Święto

Nowa Polska, powstała po 1989 roku, uznała, że jej świętem narodowym ma być 11 listopada. Tak chcą środowiska piłsudczykowskie. Endecja ma na ten temat odmienne zdanie i bardziej skłania się ku dacie 28 czerwca, gdy w 1919 roku podpisano traktat wersalski. A co sądzą na ten temat zwykli ludzie? Przeważnie nie wiadomo, ale pewnie wielu kieruje się tym, co im media podpowiadają i co wynieśli ze szkoły. Różnie to może wyglądać w przypadku tych, którzy odebrali edukację w PRL-u i tych, którzy chodzili do szkół po 1989 roku.

Są w Polsce miejsca, gdzie są ludzie, którzy z tym obecnym oficjalnym świętem niepodległości nie utożsamiają się. Tak jest tam, skąd pochodzą moi rodzice, czyli z okolic Opoczna, a więc z pogranicza Mazowsza i Małopolski. Dlaczego tak jest? Do czasów uwłaszczenia chłopów w Królestwie przez cara Aleksandra II byli oni niewolnikami. Dzięki jego decyzji stali się wolnymi ludźmi. Za to, w dowód wdzięczności, chłopi stawiali mu pomniki. Trudno się temu dziwić. Był to naturalny odruch. A później, gdy powstało państwo polskie i przyszła żydo-sanacja, to pomniki zburzyła. Czy w takiej sytuacji można było się spodziewać innej reakcji z ich strony, niż – mówiąc delikatnie – niechęć wobec nowej władzy? Zwłaszcza, że ta władza preferowała ziemiaństwo i reformy rolnej nie wprowadziła. Zadra pozostała i tkwi do dziś.

Tak więc nie dla wszystkich jest to święto i nie wszyscy utożsamiają się z obecną władzą, choć wiem, że na wsi wielu popiera PiS, czyli neo-żydo-sanację. A dla mnie również nie jest to moje święto. Ja też się z nim nie utożsamiam, podobnie jak z tym państwem i jego władzą, która reprezentuje interesy Ukrainy, a jej obywateli w Polsce traktuje lepiej niż własnych. Nie mój cyrk, nie moje małpy.

A tak na marginesie tego święta, w trakcie zamachu majowego Piłsudski, zestresowany, schował się gdzieś do mysiej dziury. Całą operacją kierował gen. Orlicz-Dreszer. Ten sam, który w 1930 roku przejął Ligę Morską i Rzeczną, przemianował ją na Ligę Morską i Kolonialną. Dokonywała ona zakupów ziemi w Brazylii, pod pozorem osadnictwa, czemu rząd brazylijski był przychylny, ale po szeregu prowokacji ze strony polskiej, sugerujących, że rząd sanacyjny chce tam stworzyć kolonię, rząd brazylijski podjął zdecydowane działania przeciwne tego typu pomysłom. W efekcie ziemie zakupione z państwowej kasy przeszły w ręce prywatnych spółek. Działo się to już na krótko przed wojną, a po wojnie już nie było tego państwa. W mojej ocenie była to największa afera finansowa II RP. Szczegółowo pisałem o tym w blogu „Brazylijska prowokacja”.

CIA c.d.

W poprzednim blogu „CIA” cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Otisem Pike’iem, zamieszczonym w jej książce Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). Wypada więc, dla równowagi, zapoznać się z fragmentami jej wywiadu z Williamem Colby. Przeprowadziła go ona w marcu 1976 roku w Waszyngtonie. Poniżej wybrane fragmenty. W notce biograficznej Colby’ego, znajdującej się w tej książce czytamy:

William Egan Colby urodził się 4 kwietnia 1920 roku w St. Paul w Minnesocie. Zaciągnął się do wojska jako ochotnik i podczas drugiej wojny światowej działał w Biurze Służb Strategicznych (wywiadzie USA). Dwa razy skakał jako spadochroniarz za linią wroga, we Francji i w Norwegii. Po zakończeniu wojny i ukończeniu studiów w Columbia Law School, po długim okresie spędzonym w kancelarii prawnej w Nowym Jorku, przeprowadził się do Waszyngtonu i wstąpił do CIA. W latach pięćdziesiątych przebywał w Rzymie, gdzie kierował działalnością antykomunistyczną. W 1959 roku był w Sajgonie, pozostał tam do 1962 roku i wrócił w roku 1968, by śledzić projekt Phoenix. Był szefem CIA od 1973 do 1975 roku i objęło go dochodzenie na temat działalności agencji w czasie ostatnich 25 lat. Jego gotowość do współpracy z Kongresem skłoniła prezydenta Forda, by za radą Kissingera zastąpić go w 1975 George’em H.W. Bushem. Colby poświęcił się doradztwu i pisał pamiętniki. Zmarł 27 kwietnia 1996 roku w wyniku wypadku niedaleko własnego domu w Rock Point w stanie Maryland, prawdopodobnie wpadając do wody podczas wycieczki kajakiem. Wiele osób sądzi jednak, że nie był to wypadek.

We wstępie do wywiadu Fallaci m.in. pisze:

On reprezentował władzę, niewidzialną i wszechobecną ośmiornicę, która wszystko kontroluje i dławi. Ja jej ofiarę. On wierzył w prawo do śledzenia, wtrącania się, przekupywania, obalania rządów, związywania spisków, zabijania, sprawowania kontroli nawet nade mną, na przykład przez nagrywanie moich rozmów telefonicznych. Ja wierzyłam w prawo do bycia pozostawioną w spokoju i do osobistego rozporządzania wolnością, która mi się należy. Tym sposobem niechęć, z jaką go zaatakowałam, mówiąc mu natychmiast, że mój kraj nie jest jego kolonią, jego bananową republiką, szybko mu się udzieliła. I nie było już możliwe znalezienie punktu porozumienia, wzajemnej tolerancji. Godzinami, jak dwa owady, zajęte wzajemnym kłuciem, ranieniem się i rozszarpywaniem, obrzucaliśmy się wyrzutami, oskarżeniami i okrucieństwem. (Ideologiczne uprzedzenia, jak je nazywał). I widowisko to miało w sobie coś absurdalnego, na granicy lekkiego szaleństwa. Mój głos, zatruty namiętnością i gniewem, czasami drżał. Jego natomiast pozostawał niezmieniony, opanowany, pewny. Jedyna oznaka wrogości widoczna była w błękitnych oczach, nieruchomych niczym oczy ślepca, w których chwilami rozbłyskiwało niemałe okrucieństwo, podczas gdy usta nie przestawały się uśmiechać, ręce nie przestawały z wdziękiem dolewać kawy. W pewnym momencie zadałam sobie pytanie, kogo przypomina ten człowiek z lodu, zadający mi cierpienie. Odpowiedź była prosta. Przypominał inkwizytora albo funkcjonariusza radzieckiej Partii Komunistycznej. Co w sumie na jedno wychodzi. Pewnego razu widziałam w gazecie zdjęcie Susłowa. I William Colby miał to samo spojrzenie, ten sam nos, te same usta, co Susłow. Miał też tę samą wydłużoną, chudą, elegancką sylwetkę.

xxx

Te nazwiska, panie Colby. Nazwiska nędzników, którzy brali we Włoszech pieniądze od CIA. Włochy nie są bananową republiką United Fruits, panie Colby, i to niesprawiedliwe, żeby podejrzenie ciążyło na całej klasie politycznej. Nie sądzi pan, że Pertini, marszałek naszego sejmu, ma prawo poznać te nazwiska?

Nie, ponieważ nasza Izba Reprezentantów postanowiła w głosowaniu, że nazwiska mają pozostać tajne, i ponieważ CIA musi chronić swych członków, musi chronić tych, którzy z nią współpracują. Oczywiście decyzja o podaniu nazwisk lub nie należy do rządu Stanów Zjednoczonych, a ja nie mówię w imieniu rządu. Mówię w imieniu CIA. Ale moja opinia brzmi nie, moje zalecenie brzmi nie. Żadnych nazwisk. To minimum, co mogę zrobić, aby uszanować porozumienie z ludźmi, którzy ze mną pracowali. W pani parlamencie mogą przeprowadzać wszelkie dochodzenia, jakie chcą. Czy nie istnieje policja śledcza? Ten, kto czuje się podejrzany, wystarczy, że powie: „To nieprawda, nie przyjmowałem pieniędzy”. Mnie to w zupełności odpowiada. Nie mogę poświęcić jednych, żeby uniknąć podejrzeń co do drugich. Obiecałem, że zachowam tajemnicę, i ją zachowam, bo jeśli złamię obietnicę, nie będę już mógł zwrócić się do nowych ludzi. Byłoby łatwo zastosować metodę eliminacji, odpowiedzieć „nie” na sześć nazwisk, a na siódme „no comment”. Pani miałaby to, czego szuka. Czemu nie poszuka pani tego samego u Rosjan? Czemu nie poprosi pani radzieckiego rządu o nazwiska komunistów, którzy we Włoszech biorą pieniądze z Moskwy? Związek Radziecki robi dokładnie to, co my. Ma identyczne jak my problemy.

Później porozmawiamy o Rosjanach. Teraz rozmawiamy o CIA, panie Colby. Gdybym ja, obywatelka obcego kraju, przyjechała tu, aby finansować jedną z amerykańskich partii, i dwudziestu jeden z waszych polityków, ponadto niektórych waszych dziennikarzy, co…

Popełniłaby pani rzecz nielegalną i gdybym się o tym dowiedział, doniósłbym na panią FBI, żeby panią aresztowało.

Dobrze. Tak więc ja powinnam donieść włoskiej policji na pana, pańskiego ambasadora, pańskich agentów i sprawić, aby was aresztowano.

Tego nie mówię.

Jak to nie? Jeśli jest nielegalne, żebym ja korumpowała, powiedzmy, pana Pike’a albo senatora Churcha, czyż nie jest tak samo nielegalne, żeby pan korumpował, powiedzmy, pana Micelego?

Nie mówię, że byłaby to korupcja. Mówię, że postąpiłaby pani przeciwko mojemu prawu.

Ale pan też postąpił przeciwko mojemu, panie Colby! I wie pan, co dodam? Jest tylko jeden człowiek bardziej obrzydliwy od przekupionego – przekupujący.

My w CIA nie przekupujemy. Jeżeli macie w waszym społeczeństwie problem z korupcją, istniał on na długo przed przybyciem CIA. Przekupywać oznacza dawać pieniądze komuś, kto coś dla nas robi, a my nie dajemy pieniędzy w tym celu. Dajemy pieniądze temu, kto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by robić to, co chce. Zasadniczo popieramy ustroje demokratyczne i wśród wszystkich krajów, które powinny to rozumieć, są Włochy. To amerykańska pomoc przez trzydzieści lat powstrzymywała Włochy przed upadkiem w autorytarny komunizm. I poradziliśmy sobie z tym, właśnie wspierając partie demokratycznego centrum.

Waszych „klientów”, jak określa ich pan w raporcie Pike’a. Panie Colby, w słowniku angielsko-włoskim słowo „client” jest przetłumaczone dosłownie jako klient. Ale co dla pana oznacza klient?

No więc… otóż… Jak adwokat nazywa… Co robi adwokat ze swoim klientem? Adwokat pomaga klientowi… Tak, klienci adwokata.

Uważa się pan więc za adwokata chrześcijańskich demokratów i socjaldemokratów we Włoszech.

Zgadza się. To znaczy… Nie. Nie chcę komentować żadnej konkretnej sytuacji.

Dlaczego? Odpowiedział mi pan może kłamstwem?

Ja nie kłamię. I cierpię, kiedy jestem oskarżany o kłamstwo. Naprawdę tego nie robię. Czasami coś przemilczę, czasami odmówię udzielenia informacji, zachowam tajemnicę. Ale żadnych kłamstw, nawet gdybym chciał. Nie pozwoliliby mi na to Izba Reprezentantów ani Senat, ani prasa. Szef amerykańskiej Intelligence to nie to, co szef wywiadu innych krajów, gdzie wolno mu negować prawdę. Tutaj wywiad działa pod nadzorem prawa, nie poza prawem. I żeby sobie radzić, trzeba mówić „no comment”. Ale w sprawie finansowania przez nas partii demokratycznych, to ja chciałbym zadać pani pytanie: Czy byłoby w porządku, gdyby Ameryka wsparła partie demokratyczne przeciwko Hitlerowi?

Odpowiem panu natychmiast, panie Colby: we Włoszech nie ma żadnego Hitlera. A tamte osiemset tysięcy dolarów, które ambasador Graham Martin zechciał dać generałowi Micelemu, z błogosławieństwem Kissingera, nie trafiły wcale w demokratyczne ręce. Trafiły w ręce naśladowców Hitlera.

Nie będę dyskutował na temat żadnej konkretnej operacji CIA, ale powiem pani, że mam wielki szacunek dla ambasadora Martina. Byliśmy razem w wielu częściach świata i zawsze uważałem go za człowieka silnego, człowieka, który zawsze zajmował właściwą pozycję i podejmował właściwe zobowiązania w interesie Stanów Zjednoczonych. Poza tym sądzę, że w tego rodzaju działalności CIA może jeden punkt widzenia, a nasz rząd inny. To nie CIA decyduje, decyduje prezydent. Proszę nie zapominać, że w każdej z tych operacji CIA działa w służbie rządu, postępuje według wytycznych. Czasem wytyczne są możliwe do zaakceptowania, czasem nie. Ale w każdym wypadku CIA postępuje ściśle według nich. Przynajmniej do zeszłego roku, to znaczy do czasu wejścia nowej ustawy, prezydent mógł wezwać dyrektora CIA i powiedzieć” „Zrób to i nie mów nikomu”.

A więc to właśnie Nixon i Kissinger chcieli dać Micelemu te pieniądze; CIA tak naprawdę była przeciwna. Jeśli ich pan spotka, proszę podziękować im za bomby, które faszyści produkują za te pieniądze.

Nie mogę o tym rozmawiać. Wiem jednak, że neofaszyści mają tylko osiem procent głosów i mimo iż istnieją wśród nich bardzo ekstremistyczne elementy, nie grozi wam z pewnością drugi marsz na Rzym. Wiem, że zagrożenie dla was stanowią komuniści. I wiem, że od zakończenia wojny my w CIA cały czas wspomagaliśmy różne formy demokratyczne przeciw groźbie komunizmu. I trwało to przez dwadzieścia pięć, a raczej trzydzieści lat.

Z takim rezultatem, że komuniści stoją obecnie u progu rządu i w każdych wyborach zyskują więcej głosów. Czy wydaje się panu, że dobrze pan zainwestował te pieniądze? Wydaje się panu, że pańska Intelligence okazała się inteligentna?

Zazwyczaj nie wydajemy naszych pieniędzy na głupoty. Pewnych spraw nie należy oceniać tylko na podstawie jednego czynnika. W tym wypadku, na podstawie trzydziestu trzech procent, które uzyskali komuniści w ostatnich wyborach. I możliwe, że amerykańskie interwencje we Włoszech po drugiej wojnie światowej nie były doskonałe, jednak były przydatne. Pozytywne. Mówię również o NATO oraz o planie Marshalla. Gdy byłem w Rzymie, w 1953 roku, ludzie jeździli vespami1. Teraz jeżdżą samochodami. Żyje się wam teraz lepiej, niż żyłoby się, gdyby komuniści wygrali w roku 1948 i w 1960. Przeciętnemu Włochowi żyje się lepiej niż przeciętnemu Polakowi, więc amerykańska polityka we Włoszech nie była błędem. Wykonaliśmy dobrą robotę. Kiedy mówicie, że źle się wam wiedzie, powtarzacie to samo, co w 1955 roku. Wtedy też krzyczeliście, że rząd jest fatalny i wszystko się wali. We Włoszech widzicie zawsze sprawy w sposób katastroficzny, cały czas macie wrażenie, że znajdujecie się na skraju przepaści. A jednak w 1955 roku do katastrofy nie doszło. I teraz też nie dojdzie. Bo istnieją porządni Włosi.

Z pewnością nie są to pańscy „klienci”, panie Colby.

Mówię o zwykłych ludziach.

Jaki był pana ulubiony polityk, gdy przebywał pan we Włoszech?

Myślę, że De Gasperi. Ale nie mogę wymieniać nazwisk. Nie powinienem. Zresztą nie znałem zbyt wielu ważnych osób… Byłem młodym funkcjonariuszem i moja praca polegała raczej na zbieraniu informacji i utrzymywaniu kontaktów z ugrupowaniami politycznymi, jako że mówiłem po włosku. Mogę powiedzieć pani tylko tyle, że w tamtym okresie byłem za otwarciem w stronę lewicy. Tak, za otwarciem wobec socjalistów. Szanowałem ich. Nadal ich szanuję, bo socjaliści są zachodni, europejscy, naprawdę wierzą w wolność i demokrację. W latach pięćdziesiątych sądziłem, że popełnili wielki błąd, sprzymierzając się z komunistami, ale uważałem również, że na dłuższą metę nie utrzymają tego sojuszu. I dlatego tak, byłem za otwarciem w ich stronę. Jednak w tamtym czasie nie był to decydujący element amerykańskiej polityki we Włoszech.

No tak. Ambasadorem była Claire Boothe Luce. Do jakiego stopnia pan, jako przedstawiciel CIA, działał i działa we współpracy z ambasadą USA?

Współpracowałem dużo z ambasadą, to oczywiste. Byłem doradcą politycznym, political attaché. Zawsze współpracuje się z ambasadami. Większość informacji zdobywamy poprzez nasze ambasady. A pani Luce wykonywała dobrą robotę. Doskonałą robotę. Nadal jestem przyjacielem pani Luce. Interesująca zdolna kobieta.

Zwłaszcza zdolna do wtrącania się w sprawy mojego kraju, jakby był jej kolonią. Jednak działacie we Włoszech nie tylko za pośrednictwem waszej ambasady; wszyscy wiemy, że prawdziwym przyczółkiem we Włoszech jest SID. Pytam, jak pan śmie śledzić mnie w moim domu, używając do tego tajnych służb mojego kraju? Jakim prawem na przykład kontroluje pan mój telefon?

Ponieważ w ten sposób wiem, co się dzieje na świecie. A kontrola telefonu, wie pani… Mój telefon był kontrolowany wiele razy, w wielu krajach, jestem pewny. I nigdy nie miało to dla mnie znaczenia. Nawet gdyby był kontrolowany teraz, co wykluczam, nie miałoby to dla mnie żadnego znaczenia. Przynajmniej pod względem emocjonalnym. Nie widzę nic złego w próbach zrozumienia, co dzieje się na świecie, co myślą i robią ludzie. Nie chodzi wcale o podglądanie cudzej prywatności; chodzi o informację, czy ma pani wycelowany we mnie pistolet lub jakąkolwiek inną broń, która mogłaby wyrządzić mi krzywdę. Krótko mówiąc, pyta mnie pani, czy jedno państwo ma prawo do wykorzystywania swojej Intelligence w innym państwie poprzez tajną działalność? Cóż, w każdym kraju jest prawo, które odpowiada, że nie. I prawie w każdym kraju się to robi. Bo mamy moralne prawo próbować odkryć, co się dzieje, i w ten sposób się bronić. Jest to nielegalne, ale mamy do tego prawo.

Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałam. Uważa pan za nielegalne, lecz słuszne również działanie za pośrednictwem tajnych służb innego kraju. Na przykład mojego.

To zależy. Czasami inna Intelligence nam pomaga. To zależy od polityki kraju. Czasami dwa kraje mają obopólny interes, na przykład znajdują się bardzo blisko swoich sojuszników i bardzo martwi je możliwość penetracji. Wtedy razem pracujemy.

Tak jak mówiłam. Czy to prawda, że najlepszą operacją CIA z SID-em była ucieczka Swietłany, córki Stalina, z Moskwy?

Tego nie mogę powiedzieć. Zwłaszcza teraz, w okresie dochodzeń, nie powinienem mówić o naszych wspólnikach i o naszych stosunkach z zagranicznymi tajnymi służbami. Jeśli to zrobię, jeśli ktokolwiek z nas to zrobi, przestaną ufać naszej Intelligence. Służby wywiadowcze nie powinny nic mówić o swoich wspólnikach. Nie wyobraża sobie pani, jak bardzo to, co się wydarzyło, zaszkodziło CIA. Ogromnie. Na całym świecie. Niektórzy ludzie mówią nam teraz: „Jak mam stać po waszej stronie? Czy naprawdę mogę zawierzyć wam swoje życie? Czy też opowiecie wszystko Kongresowi?”. Wielu się od nas odwróciło. Wielu, którzy z nami współpracowali, powiedziało nam: „Nie, dość, nie robię tego więcej”. Nawet niektóre z zagranicznych tajnych służb powiedziały nam: „Nie, dość, dawaliśmy wam wiele tajnych materiałów, a od tej chwili nie będziemy wam już nic dawać”. Straciliśmy taką masę współpracowników, taką masę agentów…

Tylko agentów czy również klientów?

Również klientów. Niektórzy powiedzieli nam: „Na miłość boską, nic nam już nie dawajcie, bo później o tym opowiecie”. Nowi i wypróbowani ludzie. Poczuli się zdradzeni. My w CIA bardzo walczyliśmy, żeby utrzymać ich nazwiska w tajemnicy, i sądzę, że wygraliśmy. Ale rozgłos wokół tej sprawy wyrządził nam mimo wszystko wielką krzywdę. Takie rzeczy nie przytrafiają się w KGB. We Włoszech macie mnóstwo agentów KGB. Wielu. Oczywiście również Włochów. KGB bardzo stara się we Włoszech, nie mówiąc o tym, że może liczyć na Włoską Partię Komunistyczną. Stara się bardzo energicznie. Jednak nikt nie prosi KGB o ujawnienie nazwisk jego agentów, jego klientów lub prowadzonej przez nie działalności. Nikt nie wymaga od niego postępowania w sposób demokratyczny i liberalny. KGB nie wytyka się przewinień, na temat KGB nic się ujawnia; ani tego, co słuszne, ani tego, co niewłaściwe. Kto oskarża KGB o wtrącanie się do prywatnych spraw pani kraju?

Myli się pan, panie Colby. Święta prawda jest taka, że nie chcemy ani was, ani ich. Mamy dość ich i was.

Dobrze, dobrze. Ale w takim razie dlaczego nie mówicie o pieniądzach, które włoscy komuniści czerpią z handlu z Europą Wschodnią? Wszystkie środki, które przechodzą tam i z powrotem poprzez handel ze Związkiem Radzieckim i krajami satelickimi, przechodzą przez agencje, które oddają pewien procent włoskim komunistom. To dobry system. Skomplikowany, ale dobry. Udoskonalenie go zajęło im trzydzieści lat. Co by pani powiedziała, gdyby Ameryka prowadziła, gdyby Ameryka prowadziła z Włochami handel rządowy i oddawała pewien odsetek jednej z partii?

Nie zajmuje się tym CIA? Nie zajmują się tym ambasadorowie, tacy jak Martin? Nie zajmują się tym takie firmy, jak Lockheed, Gulf, Esso?

Pani sposób racjonalizowania i pośredniego dochodzenia do wniosku, że inni to porządni chłopcy, dobre, czyste, wspaniałe istoty, jest nadzwyczajny. Sowieci dają pewien odsetek swoich dochodów z handlu z Włochami pewnym osobom, które przekazują go potem Włoskiej Partii Komunistycznej, a pani mówi: to to samo. Tak, to to samo, co zrobili w Polsce, żeby polska partia komunistyczna weszła do rządu, a później objęła władzę. Zaczyna się zawsze w ten sposób: wspomaga się partię komunistyczną pieniędzmi, partia wchodzi do rządu, potem dochodzi do władzy i przy niej zostaje. Ale biada, jeśli nie zostaje tak, jak chce Związek Radziecki! Przyjeżdża delegacja z Moskwy, siada do stołu wraz z centralnym komitetem i tłumaczy mu, że lepiej „grzecznie się zachowywać”. Chciałaby pani, żeby tak się to skończyło we Włoszech? Załóżmy nawet, że korupcja we Włoszech jest tylko po jednej stronie, załóżmy, że włoscy komuniści to porządni, uczciwi chłopcy. Czy z tego względu dopuściłaby ich pani do do rządów? Proszę wymienić jeden kraj, w którym panował komunizm, a teraz już nie panuje. Tylko jeden! Jeden, gdzie partia komunistyczna doszła do władzy, a później się wycofała, zgodnie z zasadami demokratycznej gry, oddając innej partii prawo do rządów. Proszę wymienić! Jeden! Tylko jeden!

Panie Colby, co zrobilibyście wy, Amerykanie, gdyby komuniści wygrali wybory we Włoszech?

Proszę wymienić jeden kraj! Jeden jedyny!

Panie Colby, przeprowadzilibyście zamach stanu, jak w Chile?

