Rosja

Stosunek społeczeństwa polskiego do Rosji jest, jak podejrzewam ambiwalentny. Jedni odnoszą się z lekceważeniem, inni – z estymą. W pierwszym wypadku będzie to zapewne dotyczyć ludzi z ukraińskimi korzeniami, w drugim – z rosyjskimi i białoruskimi. Żeby jednak Rosję bardziej zrozumieć, warto przyjrzeć się jej historii, nawet w sposób ogólnikowy. Do tego skłoniła mnie końcowa refleksja Leszka Sykulskiego w jednym z jego ostatnich podkastów geopolitycznych. Poniżej jej zapis.

“Jest dzisiaj chichotem historii, że Polska, granicząc z Federacją Rosyjską, ma zaledwie jeden podręcznik czy jedną syntezę do historii Rosji autorstwa Polaka po prostu, którego właśnie autorem jest Polak. To jest niewyobrażalne jak nienawiść dzisiaj zdominowała środowiska akademickie, środowiska dziennikarskie, środowiska polityczne. Brak jakiejkolwiek racjonalnej refleksji, a tylko kierowanie się bardzo prymitywnymi emocjami, no niestety prowadzi do katastrofy, co widać doskonale na przykładzie stosunków polsko-ukraińskich.”

Widać czy słychać jak Leszek Sykulski zapowietrzył się, gdy zorientował się, że jak wymieni nazwisko tego Polaka, który napisał tę jedyną historię Rosji, to będzie jeszcze większy chichot, bo napisał ją… Bazylow, Ludwik Bazylow. Historia Rosji jego autorstwa ukazała się w 1969 roku. Urodził się w 1915 roku we Lwowie i tam ukończył studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Po wojnie pracował początkowo na Uniwersytecie Wrocławskim, a później na Uniwersytecie Warszawskim. Zmarł w 1985 roku. Jest też autorem książki Syberia (1975), w której napisał, że Stroganowowie, którzy kolonizowali Syberię, byli wzbogaconymi chłopami. Miał jak widać poczucie humoru, ale taki był klimat PRL-u, o którym ludzie w nim mieszkający mówili, że to najweselszy barak w obozie socjalistycznym. Syberia to oddzielny temat, z którym wiąże się rosyjska kolonizacja Alaski i zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej. I o tym w następnym blogu. Wszystkie poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

x

Początki

Pierwszymi historycznymi władcami ruskimi byli prawdopodobnie Waregowie (m.in. Ruryk i Oleg Mądry), którzy zgodnie z istniejącymi przekazami przybyli na ziemie ruskie w IX wieku. Przybycie Ruryka do Nowogrodu Wielkiego w 862 roku uważa się za symboliczny początek historii Rosji. Ruryk zdołał skupić pod swymi rządami część Waregów, plemion wschodniosłowiańskich (Słowienie, Krywicze i Połoczanie) oraz plemion ugrofińskich (Czudź, Weś, Meria, Muroma i Mieszczera) i stworzył fundamenty państwa ruskiego, tzw. Rusi Nowogrodzkiej. Ruryk był także założycielem dynastii Rurykowiczów, która sprawowała rządy w Rosji do 1598 roku.

Waregowie Ruryka przybywają do Starej Ładogi (Północna Rosja – przyp. W.L.). Obraz Wiktora Wasniecowa z ok. 1913 roku. Źródło: Wikipedia.

Z czasem część drużyny Ruryka (m.in. Askold i Dir) oddzieliła się od niego i udała się w dół Dniepru, opanowując podległe Chazarom państwo Polan z ich największym grodem Kijowem. Wyprawa następcy Ruryka, księcia nowogrodzkiego Olega Mądrego na Kijów (882) doprowadziła do zjednoczenia północnych i południowych księstw ruskich oraz powstania Rusi Kijowskiej. Była ona początkowo luźnym związkiem księstw, które do 2. połowy X wieku zachowały szeroką autonomię. Oleg z przyczyn geopolitycznych przeniósł swą siedzibę z Nowogrodu Wielkiego do Kijowa, jednakże do końca XII wieku Nowogród pozostawał największym miastem ruskim. Książęta kijowscy Oleg (panujący do 912 lub 922) i Igor Rurykowicz (panujący w latach 912/922–945) podpisali z Bizancjum układy handlowe, zapewniając krajowi zyskowny handel.

Rządząca w latach 945–957 księżna Olga scentralizowała państwo i stworzyła podstawy trwałego porządku administracyjnego. Kolejny władca, syn Olgi, Światosław I podejmował odległe wyprawy wojenne, docierając na Krym, Kaukaz i na Bałkany. Światosław toczył m.in. liczne wojny z Chazarami, doprowadzając ok. 969 r. do ostatecznego upadku Kaganatu Chazarskiego. Ożeniony z siostrą cesarza bizantyjskiego Anną książę Włodzimierz I w 988 roku przyjął chrzest i uczynił z chrześcijaństwa wschodniego rytu oficjalną religię państwową.

Panujący w latach 1019–1054 Jarosław Mądry umocnił pozycję Cerkwi prawosławnej na Rusi. Ustanowione przez niego zasady dziedziczenia tronu książęcego w oparciu o regułę senioratu nie zapobiegły rozbiciu jedności politycznej kraju.

Rozbicie dzielnicowe Rusi

W XI wieku Ruś Kijowska podzieliła się na konkurujące ze sobą dzielnice. Na północy powstała Republika Nowogrodzka, na północnym zachodzie Księstwo połockie, na południowym zachodzie Księstwo wołyńskie. W centralnej części powstały księstwa: Kijowskie, Turowskie i Smoleńskie, na północnym wschodzie księstwa rostowskie i muromskie, na południowym wschodzie: czernihowskie, perejasławskie i tmutarakańskie. Z czasem podział ten uległ jeszcze większemu rozdrobnieniu, przy czym książęta, którym udało się zawładnąć Kijowem byli w hierarchii feudalnej wyżej postawieni od pozostałych książąt i posługiwali się tytułem wielkiego księcia. W przeciągu lat 1054–1224 na Rusi wydzielono 64 księstwa, 293 książąt usiłowało zasiąść na tronie, a ich polityka doprowadziła do wybuchu 83 wojen domowych. Władcy księstw czernihowskiego, halicko-wołyńskiego i włodzimierskiego podjęli próby scalania ziem ruskich pod swoimi berłami.

W 1169 roku książę włodzimierski Andrzej Bogolubski opanował Kijów, uzyskując tym samym tytuł wielkiego księcia. Odmiennie od większości swoich poprzedników, nie przeniósł do tego miasta swej stolicy, lecz po opanowaniu Kijowa osadzał tam podległych sobie książąt. Centrum swego państwa pozostawił Włodzimierz, który odtąd stał się stolicą wielkiego księstwa i przejął dominującą rolę Kijowa.

Podboje tatarskie i litewskie

W latach 1237–1240 Złota Orda tatarska pod wodzą Batu-chana podbiła wszystkie ziemie ruskie z wyjątkiem księstw Połockiego i Pińskiego. Tatarzy nie przejęli bezpośrednich rządów w podbitych księstwach, zadowolili się każdorazowym zatwierdzaniem kandydata do tronu książęcego we Włodzimierzu, który z kolei pełnił funkcje zwierzchnie nad resztą książąt i miał prawo zwracania się o pomoc do chana. W 1299 roku podczas wojny pomiędzy chanami złotoordyjskimi Toktą i Nogajem metropolita Maksym przeniósł swą siedzibę z Kijowa do Włodzimierza, w wyniku czego miasto to stało się zarówno głównym ośrodkiem politycznym, jak i religijnym Rusi.

Korzystając z rozbicia dzielnicowego i osłabienia Rusi walkami z Tatarami, Litwa, w latach 1240–1392 podbiła większość zachodnich księstw ruskich, a samo państwo litewskie szybko uległo rutenizacji. Jako pierwsze zostały podbite i przyłączone do Litwy ziemie dzisiejszej Białorusi – księstwa Połockie i Pińskie. Po klęsce poniesionej przez Księstwo Kijowskie w bitwie z wojskami litewskimi nad Irpieniem (1320) Kijowszczyzna stała się zależna od Litwy, a w 1362 roku bezpośrednio do niej wcielona. Z inicjatywy książąt litewskich Rurykowicze kijowscy zostali pozbawieni władzy, po czym emigrowali do Riazania. W wyniku wojny polsko-litewskiej (1340–1392) zostało zlikwidowane Księstwo halicko-wołyńskie, a jego terytorium rozdzielone pomiędzy Polskę i Litwę.

Wielkie Księstwo Moskiewskie (1263-1547)

W okresie panowania tatarskiego i litewskiej ekspansji wodzem dużej rangi i zręcznym politykiem okazał się książę nowogrodzki Aleksander Newski. W 1240 roku pokonał Szwedów (bitwa nad Newą), w 1242 roku inflancką gałąź zakonu krzyżackiego (bitwa na jeziorze Pejpus) i w 1245 roku rozbił wojska litewskie. W 1252 roku otrzymał od chana Sartaka tron włodzimierski, a wraz z nim zwierzchnictwo nad wszystkimi księstwami ruskimi.

Z walk o sukcesję po Aleksandrze Newskim zwycięsko wyszło niewielkie wówczas Księstwo Moskiewskie, w którym od 1263 roku zasiadał na tronie najmłodszy syn Aleksandra, Daniel, założyciel moskiewskiej linii Rurykowiczów.

W 1325 roku metropolita Piotr przeniósł siedzibę metropolitów z Włodzimierza do Moskwy. Syn Daniela Iwan I Kalita pokonał w 1328 roku przy pomocy Tatarów najgroźniejszego z rywali do tronu włodzimierskiego, księcia twerskiego Aleksandra i w tym samym roku zyskał panowanie we Włodzimierzu. W 1328 roku Kalita przeniósł stolicę swego państwa z Włodzimierza do rodzimej Moskwy, dając początek Wielkiemu Księstwu Moskiewskiemu. Nadal jednak władcy moskiewscy (do końca XIV wieku) najpierw obejmowali władzę we Włodzimierzu i tytułowali się najprzód wielkimi książętami włodzimierskimi.

Wnuk Kality Dymitr Doński w bitwie na Kulikowym Polu (1380) pokonał Tatarów, co stało się początkiem upadku Złotej Ordy na Rusi. Wraz z osłabieniem pozycji Tatarów znaczenia nabrały zjednoczeniowe dążenia książąt moskiewskich. Na przeszkodzie ich realizacji stanęła rozwijająca się potęga Wielkiego Księstwa Litewskiego (pozostającego od 1386 roku w unii personalnej z Polską), pod którego wpływami znalazły się dawne zachodnie ziemie Rusi Kijowskiej.

Zjednoczenie ziem ruskich

W 1462 roku tron moskiewski objął Iwan III Srogi, który w znacznej mierze zjednoczył kraj, wcielając do rządzonego przez siebie państwa: Jarosław (1463), Rostów (1474), Nowogród Wielki (1478) i Twer (1485). Korzystając z rozkładu Złotej Ordy, Iwan III wstrzymał całkowicie wypłacanie daniny i odparłszy tatarskie ataki odwetowe (1472 i 1480), ostatecznie uwolnił ziemie ruskie spod panowania Tatarów. W okresie tym nastąpiła również unifikacja prawa na Rusi.

Po upadku Konstantynopola (1453) Moskwa zyskała na znaczeniu jako spadkobierczyni Bizancjum, co podkreślić miało małżeństwo Iwana III z Zofią Paleolog (1472), bratanicą ostatniego cesarza bizantyńskiego Konstantyna XI Dragazesa, a także przejęcie bizantyjskiego dwugłowego orła jako herbu państwa oraz bizantyjskiego ceremoniału dworskiego. Aspiracje księstwa moskiewskiego sformułowano w tezie o Moskwie jako „trzecim Rzymie”. W 1478 roku Iwan III jako pierwszy władca posłużył się oficjalnie tytułem „cara całej Rusi”. Syn Iwana III, Wasyl III dokończył dzieło jednoczenia kraju, przyłączając do swego państwa: Psków (1510), Smoleńsk (1514) i Riazań (1521). Wielkie Księstwo Moskiewskie stało się wówczas jedynym niepodległym państwem ruskim, gdyż zachodnie księstwa ruskie zostały wcześniej wcielone do Litwy, Polski i w mniejszym stopniu innych krajów.

Rozwój Rosji w 1500, 1600 i 1700 roku. Źródło: Wikipedia.

Carstwo Rosyjskie (1547-1721)

Obejmowało tereny od wschodniej Europy poprzez północną część Azji po Ocean Spokojny. Pod względem powierzchniowym było największym państwem na kontynencie europejskim i jednym z największych na świecie. Carstwo Rosyjskie było kontynuacją Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, istniejącego w latach 1263–1547. W 1547 odbyła się koronacja wielkiego księcia moskiewskiego Iwana IV Groźnego na „cara Wszechrusi”, co dało początek Carstwu Rosyjskiemu. W 1721 Piotr I przyjął tytuł cesarza-imperatora, dając tym samym początek Imperium Rosyjskiemu. Carowie rosyjscy nadal jednak używali aż do ustanowienia w 1917 Republiki Rosyjskiej tytułów wielkich książąt moskiewskich, kijowskich, włodzimierskich, nowogrodzkich i tym podobnych.

Po śmierci Iwana IV (1548) regentem w imieniu niezdolnego jeszcze do sprawowania rządów Fiodora I został szwagier cara, Borys Godunow, który po śmierci Fiodora (1598) sam koronował się na cara. W 1589 roku metropolita Jow został staraniem Borysa Godunowa wybrany na pierwszego patriarchę Moskwy i całej Rusi i zatwierdzony na to stanowisko przez patriarchę Konstantynopola, Jeremiasza II, co doprowadziło do uniezależnienia się ruskiej Cerkwi prawosławnej. Rządy Borysa Godunowa nie zdołały odtworzyć zrujnowanej gospodarki kraju. Po jego śmierci (1605) zjawiska kryzysowe nasiliły się, wybuchła wojna domowa, nastał okres tak zwanej wielkiej smuty. Panujący szybko zmieniali się na tronie, kraj najeżdżany był często przez obce wojska – między innymi w 1610 roku wojska polskie Władysława IV Wazy zajęły i okupowały do 1612 roku Moskwę. Okres walki o władzę zakończył w 1613 roku wybór na tron carski Michała I, założyciela dynastii Romanowów.

Imperium Rosyjskie

Imperium Rosyjskie, oficjalna nazwa polska: Cesarstwo Rosyjskie (ros. Российская империя, przed reformą ortografii: Россійская Имперія) – oficjalna nazwa Rosji w latach 1721–1917. Imperium Rosyjskie u szczytu swej potęgi w 1866 roku zajmowało powierzchnię 23 700 000 km² i było trzecim pod względem wielkości państwem w historii ludzkości, po imperium brytyjskim i Wielkim Ułusie Mongolskim. Faktyczną stolicą Imperium Rosyjskiego był przez niemal cały okres jego istnienia Petersburg, choć z prawnego punktu widzenia stolicą pozostawała Moskwa, pozostająca do 1812 roku największym miastem Rosji i miejscem koronacji carów. Dwór przeniesiono do Moskwy w 1728 roku, ale dwa lata później powrócił on do Petersburga (1730). Imperium było sukcesorem Carstwa Rosyjskiego. Upadło na skutek dwóch rewolucji w 1917 roku.

Mocarstwo euroazjatyckie

Nazwa Imperium Rosyjskie została ustanowiona po zwycięstwie Rosji w wojnie północnej 1700–1721, w związku z przyjęciem 1721 przez Piotra I Wielkiego tytułu cesarza (imperatora); używana do rewolucji lutowej 1917 roku (do abdykacji Mikołaja II).

Śmierć Piotra Wielkiego w roku 1725 doprowadziła do starć pomiędzy przedstawicielami starej arystokracji a osobami zawdzięczającymi swój awans bezpośrednio poparciu Piotra I, jak Aleksandr Mienszykow. Efektem zwycięstwa Mienszykowa był wybór na cesarzową Katarzyny I, żony Piotra. Po jej śmierci w roku 1727 tron cesarski objął mający wtedy dwanaście lat Piotr II Romanow.

Pomimo wewnętrznego osłabienia po śmierci Piotra Wielkiego, Rosja zachowała dominację w Europie Wschodniej, a także aktywnie włączała się do europejskich konfliktów takich jak Wojna o sukcesję polską czy Wojna o sukcesję austriacką. W wojnie siedmioletniej udało jej się w zasadzie pokonać Prusy, mimo to nagła śmierć carycy Elżbiety i wstąpienie na tron jej siostrzeńca Piotra III spowodowało nagłe wycofanie się Rosji z wojny i powrót do status quo ante bellum, a nawet zawarcie przymierza z Prusami, co nie pozostało bez wpływu na osłabienie międzynarodowej pozycji Rosji.

Dopiero panująca w latach 1762–1796 Katarzyna II wywindowała Rosję na pozycję wielkiego mocarstwa. Zwycięskie wojny z Turkami (1768–1774, 1787–1792) otworzyły szeroki dostęp do Morza Czarnego, w 1783 Rosja anektowała Chanat Krymski. Kontynuując politykę sojuszu z Prusami narzuciła Rzeczypospolitej protektorat w 1768 i odegrała decydującą rolę w rozbiorach (1772, 1793, 1795) anektowała jej wschodnie ziemie, likwidując wraz z Prusami i Austrią państwo polskie.

Imperium światowe

Panujący w latach 1796–1801 syn Katarzyny II Paweł I kontynuował politykę ekspansji, anektując w 1801 Gruzję. W 1799 rozpoczęła się rosyjska kolonizacja Alaski i Rosja stała się „imperium trzech kontynentów”. Aleksander I, który w wyniku rewolucji pałacowej przejął władzę po niepopularnym wśród szlachty ojcu, dzięki pokonaniu Wielkiej Armii Napoleona pod Moskwą (1812) zapewnił Rosji dominującą pozycję na kontynencie europejskim. Poszerzył granice kraju o Wielkie Księstwo Finlandii (1809), Besarabię (1812), Dagestan i Azerbejdżan (1813).

Rosyjska kolonizacja Ameryki Północnej

Rosyjska kolonizacja Ameryki Północnej – kolonizacja północno-zachodnich terytoriów Ameryki Północnej przez Imperium Rosyjskie w drugiej połowie XVIII i w XIX wieku. Kolonizacja ta objęła swym zasięgiem: Alaskę, Aleuty, Archipelag Aleksandra oraz wybrzeża dzisiejszych stanów i prowincji: Kolumbii Brytyjskiej, Waszyngtonu, Oregonu i Kalifornii. Najdalej na południe wysuniętą stanicą rosyjską był Fort Ross w środkowej Kalifornii. Szacuje się, że ten ogromny obszar (ok. 1 518 800 km kw.) zamieszkiwało zaledwie ok. 2500 Rosjan i ok. 60 000 rdzennych Amerykanów i Eskimosów.

x

Gdyby chcieć w jednym zdaniu przedstawić historię Rosji to brzmiałoby ono tak: Dynastia Rurykowiczów to walka o zjednoczenie ziem ruskich, a dynastia Romanowów to budowa imperium. Chronologicznie wyglądało to tak:

  • 862-1598 – Rurykowicze
  • 1598-1613 – okres walk o władzę, tzw. wielka smuta
  • 1613-1762 – Romanowowie
  • 1762-1917 – Dom Holstein-Gottrop-Romanow

Przybycie Ruryka do Nowogrodu Wielkiego w 862 roku uważa się za symboliczny początek Rosji. Skupił on pod swoimi rządami część Waregów, plemion wschodniosłowiańskich i ugrofińskich. W 882 roku następuje zjednoczenie południowych i północnych księstw ruskich, czyli powstaje Ruś Kijowska. W 988 roku Włodzimierz I przyjmuje chrzest. W XI wieku dochodzi do rozbicia dzielnicowego. Książęta, którym udało się zawładnąć Kijowem, stali najwyżej w hierarchii feudalnej. W latach 1054-1224 istnieją na Rusi 64 księstwa, a 293 książąt usiłowało zasiąść na tronie. Władcy księstwa czernihowskiego, halicko-wołyńskiego i włodzimierskiego podjęli próby scalenia ziem ruskich pod swoimi berłami. W 1169 roku książę włodzimierski ( z Włodzimierza położonego pod Moskwą, a nie z Włodzimierza Wołyńskiego) Andrzej Bogolubski opanował Kijów, uzyskując tym samym tytuł wielkiego księcia. Jednak to Włodzimierz przejął rolę Kijowa i stał się stolicą wielkiego księstwa. – Tak to opisuje Wikipedia, natomiast Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) początek dziejów Rosji przedstawia tak:

»Państwo ruskie zawdzięcza swe powstanie Normanom. Osiadłe pomiędzy Dnieprem, Wołgą, Dźwiną, Niemnem i Bugiem plemiona trudniące się rolnictwem, pszczelarstwem, myślistwem, rybołówstwem i handlem, niezdolne do stworzenia silniejszej więzi państwowej, wezwały Normanów, zwanych na Wschodzie Waregami, by objęli nad nimi panowanie. W 862 przybył Ruryk z normańskiego pokolenia Rusów wraz z braćmi Sineusem i Truworem i osiedlili się w okolicy dzisiejszego Nowogrodu. Po śmierci braci Ruryk zjednoczył w swym ręku ich posiadłości i ugruntował w ten sposób byt państwa ruskiego. Dwaj jego rycerze Askold i Dir zajęli Kijów, gdzie następca Ruryka przeniósł stolicę. Nowe państwo waregsko-ruskie rozwijało się wśród walk z cesarstwem wschodnim, Chazarami, Bułgarami i Pieczyngami; Kijów stał się ważnym ośrodkiem handlowym. Włodzimierz św. przyjął w 988 chrzest w wyznaniu wschodnim, przez co wprowadził swe państwo w krąg kultury bizantyńskiej. Jarosław Mądry zorganizował kościół, podniósł miasta i handel i porządkował prawo („Russkaja Prawda”). Po jego śmierci państwo rozpadło się na szereg dzielnic, których książęta prowadzili pomiędzy sobą niszczące wojny. Ustanowiony seniorem wielki książę kijowski nie był w stanie utrzymać swego autorytetu. W 1169 roku książę suzdalski, Andrzej Bogolubski, protoplasta późniejszych książąt moskiewskich, spalił Kijów, a godność wielkoksiążęcą przeniósł na Suzdal (okolice Moskwy – przyp. W.L.).«

Z tego opisu wyłania się obraz Słowian wschodnich jako niezdolnych do stworzenia organizacji o szerszym zasięgu, a którą nazywa się państwem. Gdyby więc nie Normanowie, to nie powstałaby Rosja. Najprawdopodobniej w końcu zdali oni sobie z tego sprawę, że z ludźmi o tej mentalności nie da się zbudować państwa i odwołali się do metod radykalnych. Temu służyła oprycznina, która polegała na wydzieleniu znacznej części państwa moskiewskiego spod władzy bojarów i poddaniu jej bezpośredniej władzy cara oraz terrorowi jego gwardzistów zwanych opricznikami.

