Krach

Bieżący tydzień zaczął się ciekawie, bo od poniedziałkowego krachu na giełdach. Tak przynajmniej niektórzy to nazywają. Do nich należy również wschodząca gwiazda polskiego internetu, czyli Tomasz Piekielnik, który jeszcze tego samego dnia skomentował na swoim kanale to, co działo się na światowych giedach. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty tego komentarza.

4:30 Zatem nie jest do końca różowo i wydaje mi się, że to będzie dopiero początek. A kolejne doniesienia w kolejnych dniach, tygodniach i miesiącach będą też ukazywać, że jesteśmy prowadzeni w jakimś konkretnym kierunku i te gospodarki, no nie tak same z siebie się kurczą czy zapadają, tylko jest to pewien zorganizowany proceder po to, żeby nagle, niczym rycerz na białym koniu, ktoś przybył do nas z wybawieniem, mówiąc – mam rozwiązanie. I czym ono może być? O tym dzisiaj pospekulujemy.

27:00 Czy ten kryzys w Stanach Zjednoczonych jest czymś przypadkowym? Czy jest czymś do przewidzenia? (…) Po pierwsze do nieba nie mogą rosnąc ani drzewa, ani zadłużenie. Czyli dług nie może rosnąć do nieba. I fakt, że gospodarki są tak potężnie zadłużone i zadłużone z roku na rok coraz bardziej, jest dla mnie wobec tego jasne, że ten fakt wskazuje na to, że – no właśnie, kreatorzy finansów świata mają jakąś strategię, mają jakiś cel. Celem zwykle jest reforma. Reforma umożliwia „zaoranie dotychczasowego porządku” i pewną reformą w świecie firm, w świecie spółek, pewną reformą rosnącego stale zadłużenia podmiotów takich jak spółki z o.o., spółki akcyjne – jest ich bankructwo, jest ogłoszenie ich upadłości. Tylko w jaki sposób mają to robić gospodarki? No właśnie! Dzieje się to w inny sposób niż w przypadku biznesu czy osób prywatnych, które ogłaszają upadłość konsumencką.

W przypadku gospodarek musi się to odbyć ze zdecydowanie innym rozmachem. Coś mi podpowiada, że przy tej okazji będzie przejście do nowej ekonomii, do nowego systemu monetarnego. I, obym się mylił, dlatego że osobiście jestem zwolennikiem, tak prywatnie jak i zawodowo jako ekonomista, jestem zwolennikiem gotówki, używania faktycznego pieniądza z jakąś fundamentalną siłą, no właśnie, jakiegoś banku centralnego czy gospodarki, która jest reprezentowana przez ten bank centralny. A my tutaj mówimy, że na świecie od lat, od dekad – świat po prostu odszedł od tego typu powiązania. Zatem od wielu lat zasobność naszych portfeli, portfeli państw, budżetów państw, to nic innego jak pewne cyfrowe zapisy na kontach, a tak zwane bank noty, czyli noty banków centralnych, czyli pieniądze, którymi się posługujemy – no nie mają już takiego waloru, który pozwalałby powiązać te wartości z konkretnym stanem majątkowym. I o tym można by długo rozmawiać. Niemniej coś mi podpowiada, że jest szykowany duży krach i problemy nie tylko gospodarek, ale także sektora finansowego, czyli banków, czego przedwiośnie mieliśmy rok temu.

30:16 Przejdźmy do tematu bezrobocia w Polsce. Okazuje się, że w Polsce nie ma bezrobocia, a są brakujące ręce do pracy. Rzeczpospolita na pierwszej stronie donosi o tym, że Polska jest bez rąk do pracy. „Przedsiębiorcy obawiają się, że wkrótce zabraknie im pracowników. Ich napływ z Ukrainy już hamuje, a rząd pod naciskiem społecznym jeszcze może zaostrzyć politykę imigracyjną”.

No to jest bardzo ciekawe dlatego, że jeżeli rację mają ekonomiści czy słusznie twierdzą ekonomiści, którzy prognozują, że rozwinie się w Europie i na świecie duży kryzys, to tych rąk do pracy w zasadzie nie trzeba będzie szukać, bo będą problemy z miejscami pracy. (…) Uważam, że w ciągu najbliższych lat będziemy mieli do czynienia z dużymi zmianami ekonomicznymi, gospodarczymi, z przyspieszeniem wojny… Jakie są symptomy tego, co się dzieje? Sama AI mówi, jakie zawody znikną z rynku, Są to zawody, które łatwo zautomatyzować, są to zawody jak najbardziej także prawnicze, księgowe, w administracji, w obróbce danych, ale także… uwaga!, także IT, to także programiści. I tych zawodów jest naprawdę całkiem sporo. W tym momencie przypomina mi się wypowiedź Mateusza Morawieckiego, który powiedział, że kiedyś AI pozbawi potężne rzesze ludzi pracy. (…) Ta rewolucja jest związana ze sztuczną inteligencją, związana ze zmianą ekonomii – to te zmiany jasno pokazują, że na rynkach pracy wydarzy się armagedon. Tak uważam. Zarówno rządy jak i te siły, które mają na to wpływ, starają się tym jakoś zarządzić. I „starają się”, to trochę nietrafnie dobrane słowo, dlatego że kreują pewnego rodzaju zmiany.

44:12 W mojej ocenie to, co się dzieje, tzw. czarny poniedziałek, czerwony poniedziałek (ze względu na barwę indeksów oznaczającą spadek – przyp. W.L.), mówię tu o krachu, który wydarzył się w Japonii, w Polsce, w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Jest to początkiem pewnego rodzaju zmian ekonomicznych. I moją intencją jest pokazanie, że właśnie te rzeczy należy ze sobą łączyć: po pierwsze – kryzys, po drugie – krach, po trzecie – wojny, po czwarte – wprowadzenie nowych zasad: waluta cyfrowa, dochód gwarantowany, czyli powszechny, warunkowy gwarantowany dochód minimalny. – To są okoliczności, które nas w najbliższej przyszłości czekają.

x

Piekielnik, nie wiem czy świadomie, czy – nie, przemyca między wierszami pewne informacje, które nie pozostawiają złudzeń, kto tak naprawdę rządzi światem. No bo jeśli pisze, że jesteśmy prowadzeni w jakimś konkretnym kierunku i te gospodarki, no nie tak same z siebie się kurczą czy zapadają, tylko jest to pewien zorganizowany proceder, to nie pozostawia tu żadnych złudzeń, że wydarzenia na świecie dzieją się w sposób spontaniczny i niekontrolowany.

A skoro tak, to cała ta geopolityka i to wszystko, co mówią ci komentatorzy od geopolityki, to wszystko nie warte funta kłaków. Ale książki się sprzedają, kanały internetowe dostarczają dochodu i o to chodzi.

W pewnym momencie mówi: Niemniej coś mi podpowiada, że jest szykowany duży krach i problemy nie tylko gospodarek, ale także sektora finansowego, czyli banków, czego przedwiośnie mieliśmy rok temu.

W obu przypadkach mówi on w formie bezosobowej lub w stronie biernej: jesteśmy prowadzeni, jest szykowany, jest to pewien zorganizowany proceder. Kto nas prowadzi, kto szykuje, kto organizuje. O tym nie mówi, ale skoro w jednym ze swoich poprzednich komentarzy stwierdził, że prawie wszystkie banki należą do Żydów, to może uznał, że już nie trzeba o tym wspominać.

Według niego „cały ten zgiełk” (All That Jazz) – czyli kryzysy, krachy, wojny – jest po to, by wprowadzić walutę cyfrową i warunkowy gwarantowany dochód minimalny oraz pozbyć się długów. Walutę cyfrową i gwarantowany dochód można wprowadzić poprzez ogłoszenie pandemii. Jedną już mieliśmy i widzieliśmy, co można zrobić z ludźmi. Nikt nie zaprotestuje, bo to ci nieznani przełożeni władzy organizują wszelkie protesty. Długi można anulować. Kiedyś, dawno temu, władcy ogłaszali co 50 lat tzw. lata jubileuszowe, w czasie których anulowano wszelkie długi. Jednak ich anulowanie to powrót do stanu wyjściowego. Wojna jest faktycznie dobrym pretekstem do ich anulowania, bo po niej wyłania się nowa rzeczywistość, choć wcale tak nie musi być. Niemcy swoje długi sprzed drugiej wojny światowej spłacali jeszcze długo po jej zakończeniu.

Wojna jednak jest pretekstem do dokonania wielu zmian, których nie można by było dokonać w warunkach pokojowych. Dotyczy to zmiany granic niektórych państw i jest doskonałym pretekstem do przesiedleń ludności na dużą skalę. Po to były kolorowe rewolucje w Afryce, by uruchomić lawinę migrantów spływającą do Europy zachodniej. Dla wschodniej Europy, szczególnie dla Polski, zrobiono kolorową rewolucję na Ukrainie, a po niej wywołano lokalną wojnę. Efekt był taki, że do Polski napłynęła wielomilionowa fala „uchodźców” z Ukrainy.

Celem tych zabiegów ma być „ubogacenie” kulturowe Europy zachodniej, czyli tak naprawdę jej marginalizacja. W przypadku Polski też mamy do czynienia z podobnym ubogaceniem, bo niewykształcone w pełni w sensie językowym i narodowym społeczności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego powoli zaczynają dominować w życiu społecznym i gospodarczym tego kraju Zulu-Gula. Tym, co mnie wręcz zaszokowało, to cytat z Rzeczypospolitej. Nie wiem czy to słowa komentującego czy dosłowne powtórzenie, ale podejrzewam, że Piekielnik powtórzył za autorką artykułu cytowanego z tego dziennika:

„Okazuje się, że w Polsce nie ma bezrobocia, a są brakujące ręce do pracy. Rzeczpospolita na pierwszej stronie donosi o tym, że Polska jest bez rąk do pracy.”

W języku polskim to wypada napisać, że w Polsce brakuje rąk do pracy, że Polsce brak rąk do pracy. Ta autorka to Aleksandra Fandrejewska. Jeśli najbardziej prestiżowy dziennik w Polsce zatrudnia osoby, które nie znają języka polskiego, a przynajmniej jego składni, to czy to nie jest kraj Zulu-Gula? Nie ma w tym dzienniku miejsca dla Polaków, ale dla ludzi ze wschodu jest. Wiadomo, że zatrudnia się też lekarzy ze wschodu bez znajomości języka polskiego. Podejrzewam, że jest to zjawisko powszechne w „polskiej” gospodarce i kulturze. Mówiąc brutalnie; zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. Zabierają nam ostatnią rzecz, z którą możemy się utożsamiać – język. Zrobią z niego narzecze podobne do ukraińskiego i białoruskiego. To jest właśnie to ubogacenie kulturowe w przypadku Polski. Choć, tak po prawdzie, zaczęło się ono od unii personalnej z Litwą, trwającej od 1385 do 1569 roku. To w tym okresie jagiellońska dzicz rozkradła królewszczyzny Korony, z polskich chłopów zrobiła niewolników, a kiełkujące mieszczaństwo zdusiła w zarodku. O tym pisałem w blogach Jagiellonowie i Jak powstawał ustrój I RP.

Według mnie mamy do czynienia z przenoszeniem centrum świata do Chin, a to musi oznaczać osłabienie Stanów Zjednoczonych i Europy, bo to ta sama cywilizacja i kultura. Wszelkie te zmiany, które nam aplikują, te absurdy i idiotyzmy, to jest to skoncentrowany atak na Europę. Nie robią tego w Afryce czy Ameryce Południowej i Azji. Amerykę osłabi się poprzez stworzenie nowej waluty, w której będzie odbywać się rozliczanie wszelkich transakcji handlowych. Mam takie wrażenie, że unia europejska właśnie po to powstała, bo w przeciwnym wypadku trudno byłoby zmusić poszczególne państwa do stosowania się do wymogów unijnych. To wszystko oczywiście jest rozłożone w czasie, dlatego tak trudno zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi.

Epopeja narodowa

Jednym z elementów, które mają spajać narody i kształtować ich tożsamość, są eposy czy epopeje narodowe. Według Wikipedii epos czy epopeja narodowa to utwór literacki (epos) o istotnym znaczeniu dla narodu lub grupy społecznej, przedstawiający jego/jej dzieje w przełomowym momencie. Określenie to przyznawane jest zwykle jednemu dziełu literatury narodowej, które według materiałów historycznych czy tradycji ma najwierniej oddawać charakterystyczne dla epoki rysy narodu lub jego warstwy, osiągając jednocześnie wysoki stopień artyzmu.

Za pierwsze eposy narodowe uznano Iliadę oraz Odyseję spisane przez Homera. Przedstawiają one historie herosów walczących z przeciwnościami losu. Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona.

Polskie eposy narodowe

Polskie eposy narodowe mają swój początek od tłumaczenia Jerozolimy wyzwolonej Torquato Tasso przez Piotra Kochanowskiego w XVII wieku. Ze względu na częściową parafrazę stosowaną dla spolszczenia tekstu był on uważany za ważny prototyp dla przyszłych eposów. Pierwszą większą próbą stworzenia eposu narodowego była Lechiada Macieja Kazimierza Sarbiewskiego. Eposu poeta nigdy nie dokończył. Zachowała się tylko XI pieśń. Następnie Wacław Potocki napisał pierwszy polski epos narodowy – Transakcję wojny chocimskiej. Utwór ten tworzony w latach 1669–1672 został jednakże wydany po raz pierwszy w 1850 roku. Pierwsze znane w Polsce polskie eposy narodowe to Sobiesciada (1686) Jędrzeja Ustrzyckiego i Viennis (1717) Jana Damascena Kalińskiego. Oba dotyczą zwycięstwa wiedeńskiego króla Jana III Sobieskiego. Ambitną, ale zapomnianą próbą była Jagiellonida Dyzmy Bończa-Tomaszewskiego.

Następnym polskim eposem narodowym jest Pan Tadeusz Mickiewicza. Do eposów polskich zaliczają się również Monachomachia i Antymonachomachia Ignacego Krasickiego. Umownie polskimi eposami narodowymi nazywa się także dzieła prozy polskiej – między innymi Stara baśń Józefa Ignacego Kraszewskiego i Chłopi Władysława Stanisława Reymonta.

x

Mamy tu zatem do czynienia z istnym embarras du choix, jakby powiedzieli Francuzi, czyli kłopot z wyborem. Stary naród polski z epoki piastowskiej, z ledwie rozwijającym się mieszczaństwem i wolnymi chłopami, został w okresie unii personalnej z Litwą zlikwidowany: mieszczaństwo skarlało i było obcego pochodzenia, a z wolnych chłopów zrobiono niewolników. Narodem stawała się szlachta ze wschodnimi korzeniami. Tak więc epos narodowy musiał, chcąc nie chcąc, uwzględnić stan faktyczny. I tak powstał Pan Tadeusz, w którym, jak pisze Wikipedia, zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. No tak, istniało przecież Księstwo Warszawskie, które obejmowało prawie (bez Pomorza) całość ziem etnicznie polskich. Dla Mickiewicza to nie była jego ojczyzna, bo przecież pisał : Litwo, Ojczyzno moja! Tak naprawdę ten poemat to był kolejny etap, w sensie kulturowym, na drodze do podmiany rdzennego narodu polskiego społecznościami z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te społeczności charakteryzował brak świadomości narodowej. Ludzie na tym terenie mówili o sobie, że są tutejsi, a porozumiewali się ze sobą po naszemu, po swojemu. I to nadal trwa. Na wsiach południowej części województwa podlaskiego ludzie mówią po swojemu. Zajazd nad Narwią na trasie Białystok – Lublin jeszcze do niedawna nazywał się Zagłoba, a teraz nazywa się Chutor na Narwią. Hier dominiert die ukrainische Wirtschaft und der ukrainische Geist.

x

W związku z tym wypada bliżej przyjrzeć się genezie tego utworu. Wikipedia tak pisze:

Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie – poemat epicki Adama Mickiewicza wydany w dwóch tomach w 1834 w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego.

Ta epopeja narodowa (z elementami gawędy szlacheckiej) powstała w latach 1833–1834 w Paryżu. Składa się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem, trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim. Czas akcji: pięć dni z roku 1811 i jeden dzień z roku 1812.

Epopeja jest stałą pozycją na polskiej liście lektur szkolnych. W 2012 była publicznie odczytywana w akcji społecznej propagującej znajomość literatury polskiej Narodowe Czytanie Pana Tadeusza.

Okoliczności powstania utworu

Jesienią 1830 roku w Rzymie Adam Mickiewicz wysłuchiwał gawęd szlacheckich wygłaszanych przez hrabiego Henryka Rzewuskiego. Narratorem i głównym bohaterem gawęd Rzewuskiego był fikcyjny szlachcic z Litwy Seweryn Soplica a jego opowiadania w sposób niezwykle barwny opisywały życie szlacheckie z ostatnich lat Rzeczypospolitej. Mickiewicz zachwycił się gawędami Rzewuskiego i nakłonił go do spisywania jego opowieści, i to w takiej postaci, w jakiej były wygłaszane – bez jakiegoś zasadniczego przestylizowania. Pamiątki Soplicy zaczęły ukazywać się w tamtejszej prasie i zyskały duże uznanie kół emigracyjnych, zaś w 1839 roku ukazały się w formie książkowej.

Pamiątki Soplicy

Pamiątki Soplicy – zbiór gawęd szlacheckich autorstwa Henryka Rzewuskiego. Początkowo Rzewuski wygłaszał gawędy w salonach emigracyjnych, jednak dzięki zachętom Adama Mickiewicza zaczął je spisywać jesienią 1830 roku w Rzymie i wydawać w tamtejszej prasie. W formie książkowej pierwsze 20 części cyklu wydanych zostało w Paryżu przez Aleksandra Jełowickiego w latach 1839–1841 pod pełnym tytułem Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego. 5 kolejnych gawęd dodano w wydaniu wileńskim z lat 1844–1845, które ukazało się w wersji ocenzurowanej pod tytułem Pamiątki starego szlachcica litewskiego. Kontynuacją Pamiątek były niewydane za życia autora Uwagi o dawnej Polsce przez starego szlachcica Seweryna Soplicę Cześnika Parnawskiego napisane (wyd. 2003).

Narratorem gawęd jest fikcyjny bohater Seweryn Soplica, cześnik parnawski, opowiadający o osobach lub zdarzeniach z czasów Konfederacji barskiej i panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Soplica jest typowym przedstawicielem swojego środowiska, kieruje się typowym dla szlachty etosem, światopoglądem i poczuciem honoru. Te wartości są w gawędach rozumiane jako gwaranty ładu świata, który zagrożony może być jedynie przez to, co zagraniczne i obce.

Utwór Rzewuskiego, choć powstał jako pastisz i w dużej mierze przedstawiał fikcyjny obraz dawnej Polski, zdobył sobie znaczną popularność i entuzjazm odbiorców. Odwoływał się bowiem do tęsknoty za utraconymi czasami i pragnienia zachowania pamięci o przodkach i tradycjach narodowych.

x

Aleksander Jełowicki CR (ur. 18 grudnia 1804 w Hubniku, zm. 15 kwietnia 1877 w Rzymie) – polski pisarz, poeta, tłumacz i wydawca, uczestnik powstania listopadowego, poseł na sejm 1830–1831 roku z ziem zabranych z powiatu hajsyńskiego, emigrant we Francji, działacz społeczny, przełożony Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu, zakonnik. Jełowicki wydał własnym nakładem m.in. III część Dziadów (1832), Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego (1832) i Pana Tadeusza (1834) Adama Mickiewicza. W latach 1835–1838 z Eustachym Januszkiewiczem i Stefanem Dembowskim prowadził w Paryżu Drukarnię i Księgarnię Polską – pod firmą, „Jełowicki i S-ka”.

Henryk Rzewuski herbu Krzywda, pseudonim Jarosz Bejła (ur. 3 maja 1791 w Sławucie, zm. 28 lutego 1866 w Cudnowie) – polski arystokrata, hrabia, powieściopisarz i publicysta, wydawca prasowy, twórca gatunku literackiego gawędy szlacheckiej oraz prekursor w języku polskim powieści historycznej w stylu Waltera Scotta, wolnomularz.

Jełowicki urodził się na Ukrainie, podobnie Rzewuski. Najstarszy przodek Rzewuskiego, o którym wspomina Wikipedia, to Stanisław Beydo Rzewuski (ok. 1600, zm. przed 1668) – sędzia ziemski lwowski w latach 1655-1668, pisarz ziemski lwowski w latach 1653-1655, podstoli bracławski w 1641 roku, skarbnik halicki w latach 1638-1641. Był synem Krzysztofa, dziedzica wsi Dłużek koło Kamieńca Podolskiego. Stanisław jako pierwszy z rodziny osiadł na stałe w województwie ruskim.

x

Pierwsi czytelnicy Pana Tadeusza nie tylko nie określili utworu mianem epopei, ale nawet wyrażali swoje niezadowolenie z powodu niewielkiej ilości podniosłego tonu w utworze; uważano, że zawiera za dużo treści rubasznych. Zauważono także, że nie pojawia się w utworze żadna wielka postać historyczna (pojawienie się takiej osoby miało być zgodne z kanonami eposu). O chłodnym przyjęciu dzieła świadczą także liczby: Dziady cz. III wydrukowano w dwóch tysiącach egzemplarzy, które zostały sprzedane w ciągu roku, natomiast pierwsze wydanie Pana Tadeusza przygotowano w trzech tysiącach egzemplarzy, które zalegały potem na księgarskich półkach. Dwa lata po publikacji Pana Tadeusza pojawiła się entuzjastyczna recenzja Wilhelma Häringa, który jako pierwszy określił utwór mianem epopei:

To najnowsze dzieło Mickiewicza jest doskonałym poematem epickim, dziełem, którego forma jest nam obca, ale istota odpowiada najsurowszym wymogom stawianym przez naszą krytykę estetyczną eposowi, a mianowicie jego najwyższej, a według innych jedynej odmianie. „Pan Tadeusz” przynosi bowiem pełny zamknięty obraz określonego narodu i jego specyficznych cech w określonej epoce; ciągłą interesującą akcję z bogatymi epizodami, z równie ciekawym, jak i pouczającym spojrzeniem wstecz na historyczną przeszłość; mistrzowskie soczyste i pełne opisy miejsc, stosunków; zwyczajów; plastyczny obraz martwej, jak i żywej natury i do tego charakterystykę tak odważną, trafną, uzależnioną od nastroju (…). Nie brak temu bohaterskiemu poematowi, a takim on jest, pięknych, idyllicznych rysów; a narodowej tej epopei, w której poeta wytyczył sobie piękny cel uchwycenia w poetyckich obrazach pewnej właściwości narodowej, tam, gdzie nawet najbardziej płomienny duch twórcy nie zostanie poetą. W poemacie tym znajduję całkiem oryginalną samorodną formę, która stary epos splata z powieścią; wreszcie w istnieniu tego poematu znajduję dowód, że można jeszcze dziś tworzyć epopeje.

