Monte Cassino

18 maja minęła okrągła 80-ta rocznica bitwy pod Monte Cassino. Prawie niezauważona w mediach głównego nurtu. Jeśli jednak bitwa ta zachowała się jakoś w ogólnej świadomości, to pewnie za sprawą pieśni Czerwone maki na Monte Cassino wydanej na płycie w 1964 roku i mitu, że to Polacy zdobyli klasztor na Monte Cassino oraz Melchiora Wańkowicza, który zaraz po wojnie wydał swą najbardziej znaną książkę Bitwa o Monte Cassino. Wańkowicz pieczętował się herbem Wańkowicz, odmianą herbu Lis, który był jednym z 47 herbów adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku. Burzę wywołał były europoseł PiS Marek Migalski, który na portalu X napisał:

Jak co roku przypominam: Polacy nie zdobyli Monte Cassino. Atakowali go kilka razy. Nieskutecznie. Jak inni alianci. Weszli na opuszczone przez Niemców wzgórze, na którym zastali kilkudziesięciu rannych i niezdolnych do ewakuacji żołnierzy Wermachtu. Reszta to legenda.

Trudno mu odmówić racji. Warto chyba jednak bliżej zapoznać się z całą tą operacją, choćby po to, by nie ulegać mitom. Wikipedia tak m.in. pisze:

Bitwa o Monte Cassino (zwana także bitwą o Rzym) – w rzeczywistości cztery bitwy stoczone przez wojska alianckie z Niemcami, które miały miejsce w 1944 roku w rejonie klasztoru na Monte Cassino. Bitwa ta uznawana jest za jedną z najbardziej zaciętych w czasie II wojny światowej. Brytyjski historyk Matthew Parker napisał: Bitwa o Cassino – największa lądowa bitwa w Europie – była najcięższą i najkrwawszą z walk zachodnich aliantów z niemieckim Wehrmachtem na wszystkich frontach drugiej wojny światowej. Po stronie niemieckiej wielu porównywało ją niepochlebnie ze Stalingradem.

Po udanych lądowaniach aliantów w Kalabrii, Tarencie i Salerno na początku września 1943 roku, i po kapitulacji Włoch w tym samym miesiącu, siły niemieckie zaczęły się powoli wycofywać w kierunku północnym. Sprawnie dowodzone wojska niemieckie, opierając się na dwóch improwizowanych liniach obrony, prowadziły działania opóźniające ofensywę aliancką, przygotowując w tym czasie linię Gustawa – silnie ufortyfikowany i trudny do zdobycia pas umocnień obronnych przebiegający w najwęższym miejscu Półwyspu Apenińskiego. Feldmarszałek Luftwaffe Albert Kesselring, któremu 6 listopada 1943 roku powierzono dowodzenie wszystkimi siłami niemieckimi we Włoszech, obiecał Hitlerowi utrzymanie tej linii przez przynajmniej sześć miesięcy.

Również próba ominięcia Monte Cassino poprzez desant pod Anzio (miasto na wybrzeżu, niedaleko Rzymu – przyp. W.L.) nie przyniosła spodziewanych rezultatów – aliantom udało się łatwo utworzyć 22 stycznia 1944 roku przyczółek, ale nie potrafili wykorzystać momentu zaskoczenia. Niemcy w krótkim czasie zdołali ściągnąć znaczne siły (14 Armia, dowódca generaloberst Eberhard von Mackensen) i zatrzymać Amerykanów i Brytyjczyków, którzy nie osiągnęli wyznaczonych celów i okrążenie wojsk niemieckich nie powiodło się. Przed zepchnięciem wojsk sprzymierzonych do morza ocaliły je ciężkie bombardowania lotnicze i działa artylerii okrętowej wstrzymującej niemieckie kontruderzenia. W tej sytuacji dowództwo alianckie postanowiło wznowić ataki na linię Gustawa, usiłując sforsować nurt rwącej rzeki Rapido i zdobyć leżące na drodze nr 6 niewielkie miasto Cassino.

Monte Cassino jest twierdzą, którą zdobyć usiłowało wiele narodów; jest twierdzą słynną na cały świat. Jeśli odmówię, korpus zostanie skierowany do doliny Liri, gdzie atak także przyniesie ciężkie straty, ale w dłuższym czasie (…). Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wyniesiemy sprawę polską – tak obecnie sponiewieraną – w samo centrum uwagi świata. – Władysław Anders.

Ze względu na udział wielu sprzymierzonych narodów bitwa ta jest uważana za „Bitwę narodów II wojny światowej”, opartą na podobieństwie bitwy pod Lipskiem w 1813.

Ta najcięższa spośród batalii, jakie stoczyli alianci zachodni przeciwko Niemcom w całej wojnie, była rezultatem strategicznego i taktycznego bałaganu. Dowódcy alianccy starali się dowieść, że walki na linii Gustawa odciągnęły elitarne niemieckie jednostki i najlepszych generałów od lądowania w Normandii, które nastąpiło w dzień po wkroczeniu gen. Clarka do Rzymu. W rzeczywistości stało się dokładnie na odwrót: dla dokonania lądowania w południowej Francji, co nastąpiło 15 sierpnia 1944 roku, amerykańska 5 Armia musiała oddać swe najlepsze dywizje, tracąc wiele ze swej siły uderzeniowej i szans na szybkie dotarcie do Wiednia.

Bitwa o Monte Cassino trwała blisko pięć miesięcy, tyle też czasu straciły wojska alianckie, które dopiero w pierwszych dniach czerwca 1944 roku wkroczyły do Rzymu, a do granicy włosko-austriackiej dotarły na początku maja 1945 roku. Były to niezwykle krwawe i bezlitosne zmagania. W czasie całej kampanii włoskiej, która trwała od 3 września 1943 do 2 maja 1945 roku, alianci stracili blisko 312 tys., a Niemcy około 435 tys. zabitych i rannych, czyli łącznie dla obu stron średnio 1233 ludzi każdego dnia. Walki na linii Gustawa były najbardziej zacięte: Niemcy, Włosi, Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy, Hindusi, Nowozelandczycy, Maorysi, Polacy, Kanadyjczycy i Południowi Afrykanie stracili około 200 tys. żołnierzy w ciągu 129 dni.

Straty samego tylko 2 Korpusu Polskiego wyniosły 923 zabitych, 2931 rannych, 345 zaginionych (291 po bitwie wróciło do szeregów), w tym wielu oficerów.

To tyle z Wikipedii. Z kolei Mała Encyklopedia Wojskowa (Wydawnictwo MON, 1970) tak podsumowuje tę bitwę:

Bitwa pod Monte Casino toczyła się na drugorzędnym teatrze działań i zwycięstwo sprzymierzonych, okupione dużymi stratami, nie miało istotnego wpływu na dalszy przebieg i zakończenie wojny w Europie. Żołnierz polski przelewając krew pod Monte Cassino wierzył, że tędy prowadzi droga do Polski.

Włochy w okresie międzywojennym (1924-1941); źródło: Wikipedia. Monte Cassino znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Neapolem a Rzymem, ale bliżej Neapolu.

Warto jednak chyba zapoznać się z opisem tej operacji przedstawionej przez Winstona Churchilla w jego monumentalnym dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-1996). Poniżej wybrane fragmenty:

Drugie poważne natarcie na Monte Casino rozpoczęło się 15 lutego od zbombardowania klasztoru.

Wzgórze, na którym wznosił się klasztor, umożliwiło kontrolę miejsca, w którym łączyły się rzeki Rapido i Liri stanowiąc kluczowy punkt oporu całej niemieckiej obrony. Już teraz wiedzieliśmy, że jest to potężna, silnie broniona przeszkoda. Jej strome zbocza, znajdujące się pod obstrzałem, wieńczyła słynna budowla, która w czasie poprzednich wojen była wielokrotnie plądrowana, rujnowana i odbudowywana. Istniały więc spory, czy należy ją niszczyć po raz kolejny. W samym klasztorze nie było oddziałów niemieckich, lecz nieprzyjacielskie umocnienia trudno było odróżnić od właściwego klasztoru. Dominował on nad całym polem bitewnym i generał Freyberg, dowódca korpusu odpowiedzialny za tę operację, pragnął go najpierw potężnie zbombardować z powietrza, zanim wysłałby do ataku swoją piechotę. Generał Mark Clark z pewną niechęcią zwrócił się w tej sprawie do generała Alexandra, który przejął na siebie odpowiedzialność. Tak więc 14 lutego, po ostrzeżeniu zakonników, na klasztor zrzucono 450 ton bomb, powodując ogromne zniszczenia. Gdy jednak dym się rozproszył okazało się, że zewnętrzne mury i główna brama pozostały nietknięte, a więc efekt nie był zadowalający. Teraz Niemcy mogli do woli wykorzystać powstałe ruiny, co umożliwiło im lepszą obronę aniżeli wtedy, gdy budowla była nie uszkodzona.

Przeprowadzenie ataku przypadło w udziale 4 dywizji hinduskiej, która niedawno zluzowała Amerykanów na wzniesieniu na północ od klasztoru. Przez dwie kolejne noce na próżno usiłowała zająć pagórek leżący pomiędzy ich pozycją a wzgórzem klasztornym. Nocą 18 lutego podjęła trzecią próbę. Walka była rozpaczliwa i wszyscy nasi ludzie, którzy dotarli do pagórka zostali zabici. Później, tej samej nocy, jedna brygada minęła pagórek i ruszyła bezpośrednio w kierunku klasztoru, by natknąć się na zamaskowany parów, gęsto zaminowany i otoczony linią karabinów maszynowych. Tutaj żołnierze nasi ponieśli ciężkie straty i zostali zatrzymani. W czasie gdy trwała ta zacięta walka, na wzniesieniach ponad ich głowami, dywizja nowozelandzka przekroczyła rzekę Rapido, tuż poniżej miasta Cassino. Lecz nim zdążyła zabezpieczyć przyczółek, nastąpił kontratak czołgów i musiała się wycofać. Tak więc bezpośredni atak na Monte Cassino zakończył się niepowodzeniem.

Na początku marca, z powodu niekorzystnej pogody, działania ustały. „Napoleoński” piąty żywioł – błoto – unieruchomił obydwie strony. Nie byliśmy w stanie przełamać głównego frontu w rejonie Cassino, a Niemcom nie udawało się zepchnąć nas w Anzio w kierunku morza. Jeżeli chodzi o liczby, to między obiema stronami walczącymi nie było wielkich różnic. My dysponowaliśmy 20 dywizjami we Włoszech, lecz zarówno Amerykanie, jak i Francuzi ponieśli ciężkie straty. Nieprzyjaciel miał 18 lub 19 dywizji na południe od Rzymu i kolejne 5 w północnych Włoszech, ale one także były zmęczone.

Nie było większych nadziei na wyrwanie się z przyczółka w Anzio oraz żadnych szans na połączenie naszych dwóch sił, dopóki front w Cassino nie był przerwany. Tak więc pierwszym celem stało się prawdziwe wzmocnienie przyczółka, zluzowanie i uzupełnienie oddziałów oraz dosłanie zapasów, by żołnierze mogli wytrwać oblężenie, a następnie dokonać wypadu. Czasu było niewiele, ponieważ w połowie miesiąca znaczna liczba barek desantowych miała opuścić rejon Morza Śródziemnego w ramach przygotowań do operacji „Overlord” (lądowanie w Normandii – przyp. W.L.). Bardzo dobrze, że data ich wysłania została przesunięta, lecz dalsza zwłoka nie była już możliwą. Marynarka wojenna zdobyła się na nadludzki wysiłek i osiągnęła wyniki godne podziwu. W poprzednich dniach wyładunek dzienny wynosił 3 tysiące ton; w pierwszych dniach maja zwiększył się dwukrotnie. Obserwowałem ten proces z ogromną uwagą.

x

Chociaż kwestia Anzio już przestała nas niepokoić, kampania we Włoszech nadal nieznośnie się ciągnęła. Żywiliśmy nadzieję, że do tego czasu Niemcy zostaną zepchnięci na północ od Rzymu, co uwolniłoby znaczną część naszych wojsk, pozwalając im wziąć udział w desancie na wybrzeżu Riwiery, wspierającym główną inwazję przez Kanał. Operacja ta, określana kryptonimem „Anvil” została ustalona w Teheranie. Wkrótce miała się ona stać przyczyną sporów pomiędzy nami a naszymi amerykańskimi sprzymierzeńcami. Kampania we Włoszech rozpoczęła się na długo przed powstaniem tej kwestii i sprawą najpilniejszą było obecne przerwanie impasu na froncie w rejonie Cassino. Przygotowania do trzeciej bitwy o Monte Cassino rozpoczęły się wkrótce po lutowej klęsce, lecz wskutek nie sprzyjającej pogody działania mogły zostać wznowione dopiero 15 marca.

Tym razem główny cel stanowiło miasto Cassino. Po ciężkim bombardowaniu, w czasie którego zrzucono niemal 1000 ton bomb i wystrzelono 1200 ton pocisków, nasza piechota ruszyła naprzód. „Zdawało się nieprawdopodobne – donosił Alexander – by po tak potwornym bombardowaniu ktokolwiek ostał się przy życiu”. A jednak. 1 niemiecka dywizja spadochronowa, chyba najtwardsi rębacze w całej swojej armii, walczyli wśród stosów kamieni z Nowozelandczykami i Hindusami. Z zapadnięciem zmroku większa część miasta znajdowała się w naszych rękach. 4 dywizja hinduska, schodząca od strony północnej, również czyniła postępy i następnego dnia pokonała dwie trzecie drogi prowadzącej na wzgórze klasztorne. Wtedy szala bitwy przechyliła się na naszą niekorzyść. Nasze czołgi nie były w stanie pokonać ogromnych wyrw powstałych w wyniku bombardowania i podążać w ślad za nacierającą piechotą. Dopiero po dwóch dniach mogły udzielić jakiejkolwiek pomocy. Tymczasem nieprzyjacielowi udało się przemycić posiłki. Rozpętała się burza i lunął rzęsisty deszcz. Nasze ataki znów zaczęły odnosić skutek, lecz nie udało się nam powtórzyć pierwszego sukcesu, a nieprzyjaciel nie dawał się pokonać w tej przepychance.

Zastanawiałem się dlaczego nie przeprowadziliśmy ataku na skrzydłach, aby wyprzeć wroga z pozycji, które już dwukrotnie okazały się niezwykle trudnymi.

Premier do generała Alexandra, 20 marca 1944

Chciałbym, aby mi Pan wyjaśnił, dlaczego cały czas uderzacie w przejście przy wzgórzu klasztornym, na froncie długości 2-3 mil. Chyba pięć lub sześć dywizji zostało poharatanych wchodząc w te szczęki. Oczywiście nie znam terenu ani dokładnych warunków bitewnych, lecz przyglądając się temu z pewnej odległości zachodzę w głowę, dlaczego, skoro nieprzyjaciel może się utrzymać i dominuje w tym punkcie, nie atakujecie na skrzydłach. Trudno mi pojąć, że ten najsilniej broniony punkt stanowi jedyną drogę naprzód lub też dlaczego, skoro jest najbardziej nasycony (w sensie wojskowym) nie można uderzyć z jednej lub drugiej flanki. Pokładam w Panu ogromne zaufanie i poprę Pana we wszystkim, lecz proszę o wyjaśnienie, dlaczego ruchy oskrzydlające są niemożliwe.

Jego odpowiedź była przejrzysta i przekonująca. Opis ten, sporządzony na gorąco, będzie z pewnością niezwykle cenny dla historyka zajmującego się sprawami wojskowymi.

Generał Alexander do Premiera, 20 marca 1944

Oto odpowiedź na Pański telegram z 20 marca. Na całej długości głównego frontu od Adriatyku do południowego wybrzeża, jedynie dolina Liri, prowadząca bezpośrednio do Rzymu, stanowi odpowiedni teren do wykorzystania naszej przewagi w artylerii i broni pancernej. Tak zwana droga nr 6 jest jedynym szlakiem, oprócz dróżek wytyczonych przez wozy, idącym z gór, gdzie obecnie się znajdujemy, do doliny Liri za rzeką Rapido. To wyjście na równy teren blokuje masyw Monte Cassino, na szczycie którego znajduje się klasztor. Podejmowano liczne próby okrążenia wzgórza klasztornego od północy, lecz wszystkie te ataki zakończyły się niepowodzeniem z uwagi na głębokie parowy, skaliste skarpy i granie górskie pozwalające jedynie na działania niewielkich grup piechoty wspieranych przez tragarzy, wykorzystujących w niewielkim stopniu muły i to tylko tam, gdzie przy ogromnych trudnościach udało się nam stworzyć kilka ścieżek dla mułów. (…)

Bombardowanie tak straszliwie zniszczyło wszystkie drogi i przejazdy w mieście Cassino, że niemożliwe stało się użycie czołgów lub jakichkolwiek innych wozów bojowych. Zawziętość tych niemieckich spadochroniarzy jest naprawdę godna podziwu, biorąc pod uwagę, że mają oni przeciw sobie całość śródziemnomorskich sił powietrznych oraz ogień większości naszych 800 dział, skoncentrowany w stopniu dotąd niespotykanym i trwający prawie sześć godzin. Szczerze wątpię czy istnieje na świecie jakikolwiek inny oddział, który zniósłby to wszystko, a potem jeszcze walczył z taką dzikością, jak oni. Spotykam się jutro z Freybergiem i innymi dowódcami, aby przedyskutować całą sprawę. (…)

Walki w ruinach miasta Cassino trwały aż do 23 marca, z częstymi atakami i kontratakami. Nowozelandczycy i Hindusi nie byli w stanie osiągnąć nic więcej. Mieliśmy w rękach znaczną część miasta, lecz Gurkhowie musieli się wycofać ze swojego stanowiska wysoko na wzgórzu klasztornym, ponieważ z uwagi na stromość stoku zapasów nie można im było przekazywać nawet drogą powietrzną.

x

W odpowiedzi na moją prośbę generał Wilson przekazał mi informacje dotyczące liczby ofiar korpusu nowozelandzkiego w tej bitwie. Wynosiły one: 2 dywizja nowozelandzka 1050, 4 dywizja hinduska – Brytyjczycy 401, Hindusi 759, 78 dywizja brytyjska 190; razem – 2400.

Była to wysoka cena za, jak się mogło wydawać, niewielką zdobycz. Udało się nam jednakże utworzyć silny przyczółek w Cassino, nad rzeką Rapido, który, wraz z głębokim wybrzuszeniem powstałym w wyniku styczniowego uderzenia 10 korpusu przez dolny bieg Garigliano okazał się niezwykle cenny w chwili ostatecznej, pomyślnej dla nas bitwy. Tutaj, oraz na przyczółku Anzio, unieruchomiliśmy prawie 20 dobrych dywizji niemieckich, z których wiele wróg mógł wykorzystać w czasie działań we Francji. (…)

Oznaczało to, że rejon śródziemnomorski mógł wspomóc inwazję przez kanał na początku czerwca jedynie walkami toczonymi na południe od Rzymu. Amerykańscy szefowie sztabu nadal nalegali na przeprowadzenie desantu wspomagającego w południowej Francji i przez kilka tygodni trwały między nami spory, jakie rozkazy powinien otrzymać generał Wilson.

x

Rankiem 11 maja Alexander i ja wymieniliśmy telegramy. Wielka ofensywa rozpoczęła się tej właśnie nocy o 11.00, kiedy cała nasza artyleria, 2000 dział, otworzyła gwałtowny ogień, o świcie wsparty z całą mocą przez lotnictwo taktyczne. Na północ od miasta Cassino polski korpus usiłował otoczyć klasztor na wzgórzach, które były świadkiem tylu poprzednich niepowodzeń, lecz został wstrzymany i zepchnięty w dół. 13 korpus brytyjski na czele z 4 dywizją brytyjską i 8 dywizją hinduską utworzył małe przyczółki nad rzeką Rapido, lecz aby je utrzymać, musiał stoczyć ciężki bój. Na froncie 5 armii Francuzi wkrótce zbliżyli się do Monte Faito, lecz na skrzydle morskim 2 korpus amerykański napotkał silny opór i musiał walczyć o każdą piędź ziemi. Po 36 godzinach zażartych walk wróg zaczął słabnąć. (…)

Pomimo klęski swojego skierowanego ku morzu skrzydła, na północ od rzeki Liri nieprzyjaciel bronił się desperacko, wykorzystując elementy linii Gustawa. Lecz krok po kroku i te grupy były eliminowane. 15 maja 13 korpus doszedł do drogi Cassino-Pignataro, a generał Leese sprowadził korpus kanadyjski, by wykorzystać ten sukces. Następnego dnia 78 dywizja przebiła się przez linie obronne nieprzyjaciela w uderzeniu na północny zachód i dotarła do drogi nr 6, a 17 maja Polacy rozpoczęli natarcie na północ od klasztoru. Tym razem odnieśli sukces, zajmując wzniesienia położone na północny zachód od klasztoru, z których rozciągał się widok na szosę.

Rankiem 18 maja 4 dywizja brytyjska ostatecznie oczyściła miasto Cassino, a Polacy triumfalnie zatknęli nad ruinami klasztoru swą biało-czerwoną flagę. Ogromnie wyróżnili się podczas tych swoich pierwszych poważnych walk we Włoszech. Nieco później, pod dowództwem walecznego generała Andersa, mieli zdobyć liczne laury podczas długiej ofensywy w kierunku rzeki Pad.

xxx

Tak więc z powyższego opisu wynika, że polscy żołnierze byli tylko niewielką częścią większej całości. W atakach na Monte Cassino brały udział 5 Armia amerykańska i 8 Armia brytyjska. W skład tej ostatniej wchodził 2 Korpus Polski przybyły na front włoski z Egiptu. W maju 1944 roku rozpoczęła się czwarta bitwa o przełamanie linii Gustawa, tzw. bitwa o Rzym, w której wziął udział 2 Korpus. Był on zatem jednym z wielu trybików tej machiny, która starała się pokonać Niemców i do tego wszedł on do walki już w końcowym jej etapie. Po co więc stworzono ten mit? Czy dlatego, że 80% żołnierzy tego korpusu pochodziło z Kresów?

Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wyniesiemy sprawę polską – tak obecnie sponiewieraną – w samo centrum uwagi świata. – Tak powiedział Anders. Bardzo to współbrzmi z retoryką tych, którzy wywołali powstanie warszawskie w niecałe trzy miesiące po Monte Cassino. Jaki był efekt tego wynoszenia sprawy polskiej w samo centrum uwagi świata, to wiemy. Anders wykonywał rozkazy tych samych, którzy rozkazywali dowódcom powstania warszawskiego. Skoro 2 Korpus był częścią 8 Armii brytyjskiej, to podlegał dowództwu brytyjskiemu. Anders sumiennie wykonywał te rozkazy i dlatego Churchill tak ciepło się o nim wypowiedział. Oprócz flagi polskiej kazał Anders także zatknąć na ruinach klasztoru flagę brytyjską. Sikorski już takim nie był i dlatego musiał zginąć.

W Wikipedii można przeczytać, że ojciec Andersa, Albert Anders (1863-1942), pracował jako administrator majątków ziemskich. Matką była Elżbieta, z domu Tauchert. Oboje byli wyznania ewangelickiego. A więc Żydzi niemieccy. Administrator majtków ziemskich, czyli szlacheckich, to faktor, czyli Żyd.