Jeden kraj! Tylko jeden! Rumunia? Czechosłowacja? Węgry? Polska?

Niech mi pan odpowie, panie Colby: Drugie Chile?

A gdyby później nie było już drugich wyborów? Gdyby później stało się to, co stało się z Hitlerem i z Mussolinim? Czy nie rozumie pani, że komuniści przez te wszystkie lata stosowali się do demokratycznych reguł gry, bo im się to opłacało? Nie rozumie pani, że dopóki byli w mniejszości, ustrój demokratyczny był im potrzebny? Czy naprawdę wierzy pani, że gdy będą u rządów, nadal będą stosowali się do reguł demokracji? To nie są ludzie, którym można powiedzieć: „Jako że dobrzy z was chłopcy, pozwolimy wam trochę porządzić”. Ich centralizm demokratyczny nie ma nic wspólnego z demokracją. A wasze problemy możecie rozwiązać w lepszy sposób, niż pozwalając im wygrać wybory. Proszę o tym pamiętać. Albo nigdy więcej nie wygracie wyborów.

x

Ale powtarzam pytanie, na które nie chce pan odpowiedzieć: Co zrobiliby Amerykanie, gdyby we Włoszech komuniści doszli do władzy?

Nie wiem. To kwestia polityki Stanów Zjednoczonych. Nie wiem.

Ależ wie pan, panie Colby. Drugie Chile?

Niekoniecznie. Nie wiem… To hipotetyczne pytanie, nie mogę na nie odpowiedzieć. To zależy od zbyt wielu czynników. Mogłoby się nie wydarzyć nic, mogłoby się coś wydarzyć, mógłby przytrafić się jakiś błąd.

Taki błąd jak w Chile? No dalej, panie Colby. Uważa pan, że gdyby komuniści doszli do rządów, interwencja Stanów Zjednoczonych we Włoszech przy udziale drugiego Pinocheta byłaby uzasadniona?

Nie sądzę, abym mógł odpowiedzieć na to pytanie. A wasz Pinochet nie jest w Ameryce. Jest we Włoszech.

Wiem, ale jesteście mu potrzebni. Bez was nic nie zrobi. Panie Colby, próbuję skłonić pana do przyznania, że Włochy są niezawisłym państwem, a nie bananową republiką, nie waszą kolonią! Nie możecie być zawsze policjantami świata. Jasne?

Chiaro ma sbagliato (Jasne, ale błędne – przyp. W.L.). Proszę pozwolić mi wyjaśnić. Po pierwszej wojnie światowej Ameryka przeżyła zjawisko odrzucenia. Powiedzieliśmy sobie, że wojna była błędem, że źle walczono, i mieliśmy okres niewinności. Zredukowaliśmy naszą armię do mniej więcej stu pięćdziesięciu tysięcy, chcieliśmy otwartej dyplomacji, a sekretarz stanu rozwiązał Intelligence, twierdząc, że dżentelmeni nie czytają cudzej poczty. Krótko mówiąc, przygotowywaliśmy się do życia w świecie dżentelmenów i ogłosiliśmy, że nie chcemy się więcej angażować w sprawy zagraniczne. Pojawiły się problemy w Europie i nie interweniowaliśmy. Nadeszła wojna w Hiszpanii i ogłosiliśmy neutralność. Poddaliśmy nawet pod głosowanie ustawę o naszej neutralności. Ale to nie zadziałało. I spadły na nas problemy gospodarcze, nadeszli autorytarni przywódcy, którzy wierzyli, że mogą zapanować nad swoimi sąsiadami, wybuchła druga wojna światowa i musieliśmy do niej przystąpić. Po drugiej wojnie światowej zaczęliśmy od początku: w 1945 roku rozwiązaliśmy armię, rozwiązaliśmy OSS2 i powiedzieliśmy: pokój. Jednak zaczęła się zimna wojna. Od razu stało się jasne, że Stalin nie pójdzie drogą, którą wytyczyliśmy. Rosyjski komunizm stał się zagrożeniem w Grecji, w Turcji, w Iranie. I tym sposobem zrozumieliśmy lekcję. Połączyliśmy nasze tajne służby, nazwaliśmy je CIA, powstrzymaliśmy autorytarną ekspansję Związku Radzieckiego za pomocą NATO, planu Marshalla i CIA. Wspólnie, liberałowie i konserwatyści jedni i drudzy przekonani tym razem, że trzeba udzielić pomocy za granicą. Ja byłem jednym z liberałów. W młodości byłem wręcz radykałem i…

A niech to. Jakim cudem tak się pan zmienił?

Clemenceau mawiał, że kto nie jest radykałem w młodości, nie ma serca, a kto nie jest konserwatystą na starość, nie ma rozumu. Ale proszę pozwolić mi skończyć. NATO zadziałało. Powstrzymanie radzieckiego ekspansjonizmu udało się. Wywrotowy plan partii komunistycznych został zneutralizowany. I nie chodziło o przejście na stronę faszystów, nie chodziło o prawicę przeciw lewicy. Chodziło o poszukiwanie demokratycznego rozwiązania. I była to polityka amerykańska, do której CIA się przyłączyła i od tamtej pory ją stosowała, mówiąc, że będziemy walczyć o wolność za wszelką cenę. To jasne… no cóż, tak, w trakcie tej walki za wszelką cenę zdarzały się i zdarzają przypadki współpracy z lokalnymi dość autorytarnymi przywódcami. Albo bardziej autorytarnymi niż życzyliby sobie ludzie.

x

Proszę mi opowiedzieć o mafii. O tym, jak CIA wykorzystuje mafię.

Jeden taki przypadek! Tylko jeden taki przypadek! W 1960 roku! W sprawie Castro! Gdy Castro objął władzę na Kubie, rozważaliśmy możliwość współpracy z osobami, które miały jeszcze na Kubie pewnych przyjaciół. Mam na myśli osoby z mafii. Przyjaciół mafii. Skontaktowaliśmy się z nimi i zgodnie z naszym planem mieli spróbować zabić Castro. Ale było to bardzo… Cóż, nie zadziałało. Allen Dulles i McCone byli w tym czasie dyrektorami CIA. I McCone stwierdził, że nic o tym nie wie.

Jednak Bobby Kennedy o tym wiedział. Wiedział więc o tym także John, prezydent. Wie pan, co o tym myślę? Te wyznania dyskredytują najbardziej nie CIA, lecz prezydentów Stanów Zjednoczonych.

Te wyznania świadczą o tym, że CIA nie była nigdy dzikim słoniem, państwem w państwie, rządem poza rządem, lecz zawsze funkcjonowała jako element amerykańskiej polityki. A teraz, gdy kraj przechodzi proces rewizjonizmu, CIA jest trochę kozłem ofiarnym tego rewizjonizmu… Dowody na to, że prezydenci chcieli pewnych konkretnych akcji, nie są zbyt oczywiste, w niektórych wypadkach nie jest nawet jasne, czy prezydent o tym wiedział, czy nie. Ale fakty wskazują po prostu, że CIA działała w ramach polityki, która zdawała się ją upoważniać do robienia pewnych rzeczy.

Rzeczywiście, od Eisenhowera po Nixona, żaden się nie uratuje. A za Johnsona jakie łajdactwo uknuliście? Ach tak, zamach stanu Papadopulosa.

CIA nie poparła, powtarzam, nie poparła puczu pułkowników w Grecji. Oczywiście… nie odrzuciliśmy pułkowników. Ale też ich nie poparliśmy. Powiedzmy jednym słowem, że z nimi pracowaliśmy. Po przejęciu władzy przez Papadopulosa zawarliśmy z nim układ o wymianie informacji. Również z Ioannidisem CIA miała układ w tym samym celu. Reszta to mity. Utrzymywanie dobrych stosunków z jakimś autorytarnym przywódcą nie oznacza wcale, że się go popiera. Ach, pani naprawdę nie chce zaakceptować innego obrazu CIA niż ten, który stworzyła pani fantazja. Przypomniała mi pani historię o ślepcach i słoniu. Wie pani jaką? Nadchodzi słoń i zbliża się do niego czterech ślepców. Jeden dotyka jego trąby i mówi: „To włócznia”. Jeden dotyka jego nogi i mówi: „To drzewo”. Jeden dotyka jego ogona i mówi: „To wąż”. Jeden dotyka jego boku i mówi: „To mur”. I żaden z nich nie zauważa, że całość to słoń. Oczywiście, część winy leży po naszej stronie. Intelligence powinno stanowić całkowitą tajemnicę. Kiedy Schlesinger został dyrektorem CIA, zapytał: „Dlaczego przy autostradzie nie ma znaku wskazującego siedzibę CIA?”. Odpowiedzieliśmy: „Był, ale gdy Kennedy został prezydentem, kazał nam go zdjąć, uznając za śmieszny fakt, że tajne służby są oznaczone przy autostradzie”. Schlesinger odrzekł: „Postawcie go z powrotem”. Tak więc go postawiliśmy i… Ale czy demokracja nie zależy od tajemnicy? Czy głosowanie nie jest tajne?

A jednak to właśnie pan złamał tajemnicę. Czy kiedykolwiek zdarza się panu żałować, że wyjawił pan tyle rzeczy komisjom śledczym? Czy mógł pan odmówić?

Z pewnością nie żałuję, że powiedziałem prawdę. Nigdy nie wątpiłem ani się nie wahałem, czy powinienem odpowiedzieć prawdą na ich pytania. Co do odmówienia zeznań, nie mógłbym, nawet gdybym chciał. Prawo nakazywało mi mówić. Nie miałem wyboru. Nie oczekiwałem wcale, że ujawnione przeze mnie informacje pozostaną tajne. Nie sądziłem jednak, że pewne sprawy wywołają taką sensację. Faktem jest, że życie w społeczeństwie tak otwartym jak amerykańskie nie jest wygodne. Proszę spojrzeć na przypadek Richarda Welsha, agenta CIA zamordowanego w Atenach. Wie pani, jak do tego doszło? Rok temu urzędnik John March napisał tu, w Waszyngtonie, artykuł, twierdząc, że wie, jak zidentyfikować w różnych ambasadach tych, którzy pracują dla CIA. I zademonstrował to. Czy moglibyśmy mu to uniemożliwić? Nie. Nasze prawodawstwo jet słabe w tej kwestii. By raport Pike’a nie został opublikowany, konieczna była interwencja Kongresu. A żeby Kongres posunął się tak daleko, trzeba było śmierci Welsha. To była ogromna strata dla nas, CIA. Ogromna. Był niezwykle zdolnym agentem.

xxx

Kiedy czytałem ten wywiad i wybierałem powyższe fragmenty, to zastanawiałem się czy oni oboje wierzyli w to, co mówili. Czy było w tym więcej hipokryzji, czy może naiwności? Trudno ocenić. A może nie było ani jednego, ani drugiego. Wszak ja to oceniam z perspektywy 50 lat i tego, co się później wydarzyło. Oni w tamtym momencie tej wiedzy nie mieli. Jednak z tego wywiadu wynika, że metody działania CIA i KGB były niemal identyczne. A to powinno skłaniać do pewnej refleksji, a mianowicie takiej, że jeden i ten sam ośrodek decyzyjny kierował obu instytucjami. Trudno, by było inaczej, skoro oba państwa również podlegały temu samemu ośrodkowi.

W pewnym momencie Colby mówi, że po I wojnie światowej Stany Zjednoczone wycofały się z Europy, zredukowały swoją armię i stały się neutralne, ale nadeszli autorytarni przywódcy, wybuchła II wojna światowa i Stany Zjednoczone musiały przystąpić do wojny. Problem polega na tym, że ci autorytarni przywódcy nie wzięli się z powietrza i bez finansowego wsparcia bankierów z Ameryki nie byłoby Hitlera, Mussoliniego i potęgi Związku Radzieckiego. Czy to możliwe, by szef CIA nie wiedział o tym? Bo w to, że mogła o tym nie wiedzieć włoska dziennikarka, to jeszcze mogę uwierzyć.

Bardzo obrazowa jest historia o słoniu i ślepcach. My istotnie, jako zwykli ludzie, nie mamy obrazu całości i stąd nasze wyobrażenie o władzy i jej służbach jest niepełne. Jedyne do czego możemy się odwołać to historia. Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów. Nacjonalizm jako zjawisko pojawił się po rewolucji francuskiej, szczególnie zaakcentował swą obecność w Europie i Ameryce Południowej. Wtedy był dobry, a teraz jest zły. Był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii, co skutkowało powstaniem ustroju republikańskiego, czyli demokracji. Wiadomo, że monarchia nie jest najlepszym ustrojem, bo monarcha rządzi dożywotnio i to on jest za wszystko odpowiedzialny. Trudno więc przy takim ustroju postępować całkowicie nieodpowiedzialnie, chociażby z tego względu, że jest mało chętnych, by brać na swe barki odpowiedzialność za politykę, którą tak naprawdę uprawiają inni z tylnego siedzenia. Dopiero w demokracji, w której władza zmienia się co 4—5 lat, rządzący mogą poczuć się bezkarnie, bo ich nie można rozliczyć, a raczej jedynym ich rozliczeniem jest odsunięcie od władzy przez wyborców. To doprawdy łagodny wymiar kary, więc i chętnych nie brakuje.

Tak więc nacjonalizm był dobry, gdy chodziło o obalenie monarchii. A gdy już do tego doszło i demokracja zapanowała, to nacjonalizm stał się zły. Zły dlatego, że trudniej rządzić społeczeństwem jednolitym pod względem narodowościowym, bo ma ono spójny system wartości i wspólny interes. Gdy jednak wymiesza się narody, to powstaje społeczeństwo zatomizowane, podzielone na wiele grup o sprzecznych interesach, różnych systemach wartości, różnych wyznaniach czy religiach. Plastyczna masa, z którą rządzący mogą zrobić, co im się żywnie podoba. I takiej demokracji broniła Ameryka przed komunizmem, który sama stworzyła w Związku Radzieckim. Idealny pretekst do ingerowania w sprawy wewnętrzne innych państw, czyli ich kontrolowania. Do tego m.in. wykorzystywała i wykorzystuje swoje tajne służby, takie jak CIA.

Gdy komunizm upadł w Europie Wschodniej – bo nie w Chinach, gdzie miał i ma się dobrze – to nie nastąpił koniec historii, jak niektórzy wieszczyli. Konflikty i wojny nadal trwały i do dziś trwają. Skąd one się biorą i czy nie można im zapobiec? Wygląda na to, że w obecnym świecie jest to niemożliwe. Jest to świat cywilizacji czy kultury żydowskiej i dopóki się ona nie skończy, nie będzie końca wojnom, konfliktom, rewolucjom itp.

Naród żydowski jest narodem specyficznym, bo funkcjonującym wśród innych narodów rdzennych w rozproszeniu i asymilacji. Rozproszenie oznacza, że Żydzi są rozproszeni po całym świecie i wszędzie, gdzie mieszkają, są zasymilowani z mieszkańcami danego kraju. Ta asymilacja oznacza, że się upodobniają do rdzennych mieszkańców i są w ten sposób nierozpoznawalni jako obcy. Specyfika tego narodu polega też na tym, że ma swoją ideologię, wedle której uważają się on za naród wybrany, to znaczy taki, który ma prawo panować nad resztą narodów.

Rozproszenie i asymilacja to jeszcze za mało, by panować nad innymi narodami. Do tego potrzebne są takie narzędzia jak monopol na emisję pieniądza i dominacja w handlu. Dominacja w handlu oznacza też kontrolę nad produkcją. Żaden producent nie zaistnieje, gdy nie będzie miał dostępu do sieci dystrybucji, czyli handlu. Dopiero te cztery czynniki powodują, że panowanie nad narodami rdzennymi staje się realne. Bo dzięki nim można opanować wszelkiego rodzaju media, edukację, kulturę, wszelkiego rodzaju urzędy państwowe, wojsko i policję. Żeby jednak rdzenne narody nie mogły się rozwijać, to trzeba je utrzymywać w stanie permanentnej słabości i rozkładu. I temu właśnie służą różnego rodzaju konflikty: religijne i wyznaniowe, społeczne, rewolucje, wojny. Temu też służy mieszanie narodów. Jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, eksperymentem w tej dziedzinie była unia polsko-litewska. Wynik, nadzwyczajny – jak sądzę, zaskoczył samych twórców. Szlak został przetarty. Może stąd taki sentyment Żydów do Polin.

  1. Vespa (pl. Osa) – nazwa linii włoskich skuterów należącej do firmy Piaggio. Pierwsze modele powstały według projektu inżyniera Corradino D’Ascanio (1946). Na jej wzór w latach 60-tych powstały radziecka Wiatka i polska WFM Osa. ↩︎
  2. OSS – Office of Strategic Services (Biuro Służb Strategicznych) – agencja wywiadowcza Stanów Zjednoczonych działająca w latach 1942-1946. Poprzednik CIA. ↩︎

CIA

W poprzednim blogu „Nowa partia” wspomniałem o tym, że podstawowym i najważniejszym punktem programu nowej partii o nazwie Bezpieczna Polska jest opcja „zero” w służbach specjalnych. To skłania do zastanowienia, czym tak naprawdę są służby specjalne, kto nimi rządzi i czy rzeczywiście są tak wszechpotężne, jak nam niektórzy próbują wmówić. Pewne informacje można znaleźć w książce Oriany Fallaci Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). W marcu 1976 roku przeprowadziła ona w Waszyngtonie wywiad z Otisem Pike’iem. Jego fragmenty poniżej.

Otis Pike urodził się 31 sierpnia 1921 roku w Riverhead w stanie Nowy York. W 1946 roku uzyskał dyplom Princeton, w 1948 Columbia Law School, pracował jako prawnik i sprawował funkcję sędziego pokoju od 1954 do 1960 roku, kiedy został wybrany do Kongresu. W następstwie artykułu opublikowanego przez Seymoura Hersha w grudniu 1974 roku w „New York Times”, w którym zostało ujawnione wewnętrzne szpiegostwo CIA, Kongres postanowił rozpocząć dochodzenie na temat całej działalności wywiadu i powołał Komisję Specjalną, której przewodnictwo powierzył Otisowi Pike’owi. Ujawnienie raportu Komisji zostało zablokowane, jednak tekst ukazał się w „The Village Voice”, wywołując sensację i protesty. W 1978 roku Pike zrezygnował ze stanowiska w Kongresie.

We wstępie do tego wywiadu Oriana Fallaci m.in. pisze:

Należało przeczytać w całości raport kongresmena Pike’a, choćby ocenzurowany i zniekształcony przeróbkami, z którymi do nas dotarł, by zrozumieć oburzenie wstrząsające tym zacnym człowiekiem, który przeciwstawił się CIA, Kissingerowi, samemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, którym był wówczas Gerald Ford. Należało poznać Otisa Pike’a i doświadczyć poruszenia na widok łez, które w pewnej chwili zraszały mu rzęsy, by zrozumieć studnię niegodziwości, której na imię władza. Jakakolwiek władza; zarówno gdy ukazuje się ubrana w mundury tyranii, jak i w szaty poprawności politycznej. Otis Pike pokazuje, że w jednym i w drugim wypadku walka z nią służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia. Biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera.

x

Panie Pike, William Colby (szef CIA 1973-1975 – przyp. W.L.) twierdzi, że pański raport jest całkowicie stronniczy, pełen uprzedzeń i że został napisany z zamiarem zdyskredytowania CIA. Mówi, że nie ma tam nawet całości jego zeznań.

Dobry Boże, nie, nie ma. Gdybym miał zapisać wszystko, co mi powiedział, byłby to jego raport, nie mój. Moje zadanie nie polegało na zredagowaniu czegoś, co otrzymałoby aprobatę CIA, i jest oczywiste, że panu Colby’emu mój raport się nie podoba. Stwierdzam w nim, że CIA wykonała paskudną robotę. Wyjaśniamy, że CIA nie wywiązała się ze swojego podstawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie Stanom Zjednoczonym dobrej Intelligence. Opowiadamy w nim o bardzo poważnych nadużyciach, jakich dopuściła się CIA, i o nieskuteczności, o marnotrawstwie. Śmieci. Nie, dobry Boże, na pewno nie spodziewałem się, że pan Colby mi podziękuje. I nic mnie nie obchodzi, co on mówi. A raczej odpowiem mu tak: zakończyłem moje dochodzenie, mając większy szacunek dla CIA niż dla tych, którzy wydawali CIA rozkazy. Pan Colby zachował się przed komisją uczciwiej od innych. To znaczy uczciwiej od tych, którzy reprezentowali organy naszej władzy wykonawczej.

Czy to aluzja do Kissingera?

Ech, tak. Nietrudno mi przyznać, że po zakończeniu dochodzenia doktor Kissinger podobał mi się znacznie mniej, niż gdy go poznałem. On nie udziela informacji. Wychodzi z założenia, że wszystkie jego źródła są bardzo osobiste; nie tylko te związane z zagranicznymi szefami państw, lecz również te odnoszące się do urzędników Departamentu Stanu. Tak więc parlament nie powinien się w to wtrącać. Natomiast pan Colby… Cóż pan Colby jest utalentowanym człowiekiem i potrafi stosować grę słów. Czasem szuka ucieczki w semantyce. Jednak jeśli zadałem mu właściwe pytanie, udzielał mi szczerej odpowiedzi. On nie jest nieuczciwy. I jest mniej winny niż ci, którzy teraz każą mu płacić za wszystkich.

Twierdzi pan, że Colby stał się kozłem ofiarnym w tej sprawie?

Jestem o tym przekonany. I jestem też przekonany, że mu się to podoba. Pewnego dnia mu to powiedziałem: „Podoba się panu rola kozła ofiarnego, prawda?”. Nie odpowiedział. Nadal siedział nieporuszony. Jednak było jasne, że odgrywanie roli kozła ofiarnego sprawiało mu przyjemność. I nikt nie potrafiłby zagrać tej roli lepiej, z lepszym rezultatem. Uczciwy wobec nas, lojalny wobec swoich ludzi… Zostawił CIA, tak by wszyscy uważali go za wielkiego człowieka, bo ich ocalił. Doskonała strategia, wspaniała robota. Ech! Zręcznie mną manipulował ten Colby. Zwyciężył. A ja przegrałem.

W jakim sensie pan przegrał, panie Pike?

W najbardziej oczywistym: nie pozwolili mi opublikować raportu, zablokowali go. Kiedy Izba Reprezentantów orzekła, że nie może zostać opublikowany bez zgody prezydenta i do prezydenta należy ustalenie, czy szkodzi on działalności naszej Intelligence za granicą, zrozumiałem natychmiast, że przegrałem. Użyte wyrażenie brzmiało dosłownie: „działalność naszej Intelligence za granicą”; przez działalność mieli na myśli zabójstwa, tajne wojny, opłacanie zagranicznych liderów politycznych. A mój raport nie mówił o niczym innym. Nie przypadkiem prosiłem o głos, by stwierdzić, że w takim razie Ford nigdy nie wyda zezwolenia. Było mi przykro. Było mi tak bardzo przykro, dobry Boże. To był dobry raport. Raport, z którego można było być dumnym. I mi go zablokowali. Co za porażka. Poniosłem w swoim życiu wiele porażek, ale ta była najgorsza. Problem w tym, że… Cóż, to proste: zlecili nam wykonanie pewnego zadania, a my wykonaliśmy je lepiej, niż się spodziewali. A raczej niż się obawiali.

Jednak wina leży również po pańskiej stronie, panie Pike. Czy było konieczne wniesienie sprawy do parlamentu? Czy było konieczne uzyskanie zgody prezydenta?

Zgody prezydenta, nie. Nie musieliśmy błagać o żadną zgodę prezydenta. Wniesienie sprawy do parlamentu owszem, było konieczne. Oto co się stało. Dzięki przeszkodom, jakie napotkaliśmy, na przykład przeszkodzie zwanej Henry Kissinger, spóźniliśmy się, nie mieliśmy już czasu, by ukończyć raport do ustalonej daty. Poprosiliśmy parlament o przyznanie nam dwutygodniowego odroczenia i parlament się zgodził. I wykorzystaliśmy je w całości. Raport został sporządzony przez grono redakcyjne, komisja chciała sprawdzić go rozdział za rozdziałem, a czasem słowo po słowie: opublikowanie go pospiesznie, z ryzykiem przeoczenia nieścisłości i błędów, byłoby nieodpowiedzialne. Dwudziestego trzeciego stycznia raport został ukończony i zaaprobowany przez komisję większością dziewięciu głosów do czterech. Upoważniało nas to do sporządzenia próbnych odbitek, ale ci czterej znaleźli wykręt. Zgodnie z regulaminem mieli prawo do pięciu dni legislacyjnych, by spisać punkty sporne. Dni legislacyjne rozumiane są jako te, w których zbiera się parlament. W ten sposób z pięciu zrobiło się ich osiem. I czterej opozycjoniści dostarczyli swoje dokumenty, gdy komisja miała już zostać rozwiązana. Odwołanie się do głosowania w celu opublikowania raportu było już wtedy konieczne.