Status arcydzieła literatury polskiej oraz eposu narodowego Pan Tadeusz uzyskał po 1863 roku. W 1873 roku ukazała się pierwsza monografia dzieła, w której jej autor – Hugo Zathey – ocenił bardzo wysoko utwór Mickiewicza. Praca ta wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza.

x

Skoro praca ta, Uwagi nad Panem Tadeuszem Adama Mickiewicza, wywarła duży wpływ na późniejszych badaczy, to warto przytoczyć dwa jej fragmenty:

„Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Młody, dzielny, pełen zapału, odważny, przedsiębiorczy i szanowany powszechnie, postrach sąsiadom i wrogom, później powikłany w nieszczęsne, prywatne, osobiste stosunki, zbrodniarz samowolny – skutkiem zbrodni pokutnik, wygnaniec, tułacz, jedyne uspokojenie znajduje w poświęceniu beznagrodnem, w zaparciu się siebie, w zadośćuczynieniu za krzywdy i grzechy i, umierając spokojnie, widzi dopiero błyskającą jutrzenkę swobody. Czyż to nie jest dola całego narodu? Niegdyś świetność, później zawinienie rozbujałość i grzech – to przyczyna jego upadku, poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli!”

„Charakterystyczna jest bowiem, że tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo. I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności. Ztąd też na każdej niemal karcie czy to historyi politycznej ostatnich czasów, czy też dziejów literatury spotykamy cudzoziemskie nazwiska. Sprzeczność pomiędzy żywem, porywczem i nietrwałem uosobieniem szlachty a systematycznością i zamiłowaniem do pewnego stałego porządku we wszystkiem tych cudzoziemców spolszczonych – wybornie zarysował poeta, z wielkim życiem i prawdą, choć tak niby dorywczo i nawiasowo. Ta krótkość czasu, co wiecznie stała na zawadzie, że nie stało się zadość Buchmanowej radzie – sprawia wrażenie komiczne, bez wzgardy charakteryzuje szlachtę a bez kaznodziejskiego tonu wskazuje na zbywający jej namysł i rozwagę, tak potrzebną we wszystkich nawet najgorętszych i najświętszych przedsięwzięciach.”

x

Mamy więc początkowo do czynienia z sytuacją, że Pan Tadeusz zostaje przyjęty chłodno, żeby nie powiedzieć krytycznie. Dopiero gdy niemiecki literat wypowiedział się entuzjastycznie, to nastąpiła zmiana. No bo jak ktoś z Zachodu powiedział, że to wielkie dzieło, to chyba tak było. Jednak zacytowany przeze mnie fragment dowodzi, że to zwykłe wodolejstwo. Pisze on, że utwór ten przedstawia pełny obraz narodu w pewnej epoce. Jeśli obraz zaściankowej szlachty litewskiej ma być pełnym obrazem narodu, to co zresztą, która stanowiła 90% populacji zamieszkującej tereny byłej Rzeczypospolitej? Skoro jednak większość obecnego społeczeństwa tego kraju wywodzi się z tych 90%, to czy dla niej, dla tej większości, może to być epos narodowy? Choćby z tego względu nie może nim być.

Drugą osobą, która w znacznym stopniu przyczyniła się do podniesienia utworu Mickiewicza do rangi epopei narodowej, był Hugo Zathey (1846-1896). Dosyć zagadkowa postać, bo chociaż jego praca na temat Pana Tadeusza jest dostępna w internecie, to o nim samym nie ma prawie żadnych informacji. Na jego nagrobku na Cmentarzu Rakowickim można przeczytać: Doktor Filozofii Dyrektor Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie. W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga jest tylko informacja, że był polskim filologiem i historykiem literatury. Zadziwiająco mało jak na człowieka, który pierwszy dokonał gruntownej analizy tego dzieła Mickiewicza. I to ta monografia miała duży, a może największy, wpływ na późniejszych badaczy Pana Tadeusza. Tak więc dwaj obcokrajowcy powiedzieli nam, że grafomaństwo ubrane w piękne słówka, to wielkie dzieło i tak zostało. Co chcą ukryć ci, którzy nie chcą nam powiedzieć, kim był Hugo Zathey?

Również wyniosła postać Jacka Soplicy wyobraża nam los i charakter całego narodu w jego całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. – Pisze Zathey. Mocno to naciągane, żeby nie powiedzieć dobitniej. A dalej: …poświęcenie się za Ojczyznę, krwawa ofiara, wyrzeczenie się namiętności i prywaty to nadzieja swobody i podniesienia się z niedoli! – Powstanie styczniowe i warszawskie się kłania. Nóż otwiera się w kieszeni na takie dictum.

Jednak w drugim fragmencie jest coś, co powinni sobie przyswoić wszyscy apologeci I RP i jej stanu szlacheckiego: „I to musi uderzyć, że ci prozelici wnieśli narodowi wiele cnót i właściwości, których nie dostawało Polakom: zamiłowanie do nauki, do pracy wytrwałej i ciągłej, zasady rozumne i postępowe a obok tego wiele zdolności.” Pisze on, że to Polacy, ale przecież to była zaściankowa szlachta litewska czy ogólniej – kresowa, a więc nie Polacy, tylko Litwini, Białorusini i Ukraińcy.

Pisze też Zathey, że „tylu cudzoziemców napłynęło do narodu i zrosło się z jego istotą – a nie można powiedzieć, żeby dla samolubnych celów i materyalnej korzyści – od upadku Polski najwięcej przybyło takich patryotów, a nie czekała ich ani nagroda, ani dostojeństwa, ale cierpienie i męczeństwo”. – Bzdura, kłamstwo i obłuda. Przyjeżdżali wraz z zaborczą administracją, zajmowali najważniejsze i najlepiej płatne stanowiska i żyli dostatnio.

Tak więc kresowe towarzystwo wzajemnej adoracji: Mickiewicz, Rzewuski i Jełowicki – wypichciło epos narodowy. Tylko, którego narodu? Rzewuski skompilował opowiadania kresowych gawędziarzy i pewnie mitomanów, Mickiewicz ubrał to w piękne słówka, a Jełowicki – wydał. Nikt tego nie chciał czytać, więc zaangażowano obcokrajowców, by napisali, że to wielkie dzieło. No, a jak tak napisali, to zaściankowa reszta podchwyciła rytm.

Polskim przykładem eposu jest Pan Tadeusz autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie zawarta jest historia okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. – Pisze Wikipedia. Rosjanie mają dwa takie eposy. Jednym z nich jest Słowo o wyprawie Igora. Akcja utworu rozgrywa się w XII wieku podczas wyprawy Igora Światosławowicza, księcia Nowogrodu Siewierskiego, przeciw Połowcom. To takie plemię o tureckich korzeniach. Nowogród Siewierski to miasto położone około 150 km na północ od Kijowa. Drugim – Wojna i pokój. To powieść, której akcja toczy się w czasie wojen napoleońskich. W tym wypadku cały naród rosyjski walczył z Napoleonem. I dlatego powieść ta może być uznana za epos narodowy. W przypadku Pana Tadeusza ten warunek nie jest spełniony. Czy wykreowanie tego poematu na epopeję narodową nie miało na celu wbicia wiecznej zadry w stosunki polsko-rosyjskie? Nie polskie ręce to uczyniły.

Ostatnia Wieczerza

Ostatnio głośno zrobiło się wokół profanacji Ostatniej Wieczerzy dokonanej podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Niektórzy z internetowych komentatorów twierdzą, że jest to ostateczny atak na chrześcijaństwo, inni – że jest to prowokacja, mająca na celu wywołanie fermentu społecznego i dalsze polaryzowanie społeczeństw na całym świecie. Wobec tego wypada sobie zadać pytanie: czy warto reagować na takie prowokacje? Gdyby nie było reakcji na nie, to może umarłyby one śmiercią naturalną. Kościół katolicki jest w stanie całkowitego rozkładu i chyba nic już nie jest w stanie mu pomóc. Czy zatem te prowokacje i te protesty nie wychodzą z tego samego źródła? Trudno to oczywiście udowodnić. Może więc jest to dobra okazja, by przybliżyć sobie to wybitne dzieło i zastanowić się nad tym, czym ono sobie zasłużyło na takie miano i dlaczego jest tak ważne dla naszej kultury. Na początek parę informacji z Wikipedii.

Źródło: Wikipedia. Judasz – czwarty od lewej.

Ostatnia Wieczerza (wł. Il Cenacolo lub L’Ultima Cena) – malowidło ścienne autorstwa Leonarda da Vinci przedstawiające ostatnią wieczerzę, wykonane w refektarzu (jadalni) klasztoru dominikanów przy bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Obok Mona Lisy uchodzi za jeden z najwybitniejszych obrazów Leonarda da Vinci. Brytyjski historyk sztuki Kenneth Clark nazwał malowidło filarem europejskiej sztuki, zaś polska historyk sztuki Antonina Vallentin opisała dzieło jako kanon nowego ujęcia piękna i elementarz dla przyszłych pokoleń artystów.

Okoliczności powstania malowidła

Malowidło powstało na zamówienie księcia Mediolanu Ludwika Sforzy. Władca planował przebudować kompleks kościelno-klasztorny w mauzoleum Sforzów, jednak zrezygnował z tych planów po nagłych zgonach żony Beatrice i córki Bianki w 1497 roku. Malowidło miało stanowić główny element mauzoleum. Nie wiadomo, kiedy Ludwik Sforza zlecił wykonanie dzieła. Sam pomysł Ostatniej Wieczerzy Leonardo opracował ok. 1482 roku podczas prac nad Pokłonem Trzech Króli.

Leonardo malował obraz między 1494 lub 1495 a 1498 rokiem. Według relacji Giorgio Vasariego Leonardo da Vinci pracował nad malowidłem nieregularnie. Mając gotową wizję potrafił pracować przez kilkanaście godzin dziennie, zapominając o przerwie na posiłek. Po okresie ciężkiej pracy przez dłuższy czas nie malował, ograniczając swoją pracę do obserwowania obrazu i szukania najlepszych rozwiązań. Zdarzało mu się również nagle biec do klasztoru, by dokonać drobnych poprawek. Wolne tempo prac nad fryzami dekoracyjnymi dookoła malowidła wiązały się z prowadzonymi wówczas przez Leonarda studiami matematycznymi. Prace nad obrazem śledzili na bieżąco duchowni i mieszkańcy Mediolanu. Leonardo słuchał krytycznych uwag ze strony obserwujących i niekiedy dostosowywał się do nich.

Odbiór obrazu w kulturze

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. Niektóre nawiązania tworzone są z potrzeby szokowania odbiorcy, np. wykorzystując ten motyw dla ilustracji targów erotycznych, z użyciem gadżetów i fetyszy, część z nich jest celowo bluźniercza. Modyfikacjom towarzyszy mniejsza lub większa wierność w stosunku do oryginału. Tym, co podlega wiernemu kopiowaniu, są m.in.: liczba postaci, ich gesty, symetryczne ułożenie postaci, a także dodatkowe przedmioty, których nie ma na obrazie oryginalnym: trzymany przez Jezusa kielich (zastępowany innymi elementami kulturowymi), aureole.

Susan Dorothea White bazując na dziele Leonarda da Vinci namalowała obraz „Pierwsza Wieczerza” (ang. The First Supper). Sparodiowała ona pierwowzór poprzez zastąpienie 13 białych mężczyzn kobietami o zróżnicowanym pochodzeniu, co odzwierciedlają ich stroje oraz karnacja, a w szczególności, w miejscu Jezusa namalowała czarnoskórą kobietę. Jak sama stwierdziła, jej obraz reprezentuje bezpośrednie wyzwanie dla akceptacji wizerunku trzynastu mężczyzn po jednej stronie stołu jako wychwalanego symbolu patriarchalnej religii.

x

W dzisiejszym świecie rządzący nim robią wszystko, by doprowadzić nas do stanu zdziczenia. Temu m.in. służą tego typu inscenizacje, jak ta w Paryżu. Dlatego w ramach odreagowania chciałbym zacytować, na zasadzie kontrastu, fragment z książki O sztuce (REBIS, 2009). Jej autor E.H. Gombrich (1909-2001) urodził się w Wiedniu, ale większość życia spędził w Anglii. To chyba najwybitniejszy historyk sztuki XX wieku. Poniżej jego spojrzenie na Ostatnią Wieczerzę.

x

Dziwnym trafem prace, które w niewielkiej liczbie Leonardo ukończył w wieku dojrzałym, zachowały się w bardzo złym stanie. Kiedy patrzymy na to, co pozostało ze słynnego malowidła ściennego przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę, musimy starać się wyobrazić sobie, jak jawiło się ono zakonnikom, dla których zostało namalowane. Obraz pokrywa jedną ścianę prostokątnej sali służącej za refektarz klasztoru Santa Maria delle Grazie w Mediolanie. Jakże fascynujący był moment odsłonięcia malowidła, kiedy obok długich stołów, przy których siedzieli zakonnicy, pojawił się stół Chrystusa i apostołów. Nigdy przedtem żadna scena religijna nie wydawała się tak bliska i tak realistyczna. Refektarz jakby powiększył się o drugą salę, gdzie Ostatnia Wieczerza przyjęła widzialną formę. Jakże wyraźnie światło padało na stół, dodając postaciom krągłości i solidności. Być może zakonnicy byli w pierwszej chwili zaskoczeni realizmem, z jakim przedstawiono wszystkie detale, naczynia oraz fałdy draperii. Wówczas, tak jak i obecnie, laicy często osądzali dzieła sztuki na podstawie ich podobieństwa do rzeczywistości. Taka była jednak prawdopodobnie tylko pierwsza reakcja. Należy przypuszczać, że kiedy minął zachwyt niezwykłą iluzją rzeczywistości, zakonnicy zwrócili uwagę na sposób, w jaki Leonardo zaprezentował biblijną scenę. Nic w tej pracy nie przypominało wcześniejszych przedstawień tego tematu. W tradycyjnych wersjach apostołowie siedzieli rzędem za stołem – jedynie Judasz oddzielony był od reszty – podczas gdy Chrystus pełen spokoju udzielał Najświętszego Sakramentu. Nowy obraz bardzo różnił się od tamtych malowideł. Był w nim dramatyzm i coś elektryzującego. Tak jak wcześniej Giotto, Leonardo powrócił do tekstu Pisma Świętego, starając się wyobrazić sobie, jak to było, kiedy Chrystus powiedział: „«Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie wyda». Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»” (Ewangelia wg św. Mateusza 26,21-22). Św. Jan dodawał, że „Jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: «Kto to jest? O kim mówi?»” (Ewangelia wg św. Jana 13,23-24). To właśnie owe pytania i gesty rąk wprowadzają ruch do całej sceny. Chrystus dopiero co wypowiedział tragiczne słowa, a zgromadzeni u Jego boku apostołowie cofają się przerażeni. Niektórzy zdają się zapewniać o swoim oddaniu i niewinności, inni z powagą zastanawiają się, kogo Pan mógł mieć na myśli, jeszcze inni zdają się spoglądać ku Niemu w oczekiwaniu wyjaśnienia. Św. Piotr, najbardziej porywczy z apostołów, śpieszy ku św. Janowi, siedzącemu po prawej stronie Jezusa. Szepcąc mu coś do ucha, mimowolnie odsłania postać Judasza. On nie jest oddzielony od reszty, mimo to wydaje się odizolowany. Nie wykonuje żadnych gestów i nie zadaje pytań. Pochyla się do przodu, patrząc podejrzliwie lub ze złością, tworząc kontrast z postacią Chrystusa, który spokojny i zrezygnowany siedzi pośród całej tej wrzawy. Ciekawe, ile trzeba było czasu, by pierwsi widzowie uświadomili sobie, jakiego wielkiego mistrzostwa trzeba, by zapanować nad dramatyczną akcją tego wydarzenia. Mimo poruszenia, jakie wywołały słowa Chrystusa, w obrazie nie ma nic z chaosu. Dwunastu apostołów zdaje się w naturalny sposób dzielić na cztery trzyosobowe grupy, połączone ze sobą gestami i pozą. W całej tej różnorodności jest tyle porządku, a w całym porządku tyle różnorodności, że mamy tu prawie niewyczerpane możliwości harmonijnego wzajemnego oddziaływania odpowiadających sobie ruchów. (…) Jeśli na chwilę zapomnimy, co przedstawia scena, i tak możemy podziwiać piękno powstałego układu postaci. Wydaje się, że kompozycja ma charakterystyczną dla obrazów gotyckich naturalną równowagę i harmonię, którą próbowali przywrócić sztuce – każdy na swój sposób – artyści tacy jak Rogier van der Weyden i Botticelli. Leonardo nie musiał poświęcać poprawności rysunku ani dokładności obserwacji w imię zasad formalnych. Jeśli zapomnimy o pięknie kompozycji, staniemy nagle wobec rzeczywistości równie przekonującej i uderzającej jak to, co widzieliśmy w pracach Masaccia i Donatella. Ale także to osiągnięcie dotyka zaledwie prawdziwej wielkości dzieła Leonarda. Sięgając daleko poza takie kwestie warsztatowe, jak kompozycja i rysunek, musimy podziwiać głęboką wnikliwość, z jaką artysta przedstawił zachowanie i reakcje ludzi, oraz siłę wyobraźni pozwalającą mu rozwinąć przed naszymi oczami tę scenę. Naoczny świadek mówi, że często widywał Leonarda przy pracy nad Ostatnią Wieczerzą. Artysta wchodził na rusztowanie i nim wykonał następny ruch pędzlem, całe dnie stał z założonymi rękami, przyglądając się krytycznie już wykonanej pracy. To właśnie wynik owych przemyśleń pozostawił nam w spadku, a Ostatnia Wieczerza, mimo iż zachowała się w bardzo złym stanie, nadal pozostaje jednym z wielkich cudów, jakich dokonał ludzki geniusz.

x

Ostatnia Wieczerza to z jednej strony symbol chrześcijaństwa, z drugiej – dzieło sztuki. Dla chrześcijan jest to wyjątkowy obraz, bo ilustruje powstanie chrześcijaństwa. A skoro tak, to wszyscy ci, którzy parodiują czy profanują to dzieło, obrażają uczucia religijne innych ludzi. I żadne tłumaczenie, że jest to wyraz artystycznej ekspresji, nie usprawiedliwia takiego działania. Obrażanie ludzkich uczuć, bardzo delikatnych, jest przejawem prymitywizmu i prostactwa. Tego robić nie należy. W takiej sytuacji jedynym rozsądnym zachowaniem wobec tego typu ekscesów jest zignorowanie ich, bo czynią to osobnicy, którzy na miano ludzi nie zasługują. A dyskusja z troglodytami nie ma sensu. Piszę to jako ateista, który jest przeciwnikiem wszelkich wyznań i religii, bo są one instrumentem skłócania ludzi wierzących. I prawdopodobnie dlatego podzielono chrześcijaństwo na wrogie sobie wyznania. A kto to zrobił? Pewnie ten, kto to chrześcijaństwo wymyślił.

Jednak Ostatnia Wieczerza to też dzieło sztuki, wybitne dzieło sztuki. Dlaczego? To chyba dobrze uzasadnił Gombrich w cytowanym fragmencie. Jednak ktoś, kto nie interesuje się malarstwem, może nie rozumieć, dlaczego uznano to za wybitne dzieło. To staje się oczywiste dopiero wtedy, gdy porówna się je z obrazami, które wcześniej malowano. Leonardo ukończył pracę nad swym dziełem w 1498 roku, a więc było to na przełomie średniowiecza i renesansu. Średniowiecze to okres potęgi Kościoła, a do wiernych, niepiśmiennych, najłatwiej było dotrzeć poprzez obraz. Ówcześni malarze dostawali zlecenia na malowanie scen religijnych. Były to zazwyczaj kompozycje statyczne, często był widoczny brak proporcji pomiędzy pierwszym planem a tłem, malarze nie potrafili oddać perspektywy. Gdy więc dziś patrzymy na te obrazy, to wydają się nam one dziwne. W przypadku Ostatniej Wieczerzy mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym: kompozycja nie jest statyczna, widać ruch, widać perspektywę. Obraz został namalowany na ścianie refektarza i sprawiał wrażenie, jakby pojawiła się druga sala, właśnie za sprawą perspektywy. To powoduje, że ten obraz jest wyjątkowy, tylko że to wszystko widać, gdy stoi się w tym refektarzu. Ci którzy parodiują i ci, którym to się podoba, nie mają zielonego pojęcia o tym kontekście. No, ale przecież od troglodytów nie można za wiele wymagać.

x

Modyfikacje tego dzieła da Vinci doczekały się bardzo wielu form. Polegają one zazwyczaj na zamianie bohaterów obrazu na inne postacie: gwiazdy popkultury, postacie fikcyjne, a nawet ustawione za stołem produkty spożywcze, przy czym sama postać Jezusa bywa wówczas wyobcowana. – pisze Wikipedia.

Ostatnia Wieczerza – Maciej Świeszewski; https://www.swieszewski.com/pl/ostatnia-wieczerza.

