Dlaczego Wołyń?

Zbliża się kolejna, tym razem okrągła, 80-ta rocznica rzezi wołyńskiej z 11 lipca 1943 roku. Dlaczego akurat Wołyń? I dlaczego w tym miejscu Wołynia, czyli blisko granicy z województwem lubelskim i lwowskim, czyli Galicją Wschodnią? Po co był tzw. eksperyment wołyński? Pytania można mnożyć. Wypada więc przytoczyć parę faktów, które skłonią do refleksji, bo dotarcie do prawdy będzie trudne.

Galicja Wschodnia i Wołyń; źródło: Wikipedia.

Województwo wołyńskie

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludzi z tego:

  • 70% – Ukraińcy
  • 15% – Polacy (około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach)
  • 10% – Żydzi
  • 2,3% – Niemcy
  • 2,7% – inne narodowości

Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Szkolenie Ukraińców w organizacjach paramilitarnych

W legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców. Tajnym celem szkolenia było przygotowanie ukraińskiej młodzieży do „odwojowania” z rąk sowieckich Ukrainy Kijowskiej, tzw. Wielkiej Ukrainy. Oficjalnie, to Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze, działające głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych. Tymczasem, podobnie jak pozostałe, od początku było infiltrowane przez terrorystyczne UWO (Ukraińska Organizacja Wojskowa) i OUN. Skutkiem tego w Małopolsce Wschodniej wyszkolono za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej.

I tak też się stało. UPA powstała pod koniec 1942 roku. Nikt w ciągu pół roku nie mógł by stworzyć takiej armii i wyszkolić tylu ludzi, by mogli oni wykonać tak skomplikowaną pod względem logistycznym i organizacyjnym operację, jaką była rzeź wołyńska.

Eksperyment wołyński

Przez 11 lat Henryk Józewski, przyjaciel i protegowany Piłsudskiego, był wojewodą wołyńskim. Eksperyment wołyński był ewenementem na skalę światową. Z ocalałych dokumentów wiemy, że w administracji Józewskiego nie brakowało ruso- i ukrainofilów, z pochodzenia rdzennych Rosjan, których lojalność do państwowości polskiej była wątpliwa. Byli to naczelnicy wydziałów, referenci bezpieczeństwa, prezes Urzędu Ziemskiego. Jak wykazały późniejsze dochodzenia, prawie wszyscy z nich byli podejrzewani o szpiegostwo! Zamiast asymilacji następowała więc dramatyczna ukrainizacja Wołynia. 

W dziedzinie szkolnictwa i edukacji młodzieży też nastąpiło dramatyczne pogorszenie. Polacy musieli wręcz prosić o zgodę na założenie polskiej szkoły. Polskie dzieci musiały przymusowo uczyć się języka ruskiego. Powołano trzy gimnazja ukraińskie: w Krzemieńcu, Łucku i Równem. W gimnazjach tych młodzież wychowywana była w duchu ukraińskiego szowinizmu. Dalszą edukację młodzież ta odbierała we Lwowie, skąd wracała na Wołyń przygotowana do samodzielnego zakładania terrorystycznych komórek. 

Eksperyment wołyński był jednym z wielu przedsięwzięć władz sanacyjnych, mających na celu zjednanie ludności ukraińskiej kolejnymi koncesjami, kosztem polskiego stanu posiadania. 

Henryk Józewski

Po zawarciu sojuszu z Petlurą w 1919 roku został Józewski wiceministrem spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i tak sam określał swój status:

(…) byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina.

Odegrał znaczącą rolę w przygotowywaniu wyborów parlamentarnych w 1928 r. Wraz z Kazimierzem Świtalskim i Walerym Sławkiem współtworzył Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) i był odpowiedzialny za budowę jego struktur regionalnych oraz stworzenie list kandydatów w przyszłych wyborach. Po ich przeprowadzeniu, wiosną 1928 r., Józewski wyjechał z Warszawy do Łucka, gdzie objął funkcję wojewody wołyńskiego. To zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń.

Przymusowe konwersje

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Do 1939 roku „nawrócono” na Wołyniu 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie

Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych. Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego. Wszyscy oni zostali w PRL-u oficerami Ludowego Wojska Polskiego.

