Dobry interes

Pewne wypowiedzi zawierają więcej treści, niż nam się wydaje. Czasem może być w nich nawet jakiś ukryty przekaz. By je jednak właściwie odczytać, potrzebna jest pewna wiedza. Wydaje się, że tak jest w przypadku jednej, krótkiej refleksji. Kiedyś, w 2015 roku, Grzegorz Braun udzielił wywiadu, w którym m.in. powiedział (można go wysłuchać tu: https://iluminata.pl/prawo-i-sprawiedliwosc-poleglo-na-w-ukrainie/):

„Proszę pana, ja jestem człowiekiem wywodzącym się z 1000-letniej tradycji chrześcijańskiej Korony Polskiej. W przyszłym roku będziemy mieli 1050 lecie chrztu Polski. Ja jestem, proszę pana, jak pan z mojego nazwiska może wnioskować, jestem jednym z tych ludzi, którzy wywodzą się z rodzin, które kiedyś zapragnęły być Polakami. Kiedyś Polska to był taki dobry interes i to był taki cudowny kraj, że ludzie tutaj pchali się drzwiami i oknami. I w XVIII wieku, gdzieś tam we Lwowie, jakiś Braun się spolonizował.”

Ostatnie zdanie może być pewną wskazówką. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisze:

Zżymali się talmudyści, nie chcieli dysputować z odszczepieńcami, ale zmuszeni do tego przez rząd polski, stawili się do Lwowa i kłócili się z Frankiem aż trzy miesiące (latem 1759 r.). Struwszy swoich wrogów długą dysputą, zatarł Frank z radości ręce i rozkazał swoim ludziom przejść na katolicyzm.

Chrzest frankistów zaczął się we wrześniu 1759 r. Od września aż do grudnia ochrzciło się we Lwowie około 500 kontrtalmudystów obojej płci. Frank przyjął na chrzcie imię Józef.

Na tym powinien był Frank zakończyć swoją działalność. Wprowadził swoich zwolenników do wiary, panującej w Polsce, zabezpieczył ich raz na zawsze przeciw nienawiści talmudystów, zapewnił im opiekę rządu i możnych panów, ułatwił im walkę o byt, otworzywszy dla nich źródła zarobkowania, zamknięte przez prawowiernych Judaitów.

x

To między innymi z tego powodu Polska, to był dobry interes i cudowny kraj. Ale nie tylko. Przede wszystkim z innego powodu. Żeby to zrozumieć wypada prześledzić napływ Żydów na ziemie polskie na przestrzeni wieków. Marian Miszalski w książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) pisze (wytłuszczenia autor):

W połowie XIV wieku szacunkowe dane mówią o 10-20 tysiącach Żydów osiadłych w ówczesnej Polsce. Już sam „rozrzut” tych szacunków (20 tysięcy to dwa razy więcej niż 10 tysięcy…) wskazuje na bardzo skąpe wiarygodne źródła historyczne. We Wrocławiu, jednym z największych wówczas polskich miast, mieszka w tym czasie 130 rodzin żydowskich. Takich miast nie miała Polska wiele… Wydaje się więc, że liczba 20 tysięcy Żydów żyjących w Polsce w połowie XIV wieku jest zawyżona.

Następne cztery wieki to okres niebywale intensywnego napływu i rozrostu ludności żydowskiej w Polsce: w połowie XVIII wieku liczba Żydów zamieszkujących I Rzeczpospolitą szacowana jest na 750 tysięcy. Ponad 37-krotny wzrost (gdyby przyjąć 20 tysięcy w połowie XIV wieku) – gdy w tym czasie ludność Polski ogółem wzrosła w najlepszym razie tylko 7-krotnie (ludność Polski w wieku XIV szacowana jest na 1,9 do 3,3 miliona, a w wieku XVIII na 12 do 14 milionów)… (Miszalski nie dodaje, że wśród tych 12-14 milionów było tylko 4 miliony Polaków. – przyp. W.L.) Bez wątpienia uprzywilejowane, szczególnie korzystne na tle innych ówczesnych państw warunki prawne żydowskiego osadnictwa w Polsce (gwarantowana Żydom przez państwo polskie wyjątkowa autonomia) spowodowały ten uderzający napływ i rozrost żydostwa w I Rzeczypospolitej.

Autonomia żydowska nie polegała na wyodrębnieniu dla Żydów określonej części Polski, w której rządziliby się własnymi prawami – wszak zamieszkiwali po wsiach, miasteczkach i miastach w całej Rzeczypospolitej. Autonomia ludności żydowskiej w I Rzeczypospolitej polegała na tym, że miała ona pewną własną strukturę władzy, obowiązującą tylko Żydów i niezależną od władzy miejscowej, opartą na własnym prawie i sieci gmin wyznaniowych żydowskich (kahałów), które na wyższym szczeblu komunikowały się ze sobą obradami swych reprezentantów na żydowskich sejmikach ziemskich, a od 1580 roku na samej górze był „żydowski sejm”: najpierw sejm Żydów Koronnych, potem obradujący dwa razy w roku tzw. Sejm Czterech Ziem (Wielkopolski, Małopolski, Litwy i Ukrainy) – Wielki Waad – utworzony przez króla Stefana Batorego.

Był to absolutny wyjątek, fenomen w skali europejskiej: trzyszczeblowy autonomiczny samorząd społeczności żydowskiej w Polsce, wyposażony w przywileje, różniący się właściwie od „państwa w państwie” tylko brakiem własnego wojska. Ten żydowski trzyszczeblowy samorząd miał własny system poboru podatków, własne sądownictwo – nie tylko religijne, ale również cywilne i karnewłasne szkolnictwo, a ów żydowski Sejm Czterech Ziem utrzymywał własne kontakty międzynarodowe. Nie było w ówczesnej Europie podobnej instytucji. Tak ukształtowana wyjątkowa autonomia ludności żydowskiej przetrwała w Polsce do czasów sejmu elekcyjnego Stanisława Augusta Poniatowskiego, tj. do roku 1764.

Ilu więc Żydów mieszkało na ziemiach polskich za Piastów? Nie ma pewnych źródeł, pozostają oceny szacunkowe, pośrednie. Jeśli we Wrocławiu, jednym z największych wówczas miast polskich, w latach 1350-1370 mieszkało tylko 130 rodzin żydowskich, a osadnictwo żydowskie na Śląsku rozpoczęło się już w XI wieku – ich liczba nie była wielka: raczej 10 niż 20 tysięcy w wieku XIV i prędzej już 20 niż 30 tysięcy w wieku XV. Ta niewielka liczba potwierdzałaby przypuszczenie, że początkowo sprowadzali się głównie „fachowcy-finansiści”, wprawni poborcy podatkowi i pośrednicy kapitałowi, którzy ściągali pod swe potrzeby pomocników, swoich krewnych i znajomych, a uzyskiwane od władców w zamian za skarbowe usługi przywileje stworzyły z czasem podatny grunt pod większe osadnictwo żydowskie.

Dla wieku XVI szacunki populacji żydowskiej oscylują między 100 a 150 tysięcy, co przy szacowanej na 7,5 miliona liczbie mieszkańców Polski daje już 1,3 procent ludności żydowskiej, ale spotkałem się z szacunkami mówiącymi o 0,6 procent ludności żydowskiej w Polsce w roku 1576 (autor nie podawał jednak, jaką przyjął wielkość całej ludności Polski).

W połowie wieku XVII liczba Żydów szacowana jest na ok. 250 tysięcy, a ludność Polski liczy – według niektórych źródeł – ok. 11 milionów; Żydzi stanowiliby zatem ok. 2,3 procent; ale inne szacunki mówią, że w XVII wieku ludność żydowska w Polsce stanowi ok. 350-500 tysięcy (więc ok. 4,5 procent), a jeszcze inne – że „ w roku 1648 żydzi stanowili od 4,5 do 5 procent ogółu ludności w Polsce i było ich 400 tysięcy” (ludność Polski musiałaby liczyć tylko ok. 8 milionów). Być może szacunki ludności polskiej na 11 milionów w XVII wieku pochodzą sprzed wojen szwedzkich, a na 8 milionów – z okresu powojennego: rzeczywiście, wojny szwedzkie spustoszyły i wyludniły Polskę. Dlaczego jednak to wyludnienie nie dotknęło ludności żydowskiej, zamieszkującej polskie ziemie, a przeciwnie – w okresie tym Żydów raczej przybywa niż ubywa?…

W połowie XVIII wieku: jedne źródła podają, że Rzeczpospolita liczyła w 1750 roku 12 milionów mieszkańców, inne – że 14 milionów; dość zgodnie przyjmowana jest liczba 750 tysięcy Żydów; podobne dane znalazłem dla roku 1764 – podawana przez historyków liczba Żydów to nadal ok. 750 tysięcy. Przyjmując, że Polska miała wówczas ok. 14 milionów mieszkańców – Żydów byłoby 5,3 procent; przyjmując 12-milionową ludność Polski, procent Żydów byłby wyższy – ok. 6,2.

Dalej jednak zaczyna się wspomniana na wstępie łamigłówka statystyczno-demograficzna. Stefan Korboński podaje, że „po rozbiorach pod zabór rosyjski dostało się 1127 tysięcy Żydów, pod austriacki – 800 tysięcy, pod pruski – 50 tysięcy”. Wynikałoby stąd, że tylu Żydów – łącznie 1 milion 997 tysięcy – zamieszkiwało I Rzeczpospolitą tuż przed rozbiorami i zaraz po III rozbiorze (rok 1795) dostało się pod zaborcze władze. Skąd ten skok ilościowy – wzrost o ponad 1,2 miliona w porównaniu o roku 1764, w ciągu raptem 30 lat?… Jeśli Korboński ma rację, to Żydzi stanowiliby tuż przed i tuż po III rozbiorze Polski 16 albo 12 procent ludności polskiej (w zależności od tego, czy szacuje się jej ludność na 12 czy 14 milionów; a może szacunki ludności Polski są mylne?…); już w latach 1750-1764 musiało ich być w Polsce znacznie więcej niż 750 tysięcy.

Sądzimy, że udało się nam rozwiązać tę historyczno-demograficzną zagadkę. Otóż w 1754 roku przeprowadzono w Polsce spis ludności żydowskiej w celu wyliczenia podatków, jakie ludność ta powinna płacić. Mocą przywilejów nadanych ludności żydowskiej w Polsce całkowitą ewidencję ludności żydowskiej prowadziły nie władze państwowe lub lokalne, ale kahały – żydowskie gminy wyznaniowe, które przez cały okres istnienia nagminnie i poważnie zaniżały jej liczebność wobec władz I Rzeczypospolitej. Kahały płaciły więc podatki na podstawie tej zaniżanej liczebności. Ale władze kahalne doskonale wiedziały, ilu Żydów zamieszkuje daną gminę: ściągały podatki od wszystkich Żydów, ale wpłacały państwu znacznie pomniejszane kwoty, tylko od tej zaniżanej liczby. Resztę władze (zarządy) kahalne zatrzymywały dla siebie i obracały tym pieniądzem – i stąd brała się w decydującym stopniu duża zamożność władz kahalnych, w tym wielu rabinów i cadyków.

Abstrahując od rozmaitych szacunków – niebywała dynamika wzrostu żydowskiej populacji w Polsce między XIV a XVIII wiekiem jest faktem. Okres ten nazywany jest „złotym wiekiem Żydów w Polsce”, a Polska – „żydowskim rajem” (paradis Iudaeorum).

Jakie były przyczyny tego niebywale gwałtownego wyżu demograficznego pośród wschodnioeuropejskiego żydostwa w stosunkowo krótkim okresie historycznym?

Pierwsza – to niewątpliwie wyjątkowo korzystna, uprzywilejowana sytuacja prawna Żydów w Polsce w porównaniu z ich sytuacją w innych krajach europejskich (przynajmniej do czasu rewolucji francuskiej i epoki napoleońskiej), zachęcająca do emigracji z Zachodu i osiedlania się w Polsce.

Drugi powód – to specyfika tej społeczności, o której zwięźle wspomniał już w XVII wieku Sebastian Miczyński, profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swej „Kronice”, pisząc o Żydach: „ w wieku 12 lat żenią się, na wojnach nie giną, od powietrza nie umierają, więc się namnożyli”.

Wszystkie te czynniki razem wzięte plus nieustanna imigracja do Polski działające w dłuższym czasie mogły (zwłaszcza w prymitywnej w końcu pod względem medycznym epoce I Rzeczypospolitej, naznaczonej licznymi wojnami) procentować szybkim rozrostem demograficznym Żydów, tym bardziej że śmiertelność wśród chłopstwa była szczególnie wysoka.

x

Podsumowując wywód Miszalskiego można te dane – jak on sam przyznaje, szacunkowe – ująć w tabeli dla zobrazowania tendencji.

WiekLudność PolskiLudność żydowskaProcent Żydów
XIV1,3 mln10-20 tys.0,7-1,8
XV1,9-3,3 mln20-30 tys.1-1,8
XVI7,5 mln100-150 tys.1,3
XVII11 mln350-500 tys.4,5
XVIII14 mln750 tys.5,3
XVIII14 mln2 mln12

Widać wyraźnie, że do diametralnej zmiany dochodzi w XVII wieku. W mojej ocenie dwie daty są tu kluczowe. Rok 1423 – statut warcki i rok 1569 – unia lubelska, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita. O statucie warckim tak pisze Wikipedia (wytłuszczenie W.L.):

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów.

Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie.

Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów;
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Jest to jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Od tego momentu zaczyna się proces stopniowego ograniczania praw chłopów, co w konsekwencji doprowadzi do ich niewolnictwa. Unia z 1569 roku spowodowała powstanie nowego państwa. Nastąpiło połączenie dwóch zupełnie nieprzystających do siebie państw. Jedno było w miarę nowoczesne, ze zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską, drugie – na wskroś feudalne. Jeśli więc w Wielkim Księstwie Litewskim chłopi byli niewolnikami, to również takimi musieli zostać w Koronie.

x

W Ilustrowanej Kronice Polaków (1967) pisano:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Właściwie to trudno taki twór nazywać państwem. Był to raczej luźny związek feudalnych państewek. A jeśli doda się do tego fakt, że na tym obszarze funkcjonowało dobrze zorganizowane państwo żydowskie, to dla takiego tworu pozostaje chyba tylko jedno określenie – cyrk. I dziś, nie przypadkiem, mamy podobną sytuację. Kto zdecydował o przesiedleniu na teren Polski milionów Ukraińców i nadaniu im praw, których nie mają obywatele tego tworu, zwanego III RP? Kto zdecydował o bezalternatywnej pomocy finansowej i wojskowej dla Ukrainy? Przecież nie te kukiełki typu Kaczyński, Morawiecki czy Tusk. W I RP król nie miał nic do gadania i w III RP rząd nie ma nic do gadania. Prawdziwa władza była i jest ukryta. Nadzwyczajnie trwały układ. III RP niczym nie różni się od I RP. I nikt o tym nie mówi, natomiast o hucpie Brauna – wszyscy.

Że Polska, to był taki cudowny kraj, to wyjaśnienie tego mamy w cytowanym z książki Miszalskiego fragmencie. Pozostaje jeszcze do „odcyfrowania” pierwsza część tego zdania: „Kiedyś Polska to był taki dobry interes…” Dlaczego to był taki dobry interes, że ludzie, a konkretnie Żydzi, pchali się tu drzwiami i oknami? Na to mamy odpowiedź w statucie warckim z 1423 roku. Proces dostosowywania prawa Korony do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego trwał przez cały okres unii personalnej (o tym w szczegółach pisałem w blogu „Jak powstawał ustrój I RP”). Sprowadzał się on do stopniowego ograniczania praw chłopów, aż do zrobienia z nich niewolników oraz do zmarginalizowania mieszczaństwa. Jednocześnie następowało wzmacnianie pozycji szlachty. Na mocy unii w Horodle z 1413 roku nastąpiła adopcja przez przedstawicieli co najmniej 47 polskich rodów heraldycznych (z których do dziś ustalono tylko część) do swoich herbów i zawołań tyluż panów i bojarów litewskich. Jednak w Wikipedii, która podaje tę informację, jest uzupełnienie:

Szlachta polska podzieliła się wówczas swoimi herbami, wspólnością rodową i przywilejami stanowymi z członkami niższego kulturalnie narodu, obcego pochodzeniem, obyczajami, a niekiedy mową, z którym w czasach nie tak odległych prowadziła wiekowe walki. Wszystko to stało się możliwe po zaledwie 28 latach współżycia politycznego, zapoczątkowanego związkiem krwi rodzimych dynastii, przechodzeniem wyższych warstw społecznych Wielkiego Księstwa Litewskiego na katolicyzm, a także wspólnie stoczonymi bitwami nad Worsklą (1399; lewy dopływ Dniepru – przyp. W.L.) oraz pod Grunwaldem.

Zestawienie pieczęci z aktów horodelskich z pocztem 47 wymienionych w tekstach aktów rodów adoptujących, wykazuje nadwyżkę kilku rodów adoptujących. Wynika stąd, że dany poczet nie jest pełny, na co też wskazuje słówko etc., umiejscowione na samym końcu tekstu aktu. Jest to ważne spostrzeżenie, gdyż stwierdza, że więcej rodów litewskich zostało adoptowanych w Horodle, niż jest ich wymienionych w tekstach. Zasób tych rodów daje się jeszcze obliczyć drogą zbadania sfragistyki bojarskiej z najbliższego czasu po Horodle, oraz późniejszej heraldyki litewskiej.

W sumie więc u progu powstania nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej, chłop był niewolnikiem, co oznacza, że nie mógł przenieść się do miasta i stać się z czasem mieszczaninem, a skarlałe mieszczaństwo niewiele mogło. Jednocześnie na samej górze hierarchii społecznej przewagę osiągnęli członkowie niższego kulturalnie narodu. I na tak przygotowany grunt wkroczyli Żydzi, którzy zdominowali handel, rzemiosło i usługi, zarówno na wsi, jak i w miastach. Wchodzili więc w ten obszar, jak w masło, a obszar był wielki, jak wielkie było Wielkie Księstwo Litewskie. Cały ten obszar z „wypierdkiem” zwanym Koroną był do ich dyspozycji. Do tego „wypierdka” włączono, na krótko przed unią lubelską, całą południową część WKL. I tak powiększona Korona dominowała pod względem obszaru nad pozostałą, okrojoną już, częścią WKL. W ten sposób można było odnieść wrażenie, że to Polacy zdominowali WKL, podczas gdy faktycznie było na odwrót. I tak powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną i które było w unii z Litwą.

Czegoś takiego, tak potężnego obszaru, czyli mówiąc wprost – rynku zbytu, pozbawionego jakiejkolwiek konkurencji, nie mogli mieć Żydzi w Europie zachodniej. To był rzeczywiście dobry interes, choć tak po prawdzie, to był fantastyczny interes.

Ale po co była ta unia, skoro Korona była tylko dodatkiem do WKL? Taki sojusz nie miał szans na skuteczne przeciwstawienie się rosnącej w siłę Moskwie. Czy chodziło o dokończenie reformacji (1517) na wschodzie i rozbicie prawosławia? Unia z katolicką Koroną i włączenie do niej całej południowej, prawosławnej części WKL stwarzało taką możliwość i tak się stało. Podział trwa do dziś. Dlaczego nie włączono do Korony katolickiej części WKL, czyli Litwy, co byłoby bardziej naturalne? Widać wyraźnie, że chodziło o kreowanie konfliktów, a nie zapobieganie im. Jednak nie dotyczyło to Żydów. Oni żyli tu jak u Pana Boga za piecem i dlatego to był dla nich taki dobry interes i cudowny kraj. Jednak odnoszę wrażenie, graniczące z pewnością, że ten kraj jest nadal dla nich dobrym interesem i cudownym krajem. Trudno więc dziwić się, że przodkowie Brauna zapragnęli być „Polakami”.

A może chodziło też jeszcze o coś innego? O likwidację Królestwa Polskiego. Jakie ono było, takie było, ale pewnie prędzej czy później upomniałoby się o Śląsk i Pomorze. I-sza Rzesza to był związek różnych księstw i księstewek, które nie byłyby w stanie obronić się przed agresją z zewnątrz. Natomiast zjednoczenie, którego dokonał Łokietek, mogło stać się realnym zagrożeniem. Nie było jeszcze wówczas silnych Prus i Austrii. Przypadek Odsieczy Wiedeńskiej tego dowodzi. Osadzenie na polskim tronie Litwina dawało gwarancję, że polityka takiego państwa zostanie skierowana na wschód. I tak się stało. Unia personalna przekształciła się w unię realną, z polskiego chłopa zrobiono niewolnika, polską szlachtę zdominowała szlachta litewska i ruska. Powstanie Rzeczpospolitej oznaczało likwidację Polski, z której pozostał chyba tylko język. I przez dwa wieki Rzeczpospolita osłaniała Rzeszę od wschodu i południowego wschodu, a gdy Prusy i Austria stały się na tyle silne, że same się broniły, to zlikwidowały ten śmieszny twór.

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia szlachty: czy była ona polska, czy nie? O tym problemie pisałem w blogu „Szlachta” i tam cytowałem fragmenty z książki Boże igrzysko Normana Daviesa. Między innymi ten poniższy:

„Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Jedną z konsekwencji wspólnoty herbowej była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.”

Niestety, ani Davies, ani nikt inny nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Przecież, na zdrowy rozum, to taka uprzywilejowana grupa powinna bronić dostępu do swego środowiska ludziom przypadkowym. Bo co to za szlachta, którą można liczyć na pęczki? A tu mamy kuriozalną na skalę światową sytuację. 47 polskich rodów szlacheckich użycza swoich herbów nie wiadomo dokładnie jakiej ilości litewskich i rusińskich rodów bojarskich. W moim przekonaniu jest tylko jedno logiczne wytłumaczenie. Zarówno polska szlachta, jak i bojarzy litewscy i rusińscy, to były warstwy społeczne zdominowane przez Żydów. W tym wypadku zadziałała solidarność plemienna i wspólny interes. Rzeczpospolita to był taki dobry interes i cudowny kraj – ale tylko dla wybranych.

Szopka

Chociaż do Nowego Roku jeszcze dwa tygodnie, to w Brukseli już pojawiła się szopka noworoczna. Wprawdzie nie w sensie dosłownym, ale to, co stało się 14 grudnia 2023 roku, to właśnie szopka. Na czwartkowym szczycie unii europejskiej debatowano nad długoterminową pomocą finansową dla Ukrainy oraz rozpoczęciem procesu akcesyjnego tego „państwa” do struktur unijnych. Premier Victor Orban wyszedł z sali, gdy zaczęło się głosowanie w sprawie rozpoczęcia procesu akcesyjnego Ukrainy do unii europejskiej. Tym sposobem umożliwił pozostałym 26 członkom unii podjęcie jednomyślnej decyzji w tej sprawie. Orban stwierdził, że nie chciał brać udziału w tej złej decyzji i dlatego wyszedł z sali. Jednocześnie jednak zablokował długoterminową pomoc finansową dla Ukrainy. Stanowisko Węgier wydaje się dosyć jasne: rozmowy akcesyjne – raczej tak, pomoc finansowa – nie. Takie rozwiązanie, jak nieobecność w sprawie akcesji Ukrainy do unii, wskazał Orbanowi Olaf Scholtz. Jeden z unijnych dyplomatów stwierdził, że pomimo nieobecności Orbana, głosowanie odbyło się zgodnie z prawem.

Na kanale „Myśl Polska” w odcinku Akcja „Chanuka”, pod jego koniec, od 58 minuty, pojawiła się krótka ocena tego, co wydarzyło się w Brukseli. Prowadzący, Jan Engelgard, stwierdził, że to Orban jest zwycięzcą tego szczytu. Z czym nie do końca zgodził się Przemysław Piasta.

Stwierdził on, że nie było to widowiskowe zwycięstwo, nie osiągnął wszystkich celów swoich marzeń, ale Orban jest mistrzem polityki realnej, czyli osiąga rzeczy możliwe do osiągnięcia. Osiągnął to, co chciał osiągnąć. Będzie jeszcze miał wiele okazji do zablokowania członkostwa Ukrainy w unii, zwłaszcza że z czasem to nie eurokraci, a właśnie państwa narodowe będą rozpatrywały tę kwestię w kontekście własnego, także gospodarczego, interesu. A to jest problem dla wielu krajów unii europejskiej. No cóż, czasami nie należy podejmować walki, jeśli jest się przekonanym, że z tej walki nie wyjdzie się zwycięzcą.

Jan Engelgard: Orban wygrał wszystko, co chciał, to znaczy odblokował pieniądze dla Węgier, chyba 10 miliardów, zablokował 50 miliardów pomocy dla Ukrainy i dwa: jak chcecie rozpocząć akcesję, proszę bardzo, nie będę przeszkadzał.

Mateusz Piskorski stwierdził, że przystąpienie Ukrainy do unii europejskiej nie jest w niczyim interesie. Nie jest to na rękę żadnemu państwu unii. Jest to na rękę Stanom Zjednoczonym, które chcą Europę podminować, osłabić – ewentualnie Wielkiej Brytanii. Jest chyba 57 różnych procedur, przy których potrzebna będzie zgoda wszystkich krajów członkowskich, w tym oczywiście ostateczną decyzję podejmą parlamenty 27 krajów członkowskich. Natomiast perspektywa członkostwa Ukrainy w unii, to jest rok 2030. Czy naprawdę wierzymy, że Ukraina w obecnym kształcie przetrwa do 2030 roku? Czy sama unia europejska przetrwa w takiej postaci do tego 2030 roku?

Olaf Swolkień: Ja tylko dodam, że kilka dni wcześniej Orban wysłał swoich polityków na rozmowy z amerykańskimi republikanami, gdzie Węgrzy przekonywali ich do wstrzymania pomocy dla Ukrainy. Więc to pokazuje, że on prowadzi naprawdę taką politykę światową. Gra na wielu fortepianach, czego my nie jesteśmy w stanie absolutnie pojąć.

Pod tym filmem pojawiło się mnóstwo pozytywnych dla Orbana komentarzy. Jeden z nich: „Obyśmy kiedyś mieli w Sejmie takich skutecznych patriotów polskich, jak Orban jest węgierskim”. Pod nim osiem odpowiedzi w podobnym tonie i jedna, jakbym to powiedział, trzeźwa: „Przypomnij jak zadbał o naród podczas covidiozy. Entuzjazm?”

x

W moim przekonaniu mamy do czynienia z klasyczną szopką. Orban, niby stawiający się unii, gdy dochodzi do decydującej debaty, podkula pod siebie ogon i robi się łagodny jak baranek. Wprawdzie oświadcza, że proces akcesji Ukrainy do unii zawsze może zablokować węgierski parlament, ale chyba sam nie wierzy w to, co mówi. Po raz kolejny mamy dowód, że cała ta polityka na pokaz, to teatrzyk dla naiwnych. Jeśli komuś się wydaje, że Orban to taki niezależny polityk, to nic bardziej błędnego.

Ja nie mam i nie miałem wątpliwości, że Orban jest zupełnie kimś innym, niż przedstawiają to media. W blogu „Victor Orban” cytowałem fragmenty z krótkiego filmu o nim z kanału „Powojnie”. M.in. to:

„Najważniejszym wydarzeniem w pierwszych latach politycznej działalności Orbana było przemówienie, które wygłosił 16 czerwca 1989 roku w Budapeszcie. Tego dnia oficjalnie pochowano bohaterów antykomunistycznego powstania w 1956 roku. W dniu pogrzebu rozpoczęła się wielka polityczna kariera Viktora Orbana, która trwa do dziś. Wówczas nieznany opozycyjny polityk wygłosił mowę, która stała się jednym z symboli upadającego komunizmu na Węgrzech. Domagał się jak najszybszego wycofania wojsk radzieckich oraz wolnych wyborów.

Orban miał wtedy 26 lat. Pod wrażeniem jego charyzmy i odwagi był słynny Węgier George Soros. Jego fundacja Społeczeństwa Otwartego zaproponowała mu stypendium w Wielkiej Brytanii. Orban propozycję przyjął. Przez kolejne 9 miesięcy studiował na naukach politycznych w Oksfordzie. Jego osobistym opiekunem w Anglii był polsko-brytyjski filozof Zbigniew Pełczyński były żołnierz Armii Krajowej. W styczniu 1990 roku Orban wrócił do ojczyzny. Chciał zostać parlamentarzystą pierwszego postkomunistycznego zgromadzenia narodowego.”

W dalszej części komentowałem:

W przypadku Żydów bywa tak, że czasem zdjęcia z młodości lub z późnej starości uwydatniają żydowskie rysy twarzy. Nie zawsze tak bywa, a może nawet częściej tak nie bywa. Jednak w przypadku Orbana tak właśnie było. Znamienne jest również to, że stypendium w Anglii załatwił i sfinansował mu Soros. Ten sam, którego później wyrzucił z Węgier. Nie sądzę, by on sam na to wpadł. Może nawet sam Soros mu doradził. Cóż mogło go bardziej uwiarygodnić w oczach Węgrów i nie tylko ich, jak nie taka zdecydowana postawa wobec żydowskiego „filantropa”? Takim gestem pozyskał zapewne sympatię i zaufanie wielu wyborców.

Na obecną politykę Orbana w stosunku do unii europejskiej i Rosji wypada więc patrzeć przez pryzmat jego pochodzenia. I dopiero na tym tle widać, że nie jest to żadna niezależna polityka. Orban odgrywa rolę, jaką mu wyznaczyli jego nieznani przełożeni. Zresztą nie tylko on. A polityka ta jest niezwykle wyrafinowana i wielowątkowa.

x

Blog o Orbanie zamieściłem 20 czerwca 2022 roku, a więc 1,5 roku temu. I teraz sprawdza się to, o czym wtedy pisałem. Natomiast nazwałem to szopką nie tylko ze względu na zachowanie Orbana, ale przede wszystkim na fakt, że unia rozpoczyna procedurę akcesyjną w stosunku do państwa, które jest w stanie wojny i które ma nie wiadomo jakie granice. Część obszaru tego państwa została już włączona do innego. Czy można zatem poważnie traktować zamiary unii, a raczej tych, którzy nią kierują? O co więc w tym wszystkim chodzi? Orban mógł swoim głosem zablokować rozpoczęcie tej procedury. Gdyby jednak tak zrobił, oznaczałoby to koniec wojny na Ukrainie, a w każdym razie brak jakiejkolwiek motywacji do walki ze strony Ukraińców, co na jedno wychodzi. A na to wielcy tego świata nie mogą pozwolić. Najwyraźniej jest jeszcze na to za wcześnie.