Od 21 marca 2016 roku obraz wisi w hali przylotów gdańskiego Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy, gdzie jest dostępny dla publiczności. Pod koniec 2022 roku obraz został uznany przez Tygodnik POLITYKA za jedno z dziesięciu najważniejszych dzieł sztuki ostatniego trzydziestolecia. – To informacja z podlinkowanej powyżej strony. Dla tego tygodnika to dzieło sztuki, a dla mnie to kicz. Czy można jednak przedstawić Ostatnią Wieczerzę inaczej? Można.

Na podlinkowanej stronie można przeczytać:

„Ostatnia Wieczerza” Salvadora Dali to dzieło niezwykle symetryczne, starannie przemyślane i dopracowane w najmniejszych detalach. Jezus jest tu główną postacią, o czym świadczą chociażby: umieszczenie go w centralnym punkcie obrazu czy otoczenie jasną poświatą wschodzącego słońca. Boskość i  nadprzyrodzona istota objawiają się na obrazie podwójnie  – poprzez nadnaturalną, przejrzystą postać Chrystusa siedzącego przy stole oraz gigantyczny, surrealistyczny fragment tułowia wynurzający się z wody jeziora często interpretowany jako symbol i zapowiedź zmartwychwstawania. Apostołowie skupieni wokół stołu z pochylonymi głowami wydają się modlić, nie widzimy jednak ich twarzy. Charakterystyczny jest również fakt, że nie ma przed nimi pokarmów ani wina.

x

Jak mówi chińskie przysłowie: jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Różnica pomiędzy dziełem sztuki a kiczem jest tak wyraźna, że nie wiem czy można tu jeszcze coś dodać. Leonardo miał swoją wizję Ostatniej Wieczerzy, a Dali – swoją. Wersja tego ostatniego jest taką uwspółcześnioną i być może na wielu robiącą większe wrażenie, niż ta Leonarda. I to jest prawdziwa sztuka. A troglodyci niech się bawią modyfikacjami, jak pisze Wikipedia.

Imperia

Wszystko się zmienia. Jedyną niezmienną rzeczą na tym świecie jest ciągła zmiana. To prawo dotyczy również imperiów, które pojawiały się, upadały i zastępowały je nowe. W dniu 24 lipca Tomasz Piekielnik zasugerował na swoim kanale, że dochodzi do osłabienia pozycji Stanów Zjednoczonych jako hegemona i świat zmierza w kierunku wielobiegunowości. A może jest to tylko etap na drodze do pojawienia się nowego imperium, nowego hegemona – Chin. Jednak na początku, tak pomiędzy 2.30 a 10.55, Piekielnik powiedział coś ciekawego, co warto przytoczyć. Poniżej niedosłowny zapis fragmentów tej wypowiedzi.

Okazuje się, że szef tej dyplomacji (ukraińskiej) jest w Chinach. Rozmawia on tam… no właśnie! O czym on tam może rozmawiać z Chińczykami? O warunkach ewentualnego rozejmu, ewentualnego pokoju. Ale to pokazuje jeszcze coś innego. To pokazuje, że Chiny stają się coraz bardziej jawnym graczem na arenie międzynarodowej, że w tej chwili delegacje różnych państw skonfliktowanych, to nie tylko będą telefonować, umawiając się na audiencję w Waszyngtonie z prezydentami Stanów Zjednoczonych, ale w kwestiach istotnych dla bezpieczeństwa międzynarodowego, trzeba będzie pewne rzeczy ustalać z Chinami. Premier Victor Orban udał się z misją pokojową, po wizycie u Zełeńskiego i Putina, do Chin, a nie do Waszyngtonu. (…) Przed nami otwiera się wielobiegunowość świata, a byliśmy przyzwyczajeni do jednobiegunowego świata i Amerykanie mieli ostatnie słowo we wszelkich sprawach międzynarodowych.

Syjonizm to jest ruch żydowski, polegający na tym, aby Żydzi osiedlili się w tej swojej historycznej lokalizacji, objęli Jerozolimę za swoja stolicę. (…) Ruch syjonistyczny ma w swojej doktrynie gromadzenie funduszy na ten cel. No i jak Państwo wiecie nacja, o której mówimy, jest właścicielem, ktoś mógłby to powiedzieć, całego kapitału świata – powiedzmy prawie całego. Gdyby tak popatrzeć po nazwiskach osób, rodów, rodzin, będących właścicielami banków, Hollywood, firm medialnych, firm inwestycyjnych, największych banków, to rzeczywiście to się w ten sposób jasno okaże.

(…) Tym bardziej, że o wspomnianych nazwiskach, rodach czy generalnie nacji, gdy mówiłem, to też musicie Państwo wiedzieć, że np. amerykański przemysł zbrojeniowy, takie firmy jak choćby Lockheed Martin i firmy, które produkują rakiety, uzbrojenie są właśnie w dużej części w portfelu takich firm jak Vanguard, State Street, BlackRock. No i cóż, tylko pochwalić zdolności gromadzenia kapitału, choć różnymi sposobami, metodami i wzajemne wspieranie się. Życzyłbym sobie, żeby Polacy wszędzie tak się wspierali, jak ta nacja. Bylibyśmy wtedy,myślę, bardzo potężnym państwem. I wiedzielibyśmy, że na swoje władze trzeba wybierać rozsądnie czy rozsądnych i mądrych ludzi, którzy dbają o polski interes narodowy, a nie o czyjś inny.

x

Można zatem powiedzieć, że Piekielnik w paru zdaniach oddał istotę żydostwa: panowanie nad światem dzięki monopolowi na emisję pieniądza i wzajemnemu wspieraniu się. Jeśli więc firmy zbrojeniowe są zależne od żydowskiego kapitału, to nie ulega wątpliwości, że o wojnie czy pokoju decydują Żydzi. Mając monopol na emisję pieniądza decydują oni o wszystkim. Czy w takim razie decydują oni także o powstawaniu imperiów i ich znikaniu? Czy tworzenie z Chin fabryki świata i centrum światowego handu to ich dzieło?

Najlepszą powieścią napisaną w języku polskim jest Faraon Bolesława Prusa i może jeszcze Quo vadis, a to ze względu na jej uniwersalność, ponadczasowość i tematykę, która może zainteresować czytelników pod każdą szerokością geograficzną, w odróżnieniu od kresowego grafomaństwa, które zdominowało literaturę polską i jest do strawienia tylko przez ludzi z kresowymi korzeniami, a więc literatura zaściankowa. Pan Tadeusz Litwina Mickiewicza, to tylko forma, owszem piękna, ale nie ma tam treści – takie pierdu-pierdu. We wstępie do swojej powieści (cytuję wydanie PIW, 1957) Prus pisze:

Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swojego od obcego, przyczynił się do utrzymania narodowej jedności silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.

Faraon rządził państwem przy pomocy armii stałej i milicji czy policji tudzież mnóstwa urzędników, z których powoli utworzyła się arystokracja rodowa. Tytularnie był on prawodawcą, naczelnym wodzem, najbogatszym właścicielem, najwyższym sędzią, kapłanem, a nawet synem bożym i bogiem. Cześć boską odbierał nie tylko od ludu i urzędników, ale niekiedy sam sobie stawiał ołtarze i przed swymi własnymi wizerunkami palił kadzidła.

Obok faraonów, a bardzo często ponad nimi stali kapłani: był to zakon mędrców kierujący losami kraju.

Dziś prawie nie można wyobrazić sobie nadzwyczajnej roli, jaką stan kapłański odegrywał w Egipcie. Byli oni nauczycielami młodych pokoleń, wróżbitami, a więc doradcami ludzi dorosłych, sędziami zmarłych, którym ich wola i wiedza gwarantowała nieśmiertelność. Nie tylko spełniali drobiazgowe obrządki religijne przy bogach i faraonach, ale jeszcze leczyli chorych jako lekarze, wpływali na bieg robót publicznych jako inżynierowie tudzież na politykę jako astrologowie, a nade wszystko – znawcy własnego kraju i sąsiadów.

W historii Egiptu pierwszorzędne znaczenie mają stosunki, jakie istniały między stanem kapłańskim a faraonami. Najczęściej faraon ulegał kapłanom, składał bogom hojne ofiary i wznosił świątynie. Wówczas żył długo, a jego imię i wizerunki, ryte na pomnikach, przechodziły od pokolenia do pokolenia, pełne chwały. Wielu jednak faraonów panowało krótko, a niektórych znikały nie tylko czyny, ale nawet nazwiska. Parę razy zaś trafiło się, że upadała dynastia, a klaff, czapkę faraonów otoczoną wężem, przywdziewał kapłan.

Egipt rozwijał się, dopóki jednolity naród, energiczni królowie i mądrzy kapłani współdziałali sobie dla pomyślności ogółu. Lecz nadeszła epoka, że lud skutkiem wojen zmniejszył się liczebnie, w uścisku i zdzierstwie utracił siły, napływ zaś obcych przybyszów podkopał rasową jedność. A gdy jeszcze w powodzi azjatyckiego zbytku utonęła energia faraonów i mądrość kapłanów, i dwie te potęgi rozpoczęły między sobą walkę o monopol obdzierania ludu, wówczas Egipt dostał się pod władzę cudzoziemców, i światło cywilizacji przez kilka tysięcy lat płonące nad Nilem – zgasło.

x

W tym krótkim fragmencie jest wszystko, czego obecnie doświadczamy. Nawet tzw. deep state funkcjonowało w tamtym czasie. Wskutek wojen i napływu obcych przybyszów nastąpił schyłek potęgi Egiptu. Rzym również upadł wskutek wojen i najazdu barbarzyńców. Tylko jakoś tak dziwnie złożyło się, że upadła zachodnia część Imperium Rzymskiego, a wschodnia przetrwała jeszcze 1000 lat. Jakoś tak wybiórczo dopadł kryzys to Imperium. Natomiast po upadku części wschodniej pojawiają się dwa globalne już imperia – portugalskie i hiszpańskie. Oba położone na ziemiach byłego Imperium Rzymskiego. Jak to się stało, że z peryferyjnych prowincji Rzymu powstały potęgi morskie?

O Imperium Portugalskim Wikipedia tak m.in. pisze:

Portugalia była pierwszym na świecie państwem prowadzącym politykę kolonialną (od 1415). Wraz z zakończeniem rekonkwisty w prowincjach Algarve i Alentejo, kraj ten kontynuował ekspansję chrześcijaństwa poprzez eksplorację wybrzeży Afryki. W połowie XVI wieku to niewielkie królestwo było liderem globalnego handlu.

Ustanowienie pokoju z Kastylią w 1411 rozpoczęło długi okres wyjątkowo korzystnej sytuacji międzynarodowej. Południową część Półwyspu Iberyjskiego wciąż zajmował Emirat Grenady, skutecznie blokujący zapędy kolonialne najgroźniejszego konkurenta Portugalii. Ekspansję terytorialną kraju zapoczątkowało zdobycie Ceuty w 1415 i odkrycie bezludnych wysp Madery (1418) i Azorów (1432). Przyczyną takiej polityki był między innymi wysoki przyrost naturalny i brak alternatywnych możliwości rozwoju. Założona około 1416 roku we wsi Sagres Szkoła Morska Henryka Żeglarza to pierwsza tego typu placówka na świecie, która przyciągnęła wybitnych uczonych z prestiżowych studia generalia. Pobliski Przylądek św. Wincentego był wówczas uważany za koniec znanego Europejczykom świata. Wyprawy, finansowane w dużej mierze z kasy Zakonu Rycerzy Chrystusa (którego Henryk był wielkim mistrzem), miały na celu eksplorację zachodnich wybrzeży dzisiejszego Maroka i Mauretanii. Liczono na pokaźne zyski z handlu niewolnikami, kością słoniową i pieprzem. W tym samym czasie Madera i Azory, jako posiadłości portugalskie, zostały zaludnione skazańcami, którzy zapoczątkowali tam uprawę roli.

Zakon Rycerzy Chrystusa (łac. Militia Domini Nostri Jesu Christi). Na mocy bulli papieskiej z 1319 zakon przejął majątek templariuszy w Portugalii. Główną siedzibę miał początkowo w Castro Marim, a następnie w 1357 siedzibę przeniósł do dawnego głównego zamku portugalskich templariuszy w Tomarze – do tamtejszego Klasztoru Zakonu Chrystusa. Pierwszy mistrz zakonu wywodził się z zakonu Avis, ale szeregowymi członkami w pierwszym pokoleniu byli dawni templariusze. Zakon przyjął regułę Kalatrawy i duchowe przewodnictwo opactwa cysterskiego w Alcobaça. Strój zakonny był koloru białego.

Zakon odgrywał ważną rolę w Portugalii, jego majątek był wykorzystywany do finansowania wypraw zamorskich, a jego członkowie brali udział w wielkich odkryciach geograficznych oraz przyczynili się do budowy portugalskiego imperium kolonialnego. Do zakonu należeli m.in. książę Henryk Żeglarz oraz przyszły król Portugalii Jan II. Na początku XVI w. zakon miał 454 komandorii w Portugalii, Afryce i Indiach.

Wielu żeglarzy (m.in. Diogo Cão i Dinis Dias) poświęciło się badaniom wybrzeży Afryki. W 1446 roku drugi z nich dotarł do Wysp Zielonego Przylądka, które mianował portugalską kolonią. W latach 1484–1485 mało wówczas znany Krzysztof Kolumb kilkakrotnie pisał do ówczesnego króla, Jana II. Po konsultacji z grupą doradców (Junta dos Mathemáticos) monarcha odrzucił jednak na początku 1485 roku propozycję zorganizowania wyprawy z Europy przez Ocean Atlantycki na zachód do Indii. Kontynuowano zamiar opłynięcia Czarnego Lądu. W 1488 roku silny sztorm zepchnął karawele Bartolomeu Diasa do wybrzeży dzisiejszego RPA. Odkryty skrawek lądu nazwano Przylądkiem Burz. Żeglarz chciał płynąć dalej, jednak bunt załogi zmusił go do powrotu, cypel przemianowano zaś wkrótce na Przylądek Dobrej Nadziei (Cabo da Boa Esperança).

Najdalej idącym skutkiem królewskiej polityki była słynna wyprawa Vasco da Gamy z lat 1497–1499, który korzystając z utartych przez swoich poprzedników szlaków dotarł drogą morską do hinduskiego portu Kalikat. Mało znany jest polski epizod tej przełomowej dla Europy ekspedycji w osobie przybranego syna Vasco i ulubieńca późniejszego króla Manuela I, niejakiego Gaspara da Gamy – poznańskiego Żyda w służbie Portugalii. Niewielki ładunek pieprzu, przywieziony z tej wyprawy pozwolił na wybudowanie w lizbońskiej dzielnicy Belém (dosł. Betlejem) okazałego Klasztoru Hieronimitów. Ekspedycja Vasco da Gamy zaprzeczyła również jednoznacznie teoriom niektórych średniowiecznych uczonych, według których Afryka w ogóle nie posiadała południowego przylądka i łączyła się z ziemią zwaną Terra Incognita.

Gdy załoga Vasco da Gamy szykowała się już do powrotu, na jej okręcie flagowym, manewrującym w pobliżu półwyspu Angediva zjawił się jakiś człowiek, który dobrze mówił po wenecku. Ubrany był w płótno, miał piękny turban na głowie, miecz u pasa. Zaledwie wyskoczył na ląd, uściskał serdecznie komendanta i kapitanów, opowiedział nam, że jest chrześcijaninem z Zachodu i we wczesnej młodości przybył do tego kraju. Obecnie znajduje się w służbie u pewnego szlachcica mauretańskiego (…). Zatem zaczął opowiadać początek swojego życia. Mówią, że w roku 1450 król polski kazał ogłosić w całym swym królestwie, aby wszyscy Żydzi, którzy się tam znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa, a po upływie tego terminu ci, którzy się tam znajdą, zostaną spaleni. To było przyczyną, że większa część Żydów wyjechała z tego królestwa do różnych ludów, a wraz z nimi wyjechali jego ojciec i matka, którzy mieszkali w pewnym mieście Posna. Przybyli oni do Jerozolimy, a stamtąd pojechali do Aleksandrii, gdzie on się urodził” – kronika João de Barros. W rzeczywistości król polski nigdy nie wydał takiego nakazu.

Mimo nasilających się z czasem protestów innych państw, w posiadaniu Lizbony znalazły się lepiej wówczas znane tereny Afryki, Indii (zwanych od tego czasu Indiami Portugalskimi), Dalekiego Wschodu, a także nieodkryta jeszcze Brazylia, do której przypadkowo dotarła w 1500 roku ekspedycja handlowa Pedro Álvaresa Cabrala. 13 okrętów z 1200 marynarzami na pokładzie miało za zadanie założyć sieć faktorii kupieckich na wybrzeżu dzisiejszego stanu Kerala, wiatry i prądy morskie pokrzyżowały jednak te plany. Ponieważ Gaspar da Gama był przewodnikiem flotylli Cabrala, niektórzy historycy uważają go za współodkrywcę jedynej portugalskiej kolonii w Ameryce Południowej.

Bez Żydka z Poznania do Indji krążącego a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał” – Joachim Lelewel.

x

Marek Arpad Kowalski w książce Kolonie Rzeczypospolitej (Bellona, 2005) tak pisze o „Żydku z Poznania”:

Spośród innych, nie misjonarzy, lecz podróżników, kupców, marynarzy, czy wszelkiego rodzaju śmiałków, najczęściej wymieniany jest niejaki Gaspar da Gama, zwany też Gaspar da India (ok. 1455-1510). Był to Żyd urodzony w Poznaniu, stąd zalicza się go patriotycznie do naszych rodaków, tyle że we wczesnej młodości opuścił wraz z rodzicami Polskę. Początkowo przebywał w Palestynie, stamtąd około 1470 roku udał się do Indii, gdzie w 1498 roku zetknął się z wyprawą Vasco da Gamy, służąc jej jako tłumacz i znawca miejscowych obyczajów. Przyjął chrzest, podczas którego otrzymał nazwisko dowódcy portugalskiej wyprawy, a zapewne Vasco da Gama był także jego ojcem chrzestnym. Uczestniczył później w wielu ekspedycjach morskich. Znał dobrze wybrzeża Afryki Wschodniej, co w pierwszych latach po przetarciu szlaku przez Vasco da Gamę, pomagało portugalskim żeglarzom w docieraniu do Indii słabo jeszcze znaną drogą. Ale trudno uznać go za przedstawiciela Polski wśród pierwszych odkrywców; był Portugalczykiem z wyboru.

x

Żydzi od zawsze byli narodem koczowniczym, a położenie Palestyny umożliwiało im penetrację trzech kontynentów: Europy, Azji i Afryki. I tak zapewne czynili. Po zburzeniu Jerozolimy w 70 roku n.e. Rzymianie zabrali ze sobą do Rzymu mnóstwo Żydów, a reszta rozproszyła się po całym ówczesnym świecie. Ten fakt zapewne miał wpływ na ekspansję Imperium na terenie tych kontynentów.

Do tego, by dokonywać podbojów a następnie bogacić się na handlu zamorskim, niezbędna była znajomość tych terenów, znajomość miejscowych stosunków i języków, a więc przypadek Gaspara da Gamy. Ale najważniejsze były pieniądze, które posiadała ta koczownicza nacja. I w takiej sytuacji można zbudować imperium: kontroluje się handel zamorski i handel kontynentalny, dysponuje się kapitałem i ma się swoich ludzi rozproszonych we wszelkich instytucjach, mających wpływ na politykę danego państwa. W ten sposób można decydować o tym czy dane imperium ma trwać, czy może należy je zlikwidować, a centrum przenieść gdzie indziej. W pewnym momencie zdecydowano, że czas Portugalii i Hiszpanii minął i cały kapitał przeniesiono do Anglii i Holandii. Stało się to po odkryciu Ameryki i po tym, jak „wypędzono” Żydów z Półwyspu Iberyjskiego. Holandia zajęła na morzu miejsce Portugalii, a Anglia – Hiszpanii. O tym, jak to się stało w tym ostatnim przypadku, pisałem w blogu Armada.

W połowie XVI wieku kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około 1553 roku zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Garcia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem. – Henryk Rolicki Zmierzch Izraela (1932).

Po pierwszej wojnie światowej skończyła się era świata jednobiegunowego. Okres międzywojenny był okresem wielobiegunowości, ale powoli środek ciężkości przenosił się za ocean. To tam wszystko było największe i najnowocześniejsze. Po II wojnie światowej mieliśmy do czynienia ze światem dwubiegunowym. A po 1989 roku – z jednobiegunowym. Atak na WTC z 11 września 2001 roku, symboliczne zburzenie centrum światowego handlu, oznaczał prawdopodobnie początek końca dominacji Stanów Zjednoczonych, która praktycznie trwała od zakończenia II wojny światowej. Centrum świata przenosi się do Chin. Teraz tam wszystko jest największe i najnowocześniejsze. A zaczęło się bardzo niepozornie od wizyty Henry Kissingera w Chinach w 1972 roku.

x

Aktualizacja z dnia 28.07.24

Oceniając literaturę kresową zapomniałem o Józefie Mackiewiczu, którego często cytuję na tym blogu. Z nim jest jednak pewien problem, bo on nie uważał się za Polaka. Był również zdania, że połączenie tak różnych państw, jak Korona i Wielkie Księstwo Litewskie, było błędem ze względu na zbyt wielkie różnice kulturowe i nie tylko. W końcu przeszedł na prawosławie. Pisał po polsku, bo społeczności WKL nie wykształciły w pełni rozwiniętych języków. Z tego względu nie mieścił się w głównym nurcie literatury kresowej i problematyka, którą poruszał była odmienna.