Iwan Groźny (klęczy z nożem) drwi z przywódcy bojarów Iwana Fiodorowa posadzonego na tronie w carskim przebraniu. Za chwilę Iwan zadźga nożem Fiodorowa. Obraz Mikołaja Newrewa. Źródło: Wikipedia.

Tak więc ziemie ruskie zostały zjednoczone, ale w skład tego zjednoczonego państwa nie weszły księstwa południowo-zachodnie, podbite przez maleńką Litwę. Jak to się stało, że opierały się one Moskwie, a uległy takiemu nic nie znaczącemu państwu, jeśli tak można nazwać ten twór? Czy przypadkiem nie wchodziła tam w grę interwencja Zakonu Krzyżackiego, którego ziemie graniczyły z Litwą? W praktyce więc księstwa te nadal tkwiły w rozbiciu dzielnicowym, ale nazywano je zrazu Wielkim Księstwem Litewskim, a później Rzeczpospolitą. Wygląda więc na to, że Słowian wschodnich trzeba trzymać krótko za mordę, bo inaczej zrobią z państwa burdel, jak to się stało w przypadku Rzeczypospolitej.

Po epoce feudalnej nastały monarchie, które były czynnikiem państwowotwórczym i narodowotwórczym, w myśl znanej zasady: Ein Volk, ein Reich, ein Führer. Tyle że w tym wypadku kolejność powinna być odwrotna: Ein Führer, ein Reich, ein Volk. Silna władza królewska była potrzebna, by stworzyć scentralizowane państwo, a wraz z nim kształtował się naród. Wschodni Słowianie nie mieli w sobie tego, co pozwoliłoby im stworzyć takie państwo. Zrobili to Waregowie i oni stworzyli naród rosyjski. Na terenach, które nie poddały się zjednoczeniu, a więc w Wielkim Księstwie Litewskim, pozostającym nadal bez silnej władzy centralnej w ustroju feudalnym, nie ukształtowały się narody. Jedynie Słowianie zachodni, czyli Czesi i Polacy, stworzyli swoje państwa i powstały narody polski i czeski. Jednak naród polski został zmarginalizowany przez Słowian wschodnich, a później zniszczony przez potomków Waregów, a naród czeski został zdominowany przez Niemców.

Tak więc Słowianie wschodni nie potrafili samodzielnie stworzyć własnej państwowości, natomiast Słowianie zachodni byli do tego zdolni. Wydaje się zatem, że powoływanie się na jedność Słowian nie do końca jest uzasadnione. To są różnice na poziomie mentalności. Owszem, Słowianie wschodni, jako jednostki, mogą i są często ludźmi uzdolnionymi czy wręcz wybitnymi. Dorobek Rosjan w kulturze, nauce czy sporcie jest imponujący, ale to nie te wybitne jednostki decydowały o tym, że powstało potężne państwo rosyjskie. O tym decydował jakiś inny czynnik. Oni sami zdawali sobie z tego sprawę i chyba dlatego poprosili o pomoc Waregów.

Imperium rosyjskie powstawało w tym samym czasie, w którym powstawało imperium brytyjskie. I przetrwało ono do dnia dzisiejszego, podobnie jak brytyjskie, te jednak w zmienionym kształcie. Jeśli komuś się wydaje, że uwolnienie się spod „opieki” Ameryki coś zmieni, to się mocno myli. Imperia nigdy nie traktują mniejszych państw jak partnerów. To również dotyczy Rosji, to jest imperium, a nie jakiś słowiański kraj. Waregowie zorganizowali to państwo. Zaczęli od północy, czyli o terenów i klimatu, które były im bliskie. Później kolonizacja szła w kierunku wschodnim na obszary północnej Syberii. Historia Rosji to nie tylko jej europejska historia. To również, a może przede wszystkim, historia Syberii, jej podboju. Bez niej Rosja nie byłaby imperium, ale o tym w następnym blogu.

x

Aktualizacja z dnia 24 września 2024 roku:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: “i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską.”

Powódź

W zasadzie ten blog powinienem zatytułować „Potop”, ale ten wyraz jest w naszej tradycji zarezerwowany dla innego wydarzenia. Nie przypadkiem chyba, bo był on tak wyniszczający dla Korony jak ta wielka woda na Dolnym Śląsku. Potop szwedzki był elementem pewnego planu, którego celem było zmarginalizowanie Korony, likwidacja jej elit po to, by twór zwany Rzeczpospolitą został zdominowany przez Wschód. Czy przypadkiem ta powódź nie została wykorzystana do realizacji jakichś politycznych celów? YouTube podsunął mi kanał Radek Pogoda, na którym zamieszczono ciekawą analizę tego, co stało się na Dolnym Śląsku. Poniżej parę jej fragmentów.

12 września pojawia się informacja, że Wody Polskie nie zdecydowały się na zrzut wody ze zbiorników na Nysie, bo nie ma takiej potrzeby. 13 września zbiornik nyski przyjmował tyle wody, ile odprowadzał. Podobna sytuacja była na pozostałych zbiornikach Nysy Kłodzkiej – Topoli Paczków, Kozielna i Otmuchowa. Przy czym w zbiornikach Kozielno i Otmuchów wody przybywało. Tego samego 13 września premier Tusk mówi, że owszem są niepokojące informacje, ale prognozy nie są straszne, więc on nie widzi powodu do paniki. Mija jedna noc i zaczyna się tragedia.

Pojawia się pytanie: dlaczego jeszcze 9 września Czesi nie zaczęli zrzucać wody ze swoich zbiorników? Dlaczego trzymali tę wodę w swoich zbiornikach retencyjnych, wiedząc, że ta wielka fala napływa, że będzie szybciej u nich kilka dni niż dzisiaj jest u nas? Wiedzieli, co nadchodzi, informowali o tym w mediach, mówili o tym politycy, a mimo tego nie przygotowali swoich zbiorników. Tak jakby czekali, aby jeszcze większą falą chlupnąć w naszą stronę.

Można oczywiście będzie pochylić się nad tym, jak reagowalibyśmy, w jaki sposób bronilibyśmy się przed powodzią – tą, którą dzisiaj mamy, którą będziemy mieli jeszcze przez najbliższe dni – gdybyśmy trochę mniej sprzętu strażackiego oddali np. Ukrainie. Nie mówię tu tylko o wozach strażackich, mówię o motopompach, łodziach, namiotach, wszelkiego rodzaju sprzęcie, choćby sprzęcie oświetleniowym, komunikacyjnym, łącznościowym, który jest niezbędny, by funkcjonować w regionach, które tak jak Kotlina Kłodzka pozbawione są prądu, internetu, zasięgu telefonii komórkowej czy jakichkolwiek innych możliwości transportu w terenie, w którym mamy pozrywane mosty, przepusty, pozapadały się drogi, poniszczone zostały wszelkiego rodzaju elementy infrastruktury i nie da się w pewne miejsca dotrzeć inaczej niż śmigłowcem albo właśnie łodzią.

Ludzie zginęli, zostały zniszczone majątki, bardzo często majątki całego życia, zniszczone zostały firmy, warsztaty, fabryki, magazyny, hurtownie, sklepy, gabinety kosmetyczne, wszelkiego rodzaju infrastruktura drogowa, elektryczna, komunikacyjna. Poleciały słupy telegraficzne, telefoniczne, nadajniki komórkowe. Wszystko – co zostało oddane pod opiekę ludzi związanych z Wodami Polskimi i polityków, którzy są nad nimi, którzy tych ludzi na te stanowiska wskazywali – wszystko to poszło w diabły, wszystko to popłynęło z wodą.

x

Z tej analizy można też dowiedzieć się, że nic od poprzedniej powodzi z 1997 roku nie zrobiono. Czy z powodu nieudolności i korupcyjności kolejnych rządów? Ja w to nie wierzę. W zakończeniu poprzedniego bloga napisałem, że „polski” rząd prowadzi politykę dywersyjną w stosunku do państwa, którym rządzi. Ja nie wierzę w to, że w Wodach Polskich decydenci są niekompetentni i nie wierzę też, że są takimi urzędnicy państwowi odpowiedzialni za te sprawy. Czasem działają bardzo sprawnie i profesjonalnie. Tak było w przypadku sprowadzenia do Polski kilku milionów Ukraińców, zorganizowania im miejsc zamieszkania, objęcia wszelkimi świadczeniami socjalnymi, zapewnienia wielu z nich pracy, uczynienia z języka ukraińskiego drugiego języka urzędowego i w przypadku wielu innych udogodnień dla nich. To było wielkie wyzwanie logistyczne i organizacyjne, do którego rząd przygotowywał się może nawet latami. Żadna z partii politycznych nawet nie zająknęła się na ten temat. Natomiast w przypadku wszystkich innych spraw są kłótnie i wzajemne oskarżenia. Jest jednak ktoś wyżej, kto zarządza tą hałastrą.

Powódź już była w Austrii i w Czechach, a rząd zapewniał, że nie ma zagrożenia. Czy trzeba lepszego dowodu? Ten lepszy dowód to gromadzenie wody w zbiornikach retencyjnych w sytuacji, gdy należało ją spuszczać. Do tego dochodzi jeszcze dziwne zachowanie Czechów, którzy swoim postępowaniem jeszcze pogorszyli sytuację. To tylko dowodzi tego, że rząd czeski, tak samo jak polski, wykonuje polecenia swoich nieznanych przełożonych. Czesi są jednak w o tyle lepszej sytuacji, że ich państwo nie zostało wyznaczone na kozła ofiarnego, a nasze – tak.

Ta powódź to jeden z elementów mających na celu zniszczenie polskiej gospodarki. Najważniejszym i najbardziej brzemiennym w skutki będzie oczywiście pomoc dla Ukrainy, która jest finansowana z kredytów, których Polska nie spłaci. Ta powódź i poprzednie to też będzie doskonały argument dla Niemców, że Polska nie potrafi zagospodarować terenów poniemieckich i w związku z tym powinny one wrócić do Niemiec.

Tak więc to tzw. państwo polskie jest rozmontowywane na płaszczyźnie gospodarczej i kompromitowane na płaszczyźnie politycznej. Wszystko to oczywiście dzieje się przy aktywnym udziale „polskiego” rządu. Zaczęło się od rządów Jagiellonów, czyli obcych. W I RP królowie też byli obcy, nawet Sobieski był Rusinem, a nad Poniatowskim to nawet nie warto się pastwić. Sanacja cynicznie wepchnęła II RP do walki z Niemcami. Komuniści nie mieli skrupułów, by zniszczyć dorobek PRL-u, a rządy III RP wpisują się w ten trend. – Taka to specyfika tego miejsca na ziemi.

Kartka

W czwartek 12 września przybył z wizytą do Warszawy Sekretarz Stanu USA Antony Blinken. Spotkał się z Ministrem Spraw Zagranicznych Radosławem Sikorskim, który przeczytał z kartki pewną deklarację. To, że Polska jest wasalem USA, to w to nikt nie wątpi, ale żeby to demonstrować aż tak ordynarnie, to mnie trochę zdziwiło. Chodzi o to, że Sikorski czytał z dostarczonej mu kartki tekst napisany po angielsku. Dlaczego tak sądzę? W pewnym momencie czyta on: „…a także uważamy znieść ograniczenia na użycie broni dalekiego zasięgu.” Sikorski tłumaczył więc na bieżąco tekst angielski i w pewnym momencie nie znalazł odpowiedniej składni w języku polskim. Po polsku powinno być: „…a także uważamy, że należy znieść ograniczenia na użycie broni dalekiego zasięgu”. W języku angielskim bezokolicznik, w różnych formach, jest znacznie częściej używany, niż w języku polskim, w którym nie ma dla nich odpowiednika. My raczej w tej sytuacji zamiast „znieść” powiedzielibyśmy „zniesienie”, np. – a także uważamy zniesienie ograniczenia (ograniczeń) na użycie broni dalekiego zasięgu za właściwe, konieczne itp. w zależności od tego, co zawiera wersja angielska. Prawdopodobnie więc Sikorski nie miał wcześniej okazji, by zapoznać się z treścią tej kartki, a tłumaczenie jej na bieżąco wcale takie łatwe nie jest, nawet dla kogoś, kto, jak on, zna angielski biegle. Ale treścią tego komentarza nie będą zawiłości angielskiej składni. Chciałem tylko zaakcentować to, co od razu zwróciło moją uwagę, gdy słuchałem Sikorskiego. Czy Amerykanie aż tak lekceważą Sikorskiego, że nie chciało im się przygotować wcześniej polskiej wersji tej deklaracji albo chociaż dać mu chwilę na „ogarnięcie” tego tekstu? Na wystąpienie Sikorskiego zwrócił też uwagę na swoim kanale Tomasz Piekielnik. Poniżej fragmenty jego komentarza.

Blinken w Warszawie. Zestawmy te doniesienia o wizycie Blinkena w Kijowie i w Warszawie z tym, gdzie on mógł ewentualnie jeszcze być. Mógł odwiedzić Londyn, mógł polecieć z Warszawy do Pragi, do Berlina. Ktoś stamtąd mógł tutaj przylecieć. Nic takiego się nie działo. Zatem widzimy jednoznacznie, że Blinken przywozi do Polski jakieś ordynaty, jakieś rozkazy. I w mojej ocenie wypowiedź Ministra Spraw Zagranicznych Polski, to jest symboliczna wypowiedź. I twierdzę, że kartka, z której czytał, to kartka, którą mógł sam Blinken przywieźć do Polski. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że ta retoryka jest zamówiona przez deep state w Stanach Zjednoczonych. Posłuchajmy zatem, o czym mówi Radosław Sikorski i zastanówmy się czy wy i wasi znajomi, wasza rodzina, czy się z tym zgadzacie?

Zapewnienie bezpieczeństwa Ukrainie, a więc strategicznemu przedpolu całego sojuszu północnoatlantyckiego pozostaje naszym wspólnym priorytetem i będziemy kontynuowali te wysiłki. Polska pozostaje zwolennikiem zwiększania presji na reżim rosyjski w celu zmuszenia go do zakończenia wojny przeciwko Ukrainie.

Po pierwsze, czy Polacy mają taką opinię, większość Polaków, jak tutaj Minister Spraw Zagranicznych? Uważam, że nie. Uważam, że większość Polaków opowiada się za pokojem; uważam, że większość Polaków, szczególnie w wieku 20-40 lat, a nawet tych starszych, na myśl, że wywieranie na Rosję presji dalszej, zbrojnej, atakowanie jej terenów poprzez broń i z wykorzystaniem technologii zachodniej, która obsługiwana może być przez polskich żołnierzy, to ryzyko eskalacji wojny, ryzyko ustalenia przez Rosję celów znajdujących się na terenie Polski jako miejsca, które należy uderzyć. No i teraz powiedzieć, z czym to się może wiązać i z czym to niewątpliwie będzie się wiązać, ta eskalacja konfliktu, no to właśnie uważam, że Polacy są przeciwni prowadzeniu wojny, przeciwni wywieraniu presji, jak to powiedział Sikorski.

Po drugie, za chwilę Państwo usłyszycie te prowokacyjne nawoływanie, co do którego jestem bardzo zdumiony i zaskoczony, bo ten człowiek realizuje, w mojej ocenie podkreślam, wybitnie antypolski interes.

Od początku staliśmy w awangardzie wysiłków na rzecz pomocy wojskowej i nie tylko. Jako Zachód powinniśmy kontynuować dostarczanie Ukrainie zaawansowanych systemów obrony powietrznej i przeciwlotniczej.

Uważa pan minister, że Polska powinna kontynuować dostarczanie Ukrainie uzbrojenia w rozumieniu pomocy, czyli w rozumieniu przekazywania nieodpłatnego, przekazywania nie na zasadzie pożyczki, tylko na zasadzie: na koszt polskiego podatnika, na koszt obniżenia standardu życia w Polsce, na koszt większej inflacji w Polsce, no bo te wydatki finansowane są gigantycznym długiem. Przypomnę – w tym roku 265 miliardów deficytu, czyli dziura w kasie, o tyle więcej długu musi wziąć rząd. W przyszłym roku budżet centralny ma mieć dziurę w kasie na poziomie 289 miliardów i dodatkowo trzeba będzie nowych obligacji wyemitować, czyli nowy dług zaciągnąć w funduszach pozabudżetowych w wysokości 100 miliardów złotych. To powoduje, że bardzo wzrasta ilość pieniądza w obrocie za sprawą decyzji rządowych. Gospodarka jednak w istocie nie rośnie, wartość pieniądza musi spadać, zatem inflacja w przyszłym roku dwucyfrowa jest bardzo prawdopodobna. I to są prawdziwe konsekwencje zaangażowania Polski, rozbrajającej się, rozbrajającej swoje wojska po to, aby dozbrajać Ukrainę i zwiększać ryzyko globalnego konfliktu, zwanego III wojną światową.

…a także uważamy znieść ograniczenia na użycie broni dalekiego zasięgu. Jesteśmy przekonani o skuteczności sankcji ekonomicznych…

Wszystko w temacie. Minister Spraw Zagranicznych mówi, że jesteśmy, jako Polska, za tym, aby znieść ograniczenia w używaniu broni dalekiego zasięgu. Już wiecie, jak to należy rozumieć, bo tu nie chodzi tylko o powiedzenie, Ukraino możesz sobie strzelać rakietami na cele oddalone o 300, 400 czy 500 km, tylko tu chodzi, że społeczeństwom się mówi „Ukrainie daliśmy zgodę”, a tak naprawdę, z punktu widzenia militarnego, to dowództwo NATO, dowództwo poszczególnych państw daje rozkazy konkretnym żołnierzom, konkretnym jednostkom, które obsługują to uzbrojenie, do tego, aby wprowadzać dane, wprowadzać koordynaty i pilnować dokąd mają te rakiety dolecieć, jaki cel zniszczyć. I tym jest tak naprawdę zniesienie ograniczeń.

Polski minister spraw zagranicznych mówi, że Ameryka musi zrobić więcej, aby wzmocnić zdolności Ukrainy do atakowania Rosji. – Aljazeera.

I oto dowód na to, co powiedziałem we wstępie. Świat obiega informacja o tym, że to Sikorski namawia Stany Zjednoczone, aby to Stany Zjednoczone zniosły ograniczenia i pozwoliły Ukrainie atakować cele znajdujące się w głębi Rosji. Wychodzimy w tej chwili jak Zabłocki na mydle na tym wszystkim. To Polska będzie w ocenie społeczności międzynarodowej, można powiedzieć podstawowym, zasadniczym prowokatorem tego, co się będzie dziać, o ile do tego dojdzie.

W kontekście tego – co robią Niemcy? Niemcy zamykają granice. Od 16 września granice zamknięte z Polską i innymi państwami. Ale umówmy się, czy Niemcy nie robią tego właśnie po to, bo wiedzą, do czego za moment dojdzie? Bo dowództwo państw NATO jest poinformowane, bo rządy państwa takiego jak Niemcy i Polska wiedzą, co się będzie dziać. Dlatego zamykają granice? Bo chcą kontrolować to, co będzie się dziać i kogo wpuszczą i kogo – nie? Przypomnijmy sobie, po wybuchu wojny na Ukrainie ruszyło około 5 milionów Ukraińców ze swoich domów, głównie do Polski. Jeżeli ta wojna eskaluje, to może zechcieć jeszcze wyjechać kolejne dwa miliony, a może kolejne pięć milionów Ukraińców, a może także z Polski zechcieć wyjechać milion, dwa albo pięć milionów Polaków? A co jeśli rozpoczną się powołania? Powołania do wojska?

Jakiś czas temu wprowadzono ustawę o użyciu broni na terenie Polski przez żołnierzy i tam jest jedno bardzo ważne zastrzeżenie. Ta broń może być użyta na terenie Polski, nie na granicach, nie do obrony granicy, tylko wewnątrz kraju, nawet w sytuacji, gdy nie mamy stanu zagrożenia, stanu wojennego czy stanu wojny. I wtedy wspominałem, że kto wie czy rząd nie uszykował tu przepisów po to, by wprowadzić taki przymusowy policyjno-wojskowy terror na wypadek sytuacji takiej, gdy będą ogłoszone decyzje, o które w tej chwili nie tylko Antony Blinken zabiega. Ale co gorsza, prowokując wojnę, eskalowanie jej, zabiega też Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski. Wyobraźmy sobie, czy po ogłoszeniu takich decyzji o tym, że Polska będzie strącać rakiety, że wysyła wojska na Ukrainę, że zgoda jest co do tego, by Ukraina atakowała cele w głębi Rosji i wskutek tego trzeba przeprowadzić dodatkową mobilizację w Polsce,przywrócić obowiązkową służbę wojskową. Te decyzje mogą się bardzo szybko potoczyć. Przepisy istnieją, podstawy prawne są już do tego stworzone. Czy nie powstanie opór społeczny? Ludzie wojny nie chcą, mogą wyjść na ulicę, ale na to władza jest, moim zdaniem, przygotowana.

x

Obecna sytuacja coraz bardziej, w moim przekonaniu, przypomina tę sprzed II wojny światowej, przynajmniej w odniesieniu do Polski. Jedyne, co wtedy można było zrobić, to unikać za wszelką cenę konfrontacji z silniejszym przeciwnikiem, czyli z Niemcami. W 1939 roku było już wiadomo, że gwarancje jakich udzieliła Francja Czechosłowacji były bez pokrycia. W związku z tym nie można było mieć złudzeń co do intencji francuskiego i angielskiego rządu i rząd sanacyjny dobrze o tym wiedział, ale ponieważ musiał wykonywać polecenia swoich nieznanych przełożonych, to parł do konfrontacji. Miał oczywiście argument, że nie będzie walczył sam, bo Anglia i Francja udzieliły mu gwarancji. I wszyscy wtedy w to uwierzyli. Rząd uciekł za granicę, a ludność została.

Dziś jest realizowany podobny scenariusz. Polski rząd prze do wojny z Rosją, której nie będzie w stanie pokonać, bo Rosja jest mocarstwem i wielcy tego świata nie wyznaczyli jej roli chłopca do bicia. Ta rolę wyznaczyli Polsce. No ale my jesteśmy w najpotężniejszym sojuszu militarnym, więc nie jesteśmy sami i dlatego Rosja jest do pokonania. To jest obowiązująca narracja i to jest alibi rządu, by mógł wprowadzić polskie wojsko do wojny z Rosją. Jednak w odróżnieniu od sytuacji z września 1939 roku Polski nikt nie napadł, tylko jej rząd chce napaść na inne państwo. Jeśli więc tak się stanie, to największym winowajcą, a tym samym przegranym będzie Polska, bo to Polska napadła, a Ukraina tylko broniła się i gdyby nie pomoc Polski, to może wcześniej byłaby bardziej skłonna do rozmów pokojowych. „Polski” rząd robi wszystko, by Polska stała się kozłem ofiarnym tego konfliktu, głównym sprawcą wszelkiego zła.

