Sumy bajońskie

W ostatnim odcinku (1794) Maciej Maciak na swoim kanale Musisz to wiedzieć naopowiadał tyle bzdur na temat tzw. sum bajońskich, że wypada to wyprostować. Odcinek ten zatytułował: Francja kiedyś okradła Polskę, a dziś wciąga nas w okradanie Rosji. Cytował też Wikipedię, która opisuje ten temat bardzo nieprecyzyjnie. W poprzednim blogu Varshe Tseytung wspomniałem o tych sumach, ale też nie wyjaśniłem tego właściwie, więc wypada wrócić do tematu i wszystko po kolei wytłumaczyć. Wprawdzie zrobiłem to dogłębnie w blogu Księstwo Warszawskie, ale to było dawno temu i nikt do niego nie wraca, a i tam jednego elementu brakuje. Wypada jednak zacząć od tego, co powiedział Maciak. Do tego tematu odnosi się on w końcowej części. Mniej więcej od 1:11:40, a więc około 10 minut. Poniżej obszerny fragment jego wypowiedzi:

Doszło do rozbiorów i trzeba było podnieść poziom życia społeczeństwa na nowych ziemiach pruskich, wcześniej polskich. Tu kłania się taki przepis, że nie wolno wylewać fekaliów na ulicę. Takie to były kiedyś obyczaje. Zakazano np. hodowania kołtuna polskiego, taka kępa włosów, nieobcinana i niemyta – tam się różne robactwo rozmnażało – bo to przynosiło nieszczęście. To była tradycja Polski do XVI wieku. Zaborcy, oprócz tego, że walczyli z polskością, to też dużo dobrych rzeczy wprowadzili: z tymi fekaliami, z tym kołtunem. No i też chodziło o to, żeby poziom życia się podniósł, być może tylko i wyłącznie z tego względu, żeby to nie zniesmaczało Niemców i Prusaków, że jak przyjadą na nowe, zdobyte tereny, żeby ich ta bieda nie zniesmaczała. No to udzielano kredytów. I te kredyty nie do końca były po to, by zadłużyć i zniewolić, bo kredytów udzielano też tym, na tych samych warunkach, tym obywatelom byłej Rzeczypospolitej, którzy byli też Niemcami, bo tacy byli. Tak samo jedni i drudzy mieli możliwość wzięcia kredytu, żeby doszlusować do poziomu Prus.

I później włączyła się w to krucjata Napoleona na Rosję. W związku z tym powstało Księstwo Warszawskie i stał się również Napoleon wierzycielem tych sum. Przekazał je Księstwu Warszawskiemu, które w zamian miało wypłacić Napoleonowi połowę tej kwoty. Tak jedną połowę długu nam darował. 40 mln franków kredytu wzięliśmy od Prus. Prusy przestały być właścicielem tego kredytu. Stał się Napoleon, a on przekazał Księstwu Warszawskiemu, władcom tego Księstwa, Poniatowski te sprawy. Ale za połowę trzeba było zapłacić. A później, jak Napoleon dostał w dupę i z powrotem przyszła władza pruska, to powiedziała: gdzie jest nasze 40 mln franków? I w związku z tym musieliśmy, również jako obywatele pochodzenia niemieckiego z tych terenów, wszystko oddać. A co z 20 mln franków? Wyjechały do Francji. Na tamte czasy była to gigantyczna kwota. Ja myślę, że przez te dwa ponad wieki należą się od Francji, bo te pieniądze zasiliły gospodarkę francuską, należą się nam bajońskie kwoty odszkodowań. To jest konkret. Po prostu Francuzi wykonali na nas bezczelny numer. Wpuścili nas w maliny, zabrali połowę tej kwoty. My musieliśmy spłacić Napoleona, który zabrał te kwoty pieniędzy. Bajońskie kwoty odszkodowań od Emanuela Macrona.

x

Najlepiej jest to całe zamieszanie z sumami bajońskimi opisane w powieści Huragan. Wszyscy znamy trylogię Sienkiewicza, ale mało kto słyszał o innej trylogii – trylogii z czasów napoleońskich. Jej autorem jest Wacław Gąsiorowski (1869-1939). Akcja pierwszego utworu Huragan toczy się podczas wojen napoleońskich 1806-1809. Wątek historyczny, obejmujący m.in. krytyczną analizę stosunku Napoleona do sprawy polskiej, splata się z wątkiem przygodowym i miłosnym. Zabieg ten zastosował później w swoich powieściach Lewa wolna i Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz. Kolejne powieści to Rok 1809 i Szwoleżerowie gwardii. Akcja pierwszej z nich toczy się podczas wojny polsko-austriackiej 1809 roku, drugiej – w okresie kampanii moskiewskiej Napoleona. Warto przytoczyć parę cytatów z pierwszej powieści Huragan:

Nad wszystkim zaś wszechwładnie panował „landrecht” (prawo krajowe – przyp. W.L.), kontrybucjami gnębiąc opornych, co chwila zatrzaskując ciemne wrota ciemnic Magdeburga lub Gdańska, wybierając bez rachuby i porządku rekruta, nie wzbraniając się ani od pożogi, ani miecza. „Landrecht” nadto usiłował spędzić z oblicza Śląska, Wielkopolski i Mazowsza smutek a tęsknotę, gniewał go ponury spokój zaścianków szlacheckich, apatia mieszczan. I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy. Ten synowi na Wołoszczyznę zapomogę słał, ów krewniaka tułającego się na paryskim bruku opatrywał, trzeci pieniądze z grodu wywiózł i ginął, czwarty garnek pieniędzy pod drzewem zakopywał. I znów przygnębienie i cisza, i niechęć, i nieufność, szepty a westchnienia, milczenie i głucha nienawiść.

Jedna Warszawa nie zawiodła. Uczty i bale, zabawy, uciechy, pijatyka a wesele co dnia wstrząsało jej murami. Nikt nie myślał o jutrze, o wojnach, o Napoleonie, o Prusakach. Złoto lało się strugami. Nie pytano z jakiego płynęło źródła. Dość, że było. Najstarsi ludzie, co saskie pamiętali czasy, nie widzieli ani takiej ochoty, ani zapamiętania. Zdawało się, że Warszawa upiła się własnym nieszczęściem a losem i, krom oszołomienia, niczego więcej nie szukała. Stary Köhler, pruski gubernator, pobłażliwie spoglądał na miasto, ramionami wzruszał, a gdy mu dyrektor policji, de Tilly, co dzień „ruhig” (spokój – przyp. W.L.) raportował, uśmiechał się dobrodusznie, powtarzając z przekonaniem: „niech się bawią”. Niekiedy i Köhler, pociągnięty wirem, brał udział w piknikach i polowaniach. Przyjmowano go chętnie. Lubiano powszechnie. W drogę nie wchodził nikomu, w towarzystwie był gładkim, uprzejmym, dobrym kompanem, wyrozumiałym na wybryki młodzieży. Od kielicha nie stronił, śmiać się umiał.

Na karcie Europy leżał trup rozciągnięty, bezwładny, zadławiony zbytkiem własnej pewności, swoich praw, swojej historii, a serce jego dygotało, biło weselem, upojeniem przebrzmiałych, świetnych czasów.

Nieboszczyk mój Michał miał żołd, miał dożywocie, a i to zawierucha wyrwała wdowie… Chociaż nie widzi mi się tylko po coś ty do Warszawy zajechał. Może urzędu chcesz, stopnia – wybij sobie to z głowy! Mało to mój bratanek nadreptał a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś, choćbyś im duszę zaprzedał, aby samych Niemców tysiącami ściągają i starostwa, a po ichniemu amty rozdają!… Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?!

Tymczasem z łoża Traktatu Tylżyckiego zaczęły się wychylać powoli te korzyści, które i z tego nowo ufundowanego księstewka miały spłynąć na Francję, a które pozory bezinteresownego wstawiennictwa cieniem okryły.

Księstwo było krajem sprzymierzonym, od lat piętnastu składało się wraz z całą ziemią na dobrowolny podatek krwi dla armii Bonapartego, przez pięć miesięcy znosiło bez szemrania ciężary przemarszu i postoju olbrzymiej armii, na pierwsze wezwanie podążyło wspierać francuskie szeregi – więc kontrybucji wojennej płacić nie mogło! Ale, mimo to, pod innymi pozorami miało być pozbawione resztek dobytku.

Ziemie, które ongi, stanowiąc dobra narodowe, przeszły były do Prusaków – teraz znów, mimo niezawisłości Księstwa, dostały się w ręce Francuzów. Dwudziestu siedmiu marszałków i generałów za trudy, za zasługi położone w wojnie z Prusami odebrało nagrody z polskiej ziemi. Davoust za Auerstädt dostał Księstwo Łowickie, Perrin-Victor – Przedecz, Bessières – Kruszwicę, Lannes – Księstwo Siewierskie, Ney – Księstwo Sieluńskie, Berthier, Soult, Bertand, Oudinot niemniej suto obdarowani zostali. Mniejsze folwarki a wsie dostały się generałom dywizji, brygadierom i pułkownikom.

Prawda, Bonaparte nie zapomniał o Polakach i trzem wodzom ofiarował to, co było już ich, jako Polaków, własnością. Zajączek wziął Opatówkę, Dąbrowski Winną Górę, a książę Józef Wieluń.

Lecz nie koniec na tym. Sumy, które rząd pruski rozpożyczył był szlachcie na hipoteki, chcąc ją do szybszego wyzucia z ziemi doprowadzić – Bonaparte uznał za swoją własność i nowemu rządowi Księstwa polecił wynaleźć środki na ich pokrycie.

Było to ciężkie zadanie! Tym cięższe, że odeń uchylić się, bez narażenia się na gniew mocarza, nie było możliwym. A dwadzieścia milinów franków było nie lada ciężarem dla pustego skarbu.

Wprawdzie za drugie dwadzieścia milionów ziemianie, kupcy, mieszczanie a wieśniacy posiadali rewersów francuskich za wybrane zboże, owies, bydło, konie a prowiant rozmaity, ale te po większej części miały pozostać w aktach rodowych, jako smutne wspomnienie o tym, co do ostatecznej ruiny doprowadziło pradziadowską fortunę.

Sumy hipoteczne zaś, wobec nacisku gabinetu francuskiego – objęte w roku następnym układem podpisanym w Bajonnie, w ciągu trzech lat spłacone zostały… Historii do sum neapolitańskich przybyły „bajońskie…”

x

Sumy neapolitańskie to pieniądze, które królowa Bona wywiozła z Polski i pożyczyła Filipowi II hiszpańskiemu, a które już do nas nie wróciły. Takie wyjaśnienie podaje cytowana przeze mnie książka Gąsiorowskiego. Bardziej szczegółowo jest to wyjaśnione w blogu Księstwo Warszawskie.

W podsumowaniu bloga Księstwo Warszawskie tak pisałem:

Czym więc było Księstwo Warszawskie? Chyba bazą wypadową, takim lotniskowcem, z którego miał nastąpić atak na Rosję. Ale powstało ono w wyniku traktatu tylżyckiego, którego stroną był car Rosji. Bez jego zgody pewnie nie powstałoby. Czy nie zdawał on sobie sprawy z tego, że otwiera w ten sposób Napoleonowi drogę na Moskwę i dostarcza mu wiernego sojusznika. Po pokonaniu Prus Napoleon i tak panował na tym terenie. A może to wszystko i tak wcześniej zostało zaplanowane?

Księstwo Warszawskie istniało od 1807 roku do 1812, w którym zostało przekształcone w Królestwo Polskie. A więc tylko 5 lat. W zasadzie bardzo krótki epizod w naszej historii, ale bardzo znaczący. Bardzo wiele się wtedy wydarzyło. Powstało państwo, które po dwóch latach powiększono o znaczne obszary, a po 6 latach, trzy państwa, które 20 lat wcześniej dokonały rozbiorów, ponownie podzieliły między siebie to państwo. Dokonał się więc czwarty rozbiór Polski, bo Księstwo, które sięgało od Krakowa i Poznania po Lublin, tylko z nazwy było Warszawskim. Po co to wszystko było? Najwięcej zyskała Rosja, która klinem wdzierała się pomiędzy Austrię i Prusy i zajmowała tereny, które wcześniej należały do obu tych państw. W wyniku wojny z Austrią w 1809 roku Księstwo zyskuje nowe tereny. Mocarstwo przegrywa wojnę z jakimś księstewkiem? No bo skoro oddaje wcześniej zdobyte tereny, to chyba przegrywa. Czy to cyrk? Czy może rzeczywiście chodziło o to, by nowe państwo dostarczyło jak najwięcej rekruta? W Księstwie od 1808 roku obowiązywał przymusowy pobór do wojska. Państwa, które 12 lat wcześniej dokonały jego rozbiorów, ponownie wskrzeszają je do życia. A niby imperator, zwycięzca, mianuje na księcia tego księstewka przedstawiciela państwa, które pokonał. Czy to nie jest paranoja? Tak to wygląda z zewnątrz, ale najwyraźniej toczyła się jakaś podskórna gra i prawdziwi władcy, ukryci gdzieś głęboko, posługiwali się tylko marionetkami. Prawdziwe cele były zupełnie inne od tych afirmowanych. Napoleon marionetka. I nie tylko on. I car też, nie wspominając o pruskim królu.

Czy po to powstało Księstwo, by służyć Napoleonowi jako baza wyjściowa do ataku na Rosję i jako zagłębie świeżego rekruta? A jeśli tak, to znaczy, że w momencie jego tworzenia wiedziano, że będzie wojna z Rosją i Rosjanie też musieli o tym wiedzieć, skoro zgodzili się na warunki wynegocjowane w Tylży. Czy to oznacza, że na tym świecie nigdy nic nie dzieje się przypadkowo? A jeśli tak, to znaczy, że i ten wirus, który nas gnębi, nie pojawił się przypadkowo. Mówią, że jeśli chcesz zrozumieć teraźniejszość, to ucz się historii. Święta prawda, pod warunkiem, że jest to prawdziwa historia.

xxx

Tak sobie to wtedy tłumaczyłem, chociaż nie do końca spinało mi się to. Czegoś mi tu brakowało. I pojawił się Maciak ze stekiem bzdur, z tym niby polskim kołtunem, chociaż to był ukraiński kołtun i to zniesmaczenie Niemców i Prusaków. A jednak! Powiedział jedną rzecz bardzo ważną, o której nie wiedziałem i o której nie wspomniał Gąsiorowski. Warto było słuchać tych bzdur, bo wśród nich pojawiło się to brakujące ogniwo. To były te kredyty, które brali Niemcy. Skąd oni? O tym wspomniał Gąsiorowski. Mnóstwo ich przybyło po III rozbiorze do Warszawy i na tereny przez nich zajęte. Ale wraz z nimi przybyło, prawdopodobnie jeszcze więcej Żydów, których też pewnie uważano za Niemców, bo przecież mówili po niemiecku. Gdy jednak Księstwo zlikwidowano, to Niemcy wyjechali, przynajmniej większość, a Żydzi niemieccy zostali.

Jak jednak urządzić się w nowym miejscu, w nieznanym otoczeniu? Gdzie mieszkać, co robić? I tu z pomocą przychodzi kredyt hipoteczny. Wielki kredyt, bo przecież trzeba gdzieś mieszkać, rozkręcić jakiś geszeft. Nie mam wątpliwości, że te największe kredyty dostali Żydzi. Żeby jednak ukryć ten proceder, trzeba było rozkręcić masową akcję kredytową wśród pospólstwa. W takim zamieszaniu nikt postronny nie mógł zorientować się, o co w tym wszystkim chodziło. Wielu skorzystało z okazji. Takich opisał Gąsiorowski. Jak dają, to brać!

Kredyt hipoteczny rozłożony jest na wiele lat i stanowi duże obciążenie dla tych, którzy go spłacają. Jak jednak zrobić, by jego raty były znacznie mniejsze, a może nawet wcale nie spłacać go? Tak zrobić, by rozłożyć je na wszystkich, a więc również na tych, którzy żadnych kredytów nie brali. Państwo, które udzieliło tych kredytów, przestało istnieć na danym terenie. W jego miejsce powstało nowe państwo, które raty niespłaconych kredytów hipotecznych rozkłada na wszystkich swoich podatników w postaci wysokich podatków. Jednak tych podatników tego nowego państwa jest trochę mało i nawet wysoki podatek to za mało. Trzeba było więc zwiększyć ich ilość tak, by spłata całego zaciągniętego kredytu była możliwa. Wymyślono więc wojnę z Austrią w 1809 roku, którą to wojnę Austria przegrała i odstąpiła nowemu państwu obszar, który jej przypadł po III rozbiorze Rzeczypospolitej. Tak więc niewielkie państewko, które miało zaledwie dwa lata, pokonało potężną Austrię. Koń by się uśmiał!

Tak powiększone Księstwo Warszawskie było już w stanie spłacić ten kredyt. Trwało to trzy lata. I jakoś tak się przypadkiem złożyło, że wraz z jego spłatą, przestało też ono istnieć. Murzyn zrobił swoje, murzyn mógł odejść. W ten sposób Żydzi, którzy przybyli na tereny drugiego i trzeciego zaboru pruskiego, a później Księstwa, stali się warstwą bogatą i mogli uzyskać przewagę ekonomiczną nad resztą społeczeństwa. Napoleon też odegrał rolę murzyna i krótko potem został zutylizowany. Natomiast pieniądze wróciły z odsetkami do tych, którzy wcześniej tak hojnie udzielali kredytów osobom bez zdolności kredytowej, bo wiedzieli, że ktoś inny spłaci ten dług. Francja była w tym wypadku tylko pośrednikiem.

I tak na koniec rodzi się refleksja: czy te 20 milinów, które Napoleon tak wspaniałomyślnie darował Księstwu, nie były tymi, które zaciągnęli przybyli tam Żydzi?

Czy to jeszcze polskie rolnictwo?