Akcja „Wisła”

W poprzednim blogu wspomniałem o tym, że akcja „Wisła” może mieć bezpośredni związek z tym, co działo się na Wołyniu w lipcu 1943 roku. Warto więc przyjrzeć się jej bliżej. Informacje o tej operacji, jak ją niektórzy nazywają, zaczerpnąłem z Wikipedii. Pisze ona m.in.:

x

Akcja „Wisła”, operacja „Wisła” (ukr. Операція «Вісла», w języku polskich Ukraińców zwykle Акція «Вісла») – akcja pacyfikacyjna o charakterze polityczno-wojskowym przeprowadzona w latach 1947–1950 przez struktury państwowe Polski Ludowej przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów działającym na terytorium państwowym RP, w celu odcięcia walczących oddziałów UPA od naturalnego zaplecza. Polegała ona na masowej deportacji – wysiedleniu całych wsi i osad oraz rozproszeniu ludności cywilnej z terenów Polski południowo-wschodniej (obszary na wschód od Rzeszowa i Lublina), głównie na Ziemie Zachodnie, która objęła Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków oraz mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Akcja przeprowadzona została przez Ludowe Wojsko Polskie, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego i inne struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz agendy cywilne (Państwowy Urząd Repatriacyjny).

Formalną decyzję o akcji „Wisła” podjęło Biuro Polityczne KC PPR 29 marca 1947. Przyjmuje się, że akcja trwała od 28 kwietnia do końca lipca 1947, chociaż ostatnie wysiedlenia miały miejsce w roku 1950. Szacuje się, iż w wyniku akcji wojskowej rozbito siły UPA w liczbie 1500 ludzi (17 sotni), oraz uwięziono 2900 aktywnych lub domniemanych członków OUN (np. w obozie pracy w Jaworznie), a wysiedlenia objęły ponad 140 tysięcy osób cywilnych. Pierwotnym kryptonimem tej akcji był „Wschód”, zmieniony później na „Wisła”. Według Ryszarda Torzeckiego decyzja o przeprowadzeniu akcji „Wisła” zapadła najprawdopodobniej w Moskwie, dopiero później zostały przyjęte decyzje Biura Politycznego KC PPR (w marcu 1947) i Państwowej Komisji Bezpieczeństwa RP (12 kwietnia 1947). Analogiczną opinię wyraża Grzegorz Motyka. W październiku 1947 władze ZSRR przeprowadziły równolegle Akcję „Z” (Zachód), w wyniku której z terenu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej MGB deportowało na wschód ponad 76 tysięcy Ukraińców, oskarżonych o sprzyjanie UPA.

Akcja „Wisła” została przeprowadzona po zakończonym przymusowym wysiedleniu do ZSRR ludności ukraińskiej w latach 1944–1946, które nie objęło całej ludności ukraińskiej. Do dziś budzi ona kontrowersje i jest różnie interpretowana przez historyków. Tomasz Stryjek uważa, że jej głównym zadaniem było nie tyle zniszczenie UPA (wskazując m.in. na fakt, iż objęła ona również obszary, gdzie UPA w ogóle nie działała), ale czystka etniczna wymierzona przeciwko niepolskiej ludności zamieszkującej tereny Polski południowo-wschodniej i określa ją mianem czystki etnicznej przeprowadzonej samodzielnie przez władze komunistyczne Polski, autonomicznie wobec Moskwy. Czesław Partacz uznaje ją za zbrodnię komunistyczną.

Przyczyny

Pod koniec II wojny światowej walki pomiędzy UPA a jednostkami ludowego Wojska Polskiego oraz polskiego podziemia niepodległościowego (AK, NSZ), jako konsekwencje rzezi wołyńskiej na terenie południowo-wschodniej Polski, nie ustały, a nawet się nasiliły.

Przyczyną intensyfikacji walk była z jednej strony chęć oderwania tego terenu od Polski i utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego po oczekiwanym konflikcie zbrojnym państw zachodnich z ZSRR, z drugiej zaś strony repatriacja ludności ukraińskiej do ZSRR. UPA za wszelką cenę chciała zapobiec wysiedleniu ludności ukraińskiej. Atakowała więc m.in. siedziby komisji przesiedleńczych, stacje kolejowe, mosty, wiadukty, tory, linie telefoniczne. Jednocześnie palono już wysiedlone wsie, aby zapobiec osiedlaniu się polskich osadników. UPA paliła i terroryzowała również wioski i miasta, w których mieszkała ludność polska.

Władze polskie twierdziły, że wysiedlenie ludności ukraińskiej ma służyć zwalczeniu partyzantki ukraińskiej, oraz że ludność ukraińska stanowiła dla OUN-UPA bazę zaopatrzenia i schronienia, a przede wszystkim zaplecze werbunkowe. Określenie rzeczywistego charakteru współpracy tej części ludności ukraińskiej, która popierała OUN i UPA, jest problematyczne, gdyż OUN prowadziła z pomocą bezwzględnej służby bezpieczeństwa OUN politykę terroru wobec tych Ukraińców, którzy nie akceptowali jej metod prowadzenia walki. Ocenę tę utrudnia ponadto fakt, iż UPA stosowała także przymusowe wcielanie ludności ukraińskiej do swoich szeregów.

Sukces działań w tym zakresie, chociaż rozbito ok. 80% sił UPA, był tylko połowiczny, ponieważ część oddziałów UPA przedarła się do Niemiec (na przykład sotnia „Hromenki” i „Brodycza”), inni powrócili na Ukrainę (część sotni „Stacha”, „Chrina” i „Bira”). Akcja ta w zamierzeniach służyła przede wszystkim likwidacji problemu ukraińskiego na terenie Polski przez rozproszenie ludności ukraińskiej, w celu jej późniejszej asymilacji (polonizacji).

Wysiedlenie Ukraińców z Polski do ZSRR

Wysiedlenie Ukraińców z Polski do ZSRR – akcja masowych przesiedleń, przeprowadzona w oparciu o kryterium etniczne na polsko-ukraińskim pograniczu narodowościowym w latach 1944–1946. Wysiedlenie to nie objęło całej ludności ukraińskiej. Pozostałe na południowo-wschodnich terenach Polski osoby narodowości ukraińskiej zostały objęte akcją „Wisła”.

Łącznie w czasie całej akcji repatriacji ludności ukraińskiej przesiedlono około 480 tysięcy osób (122 450 rodzin), w tym:

  • z województwa krakowskiego – 21 776 osób;
  • z województwa rzeszowskiego – 267 790 osób;
  • z województwa lubelskiego – 190 734 osoby.

6 maja 1947 rządy Rzeczypospolitej Polskiej i Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej wydały wspólny komunikat o zakończeniu przesiedlenia obywateli polskich z terytorium USRR do Polski i ludności ukraińskiej z terytorium Polski do USRR.

Przygotowania do akcji

Śmierć gen. Świerczewskiego – Waltera

Bezpośrednim pretekstem do rozpoczęcia akcji była śmierć generała Karola Świerczewskiego w dniu 28 marca 1947 roku, podczas gdy sama akcja została zaplanowana już kilka miesięcy wcześniej. Generał zginął w zasadzce UPA w miejscowości Jabłonki koło Baligrodu w Bieszczadach, gdy udawał się na inspekcję posterunku wojskowego w Cisnej. (…) Po tym wydarzeniu władze polskie w ciągu kilkunastu godzin podjęły decyzję o deportacji ludności niepolskiej (ukraińskiej, ale też rusińskiej – Łemków i Bojków) z terenów całej południowo-wschodniej Polski. Pozbawienie zaplecza (głównie żywnościowego, ale być może i militarnego) oddziałów UPA i zdecydowane działania dużych związków taktycznych Wojska Polskiego doprowadziło w ostateczności do ustania walk zbrojnych na wysiedlonych terenach.

Przygotowania rządu

Jesienią 1946 roku, już po zakończeniu wysiedleń ludności ukraińskiej do USRR, w granicach Polski pozostawało ponad 140 tys. osób narodowości ukraińskiej należącej głównie do Kościoła greckokatolickiego jak i do Kościoła prawosławnego. Ponieważ strona radziecka nie wyraziła zgody na przedłużenie akcji przesiedleńczej, w kręgach wojskowych zaczął kształtować się pomysł wysiedlenia ludności ukraińskiej na ziemie zachodnie i północne. W styczniu 1947 roku jednostki Wojska Polskiego stacjonujące w południowo-wschodniej Polsce otrzymały rozkaz sporządzenia wykazów rodzin ukraińskich, które nie zostały przesiedlone w latach 1944–1946. W lutym zastępca szefa Sztabu Generalnego gen. Stefan Mossor zaproponował plan przesiedlenia Ukraińców na Ziemie Odzyskane, jemu też powierzono dowództwo akcji.

Aby nikt nie przedostał się na teren sąsiednich krajów, minister obrony narodowej marszałek Michał Rola-Żymierski zwrócił się 15 kwietnia 1947 roku do ministrów obrony narodowej Republiki Czechosłowacji i ZSRR z prośbą o szczelną blokadę granicy z Polską.

Niektórzy historycy (na przykład Ryszard Torzecki z IH PAN) twierdzą, że decyzja o przeprowadzeniu Akcji „Wisła” zapadła w Moskwie w połowie lutego, po przygotowaniu planu operacji przez ludowego sekretarza spraw wewnętrznych USRR gen. Siergieja Sawczenkę, i zaaprobowaniu przez Ławrentija Berię i Georgija Malenkowa. Dopiero później zostały przyjęte decyzje Biura Politycznego KC PPR (w marcu 1947) i Państwowej Komisji Bezpieczeństwa RP (12 kwietnia 1947).

Siły UPA

Wedle szacunków z dokumentów dowództwa GO „Wisła”, Ukraińska Powstańcza Armia dysponowała na dzień 1 kwietnia 1947 siłami zbrojnymi w liczbie 2402 ludzi, łącznie z obsadą terenową w liczbie 720 ludzi. Dysponujących bronią i aktywnych w walce członków UPA oszacowano na 1772 ludzi. Po trzech miesiącach działania GO „Wisła”, siły zbrojne UPA zmniejszyły się z 2402 ludzi do 563 ludzi.

Grupa Operacyjna „Wisła”

Do przeprowadzenia akcji przeznaczono cztery dywizje piechoty (6, 7, 8, 9 DP), jedną dywizję Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz trzy dodatkowe pułki (piechoty, samochodowy i saperski – 5 Mazurski Pułk Saperów – Szczecin). Akcję wspierała dodatkowo 3 DP. Łącznie dało to ponad 20 tysięcy żołnierzy. Oprócz tego wspomagać akcję miały oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, Milicji Obywatelskiej, Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Władze ZSRR wyznaczyły do akcji po swej stronie jedną dywizję pancerną, specjalne oddziały antypartyzanckie oraz oddziały Wojsk Pogranicznych NKWD do blokowania granicy.

Czechosłowacy utworzyli specjalną grupę operacyjną oraz oddali do polskiej dyspozycji środki transportu do pomocy w przegrupowaniu polskich wojsk.

Oczywistym jest, że w rzeczywistości akcja „Wisła” była dużo wcześniej przygotowaną operacją rozproszenia pozostałej na ziemiach polskich mniejszości ukraińskiej, oskarżanej o stanowienie zaplecza dla działań takich organizacji jak UPA i OUN. Akcja dotknęła mieszkańców południowo-wschodniej Polski, w tym również Polaków z małżeństw mieszanych, oraz inne mniejszości rusińskie – stanowiące większość mieszkańców wielu miejscowości. Akcja „Wisła”, przeprowadzona została przez Grupę Operacyjną „Wisła”, dowodzoną przez gen. Stefana Mossora, rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 roku o godzinie 4 nad ranem.

Przesiedlenia

Przesiedlenia objęły około 140 tysięcy osób (86 tys. z województwa rzeszowskiego, 45 tys. z województwa lubelskiego i 10 tys. z województwa krakowskiego) pozostałych po wyjazdach na Ukrainę oraz po wywózkach w głąb ZSRR po podpisaniu umowy o wymianie ludności między Polską a radziecką Ukrainą w latach 1944–1946 a zamieszkujących Polesie, Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, Beskid Niski, Beskid Sądecki i tzw. Ruś Szlachtowską.

Osiedlenie

Ludność osiedlano na podstawie Planu Ewakuacyjnego z dnia 18 kwietnia 1947, opracowanego przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych. Przewidywał on rozmieszczenie wysiedleńców w województwie szczecińskim i olsztyńskim. Zarządzenie Departamentu Osiedleńczego MZO z 27 czerwca 1947 zabraniało osiedlania przesiedleńców:

  • w pasie 50 km od granic lądowych państwa
  • w pasie 10 km od starych granic (z 1939 roku)
  • w pasie 30 km od wybrzeża morskiego
  • w odległości mniejszej niż 30 km od miast wojewódzkich

Pismo ministra MZO z dnia 31 lipca 1947 nakazywało dodatkowo, aby przesiedleńców o ujemnej opinii osiedlać najwyżej po jednej rodzinie z jednego transportu na gromadę. Rodziny o opinii pozytywnej mogły być osiedlane po kilka łącznie, przy czym liczba osób nie mogła przekroczyć 10% mieszkańców danej gromady.

Wkrótce po rozpoczęciu wysiedleń okazało się, że nie da się osiedlić takiej liczby ludności w zgodzie z tymi przepisami. Władze terenowe powszechnie je więc naruszały. Po przyjeździe do stacji rozładowania i odbiorze od kierownika stacji ludnością zajmowali się wójtowie. Ponieważ powszechny był brak wpisanej kategorii bezpieczeństwa na listach przesiedleńców, wójtowie często sami decydowali o przyznaniu takiej kategorii, lub też nie zwracali na nią uwagi. Rodziny z kategorią A i B polecono osiedlać po jednej na wieś lub folwark. Dopiero wobec braku miejsca do zasiedlania zezwolono na dosiedlanie kilku rodzin z kategorii C, pod warunkiem, że rodziny te pochodziły z różnych regionów, i nie znały się wcześniej. W sumie osiedlono 95 846 osób pochodzących z województwa rzeszowskiego i 44 728 osób pochodzących z województwa lubelskiego (nie podano danych z województwa krakowskiego).

x

Tak więc reasumując:

  • w latach 1944-1946 trwało przesiedlanie ludności ukraińskiej do USRR i polskiej z USRR do Polski; akcję zakończono 6 maja 1947 roku; w sumie przesiedlono 480 tys. osób ludności ukraińskiej,
  • brak zgody strony radzieckiej na dalsze przedłużenie akcji przesiedleńczej, ale z jakich powodów, o tym Wikipedia nie wspomina; w październiku 1947 roku władze ZSRR przeprowadziły równolegle Akcję „Z” (Zachód), w wyniku której z terenu Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej deportowało na wschód ponad 76 tysięcy Ukraińców, oskarżonych o sprzyjanie UPA,
  • według niektórych historyków decyzja o przeprowadzeniu akcji zapadła w Moskwie w lutym 1947 roku,
  • od 28 kwietnia 1947 roku do końca lipca 1947 roku trwała akcja „Wisła”, w wyniku której przesiedlono 140 tys. osób,
  • akcja ta objęła również tereny, gdzie UPA nie działała,
  • pomoc Czechosłowacji i ZSRR w uszczelnieniu granicy polskiej,
  • siły UPA to 1772 osoby dysponujące bronią i aktywne w walce,
  • siły polskie to 20 tys. żołnierzy plus oddziały Wojsk Ochrony Pogranicza, MO, ORMO i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego,
  • władze ZSRR wyznaczyły po swojej stronie jedną dywizję pancerną, specjalne oddziały antypartyzanckie oraz oddziały Wojsk Pogranicznych NKWD,
  • podział ludności przesiedlanej na kategorie bezpieczeństwa A, B i C sugerował, że przesiedlano również członków UPA,
  • brak wpisanej kategorii bezpieczeństwa na listach przesiedleńców i dowolność w jej przyznawaniu przez wójtów umożliwiała członkom UPA osiedlanie się w większych skupiskach ludności i komunikowanie się;

Zestawiając te fakty trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej akcji przesiedleńczej chodziło przede wszystkim o to, by w sposób zakamuflowany osiedlić na ziemiach poniemieckich uczestników rzezi wołyńskiej. Mamy więc przesiedlenia w jedną i drugą stronę, a dodatkowo jeszcze przesiedlenie na wschód z terenu Ukrainy 76 tys. osób oskarżonych o sprzyjanie UPA. A skąd oni mogli być przesiedleni, skoro sprzyjali UPA? – Z Wołynia. A zatem wypada sobie zadać pytanie, czy świadkowie rzezi wołyńskiej mogli przenieść się na teren PRL-u, czy może raczej zostali przesiedleni w głąb Związku Radzieckiego? No bo jak mogli dostać się na teren Polski bez zgody władz radzieckich i polskich, skoro rok później później przeszedł przez te tereny front i NKWD kontrolowało ten obszar? W lipcu 1944 roku front dotarł do Bugu, a więc Wołyń był już pod radziecką kontrolą i niemal od razu zaczęły się przesiedlenia ludności ukraińskiej do Związku Radzieckiego. W takiej sytuacji nikt z Wołynia nie mógł się przenieść na zachód bez zgody i wiedzy władz.

Zastanawia też wielka dysproporcja pomiędzy siłami UPA a siłami wojsk skierowanych do walki z nimi. Czy w tym wypadku nie chodziło raczej o to, by kontrolować akcję przesiedleńczą, by nikt przypadkowy nie mógł tam osiedlić się. Nie chodziło też o to, by tę ludność rozproszyć w wśród polskiej i spolonizować.

Źródło: Wikipedia.
Źródło: Wikipedia.

Na powyższych mapach widać wyraźnie, że nie o żadne rozproszenie chodziło. W tym przemieszaniu i przesiedlaniu ludności chodziło prawdopodobnie o to, by sprawców rzezi wołyńskiej rozproszyć wśród ludności, która nie mieszkała na Wołyniu i nie mogła być świadkiem tamtych wydarzeń.

Wiem, że istnieje monografia Ewy Siemaszko poświęcona rzezi wołyńskiej. Czy wiarygodna? O tym w blogu 11 lipca ’43. Jednak, gdy szuka się prawdy, to trzeba zadawać sobie proste pytania. Rozmiar zwyrodnienia sprawców został udokumentowany zdjęciami. Kto je zrobił? Przecież nie rodziny ofiar, bo wśród tej prostej, biednej ludności aparat fotograficzny był abstrakcją, a poza tym, czy kogoś z rodziny w obliczu takiej tragedii byłoby stać na robienie zdjęć? Ktoś jednak te zdjęcia zrobił. Po co? Z punktu widzenia sprawcy to nielogiczne dokumentować swoje zwyrodnienie. A jeszcze bardziej nielogiczne było to, że je komuś przekazał, tak jakby chciał, by wszyscy je kiedyś zobaczyli. Tak więc, zanim pogrzebano ciała ofiar, sprawcy zrobili zdjęcia. Bez nich nie można by było tak oddziaływać na ludzi, na ich emocje. Nie powstałaby też monografia Siemaszko. Spalono wsie, wszystko zrównano z ziemią, tak by nie pozostał żaden ślad. No właśnie! Jaki ślad? Kto wie, co znaleziono by w tych chałupach. Może jakieś ikony, krzyże prawosławne. „Nie zostało pominięte już nic”. Akcja została przeprowadzona dokładnie i można już było tworzyć mit, że na Wołyniu Ukraińcy mordowali Polaków.

Gdy ludzie patrzą na te zdjęcia, to przeraża ich rozmiar zdziczenia sprawców i nie zastanawiają się nad tym, kto je zrobił. To przecież nie było tak, że zbrodnia została dokonana, sprawcy uciekli, a wkraczające wojska zajęły teren zbrodni i ją udokumentowano. To był lipiec 1943 roku. Front był daleko na wschodzie, pod Kurskiem.

Można sobie zadać jeszcze prostsze pytanie: skąd UPA miała amunicję? Wiadomo, że Niemcy wspierali UPA w walce z polską partyzantką, ale gdy oni wycofali się, to od lipca 1944 roku na terenie działalności UPA rządziło NKWD. A jednak do czasu „ostatecznego rozwiązania” w 1947 roku UPA miała amunicję, „sprawiała” problem i potężne NKWD i trochę mniej potężne LWP nie mogły sobie poradzić.

Można mieć broń, ale jak nie ma amunicji, to broń jest kupą złomu. Przekonały się o tym wojska Kuomintangu, walczące z chińskimi komunistami. W pewnym momencie Amerykanie wstrzymali im dostawy amunicji i w ten sposób komuniści chińscy zdobyli władzę w Chinach. A dziś Amerykanie wspierają Tajwan w walce z komunistycznymi Chinami. Ale żeby było jeszcze śmieszniej, to na początku lat 20-tych zeszłego wieku Czang Kaj-szek był komunistą, ale skoro Amerykanie kazali, to przestał nim być, przynajmniej oficjalnie. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a on sam był często postacią kronik filmowych. Więcej o tym, jak w Chinach komuniści walczyli z komunistami, w blogu Chiny.

Taka praktyka tworzenia swego rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie prawdziwego zamiaru jest często wykorzystywana przez tych, którzy rządzą światem. O tym pisałem w blogu Sumy bajońskie. Podobnie było w przypadku inwazji na Czechosłowację w 1968 roku, gdy użyto nieproporcjonalnie wielkich sił do stłumienia zagrożenia, którego nie było, a chodziło o przeniesienie pocisków z głowicami nuklearnymi na granicę RFN-u z Czechosłowacją.

Lipiec… niebezpieczna pora

W „Nocy Listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego Wielki Książę pyta Makrota: „Listopad to dla Polaków niebezpieczna pora?”. A ten odpowiada: „(…) Tak teraz jest listopad, więc baczne mam słuchy. Jest to pora, gdy idą między żywych duchy i razem się bratają”. – Tak pisał Wojciech Jażdżewski w swoim felietonie „Listopad… niebezpieczna pora – okiem felietonisty” z dnia 21 listopada 2007 roku, zamieszczonym w Dzienniku Związkowym.