Mateusz Piskorski w swojej wypowiedzi zadał pytanie: „Czy sama unia europejska przetrwa w takiej postaci do tego 2030 roku?” Czyżby coś wiedział? Powiedział wyraźnie „w takiej postaci”. Czy to oznacza, że jakieś państwa mogą z niej wystąpić, czyli, mówiąc wprost, zostać wyrzucone? III RP, ze względu na zaangażowanie w pomoc finansową i militarną dla Ukrainy, jest już państwem upadłym i zupełnie nieprzystającym do unii, choćby dlatego, że żadne inne państwo tej unii aż tak nie pomaga Ukrainie. Już dziś ze względu na swoje zadłużenie, którego wielkości nie znamy, mogłaby zostać postawiona w stan upadłości. Ktoś jednak uważa, że jeszcze za wcześnie. Jeśli Ukraina zostanie odcięta od Morza Czarnego i Krymu, to tak okrojone państwo nie będzie mogło samodzielnie funkcjonować. Co więc pozostanie? Odtworzenie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej? Takiego państwa, w skład którego wchodziłyby okrojona Ukraina, III RP bez ziem poniemieckich, Białoruś i państwa bałtyckie. Trudno oczywiście powiedzieć czy tak się stanie. Jednak większe zaangażowanie III RP w wojnę na Ukrainie może taki scenariusz uczynić bardziej prawdopodobnym.

Bereza Kartuska

Jakiś czas temu trafiłem na kanał „Sprawa dla Jarosława” a który obecnie nazywa się „Jarosław szuka kłopotów”. W jednym z odcinków jego autor opisuje swój pobyt ze Stowarzyszeniem Spadkobierców Kombatantów II Wojny Światowej w „polskim obozie koncentracyjnym” w Berezie Kartuskiej. Działo się to w drodze powrotnej spod Lenino. Obecnie w budynku obozu mieści się muzeum, które powstało w 1965 roku. Była to jednak tylko częściowa ekspozycja. Dopiero w 2022 roku, a więc gdy stosunki polsko-białoruskie sięgnęły dna, zorganizowano muzeum na nowo i z pełną ekspozycją dokumentów, przedmiotów itp. Przed budynkiem muzeum stoi pomnik z napisem: Pamięci ofiar polskiej okupacji Zachodniej Białorusi 1921-1939.

Jakoś ten napis nie wywarł wrażenia na uczestnikach tej wycieczki, a powinien. Nie było żadnej okupacji Zachodniej Białorusi. Białorusini wypisują bzdury. Był traktat ryski, który podzielił ziemie białoruskie na część zachodnią, która przypadła Polsce i część wschodnią, która weszła w skład Związku Radzieckiego. Nawet nie było rozbioru Białorusi, bo nie było takiego państwa. Ale jeśli Białorusini chcą mówić o polskiej okupacji, to powinni być konsekwentni i mówić też o radzieckiej okupacji. Żałośni są i chyba nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo.

A jak było z tym „obozem koncentracyjnym”? Wikipedia tak m.in. pisze o Berezie Kartuskiej:

Miejsce Odosobnienia w Berezie Kartuskiej – obóz odosobnienia zorganizowany i prowadzony przez władze II Rzeczypospolitej w Berezie Kartuskiej w ówczesnym powiecie prużańskim, istniejący w latach 1934–1939. Powstał głównie w celu izolowania oraz psychicznego i fizycznego dręczenia oponentów politycznych sprawującej wówczas władzę sanacji, m.in. komunistów, endeków, ludowców, a także nacjonalistów ukraińskich. Do obozu osadzeni trafiali na podstawie decyzji administracyjnej (bez sankcji sądowej), bez możliwości skorzystania ze środka odwoławczego. Stałym elementem traktowania więźniów było stosowanie tortur. Część historyków określiła ośrodek jako obóz koncentracyjny.

Używanie określenia obóz koncentracyjny jest nadużyciem dla celów propagandowych. Czy coś jest obozem koncentracyjnym, czy nim nie jest, o tym nie decyduje sposób traktowania więźniów, tylko skala. Ilość osób więzionych i zmarłych w Berezie Kartuskiej w ciągi tych 5 czy 6 lat jest nieporównywalna z ilością osób, które przeszły i zmarły w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej. To oczywiście nie zmienia faktu, że brutalny sposób traktowania więźniów w Berezie Kartuskiej obciąża konto rządów sanacyjnych.

Utworzony został 12 lipca 1934 w Berezie Kartuskiej na mocy rozporządzenia z mocą ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca 1934 r. w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu, chociaż zaczął funkcjonować już 6 lipca, gdy przywieziono dwóch pierwszych więźniów. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a jego pomysł zaakceptował Józef Piłsudski. Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono tylko jedno – w Berezie. Z tego powodu wśród ówczesnej polskiej opinii publicznej rozporządzenie to zyskało miano „lex Bereza Kartuska”. Obóz mieścił się w budynku dawnych carskich koszar. Obiekt ten nosił oficjalną nazwę „Miejsce Odosobnienia” i był przeznaczony dla osób, „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego”. Określano go jako „nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw” oraz „burzycieli porządku publicznego i bezpieczeństwa”.

Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zabójstwo ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego popełnione przez Hryhorija Maciejkę, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Według różnych szacunków przez 5 lat działalności Berezy Kartuskiej zanotowano od 4 do 20 przypadków śmierci. Norman Davies podał liczbę 17 ofiar śmiertelnych. Agnieszka Knyt z ogólnej liczby 3 tysięcy więźniów uwięzionych w Berezie do końca sierpnia 1939 podaje 13 zgonów. Natomiast ukraiński historyk Wiktor Idzio w swojej książce o UPA, podaje liczbę aż 300 ofiar. Ireneusz Polit podaje, że w ciągu 6 lat w Berezie zmarło 14 osób (10 – w szpitalach dokąd ich skierowano na leczenie zewnętrzne, 3 osoby w samym MO z powodu chorób, 1 na skutek samobójstwa).

x

Mnie jednak zainteresował nie tyle sam obóz, co jego pomysłodawca Leon Kozłowski. Wikipedia zamieszcza o nim obszerną informację. Ja zacytuję tylko niektóre fakty z jego życiorysu.

Leon Tadeusz Kozłowski (ur. 6 czerwca 1892 w Rembieszycach, zm. 11 maja 1944 w Berlinie) – polski archeolog i polityk, premier rządu II Rzeczypospolitej w latach 1934–1935.

Przed 1914 należał m.in. do Związku Młodzieży Postępowej i Związku Strzeleckiego. W czasie I wojny światowej służył w 1 pułku ułanów Legionów Polskich, a od 1917 należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Walczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 1921–1931 i 1935–1939 był profesorem archeologii Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie.

Od 1926 po przewrocie majowym organizował Związek Naprawy Rzeczypospolitej we Lwowie. Od 1928 był działaczem BBWR. W latach 1928–1935 posłem na Sejm RP, a następnie w latach 1935–1939 – senatorem. W rządzie pełnił funkcje: ministra reform rolnych (1930–1932) oraz podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu (1932–1933). W okresie od 15 maja 1934 do 28 marca 1935 pełnił urząd premiera. Był pomysłodawcą utworzenia Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Po śmierci marszałka Piłsudskiego był uważany za zwolennika Walerego Sławka i „lewicowego” wśród „grupy pułkowników”. W okresie 1937–1938 należał do Obozu Zjednoczenia Narodowego. W młodości wolnomularz związany z Wielką Lożą Narodową Polski, później latem 1938 był autorem jednej z głośniejszych w historii II Rzeczypospolitej kampanii antymasońskich.

Po wybuchu II wojny światowej 26 września 1939 został aresztowany przez Sowietów we Lwowie i osadzony w więzieniu, skąd przetransportowano go do Moskwy; gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Po uwolnieniu, w wyniku układu Sikorski-Majski, trafił do armii gen. Władysława Andersa; zajmował się w niej pracą biurową. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 w rejonie Tuły przedostał się na niemiecką stronę frontu.

Posądzany o to, że najpierw w Warszawie, a następnie w Berlinie, usiłował prowadzić rokowania z Niemcami w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego oraz współdziałał z niemiecką propagandą odnośnie do sytuacji w ZSRR. Zaocznie skazany przez sąd polowy armii Andersa na karę śmierci za zdradę, choć istnieją poważne wątpliwości co do legalności tej decyzji.

Został internowany w Berlinie, w hotelu Alemannia. Za pracę w tamtejszym muzeum, gdzie mógł prowadzić pracę naukową, przyznano mu wysoką comiesięczną pensję. Zmarł na atak serca lub w wyniku odniesionych ran 11 maja 1944 podczas albo po nalocie alianckim. Leon Kozłowski został pochowany na cmentarzu parafii św. Jadwigi w Berlinie. W 1974 jego prochy zostały przeniesione przez rodzinę na cmentarz Powązkowski (kwatera 33 rząd 6 grób 23/24).

Kolaborant czy ofiara?

Przez wiele lat Leon Kozłowski uznawany był za kandydata na „polskiego Quislinga” przez emigrację londyńską, a jednocześnie był potępiany przez władze komunistyczne za współudział w rzekomej „faszyzacji” kraju i uczestnictwo w niemieckiej kampanii propagandowej w sprawie Katynia.

Problemem rzekomej kolaboracji Leona Kozłowskiego z Niemcami zajął się jego bratanek Maciej Kozłowski w książce pt. Sprawa premiera Leona Kozłowskiego. Zdrajca czy ofiara. Jego zdaniem, nie ma żadnego dowodu świadczącego o tym, że Leon Kozłowski prowadził z Niemcami rozmowy na temat utworzenia kolaboracyjnego rządu. Wręcz przeciwnie, w swych listach do rodziny były premier zdecydowanie temu zaprzeczał. Jak twierdzi Maciej Kozłowski, plotka jakoby takie rozmowy miały miejsce, została rozpowszechniona przez niemiecką propagandę przy pomocy szwedzkiego dziennikarza New York Timesa, Johna Axelsona. W opinii Macieja Kozłowskiego niesłuszny i wymagający weryfikacji był również wyrok śmierci polskiego sądu wydany w Buzułuku, i że rzekoma kolaboracja Leona Kozłowskiego z Niemcami nie została nigdy udowodniona, a postawiony mu zarzut dezercji z armii Andersa również jest wielce kontrowersyjny, jako że oskarżony najprawdopodobniej do niej w ogóle nie wstąpił. Poddano jedynie weryfikacji jego stopień wojskowy, co nie oznaczało włączenia w szeregi armii.

x

Kim jest Maciej Kozłowski bratanek Leona Kozłowskiego? Wikipedia tak m.in. pisze:

Maciej Kozłowski (ur. 12 stycznia 1943 w Luborzycy) – polski historyk, dziennikarz, publicysta, działacz opozycji w okresie PRL, dyplomata, w latach 1999–2003 ambasador RP w Izraelu.

W 1966 ukończył studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego (archeologia śródziemnomorska). W latach 1966–1968 uczęszczał na studia podyplomowe dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim.

W latach 80. XX w. prowadził wykłady z najnowszej historii Polski, z historii Polski nowożytnej i Europy Środkowej na Uniwersytecie Jagiellońskim, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz na uczelniach zagranicznych. Był członkiem Rady Funduszu Wydawnictw Niezależnych. W latach 1986–1988 przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W 1988 uzyskał stopień doktora na Wydziale Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1989 był członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W lutym 1989 należał do organizatorów tygodnika „Czas Solidarności”.

W 1990 podjął pracę w dyplomacji, obejmując stanowisko radcy-ministra pełnomocnego w Ambasadzie RP w Waszyngtonie. W latach 1993–1994 pełnił obowiązki chargé d’affaires tamże. Następnie przeszedł do pracy w centrali MSZ. Był dyrektorem departamentu Ameryki Północnej i Południowej, a od 1998 podsekretarzem stanu. W latach 1999–2003 pełnił funkcję ambasadora RP w Izraelu. Obecnie na emeryturze.

Był członkiem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego, koordynował prace nad raportem o rozszerzeniu NATO, był także działaczem fundacji Forum Dialogu Między Narodami. Wchodzi w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie.

Kozłowskiemu zarzucono, że w latach 60. był najpierw kandydatem, a potem tajnym współpracownikiem SB w Krakowie o kryptonimie „Witold”. 6 grudnia 2012 Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że skłamał on w oświadczeniu lustracyjnym i w latach 1965–1969 współpracował tajnie i świadomie ze Służbą Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, i skazał go na 3 lata zakazu pełnienia funkcji publicznych. 11 czerwca 2013 Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok. Ostatecznie jednak 13 lutego 2014 Sąd Najwyższy w postępowaniu kasacyjnym prawomocnie oczyścił Macieja Kozłowskiego z zarzutu kłamstwa lustracyjnego.

x

Z informacji, jakie podaje Wikipedia, możemy się dowiedzieć, że w młodości Leon Kozłowski był masonem. Natomiast w 1938 roku był autorem jednej z najgłośniejszych w historii II RP kampanii antymasońskich. We wrześniu 1939 roku został aresztowany przez Sowietów i przewieziony do Moskwy, gdzie skazano go na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Dlaczego? O tym Wikipedia nie pisze. Zwolniony po podpisaniu układu Sikorski-Majski trafił do armii Andersa. W niejasnych okolicznościach opuścił polskie oddziały i jesienią 1941 roku przedostał się na niemiecką stronę frontu. Już kiedyś o tym wspomniałem, że dla pewnej kategorii ludzi nie istniały granice, linie frontu. Przekraczali je, jakby przechodzili z jednego pokoju do drugiego. Posądzony o to, że usiłował prowadzić z Niemcami rokowania w sprawie sformowania kolaboracyjnego rządu polskiego. Zapewne nie była to oferta przypadkowa, skoro Niemcy rozmawiali z nim. Bo to, że Niemcy zatrudnili go jako archeologa i wynagradzali go sowicie, to raczej nie było z tego powodu, że interesowała ich jego kariera naukowa. Jako osoba, która brała czynny udział w życiu politycznym II RP, idealnie nadawała się do tej roli.

Jego bratanek Maciej Kozłowski starał się wybielić stryja i nawet napisał książkę na ten temat. Czy jednak może być wiarygodna osoba, która sama była posądzona o współpracę z SB? W latach 1986-1988 Kozłowski przebywał na stypendium naukowym Fundacji Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych. A więc jeszcze za czasów PRL-u był przygotowywany do uczestnictwa w rządach przyszłej III RP. W latach 1999-2003 pełnił funkcje ambasadora RP w Izraelu. Wchodzi też w skład Komitetu Wspierania Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie. Czy zatem możliwe jest, by ambasadorem RP w Izraelu nie był polski Żyd? Wydaje się to mało prawdopodobne, a nawet niemożliwe. A skoro tak, to znaczy, że Maciej Kozłowski jest Żydem. A to daje podstawę do twierdzenia, że jego stryj, Leon kozłowski, również był Żydem. To także oznacza, że pomysłodawcą obozu w Berezie Kartuskiej był Żyd.

Ojcem Leona był Stefan, a pradziadkiem Stefana był Teodor Radziejowski (1766-1829) – uczestnik wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku, insurekcji kościuszkowskiej. Na podstawie dekretu króla Fryderyka Augusta I (książę warszawski w latach 1807-1815) z 12 czerwca 1810 roku otrzymał rangę pułkownika. Uczestnik wojen napoleońskich (1806-1807). W 1812 roku wzięty pod Wilnem do niewoli rosyjskiej. Spędził w niej 1,5 roku. Zwolniony ze służby w wojsku polskim. W 1816 roku postanowieniem cara Aleksandra I-go otrzymał pensję (emeryturę wojskową). W 1815 roku był czynnym członkiem III stopnia lubelskiej loży masońskiej Wolność Odzyskana. – To tyle Wikipedia. A więc człowiek, który w trakcie całej swojej kariery wojskowej walczył z Rosją, dostał od tej Rosji emeryturę wojskową. Jak widać jednych za to samo nagradzano emeryturą wojskową, a innych – zsyłano na Sybir.

Matką Leona była Maria ze Strasburgerów. Już samo to nazwisko zdradza korzenie. Maria była córką Leona Strasburgera (1845-1883), który pochodził z rodziny niemieckich ewangelików przybyłych do Warszawy w końcu XVIII wieku. Jego ojciec, Edward Strasburger, był cukiernikiem a matka, Anna Krystyna Schütz, w okresie manifestacji patriotycznych 1861 roku organizowała kwesty w kościołach i zbiórkę pieniędzy na pomnik pięciu poległych, czyli ofiar masakry w Warszawie podczas manifestacji patriotycznej z 27 lutego 1861 roku. Ich pogrzeb, który odbył się 2 marca 1861 roku na cmentarzu Powązkowskim, był wielką manifestacją polityczno-społeczną przeciwko rosyjskim władzom zaborczym w Królestwie Polskim. W pogrzebie uczestniczyli przedstawiciele wszystkich cechów, stanów społecznych i wyznań. Na placu bankowym do pochodu pogrzebowego przyłączyli się przedstawiciele mniejszości żydowskiej np. rabini Dow Ber Meisels i Izaak Kramsztyk w otoczeniu chórów synagogalnych.

x

W tym miejscu wypada zacytować fragment z książki Zmierzch Izraela (1932) Henryka Rolickiego. Wszystkie cytowane przez autora fragmenty pochodzą z książki Samuela Hirszhorna Historia żydów w Polsce.

Pojawia się w Warszawie krakowski rabin Meisels, który przedtem maczał palce w rewolucji 1848 roku.

„Gdy zapytano go dlaczego on, żyd ortodoksyjny, trzyma z lewicą, a nie z prawicą, odrzekł kalamburem: Die Juden haben keine Rechte (żydzi nie mają praw, a także żydzi nie mają prawicy – przyp. aut.)”.

„W Warszawie ruch rewolucyjny rozpoczął się od niewinnych manifestacji, w których na równi z Polakami brali udział żydzi. Kierownictwo Meiselsa, kaznodziei Lastrowa i przedstawicieli gminy warszawskiej nadawało przy tym wszystkim wystąpieniom piętno reprezentacji ogółu żydowskiego. W manifestacji 25-27 lutego 1861 roku, która zakończyła się śmiercią „pięciu poległych”, wielu żydów ucierpiało od kul… Miesels należał do składu delegacji, która udała się do namiestnika Gorczakowa, celem zadośćuczynienia za przelaną krew. W demonstracyjnym pochodzie pogrzebowym, idącym za trumną poległych, razem z duchowieństwem katolickim znalazło się także duchowieństwo żydowskie z Meiselsem na czele. Wielu żydów uczestniczyło w kościołach na odprawionych mszach zadusznych ze śpiewami i mowami patriotycznymi.”

Z chwilą wybuchu powstania rabini wydali odezwę do ludności żydowskiej, wzywającą do poparcia powstania i kończącą się znamiennym zwrotem: kto roztropny, ten pojmie, że tylko tą drogą, a nie inną, dobro kraju osiągnięte być może.

Komentując tę odezwę pisze historyk żydowski:

„Umiarkowany ton odezwy w porównaniu z bojową proklamacją Rządu Narodowego jest uderzający: ani jednego zdania rewolucyjnego, ani jednego nawet antyrosyjskiego… nie czuli się moralnie upoważnieni do angażowania zbiorowości żydowskiej w zdecydowaną rewolucję i woleli tę sprawę traktować ogólnikowo i mętnie.”

I znowu na przykładzie 1863 roku możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko poprzez związki węglarskie, lecz nawet bezpośrednio. W swej miłości do Polski posuwali się tak daleko, że nawet przezwyciężyli odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.

x

Leon Strasburger (1845-1883) jako 17-letni chłopak przyłączył się do powstania styczniowego, rany w bitwie pod Małogoszczem. Po przekroczeniu granicy z Galicją został uwięziony w Krakowie. Zbiegł do Niemiec. Dzięki staraniom ojca po kilku latach wrócił do Królestwa Polskiego. Zakupił majątek Trzebienice w powiecie miechowskim i poświęcił się rolnictwu. W 1872 roku nabył sąsiedni majątek w Przybysławicach. Po reformie sądownictwa w Królestwie Polskim w 1876 roku był pierwszym sędzią gminnym w Miechowie.

Ojcem Stefana, a dziadkiem Leona, był Romuald Kozłowski. Wikipedia nie zamieszcza o nim żadnej informacji. Pisze tylko, że był właścicielem wsi Rembieszyce, Lipnica i Wola Tesserowa. Naturalnie nie ma też informacji o ojcu Romualda i jego dziadku. W związku z tym wypada sięgnąć po informacje o tych wsiach. Pochodzą one z Wikipedii.

W 1798 Rembieszyce kupił Franciszek Wolski, ale od kogo? Brak informacji. Od 1854 roku właściciele to Romuald Leon Kozłowski i jego żona Bronisława z Radziejowskich. Podczas powstania styczniowego dwór w Rembieszycach, położony niedaleko „Wiernej Rzeki”, udzielał pomocy i schronienia oddziałom powstańczym. W latach 1895-1898 Rembieszyce należały do Włodzimierza Lubienieckiego, a w latach 1898-1906 do Romualda Kozłowskiego (brata Stefana) i Lucyny ze Strasburgerów. Po 1906 roku właścicielami wsi byli m.in. Sucheccy i Bankiewiczowie.

Wilhelm Napomucen, miecznik wojsk chęcińskich w 1776 roku, sprzedał Lipnicę w 1818 roku Stanisławowi Kossakowskiemu. W 1839 roku kupiła ją Joanna z Dębskich Kossakowska. Potem otrzymała ją w spadku Joanna z Oraczewskich Urbańska, żona Ignacego, malarza i nauczyciela w Lublinie. W 1856 roku nabyli wieś Franciszek i Julia Dąbscy. W 1867 roku właścicielem Lipnicy jest Teofil Dąbski i w tym samym roku sprzedaje wieś Romualdowi Kozłowskiemu i w trzy lata później odkupuje ją z powrotem. W 1890 roku Lipnice kupuje Stanisław Tede, a w roku 1897 nabywa ją Adam Konarski. Kilka lat później sprzedaje ją, ale nie ma informacji komu. Na początku XX wieku wieś rozparcelowano w całości.

W 1690 roku Wola Tesserowa należy do Jana Zabielskiego i żony. W XVIII wieku przechodzi do Antoniego Komornickiego i Magdaleny z Rogóyskich. W 1798 roku po śmierci Antoniego wieś kupuje Urban Komornicki, a po jego śmierci dzielą się nią jego dzieci. W 1845 r. ziemie nabywa Ludwik Kozłowski. W latach 30 XX wieku majątek został rozparcelowany.

W XIX wieku właścicielami Przybysławic byli: Bonawentura Psarski, Ludwik Jan Kanty Kozłowski, Żyd Motyl Sercarz i od 1872 roku Leon Strasburger, ewangelik, uczestnik powstania styczniowego. Od 1895 do 1945 roku właścicielami byli Kozłowscy herbu Jastrzębiec: Stefan Kozłowski żonaty z Marią Strasburger, która Przybysławice otrzymała po swoim ojcu Leonie Strasburgerze, a następnie ich syn Tomasz Kozłowski – legionista, prezes Kieleckiej Izby Rolniczej, poseł na Sejm w latach 1931–1938, żonaty z Jadwigą z Postępskich. Współwłaścicielem był jego brat Leon Kozłowski, archeolog, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, polityk, premier rządu RP w latach 1934–1935.

Stefan Rafał Kozłowski (1859-1908) – syn Romualda i Bronisławy z Radziejowskich, ojciec Leona Kozłowskiego. W 1882 roku ukończył z bardzo dobrym wynikiem wydział rolniczy Politechniki Ryskiej uzyskując tytuł agronoma. Podczas studiów był współzałożycielem korporacji akademickiej Arkonia i autorem deklaracji ideowej Arkonii znanej jako Podanie Kozłowskiego. W latach 1883-1895 administrował majątkami w Woli Tesserowskiej i Rembieszycach. Od 1895 roku właściciel majątku Przybysławice k. Miechowa. Wspierał czynnie ruch narodowy na Śląsku, zwłaszcza Wojciecha Korfantego. Należał do Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.

xxx

Po trzecim rozbiorze w 1795 roku zabór pruski sięgał do linii Curzona. Dopiero po traktacie w Tylży w 1807 roku i po powstaniu Księstwa Warszawskiego Prusacy wycofali się. Zanim jednak do tego doszło na ziemie te, wraz z nimi, napłynęło mnóstwo niemieckich Żydów. Po traktacie Prusacy wycofali się, a Żydzi zostali. I to prawdopodobnie w tym czasie osiedlili się w Warszawie rodzice Leona Strasburgera. Żydzi niemieccy przechodzili na protestantyzm, nie zmieniali nazwisk, plasowali się wyżej w hierarchii społecznej, byli bogatsi i postępowi. Żydzi miejscowi przechodzili na katolicyzm, zmieniali nazwiska, byli biedniejsi i konserwatywni. To z tych Strasburgerów pochodzi znany aktor Karol Strasburger. I tak po prawdzie, to korzeni polskiej inteligencji należy szukać wśród tych niemieckich Żydów. Wystarczy popatrzeć na nazwiska uczonych, lekarzy, prawników, inżynierów, oficerów, polityków, dyplomatów itd. Oczywiście mam tu na myśli tę prawdziwą inteligencję, a nie tę, która dotarła tu w 1945 roku na radzieckich czołgach.

Często można zetknąć się z opinią, że jedyną narodowością, która w Polsce się szybko asymilowała, byli Niemcy. I to oni stawali się też wielkimi patriotami. No właśnie! Niemcy czy „Niemcy”? Jakoś mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim nie za bardzo chce się asymilować. Łatwo być patriotą, gdy się wie, że włos z głowy nie spadnie. Leon Strasburger walczył w powstaniu styczniowym, przekroczył granicę z Galicją, aresztowany w Krakowie, ucieka (jak?) z więzienia do Niemiec. Po paru latach, dzięki staraniom ojca, wraca do Królestwa Polskiego. Kupuje sobie majątek, a po kilku latach następny i na koniec zostaje jeszcze pierwszym sędzią gminnym w Miechowie. I to wszystko pod rządami tych, z którymi walczył. Tak to działało i tak to działa dziś. Niechby któryś z tych naiwnych patriotów spróbował zgasić świece chanukowe w Sejmie, to przekonałby się, jak potężne jest państwo, jak sprawnie działa i jak szybko zgasiłoby takiego naiwnego patriotę. Poseł Braun ma podwójną ochronę: z racji tego, że jest posłem i z racji tego, że jest Żydem. Roztropnie jest zatem nie angażować się w te żydowskie gierki.

Z tego, co napisała Wikipedia, to informacji na temat przodków Leona Kozłowskiego ze strony matki jest znacznie więcej, niż tych ze strony ojca. O ojcu Stefanie wiemy dużo, ale już o dziadku czy pradziadku – prawie nic. Nie ma więc pewności czy byli oni Żydami, którzy ochrzcili się i zmienili nazwisko czy może należeli do zubożałej szlachty i wchodzili w koligacje z bogatymi Żydówkami, co było w XIX wieku powszechne, szczególnie po powstaniu styczniowym.

Gdy się tak prześledzi los tych wiosek, o które ocierali się Kozłowscy, to odnosi się wrażenie, że właśnie wtedy, w tym XIX wieku, majątki te były traktowane jak jakieś akcje giełdowe, które raz się kupowało, potem sprzedawało i znowu kupowało. Typowe żydowskie geszefty. Po powstaniach, ich uczestników, przeważnie szlachtę, wywożono na Sybir, a majątki rekwirowano. Zapewne była to okazja do tanich zakupów i późniejszej odsprzedaży z dużym zyskiem. Dla jednych powstania to tragedie rodzinne, a dla innych – okazja do szybkiego wzbogacenia się.

Tani, naiwny patriotyzm, to pułapka, jaką zastawiają na niczego nieświadomych ludzi Żydzi, strojący się w piórka patriotów i gorliwych katolików. Wciągają ich w różne bezsensowne marsze i manifestacje. To jest właśnie proceder, który zapoczątkowali w 1861 roku i do dziś go praktykują. Najwyraźniej większość nadal na to nabiera się.

Pozostaje jeszcze sprawa Leona Kozłowskiego. Jak to się stało, że dotarł do linii frontu? Po zwolnieniu z więzienia w Moskwie krótko pracował w ambasadzie RP. W październiku 1941 roku, wraz z grupą osób niezdolnych do służby wojskowej, został wysłany do Taszkientu. Jak pisze Wikipedia, postanowił zatrzymać się w Kujbyszewie, gdzie pracował krótko jako oficer w intendenturze. 27 października z kapitanem rezerwy Andrzejem Litwińczukiem wyruszył w drogę w kierunku zachodnim. Kilkakrotnie byli zatrzymywani przez milicję, zanim dotarli do Tuły. Jak pokonali tę odległość? Z Kujbyszewa do Tuły jest ponad 800 km. Jakie musieli mieć papiery, że milicja ich nie zatrzymywała? Do linii frontu dotarli 9 lub 10 listopada. Oddali się w ręce pierwszego napotkanego oddziału niemieckiego. Chyba musiał być jakąś szczególną osobą, której władze radzieckie zapewniły pełną ochronę, by bezpiecznie dotarł do linii frontu. I bardzo możliwe, że wszystko było uzgodnione ze stroną niemiecką.

Jeśli Leon Kozłowski nie zamierzał kolaborować z Niemcami, jak utrzymuje jego bratanek Maciej Kozłowski, to po co przekraczał linię frontu? Trudno w to uwierzyć, że cała akcja nie była ściśle kontrolowana przez obie walczące strony. Czy rzeczywiście w tamtym okresie, a więc na samym początku wojny niemiecko-radzieckiej, rozważano jeszcze możliwość utworzenia polskiego rządu kolaborującego z Niemcami? Bardzo możliwe, ale tego pewnie nie dowiemy się. Jednego wszak możemy być chyba pewni. Bez względu na to jakie scenariusze pisano dla Polski, w głównych rolach zawsze obsadzani byli Żydzi. I nie inaczej jest obecnie.