W związku z zeszłotygodniowymi strajkami rolników wypada zadać sobie pytanie: czym tak naprawdę jest polskie rolnictwo, czy ono jest jeszcze polskie? Po 1989 roku w rolnictwie, podobnie jak w całej gospodarce, zaszły diametralne zmiany. W 1990 roku prywatne gospodarstwa, według GUS, użytkowały 14 228 tys. ha ziemi ornej. Gospodarstwa państwowe – 3490 tys. ha. Były one usytuowane przede wszystkim w obecnych województwach: zachodniopomorskim, lubuskim, dolnośląskim, opolskim, pomorskim i warmińsko-mazurskim. Romea Muryń w artykule Modele zawłaszczania ziemi m.in. pisze:

Organem odpowiedzialnym za zarządzanie gruntami państwowymi po 1989 r. została nowo powstała Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa (od 2003 r. ANR – Agencja Nieruchomości Rolnych, a od 2017 r. KOWR – Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa), której głównym celem było zmniejszenie zadłużenia państwa we własności ziemskiej, polegające przede wszystkim na wyprzedaży gruntów. Spowodowane było to niską produktywnością PGR-ów. Agencja przy sprzedaży ziemi nie stosowała specjalnych norm obszarowych. Mimo że ustawa o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi skarbu państwa weszła w życie w 1991 r., to zapisy mówiące o rozwoju gospodarstw rodzinnych i ich priorytetyzacji zostały wprowadzone dopiero w 2003 r. Zgodnie z deklaracjami ANR: „Będzie to następowało przez sprzedaż lub oddanie w dzierżawę nieruchomości rolnych z zasobu w celu powiększenia wielkości (koncentrację ziemi) istniejących i tworzenie nowych gospodarstw rodzinnych”. Do końca istnienia ANR (do 2016 r.) „sprzedała 2703 tys. ha gruntów (57% wszystkich przejętych), w tym 2605 tys. ha ziemi rolnej, a przekazała 653 tys. ha gruntów (14%). Oznacza to, że trwale zagospodarowała 3357 tys. ha gruntów (71%). Należy także nadmienić, że ziemię rolną sprzedawały także inne jednostki państwowe, np. szkoły wyższe czy jednostki badawczo-rozwojowe”.

Osobom prywatnym pracującym w PGR-ze nie zostały przedstawione żadne zniżki bazujące na latach pracy w danych miejscowościach. Rynek został otwarty dla inwestorów. W tych warunkach rolnikom trudno było konkurować. Doprowadziło to do wyprzedaży wielkoobszarowych działek rolnych. Powierzchnia państwowej ziemi rolnej sprzedanej do końca 2018 r. wykazuje tendencję dwóch grup obszarowych wyprzedanych jednocześnie: 5–14,99 ha oraz 100 i więcej ha. Aby ukazać to w skali porównawczej, jeden obszar z grupy – 100 i więcej ha – jest trzykrotnie większy od terenu Pałacu Kultury i tylko o połowę mniejszy od Starego Miasta w Gdańsku. Największa koncentracja grupy obszarowej 100 ha i więcej nastąpiła w regionach o największej liczbie PGR-ów, czyli w województwach zachodniopomorskim, warmińsko-mazurskim i dolnośląskim. Natomiast gospodarstwa rodzinne, zazwyczaj małopowierzchniowe, o obszarze do 1 ha użytków rolnych (grupa szczególnie ważna z punktu widzenia społecznego) skoncentrowane są w województwach wschodnich, gdzie już w czasach PRL rolnicy występowali przeciwko reformie rolnej.

Ważnym aktorem w procesie wykupu ziem Skarbu Państwa jest kapitał zagraniczny. W 2004 r. po wstąpieniu RP do Unii Europejskiej ustanowiono dwunastoletni okres kontroli sprzedaży ziemi, na którą wymagana była zgoda Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Miało to na celu zrównoważenie konkurencji pomiędzy rolnikiem pochodzenia polskiego a zagranicznym. Od 1 maja 2016 r., jak wykazuje sprawozdanie MSWiA z 2018 r., obcokrajowcy „z Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Konfederacji Szwajcarskiej nie muszą legitymować się zezwoleniem ministra właściwego do spraw wewnętrznych na nabycie jakiejkolwiek nieruchomości, niezależnie od położenia i powierzchni nieruchomości”, jak również mają prawo obejmować udziały lub akcje w spółkach handlowych. Największy skup ziemi przez kapitał zagraniczny miał miejsce w województwie zachodniopomorskim (32% wszystkich przejętych gruntów rolnych i leśnych) i warmińsko-mazurskim (19%). Natomiast zauważalną tendencją jest kontynuacja wykupu ziemi przez obywateli Holandii (35%) i Niemiec (38%), skutkująca przejęciem własności ziemi rolnej w wysokości 73% wszystkich wykupionych gruntów. Warto nadmienić, że największe kombinaty rolnicze w Polsce – Animex oraz Cargill Poland – są własnością zagraniczną spółki z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, nieposiadającej jakiejkolwiek więzi społecznej z lokalną ludnością i samorządami, co ‒ w kontekście interesu społecznego ‒ nie różni się od procesu centralizacji z czasów tworzenia Państwowych Gospodarstw Rolnych. W obu przypadkach mamy do czynienia z oderwaniem wspólnoty lokalnej od wpływu na kształtowanie otaczającej ją przestrzeni.

W 2016 r. weszła w życie ustawa o obrocie ziemią mająca na celu ograniczenie możliwości nabywania i zbywania ziemi rolnej przez obcokrajowców, aby zamrozić obrót ziemią w Polsce. Warto nadmienić, że dotyczyło to jedynie ziem Skarbu Państwa, które zostały przekazane pod dzierżawę. Inaczej ujmując, ziemie wyprzedane do roku 2016 nie mogą zostać objęte ustawą, a stanowią one 91,4% terenów rolnych. Ustawa założyła, że państwowa ziemia powinna zostać w Agencji Nieruchomości Rolnych (aktualnie KOWR), a podstawową formą jej zagospodarowania ma być dzierżawa. Jednakże narzucone wymogi – dzierżawca musi być rolnikiem indywidualnym mającym kwalifikacje rolnicze, prowadzić gospodarstwo rolne do 300 ha i mieszkać w danej gminie co najmniej od 5 lat – doprowadziły do utrudnienia kupna ziemi przez osoby prywatne. Do dnia dzisiejszego ustawa przeszła modyfikację i planowane są dalsze zmiany, które mają na celu upaństwowienie ziemi (czyli jedynie do 8,6% całkowitej powierzchni terenów rolnych). Niestety żadna z ustaw nie odwołuje się do integralnej polityki przestrzennej, zgodnie z którą winna być uwzględniona strategia podwyższania jakości życia na obszarach wiejskich czy też ochrony polskiej ziemi.

Podsumowując, do 1990 r. ponad 76,3% nieruchomości podległych Ministerstwu Rolnictwa i Reform Rolnych znajdowało się pod własnością prywatną, a własność publiczna stanowiła 23,7%. W 2016 r. własność ziemi prywatnej osiągnęła 91,4%, a ziemie Skarbu Państwa stanowiły jedynie 8,6%. Największa koncentracja ziem prywatnych rolnych znajduje się w części centralno-wschodniej Polski – województwo mazowieckie (99,1%) i świętokrzyskie (99,0%). Jedynie w województwie zachodniopomorskim udział prywatnej ziemi był najmniejszy i wynosił 74,85%. W tym przypadku warto skonstatować, że wszystkie ziemie, które znajdowały się we władaniu PGR-ów, a następnie w gestii Agencji Nieruchomości Rolnej, były wyposażone w infrastrukturę gospodarstw rolnych, w tym mieszkaniową i socjalną, sfinansowaną ze środków Skarbu Państwa, a żadna bezpośrednia rekompensata pod względem dochodu gminy czy infrastruktury społecznej nie miała miejsca w skali regionu czy osoby fizycznej będącej poprzednim właścicielem. Kto w takim razie skorzystał z tego wzrostu i transakcji?

x

Jeśli w 1990 roku prywatne gospodarstwa użytkowały 14 228 tys. ha, a państwowe – 3490 tys. ha, to oznacza, że 80% ziemi ornej było w rekach prywatnych, a 20% w rękach państwa. Autorka cytowanego wyżej artykułu skoncentrowała się na tych 20%. Nie wiadomo więc, co działo się z ziemią w rękach prywatnych. Pewne informacje na ten temat jednak podała: …obcokrajowcy „z Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Konfederacji Szwajcarskiej nie muszą legitymować się zezwoleniem ministra właściwego do spraw wewnętrznych na nabycie jakiejkolwiek nieruchomości, niezależnie od położenia i powierzchni nieruchomości”… Mogli więc również nabywać ziemie od prywatnych właścicieli. Jak dalej napisała, największy skup ziemi przez kapitał zagraniczny miał miejsce w województwie zachodniopomorskim i warmińsko-mazurskim. Czy słowo „skup” zostało użyte przypadkowo? Dlaczego nie zakup? Skup oznacza wykupywanie większej ilości, liczby czegoś. A więc zaplanowana akcja. W tym wypadku chodziło o ziemię po PGR-ach.

Z artykułu Najwięksi posiadacze gruntów w Polsce i na świecie można się dowiedzieć, że:

„Największe w Polsce gospodarstwo rolne należy do jednego właściciela. To gospodarstwo braci Romanowskich z Bartoszyc w województwie warmińsko-mazurskim: Romana i Bogdana. Początki gospodarstwa sięgają 1978 roku, kiedy z półhektarowego zagonu powierzchnia gruntów zwiększyła się do aż 12 tys. ha (ponad 8 tys. jest ich własnością. Pozostałe 4 tys. dzierżawione od Agencji Nieruchomości Rolnych. Gospodarstwo braci Romanowskich zajmuje się głównie produkcja zbóż, mięsa i mleka.

Kościół katolicki ma około 160 tys. hektarów ziemi. Od stycznia 1992 roku do czerwca 2019 roku Kościół na tzw. Ziemiach Zachodnich otrzymał nieodpłatnie od państwa – reprezentowanego przez wojewodów – 76 244 ha ziemi rolnej.”

Jeszcze ciekawszych rzeczy można dowiedzieć się z artykułu 10 największych gospodarstw rolnych w Polsce. Poniżej jego początek.

„W Polsce rolnictwo od wielu lat pozostaje jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki. Produkty rolne, takie jak zboża, owoce czy warzywa trafiają już nie tylko do polskich sklepów, ale są coraz chętniej kupowane przez zagraniczne firmy. Sprzyjają temu ciągły rozwój technologii uprawnych, a także liczne dotacje rządowe. To właśnie dzięki powyższym czynnikom farmy mogą stawać się coraz większe i znacznie zwiększyć swoją produkcję. Warto więc przyjrzeć się 10 największym gospodarstwom rolnym w Polsce.

Nie jest żadną tajemnicą, że w zdecydowanej większości grunty w Polsce znajdują się pod kontrolą spółek. W tej kategorii największe gospodarstwo rolne należy do Agrofirmy Witkowo S.A. Ta zlokalizowana w Wielkopolsce firma zajmuje imponujące połacie ziemi i zajmuje się głównie uprawą zbóż, roślin oleistych oraz strączkowych. Witkowo słynie również z nowoczesnych technologii, dzięki czemu jest jednym z liderów polskiego rolnictwa.”

Te pozostałe spółki to:

  • Grupa Laskopol S.A. z woj. łódzkiego
  • PHZ BWA Sp. z o.o. Warszawa
  • PBG Domaradzice na Opolszczyźnie
  • RSP w Pawłowicach z woj. małopolskiego
  • Zespół Rolniczy Nowiny z woj. podkarpackiego
  • RSP Chodów-Broniszewice z woj. łódzkiego
  • Agro Handel Wiatracznica z woj. mazowieckiego
  • RSP Sieroszowice z Dolnego Śląska

A więc tylko dwie z dziesięciu największych spółek rolnych znajdują się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Trudno oczywiście powiedzieć, kto jest faktycznym właścicielem tych spółek i pozostałych mniejszych. Prawdopodobnie kapitał zagraniczny.

xxx

Likwidacja PGR-ów nastąpiła nie dlatego, że były nierentowne, tylko ze względów ideologicznych. Zrobiono więc z rolnictwem to samo, co z przemysłem. Tak, jak sklepy wielkopowierzchniowe praktycznie zlikwidowały rodzimy, drobny handel, tak wielkie spółki rolne marginalizują stopniowo indywidualne rolnictwo.

A skoro stan faktyczny jest taki, że polscy rolnicy są tylko marginesem w kontekście całego rynku rolnego, to o co chodzi w tych rolniczych strajkach i blokadzie granicy z Ukrainą? Dlaczego ci wszyscy wielcy właściciele nie protestują? Nie boją się konkurencji „ukraińskich” firm? Prawdopodobne dlatego, że nie ma takiego zagrożenia, a jak mówi przysłowie: kruk krukowi oka nie wykole.

Uwzględniając wszystkie powyższe informacje, nie ulega wątpliwości, że rolnictwo indywidualne to margines. No bo skoro grunty w zdecydowanej większości znajdują się pod kontrolą spółek, to inaczej być nie może. Jeśli dodamy do tego fakt, że jest jeszcze jakaś grupa tzw. indywidualnych obszarników, to wyłania się nam prawdziwy obraz struktury własności ziemi w Polsce. Mamy nawet w tej branży rodzimy, tzw. american dream, czyli od pucybuta do milionera. Bo jak to inaczej nazwać, gdy ktoś zaczyna od 0,5 ha, a kończy na 12 000 ha? Wszystko zaczęło się jeszcze w 1978 roku. Czy to oznacza, że proces rozkradania polskiej ziemi rozpoczął się wcześniej, niż likwidacja polskiego przemysłu? Wygląda na to, że tak.

Skoro więc rolnicy indywidualni stanowią margines w polskim rolnictwie, to oznacza to, że ich strajki, czyli blokady dróg, mają inny cel, niż ratowanie polskiego rolnictwa, czyli są ustawką. Podobnie jest z blokadą granicy ukraińskiej. To też jest ustawka, bo zboże wjeżdża na teren Polski koleją. Obok strajkujących rolników przejeżdżają pociągi ze zbożem i oni o tym wiedzą. O co więc chodzi? Rolnicy mają do spełnienia tę samą rolę, jaką mieli robotnicy w latach 1980-1981. Mają dać pretekst do wprowadzenia stanu wojennego lub wyjątkowego, a wówczas wszelkie prawa obywatelskie zostają zawieszone i władza będzie mogła zrobić wszystko, czego zapragnie. Podobnie jest w przypadku blokady granicy. W tym wypadku chodzi o skłócanie Polaków z Ukraińcami i doprowadzenie do wojny domowej w Polsce, czy raczej w UkroPolinie. I to również może być pretekst do wprowadzenia stanu wojennego.

Czy tak się stanie? Scenariuszy może być więcej. To tak, jak przy rozwiązywaniu zadania szachowego. Po każdym ruchu otwiera się szereg nowych kombinacji, w zależności od tego, jaką decyzję podejmie druga strona. Umysł pracuje na wysokich obrotach. I jest dokładnie tak, jak mówił Szlangbaum do Wokulskiego: u Żydów rozum jest cały czas zajęty i dlatego Żydzi mają rozum. Tylko tego – kto nie ma rozumu zajętego, a kto kieruje się emocjami, fałszywie pojętym patriotyzmem – tego można wyprowadzać na ulicę i zajmować go protestami. I jeszcze przekonywać innych przy pomocy wszelkiego rodzaju mediów, że powinni się oni solidaryzować z rolnikami, bo to ich interes. Nie, nie ich, bo rolnicy są na kroplówce, a są na niej, bo są potrzebni do tego typu akcji. Gdy przestaną być potrzebni, to podzielą los robotników. Pewnie wielu będzie musiało zatrudnić się w korporacjach, czyli w tych wielkich spółkach rolnych. Czas najwyższy sobie uświadomić, że rolnicy indywidualni powoli stają się marginesem polskiego rolnictwa, jeśli nie w sensie liczebności, to w sensie możliwości produkcyjnych, a być może również – posiadanej ziemi. A Zielony Ład jeszcze bardziej zmniejszy te możliwości, ale za to unia europejska prowokuje ich tym do strajku.

Varshe Tseytung

Ostatnio wpadła mi w ręce Gazeta Warszawska, tygodnik, nr 10, 8-14 marca 2024. Na początek wypada wyjaśnić, skąd taki tytuł bloga. Varshe Tseytung to tytuł tej gazety w języku jidysz. Początkowo, korzystając z tłumacza Google, wpisałem po stronie języka polskiego nazwę tej gazety po polsku i po stronie jidysz pojawiła się polska nazwa. Dopiero gdy napisałem po niemiecku Warschauer Zeitung po stronie języka niemieckiego, to po stronie jidysz wyświetliła się nazwa w języku jidysz, czyli Varshe Tseytung, choć pisana małymi literami. To oczywiście pro-pisowska gazeta żydowska dla naiwnych Polaków, tak jak Wyborcza, to gazeta żydowska dla nie-Polaków. Na początek, zanim uzasadnię swoje zdanie o tej gazecie, trochę historii z Wikipedii.

Gazeta Warszawska (1774-1939) – została założona po kasacie zakonu jezuitów w 1774 roku, pierwotnie pod tytułem „Wiadomości Warszawskie”, była najstarszym dziennikiem. Pierwszym redaktorem naczelnym i jednocześnie właścicielem gazety był redaktor Kuriera Polskiego (1729-1760) jezuita Stefan Łuskina, który po kasacie zakonu, pozbawiony możliwości wykładania w kolegium jezuickim, zajął się dziennikarstwem.

W 1794 roku gazeta została kupiona przez Antoniego Lesznowskiego. W połowie XIX wieku, pod kierownictwem Antoniego Lesznowskiego juniora, pismo stało się bardzo dochodowym przedsięwzięciem. Po powstaniu styczniowym „Gazeta Warszawska” zaczęła przechodzić kryzys. Coraz bardziej ewoluowała politycznie w kierunku endeckim. Z powodów politycznych tytuł był formalnie zawieszony w latach 1906-1909. Wznowiono go w listopadzie 1909 roku. W 1915 roku został zawieszony na 3 lata. Gazeta zaczęła wychodzić na nowo 16 listopada 1918 roku jako organ Narodowej Demokracji. Pod różnymi tytułami wychodziła do 1939 roku.

Gazeta Warszawska – polityczno-społeczny tygodnik ogólnopolski, wydawany w Warszawie od 2008 roku. Po 2015 roku czasopismo ma nakład 100 tys. egzemplarzy.

To tyle Wikipedia, która pominęła pewien epizod z 1859 roku, gdy Gazeta Warszawska była bardzo opiniotwórcza i dochodowa. Jednak opowiadała się przeciwko asymilacji Żydów. To nie podobało się Kronenbergowi, który postanowił to zmienić. Gazeta Warszawska w owym czasie swoją popularność zawdzięczała głównie temu, że pisał w niej Kraszewski. Kronenberg przeciągnął go do swojej, dopiero co nabytej, „Gazety Codziennej”. W sierpniu 1859 roku Kraszewski objął redakcję tej gazety i przeciągnął do niej czytelników „Gazety Warszawskiej” i stąd jej kryzys.

Na pierwszej stronie Gazety Warszawskiej w lewym górnym rogu zamieszczono zdjęcie Waldemara Łysiaka i tytuł: Urodziny Mistrza – mistrz jest tylko jeden! Nazywa się Waldemar Łysiak. W środku numeru felieton Andrzeja Leji poświęcony 80. rocznicy urodzin Łysiaka. Obok znajduje się artykuł tego samego autora i wymienia on w nim wszystkie książki Łysiaka i prosi o jeszcze.