Wygląda na to, że taką niebezpieczną porą dla Polaków może stać się lipiec. A to ze względu na rzeź wołyńską, która miała miejsce w lipcu 1943 roku. W tym roku przetoczyła się przez Polskę fala pochodów upamiętniających tamto tragiczne wydarzenie. Odsłonięto też pomnik poświęcony ofiarom rzezi wołyńskiej w Domostawie na Podkarpaciu. W związku z tym odnoszę wrażenie, że nikomu nie zależy na dotarciu do prawdy, a jedynie na jątrzeniu, podsycaniu konfliktu, co z uwagi na obecność w Polsce milionów Ukraińców, może zaostrzyć relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Nie chce mi się wierzyć i nie wierzę, że to wszystko, te manifestacje, to odsłonięcie tego pomnika – że to wszystko jest spontaniczne. Wprost przeciwnie, jestem przekonany, że te wszystkie wydarzenia były zorganizowane przez odpowiednie służby.

Czasem, żeby się czegoś dowiedzieć o tym, co się wydarzyło 11 lipca 1943 roku, trzeba poszukać gdzieś daleko. W styczniu 2023 roku „dotarłem” do Rwandy. I tak powstał blog Ludobójstwo. Ponieważ na tej stronie jest już ponad 470 blogów, więc siłą rzeczy większość z nich umyka uwadze i dlatego postanowiłem przypomnieć wybrane fragmenty z tamtego blogu. Jest on bardzo długi, cytowałem w nim obszernie Kapuścińskiego i Wikipedię, więc przeczytanie całości wymaga czasu i nie jest on zbyt łatwy w odbiorze, jak sądzę. Jeśli jednak ktoś chce, to tutaj może go znaleźć.

W ludobójstwie w Rwandzie uderzyło mnie podobieństwo do tego, co wydarzyło się na Wołyniu. Poniżej te fragmenty, które tego dowodzą.

x

Jest takie powiedzenie: gdzie Rzym, gdzie Krym. Używamy go, gdy chcemy podkreślić, że jakieś rzeczy, sytuacje, zdarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Parafrazując je, mógłbym powiedzieć: gdzie Wołyń, gdzie Rwanda. Czy ludobójstwo na Wołyniu z 1943 roku ma coś wspólnego z tym w Rwandzie z 1994 roku. Jak się okazuje – ma. Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) opisuje wydarzenia, które miały tam miejsce. Ten opis nosi tytuł Wykład o Ruandzie. Nie jest to reportaż, to raczej esej, synteza. W sumie to może nawet nie zwróciłbym uwagi na ten opis, gdyby nie końcowa jego część, w której Kapuściński stara się wyjaśnić, dlaczego, pomimo że rządzący dysponowali doskonałym uzbrojeniem i mogli wybić do nogi swoich wrogów, w ruch poszły maczety, młoty, dzidy itp. i dlaczego w tę zbrodnię zaangażowano tylu zwykłych ludzi. Analogia do Wołynia aż nadto widoczna.

Między ofensywą z października 1990 a rzezią z kwietnia 1994 minie trzy i pól roku. W obozie rządzących Ruandą dochodzi do gwałtownych sporów między zwolennikami kompromisu i utworzenia koalicyjnego, narodowego rządu (ludzie Habyarimany plus partyzanci) a fanatycznym despotycznym klanem Akazu kierowanym przez Agathe i jej braci. Sam Habyarimana kluczy, waha się, nie wie, co robić, i coraz bardziej traci wpływ na rozwój wypadków. Szybko i niepodzielnie górę bierze szowinistyczna linia klanu Akazu. Obóz Akazu ma swoich ideologów – to intelektualiści, uczeni, profesorowie wydziałów historii i filozofii ruandyjskiego uniwersytetu w Butare – Ferdinand Nahimana, Casimir Bizimungu, Leon Mugesira i kilku innych. To oni właśnie formułują ideologię, która uzasadni ludobójstwo jako właściwie jedyne wyjście, jedyny sposób własnego przetrwania. Teoria Nahimany i jego kolegów głosi, że Tutsi to najzwyczajniej obca rasa. To Niloci, którzy przyszli do Ruandy, gdzieś znad Nilu, podbili rodzimych mieszkańców tej ziemi – Hutu, zaczęli ich wyzyskiwać, niewolić i rozkładać od wewnątrz. Tutsi zawładnęli wszystkim, co jest w Ruandzie cenne: ziemią, bydłem, rynkami, a z czasem i państwem. Hutu zostali zepchnięci do roli podbitego narodu, który wiekami żył w nędzy, głodzie i poniżeniu. Ale naród Hutu musi odzyskać swoją tożsamość i godność, jako równy zająć miejsce wśród innych narodów świata.

I zaczynają się przygotowania. Armia, która liczyła pięć tysięcy ludzi, została powiększona do 35 tysięcy żołnierzy. Drugą siłą uderzeniową staje się Gwardia Prezydencka, elitarne, nowocześnie i bogato wyposażone jednostki (instruktorów przysłała Francja, a broń i sprzęt – Francja, RPA i Egipt). Ale największy nacisk kładzie się na tworzenie masowej paramilitarnej organizacji – Interahamwe (tzn. Uderzymy Razem). Należą do niej i odbywają w niej szkolenia wojskowe i ideologiczne ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci i urzędnicy – olbrzymia rzesza, istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Jednocześnie podprefekci i prefekci mają na polecenie rządu sporządzać i dostarczać listy przeciwników władzy, wszelkich ludzi podejrzanych, niepewnych, dwuznacznych, najróżniejszych malkontentów, pesymistów, sceptyków i liberałów. Organem teoretycznym klanu Akazu jest pismo „Kangura”, ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”.

Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają – pół miliona, inni – milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. Przeraża najbardziej to, że wczoraj jeszcze niewinni ludzie wymordowali innych, zupełnie niewinnych ludzi, i to bez żadnego powodu, bez potrzeby. Zresztą gdyby to nawet nie był milion, tylko na przykład jeden niewinny, czy wówczas też nie byłby to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że wiosną 1994 roku przebywał akurat w Ruandzie?

Pół miliona-milion zabitych to oczywiście tragicznie dużo. Ale z drugiej strony, znając piekielną siłę rażenia armii Habyarimany, jej helikoptery, cekaemy, artylerię i wozy pancerne, można było w ciągu trzech miesięcy systematycznego strzelania zgładzić o wiele więcej ludzi. A jednak tak się nie stało. Jednak w większości ginęli oni nie od bomb i cekaemów, tylko padali rozsiekani i zatłuczeni bronią najbardziej prymitywną – maczetami, młotami, dzidami i kijami. Bo też liderom reżimu nie tylko chodziło o cel – ostateczne rozwiązanie. Ważne było również, jak się do niego zmierza. Ważne było, aby po drodze do Najwyższego Ideału, jakim miało być unicestwienie wroga raz na zawsze, zawiązała się przestępcza wspólnota narodu, aby przez masowy udział w zbrodni powstało łączące wszystkich jedno poczucie winy, tak by każdy, mając na swoim koncie czyjąś śmierć, wiedział, że odtąd wisi nad nim nieodwołalne prawo odwetu, za którym dostrzeże on widmo swojej własnej śmierci.

O ile w systemach hitlerowskim i stalinowskim śmierć zadawali oprawcy z instytucji wyspecjalizowanych – SS czy NKWD, a zbrodnia była dziełem wydzielonych formacji, działających w miejscach ukrytych, to w Ruandzie chodziło o to, żeby śmierć zadał każdy, żeby zbrodnia była produktem masowego, niejako ludowego i wręcz żywiołowego wystąpienia, w którym udział wzięliby wszyscy – aby nie było rąk, które nie umoczyłyby się we krwi ludzi, uznanych przez reżim za wrogów.

Ten końcowy fragment, jak napisałem we wstępie, nieodparcie nasuwa skojarzenia z Wołyniem. Ci, którzy dokonali rzezi na Wołyniu, również dysponowali odpowiednią bronią i użycie siekier, pił, wideł itp. nie było konieczne i nie było konieczne zaangażowanie okolicznej ludności. A jednak! Skąd u Kapuścińskiego taka interpretacja? Czyżby coś wiedział o Wołyniu, czego my nie wiemy? Pewnie wiedział, ale w swoim zapatrzeniu w Ukrainę nie zająknął się o Wołyniu, chociaż o głodzie na Ukrainie pisał i wszelką winą za to obarczał Stalina.

Paradoksalne! Żeby dowiedzieć się czegoś o rzezi wołyńskiej, trzeba było „zajechać” aż do Rwandy. No cóż, jak to mówią: podróże kształcą. Niektórzy dodają, że owszem, ale wykształconych. Jak widać sam pomysł i sposób jego wykonania są w obu przypadkach bardzo podobne, a to skłania do wniosku, że wyszły z tego samego ośrodka decyzyjnego.

Problemy, konflikty, powstania, wzajemna nienawiść – to wszystko pojawiło się w obu bliźniaczych krajach, czyli w Rwandzie i Burundi, wraz z pojawieniem się tam europejskich kolonistów. A kim oni byli? Kim byli ci ludzie, którzy na konferencji w Berlinie podzielili Afrykę? Kongo przypadło belgijskiemu królowi, które od 1885 do 1908 było jego prywatną własnością, a on sam był masonem. W wyniku okrucieństw, jakich tam się dopuszczano, Kongo przeszło pod zarząd Belgii. Po I wojnie światowej Rwanda i Burundi stały się kolonią belgijską. Rządy Belgów, praktycznie do początku lat 60-tych XX wieku, to faworyzowanie jednych kosztem drugich, czyli ich skłócanie. Skłócali ich tak skutecznie, że ci zaczęli skakać sobie do oczu, nienawidzić i w końcu zabijać.

Belgowie wprowadzili w 1933 roku dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej. I nikt tego nie zniósł do 1994 roku. To wydatnie ułatwiło identyfikację, bo w tym dokumencie było zapisane, kto jest Tutsi, a kto – Hutu, chociaż ten podział nie był precyzyjny, bo Hutu, awansując w hierarchii społecznej, mógł stać się Tutsi, a zbiedniały Tutsi mógł stać się Hutu. Również sam wygląd nie dawał podstawy do jednoznacznej identyfikacji. Były to typowo rasistowskie praktyki Belgów, ale o tym Kapuściński nie wspomina, pisząc, że Belgowie do roku 1959 nie wykazywali większej aktywności i nie ingerowali w sprawy lokalne.

Te podziały były tak głębokie, że przetrwały do lat 90-tych. Ktoś tych ludzi po mistrzowsku rozgrywał, skoro „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot, którym wracał prezydent Habyarimana z wynegocjowanym z Frontem Narodowym Rwandy kompromisem. I od tego zaczęła się cała tragedia. Może by do niej nie doszło, gdyby nie interwencja prezydenta Mitterranda, w wyniku której wylądowali w Rwandzie francuscy spadochroniarze. Daje to czas stronie rządowej na wzmocnienie. Pojawiają się francuscy instruktorzy, broń i sprzęt przysyła Francja, RPA i Egipt. Powstaje masowa, paramilitarna organizacja – Interahamwe (Uderzymy Razem). Szkolą się w niej ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci, urzędnicy – jak to określił Kapuściński – istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Nie napisał tylko, co stało się z tymi francuskimi spadochroniarzami. Na cda.pl można obejrzeć film Hotel Ruanda z 2004 roku. I to w nim jest pokazane, że w pewnym momencie te wszystkie wojska, łącznie z wojskami ONZ, opuszczają Rwandę. A więc jakby ktoś specjalnie szykował tę rzeź. Nie było już wojsk, które rozdzielałyby skonfliktowane strony. Zupełnie jak na Wołyniu w 1943 roku, gdzie AK zapadła się pod ziemię i o niczym nie wiedziała. Pewnie dostała taki rozkaz z Londynu.

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię publiczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

x

Podobieństwa pomiędzy obiema rzeziami można ująć w parę punktów:

  • użycie podobnych narzędzi zbrodni, pomimo że mordujący byli wyposażeni w broń
  • szowinizm ukraiński i szowinizm klanu Akazu
  • ideologia szowinizmu ukraińskiego – Dmytro Doncow; ideologia klanu Akazu – profesorowie wydziałów historii i filozofii uniwersytetu ruandyjskiego; a więc ktoś z góry definiuje ludowi wroga
  • organizacje paramilitarne na Wołyniu, utworzone przez rząd sanacyjny w latach 1928-38 w okresie tzw. eksperymentu wołyńskiego, przekształcone w UPA; paramilitarna organizacja Interahamwe w Ruandzie
  • na Wołyniu w rzeź zostali zaangażowani zwykli ludzie, często sąsiedzi mordowanych; w Rwandzie zbrodnia była produktem masowego, ludowego wystąpienia
  • na Wołyniu nie było Niemców, którzy dalej na tym terenie sprawowali władzę; nie było też oddziałów AK; w Rwandzie w pewnym momencie wszystkie wojska opuszczają kraj
  • w Rwandzie apel: Śmierć! Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione do dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!; w Polsce: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć!; czyżby to był potomek tych, którzy mordowali na Wołyniu, a obecnie tylko zmodyfikował hasło?

Czy w związku z tym, że analogia jest aż nadto widoczna, to czy można wysnuć wniosek, że inspiracja i kierownictwo wyszło z tego samego źródła? Któż mógł doprowadzić do dwóch tak podobnych do siebie rzezi i tak oddalonych od siebie w czasie i przestrzeni? Na to pytanie każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

Czy możliwa byłaby ta rzeź, gdyby nie było tzw. eksperymentu wołyńskiego, którego efektem było stworzenie oddziałów paramilitarnych na tamtym terenie? A później zapoczątkowano akcję zachęcania miejscowej prawosławnej ludności do przechodzenia na katolicyzm? Z tym wiązały się pewne korzyści. Tym, którzy zdecydowaliby się zmienić wyznanie, obiecywano ziemię. I jeszcze ta nieobecność Niemców i AK. Wygląda na to, że przygotowania do tej rzezi prowadzone były na szeroką i międzynarodową skalę. Podobnie było w Rwandzie.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to, co dzieje się obecnie wokół rzezi wołyńskiej, jest przygotowywaniem do konfliktu polsko-ukraińskiego. Jeśli powstanie to wspólne państwo, to być może scenariusz wydarzeń będzie zbliżony do tego z okresu I RP. Przez cały czas jej trwania istniało wspólne państwo polsko-ukraińskie zwane Koroną i ciągle były jakieś rzezie i pogromy. Ostatnią była rzeź humańska w 1768 roku. Natomiast na Litwie, która była w unii z tym wspólnym państwem polsko-ukraińskim był spokój. Warto o tym pamiętać, bo jak mówią: historia lubi się powtarzać, choć nie zawsze dokładnie tak samo.

Mamy więc taką sytuację, że jedni chcą przeprosin i ekshumacji, a drudzy nie chcą przepraszać i nie godzą się na ekshumację. Coś jest do ukrycia, tylko co? W rzeź na Wołyniu były zaangażowane setki ludzi, a może i tysiące. Nie wszystkich udało się zamordować. Byli więc świadkowie. Pozostawanie sprawców tam gdzie działali stwarzało dodatkowe problemy, bo pewnie ci sprawcy woleliby pozbyć się ich. Przenieśli się na teren obecnej Polski i tam walczyli z nowymi władzami PRL-u. To dało pretekst tym władzom do przeprowadzenia tzw. Akcji Wisła. Przesiedlono nie tylko miejscową ludność, ale również i sprawców rzezi wołyńskiej. I to był prawdziwy cel tej akcji. Na ziemiach poniemieckich zyskali nową tożsamość, nowe nazwiska. I to oni w większości sprawowali ważne funkcje w PRL-u. Jego faktyczni władcy, czyli Żydzi, zrobili z nich swe wierne sługi. I obecnie ich wnuki również muszą wykonywać polecenia swoich nieznanych przełożonych. Czy nowy konflikt polsko-ukraiński, a właściwie ukraińsko-ukraiński ma odwrócić uwagę od rzezi wołyńskiej? Czy może potomkowie ofiar szukają zemsty? Najnowsza historia Polski jest niezwykle zagmatwana i zafałszowana.

Konsekwencje unii polsko-litewskiej

A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. – Te słowa wypowiedział Stefan Starzyński, Prezydent Warszawy, w dniu 1 września 1939 roku. Po 8 lipca 2024 roku, po podpisaniu porozumienia polsko-ukraińskiego, stają się one nadzwyczaj aktualne. Problem polega na tym, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. W Internecie pojawiło się mnóstwo komentarzy. Bryluje tu Tomasz Piekielnik, który z komentatora ekonomicznego stał się politycznym. W jednym ze swoich komentarzy obszernie omawia tę umowę. Ja wybrałem z niej pewne fragmenty, które uważam za najważniejsze.

Wiadomym jest, że Rosja prowadzi wojnę z Ukrainą, czyli Ukraina na swoim terenie prowadzi wojnę z Rosją, a to oznacza, że jeżeli my udzielamy gwarancji Ukrainie, to po prostu przyłączamy się do wojny. W mojej ocenie zawarcie takiego porozumienia jest wypowiedzeniem wojny Rosji i jest takim formalnym aktem przyłączenia się do wojny. I będzie to tak oceniane przez stronę rosyjską, a także jej sojuszników.

Ja mam niestety takie wrażenie, że ta umowa, to taki pierwszy krok do stworzenia czegoś, co jeszcze nie chce mi przejść przez gardło, ale wspólnego państwa. Ta umowa nie jest tylko, można powiedzieć, ograniczona do jakichś gwarancji bezpieczeństwa, do współpracy militarnej. A więc podsumowując, jest to uregulowana współpraca obronna i wojskowa, współpraca przemysłów obronnych. Mowa jest tam o ulokowaniu polskich fabryk zbrojeniowych na terenie Ukrainy. Mowa jest też o tym, że Polska gwarantuje, czy jest „gwarantem” przystąpienia czy przyłączenia Ukrainy do NATO. Jest tam bardzo potężny obszar współpracy pozamilitarnej, a więc gospodarczej, administracyjnej, samorządowej, w dziedzinie szkolnictwa wyższego i nauki, uniwersytetów. Pojawia się tam też wątek opracowania narzędzi badań historycznych. Uwaga! Pojawia się tam też wprost zapis o tym, że stworzone zostaną wytyczne programowe do stworzenia podręczników, które dotyczą historii, rzekomo naszej wspólnej. No, a ta historia jest bardzo bolesna, bo dotyczy rzezi wołyńskiej, mordowania setek tysięcy Polaków przez Ukraińców.

Więc rządzący na siłę, na zamówienie z Waszyngtonu wprowadzają nam wspólną, ja to już nazwę, wspólną wizję wspólnego państwa. Chciałbym się mylić w tych przewidywaniach, w tej interpretacji, ale z takiej bardzo szerokiej perspektywy, umowy, czyli porozumienia między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą, naprawdę chciałbym się mylić, ale coś mi podpowiada, że to w tym kierunku zmierza.

Bardzo mnie to dziwi, że tzw. opozycja w tym względzie nie protestuje. Nie słychać tutaj żadnych głosów, pytań sensownych dotyczących tejże sprawy, które powinna zadawać opozycja, czy to tzw. PiS, czy to tzw. Konfederacja przede wszystkim. No, nie ma tego, jakby to wszyscy ślepo wspierali. Pytanie tylko – dlaczego? Nie ma interesu państwowości polskiej, nie ma interesu narodowego polskiego, narodu polskiego i ja dostrzegam również, że nie mamy interesu ekonomicznego, a wręcz przeciwnie.

To wszystko prowadzi do potężnego zubożenia Polski, bo mowa tu o wydatkach, które nie śnią się nam. Ja tylko podkreślę, że rząd planuje w tym roku wydać z budżetu, z dochodów budżetowych, wynoszących 680 miliardów planowanych na ten rok, 150 miliardów na zbrojenia. I co się z tym uzbrojeniem będzie dziać, gdzie ono powędruje? Ale, co ciekawe, to nie będzie uzbrojenie, które będzie nam w tym roku dostarczone. To są wydatki tego roku. Ono będzie kiedyś dostarczone. I druga rzecz, szacowane są na około 80 miliardów odsetki od długu publicznego, czyli od zadłużenia Polski. Ale gdyby zerknąć do tego, ile faktycznie kosztuje nas obsługa długu publicznego – tego jawnego i niejawnego, tego ukrytego w różnego rodzaju fundacjach celowych, których jest kilkanaście, no to śmiało można stwierdzić, że obsługa tego długu będzie mogła kosztować 150 miliardów złotych. To jest mój szacunek na podstawie analizy, której dokonuję stale i dzielę się tym z Państwem na tym kanale. Zatem z 680 miliardów dochodu budżetowego na 2024 rok zostanie na wszelkie cele typu edukacja, usługi medyczne, ochrona zdrowia, usługi publiczne, zapewnienie pensji administracji, wojsku, zapewnienie wynagrodzenia w sferach samorządowych i tak dalej – 380 miliardów. W związku z tym dużo, ale to bardzo dużo braknie i Polska będzie się dalej zadłużać.

Z tej umowy to wynikają w zasadzie obowiązki Polski, a nie obowiązki Ukrainy. W związku z tym ta umowa, w mojej ocenie, nie jest dokumentem, który można nazwać umową wzajemną. To jest, ja to nazywam dekretem zobowiązującym. Zatem polski rząd, premier, przy akceptacji prezydenta, podpisał się pod dekretem ukraińskim, zobowiązującym administrację państwową polską, zobowiązującym wojsko polskie do określonych działań i zachowań, do określonych postaw, do określonych świadczeń. Jeszcze raz podkreślam, porozumienie o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą jest po prostu „dekretem ukraińskim” co do zobowiązania Polski do wykonywania określonych świadczeń, do pełnienia wysługi na rzecz Ukrainy, podpisanym przez rząd polski.

Niniejsze porozumienie ma na celu uzupełnienie postanowień Wspólnej Deklaracji G7 w sprawie wsparcia Ukrainy, przyjętej w Wilnie dnia 12 lipca 2023 roku (zwanej dalej Wspólną Deklaracją G7), a następnie podpisanej przez Polskę.