A kim byli ci czterej? Ludźmi Kissingera?

Tak sądzę. Bo wie pani, dokładnie w tym samym czasie głosowaliśmy nad zaprzestaniem udzielania pomocy finansowej Angoli. Tych dziewięciu z komisji, którzy chcieli opublikować raport, głosowało za zaprzestaniem finansowania w Angoli, tych czterech, nie chcieli go opublikować, zagłosowało za kontynuacją finansowania. Czy to jasne?

Tak, i wydaje się to wielką hipokryzją. Skoro zamierzali rzucać panu kłody pod nogi, to po co powierzali panu dochodzenie? Żeby zamydlić oczy Amerykanom i światu?

Zgadzam się z panią. Hipokryzja to właściwe słowo.

Mimo to jest coś, czego nie rozumiem, panie Pike. Dlaczego te rzeczy nie przydarzyły się senatorowi Churchowi? Czemu on zdołał opublikować swój raport? A przecież mówił o Chile, o próbach zabójstw…

Zastanawia się pani, dlaczego pozwolono mu go opublikować. To proste: ponieważ był to raport ad interim 1odnoszący się do tematu już nieaktualnego, prób zabójstw. Tematu, który dotyczył działalności osób niesprawujących już urzędu: nieżyjących prezydentów, prezydentów popadłych w zapomnienie. Temat naszego raportu jest aktualny. Dotyczy wydarzeń, które miały miejsce bardzo niedawno, dotyka osób, które nadal sprawują rządy…

Z Kissingerem włącznie.

Z Kissingerem włącznie. I powiem więcej: ostateczny raport Churcha nie został jeszcze opublikowany. Church ma go dostarczyć do marca. A ja obawiam się, że kiedy go dostarczy, napotka te same trudności, jakie napotkałem ja. Również w jego przypadku nie zabraknie pretekstów. Na przykład znowu uczepią się zabójstwa Welsha i… Musi pani zrozumieć, że śmierć Welsha poruszyła Amerykę. I przysporzyła niezmiernej sympatii CIA i jego agentom.

Wróćmy do tematu hipokryzji, panie Pike. Kto przysporzył panu największych trudności?

Prezydent, Kissinger, Colby, FBI, ogólnie rząd. Zawsze obiecywali nam wszelką współpracę, a później odmawiali informacji. Również po to, by zmarnować nasz czas. Wiedzieli, że komisja będzie działać krótko, i dlatego marnowali nasz czas. Zaraz to wytłumaczę. Kiedy mówiliśmy: „Potrzebujemy tych dokumentów”, wcale nam ich nie odmawiali. Dawali nam tylko jeden z nich. Tym sposobem trzeba było znowu o nie prosić i znowu dawali nam tylko jeden. Ja wierzę w dokumenty. Ponieważ świadczą o tym, co ludzie mówili, a nie, co później chcieliby powiedzieć. Tak więc cały czas o nie prosiłem, a oni wydzielali mi je w bardzo długich odstępach. Czasami zaś nie dawali mi ich wcale. Co zrobił na przykład pan sekretarz stanu z Memorandum Boyatta? Oskarżył nas o chęć dręczenia drugorzędnych postaci z Departamentu Stanu, o uprawianie maccartyzmu2. I napisał do nas list, twierdząc, że jeśli chcemy dowiedzieć się pewnych rzeczy, musimy zwrócić się do „ważnych ludzi, którzy tworzą amerykańską politykę”. A ważni ludzie z przyjemnością nam pomogą. Tak więc poprosiliśmy o dokument jego, Kissingera. On oczywiście go miał. Ale nam go nie dał. Gorzej, zakazał wszystkim nam go dawać. Wszyscy odpowiadali nam, że dokument ten chroniony jest przywilejem egzekutywy. Również prezydent powołał się na przywilej egzekutywy.

Co to jest dokument Boyatta?

Już pani wyjaśniam. Thomas Boyatt był człowiekiem, który kierował wydziałem Cypru, Cyprus Desk, w Departamencie Stanu. I z tego, co wiedziałem, Thomas Boyatt sprzeciwiał się gwałtownie temu, co Amerykanie zrobili na Cyprze. I spisał swój sprzeciw w Memorandum Boyatta lub Memorandum sprzeciwu. Uważamy je za naprawdę niezbędne, aby się dowiedzieć, jak się zachowaliśmy w brzydkiej sprawie Cypru. Był to jedyny sposób na dotarcie do prawdy. Ale Kissinger zachował się tak, jak powiedziałem, i doszło do pierwszego sporu z nim. Wysłaliśmy nawet nakaz dostarczenia tego kawałka papieru. Na próżno. Oczywiście wezwaliśmy pana Boyatta do złożenia zeznań. Również na próżno. Boyatt chciał przyjść. Kissinger się sprzeciwił.

Gdzie jest teraz pan Boyatt?

Otrzymał awans. A raczej, zdaje mi się, że jest w Chile. Proszę pozwolić mi wykonać jeden telefon… Tak, jest w Chile. Jako szef misji dyplomatycznej w naszej ambasadzie.

Jednak Kissinger przyszedł zeznawać.

Tylko jednego dnia, rano i wieczorem. I nie będę opisywał pani jego zachowania, raport mówi sam za siebie. Ale powiem pani, że rozpaczliwie usiłowałem skłonić go do opowiedzenia tego, co było nam potrzebne. Nie udało mi się. Chronił się zawsze za swoim przywilejem politycznym; za historyjką o swoich „bardzo osobistych” źródłach. Chciałem go oskarżyć o obrazę parlamentu. Poddałem pod głosowanie trzy rezolucje, aby go oskarżyć. Sprawa się na tym zatrzymała. Większość parlamentu nie chciała dalszego postępowania. Musieliby wybrać między Kissingerem a mną, między Kissingerem a komisją i nikt nie był gotów uczynić sobie z niego wroga.

Ale dlaczego w Ameryce ludzie tak bardzo boją się Kissingera?

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że stoi za nim zbyt wiele osób. Ten Kissinger to strasznie przebiegły public relation man. Gdy tylko sprawy przestają się toczyć po jego myśli, zwołuje swoich znajomków z prasy i otrzymuje potężne artykuły wstępne, które mówią zupełnie co innego niż ten, kto mu się sprzeciwił. Sprzeciwianie mu się jest niewskazane, zwłaszcza w przypadku polityka. Ja jednak sądzę, iż dowiodłem, że się go nie boję.

Dlaczego więc nie poprowadził pan dalej sam oskarżenia o obrazę?

Mógłbym. Zrezygnowałem, bo byłaby to tylko strata czasu. Nasze sądownictwo nie działa szybko, dokładnie tak jak włoskie. I komisja zostałaby rozwiązana, zanim Kissinger zasiadłby na ławie oskarżonych. Tak więc postępowałem dalej ze związanymi rękami i coraz bardziej hamowany przez obstrukcjonizm. Nakazywali nawet milczenie mniej znaczącym świadkom. Mówili im jasno i wyraźnie, że nie wolno im mówić „o pewnych sprawach”. Kissinger posunął się nawet do tego, że poinformował ich, iż nie wolno im pozwolić się przesłuchiwać, jeżeli na sali nie ma funkcjonariusza Departamentu Stanu. I nikt nie złamał tych wytycznych. Ach! Przed chwilą spytała mnie pani: Dlaczego więc powierzono panu dochodzenie? Ja powiem: Dlaczego więc je zarządzili? Hipokryzja to święte, najodpowiedniejsze słowo. Mydlenie oczu to właściwe wyrażenie. Można zrozumieć powściągliwość Colby’ego, obstrukcjonizm CIA; CIA była sądzona. Ale nie zawsze to CIA wiązała nam ręce. Najbardziej wiązał je nam Kissinger, prezydent, Departament Stanu, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, samo FBI. Dlatego twierdzę, że pod koniec szanowałem bardziej CIA niż tych, którzy wydawali jej polecenia.

Ale do kogo należało wydawanie poleceń CIA? Do sekretarza stanu, czyli Kissingera?

Bardziej niż do sekretarza stanu, do specjalnego asystenta prezydenta do spraw Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

To znaczy do Kissingera.

Dokładnie. Poza tym do ministra obrony i do sekretarza stanu.

Którym jest Kissinger.

Właśnie. Wreszcie do Narodowej Rady Bezpieczeństwa.

Do której Kissinger należy i w której znaczy najwięcej.

Właśnie. CIA nie może sama podejmować inicjatyw. Zgadzam się z Colbym, gdy odpowiada, że CIA nie jest dzikim słoniem. Po przeanalizowaniu wszystkiego, co było do przeanalizowania, doszedłem do wniosku, że CIA podejmowała inicjatywę jedynie w sprawach marginalnych i niewywołujących kontrowersji. W sprawach ważnych i odbiegających od normy zachowywała się zawsze w sposób, w jaki ktoś kazał jej się zachowywać. A tym kimś bardzo często był Kissinger.

Panie Pike, jak wytłumaczy pan władzę Kissingera?

Och, jest inteligentny. Co do tego nie ma wątpliwości. Ma wybitny umysł. Poza tym ma fascynującą łatwość słowa. Ponadto był bardzo skutecznym dyplomatą. Jest niezwykle popularny w środowisku koktajlowym Waszyngtonu, gdzie nie bywam. Wreszcie, jak już wspomniałem, ma ogromne wsparcie ze strony prasy, która poświęca mu artykuły pochwalne i atakuje jego przeciwników. Na przykład wtedy, gdy reszta świata mówiła, że Kissingerowi nie była obca tragedia w Chile, my w Ameryce w to nie wierzyliśmy. Wyszedł raport senacki Churcha, ale amerykańskie dzienniki nie wymieniły nazwiska Kissingera. Również dwa największe liberalne dzienniki Ameryki, „New York Times” i „Washington Post” je pominęły. Nie pamiętam, abym przeczytał nazwisko Kissingera w artykule, który „Washington Post” poświęcił odpowiedzialności amerykańskiej w Chile. A „New York Times” nawiązał do tego jedynie marginalnie.

Niemniej mówi się, że za Forda Kissinger nie cieszy się taką protekcją, jaką miał za Nixona.

Pozwoli pani, że odpowiem w ten sposób: Sądzę, że prezydent Ford ma ogromny respekt dla Kissingera, i sądzę, że prezydent Ford uważa, iż ogromnie go potrzebuje.

Panie Pike, czy według pana Kissinger jest demokratą?

Nie. Tym razem nie będę szukał łagodniejszych określeń. Odpowiedź brzmi: nie. Przede wszystkim myślę, że Kissinger ma bardzo niewiele szacunku dla parlamentu. I być może zasługujemy sobie na niewiele szacunku, jednak doktor Kissinger żywi niewiele szacunku dla wszelkich demokratycznych procesów. O, tak. On naprawdę nie ma cierpliwości do demokracji. W demokracji nie liczy się wcale to, co liczy się w dyplomacji. I jego stanowiska nie może zajmować człowiek, który odmawia uznania punktu widzenia większości, twierdząc, że on wie wszystko lepiej od innych. Nawet jeśli jest to człowiek inteligentny. Doktor Kissinger nie przepada za krytyką. Oskarżenia o maccartyzm łatwo płyną z jego ust, gdy ktoś mówi rzeczy, które się mu nie podobają, a…

A jeśli jest ktoś, kogo należałoby oskarżyć o maccartyzm, to właśnie on.

Brawo. Powiedziała to pani. Jest pani odważniejsza ode mnie.

Dlaczego? Tak wiele się ryzykuje, mówiąc kim jest Kissinger? Czy fakt, że pan to powiedział, a raczej przewodniczył komisji śledczej, zaszkodził może pańskiej karierze politycznej, panie Pike?

Jeszcze tego nie wiem. Nie dowiem się tego przed wyborami. Oczywiście, gdybym dzisiaj kandydował, zamiast być już deputowanym, sprawa byłaby beznadziejna.

xxx

We wstępie do wywiadu Oriana Fallaci pisze, że walka z władzą, ubraną w mundury tyranii czy szaty poprawności politycznej, służy tylko pogoni za marzeniem i zachowaniem czystego sumienia, ale biada temu, kto jak Don Kichot łudzi się, że coś osiągnie, grając bohatera. W tej lakonicznej konstatacji porusza ona problem istoty władzy: Czym ona jest? Kto tak naprawdę rządzi? Dlaczego jest tak potężna?

Jeśli nie potrafimy dokładnie zdefiniować, czym jest władza i kto tak naprawdę rządzi, to walka z nią jest w istocie walką z wiatrakami. Z wywiadu, jaki przeprowadziła Fallaci z Pike’iem wynika, że to Kissinger rządził CIA, a ona sama, według słów Pike’a, podejmowała samodzielne decyzje tylko w sprawach drugorzędnych. Tak zapewne mogło być, ale też nie można wykluczyć możliwości, że Kissinger był tylko pasem transmisyjnym, a rządził ktoś zza kulis. Bez względu jednak na to, który przypadek zachodził, to CIA nie jest dzikim słoniem i ani ona, ani służby specjalne innych państw nie są niezależne i wszechpotężne.

Skąd się wzięły tajne służby? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Walka z Rzymem, w której tyle tkwiło judaizmu i tyle bezpośrednich oddziaływań żydowskich, prowadzona była przy pomocy szeroko rozgałęzionych tajnych organizacji o charakterze międzynarodowym. Już w XII, XIII i XIV wieku widzimy owe ruchy sekciarsko-rewolucyjne, wywołujące powstania ludowe, kierowane przez tajne związki, pozostające między sobą w ustawicznym porozumieniu. Mamy prawo powiedzieć, że już wówczas – niezależnie od widocznego w świetle dziejów jednolitego kierownictwa – związki te tworzą jedną całość organizacyjną, podzieloną terytorialnie, co ujawnia się choćby we wspólnej wszystkim nazwie „braci”. Mamy przecież braci włoskich, południowo-francuskich, braci morawskich, braci czeskich, braci niemieckich, braci polskich, braci niderlandzkich i braci angielskich.

Co więcej „braćmi” zwą się także członkowie, współdziałających z tamtymi organizacjami, tajnych akademii odrodzenia. A więc anabaptyści, socynianie, taboryci, a z drugiej strony członkowie akademii humanistycznych – jak Luter, Reuchlin, Melanchton, Zwingli, Kalwin – byli braćmi organizacyjnymi. Jest to więc jedna sieć, spojona misternie i na ten sam połów sporządzona. Owe „braterskie” akademie i stowarzyszenia (societates) nie są niczym innym, jak poprzednikami dzisiejszych lóż wolnomularskich.

x

Czy służby specjalne również wywodzą się z tego pnia? Trudno powiedzieć, ale zapewne wzorce były z niego czerpane. A jeśli tak, to oznaczałoby to, że tajne służby wszystkich państw współpracują ze sobą. Taką sugestię można znaleźć w dramacie „Cena” (2000) Waldemara Łysiaka, który wkłada w usta jednej z głównych jego postaci takie słowa:

„Powiem panu, że w trzydziestym dziewiątym NKWD i Gestapo zawarły pakt. Własny pakt, równoległy do paktu rządowego między Moskwą i Berlinem. Ciekawe jest tutaj to, że kiedy kilka lat później Moskwa i Berlin zaczęły prowadzić wojnę przeciwko sobie – pakt ich służb specjalnych nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Funkcjonuje do dzisiaj (rok 1944 – przyp. W.L.), taka osobliwość. Co prawda tylko w kwestiach tyczących partyzantki polskiej, ale zawsze…”

O tym, że służby specjalne wszystkich państw współpracują ze sobą, świadczy to, że wojny były i są prowadzone według ściśle ustalonych scenariuszy. Skoro rządy państw prowadzących wojnę nie rozmawiają ze sobą, to pewnie robią to za nie właśnie służby specjalne. Zwraca też uwagę fakt, że różni szpiedzy czy kurierzy poruszali się po Europie w czasie II wojny światowej, jakby nie istniały granice i fronty, a gdy czasem zostali aresztowani, to jakoś tak szybko byli zwalniani.

Ma więc rację Leszek Sykulski, gdy mówi, że wszystko dzieje się za kulisami, a to, co widzimy to teatr dla naiwnych.

  1. ad interim – łacińska fraza, która oznacza w międzyczasie lub tymczasowo. ↩︎
  2. maccartyzm – ogólna nazwa działań politycznych, pozbawionych skrupułów metod śledczych oraz tworzenia atmosfery strachu i podejrzeń, w walce z wewnętrznym zagrożeniem komunistycznym w latach 1950-1954 w Stanach Zjednoczonych; od nazwiska amerykańskiego senatora Josepha Raymonda Mc’Carthy’ego. ↩︎

Nowa partia

W piątek 27 października 2023 roku Leszek Sykulski na swoim kanale w cyklicznym programie „Wieczór geopolityczny” poinformował o powstaniu nowej partii politycznej o nazwie Bezpieczna Polska. O tym, dlaczego ona powstała, jaki ma program i cele, mówił od 35:40 do 51:42. Poniżej zapis jego wypowiedzi.

Osobiście uważam i powtórzę to po raz kolejny, będę to powtarzał dopóty, dopóki będę mógł, że w Polsce nie zajdą żadne, żadne realne zmiany – konkretne, które gwarantowałyby nam bezpieczeństwo, jeżeli nie zostaną spełnione tylko dwa warunki. I uważam, że na taką partię – i na takie ugrupowanie, czy na taką koalicję warto głosować – która właśnie te dwa warunki weźmie sobie na sztandar, wprowadzi odwagę do życia publicznego, nie będzie się bała, nie będzie chować swoich liderów w szafie, tylko weźmie sobie na sztandary te dwa proste postulaty programowe. Za tym oczywiście musi iść konkretny program. Po pierwsze, głęboka reforma służb specjalnych w Polsce. Czy kogoś to jeszcze dziwi, że do dzisiaj nie wyjaśniono afery FOZZ? Dlaczego do dzisiaj nie została wyjaśniona sprawa zabójstwa generała Sławomira Petelickiego, zabójstwa Andrzeja Leppera i szereg innych afer, które do dzisiaj nie zostały wyjaśnione.

Jako były członek Komisji Weryfikacyjnej do Spraw Wojskowych Służb Informacyjnych mogę powiedzieć tylko jedno: służby specjalne po 1989 roku są bardzo mocno skażone pewnym genem, który nie pozwala na pełną suwerenność państwa polskiego. Widzieliśmy to wielu przypadkach. Tajne więzienia CIA w Starych Kiejkutach, pedofilia ukrywana w kierownictwie Agencji Wywiadu. Mówiłem o tym wszystkim w filmie Stop amerykanizacji Polski. Dorabianie się wąskiej warstwy kliki w służbach specjalnych na chociażby zakupach respiratorów, dorabianie się „elit” w służbach specjalnych. I to jest wierzchołek góry lodowej. Proszę mi wierzyć, że to, co się stało, to bagno w WSI.

Te odkryte przypadki przestępstw, to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Jeżeli byśmy spojrzeli na tzw. cywilne służby specjalne i zobaczyli, jak to się stało, że w latach 2005-2007 została złamana konstytucja, zostały tutaj sprowadzone służby specjalne, które torturowały ludzi bez wyroku sądu, przetrzymywały, to widzimy, jak bardzo mocno marionetkowe stają się niektóre ośrodki władzy w Polsce. I dlatego nie będzie żadnej realnej zmiany. To jest tylko teatr dla naiwnych widzów to, co widzimy w postaci wyborów parlamentarnych, prezydenckich i tak dalej, i tak dalej. Realne działania dzieją się za kulisami, nie dzieją się na Wiejskiej, nie dzieją się w sejmie, na sali plenarnej sejmu. To są zakulisowe działania. Dlatego żadne panaceum – w postaci referendum, głosowania elektronicznego czy jeszcze innych fantastycznych patentów ze Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych, czy innych zakątków świata – nie sprawdzą się w Polsce dopóty, dopóki nie będzie opcji „zero” w służbach, dopóki nie pozbędziemy się tych przestępców w mundurach z legitymacjami służbowymi, którzy podporządkowali Polskę obcym interesom, obcym służbom. I to jest fundament.

Dzisiaj ta partia, która nie podpisuje się czy to ugrupowanie, ruch polityczny, społeczny, który nie podpisuje się pod hasłem: stop amerykanizacji Polski czy stop amerykanizacji polskiej racji stanu – jest tak naprawdę ugrupowaniem czy ruchem, będącym za petryfikacją obecnego stanu rzeczy, czyli za tym, żeby tak było, jak jest. Żeby się nic nie zmieniło, żeby się zmieniały chorągiewki. Są różni politycy, którzy najpierw przypinali flagi polskie, potem ukraińskie. Teraz sobie niektórzy przypinają flagi izraelskie. Dla nich nie ma to najmniejszego znaczenia. To jest teatr. Sznurki pociągają zupełnie inni ludzie. To jest deep state, to jest głębokie państwo. To są ludzie bardzo mocno podporządkowani takim stolicom jak Waszyngton, Londyn, Berlin, Tel Awiw czy Jerozolima – jak kto woli. I od tego trzeba zacząć.

Drugi bardzo ważny postulat, bez którego nie będzie żadnej zmiany i nie będzie taniej energii w Polsce, bez tego drugiego fundamentu nie będzie tego wszystkiego, czyli normalizacji relacji z Białorusią i Rosją. I też trzeba o tym mówić głośno, nie bać się, nie chować liderów do szafy, nie chować sztandarów gdzieś do piwnicy. Tylko trzeba wziąć te dwa postulaty programowe na sztandary, czyli

  • głęboka reforma służb specjalnych
  • normalizacja relacji z Rosją i Białorusią

I to jest dzisiaj polska racja stanu: to jest tanie paliwo, tani prąd, tani gaz; to jest bezpieczeństwo, to są relacje dobrosąsiedzkie, to jest polityka asertywna, to jest polityka wielowektorowa, jeśli chodzi o bezpieczeństwo; dyplomacja i obronność, a nie bycie czyimkolwiek zderzakiem strategicznym. I trzeba mieć elementarną odwagę cywilną, aby dzisiaj to głośno mówić. Tak, jak mówi Polski Ruch Antywojenny i tak, jak mówi, a właściwie od przyszłego tygodnia, będzie mówić nowa partia polityczna w krajobrazie Rzeczypospolitej Polskiej. Ta partia nazywa się Bezpieczna Polska. Mam przyjemność i zaszczyt być prezesem zarządu krajowego partii politycznej, nowej partii politycznej w Polsce, która nazywa się Bezpieczna Polska. I to są dwa nasze najważniejsze postulaty programowe: opcja zero w służbach specjalnych i normalizacja relacji z Białorusią i Rosją. To jest fundament.

Natomiast takie hasła jak Stop amerykanizacji Polski, Stop ukrainizacji Polski. Takie, jak to, że żądamy ekshumacji ofiar ukraińskiego ludobójstwa na narodzie polskim czy takie: to nie nasza wojna, nie mieszajmy Polski do obcych konfliktów – to są oczywiście niezwykle istotne i integralne hasła programowe, z którymi Państwo będziecie się mogli zapoznać już w przyszłym tygodniu.

Chcemy być realną zmianą w myśleniu strategicznym narodu polskiego. Naszym celem jest zmiana kultury strategicznej narodu polskiego, tak aby skierować tę kulturę z romantyzmu na realizm, realizm polityczny, realizm geopolityczny. To jest istota rzeczy. Oczywiście nie uciekamy od angażowania się w bieżące kwestie polityczne, wybory samorządowe, do europarlamentu, wybory prezydenckie w roku 2025, ale istotą jest praca organiczna, praca u podstaw, praca nad nową strategią i nowymi doktrynami dla Rzeczypospolitej Polskiej, które będą korespondowały z tymi zmianami, które zachodzą na świecie. Dlatego tak głośno dzisiaj mówimy: to nie nasza wojna. Nie angażujmy się w żadne konflikty, które mogłyby zagrozić naszemu bezpieczeństwu ekonomicznemu, materialnemu czy wręcz biologicznemu.

Ani wojna na Ukrainie, ani konflikt na Bliskim Wschodzie, to nie są nasze wojny. Trzymajmy się od tego z dala. Politycy w Warszawie nie mają żadnej legitymacji, nie mają żadnego prawa, ani stanowionego, ani moralnego, aby udzielać bezwarunkowej – i bez pytania narodu o zgodę – pomocy dla Ukrainy, dla Izraela czy dla kogo bądź. Dlatego powiedzmy jeszcze raz głośno: to nie nasza wojna. I zachęcam Państwa do zapoznania się z programem partii Bezpieczna Polska. Będzie od przyszłego tygodnia dostępny.

