Rozum

W 2005 roku na jakiejś amerykańskiej stronie natrafiłem na pewną refleksję, która utkwiła mi w pamięci, nie tylko ze względu na myśl w niej zawartą, ale również dlatego, że została ona trafnie zobrazowana. Poniżej jej treść:

Reason is man's means of survival.
Reason is man's only means of knowing reality, upon which his survival in reality depends.
Whether man is alone on a desert island, scurrying around with a pack of savages, or living in a city of billions: man must think – and then act on his thinking, if life is his goal.
Źródło: Wikipedia.

To obraz „Geograf” Jana Vermeera, ukończony w 1669 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Portrety naukowców były częstym motywem XVII-wiecznego holenderskiego malarstwa. Jako pierwszy uczonego wśród naukowych przyrządów namalował ok. 1630 Rembrandt. Później temat ten był podejmowany przez jego uczniów oraz innych malarzy, którzy go spopularyzowali. Vermeer wpisywał się w ten trend, portretując astronoma i geografa. Obraz Astronom jest bardzo zbliżony do Geografa i wielokrotnie oba płótna były sprzedawane razem. Oba przedstawiają mężczyznę o kręconych włosach i ubranego w długą, obfitą szatę, być może Antonie van Leeuwenhoeka. Badacze wskazują na widoczne podobieństwo między ryciną Rembrandta, przedstawiającą Fausta a Geografem.

x

Kiedy więc zobaczyłem po raz pierwszy ten obraz, to od razu pomyślałem sobie, że niemożliwe okazało się możliwe, czyli namalowanie myślenia, a więc pośrednio rozumu. O tym, że rozum, a raczej jego wykorzystanie, jest podstawą ludzkiego działania, dobrze wiedzą Żydzi. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Światowa polityka żydowska (1934) w rozdziale Judaizm, czyli systemat „kawałów żydowskich” pisał:

Żydostwo – w dążeniu do urzeczywistnienia swoich podstawowych zadań – nie może obyć się bez pomocy narodów rdzennych, a ta pomoc z ich strony jest trudna do uzyskania, bo polega na naruszeniu ich najżywotniejszych interesów.

Pomocy tej nie może przeto żydostwo uzyskać drogą prostą, ale tylko okólną – przez rzucanie haseł i idei zawierających w sobie treść dwuznaczną, obliczoną na wprowadzenie w błąd otoczenia, które, idąc na ich lep, musi żydostwu ulegać i działać na jego korzyść wbrew własnym interesom.

Te hasła i idee, korzystne dla żydostwa w jego dotychczasowym bycie i szkodliwe dla reszty narodów, stanowią treść judaizmu, czyli inaczej – „kawałów żydowskich”.

Sami żydzi, rzecz naturalna, w publikacjach przeznaczonych na użytek wewnętrzny, nie negują istnienia takiego systematu, jakkolwiek nie dają mu właściwej nazwy – nazwy judaizmu.

Rozpatrując znaczenie dwóch największych, jak stwierdza autor (dr J. Thon – przyp. W.L.), zdobyczy w historii żydowskiej w ciągu ostatnich 2 tysięcy lat – tzw. deklaracji Balfoura i tzw. traktatu o mniejszościach – i wskazując, że żydom udało się wyzyskać formułkę oficjalną Woodrowa Wilsona o „samostanowieniu narodów”, pomimo że właściwie żydów, jako narodu rozproszonego, bezterytorialnego, ta formułka nie powinna była dotyczyć, dr Jehoszua Thon w końcu 1928 r. tak pisał:

Otóż w tej właśnie sprawie żydom wypadło, ma się rozumieć, tylko instynktownie, zupełnie nieświadomie – uczynić „kawał żydowski”.

Kawałów żydowskich” było na świecie bardzo, bardzo dużo, poczynając od X przykazań naszego nauczyciela Mojżesza, a kończąc kawałami czasów naszych. Utrzymuję tylko, że wszystkie te kawały pracowały najmniej dla nas. One były w istocie zupełnie kosmopolityczne, rzekłbym nawet: „kosmiczne”. Inne narody, silne, bardzo często „kawał żydowski” wykorzystywały, ale nam one mało korzyści przynosiły. Tym razem jednak ten kawał żydowski, przynajmniej teoretycznie, był akurat na naszą korzyść. Myśmy – jak mam to rzec? – podpowiedzieli światu interpretację, która była bardziej odpowiednia dla naszych potrzeb. Myśmy wnieśli różnicę między „narodem” a „państwem”, prawie żeśmy niejako te dwa pojęcia sobie przeciwstawili i „wszechwładzę” państwa ograniczyli na rzecz narodu… – „Hajnt”, Warszawa, nr 274, 23 XI 1928 r. – „10 lat historii żydowskiej”, dr Jehoszua Thon.

Autor, rzecz naturalna ze względów zrozumiałych, uważa za wskazane podkreślić na wszelki wypadek, że te kawały „pracowały jak najmniej” dla… żydów, a więcej przynosiły korzyści narodom rdzennym…

O tych „korzyściach” chyba najlepiej sądzić mogą narody rdzenne, które odczuwają na sobie ich skutki…

Czy choćby judofobia, która towarzyszy żydostwu we wszystkich krajach od zarania historii żydowskiej, nie jest dowodem, jaką „korzyść” wyciągają narody rdzenne z „kawałów żydowskich”?

Na istnienie tych „kawałów” i na posiłkowanie się nimi przez żydostwo wskazują również – prócz wyżej przytoczonego – także inne świadectwa działaczy żydowskich, jakkolwiek nie wyrażają się one tak otwarcie, tak jasno, jak uczynił to dr Jehoszua Thon.

My idziemy bez żołnierzy i bez armatpisał w 1927 r. Apolinary Hartglas, działacz żydowski z terenu Polski, gdy omawiał walkę żydowską o urzeczywistnienie ideałów syjonistycznych nie posiadamy żadnych wyspecjalizowanych oficerów, nie bijemy i nie zabijamy, nie idziemy siłą pięści, lecz siłą duszy i ludzkiego rozumu, aby zdobyć nasz kraj.

I jeszcze jeden środek materialny, poza materiałem ludzkim, posiadamy, a tym jest pieniądz– „Hajnt”, Warszawa, nr 78, 1 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”. A. Hartglas, część I.

Ale wszak ideał syjonistyczny nie ogranicza się do zdobycia Erec Israel.

Erec Israel – pisał tenże autor dalej – jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli tworzyć większość ludności o silnej warstwie pracowników na roli i włościan, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Israel będzie się rozwijała kultura żydowska we wszystkich krajach golusa, gdzie jeszcze pozostali – lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydowskiego rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Israel… – „Hajnt”, Warszawa, nr 79, 3 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”, A. Hartglas, część II.

Już z przytoczonych wyżej wywodów Apolinarego Hartglasa – wywodów, ma się rozumieć, ogólnikowych – wynika, że środki walki żydostwa o urzeczywistnienie ideałów żydowskich polegają przede wszystkim na sile rozumu, a więc na różnych koncepcjach myśli żydowskiej, które ułatwiają poddanie otoczenia wpływom żydowskim.

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

Prócz tego środkiem walki – w myśl wywodów Apolinarego Hartglasa – jest umiejętne stosowanie wobec swego otoczenia czynnika ekonomicznego, stanowiącego również „kawał żydowski” i polegającego na podsunięciu narodom rdzennym obecnie istniejącej budowy gospodarczej, która umożliwia żydostwu ograbienie ich z pieniądza.

Nieco konkretniej o charakterze tych środków walki, stosowanych przez czynniki żydowskie w zwalczaniu napotykanych przez siebie przeciwności, wypowiedział się prezes Organizacji Syjonistycznej w Stanach Zjednoczonych, Louis Lipski, na XIV Kongresie Syjonistycznym w Wiedniu (sierpień 1925 r.), gdy brał w obronę kierownictwo Światowej Organizacji Syjonistycznej z dr. Chaimem Weizmanem na czele przed niesłusznymi zarzutami ze strony opozycji, jakoby odbudowa żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie nienależycie posuwała się naprzód.

Absurdem jest – mówił na posiedzeniu owego kongresu w dniu 20 sierpnia 1925 r. – obciążać kierownictwo małostkową krytyką, skoro zewnętrzne trudności polityczne krzyżują jego działalność. Są sprawy na koncie długu kierownictwa, ale ileż to ich należałoby przenieść na konto ociągań biurokratycznych, ociężałości działalności rządowej, w wyniku walki interesów politycznych oraz ciemnych wpływów wrogich sił. Wyliczenie błędów jest częstokroć wyliczeniem zewnętrznych trudności, które przez nas muszą być przezwyciężane, głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej… – „Kongresszeitung”, Wien, Organ des XIV Zionisten-Kongresses, nr 4, 23 VIII 1925 r., na str. 3, w języku niemieckim, wydanie dla Polski.

Autor użył wyrażenia – „siły ekonomicznej i społecznej”…

Jak należy rozumieć to wyrażenie – „trudności, które przez nas muszą być przezwyciężone głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej”?

Chyba w tym sensie, że koncepcje i idee, wytworzone przez żydostwo w dziedzinach – politycznej, gospodarczej i kulturalnej, silniej w danym momencie puszczone w ruch przez czynniki żydowskie w łonie narodów rdzennych, działają na te narody tak osłabiająco, że tracą one wreszcie zdolność do oporu wobec wymagań żydowskich.

Hasła „wolności” i „równości” – w razie silniejszego ich zastosowania – doprowadzają do upadku rządów. Oto dziedzina polityczna.

Strajki ekonomiczne, zastosowane przez przywódców żydowskich wśród rdzennych warstw robotniczych na tle idei – „walki klas” i „wspólnoty” wszystkich dóbr na świecie – decydują w większości wypadków o takim lub innym postępowaniu rządów, tym więcej, że giełdy będące wszędzie w posiadaniu żydowskim, odpowiednio reagują. Oto znowu dziedzina ekonomiczna i polityczna.

Takie lub inne oświetlenie przejawów życia w prasie, broszurach, literaturze itd., a więc w dziedzinie kulturalnej, wpływa na poglądy i na nastroje szerokich mas, a tym samym na zachowanie się rządów.

Tu kryją się właśnie te „siły”, o których mówił Louis Lipski. Oparte na koncepcjach myśli żydowskiej, na „kawałach żydowskich”, stanowią istotę judaizmu.

x

Można powiedzieć, że autor „wyłożył kawę na ławę”, ale nie do końca. W pewnym momencie zadaje pytanie:

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

No, ale w tym momencie wypadałoby zadać sobie pytanie, skąd bierze się ten spryt, a przede wszystkim rozum żydowski? Czy są to jakieś moce nadprzyrodzone? Odpowiedź na to dał Bolesław Prus w swojej powieści „Lalka”. W pewnym momencie Szlangbaum mówi do Wokulskiego:

„U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko robi się przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość.”

Można oczywiście strajkować, jak ostatnio rolnicy, ale strajkując, rozum nie jest zajęty. U Żydów wszystko przez mądrość i cierpliwość. Wszelkie strajki to żydowska pułapka. Oni robią wszystko, by mieszać ludziom w głowach. Od tego mają media, te wielkie i te mniejsze typu Myśl Polska czy Klub Inteligencji Polskiej, czy wiele innych. Edukacja wszelkich szczebli jest przez nich kontrolowana, gospodarka, administracja państwowa, sądy, kultura – wszystko. A więc jest to nasza rzeczywistość, nasza dżungla, w której, jeśli chcemy przetrwać, musimy używać naszego rozumu, jeśli zależy nam pełniejszym, bardziej świadomym życiu.

I warto jeszcze pamiętać o aforyzmie Blaise Pascal’a: „Le cœur a ses raisons que la raison ne connaît point”, czyli „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna (nie rozumie). W języku francuskim jest to gra słów, bo te „raisons”, czyli racje, wymawia się tak samo jak „raison” czyli rozum. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że Żydzi grają na naszych emocjach i robią wszystko byśmy nie odwoływali się do rozumu. I to według mnie jest początek. Droga długa, wymagająca cierpliwości i mądrości, ale to można w sobie wypracować. Jak ktoś chodzi na siłownię, to rozwija mięśnie, jak ktoś ma rozum zajęty, to go rozwija. Więc to nie jest tak, że tylko Żydzi mogą mieć rozum.

Scenariusz

Od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że jej celem jest odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Scenariusz, w który przytłaczająca większość ludzi nie chce uwierzyć. Jednak z rzadka pojawiają się opinie czy wypowiedzi, które, wprawdzie nie wprost, ale pośrednio sugerują, że takie zakończenie konfliktu jest możliwe. Na stronie internetowej Myśli Polskiej pojawił się artykuł Korab-Karpowicz: Czy zagraża nam Rosja? Poniżej jego końcowy fragment:

Mówiąc krótko, Rosja nie ma interesu w dalszych podbojach i w wojnie, gdyż taką wojnę z NATO by sromotnie przegrała. Może się co najwyżej skutecznie bronić. Rosjanie są motywowani przede wszystkim chęcią własnego bezpieczeństwa i obrony, a więc nie należy się spodziewać dalszego rozszerzenia konfliktu zbrojnego poza Ukrainę, jak długo w tym nie pomożemy i ich nie sprowokujemy. Gdyby jednakże do takiej wojny doszło, to najbardziej poszkodowana byłaby Polska, przez którą przebiegałby główny teatr wojenny, dlatego szczególnie nam powinno jak najmniej na niej zależeć. Powinniśmy raczej zachować wielką powściągliwość, niż do wojny nawoływać i ją wspierać. Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie? Jest jeszcze wiele innych dylematów, które mogą się pojawić w przypadku załamania obecnego ładu w Europie. Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.

Julian Korab-Karpowicz jest profesorem na Anglo-Amerykańskim Uniwersytecie w Pradze. Wykładał na wielu uczelniach w Polsce i za granicą. Specjalizuje się w filozofii polityki i teorii stosunków międzynarodowych. Opracował dwa projekty pokoju: dla Korei i Izraela. Jest autorem często cytowanego artykułu Political Realism in International Relations (Stanford Encyclopedia of Philosophy) oraz „Harmonii społecznej” i innych książek przetłumaczonych na kilka języków.

Mamy tu bardzo wymowne zdanie:

Ponadto, nie wiadomo jak by się w tej wojnie zachowali Niemcy, gdyby państwo niemieckie uległo wzmocnieniu. Czy nie była by to dla nich okazja, by upomnieć się o utracone terytoria na wschodzie?

A więc autor sugeruje, że nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy. Czy jesteśmy więc sojusznikami, czy – nie? Bo skoro nie wiadomo, jak zachowaliby się Niemcy, to znaczy, że sojusznikami nie jesteśmy. I co to znaczy: gdyby państwo niemieckie uległo znacznemu wzmocnieniu? Autor nie pisze o jakie wzmocnienie chodzi: militarne czy wojskowe. Niemcy gospodarczo są najsilniejszym państwem w Europie i pod względem militarnym też są chyba najmocniejsi. Więc chyba nie o to chodzi, bo tu zmiana jakościowa zajść nie może. Pozostaje więc trzecia możliwość; państwo niemieckie ulega wzmocnieniu politycznemu. To jest możliwe, gdy Stany Zjednoczone wycofają się oficjalnie, bo przecież nie faktycznie, z Europy. Wówczas na ringu pozostają dwaj gracze: Rosja i Niemcy. On więc sugeruje, że gdyby doszło do wojny Polski z Rosją, to Niemcy mogą się upomnieć o utracone terytoria na wschodzie, czyli 17 września bis i w odwrotnej kolejności: najpierw atak ze wschodu i później nóż w plecy z zachodu.

I następne zdanie:

Należy zatem dążyć do zakończenia wojny na Ukrainie, nawet jeżeli pokój będzie się wiązał z kompromisem i utratą na rzecz Rosji części wschodniej Ukrainy, a jednocześnie pomyśleć o naszych, a nie obcych, interesach na Wschodzie.

Czyli profesor sugeruje, że Ukraina nie ma już szans na odzyskanie utraconych ziem, a to oznacza, że rozbiór Ukrainy jest nieunikniony i tylko wtedy pokój będzie możliwy. A więc ugoda perejasławska bis.

Do wojny Polski z Rosją nie dojdzie, co uzasadniałem w blogu „Szantaż”. Natomiast bardziej realny jest wariant z wysłaniem wojsk na Ukrainę. I o tym wspominał prezydent Francji. Informuje o tym Interia w artykule Macron o wysłaniu wojsk na Ukrainę. “Niczego nie można wykluczyć” Poniżej jego fragment:

»Nie ma zgody na wysłanie wojsk do Ukrainy, ale nie można wykluczyć takiego rozwiązania w przyszłości – wynika ze słów prezydenta Francji Emmanuela Macrona, które padły na zakończenie międzynarodowej konferencji na rzecz wsparcia Ukrainy.

Po spotkaniu Macron zadeklarował, że “zrobimy wszystko, co trzeba, by Rosja nie mogła wygrać tej wojny“. Nie ma dzisiaj konsensusu, by wysłać w sposób oficjalny i otwarty wojska lądowe do Ukrainy, ale w przyszłości niczego nie można wykluczyć – powiedział francuski prezydent.« 

„Makaron” nie sprecyzował, czyje to wojska lądowe miałyby być wysłane na Ukrainę. Oficjalnie nie mogłyby być to wojska NATO, bo to oznaczałoby wojnę NATO z Rosją, na co obie strony na pewno nie zdecydują się. Pozostaje więc wysłanie wojsk, które nie będą występować w charakterze wojsk NATO. I tu zapewne chodzi przede wszystkim o wojsko polskie. Ono oczywiście niczego nie zmieni i prędzej czy później dojdzie do rozmów pokojowych. W takiej sytuacji głównym winnym będzie Polska, którą jakoś trzeba będzie ukarać. Dla Niemców będzie to idealna sytuacja, by odebrać to, co oni uważają za swoje. Przy odpowiednio wykreowanym negatywnym obrazie Polski w świecie nie będzie to trudne.

W 1985 roku w Delhi wszedłem do księgarni, wziąłem z półki atlas geograficzny i otworzyłem go na mapie Europy. Na mapie Polski zostały wykropkowane niemieckie granice z 1937 roku i napis, że te ziemie są tymczasowo pod polską administracją. Wtedy to był dla mnie szok, ale uświadomiłem sobie, że inni mogą zupełnie inaczej patrzeć na ten problem. Dlatego nie mam wątpliwości, że te ziemie poniemieckie, prędzej czy później, wrócą do Niemiec.

Toczy się spór o to, czy po II wojnie światowej nastąpiło wyzwolenie czy zmiana okupanta. Dla jednych była to zmiana okupanta, dla innych – wyzwolenie. Ale jeśli było to wyzwolenie, to jakiego kraju? Bo powstało nowe państwo, które straciło swoje ziemie na wschodzie, a dostało zabrane Niemcom ziemie na zachodzie. Na te zachodnie ziemie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a dla większości Polaków z Kresów, a zwłaszcza dla tych z Kazachstanu, miejsca w tym nowym państwie nie było i do dziś nie ma. Efekt tego wyzwolenia będzie taki, że 1/3 terytorium tego państwa odpadnie, a w zamian powrócą Kresy. Czy można zatem to, co działo się na tych ziemiach, nazywać wyzwoleniem – jak chcą jedni, czy okupacją – jak chcą inni? Wydaje się, że oba określenia na sytuację powstałą po 1945 roku nie oddają istoty rzeczy. Trudno przecież nazwać wyzwoleniem stan, w którym gwarantem przynależności 1/3 ziem nowego państwa był ten, który te ziemie dał. Jeśli nie była to okupacja, to na pewno była to zależność. A w takim wypadku o niepodległości trudno mówić.

Szlachta c.d.

Pamiętam, jak kiedyś Bolesław Prus dzielił się w jednej ze swoich Kronik Tygodniowych własną refleksją. Otóż gdzieś, w jakimś zajeździe czy karczmie, odbywała się jakaś chłopska uroczystość czy spotkanie. W pewnym momencie przyjechali jacyś szlachcie i kazali karczmarzowi wyrzucić wszystkich chłopów. Podobną sytuację zaobserwował on gdzieś na terenie Austro-Węgier. I tam też w karczmie siedzieli chłopi i pojawiła się szlachta węgierska. Przywitali się z nimi i porozmawiali. Tak skrajnie różny stosunek szlachty do chłopów na Węgrzech i w „Polsce” skłania do zadania sobie paru pytań: Kim była polska szlachta? Jakie ona miała korzenie? Skąd u niej była taka nienawiść do polskiego chłopa i traktowanie go jak przedmiot? Taki stosunek do innych jest charakterystyczny dla pewnej nacji, która wcale tego nie ukrywa.

Norman Davies w książce Boże igrzysko (ZNAK, 1999) dobrze opisał zjawisko zwane szlachtą, więc dzięki temu można wysnuć pewne wnioski na temat jej pochodzenia. Poniżej wybrane fragmenty:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem Żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Sama nazwa „szlachta” jest już źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie „rodów”; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego Geschlechtsverband i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Wybór nazw herbowych jest zachwycająco niezrozumiały. Bończa (Bonifacy) to przykład jednej z wielu nazw utworzonych od imion osób. Śreniawa, Rawa czy Doliwa to nazwy miejscowości. Amadej z Węgier czy Rogala z Saksonii były nazwami importowanymi z zagranicy – podobnie jak Sas (z saskiego Siedmiogrodu) czy Prus (z Prus). Dąb i Poraj to rośliny. Aksak (po tatarsku „lis”), Lewart (lampart), Rak, Gryf, Łabędź, Świnka i Wężyk – to zwierzęta; Krzywda, Prawda, Niezgoda, Mądrostki – to nazwy wartości moralnych; Oksza (siekiera) i Łodzia pochodzą od nazw przedmiotów codziennego użytku. Kategorie tego typu można było mnożyć bez końca.

Struktura rodu herbowego pozostaje do pewnego stopnia zagadką. Szczegółowe badania nie doprowadziły do ustalenia żadnej stałej zasady przynależności. Dawna teoria więzów krwi została wprawdzie zdyskredytowana, ale nie zastąpiono jej żadną inną. Członkowie tego samego rodu zazwyczaj walczyli obok siebie ramię w ramię, wspólnie tworząc podstawowe jednostki feudalnej armii. Na poparcie hipotezy, która podkreśla ten właśnie aspekt, można przytoczyć takie nazwy, jak Dołęga czy Doliwa, które wyraźnie wywodzą się z okrzyków bojowych. Badania szły także w kierunku ustalenia patronów – utworzono termin „ród klientarny”. Czasami król pełnił rolę „osoby wprowadzającej”, przypisując nowych rycerzy do wybranych przez siebie rodów. Czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich przyjaciół i krewnych do własnego rodu. Patronat nie był tu w każdym razie bez znaczenia.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swoich racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeżeli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych oskarżeń podających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król i jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

Podczas gdy proces wyłaniania się szlachty jako odrębnego stanu społecznego był już zaawansowany za czasów panowania Kazimierza Wielkiego, proces umacniania i kodowania jej przywilejów prawnych trwał jeszcze przez co najmniej dwieście lat. Na przestrzeni całego minionego okresu królowie polscy nadawali immunitety poszczególnym rycerzom i przedstawicielom duchowieństwa, zwalniając ich od poszczególnych podatków lub od obowiązku stawiania swych poddanych przed sądem królewskim. Ale już od końca XIV w. podobne ustępstwa na rzecz szlachty egzekwowały nie jednostki, lecz cały stan, żądający jednakowych praw dla wszystkich swych członków.

Okresy kryzysów – w czasie wojny lub przed kolejną sukcesją – dawały szlachcie dobrą okazję do przetargów. Raz uzyskane zdobycze rzadko wypuszczano z rąk. W 1374 r. Ludwik Węgierski, chcąc zagwarantować sobie sukcesję swojej córki Jadwigi, na mocy Statutu koszyckiego zwolnił szlachtę od wszelkich dotychczasowych świadczeń z wyjątkiem poradlnego z gruntów kmiecych w wysokości 2 groszy od łana oraz zredukował do jednej szóstej taryfę podatków nakładanych na dzierżawców należących do stanu szlacheckiego.

