał w swoim domu w pobliżu Ulm, dokąd wstąpił po drodze, jadąc na konferencję z Hitlerem w Berchtesgaden. Fatalny skutek miało też polecenie Hitlera, żeby wszystkie ważniejsze dyspozycje przedstawiano mu do akceptacji. Wpłynęło to opóźniająco na niemiecką kontrakcję. Tak więc Niemcy nie wykorzystali okazji, jakie im się nadarzały w pierwszych godzinach inwazji. A gdy alianci już się umocnili na przyczółku, Hitler bezustannie wtrącał się w szczegóły dowodzenia, nie pozwalał dowódcom niemieckim działać na własną rękę, wydawał rozkazy nie odpowiadające sytuacji na polu walki i upierał się przy swoim zdaniu, że siły inwazyjne można zepchnąć do morza.«

Tu mamy kolejny przykład tego, że w tej wojnie chodziło chyba o coś innego.

»Pod koniec lipca 1944 roku armia radziecka nacierająca w kierunku na Bałtyk odcięła niemiecką północną grupę armii, zniszczyła środkową grupę armii i doszła do Wisły oraz zepchnęła południową grupę armii (Ukraina) z powrotem do Rumunii. Model, mianowany teraz dowódcą grupy środkowej, i Guderian, nowy szef sztabu armii, tylko z wielkim trudem zdołali powstrzymać natarcie radzieckie. Ale był to tylko chwilowy sukces; armia radziecka miała już za sobą prawie 640 kilometrów przebytych od ostatniego tygodnia czerwca, a na południowym froncie, w Rumunii, ciągle posuwała się naprzód.

Hitler musiał teraz rzucić wszystkie swoje odwody dla utrzymania linii frontu na wschodzie, uparcie jednak odmawiał wycofania wojsk niemieckich z państw nadbałtyckich, gdzie północna grupa armii Schörnera, licząca pięćdziesiąt dywizji, toczyła lokalne boje, które nie miały nic wspólnego z głównymi walkami o dostęp do terenu Niemiec. Hitler ciągle obawiał się, że wycofanie tych sił może wpłynąć na postawę Szwecji (chodziło mu o ogromnie ważną dostawę szwedzkiej rudy) i doprowadzić do utraty ćwiczebnych bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych, w których pokładał wielkie nadzieje. Argumentował, że Schörner wiąże znaczne siły rosyjskie, które mogły być przerzucone na inne, ważniejsze fronty. Ale Rosjanom nie brakowało ludzi, podczas gdy Niemcy odczuwali ich niedostatek. Guderian starał się, jak mógł, przekonać Hitlera, lecz nic nie wskórał. Po dotkliwej letniej porażce na wschodzie Hitler de facto wciąż próbował znacznie słabszymi siłami utrzymać dłuższy front niż ten, który Rosjanie już przełamali. On, który kiedyś głosił, że o zwycięstwie decyduje ruch, teraz odrzucał każdą sugestię ruchomej obrony na rzecz jak największego jej usztywnienia.«

Jak czytam, jak Bullock tłumaczy postawę Hitlera, to się zastanawiam, czy on tak na poważnie? A uchodzi on za jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków. Pisze, że Hitler nie chciał przerzucić wojsk z frontu północnego na środkowy, bo się obawiał, że Szwecja przestanie dostarczać rudę żelaza. A niby czemu miałaby przestać? Była krajem neutralnym i handlowała z każdym, kto płacił. I jeszcze ta utrata bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych. Taka bzdura! Niemcy walczą na lądzie o przetrwanie i od tej walki zależy wszystko i tu potrzebne są czołgi, a on pisze, że nowe okręty podwodne, w których Hitler pokładał wielkie nadzieje. I co? Te okręty podwodne miałyby wyjść na ląd i walczyć z Rosjanami? A na zachodzie walki też toczyły się na lądzie. Takie bzdury wypisuje jeden z najwybitniejszych angielskich historyków. Przecież to woła o pomstę do nieba! Ale to tylko świadczy o tym, że świat nie od dziś jest taki pokręcony. Niecenzuralne słowa cisną się na usta, gdy czyta się coś takiego.

„Na początku września 1944 roku siły zbrojne Niemiec liczyły na papierze ponad 10 000 000 ludzi, z których 7 500 000 służyło w szeregach armii regularnej i Waffen SS. Te znaczne jeszcze siły Hitler rozproszył na połowie europejskiego kontynentu; trzymał je na straconych już pozycjach, w państwach nadbałtyckich, na Bałkanach i w Norwegii, zamiast skoncentrować i użyć do obrony Rzeszy. Nie chciał przyznać, że sytuacja jest rozpaczliwa, lub też rezygnować z nadziei na odmianę losu wywołaną jakimś dramatycznym wydarzeniem. Tak więc zachodnią Holandię należało trzymać, aby z wyrzutni V-2 bombardować Londyn; Węgry i Chorwację – dla boksytu niezbędnego do produkcji samolotów odrzutowych; państwa nadbałtyckie – bo tam były tereny ćwiczebne dla okrętów podwodnych; Norwegię – z powodu baz morskich dla nowych okrętów podwodnych, po których wiele się spodziewał.”

»Przed laty Herman Rausching, nazywając nazizm chorobą świętego Wita XX wieku, uznał za zasadniczy jego składnik nihilizm. Ze swoich rozmów z Hitlerem w latach 1932-34 przytoczył wiele jego uwag, zdradzających namiętną pasję niszczenia, która w okresie sukcesów była tylko maskowana.

W rozmowach z Rauschingiem Hitler często upajał się perspektywą ruchu rewolucyjnego, który niszczy cały europejski porządek społeczny. Po rozprawie z Röhmem w 1934 roku miał powiedzieć: „Zewnętrznie zakończyłem rewolucję, ale wewnętrznie trwa ona nadal, w miarę jak nagromadza się w nas nienawiść, i myślę o dniu, w którym zdejmiemy maskę i ukażemy się takimi, jakimi jesteśmy i na zawsze pozostaniemy.”

Jeszcze wcześniej, w 1934 roku, na pytanie Rauschinga, co się stanie, jeżeli Wielka Brytania, Francja i Rosja sprzymierzą się przeciwko Niemcom, Hitler odpowiedział:

To będzie koniec. Ale nawet jeżeli nie uda nam się ich zawojować, pociągniemy za sobą w przepaść połowę świata i nie pozwolimy nikomu zatriumfować nad Niemcami. Nie będzie drugiego roku 1918. Nie poddamy się.

Teraz Hitler doszedł do takiego stanu ducha, że postanowił dotrzymać tej obietnicy. Goebbels podzielał jego nastrój, a z propagandy nazistowskiej w końcowym okresie wojny coraz wyraźniej przebija nuta głębokiego zadowolenia ze skali zniszczeń, jakimi zakończy się wojna w Europie. Ale postanowienie Hitlera, że pociągnie za sobą w przepaść całą Europe, nie ograniczało się jedynie do propagandy. Najdobitniej wyraziło się ono w uporze, z jakim prowadził wojnę aż do samego końca, i w jego żądaniu stosowania w Niemczech polityki „spalonej ziemi”. Speer (minister uzbrojenia i produkcji wojennej – przyp. mój) robił, co mógł, aby odwieść go od tego, argumentując, że naród niemiecki musi przecież nadal żyć, nawet jeżeli reżim upadnie. 15 marca złożył Hitlerowi memoriał, w którym wyłuszczył swój pogląd. Za cztery do ośmiu tygodni – pisał – musi nastąpić ostateczne załamanie się Rzeszy. Polityka niszczenia resztek niemieckiej gospodarki po to, aby nie dostały się w ręce wroga, nie może zaważyć na wyniku wojny. Zasadniczym obowiązkiem osób rządzących Niemcami – bez oglądania się na własny los – powinno być zapewnienie narodowi niemieckiemu takich warunków, aby mógł sobie odbudować życie.

Hitler był nieugięty. 19 marca wydał kategoryczny i szczegółowy rozkaz niszczenia wszystkich środków i urządzeń komunikacyjnych, taboru kolejowego, mostów, zapór wodnych, fabryk i składów na drodze wroga. Wezwał Speera i powiedział mu:

Jeżeli przegramy wojnę, naród musi zginąć. Przeznaczenia nie da się uniknąć. Nie ma się co zastanawiać nad podstawami najbardziej prymitywnej egzystencji. Przeciwnie, lepiej zniszczyć nawet te podstawy, i to zniszczyć własnymi rękami. Naród okazał się słaby, a przyszłość należy do silniejszego wschodniego narodu. Poza tym ci, którzy pozostaną po wojnie, przedstawiają małą wartość; wartościowi bowiem wyginęli.

Od tej polityki Hitler nie odstąpił. Bezsensowne rozkazy niszczenia wszystkiego i rozstrzeliwania tych, którzy nie stosują się do jego poleceń, przyniosły mu pewną ulgę we wściekłej pasji, jaka go ogarniała, i tylko poświęceniu Speera mogą Niemcy zawdzięczać, że te rozkazy nie zostały w pełni wykonane. Ale, jak zauważa generał Halder, ów nastrój Hitlera wynikał z czegoś więcej niż z bezsilnego gniewu.

Nawet gdy był u szczytu władzy, Niemcy dla niego nie istniały, nie było wojsk niemieckich, za które czułby się odpowiedzialny. Istniała dla niego – początkowo podświadomie, a w ostatnich latach życia w pełni świadoma – tylko jedna wielkość, wielkość, która przenikała jego życie i której jego zły geniusz poświęcił wszystko – własne Ego.«

Wybrałem parę cytatów z Bullocka i Mackiewicza, by pokazać dziwne zachowanie Hitlera. Było ich więcej, ale nie o to chodzi, by wszystkie je przywoływać. Te są tak ciężkiego kalibru, że skłaniają do zastanowienia się, po co były te wszystkie wojny. Wojna secesyjna, sztucznie wywołana, służyła podporządkowaniu Ameryki londyńskiej finansjerze. I wojna światowa zniszczyła naród francuski, a może tylko dokończyła dzieło rewolucji francuskiej. Rewolucja październikowa zapoczątkowała niszczenie narodu rosyjskiego, II wojna światowa zniszczyła naród niemiecki i dokończyła niszczenie narodu rosyjskiego. Tak więc trzy największe narody europejskie straciły swoje siły witalne i możliwość wpływania na losy świata. W wyniku tych wojen i rewolucji październikowej Europa stała się ruiną. I o to w tych wojnach chodziło. Efektem wojny secesyjnej było to, że nie powstało potężne, niezależne państwo, stanowiące przeciwwagę dla międzynarodowej finansjery.

Skąd u Hitlera tyle nienawiści i skłonności do niszczenia wszystkiego? Celem jego wojny było wyniszczenie narodów i spowodowanie jak największych strat materialnych. Czyżby nie czytał klasyka, wedle którego celem wojny jest pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli – a więc nie unicestwienie go. Czyżby Hitler należał do innej cywilizacji? Czyżby należał do narodu, który nienawidzi wszystkich innych narodów? Jego zachowanie i postępowanie sugeruje, że tak!

Bullock dobrze opisał Hitlera i udostępnił czytelnikowi wiele faktów, ale ich interpretacje i oceny są dziwne, przynajmniej w moim odczuciu. Zapewne tak musiał zrobić, jeśli chciał, by jego praca ukazała się. Oficjalnie ma być tak, że Hitler był jakimś szaleńcem, niezrównoważonym emocjonalnie osobnikiem, psychopatą, czy może jeszcze kimś innym. Innymi słowy – wszystkim, tylko nie tym, kim prawdopodobnie był – wykreowanym przez naród wybrany i później nadal kierowanym przez kogoś, kto pozostawał w ukryciu. To jest najprostsze wytłumaczenie, ale zgodne z zasadą brzytwy Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów niż jest to absolutnie konieczne. Przekładając to na język potoczny, oznacza to, że najprostsze wytłumaczenia są najbliższe prawdy. A idąc dalej, należałoby stwierdzić, że wszelkie zawiłe tłumaczenia służą tylko jej ukryciu.

Powstanie

Wprawdzie już się kończy, ale nadal jest to 27 grudnia. Ja nie zapomniałem. Wszedłem na stronę Interii, Onet, WP i nie znalazłem tam nawet wzmianki o Powstaniu Wielkopolskim. Doszedłem do wniosku, że szukanie na innych portalach nie ma sensu, więc wszedłem na stronę Głosu Wielkopolskiego i tam znalazłem taką informację:

„Punktualnie o godz. 16.40 rozpoczęły się obchody 102. rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu. Przed iluminowanym na czerwono pomnikiem i stojącymi obok monumentu sylwetkami powstańców Wielkopolanie już wcześniej zapalali znicze i składali kwiaty. Teraz wartę honorową objęli harcerze, skauci i żołnierze.

Świętujemy rocznicę wybuchu powstania godnie, ale bezpiecznie

Z powodu konieczności zachowania prewencji antywirusowej składamy kwiaty i wieńce bez pełnego ceremoniału, bez zapraszania gości, odczytywania listów, ale mimo to z pełnym szacunkiem dla naszych bohaterów – mówił gospodarz uroczystości, marszałek Marek Woźniak. – Wspólnie z Towarzystwem Pamięci Powstania Wielkopolskiego apelowaliśmy, by to było wspólne, ale bezpieczne świętowanie, stąd można oglądać tę uroczystość także za pośrednictwem internetu, na stronie 27grudnia.pl. Świętujmy godnie, z flagą, hymnem, ale też z zasadami bezpieczeństwa. Każda forma świętowania jest ważna, także taka do której namawiamy, przy wykorzystaniu własnej inicjatywy i dobrego pomysłu. Dlatego cieszę się, że otrzymujemy zdjęcia, kartki, filmy upamiętniające szacunek Wielkopolan dla wysiłku i poświęcenia powstańców. Niech pamięć Powstania Wielkopolskiego trwa wiecznie – chwała zwycięzcom! – mówił marszałek Woźniak.

Zobacz też: Kibice Lecha Poznań uczcili 102. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Urządzili efektowne racowisko

Przypomniał też, że powstańcy nie tylko zdobyli i utrzymali dla Polski zachodnie rubieże, ale także, że już jako żołnierze regularnych oddziałów wielkopolskich wzięli udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

Potrzeba patriotyzmu

To byli żołnierze świetnie wyszkoleni, wyposażeni, uzbrojeni i zaopatrzeni przez Wielkopolskę – mówił marszałek. – To był patriotyzm tamtych czasów. Dziś też potrzebujemy takiego wielkopolskiego patriotyzmu, przejawiającego się w dobrym planowaniu, unikaniu prowizorki, rzetelnej pracy.

W czasie uroczystości wieńce złożyli przedstawiciele władz samorządowych, władz miasta i województwa, przedstawiciele garnizonu poznańskiego, kwiaty przynosili też poznaniacy, niejednokrotnie, noszący na kurtkach biało – czerwone wielkopolskie kokardy i trzymający flagi z wielkopolskim orłem. Wicewojewoda Aneta Niestrawska i wicewojewoda Maciej Bieniek złożyli też kwiaty w imieniu premiera.”

Czasem mam wrażenie, że jeśli coś z tego kraju zostanie, to chyba tylko Wielkopolska. Skoro w reszcie kraju nie pamięta się o najbardziej skutecznym polskim powstaniu, to chyba to już nie jest Polska.

Wojna secesyjna

Wojna secesyjna w Ameryce jest, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w nowożytnej historii świata. Ważniejszym niż rewolucja francuska, październikowa i obie wojny światowe. Wmawia się nam, że była to walka pomiędzy Północą i Południem o zniesienie niewolnictwa w południowych stanach. Czy rzeczywiście był to prawdziwy powód? To był dobry pretekst, by odwrócić uwagę od istoty sporu. Walka toczyła się o to, kto będzie miał prawo emitowania pieniądza, choć zapewne mało kto zdawał sobie z tego sprawę.

To była walka zakulisowa, rozgrywająca się na samych szczytach władzy. Tam decydowały się losy Ameryki i w konsekwencji świata. Dlatego skupiam się na ukazaniu mechanizmu, jak to działało w rzeczywistości, a nie na oficjalnych przekazach i oficjalnej interpretacji. To można znaleźć w Wikipedii i innych źródłach, choć nie ukrywam, że i z faktów przytoczonych przez Wikipedię, też można coś wywnioskować.

Z tym niewolnictwem jest jednak pewien problem i, żeby to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Wikipedia tak to opisuje:

Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało zapoczątkowane na kontynencie północnoamerykańskim w początkach XVII wieku i trwało prawnie i obyczajowo aż do konstytucyjnego zniesienia niewolnictwa 6 grudnia 1865 roku. Niewolnictwo istniało we wszystkich koloniach angielskich aż do amerykańskiej wojny o niepodległość, po czym 13 stanów przejęło instytucję niewolnictwa i pracy przymusowej, a następnie rozszerzały niewolnictwo na przybywające terytoria i nowe stany.

Delaware już w pierwszej swojej konstytucji z 1776 zakazało importu i sprzedaży niewolników na terenie stanu, w 1783 niewolnictwo zlikwidowano w Massachusetts. W Pensylwanii dzieci niewolników miały uzyskać wolność po ukończeniu 28. roku życia, podobnie w Connecticut i Rhode Island. W Nowym Jorku niewolników uwolniono w 1785, a w 1786 w New Jersey. Zakaz niewolnictwa w terytoriach federalnych na północ od rzeki Ohio uchwalił Kongres w 1787. W stanach południowych niewolnictwo funkcjonowało do zakończenia wojny secesyjnej w 1865 i wejścia w życie 13. poprawki konstytucji.

Niewolnictwo utrzymało się w stanach południowych, mimo iż pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa. Dotychczasowa gospodarka Południa opierająca się na eksporcie tytoniu, indygo i ryżu, stawała się coraz mniej opłacalna. Zaczęło brakować pracy dla niewolników, a ich ceny spadały. Jednak na Południu bano się skutków uwolnienia niewolników”

Z tego opisu wynika, że po uzyskaniu niepodległości świadomie dążono do stworzenia sztucznego podziału na stany niewolnicze i wolne od niewolnictwa. Co więcej, przy przyłączaniu nowych terytoriów dbano o zachowanie równowagi: jeden stan niewolniczy, drugi – nie. Jakby tego było mało, to Wikipedia pisze, że pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa, czyli że podtrzymywano je sztucznie. Ktoś jednak decydował o tym, że tak miało być, że w zasadzie mają być dwa państwa o zbliżonym potencjale. Tylko w takim wypadku wojna mogła być długa i wyczerpująca.

Poniżej wybrałem parę fragmentów z Wikipedii, w których jest mowa o przyczynach konfliktu. Ona opisuje bardzo szczegółowo genezę i przebieg wojny, ale próżno szukać tam prawdziwego jej powodu. Podane są różne jej przyczyny, tak że w końcu, to już sami nie wiemy, co było źródłem sporu.

»Wojna secesyjna – wojna, która toczyła się w latach 1861–1865 w Stanach Zjednoczonych Ameryki, pomiędzy stanami wchodzącymi w skład Stanów Zjednoczonych (tzw. Unią lub „Północą”) i Skonfederowanymi Stanami Ameryki (tzw. Konfederacją lub „Południem”), które wystąpiły z Unii.

Nazwa „wojna secesyjna” pochodzi od secesji (odłączenia się) stanów skonfederowanych od Unii. Powszechną nazwą, stosowaną zwłaszcza w USA, jest także „amerykańska wojna domowa” (ang. American Civil War). Znana jest także jako „wojna pomiędzy stanami” i „wojna o niepodległość Południa”. Zapoczątkowało ją ostrzelanie Fortu Sumter w zatoce Charleston w Karolinie Południowej przez konfederatów 12 kwietnia 1861. Trwała do 26 maja 1865, kiedy poddały się ostatnie zorganizowane ośrodki oporu konfederatów (gdzieniegdzie walki trwały jeszcze do czerwca). W wyniku wojny śmierć poniosło 620 tysięcy ludzi, zniszczono mienie o wartości 5 mld dolarów, wolność uzyskało 4 miliony niewolników. (W tamtym czasie Ameryka liczyła pond 30 mln mieszkańców – przyp. mój.)

Większość historyków amerykańskich uznaje spór o niewolnictwo za główną przyczynę wybuchu wojny secesyjnej. Przeciwne zdanie wyraża jedynie niewielka mniejszość negacjonistów historycznych, mała część historyków amerykańskich oraz część opinii publicznej.

Na krótko przed wybuchem wojny rozgorzała zażarta debata pomiędzy Północą a Południem, czy należy zezwolić na niewolnictwo w tworzonych stanach i terytoriach, które zdobyto po wojnie amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848). Były to m.in. Kalifornia, Teksas i Utah. Przeciwnicy niewolnictwa obawiali się jego ekspansji na nowe tereny oraz tego, że praca najemna (w uprzemysłowionych północnych stanach) będzie musiała konkurować z tańszym niewolnictwem. Rozwiązaniem tego problemu był tzw. „kompromis Missouri” z 1820. Polegał on na tym, że do Unii włączono Maine jako stan bez niewolnictwa i Missouri jako stan „niewolniczy”, zachowując tym samym równowagę pomiędzy stanami bez niewolnictwa i stanami niewolniczymi. Ponadto niewolnictwo miało być zakazane na części terytorium Luizjany. Wytyczono też linię, którą stanowił równoleżnik 36°30′ będący południową granicą Missouri. Na północ od tej linii niewolnictwo miało być zakazane z wyjątkiem właśnie Missouri.

Północ, choć była zdecydowanie lepiej rozwinięta gospodarczo, niż południe, odstawała jednak pod tym względem od Europy. Stąd wprowadzano cła zaporowe, aby chronić swój rozwijający się przemysł przed konkurencją lepszych i tańszych wyrobów europejskich. Wprowadzane w odwecie przez kraje europejskie cła uderzały w gospodarkę południa, uzależnioną od eksportu bawełny. Ponadto polityka celna Waszyngtonu uniemożliwiała południu import towarów przemysłowych. Nieprzypadkowo więc w konstytucji konfederackiej zapisane zostały sprawy ceł, co było ewenementem na skalę światową.

Konflikt o cła nie był jednak sam w sobie przyczyną wojny. Miał on miejsce głównie w latach 1830. Bezpośrednio przed elekcją Lincolna władzę sprawował prezydent Franklin Pierce, reprezentujący południowych Demokratów. Pierce znacząco obniżył cła, co w dużym stopniu przyczyniło się do wywołania ogólnokrajowego kryzysu gospodarczego w 1857 r. i wzrostu popularności Republikanów. W okresie poprzedzającym wybuch wojny kwestie ceł nie były praktycznie poruszane, natomiast temat niewolnictwa dominował w wystąpieniach i debatach publicznych, oraz w stanowych deklaracjach secesji.

Ogólne rozbieżności gospodarcze pomiędzy Północą a Południem również nie są uważane za wiodącą przyczynę wybuchu wojny. Słowami historyka Kennetha Stamppa: „Aktualnie, większość historyków nie dostrzega przekonujących przyczyn, dla których różnice gospodarcze między Północą a Południem miałyby prowadzić aż do podziału i wojny domowej; wprost przeciwnie, zauważa się, że oba regiony, ze względu na ich uzupełniający się charakter, powinny były raczej uważać wzajemny związek za mimo wszystko obustronnie korzystny”.

Północ uważała, że potrzebuje silnego i scentralizowanego rządu, aby rozwijać infrastrukturę, chronić handel i swoje interesy handlowe. Południe natomiast było mniej zależne niż reszta kraju od rządu federalnego i dlatego południowcy nie czuli potrzeby jego wzmacniania. Ponadto obawiali się, że rząd federalny z silnymi uprawnieniami będzie ingerował bardziej w sprawy stanowe.

Możność dowolnego interpretowania jedności Unii wynikała bezpośrednio z tekstu konstytucji, według której Unia była dobrowolnym związkiem państw, dotychczas suwerennych. Warunkiem należenia do niej było jednak uznanie, że suwerenność spoczywa w całym narodzie amerykańskim, działającym bezpośrednio, a nie poprzez stany. Ten paradoks prawny był – aż po lata sześćdziesiąte XIX wieku – źródłem sporów interpretacyjnych. Stanowił kompromisowy zapis, zachowujący federacyjną budowę USA, ale odmawiający częściom składowym prawa zerwania raz zawartej unii bez zgody całego narodu. W tym sensie rację miały zarówno stany południa, występujące z Unii, jak i władze tejże Unii, odmawiając im prawa do secesji.

W 1832 konwencja Karoliny Południowej „anulowała” taryfy celne wprowadzone przez administrację Andrew Jacksona oświadczając, że jeśli Waszyngton będzie próbował wprowadzić taryfy siłą, to wówczas stan ogłosi secesję. Kongres uchwalił „Force Bill” (2 marca 1833) upoważniający prezydenta do zaprowadzenia porządku przy użyciu siły zbrojnej. Pozbawiona poparcia ze strony innych stanów Karolina Południowa postanowiła „powrócić” do Unii, legislatura stanowa „anulowała” krwawe prawo („Bloody Bill”), jak nazwano w Karolinie postanowienia Kongresu o egzekwowaniu prawa siłą. 1 maja 1833 prezydent Jackson napisał: cła były tylko pretekstem, lecz wystąpienie z Unii i Konfederacja Południa są prawdziwym celem, następnym razem będzie to sprawa Murzynów albo niewolnictwa.

Podczas kampanii prezydenckiej roku 1860 wielu polityków z południa groziło, że jeżeli Lincoln zostanie wybrany na prezydenta, ich stany wystąpią z Unii. Lincoln był uważany przez nich za wielkiego przeciwnika niewolnictwa, chociaż w rzeczywistości do tej pory nie wypowiadał się za jego zniesieniem. Tylko nieliczne osoby z północy wierzyły w te groźby. Miesiąc przed wyborami gubernator Karoliny Południowej napisał do tzw. „stanów bawełnianych” z wyjątkiem Teksasu, że jego stan wystąpi z Unii w wypadku, gdyby Lincoln rzeczywiście został wybrany, i zwrócił się do nich z zapytaniem, jaka będzie ich reakcja na taki obrót sprawy.

Jak tylko okazało się, że Lincoln na pewno wygrał wybory, władze ustawodawcze Karoliny Południowej zwołały specjalne zebranie. Odbyło się ono 17 grudnia 1860 roku w Charleston. Trzy dni później konwencja jednogłośnie uchwaliła, że unia pomiędzy Karoliną Południową a Stanami Zjednoczonymi przestaje istnieć. Podobne konwencje odbyły się w innych stanach południa na początku roku 1861 i one również zaowocowały uchwałami o zniesieniu unii pomiędzy ich stanami. Były to: Missisipi (9 stycznia); Floryda (10 stycznia); Alabama (11 stycznia); Georgia (19 stycznia); Luizjana (26 stycznia) i Teksas (1 lutego).

W kwietniu Lincoln wezwał stany do powołania milicji lokalnych w celu stłumienia secesji. Stany graniczne, które wahały się, czy należy pozostać w Unii, czy też z niej wystąpić, odmówiły wykonania poleceń rządu federalnego i przyłączyły się do stanów, które już dokonały secesji. Były to Wirginia (17 kwietnia), Arkansas(6 maja), Karolina Północna (20 maja) i Tennessee (8 czerwca).

4 lutego 1861 delegaci pierwszych 6 stanów, które wystąpiły z Unii, spotkali się w miejscowości Montgomery w Alabamie, aby utworzyć tymczasowy rząd dla odłączonych od Unii terytoriów. Cztery dni później uchwalona została Konstytucja Skonfederowanych Stanów Ameryki, która w większości była oparta na dotychczasowej ustawie zasadniczej z 17 września 1787, ze zmianami wynikającymi głównie z zaznaczenia nienaruszalności niewolnictwa. 9 lutego Tymczasowy Kongres Konfederacji wybrał Jeffersona Davisa z Missisipi na tymczasowego prezydenta i Aleksandra H. Stephensa na tymczasowego wiceprezydenta. Mieli oni piastować swoje funkcje do lutego 1862. W listopadzie 1862 odbyły się wybory prezydenckie CSA. Obaj wygrali je i mieli rządzić sześć lat bez możliwości ubiegania się na drugą kadencję. Kiedy także Wirginia wystąpiła z Unii, stolicą Konfederacji stało się leżące tam miasto Richmond.«

Właściwie to trudno zrozumieć, o co tu chodzi. Wikipedia pisze, że większość amerykańskich historyków uważa, że prawdziwym powodem sporu było niewolnictwo, a tylko mała grupa negacjonistów ma odmienne zdanie, ale nie pisze jakie ono jest. Innym powodem miałyby być różnice w rozwoju gospodarczym, ale w innym miejscu przytacza historyka, który twierdzi, że różnice w rozwoju raczej sprzyjają współpracy. Jeszcze w innym miejscu jest mowa o cłach, które bezpośrednio przed wybuchem wojny zostają zniesione. Ważnym powodem miałby być wybór Lincolna na prezydenta. Według południowców był on przeciwnikiem niewolnictwa. W sumie jeden wielki mętlik w głowie. Wszystko jest tak podane, by nic nie zrozumieć. Jednak i z tego chaosu wyłania się pewien porządek. Tak jakby ktoś to zaplanował. Zaplanował, że tyle i tyle stanów ma wyjść z Unii. I jakoś tak dziwnie się składało, że była to połowa stanów. Zadziwiająca równowaga.

Problem zaczął się jeszcze w trakcie wojny o niepodległość. Louis Even, Michael nr 16, luty 2015 tak pisze:

„Podczas Wojny o Niezależność buntujące się kolonie wyemitowały pieniądze narodowe. Europejska finansjera, kreatorzy i wierzyciele pieniężnego długu, którzy już wtedy rządzili światem, nie mogli znieść takiego zuchwalstwa. Zdusili oni wartość amerykańskiej waluty. Użyli całej swojej potęgi i koneksji, aby odzyskać to, co tracili w Ameryce.”

Odzyskać to, co stracili w Ameryce. Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Wielu ojców założycieli zdecydowanie sprzeciwiało się koncepcji utworzenia banku centralnego, gdyż władze brytyjskie dążyły, aby amerykańskie kolonie znalazły się pod kontrolą Banku Anglii.

Robert Morris, były członek rządu, w 1781 roku założył pierwszy bank centralny w Stanach Zjednoczonych. Uważa się go za ojca amerykańskiego systemu kredytowego. Założony przez niego Bank Ameryki Północnej (Bank of North America) był wzorowany na Banku Anglii. Wykorzystując system rezerw cząstkowych, mógł wytwarzać tyle pieniędzy, ile ich potrzebowano. Co ciekawe, zabezpieczeniem tego banku była wielka ilość złota pożyczona Stanom Zjednoczonym przez Francję. Morris sprytnie wybrał nazwę dla swego banku. Amerykanie bowiem myśleli, że mają do czynienia z bankiem państwowym, ale było to monopolistyczne przedsięwzięcie prywatne z wyłącznym prawem tworzenia pieniądza.

Dziesięć lat później, po wypracowaniu kompromisu z prawodawcami z Południa, nazwę banku zmieniono. Stał się Pierwszym Bankiem Stanów Zjednoczonych (First Bank of the United States). Działał w latach 1791-1811. Kilku ojców założycieli występowało przeciwko temu bankowi. W przekonaniu Thomasa Jeffersona służył spekulacji, manipulacji i działaniom korupcyjnym. W 1811 roku wygasł mandat banku i nie został odnowiony przez Kongres. W roku 1816 rząd zatwierdził ustanowienie Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych (Second Bank of the United States). Jego statusu nie przedłużono w 1836 roku, a stało się to po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli, co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. W latach 1837-1862 istniały jedynie banki zatwierdzone decyzjami władz stanowych. W tej erze wolnej bankowości wiele banków działało bardzo krótko – średnio pięć lat.

Amerykanie byli przeciwni koncepcji banku centralnego w prywatnych rękach, gdyż uważali, że kryzysy z lat 1873, 1893 oraz 1907 zostały wywołane przez metody działania, które stosowali międzynarodowi bankowcy. Obawiali się również, że dojdzie do nadmiernego skupienia władzy na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz wiemy, że niestety mieli słuszność.”

Wdać więc u Żydów wielką determinację i konsekwencję w dążeniu do realizacji swoich celów, tj. do utworzenia banku centralnego. Louis Even pisze:

»Stany Zjednoczone przeżywały wojnę domową, wojnę secesyjną. Cierpienia ludzi w żaden sposób nie wzruszyły międzynarodowej finansjery, która sama postanowiła trzy lata wcześniej, żeby sprowokować wojnę dla osłabienia USA, co bardziej wzmocniłoby jej monopol. Tymczasem w samym sercu wojny przywódca kraju, którego chcieli trzymać pod swoim butem, odważył się przeciwstawić ich władzy. Odważnym i uczciwym wysiłkom Lincolna trzeba było przeciwstawić kampanię, która wpłynęłaby na liderów amerykańskich kręgów finansowych i otoczenie prezydenta.