Teorie

Ten blog, wbrew pozorom, również będzie o polityce. Tak się składa, że rządzący zawsze chcą nam narzucić jakąś ideologię, którą oni uznają za wygodną do realizowania ich celów. Można powiedzieć, że ideologia wkracza we wszelkie dziedziny życia społecznego i nawet naukowego. Jedynie nauki ścisłe i techniczne jakoś się przed nią bronią, co poniekąd wynika z ich natury. Natomiast nauki przyrodnicze są w dużym stopniu, a może nawet całkowicie, nieodporne na wpływy ideologiczne. Szczególnie dotyczy to teorii ewolucji, a nawet poglądy na temat wyginięcia dinozaurów są przedmiotem licznych sporów. Można by zapytać: a czy to rzeczywiście takie ważne dla naszego życia, co stało się ileś milionów lat temu?

Kiedyś, jeszcze przed założeniem bloga na WordPress, przeczytałem tu historię pewnej Szwajcarki, która skończyła geologię w Ameryce i została tam pracownikiem naukowym. Wysunęła hipotezę, że do wyginięcia dinozaurów przyczyniła się nie asteroida, która uderzyła w Ziemię, tylko potężne erupcje wulkaniczne na Dekanie, czyli w Indiach. Powierzchnia, jaką pokryła lawa, porównywalna jest z powierzchnią Francji. Takie zjawisko spowodowało przeniknięcie do atmosfery wielkiej ilości dwutlenku węgla i innych gazów, które zatruły ją do tego stopnia, że spowodowały, na skutek zmian klimatycznych, stopniowe obumieranie wielu gatunków zwierząt, również dinozaurów.

Tę swoją hipotezę czy teorię ogłosiła ona chyba w latach 80-tych lub na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Spotkała się z tego powodu z ostracyzmem całego amerykańskiego środowiska naukowego. Wówczas obowiązywała teoria, że dinozaury wyginęły z powodu zderzenia się asteroidy z Ziemią. A więc teoria katastroficzna. Zwolennicy takich teorii opierają swój pogląd na fakcie, że na przełomie ery paleozoicznej, czyli tej najstarszej i mezozoicznej, czyli tej średniej, nastąpiło wyginięcie fauny charakterystycznej dla ery paleozoicznej i pojawienie się zupełnie innych organizmów w erze mezozoicznej. Podobnie działo się na przełomie ery mezozoicznej i kenozoicznej, czyli tej najmłodszej. I właśnie w tym czasie miało dojść do wyginięcia dinozaurów. Faktu wyginięcia nikt nie kwestionuje. Spór dotyczy tylko tego „jak”.

Wyginięcie na skutek „zatrucia” wyziewami wulkanicznymi i zmian klimatycznych jest procesem ciągłym, rozłożonym w czasie. Natomiast wyginięcie na skutek uderzenia asteroidy jest procesem nagłym, katastroficznym. To bardzo koresponduje z tym, co jest zapisane w Starym Testamencie. Dlatego dla wielu naukowców, szczególnie tych żydowskiego pochodzenia, teoria katastroficzna, nagłych zmian, jest łatwiejsza do przyjęcia. Nawet sam Einstein skłaniał się ku tym poglądom. Nic więc dziwnego, że owa Szwajcarka została, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zbanowana przez ówczesne środowisko naukowe Ameryki.

Parę dni temu na Interii pojawił się artykuł A jednak! To nie asteroida? Dinozaury i tak były bliskie zagłady. Inny powód, który mnie mocno zdziwił. Jego autor, Wojciech Brzeziński, m.in. pisze:

Czy dinozaury były skazane na zagładę i przed uderzeniem asteroidy? Najnowsze badanie, w którym naukowcy posłużyli się sztuczną inteligencją wskazuje, że dni wielkich gadów były policzone jeszcze przed kosmiczną kolizją.

Nikt nie kwestionuje, że do katastrofalnego uderzenia planetoidy faktycznie doszło. Jego ślady widzimy zresztą na całym świecie – geologiczne warstwy pochodzące z zamykającej erę dinozaurów kredy oddziela od późniejszego paleogenu cieniutka warstewka irydu. Ten pierwiastek, rzadki na Ziemi, ale całkiem powszechny na asteroidach, został rozpylony na całej powierzchni Ziemi przez kosmiczną eksplozję. 

Pytanie nie brzmi więc, czy asteroida zabiła dinozaury, ale czy jedynie przyspieszyła ich nieuchronny koniec. Czy wielkie gady były skazane na wymarcie już wcześniej. 

Coraz więcej dowodów geologicznych sugeruje bowiem, że świat dinozaurów już wcześniej znajdował się w klimatycznym i ekologicznym chaosie. Jego źródłem były ogromne erupcje wulkaniczne w tzw. Trapach Dekańskich. 

Trapy (ich nazwa pochodzi od szwedzkiego słowa trappa, oznaczającego “schody” ze względu na znajdujące się tam struktury przypominające schodki) to ogromny, wulkaniczny obszar obejmujący około połowy powierzchni dzisiejszych Indii. Powstały dokładnie wtedy, gdy wymierały dinozaury. Przez 300 tys. lat przed uderzeniem asteroidy i przez kolejnych 500 tys. lat po nim ogromne wulkany wyrzuciły z siebie ilość lawy tak ogromną, że pokryła niemal całe Indie dwukilometrową warstwą. 

Ale płynne skały nie były jedynym, co wydobywało się z ognistych czeluści. Przez 800 tys. lat te same wulkany wpompowały do atmosfery 10,4 biliona ton CO2 i 9,3 biliona ton dwutlenku siarki. Dla porównania, w latach 2000-2023 ludzkość emitowała około 16 mld ton CO2 rocznie. Tłoczymy do atmosfery gazy cieplarniane stukrotnie szybciej, niż robiły to starożytne wulkany, ale robimy to zaledwie od stulecia. Tamte wulkany pozostawały aktywne przez setki tysięcy lat. 

Wulkaniczne emisje musiały ocieplić klimat Ziemi, choć dwutlenek siarki nieco spowalniał ten proces. Gwałtowne klimatyczne zmiany musiały mieć dramatyczny wpływ na życie na Ziemi. Jak wielki? O to do tej pory trwają spory. 

x

Widać więc wyraźnie, że następuje powolne wycofywanie się z obowiązującej jeszcze do niedawna teorii katastroficznej na rzecz długotrwałego procesu. Ma to oczywiście związek z narzucaną nam teorią, że to człowiek, poprzez swoją działalność, jest przyczyną zmian klimatycznych i że to może doprowadzić do takich samych skutków, jak w przypadku dymiących niegdyś wulkanów, że ludzkość wyginie od nadmiaru emitowanych przez siebie gazów.

Dla porządku wypada powiedzieć, że dzieje Ziemi zostały podzielone na ery, a one na okresy. Mamy więc erę paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Czas przed erą paleozoiczną to prekambr, czyli to, co było przed kambrem, najstarszym okresem ery paleozoicznej. Era mezozoiczna dzieli się na trias, jurę i kredę. Kenozoiczna – na trzeciorzęd i czwartorzęd. Trzeciorzęd dzieli się na paleogen, o którym wspomniał autor cytowanego artykułu, i neogen. Chodzi więc o to, co działo się na granicy kredy i trzeciorzędu. Ktoś dociekliwy mógłby jeszcze zapytać: skoro mamy trzeciorzęd i czwartorzęd, to gdzie się podział pierwszorzęd i drugorzęd? Początkowo Francuzi proponowali podział dziejów Ziemi na pierwszorzęd, drugorzęd, trzeciorzęd i czwartorzęd. Natomiast Anglicy na ery paleozoiczną, mezozoiczną i kenozoiczną. Po targach zgodzono się na angielski podział, a erę kenozoiczną podzielono na trzeciorzęd i czwartorzęd. I tak zostało.

x

Czy tak rzeczywiście mogło być, jak opisuje to autor artykułu? Dla porównania fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi PWN (2011):

Często przywoływany scenariusz katastrofy kosmicznej opiera się na założeniu, że iryd występujący w czarnym granicznym ile pochodzi z ciała niebieskiego, które wówczas uderzyło w Ziemię. Coraz więcej argumentów przemawia jednak za tym, że za podwyższoną zawartością irydu (ściślej: platynowców) w osadach skondensowanych stratygraficznie, co było częstym zjawiskiem w historii geologicznej, stoi jakiś mechanizm biologiczny, a nie czynniki kosmiczne. Nie ma dowodu na dokładnie taki wiek jakiegokolwiek krateru meteorytowego. Nad brekcją impaktową w karterze Chicxulub na Jukatanie, długo uważanym za ślad po sprawcy katastrofy ekologicznej na granicy kredy i trzeciorzędu, jest osad z otwornicami kredowymi (zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że redeponowanymi). Jednak również w osadach dennych Zatoki Meksykańskiej drobiny szkliwa z meteorytu Chicxulub występują poniżej warstewki wzbogaconej w iryd. Oczywiście wielkie meteory i komety nierzadko zderzały się z Ziemią, również w okresie kredowym. Wątpliwe jednak, by katastrofa kosmiczna spowodowała skutki tak ekologicznie specyficzne, jakich dowodzi zapis paleontologiczny.

Jedną podstawowych zasad obowiązujących w geologii jest ta, że w przypadku warstw niezaburzonych, tj. leżących poziomo, jedna na drugiej, warstwy starsze leżą niżej, a młodsze wyżej. Jeśli więc nad brekcją impaktową, czyli, mówiąc po ludzku, kupą gruzu powstałą po uderzeniu meteorytu, leżą osady kredowe, to znaczy, że krater powstał wcześniej, jest starszy od osadów kredowych. Jeśli drobiny szkliwa z meteorytu leżą poniżej warstewki wzbogaconej w iryd, to znaczy, że uderzenie meteorytu nastąpiło wcześniej i powstał osad w postaci tych drobinek, a dopiero na nim osadziła się warstwa irydowa. Może to oznaczać, że ta warstwa irydowa nie ma nic wspólnego z upadkiem meteorytu. Zwolennicy katastrofy kosmicznej twierdzą, że osad kredowy został redeponowany. To znaczy, że został przywleczony z innego miejsca, w którym powstał wcześniej, niż nastąpiło uderzenie meteorytu. Tylko, że trzeba to jakoś uzasadnić, a tego brakuje. Takie sytuacje zdarzają się. W Polsce mamy przykład tzw. kry kredowej, która, jako starsza, leży na młodszych osadach, ale ona została wyrwana z podłoża przez przesuwający się lodowiec i przywleczona na nowe miejsce.

Wymarcie dinozaurów miało jednak podłoże odmienne niż stopniowe wypieranie gadów ssakokształtnych przez dinozaury. W późnej kredzie nie ma żadnych objawów zastępowania dinozaurów we właściwych im ekosystemach przez jakiekolwiek inne grupy kręgowców. Ssaki przez całą kredę pozostawały zwierzętami na ogól drobnych rozmiarów i zapewne nocnego trybu życia. Co więcej, zachowały te cechy przynajmniej przez kilka milionów lat po ostatecznym wyginięciu dinozaurów. Wygląda więc na to, że do końca kredy nastąpił całkowity zanik ekosystemów właściwych dla dinozaurów, zamykając możliwości przetrwania tej grupie skrajnych ekologicznych specjalistów i grupom jej podobnym (amonity). Nadeszły trwające parę milinów lat czasy niestabilnego środowiska, niesprzyjające ekologicznej specjalizacji. Dopiero w eocenie (starszy trzeciorzęd – przyp. W.L.) pojawiły się roślinożerne ssaki o rozmiarach porównywalnych z późnokredowymi dinozaurami, nawet wówczas jednak największymi drapieżnikami były wciąż, pokrewne dinozaurom, krokodyle i ptaki. Trzeba więc było kilkunastu milionów lat przemian ewolucyjnych, by z drobnych nocnych oportunistów powstały wielkie ziemno-wodne zwierzęta realizujące strategię ekologiczną specjalistów.

Wymarcie dinozaurów, tak jak i gadów ssakokształtnych, nie było zupełne. Można wręcz powiedzieć, że z tych dwu wielkich gałęzi kręgowców, gady naczelne pozostawiły po sobie więcej linii ewolucyjnych i reprezentowanych przez większe zwierzęta. O ile bowiem jedyną pozostałością po gadach ssakokształtnych były drobne i nieliczne ssaki, o tyle pamiątką po epoce dinozaurów są krokodyle i, wywodzące się ze wspólnego z dinozaurami przodka, ptaki, grupy zgoła nie marginalnego znaczenia w starszym trzeciorzędzie.

x

Z powyższego cytatu wyłania się trochę inna interpretacja tego, co działo się na przełomie kredy i trzeciorzędu. Uzupełnienia wymaga też informacja o tych wulkanach, które wyrzucały z siebie tak ogromną ilość lawy. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W przypadku centralnych lawa wydobywa się przez okrągły otwór i tworzy się krater i stożek wulkaniczny, czyli taki wulkan jak Etna czy Wezuwiusz. I o takich pisał autor cytowanego artykułu. Są to gwałtowne erupcje, co czasem gdzieś można zobaczyć. W przypadku erupcji linijnych lawa spokojnie wydobywa się długimi szczelinami i rozpływa się po powierzchni. I tak właśnie powstawały m.in. te trapy na Dekanie. Współcześnie tego typu zjawiska można obserwować na Islandii. Tam dochodziło do wylewów w latach 930-950, 1783, 1947, 1950. Tworzyły się szczeliny od długości 25-30 km i lawa pokrywała obszar o powierzchni kilkuset km2. Na tych szczelinach powstawały później stożki wulkaniczne. Jednak w przeszłości było to zjawisko częstsze i przede wszystkim na o wiele większą skalę. Tak było na granicy kredy i trzeciorzędu w dorzeczu rzeki Kolumbii w północno-zachodnich stanach Stanów Zjednoczonych (lawa pokryła większą powierzchnię niż na Dekanie, ale o mniejszej grubości), na Dekanie, w Afryce Wschodniej, na północnej Syberii, w południowej Brazylii, w Patagonii i w innych miejscach.

Szczelinami wydobywają się lawy i bardzo niewielkie ilości popiołów. Pod tym względem wyjątkowy był wybuch nowozelandzkiego wulkanu Tarawera w 1886 roku. Powstała wówczas szczelina o długości 14 km, szerokości 120 metrów, głębokości 100-140 metrów, na której utworzyło się kilkanaście karterów wyrzucających tylko popioły i bomby wulkaniczne. Popioły pokryły obszar 200 000 km2. W 1759 roku w Meksyku utworzyła się szczelina, z której wyrzucane były kamienie i piasek; utworzyły one sześć stożków, z których jeden, największy, wyrzucał także lawę.

Wygląda więc na to, że zjawisko jest bardziej skomplikowane, niż przedstawia to autor cytowanego artykułu. Jeśli więc na podstawie jakiegoś uproszczonego modelu tworzą symulacje komputerowe i zatrudniają sztuczną inteligencję, to jaki pasztet z tego może wyjść? Chyba tylko Benny Hill mógłby wymyślić coś takiego.

x

W początkowych okresach rozwoju geologii zakładano, że procesy geologiczne przebiegają katastrofalnie. Głównym przedstawicielem tego poglądu był francuski uczony G. Cuvier (1769-1832). Sądził on, że skoro warstwy leżące nad sobą zawierają szczątki odmiennych organizmów, świat organiczny od czasu do czasu ginął wskutek jakichś katastrof, a następnie był na nowo odtwarzany. Jako pierwszy, Szkot J. Hutton (1726-1797), wysunął tezę, że procesy geologiczne przebiegają bardzo powoli i że w dawnych okresach geologicznych było tak samo. Jest to teza uniformitaryzmu, według której warunki na Ziemi w przeszłości były podobne do dzisiejszych, te same siły działały i wywoływały te same procesy geologiczne co dziś. Teraźniejszość, zdaniem Huttona, jest więc kluczem do przeszłości. Później Ch. Lyell (1797-1875), kolega Darwina, rozbudował i uzasadnił tezę Huttona, obalając twierdzenia katastrofistów. Na tym poglądzie opiera się metoda aktualizmu geologicznego, polegająca na obserwowaniu obecnie przebiegających procesów geologicznych w celu odtworzenia zjawisk geologicznych, które odbywały się w przeszłości. W sumie więc jest to metoda zbliżona do tej, której używa się w detektywistyce. Detektyw też próbuje, na podstawie pozostawionych śladów, odtworzyć to, co działo się wcześniej.

Tak więc podstawą, na której opiera się geologia, jako nauka, jest metoda uniformitaryzmu i aktualizmu geologicznego. Czy sprawdza się ona w praktyce? Jak najbardziej! Wszystkie złoża mineralne, które odkrył człowiek, zostały odkryte w oparciu o tę metodę i wiedzę z niej wynikającą. Czym innym jest jednak odkrycie jakichś złóż mineralnych, a czym innym jest wyjaśnienie, w jaki sposób one powstały. Na przykład na temat tego, jak tworzyły się złoża ropy naftowej nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Odkryte złoże to jest konkret. Znajduje się w tym i tym miejscu, na takiej a takiej głębokości i koniec dyskusji. A jak ono powstało? Interpretować można różnie, podobnie jak w przypadku wyginięcia dinozaurów. I tę słabość nauk przyrodniczych wykorzystuje ideologia, a konkretnie Żydzi, którzy są chyba twórcami wszystkich ideologii.

x

W końcowej części swojej książki Dzieje życia na Ziemi Jerzy Dzik pisze na temat metody naukowego poznania:

Są dwie główne strategie ścisłego naukowego poznania i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno się opierać na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.

To, co poniżej, to bełkot, ale to nie bełkot autora. On tylko opisuje bełkot Poppera, który był idolem G. Sorosa, a który to Soros miał ambicje, by być filozofem.

Poszukiwanie prawdy powinno więc polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, następnie odrzucaniu tych z nich, z których wypływają wnioski sprzeczne z obserwowanymi zjawiskami. Tylko te z teorii niesprzecznych z danymi doświadczalnymi należą należą do dziedziny nauki, które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone (sfalsyfikowane). Najlepsze są zaś te, które dają najwięcej możliwości sfalsyfikowania. Falsyfikacja jest tym łatwiejsza, im bardziej uniwersalne jest twierdzenie, tzn. im szerszy jest zakres opisywanych przezeń zjawisk i im bardziej kategoryczne jest określenie przewidywanego (dedukcyjnie) stanu. Wiedza nasza o rzeczywistości składa się, zgodnie z falsyfikacjonizmem, z zestawu nieodrzuconych do tej pory twierdzeń, stanowiących spójną logicznie konstrukcję. Nie ma twierdzeń pewnych, każde z nich stale jest narażone na falsyfikację i (lub) zastąpienie przez twierdzenie lepiej opisujące rzeczywistość. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację.

x

Napisałem, że to bełkot, bo jeśli według Poppera poszukiwanie prawdy ma polegać na spontanicznym wysuwaniu teorii objaśniających rzeczywistość, to na czym ma się opierać ta spontaniczność? No bo nie na metodzie indukcyjnej, którą odrzucił. A na czym? Tego nie wyjaśnia. Tylko te z teorii, niesprzecznych z danymi doświadczalnymi, należą do dziedziny nauki (Ale jak? Skoro dane doświadczalne uzyskuje się metodą indukcji), które potencjalnie mogą być przez takie dane odrzucone. Raz dane doświadczalne są niedobre, a drugim razem mogą posłużyć do zanegowania (sfalsyfikowania) teorii. A najlepsze są te teorie, które najłatwiej sfalsyfikować. To już jest jakieś „sanatorium pod klepsydrą”. Obowiązkiem uczonego jest bezlitosne testowanie, przez próby falsyfikacji, wszystkich teorii i przedstawienie swoich własnych koncepcji w formie ułatwiającej falsyfikację. Czyli stworzyć teorię, którą będzie można łatwo zanegować. Taki żydowski kit, że aż zęby bolą.

Nassim Nicholas Taleb w książce Zawiedzeni przez losowość (2016) pisze:

„Falsyfikacjonizm Poppera jest ściśle powiązany z pojęciem społeczeństwa otwartego. Jest to rodzaj społeczeństwa, w którym nie pielęgnuje się żadnych niezmiennych prawd, dzięki czemu mogą się rodzić nowe, sprzeczne z dotychczasowymi idee.” W naszych realiach to społeczeństwo otwarte to: róbta, co chceta.

I jeszcze jeden cytat z Dziejów życia na Ziemi Jerzego Dzika (wytłuszczenie W.L.):

Dlaczego mechanizmy przebiegu ewolucji mają znaczenie dla filozofów? Okazuje się, że roztrząsając problemy ewolucji nikomu nieznanych organizmów sprzed milionów lat, stajemy na rozdrożu wymagającym wyboru jednej z wielu dróg wiodących ku poznaniu, wielu epistemologii. Było tak za czasów Trofima Łysenki, jest i dziś, choć szczęśliwie ryzyko podjęcia wyboru niewłaściwego w stosunku do okoliczności jest dziś znacznie mniejsze.

Z jednej bowiem strony jest selekcjonistyczna teoria ewolucji (podstawowa dla programu syntetycznej teorii ewolucji) i koncepcja trzeciego świata Karla R. Poppera (podstawowa dziś dla politycznej koncepcji społeczeństwa otwartego), czy wreszcie sama metodologia falsyfikacjonizmu. Eksponują one znaczenie mechanizmów samoregulacji i płynnej akomodacji do czynników zewnętrznych rozważanych układów otwartych, czyli organizmów, społeczeństw, konstrukcji naukowych.

Na przeciwnym biegunie epistemologii saltacjonistyczne (skokowe – przyp. W.L.) koncepcje ewolucji biologicznej, rewolucyjne koncepcje rozwoju społeczeństw czy koncepcja paradygmatów Thomasa S. Kuhna akcentują znaczenie nieciągłych przejść pomiędzy układami. Zmiany mają następować w wyniku dialektycznego kumulowania przeciwieństw i skokowego przejścia w nową jakość. Trzeba pamiętać o tych filozoficznych podtekstach, kiedy śledzi się dyskusje o ewolucji.

x

A co to takiego paradygmat? Wikipedia pisze (wytłuszczenie W.L.):

Paradygmat (gr. παράδειγμα parádeigma „przykład, wzór”) – zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki; znaczenie to wprowadził filozof Thomas Kuhn w książce Struktura rewolucji naukowych (ang. The Structure of Scientific Revolutions) z 1962 roku.

W 13 rozdziałach Kuhn dowodzi, że nauka nie jest jednostajnym, kumulatywnym pozyskiwaniem wiedzy. Zamiast tego nauka jest serią spokojnych okresów przerywanych przez gwałtowne intelektualne rewolucje, po których jeden koncepcyjny światopogląd jest zamieniany przez inny. Kuhn spopularyzował w tym kontekście termin paradygmat, opisywany przez niego jako w istocie zbiór poglądów podzielanych przez naukowców, zestaw porozumień o pojmowaniu zagadnień. Pomimo tego krytycy zarzucali mu brak precyzji w stosowaniu tego terminu.

Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Paradygmat kieruje wysiłkiem badawczym społeczności naukowych i jest tym kryterium, które najbardziej ściśle identyfikuje obszary nauk. Fundamentalnym argumentem Kuhna jest to, że dla dojrzałej nauki typową drogą rozwojową jest kolejne przechodzenie w procesie rewolucji od jednego do innego paradygmatu. Gdy ma miejsce zmiana paradygmatu, „świat naukowy zmienia się jakościowo i jest jakościowo wzbogacany przez fundamentalnie nowe zarówno fakty, jak i teorie”.

xxx

O co chodzi z tym falsyfikacjonizmem? Otóż wcześniej było tak, że dla średniowiecznych scholastyków naukową metodą poznania była dedukcja, czyli czysto rozumowe postrzeganie rzeczywistości, bez związku z doświadczeniem realnego świata. Jednak w XVIII wieku nauka przeszła, według niektórych, do naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. John Stuart Mill tak sformułował ten problem: Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Każdy z nas zapewne nieraz widział białe łabędzie, ale ani razu nie widział czarnego. I tego doświadczali inni. Setki obserwacji potwierdzały tylko wniosek, że wszystkie łabędzie są białe. Ale po odkryciu Australii okazało się, że są również i czarne łabędzie. Dla przeciwników metody indukcyjnej był to argument, że obserwacja i doświadczenie nie przybliża nas do poznania prawdy i konieczne są inne metody, jak choćby falsyfikacjonizm, czyli wykazanie, że dana teoria jest nieprawdziwa.

Czy rzeczywiście chodzi tu o szukanie prawdy, czy może o coś innego? W mojej ocenie chodzi o to, by zachodziła pewna spójność pomiędzy naukami społecznymi i przyrodniczymi. Jeśli w naukach społecznych obowiązuje materializm dialektyczny, czyli rewolucyjny rozwój poprzez sprzeczności, to tak samo ma być w naukach przyrodniczych. Ewolucja to nie jest stopniowy, powolny proces, a przejście od jednego stanu do drugiego odbywa się gwałtownie, chciałoby się powiedzieć rewolucyjnie. Chodzi o wmówienie ludziom, tak podprogowo, że rewolucje czy wojny to jest naturalny proces, który obowiązuje również w przyrodzie.

A może też chodzi o robienie ludziom wody z mózgu: Zgodnie z poglądami Kuhna paradygmat jest istotny dla badań naukowych, gdyż „żadna nauka przyrodnicza nie może być wyjaśniana bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów pozwalających na wybór, ocenę i krytykę”. Co to znaczy „bez zastosowania splecionych teoretycznych i metodologicznych poglądów”? I takie coś ma pozwolić „na wybór, ocenę i krytykę”. Chyba tylko żydowski umysł jest w stanie stworzyć coś tak nieuchwytnego, niejasnego, pokrętnego i jeszcze nazwać to metodą naukową.

Z kolei falsyfikacjonizm jest wygodnym narzędziem, gdy trzeba się podeprzeć nauką, a w danym momencie obowiązująca teoria naukowa nie pasuje do ideologii. Umożliwia on stworzenie w krótkim czasie nowej teorii, podpartej symulacjami komputerowymi i sztuczną inteligencją. W tym wypadku żmudne, czasochłonne badania i obserwacje nie są konieczne, a teoria zachowuje pozory naukowości. Skoro wmawia się ludziom, że zmiany klimatyczne są wynikiem nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, to wypada podeprzeć to odpowiednim argumentem naukowym. I już wyginięcie dinozaurów nie jest wynikiem uderzenia asteroidy, tylko wynikiem nadmiernej emisji tych gazów przez wybuchające wulkany.

x

Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłuszne więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo. – Jerzy Dzik Dzieje życia na Ziemi.

x

Aktualizacja z dnia 21.12.2023: Wybuch wulkanu na Islandii.

W poniedziałek 18 grudnia 2023 w południowo-zachodniej Islandii, po tygodniach intensywnych trzęsień ziemi, wybuchł wulkan – podało Biuro Meteorologiczne tego kraju. Jak widać jest to erupcja linijna. Do takich erupcji dochodziło, na daleko większą skalę, na granicy kredy i trzeciorzędu w wielu miejscach na Ziemi.

Henry Kissinger

29 listopada 2023 roku zmarł Henry Kissinger. Dożył stu lat, a więc sprawdziło się w jego przypadku powiedzenie, że złego licho nie bierze. Dla wielu był on wcieleniem zła, ale dla politycznego establishmentu był wybitną osobowością. Jak widać punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W związku z jego śmiercią ukazało się mnóstwo artykułów w prasie i komentarzy w internecie. Większość z nich jest oczywiście krytyczna i przypomina zbrodnie Kissingera. Jeden z takich krótkich komentarzy zamieścił kanał Break Through News.

Jest w nim mowa o tym, że odpowiadał za jedne z najbardziej okrutnych zbrodni ludobójstwa w historii świata. Za czasów prezydenta Nixona (1969-1973) był odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi w Wietnamie, Kambodży i Laosie. Był odpowiedzialny za 3.875 bombardowań Kambodży, które celowo były skierowane przeciwko ludności cywilnej. Laos do dnia dzisiejszego pozostaje najbardziej zbombardowanym państwem w historii świata. W Chile Kissinger odpowiadał za osobiste kierowanie puczem w 1973 roku, który doprowadził do upadku rządu Salvadora Allende i przejęcia władzy przez Augusto Pinocheta. Rząd Pinocheta odpowiada śmierć tysięcy osób i torturowanie dziesiątek tysięcy osób w czasie 16-letnich rządów. Pomógł on także pakistańskiemu dyktatorowi Yahya Khan w jego wojnie z powstaniem w Bangladeszu w 1971 roku, w wyniku której, według szacunków, zginęło od 300 tys. do 3 milionów ludzi. Kissinger poparł też i uzbroił indonezyjskiego dyktatora Suharto, który we Wschodnim Timorze w 1975 roku doprowadził do śmierci 200 tys. ludzi. W 1976 roku zaakceptował też działania junty w Argentynie w jej wojnie z lewicą. Skutkiem tego były brutalne morderstwa, tortury i zaginięcie ponad 30 tys. ludzi. – To tylko niektóre zbrodnie Kissingera. Bezspornym wydaje się więc, że powinien być zapamiętany jako ten, który opowiada za jedne z największych masowych mordów w historii.

Leszek Sykulski w swoim podkaście geopolitycznym mówi m.in.:

Kissinger był sekretarzem stanu w czasie prezydentury Nixona i Forda. To ikona amerykańskiego imperializmu. Był on jednym z architektów amerykańskiej polityki imperialnej. Według niektórych analityków Kissinger ponosi odpowiedzialność za śmierć 3 mln ludzi. Nadzorował tajną operacją dywanowego bombardowania Kambodży, gdzie zginęło mnóstwo ludzi. Był to człowiek, który sabotował szanse na rozejm w Wietnamie. I to działalność Kissingera przeciągnęła tę wojnę o 7 lat. Był odpowiedzialny za akcję CIA, która zainstalowała rządy Augusto Pinocheta w Chile. Oblicza się, że na Kambodżę Stany Zjednoczone wykonały ponad 3,5 tys. bombardowań w latach 1969-1970. Szacuje się, że amerykańskie lotnictwo zrzuciło wówczas więcej bomb, niż w trakcie II wojny światowej. Niewątpliwie działania te przyczyniły się do przejęcia władzy w Kambodży przez Czerwonych Khmerów i wymordowania przez nich ponad dwóch milionów jej obywateli.