Kim jest Łysiak? Jest największym w Polsce apologetą Piłsudskiego i Napoleona. O tym, że Piłsudski to największy szkodnik w historii Polski, to pisałem nieraz w swoich blogach. Natomiast, że Napoleon był drugim po Piłsudskim szkodnikiem, to o tym jeszcze nie pisałem i wypada to uzasadnić. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie tylko po to, by zyskać rekruta na wojnę z Rosją. Wojna ta zakończyła się jego klęską. Efektem tego wojska rosyjskie dotarły do Saksonii. Po kongresie wiedeńskim Księstwo Warszawskie prawie w całości, bo tylko bez Wielkopolski, przypadło Rosji i zostało nazwane Królestwem Polskim. I to właśnie wtedy po raz pierwszy Rosjanie zajęli polskie ziemie etniczne. Po powstaniu listopadowym wszelkie stanowiska państwowej administracji zostały obsadzone Rosjanami. Zaczęli też oni na terenie całego Królestwa budować cerkwie, a więc tworzyć prawosławne społeczności na ziemiach etnicznie polskich.

Norman Davies w książce Boże Igrzysko (1999) pisze:

Rzeczywiste cele powołania do istnienia Księstwa uwidoczniły się najlepiej w sferze wojskowości i finansów. Bez względu na wszelkie gesty w kierunku liberté, egalité czy nawet fraternité pozostaje niewiele wątpliwości co do tego, że celem utworzenia Księstwa było zmobilizowanie jak największej liczby żołnierzy i jak największych sum pieniędzy na potrzeby całego cesarstwa napoleońskiego. W 1808 roku wprowadzono powszechny pobór żołnierzy. Wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 28 lat byli powołani do wojska na sześć lat. Wojsko, które stopniowo rozrosło się z 30 000 żołnierzy w 1808 roku do ponad 100 000 w roku 1812, pochłaniało ponad dwie trzecie dochodu państwa. Między dowodzących nim generałów rozdzielono hojnie dary ziemi, podczas gdy tabuny przymusowych robotników trudziły się nad ulepszeniem urządzeń wojskowych. Do prac przy odbudowie fortecy w Modlinie zmobilizowano dwadzieścia tysięcy chłopów. W 1812 roku liczebność oddziałów stacjonujących w Polsce na koszt Księstwa osiągnęła prawie milion żołnierzy. W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Najjaskrawszym przykładem wyzysku, jaki Napoleon uprawiał wobec Księstwa Warszawskiego, było szokujące oszustwo w sprawie tak zwanych „sum bajońskich”. Według konwencji podpisanej we francuskim uzdrowisku Bayonne w 1808 roku, rząd francuski zrzekł się prawa do dawnej własności państwa pruskiego, sprzedając ją za sumę 25 milionów franków, płatnych w krótkim okresie czterech lat. W ten sposób polski podatnik musiał poświęcić niemal 10% budżetu na wykupienie hipotek, budynków i wyposażenia, które zaledwie 12 lat wcześniej zabrali mu Prusacy, a które dostały się w ręce Francuzów jako wojenna zdobycz. Hojność nie wchodziła tu więc w grę.

x

Wydaje się, że komentarz jest zbyteczny, a Łysiak jeszcze od czasów PRL-u onanizuje się Napoleonem i wmawia innym, że jest za co go kochać, choć jest dokładnie odwrotnie – jest za co go nienawidzić.

Podejrzewam, że wiele osób nie wie, że od 1795 roku, czyli od III rozbioru Rzeczypospolitej, do 1807 roku zabór pruski sięgał do linii Curzona. Dopiero w wyniku traktatu francusko-pruskiego z 9 lipca 1807 roku Prusy zrzekły się ziem drugiego, trzeciego i części ziem pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, czego skutkiem było utworzenie Księstwa Warszawskiego. A więc Polacy musieli zapłacić drugi raz za to, co było ich, a co im zabrali Prusacy.

Wewnątrz numeru znajduje się artykuł Stanisława Srokowskiego Czy to już kres polskości?! W nim autor m.in. pisze (wytłuszczenia – S.S.):

Środowiska lewackie zmierzają w pierwszym rzędzie do osłabienia pamięci narodowej, a następnie – poprzez likwidację znaków identyfikacyjnych, śladów i symboli związanych z tradycją, religią, obyczajami, wielkimi postaciami historycznymi – do likwidacji polskości.

Jeśli się do tego doda słynne już słowa premiera polskiego rządu Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”, to scenariusz realizowanego planu jest jasny jak słońce: wynarodowić – jak się da i ile się da – Polaków. Wynarodowić do cna, do kości. By nic z polskości nie zostało. Bo skoro polskość jest nienormalna, należy więc tę nienormalność zlikwidować.

Do polskiej pamięci narodowej wliczamy takie podstawowe symbole patriotyzmu jak wielcy bohaterowie: Kościuszko, Rejtan, Sobieski, Piłsudski, Mackiewicz, rotmistrz Pilecki, nasze powstania narodowe, słynne bitwy, etos (ulubione słowo Geremka – przyp. W.L.) Armii Krajowej, Solidarności, znaki i barwy narodowe. Odnosimy się do nich z czcią i powagą. Wystarczy się tego wszystkiego pozbyć, a staniemy się ludźmi bez pamięci. A ku temu się teraz zmierza. Pisałem o tym w poprzednim felietonie. Gdy wrogowie niszczą lub profanują pamięć, mądre narody stają w obronie zagrożonego bytu i gotowe są do poniesienia najwyższej ofiary, byle by tylko ratować poczucie godności i dumy narodowej.

W polskiej tradycji ogromną rolę odgrywały i nadal odgrywają symbole chrześcijaństwa i znaki graficzne, które stały u fundamentów polskiego państwa, takie jak krzyż, ryba, ale też metaforyka i cały system odniesień i tropów literackich zapisanych w Biblii i innych księgach Ojców Kościoła.

Drugi nurt to walka z postaciami Kościoła i instytucjami kościelnymi i zakonnymi. Stąd nieustanne napaści na kapłanów, zakonników, na wiarę, religię oraz jej stare i nowe symbole. A te ciągłe, nagminne żądania, by Kościół był nowoczesny, czym są, jeśli nie próbą odebrania Kościołowi znaków tożsamościowych?

Kolejnym i bardzo konsekwentnym działaniem mającym na celu likwidację polskości jest stosunek oficjalnych władz państwowych do polskich Kresów. W zasadzie likwiduje się już nawet ostatnie odrobiny wiedzy o Kresach, a więc o I i II Rzeczypospolitej. A to oznacza, że w świetle jupiterów odcina się korzenie własnej tożsamości. I zatraca się więź pokoleń. I co na to Naród? Nic. Milczy jak zaklęty, zamiast wyjść na ulice i protestować. Bo protestować trzeba. Trzeba krzyczeć. Trzeba wołać głośno.

Trzeba wskazywać złoczyńców po imieniu. I nie bać się. Na Boga! Nie bać się! Bo naród, który się boi, jest nic niewarty. Jest tchórzliwy. Sam sobie szykuje pętlę na szyję. Sam siebie okalecza i zabija. Czyż nie czujecie tego? Nie widzicie? Nie rozumiecie? A przecież byliśmy godnym i dumnym Narodem. Byliśmy silni moralnie. I mocni intelektualnie. Wydaliśmy, jako Naród, wielu wspaniałych twórców, badaczy, uczonych, kapłanów, żołnierzy. Mamy więc w sobie potencjał. Mamy ukrytą w głębi moc ducha. Tylko to wszystko blokuje nam strach i niewiara. Opadają nam ręce. I powiadamy: „Nic nie możemy zrobić”. A ktoś, kto tak mówi, już przegrał.

Kresowianie – a więc ta część Narodu, która obecnie liczy wraz z potomkami ok. 6 milionów obywateli – wydali na świat tak wielkie postaci jak: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Kornel Makuszyński, Józef Korzeniowski (Joseph Conrad), Zbigniew Herbert, Karol Szymanowski, by wymienić tylko niektórych.

x

Według Srokowskiego likwidacja znaków identyfikacyjnych (jakich?), śladów i symboli związanych z tradycją (jakich?), religią, obyczajami, wielkimi postaciami historycznymi – to likwidacja polskości. Polskość według niego to religia, a szczególnie katolicyzm i kler katolicki oraz wielkie postacie historyczne, takie jak m.in. Kościuszko, który swoim powstaniem z 1794 roku dał pretekst do trzeciego rozbioru Rzeczypospolitej w 1795 roku; Piłsudski – szkoda słów; powstania narodowe, Armia Krajowa, Solidarność, no i oczywiście Kresy, czyli I i II RP. Te Kresy i I i II RP to korzenie polskiej tożsamości. Może w takim wypadku należałoby raczej mówić o kresowości. W sumie więc, jeśli tak zdefiniujemy polskość (kresowość), to jest to nienormalność. I o takiej nienormalności pisał Tusk w swoim artykule Polak rozłamany z listopada 1987 roku. Pisał m.in. tak:

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.”

I Tusk ma rację! Tak zdefiniowana polskość to nienormalność. Jeśli jednak nadal krytykuję go za te słowa, to nie za to, co powiedział, tylko za to, czego nie powiedział. To – czego nie powiedział Tusk, a o czym nie zająknął się nawet Srokowski – zostało wyraźnie zaakcentowane w artykule O współczesnym rozumieniu polskości Andrzeja B. Legockiego:

„Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy” – w tej triadzie ziemia jest ostoją trwania, ród – dziedziczną plemiennością, a język polski – międzyludzkim spoiwem. Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą. Szczególnie istotnym wyznacznikiem definiującym polską świadomość jest rodzimy język. Jest wielkim skarbem Polaków i niezastąpionym przewodnikiem dziejowym.

Tu jest zawarta istota polskości, tak niewygodna dla Tuska i Srokowskiego. Nie mogli o tym wspomnieć, bo wszelkie ich pseudointelektualne wygibasy, na tle tak pojętej polskości, ośmieszyłyby ich. Trudno więc dziwić się, że szukają innej, bardziej pojemnej definicji, rozmywającej pojęcie polskości. Do tego idealnie pasuje katolicyzm, bo przecież katolikiem może być każdy. I każdy obcy w I RP, który zmienił wyznanie czy wiarę oraz manifestował swój patriotyzm stawał się Polakiem.

Z tej triady: ziemia, ród, język – jedynie język można było wykorzystać. Ziemi i ludzi, czyli rodu nie dało się zaadoptować, ale język – jak najbardziej. I tak się stało. Język i religia były wyznacznikiem Polaka w nowym państwie zwanym Rzeczpospolitą. I w ten sposób Wielkie Księstwo Litewskie, a ściślej mówiąc jego elity, stały się polskie i te Mickiewicze, Słowackie, Fredry, Makuszyńskie, Herberty, Szymanowskie e tutti quanti, to wszystko byli Polacy. Ci, którzy rządzą edukacją, a wiadomo, kto rządzi, ci uznali, że poematem narodowym ma być utwór, który zaczyna się od frazy: Litwo, Ojczyzno moja! W tym momencie logicznie myślący człowiek powinien sobie zadać pytanie: to gdzie jest moja ojczyzna?

Dlaczego w tym kraju Zulu-Gula nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii, w której Szkot jest Szkotem, pomimo że mówi od urodzenia po angielsku, podobnie jak Walijczyk czy Irlandczyk. Dlaczego Irlandczyk James Joyce, piszący po angielsku, nadal jest Irlandczykiem, a piszący po polsku Mickiewicz nie jest Litwinem, tylko Polakiem? Mickiewicz był synem Mikołaja Mickiewicza herbu Poraj. Poraj był jednym z 47 polskich herbów szlacheckich adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku.

Do naszej pamięci narodowej, pisze Srokowski, wliczamy takie symbole patriotyzmu jak powstania narodowe, słynne bitwy, etos Armii Krajowej, Solidarności. Najlepiej oczywiście z Matką Boską w klapie lub chrześcijańskim, rzymskiego pochodzenia, symbolem kotwicy, zaadoptowanym na Znak Polski Walczącej. I dalej pisze: I co na to Naród? Nic. Milczy jak zaklęty, zamiast wyjść na ulice i protestować. Bo protestować trzeba. Trzeba krzyczeć. Trzeba wołać głośno. To łączenie patriotyzmu z katolicyzmem i wciąganie Polaków w burdy uliczne trwa od czasów powstania styczniowego. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał:

I znowu na przykładzie 1863 r. możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko przez związki węglarskie, lecz nawet przezwyciężali odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem… nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.

Nic się nie zmieniło od czasów powstania styczniowego. Ten ich model patriotyzmu i polskości, polegający na łączeniu wiary i katolicyzmu z manifestacjami ulicznymi, powstaniami, strajkami – ten model jest tak prymitywny i nachalny, że aż niesmaczny. Na zeszłotygodniowym strajku rolników jacyś przemawiający nie mogli się powstrzymać od wstawek typu „Szczęść Boże i „Bóg zapłać”. Model patriotyzmu, który reprezentuje Gazeta Warszawska nie pozostawia wątpliwości, że to Żydzi w niej piszą, mącą w głowach czytelnikom i dlatego nazwałem ją Varshe Tseytung.

Aktualizacja z dnia 18 marca 2024 roku:

A więc Polacy musieli zapłacić drugi raz za to, co było ich, a co im zabrali Prusacy. – To nie tak było. Pełne wyjaśnienie znajduje się w blogu Sumy bajońskie. Wszyscy Polacy musieli spłacić w formie wysokich podatków niespłacone kredyty hipoteczne, zaciągnięte przez część obywateli Księstwa.













Strajki

Trwają strajki rolnicze w Polsce i w całej Europie. Jak to się dzieje, że dochodzi do takiej skoordynowanej akcji na tak wielkim obszarze i w tym samym czasie? Jest to przecież bardzo skomplikowane pod względem organizacyjnym przedsięwzięcie. To wymaga współpracy wielu ludzi z różnych krajów. Czy taką akcję może przeprowadzić ktoś inny poza narodem rozproszonym? I jaki jest cel tych strajków? Może być on zupełnie inny niż wielu się wydaje. Tego zapewne nie dowiemy się, ale możemy dowiedzieć się czegoś z przeszłości. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936), w jednym z rozdziałów, opisał strajk górników w Anglii w 1926 roku. Poniżej fragmenty:

Ja u was wywołam taki ruch robotniczy, który was wszystkich zmiażdży z całą waszą siłą… – Lasal – Powiązanie polityki z gospodarką („Najer Hajnt”, nr 87, 14 IV 1925 r.).

Jak zaznaczyliśmy, strajki są wyrazem silniejszego napięcia walki klas w łonie narodów rdzennych. Dla przykładu zanalizujemy strajk górników w Anglii, którego znaczenie jest tuszowane, a który, dla uważnego obserwatora, był błyskawicą ujawniająca działające w mroku siły żydowskie i kierunek ich działania. Jest usilnie ukrywany fakt, że strajk górników w Anglii w maju 1926 r. był przygotowaniem do wywołania rewolucji światowej („wełt-oktober”).

Potrzeba wywołania zamętu w Anglii

Rozpatrując kryzys węglowy w Anglii, dr I. Gotlib w końcu kwietnia 1926 r. pisał:

Nad Anglią wisi ciężka, ciemna chmura. Cały kraj oczekuje z biciem serca dnia 30 kwietnia, kiedy to kończy się obowiązująca obecnie umowa między właścicielami kopalń węgla a robotnikami… Może jednak zdarzyć się, że do żadnego porozumienia nie dojdzie. Wówczas wybuchnie ogólny strajk robotników węglowych, który pociągnie za sobą unieruchomienie całego przemysłu angielskiego… – „Hajnt”, nr 93, 23 IV 1926 r. – „Kryzys węglowy w Anglii”, Ben-Nun (dr Jechojusze Gotlib, przyp. tł.).

Pragnąc zdać sobie sprawę ze znaczenia dla żydostwa strajku węglowego w Anglii, należy uprzytomnić sobie rolę, jaką Anglia w XX wieku odgrywa wobec zadań światowego żydostwa przede wszystkim w zakresie odbudowy państwowości żydowskiej na terenie Erec Israel, tego fundamentu polityki żydowskiej.

W myśl szeregu aktów międzynarodowego znaczenia, zapoczątkowanych tak zwaną deklaracją Balfoura z dn. 2 XI 1917 r., Anglia wzięła na siebie wobec żydostwa obowiązek pomocy w odbudowie jego państwowości w historycznym kraju żydowskim Erec Israel. Dla światowego żydostwa zdaje się przeto koniecznością, aby u steru rządów w Anglii stały czynniki najbardziej skłonne do ulegania wpływom polityki żydowskiej. Do tej kategorii czynników w Anglii należą grupy skupione w tym kraju pod znakami „liberalizmu” i „socjalizmu”.

Żydowska racja stanu wymaga przeto, aby właśnie ludzie spośród tych dwóch grup mieli rozstrzygający wpływ na bieg życia publicznego na terenie Imperium Brytyjskiego, a żadną miarą nie żywioły narodowe, zwane w Anglii „konserwatystami”. Te ostatnie bowiem, jako względnie mniej zakażone obcym duchem, w swym postępowaniu w zakresie życia społecznego pragną powodować się interesem przede wszystkim narodu angielskiego, a ten fakt musi, rzecz naturalna, wywoływać aż nazbyt często kolizje z interesami żydostwa, jako żywiołu pasożytującego na każdym społeczeństwie rdzennym.

W 1924 r. ster rządu w Anglii objął gabinet narodowy, czyli konserwatywny, z Baldwinem na czele, a więc był to wyraziciel linii politycznej tej części społeczeństwa angielskiego, której rządy nie są pożądane z punktu widzenia interesów polityki żydowskiej. Polityka żydowska w Erec Israel natrafia na przeszkody.

Opozycyjne stanowisko światowego żydostwa wzmogło się w 1925 r. z chwilą, gdy na miejsce sir Herberta Samuela, jako pierwszego „wysokiego komisarza” Palestyny, przy tym żyda narodowego, został powołany jako jego następca lord Plumer, admirał, Anglik. W dodatku nominacja ta nastąpiła bez poprzedniego porozumienia z miarodajnymi czynnikami syjonistycznymi. Dr Chaim Weizman, prezes Światowej Organizacji Syjonistycznej, oświadczył na przykład, że dowiedział się o tym z gazet.

To posunięcie rządu angielskiego nie było w zgodzie z treścią mandatu palestyńskiego. Już sam fakt takiego trybu nominacji świadczył, że czynniki żydowskie nie mogły się spodziewać od ówczesnego rządu Baldwina sprzyjania rozwojowi państwowości żydowskiej w Erec Israel w tej mierze, jak to było i jest konieczne z punktu widzenia interesów żydostwa.