Niesławny okólnik z 1862 r. podpisany przez Hazzard, międzynarodową grupę z Londynu, sprzyjał zniesieniu niewolnictwa ludzi tylko po to, żeby zastąpić je bardziej subtelną formą niewolnictwa. Zauważmy przy tym, że okólnik, aprobujący zniesienie niewolnictwa pochodził z grupy londyńskiej i był zgodny z decyzją międzynarodowej finansjery, która postanowiła, iż grupa ta będzie wspierać finansowo Północ Stanów Zjednoczonych, podczas gdy grupa paryska będzie wspierać finansowo Południe, czyniąc wojnę wystarczająco długą, żeby osłabić naród amerykański i zakuć go w kajdanki.

Okólnik Hazzard (The Hazzard Circular) został zatem skierowany do wszystkich bankierów Ameryki, każdego senatora i każdego członka Kongresu:

Niewolnictwo możliwe będzie do zniesienia dzięki wojnie. Moi przyjaciele w Europie i ja wspieramy osiągnięcie tego, ponieważ niewolnictwo jest tylko posiadaniem pracy i pociąga za sobą obowiązek wyżywienia i utrzymania swoich niewolników przez właściciela, aby cieszyć się ich pracą. Natomiast na poziomie europejskim, na czele z Anglią, to kapitał (pieniądze kredytodawcy) kontroluje pracę poprzez kontrolę płac”. (Są to mniej więcej pieniądze w obiegu, które ostatecznie określają poziom płac.)

„Jest to osiągnięte przez kontrolę pieniędzy. Kredytodawcy widzą, że wojna powoduje duże zadłużenie, które będzie kontrolować ilość pieniędzy. Do tego konieczne jest, żeby obligacje były nisko oprocentowane w banku. Oczekujemy teraz, że sekretarz skarbu przedstawi taką rekomendację w Kongresie.

Nie można pozwolić na tak długą cyrkulację waluty krajowej (greenbacks – zielonych dolarów), ponieważ nie możemy kontrolować tej waluty. Ale możemy kontrolować obligacje, a przez nie emisje bankowe”.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

„Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

Dziesięć lat później Ameryka ucierpiała z powodu przemiany osobistego niewolnictwa wynikającego z dyktatury finansowej, a Horace Greeley mógł napisać w 1872 r.:

„Zrywamy więzy czterech milionów ludzi i stawiamy wszystkich pracowników na tym samym poziomie nie tak bardzo przez wywyższenie dawnych niewolników, ale przez znaczne zmniejszenie całej siły roboczej, białej i czarnej, w stanie niewolnictwa. Kiedy przechwalamy się naszymi szlachetnymi czynami, starannie ukrywamy ropiejące rany społeczne. Przez nasz rażąco niesprawiedliwy system monetarny znacjonalizowaliśmy system ucisku, który choć jest bardziej udoskonalony, jest niemniej okrutny niż stare niewolnictwo”.

Mąż stanu swoich czasów, niemiecki kanclerz Bismarck, był dobrze umieszczony i poinformowany, żeby lepiej rozumieć to, co się dzieje, niż wielu innych. To, co ujawnił Niemcowi Konradowi Siemowi w 1876 r. rzuca światło na wydarzenia, do których już nawiązywaliśmy.

„Podział Stanów Zjednoczonych na federacje o równej sile został zdecydowany na długo przed wojną domową przez wysokie władze finansowe Europy. Bankierzy ci obawiali się, że naród amerykański, stanowiący zjednoczony i solidny blok, obali ich finansową dominację nad światem. Przeważył głos Rothschildów. Przewidzieli oni ogromne korzyści, gdyby mogli zastąpić dwiema słabymi demokracjami, zadłużonymi u finansjery, mocną republikę, która była praktycznie samowystarczalna. Wysłali oni swoich emisariuszy, by wykorzystali kwestię niewolnictwa i zamiast doprowadzić do porozumienia, wykopali przepaść między dwiema częściami republiki. Lincoln nie podejrzewał takich podziemnych machinacji. Był on przeciwny niewolnictwu i jako taki został wybrany. Jego charakter zapobiegł temu, by stał się on człowiekiem jakiegoś stronnictwa. Gdy wziął dobrze sprawy w swoje ręce, zobaczył, że ci finansowi szkodnicy Europy chcieli uczynić go wykonawcą swoich planów. Dokonali oni wiszącego w powietrzu rozłamu między Północą i Południem, a potem wykonali wybuch. Osobowość Lincolna zaskoczyła ich. Jego kandydatura nie wywierała wrażenia. Myśleli, że mogą łatwo oszukać prostego drwala. Ale Lincoln odczytał ich plan i zorientował się, że głównym wrogiem nie było Południe, lecz finansjera”.

Wypowiedź Bismarcka wspomina Rothschild. Ten żydowski dom przyczynia się do ustanowienia w świecie systemu monetarnego o filozofii idealnie żydowskiej, doświadczanej przez całą ludzkość. Obsypany dzisiaj tytułami działa znacznie spokojniej, ale nie mniej skutecznie, współpracując z innymi osobami o wspólnym pochodzeniu – rasowym czy duchowym. W czasie, o którym mowa znajdował się on na czele, próbując dostać w swoje ręce Amerykę, której nie odkrył, ani nie karczował.

Poniższy dokument ujawnia mentalność władców pieniądza. Pokazuje również jak bardzo mylą się ci, którzy śpią, gdy wilki krążą lub hipnotyzują nas wspaniałymi mistrzami „zdrowego pieniądza”. Czy więc w tym czasie coś mogło oświecić ludzi? Dlaczego Lincoln walczył samotnie, nierozumiany, słabo wspierany przez swój Kongres?

W liście z nagłówkiem: Bracia Rothschild, Bankierzy, Londyn, Anglia, z datą 25 czerwca 1863 r., adresowanym do panów Ikelheimera, Mortona i Vandergoulda, 3 Wall Street, New york, U.S.A., czytamy:

„Drodzy Panowie:

Pan John Sherman napisał do nas z miasta w stanie Ohio w sprawie profitów, jakie można osiągnąć w dziedzinie narodowej bankowości w związku z ostatnią ustawą waszego Kongresu. Załączył do swojego listu kopię tej Ustawy. Najwyraźniej Ustawa ta została zredagowana na podstawie planu sformułowanego przez Brytyjskie Stowarzyszenie Bankierów i przez to stowarzyszenie rekomendowanego naszym amerykańskim przyjaciołom, planu, który, jeżeli zostanie wprowadzony w życie jako prawo, okaże się wysoce korzystny dla środowiska bankowego na całym świecie.

Pan Sherman oświadcza, że kapitaliści nigdy nie posiadali takiej okazji do gromadzenia pieniędzy, jaką przynosi ta ustawa. Daje ona Narodowemu Bankowi prawie całkowitą kontrolę narodowych finansów. Niewiele osób, które rozumieją system, pisze on, będzie albo tak zainteresowanych zyskami osiąganymi dzięki niemu, albo tak zależnych od korzyści, jakie on przynosi, że ze strony tej klasy nie będzie żadnej opozycji, kiedy z drugiej strony, ogromna większość ludzi, niezdolna umysłowo pojąć olbrzymich korzyści, jakie kapitał czerpie z tego systemu, będzie dźwigała swój ciężar bez narzekania i być może nawet nie podejrzewając, że system jest szkodliwy w stosunku do ich interesów.

Prosimy o przekazanie waszych uwag na powyższe informacje. Decydujemy się także otworzyć Narodowy Bank w Nowym Jorku. Jeśli znacie Pana Shermana (mówimy, że to on był sponsorem prawa), będziemy zadowoleni z informacji na jego temat. Jeśli będziemy korzystać z informacji, które nam przekazał, uczynimy oczywiście należną rekompensatę.

Czekamy na odpowiedź, Wasi pełni szacunku słudzy BRACIA ROTHSCHILDOWIE”

Prosimy naszych Czytelników, aby uważnie zastanowili się nad tym dokumentem. Można tu zauważyć co najmniej to, że amerykańska ustawa bankowa z 1862 r. była projektem rozwiniętym po tym, co zostało opracowane w Londynie, że ustawa ta została przygotowana dla korzyści braterstwa bankierów na całym świecie (plaga Amerykanów!); że Amerykanin – osoba publiczna – kongresman, kandydat reprezentujący najwyższą liczbę obywateli, współdziałał z Rothschildami z Londynu dla korzyści bankierów; że nawet osoba publiczna (Sherman) podzieliła Amerykanów na trzy klasy, wszystkie łatwe do utrzymania na kolanach: zainteresowanych, dążących do korzyści finansowych i nieświadomy tłum. Ten ostatni przyjmuje wszystko „bez narzekania”, nie podejrzewając nawet, że stanowi ofiarę. Oczywiście indywiduum takie jak Sherman jest człowiekiem rosnącym w siłę i wynagradzanym.«

Ta ustawa bankowa z 1862 roku powodowała, że prywatny bank kontrolował finanse narodowe. To potężna siła. A w jaki sposób okradano Amerykanów? Louis Even tak pisze:

»Złoto i srebro były przez długi czas metalami wykorzystywanymi jednocześnie do wytwarzania monet. W 1818 r. Anglia zdemonetyzowała srebro. Potem, kiedy posiadła kontrolę złota, ale inne kraje eksploatowały srebro, finansjera włożyła wszelki wysiłek, żeby zdemonetyzować srebro wszędzie i ustanowić wyłączne panowanie złota. W 1873 r. zaatakowana została waluta amerykańska. Mówiono nam często, że złoto jest, zgodnie z tradycją, jedyną realną walutą. Od 1789 do 1873 r. oba metale miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 r. Dla tradycji!

Ernest Seyd, jako agent międzynarodowej finansjery, pomagał przy ustanowieniu prawa o demonetyzacji srebra w Stanach Zjednoczonych i większym podporządkowaniu Ameryki władzy finansowego Rzymu świata (londyńskiej City). Seyd był doradcą Banku Anglii, jak sam mówił. Oto jak opisuje to, co robił w 1873 r.: Pojechałem do Ameryki (mówi to w Londynie) w zimie 1872-1873 r. próbując przeprowadzić prawo demonetyzacji pieniędzy, ponieważ było to w interesie tych, których reprezentowałem: gubernatorów i dyrektorów Banku Anglii. Miałem ze sobą 100 tysięcy funtów (500 tysięcy dolarów) wraz z instrukcją, że jeśli to nie wystarczy, mogę wypisać następne 100 tysięcy albo nawet więcej. Niemieccy bankierzy byli także zainteresowani moim sukcesem. Spotkałem się z komisjami Kongresu i Senatu. Zapłaciłem pieniądze i zostałem w Ameryce tak długo, jak to było konieczne. Zabrałem ze sobą wystarczającą ilość pieniędzy.

Ustawa została podpisana na początku 1873 r. przez prezydenta Granta, który wyznał osiem miesięcy później, że nie rozumiał podpisywanego przez siebie tekstu. Kilku członków Kongresu pozostawiło pisemne oświadczenia, przyznając się do takiej samej niewiedzy. Seyd wiedział dobrze i rok później powiedział do senatora Luckenbacha: „Wasze społeczeństwo nie rozumie teraz ogromnego zakresu tego kroku, ale poczuje go ono za kilka lat”.

Raport Kongresu z kwietnia 1873 r. mówi o Seydzie jako o dobroczyńcy: Ernest Seyd z Londynu, wybitny pisarz i ekspert w dziedzinie pieniędzy, przebywający teraz wśród nas, poświecił dużo uwagi tematowi bicia monet. Po zbadaniu pierwszej redakcji ustawy, poczynił szereg inteligentnych sugestii, które komisja włączyła w tekst nowego prawa.

W czasopiśmie bankierów (Revue de Banquiers), naturalnie lepiej poinformowanym, pisano w wydaniu z sierpnia 1873r.: W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii. Pozyskaliśmy 500 tysięcy dolarów w funduszach i Ernest Seyd z Londynu został wysłany z nimi do Stanów Zjednoczonych jako agent zagranicznych kapitalistów i posiadaczy obligacji, aby uzyskać ten sam efekt, co zostało osiągnięte.

Skutki dało się wkrótce odczuć. Był to kryzys czy panika roku 1873, o czym pisał senator Ferry z Michigan: Miliony ludzi żyjących dotąd w dobrych warunkach, zostało zredukowanych do ubóstwa albo obciążonych długami. Będą musieli oni dźwigać ten ciężar do śmierci albo odziedziczy go niewinne potomstwo, które weźmie go na swoje plecy. Nie zapomnieliśmy powiedzieć ofiarom kryzysu, że była to kara za ich grzechy czy wybryki. Ernst Seyd mógłby ich poinformować lepiej.

Nie jest konieczne, żeby ludzie mieli pieniądze, ale żeby stale musieli zależeć od bankierów. Przez cięcia pieniędzy na życie poprzez ograniczenie pieniądza i kredytu, banki powodują depresje, osłabiają wartość i zagarniają bogactwo. Powiedziano nam, że jest to panika, ogólna utrata zaufania, ale co powoduję tę panikę, co niszczy zaufanie? Okólnik wysłany 12 marca 1893 r. przez American Bankers Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Bankierów) do wszystkich krajowych banków Stanów Zjednoczonych nosił nazwę „Okólnika na temat paniki”. Oto tekst okólnika z dnia 11 marca 1893 r., wysłanego następnego dnia:

„Drogi Panie,

Interesy banków Narodowych wymagają przeprowadzenia natychmiastowego ustawodawstwa finansowego przez Kongres. Srebrne certyfikaty i papiery skarbowe muszą zostać wycofane, a jedynymi pieniędzmi muszą stać się oparte na złocie banknoty narodowe. Będzie to wymagało wprowadzenia nowych obligacji (zobowiązania) w wysokości 500 milionów do jednego miliarda dolarów jako podstawy cyrkulacji. Zlikwidujecie od razu jedną trzecią waszego obiegu i zażądacie zwrotu połowy waszych pożyczek. Zadbajcie o stworzenie ciasnoty pieniężnej wśród waszych klientów, szczególnie wśród wpływowych biznesmenów. Zalećcie specjalną sesję Kongresu, żeby przywrócić klauzulę nabywczą z ustawy Shermana i działajcie w porozumieniu z innymi bankami w waszym mieście, aby uzyskać od społeczeństwa nadzwyczajną petycję do Kongresu na rzecz jej przywrócenia bez warunków, zgodnie z załączonym formularzem. Użyjcie osobistego wpływu na waszego kongresmena, a szczególnie jasno dajcie wyraz swoim pragnieniom wobec waszych senatorów. Żywot Banków Narodowych, jako stałych i bezpiecznych inwestycji, zależy od natychmiastowego działania, kiedy wzrasta nacisk na rzecz emisji rządowych środków płatniczych i bicia srebrnych monet”.

Dobrze zorganizowane Stowarzyszenie Bankierów zwyciężyło rozgrywkę przeciwko niezorganizowanemu społeczeństwu. Odrębna sesja Kongresu została zwołana specjalnie dla zburzenia rosnącego zaufania społeczeństwa wobec waluty rządowej. Aby zmusić ludzi do uciekania się do banków, konieczny był niedostatek pieniądza. Było to odczuwalne w całej Ameryce i rozpoczął się kryzys, który wywołał panikę 1893 r.

Czy niebo, temperatura lub przypadek powodują kryzysy? Czy niedobór pieniędzy jest spowodowany bez planu? Kto na tym korzysta? Poniższy fragment pochodzi z poufnego dokumentu bankierów sporządzonego dwa lata przed paniką 1893 r.

„Upoważniamy naszych agentów pożyczkowych ze stanów zachodnich do pożyczania naszych pieniędzy na nieruchomości, płatnych w dniu 1 września 1894 roku. Jakikolwiek termin płatności nie może przekroczyć tej daty. 1 września 1894 r. kategorycznie odmówimy wszelkiego odnowienia kredytu. Tego dnia będziemy wymagać zwrotu naszych pieniędzy, w przeciwnym razie nastąpi zajęcie zastawionego majątku. Hipoteczne nieruchomości staną się naszą własnością. Możemy nabyć, po cenie, jaka nam odpowiada, dwie trzecie gospodarstw rolnych na zachód od Missisipi i tysiące innych na wschód od wielkiej rzeki.

Możemy mieć nawet trzy czwarte gospodarstw zachodnich i wszystkie pieniądze w kraju. Rolnicy nie będą już dłużej dzierżawcami, tak jak w Anglii”.

Kontynuowane są okresowe rozlewy krwi i kryzysy. Panika 1907 r. nie ma żadnej innej przyczyny niż koncentracja kredytu, także ta w 1920 r. lub w obecnym kryzysie. W maju 1920 roku odbyło się tajne spotkanie członków Rezerwy Federalnej, komisji doradczej Rezerwy Federalnej i 36 dyrektorów banków klasy A Rezerwy Federalnej. Wiemy, że jest to amerykański system 12 banków centralnych, system ustanowiony według planu opracowanego w Londynie, przez interwencję międzynarodowego finansisty Paula Warburga. Po jednodniowej dyskusji zdecydowano o regresie pieniądza i kredytu narodu. To zostało przeprowadzone, a od następnego lipca wszystkie ceny spadły. Cena produktów rolnych zmniejszyła się więcej niż o połowę. Powstał kryzys lat 1920-22.

Emisja kredytu przez banki w postaci długu i spłata tych pożyczek na warunkach ustanowionych przez bankierów wprowadziły świat w gestię bankierów, którzy działają na poziomie międzynarodowym. Kryzysy są uniwersalne. Wszyscy są dotknięci.

W 1929 roku nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie w USA. To krwawienie mogło bardzo osłabić organizm gospodarczy. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu.

Jeśli bankier jest twórcą kredytu, który jest używany jako pieniądze, jest on również destruktorem, a przejście tego kredytu w organizmie gospodarczym pozostawia w nim kancerogenny dług.«

Trzy razy podchodzili Żydzi do utworzenia banku centralnego w Ameryce. Pierwszy taki bank działał w latach 1781-1811. W 1811 roku wygasł jego mandat i nie został odnowiony przez Kongres. Drugi działał w latach 1816-1836. Jego statusu nie przedłużono, co stało się po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli i co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. Trzecia próba okazała się najbardziej skuteczna. W 1913 roku powstał System Rezerwy Federalnej. Tym razem już na trwałe.

Ktoś może więc powiedzieć, że to wydarzenie jest najważniejsze, a nie wojna secesyjna. Jednak w tamtym czasie, w 1862 roku, uchwalona została amerykańska ustawa bankowa, która dawała prawo drukowania dolara bankom prywatnym. Próba drukowania dolara przez rząd, podjęta przez Lincolna (1862-63), zakończyła się jego zabójstwem. Gdyby mu się to udało, Ameryka obroniłaby swoją niezależność finansową. Natomiast powstanie FED-u skutkowało czym innym. Cytowany wcześniej Willem Middelkoop pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.”

Middelkoop nie pisze tego, po co ten bank centralny. Jednak z powyższego fragmentu można wywnioskować, że po to, by bankierzy, w razie paniki, nie ryzykowali własnym majątkiem. I tak to dzisiaj działa. Konsekwencje ponosi rząd, czyli podatnicy. Bank centralny, to po prostu wyższa, czytaj: jeszcze bardziej złodziejska, forma bankowości. Dalej pisze on:

„W tamtym okresie wśród największych państw świata Stany Zjednoczone były jedynym krajem, w którym nie działał bank centralny. W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien się stać prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Aby umożliwić udaną realizację planu Aldricha, trzeba go było intensywnie propagować, by przekonać do tego pomysłu naród i rząd. Jak widzieliśmy, fiaskiem zakończyły się dwie wcześniejsze próby ustanowienia banku centralnego. Może to tłumaczyć, dlaczego pomimo działań podejmowanych przez ludzi z Wall Street kongresmani z amerykańskiej Izby Reprezentantów nie poparli planu Aldricha.

W 1912 roku, w czasie wyborów, w Waszyngtonie zaszła olbrzymia zmiana. Wprawdzie republikanie ponownie przedstawili plan utworzenia banku centralnego, ale to demokraci przedłożyli projekt ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej (Federal Reserve Act), również współpracując z nowojorskimi bankierami skupionymi wokół Morgana. Założenia koncepcji przedstawionej przez demokratów niemal w ogóle się nie różniły od planu Aldricha, ale przyjęto je ze znacznie większym entuzjazmem, mimo że nadal wyrażano pewne krytyczne uwagi. To było sprytne polityczne posunięcie ze strony bankierów z Wall Street. Ustawa o Systemie Rezerwy Federalnej zawierała wiele elementów potrzebnych do tego, aby przezwyciężyć zastrzeżenia Amerykanów co do banku centralnego, który miałby działać w Stanach Zjednoczonych. Zamiast banku centralnego miał powstać System Rezerwy Federalnej, który będzie ukazywany jako grupa banków regionalnych z nadzorującą Radą Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej. Członków rady nie będą powoływali bankierzy, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych.

W grudniu 1913 roku wielu senatorów zakładało, że decydujące głosowanie w sprawie ustawy o Systemie Rezerwy federalnej zostanie przeprowadzone dopiero w kolejnym roku. Pojechali więc do domów na Boże Narodzenie. Ale krótko przed świąteczną przerwą z projektu ustawy usunięto kilka kontrowersyjnych przepisów, dzięki czemu można było ją przyjąć podczas ostatniego posiedzenia przed przerwą. System Rezerwy Federalnej został ustanowiony.

Bankierzy z Wall Street nie mogliby sobie życzyć piękniejszego prezentu na Boże Narodzenie. Trzeci raz w historii Stanów Zjednoczonych monopolistyczne prawo druku dolarów przeniesiono z władz państwowych na prywatne banki. Niewielu polityków zdawało sobie sprawę z daleko idących konsekwencji tej decyzji. Natychmiast po przyjęciu ustawy wszystkie amerykańskie banki zostały przymusowymi udziałowcami Systemu Rezerwy Federalnej.”

Dalej pisze:

„Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Krążyły więc na rynku amerykańskim dwie waluty: dolary drukowane przez prywatne banki i tzw. geenbacks Lincolna. Tych ostatnich nie było dużo, ale były. To nie mogło podobać się żydowskim finansistom. Amerykańska ustawa bankowa została uchwalona w 1862 roku. Lincoln drukował w latach 1862-63 w trzech transzach. Wydrukował 450 milionów. Po prawnej batalii pomiędzy władzą finansową a rządem w obiegu pozostało 346 milionów. Wnioskuję więc, że te 346 milionów zostało wydrukowanych zanim weszła w życie ustawa bankowa i że ta ustawa nadawała monopol druku finansjerze i pieniądze wydrukowane przez rząd po tej dacie musiały być wycofane z rynku. Tak więc monopol prywatnych banków na druk dolara istniał od 1862 roku. Powstanie FED-u niczego tu nie zmieniło. Zmieniło tylko to, że odpowiedzialność za nietrafione inwestycje bankowe przeniesiono na rząd, czyli na podatników.

Jednak zacytowany powyżej urywek z książki Middelkoopa, opisujący powstanie Systemu Rezerwy Federalnej jest ciekawy, bo opisuje, jak działają Żydzi. Chcą przepchnąć ustawę o banku centralnym i wynajmują do tego republikańskiego senatora. Do przepychania ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej wynajmują demokratów. Obie ustawy są prawie takie same, ale niewielkie różnice powodują spory. Czas płynie, zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wielu senatorów wyjeżdża na święta, sądząc, że wszystko rozstrzygnie się po świętach czy po nowym roku. Aż tu raptem usuwa ktoś (No kto? Zgadnie ktoś?) sporne, nic nie znaczące zapisy i ustawa zostaje przyjęta przed świąteczną przerwą. Jak to czytałem, to od razu przypomniało mi się, jak uchwalono Konstytucję 3 maja. Podobnie, tylko w odwrotnym kierunku. Wykorzystano fakt, że wielu posłów nie zdążyło wrócić ze Świąt Wielkanocnych. I co? Powie mi ktoś teraz, że to nie te same rączki majstrowały w obu przypadkach? Żydzi są – niestety – zdolni, chytrzy, cwani, przebiegli, a my – naiwni, łatwowierni.

Zastanawiam się, czy wybuch powstania styczniowego w 1863 roku miał jakiś związek z wojną secesyjną? Alaska do 1867 roku była rosyjska. Wojna toczyła się na wschodnim wybrzeżu. Czy możliwa byłaby interwencja wojsk rosyjskich w Ameryce, gdyby nie powstanie?

Miecz

Obejrzałem sobie ostatnio wystąpienie Wojciecha Olszańskiego na kanale „cepolska”, poświęcone paleniu świec hanukowych w Pałacu Prezydenckim. Było ono bardzo emocjonalne, co wyrażało się w mowie ciała, jak i w treści wypowiadanych słów. Olszański powoływał się m.in. na husarię, czyli niby nasze tradycje historyczne i, jak zajdzie potrzeba, to wszystkich ich zmieciem z powierzchni – tak można było odczytać sens jego wypowiedzi, z którym, jak sądzę po komentarzach, zgadza się wielu Polaków. Problem jednak polega na tym, że żeby kogoś zmieść z powierzchni, to ten ktoś musi stawić nam czoła w polu. Ale ten ktoś nie stawi nam czoła w walce. Ten ktoś działa w sposób daleko bardziej wyrafinowany. Do podporządkowywania sobie innych stosuje bardziej wyszukane narzędzia. Jeśli więc chce się go pokonać albo przynajmniej podjąć walkę, to należy użyć tych samych środków, zgodnie ze starą maksymą: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.” Nie można walczyć mieczem z przeciwnikiem, który jest niewidoczny i posługuje się inną bronią. Jego broń to pieniądz i kredyt. Jedynym więc remedium jest stworzenie własnego pieniądza i kredytu bezprocentowego. To nie jest żadna odkrywcza myśl. Ludzie już od dawna wiedzą o tej broni. Problemem jest to, że od pomysłu do przemysłu droga daleka, a przeciwnik doskonale wie, że taki pomysł nie jest obcy jego adwersarzom. Wszelkie tego typu inicjatywy zwalcza w zarodku, wykorzystując przy tym ludzką słabość i pragnienie bycia bogatym.

Z inicjatywą kredytu społecznego wyszedł Narodowy Instytut Studiów Strategicznych (NISS) i nawet ma już własną walutę – Huzar Polski. Tylko kto ją będzie honorował, skoro wszyscy zadłużeni są w złotówkach lub we frankach. Banki należą do Żydów, podobnie jak wielkie sieci handlowe. Można więc powiedzieć, że nie tylko kreacja pieniądza jest pod kontrolą Żydów, ale również jego obieg. Rządy są zadłużone. Czy one coś mogą? Jak więc twórcy pomysłu chcą go wprowadzić w obieg? Jednak już nazwa „Narodowy” budzi pewne podejrzenia. Ciekawe skąd oni mają pieniądze? Sama nazwa „Huzar” odwołuje się do debilnych tradycji husarii, która może i zmiatała z pola walki przeciwnika, ale nic z tego, w sensie politycznym, nie wynikało. Czemu nie odwołują się do tego wygranego polskiego powstania – powstania wielkopolskiego? Jak ktoś promuje tradycje I RP, w której 90% ludzi było niewolnikami, to, jak dla mnie, jest żydowskim agentem. I tym jest dla mnie NISS. Inna sprawa, że huzar to, jak podaje słownik języka polskiego, żołnierz lekkiej jazdy ubrany i uzbrojony na sposób węgierski, a husarz, to rycerz służący w husarii. I jeszcze to, że słowa te są pochodzenia węgierskiego, a sama husaria była na początku wojskiem zaciężnym i cudzoziemskim. „Dobra” tradycja. Tylko dla kogo?

Żeby walczyć z takim przeciwnikiem, to trzeba też wiedzieć, jak bardzo jest on bezwzględny, przebiegły, jak bardzo wyrafinowany, jak bardzo konsekwentny w działaniu, jak bardzo bez skrupułów w dochodzeniu do celów, które sobie wyznaczył. To jest przeciwnik z obcej cywilizacji, którego system wartości jest zupełnie inny niż nasz. Nie pokonamy go, jeśli nie zastosujemy wobec niego jego metod działania, które są obce naszej cywilizacji. I na tym polega problem. My jesteśmy jak ciepłe kluchy. Oni są twardzi, niewzruszeni i bezlitośni. Jeśli chcemy podjąć z nimi walkę, musimy być tak samo bezwzględni i bezlitośni, jak oni. Walka już się zaczęła. Jeśli oni wygrają, to nie będzie problemu. Jeśli przegrają, to wtedy będzie właściwy moment do wprowadzenia własnego pieniądza i kredytu społecznego, czyli bezprocentowego.

W blogu „13 grudnia” napisałem, że wszystko zostało zaplanowane przez Żydów: „Pożyczka na modernizację Polski, trudności w spłacie rat kredytu i odsetek, kryzys, strajki, stan wojenny. W jego wyniku nastąpiło dalsze dobijanie gospodarki PRL-u i Okrągły Stół. Żydzi z banków zachodnich porozumieli się z Żydami, którzy kontrolowali finanse PRL-u. Ktoś może powiedzieć, że to chora wyobraźnia chorego człowieka, który ma obsesję na punkcie Żydów. Problem jednak polega na tym, że na długo przede mną byli ludzie, którzy dostrzegli to zagrożenie i opisali je. I ja, chcąc obronić swoją koncepcję, muszę przytoczyć ich opisanie rzeczywistości, w której żyli i mieli dostęp do źródeł, które są dla nas nieosiągalne. I znowu muszę odwołać się do Louisa Evena, którego cytowałem w blogu „Kryzys”. Źródło jest to samo: Dwumiesięcznik Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015. Autor wykorzystuje informacje zawarte w książce Gertrudy Coogan „Twórcy pieniądza”, wydanej w USA w 1935 roku.

»Obecny system bankowy jest czystym bandytyzmem. Każdy, kto zadał sobie trud przestudiowania tej kwestii – tworzenia zadłużonego pieniądza kredytowego i absolutnej kontroli środków wymiany przez banki – nie może mieć wątpliwości. Ale jest to zalegalizowany bandytyzm.

Trzeba powiedzieć, że prowadząc ten proceder dla korzyści małej kliki prywatnych osób na barkach społeczeństwa, banki pozostają w granicach swojej koncesji. Jest to „trik” ustanowiony przez „niezależny” rząd i tworzy on machinę, która wykrwawia i zabija ludzkość. We wczesnych wiekach naszej ery znajdujemy pasożyty o mentalności pochodzenia żydowskiego, posiadające kantory, gdzie można było pożyczać pieniądze i położyć rękę na każdy monetarny obieg w krajach, gdzie się osiedlili. Nie osiadali jednak wszędzie. Bezskutecznie można szukać bankierów w krajach, gdzie niczego nie dało się zabrać. Nie było ich także w pierwszej grupie osadników, którzy znaleźli się w północnych lasach Quebeku. Pożyczkodawcy pieniądza udawali się z Palestyny do Włoch, gdzie kwitło imperium rzymskie. Otrzymywali wszelkie wyrazy szacunku i owoce pracy producentów z pól Lombardii. Anglia wydobyła się później z barbarzyństwa, a jej żeglarze przywozili z wypraw całe bogactwo świata. Nasi pożyczkodawcy pieniądza mieli dobry węch i skolonizowali na swój sposób jedną z ulic Londynu, która stała się znana w dziedzinie międzynarodowych finansów pod nazwą ulicy Lombard.

Posiadacze złota – synowie według ciała lub według ducha tych, którzy przyprowadzili ze sobą statki złota i srebra Egipcjan i tańczyli na pustyni wokół złotego cielca, kiedy Bóg dyktował Dekalog na górze – szybko nauczyli się komercjalizować łatwowierność nieświadomego społeczeństwa i pożyczali mu to, czego nie posiadali. Złoto pozostawało w sejfach. Pokwitowania tych, którzy powierzyli swoje złoto bankierom i zobowiązania zapłaty w złocie wystawione przez bankierów, krążyły tak jak samo złoto i przynosiły te same dochody.

Legalizacja bandytyzmu

W 1694 r. pasożyty, jako osoby prywatne otrzymały legalne prawo emisji i pożyczania pieniędzy na procent suwerennym rządom. W tym roku król Anglii William III potrzebował pieniędzy na prowadzenie wojny. Od czasu rewolucji w 1688 r. istniało w Londynie towarzystwo skupiające bogatych ludzi pod nazwą „Towarzystwa Banku Anglii”. Jego przewodniczącym był William Paterson.

Król, który nie potrafi skutecznie opodatkować swoich poddanych i nie odważa się wprowadzić rządowych pieniędzy papierowych, po tym jak opozycja, poprzez tajne siły finansowe, przedstawiła tę kwestię jego poprzednikowi Karolowi II, a teraz jemu, kierując jego uwagę na towarzystwo Banku Anglii.

William Paterson oferuje królowi udzielenie pożyczki w wysokości 1,2 mln funtów w złocie i srebrze na 8% pod warunkiem, że król pozwoli Towarzystwu Banku Anglii zrobić dokładnie to, czego władcy pieniądza w owym czasie zabraniali królowi: drukować pieniądze papierowe, które byłyby legalnym środkiem płatniczym i to w wysokości równej sumie pożyczonych królowi pieniędzy.