2 października 1413 r. przyjęto w Horodle nowe warunki unii Polski z Litwą, rozszerzając przywileje szlachty polskiej na litewskich bojarów. Czterdzieści siedem polskich rodów herbowych otwarło bramy na przyjęcie litewskiej szlachty. Przywileje nadane w r. 1422 w Czerwińsku, w r. 1430 w Jedlni i w 1433 w Krakowie dowodzą, że troska Władysława Jagiełły o przyszłość synów stopniowo brała górę nad jego niechęcią do neminem captivabimus – zasady odpowiadającej angielskiemu habeas corpus i chroniącej dobra oraz osobę szlachcica przed konfiskatą i aresztem, dopóki w jego sprawie nie zapadnie wyrok sądowy.

W 1454 r., podczas drugiej wojny z Krzyżakami, Kazimierz Jagiellończyk przyjął w Nieszawie żądania szlachty, aby nie nakładano żadnych podatków ani nie zwoływano pospolitego ruszenia bez zgody nowo powstałych ziemskich sejmików szlacheckich. W 1496 r. w Piotrkowie, podczas przygotowań do swojej fatalnej w skutkach wyprawy do Mołdawii, Jan Olbracht przyznał szlachcie monopol na użytkowanie ziemi. W pięć lat później (1501) jego brat Aleksander spróbował użyć senatu jako narzędzia do ukrócenia roszczeń szlachty. Na mocy przywileju mielnickiego zadekretował, że senatorzy mogą podlegać jedynie równym sobie rangą. Ale sejm wkrótce znalazł okazję do zemsty. Konstytucja Nihil novi, uchwalona w Radomiu 14 czerwca 1505, anulowała przywilej mielnicki, ustalając równouprawnienie izby poselskiej i senatu w kompetencjach ustawodawczych oraz zarządziła, że „nic nowego nie może być postanowionym” bez zgody obu izb sejmu. Odtąd prawodawstwo pozostawało pod ścisłą kontrolą szlachty. Slogan „nic o nas bez nas” pozostawał podstawową zasadą „demokracji szlacheckiej”.

Supremacja szlachty w dziedzinie prawodawstwa była przez nią wykorzystywana dla zapewnienia sobie dalszej przewagi nad resztą społeczeństwa. Nie zadowalając się najróżniejszymi przywilejami oraz, praktycznie rzecz biorąc, monopolem w zakresie własności ziemskiej, zarządzania i administracji, a także uprzywilejowaną rolą w życiu politycznym kraju, szlachta zaczęła umacniać swe pozycje w dziedzinie spraw bardziej szczegółowych.

W 1496 r. ten sam sejm, który ustanowił monopol szlachty w zakresie własności i użytkowania ziemi, podjął kroki zmierzające do ograniczenia praw duchowieństwa, mieszczan i chłopów. Odtąd wszystkie nominacje na wyższe urzędy kościelne były dostępne wyłącznie dla kandydatów ze stanu szlacheckiego. Wszędzie poza terenem Prus Królewskich mieszczanie musieli sprzedać ziemię, której byli właścicielami. Chłopom nie wolno było opuszczać wsi i przenosić się do miast. Począwszy od 1501 r., łańcuch ustaw coraz mocniej przykuwał chłopów do ziemi i wiązał ich z wolą pana.

  • W 1518 r. zniesiono kompetencje kompetencje sądów królewskich w zakresie apelacji w sprawach między panem a chłopem.
  • W 1550 r. zezwolono szlachcie na zakup domów na terenie miast i do ich zajmowania bez konieczności płacenia podatków miejskich, co było sprzeczne ze wszystkimi lokalnymi prawami.
  • W 1563 r., po uregulowaniu kwestii nabywania sołectw, czyli jurysdykcji wiejskiej, otwarto szlachcie drogę wiodącą do pełnej kontroli nad ludnością zamieszkującą jej majątki.
  • W dziedzinie handlu szlachtę zwolniono od opłat celnych za towary przeznaczone do jej własnego użytku.
  • Chociaż sama szlachta nie miała się zajmować handlem – statuty z 1633 i 1677 r. formalnie jej tego nie zabraniały – całe życie gospodarcze kraju było zorganizowane z punktu widzenia jej interesów.

We wszystkich konfliktach społecznych stan szlachecki miał wyraźną przewagę. Posiadał monopol na kierowanie zarówno działalnością Kościoła, jak i centralnych organów prawodawczych; stanowił element dominujący w życiu dworu królewskiego, armii i aparatu administracyjnego. W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ustalił. Z tego właśnie okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV w. Spośród nich wyłoniła się niewielka grupa szlachty, która zaczęła gromadzić w swych rękach nieproporcjonalnych rozmiarów majątki oraz zdobywać ogromne wpływy. Chociaż w zestawieniu z magnackimi rodzinami późniejszej epoki Tęczyńscy, Tarnowscy, Odrowążowie, Górkowie, Firlejowie, Szamotulscy czy Melsztyńscy byli zaledwie drobnymi płotkami, w porównaniu zresztą społeczeństwa mieli oni znaczną przewagę. Podczas gdy w epoce Piastów miasta trzymały się z daleka od interesów właścicieli ziemskich i w czasie zajadłych sporów możnowładztwa mogły przejmować rolę arbitrów lub nawet przesądzać o wyborze książąt, teraz miały zostać podporządkowane wszechogarniającym roszczeniom szlachty.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie przenikających się warstw. (…) Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych. Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy.

Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi wobec prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

Jest rzeczą charakterystyczną, że w przypadku wszystkich najbogatszych magnatów akumulacja ogromnych fortun wiązała się bezpośrednio ze sprawowaniem przez nich wysokich urzędów publicznych. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były jeszcze stosunkowo skromne i znacznie ustępowały ogromnym latyfundiom Litwy.

Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa. Pod tym względem nie mogły z Rzecząpospolitą rywalizować nawet Hiszpania czy Węgry, gdzie szlachta dochodziła do 5% ogółu ludności; Francja (1%) i Anglia (2%) stanowiły pod tym względem ostry kontrast. Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do roku 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

x

Kim tak naprawdę była ta szlachta? Co ją odróżniało od szlachty innych państw?

  • Herbów nie nadawano pojedynczym osobom, jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom, jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zwołanie i godło; polski szlachcic dzielił godło z dziesiątkami innych, którzy nie byli z nim spokrewnieni.
  • Wybór nazw herbowych niezrozumiały: od imion, od miejscowości, od nazw roślin, zwierząt, od nazw wartości moralnych. Kategorie tego typu można było tworzyć bez końca. Zadziwiająca analogia do sposobu tworzenia nazwisk frankistowskich.
  • Ród klientarny, a więc istnienie osoby wprowadzającej do rodu, np. król czy wybitni przedstawiciele szlachty.
  • „Nagana szlachecka”, czyli towarzystwo wzajemnej adoracji albo republika kolesiów.
  • 2 października 1413 roku 47 polskich rodów szlacheckich użyczyło swoich herbów litewskiej szlachcie, czyli szlachcie Wielkiego Księstwa Litewskiego.
  • Proces umacniania i kodowania przywilejów szlachty trwał około 200 lat; to okres unii personalnej, czyli panowania w Polsce Jagiellonów (1385-1569).

W okresie panowania Jagiellonów skład warstwy szlacheckiej ostatecznie się ukształtował. Z tego okresu datują się początki długiej historii licznych rodów szlacheckich, których nazwiska pojawiają się po raz pierwszy w dokumentach i aktach nadania ziemi pochodzących z końca XIV i początku XV wieku.

A skąd brała się ta ziemia?

Najistotniejszym źródłem dochodów monarchów z dynastii Jagiellonów w Polsce były dochody z dóbr królewskich – nieruchomości znajdujących się w ich bezpośrednim posiadaniu. Jagiellonowie odziedziczyli po Piastach prawo do dużych tronowych majątków ziemskich, obejmujących scaloną w 1368 roku przez Kazimierza III Wielkiego domenę, na którą składały się pola uprawne, lasy i łąki oraz kopalnie. Własne majątki Jagiellonów na Litwie stanowiące majątek ziemski stopniowo przeszły w ręce magnaterii jako darowizny, zastawy lub zabezpieczenie wydatków dostojników. Władcom pozostały dobra przejmowane po wygasłych rodach oraz majątek osobisty hospodarski finansowany z danin, ceł, myt i karczem.

Szacunkowo ocenić można rozmiar domeny królewskiej na około 30% powierzchni Królestwa Polskiego. Obejmowała ona około 300 miast i ponad 3500 wsi. Po reformie Kazimierza III Wielkiego kompleksami dóbr królewskich administrował starosta lub wielkorządca, oddając część dochodów skarbowi. Pozostała część stanowiła utrzymanie budynków publicznych i twierdz oraz administracji sądowej i policyjnej, a także dochód starosty.

Piastowska domena ulegała stopniowemu zmniejszeniu od czasów panowania Ludwika Węgierskiego, jej redukcję pogłębiły nadania i alienacje na rzecz magnatów i sojuszników z okresu panowania Władysława II Jagiełły. Do znacznego zubożenia domeny królewskiej doszło w trakcie prowadzonej przez Władysława III wojny domowej na Węgrzech w latach 1440–1444: poprzez masowe zastawy na rzecz możnych osób prywatnych finansujących węgierską politykę królewską pożyczkami, król pozbawił się posiadania znacznej części dóbr. Upadek domeny osłabił państwo, a fortuny magnackie powstawały kosztem dóbr koronnych. Jak wskazuje Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”:

Skarb koronny popadł w ruinę, z której nie miał się już nigdy podźwignąć. Na zawsze przepadł główny wspornik polityki piastowskiej, czyli zdecydowana przewaga materialna panującego nad poddanymi. W przyszłości miało być w Polsce akurat odwrotnie – bogate możnowładztwo, szczególnie duchowne, nędzarskie państwo.

Te powyższe informacje pochodzą z Wikipedii, więc nie jest to żadna tajemnica. Możemy więc wywnioskować, że potęga rodów Rzeczypospolitej wzięła się z rozkradania majątku państwa Piastów i zadłużenia Jagiellonów uwikłanych w wojny w interesie własnej dynastii. Tak się skończyła Polska.

A czy liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie?

W hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Tak pisał Jan Potocki w Rękopisie znalezionym w Saragossie.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał we wstępie:

»Język hebrajski daje wdzięczne pole do wieloznacznego wyrażania myśli. Podobnie jak inne języki wschodnie, lubuje się w obrazach alegorycznych, zastępujących ścisłe rozumowanie, a nadto właściwa pisownia jego pozbawiona jest samogłosek. Jakże łatwo więc jedno zdanie może być czytane w wieloraki sposób! Przypuśćmy na chwilę, że język polski nie posługuje się samogłoskami. Napiszemy sobie w takiej pisowni zdanie następujące: „dm zbj”. Można je przeczytać: „Odma zabija” albo „Dom zbója”, ale także „Dym zabija”, albo nawet „Adam zabija”. Jest to więc pismo, które dla piszących stylem rabinicznym, pełnym pozornych sprzeczności, jest znakomitym szyfrem.«

Prawdopodobnie liczba „47” ma jakieś ukryte znaczenie, bo dlaczego akurat 47, a nie 50? Po stronie litewskiej tych rodów było więcej, ale nie da się tego uściślić, bo budynek, w którym ten dokument był przechowywany, został zburzony podczas powstania warszawskiego.

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) pisze:

Wśród neofitów w państwie Jagiellonów wysunęli się na czoło pod względem wpływów i bogactw przede wszystkim nowochrześcijanie litewscy. Już za w. ks. Witolda dochodzili Żydzi na Litwie do dużych fortun. Komory celne, podatki od wódek, sól, wosk, przewozy, mostowe znajdowały się w ich rękach. Żydzi – arendarze gromadzili w swoich rękach wielkie bogactwa i nabywali posiadłości ziemskie. Wchodząc w skład warstwy ziemiańskiej, oni sami, względnie ich dzieci, przyjmowali wiarę chrześcijańską. Ponieważ szlachta litewska nie była jeszcze tak wyrobionym stanem jak w Koronie, mieli więc pozorni katolicy ułatwioną możność spełnienia woli Majmonidesa, tj. wejścia w skład przodującej warstwy narodu.

Już w wieku XVI pozorni chrześcijanie, obdarzani masowo przez władców polskich klejnotem szlacheckim, dochodzili do wysokich stanowisk. W 1510 r. obok Radziwiłłów, Ostrogskich, Ostyków, Kieżgajłów, Hlebowiczów i Sapiehów zasiadł w radzie wielkoksiążęcej neofita Abraham Józefowicz, jako podskarbi ziemski (wielki) W. Księstwa Litewskiego. Wśród jego potomków (Abrahamowiczów), spokrewnionych z najpierwszymi rodzinami polskimi (Zborowskimi) widzimy wojewodów, kasztelanów i generała artylerii litewskiej. Stanowiska starostów, stolników i krajczych były też zajmowane często przez nowochrześcijańskie rody, koligacące się drogą małżeństw ze starymi rodzinami szlacheckimi. Tak w Wielkopolsce wpływowe stanowisko zajęła wśród szlachty tamtejszej rodzina Powidzkich, wywodząca się od neofity Stefana Fiszta starosty powidzkiego i wojskiego kruszwickiego, spokrewnionego ze słynnym w dziejach rozwoju żydowskiej teologii politycznej gaonem Jakubem Polakiem, zwanym „Ojcem Talmudu”.

Czym tak naprawdę jest ta „Polska”?

„Do roku 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. W odniesieniu do norm europejskich była stanem niezwykle licznym. Około 25 tysięcy rodzin szlacheckich – czyli co najmniej około 500 tysięcy osób – stanowiło 6,6% ogółu ludności, liczącej wówczas 7,5 miliona. Pod koniec XVII w. liczba ta miała wzrosnąć do około 9%, w w. XVIII zaś stała się jeszcze wyższa.”

Tendencja wzrostu liczebności szlachty od XVI do XVIII wieku jest zbieżna z tendencją wzrostu ludności żydowskiej w Rzeczypospolitej. Czy zatem mamy do czynienia z zupełnie inną skalą liczebności ludności żydowskiej? Bo jeśli szlachta Rzeczypospolitej była w całości warstwą żydowską lub w znacznej części, to znaczy, że to było żydowskie państwo, a powstałe w XX wieku jego kolejne wersje: II RP, PRL, III RP – to też państwa żydowskie.

Zachowanie szlachty

Zalążki stanu żydowskiego powstały w wiekach XIII i XIV, chociaż instytucjonalna autonomia Żydów rozwinęła się dopiero w połowie XVI w. Przez cały ten czas trwała ich rywalizacja z mieszczaństwem oraz przymierze ze szlachtą. – Norman Davies Boże igrzysko.

Polska zaś szlachta, żywiąca dużą niechęć do niemieckiego kupca i Niemca, pożyczającego pieniądze z ochotą, zwracała się do żydów, aby od nich pożyczać środki pieniężne na zastaw swych majętności… – Adolf Nowaczyński Mocarstwo anonimowe (1921).

Ten wieczny i żadnym innym uczuciem nigdy nie przeważony strach przed „naruszeniem własności panów” przypomina mimo woli słowa Deczyńskiego: „Każdy szlachcic polski woli stracić połowę swego majątku jakimkolwiek bądź sposobem, niżeli pozwolić na to, żeby chłopi w jego wsi od odrabiania pańszczyzny wolnymi być mieli”. – Maria Dąbrowska Rozdroże (1987).

Józef Ignacy Kraszewski w książce Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799; Studia do Historii ducha i obyczaju Tom III (NapoleonV, 2015) zamieszcza relację Inflantczyka Szulca z podróży po Rzeczypospolitej w 1793 roku:

Warszawa odznaczała się zbytkiem, który zadziwiał cudzoziemców. Był to zbytek azjatycki niemal, bezładny, strumieniem płynący obok rynsztoka. Takim go maluje Szulc, obserwator dowcipny i trafny, autor powyższych obrazów. Kuchnia szczególniej była obfita, choć raczej zawiesista niż wykwintna; oprócz pieczystego, chleba i kawy, podróżny nasz nic nie chwali. Jadano pieprzno, z zaprawami ostrymi, czosnkiem i cebulą, co dla Niemca, nawykłego do słodko-mdłej kuchni, musiało być nieznośne. Wąchał tylko i wstawał głodny, dotknąć się obawiając.

I na końcu tego rozdziału:

„Polski chłop – pisze na ostatek – jest dotąd w całym znaczeniu wyrazu poddanym, niewolnikiem. Nowa konstytucja starała się jego los polepszyć – ale tu mowa nie o tym, co ma być, ale o tym, co jest. Pojedyncze wsie swobodniejszych kolonistów mały stanowią wyjątek.

Od pana zależy, jak długo zechce dawać ziemię wieśniakowi, albo mu ją na gorszą zamienić. Nic rzadkiego widzieć tych, co się lepiej mają, na gorsze przesiedlanych grunta, a znędzniałych na lepsze, aby mogli się lepiej wysługiwać. Syn nie jest koniecznym spadkobiercą po ojcu, nikt na pewno nie może liczyć na to, iż jego praca dostanie się dzieciom. Że zatem idą próżniactwo i rozpusta, nic dziwnego. Pozostaje tylko jedna namiętność – pijaństwo. Kańczug jest narzędziem, które rządzi tymi tłumami. Dwadzieścia batów okropna kara, ale w Polsce za bagatelkę po sto i sto walą.”

xxx

Czy zatem w świetle tych cytatów nie można mówić o dwóch narodach? Chyba można. W przypadku Polski mamy do czynienia ze zjawiskiem zwanym asymilacją na poziomie państwa. W przypadku asymilacji indywidualnej zasymilowany Żyd udaje kogoś innego, niż kim faktycznie jest. Asymilacja na poziomie państwa polega na tym, że państwo żydowskie udaje, że jest państwem polskim. Nazywa go Polską, Żydzi w nim mieszkający udają Polaków. Tak więc na arenie międzynarodowej postrzegane jest ono jako polskie i że to Polacy w nim rządzą. Wszelka odpowiedzialność za żydowską politykę wewnętrzną i międzynarodową, za decyzje, które podejmują, spada na Polaków, którzy o niczym nie decydują, bo nie są dopuszczani do stanowisk, na których o czymś się decyduje. Świat jednak tego nie wie. Wie tylko o tym, że Polacy są antysemitami w kraju, w którym podobno prawie nie ma Żydów.

Jeśli więc szlachta była w całości lub prawie w całości pochodzenia żydowskiego, to jak wytłumaczyć zjawisko zwane sztadlanami, czyli swego rodzaju żydowskimi urzędnikami, których zadaniem było przekupywanie posłów I RP. O tym pisałem w blogu „Sztadlani’. Jak wytłumaczyć, że konsekwencje nieudanego powstania styczniowego poniosła szlachta, czyli Żydzi. Jak uwiarygodnić posła, który był Żydem? Przyjmowanie łapówki dawało mu alibi, uwiarygodniało go, bo przecież Żyd nie przekupywałby Żyda – a jednak, a pieniądze i tak pozostawały w rodzinie. Podobny mechanizm działał podczas powstania styczniowego. Żydowski szlachcic był takim patriotą, że dla ojczyzny gotów był poświęcić swój majątek, a że on też zostawał w rodzinie, to drobny szczegół. Zresztą wielu z nich wracało z zesłania i zajmowało się handlem, produkcją, usługami i dobrze prosperowało. Wracali w glorii chwały, jako wielcy patrioci. Wielu z nich walczyło w powstaniu warszawskim, ale w odróżnieniu od tych nieświadomych, włos im z głowy nie spadł w czasach stalinowskich. Wręcz przeciwnie, byli zatrudniani na dobrze płatnych stanowiskach.

Takich zbiegów wymaga asymilacja na poziomie indywidualnym, by móc dokonać asymilacji na poziomie państwa. Była to nieustanna żmudna praca, trwająca od pokoleń i nadal jest kontynuowana. Jeśli ktoś więc chce walczyć o Polskę, to powinien najpierw rozpoznać sytuację: uświadomić sobie w jakim kraju mieszka i poznać naturę żydowską. Jeśli komuś się wydaje, że wystarczy wyjechać traktorami na drogi i władza się przestraszy, to gratuluję dobrego samopoczucia.

Teoria spiskowa

Od samego początku wojny na Ukrainie pisałem o tym, że w tej wojnie chodzi o coś więcej, niż o samą Ukrainę i likwidację neobanderowców i nazizmu. Chodzi przede wszystkim o Polskę, a raczej o odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Jak dotąd pojawiały się tylko głosy sugerujące utworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego. O Białorusi było cicho. Aż tu nagle pojawia się 16 lutego artykuł na Interii Teoria spiskowa Łukaszenki. Mówił o zmianie granic Polski Poniżej jego treść:

Kolejna teoria spiskowa Alaksandra Łukaszenki. Białoruski dyktator podczas swojego czwartkowego wystąpienia stwierdził, że wroga mu opozycja snuje plany dotyczące rozbioru kraju, mającego wydłużyć granicę Polski aż do Mińska.

W czwartek Alaksandr Łukaszenka wziął udział w walnym zgromadzeniu przedstawicieli członków Białoruskiego Republikańskiego Związku Stowarzyszeń Konsumenckich i apelował do podwładnych, aby nie ulegali “rozluźnieniu”. 

Widzicie, co się dzieje dookoła. Przepraszam, ale wy jeszcze nie o wszystkim wiecie. Powiem wam najważniejsze, nie wchodząc w szczegóły (…). Dziś wszyscy na Zachodzie pragną, na czele z naszymi uciekinierami, porażki Rosji w wojnie z Ukrainą – mówił. 

Łukaszenka straszy rozbiorem. „Polska granica aż do Mińska”

W dalszej części wystąpienia, białoruski dyktator rzucał oskarżeniami o domniemanym spisku między krajami Zachodu, a wrogą mu opozycją znajdującą się poza granicami kraju. 

Polska ma prawo do zachodnich ziem Białorusi. A w przypadku porażki Rosji, Białoruś będzie się rozwijać kosztem zachodnich ziem Rosji – powiedział Łukaszenka, insynuując, że to cytat jednego z białoruskich polityków znajdujących się na emigracji. 

Według dyktatora opozycja miała opracować tajny plan z porozumieniem z polskimi władzami. – Wytną nam coś ze Smoleńska, Briańska, może z obwodu pskowskiego. I trzeba będzie oddać zachodnią Białoruś Polsce. W ten sposób nowe, demokratyczne władze negocjują na Zachodzie – przekonywał Łukaszenka. 

Białoruś. Łukaszenka starszy opozycją i Polską

Białoruski dyktator zapytał swoich słuchaczy, kto z nich przystałby na taką propozycję. On sam stwierdził, że nie wyrazi nigdy zgody na takie rozwiązanie. Łukaszenka przekazał także, że nie ma zamiaru nikomu stwarzać problemów. Dodał, że jego kraj “nie rości sobie praw czy to do Wilna, czy Białegostoku”. – To, co mamy historycznie, nam wystarczy. To są ziemie białoruskie – wskazał.