I ostatnia sprawa. Pytacie Państwo, czasami padają głosy, po co jeszcze jedna partia prawicowa gdzieś w Polsce, rozdrabnianie i tak dalej. Zacznijmy od tego, że Bezpieczna Polska nie jest i nie będzie żadną partią – ani lewicową, ani prawicową. Dość tego bezsensownego i bezmyślnego podziału. Co to znaczy partia prawicowa? Przez ostatnie 8 lat rządziła Polska partia, która się mieni partią prawicową, a mamy wdrażany – nie etatyzm a socjalizm. Co z tego, że rządziła Polską partia prawicowa, która podporządkowała Polskę interesom mocarstw anglosaskich i narażała nas na konflikt z Federacją Rosyjską i Republiką Białorusi.

Co z tego, że w sejmie są różnego rodzaju partie czy ugrupowania, określające się jako prawicowe, które mówią, że rynek reguluje się sam, gdzie mamy tych domorosłych liderów krzyczących: „Tak! Rynek reguluje się sam”. Ale jak im zawieszą konta na Instagramie, to są wielkie pretensje o model kapitalizmu, który dzisiaj obowiązuje, do którego także dopuścili rządzący Polską po roku 1989. Ci wszyscy liderzy okrągłostołowi i pookrągłostołowi, którzy wpuścili do Polski dziki globalistyczny kapitalizm, który promuje wielkie, globalne, ponad narodowe korporacje, z którymi nie ma szans żaden przedsiębiorca, nawet średni czy większy – rodzimy. I temu wszystkiemu mówimy stop! Mówimy stop mieszaniu religii do polityki. Tak! To niewątpliwie coś, co odróżnia dzisiaj od tych wszystkich, którzy krzyczą o sobie, że są prawicowcami, że jedni bardziej od innych kochają Boga, jakkolwiek by Go rozumieli. Tutaj absolutnie uważamy, że nie tworzymy żadnej sekty religijnej. Porządna partia polityczna w tym systemie musi być wolna od jakichkolwiek wpływów tego typu.

Podobnie, Szanowni Państwo, pytacie: dlaczego partia polityczna, a nie ruch społeczny? Z dwóch podstawowych względów. Doskonale wiemy, że obecny system polityczny premiuje partie polityczne. Sprawdziliśmy to w ostatnich wyborach. Chcieliśmy zarejestrować Komitet Wyborczy Wyborców PRA. Zostało to zablokowane, bezprawnie zostało to zablokowane. Wpłynął oczywiście jakiś donos na nas. My się domyślamy – kto. Są środowiska, które podejmują właśnie ten temat, tego donosu. Żadnej sprawy w prokuraturze nigdy nie było, nie ma i nie będzie, bo wszystko było lege artis, wszystkie dokumenty złożone przez PRA były w pełni zgodne z prawem, sprawdzone przez wielu prawników, którzy z nami współpracują, więc wszystko odbywało się absolutnie legalnie. Widać było wolę władzy, aby zablokować. Ten układ okrągłostołowy chciał zablokować nas jako środowisko, mówiące wprost: „Stop amerykanizacji Polski! To nie nasza wojna!” Dlatego z partiami nie ma tego problemu. Władza nie jest w stanie zablokować rejestracji komitetu wyborczego. Na mocy prawa partii politycznej to się po prostu należy.

No i druga sprawa. Nie wierzę, Szanowni Państwo, w powodzenie żadnych ruchów oddolnych, które są gdzieś tam ogłoszone, gdzieś w przestrzeni, na YouTube ktoś ogłosi, że zakłada ruch. Takie coś jest kompletnie niepoważne, ponieważ nie daje żadnych praw członkom. To jest robienie sekty politycznej czy sekty polityczno-religijnej. Normalna partia musi mieć statut, gdzie są nie tylko obowiązki, ale także prawa członków. Dlatego ja Państwa już teraz serdecznie zapraszam do angażowania się w działalność partii Bezpieczna Polska. W styczniu 2024 roku odbędzie się w Warszawie kongres „Bezpiecznej”. U nas każdy ma możliwość działania w radzie programowej, ma możliwość debatowania, uczestniczenia w wyborach. Tutaj nie ma jakiejś organizacji dyktatorskiej, gdzie jeden człowiek, który gdzieś się ogłosił wodzem i jakimś guru i mówi, że nie zarejestruje niczego i tak naprawdę cała reszta nie ma żadnych praw.

xxx

O służbach specjalnych, o ile mnie pamięć nie myli, pierwszy zaczął mówić po 1989 roku Janusz Korwin-Mikke, o tym, że są takie potężne i że to właściwie one rządzą. Dziś ta retoryka powraca i reforma służb specjalnych jest głównym punktem programowym nowo powstałej partii politycznej. Leszek Sykulski obszernie i emocjonalnie wypowiada się na temat programu politycznego partii Bezpieczna Polska. Jednak nie precyzuje na czym miałaby polegać ta reforma. Czy ludzie pracujący w tych służbach mieliby być zastąpieni nowymi czy może raczej musieliby złożyć deklarację lojalności? Skoro tego nie wiemy, to trudno traktować taki program poważnie.

Wypadałoby więc zacząć o tego, czym zajmują się służby specjalne. Podejrzewam, że przeciętny człowiek o tym nie wie i ja, jako taki, też o tym nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że zajmują się tym, czym oficjalne organy państwa zajmować się nie mogą, a więc wszelkiego rodzaju szpiegowaniem we własnym państwie i za granicą. Prawdopodobnie używane są również do różnego rodzaju prowokacji politycznych i innych, np. obyczajowych. Zakres ich działania jest bardo szeroki, a więc znajduje w nich zatrudnienie wielu ludzi. Gdzieś kiedyś natrafiłem na informację, że tylko połowa pieniędzy, którymi dysponuje państwo trafia do budżetu. Druga połowa wydawana jest nieoficjalnie. Większość z nich zapewne służy do finansowania wszelkiego rodzaju służb specjalnych, cywilnych i wojskowych.

Jeśli tak jest, to służby specjalne nie są tak potężne i wszechwładne, jak nam niektórzy próbują wmówić, bo są na garnuszku państwa i to państwo, a właściwie jego przedstawiciele, którzy kierują tymi służbami, decydują o wszystkim i wystarczy, że przestaną tym ludziom płacić i po służbach specjalnych. Nie jest to żadne „głębokie państwo” tylko głęboko ukryta przed opinią publiczną instytucja finansowana przez państwo, a która nie podlega kontroli oficjalnych organów tego państwa. Tak więc żadna reforma służ specjalnych nie jest potrzebna, bo one zawsze wykonują polecenia swoich przełożonych. Jeśli zmienia się opcja polityczna, to być może zmieniają się ci, którzy rządzą służbami specjalnymi. Podejrzewam jednak, że ci, którzy rządzą służbami nie zmieniają się. Zresztą sam Leszek Sykulski przyznał, że To jest tylko teatr dla naiwnych widzów to, co widzimy w postaci wyborów parlamentarnych, prezydenckich i tak dalej, i tak dalej. Realne działania dzieją się za kulisami, nie dzieją się na Wiejskiej, nie dzieją się w sejmie, na sali plenarnej sejmu. To są zakulisowe działania. Przyznał więc osobiście, że bierze udział w tym cyrku.

Czy to oznacza, że polska scena polityczna będzie powoli zmieniana, że stare partie będą stopniowo wycofywane i zastępowane nowymi? Być może. Być może wojna na Ukrainie będzie powoli wygaszana. Czy nie po to wykreowano konflikt w Strefie Gazy? Już słychać głosy, że Amerykanie będą ograniczać wydatki na wojnę na Ukrainie. Warto pamiętać o tym, że Amerykanie wycofali się ostatecznie z Afganistanu w końcu sierpnia czy we wrześniu 2021 roku, a więc na parę miesięcy przed wybuchem wojny na Ukrainie.

Jeśli wojna na Ukrainie będzie powoli wygaszana, to może to oznaczać początek zmian w tym rejonie Europy. Być może w nowej sytuacji politycznej będą potrzebne nowe partie. Trudno oczywiście przewidzieć, jak się sprawy potoczą. Ja chciałem w tym blogu tylko zaakcentować temat służb specjalnych, bo szerzej o nich, a właściwie o amerykańskich, o tym jak działają i od kogo zależą, to w następnym blogu.

Przyjaciel

Na temat relacji polsko-amerykańskich napisano już wiele, a „polski” rząd zapewnia, że bezwarunkowa przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi to najlepsze rozwiązanie dla Polski. Obecność amerykańskich wojsk w Polsce jest faktem powszechnie znanym i pewnie większość ludzi uważa, że jest to dobre dla naszego bezpieczeństwa. Warto jednak pamiętać, że w polityce nie ma sentymentów, są tylko interesy, a interes amerykański jest zapewne inny niż polski.

W dniu 1 listopada 2023 ukazał się na portalu Interia artykuł Amerykański dron nad Polską. “Niespodziewany gość”. Poniżej jego treść:

We wtorek nad naszym krajem, niedaleko granicy z Obwodem Królewieckim, krążył bezzałogowy statek powietrzny RQ-4 Global Hawk, który na co dzień patroluje sytuację na Morzu Czarnym. To niecodzienny gość nad Polską, ponieważ z reguły pilnuje tego co się dzieje na Krymie.

Amerykański dron bezzałogowy spędził wiele godzin na obserwacji tego, co dzieje się przy granicy Polski z Obwodem Królewieckim.

Z zapisu w serwisie Flightradar24 wynika, że dron mógł patrolować polską granicę z Królewcem. O tym fakcie poinformował dziennikarz Mariusz Marszałkowski na  platformie X.

“RQ-4 Global Hawk. Niecodzienny gość nad Polską. Z reguły pilnuje tego, co się dzieje na Krymie. Dzisiaj od kilku już godzin ‘wisi’ nad północną Polską i zagląda, co dzieje się w Królewcu” – napisał Marszałkowski.

Nie zdarzyło się to od marca 2022 r., kiedy to ostatni raz Flightradar24 zarejestrował kilka podobnych lotów. RQ-4 Global Hawk latał ok. 75 km od granicy z rosyjskim terytorium. Na zapisie z serwisu Flightradar24 widzimy, że dron spędził nad Polską ok. 10 godz.

Dron RQ-4 Global Hawk. Oto, co potrafi

RQ-4 Global Hawk to amerykański dron. Jest największym tego typu statkiem powietrznym znajdującym się obecnie w czynnej służbie. Maszyna ma masę 6781 kilogramów, długość 14,5 metra, wysokość 4,7 metra i rozpiętość skrzydeł na poziomie 40 metrów. Maksymalna masa startowa wynosi 14,6 tony. 

RQ-4B Global Hawk może poruszać się z prędkością przekraczającą 570 km/h i dokonywać lotów na wysokości aż 19,8 kilometra. RQ-4B Global Hawk wyposażono w radarowy odbiornik ostrzegawczy AN/ALR 89, pokładowy system zakłócający oraz holowany system wabików ALE 50.

Northrop Grumman RQ-4B Global Hawk wykonuje loty nad Bułgarią, Rumunią i środkową częścią Morza Czarnego. Maszyna startuje, podobnie jak czynił to MQ-9 Reaper, z włoskiej Bazy Sił Powietrznych Sigonella leżącej na Sycylii.

xxx

Tak więc amerykańskie wojska są wszędzie w Europie. A skoro tak, to o jakiejkolwiek niezależnej inicjatywie unii europejskiej nie ma mowy. Natomiast dla tych entuzjastów amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce warto zacytować Henry Kissingera, który miał powiedzieć: „To be an enemy of the United States is dangerous, to become it’s friend is lethal”. Znaczy to, że bycie wrogiem Stanów Zjednoczonych jest niebezpieczne, ale bycie ich przyjacielem jest śmiercionośne.

A czyje interesy realizują Stany Zjednoczone? Zupełnie przypadkiem trafiłem na fragment rozmowy Szacha Iranu z amerykańskim dziennikarzem, którym był Mike Wallace (Wallik), którego rodzice byli imigrantami, rosyjskimi Żydami. On urodził się już w Ameryce w 1918 roku.

Szach mówi o tym, że docenia to, że mają wiele środków do swojej dyspozycji, wywierają presję na wielu ludziach, ale nie uważa, że to pomoże Izraelowi.
- Dlaczego, jeśli to prawda, prezydent Stanów Zjednoczonych miałby na to zwracać uwagę, na to lobby? - pyta dziennikarz.
- Oni są silni - odpowiada szach.
- Silni - w jakim sensie?
- Oni kontrolują wiele rzeczy.
- Kontrolują co?
- Gazety, media, banki, finanse... i na tym poprzestanę.
- Chwileczkę! Rzeczywiście pan wierzy, że żydowska wspólnota w Stanach Zjednoczonych jest tak potężna? Każe mediom przedstawiać ich punkt widzenia, dotyczący polityki zagranicznej?
- Tak.
- Nie informują, my nie informujemy rzetelnie?
- Proszę nie mylić dwóch rzeczy. Ja nie mówię, że media, tylko że w mediach mają swoich ludzi. Nie we wszystkich mediach. Niektóre gazety odzwierciedlają tylko ich punkt widzenia. 
- Przykładowo - mówi dziennikarz - New York Times jest w posiadaniu żydowskiej rodziny Salzburger. Sugeruje pan, że NYT jest stronniczy w kwestii podejścia do syjonizmu, istnienia Izraela, relacji Stanów Zjednoczonych ze światem arabskim.
- Będę musiał - mówi szach - przeanalizować wszystkie artykuły NYT poświęcone temu zagadnieniu i wyciągnąć wnioski. Może pan poddać to analizie komputerowej i ona da panu odpowiedź.
- Z tego, co pan mówi, wynika, że pan wierzy.
- Tak. Poczekajmy na wynik analizy komputerowej. 

Jak wynika z tego krótkiego dialogu, szach sprytnie uniknął oskarżenia o antysemityzm, podpierając się analizą komputerową. Maszynie trudno zarzucić stronniczość. Szach, będąc u władzy przez 38 lat, zdawał sobie sprawę z tego, jak potężni są Żydzi i doświadczył tego na własnej skórze. Wierność Ameryce nie pomogła. Gdy Amerykanie, a właściwie Żydzi, uznali, że jego czas się skończył, to nie mieli skrupułów. Wymienili go na Chomeiniego. Dla Pahlawiego przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi zakończyła się jego śmiercią. Zmarł w Kairze w 1981 roku, a więc dwa lata po rewolucji islamskiej w Iranie. Podejrzewam, że podobnie będzie w Polsce. Jeśli Amerykanie uznają, że to państwo spełniło swoją funkcję, to pozwolą Niemcom i Rosjanom na zmiany terytorialne w tej części Europy.

Iran c.d.

W październiku 1973 roku w Teheranie Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad z Mohammadem Rezą Pahlawi. W tym samym czasie, 17 października 1973 roku, w czasie trwania wojny Jom Kipur (Egipt i Syria zaatakowały Izrael), arabscy członkowie OPEC zadecydowali o wstrzymaniu handlu ropą z krajami popierającymi Izrael w wojnie z Egiptem, tj. USA i krajami Europy Zachodniej. Cena za baryłkę skoczyła o 600 procent do 35 USD. W 1970 roku wynosiła ona 2 USD za baryłkę. Wywiad ten został zamieszczony w jej książce Wywiad z historią (Świat Książki, 2016). Mija więc 50 lat od tamtego momentu. Warto więc zacytować jego fragmenty, bo jest, w mojej ocenie, nadal aktualny. Jednak na początek krótka notka biograficzna zamieszczona w tej książce.

Mohammad Reza Pahlawi urodził się w Teheranie 26 października 1919 roku. Jego ojciec, szach Persji od roku 1925, utrzymywał przyjazne stosunki z nazistowskimi Niemcami. W 1941 roku alianci zmusili go do opuszczenia kraju i nakłonili Mohammada Rezę, aby został szachem. Z czasem przejął pełnię władzy, prowadził politykę przychylną Stanom Zjednoczonym, pozwalając międzynarodowym korporacjom na eksploatację krajowych zasobów i wywołując silne niezadowolenie ludności, która źle znosiła jego władzę absolutną i represje tajnej policji. Pod koniec 1978 roku wrócił do kraju wygnany na skutek spisku w roku 1963 opozycyjny wobec szacha ajatollah Chomeini i wojsko przeszło na jego stronę. W roku 1979 szach został zmuszony do opuszczenia kraju i schronienia się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Jimmy Carter udzielił mu azylu politycznego. W celu rozwiązania sytuacji Amerykanów, przetrzymywanych jako zakładnicy w ambasadzie w Teheranie przez islamskich studentów, będących zwolennikami Chomeiniego, Mohammad Reza Pahlawi przyjął zaproszenie egipskiego prezydenta Sadata. Zmarł w Kairze 27 lipca 1980 roku.

x

Tu wypada sobie zadać pytanie: Jak to było możliwe, że dyktator – mający do dyspozycji wszelkie służby, tajne i jawne – zezwala na powrót Chomeiniego i wkrótce po tym wojsko przechodzi na jego stronę? Wytłumaczenie wydaje się jedno. Po prostu w Iranie rządzili Anglosasi. A skoro tak, to i Chomeini był marionetką, taką samą jak Pahlawi. Idąc dalej tym tropem konsekwentnie, należy stwierdzić, że i obecny duchowy przywódca Iranu, Ali Chamenei, jest taką marionetką.

x

Powróćmy do Waszej Wysokości. Za tą smutną twarzą kryje się tyle bezwzględności, tyle twardości, a może nawet braku współczucia. W gruncie rzeczy przypomina Wasza Wysokość swojego ojca. Zastanawiam się w jakiej mierze jest to wpływ ojca.

W żadnej. Nawet mój ojciec nie mógł mieć na mnie wpływu. Byłem związany z ojcem synowskim uczuciem, tak. Podziwem, tak. Ale na tym koniec. Nigdy nie usiłowałem go kopiować, naśladować. Nie byłoby to zresztą możliwe, choćbym chciał. Byliśmy dwiema osobowościami zbyt różnymi i także historyczne okoliczności, w których się znaleźliśmy, były zbyt różne. Mój ojciec zaczynał od zera. Kiedy doszedł do władzy, kraj nie miał niczego. Nie istniały nawet problemy, które mamy dziś na granicach, szczególnie z Rosjanami. I mój ojciec mógł sobie pozwolić no dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi. Jedynym zagrożeniem byli w gruncie rzeczy Anglicy, którzy w 1907 roku podzielili Iran między siebie a Rosjan i chcieli, żeby Iran był rodzajem ziemi niczyjej pomiędzy Rosją a ich imperium w Indiach. Jednak później Anglicy zrezygnowali z tego zamiaru i sytuacja dla mojego ojca się uprościła. Ja natomiast… Ja nie zaczynałem od zera: czekał na mnie tron. Ale kiedy tylko wstąpiłem na niego, okazało się od razu, że muszę rządzić krajem zajętym przez cudzoziemców i już. Musiałem stawić czoło piątej kolumnie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy: aby móc wywierać na nas większy wpływ, cudzoziemcy powołali do życia skrajną prawicę i skrajną lewicę… Nie, nie było to dla mnie łatwe. Być może mnie było trudniej niż ojcu. Nie mówiąc o zimnej wojnie, która skończyła się dopiero kilka lat temu.

Wasza Wysokość wspomniał przed chwilą o problemach na granicach. Kto jest dziś najgorszym sąsiadem Iranu?

Nie da się powiedzieć, bo nigdy nie wiadomo, kto jest najgorszym sąsiadem. Byłbym jednak skłonny odpowiedzieć pani, że w tym momencie jest nim Irak.

Jestem zaskoczona, że chodzi o Irak. Spodziewałam się, że Wasza Wysokość wymieni Związek Radziecki.

Związek Radziecki… Ze Związkiem Radzieckim mamy dobre stosunki dyplomatyczne i handlowe. Ze Związkiem Radzieckim mamy gazociąg. Jednym słowem, Związkowi Radzieckiemu sprzedajemy gaz. Ze Związku Radzieckiego przyjeżdżają specjaliści. I skończyła się zimna wojna. Ale problem ze Związkiem Radzieckim pozostaje zawsze ten sam i pertraktując z Rosjanami, Iran musi zawsze pamiętać o zasadniczym dylemacie: zostać krajem komunistycznym czy też nie? Nikt nie jest taki szalony ani taki naiwny, żeby negować rosyjski imperializm. I chociaż imperialistyczna polityka zawsze istniała w Rosji, pozostaje faktem, że jest ona dzisiaj o wiele groźniejsza, bo związana z komunistycznym dogmatem. Chcę powiedzieć: łatwiej jest stawić czoło krajom, które są tylko imperialistyczne, niż krajom, które są imperialistyczne i komunistyczne. Istnieje coś, co nazywamy manewrem oskrzydlającym ze strony ZSRR. Istnieje ich marzenie, żeby dotrzeć aż do Oceanu Indyjskiego przez Zatokę Perską. A Iran jest ostatnim bastionem obrony naszej cywilizacji, tego, co uważamy za do przyjęcia. Gdyby zechcieli zaatakować ten bastion, nasze przetrwanie zależałoby jedynie od zdolności i woli stawienia oporu. A zatem problem stawienia oporu jest aktualny już dziś.

A dziś Iran jest militarnie bardzo silny. Prawda?

Bardzo silny, ale niewystarczająco silny, żeby móc się oprzeć Rosjanom w razie ataku. To oczywiste. Nie mam na przykład bomby atomowej. Czuję się jednak dostatecznie silny, aby stawić opór, gdyby wybuchła trzecia wojna światowa. Tak, powiedziałem: trzecia wojna światowa. Wiele osób sądzi, że trzecia wojna światowa może wybuchnąć tylko z powodu basenu Morza Śródziemnego, ja natomiast powiadam, że może wybuchnąć o wiele łatwiej z powodu Iranu. Och, o wiele łatwiej! To my kontrolujemy w istocie światowe zasoby energetyczne. Aby dotrzeć do reszty świata, ropa nie płynie przez Morze Śródziemne, płynie przez Zatokę Perską i Ocean Indyjski. A zatem gdyby Związek Radziecki nas zaatakował, stawilibyśmy opór. I zostalibyśmy prawdopodobnie pokonani, wówczas jednak inne kraje niekomunistyczne nie pozostałyby bierne. I interweniowałyby. I wybuchłaby trzecia wojna światowa. To oczywiste. Świat niekomunistyczny nie może zgodzić się na zniknięcie Iranu, ponieważ wie dobrze, że utrata Iranu oznaczałaby utratę wszystkiego. Czy wyraziłem się jasno?

Absolutnie jasno. I bezlitośnie jasno. Ponieważ Wasza Wysokość mówi o trzeciej wojnie światowej jako o bardziej niż prawdopodobnej ewentualności.

Mówię o niej jako o czymś możliwym, w nadziei, że nic takiego nie nastąpi. Jako bliską ewentualność widzę raczej małą wojnę z którymś z sąsiadów. W gruncie rzeczy mamy samych wrogów na naszych granicach. Nie tylko Irak sprawia nam kłopoty.

A wielki przyjaciel Waszej Wysokości, Stany Zjednoczone, są geograficznie odległe.

Jeśli spyta mnie pani, kogo uważam za naszego najlepszego przyjaciela, odpowiem pani: między innymi Stany Zjednoczone. Ponieważ Stany Zjednoczone nie są naszym jedynym przyjacielem, wiele innych krajów okazuje nam przyjaźń i wierzy w nas, w znaczenie Iranu. Ale Stany Zjednoczone rozumieją nas lepiej z tego prostego powodu, że mają tu zbyt wiele interesów. Interesów ekonomicznych, a zatem bezpośrednich, interesów politycznych, a zatem pośrednich… Przed chwilą powiedziałem, że Iran jest kluczem lub jednym z kluczy do świata. Pozostaje mi jedynie dodać, że Stany Zjednoczone nie mogą zamknąć się w granicach swojego kraju, nie mogą powrócić do doktryny Monroe’a. Zmuszone są wypełniać swoje obowiązki względem świata, a więc dbać o nas. Nie ujmuje to jednak niczego naszej niezależności, ponieważ wszyscy wiedzą, że nasza przyjaźń ze Stanami Zjednoczonymi nie czyni z nas niewolników Stanów Zjednoczonych. Decyzje są podejmowane tutaj, w Teheranie. Nie gdzie indziej. Nie w Waszyngtonie na przykład. Zgadzam się z Nixonem, tak jak zgadzałem się z innymi prezydentami Stanów Zjednoczonych, ale mogę się z nim zgadzać tylko wtedy, kiedy jestem pewien, że traktuje mnie on jak przyjaciela. Albo raczej jak przyjaciela, który za kilka lat stanie się światową potęgą.

Stany Zjednoczone są także dobrym przyjacielem Izraela, a w ostatnim czasie Wasza Wysokość wypowiedział się twardo przeciwko Jerozolimie. Bardziej niż przeciwko Arabom, z którymi chce chyba poprawy stosunków.