Bank zgromadziłby zatem 1,2 miliona funtów w złocie i srebrze dla króla, w zamian za co otrzymałby prawo wydrukowania 1,2 miliona funtów w banknotach papierowych, które król mocą swojej władzy, nakazałby uznać Anglikom w ten sam sposób jak złoto. Bank pożyczyłby królowi pieniądze metalowe na procent, a wydrukowane przez siebie 1,2 miliona funtów w banknotach posiadałby na udzielanie z zyskiem pożyczek dla handlu i przemysłu.

William Paterson świetnie rozumiał znaczenie otrzymanego przywileju i napisał: „Bank może wprowadzić w obieg tę nową emisję waluty posiadając tylko jedną szóstą czy jedną czwartą część tej sumy w rezerwie (200 lub 300 tysięcy funtów). To tak jakby pożyczał on krajowi dziewięćset tysięcy czy milion funtów nowych pieniędzy”. W praktyce nie potrzebował on nawet utrzymywać 25-procentowej rezerwy. Od 1696 r. bank wprowadził do obiegu 1.750.000 funtów, posiadając rezerwę w wysokości tylko 36.000 funtów w gotówce, co stanowiło niewiele ponad 2% rezerwy.

Dom Rothschildów

Tak więc prywatny bank stał się potężniejszy niż sam król. Począwszy od tego pierwszego zawładnięcia wspólnego dobra przez stowarzyszenie wyzyskiwaczy widzimy, że nowa monetarna machina funkcjonuje przede wszystkim finansując wojny. To w tym czasie zostaje położony fundament pod nieustające wielkie dochody. Machina ta nie straciła niczego w okresie swojej adaptacji w 1914 r. i żadnemu rządowi nie brakowało pieniędzy do prowadzenia swoich obywateli na wielką rzeź. Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.

Fortuna zbudowana dzięki masakrom ludzkości

Międzynarodowy Dom Rothschildów jest świetnym przykładem fortuny zbudowanej dzięki masakrom ludzkości. Mówiąc o założeniu Banku Anglii, zauważyliśmy, że międzynarodowa finansjera wie, jak wyciągać zyski z wojen, żeby zaokrąglić swoją fortunę i umocnić swoją władzę.

Historia Rothschildów pokazuje, że przynajmniej więcej niż raz finansiści ci nie stracili okazji, jakie przynosiły im konflikty międzynarodowe.

Chociaż ich przodek Meyer Amschel Rothschild żył w Niemczech, Dom Rothschildów nie był ani niemiecki, ani angielski czy francuski, tylko międzynarodowy – żydowski. Ich obecni potomkowie opuszczają Austrię, Francję i nie żałują tego, dopóki mogą zabrać ze sobą swoje złoto. Poza tym synowie Amschela założyli swoje siedziby w pięciu różnych krajach Europy.

Amschel osiedlił się we Frankfurcie nad Menem, mimo że to miasto było wrogie Żydom. Frankfurt był wtedy po Hanowerze największym centrum biznesowym w Niemczech.

Meyer Amschel Rothschild służył jako bankier landgrafowi Hesji. Landgraf był najbogatszym księciem w całej Europie. Wzbogacił się różnymi sposobami, między innymi na tym, co dziś moglibyśmy nazwać handlem mięsem armatnim.

Mieszkańcy Hesji byli silnymi ludźmi i wielu z nich zarabiało na życie w zawodzie żołnierskim. Nie z powodu patriotyzmu, ale dla pieniędzy. Ich książę, landgraf, zatrudniał ich i sprzedawał ich usługi innym książętom lub królom, którzy tego potrzebowali. Oczywiście landgraf czerpał zyski z tych transakcji i powierzał te zyski Rothschildowi, który je inwestował, pomnażając dochody landgrafa, a sobie samemu zostawiając mały profit.

Na przykład, gdy amerykańskie kolonie powstały przeciwko Anglii, jej król, Jerzy III, poprosił landgrafa o pułk wojska heskiego, żeby nie wysyłać Anglików do walki z Anglikami. Landgraf dostarczył mu 16.800 ludzi, co kosztowało Jerzego III sumę odpowiadającą dzisiejszym (1940r.) 20 milionom dolarów.

Landgraf powierzył te 20 milionów Rothschildowi, który szybko wyczuwał interes. Ponieważ w Ameryce trwała wojna, a kraje toczące wojny poszukują zawsze funduszy, za które płacą wysoką cenę, będąc w potrzebie. Rothschild nie znalazł niczego bardziej pociągającego, niż użycie tych pieniędzy w Ameryce.

Żyd z Frankfurtu pożyczył więc pieniądze swemu rodakowi w Ameryce, Żydowi Haymowi Salomonowi. Salomon płacił odsetki Rothschildowi. Ale sam Salomon bez żadnego problemu pożyczył pieniądze na wyższy procent Morrisowi, bankierowi George’a Washingtona, na prowadzenie wojny o niepodległość.

Stąd mieszkańcy Hesji walczyli po stronie Jerzego III przeciwko Amerykanom, a Amerykanie byli opłacani pieniędzmi, za które Jerzy III kupił wojsko heskie.

Amerykanie, Anglicy i Hesowie zabijali się nawzajem na polach bitew, podczas gdy dwóch bankierów żydowskich, Salomon po tej stronie oceanu i Rothschild po drugiej, gromadziło zyski i władzę, jaką dają pieniądze.

Rothschild miał pięciu synów i uczył ich tego dochodowego zajęcia. „Pięciu Panów z Frankfurtu”, oddzielonych ciałem, ale nie umysłem i interesami. Najzdolniejszy z nich, Natan, wybrał Londyn, który miał się stać finansowym centrum świata. Założył tu bank i dom maklerski N.M. Rothschild i Synowie. Jakub osiedlił się w Paryżu, Salomon w Wiedniu, Karol w Neapolu, podczas gdy najstarszy Amschel, jak jego ojciec, pozostał we Frankfurcie. Działo się to w okresie Rewolucji Francuskiej. Ojciec zmarł w 1813 roku.

W tym czasie Europa stała się ofiarą wojen napoleońskich. Dwóch Rothschildów, Natan i Jakub, jeden w Anglii, drugi we Francji, wiedziało jak wykorzystać wszystkie szanse. Anglia pożyczała od Natana Rothschilda, żeby walczyć z Napoleonem. Napoleon pożyczał od Jakuba Rothschilda i jego sługusów, żeby walczyć z Anglią. Pożyczki dla rządu i kontrabanda na szeroką skalę za cichym przyzwoleniem dwóch wrogich rządów wzbogacały Rothschildów, kiedy ginęli żołnierze, kiedy płakały matki i żony, kiedy nienawiść stawała się coraz ostrzejsza i kiedy wszystko było pełne patriotycznych przemówień.

Żałoba, która objęła Europę, niezbyt zubożyła tych ekspertów pieniądza. Natan, sam prawdziwy geniusz finansowy, osiągnął na giełdzie londyńskiej sześć milionów dolarów zysku jednego dnia – dwa dni po bitwie pod Waterloo. Kiedy Orzeł [Napoleon Bonaparte] miał umrzeć na Wyspie Świętej Heleny, Rothschildowie gromadzili swoją fortunę.

Ten sam Natan interweniował później w Hiszpanii w 1835 r., gdzie, żeby zemścić się na rządzie, który nie chciał ustąpić wobec jego żądań pomimo łapówek, jakie płacił hiszpańskiemu ministrowi finansów, przeznaczył, w porozumieniu ze swoim bratem z Paryża, dziewięć milinów dolarów, by zniszczyć hiszpańską giełdę i akcje. Skończyło się to światową depresją, która zrujnowała tysiące akcjonariuszy, gdy Rothschildowie w tym czasie wzbogacili się na tych ruinach.

W tej samej sprawie, inny brat, Salomon z Wiednia, ośmielił się napisać do swego zaufanego: „Powiedz księciu Metternichowi, że Dom Rothschildów działa tam z zemsty”.

Tenże Salomon pomagał Metternichowi finansować Święte Przymierze (Austria, Rosja i Prusy) bez uciekania się do Anglii. W zamian bracia Rothschildowie zostali obsypani zaszczytami i otrzymali tytuły baronów, przyznane przez Sąd Cesarski w Wiedniu.

Oszustwo na plecach Francuzów

Pomimo najwyższej powściągliwości i tajemnicy, jakimi dzisiejsi międzynarodowi bankierzy się zasłaniają, by ukrywać swoje machinacje, technika pozostaje ta sama.

Kiedy Austria została podzielona po I wojnie światowej, tamtejszy Dom Rothschildów znalazł się w żałosnym stanie finansowym. Nie na długo jednak. Gdy osiem lat później premier Poincaré przygotował w Paryżu w porozumieniu z Bankiem Francji prawo stabilizujące franka, Rothschild z Paryża, dyrektor Banku Francji (bank prywatny), wiedział jak szybko poinformować o tym swego kuzyna w Wiedniu. Ten spieszył się, żeby kupić franki, które wtedy traciły wartość, by sprzedać je, gdy ich wartość wzrosła po uchwaleniu ustaw przez francuski parlament.

W niecały tydzień bez przelewania krwi i potu, Żyd z Wiednia odbudował z powrotem swoją fortunę… na grzbiecie francuskich inwestorów.

Międzynarodowe finanse nie mają swej ojczyzny. Są wszędzie, wyciągają zawsze swe macki we wszystkich krajach, tam, gdzie tylko jest coś splądrowania i ograbienia, pozostawiając po sobie niezliczone ruiny i nie uważają się odpowiedzialne za cokolwiek. „Tam, gdzie jest pieniądz, jemu jest podporządkowane państwo”, trafnie ujął to Papież Pius XII.

Z powodu zachłanności finansistów z Londynu amerykańskie kolonie zorganizowały powstanie przeciw Anglii. Żądały one prawa do emitowania swych własnych pieniędzy stosownie do swych potrzeb i odmówiły płacenia haraczu za swe własne środki wymiany. Odebranie im prawa emisji swojej własnej waluty przez finansjerę z Londynu uzależniło całkowicie kolonie od metropolii wyzyskiwaczy.«

Nie ma sensu dyskutować o wojnach, zamachach, przewrotach, polityce, gospodarce, jeśli nie uwzględni się w tym wszystkim czynnika żydowskiego i jego destrukcyjnego wpływu na dzieje świata. Powyższy cytat nie pozostawia złudzeń. Jeśli Żydzi poczynali sobie tak swobodnie w Europie i w Ameryce, to dlaczego nie mogliby tego zrobić w Polsce? W Polsce, która jest dla nich – Polin. Tłumaczenia Żydów typu Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Miszalski, że to służby specjalne, jakaś razwiedka, czy cokolwiek innego, nie ma sensu. Owszem, to mogły być te służby, bez względu na to, jak je nazwiemy, ale one wszystkie były i są zależne od Żydów. Ja nie muszę niczego udowadniać, podpierać się źródłowymi dokumentami. Wystarczy logiczne myślenie.

Jedno zdanie w tym tekście jest bardzo aktualne: “Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.” To dzisiaj odnosiło się do lat 30-tych, ale ono i obecnie jest bardzo aktualne. Jeszcze nie tak dawno, przed “pandemią”, słyszeliśmy, że na wiele rzeczy nie było pieniędzy. Czy słychać teraz narzekania premiera i rządu, że nie ma pieniędzy na szczepionki, na szpitale, na wynagrodzenia dla “walczących” z wirusem? Nie słychać. Co to oznacza? Oznacza to, że znowu mamy wojnę. Tym razem jest to zupełnie inna wojna, wojna, w której rządy wszystkich lub prawie wszystkich państw na świecie walczą ze swoimi obywatelami. A jak walczą, to znaczy, że chcą ich zniszczyć. Kto by się spodziewał, że takich czasów dożyjemy.

Kredyt

W poprzednim blogu, z okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego, pisałem o tym, jak pożyczka wpłynęła na dalszy rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce. Czasem mam takie wrażenie, że wszelkie analizy zaczynają się w miejscu, w którym powinny się skończyć. Żeby to wyjaśnić, posłużę się cytatem. Marian Miszalski w książce Najnowsza spiskowa historia Polski pisze:

»Na czym zatem opierał Gierek i kierownictwo partyjno-rządowe swą strategię modernizacji polski w 1970 roku? (W 1971 roku – przyp. mój). Dlaczego uważali (jeśli przypisywać im nawet dobre intencje), że pożyczone pieniądze zainwestowane w gospodarkę socjalistyczną przyniosą zysk, z którego spłacą pożyczki i odsetki, a ta zmodernizowana, lecz zasadniczo nie zmieniona gospodarka socjalistyczna sama „pociągnie” dalej?

Jedyna rozsądna odpowiedź, jaka nasuwa się przy założeniu ich dobrych intencji, brzmi: przyjęli to założenie z ciasnoty horyzontów intelektualnych. Mniej uprzejma odpowiedź: z cynizmu i koniunkturalizmu, wyrażającego się w chęci dojutrkowego trwania i bogacenia się „przy żłobie”, bez oglądania się na przyszłość i na koszty tej chybionej „modernizacji”. Trzecia wreszcie odpowiedź mogłaby brzmieć: była to koncepcja nie tyle „ekipy Gierka”, co kierownictwa sowieckiego, które potraktowało Polskę jako teren pewnego eksperymentu polityczno-gospodarczego, niewiele kosztującego Sowiety, a mogącego pomóc im w dostępie do zachodnich technologii. Jeśli tak, to początkowo, w Moskwie, właśnie sowiecka razwiedka najbardziej popierać musiała ów eksperyment (ciepło, ciepło: to gen. Wojciech Jaruzelski, Stanisław Kania i wicepremier Piotr Jaroszewicz uczestniczyli aktywnie w antygomułkowskim spisku…).

Najprawdopodobniej wszystkie te trzy odpowiedzi cząstkowe składają się dopiero na odpowiedź pełną.«

Miszalski nie ma racji, gdy pisze, że zmodernizowana gospodarka socjalistyczna nie byłaby w stanie spłacić pożyczki i odsetek. Chiny są gospodarką socjalistyczną, a może nawet komunistyczną, a radzą sobie doskonale. Problem polegał na tym, że gospodarki krajów socjalistycznych były odcięte od świata. Ich waluty nie były wymienialne. To jest problem, którego doświadczyli frankowicze. Fundamentalna zasada finansów jest taka: “Bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz”. W przeciwnym wypadku kończy to się bankructwem lub całkowitym uzależnieniem od wierzyciela. Nie ma też racji, gdy twierdzi, że te kredyty służyły do zakupu nowych technologii, które wykorzystał Związek Radziecki. Raz, że najnowszych technologii Zachód nie sprzedawał, a dwa, że tenże Związek Radziecki te najnowsze technologie dostawał od Zachodu bezpośrednio i to od czasów rewolucji październikowej.

Tak więc analiza Miszalskiego zaczyna się w miejscu, w którym powinna się zakończyć, bo najważniejsze jest to, jak doszło do udzielenia tego kredytu. Czy przedstawiciele rządu i partii pojechali na zachód i weszli do jakiegoś dużego banku i poprosili o kredyt, a bankier zapytał, jakie mają zabezpieczenie. Zapewne tak to się nie odbyło. W takim razie jak? Podstawowe pytanie brzmi: do kogo należą banki? Banki należą do Żydów. Bank PRL-u był oficjalnie państwowy, ale kontrolowany również przez Żydów. Dla żydowskiego kierownictwa politycznego banki są narzędziem do wywierania wpływów i do podporządkowywania sobie państw i narodów. Od kogo więc wyszedł pomysł, by zmodernizować Polskę przy pomocy zachodnich kredytów? Ci, którzy ich udzielili, doskonale wiedzieli, że Polska ich nie spłaci i o to właśnie im chodziło. Zapewne więc żydowscy przywódcy polityczni i ideowi opracowali koncepcję modernizacji Polski, która miała doprowadzić do wielkiego kryzysu. Bankierzy i politycy wykonali rozkaz. A te wszelkie rozważania o razwiedkach, frakcjach, o dorywaniu się do żłoba itp., to wszystko prawda, tyle że służy to tylko i wyłącznie rozmyciu problemu, odwróceniu uwagi od prawdziwych sprawców tego nieszczęścia i ukryciu prawdziwego mechanizmu podporządkowywania sobie narodów i państw. Gdyby więc żydowscy przywódcy polityczni mieli inną koncepcję, to żydowskie banki kredytu nie udzieliłyby, a już na pewno takiego, który byłby możliwy do spłacenia. I ani razwiedka, ani Sowiety, jak pisze Miszalski, niczego nie wskóraliby. Mogliby sobie co najwyżej poruszać palcem w bucie. Miszalski pochodzi z tej samej nacji, co Michalkiewicz – to kumple. Ich zadaniem jest robienie gojom wody z mózgu, choć trzeba przyznać, że robią to na wysokim poziomie.

Kwestie finansowe są raczej mało znane przeciętnemu Polakowi i przeważnie nie interesuje się on nimi. Dla większości pieniądze są celem samym w sobie, a dla Żydów są jedynie środkiem do celu, którym jest uzależnienie od siebie innych nacji. Do tego potrzebują bardzo dużo pieniędzy. Nie jest to jednak dla nich problem, bo to oni sami sobie je fabrykują, choć teraz bardziej adekwatnie jest powiedzieć – kreują.

Żeby to wszystko zrozumieć trzeba zacząć od początku. Willem Middelkoop w książce Wielki reset pisze:

»Bankowość opartą na systemie rezerw cząstkowych zapoczątkowano pod koniec średniowiecza, kiedy włoscy bankierzy – często złotnicy – zaczęli wystawiać „papiery dłużne” (weksle) klientom, którzy trzymali u nich swoje złote monety. Tymi papierami wartościowymi coraz częściej posługiwano się jak pieniędzmi, gdyż miały oparcie w złocie. Gdy bankierzy zauważyli, że złotych monet prawie nigdy nie zabierano z ich skarbców, zaczęli wystawiać weksle na sumy przewyższające wartość przechowywanego u nich złota. Te weksle uważa się za pierwsze kwity bankowe, czyli banknoty.«

To tak w dużym skrócie, by ogarnąć istotę problemu. Natomiast Louis Even, kanadyjski propagator kredytu społecznego, w artykule Złotnik, który został bankierem, z października 1936 roku, opisuje ten mechanizm bardziej szczegółowo i przystępnie. Dlatego uznałem, że jest warty przybliżenia. Artykuł ten ukazał się w dwumiesięczniku Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015.

»Przy odrobinie wyobraźni zapewne potraficie się przenieść w myśli do dawnej Europy, już starej, ale jeszcze mało rozwiniętej, kultywującej zwłaszcza sztukę wojny i prześladowań, i rozbudzającej mimo to stopniowo opowieści poszukiwaczy przygód i podróżników. Może to być czas, kiedy Jacques Cartier wspiął się na szczyt Mont Royal, prowadzony przez starego wodza, który chciał, żeby podziwiał on wspaniałą panoramę lasów i rzek, wobec której nawet dusza czerwonoskórego nie może pozostać obojętna. Albo było to raczej zanim Krzysztof Kolumb wypłynął na rozległy, nieznany przestwór, aby dotrzeć na wschód, żeglując na zachód.

Wówczas pieniądz nie odgrywał jeszcze tak wielkiej roli w transakcjach handlowych. Większość z nich poległa na prostej wymianie towaru za towar. Królowie, wielcy panowie, ludzie bogaci, wielcy kupcy posiadali jednak złoto i posługiwali się nim jako środkiem na wyposażenie albo na zdobycie towarów zagranicznych.

Wielcy panowie i narody często ze sobą walczyli; złoto i diamenty były więc narażone na napady. Dlatego właściciele złota, którzy stali się bardzo nerwowi, powierzali je coraz częściej złotnikom na przechowanie. Ci bowiem, pracując około cennego materiału, musieli posiadać solidne schowki. Złotnik brał w depozyt kosztowności, wystawiał ich właścicielowi pisemne zaświadczenie i przechowywał je za odpowiednim wynagrodzeniem. Oczywiście właściciel mógł się upomnieć, gdy tylko zechciał, o zwrot depozytu w części lub całości.

Kupiec udający się z Paryża do Marsylii albo z Troyes do Amsterdamu mógł zaopatrzyć się w potrzebne mu złoto. Po drodze bywał jednak narażony na napady. Dlatego też starał się namówić swego sprzedawcę w Marsylii czy w Amsterdamie, żeby zamiast złota przyjął pisemne upoważnienie na część majątku, będącego w depozycie u złotnika w Paryżu czy w Troyes. Kwit złotnika stanowił dowód na istnienie tego majątku.

Zdarzało się również, że dostawcy w Amsterdamie czy gdziekolwiek indziej, udało się namówić swego własnego złotnika w Londynie czy w Genewie na przyjęcie za jego usługi transportowe podpisanego kwitu, który otrzymał od swego francuskiego sprzedawcy. Krótko mówiąc, stopniowo doszło do tego, że kupcy wymieniali między sobą kwity zamiast złota, żeby go niepotrzebnie nie wozić i nie narażać na rabunek. To znaczy, że kupiec, zamiast iść do złotnika po sztaby złota, żeby zaspokoić swego wierzyciela, wręczał mu kwit złotnika, upoważniając go tym samym do podjęcia złota przechowywanego przez złotnika.

Zamiast złota przechodziły więc z rąk do rąk kwity złotnika. Ponieważ liczba sprzedających i kupujących była niewielka, nie był to zły system. Łatwo bowiem było śledzić przechodzenie kwitów.

Pożyczkodawca złota

Złotnik dokonał niebawem odkrycia, które powinno było wprawić ludzkość w większe zdumienie, niż słynna podróż Krzysztofa Kolumba. Z doświadczenia wysnuł wniosek, że niemal całe powierzone mu złoto pozostawało w jego schowkach nienaruszone. Zaledwie jeden na dziesięciu właścicieli złota kiedykolwiek wyciągał go z sejfu. Właściciele tego złota posługiwali się w swoich transakcjach handlowych prawie wyłącznie kwitami złotnika. Niewielu z nich zgłaszało się po swoją własność.

Chciwość, żądza wzbogacenia się szybciej niż tylko pracując jako jubiler, przyśpieszyły jego tok myślenia i dodały mu odwagi. „Dlaczego nie miałbym pożyczać złota?” – pomyślał. Zauważcie: pożyczać złoto, które nie było jego własnością! Ponieważ dusza złotnika nie odznaczała się prawością duszy świętego Eligiusza (po francusku św. Eloi, szefa mennicy królów francuskich – Chlotara II i Dagoberta I w VII wieku), pielęgnował tę ideę. Posunął się w swoich zamysłach jeszcze dalej: „Chociaż to nie jest moja własność, będę pożyczał złoto na procent. Jeszcze lepiej, mój Mistrzu (czy przemawiał do Szatana?), zamiast złota będę pożyczał kwity, a procentów będę żądał w złocie: ono będzie do mnie należało, a złoto moich klientów pozostanie nienaruszone w schowkach, na pokrycie nowych pożyczek”.

Utrzymywał to odkrycie w tajemnicy nawet przed żoną, która była zdziwiona, gdy często zacierał ręce z radości. Niebawem nadarzyła się okazja urzeczywistnienia tych planów, choć nie było wówczas „The Globe and Mail” czy „The Toronto Star”, w których mógłby umieścić ogłoszenie.

Pewnego dnia odwiedził go przyjaciel, który potrzebował złota do pewnej transakcji. Nie był biedny: miał dom i gospodarstwo. Jako wynagrodzenie za pożyczkę obiecał dodatkowe złoto. Poręczył swoją własnością, której wartość z pewnością przewyższała wartość pożyczki. Gdyby nie mógł się wywiązać się ze swoich zobowiązań, złotnik będzie mógł zawładnąć jego majątkiem.

Złotnik się ucieszył i dał się prosić tylko dla zachowania pozorów. Dał mu do wypełnienia formularz i wyjaśnił, z bezinteresowną pozą, że pozostawanie z dużą ilością pieniędzy w kieszeniach byłoby dla niego niebezpieczne. Następnie zaproponował przyjacielowi: „Dam ci kwit. Skutek będzie taki sam, jakbym pożyczył ci złota. Jeżeli twój wierzyciel zgłosi się do mnie z tym kwitkiem, dam mu złota, które przechowuję w swoich schowkach. Za tę usługę będziesz mi winien taki a taki procent”.

Wierzyciel na ogół nie przychodził. On sam wymieniał kwit złotnika z kimś innym za coś, czego potrzebował. W międzyczasie wiadomość o pożyczkodawcy złota zaczęła się rozchodzić. Ludzie przychodzili do niego. Dzięki innym podobnym pożyczkom, udzielanym przez złotnika, wkrótce krążyło już o wiele razy więcej jego kwitów, niż miał on złota na ich pokrycie w schowkach.

Złotnik stworzył po prostu obieg pieniędzy, ciągnąc z tego procederu duże zyski. Szybko otrząsnął się z początkowej obawy, że zbyt wielu posiadaczy jego kwitów zgłosi się po złoto naraz. W pewnych granicach mógł działać zupełnie spokojnie. Co za gratka! Pożyczać złoto nie będące jego własnością i ciągnąć z tego zyski dzięki zaufaniu, jakie w nim pokładano; starał się je bardzo podtrzymywać! Nie ryzykował niczym, dopóki dysponował odpowiednią rezerwą w swoich schowkach, jak mówiło mu doświadczenie. Jeżeli dłużnik nie mógł wywiązać się ze swoich zobowiązań i nie spłacał pożyczki na czas, złotnik przejmował jego własność, powierzoną mu jako gwarancję. Sumienie złotnika szybko uległo wypaczeniu. Przestało mu dokuczać, jak to było z początku.

Tworzenie kredytu

Złotnik wkrótce uznał za stosowne zmienić formułę na swoich kwitach. Zamiast pisać: „Zaświadczenie Johna Smitha…”, pisał po prostu: „Obiecuję wypłacić okazicielowi…”. Kwity te krążyły jak pieniądz ze złota. Z pewnością zawołacie: „To nie do wiary!”. Spójrzcie jednak na swoje banknoty. Przeczytaliście umieszczony na nich napis. Czy nie są one zupełnie podobne do kwitów złotnika i czy nie krążą jako pieniądz? (Na banknocie jednodolarowym jest napis: This note is legal tender for all debts, public and private – przyp. mój).

Prywatny system bankowy, twórca i władca pieniądza, został więc wyhodowany w schowkach dawnego złotnika. Jego pożyczki stworzyły kredyt bankowy, bez naruszania złota. Prymitywne zaświadczenia złotnika zmieniły formę, przyjmując postać zwykłej obietnicy wypłacenia za okazaniem. Kredyty wypłacane przez bankiera noszą nazwę depozytów, wskutek czego ludność wyobraża sobie, że bankier wypożycza tylko sumy zdeponowane w banku. Kredyty te wchodzą w obieg jako czeki wystawiane na te kredyty. Zastąpiły one pod względem ilości i znaczenia legalny pieniądz rządu, którego rola była już tylko drugorzędna. Bankier tworzył dziesięć razy więcej banknotów niż państwo.

Złotnik przemieniony w bankiera

Złotnik przemieniony w bankiera dokonał nowego odkrycia: zauważył, że jeżeli puszczał w obieg większą liczbę kwitów (kredytów), handel, przemysł, budownictwo ulegały przyśpieszeniu. Jeżeli zaś ograniczał kredyty, co z początku robił w obawie, że zbyt wielu klientów zgłosi się naraz po złoto, paraliżował w ten sposób rozwój przedsiębiorczości. Wydawało się, że istniała, w tym drugim przypadku, nadprodukcja, kiedy w rzeczywistości powstawał duży niedostatek, gdyż produkty pozostawały niesprzedane ze względu na niedostateczną siłę nabywczą. Ceny spadały, mnożyły się bankructwa, pożyczkobiorcy nie mogli wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec bankiera, który przejmował ich własności.

Bankier, bardzo zdolny do robienia interesów, dopatrzył się swojej wielkiej szansy: przemienić w pieniądz cudzy majątek dla własnego zysku! Mógł robić to dowolnie, podwyższając lub skąpo obniżając ceny. Mógł więc manipulować cudzym majątkiem, jak chciał, wykorzystując w czasie inflacji klientów, a kupców w czasie recesji.

Bankier staje się wszechwładnym panem

W ten sposób bankier stał się wszechwładnym panem, trzymając wszystkich w swojej mocy. Okresy pomyślności i zastoju następowały po sobie. Ludzie, którzy z tego powodu cierpieli, byli przekonani, że jest to naturalne i nieuniknione.

W międzyczasie uczeni i technicy starali się wynaleźć sposób na opanowanie sił przyrody i rozwój środków produkcji. Pojawiły się drukarnie, rozpowszechniła się wiedza, powstały nowocześniejsze miasta i miasteczka, pomnożyły się i ulepszyły środki żywnościowe, odzież, rozrywki itd. Człowiek zapanował nad siłami przyrody, wprzągł w swoją służbę elektryczność i parę. Wszystko się zmieniło, z wyjątkiem systemu pieniężnego.

Bankier utrzymywał swoje plany w tajemnicy. Wykorzystując zaufanie, jakim cieszył się wśród ludzi, odważył się ogłosić w mediach, zależnych od niego finansowo, że to banki wyciągnęły świat z barbaryzmu i przyczyniły się do ucywilizowania ludzkości. W ten sposób zepchnął uczonych i inne twórcze umysły na drugi plan drogi postępu. Dla mas było ubóstwo i lekceważenie, dla wszystkich finansistów – bogactwo i honory!

Jako ich godny następca, Herbert Samuel Holt (1856-1941) [kanadyjski inżynier, bankier, biznesmen i dyrektor około 250 przedsiębiorstw na świecie, o reputacji człowieka bezwzględnego – Wikipedia] dziś uhonorowany i czczony, żądał szacunku od ludzi, których wykrwawiał. Jeśli jestem bogaty i potężny, podczas gdy wy cierpicie w szponach biedy i upokorzenia pomocy społecznej, jeśli odniosłem sukces w warunkach głębokiej depresji, zarabiając do 150 procent rocznie, to z powodu waszej głupoty. Z mojej strony był to „owoc mądrej administracji”.«

Jefferson, który zawsze był przeciwny planom Hamiltona, wprowadzającym Stany Zjednoczone w system zadłużającego pieniądza emitowanego przez banki prywatne, pisał w 1816 roku:

„Szczerze uważam, iż instytucje bankowe są bardziej niebezpieczne niż armie gotowe do walki, i że zasada wydawania pieniędzy, które mają być spłacane przez potomnych pod nazwą kredytów, jest tylko sposobem zastawiania przyszłości na wielką skalę.”

To, co powyżej, to też cytat z dwumiesięcznika Michael, w którym jest też taka sentencja: „Prywatne banki pożyczają sumy oparte na realnym bogactwie narodów, które związane są na całym świecie łańcuchem niemożliwych do spłacenia długów.”

Kiedy dziś obserwuję, jak zachowuje się nasz rząd, to wniosek może być tylko jeden: oni już idą na całość. I tak jest na całym świecie. Deficyt, który chyba jeszcze w zeszłym roku wynosił 60 miliardów, w tym przekroczył 100 miliardów. Zawsze wcześniej słyszałem, że nie ma pieniędzy, a tu raptem na „ratowanie” firm, na walkę z pandemią – są. Znajdują się pieniądze na budowę różnych polowych, modułowych i czort wie jeszcze jakich szpitali. Są pieniądze na zakup szczepionek, na podwyżki dla „walczących” z pandemią. Zadłużeni są wszyscy: państwo, samorządy, firmy, ludzie. Mam takie wrażenie, że żyjemy w czasach ostatecznych. Czy globaliści wygrają? Nie do końca jestem przekonany, że tak się stanie, ale świat po tym starciu będzie już zupełnie inny.

I na koniec taka ciekawostka. Na obecnym banknocie stuzłotowym, bo taki mam pod ręką, ale na innych jest tak samo, jest napis: “Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. Jest to pisane w czterech rzędach. Za PRL-u ten napis był pisany w jednym rzędzie i można było tak zagiąć ten PRL-owski banknot, że napis wyglądał tak: Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są niczym w Polsce.

13 grudnia

O 13-tym grudnia 1981 roku napisano i powiedziano już chyba wszystko. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal wzbudza on kontrowersje i jest przedmiotem zażartych sporów. Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny i wyprowadzić wojsko na ulice? Czy wojska Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i NRD, stojące na polskich granicach, weszłyby, gdyby Jaruzelski nie interweniował?

Prawdy nie dojdziemy w oparciu o dostępne dokumenty, ale może możemy ją wydedukować, odwołując się do historii. Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy. Tak pisał Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela”. Może więc, chcąc zgłębić tajemnice tamtego czasu, również wypada odwołać się do historii, nie tej żydowskiej, ale powszechnej, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej powszechnej jest dużo żydowskiej, a może nawet większość.

Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”). – tak pisał Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski.

Nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że wszystkie „polskie” powstania były skierowane przeciwko Rosji. Oczywiście nie dotyczy to powstania wielkopolskiego i powstań śląskich. I nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że „Solidarność”, to też było powstanie skierowane przeciwko Rosji, nazywającej się tymczasowo Związkiem Radzieckim. Ale jak wywołać takie powstanie? Zaczęło się od wielkiej pożyczki, która została przeznaczona na rozwój przemysłu. Ten przemysł zaczął produkować towary, które trzeba było sprzedać. Sprzedaż w ramach RWPG nie rozwiązywała problemu, bo to nie była sprzedaż za dewizy, czyli waluty krajów zachodnich. Sprzedaż na Zachód też nie rozwiązywała tego problemu, bo tam produkty polskiego przemysłu miały zamknięty rynek. W tzw. Trzecim Świecie mogły się sprzedawać, ale po cenach dumpingowych. W efekcie doszło do kryzysu, bo inwestycje nie przynosiły odpowiedniej ilości dewiz, umożliwiających spłatę rat kredytu. Jedyne co się sprzedawało na Zachodzie to węgiel i żywność i jej zaczęło brakować na rynku krajowym. A jak nie było co jeść, to robotnicy byli źli. Zaczęły się strajki i żądania podwyżki płac, bo ceny żywności rosły. W końcu groziło to tym, że cały kraj zastrajkuje. To tak w dużym skrócie i uproszczeniu, bo chodziło mi o pokazanie mechanizmu.

Mamy więc schemat: pożyczka – rozwój przemysłu – załamanie się gospodarki – strajki – stan wojenny. Ten, kto pożyczał pieniądze dobrze wiedział, dobrze znał ten scenariusz, bo sam go układał. Nie pierwszy raz w historii. Ten sam wywoływał strajki i ten sam kazał Jaruzelskiemu wprowadzić stan wojenny. Wobec rozwoju takiego scenariusza Zachód wprowadził sankcje, a Reagan zamęczył Związek Radziecki wyścigiem zbrojeń. Polska stanowiła narzędzie do wywołania w nim kryzysu i w końcu doprowadziło to do jego upadku. Dokonał się pewien proces dialektyczny, rozwój poprzez sprzeczności: teza, antyteza, synteza. Z tego konfliktu zrodziła się nowa rzeczywistość – synteza. Ostatecznie cała Europa Środkowa przeszła spod kurateli radzieckiej pod amerykańską i zamiast wojsk radzieckich mamy wojska amerykańskie.

Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny? Nie miał wyjścia, był tylko marionetką. W 1985 roku spotkał się w Nowym Jorku z Dawidem Rockefellerem i sprzedał Polskę Żydom w zamian za ochronę dla siebie i swoich towarzyszy. Zresztą nie miał nic do gadania. Ochronę dostał za wierną służbę.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Czy wojska Układu Warszawskiego weszłyby do Polski? Tu znowu wypada odwołać się do historii, w tym wypadku najnowszej, do października 1956 roku. Maria Dąbrowska pisze w swoim Dzienniku w dniu 22 X 1956 roku:

Wracam do dnia dzisiejszego. Anna poszła do pani Milskiej i Markowskiej. Tam dowiedziała się, skąd partja nabrała takiej śmiałości w stosunku do Rosji. Otóż Ochab wrócił tylko co z Chin i przywiózł wiadomość, że Chiny popierają Polskę. Same wzięły i wyprawiły wszystkich doradców sowieckich do granicy, suto ich obdarowawszy i za wszystkie „usługi” podziękowawszy. Poparcie znajdujemy też oprócz Węgier w Bułgarii, Jugosławii, Rumunii. Natomiast Czechy ani drgną, a nawet wyniośle patrzą na nasze „szaleństwo”. A jakie to by miało znaczenie, żeby teraz za nami stanęły!

Dnia 14 XI 1956 roku pisze:

Z wczorajszej rozmowy z Bartelskim i dzisiejszej z Kottem dowiadujemy się coraz nowych szczegółów o owej nocy z 18 na 19 października. Więc, „że rozmowa toczyła się wśród ciągłych telefonów o wyruszeniu wojsk rosyjskich z baz i maszerowaniu ich na Warszawę. Gomułka i Ochab przerywali wtedy jakoby rozmowę, że w tych warunkach nie może ona się toczyć. Kiedy po trzeciej takiej wiadomości doszło do tego, że nasi uznali rozmowy za zerwane, Moskale zaczęli telefonować do swoich generałów i wreszcie oznajmili, że wojska zaczynają się wycofywać. Dopiero wtedy podjęto dalszą rozmowę”. Podobno żołnierze KBW, którzy otaczali Belweder (bo według tej wersji rozmowa toczyła się w Belwederze) poprzysięgli sobie, że w razie jakiejkolwiek prowokacji ze strony wojsk rosyjskich „goście” nie wyjdą żywi z Belwederu, cokolwiek miałoby się potem stać.

Według innej wersji, gdy Gomułka i Ochab oznajmili, ze nie mogą rozmawiać wobec wiadomości o posuwaniu się wojsk rosyjskich ku Warszawie, Chruszczow, czy ktoś inny z owych przyjezdnych miał oświadczyć, że to są zdawna przygotowane manewry, na co Gomułka miał powiedzieć: „Nie mam żadnej podstawy nie wierzyć waszym twierdzeniom, że to są manewry. Ale naród polski twierdzi, że wojska posuwają się ku Warszawie. A dla mnie prawdą jest to, co mówi naród polski”. Rosjanie przybyli z 75 enkawudzistami, którzy otoczyli Belweder, a na to generał Komar otoczył owych enkawudzistów 100 żołnierzami KBW, tymi gotowymi na wszystko. Z tych wszystkich relacyj wychodzi coś niby „Noc Listopadowa” Wyspiańskiego. Może i była to trochę jakby antyczna tragedia.

Z tego cytatu, nie wdając się w rozważania o październiku 1956 roku, jedna informacja jest ważna, a mianowicie to, że wojska radzieckie wyszły z baz i ruszyły na Warszawę. W grudniu 1981 roku wojska radzieckie nadal były w tych bazach. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych pełno ich było. One były przeznaczone do odparcia pierwszego ataku wojsk NATO, a więc były to siły poważne, które zapewne zostałyby użyte, gdyby Rosjanie uznali to za zasadne. W zupełności wystarczyłyby do spacyfikowania „Solidarności”. Jeśli więc na polskich granicach pojawiły się wojska radzieckie, niemieckie i czeskie, to tylko po to, by uwiarygodnić Jaruzelskiego, którego podobno trawiły iście hamletowskie dylematy: Wejdą, nie wejdą? To był blef. Zresztą wtedy wszyscy w Polsce zadawali sobie to pytanie, łącznie z piszącym te słowa.

Przeprowadzenie tak skomplikowanej organizacyjnie i logistycznie operacji, jaką był stan wojenny, wymagało wielu miesięcy przygotowań. Po jego wprowadzeniu od razu pojawili się we wszystkich zakładach i instytucjach komisarze wojskowi. Już nawet samo to wiązało się z wcześniejszym wytypowaniem konkretnych wojskowych do konkretnych zakładów i instytucji, a przecież na tym się nie kończyło. Skoro więc coś takiego zostało wcześniej przygotowane, to oznaczało to, że coś takiego zamierzano zrobić. Przygotowano scenę, dobrano aktorów i przypisano im role: Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają. Jak dla mnie, Szekspir jest największym poetą wszech czasów.

I na koniec, tak trochę inaczej o stanie wojennym. Po jego wprowadzeniu wszyscy dziennikarze telewizyjni występowali w mundurach. Tomasz Hopfer, dziennikarz sportowy, odmówił i został wyrzucony z telewizji. Był już wtedy ciężko chory. Krótko pracował jako galwanizer. Zmarł 10 grudnia 1982 roku na wirusowe zapalenie płuc. Tak pisze Wikipedia. Dziś pewnie napisaliby, że miał koronawirusa. Pewien Polak z Niemiec Zachodnich chciał mu wysłać lek, który prawdopodobnie uratowałby mu życie, ale władze PRL-u nie wyraziły zgody na lądowanie samolotu.

Był jednym z najlepszych polskich dziennikarzy sportowych. Miał jednak coś, czego zazdrościli mu pozostali dziennikarze. W tamtych czasach, w latach 70-tych, dziennikarze telewizyjni, czy to sportowi czy pozostali, czytali informacje z kartek. Nie było takich urządzeń jak obecnie, że mają przed oczami jakieś monitory i z nich czytają. Hopfer nie miał kartek. W tych swoich wystąpieniach – 5-, 10-minutowych – recytował, bez zająknięcia, z pamięci nazwiska, wyniki itp. Pamiętam, że patrzył prosto w kamerę, cały czas, bez zerkania na boki czy w dół. Któregoś razu pozostali dziennikarze zmusili go, by czytał z kartki. I przeczytał. Po zejściu z wizji pokazał im ją. Była czysta.

Powstanie wielkopolskie

Powstanie wielkopolskie, jakkolwiek funkcjonujące w świadomości narodowej, to, poza Wielkopolską, raczej mało znane. Pewnie wielu myśli sobie tak: „Było zwycięskie, ale przez przypadek. Trafiło się, jak ślepej kurze ziarno.” Na ogół uważa się też, że było to jedyne tam powstanie, a było ich więcej:

  • powstanie wielkopolskie 1794 roku
  • powstanie wielkopolskie 1806 roku
  • powstanie wielkopolskie 1846 roku
  • powstanie wielkopolskie 1848 roku

Warto o nich pamiętać, choć nie ulega wątpliwości, że to z lat 1918-19 było najważniejszym dla Wielkopolski, ale było również bardzo ważne dla Polski i to nie tylko dlatego, że Wielkopolska znalazła się w granicach nowego państwa. Także dlatego, że Wojsko Polskie bez tego powstałego w czasie powstania, miałoby znacznie mniejszą wartość bojową.

O szczegółach tego powstania można się dowiedzieć na licznych stronach internetowych. Ja chciałbym spojrzeć na nie z trochę szerszej perspektywy. Jakie było jego polityczne tło? Jak przygotowywano się do niego i jak organizowano się? Wiele mówi się o przebiegu powstania, o walkach. Ale co było wcześniej? Bardzo dobre, moim zdaniem, opracowanie na temat tego powstania znalazło się w dodatku Historia Rzeczypospolitej w serii dziennika „Rzeczpospolita” z dnia 23 grudnia 2006. Jego autorem jest historyk wojskowości Bogusław Polak. Wybrałem te fragmenty, które mówią więcej o organizacji powstania i o tym, jak Polacy zaboru pruskiego potrafili przejmować organizacje, które tworzyli Niemcy, jak tworzyli tajne organizacje i te paramilitarne pod płaszczykiem stowarzyszeń sportowych. No właśnie, stowarzyszenia sportowe! Podobnie Niemcy omijali później ograniczenia co do ilości wojska, narzucone im przez traktat wersalski.

Jaka więc nauka płynie z tego powstania? Ano taka, że Polacy potrafili działać z głową, rozważnie, konsekwentnie. Nie rzucali się z gołymi rękami na wroga. Owszem, mieli gorsze uzbrojenie niż Niemcy, ale przy jego pomocy potrafili zdobyć więcej: samoloty i pociąg pancerny. Ilu ludzi wie o tym, co pisze Wikipedia? – Szacuje się, że podczas Powstania (w trakcie bitwy pod Ławicą) Polacy zdobyli największy łup wojenny w tysiącletniej historii oręża. Polacy zdobyli wtedy sprzęt lotniczy o wartości 160-200 milionów marek, w tym ponad 300 samolotów.

Dlaczego tak mało o tym powstaniu, a o innych tak dużo? Szczególnie o tym kretyńskim – warszawskim. Bo w jego przypadku można pokazać Polaków jako niespełna rozumu, irracjonalnie myślących, niepotrafiących dokonać właściwej oceny sytuacji i do tego angażujących w to szaleństwo dzieci. Szacuje się, że zginęło w nim około 200 tys. ludzi, co jest zawyżonym rachunkiem. Spotkałem się z opiniami, że mogło zginąć około 50 tys. ludzi. W powstaniu wielkopolskim zginęło ponad 800 powstańców. Jest różnica? Ale to nie wszystko! W trakcie tego powstania następowało stopniowe przekształcanie pojedynczych oddziałów powstańczych, działających w sposób nieskoordynowany, w regularne wojsko z jednolitym dowództwem. Jakby tego było mało, to cały czas trwał nabór, tak by uzupełniać braki i powiększać liczebność wojska. W tym momencie było widać skoordynowane działanie władz cywilnych i wojskowych. Gdyby więc chcieć opisać rzetelnie powstanie wielkopolskie, to wyszłoby na to, że Polacy to nie jacyś bezrozumni narwańcy, tylko ludzie zorganizowani, konsekwentni w działaniu, potrafiący podejmować właściwe decyzje w odpowiednim momencie, potrafiący skoordynować działania władz cywilnych, wojskowych i dyplomacji. Nie! – Na to Żydzi rządzący tym krajem nie pozwolą. Mają w ręku system edukacji i wszystko inne. I udało im się. Dziś zapewne wielu Polaków myśli, że ich rodacy to tacy niezrównoważeni psychicznie osobnicy, działający pod wpływem emocji. – A że wcale to nie musi być prawda, świadczy powstanie wielkopolskie. Tylko kto o tym wie? Kto o tym wie, że to zrodzone z powstania wojsko, było najlepszą częścią Wojska Polskiego walczącego na wschodzie w latach 1919 i 1920?

Bogusław Polak pisze tak:

»Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku społeczność polska w zaborze pruskim, zwłaszcza w Wielkopolsce, była dobrze zorganizowana pod przewodem inteligencji, duchowieństwa i średniej burżuazji. Polskie banki, spółki i przedsiębiorstwa coraz skuteczniej konkurowały z żywiołem niemieckim. Kompromitacją nacjonalistów niemieckich zakończyła się wspierana przez rząd pruski akcja wykupu ziemi z rąk Polaków. W rezultacie polskiej kontrakcji okazało się, że Polacy wykupili więcej ziemi z rąk niemieckich niż Niemcy polskiej. Czytelnie ludowe, prasa, amatorskie teatry, działalność samokształceniowa ogarniała środowiska małomiasteczkowe i wiejskie. Duże ożywienie wniosła Narodowa Demokracja, która działała m.in. poprzez stowarzyszenie sportowe (Sokół) i drużyny skautowe.

Wybuch pierwszej wojny światowej przyniósł Polakom z zaboru pruskiego nadzieję na poprawę losu, ale zarazem sparaliżował działalność ruchu niepodległościowego, gdyż wielu działaczy zostało zmobilizowanych i trafiło na front. Stopniowo jednak odtwarzały się drużyny skautowe i powstawały nowe organizacje, jak bojówki „Sęp” i „Orzeł”. W latach 1917-1918 dzięki pomocy rodaków tysiące młodych Polaków z Wielkopolski zdołało uniknąć wcielenia do armii niemieckiej. W połowie lutego 1918 roku utworzono Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego, której komendantem został Wincenty Wierzejewski.

Podczas rozmów Niemiec z aliantami w sprawie zawieszania broni w Paryżu (2 – 4 listopada 1918 r.) dowódca wojsk sprzymierzonych marszałek Ferdynand Foch nie zdołał przeforsować wniosku, aby Niemcy ewakuowali wojska z ziem przedrozbiorowych Rzeczypospolitej. Zamiary Francuzów pokrzyżowała delegacja brytyjska. Niemcy zobowiązano jedynie do opuszczenia terytoriów okupowanych od sierpnia 1914 roku. Poznańskie, Pomorze i Śląsk nadal pozostały pod niemiecką jurysdykcją. Rozstrzygnięcia dotyczące tych ziem miały zapaść podczas przyszłej konferencji pokojowej.

11 listopada 1918 roku w Compiègne delegacja niemiecka podpisała układ o zawieszeniu broni, kończący działania wojenne. Niemcy na wschodzie nadal okupowali ziemie polskie, białoruskie, ukraińskie i litewskie. Armia tzw. Ober-Ostu, licząca kilkaset tysięcy żołnierzy, tylko w niewielkim stopniu uległa rewolucyjnemu wrzeniu. Świadomość tego sprawiła, że przywódcy odradzającej się Polski ostrożnie formułowali postulaty powrotu ziem zaboru pruskiego do macierzy.

Piłsudski nie lekceważył problemu ziem zachodnich. Dał temu wyraz po objęciu władzy wojskowej i cywilnej w kraju w depeszy wysłanej 16 listopada do rządów państw obcych donoszącej o odrodzeniu się państwa polskiego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Zabiegał też, aby w rządzie znaleźli się przedstawiciele wszystkich zaborów. Już 26 listopada ogłoszono dekret o wyborach do Sejmu Ustawodawczego, m.in. na ziemiach zaboru pruskiego. Nie wierząc w odzyskanie tych ziem orężem, nie wyrzekł się ich, ale liczył, że powrócą do Polski w wyniku traktatu pokojowego. Z tych względów wysiłek polityczny i wojskowy skierował na wschód. Zdominowany przez endecję ośrodek poznański uważał oficjalne stanowisko Piłsudskiego za sprzeczne z interesem wielkopolskich Polaków i ostro je zwalczał.«

11 Listopada 1918 roku podpisano Rozejm w Compiègne, kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim. Interesujące nas punkty tego rozejmu to:

  • natychmiastowe wycofanie Armii Cesarstwa Niemieckiego z Francji, Belgii, Luksemburga oraz Alzacji i Lotaryngii
  • wycofanie wojsk niemieckich na wschodzie na granicę z 1914 roku

Najważniejszy dla Polski był artykuł XII tego rozejmu. Wikipedia pisze o nim tak:

Artykuł XII rozejmu w Compiègne przewidywał ewakuację wojsk niemieckich z Austro-Węgier, Rumunii, Turcji oraz byłego już Imperium Rosyjskiego, a więc również ziem polskich. W tym ostatnim przypadku, po interwencji m.in. Romana Dmowskiego zmieniono tekst dotyczący wycofania wojsk niemieckich na „gdy alianci uznają moment ewakuacji za właściwy biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną tych obszarów”. Z kolei artykuł XVI głosił, że „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku”.

W momencie podpisywania rozejmu wojska niemieckie tworzyły front od Narwy po Dniepr. Narwa to niewielkie miasto nad Zatoką Fińską około 150 km na zachód od Petersburga a nad Dnieprem leży Kijów. Niemcy zajęli kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, zajęli Kijów, podeszli pod Petersburg, wkroczyli na Krym, doszli do Donu. Był więc ten front daleko na wschodzie i stanowił kordon oddzielający Europę od rewolucji bolszewickiej. Alianci chcieli wycofać wojska niemieckie na granicę z 1914 roku, czyli na zachodnią granicę byłego Królestwa Polskiego.

Wycofanie się wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku oznaczało to, że Wielkopolska i Prusy Królewskie zostaną po stronie niemieckiej. Dostrzegł to niebezpieczeństwo Dmowski i jednocześnie niebezpieczeństwo rozszerzenia się rewolucji bolszewickiej na tereny polskie, i nalegał na to, by nie wycofywać wojsk niemieckich. Ale artykuł XII nie mógł być wyegzekwowany, bo 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Berlinie. Przenosi się ona na wojska niemieckie na wschodzie i kordon rwie się. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 27 grudnia wybucha Powstanie Wielkopolskie. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaż do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej.

Widać więc, że sytuacja polityczna była skomplikowana i wymagała rozważnego działania. Bogusław Polak pisze dalej:

»Wyłoniony 14 listopada 1918 roku z ujawnionego dwa dni wcześniej Centralnego Komitetu Obywatelskiego i polskiego koła poselskiego do sejmu pruskiego Komisariat Naczelnej Rady Ludowej (KNRL) składał się z doświadczonych i popularnych polityków, którzy zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie niosłoby nieprzygotowane powstanie. Wobec słabości militarnej Polski, zaangażowanej w walki z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, oraz przy braku poparcia ententy wystąpienie zbrojne miało małe szanse powodzenia. KNRL, nie przekreślając ewentualności powstania, zamierzał unikać walki jak długo się da, koncentrując się na tworzeniu struktur polskiej władzy i siły zbrojnej oraz zabiegając o gwarancje pomocy z zewnątrz.

Komisarz Adam Poszwiński relacjonował: „jeszcze przed powstaniem Komisariatu docenialiśmy czyn zbrojny, lecz w poczuciu odpowiedzialności uważaliśmy go do czasu za akcję przygotowawczą, a nie wykonawczą”. Przygotowania obejmowały rejestrację wojskowych wracających z wojny, propagowanie hasła, aby dawni żołnierze nie oddawali broni, ochronę obiektów wojskowych przed rozgrabieniem, utrzymywanie kontaktów z polskimi władzami wojskowymi. Według Mariana Seydy celem wystąpienia zbrojnego nie miało być zajęcie konkretnego obszaru, ale zamanifestowanie woli Polaków w zaborze pruskim wyrwania się z okupacji niemieckiej, jak też zwrócenie uwagi zwycięskich mocarstw na zagadnienie zachodnich ziem Polski – „nad Wartą, górną Odrą i Dolną Wisłą.

Ogromnym osiągnięciem kierownictwa politycznego w zaborze pruskim było zorganizowanie demokratycznych wyborów do Sejmu Dzielnicowego, reprezentującego Polaków z całego zaboru pruskiego i wychodźstwa w Niemczech. Obrady toczyły się w Poznaniu od 3 do 5 grudnia 1918 roku. Podjęto wówczas wiele uchwał m.in. w sprawie zorganizowania w każdej miejscowości straży ludowej. Uchwała ta została wymuszona informacjami z Niemiec, gdzie w grudniu 1918 roku do głosu zaczęła dochodzić konserwatywna i nacjonalistyczna prawica. Pośpiesznie tworzono formacje zbrojne przeznaczone nie tylko do unicestwienia sił rewolucyjnych w Niemczech, ale także do opanowania sytuacji w Poznańskiem.

W Komisariacie Naczelnej Rady Ludowej sprawy wojskowe powierzono Wojciechowi Korfantemu. Działacze polscy kontrolowali legalne formacje o charakterze milicyjno-porządkowym, utworzone po wybuchu rewolucji w Berlinie: Służbę Straży i Bezpieczeństwa, straże obywatelskie, ludowe itp. Przed wybuchem powstania Straż Ludowa liczyła w Poznaniu ok. 4800 ludzi (w tym 2650 uzbrojonych), na prowincji Wielkopolski do 3000. Oddziały Służby Straży i Bezpieczeństwa wyróżniały się doborem ochotników. Byli to doświadczeni żołnierze, najczęściej w wieku od 24 do 28 lat, w większości mający za sobą działalność w organizacjach niepodległościowych. Pod koniec grudnia 1918 roku w poznańskim batalionie Służby Straży i Bezpieczeństwa służyło ok. 3000 żołnierzy, z tego 1/3 miała broń. Powstało też sporo oddziałów zakonspirowanych, tworzonych przez zdemobilizowanych oficerów i podoficerów. Niewielkie grupki bojowe skupiły się wokół Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego, zwłaszcza w środowiskach, gdzie działały drużyny skautowe. Przodował Poznań; mniejsze grupy od kilku do kilkudziesięciu członków powstały w kilkunastu miejscowościach.

Korfanty już w listopadzie 1918 roku nawiązał kontakt ze Sztabem generalnym WP w Warszawie, poszukując kandydata na głównodowodzącego polskimi oddziałami w zaborze pruskim. Na początku grudnia w Poznaniu zjawili się poufnie wysłannicy Sztabu Generalnego i Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich. Przesyłali do Warszawy raporty o organizacji oddziałów polskich i informacje o siłach niemieckich, które w połowie grudnia w całej Wielkopolsce liczyły nie więcej niż 8000 – 10 000 (wśród nich byli także Polacy). Niemiecki garnizon w Poznaniu miał ok. 5000 żołnierzy.

Dwudziestego piątego grudnia 1918 roku do Gdańska przybył na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego Ignacy Paderewski, w otoczeniu nielicznej misji. Jego przyjazd do Poznania 26 grudnia 1918 r. spowodował gwałtowny wzrost nastrojów patriotycznych w mieście. Niemcy mieli nadzieję, że Paderewski pojedzie wprost do Warszawy. Jeszcze na stacji kolejowej w Rogoźnie do przedziału wiozącego delegację wtargnął kpt. Andersch z dowództwa V Korpusu w Poznaniu, który usiłował nakłonić członków misji do zaniechania postoju w Poznaniu. O 21.10 pociąg z gośćmi dotarł do Poznania. W hotelu Bazar Ignacy Paderewski wygłosił dłuższe przemówienie, kończąc je słowami: „Niech żyje Polska, zgoda, jedność, a ojczyzna nasza wolna zjednoczona naszym polskim Wybrzeżem żyć będzie po wsze czasy”. W tym duchu Paderewski przemówił także do wielotysięcznego tłumu zebranego przed Bazarem.

Następnego dnia w piątek 27 grudnia w godzinach popołudniowych Polacy zorganizowali pochód około 10 tysięcy dzieci pod Bazarem. Wstrzymano ruch na ulicach; na chodnikach zgromadziły się tłumy dorosłych. Wówczas to z inicjatywy kierownictwa niemieckiej Rady Ludowej, działaczy niemieckich organizacji i redaktorów pism, przed Operą, a następnie w ogrodzie zoologicznym zorganizowano więc młodzieży. Ale strona niemiecka liczyła przede wszystkim na 6 Pułk Grenadierów. Właśnie przed koszarami tego pułku przed 15-tą zgromadziły się tłumy Niemców. Wśród cywilów było także wielu uzbrojonych oficerów i szeregowców, jednakże dowództwo jednostki odmówiło wystąpienia w zwartym szyku. Żołnierze dołączyli do cywilów na własną rękę.

Około 15.30 ruszył pochód. W centrum miasta urósł on do około 2 tys. osób. Niemieccy cywile i żołnierze zrywali flagi alianckie i polskie, zdemolowali biuro KNRL przy ul. św. Marcina 40, gmach Banku Związku Spółek Zarobkowych i inne. Uczestnicy pochodu strzelali też w powietrze z rewolwerów. Około godz. 17 w okolicach Bazaru padły strzały. Nie wiadomo, czy pierwsi zaczęli strzelać Niemcy, czy też Polacy, którzy ochraniali miejsce pobytu Paderewskiego. Wydaje się, że obie strony dążyły do zbrojnego rozstrzygnięcia przyszłości Poznania i ziem polskich zaboru pruskiego.

W rejon Bazaru przybyły posiłki w postaci oddziałów SSiB zaalarmowane już około godz. 16. Niemcy wycofali się do muzeum naprzeciw Bazaru i w kierunku Prezydium Policji. Bez koordynacji z jakiegokolwiek centrum dowodzenia oddziały SSiB jak też i SL, zaczęły wypierać Niemców ze śródmieścia. Akcja ta odbywała się wzdłuż kilku ulic. Najpierw zajęto sąsiadujący z Bazarem gmach muzeum – odtąd główne centrum dyspozycyjne SSiB. Stary Rynek został odcięty przez samorzutnie tworzone oddziały polskie. W trakcie tych utarczek wracająca z akcji pod Zamkiem kompania SSiB dowodzona przez Krauzego, na narożniku ul. Berlińskiej i Ryberskiej (Ratajczaka), ostrzelana została przez Niemców z karabinu maszynowego ustawionego przy wejściu do gmachu Prezydium Policji. Wówczas to śmiertelnie został ranny zastępca oficera Franciszek Ratajczak, szef kompanii.

W celu uniknięcia zbędnego przelewu krwi, obie strony podjęły rokowania i zawarto porozumienie, na mocy którego gmach Prezydium Policji, po opuszczeniu go przez żołnierzy 20 PAL (pułk artylerii lekkiej? – przyp. mój), obsadzony został przez 48 żołnierzy, po 24 Niemców i Polaków (ze Straży Ludowej). Stan taki utrzymał się tylko do dnia następnego, gdyż Niemcy opuścili posterunki.

Komisariat NRL 28 grudnia wydał oświadczenie, w którym odpowiedzialnością za zamieszki 27 grudnia jednoznacznie obarczył stronę niemiecką, a zwłaszcza żołnierzy 6 p. grenadierów. Podkreślano, że „Krew polska w Poznaniu polała się w obronie sztandarów Koalicji. Niech to będzie nową rękojmią węzłów i sojuszy między Polską i państwami zachodnimi. Na winnych prowokatorów żądamy śledztwa i kary. Obowiązkiem honorowym Polaków jest odtąd ścisłe przestrzeganie ładu i porządku”.

Przyjazd Ignacego Paderewskiego do Poznania, wydarzenia 26 i 27 grudnia, wreszcie wybuch powstania w Poznaniu, pokrzyżowały plany KNRL wywołania powstania na całym obszarze zaboru pruskiego. Komisariat, widząc spontaniczny rozwój akcji powstańczej, nie mógł pozostać na marginesie wydarzeń i 28 grudnia wieczorem powierzył dowództwo powstania kpt. Stanisławowi Taczakowi, oficerowi Sztabu Generalnego WP przebywającemu na urlopie w Poznaniu. Awansowany do stopnia majora Taczak, po zaakceptowaniu nominacji przez Piłsudskiego, przystąpił do pracy. Z pomocą miejscowych oficerów oraz przybyłych z Warszawy (m.in. ppłk. Juliana Stachiewicza, zaufanego człowieka Piłsudskiego) w ciągu kilku dni zorganizował Dowództwo Główne.

W pierwszych dniach stycznia 1919 roku na stanowiskach kierowniczych pracowało 18 oficerów, z których 15 przeszło służbę w armii niemieckiej (również Taczak – przyp. mój). Zlikwidowano względnie podporządkowano Dowództwu Głównemu inne ośrodki rozkazodawcze: Komendę Służby Straży i Bezpieczeństwa, Komendę Straży Ludowej i polsko-niemiecką Komendę miasta Poznania.

Ze względu na znaczny procent ludności niemieckiej mjr Taczak uznał, że w początkowej fazie powstania należy zrezygnować z poboru powszechnego, odkładając go do umocnienia się polskich władz administracyjnych. Siły powstańcze oparto więc na ochotnikach. Mieli oni zgłaszać się do trzynastu obwodowych komend uzupełnień. Do szeregów przyjmowano byłych żołnierzy w wieku od 19 do 40 lat, członków straży ludowych i polskich organizacji.

Formowane spontanicznie oddziały powstańcze w pierwszych trzech tygodniach bardziej przypominały partyzantkę niż regularne wojsko. Często dobrze przemyślane i przeprowadzone z brawurą akcje kończyły się niepowodzeniem ze względu na brak koordynacji działań, wyszkolenia wojskowego czy dyscypliny.

Najważniejszym zadaniem Dowództwa Głównego było więc przekształcenie ich w jednolitą, sprawnie dowodzoną strukturę, zapewnienie zaopatrzenia i dopływu uzupełnień. W tym celu podzielono Wielkopolskę na 9 okręgów wojskowych. Najpierw organizowano niższe jednostki taktyczne (bataliony, baterie, szwadrony) piechoty, kawalerii i artylerii oraz kadry dla wojsk specjalnych (technicznych) i lotnictwa. W drugim etapie z tych jednostek utworzone miały być brygady i dywizje. W rozkazach dziennych Dowództwa Głównego (9-15 stycznia) ogłoszono zasady organizacji żandarmerii, oddziałów samochodowych, piechoty i karabinów maszynowych, artylerii i łączności.

Po przejęciu poznańskich magazynów broni Dowództwo Główne zaczęło przekazywać na front broń, amunicję i oporządzenie. Do 15 stycznia wydano ok. 20 tys. karabinów, 218 karabinów maszynowych, 1,9 mln sztuk amunicji, 43 tys. granatów ręcznych.

Na początku stycznia 1919 roku przystąpiono do formowania tzw. ruchomych dowództw operacyjnych. Zwarta linia frontu była gwarancją nie tylko możliwości rozszerzenia zasięgu powstania, ale przede wszystkim utrzymania polskiego stanu posiadania. W sztabie DG słusznie przewidywano, że Niemcy podejmą zdecydowane kroki, aby odzyskać utracony obszar. 1 stycznia 1919 roku major Taczak mianował ppłk. Grudzielskiego dowódcą odcinka pólnocno-wschodniego. Dowództwo odcinka zachodniego objął ppor. Kazimierz Zenkteter, prężny oficer, który w Grodzisku utworzył ośrodek dyspozycyjny do działań od Czarnkowa do Wolsztyna. Dowódcą odcinka południowo-zachodniego, tzw. Grupy „Leszno”, został por. Bernard Śliwiński, dowódca batalionu gostyńskiego. Odcinek południowy objął ppor. Władysław Wawrzyniak, organizator i dowódca batalionu pogranicznego w Szczypiornie.

W ciągu pierwszych 19 dni powstania mjr. Taczakowi i jego podkomendnym udało się skutecznie osłonić wyzwoloną część Wielkopolski, utworzyć silny front przeciwniemiecki. Wyznaczono cele operacyjne powstania i stworzono podstawę do ich realizacji. Skrępowano nadmierną inicjatywę dowódców i różnymi sposobami skłaniano ich do działań według planu operacyjnego. 16 stycznia oddziały powstańcze liczyły prawie 14 tys. ludzi, w tym kadry dwóch pułków piechoty, pułku kawalerii, pułku artylerii, dywizjonu artylerii ciężkiej, oddziałów łączności, saperów, lotnictwa itd.

Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki, były oficer armii rosyjskiej i dowódca I Korpusu Polskiego na Wschodzie. Nowy dowódca naczelny, który komendę objął 16 stycznia, przyjęty został w Wielkopolsce z wielką rezerwą, a i później miał ogromne trudności w nawiązaniu kontaktów z podwładnymi. Wieloletnia służba w armii carskiej nie pozostała bez wpływu na jego poglądy, zachowanie, a nawet swobodę wysławiania się w języku polskim. Z drugiej strony był to jednak gruntownie wykształcony oficer sztabowy z ogromną praktyką, świetny organizator, zwolennik żelaznej dyscypliny.

Generał otrzymał zadanie stworzenia z wojsk powstańczych 50-, 60-tysięcznej armii. Na podstawie dekretu KNRL ogłosił 17 stycznia 1919 roku pobór do wojska roczników 1897-1899, co znacząco zwiększyło liczebność wojsk powstańczych i sprawiło, że dotychczasowe oddziały utraciły charakter terytorialny. Aby wzmocnić dyscyplinę, wprowadzono jednolitą przysięgę, powołano sądy doraźne. Głównym problemem był jednak brak oficerów. O ile grupę oficerów młodszych zwiększono poprzez awanse najzdolniejszych podoficerów, to oficerów starszych można było uzyskać tylko z Warszawy.

Zmodyfikowano też plany operacyjne, gdyż Niemcy po zdławieniu rewolty w Berlinie przeszli do bardziej zdecydowanych działań na froncie wielkopolskim. Poznańskiemu kierownictwu politycznemu zależało na utrzymaniu zajętego obszaru jako punktu wyjścia polskich aspiracji terytorialnych w obliczu negocjacji z Niemcami i konferencji pokojowej w Paryżu. Program minimum przewidywał zatwierdzenie dotychczasowej linii frontu jako linii rozejmowej oraz przyznanie powstańcom wielkopolskim statusu siły zbrojnej ententy i praw kombatanckich. Istniała jeszcze nikła nadzieja, że wojska gen. Hallera wylądują w Gdańsku i będzie można powrócić do planu wyzwolenia całego zaboru pruskiego.

Walki powstańcze, jakie toczono od połowy stycznia do końca drugiej dekady lutego, miały już charakter regularny. W drugiej połowie stycznia na najdłuższym odcinku, północnym, oddziały polskie czyniły wysiłki, aby rozszerzyć front wzdłuż Noteci, ale nie zdołały odebrać Niemcom Szamocina i Nakła. Inowrocławskie oddziały por. Pawła Cymsa zajęły na krótko Brzozę niedaleko Bydgoszczy. Utarczki toczyły się też pod Romanowem i Białośliwiem. Na odcinku Grupy Zachodniej 24 stycznia wywiązały się walki pod Obrą i Kłębowem. Następnego dnia powstańcy opanowali Kargową, Babimost i Nowe Kramsko, tworząc duży przyczółek na lewym brzegu Obry. Oddziały Grupy „Leszno” toczyły potyczki w Gościejewicach, pod Przybiniem, Robczyskiem, Lipnem Nowym, Kąkolewem. Ożywił się też odcinek południowy, gdzie 23 stycznia odparto Niemców pod Miejską Górką. Sukcesem powstańców zakończyły się również potyczki pod Rogaszycami i Parzynowem.

Kulą u nogi Polaków była konieczność respektowania umowy zawartej 25 grudnia 1918 roku między polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, w której Niemcy zgodzili się na oddanie Wilna w zamian za ułatwienie ewakuacji wojsk niemieckich linią kolejową Toruń-Bydgoszcz-Nakło-Piła. W rezultacie impet powstańców w tym rejonie został zatrzymany. Co gorsza Niemcy, wykorzystując oddziały ewakuowane ze wschodu, obsadzili Pomorze, uniemożliwiając przeniesienie tam działań powstańczych.

Siły powstańcze liczyły w tym czasie ok. 30 000 żołnierzy. W połowie lutego rolnicy stanowili 13,6 proc. ogółu powstańców, robotnicy rolni – 3,2 proc., robotnicy – 36,5 proc., rzemieślnicy – 20 proc., kupcy – 8,5 proc., drobni urzędnicy i inteligencja – 10 proc., ziemianie – 1,5 proc. W walkach od 27 grudnia do 15 stycznia poległo 274 powstańców, najwięcej na odcinku północnym – 190. Kolejny okres walk od 16 stycznia do 18 lutego przyniósł ponaddwukrotnie większe straty: ogółem poległo 574 powstańców, w tym 299 na odcinku północnym i 139 na zachodnim.

Na początku lutego w Berlinie odbyły się rokowania polsko-niemieckie. Stronę polską, obok przedstawicieli NRL, reprezentował ppłk Władysław Anders. Delegacja polska domagała się uznania status quo w Wielkopolsce, wycofania niemieckiego Grenzschutzu z obszarów zamieszkanych przez Polaków na Pomorzu i Śląsku oraz zawarcia rozejmu. Rozmowy spełzły jednak na niczym. Dopiero wskutek zabiegów KNRL i KNP w Paryżu i nacisków Francji 16 lutego Niemcy podpisały w Trewirze układ rozejmowy.

Powstanie wielkopolskie należy do niewielu zwycięskich czynów powstańczych w dziejach Polski. Społeczeństwo Wielkopolski w okresie ponadstuletniej niewoli obroniło tradycję narodową, język i wiarę katolicką. Uczestniczyło aktywnie we wszystkich czynach zbrojnych XIX wieku, ponosząc wielkie ofiary ludzkie i materialne. Powstanie było więc logiczną, historyczną konsekwencją codziennej wytrwałości, pełnej wyrzeczeń i poświęceń pracy patriotyczno-narodowej, umożliwiającej społeczeństwu polskiemu przetrwanie niewoli pruskiej. Wykorzystując sprzyjający moment dziejowy, Wielkopolanie wyzwolili większość swej ziemi i jako wiano przekazali ją Polsce.

Na sukces powstania ogromny wpływ mieli kolejni głównodowodzący: Stanisław Taczak, Józef Dowbor-Muśnicki i cały korpus oficerski. Zasłużyli się też działacze polityczni z kręgów Narodowej Demokracji, niekwestionowani przywódcy ludności polskiej w zaborze pruskim, m.in. ksiądz Stanisław Adamski, Wojciech Korfanty, Adam Poszwiński, Władysław Seyda.

Nie kwestionując polskich aspiracji na wschodzie dążenia polityczne poznańskiego ośrodka państwotwórczego ciążyły ku ziemiom zachodnim i obszarom nadbałtyckim. Błędem politycznym Komisariatu było oczekiwanie na decyzje konferencji pokojowej i dyrektywy ententy. Wybuch i rozwój powstania był więc swego rodzaju korektą planów polityków. Komisariat odegrał też ogromną rolę w zabiegach dyplomatycznych. Niemcy zostali zmuszeni do podpisania warunków rozejmowych w Trewirze, co w praktyce uratowało Wielkopolskę od interwencji wojsk Ober-Ostu. Znacznym sukcesem było też przyznanie Polsce obszarów, których nie udało się wyzwolić zbrojnie, m.in. Leszna, Rawicza, Zbąszynia i Bydgoszczy.

Z formacji wielkopolskich powstała silna armia, która latem 1919 liczyła ok. 100 000 ludzi. Oddziały wielkopolskie walczyły w Małopolsce Wschodniej i na Froncie Litewsko-Białoruskim. Było to doświadczone wojsko o wysokim morale, dobrze dowodzone i uzbrojone, które stworzyło najbardziej zintegrowaną część Wojska Polskiego. Wielkopolanie wydatnie przyczynili się do zwycięstwa nad Ukraińcami w 1919 roku i bolszewikami w 1920 roku oraz wsparli trzecie powstanie śląskie w 1921 roku.«

x

To, co odróżniało zabór pruski od pozostałych, to nie tylko wyżej rozwinięte społeczeństwo, ale też to, że Polacy tworzyli pełny przekrój społeczny. W zaborze rosyjskim i austriackim mieliśmy tylko szlachtę i chłopów, którzy byli praktycznie niewolnikami i byli, co zupełnie zrozumiałe, obojętni na sprawę narodową. Powstania były sprawą szlachty. W przypadku powstania wielkopolskiego widać, że wzięło w nim udział całe społeczeństwo. Najliczniej robotnicy, rzemieślnicy i rolnicy. Ziemianie to tylko 1,5 procenta. Nie oszukujmy się, to był inny świat.

Bardzo znamienny jest fakt umowy z 25 grudnia 1918 roku, zawartej pomiędzy polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, na mocy której, w zamian za zwolnienie Wilna, Niemcy uzyskali zgodę na ewakuację swoich wojsk liną kolejową Toruń-Bygdoszcz-Nakło-Piła. Uniemożliwiło to rozszerzenie powstania na Pomorze, które obsadziła powracająca armia. Stanowiła ona również poważne zagrożenie dla samego powstania. W tamtym czasie Sztab Generalny zapewne nic nie zrobił bez zgody Piłsudskiego. Mówiąc wprost – Piłsudski wolał półżydowskie Wilno od Poznania i Wielkopolski.

W pewnym momencie Bogusław Polak pisze: „Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki.” A później dodaje, że został on przyjęty w Wielkopolsce z wielką rezerwą. Nasz najsłynniejszy trener piłkarski, Kazimierz Górski, miał taką zasadę: drużyny zwycięskiej nie zmienia się. I słusznie! Po co kombinować jak koń pod górę? Jak zacznie przegrywać, to tak! Po co więc zmieniono mjr. Taczaka, skoro się sprawdzał? Piłsudski chciał się pozbyć Dowbora-Muśnickiego jako byłego oficera armii carskiej. W Poznaniu jakoś radzono sobie z tymi personalnymi ansami. A może po prostu zawartość Polaka w Polaku w Wielkopolsce była większa, niż w innych dzielnicach.

Przypomina się też zamach majowy i fakt, że jednostki z Wielkopolski nie dotarły do Warszawy. Rozkręcili tory. Wiedzieli, że to wojsko zdmuchnęłoby tych piłsudczyków jak świecę. Wiedzieli o tym generałowie, którzy chcieli wycofać się do Wielkopolski i dalej walczyć, bo wiedzieli, że przewaga była po ich stronie. Ale wiedział też o tym Wojciechowski, prawdopodobnie wtyczka Piłsudskiego. A i on sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Mieczysław Rakowski, w wywiadzie udzielonym Orianie Fallaci w marcu 1982 roku, powiedział:

Członkowie “Solidarności” są zbyt niecierpliwi, przedwcześnie stracili głowę. Kardynał Wyszyński to rozumiał. “Rodacy, nie wszystko od razu!”, powtarzał. Nie zapominajmy, że niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Nie pierwszy raz w dziejach Polski ruch, który miał się stać siłą napędową narodu, niemal natychmiast niszczy podstawy istnienia państwa.

No proszę! Niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Teraz już chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości dlaczego o powstaniu wielkopolskim tak mało się mówi. Nie pasuje do ogólnie rozpowszechnianego stereotypu. Bo gdyby o nim mówiono, to należałoby zadać sobie następne pytanie: dlaczego w Wielkopolsce było inaczej? A “Solidarność” była tak samo żydowskim wymysłem, jak powstanie warszawskie, styczniowe, listopadowe i kościuszkowskie. Ośmieszają nas Żydzi przed całym światem i wmawiają nam, że jesteśmy tacy niecierpliwi i oderwani od rzeczywistości.

Więcej znaczyło w historii Polski powstanie wielkopolskie, niż wszystkie inne razem wzięte. Prawdę mówiąc dzieje tego powstania, przedstawione jak wyżej, to instruktaż, jak należy walczyć o swoje. I właśnie dlatego jest najważniejsze, bo z niego możemy się czegoś nauczyć. Z innych – nic.

x

Aktualizacja z dnia 3 października 2024:

Cztery lata temu, gdy pisałem ten blog, jeszcze wierzyłem, że pewne rzeczy mogą się dziać spontanicznie. Dziś już wiem, że tak nie jest. Niemcy nie przegrały I wojny światowej. W lutym 1918 roku w wyniku traktatu brzeskiego zakończyły wojnę na froncie wschodnim, ale wojska niemieckie nadal stały daleko na wschodzie. W momencie podpisywania kapitulacji na froncie zachodnim wojska niemieckie stały 50 km od Paryża. W takiej sytuacji tylko naiwny może wierzyć w to, że powstanie wielkopolskie, przy całym szacunku dla walczących, mogło skończyć się sukcesem, gdyby tak nie postanowiono gdzieś wyżej. Niemcy nadal dysponowały potężną armią. Chodziło o to, by stworzyć sytuację, w której Niemcy, mocno upokorzone, będą dążyły do zmiany warunków, jakie im narzucono w Wersalu. Pozbawienie państwa niemieckiego części ich ziem w wyniku powstania wielkopolskiego i powstań śląskich było częścią tego planu. I właśnie dlatego te powstania wybuchły w zaborze pruskim i w tym samym czasie.

Rzeź galicyjska

W XIX wieku stosunki pomiędzy szlachtą a poddanymi ulegały narastającemu napięciu (co szczególnie uwidoczniło się w Galicji) z powodu bezwzględnego egzekwowania powinności feudalnych, przede wszystkim pańszczyzny. Pomimo że obowiązujące prawo nie zezwalało już szlachcie na bicie chłopa, a jedynie na jego uwięzienie, szlachta nie zwracała na to uwagi i często chłosta kończyła się nawet śmiercią poddanego, a skutki kary zależały jedynie od siły i sadyzmu bijącego (np. ekonoma). Podobnego traktowania ze strony szlachty doznał także Jakub Szela. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. Chłopi zmuszani byli do odrabiania pańszczyzny na gruntach dominikalnych, sięgającej 3 dni w tygodniu. Ponadto podlegali pod jurysdykcję pańską w większości spraw, a jedynie w najcięższych mogli odwoływać się do sądów państwowych.

W świecie wyobrażeń galicyjskiego chłopstwa szczególne miejsce zajmował cesarz, jednoznacznie identyfikowany jako opiekun i rzecznik praw ludu. Pamięć o cesarzowej Marii Teresie i jej synu Józefie II była żywa na długo po ich panowaniu.

Austriacy, chcąc doprowadzić do rozdźwięku w polskim społeczeństwie i tym samym zapobiec wybuchowi ewentualnego powstania, wykorzystali niezadowolenie chłopów i – rozpuszczając plotkę o tym, że szlachta planuje przeciwko chłopom akcję zbrojną, której celem ma być ich wybicie – pchnęli ich do mordów i plądrowania szlacheckich dworów. Za głównego inspiratora uważany jest starosta tarnowski Joseph Breinl von Wallerstern.

Gdy powstanie krakowskie zostało stłumione i chłopi przestali być potrzebni Austriakom, wojsko przywróciło spokój. Jakub Szela został internowany, a następnie przesiedlony na Bukowinę. Bardzo szybko w Galicji zapanował spokój, jednak długo jeszcze pamiętano o rzezi galicyjskiej, która swoim zasięgiem objęła przede wszystkim Tarnowskie, Sanockie, Nowosądeckie i część Jasielskiego.

To tyle Wikipedia. Pisze ona o prowokacji ze strony Austriaków, ale nic o żydowskiej agitacji przeciwko szlachcie, która zaczęła się parę lat wcześniej. Jej motywem przewodnim było to, że rząd zniósł pańszczyznę i wydał nawet w tej sprawie dekret, tylko szlachta go ukrywała. Wydaje się jednak, że problem był bardziej skomplikowany, a działania Austriaków i Żydów były tą iskrą na beczce prochu.

Nie jest tak łatwo zmobilizować większą grupę ludzi do zgodnego i zdecydowanego działania. Musi być jakiś silny bodziec, motywacja oraz przyzwolenie władz, co miało miejsce w przypadku tej rzezi. Gdyby nie było zgody Austriaków, nie doszłoby do niej. Postępowanie chłopów było wyjątkowo okrutne. Właścicielom dworów obcinano głowy, za które Austriacy wypłacali pieniądze. A w „Weselu” Wyspiańskiego: Myśmy wszystko zapomnieli… Mego dziadka piłą rżnęli. To okrucieństwo chłopów porównuje się do okrucieństwa rzezi wołyńskiej. Było ono w wielu wypadkach podobne. Jednak jest podstawowa różnica. W trakcie rzezi wołyńskiej ginęli niewinni ludzie – chłopi. W przypadku rzezi galicyjskiej chłopi mordowali swoich oprawców.

To nie jest tak, że takie zdarzenie da się prosto wytłumaczyć. Ja zawsze uważam, że jeżeli chce się zrozumieć istotę problemu, to trzeba zacząć od początku i przeanalizować relacje chłopsko-pańskie w szerszym przedziale czasu. Jest taka doskonała praca Marii Dąbrowskiej Rozdroże. Jest to studium na temat zagadnień wiejskich. Zostało ono opublikowane w 1937 roku i spotkało się z gwałtowną reakcją środowisk ziemiańskich. Dąbrowska była atakowana, często w bardzo niewybredny sposób, co w sumie nie dziwi. Dziwi natomiast co innego. W PRL-u studium to wydano po raz pierwszy w 1987 roku. W posłowiu Franciszek Jakubczak pisze tak:

„Od napisania przez Marię Dąbrowską i opublikowania w 1937 roku Rozdroża, noszącego naukowy tytuł Studium na temat zagadnień wiejskich, upłynęło już nieomal pół wieku. Nieprzeciętna musi być wartość studium Dąbrowskiej, jeśli w ciągu czterdziestolecia Polski Ludowej wznowienia tej głośnej i bliskiej ruchowi ludowemu książki domagano się przy każdej okazji gruntowniejszego podejmowania spraw tradycji ruchu ludowego, historii chłopów i kultury wsi polskiej.”

Ciekawe, że w Polsce Ludowej najważniejsza praca na temat tego ludu nie mogła być wydana. Wiele bardzo wartościowych książek wydawano w latach 80-tych, przeważnie w drugiej połowie, gdy PRL chylił się ku upadkowi.

Wybrałem te fragmenty, które najlepiej tłumaczą, tak mi się przynajmniej wydaje, dlaczego doszło do tej rzezi. Trzeba było wrócić do czasów piastowskich, w których chłopom powodziło się znacznie lepiej. Ich sytuacja pogarsza się od XV wieku i później jest już tylko gorzej. Dąbrowska pisze tak:

»Historyczne usprawiedliwienie pańszczyzny i zależności włościan wywodzi się zawsze od tego pierwotnego podziału pracy: szlachcic-rycerz bronił ojczyzny, więc i chłopa – chłop w zamian winien go był utrzymywać. Lecz najstarsze dokumenty średniowiecza mówią, że kmiecie z dawien dawna byli obowiązani do obrony kraju. Nigdy, zdaje się, że nie ulegało wątpliwości, że byli obowiązani bronić go w razie najazdu, co się w pierwszych wiekach istnienia Polski nierzadko przecie zdarzało. Stanisław Smolka jednak ujawnia w swoim dziele Mieszko Stary i jego wiek znacznie donioślejszy i bardziej wszechstronny udział kmieci w obronie kraju. Powiada on, że nie tylko w razie najazdu nieprzyjaciela cała ludność chłopska stawała pod broń, ale że i na większych wyprawach „nie pogardzano tłumami gorzej uzbrojonych tarczowników z chłopstwa”. Nadto, „gdy przyszło do wielkiej wojny”, tworzono z chłopów nawet pułki konnic, i takie oddziały miał mieć z sobą Bolesław Krzywousty na wyprawie węgierskiej.

Kazimierz Odnowiciel był ocalony w boju przez chłopa, którego uczynił władyką, i w ogóle „nieustanny przybytek z klasy chudopacholskich dziedziców (nazwa „dziedzice” pierwotnie dotyczyła kmieci) odświeżał w rycerstwie siłę rodzimego pierwiastka”. Natomiast według tego samego źródła „góra wojskowa liczyła wielu obcych rycerzy”.

Korzon w swych Dziejach wojen i wojskowości w Polsce również mówi o udziale chłopów średniowiecznych w służbie wojennej. Obszernie zaś podaje organizację pospolitego ruszenia za Kazimierza Wielkiego, który „zobowiązał prawem, statutem i gospodarczymi zarządzeniami całą ludność rolną do służby wojskowej”. Zatem pierwsze oficjalne pospolite ruszenie było nie wyłącznie szlacheckie, lecz ogólnie narodowe, czyli w ogromnej zapewne części chłopskie.

Dopiero wiek XV, więc czas, gdy gruntowała się pomału gospodarka folwarczna i pańszczyźniana, wyłączająca chłopów spod prawa państwowego, nadała pospolitemu ruszeniu charakter wybitnie szlachecki. Stopniowo zanikała wówczas idea powszechnej służby wojennej chłopów, a statuty przewidują już tylko udział kmieci w obronie miejscowej w razie najazdu.

Szlacheckie pospolite ruszenie okazało się wprędce i dość zawodne i niewystarczające jako środek obrony, a zwłaszcza jako środek umocnienia potęgi państwa. O przywróceniu jednak na większą skalę służby wojskowej chłopów i mowy być nie mogło, stanowili oni bowiem już wtedy prywatną własność i źródło największego dochodu szlachty, która dla żadnych celów nie dała ich brać ze wsi. Toteż już pierwsi Jagiellonowie posługiwali się wojskiem zaciężnym, rzecz prosta, cudzoziemskim.

Jagiellonowie starali się zresztą przez cały czas utrzymywać resztki tradycji pospolitego ruszenia chłopskiego przynajmniej na Litwie, gdzie ich władza była bardziej realna. Niezależnie od tego, w całej Rzeczypospolitej zaczęli niebawem z chłopów tworzyć znaną i zasłużoną w bojach piechotę łanową czyli wybraniecką, wyciąganą oczywiście tylko z królewszczyzn i to nie bez oporu starostów. Ta właśnie chłopska piechota stanowiła pierwszy zawiązek armii stałej, opartej na poborze. Historia nie przekazała nam wiadomości, by ta chłopska piechota uciekła z pola bitwy, lub zawiązywała rokosze, co się szlachcie nierzadko zdarzało. Powszechnie znany też jest fakt, że w ostatnich wiekach Rzeczypospolitej chłopi, zwłaszcza tam, gdzie zachowały się przypadkowo resztki swobody, występowali samorzutnie, i często z lepszym niż szlachta rezultatem, w obronie kraju. Dość przypomnieć rolę Kurpiów i górali w partyzantce przeciw Szwedom, którym szlacheckie pospolite ruszenie Polskę wydało na łup, a których najazdowi chłopi pierwsi stawili czoło. Mimo to sejm szlachecki oprał się spełnieniu ślubów Jana Kazimierza. Daninę krwi uznał za jeszcze jedną daninę, należną panom obok pieniędzy, płodów rolnych i pracy. Toteż jeśli chłopscy bohaterowie wojenni Polski szlacheckiej – wywlekani dziś czasem z niepamięci głównie dla zagrzania chłopów do coraz większych obowiązków – są tak zapomniani i zdają się być nieliczni, to są oni za to bohaterami najbardziej niepodejrzanymi, gdyż – mimo woli może – lecz najzupełniej bezinteresowni. Za swoją krew i życie nie mogli się – przynajmniej jako zbiorowość – niczego spodziewać i, choć to straszno powiedzieć, nic nie uzyskali, prócz wzmagającego się ucisku.

Służba wojenna szlachty była niby to bezpłatna. W rzeczywistości kosztowała bardzo drogo. To właśnie, między innymi, skłaniało królów naszych do przechodzenia na wojska zaciężne.

Rzecz dziś już zbadana i wiadoma, że o każde uchwalenie koniecznej wojny ziemiaństwo targowało się do upadłego, nie chcąc nic dać, nie to żeby za darmo, lecz nawet za cenę przyzwoicie umiarkowaną. To zaś, co uzyskiwało, nazywam za Słowackim ceną „krwi nie wylanej”, boć korzystano z owych zysków bez względu na rany i zasługi, korzystali z nich i ci, co wcale nawet sami na wojnę nie poszli.

Mniejsza jednak o cenę, płaconą bezpośrednio w dobrach ziemskich i starostwach lub udziałem w takich czy innych dochodach. Bardziej doniosłą w swych zgubnych skutkach ogólnopaństwowych była cena, płacona przywilejami. W łagodnym gloryfikującym ujęciu nazywało się to zdobywaniem przywilejów, mających być podstawą demokratycznego ustroju, rękojmią, zabezpieczającą przed samowładztwem. W gruncie rzeczy szlachta uzyskiwała w takich okolicznościach prawo do nieograniczonego ucisku chłopów. Wydzierała państwu i królowi nie tyle władzę nad sobą, ile władzę nad chłopem, a więc nad „istotnym narodem”, którą też w końcu sobie bez zastrzeżeń przywłaszczyła. Ignacy Baranowski, badacz bezstronny i szlachtę raczej usprawiedliwiający stwierdza w swej książce Wieś i folwark, że kiedy Zygmunt Stary odwołał się do szlachty o podatek na wojnę pruską (nawet więc krwi nie żądał), ona „według zwyczaju wyzyskała położenie i w zamian za pobór” wyjednała trzy uchwały statutu toruńskiego (1520), dotyczące pańszczyzny. Konstytucja tego statutu o robociznach „była pierwszym ustawowym określeniem stosunku pańszczyźnianego w prawodawstwie polskim”. Oznaczając wymiar pańszczyzny na jeden dzień w tygodniu zdawała się być, formalnie przynajmniej, hamulcem powściągającym jej dowolne zwiększenie. Ale to tylko pozór. Choć trudno temu dać wiarę, niemniej statut toruński zawierał punkt mówiący, że „ustawa ta nie ma być wprowadzana tam, gdzie chłopi odrabiają więcej niż jeden dzień swym panom”. A ponieważ owymi czasy w dobrach szlacheckich włościanie odrabiali już wszędzie więcej niż jeden dzień w tygodniu, chodziło więc tylko o wprowadzenie bodaj minimum pańszczyzny w dobrach królewskich, gdzie jeszcze chłopi nie wszędzie ją odrabiali i dokąd uciekali, szukając lepszej doli, z majątków prywatnych. Z tym uciekaniem szlachta zaczynała już wtedy walczyć i dla uchronienia się przed nim potrzebowała „powszechnej ustawy o pańszczyźnie”, aby nie było w Polsce kąta ni miejsca, dokąd by chłop miał po co uciekać. W tym celu zaczynała też tworzyć „wskroś nowoczesną organizację ziemian-kapitalistów” – stwierdza to nie żaden „klasowy przewrotowiec”, ale tenże Ignacy Baranowski.

A od XVI aż prawie do końca XVIII wieku wewnętrzne dzieje Polski są w znacznym stopniu historią wzrastania pańszczyzny i niewoli chłopów. Zacząwszy w wieku XV, a rozszerzywszy w XVI gospodarkę folwarczną, szlachta uznała z całym naiwnym cynizmem pracę chłopów „za największą intratę w Polsce” tę intratę wyciągnęła bez najmniejszych skrupułów, z całkowitą pogodą ducha i w pełni zadowolenia z siebie.

Stawszy się pomału wielkim przedsiębiorcą i kupcem zbożowym, ziemiaństwo swoją szlachecką daninę krwi dawało coraz niechętniej, bo tyle uzyskawszy wolało się oddawać spokojnemu dosytowi.

Chłopi zostali w ciągu tego czasu absolutnie wyjęci spod prawa publicznego i poddani bez zastrzeżeń patrymonialnemu sądowi szlachty. Spór chłopa z panem rozsądzał wyłącznie tenże jego własny pan, więc strona zainteresowana i w stosunku do chłopa wszechwładna. Za szkodę wyrządzoną chłopu sąsiada szlachcic płacił karę właścicielowi podsądnego, tak jak za szkodę wyrządzoną na cudzym inwentarzu. A działo się to w kraju, chlubiącym się swymi trybunałami obywatelskimi i swoim „Nikogo bez sądu nie uwięzimy”… Dobra i majątki szlacheckie czy wielkopańskie stały się państewkami absolutnymi, w których pan rządził bezapelacyjnie narodzinami, życiem, śmiercią, każdym dniem i każdą nocą gromady niewolników, nie w takim jak starożytne, lecz w niemniej ciężkim znaczeniu.

Swej nieograniczonej władzy nad chłopem szlachta używała przez cztery blisko wieki wyłącznie w dwu kierunkach: zwiększenia pańszczyzny i przytwierdzenia chłopów do ziemi.. Od XVI do XVIII stulecia szlachta, coraz bardziej obojętna na sprawy publiczne, uchwaliła jedną za drugą około 60 konstytucji o zbiegłych kmieciach, ku temu głównie służył w tym czasie jej tyle sławiony parlamentaryzm. Według Baranowskiego nadmierna ilość i ciągłe ponawianie tych ustaw świadczy o ich bezskuteczności. Bardzo możliwe, ale świadczy i o tym, jak potwornie źle było chłopom, skoro nie spodziewając się nigdzie obrony ani prawa, zbiegali jednak, prawdziwie w czarną noc ponad światem. Świętochowski w swojej Historii chłopów polskich przytacza treść aż 38 postanowień o zbiegłych chłopach, jakie zapadły w ciągu jednego XVII wieku. I trudno mu się dziwić, kiedy dodaje: „Nie potrzeba wymowniejszego dowodu, jak dalece szlachta nie mogła dostrzec w chłopach pierwiastków ludzkich, zasługujących na coś więcej ze strony ustawodawstwa, niźli listy gończe”.

Twórcy Konstytucji 3 maja, choć tak zdeterminowani, że rzecz swoją postanowili przeprowadzić na drodze zamachu stanu, tym nawet rewolucyjnym sposobem nie poważyli się forsować czegoś, co musiałoby wywołać żywiołowy sprzeciw szlachty, grożący wojną domową. Dla spraw skarbu i wojska, czy wzmocnienia władzy wykonawczej można było liczyć, że się wzbudzi bodaj na krótko zapał w odpowiednio zażytym, nóż najazdu mającym na gardle, a bądź co bądź na swój sposób łatwym do do patriotycznego roztkliwienia pospólstwie szlacheckim. Dla sprawy chłopskiej – nigdy. Wchodziła tu w grę rzecz zbyt silna – materialny interes „klasowy”, którego wymyślenie przypisuje się dopiero socjalistom.

To liczenie się państwa z egoizmem szlachty, jak każdy zdrożny kompromis, i tak nie pomogło. Wojna domowa, której chciano uniknąć przez połowiczność reform, nie dała na siebie czekać. Targowica, występująca – paradoks częsty w takich wypadkach – pod hasłem obrony wolności i demokracji, nieugruntowane dzieło 3 maja przy hańbiącej obcej pomocy obaliła. Zaś w sprawie chłopskiej nakazywała dziedzicom wszelkie obudzone przez sejm czteroletni nadzieje włościan niweczyć i buntujących się przeciw jakimkolwiek „dawniejszym powinnościom” przykładnie karać. I choć tego właśnie grzechu nikt jej ani pamięta, ani wypomina, w nim – osobliwie trwałe, do dziś pokutujące – okazało się jej „za grobem zwycięstwo”.

W latach 1772-75 nie protestowano przeciw rozbiorom ojczyzny, ale Świętochowski (Historia chłopów polskich) podaje tekst memoriału, złożonego wtedy gubernatorowi lwowskiemu przez szlachtę zaboru austriackiego, protestującą „przeciw opodatkowaniu szlachty, która krwią przelaną za ojczyznę, okupiła sobie uwolnienie od tego ciężaru, a chłopami opiekowała się życzliwie”. Według tego samego źródła szlachta w adresie hołdowniczym do Marii Teresy proponowała zachowanie pańszczyzny. Kiedy nastał Józef II, szlachta, przerażona jego programem reform rolnych, wysilała cały swój dowcip i całą troskę publiczną na przesyłanie rządowi memoriałów, dowodzących, „że reforma rolna w Galicji prawnie przeprowadzić się nie da, a przeprowadzona gwałtem wywoła powszechną ruinę gospodarczą”. Zaznaczmy przy tym, chociaż to ciężko boli, że włościańskie patenty Józefa II zaczęły wychodzić przed Sejmem Czteroletnim i że szły dalej niż Konstytucja 3 maja. Więc szlachta okrojonej Rzplitej miała już ostrzeżenie i przykład, co można było i co należało zrobić. Ponurej tej przestrogi nikt nie wziął pod uwagę. Szlachta zaboru austriackiego zamiast słać do Warszawy najgorętsze wezwania, by sejm i rząd w uobywatelnieniu ludu nie dały się ubiec najeźdźcy, bawiła rząd wiedeński narzekaniem na swoje ciężkie położenie, przekonywaniem, że ochrony i pomocy potrzebuje nade wszystko ziemiaństwo i duchowieństwo, a nie chłopi.