Dlaczego rząd angielski zajął wówczas takie niepożądane dla żydostwa stanowisko w tak zasadniczej dla niego sprawie? Widocznie uważał, że kroczenie po linii pożądanej dla żydostwa grozi żywotnym interesom Imperium Brytyjskiego. Ale dlaczego ówczesny rząd angielski z Baldwinem na czele mógł zdobyć się na takie niebezpieczne dla interesów światowego żydostwa stanowisko? Bo uważał, że ma oparcie w szerokiej opinii angielskiej: w parlamencie miał podówczas większość absolutną – na ogólną liczbę 615 mandatów obóz narodowy, czyli konserwatywny, w wyniku wyborów z 1924 r., zdobył 420 miejsc. Obóz narodowy w Anglii – z punktu widzenia interesów polityki żydowskiej – był zbyt silny, a taki stan jest niedopuszczalny.

Społeczeństwu angielskiemu musiało, widocznie, powodzić się za dobrze, jeżeli grupa „socjalistów”, tzw. „labour party” uzyskała w 1924 r. zaledwie 150 mandatów. Należało stworzyć warunki dla większej liczby tych mandatów… Ale jak? Przez „zradykalizowanie” szerokich mas społecznych, czyli przez pogorszenie sytuacji materialnej społeczeństwa angielskiego; wówczas ono mniej będzie skłonne myśleć o angielskim interesie narodowym, bo będzie musiało myśleć o… żołądku.

Znikną w Anglii perspektywy rządów konserwatywnych, co jest tym więcej konieczne, że Anglia przeznaczona została do różnych misji żydowskich nie tylko w zakresie odbudowy państwowości żydowskiej w Erec Israel. Czy mogło być np. cierpiane – z punktu widzenia interesów światowego żydostwa – niechętne stanowisko rządu konserwatywnego w Anglii do ustroju panującego w Rosji, to jest w kraju, gdzie, jak stwierdził Szalom Asz podczas swej mowy w Warszawie w dniu 10 października 1928 r., młodzież żydowska jest przeniknięta uczuciem, że ona posiada ojczyznę… ona czuje się w Rosji jak u siebie…

A przecie to ideał dla narodu żydowskiego czuć się w diasporze „jak u siebie”… Czy można nie dążyć do wytworzenia takich samych warunków dla bytu żydowskiego również w pozostałych krajach i nie zacząć również w nich budować „ustroju socjalistycznego”, nie wyłączając samej Anglii?

Teren całej Europy musiał wchodzić w rachubę żydowską tym bardziej, że po wojnie światowej właśnie w Europie wśród narodów rdzennych poczęły nurtować prądy ideowe, które nie zapowiadały układu stosunków pożądanych dla żydostwa: wzrost religijności, zwłaszcza wśród młodzieży; krytycyzm szerokich mas pod adresem „rewolucji społecznej”, w wyniku doświadczenia na przykładzie Rosji; załamanie się – nawet w kołach pracowników fizycznych – poprzedniej wiary w możliwość rządów szerokich mas; upadek powagi parlamentaryzmu; tęsknota szerokich mas do silnej władzy; odżycie w szerokich kołach idei monarchizmu itd. Wszystko to były i są objawy dla żydostwa wielce niebezpieczne. Tym niebezpiecznym objawom wzrostu tężyzny i samoodporności u narodów rdzennych na terenie Europy żydostwo musiało przeciwdziałać.

Należało zatem obalić gabinet narodowy w Anglii, a już co najmniej – poderwać jego autorytet, a w tym celu należało pogorszyć sytuację materialną społeczeństwa angielskiego w ogóle, czyli „zradykalizować” szeroką opinię angielską.

Należało wreszcie uczynić próbę złamania rosnących w Europie prądów „reakcyjnych” i wywołać zamęt rewolucyjny. Strajk węglowy w Anglii miał być początkiem.

Korzyści dla żydostwa ze strajku w Anglii

Korzyści gospodarcze

Strajk węglowy tak podziałał na rząd angielski, że ten zmiękł i począł ustępować nawet w sprawach znaczenia zasadniczego. Korespondent palestyński w końcu maja 1926 r. pisał:

To, co tutaj doniosę jest sprawą bardzo ważną, która będzie miała duże znaczenie dla odbudowy żydowskiego Erec Israel…

W tym tygodniu szef departamentu celnego Erec Israel, Stead, oświadczył oficjalnie w imieniu rządu palestyńskiego, co następuje: od 15 czerwca r.b. będzie zniesione cło wwozowe do Palestyny na następujące surowce: bawełnę, przędzę, jedwab, cukier dla wyrobu czekolady i cukierków, wszelkie narzędzia niezbędne do osuszania błot. Stead dodał, że wkrótce zniesie cło na wiele innych jeszcze surowców.

Jest to niezwykle ważne wydarzenie i pragnę tutaj wyjaśnić dlaczego: ekonomiści dotąd twierdzili, że w Erec Israel nie będzie mogła osiedlić się znaczna ilość ludności żydowskiej. Zaznaczali oni, że praca na roli w tym kraju nie może wykarmić wielu mieszkańców i jeżeli spodziewamy się, że dużo żydów może zamieszkać w Erec Israel, musimy starać się, aby żydzi stawiali tutaj duże fabryki. Lecz Anglia, twierdzili dalej ci ekonomiści, nie dopuści, aby w Erec Israel budowano duże fabryki. Anglia – mówili oni – nie dopuści do tego, gdyż chce, aby jej własne fabryki mogły sprzedawać tutaj, w Erec Israel, wyroby angielskie. Anglia postępuje w ten sposób we wszystkich swoich koloniach. Nie dopuszcza nigdzie do fabrykacji i nie dopuści również do tego w Erec Israel.

Tak twierdzili ekonomiści i do tego czasu, niestety, mieli słuszność. Myśmy tutaj w Erec Israel byli z tego powodu zrozpaczeni. Anglia dotąd prowadziła w Erec Israel taką politykę celną, że śmieszne było mówić o tworzeniu w Erec Israel poważnych dużych fabryk…

Mało było nadziei, aby pod tym względem zaszły jakieś zmiany. Wiedzieliśmy bowiem, że tu jest kamień węgielny polityki kolonialnej Anglii, aby w jej koloniach nie dopuszczać do żadnej fabrykacji. Prawda, prowadziliśmy tutaj niezwykłą walkę o to. Kto nie jest obznajmiony z „kulisami” tej walki, nie może wiedzieć, jaką olbrzymią energię i jakie wysiłki zastosowano tutaj względem władzy angielskiej. Walka musiała być prowadzona bardzo ostrożnie, aby nie dotarły o tym przedwcześnie wiadomości do gazet. Doszło do tego, że angielscy fabrykanci włókienniczy z Lankshire, dowiedziawszy się o tym, zwrócili się do rządu z memoriałem…

Anglia postanowiła zmienić swoją politykę celną i pomóc żydom rozwinąć fabrykację w Erec Israel. Najważniejszy krok już uczyniła. Zniesienie cła na bawełnę, wełny i jedwabie, jest najlepszą oznaka, że Anglia zamierza poważnie i prawdziwie budować żydowską siedzibę narodową. Bowiem właśnie gałąź manufaktury jest najważniejszą dziedziną angielskiego przemysłu i jeżeli Anglia tutaj ustąpiła, to jest to wydarzeniem najważniejszym… – „Hajnt” nr 134, 13 VI 1926 – „Anglia zniosła cło na bawełnę, przędzę… i inne surowce w Erec Israel”, S. Pietruszka, Tel Awiw, 30 maja 1926 r.

Korzyści polityczne

Ale korzyści, które zyskali żydzi, nie ograniczyły się tylko do ustępstw gospodarczych. Podczas wyborów w dniu 30 maja 1929 r. partia narodowa, czyli konserwatywna uzyskała już tylko 252 mandaty. Wiekszość, mianowicie 287 mandatów, zdobyła partia pracy fizycznej, tak zwana „labour party”, a raczej „party of fisical labour”.

Kierownictwo rządu w Anglii w czerwcu 1929 r. objął już Ramsay MacDonald, o którym organ syjonistyczny w Warszawie znacznie wcześniej, bo w grudniu 1923 r., doniósł:

Żydzi mają w MacDonaldzie takiego samego gorącego przyjaciela jak w Lloyd Georgeu. Jest on tak samo obrońcą narodowej siedziby żydowskiej. Sam był w Palestynie i w mistrzowski sposób opisał swe wrażenia, broniąc żydów i polityki syjonistycznej. – „Nasz Przegląd”, nr 258, 14 XII 1923 r. – „Ramsay MacDonald”.

A właśnie partia pracy fizycznej z partią liberalną, której jednym z widomych przywódców jest Dawid Lloyd George, tworzyły w wyniku wyborów w maju 1929 r. większość w parlamencie angielskim. Słowem, strajk węglowy z 1926 r., nawet bez ponowienia go w roku następnym, uwolnił czynniki żydowskie od upioru rządów konserwatywnych w Anglii.

Przyjaźń Ramsaya MacDonalda i to jego żydowskie nastawienie umysłowe nie były widocznie dla czynników żydowskich dostateczne. Organ syjonistyczny w czerwcu 1929 r. doniósł:

Miss Rosenberg jest już z górą sześć lat sekretarką prywatną Ramsaya MacDonalda… Miss Rosenberg jest żydówką z Brok-Line. Jej rodzice jeszcze mieszkają w tej okolicy… W 1918 r. wzięto ją do sztabu partii robotniczej. Odznaczyła się w swojej pracy i w 1919 r. przyjęto ją do ogólnego sztabu parlamentarnej partii robotniczej. Kiedy MacDonald w 1923 r. stał się przywódca opozycji w parlamencie, gdyż robotnicy wówczas mieli już więcej posłów niż liberałowie, mianował ją swoją prywatną sekretarką. MacDonald jest, widocznie, bardzo zadowolony z jej pracy.

Miss Rosenberg oświadczyła w wywiadzie, że praca parlamentarna ją zachwyca i jest bardzo zadowolona, że znów może pracować przy ulicy Downing Street nr 10… – „Hajnt”, nr 136, 19 VI 1929 r. – „Miss Roza Rosenberg – żydowska sekretarka angielskiego premiera ministrów”.

Donosząc o dojściu do władzy gabinetu Ramsaya MacDonalda i zaznaczając, że gabinet ten nie posiada zbyt wielkiej liczby żydów, korespondent londyński syjonistycznego dziennika w Warszawie pisał:

Ważniejszym od bezpośredniego udziału w rządzie jest intelektualny wpływ kilku żydów w polityce partii robotniczej. Jedną z najpotężniejszych i najwpływowszych sił, bez wątpienia, jest Laski, profesor ekonomii politycznej, ostry mózg, który jest jedną z intelektualnych głów partii robotniczej. Jest on synem znanego działacza żydowskiego, Natana Laskiego,z Manchester – szwagra dr. Gastera… – „Hajnt”, nr 139, 23 VI 1929 r. – „Nowy rząd angielski i jego stosunek do spraw żydowskich”, Jakub Mertel, Londyn.

Dr Mojżesz Gaster – w jego mieszkaniu w Londynie w dniu 9 lutego 1917 r. odbyła się konferencja wodzów światowego żydostwa w sprawie podstaw późniejszej – z dnia 2 listopada 1917 r. – deklaracji Balfoura.

Końcowa uwaga

Strajk węglowy w Anglii i stosunek do niego czynników żydowskich przytoczono tutaj jako przykład. A z reguły dzieje się tak samo z każdym innym strajkiem w każdym innym kraju…

xxx

O co więc chodzi w tym strajku rolników i nie tylko ich, bo zaczynają ich popierać inne grupy zawodowe? Pojawia się też groźba strajku powszechnego. Nie mam wątpliwości, czyja to jest robota, ale niczego nie można udowodnić. Pozostaje więc powrót do przeszłości, do czasu pierwszej Solidarności z lat 1980-1981. Tamte strajki wywołali ci sami, którzy robią to dziś. Jesienią 1981 roku nastąpiło ich zintensyfikowanie i radykalizacja żądań. W końcowej części działacze Solidarności, a raczej prowokatorzy, nie chcieli już rozmawiać z władzą, tylko dążyli do strajku generalnego. To oczywiście dało pretekst Jaruzelskiemu do wprowadzenia stanu wojennego. Tłumaczono to nie tylko groźbą sparaliżowania państwa, ale również koniecznością uniknięcia radzieckiej interwencji, co mogło doprowadzić do poważnego konfliktu z Zachodem. „Wejdą, nie wejdą?” – to pytanie było wtedy na porządku dziennym. Nikt wówczas nie zwrócił uwagi – z tych, którzy bali się tego – że oni wcale nie musieli wchodzić, bo byli tu od 1945 roku i mieli dostateczną ilość wojska, by rozpędzić cały ten solidarnościowy burdel. Mam tu oczywiście na myśli tych prowokatorów, a nie naiwnych ludzi, do których również się zaliczałem. Chodziło jednak o to, by po wprowadzeniu stanu wojennego móc w spokoju, bez przeszkód przygotowywać się do zmiany ustroju.

W wywiadzie (Oriana Fallaci Wywiad z władzą, Świat Książki 2016), który przeprowadziła Oriana Fallaci z Mieczysławem Rakowskim w marcu 1982 roku mówi on:

(…) Najgorętsze głowy należały do regionu Mazowsze, na peryferiach Warszawy. Kompletnie im odbiło. Dwudziestego ósmego listopada, kiedy Jaruzelski poprosił przywódców „Solidarności” o przerwanie strajków, bo w przeciwnym razie wprowadzi ustawę antystrajkową, odpowiedzieli mu śmiechem. Powiedzieli mu: „Skoro rząd chce ogłosić ustawę antystrajkową, będzie strajk”. Wyznaczyli go na 17 grudnia. Nie mam żadnych wątpliwości, że 17 grudnia doszłoby do walki zapowiedzianej w Radomiu. Do walki i wzajemnej masakry. Wojny domowej. Tak więc jedynym wyjściem, poza wprowadzeniem stanu wojennego, było poddać się i pozwolić, by wszystko zniszczono. Wszystko. Podstawy państwa. Niech mi pani wierzy.

Nie, nie wierzę panu, ponieważ to niemożliwe, żeby tak skomplikowana i trudna operacja, jaką było zdławienie rewolucji, została przygotowana w niecałe dwa tygodnie.

Nawet mniej, czy pani wierzy, czy nie. Musi pani wziąć pod uwagę, że plan wprowadzenia stanu wojennego leżał zamknięty w sejfie od lipca 1944 roku, czyli od powstania naszego państwa. Był stale odnawiany, ponieważ nasza konstytucja nie przewidywała niestety stanu wyjątkowego. Właśnie dlatego wszystko było gotowe, kiedy 11 grudnia po południu Jaruzelski wezwał mnie do swojego biura.

x

Pojawia się więc pytanie, czy ten scenariusz nie jest powoli ponownie wprowadzany? Jakieś mam takie przeczucie, że ci najlepsi scenarzyści i reżyserzy są już trochę zmęczeni i nie chce się im wymyślać niczego nowego. Bo i po co? Skoro plan wprowadzenia stanu wojennego leżał zamknięty w sejfie od 1944 roku, to czy on nadal tam nie leży i nie jest na bieżąco aktualizowany? Jak dokonać masowego poboru do wojska pod pozorem konieczności wysłania go na Ukrainę? Stan wojenny czy wyjątkowy zawiesza wszelkie prawa. Wystarczy, że strajk rolników zacznie się rozprzestrzeniać i radykalizować, a jednocześnie ruszy rosyjska ofensywa na Ukrainie, to pretekst do wprowadzenia takiego stanu gotowy. A Putin jest przecież na smyczy tych, którzy naprawdę rządzą. Wtedy trwało to rok i cztery miesiące. Podejrzewam, że jeszcze nie są w pełni przygotowani i nie tak od razu do tego dojdzie. Wszystko jednak, w moim odczuciu, zmierza w tym kierunku. Wojna za wschodnią granicą i masowe strajki w Polsce to prosta droga do realizacji scenariusza z 1981 roku.

Oprócz stanu wojennego mieliśmy też zamach majowy w 1926 roku. Pretekstem do jego dokonania była anarchia sejmowa i niemożność utworzenia stabilnego rządu. No i znalazł się „mąż opatrznościowy” i zrobił porządek. A jak to było z tą anarchią sejmową? O tym pisałem w blogu „Kryzys przysięgowy”:

ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL- „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.

Tu już nic nie trzeba dodawać. Tu jest po prostu opis tajnej organizacji, ale też można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że skoro Piłsudski, za pośrednictwem swoich tajnych współpracowników, miał pod kontrolą partie polityczne, to i on był odpowiedzialny za to szerzenie się partyjniactwa i anarchię sejmową, z którymi to zjawiskami „walczył” i w tym celu dokonał zamachu stanu.

Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A.

W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.

19 II 1919 została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.

x

Informacje o Organizacji A i POW pochodzą z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970). Piłsudski poprzez te organizacje miał władzę nieograniczoną. Tak więc powstanie wielkopolskie i powstania śląskie nie były jakąś oddolną inicjatywą czy spontanicznym wybuchem, tylko znacznie wcześniej zaplanowanymi działaniami. Gdy jeszcze do tego doda się fakt, że legionowi kombatanci zajmowali w tym „odrodzonym” państwie szereg ważnych stanowisk, to już będziemy mieli pełny obraz, czym była Sanacja.

Jeśli więc fala strajków, która przelała się ostatnio przez Polskę, będzie powracać, zataczać coraz szersze kręgi i nastąpi eskalacja żądań, to będzie to oznaczać, że władza szykuje się do podjęcia radykalnych kroków, co będzie oznaczać wprowadzenie stanu wojennego czy wyjątkowego.

Odpowiedzialność

Ostatnio Paweł Kowal (PO), pełnomocnik rządu ds. odbudowy Ukrainy, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że Ukraińcy nie ponoszą odpowiedzialności za rzeź wołyńską, ponieważ nie było takiego państwa jak Ukraina. Były to tereny II RP i to była wojna pomiędzy jednymi obywatelami tego państwa a drugimi, którzy mieli różne pochodzenie etniczne. To była wewnętrzna sprawa II RP. Tak to komentował na kanale „Jarosław szuka kłopotów” Jarosław, który tworzy ten kanał. Przeprowadził on sondę uliczną i poprosił o krótki komentarz Macieja Maciaka z kanału „Musisz to wiedzieć”.

Maciak stwierdził, że były to spory narodowościowe podsycane z zewnątrz, ale nie sprecyzował, kto podsycał. Powiedział też, że Kowal nie jest w stanie zamazać tego, co stało się na Wołyniu. Chociaż różnie bywa, np. zbrodnia ponarska, gdzie Litwini wymordowali 100 tys. obywateli polskich, cywili – ta zbrodnia została wytarta ze świadomości Polaków i o niej z premedytacją nie mówi się. Więc być może Kowal nie jest na przegranej pozycji. I być może uda się im kłamstwo wołyńskie przeforsować.

Tu mamy, odbiegając na chwilę od głównego wątku, przykład klasycznej dezinformacji w wykonaniu Maciaka, choć prawdą jest, że ta zbrodnia nie funkcjonuje w świadomości Polaków. Dlaczego tak się stało? Dlaczego ta zbrodnia jest zamilczana? Ponary to podwileński, położony na wzgórzach, przystanek kolejowy. Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkocząc seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub więcej wyraźne postukiwania strzałów.