Akcja

11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim, czyli z Chełmszczyzną. Była to akcja przygotowana i zaplanowana: przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich. Na cztery dni przed rozpoczęciem tej akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogo innego.

xxx

Powyższe informacje pochodzą z artykułu Lucyny Kulińskiej Kto zapomina historię powtarza ją. Refleksja nad polską polityką wschodnią z artykułu Henryk Józewski – twórca „eksperymentu wołyńskiego” z portalu HistMag i z Wikipedii. Natomiast wszystko zostało obszernie opisane na blogu „Eksperyment wołyński” i tam też są linki do wspomnianych artykułów, choć link do artykułu Kulińskiej nie działa, ale artykuł ten jest w całości na tym blogu.

Wybór miejsca wydaje się logiczny, bo jeśli chce się przeprowadzić czystkę etniczną, to robi się ją w miejscu, gdzie ludności polskiej jest najmniej, czyli na Wołyniu. A tam w miejscu, gdzie jest ona najliczniejsza. To ma być argument, że właśnie chodzi o motyw nacjonalistyczny, a nie o to, by skłócić na wieki Polaków i Ukraińców. I ten motyw ma ukryć tego, kto napisał ten scenariusz i wyreżyserował cały spektakl.

Źródło zdjęcia: Wikipedia. Najjaśniejszym kolorem zaznaczony jest powiat włodzimierski.

Nie ulega wątpliwości, że taka, zakrojona na szeroką skalę akcja, nie mogła być przeprowadzona bez wiedzy i akceptacji Niemców. W tamtym czasie front znajdował się pod Kurskiem i tam 5 lipca 1943 roku rozegrała się największa pancerna bitwa w dziejach świata. Bitwa nierozstrzygnięta, ale od tego momentu inicjatywa przechodzi w ręce sowieckie. Tak więc na Wołyniu Niemcy nadal rządzili. 4 lipca ginie w katastrofie generał Sikorski. 10 lipca wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie lądują na Sycylii, co oznacza otwarcie drugiego frontu. Karta się odwraca.

Czy ci, którzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu tej akcji nie wiedzieli o tym, że Niemcy powoli przegrywają wojnę i to nie oni będą decydować o losach Europy? Raczej mało prawdopodobne. Dla nacjonalistów ukraińskich oznaczało to, że nie będzie żadnego państwa ukraińskiego, bo nie będzie wsparcia ze strony Niemiec. Po co więc dokonali tej rzezi? Po to, o czym napisałem wyżej, by skłócić obie nacje, a właściwie po to, by spotęgować to skłócenie i nienawiść. Dziś widać, jak dalekowzroczne było to posunięcie. Sprowadzono do „Polski” miliony Ukraińców, nie mówiąc o tych, których przesiedlono po II wojnie światowej, co gwarantuje konflikt na długie lata. Czegóż więcej trzeba tym, którzy tym wszystkim zarządzają?

Ukraińcy, czy ci nacjonaliści ukraińscy, byli tylko narzędziem w ręku tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów. Domaganie się dziś od nich przeprosin, to tylko podsycanie konfliktu i eskalowanie wzajemnej nienawiści. Wszyscy ci, którzy do tego nawołują i uważają się za patriotów i prawdziwych Polaków, działają wbrew interesom tej „Polski” i normalnych Polaków, których chyba jeszcze trochę zostało w tym kraju Zulu-Gula. Tym interesem jest dotarcie do prawdy. Obie strony, czyli ukraińska i ta niby polska, są kontrolowane i sterowane przez tych scenarzystów i reżyserów. Jest to po prostu mistrzowskie zarządzanie konfliktem. Bez tego, co stało się 11 lipca 1943 roku, nie było by to możliwe.

Nieformalne związki

W związku z „próbą” zamachu stanu w Rosji i działaniami Prigożyna pojawiło się i nadal pojawia mnóstwo artykułów, komentarzy, prób interpretacji tych wydarzeń. Odnoszę jednak wrażenie, że to wszystko ma raczej służyć zaciemnieniu obrazu, niż wyjaśnieniu tego, o co w tym zamieszaniu chodziło. Ponieważ ci, którzy rządzą tym światem, nie zmieniają swoich metod i zasad działania, to wypada odwołać się do tego, co już było, a co daje się jakoś sensownie wytłumaczyć. Wytłumaczyć nie znaczy udowodnić. Działań opartych o nieformalne związki nie da się udowodnić i wypada zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli ktoś myśli, że gdzieś są jakieś twarde dowody w postaci dokumentów, zamkniętych w niedostępnych archiwach, to jest bardzo naiwny.