Widać wyraźnie, że „polski” rząd robi wszystko, by zniszczyć państwo w sensie gospodarczym: oddawanie wszystkiego Ukrainie, zaciąganie kredytów, których nigdy nie spłaci, więc wierzyciele rozgrabią wszystko, co ma jakąś wartość. Zachowuje się on tak jak kiedyś Jagiellonowie, którzy rozkradli majątek Korony. W latach 80-tych zrobili to samo z majątkiem PRL-u komuniści. Odnoszę wrażenie, że to niszczenie gospodarki III RP, jaka by ona była, ma na celu dostosowanie jej standardów do standardów ukraińskich, bo tylko wtedy możliwe będzie stworzenie nowego państwa ukraińskiego, które straciwszy tereny na wschodzie, zrekompensuje je sobie na zachodzie. I to nowe państwo ukraińskie pewnie nadal będą nazywać Polską, tak jak za czasów I RP wspólne państwo polsko-ukraińskie nadal nazywano Koroną.

Wygląda na to, że „polski” rząd prowadzi działalność dywersyjną w stosunku do państwa, którym rządzi. Na to wskazuje jego zachowanie przed nadchodzącą powodzią, co nie było żadną niespodzianką, bo zdjęcia satelitarne nie pozostawiały były złudzeń, co miało nastąpić. Ale o tym w następnym komentarzu.

Po co imperia?

Dlaczego powstawały imperia? – Takie pytanie zadał sobie Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996. I starał się w niej na nie odpowiedzieć. Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to autor kilku książek, dziennikarz, w latach 1990-93 ambasador Polski w USA. Było on też autorem słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Jak sam mówił, był potomkiem Jana Dziewanowskiego, który brał udział w szarży szwoleżerów w wąwozie Somosierra. A więc Jan był sługusem Napoleona i zapewne masonem. I był nim pewnie również Kazimierz Dziewanowski. Sądzę, że warto jednak zapoznać się z jego sposobem argumentacji. Zwłaszcza obecnie, gdy dzieje się na świecie tak wiele i trudno jest zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Według mnie następuje przenoszenie centrum świata do Chin, a tym samym tworzenie nowego światowego mocarstwa i likwidowanie obecnego, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jest to proces długotrwały i dlatego trudno go dostrzec w przeciągu życia jednego człowieka. Dopiero gdy odwołamy się do historii i spojrzymy na to, jak powstawały i upadały poprzednie imperia, to obraz stanie się nieco bardziej klarowny, co nie znaczy, że zupełnie jasny.

W pewnym momencie Dziewanowski cytuje dwa pytania, które nurtowały Anglików. Pierwsze: jaki sens mają kolonie, jeśli się nimi nie rządzi?; drugie: jeśli z posiadania kolonii nie płyną żadne korzyści, to po co płacić za ich utrzymanie? Pierwsze wynikało z sytuacji w Kanadzie, gdzie obie prowincje, angielska i francuska, były zależne od gubernatorów. Władza wykonawcza podlegała więc ośrodkowi zamorskiemu. Drugie – ze względu na szerzące się wówczas poglądy zwolenników wolnego rynku i likwidacji wszelkich ograniczeń w handlu, w tym również dla towarów napływających do Anglii z kolonii. Poniżej analiza Dziewanowskiego.

x

Te dwa sprzeczne ze sobą pytania ujawniają istotę dylematu imperialnego – nie tylko w przypadku Wielkiej Brytanii. Na pierwsze pytanie: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi – ogromna większość metropolii imperialnych w dziejach odpowiada pozytywnie i jednoznacznie; należy mieć kolonie i rządzić nimi w sposób bezpośredni, wyciągając z tego maksimum zysku. Zastanówmy się jednak nad motywami, dla których „należało mieć kolonie”. Wydaje się, że badając dzieje rozmaitych imperiów, można wyróżnić co najmniej trzy główne motywy. Pierwszy: dążenie do gospodarczej eksploatacji terytoriów zależnych, czyli właśnie „wyciąganie z nich maksymalnego zysku”. Ten motyw niezwykle wyraźnie i w skrajnej postaci przejawił się w dziejach imperium hiszpańskiego, kiedy podbijało ono krainy po to, aby wydobyć z nich złoto, srebro i inne skarby. Był on również łatwo dostrzegalny w niektórych podbojach rzymskich, kiedy ogromnemu skupisku ludzkiemu w Mieście (Rzym to początkowo było miasto-państwo – przyp. W.L.), skupisku, którego duża część prowadziła żywot z gospodarczego punktu widzenia pasożytniczy – otóż gdy temu skupisku potrzebna była pszenica, oliwa, tkaniny – by odziać lud i nakarmić; a także dzikie zwierzęta i gladiatorzy – aby go zabawić i uspokoić. Motyw gospodarczy był więc pierwszym i podstawowym motywem w zdobywaniu kolonii.

Ale nie był jedynym, a czasem inne nawet go przesłaniały. I tak na przykład, studiując historię starożytnego Rzymu widzi się, że wiele rzymskich podbojów, zwłaszcza te w północnej, środkowej i południowo-zachodniej Europie, nie miało wyraźnych przyczyn gospodarczych, a bywało i tak, że okazywały się nadzwyczaj kosztowne; nie przynosząc zysków, obciążały wielkimi kosztami skarb państwa. W tym przypadku rozstrzygającym motywem było coś innego: chęć umocnienia dotychczasowych zdobyczy, ubezpieczenia granic państwa, usunięcia wiszącego nad tymi granicami niebezpieczeństwa. Ten motyw spotykamy w dziejach wszystkich imperiów, zwłaszcza – co logiczne i oczywiste – w ich okresach późniejszych, u szczytu potęgi, kiedy jest już czego bronić. Można zatem powiedzieć, że pierwszy motyw: gospodarczy, jest wczesną podnietą imperiotwórczą, drugi: wojskowo-strategiczny, podnietą okresu pełnego rozwoju. Powiedzieliśmy, że ten drugi impuls, nakazujący poszerzenie posiadłości, jest impulsem logicznym i oczywistym. Ale jest tak tylko na pierwszy rzut oka, chociaż owa logika kierowała rozumowaniem wielu najznakomitszych mężów stanu we wszystkich wielkich imperiach. W rzeczywistości jest to rodzaj błędnego koła. Ile sąsiednich krajów trzeba podbić, by uznać granice za bezpieczne? A jak postąpić z krajami jeszcze dalej położonymi, które zagrażają terenom uznanym przez nas za niezbędne dla naszego bezpieczeństwa? Jak uchronić się od zagrożeń wewnętrznych, rozmaitych buntów, powstań, rebelii? Jak chronić drogi komunikacyjne? I oto twórcy wielkiego imperium spostrzegają wreszcie, że po to, aby doprowadzić ich rozumowanie do logicznej konkluzji – trzeba podbić cały świat.

W tym momencie zaczyna się upadek imperium.

Koszta utrzymania armii, ochrony granic i dróg komunikacyjnych stopniowo przewyższają korzyści uzyskiwane z eksploatacji kolonii. Chodzi nie tylko o koszta natury finansowo-gospodarczej. Koszta społeczne i polityczne bywają czasem jeszcze większe. Podbojów można dokonywać armią niezbyt liczną, za to sprawną, dysponującą przewagą techniczną i energicznym dowództwem. Taka armia uderza w wybranym miejscu i chwili, bezwzględnością działania poraża przeciwnika. Natomiast rozrzucona na wielkich przestrzeniach armia mająca zadanie defensywne (bronić dawnych zdobyczy) i której liczebność wzrasta, a poczucie misji zanika – taka armia łatwo ulega demoralizacji. Bardziej niż wrogiem zewnętrznym poczyna interesować się tym, co dzieje się wewnątrz kraju, a zwłaszcza w metropolii; dowódcy ubiegają się o lepsze, bardziej intratne czy też ułatwiające dalszą karierę garnizony; aby to osiągnąć, poszukują protektorów w metropolii; potem z kolei inni ambitni działacze w metropolii zaczynają szukać ich poparcia. A potem… dzieje imperialnego Rzymu wyraźnie wskazują, co następuje potem. Armia włącza się do walki o władzę, ustanawia i obala cesarzy, nie dba już o wysunięte garnizony.

Na koniec przychodzą barbarzyńcy.

Posługiwanie się li tylko przykładem Rzymu byłoby jednak zbytnim uproszczeniem, chociaż The Cambridge History of the British Empire wcale się przed takimi porównaniami nie cofa. We wstępie do tomu VI, poświęconego Kanadzie, czytamy tam następujące skreślone ze śmiertelną powagą słowa: „Pragnąc inkorporować francuskich Kanadyjczyków do Imperium Brytyjskiego, nasi mężowie stanu i gubernatorzy wynaleźli środki i sposoby, przywołujące porównanie z użytymi przez Rzym w Grecji i w Galii. Ale nowoczesne zadanie było jeszcze trudniejsze od tego, z którym mieli do czynienia Cezarowie, ponieważ istniał teraz potężny wpływ religii i poczucia narodowego. W rezultacie Kanadyjczycy, przewyższając Greków i Galów swą świadomością narodową, a zatem i polityczną wytrwałością, stawiali skuteczny opór zarówno problemom asymilacji, jak i przymusu. Po prawdzie, żaden z tych środków nie był poważnie brany pod uwagę przez brytyjskich mężów stanu (…)”

Jednak mimo iż autorzy owej Historii nie cofają się przed podobnymi porównaniami, można mieć wątpliwości, czy taka analogia nie jest zbyt daleko posunięta. Pomiędzy imperium rzymskim a brytyjskim, prócz różnicy w czasie, istniała również odmienność geograficzna. Pierwsze było imperium przede wszystkim kontynentalnym, lądowym (choć sięgało również do Afryki i Bliskiego Wschodu). Drugie miało swe posiadłości rozsiane za morzami. Bardziej więc na miejscu będzie porównywanie z innymi, nowszymi imperiami kolonialnymi: portugalskim, hiszpańskim, francuskim, a także do pewnego stopnia z holenderskim, niemieckim i włoskim.

A zatem pierwszy był motyw gospodarczy, drugim była ochrona dotychczasowych zdobyczy. Bywało, że koszta drugiego przewyższały korzyści płynące z tego pierwszego. W przypadku Portugalii ciężary wynikające z konieczności ochrony wszystkiego, co na początku zdobyli portugalscy żeglarze, kupcy i zdobywcy, niebawem przewyższały możliwości metropolii. Podobne były dzieje imperium hiszpańskiego.

Bywał również i trzeci motyw, który najwyraźniej można rozróżnić w dziejach budowy imperium kolonialnego Francji, Niemiec i Włoch. Motyw najmniej logiczny, czasem ocierający się o granicę absurdu, głęboko jednak ludzki i dowodzący po raz nie wiadomo który, że człowiek – a dotyczy to również i rządów, republik, monarchii, cesarstw – działa pod wpływem niezwykle różnorodnych impulsów, niekoniecznie zgodnych z jego zasadniczymi interesami ekonomicznymi, a czasem zupełnie z nimi sprzecznych. Należy raczej powiedzieć, że ludzie działają nie tyle w rzeczywistej zgodzie ze swymi podstawowymi interesami, ile raczej w zgodzie z tym, co wydaje im się nadrzędnym interesem lub potrzebą, jedno zaś z drugim nie idzie w parze.

Takim nie gospodarczym, nie finansowym i nawet nie strategicznym motywem bywała w dziejach imperiów kolonialnych czysta chęć rozszerzenia panowania państwa czy króla, chęć umocnienia prestiżu, zwiększenia autorytetu, podkreślenia wyższości, zwielokrotnienia chwały. Francja podbijając w XIX wieku pustynne obszary północnej i północno-zachodniej Afryki, nie czyniła tego dla bezpośrednich korzyści gospodarczych, a w każdym razie nie stanowiły one głównej siły napędowej podboju. Niemcy, lokując się w Afryce czy na wyspach Pacyfiku, mieli tylko niejasne pojęcie o korzyściach ekonomicznych, jakie mogą z tego płynąć; powodowała nimi natomiast zazdrość i chęć dotrzymania kroku Wielkiej Brytanii. Włochy, gdy wdały się w walkę z Turcją o Libię, gdy obsadziły Somalię i Erytreę oraz później, gdy podbijały Abisynię, szermowały wprawdzie hasłem przestrzeni życiowej, przeludnienia Włoch i braku surowców, ale w gruncie rzeczy (dotyczy to szczególnie Włoch faszystowskich) chodziło im o ekspansję polityczną, o umocnienie autorytetu państwa, o pozyskanie szacunku wśród obcych. Przecież ani Libia, ani Erytrea nie nadawały się do masowego osadnictwa, nie dysponowały też surowcami (nikt wówczas nie słyszał o libijskiej nafcie). Nawet w Polsce nie brakowało ludzi, którzy pragnęli, by Francja przekazała nam Madagaskar, na którym jako żywo nie było żadnych poważniejszych bogactw. Byli i tacy, którzy podczas ostatniej wojny przemyśliwali o tym, by Polska przejęła kolonie odebrane Włochom – jako odszkodowanie wojenne dla naszego kraju. I cóż by zniszczona Polska robiła z Erytreą?

Trzecim motywem, spotykanym wcale nierzadko i mającym nieraz decydujące znaczenie – była więc próżność ludzka, próżność państwowa, królewska, ale i republikańska. Wystarczy przypomnieć słynne epizody z dziejów kolonialnych, które omal nie doprowadziły do wielkich wojen: incydent w Faszodzie, incydent w Agadirze… A cóż, jak nie próżność państwowa, stało się przyczyną wojny o Falklandy?

Odmianą tego motywu, który kilkakrotnie w historii wystąpił z ogromną mocą, jest dążność do podporządkowania sobie innych krajów z przyczyn religijno-ideologicznych. Najwyraźniej przejawia się ona w dziejach podbojów arabskich i tureckich oraz historii zakonu krzyżackiego, miała też swój udział w hiszpańskiej konkwiście. Istnieją również dwudziestowieczne przykłady tego rodzaju, a najnowszym są pewne hasła głoszone przez Iran Chomeiniego. Motywacja religijno-ideologiczna bywa skuteczna w pierwszym „bohaterskim” okresie podboju, wnet jednak wyczerpuje się i zostaje zastąpiona motywacją czysto imperialistyczną, to znaczy gospodarczą, a następnie wojskową. Przykład turecki jest tutaj szczególnie wymowny, podobnie jak krzyżacki.

A zatem u podstaw wszystkich wielkich imperiów kolonialnych w historii rozróżnić można trzy główne motywy: gospodarczy, strategiczny i ideologiczno-prestiżowy. Czasem splatały się one ze sobą, tworząc bogatą ideologię imperialną, w której obecne były wszystkie trzy elementy. Jednakże siła występowania poszczególnych elementów była w różnych metropoliach rozmaita. Imperium brytyjskie tym różniło się od innych (z wyjątkiem może holenderskiego), że czynnik gospodarczy, czynnik zysku, przeważał, a w każdym razie nigdy nie tracono go z oczu.

Było więc oczywiste i zrozumiałe, że w chwili gdy zorientowano się, że polityka monopolu gospodarczego i sztucznego, przymusowego zwalczania konkurencji przestaje być dla Wielkiej Brytanii korzystna, gdy angielski przemysł i finanse domagały się wprowadzenia reguł swobodnej gry, na miejsce starego, klasycznego pytania: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, pojawia się nowe: po co rządzić koloniami, jeśli to przynosi ciężary, a nie daje zysku?

Mówiliśmy już, że Portugalia i Hiszpania nie znalazły rozwiązania tej kwestii i ich imperia upadły. Natomiast Wielka Brytania usilnie starała się ją rozwiązać. Znalezienie właściwej formuły nastręczało do końca wielkie trudności i znaleziono ją tylko w niektórych przypadkach. W rezultacie imperium brytyjskie również się rozpadło, ale nie tak definitywnie, jak to się stało z portugalskim. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów – a przynajmniej jej część – istnieje nadal.

Jednym z najważniejszych laboratoriów doświadczalnych była Kanada. Poprzednia próba ułożenia sobie stosunków z białymi koloniami w Ameryce zakończyła się niepowodzeniem – deklaracją Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Kanada – kraj o mniej licznej ludności, z której pokaźna część składała się z lojalistów, lepiej nadawała się do nowych eksperymentów imperialnych, natomiast sytuację komplikowało istnienie ludności francuskiej. Proces układania stosunków między Kanadą a metropolią nie przebiegał gładko. W 1837 wybuchła w okolicach Montrealu rebelia kierowana przez Francuza Papineau, w której również uczestniczyli niektórzy radykałowie pochodzenia angielskiego. Ogłosili oni republikę. Zamieszki wybuchły też w anglojęzycznej Górnej Kanadzie. Kres rebelii wkrótce położyła armia, ale był to mimo wszystko głośny sygnał alarmowy dla Londynu, który miał wszak w pamięci doświadczenia z koloniami amerykańskimi. Z wolna przed ludźmi kierującymi brytyjską polityką, a także przed opinią publiczną, zaczął się zarysowywać problem z długimi tradycjami, czy lepiej mieć dobrze prosperujących sojuszników (którym wszelako trzeba pozostawić obszerny margines swobody), czy też nędzniejszych i niej pewnych, a za to w pełni uzależnionych wasali? Myślę, że gdy chodzi o jej „białe imperium”, Anglia potrafiła znaleźć na to pytanie dalekowzroczną odpowiedź; nie potrafiła tam, gdzie głębokie różnice historyczne, kulturowe, rasowe i religijne uniemożliwiły uformowanie się głębszych więzi, powiązań trwalszych niż tylko polityczne i wojskowe.

Rezultatem rebelii roku 1837 było wysłanie do Kanady lorda Durhama, któremu rząd powierzył misję dokładnego zbadania sytuacji i zaproponowanie odpowiednich wniosków. Durham był człowiekiem niezmiernie bogatym i ustosunkowanym, którego pozycja społeczna i uzdolnienia predestynowały do najwyższych stanowisk w państwie. Jednocześnie wyznawał głęboko demokratyczne, a nawet radykalne poglądy, które utrudniały mu zrobienie kariery ( i istotnie jej nie zrobił). Oddał jednak wielkie usługi Wielkiej Brytanii i Kanadzie, a wysunąwszy po raz pierwszy pomysł nowego i nie spotykanego dotąd ukształtowania stosunków między metropolią a jedną z kolonii – otworzył nowatorską drogę ku przyszłości, czego zresztą bynajmniej nie doceniono. (…)

Durham nie domagał się bynajmniej utrzymania Kanady w dotychczasowej zależności od Wielkiej Brytanii. Wręcz przeciwnie. Raport zalecał dokonanie dwóch doniosłych posunięć, dwóch innowacji, które stały w sprzeczności z dotychczasowym systemem rządzenia i miały wpłynąć na dalsze kształtowanie się dziejów. Po pierwsze: zalecał zjednoczenie wszystkich prowincji kanadyjskich w jedno państwo. Po drugie: przekazanie (z pewnymi wyjątkami) pełnej władzy w ręce mieszkańców tego państwa. (…)

Utworzono silny rząd centralny; prowincję kanadyjską ponownie rozdzielono na dwie części – francuski Quebec i angielskie Ontario; postanowiono, że rząd federalny natychmiast przystąpi do budowy wielkiej kolei, łączącej wszystkie prowincje; przewidziano też, że do zjednoczonej Kanady przystąpią w terminie późniejszym pozostałe kolonie północnoamerykańskie.

Poważną trudność sprawiło znalezienie odpowiedniej nazwy dla nowego państwa. Postanowiono wprawdzie już na początku, że będzie się ono nazywało Kanadą. Ale jaką? Królestwem kanadyjskim? To mogłoby nasuwać myśl o odrębności królestwa kanadyjskiego od Korony Brytyjskiej, a nikt przecież nie kwestionował formalnego zwierzchnictwa brytyjskiej dynastii; ponadto – argumentowali niektórzy – byłoby to bezpośrednie wyzwanie wobec republikańsko nastrojonych Jankesów. Przedstawiciel Nowego Brunszwiku, Tilley, udał się podczas obrad na nabożeństwo do opactwa westminsterskiego i usłyszał śpiewany tam psalm siedemdziesiąty drugi, który podsunął mu nowe rozwiązanie. Stalo się ono później bardzo popularne, ale wciąż nasuwa trudności polskiemu tłumaczowi.

Tekst angielski odpowiedniego ustępu psalmu siedemdziesiątego drugiego brzmi: „He shall have dominion also from sea to sea, and from river unto the ends of the earth”. Jak łatwo się domyślić, chodzi o słowo „dominion”. I tutaj właśnie mamy trudności. Dwuwiersz ósmy (bo o ten chodzi) w tłumaczeniu księdza Wujka brzmi: „I będzie panował od morza aż do morza i od rzeki aż do krajów okręgu ziemi”. W Biblii Tysiąclecia czytamy: „I panować będzie od morza do morza, od Rzeki aż po krańce ziemi”. Czesław Miłosz tłumaczy to podobnie: „Panować będzie od morza do morza i od wielkiej rzeki po krańce ziemi”.

W moim egzemplarzu Biblii, wydanym przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne Warszawa 1979, dokonano przekładu z języków hebrajskiego i greckiego: „Niech panuje od morza do morza i od Rzeki aż do krańców ziemi!”

Jak widać polscy tłumacze solidarnie użyli czasownika „panować”. Jako rzeczownik brzmiałoby to więc: panowanie. Panowanie Kanady? To nie ma sensu. Jeżeli jednak odejdzie się od biblijnego znaczenia tego słowa, wówczas znajdziemy stare słowo używane jako określenie wielkiej posiadłości ziemskiej albo leśnej należącej do króla, później zaś jako wielkiej własności feudalnej należącej do pana, lecz uprawianej przez chłopów. Ale i o również nie odpowiada znaczeniu, jakie owemu słowu nadano w British North America Act. Nie odpowiadałoby to zresztą poczuciu dumy niezależnych osadników kanadyjskich. Trzeba więc uznać, że pojęcie dominium, którego użyto dla określenia nowego federacyjnego państwa kanadyjskiego, było wynalazkiem dokonanym przez Tilleya i jego współtowarzyszy, zatwierdzonym przez brytyjski parlament.