Pamiętajmy, że ten człowiek ma bardzo wielu apologetów we współczesnych elitach amerykańskiej polityki zagranicznej, w elitach akademickich w Stanach Zjednoczonych. Natomiast, pamiętajmy, jest to człowiek, który osobiście sabotował jedyną szansę na zakończenie wojny w Wietnamie w 1968 roku. To działanie miało zabezpieczyć mu dojście do władzy w administracji Nixona.

x

W Wikipedii można przeczytać m.in.:

Henry Kissinger urodził się 27 maja 1923 w Fürth w niemieckiej Bawarii, w rodzinie żydowskiej. Był synem nauczyciela Louisa Kissingera (ur. 1887) oraz pochodzącej ze stosunkowo zamożnej i wpływowej rodziny Pauli Kissinger z domu Stern (ur. 1901 w Leutershausen). Jego prapradziadkiem ze strony ojca był Meyer Löb (1767–1838), żydowski nauczyciel z Kleineibstadt, który w 1817 przyjął nazwisko Kissinger na cześć uzdrowiskowej miejscowości Bad Kissingen, będącej od 1795 jego miejscem zamieszkania – zastosował się w ten sposób do przyjętego w 1813 w Bawarii prawa, które wymagało od niemających (w sensie niemieckim) nazwisk Żydów ich posiadania. Miał młodszego brata Waltera (1924–2021). Był wychowywany w ortodoksyjnej odmianie wyznania żydowskiego i w młodości spędzał codziennie dwie godziny na pilnym studiowaniu Biblii i Talmudu.

Kissinger był nieśmiałym i introwertycznym dzieckiem. Mając dobre wyniki w nauce w lokalnej szkole żydowskiej marzył o kontynuowaniu nauki w Gymnasium, prestiżowej państwowej szkole średniej, jednak zanim osiągnął odpowiedni wiek przestała ona przyjmować Żydów. W 1938 rodzina Kissingera w reakcji na coraz bardziej antysemicką politykę Niemiec podjęła decyzję o ucieczce do Stanów Zjednoczonych. 20 sierpnia 1938 rodzina wyruszyła drogą morską przez Londyn do Nowego Jorku.

Chcąc mieć większy wpływ na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, Henry Kissinger został doradcą ds. polityki zagranicznej podczas kampanii prezydenckich Nelsona Rockefellera, wspierając jego starania o nominację Partii Republikańskiej w latach 1960, 1964 i 1968. W latach 1961–1968, oprócz wykładania na Uniwersytecie Harvarda, był specjalnym doradcą prezydentów Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona w sprawach polityki zagranicznej. W 1969 ostatecznie odszedł z Harvarda i objął funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, którą pełnił do 1975, ponadto w latach 1973–1977 sprawował też urząd sekretarza stanu – oba stanowiska piastował najpierw w administracji prezydenta Richarda Nixona, a później Geralda Forda. W 1972 wraz z Richardem Nixonem został Człowiekiem Roku tygodnika „Time”.

Wielką próbą polityki zagranicznej w karierze Kissingera była wojna wietnamska, która zanim został doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego stała się niezwykle kosztowna, zabójcza i niepopularna. Dążąc do osiągnięcia „pokoju z honorem”, Kissinger połączył inicjatywy dyplomatyczne i wycofanie wojsk z niszczycielskimi kampaniami bombowymi w Wietnamie Północnym, mającymi na celu poprawę amerykańskiej pozycji negocjacyjnej i utrzymanie wiarygodności kraju w oczach międzynarodowych sojuszników i wrogów. Oprócz tego Kissinger zainicjował tajną kampanię bombową w Kambodży. Zarówno strategia „pokoju z honorem” w Wietnamie, jak i bombardowanie Kambodży budzą niemałe kontrowersje. „Pokój z honorem” przedłużył wojnę o cztery lata i kosztował życie 22 000 żołnierzy amerykańskich oraz niezliczonej liczby Wietnamczyków, zaś bombardowanie Kambodży wyniszczyło kraj i jest uznawane za czynnik, który pomógł Czerwonym Khmerom przejąć tam władzę.

27 stycznia 1973 Kissinger i jego północnowietnamski partner negocjacyjny Lê Đức Thọ ostatecznie podpisali porozumienie o zawieszeniu broni, kończące bezpośrednie zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w konflikt. W tym samym roku obaj politycy zostali uhonorowani Pokojową Nagrodą Nobla, której przyjęcia Lê odmówił, pozostawiając Kissingera jako jedynego jej odbiorcę. Przyznanie Kissingerowi nagrody jest uznawane za jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji przyznającego ją Norweskiego Komitetu Noblowskiego w historii. Jako protest przeciwko tej decyzji dwóch członków Komitetu zrezygnowało z członkostwa, co stało się po raz pierwszy w historii przyznawania tej nagrody.

Kissinger miał także niemały wkład w rozwój relacji Stanów Zjednoczonych z Chińską Republiką Ludową. W 1971 odbył dwie tajne podróże do tego państwa, torując drogę do historycznej wizyty prezydenta Richarda Nixona w Chinach w 1972 i normalizacji stosunków chińsko-amerykańskich w 1979 roku.

Henry Kissinger ustąpił ze stanowiska sekretarza stanu po zakończeniu kadencji administracji Geralda Forda w 1977, jednak wciąż odgrywał znaczącą rolę w amerykańskiej polityce zagranicznej. W 1983 prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan powierzył mu przewodzenie Dwupartyjnej Komisji Narodowej ds. Ameryki Środkowej (National Bipartisan Commission on Central America). W latach 1984–1990, zarówno pod rządami Ronalda Reagana jak i jego następcy George’a H.W. Busha, zasiadał w Radzie Doradczej Prezydenta ds. Wywiadu Zagranicznego (President’s Foreign Intelligence Advisory Board).

Odegrał rolę w tzw. sprawie szpiegowskiej Rio Tinto z lat 2009–2010. Zgodnie z doniesieniami medialnymi zainkasował blisko 5 milionów dolarów za poinstruowanie koncernu wydobywczego Rio Tinto, jak odciąć się od aresztowanego w Chinach za łapówkarstwo pracownika, obywatela Australii Sterna Hu, i zbudować dobre relacje z chińskimi władzami.

Tuż po wyborze na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2016 Donald Trump zwrócił się do Kissingera z prośbą, aby został jego doradcą o specjalnym charakterze. 17 listopada 2016 Kissinger odbył spotkanie z prezydentem-elektem Trumpem, podczas którego obaj politycy omówili sprawy globalne. W maju 2017 Kissinger spotkał się z Trumpem w Białym Domu.

x

Zapewne te wszystkie komentarze i analizy, jakie pojawiły się po śmierci Kissingera, skupiają się na nim jako polityku, ale nie na tym, jakim był człowiekiem. W listopadzie 1972 roku Oriana Fallaci przeprowadziła z nim wywiad (Oriana Fallaci Wywiad z historią Świat książki, 2016). Był to nietypowy wywiad, bo składał się z dwóch części. Kissinger postawił warunek: zanim udzieli jej wywiadu, to sam przeprowadzi z nią wywiad i po nim oceni, czy warto jej udzielić wywiadu. Był to jedyny wywiad, jakiego udzielił Kissinger w swoim życiu. We wstępie do niego Fallaci m.in. pisze:

Ten człowiek jest zbyt sławny, zbyt ważny, mający zbyt wielkie szczęście, którego określano przydomkiem Superman, Superstar, Superkraut, a który zawierał paradoksalne sojusze, osiągał niemożliwe porozumienia, sprawiał, że świat wstrzymywał oddech, jakby ten świat był grupą jego studentów z Harvardu. Ten niewiarygodny, niezrozumiały, w gruncie rzeczy absurdalny osobnik, który spotykał się z Mao Tse-tungiem, kiedy tylko chciał, wchodził do Kremla, kiedy miał na to ochotę, budził prezydenta Stanów Zjednoczonych i wkraczał do jego pokoju, kiedy uznał to za stosowne. Ten pięćdziesięciolatek w okularach z zausznikami, w porównaniu z którym James Bond był całkowicie jałowym wymysłem. On nie strzelał, nie bił się na pięści, nie wyskakiwał z rozpędzonych samochodów jak James Bond, ale doradzał wojny, kończył wojny, rościł sobie prawo do zmiany naszego losu, a nawet go zmieniał. Kim więc, koniec końców, był ten Henry Kissinger?

(…) Nie przypadkiem można go było uznawać za drugiego najpotężniejszego człowieka Ameryki. Chociaż niektórzy uważali, że był kimś więcej, o czym świadczy dowcip, który w okresie mojego wywiadu krążył po Waszyngtonie: „Pomyśl, co by się stało, gdyby umarł Kissinger, Richard Nixon zostałby prezydentem Stanów Zjednoczonych…”.

Nazywano go umysłową niańką Nixona. Dla niego i Nixona ukuto złośliwe i demaskatorskie nazwisko: Nixinger. Prezydent nie mógł się bez niego obyć. Chciał go mieć zawsze u boku: podczas każdej podróży, uroczystości, oficjalnej kolacji, w czasie wakacji. A przede wszystkim przy podejmowaniu każdej decyzji. Jeśli Nixon postanawiał jechać do Pekinu, wprawiając w osłupienie prawicę i lewicę, to właśnie Kissinger podsunął mu wcześniej pomysł podróży do Pekinu. Jeśli Nixon postanawiał jechać do Moskwy, żeby zmylić Wschód i Zachód, to Kissinger zasugerował mu, by udał się do Moskwy. Jeśli Nixon postanawiał zawrzeć ugodę z Hanoi i opuścić Thieu, to Kissinger przekonał go do tego kroku. Jego domem był Biały Dom. Kiedy nie był akurat w podróży jako ambasador, tajny agent, minister spraw zagranicznych, negocjator, wchodził do Białego Domu wczesnym rankiem, a wychodził wieczorem. (…)

Człowiek ten pozostawał zatem zagadką, tak samo jak jego nieporównywalny sukces. Jedną z przyczyn takiej tajemnicy był fakt, że zbliżyć się do niego, zrozumieć go było niezwykle trudno, nie udzielał bowiem indywidualnych wywiadów, wypowiadał się wyłącznie na konferencjach prasowych zwoływanych przez biuro prezydenta. Tak więc przysięgam, dotąd jeszcze nie zrozumiałam, dlaczego zgodził się mnie przyjąć zaledwie trzy dni po otrzymaniu mojego pozbawionego złudzeń listu. On sam mówi, że to z powodu mojego wywiadu z generałem Giapem (pokonał Francuzów pod Dien Bien Phu – przyp. W.L.), przeprowadzonego w Hanoi w lutym 1969 roku. Być może. Pozostaje jednak faktem, że po tym nadzwyczajnym „tak” zmienił zdanie i postanowił zobaczyć się ze mną pod jednym warunkiem: że mi nic nie powie. Podczas spotkania to ja miałam mówić i na podstawie tego, co powiem, on miał postanowić, czy udzieli mi wywiadu, czy też nie. Zakładając, że znajdzie czas. Co też rzeczywiście się stało w Białym Domu, w czwartek 2 listopada 1972 roku, kiedy zobaczyłam go, jak nadchodzi zaspany, bez uśmiechu, mówiąc: „Good morning, miss Fallaci”. Następnie, wciąż bez uśmiechu, wprowadził mnie do swojego eleganckiego gabinetu, pełnego książek, telefonów, papierów, abstrakcyjnych obrazów, fotografii Nixona. Tutaj zapomniał o mnie, pogrążywszy się w lekturze długiego maszynopisu. Było to trochę kłopotliwe siedzieć tam pośrodku pokoju, podczas gdy on czytał odwrócony do mnie tyłem. Z jego strony było to również głupie, prostackie. Pozwoliło mi jednak przyjrzeć mu się, zanim on przyjrzał się mnie. Nie tylko po to, żeby odkryć, że nie jest pociągający, taki niski, krępy, przygnieciony tą wielką, baranią głową, ale by odkryć, że wcale nie jest swobodny ani pewny siebie. Zanim z kimś się zmierzy, potrzebuje zyskać na czasie i osłonić się swoją władzą. Jest to zjawisko częste u osób nieśmiałych, które chcąc to ukryć, stają się w końcu niegrzeczne. Albo naprawdę takie są.

W piętnastej minucie rozmowy, kiedy plułam już sobie w brodę, że zgodziłam się na ten absurdalny wywiad ze strony kogoś, z kim sama chciałam go przeprowadzić, zapomniał trochę o Wietnamie i tonem gorliwego reportera zapytał, którzy przywódcy państwowi wywarli na mnie największe wrażenie (bardzo lubi to określenie). Zrezygnowana, sporządziłam mu taką listę. Zgodził się przede wszystkim, jeśli chodzi o Bhutto: „Bardzo inteligentny, bardzo błyskotliwy”. Zdziwiła go natomiast Indira Gandhi: „Naprawdę podobała się pani Indira Gandhi?”. Nie chciał też uzasadnić złego wyboru, jaki zasugerował Nixonowi podczas konfliktu indyjsko-pakistańskiego, kiedy stanął po stronie Pakistańczyków, którzy mieli przegrać wojnę przeciwko Hindusom, którzy mieli ją wygrać. Na temat innego przywódcy, o którym powiedziałam, że nie wydał mi się inteligentny, ale bardzo mi się spodobał, wypowiedział się następująco: „Inteligencja nie jest potrzebna, żeby być przywódcą państwa. Cechą, która liczy się u przywódców państwa, jest siła. Odwaga spryt i siła”. Uważam to zdanie za jedno z najciekawszych, jakie mi powiedział. Dobrze ilustruje jego typ, jego osobowość. Mężczyzna kocha siłę ponad wszystko. Odwaga, spryt i siła. Inteligencja interesuje go wiele mniej, choć ma jej dużo, jak wszyscy twierdzą. (Czy chodzi jednak o inteligencję, czy też o erudycję i przebiegłość? Według mnie, inteligencja, która się liczy, rodzi się ze zrozumienia ludzi. Nie powiedziałabym, że ma on taką inteligencję. Należałoby przeprowadzić na ten temat trochę głębsze badania. Założywszy, że warto).

Mniej więcej w dwudziestej piątej minucie uznał, że zdałam egzamin. (…) Tak więc o dziesiątej w sobotę 4 listopada znów znalazłam się w Białym Domu. O dziesiątej trzydzieści ponownie wchodziłam do jego gabinetu, żeby rozpocząć być może najbardziej niewygodny wywiad, jaki kiedykolwiek przeprowadziłam. Boże, co za męka! Co dziesięć minut przerywał nam dzwonek telefonu i był to Nixon, który czegoś chciał, nieznośny, dokuczliwy jak dziecko, które nie potrafi przebywać z dala od mamy. Kissinger odpowiadał z troskliwością i uniżonością, zaś rozmowa ze mną rwała się, czyniąc jeszcze trudniejszym wysiłek, by choć trochę go zrozumieć. Wreszcie, w najciekawszym momencie, kiedy zdradzał mi nieuchwytną istotę swojej osoby, znów zadźwięczał jeden z telefonów. I znów był to Nixon: czy pan Kissinger może do niego na chwilę zajrzeć? Oczywiście, panie prezydencie. Zerwał się na równe nogi, powiedział, żebym na niego zaczekała, spróbuje dać mi jeszcze trochę czasu, i wyszedł. Tak zakończyło się moje spotkanie. Dwie godziny później, kiedy wciąż jeszcze czekałam, asystent Dick Campbell przyszedł zakłopotany, żeby mi wyjaśnić, iż prezydent wylatuje do Kalifornii i pan Kissinger musi mu towarzyszyć. Nie wróci do Waszyngtonu przed wtorkowym wieczorem, kiedy rozpocznie się obliczanie głosów, ale szczerze wątpi, bym mogła dokończyć wywiad w tych dniach. Gdybym mogła poczekać do końca listopada, kiedy tak wiele spraw się wyjaśni…

Nie mogłam i nie było warto. Czemu miałaby służyć próba potwierdzenia portretu, który miałam już w ręku? Portretu, który rodzi się z chaosu myśli, barw, wymijających odpowiedzi, wyważonych zdań, irytującego milczenia. (…)

x

Wypada tu jeszcze przytoczyć ten fragment wywiadu, „kiedy zdradzał mi nieuchwytną istotę swojej osoby”, czyli gdy Fallaci miała go już prawie na widelcu. Są to ostatnie dwa pytania tego wywiadu:

Czy jest pan przeciwko małżeństwu?

Nie. Małżeństwo czy też jego brak to dylemat, którego nie można rozwiązać jako kwestię zasady. Mogłoby się zdarzyć, że ponownie się ożenię… tak, mogłoby się tak zdarzyć. Ale wie pani, kiedy jest się poważnym człowiekiem jak ja, to koniec końców, koegzystować z drugą osobą i przetrwać taką koegzystencję jest bardzo trudno. Związek między kobietą a takim jak ja typem jest nieuchronnie bardzo skomplikowany… Trzeba być rozważnym. Och, trudno mi to wyjaśnić. Nie jestem osobą, która zwierza się dziennikarzom.

Zauważyłam, doktorze Kissinger. Nigdy nie przeprowadzałam wywiadu z kimś, kto tak bardzo uchylałby się przed pytaniami i precyzyjnymi określeniami, z nikim, kto tak jak pan broniłby się przed czyjąś próbą przeniknięcia swojej osobowości. Czy jest pan nieśmiały, panie Kissinger?

Tak. Dosyć. Sądzę natomiast, że jestem bardzo zrównoważony. Widzi pani, niektórzy przedstawiają mnie jako osobę niespokojną, tajemniczą, inni zaś pokazują mnie jako człowieka niemal wesołego, który ciągle się uśmiecha, wciąż się śmieje. Obydwa wizerunki są nie do końca prawdziwe. Nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem… Nie powiem pani, kim jestem. Nigdy nikomu tego nie powiem.

xxx

Podobno Kissinger żałował w życiu tylko jednej rzeczy, właśnie tego, że udzielił wywiadu Orianie Fallaci. W tym wstępie, do tego wywiadu, napisała ona też, że w 1938 roku wraz z ojcem, matką i bratem Walterem uciekł do Londynu, a potem do Nowego Jorku, że miał wtedy piętnaście lat, a na imię Heinz, a nie żaden Henry, i nie znał słowa po angielsku. Nauczył się go bardzo szybko. Natomiast Antony C. Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983) zamieścił taką uwagę: „Pozwolimy sobie w tym miejscu na pewną plotkę: otóż kilku przedstawicieli establishmentu stwierdziło, że David Rockefeller jest zwyczajnie niezbyt bystry, a Nelson Rockefeller był jedynym człowiekiem w Ameryce, który potrafił do tego stopnia kaleczyć język angielski, by w jednym zdaniu pomieścić aż dwa błędy formalne”. Tak więc demonizować Żydów nie należy, co nie zmienia faktu, że Kissinger był ponadprzeciętnie uzdolniony. Tylko czy ta ponadprzeciętność dawała prawo, usprawiedliwiała, poprzez podejmowane decyzje, wymordowanie milionów ludzi?

Przypadek Kissingera skłania do refleksji nad naturą władzy. Czym ona jest? Skąd ona się bierze? Kto tak naprawdę rządzi? Antoni Mączak w książce Rządzący i rządzeni (1986) we wstępie do niej pisze:

„W każdej rzeczypospolitej – jakakolwiek byłaby wielka, w każdym państwie – jakkolwiek byłoby ludne, rzadko zdarza się, by więcej niż pięćdziesięciu obywateli w jednym czasie wstępowało na szczeble władzy. Ani w starożytności w Atenach czy w Rzymie, ani obecnie w Wenecji czy Lukce nie ma wielu obywateli rządzących państwem, choć rządy w tych krajach nazywa się republikańskimi.”

Tak rozumował współczesny Makiawelowi kronikarz sieneński, a w jego krótkich zdaniach mieści się jeden z wielkich problemów, przed którymi staje – świadomie lub nie – każdy, kto bada systemy władzy. Autor ów, Claudio Tolomei, miał przed oczami scenę swej znacznej, ale bardzo przez możniejsze organizmy polityczne zagrożonej republiki miejskiej, obserwował mechanizmy polityczne w środowiskach mieszczańskich, ale znał także ówczesnych „tyranów”, przekształcających się właśnie we Włoszech w książąt terytorialnych. Za jego dorosłego życia rozegrał się w środkowych i północnych Włoszech dramat zakończenia wojen o ten kraj, uwieńczony zwycięstwem imperium habsburskiego nad Francją Franciszka I. Wreszcie jak każdy intelektualista włoski tych lat sięgał Tolomei do dostępnych wówczas autorów antycznych, czerpiąc od nich odwagę do ujmowania rzeczywistości w zwięzłe jednoznaczne tezy, do przerzucania mostów nad różnicami kultur, przestrzeni i czasu.

x

W tych wszystkich komentarzach, artykułach, które pojawiły się po śmierci Kissingera, nie ma zapewne tej jednej, ale najważniejszej informacji, a mianowicie tej, że Kissinger swoją nadzwyczajną władzę osiągnął, nie w wyniku demokratycznych wyborów, tylko w wyniku nominacji. A kto go nominował na stanowisko sekretarza stanu czy doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego? Chyba raczej nie Nixon. Nixon, który ustąpił ze stanowiska w 1974 roku po Aferze Watergate, a Kissingerowi włos z głowy nie spadł. Nixon usilnie starał się o reelekcję, ale w wyniku słabnącego poparcia ze względu na przedłużającą się wojnę w Wietnamie, posunął się do nielegalnych sposobów walki ze swoimi przeciwnikami politycznymi. A przecież to działania Kissingera doprowadziły do przedłużenia tej wojny. Jak mówi przysłowie: cygan zawinił, a kowala powiesili.

Był więc Kissinger takim niezatapialnym statkiem na amerykańskiej scenie politycznej. Prawdopodobnie przez całe swoje aktywne życie polityczne miał wpływ na większość, jeśli nie na wszystkich, prezydentów Stanów Zjednoczonych. I bardzo możliwe, że to on wykreował swoich następców, którzy, tak jak on, kierują amerykańską, a więc i światową sceną polityczną z tylnego siedzenia. Tak więc Kissinger i jego działalność to dowód na to, że demokracja jest fikcją, że wyborcy nie mają na nic wpływu. Tylko czy oni zdają sobie z tego sprawę? Prawdopodobnie w zdecydowanej większości – nie. I na tym polega ten myk z demokracją.

Korea

Konferencja pokojowa w Wersalu w 1919 roku była raczej konferencją wojenną, bo jej postanowienia doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. I nie było to dziełem przypadku, głupoty obradujących czy ich naiwności. Wszystko robiono, by do tej wojny doszło. I tak też się stało. W Europie starły się dwie potęgi: bolszewicki Związek Radziecki i nazistowskie Niemcy. Na Dalekim Wschodzie Japonia podbiła całą Azję wschodnią. Po zakończeniu tej wojny nastąpił nowy podział Europy. Niemcy podzielono na dwa państwa, a w Azji podzielono Wietnam i Koreę. Zjednoczenie Niemiec to krok na drodze do ich dominacji w Europie kontynentalnej i być może, w dalszej perspektywie, konflikt z Rosją. W Azji nastąpiło zjednoczenie Wietnamu, ale pozostała jeszcze podzielona Korea. Czy ma ona jeszcze swoją rolę do odegrania? Bardzo możliwe, że tak. Ten podział Korei jest najwyraźniej do czegoś potrzebny wielkim tego świata.

Jak doszło do podziału Korei po II wojnie światowej i jak przebiegała wojna koreańska w latach 1950-1953, to o tym poniżej. Informacje na ten temat pochodzą z polskiej i angielskiej Wikipedii.

x

Od XVII do XIX wieku Korea była zależna od Chin. Od 1895 roku niepodległa, a od 1897 roku istniało Cesarstwo Koreańskie. Na skutek wojny rosyjsko-japońskiej (1904-1905) Korea stała się protektoratem japońskim. W 1910 roku kraj został oficjalnie zajęty przez Japonię. Rozpoczął się długi okres okupacji (1910-1945). W latach 1919-1945 funkcjonował w Chinach Koreański Rząd Tymczasowy. Na terenie Korei istniał ogólnokrajowy ruch oporu. Szczególnie silna była komunistyczna partyzantka Kim Ir Sena.

Na konferencji w Kairze w listopadzie 1943 roku Chiny, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone zadecydowały, że „w odpowiednim czasie Korea stanie się wolnym i niepodległym państwem”. Na konferencji w Teheranie w listopadzie 1943 roku i na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku Związek Radziecki zobowiązał się, że przystąpi do wojny na Dalekim Wschodzie w ciągu trzech miesięcy od zwycięstwa w Europie. Niemcy oficjalnie poddały się 8 maja 1945 roku, a Związek Radziecki wypowiedział wojnę Japonii i najechał Mandżurię 8 sierpnia 1945 roku, a więc, zgodnie z obietnicą, po trzech miesiącach. Było to dwa dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę. Jeszcze przed 10 sierpnia Armia Czerwona weszła do północnej Korei.

W nocy 10 sierpnia w Waszyngtonie amerykańscy pułkownicy Dean Rusk i Charles H. Bonesteel III otrzymali zadanie podziału Korei na sowiecką i amerykańską strefę okupacyjną i zaproponowali 38. równoleżnik jako linię podziału. Zostało to włączone do Rozkazu Generalnego Stanów Zjednoczonych nr 1, który był odpowiedzią na kapitulację Japonii 15 sierpnia. Wyjaśniając wybór 38. równoleżnika, Rusk zauważył, że „chociaż znajdował się on dalej na północ, niż mogłyby realistycznie dotrzeć siły amerykańskie [sic!] w przypadku braku porozumienia z Sowietami… uznaliśmy za ważne włączenie stolicy Korei do strefy wpływu wojsk amerykańskich”. Zauważył też, że „stanął w obliczu niemożności szybkiego użycia wojsk amerykańskich oraz zbyt krótkiego czasu i dużych odległości, które to czynniki utrudniałyby dotarcie bardzo daleko na północ, zanim wojska radzieckie wkroczą na ten obszar”. Jak wskazuje komentarz Ruska, Stany Zjednoczone miały wątpliwości, czy rząd radziecki zgodzi się na proponowaną linię podziału. Radziecki przywódca Józef Stalin podtrzymał jednak swoją wojenną politykę współpracy i 16 sierpnia Armia Czerwona zatrzymała się na 38 równoleżniku na trzy tygodnie, czekając na przybycie sił amerykańskich od południa.

W dniu 7 września 1945 r. generał Douglas MacArthur wydał Odezwę nr 1 do narodu koreańskiego, ogłaszając kontrolę wojskową Stanów Zjednoczonych nad Koreą na południe od 38 równoleżnika i ustanawiając angielski jako język urzędowy podczas kontroli wojskowej. 8 września amerykański generał porucznik John R. Hodge przybył do Incheon, aby przyjąć kapitulację Japonii na południe od 38 równoleżnika. Mianowany na gubernatora wojskowego Hodge bezpośrednio kontrolował Koreę Południową jako szef Rządu Wojskowego Armii Stanów Zjednoczonych w Korei (USAMGIK 1945–48).

W grudniu 1945 roku po konferencji moskiewskiej Stany Zjednoczone i ZSRR utworzyły komisję mającą na celu stworzenie w drodze powszechnych wyborów jednego rządu ogólnokoreańskiego. Sowieci w swojej strefie okupacyjnej prześladowali partie prawicowe i narodowe, a Amerykanie w swojej strefie siły komunistyczne, co spowodowało, że wybory odbyły się w każdej ze stref osobno. W sierpniu 1948 roku proklamowano w Seulu utworzenie Republiki Korei z prezydentem Li Syng Manem na czele, na co odpowiedzią było utworzenie we wrześniu 1948 roku Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej na północy, gdzie premierem rządu został Kim Ir Sen. Rozbieżne interesy mocarstw doprowadziły do trwałego, tragicznego podziału Korei. Od północy Korea Północna graniczyła z ZSRR (20 km granicy) i Chinami rozdartymi wojną domową. Dopiero po ostatecznej klęsce Czang Kaj-szeka i jego ucieczce na Tajwan głównodowodzący Chińską Armią Ludowo-Wyzwoleńczą Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku w Pekinie Chińską Republikę Ludową. W oczywisty sposób wzmocniło to pozycję i aspiracje komunistów koreańskich. Później zaś bezpośrednie zaangażowanie militarne komunistycznych Chin w wojnę w Korei rozstrzygnęło o remisowym rezultacie konfliktu.

Kim Ir Sen, przywódca KRLD, od chwili utworzenia państwa północnokoreańskiego snuł plany „wyzwolenia” południowej części półwyspu, apelując o pomoc do Stalina, ten jednak odmawiał, obawiając się otwartego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. ZSRR nie miał jeszcze w swym arsenale broni jądrowej, nie mógł też liczyć na żadne poparcie ze strony Chin, w których nadal trwała wojna domowa. Dlatego zgodnie z rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ nakazującą wycofanie obcych wojsk z Korei do końca grudnia 1948 roku wycofał swe wojska z KRLD (wojska amerykańskie Republikę Korei opuściły dopiero w czerwcu 1949 roku). Podobne plany miał Li Syng Man, tym bardziej że ONZ, zdominowana przez państwa niepodporządkowane ZSRR, uznawała jego rząd za jedyne legalne przedstawicielstwo narodu koreańskiego. Zarówno Kim Ir Sen jak i Li Syng Man oraz oba państwa koreańskie czyniły przygotowania polityczne i militarne do wypełnienia swej „misji dziejowej”. Powodowało to stałe incydenty na granicy, które w sierpniu 1949 roku przybrały formę „małej wojny na 38 równoleżniku”.

Armia południowokoreańska po wycofaniu się wojsk amerykańskich w czerwcu 1949 roku miała charakter sił policyjnych. W 1948 roku na wyspie Czedżu wybuchło zbrojne powstanie komunistyczne, stłumione brutalnie przez siły rządowe. Uzyskanie w 1949 roku przez ZSRR broni jądrowej i proklamowanie 1 października 1949 roku ChRL przez Mao, kończące wojnę domową w Chinach, stworzyło warunki do próby „zjednoczenia Korei” drogą agresji zbrojnej przez Kim Ir Sena. Uzyskanie zapewnień o pomocy materialnej z ZSRR i ewentualnego wsparcia Mao otwierało drogę do wojny. Nieroztropna wypowiedź Deana Achesona z 12 stycznia 1950 roku pomijająca Koreę Południową w systemie obrony globalnej Stanów Zjednoczonych stała się zapalnikiem do wybuchu. KRLD zgromadziła na granicy z Republiką Korei siły wystarczające do opanowania całego Półwyspu Koreańskiego, przekonana, że aneksja Korei Południowej nie spotka się z reakcją militarną Stanów Zjednoczonych, przeżywających szok po upadku rządu Czang Kaj-szeka w Chinach.