Opieramy naszą politykę na niewzruszonych zasadach i nie możemy się zgodzić, żeby jakiś kraj, w tym wypadku Izrael, przyłączał terytoria, używając do tego broni. Nie możemy, ponieważ jeśli taka zasada stosowana jest w stosunku do Arabów, pewnego dnia może zostać zastosowana w stosunku do nas. Odpowie mi pani, że zawsze tak było, że granice były zawsze zmieniane na skutek użycia broni i w wyniku wojen. Zgoda, ale to nie jest dobry powód, żeby uznać ten fakt za obowiązującą zasadę. Poza tym wiadomo, że Iran zaakceptował postanowienie ONZ z 1967 roku, i jeśli Arabowie przestaną ufać ONZ, jak będzie można ich przekonać, że zostali pokonani? Jak powstrzymać ich przed rewanżem? Posługując się może bronią w postaci ropy? Ropa uderzy im do głowy. Zresztą już uderza im do głowy.

Wasza Wysokość przyznaje rację Arabom, ale sprzedaje ropę Izraelczykom.

Ropę sprzedają koncerny naftowe, a to oznacza, że sprzedają ją komukolwiek. Nasza ropa dociera wszędzie, dlaczego miałaby nie docierać do Izraela? I dlaczego miałoby mnie to obchodzić, czy dociera do Izraela? Wszystko jedno gdzie. A co do naszych osobistych relacji z Izraelem, wiadomo, że nie mamy ambasady w Jerozolimie, ale mamy izraelskich ekspertów w Iranie. Jesteśmy muzułmanami, lecz nie Arabami. A w polityce zagranicznej zachowujemy postawę bardzo niezależną.

Czy taka postawa przewiduje, że pewnego dnia między Iranem a Izraelem zostaną nawiązane normalne stosunki dyplomatyczne?

Nie. Albo raczej: nie, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia wycofania wojsk izraelskich z okupowanych terytoriów. A na temat szans, aby ta kwestia została rozwiązana, mogę jedynie powiedzieć, że Izraelczycy nie mają wyboru, jeśli chcą żyć w pokoju z Arabami. Nie tylko Arabowie wydają ogromne sumy na wojnę, robią to również Izraelczycy. I nie widzę, w jaki sposób zarówno Arabowie, jak i Izraelczycy mogliby postępować tak dalej. Poza tym w Izraelu zaczynają występować nowe zjawiska, na przykład strajki. Jak długo Izrael będzie się upierał przy swoim wymyślonym i straszliwym etosie, który kierował nim w czasach jego powstania? Myślę zwłaszcza o nowych pokoleniach i o Izraelczykach, którzy pochodzą z Europy Wschodniej i są traktowani inaczej niż inni.

Wasza Wysokość powiedział przed chwilą zdanie, które zrobiło na mnie wrażenie. Powiedział, że Iran stanie się światową potęgą. Czy Wasza Wysokość miał może na myśli prognozy tych ekonomistów, według których za trzydzieści sześć lat Iran będzie najbogatszym krajem na świecie?

Powiedzieć, że będzie najbogatszym krajem na świecie, to może przesada. Ale nie jest nią przekonanie, że dołączy do pięciu największych i najpotężniejszych krajów świata. A zatem Iran znajdzie się na tym samym poziomie co Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Japonia, Francja. Nie wymieniłem Chin, ponieważ Chiny nie są bogatym krajem i nie mogą się nim stać, jeśli za dwadzieścia pięć lat będą miały miliard czterysta milionów mieszkańców. Nas natomiast za dwadzieścia pięć lat będzie najwyżej sześćdziesiąt milionów. Och, tak: czeka nas wielkie bogactwo, wielka potęga, cokolwiek by o tym mówili komuniści. Nie przypadkiem zamierzam wprowadzić planowanie urodzin. Oto co mam na myśli: nie można oddzielić ekonomii od innych spraw i kiedy kraj jest bogaty z ekonomicznego punktu widzenia, staje się bogaty pod każdym względem. Staje się potężny w skali międzynarodowej. Mówiąc o ekonomii, nie mam zresztą tylko na myśli ropy: mam na myśli zrównoważoną gospodarkę, obejmująca wszelkie rodzaje produkcji, od przemysłowej do rolniczej, od rzemiosła do elektroniki. Mieliśmy przejść od dywanów do komputerów, a w rezultacie zachowaliśmy dywany, dodając do nich komputery. Wytwarzamy jeszcze dywany ręcznie, ale także wytwarzamy je maszynowo. Poza tym robimy mokiety (wzorzysta tkanina pluszowa – przyp. W.L.). Co roku podwajamy nasz produkt narodowy. Zresztą jest wiele znaków, że stajemy się światową potęgą. Dziesięć lat temu na przykład, kiedy zaczynała się moja Biała Rewolucja, w wyższych szkołach był tylko milion studentów. Dziś jest ich trzy miliony sto tysięcy, a za dziesięć lat będzie ich, sześć milionów.

Przed chwilą Wasza Wysokość powiedział, że nie ma na myśli tylko ropy. Ale przecież wiemy, że macie wszystkie te komputery dzięki ropie i że dywany tkacie maszynowo dzięki ropie i że jutrzejsze bogactwo wynika z ropy. Czy możemy wreszcie porozmawiać o polityce odnoszącej się do ropy i Zachodu?

To proste. Mam ropę i nie mogę jej wypić. Wiem jednak, że mogę ją maksymalnie wykorzystać, nie szantażując reszty świata, a wręcz zapobiegając temu, aby służyła ona do szantażowania reszty świata. Wybrałem więc politykę zapewniająca jej sprzedaż wszystkim, bez żadnej dyskryminacji. Nie był to trudny wybór: nigdy nie zamierzałem dołączyć do krajów arabskich, które groziły Zachodowi szantażem. Mówiłem już, że mój kraj jest niezależny, i wszyscy wiedzą, że mój kraj jest muzułmański, lecz nie arabski, a więc ja nie robię tego, co jest wygodne dla Arabów, ale to, co służy Iranowi. Poza tym Iran potrzebuje pieniędzy, a ropa pozwala zarobić mnóstwo pieniędzy. Och, różnica między mną a Arabami polega właśnie na tym. Ponieważ kraje, które powiadają nie-będziemy-sprzedawać-ropy-Zachodowi, nie wiedzą, co robić ze swoimi pieniędzmi, a zatem nie martwią się o przyszłość. Często mają zaledwie sześćset albo siedemset tysięcy mieszkańców i tak dużo pieniędzy w bankach, że mogłyby przeżyć trzy lub cztery lata, nie wydobywając ani kropli ropy, nie sprzedając ani odrobiny. Ja natomiast nie. Ja mam trzydzieści jeden i pół miliona mieszkańców i gospodarkę, którą trzeba rozwinąć, program reform, które trzeba doprowadzić do końca. Potrzebuję więc pieniędzy. Ja wiem, co zrobić z pieniędzmi, i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie wydobywać ropy. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie sprzedawać jej komukolwiek.

A Kaddafi nazywa Waszą Wysokość zdrajcą.

Zdrajcą?! Nazywać zdrajcą mnie, który wziąłem całą sprawę w swoje ręce i dysponuję już pięćdziesięcioma jeden procentami produkcji, która przedtem należała wyłącznie do zagranicznych koncernów naftowych? Nie wiedziałem, że pan Kaddafi tak mnie obraził i… proszę posłuchać, tego pana Kaddafiego nie mogę traktować ani trochę poważnie. Mogę mu tylko życzyć, aby zdołał służyć swojemu krajowi, tak jak ja służę mojemu, mogę mu tylko przypomnieć, że nie powinien tak głośno krzyczeć, zapasy ropy w Libii wyczerpią się za dziesięć lat. Mojej ropy natomiast wystarczy co najmniej na trzydzieści, czterdzieści lat. A może nawet pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Zależy od tego, czy zostaną odkryte nowe złoża, czy nie, a jest bardzo, bardzo prawdopodobne, że tak się stanie. Ale nawet gdyby to nie nastąpiło, i tak poradzimy sobie bez trudu. Nasza produkcja rośnie w oczach: w 1976 roku będziemy wydobywać osiem milionów baryłek dziennie. Osiem milionów baryłek to dużo, bardzo dużo.

W każdym razie Wsza Wysokość narobił sobie sporo wrogów.

Tego jeszcze nie wiem. Istotnie, OPEC jeszcze nie zdecydował, czy nie sprzedawać ropy Zachodowi, i być może moja decyzja, żeby nie szantażować Zachodu, skłoni Arabów do pójścia w moje ślady. Jeśli nie wszystkich Arabów, to część z nich. Jeśli nie od razu, to za jakiś czas. Niektóre kraje nie są tak niezależne jak Iran, nie mają takich ekspertów jak Iran i nie mają za sobą takiego narodu, jaki mam ja. Ja mogę narzucać swoje decyzje. One jeszcze tego nie mogą. Nie jest łatwo sprzedawać bezpośrednio, uwalniając się od koncernów naftowych, które przez dziesięciolecia miały monopol na wszystko. A nawet gdyby kraje arabskie zastosowały się do decyzji… Och, byłoby o wiele prościej, a także bezpieczniej, gdyby kraje zachodnie były wyłącznie nabywcami, a my bylibyśmy bezpośrednimi sprzedawcami. Nie występowałyby pretensje, szantaże, żale, wrogości… Może się zdarzyć, że ja dam dobry przykład, ale tak czy owak, będę szedł własną drogą. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla każdego, kto chce z nami podpisać umowę i wielu nam już złożyło propozycje. Anglicy, Amerykanie, Japończycy, Holendrzy, Niemcy. Na początku byli bardzo nieśmiali. Ale teraz stają się coraz śmielsi.

xxx

Jeśli przeczyta się ten cytowany fragment wywiadu uważnie, to można zauważyć, że podane są tam, w sposób zawoalowany, pewne istotne informacje, które każą patrzeć zupełnie inaczej na omawiane w nim wydarzenia. W kwestii relacji Izraela z Iranem Pahlawi mówi, że Iran nie może się zgodzić na to, by Izrael przyłączał terytoria, używając broni. Jeśli taka zasada jest używana w stosunku do Arabów, to pewnego dnia może być zastosowana w stosunku do Iranu. Dopóki więc Izrael nie wycofa wojsk z okupowanych terytoriów, to nie może być mowy o normalnych stosunkach z tym państwem. Jest to moim zdaniem dosyć dziwne stanowisko, bo przecież Iran nie graniczy z Izraelem. Pomiędzy obu państwami leży Syria, Jordania i Irak, a Izrael nie wysuwa roszczeń terytorialnych wobec Iranu.

Mapa polityczna Bliskiego Wschodu; źródło: Wikipedia.

W sierpniu 1975 roku Fallaci przeprowadziła wywiad z ministrem do spraw ropy naftowej Arabii Saudyjskiej, którym był wtedy Ahmed Zaki Yamani. Zapytała go o prawo do istnienia Izraela w tej części świata. Odpowiedział: „My jako Saudyjczycy mówimy, że nie mamy nic wspólnego z tego rodzaju decyzją, ponieważ nie jesteśmy w tę sprawę zaangażowani. Nie graniczymy z Izraelem. I nie będziemy się sprzeciwiać temu, co zadecydują kraje znajdujące się wokół Izraela”.

W pewnym momencie Pahlawi mówi, że dysponuje już 51 procentami produkcji, która przedtem należała wyłącznie do zagranicznych koncernów naftowych. A później dodaje: „Nie jest łatwo sprzedawać bezpośrednio, uwalniając się od koncernów naftowych, które przez dziesięciolecia miały monopol na wszystko. A nawet gdyby kraje arabskie zastosowały się do decyzji… Och, byłoby o wiele prościej, a także bezpieczniej, gdyby kraje zachodnie były wyłącznie nabywcami, a my bylibyśmy bezpośrednimi sprzedawcami. Nie występowałyby pretensje, szantaże, żale, wrogości…”

Mamy więc tu do czynienia z problemem własności i wygląda na to, że międzynarodowe koncerny naftowe, a raczej ich właściciele, decydują o wszystkim i nawet w przypadku Iranu nie wygląda to dobrze, bo przecież wydobycie ropy to pierwszy etap. A do kogo należy dystrybucja i handel? I pewnie na tym tle występują pretensje, szantaże, żale, wrogości.

W wywiadzie ze wspomnianym wyżej ministrem do spraw ropy naftowej Arabii Saudyjskiej Fallaci pyta:

A kto chce drastycznej podwyżki? Szach Iranu? Kaddafi?

Nie sądzę, aby Iran chciał drastycznej podwyżki. Tak, chce podwyżki, ale nie o trzydzieści pięć procent. Chcą jej przede wszystkim kompanie naftowe. To jasne, że gdy cena ropy rośnie, zwiększa się ich zarobek. I jeżeli nie zmieni się systemu, jeżeli Arabia Saudyjska nie obejmie na przykład stuprocentowej kontroli nad ARAMCO, na co mam nadzieję w przyszłości, będą one nadal domagać się podwyżek. Jednak razem z kompaniami naftowymi wymieniłbym Wenezuelę, Ekwador, Algierię, Irak, Gabon, Libię…

Tamta podwyżka uderzyła w kraje europejskie, Indie, Japonię, niekoniecznie w Stany Zjednoczone.

Niewątpliwie. W porównaniu z gospodarką europejską oraz japońską gospodarka amerykańska skorzystała na tej podwyżce. Skorzystała z dwóch powodów. Po pierwsze, Stany Zjednoczone importują o wiele mniej ropy niż Europejczycy i Japończycy, ponadto mogą znieść podwyżkę lepiej niż oni. Po drugie, wszystkie wielkie kompanie naftowe są amerykańskie i jak już powiedziałem zarabiają na podwyżce. W ubiegłym roku po raz pierwszy od wielu bardzo lat amerykański bilans płatniczy nie odnotował deficytu. A wartość dolara wzrosła. Jednak zaraz potem coś się stało. Stało się to, że narzuciliśmy kompaniom naftowym wysokie opłaty i odzyskaliśmy znaczną cześć ich zarobków. Mogliśmy wręcz obniżyć cenę ropy o czterdzieści centów na baryłce. A cena dolara spadła. W związku z tym zapewniam panią, że nikt w OPEC nie myślał ani nie myśli o podwyższaniu ceny, by sprawić przyjemność Ameryce.

x

Obniżenie ceny ropy o 40 centów na baryłce, która w 1973 roku kosztowała 35 dolarów, to faktycznie „sukces”. Po tych cytatach chyba łatwiej zrozumieć, jak bardzo kraje Bliskiego Wschodu są zależne od Ameryki i być może po części od Wielkiej Brytanii. A skoro tak, to te państwa decydują o tym, co tam się dzieje. Odwieczny dylemat: co było pierwsze – kura czy jajko? Czy kryzys naftowy 1973 roku wybuchł z powodu wojny, czy może wojna stała się przyczyną kryzysu? I chodziło przede wszystkim o wywołanie kryzysu. Może więc Stany Zjednoczone zmusiły Egipt i Syrię do zaatakowania Izraela, po uprzedniej zgodzie tego państwa, a może to raczej Izrael rozkazał Stanom Zjednoczonym, by zmusiły rzeczone państwa do zaatakowania go.

Dla jednych kryzys, a dla drugich okazja do zarobienia wielkich pieniędzy. To nie tylko podwyżki cen ropy i gigantyczne zyski koncernów naftowych, to także zyski z operacji giełdowych. I wcale tu nie chodzi o akcje spółek giełdowych, ale o kontrakty terminowe, które polegają na obstawianiu wzrostu lub spadku, np. ceny ropy. Zyski z takich kontraktów są wielokrotnie większe niż z inwestowania w akcje, ale też w przypadku niepowodzenia grozi to bankructwem. Ten, kto wiedział, że wybuchnie wojna i że z tego powodu wzrośnie cena ropy naftowej, ten stawał się z dnia na dzień milionerem. Oczywiście możliwości zarabiania na wojnie jest o wiele więcej. To, o czym napomknąłem, to tylko wierzchołek góry lodowej. Dla jednych wojna to tragedia, dla innych – okazja do szybkiego wzbogacenia się.

Iran

Od jakiegoś czasu starszą nas wojną Izraela z Iranem, co ma być, według tych straszących, początkiem wojny światowej. Strach ma wielkie oczy, jak mówi przysłowie, a niektórzy uważają, że prawda nas wyzwoli. Może więc ta prawda, a właściwie wiedza ułatwi zrozumienie tego, o co chodzi z tym Iranem. Jego historia, jak sądzę, jest mało znana i kojarzy się nam jedynie z wyjściem armii Andersa do tego państwa. Wszyscy wiedzą, co się zdarzyło 17 września 1939 roku, ale pewnie mało kto wie, że 17 września 1941 roku weszły do Teheranu wojska brytyjskie i sowieckie. Warto więc, chociaż pobieżnie, zapoznać się z historią Iranu, bo może się okazać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Iran pod względem ustrojowym to republika islamska. Obowiązuje w niej trójpodział władzy. Władza wykonawcza to prezydent, rząd oraz Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Władza ustawodawcza to Islamskie Zgromadzenie Konstytucyjne, którego 290 członków wybieranych jest na czteroletnią kadencję w głosowaniu powszechnym i tajnym. Nad zgodnością uchwalanych przez parlament z zasadami islamu ustaw czuwa Rada Strażników Konstytucji, złożona z 12 teologów i prawników. Do rozstrzygania ewentualnych sporów pomiędzy parlamentem a Radą Strażników powołana została Rada Arbitrażowa, której orzeczenia mają charakter ostateczny. Władza sądownicza jest sprawowana przez niezawisłe sądy, które kontroluje Zwierzchnik Sądownictwa. Sędziowie orzekają na podstawie obowiązującego prawa, które wzorowane jest na religijnym prawie szariatu. Oznacza to, że kodeks cywilny musi być zgodny z ideą i wartościami islamu szyickiego.

Największym autorytetem Islamskiej Republiki Iranu jest Najwyższy Przywódca, nazywany też Najwyższym Prawnikiem Muzułmańskim, wybierany dożywotnio przez tzw. Zgromadzenie Ekspertów. Obecnie Najwyższym Przywódcą jest Ali Chamenei, wyłoniony przez Zgromadzenie jako następca myśli i polityki Ajatollaha Chomeiniego, lidera islamskiej rewolucji z 1979 roku.

Iran posiada 9% udokumentowanych światowych zasobów ropy naftowej. Jednak to nie ropa, ale gaz ziemny jest surowcem, który całkowicie odmienił sytuację tego państwa. Ma on 18% globalnych zasobów gazu, dzieląc największe na świecie pole gazowe z Katarem. Ma on jeszcze trzy dodatkowe pola gazowe na swoich wodach terytorialnych. Gospodarka Iranu opiera się na sprzedaży i eksporcie ropy i gazu oraz wszystkich produktów pochodnych.

W lipcu 2015 roku została zawarta umowa pomiędzy sześcioma mocarstwami (USA, Francja, Wielka Brytania, Chiny, Rosja, Niemcy) a Iranem, która miała na celu ograniczenie rozwoju programu nuklearnego tego państwa, w zamian za stopniowe znoszenie sankcji. Stany Zjednoczone wycofały się z tego porozumienia, a unia europejska pozostała przy nim.

Informacje zawarte w tym blogu pochodzą z Wikipedii, natomiast fragment dotyczący Białej Rewolucji, o której Wikipedia nie wspomina, pochodzi z encyklopedii Britannica.

xxx

Przełomowym wydarzeniem w historii Iranu było przybycie na jego terytorium Ariów1 pod koniec II tysiąclecia p.n.e. Dynastia Sasanidów (224-651 n.e.) uczyniła zaratusztrianizm2 religią państwową, prześladując inne wyznania, takie jak m.in. manicheizm. Arabski podbój Iranu zakończył się w połowie VIII wieku. Najazd arabski i związane z nim pojawienie się islamu to najważniejsze, obok przybycia Ariów, wydarzenie w historii Iranu. Prawdziwą dla niego tragedią był najazd Mongołów, którzy w pierwszej połowie XIII wieku zniszczyli wiele ważnych ośrodków miejskich i znaczną część sieci irygacyjnej. Następnie na teren Iranu wkroczyły plemienne federacje turkmeńskie. Jedna z nich pokonała pozostałe. Zorganizowana była w szyicki tarikat3, działający pod przywództwem Safawidów. W 1501 roku ich przywódca Isma’il I (1501-1524) ogłosił się szachinszachem (królem królów) i wkrótce opanował cały dzisiejszy Iran.

Safawidzi (1501-1736) rozpoczęli nowy etap w historii Iranu, doprowadzając do masowego nawrócenia jego mieszkańców na szyicką wersję islamu, jednocząc cały Iran na okres ponad dwóch stuleci. Następnie panuje dynastia Afszarydów (1736-1749), a jej wybitny przywódca militarny, ale nie polityczny, Nadir Szah (1736-1747), pokonuje Afganów na wschodzie i Osmanów na zachodzie. Założona przez niego dynastia szybko ulega marginalizacji, a władzę nad większą częścią Iranu przejmuje Karim Chan (1750-1779) z plemienia Zandów (dynastia kurdyjska). Później do władzy dochodzi perska dynastia Kadżarów pochodzenia turkmeńskiego. Włada ona Persją w latach 1794-1925.

Nowa dynastia musiała stawić czoła rosnącej obecności na terenie Iranu dwóch europejskich mocarstw, Wielkiej Brytanii i Rosji. W roku 1800 brytyjska misja dyplomatyczna uzyskała otwarcie Zatoki Perskiej dla swojego handlu, rozpoczynając tym samym erę stopniowego wiązania Iranu z ekonomicznymi interesami Brytyjczyków. Natomiast w latach 1804–1813 i 1826–1828 Iran stoczył dwie przegrane wojny z Rosją, w wyniku których utracił Zakaukazie i musiał przyznać Rosjanom przywileje konsularne i handlowe.

Kolejnym niepowodzeniem była przegrana wojna z Wielką Brytanią w latach 1856–1857, w wyniku której Iran ostatecznie musiał wyrzec się pretensji do Heratu4. Kolejne traktaty, zawierane w wyniku militarnych bądź ekonomicznych nacisków – które były możliwe ponieważ stopniowo zwiększało się uzależnienie rządu od zagranicznych pożyczek – przyznawały europejskim mocarstwom coraz większe prawne i ekonomiczne przywileje. Mimo swojej słabości Iran nie stracił jednak całkowicie suwerenności. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze jego okupacja nie wydawała się potencjalnym źródłem wielkich korzyści gospodarczych. Po drugie Rosja i Wielka Brytania rywalizowały o wpływy w Iranie, nawzajem uniemożliwiając sobie jego całkowite zdominowanie. Częściowo pod naciskiem europejskim podczas panowania szacha Nasera ad-Dina (1848–1896) Iran zaczął się powoli modernizować.

W 1862 roku Brytyjczycy na podstawie wcześniej uzyskanej koncesji rozpoczęli budowę sieci telegraficznej, w roku 1868 stworzono pocztę, a w roku 1889 Brytyjczycy stworzyli Bank Szachinszacha, posiadający monopol na emitowanie pieniądza. Za czasów Nasera ad-Dina otwarto także pierwszy uniwersytet. Największe znaczenie dla przyszłości miało jednak uzyskanie przez Brytyjczyków koncesji na wydobywanie ropy naftowej w roku 1901. Kolejnym posunięciem zwiększającym uzależnienie Iranu od obcych mocarstw było utworzenie w roku 1879 Perskiej Brygady Kozackiej, dowodzonej przez rosyjskich oficerów, która wkrótce stała się jedyną zdyscyplinowaną i nowoczesną formacją perskiej armii. W ten sposób Iran rozpoczynał wiek XX z siecią łączności, bankiem emisyjnym i kompanią naftową przynoszącą państwu większość dochodów, ale będącą w rękach Wielkiej Brytanii oraz jedyną skuteczną jednostką wojskową znajdującą się pod wpływem Rosji.

xxx

Iran w XX wieku

W trakcie I wojny światowej Iran był neutralny. Po wybuchu rewolucji październikowej oraz klęsce Osmanów jedyną potęgą w regionie pozostała Wielka Brytania, która okupowała południe i zachód kraju. Rząd Wosugh ad-Doule był probrytyjski. W 1919 roku Brytyjczycy zawarli z nim traktat, który uczynił z Iranu ich protektorat. Wywołało to gwałtowne protesty społeczne. W sytuacji pogłębiającej się anarchii społecznej Brytyjczycy poparli pucz wojskowy z 21 lutego 1921 roku, który wyniósł na rząd ich protegowanego Tabatabajego. Udało się mu zawrzeć traktat z ZSRR, zgodnie z którym ZSRR uznał niepodległość Iranu i rezygnował z przywilejów przyznanych wcześniej Rosji carskiej. Jednak już w maju 1921 roku Tabatabaji został zdymisjonowany przez szacha na żądanie dowodzącego wojskiem Rezy-chana. Od tej pory sprawował on faktyczną władzę i w 1923 roku formalnie został premierem. Wywodzący się z brygady kozackiej Reza-chan zreformował siły zbrojne. Początkowo dążył on do ustanowienia w Iranie republiki, ale sprzeciwiali się temu duchowni. Ostatecznie w 1925 roku doprowadził on do detronizacji Kadżarów, a w grudniu tego samego roku do zatwierdzenia przez Konstytuantę swojego wyboru na szacha.