Łukaszenka co pewien czas próbuje przekonać obywateli swojego kraju względem teorii o napaści na Białoruś przez Polskę i inne państwa NATO. Ma to być wytłumaczenie na rzekome zagrożenie i sprowadzanie na białoruskie terytorium rosyjskiej taktycznej broni jądrowej.

x

Halina Kunicka śpiewała kiedyś: Babcia stała na balkonie, dołem dziadek defilował (…) Stanął pod balkonem, huknął jej puzonem, no i tak to się zaczęło (…) Niby nic, zwyczajne „pa, pa, pa”. No właśnie, niby nic. Na walnym zgromadzeniu przedstawicieli członków Białoruskiego Republikańskiego Związku Stowarzyszeń Konsumenckich, czyli na jakimś tam nic nie znaczącym zgromadzeniu, jakiejś nic nie znaczącej organizacji, prezydent Łukaszenka poinformował, że jeden z białoruskich polityków na emigracji powiedział, że Polska ma prawo do zachodnich ziem Białorusi. Nie wymienił go z nazwiska, więc nie wiadomo czy tak powiedział i czy on w ogóle istnieje. Natomiast Interia od razu sugeruje w tytule, że jest to teoria spiskowa, czyli nieprawda. Aleksander Gorczakow, XIX-wieczny minister spraw zagranicznych Rosji, mawiał, że nie wierzy w niezdementowane informacje. Skoro więc Interia zdementowała sugestię Łukaszenki, to należy uznać, że jednak coś w trawie piszczy, że zamiar odtworzenia I RP nie jest jakąś fantasmagorią, ale realnym planem, który czeka na realizację w odpowiednim momencie i już teraz wypada zacząć „gotować żabę na wolnym ogniu”. Temu celowi ma również służyć wymieszanie ludności, bo przecież nie tylko Ukraińcy napływają do Polski, również Białorusini, o czym się nie mówi. Ci ostatni podają się za uchodźców politycznych i pewnie też mają większe prawa, niż obywatele tego kraju Zulu-Gula.

x

Polityka oczerniania Polski zaczyna być prowadzona wielowektorowo, że użyję tu ulubionego określenia Leszka Sykulskiego, który na kanale Bezpieczna Polska zamieścił fragment wypowiedzi Scotta Rittera, dotyczący Polski i jej polityki wobec wojny na Ukrainie. Poniżej jej treść.

To już koniec, bo jak będzie wojna to zginiesz. Chcesz wziąć swoje 165 tysięcy żołnierzy i zamienić je na 300 tysięcy? A ty masz to, czego trzeba, by z tych 300 tysięcy zrobić solidne wojsko? Nie masz pieniędzy, nie masz czasu, nie masz cierpliwości, nie masz zdolności, nie masz odwagi. Więc przestań mówić tak, jakbyś miała grać w wielkim stylu. Nie jesteś w pierwszej lidze Polsko. Nie dostaniesz się na mistrzostwa świata. My tak, Rosja również. Jesteście niewielkim europejskim krajem. A obok jest większy o nazwie Ukraina. I zobacz, co się z nim stało? Większy kraj, więcej ludzi, większa armia, a oni dostają baty. Więc nie myśl, że możesz przejąć zachodnią Ukrainę i uczynić ją własną częścią, że możesz zagrozić Białorusi. Ale umrzesz, jeśli to zrobisz. A kiedy ty umrzesz, to my wszyscy umrzemy, bo jesteście częścią NATO. Dostaniesz ochronę z artykułu 5. Wszystko, co gwarantuje ten artykuł, to masakra wojenna, którą już raz przechodziłaś w czasie II wojny światowej. Zostaniesz ponownie zmasakrowana, tym razem termonuklearnie, wysadzona w powietrze, wraz z każdym większym polskim miastem. Zrobiłaś z siebie cel nuklearny.

Gratuluję również poparcia dla nazistów. Dlaczego popierasz banderowców? Niczego się nie nauczyłaś? Czy muszę cię uczyć twojej historii? Czy muszę cię uczyć, co się działo w 1943 i 1944 roku? Czy naprawdę musisz przez to przechodzić? – Ponad 100 tysięcy polskich cywilów zamordowanych przez banderowców. Stepan Bandera – człowiek, który jest teraz w Polsce bohaterem narodowym. Czy muszę cię tego uczyć? Nie masz mózgu, jeśli popierasz tych ludzi. To nie są twoi przyjaciele Polsko. Oni cię nienawidzą. Postrzegają cię jako podludzi. Jesteś na równi z Rosjanami jako podgatunek. A jednak chcesz dać im swoją armię, chcesz dać im swoją krew. Chcesz dać im swoje pieniądze i broń. To jest szaleństwo. Dosłownie Polska oszalała! Po prostu nie rozumiem, co ona robi. Ale to nic nie szkodzi. Wy znacie prawdę. Daj spokój Polsko. Mieszkasz obok nich. Znasz prawdę o Ukrainie. Nie muszę cię tego uczyć. Dlaczego kupujesz tę zachodnią propagandę, że nagle Ukraina, najbardziej skorumpowany naród na świecie, rządzony przez skorumpowanych oligarchów z tym zachodnio-ukraińskim, nazistowskim problemem tam, to nagle co? Pasja demokracji? Dlaczego dowcipny komik nagle stał się Winstonem Churchillem? Aha, nie pamiętasz, co ci zrobił Winston Churchill? Wbił ci nóż w plecy, porzucił cię, jak wszyscy, bo nikt nie lubi Polski. Również Rosjanie. Chcą żyć w pokoju z tobą. Ale nikt inny, my – nie, Brytyjczycy – nie, Niemcy – nie, nikt cię nie lubi.

Więc dlaczego siedzisz tutaj i grasz w naszą grę?! Dlaczego jesteś po naszej stronie? To jest szalone, chłopaki. To jest szalone. Więc przestańmy grać w tę brudną, niewygodną grę. Tu musi zwyciężyć zdrowy rozsądek. Świat nie polega na tym, kto ma najsilniejsze wojsko. Świat powinien polegać na tym, kto ma najlepszych ludzi. Ludzi, którzy chcą żyć w pokoju, ludzi, którzy chcą żyć w harmonii, którzy chcą żyć jako dobrzy sąsiedzi. Polska powinna być taka. Masz dobrych ludzi i możesz być taka, ale masz teraz rząd, który uważa, że chcesz wspierać złą stronę. Stoisz teraz po złej stronie historii Polsko.

xxx

Wypowiedź ta jest utrzymana w tonie takim, że to nauczyciel karci niesfornego, a nawet niedorozwiniętego umysłowo ucznia, który działa na swoją szkodę i nie zdaje sobie z tego sprawy. No cóż, jest to bardzo niebezpieczne, bo przekaz idzie po angielsku i rozejdzie się po całym świecie. Nikt nawet nie zwróci uwagi na to, że mówi to człowiek o fizjonomii kretyna i troglodyty. Ktoś mu zapewne podyktował ten tekst i małpa nauczyła się na pamięć, nawet nie rozumiejąc tego, o czym mówiła. Ale czego wymagać od wojskowych. Wszak to Kissinger powiedział: Military men are just dumb stupid animals to be used as pawns in foreign policy.

Brutalne? Brutalne, bo Kissinger mówił nie o zwierzętach, ale o durnych tępych zwierzętach. Pewnie on nie zna tej definicji, dlatego tak dobrze się czuje. Dla nas to jednak małe pocieszenie, bo przecież odbiorcy tego przekazu nie znają tej definicji. Podejrzewam również, że w większości uwierzą w to, że Polska oszalała. Powołuje się więc on na artykuł 5. traktatu północnoatlantyckiego, w którym jest mowa o tym, że członkowie NATO są zobowiązani do pomocy w przypadku wojny napastniczej na któregoś z nich. Wysłanie wojska polskiego na Ukrainę nie spełnia tego warunku, zatem reakcja odwetowa Rosji nie wymagałby od nich obrony Polski. Zresztą Sykulski w jednym ze swoich podkastów geopolitycznych stwierdził, że artykuł ten wcale nie musi oznaczać, że ma to być pomoc militarna.

Wojną nuklearną starszy nie tylko ten były oficer. Robią to również inni. To działa na wyobraźnię. Jeśli więc będzie się ten argument powtarzać, a zapewne tak będzie, to będzie to oznaczać, że wojny nuklearnej można będzie uniknąć tylko w jeden sposób – poprzez likwidację Polski, bo Polacy to szaleńcy. Mówi on nawet „ale masz teraz rząd, który uważa, że chcesz wspierać złą stronę”, czyli że tak naprawdę to Polacy wywierają presję na swój rząd, by angażował się na Ukrainie.

Żadnej wojny nuklearnej nie będzie. Tylko ktoś, kto nie potrafi pomyśleć dwa kroki do przodu, uwierzy w to. Mówią o pasie spalonej ziemi. Do dzisiaj Czarnobyl jest strefą zamkniętą, nienadającą się do zamieszkania. Tak jest od 1986 roku, a więc prawie od czterdziestu lat. Czy ktoś chciałby stworzyć taki pas spalonej ziemi w całej Europie środkowej? Przecież Polska ma bogate złoża mineralne, których nie można by było eksploatować. Ale bez nich można się obejść. Nie można obejść się bez wody, a Polska ma jedne z najbogatszych zasobów wód głębinowych w Europie. I zlikwidować najkrótsze połączenie pomiędzy Europą zachodnią a wschodnią?

No i jeszcze to: Gratuluję również poparcia dla nazistów. Dlaczego popierasz banderowców? Stepan Bandera – człowiek, który jest teraz w Polsce bohaterem narodowym.

Albo to: Więc nie myśl, że możesz przejąć zachodnią Ukrainę i uczynić ją własną częścią, że możesz zagrozić Białorusi.

A więc mamy punkt styczny: to samo mówi ten Amerykanin i prezydent Białorusi, który tak mówi na polecenie swoich nieznanych przełożonych. Jeden reprezentuje koła militarne, drugi – dyplomatyczne. To jest dopiero początek. Jeszcze „polski” rząd nie wysłał wojsk na Ukrainę, ale oni już wiedzą, że Polska chce przejąć zachodnią Ukrainę i zachodnią Białoruś. Skąd oni to wiedzą, skoro „polski” rząd tylko straszy Rosją i mówi o obronie przed nią? A nawet, jeśli padają słowa o Ukrainie, to mówi się o wspólnym państwie polsko-ukraińskim, a nie o przejmowaniu zachodniej Ukrainy. Najwyraźniej scenariusz dla Polski jest już od dawna gotowy i nadchodzi czas realizacji. Jednak nie będzie w nim, jak sądzę, miejsca na likwidację Polski, co oznaczałoby rozbiory. Bo skoro Rosja nie ma wobec Polski wrogich zamiarów, jak twierdzi ten Amerykanin, to jednak pozostaje połączenie z zachodnią Ukrainą i zachodnią Białorusią, co zażegnałoby groźbę wojny nuklearnej, która zagraża Europie z powodu opętanej Polski. A że Polska jest wasalem Ameryki, a „polscy” politycy biegają po instrukcje do amerykańskiej ambasady w Warszawie i to, że polski minister spraw zagranicznych Radek Sikorski, anglosaski sługus, ma wygląd psychopaty, zachowuje się jak psychopata i być może nim jest – to tego były oficer wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej USA nie wie, a raczej udaje, że nie wie. Durne tępe zwierze używane jako pionek w polityce zagranicznej. Jednak Kissinger miał rację.

Szantaż

Wygląda na to, że proces oficjalnego, bo przecież nie faktycznego, wycofywania się Ameryki z Europy, powoli rozkręca się. W sobotę 10 lutego 2024 roku Donald Trump podczas wiecu wyborczego w Karolinie Południowej powiedział, że gdyby doszło do ataku Rosji na któregoś z sojuszników Stanów Zjednoczonych w NATO, ale jednego z tych sojuszników, którzy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań finansowych, to wówczas Stany Zjednoczone nie udzieliłyby pomocy takiemu państwu. Co więcej prezydent Trump przyznał, że zachęcałby Rosję, by robiła cokolwiek, co jej się podoba z takimi państwami, które nie przeznaczają przynajmniej 2% PKB na zbrojenia. – Temu tematowi poświęcił swój kolejny podkast geopolityczny Leszek Sykulski. Poniżej jego obszerny fragment.

Kraje kolektywnego Zachodu, a zwłaszcza kraje anglosaskie, nie chcą wchodzić w bezpośrednią konfrontację z Federacją Rosyjską. Chcą wykorzystywać inne państwa do tego. No i tutaj oczywiście pytanie, że jeżeli zajdzie taka okoliczność, jeżeli państwa tzw. wschodniej flanki NATO przestaną być potrzebne jako zderzaki strategiczne, czy po prostu nie zostaną porzucone? I tu warto sięgnąć pamięcią do roku 2019, kiedy Stany Zjednoczone, w trakcie prezydentury Donalda Trumpa brutalnie porzuciły swego sojusznika na Bliskim Wschodzie, czyli syryjskich Kurdów. To był sojusznik wyjątkowy, bodaj najbardziej zasłużony dla pokonania terrorystów z tzw. państwa islamskiego. I tak naprawdę Ameryka Trumpa porzuciła Kurdów i tak naprawdę wydała ich na pastwę wojsk tureckich. Ten sposób myślenia Trumpa jest bardzo charakterystyczny. Ten rok 2019 pokazał to jak w soczewce.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Polska wydaje blisko 4% PKB, więc te słowa Trumpa Polski nie dotyczą, ale wiemy doskonale, że w polityce międzynarodowej znalezienie pretekstu do ewentualnego wycofania się, zrolowanie tej obecności wojskowej, nie stanowi jakiegoś większego problemu. Musimy sobie z tego zdawać sprawę. I patrząc na artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego, na który tak wielu powołuje się, też trzeba go umieć odczytać, a nie tylko powoływać się na hasło: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. No spójrzmy na brzmienie artykułu 5. traktatu północnoatlantyckiego. Tego traktatu, który został zawarty 4 kwietnia 1949 roku w Waszyngtonie:

Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Tutaj widzimy jak w soczewce, że mimo tego określenie, że zbrojna napaść na jedną lub więcej ze stron traktatu północnoatlantyckiego, będzie traktowana jako napaść na wszystkie, na całość sojuszu, to ta konieczność podjęcia działań, konieczność udzielenia pomocy jest bardzo mocno labilna. To znaczy ona obejmuje duży wachlarz możliwości. To nie musi być użycie sił zbrojnych. To jest wyraźnie określone, że jest to pewien wariant, pewna ewentualność. Mówi się o działaniach łącznie z użyciem siły zbrojnej. A zatem może to być nota dyplomatyczna, nota protestacyjna; może to być pomoc humanitarna, może to być przyjęcie uchodźców, może to być pomoc finansowa, może to być wysłanie uzbrojenia i tak dalej. Natomiast nie musi to być wysłanie kontyngentu wojskowego. Nie jest także określone, jak miałoby wyglądać użycie siły zbrojnej, jak proporcjonalnie miałoby to wyglądać, jeśli chodzi o pomoc wojsk lądowych, wojsk specjalnych, sił powietrznych, marynarki wojennej. To wszystko jest mocno niedoprecyzowane.

Zatem twierdzenie, że bezpieczeństwo państwa polskiego zależy od wsparcia NATO czy jest gwarantowane przez NATO, jest daleko idącą przesadą. Oczywiście członkostwo w sojuszach wojskowych, politycznych, militarnych zwiększa bezpieczeństwo, ale w żaden sposób nie jest 100% gwarancją, czego przykładem jest historia. Polska była w bardzo wielu sojuszach wojskowych na przestrzeni swojej historii i wiemy doskonale, jak wiele z tych sojuszy okazało się absolutnie nieskuteczne.

Te słowa Donalda Trumpa należy odczytywać znacznie szerzej, w kontekście geopolitycznym, geostrategicznym. Trump doskonale rozumie, że zmienia się koniunktura międzynarodowa. Wiele państw odchodzi od rozliczeń w dolarze. W związku z tym to nastawienie, takie izolacjonistyczne czy bardzo egoistyczne będzie postępować w Stanach Zjednoczonych. Moim zdaniem Waszyngton nie będzie miał żadnych skrupułów, aby porzucić swoich sojuszników, jeśli będzie wymagał tego interes Stanów Zjednoczonych. I musimy to brać jak najbardziej pod uwagę. Całe nastawienie strategii polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa państwa polskiego na uzyskanie gwarancji od Stanów Zjednoczonych, gwarancji bezpieczeństwa Polski, jest nadzieją płonną. To są zabiegi niezwykle ryzykowne, taka strategia wieszania się na klamce w Waszyngtonie czy wieszania bezpieczeństwa Polski, przyszłości Polski w Waszyngtonie jest – no, powiedziałbym postawą romantyczną, postawą nieodpowiedzialną, postawą antyrealistyczną i sprzeczną z polską racją stanu. Musimy sobie zdawać sprawę, że gwarantem bezpieczeństwa nie są wyłącznie siły zbrojne, nie są sojusze polityczno-militarne.

Polska w wielu sojuszach, o czym powiedziałem, już była. Wiele z nich nie sprawdziło się, a czy Polska będzie posiadała armie na poziomie stu tysięcy, trzystu czy nawet miliona, to nie jest to żaden stuprocentowy gwarant bezpieczeństwa. Wystarczy spojrzeć na historię II Rzeczypospolitej i zobaczyć, jak liczną armię Polska miała w 1939 roku i zobaczyć, iż liczebność armii nie jest głównym gwarantem bezpieczeństwa.

Tym ważnym elementem bezpieczeństwa, jednym z najważniejszych, jest mądra polityka zagraniczna. W naszym położeniu, położeniu tranzytowym w tej części Europy, to jest polityka wielowektorowa. Nie polityka jednowektorowa opierania się wyłącznie na jednostronnych amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, ale polityka wielowektorowa, zasada: „zero wrogów wśród sąsiadów”. Natychmiastowa, jak najszybsza normalizacja relacji z Rosją i Białorusią, jak najszybsze zakończenie wojny na Ukrainie. To są podstawy. Oczywiście sprawne służby specjalne, które realizować będą polską rację stanu, a nie tworzyć na przykład tajne więzienia obcych służ specjalnych, eksterytorialne na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. To są podstawy bezpieczeństwa, a nie podbijanie bębenka wojennego, nie eskalowanie napięcia z sąsiadami.

x

Sykulski stwierdza, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego jest zbyt ogólnikowy i że pomoc ze strony innych państw nie musi być pomocą zbrojną. Trudno oczywiście w takim traktacie o precyzyjne sformułowania. Natomiast artykuły 9, 10 i 11 dają pewną wskazówkę.

Artykuł 9

Niniejszym strony ustanawiają Radę, w której każda z nich będzie reprezentowana w celu rozpatrywania spraw dotyczących realizacji niniejszego traktatu. Rada będzie zorganizowana w taki sposób, żeby mogła zbierać się szybko w każdym czasie. Rada utworzy takie organy pomocnicze, jakie okażą się potrzebne; w szczególności utworzy ona natychmiast komitet obrony, którego zadaniem będzie zlecanie środków w celu realizacji artykułów 3 i 5.

Artykuł 10

Strony mogą, za jednomyślną zgodą, zaprosić do przystąpienia do niniejszego traktatu każde inne państwo europejskie, które jest w stanie realizować zasady niniejszego traktatu i wnosić wkład do bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego. Każde państwo zaproszone w ten sposób może stać się stroną traktatu, składając Rządowi Stanów Zjednoczonych Ameryki dokument przystąpienia. Rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki powiadomi każdą ze stron o złożeniu takiego dokumentu przystąpienia.

Artykuł 11

Niniejszy traktat podlega ratyfikacji, a jego postanowienia zostaną wprowadzone w życie przez Strony zgodnie z ich procedurami konstytucyjnymi. Dokumenty ratyfikacji zostaną złożone tak szybko, jak to możliwe, Rządowi Stanów Zjednoczonych Ameryki, który o każdym złożeniu powiadomi wszystkich sygnatariuszy. (…)

Już choćby z tych trzech powyższych artykułów nasuwa się wniosek, że o wszystkim decydują Stany Zjednoczone, a więc również o tym czy pomagać jakiemuś państwu i w jaki sposób. Tu nie ma miejsca na własną politykę któregokolwiek z członków NATO. O wszystkim decydują Stany Zjednoczone, a raczej ci, którzy nimi rządzą. Sykulski zdaje się więc sugerować, że w przypadku napaści Rosji na Polskę, bo innego zagrożenia nie ma, NATO może nie udzielić zbrojnej pomocy.

Podaje też przykład II RP, twierdząc że liczebność armii nie jest głównym gwarantem bezpieczeństwa. Jednak to nie liczebność tej armii zdecydowała o porażce, tylko druzgocąca przewaga wojsk niemieckich pod każdym względem oraz możliwość ataku z trzech stron. W takiej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem było poddanie się. Jeśli tak nie zrobiono, to nie na skutek nieudolnej polityki, tylko dlatego, że masoński rząd II RP realizował obce interesy i celowo wepchnął kraj do z góry przegranej wojny. Tak właśnie miało być i w nagrodę ci, którzy zrealizowali ten plan, dostali schronienie na Zachodzie.

Przypadek Czech jest podobny. Tam też był masoński rząd, którego zadaniem było, w odróżnieniu od Polski, nie dopuścić do wojny. Czescy generałowie chcieli walczyć, ale rząd był przeciw i nawet uwięziono jednego z nich. Dlaczego ktoś postanowił, by Polskę pchnąć do wojny, a Czechy – nie? Bo tam były zakłady Skody, które nie mogły ulec zniszczeniu, bo miały służyć Hitlerowi. W Polsce nie było nic, co mogłoby się mu przydać, więc można było ją zniszczyć. A poza tym chodziło o wspólną granicę ze Związkiem Radzieckim, żeby można go było zaatakować w odpowiednim czasie. O polityce wielowektorowej to Polska i Czechy mogły tylko pomarzyć. To nie jest rozwiązanie dla małych państw, szczególnie w konfrontacji z mocarstwami.

Sykulski uważa, że Polska powinna poprawić swoje relacje z Rosją i Białorusią. Problem polega na tym, że nie chcą tego ci, którzy faktycznie tu rządzą, a nie dlatego, że ci, którzy wykonują polecenia swoich nieznanych przełożonych są romantykami. Rzucanie się w ramiona Rosji to jest dopiero romantyzm. Rosja w stosunku do państw słowiańskich ma niezmienny plan, czyli panslawizm, czyli podporządkowanie jej wszystkich narodów słowiańskich. To również dotyczy Polski. Nie wiem czy rzucanie się z deszczu pod rynnę, to dobry pomysł, jeśli ktoś marzy o niepodległej Polsce. W takim położeniu jest to praktycznie niemożliwe i trzeba ten fakt zaakceptować. Zresztą w stosunku do Polski Rosja już prawie swój plan zrealizowała. Po przesiedleniach Ukraińców w lutym 2024 roku Polska jest co najmniej w połowie prawosławna. A proces ten będzie się nasilał, gdy powstanie wspólne państwo polsko-ukraińskie. A poza tym, to za PRL-u Polska też była zderzakiem strategicznym Związku Radzieckiego, bo gdyby doszło do konfliktu NATO-Układ Warszawski, to na pierwszy ogień poszłaby Polska, o czym wtedy wszyscy wiedzieli.

Czy grozi nam napaść z strony Rosji, jak nas starszy rząd? Putin powiedział, że tylko wtedy, gdy Polska zaatakuje Rosję? Czy wysłanie polskiego wojska na Ukrainę, za wiedzą i aprobatą rządu USA, będzie takim atakiem? Jak to zinterpretują przełożeni Putina? Atak Rosji na Polskę oznaczałby atak na Stany Zjednoczone, bo znajduje się tu amerykańska baza i wojska amerykańskie. Musiałyby one w jakiś sposób zareagować, bo brak reakcji oznaczałby przyznanie się Ameryki do słabości i utratę wizerunku największej potęgi militarnej na świecie. Na taki scenariusz, w mojej ocenie, nie pozwolą przełożeni obu prezydentów. Co w takim razie pozostanie? Znalezienie kozła ofiarnego, którego się ukaże za wysłanie wojsk na Ukrainę, odbierając mu jego ziemie zachodnie i łącząc go z częścią Ukrainy, na której Rosji nie zależy. Wydaje mi się, że udział wojska polskiego w wojnie na Ukrainie jest niezbędny, by zrealizować ten scenariusz. Dla Rosji byłby to wyjątkowo korzystny wariant, bo na ziemiach, które trafiłyby do Niemiec większość stanowią prawosławni. Tam, gdzie Rosja nie chce czy nie może atakować militarnie, robi to w sposób bardziej wyrafinowany.