Wojsko polskie tworzone w Związku Radzieckim podlegało Sikorskiemu i nie było zależne od Stalina. W związku z tym nie mogło walczyć u boku Armii Czerwonej, wyzwalającej ziemie polskie, bo wówczas Stalin nie mógłby podporządkować sobie państwa, które powstałoby po wyzwoleniu. Do tego dochodził jeszcze fakt, że większość żołnierzy tego wojska pochodziła z terenów byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dla tych żołnierzy to była ich ojczyzna. Dlatego trzeba było pozbyć się go. I stąd ewakuacja do Iranu. I w ten sposób wojsko to stało się zależne od Anglosasów. I była to też gwarancja, że do Polski ono nie dojdzie. Wojsko polskie, tworzone przez Stalina, stało się automatycznie zależne od niego i było częścią Armii Czerwonej, tak jak 2 Korpus Polski był częścią 8 Armii brytyjskiej. Słusznie więc pytał Jerzy Putrament: A na ch.. nam polskie wojsko, skoro mamy Armię Czerwoną? Wygląda jednak na to, że pozory trzeba było zachować. Było więc na zachodzie wojsko polskie zależne od Anglosasów, a na wschodzie od Związku Radzieckiego. I jedno i drugie nie walczyło o interesy Polaków. Nie mogło też walczyć o niepodległą Polskę, bo co innego ustalili Anglosasi ze Stalinem. Dlatego ocena obu tych wojsk i ich czynów zbrojnych powinna być chłodna i wyważona. I tak też należy oceniać bitwę pod Monte Cassino. Jak mawiali starożytni, a konkretnie Tacyt: Sine ira et studio – Bez gniewu i zapału; bezstronnie, obiektywnie.

Zagadka c.d.

17 września 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła na wschodnie tereny II RP, czyli obszar, który był kiedyś częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jeszcze wcześniej – częścią Rusi Kijowskiej. Argumentowano to tym, że Państwo Polskie przestało istnieć, a prawosławna ludność tych terenów pozostała bezbronna. Jednak armia ta zajęła również obszar województwa podlaskiego i łomżyńskiego, na którym ludności prawosławnej nie było. Konsekwencją tego były masowe wywózki ludności polskiej z tego terenu do Kazachstanu.

W dzienniku Rzeczpospolita nr 23 z dnia 27-28 stycznia 2001 roku ukazał się artykuł Przemilczana kolaboracja Tomasza Strzembosza (ur. 1930). Autor był w owym czasie historykiem, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Od blisko dwudziestu lat zajmował się historią polskiej konspiracji na ziemiach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką. Pisał książkę na ten temat. To bardzo obszerny artykuł. Powstał on w okresie, gdy toczyła się burzliwa dyskusja na temat książki Jana T. Grossa Sąsiedzi, dotyczącej mordu na Żydach dokonanego w lipcu 1941 roku w miasteczku Jedwabne koło Łomży. Poniżej wybrane fragmenty tego artykułu.

Ogólne przerażenie

Zanim dokona się oceny postaw i zachowań różnych grup społecznych i narodowych na ziemiach zajętych przez Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną (RKKA), należy przypomnieć podstawowe fakty, bo bez poznania ówczesnej rzeczywistości nie jest możliwe zrozumienie ludzi tam zamieszkałych czy przeniesionych „falą” wojennej nawałnicy.

Wkroczeniu Niemców na Podlasie towarzyszyło ogólne przerażenie miejscowej ludności, która wojska niemieckie przyjęła z łatwo dostrzegalną wrogością. Wspierała spychane na wschód jednostki Wojska Polskiego, a w wypadku niezmobilizowanych rezerwistów i młodzieży przedpoborowej, w sporej liczbie wyruszyła na wschód, by znaleźć oddział, który zechciałby ich przyjąć i uzbroić. Stąd też pewna liczba mężczyzn z tego regionu (w tym niezmobilizowani) wzięła udział w walkach o Grodno i w rejonie Sopoćkiń – tym razem przeciwko Armii Czerwonej.

Ludność Podlasia wsparła ponadto powstające tutaj, zwłaszcza po bitwie pod Andrzejowem 18. DP WP, oddziały partyzanckie, działające do połowy października m.in. w rejonie Czerwonego Boru i Bagien Biebrzańskich, co uchroniło je od zniszczenia. Jej postawa antyniemiecka była jednolita i zdecydowana.

Okres, po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie wschodnie RP, można podzielić na trzy podokresy. Pierwszy, nazwany przez prof. Ryszarda Szawłowskiego (i nie tylko jego!), wojną polsko-sowiecką, trwał dwa tygodnie, do pierwszych dni października 1939 roku, kiedy zakończył się zorganizowany opór większych jednostek WP, choć poszczególne pododdziały prowadziły akcję, już o charakterze partyzanckim. Drugi, to opanowywanie terenu, połączone z realizacją „rewolucji” społecznej – politycznej i ekonomicznej, z góry zaplanowanej i realizowanej przy pomocy wojska i służb specjalnych. Dlatego nazywam ją „rewolucją na postronku”. W tym też czasie miały miejsce pierwsze aresztowania. Okres ten kończy się w listopadzie 1939 roku wcieleniem ziem północno-wschodnich RP do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, a południowo-wschodnich do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.

Faktycznie przedłużył się on o dalsze dwa miesiące, kiedy sowiecki system administracyjny (republika, obłast’, rejon) został ostatecznie wprowadzony na obszarach anektowanych. Trzeci podokres, początki 1940 roku – czerwiec 1941 roku, charakteryzuje się z jednej strony unifikacją z ekonomiczno-społecznym systemem ZSRR (forsowanie kołchozów, umacnianie sowchozów, dokończenie procesu nacjonalizacji przemysłu, handlu, systemu bankowego itp.), a z drugiej – gwałtownym nasileniem represji, zwłaszcza w pierwsze połowie 1940 roku, w postaci masowych aresztowań i wywózek (deportacji), które na obszarze tzw. Zachodniej Białorusi trwały do końca i objęły około 150 000 osób. Na tym ostatnim zjawisku pragnę się dłużej zatrzymać, było to bowiem – z czego niewielu zdaje sobie sprawę – działanie na podstawie odpowiedzialności zbiorowej.

Czas wywózek

Pierwsza wywózka, z 9/10.02.1940 roku objęła osadników wojskowych i cywilnych oraz leśników wraz z rodzinami. Druga z 13.04.1940 ogarnęła tych, których członkowie rodzin (głowy domu, bracia, synowie) byli ujęci jako żołnierze WP, policjanci itp., uciekli za granicę lub ukrywali się bądź zostali aresztowani jako konspiratorzy lub „wrogowie ludu” czy tzw. element społecznie niebezpieczny (SOE). Trzecia z 29.06.1940 roku, dotykająca zwłaszcza miast, objęła tzw. bieżeńców, w tym wielu Żydów, głównie tych, którzy zarejestrowali się, że chcą wrócić pod okupację niemiecką. Fakt ten częściowo obala mit o radosnym witaniu Armii Czerwonej przez polskich Żydów wyłącznie ze strachu przed Niemcami. Ostatnia, rozpoczęta na Wileńszczyźnie (zagarniętej wraz z likwidacją Republiki Litewskiej w czerwcu 1940 roku) 14.06.1941 roku, na ziemiach białoruskiej republiki zaczęła się 20 czerwca i została przerwana w momencie niemieckiej agresji.

Wszystkie, jak widzimy, były aktami przemocy podjętymi na podstawie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Za ojca, który był żołnierzem, odpowiadała cała rodzina, za brata, który był uciekinierem – jego najbliżsi, za zawód leśnika – ci, którzy z nim mieszkali. Uderzano w „gniazdo”. Natomiast np. w Warszawie Niemcy za akcję zbrojną na ulicy rozstrzeliwali mieszkańców domu niczym nie powiązanych z bojowcami, więźniów z Pawiaka, albo mieszkańców wsi, w pobliżu której wysadzono pociąg wojskowy. Ta odpowiedzialność zbiorowa obejmowała dzieci, kobiety i starców. Właśnie najsłabsi najczęściej płacili życiem w drodze na i na tułaczce – na Syberii czy w „głodnych stepach” Kazachstanu.

Zdrada w dniach klęski

Kto był realizatorem terroru? NKWD, a w pierwszym okresie także RKKA, której podlegały „czekistowskie grupy operacyjne”, idące za wojskiem dla „oczyszczenia terenu”, podobnie jak Einsatzgruppen za Wehrmachtem. A milicja? Mało kto wie, że w latach 1939-1941 mieliśmy tu do czynienia z trzema odmiennymi rodzajami milicji.

Pierwszy rodzaj – to powstające różne „czerwone gwardie” i „czerwone milicje”, składające się z ludzi miejscowych, uzbrojonych w kije, obrzyny, siekiery i rewolwery, choć czasem nawet w broń maszynową, które wspierały RKKA w jej „marszu wyzwoleńczym” oraz realizowały „gniew klasowy”, uciskanych przez „pańską Polskę” grup społecznych. Ujawniały się one z reguły zaraz po 17.09.1939 roku (lub nawet już tego dnia, co jest wiele mówiące) i działały najczęściej bardzo krwawo, nie tylko na zapleczu Wojska Polskiego, lecz także po wejściu Armii Czerwonej, która dawała miejscowym „elementom rewolucyjnym” kilka dni „wolnizny” na załatwienie porachunków i wywarcie zemsty klasowej.

Później miejsce tych „milicji” zajmują Gwardia Robotnicza, utworzona na zajętych terenach zgodnie z rozkazem dowódcy Frontu Białoruskiego z 16.09.1939 roku, oraz Milicja Obywatelska, budowana w myśl takiegoż rozkazu z 21.09.1939 roku. Z kolei po wcieleniu „Zachodniej Białorusi” w skład BSRS, zostały one zastąpione przez związaną ściśle z NKWD Robotniczo-Chłopską Milicję (RKM), złożoną początkowo z samych przybyszów (tzw. wostoczników), a później nasycaną miejscowymi.

Ludność polska, pomijając niewielką grupę komunistów w miastach i jeszcze mniejszą na wsi, przyjęła agresję ZSRR i tworzony tutaj system sowiecki podobnie jak agresję niemiecką. Są na to tysiące różnorodnych świadectw. Udział polskich chłopów w tzw. sielsowietach (radach miejskich, gminnych) nie jest tu wyznacznikiem niczego, bo były to ciała o charakterze dekoracyjnym. Istotne były komitety wykonawcze, a jeszcze ważniejszy kontrolujący je aparat partyjny i policyjny.

Natomiast ludność żydowska, w tym zwłaszcza młodzież oraz miejska biedota, wzięła masowy udział w powitaniu wkraczającego wojska i w zaprowadzaniu nowych porządków, w tym także z bronią w ręku. Na to też są tysiące świadectw: polskich, żydowskich i sowieckich, są raporty komendanta głównego ZWZ gen. Stefana Grota-Roweckiego, jest raport emisariusza Jana Karskiego, są relacje spisywane już w czasie wojny i po latach. Mówią o tym zresztą także prace Jana T. Grossa, który – powołując się przede wszystkim na polskie relacje, których tysiące znajdują się w zbiorach Instytutu Hoovera w USA – doszedł do wniosków, które wyraził jasno i bezdyskusyjnie.

Armię sowiecką witano z entuzjazmem nie tylko na terenach zajętych uprzednio przez Wehrmacht; także na Kresach, tam, gdzie on nigdy nie dotarł. Więcej, w dużej części właśnie z Żydów składały się owe „gwardie” i „milicje” powstające jak grzyby po deszczu natychmiast po sowieckiej agresji. I nie tylko. Żydzi podejmowali akty rewolty przeciwko państwu polskiemu, zajmując miejscowości, tworząc tam komitety rewolucyjne, aresztując i rozstrzeliwując przedstawicieli polskiej władzy państwowej, atakując mniejsze lub nawet całkiem duże (jak w Grodnie) oddziały WP.

Nowe porządki w urzędach

Druga kwestia to współpraca z organami represji, przede wszystkim NKWD. Najpierw podejmowały ją „milicje”, „czerwone gwardie” i komitety rewolucyjne, później owe gwardie robotnicze i milicje obywatelskie. W miastach składały się one głównie z polskich Żydów. Później, gdy sytuację opanowała RKM, Żydzi – jak mówią sowieckie dokumenty – stanowili w nich sporą nadreprezentację. Polscy Żydzi w cywilnych ubraniach, z czerwonymi opaskami na ramionach i uzbrojeni w karabiny biorą też licznie udział w aresztowaniach i wywózkach. To było najdrastyczniejsze, ale dla społeczeństwa polskiego rażący był także fakt wielkiej liczby Żydów we wszystkich urzędach i instytucjach sowieckich. Zwłaszcza że to Polacy dominowali tu przed wojną!

20.09.1940 roku, na naradzie w Mińsku, stolicy BSRS, naczelnik Miejskiego Oddziału NKWD w Łomży stwierdził: „U nas utarła się taka praktyka. Poparli nas Żydzi i tylko ich wciąż było widać. Zapanowała też moda, że każdy kierownik instytucji i przedsiębiorstwa chwalił się tym, że u niego nie pracuje ani jeden Polak. Wielu z nas Polaków po prostu się bało”. (…)

Niemcy uratowali setki mieszkańców

Oprócz znanego prof. Grossowi zbioru z Instytutu Hoovera i niezależnie od uzyskanych przeze mnie niegdyś relacji, są inne jeszcze świadectwa zachowania się Żydów z Jedwabnego w latach 1939-1941. Danuta i Aleksander Wroniszewscy w reportażu „Aby żyć” (zamieszczonym w „Kontaktach” z 19.07.1988 roku) odnotowali relację mieszkańca Jedwabnego: „Pamiętam jak wywozili Polaków do transportu na Sybir, na każdej furmance siedział Żyd z karabinem. Matki, żony, dzieci klękały przed wozami, błagały o litość. Ostatni raz dwudziestego czerwca 41 roku”.

Czy polscy mieszkańcy Jedwabnego i wsi okolicznych witali Niemców z entuzjazmem i jako zbawców? Tak! Witali! Jeżeli ktoś wyciąga mnie z płonącego domu, w którym mogę się spalić za chwilę, rzucę mu się na szyję i będę dziękował. Choćbym jutro miał uznać go za kolejnego śmiertelnego wroga. Niemcy uratowali bowiem wówczas setki mieszkańców wsi okolicznych (a może i Jedwabnego?), kryjących się od kilku dni w zbożu i w krzakach nad Biebrzą. Uratowali od wywiezienia na śmierć, gdzieś na pustynię kazachską czy do syberyjskiej tajgi. A wtedy już dobrze wiedziano, co znaczy taki wywóz: docierały wszak listy i inne sygnały ze specposiołków. Nadto równolegle z wywózką przeprowadzano, często nie odróżnianą przez historyków, akcję aresztowań ludzi podejrzanych, kończącą się łagrem lub więzieniem. Wieloletnim, śmiertelnym.

Nie dziwmy się więc ich radości ani owym „bandom”, jak je określa Andrzej Żbikowski, że atakowały opuszczające tę ziemię grupy żołnierzy sowieckich. Swoich do wczoraj ciemiężycieli, reprezentantów jednego z najokrutniejszych systemów, jakie wydała ludzkość.

Dzień przeokropny dla Polaków

Niedawno ogłoszono bardzo specyficzne, lecz zarazem wiarygodne źródło „Kronikę panien benedyktynek opactwa Świętej Trójcy w Łomży (1939 – 1954)”, sporządzoną przez s. Alojzę Piesiewiczównę (Łomża 1995). Zacytujmy jej fragmenty dotyczące dni 20 – 22.06.1941 roku:

„20 czerwiec. Uroczystość Serca Pana Jezusa. Dzień przeokropny dla Polaków pod zaborem sowieckim. Masowe wywożenie do Rosji. Od wczesnego rana ciągnęły przez miasto wozy z całymi rodzinami polskimi na stację koleją. Wywożono bogatsze rodziny polskie, rodziny narodowców, patriotów polskich, inteligencję, rodziny uwięzionych w sowieckich więzieniach, trudno się było nawet zorientować jaką kategorię ludzi deportowano. Płacz, jęk i rozpacz okropna w duszach polskich. Żydzi za to i Sowieci tryumfują. Nie da się opisać co przeżywają Polacy. Stan beznadziejny. A Żydzi i Sowieci cieszą się głośno i odgrażają, że niedługo wszystkich Polaków wywiozą. I można się było tego spodziewać, gdyż cały dzień 20 czerwca i następny 21 czerwca wieźli ludzi bez przerwy na stację. (…) I na prawdę Bóg wejrzał na nasze łzy i krew.

22 czerwiec. Bardzo wczesnym rankiem dał się słyszeć warkot samolotów i od czasu do czasu huk rozrywających się bomb nad miastem. (…) Kilka bomb niemieckich spadło na ważniejsze placówki sowieckie. Zrobił się niesłychany popłoch wśród Sowietów. Zaczęli bezładnie uciekać. Polacy cieszyli się bardzo. Każdy huk rozrywającej się bomby napełniał dusze niewypowiedzianą radością. Za kilka godzin nie było w mieście ani jednego Sowieta, Żydzi pochowali się gdzieś po suterenach i piwnicach. Przed południem więźniowie opuścili cele. Ludzie na ulicach rzucali się sobie w ramiona i z radości płakali. Sowieci cofali się bez broni, ani jednym strzałem nie odpowiedzieli następującym Niemcom.

Wieczorem tego dnia w Łomży nie było ani jednego Sowieta. Sytuacja była jednak nie wyjaśniona – Sowieci uciekli, a Niemcy jeszcze nie weszli. Następnego dnia 23 czerwca tak samo pustka w mieście. Ludność cywilna rzuciła się na rabunek. Rozbito i zrabowano wszystkie składy, bazy i sklepy sowieckie. Wieczorem 23 czerwca weszło kilku Niemców do miasta – ludność odetchnęła”.

W tych dniach nie mogło być innej reakcji. W parę tygodni później ZWZ odtwarzał poszarpane przez Sowietów sieci konspiracyjne, masowo zabierano broń porzuconą przez uciekających, wykorzystywano czas „bezkrólewia” na przygotowanie się do walki z kolejnym okupantem. Są na to równie liczne świadectwa, jak na fakty rabunku, odwetu i pogromów. Rzeczywistość – jak zwykle – jest bardziej skomplikowana, niż umiemy to sobie wyobrazić.

x

Gdy w 1989 roku powstała III RP, niektórzy upomnieli się o potomków Polaków wywiezionych do Kazachstanu po 17 września 1939 roku. Jednak nowe państwo nie znalazło dla nich miejsca. Dla wszystkich innych to miejsce się znalazło, tylko nie dla nich. Jak była tego przyczyna? Czyżby posiadali jakąś wiedzę, która nawet dziś jest niewygodna dla rządzących? Co na to PiS, który odwołuje się do tradycji piłsudczykowskich? Przecież wywożono głównie ludzi związanych z ówczesną władzą sanacyjną? Piłsudczycy zawłaszczyli sobie II RP i zapewne nie działo się to bez szkody dla wielu środowisk, które również chciały coś z tego tortu uszczknąć, a być może zostały usunięte z zajmowanych już stanowisk. Czy motyw zemsty wchodził tu w grę? Czy miało to związek z tym, co się wydarzyło 10 lipca 1941 roku w Jedwabnem w tej słynnej stodole? A więc w niecałe trzy tygodnie po tym, jak Sowieci opuścili miasto. To są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź, bo jak podsumował to autor cytowanego tekstu: rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż umiemy to sobie wyobrazić.

Dlaczego po miesiącu (28 września) Stalin oddał Hitlerowi wschodnie Mazowsze, Lubelszczyznę i powiat suwalski, a w zamian dostał tylko skrawek Wileńszczyzny, powiat łomżyński z miejscowością Jedwabne i powiat grajewski? Zastanawiałem się nad tym w blogu Zagadka i w nim są zamieszczone stosowne mapy.

Nie wiemy, kto przejął ziemię i majątek po wywiezionych. O tym autor nie wspomina. Ktoś przecież musiał się tym „zaopiekować”. Autor pisze: w dużej części właśnie z Żydów składały się owe „gwardie” i „milicje” powstające jak grzyby po deszczu natychmiast po sowieckiej agresji. I nie tylko. Składały się one również z ludności prawosławnej, która, przynajmniej w części, współpracowała z Żydami. Czy w takim razie zaopiekowano się „tylko” ziemią i majątkiem, czy może też nazwiskami? Jeśli nie wiemy, kto się zaopiekował tym wszystkim, to trudno nam będzie znaleźć odpowiedź na pytanie: jaki był cel tego wszystkiego? Czyżby był to kolejny etap instalowania obcych jako rdzennych Polaków? Ciekawe więc może być, jakie mają korzenie ludzie znaczący dziś coś na Podlasiu. Jednym z nich jest polityk Krzysztof Tołwiński (1968). Wikipedia nie podaje żadnych informacji o jego rodzicach. Pisze tylko, że ukończył technikum leśne w Białowieży, a od 1989 roku zaczął prowadzić gospodarstwo rolne liczące obecnie około 40 hektarów i nastawione na produkcję mleka, ale nie informuje, gdzie ono się znajduje. O jego życiu prywatnym pisze, że pochodzi z rodziny pieczętującej się herbem Ogończyk, ma żonę i sześcioro dzieci. I tyle. Herb Ogończyk to jeden z tych 47 herbów adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku.

Na uwagę zasługuje też fakt, że Sowieci, wycofując się, porzucali broń. Czy rzeczywiście ją porzucali, czy może raczej przekazywali? Autor wspomina o tym, że w końcu trafiała ona w ręce ZWZ, czyli późniejszej AK. Trochę to przypomina wycofywanie się Amerykanów z Afganistanu. Oni też tam zostawili broń. Tak więc najpierw Armia Czerwona, wkraczając, uzbroiła Żydów, a wycofując się – partyzantów. Chyba po to, by mieli czym walczyć z Niemcami. A Żydzi też mieli swoje bandy.

Dużo się mówi, w zależności od tego, kto rządzi, o Katyniu i Wołyniu. O Jedwabnem mówi się bez względu na opcję, ale na temat wywózek do Kazachstanu jakoś tak cicho, również bez względu na opcję. Z jakichś powodów jest to temat bardzo niewygodny. Najwidoczniej jest coś do ukrycia.

Ustrój I RP

W poprzednim blogu „Iwan Kalita” pisałem, że proces marginalizacji narodu polskiego i częściowej, a właściwie stopniowej, jego podmiany zaczął się od unii z Litwą, mając na myśli unię lubelską (1569). Zaczął się jednak wcześniej, od unii horodelskiej w 1413 roku. To właśnie wtedy 47 rodów bojarów litewskich, a właściwie litewsko-ruskich, adoptowało 47 herbów szlachty polskiej. I w ten sposób rody te, nadal żyjące w Wielkim Księstwie Litewskim i mające tam swoje posiadłości, stały się polskimi. Jednym z takich herbów był herb Jelita. Najbardziej znanym rodem pieczętującym się nim był ród Zamoyskich.