Operacja Y

Brytyjsko-sowiecka inwazja na Iran – wspólne działania zbrojne wojsk brytyjskich i sowieckich przeciwko Iranowi, przeprowadzone w sierpniu i wrześniu 1941 roku podczas II wojny światowej.

Iran pod panowaniem szacha Rezy Szacha Pahlawiego stał się od początku wojny terenem infiltracji wielkich mocarstw, w tym niemieckiej. Obecność niemieckich obywateli niepokoiła władze Wielkiej Brytanii i ZSRR, mimo ogłoszenia przez Iran neutralności. Brytyjczycy chcieli ponadto zająć roponośne obszary Iranu oraz korzystać z kolei transirańskiej do dostarczania materiałów wojennych do ZSRR. Ze względów strategicznych operacja okupowania tego kraju zabezpieczyła tyły sił brytyjskich stacjonujących w Egipcie oraz południową granicę ZSRR przed niespodziewanym uderzeniem wojsk niemieckich. W tej sytuacji gen. por. Edward Quinan, dowódca sił brytyjskich w Iraku, zwanych Iraqforce, otrzymał rozkaz przygotowania się do okupacji pól naftowych w Abadanie i Naft-Shah oraz portów Bushirem i Bandar-e-Szachpur. 12 sierpnia władze ZSRR i Wielkiej Brytanii wręczyły rządowi Iranu notę, w której wyraziły nadzieję, że Irańczycy sami podejmą kroki wobec niemieckich agentów. Sowieci dołączyli listę rzekomych szpiegów. Żądano też zgody na wkroczenie wojsk obu krajów do Iranu. Odpowiedź z 21 sierpnia okazała się dla obydwu państw niesatysfakcjonująca. Następnego dnia ogłoszono pogotowie bojowe w wojskach brytyjskich, a 25 sierpnia w wojskach radzieckich. Brytyjczycy mieli zająć porty i obszary roponośne na południu Iranu, zaś Sowieci – północną część kraju z miejscowościami Ardabil, Tebriz, Urmia.

Działania dyplomatyczne

Równocześnie z działaniami zbrojnymi toczyły się rozmowy dyplomatyczne. Już 25 sierpnia, tj. 1. dnia inwazji, ambasador brytyjski Reader Bullard i sowiecki M. Smirnow spotkali się z Rezą Szachem Pahlawim. W wyniku tego następnego dnia został zdymisjonowany dotychczasowy premier irański Ali Mansur, a jego miejsce zajął bardziej ugodowy Mohammad Ali Chan Fourughi. Poinformował on natychmiast Medżlis, że zostanie ogłoszone zawieszenie broni, a także przyjęte warunki stawiane przez Brytyjczyków i Sowietów. Zyskało to aprobatę parlamentu. W tym samym czasie Reza Szach Pahlawi usiłował bezskutecznie uzyskać mediację amerykańskiego prezydenta Franklina Delano Roosevelta, powołując się na zapisy Karty Atlantyckiej. W tej sytuacji rozpoczęto negocjacje, które do 6 września przyniosły zgodę irańskiego rządu na okupację brytyjską południa, a sowiecką północy kraju. Z Iranu mieli być wydaleni Niemcy podejrzewani o działalność szpiegowską, a linie kolejowe wykorzystane do przewozu sprzętu i wyposażenia wojskowego do ZSRR w ramach Lend-Lease.

Ze względu jednak na niewykonanie niektórych żądań wojska brytyjskie i sowieckie wznowiły swój marsz w głąb Iranu, grożąc okupacją Teheranu. W nocy z 15 na 16 września sowieckie radio oskarżyło Irańczyków o nieszczere zamiary, „niewybaczalną powolność” i niechęć do wyrzucenia z kraju hitlerowskich agentów. Następnego dnia Reza Szach Pahlawi na nadzwyczajnym posiedzeniu parlamentu abdykował na rzecz swojego syna Mohammada Rezy Pahlawiego, a następnie został uwięziony przez Brytyjczyków, wywieziony do Południowej Afryki, gdzie zmarł w więzieniu w 1944 r. 17 września do Teheranu weszły wspólnie wojska brytyjskie i sowieckie, przypieczętowując podwójną okupację kraju.

Kryzys irański

Kryzys irański – nieudana próba rozciągnięcia przez ZSRR swojej strefy wpływów na Iran poprzez wsparcie tamtejszych ruchów separatystycznych na przełomie 1945 i 1946 roku.

Po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku Brytyjczycy wycofali się z Iranu, natomiast wojska radzieckie opóźniały swój powrót do kraju. Józef Stalin starał się o uzyskanie dla ZSRR koncesji na wydobywanie ropy naftowej w 5 północnych prowincjach Iranu. Jednocześnie Sowieci usiłowali zapewnić sobie bazę polityczną w Iranie, współpracując z lewicowym ugrupowaniem Tude oraz współtworząc nową Demokratyczną Partię Azerbejdżanu (niechętną Tude). 22 stycznia 1946 miejscowi separatyści ogłosili natomiast powstanie niezależnej Republiki Kurdyjskiej.

Zaniepokojone ekspansywną polityką radziecką rządy USA i Wielkiej Brytanii zdecydowały się na dyplomatyczną konfrontację i ostatecznie wymogły na Stalinie podpisanie 26 marca 1946 układu, na mocy którego wojska radzieckie ostatecznie opuściły Iran. Politycy partii Tude zostali usunięci z rządu, parlament irański odrzucił ustawę przyznającą ZSRR naftowe koncesje, a separatystyczne republiki Azerów i Kurdów zostały zlikwidowane przez irańskie wojsko.

Zamach stanu w Iranie (1953)

Zamach stanu, w rezultacie którego odsunięto od władzy irańskiego demokratycznego premiera Mohammada Mosaddegha w 1953 roku. Zamach zaaranżowany został przez Wielką Brytanię (ponad nazwą „Operation Boot”) i Stany Zjednoczone (pod nazwą Projekt TPAJAX).

Mossadegh starał się ograniczyć absolutną władzę szacha, co gwarantowała konstytucja z 1906 roku, dzięki jego polityce Iran stał się krajem demokratycznym. Dokonana została również nacjonalizacja irańskiego przemysłu naftowego, kontrolowanego przez należącą do rządu Wielkiej Brytanii, Anglo-Persian Oil Company (obecnie znana jako BP). Zamach stanu przeprowadzony został przez jednostki wojskowe generała Fazlollaha Zahediego. W wyniku zamachu szach Mohammad Reza Pahlawi mógł dalej rządzić krajem jako monarcha absolutny. Aż do czasu obalenia szacha w lutym 1979 roku jego rządy opierały się głównie na wsparciu ze strony Stanów Zjednoczonych.

W sierpniu 2013 roku, CIA oficjalnie przyznała się do tego, że była zaangażowana zarówno w planowanie i wykonanie zamachu; przekupywanie irańskich polityków, wojskowych, urzędników oraz szerzenie propuczystowskiej propagandy. CIA określiła zamach jako przeprowadzony „pod kierunkiem CIA” i jako „akt polityki zagranicznej USA, opracowany i zatwierdzony na najwyższych szczeblach władzy”.

Dojście do władzy Frontu Narodowego

Gdy w 1949 roku doszło do nieudanego zamachu na szacha. Ten, wstrząśniętym tym wydarzeniem i ośmielony sympatią społeczeństwa, zaczął pełnić coraz bardziej aktywną rolę w polityce. Szybko powołał Irańskie Zgromadzenie Ustawodawcze, mające zmienić konstytucję na jego korzyść.

Mossadegh uważał, że ten wzrost siły politycznej szacha nie jest demokratyczny, a według niego szach powinien „panować, ale nie rządzić”, tak jak ma to miejsce w monarchiach konstytucyjnych w Europie. Zwolennicy Mossadegha i inni przeciwnicy szacha połączyli się, tworząc koalicję znaną jako Front Narodowy. Głównym celem koalicji była nacjonalizacja ropy naftowej.

W wyborach w 1951 roku Front Narodowy zdobył większość w parlamencie. Premierem mianowany został Mossadegh, który dla celów taktycznych zawarł sojusz ze zwolennikami ajatollaha Abolghasema Kaszaniego, który w ramach koalicji został marszałkiem parlamentu. Stosunki między szachem i premierem były złe. Szach nieprzychylnie patrzył na nacjonalizację ropy przeprowadzoną przez rząd Frontu przy powszechnym poparciu społecznym.

Nacjonalizacja ropy

Pod koniec 1951 roku Parlament Iranu jednomyślnie zatwierdził ustawę o nacjonalizacji ropy. Kierunek ten był bardzo popularny wśród większości Irańczyków i wywołał pośród społeczności ogromną falę nacjonalizmu oraz przyczynił się do długotrwałego konfliktu z Wielką Brytanią. Nacjonalizacja spowodowała olbrzymi wzrost poparcia dla premiera, który stał się bohaterem narodowym. Iran znalazł się w centrum światowej polityki, a wielu Irańczyków czuło, że po raz pierwszy od stuleci objęli oni kontrolę nad sprawami kraju. Wielu oczekiwało, że nacjonalizacja spowoduje ogromny wzrost bogactwa mieszkańców.

Wielka Brytania, nie będąc w stanie samodzielnie usunąć rządu Mosaddegha, zwróciła się o pomoc do USA, które jednak wówczas uznały, że rząd Iranu nie godzi w amerykańskie interesy w regionie, a administracja była zbytnio zajęta wojną koreańską. Mohammad Mosaddegh próbował negocjować z brytyjskim koncernem, jednak ten odrzucił jego oferty. Plan Mosaddegha oparty był na kompromisie między rządem Wenezueli Rómulo Gallegosa a amerykańską Creole Petroleum z 1948 roku i zakładał podział zysków z ropy 50 na 50 między Iran a Wielką Brytanię. Brytyjczycy wbrew amerykańskim zaleceniom odrzucili tę propozycję i zaczęli organizować próbę obalenia rządu Mossadegha.

Sytuację Mossadegha, oprócz działań wywiadu amerykańskiego, któremu udało się sprowokować rozłam w rządzącej partii, na skutek którego od Mosaddegha odwróciło się kilku czołowych współpracowników, pogorszyła wolta islamistów, którzy zerwali koalicję ze względu na brak dążeń Mossadegha do budowy państwa islamskiego i jego politykę zmierzającą do rozdziału religii i państwa. Islamiści w późniejszym czasie opowiedzieli się za obaleniem Mosaddegha i poparli pucz. Brytyjczycy, wiedząc, że pomimo kryzysu Mossadegh uważany jest powszechnie za bohatera narodowego, rozpoczęli proces przekupywania parlamentarzystów i kandydatów startujących w wyborach planowanych na wiosnę 1952 roku. Akcja propagandowa nie udała się, a Front Narodowy odniósł zwycięstwo głównie dzięki szerokiemu poparciu na obszarach miejskich.

Rząd amerykański zrewidował swoje stanowisko, gdy urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych objął popierany przez Partię Republikańską Dwight Eisenhower. Brytyjczykom za pomocą propagandy i fałszywych informacji wywiadowczych udało się przekonać Eisenhowera i jego doradców o konieczności reakcji w Iranie w obawie przed objęciem rządów przez komunistów i dostaniem się Iranu w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Rząd oskarżony został o współpracę z lewicową i proradziecką partią Tude, która choć popierała rząd, do rządu nigdy nie weszła.

Przeprowadzenie puczu

W marcu 1953 roku amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles nakazał CIA (kierowanemu przez jego brata Allena Dullesa) sporządzenie planów obalenia Mossadegha. W kwietniu CIA przeznaczyło na obalenie rządu Iranu milion dolarów. Akcja, znana jako operacja Ajax, skoncentrowała się wokół irańskiego monarchy, którego starano się przekonać do obalenia Mossadegha, początkowo głównie na drodze prób przekupienia władcy i jego najbliższej rodziny. Wywiad rozpoczął też akcję propagandową wymierzoną w rząd. Według niego nacjonaliści i socjaliści związani z rządem mieli rzekomo planować akcję wymierzoną w najwyższych przywódców religijnych. W rezultacie rząd utracił poparcie religijnej części społeczeństwa. CIA do współpracy pozyskało część duchownych, środowisko działaczy pronazistowskich z okresu II wojny światowej oraz lojalistów monarchii.

Oficjalnym pretekstem do rozpoczęcia przewrotu był dekret Mossadegha o rozwiązaniu parlamentu w obliczu kryzysu parlamentarnego oraz dalsze ograniczenie funkcji szacha. W sierpniu 1953 roku szach w końcu zgodził się na obalenie Mossadegha po groźbie Kermita Roosevelta odsunięcia również i jego od urzędu. Monarcha zdymisjonował premiera drogą pisemnego dekretu. Wkrótce po ogłoszeniu treści dekretu na ulicach miast wybuchły masowe zamieszki, z których część była finansowana przez amerykański rząd. W walkach ulicznych starli się ze sobą zwolennicy i przeciwnicy monarchy. Do roli przyszłego premiera wybrany został przez CIA i MI6, generał Fazlollah Zahedi.

Pierwsza próba puczu nie udała się z powodu braku większego odzewu armii, a premier wezwał swoich zwolenników do rozejścia się do domu. Zahedi wykorzystał sytuację i nawiązał kontakt z częścią radykalnych islamistów. Plan puczu zakładał odegranie przez agentów podszywających się pod działaczy partii Tude próby komunistycznego przewrotu. Agenci wyszli na ulice i dokonywali aktów chuligaństwa w dzielnicach biznesowych. Zahedi jeszcze 19 sierpnia skierował wojsko mające stłumić wystąpienie rzekomych komunistów oraz obalić sympatyzujący z nimi rząd. W obronie rządu wystąpili cywilni zwolennicy Frontu Narodowego i bojówki partii Tude. W starciach ulicznych zginęło od 300 do 800 osób.

Następstwa

Po interwencji wojska wielu bliskich współpracowników obalonego premiera (w tym ministrów), jego zwolenników i członków Frontu Narodowego zostało poddanych torturom, straconych lub trafiło do więzień. Sam Mossadegh po procesie pokazowym został skazany na trzy lata więzienia i areszt domowy. Nowy rząd cofnął reformy poprzednika i przywrócił brytyjskie interesy gospodarcze w kraju. Obalony premier został osadzony w areszcie domowym w Ahmadabad-e Mosaddegh niedaleko Kazwinu, gdzie zmarł w 1967 roku. Brutalne represje spotkały również partię Tude. Służby bezpieczeństwa szacha aresztowały około czterech tysięcy członków partii, z których kilkudziesięciu zostało skazanych na kary śmierci lub zmarło w wyniku tortur. Kilkuset członków zostało natomiast skazanych na dożywotnie więzienie. Nowy reżim aresztował też około czterystu sympatyków Tude w siłach zbrojnych (22 pułkowników, 69 majorów, 100 kapitanów, 193 poruczników, 19 podoficerów i 63 kadetów), z których kilkunastu zginęło po torturach.

Po dwudziestu miesiącach kierowania rządem Zahedi został przez szacha oskarżony o zdefraudowanie znacznych funduszy. W ten sposób szach pozbył się polityka, którego uważał za zbyt samodzielnego. Szach przeprowadził delegalizację wszystkich partii o profilu republikańskim.

W celu umocnienia swojej władzy monarcha utworzył służby SAWAK, na czele których jako pierwszy stanął Hasan Pakrawan. W tworzeniu służby uczestniczyli doradcy brytyjscy i amerykańscy, a jej podstawowym celem było zwalczanie opozycji.

Według Stephena Kinzera pucz w Iranie był pierwszym puczem amerykańskim, który obalił demokratyczny i legalnie wybrany rząd. Sukces puczu przyczynił się do decyzji o organizacji przez CIA zamachu stanu w Gwatemali, który przeprowadzono rok później. CIA wówczas obaliło demokratycznie wybrany lewicujący rząd Jacobo Arbenza Guzmána, którego reformy (rewolucja gwatemalska) zagroziły amerykańskiej United Fruit Company. Pucz przyczynił się do poprawy sytuacji geopolitycznej USA. Iran obok należącej do NATO Turcji stał się drugim proamerykańskim rządem państwa graniczącego z ZSRR w tym regionie świata.

Pucz a rewolucja islamska

Osoby związane z Mossadeghem zdominowały pierwszy rząd Iranu po rewolucji z 1979 roku. Pierwszym premierem porewolucyjnego Iranu został bliski współpracownik Mossadegha Mehdi Bazargan. W późniejszym czasie, na skutek rozłamu pomiędzy siłami konserwatywno-islamskimi a liberałami i sekularystami, spuścizna Mossadegha została w dużej mierze zignorowana przez siły islamskie kształtujące Irańską Republikę Islamską. Współcześnie Mossadegh pozostaje najbardziej popularną postacią historyczną wśród opozycji irańskiej. Mossadegh stał się jednym z symboli zamieszek w Iranie z 2009 roku. Według Kinzera, Mossadegh jest dla większości Irańczyków najbardziej żywym symbolem walki Iranu o demokrację, a we współczesnych protestach opozycji jej przedstawiciele często noszą obrazy przedstawiające byłego premiera.

Rząd Republiki Islamskiej przedstawia znaczenie Mossadegha w sposób zupełnie inny, niż robią to współczesne książki historyczne publikowane na Zachodzie. Władze ignorują jego dokonania. W podręcznikach szkolnych premierowi poświęcona jest niewielka treść informacji, a władze kreują ajatollaha Kaszaniego na prawdziwego lidera działań na rzecz nacjonalizacji ropy.

Biała Rewolucja

Lata 1960-63 to okres intensywnego rozwoju państwa irańskiego. W 1962 roku wprowadzono reformę rolną. Wielka własność ziemska została rozdzielona pomiędzy drobnych rolników. Byli właściciele ziemscy, czyli feudałowie, otrzymali rekompensatę w postaci udziałów w irańskich przedsiębiorstwach będących własnością państwa. Rolnicy i robotnicy również otrzymali swoje udziały. To był początek. Podjęto walkę z analfabetyzmem, zreformowano system opieki zdrowotnej, kobiety uzyskały należne im prawa.

Protesty i porażka

Nowa polityka szacha nie podobała się szyickim przywódcom, którzy uważali, że liberalne prawa kobiet są sprzeczne z wartościami islamskimi. Reformy szacha zburzyły tradycyjne podstawy władzy duchowej. Rozwój sądów świeckich ograniczał władzę duchownych nad prawem i orzecznictwem, a reforma systemu edukacji jeszcze bardziej podważała ich monopol w tej dziedzinie. Paradoksalnie to reforma edukacji była jedyną wdrożoną przez szacha, która przetrwała.

W 1963 roku mało znany członek ulamy, Ruhollah Chomeini – profesor filozofii w Kom, ostro wypowiedział się przeciwko reformom Białej Rewolucji. W odpowiedzi rząd zlikwidował szkołę i aresztował Chomeiniego. Następnie został on wydalony z kraju. Przez Turcję i Irak dotarł do Francji. W trakcie pobytu na emigracji Chomeini ukończył swoją religijno-polityczną doktrynę „rząd prawnika”, która stworzyła teoretyczne podstawy rządom szyickiego państwa islamskiego kierowanego przez duchowieństwo.

Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi

Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi pozostały bliskie, czego wyrazem była rosnąca dominacja kultury zachodniej w kraju oraz rosnąca liczba doradców amerykańskich, którzy niezbędni byli do przeprowadzenia reform gospodarczych szacha i, co ważniejsze, do pomocy w rozwoju irańskiej armii, która stanowiła kamień węgielny polityki zagranicznej państwa. Dzięki amerykańskiej pomocy i specjalistycznej wiedzy stała się ona najpotężniejszą, najlepiej wyposażoną siłą w regionie i jedną z największych sił zbrojnych na świecie.

W dalszej części pisze Britannica, że dekada lat 60-tych była okresem dynamicznego rozwoju gospodarki irańskiej, który zależał w dużym stopniu od udzielonych kredytów i eksportu ropy. Jak zwykle po tak szybkim okresie przychodzi załamanie gospodarki spowodowane rosnącymi odsetkami od zaciągniętych kredytów, a sytuację pogorszył jeszcze kryzys naftowy z 1973 roku.

x

Czy nie przypomina to sytuacji Polski z lat 70-tych i kryzysu lat 80-tych? W przypadku Iranu mamy dynamiczny rozwój w latach 60-tych, oparty na zaciągniętych kredytach i eksporcie ropy oraz kryzys w latach 70-tych, zakończony rewolucją islamską. W przypadku Polski mamy rozwój w latach 70-tych, oparty na zaciągniętych kredytach i eksporcie węgla oraz kryzys lat 80-tych, zakończony upadkiem komunizmu, czyli w pewnym sensie też rewolucją. I czy to nie ci sami scenarzyści pisali scenariusze dla obu państw?

Rewolucja islamska

W styczniu 1979 roku szach pod naciskiem opozycji opuścił Iran. Lider opozycji islamskiej Ruhollah Chomeini przebywający na emigracji we Francji utworzył Irańską Radę Rewolucyjną, a po powrocie do kraju Tymczasowy Rząd Rewolucyjny. Nowy rząd przeprowadził nacjonalizację mienia należącego do rodziny cesarskiej a z przyczyn ideologicznych zerwał stosunki dyplomatyczne z Izraelem i Republiką Południowej Afryki. W kwietniu tego samego roku proklamowano utworzenie Islamskiej Republiki Iranu. 4 listopada 1979 studenci zajęli amerykańską ambasadę w Teheranie, wzięli 66 zakładników (z czego 13 od razu zwolniono). Spowodowało to izolację państwa na arenie międzynarodowej. 2–3 grudnia 1979 przyjęto konstytucję. Konstytucja powstała przy współudziale 45 organizacji międzynarodowych. Iran stał się republiką opartą na zasadach islamu i prawie szariatu. Wyłoniono nowy parlament oraz (po raz pierwszy w historii Iranu) prezydenta. W tym samym roku rozwiązano Irańską Radę Rewolucyjną i powołano Radę Strażników Rewolucji Islamskiej. Po sukcesie rewolucji nasiliły się tendencje separatystyczne w Kurdystanie, Azerbejdżanie Irańskim oraz Beludżystanie. Wkrótce także doszło do sporów w łonie samych rewolucjonistów. Do 1982 roku trwały ciężkie walki partyzanckie z Ludowymi Mudżahedinami którzy dążyli do zbrojnego obalenia sprawujących władzę islamistów.

Iran współczesny

Po śmierci ajatollaha Chomejniego w 1989 roku rzeczywistym przywódcą kraju został Ali Chamenei. Po rozpadzie ZSRR Iran starał się przywrócić dawną pozycję mocarstwa regionalnego, stać się rozjemcą w potencjalnych konfliktach między nowo powstałymi państwami, prowadzić politykę poszanowania granic i regionalnej współpracy. Iran przyczynił się w tym czasie do ożywienia działalności Organizacji Współpracy Gospodarczej, łączącej azjatyckie muzułmańskie państwa niearabskie. W polityce wobec państw powstałych po rozpadzie ZSRR nie kierowano się względami religijnymi, lecz pragmatycznymi. Iran utrzymywał dobre relacje z chrześcijańską Armenią przeciwko szyickiemu Azerbejdżanowi, wobec faktu, że to państwo zbliżyło się do Stanów Zjednoczonych i Turcji. Iran brał udział w próbach rozwiązania konfliktów i ustabilizowaniu sytuacji w Górskim Karabachu i w Tadżykistanie.

Po zamachu terrorystycznym na World Trade Center prezydent Chatami udzielił poparcia USA w wojnie z afgańskimi Talibami. Dyplomacja irańska odegrała pozytywną rolę podczas konferencji w Bonn. Mimo to kilka dni później prezydent USA George W. Bush umieścił Iran na „osi zła” obok Iraku i KRL-D.