Zaślepienie szlachty zwyciężyło. Rząd austriacki zaczął ustępować. Zresztą po śmierci Józefa II kurs reform się skończył, przyszła znana i nikczemna polityka zdeprawowanej biurokracji. Zemsta dziejów rzuciła swoje memento w koszmarnej postaci rzezi galicyjskiej. Po tym dantejskim doświadczeniu nastąpiło krótkie, lecz świetne ocknienie, po raz pierwszy jak gdyby masowe. Kiedy w roku 1848 wybuchają próby powstania, to i Komitet Narodowy w Krakowie i Rada Narodowa we Lwowie wysyłają do władz memoriały, żądające zniesienia pańszczyzny i nie żadnego oczynszowania, lecz uwłaszczenia chłopów. Te memoriały są opatrzone tysiącami podpisów, są to aż do r. 1863 – obok postanowień sejmików litewsko-białoruskich z r. 1817 – jedyne ekspiacyjne akty publiczne szlachty polskiej w sprawie chłopów.

Ogień Wiosny Ludów jak silnie w sercach ziemiaństwa wybuchnął, tak samo prędko i zgasł, pogrążając dziedziców zaboru austriackiego w tym głębszą ciemność wstecznej myśli i niestety, wybitnie „klasowego” stosunku do spraw obywatelskich, społecznych i gospodarczych. W samym zresztą przedstawionym tu okresie przebudzenia moralnego nie brakło bynajmniej objawów świadczących, że wstrząs wydobył na jaw tylko drobną, zdrową na duchu garstkę, która chwilowo zasłoniła zdezorientowaną, lecz nie odmienioną do gruntu całość żywiołu szlachetczyzny. Do jakiego stopnia nawet najinteligentniejsi spośród ziemian owego czasu tkwili, jeśli nie w żądzy ucisku, to w mrzonce nawrotu do patriarchalno-pańszczyźnianej sielanki, to można poznać choćby z memoriału Aleksandra Fredry, złożonego nadzwyczajnemu komisarzowi Galicji Stadionowi tuż po rzezi galicyjskiej. „Władza patriarchalna – pisze sławny komediopisarz – dziedzicom przynależy, nikt jej skutecznie nie zastąpi… Zadaniem niższych urzędników być powinno jak najprostszą mową przekonać lud, że pańszczyzna jest nie tylko własnością pana, ale jest zarazem konsekwencją ustanowionego porządku mocą prawa i wolą monarchy, że nie wypełniający w tym względzie swoich obowiązków narusza prawa własności, a nade wszystko wykracza przeciwko rzeczonej najwyższej woli…” Oto jak przedstawiciel elity szlacheckiej rozumiał opiekę prawa państwowego nad chłopem w pięćdziesiąt kilka lat po Konstytucji 3 maja i w przededniu zniesienia pańszczyzny przez rząd austriacki. Jeżeli powoływaliśmy się na wolę obcych monarchów, o ile ona zachowywała pańszczyznę, a narzekaliśmy na obce rządy, gdy uwłaszczały chłopów, to jakie mieliśmy potem prawo mówić o sztucznym wykopaniu przepaści między chatą a dworem? Wprawdzie chciałoby się Fredrę uważać za wyjątek, trudno jednak nie zgodzić się ze Świętochowskim, że skoro tak myślał człowiek utalentowany i obyty ze światem nowych idei (napoleończyk), to inni „zwykli panowie” musieli myśleć znacznie gorzej. To pewne, że pięknej tradycji 48 roku nie zachowali oni nawet w dobrej pamięci.

Co do zaboru pruskiego, to znanym jest fakt, że tamtejszy zaborca, znacznie od innych sprytniejszy i może znacznie pewniejszy trwałości swego panowania, prowadził na swej grabieży politykę nie tak demagogiczną i nie tak bezwzględnie rabunkową. Nie zależało mu tak na podsycaniu przeciwieństw społecznych, gdyż dla niszczenia polskości przewidywał inne, na dalszą metę zakrojone sposoby. Toteż reformę uwłaszczeniową (najwcześniejszą) przeprowadził z silniejszym uwzględnieniem czynników gospodarczych, widząc w tym większe dla siebie korzyści. Odpowiedzią, którą na razie otrzymał, było wydatne wzięcie przez włościan udziału w powstaniu 1848, obok insurekcji kościuszkowskiej jedynym powstaniu częściowo chłopskim. W ostatecznym rezultacie stosunki ułożyły się tam zdrowiej, a staroszlachecka nienawiść do reform rolnych odżyła dopiero… w Polsce niepodległej.

Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztka czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się wstecz. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczenia chłopów. Jak wiadomo, prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-spolecznego procesu, który się odbył na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on ani znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

Rugom tym towarzyszyła publicystyka, której głosy cytować byłoby już zbytecznym znęcaniem się nad i tak czyśćcowymi duchami smutnej przeszłości. Dość powiedzieć, że kręciła się ona dokoła uzasadnienia świętego prawa panów do ziemi chłopskiej i nie odbiegała ani o jeden ton od tego, co pisano w końcu wieku XVIII. Znów zarzekano się, że „nigdy”, że „na zawsze”, a wyrazem najpopularniejszych zapewne poglądów była choćby uchwała rady powiatowej w Płocku, głosząca między innymi: „Własności naszej gruntowej dla nikogo i dla żadnych względów nie tylko nie ustępujemy, lecz owszem, przeciw naruszaniu onej protestujemy się”. Pamiętać zaś trzeba, że własność, której „dla żadnych względów” i nigdy postanowiono nie ustąpić, to były – w owym czasie – nie folwarki, lecz grunty od prawieku zasiedlone chłopami.

Zwróćmy się jeszcze ku temu, co działo się w ostatnim pięćdziesięcioleciu niewoli w Galicji. Tam również sprawa narodowościowa zabarwiała swoiście stosunki, ale działo się to niejako na marginesie całokształtu polskiego życia dzielnicy, która jedyna posiadała przez czterdzieści lat autonomię. Ten właśnie fakt pozwala wyraźniej niż w innych zaborach obserwować smutne i charakterystyczne dla stosunku ziemiaństwa do sprawy chłopskiej zjawiska. W Galicji bowiem rozegrała się w całej pełni i jawności walka na nowej pozycji, na którą wycofała się szlachta. Nie mogąc się już bronić ani przed zamianą pańszczyzny na czynsze, ani przed uwłaszczeniem – broniono się zaciekle przed… oświatą ludową.

Żabko-Potopowicz, stwierdzając, że w Galicji „odpowiedzialność za bieg spraw krajowych ponosiło ziemiaństwo”, mówi o jego wielkich zasługach na polu oświaty. W samej rzeczy budżet oświatowy, zwłaszcza w ostatnich czasach przed wojną był wysoki, zrobiono też wiele w dziedzinie zakładania szkół wyższych. Jeśli jednak idzie o szkolnictwo ludowe, to i dzieje galicyjskiej Rady Szkolnej i diariusze sejmu lwowskiego mówią nam zgoła co innego.

Sejm galicyjski był, jak wiadomo, w ciągu całego swego istnienia opanowany przez żywioły konserwatywne, w znacznej części szlacheckie, z przedstawicielami najpierwszych rodów miejscowych na czele. Cytaty mów, jakie ci ludzie wygłaszali w latach sześćdziesiątych i później w sprawie szkolnictwa wiejskiego i oświaty ludowej, świadczą o zupełnie swoistym i wypaczonym pojmowaniu obowiązków obywatelskich. Świętochowski, przytaczając te mowy, stwierdza nadto, że „uchwalono śmiesznie małe sumy na szkolnictwo elementarne, karcono przekroczenia budżetu szkolnego, zniżano kwalifikacje nauczycieli… czyniono wszystko, co mogło utrzymać lud w ciemnocie”. Wśród zwolenników najniższego minimum nauki dla chłopów i jak najmniejszych wydatków na szkoły wiejskie figurują takie nazwiska, jak: hr. W. Dzieduszyckiego, hr. Reya, hr. Wodzickiego, hr. Stadnickiego, D. Abrahamowicza, nawet prof. J. Szujskiego. Kiedy posłowie chłopscy oświadczyli się za dodatkowym podatkiem na szkoły, szlachta zastrzegła się, że ona tego podatku płacić nie będzie, „gdyż ze szkoły ludowej nie użytkuje”. Dano tym wyraz opłakanej prawdzie, że tylko chłop jest zawsze stworzony do płacenia na rzeczy, z których nie użytkuje.

Jeszcze w r. 1880 hr. Rey domagał się „ażeby plany i podręczniki szkolne były odmienne dla miast i wsi”, podobnie i seminaria nauczycielskie. Odmienność pojmowano przy tym nie w sensie uwzględnienia dajmy na to zawodowej oświaty rolniczej na wsi, lecz w sensie ograniczenia programu nauki wiejskiej w porównaniu z miejską (Sprawa ta jest zresztą do dziś widać w Polsce aktualna). Czas nauki starano się skrócić, rozciągając święta i wakacje do ostatecznych granic. Żądano jak najniższego kształcenia nauczycieli wiejskich i zatwierdzania na te stanowiska „żywiołów naiwnych”, bo „jeżeliby miała wejść do szkolnictwa wiejskiego inteligencja, to biada porządkowi społecznemu”. Programy ograniczano do nauki religii, czytania, pisania i rachunków. Poseł Grocholski żądał w ogóle „uwolnienia sejmu od obowiązku utrzymania szkół powszechnych i oddania ich staraniom prywatnym”. Niesłychane te w końcu XIX wieku projekty udaremnił częściowo… rząd austriacki, ku tym większemu wstydowi nie szlachty – bo ta może i dziś by jeszcze swego ówczesnego stanowiska broniła – lecz wszystkich dobrych obywateli za swoją szlachtę. Ziemiaństwo trwało na swym niechlubnym posterunku tak walecznie, że jeszcze w r. 1887 poseł hr. Stadnicki mówił: „Wolimy zakładać skromne ochronki pod kierownictwem sióstr służebniczek, niż mieć u siebie szkoły ludowe pospolite, obawiając się trucizny, którą one w dzieciach wiejskich zaszczepiają… Chcemy, żeby lud był tak wychowywany, jak my to rozumiemy”.«

x

Rzeź galicyjska nie wzięła się znikąd. Gdyby relacje chłopsko-szlacheckie wyglądały inaczej, Austriacy i Żydzi nie byliby w stanie sprowokować chłopów. To, że doszło do tak drastycznych wydarzeń, oznaczało tylko to, że chłopi byli ludźmi, którzy czuli i cierpieli z racji swego poniżenia. Taka jest ludzka natura: niezgłębiona, tajemnicza, wybuchowa, a nade wszystko nieobliczalna. Szlachta miała wszelkie instrumenty ku temu, by poniżać chłopa: czasem biła go, czasem linczowała, czasem zabijała, ale najczęściej zmuszała go do niewolniczej pracy, wyzyskując wszelkie jego siły witalne. Chłop nie mógł odpowiedzieć tym samym. Nie mógł rozłożyć w czasie swojej zemsty w taki sposób, jak to czyniła szlachta. Gdy więc nadarzyła się okazja, emocje wzięły górę.

I RP była republiką bananową, opartą na eksporcie zboża, tak jak republiki bananowe były i są oparte na eksporcie bananów. Było to państwo o ustroju niewolniczym, w którym 90% społeczeństwa było niewolnikami. Jedna klasa społeczna zawłaszczyła sobie państwo i wykorzystywała je dla własnego zysku. Etos, słowo, którego nie lubię, bo kojarzy mi się z Geremkiem, który nadużywał go: jego „etos Solidarności”, ale które tu najbardziej pasuje, etos szlachecki I RP przetrwał zabory i odrodził się w II RP. Wszak Piłsudski, po zamachu majowym, faworyzował ziemiaństwo. Zdawać by się mogło, że za czasów PRL-u była to obca ideologia, ale skoro Rozdroże, aż do 1987 roku, nie mogło być wydane, to chyba nie taka obca. Nic dziwnego, przecież PRL-em rządzili żydowscy faktorzy. Ci sami, którzy wyręczali szlachtę z przykrych obowiązków zajmowania się finansami i gospodarką. Po 1989 roku etos szlachecki powraca: „ciemny lud to kupi”, „będą zap…..lać za miskę ryżu”.

W mojej ocenie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, czym jest obecna Polska, bez odwołania do historii, do I RP. Ta gangrena, która ją toczyła, odradzała się niczym hydra, w II i III RP, a i PRL nie mógł się jej oprzeć.

Pandemia

Dzisiaj, tj. 1 grudnia, znalazłem na Interii ciekawy komentarz pod informacją: Siłownie otwarte. Dlaczego? Nie został on zamieszczony bezpośrednio pod tekstem, tylko pod jednym z komentarzy. Jego autor, podpisujący się ~edi, zapytany przez kogoś o prawa autorskie i możliwość kopiowania, odpisał: nie zastrzeżone…brać i oświetlać ciemności.. Jest to doskonała i spójna analiza obecnej rzeczywistości. Pomyślałem więc sobie, że warto ją zachować na dłużej. Tam na Interii powisi jeszcze jakiś czas i zniknie razem tą informacją. Wisiała do późnych godzin popołudniowych. A skoro autor wyraził zgodę na jej rozpowszechnianie, to czynię to chętnie, bo warto. Na Interii cały tekst został podzielony na 7 komentarzy i pisany jednym ciągiem, bo inaczej się nie da. Ja rozbiłem tekst na parę paragrafów, żeby był bardziej czytelny. Śródtytuły są autorskie. Całość poniżej.

Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy Ziemia przeistoczyła się w ogólnoświatowe więzienie, w koszmar, z którego nieprędko się wybudzimy, o ile w ogóle jeszcze kiedyś to nastąpi. Co takiego sprawiło, że mniemana pandemia słabo zbadanej choroby zakaźnej, praktycznie niewidocznej w ujęciu umieralności ogólnej, zdemolowała rzeczywistość i przemieliła wszystko na miazgę? Jakie czynniki ukonstytuowały ten proces? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie. O kondycji, funkcjonowaniu i wyglądzie współczesnego świata decyduje pięć ośrodków realnej władzy:

  • międzynarodowy system finansowy
  • rządy państw
  • media
  • koncerny farmaceutyczne
  • koncerny technologiczne.

Ośrodków wpływu i kontroli jest oczywiście znacznie więcej, jednak w tej chwili interesuje nas wyłącznie te pięć najważniejszych. Co je łączy, jak działają, na czym bazują? Generalnie nasz pech polega na tym, że wszystkim tym organom pandemia jest bardzo na rękę. Pokochały ją miłością bezwarunkową i każdego ranka dziękują Bogu (lub szatanowi) za tak cudowny prezent.

SYSTEM FINANSOWY

Skąd biorą się pieniądze? Właściwa odpowiedź brzmi – pieniądze biorą się z drukarki. Choć brzmi to nieco śmiesznie, zapewniam, że tak właśnie jest – drukuje się je jak gazety i kolorowe pisma dla kobiet. Dawniej pieniądze miały swoje odzwierciedlenie w postaci złota, srebra i platyny. Dziś ponad połowa z nich jest tylko świstkiem papieru bez żadnego pokrycia. Banki centralne przygotowują się właśnie do wprowadzania waluty w pełni cyfrowej, co uczyni światową ekonomię jeszcze bardziej wirtualną niż obecnie. Wyczarowane przez bank centralny pieniądze lecą na rynek, za które później kupujesz sobie nową bluzkę, telewizor albo bułki w supermarkecie. Problem polega na tym, że każdy dolar, każde euro i każda złotówka wyjeżdżające z bankowej drukarki mają wpisany w siebie dług. Rząd otrzymuje środki na bieżące wydatki, ale musi zwrócić je z nawiązką. Właśnie dlatego niemal wszystkie państwa na świecie są zadłużone – ich wzrost gospodarczy nie nadąża ze spłatą odsetek. Dług państwa przekłada się na jego instytucje – służbę zdrowia, wojsko, policję, straż pożarną i wiele innych. Zadłużone są całe województwa, miasta i powiaty. Zadłużone są przychodnie lekarskie, służby komunalne i urzędy. Zadłużone są kluby sportowe, kina, teatry. Na końcu tego łańcucha znajdujesz się Ty – zwykły obywatel. Ty również jesteś zadłużony, ponieważ bez zaciągnięcia pożyczki w banku nie jesteś w stanie rozkręcić interesu, kupić działki pod zabudowę czy mieszkania. Musisz wziąć kredyt, bo zarabiasz za mało. A zarabiasz mało, bo trzy czwarte twoich dochodów zabiera rząd. On z kolei musi regularnie cię okradać, by spłacać kredyt zaciągnięty w banku centralnym. I tak się to kręci – żyjemy w systemie opartym na finansowym niewolnictwie, z którego, przynajmniej na razie, nie ma wyjścia. – Ale jak to? Czy Polska nie jest tu wyjątkiem? Przecież NBP jest naszym bankiem narodowym i należy do Skarbu Państwa, czyli do obywateli – Niestety nie jest to prawda, choć mit ten pokutuje w polskim narodzie od pokoleń. Narodowy Bank Polski jest podmiotem prywatnym dokładnie tak samo jak każdy bank centralny. Haczyk tkwi w niezwykle mętnych zapisach statutowych pozwalających mu przyodziewać się w państwowe piórka. W każdym razie udziały NBP należą w zdecydowanej większości do prywaciarzy, a Państwo Polskie jest tylko jednym ze współudziałowców (w okolicach 30% własności). Odsetki (koszt obsługi długu), które zarabia NBP nie trafiają z powrotem do Skarbu Państwa. Oczywiście w szkołach tego nie uczą, bo gdyby tak było, kryminaliści na Wiejskiej już dawno siedzieliby w więzieniu. Kto zatem tworzy ten chory system, kto tu pociąga za sznurki? Otóż znajdziesz w tym kasynie wielu rozgrywających, ale liczą się wyłącznie takie podmioty jak Bank Światowy, banki centralne, Fed (System Rezerwy Federalnej), IMF (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) oraz szwajcarski BIS (Bank Rozrachunków Międzynarodowych), czyli bank banków. Całkowicie zależny od finansjery z Wall Street Bank Światowy to taka filantropijna fasada mafijnej posiadłości, marketing w najczystszym wydaniu. Banki centralne i Fed to drukarnie, z tym że zadaniem Fed-u jest dodatkowo patrzeć pozostałym drukarniom na ręce. Międzynarodowy Fundusz Walutowy to Consigliere ojca chrzestnego, posłaniec przychodzący z propozycją nie do odrzucenia. Bank Rozrachunków Międzynarodowych natomiast to głowa węża, centrum zarządzania. To ojciec chrzestny, księgowa i gość od brudnej roboty w jednym. Jego zadaniem jest planowanie “strategii rozwojowych”, wyprowadzanie pieniędzy do rajów podatkowych, przykrywanie machlojek i wyduszanie haraczy od spóźnialskich. W telegraficznym skrócie tak to mniej więcej wygląda. Banki centralne i współpracujące z nimi podmioty pokochały pandemię, bo uwielbiają każdą sytuację doprowadzającą pożyczkobiorców do uzależnienia. Kryzys gospodarczy zawsze powoduje inflację, bezrobocie i dziurę budżetową. Na wzroście inflacji korzystają właśnie banki centralne, gdyż wraz ze spadkiem siły nabywczej pieniądza coraz mniej rzeczy można za nie kupić. Kolejne potrzeby obywateli nie są już zaspokajane, co zmusza ich do zaciągania nowych kredytów. Zadłużać się musi także rząd, żeby ratować upadającą gospodarkę i spinać rosnące wydatki socjalne. Ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny w takiej skali jak obecnie doprowadzi do renegocjowania umów handlowych między bankrutującymi państwami a Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Można to porównać do sytuacji ćpuna, który po utracie źródła dochodu jest gotowy całkowicie się upodlić, byle tylko zaspokoić głód narkotykowy. Diler da mu towar choćby za darmo, a nawet długi umorzy, ale pod warunkiem całkowitego oddania i wiecznej posługi. I czegoś takiego z pewnością właśnie teraz jesteśmy świadkami.

RZĄDY PAŃSTW

Będące obecnie u władzy rządy nie są w tak komfortowej sytuacji jak banki centralne, ale zdążyły już umościć sobie posłanko w tym gnijącym pudle. W czasie każdej wojny, kryzysu czy kataklizmu następuje bowiem tzw. parcie pod ratusz, czyli zjawisko społeczne objawiające się znacznie większym niż normalnie zaufaniem dla władzy. Zdezorientowani i sparaliżowani strachem obywatele przymykają oko na dotychczasowe grzeszki rządzących w zamian za odzyskanie choćby odrobiny spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Polacy nie są tu wyjątkiem. Powiedzmy sobie szczerze, PiS-owi ten wirus spadł jak manna z nieba. Po serii wpadek w postaci nagród dla ministrów, afery Banasia, miliardów dla TVP czy nagrań Morawieckiego u “Sowy” poparcie dla rządu topniało jak lód na pustyni – w niektórych sondażach PiS zrównywał się z PO. Od czasu kryzysu wszystko wróciło do “normy” i liczy się już tylko koronawirus. Na chorą sytuację ciężko pracują także systemowe “rozwiązania” opieki zdrowotnej. Jakie pieniądze tkwią w biznesie covidowym, chyba nikomu dziś już tłumaczyć nie trzeba. Szpitale będą starały się utrzymać koronawirusowe mechanizmy tak długo, jak tylko to możliwe. Sto procent podwyżki dla wszystkich pracowników “na froncie walki z wirusem” to jawna kpina i splunięcie w twarz wszystkim pozostałym ludziom budżetówki. Właśnie tak cementuje się patologie, a opozycja, niby taka antyrządowa, tylko temu przyklaskuje. Nikt tak bardzo nie potrzebuje covidu jak PiS, który będzie jechał na tym wózku do samych wyborów. Rządzący krajem psychopaci wycisną z pandemii ostatnie soki. Nie mają zresztą innego wyboru. Po pierwsze dlatego, że wykonują polecenia z góry (co widać już nadto wyraźnie), a po drugie dlatego, że pandemia jest ostatnią rzeczą, jaka im została. Kraj się rozpada, więc wszystko teraz jest uzasadnione. Będą pompować ten balon do granic absurdu i śmieszności, będą stawiać kolejne “szpitale polowe” i “punkty ratunkowe”, będą kupować szczepionki, nowelizować prawo i nakręcać atmosferę strachu, bo tylko to im pozostało. Nie wolno im się już teraz zatrzymać, nie wolno im się z tego wycofać. To jest bilet w jedną stronę – PiS jest na pandemię koronawirusa po prostu skazany. W podobnej sytuacji znajdują się rządy wszystkich państw, które dały się wciągnąć w pandemiczne bagno. Politycy dali się omamić, wpadli w pułapkę bez wyjścia. Nastąpił efekt domina – kolejne kraje kopiowały od siebie rozwiązania, kierując się fałszywymi danymi WHO i odrażającą manipulacją medialną. Było jednak widać bardzo wyraźnie, że one wszystkie wykonują czyjeś polecenia i że leci to z samej góry. Jest czymś absolutnie nienormalnym, by w tak krótkim czasie podejmować tak drastyczne decyzje niemal bez jakiejkolwiek analizy. Teraz nie mogą już zawrócić z obranej ścieżki, gdyż oznaczałoby to przyznanie się do błędu. Pandemia jest ich zgubą i kołem ratunkowym jednocześnie.

MAINSTREAMOWE MEDIA

Jako osoba, która miała nieprzyjemność współpracować z kilkoma niemałymi redakcjami, mogę powiedzieć jedno – oni teraz mają żniwa. Wszyscy dobrze wiemy, że współczesne stacje telewizyjne i portale “informacyjne” żywią się przede wszystkim strachem i skandalami. Jeśli napiszesz dwa newsy – jeden z rzetelną informacją medyczną, a drugi na temat smogu, zagrożenia biologicznego albo zamachu na Bliskim Wschodzie, możesz być pewien, że ten drugi sprzeda się kilka-kilkanaście razy lepiej. Dla mediów głównego nurtu nie ma nic lepszego niż wypadek, wojna, pożar, trzęsienie ziemi, epidemia i terroryzm. Lepiej od strachu sprzedają się wyłącznie skandale obyczajowe (najlepiej z podtekstem seksualnym). Ludzie to kochają, takie rzeczy się klikają jak szalone. Natomiast samo już tworzenie treści sprowadza się zazwyczaj do zabawy w kopiuj-wklej z amerykańskich portali lub materiałów agencji prasowej, z którą dany wydawca ma podpisany kontrakt. A jako że agencje należą do koncernów medialnych i grup kapitałowych, nie może być mowy o niezależności i obiektywizmie. Jeśli, na przykład, trafisz do redakcji, która zrzyna od Reutersa, AP czy Bloomberga, zapomnij o jakiejkolwiek negatywnej informacji na temat ONZ, WHO, Amnesty International, Greenpeace’u, Fundacji Rockefellera, Black Lives Matter, Antify czy Grety Thunberg. Towarzystwo wzajemnej adoracji nie robi sobie krzywdy. W czasach liceum moim idolem był świętej pamięci Waldemar Milewicz – jeden z najznamienitszych reporterów w historii polskiego dziennikarstwa. Wówczas zawód dziennikarza jawił się jak misja, powołanie. Milewicz potwierdził to swoim losem, oddając życie na reporterskiej służbie. Dziś pewnie przewraca się w grobie, patrząc na całkowity upadek mediów, na ich skarłowacenie. Działalność medialna zrezygnowała z funkcji informacyjnej na rzecz instalowania określonej agendy według narzuconych odgórnie wytycznych. Tam, gdzie ludzie kierują się wyłącznie aspektami finansowymi i polityką, nie ma miejsca na rzetelną informację i bezkompromisowe dążenie do prawdy. W medialną działalność propagandową zaprzęgnięto również celebrytów, którzy utworzyli taki pododdział najemnych pikinierów. Z żarem w oczach i wypiekami na twarzy wciągają społeczeństwo w odmęty pandemicznej psychozy. Co rusz jakiś happening, wywiad, spektakl czy piosenka. Szacunek dla Edyty Górniak, że postawiła się tej kłamliwej hołocie. Dla mediów głównego ścieku i korona-celebrytów pandemia stała się po prostu maszynką do zarabiania. I tak samo jak rządzący, wycisną ją jak cytrynę. Nie ma znaczenia, że to, co robią, jest niemoralne. Nikt o zdrowych zmysłach nie przepuści takiej okazji do trzepania szmalu. W dalszym ciągu będziemy więc świadkami porażających statystyk, rozmów z “ekspertami”, rewelacji szczepionkowych, umierających manekinów, “powikłań covidowych” i odrażających zdjęć pod tezę.

BIG PHARMA

W 2015 roku zyski korporacji farmaceutycznych przekroczyły wpływy osiągane przez przemysł naftowy, co uczyniło zeń najbardziej dochodową branżę w historii. Przykładowo, roczny przychód firmy Johnson & Johnson jest niewiele mniejszy od budżetu Polski. Koncernów o takim potencjale jest kilkanaście. To tak, jakby istniały niewidzialne państwa bez własnej ziemi i ludności. Państwa, które nie mają na utrzymaniu milionów obywateli i których praktycznie nikt nie reguluje i nic nie ogranicza. Koronawirusy po raz pierwszy wyizolowano w latach 60. XX wieku. Naukowcy szybko zorientowali się, że organizmy te są bardzo plastyczne, tzn. silnie podatne na modyfikacje genetyczne. Stosunkowo niegroźne wirusy pochodzenia zwierzęcego dające się łatwo kształtować otwierają zupełnie nowe możliwości na polu budowania nieznanych wcześniej zagrożeń i związanych z tym kosztownych “operacji ratunkowych”. Pierwszy patent na nową odmianę koronawirusa spłynął do Urzędu Patentów i Znaków Towarowych USA w 1998 roku. Beneficjentem tego patentu był Uniwersytet w Utrechcie, co pokazuje, że w procederze tym brali udział wszyscy, także Europejczycy. Jeśli coś jest opatentowane, to znaczy, że powstało ręką człowieka, gdyż nie można opatentować naturalnego organizmu. W Stanach Zjednoczonych intensywne prace nad rozwojem koronawirusów chimerycznych toczyły się od 1999 roku na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill. Kierownikiem zespołu badawczego został Ralph Baric, a projekt realizowano za przyzwoleniem i w ścisłej współpracy z CDC (Centrum Kontroli Chorób i Prewencji), czyli amerykańskim odpowiednikiem naszego sanepidu. W listopadzie 2002 roku w chińskiej prowincji Guangdong wybucha pierwsza epidemia koronawirusa o enigmatycznie brzmiącej nazwie SARS-CoV. Był to punkt zwrotny w historii świata. Zaledwie klika miesięcy później, latem 2003 roku, CDC patentuje nową odmianę koronawirusa z rodziny SARS. Mówiąc wprost, Amerykanie zaklepali sobie tego wirusa, zarezerwowali prawnie coś, co posiadało niewyobrażalny potencjał komercyjny. Patentem zostają objęte wirus, metoda jego wykrywania i metody leczenia. Kluczowa była tu metoda wykrywania, gdyż implikowała wszystkie ograniczenia i błędy nienadającej się do diagnozowania chorób zakaźnych technologii RT-PCR. Konsekwencje tej decyzji okażą się dla świata druzgocące. Doniesienia dziennikarzy śledczych wskazują, że koronawirusy z rodziny SARS powstawały przez kilkanaście lat w co najmniej trzech ośrodkach – we wspomnianym już Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill, w bazie wojskowej Fort Detrick w stanie Maryland oraz (od 2014 roku) w chińskim Instytucie Wirusologii Wuhan. Badania wspierające projekt przeprowadzano na Uniwersytecie Harvarda oraz na Uniwersytecie Emory w stanie Georgia. Przez cały ten czas projekt przebiegał w ścisłej współpracy z CDC oraz NIAID (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) pod kuratelą Anthony’ego Fauciego – szarą eminencją wirusologicznego zaplecza Stanów Zjednoczonych. Zarówno CDC jak i NIAID są finansowane między innymi przez GAVI – prywatne stowarzyszenie szczepionkowe założone w 2000 roku przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. GAVI współpracuje z koncernami farmaceutycznymi, takimi jak Johnson & Johnson, Moderna, Curevac, Pfizer, Novavax i AstraZeneca. Działalność stowarzyszenia sponsorują Bank Światowy, Chińska Republika Ludowa, Światowe Forum Ekonomiczne i WHO. Sprawa zaczyna się układać w pewien logiczny ciąg. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, w obecnej chwili bardzo wiele wskazuje na to, że za opracowaniem szczepionki na koronawirusa stoją dokładnie ci sami ludzie, którzy przez wiele lat zajmowali się budowaniem problemu. Przy okazji ciekawostka – 17 marca 2020 prestiżowy magazyn “Nature Medicine” opublikował artykuł silnie sugerujący naturalne pochodzenie wirusa SARS-CoV2. Czemu to zrobił i dlaczego zostało to później tak rozdmuchane? Nie wiem, ale się domyślam. Zaraz po publikacji tekstu media głównego ścieku dosłownie zalały internet artykułami “obalającymi teorię spiskową” o sztucznej naturze wirusa. Sam się wtedy dałem na to nabrać, co pokazuje, że nikt nie jest w pełni odporny na propagandę. Rewelacje z “Nature Medicine” wzięto za pewnik, nikomu nie chciało się choćby zerknąć na stanowisko innych naukowców. Zlekceważono nawet noblistę i współodkrywcę wirusa HIV – Luca Montagniera, który powiedział, że SARS-CoV2 to “profesjonalna robota eksperta biologii molekularnej, bardzo precyzyjna robota, sądząc po sekwencjach wirusa”. Nie miało to żadnego znaczenia – Wyborcza, Onet, WP, Interia, OKO.press i reszta wiedzieli lepiej. “Teoria spiskowa obalona – proszę się rozejść! Nie ma tu nic do oglądania”. Właśnie tyle warte są te wszystkie mainstreamowe portale. Nie może być tu mowy o przypadku – koronawirus nie pochodzi z żadnego targu rybnego, nie uciekł też tylnym wyjściem z jakiegoś laboratorium czy lodówki sąsiada. W ośrodkach, w których nad nim pracowano, obowiązuje czwarty (najwyższy) poziom bezpieczeństwa biologicznego. Przy opuszczaniu pomieszczeń potencjalnie skażonych każdy laborant jest poddawany podwójnej dekontaminacji. Epidemia nowego wirusa będąca następstwem naturalnej transmisji odzwierzęcej czy nieszczęśliwego wypadku jest niezwykle mało prawdopodobna. Szczepionki na koronawirusa, które w styczniu trafią także do nas, będą dla koncernów aptecznych oznaczać górę złota. Mówimy tu o wielkościach rzędu kilkudziesięciu miliardów dolarów, gdyż zamówienia rządowe będą tylko dodatkiem do zysków, jakie producenci tych szczepionek zdobędą na giełdach.