Początkowo w kraju, tak nasyconym wojną i wojną, nie zwracano zbyt wielkiej uwagi na strzały, które bez względu na kierunek skąd pochodziły, wplątały się już były w normalny poszum lasu, nieomal jak rytm znajomy deszczu, bijący jesienią o szybę.

Niektórzy twierdzili, że w Ponarach wymordowano tylko 80 tysięcy Żydów. Inni, że 200 tysięcy do 300 tysięcy! Naturalnie ustalić nie można było. Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców miasta Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

No i mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego o tej zbrodni tak cicho. W 1940 roku powstało bolszewickie „przedsiębiorstwo”, które otoczono mocnym płotem i drutem kolczastym. Czyli nie żadne przedsiębiorstwo tylko obóz zagłady, zlokalizowany w pobliżu linii kolejowej. I ten obóz zagłady wybudowali bolszewicy, czyli Związek Radziecki nazistom, czyli III Rzeszy. No proszę! Jaka piękna współpraca! Tak samo jak obecnie na Ukrainie Rosja współpracuje z NATO, czyli z Zachodem.

Wracajmy na Wołyń. Co tam się tak naprawdę stało? Na końcu tego filmiku prowadzący pyta: Czy jest jakieś państwo, które odpowiada za rzeź wołyńską? Czy jest to właśnie Ukraina i powinna przeprosić? Czy jest to Generalne Gubernatorstwo i nieżyjący już Hans Frank? Czy może Polska, a może Putin?

Odpowiedź jest prosta. Państwa polskiego wtedy nie było. Na tym terenie rządzili Niemcy i to oni pozwolili na to, by do tej zbrodni doszło. Dlaczego pozwolili? Prawdopodobnie otrzymali taki rozkaz. Od kogo?

Co my wiemy o Wołyniu?

  • województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku 2 mln ludzi: 70% – Ukraińcy, 15% – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy; około 1/3 ludności polskiej mieszkała w miastach
  • ludność Wołynia była w większości zrutenizowana i prawosławna, a ludność napływowa to Ukraińcy z Galicji
  • spośród czterech województw południowo-wschodnich województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej
  • rząd sanacyjny wspierał i sponsorował paramilitarne szkolenie młodzieży ukraińskiej, głównie w masowych organizacjach „Łuh” i „Sokił”; tylko w legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców
  • oficjalnie Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze „Łuh”, działając głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych
  • w Małopolsce Wschodniej wyszkolono więc za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej
  • 11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim;
  • była to akcja przygotowana i zaplanowana; przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich; na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków
  • UPA to formacja zbrojna Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, utworzona przez frakcję banderowską tej organizacji pod koniec 1942 roku. Oznacza to, że nie mogła ona w tak krótkim czasie, czyli około pół roku, stworzyć tak licznej i sprawnej formacji, by przeprowadzić taką skomplikowaną pod względem logistycznym i wojskowym operację. Taka formacja była już gotowa. Dzięki eksperymentowi wołyńskiemu wyszkolono i wyposażono formacje paramilitarne, które przekształcono później w UPA.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogoś innego.

Eksperyment wołyński przeprowadzono w latach 1928-38. O co w nim chodziło? Najbardziej lapidarnie można to ująć tak: wszystko dla Ukraińców, nic dla Polaków. Więcej o tym w blogu „Eksperyment wołyński”. Czy to się komu podoba, czy nie twórcą UPA był Piłsudski, bo po 1926 roku nic w tym sanacyjnym syfie nie działo się bez jego zgody. Czy mordowano ludność polską? Po części pewnie tak, ale prawdopodobnie więcej wymordowano ludności ukraińskiej, bo na krótko przed wojną przeprowadzono na Wołyniu akcję zachęcającą ludność prawosławną do przechodzenia na katolicyzm. Czy to właśnie nie dlatego jest taki opór władz ukraińskich przed ekshumacją? No bo może okazałoby się, że mordowana była w większości ludność prawosławna.

Konflikt i wrogość jest tylko wtedy, gdy obowiązuje narracja, że źli Ukraińcy mordowali Polaków i to jeszcze bestialsko. Dlaczego? Przecież mieli broń? Może właśnie po to, by ta nienawiść między narodami była jeszcze większa. A na czym najłatwiej budować konflikt? Na emocjach. I jakoś tak się dziwnie składa, że ludobójstwo w Rwandzie w 1994 roku przebiegało podobnie. Tam też, pomimo że strona mordująca miała broń, to używano maczet i podobnych narzędzi. O tym w blogu „Ludobójstwo”. W jego zakończeniu pisałem:

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię społeczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

Rozum

W 2005 roku na jakiejś amerykańskiej stronie natrafiłem na pewną refleksję, która utkwiła mi w pamięci, nie tylko ze względu na myśl w niej zawartą, ale również dlatego, że została ona trafnie zobrazowana. Poniżej jej treść:

Reason is man's means of survival.
Reason is man's only means of knowing reality, upon which his survival in reality depends.
Whether man is alone on a desert island, scurrying around with a pack of savages, or living in a city of billions: man must think – and then act on his thinking, if life is his goal.
Źródło: Wikipedia.

To obraz „Geograf” Jana Vermeera, ukończony w 1669 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Portrety naukowców były częstym motywem XVII-wiecznego holenderskiego malarstwa. Jako pierwszy uczonego wśród naukowych przyrządów namalował ok. 1630 Rembrandt. Później temat ten był podejmowany przez jego uczniów oraz innych malarzy, którzy go spopularyzowali. Vermeer wpisywał się w ten trend, portretując astronoma i geografa. Obraz Astronom jest bardzo zbliżony do Geografa i wielokrotnie oba płótna były sprzedawane razem. Oba przedstawiają mężczyznę o kręconych włosach i ubranego w długą, obfitą szatę, być może Antonie van Leeuwenhoeka. Badacze wskazują na widoczne podobieństwo między ryciną Rembrandta, przedstawiającą Fausta a Geografem.

x

Kiedy więc zobaczyłem po raz pierwszy ten obraz, to od razu pomyślałem sobie, że niemożliwe okazało się możliwe, czyli namalowanie myślenia, a więc pośrednio rozumu. O tym, że rozum, a raczej jego wykorzystanie, jest podstawą ludzkiego działania, dobrze wiedzą Żydzi. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Światowa polityka żydowska (1934) w rozdziale Judaizm, czyli systemat „kawałów żydowskich” pisał:

Żydostwo – w dążeniu do urzeczywistnienia swoich podstawowych zadań – nie może obyć się bez pomocy narodów rdzennych, a ta pomoc z ich strony jest trudna do uzyskania, bo polega na naruszeniu ich najżywotniejszych interesów.

Pomocy tej nie może przeto żydostwo uzyskać drogą prostą, ale tylko okólną – przez rzucanie haseł i idei zawierających w sobie treść dwuznaczną, obliczoną na wprowadzenie w błąd otoczenia, które, idąc na ich lep, musi żydostwu ulegać i działać na jego korzyść wbrew własnym interesom.

Te hasła i idee, korzystne dla żydostwa w jego dotychczasowym bycie i szkodliwe dla reszty narodów, stanowią treść judaizmu, czyli inaczej – „kawałów żydowskich”.

Sami żydzi, rzecz naturalna, w publikacjach przeznaczonych na użytek wewnętrzny, nie negują istnienia takiego systematu, jakkolwiek nie dają mu właściwej nazwy – nazwy judaizmu.

Rozpatrując znaczenie dwóch największych, jak stwierdza autor (dr J. Thon – przyp. W.L.), zdobyczy w historii żydowskiej w ciągu ostatnich 2 tysięcy lat – tzw. deklaracji Balfoura i tzw. traktatu o mniejszościach – i wskazując, że żydom udało się wyzyskać formułkę oficjalną Woodrowa Wilsona o „samostanowieniu narodów”, pomimo że właściwie żydów, jako narodu rozproszonego, bezterytorialnego, ta formułka nie powinna była dotyczyć, dr Jehoszua Thon w końcu 1928 r. tak pisał:

Otóż w tej właśnie sprawie żydom wypadło, ma się rozumieć, tylko instynktownie, zupełnie nieświadomie – uczynić „kawał żydowski”.

Kawałów żydowskich” było na świecie bardzo, bardzo dużo, poczynając od X przykazań naszego nauczyciela Mojżesza, a kończąc kawałami czasów naszych. Utrzymuję tylko, że wszystkie te kawały pracowały najmniej dla nas. One były w istocie zupełnie kosmopolityczne, rzekłbym nawet: „kosmiczne”. Inne narody, silne, bardzo często „kawał żydowski” wykorzystywały, ale nam one mało korzyści przynosiły. Tym razem jednak ten kawał żydowski, przynajmniej teoretycznie, był akurat na naszą korzyść. Myśmy – jak mam to rzec? – podpowiedzieli światu interpretację, która była bardziej odpowiednia dla naszych potrzeb. Myśmy wnieśli różnicę między „narodem” a „państwem”, prawie żeśmy niejako te dwa pojęcia sobie przeciwstawili i „wszechwładzę” państwa ograniczyli na rzecz narodu… – „Hajnt”, Warszawa, nr 274, 23 XI 1928 r. – „10 lat historii żydowskiej”, dr Jehoszua Thon.

Autor, rzecz naturalna ze względów zrozumiałych, uważa za wskazane podkreślić na wszelki wypadek, że te kawały „pracowały jak najmniej” dla… żydów, a więcej przynosiły korzyści narodom rdzennym…

O tych „korzyściach” chyba najlepiej sądzić mogą narody rdzenne, które odczuwają na sobie ich skutki…

Czy choćby judofobia, która towarzyszy żydostwu we wszystkich krajach od zarania historii żydowskiej, nie jest dowodem, jaką „korzyść” wyciągają narody rdzenne z „kawałów żydowskich”?

Na istnienie tych „kawałów” i na posiłkowanie się nimi przez żydostwo wskazują również – prócz wyżej przytoczonego – także inne świadectwa działaczy żydowskich, jakkolwiek nie wyrażają się one tak otwarcie, tak jasno, jak uczynił to dr Jehoszua Thon.

My idziemy bez żołnierzy i bez armatpisał w 1927 r. Apolinary Hartglas, działacz żydowski z terenu Polski, gdy omawiał walkę żydowską o urzeczywistnienie ideałów syjonistycznych nie posiadamy żadnych wyspecjalizowanych oficerów, nie bijemy i nie zabijamy, nie idziemy siłą pięści, lecz siłą duszy i ludzkiego rozumu, aby zdobyć nasz kraj.

I jeszcze jeden środek materialny, poza materiałem ludzkim, posiadamy, a tym jest pieniądz– „Hajnt”, Warszawa, nr 78, 1 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”. A. Hartglas, część I.

Ale wszak ideał syjonistyczny nie ogranicza się do zdobycia Erec Israel.

Erec Israel – pisał tenże autor dalej – jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli tworzyć większość ludności o silnej warstwie pracowników na roli i włościan, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Israel będzie się rozwijała kultura żydowska we wszystkich krajach golusa, gdzie jeszcze pozostali – lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydowskiego rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Israel… – „Hajnt”, Warszawa, nr 79, 3 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”, A. Hartglas, część II.

Już z przytoczonych wyżej wywodów Apolinarego Hartglasa – wywodów, ma się rozumieć, ogólnikowych – wynika, że środki walki żydostwa o urzeczywistnienie ideałów żydowskich polegają przede wszystkim na sile rozumu, a więc na różnych koncepcjach myśli żydowskiej, które ułatwiają poddanie otoczenia wpływom żydowskim.

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

Prócz tego środkiem walki – w myśl wywodów Apolinarego Hartglasa – jest umiejętne stosowanie wobec swego otoczenia czynnika ekonomicznego, stanowiącego również „kawał żydowski” i polegającego na podsunięciu narodom rdzennym obecnie istniejącej budowy gospodarczej, która umożliwia żydostwu ograbienie ich z pieniądza.

Nieco konkretniej o charakterze tych środków walki, stosowanych przez czynniki żydowskie w zwalczaniu napotykanych przez siebie przeciwności, wypowiedział się prezes Organizacji Syjonistycznej w Stanach Zjednoczonych, Louis Lipski, na XIV Kongresie Syjonistycznym w Wiedniu (sierpień 1925 r.), gdy brał w obronę kierownictwo Światowej Organizacji Syjonistycznej z dr. Chaimem Weizmanem na czele przed niesłusznymi zarzutami ze strony opozycji, jakoby odbudowa żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie nienależycie posuwała się naprzód.

Absurdem jest – mówił na posiedzeniu owego kongresu w dniu 20 sierpnia 1925 r. – obciążać kierownictwo małostkową krytyką, skoro zewnętrzne trudności polityczne krzyżują jego działalność. Są sprawy na koncie długu kierownictwa, ale ileż to ich należałoby przenieść na konto ociągań biurokratycznych, ociężałości działalności rządowej, w wyniku walki interesów politycznych oraz ciemnych wpływów wrogich sił. Wyliczenie błędów jest częstokroć wyliczeniem zewnętrznych trudności, które przez nas muszą być przezwyciężane, głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej… – „Kongresszeitung”, Wien, Organ des XIV Zionisten-Kongresses, nr 4, 23 VIII 1925 r., na str. 3, w języku niemieckim, wydanie dla Polski.

Autor użył wyrażenia – „siły ekonomicznej i społecznej”…

Jak należy rozumieć to wyrażenie – „trudności, które przez nas muszą być przezwyciężone głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej”?

Chyba w tym sensie, że koncepcje i idee, wytworzone przez żydostwo w dziedzinach – politycznej, gospodarczej i kulturalnej, silniej w danym momencie puszczone w ruch przez czynniki żydowskie w łonie narodów rdzennych, działają na te narody tak osłabiająco, że tracą one wreszcie zdolność do oporu wobec wymagań żydowskich.

Hasła „wolności” i „równości” – w razie silniejszego ich zastosowania – doprowadzają do upadku rządów. Oto dziedzina polityczna.

Strajki ekonomiczne, zastosowane przez przywódców żydowskich wśród rdzennych warstw robotniczych na tle idei – „walki klas” i „wspólnoty” wszystkich dóbr na świecie – decydują w większości wypadków o takim lub innym postępowaniu rządów, tym więcej, że giełdy będące wszędzie w posiadaniu żydowskim, odpowiednio reagują. Oto znowu dziedzina ekonomiczna i polityczna.

Takie lub inne oświetlenie przejawów życia w prasie, broszurach, literaturze itd., a więc w dziedzinie kulturalnej, wpływa na poglądy i na nastroje szerokich mas, a tym samym na zachowanie się rządów.

Tu kryją się właśnie te „siły”, o których mówił Louis Lipski. Oparte na koncepcjach myśli żydowskiej, na „kawałach żydowskich”, stanowią istotę judaizmu.

x

Można powiedzieć, że autor „wyłożył kawę na ławę”, ale nie do końca. W pewnym momencie zadaje pytanie:

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

No, ale w tym momencie wypadałoby zadać sobie pytanie, skąd bierze się ten spryt, a przede wszystkim rozum żydowski? Czy są to jakieś moce nadprzyrodzone? Odpowiedź na to dał Bolesław Prus w swojej powieści „Lalka”. W pewnym momencie Szlangbaum mówi do Wokulskiego:

„U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko robi się przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość.”

Można oczywiście strajkować, jak ostatnio rolnicy, ale strajkując, rozum nie jest zajęty. U Żydów wszystko przez mądrość i cierpliwość. Wszelkie strajki to żydowska pułapka. Oni robią wszystko, by mieszać ludziom w głowach. Od tego mają media, te wielkie i te mniejsze typu Myśl Polska czy Klub Inteligencji Polskiej, czy wiele innych. Edukacja wszelkich szczebli jest przez nich kontrolowana, gospodarka, administracja państwowa, sądy, kultura – wszystko. A więc jest to nasza rzeczywistość, nasza dżungla, w której, jeśli chcemy przetrwać, musimy używać naszego rozumu, jeśli zależy nam pełniejszym, bardziej świadomym życiu.

I warto jeszcze pamiętać o aforyzmie Blaise Pascal’a: „Le cœur a ses raisons que la raison ne connaît point”, czyli „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna (nie rozumie). W języku francuskim jest to gra słów, bo te „raisons”, czyli racje, wymawia się tak samo jak „raison” czyli rozum. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że Żydzi grają na naszych emocjach i robią wszystko byśmy nie odwoływali się do rozumu. I to według mnie jest początek. Droga długa, wymagająca cierpliwości i mądrości, ale to można w sobie wypracować. Jak ktoś chodzi na siłownię, to rozwija mięśnie, jak ktoś ma rozum zajęty, to go rozwija. Więc to nie jest tak, że tylko Żydzi mogą mieć rozum.

Scenariusz

Od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że jej celem jest odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Scenariusz, w który przytłaczająca większość ludzi nie chce uwierzyć. Jednak z rzadka pojawiają się opinie czy wypowiedzi, które, wprawdzie nie wprost, ale pośrednio sugerują, że takie zakończenie konfliktu jest możliwe. Na stronie internetowej Myśli Polskiej pojawił się artykuł Korab-Karpowicz: Czy zagraża nam Rosja? Poniżej jego końcowy fragment:

Mówiąc krótko, Rosja nie ma interesu w dalszych podbojach i w wojnie, gdyż taką wojnę z NATO by sromotnie przegrała. Może się co najwyżej skutecznie bronić. Rosjanie są motywowani przede wszystkim chęcią własnego bezpieczeństwa i obrony, a więc nie należy się spodziewać dalszego rozszerzenia konfliktu zbrojnego poza Ukrainę, jak długo w tym nie pomożemy i ich nie sprowokujemy. Gdyby jednakże do takiej wojny doszło, to najbardziej poszkodowana byłaby Polska, przez którą przebiegałby główny teatr wojenny, dlatego szczególnie nam powinno jak najmniej na niej zależeć. Powinniśmy raczej zachować wielką powściągliwość, niż do wojny nawoływać i ją wspierać. Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie? Jest jeszcze wiele innych dylematów, które mogą się pojawić w przypadku załamania obecnego ładu w Europie. Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.

Julian Korab-Karpowicz jest profesorem na Anglo-Amerykańskim Uniwersytecie w Pradze. Wykładał na wielu uczelniach w Polsce i za granicą. Specjalizuje się w filozofii polityki i teorii stosunków międzynarodowych. Opracował dwa projekty pokoju: dla Korei i Izraela. Jest autorem często cytowanego artykułu Political Realism in International Relations (Stanford Encyclopedia of Philosophy) oraz „Harmonii społecznej” i innych książek przetłumaczonych na kilka języków.

Mamy tu bardzo wymowne zdanie:

Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie?