Wywiad stulecia

W 1982 roku Frida z zespołu ABBA wyśpiewała przebój I know there’s something going on, czyli że ona wie, że coś się dzieje. Istotnie coś się dzieje, czego dowodem jest wywiad, jakiego udzielił Putin amerykańskiemu dziennikarzowi. Komentatorzy Myśli Polskiej nazwali go nawet wywiadem stulecia. Dzieje się też coś na Ukrainie, bo Żełenski odwołał z funkcji naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy generała Załużnego i wybuchły nawet z tego powodu jakieś protesty, co dotychczas było trudne do wyobrażenia. W Polsce jednak skupiono się na wywiadzie Putina. Fale komentarzy wywołały te jego fragmenty, które dotyczyły historii i relacji polsko-rosyjskich. Tylko czy to były relacje polsko-rosyjskie czy może raczej rosyjsko-rosyjskie, czy może prawosławno-prawosławne, skoro znaczną część Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowili Rusini? Z jednej strony to dobrze, że Putin zaczął od podstaw, od początków kształtowania się Rusi, ale źle, że jego wersja jest mocno zafałszowana. Wypada więc odnieść się do jego wypowiedzi. Cały wywiad tu: https://iluminata.pl/pelna-tresc-wywiadu-tuckera-carlsona-z-prezydentem-rosji/

Południowa część ziem rosyjskich, w tym Kijów, zaczęła stopniowo ciążyć w stronę kolejnego „magnesu” – w kierunku kształtującego się w Europie centrum. Było to Wielkie Księstwo Litewskie. Nazywano je nawet litewsko-ruskim, gdyż znaczną część tego państwa stanowili Rusini. Mówili po starorusku i byli prawosławnymi. Ale potem nastąpiło zjednoczenie – unia Wielkiego Księstwa Litewskiego i Królestwa Polskiego. Kilka lat później została podpisana kolejna unia w sferze duchowej, a część księży prawosławnych podporządkowała się władzy papieża. Tym samym ziemie te weszły w skład państwa polsko-litewskiego.

Ta unia w sferze duchowej to unia brzeska z 1596 roku. To był dalszy ciąg reformacji, tyle że na wschodzie. Rzeczpospolita, która powstała w wyniku unii lubelskiej z 1569 roku była państwem, w którym rządy sprawowała dynastia Wazów, czyli szwedzka.

Polacy robili więc wszystko, co mogli, aby polonizować i w zasadzie traktowali tę część ziem ruskich dość surowo, jeśli nie okrutnie. Wszystko to doprowadziło do tego, że ta część ziem ruskich zaczęła walczyć o swoje prawa. I pisali listy do Warszawy, żądając poszanowania ich praw, żeby tu wysłali ludzi, m.in. do Kijowa…

Nikt ludu rusińskiego nie polonizował. Bojarzy sami przechodzili na katolicyzm, bo to umożliwiało im zasiadanie w Sejmie i Senacie, w których razem z Litwinami stanowili większość, więc to już nie było państwo polskie. A okrutnie traktowali ukraińską czerń ci właśnie bojarzy, jak Wiśniowiecki, który był Rusinem, feudałem potężniejszym od króla i pacyfikował powstanie Chmielnickiego w swoich dobrach. A listy pisali do Szweda, który był wtedy królem Rzeczypospolitej.

A w roku 1654, a nawet nieco wcześniej, ludzie sprawujący władzę w tej części ziem ruskich zwrócił się do Warszawy, powtarzam, żądając, aby przysłano do nich osoby pochodzenia ruskiego i wyznania prawosławnego. A kiedy Warszawa w zasadzie nic im nie odpowiedziała i niemal zdawała się odrzucać te żądania oni zaczęli zwracać się do Moskwy, aby Moskwa wzięła ich do siebie.

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski. – Wikipedia.

Było powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojna polsko-rosyjska (1654-1667) i polsko-szwedzka (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Rosjanie weszli do Rzeczypospolitej rok wcześniej i nie zajęli Korony, zatrzymali się na linii Curzona. Wygląda na to, że Rosjanie umówili się ze Szwedami, że Korona padnie ich łupem. Natomiast powstanie Chmielnickiego było przygotowaniem do potopu rosyjskiego. Jaki więc sens miało pisanie w 1654 roku listów do Warszawy skoro Rosjanie zajęli całą Ukrainę, a poza tym to Rusin Wiśniowiecki decydował o tym, co tam się działo.

Oto listy Bohdana Chmielnickiego, wówczas człowieka sprawującego władzę w tej części ziem ruskich, którą dziś nazywamy Ukrainą. Pisał do Warszawy, żądając poszanowania ich praw, a po odmowie zaczął pisać listy do Moskwy, prosząc ją o wzięcie ich pod silną rękę cara moskiewskiego.

Rosja nie zgodziła się na ich natychmiastowe przyjęcie, gdyż zakładała, że  rozpocznie się wojna z Polską. Jednak w 1654 roku Sobór Ziemski – będący organem przedstawicielskim władzy państwa staroruskiego – podjął decyzję: ta część ziem staroruskich stała się częścią królestwa moskiewskiego.

Zgodnie z przewidywaniami rozpoczęła się wojna z Polską. Trwało to 13 lat, po czym zawarto rozejm. I właśnie po zawarciu tego aktu z 1654 r., czyli 32 lata później, moim zdaniem, z Polską został zawarty pokój, „pokój wieczny”, jak wówczas mówiono. I te ziemie, cały lewy brzeg Dniepru, łącznie z Kijowem, trafił do Rosji, a cały prawy brzeg Dniepru pozostał przy Polsce.

Wojna Rzeczypospolitej z Rosją trwała w latach 1654-1667. Tak naprawdę to współdziałanie Rosji i Szwecji przypomina trochę pakt Ribbentrop-Mołotow. Trudno w to uwierzyć, że Putin – który, jak sam twierdzi, interesuje się historią Rosji – nie zna tych faktów.

Tak więc przed II wojną światową, kiedy Polska współpracowała z Niemcami, odmówiła spełnienia żądań Hitlera, ale mimo to uczestniczyła z Hitlerem w podziale Czechosłowacji, (…).

Po zakończeniu konferencji monachijskiej 30 września 1938 roku i uznaniu przez rząd Czechosłowacji cesji terytorialnych na rzecz Niemiec, gwarantowanych przez Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i Włochy, Polska zażądała 30 września o godzinie 23:45 od rządu Czechosłowacji korekty granicy polsko-czechosłowackiej na terenie Zaolzia na zasadzie rozgraniczenia etnicznego. Po zgodzie rządu Czechosłowacji, Polska przejęła okupowane w 1919 roku i przejęte bez plebiscytu przez Czechosłowację, w konsekwencji konferencji w Spa i decyzji Rady Ambasadorów, powiaty: trzyniecko-karwiński, zaolziańską część powiatu cieszyńskiego i część powiatu frydeckiego Śląska Cieszyńskiego.

30 września 1938 roku konferencja monachijska przyznała Niemcom Kraj Sudetów, zamieszkały przez etniczną większość niemiecką. 1 października Czechosłowacja przyjęła wystosowane 30 września ultimatum Polski, wyrażając zgodę na zajęcie Zaolzia. W listopadzie Węgry na mocy pierwszego arbitrażu wiedeńskiego zajęli południową Słowację i południową Ruś Zakarpacką, zamieszkałą przez etniczną większość węgierską.

Tak to Polska współpracowała z Niemcami. Zajęła trzy powiaty i to nie w całości. Też mi podział! Znaj proporcje panie Putin. A nic o współpracy Francji, Anglii i Włoch z Niemcami. I Węgier też.

Swoją drogą Związek Radziecki – czytałem dokumenty archiwalne – zachował się bardzo uczciwie i Związek Radziecki zwrócił się do Polski o zgodę na wysłanie swoich wojsk na pomoc Czechosłowacji. Ale przez usta ówczesnego Ministra Spraw Zagranicznych RP mówiono, że nawet jeśli radzieckie samoloty będą latać w kierunku Czechosłowacji przez terytorium Polski, to będą zestrzelane nad terytorium Polski.

4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

Ta wypowiedź Potiomkina nie jest żadną tajemnicą, bo pisze o tym Wikipedia. Trzeba tylko głębiej poszperać w niej.

Negocjacje ze Związkiem Radzieckim zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939 na kolejny wniosek strony radzieckiej, co oznacza, że były też wcześniejsze wnioski. W marcu 1939 roku Hitler zajął Czechy. Tak więc Związek Radziecki dążył do porozumienia z Niemcami, co wykluczało wypełnienie jego zobowiązań wobec Czechosłowacji. Francja oczywiście zachowała się tak, by nie stawiać Związku Radzieckiego w kłopotliwej sytuacji, który w negocjacjach z Czechami zastrzegł sobie, że pomoże im, gdy Francja zareaguje pierwsza, ale Francja nie zareagowała. Dodatkowego alibi temu państwu dostarczyły rządy Polski i Rumunii, które zgodnie oświadczyły, że nie przepuszczą wojsk radzieckich.

Jeśli ktoś będzie chciał wysłać regularne wojska, z pewnością postawi to ludzkość na krawędzi bardzo poważnego, globalnego konfliktu. To oczywiste.

To bardzo jasna deklaracja, co się stanie, jeśli „polski” rząd wyśle polskie wojsko na Ukrainę. Podejrzewam, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, do czego zmierzają ci szaleńcy. Działają dokładnie tak samo jak rząd sanacyjny.

W tym sensie to, co się dzieje, jest w pewnym stopniu elementem wojny domowej. I wszyscy na Zachodzie myślą, że walki na zawsze oddzieliły jedną część ruskiego narodu rosyjskiego od drugiej. NIE. Powtórne zjednoczenie nastąpi. Ono nigdzie się nie podziało.

Dlaczego władze ukraińskie rozdzielają Rosyjską Cerkiew Prawosławną? Ponieważ jednoczy nie terytorium, ale duszę i nie uda się nikomu jej podzielić.

Powtórne zjednoczenie nastąpi. – To bardzo stanowcza i ważna deklaracja. Zjednoczenie, czyli połączenie. Jaka część Ukrainy zostanie przyłączona, bo jeśli Putin mówi o zjednoczeniu, to zapewne nie ma na myśli tych terenów, które już zostały przyłączone. Denazyfikacja będzie oznaczać fizyczną likwidację ukraińskich nacjonalistów lub ich wypchnięcie na zachodnią Ukrainę, którą chyba nie jest on zainteresowany. Zachód, a konkretnie Niemcy, zgodzi się na takie rozwiązanie, pod warunkiem, że odzyskają oni swoje byłe ziemie wschodnie. W takiej sytuacji dojdzie prawdopodobnie do połączenia tak okrojonej Ukrainy z okrojoną Polską.

Ten czarny dla III RP scenariusz staje się coraz bardziej realny. By jednak tak się stało, trzeba urobić światową opinię publiczną i przekonać ją, że to Polska jest wszystkiemu winna, to katolicka Polska skłócała prawosławnych, współpracowała z Hitlerem i razem z nim dzieliła Czechosłowację. Taki jest przekaz Putina do świata w kwestii polskiej.

Wbrew temu, czym starszą nas ci rządowi psychopaci, Rosja nie musi atakować Polski. Ona już dawno ją sobie podporządkowała. Rosja zdobywa teren na dwa sposoby: albo poprzez militarną agresję, albo poprzez prawosławie. – Cały ten panslawizm. Na zdobytym terenie buduje cerkwie i sprowadza prawosławnych. Tak było po wojnach napoleońskich, gdy Rosjanie wkroczyli na ziemie etnicznie polskie, goniąc Napoleona aż do Saksonii. I zostali na nich, tworząc, za zgodą Zachodu, Królestwo Polskie. Budowali cerkwie i ściągnęli prawosławnych do urzędów i innych instytucji. Po II wojnie światowej osiedlili na ziemiach poniemieckich w większości prawosławnych Ukraińców i Białorusinów. Na pozostałych ziemiach też ich nie brakowało. Za PRL-u komuniści nie ufali Polakom i na urzędach i w różnych instytucjach państwowych też zatrudniali mniejszości, czyli w większości prawosławnych. Po 24 lutego 2022 roku zaaplikowano nam kolejną wędrówkę prawosławnych na teren Polski. Tak więc Putin nie musi Polski atakować i on dobrze o tym wie. Bo jak pogodzą się na Ukrainie, to i pogodzą się w Polsce. Ale jeżeli polscy żydobanderowcy, czyli psychopaci, uprą się, to różnie może być.

Krym

W piątek 2 lutego prezydent Duda, w rozmowie z Kanałem Zero, powiedział: Nie wiem czy odzyska Krym, ale wierzę, że odzyska Donieck i Ługańsk. Krym jest miejscem szczególnym, również ze względów historycznych. Ponieważ w istocie, jeśli popatrzymy historycznie, to przez więcej czasu był w gestii Rosji. Historia Krymu jest długa, burzliwa i pod wieloma względami wyjątkowa. Ta wyjątkowość dotyczy ludności, która zamieszkiwała ten półwysep oraz zmian demograficznych i etnicznych, zachodzących tam na przestrzeni wieków, najczęściej w wyniku wysiedleń. Warto więc poznać, nawet pobieżnie, historię tego miejsca, bo jak sądzę, jest ona mało znana, chociaż w naszej świadomości funkcjonuje powiedzenie: „Gdzie Rzym, gdzie Krym?”. Mamy też Sonety krymskie litewskiego Żyda. Ale przede wszystkim Krym kojarzy się z Jałtą i konferencją jałtańską, której postanowienia, w nie tak odległej przyszłości, zostaną unieważnione. Informacje o historii Krymu pochodzą z Wikipedii. 

Pierwszymi znanymi z nazwy mieszkańcami Półwyspu Krymskiego byli Taurowie – lud irański. Następni byli Kimerowie – lud indoeuropejski. W VII wieku p.n.e. pojawili się tam Scytowie, również irańskiego pochodzenia, którzy stworzyli potężne państwo pomiędzy Dunajem a Donem, trwające do II wieku p.n.e., a po jego zniszczeniu w 331 roku przez jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego i najazdach Sarmatów, część Scytów utworzyła nowe państwo.

Kolonie greckie na Krymie około 450 roku p.n.e.; źródło: Wikipedia.

Jeszcze w VII wieku p.n.e. pojawiają się miasta-kolonie i państwa greckie m.in. Chersonez Taurydzki. W 480 roku we wschodniej części Krymu tworzy się złożone z 30 miejscowości Królestwo Bosporańskie, w którym dominowała kultura grecka i które w IV wieku p.n.e. opanowało handel na terenach należących do Scytów. W południowej części Krymu mieszkali Taurowie, a północna była opanowana przez Scytów. W III wieku n.e. państwo Scytów krymskich najechali Goci, co było równoznaczne z upadkiem tego państwa. U schyłku IV wieku n.e. stepowe obszary środkowego i północnego Krymu opanowali Hunowie, wypierając resztki Taurów i Scytów. Hunowie nie zdołali jednak podbić ani Chersonezu, ani Bosporu. W VI wieku w obu państwach greckich dominującą religią staje się chrześcijaństwo, które pojawiło się tam na przełomie III i IV wieku i stopniowo zdobywało wpływy.

W VI wieku aktywne działania polityczne i militarne Cesarstwa Bizantyjskiego doprowadzają do znacznego rozszerzenia wpływów tego państwa na Krymie. Centrum posiadłości bizantyjskich stał się Chersonez Taurydzki na południowo-zachodnim wybrzeżu. Justynian Wielki zajął królestwo Bosporańskie (Bospor), a także cały południowy Krym. Pod koniec VII wieku na Krym dotarli Chazarowie tureckiego pochodzenia, ustanawiając swoją władzę nad częścią tego regionu.

Pod koniec X wieku wielki książę kijowski Włodzimierz I rozszerzył granice swego państwa aż do Krymu. W 988 roku przyjął on chrzest w Chersonezie i poślubił siostrę cesarza bizantyjskiego. Około 1240 roku Krym opanowali Mongołowie i włączyli go do państwa Złota Orda. W roku 1427 rozpadła się ona i powstał Chanat Krymski.

Krym w połowie XV wieku; źródło: angielska Wikipedia.

W XIV wieku w południowo-zachodniej części Krymu powstało państwo Teodoro, którego grecka ludność wyznawała prawosławie. W pierwszej połowie XV wieku, w latach 1422-1424 i 1433-1441, państwo to toczyło wojny z koloniami Genui. W 1475 roku Krym został zaatakowany przez Turków, którzy zdobyli genueńską Kaffę (Teodozję). Podporządkowali oni sobie też Chanat Krymski. Wkrótce jednak półwysep rozkwitł ponownie, głównie dzięki koloniom genueńskim, z których największą była Kaffa.

W 1774 roku, po przegranej przez Turcję wojnie z Rosją, ostatni chan krymski przyjął zwierzchnictwo Rosji, ale po aneksji Krymu w 1783 roku złożył urząd i od tego momentu Krym przeszedł pod władzę Rosji.

Ludność

W pierwszym ćwierćwieczu XVIII wieku ludność Krymu (należał w większości do Chanatu Krymskiego, a pewne części do Turcji) stanowiła ok. 467 tys. (95,1% Tatarzy krymscy, 2,6% Grecy, 2,1% Ormianie i inni). To była największa liczba mieszkańców Krymu przed podbojem rosyjskim, gdyż po wojnie rosyjsko-tureckiej 1768−1774 ludność zmniejszyła się do 454,7 tys., ale później całą ludność chrześcijańską (Grecy i Ormianie, łącznie 31 tys.) na rozkaz carycy rosyjskiej Katarzyny II wysiedlono z Krymu, tworząc kolonie greckie na północ od Morza Azowskiego (okolice Mariupola) oraz kolonię ormiańską Nor-Nachiczewan w pobliżu Rostowa nad Donem.

Pierwszy exodus Tatarów z Krymu miał miejsce w II połowie XVIII wieku.

Przed wcieleniem do Imperium Rosyjskiego i w pierwszych latach po aneksji, z Krymu do Imperium Osmańskiego wyjechała większość ludności tatarskiej (w tym ok. 200 tys. osiedlono w Rumelii na terenie obecnej Bułgarii południowej). Do 1785 ludność Krymu spadła do 46,5 tys. płci męskiej (w tym Tatarzy krymscy 84,1%, czyli 39,1 tys.).

Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1787−1791 nasilił się napływ ludności z Rosji. Tak w 1793 ludność Krymu stanowiła 128 tys. (w tym Tatarzy krymscy 87,8%, Grecy 2%, Romowie 2,6%, Żydzi 1,2%, jak też Rosjanie 5% i inni), w 1835 na Krymie mieszkało już 279,4 tys. (w tym Tatarzy krymscy 83,5%, Rosjanie 4,4%, Ukraińcy 3,1%, Romowie 2,4%, Grecy 2% i inni).

Kilka lat przed wojną krymską (w 1850) ludność Krymu wzrosła do 343,5 tys. (w tym 77,8% Tatarzy krymscy, 7% Ukraińcy, 6,6% Rosjanie, 2% Grecy i inni). W czasie wojny krymskiej część Tatarów aktywnie uczestniczyła w wojnie przeciw Rosji i po wojnie wyemigrowała wraz z rodzinami do Turcji (ok. 18,5 tys.). Władze rosyjskie w czasie wojny dokonały wysiedlenia znacznej części Tatarów ze strefy nadmorskiej Krymu w głąb terenu. Ludność Krymu zmalała do 331,3 tys. w 1858 (73% Tatarzy krymscy, 12,6% Rosjanie, 4% Ukraińcy, 2,4% Grecy i inni).

Drugi exodus Tatarów z Krymu miał miejsce na początku lat 60. XIX wieku.

Tatarzy krymscy tracili stopniowo swoje ziemie. Na początku XIX w. w posiadaniu Tatarów pozostawało 30% gruntów ornych, lecz w połowie XIX w. ich obszar zmniejszył się dwukrotnie, przy tym ludność tatarska wzrosła z 140 do 240 tys., to spowodowało, że 52% chłopów tatarskich nie posiadało ziemi. Dążenie do wolności i ziemi, jak też propaganda islamska, spotęgowane przez działania władz rosyjskich (zabroniono powrotu do domów ludności wysiedlonej w czasie wojny), spowodowały masowe odejście ludności tatarskiej do Imperium Osmańskiego. Ogólny ubytek ludności Krymu w 1860 wyniósł 117 tys. – z 306 tys. do 189 tys. osób. W latach 1861–1862 wyjechało jeszcze 15 tys. Tatarów.

W wyniku emigracji całkowicie opustoszało 278 osiedli w ujezdzie (odpowiednik powiatu – przyp. W.L.) perekopskim, 20 w ujezdach symferopolskim i jałtańskim, oraz 196 w eupatoryjskim. Znaczne połacie ziemi opustoszały i jej cena spadła 7-krotnie. Do prac polowych używano wojska. W 1864 ludność Krymu wynosiła 198,7 tys. (w tym 50,3% Tatarzy krymscy, 28,5% Rosjanie i Ukraińcy, 6,5% Grecy, 5,3% Żydzi, 2,9% Ormianie i inni). To był ostatni moment, kiedy Tatarzy Krymscy stanowili większość na Krymie.

W blogu „Nacjonalizm ukraiński” pisałem, że ojciec Dmytro Doncowa (1883) odziedziczył 1500 dziesięcin (1 dz. = 1,1 ha) ziemi w guberni taurydzkiej. Rodzice Doncowa zmarli wcześnie, bo w latach 1894 i 1895. I tam, gdzie jedni tracą, inni szybko dorabiają się fortun. Masowe wysiedlenia to nie tylko okazja do zmiany etnicznego składu danej populacji, ale także okazja do wzbogacenia się wybranych osób.

Pierwszy spis powszechny Rosji w 1897 odnotował gwałtowny wzrost ludności Krymu (w wyniku przyrostu naturalnego, ale głównie napływu) do 546,7 tys. (w tym Tatarzy krymscy 35,7%, Rosjanie 33,1%, Ukraińcy 11,8%, Niemcy 5,8%, Żydzi 4,4%, Grecy 3,1% i inni). Osadnicy niemieccy stanowili aż 23% ludności pow. perekopskiego, 12% pow. eupatoryjskiego i 4% pow. symferopolskiego. Bułgarzy mieszkali głównie w pow. teodozyjskim, gdzie stanowili 5% ludności. W pow. perekopskim pojawili się osadnicy czescy i estońscy. W ujezdach kontynentalnych guberni taurydzkiej (berdiański, melitopolski, dnieprowski) dominowali Ukraińcy, przed Rosjanami. W ujezdach Krymu (symferopolski, eupatoryjski, jałtański, teodozyjski) dominowali Tatarzy przed Rosjanami, w ujeździe perekopskim u nasady półwyspu istniała równowaga czterech narodowości (Tatarzy, Rosjanie, Ukraińcy, Niemcy), w gradonaczalstwach (miastach wydzielonych) Sewastopol i Kercz-Jenikale zdecydowaną większość stanowili Rosjanie, którzy dominowali również w miastach guberni.

Od 1921 do czerwca 1922 Krym – podobnie jak sąsiednie rejony Ukrainy, Rosji (Powołże) i Kazachstanu – dotknęła klęska głodu, pogarszana jeszcze rekwizycjami płodów rolnych przez władze bolszewickie. Na terenie Krymu zmarło z głodu około 100 tys. osób, 50 tys. ludzi opuściło półwysep szukając pożywienia, co łącznie oznaczało ubytek 21% mieszkańców tego rejonu. Klęską dotknięte były głównie rolnicze obszary zamieszkane przez Tatarów. Podczas gdy w Bakczysaraju zmarło z głodu 55% mieszkańców, w Biłohirsku 48%, to w Symferopolu 13%, zaś w Sewastopolu 11%.