Wojna koreańska

25 czerwca 1950 roku wojska Korei Północnej (liczące 415 tys. żołnierzy wspartych 150 czołgami i 150 samolotami różnego typu) zaatakowały terytorium Korei Południowej, przekraczając 38 równoleżnik i zdobywając wkrótce Seul. Armia południowokoreańska licząca 150 tys. ludzi, 40 czołgów i 14 samolotów nie miała szans samodzielnie oprzeć się inwazji. W odpowiedzi na agresję Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła 27 czerwca na podstawie art. 42 Karty ONZ wysłanie do Korei sił międzynarodowych. ZSRR oficjalnie zbojkotował obrady, co umożliwiło przegłosowanie wniosku wobec niewykorzystania przysługującego ZSRR w Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawa weta. Przerzucona z prefektury Yamaguchi (Japonia) amerykańska 24. Dywizja Piechoty została zniszczona w 12-dniowej bitwie pod Daejeonem, a jej dowódca gen. William Dean trafił do niewoli. Pierwotnie planował wycofanie dywizji na południe, ale otrzymał rozkaz obrony miasta o kilka dni dłużej. Wskutek przewagi nieprzyjaciela dywizja została rozbita, a gen. Dean samodzielnie przedzierał się na południe.

26 czerwca przewodniczący Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych Tom Connally na pytanie prezydenta USA Trumana, czy prosić Kongres o wypowiedzenie wojny, odpowiedział: Jeśli włamywacz włamie się do twojego domu, możesz go zastrzelić bez pójścia na posterunek policji i uzyskania pozwolenia (“If a burglar breaks into your house, you can shoot him without going down to the police station and getting permission”). Truman uznał, że uchwała Rady Bezpieczeństwa daje wystarczającą podstawę do wysłania wojsk. 19 lipca prezydent powiadomił Kongres o podjętych krokach, żądając zwiększenia wydatków na siły zbrojne i pomoc dla państw zagrożonych przez działania komunistów.

Początkowe niepowodzenia wojsk amerykańskich związane były z tym, że oddziały amerykańskie w Japonii pełniły służbę okupacyjną i nie były ani odpowiednio uzbrojone, ani wyszkolone do prowadzenia normalnych działań wojennych. Wojska amerykańskie stacjonujące w Japonii miały poważne braki etatowe w ludziach. W późniejszym okresie stan liczebny, jakość uzbrojenia i wyszkolenia wojsk amerykańskich w Korei znacząco się poprawiły. Do 5 września 1950 wojska KRLD opanowały prawie cały półwysep (95% terytorium Korei Południowej), zamykając wojska amerykańskie i południowokoreańskie w tzw. „worku pusańskim” – w tym momencie ofensywa północnokoreańska została powstrzymana. KRLD i ZSRR za pośrednictwem Indii (Jawaharlal Nehru) zaproponowały rokowania pokojowe, odrzucone przez Stany Zjednoczone (ONZ). W międzyczasie KRLD przeprowadziła na południu reformę rolną i nacjonalizację przemysłu oraz nabór do swojej armii. W ramach sił ONZ, 14 państw skierowało do Korei swoje kontyngenty wojskowe, które czasowo rozlokowano w Japonii. 95% tych sił stanowiły wojska amerykańskie. Głównodowodzącym wojsk ONZ został gen. Douglas MacArthur, który ze swoim sztabem opracował plan inwazji na Koreę Północną.

Udany desant amerykański (ONZ) 15 września 1950 roku gen. Douglasa MacArthura pod miastem Inczon oraz jednoczesne kontruderzenie z miasta Pusan doprowadziły do odzyskania zajętych przez wojska Północy terenów. Jednostki Koreańskiej Armii Ludowej odcięte na południu Korei próbowały przejść do działań partyzanckich, tworząc tzw. „drugi front”, ale próby te zostały szybko udaremnione, ponieważ ludność południowokoreańska już zniechęciła się do KRLD (z powodu postępowania jej wojsk i organów bezpieczeństwa). W październiku działania przeniosły się na północ od 38 równoleżnika, a 90% Korei Północnej do 25 października znalazło się pod okupacją amerykańską. ONZ (Stany Zjednoczone) zaproponowały zawieszenie broni i uznanie siłowego zjednoczenia Korei, ale 25 października 1950 Mao Zedong wprowadził na front kilkusettysięczną armię „Chińskich Ochotników Ludowych”. ChOL okrążyli X Korpus amerykański, który jednak zdołał się przebić i został ewakuowany z Hŭngnam („koreańska Dunkierka”). Pod naciskiem Chińczyków (i odtwarzającej się armii KRLD) oddziały ONZ cofały się, tracąc w styczniu 1951 roku Seul. Chiny bezskutecznie prosiły o wsparcie ZSRR, Stalin zgodził się jedynie na wysłanie Chińczykom sprzętu wojskowego, z czym jednak zwlekał. Polityka ta spowodowana była chęcią utrzymania ZSRR w „neutralności”, a tym samym zrzuceniem kosztów prowadzenia wojny na Chiny. Rządy KRLD i Chin otrzymały różnorakie wsparcie ze strony Indii i niektórych państw bloku wschodniego.

Nowy dowódca wojsk lądowych gen. Matthew Ridgway powstrzymał ofensywę i w lutym 1951 roku odzyskał Seul, a następnie ruszył na północ, częściowo przekroczył 38 równoleżnik i ustabilizował front na zdatnej do obrony linii „Kansas-Wyoming”, która do dzisiaj stanowi granicę pomiędzy obydwoma państwami koreańskimi.

Na górnym małym zdjęciu wojska amerykańskie i północnokoreańskie zamknięte w tzw. worku pusańskim. Sytuacja z 5 września 1950 roku. Na dużym zdjęciu sytuacja z 25 października 1950 roku, gdy 90% Korei Północnej znalazło się pod okupacją amerykańską. Na środkowym małym zdjęciu sytuacja, gdy Mao wprowadza swoje wojsko i zajmuje w styczniu 1951 roku Seul. Na dolnym zdjęciu sytuacja, gdy po zmianie amerykańskiego dowództwa następuje odzyskanie Seulu i ustabilizowanie się linii frontu.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

W okresie od kwietnia do maja 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły wielką ofensywę, która załamała się i czerwcowa kontrofensywa ONZ z powrotem przywróciła front na linii Kansas-Wyoming. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej, przeplatanej walkami niewielkich oddziałów. W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych, podczas której nie osiągnięto porozumienia z powodu dwóch konfliktów – po pierwsze w sprawie granicy (Chiny i KRLD chciały linii 38 równoleżnika, a ONZ linii Kansas-Wyoming), a po drugie w sprawie jeńców (spora część jeńców z Chin i Korei Północnej nie chciała wracać do tych państw, które tutaj żądały przymusowego odesłania ich wszystkich). Pomimo liczebnej przewagi lotnictwa chińsko-północnokoreańskiego, wzmocnionego „ochotnikami” z ZSRR, lotnictwo amerykańskie (i innych państw ONZ – za najlepszych uchodzili piloci z RAF) odnosiło sukcesy.

Zakończenie walk

Opinia publiczna w krajach uczestniczących w operacji ONZ była mocno podzielona, szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie liczne grono ludzi sprzeciwiało się uczestnictwu w wojnie. Wiele osób obawiało się eskalacji wojny, a nawet wybuchu wojny nuklearnej. Silna opozycja względem wojny była przyczyną często napiętych relacji brytyjsko-amerykańskich. Z tych powodów brytyjscy politycy szukali sposobu na jak najszybsze zakończenie konfliktu, prędkie wycofanie wszystkich obcych sił ONZ i zjednoczenie Korei pod auspicjami tej organizacji. Ostatecznie wybór Eisenhowera i zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną (jednorazowo w Korei przebywało 500 tys. żołnierzy amerykańskich, zmieniani byli co 6 miesięcy, w sumie przewinęło się przez front 2,5 mln Amerykanów), a z drugiej strony śmierć Stalina i walka o schedę po nim oraz brak znaczących efektów działań militarnych po obu stronach zmusiły wreszcie obie strony konfliktu 27 lipca 1953 roku w Panmundżomie do podpisania rozejmu i ustanowienia strefy demarkacyjnej (po 2 km na północ i południe, zatem szerokość tej strefy wynosi 4 km) dzielącej półwysep na dotychczasowej linii frontu (linii Kansas-Wyoming); w sprawie jeńców swoje stanowisko także przeforsowała strona ONZ – w rezultacie część jeńców północnokoreańskich osiedliła się w Korei Południowej, a jeńców chińskich na Tajwanie). Rozejm został podpisany przez przedstawicieli Korei Północnej (w osobie Kim Ir Sena jako zwierzchnika armii Korei Północnej), Chin Ludowych (przedstawiciel: Peng Dehuai – dowódca Ochotników Ludowych) oraz ONZ-tu, reprezentowanego przez głównodowodzącego wojsk Narodów Zjednoczonych, amerykańskiego generała Marka W. Clarka. Nieobecność i brak podpisu przedstawiciela Republiki Korei (czyli Korei Południowej) stanowił przez długie lata pretekst dla KRLD do odmowy rozpoczęcia rozmów pokojowych z Południem, które dla Koreańczyków z Północy nie było stroną konfliktu. Nad przestrzeganiem rozejmu czuwali inspektorzy sił rozjemczych (Komisja Nadzorcza Państw Neutralnych) rozmieszczeni po obu stronach tej linii, na północy Polacy oraz Czesi i Słowacy, a na południu Szwajcarzy i Szwedzi. Ci ostatni po szykanach amerykańskich w 1956 roku zwinęli swoje posterunki. W przypadku Czechosłowacji (potem Czech) i Polski po zmianach politycznych w 1989 roku władze KRLD zaczęły także szykanować ich przedstawicieli tak, że ci w końcu wyjechali.

Konsekwencje wojny

Wojna koreańska utrwaliła podział polityczny półwyspu koreańskiego. Straty poniesione przez strony konfliktu i ludność cywilną są trudne do oceny ze względu na zróżnicowanie szacunków i brak swobodnego dostępu historyków do materiałów archiwalnych, szczególnie północnokoreańskich i chińskich. Aktualne szacunki historyków zakładają straty armii Republiki Korei (Korea Południowa) – 415 tys. żołnierzy zabitych i zmarłych w niewoli i 429 tys. rannych, Koreańskiej Armii Ludowej – 500–600 tys. zabitych i drugie tyle rannych, a ludności cywilnej – około miliona ludzi zabitych i rannych. Straty sił ONZ obejmowały: 33 629 zabitych i zaginionych oraz 107 tysięcy rannych żołnierzy amerykańskich, 1263 zabitych i 4817 rannych żołnierzy Wspólnoty Narodów oraz 1800 zabitych i 7 tys. rannych żołnierzy z pozostałych kontyngentów państw walczących pod flagą ONZ. Straty ChRL ocenia się na 400 tys. zabitych i zmarłych oraz 500 tys. rannych żołnierzy.

xxx

10 sierpnia 1945 roku amerykańscy pułkownicy otrzymali zadanie podziału Korei na sowiecką i amerykańską strefę wpływu. Ale od kogo otrzymali to zadanie? O tym angielska Wikipedia, bo z niej pochodzi ta informacja, nie mówi. Wygląda jednak na to, że od kogoś, kto stał ponad Związkiem Radzieckim i Stanami Zjednoczonymi, bo dbał o to, by została zachowana równowaga. Pomimo że armia amerykańska nie dotarła na czas na 38 równoleżnik, to Armia Czerwona, zgodnie z umową, zatrzymała się i pokornie czekała 3 tygodnie na przybycie Amerykanów. I tak dokonał się rozbiór Korei. Ale kto o tym zadecydował i jakie były motywy jego decyzji? Tego nie wiemy, a bez tej informacji wszystko inne, to tylko nic nie znacząca zasłona dymna, poza tragedią, jaką była śmierć żołnierzy po obu stronach frontu i ludności cywilnej. Dokładne dane na ten temat są niedostępne, co może sugerować, że straty ludzkie były znacznie większe, niż te oficjalnie podawane.

Postanowiono, że odbędą się powszechne wybory, ale w sowieckiej strefie prześladowano partie prawicowe i narodowe, a w amerykańskiej – komunistyczne. Jakby się umówili. A Amerykanie w Korei, w stosunku do komunistów, postępowali odmiennie niż w Wietnamie. Efekt był taki, że w każdej strefie wybory odbyły się osobno, co doprowadziło do powstania dwóch państw.

Zgodnie z rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ Związek Radziecki wycofał swoje wojska w grudniu 1948 roku, a Stany Zjednoczone w czerwcu 1949 roku. Po co one wycofały swoje wojska? No, chyba tylko po to, by doszło do wojny. Gdyby tam zostały, to nie byłoby tej wojny. Nie byłoby jej również, gdyby pozwolono Koreańczykom, żeby sami rządzili się we własnym kraju.

Powstanie komunistycznych Chin staje się, jak pisze Wikipedia, bezpośrednią przyczyną rozpoczęcia wojny przez Koreę Północną. Oliwy do ognia dolewa też Dean Acheson, który 12 stycznia 1950 roku oświadcza, że system ochrony globalnej Stanów Zjednoczonych nie obejmuje Korei Południowej. To już jest wyraźne zaproszenie „do tańca”. Natomiast stwierdzenie, że Stany Zjednoczone przeżywały szok po upadku rządu Czang Kaj-szeka w Chinach, to chyba jakiś żart ze strony Wikipedii czy źródła, z którego korzystała. Przecież to Stany Zjednoczone przyczyniły się do jego upadku, wstrzymując w decydującym momencie wojny z chińskimi komunistami dostawy amunicji dla Kuomintangu. O tym w szczegółach w blogu „Chiny”.

25 czerwca 1950 roku Korea Północna zaatakowała Koreę Południową. Przewaga Korei Północnej była tak duża, że Korea Południowa nie była w stanie się bronić. W odpowiedzi na agresję Rada Bezpieczeństwa ONZ podjęła uchwałę o wysłaniu do Korei sił międzynarodowych. Związek Radziecki zbojkotował obrady Rady Bezpieczeństwa chyba tylko po to, by ta wojna trwała, bo przecież dysponował prawem veta w tej Radzie, a może nie chciał oficjalnie popierać tej wojny. Natomiast Amerykanie nawet nie zapytali o zgodę Kongresu (jeszcze by się nie zgodził), bo Truman uznał, że Rada Bezpieczeństwa daje wystarczającą podstawę do wysłania wojsk.

Do 5 września wojska KRLD opanowały prawie cały półwysep, bo 95% terytorium Korei Południowej, zamykając wojska amerykańskie i południowokoreańskie w tzw. worku pusańskim. A więc był to klasyczny Blitzkrieg, ale w tym momencie ofensywa północnokoreańska została powstrzymana. Wikipedia nie informuje przez kogo i dlaczego. Było to dokładnie tak samo, jak w 1941 roku, gdy Hitler po półtora miesiącu był 300 km od Moskwy i miał wolną drogę, ale skierował wojska na Ukrainę.

KRLD i Związek Radziecki za pośrednictwem Indii zaproponowały rokowania pokojowe, odrzucone przez Stany Zjednoczone (ONZ). 15 września nastąpił udany desant pod miastem Inczon oraz kontruderzenie z miasta Pusan. Jak miał być nieudany, skoro przeciwnik nic nie robił? W październiku działania przeniosły się na północ od 38 równoleżnika, a 90% Korei Północnej do 25 października znalazło się pod okupacją amerykańską. Tego samego dnia Mao Zedong wprowadził na front kilkusettysięczną armię „Chińskich Ochotników Ludowych”. Pod naporem Chińczyków oddziały ONZ cofały się, tracąc w styczniu 1951 roku Seul. Nowy dowódca amerykańskich wojsk lądowych powstrzymał ofensywę przeciwnika i w lutym odzyskał Seul, a następnie ruszył na północ, częściowo przekroczył 38 równoleżnik i ustabilizował front na linii Kansas-Wyoming, która do dziś stanowi granicę pomiędzy obu państwami.

Jak zwykle kiedy trzeba przerwać wojnę, to daje o sobie znać opinia publiczna, która domagała się jej zakończenia, a której wcześniej nikt o zdanie nie pytał. 27 lipca 1953 roku podpisano rozejm i ustanowiono strefę demarkacyjną na dotychczasowej linii frontu, czyli linii Kansas-Wyoming. Rozejm został podpisany przez przedstawicieli Korei Północnej, Chin Ludowych oraz ONZ-tu. Zabrakło natomiast przedstawiciela Korei Południowej. Dlaczego? Z tego powodu KRLD odmawiała rozmów z Koreą Południową.

Wojna ta zakończyła się powrotem do punktu wyjścia, czyli podziałem Korei zgodnie z tym, co ustalono 10 sierpnia 1945 roku. To w takim razie, po co ona była? Za japońskiej okupacji powstał na terenie kraju komunistyczny ruch oporu, a w Chinach działał rząd tymczasowy. I chyba po to podzielono to państwo na dwa, by jedni i drudzy mogli zainstalować w nich swoje rządy. I konflikt gotowy. Już można szczuć jednych na drugich, by zabijali się, nienawidzili. I tylko o to chodzi zawsze i wszędzie w każdej wojnie.

Wietnam

Jeszcze na dobre nie skończyła się II wojna światowa, a już zaczęła się wojna w Wietnamie. Dlaczego akurat tam, a nie w innych krajach tego regionu? I dlaczego akurat tam wojna trwała tak długo? Czy wpływ na to miał fakt, że wietnamskie elity polityczne kształciły się w Europie i przesiąknęły różnymi idiotycznymi ideologiami, i to że katolicy byli tam stosunkowo liczni, jak na kraj azjatycki? Być może, bo przecież zróżnicowanie kulturowe i religijne sprzyja kreowaniu konfliktów. Przypadek Wietnamu wydaje się być bardziej skomplikowany, niż gdy chodziło o inne państwa podzielone – Niemcy i Koreę. Informacje zawarte w tym blogu pochodzą z Wikipedii i Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970).

x

Chińska okupacja Wietnamu trwała ponad 1000 lat. Ostatecznie stał się on niepodległy w 938 roku i był nim do połowy XIX wieku. W XVII wieku pojawili się misjonarze katoliccy i pomimo prześladowań ze strony cesarskiej, stał się ten kraj ostoją katolicyzmu. Misjonarze tacy jak Aleksander de Rhodes, francuski jezuita, przyczynili się do rozwoju społeczeństwa, stworzyli podstawy nowoczesnego alfabetu wietnamskiego, ale jednocześnie swoją działalnością spowodowali, że kraj ten popadł w zależność od Francji.

Struktura religijna Wietnamu w 2019 roku przedstawiała się następująco: buddyzm – 50%, brak religii – 18,2%, tradycyjne religie plemienne – 10,3%, chrześcijaństwo – 9%.

Kościół katolicki, który nigdzie w Azji – poza rządzonymi przez Hiszpanów Filipinami – nie wywarł większego wpływu, w Wietnamie odniósł sukces. Począwszy od XVII wieku setki tysięcy Wietnamczyków przyjęło, z różnorakich powodów, nową wiarę. Miejscowi kupcy widzieli w katolicyzmie sposób na znalezienie wspólnego języka z przybyszami zza mórz; chłopi szukali w nim wyzwolenia od konfucjanizmu, a tym samym od władzy feudalnej mandarynów.

Na północy, gdzie wskutek przeludnienia i kiepskich zazwyczaj zbiorów panował powszechny niedostatek, księża autochtoni posiedli władzę trybunów ludowych. Całe powiaty przyjmowały katolicyzm i broniły go przed administracją cesarsko-mandaryńską. W 1946 roku te same powiaty katolickie miały stanąć do walki zarówno przeciwko kolonizatorom francuskim, jak i komunistycznemu Viet Minhowi. W 1954 roku, gdy komuniści zwyciężyli Francuzów i objęli władzę, całe wioski uciekały na południe, widząc jedyny ratunek w reżimie Ngo Dình Diema.

Władcy wietnamscy prowadzili wobec misji katolickich politykę pełną sprzeczności. Z jednej strony wygodne im było doradztwo techniczne księży, ich powiązania z kupcami (zwłaszcza z handlarzami bronią), ale jednocześnie obawiali się wpływu, jaki nowa religia może wywierać na społeczeństwo. Chrześcijański kanon wiary wraz z jego ideą równej godności i zbawienia stał bowiem w głębokiej sprzeczności z konfucjańską koncepcją niewolniczej uległości wobec władzy.

Dworem cesarskim wstrząsnęło szczególnie pismo łacińskie, jakim XVIII-wieczny jezuita postanowił zastąpić dotąd obowiązujące ideogramy chińskie. Nowość przyjmowała się szybko i powszechnie. Księża-kaznodzieje mogli odtąd docierać do coraz szerszych rzesz wiernych słowem już nie tylko mówionym, natomiast przedstawiciele administracji państwowej – na każdym szczeblu władzy – jęli tracić autorytet i przewagę, jaką mieli nad narodem analfabetów. U dworu obawiano się także, iż katolicyzm jest w istocie forpocztą europejskiego kolonializmu. Stąd właśnie przedziwna polityka przemiennego faworyzowania i prześladowania misjonarzy. Tym bardziej, że na dworze nie brakowało lekarzy, astronomów i matematyków w sutannach.

Pierwszymi misjonarzami chrześcijańskimi w Wietnamie byli wędrowcy w rodzaju Odoryka de Pordenone, włoskiego franciszkanina, autora popularnego sprawozdania z podróży na Daleki Wschód. W XVII w. przybyli wygnani z Japonii jezuici, którzy znaleźli schronienie w portugalskim Faifo. Pracowici i pełni poświęcenia, dokonali wiele dla zbliżenia obcych sobie kultur, nie dorównywali jednak Aleksandrowi de Rhodes, prawdziwemu odkrywcy Wietnamu dla Europy i Francji. Był on m.in. autorem pierwszego wielojęzycznego słownika języka wietnamskiego, opracował także alfabet, który, z pewnymi modyfikacjami, pozostaje w użyciu po dziś dzień.

Rhodes sądził, że winę za rosnącą niechęć Azjatów do Europejczyków ponoszą Portugalczycy, albo raczej ich fatalna polityka kolonizacyjna. Jezuita wrócił więc do Europy, gdzie bezskutecznie próbował przekonać Stolicę Apostolską o konieczności uchylenia bulli Mikołaja V, dającej Portugalczykom wyłączność na podbój Azji. Nie zwojowawszy nic w Rzymie, pojechał do Paryża. I tu jął opowiadać, że wietnamscy rybacy tkają swe sieci z jedwabiu, że kraj jest bogaty niczym mityczne El Dorado, a naród ciąży ku katolicyzmowi.

Lata 1843-1940 to czas podboju i utworzenia kolonii francuskiej. Francuzi zajęli cały Wietnam, Kambodżę i Laos. Większość wietnamskich polityków i wojskowych kształciła się w Europie. W 1927 roku powstała związana z Kuomintangiem Narodowa Partia Wietnamu, natomiast w 1930 – Komunistyczna Partia Wietnamu, na czele której przez wiele lat stał Ho Chi Minh. W 1930 doszło do nieudanego antyfrancuskiego powstania. Po jego fiasku przewagę w ruchu antykolonialnym zyskali komuniści.

II wojna światowa

W czasie II wojny światowej kolaboracyjny względem III Rzeszy rząd Francji Vichy zawarł porozumienie z Japonią, na mocy którego w 1940 roku zezwolono na stacjonowanie wojsk japońskich na północy Wietnamu. W 1941 roku rozszerzono japońską kontrolę wojskową na cały obszar Indochin, zachowano przy tym francuską administrację kolonialną. W 1942 roku Japończycy opanowali Indonezję i Birmę. W ten sposób podporządkowali oni sobie całą Azję Południowo-Wschodnią. W Wietnamie pojawili się Amerykanie. Niewielkie oddziały OSS1 pomagały wietnamskim partyzantom w walce z Japończykami, dostarczały broni, amunicji, środków medycznych, a przede wszystkim oficerów-instruktorów.

W 1941 roku została utworzona Liga Niepodległości Wietnamskiej, zwana Viet Minhem. Od tej nazwy wziął swój pseudonim Ho Chi Minh, co znaczy „Ten, który Niesie światło”. Ponieważ Viet Minh walczył przeciwko Japończykom, zyskał poparcie Chin i USA.

W marcu 1945 Japończycy zażądali od gubernatora francuskiego w Hanoi podporządkowania podległych mu oddziałów Legii Cudzoziemskiej rozkazom Armii Cesarskiej, a gdy ten odmówił, wkroczyli zbrojnie. Garnizon stołeczny złożył broń i został internowany na całkiem przyzwoitych warunkach, ale tam, gdzie żołnierze francuscy stawili opór, zabijano ich. Japończycy internowali także kilkuset cywilów; wielu z nich zostało zamęczonych na śmierć. Dwa dni po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę, 8 sierpnia 1945 roku Ho Chi Minh utworzył Komitet Wyzwolenia, a 13 sierpnia wybuchło ogólnonarodowe powstanie. Walki z wojskami japońskimi trwały dwa dni. Po kapitulacji Japonii wojska Viet Minhu, którego Ho Chi Minh był przywódcą politycznym, zajęły Tonkin, czyli północną część kraju, zmusiły 25 sierpnia cesarza Bao Dai do abdykacji i 2 września 1945 roku, przy cichym poparciu Stanów Zjednoczonych ogłosiły powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Ho Chi Minh działał szybko i skutecznie; jego siły rosły z dnia na dzień, a oddziały Viet Minhu dotarły do Sajgonu na południu kraju.

Annam i Cochinchina – francuskie kolonie od 1862 roku. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Wojna indochińska (1946-1954)

Od początku września 1945 roku do południowej części Wietnamu zaczęły napływać wojska brytyjskie, a do części północnej – wojska kuomintangowskie, które z ramienia aliantów zachodnich miały przyjąć kapitulację wojsk japońskich; granica działalności obu armii w Wietnamie przebiegała wzdłuż 16 równoleżnika. Pod osłoną wojsk brytyjskich przybyły do Sajgonu również jednostki francuskie, które 22/23 września 1945 roku dokonały zamachu stanu, wypierając władze DRW ze wszystkich urzędów w mieście. Zapoczątkowało to wznowienie walki wyzwoleńczej w południowym Wietnamie.

W lutym 1946 roku Francja zawarła porozumienie z rządem Czang Kaj-szeka, na podstawie którego w zamian za zrzeczenie się przywilejów w Chinach uzyskała zgodę na zluzowanie wojsk chińskich w północnym Wietnamie. 6 marca 1946 roku rząd francuski zawarł z rządem DRW wstępne porozumienie, w którym Francja uznała „Republikę Wietnamu jako państwo wolne, posiadające swój rząd, swój parlament, swoją armię i swe finanse” oraz zobowiązała się do uznania rezultatów referendum mającego zadecydować o zjednoczeniu całego Wietnamu. Ze swej strony rząd DRW zgodził się na przybycie ściśle ograniczonej liczby wojsk francuskich do północnego Wietnamu w celu zastąpienia Chińczyków w przyjęciu kapitulacji wojsk japońskich. Ewakuacja wojsk francuskich miała nastąpić najpóźniej po pięciu latach. Wietnamska delegacja rządowa udała się na dalsze rokowania do Francji; 14 września 1946 roku Ho Chi Minh podpisał w Paryżu francusko-wietnamskie modus vivendi, potwierdzające marcowe porozumienie, regulujące niektóre problemy konsularne i gospodarcze.

Rząd Francji uchylał się jednak od pełnego uregulowania stosunków z Wietnamem, kontynuując wysiłki w celu oderwania południowego Wietnamu od DRW. Wyrazem tego było ustanowienie 1 czerwca 1946 roku tzw. Republiki Kochinchiny, podporządkowanej komisarzowi Francji, oraz poczynania wojsk francuskich na terenie całego kraju wykraczające poza modus vivendi. 10 listopada 1946 doszło do incydentu pomiędzy celnikami francuskimi a żołnierzami wietnamskimi w Hajfongu, efektem czego było wysunięcie przez Francję żądania przekazania portu. Wobec braku odpowiedzi osiem dni później wojska francuskie wzięły port siłą zabijając kilka tysięcy osób i w nocy z 19 na 20 listopada 1946 roku obaliły rząd Ho Chí Minha. Komuniści wycofali się z miast i przystąpili do pierwszych uderzeń odwetowych; rozpoczęła się pierwsza wojna indochińska. Działania wojskowe Francji przeciwko DRW, nazwane przez opinię francuską „brudną wojną”, trwały 8 lat i zakończyły się klęską wojsk francuskich pod Dien Bien Phu 7 maja 1954 roku.

Dien Bien Phu

Działania Francji wsparte zostały przez USA które zapewniły Francuzom nalot na pozycje Viet Minhu za pomocą bombowców startujących z lotniskowców na Morzu Południowochińskim. Wsparcie to nie przydało się jednak na tyle na ile spodziewali się tego Francuzi a wojska kolonialne zaczęły ponosić kolejne straty w obliczu czego Francuzi zaczęli nawet poważnie rozważać możliwość użycia broni atomowej. Francuskie Siły Zbrojne ustąpiły ostatecznie z północnego Wietnamu w 1954 roku po przegranej bitwie pod Dien Bien Phu, która oznaczała koniec kolonialnego statusu Wietnamu. W bitwie tej walczyło niewielu rodowitych Francuzów. Francja do zwalczania Viet Minhu użyła przede wszystkim dywizji Legii Cudzoziemskiej.

Wietnam Południowy (Republika Wietnamu)

To państwo istniejące w latach 1955-1975. Wietnam Południowy został proklamowany 23 kwietnia 1949 roku w Kochinchinie, na podstawie porozumienia zawartego między utworzonym tam antykomunistycznym Centralnym Rządem Tymczasowym i francuskimi władzami kolonialnymi. Głową państwa został były cesarz Wietnamu Bao Dai.