xxx

Tym, co już było i co zmieniło oblicze świata, jak żadne inne w XX wieku, była rewolucja bolszewicka w Rosji w 1917 roku. Antony C. Sutton w swojej książce Wall Street a rewolucja bolszewicka (1974), Wektory 2017, w podrozdziale Intencje i cele Trockiego pisze:

W rezultacie możemy wywieść następującą sekwencję zdarzeń: Trocki podróżował z Nowego Jorku do Piotrogrodu z paszportem, który otrzymał dzięki interwencji Woodrowa Wilsona, z otwartym zamiarem „kontynuowania” rewolucji. Rząd brytyjski był bezpośrednio odpowiedzialny za uwolnienie Trockiego z kanadyjskiego aresztu w 1917 roku, lecz mogły też istnieć inne „naciski”. Lincoln Steffens, amerykański komunista, pełnił funkcję łącznika między Wilsonem a Charlesem R. Crane’em oraz między Crane’em a Trockim. Ponadto, podczas gdy Crane nie zajmował żadnego oficjalnego stanowiska, jego syn Richard był osobistym asystentem sekretarza stanu Roberta Lansinga, a Crane senior bezzwłocznie otrzymywał szczegółowe raporty o postępie rewolucji bolszewickiej. Co więcej, ambasador William Dodd (ambasador USA w Niemczech za czasów Hitlera) powiedział, że Crane odegrał aktywną rolę w rewolucji Kiereńskiego. Listy Steffensa potwierdzają, że Crane postrzegał przewrót Kiereńskiego jako krok w trwającej rewolucji.

Interesujące jest jednak nie tyle to, że istniała komunikacja między tak różnymi osobami jak Crane, Steffens, Trocki i Woodrow Wilson, ile to, że istniała przynajmniej pewna zgoda co do dalszej procedury – to jest co do tego, że Rząd Tymczasowy jest faktycznie „tymczasowy” oraz że powinno dojść do „re-rewolucji”.

Z drugiej strony, interpretując intencje Trockiego, należy zachować ostrożność – był mistrzem podwójnych gier. Oficjalne dokumenty wyraźnie ukazują sprzeczne działania. Na przykład 23 marca 1918 roku Wydział Dalekiego Wschodu w Departamencie Stanu USA otrzymał dwa raporty dotyczące Trockiego – jeden kłóci się z drugim. Pierwszy, datowany na dwudziestego marca i nadany z Moskwy, odnosi się do rosyjskiej gazety „Rosyjskie słowo” i cytuje wywiad z Trockim, w którym ten stwierdził, że jakikolwiek sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest niemożliwy:

Radziecka Rosja nie może sprzymierzyć się (…) z kapitalistyczną Ameryką, gdyż byłaby to zdrada. Możliwe, że Amerykanie zabiegają o takie zbliżenie z nami ze względu na ich niechęć wobec Japonii, lecz w żadnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek sojuszu z burżuazyjnym państwem.

Drugi raport, również pochodzący z Moskwy, to wiadomość datowana 17 marca 1918 roku, trzy dni wcześniej, wysłana przez ambasadora Francisa: „Trocki prosi o pięciu amerykańskich oficerów jako inspektorów armii organizowanej do obrony oraz o personel i sprzęt kolejowy”.

Ta prośba skierowana do USA jest oczywiście sprzeczna z odrzuceniem „sojuszu”.

Nim opuścimy Trockiego, należy wspomnieć jeszcze o procesach pokazowych lat trzydziestych, a w szczególności o oskarżeniach i procesach „antyradzieckiego bloku prawicowców i trockistów” z 1938 roku. Te parodie procesów sądowych, które Zachód niemal jednogłośnie potępił, mogą rzucić nieco światła na intencje Trockiego.

Sednem stalinowskiego oskarżenia było to, że trockiści byli opłacanymi agentami międzynarodowego kapitalizmu. K.G. Rakowski, jeden z podsądnych w 1938 roku, powiedział lub został nakłoniony do powiedzenia: „Byliśmy awangardą obcej agresji, międzynarodowego faszyzmu, i to nie tylko w ZSRR, lecz także w Hiszpanii, Chinach, na całym świecie”. W orzeczeniu „sądu” znalazło się stwierdzenie: „Nie istnieje na świecie nikt, kto przyniósł ludowi tyle cierpienia i nieszczęść co Trocki. To najnikczemniejszy agent faszyzmu”.