W okresie 1929–1930 miała miejsce kolektywizacja, połączona z represjami wobec duchowieństwa (w tym muzułmańskiego) oraz narzuceniem językowi krymskotatarskiemu w 1928 alfabetu łacińskiego zamiast arabskiego, zaś w latach 1931–1933 kiedy Ukrainę i niektóre regiony Rosji (w tym Kubań i Kazachstan) nawiedziła śmiertelna klęska głodowa, wielki głód ominął Krym. W okresie wielkiego terroru w latach 1937–1938 NKWD przeprowadził dużą akcję przeciwko dotychczasowej elicie komunistów i inteligencji (w tym i krymskotatarskiej). W sumie wydarzenia te, po 1922, doprowadziły do śmierci kolejnych 40 tys. Tatarów krymskich; tym niemniej liczba Tatarów krymskich wzrosła z 179 tys. według spisu z 1926 do 219 tys. według spisu z 1939.

Trzeci „exodus” Tatarów z Krymu w 1944 roku

W czasie II wojny światowej, władze sowieckie dokonały latem 1941 deportacji z Krymu ludności niemieckiej, a w czasie okupacji hitlerowskiej władze okupacyjne wymordowały ludność żydowską, krymczacką oraz romską. W akcjach eksterminacyjnych brały udział też krymskotatarskie oddziały ochotnicze. Mordów na ludności cywilnej dokonywano także w czasie akcji pacyfikacyjnych spowodowanych aktywną partyzantką sowiecką. W myśl planów niemieckich Krym zasiedlony miał być przez Niemców i nosić nazwę Gotenland (Kraj Gotów). Po wyzwoleniu Krymu przez Armię Czerwoną w maju 1944, Józef Stalin, pod pretekstem, że w czasie okupacji ludność krymskotatarska kolaborowała z niemieckimi najeźdźcami, zadecydował o wysiedleniu wszystkich Tatarów krymskich oraz Ormian, Greków i Bułgarów z Krymu do sowieckich republik Azji Środkowej (przede wszystkim Uzbeckiej SRR). Formalną decyzję w tej sprawie podjął 11 maja 1944 Państwowy Komitet Obrony ZSRR, decyzja była sygnowana przez Stalina. Główną akcję deportacyjną przeprowadził NKWD w dniach 18–20 maja 1944. W czasie akcji wysiedlono z Krymu około 200 tysięcy Tatarów krymskich. W miejsce wysiedleńców przybyli osadnicy, głównie rosyjscy i ukraińscy.

Stan obecny

Krym zamieszkuje około 2,4 mln ludzi. Większość ludności (60,40%) stanowią Rosjanie. Oprócz nich żyją tam Ukraińcy (24,01%) i Tatarzy krymscy (10,21%)[26]. Ci ostatni stanowili ok. 20% ludności półwyspu do 18 maja 1944 roku, tj. do czasu, gdy w ramach stalinowskich represji za kolaborację (często domniemaną) z Niemcami zostali wysiedleni i zesłani do Azji Środkowej. Obecnie część tatarskich wysiedleńców i ich potomków powraca na Krym (m.in. z Uzbekistanu), gdzie jednak napotykają liczne problemy natury ekonomicznej i formalno-prawnej, np. utrudnienia w uzyskaniu prawa pobytu i obywatelstwa.

x

Ludność Krymu19391959197919892001
Ogólnie, w tys.832996,81 123,81 2011,52 135,9
Tatarzy krymscy, %19,40,71,612,1
Rosjanie, %49,671,468,467,458,3
Ukraińcy, %13,722,325,625,824,3

Powyższe informacje w tabeli pochodzą z Wikipedii. Niewątpliwie najdłużej na Krymie mieszkali Tatarzy krymscy i przez większość swego pobytu tam byli najliczniejsi. Pytanie, na które odpowiedzi nie będzie to: ilu spośród nich to byli Żydzi? Podobnie jak nie dowiemy się, ilu Żydów było wśród Rosjan, których osiedlano na Krymie. Jednego wszak możemy być pewni. Wszelkie wojny zawsze prowadzą do przesiedleń i zmiany stanu etnicznego danego terenu. Dziś my tego doświadczamy na własnej skórze, choć obawiam się, że większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie zdaje sobie z tego sprawy, bo im tego nie powiedziano. A dla ludzi prostych, jak się czegoś nie powie, to tego nie ma. Taka jest potęga słowa.

Krym to zagadnienie szerokie, miejsce szczególne, jak powiedział prezydent Duda, ale jego obraz będzie niepełny, jeśli nie uwzględnimy czynnika żydowskiego. Zbigniew Krasnowski, czyli Tadeusz Gluziński, w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisał w rozdziale „Realizacja hasła wspólnoty w Rosji sowieckiej”:

Charakterystyka polemiki (fragmenty)

Jak już było wyjaśnione, burzenie układu stosunków, który istnieje w łonie narodów rdzennych, jest dla żydostwa koniecznością. W burzeniu zatem widzą żydzi urzeczywistnienie swego maksymalistycznego programu narodowego, w który wchodzi zarówno zapewnienie panowania żydów w diasporze, jak i odbudowa Erec Israel. Stąd gorące polemiki z syjonistami, którzy chcą jakoby obniżyć te ideały do zdobycia tylko Palestyny.

W polemikach tych poczęła być używana nazwa „Krym”, jako symbol rozwiązania zagadnienia żydowskiego przez wywrót społeczny, który umożliwia między innymi kolonizację całych połaci opanowanego przez wywrót kraju.

»Powyższy temat (tj. „Krym czy Palestyna?”, przyp. tł.) pisał w październiku 1925 r. bezimienny autor – nie schodzi z porządku dziennego żydowskiego społeczeństwa w ciągu ostatnich miesięcy. Z tego powodu prowadzone są żywe spory w Polsce i Ameryce, w Niemczech i Palestynie. Mówią o tym syjoniści, ludowcy, asymilatorzy, bundowcy i poalej-syjoniści wszystkich odcieni. Wszyscy jednak stawiają to zagadnienie w fałszywym świetle, przeciwstawiając czasami „Krym” Palestynie, czasami zaś uzupełniając jedno drugim. Żadne jednak z ugrupowań mieszczańskich i socjalistyczno-nacjonalistycznych nie ma odwagi wejrzeć w istotę rzeczywistości. Gdyby jednak posiadały odwagę, bądź możliwość urzeczywistnienia, zrozumiałyby, że to, co obecnie dzieje się w Związku Radzieckim w dziedzinie produktywizacji żydowskich mas zdeklasowanych, nie jest niczym innym jak kółkiem w łańcuchu ogólnej socjalistycznej odbudowy państwa radzieckiego oraz że obecna żydowska kolonizacja w Związku Radzieckim nie ma nic wspólnego ze wszystkimi patentowanymi nacjonalistycznymi receptami na rozwiązanie kwestii żydowskiej…

Nie „Krym”, nie jakieś dziesiątki tysięcy kolonistów żydowskich, którzy pragną tam osiąść, nie autonomia, którą oni chcą tam, lub gdzie indziej, otrzymać zupełnie mechanicznie, o ile w danym poszczególnym miejscu wytworzy się większość żydowska – nie to rozwiązuje zagadnienie żydowskie, lecz cały zespół środków, które przedsiębierze władza sowiecka, aby wciągnąć masy żydowskie do ogólnego życia gospodarczego i aby podnieść stan kulturalny szerokich mas żydowskich.

Cały Związek Sowiecki jest dla mas żydowskich, które tam zamieszkują, ich własnym krajem, tak samo jak dla wszystkich innych narodów. Nie w „Krymie” leży rozwiązanie zagadnienia żydowskiego, lecz w „październiku” (To znaczy w rewolucji, przyp. tłum.).

Rosyjski bowiem październik uczynił możliwymi wszystkie zwycięstwa szerokich mas żydowskich w byłej Rosji. „Światowy październik” („welt-oktober”) rozwiąże „światowe” zagadnienie żydowskie. Wszystkie „specyficzne” odpowiedzi na kwestię żydowską, jak syjonizm, terytorializm, autonomizm itp. są jedynie kamieniami na drodze do rzeczywistego wyzwolenia. To jest nauka wypływająca z tak popularnej obecnie „kolonizacji krymskiej”.« – „Di Woch”, Lwów (tygodnik), nr 15, 23 I 1925 r. – „Krym czy Palestyna” (bez podpisu autora).

Dążność zatem żydów do wytworzenia na terenie Rosji „kraju żydowskiego” nie jest wyrazem… „przesądów narodowych”, bo jest to przejaw budowy… „naszej ojczyzny socjalistycznej”.

W przytoczonych oddźwiękach dyskusji prowadzonej w społeczeństwie żydowskim, ujawniają się linie wytyczne, które zostały nakreślone: na dziś – rosyjski październik i żydowskie republiki w Rosji, na jutro – światowy październik…

Kolonizacja rolna w ZSRR (fragmenty)

Na historycznych ziemiach Małorusinów, Białorusinów itd. żydzi poczęli tworzyć swoje odrębne okręgi autonomiczne. Warszawski dziennik żargonowy we wrześniu 1925 r. doniósł:

Wiceprzewodniczący rady komisarzy ludowych w republice radzieckiej i przewodniczący rady ukraińskiej komisarzy ludowych, Czubar, oświadczył na ostatnim kongresie sowietów, że jednocześnie ze wzrostem żydowskiej ludności rolniczej w guberni chersońskiej, w zgodzie z podstawowymi przepisami konstytucji sowieckiej, będzie tam utworzony żydowski ośrodek administracyjny. Komisarz ludowy, Czubar, dalej wywodził, że uważa on za zupełnie możliwe, aby w okręgu chersońskim utworzyć żydowską republikę autonomiczną na podstawie ogólnego prawodawstwa narodowościowego konstytucji sowieckiej. W guberni chersońskiej zamieszkuje żydowska ludność rolnicza o ilości 30 tysięcy dusz. Ukraiński CIK (centralny komitet wykonawczy) zamierza oddać do rozporządzenia kolonizacji żydowskiej nowy teren państwowy, aby tam osiedlić 7 tysięcy rodzin żydowskich (30 tysięcy dusz). – „Der moment”, nr 205, 3 IX 1925 r. – „Myśl o żydowskim okręgu autonomicznym w Rosji nie zanikła”.

ŻAT (Żydowska Agencja Telegraficzna – przyp. W.L.) w depeszy z Moskwy we wrześniu 1928 r. doniosła:

„Komzet” (sowieckie ministerstwo do spraw kolonizacji żydowskiej – przyp. W.L.) na Dalekim Wschodzie powziął uchwałę w sprawie niezwłocznego rozpoczęcia budowy nowego osiedla żydowskiego przy rzece Amur, pomiędzy Ekaterino-Nikolsk i Pizino. Rząd zamierza tam wybudować tamę, która by zabezpieczała tę okolicę od zalewu. Teren ten znajduje się o 8 wiorst od plantacji ryżu, gdzie również będą utworzone osiedla. – „Hajnt” , nr 208, 3 IX 1928 r. – „Komzet poczyna budować nowe osiedle żydowskie nad Amurem” – depesza z Moskwy ŻAT.

ŻAT w depeszy z 19 marca 1929 r. z Moskwy doniosła:

„Komzet” przyjął ostatecznie plan kolonizacji na najbliższe 5 lat. Według tego planu do 1934 r. należy osiedlić w ogóle 48 tysięcy rodzin żydowskich. Wśród tej liczby – 12 tysięcy rodzin żydowskich ma być osiedlonych w Birobidżanie (na granicy z Mongolią – przyp. W.L.), 15 tysięcy rodzin na Ukrainie, 6500 rodzin na Białorusi. Poza tym 2500 rodzin na Kaukazie spośród żydów górskich. – „Der moment”, nr 68, 20 III 1929 r. – „Żydowski plan kolonizacyjny w Związku Sowieckim” – depesza z dnia 19 marca z Moskwy ŻAT.

Jedną z takich pożądanych dla żydostwa dzielnic był również Krym. Żyzna ziemia, ciepły klimat, dogodne warunki dla rozwoju handlu z południem Rosji – wszystko to musiało podziałać w kierunku wytworzenia tam autonomicznego okręgu żydowskiego. Depesza ŻAT z Moskwy we wrześniu 1930 r. doniosła:

Centralny komitet wykonawczy republiki krymskiej potwierdził projekt utworzenia żydowskiego okręgu na Krymie. Żydowski okręg zajmuje przestrzeń 270 tys. hektarów ziemi, obejmując żydowskie osiedla eupatoryjskiego i zachodnio-dżankojskiego okręgu. Ponad połowę tego okręgu zajmują żydowskie przestrzenie, obsługiwane przez „Agrojoint”.

„Agrojoint” – składowa część Joint Distribution Committee („Joint”), kierująca z ramienia żydostwa amerykańskiego kolonizacją żydowską w Rosji sowieckiej.

Depesza ŻAT z Moskwy w marcu 1935 r. doniosła:

Na Krymie otwarto nowy żydowski okręg narodowy. Nosi on nazwę – łarinosielski – na cześć zmarłego Jurija Łarina, jednego z czynniejszych działaczy na polu osadnictwa żydowskiego na roli. Będzie to drugi żydowski okręg na Krymie… Ten nowo założony łarinosielski obejmuje około 50 żydowskich i nieżydowskich kołchozów… Na zjeździe sowietów nowo utworzonego okręgu żydowskiego, odbytym we wsi Dżurczy, wybrano jego komitet wykonawczy w liczbie 27 osób. Plenum wybrało prezydium w składzie 9 osób. – „Der Moment”, nr 66, 18 III 1935 r. – depesza ŻAT z Moskwy.

Tak oto realizuje się „wspólnota” w Rosji po „rosyjskim październiku”. „Legalnie”, bez przelewu krwi, przechodzą w posiadanie żydowskie całe obszary ziemi…

W jaki sposób powstały wolne tereny dla kolonizacji? Przecież

rosyjska rewolucja społeczna dokonana została przez masy rosyjskie, które zostały podniecone przez komunistów. Chłopi rosyjscy zrabowali dwory pańskie i rozdzielili pomiędzy siebie ziemię… – „Hajnt”, nr 116, 26 V 1929 r. – „Ludność żydowska pod władzą sowiecką”, cz.VI „Judofobia w Rosji sowieckiej”, prof. Boris Bruckus.

a jednak organ syjonistyczny w Warszawie w lutym 1924 r. pisał, poruszając sprawę kolonizacji żydowskiej na południu Rosji:

Najbardziej odpowiedni dla żydów jest teren znajdujący się w pobliżu Odessy i Petrowska. Rząd sowiecki chce go oddać bezpłatnie, o ile żydzi zgodzą się tam pracować na roli… Są tam wolne grunty dawnej arystokracji rosyjskiej, ciągnące się na przestrzeni wielu tysięcy morgów… W czasie wojny i lat głodowych mnóstwo ludzi wymarło na półwyspie… – „Nasz Przegląd”, nr 43, 12 II 1924 r. – „Projekt republiki żydowskiej na Krymie”.

Trudno przypuścić, aby akurat w miejscowościach pożądanych dla żydostwa do kolonizacji ludność rdzenna „wymarła”.

Prawda, operował tam, jak już wiadomo, Bela Kuhn, który wymordował na Krymie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Przypuszczalnie niejedna rodzina, stracona przez niego, uwolniła w ten sposób miejsca dla przyszłych kolonistów żydowskich…

W maju 1928 r. „Journal de Geneve” podał informację byłego dyrektora Czerwonego Krzyża (dr. Jerzego Ladygiańskiego), w której czytamy, że Bela Kuhn stracić kazał: w Teodozji 7500 osób, w Symferopolu – 12 000, w Sewastopolu przeszło 10 000, w Kerczu 6000, w Jałcie przeszło 5000… Ogólną liczę zamordowanych z rozkazu Beli Kuhna na Krymie Rosjan i Tatarów, obliczają na 60 do 70 tysięcy.

„Hajnt” nr 101 z 30 IV 1928 r. podaje:

„Pewnego razu delegowano go (Bela Kuhna) w celu zduszenia na Krymie kontrrewolucji. Bela Kuhn popełnił wówczas takie okrucieństwa, że moskiewska władza centralna musiała go odwołać. Rozkazał on wówczas rozstrzelać tysiące ludzi. Wówczas rozeszła się pogłoska, że Bela Kuhn nie jest przy zdrowych zmysłach; lecz ta pogłoska okazała się nieprawdziwa.”

Musieli jednak być i tacy chłopi na Krymie, którzy przeżyli czasy „wojny i lat głodowych”, a którym ziemię po prostu odebrano.

Historyk żydowski, Ben Cion Kac, omawiając sprawę kolonizacji żydowskiej w Rosji, w czerwcu 1928 r. pisał:

Pieniądze, które amerykańscy milionerzy dają na kolonizację, są przeznaczone na osiedlenie się żydów na Krymie w różnych okolicach. Prawda, dotąd wciąż liczono, że na Krymie jet bardzo mało wolnej ziemi, a zwłaszcza ziemi dobrej. Kalinin już od dawna wyjaśnił, że dla kolonizacji żydowskiej na Krymie jest przeznaczona ziemia, gdzie nie ma wody i która skutkiem tego nie nadaje się dla chłopa rosyjskiego, a którą filantropi amerykańscy mogą udoskonalić dla kolonizacji żydowskiej, dzięki świeżym kapitałom. To jest w północnej części Krymu. Jednak, okazuje się, że kwota dziesięciu milionów dolarów jest przeznaczona akurat na kolonizację w części południowej Krymu. Mereżin (kierownik „jewsekcji”) oświadczył, że to dlatego, iż rząd postanowił zmniejszyć przestrzeń ziemi dla włościan na Krymie. Poprzednio podzielono na rzecz Tatarów i innych dużo ziemi, lecz oni sami nie mogą jej całkowicie obrobić. Rząd sowiecki w ogóle nie chce, aby było wielu „właścicieli ziemskich”, tj. większych posiadaczy ziemi, i będzie się obecnie ustalało mniej ziemi dla każdego chłopa. W ten sposób zwolniono ziemie dla kolonizacji żydowskiej. I właśnie na tej ziemi zamierzają filantropi osiedlić sporą ilość rodzin żydowskich. W rosyjskiej prasie sowieckiej o tym nie ma ani słowa. Jest to w ogóle przeciw polityce rządu sowieckiego, który, odbierając ziemię u Tatarów i dając ją żydom, obawia się wzmożenia się judofobii, i tak już dosyć obecnie silnej. – „Hajnt’, nr 134, 8 VI 1928.

Wnioski

Słowem przez hasło „wspólnoty” do wywrotu społecznego i do „budowy” socjalizmu, a przez socjalizm do władania ziemią na prawie… własności prywatnej, i to na zwartych obszarach, mających stać się „republikami żydowskimi”…

Na nienawiści więc do właścicieli ziemskich, wywołanej wśród chłopów i w ogóle pracowników fizycznych przez… komunistów w okresie „wielkiej rewolucji rosyjskiej”, ludność żydowska, jak się okazuje, nie straciła.

Bankierzy żydowscy z krajów poza Rosją zawierają umowy z rządem „robotników i włościan”, wyjeżdżają komisje na pożądane dla żydostwa tereny, ziemię obficie dla żydów się wydziela i powstają w ten sposób w diasporze kolonie żydowskie, jako zaczątki przyszłych „republik żydowskich”.

A trzeba pamiętać to, co słusznie podkreślił Menachem Usiszkin, w grudniu 1928 r., w swojej mowie w Erec Israel na II zjeździe nauczycieli żydowskich, że

największe przewroty, najcięższe i najokropniejsze, za które ludzkość zapłaciła krwią i życiem milionów ludzi, były głównie wynikiem kwestii ziemi. Tak stało się w Irlandii, tak wydarzyło się również w innych krajach. – „Hajnt”, nr 66, 24 III 1929 r. – „Głos ziemi”, M. Usiszkin.

Tak było i w Rosji… Za ziemię ludność żydowska, wbrew przytoczonej tezie Menachema Usiszkina, nie płaci nie tylko swoją „krwią i życiem”, ale nawet pieniędzmi. Rząd sowiecki, jak wynika z przytoczonych wyżej informacji, wydziela ludności żydowskiej ziemię za darmo. Krwią zapłaciła ludność… rosyjska.

xxx

Kiedyś ktoś zadał sobie trud, by przetłumaczyć z żydowskich gazet żargonowych – czyli drukowanych w języku jidysz, czyli w zepsutym niemieckim – informacje o żydowskim osadnictwie na Krymie i w innych częściach Związku Radzieckiego. Dzięki temu wiemy, że plany osadnictwa żydowskiego na Krymie i w południowej części Ukrainy u wybrzeży Morza Czarnego, są znacznie starsze, niż nam obecnie niektórzy próbują wmówić. Stąd wniosek, że ta „Niebiańska Jerozolima” to żydowska ściema. Podobnie jak oświadczenie Kissingera sprzed 10 lat, że „za 10 lat Izraela już nie będzie”. Minęło już ponad 10 lat od tamtego momentu, a Izrael ma się dobrze, ale to Kissingera już nie ma. Równie idiotyczne są twierdzenia, że Izrael nie ma szans na przetrwanie, bo otoczony jest morzem arabskim. Problem polega na tym, że to „morze” jest skłócone, niejednolite i kontrolowane przez Żydów. Zresztą sam Izrael powstał dzięki wykupowaniu ziemi w Palestynie, która była w tamtym czasie częścią Imperium Osmańskiego, czyli Turków. A Turcja to, obok Polski i Holandii, najbardziej zażydzony kraj na świecie. Trudno więc sobie wyobrazić sytuację, że rząd turecki mógł się nie zgodzić na masowy wykup ziemi w Palestynie przez Żydów.

Naiwnością byłoby uważać, że Żydzi działają w ten sposób, że skoro, jak niektórzy twierdzą (żydowska ściema), Izrael nie przetrwa, to trzeba szukać nowego miejsca. Nie! Na taką spontaniczność, to może mogą pozwolić sobie inne nacje, ale nie Żydzi. Z Izraela nie wycofają się, chyba że sami tak zadecydują, ale na pewno nie zmuszą ich do tego inni. To oni i tylko oni tworzą światową politykę i nic bez ich zgody nie dzieje się. O tym, czy Żydzi będą tworzyć swoje kolonie w Związku Radzieckim, nie decydował ani rząd radziecki, ani amerykański. Tak było przed II wojną światową. Czy coś się zmieniło pod tym względem? Czy obecnie jest inaczej? Nie ma podstaw, by tak twierdzić. A więc wojna na Ukrainie wybuchła, bo oni tak chcieli. I obaj prezydenci, ten amerykański i ten rosyjski, są sługami narodu żydowskiego. Ale o tym nie wolno głośno mówić.

Sytuacja polityczna na świecie jest wyjątkowo niebezpieczna. Mamy kilka wojen lokalnych. Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w Teksasie. Czy to może być początek nowej wojny secesyjnej? Gdyby tak miało się stać, to prawdopodobnie oznaczałoby to początek „welt-oktober”, czyli „światowego października”, czyli światowej rewolucji.

Polska czy UkroPolin?

W dniu 29 stycznia na kanale Centrum Edukacyjne Polska Krzysztof Baliński, były ambasador w Syrii i Jordanii, omawiał swoją nową książkę Polska czy UkroPolin. Ta prezentacja skłania do refleksji, czym tak naprawdę jest Polska i czy to jeszcze Polska. I dlatego poniżej zacytowałem prawie całość jego prezentacji. Verba volant, scripta manent (Słowa ulatują, pismo pozostaje), jak mawiali Rzymianie. A poza tym łatwiej poruszać się po tekście, niż po materiale video. Ponieważ tekst jest długi, dodałem śródtytuły.

Baliński zaczyna swoją prezentację od zadania kilku pytań. Używa pojęcia „Nasi” w stosunku do Żydów.