Dominium kanadyjskie, za którym poszły niebawem następne: Australia, Nowa Zelandia, Południowa Afryka. Było to nowe pojęcie, oznaczające nowy typ stosunków między metropolią a dawnymi koloniami. Stanowiło ono zarazem odpowiedź, jakiej Wielka Brytania udzieliła na owe dwa klasyczne pytania imperialne: po co mieć kolonie, jeśli się nimi nie rządzi, oraz: po co płacić na utrzymanie kolonii, jeśli nie ma z tego zysku? Był to również dowód, że w Wielkiej Brytanii nigdy nie zatryumfował czysto wojskowy sposób myślenia. Odtąd nie zamierzała ona troszczyć się o wewnętrzne sprawy kanadyjskie; zrezygnowała też z posługiwania się Kanadą do celów imperialnych. Oba kraje, związane osobą wspólnego monarchy, miały odtąd podążać równoległymi, ale osobnymi ścieżkami.

x

Tak tłumaczył nam pewien fragment rzeczywistości mason – zapewne bardzo wysokiego stopnia. Dziewanowski wyróżnia pewne motywy, które napędzały powstawanie imperiów:

  • motyw gospodarczy – imperium hiszpańskie, rzymskie
  • motyw wojskowo-strategiczny – imperium rzymskie w późniejszym okresie
  • motyw prestiżowy – imperium francuskie, niemieckie, włoskie
  • motyw religijno-ideologiczny – kraje arabskie, Turcja, zakon krzyżacki, Iran

Od tych modeli imperialnych brytyjskie, według Dziewanowskiego, wyraźnie odróżnia się. Wprawdzie motyw gospodarczy przeważał, ale Brytyjczycy potrafili znaleźć rozwiązanie, natomiast Portugalia i Hiszpania – nie. I dlatego imperia tych państw upadły. Brytyjskie również, ale nie do końca. Pozostały pewne więzi, tradycje i instytucje, które sprawiły, że Brytyjska Wspólnota Narodów istnieje nadal. Jakie to były więzi, tradycje i instytucje, o tym nie wspomina on. Dlaczego? Były to tradycje protestanckie, czyli odcinanie się od miejscowej ludności, niemieszanie się z nią. W przypadku imperium portugalskiego i hiszpańskiego podstawowym założeniem ich podboju była asymilacja miejscowej ludności i nawracanie jej na katolicyzm. Z biegiem czasu doprowadziło to do wykreowania wśród tej ludności świadomości narodowej, której ona prawdopodobnie nadal nie miała, i powstań przeciwko Madrytowi i Lizbonie. Independencia ou Morte! (Niepodległość albo śmierć) – „okrzyk znad Ipirangi” od 7 września 1822 roku jest głównym hasłem brazylijskiego dnia niepodległości. Wykrzyczał je regent Piotr. Więcej o tym w blogu Brazylia. W ciągu paru lat na początku XIX wieku wszystkie kolonie Ameryki Południowej wybiły się na niepodległość, a raczej na „niepodległość”, bo popadły w całkowitą zależność od protestanckiej Ameryki.

W przypadku imperium brytyjskiego pojawił się problem: jak doprowadzić do upadku imperium, ale tak, żeby nie upadło? I wymyślono ten numer z Kanadą i psalmem siedemdziesiątym drugim. Z Ameryką Południową uporano się w na początku XIX wieku, a kolonie w Afryce zlikwidowano w latach 60-tych XX wieku. Wtedy wszystkie państwa europejskie, łącznie z Wielką Brytanią, utraciły tam swoje kolonie. Anglia odpuściła sobie później nawet Rodezję i Afrykę Południową, bo były to kolonie kontynentalne, a więc nie stanowiące z jej punktu widzenia większej wartości. Tak więc wszystkie kraje europejskie przestały być potęgami kolonialnymi, Wielka Brytania pozostawała nadal imperium. To specyficzne imperium, bo leży ono na wyspach. Na nich leży Wielka Brytania, Australia i Nowa Zelandia. W pewnym sensie wyspą jest również Ameryka Północna, otoczona oceanami. Tylko na południu graniczy z całkowicie podległą sobie Ameryką Łacińską.

Tak więc imperium brytyjskie nadal trwa. Centrum dowodzenia jest City of London. Stany Zjednoczone, niby niezależne od Wielkiej Brytanii, realizują jej cele i terroryzują świat. Mamy więc tu do czynienia z podwójnym blefem. Najpierw stworzyła ona w Ameryce niby niezależne od niej państwo, a później pozbyła się swoich kontynentalnych koloni, by pokazać, że nie jest już mocarstwem kolonialnym.

Czy w takim razie to, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest przenoszenie centrum świata do Chin, czy może kolejny blef? Niewątpliwie Chiny stają się centrum gospodarczym i handlowym świata, ale czy decyzyjnym? A to już inna para kaloszy.

Analiza Dziewanowskiego zawiera interesujące informacje, ale jest błędna i sprowadza czytelnika na manowce. Mason, niewątpliwie wysokiego stopnia, „zapomniał” o słoniu w składzie porcelany, czyli o imperium rosyjskim. Czy przypadkiem? Zapewne nie! Ten „słoń” nie pasował mu do koncepcji. Imperium rosyjskie jest równie trwałe jak brytyjskie. Początkowo nazywało się ono carskim, później Związkiem Radzieckim, a obecnie Federacją Rosyjską. A czymże jest federacja, jak nie imperium? Dlaczego Dziewanowski pominął to imperium? Czy dlatego, że jest ono bardzo podobne do brytyjskiego? To nie carowie byli zaangażowani bezpośrednio w podbój Syberii, podobnie jak Korona Brytyjska w tworzenie kolonii zamorskich. Jest to też imperium religijno-ideologiczne, prawosławne, tak jak brytyjskie – protestanckie. Jedno jest imperium morsko-wyspiarskim, drugie – lądowym. Oba się uzupełniają i współpracują ze sobą. Tak było w czasie II wojny światowej i tak jest obecnie w przypadku wojny na Ukrainie. Watro, by pamiętali o tym wszyscy ci, którzy tak prą do współpracy z Rosją i są zwolennikami panslawizmu.

Osadnictwo

W blogu Jezuici pisałem o tym, że to właśnie oni stworzyli nowy naród polski z niewykształconych w sensie narodowościowym i językowym społeczności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zetknąłem się oczywiście z opiniami, że to jednak ludność z Korony emigrowała na wschód i podporządkowywała sobie tamtejsze społeczności. Gdyby tak było to istniałaby jakieś relacje z czasów tego osadnictwa, jakieś pamiętniki, dokumenty itp. Tego nie ma i nikt z tych, którzy o tym wspominają, nie powołuje się na nie. Zresztą osadnictwo to wcale nie jest taka prosta sprawa, ale o tym w dalszej części bloga.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; wiek XVI-XVIII PIW 1976 pisze:

„Kto osiadał? Stosunki były niepewne, więc i osadnictwo różne przechodziło koleje losu; w każdym razie żywiołu polskiego weszło na Ruś bardzo dużo. Osiadali tu więc przede wszystkim uczestnicy kresowych wojen, którzy stopniowo obozy wojskowe przekształcali w osady kolonizacyjne, sprowadzano tu całymi wsiami ludność poddańczą z ziem rdzennej Polski, przychodzili tu chętnie bardziej przedsiębiorczy mieszczanie, aby dorobić się majątku w zmiennej koniunkturze. Wielcy panowie, którym przypadły ogromne obszary ukrainne, poszukiwali kolonistów, na których mogliby się oprzeć, a znowu rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy, którym w dawnej ojczyźnie było za ciasno, szukali nowych siedzib na Rusi. Gdy tylko nieco było na Kresach spokojniej, gęsto wznosiły się „krzyże wolności”, czyli słobody, znaki obwieszczające wolność od pańszczyzny na określoną ilość lat dla osadników, którzy się zgłoszą; w krzyże zatykano kołki drewniane, które oznaczały ilość lat słobody, i co rok kołek jeden wyjmowano. Nie pytano kto zacz i skąd się wziął; kto przybył, dostawał ziemię i pracował dla siebie i dla pana. Rosła więc ludność, rosły obszary pod pługiem, rosły fortuny.”

Mamy tu bardzo ciekawe informacje, choć brakuje najważniejszego, czyli liczb, nawet szacunkowych. O ile w przypadku Żydów zachowały się pewne dane, które umożliwiły prześledzenie dynamiki osadnictwa żydowskiego w Polsce piastowskiej i Rzeczypospolitej, to w tym przypadku brakuje ich nam. Nie wiemy więc, jaka to była skala. Jeśli to osadnictwo odbywało się w oparciu o obozy wojskowe, to nie było ono raczej masowe, bo te wojska nie były liczne. Z drugiej strony, jeśli osiadali żołnierze najemni, to może to właśnie oni byli organizatorami powstań na Ukrainie. Natomiast ta ludność chłopska to byli po prostu niewolnicy, których przenoszono na nowe ziemie, tak jak Murzynów do Ameryki. Z kolei ci przedsiębiorczy mieszczanie i rozmaitego rodzaju ludzie przedsiębiorczy to Żydzi. I stąd te żydowskie kresowe miasteczka.

Wygląda na to, że by zachęcić ludność polską do emigracji na wschód, obiecywano im ziemię i zwolnienie od pańszczyzny na ileś lat. A co potem? Może właśnie tym faktem należy tłumaczyć te ciągle powtarzające się powstania na Ukrainie od momentu połączenia jej z Koroną. Gdyby tak było, to oznaczałoby to, że to polska ludność, a później już raczej zruszczona, ale z polskimi korzeniami, brała udział w tych powstaniach przeciwko „polskim panom”, czyli potężnym rusińskim feudałom. Ciekawe, że takich powstań nie było na Litwie. Nie wspomina Bystroń o polskim tam osadnictwie, chociaż wojny toczyły się nie tylko na kierunku południowo-wschodnim, ale również na północno-wschodnim. Czy mamy zatem do czynienia z niewyobrażalnym wręcz zafałszowaniem historii Kresów? Trudno tu o jednoznaczną ocenę z braku jakichkolwiek namacalnych dowodów. Czy dlatego, że ich nie było, czy dlatego, że je zniszczono albo gdzieś głęboko ukryto?

Inny typ osadnictwa przedstawia Bolesław Prus w powieści Placówka. Opisuje to tak:

  Maciek poszedł zgonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył.
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie też ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wysypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. To ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówił Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie próżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry...
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację. (...)
- To ci naród te Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci co wzięli od nas kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan brat. u nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha jeden drugiego; te zaś pary, choć się gniewają, to zawdy jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...

Nie do końca chyba można zgodzić się z Prusem, że mamy tu do czynienia z dwoma tajemnicami nowożytnej pracy: pośpiechem i organizacją. Tak były zorganizowane społeczności protestanckie od czasów reformacji. Doskonale zostało to zobrazowane w filmie Świadek z 1985 roku w reżyserii Petera Weira na przykładzie gminy Amiszów. Były to po prostu komuny, podobnie jak żydowskie getta. Ten typ organizacji wykorzystano przy tworzeniu Imperium Brytyjskiego. Polegał on raczej na zdobywaniu terenu i okopywaniu się na nim, odgradzaniu się od tubylców i innych niebezpieczeństw, a to wymuszało pospiech i dobrą organizację. Inaczej było w przypadku kolonizacji Ameryku Południowej. W tym wypadku polegało to na podporządkowywaniu miejscowej ludności poprzez asymilację i narzucanie jej katolicyzmu. Komuny protestanckie, z racji sposobu ich zorganizowania, wymuszały niejako posłuszeństwo jednostek, bo tylko działanie dla wspólnego dobra gwarantowało przetrwanie, a te jednostki wiedziały, że za swoją pracę zostaną odpowiednio wynagrodzone. Z drugiej strony ci, którzy rządzili tymi komunami wiedzieli, że tylko sprawiedliwy podział wypracowanego bogactwa gwarantuje ich przetrwanie. W przypadku katolickiej organizacji cechą charakterystyczną była hierarchiczność i rozmach w podboju. W takim wypadku nie ma mowy o sprawiedliwym podziale wypracowanego dochodu. Tak działali jezuici. I ten typ podboju miał miejsce na kresach Rzeczypospolitej w byłym Wielkim Księstwie Litewskim.

Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium brytyjskie Oficyna Wydawnicza RYTM 1996 pisze:

„(…) pojawili się misjonarze jezuiccy. Wyróżniali się odwagą, poświęceniem i wytrwałością, a także wielkimi talentami w nawiązywaniu kontaktów z Indianami i w pozyskiwaniu ich dla wiary chrześcijańskiej. Była to doprawdy niezwykła kadra. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy na własne oczy zobaczyli wodospady Niagary i Wielkie Jeziora Kanadyjskie. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami przewyższali anglikańskich czy purytańskich pastorów, którzy wnieśli ogromny wkład w dzieło ucywilizowania Nowego Świata, ale był to wkład innego rodzaju. Duchowni protestanccy wielce przyczynili się do powstania demokracji w Ameryce, ale nie zapisali się jako zwolennicy ludzkiego i przyjaznego kontaktu i współżycia z właściwymi mieszkańcami tego kontynentu, choć były wśród nich chwalebne wyjątki. Na ogół odznaczali się tą samą cechą, jaka charakteryzowała Anglików we wszystkich częściach ich rozległego imperium: skłonnością do odgradzania się od tubylców, niemieszkania z nimi, traktowania ich z wysoka. Długa tradycja prac misyjnych Kościoła katolickiego, jego trwające od najdawniejszych czasów kontakty z przedstawicielami innych wiar, obyczajów, kultur, dawały pod tym względem misjonarzom katolickim zdecydowane pierwszeństwo, choć były przecież w historii Kościoła długie okresy, w których też nie wyróżniał się tolerancją.”

Polityka jezuitów na całym świecie była taka sama: pozyskiwanie dla katolicyzmu ludzi z wszelkiego rodzaju wiar, obyczajów, kultur. Tak też czynili w Wielkim Księstwie Litewskim po unii lubelskiej z 1569 roku. Ich działalność spowodowała powstanie nowego narodu polskiego, dla którego podstawowymi elementami tożsamości był powierzchowny katolicyzm i język polski. To była działalność dominująca, sądząc po efektach. Natomiast osadnictwo polskie na ziemiach ukrainnych było raczej zjawiskiem marginalnym, choć może brzemiennym w skutkach, jeśli założymy, że miało wpływ na powstania chłopskie na tamtym terenie. Jednak z braku jakichkolwiek danych trudno w tym wypadku pokusić się o jakieś wiarygodne wnioski.

Afery

Rozproszenie i asymilacja, pozorna asymilacja, dają taką przewagę, że narody rdzenne są bezbronne. Jeśli doda się do tego monopol na emisję pieniądza i w handlu, to sytuacja wydaje się beznadziejna i taką w zasadzie jest. Zapewne większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy i daje się wciągać w żydowskie gierki, takie jak choćby demokracja i wmawianie ludziom, że coś od nich zależy. Cóż, widocznie tak już musi być.

Antoni Słonimski w jednej ze swoich kronik tygodniowych z 1938 roku, Kroniki Tygodniowe 1927-1939 PIW 1956, pisze:

Jeśli chodzi o handel zamorski, to co prawda i bez kolonii doskonale dajemy sobie radę. Czytałem niedawno o pewnej aferze, której piekielna zawiłość przejęła mnie dreszczem podziwu. Pewien eksporter wysyłał na Jawę czy na Borneo wielkie transporty cukierków. Przy wyładowaniu skrzyń w porcie rozleciała się jakaś skrzynia, i wysypał się piasek. Konsul honorowy, który był przy tym obecny, bardzo się przeraził. Ale firma, która sprowadzała te dziwne cukierki z Polski, nie zgłosiła żadnej pretensji. Cóż by to znaczyć mogło? Okazało się, że spryciarz wysyłający cukierki miał umowę z firmą na Jawie, że będzie jej darmo wysłał żwir i piasek. Jako eksportujący wyroby cukiernicze, miał demon handlowy prawo kupowania cukru po cenach eksportowych, i cukier ten ze znacznym zyskiem sprzedawał na rynku wewnętrznym. Okazało się, że można zarabiać duże sumy na bezinteresownym wysyłaniu skrzyń z piaskiem. To się nazywa kręcić bicze z piasku. Tego rodzaju geniusze mieliby w koloniach prawdziwe żerowisko. Mnie osobiście bardzo by smakowało życie kolonialne, bo lubię podróże i tak naczytałem się książek dla młodzieży, że został mi na długo jeszcze głód egzotyki i przyrody.

Z kolei Stefan Zbigniew Różycki w książce Geolog detektywem Wiedza Powszechna 1979 opisuje takie przypadki:

O innym, jeszcze ciekawszym wypadku z kamieniami w beczkach opowiadał mi dr J. Zwierzycki, który prawie przez trzydzieści lat pracował w Indonezji jako rządowy geolog holenderski. Pewnego dnia, w okresie międzywojennym, wezwano go do portu w Surabaja dla obejrzenia dziwnego ładunku, który nadszedł z Polski na trudny do ustalenia adres. Były to beczki wypełnione głazami narzutowymi. Po bliższych dochodzeniach okazało się, że jest to ładunek wysłany na adres fikcyjny do kraju egzotycznego w celu uzyskania premii eksportowej, którą wtedy wypłacano w Polsce eksporterom.

Zabawna i głośna afera o posmaku geologicznym miała miejsce na kilka lat przed wojną. W dziennikach pojawiła się sensacyjna wiadomość o odkryciu piasków złotodajnych na Polesiu, budząc zainteresowanie w sferach finansowych i przemysłowych. Zanosiło się na „gorączkę złota”. Ceny gruntów w tej części Polesia zaczęły zwyżkować. Z ostatecznym zawieraniem transakcji powstrzymano się do momentu uzyskania odpowiednich ekspertyz geologicznych. Do Instytutu Geologicznego dostarczone zostały próbki piasków, w których istotnie znalazły się drobne grudki złota, takie jakie występują w złożach aluwialnych (rzecznych – przyp. W.L.). W próbkach pobranych z wierceń wskazanych przez „odkrywcę” również było złoto.

Z teoretycznego punktu widzenia obecność złota na Polesiu mogłaby mieć pewne uzasadnienie, gdyż leży ono na peryferiach krystalicznego Masywu Wołyńskiego, w którym złota wprawdzie nie wykryto, ale obecności jego nie można było całkowicie wykluczyć. W dodatku parę świeżo wówczas wykonanych wierceń potwierdzało, że skały krystaliczne tego masywu sięgają dalej na północ poza znane ich wychodnie na powierzchni. Pod piaskami mogły więc występować jeszcze nie znane formacje skalne, z których rozmycia pochodziłby piasek złotonośny. Zwróciło jednak naszą uwagę, że skład mineralogiczny dostarczonych próbek piasku jest zupełnie odmienny od piasku występującego w innych miejscach tego regionu. Obecne w nich były również – i to w obfitości – minerały nadzwyczaj rzadkie na Niżu Wschodnioeuropejskim. Zaczęło to budzić wątpliwości, czy „poleskie pisaki złotodajne” istotnie pochodzą z Polesia.

Wszczęte szczegółowe dochodzenie potwierdziło, że mamy tu do czynienia ze sprytnie zorganizowaną aferą. Oto pewien handlarz drewnem kupił na Polesiu duże obszary leśne, na których wyrąbał las i drewno sprzedał. Został mu piaszczysty, nieurodzajny teren, nie przedstawiający większej wartości. Chciał się go pozbyć, ale nie znajdował nabywcy. Postanowił więc znaleźć sposób na wzbudzenie zainteresowania tymi gruntami. Sprowadził, zdaje się z Alaski, kilka worków prawdziwego pisaku złotonośnego i parę metrów w głąb zasypał nim otwór wiercenia. Następnie zgłosił do urzędu górniczego odkrycie złota, przedstawiając odpowiednie próbki piasku komisyjnie pobrane z otworu. Sądził, że teraz szybko znajdzie nabywców na grunty, których chciał się pozbyć.. Sądził też, że uzyska za nie dobrą cenę. Niestety, próba oszustwa została szybko wyjaśniona przez geologów. Wcześniej, nim znalazł się naiwny kupiec tych ogołoconych z lasu piasków. „Złoty” interes się nie udał. Był on jednak tak zręcznie przygotowany, że aferzysty nie można było pociągnąć do odpowiedzialności sądowej.

Podobne afery „złotodajne” nierzadko zdarzały się w Ameryce. Tam jednak liczono na szybką zwyżkę kursów akcji na podstawie rozpowszechnianych plotek o odkryciu bogatych złoży. Sensacje tego typu „wybuchały” również na Uralu i stąd powstało rosyjskie powiedzenie: „gornoje dieło – tiomnoje dieło” – „górnicza sprawa – ciemna sprawa”.

x

Mamy więc w obu przypadkach opis pewnych działań, ale nie ma w nich nic o tym, jak mogło do nich dojść. To mogło być możliwe tylko w sytuacji, gdy ma się rozległe kontakty na całym świecie wśród ludzi, którzy wymieniają się informacjami niezbędnymi do podejmowania tego typu działań. To muszą być osoby, które zajmują różne stanowiska w różnych krajach, począwszy od dyplomacji a skończywszy na handlu. Tylko w takiej sytuacji można mieć dostęp do odpowoednich informacji. Tak może działać tylko jedna nacja.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce; wiek XVI-XVIII PIW 1976 pisze:

„Żyd umiał liczyć, umiał się obchodzić z pieniądzem, miał szerokie stosunki z współwyznawcami w całym chyba ówczesnym świecie…”

Skoro więc w tamtym czasie potrafili się komunikować ze sobą, to tym bardziej mogli to robić w okresie międzywojennym. Zapewne było w tamtym czasie wiele innych afer o podobnej skali, o których się nigdy nie dowiemy. O niektórych w blogu Afera, ale były też inne, które wymagały zaangażowania wielu ludzi, a ich skala i rozmach przerastały wszystko, co wcześniej ta nacja wymyśliła. O tym pisałem w blogach Liga Morska i Kolonialna, Liberyjska prowokacja i Brazylijska prowokacja.

W blogu Mistyka finansów pisałem:

»Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.«

Handel jest tym rodzajem działalności, który generuje największe dochody i najszybciej, co pozwala na szybkie bogacenie się. Z tego względu jest on pod całkowitą kontrolą Żydów. Nie muszą oni zajmować się produkcją, bo ta jest całkowicie zależna od handlu. Przekonał się o tym kiedyś Henry Ford. Gdy doda się do tego fakt, że Żydzi mają monopol na emisję pieniądza, to ich władza wydaje się absolutna. To wszystko jest możliwe dzięki temu, że jest to nacja rozproszona i asymiluje się wszędzie tam, gdzie pojawia się. Opanowuje wszelkie dziedziny życia gospodarczego, politycznego, naukowego i kulturalnego oraz kontroluje media. W ten sposób ma władzę w każdym państwie i kieruje polityką każdego z nich. Jak chce to wywołuje wojny i kryzysy gospodarcze, a jak chce, to je kończy. Przenika ona też do sądów i administracji i dlatego sprawcy wszelkich afer pozostają bezkarni lub nie udaje się ich wykryć.

Jeśli więc ktoś twierdzi, że ten stan jest wynikiem ich pracowitości, przedsiębiorczości, zdolności, pomysłowości, to jest to tylko część prawdy. Wszystkie te zalety nie zadziałałyby, a przynajmniej nie w takim stopniu, gdyby nie to rozproszenie i asymilacja. To właśnie one pozwalają na kontrolowanie świata. I jest to jedyna nacja, która wszędzie na świecie czuje się jak u siebie, a to w praktyce oznacza, że ten świat do niej należy.