A więc autor sugeruje, że nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy. Czy jesteśmy więc sojusznikami, czy – nie? Bo skoro nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy, to znaczy, że sojusznikami nie jesteśmy. I co to znaczy: gdyby państwo niemieckie uległo znacznemu wzmocnieniu? Autor nie pisze o jakie wzmocnienie chodzi: militarne czy wojskowe. Niemcy gospodarczo są najsilniejszym państwem w Europie i pod względem militarnym też są chyba najmocniejsi. Więc chyba nie o to chodzi, bo tu zmiana jakościowa zajść nie może. Pozostaje więc trzecia możliwość; państwo niemieckie ulega wzmocnieniu politycznemu. To jest możliwe, gdy Stany Zjednoczone wycofają się oficjalnie, bo przecież nie faktycznie, z Europy. Wówczas na ringu pozostają dwaj gracze: Rosja i Niemcy. On więc sugeruje, że gdyby doszło do wojny Polski z Rosją, to Niemcy mogą się upomnieć o utracone terytoria na wschodzie, czyli 17 września bis i w odwrotnej kolejności: najpierw atak ze wschodu i później nóż w plecy z zachodu.

I następne zdanie:

Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.

Czyli profesor sugeruje, że Ukraina nie ma już szans na odzyskanie utraconych ziem, a to oznacza, że rozbiór Ukrainy jest nieunikniony i tylko wtedy pokój będzie możliwy. A więc ugoda perejasławska bis.

Do wojny Polski z Rosją nie dojdzie, co uzasadniałem w blogu „Szantaż”. Natomiast bardziej realny jest wariant z wysłaniem wojsk na Ukrainę. I o tym wspominał prezydent Francji. Informuje o tym Interia w artykule Macron o wysłaniu wojsk na Ukrainę. “Niczego nie można wykluczyć” Poniżej jego fragment:

»Nie ma zgody na wysłanie wojsk do Ukrainy, ale nie można wykluczyć takiego rozwiązania w przyszłości – wynika ze słów prezydenta Francji Emmanuela Macrona, które padły na zakończenie międzynarodowej konferencji na rzecz wsparcia Ukrainy.

Po spotkaniu Macron zadeklarował, że “zrobimy wszystko, co trzeba, by Rosja nie mogła wygrać tej wojny“. Nie ma dzisiaj konsensusu, by wysłać w sposób oficjalny i otwarty wojska lądowe do Ukrainy, ale w przyszłości niczego nie można wykluczyć – powiedział francuski prezydent.« 

„Makaron” nie sprecyzował, czyje to wojska lądowe miałyby być wysłane na Ukrainę. Oficjalnie nie mogłyby być to wojska NATO, bo to oznaczałoby wojnę NATO z Rosją, na co obie strony na pewno nie zdecydują się. Pozostaje więc wysłanie wojsk, które nie będą występować w charakterze wojsk NATO. I tu zapewne chodzi przede wszystkim o wojsko polskie. Ono oczywiście niczego nie zmieni i prędzej czy później dojdzie do rozmów pokojowych. W takiej sytuacji głównym winnym będzie Polska, którą jakoś trzeba będzie ukarać. Dla Niemców będzie to idealna sytuacja, by odebrać to, co oni uważają za swoje. Przy odpowiednio wykreowanym negatywnym obrazie Polski w świecie nie będzie to trudne.

W 1985 roku w Delhi wszedłem do księgarni, wziąłem z półki atlas geograficzny i otworzyłem go na mapie Europy. Na mapie Polski zostały wykropkowane niemieckie granice z 1937 roku i napis, że te ziemie są tymczasowo pod polską administracją. Wtedy to był dla mnie szok, ale uświadomiłem sobie, że inni mogą zupełnie inaczej patrzeć na ten problem. Dlatego nie mam wątpliwości, że te ziemie poniemieckie, prędzej czy później, wrócą do Niemiec.

Toczy się spór o to, czy po II wojnie światowej nastąpiło wyzwolenie czy zmiana okupanta. Dla jednych była to zmiana okupanta, dla innych – wyzwolenie. Ale jeśli było to wyzwolenie, to jakiego kraju? Bo powstało nowe państwo, które straciło swoje ziemie na wschodzie, a dostało zabrane Niemcom ziemie na zachodzie. Na te zachodnie ziemie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a dla większości Polaków z Kresów, a zwłaszcza dla tych z Kazachstanu, miejsca w tym nowym państwie nie było i do dziś nie ma. Efekt tego wyzwolenia będzie taki, że 1/3 terytorium tego państwa odpadnie, a w zamian powrócą Kresy. Czy można zatem to, co działo się na tych ziemiach, nazywać wyzwoleniem – jak chcą jedni, czy okupacją – jak chcą inni? Wydaje się, że oba określenia na sytuację powstałą po 1945 roku nie oddają istoty rzeczy. Trudno przecież nazwać wyzwoleniem stan, w którym gwarantem przynależności 1/3 ziem nowego państwa był ten, który te ziemie dał. Jeśli nie była to okupacja, to na pewno była to zależność. A w takim wypadku o niepodległości trudno mówić.

Szlachta c.d.

Pamiętam, jak kiedyś Bolesław Prus dzielił się w jednej ze swoich Kronik Tygodniowych własną refleksją. Otóż gdzieś, w jakimś zajeździe czy karczmie, odbywała się jakaś chłopska uroczystość czy spotkanie. W pewnym momencie przyjechali jacyś szlachcie i kazali karczmarzowi wyrzucić wszystkich chłopów. Podobną sytuację zaobserwował on gdzieś na terenie Austro-Węgier. I tam też w karczmie siedzieli chłopi i pojawiła się szlachta węgierska. Przywitali się z nimi i porozmawiali. Tak skrajnie różny stosunek szlachty do chłopów na Węgrzech i w „Polsce” skłania do zadania sobie paru pytań: Kim była polska szlachta? Jakie ona miała korzenie? Skąd u niej była taka nienawiść do polskiego chłopa i traktowanie go jak przedmiot? Taki stosunek do innych jest charakterystyczny dla pewnej nacji, która wcale tego nie ukrywa.

Norman Davies w książce Boże igrzysko (ZNAK, 1999) dobrze opisał zjawisko zwane szlachtą, więc dzięki temu można wysnuć pewne wnioski na temat jej pochodzenia. Poniżej wybrane fragmenty:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem Żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Sama nazwa „szlachta” jest już źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie „rodów”; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego Geschlechtsverband i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Wybór nazw herbowych jest zachwycająco niezrozumiały. Bończa (Bonifacy) to przykład jednej z wielu nazw utworzonych od imion osób. Śreniawa, Rawa czy Doliwa to nazwy miejscowości. Amadej z Węgier czy Rogala z Saksonii były nazwami importowanymi z zagranicy – podobnie jak Sas (z saskiego Siedmiogrodu) czy Prus (z Prus). Dąb i Poraj to rośliny. Aksak (po tatarsku „lis”), Lewart (lampart), Rak, Gryf, Łabędź, Świnka i Wężyk – to zwierzęta; Krzywda, Prawda, Niezgoda, Mądrostki – to nazwy wartości moralnych; Oksza (siekiera) i Łodzia pochodzą od nazw przedmiotów codziennego użytku. Kategorie tego typu można było mnożyć bez końca.

Struktura rodu herbowego pozostaje do pewnego stopnia zagadką. Szczegółowe badania nie doprowadziły do ustalenia żadnej stałej zasady przynależności. Dawna teoria więzów krwi została wprawdzie zdyskredytowana, ale nie zastąpiono jej żadną inną. Członkowie tego samego rodu zazwyczaj walczyli obok siebie ramię w ramię, wspólnie tworząc podstawowe jednostki feudalnej armii. Na poparcie hipotezy, która podkreśla ten właśnie aspekt, można przytoczyć takie nazwy, jak Dołęga czy Doliwa, które wyraźnie wywodzą się z okrzyków bojowych. Badania szły także w kierunku ustalenia patronów – utworzono termin „ród klientarny”. Czasami król pełnił rolę „osoby wprowadzającej”, przypisując nowych rycerzy do wybranych przez siebie rodów. Czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich przyjaciół i krewnych do własnego rodu. Patronat nie był tu w każdym razie bez znaczenia.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swoich racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeżeli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych oskarżeń podających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król i jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

Podczas gdy proces wyłaniania się szlachty jako odrębnego stanu społecznego był już zaawansowany za czasów panowania Kazimierza Wielkiego, proces umacniania i kodowania jej przywilejów prawnych trwał jeszcze przez co najmniej dwieście lat. Na przestrzeni całego minionego okresu królowie polscy nadawali immunitety poszczególnym rycerzom i przedstawicielom duchowieństwa, zwalniając ich od poszczególnych podatków lub od obowiązku stawiania swych poddanych przed sądem królewskim. Ale już od końca XIV w. podobne ustępstwa na rzecz szlachty egzekwowały nie jednostki, lecz cały stan, żądający jednakowych praw dla wszystkich swych członków.

Okresy kryzysów – w czasie wojny lub przed kolejną sukcesją – dawały szlachcie dobrą okazję do przetargów. Raz uzyskane zdobycze rzadko wypuszczano z rąk. W 1374 r. Ludwik Węgierski, chcąc zagwarantować sobie sukcesję swojej córki Jadwigi, na mocy Statutu koszyckiego zwolnił szlachtę od wszelkich dotychczasowych świadczeń z wyjątkiem poradlnego z gruntów kmiecych w wysokości 2 groszy od łana oraz zredukował do jednej szóstej taryfę podatków nakładanych na dzierżawców należących do stanu szlacheckiego.

2 października 1413 r. przyjęto w Horodle nowe warunki unii Polski z Litwą, rozszerzając przywileje szlachty polskiej na litewskich bojarów. Czterdzieści siedem polskich rodów herbowych otwarło bramy na przyjęcie litewskiej szlachty. Przywileje nadane w r. 1422 w Czerwińsku, w r. 1430 w Jedlni i w 1433 w Krakowie dowodzą, że troska Władysława Jagiełły o przyszłość synów stopniowo brała górę nad jego niechęcią do neminem captivabimus – zasady odpowiadającej angielskiemu habeas corpus i chroniącej dobra oraz osobę szlachcica przed konfiskatą i aresztem, dopóki w jego sprawie nie zapadnie wyrok sądowy.

W 1454 r., podczas drugiej wojny z Krzyżakami, Kazimierz Jagiellończyk przyjął w Nieszawie żądania szlachty, aby nie nakładano żadnych podatków ani nie zwoływano pospolitego ruszenia bez zgody nowo powstałych ziemskich sejmików szlacheckich. W 1496 r. w Piotrkowie, podczas przygotowań do swojej fatalnej w skutkach wyprawy do Mołdawii, Jan Olbracht przyznał szlachcie monopol na użytkowanie ziemi. W pięć lat później (1501) jego brat Aleksander spróbował użyć senatu jako narzędzia do ukrócenia roszczeń szlachty. Na mocy przywileju mielnickiego zadekretował, że senatorzy mogą podlegać jedynie równym sobie rangą. Ale sejm wkrótce znalazł okazję do zemsty. Konstytucja Nihil novi, uchwalona w Radomiu 14 czerwca 1505, anulowała przywilej mielnicki, ustalając równouprawnienie izby poselskiej i senatu w kompetencjach ustawodawczych oraz zarządziła, że „nic nowego nie może być postanowionym” bez zgody obu izb sejmu. Odtąd prawodawstwo pozostawało pod ścisłą kontrolą szlachty. Slogan „nic o nas bez nas” pozostawał podstawową zasadą „demokracji szlacheckiej”.

Supremacja szlachty w dziedzinie prawodawstwa była przez nią wykorzystywana dla zapewnienia sobie dalszej przewagi nad resztą społeczeństwa. Nie zadowalając się najróżniejszymi przywilejami oraz, praktycznie rzecz biorąc, monopolem w zakresie własności ziemskiej, zarządzania i administracji, a także uprzywilejowaną rolą w życiu politycznym kraju, szlachta zaczęła umacniać swe pozycje w dziedzinie spraw bardziej szczegółowych.

W 1496 r. ten sam sejm, który ustanowił monopol szlachty w zakresie własności i użytkowania ziemi, podjął kroki zmierzające do ograniczenia praw duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Odtąd wszystkie nominacje na wyższe urzędy kościelne były dostępne wyłącznie dla kandydatów ze stanu szlacheckiego. Wszędzie poza terenem Prus Królewskich mieszczanie musieli sprzedać ziemię, której byli właścicielami. Chłopom nie wolno było opuszczać wsi i przenosić się do miast. Począwszy od 1501 r., łańcuch ustaw coraz mocniej przykuwał chłopów do ziemi i wiązał ich z wolą pana.

  • W 1518 r. zniesiono kompetencje kompetencje sądów królewskich w zakresie apelacji w sprawach między panem a chłopem.
  • W 1550 r. zezwolono szlachcie na zakup domów na terenie miast i do ich zajmowania bez konieczności płacenia podatków miejskich, co było sprzeczne ze wszystkimi lokalnymi prawami.
  • W 1563 r., po uregulowaniu kwestii nabywania sołectw, czyli jurysdykcji wiejskiej, otwarto szlachcie drogę wiodącą do pełnej kontroli nad ludnością zamieszkującą jej majątki.
  • W dziedzinie handlu szlachtę zwolniono od opłat celnych za towary przeznaczone do jej własnego użytku.
  • Chociaż sama szlachta nie miała się zajmować handlem – statuty z 1633 i 1677 r. formalnie jej tego nie zabraniały – całe życie gospodarcze kraju było zorganizowane z punktu widzenia jej interesów.

We wszystkich konfliktach społecznych stan szlachecki miał wyraźną przewagę. Posiadał monopol na kierowanie zarówno działalnością Kościoła, jak i centralnych organów prawodawczych; stanowił element dominujący w życiu dworu królewskiego, armii i aparatu administracyjnego. W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ustalił. Z tego właśnie okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV w. Spośród nich wyłoniła się niewielka grupa szlachty, która zaczęła gromadzić w swych rękach nieproporcjonalnych rozmiarów majątki oraz zdobywać ogromne wpływy. Chociaż w zestawieniu z magnackimi rodzinami późniejszej epoki Tęczyńscy, Tarnowscy, Odrowążowie, Górkowie, Firlejowie, Szamotulscy czy Melsztyńscy byli zaledwie drobnymi płotkami, w porównaniu zresztą społeczeństwa mieli oni znaczną przewagę. Podczas gdy w epoce Piastów miasta trzymały się z daleka od interesów właścicieli ziemskich i w czasie zajadłych sporów możnowładztwa mogły przejmować rolę arbitrów lub nawet przesądzać o wyborze książąt, teraz miały zostać podporządkowane wszechogarniającym roszczeniom szlachty.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie przenikających się warstw. (…) Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych. Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy.

Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi wobec prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

Jest rzeczą charakterystyczną, że w przypadku wszystkich najbogatszych magnatów akumulacja ogromnych fortun wiązała się bezpośrednio ze sprawowaniem przez nich wysokich urzędów publicznych. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były jeszcze stosunkowo skromne i znacznie ustępowały ogromnym latyfundiom Litwy.

Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa. Pod tym względem nie mogły z Rzecząpospolitą rywalizować nawet Hiszpania czy Węgry, gdzie szlachta dochodziła do 5% ogółu ludności; Francja (1%) i Anglia (2%) stanowiły pod tym względem ostry kontrast. Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do roku 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

x

Kim tak naprawdę była ta szlachta? Co ją odróżniało od szlachty innych państw?

  • Herbów nie nadawano pojedynczym osobom, jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom, jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zwołanie i godło; polski szlachcic dzielił godło z dziesiątkami innych, którzy nie byli z nim spokrewnieni.
  • Wybór nazw herbowych niezrozumiały: od imion, od miejscowości, od nazw roślin, zwierząt, od nazw wartości moralnych. Kategorie tego typu można było tworzyć bez końca. Zadziwiająca analogia do sposobu tworzenia nazwisk frankistowskich.
  • Ród klientarny, a więc istnienie osoby wprowadzającej do rodu, np. król czy wybitni przedstawiciele szlachty.
  • „Nagana szlachecka”, czyli towarzystwo wzajemnej adoracji albo republika kolesiów.
  • 2 października 1413 roku 47 polskich rodów szlacheckich użyczyło swoich herbów litewskiej szlachcie, czyli szlachcie Wielkiego Księstwa Litewskiego.
  • Proces umacniania i kodowania przywilejów szlachty trwał około 200 lat; to okres unii personalnej, czyli panowania w Polsce Jagiellonów (1385-1569).

W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ukształtował. Z tego okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV wieku.

A skąd brała się ta ziemia?

Najistotniejszym źródłem dochodów monarchów z dynastii Jagiellonów w Polsce były dochody z dóbr królewskich – nieruchomości znajdujących się w ich bezpośrednim posiadaniu. Jagiellonowie odziedziczyli po Piastach prawo do dużych tronowych majątków ziemskich, obejmujących scaloną w 1368 roku przez Kazimierza III Wielkiego domenę, na którą składały się pola uprawne, lasy i łąki oraz kopalnie. Własne majątki Jagiellonów na Litwie stanowiące majątek ziemski stopniowo przeszły w ręce magnaterii jako darowizny, zastawy lub zabezpieczenie wydatków dostojników. Władcom pozostały dobra przejmowane po wygasłych rodach oraz majątek osobisty hospodarski finansowany z danin, ceł, myt i karczem.

Szacunkowo ocenić można rozmiar domeny królewskiej na około 30% powierzchni Królestwa Polskiego. Obejmowała ona około 300 miast i ponad 3500 wsi. Po reformie Kazimierza III Wielkiego kompleksami dóbr królewskich administrował starosta lub wielkorządca, oddając część dochodów skarbowi. Pozostała część stanowiła utrzymanie budynków publicznych i twierdz oraz administracji sądowej i policyjnej, a także dochód starosty.

Piastowska domena ulegała stopniowemu zmniejszeniu od czasów panowania Ludwika Węgierskiego, jej redukcję pogłębiły nadania i alienacje na rzecz magnatów i sojuszników z okresu panowania Władysława II Jagiełły. Do znacznego zubożenia domeny królewskiej doszło w trakcie prowadzonej przez Władysława III wojny domowej na Węgrzech w latach 1440–1444: poprzez masowe zastawy na rzecz możnych osób prywatnych finansujących węgierską politykę królewską pożyczkami, król pozbawił się posiadania znacznej części dóbr. Upadek domeny osłabił państwo, a fortuny magnackie powstawały kosztem dóbr koronnych. Jak wskazuje Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”:

Skarb koronny popadł w ruinę, z której nie miał się już nigdy podźwignąć. Na zawsze przepadł główny wspornik polityki piastowskiej, czyli zdecydowana przewaga materialna panującego nad poddanymi. W przyszłości miało być w Polsce akurat odwrotnie – bogate możnowładztwo, szczególnie duchowne, nędzarskie państwo.