Jan Zamoyski jest uważany za najwybitniejszego i najpotężniejszego magnata Rzeczypospolitej. O nim pisałem w blogu Jan Zamoyski. Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1987) pisała:

Że jednak w świadomości Polaków XVI i XVII wieku jakaś różnica między stosunkami naszymi a zagranicznymi istniała, świadectw na to przecież nie brak i te, które ja przytaczam w Rozdrożu, nie są wszak jedynymi. Nie żeby upierać się przy swoim, lecz by wskazać, jak dalece nie byłam gołosłowną, przypomnę tu jeszcze jedno z nich, mianowicie mowę Jana Zamoyskiego, wygłoszoną w r. 1575 przeciw obcej kandydaturze na tron polski. (Wybór mów staropolskich – zebrał Antoni Małecki, Kraków 1860). Zamoyski bronił wówczas sprawy ze wszech miar słusznej, a broniąc jej, wskazywał dobitnie, jakie są różnice między ustrojem polityczno-społecznym Polski, a innych krajów zachodniej Europy. Od Leszczyńskiego i Skargi różnił się tym, że chwalił i to bardzo, wszystko, co tamci ganili. Lecz choć ocena była odmienna, to jednak charakter podkreślanych różnic między Polską i Europą Zachodnią był ten sam.

Powiada więc ówczesny starosta bełski tak: „Wolność nasza na trzech głównych opiera się zasadach, a tak są nam właściwe, że je tylko u nas znaleźć można” […] I zaraz po wolności obioru królów, jako drugą „wolność” wymienia Zamoyski, że „Nad poddanymi naszymi beż żadnej apelacji mamy nie tylko moc zupełną, ale nawet prawo życia i śmierci; przeciwnie, sami tak jesteśmy wolni, że ani król, ani żaden urzędnik żadnej nad nami mocy nie maja, tylko tę, jakąśmy im sami nad sobą wedle ustaw publicznych nadali”. „Wszystko to – dodaje – u cudzoziemców inaczej się dzieje”. Królowie tam „sami samowładnie nad ludźmi swymi panują, a szlachcie takiegoż prawa nad poddanymi zaprzeczają i prawie równają szlachtę z poddanymi”. „Podług naszych praw – mówi dalej – nieszlachcic żadnego urzędu posiadać ani żadnej godności piastować nie może; u nich szlachta jedynie wojskowość za godną siebie uznała, inne części administracji wewnętrznej, jako to rządy i wszystkie prawie urzędy plebejuszom oddała. Toteż nic dziwnego, skoro plebejusze cały zarząd mają w swym ręku, że i plebejskie rady, i plebejskie ustawy przemagają”. Ciekawe, że nawet wynikający z tak przedstawionych stosunków rozkwit miast nie znajduje łaski w oczach Zamoyskiego. „Kwitną tam – powiada – wsie i miasta, bo stan miejski ma wielkie prawa. Ale ponieważ owa świetność przychodzi z krzywdą szlacheckiej wolności, wolę jej wcale nie mieć niż mieć za taką cenę”.

x

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – to cytat z aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej z 1600 roku. I takie właśnie były te Rzeczypospolite – pośmiewisko całej Europy. No bo jak ktoś miał takie poglądy, to i takie treści wbijał innym do głów w tej swojej akademii.

Dąbrowska opublikowała swoje studium w 1937 roku. Środowiska ziemiańskie rozpętały histeryczną nagonkę na nią, co świadczyło o tym, że ich stosunek do chłopów nie zmienił się od czasów Zamoyskiego. Była więc II RP skansenem, takim samym jak I RP.

Podstawowe cechy ustroju I RP to: wolna elekcja króla, przywileje szlacheckie, czyli wolność oraz sejm i sejmiki ziemskie. Była to więc monarchia parlamentarna. Polska Piastów była monarchią. Było to państwo o zrównoważonych stanach, w którym chłopi byli przeważnie wolnymi ludźmi, silnej władzy królewskiej i w miarę zasobnym skarbie królewskim. Było więc to zupełnie inne państwo, niż Rzeczpospolita powstała po unii lubelskiej, która była zlepkiem dwóch różnych państw. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem składającym się z różnych księstw, w którym dominowali potężni feudałowie. Połączenie dwóch tak różnych organizmów państwowych wymagało dostosowania jednego z nich do drugiego, czyli dostosowania Królestwa Polskiego do „standardów” WKL. I temu właśnie służyło stworzenie nowego ustroju. W szczegółach pisałem o tym w blogu Jak powstawał ustrój I RP.

Kim był więc Zamoyski – apologeta ustroju I RP? W 1551 roku, gdy miał 9 lat, jego rodzina przyjęła wyznanie kalwińskie. Tak pisze Wikipedia, ale nie pisze, jakiego wyznania się zrzekła. Czy było to wyznanie prawosławne? Pierwsze nauki odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie (nazwa wskazuje na ruskość tego miasta), następnie wysłany na studia do Paryża, później przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. To zapewne tam, na Zachodzie, został przygotowany, i nie tylko on, do roli twórcy nowego ustroju nowego państwa.

To, co się wówczas stało, to było wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej. To prawda, że było to państwo podległe cesarzowi niemieckiemu i papieżowi, jednak było ono w miarę normalne dla zwykłego jego mieszkańca. Wejście w obręb kultury wschodniej oznaczało likwidację Polski i zaniechanie zabiegania o interesy polskie, bo ważniejszy był interes tego, który dominował, czyli WKL. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej, przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów, głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.”

Wyjście Polski z ówczesnej unii europejskiej oznaczało wejście w orbitę oddziaływania Wschodu. Jej ponowne wejście do nowej unii w 2004 roku było powierzchowne, bo chociażby wspólna z Ukrainą organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku oznaczała, że dla Zachodu Polska nadal jest krajem wschodnim, a jej wyjątkowe, na tle innych krajów europejskich, zaangażowanie – na rozkaz USA – w wojnę na Ukrainie, tylko to potwierdza.

Doszło więc do czegoś wyjątkowego w historii świata. 47 polskich rodów szlacheckich udzieliło swych herbów 47 rodom bojarskim WKL (podobno było ich więcej). Wydaje się rzeczą nienaturalną, żeby najwyżej stojące w hierarchii społecznej rody dzieliły się z innymi swoim szlachectwem. A jednak tak się stało. Jak to wytłumaczyć? Czy te rody były polskie? Jaki miały w tym interes? Wydaje się, że bez tego nie mogłoby powstać nowe państwo zwane Rzeczpospolitą. Ktoś to starannie zaplanował i zrealizował. Kto?

W powieści Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego (Vesper 2007) jest taki fragment:

„Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Co się stanie, gdy zamiast stwierdzenia, że 47 rodów bojarskich adoptowało 47 herbów polskich rodów szlacheckich, powiemy, że te 47 rodów zasymilowało się z rodami polskimi. Brzmi to zupełnie inaczej i już sugeruje, że możemy mieć do czynienia z nacją wybraną albo przynajmniej z jej metodami działania. Często się mówi, że tamtejsze elity uległy polonizacji. Tak jednak nie było. Sam język i wyznanie to za mało. Gdyby chodziło o polonizację, to oprócz języka i wyznania trzeba by było zaakceptować i inne elementy polskości, co w kontekście łączenia z WKL oznaczałoby przyjęcie ustroju panującego w Koronie przed unią. Tego jednak nie zrobiono. Zrobiono odwrotnie. Nowy ustrój stworzono tak, by pasował do realiów WKL, a nie Korony. Był to więc początek rutenizacji Korony, a nie – polonizacji WKL. Polonizacja Kresów oznaczałaby również napływ dużej ilości ludności polskiej na ich tereny. Tego nie było, bo nie ma żadnych opracowań na ten temat. Trudno zresztą wyobrazić sobie taki proces, bo ówczesna ludność polska to w 70-80% chłopi-niewolnicy. A szlachta nie miała motywacji do szukania lepszego życia gdzieś w nieznanym, skoro miała u siebie raj na ziemi. A poza tym, to te ziemie były zajęte przez kresowych królików-feudałów, którzy mieli do dyspozycji własnych niewolników. Ale jak rusińscy feudałowie przeszli na katolicyzm i język polski, to stali się od razu polskimi panami, którzy gnębili rusiński lud. I wystarczyła tylko iskra, by wywołać wojnę czy powstanie na tle religijnym i narodowym.

Tak więc tresowane przez wieki kolejne pokolenia uwierzyły w to, że jak katolik i mówi po polsku to Polak, że Kresy zostały spolonizowane i że teraz polskość to Kresy i że tam jest prawdziwa Polska. Taka jest potęga odpowiedniej edukacji i propagandy, a przecież jedno i drugie to słowo.

x

Dzisiaj dotarła do mnie kupiona na Allegro książka: Wojna i pokój Lwa Tołstoja. Nie dlatego ją kupiłem, że nagle stałem się miłośnikiem literatury rosyjskiej, tylko dlatego, że interesuje mnie to, jak Tołstoj opisał rok 1812. Jest to wydanie z 1958 roku w płóciennej oprawie, bez śladów używania. Powieść ta została wydana w nakładzie 10 000 egzemplarzy w cenie 15 zł za cztery tomy. Natomiast Trylogia Sienkiewicza z 1956 roku w sześciu tomach, podobnie wydana, ale w nakładzie 30 000 egzemplarzy, kosztowała 120 zł. To bardzo dużo jak na tamte czasy. Ludzie przeciętnie zarabiali wtedy około 1000 zł. Wygląda więc na to, że literatura rosyjska za czasów komunistów była dotowana. Czy jest zatem tak, jak niektórzy utrzymują, że to zawsze jest imperializm rosyjski, bez względu na to czy jest czerwony, czy biały? Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ja za te cztery tomy zapłaciłem… 15 zł plus 10 zł za przesyłkę.

Iwan Kalita

Wojna na Ukrainie trwa w najlepsze i nie wiadomo, kiedy się skończy. Władze straszą nas cały czas, że jak Ukraina padnie, to Rosja zaatakuje Polskę, bo Rosja ma w genach imperializm. Czy istotnie tak jest? I jaka jest natura tego rosyjskiego imperializmu? Nie da się tego zrozumieć bez znajomości historii. W felietonie Tajemnica Maciejówki z 1926 roku Dołęga-Mostowicz pisze m.in. o czystce Stalina:

„Rosyjska partia komunistyczna w przeddzień zwycięstwa opozycji zdruzgotała wszystkie jej nadzieje. Wyparto z rosnących w siłę okopów sztandarowych ludzi protestu. Legł Zinowiew i Trocki, Kamieniew i Piatakow. Winniśmy zdać sobie sprawę z ogromu wagi tego jeżeli nie przełomu, to ostrego zakrętu w ewolucji ruchu komunistycznego.

Nie wolno się łudzić. Zwycięstwo Stalina – to nawrót do idei Iwana Kality, nawrót do polityki imperialistycznej, której hasłem wcześniej czy później będzie carska dewiza sowieckiego dyplomaty Joffego z roku 1920-go: Sobiranje ruskoj ziemli (Zbieranie ruskiej ziemi).”

Trochę to, o czym pisze Dołęga-Mostowicz wydaje się być niespójne, bo hasłem bolszewików było zwycięstwo komunizmu na całym świecie, a nie – ograniczanie się do zbierania ziem ruskich. Tu chyba jednak wychodzą na wierzch jego korzenie z Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli dawnej Rusi Kijowskiej, co automatycznie musi oznaczać strach przed Rosją. Wspomniał on również o Iwanie Kalicie. Warto więc sobie przybliżyć tę postać, bo wywarła ona decydujący wpływ na przyszłość Rosji. Poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

Iwan I Kalita (ur. ok. 1288, zm. 31 marca 1340 w Moskwie) – również Iwan Daniłowicz, władca ruski, od 1325 książę moskiewski, syn Daniela, pierwszego księcia Moskwy, wnuk Aleksandra Newskiego z dynastii Rurykowiczów.

Jako panujący we Włodzimierzu nad Klaźmą uzyskał od Tatarów, zgodę na przyjęcie tytułu wielkiego księcia (jarłyk 1328 od Ozbega) i prawo zbierania podatków z całej Rusi (stąd przydomek Kalita znaczący sakiewka). W zamian za tytuł ten Iwan poprowadził 50 tys. wojowników mongolskich oraz ruskich przeciwko zbuntowanemu Twerowi. W ten sposób ośrodek władzy Rusi został przeniesiony z Włodzimierza do Moskwy. Sprawując rządy w Moskwie (od śmierci brata – Jerzego) Iwan szybko zdobył sobie reputację pracowitego, spokojnego i łaskawego władcy. Kontynuował on politykę swego poprzednika zmierzającą do powiększania moskiewskich posiadłości książęcych, jednak uczynił to w niespotykany dotąd sposób. Pożyczał pieniądze innym książętom, żądając w zamian zabezpieczenia na miastach i wsiach, niewypłacalnym dłużnikom odmawiał prolongowania długu i przyłączał te terytoria do księstwa moskiewskiego.

Moskwa stała się siedzibą metropolity Cerkwi prawosławnej w 1326 roku. Iwan otoczył stolicę dębową palisadą, tworząc fortecę zwaną Kremlem. Ufundował także kamienny sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Skupowanie ziemi, budowa cerkwi, soboru oraz fortyfikacji wymagała gromadzenia funduszy (stąd jego przydomek „Kalita” – sakiewka), w tym celu wykorzystywał część z danin, jakie zbierał dla Tatarów jako wielki książę. W 1335 roku Nowogród Wielki uznał władzę wielkiego księcia Iwana.

x

Skąd się wzięło to „zbieranie ruskiej ziemi”? Kościół zachodni od początku swego istnienia stanowił strukturę scentralizowaną, hierarchiczną i niezależną od władzy świeckiej. I tak Zachód rozumiał Kościół powszechny. Natomiast Wschód rozumie Kościół powszechny jako związek Kościołów lokalnych (autokefalia), natomiast naczelną i jedyną władzą jest sobór powszechny. Dopuszcza jednak – jeśli nie w sensie prawnym, to faktycznie – podległość Kościoła władzom świeckim (cesarzom bizantyjskim, carom Rosji). Prawosławie odmawia papieżowi władzy nad całym Kościołem, zaś katolicyzm odrzuca bizantyjski cezaropapizm. Reformacja była więc w pewnym sensie powrotem do zasad prawosławia: czyja władza, tego religia. Dlatego prawosławie i protestantyzm zawsze razem przeciwko katolicyzmowi.

Jednak rozłam w prawosławiu nastąpił. W 1299 r. podczas wojny pomiędzy chanami złotoordyjskimi Toktą i Nogajem metropolita kijowski Maksym przeniósł swą siedzibę ze zniszczonego Kijowa do Włodzimierza nad Klaźmą. W 1325 r. metropolita Wszechrusi Piotr przeniósł swą siedzibę z Włodzimierza nad Klaźmą do Moskwy. W wyniku zaistniałej sytuacji książęta halicko-wołyńscy rozpoczęli starania o utworzenie nowej, drugiej metropolii na Rusi z siedzibą w Kijowie, na co patriarcha Konstantynopola wyraził zgodę w 1414 roku.

W 1448 roku metropolia moskiewska uzyskała niezależność od Patriarchatu Konstantynopolitańskiego (status autokefalii), a metropolita Jonasz tytuł Metropolity Moskwy i Wszechrusi. Działo się to zaledwie na 5 lat przed upadkiem Konstantynopola, toteż Moskwa zaczęła być postrzegana jako sukcesorka jego tradycji, co zrodziło pojęcie Trzeciego Rzymu. W 1589 roku metropolita Jow stał się pierwszym patriarchą Moskwy i Wszechrusi.

x

Najstarsze źródło do historii Rusi Kijowskiej Powieść minionych lat wiąże początki tego państwa z rokiem 862, w którym wódz Waregów Ruryk przybył do Nowogrodu Wielkiego w celu zażegnania sporów pomiędzy plemionami wschodniosłowiańskimi i fińskimi. Oleg Mądry z przyczyn geopolitycznych przeniósł w 882 roku stolicę swego państwa z Nowogrodu Wielkiego (Holmgard) do Kijowa (Kaenugard), co dało początek Rusi Kijowskiej. Nowogród Wielki pozostawał jednak aż do końca XII wieku największym miastem ruskim. Z czasem staronordyjską nazwę Gardariki, oznaczającą pierwotnie Ruś Północną z głównym ośrodkiem w Nowogrodzie, przeniesiono na całą Ruś Kijowską. Państwo staroruskie było początkowo luźnym związkiem plemion czy księstw, które do lat 50. X wieku zachowały szeroką autonomię. Wielcy książęta kijowscy Oleg (panujący do 912 lub 922) i Igor Rurykowicz (panujący w latach 912/922–945) podpisali z Bizancjum układy handlowe, które gwarantowały krajowi zyskowny handel.

Ekspansja terytorialna Rusi w latach 862-980; źródło: Wikipedia.

Czasy panowania Jarosława I Mądrego i Włodzimierza Wielkiego stanowiły okres zarówno najszerszego rozwoju terytorialnego Rusi Kijowskiej jak i rozwoju kultury. Ożeniony z siostrą cesarza bizantyńskiego Anną Porfirogenetką książę Włodzimierz I w 988 roku przyjął chrzest i uczynił z chrześcijaństwa wschodniego rytu religię państwową.

Ruś Kijowska osiągnęła swoje apogeum za Jarosława I Mądrego. Umierając w 1054 roku, Jarosław I podzielił to państwo pomiędzy swoich synów. Ustanowione przez niego zasady dziedziczenia tronu książęcego, reguła senioratu (najstarszy męski przedstawiciel rodu), nie zapobiegły rozbiciu jedności politycznej państwa. Kijowski władca Włodzimierz II Monomach zatrzymał proces rozdrobnienia dzielnicowego, ale nie na długo. Po roku 1132 Ruś weszła w okres rozdrobnienia feudalnego. W drugiej połowie XII wieku Kijów stracił ostatecznie swoje znaczenie polityczne na rzecz innych ośrodków, głównie Włodzimierza.

Księstwa Rusi Kijowskiej po śmierci Jarosława Mądrego w 1054 roku; źróło: Wikipedia.

W 1240 roku na skutek najazdu mongolskiego większość księstw ruskich utraciła niezależność polityczną na rzecz Złotej Ordy. Tatarzy nie przejęli bezpośrednich rządów w podbitych księstwach, zadowolili się każdorazowym zatwierdzaniem kandydata do tronu książęcego we Włodzimierzu, który z kolei pełnił funkcje zwierzchnie nad resztą książąt ruskich i miał prawo zwracania się o pomoc do chana. Moment ten oznaczany bywa za koniec Rusi Kijowskiej, choć historiografia rosyjska uważa przede wszystkim Wielkie Księstwo Włodzimierskie, a historiografia ukraińska księstwo halicko-wołyńskie, za kontynuację państwowości staroruskiej.

Ekspansja terytorialna Litwy na ziemie południowej i zachodniej Rusi w latach 1230-1462; źródło: Wikipedia.

Korzystając z rozbicia dzielnicowego i osłabienia Rusi walkami z Tatarami, Litwa w latach 1240–1392 podbiła większość zachodnich księstw ruskich, a samo państwo litewskie szybko uległo zruszczeniu. Jako pierwsze zostały podbite i przyłączone do Litwy ziemie dzisiejszej Białorusi – księstwa Połockie i Pińskie. Po klęsce poniesionej przez Księstwo Kijowskie w bitwie z wojskami litewskimi nad Irpieniem (1320) Kijowszczyzna stała się zależna od Litwy, a w 1362 roku bezpośrednio do niej wcielona. Podbój Kijowszczyzny przez Litwę oznaczał gwałtowne zerwanie jej dotychczasowych więzi z Rusią Północno-Wschodnią. Z inicjatywy książąt litewskich Rurykowicze zostali pozbawieni władzy w Kijowie, po czym emigrowali do Briańska, a następnie Riazania. W wyniku wojny polsko-litewskiej (1340–1392) zostało zlikwidowane księstwo halicko-wołyńskie, a jego terytorium rozdzielone pomiędzy Polskę i Litwę.

Rozdrobnienie feudalne, jakie w dziejach wielu państwowości, takich jak polska czy hiszpańska, było tylko epizodem i kończyło się ponowną integracją, w przypadku Rusi Kijowskiej zakończyło się trwałym upadkiem. Próby scalania ziem ruskich podejmowali władcy księstw czernihowskiego, halicko-wołyńskiego i włodzimierskiego. Osłabienie kniaziów halicko-wołyńskich, czernihowskich i smoleńskich spowodowane licznymi wojnami z Litwą, Złotą Ordą i innymi krajami doprowadziło do wzrostu znaczenia Rusi Północno-Wschodniej. W okresie panowania tatarskiego i litewskiej ekspansji wodzem dużej rangi i zręcznym politykiem okazał się książę nowogrodzki Aleksander Newski. W 1240 roku pokonał Szwedów (bitwa nad Newą), w 1242 roku inflancką gałąź zakonu krzyżackiego (bitwa na jeziorze Pejpus) i w 1245 roku rozbił najeżdżające Ruś Północną wojska litewskie. W 1249 przyjął tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1263 roku na mocy testamentu Aleksandra Newskiego zostało powtórnie wydzielone Księstwo Moskiewskie, którego władcy najpierw doprowadzili do scalenia ziem Rusi Północno-Wschodniej, następnie kierowali się polityką „zbierania” pod swoim berłem wszystkich ziem dawnej Rusi Kijowskiej. W 1591 roku zostało zniesione ostatnie księstwo udzielne w Carstwie Rosyjskim. Na Litwie niektóre ruskie księstwa udzielne z symbolicznymi kompetencjami kniaziów przetrwały do 1795 roku.

x

Czym więc tak naprawdę było zbieranie ziem ruskich? Było i jest chęcią scentralizowania i zhierarchizowania prawosławia na wzór katolicyzmu, z tą jednak różnicą, że zamiast hierarchy kościelnego jako zwierzchnika całego Kościoła prawosławnego, ma być nim państwo. W ten sposób Cerkiew, udająca autokefaliczną, czyli niezależną, może rozwijać się w innych państwach, nie narażając się na zarzuty, że działa w interesie Moskwy. Fałsz i obłuda typowa dla arianizmu, z którego wywodzi się prawosławie. O tym pisałem w blogu Arianie.

Litwa podbija zachodnie i południowe księstwa ruskie i tak dochodzi do powstania Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak Litwa jest zbyt małym państwem, by obronić te ziemie przed rosnącą potęgą Moskwy. Pomysłem na to miała być unia (1569) z Królestwem Polskim, które było znacznie mniejsze pod względem obszaru i nieco mniej ludne. WKL jest nadal luźnym związkiem ruskich księstw, które nie chcą podporządkować się Moskwie. Po prawie dwustu latach unii personalnej, czyli dostosowywaniu Królestwa Polskiego do standardów WKL, powstaje unia realna polsko-litewska. I w ten sposób kijowski pierdel, serdel, burdel staje się standardem nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą. Książęta i feudałowie kijowscy i litewscy, zwani bojarami, przechodzą na katolicyzm i język polski. I od tego momentu kijowskie warcholstwo, pieniactwo, skłonność do buntów i awantur, niechęć do podporządkowania się władzy zwierzchniej, z których wynikała wrogość do Moskwy, były postrzegane w Europie jako polskie.