Głównymi wyzwaniami, przed jakimi staje Iran, jest rozwiązanie problemów gospodarczych, walka z bezrobociem, zaś w polityce zagranicznej rozwiązanie problemu energii atomowej, nad którą prowadzone przez Iran badania budzą najwięcej kontrowersji. Według rządów niektórych państw, w szczególności USA i Izraela, Iran zmierza do budowy broni nuklearnej. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej od kilku już lat nie może wyegzekwować od Iranu kompletu wymaganych dokumentów ani dostępu do wszystkich ośrodków badawczych, jednakże monitorując główny ośrodek wzbogacania uranu nie stwierdziła nieprawidłowości. Według szacunków Iran posiada już wystarczającą ilość materiałów rozszczepialnych, by stworzyć jeden ładunek atomowy. Władze Iranu zaprzeczają tym doniesieniom i twierdzą, że chodzi o pokojowe wykorzystanie energii jądrowej, jednakże niedopełnienie obowiązków wynikających z układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej sprowadziło na Iran embargo nałożone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ.

xxx

Na podstawie powyższych informacji można powiedzieć, że od samego początku XIX wieku rozpoczyna się nowy rozdział w historii Iranu – kontakt z europejskimi mocarstwami: z Wielką Brytanią i Rosją. Wielka Brytania podporządkowuje sobie Iran w sensie gospodarczym, a Rosja militarnym. Po I wojnie światowej, z racji rewolucji październikowej, Wielka Brytania zdominowała Iran i zrobiła z niego swój protektorat.

Jednak wybuch II wojny światowej zaburza ten stan. Dochodzi do czegoś, co można by nazwać rozbiorem Iranu. Wielka Brytania i Związek Radziecki dzielą między siebie Iran. 25 sierpnia 1941 roku dochodzi do inwazji obu państw. To ciekawe, bo przecież Związek Radziecki prowadzi od 22 czerwca 1941 roku wojnę z Hitlerem. Ale jakoś tak się dziwnie złożyło, że Hitlerowi pod koniec lipca pozostało tylko 300 km do Moskwy i miał do niej wolną drogę. Jednak zdecydował w tym momencie, by skierować swoje wojska na Ukrainę. Pod Moskwę wrócił dopiero na początku października. A w międzyczasie Związek Radziecki zaangażował się w Iranie, by stworzyć sobie korytarz do przerzutu broni na front radziecko-niemiecki. Dzięki temu obie strony mogły nadal wysyłać setki tysięcy żołnierzy na śmierć.

W tym czasie następuje zmiana władzy w Iranie. Reza Szach Pahlawi zostaje usunięty, a jego miejsce zajmuje jego syn – Mohammad Reza Pahlawi, który dotrwa do 1979 roku, czyli do rewolucji islamskiej.

22 sierpnia 1953 roku CIA przeprowadza zamach stanu wymierzony w premiera, nowym mianowano szwagra szacha, a władca został praktycznie dyktatorem Iranu. Nowy rząd został wybrany w praktyce przez CIA i MI6. Oznacza to, że dyktator Iranu stał się nim dzięki CIA i MI6. A to oznacza, że to właśnie CIA i MI6 rządziło w Iranie.

W 1963 roku doszło do aresztowania opozycyjnego duchownego Ruhollaha Chomejniego, ale po protestach zwolniono go. Gdy kontynuował działalność opozycyjną rząd zmusił go do wyjazdu z kraju. Powrócił dopiero, gdy w 1979 roku wybuchła rewolucja islamska. Powstał wówczas Tymczasowy Rząd Rewolucyjny. Zupełnie tak samo jak w 1917 roku w Rosji po wybuchu rewolucji lutowej. Wtedy też powstał rząd tymczasowy Kiereńskiego. Tymczasowy Rząd Rewolucyjny w Iranie dokonał „rewolucyjnych” zmian:

  • przeprowadził nacjonalizację mienia należącego do rodziny cesarskiej
  • zerwał stosunki dyplomatyczne z Izraelem i RPA
  • studenci zajęli amerykańską ambasadę w Teheranie
  • przyjęto konstytucję, która powstała przy współudziale 45 organizacji międzynarodowych
  • wyłoniono nowy parlament oraz prezydenta, po raz pierwszy w historii Iranu

I to miała być rewolucja!? Amerykanie nie wysilili się. Poszli po najmniejszej linii oporu. Udostępnili swoją ambasadę studentom, bo jak inaczej dostaliby się oni do niej? Konstytucja powstała przy udziale 45 organizacji międzynarodowych, co w praktyce oznacza, że to nie rząd irański decydował o jej kształcie. Stosunki z Izraelem zerwano chyba tylko po to, by uczynić z niego swojego oficjalnego wroga. A RPA przy tym to taki kwiatek do kożucha. Tylko jak można zerwać stosunki z Izraelem, skoro w 1973 roku szach Reza Pahlawi w wywiadzie, którego udzielił Orianie Fallaci, stwierdził, że Iran nie ma ambasady w Jerozolimie, ale w Iranie są izraelscy eksperci.

Dekada lat 60-tych to był okres, w którym oprócz dynamicznego rozwoju gospodarki następował również intensywny rozwój i modernizacja irańskiej armii. I to wszystko dzięki Amerykanom, którzy wyszkolili irańskie kadry wojskowe i wyposażyli irańską armię w nowoczesne uzbrojenie. Nie byłoby potężnej armii niemieckiej i radzieckiej bez amerykańskiego wsparcia, bez którego nie byłoby II wojny światowej. Ale już pod koniec lat 60-tych ci, którzy doprowadzili do powstania świata dwubiegunowego, zdali sobie sprawę z tego, że radziecko-amerykańska konfrontacja wypala się, a użycie broni atomowej nie wchodzi w rachubę. Trzeba było więc wykreować nowy konflikt i nowe zagrożenie. Idealnym narzędziem do tego stał się świat arabski ze swoim terroryzmem i Iran, który Stany Zjednoczone wykreowały na imperium zła. Pierwszym etapem było stworzenie silnej gospodarki i potężnej armii, drugim – było dokonanie rewolucji islamskiej, bo przecież gdyby Iran nadal był demokratycznym krajem na wzór europejski, to nie mógłby być zagrożeniem dla demokratycznego świata. A zatem bardzo naiwnie prorokował o „końcu historii” Francis Fukuyama, gdy nastąpił upadek komunizmu w Europie Wschodniej w 1989 roku.

I nawet w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, jak mówi przysłowie, ale zrobili tam przywódcę islamskiej rewolucji i wyekspediowali go z powrotem do Iranu. Zamach stanu z 1953 roku, zorganizowany przez Amerykanów i Anglików, dawał do zrozumienia Irańczykom wprost: „Żadnych marzeń panowie”. Iran stał się całkowicie zależny od Stanów Zjednoczonych. Czy w takim państwie, którego wojsko i aparat bezpieczeństwa zostały stworzone i kontrolowane przez Amerykanów i Anglików, mogło dojść do rewolucji islamskiej bez ich wiedzy i zgody? Chyba tylko człowiek bardzo naiwny może uwierzyć w taki scenariusz. Czy zatem należy bać się Iranu, czy może jednak kogoś innego, kto tam pociąga za sznurki?

  1. Ariowie – indoirański odłam ludów indoeuropejskich. ↩︎
  2. Zaratusztrianizm (zaratustryzm) – irańska religia wywodząca się od Zaratusztry powstała pomiędzy 1500 a 500 rokiem p.n.e., głosząca ustawiczną walkę dobra i zła we wszechświecie. ↩︎
  3. Tarika (arab. dosłownie: droga, ścieżka) – nazwa używana w islamie pierwotnie (w IX-X wieku) na określenie sposobu postępowania jednostki mającej skłonności mistyczne, następnie zaś w stosunku do reguły bractwa sufickiego (sufizm- zbiorcze określenie rozmaitych nurtów mistycznych w islamie) lub samego bractwa. W odniesieniu do tego ostatniego używa się także nazwy “tarikat”. ↩︎
  4. Herat – prowincja w zachodnim Afganistanie. ↩︎

Zakaz

W dniu 19 października Rada Najwyższa Ukrainy zdecydowała o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Federacją Rosyjską, co w praktyce oznacza delegalizację Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. O tym Interia w artykule Historyczna decyzja w Ukrainie. Emocje podczas głosowania. Poniżej jego treść:

Rada Najwyższa Ukrainy zdecydowała o zakazie działalności organizacji religijnych powiązanych z Federacją Rosyjską. Decyzja polityków oznacza zdelegalizowanie Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego.

Projekt ustawy został przyjęty w pierwszym czytaniu. Głos “za” oddało 267 deputowanych, a 15 było przeciwnych tego typu rozwiązaniom.

Zmiany w przepisach dotyczących organizacji religijnych zaproponował prezydent Wołodymyr Zełenski. W swoim przemówieniu 1 grudnia 2022 roku ogłosił, że zlecił Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony przedstawienie projektu ustawy, która znacząco ograniczy działalność Cerkwi mającej swoje duchowne przywództwo w Moskwie.

Wcześniej Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przeprowadziła szereg przeszukań w miejscach kultu, na terenach klasztorów i diecezji należących do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego. Funkcjonariusze w wielu przypadkach znajdowali dokumenty potwierdzające działalność antyukraińską.

Oficjalne statystyki podają, że od początku wojny wobec przedstawicieli moskiewskiej Cerkwi wszczęto 67 postępowań karnych. Wśród wielu przestępstw, aż 20 dotyczyło zdrady stanu, kolaboracji i bezpośredniej pomocy Rosji.

Emocje na sali parlamentarnej

Debaty dotyczące ustawy i dzień głosowania były przepełnione emocjami, które wyrzucali z siebie posłowie różnych frakcji parlamentarnych.

W pewnym momencie doszło do kłótni, która o mały włos nie przerodziła się w fizyczną agresję. Posłowie, którzy nie zgadzali się z proponowanymi przepisami twierdzili, że ich wprowadzenie ma charakter wojny religijnej i znacząco ogranicza wolność wyznania setek tysięcy wiernych w całym kraju. 

“Sprawa, kiedy frakcja zmieniła nazwę i koło, ale prorosyjskie ideały są niezmienne. Głosowanie jest pokazowe, bez zbędnych ceregieli. (…) Mam jedno ciągłe pytanie, co ci miłośnicy ‘rosyjskiego pokoju’ pod cyniczną nazwą Platforma dla Życia i Pokoju, robią w murach naszego ukraińskiego parlamentu?” – napisał poseł Oleg Dunda.

Polityk odniósł się do partii Platforma dla Życia i Pokoju, która jako jedyna frakcja niemal w całości zagłosowała przeciwko zaproponowanym przepisom.

xxx

Czy to oznacza początek wojny religijnej na Ukrainie? Czy to oznacza, że ta trwająca wojna na Ukrainie będzie wygaszana? Trudno przewidzieć, co tam się stanie. Jeśli Ukraina przegra wojnę militarną, a zachowa swoją Cerkiew, to Rosja nie będzie mogła powiedzieć, że rządzi tam niepodzielnie, zgodnie z zasadą: czyja religia, tego władza.

Jeśli ktoś jest bardziej zainteresowany tą tematyką, to pisałem o tym w blogach „Czyja władza, tego religia” i „Czyja religia, tego władza”. W każdym razie, ze względu na to, że po 24 lutego 2022 roku ilość prawosławnych w Polsce gwałtownie wzrosła i być może są już większością – biorąc pod uwagę konsekwencje unii lubelskiej, podporządkowanie Królestwa Polskiego Rosji, przesiedlenia mniejszości kresowych pod II wojnie światowej – to nie powinno być dla nas obojętne, co się tam dzieje, bo spory te mogą się tu przenieść. Mamy przecież w tej Polsce prawosławnych sympatyzujących z Rosją i tych sympatyzujących z Ukrainą. Warto więc wiedzieć, o co w tym sporze chodzi i przybliżyć sobie prawosławie. Wypada też pamiętać o tym, że w Rosji katolicyzm nie jest uznawany za oficjalną religię czy może w tym wypadku raczej – wyznanie. Tam uznaje się prawosławie, islam, judaizm i buddyzm.

Frekwencja

Kolejne wybory za nami i można powiedzieć, że nic się nie zmieniło, bo partia wygrywająca nie jest w stanie utworzyć samodzielnie rządu, a partie przegrywające mogą stworzyć koalicję większościową. Jednym słowem ci, którzy przegrali będą rządzić. Taki to urok demokracji. Ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo i tak wcześniej wszystko ustalono. Wydaje się, że preferencje głosujących nie zmieniają się. Jest jednak jedna zasadnicza zmiana. Dotyczy ona frekwencji. W tych wyborach była ona wyjątkowo wysoka, najwyższa od 1989 roku w wyborach do sejmu, a więc od pierwszych, jeszcze częściowo, wolnych wyborów. Wówczas były dwie tury głosowania. W pierwszej frekwencja wyniosła 62,70%, w drugiej – 25,31%. Później wyglądało to tak, jak w poniższej tabeli.

19891991199319972001200520072011201520192023
62,70%43,20%52,13%47,93%46,29%40,57%53,88%48,92%50,92%61,74%74,38%

Co takiego stało się pomiędzy 2019 a 2023 rokiem? Zanim jednak o tym, to wypada sobie przypomnieć, co stało się w 1989 roku i czy to nie miało wpływu na frekwencję aż do obecnych wyborów. Informacje na ten temat zaczerpnąłem z Wikipedii.

Przy Okrągłym Stole ustalono, że w wyborach do Sejmu PRL 65% mandatów (299) miało przypaść stronie rządowej. O pozostałe 35% mieli ubiegać się bezpartyjni, czyli opozycja. 10% miało być wyłonione z tzw. listy krajowej, ogólnopolskiej listy obejmującej 35 kandydatów, którzy też reprezentowali stronę rządową. O takiej liczbie kandydatów zadecydowała Rada Państwa.

W wyborach 4 czerwca 1989 roku strona opozycyjna uzyskała 160 ze 161 mandatów dla kandydatów bezpartyjnych. W głosowaniu do Senatu 92 kandydatów „Solidarności” zdobyło mandaty – na 100 możliwych. Z listy krajowej, z 35 kandydatów, tylko dwóch uzyskało więcej niż 50% głosów ważnych. W ramach pozostałych 261 mandatów dla ugrupowań koalicyjnych, czyli rządowych, żaden z kandydatów nie uzyskał więcej niż 50% ważnych głosów. Dwie osoby z największym poparciem przechodziły do drugiej tury. Porażką zakończył się też start przedstawicieli opozycji spoza KO „S”, z których żaden nie został wybrany do Sejmu lub Senatu.

8 czerwca zorganizowano spotkanie Komisji Porozumiewawczej. Pojawiła się wówczas propozycja unieważnienia głosowania na krajową listę wyborczą i powtórnego głosowania na nią w drugiej turze. Strona solidarnościowa nie sprzeciwiała się zmianie ordynacji wyborczej i przeniesieniu tych mandatów na okręgi wyborcze przeznaczone wyłącznie dla kandydatów strony rządowej (koalicyjnej). Decyzję w tej sprawie powierzono Radzie Państwa, która 12 czerwca 1989 roku wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą oraz uchwałę tworzącą 33 nowe mandaty wyłącznie dla kandydatów strony rządowej. Było to rozwiązanie kontrowersyjne, bo doszło do zmiany zasad wyborów w trakcie ich trwania, co uważano za ważny precedens. 18 czerwca odbyło się głosowanie w drugiej turze. Wybrano 295 posłów i 8 senatorów. Frekwencja wyniosła 25,31%.

Zarówno strona rządowa jak i opozycyjna były zaskoczone frekwencją – 62,70%. Obie strony spodziewały się wyższej. Jednak fakt, że prawie 40% uprawnionych do głosowania nie poszło na wybory, świadczy o tym, że była wtedy w Polsce spora grupa ludzi, którzy nie dali się nabrać na ten cyrk, który zaczął się od Okrągłego Stołu. I przez 34 lata, aż do ostatnich wyborów, była to najwyższa frekwencja. Cóż więc się stało, że w porównaniu do poprzednich wyborów (61,74%) nastąpił wzrost do 74,38%, a więc o ponad 12%. Przez tyle lat niewiele się zmieniało, aż tu nagle taki skok.

Gdyby te zmiany zachodziły stopniowo, z wyborów na wybory, to można by domniemywać, że następuje zmiana w nastawieniu elektoratu, ale tak nie było. Owszem, w poprzednich wyborach zdarzały się duże różnice: 1991 (43,20%) – 1993 (52,13%); 2005 (40,57%) – 2007 (53,88%); 2015 (50,92) – 2019 (61,74%). Nigdy jednak frekwencja nie przekroczyła tej z wyborów z 1989 roku. Te różnice można więc było przypisać wahaniom nastrojów stałego elektoratu. Gdzie jest zatem przyczyna tak radykalnej zmiany? Może we frekwencji wyborczej w największych miastach w Polsce?

WarszawaPoznańKrakówGdańskWrocławŁódźKatowiceSzczecin
84,92%82,92%81,95%81,50%81,16%79,28%78,73%77,88%

Czy to nowi „Polacy” podnieśli tak frekwencję, na poziom dotychczas w Polsce nieosiągalny? Osiedlają się oni głównie w największych polskich miastach i w nich była największa frekwencja wyborcza. Czy zatem już dorobiliśmy się „rodzimych” yuppies? – Young Ukrainian Professionals. No cóż, śmiesznie to brzmi, ale – jaki kraj, tacy profesjonaliści.

W wyborach w 2019 roku frekwencja wyniosła 61,74%, do głosowania było uprawnionych 30,2 mln, głosowało – 18,7 mln. W 2023 roku frekwencja wyniosła 74,38%, uprawnionych do głosowania było 28,9 mln, głosowało – 21,4 mln. Z tego wynika, że przybyło 2,7 mln głosujących. Skąd przybyło? Czy z Ukrainy? Szacuje się, że od 2014 roku osiedliło się w Polsce około 2-3 mln Ukraińców. Przez ten czas wielu z nich, a może nawet większość, zdobyło już polskie obywatelstwo i może głosować. Czy zatem to oni wpłynęli na wzrost frekwencji? Bardzo możliwe, że tak, choć nie należy zapominać o tym, że w tej kampanii mocno zachęcano ludzi do pójścia na wybory. Zaangażowano do tego różnych celebrytów, a nawet najbardziej popularnych sportowców, jak Iga Świątek czy Robert Lewandowski. Odniosłem wrażenie, że rządzącym tym razem bardziej zależało na frekwencji niż na samym wyniku głosowania. Stary rząd nabroił i taktycznie wycofuje się, a nowy powie: to nie my, to oni. I jak to zwykle bywa w demokracji, nikt nie ponosi odpowiedzialności za podejmowane decyzje, co czyni ją idealnym ustrojem dla rządzących.

Robi się, w mojej ocenie, coraz bardziej niebezpiecznie. Tak wysoka frekwencja, najwyższa w III RP, daje władzy mocny argument, legitymizuje ją, jak nigdy dotąd. I ta władza ten argument wykorzysta, gdy będzie chciała wprowadzić jakieś drastyczne zmiany w obowiązującym prawie. Czy ci ludzie już zapomnieli, co się działo w trakcie tej „pandemii”? Wszystkie partie zgodnie działały, nikt nie protestował. Czy ci ludzie nie widzą tego, że rząd PiS sprowadził miliony Ukraińców i dał im większe prawa niż obywatelom tego państwa? I żadna partia, żadna „opozycja” nie protestowała. Kim więc są ci, którzy poszli głosować? A kim byli ci, którzy w 1989 roku nie poszli głosować? Może to właśnie w większości byli Polacy – te 40%. A dziś? Te 30%, które nie poszło na wybory, kim oni są? Czy takie są proporcje Polaków i „Polaków” z korzeniami z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego? Bo im zapewne sprowadzenie milionów Ukraińców do Polski nie przeszkadza. Czy to oznacza, że Polska w Polsce dramatycznie kurczy się, a Ukraina w Polsce rozpiera się? I to wszystko na naszych oczach.

Takie to wnioski chodzą mi po głowie po tych wyborach. Nie wiem, czy słuszne.

Palestyna c.d.

W poprzednim blogu „Palestyna” cytowałem fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Jasirem Arafatem. We wrześniu 1982 roku w Tel Awiwie przeprowadziła ona wywiad z Arielem Szaronem, który był premierem Izraela w latach 2001-2006 (Oriana Fallaci, Wywiad z władzą, Świat Książki, 2016). Są w nim informacje, których zabrakło w tym poprzednim. Poniżej fragmenty tego wywiadu.

Dobiegł końca pierwszy etap wojny, a właściwie pańskiej wojny, panie generale. Palestyńczycy Arafata opuszczają Bejrut. Odchodzą z podniesionym czołem, po dwóch i pół miesiąca oporu stawianego potężnej armii izraelskiej, otoczeni sympatią, która wcześniej nie istniała lub istniała tylko częściowo. Choć wszyscy pamiętają, że oni pierwsi najechali na Liban, gdzie zachowywali się jak władcy, teraz zgodnie przyznają, że naród palestyński powinien mieć dom, ojczyznę, a Arafat nie bez racji mówi o zwycięstwie politycznym. Mają rację także ci, którzy twierdzą, że z politycznego punktu widzenia dał im pan prezent. Czy tego się pan spodziewał?

Chciałem, żeby opuścili Bejrut, Liban, i to się spełniło. Arafat może mówić, co chce, to bez znaczenia. Liczą się fakty, postępy, konsekwencje tych faktów w przyszłości. Może naprawdę wierzy, że odniósł zwycięstwo polityczne, ale czas pokaże, że jego porażka ma charakter głównie polityczny, nie militarny. Militarnie… gdybym miał analizować tę wojnę w imieniu Arafata, nie uznałbym jej za porażkę militarną. Armia izraelska jest naprawdę potężna, a terrorystów z OWP było tylko dziesięć tysięcy, włącznie z Syryjczykami, przeciw nim użyliśmy znacznych sił. Politycznie natomiast jego porażka jest całkowita. Absolutna, całkowita. Wyjaśnię pani, z jakiego powodu. Siła OWP wynikała z tego, że była ona ośrodkiem międzynarodowego terroryzmu. Ośrodek ten mógł istnieć pod warunkiem, że dysponował krajem, w którym można było stworzyć państwo w państwie. Tym krajem był Liban. Z Libanu wyruszali na operacje na całym świecie, w Libanie mieli główną kwaterę militarną i polityczną. Teraz są rozproszeni w ośmiu odległych od siebie krajach, od Algierii po Jemen, od Iraku po Sudan, nie mając żadnej nadziei na powrót do tego, co robili. Żadnej. Na Środkowym Wschodzie widzimy zupełnie nową sytuację, która umożliwi nam pokojowe współistnienie z Palestyńczykami. Przedwczoraj zatelefonował do mnie Henry Kissinger, mówiąc, że w tym regionie rozpoczyna się owa era, otwierają się nowe możliwości rozwiązania kwestii palestyńskiej. Powiedział mi, że Izrael będzie miał od dwunastu do osiemnastu miesięcy na znalezienie rozwiązania zanim OWP odzyska siły.

Panie generale, kto jest pańskim prawdziwym wrogiem? Arafat czy Związek Radziecki?

Miss Fallaci, powinna pani zrozumieć, że bez pomocy Związku Radzieckiego kraje arabskie nie rozpoczęłyby wojny w Izraelu w 1948 roku. Wystąpiły przeciw nam, ponieważ miały poparcie Związku Radzieckiego, militarne i polityczne. Jeśli chodzi o OWP, to wspiera ją Związek Radziecki, który doskonale rozumie, że w erze atomowej terroryzm jest jedynym sposobem prowadzenia wojny bez ryzyka konfliktu nuklearnego. Chcąc rozwijać swój ekspansjonizm, Związek Radziecki potrzebuje OWP, Arafata. A jeśli pani twierdzi, że Arafat nie jest komunistą, odpowiem, że Sowietów to nie interesuje. Zależy im wyłącznie na tym, by był narzędziem gry, by był w ich rękach. Syria jest państwem komunistycznym? Nie. Mimo to Związek Radziecki dał Syrii tysiąc dwieście czołgów, setki dział, wiele nowoczesnych odrzutowców. Libia jest państwem komunistycznym? Nie. Mimo to Związek Radziecki dał Libii tysiąc dziewięćset czołgów, działa i odrzutowce. Wszyscy mówią o Amerykanach, o broni amerykańskiej. Zapewniam panią, że stan liczebny broni dostarczonej przez Związek Radziecki w tej części świata zdecydowanie przewyższa broń, którą Izrael kupuje od Amerykanów.

A cztery miliony Palestyńczyków, którzy nie należą do OWP, żyją rozproszeni po świecie albo stłoczeni w blaszanych barakach lub betonowych ruderach w tak zwanych obozach w Syrii, Libanie, zachodnim Brzegu Jordanu, Gazie? Co chce pan z nimi zrobić, z tymi nowymi Żydami skazanymi na tułaczkę w diasporze, podobnie jak niegdyś wy? Jak to możliwe, że właśnie wy nie pojmujecie ich tragedii? Że nie chcecie przyznać im prawa do posiadania domu, ojczyzny?

Przecież mają ojczyznę, Palestynę, które teraz nazywa się Jordania, a właściwie Transjordania.

Jordania króla Husajna?