KONCERNY TECHNOLOGICZNE

Ostatnią macką pięcioramiennej ośmiornicy oplatającej świat jest potężna dywizja znajdująca się po drugiej stronie Atlantyku, konkretnie w dolinie Santa Clara w Kalifornii. Stacjonują tam siedziby firm, których produkty większość z nas regularnie używa w swoich komputerach i telefonach – Apple, Google, Facebook, Twitter, Amazon, HP, Adobe, PayPal, Alphabet, Cisco Systems, eBay, Uber, Tesla, Intel, Nvidia czy Sandisk. Stawkę zamykają korporacje wyrastające poza Kalifornię: Microsoft, IBM, Dell Technologies, Samsung, Sony, LG, Orange, Softbank, AT&T i wiele innych. Ogromne znaczenie odgrywają tutaj także dostawcy współczesnej rozrywki, tacy jak Netflix, HBO, Disney czy Spotify. Dlaczego wszystkie te kompanie również pokochały pandemię? Ponieważ w czasie lockdownu ceny ich akcji wyraźnie wzrosły, gdyż poszybowały kursy wszystkich producentów oprogramowania, sprzętu komputerowego i narzędzi komunikacyjnych. Przede wszystkim jednak wzrosła rola samego internetu – mediów społecznościowych, usług streamujących i wyszukiwarek treści. Dożyliśmy czasów, w których świat stopniowo przechodzi na system pracy zdalnej i model rozrywki domowej. Po co jechać do biura, skoro wszystkie potrzebne rzeczy można zrobić w domu i przesłać mailem? Po co iść do kina, skoro jest Netflix? Co mi ze spotkania ze znajomymi, skoro mam Facebooka i Messengera? Po co iść do teatru, skoro jest TVP Kultura i czterdziestoletnie spektakle Teatru Telewizji? Mecz z kolegami na boisku? Czy nie lepiej postrzelać sobie w świecie gier komputerowych? Mamy żyć przed ekranami, zamiast cieszyć się czymś bezpośrednim i namacalnym. Drugi problem dotyczy błyskawicznie rosnącej kontroli treści. Naprawdę nigdy nie przypuszczałem, że doczekam takiej cenzury w wolnym ponoć internecie. W przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy Google skasował kilkadziesiąt tysięcy “rozsiewających dezinformację” kanałów na Youtube, a na Twitterze i Facebooku nie było wcale lepiej. Zrób prosty eksperyment – wpisz słowo typu coronavirus, pandemic, covid-19, cancer albo vaccines w wyszukiwarkę Google, a potem powtórz to z wyszukiwarką Yandex albo DuckDuckGo. Widzisz różnicę? Wyszukiwanie informacji w Google zaczyna przypominać wycieczkę krajoznawczą po galerii handlowej. Skąd taka polityka? Czemu amerykańskim gigantom tak bardzo zależało na blokowaniu pewnych treści? Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze i władzę. Pandemia zgrała się w czasie z kampanią prezydencką w USA (swoją drogą, cóż za niezwykły zbieg okoliczności), a Trump, jak wiadomo, przez ostatnie cztery lata próbował zmusić koncerny IT do przeniesienia produkcji z Chin do USA. Pandemia była więc wyśmienitą okazją do uwalenia prezydenta, a tym samym dalszego wykorzystywania taniej siły roboczej w Państwie Środka. Ordynarnie sfałszowane wybory są tylko potwierdzeniem tego, jak bardzo było im wszystkim nie po drodze z antyglobalistyczną polityką Trumpa. Niestety plandemiczna zaraza dotknęła także inne branże, gdyż od samego początku jej celem była eliminacja klasy średniej, a wraz z nią śmierć lokalnej kultury. Myślę, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zniknie połowa kin i teatrów. Zostaną tylko placówki dofinansowywane z budżetu, ale w ich przypadku nie liczyłbym na obiektywizm i wolność artystyczną. Zresztą tendencję odwracania się od kin i teatrów można było zauważyć już w kilku poprzednich latach. Teraz ten trend jedynie zdynamizowano. Docelowym modelem funkcjonowania jest doświadczanie świata cyfrowo przez ekran komputera i smartfona.

PODSUMOWANIE:

Pandemia koronowirusa nie jest efektem działań wirusa, tylko świata, który jej potrzebował. Ludzkość uwierzyła w istnienie straszliwej zarazy, ponieważ była bombardowana propagandą w każdym miejscu i na wszelkie możliwe sposoby. Nastąpił tu efekt komnaty luster, czyli długotrwałego przebywania w przestrzeni, w której spoglądanie w dowolnym kierunku generuje niemal identyczny obraz. A skoro wszyscy mówią tak samo, to musi być prawda. Nie ma i nigdy nie było żadnej pandemii wirusa 2019-nCoV. Wirus oczywiście istnieje, tak jak istnieje niemal trzysta wirusów wywołujących infekcje u ludzi. Jest po prostu kolejnym patogenem w puli. Problem polega na tym, że jest nowy i nietypowy – nie jest do końca naturalny, został laboratoryjnie podkręcony. Jednak intencją jego twórców nie było mordowanie milionów, tylko wywołanie chaosu na świecie. A najlepszym narzędziem do takiego zadania jest stosunkowo niegroźne zagrożenie biologiczne dające nieswoiste symptomy. SARS-CoV2 nie wywołuje objawów, z jakimi wcześniej nie mieliśmy do czynienia, a jego śmiertelność mieści się w granicach śmiertelności grypy sezonowej. Jesteśmy świadkami ogólnoświatowego zamachu stanu. Ziemia jest przejmowana przez korporacje i banki centralne, a narzędziem terroru został wirus. Z kilkuset chorób wybrano jedną i zbudowano wokół niej nową religię. Świat został podporządkowany tylko i wyłącznie mniemanej pandemii. Nie ma już innych chorób, nie ma innych problemów trawiących ludzkość, jest tylko koronawirus. Ludzkości będzie bardzo trudno wygrzebać się z tej sytuacji, gdyż nie bardzo wiadomo, z kim walczyć. O ile w czasie wojny i komunizmu wróg był jawny i namacalny, tak teraz jest rozmyty, niejasny, zupełnie niesprecyzowany. Na kogo skierować celownik? Na rząd, banki, media, firmy farmaceutyczne czy Google? I przede wszystkim jak walczyć – w internecie? Na ulicy? W sklepie? Jak to zrobić? Okoliczności są wyjątkowo niesprzyjające, bo nasza cywilizacja się z takim typem zniewolenia wcześniej nie mierzyła, a najpotężniejsze siły zrobią wszystko, by trzymać nas w strachu i iluzji najdłużej jak się da. Tymczasem ludzie wokół stale popełniają ten sam błąd, pytając się, ile to szaleństwo jeszcze potrwa, kiedy to wszystko się skończy. Niczym zrozpaczeni marynarze wypatrują lądu na rozkołysanej łodzi. Takie stawianie sprawy nie ma sensu. Dawny świat już nie wróci, nie ma na to żadnych szans, transformacja jest w toku. Za daleko to zaszło, by dało się jeszcze z tej ścieżki zawrócić. Teraz można już tylko gdybać, jaką formę ostatecznie to wszystko przybierze, jak wielki będzie stopień zniewolenia. Przebieg linii granicznej zależy od nas samych, bo oni posuną się tak daleko, jak im pozwolimy. Niestety na razie, po pierwszych miesiącach testowania, wiedzą, że mogą zrobić praktycznie wszystko – oddaliśmy Warszawę bez jednego wystrzału. Tak pokornej i uwłaczającej godności ludzkiej reakcji społecznej naprawdę się nie spodziewałem. Rodzący się na naszych oczach totalitaryzm będzie trwał przynajmniej kilka lat, a według moich estymacji potrwa dekadę, czyli do 2030 roku, gdyż ta data pojawia się dosłownie wszędzie – w dokumentach ONZ, WHO, na stronach rządów, fundacji i innych globalistycznych agend. To jest operacja nastawiona na maraton, nie sprint. Zmiany będą przeprowadzane powoli, małymi kroczkami, stopniowo i sukcesywnie. Będą nam dokręcać śrubę, a potem troszkę ją odkręcać, zrobią dwa kroki w przód i jeden w tył. Zmiany muszą zachodzić na tyle powoli, by społeczeństwo zdążyło się do każdej z nich przyzwyczaić. Tak jak pies, któremu stopniowo skraca się smycz, i po jakimś czasie już nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi posłusznie przy samej nodze swego pana. Obecnie wszystko wygląda jak rozstawianie figur na szachownicy przed zmasowanym atakiem. Najpierw zatkali ludziom usta i zabronili się gromadzić. Potem zamknęli przychodzenie, zrujnowali przedsiębiorców, zniszczyli gospodarkę. Doprowadzili do tragicznej śmierci tysięcy ludzi, którzy nie otrzymali pomocy medycznej na czas – zabili ich dosłownie, fizycznie. Coraz głośniej mówi się o konieczności przeprowadzenia przymusowych testów i szczepień. W międzyczasie budują izolatoria i nowelizują prawo szczepionkowe tak, by w razie czego móc zaszczepić wszystkich bez ich zgody. Znajdujemy się w najpoważniejszej sytuacji od zakończenia drugiej wojny światowej.

Powstanie krakowskie

Powstanie krakowskie raczej nie funkcjonuje w powszechnej świadomości. Bo też bardziej było, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadymą, niż powstaniem zbrojnym. Stoczono tylko jedną bitwę. Nie mniej jednak zasługuje na uwagę. Wszyscy wiemy o tych antypolskich powstaniach: insurekcji kościuszkowskiej, powstaniu listopadowym, styczniowym, warszawskim. Wiemy też o tych polskich, o których się nie mówi: wielkopolskim i powstaniach śląskich. Nie mówi się o nich, a raczej, mówi się o nich bardzo rzadko, co na jedno wychodzi, ale wiemy! A o powstaniu krakowskim z 1846 roku i równoczesną z nim rzezią galicyjską? Bardzo mało. W Krakowie powstał Rząd Narodowy. Czy z tego względu, że było to Wolne Miasto Kraków? Wolne było teoretycznie, ale ładnie brzmiało. Wikipedia pisze tak:

Powstanie krakowskie było próbą ogólnonarodowego powstania. Trwało ono od 21 lutego do 4 marca 1846 roku. Do nielicznych nieudanych wystąpień zbrojnych doszło także w innych miejscach we wszystkich trzech zaborach, ale głównie w Galicji. Wolne Miasto Kraków zwane też Rzeczpospolitą Krakowską powstało na kongresie wiedeńskim w 1815 roku. Istniało do upadku powstania w 1846 roku.

Po niepowodzeniach wcześniejszych zrywów narodowych zaczęto brać pod uwagę rolę chłopów w walkach powstańczych. Powstanie w Krakowie chciano oprzeć na sile chłopskich rąk. W zamian za pomoc utworzony tu Rząd Narodowy Rzeczypospolitej Polskiej obiecał uwłaszczenie chłopów, przydzielenie im ziemi i utworzenie warsztatów narodowych. Jednak zamiar przyciągnięcia chłopów do powstania nie powiódł się, gdyż głoszeniem i tłumaczeniem obietnic wśród najniższej warstwy społeczeństwa zajęła się jedynie niewielka garstka ludzi, wśród nich m.in. Edward Dembowski.

W styczniu 1846 r. ustalono skład Rządu Narodowego. Weszli do niego: Karol Libelt z Poznańskiego, Ludwik Gorzkowski z Krakowa i Jan Tyssowski z Galicji oraz dwaj przedstawiciele Centralizacji. W lutym hr. Henryk Poniński zadenuncjował pruskiej policji spiskowców i około 70 aresztowano wraz z przywódcami Karolem Libeltem i Ludwikiem Mierosławskim ujętym w Świniarach oraz skazanym na karę śmierci, której uniknął dzięki rewolucji berlińskiej.

18 lutego 1846 r., gdy niewielki oddział austriacki wkroczył do Krakowa, władze powstańcze postanowiły odwołać termin powstania, potem jednak – nie wiedząc o rozpoczętej już tego dnia rzezi galicyjskiej – postanowiły utrzymać go.

20 lutego 1846 r. – w Krośnie, w mieszkaniu kupca Marcelego Myczkowskiego, dowódca Franciszek Wolański (rysownik i skryptor Wincentego Pola), po otrzymaniu od Rządu Narodowego decyzji, ogłosił odezwę o wybuchu powstania w nocy z 21/22 lutego. W wyznaczonym czasie powstańcy rozpoczęli ostrzeliwanie oddziałów zaborczych. W Krakowie przerażony Ludwik Collin wyprowadził je z miasta. Tego dnia Rząd Narodowy ogłosił Manifest do narodu. 24 lutego 1846 władzę dyktatora objął Jan Tyssowski zwany Tyssowieckim, którego posunięciami kierował rewolucjonista Edward Dembowski.

22 lutego Kraków i okolice były już wolne. Do powstańczych oddziałów zgłosiło się 6 tys. ochotników, ale z uwagi na niedostatek broni, w samym Krakowie wyposażono jedynie ok. 2 tys. ludzi. Nie prowadzono też energicznych starań w celu pozyskania większej ilości broni, aby skutecznie przeciwstawić się Austriakom.

Jedyna bitwa w tym powstaniu odbyła się 26 lutego 1846 r. pod Gdowem. Maszerujący na Kraków austriacki pułkownik Ludvig von Benedek wraz z okolicznymi chłopami pokonał po krótkiej walce, wysłany przeciwko niemu, oddział powstańczy. Mimo tej porażki najbardziej radykalny działacz podziemia, Edward Dembowski, nie rezygnował. Chciał przemówić do chłopów i w tym celu 27 lutego 1846 r. wyruszył z krzyżem w ręku z procesją do Podgórza. Nie zdołał jednak zrealizować swych zamiarów. Drogę idącemu tłumowi zastąpiła austriacka armia gen. Ludwiga Collina, która oddała kilka salw do tłumu, w wyniku czego Dembowski zginął. Austriacy stanęli pod Krakowem 1 marca i zażądali od miasta kapitulacji w ciągu 48 godzin. 3 marca Tyssowski zdołał opuścić Kraków i na czele znacznego oddziału udał się na granicę z Prusami. Tymczasem wojska austriackie wkroczyły do Krakowa.

Nie udało się wywołać powstań w Wielkopolsce i Królestwie Polskim. Natomiast w Galicji sprowokowane przez władze austriackie chłopstwo uderzyło, na 3 dni przed rozpoczęciem powstania (pierwsze ataki na dwory miały miejsce 18 lutego, masowa napaść rozpoczęła się 19 lutego), na dwory szlacheckie oraz niektóre kościoły, dokonując krwawej rzezi, mordując w sposób okrutny między 1200 a 3000 ziemian, urzędników dworskich i rządowych oraz księży. Rzeź galicyjska pogrążyła ostatecznie nadzieje powstańców na poderwanie całego narodu do walki przeciwko zaborcom. Austriacy do Galicji skierowali 55 tys. wojska. Powstanie zakończyło się klęską, a uczestników czekało więzienie na Szpilbergu lub kara śmierci na cytadeli we Lwowie.

Do Wolnego Miasta Krakowa oprócz wojsk austriackich wkroczyły też korpusy rosyjski (3 marca) i pruski (7 marca). Wprowadzono rządy okupacyjne: rozwiązano Senat, tworząc w jego miejsce Tymczasową Radę Administracyjną Cywilno-Wojskową Wolnego Miasta; aresztowano ponad 1200 obywateli pod zarzutem uczestnictwa w powstaniu. Około 100 z wcześniej aresztowanych osadzono w więzieniach na dożywocie lub długoletnie więzienie. Zostali jednak szybko uwolnieni przez rewolucjonistów podczas Wiosny Ludów.

Powstanie krakowskie położyło kres istnieniu Wolnego Miasta Krakowa. 16 listopada 1846 miasto włączono do Austrii, zgodnie z tajnym porozumieniem państw zaborczych zawartym w Cieplicach jeszcze w 1835 roku. Wywołało to co prawda sprzeciw – w formie not dyplomatycznych – Francji i Wielkiej Brytanii, gdyż było to złamanie postanowień kongresu wiedeńskiego, ale mimo to nie zdecydowano się na poważniejsze działania. Austriacy zaś, anektując Kraków, przemianowali zajęte terytorium na Wielkie Księstwo Krakowskie. Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia.

To tyle Wikipedia. Na uwagę zasługuje fakt, że porozumienie państw zaborczych o włączeniu Wolnego Miasta Krakowa do Austrii zostało zawarte w 1835 roku, a więc na 11 lat przed wybuchem powstania. Wygląda więc na to, że powstanie dostarczyło idealnego argumentu do realizacji tego, co już znacznie wcześniej ustalono.

Równie ciekawą informację można znaleźć w Wikipedii na temat Tyssowskiego. – Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji. Ostatecznie wycofał się z liczącym 1500 żołnierzy oddziałem powstańczym do Prus i został internowany wraz z powstańcami w okolicach Bierunia Nowego na rok, po czym otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych W USA współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie w Ameryce. Zmarł 5 kwietnia 1857 roku w Waszyngtonie.

No cóż, negocjował warunki kapitulacji z Prusakami. Taki był mocny. A później jeszcze zgodzili się oni na jego wyjazd do Ameryki, w której współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Podążał śladami Kościuszki i Pułaskiego. Oni byli masonami, to zapewne Tyssowski też nim był. Nie ma takiej opcji, by jakieś “polskie” powstanie wybuchło bez udziału Żydów i masonów i nie w ich interesie. W tym wypadku udało się im napuścić chłopów na ziemian, urzędników i kler.

Wikipedia podaje, że w Rządzie Narodowym byli dwaj przedstawiciele Centralizacji, ale nie wyjaśnia, co to takiego. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 znajduje się hasło „Centralizacja Poznańska” i tak je wyjaśnia:

Potoczna nazwa kierownictwa polskiego spisku demokratycznego, 1844-46. Utworzony w 1839 w Poznaniu przez Centralizację Wersalską TPD komitet spiskowy, zw. Komitetem Poznańskim, przejął w końcu 1844 z jej rąk nadzór nad ruchem konspiracyjnym w 3 zaborach; na czele C.P. stał Karol Libelt; przeważały w niej elementy szlachecko-demokratyczne przeciwne rewolucji społecznej; ograniczając rolę chłopstwa i drobnomieszczaństwa w przyszłym powstaniu. C.P. przyznawała rolę hegemona szlachcie; antyrewolucyjnej taktyce C.P. przeciwstawiał się Związek Plebejuszy; w listopadzie 1845 nastąpiła reorganizacja, w wyniku której weszli do C.P.: A. Guttry, W. Kosiński i J. Esman oraz W. Dzwonkowski i F. Wiesiołowski jako przedstawiciele Królestwa Polskiego i Galicji; termin powstania wyznaczono na luty 1846; na kilka dni przed jego wybuchem 70 czołowych jego działaczy z Libeltem i Guttrym zostało aresztowanych, co spowodowało rozbicie Centralizacji Poznańskiej.

Związek Plebejuszy, to jak podaje ta encyklopedia, to tajna organizacja patriotyczno-rewolucyjna, założona w latach 1842-43 w Poznaniu przez W.M. Stefańskiego; skupiał drobnych rzemieślników, czeladników, komorników oraz młodzież; celem Z.P. była walka o niepodległość Polski i przemiany społeczne w duchu demokratycznym; w dziedzinie społecznej wysuwał żądania sprawiedliwego rozdziału dóbr, zapewnienia wszystkim prawa do pracy i zarobków, zniesienia własności obszarniczej i przejęcia jej przez gminy; środkiem realizacji tych postulatów miało być powstanie, będące zarazem rewolucją społeczną. Na ukształtowanie ideologii Z.P. wywarł wpływ E. Dembowski, który w 1843 roku rozpoczął działalność w Wielkopolsce, starając się przy pomocy Z.P. wpłynąć na radykalizację poglądów w Komitecie Poznańskim TDP. Związek sięgał swymi wpływami na Pomorze Gdańskie, Śląsk, utrzymywał kontakty z Galicją, Królestwem Polskim oraz z kolonią polską w Berlinie; aresztowanie w 1845 Stefańskiego przyczyniło się do osłabienia Związku; w 1845 Z.P. połączył się z konspiracją TDP w Poznańskiem; główni działacze: Stefański, J. Esman. M. Palacz, Franciszek Trojanowski.

A Wikipedia tyle pisze na temat Związku Plebejuszy: „Związek Plebejuszy został założony w 1842 roku przez księgarza Walentego Stefańskiego w Poznaniu. Organizacja skupiała rzemieślników, czeladników i młodzież. Związek Plebejuszy nawoływał do ludowego powstania, zniesienia własności prywatnej na czas powstania, sprawiedliwego podziału dóbr, zniesienia podziału stanowego oraz przyznania prawa do pracy.”

Z tych wszystkich informacji można wywnioskować, że „centrala dowodzenia” znajdowała się w Paryżu. Drugi wniosek jest taki, że tym rewolucjonistom wcale nie chodziło o prawdziwą rewolucję, o jaką zabiegał Związek Plebejuszy, tylko o coś innego i dlatego zneutralizowano go. O tym pisze Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski:

»Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”), a Czyński w swej „Malowniczej Rosji” w „przeciwieństwie do szlacheckiej Polski kreślił jakąś idealną Rosję” (Limanowski, „Stanisław Worcell”).

Szczególnie smutnie zapisały się w dziejach Polski przygotowania do zbrojnego wystąpienia, czynione przez młodzież szlachecką w 1846 roku w Galicji. W tym czasie bowiem, gdy rabin Majzels i Maurycy Krzepicki wygłaszali w synagodze mowy, w których zachwycali się narodem polskim, współwyznawcy ich podburzali ciemny lud, szerząc wiadomości, że „szlachta zorganizowała spisek, mający dać hasło rzezi chłopów” (Limanowski, „Historia ruchu rewolucyjnego w Polsce w 1846 r.”). Dużo materiału o ustosunkowaniu się żydostwa do ówczesnego społeczeństwa polskiego podaje też memoriał Franciszka Trzeciaka, wręczony hr. Stadionowi, gdzie czytamy, że „hajdamacy z tarnowskiego i jasielskiego cyrkułu, powtarzając wśród rzezi baśń, iż cesarz zniósł dziesięcioro Boskich przykazań, powoływali się na różnych żydowskich agentów, stojących blisko urzędników” (Łoziński, „Szkice z historii Galicji w XIX wieku”).

Żydowscy prowokatorzy, wielce pomocni urzędnikom austriackim w przygotowaniu rzezi szlachty polskiej, wiedzieli dobrze co czynili. Mieli oni świadomość tego, że Galicja przepełniona była materiałem wybuchowym, którego eksplozja rabacyjna od Tarnowa zataczała coraz szersze kręgi. Krwawe wypadki ogarnąć mogły wschodnie okolice kraju, grunt bowiem był przygotowany. Nie darmo na parę lat przed nieszczęsnymi wypadkami 1846 r. zaczęły obiegać między chłopami pogłoski, szerzone przez karczmarzy żydowskich, o darowaniu pańszczyzny; od roku zaś ludność wiejska była nawet przekonana, że najwyższy dekret w tej sprawie już został wydany i dlatego tylko nie nastąpiło obwieszczenie, że dziedzice złośliwie ukrywają go. Pożar, ogarnąwszy Galicję, mógł się stąd przenieść w dalsze strony. W innych prowincjach Austrii, jak to w dwa lata później wykazały rozprawy parlamentu konstytucyjnego w Wiedniu, stosunki pańszczyźniane również nie były tak pomyślne, ażeby poddani nie wykazali chęci naśladowania chłopów galicyjskich.«

To tyle słowem wstępu. No! Trochę przydługi ten wstęp, ale chciałem, ewentualnym czytającym, uświadomić, jak różne mogą być opisy tego samego zdarzenia. A to nie koniec, bo w poprzednim blogu obiecałem, że wyjaśnię, jak to się stało, że prababka Oriany Fallaci, Anastasia, była pół-Polką i przy okazji, jak ona opisała powstanie krakowskie i rzeź galicyjską. To wszystko w jej sadze Kapelusz cały w czereśniach.

O Anastasii wiem dużo. Babcia Giacoma i dziadek Antonio często opowiadali o jej perypetiach i ekscesach, o przygodach i osobliwych przypadkach, z których zwierzała się im, zanim popełniła samobójstwo. Wiem na przykład, że nie mówiła po włosku, lecz po francusku, że paliła jak mężczyzna, tańczyła walca, że była inteligentną feministką ante litteram. Wiem, że nosiła nazwisko Ferrier i była owocem miłości waldejskiej dziewczyny z Turynu (właśnie dlatego mówiła po francusku, językiem, którym od siedemnastego wieku posługiwali się wszyscy waldensi z Piemontu) i młodego Polaka z Krakowa, że nigdy nie poznała jej ojca, zabitego przez Austriaków w powstaniu w 1846 roku, i słabo pamiętała matkę, zmarłą wkrótce potem z żalu. Wiem, że wyrastała w Turynie na via Lagrange, wychowana przez ciotkę, Tante Jacqueline, otoczona opieką również przez Giudittę Sidoli, przyjaciółkę Mazziniego. Wiem, że nie była nieśmiała w stosunkach z mężczyznami i że w wieku szesnastu lat połączył ją flirt z rówieśnikiem, Edmundem de Amicisem. W wieku lat siedemnastu miała przygodę z szefem policji, który aresztował ją w czasie antyrządowych rozruchów. Jako osiemnastolatka przeżyła namiętny romans i zaszła w ciążę ze sławnym arystokratycznym do szpiku kości mężczyzną, którego imienia w rodzinie nie wolno było nawet wspominać. „Cisza. On się nie liczy”. (Ale przecież się liczy. Czy mi się podoba, czy nie, jest moim pradziadkiem. I chociaż mam zamiar dochować strzeżonego tak długo sekretu, to nie mogę nie brać pod uwagę, że wśród moich chromosomów są także jego chromosomy). Wiem też, że porzuciwszy owoc tej namiętności, czyli babcię Giacomę, Anastasia uciekła do Nowego Jorku, do którego przybyła na dwa miesiące przed zamordowaniem Lincolna. Tam dołączyła do pionierów wyruszających na Dziki Zachód i wraz z nimi, strzelając do Indian, przemierzyła prerie Missouri, Kansas, Kolorado, zatrzymała się w Utah, gdzie mało brakowało, a zostałaby żoną mormona mającego już sześć żon. Z Utah udała się do Nevady i z równą beztroską związała się z hazardzistą i szulerem. Z Nevady dotarła do Kalifornii, gdzie przez długi czas kierowała saloonem (a może burdelem?) w San Francisco – jednym słowem, była kimś, kogo nazywa się Madame. Wiem na koniec, że wróciła z Ameryki w 1879 roku i wtedy wzięła do siebie córkę, z która mieszkała przez dziesięć lat, to znaczy do czasu ślubu babci Giacomy z dziadkiem Antoniem…

Moja pamięć błąka się jakby we mgle, kiedy powraca do dni, w których nazywałam się Marguerite Ferrier, miałam szesnaście lat, mieszkałam w Turynie i należałam do Ewangelickiego Kościoła Waldensów, Kościoła, który wcześniej od Lutra i Kalwina, wielkich reformatorów, podał w wątpliwość katolicyzm i odrzucił papieża, kardynałów, biskupów, księży, Matkę Boską, świętych i święte. A wraz z nimi mszę, eucharystię, czyściec, posty, spowiedź.(„Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się do niego modlić, wystarczy Biblia. Matka Boska była kobietą jak wszystkie inne, święta hostia to tylko kawałek chleba, a czyściec jest kłamstwem. Mięso można jeść także w piątek, grzechy wyznaje się Panu Bogu i nikomu więcej…”). O tym kim byłam w roku Pańskim 1845, mogę tylko powiedzieć, że nie brakowało mi fizycznego wdzięku. Ani też lekkomyślności. Miałam ciało drobne jak ptaszek i na swój sposób ponętne. Delikatne rysy, wielkie rozmarzone oczy, proste włosy zaplecione w warkocz i urokliwie skromny strój. To znaczy tradycyjny ubiór waldensów. Na plecach biały fałdzisty płaszczyk: pèlerine vaudoise. Na czarnej, sięgającej stóp spódnicy biały fartuszek: tablier vaudoise. Na głowie sztywny czepek, także biały, i ozdobiony z tyłu długimi wstążkami: coiffe vaudoise. Na dłoniach rękawiczki: les mitaines vaudoises. A w moim biednym mózgu pustkę pustego orzecha. Mimo iż umiałam czytać i pisać, bo analfabetyzm wśród waldensów był rzadki, nigdy nie spojrzałam na powieść, czy inną książkę, która nie była biblią. Pamiętam jednak, że sto lat później, kiedy miałam dziesięć lat i waldejska krewna, zwana ciotką Febe, prowadziła mnie do swojej kaplicy we Florencji, ogarniała mnie przygnębiająca melancholia. (Ona, jako dziecko, chodziła też do kościoła, a tam nastrój był zgoła odmienny niż w surowej kaplicy waldensów: posągi, freski, świece, złoto. I stąd ta przygnębiająca melancholia. – przyp. mój).

Tu widać pewną niekonsekwencję u Fallaci, bo wyżej cytuje: „Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się modlić, wystarczy Biblia.” A skoro tak, to po co kaplica? I pisze też: „ …mównica, z której pastor w todze pouczał wiernych tonem nauczyciela…”. Waldensi mają swój kościół w Mediolanie, mają też świątynię w Turynie, w której 22 czerwca 2015 roku papież Franciszek zwrócił się do wiernych tego wyznania w słowach: „W imieniu Kościoła katolickiego proszę was o przebaczenie za niechrześcijańskie czy nawet nieludzkie postawy i zachowania w dziejach, jakich dopuściliśmy się przeciwko wam. W imię Jezusa Chrystusa przebaczcie nam.”

Kim byli waldensi? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z Francji południowej agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i tak stali się groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę (1208), która pod wodzą Szymona de Montfort toczyła z nimi walkę przez kilkanaście lat. Sobór w zdobytej Tuluzie (1229) ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja ta zwróciła się także przeciw żydom, jako inspiratorom i organizatorom kacerstwa.

W połowie XIII w. wybuchł w północnych Włoszech ruch rewolucyjno-religijny, ruch tzw. „braci apostolskich” i zagroził papiestwu niemal bezpośrednio. Sekta ta z początku rozkrzewiła się na tajnych nocnych schadzkach. Była to sekta bardzo bliska albigensom i utrzymująca z nimi tajemnicze stosunki. Zakazywali własności prywatnej i małżeństwa.

Około r. 1300 na czele sekty stanął niejaki Dolcino, syn duchownego i jego kochanki. Ten obrał sobie za „siostrę” Małgorzatę di Trenk, zakonnicę, którą wykradł z klasztoru i począł działać w Lombardii, głosząc bliskie nadejście mesjasza z rodu królewskiego (Dawidowego), przy czym powoływał się na proroków żydowskich. Wkrótce zorganizował w Alpach piemonckich bunt chłopski. Skupił wokół siebie tłumy zbrojne, złożone z mężczyzn i kobiet i jął burzyć klasztory, miasteczka i wsie. W roku 1307 powstanie zostało stłumione.

Ten cytat, trochę przydługi, musiałem zamieścić, bo w dalszym ciągu przytoczę opis Fallaci, dotyczący waldensów i będzie on odmienny od powyższego. Ona nie wyjaśnia, skąd wzięły się prześladowania waldensów. A pisze tak:

To prawda, w Piemoncie waldensi nigdy nie mieli łatwego życia. Od kiedy przybyli tu w trzynastym wieku, uciekając przed krwawymi krucjatami nakazanymi przez Innocentego III w Langwedocji i innych rejonach Francji, a zwłaszcza od kiedy przyłączyli się do reformacji Kalwina, przeżywali niekończącą się kalwarię. Zanim Emanuel Filibert przyznał im terytorium u stóp Alp Kotyjskich, to znaczy doliny Torre Pellice i San Martino, katoliccy królowie sabaudzcy prześladowali ich na wszelkie wymyślone przez inkwizycję sposoby: aresztowaniami, torturami, stosami na placach publicznych, szubienicami. Później było tak samo. W 1655 roku Karol Emanuel zamordował ich tylu, że aby go powstrzymać, trzeba było gróźb Cromwella, w 1686 roku Wiktor Amadeusz II wymordował szesnaście tysięcy waldensów i wygnał trzy tysiące innych, którzy zdołali wrócić do Piemontu dopiero po interwencji protestanckich władców. W osiemnastym wieku żyli w czymś na kształt limbusu, oblężonego przez księży, którzy zakładali swoje parafie na ich terytorium. Jedyne, co łączyło ich z ludnością katolicką, to język, którego używali zamiast włoskiego: francuski. Tylko w okresie napoleońskim, kiedy przyznano im bezwarunkową wolność religii i wielu z nich przeprowadziło się do Turynu, gdzie podejmowali pracę jako urzędnicy państwowi, mogli żyć jak zwyczajni obywatele. Po kongresie wiedeńskim ten nawias wolności się jednak zamknął i w 1845 roku, kiedy rozpoczyna się historia Marguerite, sprawy nie miały się dobrze. W dolinach traktowano ich jak niepożądanych poddanych, w Turynie jako niemile widzianych gości.