Te powyższe informacje pochodzą z Wikipedii, więc nie jest to żadna tajemnica. Możemy więc wywnioskować, że potęga rodów Rzeczypospolitej wzięła się z rozkradania majątku państwa Piastów i zadłużenia Jagiellonów uwikłanych w wojny w interesie własnej dynastii. Tak się skończyła Polska.

A czy liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie?

W hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Tak pisał Jan Potocki w Rękopisie znalezionym w Saragossie.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał we wstępie:

»Język hebrajski daje wdzięczne pole do wieloznacznego wyrażania myśli. Podobnie jak inne języki wschodnie, lubuje się w obrazach alegorycznych, zastępujących ścisłe rozumowanie, a nadto właściwa pisownia jego pozbawiona jest samogłosek. Jakże łatwo więc jedno zdanie może być czytane w wieloraki sposób! Przypuśćmy na chwilę, że język polski nie posługuje się samogłoskami. Napiszemy sobie w takiej pisowni zdanie następujące: „dm zbj”. Można je przeczytać: „Odma zabija” albo „Dom zbója”, ale także „Dym zabija”, albo nawet „Adam zabija”. Jest to więc pismo, które dla piszących stylem rabinicznym, pełnym pozornych sprzeczności, jest znakomitym szyfrem.«

Prawdopodobnie liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie, bo dlaczego akurat 47, a nie 50? Po stronie litewskiej tych rodów było więcej, ale nie da się tego uściślić, bo budynek, w którym ten dokument był przechowywany, został zburzony podczas powstania warszawskiego.

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) pisze:

Wśród neofitów w państwie Jagiellonów wysunęli się na czoło pod względem wpływów i bogactw przede wszystkim nowochrześcijanie litewscy. Już za w. ks. Witolda dochodzili Żydzi na Litwie do dużych fortun. Komory celne, podatki od wódek, sól, wosk, przewozy, mostowe znajdowały się w ich rękach. Żydzi – arendarze gromadzili w swoich rękach wielkie bogactwa i nabywali posiadłości ziemskie. Wchodząc w skład warstwy ziemiańskiej, oni sami, względnie ich dzieci, przyjmowali wiarę chrześcijańską. Ponieważ szlachta litewska nie była jeszcze tak wyrobionym stanem jak w Koronie, mieli więc pozorni katolicy ułatwioną możność spełnienia woli Majmonidesa, tj. wejścia w skład przodującej warstwy narodu.

Już w wieku XVI pozorni chrześcijanie, obdarzani masowo przez władców polskich klejnotem szlacheckim, dochodzili do wysokich stanowisk. W 1510 r. obok Radziwiłłów, Ostrogskich, Ostyków, Kieżgajłów, Hlebowiczów i Sapiehów zasiadł w radzie wielkoksiążęcej neofita Abraham Józefowicz, jako podskarbi ziemski (wielki) W. Księstwa Litewskiego. Wśród jego potomków (Abrahamowiczów), spokrewnionych z najpierwszymi rodzinami polskimi (Zborowskimi) widzimy wojewodów, kasztelanów i generała artylerii litewskiej. Stanowiska starostów, stolników i krajczych były też zajmowane często przez nowochrześcijańskie rody, koligacące się drogą małżeństw ze starymi rodzinami szlacheckimi. Tak w Wielkopolsce wpływowe stanowisko zajęła wśród szlachty tamtejszej rodzina Powidzkich, wywodząca się od neofity Stefana Fiszta starosty powidzkiego i wojskiego kruszwickiego, spokrewnionego ze słynnym w dziejach rozwoju żydowskiej teologii politycznej gaonem Jakubem Polakiem, zwanym „Ojcem Talmudu”.

Czym tak naprawdę jest ta „Polska”?

„Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa.”

Tendencja wzrostu liczebności szlachty od XVI do XVIII wieku jest zbieżna z tendencją wzrostu ludności żydowskiej w Rzeczypospolitej. Czy zatem mamy do czynienia z zupełnie inną skalą liczebności ludności żydowskiej? Bo jeśli szlachta Rzeczypospolitej była w całości warstwą żydowską lub w znacznej części, to znaczy, że to było żydowskie państwo, a powstałe w XX wieku jego kolejne wersje: II RP, PRL, III RP – to też państwa żydowskie.

Zachowanie szlachty

Zalążki stanu żydowskiego powstały w wiekach XIII i XIV, chociaż instytucjonalna autonomia Żydów rozwinęła się dopiero w połowie XVI w. Przez cały ten czas trwała ich rywalizacja z mieszczaństwem oraz przymierze ze szlachtą. – Norman Davies Boże igrzysko.

Polska zaś szlachta, żywiąca dużą niechęć do niemieckiego kupca i Niemca, pożyczającego pieniądze z ochotą, zwracała się do żydów, aby od nich pożyczać środki pieniężne na zastaw swych majętności… – Adolf Nowaczyński Mocarstwo anonimowe (1921).

Ten wieczny i żadnym innym uczuciem nigdy nie przeważony strach przed „naruszeniem własności panów” przypomina mimo woli słowa Deczyńskiego: „Każdy szlachcic polski woli stracić połowę swego majątku jakimkolwiek bądź sposobem, niżeli pozwolić na to, żeby chłopi w jego wsi od odrabiania pańszczyzny wolnymi być mieli”. – Maria Dąbrowska Rozdroże (1987).

Józef Ignacy Kraszewski w książce Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799; Studia do Historii ducha i obyczaju Tom III (NapoleonV, 2015) zamieszcza relację Inflantczyka Szulca z podróży po Rzeczypospolitej w 1793 roku:

Warszawa odznaczała się zbytkiem, który zadziwiał cudzoziemców. Był to zbytek azjatycki niemal, bezładny, strumieniem płynący obok rynsztoka. Takim go maluje Szulc, obserwator dowcipny i trafny, autor powyższych obrazów. Kuchnia szczególniej była obfita, choć raczej zawiesista niż wykwintna; oprócz pieczystego, chleba i kawy, podróżny nasz nic nie chwali. Jadano pieprzno, z zaprawami ostrymi, czosnkiem i cebulą, co dla Niemca, nawykłego do słodko-mdłej kuchni, musiało być nieznośne. Wąchał tylko i wstawał głodny, dotknąć się obawiając.

I na końcu tego rozdziału:

„Polski chłop – pisze na ostatek – jest dotąd w całym znaczeniu wyrazu poddanym, niewolnikiem. Nowa konstytucja starała się jego los polepszyć – ale tu mowa nie o tym, co ma być, ale o tym, co jest. Pojedyncze wsie swobodniejszych kolonistów mały stanowią wyjątek.

Od pana zależy, jak długo zechce dawać ziemię wieśniakowi, albo mu ją na gorszą zamienić. Nic rzadkiego widzieć tych, co się lepiej mają, na gorsze przesiedlanych grunta, a znędzniałych na lepsze, aby mogli się lepiej wysługiwać. Syn nie jest koniecznym spadkobiercą po ojcu, nikt na pewno nie może liczyć na to, iż jego praca dostanie się dzieciom. Że zatem idą próżniactwo i rozpusta, nic dziwnego. Pozostaje tylko jedna namiętność – pijaństwo. Kańczug jest narzędziem, które rządzi tymi tłumami. Dwadzieścia batów okropna kara, ale w Polsce za bagatelkę po sto i sto walą.”

xxx

Czy zatem w świetle tych cytatów nie można mówić o dwóch narodach? Chyba można. W przypadku Polski mamy do czynienia ze zjawiskiem zwanym asymilacją na poziomie państwa. W przypadku asymilacji indywidualnej zasymilowany Żyd udaje kogoś innego, niż kim faktycznie jest. Asymilacja na poziomie państwa polega na tym, że państwo żydowskie udaje, że jest państwem polskim. Nazywa go Polską, Żydzi w nim mieszkający udają Polaków. Tak więc na arenie międzynarodowej postrzegane jest ono jako polskie i że to Polacy w nim rządzą. Wszelka odpowiedzialność za żydowską politykę wewnętrzną i międzynarodową, za decyzje, które podejmują, spada na Polaków, którzy o niczym nie decydują, bo nie są dopuszczani do stanowisk, na których o czymś się decyduje. Świat jednak tego nie wie. Wie tylko o tym, że Polacy są antysemitami w kraju, w którym podobno prawie nie ma Żydów.

Jeśli więc szlachta była w całości lub prawie w całości pochodzenia żydowskiego, to jak wytłumaczyć zjawisko zwane sztadlanami, czyli swego rodzaju żydowskimi urzędnikami, których zadaniem było przekupywanie posłów I RP. O tym pisałem w blogu „Sztadlani’. Jak wytłumaczyć, że konsekwencje nieudanego powstania styczniowego poniosła szlachta, czyli Żydzi. Jak uwiarygodnić posła, który był Żydem? Przyjmowanie łapówki dawało mu alibi, uwiarygodniało go, bo przecież Żyd nie przekupywałby Żyda – a jednak, a pieniądze i tak pozostawały w rodzinie. Podobny mechanizm działał podczas powstania styczniowego. Żydowski szlachcic był takim patriotą, że dla ojczyzny gotów był poświęcić swój majątek, a że on też zostawał w rodzinie, to drobny szczegół. Zresztą wielu z nich wracało z zesłania i zajmowało się handlem, produkcją, usługami i dobrze prosperowało. Wracali w glorii chwały, jako wielcy patrioci. Wielu z nich walczyło w powstaniu warszawskim, ale w odróżnieniu od tych nieświadomych, włos im z głowy nie spadł w czasach stalinowskich. Wręcz przeciwnie, byli zatrudniani na dobrze płatnych stanowiskach.

Takich zbiegów wymaga asymilacja na poziomie indywidualnym, by móc dokonać asymilacji na poziomie państwa. Była to nieustanna żmudna praca, trwająca od pokoleń i nadal jest kontynuowana. Jeśli ktoś więc chce walczyć o Polskę, to powinien najpierw rozpoznać sytuację: uświadomić sobie w jakim kraju mieszka i poznać naturę żydowską. Jeśli komuś się wydaje, że wystarczy wyjechać traktorami na drogi i władza się przestraszy, to gratuluję dobrego samopoczucia.

Teoria spiskowa

Od samego początku wojny na Ukrainie pisałem o tym, że w tej wojnie chodzi o coś więcej, niż o samą Ukrainę i likwidację neobanderowców i nazizmu. Chodzi przede wszystkim o Polskę, a raczej o odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Jak dotąd pojawiały się tylko głosy sugerujące utworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego. O Białorusi było cicho. Aż tu nagle pojawia się 16 lutego artykuł na Interii Teoria spiskowa Łukaszenki. Mówił o zmianie granic Polski Poniżej jego treść:

Kolejna teoria spiskowa Alaksandra Łukaszenki. Białoruski dyktator podczas swojego czwartkowego wystąpienia stwierdził, że wroga mu opozycja snuje plany dotyczące rozbioru kraju, mającego wydłużyć granicę Polski aż do Mińska.

W czwartek Alaksandr Łukaszenka wziął udział w walnym zgromadzeniu przedstawicieli członków Białoruskiego Republikańskiego Związku Stowarzyszeń Konsumenckich i apelował do podwładnych, aby nie ulegali “rozluźnieniu”. 

Widzicie, co się dzieje dookoła. Przepraszam, ale wy jeszcze nie o wszystkim wiecie. Powiem wam najważniejsze, nie wchodząc w szczegóły (…). Dziś wszyscy na Zachodzie pragną, na czele z naszymi uciekinierami, porażki Rosji w wojnie z Ukrainą – mówił. 

Łukaszenka straszy rozbiorem. „Polska granica aż do Mińska”

W dalszej części wystąpienia, białoruski dyktator rzucał oskarżeniami o domniemanym spisku między krajami Zachodu, a wrogą mu opozycją znajdującą się poza granicami kraju. 

Polska ma prawo do zachodnich ziem Białorusi. A w przypadku porażki Rosji, Białoruś będzie się rozwijać kosztem zachodnich ziem Rosji – powiedział Łukaszenka, insynuując, że to cytat jednego z białoruskich polityków znajdujących się na emigracji. 

Według dyktatora opozycja miała opracować tajny plan z porozumieniem z polskimi władzami. – Wytną nam coś ze Smoleńska, Briańska, może z obwodu pskowskiego. I trzeba będzie oddać zachodnią Białoruś Polsce. W ten sposób nowe, demokratyczne władze negocjują na Zachodzie – przekonywał Łukaszenka. 

Białoruś. Łukaszenka starszy opozycją i Polską

Białoruski dyktator zapytał swoich słuchaczy, kto z nich przystałby na taką propozycję. On sam stwierdził, że nie wyrazi nigdy zgody na takie rozwiązanie. Łukaszenka przekazał także, że nie ma zamiaru nikomu stwarzać problemów. Dodał, że jego kraj “nie rości sobie praw czy to do Wilna, czy Białegostoku”. – To, co mamy historycznie, nam wystarczy. To są ziemie białoruskie – wskazał.

Łukaszenka co pewien czas próbuje przekonać obywateli swojego kraju względem teorii o napaści na Białoruś przez Polskę i inne państwa NATO. Ma to być wytłumaczenie na rzekome zagrożenie i sprowadzanie na białoruskie terytorium rosyjskiej taktycznej broni jądrowej.

x

Halina Kunicka śpiewała kiedyś: Babcia stała na balkonie, dołem dziadek defilował (…) Stanął pod balkonem, huknął jej puzonem, no i tak to się zaczęło (…) Niby nic, zwyczajne „pa, pa, pa”. No właśnie, niby nic. Na walnym zgromadzeniu przedstawicieli członków Białoruskiego Republikańskiego Związku Stowarzyszeń Konsumenckich, czyli na jakimś tam nic nie znaczącym zgromadzeniu, jakiejś nic nie znaczącej organizacji, prezydent Łukaszenka poinformował, że jeden z białoruskich polityków na emigracji powiedział, że Polska ma prawo do zachodnich ziem Białorusi. Nie wymienił go z nazwiska, więc nie wiadomo czy tak powiedział i czy on w ogóle istnieje. Natomiast Interia od razu sugeruje w tytule, że jest to teoria spiskowa, czyli nieprawda. Aleksander Gorczakow, XIX-wieczny minister spraw zagranicznych Rosji, mawiał, że nie wierzy w niezdementowane informacje. Skoro więc Interia zdementowała sugestię Łukaszenki, to należy uznać, że jednak coś w trawie piszczy, że zamiar odtworzenia I RP nie jest jakąś fantasmagorią, ale realnym planem, który czeka na realizację w odpowiednim momencie i już teraz wypada zacząć „gotować żabę na wolnym ogniu”. Temu celowi ma również służyć wymieszanie ludności, bo przecież nie tylko Ukraińcy napływają do Polski, również Białorusini, o czym się nie mówi. Ci ostatni podają się za uchodźców politycznych i pewnie też mają większe prawa, niż obywatele tego kraju Zulu-Gula.

x

Polityka oczerniania Polski zaczyna być prowadzona wielowektorowo, że użyję tu ulubionego określenia Leszka Sykulskiego, który na kanale Bezpieczna Polska zamieścił fragment wypowiedzi Scotta Rittera, dotyczący Polski i jej polityki wobec wojny na Ukrainie. Poniżej jej treść.

To już koniec, bo jak będzie wojna to zginiesz. Chcesz wziąć swoje 165 tysięcy żołnierzy i zamienić je na 300 tysięcy? A ty masz to, czego trzeba, by z tych 300 tysięcy zrobić solidne wojsko? Nie masz pieniędzy, nie masz czasu, nie masz cierpliwości, nie masz zdolności, nie masz odwagi. Więc przestań mówić tak, jakbyś miała grać w wielkim stylu. Nie jesteś w pierwszej lidze Polsko. Nie dostaniesz się na mistrzostwa świata. My tak, Rosja również. Jesteście niewielkim europejskim krajem. A obok jest większy o nazwie Ukraina. I zobacz, co się z nim stało? Większy kraj, więcej ludzi, większa armia, a oni dostają baty. Więc nie myśl, że możesz przejąć zachodnią Ukrainę i uczynić ją własną częścią, że możesz zagrozić Białorusi. Ale umrzesz, jeśli to zrobisz. A kiedy ty umrzesz, to my wszyscy umrzemy, bo jesteście częścią NATO. Dostaniesz ochronę z artykułu 5. Wszystko, co gwarantuje ten artykuł, to masakra wojenna, którą już raz przechodziłaś w czasie II wojny światowej. Zostaniesz ponownie zmasakrowana, tym razem termonuklearnie, wysadzona w powietrze, wraz z każdym większym polskim miastem. Zrobiłaś z siebie cel nuklearny.

Gratuluję również poparcia dla nazistów. Dlaczego popierasz banderowców? Niczego się nie nauczyłaś? Czy muszę cię uczyć twojej historii? Czy muszę cię uczyć, co się działo w 1943 i 1944 roku? Czy naprawdę musisz przez to przechodzić? – Ponad 100 tysięcy polskich cywilów zamordowanych przez banderowców. Stepan Bandera – człowiek, który jest teraz w Polsce bohaterem narodowym. Czy muszę cię tego uczyć? Nie masz mózgu, jeśli popierasz tych ludzi. To nie są twoi przyjaciele Polsko. Oni cię nienawidzą. Postrzegają cię jako podludzi. Jesteś na równi z Rosjanami jako podgatunek. A jednak chcesz dać im swoją armię, chcesz dać im swoją krew. Chcesz dać im swoje pieniądze i broń. To jest szaleństwo. Dosłownie Polska oszalała! Po prostu nie rozumiem, co ona robi. Ale to nic nie szkodzi. Wy znacie prawdę. Daj spokój Polsko. Mieszkasz obok nich. Znasz prawdę o Ukrainie. Nie muszę cię tego uczyć. Dlaczego kupujesz tę zachodnią propagandę, że nagle Ukraina, najbardziej skorumpowany naród na świecie, rządzony przez skorumpowanych oligarchów z tym zachodnio-ukraińskim, nazistowskim problemem tam, to nagle co? Pasja demokracji? Dlaczego dowcipny komik nagle stał się Winstonem Churchillem? Aha, nie pamiętasz, co ci zrobił Winston Churchill? Wbił ci nóż w plecy, porzucił cię, jak wszyscy, bo nikt nie lubi Polski. Również Rosjanie. Chcą żyć w pokoju z tobą. Ale nikt inny, my – nie, Brytyjczycy – nie, Niemcy – nie, nikt cię nie lubi.