Miasta I RP

Tak nas uczono i nadal tak się uczy, że unia polsko-litewska to akt, na którym skorzystały obie strony i że powstało potężne państwo, którego obawiali się jego sąsiedzi. Oczywiście jest to nieprawda. Ten akt spowodował to, że Polska, czyli Korona, cofnęła się cywilizacyjnie pod każdym względem. To prawda, że było to państwo zależne od cesarzy niemieckich, od papieża i miało też przeciwko sobie potężny zakon i dlatego Piastom tak trudno było walczyć o utracone ziemie. Jednak nadal leżało ono w Europie, wprawdzie na jej peryferiach, ale jednak w Europie. I tak jakoś dziwnie się stało, że ten potężny zakon uległ dzikiemu Litwinowi, gdy ten został był królem Polski. Wiadomo było, że ten dzikus nie upomni się o utracone ziemie piastowskie, a poza tym planowano już reformację, więc rola tego zakonu kończyła się. Czy to jednak Wschód odpowiadał za degradację Korony? Wydaje się, że był za słaby, że był tylko narzędziem, a decydował ktoś inny. Upadek polskich miast zdaje się tego dowodzić. Bardzo dobrze opisuje to Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce PIW 1976. Poniżej wybrany fragment.

x

Stara to rzecz, że gdy jedna warstwa społeczna uzyskuje przywileje, zawsze dziać się to musi czyimś kosztem. Szlachta rozszerzała coraz bardziej swe uprawnienia, zagarniała dla siebie coraz to nowe dziedziny gospodarcze; równocześnie ograniczano prawa włościan i mieszczan, poddawano wieś w niewolę, powodowano upadek miast. Wystarczy uświadomić sobie tę głęboką różnicę, jaka zachodzi w stanie miast w szesnastym i osiemnastym wieku: zrazu mamy do czynienia z miastami wcale znacznymi, mogącymi się równać z niejednym miastem zagranicznym, z mieszczaństwem żyjącym w dobrobycie, czasem zamożnym, o wcale wysokiej stopie wymagań życiowych; patrycjat miejski jest warstwą ambitną, wykształconą, biorącą żywy udział w życiu kulturalnym społeczeństwa. Wiek osiemnasty daje nam, poza stolicą, która rozwija się w cieniu dworu królewskiego, obraz upadku i nędzy miast; miast tych jest nominalnie dużo, ale są one niewielkie, często wyludnione, czasem w ruinie stojące, utrzymujące się najczęściej z przejazdu i postoju podróżnych, poza tym dostarczające prostego towaru dla okolicy; mieszczanie, o niskim poziomie życiowym i kulturalnym, mało aktywni gospodarczo, często żyjący z pracy na roli (chłoporobotnicy? – przyp. W.L.), nie mają innych ambicyj poza podkreślaniem swej wyższości nad włościanami i żadnej roli w życiu publicznym nie odgrywają; dopiero w drugiej połowie osiemnastego wieku za przykładem Warszawy ożywiają się nieco mieszkańcy większych miast i przyłączają do akcji reformy społecznej.

Polityka stanowa szlachty powoduje upadek miast; szlachcic był wolny od podatków, nie płacił cła przy wywozie towarów za granicę, skoro deklarował je jako proprii laboris (wyrób własny – przyp. W.L.), był chroniony przez ustawodawstwo wojewodzińskie, które pilnowało taryf towarowych; co więcej miał możność rozbijać jedność administracyjną i gospodarczą miasta przez jurydyki (część miasta wyjęta spod prawa miejskiego). Szlachta nie poprzestawała na tym; niezależnie od ograniczania gospodarczej aktywności mieszczan prowadzono przeciwko nim kampanię stałej niechęci. Lekceważono miasta, śmiano się z mieszczan, nazywano ich łykami i zamsikami, narzekano na ich zdzierstwo, przypisywano im drożyznę, patrzono z niechęcią na zamożniejszych kupców, wytykano im zbytki, skoro tylko ktoś wystawniej się ubierał lub hojniej gości podejmował. Wiedziano, że za granicą, w Rzeszy niemieckiej, we Flandrii i Francji, są miasta bogate i mieszczanie w dobrobycie żyją, ale stan ten był raczej argumentem za ograniczeniem miast. Przecież człowiek tak rozsądny i jasno myślący jak Jan Zamoyski na sejmie elekcyjnym w r. 1575 wyraźnie stwierdza, że rozwój miast związany jest z krzywdą szlachty, mówiąc o zagranicy:

„Kwitną tam wsi i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę. Nie podług rękodzielnych wyrobów, nie podług murów i obszernych budowli, czego i nam nie brak, sądzi się o szczęściu ludzi, ale podług ich wolności, cnót i dobrych obyczajów.”

Szlachta więc niszczyła miasta, i to niszczyła świadomie; uważano, że wzbogacony mieszczanin jest zbytecznym konkurentem szlachcica, chciano, by pomiędzy szlachtą a plebejami był jak największy dystans.

Nie można się więc dziwić, że zamożniejsi mieszczanie starali się o przejście w ten czy inny sposób w szeregi szlacheckie. Cóż mogło im dać miasto, prócz możności dalszego pomnażania majątku, i to dość problematycznej wobec polityki gospodarczej szlachty; ale nawet i majątku tego nie mogli spokojnie używać, narażeni wciąż na przytyki, zaczepki i szykany ze strony szlachty.

Przechodzili więc do osiadłej szlachty bogaci mieszczanie, jak krakowscy Bonarowie, Betmanowie, lwowscy Korniaktowie, greccy kupcy; kto kupił dobra ziemskie, często od nich nowe nazwisko brał, jak Cyrusowie – Sobolewscy, Langowie – Niegoszowscy. Ale nie było trzeba koniecznie majątku, aby wejść w szeregi herbowej braci; kto miał nieco przedsiębiorczości i odwagi, próbował szczęścia, zazwyczaj z powodzeniem. Liber chamorum tylu wymienia „miejskich synków”, i to nie tylko z większych miast, że odnosimy wrażenie, jakoby każdy, kto tylko chciał, mógł wejść w społeczeństwo szlacheckie. Ale też ubożało mieszczaństwo, skoro element bardziej ambitny, bardziej aktywny, tworzący elitę miejską, tak licznie opuszczał miasto i szukał szczęścia w innym stanie. Stosunki te trwają aż do końca osiemnastego wieku; pragnieniem każdego mieszczanina jest zostać szlachcicem. Jedni uzyskują formalnie dyplomy, drudzy tylko podają się za szlachtę i ostatecznie z czasem także i formalne prawa uzyskują, inni znów przynajmniej nazwisko szlacheckie z końcówką -ski przybierają i wyglądem zewnętrznym szlachtę naśladują. Epoka reform jest bardzo liberalna w tym względzie; ciągle czytamy w Voluminach o nowych nobilitacjach mieszczan, a także o formalnym uznawaniu samozwańców. Konstytucja z r. 1775 stwierdzając, że istnieją obywatele, którzy „choć nie są szlachtą rodowitą polską, przecież za nią są powszechnie wzięci”, i wyrażając „litość nad takowymi ludźmi przyzwoitą”, dozwala nadać im tytuły szlacheckie diplomatibus secretis (tajne paszporty), a więc bez publicznego ogłoszenia, do „zakłócenia okazje uchylając”.

U schyłku istnienia Rzeczypospolitej droga do szlachectwa stoi otworem dla zamożniejszego i inteligentniejszego mieszczaństwa. Uchwalono, że król nadaje diplomata nobilitatis (dyplomy szlacheckie) mieszczanom, którzy w służbie rządowej uzyskali stopień regenta, w wojsku zaś rangę kapitana; dyplomy te otrzymywano za okazaniem patentu, nawet bez opłaty stemplowej. Kto pełnił przez dwa lata służbę publiczną, kto był właścicielem wsi, opłacającej podatek w pewnej wysokości, miał prawo do starania się o nobilitację; wreszcie nobilitowano także i mieszczan nie mających innych tytułów prócz posiadania dziedzicznej posesji w mieście, a więc domu.

Obok samolubnej polityki szlacheckiej inny jeszcze czynnik wpływa coraz istotniej na losy mieszczan: konkurencja ze strony ludności żydowskiej.

Ustawodawstwo określało ściśle zakres uprawnień gospodarczych ludności żydowskiej, ale najwidoczniej nie bardzo było ono przestrzegane, skoro ciągle się powtarza rozmaite zakazy, a miasta starają się wciąż o pomoc władz w walce z Żydami. Żydzi tymczasem zdobywają coraz to nowe pozycje. Klęski, które ponoszą dzielnice żydowskie w czasie wojen szwedzkich i kozackich, zmuszają ludność żydowską do osiedlania się w mieście chrześcijańskim; wynajmują tu oni domy, nawet je kupują, i tak powoli, wbrew prawu, ustalają się coraz silniej w samym mieście, prowadzą handel, wykonują rękodzieła. Równocześnie też następują próby osiedlania się w miastach, które miały dawne przywileje de non tolerandis Judaeis, nie dopuszczające Żydów; wszystko to miało być prowizoryczne, ale kto już raz w mieście chrześcijańskim osiadł, nie opuszczał go tak łatwo. Zaczynały się rozruchy antyżydowskie, miasta uzyskiwały dekrety nakazujące rugować Żydów; częściowo je wykonywano, ale nie zawsze i nie wszędzie. Pilnowano też, by Żydzi nie trudnili się rękodziełem i nie tworzyli konkurencji cechom, by nie uprawiali handlu obnośnego itd., ale ciągłe skargi na ten temat pozwalają przypuszczać, iż w rzeczywistości ludność żydowska zakazów tych nie przestrzegała i stawała się coraz groźniejszym współzawodnikiem chrześcijan. Oto np. opis inwazji żydowskiej w Lublinie z połowy XVIII wieku, wyrażony w uchwale miejskiej:

… uważając ultimam cladem (ostatnie nieszczęście) tego miasta przez mnóstwo Żydów, w tym mieście będących, po placach, dworach, dworkach, kamienicach, domach różnych, budach, piwnicach kramiki trzymających… a tak ci Żydzi… handel prawem zakazany wiodą, szynki różnych trunków, nawet i wina prowadzą, piwo robią… chleby różne pieką… w rzemiosłach i kunsztach cechom przeszkadzają, słowem, wszystkie sposoby do życia katolikom odbierają. Niegdyś populosa civitas (ludne miasto), teraz ledwie trzecia część zubożałego pospólstwa nam została, a na Przedmieściu Krakowskim sami Żydzi z trunkami w kamienicach pod bokiem kościoła szabasy publicznie odprawują… mając siano na strychach, zgubą miastu przez pożar grożą… Cechy złotników, cyrulików, krawców, kuśnierzy, piekarzy, kotlarzy, safianików (garbarzy) i insze upadły… Towary różne wożą i sprzedają, nawet już i dziedzicznymi prawami niektórzy na miejskich gruntach przeciw prawu osiadają…

Postanowiono więc wysiedlić Żydów z miasta, co istotnie po kilku latach przy asyście wojskowej wykonano; wysiedleni przenieśli się na przedmieścia, a wraz z nimi sklepy i warsztaty. Miasta broniły się więc przeciwko supremacji ludności żydowskiej środkami czasem bardzo zdecydowanymi, choć rzadko skutecznymi; bezskuteczność tych rugów okazywała się zwłaszcza tam, gdzie istniały jurydyki i gdzie pod władzą duchowną czy szlachecką gęsto osiadali Żydzi, wobec których władze miejskie były bezsilne.

Tak więc stopniowo ludność żydowska rozszerza się poza granice dawnej dzielnicy żydowskiej, zaczyna obejmować coraz to nowe działy wytwórczości czy handlu, zastrzeżone dawniej dla chrześcijan, i zwyciężając w walce konkurencyjnej staje się w większości miast najpoważniejszym elementem gospodarczym.

Ale prócz wewnętrznego rozwoju stosunków, który coraz to niekorzystniej kształtował sytuację mieszczan, spadały jeszcze na miasta klęski zewnętrzne, nie przewidziane, które niszczyły jego dorobek, często tak do szczętu, że niektóre miasta już z upadku się nie podnosiły. Były to klęski elementarne, przede wszystkim pożary, które gwałtownie się szerzyły w drewnianych czy półdrewnianych skupieniach, była to jednak przede wszystkim wojna. A wojen przeszło dość przez Rzeczpospolitą; nie było tak spokojnego kąta w całym pastwie, do którego by groza wojny nie doszła; w połowie siedemnastego wieku, w czasie potopu szwedzkiego, padły miasta na ogromnej przestrzeni, i od tego czasu zazwyczaj liczy się upadek życia miejskiego.

Ale nie tylko wojska nieprzyjacielskie były groźne dla miast; wojska Rzeczypospolitej były również poważnym ciężarem. Żołnierz nie pobierał strawy z pułku, lecz z żołdu winien był płacić sam za swe utrzymanie; tymczasem skarb był najczęściej pusty i żołd wypłacano bardzo nieregularnie; cóż więc miał żołnierz robić? Brał co mu dano, a gdy nie chciano mu nic dać, brał gwałtem, a gdy raz się przyzwyczaił do rabunku, rabował już nie z potrzeby, ale dla chciwości czy fantazji. Działo się tak nie tylko w czasie wojny; w okresach zupełnego spokoju żołnierz, nie opłacony lub do grabieży przyzwyczajony, był klęską.

Bywały istotnie przykłady, że mieszczanie, zrujnowani przez ciągłe postoje, opuszczali swe domostwa, pozostawiając je na łasce Boskiej i żołnierskiej. Obrona była niemożliwa; tworzyli co prawda mieszczanie rodzaj armii ochotniczej, i broni zawsze w ratuszu i w cechach było dość dużo, ale wiedziano, że wojska w razie oporu szturmem zdobędą miasto.

Ciężar kwaterunków spadał przede wszystkim na miasta, skoro wsie szlacheckie zostały z nich zwolnione; jedyną pociechą był niski stan liczebny wojsk Rzeczypospolitej. Ale za to ciągle przechodziły przez kraj wojska obce, czy to nieprzyjacielskie, czy zaprzyjaźnione: szwedzkie, saskie, rosyjskie; zdzierstwa rabunki, gwałty były na porządku dziennym. Nie można się więc dziwić, że miasta znajdowały się w bardzo ciężkiej sytuacji.

Pełno też w pamiętnikach cudzoziemców, zwiedzających Polskę, opisów nędzy miast. Jeszcze w Wielkopolsce, w województwie krakowskim, na Pomorzu miasta te przedstawiały się lepiej i zarówno wyglądem zewnętrznym, jak i społeczną strukturą bardziej były do miast zachodniej Europy zbliżone, ale już na Mazowszu miasta te przedstawiały widok godny politowania; cóż dopiero na rozległych ziemiach litewskich i ruskich.

Tak np. orszak francuski, jadący wraz z Marią Ludwiką do Warszawy, dziwił się ubóstwu i zaniedbaniu miasteczek. Przejeżdżano przez Mławę, Ciechanów i Nowe Miasto. Wspomniane trzy miejsca – pisze Laboureur – chociaż imię miast w Polsce mają, uchodziłyby we Francji za wioski; nie są one opasane murem ani fosą, domy ich w małej liczbie są rozrzucone, źle stawiane i niewygodne. Nędza mieszkańców wzbudza politowanie, większość źle odziana, prawie wszyscy chodzą boso; w izbach mieszczą się gołe dzieci wraz z psami, prosiętami i drobiem.

Narzekali i swoi; w poważniejszej publicystyce osiemnastego wieku skargi na smutny stan miast są powszechne.

„Jaka w nich budynków ruina – pisze król Leszczyński w Głosie wolnym – jaka nieludzkość obywatelów, jaka indigencja (przyznawanie obcym obywatelstwa, szlachectwa) mieszkańców, jaka incapacitas (ubezwłasnowolnienie) rzemieślników, jaka insufficencja (niedostatek) towarów, jaki na ostatek przy wielkim niedostatku nierząd in politia! (w polityce)”.

Śmiali się satyrycy; przysłowiowym został opis Krasickiego w pierwszych strofach Monachomachii:

W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda)
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.

x

Ignacy Błażej Franciszek Krasicki herbu Rogala (ur. 3 lutego 1735 w Dubiecku, zm. 14 marca 1801 w Berlinie) – biskup warmiński od 1767, arcybiskup gnieźnieński od 1795, książę sambijski, hrabia Świętego Cesarstwa Rzymskiego, prezydent Trybunału Głównego Koronnego w Lublinie w 1765, proboszcz przemyski, kustosz kapituły katedralnej lwowskiej w 1765 roku, poeta, prozaik, publicysta i encyklopedysta, kawaler maltański zaszczycony Krzyżem Devotionis, mianowany biskupem tytularnym Verinopolis w 1766 roku. Prymas Polski od 1795 r. aż do śmierci. Jeden z głównych przedstawicieli polskiego oświecenia. Nazywany „księciem poetów polskich”. Ignacy Krasicki pochodził z rodziny magnackiej. W latach 1743-1750 uczył się w kolegium jezuickim we Lwowie.

Monachomachia, czyli Wojna mnichów (z gr. monachos – mnich, machia – walka) – poemat heroikomiczny o wojnie mnichów autorstwa Ignacego Krasickiego. Wydany po raz pierwszy anonimowo w roku 1778 w Lipsku, wywołał oburzenie hierarchii kościelnej i uznanie u twórców epoki oświecenia.

Tematem utworu jest walka pomiędzy mnichami dwóch zakonów: karmelitów i dominikanów. Monachomachia wywołała skandal – występowała przeciw zakonom, zasobnemu życiu duchownych, próżniactwu i zacofaniu. Stanowi utrzymaną w duchu oświecenia krytykę wad społecznych, obecnych również w Kościele, czego Krasicki nigdy nie ukrywał. – Wikipedia.

Mamy więc w tym wypadku do czynienia z encyklopedystą, czyli masonem, który wyśmiewa stan, za który, z racji stanowiska, sam po części odpowiada. Kościół zawsze był zażydzony i kontrolowany przez tę nację. Nic się nie zmieniło.

Bystroń przytacza fragment mowy Zamoyskiego na sejmie elekcyjnym z 1575 roku. Jednak nie próbuje on w niej nawet tłumaczyć swego stanowiska wobec mieszczan i nie uzasadnia dlaczego uważa on, że dominująca pozycja szlachty w nowym państwie jest najważniejsza. Skoro nie potrafił czy nie mógł tego wytłumaczyć, to znaczy, że wykonywał polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Nigdy nie zrozumiemy, dlaczego tak się stało, jeśli nie uwzględnimy tego, co tak naprawdę wydarzyło się w tym czasie. Od momentu powstania unii polsko-litewskiej następuje stopniowy i narastający z czasem napływ ludności żydowskiej do tego nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej. Nadawało się ono idealnie do tego osadnictwa. Wielkie Księstwo Litewskie tworzyły społeczności nie w pełni wykształcone w sensie narodowościowym i społecznym. Zneutralizowanie Korony, niewygodnej dla Rzeszy niemieckiej, nastąpiło poprzez połączenie jej z WKL. Jeśli doda się do tego fakt, że królami w tym państwie przeważnie byli obcy, to stanie się jasne, dlaczego realizowało ono interes tych, którzy zaczęli się w nim osiedlać.

Ci nowi osadnicy czuli się w tym państwie bezkarni. Prawo ich nie dotyczyło. Stan szlachecki dlatego był otwarty na nowych braci, by to właśnie Żydzi mogli go zasilać bez problemu. Podejrzewam, że łatwość wejścia do niego była tym spowodowana, a dla innych ta droga była zamknięta. Mieszczan zwalczano po to, by zrobić miejsce Żydom. I tak z czasem przybywało ich, a miejscowa ludność była spychana w niebyt.

Pisze Bystroń, że całkowity upadek miast i mieszczaństwa datuje się od potopu szwedzkiego, a więc jest to tylko potwierdzenie tego, o czym wcześniej pisałem, że głównym celem potopu było zniszczenie Korony. Szwedzi niszczyli zamki, czyli magnaterię i miasta, czyli mieszczaństwo. Po co oni to robili? Przecież wycofali się z Korony. Najwyraźniej król szwedzki działał na rozkaz swoich nieznanych przełożonych, działał w interesie ludności żydowskiej, która tu osiedlała się. To prawda, że ta ludność też ucierpiała, ale miała ona możliwości odbudowania swojej pozycji z racji dostępu do kapitału. Rdzenna ludność polska – nie miała. O tym skąd brała się przewaga Żydów w handlu pisałem w blogu Handel . Na wojnach wszyscy tracą, tylko jedna nacja zyskuje. Nic się pod tym względem nie zmieniło.

Rzeczpospolita powstała w wyniku unii polsko-litewskiej to był żydowski projekt, mający na celu stworzenie Żydom miejsca do masowego osadnictwa, zdominowania tego państwa i dokonywania w nim różnych socjologicznych eksperymentów. I nadal to trwa. Wciąganie Polski do wojny na Ukrainie jest tego dowodem.

Mowa

Różnica pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim była fundamentalna. Ustrój Korony to monarchia, a WKL to monarchia parlamentarna, w której król był marionetką. Był to więc ustrój, który określano mianem demokracji szlacheckiej. Kto jednak stworzył ten ustrój? Nie ma na ten temat informacji. A przecież samo się nie zrobiło. Wbrew pozorom nie stało się to nagle. Cały okres unii personalnej od 1385 do 1569 to czas dostosowywania Korony do „standardów” WKL. O tym w blogach Jagiellonowie i Jak powstawał ustrój I RP. Najwyraźniej ktoś już wcześniej szykował nowy ustrój i szkolił w tym kierunku ludzi. Jednym z nich był Jan Zamoyski – Rusin, którego przodkowie adoptowali jeden z 47 polskich herbów szlacheckich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku. I w ten sposób Jan Zamoyski stał się najpotężniejszym magnatem Rzeczypospolitej, co w praktyce oznaczało, że był największym złodziejem. Nic się w tym względzie nie zmieniło. Dziś najbogatszym „Polakiem” jest Ukrainiec Sołowiow, który zresztą przyznaje się do swoich korzeni.

Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987 pisze:

Że jednak w świadomości Polaków XVI i XVII wieku jakaś różnica między stosunkami naszymi a zagranicznymi istniała, świadectw na to przecież nie brak i te, które ja przytaczałam w Rozdrożu, nie są wszak jedynymi. Nie żeby upierać się przy swoim, lecz by wskazać, jak dalece nie byłam gołosłowną, przypomnę tu jeszcze z nich jedno, mianowicie mowę Jana Zamoyskiego, wygłoszoną w r. 1575 przeciw obcej kandydaturze na tron polski. (Wybór mów staropolskich – zebrał Antoni Małecki, Kraków 1860). Zamoyski bronił wówczas sprawy ze wszech miar słusznej, a broniąc jej, wskazywał dobitnie, jakie są różnice między ustrojem polityczno-społecznym Polski, a innych krajów zachodnich. Od Leszczyńskiego i Skargi różnił się tym, że chwalił, i to bardzo, wszystko, co tamci ganili. Lecz choć ocena była odmienna, to jednak charakter podkreślanych różnic między Polską i Europą Zachodnią był ten sam.