Konflikt z rządem proklamowanej na północy Demokratycznej Republiki Wietnamu doprowadził do wybuchu I wojny indochińskiej. Faktyczny podział państwa został utrwalony przez postanowienia konferencji genewskiej, która odbyła się w 1954 roku. Wietnam został podzielony wzdłuż 17 równoleżnika. Porozumienie genewskie nakazywało przeprowadzenie w obu częściach Wietnamu wyborów, po których miało nastąpić zjednoczenie państwa. Władzę w państwie oficjalnie sprawował cesarz Bao Dai, którego w 1955 roku odsunął od władzy jego premier Ngo Dinh Diem, który stał się tym samym prezydentem z woli Stanów Zjednoczonych. Ngo Dình Diem wycofał się z pomysłu przeprowadzenia wyborów, co spowodowało powstanie w latach 1957-1959 lewicowej partyzantki Wietkong. Wietkong zyskał wsparcie rządu komunistycznego na północy. Ngo Dình Diem nie radził sobie z postępującym rozkładem państwa, a ponadto wszedł w konflikt ze stanowiącymi większość mieszkańców państwa buddystami, czego źródłem był jego fanatyczny katolicyzm. Represje stosowane wobec buddystów spowodowały utratę przez Ngo Dinh Diema poparcia ze strony władz Stanów Zjednoczonych.

W 1963 roku agenci Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) zorganizowali pucz, w wyniku którego rząd Wietnamu Południowego zastąpiono rządem jeszcze bardziej uzależnionym od woli Administracji Stanów Zjednoczonych. Utworzenie nowego rządu umożliwiło interwencję wojsk amerykańskich w Wietnamie Południowym. W latach 1964-1968 w wyniku 13 zamachów rządy w Sajgonie zmieniały się 9 razy.

Wojna ze Stanami Zjednoczonymi (1964-1972)

Wojna ta zwana jest również II wojną indochińską. Głównymi stronami konfliktu były z jednej strony Demokratyczna Republika Wietnamu (wspierana przez kraje socjalistyczne) oraz wspierane przez to państwo organizacje komunistyczne w Wietnamie Południowym, Laosie i Kambodży. Z drugiej strony stała Republika Wietnamu i wspierająca ją koalicja międzynarodowa, obejmująca Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Południową, Tajlandię, Australię, Nową Zelandię i Filipiny. De facto stroną konfliktu były również Kambodża i Laos. Walki toczyły się na terytorium Wietnamu Południowego, Laosu i Kambodży. Amerykańskie naloty bombowe objęły także terytorium Wietnamu Północnego. Do wojny doszło, gdy w Stanach Zjednoczonych przyjęto “teorię domina”, która zakładała, że państwa socjalistyczne (ZSRR i ChRL) będą dążyć do opanowania krajów Trzeciego Świata poprzez atakowanie państw sąsiadujących z już opanowanymi. Z tego powodu, że Wietnam Północny zaczął aktywnie wspierać lewicową partyzantkę na południu, w Waszyngtonie podjęto decyzję o przyjściu rządowi w Sajgonie z pomocą.

Od 1961 roku rosło nasilenie wojskowej interwencji USA w ramach tzw. wojny specjalnej przeciwko powstańcom. Siły zbrojne rządu sajgońskiego zostały rozbudowane do ponad 600 tys. żołnierzy, a ekspedycyjny korpus oficerski USA , działający formalnie w charakterze doradców tych sił, osiągnął w 1964 roku liczbę 23 tys. W sierpniu 1964 roku, pod pretekstem rzekomego zaatakowania VII Floty USA w Zatoce Tonkińskiej przez kutry torpedowe DRW, USA po raz pierwszy zbombardowały terytorium DRW, rozpoczynając bez wypowiedzenia wojny agresję na to państwo. W lutym 1965 roku USA rozszerzyły działania na cały Wietnam, podejmując systematyczne bombardowania DRW i terenów wyzwolonych w Wietnamie Południowym.

Z biegiem czasu instruktorów wojskowych zastąpiły regularne oddziały amerykańskich sił zbrojnych, by w szczytowym okresie (rok 1968) skoncentrować w Wietnamie ponad 500 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Na skutek ogromnych strat, ponoszonych przez wojska amerykańskie, i coraz większego oporu społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, za prezydentury Richarda Nixona podjęto decyzję o “wietnamizacji” wojny i wycofaniu się z konfliktu, co nastąpiło w roku 1972. Dobrze uzbrojona, ale źle wyszkolona i zdemoralizowana armia południowowietnamska stawiała opór do wiosny 1975 roku, kiedy to w ciągu kilku miesięcy została pobita przez słabsze siły z północy. 30 kwietnia 1975 roku siły północnowietnamskie aresztowały ostatniego przywódcę Wietnamu Południowego, generała Duong Van Minha. Wojna zakończyła się bezspornym zwycięstwem komunistów i zjednoczeniem Wietnamu.

xxx

Jeszcze za czasów kolonialnych Wietnamczycy próbowali walczyć o niepodległość, ale tak jakoś bez skutku. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy podjęli walkę z Japończykami. Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że pomagały im niewielkie oddziały OSS. I po kapitulacji Japonii od razu powstało nowe, komunistyczne państwo, które poparły Stany Zjednoczone i Chiny. A później te same Stany Zjednoczone pomagały Francji w jej wojnie z tym młodym komunistycznym państwem, do którego powstania przyczyniły się. A jeszcze później pomagały one temu drugiemu, niekomunistycznemu państwu w jego walce z tym komunistycznym. I dorobiło do tego nawet ideologię, czyli „teorię domina”, wedle której pomagały one państwu niekomunistycznemu sąsiadującemu z państwem komunistycznym. I to właśnie miał być powód bezpośredniego zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w wojnę w Wietnamie. Efekt był taki, że po ośmiu latach wycofały się z tej wojny na rzecz jej „wietnamizacji”, czyli pozostawieniu Wietnamczyków samym sobie, czyli wojny domowej. Po zwycięstwie komunistów z północy doszło do zjednoczenia Wietnamu i stał się on państwem komunistycznym. Tak działała „teoria domina”. Po co więc Amerykanie weszli w tę wojnę?

x

W styczniu 1973 roku w Sajgonie Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad (Oriana Fallaci Wywiad z historią, Świat Książki, 2016) z Nguyen Van Thieu, który został prezydentem Południowego Wietnamu w 1967 roku, po swoim udziale w zamachu w 1963 roku mającym na celu obalenie ówczesnego prezydenta. W 1975 roku, na krótko przed zwycięstwem Wietnamu Północnego, poddał się do dymisji i wyjechał na Tajwan, później do Anglii i w końcu do Ameryki. Poniżej wybrane fragmenty:

To zatem prawda, że pańskie „nie” to jest „nie” w stylu wietnamskim. To znaczy „nie”, które mogłoby znaczyć „tak”.

Skądże. Kiedy mówię nie, to znaczy nie, powtarzam pani. A kiedy mówię całkowicie-się-z-wami-nie-zgadzam-panowie-Amerykanie-choć-pozostaję-waszym-przyjacielem, to znaczy właśnie tyle. Zawsze utrzymywałem, że doktor Kissinger, jako negocjator i przedstawiciel Nixona, ma święty obowiązek konsultować ze mną i porównywać mój punkt widzenia z amerykańskim punktem widzenia. Oczekiwałem zawsze, że rząd Stanów Zjednoczonych będzie popierał moje zdanie i pomoże mi przekonać komunistów, żeby zmodyfikowali swoje żądania. Żeby to nie było ogólnikowe, powiem pani, jakie są dwa podstawowe punkty zaakceptowane przez Kissingera, a odrzucone przeze mnie. Pierwszy punkt to obecność oddziałów północnowietnamskich w Wietnamie Południowym. Drugi to formuła polityczna, jaką północni Wietnamczycy chcieliby narzucić naszej przyszłości. Podobnie jak całe porozumienie, te dwa punkty zostały obmyślone przez komunistów w Paryżu. Tak więc wyjaśniłem doktorowi Kissingerowi, że zaakceptowanie ich oznaczałoby ugięcie się przez żądaniami północnych Wietnamczyków. To, czego żądają północni Wietnamczycy, to utrata Wietnamu Południowego. Voilà.

Czy nie mógłby pan wyrazić się jaśniej, panie prezydencie?

Mais vous savez, mademoiselle, c’est très simple!2 Amerykanie twierdzą, że w Wietnamie Południowym jest sto czterdzieści pięć tysięcy północnych Wietnamczyków, ja mówię, że jest ich trzysta tysięcy, jakkolwiek taka sprzeczka jest zbędna. Czy ich ocena jest prawdziwa, czy moja (ale to moja jest prawdziwa), absolutnie nie do przyjęcia jest tolerowanie obecności trzystu tysięcy północnych Wietnamczyków zalegalizowanej przez prawne porozumienie, zatwierdzonej przez międzynarodową konferencję, to znaczy przez cały świat. Oznacza to bowiem przyznanie im prawa do określania się jako wyzwoliciele oraz prawa do twierdzenia, że Wietnam jest tylko jeden od Hanoi po Sajgon, jednak należy do do Hanoi, a nie do Sajgonu. Czy dobrze to wyjaśniłem, mademoiselle? Ja twierdzę, że zaakceptowanie obecności w kraju armii złożonej z trzystu tysięcy żołnierzy oznacza zaakceptowanie władzy takiej armii nad tym krajem. Oznacza uznanie północnych Wietnamczyków za wyzwolicieli, a nie za agresorów. W konsekwencji oznacza uznanie armii południowowietnamskiej za najemną armię Amerykanów. Słowem, odwrócenie kota ogonem. Właśnie to powiedziałem Kissingerowi: „Ależ doktorze Kissinger, czy nie rozumie pan, że działając w ten sposób, stawia pan legalny rząd Wietnamu Południowego w pozycji rządu marionetkowego, zainstalowanego przez Amerykanów?!”.

Cóż, musiał pan odzyskać trochę zaufania, kiedy Amerykanie wznowili bombardowania Hanoi. Tutaj, w Sajgonie, mówiliśmy: „Thieu musiał wznosić toasty szampanem, kiedy dotarła do niego ta wiadomość!”.

Powiedzmy od razu jedno: nikt nie kocha wojny. Ja oczywiście nie kocham wojny. Być zmuszonym ją toczyć nie sprawia mi żadnej radości. Zatem nie piję szampana z powodu bombardowań Hanoi, tak samo jak nie piję szampana z powodu rakiet wystrzelonych na Sajgon. Ale szczerze mówiąc, od chwili, kiedy ta wojna istnieje, trzeba ją toczyć. A w dniu, kiedy te bombardowania znów zostaną zawieszone, zapytam pana Nixona: „Dlaczego? Co chce pan przez to osiągnąć? Co pan osiągnął?”. Nie, ja nie proszę, żeby przerwano bombardowania. One mają cel, a jeśli chce się osiągnąć cel, musimy bombardować. Mademoiselle, mówiąc jako wojskowy, powiem pani, że wojna jest tym mniej okrutna, im jest krótsza.

Mówią tak również zwolennicy bomby atomowej, panie prezydencie.

Ja nie jestem zwolennikiem wojny atomowej. Nie mam na myśli bomby atomowej. Mam na myśli… Czy słyszała pani kiedyś o stopniowaniu? A zatem moim zdaniem stopniowanie nie jest sposobem na wyleczenie choroby. Szczególnie jeśli ta choroba trwa od dłuższego czasu, trzeba ją leczyć szybko, drastycznymi metodami. Mademoiselle, wojna jest chorobą. Nikomu się nie podoba, ale kiedy na nas spada, trzeba szybko rozwiązać problem. Bez stopniowania. Stopniowanie prezydenta Johnsona było nieznośne. On nigdy nie zrozumie tej prostej prawdy: wojnę się prowadzi albo nie. Stopniowanie, które Amerykanie stosowali po Johnsonie, było takie samo. Już od lat Amerykanie bombardują, przestają bombardować, znowu bombardują, redukują, eskalują, nad dwudziestym równoleżnikiem, pod dwudziestym równoleżnikiem… Co to ma być? Wojna? To nie jest wojna, to jest połowiczna wojna. C’est une demi-guerre. Do dzisiaj prowadziliśmy połowiczną wojnę, une demi-guerre. A ja powiem pani, że gdybyśmy zaatakowali Wietnam Północny jak w klasycznej wojnie, gdybyśmy nieprzerwanie bombardowali Wietnam Północny, gdybyśmy wylądowali w Wietnamie Północnym, dzisiaj wojna byłaby skończona. I dodam, że – jeśli pertraktacje pokojowe się nie powiodą – istnieje jedyny sposób, żeby zakończyć tę wojnę: przenieść wojnę do Wietnamu Północnego. Pod każdym względem, łącznie z desantem.

To znaczy, że desant jest wciąż brany pod uwagę?

Czemu nie, jeśli Amerykanie są skłonni go przeprowadzić? Jeśli nie będzie to możliwe dla Amerykanów, nie będzie to możliwe dla nikogo! Pozwoli pani, że lepiej to wyjaśnię. Kiedy byłem ministrem obrony, a Amerykanie rozpoczęli bombardowania, w czerwcu 1965 roku, ktoś mnie zapytał: „Panie ministrze, czy sądzi pan, że te bombardowania spowodują przerwanie wojny w ciągu trzech miesięcy?”. A ja odparłem: „To zależy od was, Amerykanów”. Po czym powtórzyłem przykład z bokserem. „Jesteście wielkim bokserem, a Wietnam Północny jest małym bokserem. Jeśli zechcecie, możecie posłać go na matę w pierwszej rundzie. Jeśli nie będziecie chcieli i przedłużycie mecz do dziewiątej rundy, publiczność może się zniechęcić i poprosić o zwrot pieniędzy za bilety. Jest coś jeszcze gorszego: jeśli z powodu przedłużającego się meczu złapie was skurcz, ten mały przeciwnik może was nawet pokonać. Allons, donc! Soyez de grands boxeurs!3 Poślijcie go na matę w pierwszej rundzie! Poprzez stopniowanie bombardowania nigdy niczego nie osiągniecie. Przeciwnie, dostarczycie Giapowi argumentu, by mógł twierdzić, że taki mały kraj jak Wietnam Północny może oprzeć się amerykańskiej potędze. Wystawiają was na próbę, panowie Amerykanie! Nie bombardujcie dla formy, nie prowadźcie wojny psychologicznej, prowadźcie wojnę!” Mademoiselle, my wszyscy byliśmy pod amerykańskimi bombardowaniami. Ja też byłem, w 1942 roku, kiedy byli tutaj Japończycy. I przypominam pani, że nie jest wcale trudno wytrzymać bombardowania, po pewnym czasie można przywyknąć, szczególnie jeśli ma się do dyspozycji dobre schrony. Tak więc podczas pierwszych bombardowań północni Wietnamczycy całkowicie podupadli na duchu. Morale ludności było bardzo niskie, a w Hanoi spodziewano się desantu. Ale Amerykanie nie napierali i… Amerykanie zabijają przez pięć minut, potem dają cztery minuty wytchnienia, potem znowu zabijają…

Panie prezydencie, mówimy tutaj tyko o północnych Wietnamczykach. Wydaje mi się zatem, że nadszedł moment, by porozmawiać o Vietcongu i o jeszcze jednej różnicy poglądów między panem a Kissingerem.

Très bien. Ja twierdzę, że formuła polityczna przyjęta przez Amerykanów w październiku jest formułą podstępną, poprzez którą północni Wietnamczycy próbują narzucić nam rząd koalicyjny. Twierdzę, że nigdy nie zaakceptujemy takiej formuły, pod żadnym przebraniem, ponieważ ja nie narzucam Hanoi żadnego rządu i nie chcę, żeby Hanoi narzucało cokolwiek Sajgonowi. Konstytucja Wietnamu Północnego mówi, że Wietnam jest jeden, niepodzielny, od Lao Cai po Ca Mau. Konstytucja Wietnamu Południowego mówi to samo: Wietnam jest jeden, od Ca Mau po Lao Cai itd. Pozostaje jednak faktyczna sytuacja: dwa państwa wewnątrz tego narodu. Państwo Wietnamu Północnego i państwo Wietnamu Południowego, każde ze swoim rządem, ze swoim parlamentem, ze swoją konstytucją. Zatem każde z tych państw powinno samodzielnie decydować o własnej przyszłości politycznej, bez ingerencji drugiego. Jak Niemcy. Jak Korea. Dwa państwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie. Kiedy takie zjednoczenie nastąpi, Bóg jeden wie. Osobiście wykluczam, by mogło to się stać wcześnie niż za dwadzieścia lat, i dlatego zawsze prosiłem, żeby Wietnam Północny i Wietnam Południowy zostały przyjęte do ONZ…

Ale Vietcong istnieje, panie prezydencie, są to południowi Wietnamczycy, powinni uczestniczyć w życiu politycznym Wietnamu Południowego.

Tak, ale bez ingerencji ze strony Wietnamu Północnego. Tak też mówię: pozwólcie, że o przyszłości politycznej Wietnamu Południowego będziemy decydowali my i południowowietnamscy komuniści. Ja zgadzam się negocjować z Narodowym Frontem Wyzwolenia, zgadzam się organizować wybory z jego udziałem, zgadzam się mieć go w przyszłości jako partię polityczną. Ale to jest sprawa polityki południowowietnamskiej, a nie polityki północnowietnamskiej! Nie chcę nakazów z Hanoi, chcę swobodnie negocjować z Narodowym Frontem Wyzwolenia! Ale jak mogę to robić, jeśli północni Wietnamczycy są tu przebrani za żołnierzy Vietcongu? Mademoiselle, nawet sam Front Wyzwolenia nie mógłby swobodnie ze mną negocjować, mając na karku trzysta tysięcy północnych Wietnamczyków uzbrojonych w artylerię! Tak więc powtarzam: zostawcie nas samych, nas i Vietcong. Lepiej się zrozumiemy, szybciej. Wszyscy jesteśmy południowymi Wietnamczykami i ja wiem, że większość żołnierzy Vietcongu, walczących od dwudziestu lat, nie chce opanować Wietnamu Południowego! Jak mogą to uczynić, skoro są południowymi Wietnamczykami?! Ja wiem, że chcą tylko uczestniczyć w życiu politycznym kraju i…

Czy próbował pan kiedykolwiek nawiązać z nimi dialog, panie prezydencie?

Ale jak mam to zrobić, skoro są tu północni Wietnamczycy?! Jak oni mają to zrobić, skoro są tu północni Wietnamczycy? Właśnie to wciąż powtarzam Amerykanom, którzy nie rozumieją! Przypuśćmy, że chciałbym spotkać się z madame Binh, co mogłoby skądinąd sprawić mi przyjemność. Jak mam to zrobić? Jak ona ma to zrobić? Madame Binh nie ma swobody rozmawiania ze mną, jej rzecznikami są północni Wietnamczycy! Mówię pani, mademoiselle, że dopiero kiedy północni Wietnamczycy odejdą, ludzie Vietcongu poczują się wolni, żeby przyjść i rozmawiać ze mną. I przyjdą. Ponieważ ja ich zaproszę i ponieważ nie będą już kontrolowani przez innych. Faktem jest, że… Mademoiselle, dwa albo trzy lata temu miało miejsce zjawisko nazywane tu ruchem Chu Hoi. Chu Hoi znaczy mniej więcej dezerter z Vietcongu. A więc w pewnym momencie ich liczba była bardzo wysoka: około dwustu tysięcy. To zaniepokoiło ogromnie północnych Wietnamczyków, ponieważ – to jasne – pozwól Chu Hoi pójść dalej i koniec z Narodowym Frontem Wyzwolenia. Co więc zrobili północni Wietnamczycy? Rozproszyli się po wsiach i jednostkach Vietcongu, żeby zastąpić ich żołnierzy albo uniemożliwić im dezercję. I… Ale czy nie rozumie pani, że ta druga różnica poglądów z doktorem Kissingerem jest konsekwencją pierwszej?! Nie rozumie pani, że podstawowym problemem pozostaje obecność trzystu tysięcy północnych Wietnamczyków?

Tak, panie prezydencie, ale pan posuwa się nieco dalej, odrzucając ipso facto4 rząd koalicyjny. Jeśli jest pan gotów zaakceptować Vietcong w polityce Wietnamu Południowego, to dlaczego odrzuca pan ideę rządu koalicyjnego?

Ponieważ to, co powiedziałem do tej pory, nie oznacza wcale rządu koalicyjnego, oznacza po prostu udział Vietcongu w wyborach! Ponieważ to, co odrzucam, to żądanie koalicyjnego rządu zgłaszane przez kogoś innego! Rząd jest wynikiem wyborów, tak czy nie? Zatem jeśli nawet pewnego dnia będzie w Sajgonie rząd całkowicie kontrolowany przez komunistów, będzie to musiało wynikać z wyborów. Tak czy nie? Nie będzie to rząd spreparowany. Nie będzie to rząd narzucony przez Hanoi. O co proszę w gruncie rzeczy? O trzy miesiące rozmów z Narodowym Frontem Wyzwolenia, plus trzy miesiące na znalezienie z nim porozumienia i zorganizowanie wyborów, wreszcie o wybory jedna-osoba-jeden-głos. Allons, donc! Czego się ode mnie oczekuje? Czego ponad to? Reprezentuję legalny rząd, a zniżam się do rozmów z tymi, którzy chcą nielegalnie zająć moje miejsce, zgadzam się na ich udział w wyborach… do diaska! Akceptuję nawet możliwość, że wygrają, choć jestem gotów założyć się, że tak się nie stanie, poderżnę sobie gardło, jeśli wygrają… Nie, nie, mademoiselle. Reprezentują zbyt mały procent ludności. Ich liczba wynosi około stu tysięcy. Od pięćdziesięciu do stu tysięcy i…

x

Tak więc dwa podstawowe punkty zaakceptowane przez Kissingera, a odrzucone przez Thieu to:

  • obecność oddziałów północnowietnamskich w Wietnamie Południowym
  • formuła polityczna: zalegalizowanie tej obecności przez prawne porozumienie i zatwierdzenie przez międzynarodową konferencję

To w praktyce oznaczało przyznanie komunistom prawa do określania się jako wyzwoliciele oraz prawa do twierdzenia, że Wietnam jest tylko jeden. Zaakceptowanie obecności w kraju armii złożonej z 300 tys. żołnierzy oznaczało zaakceptowanie władzy tej armii nad Wietnamem Południowym. Oznaczało uznanie północnych Wietnamczyków za wyzwolicieli, a nie za agresorów. I w konsekwencji oznaczało to uznanie armii południowowietnamskiej za najemną armię Amerykanów, a rząd południowowietnamski za marionetkowy. Jakaż analogia z Armią Czerwoną w Polsce!

Wygląda na to, że społeczność międzynarodowa – na którą składały się różne państwa, biorące udział w konferencjach międzynarodowych – wykonywała polecenia Amerykanów. Czy to oznacza, że Polskę, jako sojusznika USA, czeka podobny los, jaki stał się udziałem Wietnamu Południowego? Warto pamiętać o tym, co kiedyś powiedział Kissinger: „Bycie wrogiem Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczne, ale bycie jego sojusznikiem jest śmiertelne”.

Sposób, w jaki Amerykanie prowadzili wojnę w Wietnamie wskazuje na to, że wcale im nie chodziło o pokonanie Wietnamu Północnego, a wręcz o coś przeciwnego. Jednak wojnę kontynuowano i ginęli ludzie. Czy taki był cel, by zginęło ich jak najwięcej i po skończonej wojnie jeszcze przez długie lata byli skłóceni? Czy nie ma tu analogii do wojny na Ukrainie. Przecież Rosja, jako bokser wagi ciężkiej, mogłaby już w pierwszej rundzie posłać na deski boksera wagi piórkowej, jakim jest Ukraina. A jednak tego nie robi.

To, co Thieu odrzucał, to – jak sam powiedział – żądanie rządu koalicyjnego zgłaszane przez kogoś innego. Jego zdaniem rząd powinien był powstać w wyniku wyborów. I nawet gdyby komuniści wygrali, to on zaakceptowałby taki rząd. Jednak uważał, że komuniści nie mieli szans na wygranie wyborów, bo było ich zbyt mało. Czy miał rację? Skoro do tych wyborów nie doszło, to ci, którzy o tym decydowali, dobrze orientowali się w sytuacji. Tak więc Wietnamowi został narzucony komunizm w wersji stalinowskiej, czyli narzucony siłą, podobnie jak to było w przypadku krajów Europy Wschodniej. Efektem upadku Wietnamu Południowego było również zainstalowanie rządów komunistycznych w Laosie i Kambodży.

Obecnie Wietnam to republika socjalistyczna. Zgromadzenie Narodowe liczy 498 posłów: 458 posłów Komunistycznej Partii Wietnamu i 40 posłów niezależnych. Według Amnesty International rządząca partia stosuje represje wobec opozycji, ograniczane są wolność słowa i zgromadzeń. Powszechne są naruszenia praw pracowniczych i praw człowieka. – Tak pisze Wikipedia.

x

Aleksander de Rhodes, francuski jezuita, był tym, który odkrył dla Europy i Francji Wietnam. To było w XVII wieku. Ale 200 lat później pojawił się inny Rhodes – Cecil Rhodes. O nim Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka (1996) pisze:

Któregoś dnia w Oxfordzie, w obecności kilku przyjaciół, Rhodes po raz pierwszy odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Ku zaskoczeniu wszystkich wygłosił przemówienie, w którym powiedział: „Twierdzę, ze jesteśmy pierwszą rasą na świecie i im większą część kuli ziemskiej zasiedlimy – tym lepiej dla ludzkości (…). Każdy akr ziemi dodanej do naszego terytorium oznacza narodziny większej ilości Anglików (…). Objęcie większości świata naszymi rządami oznaczać będzie po prostu koniec wszystkich wojen”. Zawarł w tym przemówieniu program, którym miał się kierować przez całe życie. Niebawem napisał testament, choć był przecież młodym człowiekiem, którego zdrowie uległo wybitnej poprawie. Wszystkie pieniądze, a miał już wtedy pokaźny majątek, choć nie był jeszcze, jak później, potentatem finansowym, przeznaczył na utworzenie i rozwój niejawnego stowarzyszenia, którego celem miało być „rozprzestrzenienie władzy brytyjskiej na cały świat”.

x

Brzmiało to dokładnie tak, jak program innej nacji. I prawdopodobnie jest tak, że ta inna nacja zasłaniając się Anglosasami, realizuje dokładnie ten program. A więc wojny skończą się, gdy naród wybrany uzna, że już całkowicie sobie podporządkował pozostałe narody. Czy zatem Cecil Rhodes był Żydem? Czy był nim Aleksander de Rhodes? I czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa?

  1. OSS (Office of Strategic Services) – Biuro Służb Strategicznych – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942-1946. Poprzednik CIA. ↩︎
  2. Mais vous savez, mademoiselle, c’est très simple! – Wie pani, to bardzo proste. ↩︎
  3. Allons, donc! Soyez de grands boxeurs! – A więc do dzieła! Bądźcie wielkimi bokserami! ↩︎
  4. Ipso facto (łac.) – tym samym. ↩︎

Kompromis historyczny

Z tym komunizmem to nie jest tak, jak nam się wmawia. Nasze doświadczenie dotyczy wersji leninowskiej komunizmu i jej kontynuacji w postaci stalinizmu. W tej wersji dojście do władzy komunistów następuje w wyniku rewolucji, czyli użycia siły, terroru – i jej utrzymanie wymaga siły i terroru: władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy. Narzucanie tej wersji komunizmu odbywa się wbrew woli ludu. Jednak nie wszyscy teoretycy i ideologowie komunizmu podzielali takie działania. Na tym tle doszło do ostrego sporu ideologicznego pomiędzy Leninem a Karolem Kautsky’m. W końcu Lenin stwierdził: „Po co dyskutować z towarzyszem Kautsky’m, lepiej od razu go zignorować”. Stało się tak dlatego, że towarzysz Kautsky uważał, że komuniści powinni zdobyć władzę w wyniku demokratycznych wyborów. Jest to fundamentalna różnica, która powoduje, że mamy do czynienia z zupełnie innym komunizmem. Jeśli zakładano, że komuniści mają zdobyć władzę w wyniku demokratycznych wyborów, czyli zgodnie z wolą ludu, to gdy ten lud zmieni zdanie, to oni się z tym pogodzą i władzę oddadzą. Jednak nie tylko Kautsky był tego zdania, również współzałożyciel (wraz z Palmiro Togliattim) Włoskiej Partii Komunistycznej – Antonio Gramsci (1891-1937). Wikipedia tak m.in. pisze:

Podstawowym problemem, z którym borykał się Gramsci, była kwestia szerokiego poparcia dla faszyzmu wśród włoskiego proletariatu. Doprowadziło go to do swoistego „odwrócenia” Marksa i położenia równego nacisku na bazę i nadbudowę – zarówno sfera ekonomiczno-społeczna, jak i sfera kultury ma wpływ na podejmowane decyzje i działania. Droga do zmiany nie prowadzi poprzez rewolucyjny przewrót, lecz wymaga długotrwałego okresu tworzenia kulturowej hegemonii – wspólnej platformy wyobrażeń i idei łączącej intelektualistów z ludem.

x

W styczniu 1974 roku Oriana Fallaci przeprowadziła w Rzymie wywiad z włoskim komunistą Giorgio Amendolą (1917-1980) – Oriana Fallaci Wywiad z historią Świat Książki, 2016. W nim wyjaśnia on, czym był ten kompromis historyczny. Poniżej jego fragmenty, a we wstępie do niego Fallaci m.in. pisze:

Tylu rzeczy chciałam się od niego dowiedzieć. Wszystkiego, czego ktoś, kto nie jest komunistą, chciałby się dowiedzieć od jednego z przywódców Włoskiej Partii Komunistycznej na początku roku 1974; stanowisko, jakie zajęłaby partia, gdyby odbyło się referendum dotyczące rozwodów, prawdziwa natura kompromisu historycznego, będącego wówczas przedmiotem licznych dyskusji i tak bardzo nieprawdopodobnego, stosunki z socjalistami i ugrupowaniami pozaparlamentarnymi ze skrajnej lewicy, które określały Partię Komunistyczną jako partię senną i burżuazyjną, wreszcie relacje ze Związkiem Radzieckim i problem wolności. Do jakiego stopnia komuniści mogli udowodnić, że są niezależni od Moskwy i do jakiego stopnia możemy im wierzyć, kiedy twierdzą, że nie odejdą od partyjnego pluralizmu? Przez niemal trzydzieści lat godzili się na demokratyczną grę sił, to prawda, pełnili poprawnie swoją rolę opozycji, ale czy będą postępować tak samo, kiedy dojdą do władzy i zaczną rządzić? Czy z ich strony to strategia, czy szczerość? Berlinguer (I sekretarz WPK – przyp. W.L.) praktycznie milczał. Pełen rezerwy i nieśmiały, nie udzielał w tamtym czasie wywiadów, dopiero wybory w 1976 roku sprawiły, że wyszedł ze swojej skorupy i zgodził się na kontakty z prasą. Jeśli więc chciałeś dowiedzieć się tego, co ja, musiałeś zwrócić się do kogoś innego. A tym kimś był Giorgio Amendola: jedyny w gruncie rzeczy, który gotów był mówić i nie obawiał się odpowiadać nawet na najbardziej podchwytliwe pytania.