Podział administracyjny Kościoła greckokatolickiego w Rzeczypospolitej w 1772 roku; źródło: Wikipedia.

W tym nowym państwie dominującym wyznaniem było prawosławie. W związku z tym powstał problem. Było to już po tym, jak w Europie zachodniej dokonała się reformacja (1517) z jej zasadą: czyja władza, tego religia. Oczywistym więc było, że Moskwa będzie miała wpływ na takie państwo. By uniknąć jej ingerencji wymyślono unię brzeską (1596), na mocy której prawosławni Rzeczypospolitej przyjęli zwierzchność papieża, zachowując swoją liturgię i obrzędy. I tak powstał kościół greckokatolicki. Po rozbiorach Rosja zaczęła „odkręcać” skutki unii na zajętym przez siebie obszarze. Natomiast w części przypadłej Austrii, Maria Teresa otoczyła ten kościół szczególną opieką. Ta część, w której on przetrwał to Galicja Wschodnia. I stąd u niektórych Ukraińców takie ciągotki proniemieckie i proeuropejskie.

Pierdel, serdel, burdel jaki stworzyli na obszarze I RP Rusini i Litwini, a właściwie ci wysługujący się nimi, nie mógł trwać długo. Po III rozbiorze w 1795 roku pojawiło się na krótko Księstwo Warszawskie (1807-1812). Po klęsce Napoleona, po kongresie wiedeńskim w 1815 roku, z ziem Księstwa, bez Wielkopolski i Krakowa, utworzono Królestwo Polskie podległe Rosji. Tak więc zachód uznał, że ziemie polskie to rosyjska strefa wpływu. Skutek dla ludności polskiej był opłakany. Po powstaniu listopadowym Królestwo stało się częścią Rosji. Nastąpił napływ ludności rosyjskiej do administracji centralnej, terenowej i innych instytucji. Na terenie całego Królestwa budowano cerkwie, tworząc w ten sposób wspólnoty prawosławne, które przetrwały do dziś. I cerkwie również. W powieści Anna Karenina Lwa Tołstoja jest taki fragment:

Mężczyźni stanęli dookoła wonnych wódek i zakąsek, a rozmowa między Koznyszewem, Kareninem i Piescowem o zruszczeniu Polski przycichła w oczekiwaniu obiadu.
Karenin dowodził, że zruszczenie polski może się odbyć jedynie po zastosowaniu wyższych zasad, które wyprowadzić winna rosyjska administracja.
Piescow upierał się, że jeden naród zasymiluje drugi tylko wówczas, gdy ma większą gęstość zaludnienia.

Te 100 lat Królestwa pod rosyjskim zaborem zrobiło swoje. Ci ludzie – po trzech, czterech pokoleniach – nadal byli prawosławnymi. Mieli cerkwie i swoje wspólnoty. I to z nich w dużym stopniu rekrutowała się kadra urzędnicza II RP. A po II wojnie światowej przesiedlano z Kresów głównie tzw. mniejszości, czyli prawosławnych i grekokatolików. Nie powinno więc dziwić, że mamy tak dużo środowisk kresowych. Również przechodzenie części niektórych prawosławnych na katolicyzm miało i ma miejsce.

Podział i parafie Kościoła w 2019 roku; źródło: Wikipedia.

Tak więc moje twierdzenie, że w obecnej Polsce mamy więcej ludzi z prawosławnymi niż katolickimi korzeniami, nie jest bezpodstawne. Do takich wniosków skłania analiza historii ziem polskich. Proces podmiany narodu polskiego na obcy trwa od unii personalnej z Litwą. Polska piastowska była państwem o zrównoważonych stanach. Chłopi byli przeważnie wolnymi ludźmi i powoli tworzyło się polskie mieszczaństwo. Proces ten został przerwany przez Jagiellonów. To za ich panowania chłopi stali się niewolnikami, mieszczaństwo zredukowane, a szlachta powoli zawłaszczała sobie całe państwo. Chodziło o to, by w Królestwie był taki sam ustrój, jak w WKL, czyli feudalizm i niewolnictwo chłopów. I dopiero wówczas mogło dojść do unii realnej. O tym pisałem w blogu Jagiellonowie. W ten sposób naród polski zredukowano do roli chłopów-niewolników, a obce elity spolszczały się poprzez przejście na katolicyzm i język polski.

W jaki sposób dokonywała się podmiana narodu polskiego na obcych? Poprzez zmianę wyznania, ale przede wszystkim poprzez język. Obecnie wszyscy, którzy mówią po polsku uważają się za Polaków i jeśli komuś się powie, że jest Białorusinem czy Ukraińcem, to się obrazi. Natomiast, gdy Szkotowi, który od urodzenia mówi po angielsku, ktoś powie, że jest Anglikiem, to mocno ryzykuje, bo może dostać w gębę.

Ciekawą informację znalazłem w książce Normana Daviesa Boże igrzysko (Znak 1999). Pisze on m.in. tak (wytłuszczenie W.L.):

„Duch Komisji Edukacji Narodowej unosił się nad krajem jeszcze długo po jej rozwiązaniu. Przez kilka dziesięcioleci władze mocarstw rozbiorowych nie zwracały większej uwagi na szkoły w ich polskich prowincjach. Szczególnie rząd carski był dziwnie ospały. Na Litwie, Białorusi i Ukrainie szkoły polskie, powstałe przed rozbiorami, działały w dalszym ciągu. Polskie Liceum w Krzemieńcu na Wołyniu, założone w 1805 r., oferowało uczniom kursy na poziomie uniwersyteckim. W okręgu Uniwersytetu Wileńskiego, którego kuratorem był Adam Jerzy Czartoryski, działało 70 polskich szkół średnich oraz ponad tysiąc podstawowych. W Księstwie Warszawskim i w Królestwie Kongresowym rozwój polskich szkół postępował bez poważniejszych zakłóceń. Komisja oświatowa Księstwa wprowadziła powszechną naukę na poziomie podstawowym. (…) Polski system oświatowy znacznie wyprzedzał w tym okresie wszystkie systemy istniejące na terytorium centralnej Rosji. W Prusach natomiast państwowy system oświaty był od samego początku nastawiony na upowszechnienie kultury niemieckiej; z wyjątkiem Wielkiego Księstwa Poznańskiego (1815-31) nie podejmowano żadnych prób w kierunku rozwoju szkolnictwa polskiego. W Prusach nigdy nie było polskiego uniwersytetu. Od studentów chcących uzyskać wyższe wykształcenie automatycznie wymagano znajomości języka niemieckiego i musieli oni podejmować studia na uczelniach niemieckich.”

Po powstaniu listopadowym następuje w Wielkopolsce intensywna germanizacja, a w Kongresówce – rusyfikacja. Natomiast na wschodzie mamy już nowych „Polaków”. Czy nie jest tak, że największa wrogość jest pomiędzy tymi, którzy „przeszli” na polskość, a tymi, którzy pozostali przy swojej narodowości? Bo jak inaczej wytłumaczyć nienawiść Litwinów do wszystkiego, co polskie i ich obłąkaną walkę z językiem polskim. Nienawidzą tych Litwinów, którzy stali się „Polakami”, a Litwin Czartoryski „naprodukował” ich niemało. I pewnie stąd ten klin – wychodzący z ziem polskich, skierowany swym ostrzem w kierunku północno-wschodnim i sięgający Wilna – jakim się oznacza na mapach przewagę ludności polskiej na Litwie.

x

Unia polsko-litewska skutkowała tym, że Królestwo Polskie zostało zdominowane przez WKL. Powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, nadal nazywane Koroną. W ten sposób jej elity podporządkowały sobie nowe państwo zwane Rzeczpospolitą i wyznaczyły jej cel istnienia: walka z Rosją i odzyskiwanie utraconych ziem, co też prowadziło do konfliktów z Turcją. Po upadku tego tworu Rosja przystąpiła do akcji i wkroczyła po raz pierwszy na ziemie polskie. Podporządkowała sobie Królestwo Kongresowe i zruszczyła je. Po drugiej wojnie światowej przesiedlono na ziemie poniemieckie w większości ludność prawosławną z Kresów, najwięcej Ukraińców. Po 24 lutego 2022 roku przesiedlono kilka milionów Ukraińców. I tak obecne państwo, zwane III RP, jest zasiedlone w dużym stopniu, prawdopodobnie w większości, przez ludność prawosławną rytu kijowskiego i moskiewskiego lub z tymi korzeniami. Nie powinna więc dziwić polityka tego państwa, które interes Ukrainy stawia ponad wszystko. I władze tego państwa starszą nas, że jak nie pomożemy Ukrainie, to Rosja na nas napadnie. Czy może do tego dojść?

Rosja nie musi tego robić, gdyż na terenie III RP może do tego wykorzystać cerkiew prawosławną. I zapewne tak czyni w myśl zasady: czyja religia, tego władza. Dysponuje więc realną władzą na jej terenie. I o to m.in. toczy się również walka na Ukrainie. Rząd ukraiński delegalizuje Rosyjską Cerkiew Prawosławną, bo wie, że bez tego rosyjskie wpływy na Ukrainie nadal będą duże i uniezależnienie od Rosji będzie fikcyjne. Wcześniej łudzono się, że unia z Polską pomoże w nim, a obecnie, że wejście do NATO i unii. Natomiast Rosja nie odstąpi od zbierania ruskich ziem.

Wojna na Ukrainie kosztuje. III RP zadłuża się na potęgę. Czy nie będzie tak, jak w przypadku Iwana Kality, który najpierw mocno opodatkował podległe mu księstwa, a gdy tym zabrakło pieniędzy, to udzielił im kredytów, których te księstwa nie były w stanie spłacić i w ten sposób wchłonął je. Z III-ą RP ci, którzy dają jej te kredyty, zrobią to, co im się żywnie spodoba. Taki jest głównie cel udzielania niespłacalnych kredytów.

Proces marginalizowania narodu polskiego i częściowej jego podmiany można podzielić na parę etapów. Pierwszy to unia z Litwą. W tym momencie zapoczątkowano marginalizację elit Królestwa Polskiego. Następnym etapem był potop szwedzki. Właściwie to były dwa potopy: szwedzki i rosyjski. Rosyjski nie był potopem w takim sensie, w jakim był nim potop szwedzki. Była to aneksja ziem byłej Rusi Kijowskiej bez Litwy, która poszła na układ ze Szwecją. Rosjanie niczego nie niszczyli, bo traktowali te ziemie jak swoje. Natomiast potop szwedzki był tragedią dla Korony (bez części ukraińskiej, zajętej przez Rosję) i jej ludności. Szwedzi niszczyli, plądrowali, palili zamki, nawet gdy ich załogi poddawały się, wywozili dobra kultury. Ucierpiał polski lud i arystokracja, w której przypadku tego, czego nie dokonała unia z Litwą, dokonał potop szwedzki. Kolejnym etapem było wykształcenie nowych elit, bardziej masowych. Dokonało się to na terenie zaboru rosyjskiego, na ziemiach byłego WKL. (W tym czasie na ziemiach polskich: w zaborze pruskim – germanizowano, a w Królestwie rusyfikowano Polaków.) W ten sposób stworzono nową warstwę społeczną, nowych „Polaków”, dla której język polski stał się językiem podstawowym. I oni, a już na pewno ich potomkowie, mogli się uważać za Polaków. Jak jeszcze przeszli na katolicyzm, to stawali się stuprocentowymi Polakami. Czy nie zakrawa na ironię fakt, że liceum krzemienieckie powstało na Wołyniu? Kolejnym etapem była próba stworzenia przez władze sanacyjne ukraińskiego okręgu autonomicznego na Wołyniu jako zaczątku nowego państwa ukraińskiego. Był to tzw. eksperyment wołyński. O tym w blogu Eksperyment wołyński. Po wojnie przyszły przesiedlenia ludności prawosławnej z Kresów na ziemie poniemieckie. I ostatnim etapem jest osiedlenie kilku milionów Ukraińców na terenie III RP po 24 lutego 2022 roku.

Taka jest moja interpretacja otaczającej nas rzeczywistości. Można się z nią zgadzać lub nie, ale sądzę, że warto zastanawiać się nad tym, dlaczego ten kraj, słusznie nazywany krajem Zulu-Gula, jest taki nienormalny. Czy był w historii świata taki eksperyment, taka unia?

x

O konflikcie rosyjsko-ukraińskim na tle wyznaniowym i o prawosławiu pisałem w blogu Czyja władza, tego religia i w blogu Czyja religia, tego władza.

Stanowisko

Nigdy nie byłem zwolennikiem romansów i nigdy żadnego z nich nie przeczytałem. Jednak jeden taki stoi u mnie na półce w bibliotece. To Anna Karenina Lwa Tołstoja, wydany przez PIW w 1960 roku w przekładzie Kazimiery Iłlakowiczówny. Sięgnąłem więc po tę książkę, bo już jestem zmęczony tym wszystkim, co widzę w internecie. Kiedyś mówili, że jak wejdziemy do NATO, to będziemy bezpieczni. Dziś jesteśmy w tym sojuszu i mówią nam, że Rosja nam zagraża. Kiedyś mówili, że jak wejdziemy do unii to będzie lepiej. Teraz coraz częściej mówią, że trzeba z unii wyjść, bo na tym tracimy. Kiedyś było źle w Układzie Warszawskim i w RWPG, a teraz – w NATO i w unii. Nie brak głosów, że powinniśmy skierować się na wschód, że tylko Słowianie itp. Jak to nie jest dom wariatów, to co to jest? Sięgnąłem więc w swojej desperacji po tę książkę w nadziei, że znajdę w niej coś ciekawego. To chyba też rodzaj jakiejś schizofrenii, bo skoro nigdy nie przeczytałem żadnego romansu, bo mnie to nie interesowało, to co ciekawego mógłbym tam znaleźć? Ale jak mówią: tonący chwyta się brzytwy albo: kto szuka, ten znajdzie. Jest jeden rozdział w tej powieści, wyraźnie odróżniający się od reszty. To „znalezisko” poniżej. Może jednak na początek parę informacji z Wikipedii:

Anna Karenina (ros. Анна Каренина) – klasyczna powieść psychologiczna rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja. Powieść powstała w latach 1873–1877, została wydana w latach 1875–1877, a polskie wydanie ukazało się w latach 1898–1900, w przekładzie J. Wołowskiego. Powstało wiele adaptacji filmowych opartych na tej powieści zarówno rosyjskich jak i międzynarodowych m.in. w 1997 z Sophie Marceau czy w 2012 z Keirą Knightley.

Stiepan Arkadiewicz Obłoński, nazywany Stiwą – brat Anny Kareniny, mąż Darii Aleksandrownej ze Szczerbackich, ojciec siedmiorga dzieci (z których przy życiu pozostało pięcioro). Zdradzał żonę z francuską guwernantką swych dzieci, co doprowadziło do konfliktu między małżonkami. Dzięki pomocy Anny, Stiwie udało się jednak uzyskać przebaczenie żony. Mieszka i pracuje w Moskwie jako naczelnik jednego z rosyjskich urzędów (pracę otrzymał dzięki szwagrowi, Aleksemu Kareninowi). Stiwa Obłoński jest człowiekiem wesołego usposobienia, bezpośrednim, o sympatycznym obejściu; jest jednak również egocentrykiem i hedonistą, dbającym tylko o własną wygodę.

Interesa Obłońskiego stały nienajlepiej. 
Pieniądze za dwie trzecie lasu były już zjedzone i prawie całą resztę wybrał u kupca, z potrąceniem dziesięciu procent. Kupiec więcej pieniędzy nie dawał, tym bardziej że tej zimy Daria Aleksandrowna po raz pierwszy obstając przy prawie do swego własnego majątku odmówiła położenia na kontrakcie podpisu stwierdzającego, że pieniądze za resztę lasu otrzymała. Całą gażę pochłaniały wydatki na utrzymanie domu i na spłacenie drobnych długów, którym nigdy nie było końca. Nie mieli ani grosza.
Było to nieprzyjemne, niewygodne i tak dłużej, zdaniem Stiepana Arkadjicza, trwać nie mogło. Uważał on, że całe zło płynęło z jego zbyt małej gaży. Zajmowana przezeń posada mogła się oczywiście liczyć do wielce korzystnych pięć lat temu, obecnie jednak stosunki całkiem się zmieniły. Pietrow, który był dyrektorem banku, otrzymywał dwanaście tysięcy. Święcicki – jako członek rady nadzorczej pewnego towarzystwa – siedemnaście. Mitin założył bank i brał pięćdziesiąt. „Oczywiście zaspałem i zapomniano o mnie” – medytował Stiepan Arkadjicz. Począł tedy nadsłuchiwać, wypatrywać i wynalazłszy pod koniec zimy bardzo dobre stanowisko ruszył do ataku – najpierw z Moskwy przez ciotki, stryjów, przyjaciół, a później, gdy sprawa dojrzała, na wiosnę sam pojechał do Petersburga. Była to jedna z tych różnego kalibru posad – obecnie w Rosji namnożyło się więcej, niż bywało dawniej, przytulnych posadek łapowniczych – przynoszących od tysiąca do pięćdziesięciu tysięcy rubli rocznego dochodu, a mianowicie stanowisko członka Komisji Połączonych Agentur Wzajemnego Kredytu Kolei Południowych i Instytucji Bankowych. Posada owa wymagała, jak wszystkie tego rodzaju stanowiska, takiej olbrzymiej wiedzy i takiej aktywności, jakie rzadko dadzą się znaleźć u jednego człowieka. Ponieważ człowiek łączący w sobie te wszystkie zalety nie istniał, tedy w każdym razie lepiej było, by posadę taką zajmował ktoś uczciwy niż nieuczciwy. Obłoński był nie tylko człowiekiem przyzwoitym (bez nacisku na to słowo), ale był człowiekiem uczciwym (z naciskiem) w tym specyficznym znaczeniu, w jakim używa się go w Moskwie, gdy się mówi, uczciwy działacz, uczciwy pisarz, uczciwa gazeta, uczciwa instytucja, uczciwa tendencja – nie tylko mając na myśli to, że dany człowiek czy instytucja są bez zarzutu pod względem moralnym, lecz przy okazji zdolne są spłatać małego figla rządowi. Obłoński obracał się w Moskwie wśród kół, gdzie słowo to było w użyciu, uważany był tam za człowieka uczciwego (z naciskiem) i stąd miał na tę posadę więcej praw niż ktokolwiek inny.
Stanowisko owo przynosiło od siedmiu do dziesięciu tysięcy rubli rocznie i Obłoński mógł je objąć nie porzucając swej rządowej posady. Zależało to od paru ministerstw, od pewnej damy i od dwóch Żydów. Wszystkie te osoby Obłoński musiał, mimo że grunt był tam wszędzie już przygotowany, odwiedzić w Petersburgu. Poza tym obiecał siostrze swej Annie, że uzyska od Karenina odpowiedź co do rozwodu. Wyprosiwszy więc u Dolly pięćdziesiąt rubli pojechał do Petersburga.
Siedząc w gabinecie Karenina i wysłuchując jego memoriału o powodach złego stanu finansów Rosji Obłoński czekał tylko chwili, gdy ten skończy, by zacząć mówić o swojej sprawie i o Annie.
- Tak, to zupełnie słuszne – rzekł, gdy Karenin zdjąwszy pince-nez, bez którego obecnie czytać nie mógł, pytająco spojrzał na swego byłego szwagra – to bardzo trafne, ale mimo to zasadą naszych czasów jest wolność.
- Owszem, lecz ja wysuwam inną zasadę, w której mieści się także i zasada wolności – odparł Karenin podkreślając słowo „mieści” i wkładając znów pince-nez, by na dowód przeczytać słuchaczowi ustęp, gdzie to było powiedziane.
I przerzuciwszy pięknie napisany manuskrypt o wielkich marginesach Karenin odczytał ustęp ponownie.
- Jestem przeciwny systemowi protekcyjnemu nie gwoli poszczególnych osób, lecz dla dobra ogółu, dla dobra klas niższych na równi z wyższymi - wykładał spoglądając na Obłońskiego sponad pince-nez. - Lecz oni tego pojąc nie mogą: są zajęci jedynie prywatnymi interesami i ulegają urokowi frazesów.
Obłoński wiedział, że gdy Karenin poczyna mówić o tym, co robią i co mówią oni, ci właśnie, którzy odrzucili jego projekty i którzy winni byli wszelkiemu złu, jakie działo się w Rosji, wówczas już niedaleko do końca. Dlatego odstąpił na razie od zasady wolności i wyraził całkowitą zgodę. Karenin umilkł i począł w zamyśleniu przerzucać swój rękopis.
- Ale, ale, nawiasem mówiąc - zaczął Obłoński - chciałem cię prosić, byś w sposobnej chwili, gdy spotkasz Pomorskiego, szepnął mu słówko, że chciałem bardzo otrzymać wakujące stanowisko członka Komisji Połączonych Agentur Wzajemnego Kredytu Kolei Południowych.
Już się był przyzwyczaił do wymawiania tej nazwy, tak bliskiej jego sercu, i potrafił wypowiedzieć ją szybko i bezbłędnie.
Karenin najpierw wypytał szwagra, na czym polega działalność tej nowej komisji, a potem zamyślił się: medytował, czy w czynnościach tej instytucji nie było czegoś sprzecznego z jego projektami. Ponieważ jednak działalność tej placówki była bardzo skomplikowana, a jego projekty miały ogromnie obszerny zasięg, nie mógł się od razu zorientować, zdjął więc pince-nez i oświadczył:
- Niewątpliwie, mogę mu o tym powiedzieć; ale po co ci właściwie to stanowisko?
- Dają dobrą pensję, do dziewięciu tysięcy, a moje środki...
- Dziewięć tysięcy - powtórzył Karenin i zmarszczył brwi. Wysoka cyfra tych poborów przypomniała mu, że ewentualne stanowisko Obłońskiego sprzeciwiałoby się już przez to samo głównemu celowi jego memoriałów, które wszystkie zmierzały ku oszczędności.
- Znajduję i napisałem o tym notatkę, że te olbrzymie pensje naszych czasów są oznaką fałszywej ekonomicznej assiette1 naszej administracji.
- Jakże chcesz! - bronił Obłoński. - Przypuśćmy nawet, że dyrektor banku bierze dziesięć tysięcy. Przecież jego praca jest tyle warta... Albo że inżynier otrzymuje dwadzieścia tysięcy. To też jest rzecz w każdym calu żywa!
- Moim zdaniem pobory są zapłatą za pewien towar i powinny podlegać prawu popytu i podaży. O ile zaś wymiar poborów odstępuje od tej zasady, jak gdy na przykład widzę, że z instytutu wychodzą dwaj inżynierowie, obaj o jednakowej wiedzy i uzdolnieniu, a potem jeden otrzymuje czterdzieści tysięcy, a drugi zadowala się dwoma tysiącami, albo to, że nominacje na dyrektorów banków z olbrzymimi poborami otrzymują absolwenci Wyższej Szkoły Prawniczej, huzarzy, ludzie nie mający żadnej wiedzy zawodowej - to wnioskuję stąd, że pensje wyznacza się nie według prawa popytu i podaży, lecz po prostu stronniczo. Tu leży właśnie nadużycie, rzecz sama przez się poważna i wywierająca poza tym zły wpływ na służbę państwową. Przypuszczam, że...
Obłoński szybko mu przerwał:
- Tak, ale musisz się zgodzić, że powstaje nowa niewątpliwie pożyteczna instytucja. Jak sobie chcesz, placówka pełna życia! A specjalnie chodzi im o to, by sprawy były załatwiane uczciwie - i Stiwa wymówił ostatnie słowo z właściwym naciskiem.
Moskiewska wykładnia wyrazu uczciwy była jednak Kareninowi obca.
- Uczciwość jest właściwością negatywną - powiedział.
- Oddałbyś mi wielką przysługę - nalegał Obłoński - gdybyś zechciał jednak rzec słóweczko Pomorskiemu. Tak tylko w rozmowie...
- Zdaje mi się, że to raczej zależy od Bołgarinowa.
- Bołgarinow ze swej strony wyraził całkowitą zgodę - powiedział Obłoński czerwieniąc się.
Zaczerwienił się na wzmiankę o Bołgarinowie. Tego samego bowiem dnia odwiedził tego Żyda i wizyta owa zostawiła mu przykry posmak. Obłoński był mocno przekonany, że sprawa, której chciał służyć, była nowa, żywotna i uczciwa; tego ranka jednak, gdy Bołgarinow, oczywiście rozmyślnie, dał mu na siebie czekać przez dwie godziny w pokoju przyjęć wraz z innymi petentami, poczuł nagły niesmak.
Czy dlatego, że on, potomek Ruryka, książę Obłoński, antyszambrował2 przez dwie godziny u Żyda, czy też dlatego, że po raz pierwszy w życiu nie szedł za przykładem przodków, którzy służyli wyłącznie rządowi, lecz zamierzał obrać nowe pole działania - w każdym razie czuł się wielce zażenowany. W ciągu tych dwóch godzin czekania u Bołgarinowa Obłoński przechadzając się raźno po poczekalni i rozprostowując bokobrody to nawiązywał rozmowę z innymi petentami, to obmyślał kalambur3 na temat swego antyszambrowania u Żyda, a przez cały czas ukrywał jak najstaranniej przed innymi - i nawet przed sobą samym - uczucie jakiego doznawał.
Przez cały ten czas było mu zdecydowanie przykro i czuł się nie wiedzieć dlaczego zaambarasowany: czy dlatego, że ze zdania: „Miałem do Żyda sprawę i wyczekiwałem”4 - nic się nie dawało zrobić, czy też z jakiegoś innego powodu. gdy Bołgarinow w końcu przyjął go - zresztą nadzwyczaj uprzejmie, a przy tym z niekłamaną satysfakcją z powodu jego upokorzenia, i dał mu odpowiedź prawie równoznaczną z odmową - Obłoński postarał się jak najprędzej o tym zapomnieć. I teraz dopiero, przypomniawszy sobie cały incydent, poczerwieniał.