Oczywiście. Myślę o tym od dwunastu lat i im częściej myślę, tym bardziej jestem przekonany, że to najlepsze rozwiązanie. Mówił to także Sadat. Zaraz wyjaśnię. Do 1922 roku obszar Izraela, który Anglicy nazwali Palestyną, składał się z dwóch części: Cisjordanii, którą wy nazywacie Zachodnim Brzegiem Jordanu, czyli ziem rozciągających się od rzeki Jordan po Morze Śródziemne, oraz Transjordanii, czyli obszaru, który Churchill dał ojcu Husajna, żeby uporządkować królestwo Haszymidów. W Transjordanii siedemdziesiąt procent ludności to Palestyńczycy, większość członków parlamentu to Palestyńczycy, podobnie jak prawie wszyscy ministrowie i premierzy. Pozostałych trzydzieści procent to Beduini Husajna. Sytuacja naprawdę idealna.

Tak więc wszyscy Palestyńczycy powinni spakować walizki i przenieść się do Transjordanii?

Przecież tam mieszkają!

Nie, mówię o uchodźcach stłoczonych w Libanie, Syrii, Gazie, Zachodnim Brzegu Jordanu…

Jedni mogliby pozostać w krajach, w których przebywają, inni przeprowadzić się do Transjordanii.

A co zrobimy z królem Husajnem? Zabijemy go, wyślemy do Monte Carlo, żeby prowadził kasyno?

Nie interesują mnie indywidualne przypadki ani Husajn. Może pozostać tam, gdzie jest, dlaczego nie? Grecy wybrali sobie króla angielsko-niemieckiego, więc Palestyńczycy mogą mieć króla Haszymidów.

Rozumiem. A Beduini? Co z nimi zrobimy? Wymordujemy ich, wrzucimy do morza jak Wietnamczyków niemile widzianych w Hanoi i gazety znowu zaczną pisać o boat people, czy rozproszymy ich jak Palestyńczyków, żeby utworzyli Organizację Wyzwolenia Beduinów OWB zamiast OWP?

Beduini są częścią ludności jordańskiej, a właściwie transjordańskiej. Mogą pozostać, gdzie chcą, jak Husajn. Jak już mówiłem, indywidualne przypadki mnie nie interesują. Mnie interesuje tylko to, że Palestyna już istnieje, istnieje państwo palestyńskie, nie ma więc potrzeby zakładać kolejnego. Nie zgodzimy się na drugie państwo palestyńskie. Nigdy. Wszyscy domagają się takiego rozwiązania, a mianowicie stworzenia drugiego państwa palestyńskiego, drugiej Palestyny w Judei i Samarii, czyli na obszarze, który wy nazywacie Cisjordanią lub Zachodnim Brzegiem Jordanu. Na co ja odpowiadam – to nie nastąpi. Nie pozwolimy ruszyć Judei i Samarii. Ani Gazy.

Mapa Palestyny (Autonomii Palestyńskiej); źródło: Wikipedia.

Te ziemie są okupowane, panie generale. Obszar, który nazwaliście Samarią i Judeą, to ziemie zdobyte przez Husajna i zamieszkane przez blisko pół miliona Palestyńczyków, pomijając trzydzieści tysięcy Izraelczyków, którzy po 1967 roku osiedlili się tam jako osadnicy. Wszyscy twierdzą, że powinniście je zwrócić! Także Amerykanie!

Nie zwrócimy tego, co do nas należy. Judea i Samaria należą do nas od tysięcy lat. Od zawsze. Judea i Samaria to Izrael! Podobnie jak strefa Gazy. Nawet jeśli dla niektórych Biblia się nie liczy, nawet jeśli nie ma takiej świadomości, to jest to kwestia naszego bezpieczeństwa i przetrwania. Kwestia zasadnicza, ponieważ obszar ten zamieszkuje dwie trzecie ludności izraelskiej. Bez Judei i Samarii przestaniemy istnieć. Powtarzam, nie pozwolimy na przekształcenie tych obszarów w drugie państwo palestyńskie. Nigdy! Nie łudźcie się!

xxx

Z powyższej mapki wynika, że Zachodni Brzeg Jordanu to mniej więcej prostokąt o bokach 50×150 km, a więc jego powierzchnia wynosi około 7500 km2 . Strefa Gazy to powierzchnia niewiele większa od powierzchni Krakowa. O co więc tak naprawdę chodzi, skoro według Szarona 70% ludności Jordanii to Palestyńczycy? Jordania to kraj o powierzchni 88 000 km2, zamieszkały przez 7 mln ludzi. Jordania, podobnie jak inne kraje tego regionu ma bogate zasoby wód głębinowych. Tak na marginesie, Polska ma jedne z największych zasobów tych wód w Europie. W Wikipedii na temat Jordanii można m.in. przeczytać:

W 1921 roku Wielka Brytania, która zdołała uzyskać od Ligi Narodów mandat nad tym terytorium, stworzyła na wschód od rzeki Jordan emirat Transjordanii. W 1945 Transjordania przystąpiła do Ligi Arabskiej. 25 maja 1946 Emirat Transjordanii formalnie uzyskał od Wielkiej Brytanii pełną niezależność i ogłosił niepodległość jako Królestwo Transjordanii. Jordania stała się królestwem rządzonym przez Abd Allaha ibn Husajna. Dwa lata później w reakcji na utworzenie Izraela wojska jordańskie zaatakowały nowo powstałe państwo i zajęły Zachodni Brzeg Jordanu (Cisjordanię) oraz Stare Miasto w Jerozolimie. Po zajęciu Zachodniego Brzegu i Wschodniej Jerozolimy Abdullah usiłował zdusić wszelkie ślady tożsamości narodowej palestyńskich Arabów. W odpowiedzi na to 8 września 1948 Liga Arabska prowadzona przez Egipt ogłosiła utworzenie w Strefie Gazy rządu Całej Palestyny.

W 1949 roku podpisano zawieszenie broni, które de facto oznaczało porażkę Jordanii, gdyż było dla niej mniej korzystnie niż wcześniejsze ustalenia ONZ. W 1950 ogłoszono utworzenie Jordańskiego Królestwa Haszymidzkiego, do którego włączono nowo zdobyte ziemie palestyńskie czego nie uznały inne państwa arabskie. W tym czasie znacznie wzrosły wpływy palestyńskie. Palestyńczycy w chwili ogłoszenia utworzenia królestwa stanowili aż 2/3 całej ludności Jordanii. Lepiej wykształceni i zorganizowani Palestyńczycy nie byli chętni do uznania zwierzchnictwa monarchii haszymidzkiej. Popularne wśród nich były idee panarabskie a król Abd Allah postrzegany był przez Palestyńczyków jako jeden ze sprawców klęski Arabów w walce z Izraelem.

W latach 50. XX wieku wśród palestyńskich uchodźców w Jordanii ukształtowały się organizacje niepodległościowe: Al-Fatah (Palestyński Ruch Wyzwolenia Narodowego) i Ruch Arabskich Nacjonalistów, który przekształcił się w Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny. Od początku przynależności Zachodniego Brzegu do Jordanii Palestyńczycy tworzyli zbrojne oddziały, które następnie dokonywały na terytorium Izraela aktów dywersji, atakowały pojazdy, posterunki wojskowe lub kibuce. Skutki działań militarnych Palestyńczyków były znikome. Czyniąc starania o konsolidację społeczeństwa i ukształtowanie jednego narodu jordańskiego, jordański monarcha nie brał pod uwagę odrębnej tożsamości Palestyńczyków i dążył do asymilacji mieszkańców Zachodniego Brzegu a państwo faworyzowało rdzennych Jordańczyków w dostępie do stanowisk publicznych. Polityka ta doprowadziła do zamachu na króla w roku 1951; Abd Allah został zamordowany przez Palestyńczyka Mustafę Szukriego Aszu.

Do 1967 król Husajn rywalizował o wpływy na ruch palestyński z prezydentem Egiptu Gamalem Abdel Naserem, który był wówczas bardziej popularny wśród Palestyńczyków niż jakikolwiek polityk palestyński. Palestyńczycy wierzyli w antyizraelską retorykę prezydenta Egiptu i jego zapewnienia o możliwości stworzenia „niepodległej Palestyny”. W rzeczywistości Abdel Naser zwiększył w 1963 zainteresowanie sprawą palestyńską. Media egipskie zaprzestały atakowania jordańskiej monarchii – w zamian za to król Husajn zgodził się, by na terytorium jego kraju ukształtował się niezależny ruch palestyński. Rezultatem tych uzgodnień było utworzenie Organizacji Wyzwolenia Palestyny, której bazą wypadową uczyniono Jordanię.

Wojna sześciodniowa (5–10 czerwca 1967) zakończyła się całkowitą klęską Arabów. Siły jordańskie zostały rozbite, a Zachodni Brzeg 8 czerwca opanowany przez przeciwników. Z zajętych przez Izrael terenów uciekło do Jordanii kolejne 400 tysięcy Palestyńczyków (w 1949 przybyło tu ok. 400 tys. ludzi z terenów zajętych przez Izrael).

Palestyńskie organizacje, uzyskujące bezpośrednią pomoc z ZSRR, zaczęły ulegać coraz większej radykalizacji w duchu lewicowym. Ich przywódcy doszli również do przekonania, że monarchia jordańska jest słaba i może zostać łatwo obalona. Niektórzy, jak George Habasz, twierdzili wprost, że walka z Haszymidami jest obowiązkiem Palestyńczyków tak samo, jak dążenie do zniszczenia Izraela. W listopadzie 1968 doszło do pierwszych starć między oddziałami armii jordańskiej a formacjami palestyńskimi. Napięcia jordańsko-palestyńskie podsycała Syria, rządzona od 1963 przez arabskich nacjonalistów.

W wojnie arabsko-izraelskiej w 1973 roku Jordania w zasadzie nie uczestniczyła, poza jedną brygadą walczącą na terytorium Syrii. Z własnego terytorium Izraela nie atakowano. Po wybuchu pierwszej intifady król Jordanii zrzekł się w 1988 roku Zachodniego Brzegu na rzecz Palestyńczyków.

xxx

Mamy więc tutaj do czynienia z bardzo zagmatwaną sytuacją i przypadek Ariela Szarona jeszcze bardziej ją komplikuje. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Likwidacja osiedli w Strefie Gazy

W 2004 roku Ariel Szaron wbrew opinii swojej partii (Likudu) rozpoczął promocję planu likwidacji żydowskich osiedli w Strefie Gazy. Plan zakładał wycofanie do końca 2005 roku wszystkich 21 osiedli ze Strefy Gazy wraz ze stacjonującymi tam oddziałami Izraelskich Sił Obronnych (IDF) oraz 4 osiedli z Zachodniego Brzegu Jordanu.

Projekt ten wzbudził ostry sprzeciw prawicowych polityków oraz samych osadników i związanych z nimi środowisk, które zorganizowały wielotysięczne manifestacje. Wśród podobnej atmosfery 9 lat wcześniej (1995) ofiarą zamachu padł premier Icchak Rabin, toteż izraelskie służby bezpieczeństwa wzmocniły ochronę ówczesnego szefa rządu.

Badania opinii publicznej pokazywały jednak, że ponad 2/3 Izraelczyków popierało plan Szarona. Taką też proporcją głosów (64:44) przyjął Kneset pierwszą część planu, dotyczącą odszkodowań dla wycofanych osadników. Zostało to przez sporą część międzynarodowej opinii publicznej uznane za historyczny ruch ze strony władz Izraela, które zdały się zamanifestować tym samym gotowość trwałego wycofania z części ziem, które od wojny sześciodniowej (1967) pozostają pod kontrolą Izraela, a które uważane są za fragment Ziemi Obiecanej. Równocześnie Szaron miał wielki udział w przeforsowaniu planu (popieranego przez większą część izraelskiej opinii publicznej) budowy 3500 domów na Zachodnim Brzegu, łączących wschodnią, arabską część Jerozolimy z największym osiedlem żydowskim Ma’ale Adummim, co prawdopodobnie uniemożliwiłoby podział miasta i utworzenie tam podwójnej stolicy Państwa Izrael i przyszłego państwa palestyńskiego. Wykonanie tego planu, po wyrażeniu wobec niego dezaprobaty przez amerykańskie koła rządowe, jak i samego George’a W. Busha, zwykle popierającego nawet budzące największe wątpliwości działania izraelskie, zostało zawieszone na 2 lata.

Kiedy stało się jasne, że premier nie cofnie się przed zlikwidowaniem osiedli, grupa ultraprawicowych rabinów na czele z Josefem Dajanem rzuciła na Szarona starożytną klątwę, wzywając Anioła Śmierci, aby zabił szefa rządu. Żołnierze zniszczyli buldożerami wszystkie pozostałości po osadnictwie (poza budynkiem synagogi) i oficjalnie opuścili Strefę Gazy 11 września 2005 roku, zamykając ogrodzenie graniczne w Kissufim.

O ile poczynania te spotkały się z oburzeniem skrajnie prawicowych członków m.in. Likudu i członków ruchu osadniczego, to badania opinii publicznej wskazywały na to, że społeczeństwo izraelskie wspierało plan Szarona.

27 września 2005 roku Szaron zwyciężył w wewnątrzpartyjnym referendum, uzyskując 52% głosów przeciwko 48%. Referendum to zostało zainicjowane przez Binjamina Netanjahu, który następnie w proteście przeciwko polityce Szarona opuścił władze partii.

Założenie Kadimy

18 listopada 2005 roku opuścił szeregi partii Likud, której był przewodniczącym i poprosił prezydenta o rozpisanie przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Jednocześnie poinformował o utworzeniu nowej partii centrowej Kadima (Naprzód). Sondaże wskazywały, iż Szaron najprawdopodobniej ponownie zostanie premierem, a jego nowej partii przyznawały nawet 40 miejsc w 120-osobowym Knesecie. Po opuszczeniu przez Szarona Likudu zwolnione przez niego miejsce lidera przejął 20 grudnia 2005 jego długoletni rywal wewnątrzpartyjny, Binjamin Netanjahu.

Choroba i śmierć

Trafił do szpitala 18 grudnia 2005, po tym, jak ucierpiał na skutek niewielkiego udaru mózgu. W trakcie trwającej kilka dni hospitalizacji stwierdzono także niewielki obszar niedokrwienny w sercu premiera. Wyznaczono mu operację kardiochirurgiczną na 5 stycznia 2006 roku.

4 stycznia 2006 Szaron doznał ciężkiego udaru mózgu i został przewieziony ze swego rancza Havat Hashikmim na pustyni Negew do szpitala Hadassa w Jerozolimie. Tam przeprowadzono operację mózgu premiera. Mimo że stan Szarona określany był jako stabilny, lekarze opisali udar jako znaczny. Po siedmiogodzinnej operacji mającej na celu zahamowanie krwotoku do mózgu i usunięcie zakrzepłej krwi neurolodzy ocenili szanse na wyzdrowienie jako bardzo niskie. Szaron pozostawał odtąd w śpiączce.

Tego samego dnia Szaron został uznany za tymczasowo niezdolnego do pełnienia swoich funkcji. Jego uprawnienia przejął dotychczasowy wicepremier, Ehud Olmert. Poprowadził on Kadimę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych z 28 marca 2006 r., zostając samemu premierem koalicyjnego rządu 4 maja tegoż roku.

Zmarł 11 stycznia 2014 w szpitalu Tel ha-Szomer w Tel Awiwie, po 8 latach śpiączki.

xxx

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że Jordania jest państwem palestyńskim. W kwietniu 1972 roku Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad z Husajnem, królem Jordanii (Oriana Fallaci, Wywiad z historią, Świat Książki, 2016). Poniżej fragment:

Wasza Wysokość, ale kto rozkazuje w Jordanii? Na posterunkach zatrzymują fedaini, na granicach atakują fedaini, w wioskach decydują fedaini. Nie jest już paradoksem stwierdzenie, że ustanowili oni państwo wewnątrz pańskiego państwa. (fedain – w krajach muzułmańskich członek zbrojnej organizacji o charakterze religijno-politycznym – przyp. W.L)

Wiele rzeczy nie jest w porządku, wiem. Nadużycia, zajmowanie pozycji, na które nie mogę pozwolić. Czasami wywołuje to tarcia. Rozmawiałem o tym długo z ich przywódcami, powoływałem się na porozumienia, których zobowiązali się przestrzegać, a których często nie przestrzegali. Jordania jest państwem suwerennym. Jednocześnie Jordania jest krajem, który płaci za represje Izraelczyków. Na te moje słowa ich przywódcy zareagowali jak rozsądni ludzie i sądzę, że pewne rzeczy się zmienią. Ale dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że wszystko odbywa się tak, jak bym chciał, by się odbywało. A jednak… kiedy mnie pytają, dlaczego nie powstrzymuję fedainów, dlaczego ich nie wyrzucam… odpowiadam: nie powstrzymam ich, nie wyrzucę ich. Nie dlatego, że nie mogę, ale dlatego, że nie chcę. To nieprawda, że jestem więźniem fedainów, tak jak mówi izraelska propaganda. To nieprawda, że nie mogę ich kontrolować. Prawdą jest, że nie chcę ich kontrolować. Ponieważ oni mają wszelkie prawo, by walczyć, by stawiać opór. Cierpią od dwudziestu lat, a Izraelczycy okupują ich ziemię. Ta ziemia jest również terytorium jordańskim, kto, jeśli nie Jordania, powinien im pomóc? Proszę nie zapominać, że duża część mojej ludności jest palestyńska, proszę nie zapominać, że tragedia uchodźców jest bardziej oczywista tutaj niż gdzie indziej. Muszę być z nimi.

Ale oni nie są z panem, Wasza Wysokość. Nie znalazłam wśród fedainów wiele przyjaźni wobec pana. Często zaś spotykałam się, jakby to powiedzieć, z wrogością.

Kiedy ludzie cierpią z powodu nadużyć i noszą w sercach gniew, ich działania mają niekontrolowane konsekwencje. Boli mnie to, ale nie zniechęca. Dojdziemy do porozumienia, ich przywódcy nie są głupcami, a ja jestem optymistą. Oczywiście jest to męczące, czasem bolesne. Ale w życiu trzeba dokonywać wyborów i potem być im wiernym. Ja wybrałem, że przyjmę fedainów, i jestem wierny mojemu wyborowi. Nawet jeśli moja postawa może się wydawać donkiszotowska albo naiwna… pewnego dnia będziemy przecież musieli dojść do pokojowego rozwiązania.

Wasza Wysokość, pan naprawdę wierzy w pokojowe rozwiązanie?

Tak, wierzę. Zawsze akceptowałem rezolucję zaproponowaną przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, zawsze o nią walczyłem i nadal będę walczył. Moja postawa jest jasna: mówię i powtarzam, że wszystko, co mogą zrobić Izraelczycy, to wycofać się z terytoriów zajętych w 1967 roku. Nie ma innego sposobu osiągnięcia pokoju. Ale Izraelczycy nie chcą się wycofać, nie chcą pokoju.

Przyjmując rezolucję Rady Bezpieczeństwa, przyznaje pan Izraelowi prawo do istnienia. Słowem, nie zaprzecza pan, że Izrael jest faktem historycznym, niedającym się wyeliminować.

Nie, nie zaprzeczam. Przyjęcie tej rezolucji zakłada automatycznie uznanie Izraela. Oznacza to, że wierzę w możliwość pokojowego współżycia z Izraelem.

Ale jest to dokładnym przeciwieństwem tego, czego chcą fedaini, Wasza Wysokość! Fedaini chcą zniszczyć Izrael, nie uznają prawa Izraela do istnienia. Fedaini uważają za swego wroga, a wręcz zdrajcę, każdego, kto przyjmie rezolucję zaproponowaną przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Odrzucają każdy pokojowy kompromis, nie uchylają się od wojny, domagają się wojny. Wasza Wysokość, jak może pan pogodzić swoją pozycję z pozycją fedainów?

Pozornie jest nie do pogodzenia, ale jestem pewny, że prędzej czy później fedaini przekonają się, iż trzeba osiągnąć pokojowy kompromis. Ponieważ również inne pastwa arabskie przekonają ich o takiej konieczności. Poza tym, jeśli dobrze się zastanowić, nie ma dużej różnicy między moim poszukiwaniem pokoju a ich wolą wojny. Na zachodzie może się to wydawać paradoksem, ale u nas, którzy mamy bardziej elastyczną mentalność, paradoksu nie ma, zarówno ja, jak i fedaini chcemy, żeby uznano nasze prawa. A ja nigdy nie zaakceptuję pokoju, który nie uzna naszych praw, ich praw. Powiem pani, że jeśli Izrael przyjąłby rezolucję Rady Bezpieczeństwa, ataki komandosów by ustały, komandosi nie mieliby dłużej racji bytu. To upór Izraelczyków prowokuje istnienie komandosów, a nie odwrotnie.

Pozwoli pan, że się nie zgodzę, Wasza Wysokość. Fedainom wcale nie wystarczy, że Izraelczycy wycofają oddziały z okupowanych terytoriów. Jeśli Izraelczycy wycofaliby oddziały, fedaini kontynuowaliby ataki coraz głębiej. Również dlatego Izraelczycy się nie wycofają.

Ja muszę wierzyć, chce wierzyć, że tak nie jest. Ja muszę wierzyć w pokój, ktoś musi weń wierzyć…

Wasza Wysokość, mówiąc o państwie palestyńskim, które chcą ustanowić, przywódcy fedainów wciąż powtarzają, że będzie ono obejmowało terytorium na lewym (powinno być na prawym – przyp. W.L.) brzegu Jordanu: słowem Zachodni Brzeg. Ale czy terytorium to nie należy do Jordanii?

Tak, ale jest niemal całkowicie zamieszkałe przez Palestyńczyków, to Palestyna. Zatem to normalne, że Palestyńczycy chcą prędzej czy później o nie się upomnieć. A żeby dochować wierności wyborom, jakich dokonałem, jest równie normalne, że ja się nie sprzeciwiam. Kiedy nadejdzie właściwy moment, poproszę Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu, żeby zdecydowali, czy chcą zostać z Jordanią, czy dostać niepodległość. Powiem im: sami zdecydujcie o waszej przyszłości. Następnie zaakceptuję ich decyzję.

xxx

Ta więc przez 300 lat, do I wojny światowej, obszar ten wchodził w skład Imperium Osmańskiego, a jego mieszkańcami byli Arabowie. W 1916 roku dochodzi do tajnego porozumienia pomiędzy Anglią i Francją w sprawie powojennego podziału tego obszaru. Zapewne nie dzieje się to bez wpływu organizacji żydowskich. W następnym roku pojawia się deklaracja Balfoura, która sugeruje, że Żydzi powinni mieć w Palestynie swoje miejsce. Następuje wykup ziemi od Turków, którzy też pewnie dostali propozycję nie do odrzucenia. W okresie międzywojennym osadnictwo żydowskie nabiera tempa. Po wojnie w 1946 roku powstaje Jordania. W 1948 roku powstaje Izrael i Jordania napada na nowe państwo. Zajmuje Zachodni Brzeg Jordanu. W 1967 roku Izrael, w czasie wojny sześciodniowej odzyskuje te tereny. W 1988 roku król Jordanii zrzekł się na rzecz Palestyńczyków Zachodniego Brzegu. W 2004 roku premier Izraela Szaron wysunął plan likwidacji żydowskich osiedli w Strefie Gazy i pomimo że 2/3 Izraelczyków popierało pan Szarona, to nie doszło do jego realizacji, a jemu samemu ktoś chyba pomógł zejść z tego świata.

Widać więc, że po obu stronach są siły ekstremalne, które dążą do eskalacji tego konfliktu i nie są zainteresowane żadnym pokojowym rozwiązaniem. Jedni chcą unicestwienia Izraela, a drudzy – ani piędzi żydowskiej ziemi dla Palestyńczyków. W konflikt zaangażowane są pośrednio różne państwa, m.in. Iran, które dostarczają broń i wspierają te siły finansowo. W takiej sytuacji nie dziwi, że konflikt ten trwa już ponad 100 lat i końca nie widać. Od jakiegoś czasu coraz częściej straszą nas różni analitycy tym, że wojna Izraela z Iranem jest coraz bardziej prawdopodobna i że może to być początek trzeciej wojny światowej.

A przecież wystarczyło by odciąć dostawy broni i zaprzestać finansowania obu stron i konflikt skończyłby się z dnia na dzień. Takie proste, ale jakoś nikt nie „może” wpaść na ten pomysł. Wszystko zaczyna się od pieniędzy. Bez nich nie było by produkcji broni i walczący, gdyby nie dostawali wynagrodzenia, to pewnie nie walczyliby. Samą ideą człowiek nie wyżywi się. Ten, kto ma monopol na emisję pieniądza, ten jest źródłem tego nieszczęścia, jakim są wojny, konflikty zbrojne, zamachy terrorystyczne, niepokoje społeczne itp.