Zatem widzimy, że Polska nie wykonuje suwerennie swoich decyzji. Jeżeli porozumienie nasze, ten dekret, czyli umowa z Ukrainą jest wypełnieniem postanowień Wspólnej Deklaracji G7, to znaczy, że my tu realizujemy wolę mocarstw, a nie realizujemy polityki państwa polskiego.

Uczestnicy uznają, że trwająca rosyjska agresja na Ukrainę stanowi zasadniczy kontekst niniejszego Porozumienia. Z tego też względu głównym celem jest pomoc Ukrainie w realizacji prawa do samoobrony.

Czyli, mówiąc krótko, gdyby nie było wojny z Ukrainą, to tego porozumienia by nie było, to tego dekretu by nie było. Głównym celem jest przyłączenie się Polski do wojny. To jest wszystko opisane językiem prawniczym, językiem, który ja nazywam mową trawą, ale w istocie, jeżeli kontekst jest taki, że trwa wojna na Ukrainie, że to porozumienie (dekret) jest wystosowane z uwagi, że trwa wojna i głównym celem jest pomoc Polski Ukrainie w realizacji prawa do samoobrony, to to jest po prostu bełkot prawniczy. Ukraina prowadzi samoobronę, owszem, ale Polska nie może prowadzić samoobrony Ukrainy. Oznacza to, że Polska zamierza pomóc Ukrainie w ataku na napastnika, który ją zaatakował.

Uważam, że Polska jako kraj pierwszy i potem długo, długo żaden inny – w oczach Federacji Rosyjskiej, w oczach Putina – „zasługuje na ukaranie”. Nie ma drugiego państwa, które jest tak agresywne, czy to w wypowiedziach, czy w działaniach w kierunku Rosji. Podkreślam, my nie zostaliśmy zaatakowani przez Rosję. W związku z tym, jeżeli my zaatakujemy Rosję, przyłączymy się do obrony Ukrainy, to z punktu widzenia jakiejkolwiek logiki będziemy prowadzić wojnę napastniczą przeciwko Rosji.

Polska będzie kontynuować wsparcie w zakresie rozminowywania w celach bojowych i humanitarnych, inicjatyw związanych z edukacją na temat ryzyka oraz budowania zdolności.

Teraz taki żart ponury, ale sami wiecie Państwo, że może on być rzeczywistością. Ta umowa, jeżeli została przysłana z Waszyngtonu w języku angielskim, to pewnie jest powód, dla którego wersja anglojęzyczna jest obowiązująca, no ale tutaj coś nie pyknęło Google translatorowi, bo zakładam, że Google translatorem był tłumaczony ten dokument. Jestem o tym przekonany, dlatego, że na stronie ukraińskiej pojawiła się wersja angielska tej umowy. Ukraińcy szybciej opublikowali tę wersję, niż Polacy, to porozumienie i uwaga…, gdy ja wszedłem na tę stronę i użyłem translatora na język polski, sprawdzając to z ciekawości, to proszę mi wierzyć, jest to niemal kropka w kropkę identyczne z wersją polskojęzyczną.

Podpisano w Warszawie dnia 8 lipca 2024r. W dwóch egzemplarzach, w języku polskim, ukraińskim i angielskim, przy czym wszystkie teksty są jednakowo autentyczne. W wypadku jakichkolwiek rozbieżności przy ich interpretacji tekst w języku angielskim będzie rozstrzygający. – Podpisał Donald Tusk Prezes Rady Ministrów, Wołodymir Zełeński Prezydent.

x

Relacje polsko-ukraińskie są tak stare, jak stara jest unia polsko-litewska. Zaczęło się od unii personalnej w 1385 roku. Jej celem było dostosowanie realiów Królestwa Polskiego, czyli Korony do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego. Korona była małym państwem, monarchią o zrównoważonych stanach, silnej władzy królewskiej, z całkiem zasobnym skarbem królewskim i przeważnie wolnymi chłopami. WKL to był zlepek feudalnych księstw, w których chłopi byli niewolnikami. W tym czasie, na mocy unii horodelskiej z 1413 roku 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich adoptowało 47 herbów szlachty polskiej. Tak więc, gdy doszło do unii realnej w 1569 roku, to ci bojarzy litewscy i ruscy byli już od pokoleń „polską” szlachtą. Natomiast wolni chłopi z Korony stali się chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. Jednocześnie zachodził proces rozkradania królewszczyzn, czyli ziem należących do króla, czyli, jakbyśmy to dziś powiedzieli, do skarbu państwa. Rej w tym wiódł Jan Zamoyski, którego przodkowie adoptowali jeden z tych 47 herbów szlachty polskiej. I w ten sposób Rusin Zamojski stał się najpotężniejszym magnatem Rzeczypospolitej.

Na krótko przed unią realną doszło do wyłączenia z WKL województw: podlaskiego, wołyńskiego, kijowskiego i bracławskiego, czyli ziem obecnej Ukrainy. Włączono je do Korony i to wspólne państwo polsko-rusińskie nadal nazywano Koroną. I tak powiększona Korona weszła w unię z pomniejszonym WKL. Wyglądało to więc tak, jakby to Korona zdominowała WKL, podczas gdy było odwrotnie. Elity WKL zdominowały Koronę. Całkowite zmarginalizowanie jej magnaterii nastąpiło po potopie szwedzkim, który zniszczył jej zamki i ograbił z ruchomości. Potop zdziesiątkował też ludność Korony. Natomiast WKL, zajęta przez Rosję, nie ucierpiała. I tak utrwaliła się dominacja bojarów litewskich i rusińskich, którzy podawali się już za szlachtę polską, nad ziemiami i ludnością Korony.

Ten stan trwa do dziś. Jeśli Litwin Radziwiłł nie miał skrupułów, by sprzymierzyć się z królem szwedzkim i porzucić Koronę na pastwę losu, to dlaczego nie miałby tego zrobić Tusk czy Duda. Oni nie są Polakami, tak jak nie był Polakiem Radziwiłł. Tak naprawdę ludnością polską byli tylko chłopi z Korony, którzy w Rzeczpospolitej stali się niewolnikami. I dziś powoli dokonuje się ich marginalizacja w sensie materialnym.

Powstanie II RP niczego w tym względzie nie zmieniło. O tym w blogu Eksperyment wołyński. Po II wojnie światowej na ziemie poniemieckie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a w III RP ukrainizacja tego państwa jest kontynuowana. O tym w blogu Eksperyment wołyński II. W świetle historii nie powinno to dziwić, bo Polska skończyła się wraz z unią personalną z Litwą. Mamy więc tu do czynienia z wielką mistyfikacją. Państwo, które nazywa się Polską, powinno nazywać się Ukrainą-bis, Ukrainą Zachodnią, czy jakoś tak podobnie.

Piekielnik nazywa umowę z 8 lipca dekretem ukraińskim, choć powinien ją nazywać dekretem amerykańskim, skoro sam stwierdził, że przyszła ona z Waszyngtonu. Zapewne została tam zredagowana, bo jeśli w przypadku wątpliwości interpretacyjnych wersją rozstrzygającą jest wersja angielska, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak jest. A skoro tak, to znaczy, że to Amerykanie o wszystkim decydują, a może raczej amerykańscy Żydzi. Ich przodkowie wysmażyli unię polsko-litewską i ich dziełem było postanowienie unii horodelskiej o 47 herbach szlachty polskiej, które adoptowali bojarzy litewscy i rusińscy.

Powiedział on także, że prawie połowa budżetu państwa polskiego przeznaczana jest na pomoc wojskową i gospodarczą dla Ukrainy oraz na obsługę zadłużenia z tego tytułu i żeby nie nastąpiło bankructwo państwa, to trzeba zaciągać kolejne kredyty, które będą spłacać podatnicy. Z tymi podatnikami to oczywiście bajka, ale wszyscy to powtarzają, bo gdyby powiedzieć, że tak wielkich długów i odsetek od nich polski podatnik nigdy nie będzie w stanie spłacić, to trzeba by wyjaśnić, kto udziela tych kredytów i jaki ma w tym interes, skoro wie, że te długi nie będą spłacone.

Kredyty, podobnie jak ta umowa, płyną z Ameryki. Dlaczego Ameryka nie finansuje Ukrainy bezpośrednio, tylko wysługuje się Polską? Gdyby to faktycznie była wojna zastępcza Ameryki z Rosją, to Amerykanie pomagaliby bezpośrednio Ukrainie. Przecież Rosjanie i tak wiedzą, że to Ameryka wszystko finansuje. Wiadomo też, że Rosja tej wojny nie może przegrać i nie przegra. Po co więc Ameryce potrzebny jest pośrednik w postaci Polski i dlaczego „polscy” politycy, jak żadni inni, są tak agresywni w stosunku do Rosji? Wszystko to jest konieczne do stworzenia pewnego wizerunku Polski.

Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu pojawiały się na kanałach internetowych i w zachodniej prasie informacje o tym, że Polska wyrasta w Europie na potęgę gospodarczą i militarną. Zastanawiałem się, po co ktoś rozgłaszał takie bzdury? Po to, by wytworzyć w ludziach przekonanie, że Polska to potęga i że dzięki temu stać ją na pomoc Ukrainie. Było też dużo informacji na temat tego, jak Polacy pomagają uchodźcom ukraińskim. Obecnie jednak, gdy kreuje się obraz Polski jako państwa, które intensywnie dozbraja Ukrainę, a jej politycy są wyjątkowo agresywni w stosunku do Rosji, to europejska opinia publiczna może nabrać przekonania, że winę za tę przedłużającą się wojnę ponosi głównie Polska. Jeśli rząd „polski” wyśle wojsko polskie na Ukrainę, to tym bardziej utwierdzi się ona w tym przekazie.

Gdy więc w końcu Amerykanie uznają, że nadszedł czas jej zakończenia, to głównym winowajcą będzie Polska i w związku z tym powinna ona być ukarana. W takiej sytuacji wszyscy uznają, że będzie to dobre rozwiązanie. Tą karą będzie połączenie Polski, bez ziem poniemieckich, z okrojoną Ukrainą, prawdopodobnie bez Ukrainy zadnieprzańskiej. Żeby jednak do takiego połączenia doszło, to trzeba zintegrować oba kraje pod względem gospodarczym, socjalnym, etnicznym, czyli masowym osiedlaniem Ukraińców w Polsce, kultury i edukacji, logistycznym, czyli budowy dróg i kolei w kierunku Ukrainy, przejść granicznych itp. I to wszystko realizuje się. Gdyby chodziło tylko o pomoc militarną, to ograniczyłaby się ona do tego obszaru, a tak nie jest. Głównym zatem celem jest stworzenie nowego państwa, a nie wojna z Rosją, której oba państwa nie są w stanie pokonać, ale bez tej wojny nie można tego dokonać. To, co się teraz dzieje, nie byłoby możliwe w warunkach pokojowych. Ta wojna jest tylko środkiem do celu.

Władysław Studnicki

Parę dni temu pojawił się na kanale Zakazane Historie odcinek poświęcony Władysławowi Studnickiemu a zatytułowany Studnicki: Polityk, który przewidział klęskę wrześniową. Był to chyba jedyny znaczący proniemiecki polityk okresu międzywojennego i nie zmienił swoich poglądów do śmierci. Jego koncepcja opierała się na sojuszu z Niemcami przeciwko Rosji. Nie dziwi to, bo wszyscy wywodzący się z Wielkiego Księstwa Litewskiego mają antyrosyjskie fobie. Podszywają się pod Polaków i w ten sposób opinia światowa jest przekonana, że to Polacy mają te fobie i zachowują się irracjonalnie. Warto więc sobie przybliżyć tę postać, bo to ułatwi zrozumienie tego, co obecnie dzieje się w polityce tego regionu, a zwłaszcza tej umowy pomiędzy Polską i Ukrainą z 8 lipca.

Wikipedia o Studnickim pisze m.in. tak:

Władysław Studnicki-Gizbert (ur. 15 listopada 1867 w Dyneburgu, zm. 10 stycznia 1953 w Londynie) – polski polityk i publicysta, członek tymczasowego zarządu Polskiego Skarbu Wojskowego w 1912, od września 1939 zwolennik kolaboracji Polski z III Rzeszą. Brat Wacława, archiwisty wileńskiego.

W młodości uczęszczał do Gimnazjum w Dyneburgu. Od 1887 był studentem Szkoły Handlowej Leopolda Kronenberga. W 1888 r. był jednym z założycieli II Proletariatu, za działalność socjalistyczną aresztowany jesienią 1888, po ośmiu miesiącach śledztwa zesłano go na Syberię. Po powrocie z zesłania w 1896 zamieszkał w Petersburgu, a wkrótce potem w Warszawie. W 1897 wyjechał razem z bratem Wacławem do Wiednia, a następnie osiadł w Heidelbergu. Działał w Związku Zagranicznych Socjalistów Polskich i był członkiem jego władz, tzw. Centralizacji, publikował także w emigracyjnej prasie socjalistycznej, m.in. „Przedświcie”. Stopniowo jednak oddalał się od ruchu socjalistycznego w stronę poglądów bardziej narodowych. W 1901 zamieszkał w Galicji i został najpierw członkiem tamtejszego Stronnictwa Ludowego, a w 1902 Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. W 1903 założył we Lwowie „Tygodnik Lwowski”.

W 1904 r. wydał zbiór swojej publicystyki Od socjalizmu do nacjonalizmu, gdzie przedstawił przyczyny zmiany swoich poglądów. Ostatecznie rozstał się jednak z ruchem nacjonalistycznym wobec różnic w stosunku do Rosji. W latach 1905–1910 mieszkał głównie w Warszawie, był aktywnym publicystą, będącym w opozycji do prorosyjskiej polityki Romana Dmowskiego. W latach 1906–1908 wykładał ekonomię polityczną na Wydziale Humanistycznym Towarzystwa Kursów Naukowych w Warszawie. W 1910 wydał Sprawę polską, w której głosił potrzebę odbudowy niepodległej Polski w oparciu o państwa centralne. Wysunął wówczas koncepcję tzw. trializmu, czyli poszerzenia austro-węgierskiej unii realnej o trzeci człon, którym miało być odbudowane państwo polskie. Był zwolennikiem rozbicia Rosji, która zajęła 80% terytorium I Rzeczypospolitej (w granicach z 1772). W ostatnim okresie przed wybuchem I wojny światowej był działaczem Polskiego Skarbu Wojskowego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, czynił kroki na rzecz stworzenia politycznej nadbudowy dla polskich organizacji paramilitarnych. Do idei tej, w 1912 r., starał się przekonać płk. Tadeusza Rozwadowskiego, w późniejszym czasie jedynego generała Polaka w służbie austriackiej, który nawiązał kontakty z polskim ruchem strzeleckim. Członek Wydziału Finansowego Komisji Tymczasowej Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. Po klęskach armii austro-węgierskiej jesienią 1914 stał się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli orientacji proniemieckiej. 10 maja 1916 spotkał się z generał-gubernatorem Hansem von Beselerem, któremu przedłożył projekt powołania niepodległej Polski, ze wschodnią granicą na Dźwinie i Berezynie, z zachowaniem zachodniej granicy Królestwa Polskiego z Niemcami z 1815. 21 lipca 1916 założył Klub Państwowców Polskich. Nazywany był jednym ze współautorów aktu 5 listopada, który obiecywał utworzenie państwa polskiego. W grudniu 1916 wszedł do 25-osobowej Tymczasowej Rady Stanu dzięki poparciu okupacyjnych władz niemieckich, został z niej wykluczony w sierpniu 1917. Do końca wojny popierał ekspansję przyszłego państwa polskiego na wschód w sojuszu z Niemcami. W 1918 był zaangażowany w rozmowy o obsadzeniu tronu polskiego przez księcia saskiego Christiana. Mianowany członkiem Rady Stanu w 1918 roku.

x

Istota koncepcji Studnickiego sprowadza się do paru punktów:

  • Był zwolennikiem rozbicia Rosji, która zajęła 80% terytorium I Rzeczypospolitej (w granicach z 1772).
  • 10 maja 1916 spotkał się z generał-gubernatorem Hansem von Beselerem, któremu przedłożył projekt powołania niepodległej Polski, ze wschodnią granicą na Dźwinie i Berezynie, z zachowaniem zachodniej granicy Królestwa Polskiego z Niemcami z 1815.
  • Do końca wojny popierał ekspansję przyszłego państwa polskiego na wschód w sojuszu z Niemcami.
  • W 1918 był zaangażowany w rozmowy o obsadzeniu tronu polskiego przez księcia saskiego Christiana.
  • Dla Studnickiego najgroźniejszym przeciwnikiem była bolszewicka Rosja, a nie Niemcy, z którymi, jak podkreślał, niewielkim kosztem moglibyśmy dojść do porozumienia.

Studnickiego za jego poglądy cenili m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz, Adolf Bocheński i Jerzy Giedroyć, który wydawał wpływowy dziennik „Polityka”. A więc dwóch Litwinów i jeden Ukrainiec. Tylko tacy ludzie mogli dogadywać się z Niemcami i niewielkim kosztem dojść z nimi do porozumienia. Ten „niewielki koszt”, to zachodnia granica Królestwa Polskiego z 1815 roku, jako przyszła granica polsko-niemiecka. A więc ten „niewielki koszt”, to rezygnacja z Wielkopolski, Małopolski i Pomorza. I to mają być Polacy i patrioci? I jeszcze ten saski książę jako król Polski.

x

Jeśli prześledzi się historię Polski, to widać, że ostatecznie przesunięcie tzw. ośrodka polskości na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego nastąpiło w XIX wieku. Tam się wszystko działo; powstawała literatura kresowa, pierwsze partie polityczne, rozwijało się polskie szkolnictwo itp. Wszystko jednak zaczęło się od realizacji jednego z postanowień unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich adoptowało herby 47 rodów szlachty polskiej. I tak bojarzy ci stali się polskimi panami, którzy prześladowali rusiński lud. Podobno tych rodów bojarskich było więcej, ale budynek, w którym przechowywano ten dokument został zniszczony podczas powstania warszawskiego. To działo się za czasów unii personalnej z Litwą. Jej zadaniem było tak naprawdę dostosowanie Korony do realiów WKL, czyli trzeba było z w miarę nowoczesnego państwa europejskiego zrobić wschodnie państwo feudalne, a z chłopów – niewolników. To trwało prawie dwieście lat.

Unia realna skutkowała tym, że jezuici wkroczyli na ziemie WKL i zapoczątkowali budowę kościołów, a ludność prawosławną zachęcali do przechodzenia na katolicyzm. Zdobywali teren tak, jak czynią to współczesne korporacje. W mieście, w którym mieszkam, rynek znajduje się przy kościele, a nie przy cerkwi, chociaż kościoły budowano tu znacznie później.

Dwa najważniejsze kroki, czyli przekształcenie rusińskiej i litewskiej szlachty w polską i ekspansja jezuitów na teren WKL, dokonały się. Jednak szlachta Korony, jakkolwiek już zdominowana przez nową szlachtę z WKL, to jednak nadal była obecna i zapewne bardziej świadoma, niż polski lud. Należało więc ją dobić, by dominacja WKL była całkowita. I temu właśnie celowi służył najazd szwedzki, czyli potop.

Oficjalnie najazd szwedzki tłumaczy się tym, że Szwecja chciała uczynić Morze Bałtyckie swoim wewnętrznym morzem. A skoro tak, to po co było iść daleko na południe, niszczyć Koronę i mordować jej ludność, tym bardziej, że Korona miała bardzo ograniczony dostęp do morza? To Prusy rządziły na południowym i wschodnim Bałtyku, więc to one stały na drodze do realizacji tego celu, ale z jakichś irracjonalnych (pozornie) powodów Szwedzi zaatakowali Koronę. Postąpili też wbrew klasycznej zasadzie prowadzenia wojny, że celem każdej wojny nie jest zniszczenie wroga, tylko podporządkowanie go własnej woli. Szwedzi niszczyli nawet te zamki, których obrońcy poddawali się. Wygląda więc na to, że celem tej wojny było zniszczenie Korony.

Często też mówi się, że planowano wtedy rozbiór Rzeczypospolitej. Być może planowano i dokonano go, bo przecież Szwecja zajęła praktycznie całą Koronę, ale tę Koronę starą, bo na krótko przed unią realną w 1569 roku połączono ją z całą południową częścią WKL, czyli z obecną Ukrainą i to wspólne państwo polsko-ukraińskie w ramach Rzeczypospolitej nadal nazywano Koroną. Natomiast Rosja zajęła całe WKL, łącznie z jej częścią południową. Z kolei Litwin Radziwiłł dogadał się z królem szwedzkim i w ten sposób Litwa też nie ucierpiała od szwedzkiego najazdu.

Szwedzi, gdyby chcieli, to pewnie mogliby zająć całą Koronę, łącznie z klasztorem na Jasnej Górze, ale wycofali się. Zadowolili się tylko Inflantami. Rosja też wycofała się. Zostawiła sobie tylko Ukrainę zadnieprzańską. Był to więc klasyczny rozbiór. Dlaczego jednak tylko taki skromny, skoro oba państwa zajęły praktycznie całą Rzeczpospolitą? Dlaczego wycofały się? Nie ulega wątpliwości, że Szwecja była zbyt małym krajem, by podporządkować sobie Koronę, a oficjalny powód, czyli chęć stworzenia z Bałtyku swego wewnętrznego morza, również był nierealny ze względu na Prusy. Wychodzi więc na to, że prawdziwym celem tej wojny było zniszczenie Korony, czyli Polski, a konkretnie jej elity, czyli magnaterii, jej zamków i posiadłości. Magnateria WKL, czyli wówczas już „polscy panowie”, nie ucierpiała. W ten sposób dokonała się podmiana elit i Wschód zdominował Rzeczpospolitą, której pozwolono jeszcze istnieć przez ponad sto lat. O tym, jak na masową skalę produkowano Polaków na wschodzie w XIX wieku, pisałem w blogu Zrozumieć Polskę.