Nie spodziewałem się, że znajdę coś, co jest tak aktualne. Przecież to wszystko dzieje się obecnie w Polsce w różnego rodzaju państwowych i prywatnych spółkach. Wyglądana na to, że ten mechanizm jest ponadczasowy, skoro tak było w Rosji pod koniec XIX wieku, gdy kształtował się ten współczesny kapitalizm, i tak jest teraz w Polsce i pewnie nie tylko w Polsce. Wygląda więc na to, że czy to kapitalizm, czy socjalizm, to jedna zasada jest niezmienna: zawsze decyzje podejmuje kolektyw. Raz nazywa się go zarządem spółki, radą nadzorczą, zgromadzeniem akcjonariuszy – a innym razem biurem politycznym, komitetem centralnym czy komitetem partyjnym. Problem jednak polega na tym, że kolektyw, jakikolwiek by on był, nie jest w stanie podjąć jednomyślnej decyzji. Te decyzje podejmuje ktoś anonimowy. I może właśnie dlatego ci ludzie, którzy dostają tak duże wynagrodzenie za pierdzenie w stołek, godzą się chętnie na rolę kukiełek: jak się sprzedawać, to za duże pieniądze. Ale czy te duże pieniądze są wystarczającym bodźcem? Gdyby nie całkowita bezkarność, to nawet wielkie wynagrodzenia nie byłyby w stanie przyciągnąć tylu chętnych. A jeśli nawet zdarzają się, bardzo rzadko, jakieś pokazowe procesy, to tylko po to, by przekonać naiwnych, że również władze podlegają prawu. Z punktu widzenia jednostki ryzyko jest, ale bardzo małe.

Kto więc tym wszystkim rządzi? Skoro zasada działania jest wszędzie taka sama i ponadczasowa, to tylko nacja rozproszona i zasymilowana jest w stanie tego dokonać. I zawsze ten brak odpowiedzialności: czy to socjalizm, czy kapitalizm; czy to polityka, czy gospodarka.

  1. Assiette (fr.) – tu: podstawa. ↩︎
  2. Antyszambrować – wyczekiwać w przedpokoju. ↩︎
  3. Kalambur – gra słów oparta na podwójnym znaczeniu wyrazów. ↩︎
  4. Miałem do Żyda sprawę i wyczekiwałem – w oryginale nieprzetłumaczalna gra słów: było dieło do żida i ja dożidał-sia. ↩︎

Opozycja

Zanim stał się znanym pisarzem, Dołęga-Mostowicz zasłynął jako publicysta i krytyk obozu Józefa Piłsudskiego, zwłaszcza po przewrocie majowym w 1926 roku. Jego antysanacyjne felietony padały ofiarą cenzury. W publicystyce komentował m.in. drażliwe polityczne sprawy: aresztowanie generała Malczewskiego, zaginięcie generała Zagórskiego i pobicie posła Zdziechowskiego. – Tak pisze Wikipedia i tak opisuje pobicie Dołęgi-Mostowicza:

8 września 1927 r. późnym wieczorem Tadeusz Dołęga-Mostowicz został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców. Sytuacja wydarzyła się półtora roku po przewrocie majowym, w momencie gorącej sytuacji politycznej.

Miesiąc przed tym wydarzeniem, 6 sierpnia 1927 r., zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach generał Włodzimierz Zagórski, przeciwnik rządzącej sanacji. Prasa, zwłaszcza prawicowa, codziennie drążyła sprawę zaginięcia. Podawano w wątpliwość oficjalną wersję o dezercji generała i pojawiały się sugestie, że za jego zniknięciem mogą stać czynniki rządowe. Ponieważ premierem wówczas był Piłsudski, zwolennicy sanacji odbierali te sugestie jako atak na Marszałka. Dołęga-Mostowicz w ironicznym felietonie „Nowa gra towarzyska” z 10 sierpnia również zasugerował, że Zagórski mógł zostać porwany. W kolejnych felietonach komentował zarówno przebieg śledztwa, jak i coraz częstsze ingerencje cenzury. Według relacji młodszego brata pisarza, Władysława, Mostowicz również osobiście prowadził dziennikarskie śledztwo na temat zaginięcia generała.

Do napaści na Mostowicza doszło 8 września ok. 23:30. Jak podała dwa dni później prasa, zaatakowało go siedmiu uzbrojonych w pałki mężczyzn, gdy wracał do swojego domu przy ul. Grójeckiej 44 w Warszawie. Napastnicy zagrodzili mu drogę ucieczki dwoma samochodami. Następnie ogłuszonego do nieprzytomności dziennikarza wrzucono do luksusowego samochodu (później ustalono, że był to czarny buick) i wywieziono do lasu w pobliżu Sękocina pod Warszawą. Tam wyrzucony do rowu został jeszcze raz pobity pałkami przez pięciu napastników, którzy wykrzykiwali: „A nie będzie tak pisał o Marszałku! Dziś ty dostałeś, jutro inni!”. Spłoszeni przez chłopskie furmanki, napastnicy odjechali, pozostawiając w lesie pobitego Mostowicza, który dowlekł się do szosy i z pomocą przejeżdżającego tamtędy rolnika dotarł do Warszawy ok. 4:30 nad ranem.

Akt terroru wobec dziennikarza potępiły zgodnie wszystkie gazety i siły polityczne. 13 września w „Rzeczpospolitej” Dołęga-Mostowicz podziękował za wyrazy wsparcia ze strony społeczeństwa, prasy oraz „osobistości politycznych różnych obozów, nie wyłączając rządowego”.

x

W felietonie Tajemnica cenzorskiego słówka z sierpnia 1927 roku Dołęga-Mostowicz m.in. pisał:

„Pan marszałek Piłsudski w kilka dni po dokonaniu przewrotu majowego powiedział: Powinność swą wobec Ojczyzny spełnili zarówno ci, którzy byli duszą i ciałem ze mną, jak i ci, którzy duszą i ciałem byli przeciw mnie. Potępić należy tylko obojętnych.

Pomijając aktualną, majową, wartość tych słów, co do której mamy zrozumiałe zastrzeżenia, z całkowitym uznaniem musimy podkreślić ich wielkie znaczenie jako zasady politycznej. Zasada ta słusznie uwydatnia wartość opozycji, więcej, bo nawet potrzebę jej istnienia, co zresztą od dawna zostało uznane za aksjomat.”

A więc zasadą polityczną demokracji, jak można się domyślić, jest konieczność istnienia opozycji. I jest to aksjomat, czyli twierdzenie, które przyjmuje się bez dowodu. Demokracja nie może istnieć bez opozycji i bez odpowiedniej frekwencji wyborczej, czyli zaangażowania zwykłych ludzi w politykę. To, czego boi się każda władza, to niska frekwencja wyborcza. Natomiast opozycja to nadzieja dla mas, które poprzez swój udział w akcie wyborczym legitymizują każdą nowo wybraną władzę i łudzą się, że tym razem będzie inaczej. Jednak takie rozwiązanie powoduje, że władza jest całkowicie zwolniona z jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo gdy kończy się jej kadencja, to przychodzą nowi hochsztaplerzy. I tak w kółko. Wszystko musi się zmieniać, by nic nie zmieniło się. Winston Churchill tak miał powiedzieć o demokracji:

Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba się płaszczyć przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przez nikim za swoje czyny.

W listopadzie 1928 roku Dołęga-Mostowicz napisał felieton Opozycja. Poniżej jego treść:

    Ogólnie uznaną jest prawdą konieczność istnienia opozycji, która w każdej formie życia zbiorowego przyczynia się do jego rozwoju, naprawy, postępu.
Potrzeba istnienia opozycji znalazła tak szerokie zrozumienie, że pewien monarcha, widząc, iż parlament jego państwa składa się z samych zwolenników rządu, kazał pewną liczbę posłów odkomenderować do robienia opozycji1.
Z drugiej znów strony znamy pewne mocarstwo, gdzie wszystko jest tak dalece wobec korony lojalne, że nawet przywódca opozycji nosi tytuł: Lider Opozycji Jego Królewskiej Mości.
Tym niemniej opozycja w parlamencie tego kraju jest opozycją istotną, tj. stawiającą sobie jako cel obalenie danego rządu i objęcie władzy.
Znamy jednak kraj, gdzie istnieją aż trzy opozycje: jedna na prawicy, druga na lewicy i trzecia obcoplemieńców.
Parlament tego państwa jest jednak tak dziwną instytucją, że tu opozycja posiada większość, i to znaczną, a zwolenników rządu odkomenderowuje ze swego grona2. Wprawdzie nie na stałe, ale na "wyrywki", dla niepoznaki.
Rząd w owym kraju trzyma się władzy właśnie przy pomocy opozycji, której ostatecznym i głównym celem jest - broń Boże nie dopuszczenie do upadku rządu.
Widzimy zatem, że opozycje bywają najróżnorodniejsze, tym niemniej zawsze znajdują... rację swej egzystencji.

Można więc z tego felietonu wyciągnąć wniosek, że opozycja jest tworem władzy, cała opozycja. Czy w takim razie Dołęga-Mostowicz jest również takim wykreowanym przez Piłsudskiego opozycjonistą, a to pobicie miało go tylko uwiarygodnić w oczach czytelników i opinii publicznej? Taki wniosek można wyciągnąć z jego życiorysu. Jeszcze jako nastolatek, w 1915 roku, rozpoczął naukę w Kijowie. W tym czasie należał do konspiracyjnej piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej. Tak informuje Wikipedia i wypadałoby przyjrzeć się bliżej tej organizacji.

Poniższe informacje pochodzą z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) i znajdują się również w blogu Kryzys przysięgowy:

Po akcie 5 listopada 1916 został członkiem Tymczasowej Rady Stanu oraz szefem jej departamentu wojskowego; 1917 przeszedł do opozycji wobec TRS i okupacyjnych władz niemieckich (domagał się utworzenia rządu polskiego) i zainicjował rozbudowę Polskiej Organizacji Wojskowej (utworzonej w sierpniu 1914 w celu prowadzenia dywersji na tyłach wojsk rosyjskich), kierując tym razem jej działalność przeciw Niemcom; jego politykę realizował Konwent Organizacji A; aresztowany przez Niemców 22 VII 1917, w związku z tzw. kryzysem przysięgowym w Legionach (lipiec 1917) został osadzony wraz z K. Sosnkowskim w twierdzy magdeburskiej, po zwolnieniu 10 XI 1918 przybył do Warszawy, gdzie następnego dnia Rada Regencyjna przekazała mu władzę wojskową, a 14 XI – władzę zwierzchnią nad krajem;

ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL – „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. Stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.

„Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. POW prowadziła na tyłach wojsk rosyjskich wywiad i akcje dywersyjne; po zajęciu 1915 Królestwa Polskiego przez wojska niemieckie i austriackie, część członków POW wstąpiła do I Brygady Legionów Polskich; w połowie 1916 POW liczyła ok. 5 tys., wiosną 1917 ok. 13 tys. osób. Jeszcze pod koniec 1915, po odrzuceniu przez okupacyjne władze niemieckie i austriackie postulatu niezależności Legionów Polskich, Piłsudski wstrzymał dopływ członków POW do Legionów oraz wydał polecenie intensywnego szkolenia ich w półlegalnych szkołach i na kursach wojskowych. Akcjom podejmowanym przez POW patronował Centralny Komitet Narodowy, utworzony w grudniu 1915 z inicjatywy Piłsudskiego przez reprezentantów lewicy aktywistycznej (aktywiści). W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A. POW uczestniczyła w przejmowaniu władzy od Austriaków w Galicji, stanowiła siłę zbrojną rządu ludowego utworzonego 6/7 XI 1918 w Lublinie i brała udział (listopad) w rozbrajaniu Niemców na terenie Królestwa Polskiego. W grudniu 1918 została wcielona do Wojska Polskiego.

W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.

19 II 1919 (ładna data, taka przypadkowa? – przyp. W. L.) została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.”

x

To ciekawe, że takie informacje ukazały się w PRL-owskiej encyklopedii. Takie niedopatrzenie. A może ktoś uznał wtedy, że demokracja to już przeszłość i chciał ośmieszyć sanację. Sanacji nie ośmieszył, bo jej mit nadal funkcjonuje w wielu środowiskach, ale za to zdemaskował demokrację. Nasuwa się w tym momencie pytanie: czy to był jednostkowy przypadek, czy raczej reguła, która obowiązuje we wszystkich demokracjach? Czy wszędzie tak ona działa? Piłsudski ośmieszył sejm, bo w wielu partiach czy stronnictwach miał swoich ludzi, których zadaniem było właśnie paraliżowanie jego pracy. I w ten sposób sam sobie stworzył pretekst do zrobienia porządku z sejmową „anarchią”.

Jak powstała II RP?

Po zajęciu przez Niemcy Królestwa Polskiego zostaje ogłoszony przez dwóch cesarzy akt 5 listopada 1916 roku, czyli obietnica powstania Królestwa Polskiego. Niemcy przejmują carską administrację, którą Rosjanie stworzyli po upadku powstania listopadowego. Tymczasowa Rada Stanu, czyli rząd, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne, rozpoczęła działalność 15 stycznia 1917 roku. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną. 27 października, działając w charakterze króla lub regenta, rozpoczyna ona rządy.

Rada Regencyjna wraz z podległą jej administracją:

  • opracowała i wydała szereg aktów prawnych, które stworzyły następnie część porządku prawnego II RP,
  • rozpoczęła ogłaszanie w Dzienniku Ustaw oraz Monitorze Polskim aktów prawnych,
  • rozbudowała administrację państwową,
  • utworzyła zalążek służby zagranicznej poprzez ustanowienie przedstawicielstw w państwach centralnych i krajach neutralnych oraz na terenie Rosji,
  • stworzyła prawne oraz organizacyjne podstawy dla zorganizowania Wojska Polskiego (utworzenie urzędu Szefa Sztabu WP oraz uchwalenie tymczasowej ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej),
  • utrzymywała i rozwijała polskie szkolnictwo i sądownictwo, odziedziczone po Tymczasowej Radzie Stanu,
  • wprowadziła polskie symbole narodowe – godło i flagę,
  • stworzyła podstawy statystyki polskiej i 13 lipca 1918 roku wydała decyzję o utworzeniu i organizacji GUS,
  • 7 października 1918 roku ogłosiła niepodległość Królestwa Polskiego; niektórzy uważają, że ten dzień powinien być świętem narodowym, a nie – 11 listopada.

W piśmie skierowanym do Kanclerza Rzeszy, opublikowanym w Monitorze Polskim Nr 184 z 24 października 1918 roku Prezydent Ministrów (premier) Józef Świeżyński podał, że brygadier Józef Piłsudski został powołany na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych. Siedział jeszcze wtedy w twierdzy w Magdeburgu. A więc więzień został ministrem. Po latach prezydentem został robotnik, który przeskoczył był przez płot. Rząd Józefa Świeżyńskiego to ostatni rząd Królestwa Polskiego, powołany 23 października 1918 roku przez Radę Regencyjną. W dniu 4 listopada Rada Regencyjna odwołała rząd Świeżyńskiego w związku z próbą zamachu stanu, zorganizowaną przez ministra spraw wewnętrznych Zygmunta Chrzanowskiego. Jakoś trzeba było pozbyć się tej monarchii. W tym samym czasie, 7 listopada, wybucha w Berlinie rewolucja bolszewicka, cesarz ucieka do Holandii i zostaje proklamowana Republika Weimarska.

Co było dalej, to wiemy. Piłsudski, „twórca” II RP, wraca 10 listopada z Magdeburga i obejmuje rządy w zorganizowanym dla niego przez Niemców państwie. Nie jest to już monarchia, tylko republika, a więc ustrój demokratyczny, w którym wyborcy „wybierają” sobie władze. System partyjny też był gotowy, bo jego tworzenie zaczęto jeszcze w końcu XIX wieku. Tak jakby ktoś już wtedy wiedział, że monarchia ustąpi republice. Jak więc widać w polityce nie ma miejsca na spontaniczność i przypadek. Tworzenie państwa to długi proces, ale nie tworzy się go od podstaw. Po prostu przejmuje się całą administrację poprzedników i stopniowo wprowadza się zmiany. Dlatego, widząc to, co dzieje się w III RP – to masowe sprowadzenie milionów Ukraińców, ich faworyzowanie, przyjmowanie ich do pracy bez znajomości języka polskiego, programy nauczania w szkołach dostosowane do dzieci ukraińskich, stopniowe wprowadzanie języka ukraińskiego jako drugiego języka urzędowego, finansowanie państwa ukraińskiego, tak jakby to była część III RP – to wszystko i wiele innych rzeczy, o których nie wiem, to wszystko świadczy o tym, że trwa tworzenie nowego państwa. Tworzenie II RP też nie było widoczne dla zwykłego człowieka. I dla wielu jej powstanie było zaskoczeniem. Nie mam jednak najmniejszej wątpliwości, że historia powtarza się i za jakiś czas niektórzy obudzą się z ręką w nocniku: ni z tego, ni z owego będziemy mieć Ukrainę od pierwszego. Jednak obecnie jest to proces bardziej skomplikowany, więc trwa to dłużej i wolniej i może dlatego jest to proces niewidoczny dla postronnego obserwatora.

  1. Sytuacja w parlamencie polskim po zamachu majowym. ↩︎
  2. Rozbijanie opozycji przez obóz sanacyjny. ↩︎

Barania głowa

W listopadzie 1928 roku Dołęga-Mostowicz napisał felieton zatytułowany Nie taką sobie wyobrażali. Chodzi tu o II RP, która nie dla wszystkich, a raczej dla większości, nie była państwem, na które czekali. Oczywiście byli tacy, którzy byli zadowoleni. Do nich należał autor poniższego felietonu. Kto był zadowolony, a kto – nie, o tym pisał on w sposób zawoalowany, a pisał tak:

Znajomych odwiedzających mnie w moim domu czy też w moim gabinecie redakcyjnym zawsze intryguje wielka ilość map, atlasów geograficznych i historycznych. Podejrzewano mnie nawet o przygotowania jakiejś większej pracy z dziedziny geografii czy historii.

Niestety – niesłusznie. Istotnie mam spory zbiór map, lecz pasji mojej w tym kierunku nigdy danym nie będzie zrealizować się w konkretnym płodzie.

Kocham mapy, rozumiem je, potrafię godzinami z nimi rozmawiać, potrafię z tych łamanych linii odczytywać wielkie tajemnice praw rządzących rozwojem ludzkości, kształtowaniem się stosunków politycznych, socjalnych, ekonomicznych.

Kocham mapy, bo uczą mnie trzeźwo i spokojnie patrzeć w rzeczywistość, a na fundamentach przeszłości budować hipotetycznie koncepcję przyszłości.

Kocham mapy, bo mówią do mnie pogodnym, pobłażliwym tonem Ben Akiby (mędrzec żydowski), bo są wielkim, niewyczerpanym skarbcem mądrości, że tak powiem: „stosowanej mądrości”. (Tak jak jest np. sztuka użytkowa). Bo są jakby konspektem dziejów od najdalszego „wczoraj” do najdalszego „jutra”, bo – wreszcie – ich „dziś” jest zamkniętym aksjomatem, który ani słowem, ani dźwiękiem nie da się tak świetnie wyrazić jak właśnie tym splotem linii i kresek, tą panoramą barw i konturów.

Weźcie, proszę, mapę Europy przedwojennej i mapę dzisiejszą, mapę, na której granice państw nakreśliła Wielka Wojna krwią narodów. Nas, Polaków, uderza przede wszystkim jedna wielka zmiana. Nad brzegami Wisły powstała nowa plama, rozrosła się, natężyła, rozparła ramionami między Wschodem i Zachodem. To Polska. Państwo polskie, Rzeczpospolita tych wszystkich lästiger-ausländerów (uciążliwych obcokrajowców) i wnutriennych wragow (wrogów wewnętrznych), którzy są dziś sobie panami.

Otóż do tych dwóch map przyprowadziłbym za kark tych wszystkich, którzy w swojej głupocie tak często powtarzają: – Tak, marzyliśmy o Polsce, walczyliśmy o nią, ale nie takąśmy ją sobie wyobrażali… No dobrze! Więc jaką? Jaką, barania głowo, mogłeś sobie wyobrażać Polskę Niepodległą?