Więc dlaczego siedzisz tutaj i grasz w naszą grę?! Dlaczego jesteś po naszej stronie? To jest szalone, chłopaki. To jest szalone. Więc przestańmy grać w tę brudną, niewygodną grę. Tu musi zwyciężyć zdrowy rozsądek. Świat nie polega na tym, kto ma najsilniejsze wojsko. Świat powinien polegać na tym, kto ma najlepszych ludzi. Ludzi, którzy chcą żyć w pokoju, ludzi, którzy chcą żyć w harmonii, którzy chcą żyć jako dobrzy sąsiedzi. Polska powinna być taka. Masz dobrych ludzi i możesz być taka, ale masz teraz rząd, który uważa, że chcesz wspierać złą stronę. Stoisz teraz po złej stronie historii Polsko.

xxx

Wypowiedź ta jest utrzymana w tonie takim, że to nauczyciel karci niesfornego, a nawet niedorozwiniętego umysłowo ucznia, który działa na swoją szkodę i nie zdaje sobie z tego sprawy. No cóż, jest to bardzo niebezpieczne, bo przekaz idzie po angielsku i rozejdzie się po całym świecie. Nikt nawet nie zwróci uwagi na to, że mówi to człowiek o fizjonomii kretyna i troglodyty. Ktoś mu zapewne podyktował ten tekst i małpa nauczyła się na pamięć, nawet nie rozumiejąc tego, o czym mówiła. Ale czego wymagać od wojskowych. Wszak to Kissinger powiedział: Military men are just dumb stupid animals to be used as pawns in foreign policy.

Brutalne? Brutalne, bo Kissinger mówił nie o zwierzętach, ale o durnych tępych zwierzętach. Pewnie on nie zna tej definicji, dlatego tak dobrze się czuje. Dla nas to jednak małe pocieszenie, bo przecież odbiorcy tego przekazu nie znają tej definicji. Podejrzewam również, że w większości uwierzą w to, że Polska oszalała. Powołuje się więc on na artykuł 5. traktatu północnoatlantyckiego, w którym jest mowa o tym, że członkowie NATO są zobowiązani do pomocy w przypadku wojny napastniczej na któregoś z nich. Wysłanie wojska polskiego na Ukrainę nie spełnia tego warunku, zatem reakcja odwetowa Rosji nie wymagałby od nich obrony Polski. Zresztą Sykulski w jednym ze swoich podkastów geopolitycznych stwierdził, że artykuł ten wcale nie musi oznaczać, że ma to być pomoc militarna.

Wojną nuklearną starszy nie tylko ten były oficer. Robią to również inni. To działa na wyobraźnię. Jeśli więc będzie się ten argument powtarzać, a zapewne tak będzie, to będzie to oznaczać, że wojny nuklearnej można będzie uniknąć tylko w jeden sposób – poprzez likwidację Polski, bo Polacy to szaleńcy. Mówi on nawet „ale masz teraz rząd, który uważa, że chcesz wspierać złą stronę”, czyli że tak naprawdę to Polacy wywierają presję na swój rząd, by angażował się na Ukrainie.

Żadnej wojny nuklearnej nie będzie. Tylko ktoś, kto nie potrafi pomyśleć dwa kroki do przodu, uwierzy w to. Mówią o pasie spalonej ziemi. Do dzisiaj Czarnobyl jest strefą zamkniętą, nienadającą się do zamieszkania. Tak jest od 1986 roku, a więc prawie od czterdziestu lat. Czy ktoś chciałby stworzyć taki pas spalonej ziemi w całej Europie środkowej? Przecież Polska ma bogate złoża mineralne, których nie można by było eksploatować. Ale bez nich można się obejść. Nie można obejść się bez wody, a Polska ma jedne z najbogatszych zasobów wód głębinowych w Europie. I zlikwidować najkrótsze połączenie pomiędzy Europą zachodnią a wschodnią?

No i jeszcze to: Gratuluję również poparcia dla nazistów. Dlaczego popierasz banderowców? Stepan Bandera – człowiek, który jest teraz w Polsce bohaterem narodowym.

Albo to: Więc nie myśl, że możesz przejąć zachodnią Ukrainę i uczynić ją własną częścią, że możesz zagrozić Białorusi.

A więc mamy punkt styczny: to samo mówi ten Amerykanin i prezydent Białorusi, który tak mówi na polecenie swoich nieznanych przełożonych. Jeden reprezentuje koła militarne, drugi – dyplomatyczne. To jest dopiero początek. Jeszcze „polski” rząd nie wysłał wojsk na Ukrainę, ale oni już wiedzą, że Polska chce przejąć zachodnią Ukrainę i zachodnią Białoruś. Skąd oni to wiedzą, skoro „polski” rząd tylko straszy Rosją i mówi o obronie przed nią? A nawet, jeśli padają słowa o Ukrainie, to mówi się o wspólnym państwie polsko-ukraińskim, a nie o przejmowaniu zachodniej Ukrainy. Najwyraźniej scenariusz dla Polski jest już od dawna gotowy i nadchodzi czas realizacji. Jednak nie będzie w nim, jak sądzę, miejsca na likwidację Polski, co oznaczałoby rozbiory. Bo skoro Rosja nie ma wobec Polski wrogich zamiarów, jak twierdzi ten Amerykanin, to jednak pozostaje połączenie z zachodnią Ukrainą i zachodnią Białorusią, co zażegnałoby groźbę wojny nuklearnej, która zagraża Europie z powodu opętanej Polski. A że Polska jest wasalem Ameryki, a „polscy” politycy biegają po instrukcje do amerykańskiej ambasady w Warszawie i to, że polski minister spraw zagranicznych Radek Sikorski, anglosaski sługus, ma wygląd psychopaty, zachowuje się jak psychopata i być może nim jest – to tego były oficer wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej USA nie wie, a raczej udaje, że nie wie. Durne tępe zwierze używane jako pionek w polityce zagranicznej. Jednak Kissinger miał rację.

Szantaż

Wygląda na to, że proces oficjalnego, bo przecież nie faktycznego, wycofywania się Ameryki z Europy, powoli rozkręca się. W sobotę 10 lutego 2024 roku Donald Trump podczas wiecu wyborczego w Karolinie Południowej powiedział, że gdyby doszło do ataku Rosji na któregoś z sojuszników Stanów Zjednoczonych w NATO, ale jednego z tych sojuszników, którzy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań finansowych, to wówczas Stany Zjednoczone nie udzieliłyby pomocy takiemu państwu. Co więcej prezydent Trump przyznał, że zachęcałby Rosję, by robiła cokolwiek, co jej się podoba z takimi państwami, które nie przeznaczają przynajmniej 2% PKB na zbrojenia. – Temu tematowi poświęcił swój kolejny podkast geopolityczny Leszek Sykulski. Poniżej jego obszerny fragment.

Kraje kolektywnego Zachodu, a zwłaszcza kraje anglosaskie, nie chcą wchodzić w bezpośrednią konfrontację z Federacją Rosyjską. Chcą wykorzystywać inne państwa do tego. No i tutaj oczywiście pytanie, że jeżeli zajdzie taka okoliczność, jeżeli państwa tzw. wschodniej flanki NATO przestaną być potrzebne jako zderzaki strategiczne, czy po prostu nie zostaną porzucone? I tu warto sięgnąć pamięcią do roku 2019, kiedy Stany Zjednoczone, w trakcie prezydentury Donalda Trumpa brutalnie porzuciły swego sojusznika na Bliskim Wschodzie, czyli syryjskich Kurdów. To był sojusznik wyjątkowy, bodaj najbardziej zasłużony dla pokonania terrorystów z tzw. państwa islamskiego. I tak naprawdę Ameryka Trumpa porzuciła Kurdów i tak naprawdę wydała ich na pastwę wojsk tureckich. Ten sposób myślenia Trumpa jest bardzo charakterystyczny. Ten rok 2019 pokazał to jak w soczewce.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Polska wydaje blisko 4% PKB, więc te słowa Trumpa Polski nie dotyczą, ale wiemy doskonale, że w polityce międzynarodowej znalezienie pretekstu do ewentualnego wycofania się, zrolowanie tej obecności wojskowej, nie stanowi jakiegoś większego problemu. Musimy sobie z tego zdawać sprawę. I patrząc na artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego, na który tak wielu powołuje się, też trzeba go umieć odczytać, a nie tylko powoływać się na hasło: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. No spójrzmy na brzmienie artykułu 5. traktatu północnoatlantyckiego. Tego traktatu, który został zawarty 4 kwietnia 1949 roku w Waszyngtonie:

Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Tutaj widzimy jak w soczewce, że mimo tego określenie, że zbrojna napaść na jedną lub więcej ze stron traktatu północnoatlantyckiego, będzie traktowana jako napaść na wszystkie, na całość sojuszu, to ta konieczność podjęcia działań, konieczność udzielenia pomocy jest bardzo mocno labilna. To znaczy ona obejmuje duży wachlarz możliwości. To nie musi być użycie sił zbrojnych. To jest wyraźnie określone, że jest to pewien wariant, pewna ewentualność. Mówi się o działaniach łącznie z użyciem siły zbrojnej. A zatem może to być nota dyplomatyczna, nota protestacyjna; może to być pomoc humanitarna, może to być przyjęcie uchodźców, może to być pomoc finansowa, może to być wysłanie uzbrojenia i tak dalej. Natomiast nie musi to być wysłanie kontyngentu wojskowego. Nie jest także określone, jak miałoby wyglądać użycie siły zbrojnej, jak proporcjonalnie miałoby to wyglądać, jeśli chodzi o pomoc wojsk lądowych, wojsk specjalnych, sił powietrznych, marynarki wojennej. To wszystko jest mocno niedoprecyzowane.

Zatem twierdzenie, że bezpieczeństwo państwa polskiego zależy od wsparcia NATO czy jest gwarantowane przez NATO, jest daleko idącą przesadą. Oczywiście członkostwo w sojuszach wojskowych, politycznych, militarnych zwiększa bezpieczeństwo, ale w żaden sposób nie jest 100% gwarancją, czego przykładem jest historia. Polska była w bardzo wielu sojuszach wojskowych na przestrzeni swojej historii i wiemy doskonale, jak wiele z tych sojuszy okazało się absolutnie nieskuteczne.

Te słowa Donalda Trumpa należy odczytywać znacznie szerzej, w kontekście geopolitycznym, geostrategicznym. Trump doskonale rozumie, że zmienia się koniunktura międzynarodowa. Wiele państw odchodzi od rozliczeń w dolarze. W związku z tym to nastawienie, takie izolacjonistyczne czy bardzo egoistyczne będzie postępować w Stanach Zjednoczonych. Moim zdaniem Waszyngton nie będzie miał żadnych skrupułów, aby porzucić swoich sojuszników, jeśli będzie wymagał tego interes Stanów Zjednoczonych. I musimy to brać jak najbardziej pod uwagę. Całe nastawienie strategii polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa państwa polskiego na uzyskanie gwarancji od Stanów Zjednoczonych, gwarancji bezpieczeństwa Polski, jest nadzieją płonną. To są zabiegi niezwykle ryzykowne, taka strategia wieszania się na klamce w Waszyngtonie czy wieszania bezpieczeństwa Polski, przyszłości Polski w Waszyngtonie jest – no, powiedziałbym postawą romantyczną, postawą nieodpowiedzialną, postawą antyrealistyczną i sprzeczną z polską racją stanu. Musimy sobie zdawać sprawę, że gwarantem bezpieczeństwa nie są wyłącznie siły zbrojne, nie są sojusze polityczno-militarne.

Polska w wielu sojuszach, o czym powiedziałem, już była. Wiele z nich nie sprawdziło się, a czy Polska będzie posiadała armie na poziomie stu tysięcy, trzystu czy nawet miliona, to nie jest to żaden stuprocentowy gwarant bezpieczeństwa. Wystarczy spojrzeć na historię II Rzeczypospolitej i zobaczyć, jak liczną armię Polska miała w 1939 roku i zobaczyć, iż liczebność armii nie jest głównym gwarantem bezpieczeństwa.

Tym ważnym elementem bezpieczeństwa, jednym z najważniejszych, jest mądra polityka zagraniczna. W naszym położeniu, położeniu tranzytowym w tej części Europy, to jest polityka wielowektorowa. Nie polityka jednowektorowa opierania się wyłącznie na jednostronnych amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, ale polityka wielowektorowa, zasada: „zero wrogów wśród sąsiadów”. Natychmiastowa, jak najszybsza normalizacja relacji z Rosją i Białorusią, jak najszybsze zakończenie wojny na Ukrainie. To są podstawy. Oczywiście sprawne służby specjalne, które realizować będą polską rację stanu, a nie tworzyć na przykład tajne więzienia obcych służ specjalnych, eksterytorialne na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. To są podstawy bezpieczeństwa, a nie podbijanie bębenka wojennego, nie eskalowanie napięcia z sąsiadami.

x

Sykulski stwierdza, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego jest zbyt ogólnikowy i że pomoc ze strony innych państw nie musi być pomocą zbrojną. Trudno oczywiście w takim traktacie o precyzyjne sformułowania. Natomiast artykuły 9, 10 i 11 dają pewną wskazówkę.

Artykuł 9

Niniejszym strony ustanawiają Radę, w której każda z nich będzie reprezentowana w celu rozpatrywania spraw dotyczących realizacji niniejszego traktatu. Rada będzie zorganizowana w taki sposób, żeby mogła zbierać się szybko w każdym czasie. Rada utworzy takie organy pomocnicze, jakie okażą się potrzebne; w szczególności utworzy ona natychmiast komitet obrony, którego zadaniem będzie zlecanie środków w celu realizacji artykułów 3 i 5.

Artykuł 10

Strony mogą, za jednomyślną zgodą, zaprosić do przystąpienia do niniejszego traktatu każde inne państwo europejskie, które jest w stanie realizować zasady niniejszego traktatu i wnosić wkład do bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego. Każde państwo zaproszone w ten sposób może stać się stroną traktatu, składając Rządowi Stanów Zjednoczonych Ameryki dokument przystąpienia. Rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki powiadomi każdą ze stron o złożeniu takiego dokumentu przystąpienia.

Artykuł 11

Niniejszy traktat podlega ratyfikacji, a jego postanowienia zostaną wprowadzone w życie przez Strony zgodnie z ich procedurami konstytucyjnymi. Dokumenty ratyfikacji zostaną złożone tak szybko, jak to możliwe, Rządowi Stanów Zjednoczonych Ameryki, który o każdym złożeniu powiadomi wszystkich sygnatariuszy. (…)

Już choćby z tych trzech powyższych artykułów nasuwa się wniosek, że o wszystkim decydują Stany Zjednoczone, a więc również o tym czy pomagać jakiemuś państwu i w jaki sposób. Tu nie ma miejsca na własną politykę któregokolwiek z członków NATO. O wszystkim decydują Stany Zjednoczone, a raczej ci, którzy nimi rządzą. Sykulski zdaje się więc sugerować, że w przypadku napaści Rosji na Polskę, bo innego zagrożenia nie ma, NATO może nie udzielić zbrojnej pomocy.

Podaje też przykład II RP, twierdząc że liczebność armii nie jest głównym gwarantem bezpieczeństwa. Jednak to nie liczebność tej armii zdecydowała o porażce, tylko druzgocąca przewaga wojsk niemieckich pod każdym względem oraz możliwość ataku z trzech stron. W takiej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem było poddanie się. Jeśli tak nie zrobiono, to nie na skutek nieudolnej polityki, tylko dlatego, że masoński rząd II RP realizował obce interesy i celowo wepchnął kraj do z góry przegranej wojny. Tak właśnie miało być i w nagrodę ci, którzy zrealizowali ten plan, dostali schronienie na Zachodzie.

Przypadek Czech jest podobny. Tam też był masoński rząd, którego zadaniem było, w odróżnieniu od Polski, nie dopuścić do wojny. Czescy generałowie chcieli walczyć, ale rząd był przeciw i nawet uwięziono jednego z nich. Dlaczego ktoś postanowił, by Polskę pchnąć do wojny, a Czechy – nie? Bo tam były zakłady Skody, które nie mogły ulec zniszczeniu, bo miały służyć Hitlerowi. W Polsce nie było nic, co mogłoby się mu przydać, więc można było ją zniszczyć. A poza tym chodziło o wspólną granicę ze Związkiem Radzieckim, żeby można go było zaatakować w odpowiednim czasie. O polityce wielowektorowej to Polska i Czechy mogły tylko pomarzyć. To nie jest rozwiązanie dla małych państw, szczególnie w konfrontacji z mocarstwami.

Sykulski uważa, że Polska powinna poprawić swoje relacje z Rosją i Białorusią. Problem polega na tym, że nie chcą tego ci, którzy faktycznie tu rządzą, a nie dlatego, że ci, którzy wykonują polecenia swoich nieznanych przełożonych są romantykami. Rzucanie się w ramiona Rosji to jest dopiero romantyzm. Rosja w stosunku do państw słowiańskich ma niezmienny plan, czyli panslawizm, czyli podporządkowanie jej wszystkich narodów słowiańskich. To również dotyczy Polski. Nie wiem czy rzucanie się z deszczu pod rynnę, to dobry pomysł, jeśli ktoś marzy o niepodległej Polsce. W takim położeniu jest to praktycznie niemożliwe i trzeba ten fakt zaakceptować. Zresztą w stosunku do Polski Rosja już prawie swój plan zrealizowała. Po przesiedleniach Ukraińców w lutym 2024 roku Polska jest co najmniej w połowie prawosławna. A proces ten będzie się nasilał, gdy powstanie wspólne państwo polsko-ukraińskie. A poza tym, to za PRL-u Polska też była zderzakiem strategicznym Związku Radzieckiego, bo gdyby doszło do konfliktu NATO-Układ Warszawski, to na pierwszy ogień poszłaby Polska, o czym wtedy wszyscy wiedzieli.

Czy grozi nam napaść z strony Rosji, jak nas starszy rząd? Putin powiedział, że tylko wtedy, gdy Polska zaatakuje Rosję? Czy wysłanie polskiego wojska na Ukrainę, za wiedzą i aprobatą rządu USA, będzie takim atakiem? Jak to zinterpretują przełożeni Putina? Atak Rosji na Polskę oznaczałby atak na Stany Zjednoczone, bo znajduje się tu amerykańska baza i wojska amerykańskie. Musiałyby one w jakiś sposób zareagować, bo brak reakcji oznaczałby przyznanie się Ameryki do słabości i utratę wizerunku największej potęgi militarnej na świecie. Na taki scenariusz, w mojej ocenie, nie pozwolą przełożeni obu prezydentów. Co w takim razie pozostanie? Znalezienie kozła ofiarnego, którego się ukaże za wysłanie wojsk na Ukrainę, odbierając mu jego ziemie zachodnie i łącząc go z częścią Ukrainy, na której Rosji nie zależy. Wydaje mi się, że udział wojska polskiego w wojnie na Ukrainie jest niezbędny, by zrealizować ten scenariusz. Dla Rosji byłby to wyjątkowo korzystny wariant, bo na ziemiach, które trafiłyby do Niemiec większość stanowią prawosławni. Tam, gdzie Rosja nie chce czy nie może atakować militarnie, robi to w sposób bardziej wyrafinowany.