Zarówno w Turynie, jak i w dolinach, w najtrudniejszej sytuacji znajdowały się jednak kobiety. Jeśli policja arcybiskupia otrzymała informację, że jakaś niezamężna waldenska zaszła w ciążę, to księża roztaczali nad nią kontrolę i zaraz po porodzie zabierali dziecko, Dosłownie wyrywali matce niemowlę z ramion i przekazywali do sierocińca katechumenów w Pinerolo, gdzie wychowywano je w doktrynie Kościoła katolickiego, rzymskiego i apostolskiego.

Kobietom ciążyło także jarzmo sztywnej kalwińskiej moralności. Przed nadejściem reformacji kobiety w społecznościach waldensów cieszyły się dużym prestiżem. Miały nawet prawo być kaznodziejami, to znaczy czytać i komentować Biblię. Po przyjęciu doktryny Kalwina sytuacja się zmieniła. Zabroniono noszenia eleganckich ubrań i biżuterii, zabroniono frywolnych fryzur i malowania twarzy, zabroniono nazbyt swawolnych uśmiechów do mężczyzn (kończyło się to więzieniem). Czy to zresztą nie Kalwin twierdził, że żona powinna być czysta, cierpliwa, posłuszna, oszczędna, uprzejma, troskliwa, niepiękna? Można zadać sobie pytanie, jak znalazły okazję do nieposłuszeństwa i grzechu. W mieście nigdy nie wychodziły na ulicę same, a w domu zawsze je nadzorowano jako potencjalne wspólniczki szatana. Wychodziły za mąż tylko za kogoś wybranego przez rodzinę, najlepiej kuzyna z rodzimej wioski, a w czasie nabożeństwa w Chapelle de Prusse nie wolno im było nawet stać obok mężczyzn. Musiały się tłoczyć w wydzielonej dla nich części, w swoistym gineceum. Zwłaszcza jeśli były ładne, jak Marguerite, i miały takiego ojca jak Thomas.

Ten zwyczaj zapewne został przejęty od Żydów. Swego czasu byłem w synagodze w Tykocinie. To takie miasteczko na pograniczu Podlasia i Mazowsza. Główna bryła synagogi to miejsce, gdzie modlą się Żydzi. Do niej „dolepiona” jest mniejsza. Nazywa się ona babińcem. Tam właśnie kobiety i dzieci zbierają się i poprzez okna, wychodzące na główną salę, obserwują modlących się mężczyzn.

Wiosną 1801 roku niejaki Thomas Ferrier wyemigrował z żoną Suzanne do Turynu, gdzie został urzędnikiem państwowym i gdzie tego samego roku Suzanne urodziła kolejnego Thomàsa, czyli ojca Marguerite: dlatego mieszkał on przez całe życie w stolicy Piemontu przy ulicy Dora Grossa 5, na czwartym piętrze domu stojącego prawie na rogu Piazza Castello. Z zawodu był księgowym, pracował w hotelu Feder, co zapewniało mu bardzo dobrą pensję, a po cichu udzielał pożyczek na czterdzieści procent. Działalność, którą niech mi wolno będzie nazwać zwykłym lichwiarstwem.

Zgodnie z tym, co mówił niski i smutny głos babci Giacomy, Ferrierowie mieszkali na czwartym piętrze przy via Dora Grossa 5 – prawie na rogu z Piazza Castello, placu, na którym wznosi się Palazzo Madama i pałac królewski, i o parę kroków od Piazza San Carlo. Był to więc szacowny adres, a do tego nie zapominajmy, że w 1845 roku via Dora Grossa była piękną ulicą. Stały przy niej stare kościoły, historyczne gmachy. Wyróżniała się też wyrafinowaniem. Nie było tam na przykład sklepów spożywczych. Żadnych podrzędnych oberży. Były za to sklepy jubilerskie i słynne kawiarnie, takie jak Café des Alpes czy Caffè Barone. Ta ostania w południe zmieniała się w restaurację, do której uczęszczali sędziowie i adwokaci.

Mieszkanie było duże, dwa razy większe od mieszkania zegarmistrza, który zajmował dwie izby. Składało się z obszernego salonu, w którym wieczorem czytano Biblię i Livre de famille, z kuchni, gdzie przed rozpoczęciem posiłku odmawiano modlitwy dziękczynne, z łazienki z wanną z mosiądzu oraz czterech sypialni. Jednej dla małżonków, jednej dla Tante Jacqueline, jednej dla Margeuerite i ostatniej, którą Thomàs podnajmował przejezdnym obcokrajowcom. Szczególnie takim, którzy zdawali się mieć coś do ukrycia. Fałszywy paszport, jakąś tajną misję, cichą potrzebę, by nie dać się zauważyć przez policję. Powodem takich preferencji Thomàsa, podwójnie niebezpiecznych w przypadku heretyka, czyli człowieka nielubianego przez władze, było to, że tacy goście płacili bez sprzeciwu wygórowane kwoty za pokój. Zwykle osiemdziesiąt lirów za miesiąc lub dwadzieścia za tydzień – cena dobrego hotelu w centrum. Od Polaków, ultrakatolickich Polaków, żądał jednak jeszcze więcej. Na nic się zdawały wyrzuty Tante Jacqueline, nazywającej go usurier, lichwiarzem, vous-n’avez-pas-honte, jak-wam-nie-wstyd. Judith stawała po stronie męża: Nous avons besoin d’argent pour la dot de notre fille! Potrzebujemy pieniędzy na posag dla naszej córki!”. I oto pewnego sierpniowego wieczoru służąca wprowadziła do salonu rodziny Ferrier pięknego młodzieńca, mówiącego po francusku ze słowiańskim akcentem. Stanisława Gurowskiego, czy też Rogowskiego albo Żakowskiego. Mojego polskiego prapradziadka.

Bonsoir Monsieur, Mesdames. C’est ici qu’on loue la chambre pour les étrangeres? Czy tutaj jest do wynajęcia pokój dla cudzoziemców?”

O tak, był to urodziwy młodzieniec. Wysoki i szczupły nerwową chudością, o jasnych włosach, brodzie i wąsach barwy zboża, wklęsłych policzkach, wyrazistych kościach policzkowych (kości policzkowe Anastasii), błękitnych oczach, zmysłowych ustach. Elegancki z domieszką wyniosłości. Zadając pytanie, stuknął obcasami, skłonił się lekko, a kiedy to uczynił, jego oczy napotkały wzrok Marguerite, która spojrzała na niego, jak gdyby pojawił się przed nią książę z bajki.

Mówię Gurowski, Rogowski albo Żakowski, bo dokładnej pisowni nie umiem odtworzyć. Dla tych, którzy nie znają języków Europy Wschodniej, te wszystkie nazwiska pełne W, K,Z, potrójnych i poczwórnych spółgłosek, niewymawialnych zbitek, brzmią podobnie. Zresztą nie mam nawet dowodu, że było to jedno z tych trzech. Jeśli podróżował z fałszywym paszportem, to prawdziwe nazwisko mogło brzmieć Pietkiewicz, Cymbryziekiewicz czy Marzulewicz. Na imię miał Władysław, Maksymilian lub Leon. (Hipotezy, które odbierają sens wszelkim próbom poszukiwań. Dla mnie zresztą pozostał on na zawsze po prostu prapradziadkiem Stanisławem). Niski i smutny głos opowiedział mi za to wystarczająco dużo, bym mogła zrozumieć krótką egzystencję, jakiej doświadczyłam poprzez niego u boku sławnego Edwarda Dembowskiego. Stanisław pochodził ze średnio zamożnej szlacheckiej rodziny z Krakowa, opowiadała babcia Giacoma, która uzyskała te informacje od Anastasii, poinformowanej z kolei przez Tante Jacqueline. Rodzina składała się z rodziców i czterech sióstr, posiadała niewielki majątek ziemski w Galicji i mieszkała w kamienicy przy ulicy Floriańskiej, gdzie wśród służby byli nawet ochmistrz i woźnica. Jednym słowem, pochodził raczej z zamożnego domu. Mógłby prowadzić wygodne życie paniczyka. Zamiast tego był rewolucjonistą i pełnił obowiązki emisariusza, czyli tajnego agenta w ruchu oporu.

Podejrzewam też, że do Turynu wysłał Stanisława właśnie Dembowski. Bo w Krakowie działały co najmniej trzy tajne partie. Konserwatywna Czartoryskiego, który ze swej słynnej rezydencji Hôtel Lambert w Paryżu rządził polską emigracją we Francji. Umiarkowana Lelewela, wydalonego z Francji w 1834 roku i kierującego teraz z Brukseli ruchem Młodej Polski, oraz radykalna partia Dembowskiego, czyli Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Jestem jednak pewna, że Stanisław nie współpracował z frakcją Czartoryskiego: konserwatysty, byłego ministra spraw zagranicznych w Petersburgu, wysługującego się Rosjanom, oskarżanego nie bez podstaw o ambicję zajęcia tronu wakującego po wymuszonej abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie wydaje mi się także, by Stanisław należał do partii Lelewela, potępianego przez wszystkich za swoją współpracę z Mazzinim. Dembowski natomiast był uważany, zwłaszcza przez swoich rówieśników, za kogoś w rodzaju świętego i geniusza. W 1844 roku miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale już od co najmniej pięciu lat pisał ważne rozprawy filozoficzne, obracał się w kręgach intelektualnych i mimo iż wywodził się z arystokratycznej rodziny, nie oszczędzał się w pracy dla sprawy. Za własne pieniądze założył w Warszawie miesięcznik „Przegląd Naukowy”, który po wydaniu kilku numerów stał się głównym organem myśli postępowej i który o mały włos nie kosztował Dembowskiego wywózki na Syberię. Po ucieczce przed aresztowaniem schronił się w Poznaniu, gdzie sprzymierzył się z Walentym Stefańskim, liderem Związku Plebejuszy, ruchu jeszcze bardziej lewicowego niż Towarzystwo Demokratyczne, i z jego przyjacielem Kamieńskim, który z okrzykiem „Niech żyje Madonna!” prowadził działalność propagandową wśród biedaków na wsi. Wydalony z Poznania, Dembowski zaczął podróżować po Europie i walczyć. Potem osiedlił się w Galicji i często udawał się do pobliskiego Krakowa, gdzie – jak szeptano – od jakiegoś czasu pewien student z ulicy Floriańskiej zastąpił go w wypełnianiu zadań emisariusza. Na wiosnę Stefański i Kamieński oświadczyli, że chcą podburzyć masy chłopskie przeciw panom, toteż aby przeszkodzić wybuchowi wojny domowej w miejsce wojny narodowej zarówno konserwatyści, jak i umiarkowani oraz radykałowie zdecydowali o roznieceniu jednoczesnego powstania we wszystkich trzech zaborach. Za namową Dembowskiego przyłączył się do nich Związek Plebejuszy, i głusi na rady Mazziniego nie-róbcie-tego, jeszcze-za-wcześnie, nie-jesteście-gotowi, razem ustalili datę tak wczesną, że zakrawała na samobójstwo. Koniec stycznia lub połowa lutego 1846 roku. Gorzej: z powodu przedwczesnych zamieszek, wewnętrznych kłótni i wynikłego z nich chaosu dziwny alians wydał wielu plotkarzy, niezdolnych do zachowania tajemnicy. Szykujemy-powstanie, wypędzimy-najeźdźcę, na-początku-przyszłego-roku-będzie-gorąco. Ostrzeżone Austria, Rosja i Prusy były gotowe do zdławienia rozruchów, ale ponieważ już wrzało, powstańcy nie mogli się wycofać. A zwłaszcza główny twórca dziwnego sojuszu. W rezultacie Dembowski rozpaczliwie potrzebował pomocy. Ludzi, pieniędzy, wsparcia politycznego, dyplomatycznego, wojskowego…

Z Turynu? No tak. Jeśli przeczytamy dokumenty z epoki, przede wszystkim relacje z ambasad, od razu staje się jasne, ze dla polskich powstańców skromne królestwo Sabaudów stanowiło jedyną nadzieje. Wierzyli, ze gdy tylko wybuchnie powstanie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, zbuntują się także Lombardia i Wenecja, a Piemont pospieszy im ze zbrojną pomocą. W rezultacie Austria będzie zmuszona walczyć na dwóch frontach. Czyż to nie oczywiste, że dzięki interwencji w Lombardii i Wenecji Sabaudowie mogliby rozszerzyć swoje wpływy poza Piemont, Ligurię i Sardynię, staliby się przywódcami ruchu niepodległościowego i zjednoczeniowego i na koniec nałożyliby na głowę koronę Włoch? Jakby tego było mało, w Turynie mieszkali hojni liberałowie, którzy stali po stronie uciśnionych i wytrwale próbowali przekonać o swoich racjach Jego Królewską Mość. Nie mam wątpliwości, że Stanisław przybył do Piemontu z jakimś listem do nich, zawierającym prośbę o poparcie, tak rozpaczliwie potrzebne w Krakowie, Warszawie i Poznaniu.

Jeśli chodzi o pamiętną podróż, będącą ogniwem niekończącego się łańcucha, który doprowadził do mojego przyjścia na świat, pozostaje tylko pytanie, dlaczego przy tak dużej liczbie turyńczyków wynajmujących pokoje przyjezdnym emisariusz Gurowski czy Rogowski lub Żakowski trafił właśnie do domu kalwinisty, nienawidzącego katolickich Polaków tak bardzo, że żądał od nich paskarskich cen za nocleg. Czy też, mówiąc ściślej, do domu człowieka mającego córkę prawie w wieku do zamążpójścia.

Sto lirów za miesiąc, bo paszport opisuje go jako Polaka, czyli katolika, ponadto dziesięć lirów tygodniowo za petit déjeuner, śniadanie, i ewentualnie kolacje jedzone wraz z rodziną Ferrier po wyrecytowaniu stosownych psalmów. I w chwili, gdy jego oczy spotkały oczy Marguerite, a ona odwzajemniła mu się takim, a nie innym spojrzeniem, wiemy, że zdarzyło się coś, co nie miało nic wspólnego z powstaniem w Polsce, z Rosjanami, Prusakami, Austriakami, Piemontczykami, waldensami, dynastią sabaudzką, papieżem, Kalwinem, wolnością, że sprawiedliwością, z ojczyzną. Rozpaliło się tajemnicze, nieprzeniknione, nieprzewidziane, nieopanowane, ślepe i często niepożądane uczucie, które nazywamy Miłością. Krótko mówiąc, zakochali się od pierwszego wejrzenia!

Celem misji Stanisława w Turynie było nakłonienie powstańców z 1830 roku do wzięcia udziału w kolejnym. Nic jednak z tego nie wyszło. Oni już obrośli w piórka. Również włoscy rewolucjoniści nie bardzo kwapili się wszczynania zamieszek tylko dlatego, że Polacy tak chcieli. Jedyne więc co uzyskał młody emisariusz, to to, że młody przemysłowiec, właściciel tkalni jedwabiu, Lorenzo Valeria, przekazał dużą kwotę na zakup broni w Stambule. Dalej Fallaci opisuje to tak:

Z Turynu Stanisław udał się do Genui, gdzie wsiadł na statek do Stambułu. Znalazł się w Turcji w połowie listopada, kupił broń, którą następnie przemycił do Galicji przez Morze Czarne i Mołdawię. Niebezpieczna misja, którą spełnił dzięki pomocy tureckich rewolucjonistów, najpierw ukrywszy skrzynie ze strzelbami i nabojami na statku handlowym, płynącym do Odessy, potem załadowawszy je na grzbiety dwunastu mułów, z którymi później przedarł się przez mołdawskie lasy, wymykając się z narażeniem życia Kozakom patrolującym szlaki. Do Krakowa dotarł na początku nowego roku – w sam raz, by 12 stycznia uczestniczyć w spotkaniu trzech przywódców zbliżającego się powstania. (Edwarda Dembowskiego dla zaboru austriackiego, Bronisława Dąbrowskiego, syna Henryka Dąbrowskiego, który w okresie napoleońskim stworzył legiony polskie we Włoszech, dla zaboru rosyjskiego. Dla zaboru pruskiego Ludwika Mierosławskiego: jednego z generałów, którzy w 1831 roku, po upadku Warszawy, wyemigrowali z Czartoryskim do Paryża). Przybył także w porę, by zorientować się, że sprawy źle się mają: w czasie gdy on wiózł broń do Galicji, poznańska policja aresztowała Stefańskiego i Kamieńskiego, a także trzy czwarte członków Związku Plebejuszy. Był to prawdziwy dramat, gdyż Stefański i Kamieński byli jedynymi, którzy mieli wpływ na chłopów i umieliby ich przekonać do włączenia się do walki. Bez tych ludzi powstańcom groziło, że chłopi obrócą się przeciw nim, ponieważ to szlachtę uważali za główną przyczynę swej niedoli. A najlepiej poinformowany był Klemens von Metternich, który wkrótce miał napisać do cesarza: „Wasza Wysokość, od początku stycznia wśród młodych ludzi z dobrych krakowskich rodzin szerzą się niepokojące rebelianckie nastroje. Prawomyślni obywatele nie wychodzą z domów, obawiając się zamachów, władze są zastraszane otrzymywanymi pogróżkami i jak się zdaje, powstanie ma wybuchnąć w karnawale. Młodzieńcy z dobrych rodzin otrzymali rozkaz, by byli gotowi do działania 18 lutego. Nakazałem w związku z tym generałowi Collinowi, dowódcy sił cesarskich w Podgórzu, miasteczku graniczącym z Krakowem, aby przygotował się do wkroczenia do Rzeczpospolitej Krakowskiej, zanim zimowe wylewy Wisły uniemożliwią nam przemieszczenie wojsk”. A do swego wodza naczelnego miał powiedzieć: „Zamiast Collina lepiej użyć wieśniaków. Nienawidzą z całego serca panów szlachty i ruszą na nich z większą zaciekłością niż nasi żołnierze. Będzie to nas kosztować co najmniej trzy dni rzezi, ale dzięki tym trzem dniom zapewnimy sobie sto lat pokoju”.

To, że powstanie jest skazane na klęskę, było zresztą jasne od początku. 14 lutego Prusacy schwytali Mierosławskiego, który załamał się i wyjawił wszystkie szczegóły spisku. Jego uczestnicy musieli się poddać. Także w Warszawie Towarzystwo Demokratyczne odwołało ustalony plan. Dąbrowski, zapomniawszy o honorze rodziny, po prostu uciekł. W tej sytuacji próbę rozpoczęcia powstania, które miało wybuchnąć w trzech zaborach, mogły podjąć już tylko Galicja i Kraków, czyli tereny, za które odpowiadał Dembowski. A Dembowski nie miał zamiaru wycofania się z planowanej akcji. Tak jak ustalono, 18 lutego jego ludzie zaatakowali Pilzno i zablokowali wojska Collina w Podgórzu. Tyle tylko, że rozkaz Metternicha zamiast-Collina-lepiej-użyć-mas-chłopskich wykonali gorliwi kolaboranci, którzy tygodniami krążyli po wsiach, przekonując: „Otwórzcie uszy, kutasy. Panowie szlachta chcą przepędzić Austriaków, żeby podwoić wam pańszczyznę i zwiększyć podatki!”. Byli uczniowie Stefańskiego, uzbrojeni w kosy, noże i motyki, otoczyli powstańców kordonem wozów ciągniętych przez woły i na nic się zdały próby przemówienia do nich i objaśnienia im idei sprawiedliwości i wolności, powtarzanie: walczymy-dla-was. W odpowiedzi wieśniacy podnieśli kosy, noże, motyki i wyrżnęli po kolei stu czterdziestu sześciu powstańców. Potem okaleczyli ich w okrutny sposób: obcięli im nosy, ręce, nogi, jądra i penisy. Rzucili ich na wozy ciągnięte przez woły i zawieźli do komisarza w Tarnowie, Josepha Breinla von Wallersterna, który nakazał swemu totumfackiemu podpułkownikowi Benedekowi, by wypłacił im nagrodę 1460 srebrnych guldenów. Po dziesięć guldenów za trupa. Co gorsze, poirytowany rosnącym stosem zwłok Benedek stwierdził, że nie ma potrzeby, by pokazywali mu całe ciała. Wystarczy obcięta głowa, i w przyszłości za same głowy wypłaci im taką samą kwotę. Czterdzieści osiem godzin później Collin wysłał wojska do Krakowa. Jednak z jakiegoś powodu, być może z racji następnej diabelskiej kalkulacji Metternicha, pozostał tam tylko jeden dzień i jedną noc, zabrał urzędników państwowych i zamieszkałych w mieście cudzoziemców, po czym wycofał się za Wisłę, pozostawiając miasto w rękach buntowników. Manewr, w wyniku którego Dembowski, genialny, lecz niedojrzały Dembowski, podpisał na siebie wyrok śmierci. I wyrok śmierci na Stanisława.

Podpisał go z powodu stworzonego naprędce nieudolnego rządu, zawierzonego bliżej nieznanemu adwokatowi Janowi Tyssowskiemu, który zażądał dla siebie od razu tytułu dyktatora i zaczął działać tyleż arogancko, co głupio. Podpisał ten wyrok Dembowski swym płomiennym, lecz bezużytecznym apelem skierowanym do zaborów ujarzmionych już przez Prusaków i Rosjan, dlatego głuchych na wymowę jego słów. „Polacy! Godzina powstania wybiła […] wołają nas z grobu prochy ojców naszych, męczenników za sprawę narodową, abyśmy ich pomścili, wołają na nas niemowlęta, abyśmy im utrzymali Ojczyznę od Boga nam powierzoną […] jest nas dwanaście milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła”. Podpisał go orędziem, w którym głosił swój nierealistyczny i naiwny program: zniesienie klas społecznych i własności prywatnej, oddanie ziemi tym, którzy ją uprawiają, amnestia dla wieśniaków, którzy dokonali i dalej dokonywali rzezi szlachty. Którzy mordowali, wyrzynali, obcinali nosy, ręce, nogi, a przede wszystkim głowy do sprzedania Benedekowi. Na tym etapie nie ograniczali się już do masakrowania powstańców, którzy chcieli dać im ziemię na własność. Za dziesięć guldenów zabijali każdego, kto był dobrze ubrany, jechał karetą czy mieszkał w wygodnym domu i dobrze się odżywiał. Młodych, starych, kobiety i dzieci, nawet niemowlęta. W wielu wioskach i miasteczkach ulice dosłownie zapełniały się stosami okaleczonych i bezgłowych ciał. W ciągu tygodnia ci rzeźnicy zamordowali dwa tysiące osób. W Dębicy pozostawili przy życiu zaledwie trzech mieszkańców. A to wszystko nie licząc (czterystu) dworów i pałaców, które pod pretekstem szukania broni splądrowali, zburzyli do fundamentów i spalili, mimo iż zawierały cenne dzieła sztuki. Stare freski, wspaniałe obrazy. A jednak Dembowski im wybaczał. Bez wahania, tout court. Ze ślepotą (czy też fanatyzmem) idealisty, który wszystkie zbrodnie przypisuje tylko jednej stronie, dlatego zawsze gotów jest potępić tych, którzy je zlecają, a nigdy tych, którzy je wykonują, uważał chłopów nie za katów, lecz za niewinne ofiary. Za zwykle narzędzia Austriaków, a zatem za braci zasługujących na przebaczenie i szansę odkupienia. By dać wyraz tej postawie, ustanowił nawet nagrodę za głowę Breinla, będącą tysiąckrotnością zapłaty dziesięciu srebrnych guldenów. „Ja, niżej podpisany Edward Dembowski, nakładam nagrodę dziesięciu tysięcy złotych guldenów na starostę tarnowskiego i przysięgam na swój honor, że wypłacę tę sumę w gotówce temu, kto mi go dostarczy żywego lub martwego”. Nikt jednak nie potraktował go poważnie. W oczach wieśniaków bezbożny Breinl był dobroczyńcą, przyjacielem. Dlatego też 27 lutego Dembowski postanowił stawić czoło masom. Stanąć na cele pochodu złożonego z pobożnych kobiet, księży, ludzi pragnących pokoju i wyjść z miasta bez broni. Udać się na galicyjską wieś, wyjaśnić chłopom, że nie mają racji. „Chcę ludzi bez broni. Niech nikt się nie waży rzucać kamienia czy choćby gróźb”.

Jeśli wierzyć Polakowi, który w 1849 roku przybył do Włoch, by uczestniczyć w pierwszej włoskiej wojnie o Niepodległość, i opowiedział wszystko Tante Jacqueline, Stanisław nie zawahał się ani chwili i posłuchał tego wezwania. Od dnia, gdy wrócił do Krakowa, stał przy Dembowskim niczym wierny pies, i tak jak wierny pies ruszył wraz z nim popełnić to ostatnie szaleństwo. Wraz z nim, dzierżącym wysoko biało-czerwony sztandar Polski, stanął na czele procesji pięciuset niewinnych dusz, które niosąc krzyże, świece, ostensoria, wizerunki Matki Boskiej, intonowały Ave Maria. U jego boku wyszedł z miasta i skierował się do najbliższej wsi. I gdy tak patrzę na niego, jak maszeruje, wysoki i nerwowy, jasnowłosy, z tak samo jasnymi wąsami i brodą, elegancki i odrobinę wyniosły, zadaję sobie pytanie, o czym myślał w czasie tego bezsensownego pochodu. O ojczyźnie, sprawiedliwości, wolności, pięknych marzeniach, które po spełnieniu zostają zawsze zdradzone przez ludzką głupotę lub złość, czy o małej Włoszce, którą na via Dora Grossa 5 wziął do łóżka, mam nadzieję, że z miłości? O pułapce słowa „lud”, o motłochu, który według idealistów nie ponosi winy i musi być rozgrzeszony także wtedy, gdy morduje i okalecza, by dostać nagrodę za obciętą głowę, czy też o dziecku, które jego mała waldenska nosiła w łonie? Kto to wie?! Być może dlatego, że tak mało wiem o tym prapradziadku z kraju mi nieznanego, a może z nieufności, jaką budzą we mnie bohaterowie, nie potrafię przeniknąć duszy Stanisława. Nie umiem wniknąć w pamięć tego, co odczuwałam, o czym myślałam, gdy byłam Stanisławem Gurowskim lub Rogowskim czy Żakowskim. I za każdym razem, gdy próbuję sobie przypomnieć swoją śmierć, umiem tylko przywołać świadomość, że żyłam zbyt szybko, zbyt krótko. Pamiętam za to wiele innych szczegółów, innych członków procesji i otaczający mnie krajobraz. Szare niebo, nagie drzewa, Wisłę skutą lodem, przypominającą niekończącą się lodową wstęgę. Równinę pokrytą śniegiem, procesję podążającą powoli i niemal gęsiego przez zaspy. Głosy, powtarzające za moimi plecami monotonnie Zdrowaś-Maryjo-łaskiś-pełna-Pan-z-Tobą-błogosławionaś-ty-między-niewiastami-i-błogosławion-owoc-żywota-Twojego. Dziecko płaczące mamo-wracajmy-do-domu-mamo, starca mamroczącego zimno-mi-zimno-mi, a na horyzoncie kogoś zastygłego w oczekiwaniu. Chłopi? Myśleliśmy, że to chłopi. Tymczasem były to dwa szwadrony huzarów i kompania piechoty. Austriacy uprzedzeni przez chłopów o procesji. Huzarzy wyprostowani w siodle, z szablami w rekach. Piechurzy wyciągnięci na śniegu, z karabinami gotowymi do strzału. Chcieli nas nastraszyć, zmusić do odwrotu? „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, w ten sposób zobaczą, że jesteśmy bezbronni, nieszkodliwi!”, krzyknął Dembowski. Szliśmy więc dalej, i jako że ten, kto znajdował się na czele procesji, był najlepiej wystawiony na cel, on właśnie zginął pierwszy. Biedny Edward dostał kulę prosto w serce. Padł na ziemię martwy, razem ze sztandarem. Drugi zginąłem ja, kiedy podniósłszy sztandar, podjąłem marsz, krzycząc jak wcześniej Dembowski: „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się!”. Bo gdy tylko piechurzy przestali strzelać, nadjechali huzarzy i zwalił się na mnie jakiś porucznik z obnażoną szablą, który jednym ciosem odciął mi głowę.

Trofeum, które kilka godzin później zabrał z ziemi wygłodniały obdartus z nogami obwiązanymi szmatami, a potem zgłosił się z nim do Benedeka. Ten jednak, podejrzewając oszustwo, wypłacił za nie tylko pięć miedzianych guldenów.

To tyle Fallaci. To jest opis literacki, choć zawiera fakty. Jednak rzeź galicyjska, zwana też powstaniem chłopskim lub rabacją galicyjską czy chłopską, nie wszędzie występowała z takim nasileniem. Najgwałtowniej przebiegała w okolicach Tarnowa i sąsiednich terenach, ale tam, gdzie komisarz okręgowy był przeciwnikiem buntowania chłopów, rozruchy były słabe. Tak było w obwodzie rzeszowskim, ale były też miejsca, gdzie chłopi przystąpili do powstania, np. na Podhalu. Samo słowo „rabacja” pochodzi z niemieckiego „rauben”, co oznacza grabić, plądrować.

Główną postacią powstania jest Edward Dembowski, o którym możemy przeczytać w Wikipedii, że w czasie studiów znajdował się pod wpływem Hegla i utopijnych socjalistów francuskich. No więc jak pod wpływem Hegla, to mamy ciąg: teza, antyteza, synteza. W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Tylko dla kogo korzystnych? Zapewne dla tych, którzy to wszystko organizują, a powstańcy są tylko narzędziem w ich ręku. Konflikt – nieważne jaki, nawet taki, który jeszcze bardziej zantagonizuje szlachtę i chłopów. Ojciec Dembowskiego, Leon, był mistrzem obrzędów loży wolnomularskiej Wolność Odzyskana w 1815 roku. A więc był masonem. W innym miejscu Wikipedia pisze, że od 1845 roku wśród chłopów działali Julian Goslar i Edward Dembowski. Na froncie synagogi w Kolbuszowej umieszczono tablicę pamięci z napisem: Julian Maciej Goslar 1820-1852 wybitny rewolucjonista galicyjski. I wszystko jasne.

Nie wiem, czy opisując dzieje waldensa Thomasa z Turynu, zamierzała Fallaci przekazać jakieś dodatkowe informacje, ale przekazała. Napisała, że w 1801 roku ojciec Thomasa, też Thomas, przybył do Turynu. Nie napisała skąd przybył, ale z wcześniejszego opisu wynika, że z Alp Kotyjskich. To był czas, gdy Napoleon podbił północne Włochy i, jak sama wspomniała, waldensom poprawiło się i mogli być zatrudniani na państwowych posadach. Później, po upadku Napoleona, miało się im pogorszyć, ale z jej dalszego opisu wynika, że wcale nie. W 1845 roku syn Thomasa, Thomas, zajmował obszerny apartament w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w mieście. Pracował jako księgowy w hotelu i pożyczał pieniądze na lichwiarski procent oraz wynajmował pokój osobom, które nie chciały się meldować w hotelu. Mnóstwo turyńczyków wynajmowało wtedy pokoje, a taki Stanisław trafia akurat do waldensa, który nie cierpi katolików i wynajmuje mu pokój i zaprasza do spożywania posiłków ze swoją rodziną. A ten Stanisław płaci wygórowaną cenę za ten pokój i mieszka tam przez ponad miesiąc. Skąd miał pieniądze na taki wydatek? W sumie jest to opis tego, jak działają i są zorganizowane tajne związki, bo przecież Stanisław nie trafił tam przypadkowo.

Jedyne, co Stanisław uzyskuje w Turynie, to pieniądze na zakup broni. To i tak dużo. Kupuje ją w Stambule i przy pomocy tureckich rewolucjonistów załadowuje ją na statek handlowy. W Odessie przeładowuje na dwanaście mułów i przez lasy mołdawskie dociera do Krakowa. I idzie sobie ta karawana i nikt jej nie zauważa, nie sprawdza, nie śledzi, przechodzi sobie przez granicę. Ja rozumiem, że tak może przemknąć się pojedynczy emisariusz, ale 12 mułów ze skrzyniami? To bajka dla naiwnych, chyba że zaangażowana jest w to międzynarodowa finansjera. Wtedy wszystko jest możliwe. Pieniądze mają czarodziejską moc. Raptem wszyscy tracą wzrok, słuch i pamięć.

Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył Tyssowski (dyktator) do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji.

Tak było w 1846 roku w czasie powstania. Ale w 1845 roku Dembowski i Goslar działali wśród chłopów. To co? Nie wiedział, jakie wśród nich panują nastroje? Czyli że dyktator Tyssowski był zaskoczony postawą chłopów? I do tego jeszcze Austriacy pozwalają mu opuścić Kraków i negocjować z Prusakami! Nie ma w tym żadnej logiki i sensu, chyba że to wszystko zostało już wcześniej ukartowane i konsekwentnie realizowane. To tylko jednak pokazuje, że nasze „elity polityczne” były do szpiku kości cyniczne, zdemoralizowane i wiernie służące swoim mocodawcom. Zupełnie jak dziś. Nic się nie zmieniło. Tylko komu chce się zajmować tym, co było kiedyś? Było minęło. Problem w tym, że nie było i nie minęło. Zasady się nie zmieniają.