Powiada więc ówczesny starosta bełski tak: „Wolność nasza na trzech głównych opiera się zasadach, a tak są nam właściwie, że je tylko u nas znaleźć można” (…) I zaraz po wolności obioru królów, jako drugą „wolność” wymienia Zamoyski, że „Nad poddanymi naszymi bez żadnej apelacji mamy nie tylko moc zupełną, ale nawet prawo życia i śmierci; przeciwnie, sami tak jesteśmy wolni, że ani król, ani żaden urzędnik żadnej nad nami mocy nie mają, tylko tę, jakąśmy im sami nad sobą wedle ustaw publicznych nadali”. „Wszystko to – dodaje – u cudzoziemców inaczej się dzieje”. Królowie tam „sami samowładnie nad ludźmi swymi panują, a szlachcie takiegoż prawa nad poddanymi zaprzeczają i prawie równają szlachtę z poddanymi”. „Podług naszych praw – mówi dalej – nieszlachcic żadnego urzędu posiadać ani żadnej godności piastować nie może; u nich szlachta jedynie wojskowość za godną siebie uznała, inne części administracji wewnętrznej, jako to rządy i wszystkie prawie urzędy plebejuszom oddała. Toteż nic dziwnego, skoro plebejusze cały zarząd mają w swoim ręku, że i plebejskie rady, i plebejskie ustawy przemagają”. Ciekawe, że nawet wynikający z tak przedstawionych stosunków rozkwit miast nie znajduje łaski w oczach Zamoyskiego. „Kwitną tam – powiada – wsie i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę”.

x

Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-1938) tak m.in. pisze o Zamoyskim:

Szkoły kończył w Krasnymstawie, poczem studiował w kollegjum paryskim, przebywając czas jakiś na dworze późniejszego króla Franciszka II. Ogromny wpływ na jego umysłowość wywarł pobyt w strassburskiej szkole Sturma, a nade wszystko na uniwersytecie padewskim. Tutaj przeszedł na katolicyzm, wykształcił się znakomicie w studiach humanistycznych oraz historyczno-prawnych, pozostając pod wpływem słynnego profesora Sigoniusa. (…) Powróciwszy do kraju został jako znakomity znawca prawa i łaciny mianowany sekretarzem królewskim, powierzono mu też uporządkowanie archiwum koronnego. W czasie I. bezkrólewia był propagatorem, choć nie twórcą hasła elekcji „viritim”, przez co zyskał ogromną wziętość u szlachty i utwierdził rządy szlacheckie w Rzplitej. Zwolennik kandydatury Iwana Groźnego na tron polski, zwalczał energicznie Habsburgów i myśl wyboru króla-rodaka, ostatecznie opowiedział się za Henrykiem Walezym i został m.in. wysłany z poselstwem do niego do Paryża. Podczas II. bezkrólewia był za „Piastem”, w końcu zgodził się na wybór Anny Jagiellonki i Batorego. Bożyszcze szlachty, pozyskawszy sobie szybko Batorego, stał się jego prawą ręką. 1576 podkanclerzy, 1578 kanclerz, kierował faktycznie większością spraw politycznych. (…) Gorący zwolennik wojny z Moskwą odznaczył się w roku 1580 przez zdobycie Wieliża i Zawołocia, oraz przez wspólne z królem zdobycie Wielkich Łuków. (…) Mimo epoki kontrreformacyjnej był zawsze tolerantem, pragnąc jedności religii w Polsce tylko ze względów na płynące stąd korzyści polityczne. Z tego też powodu popierał unję brzeską. Polityk w wielkim stylu, tęgi wódz, znakomity humanista, mówca i mecenas, mimo swego uprzywilejowanego stanowiska w państwie pozostał Z. Zawsze typem szlachcica polskiego XVI w.

x

W 1551 roku ojciec i rodzina Zamoyskiego przyjęli wyznanie kalwińskie. Zamoyski miał wtedy 9 lat. Początkowo studiował w Paryżu, później przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a w końcu trafił do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. Jakiego wyznania był na początku? Nigdzie o tym nie piszą. Pewnie prawosławnego. Zapewne był jednym z tych, którzy mieli stworzyć podstawy prawne pod nowy ustrój nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą. Skąd czerpano wzory? Zamoyski kończył swoją edukację w Padwie, a więc w Republice Weneckiej. Wikipedia pisze:

Złota wolność – określenie swobód i przywilejów, przysługujących szlachcie w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ustrój ten czerpał w głównej mierze z filozofii Arystotelesa, religii katolickiej oraz praktyki Republiki Weneckiej. Nazwa spopularyzowana w 1597 roku.

Początek praw gwarantujących w Polsce i Litwie niespotykaną w ówczesnej Europie wolność szlachecką stanowiły także artykuły henrykowskie spisane na sejmie elekcyjnym 20 maja 1573 roku, a następnie przedstawione do podpisania Henrykowi Walezemu jako warunek objęcia tronu Rzeczypospolitej.

Republika Wenecka, Rzeczpospolita Wenecka, Najjaśniejsza Republika Wenecka (wł. Serenissima Repubblica di Venezia, wenecki Repùblega de Venèsia) – północnowłoska republika kupiecka, istniejąca od 697 roku do 15 maja 1797 roku. Najdłużej nieprzerwanie funkcjonujące państwo o ustroju republikańskim w historii. W średniowieczu jedna z największych potęg handlowych i politycznych w basenie Morza Śródziemnego i jedno z najbogatszych miast Europy. Republika Wenecka była najpotężniejszą i zarazem najtrwalszą z powstałych w średniowieczu miejskich komun włoskich. Jako jedno z nielicznych państw włoskich odegrała również wielką rolę w historii nie tylko Italii, ale całej Europy i basenu Morza Śródziemnego. Od czasów wypraw krzyżowych po zmagania z Imperium Osmańskim, Republika Wenecka była dla Europy głównym pośrednikiem i uczestnikiem kontaktów z muzułmańskim Bliskim Wschodem – zarówno tych pokojowych, jak i wojennych.

Rozwój terytorialny Republiki Weneckiej; źródło: Wikipedia.

Na czele państwa weneckiego stał obieralny – de iure dożywotnio – doża, który zazwyczaj wywodził się z wąskiego grona kilku najważniejszych rodów. Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży. Władza, w rozbudowanym z czasem państwie, całkowicie spoczywała w rękach Wenecjan, którzy wszelkie terytoria przyłączone do republiki traktowali jak kolonie. Ten miejski partykularyzm stał się jedną z przyczyn niemożności podjęcia przez Wenecję próby zjednoczenia Italii – mimo całej posiadanej przez nią potęgi i bogactwa.

x

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) na temat ustroju Republiki Weneckiej można przeczytać:

W miarę wzrostu potęgi politycznej Wenecji jej ustrój wewnętrzny przekształcał się stopniowo w oligarchiczną republikę (rolę doży sprowadzono do funkcji reprezentacyjnych), rządzoną przez ok. 200 rodów arystokratycznych; dostęp do najwyższych godności mieli przedstawiciele zaledwie zaledwie kilku z nich. Ustrój ten utrwaliły zwłaszcza ustawy z 1297 i 1299, oddając rządy rodom, które aktualnie uczestniczyły w Radzie; pozostałe grupy ludności (rzemieślnicy, nawet bogaci kupcy) były całkowicie pozbawione udziału w rządach (zgromadzenie ludowe ostatecznie zlikwidowano 1423). Próby obalenia oligarchii (1299, 1310, 1354 – M. Falieri) zostały udaremnione. Najwyższym organem władzy była istniejąca od 1187 Wielka Rada; sprawami zagranicznymi i kolonii zajmował się Senat; sądownictwo spoczywało w ręku Quarantii (Rady Czterdziestu) i podległych jej kolegiów; właściwy rząd tworzyła 10-osobowa signoria; ustroju strzegł rozgałęziony system policji politycznej.

x

Czy rzeczywiście można dopatrywać się podobieństw pomiędzy ustrojem Rzeczypospolitej a tym Republiki Weneckiej? Jedyne podobieństwo, moim zdaniem, to słowo Serenissima, czyli Najjaśniejsza. Republika Wenecka była republiką oligarchiczną, miejską, a Rzeczpospolita byłą republiką szlachecką, wiejską. O potędze Wenecji decydował handel zamorski i władza skupiona w ręku nielicznych. Rzeczpospolita była republiką zbożową, państwem feudalnym, w którym wielcy kresowi feudałowie byli potężniejsi od króla. Więcej podobieństw jest pomiędzy Królestwem Wizygotów a Rzeczpospolitą. Tam też dokonywano wyboru króla na drodze elekcji, władza królewska była słaba w odróżnieniu od lokalnych władców. Państwo to również nie dysponowało silną armią. Ciekawe rzeczy tam się działy. W pewnym momencie ariańscy Wizygoci przeszli na katolicyzm.

Wydaje się, że tym, którzy zdecydowali o unii Korony z Wielkim Księstwem Litewskim, chodziło o to, by stworzyć taki ustrój tego nowego państwa, który bardziej pasowałby do mentalności feudałów z WKL. W ten sposób ich dominacja byłaby niejako z automatu, a to oznaczało orientację na wschód. Było to wbrew interesom Korony, której polityka sprowadzała się do odzyskania utraconych na zachodzie ziem, głównie Śląska. W takiej sytuacji wydaje się chyba oczywiste, że pomysł takiej unii musiał wyjść z zachodu, prawdopodobnie z Niemiec. Rzesza to było państwo, które składało się z wielu księstw i księstewek, więc miałoby problemy w konfrontacji z rosnącą w siłę Koroną. Niestety Kazimierz Wielki tylko odcinał kupony od tego, co osiągnął jego ojciec, czyli Władysław Łokietek. I za jego panowania widać już zwrot w kierunku południowo-wschodnim, czyli przyłączenie do Korony Rusi Halickiej. Unia polsko-litewska dała Rzeszy spokojną granicę do czasów rozbiorów Rzeczypospolitej i prawdopodobnie o to chodziło.

Wysłano więc na Zachód na „stypendia” ludzi pokroju Zamoyskiego na szkolenie ideologiczne. I ci ludzie, przeważnie kalwini, po tym przeszkoleniu, wykonywali posłusznie polecenia swoich nieznanych przełożonych. Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce PIW 1976 pisze:

„Ale cały ruch reformacyjny w Polsce był wątły; szerzył się on jedynie w najwyższych sferach społecznych, był jakby modą intelektualną i bardzo szybko znikł, pozostawiając jedynie nieliczne, coraz szczuplejsze grupki wierzących. Reformacja nie tknęła szerokich warstw ludowych; dziedzic nie zmuszał swych poddanych do przyjęcia nowej wiary, więc z chwilą gdy tenże dziedzic-nowowierca lub jego potomkowie wrócili do katolicyzmu, cały wysiłek reformacji przestał istnieć.”

Rodzi się więc podstawowe pytanie: to po co było cale to zamieszanie z reformacją? Czy nie po to, by pewne działania, w natłoku sporów na tle wyznaniowym, zeszły na drugi plan?

Wikipedia m.in. pisze:

Reformacja w Rzeczypospolitej Obojga Narodów była ruchem religijnym i społecznym, postulującym zmiany w polskim Kościele; istniała od lat 20. XVI w. do połowy XVII w., kiedy ostatecznie zwyciężyła kontrreformacja. Polską reformację cechował dynamiczny rozwój od XVI do XVII w., a następnie równie szybki upadek, aż do całkowitej marginalizacji i utraty znaczenia w początkach XVIII w. Zdaniem niektórych badaczy reformacja w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów Europy, gdzie doprowadziła do wzmocnienia władzy monarchicznej, tylko w Rzeczypospolitej naruszyła jednocześnie władzę monarchiczną i kościelną.

Natomiast WEP pisze tak:

W Polsce reformacja, pod postacią luteranizmu, najwcześniej znalazła sobie zwolenników wśród mieszczaństwa. Szlachta przystąpiła do niej dopiero w połowie XVI wieku, opowiadając się przeważnie za kalwinizmem, od którego odłączyli się (1562-65) bracia polscy. Ruch reformacyjny miał w dużym stopniu charakter walki społeczno-ekonomicznej, zmierzającej do zniesienia przywilejów majątkowych kleru, a także jego sądownictwa nad świeckimi. Swobodny rozwój reformacji wśród szlachty gwarantowały konstytucje sejmowe (1555 i 1562/63) oraz konfederacja warszawska (1573). Również i w Polsce reformacja – z Rakowem braci polskich i Lesznem braci czeskich na czele – przyczyniła się do rozwoju narodowego piśmiennictwa i szkolnictwa. Jej szczytowy okres przypadł na rządy Zygmunta Augusta; następne lata przyniosły schyłek reformacji, wywołany m.in. umiejętną akcją kontrreformacji i wąskim społecznie zasięgiem ruchu reformacyjnego oraz zobojętnieniem szlachty dla dogmatycznej strony reformacji z chwilą osiągnięcia związanych z reformacją w Polsce postulatów społeczno-politycznych.

Z kolei Encyklopedia Powszechna WG pisze:

Luteranizm pociągał mieszczaństwo w Gdańsku i innych miastach polskich, oraz Prusy; szlachta i magnaci bardziej garneli się do nauki Kalwina. Po całej Polsce zaczęto głosić „czystą Ewangelję”, sprowadzano kaznodziejów z zagranicy, oddawano pałace na zbory, budowano szkoły protestanckie. Polska stanęła otworem dla wszystkich prześladowanych za takie, czy inne przekonania na Zachodzie, dawała schronienie najskrajniejszym odłamom protestantyzmu; sama wytworzyła sektę arjan polskich, którzy potępiali niewolę chłopa, zakazywali rozlewu krwi, zwalczali karę śmierci, głosili wolność sumienia, propagowali naukę niesprzeciwiania się złu, lecz zwalczania go dobrem; doktryny arjańskie zaważyły na rozwoju religijnym Europy, a nawet Ameryki. Rozszczepiając się na mnóstwo zwalczających się odłamów, reformacja sama się przez to osłabiała, nie dotknęła też twardo przy katolicyzmie stojących, przywiązanych do tradycji, obrzędowości mas ludowych; opierała się przedewszystkiem na szlachcie. Aczkolwiek nie osiągnęła zwycięstwa i odrywała niejednokrotnie społeczeństwo od zadań politycznych, tem niemniej dała obfity posiew haseł i poglądów nowych, spowodowała reformy w łonie istniejącej już organizacji; nie przeorała do gruntu życia społecznego, ale unarodowiła życie państwowe, wpłynęła na rozkwit literatury, już nie łacińskiej, lecz polskiej, przyczyniła się w znacznym stopniu do dalszego rozkwitu umysłowego. W tej naprężonej walce o zasady wyrastały bujnie postaci działaczy i pisarzy politycznych, poetów i kaznodziei, jak Kochanowski „najpodnioślejszy, najgłębszy i najwymowniejszy wyraz indywidualizmu, a zarazem poczucia obywatelskiego i ludzkiego”, republikanin, który rozumiał jednak potrzebę silnego rządu, – jak Mikołaj Rey, Modrzewski, Orzechowski, Jan Łaski, jeden z założycieli kościoła reformowanego we Fryzji i w Anglji, naczelnik kościołów małopolskich i inicjator zgody sandomierskiej (1570), która zespoliła polskich protestantów. Polska staje się ośrodkiem, ku któremu ciążą społeczeństwa państw sąsiednich, znęcone rozkwitem polskich wolności. Coraz szersze kręgi zatacza idea unij dobrowolnych, łączących różne ludy w jednym organizmie państwowym, na gruncie zupełnego równouprawnienia. Po Prusiech przychodzi kolej na Inflanty, państwo zakonu kawalerów mieczowych, zagrożone podbojem przez Moskwę, która za Iwana Groźnego podejmuje walkę o dostęp do morza Bałtyckiego. Połączenie Inflant z Polską (1561) aktem podobnym do pruskiego z 1525 pobudziło Moskwę do działań zaczepnych; walka z Moskwą o Inflanty i o ziemie ruskie staje się koniecznością dla państwa polsko-litewskiego. W trafnem rozumieniu zrozumieniu zbliżającego się groźnego niebezpieczeństwa Zygmunt August doprowadził, mimo protestów obawiającego się o swoje przywileje i stanowisko dominujące możnowładztwa litewskiego, do zawarcia unji realnej z Litwą na sejmie lubelskim (1569). Odtąd w myśl hasła „wolni z wolnymi, równi z równymi” oba państwa miały posiadać wspólnie obieranego króla, wspólny sejm, wspólne przymierza i wojny; zachowywały natomiast zupełną samodzielność wewnętrzną, własne urzędy, skarb, wojsko i sądownictwo.

x

Mamy więc tu do czynienia z kupą obłudnych frazesów typu polskie wolności, tolerancja, wolni z wolnymi, równi z równymi, idea łączenia różnych ludów na gruncie zupełnego równouprawnienia, a w praktyce chodziło o walkę z Moskwą, o ziemie ruskie. Natomiast przyłączenie Inflant dało Szwedom pretekst do napaści na Koronę, a właściwie jej polską część. Mit tej tolerancji pryska w zestawieniu z faktem wygnania arian z Rzeczypospolitej. Wikipedia pisze:

Ośrodki braci polskich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów około 1573 roku; źródło: Wikipedia.

„Na mocy ustaw sejmowych z roku 1658 i następnych zostali zobowiązani do przejścia w ciągu trzech lat na katolicyzm lub opuszczenia kraju. Okres ten skrócono do dwóch lat, w trakcie których mieli wyprzedać majątki i przenieść się za granicę. W konsekwencji bracia polscy zostali wygnani z Polski. Rzeczywistą przyczyną wygnania braci polskich były względy dogmatyczne, gdyż na tych samych obradach sejmu podjęto uchwałę o amnestii dla wszystkich zwolenników Szwedów. Było to pierwsze tak poważne naruszenie wolności religijnej w Rzeczypospolitej oraz pierwsza, a zarazem ostatnia, banicja grupy religijnej na terenie Polski i Litwy. W wyniku ustawy znaczna część wyznawców wyemigrowała z kraju, zanosząc unitariańską myśl teologiczną do innych państw. Bracia polscy osiedlili się: w Holandii, gdzie część przystąpiła do Kościoła remonstranckiego, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie, gdzie w Koloszwarze (Cluj) utworzyli osobny zbór, na Śląsku (głównie w Kluczborku) i w północnych Niemczech (Friedrichstadt).”

Jak widać w tym kraju Zulu-Gula, jakim była Rzeczpospolita, nawet współpraca z najeźdźcą nie była traktowana jako poważne przestępstwo. No ale cóż, sejm składał się w większości z posłów rusińskich i litewskich, dla których piastowska Korona nic nie znaczyła. W kontekście wojny na Ukrainie mamy podobną sytuację, jeśli chodzi o posłów i rząd. Czym jednak zasłużyli sobie arianie na takie „wyróżnienie”? Zasłużyli sobie tym, że potępiali niewolę chłopa, zakazywali rozlewu krwi, zwalczali karę śmierci. Takie herezje w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, w której szlachcic był panem życia i śmierci chłopa, nie mogły ujść płazem. Wszystko można było w niej robić, łącznie ze współpracą z wrogiem, co uchodziło na sucho, ale nie potępianie niewoli chłopa. Tego było za wiele. Mowa Zamoyskiego, to nie było rzucanie słów na wiatr. Swoją drogą to ciekawe, że dla sejmu w czasie, gdy Szwed podchodził pod Warszawę, najważniejsze było wyrzucenie arian z Rzeczypospolitej.

Reformacja była efemerą w historii Polski. Nie była zjawiskiem masowym, więc nie mogła pozostawić trwałych śladów. Po co więc ona była i jaki był jej cel? Polska otworzyła się dla wszystkich prześladowanych w Europie zachodniej. Wypracowano wtedy podstawę ideologiczną do stworzenia państwa wielonarodowego, a więc państwa, w którym wszyscy mają równe prawa. I tak Polska zaczęła przygarniać do siebie i stawać w obronie tych, którzy czuli się zagrożeni czy prześladowani. Tylko tak jakoś dziwnie się złożyło, że dotyczyło to tylko wschodu, a ci tak mocno prześladowani na zachodzie nie chcieli się przyłączyć do Polski. Reformacja to był ten pierwszy moment, gdy Zachód cynicznie wykorzystał Polskę, odepchnął ją od siebie i zepchnął we wschodnie czeluście.

Jezuici

Panuje u nas powszechne przekonanie, ukształtowane przez edukację, historyków i publicystykę, że po unii lubelskiej Polacy polonizowali Kresy, czyli Wielkie Księstwo Litewskie. Tak nie było, bo Korona była zbyt małym państwem i nie dysonowała potencjałem, który umożliwiłby podporządkowanie tak rozległego obszaru o nieco większej liczbie ludności. Do tego była potrzebna organizacja o innej skali działania i paramilitarna, jakbyśmy dziś powiedzieli. Regulamin ćwiczeń duchowych w zakonie jezuitów, to poniekąd odpowiednik regulaminu, jaki później pruski Fryderyk wydał dla swej piechoty. – Tak pisał Tomasz Mann w Czarodziejskiej górze. Katolicyzm i następująca po nim polonizacja WKL, to było dzieło jezuitów i w związku z tym warto bliżej przyjrzeć się temu zakonowi i metodom jego działania.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Towarzystwo Jezusowe, SJ (łac. Societas Jesu), jezuici – męski papieski zakon apostolski założony przez Ignacego Loyolę.

Cechą charakterystyczną jego charyzmatu jest dyspozycyjność do służenia papieżowi we wszelkich możliwych dziedzinach, a zwłaszcza w zadaniach najtrudniejszych; w związku z tym nie ma ściśle ustalonego zakresu działania, gdyż wyznaczają go znaki czasu. Dało Kościołowi 1 papieża, 49 kardynałów, 5 patriarchów, 87 arcybiskupów i 268 biskupów oraz 50 świętych i 180 błogosławionych.