  • Dlaczego „Nasi” ogłosili wrogami Rosję i Białoruś, dwa państwa, które nie mają żadnych roszczeń wobec Polski, a za najbliższych przyjaciół uznali Ukrainę i Izrael, które to państwa mają roszczenia wobec Polski?
  • Dlaczego „Nasi” przyjęli za swój interes ukraiński i doktryna polskiego interesu narodowego polega na: jesteśmy sługami narodu ukraińskiego?
  • Dlaczego stosunki polsko-ukraińskie zaczęły upodabniać się do stosunków polsko-żydowskich? Dlaczego nacjonaliści ukraińscy zaczęli się zachowywać jak nacjonaliści żydowscy?
  • Dlaczego, zamiast trzymać się z dala od konfliktów, które Polski nie dotyczą, wsadzają palce między drzwi i futrynę, wdając się w gierki, których zasad nie rozumieją?

Czego zabrakło politykom? Zabrakło refleksji, że wojna na wschodzie może mieć jeszcze inny, poza Rosją i Ukrainą, cel. Że dotyczy też Polski, że chodzi o osłabienie Polski, o zmianę struktury etnicznej Polski, o ukrainizację Polski, o przyjęcie przez Polskę wschodnich standardów, o przyłączenie się do cywilizacji turańskiej lub wepchnięcie Polski w strefę jakiegoś chaosu i konfliktów etnicznych. Nie naszła też naszych polityków refleksja, że Polsce szykowany jest majdan albo coś, co znamy jako kolorową rewolucję, w której pochodzącym z warszawskich Nalewek i z polskich Kresów dywersantom Sorosa sekunduje Berlin, zielone ludziki z TVN. Krótko mówiąc, że w Polsce ma mieć, ma miejsce kolorowa rewolucja.

Zabrakło też refleksji, że, prędzej czy później, nastąpi zamrożenie konfliktu, że Ukraina będzie musiała pogodzić się z utratą Krymu i Donbasu, a być może nawet Odessy, że dojdzie do resetu stosunków Rosji z Niemcami, że Ukraina sprzymierzy się z Niemcami, a Polska znajdzie się w kleszczach ukraińsko-niemieckich jako państwo słabe, coś w rodzaju Generalnej Guberni.

Wreszcie zabrakło tej refleksji, że Ukraina to jest, historycznie, twór germański, a Ukraina to polityczna ręka Żyda i Niemca. I jakby nie zauważyli, albo udają, że nie zauważyli, że poprzez tak silne zaangażowanie się Polski w ten konflikt, odwracają Polskę na wschód, co przecież, zgodnie z ich wypowiedziami, było zawsze wielką tragedią Polski i że to odwrócenie Polski na wschód wiąże się oczywiście z wielkimi konsekwencjami cywilizacyjnymi. I nigdy nie zauważyli, albo zauważyli za późno, że Polska w ten sposób staje się państwem frontowym NATO.

Ale prawdziwą machlojką jaczejki, która sprawuje władzę w Polsce i na Ukrainie jest, czy ma być to, co w tej książce nazywam UkroPolin. To niekoniecznie musi być twór państwowy lecz raczej twór geopolityczny, którego częścią będzie państwo polskie; słabe, wasalne, otoczone przez wrogów, aktywne na gwizdek do różnych awantur wojennych – już to z Rosją u boku Ukrainy, czyli drugiego Izraela w Europie, już to wojny z Persją u boku tego prawdziwego Izraela – wojen toczonych oczywiście do ostatniego Polaka, Polaka antysemity. Krótko mówiąc, jesteśmy wmanewrowywani w rolę państwa służebnego nie tyle, jak to powiedział rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że jesteśmy sługami narodu ukraińskiego, lecz raczej chodzi tutaj o państwo służebne wobec ukraińskich oligarchów wiadomego pochodzenia.

Zełeński miał powiedzieć: jak zakończymy wojnę, to cała Ukraina będzie wyglądała jak wielki Izrael. No, ale skoro będzie drugi Izrael w Europie, to będzie i druga Palestyna. Jeśli Polska stenie się drugą Palestyną, to będzie dochodzić do wielu niekorzystnych wydarzeń, m.in. do konfliktów etnicznych. Skoro w Polsce mamy już kilka milionów, nawet nie wiemy dokładnie ile milionów Ukraińców, a niedługo możemy mieć ich jeszcze drugie tyle, to, prędzej czy później, dojdzie do konfliktów etnicznych. A kto będzie trzymał w garści wojujące strony? Wydaje mi się właśnie, że Żydzi i właśnie na tej zasadzie powstanie UkroPolin.

W całej naszej miłości do Ukrainy wcale nie chodzi o miłość do Ukraińców, ale o Żydowskich oligarchów, którzy rządzą Ukrainą. Czy u podłoża tej miłości naszych polityków do oligarchów ukraińskich nie leży to, że Polską, Ukrainą i Stanami Zjednoczonymi od dekad rządzi żydokomuna, pochodząca z terenów dzisiejszej Ukrainy. Piszę też o tym, że oligarchowie ukraińscy zaczynają przenosić swoje biznesy do Polski. I jeszcze jedna uwaga. Co łączy naszych polityków z oligarchami ukraińskimi, to ma związek z niedawnymi wydarzeniami pod hasłem „gaśnica”, że mają rabinów prowadzących z Chabad Lubawicz.

Od kilku tygodni wyszykowali nam jeszcze większą tragedię. Premierem rządu polskiego został Donald Tusk, dla którego Polska to nienormalność. Marszałkiem sejmu został Szymon Hołownia, który domagał się, żeby Niemcy w ramach reparacji dla Polski uzbroili Ukrainę. Ministrem obrony został Władysław Kosiniak-Kamysz, który w kwietniu, czyli miesiąc po wybuchu wojny na wschodzie, na kongresie Europejskich Samorządów w Mikołajkach wypowiedział się za utworzeniem unii polsko-ukraińskiej, czyli UkroPolu. Nawiasem mówiąc, termin „UkroPol” na naszym rynku politycznym został rzucony przez Jacka Kuronia.

I wreszcie Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym został Adam Bodnar, który jako Rzecznik Praw Obywatelskich zapisał się następującą wypowiedzią: „Naród polski uczestniczył w realizowaniu holokaustu”. I później postulował, aby ukraińscy przesiedleńcy mieli prawo głosu w wyborach. Ministrem Kultury i Dziedzictwa Narodowego został Bartłomiej Sienkiewicz, który zdradził w restauracji „Sowa i przyjaciele”, że był członkiem rządu państwa teoretycznego o programie: Ch.., dupa i kamieniu kupa. Jeszcze większe nieszczęście przytrafiło się nam w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i w dyplomacji.

Radek Sikorski pierwszą swoją wizytę zagraniczną złożył w Kijowie i już w Kijowie zapowiedział, że będzie, tak jak jego poprzednik na tym urzędzie, sługą narodu ukraińskiego. I mamy jeszcze Przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych sejmu. Paweł Kowal, który sprzeciwił się w przeszłości jakiemukolwiek upamiętnieniu ofiar rzezi wołyńskiej. Inna jego wypowiedź też świadcząca o profilu politycznym tego człowieka i o pochodzeniu etnicznym, że Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny, tak jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem oraz, to już wypowiedź z ostatnich dni: dla mnie nie ma rozróżnienia pomiędzy interesem Polski i Ukrainy.

Bardzo dobry wynik w ostatnich wyborach do sejmu osiągnął Marek Sawicki autor pomysłu wykupienia przez państwo i wyremontowania na koszt państwa polskiego, wydaje się, że przez firmy należące do działaczy PSL, dwustu tysięcy opuszczonych chłopskich chałup i przekazania ich ukraińskim przesiedleńcom. Taki sam wynik osiągnął w Wałbrzychu Michał Dworczuk, Dworczyk, którego podaję właściwe nazwisko – Mychaiło Dworczuk, który w rządzie Morawieckiego pełnił różne funkcje, ale była to faktycznie funkcja ministra do spraw ukrainizacji Polski.

I pytanie: a kto obejmie w 2025 roku Belweder? Na Ukrainie nie pieścili się z tubylcami i prezydentem zrobili komika. To czy u nas nie zrobią prezydentem Rzeczypospolitej konferansjera? (prawdopodobnie chodzi o Hołownię – przyp. W.L.).

Ukraińcy, a może raczej Żydzi ukraińscy, w polskiej polityce

Następnie Baliński stwierdza, że pochodzenie narodowe w polityce i dyplomacji jest niezwykle ważne, bo w pewnym momencie pojawia się problem lojalności. Bo czy rzeczą normalną jest, by naczelnikiem Wydziału Wschodniego w Agencji Wywiadu był osobnik pochodzenia ukraińskiego? Z racji tego, że stanowiska państwowe obsadzane są Ukraińcami, to doszło do rzeczy niebywałej. W Instytucie Pamięci Narodowej pion śledczy tego instytutu nie osądził ani jednego zbrodniarza UPA, a nawet wszystkich skazanych w PRL-u zrehabilitował, zaliczył w poczet osób represjonowanych przez PRL ze względów politycznych. Członków UPA uznano za represjonowanych ze względów politycznych. IPN umieścił ich także w Atlasie Podziemia Niepodległościowego, w którym straty UPA w walce z wojskiem polskim włączono do strat polskiego podziemia.

Ukraińcy mają wpływy we wszystkich partiach politycznych w Polsce. Zaczęło się od Lecha Kaczyńskiego i jego kancelarii. Po 1989 roku wielu Ukraińców zrobiło w Polsce wielkie kariery. Baliński podaje dwa nazwiska. Władysław Frasyniuk, gołodupiec, nagle, z dnia na dzień, zostaje właścicielem wielkiej firmy transportowej, która ma, czyli Frasyniuk, 300 TIR-ów. Kto jest najbogatszym człowiekiem w Polsce? Michał Sołowow, jak sam mówi, pochodzenia ukraińskiego. Siemoniak – były Minister Obrony Narodowej w rządach PO, który obecnie został koordynatorem służb specjalnych. Gdy był Ministrem Obrony Narodowej, to oficjalnie pisano o tym, że był aktywnym działaczem Związku Ukraińców w Polsce. Przed nim Ministrem Obrony Narodowej był niejaki Onyszkiewicz. Stalin powierzył władze w Polsce nie tylko Żydom, ale także innym mniejszościom narodowym, przeważnie Ukraińcom. Relacje polityczne po stronie, ale także inne relacje z Ukrainą modelują w tej chwili Ukraińcy, a stosunki polsko-ukraińskie ktoś podmienił na stosunki ukraińsko-ukraińskie. Tak jak zrobiono to ze stosunkami polsko-amerykańskimi. Stosunki polsko-amerykańskie zostały podmienione na stosunki Polski z diasporą żydowską.

Żydobanderowszczyzna

Na Ukrainie powstała nowa warstwa ideologiczna – żydobanderowszczyzna. Oligarchowie żydowscy na Ukrainie i nacjonaliści ukraińscy stworzyli nową klasę ideologiczno-etniczną, która ma tę dziwną nieetniczną cechę, że nie są wrogami Żydów, nie są zwolennikami Ukrainy dla Ukraińców, są tylko wrogami Rosjan i Polaków. I co z tego wynika? Rada Najwyższa Ukrainy upamiętnia rocznicę urodzin Stepana Bandery. W gabinecie głównodowodzącego wojsk ukraińskich stoi popiersie Bandery. Rok rocznie odbywają się marsze neonazistów. Na froncie wojuje brygada Azow i pułk Aidar, których żołnierze posługują się insygniami Waffen SS, a równocześnie są hołubieni przez oligarchów ukraińskich i przyjmowani na Zachodzie. Krótko mówiąc, światowe żydostwo wspiera kult Bandery.

Naziści ukraińscy są akceptowani przez Żydów, jeśli akceptują rządy żydowskiego komika osadzonego w Pałacu Prezydenckim w Kijowie przez żydowskiego oligarchę. Na ten temat milczy Biały Dom, milczy Komisja Helsińska. Krytyczne podejście do nazistów ukraińskich skończyło się jak ręką uciął, gdy premierem został Wołodymir Hrojsman. Gdy parlament ukraiński, Werchowna Rada uczciła minutą ciszy Symona Petrulę, który wymordował 50 tysięcy Żydów, naczelny rabin Ukrainy oświadczył: „Mianowanie na premiera ukraińskiego Żyda jest dowodem na to, że antysemityzmu na Ukrainie nie ma”. I od tego czasu dominuje wątek: Ukraina to najbardziej przyjazne Żydom miejsce na świecie. Ukraina ma żydowskiego prezydenta. To Rosja jest kolebką antysemityzmu i rajem neonazizmu i oskarżenie o gloryfikowanie kolaborantów Hitlera, to wymysły Moskwy.

Jeszcze jeden element ilustrujący to dziwne zjawisko żydobanderowszczyzny na Ukrainie. Majdan został wywołany przez lobby żydowskie w Waszyngtonie. Czynny udział w tych wydarzeniach wzięła Victoria Nuland vel Nudelman, która nie zwracała uwagi, że na Majdanie wznoszono transparenty sławiące sprawców okropieństw wymierzonych w jej ziomków. Za Majdanem kryją się też amerykańscy neokonserwatyści, do których należy Victoria Nuland, bo jest ona małżonką głównego ideologa neokonserwatystów amerykańskich pana Kagana. Tak, nawiasem mówiąc, neokonserwatyści to są Żydzi, potomkowie komunistów, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych z dzisiejszych terenów Ukrainy, które wcześniej należały do Polski.

Mamy też neokonserwatystów na gruncie polskim. Przykład – Antoni Macierewicz. Czy przypadkiem? To właśnie Antoni Macierewicz podpisał czy zawarł umowę, tę sławną umowę z 2 grudnia 2016 roku z Ukrainą, która przewiduje bezpłatne udostępnienie Ukrainie praktycznie wszystkich zasobów państwa polskiego; cywilnych i wojskowych. Czy to jest przypadek? I czy przypadkiem jest także to, że Antoni Macierewicz lansuje tezę, że za zbrodnią wołyńską stali Rosjanie i NKWD?

Prekursorem tej narracji żydobanderowskiej w Polsce było środowisko dawnego KOR-u, skupione wokół Gazety Wyborczej, która tropi wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce, a przechodzi do porządku dziennego nad ideologią OUN-UPA i któremu to środowisku nie przeszkadza, że ludzie, których wzięli w obronę mają na sumieniu śmierć tysięcy Żydów na Ukrainie. Jacek Kuroń, wywodzący się z tego środowiska, miał kiedyś powiedzieć: „Jeśli Ukraina chce być niepodległa nie może wyrzec się pamięci o UPA. UPA była powstańczą armią walczącą o niepodległość”.

Żydobanderowcami są także redaktorzy Gazety Wyborczej. Żydobanderowcem jest redaktor naczelny Gazety Polskiej, którego łączy z Michnikiem pogląd, że każdy nacjonalista jest dobry, byle nie polski. I wreszcie żydobanderowcem, ale już naprawdę takim 100%, jest Paweł Kowal; obecnie przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, a wkrótce pełnomocnik do spraw odbudowy Ukrainy.

Wszyscy ci wymienieni przeze mnie są zwolennikami tezy, że lepsza Ukraina banderowska, niż sowiecka. I głównie z tego powodu nie będzie przeprosin za rzeź wołyńską. Nie będzie zgody na ekshumację, ponieważ rządzące Ukrainą żydobanderowskie klany, które zbudowały silną żydobanderowską tożsamość Ukrainy nie ustąpią. Dlaczego nie ustąpią? Bo wiedza, że ich patron zza oceanu nie godzi się na polską martyrologię, gdzie monopol na tym polu przysługuje tylko Żydom. I jeszcze jedno; ekshumacji w Jedwabnem nie chcą ofiary, a ekshumacji na Wołyniu nie chcą kaci. Ta konstatacja ma związek z żydobanderowszczyzną.

Scenariusz dla Polski

Na naszych oczach realizuje się scenariusz, właśnie dzięki błędom popełnianym przez naszych polityków, tragiczny scenariusz, w którym Polska nie zyskuje nic, a przegrywa z kretesem. Gdy bitewny kurz opadnie, dla Polski nie będzie miejsca na tej defiladzie, oczywiście defiladzie moralnych zwycięzców w Kijowie. Duda nie zostanie zaproszony na wręczenie Pokojowej Nagrody Nobla Wołodymirowi Żełeńskiemu. Polska zostanie uznana za współwinnego ukraińskiej tragedii, bo podżegała do wojny. Zawsze podżegała do wojny. Exemplum: robił to podczas ostatniej wizyty w Kijowie Donald Tusk, co zresztą zauważył albo wypunktował Minister Spraw Zagranicznych Węgier, który powiedział m.in., że „w przeciwieństwie do pana (mówił do Tuska) Węgry nie podżegają do wojny, a pan zajął stanowisko prowojenne”. Z Rosją, po zawarciu pokoju, w imieniu Europy rozmawiać będą Niemcy. I Niemcom przypadną wszystkie polityczne i gospodarcze profity. Polsce przypadnie horrendalne zadłużenie, miliony przesiedleńców i emigracja Polaków za chlebem. I można w tym kontekście odkurzyć fraszkę Ignacego Krasickiego: „Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”.

I jeszcze co do tego, że Polacy będą oskarżani, że podżegali do wojny i że są współwinnymi tragedii ukraińskiej, jest to, że prezydent Zełeński, czemu już dał wyraz na forum ONZ, prezydent Zełeński i oligarchowie ukraińscy, dla uniknięcia osobistej odpowiedzialności za zniszczenie państwa i wytrzebienie ukraińskiej populacji, będą szukali winnych i jednym z tych winnych będzie na pewno Polska.

I kolejna sprawa. Polska po zakończeniu konfliktu nadal będzie wspierać Ukrainę. Tym razem będzie do tego zmuszana przez Niemcy. Wcześniej robili to Amerykanie. W tej chwili taką rolę przejmują Niemcy. Czyli Polska będzie adwokatem Ukrainy, znowu wpuszczać miliony uchodźców, miliony bez żadnej weryfikacji, obdarzać ich przywilejami i pomocą. Przykład – podczas ostatniej wizyty Tuska w Kijowie dowiedzieliśmy się, że Tusk mówił, iż uzgodnił z premierem Ukrainy wspólne zakupy broni dla Ukrainy. Co to oznacza? Oznacza to, że to Polska będzie płaciła za tę broń, że broń ta będzie kupowana w Niemczech i dostarczana Ukrainie. Proszę zauważyć, że Ukraina jest obecnie bez 20% swego terytorium, że na tym utraconym terytorium znajduje się 90% potencjału przemysłowego Ukrainy, że Ukraina być może zostanie odcięta od Morza Czarnego, czyli będzie to kraj, który będzie mógł funkcjonować głównie dzięki pomocy zagranicznej i ogromna część tej pomocy będzie pochodzić z Polski.

I wniosek. U zarania III RP wzięliśmy na utrzymanie Żydów. 24 lutego 2022 roku, czyli po wybuchu wojny na wschodzie wzięliśmy na utrzymanie naród ukraiński. Po Okrągłym Stole staliśmy się Rzeczpospolitą Obojga Narodów i sługami narodu żydowskiego. Po 24 lutego 2022 roku staliśmy się Rzeczpospolitą Trojga Narodów i jeszcze dodatkowo sługami narodu ukraińskiego.

Depopulacja narodu polskiego

Można by jeszcze mówić o rzeczy bardzo ważnej, o tej wielkiej akcji przesiedleńczej, czyli operacji podmiany ludności polskiej. Tu tylko może jedno zdanie, że mieliśmy szokową transformację gospodarczą Balcerowicza, a dziś mamy szokową transformację etniczną Morawieckiego. Bo to Morawiecki świadomie sprowadził do Polski tylu Ukraińców. Daję na to dowody, przytaczam wypowiedzi Morawieckiego jeszcze sprzed wybuchu konfliktu, w której deklaruje, że jesteśmy gotowi do przyjęcia każdej liczby uchodźców ukraińskich. Czyli, krótko mówiąc, mamy szokową transformację etniczną Morawieckiego i szykuje się kolejna szokowa transformacja etniczna. Tym razem Tuska. Chodzi o relokację uchodźców z Afryki na terytorium Polski i chodzi o liczby sięgające nawet i pół miliona. Krótko mówiąc, triumwirat – Kaczyński, Duda, Morawiecki – przyczynił się do obecnej sytuacji, do tego, że zmieniane jest oblicze etniczne Polski. Zmiana tej kompozycji etnicznej Polski następuje już od wielu lat. Od stanu wojennego do dziś wygnano z Polski 8 milionów Polaków – 20% całej populacji. Straciliśmy więcej ludności polskiej niż podczas II wojny światowej.

x

Czy rzeczywiście scenariusz nakreślony przez Balińskiego jest realny? W swoim podkaście geopolitycznym Leszek Sykulski m.in. mówi:

W poniedziałek 29 stycznia 2024 roku niemiecka stacja AFD opublikowała wywiad z prezydentem Ukrainy Zełeńskim. Padły tam mocne słowa o tym, że gdyby, zdaniem prezydenta Zełeńskiego, zabrakło USA, to rolę lidera powinny objąć Niemcy. To wszystko w kontekście pomocy, wspierania Ukrainy. Zdaniem ukraińskiego prezydenta tylko Berlin ma szansę, by zjednoczyć unię europejską, jeśli chodzi o wsparcie Ukrainy.

xxx

Tak więc zarówno Baliński jak i Sykulski rozważają taką możliwość, że Amerykanie wycofają się z wojny na Ukrainie. Sykulski podpiera się wywiadem Zełeńskiego. Wygląda więc na to, że zaczyna się gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie opinii publicznej do takiego scenariusza. Jest on jak najbardziej możliwy i prawdopodobnie tak się stanie. W Ameryce zbliżają się wybory. Wygra je Trump, a to będzie oznaczać zmianę w polityce zagranicznej USA. To będzie pretekst do wycofania się z tego konfliktu. I wówczas powojenny porządek w Europie będą ustalać Niemcy i Rosja. A oba te państwa uzgodnią między sobą, że Donbas i Krym, a może i Odessa zostaną przy Rosji. Natomiast Niemcy odzyskają swoje ziemie utracone na wschodzie, czyli polskie ziemie zachodnie. Gdyby Amerykanie nie wycofali się, to właśnie oni musieliby negocjować z Rosją warunki powojennego pokoju, co byłoby dla nich nieco kłopotliwe, bo musieliby poświęcić swego najwierniejszego sojusznika. Z moralnego punktu widzenia nie byłby to dla nich problem, raczej z wizerunkowego, co przecież zostałoby zauważone przez międzynarodową opinię.

To oczywiście będzie wycofanie pozorne, bo przecież Amerykanie mają swoje bazy w Niemczech i w Polsce, a więc mają Niemcy w kleszczach. Dalej będą głównym rozgrywającym, tyle że z tylnego siedzenia. Wojska amerykańskie mają swoje bazy w Wielkopolsce, a więc po zmianie granic tuż przy niemieckiej granicy. Jak jeszcze dojdzie do tego Centralny Port Lotniczy, to kontrola amerykańska w Europie będzie totalna. No, ale nowe państwo, czyli odkurzona I RP, żydowski raj, będzie wymagała parasola ochronnego.

Przyznam, że mnie samemu trudno uwierzyć w taki scenariusz, ale logika jest bezwzględna. Zresztą już w blogu „Finis Ucrainae” z 25 lutego 2022 pisałem: Zawsze powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że nie można zrozumieć teraźniejszości bez poznania tego, co było wcześniej. A pewne fakty skłaniają do wniosku, że tu chodzi bardziej o Polskę niż o Ukrainę, że to jest wstęp do przemodelowania tej części Europy.

Właśnie! Tu chodzi o Polskę! Dlaczego całe uzbrojenie i pomoc dla Ukrainy idzie przez Polskę, skoro Ukraina graniczy od zachodu również ze Słowacją, Węgrami, Rumunią i Mołdawią? Dlaczego finansowanie Ukrainy odbywa się za pośrednictwem Polski, a nie bezpośrednio? Dlaczego Tusk uzgadnia z ukraińskim premierem, że zakup broni dla Ukrainy w Niemczech będzie finansować Polska? Dlaczego Niemcy nie robią tego bezpośrednio? Można te pytania mnożyć. Skoro tak się dzieje, to znaczy, że chodzi o to, by w przyszłości jedynym winnym całej tej hucpy na Ukrainie była Polska, by to Polska była tym awanturnikiem, podżegaczem wojennym. Przecież Polska, jako państwo, jest bankrutem finansowym, a mimo to szeroki strumień pieniędzy nadal płynie. Żydzi amerykańscy dają pieniądze Żydom polskim, a ci przekazują je Żydom ukraińskim, ale to nie oni są winni, to Polacy i państwo polskie. Widać wyraźnie, że Żydzi traktują wszystkie państwa jak swoje prywatne poletka i po to są im one potrzebne, by działać z ukrycia.