Te nowe „polskie” elity wywodziły się z WKL, które powstało z dawnych ziem Rusi Kijowskiej, do których prawo rościła sobie Rosja i nadal rości, nazywając Ukrainę i Białoruś bliską zagranicą. A obecne „elity” również mają tam swoje korzenie. Stąd są te antyrosyjskie fobie u wszystkich tych ludzi. Nie dziwią więc poglądy Studnickiego, Giedroycia i innych, dla których ziemie polskie są tylko nic nieznaczącym dodatkiem do ich prawdziwej ojczyzny, czyli ziem byłego WKL. Nie dziwi też słynne już oświadczenie jakiegoś tam Jasiny, który powiedział, że rząd polski jest sługą Ukrainy. Nie dziwi również postawa „polskiego” rządu, który bezwarunkowo wspiera Ukrainę. Problem polega na tym, że zdecydowana większość ludzi nie zdaje sobie sprawy ze stanu faktycznego i nie rozumie, a część jest nawet zszokowana takim zachowaniem tych ludzi, których uważa za Polaków, a oni tylko ich udają.

Trzeba jednak sobie powiedzieć szczerze, że ten plan, podmiany jednego narodu społecznościami z WKL, był planem kogoś, kto stał ponad tym i tym wszystkim kierował i to, co obecnie dzieje się w relacjach polsko-ukraińskich, to również jego dzieło. Realizacja czegoś takiego jak potop szwedzki wymagała skoordynowanych działań w wielu państwach, a to mogła zrobić tylko jedna nacja. I obecnie jest tak samo. Te sługi Ukrainy to tylko żałosne kukiełki, realizujące czyjeś rozkazy.

Polska szlachta w większości, jeśli nie w całości, była żydowskiego pochodzenia i prawdopodobnie tak samo było w przypadku tych litewskich i rusińskich bojarów. Bo jest rzeczą nienaturalną, że ktoś, kto należy do najwyższej warstwy, tak ochoczo przyjmuje do swego grona innych. Cechą charakterystyczną tej warstwy w innych państwach była jej ekskluzywność. To było 1-2% całego społeczeństwa, czasem około 5%, ale nigdy 10%, jak w przypadku Rzeczypospolitej. I do tego dochodzi jeszcze ta liczba – 47. Dlaczego akurat 47, a nie 50? Dlaczego magnateria Korony została zmarginalizowana, jeśli była żydowska? No właśnie! Równie dobrze można by zadać pytanie: dlaczego doszło do Holokaustu? Problem polega na tym, że my do oceny działań Żydów stosujemy system wartości oparty na Dekalogu, który nam ułożyli właśnie oni, a ich system wartości jest zupełnie inny, dla nas nieznany. I dlatego mamy problemy z oceną i interpretacją tego, co dzieje się w polityce.

Aktualizacja z dnia 13 lipca 2024

Wskoczył mi wczoraj na ekran fragment z filmu “Lalka”. Bardzo wymowny i skłaniający do refleksji.

To (pol)exit or not to (pol)exit?

Miesiąc temu na swoim kanale na YouTube Ryszard Legutko przedstawił swoje stanowisko w kwestii ewentualnego wyjścia Polski z unii. Spór polsko-polski ważniejszy niż spór Polski z UE – tak zatytułował swoją wypowiedź. Ryszard Legutko to filozof, publicysta i polityk, autor książek o tematyce społeczno politycznej, tłumacz, komentator dzieł Platona. Do Parlamentu Europejskiego kandydował z listy Prawa i Sprawiedliwości. W PE przystąpił do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Poniżej zapis jego wypowiedzi.

Czy warto zastanawiać się nad polexitem? Tak, oczywiście. Powinniśmy być otwarci na różne możliwości i różne scenariusze. Pamiętajmy, że unia europejska idzie w tym kierunku, że coraz więcej rzeczy tam się dzieje niezależnie od naszej woli. Podejmowane są decyzje, na które my nie mamy żadnego wpływu. Te decyzje mogą być czasami dla nas korzystne, ale bardzo często korzystne dla nas nie są. Wobec tego jest oczywiste, że trzeba rozważać: wychodzić czy nie wychodzić?, jakie są koszty jednego i drugiego?, warto czy nie warto? Trzeba o tym mówić również z tego powodu, że od samego początku, od momentu, kiedy zarysowała się możliwość naszego wyjścia z unii, to zapanowało wśród Polaków takie cielęce ubóstwienie unii europejskiej. To się na szczęście teraz zmienia. Zmienia się dość wyraźnie, ale jest ciągle jeszcze ogromna grupa Polaków, z pewnością większość Polaków, która nawet nie chce słyszeć o jakiejkolwiek krytyce unii i uważa, że krytykowanie unii jest czymś w rodzaju grzechu, rzeczą nieprzyzwoitą i w żadnym razie nie należy o tym mówić, ani nawet myśleć. Więc, żeby wyzwolić się z tego stanu marazmu i umysłowej bezwładności, trzeba również zastanowić się nad tym czy warto wychodzić z unii, czy nie? Gdzie przebiega ta czerwona linia? Jakie kroki należy podjąć i tym podobne rzeczy. To wszystko mieści się w ramach politycznej racjonalności. Niemówienie o tym, niemyślenie o tym jest w istocie przejawem nieracjonalności.

No dobrze, ale nie o tym chciałem mówić. Mamy jeden kraj, jak dotąd, który wyszedł z unii europejskiej – Wielka Brytania. No i przyjrzyjmy się temu przypadkowi brytyjskiemu. Czy wyjście z unii europejskiej spowodowało przyrost dobra dla Wielkiej Brytanii? Kiedy rozmawiałem z politykami brytyjskimi z partii konserwatywnej, to wszyscy chwalą ten krok. Kiedy rozmawiałem z publicystami konserwatywnymi, to – jakkolwiek chwalą samą decyzję – to wyrażają wielkie rozczarowanie tym, co stało się po brexicie. Istotnie, jeśli Wielka Brytania wyszła z unii europejskiej, to wyzwoliła się od komisji europejskiej, wyzwoliła się od tych europejskich trybunałów, a więc mogła zarządzać swoimi sprawami wedle woli i wedle woli brytyjskiego społeczeństwa. Czy przez to Wielka Brytania stała się krajem o większej wolności, większych swobodach, niż w państwach, gdzie reguły narzucała unia europejska? Nie! Bynajmniej! Wielka Brytania jest w tej chwili jednym z najbardziej zamordystycznych krajów zachodniej Europy czy w ogóle świata zachodniego, gdzie polityczna poprawność jest bardzo mocno egzekwowana, gdzie rząd konserwatywny, rząd, który jest przy władzy od wielu lat, nie tylko nie potrafi ograniczyć imigracji, ale właściwie ją zwiększył. W tej chwili to wszystko zupełnie poza kontrolą, a te próby podejmowane nie przynoszą specjalnych skutków; gdzie szkolnictwo, edukacja nadal jest w szponach politycznej poprawności, no i tym podobne rzeczy. Podobnie ta zielona ideologia. A zatem wyjście z unii europejskiej Wielkiej Brytanii zapewne się jej przysłużyło w jakimś zakresie, ale w dużym zakresie niewiele to zmieniło.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Cały świat zachodni, Europa Zachodnia w szczególności, znajduje się pod rządami lewicy. Dotyczy to również unii europejskiej, niezależnie od tego, jak się te partie nazywają. Czy się nazywają partiami konserwatywnymi, jak w Anglii, czy chrześcijańsko-demokratycznymi, czy ludowymi, czy centrowymi, czy jeszcze inaczej, czy zielonymi, czy socjalistycznymi. Wszędzie właściwie jest ta sama agenda, ten sam program. Dlatego brytyjska partia konserwatywna realizowała program lewicowy.

Czym jest lewica, na czym polega myślenie lewicowe? Z grubsza polega na tym, że lewica uznaje, że świat, w którym żyjemy jest światem złym, niesprawiedliwym, źle rządzonym i trzeba dokonać radykalnej zmiany, radykalnego przemodelowania, zmiany stosunków społecznych, zmiany prawa, zmiany sposobu myślenia. Trzeba dokonać takiego swoistego recyklingu, przenicowania społeczeństwa.

Jeżeli przyjrzymy się polskiej sytuacji, no to dostrzeżemy bardzo łatwo, że to myślenie lewicowe jest w Polsce bardzo silne. Już nie tylko chodzi o to, że orientacja lewicowa jest przy władzy, no bo cały program (nie program ) obecnego rządu, rządu Donalda Tuska, rządu koalicyjnego, jest programem lewicowym, programem, który dąży do radykalnego przebudowania świata i przebudowania Polski, ponieważ ta Polska tradycyjna jest zła i w tym współczesnym świecie się nie mieści.

Jest zastanawiające, jak sposób myślenia tego rządu przypomina sposób myślenia władców komunistycznych, którzy w Polsce rozpoczęli swoje rządy przywiezieni na czołgach sowieckich w 44-tym, 45-tym roku. W jednym i drugim przypadku dąży się do recyklingu, do takiego przenicowania polskiej tożsamości. Trzeba powiedzieć, że lewica współczesna, ta platformersko-hołowniana, osiągnęła całkiem sporo w tym zakresie. Pod pewnymi względami nawet więcej, niż ta lewica komunistyczna, mimo użycia środków bardziej łagodnych.

Atak na polską tożsamość i na polską historię jest analogiczny do tego, jaki był podejmowany po wojnie, a nawet powiedziałbym, że bardziej radykalny. To, co się dzieje z nauczaniem historii. Na przykład te zabiegi, które wykonuje współczesny resort oświaty. To poszło znacznie dalej, niż robili to komuniści.

Atak na chrześcijaństwo. Oczywiście komuna aresztowała, więziła, skazywała na śmierć kler, polskich księży torturowała. Od pewnego momentu złagodniała i w jakimś sensie ten Kościół stał się instytucją w Polsce, z którą zaczęto się liczyć. W tej chwili atak na Kościół jest niezwykle brutalny i zmasowany, jeśli chodzi o stronę językową. Jest jeszcze ostrzejszy, niż był za komuny. Albo weźmy polską tradycję patriotyczną – żołnierze wyklęci. To, co się pisze w tej chwili, co lewica, rząd, organizacje z rządem związane czy z nim się utożsamiające – to, co piszą o żołnierzach wyklętych, to właściwie to samo, co za komuny. Atak na papieża w Polsce, w III RP, jest znacznie ostrzejszy, niż ataki na Karola Wojtyłę w Polsce Ludowej do czasu, kiedy Karol Wojtyła został papieżem.

Wiele z tych rzeczy, które obserwujemy, które ja obserwuję z niepokojem, są rodzimego chowu. One są oczywiście wspierane przez unię. Unia daje im jakiś parasol, rozmaite sposoby podtrzymywania tego rodzaju działalności. Ale tak naprawdę powstały one w Polsce. Są realizowane polskimi siłami i mówienie o polexicie jest oczywiście racjonalne, ale jeśli wyobrażamy sobie, że odbywa się referendum, Polacy decydują, że chcą wyjść z unii, że to zmieni coś zasadniczego w Polsce, że uczyni te praktyki, które obserwujemy dzisiaj niemożliwymi, to my się karmimy złudzeniami. Barbaryzacja polskiej kultury, ogłupianie społeczeństwa przez te eksperymenty edukacyjne czy antyedukacyjne, propaganda antypolska – to wszystko jest zasilane energią ludzi, instytucji żyjących w tym kraju. Więc na pytanie, czy trzeba myśleć o polexicie i trzeba do niego dążyć, odpowiadam warunkowym „tak”. To znaczy trzeba myśleć i trzeba rozważać taki scenariusz. Realizacja tego scenariusza będzie kompletnie bez sensu, jeśli domu polskiego nie uporządkujemy. To znaczy, jeśli nie wzmocnimy tej strony patriotycznej, tej strony, która będzie polską suwerenność podtrzymywała. Bo co z tego, że wyzwalając się od instytucji unijnych, będziemy państwem suwerennym, skoro ta suwerenność będzie wykorzystywana do tych samych celów, do których dąży unia. A więc w istocie spór polsko-polski uważam za ważniejszy od sporu Polski z unią europejską.

x

Wszystkie partie w unii europejskiej są lewicowe – tak twierdzi Legutko i chyba wie, co mówi, bo przecież był parlamentarzystą europejskim. Lewica, według niego, uważa, że świat jest zły, niesprawiedliwy, źle rządzony. Trzeba więc dokonać radykalnej zmiany, polegającej na tym, że zmienia się stosunki społeczne, prawo, sposób myślenia. Trzeba więc zmienić społeczeństwo. – Czy rzeczywiście lewica chce zmiany społeczeństwa? Chce tzw. sprawiedliwości społecznej, tj. sprawiedliwego podziału wypracowanego dochodu. Do tego wystarczy zmiana prawa, do tego nie potrzeba zmiany społeczeństwa i sposobu jego myślenia. Czy zatem jest to lewica i czy tak powinny nazywać się te partie?

Polska lewica nie różni się niczym od tej europejskiej i ma takie same cele – twierdzi Legutko. Atakuje ona polską historię i chrześcijaństwo. Polska tradycja patriotyczna, to żołnierze wyklęci. Mówiąc o ataku na chrześcijaństwo ma on na myśli atak na Kościół katolicki. Dlaczego zawęża pojęcie chrześcijaństwa? Lewica zawsze atakowała Kościół i nigdy nie kryła się z poglądami, że dla niej Kościół katolicki to ciemnota i zabobon. Nigdy jednak nie atakowała w taki, ani w żaden inny sposób, Cerkwi prawosławnej, chociaż jest ona bardziej przywiązana do tradycji, niż Kościół, a więc jest to jeszcze większa ciemnota i zabobon. Ktoś może powiedzieć, że dlatego, że prawosławnych jest zdecydowanie mniej. Nie jest to jednak prawda. Po powstaniu listopadowym Rosjanie usuwali ze wszelkich urzędów i instytucji państwowych Królestwa Polaków i zastępowali ich Rosjanami. Jednocześnie budowali cerkwie i w ten sposób tworzyli wspólnoty prawosławne na ziemiach etnicznie polskich. O tym pisałem w blogu Czyja religia, tego władza. Po II wojnie światowej na ziemie poniemieckie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a więc prawosławnych. Mamy więc w Polsce bardzo dużo wyznawców prawosławia. Propaganda narodowo-socjalistycznego PRL-u zakodowała ludziom w głowach, że Polska jest krajem jednolitym narodowo i katolickim, a takim nie była i nie jest.

Siły, które są przeciwne wartościom chrześcijańskim i patriotycznym, są rodzimego chowu. Jest to więc spór polsko-polski. Jednak Legutko nie precyzuje dokładnie, jakie to są siły. Jak więc walczyć z czymś, co nie jest jasno określone, czego nie można nazwać? To walka z wiatrakami, to jakaś donkiszoteria. Natomiast proponuje on wzmocnienie strony patriotycznej, czyli że druga strona jest niepatriotyczna. A skoro jest niepatriotyczna, to może nie są to Polacy, a spór nie jest sporem polsko-polskim? Wzmocnienie strony własnej, bez właściwego rozpoznania przeciwnika, prowadzi tylko do niekończącego się konfliktu. I zdaje się, że właśnie o to chodzi. Jeśli nie powiemy ludziom z korzeniami białoruskimi, ukraińskimi i innymi, że nie są patriotami, a oni nie powiedzą wprost, dlaczego są tak niechętni Polakom, to nigdy nie dojdziemy do porozumienia. Tylko szczery dialog i jasne deklaracje z obu stron mogą być realną próbą rozwiązania tego konfliktu. Na to jednak politycy wszelkich orientacji nie są gotowi i nie chcą tego. Racją ich bytu jest tworzenie konfliktów, a nie ich rozwiązywanie.

Mamy więc klarowny podział sceny politycznej – dwie dominujące partie: PO i PiS. One mają największy elektorat i najbardziej stabilny. Wiemy też, że zarówno dla zwolenników PO jak i PiS, program polityczny i gospodarczy nie ma znaczenia. Bez względu na to, co zrobią politycy obu partii oni i tak zawsze będą głosować na swoje partie. A skoro tak, to podział musi przebiegać gdzie indziej. Elektorat PiS jest przywiązany do tych idiotycznych haseł typu Bóg, Honor, Ojczyzna. Z tym się utożsamia, a więc Polak-katolik. Tak właśnie przenicowano społeczności na Kresach i zrobiono z nich Polaków. Oni innej tożsamości nie mają i tego się trzymają. Mamy więc podział: cała Polska zachodnia i największe miasta to elektorat PO. Podobnie głosują prawosławni Ukraińcy i Białorusini w południowej części Podlasia, gdzie stanowią zdecydowaną większość. Tak więc zwolennicy PO to w większości prawosławni. Dla nich wszelkie ataki na Kościół katolicki są mile widziane, bo oni nienawidzą go. I dobrze o tym wie Donald Tusk i dlatego może mówić, że polskość to nienormalność.

Legutko na zakończenie stwierdza, że spór polsko-polski jest ważniejszy od sporu Polski z unią. Czy rzeczywiście jest to spór polsko-polski, czy może raczej funkcjonujący podskórnie, wykreowany przez polityków, spór prawosławno-katolicki? PO – prawosławie, PiS – katolicyzm. Wiadomo, że antagonizmy na tle wyznaniowym są trwalsze i nie do usunięcia. To jest niekończący się samograj.

Czy rzeczywiście przenicowanie społeczeństwa to oryginalna lewicowa myśl? Przecież tak było w XIX wieku na Kresach, będących wtedy pod zaborem rosyjskim, gdzie z miejscowych społeczności robiono Polaków. O tym pisałem w blogu Zrozumieć Polskę.

Ten obraz polskiej rzeczywistości, jaki tu nakreśliłem, jest nieco przerysowany, ale tak jak w karykaturze dla uwypuklenia pewnych cech trzeba je uczynić wyrazistymi, tak i w tym wypadku należało tak postąpić. Żeby cokolwiek zrozumieć, trzeba wyrażać się jasno i precyzyjnie, a nie rozmywać obraz, tak jak to czynili impresjoniści i jak to uczynił Legutko. Musi być on jasny i klarowny, tak jak w malarstwie klasycznym.

Po co więc ten polexit i cała ta dyskusja o nim? Jeśli ma być odtworzona I RP, to wyjście z unii jest konieczne. Problem jednak polega na tym, że nikt o tym nie powie, bo jest jeszcze za wcześnie, ale przygotowania już trwają, czego dowodem jest choćby cytowana powyżej wypowiedź Ryszarda Legutko.

Legenda Solidarności

W numerze 26 tygodnika Przegląd z dnia 24-30.06.2024 ukazał się fragment książki Stanisława Sławomira Niciei Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. 20, Wydawnictwo MS, Opole 2024. Fragment ten redakcja tego tygodnika zatytułowała Dwie biografie Anny Walentynowicz. Ja poniżej cytuję obszerne fragmenty tego, co wybrała redakcja.

x

Z okolic Równego wywodzi się rodzina Anny Walentynowicz (1929-2010) – suwnicowej w Stoczni Gdańskiej, której usunięcie z pracy 14 sierpnia 1980 r. stało się impulsem do wybuchu strajku w jej macierzystym zakładzie. Strajk ten niespodziewanie uruchomił potężną falę robotniczego buntu, który rozlał się po całej Polsce. W jego następstwie powstał dziesięciomilionowy ruch robotniczy o nazwie Solidarność, który ostatecznie doprowadził do gruntownych zmian politycznych w polskim państwie i upadku PRL. Anna Walentynowicz stała się jedną z ikon tego ruchu i postacią legendarną. Przyznano jej najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego oraz amerykański Medal Wolności Trumana-Reagana. Stała się bohaterką dziesiątków reportaży i kilku obszernych książek. Trafiła do filmografii i otrzymała przydomek „Anna Solidarność”. Jej wspomnienia ukazały się w językach angielskim, niemieckim, czeskim, słowackim, ukraińskim i japońskim.

Po dojściu w 1989 r. Solidarności do władzy ujawniły się wśród jej przywódców potężne kontrowersje i rozpoczęła się bezpardonowa walka personalna, w ogniu której znalazła się również Walentynowicz. Oprócz hagiografów, przypisujących jej wyłączny mit założycielski Solidarności, pojawili się antagoniści i demaskatorzy. Walentynowicz w swoich wypowiedziach atakowała przede wszystkim Lecha Wałęsę – wybranego przywódcą Solidarności, który tym samym zyskiwał światowy rozgłos.

Krąg zwolenników Walentynowicz od początku zwalczał wyidealizowany obraz Wałęsy, głosząc, że nim stanął na czele stoczniowej Solidarności, miał „ciemną przeszłość agenturalną” i wbrew jego twierdzeniom „nie włączył się do strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie Walentynowicz, przeskakując przez płot, a został przywieziony do strajkującej załogi esbecką motorówką”. W opinii Walentynowicz i coraz liczniejszego grona jej zwolenników Wałęsa na początku strajku miał wykonywać polecenia swoich mocodawców z SB, którzy dzięki jego informacjom mieli wgląd i mogli od środka kontrolować przebieg robotniczego buntu w stoczni.

Walka dwóch ikon założycielskich Solidarności – Wałęsy i Walentynowicz – ma długą i dramatyczną historię. Jednym z następstw tej wielkiej kontrowersji było poddanie ostrej lustracji życiorysów obojga bohaterów zwycięskiego strajku. Poczęły powstawać na ich temat monografie i filmy hagiograficzne, ale też padały coraz cięższe oskarżenia, przybierające często formę paszkwili. Tylko irracjonalnym pieniactwem można tłumaczyć fakt, że Walentynowicz i Wałęsa potrafili się ze sobą tak brutalnie skłócić i znienawidzić. Potęgująca się polaryzacja polityczna poczęła niszczyć ich autorytety. Badacze wątków rodzinnych Walentynowicz zaczęli w toku tej walki ujawniać, że jej oficjalny życiorys mija się z prawdą. Pojawiały się coraz to nowe dowody, że niewygodne z jej punktu widzenia fakty zostały przemilczane, zatajone lub zmanipulowane.