Główne elementy charyzmatu

Od początku istnienia jezuitów podstawowymi zasadami odróżniającymi ich od innych zakonów były:

  • akcentowanie posłuszeństwa wobec papieża i przełożonych – jak pisał Ignacy Loyola w Ćwiczeniach duchownych w ramach Reguł o trzymaniu z Kościołem: Trzeba być zawsze gotowym wierzyć, że to, co ja widzę jako białe, jest czarne, jeśli tak to określi Kościół hierarchiczny.
  • wybór członków według kryterium wysokich wymagań duchowych oraz predyspozycji intelektualnych i silnej osobowości
  • stałe edukowanie własnych członków, tak aby posiadając nie tylko religijne wykształcenie, byli zdolni dobrze rozumieć współczesny świat i wchodzić z nim w dialog
  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność
  • stawianie czoła najtrudniejszym wyzwaniom, walka na pierwszej linii frontu, wytyczanie kierunków rozwoju Kościoła

Ekspansja

Towarzystwo Jezusowe w wielu państwach Europy stworzyło od podstaw system szkolnictwa średniego oraz nadawało mu ton aż do kasaty, kiedy prowadziło siedemset szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształciło około 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację. Szkoły te uchodziły za nowoczesne, chociaż z czasem przestały nadążać za szybkimi postępami nauki. Ich celem było, zgodnie z zasadą i fundamentem Loyoli, wychowanie w duchu katolickim wszystkimi możliwymi środkami. Regułę tę stosowano również w budowanych przy nich kościołach, co doprowadziło do narodzin baroku. Centralna świątynia zakonu zwana Il Gesù, wzniesiona obok Kolegium Rzymskiego, była pierwszą budowlą w tym stylu.

Jezuiccy misjonarze penetrowali najdalsze zakątki świata, wyróżniając się poszanowaniem lokalnych tradycji (inkulturacja). Przekazywali Europie wiedzę o innych cywilizacjach, a tym ostatnim – osiągnięcia rewolucji naukowej. Bronili tubylców przed wyzyskiem kolonizatorów, tworząc redukcje misyjne nazwane przez Voltaire’a triumfem ludzkości. Najwybitniejszymi z nich byli: pionier misji azjatyckich Franciszek Ksawery oraz chińskich – Matteo Ricci.

Działając w środowisku elit politycznych, jezuici wywierali często wpływ na kierunek rządów, przy czym posądzano ich czasem o inspirowanie prześladowań protestantów. W 1575 Henryk III Walezy wybrał na spowiednika ojca Edmonda Augera i odtąd wszyscy królowie francuscy mieli kierowników duchowych z Towarzystwa Jezusowego. Członkowie zakonu byli obecni także na innych dworach Europy, nawet protestanckich.

Wkład naukowy

Wielu członków zakonu łączyło posługę religijną z pracą naukową. Odznaczyli się między innymi w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka i sejsmologia, która jest czasem określana jako „jezuicka nauka”. Jezuici tacy jak Christoph Clavius, Maximilián Hell, Johann Schreck, Gyula Fényi, Albert Curtz, Jacques de Billy, Orazio Grassi, Giovanni Battista Zupi czy Franz de Paula Triesnecker byli astronomami. Opisali lub odkryli takie zjawiska jak zaćmienia, okultacje, obieg planet wokół słońca, wpływ Księżyca na zjawisko pływów, atmosferę Jowisza czy plamy na Słońcu. W uznaniu ich osiągnięć Międzynarodowa Unia Astronomiczna nazwała od ich imion i nazwisk kilka kraterów i rowów na Księżycu. Jezuici przez niektórych historyków są opisywani jako ci, którzy „wnieśli największy wkład w rozwój fizyki eksperymentalnej w XVII wieku”. Jezuiccy naukowcy z XVIII wieku przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów. Mają oni również wkład w rozwój wiedzy o magnetyzmie, optyce, elektryczności i biologii. Athanasius Kircher był jednym z najwszechstronniejszych uczonych wszech czasów, a Ruđer Josip Bošković – prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności. Inni, jak twórca słynnej Apoteozy św. Ignacego Andrea Pozzo, mieli wybitne osiągnięcia w dziedzinie sztuki. Jezuiccy misjonarze tacy jak Lorenzo Hervás y Panduro, Jean-François Gerbillon, Claude de Visdelou, Sabatino de Ursis, Diego de Pantoja, Joachim Bouvet, Jean Joseph Marie Amiot czy José de Acosta badali historię, kulturę, język i przyrodę krajów, w których działali. Cenieni byli przez władców chińskich, którzy powierzali im odpowiedzialne funkcje na dworze (mandaryn Johann Adam Schall von Bell). Jezuici w Chinach byli uważani za specjalistów w dziedzinie astronomii, kalendarza, matematyki, geografii i hydrauliki. Polski misjonarz jezuicki Michał Boym był autorem dzieła Flora sinensis (1656) – pierwszej książki na temat roślinności Chin, jaka ukazała się w Europie.

Szkolnictwo jezuickie w Polsce

Szkoły jezuickie – szkoły prowadzone przez zakon jezuitów, w Polsce od 1565 r. Pojawienie się kolegiów jezuickich (wraz z pijarskimi i teatyńskimi) było przełomem w dziedzinie edukacji. Pośród innych placówek oświatowych uważane za najlepsze, kolegia jezuickie rozwijały się najszybciej. Po ogłoszeniu w 1773 roku kasaty zakonu jezuitów w Rzeczypospolitej, zarząd nad szkołami i majątkami przejęła Komisja Edukacji Narodowej, w której działalność włączyło się wielu dawnych jezuitów.

Do Polski sprowadził zakon jezuitów biskup warmiński Stanisław Hozjusz, w roku 1564, fundując im Kolegium jezuitów w Braniewie (Collegium Hosianum). Następne kolegia jezuickie powstały w Pułtusku (1566), Wilnie (1570) i Poznaniu (1575). Do końca XVI wieku na ziemiach Rzeczypospolitej powstało 12 kolegiów.

Stanisław Hozjusz herbu Hozyusz, (ur. 5 maja 1504 w Krakowie, zm. 5 sierpnia 1579 w Capranice) – polski humanista, poeta, sekretarz królewski Zygmunta I Starego od 1538 roku, sekretarz wielki koronny od 1543 roku, dyplomata, biskup chełmiński i warmiński, kardynał, teolog-polemista, jeden z czołowych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji, przedstawiciel dyplomatyczny Rzeczypospolitej w Państwie Kościelnym w 1569 roku oraz Sługa Boży Kościoła katolickiego.

Urodził się w Krakowie w rodzinie mieszczańskiej, która przybyła do Polski z Pforzheim w Badenii. Jego ojciec Ulryk Hose był zarządcą mennicy w Wilnie, później zaś został także horodniczym i wojskim wileńskim. Matka Anna z domu Schlacke była wcześniej wdową po krakowskim kupcu Erhardzie Slakerze.

1 kwietnia 1579 roku król Stefan Batory nadał kolegium (szkoła średnia – przyp. W.L.) jezuickiemu w Wilnie statut uniwersytecki. Nowa szkoła pod nazwą Akademii Wileńskiej była pierwszą szkołą wyższą w Wielkim Księstwie Litewskim i drugą w Rzeczypospolitej (po Krakowie). Pierwszym rektorem placówki był Piotr Skarga, a wykładali często cudzoziemcy, m.in. Anglik, James Bosgrave. W 1661 powstała jezuicka Akademia Lwowska. Jedno z wiodących kolegiów znajdowało się w Poznaniu (kolegium poznańskie), jednak przyznawane mu przywileje akademickie były blokowane przez konkurencyjną Akademię Krakowską.

Fundatorami kolegiów jezuickich byli zazwyczaj przedstawiciele rodów magnackich i możnych rodów szlacheckich. Pierwsze kolegium jezuickie na Rusi Czerwonej ufundowała w Jarosławiu w 1574 Zofia z Odrowążów Tarnowska. Anna Chodkiewiczowa, żona Jana Karola Chodkiewicza przekazała jezuitom w 1625 kolegium w kolegium jezuitów w Ostrogu. Mikołaj Krzysztof Radziwiłł w 1582 ufundował kolegium jezuitów w Nieświeżu, a jego brat Stanisław Radziwiłł przekazał na rzecz Akademii Wileńskiej wieś Łukiszki. Natomiast jego syn Albrycht Radziwiłł ufundował w 1631 kolegium jezuitów w Pińsku. Lew Kazimierz Sapieha założył kolegium jezuitów w Brześciu. Kazimierz Leon Sapieha wspierał jezuitów w Grodnie i Wilnie. Janusz Wiśniowiecki, kasztelan krakowski, ufundował Krzemieńcu, a jego brat Michał Wiśniowiecki, hetman wielki litewski, uposażył jezuitów w Pińsku i Słonimiu. Marcjan Ogiński ufundował kolegium jezuitów w Mińsku, Michał Potocki fundował kolegium w Nowogródku, a w 1617 Stanisław Żółkiewski sprowadził jezuitów do Baru, gdzie tamtejsze kolegium wspierał nowymi nadaniami Stanisław Koniecpolski. Aleksander Korwin Gosiewski, wojewoda smoleński, założył jezuitom kolegium w Witebsku. Szczepan Gostomski zapoczątkował powstanie kolegium w Sandomierzu w 1602, a Piotr Bal w 1619 założył kolegium w Krośnie. Stanisław i Paweł Wolscy ufundowali w 1612 kolegium w Rawie Ruskiej.

W 1608 roku odrębną prowincję polską podzielono na prowincję polską i litewską (do której włączono Warmię i Mazowsze). W połowie XVII wieku w obu tych prowincjach istniało około 40 szkół. W drugiej połowie XVII wieku kolegia jezuickie dotknął przejściowy kryzys spowodowany wojnami kozackimi, najazdem Szwedów i wojną z Rosją. Po ustaniu wojen szkolnictwo jezuickie przeżyło ponowny rozkwit.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze o jezuitach:

Celem zakonu miała być przede wszystkim obrona katolicyzmu i papiestwa, w XVI wieku szczególnie zagrożonego przez postępy reformacji, oraz utrzymanie wpływu Kościoła na życie polityczne, społeczne i kulturalne. Jako środek do tego celu miała służyć działalność duszpasterska, szczególnie szeroko pojmowana przez jezuitów praca w dziedzinie wychowania oraz tzw. ćwiczenia duchowe – prototyp późniejszych rekolekcji i misji, których wzór opracował sam założyciel, wreszcie zakulisowe wpływy polityczne na dworach panujących i wśród arystokracji.

Organizacja zakonu i jego typ ascezy odbiegały całkowicie od utartego modelu średniowiecznego i tworzyły jedyną w swoim rodzaju instytucję zakonną o strukturze raczej wojskowej, bezwzględnie podporządkowaną papiestwu. Konstytucja zakonna nie zobowiązuje do żadnych praktyk pokutnych, powszechnych w innych zakonach, wysuwa natomiast na czoło zasadę bezwzględnego posłuszeństwa, które obejmuje całe życie zewnętrzne i wewnętrzne jezuity. Właściwy zakon stanowią tzw. profesi, którzy po skończonych studiach, po 33 latach życia i po 17 latach życia w zakonie zostali dopuszczeni do złożenia, obok trzech zwyczajnych, czwartego ślubu – bezwzględnego posłuszeństwa papieżowi. Spośród nich rekrutują się wszyscy wyżsi przełożeni zakonu i profesorowie filozofii i teologii. Wszyscy inni składają tylko trzy śluby i w rządach zakonem nie mają żadnego głosu. Podstawową jednostką administracyjną zakonu jest prowincja z prowincjałem mianowanym na okres 3 lat. Na czele całego zakonu stoi generał, jedyny przełożony wybierany dożywotnio, piastujący władzę absolutną, w teorii tylko ograniczoną przez tzw. kongregację generalną, która zbiera się dla elekcji nowego generała i w wypadkach nadzwyczajnych. W jej skład wchodzą prowincjałowie i po dwóch profesów z każdej prowincji.

Dla uzyskania poparcia w kościele i wśród klas panujących społeczeństwa XVI wieku skoncentrowali się jezuici na wychowaniu duchowieństwa i młodzieży z rządzących sfer arystokratycznych. Po soborze trydenckim jezuici objęli kierownictwo nad wszystkimi prawie nowo powstającymi seminariami duchownymi i zakładali specjalne kolegia, w których kształcili duchowieństwo dla krajów szczególnie zagrożonych przez reformację.

Umiejętnie przechwytując w swoje ręce inicjatywę humanistów i posługując się środkami, którymi oddziaływał humanizm, przy jednoczesnym zwalczaniu jego istoty, jezuici starali się wyróżniać wykształceniem klasycznym i zakładali różnego rodzaju i stopnia szkoły dla młodzieży świeckiej. W XVII i XVIII wieku jezuici mieli praktycznie monopol na wychowanie młodzieży ze sfer wpływowych. Popularyzowane równocześnie wśród młodzieży (od 1565) Sodalicje Mariańskie pogłębiały jednostronność wychowania fanatycznych obrońców katolicyzmu. Walkę z reformacją prowadzili jezuici rozwijając szeroką działalność polityczną, opartą na funkcjach spowiedników i doradców panujących oraz rodzin magnackich. Sprzyjającym im monarchom pomagali we wzmocnieniu stanowiska tronu, natomiast w stosunku do swych przeciwników spośród panujących wysunęli teorię sprawiedliwego „tyranobójstwa”. Swą giętką taktykę polityczną uzasadniali jezuici teoretycznie, formułując zasadę «cel uświęca środki», co wyrobiło im opinię ludzi podstępnych i obłudnych (jezuityzm) i wywołało we Francji gwałtowną opozycję ze strony jansenistów, których sympatyk, B. Pascal, poddał jezuityzm ostrej krytyce (Prowincjałki 1656). Rygoryzmowi moralnemu jansenistów przeciwstawiali własną zasadę probabilizmu oraz kult miłosierdzia bożego w nabożeństwie do Serca Jezusowego. Po energicznej i bezwzględnej walce doprowadzili do całkowitego zniszczenia jansenizmu. Ostrą walkę w dziedzinie teologii moralnej i dogmatycznej prowadzili również z dominikanami. Gdzie nie mogli wejść jako misjonarze, tam wchodzili jako uczeni i rozległością swej wiedzy zjednywali przychylną opinię dla zakonu. W dziedzinie nauk przyrodniczych jezuici byli konserwatystami i starali się je podporządkować doktrynie kościelnej. Z biegiem czasu wobec rozwoju nauk w XVII i XVIII wieku nauka jezuicka stała się domeną zacofania i w epoce oświecenia spotkała się z ostrą krytyką (zwłaszcza Woltera i encyklopedystów francuskich), która ostatecznie podkopała autorytet zakonu.

Ożywioną działalność rozwijali jezuici na misjach w Afryce (Kongo, Maroko, Abisynia), Azji (Bliski i Środkowy Wschód, Indie,Cejlon, Chiny, Japonia, Tybet) i Ameryce (redukcje paragwajskie). W związku z tym zakon bogacił się i w XVIII wieku był jedną z najpoważniejszych potęg finansowych Europy.

Pod naciskiem nastrojów antyjezuickich (zarówno w kręgach świeckich, jak i kościelnych) poszczególne państwa europejskie usuwają jezuitów ze swoich granic: Portugalia 1759, Francja 1764, Hiszpania 1767, wreszcie Sycylia i Malta 1768. We wszystkich krajach zniósł zakon jezuitów papież Klemens XIV bullą Dominus ac Redemptor 21 VII 1773. (…)

Carowa Katarzyna II, chcąc zaznaczyć swoja niezależność od decyzji papieża, nie pozwoliła ogłosić bulli kasacyjnej na Białorusi, gdzie jezuici zachowali stan posiadania i mogli nadal działać. Po rewolucji francuskiej i upadku Napoleona papiestwo w warunkach walki z ideami liberalizmu i demokracji znów sięgnęło do pomocy zakonu. 7 VIII 1814 roku papież Pius VII przywrócił zakon jezuitów.

Do Polski jezuitów sprowadził w 1564 kardynał S. Hozjusz, który ufundował im pierwsze kolegium w Braniewie. Jezuici szybko rozwinęli szeroką działalność polityczną, broniąc początkowo absolutyzmu monarszego (Piotr Skarga), a po rokoszu Zebrzydowskiego (1606-08), gdy stwierdzili, że taka orientacja nie zapewni im popularności u szlachty, stanęli po stronie „złotej wolności”, zawsze w interesie papiestwa. W XVII i XVIII wieku byli jedynymi nieomal wychowawcami młodzieży szlacheckiej, którą urabiali w duchu skrajnej nietolerancji i fanatyzmu religijnego.

x

„W XVII i XVIII wieku byli jedynymi nieomal wychowawcami młodzieży szlacheckiej, którą urabiali w duchu skrajnej nietolerancji i fanatyzmu religijnego.” – Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich chowanie. Teraz już wiemy, komu zawdzięczamy to, że ta Rzeczpospolita była pośmiewiskiem ówczesnej Europy. I tak niestety zostało do dziś.

Jan Stanisław Bystroń w książce Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, PIW 1976 pisze:

Religijność staropolska jest rozlewna, afektowana, zewnętrzna; obserwacja, często teatralna, demonstracyjna, jest jej podstawową cechą; głośne nabożeństwo, fundacja dla klasztoru, pielgrzymka do świętego obrazu, oto główna treść życia religijnego. Daleko mniejszą wagę przywiązywano do samej nauki kościelnej, czy to dogmatycznej, czy moralnej; zasób wyobrażeń religijnych przeciętnie wykształconego człowieka tych czasów dość znacznie odbiegał od oficjalnej nauki kościoła i przesuwał się wyraźnie ku legendzie i przesądowi.

Księża byli na ogół mało wykształceni, i to nie tylko w zakresie teologii. Pewnie, że bywali wśród nich ludzie o wyższym poziomie intelektualnym, ale ci najczęściej zagadnieniami teologicznymi czy nauczaniem wiernych się nie zajmowali; przeciętny parochus ruralis (wiejski pastor – przyp. WL.), z domu, często włościańskiego, wyniósłszy tylko nieco tradycyjnych wiadomości, niewiele nauczył się w szkole parafialnej, niewiele też mógł tę szczupłą wiedzę uzupełnić w seminarium duchownym; umiał tyle łaciny, że mógł mszę odprawić i brewiarz czytać, a poza tym chyba niewiele więcej. Księża uniccy i schizmatycy jeszcze mniej umieli, czasami i z trudem czytali. Łatwo pojąć, że nauka, którą tak wykształcony ksiądz szerzył, była bardzo popularna i stosowała się do tych umysłowości, dla których była przeznaczona.

Najważniejszym środkiem szerzenia nauki kościelnej była ambona; używano jej i nadużywano często. Mało który ksiądz czuł w sobie powołanie pedagogiczne, ale każdy miał ambicje retoryczne. Całe życie umysłowe było pod znakiem frazesu i cytat z autorów; retoryki uczono w szkołach, wszyscy zresztą, zajmujący jakieś wyższe stanowisko społeczne, musieli umieć przemawiać publicznie. Można sobie wyobrazić, jak wyglądało takie barokowe kazanie, wygłoszone przez przeciętnego proboszcza wiejskiego lub też zakonnika w prowincjonalnym klasztorze! Jeszcze w szesnastym wieku było lepiej, gdyż zainteresowanie zagadnieniami religijnymi było znaczne, należało więc poważniejszymi argumentami zajmować słuchaczy i powoływać się na ewangelię; gdy jednak kontrreformacja bezwzględnie zwyciężyła, kazania wróciły do opowieści średniowiecznych, do legend, do wymyślnych obrazów mąk piekielnych.

x

Pisze autor, że jeszcze w XVI wieku nie było tak źle, ale gdy kontrreformacja zwyciężyła, to było znacznie gorzej. Warto jednak o tym pamiętać, że to również okres unii lubelskiej (1569) i powstania nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą. Czy przyłączenie znacznie słabiej rozwiniętych w sensie cywilizacyjnym i społecznym terenów nie miało na to wpływu? Jak można było trafiać do tych ciemnych prawosławnych mas, które przyciągano do katolicyzmu? Przecież jakieś wyrafinowane dysputy teologiczne nie miały w tym wypadku żadnego sensu.

W dalszej części autor pisze (wytłuszczenia W.L.):

Wśród rozmaitych grup zakonnych na pierwsze się wybili miejsce jezuici, najbardziej wpływowi, najzamożniejsi, wykształceni, ustosunkowani, świetnie zorganizowani. Sprowadzeni przez kardynała Hozjusza do Braniewa na Warmii już w r. 1564, a do Pułtuska, przez biskupa Noskowskiego, w r. 1565, z nadzwyczajną szybkością rozmnożyli domy zakonne po całej Polsce i Litwie, opanowali dwór, objęli Uniwersytet Wileński, wkrótce stali się oni panami ogromnych włości, spowiednikami najwyższych sfer, kierownikami młodzieży szlacheckiej. Wyróżniało się też Towarzystwo Jezusowe na tle większości kontemplacyjno-dewocyjnych zakonów inteligencją celowo dobranych zakonników, aktywnością, precyzją działania, szeroko zakreślonym programem; piła więc szlachta z bernardynami, uczyła się ascezy u karmelitów, ale dzieci jezuitom oddawała i w ważniejszych wypadkach radziła się u jezuitów.

Nie było zakonu, który by prowadził tak celowy dobór ludzi, jak właśnie jezuici, w szkołach już wypatrywano chłopców zdolnych lub zamożnych i powoli wciągano ich do nowicjatu; wyjątkowo tylko przyjmowano nieszlachtę, o ile chodziło o jednostki naprawdę wybitnie uzdolnione. Nie było zakonu, który by tak celowo prowadził tak celowo wyzyskiwał zdolności ludzkie, wyszukując dla każdego odpowiednią dla jego sił i zdolności pracę; nie było też zakonu, który by tak łatwo pozbywał się elementów niedociągniętych do wysokich wymagań. Nie dziw więc, że już w zewnętrznym wyglądzie odbijali jezuici korzystnie od ruchliwej, prymitywnej, rubasznej gromady kontemplacyjnych, a zwłaszcza żebraczych zakonów.

Mina ich, przez pół poważna i skromna, wiele im u wszystkich dawała respektu – pisze Kitowicz – ćwicząc swoich nowicjuszów w cnotach zakonnych i chrześcijańskich, nie zapominali oraz dawać im lekcyj w obyczajowości świeckiej, jak to: w ochędóstwie około siebie, w gestach, w mowie, w chodzie; zgoła w każdym ruszeniu ciała mieli osobliwsze zacięcia, którymi się od innych zakonników różnili.

Element ten, inteligentny, wykształcony, dobrze ułożony, wydyscyplinowany, ślepo oddany zakonowi i jego ambicjom, stał się jednym z najpoważniejszych czynników w życiu polskim.

Jezuici zwracali się przede wszystkim do sfer zamożnych, do magnatów i bogatszych ziemian; drogą tą uzyskiwał zakon wielkie fundacje i przemożne wpływy.

Nie pospolitowali się z nikim podłym – pisze znów Kitowicz – ale zawsze szukali znajomości z osobami znacznymi i panami. Wdowy bogate i wielkie panie były ich obłowem, których sumienia umiejąc zostawać rządcami, ściągali na swój zakon dobrodziejstwa.