Ale przede wszystkim chciałam go poznać: jako człowieka, jako postać. Uważałam go za jednego z najbardziej interesujących włoskich polityków. Historia jego życia wydaje się jak wzięta z powieści i nie przypadkiem opowiedział ją w książkach, które odniosły wielki sukces. Syn wielkiego liberała, jakim był Giovanni Amendola, i tej nadzwyczajnej kobiety, jaką była Eva Kuhn, urodził się i wyrósł w środowisku intelektualnym i mieszczańskim; został więc komunistą, nie mając stygmatów. Aż do dwudziestego roku życia on też był liberałem i wszystko przed nawróceniem się na Partię Komunistyczną pozwalało przypuszczać, że co najwyżej zwiąże się z ruchem Sprawiedliwość i Wolność. Był uczniem Benedetta Crocego, przyjacielem Galeazza Ciana; jego przypadek różnił się od przypadków takich ludzi, jak Giancarlo Pajetta czy Longo, czy Scoccimarro. Był w każdym razie kimś osobnym, człowiekiem pełnym fantazji i zaskakującym. Jako antyfaszysta walczył dzielnie, płacąc za swój wybór zesłaniem i emigracją; w Ruchu Oporu uczestniczył bardziej na mocy czynów niż słów i wkrótce został jednym z jego przywódców; było to dramatyczne i bolesne. Brał między innymi udział w akcji na via Rasella, za którą w odwecie Niemcy rozstrzelali grupę Rzymian w Fosse Ardeatine. To również dzięki niemu w okresie 1940-1945 Włoska Partia Komunistyczna tak bardzo się umocniła, że stała się najsilniejszą partią komunistyczną w Europie Zachodniej. A jednak zachował zawsze godną uwagi niezależność postępowania i myślenia: na przykład jako jedyny ośmielił się zbuntować przeciwko Togliattiemu. Oddany Stalinowi był jednym z pierwszych, którzy spostrzegli, że stalinizm jest czymś haniebnym; proces destalinizacji Partii Komunistycznej był w dużej mierze jego dziełem. Nie przypadkiem niektórzy nazywali go kpiąco socjaldemokratą. Kiedy jednak na niego patrzymy, wydaje się komunistą w starym stylu: jest taki twardy i surowy, oschły. Może z powodu swojego wyglądu, to znaczy imponującej, wysokiej i masywnej sylwetki, pomarszczonej i żywej twarzy, jak u wieśniaka, włosów ostrzyżonych bardzo krótko, jak w wojsku, poruszania się z powagą i dostojeństwem. Szła też za nim fama choleryka i rzeczywiście, mówiąc, miał zwyczaj podkreślania najważniejszych słów przez uderzanie zaciśniętą dłonią w stół, tak mocno, że przypominało to wystrzały z karabinu.

Kiedy więc spotkałam się z nim w celu przeprowadzenia wywiadu, byłam bardzo zdziwiona jego uprzejmością. Jasne jest, że na początku taka uprzejmość wydawała mi się sztuczna: zwracał się do mnie jak nauczyciel starej daty zwraca się do tępego ucznia, aby przekonać go do tego, by czytał więcej i lepiej. Takie wrażenie wzmacniały uderzenia dłonią w stół i potężny surowy głos, który często przesadnie podnosił, sprawiając, że podskakiwałam przestraszona. Szybko jednak spostrzegłam, że chodzi o zewnętrzną powłokę i że wewnątrz kryje się prawdziwa uprzejmość.

x

Czy możemy wreszcie pomówić o kompromisie historycznym, senatorze Amendola?

Moim zdaniem wielką matrycą tego kompromisu jest Ruch Oporu. I kiedy to mówię nie mam na myśli spotkania De Gasperiego, Scoccimarra i Nienniego, chociaż miało ono swoje znaczenie. Mam na myśli tę wielką magmę, jaką był Ruch Oporu: żołnierze i oficerowie, którzy poszli do partyzantki, żeby nie zostać schwytani, robotnicy, którzy szli w góry, żeby uniknąć aresztowania, chłopi, którzy im pomagali, żeby ratować bydło… I w tej magmie jak można było oddzielić partyzantów czerwonych od partyzantów białych? Chadecy mieli swoje oddziały partyzanckie w Emilii i Veneto, to prawda, ale występowali też w oddziałach imienia Garibaldiego, byli tam proboszczowie kapelani, byli patrioci niekomuniści. Nie przypadkiem w trakcie wojny dojrzała idea spotkania między nami a chadekami. Nie przypadkiem w Turynie zawarty został pakt pomiędzy Partią Komunistyczną, Socjalistyczną i Chrześcijańską Demokracją, który tak rozzłościł członków Partii Czynu. To była już forma kompromisu historycznego. Nie przypadkiem ten element trójpartyjny objawił się niemal wyłącznie na północy kraju i w pierwszym rządzie republikańskim De Gasperiego dyskusja nad trójpartyjnością była silnie obecna. Czyż De Gasperi nie mówił o „humanistycznym i laickim solidaryzmie oraz solidaryzmie chrześcijańskim”? Zimna wojna przerwała tę dyskusję, stało się tak z powodu sytuacji międzynarodowej. Kiedy w Turynie socjaliści zbliżyli się do Chrześcijańskiej Demokracji, Togliatti oświadczył: „Doskonale, róbcie tak dalej, a nam pomożecie. Doskonale, abyście tylko utrzymywali z nami kontakt”. Powiedział to otwarcie. Zerwanie nastąpiło wtedy, kiedy Nenni (socjalista – przyp. W.L.) odwrócił sytuację i zawarł porozumienie z Chrześcijańską Demokracją, które zakładało izolację komunistów. Togliatti nie miał nic przeciwko centrolewicy, nie podobała mu się ta konkretna centrolewica. I teraz, kiedy…

Niech pan posłucha, nie mówiąc o tym, że wydaje mi się to co najmniej naciągane przedstawiać chadeków jako autorytety Ruchu Oporu, cóż to za komuniści, którzy…

I teraz, kiedy minęło 10 lat, jak mówiłem, i w kraju panuje kryzys, jak można go rozwiązać, jeśli nie za pomocą demokratycznej lewicowej alternatywy? To kwestia rachunku matematycznego. Cała lewica we Włoszech nie przekroczyła nigdy czterdziestu czterech procent. I do tych czterdziestu czterech procent zaliczam socjaldemokratów i republikanów. Chodzi więc o niejednolite czterdzieści cztery procent: socjaldemokraci i republikanie nie chcą być z nami. My i socjaliści nie przekroczyliśmy nigdy trzydziestu dwóch, trzydziestu trzech procent. Od 1946 roku mogą zmieniać się składniki dodawania, ale suma pozostaje jednakowa. Co do Demokracji Chrześcijańskiej, to ma własną siłę, taką samą jak w 1946 roku: pomiędzy trzydzieści pięć a trzydzieści siedem procent. Istotnie, czterdzieści osiem procent uzyskane 18 kwietnia już się nie powtórzyło, pozostało dla chadeków mirażem, który ścigają zawsze, ale którego nigdy nie potrafią dogonić. W rezultacie od dwudziestu pięciu lat siłujemy się na rękę z Chrześcijańską Demokracją, i to siłowanie zrujnowało kraj. Opiera się ono na zawsze takiej samej relacji wpływów, nie mówimy o sukcesach i porażkach jednej i drugiej strony, nie mówimy o tym, że z dziewiętnastu przeszliśmy do dwudziestu siedmiu procent, że oni zeszli z czterdziestu ośmiu do trzydziestu siedmiu. Siłowanie się na rękę pozostaje faktem i nie może trwać dłużej, kiedy kraj się rozpada. Stąd konieczność spotkania.

Spotkania czy wspólnego rządu?

Kiedy mówimy o kompromisie historycznym, nie twierdzimy, że komuniści muszą wejść do rządu. Mówimy o polityce, w której istnieją inne relacje pomiędzy opozycją a większością, a także inna większość. Czy komuniści wejdą, czy nie, do rządu, to kwestia drugorzędna. Nas interesuje to, co Togliatti nazwał „strefą rządu”, to znaczy obecność komunistów jako odpowiedzialnej siły. Wejść do strefy rządu oznacza wejść do strefy, gdzie z uwagi na siłę, którą dysponujemy, uważani jesteśmy za współodpowiedzialnych za pewne decyzje. Czy wyraziłem się jasno? Chcę powiedzieć, że w wielkim planie strategicznym, którym mamy się kierować, konkretna forma nowych relacji między nami a Chrześcijańską Demokracją jest czymś drugorzędnym. Nie wykluczamy wejścia do rządu, ale nie traktujemy wejścia do rządu jako warunku. Możemy nawet wziąć na siebie odpowiedzialność wejścia do rządu, ale jeśli inni będą robić z tego problem, nie będziemy rozpaczać. Nie zależy nam na fotelach ministerialnych. Zależy nam na tym, żeby się z nami konsultowano na czas, żebyśmy współuczestniczyli. A to już się dzieje, to prawda. Ale w zbyt małym stopniu. Innymi słowy, powiadamy: skoro nie potraficie rozwiązać problemów, czy możemy coś zrobić? Ja to nazywam „pożytkiem z parasola”. Ponieważ oni mieli zwyczaj mówić: „Wolę zmoknąć, niż wziąć parasol od komunisty”. Nadeszła jednak chwila, aby odpowiedzieć: „Pamiętajcie, że komunistyczny parasol może być pożyteczny”.

Ale kiedy mówicie o Chrześcijańskiej Demokracji, mówicie o całej czy tylko o ugrupowaniu na lewo od Chrześcijańskiej Demokracji?

Co do tego naprawdę się wahaliśmy. Przeszliśmy od całej Demokracji Chrześcijańskiej do Chrześcijańskiej Demokracji powstałej z ewentualnego podziału, a potem znowu wróciliśmy do całej. Była taka chwila, kiedy sądziliśmy, że kryzys teorii zbliżenia klas społecznych popycha Chrześcijańską Demokrację do rozłamu, tak jak stało się we Francji. A jednak utrzymała ona jedność, a nawet wyciągnęła korzyść ze swoich wewnętrznych konfliktów, z wielości nurtów. Jest oczywiste, że nigdy nie liczyłem na odpryski religijnej kontestacji: niektóre zjawiska są objawem niepewności, nie są zaś faktem politycznym. A zatem dziś dylemat ten interesuje nas mniej. To Chrześcijańska Demokracja musi zrozumieć, że nie można przechodzić z taką dezynwolturą od otwarcia na prawo do otwarcia na lewo, od centroprawicy do centrolewicy. Możemy tylko sprzyjać jej spoglądaniu na lewo.

A więc skoro mamy taki piękny związek małżeński, gdzie podzieją się inni? Na przykład socjaliści?

Zgadzam się na komponent socjalistyczny, ponieważ istnieje elektorat socjalistyczny, który przetrwał błędy socjalistów. Ta wspaniała, cudowna wierność włoskiego elektoratu socjalistycznego. Mimo tej wierności socjaliści spadli z dziewiętnastu procent do dziesięciu. Wraz z pięcioma procentami socjaldemokratów osiągają piętnaście procent. Czy to więc my zniszczymy jedność socjalistyczną, czy raczej jedność socjalistyczna sama znika w trakcie wymiany pokoleń? Chciałbym bardzo, żeby socjaliści uczestniczyli w kompromisie historycznym. Mają oni funkcję łącznika, mediatora, ponieważ wyrażają coś, co nie jest komunistyczne i nie jest chadeckie. Ale ich obecność w kompromisie historycznym nie zależy od nas, zależy od nich. A jeśli będą dalej się kłócić i dzielić… Wie pani, że mógłbym napisać historię podziałów socjalistycznych z pierwszej ręki? Z pierwszej ręki! (uderzenie zaciśniętą pięścią w stół – przyp. W.L.) Używając słów wszystkich socjalistów, którzy przychodzili do mnie, żeby się wyżalić, opowiedzieć mi o swoich problemach… To byłaby historia niekończących się kłótni, kłótni bezpodstawnych. Mówi pani, że we Włoskiej Partii Socjalistycznej występuje element anarchistyczny, bakuninowski. Ale występuje i u nas, komunistów! We Włoszech element anarchistyczny występuje wszędzie. Albo prawie. Ale my, komuniści, potrafiliśmy go zneutralizować albo przynajmniej wziąć jego dobrą część, to znaczy tendencje wolnościowe. Ależ tak! Ja wzmacniam element wolnościowy w Partii Komunistycznej. Niezależnie od tego, że ruch anarchistyczny był wspaniałą sprawą, nie można zapominać, że jego duch z nami pozostał. Proszę pomyśleć, że nawet Włoską Partią Komunistyczną nie da się kierować w sposób autorytarny. Jest jednak wielka różnica między wzmacnianiem takiego elementu a biernym tolerowaniem go!

Proszę posłuchać, senatorze Amendola, nie żebym się niecierpliwiła. Przeciwnie, im później zdecydujecie się, tym lepiej. Ale ten ślub Chrześcijańskiej Demokracji z Włoską Partią Komunistyczną kiedy nastąpi?

Cóż! Według mnie niektóre działania trzeba przygotować, a poza tym… Czas realizacji zależy od przypadku, od dramatycznych reperkusji wydarzeń. Jednym słowem, to nie jest coś, co można zrobić na zimno. Potrzeba… Nie wiem, jak to określić…

Jakieś traumy?

Być może. Faszystowskiego zagrożenia na przykład. Albo pogłębienia kryzysu gospodarczego. Albo obu rzeczy naraz. Kryzys rozpoczął się wraz z wojną w Wietnamie, to znaczy z dewaluacją dolara, chaosem w handlu, zmienionymi stosunkami między Ameryką a Europą… Jeśli uda się doprowadzić do przeorganizowania ładu monetarnego i handlowego na skalę światową, czeka nas długi okres niestabilności ekonomicznej. Czeka nas także zaostrzenie walki klasowej. Jeśli kryzys się pogłębi, klasy panujące będą usiłowały przerzucić jego ciężar na robotników angielskich, francuskich, niemieckich, włoskich, a ci się zbuntują. Ale zbuntuje się także drobnomieszczaństwo, które żyło dotąd w dobrych warunkach. Drobnomieszczaństwo nie zgodzi się chętnie na rezygnację z tego, co miało, a więc łatwo będzie je zmobilizować przeciwko demokracji. Historia uczy nas, że faszystowskie kalkulacje żywią się zawsze podobnymi sytuacjami, i gdyby zagrożenie faszystowskie stało się konkretne, element republikański i antyfaszystowski w Chrześcijańskiej Demokracji przystąpiłby do działania. Zgodziłby się na kompromis historyczny już bez wahania.

To jest pytanie, które stawiam wszystkim: Czy ma pan na myśli zamach stanu?

Zamachy stanu robi się w skali międzynarodowej. Gdyby więc we Włoszech zamach stanu miały jedynie dokonać siły wewnętrzne, powiedziałbym, że nie obawiam się niczego. Nasze siły wewnętrzne nie działają jednak na własny rachunek; działają na rzecz sił obcych. Nawet nie mam na myśli Ameryki… wiemy, że w tym kraju istnieją sprzeczne dynamiki… mam na myśli obce siły związane z imperializmem w ogóle… jednym słowem, jak to jest, że nie można znaleźć odpowiedzialnych za masakrę na piazza Fontana? Jak to jest, że nie można dojść do tego, kto spowodował zamach na Fiumicino? Mówi o tym nawet Pertini, prawda? Cóż! Może dlatego, że my, starzy antyfaszyści, jesteśmy uczuleni. Może dlatego, że wszystko cuchnie nam faszyzmem. Może dlatego, że przeceniamy zagrożenie faszyzmem, bo widzieliśmy, jak faszyzm się rodzi, i żyliśmy w tym reżimie. Mamy jednak obowiązek powiadomić innych o naszym niepokoju. Dzisiejsza sytuacja w basenie Morza Śródziemnego wcale mi się nie podoba. Za dużo dyktatur w tym Śródziemnomorzu. Komuś może się nie podobać, że Włochy są jedynym demokratycznym półwyspem, może wręcz najbardziej demokratycznym krajem w Europie. A z pewnością najbardziej żywym w sensie kulturalno-politycznym. Tak, Włochy są krajem, który najbardziej walczy o wolność, krajem, gdzie najwięcej napięć i najwięcej uczestnictwa w walce politycznej, i to niepokoi z pewnością tych, którzy chcieliby kontrolować region śródziemnomorski w określony sposób. A zatem ewentualność zamachu we Włoszech związana jest z rozwojem sytuacji na świecie, z problemem bezpieczeństwa europejskiego, przede wszystkim z problemem bezpieczeństwa basenu Morza Śródziemnego. A zagrożenie istnieje. Tak, istnieje.

A w jakim wypadku będziemy potrafili się obronić?

Odpowiem pani tak: tego nie da się zrobić w ostatniej chwili. Jeśli dziś w nocy przyjdą mnie aresztować, zastaną mnie w domu. Nie chcę goryla przed drzwiami ani goryla jako obstawy towarzyszącej mi na ulicy. I jeśli wszystkich nas niespodziewanie aresztują nie obronimy się; kiedy robotnicy zostają pozbawieni przywództwa na skutek wyeliminowana swoich liderów, niewiele mogą zrobić. Dodam jednak: zarówno w Chile, jak i w Grecji zamach stanu nie dokonał się nagle. A więc naszą rolą jest alarmować, abyśmy nie byli zmuszeni bronić się in extremis. Proszę posłuchać, aby zorganizować zamach stanu, potrzebne jest wojsko. Nie mam żadnego prawa wątpić w wierność włoskiego wojska; tak jak w sądownictwie, tak i w wojsku toruje sobie drogę pokolenie w czasach antyfaszyzmu i republiki. Ale wojsko związane jest z NATO i istnieje porozumienie między zagranicznymi tajnymi służbami a włoskimi tajnymi służbami. Porozumienie, które działa. Podsłuchy telefoniczne na przykład przerażają mnie, ponieważ udowadniają istnienie tajnych kadr, których państwo oficjalnie nie kontroluje. Wyrażam się jasno? Skutki praktyczne mniej mnie niepokoją. Podsłuchują rozmowy tak wielu osób, że może sobie pani wyobrazić, jaki z tego wynika zamęt? Co im przyjdzie z podsłuchiwania telefonicznej kłótni między moją żoną a teściową? Co wywnioskują z podsłuchiwania mojej rodziny? Włosi już zmądrzyli: jeśli nie chcą, aby o niektórych sprawach się dowiedziano, z pewnością nie mówią o nich przez telefon. Ale fakt, że mamy pięć tysięcy albo dziesięć tysięcy, albo dwadzieścia tysięcy telefonów na podsłuchu, martwi mnie, ponieważ zakłada istnienie wielkiej organizacji nieopłacanej przez państwo, a więc mogącej się stać narzędziem zamachu stanu. Zagrożeniem dla wolności.

Proszę mi wybaczyć, ale teraz muszę panu powiedzieć coś nieprzyjemnego. Już od kilku godzin rozmawiamy o demokracji i wolności i gotowa jestem włożyć rękę w ogień za to, że pan osobiście w nie wierzy. Udowodnił to pan całym swoim życiem. Ale pan to nie Partia Komunistyczna i wobec was, komunistów, pozostaje zawsze to samo zastrzeżenie dotyczące wolności. W krajach, gdzie komuniści są u władzy, nie ma wolności. A waszym wzorcem był zawsze model radziecki, niebędący z pewnością symbolem wolności. No to jak to jest?

Chwileczkę. Mówienie o modelu radzieckim jest nieścisłe. Związek Radziecki odpowiada określonej rzeczywistości historycznej, niebędącej rzeczywistością włoską. W każdym razie gwarancji wolności, której pani się domaga, nie dają wypowiedzi nasze, komunistów. Pierwszy przyznaję, że kiedy mówimy, iż chcemy szanować wolność, ktoś może nam nie uwierzyć… Nasze życie i nasze świadectwo liczą się tylko do pewnego stopnia… prawdziwą gwarancją wolności jest zatem charakter naszego kraju, który jest krajem nieznoszącym przymusu. W ostatnich trzydziestu latach Włochy doświadczyły tyle wolności, że już w niej zasmakowały. I bronią jej. A poza tym nikt nie może wpaść na pomysł, żeby samodzielnie zaprowadzić socjalizm we Włoszech. Socjalizm we Włoszech można zaprowadzić jedynie za pomocą wolności, systemu wielopartyjnego, uczestnictwa różnych sił. I na podstawie obiektywnych potrzeb, a nie doktrynerskiej logiki. Już mówiłem, że nie chcemy przeprowadzać reform na rzecz socjalizmu, ale dlatego, że reformy są konieczne. Mówiłem już, że ludzi, wielu ludzi socjalizm nie interesuje. I… ale przecież nawet w naszej partii nie ma zgody na brak wolności! Ale przecież nawet w latach, nad którymi ciążyła osobowość Togliattiego, był zawsze jakiś komunista, który wstawał, aby zadać bezczelne pytania, pytania, które w innej partii uznano by za lekceważące! W ostatnich dwudziestu latach naród wychował się we Włoszech do wolności i… Powiedziałem, Włochy i już? Powinienem był powiedzieć: Anglia, Francja, Niemcy, jednym słowem Europa Zachodnia; kraje, gdzie klasa robotnicza ukształtowała się w walkach o wolność. Na przykład prawo do strajku.

Aha…

Zgoda. Strajków się nadużywa. Istotnie, mówimy o tym. Ale to nie klas robotnicza nadużywa strajków, lecz inne kategorie pracowników. Uważam, że w niektórych dziedzinach podstawowych usług, na przykład w szpitalach, uciekanie się do strajku powinno być czymś wyjątkowym, czymś w interesie chorych, a nie kogoś innego. Występuje dziś rozdrobnienie korporacyjne strajków. Potrzeba więcej samodyscypliny, więcej świadomości politycznej. Jeśli ruch związkowy nie ma świadomości politycznej, popada w korporacjonizm: każdy działa na własny rachunek i kraj ginie. A więc kiedy ktoś nas pyta: czemu-nie-interweniujecie, odpowiadam: „Drodzy panowie, zawsze nam zarzucaliście, że nie chcemy niezależnego związku zawodowego. Teraz, kiedy jest niezależny, chcecie, żebyśmy interweniowali. Nie może tak być, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko! My już możemy jedynie powiedzieć, że taki a taki strajk nie wydaje się nam słuszny”. Tak właśnie jest. Ale jakże to?! Oskarżano nas o to, że posługiwaliśmy się związkami zawodowymi, aby instrumentalizować walkę klasową, i chociaż ja tak nie uważam, że tak postępowaliśmy, trzeba przyznać, że w dawnym systemie syndykalizmu wpływy partii były naprawdę obecne. A dziś, kiedy to się już nie zdarza, dziś, kiedy jedność związków jest silna, dziś, kiedy związki są pełnoletnie, biada się nad niedogodnościami. Trudno! Życie składa się także z niedogodności! Nie zgadzam się z tymi, którzy powiadają: dziś-we-Włoszech-rządzą-zwiąki-zawodowe. Związki wywierają wpływ na partie, tak, to prawda, ale partie mają nadal dominującą rolę. Kto, jeśli nie partie, uczestniczy w powszechnych wyborach? Kto, jeśli nie partie, uchwala ustawy w parlamencie? Proszę posłuchać, mój sąd o dzisiejszych Włoszech nie jest negatywny.

Nie jest?!

Nie, nie jest.

Pan zadziwia mnie coraz bardziej. Ponieważ prawdą jest, że nie chcecie już nikogo straszyć, prawdą jest, że nie jesteście już tacy jak przedtem, ale żeby mówić, iż we Włoszech wszystko jest w porządku! Czy nie jest to przypadkiem sposób, aby nie uznać win klasy politycznej, do której wy także należycie?

Nie istnieje jedna klasa polityczna. To jest pojęcie wprowadzone we Włoszech przez amerykańską socjologię. Należę do partii, która nigdy nie była u władzy, i nie można mnie mylić z kimś, kto był w rządzie, kto władał Włochami przez ponad dwadzieścia lat. Moją jedyną odpowiedzialnością jest to, że przegrałem, to znaczy, że nie byłem zdolny zmienić biegu rzeczy. Jasne jest, że my, komuniści, nie zdołaliśmy dokonać zwrotu politycznego, którego kraj potrzebował. Jasne jest, że nie zdołaliśmy dokonać socjalistycznej rewolucji we Włoszech. Ale czy jest naszą winą, że kraj jej nie chciał, czy jest naszą winą, że socjaldemokraci, republikanie, czasem także socjaliści, jednym słowem, centrolewica, sprzyjali Chrześcijańskiej Demokracji? A jednak powtarzam, mój sąd o dzisiejszych Włoszech nie jest negatywny.

x

W encyklopedii Britannica o Komunistycznej Partii Włoch można m.in. przeczytać:

W 1956 roku, kiedy po ujawnieniu zbrodni Józefa Stalina nastąpiło stłumienie przez Związek Radziecki powstania węgierskiego, przywódca komunistyczny Palmiro Togliatti uniezależnił partię od Związku Radzieckiego, proponując koncepcję „policentryzmu”, formy ograniczonej niezależności wśród partii komunistycznych. Po śmierci Togliattiego w 1964 r. PCI niemal podzieliła się z tego powodu na frakcje „rosyjską” i „włoską”. Pomimo tego konfliktu i innych podziałów na lewicy, PCI zdobyła 27 procent głosów w wyborach parlamentarnych w 1968 roku. Jednak utrzymująca się zimna wojna uniemożliwiła poważne rozważenie wejścia komunistów do koalicji rządzącej na szczeblu krajowym.

x

Tu pojawia się już pewien trop. Przeszkodą do wejścia komunistów do rządu była trwająca zimna wojna. Ale dlaczego była ona przeszkodą? Tego tematu Britannica nie podejmuje. Ona i inne źródła pomijają pewne wątki, które znajdują się w nocie biograficznej Berlinguera. W książce Wywiad z władzą (Świat Książki, 2016) wydawnictwo Rizzoli zamieściło noty biograficzne osób, z którymi Fallaci rozmawiała. O Berlinguerze można m.in. przeczytać:

W 1972 roku został sekretarzem WPK, podejmując współpracę z Chrześcijańską Demokracją z zamiarem przeprowadzenia reform społecznych i gospodarczych, które uznawał za niezbędne. Jednocześnie był przekonany o konieczności stworzenia nowej formy komunizmu, niezależnego od Związku Radzieckiego, czyli eurokomunizmu. Za sekretariatu Berlinguera WPK zdobyła największe poparcie w swojej historii – 34,4 procent w 1976 roku, do czego przyczyniło się także skuteczne działanie lokalnych komitetów partii. W tym samym roku WPK dokonała słynnego zerwania z Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego. Na zjeździe w Moskwie Berlinguer otwarcie wypowiedział się przeciw oficjalnemu stanowisku, stwierdzając, że zamierza budować socjalizm „konieczny i możliwy tylko we Włoszech”. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Włochy zmagały się z kryzysem gospodarczo-energetycznym, bezrobociem, strajkami, terroryzmem. W październiku 1977 roku ujawniono prywatną korespondencję Berlinguera z biskupem Ivrei Luigim Bettazzim, która miała świadczyć o możliwości dialogu między katolikami i komunistami. W 1978 roku, po spotkaniu z Bettino Craxim (socjalista – przyp. W.L.), Berlinguer uznał, że najodpowiedniejszym rozmówcą w sprawie konkretnego porozumienia, czyli kompromisu historycznego, będzie Aldo Moro. W marcu rozpoczęły się przygotowania do utworzenia rządu Andreottiego, któremu WPK miała udzielić poparcia z zewnątrz, w oczekiwaniu na kolejny etap, w którym miało dojść ostatecznie do koalicji. Szesnastego marca Aldo Moro został uprowadzony (nieco później zabity) przez Czerwone Brygady. Podczas przetrzymywania Moro Berlinguer zajął stanowisko razem z tak zwanym „frontem bezkompromisowości”. Po tragicznym finale sprawy Moro WPK znalazła się poza większością, powracając do roli opozycji.

xxx

Teraz, kiedy już mamy podstawowe informacje na temat tego, co się wtedy wydarzyło we Włoszech, można pokusić się o wyciągnięcie wniosków. Britannica napisała, że zimna wojna uniemożliwiła poważne rozważenie wejścia komunistów do koalicji rządzącej, ale chyba raczej uniemożliwiła komunistom zdobycie władzy samodzielnej. Jeśli w wyborach w 1968 roku zdobyli 27% głosów, a w 1976 – 34,4%, to powstało zagrożenie, że w następnych wyborach mogliby nawet rządzić samodzielnie, a przynajmniej bez koalicji z nimi utworzenie rządu nie byłoby możliwe. Dlaczego to było takie niebezpieczne? Dlatego, że w okresie zimnej wojny ustrój komunistyczny był przedstawiany jako źródło wszelkiego zła, a prezydent Ronald Reagan stwierdził nawet, że Związek Radziecki to imperium zła. Komunizm radziecki i ten krajów satelickich był starszakiem dla społeczeństw pozostałych państw europejskich i nie tylko europejskich. Dzięki temu Stany Zjednoczone, pod pozorem ich obrony przed komunizmem, realizowały swoje interesy w tych państwach, czyli je sobie podporządkowywały.

Co by się jednak stało, gdyby komuniści we Włoszech zdobyli władzę na drodze demokratycznych wyborów? Wtedy cały świat zobaczyłby, że jest takie państwo, w którym ludzie sami sobie wybrali komunistów do władzy, i że ten komunizm nie musi być wcale taki zły. I wtedy cały misterny plan amerykański terroryzowania pozostałych państw pod pozorem ochrony przed komunizmem ległby w gruzach. Należało więc zrobić coś, co zniechęci ludzi we Włoszech do komunistów, a światu pokazać, że komuniści zachowują się nieodpowiedzialnie, bo przecież Czerwone Brygady to pewnie komunistyczne bojówki.

Żeby sojusz chadecji z komunistami nie wydał się egzotyczny, trzeba było uwiarygodnić komunistów. Do tego służyło pozorne zerwanie Włoskiej Partii Komunistycznej z Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego w 1976 roku. Żeby to uwiarygodnienie było jeszcze bardziej przekonywujące, to ujawniono w październiku 1977 roku prywatną korespondencję Berlinguera z biskupem Ivrei Luigim Bettazzim, która miała świadczyć o możliwości dialogu między katolikami i komunistami. I gdy wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę, to przyszedł cios w postaci porwania i zabójstwa Aldo Moro.