Czy zatem na postawione przez Balińskiego pytanie: „Polska czy UkroPolin?” należy odpowiedzieć twierdząco? Nie do końca. Ten dziwny kraj to raczej UkroPolin i Kacapland w jednym. Wszystko zaczęło się od unii personalnej Polski i Litwy. To wtedy nastąpiła likwidacja państwa ostatnich Piastów. W wyniku unii lubelskiej powstało wspólne państwo polsko-uraińskie, które nadal nazywano Koroną, ale elitami tego nowego państwa i całej Rzeczypospolitej byli spolszczeni, ale nie do końca, rusińscy i litewscy bojarzy. Na tym etapie nastąpiło zawłaszczenie nowego państwa, a elity państwa piastowskiego zostały zastąpione elitami ze wschodu. Po kongresie wiedeńskim w 1815 roku Rosja po raz pierwszy wkroczyła na ziemie etnicznie polskie. Powstało podporządkowane jej Królestwo Polskie. Po powstaniu listopadowym car zastąpił polską administrację w Królestwie Rosjanami. Od tego momentu następował ich stały napływ do tej administracji, pokrewnych urzędów i instytucji. Jednocześnie budowali oni w całym Królestwie cerkwie, wzmacniając w ten sposób żywioł prawosławny w Polsce. Po I wojnie światowej, ta, carskiego chowu, ludność rosyjska i prawosławna nie miała po co wracać do Związku Radzieckiego. Zapewne większość została w nowej Polsce. To byli ludzie, już od trzech, czterech pokoleń tu mieszkający, którzy zajmowali wysokie stanowiska, często wykształceni. I to zapewne oni w większości stanowili zaplecze nowej polskiej administracji i nie tylko. Pozostały też cerkwie i wierni. Tych ludzi można dziś poznać, według mnie, po tym, że są rusofilami, słowianofilami i egzaltują się wszystkim, co wschodnie, szczególnie rosyjskie.

Po II wojnie światowej przesiedlano na ziemie poniemieckie głównie mniejszości kresowe, najwięcej Ukraińców. PRL był więc państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym, wbrew głoszonej propagandzie. I takim państwem jest III RP. Z tej racji, że ludność niepolska jest bardzo liczna i prawdopodobnie stanowi ona większość, to asymiluje się tylko pobieżnie. Ogranicza się to do języka. I dlatego populacja tego państwa jest tak podzielona i wrogo nastawiona do ludności rdzennej, którą w swojej masie stanowią chłopi. To oni są tą rdzenną ludnością polską. Jednak przez wieki byli oni niewolnikami i jako warstwa społeczna nic nie znaczyła w tym kraju. Ten, który spróbował stworzyć polską partię chłopską, która mogłaby zadbać o interesy tej ludności „powiesił się”. I w ten sposób ci Polacy nadal nic nie znaczą, ale to oni są wszystkiemu winni, a te wszystkie mniejszości, łącznie z Żydami, które nie utożsamiają się z tym państwem, mogą działać na jego szkodę. Ich wizerunek nie ucierpi, bo przecież to Polacy są wszystkiemu winni.

Państwo na kółkach

Wydaje się, że sprawy zaczynają się powoli krystalizować i połączenie Polski z Ukrainą jest tylko kwestią czasu. W dniu 28 stycznia na kanale „Bezpieczna Polska” w podkaście zatytułowanym Czas zjednoczyć ugrupowania pozasystemowe/ Kaczmarek i Sykulski od 15:00 Sykulski mówi:

To jest chyba ewenement, że mamy do czynienia z dwoma formacjami politycznymi, których liderzy są obecni od 30-tu lat w polityce. Sięgnijmy pamięcią, nie tylko do początku tego wieku, ale jeszcze do lat 90-tych, kiedy powstało Porozumienie Centrum, Kongres Liberalno-Demokratyczny (KLD) z jednym z liderów – Donaldem Tuskiem. To są ludzie, którzy od 30-tu lat są w polityce. To jest ten układ okrągłostołowy, o którym mówimy. Może mnie widzowie skorygują, ale, na ile ja się interesuję polityką, to nie ma innego przypadku średniej wielkości państwa w Europie, gdzie byłby taki system polityczny. Ale wracam do tego, co powiedziałeś, co jest ważne.

Czy 10 kwietnia 2010 roku to ten kluczowy podział i te dwa obozy, dwie Polski, jak niektórzy mówią? I w tym wszystkim pojawia się rok 2022 luty, 24 lutego dokładnie. I pojawia się problem Ukrainy. Pojawiają się takie głosy jak takiego ośrodka eksperckiego, prywatnej firmy pana doktora Jacka Bartosiaka, firma Strategy&Future, której jednym z analityków jest pan Marek Budzisz, który na przełomie maja i czerwca 2022 roku zaproponował, aby – uwaga! – powołać polsko-ukraińskie wspólne państwo, czyli unię polsko-ukraińską, federację polsko-ukraińską. Co ciekawe, ten sam ośrodek ekspercki, ta sama firma pana Bartosiaka bardzo agresywnie lansuje budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego. Dodam tylko, że wielu amerykańskich generałów wypowiada się wprost, że jest CPK projektem ściśle wojskowym.

W dalszej części, od 27:20, Sykulski mówi:

Niewiele osób mówi i podnosi temat AfD – Alternative für Deutschland, czyli Alternatywy dla Niemiec i to, jakie siły idą po władzę w Niemczech. My bardzo często, my – konsumenci treści, my łatwo przyjmujemy pewne informacje podawane przez media, gdzie mamy CDU, CSU, SPD, ale tak naprawdę idzie bardzo potężna siła do władzy w Niemczech, która nazywa się AfD. Siła, nazwijmy to wprost, antypolska. Ja, jako geopolityk, analizowałem teksty polityczne ekspertów AfD. Ci ludzie mówią językiem Karla Haushofera, czyli jednego z ojców niemieckiej geopolityki, dla Niemców wybitnego geopolityka, a dla Polaków – no, nie! Doskonale wiemy, kim był Karl Haushofer, jaką rolę dla Polaków widział. I widział rolę Polaków przede wszystkim jako po prostu podwykonawców gospodarki niemieckiej. Nie widział absolutnie miejsca dla niepodległości państwa polskiego. I dokładnie taką samą narrację przyjmują eksperci AfD.

AfD jest to partia rewizjonistyczna – partia, która chce rewizji granic, rewizji układów poczdamskich. Ja się bardzo dziwię, że znajdują się w ogóle takie siły polityczne w polskim parlamencie, które śmią zapraszać polityków AfD do polskiego sejmu, bo niestety są tacy politycy, którzy przyjmują taki pióropusz patriotyzmu bogoojczyźnianego, katolicko-narodowego i tak dalej. I ci sami ludzie, którzy są takimi hurrapatriotami zapraszają polityków AfD do polskiego sejmu, czyli polakożerców. Ludzi, którzy nie chcą istnienia niepodległego państwa polskiego. I ci sami politycy, jeszcze naście lat temu, byli wielkimi przeciwnikami Rosji. Uważali, że Międzymorze to jest jakaś wielka szansa dla Polski. Wiemy doskonale, że Międzymorze to nic innego, jak zderzak strategiczny USA i Wielkiej Brytanii. I ci sami ludzie zapraszają dziś polityków AfD.

x

A więc Marek Budzisz, Ukrainiec jak sądzę, zaproponował na przełomie maja i czerwca 2022 roku powołanie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego. Ja o takiej możliwości pisałem w blogu „Finis Ucrainae” z dnia 25 lutego 2022 roku. Nie było to z mojej strony nic odkrywczego. Już wspólna organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku i przyznanie Ukrainie meczu finałowego pokazało, że polskie interesy zostały podporządkowane ukraińskim i że Zachód traktuje Polskę jak kraj wschodni, że bliżej nam do Ukrainy niż do Czech czy Węgier. Nie ma się na co obrażać, bo przecież w historii było wspólne państwo polsko-ukrańskie. Powstało ono na krótko przed unią lubelską. Było to jednak państwo, które nie obejmowało tzw. Ziem Odzyskanych. Jeśli więc ktoś dziś mówi o wspólnym państwie polsko-ukraińskim, to prawdopodobnie ma na myśli właśnie takie państwo.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Było to wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną. Dlaczego ktoś podjął taką decyzję? Połączenie Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego skutkowało tym, że wielcy feudałowie rusińscy i litewscy zdominowali to nowe państwo. Zanim doszło do unii lubelskiej, na mocy unii w Horodle (1413), 47 rodów szlachty polskiej użyczyło 47 rodom bojarów ruskich i litewskich swych herbów. W praktyce po stronie litewskiej i ruskiej tych rodów było więcej. Tak więc proces unifikacji narodowej stanu szlacheckiego zaczął się znacznie wcześniej. Wspólne państwo polsko-ukraińskie trwało do czasów rozbiorów. Skutki powstania takiego potworka, czyli wspólnego państwa polsko-ukraińskiego w unii z okrojonym o połowę WKL, były tragiczne. Bolesław Prus w swoim szkicu literackim „Ogniem i mieczem” tak pisał:

„Tymczasem w Rzeczpospolitej duch militarny tak upadł, że widzieli to nawet posłowie obcych mocarstw. Dalej – klasa rządząca rozdarła się na trzy wrogie potęgi: wielcy kapitaliści, czyli magnaci, politykowali na własną rękę i stopniowo odsuwali mniejszych kapitalistów, czyli szlachtę, swoją potęgą lub pieniędzmi; dwie te zaś siły razem pracowały nad ograniczeniem władzy królewskiej i – powiedzmy dokładniej – nad obaleniem i zgnojeniem wszelkiej władzy i rządu.

Stosunki były takie, że się Gdańsk naigrywał królowi, który, z drugiej strony, gotując się do wojny z Turcją, nie odbywał narad z senatorami z obawy, ażeby sułtan nie dowiedział się przed czasem o wojnie, naturalnie – za pieniądze!… Dodajmy, że oba stany, rycerski i senatorski, ani chciały słyszeć o zasileniu skarbu albo o powiększeniu armii i że ta garść wojska, jaka była podówczas, cierpiała wszelkiego rodzaju nędzę. Dawne to dzieje, ale trudno o nich myśleć bez bólu. Zbytecznym byłoby dodawać, że w tym kopaniu grobu dla ojczyzny, który już był widoczny za Jana Kazimierza i wcześniej, rej wodzili magnaci. Oni przekupywali szlachtę na sejmach, oni politykowali z obcymi mocarstwami, oni swymi jurgieltnikami obsadzali wszelkie urzędy…”

Prus, podobnie jak wielu innych, dobrze analizuje zjawisko, jakim była Rzeczpospolita, ale, podobnie jak inni, nie wyjaśnia, dlaczego tak było. Przecież ci potężni magnaci nie byli polskimi magnatami tylko rusińskimi i litewskimi. Oni zdominowali to nowe państwo, ale nie czuli żadnego związku z Koroną, czyli Polską. Wojny szwedzkie i postawa Radziwiłła są wystarczającym dowodem na to, by nie nazywać ich Polakami, bo nimi nie byli. Szwedzi zaatakowali Koronę, a Litwin poszedł na układy z królem szwedzkim. Jeśli będziemy udawać, że to było jedno państwo i jeden naród, to nigdy nie dokonamy właściwej analizy.

Powojenne przesiedlenia nie zmieniły stanu etnicznego PRL-u, bo na Ziemie Odzyskane przesiedlano przeważnie mniejszości kresowe. Tak więc obecna, dogorywająca już, III RP jest państwem wielonarodowym. I dlatego tak łatwo przychodzi tym „elitom” frymaczenie interesem Polski, która jest dla nich tak samo obca, jak dla Radziwiłła Korona. Dziwi mnie więc oburzenie Leszka Sykulskiego z tego powodu, że obecne „elity” zapraszają do sejmu jawnie wrogich Polsce polityków niemieckich. To przecież nie pierwszy raz. Sasi na tronie Rzeczypospolitej robili wszystko, by doprowadzić do jej rozbiorów.

Norman Davies w książce Boże igrzysko (1999) pisze:

Okres sześćdziesięciu sześciu lat, które dzielą panowanie Jana Sobieskiego od panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, uważa się często za najbardziej żałosny i upokarzający okres w dziejach Polski. Nieszczęścia, jakie spotkały Polskę (Davies uparcie, jak wielu innych, używa słowa „Polska” zamiast „Rzeczpospolita” – przyp. W.L.) w tym czasie, wyjaśnia się na ogół jej podporządkowaniem obcym interesom zagranicznych władców. Właśnie ten okres miał na myśli Thomas Carlyle, opisując Polskę jako „pięknie fosforyzującą kupę próchna”.

Walące się państwa dynastyczne były zjawiskiem częstym w osiemnastowiecznej Europie i nie istnieje nic, co można przyjąć a priori jako wyjaśnienie faktu, że niektóre z nich – takie jak „Anglia-plus-Walia/Irlandia/Szkocja/Hanower”, prosperowały, podczas gdy inne – takie jak „Polska-plus-Litwa/Kurlandia/Saksonia”, ledwo kuśtykały.

x

Czy aby na pewno nie da się wyjaśnić, dlaczego niektóre państwa prosperowały, a inne były „pięknie fosforyzującą kupą próchna”? No to parę informacji z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970):

Monarchia parlamentarna. Wiek XVIII. Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanym po zwycięstwie rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocni się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości.

W 1702 wstąpiła na tron Anna, ostatnia ze Stuartów; w 1707 przeprowadziła unię realną Anglii i Szkocji, tworzących odtąd (wraz z włączoną wcześniej Walią) Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii; likwidacji uległa tajna rada i parlament szkocki w Edynburgu, a Szkoci otrzymali przedstawicielstwo w obu izbach parlamentu w Londynie.

By mocniej związać Irlandię z Anglią, zniesiono jej raczej pozorną autonomię przez likwidację irlandzkiego parlamentu w Dublinie; w 1800 roku proklamowano unię z Irlandią i państwo brytyjskie w 1801 przybrało nazwę Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, a w jego parlamencie znaleźli się również przedstawiciele Irlandii. Na obszarze całego państwa zawieszono swobody obywatelskie, stosowano represje wobec wszelkich przejawów opozycji.

x

Mamy więc Zjednoczone Królestwo o jasno i precyzyjnie zaplanowanym ustroju i system dwupartyjny, w którym zapewne obowiązywała dyscyplina partyjna i nie było miejsca na żadne liberum veto czy inne fanaberie. Nawet jeśli posłowie szkoccy czy irlandzcy, bo nieliczni Walijczycy nie liczyli się, mieliby zdanie odrębne, to pewnie ich obowiązywała dyscyplina partyjna. Jednym słowem program rządzącej partii był programem narodu. W 1831 roku Anglia i Walia to 13,9 mln ludności, Szkocja – 2,3 mln, Irlandia – 7,8 mln. W 1871 roku Anglia i Walia to 22,7 mln. Szkocja – 3,4 mln, Irlandia – 5,4 mln. Zmniejszenie się populacji Irlandii to zapewne efekt klęsk głodowych, które zaaplikowali Irlandczykom Anglicy i emigracji. A więc była to unia, ale unia unią, a rządzić i dominować w sensie politycznym musieli Anglicy. Również pod względem zajmowanego obszaru. Nie dziwi więc, że taka unia miała się dobrze. Przy takiej organizacji Ordnung muss sein.

W przypadku potworka politycznego zwanego Rzeczpospolitą było zupełnie inaczej. Zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1385) zajmowało obszar 270.000 km2. Wielkie Księstwo Litewskie w momencie unii lubelskiej zajmowało obszar około dwa razy większy. Później po zdobyczach na wschodzie, w okresie największego zasięgu terytorialnego Rzeczypospolitej, było trzy razy większe niż obszar Zjednoczonego Królestwa Polskiego, czyli Polski. W 1618 roku w Rzeczypospolitej było około 4,5 mln Polaków, 0,75 mln Litwinów i 5 mln Rusinów, których dziś nazywamy Ukraińcami. Jeśli dodamy do tego fakt, że w sensie politycznym i gospodarczym Rzeczpospolita została zdominowana przez feudałów rusińskich i litewskich, to możemy wyciągnąć prosty wniosek, że Rzeczpospolita była państwem, w którym pod każdym względem dominowało byłe WKL i jego „kultura”.

Dlaczego więc to państwo nadal nazywano Polską, a jej ludność Polakami, skoro Polacy stanowili w nim mniejszość? Nawet jeśli „elity” tego państwa ulegały spolszczeniu, to było ono bardzo płytkie i uważam, że tak pozostało do dziś. Nawet jeśli ci ludzie uważają się za Polaków, to w głębi duszy co innego im gra. Ta maniakalna nienawiść do Rosji – to te rusińskie (ukraińskie) geny dają znać o sobie. Jeśli więc Marek Budzisz chce połączenia Polski z Ukrainą, to po co? Przecież z logicznego punktu widzenia nie ma to sensu. I RP nie poradziła sobie z Rosją. Po co powielać stare błędy? Chyba że jest jakiś inny cel. Ale na pewno nie jest to polski i Polaków interes.

Niektóre postanowienia unii lubelskiej:

  • wspólny władca wybierany w wolnej elekcji (czyli burdel, serdel, pierdel),
  • wspólny Sejm walny, obradujący w Warszawie, którego izba poselska składała się z 77 posłów koronnych i 50 litewskich, a w skład Senatu weszło 113 senatorów koronnych i 27 litewskich,
  • wspólna polityka obronna i zagraniczna,
  • zachowano odrębne urzędy centralne,
  • zachowano odrębne wojsko polskie i litewskie,
  • zachowano odrębne języki urzędowe (na Litwie język ruski),
  • egzekucja królewszczyzn i podważanie nadań królewskich nie miały zastosowania na Litwie,
  • zachowano w mocy wszystkie dotychczasowe prawa i przywileje, obowiązujące w obu państwach, jak również odrębne sądownictwo i prawo sądowe.

Wikipedia, bo z niej pochodzą te informacje, nie informuje, że wśród tych posłów i senatorów koronnych byli posłowie i senatorowie rusińscy, bo do Korony włączono całą południową część WKL, czyli Ukrainę. W praktyce więc posłowie z byłego WKL dominowali w sejmie. Jeśli doda się do tego dominację magnatów kresowych, to moje twierdzenie, że Polska skończyła się wraz z unią lubelską jest jak najbardziej uzasadnione. Wspólna polityka obronna i zagraniczna oznaczała, że nie było żadnej polityki obronnej i zagranicznej. Bo jak prowadzić spójną politykę obronną, gdy nie ma jednolitego dowodzenia i jednego wojska? Jagiellonowie porozdawali magnatom królewszczyzny, czyli ziemie należące do króla, czyli, jak byśmy dziś powiedzieli – rządowe, bo one nie były własnością króla. On nimi tylko zarządzał, tak jak to, co państwowe, nie należy do rządu, tylko do państwa. Rządy się zmieniają, a państwo pozostaje. I tak samo było w przypadku królów. Innymi słowy magnaci rozkradli ziemię królewską za zgodą i aprobatą Jagiellonów, czyli wszystko to, co zostawił Kazimierz Wielki, czyli dorobek jego ojca Władysława Łokietka. To dało im przewagę nad szlachtą. Gdy ta się zorientowała, to wszczęła tzw. ruch egzekucyjny, dążący do odebrania magnatom tego, co ukradli. Ponieważ działo się to w Koronie za czasów unii personalnej, nie mogło to dotyczyć Litwy. Odrębne prawo i sądownictwo. Skąd my to znamy? PO ma swoje prawo i swoich sędziów, a PiS też ma swoje prawo i swoich sędziów.

Jeśli więc porównamy obie unie, czyli Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Rzeczpospolitą, to trudno się dziwić, że Anglik nazwał Rzeczpospolitą pięknie fosforyzującą kupą próchna. Problem jednak polega, że to nie Polacy dominowali w tym państwie, tylko Rusini i Litwini. I to oni byli tymi warchołami i debilami z wygolonymi łbami. A dziś ich potomkowie robią to samo. A co tam! To nie ich państwo. Ważne, żeby Ruskim dołożyć. Tacy sami debile, jak tamci. I tak jak tamci, też na usługach obcych.

Dlaczego tak się stało, że unia angielska mogła działać jako dobrze zorganizowana i sprawna instytucja, a unia polsko-litewska – nie? Przecież obie unie tworzyli ci sami ludzie – Żydzi. Zapewne jednym z najważniejszych czynników, jeśli nie najważniejszym, było wyspiarskie położenie Anglii. To zapewniało bezpieczeństwo i stabilizację. I z takiej pozycji można było skłócać narody kontynentalne, nie ponosząc żadnych konsekwencji i jednocześnie budować światowe imperium. Nie przypadkiem też pozostałe protestanckie państwa mają takie położenie: Australia, Nowa Zelandia. Stany Zjednoczone mają niegroźnych sąsiadów i z obu stron są otoczone oceanami. Szwajcaria leży w górzystym, trudno dostępnym terenie. Skandynawia to półwysep, też w miarę bezpieczny. Tam można było stworzyć dobrze zorganizowane, bogate państwa i nie zagrożone atakiem sąsiadów. Reszta już nie miała być tak stabilna i bogata.

W przypadku Europy środkowej było inaczej. Typowy obszar przejściowy pomiędzy Niemcami a Rosją. Wprawdzie w tamtym czasie Rosja nie była jeszcze potęgą, ale Żydzi wiedzieli, że będzie, bo to oni byli tymi „konkwistadorami”, którzy penetrowali i kolonizowali Syberię. Takie położenie idealnie nadawało się na stworzenie strefy konfliktogennej. Nie mogło więc tu powstać w miarę silne i stabilne większe państwo. Zatem gdy pojawiło się Zjednoczone Królestwo Polskie, to powstało zagrożenie, że może ono za jakiś czas upomnieć się o swoje ziemie utracone, czyli Śląsk i Pomorze. Unia personalna z WKL i wybór Jagiellona na króla Polski przesunął Polskę z Europy zachodniej do wschodniej. Unia realna doprowadziła do powstania nowego państwa – Rzeczypospolitej, która cały swój wysiłek skierowała na wojny z Moskwą i Turcją. W ten sposób wschodnia granica I Rzeszy została zabezpieczona i niezmienna do czasów rozbiorów.

Powstanie styczniowe

22 stycznia minęła kolejna rocznica wybuchu powstania styczniowego. Z tej okazji na kanale „Myśl Polska” pojawił się program poświęcony temu powstaniu. Komentujący Jan Engelgard, Przemysław Piasta i Adam Śmiech skupili się na trzech tematach:

  • miejsce powstania styczniowego w polityce historycznej III RP
  • główne postacie: Romuald Traugutt i Aleksander Wielopolski
  • powstanie styczniowe w literaturze polskiej

Najciekawszym tematem było miejsce powstania styczniowego w polityce historycznej III RP. Poniższe cytaty nie są dosłowne i są skrótami ich komentarzy. Jan Engelgard powiedział:

Jakie miejsce zajmuje powstanie styczniowe w tzw. polityce historycznej III RP? Bo ja stawiam taką tezę, że obok powstania warszawskiego, powstanie styczniowe jest kluczowym elementem tej polityki historycznej. No bo powstanie warszawskie, wiemy oczywiście z jakich powodów. Ale z jakich powodów powstanie styczniowe jest tak forowane w takiej narracji medialnej? Dlaczego powstanie styczniowe jest uznane przez władze III RP za tak ważne jako pewna forma edukacji patriotycznej?