Potężnym ośrodkiem oddziaływania na szerokie sfery szlacheckie było szkolnictwo jezuickie, oparte na konsekwentnie przemyślanych zasadach, wyłożonych w Ratio studiorum; młodzież przywiązywała się do szkół i do profesorów i przez całe życie zachowywała wdzięczność dla jezuitów, popierając ich i obdarzając przy każdej sposobności. Przez dłuższy czas szkoły jezuickie były bez konkurencji; na daleki plan zeszły nieliczne szkoły, tzw. „akademickie”, zakładane przez Akademię Krakowską, która zresztą z pełną niechęcią odnosiła się do jezuitów; w osiemnastym wieku zaczęły wybijać szkoły pijarskie, ale nigdy ani liczbą, ani znaczeniem nie dorównały potężnemu szkolnictwu jezuickiemu.

Wzrastające szybko znaczenie i w grube krocie idący majątek zakonu wywołały dużo niechęci i zarzutów pod adresem jezuitów; zaczyna się więc pod już koniec szesnastego wieku ofensywa przeciwko Towarzystwu, prowadzona przez duchowieństwo świeckie, przez inne zakony, tudzież część szlachty i niektórych magnatów; specjalną nienawiścią darzyli jezuitów schizmatycy i dysydenci, przeciwko którym zwracała się bardzo ostro akcja jezuitów, rozmaitymi środkami prowadzona.

Zarzutów było dużo, od konkretnych poczynając, kończąc na inwektywach. Zarzucano im powszechnie dumę, wyniosłość, zarozumiałość, skoro inaczej z magnatami czy zamożnym ziemiaństwem niż średnią szlachtą mówili i lekceważyli świeckie duchowieństwo; wytykano im już samą nazwę „Towarzystwa Jezusowego”, jakoby za towarzyszy Chrystusa się podawali. Nazywano ich Jeżoitami i Wyzuwitami. Zarzucano im nieszczerość i obłudę; wypominano im akcję misyjną i ich kompromisowość wobec wierzeń indyjskich czy chińskich, zarzucano dalej nieuczciwość w dyskusji, wyłudzanie testamentów od konających, napastliwość i intrygi: Szczypać, lżyć, hańbić – to wasza robota, pisze jeden z publicystów z czasów rokoszu Zebrzydowskiego w wierszu Do jezuity Skargi.

Opaliński mówi wręcz „o wychodkach jezuickich, którymi jezuici zasmradzają świat”. Głosy te stopniowo słabną i zwycięstwo jezuitów jest prawie zupełne. Dopiero w czasach rywalizacji jezuicko-pijarskiej i dyskusji o reformę szkolną znów pojawiają się zarzuty przeciwko potężnemu zakonowi; zresztą epoka racjonalizmu zwracała się w ogóle przeciwko zakonom, więc oczywiście najostrzej zwalczała największą potęgę zakonną.

Kasata zakonu w r. 1773 przez papieża Klemensa XIV była nadzwyczajną sensacją; zabrakło nagle tego czynnika, który bardzo istotną rolę w społeczeństwie polskim odgrywał. Opinia szlachecka – w ogromnej większości – oświadczyła się za jezuitami; protestowano przeciw drakońskiemu wyrokowi, starano się o cofnięcie bulli, żałowano szczerze dawnych szkół, ułatwiano zakonnikom obejmowanie nowych stanowisk; zamknięto kolegia rozszarpano ogromne majątki zakonne, ale członkowie Towarzystwa pozostali nadal doradcami szlachty i urabiali w dalszym ciągu opinię publiczną, zwłaszcza w zakresie szkolnictwa. Polemika zaczęła się obracać koło zagadnienia dziejowej roli jezuitów w kulturze polskiej, ale nie straciła dawnej namiętności; opinie pozostały skrajne, i zakon, już nie istniejący, miał wciąż jeszcze zawziętych adherentów i nie mniej zdecydowanych wrogów.

x

Wygląda na to, że zakon jezuitów był czymś więcej, niż zwykłym zakonem. Jego historia pozwala nam na zrozumienie, przynajmniej częściowe, czym jest władza, jaka jest jej natura. Czy w przypadku Rzeczypospolitej określenie go jako deep state jest zasadne? W XVIII wieku, gdy był on jedną z największych potęg finansowych Europy, został skasowany, by po 41 latach ponownie się odrodzić. Jaka siła mogła doprowadzić do likwidacji takiej potęgi finansowej? Co stało się z tym kapitałem? Do kogo on należał? Czy ten zakon to była tylko przykrywka, która pozwoliła najpotężniejszej nacji na działania w takich obszarach, które jej oficjalnie nie były dostępne? Czy jego kasacja nie miała związku z rewolucją francuską z 1789 roku? Wszak to po niej Żydzi stali się pełnoprawnymi obywatelami w państwach europejskich i mogli zacząć działać innymi metodami, niż wcześniej. Kapitał był potrzebny w innym miejscu. Pytania się mnożą, a odpowiedzi brak.

Wydaje się, że bez udziału zakonu jezuitów „podbój” WKL nie byłby możliwy. Ale też trzeba przyznać, że bez wcześniejszych zabiegów zakon ten nie miałby tak łatwo. Nie miałby tak łatwo bez tych 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich, które stały się polską szlachtą i przeszły na katolicyzm. To one później pomagały jezuitom. To właśnie przedstawiciele tych rodów byli fundatorami kolegiów jezuickich. Dwa z nich zostały następnie przekształcone w uniwersytety w Wilnie i Lwowie. Stało się więc tak, że na Kresach były dwa uniwersytety, a w byłej Koronie – jeden. Nowy ośrodek polskości na wschodzie powstał dzięki jezuitom. Na tej bazie i na kolegiach, czyli szkołach średnich, tworzyli jezuici nowy naród polski. Duży wkład w jego powstanie miała też caryca Katarzyna II, która pozwoliła jezuitom dalej działać. Nie dlatego, że chciała pokazać swoją niezależność wobec papiestwa. Po prostu wykonywała polecenia swoich nieznanych przełożonych, którzy tworzyli na tych ziemiach nowych Polaków.

Wiek XVI był przełomowy dla Europy, a dla Polski był tragiczny. Połączenie Korony z niewykształconymi pod względem językowym i narodowościowym społecznościami z WKL musiało skutkować cofnięciem się w rozwoju Korony, choć może WKL nieco zyskało w sensie cywilizacyjnym. Jan Stanisław Bystroń tak pisze w cytowanej pracy:

x

Barwna mozaika ludzka! Zróżnicowanie ludności na ziemiach Rzeczypospolitej jest bardzo znaczne; najrozmaitsze grupy religijne, językowe, stanowe, majątkowe żyją obok siebie. Różnice intelektualne pomiędzy tą ludnością są nierównie mniejsze.

Bywały oczywiście jednostki, które poziomem intelektualnym dorównywały szczytowym reprezentantom zachodniej elity umysłowej; niejeden szlachcic z okresu złotego wieku utrzymywał się na poziomie włoskiego czy niemieckiego humanisty, niejeden pisarz stanisławowski dorównywa autorom francuskim, ale są to tylko jednostki, które jaskrawo odbijają od ogólnego tła i dlatego też dość nieswojo czują się w ojczyźnie i chętnie zwracają się myślą ku zagranicy. Dopóki utrzymywano związek z wielkimi centrami kulturalnymi, zawsze znajdowała się garść osób, która z kultury tej korzystać umiała; zdolności nie brakło.

Mało było ambicji kulturalnych i na ogół nie były one zbyt głębokie. Dużo było naśladownictwa, ciekawości do nowinek, chęci wywyższenia się ponad sąsiadów, tendencji do popisywania się, wreszcie po prostu mody; moda przechodzi i zdobycze kulturalne, wydawałoby się, na stałe uzyskane, przepadają niepostrzeżenie; cały dorobek XVI wieku, cały wpływ humanizmu i reformacji zginął prawie bez śladu. Nawiązywała się z trudem i rwała nadmiernie łatwo wątła nić współpracy kulturalnej.

Chociaż różnice wykształcenia mogły być wcale znaczne, to jednak podłoże myślowe było analogiczne, bez względu na umiejętność czytania i znajomość języków obcych, bez względu na ilość przeczytanych książek i przyswojonych wiadomości. Zresztą umiejętność czytania nie była zbyt powszechna; już nie tylko wśród drobnej szlachty, która bardzo często była niepiśmienna, ale wśród zamożnych ziemian, ba, nawet wśród dygnitarzy jeszcze w osiemnastym wieku trafiały się przykłady zupełnych nieuków.

x

Cały dorobek XVI wieku, cały wpływ humanizmu i reformacji zginął prawie bez śladu. No właśnie! Dlaczego? Tego pytania nie zadają sobie żadni historycy? Wiek XVI to też wiek unii lubelskiej, a więc połączenia dwóch tak różnych bytów politycznych i cywilizacyjnych jak Korona i WKL. Pieniądz zły wypiera pieniądz dobry. Zdominowanie Rzeczypospolitej przez szlachtę z wschodu musiało do tego doprowadzić. Dla niewykształconych pod względem językowym i narodowościowym społeczności z WKL był to zbyt duży przeskok. Tam mieszkały obok siebie dwie grupy ludności. Jedna to ta, która przeszła na katolicyzm i język polski, druga została przy prawosławiu. Ta pierwsza stała się uprzywilejowana w stosunku do drugiej. Ta wyższa pozycja społeczna wiązała się również z przewagą finansową i polityczną, bo w tym momencie jest mowa o tych rusińskich i litewskich posłach i senatorach Rzeczypospolitej. Ten zachodni blichtr, wszystko na pokaz, wszystko spłycone, to była pewna demonstracja wobec tych, którzy pozostali przy swojej wierze i systemie wartości. Tu nie było jakiejś wielopokoleniowej walki o tę wyższą pozycję społeczną, to stało się stosunkowo szybko, w trakcie, prawdopodobnie, jednego pokolenia. Nie było to więc wynikiem jakiegoś wysiłku, ryzyka, umiejętności, predyspozycji. Po prostu łatwo przyszło, a to przecież nie skłania do żadnej refleksji i rozwoju intelektualnego. Nagły przeskok do innego kręgu cywilizacyjnego nie jest w stanie zmienić dawnych przyzwyczajeń i mentalności. W takim wypadku trudno o jakiś trwały i głębszy kontakt z elitami zachodnimi. Doskonale ten stan umysłowy tych „elit” opisał Karol Zbyszewski w swojej książce Niemcewicz od przodu i tyłu, Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2013. Poniżej jeden cytat. A takich kwiatków jest tam mnóstwo.

„Duszą tych pyskówek i całego życia mózgowego w Puławach był książę Adam (Czartoryski – przyp. W.L.). Trochę oczytany – o każdej sprawie mówił jak wyrocznia – nawet do Rousseau podreptał z pielgrzymką, choć twierdził, że to tłumok. Z Wielandem i Herderem wymieniał listy pełne komplementów. Mając iście papuzią łatwość do języków – nauczył się ich, nie wiadomo po co, kilkunastu; do pewnego lorda pisywał po hindusku, ogromnie kontent, że nikt go nie rozumie, co prawda nie wiadomo, czy i lord rozumiał. Ortografia we wszystkich językach na poziomie polskiej, tj. jak na członka Komisji Edukacyjnej przystało – ile słów, tyle błędów.”

Celem najazdu szwedzkiego było zniszczenie polskiej magnaterii: Szwedzi palili zamki, a ruchomości i dobra kultury wywozili. Pozbawieni tego magnaci już nie mogli stanowić jakiejkolwiek konkurencji dla potężnych feudałów ze wschodu. Ludność Korony też ucierpiała. Część wymordowali Szwedzi, część wymarła wskutek szerzącej się zarazy. Po potopie Korona była już tylko nic nieznaczącym dodatkiem do Kresów. Chłopi byli już niewolnikami, więc nie stanowili żadnej konkurencji. Można było zatem tworzyć nowy naród polski, co też jezuici skwapliwie czyni. Z części tych społeczności z WKL stworzono nowy naród polski, ale większość pozostała tym, kim była. Konflikt powstał nie tylko na tle religijnym, ale także społecznym i być może był on o wiele bardziej groźny. Był to więc konflikt dawnej ludności prawosławnej, z której jezuici stworzyli Polaków, z ludnością, która pozostała przy prawosławiu. I trwa on do dziś.

Nowy naród polski jednak nie zdał egzaminu. Radziwiłł przeszedł na stronę króla szwedzkiego. Targowica tylko potwierdziła, że to przyszywany naród. Rządy sanacyjne dostarczyły kolejnego dowodu. Obecne rządy też wpisują się w ten trend. Robią wszystko, by wciągnąć Polskę w wojnę z Rosją. To na poziomie elit. Na poziomie mas polskość można było potwierdzić tylko na dwa sposoby: powierzchownym katolicyzmem i takim samym patriotyzmem: wymachiwanie polską flagą.

Polska to wielowiekowy wyjątkowy eksperyment żydowski. Nigdzie na świecie nie było takiej unii i chyba nigdzie nie dokonano czegoś takiego jak tu, czyli stworzenia nowego narodu w miejsce poprzedniego. Nigdzie też chyba nie było takiego przypadku, by jedno państwo podzieliły pomiędzy siebie trzy państwa sąsiednie. Później jeszcze doszły powojenne zmiany granic i przesiedlenia kresowych mniejszości, które były tam większością, na ziemie poniemieckie. Tak więc nadal Polska to barwna mozaika ludzka. Nic normalnego w takich okolicznościach powstać nie może i nie powstaje.

Heureza

Dużo ostatnio dzieje się na świecie. A kiedy się nie działo? Ilość programów informacyjnych czy publicystycznych, które mają za zadanie informować nas o tych wydarzeniach i tłumaczyć je nam, jest nie do ogarnięcia przez pojedynczego człowieka. Jednak ograniczenie się do paru wybranych też nie rozwiązuje problemu, bo każdy z nich ma za zadanie tłumaczenie nam bieżących wydarzeń i przewidywanie tych przyszłych. Tym problemem, czyli przewidywaniem przyszłości, zajmował się również Stanisław Lem. Jerzy Giżycki w swojej książce Z szachami przez wieki i kraje Wydawnictwo „Sport i Turystyka”, Warszawa 1984 tak pisał:

x

Stanisław Lem zajmując się w artykule Fantastyka naukowa i futurologia („Problemy”, 1968) problemami przewidywania kierunku rozwoju pewnych zdarzeń strategiczno-politycznych sięga po przykłady matematyki gier, a po możliwości kombinatoryki szachowej w szczególności:

„…Naprawdę zbadać wszystkich wariantów zdarzeń międzynarodowych jako konfliktorodnych niepodobna. Przedsięwzięcie takie okazuje się daremne nawet, kiedy stoimy przed deską szachową z jej 64 polami i 32 pionami oraz figurami. Liczba możliwych ruchów w jednej partii szachów sięga 2120. Nawet maszyna cyfrowa o rozmiarach Słońca nie zdołałaby przepatrzeć takiego uniwersum możliwych pozycji w czasie rozsądnym, tzn. porównywalnym z długością życia ludzkiego. Cóż dopiero mówić o klasie możliwych zajść na takiej szachownicy, jaką stanowi nasza planeta, kiedy «pionami gry» są państwa i narody, urzeczywistniające konkretne konstelacje interesów i konfliktów z ich nieprzeliczalnego zbioru.

Liczba ruchów szachowych, jakkolwiek olbrzymia, jest przecież w zasadzie przeliczalna, jako że szachy stanowią grę zamkniętą, czego już nie da się orzec o wydarzeniach realnych…”

I dalej, zastanawiając się nad wyborem strategii w grze, grze rozumianej jako model pewnych konfliktowych układów w życiu, autor pisze:

„…Gry, mające eskalację za wytyczną, to mają do siebie, że ich reguły startowe niekoniecznie muszą się okazać tożsame z regułami późnych stadiów zaawansowanych. I właśnie cała mądrość polityczna oraz militarna na tym ma polegać, aby strona orientowała się w tym, czy i kiedy zmusza przeciwnika do takiej zmiany dotąd używanych reguł, która może przerosnąć w zderzenia katastrofalne.

Gdy mamy przed sobą taką różnorodność konfliktowych zajść eskalacyjnych, których nie da się ogarnąć jakimkolwiek algorytmem, wypada posłużyć się sposobami heurezy. W przeciwieństwie do rozwiązania algorytmicznego, pozwalającego na pokonanie zadania (…) całkowicie pewne, ponieważ ten tryb postępowania na pewno uwzględnia wszystkie warianty możliwe (np. przepatruje wszystkie ruchy wewnątrz pewnej gry), postępowanie heurystyczne konieczne jest tam, gdzie taka dokładność urzeczywistnić się nie daje.

Tak więc – pod nieobecność algorytmu gry w szachy – każdy gracz uprawia typowo heurystyczną strategię, ponieważ nie wszystkie bada możliwości pociągnięć własnych i przeciwnika, lecz tylko podzbiór, uznany za «istotny» dla przebiegu gry.

Powiedzieliśmy, że szachy stanowią grę, którą wolno uważać za algorytmizowalną, chociaż jej algorytmu nie znamy; jesteśmy w prawie tak sądzić, albowiem konstrukcja algorytmu jest dla nich – w sensie matematycznym – możliwa. Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…”

x

Na początek wypada wyjaśnić słowo „heureza”. Słownik Wyrazów Obcych PWN, Warszawa 2002 tak je definiuje:

Heureza pedag. sposób organizowania nauki szkolnej polegający na naprowadzeniu uczniów na drogę samodzielnych poszukiwań i mniej lub więcej samodzielnego rozwiązywania zagadnień, wymagający aktywnej postawy ucznia i rozwijający samodzielność jego myślenia. (od gr. heuresis ‘odnalezienie’)

Natomiast Wikipedia tak:

Heureza (gr. heúresisodnalezienie) – sposób nauczania polegający na naprowadzaniu uczniów na właściwy tok rozumowania i doprowadzeniu do samodzielnego rozwiązania przez nich problemów.

Jedną z pierwszych osób używających heurezy był Sokrates. Metoda ta jest też często używana przez pedagogów sprzeciwiających się przekazywaniu uczniom suchych informacji.

Bieg wydarzeń na światowej «szachownicy» stanowi jednak taką grę, albo raczej zbiór takich gier, których na pewno nigdy nie da się zlogarytmizować…

Trudno nie zgodzić się z Lemem, ale dlaczego to jest taka gra? Tego nie napisał, więc wypada samemu odpowiedzieć na to pytanie. Dobrym przykładem tej skomplikowanej gry jest przebieg rewolucji w Rosji w 1917 roku. Wikipedia tak to we wstępie opisuje:

„Wojna domowa w Rosji (ros. Гражданская война в России) – wojna domowa rozpoczęta po ustanowieniu przez bolszewików w wyniku zamachu stanu (rewolucja październikowa) komunistycznej władzy państwowej w Rosji. Zwolenników władzy bolszewików określano jako czerwonych, a przeciwników jako białych. 18 stycznia 1918 bolszewicy rozpędzili wybrane w demokratycznych wyborach w listopadzie-grudniu 1917 Zgromadzenie Ustawodawcze Rosji – Konstytuantę, w którym nie posiadali większości (ok. 25% mandatów) i krwawo stłumili pokojowe demonstracje w obronie parlamentu. Oznaczało to, że pokojowe odsunięcie od władzy bolszewików nie jest możliwe, a jedynym sposobem na to pozostaje walka zbrojna. Podpisanie traktatu brzeskiego (3 marca 1918) spowodowało narastanie oporu wewnętrznego i wywołało poparcie Ententy dla ruchu białych, a po zakończeniu I wojny światowej ograniczoną zewnętrzną interwencję. Za zakończenie wojny domowej jest uważane zajęcie Krymu przez Armię Czerwoną w listopadzie 1920 roku. Na Dalekim Wschodzie walki trwały jednak do 25 października 1922 roku (zdobycie Władywostoku). W Jakucji starcia zbrojne miały miejsce jeszcze w 1923 roku, a na Półwyspie Czukockim – do połowy 1924 roku.”

Źródło: Wikipedia.

Pod koniec XIX wieku zaczęły w Rosji powstawać partie polityczne. Gdy więc car abdykował, to można było przeprowadzić wybory i powstał rząd tymczasowy. Jednak niemal od razu pojawiły się sporne kwestie, jak choćby to czy kontynuować wojnę, czy – nie. Bolszewicy byli zwolennikami tego drugiego rozwiązania. Innego zdania byli biali, ale wśród nich dochodziło też do podziałów. Sformowali oni szereg armii oraz skłóconych ze sobą ośrodków politycznych. Część zwolenników białych była monarchistami, wielu zwolennikami demokratycznej republiki, socjalistami. Oprócz białych i czerwonych działali samodzielnie tzw. czarni (anarchiści – armia Nestora Machno na Ukrainie) i tzw. zieloni (chłopska samoobrona, walcząca przeciwko bolszewickiej polityce rolnej, ale także przeciw zwrotowi ziemi obszarniczej zarządzanej przez białych). Czerwoni stanowili monolit, nie było między nimi sporów ideologicznych. Jeśli się o coś kłócili, to tylko o sposób prowadzenia rewolucji. Gdy jeszcze do tego dodamy dziwne zachowanie dowództwa polskiego w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku, które robiło wszystko, by im pomóc w ich walce z białymi, to będziemy mieli pełny, ale bardzo zagmatwany, obraz tej rewolucji, ale też wyjaśnienie, dlaczego bolszewikom udało się utrzymać władzę.

Ktoś tu prowadził grę, której nie dało się zlogarytmizować. Można oczywiście przyjąć założenie, że to ludzie są sami sobie winni, że kłócą się ze sobą. Dlaczego jednak te podziały i kłótnie były tylko wśród antybolszewików, a u bolszewików była pełna zgoda? – Bo tylko w takiej sytuacji bolszewicy mogli pokonać przeważające siły.

Przywódcami wszystkich partii w przedrewolucyjnej Rosji byli Żydzi, byli też ich głównymi ideologami, oni decydowali o ich programach. Trudno sobie wyobrazić, by nie mieli wpływów w armii carskiej i w wielu innych środowiskach łącznie z prasą. Mieli takie wpływy w całej Rosji, nie tylko w jej części europejskiej. Właśnie na tym polega istota narodu rozproszonego i zasymilowanego, że jest wszędzie i wszędzie wnika w tkanki społeczne narodów rdzennych. W ten sposób naród ten może inicjować i kontrolować przebieg wszelkich wojen, rewolucji, powstań, protestów społecznych itp. Tak też to zadziałało w Rosji. W czasie rewolucji została ona rozczłonkowana na wiele obszarów, z których każdy miał swoje odrębne cele, ale gdy tylko bolszewicy ostatecznie zwyciężyli, to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z większości ziem przedrewolucyjnej Rosji powstał Związek Radziecki. To właśnie Żydzi prowadzą tę grę, którą trudno rozszyfrować, jeśli nie zna się ich zamiarów. Tak było kiedyś i tak jest obecnie. I heureza ma w tym pomóc.

Angielski średniowieczny teolog William of Occam sformułował zasadę zwaną brzytwą Occama (Ockhama), wedle której do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Mówiąc wprost: im prostsze objaśnienie rzeczywistości, tym bliższe prawdy. Można więc chyba powiedzieć, że brzytwa Occama jest jednym z narzędzi heurezy.