Na wzór Wiednia, Pitra (Petersburg) czy Berlina? – Jest taką, jaką jest. Jest taką – z jakich obywateli się składa. Chciałeś raju na ziemi? Cudów? Spójrz, człowieku nieumiejący myśleć, na mapę historyczną Polski. Przyjrzyj się, ślepcze, trzem rozbiorom, przyjrzyj się wiekowej niewoli, kiedy cię traktowano jak psa, kiedy mogłeś mieć brzuch pełny tylko za cenę lizania brudnej łapy okupanta, kiedy wypierać się musiałeś swej narodowości i swych praw za cenę możliwie spokojnej wegetacji.

O jakiej Polsce marzyłeś? Na miły Bóg, wytłumaczcie mnie panowie malkontenci, czegoście od tej Polski Niepodległej oczekiwali? Że każdego z was królem zrobi? Że każdemu parę worków złota da? Że wszystko w Niej dziać się będzie, jak każdemu z was się podoba?

Ciężko jest, bo musi być ciężko, biednie jest, bo musi być biednie, często nie po naszej myśli, bo wszak jest nas 30 milionów, a każdy ma swoje zdanie. I tak stał się cud, że trzy kolosy przygniatające naszą wolność runęły naraz. I tak stał się cud, że choć nie od morza do morza, ale mamy silne i wielkie państwo. Mamy Polskę, którąśmy w dziesięć lat własnymi rekami wybudowali. Dziesięć lat to diabelnie krótki czasu na taką imprezę. Możemy szczycić się, żeśmy tak wielkiego dzieła dokonali, i to przy naszej kłótliwości, przy naszym nieróbstwie, przy naszym „jakoś to będzie”, przy dwuletniej wojnie, na wyssanym, na zrujnowanym terenie, bez pomocy, bez narzędzi, bez pieniędzy, bez fachowców!

I czegóż jeszcze, do diaska ciężkiego, chcecie? Że niejeden stracił majątek? Że kiedyś miał dobrobyt czy nawet bogactwo, a teraz pustawy żołądek i wyłamane łokcie? – Aaaa… jeżeli o to wam chodzi, o tę sytość – to najlepiej nie gadajmy. Ja też należę do tych, co stracili – powiedzmy – dobrobyt, ale nie do tych, którzy stracili obrzydzenie do trzódki rasy polskiej, której dawał szczęście obrok w oborze berlińskiej, w kurniku wiedeńskim czy w rosyjskiej stajni.

Ja tam wolę naszą biedę na swoich śmieciach, a da Bóg, dożyję jeszcze czasów, kiedy nasze państwo dojdzie do świetności. Tymczasem trzeba pracować, pracować, a dla odpoczynku poboksować trochę tych, co to „nie taką sobie Polskę wyobrażali”.

x

Felieton ten może być niezrozumiały dla współczesnego czytelnika, bo kogo on ma na myśli, pisząc: lästiger-ausländer czy wnutriennyje wragi? To wyjaśnia w końcowej jego części: Ja też należę do tych, co stracili – powiedzmy – dobrobyt, ale nie do tych, którzy stracili obrzydzenie do trzódki rasy polskiej, której dawał szczęście obrok w oborze berlińskiej, w kurniku wiedeńskim czy w rosyjskiej stajni.

Jest to aluzja do tych wszystkich Polaków, którzy, żyjąc pod zaborami, zachowali się pragmatycznie, nie walczyli z zaborcami, tylko starali się jakoś ułożyć sobie życie i w tamtych warunkach zdobyli jakąś pozycję społeczną, może lepsze stanowiska itp. Zachowali się tak, jak Czesi. A to oznacza, że obraz Polaka, jako awanturnika, mija się z rzeczywistością. To byli ci z obory berlińskiej, kurnika wiedeńskiego i rosyjskiej stajni. Z obory berlińskiej i z kurnika wiedeńskiego, to niewątpliwie byli Polacy, ale z rosyjskiej stajni, to byli raczej spolszczeni Rosjanie, których przodkowie masowo obejmowali urzędy w Królestwie Polskim po powstaniu listopadowym. Oczywiście spolszczeni Rosjanie dla tych z Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli tzw. Kresów, byli wrogami. To nie zmieniło się, czego dowodem jest wojna na Ukrainie.

Gdy więc piłsudczycy „wywalczyli” niepodległą Polskę, to przyjęli zasadę: Teraz k….. my! Dla innych lukratywnych miejsc w tej nowej Polsce zabrakło. Trudno więc dziwić się, że ci ludzie, często z dużym doświadczeniem i wiedzą, nie byli zadowoleni. Tu przypomina mi się wypowiedź pierwszego prezydenta III RP, który swego czasu powiedział: Nie o takie Polskie walczyłem.

Była jeszcze jedna grupa ludzi, którzy nie byli zadowoleni z nowej Polski, a o których Maria Dąbrowska napisała, że zostali wysadzeni z siodła. To byli ci ziemianie kresowi, którzy mieli swe posiadłości daleko na wschodzie, czyli na terenie, który nie został włączony do II RP po traktacie ryskim. Oni stracili wszystko. Nie potrafili zrozumieć tego, dlaczego Piłsudski wstrzymał ofensywę w sytuacji, gdy droga na Moskwę była wolna i dlaczego w trakcie rokowań ryskich strona polska zrezygnowała z ziem, które im bolszewicy byli gotowi oddać.

Napisał też Dołęga-Mostowicz: Kocham mapy, bo mówią do mnie pogodnym, pobłażliwym tonem Ben Akiby… Czy nie jest to aby delikatna sugestia, że jednak te żydowskie korzenie litewskiego bojara, czyli dalekiego przodka Mostowicza, dają o sobie znać? O tym w poprzednim blogu. Jedną z głównych postaci powieści Znachor jest hrabia Leszek Czyński. To jest nazwisko frankistowskie. Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) pisał: Już w pierwszych dniach po wybuchu powstania (listopadowego – przyp. W. L.) członkowie Klubu Patriotycznego rozpoczęli zgubną dla kraju działalność. Celem klubistów, w których szeregach znajdowało się wielu neofitów, jak np. Jan Czyński, Tadeusz Krępowiecki, Jan Majewski, Krzyżanowski… (…)

Dołęga-Mostowicz brał udział w wojnie 1920 roku, tej dwuletniej jak ją określił, walczył więc o ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli o swoje ziemie. Gdy zaś przyszło walczyć o tę „plamę nad brzegami Wisły”, to uciekł wraz z całym tym sanacyjnym towarzystwem wzajemnej adoracji do Rumunii. Jako jedyny nie dotarł tam. Zginął w Kutach na polsko-rumuńskiej granicy od kul karabinu maszynowego wystrzelonych z radzieckiego czołgu.

Punkt widzenia

Tadeusz Dołęga-Mostowicz (1900-1939) był najpopularniejszym pisarzem II RP. Jego najbardziej znane powieści to Kariera Nikodema Dyzmy (1932) i Znachor (1937). Jednak zanim zaczął pisać powieści, na przełomie lat 1924/1925, został felietonistą Rzeczpospolitej, gazety konserwatywnej o profilu zbliżonym do Chrześcijańskiej Demokracji. Jego teksty z tamtego okresu wydało Wydawnictwo Akademickie „Dialog” (2017). Ten, który chcę zacytować, to Magna Amica Francja… (Wspaniała Przyjaciółka Francja…). Na początek wypada przybliżyć sylwetkę Dołęgi-Mostowicza. Wikipedia m.in. pisze tak:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz (ur. 23 września 1900 w Głębokiem, zm. 20 września 1939 w Kutach) – polski pisarz, scenarzysta i dziennikarz. Najbardziej poczytny polski pisarz okresu międzywojennego. Popularność przyniosły mu takie powieści jak Kariera Nikodema Dyzmy, Znachor, Doktor Murek czy Pamiętnik pani Hanki, na podstawie których powstały też chętnie oglądane filmy i seriale.

Młodość i praca dziennikarska

Pochodził z Głębokiego, niedużego miasta na Witebszczyźnie (na terenie dzisiejszej Białorusi). Według metryki urodzenia przyszedł na świat 23 września 1900 roku w Głębokiem, a ochrzczony został 10 stycznia 1901 roku. Pisarz jako miejsce swoich narodzin podawał pobliski folwark Okuniewo, majątek rodziny matki, co również było zmyśleniem. Majątek ten był sprzedany przez rodzinę na długo przed jego narodzinami.

Był synem Stefana Mostowicza i Stanisławy z Potopowiczów. W Głębokiem Mostowiczowie mieszkali w domu przy ul. Krakowskiej (dziś ul. Sowiecka nr 2), obok kościoła św. Trójcy. Ojciec był prawnikiem, a matka nauczycielką. Groby rodziców pisarza znajdują się w polskiej części cmentarza w Głębokiem. Rodzina uważała się za Polaków, a w domu obecna była polska literatura (przyszły pisarz znał na pamięć całego Pana Tadeusza).

Tadeusz Mostowicz uczęszczał do gimnazjum w Wilnie, a następnie w 1915 r. rozpoczął naukę w Kijowie (według oficjalnej biografii studiował prawo na tamtejszym Uniwersytecie, zaś według relacji rodziny kontynuował naukę w gimnazjum). W tym czasie należał do konspiracyjnej piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1919 r. powrócił na Kresy, gdzie zaciągnął się ochotniczo do 13 Pułku Ułanów Wileńskich pod dowództwo Jerzego Dąbrowskiego „Łupaszki”. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a po zdemobilizowaniu w 1922 r. przyjechał do Warszawy w poszukiwaniu pracy.

W roku 1924 r. rozpoczął pracę w redakcji „Rzeczpospolitej”, wówczas czołowej gazety o profilu chadecko-narodowymi. Początkowo pracował jako korektor i reporter piszący o wypadkach i wydarzeniach kryminalnych. Na początku 1925 r. został etatowym redaktorem i publicystą gazety. Jako felietonista podpisywał swoje artykuły pseudonimem TEM lub TM, a później C. hr. Zan (czyli „Chrzan”). Wówczas też zaczął używać przy nazwisku przydomku „Dołęga”, nazwy rodowego herbu Mostowiczów. W 1925 r. na łamach gazety ukazał się również jego pierwszy literacki utwór Sen pani Tuńci.

Jako publicysta był krytykiem obozu Józefa Piłsudskiego, zwłaszcza po przewrocie majowym w 1926 r. Jego antysanacyjne felietony padały ofiarą cenzury. W publicystyce komentował m.in. drażliwe politycznie sprawy: aresztowanie gen. Malczewskiego, zaginięcie generała Zagórskiego i pobicie posła Zdziechowskiego.

Życie prywatne

Tadeusz Mostowicz po ojcu pochodził ze szlachty żyjącej od pokoleń w Wielkim Księstwie Litewskim. Mostowiczowie posługiwali się dawnym polskim herbem Dołęga, który ich protoplasta – litewski bojar Monstwild – otrzymał w trakcie unii horodelskiej w 1413 roku. Matka wywodziła się z ziemiańskiej rodziny Żabko-Potopowiczów. Rodzina pisarza mieszkała w Głębokiem. Ojciec był tam wziętym prawnikiem, a matka – z wykształcenia nauczycielka – zarządzała gospodarstwem, kształciła dzieci i zajmowała się działalnością charytatywną. Siostra matki pisarza, Teresa Potopowicz, była żoną Zygmunta Rytla, znanego inżyniera, profesora politechniki. Rytlowie wspierali przyszłego pisarza zarówno przed I wojną światową, jak i po przyjeździe do Warszawy w latach.

Śmierć

Tadeusz Dołęga-Mostowicz wziął udział w wojnie obronnej 1939 r. jako żołnierz Wojska Polskiego w stopniu kaprala, który posiadał z czasów służby w wileńskich ułanach. Zginął od sowieckich kul dnia 20 września 1939 r. w miasteczku Kuty, położonym przy granicy polsko-rumuńskiej (powiat kosowski, województwo stanisławowskie, dziś na Ukrainie). Przez lata powstało szereg sprzecznych wersji okoliczności jego śmierci, jednak na podstawie relacji naocznych świadków i zachowanych dokumentów udało się ustalić faktyczny przebieg zdarzeń.

Według zachowanych świadectw do połowy września Mostowicz przebywał w Warszawie (świadczy o tym m.in. znaleziony przy zwłokach czek od wydawnictwa „Rój” datowany na 16 września). Jak przypuszcza biograf pisarza, Jarosław Górski, Mostowicz mógł zostać zmobilizowany ze swoim buickiem i jako doświadczony kierowca brać udział w ewakuacji rządu po agresji sowieckiej 17 września 1939 r. Prawdopodobnie otrzymał rozkaz przewiezienia do nadgranicznych Kut i potem do Rumunii jakichś dygnitarzy lub dokumentów.

20 września około godziny 11.00 Mostowicz, wraz z innym żołnierzem, przyjechał ciężarówką do Kut, do piekarni Karola Różankowskiego przy ul. Tuidowskiej, aby zaopatrzyć się w chleb dla żołnierzy. W tym czasie wjechały do miasta trzy czołgi sowieckie, witane przez część ludności ukraińskiej i żydowskiej. Gdy czołgistom wskazano polską ciężarówkę wojskową stojącą przy piekarni, jeden z czołgów ruszył w jej stronę. Mostowicz z kierowcą ruszyli ciężarówką w kierunku mostu. Wówczas zostali ostrzelani przez czołg z karabinu maszynowego. Ciężarówka wypadła z drogi, prawdopodobnie przewróciła się na posesję Mojzesowiczów przy ul. Kolejowej, niedaleko kościoła ormiańskiego. Kierowcy udało się uciec, jednak kapral Mostowicz zginął na miejscu. Tadeusz Dołęga-Mostowicz był jedynym polskim żołnierzem poległym przy wycofywaniu się oddziałów polskich (30 tysięcy żołnierzy, w tym 6 tys. oficerów) do Rumunii przez most na Czeremoszu.

x

We wspomnianym na początku tekście z listopada 1927 roku Dołęga-Mostowicz pisze:

W organie Francuskiego Sztabu Generalnego „La France Militaire” z dnia 22 ub. m-ca w artykule naczelnym pt. „En Pologne” znajduje się następujący passus:

    Trzeba ustalić niektóre rzeczy.
Wojsko polskie, które stworzył Piłsudski i które wyruszyło na wojnę 6 sierpnia 1914 r., nie było wojskiem Polski niepodległej, lecz wojskiem w służbie cesarza Austrii, który sam znowu był w służbie cesarza niemieckiego, a przeto działał pour le roi de Prusse.
Czyż należało z takim hałasem nam teraz przypominać?
Powstało później wojsko Polski niepodległej, ale nie było ono stworzone przez Piłsudskiego, lecz przy współdziałaniu państw zachodnich i Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Mimo najszczerszej chęci, by okazywać uprzejmość Polsce, liczyć się z jej drażliwościami, rozumieć tragizm sumienia po wybuchu wojny r. 1914 każdemu Polakowi się nasuwający, nie możemy ukryć bolesnego rozdrażnienia, jakie w nas wywołuje to otwarcie przez dzisiejszych kierowników Polski ujawniane pragnienie przypominania nam, że jeśli nas nie sprowadzono do zagłady w r. 1914, to nie z ich pomocą, bo oni, przeciwnie, wszystko uczynili, co było w ich mocy, by dopomóc wojskom mocarstw, które przeciw nam walczyły. Jeśli się to robi przez niedopatrzenie, możemy powiedzieć, iż nie należy posuwać niezręczności aż tak daleko!
A jeśli się to robi świadomie i wyzywająco, do czegóż zamierza się tym dojść?
Bo żeby przez jakieś zboczenie, w którym nie wiadomo, czy dopatrywać trzeba nieświadomości, czy też co innego... przypominać tym, którzy przywrócili Polsce niepodległość, że w tych dniach strasznych było się przyjacielem ich wrogów, to już rzeczywiście nie wiadomo, czy tylko śmiać się z tych żartów ponurych, czy na coś podobnego oburzać...
Sprawa istotnie dla obu stron wysoce drażliwa i dlatego „trzeba ustalić niektóre rzeczy”.

Przede wszystkim żadne formacje polskie nie działały nigdy pour le roi de Prusse (w interesie króla Prus – przyp. W.L.), natomiast od chwili utraty niepodległości Polacy niezrażeni obojętnością świata na rozszarpanie ich ojczyzny wszędzie i zawsze rwali się do czynu zbrojnego w szlachetnej, a bezinteresownej walce o strzępek bodaj nadziei na odzyskanie wolności. Francuzi, którzy nigdy nie zaznali jarzma niewoli, tym niemniej powinni zrozumieć ten ofiarny aż do szaleństwa patriotyzm, który tworzył legiony w Turcji i we Włoszech, który walczył u boku Waszyngtona i pod orłami napoleońskimi. Jeżeli rozumiecie ducha legionów polskich czasu wielkiej wojny, oddających życie pod sztandarami Francji, Ameryki, Włoch i Rosji, jeżeli rozumiecie, po co zostały zlane polską krwią wąwozy Somosierry – zrozumcież i tę tragiczną pomyłkę historyczną, która stworzyła legiony Piłsudskiego. Nie wolno, największemu przyjacielowi nie wolno rzucać lekkomyślnie tak ciężkiego oskarżenia, jak zarzut „działania pour le roi de Prusse”, na tych, których pragnieniem był czyn dla ojczyzny, a tragedią – bezsilność, a błędem naiwność polityczna.

To jedno. Poza tym stwierdzić należy, iż sierpniowe i inne obchody legionowe w Polsce bynajmniej nie mają na celu „drażnienia” Francji i nigdy nie akcentują byłej niemieckiej orientacji piłsudczyków. Przyznajemy, że te obchody mogą drażnić Francuzów, lecz tylko tyle, ile drażnią samych Polaków. Toteż ten ponury żart jest właściwie jedynie nietaktownym wyodrębnianiem się grupy b. kombatantów nieakcentujących – powtarzam – swej orientacji wojennej.

Oto wszystko, cośmy uważali za niezbędne powiedzieć niesłusznie oburzonej „France Militaire” na łamach pisma, które nie tylko jest gorącym i wypróbowanym przyjacielem Francji, nie tylko reprezentuje obóz krwią z Francją podczas wojny związany, a Niemcom zdecydowanie wrogi, lecz i pisma znajdującego się w kategorycznej opozycji do „obecnych kierowników Polski”.

Magna amica Franca – sed magis amica veritas. Magna amica partie – sed magis amica Patris. (Wspaniałą przyjaciółką Francja – lecz większą przyjaciółką prawda. Wspaniałą przyjaciółką partia – lecz większą przyjaciółką Ojczyzna.)

xxx

Dołęga-Mostowicz pisze na początku, że nigdy żadne formacje polskie nie działały w interesie króla Prus. Jak nie działały, jak działały? Przecież legiony, będąc częścią wojska austriackiego, walczyły z Rosją, która była sojusznikiem Francji. Następnie odwołuje się do emocji, czyli jakiejś miłości do ojczyzny, a następnie stwierdza, że była to pomyłka polityczna. Naiwne to tłumaczenie. Z kolei Francuzi zarzucają polskim władzom, że hucznie obchodzą rocznicę 6 sierpnia 1914 roku, gdy Piłsudski ze swoją I-wszą Brygadą wszedł do Kongresówki, by wywołać powstanie antycarskie. Istotnie była to próba działania na szkodę sojusznika Francji. Jednak był on przede wszystkim socjalistą. Jeśli chciał powstania Polski, to w oparciu o państwa centralne, czyli głównie o Niemcy.

Naczelne dowództwa obu walczących stron wydały odezwy do narodu polskiego, które skrótowo cytuje Ilustrowana Kronika Polaków (Książka i Wiedza, 1967):

„Do narodu polskiego! Z woli Wszechmogącego, który kieruje losami narodów, i z rozkazu swoich Monarchów przekraczają sprzymierzone armie Austro-Węgier i Niemiec granicę, przynosząc Wam, Polakom, wyzwolenie spod jarzma moskiewskiego (…) Pełne sławy tradycje Waszej przeszłości łączą się jeszcze od czasów króla Jana Sobieskiego (…)”

„Polacy! Wybiła godzina, w której marzenie ojców i dziadów niesie Wam błogą wieść pojednania. Niechaj Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego (…) [Wielka Rosja] wierzy, iż nie zardzewiał miecz, który poraził wroga pod Grunwaldem (…)”

Później obaj cesarze wydali 5 listopada 1916 roku akt proklamujący nowe Królestwo Polskie. To był początek tworzenia nowego państwa i to Niemcy je tworzyli. Przejęli administrację po Rosjanach, stworzyli nowe prawo i instytucje niezbędne do jego funkcjonowania i w końcu powołali Radę Regencyjną i wyznaczyli jej członków. I to ona przekazała władzę Piłsudskiemu, który wrócił z więzienia w Magdeburgu, czyli z więzienia niemieckiego.

Niemcy uwięzili Piłsudskiego po tzw. kryzysie przysięgowym z dnia 9 i 11 lipca 1917 roku. Pod koniec 1916 roku legiony zostały wycofane z południowego skrzydła, gdzie walczyły po stronie Austriaków. Zostały one przerzucone na północ na niemiecką stronę. Żołnierze za namową Piłsudskiego odmówili złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom niemieckim i austro-węgierskim. Ci, którzy odmówili złożenia tej przysięgi zostali internowani w dwóch obozach, a Piłsudskiego osadzono w twierdzy w Magdeburgu. Ci, którzy złożyli przysięgę, a których dowódcą był Józef Haller, zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.

Jakby tego było mało, to z inicjatywy Komitetu Narodowego Polskiego (Dmowski) powstał w armii rosyjskiej w końcu 1914 roku Legion puławski, wcielony w 1915 roku do brygady Strzelców Polskich, od sierpnia 1917 roku w składzie I Korpusu Polskiego.

Kryzys przysięgowy miał miejsce w lipcu 1917 roku. 9 listopada wybuchła rewolucja bolszewicka w Berlinie. Proklamowano powstanie Republiki Weimarskiej. Cesarz uciekł następnego dnia do Holandii. Front niemiecko-rosyjski, czy może raczej niemiecko-bolszewicki, rwał się, bo wielu niemieckich żołnierzy dezerterowało i wracało do Niemiec. Państwo, któremu służyli, przestało istnieć. Gdyby tam były legiony, stanowiące integralną część niemieckiej armii, to czy wtedy utrzymanie tego frontu byłoby możliwe? Przecież cesarz obiecywał Polakom państwo. Czy nie byłyby one przeszkodą w likwidacji Cesarstwa Niemieckiego? Czy właśnie po to wykreowano kryzys przysięgowy? Front odbudowano, ale był to już front polsko-bolszewicki. W lutym 1919 roku doszło do pierwszych walk z wojskami bolszewickimi. Bolszewicy ogłosili po rewolucji w Berlinie, że unieważniają postanowienia traktatu brzeskiego z lutego 1918 roku i ruszają na podbój Europy. Jeszcze na północy był Wrangel, a na południu Denikin, a oni, z niewielkimi zdobyczami terytorialnymi wokół Moskwy, idą na zachód. Jakiś psychiatryk czy może raczej wszystko dokładnie wyreżyserowane? Chyba raczej wyreżyserowane.