Przemysław Piasta: Powstanie styczniowe, obok powstania warszawskiego, stało się filarem polskiej edukacji historycznej, uprawianej przez ten poprzedni już rząd. Dlaczego powstanie styczniowe? Dlatego, że w Polsce mamy uporczywy kult straceńczych powstań, uporczywy kult klęsk. I nie jest to nic nowego. Powstały dwie szkoły historyczne. Jedna z nich zaczęła powstanie krytykować, jako powstanie, które wybuchło bez sensu: nie było przygotowane i nie miało politycznych celów. Druga szkoła to taka, która racjonalizowała wybuch powstania, która wskazywała na to, że to powstanie było słuszne, że wprawdzie było klęską, ale ukonstytuowało naszą świadomość narodową. Gdyby nie poświęcenie powstańców, to nie byłoby wolnej Polski. Zupełnie irracjonalny argument, ale argument powtarzany tak często, że po prostu część ludzi wierzy w niego, już z samego faktu osłuchania się. Poza tym niemiło przyznawać się do klęsk, lepiej je racjonalizować, lepiej ubierać je w szaty zwycięstwa i udawać, ze te klęski miały inny wymiar, niż właśnie tylko i wyłącznie wymiar tragiczny.

J. E. W połowie XIX wieku szkoła racjonalizująca była w defensywie. Ona się odrodziła dopiero na początku XX wieku. Natomiast dominowała druzgocąca krytyka. I tak się narodziła szkoła krakowska, która ma olbrzymi dorobek w dziedzinie dyskredytowania powstań. Powstanie to było podstawą do sformułowania programów politycznych. Piłsudczycy uznali się za spadkobierców tej tradycji, właśnie powstania styczniowego, a endecja odwrotnie – właśnie uznała, że należy zakwestionować tę tradycję powstańczo-romantyczną i stworzyć coś innego. Czy kolega Śmiech zgadza się z tym, że obok powstania warszawskiego, to właśnie powstanie styczniowe jest dla dzisiejszych kreatorów polityki historycznej bardzo ważne i kluczowe.

A. Ś. Oczywiście, że tak. Wynika to z bardzo ważnego faktu, który należy podkreślić. Dwie rzeczy chciałbym podkreślić. Pierwsza to jest kwestia rosyjska. Powstanie warszawskie miało wyłącznie ostrze antyrosyjskie. Ta kwestia walki z Niemcami, to jakieś tło. Natomiast podkreśla się, że to było przeciwko Stalinowi. No i powstanie styczniowe jest w tym aspekcie bardzo istotne również, mianowicie walki z Rosją. Walka z Rosją jako świadectwo polskości, świadectwo patriotyzmu, spełnienia obowiązku wobec ojczyzny i narodu. Kwestia rosyjska jest bardzo istotna. Znakomicie ją podsumował Jędrzej Giertych w książce „Kulisy powstania styczniowego”. I ja tu zacytuję, bo to jest podstawowa sprawa: Zadaniem Polaków jest zwalczać Rosję. Sprawa polska jest funkcją sprawy rosyjskiej. Polityka polska o tyle ma sens i rację, o ile szkodzi Rosji, o ile podważa jej potęgę i kładzie tamę jej ekspansji. Gdyby Rosji nie było, Polska właściwie nie miałaby racji istnienia, bo najświętszą sprawą w oczach uczestników tańca chochoła tylko walka narodu naszego z Rosją. I to przede wszystkim walka metodą powstańczą.

To jest jeden aspekt, a drugi aspekt – który chcę podkreślić, to w istocie panowanie nad umysłami polskimi i konsekwencje tego panowania w postaci wywoływania powstań i tragedii, które dotyczą całego narodu – to swego rodzaju pajdokracja. Oczywiście to są rządy dzieci. Tutaj nie mówimy o dzieciach w sensie dosłownym, o nieletnich, aczkolwiek pewne elementy tego występują, w tragiczny sposób, w powstaniu warszawskim. Słynny pomnik Małego Powstańca itd. Natomiast pajdokracja dlatego, że główne skrzypce w powstaniu grali ludzie młodzi w okolicy 20-tego roku życia. I tutaj tę pierwszą refleksję chcę zakończyć zwróceniem uwagi na to przez Dmowskiego. Napisał tak: Wybuchały powstania wbrew woli ogromnej większości społeczeństwa, narzucane nam przez garść przeważnie młodzieży. Przynosiły korzyść naszym kosztem interesom nie naszym. Wyrobiły one nam w świecie reputację narodu, dla którego nic zrobić nie można, bo on sam dla siebie zrobić nic nie umie. Rejestrowano nas jako bezmózgą hołotę polityczną, którą w razie potrzeby można wyzyskać, nie tylko dla obcych, ale nawet dla wrogich Polsce interesów.

I to jest druga sprawa, którą chcę podkreślić, ponieważ czoło tej młodzieży na szczycie wszelkiego rodzaju spisków – wprowadzane przez ludzi myślących kategoriami ludzi bardzo młodych, niedoświadczonych, nie posiadających doświadczenia życiowego – doprowadziło do tego, że tak nas postrzegano i w ten sposób Polska jest traktowana do dzisiaj. Jeżeli dzisiaj rozmawiamy o teraźniejszości, to te wszystkie podpuszczenia, jakie mają miejsce w związku z wojną na Ukrainie, to jest dokładnie takie traktowanie nas, jako bezmózgiej hołoty.

Przemysław Piasta nie zgodził się z tym, że metodyka wywołania powstania styczniowego i warszawskiego była podobna. Stwierdził, że dostrzega tu różnicę, ponieważ powstanie styczniowe, to typowe powstanie pajdokratyczne, kiedy młodzi, raczkujący jeszcze w polityce liderzy, próbują narzucić, skutecznie niestety, swój niewydarzony pomysł całemu społeczeństwu i dokonują tego metodą faktów dokonanych. Natomiast powstanie warszawskie to świadoma decyzja wysokich oficerów. Decyzja podyktowana albo ich wybujałym egoizmem i złym oglądem rzeczywistości, albo zwykłą zdradą. To niestety nie zostało rozstrzygnięte, ponieważ na tymi ludźmi nie odbył się uczciwy sąd, ale tu metodyka jest inna. Powstanie warszawskie zostało z całą premedytacją wykonane, a powstanie styczniowe zostało poniekąd narzucone narodowi wbrew jego woli. Ja przypuszczam, że na początku zanosiło się na krótką ruchawkę, która miała szybko zostać zniesiona. Margrabia Wielopolski miał powiedzieć: wrzód pękł.

W posumowaniu Jan Engelgard mówi: Kto wygrał w tym powstaniu? Jest jeden człowiek, który wygrał – Otto von Bismarck i Prusy. To były zwycięstwa powstania. Natomiast, czy w perspektywie, gdy nam się wmawia, że Polski by nie było, gdyby nie powstanie. Otóż Polska powstała mimo powstania. Tak potem twierdził Dmowski i inni zwolennicy tej teorii, że jeszcze kilka takich powstań i w ogóle może by Polski nie było.

x

W kwestii powstania styczniowego w literaturze polskiej komentujący wymienili: Żeromskiego: Wierną rzekę, Rozdziobią nas kruki wrony; Prusa Lalkę, Orzeszkowej: Gloria victis, Nad Niemnem; Dąbrowskiej Noce i dnie; Rembeka Balladę o wzgardliwym wisielcu. Nie wymienili natomiast książki najważniejszej, bez której zrozumienie, czym było powstanie styczniowe, nie jest możliwe. To oczywiście powieść Żyd J.I. Kraszewskiego. Jeśli „Myśl polska” pomija tę książkę, to może ta „Myśl Polska” nie jest polska?

Co takiego napisał Kraszewski? Pisał, jak rozumowali żydowscy bankierzy, których poznał bliżej jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej”, mieszkając kilka lat w Warszawie:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

W każdym narodzie musi się wyrobić ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz.”

Po tym fragmencie chyba już nikt nie będzie miał wątpliwości, dlaczego Żydzi z „Myśli Polskiej” nawet nie zająknęli się o Kraszewskim i jego powieści. Często też cytują Dmowskiego, ale nigdy nie słyszałem, by wspomnieli o jego eseju „Przewrót popowstaniowy”. W mojej ocenie jest to jego najlepsze dzieło.

Całość tego eseju zacytowałem w blogu „Przewrót popowstaniowy”. Tu tylko fragment korespondujący z powyższym cytatem:

„Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską.”

x

Komentujący „Myśli Polskiej” przedstawili powstanie w zadziwiająco jednostronny sposób, próbując obarczyć winą za jego wybuch nieodpowiedzialną młodzież i „polski” charakter narodowy. To, w mojej ocenie, wyjątkowo prymitywne spłycenie tematu.

Natomiast Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) przedstawia to powstanie tak:

Powstanie styczniowe – ostatnie powstanie narodowe przeciw Rosji, rozpoczęte 22 I 1863, zakończone późną jesienią 1864, objęło tereny Królestwa Polskiego, Litwy, Białorusi i części Ukrainy. Klęska poniesiona przez carat w wojnie krymskiej przyspieszyła w Rosji i zaborze rosyjskim kryzys systemu feudalnego, wysuwając – jako kwestię palącą – sprawę likwidacji pańszczyzny oraz uwłaszczenie. Zaostrzająca się walka chłopów o własność ziemi otworzyła patriotom polskim perspektywy porwania ludu do walki przeciw zaborcy.

Zjednoczenie Włoch z pomocą Francji budziło nadzieje na dalsze zwycięstwa sprawy narodowej w Europie. Pierwsze tajne związki studentów i oficerów polskich, powstałe na wyższych uczelniach w Cesarstwie (petersburskie koło oficerskie Z. Sierakowskiego, Związek Trójnicki w Kijowie) przygotowywały powstanie w porozumieniu z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Od 1859 w Warszawie powstawały tajne koła młodzieżowe, kierowane przez N. Jankowskiego, K. Majewskiego, J. Kurzynę. Ziemiaństwo zrzeszone w Towarzystwie Rolniczym, jak również koła burżuazyjnej inteligencji (tzw. millenerzy) trzymały się programu pracy organicznej.

Od czerwca 1860 (pogrzeb generałowej Sowińskiej) młodzież warszawska dla zmobilizowania szerszych grup społecznych urządzała manifestacje uliczne. W lutym 1861 manifestacje te doprowadziły w Warszawie do starcia z wojskiem (pięciu poległych 27 lutego); po tych wypadkach burżuazja i ziemiaństwo włączyły się do ruchu, aby utrzymać go w granicach wyłącznie „moralnej rewolucji”. Władzę objęła Delegacja Miejska, w skład której weszli przedstawiciele warszawskiej finansjery, kupiectwa i duchowieństwa (a więc w praktyce Żydzi przejmowali kontrolę – przyp. W.L.). Ułożono adres do cara z ogólnikowymi żądaniami. Rząd rosyjski zapowiedział niektóre koncesje (utworzenie Rady Stanu, rad miejskich i powiatowych). Dla pozyskania konserwatywnego ziemiaństwa na rzecz ugody mianowano A. Wielopolskiego dyrektorem Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. Wielopolski nie zdołał jednak pozyskać burżuazji warszawskiej (Żydów – przyp. W.L.) ani opanować sytuacji na wsi; wobec zatargów między chłopami a szlachtą na Podlasiu rozwiązał 4 kwietnia Delegację Miejską, a 6 kwietnia Towarzystwo Rolnicze. Jednakże masakra bezbronnego ludu na placu Zamkowym (8 IV 1861) uniemożliwiła ugodę. Kraj ogarnęło wrzenie. Chłopi niemal powszechnie zaprzestali pracy na pańskim, co zmusiło rząd do wydania (16 maja) zarządzenia zmiany pańszczyzny na okup pieniężny. Jednakże za uwolnienie od pańszczyzny mieli chłopi płacić wysoki okup pieniężny, przekraczający ich możliwości finansowe.

Ruch patriotyczny (obecnie Marsz Niepodległości i inne marsze – przyp. W.L.) przybierał formy manifestacji kościelnych (nabożeństwa, śpiewy) i żałoby narodowej – ogarniając ogół ludności miast i miasteczek. Władze carskie wprowadziły w Królestwie stan wojenny (14 X 1861); wojsko wtargnęło do dwóch warszawskich kościołów, co spowodowało zatarg z duchowieństwem.

W końcu 1861 powstały dwa rywalizujące ze sobą obozy polityczne „białych” i „czerwonych”, zakładające tajne organizacje na terenie kraju. W „czerwonym” Komitecie Miejskim (od maja 1862 Centralnym Komitecie Narodowym) na czoło wysunął się Jarosław Dąbrowski jako naczelnik miasta Warszawy, współpracujący ze spiskującymi oficerami polskimi i rosyjskimi. Sytuacja polityczna w Królestwie Polskim stawała się coraz bardziej napięta, rozszerzała się konspiracja; w Warszawie wykryto spisek wśród rosyjskiej załogi wojskowej. Rząd carski starał się opanować sytuację za pomocą ustępstw liberalnych.

W czerwcu car Aleksander II powołał na namiestnika swego brata, w. ks. Konstantego Mikołajewicza, a Wielopolskiego mianował naczelnikiem rządu cywilnego. Podjęte przez niego reformy (spolszczenie szkół, równouprawnienie Żydów, oczynszowanie chłopów) nie zdołały mu pozyskać „białych”, którzy widząc niepopularność ugody w opinii publicznej zgłaszali pod adresem caratu daleko idące postulaty. Pozostający w ukryciu Centralny Komitet Narodowy ogłosił się jedynie prawowitym, tymczasowym Rządem Narodowym i zawarł formalny sojusz z rosyjską Ziemią i Wolą (zwolennicy rewolucji agrarnej opartej na chłopstwie jako głównej sile rewolucyjnej – przyp. W.L.) dla wspólnej walki a caratem. W celu rozbicia organizacji „czerwonych” zarządzono 14/15 I 1863 z inicjatywy Wielopolskiego brankę. Pod naciskiem kół spiskowych Centralny Komitet Narodowy wyznaczył termin rozpoczęcia powstania na 22 I 1863; walkę zbrojną rozpoczął nocny atak na carskie garnizony; Tymczasem Rząd Narodowy ogłosił Manifest powstańczy i dekrety o uwłaszczeniu chłopów, które otwierały możliwość przekształcenia powstania w wojnę ludową. „Biali” początkowo przeciwdziałali ruchowi zbrojnemu, ale po kilku tygodniach przeszli na jego stronę, by utrzymać nad nim kontrolę, wiążąc losy powstania z interwencją dyplomatyczną mocarstw zachodnich. Zmierzając do opanowania władzy, „biali” przeciwstawili „czerwonemu” dyktatorowi L. Mierosławskiemu własnego dyktatora M. Langiewicza. Po rychłym upadku obu dyktatur władzę zatrzymał tajny Rząd Narodowy.

Tworzone początkowo duże oddziały powstańcze doznawały niepowodzeń. Walka przybrała formę wojny partyzanckiej, toczonej przez dziesiątki niewielkich oddziałów na całym obszarze Królestwa i na przyległych terenach Litwy i Białorusi. Słabo uzbrojone oddziały, zmuszone do koczowania w lasach, staczały potyczki bez żadnego planu wojskowego. Na Ukrainie ruch nie rozwinął się wskutek niechęci chłopów. Powstanie wspomagane było natomiast intensywnie przez społeczeństwo polskie z Galicji i zaboru pruskiego. W ciągu półtora roku stoczono ok. 1200 potyczek, które mimo przejściowych sukcesów, a nawet mimo efektownych zwycięstw, nie mogły wyzwolić ani piędzi terytorium wskutek liczebnej i zbrojnej przewagi nieprzyjaciela.

Rząd Narodowy stał na czele rozgałęzionej w całym kraju organizacji tajnej, dysponował własną administracją, policją, aparatem podatkowym i prasą, a jego rozkazy, sygnowane anonimową pieczątką, spotykały się z ogólnym posłuchem. Od kwietnia do września 1863 ster Rządu pozostawał w rękach „białych”, którzy unikali powoływania pod broń przychylnych w wielu wypadkach powstaniu mas ludowych, oczekując interwencji ze strony mocarstw zachodnich. W maju i wrześniu „czerwoni” zdołali opanować Rząd Narodowy, lecz nie utrzymali się długo u władzy. Latem 1863 M.N. Murawjow metodami brutalnego terroru stłumił powstanie na Litwie; w Warszawie A. Wielopolski otrzymał dymisję, a namiestnikiem został hr. T.F.W. Berg. Faktycznym dyktatorem powstania był od października R. Traugutt; dzięki jego wysiłkom walka zbrojna przetrwała do następnej wiosny. Aresztowany w nocy z 10 na 11 IV 1864, Traugutt zginął 5 VIII 1864 na szubienicy; ostatni naczelnik m. Warszawy, A. Waszkowski, został schwytany w grudniu tego roku, a ostatni dowódca powstańczy ksiądz S. Brzóska – w maju 1865.

Dalszy opór powstańców udaremniła carska reforma uwłaszczeniowa z 2 III 1864, która w praktyce zapewniła chłopom korzyści nadane im przez Rząd powstańczy. Tak więc osiągnięciem powstania styczniowego było przeforsowanie uwłaszczenia na warunkach stosunkowo korzystnych dla chłopa, które musiał uznać rząd carski. Skutki zdwojonych prześladowań w zaborze rosyjskim (całkowita likwidacja autonomii Królestwa, rusyfikacja administracji i szkolnictwa, zsyłki na Syberię, wywłaszczanie uczestników powstania) zostały skompensowane w następnych latach przez szybki wzrost świadomości narodowej w masach, będący pośrednim następstwem powstańczego uwłaszczenia.

Powstanie cieszyło się moralnym poparciem międzynarodowego ruchu robotniczego i postępowej opinii całej Europy, co znalazło swój wyraz w wypowiedziach i odezwach K. Marksa, G. Mazziniego, G. Garibaldiego, A.I. Hercena, M.A. Bakunina, a także w udziale setek ochotników różnych narodowości w polskiej partyzantce (np. Włoch F. Nullo, Francuz F. Rochebrune, Ukrainiec A. Potebnia, Rosjanin A.D. Trusow i inni). Organizowana na Zachodzie pomoc na rzecz powstania stała się też bezpośrednią okazją zawiązania Międzynarodówki Robotniczej.

xxx

Hasło to opracował dla Encyklopedii historyk Stefan Kieniewicz. Są tu zawarte wszelkie informacje, by dokonać obiektywnej oceny tego powstania. Wszystko zaczęło się od tajnych związków studentów i oficerów polskich na wyższych uczelniach w Cesarstwie. Nie było więc ono jakimś oderwanym od rzeczywistości zrywem zbuntowanej młodzieży, tylko fragmentem większej całości, sytuacji politycznej powstałej po wojnie krymskiej. Fakt, że były to tajne związki, skłania do wniosku, że była to żydowska inicjatywa, tak zresztą jak w całej Europie. W polskiej rzeczywistości byli to frankiści, w trzecim czy czwartym pokoleniu, wyrosłym w polskiej atmosferze, od dziecka mówiące po polsku.

Zaczęło się od patriotycznej manifestacji ulicznej w czerwcu 1860 roku. Już wtedy Żydzi wiedzieli, czego chcieli. Później nastąpiła eskalacja tego procesu: dalsze manifestacje, starcia z wojskiem, ofiary. Od początku miał miejsce podział na radykalną młodzież i ugodowe ziemiaństwo. Nie powstał on samorzutnie, ktoś musiał tego dokonać. Dokonali tego ci, którzy mogli przeniknąć do obu środowisk i w obu odgrywać rolę patriotów i w obu ustalać sprzeczne cele. Dla kogoś, kto nie chce tego widzieć, Polacy mogą i wyglądają na jakichś schizofreników, szaleńców.

Efekt był taki, że w końcu 1861 roku powstały dwa obozy polityczne: „biali” i „czerwoni”. Brak jednolitej organizacji o ściśle sprecyzowanych celach politycznych musiał doprowadzić do klęski. Tego podziału nie dokonali jednak jacyś młodzi, niedoświadczeni politycznie ludzie. Nic nie działo się przypadkiem. I jeszcze tych dwóch dyktatorów powstania: Mierosławski (czerwony) i Langiewicz (biały). Funkcjonował też Rząd Narodowy, który stał na czele tajnej organizacji, z własną administracją, policją, aparatem podatkowym i prasą. Czy coś takiego rzeczywiście mogło funkcjonować bez wiedzy i zgody rządu carskiego? I czy można się dziwić, że tylu dało się wciągnąć w to powstanie, skoro istniała taka potężna tajna organizacja? I jeszcze te obiecanki cacanki zachodnich rządów i naiwna wiara niektórych, że Zachód pomoże.

Powstanie styczniowe to było ostateczne rozwiązanie kwestii szlacheckiej. To szlachta była tą klasą społeczną, która miała potencjał ekonomiczny i intelektualny. Chłopi byli niewolnikami przykutymi do ziemi; niepiśmienni, rozpijani i dlatego byli głupi. Nie stanowili żadnego zagrożenia. Można się w tym momencie zastanowić, czy gdyby przetrwało Zjednoczone Królestwo Polskie ze zrównoważonymi stanami, to czy taka operacja byłaby możliwa? Raczej nie, bo zróżnicowane społeczeństwo, podzielone na różne klasy, ma sprzeczne cele i raczej trudno byłoby je, jako całość, sprowokować do powstania. W tym wypadku całe społeczeństwo to szlachta. Poszła ona do powstania, bo kierował nią nie patriotyzm, tylko własny interes, chęć odzyskania państwa, które było jej prywatną własnością. I stąd te żądanie powrotu do stanu z roku 1771. Herb powstańców styczniowych składał się z herbu Korony (Orzeł Biały), herbu Litwy (Pogoń), i herbu Rusi (Michał Archanioł). „Czerwoni” dążyli do rewolucji społecznej, obalenia caratu, a „biali” chcieli odzyskania przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Sprzeczne cele i stąd podział. “Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra.” W wykonaniu Żydów był to maysterverk. – Tak brzmi w jidysz niemieckie słowo Meisterstück.

Komentatorzy „Myśli Polskiej” są zgodni, co do tego, że powstania styczniowe i warszawskie są bardzo ważne i kluczowe dla dzisiejszych kreatorów polityki historycznej. Nie wyjaśnili jednak dlaczego? A odpowiedź jest bardzo prosta: Is fecit, cui prodest – ten zrobił, komu to przynosi korzyć. A prościej – zrobił ten, kto na tym skorzystał. Engelgard plecie bzdury, mówiąc, że to Bismarck i Prusy skorzystały na powstaniu styczniowym. To przecież po nim Żydzi stali się polską inteligencją. Powstanie warszawskie to była tylko dogrywka, która przypieczętowała stan żydowskiej dominacji. Skoro oni na tym skorzystali, to znaczy, że to oni te powstania wywołali. I ten stan ich dominacji nadal trwa. I dlatego powstanie styczniowe i warszawskie są im tak bliskie. A mnie zbiera się na wymioty, gdy ktoś mnie próbuje faszerować takim tanim patriotyzmem albo wmawiać mi, tak jak czynią to Żydzi z “Myśli Polskiej”, że w Polsce mamy uporczywy kult straceńczych powstań, uporczywy kult klęsk. No mamy, bo to Żydzi piszą tu historię i kontrolują cały system edukacji i nie tylko to.

Tusk w Kijowie: Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie Ukrainy. Czy polskie władze zdobyłyby się kiedykolwiek na taką deklarację? Chyba tylko ktoś niedorozwinięty umysłowo mógłby w to uwierzyć. I dzięki temu, że rządzą tu Żydzi, a większość społeczeństwa nie identyfikuje się z narodem polskim, to może sobie ten Tusk mówić, że polskość to nienormalność, a przecież to tuskość to nienormalność, kaczyńskość zresztą też. Problem polega tylko na tym, że tej Polski nie ma już od unii lubelskiej, a Polacy zostali całkowicie zmarginalizowani.