W mojej ocenie w to zabójstwo byli zamieszani wszyscy: CIA, KGB, włoskie służby specjalne, część włoskich komunistów, część chadeków, hierarchowie katoliccy we Włoszech e tutti quanti1. CIA finansowało chadeków, a KGB – komunistów. Wygląda na to, że pomimo zabezpieczenia z każdej strony, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zapewne część chadeków i część komunistów wierzyła i chciała takiej koalicji, czyli tego kompromisu historycznego, bo on był jakby częścią włoskiej historii, częścią włoskiej tradycji politycznej. Zapewne wierzyli oni w to, że w ten sposób uda się stworzyć stabilne rządy we Włoszech. Na pewno do sukcesów komunistów przyczyniła się praca lokalnych komitetów partyjnych, a więc inicjatywa oddolna. Jeśli jednak ktoś wierzy w to, że inicjatywa oddolna, że oddolne zjednoczenie się ludzi może coś zmienić, to jest bardzo, ale to bardzo naiwny. Demokracja jest fikcją. Demokracja to opium dla ludu; co cztery lata kolejna dawka, która poprawia nastrój, daje nową nadzieję. A ma być tak, jak chcą wielcy tego świata.

I tak już na marginesie – Enrico Berlinguer, to tak jak u nas, przykładowo, Warszawski. Chyba nie muszę tłumaczyć, kto ma takie nazwiska. Ja mogę jeszcze uwierzyć w to, że włoskim komunistą był Amendola, ale Berlinguer…

  1. e tutti quanti – i wszyscy pozostali; i cała reszta (tego towarzystwa) ↩︎

Aldo Moro

W blogu „CIA c.d.”, w którym cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Williamem Colby’m, w pewnym momencie pyta ona go, co zrobiłaby CIA, gdyby komuniści we Włoszech zdobyli władzę. Czy byłoby drugie Chile? Na co Colby odpowiada: „Niekoniecznie. Nie wiem… To hipotetyczne pytanie, nie mogę na nie odpowiedzieć. To zależy od zbyt wielu czynników. Mogłoby nie wydarzyć się nic, mogłoby się coś wydarzyć, mógłby przytrafić się jakiś błąd”. To było w 1976 roku. Czy dwa lata później, w 1978 roku, przyszła odpowiedź na to pytanie? W 1978 roku został zamordowany Aldo Moro.

Rankiem pięciokrotny premier Włoch i lider Chrześcijańskiej Demokracji jechał do parlamentu, by wziąć udział w debacie poprzedzającej głosowanie nad votum zaufania dla nowo utworzonego rządu Giulia Andreottiego. Poparcia mieli mu udzielić komuniści, co przypieczętowałoby historyczny kompromis między rządzącymi od 30 lat chadekami a Włoską Partią Komunistyczną (PCI). Moro był jednym z architektów tego porozumienia, liczył, że w ten sposób utoruje sobie drogę do prezydentury – Polityka (Pomocnik Historyczny – 14.11.2023). Tyle było dostępne w wersji elektronicznej bezpłatnie. Przeczytałem cały ten artykuł na stoisku z prasą w Kauflandzie i nie ma w nim nic, co wyjaśniałoby motywy, którymi kierowali się mordercy.

Wikipedia tak m.in. o tym pisze:

Aldo Moro (ur. 23 września 1916 w Maglie, zm. 9 maja 1978 w Rzymie) – włoski polityk, prawnik, nauczyciel akademicki i działacz katolicki, jeden z liderów Chrześcijańskiej Demokracji i jej sekretarz w latach 1959–1964, długoletni deputowany, minister w różnych resortach, w latach 1963–1968 i 1974–1976 premier Włoch stojący na czele pięciu gabinetów. W 1978 porwany, więziony i następnie zamordowany przez terrorystów z Czerwonych Brygad.

Zamach na Aldo Moro – porwanie 16 marca 1978 roku o godzinie 9:10, a następnie zamordowanie byłego włoskiego premiera Aldo Moro. Do czynu przyznała się włoska organizacja terrorystyczna Czerwone Brygady, ciało Moro odnaleziono 9 maja 1978 roku. Porwanie przypadło na okres walk wewnętrznych we Włoszech, zwanych jako lata ołowiu.

Przed zamachem

Aldo Moro, absolwent, a następnie wykładowca prawa na uniwersytecie w Bari, od początku kariery politycznej był związany z Chrześcijańską Demokracją. W 1946 roku został wybrany do Zgromadzenia Konstytucyjnego. Następnie był ministrem łaski i sprawiedliwości (w latach 1955–1957), oświaty (1957–1959) oraz spraw zagranicznych (1969–1974). Dwukrotnie pełnił funkcję premiera Włoch (w latach 1963–1968 oraz 1974–1976). Był orędownikiem integracji europejskiej oraz autorem tzw. równoległej konwergencji (tj. kompromisu dopuszczającego współpracę Chrześcijańskiej Demokracji z Włoską Partią Komunistyczną).

Porwanie i śmierć

Porwanie miało miejsce w centrum Rzymu 16 marca 1978 roku o godzinie 9:10. Wtedy to Fiat 128 uderzył w samochód, którym podróżował Moro. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn, którzy zabili dwóch osobistych ochroniarzy Moro, podróżujących wraz z nim, natomiast ich wspólnicy ostrzeliwali drugi samochód, w którym znajdowało się jeszcze trzech członków osobistej ochrony byłego włoskiego premiera. Po tym zdarzeniu mężczyźni wepchnęli Moro do Fiata i natychmiast ruszyli. W poszukiwania zaginionego włączyło się 50 tysięcy policjantów, co nie przyniosło rezultatu, jednakże po pewnym czasie okazało się, że były one prowadzone nieudolnie (nie sprawdzono na przykład miejsca znanego policji z donosu, a w którym rzeczywiście przebywał Moro, bowiem gdy policjanci zapukali do drzwi, a nikt nie otworzył, poszli dalej). 18 kwietnia Czerwone Brygady podały, że na Aldzie Moro „został wykonany wyrok przez samobójstwo”, i że jego ciało znajduje się w jeziorze w Abruzzach.

Porywacze przedstawili swoje żądania dopiero 35 dni po uprowadzeniu Moro. Wraz z dostarczeniem policji zdjęcia żywego polityka, żądali uwolnienia 13 działaczy tej organizacji, sądzonych w Turynie. Rząd odmówił negocjacji z terrorystami (obawiano się kolejnych porwań), odrzucając prośby Alda Moro (pozwolono mu wysłać kilkanaście listów z apelami o pomoc i uwolnienie więźniów oraz nakręcono z nim kilka filmów o podobnej treści) i jego rodziny. Do terrorystów apelowali między innymi papież Paweł VI (który oferował siebie w zamian za Moro) i sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim, ale bezskutecznie. W ręce porywaczy w zamian za Moro chciało oddać się trzech włoskich biskupów.

Podziurawione kulami ciało Alda Moro odnaleziono 9 maja 1978 roku w bagażniku porzuconego na ulicach Rzymu samochodu Renault 4 z francuskimi tablicami rejestracyjnymi, które wskazał Romano Prodi, powołując się na seans spirytystyczny.

Wyroki

Za udział w porwaniu i zamordowaniu Alda Moro odpowiadało 46 członków Czerwonych Brygad. 17 uniewinniono, 28 skazano na kary pozbawienia wolności do lat 15, a przywódcę Czerwonych Brygad Maria Morettiego na sześciokrotną karę dożywotniego pozbawienia wolności (Moretti więzienie opuścił w 1994 roku).

xxx

Z tego, co napisała Wikipedia, wyglądało to bardzo dziwnie, tak jakby wszyscy robili wszystko, by doszło do tego morderstwa. Na stronie TVN24 Świat w dniu 23 marca 2014 roku ukazał się artykuł Były inspektor policji ujawnia: Uprowadzenie Aldo Moro “osłaniały” służby specjalne. Poniżej jego treść.

Były inspektor włoskiej policji powiedział w rozmowie z agencją ANSA, że włoskie służby specjalne “osłaniały” operację terrorystów, którzy 16 marca 1978 r. uprowadzili lidera Chrześcijańskiej Demokracji Aldo Moro. Po 55 dniach odnaleziono jego ciało.

Inspektor Enrico Rossi, obecnie już na emeryturze, wyjawił w niedzielę włoskiej agencji prasowej ANSA, że przy ataku na samochody ochrony Aldo Moro, w czasie którego zabito pięciu jej członków i uprowadzono przywódcę chadecji, obecnych było dwóch członków włoskich tajnych służb na motocyklu. Ich zadaniem miało być ochranianie terrorystów i czuwanie, aby nikt im nie przeszkodził.

Agenci tajnych służb

Sensacyjne oświadczenie byłego inspektora zostało w niedzielę powtórzone przez wszystkie włoskie media.

– Na motocyklu marki Honda było dwóch agentów tajnych służb. Mieli za zadanie ochraniać członków Czerwonych Brygad, aby nikt im nie przeszkadzał (w uprowadzeniu Moro). Byli to ludzie pułkownika tajnych służb Camillo Guglielmiego – powiedział inspektor.

Rossi wyjaśnił, że wszedł w posiadanie tych informacji, idąc za wskazówkami zawartymi w anonimowym liście, który w lutym 2011 roku pojawił się na jego biurku w komisariacie. Autorem listu był – według inspektora – jeden z agentów, którzy obecni byli przy akcji terrorystów z Czerwonych Brygad.

Śledztwo inspektora

Inspektor podjął śledztwo i dotarł do jednego z mężczyzn, którzy siedząc na motocyklu obserwowali akcję terrorystów. W jego mieszkaniu Rossi znalazł pistolet. To z tej broni padł strzał w kierunku mężczyzny, który pojawił się na miejscu zamachu. Być może był to przypadkowo przejeżdżający policjant, który mógł przeszkodzić członkom Czerwonych Brygad w ich operacji.

Inspektor Rossi nie kontynuował dochodzenia, ponieważ – jak wyjawił agencji ANSA – nie uzyskał na to pozwolenia zwierzchników.

Parlamentarne dochodzenie

Po ogłoszeniu rewelacji emerytowanego inspektora policji, senator Partii Demokratycznej Andrea Marcucci zażądał otwarcia dochodzenia parlamentarnego w sprawie uprowadzenia Aldo Moro.

– Być może z perspektywy 36 lat, jakie upłynęły od tej tragedii, ustalenie prawdy o uprowadzeniu i śmierci Aldo Moro stanie się łatwiejsze – powiedział Marcucci.

Moro „musiał umrzeć”

16 marca 1978 roku o godzinie 9.30 rano w ciągu zaledwie trzech minut “komando” Czerwonych Brygad zatrzymało samochód, którym Moro udawał się do parlamentu i uprowadziło go, zabijając najpierw pięciu członków jego eskorty.

Moro miał wygłosić przemówienie z okazji zwycięstwa politycznego jego opcji w parlamencie. Chrześcijańska Demokracja zwyciężyła w głosowaniu nad wotum nieufności przeciwko jej rządowi, korzystając po raz pierwszy z poparcia Włoskiej Partii Komunistycznej, co spotkało się z krytyką wielu środowisk politycznych we Włoszech.

Moro był więziony przez terrorystów przez 55 dni, po czym znaleziono jego ciało w bagażniku samochodu zaparkowanego na jednej ze śródmiejskich ulic Rzymu.

“Musiał umrzeć” – brzmi tytuł książki napisanej przez dziennikarza Sandro Provvisionato i sędziego Fernando Imposimato, którzy twierdzą, że “było aż osiem okazji, aby uwolnić Moro z rąk Czerwonych Brygad, ale nic nie zrobiono”.

xxx

Sprawa zabójstwa Aldo Moro wraca co jakiś czas w mediach. W dniu 9 maja 2023 roku w Historia Do Rzeczy ukazał się artykuł Aldo Moro. Włoski premier zamordowany przez lewicowych terrorystów. W zakończeniu tego artykułu czytamy:

Do dzisiaj we Włoszech toczy się spór, dlaczego państwo nie podjęło bardziej radykalnych kroków, aby uratować Aldo Moro. Czy wpływ na to miały jego dążenia do ponadpartyjnych porozumień i tworzenie rządu nawet tak „egzotycznego”, jak koalicja chadecji z komunistami? Czy możliwe, aby decyzję o poświęceniu Moro podjęli Amerykanie, którzy nie chcieli dopuścić, aby do władzy we Włoszech doszli komuniści? A może śmierć Moro była wynikiem wewnętrznych „przepychanek” włoskich polityków, którzy nie potrafili podjąć w tamtej sytuacji żadnej decyzji? Sprawa ta do dzisiaj każe stawiać wiele pytań.

x

W lutym 2001 roku w audycji Polskiego Radia z cyklu Dźwiękowy przewodnik po najnowszej historii Włoch tamte wydarzenia komentował historyk dr Jan Czuja:

Mała uliczka Via Fanii została zablokowana dwoma samochodami terrorystów z przodu i z tyłu. W ciągu półtorej minuty oddano kilkaset strzałów. Wszyscy zostali zabici. Ostrzelano też okoliczne domy, by zapobiec zbiegowisku. Odcięto również linie telefoniczne w całej dzielnicy. Policja była bez szans. Ze względu na blokadę telefonów, nawet powiadomienie o zamachu było utrudnione. Akcja poszukiwawcza zaczęła się z opóźnieniem. Poszukiwania były prowadzone opieszale. Trafiono nawet na kryjówkę Czerwonych Brygad, ale jej dokładnie nie sprawdzono.

W innej audycji z września 2012 roku znajduje się informacja, że wywodzący się z chadecji premier, Giulio Andreotti, trwał w polityce nienegocjowania z porywaczami, co doprowadziło ostatecznie do śmierci Moro. Dziś wiadomo, że śledztwo policyjne było sabotowane i nie miało żadnych szans na powodzenie. Mimo silnej krytyki, Andreotti utrzymał fotel premiera i poparcie chadeków.

x

W Gazeta.pl z dnia 09.05. 2019 w artykule Chciał się za niego wymienić papież. Nic nie pomogło m.in. czytamy:

Jego wielkim osiągnięciem była kluczowa rola przy wypracowaniu tak zwanego “historycznego kompromisu”, czyli porozumieniu o współpracy pomiędzy chadecją a komunistami. Dawało ono nadzieję na stworzenie stabilnego rządu, co wcześniej było trudne w latach współpracy chadecji z koalicją bardziej umiarkowanych partii lewicowych. “Historyczny kompromis” miał dać Włochom tak bardzo potrzebną stabilizację, jednak miał wielu wrogów, tak po prawej, jak i po lewej stronie sceny politycznej.

Dążenie prawicowego polityka do włączenia komunistów do władzy można zrozumieć, jeśli się spojrzy na sytuację Włoch w tym okresie. Były to tak zwane “lata ołowiu”. Okres od końca lat 60. do lat 80., kiedy Włochy były pogrążone w fali terroru zarówno skrajnej prawicy, jak i lewicy. Zamachy bombowe i strzelaniny były normą. Przez kilkanaście lat zginęło ponad 400 osób.

Zasadzka czekała na Via Fani, ulicy w północnej części włoskiej stolicy. Kilkunastu terrorystów przy użyciu kilku samochodów zablokowało kolumnę wiozącą polityka. Do uwięzionych w pojazdach ochroniarzy otworzyli ogień z broni automatycznej, wystrzeliwując niemal sto pocisków. Wszyscy funkcjonariusze zginęli na miejscu. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że ci nawet nie trzymali swojej broni przy sobie. Nie mieli okazji szkolić się z jej użycia i nie czuli się z nią pewnie, więc schowali ją w bagażnikach. Nikt nie spodziewał się zamachu na byłego premiera.

Zamachowcy przyznali się do swojego czynu poprzez telefon do agencji prasowej ANSA. Przedstawili się jako Czerwone Brygady, ciesząca się już dużą niesławą lewacka organizacja terrorystyczna, której chora ideologia zakładała wywołanie rewolucji we Włoszech poprzez walkę zbrojną. Byli odpowiedzialni za porwania, mordy, napady na banki, handel narkotykami i bronią. Mordowali nawet prawników, których wyznaczono do obrony ich aresztowanych członków.

Na miejscu porwania Moro szybko zgromadziły się tłumy. W obradującym parlamencie informacja o wydarzeniu wywołała wielkie poruszenie. Nowy rząd został zaakceptowany dużą liczbą głosów, ale wbrew planom nie weszli do niego komuniści, którzy znaleźli się pod ostrą krytyką ze względu na atak, koniec końców, komunistycznej bojówki. W gorącej atmosferze powstała kolejna prawicowo-centrowa koalicja.

xxx

Czy możliwe było przeprowadzenie takiej akcji bez udziału służb specjalnych? Kto odciął linie telefoniczne w całej dzielnicy? Przecież nie zrobił tego zwykły terrorysta. Wydaje się to niemożliwe bez współpracy kogoś z firmy telekomunikacyjnej. Skąd taka nieporadność w działaniach policji? Zastanawia też brak negocjacji z terrorystami. Dlaczego ochrona Moro była bez broni? Czy uzasadnione było obarczanie komunistów odpowiedzialnością za działania Czerwonych Brygad? Skąd takie łagodne wyroki dla terrorystów i zwolnienie po kilkunastu latach głównego przywódcy, który został skazany na dożywotnie więzienie.

O Czerwonych Brygadach Wikipedia m.in. pisze:

Na początku 1970 roku powstała organizacja Lewica Proletariacka, która od kwietnia zaczęła tworzyć bojówki nazwane Czerwonymi Brygadami. Początkowo celem ich ataków były wielkie zakłady przemysłowe. Chodziło o zastraszenie kapitalistów oraz ożywienie kontaktów między robotnikami a ich pracodawcami. W 1974 roku nastąpiła zmiana taktyki i radykalizacja działań. W kwietniu 1974 roku został porwany sędzia Maria Sossi, a organizacja ogłosiła, że jej celem stali się funkcjonariusze państwa włoskiego. Sossi został zwolniony po 35 dniach. 17 czerwca grupa zaatakowała siedzibę neofaszystowskiej partii w Padwie. Zginęli dwaj neofaszyści. 16 listopada 1977 roku terroryści zastrzelili Carlo Casalegno, dziennikarza pracującego dla pisma La Stampa. 16 marca 1978 roku przeprowadzili najsłynniejszą akcję, jaką było porwanie Aldo Moro.

Wkrótce doszło w Czerwonych Brygadach do rozłamu na „ortodoksów” i zwolenników „zbrojnego reformizmu”, co osłabiło organizację. Dziełem „ortodoksów” było m.in. zabójstwo komunistycznego związkowca Guido Rossa, które przyczyniło się do kompromitacji Czerwonych Brygad wśród robotników.

W lutym 1980 roku został aresztowany dowódca kolumny turyńskiej, a jego zeznania pozwoliły na rozbicie kierownictwa Czerwonych Brygad. W 1981 roku nastąpił rozpad tej kolumny. Ostatnią wielką akcją Czerwonych Brygad było porwanie amerykańskiego generała Jamesa L. Doziera w grudniu 1981 roku, który w styczniu 1982 roku został odbity przez włoską policję.

x

Jeśli Czerwone Brygady były organizacją lewicową, to dlaczego zamordowano Moro, który był zwolennikiem współpracy z komunistami? Takie działanie wydaje się nielogiczne. Czy zatem nie jest słuszne podejrzenie, że zostały one wykreowane przez CIA i jej podlegały? Czy tylko one? A policja i cała ówczesna klasa polityczna? Bez tej podległości przeprowadzenie akcji, polegającej na zabójstwie Moro nie byłoby możliwe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mogło być inaczej? Idąc tym tropem, można zadać sobie pytanie, czy w pozostałych państwach europejskich nie było i nie jest podobnie.

Dlaczego jednak doszło do zamordowania Moro? Wydaje się, że rozwiązania tej zagadki należy szukać w tym „historycznym kompromisie”. A co to takiego ten historyczny kompromis i skąd on się wziął? O tym jakoś te główne media nie chcą pisać, a raczej wgłębiać się w ten temat. W związku z tym nie pozostaje mi nic innego, jak wyjaśnić to pojęcie, ale o tym w następnym blogu.

Pieniądze i wojny

W blogu „CIA c.d.” pisałem o tym, że źródłem wszelkich wojen jest ideologia żydowska, która zakłada, że Żydzi są narodem wybranym i w związku z tym mają prawo do podporządkowania sobie innych narodów. By to było możliwe, muszą utrzymywać narody rdzenne w stanie permanentnej słabości i rozkładu. I do tego potrzebne są im wojny. Ale do ich prowadzenia niezbędne są pieniądze, a monopol na ich emisję mają właśnie Żydzi. Natomiast rdzenne narody nie mają żadnego interesu, by ze sobą walczyć i nawzajem wyniszczać się. Ciekawe uwagi, zdające się potwierdzać mój pogląd, znalazłem w książce Standard bitcoina (Fijorr Publishing, 2020). Jej autorem jest Saifedean Ammous, który tak pisze:

Patrząc wstecz, kluczowa różnica pomiędzy I wojną światową a wcześniejszymi, ograniczonymi konfliktami nie dotyczyła ani kwestii gospodarczych ani strategicznych, lecz raczej monetarnych. Gdy państwa funkcjonowały w ramach standardu złota, to rządy miały bezpośrednią kontrolę nad zapasami złota, podczas gdy ich obywatele posługiwali się papierowymi banknotami wymienialnymi na to złoto. Łatwość z jaką rządy mogły wyemitować większą ilość banknotów, była po prostu zbyt kusząca w sytuacji wymykającego się spod kontroli konfliktu wymagającego potężnych nakładów finansowych. Co być może ważniejsze, dodruk pieniądza wydawał się zdecydowanie wygodniejszy politycznie niż nałożenie na obywateli wyższych podatków. Już po zaledwie kilku tygodniach od wybuchu wojny rządy wszystkich największych krajów uwikłanych w spór zawiesiły wymienialność banknotów na złoto, co w praktyce oznaczało porzucenie standardu złota i przejście na standard pieniądza pustego.

Prosty trik polegający na zawieszeniu wymienialności banknotów na złoto sprawił, że działania wojenne rządów przestały być ograniczone funduszami zgromadzonymi w ich skarbcach – fundusze te zaczęły nagle obejmować w zasadzie całe bogactwo ich obywateli. Tak długo, jak dany rząd mógł drukować pieniądze akceptowane później przez jego obywateli oraz cudzoziemców, był w stanie finansować wydatki wojenne. Dla odmiany dawniej, w systemie monetarnym, w którym złoto jako pieniądz krążyło w rękach obywateli, rządy dysponowały jedynie zawartościami własnych skarbców oraz możliwością nakładania nowych podatków i emitowania obligacji. Ograniczenia te hamowały zapędy wojenne władców, leżąc u podstaw względnie długich okresów pokoju w różnych rejonach świata przed XX stuleciem.

Gdyby kraje europejskie nie porzuciły standardu złota lub gdyby obywatele tych krajów trzymali swoje złoto we własnych rękach – zmuszając rządzących, by uciekali się do podatków, a nie do inflacji – być może historia potoczyłaby się inaczej. Niewykluczone, że I wojna światowa doczekałaby się rozstrzygnięcia militarnego już po kilku miesiącach konfliktu, na skutek problemów finansowych jednej ze stron i trudności w pozyskiwaniu funduszy od ludności nieskorej do rozstawania się ze swoim bogactwem dla ratowania panującego akurat reżimu. Niestety po zawieszeniu standardu złota rządy zyskały dodatkowy stopień swobody. Nie musiały już ograniczać się do zasobów w swoich skarbcach – poprzez inflację mogły finansować wojnę aż do wyczerpania się zakumulowanego bogactwa swoich obywateli.

Dewaluowanie waluty przez uwikłane w wojnę kraje umożliwiło trwanie w krwawym impasie przez cztery długie lata. Tymczasem bezsensu tego konfliktu świadomi byli nie tylko zwyczajni mieszkańcy Europy, ale również żołnierze na frontach narażający życie w zasadzie bez powodów innych niż kombinacja bezgranicznej próżności i obłąkańczych ambicji swoich monarchów, spośród których większość była ze sobą skoligacona. Jeden z najdobitniejszych przejawów ambiwalencji wobec konfliktu miał miejsce w Wigilię Bożego Narodzenia 1914 roku, kiedy to francuscy, angielscy i niemieccy żołnierze zignorowali rozkazy, by walczyć, odłożyli broń na bok i przekroczyli linię frontu, by wspólnie obchodzić Święta. Wielu niemieckich żołnierzy pracowało wcześniej w Anglii i potrafiło swobodnie porozumiewać się w języku angielskim. Jako że znaczny odsetek wojaków obu armii lubował się w piłce nożnej rozegrano wiele improwizowanych meczów. Ten spontaniczny rozejm ujawnił zdumiewająca prawdę: uwikłani w wojnę żołnierze tak naprawdę nie mieli nic przeciwko sobie. Nie mieli też w wojnie niczego do zyskania i nie widzieli sensu kontynuowania walk. Znacznie lepszą areną dla narodowych potyczek są chociażby rozgrywki piłkarskie – popularna na całym świecie dyscyplina, która oferuje pokojowe ujście dla emocji związanych z lokalną i narodową przynależnością.

Walki toczyły się przez kolejne cztery lata, podczas których żadna ze stron nie potrafiła uzyskać wyraźnej przewagi, aż do momentu, gdy w roku 1917 do aliantów przyłączyły się Stany Zjednoczone. Amerykanie zapewnili siłom Ententy zastrzyk funduszy i zasobów, na który państwa centralne nie miały odpowiedzi, co przechyliło szalę zwycięstwa na stronę tych pierwszych. I choć wszystkie rządy finansowały działania wojenne poprzez inflację, to Niemcy i Cesarstwo Austro-Węgierskie jako pierwsze w roku 1918, zaczęły doświadczać poważnych spadków wartości walut papierowych, które przesądziły o ich porażce. Porównanie kursów walut krajów zaangażowanych w wojnę z kursem waluty Szwajcarii – utrzymującej przez cały ten okres zarówno neutralność, jak i standard złota – daje dobry obraz skali dewaluacji, do jakiej doszło w czasie wojny.

Gdy wojenny kurz opadł, waluty wszystkich europejskich mocarstw były warte dużo mniej niż przed wojną. Średnie wartości walut krajów pokonanych – Niemiec i Austrii – w listopadzie roku 1918 wynosiły odpowiednio 51 i 31 procent ich wycen z roku 1913. Kurs waluty Włoch spadł w tym okresie do 77 procent jej przedwojennej wartości zaś waluty francuska i brytyjska poniosły straty nieco mniejsze: 9 i 7 procent. Najlepiej wojnę zniósł amerykański dolar, który stracił tylko 4 procent swojej wartości sprzed wojny.

KrajSpadek wartości waluty podczas I WŚ
USA3,44%
WB6,63%
FRA9,04%
22,3%
NIEM48,9%
AUS68,9%
Spadek wartości walut krajów europejskich względem franka szwajcarskiego podczas I wojny światowej. Dane obejmują okres od czerwca roku 1914 do listopada roku 1918.

Zmian terytorialnych, które ustalono podczas paryskiej konferencji pokojowej zwieńczonej traktatem wersalskim nie sposób uznać za warte przelanej krwi – większość krajów zyskało bądź straciło obszary graniczne, a żaden ze zwycięzców nie wszedł w posiadanie terytoriów na tyle dużych, by uzasadniały one poczynione poświęcenie. Cesarstwo Austro-Węgierskie zostało podzielone na mniejsze narody, które jednak nie padły łupem wygranych, lecz uzyskały suwerenność i utworzyły własne rządy. Jedną z najistotniejszych konsekwencji wojny był upadek wielu europejskich monarchii i zastąpienie ich ustrojami republikańskimi. Ocena tego, na ile były to zmiany pozytywne, blednie w porównaniu do spustoszenia i tragedii, na które wojna skazała ludy Europy.

xxx

To, o czym nie wspomniał autor, a od czego to wszystko się zaczęło, to powstanie w grudniu 1913 roku Systemu Rezerwy Federalnej, czyli czegoś, co jest jakby bankiem centralnym Stanów Zjednoczonych, tyle że prywatnym, mającym monopolistyczne prawo druku dolarów. W praktyce tworzą ten system banki z Wall Street. A skoro tak, to znaczy, że Ameryką rządzą Żydzi, co w sumie nie jest żadną tajemnicą. A jak rządzą Ameryką, to znaczy, że rządzą całym światem. 110 lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył, co zdaje się potwierdzać przypuszczenia, że prawdziwa władza jest ukryta. A to oznacza, że nie ponosi odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Monopol w dziedzinie emisji pieniądza w każdym kraju powoduje, że Żydzi dominują nad pozostałymi narodami. Bez likwidacji tego stanu nie ma możliwości obrony przed nimi. Zdawał sobie z tego sprawę prezydent John F. Kennedy i podjął próbę emisji pieniądza przez rząd Stanów Zjednoczonych. A jak to się skończyło, to wszyscy wiemy.

Autor celnie zauważył, że po I wojnie światowej nie było zwycięzców. Wszyscy przegrali. To po co była ta wojna? – chciałoby się zapytać. Autor zachował się poprawnie i stwierdził, że to chore ambicje monarchów doprowadziły do jej wybuchu. Cóż, gdyby chciał napisać prawdę, to pewnie nie wydałby tej książki. Ale i tak napisał dużo. I to należy docenić.

Nikt też nie skorzystał na rozpadzie Austro-Węgier. Powstały nowe, małe państwa, które 20 lat później padły łupem dwóch rodzących się imperializmów. Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że po tej wojnie wcale nie chodziło o stworzenie warunków do trwałego pokoju, tylko o to, by doprowadzić do wybuchu kolejnej – była II RP. Wytyczono jej granice tak, by była skonfliktowana ze wszystkimi sąsiadami. Odtworzenie jej w granicach zbliżonych do tych przedrozbiorowych też temu służyło. Eksperyment z unią polsko-litewską nie sprawdził się, a jednak wrócono do tego pomysłu. I nie przypadkiem tak się stało.

Wszystko było i jest robione tak, by skłócać wszystkich ze wszystkimi. Odwieczna zasada „dziel i rządź” jest powszechnie stosowana przez tych, którzy realizują swoje chore idee.