Na mocy traktatu wersalskiego z 28 czerwca 1919 roku została ustalona granica zachodnia, południowa i północna II RP. Nie było jeszcze granicy wschodniej, którą wytyczono na mocy traktatu ryskiego z 18 marca 1921 roku. Była więc II RP pokracznym bękartem traktatu ryskiego, a nie wersalskiego, jak sugerował Mołotow. Nie mógł powiedzieć, że ryskiego, bo to przecież państwo, które on reprezentował, podpisało ten układ, a więc zgodziło się ono na „uciskanie mniejszości narodowych”. Prawda zawsze była i jest niewygodna. Wojna 1920 roku po to właśnie wybuchła, by ustalić granicę wschodnią II RP. Gdyby zrobiono to w Wersalu, to nie można by było oskarżyć tego państwa o mocarstwowe ambicje itp. W ten sposób zyskiwano argument do jego likwidacji, bo istotnie było to pokraczne państwo. Problem jednak polegał na tym, że to nie Polacy decydowali o tym, jakie chcieli mieć państwo.

Po przewrocie majowym prawdopodobnie po raz pierwszy hucznie świętowano rocznicę 6 sierpnia 1914 roku właśnie w 1927 roku, co tak zbulwersowało Francuzów. Jednak jakoś tak jest, że każdy czyn musi mieć swoją legendę. I tę legendę stworzyli piłsudczycy, którzy uznali datę 6 sierpnia za początek ich walki o niepodległość. To oni pierwsi rzucili się do czynu zbrojnego i to dzięki nim powstała II RP. Taką interpretację narzucili reszcie, gdy zdobyli władzę w państwie po przewrocie majowym. I taka nadal obowiązuje w oficjalnym przekazie. W tamtym czasie Francuzi widzieli to inaczej i ich interpretacja jest bliższa prawdy, ale ta prawda dla wielu środowisk w III RP jest bardzo niewygodna.

Dekalog

Podstawą naszego systemu wartości jest Dekalog. Tak jest w przypadku chrześcijaństwa, bez względu na wyznanie. W tym kręgu ludzie od najmłodszych lat przesiąkają nim i utrwala się on głęboko w ich psychice. Naturalnym jest więc dla nas, że nie wolno zabijać, kraść, że trzeba szanować rodziców itd. Taki sposób myślenia przenosimy na innych, również na Żydów.

Taka refleksja nasunęła mi się po przeczytaniu komentarza, w którym jeden z komentujących cytował fragment książki Albina Siwaka Syndrom gotowanej żaby. Była w nim mowa o tym, że Żukow zrobił czystkę w Biurze Politycznym i zlikwidował dwa moskiewskie garnizony NKWD, opanowane przez Żydów. Dla wielu jest to dowód na to, że od tamtego momentu w Związku Radzieckim skończyła się dominacja Żydów i że obecnie w Rosji rządzi niezależny od nich Putin.

Czy tak rzeczywiście jest? W mojej ocenie zadziałała tu kalka Dekalogu. Otóż wielu ludzi nie potrafi sobie wyobrazić sytuacji, w której Żydzi dokonują mordu na swoich współplemieńcach. A oni potrafią to zrobić, bo ich system wartości jest inny. Dekalog narzucili innym, by łatwiej im było podporządkować narody rdzenne. Oni w sytuacjach wyższej dla nich konieczności nie mają takich oporów. W tym wypadku chodziło im o przekonanie narodów rdzennych, że to Rosjanie zamordowali tych Żydów i od tego momentu Rosjanie rządzą, początkowo w Związku Radzieckim, a obecnie w Rosji. Są oni, Żydzi, mistrzami dezorientacji i robienia naiwnym wody z mózgu.

Dowodów na to, że Żydzi nie mają najmniejszych skrupułów, by poświęcić część swojego narodu, jest wiele. Krzysztof Baliński w książce Ministerstwo spraw obcych (Capital sp. z o.o., 2019) m.in. pisze:

Mamy źródła, które ujawniają, co Żydzi ukrywają – haniebny udział w zagładzie własnego narodu, i to że Mordechaja Anielewicza zdradzili ziomkowie, a pierwsze strzały w getcie oddali Żydzi do Żydów za współpracę z Niemcami. Wystarczą tylko źródła sporządzone przez Żydów, bo głos zamordowanych jest najbardziej wiarygodny i najważniejszy… (…) Źródło szczególnie niebezpieczne dla głoszonej od lat żydowskiej narracji, przeczące wszelkim oskarżeniom o współudział Polaków w zagładzie to Kronika getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma.

Umschlagplatz (der Umschlagplatz – miejsce przeładunku, punkt przeładunkowy; przyp. W.L.). Szmerling (Żyd, komendant Umschlagplatz) – oprawca z biczem. Zbrodniczy olbrzym Szmerling z pejczem w ręku. Pozyskał łaskę (Niemców). Wierny wykonawca ich zarządzeń. […] Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła dopiero jednak w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swoich braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów policji żydowskiej byłą przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach kobiety i dzieci, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź […]

– zapisał Ringelblum. Zanotował też: „Pierwsze strzały w getcie w Warszawie padły od Żydów do Żydów jako kara za szpiegostwo i współpracę z Niemcami”. Mordechaj Anielewicz, dowódca „powstania”, został zdradzony przez swoich współbraci. W czasie wojny nie odnotowano przypadku Polaka, który ubrał mundur niemieckiego Gestapo. Tymczasem po getcie warszawskim krążyli Żydzi ubrani w takie mundury. W polskich archiwach zachowały się zdjęcia. (…) Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki?

Hannah Arendt o roli przywódców żydowskich w zagładzie własnego narodu pisała: „Dla Żydów rola, jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwieniu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej tej ponurej Historii”. Wiedziano o niej wcześniej, ale szczegóły po raz pierwszy wydobył na jaw Raul Hilberg w książce The Destruction of the European Jews:

Zarówno w Amsterdamie, jak i w Warszawie, Berlinie i Budapeszcie można było mieć pewność, że funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują odzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś – w ostatnim geście dobrej woli – przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty. […] Gdyby nie pomoc Żydów w pracy administracyjnej i działaniach policji wyłapywanie wszystkich Żydów berlińskich byłoby wyłącznym dziełem policji żydowskiej – zapanowałby kompletny chaos bądź też doszłoby do poważnego obciążenia niemieckiej siły roboczej.

Wielu nazistów było Żydami. Można też mówić o „żydowskim przywództwie” nazistowskich Niemiec. Alfred Rosenberg, jeden z najbardziej wpływowych nazistów w otoczeniu Hitlera, ideologiczny architekt III Rzeszy, zaszczepił w umyśle Führera skrajny antysemityzm i teorie wyższości rasowej. Pochodzenia żydowskiego byli: minister propagandy Joseph Goebbels, reichsführer SS Heinrich Himmler, gubernator Generalnej Guberni syn żydowskiego adwokata z Bambergu Hans Frank, gauleiter Julius Streicher, wydawca antysemickiego i antykatolickiego „Der Stürmer”, SS Obersturmbannführer Adolf Eichmann oraz Rudolf Hess. Temu ostatniemu w faszystowskiej karierze nie przeszkodziły nawet wyraziste semickie rysy. Do najbardziej złowieszczych postaci zaliczał się Reinhard Heydrich, po ojcu Süss (o którym Himmler powiedział, iż „zwalczył w sobie Żyda”), szef RSHA, organizacji kontrolującej gestapo, policję kryminalną, wywiad i kontrwywiad. To właśnie on w 1942 roku zorganizował konferencję w Wansee poświęconą „ostatecznemu rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Amerykański historyk Bryan Mark Rigg ustalił, że w Wehrmachcie mogło służyć co najmniej 150 tysięcy Żydów i mischlingów (der Mischling – mieszaniec; przyp. W.L.). Trafiali również do Luftwaffe, SS i jednostek policyjnych. Wśród nich znalazło się co najmniej 21 generałów, siedmiu admirałów i jeden feldmarszałek. W lotnictwie nie tylko wódz był Żydem, lecz także jego zastępca marszałek Erhard Milch. (…) Adolf Eichmann podczas swojego procesu w Jerozolimie bronił się pokrętnie: „Dlaczego ja? Dlaczego nie miejscowi policjanci, których były tysiące? Zastrzelono by ich, gdyby odmówili wyłapania Żydów przeznaczonych do obozów zagłady. Dlaczego ich nie powiesić za to, że nie chcieli być rozstrzelani? Dlaczego ja? Każdy zabijał Żydów”. Po wojnie wielu z nich wyjechało do Palestyny. Jeszcze dziesięć lat temu w Izraelu żyło 150 osób pobierających niemieckie emerytury za służbę w Wehrmachcie. Ilu zatem ich musiało być w latach 40? Nie jest żadną tajemnicą, że na odbywające się regularnie w Niemczech zjazdy weteranów z poszczególnych jednostek Wehrmachtu przyjeżdża sporo uczestników z Izraela.

Dlaczego tak dużo Żydów przyjęło rolę kata własnego narodu? Dlaczego Żydzi walczyli i umierali za Hitlera, mimo iż mordował ich ziomków? Dlaczego żydowscy kaci nie zostali ukarani, a w 1950 roku Kneset zwolnił ich od odpowiedzialności karnej za popełnione zbrodnie, sankcjonując religijną tradycję żydowską, zgodnie z którą Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że Żyd nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. W Izraelu stosują zatem dwa różne kryteria moralności – z góry rozgrzeszają i usprawiedliwiają zachowania Żydów za szeroką kolaborację i współpracę z Niemcami, traktując równocześnie podobne zachowania Polaków jako naganne i godne potępienia. Wojenny koszmar Żydów, którym udało się przeżyć, nikogo w Izraelu nie interesował. Uratowani z Holokaustu uznani zostali za ludzi drugiej kategorii niegodnych miana prawdziwego Izraelity i otoczeni powszechną pogardą. Ich los kłócił się z mozolnie tworzonym wtedy przez władze wizerunkiem państwa zasiedlonego wyłącznie przez walecznych, a nie tchórzliwych. Ocalałych nazywano pogardliwie „sabuni” czyli – „mydłem”, nawiązując do produkowanego przez Niemców w obozach koncentracyjnych mydła z ludzkiego tłuszczu. Ben-Gurion o Żydach i do Żydów, którzy po wojnie trafili do Izraela powiedział publicznie: „Przeżyli dlatego, że inni musieli za nich umrzeć. […] gdybyście nie byli ostatnimi łotrami, nie stalibyście tutaj przede mną”. Przy czym odniósł te słowa także do tych, którzy ukrywani byli przez Polaków oraz do dzieci żydowskich ukrywanych w klasztorach. Ocalonymi pogardzano aż do 1961 roku, kiedy to posłużyli Ben-Gurionowi w negocjacjach z Adenauerem, od którego wytargował 5 marek niemieckich za każdy dzień pobytu Żyda w Auschwitz (także takiego, który nie był więziony, ale miał zakaz przemieszczania się).

xxx

Mamy więc pewien problem: czy naród żydowski jest narodem w naszym rozumieniu, czyli takim, który poczuwa się do pewnej wspólnoty i ma podobny system wartości i moralności? Czy naród żydowski został wybrany do panowania nad innymi narodami, czy może raczej stanowi narzędzie w ręku tych, których William Bramley, w swojej książce Bogowie Edenu, nazywa Nadzorcami i to raczej oni panują, a Żydzi są tylko wykonawcami ich woli? Zostali oni, a raczej ich część, wybrani na egzekutorów i nie mieli problemów moralnych i etycznych, by w imię jakichś celów poświęcać część swojego narodu. – No właśnie! Czy swojego? A później bez skrupułów przerzucili odpowiedzialność za swoje postępowanie na inne narody. Z drugiej strony uległość ofiar i jakby pogodzenie się ze swoim losem też jest zastanawiająca. Czy jedni i drudzy należeli do tego samego narodu? A może to właśnie ci Nadzorcy byli tymi egzekutorami?

Naziści po wojnie uciekali do Ameryki Południowej, co jest faktem powszechnie znanym. Nie działo się to przypadkiem. Na przełomie XIX i XX wieku wiele niemieckich firm tworzyło swoje filie na tym kontynencie i dzięki temu niemiecka społeczność rosła tam w siłę i była bardzo wpływowa. Echa tego dały jeszcze znać o sobie podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Meksyku w 1970 roku. W ćwierćfinale doszło do spotkania RFN – Anglia, czyli rewanżu za finał z 1966 roku, gdy Anglia pokonała Niemcy 3:2 po kontrowersyjnym golu uznanym przez sędziego liniowego ze Związku Radzieckiego, którym był Azer Tofik Bachramow. Geoff Hurst strzelił tak, że piłka trafiła w poprzeczkę, odbiła się od ziemi i wyszła w pole. Tofik Bachramow stwierdził, że piłka odbiła się za linią i na tej podstawie szwajcarski sędzia Gottfried Dienst uznał gola. Tylko dwa europejskie państwa nie transmitowały meczów z Meksyku: Albania i… Polska. Wtedy Anglia przegrała z Niemcami 3:2. Nie tak dawno temu udało mi się obejrzeć dwa skróty z tego meczu. Pierwszy z niemieckiej telewizji, w której pokazano to, co chcieli Niemcy zobaczyć, czyli wygraną Niemiec 3:2. Mecz w regulaminowym czasie zakończył się remisem 2:2. W dogrywce Niemcy strzelili trzecią bramkę. I na tym koniec niemieckiej wersji. Drugi skrót pochodził z włoskiej telewizji i tam pokazano to, co działo się dalej, po tym jak Niemcy strzelili trzecią bramkę. Anglicy wyrównali na 3:3, ale sędzia orzekł, że był spalony, choć go nie było i bramki nie uznał. Później w polu karnym, w sytuacji, gdy Anglik wychodził na pozycję sam na sam z bramkarzem, niemiecki obrońca skosił go. To był ewidentny rzut karny, którego sędzia nie podyktował. Skąd pochodził sędzia? Z… Argentyny!

Jednak nie wszyscy naziści uciekali do Ameryki Południowej. Byli tacy, którzy uciekali do… Palestyny. I może to początkowo oni, a obecnie ich dzieci i wnuki, rządzą Izraelem. A skoro tak, to może łatwiej zrozumieć powojenną politykę Izraela i to, co teraz dzieje się w strefie Gazy.

Baliński napisał, że Eichmann podczas procesu w Jerozolimie bronił się pokrętnie:

Dlaczego ja? Dlaczego nie miejscowi policjanci, których były tysiące? Zastrzelono by ich, gdyby odmówili wyłapania Żydów przeznaczonych do obozów zagłady. Dlaczego ich nie powiesić za to, że nie chcieli być rozstrzelani? Dlaczego ja? Każdy zabijał Żydów.

Czy to było pokrętne tłumaczenie? W moim odczuciu logiczne. „Zastrzelono by ich”. Kto? Zastanawia ta forma bezosobowa. Kto ich tak terroryzował, że mieli do wyboru: albo ja zabiję, albo mnie zabiją. Czy można w takiej sytuacji potępiać takie zachowanie? Instynkt samozachowawczy każdego człowieka nie pozostawia mu wyboru. „…gdyby odmówili wyłapania Żydów przeznaczonych do obozów zagłady.” Kto wyznaczył Żydów, których miano wywieźć do obozów? To była bardzo skomplikowana operacja, bo przecież zwożono ich z całej okupowanej Europy. Ktoś też zaopiekował się majątkiem wywiezionych:

…funkcjonariusze żydowscy sporządzą wykazy imienne wraz z informacjami o majątku, zagwarantują odzyskanie od deportowanych pieniędzy na pokrycie kosztów ich deportacji i eksterminacji, będą aktualizować rejestr opróżnionych mieszkań, zapewnią pomoc własnej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów, na koniec zaś – w ostatnim geście dobrej woli – przekażą nietknięte aktywa gminy żydowskiej do ostatecznej konfiskaty.

Komu te aktywa zostały przekazane? Tego nie wiemy, wiemy natomiast, że Żydzi domagają się od państwa polskiego rekompensaty za mienie pożydowskie, które ktoś wcześniej sobie przywłaszczył. – Perfidia doskonała. Widać więc, że problem z Żydami jest wielki, bo nawet nie wiemy czy tylko ich można obwiniać za to wszelkie zło, jakie dzieje się na świecie, czy może za nimi kryje się jeszcze ktoś inny.

Rewolucja 1905

Wiek XIX był najdłuższym wiekiem. Trwał on od wybuchu rewolucji francuskiej do początku I wojny światowej. Jego końcowy okres, od zakończenia wojny frnacusko-pruskiej w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej, nazwany został przez Francuzów la belle époque (piękna epoka). Był on uważany w Europie za okres rozwoju, postępu i pokoju. W tym czasie wynaleziono m.in. telefon, radio, samochód, samolot. Życie stawało się łatwiejsze, a życie kulturalne również osiągnęło wysoki poziom. Powstał kabaret i kino, w sztuce panowała secesja (art nuveau) i impresjonizm. Panie nosiły wielkie kapelusze i długie suknie. Ówczesne społeczeństwa wierzyły w postęp i dobrobyt. Jednym słowem sielanka. I komu to przeszkadzało?

Nie wszędzie jednak wiek XIX był tak długi. W Królestwie Polskim i w zachodniej Rosji trwał on o 10 lat krócej. Wydarzenia, które wówczas miały miejsce na terenie Królestwa, sprowadziły naród polski do roli niechcianego, ale tolerowanego sąsiada. Było to ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej.

Rewolucja 1905 roku jest raczej mało znanym momentem w dziejach Polski. Podejrzewam, że większość tych, którzy interesują się historią, słyszała o niej, ale pewnie niewiele więcej. A było to bardzo ważne wydarzenie. W literaturze polskiej mamy dwie powieści poświęcone temu tematowi, mało znane, może nawet zapomniane. Nie przypadkiem tak się stało, bo są one bardzo niepoprawne politycznie. Przedstawiają tę rewolucję zupełnie inaczej, niż dzieje się to oficjalnie w ogólnie dostępnych źródłach. Te powieści to Wiry Henryka Sienkiewicza i Dzieci Bolesława Prusa. Na początek wypadałoby jednak zapoznać się z przekazem oficjalnym. Wikipedia tak m.in. pisze:

Królestwo Polskie w latach 1815-1915; źródło: Wikipedia.

Rewolucja 1905 roku w Królestwie Polskim – rewolucja 1905 roku na obszarze Królestwa Polskiego. Spontaniczne strajki i walki trwały w polskich ośrodkach przemysłowych oraz na wsi od 1905 do 1907.

Geneza

Napięta sytuacja w ośrodkach przemysłowych utrzymywała się od co najmniej 1904 na skutek pogarszających się warunków pracy i informacjach o serii kompromitujących niepowodzeń Rosji podczas wojny z Japonią. Największa organizacja socjalistyczna na ziemiach polskich, Polska Partia Socjalistyczna, powołała swą Organizację Bojową już w maju 1904. W Paryżu przedstawiciele polskiego ruchu robotniczego omawiali z rosyjskimi eserowcami oraz łotewskimi i gruzińskimi nacjonalistami możliwość wywołania ogólnorosyjskiego powstania. Druga, mniejsza partia robotnicza, Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy korzystała z pomocy doradców mienszewików i bolszewików. Eserowcy i Bund nasilili działalność na zachodzie kraju. Na początku 1904 Józef Piłsudski spotkał się z japońskim ambasadorem, usiłując przekonać go do wsparcia antycarskiego powstania w Kongresówce oraz powołania legionu polskiego w Japonii.

28 września 1904 w Białymstoku policja rozbiła demonstrację PPS. Żandarmi zaatakowali tłum próbując skonfiskować czerwony sztandar z hasłem „PPS: Precz z wojną i caratem! Niech żyje wolny polski lud!”. W odpowiedzi na atak, bojowcy PPS odpowiedzieli ostrzałem z rewolwerów, sześciu ludzi zginęło, a około setki robotników zostało aresztowanych. 13 listopada 1904 podobna manifestacja została rozpędzona na placu Grzybowskim w Warszawie. Sytuacja uległa zaostrzeniu na skutek informacji o „krwawej niedzieli” w Petersburgu z 22 stycznia 1905, upadku autorytetu cara Mikołaja II i wybuchu strajków w Rosji. W ciągu 1905 strajki zaczęły wybuchać w licznych zakładach przemysłowych na terenie zaboru rosyjskiego. Strajkom przewodziły Polska Partia Socjalistyczna i Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. W tym samym miesiącu we wsi Pilaszków pod Łowiczem zebrali się potajemnie nauczyciele ze szkół elementarnych, którzy podjęli uchwałę o natychmiastowym wprowadzeniu do szkół wiejskich nauczania w języku polskim, którą to uchwałę zaczęli wprowadzać w życie, mimo rosyjskich represji.

Przebieg

28 stycznia PPS i SDKPiL wezwały do strajku, który objął ponad 400 tysięcy pracowników. Bezpośrednią reakcją na wydarzenia „krwawej niedzieli”, był trwający ponad trzy lata strajk szkolny. Od 1905 do 1906 w Kongresówce wybuchło ponad 6991 strajków, w których uczestniczyło 1,3 miliona pracowników. Wystąpienia robotników potępiła endecja, warszawska Gazeta Polska nawoływała do zdławienia socjalistycznej anarchii a liczba morderstw politycznych sięgnęła 40–50 tygodniowo. Przeciwnicy Romana Dmowskiego uważali że zawarł on tajne porozumienie z carem w celu zwalczania PPS. Działalność Narodowej Demokracji w okresie rewolucji doprowadziła do wzmożonej niechęci między Polakami i Żydami, apele Polskiej Partii Socjalistycznej o wspólną walkę z caratem, niezależnie od wyznania i narodowości stopniowo pozostawało bezskuteczne. Aby odwrócić uwagę od wystąpień pracowników, w Białymstoku 15 sierpnia 1905 siły carskie zorganizowały pogrom Żydów.

W odpowiedzi na represje nasiliły się starcia między Organizacją Bojową PPS a siłami carskimi. Bojowcy planowali zamachy na oberpolicmajstra Nolkena i generała Nowosilcowa. Rewolucjoniści prowadzili podziemną wojnę skierowaną w sieć agentów carskich infiltrujących polskie organizacje polityczne.

Skutki

Rewolucja przyniosła szereg pozytywnych zmian na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. Pojawiła się możliwość tworzenia polskich instytucji i organizacji społecznych: polskiego szkolnictwa prywatnego (między innymi Polska Macierz Szkolna), ruchu spółdzielczego (między innymi Towarzystwo Kooperatystów); zelżała cenzura, wprowadzono wolność wyznania i dopuszczono używanie języka polskiego w urzędach gminnych. Efektem rewolucji 1905 roku był też rozłam w polskim ruchu socjalistycznym związany z różnicami w priorytetach poszczególnych działaczy. Dla starszych priorytetem była niepodległość Polski, dla młodszych prawa robotnicze. W efekcie Polska Partia Socjalistyczna podzieliła się na PPS Frakcja Rewolucyjna (Józef Piłsudski), której celem była przede wszystkim walka o niepodległość oraz PPS Lewica (Feliks Kon), której celem była przede wszystkim walka o prawa robotników. Doświadczenia z rewolucyjnej działalności Organizacji Bojowej PPS posłużyły do utworzenia w 1908 we Lwowie Związku Walki Czynnej.

x

Natomiast Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze o tej rewolucji:

Rewolucja 1905-07 na ziemiach polskich miała swoje cechy szczególne, głównie związane z walką o zniesienie ucisku narodowego; znalazło to wyraz w takich formach walki, jak strajk szkolny, ruch gminny połączony z rekwizycją i paleniem dokumentacji znajdującej się w niszczonych urzędach gminnych i leśnictwach, bojkot carskiego aparatu administracyjnego, wysuwanie haseł walki o autonomię dla Polski, o wprowadzenie do urzędów języka polskiego.