Wersja Cenckiewicza

Według ubranej w togę naukowości hagiograficznej wersji Cenckiewicza Walentynowicz urodziła się w Równem, a jej rodzicami byli Aleksandra z Paszkowskich i Jan Lubczykowie. Z aktu urodzenia wystawionego post factum 27 grudnia 1951 r. (a więc miała już 22 lata) przez Romana Matuszewskiego, urzędnika łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego wynikało, że ojciec był ogrodnikiem, a matka krawcową. W odręcznym życiorysie z 4 listopada 1950 r., starając się o pracę w stoczni, Walentynowicz napisała, że rodzice byli właścicielami malej posesji w Równem i przed wybuchem wojny ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej w tym mieście.

W wywiadach, których udzieliła dziennikarzom i reporterom (m.in. Hannie Kral, Tomaszowi Jastrunowi i Annie Baszanowskiej), opowiadała, że jej ojciec, zmobilizowany do Wojska Polskiego we wrześniu 1939r., z wojny nie wrócił, że w 1940 r. zmarła jej matka, a jedyny brat Andrzej został wywieziony na Sybir. W tej sytuacji jako kilkunastoletnia dziewczynka trafiła na służbę do niezapamiętanej przez nią z nazwiska polskiej rodziny i z nią wyjechała w 1943 r. w okolice Warszawy. Po wojnie osiadła w Gdańsku, uciekając właściwie od opresyjnych gospodarzy, którzy traktowali ją wręcz jak niewolnicę. Była przez nich bita i poniżana.

W Gdańsku po trzymiesięcznym kursie Walentynowicz uzyskała dyplom spawaczki i podjęła pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wyróżniała się pracowitością i entuzjazmem, osiągając z czasem pozycję wysoko cenionej i „wzorowej młodej proletariuszki”. Została w stoczni przodownicą pracy (wyrabiała 270% normy). Działała w stoczniowych strukturach Związku Młodzieży Polskiej i Ligi Kobiet. Jako wyróżniającą się przodownicę pracy w nagrodę wysłano ją w 1951 r., by reprezentowała „socjalistyczną młodzież” na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie, na którym była wśród setek delegatów wiwatujących w pochodzie przez miasto na cześć Józefa Stalina – „prawdziwego obrońcy pokoju”. Na łamach regionalnej prasy pomorskiej ukazywały się artykuły chwalące jej ideowość i pracowitość.

W późniejszych latach była odznaczana medalami: dwukrotnie brązowym za zasługi, raz srebrnym i raz złotym. W 1984 r., kiedy stała się opozycjonistką, odesłała te medale do Rady Państwa PRL. W 1952 r. urodziła nieślubnego syna, Janusza. Nazwiska ojca nigdy nie ujawniła. W 1964 r. wyszła za mąż za Kazimierza Walentynowicza, również pracownika Stoczni Gdańskiej, zaangażowanego w działalność związkową, który zmarł w 1971 r.

Lustracyjne kontrowersje

Gdy 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz jako członkini delegacji polskiej na uroczystości katyńskiej zginęła w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, do mieszkającej w Równem Walentyny Romaniuk, dziennikarki amerykańskiej rozgłośni Radio Swoboda, mającej siedzibę w Pradze czeskiej, zadzwonił kolega z pytaniem, czy wie, że Walentynowicz była Ukrainką. „Początkowo – wspomina Walentyna Romaniuk – nie uwierzyłam. O tym, kim była Walentynowicz, wiedziałam. Ale byłam przekonana, że matka Solidarności była Polką. Kolega jednak nalegał, abym odszukała rodzinę Anny. Jak się okazało, mieszkali oni w sąsiedztwie redakcji. Poszłam do tego mieszkania i przedstawiłam się. Na moje spotkanie wyszła zasmucona starsza kobieta, siostra Anny. Płakała, pokazywała wspólne zdjęcia. Opowiadała mi o losie młodszej siostry. (…) O moim odkryciu zawiadomiłam kierownictwo Radia Swoboda. Początkowo nie uwierzono mi, ale po sprawdzeniu faktów wyrażono zgodę. Audycja radiowa stała się prawdziwą sensacją w obu państwach. Na Ukrainie dziwiono się, a w Polsce nie wierzono i oburzano się. Wówczas pojechałam do rodzinnej wsi Sadowe pod Równem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości i poznałam tam wielu krewnych Walentynowicz: braci, bratanków”.

Radio Swoboda, zapowiadając wywiad z Olgą Lubczyk – starszą siostrą Walentynowicz, wyeksponowało zdanie: „W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, której życie odmieniło losy Polski”. Media polskie przemilczały tę wiadomość, ale trafiła ona na łamy wychodzącego w Polsce rocznika mniejszości ukraińskiej „Ukrainśkij Almanach”, a 1 września 2010 r. (powołując się na ustalenia regionalistów z Wołynia) opublikował ją na łamach wysokonakładowej „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech – działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Wersja udokumentowana źródłami

Jaka jest więc ostatecznie prawda o pochodzeniu Anny Walentynowicz? Nad tym zagadnieniem pracowało w latach 2010-2020 wielu dziennikarzy, reporterów i historyków. Najbardziej wiarygodny obraz młodości Anny Walentynowicz stworzyli w swojej reporterskiej książce „Walentynowicz. Anna szuka raju” (2020) Dorota Karaś i Marek Sterlingow. Odbyli oni nie tylko wyprawę w rodzinne strony ikony „Solidarności”, ale wykorzystali też ustalenia ukraińskich dziennikarzy (Walentyny Odarczenko) i historyków regionalistów (Jefrema Hasaja, Mykoły Paszkowecia i Jarosława Plasa), a także parce dokumentacyjne historyka z Uniwersytetu Gdańskiego – Igora Hałagidy.

Sztundyści

Według faktografii zgromadzonej w powyższych opracowaniach Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (obecnie Sadowe, 40 km od Równego). W jej rodzinie pielęgnowano legendę, że ich przodkiem był słynny kozacki ataman Semen Nalewajko (1560-1597), stracony publicznie po buncie wznieconym przeciwko polskim panom. Daleki kuzyn Anny – Mykoła Paszkoweć napisał na ten temat rozprawę naukową.

Rodzicami Anny byli Pryśka z Paszkoweciów i Nazar Lubczykowie, którzy należeli do wyznawców sztundyzmu. Była to na Wołyniu licząca ok. 30 tys. wyznawców wspólnota, sekta, czy też odnoga protestantyzmu, zrzeszająca głównie kolonistów niemieckich oraz pracujących u nich chłopów ukraińskich i polskich, ale też Ormian.

Sztundyści nie chodzili do kościoła. Nazwę swojej wspólnoty wywodzili od niemieckiego słowa eine Stunde (godzina) – tyle bowiem czasu każdego dnia przeznaczali na modlitwę i czytanie Biblii w domach. Wyróżniali się uczciwością, prawdomównością i rzetelnością, nie przeklinali, nie palili machorki ani nie pili alkoholu, dlatego na Wołyniu greccy i rzymscy katolicy oraz Żydzi uważali ich za dziwaków.

Pryśka i Nazar Lubczykowie mieli sześcioro dzieci. Najstarszymi były Olga (rocznik 1926) i Anna (1929), później urodzili się: Petro, Katarina, Nadija i Wasyl. Ich przyrodnim bratem był Iwan Suszczuk – syn Pryśki Lubczykowej z pierwszego małżeństwa. Rodzice wpajali dzieciom surowe zasady wiary: obowiązek codziennej modlitwy i czytania Biblii. Żadne z dzieci nie było chrzczone w kościele, sztundyści bowiem uważali, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, w wieku dorosłym. Stąd Anna Walentynowicz ochrzciła się w kościele rzymskokatolickim w Gdańsku dopiero w wieku 35 lat, tuż przed swoim ślubem z Kazimierzem Walentynowiczem. Nie przyznała się do braku tego sakramentu. Twierdziła, że akt chrztu spłonął razem z metryką w Równem.

Matka Anny Walentynowicz zmarła w 1937 r. Trzy lata później jej ojciec Nazar ożenił się po raz drugi, z młodszą od niego o 18 lat Mariją Ozarczuk, z którą miał później pięcioro dzieci. Przeżył z nią 45 lat. Zmarł w 1995 r.

Rodzina Lubczyków była wielodzietna. Gdy Sowieci zabrali im część ziemi, popadli w wielką biedę i zostali zmuszeni do oddania najstarszych, ale jeszcze niepełnoletnich córek – Olgi, a później Anny – na służbę do polskiej rodziny Walentyny i Edmunda Teleśnickich. Teleśnicki był z wykształcenia agronomem, pracownikiem istniejącej od 1913 r. cukrowni w Babinie nieopodal Równego. Teleśnicki pełnił tam obowiązki kontraktora buraków. Jeździł po okolicznych wsiach i podpisywał z chłopami umowy. W październiku 1939 r. przeprowadził się do majątku Pustomyty, leżącego nieopodal wsi Sienne, gdzie mieszkała rodzina Lubczyków. „W tym gospodarstwie – wspomina Olga Lubczyk – Hanusia karmiła świnie, doiła krowy, prała”. Tam pracowała też Julia Płocka – matka przyszłego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego, a jego ojciec był w tej wsi zarządcą mleczarni.

Odyseja Teleśnickich

Gdy 11 lipca 1943 r. doszło na Wołyniu do „krwawej niedzieli”, w czasie której w ciągu jednego dnia wymordowano w sposób sadystyczny kilkadziesiąt tysięcy Polaków, Teleśniccy postanowili za wszelką cenę przedostać się z dziećmi – Angeliną i Romanem – do generalnej Guberni. Po zgromadzeniu żywności, bimbru na łapówki oraz załadowaniu na wozy cenniejszego dobytku, w tym ukrytego w odzieży złota „na czarną godzinę”, postanowili wyruszyć w kierunku Równego – miasta, w którym było stosunkowo bezpiecznie, gdyż stacjonowały tam wojska niemieckie. Cały czas była z nimi Anna Lubczyk.

Po przyjeździe do Równego Walentyna i Edmund Teleśniccy ujrzeli setki koczujących na ulicach spanikowanych Polaków, którzy zbiegli z wiosek palonych przez banderowców. Szczególna ciżba była w pobliżu dworca kolejowego i koszar, gdzie stacjonowali niemieccy żołnierze, gdyż prawem paradoksu dawali oni w tym czasie Polakom poczucie bezpieczeństwa przed zagrażającymi ich życiu banderowcami. Ludzie masowo zgłaszali się na roboty przymusowe w głąb Niemiec – woleli ciężką pracę u niemieckiego bądź austriackiego bauera niż śmierć w torturach. Na ulicach Równego rozgrywały się się wówczas nierzadko sceny apokaliptyczne.

Przedsiębiorczy Edmund Teleśnicki po długich zabiegach przekupił strażników niemieckich eskortujących transport wojskowy jadący w kierunku Generalnej Guberni i pozwolono jego rodzinie jechać z żołnierzami. Anna Lubczyk też była w tym transporcie. Opuszczała rodzinne strony w takim samym stresie jak Teleśniccy, gdyż trwająca kilka dni podróż odbywała się w wielkiej niepewności, co może się w każdej chwili zdarzyć. Zdaniem Olgi Lubczyk Anna była wówczas przekonana przez Teleśnickich, że jej rodzice i całe rodzeństwo zginęło w Siennem, gdy Niemcy spacyfikowali i zdziesiątkowali tę wieś za spalenie przez banderowców w Pustomytach dworu Pruszyńskich i tamtejszej mleczarni. Czy Teleśniccy świadomie, z premedytacją okłamali wówczas Annę? Czy uwierzyła im? – nikt już obecnie tego nie ustali. W każdym razie opuściła wówczas Wołyń w niemieckim transporcie wojskowym. Pojechała w rodzinne strony dopiero po 53 latach w roku 1996.

Podróż do Generalnej Guberni Walentyny i Edmunda Teleśnickich z dziećmi Angeliną i Romanem oraz Anną Lubczyk trwała dwa tygodnie. Dotarli do Tłuszcza pod Warszawą, a stamtąd do Melcowizny, gdzie brat Edmunda Teleśnickiego Leon prowadził małe gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję gajowego.

„Po przeprowadzce do Gdańska – twierdziła siostra Walentynowicz, Olga Lubczyk – Anna pracowała w fabryce margaryny i wówczas zainteresowała się zawodem operatora suwnicy. Dobrzy ludzie w Gdańsku pomogli jej skończyć kurs i została suwnicową w stoczni”.

Interesująca jest relacja Olgi Lubczyk dotycząca lat 80.,gdy w Polsce toczyła się walka o legalizację Solidarności. „Przychodzili do nas ludzie z KGB – wspominała Olga Lubczyk – i pytali ojca, czy miał taką córkę Annę i gdzie ona jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział: »Była taka, ale umarła«. Ojciec miał przekonanie, że Anna żyje w Polsce, ale się z tym nie obnosił. Krajoznawca z Tarnopola Jefrem Hasaj na prośbę ojca już po zwycięstwie w Polsce Solidarności nawiązał z nią kontakt i po kilku miesiącach Anna udała się do Równego, aby spotkać się z rodziną, ale jej ojciec już tego nie dożył. Anna przez 15 lat co roku odwiedzała swoją ojczyznę i rodzinę w Równem. Ostatni raz dzwoniła w kwietniu 2010, by przekazać informację o wyjeździe do Katynia. Mieliśmy się jeszcze spotkać, ale los chciał inaczej”.

W obliczu tych nowych ujawnionych faktów z życia Walentynowicz zaczęto spekulować, dlaczego po 1989 r., po zwycięstwie „Solidarności”, nigdy oficjalnie nie potwierdziła swojego ukraińskiego rodowodu. Nie ujawniła, że miała rodzeństwo mieszkające na Ukrainie, że po 1996 r. wielokrotnie jeździła do siostry Olgi, że gościła ją u siebie w Gdańsku. Trudno uwierzyć, że nie wiedziała, iż jej przyrodni brat Iwan został skazany przez Sowietów na 15 lat łagru za przynależność do Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowców). Dlaczego ukrywała to nawet po upadku Związku Radzieckiego? Można zrozumieć, że wcześniej tego nie czyniła, gdyż nie chciała narazić swoich krewnych na szykany ze strony KGB – ale po powstaniu w 1991 r. niepodległej Ukrainy takiego niebezpieczeństwa już nie było, a także miała wtedy osobisty kontakt z siostrą Olgą.

Bardziej dziwi postawa Sławomira Cenckiewicza, który w książce albumowej wydanej w 2017 r., a więc siedem lat po śmierci Walentynowicz, zamieścił kilkaset fotografii z różnymi ludźmi, ale nie znalazł miejsca na choćby jedno zdjęcie z siostrą Olgą lub kimkolwiek z ukraińskiej rodziny. Wiadomym też było, że syn Walentynowicz Janusz i jej wnuk Piotr gościli w rodzinnych stronach matki i babki. Piotr Walentynowicz pojechał tam z reżyserem filmowym Jerzym Zalewskim szukać śladów przodków. Odnalazł groby wielu członków rodziny, w tym grób rodziców babki – mówił o tym w programie telewizyjnym „Pod prąd”.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 r. Anny Walentynowicz, twierdził, że za jej życia nigdy nie słyszał o jej ukraińskiej rodzinie. „To zaskakujące wiadomości – przyznał. – Zawsze mówiła, że nie ma nikogo, że po wojnie została sama jak palec. Czemu nie przyznała się do swoich korzeni? Moim zdaniem z obawy przed wrogością, jaką Polacy darzyli Ukraińców. Pokolenie, które przeżyło wojnę, pamiętało, co się wydarzyło na Wołyniu. Pani Ania mogła obawiać się tych uprzedzeń. Jak to możliwe, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie?”.

Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Walentynę Romaniuk powstał film dokumentalny „Córka Ukrainy – matka Solidarności”, który w 2018 r. otrzymał pierwszą nagrodę na polsko-ukraińskim Festiwalu Radiowo-Telewizyjnym „Kalinowe Mosty”. Ludmiła Pryjmaczuk zacytowała słowa wypowiedziane przez Annę Walentynowicz podczas jej pobytu u rodziny w Równem: „Gdy umrę na Ukrainie, pochowajcie mnie tu”.

Obecnie, po latach kontrowersji wokół biografii, Anna Walentynowicz jest postacią łączącą społeczność polską i ukraińską.

x

Mamy w tym artykule do czynienia z dwiema wersjami życiorysu Anny Walentynowicz. Obie niepełne, ale zawierające informacje, które są bardzo ciekawe, a których nie spodziewałbym się w tym miejscu. Chodzi oczywiście o rzeź wołyńską, w trakcie której Walentynowicz wyjechała z Ukrainy. Jak to było możliwe, że doszło do niej w sytuacji, gdy znajdowały się tam wojska niemieckie, co w praktyce oznaczało, że Niemcy w pełni kontrolowali ten teren. Musiało więc dojść do tej rzezi za ich zgodą i aprobatą. Dlaczego zachowali się biernie, chociaż były wyjątki? Gdy banderowcy spalili dwór Pruszyńskich i mleczarnię, to Niemcy w odwecie spacyfikowali i zdziesiątkowali pobliską wieś. Ludność uciekała ze spalonych wsi i zgłaszała się masowo na roboty do Niemiec. Może to dobry sposób. Zamiast zmuszać ich siłą, zrobili tak, że sami przyszli. Czy możliwa była tego typu perfidia i brak wszelkich skrupułów? W trakcie tamtej wojny działy się rzeczy, o których nam się nie śniło. O większości nigdy się nie dowiemy.

Jak to było możliwe, że Walentynowicz wraz z rodziną Teleśnickich wyjechała do Generalnej Guberni? Bez zgody władz niemieckich nie byłoby to możliwe, a już na pewno nie byłoby to możliwe dla zwykłych ludzi. W tym czasie front niemiecko-radziecki był daleko na wschodzie, a ziemie okupowane przez Niemców były pod ich pełną kontrolą.

Walentynowicz dotarła do Tłuszcza pod Warszawą. Z artykułu wynika, że tam nadal przebywała z rodziną Teleśnickich. Jak długo? Tu, w „wersji udokumentowanej źródłami” pojawia się luka. Następnie przeprowadza się do Gdańska. Ale skąd? Czy z Melcowizny? Nie wiadomo.

W wersji Cenckiewicza znajduje się informacja, że 27 grudnia 1951 roku urzędnik łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego, Roman Matuszewski, wystawił jej akt urodzenia. Nie ma jednak informacji, na jakie nazwisko został on wystawiony i dlaczego akurat w Łodzi? Przecież mieszkała pod Warszawą od jej wschodniej strony. Czy tak następuje zacieranie śladów? Ponad rok wcześniej, 4 listopada 1950 roku, starając się o pracę w stoczni, dołączyła swój życiorys. Jakim nazwiskiem posługiwała się wtedy? Nie wiadomo więc, jakie nazwisko nosiła do czasu wyjścia za mąż za Kazimierza Walentynowicza. Nie wiadomo też, kto był ojcem jej nieślubnego dziecka. Może ktoś ważny, skoro to taka tajemnica.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 roku Anny Walentynowicz, dziwił się, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie. Może był bardzo naiwny albo takiego udawał. Skoro do rodziny Walentynowicz na Ukrainie przychodzili ludzie z KGB i pytali jej ojca, czy ma córkę Annę, to znaczy, że wiedzieli, że ją ma. Inna sprawa czy o nią pytali, czy raczej dali do zrozumienia, by nie przyznawał się do niej. Czy służby, które inwigilowały, nie miały dostępu do urzędów i wglądu w dokumenty znajdujące się w nich? Dobrze wiedziały, kim ona była i raczej nie inwigilowały jej, tylko ją prowadziły i to zapewne od nich KGB miało informację o tym, skąd ona pochodziła. Było zapewne bardzo dużo takich osób, które służby przygotowywały do różnych ról. Być może na pewnym etapie uznały, że to właśnie ona nadaje się doskonale do odegrania pewnej roli. I tak Ukrainka, której rodzina utrzymuje, że jej dalekim przodkiem był kozacki ataman Semen Nalewajko, stała się ikoną Solidarności i zmieniła bieg historii Polski. – To działa na wyobraźnię ludu, który zaczyna wierzyć w to, że nawet prości ludzie mogą postawić się władzy i odmienić bieg historii.

Życiorys Anny Walentynowicz, to jeden z wielu przypadków tego, jak dokonuje się podmiana jednego narodu drugim. Okres wojny i następujące po niej przesiedlenia były idealnym momentem, by wielu ludziom zmienić tożsamość i narodowość. Ten proces został zapoczątkowany aktem unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i oni, a później ich potomkowie stali się „polskimi panami”, z którymi walczył Semen Nalewajko. Anna Walentynowicz – daleka jego krewna, jak utrzymuje jej rodzina – stała się symbolem polskiego patriotyzmu, ikoną Solidarności.

Proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu trwa nadal i przybiera na sile. Na Interii ukazał się 2 lipca artykuł Coraz więcej Białorusinów mieszka w Polsce. Widać wyraźny wzrost. W ciągu ostatniego półrocza liczba Białorusinów mieszkających w Polsce wzrosła o 10%. Są to głównie mężczyźni w wieku 18-34 lat. I są oni jednocześnie drugą największą grupą cudzoziemców, którzy kupują w Polsce nieruchomości. Jaki to więc reżim na Białorusi, skoro jej obywatele mogą wyjeżdżać za granicę i to jeszcze na dodatek do państwa, które postawiło na granicy z nią płot. Zapewne dlatego tak się dzieje, że są to Żydzi białoruscy, a dla tej nacji granice nie istnieją. Oficjalnie będą jednak Białorusinami i za jakiś czas staną się obywatelami polskimi z prawem wyborczym. To kolejny dowód, moim zdaniem, że wszystko zmierza w kierunku odtworzenia I RP i jej wielonarodowego charakteru.