Rozpoczęty 26 I 1905 przez robotników Woli w Warszawie strajk tzw. stycziowo-lutowy stał się pierwszym w Królestwie Polskim powszechnym strajkiem robotników, który skupił prawie całą (około 400 tys.) klasę robotniczą; jeszcze w styczniu do proletariatu przyłączyła się młodzież, rozpoczynając bojkot szkół rosyjskich; na wiosnę zastrajkowali również robotnicy rolni (około 700 folwarków, głównie w guberni lubelskiej i siedleckiej), przy czym dochodziło niekiedy do walk z wojskiem. Na wsi największe natężenie (2/3 gmin) przybrał ruch zmierzający do wprowadzenia języka polskiego w administracji gminnej. Walki rewolucyjne w mieście i na wsi wpłynęły na radykalizację inteligencji polskiej. Powstały wówczas postępowe instytucje naukowe i oświatowe.

W 1905 strajkowało 93% robotników przemysłowych, 1906 – 77%, 1907 – 48%. Na Królestwo Polskie, którego robotnicy stanowili 13,5% ogólnej liczby robotników przemysłowych imperium, przypadało 29% strajków w całym państwie oraz 28% ogółu strajkujących, zaś 1906 – odpowiednio – 47 i 45%. Szeroką działalność rozwinęły i przekształciły się w masowe partie socjalistyczne – PPS, SDKPiL i Bund; działał także III Proletariat, a na wsi, obok partii robotniczych, radykalna organizacja chłopska – Polski Związek Ludowy. Powstały i osiągnęły znaczne wpływy wśród mas związki zawodowe. Mimo tych sukcesów brak było jednak koordynacji wystąpień robotniczych i chłopskich, dawało się odczuć rozbicie organizacyjne tak wśród proletariatu, jak i chłopstwa. Istotną przyczyną niepowodzenia rewolucji była też obecność na ziemiach polskich licznej armii carskiej. W walce z rewolucyjnym ruchem robotniczym współdziałały niejednokrotnie z władzami carskimi Narodowa Demokracja i inne nacjonalistyczne organizacje burżuazji polskiej i hierarchii kościelnej. Jednakże częściowe zdobycze – jak wprowadzenie języka polskiego do rządowych szkół elementarnych, szkół prywatnych i zniesienie cenzury prewencyjnej – umożliwiły pełniejszy rozwój ekonomiczny, społeczny i kulturalny narodu, ożywiły walkę o wyzwolenie narodowe i społeczne.

x

Powieść Wiry wydała Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk 1990. Jest to skromne wydanie, miękka okładka, brak informacji o nakładzie, ale pewnie niewielki. Posłowie napisał Władysław Zawistowski. Pisał w nim m.in.:

Powiedzmy więc od razu, że Wiry są reakcją Sienkiewicza na rewolucję 1905 roku (pierwsze wydanie zwarte – 1910), którą starzejący się noblista zdecydowanie potępiał lub której – jak chcą inni – nie rozumiał. Powstała w sytuacji dużego zapotrzebowania na jego literacki, ale i polityczny komentarz niedawnych wydarzeń. Zwłaszcza iż autor Potopu udzielał się, w poprzedzających latach, na polu politycznym właśnie (choć nie jako działacz), dawał się kokietować endecji, która chciała go zrobić posłem do Dumy i uważała za kogoś w rodzaju patrona. Przyznawały się również do Sienkiewicza i inne nurty polityczne, lecz on – zachował niezależność artystyczną i intelektualną, czego najlepszym dowodem mogą być właśnie Wiry. Powieść nie przyniosła bowiem Sienkiewiczowi uznania ze strony żadnego ze zwalczających się stronnictw. Autor Quo vadis ustawił się ponad ich sporami; potępił rewolucję ale również – wszelką ugodę z caratem, a ośrodkiem swej dyskursywnej refleksji uczynił nie którąś ze sprzecznych ideologii, lecz odwieczny problem sprzeczności dążeń (i praw) jednostki, klasy i narodu.

Wiry wydano w roku 1951 jako XXXV i XXXVI tom Pism zbiorowych (PIW), ale nie oznaczało to automatycznej obecności książki w księgarniach i bibliotekach. Wystarczy wspomnieć, iż książka ta ukazała się w nakładzie 3,5 tys. egzemplarzy i to w czasie, gdy Krzyżaków wydano w 200, a Listy z podróży do Ameryki w 374 tysiącach egzemplarzy!

Są więc do dziś Wiry powieścią nieobecną, białą plamą właśnie i obecne wydanie na pierwodruku z roku 1910 (jedyne pełne wydanie za życia autora, które ukazało się w Warszawie nakładem Gebethnera i Wolffa), starannie jednak przejrzanym i porównanym z edycją Krzyżanowskiego. (…)

Oddajemy Wiry do rąk czytelników z głębokim przekonaniem, iż wszystkie kontrowersje, które i dziś mogą powstać wokół tej powieści, wszystkie dyskusje, zachwyty i abominacje muszą mieć za swe źródło – powszechnie dostępny tekst. Henryk Sienkiewicz jest pisarzem na tyle ważnym, by nawet skromniejsze jego utwory stale były obecne na rynku księgarskim. A niezależnie od wszystkiego: to naprawdę niezwykle ciekawa książka!

Poniżej kilka fragmentów z tej powieści:

Ekonom z Rzęślewa powiada, że tam pojawiły się jakieś nieznane figury, podobno z Warszawy, i rządzą się jak szare gęsi po niebie. Wydają rozkazy, zwołują chłopów, burzą ich, przyrzekają im grunta, każą nawet zajmować inwentarze i obiecują, że w całej Polsce wkrótce tak będzie, jak w Rzęślewie…

Twierdzisz pan zatem, że wy w imię Polski połączyliście się z młodą i potężną ideą, przez co wpuściliście w jej żyły młodą krew. A ja odpowiem, że sama idea, jakakolwiek ona jest – tak zwyrodniała w waszych umysłach, że przestała być społeczną ideą, a stała się społeczną chorobą. Zaszczepiliście Polsce chorobę i nic więcej. Nowy polski gmach trzeba budować z cegieł i kamienia – nie z dynamitu i bomb. A w was nie ma ni cegieł, ni kamienia. Wy jesteście tylko krzykiem nienawiści. Porzuciliście starą Ewangelię, a nie umiecie stworzyć nowej, wskutek czego nie ma w was zadatków życia. Imię wasze jest Błąd – i dlatego wypadkowa waszych działań będzie zawsze przeciwna waszym założeniom. Bo przeciągnąwszy strunę strajkową nie doprowadzicie ludu do czego innego, jak do słabości i nędzy, a ze słabych nędzarzy nie potraficie zbudować silnej Polski. To przecie oczywiste. A przy tym na jednej i tej samej głowie nie można nosić dwóch czapek, chyba że jedna będzie pod spodem? Czy wasz socjalizm jest tylko środkiem do zbudowania Polski, czy wasza Polska jest tylko przynętą i hasłem, które ma przyciągnąć do waszego obozu lud? Socjalistom, którzy zwą się socjalistami bez dodatków i nie twierdzą, że są w jednej osobie rybą i rakiem, muszę przyznać, że są logiczniejsi. Ale wy łudzicie sami siebie. Naprawdę jest tak, że wy, choćbyście chcieli uczynić coś polskiego, to nie zdołacie, albowiem w was samych nie ma nic polskiego. Szkoła, którąście przeszli, nie odjęła wam, bo nie mogła, odjąć, języka, ale urobiła wasze umysły i dusze w ten sposób, że jesteście nie Polakami, lecz Rosjanami nienawidzącymi Rosji. Jak na tym wyjdzie Polska i Rosja, to inna rzecz, ale tak jest. Wam się w tej chwili zdaje, że robicie rewolucję, a to jest tylko małpa rewolucji – i w dodatku obcej. Wy jesteście złym kwiatem obcego ducha. Dość wziąć wasze dzienniki, waszych pisarzy, poetów i krytyków! Cały ich aparat umysłowy jest obcy. Prawdziwy ich cel, to nawet nie socjalizm i nie proletariat, ale zniszczenie. W ręku żagiew, a na dnie duszy beznadziejność i wielkie nihil! A przecież wiadomo skąd to rodem. Galicyjski socjalizm to także nie Apollo Belwederski, ale jednak ma już inne rysy i mniej szerokie kości policzkowe. Nie ma w nim tej wścieklizny, lecz nie ma i tej rozpaczy, i tego smutku, które są tak przeciwne kulturze łacińskiej. Wy jesteście jak owoc, z jednej strony zielony, z drugiej gnijący. Wy jesteście chorzy. Tą chorobą tłumaczy się ten bezgraniczny brak logiki, polegający na tym, że krzycząc przeciw wojnom robicie wojnę, krzycząc przeciw sądom wojennym skazujecie bez żadnych sądów; krzycząc przeciw karze śmierci, wtykacie ludziom w ręce browningi, mówicie: „zabij!” Tą także chorobą tłumaczą się wasze szalone porywy i wasza zupełna obojętność na to, co dalej będzie, jak również na los tych nieszczęsnych ludzi, z których robicie swe narzędzia. Niech mordują, niech ograbiają kasy, a czy potem zawisną na stryczku, czy staną się łajdakami – mniejsza wam o to. Wasze nihil pozwala wam pluć na krew i na etykę. Wy otwieracie na rozcież drzwi nawet znanym łajdakom i pozwalacie im reprezentować nie własne łajdactwo, ale waszą ideę. Wy, ogólnie mówiąc, nosicie w sobie zatratę i Polskę łączycie z zatratą. W waszej partii są niechybnie ludzie poświęcenia i dobrej wiary, ale ślepi, którzy w swej ślepocie służą komu innemu, niż myślą.

Powiadał mi służący, że jutro od rana, z rozkazu partii, strajk dorożkarzy. Służba męska jest w całym mieście sterroryzowana i słowa: „z partii” otwierają wszędzie drzwi, jak najlepszy wytrych.

Dawniej marsz Dąbrowskiego był hasłem dla stu tysięcy ludzi, dziś jest nim dla dziesięciu milionów. Błogosławiony folklor.

U nas są tylko wiry… I to nie wiry na toni wodnej, gdzie poniżej jest głębia spokojna, ale wiry z piasku. Teraz wicher dmie od Wschodu i jałowy piasek zasypuje naszą tradycję, naszą cywilizacje, naszą kulturę, a żyć mogą tylko szakale.

x

Powieść Dzieci Bolesława Prusa ukazała się w 1908 roku. W 2002 roku wydało ją wydawnictwo Akant Ltd. Jest to bardzo ładne wydanie w twardej okładce. Jednak wydawca nie zaopatrzył go w żadną przedmowę czy posłowie. Pozostaje mi więc jedynie zacytować pewne fragmenty.

Mój stryj ciągle powtarza, że nie jest to rewolucja, tylko gnicie. Zamiast bitew - morderstwa; zamiast zdobywania sztandarów - rabunek kas... gdyby to wreszcie kasy rządowe czy bankowe! Ale oni ograbiają ludzi prywatnych, zabierają po kilkanaście rubli.

W 1794 roku w 1812 i 1831 o wolność walczyła armia i to z wrogiem zewnętrznym. Ale o żadnych sztyletnikach i brauningistach, o żadnym wywłaszczeniu nie słyszano... W 1863 już nie było armii, tylko partyzantka, i zaczęli pokazywać się sztyletnicy, których... pamiętasz?... nie przyjmowaliśmy do oddziałów... A dziś co? Armii nie ma, nawet partyzantów... Za to mamy sztyletników, brauningistów, napaści na kasy i domy, mordownie się rozmaitych partyj... Czy to nie skandal?

I coraz częściej przychodziły mu na myśl niedawne słowa Dębowskiego, że obecny zamęt nie jest rewolucją i nie może wywołać dobrych następstw politycznych. A niekiedy przypominał sobie nawet gniewne wybuchy stryja, który na wiele lat przed dzisiejszymi ruchami głosił, że rewolucje mogą wyhodować tylko zbrodnie i zbrodniarzy.
Pewnego dnia przyjechał sekretarz dyrektora Hut Żelaznych i przywitawszy się z paniami, poprosił Kazimierza o rozmowę w ważnej sprawie. Gość był zirytowany i wyglądał mizernie.
- Niech pan to z łaski swojej przeczyta - rzekł podając Świrskiemu niewielką kartkę papieru.
Był to wyrok śmierci dla sekretarza; zapowiedziano mu, że zginie w ciągu najbliższych kilku dni.
- Takie przysmaki dostaliśmy wszyscy - mówił przybyły. - Ma być jeszcze zabity dyrektor, jego pomocnik, kasjer, buchalter, wszyscy inżynierowie i paru najlepszych majstrów.
- Niech pan przynajmniej powie: co mamy robić?... Do kogo udać się po radę? Wyjechać z fabryki niepodobna; nazwaliby nas tchórzami, co podkopałoby wszelką karność, a nawet mogłoby spowodować popsucie maszyn... Odwołać się do policji i wymienić tych, na których mamy całkiem uzasadnione podejrzenia, także nie można... Nazwano by nas szpiegami... Bronić się, nie wiem, czy potrafimy, gdyż panowie ci lubią napadać i mordować znienacka... Więc niby co nam pozostaje?
- Może by porozmawiać z najpoważniejszymi robotnikami, wreszcie... z tymi, których panowie podejrzewacie?... - wtrącił Świrski.
- To na nic!... Uczciwi robotnicy sami lękają się warchołów, sami otrzymują wyroki śmierci... A z tamtymi... Proszę pana, ja z nimi gadałem... choćby z naszym praktykantem, którego pan poznał w czasie Wigilii... I wie pan, jakie odniosłem wrażenie, nie tylko ja, ale my wszyscy "lokaje kapitalizmu", jak nas nazywają...
Odetchnął głęboko i po namyśle kończył:
- Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.
- Może władze fabryczne źle traktowały robotników, nie mówiąc już o wyzysku... - zapytał Świrski.
- Proszę pana - ciągnął sekretarz - zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie... Bywało źle... działy się niegodziwości... temu nie będę przeczył... Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim - przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej... Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą; chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.
- Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze - wtrącił Świrski.
- A ciągnie się jak najgorzej - pochwycił sekretarz.
- Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom (franc. przywódcy, organizatorzy - przyp. W.L.), nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu... My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonać, ale oni nie tylko zaczęli stawiać nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału... A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.
- Cóż oni na przykład panu zarzucają?... - spytał Świrski.
- Nigdy pan nie uwierzy!... - zawołał sekretarz. - Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń... że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniłem robotnikom niepraktyczność ich postępowania... A prawda!... Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją...

- Wie pan jaki jest stan kraju - rzekł Klemens półgłosem. - Czeladź miejska nie chce pracować, robotnicy mówią, że będą właścicielami fabryk, a po wsiach tułają się agitatorzy, którzy chcą wywołać bezrobocie na folwarkach i podmawiają chłopów, ażeby opanowali grunta dworskie. Pan rozumie, do czego to nas doprowadzi?...
- Myślę o tym od świąt... - szepnął Świrski.
- A także wiadomo panu - ciągnął Klemens - że ci, którzy przeciwdziałają podłej robocie nieznanych agitatorów, ci narażają się na śmierć... Sekretarz dyrekcji Hut Żelaznych... pan wie?
- Wiem, dlaczego został zamordowany... Struchlałem, kiedym się dowiedział o tej bezecnej zbrodni...

x

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisał:

Socjalizm wypowiedział wojnę wielkiemu kapitałowi, a zrujnował właściwie tylko drobny przemysł i pracę. Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że rewolucja zburzyła, zniszczyła, zamknęła w Królestwie Polskim około 2000 mniejszych zakładów przemysłowych (chrześcijańskich). Więc nie wielkich kapitalistów rozgromił socjalizm wojujący, jak zamierzał, bo ci, siedząc na ogromnych workach złota, drwili sobie z bezpiecznej zagranicy z jego browningów, bomb i strajków, lecz zniszczył i cofnął o kilkanaście, o kilkadziesiąt lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł i zubożył robotników i cały proletariat w ogóle.

W Królestwie nie wiedziano aż do roku 1910, kto prowadził rewolucję. Dowiedziano się dopiero po rewolucji, że na czele jej stali Żydzi, głównie litewscy (litwacy), że jej „dyktatorami” i instruktorami byli: Tyszka (nie tzw. Tyszko), Jackan, Żabotyński, Azef i ich pomocnicy. Ci „dyktatorzy”, instruktorzy i twórcy bojówki, udający międzynarodowych socjalistów, byli wrogami „gojów” i służyli tylko swoim współplemieńcom, czego dowiadujemy się od S. Frankiewicza, którego list umieściła „Myśl Niepodległa” Andrzeja Niemojewskiego w listopadzie 1910 roku:

„Znam fakty – opowiadał Frankiewicz w swoim liście – kiedy Żydzi w porachunkach z chrześcijanami uciekali się do swoich współplemieńców uczestniczących w „Komitecie” socjalistycznym i od nich uzyskiwali wyroki. Stwierdzono publicznie fakt, iż pewien Żyd w jednym z miasteczek, mając porachunki osobiste z chrześcijaninem i czując się pokrzywdzonym o… 2 ruble, uzyskał od „Komitetu”, w którym działali sami Żydzi, wyrok. A jaki wyrok! Dwaj litwacy z browningami… Skazany, widząc, że to nie przelewki, porzucił dom i wyjechał stamtąd na zawsze. Znam fakt, że gdy chrześcijanin w pewnej okolicy zakupił las na wyrąb, Żydzi handlujący lasami, uzyskali wyrok od „Komitetu”, aby materialnie zrujnować „goja” i bojówka osądzonemu konfiskowała pieniądze, truła konie, podpalała las, dopóki niefortunny handlarz nie odstąpił lasu Żydom za liche pieniądze”.

Dziwiono się w kraju, że policja czas pewien bezsilna wobec „konfiskat” i egzekucji rewolucyjnych, tropiła teraz i chwytała „towarzyszy” i bandytów. Bo znaczna część „towarzyszy” wsiąkła w policję, zasiliła kadry tajemniczych agentów (szpiegów), wydawała w ręce władzy carskiej swoich towarzyszy, wczorajszych „braci”.

Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał Judeo-Polski, Syjon na gruzach Polski.

Żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie sobie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po trupie Polski.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce.

xxx

Po tych dwóch cytatach nikogo już chyba nie powinno dziwić to, że obie książki są bardzo niewygodne, bo przedstawiają wydarzenia 1905 roku odmiennie od oficjalnej narracji. Nie powinno też nikogo dziwić to, że gdy w sierpniu 1914 roku Piłsudski ze swoją bandą wkroczył do Królestwa, to ludzie zatrzaskiwali okiennice. Wszyscy jeszcze bardzo dobrze pamiętali tamte wydarzenia.

Rewolucja 1905 roku była rewolucją powszechną. Objęła ona środowiska robotnicze, chłopskie, młodzież szkolną oraz wywarła wpływ na środowiska inteligencji polskiej. Zarysowały się trzy główne nurty polityczne: PPS, która wysuwała hasła niepodległościowe; SDKPiL, która ograniczała się do kwestii socjalnej robotników oraz endecja, która postulowała rozwój w ramach Imperium Rosyjskiego.

Doświadczenia z rewolucyjnej działalności Organizacji Bojowej PPS posłużyły do utworzenia w 1908 we Lwowie Związku Walki Czynnej. Organizacja Bojowa PPS to po prostu organizacja terrorystyczna, a jej członkowie to terroryści. Związek Walki Czynnej był podstawą do utworzenia Legionów, a te z kolei były bazą do powstania rządów sanacyjnych. Można więc powiedzieć, że od 1926 do 1939 roku II RP rządzili terroryści, a naczelnikiem tego karykaturalnego państwa był bandyta i terrorysta.

WEP pisze, że rewolucja 1905 roku miała swoje cechy szczególne i wymienia m.in. ruch gminny połączony z rekwizycją i paleniem dokumentacji znajdującej się w niszczonych urzędach gminnych i leśnictwach. To bardzo koresponduje z informacją zawartą w cytacie z Choińskiego: Żydzi handlujący lasami, uzyskali wyrok od „Komitetu”, aby materialnie zrujnować „goja” i bojówka osądzonemu konfiskowała pieniądze, truła konie, podpalała las, dopóki niefortunny handlarz nie odstąpił lasu Żydom za liche pieniądze. Zapewne chodziło o usuwanie jakichś danych personalnych i dokumentacji dotyczącej własności ziemskiej i lasów.

Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie sobie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po trupie Polski. – Tak pisał Choiński. Jednak wydaje mi się, że nie do końca tak było, bo przecież szlachta w tamtym czasie była mocno zażydzona. Ta uwaga skłoniła mnie do pewnej refleksji. Zastanawiałem się często, jaki był powód powstania unii lubelskiej i stworzenie takiego dziwacznego państwa. Otóż chodziło o takie państwo, w którym będą współistnieć dwie wrogie sobie części, społeczności. Łączenie katolicyzmu z prawosławiem, to jak łączenie wody z ogniem. Faktem jest, że Żydzi są obecni w Polsce od tysiąca lat, ale faktem też jest, że dopiero po unii lubelskiej nastąpił ich masowy napływ w XVI, XVII i XVIII wieku. Takie państwo mogli sobie podporządkować, bez końca skłócać obie obce sobie społeczności. I z tego też powodu po I wojnie światowej powstało odrodzone państwo, w kształcie podobnym do I RP. I również z tego powodu po II wojnie światowej przesiedlano na tzw. Ziemie Odzyskane w większości mniejszości kresowe, po to właśnie, by stworzyć te dwie wrogie sobie społeczności. Taki stan gwarantuje im absolutną dominację. I dlatego też jest taki nacisk propagandowy na akcentowanie, że polskość to język i wiara katolicka. Jedno i drugie łatwo zaadoptować. W takiej sytuacji przeciętny człowiek jest zdezorientowany, bo nie wie, kto jest Polakiem, a kto go tylko udaje.

Rewolucja 1905 roku, pod przykrywką patriotyzmu, zniszczyła dorobek tego pokolenia Polaków, którzy po powstaniu styczniowym stali się bardziej pragmatyczni. Zostali oni zmarginalizowani i w nowym państwie ich dzieci i wnuki niewiele już znaczyły. Retoryka Żydów praktycznie nie zmieniła się. Wyrosły nowe pokolenia, które, podobnie jak te z 1905 roku, nabierają się na fałszywy patriotyzm. Nabierają się, bo mają wypaczony obraz historii, a może nie mają żadnego, bo nie chcą. Gdy dziś patrzę na te obecne strajki, to mrowie biało-czerwonych flag, akcentowanie przywiązania do wiary katolickiej – to nie mam najmniejszej wątpliwości, kto jest ich organizatorem.