Chociaż może to być jedynie obelga powszechna pośród międzynarodowych komunistów w latach trzydziestych i czterdziestych, godne uwagi jest to, że wątki tego samooskarżenia zgadzają się z prezentowanymi w tym rozdziale świadectwami. Ponadto, jak zobaczymy później, Trocki był w stanie zdobyć poparcie wśród międzynarodowych kapitalistów, którzy przypadkiem wspierali także Mussoliniego i Hitlera.

Dopóki widzimy wszystkich międzynarodowych rewolucjonistów i wszystkich międzynarodowych kapitalistów jako zaciekłych wrogów, nie dostrzegamy kluczowej kwestii – że w rzeczywistości istniała pewna współpraca między międzynarodowymi kapitalistami a międzynarodowymi rewolucjonistami, w tym faszystami. I nie ma żadnych powodów, aby z góry wykluczać z tego sojuszu Trockiego.

Tę roboczą wstępną ocenę będziemy mogli rozwinąć, kiedy przyjrzymy się historii Michaiła Gruzenberga, głównego agenta bolszewików w Skandynawii, który pod pseudonimem Aleksander Gumberg był również doradcą Chase National Bank w Nowym Jorku, a później doradcą Floyda Odluma z Atlas Corporation. O tej podwójnej roli wiedzieli – i akceptowali ją – zarówno Sowieci, jak i jego amerykańscy pracodawcy. Historia Gruzenberga to przykład sojuszu międzynarodowej rewolucji z międzynarodowym kapitalizmem.

Spostrzeżenia pułkownika MacLeana, że Trocki miał „silne podziemne wpływy” oraz że jego „możliwości były tak duże, że wydano rozkazy, aby okazać mu wszelkie względy”, nie kłócą się w żadnym przypadku z interwencją Coultera-Gwatkina na rzecz Trockiego, czy jeśli o to chodzi, z późniejszymi stalinowskimi oskarżeniami w pokazowych procesach trockistów w latach trzydziestych. Nie kłócą się również z przypadkiem Gruzenberga. Z drugiej strony jedyne potwierdzone bezpośrednie powiązanie między Trockim a międzynarodową bankowością stanowił jego kuzyn Abram Givatovzo, który był prywatnym bankierem w Kijowie przed rosyjską rewolucją i w Sztokholmie po rewolucji. Chociaż Givatovzo deklarował antybolszewizm, w rzeczywistości działał na rzecz Sowietów w transakcjach walutowych w 1918 roku.

Czy wydarzenia te potwierdzają istnienie jakiejś międzynarodowej sieci? Po pierwsze mamy Trockiego, rosyjskiego internacjonalistycznego rewolucjonistę z powiązaniami w Niemczech, któremu pomaga dwóch rzekomych zwolenników księcia Lwowa w Rosji (Aleinikoff i Wolf, Rosjanie mieszkający w Nowym Jorku). Tych dwóch zachęca do działania liberalnego kanadyjskiego zastępcę poczmistrza generalnego, który z kolei wstawia się u prominentnego majora brytyjskiej armii w kanadyjskim sztabie wojskowym. Wszystkie te powiązania są weryfikowalne.

Krótko mówiąc, relacje lojalności bywają czasem inne, niż się wydaje. Możemy jednak domniemywać, że Trocki, Aleinikoff, Wolf, Coulter i Gwatkin, działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec państwa czy ponad etykiety polityczne. Należy podkreślić, że nie istnieje żaden absolutny dowód na to, że tak było. W tym momencie jest to jedyne logiczne założenie przyjęte na podstawie faktów. Tego rodzaju wyższa lojalność mogła wynikać z samej przyjaźni, chociaż rozważanie takiej poliglotycznej kombinacji wymaga znacznego wysiłku wyobraźni. Mogła jednak wynikać również z innych motywów. Obraz wciąż jest niekompletny.

xxx

No właśnie! Działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne, czyli ponad partie polityczne. W jednym z poprzednich blogów cytowałem Henryka Rolickiego, który w swojej książce Zmierzch Izraela cytował Heinricha Kohna z jego Die politische Idee des Judentums:

Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.

Rolicki od siebie dodaje: „Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych”.

Czyli zarówno Żyd – Heinrich Kohn jak i Henryk Rolicki mówią wprost o tym, o czym Sutton pisze tak wymijająco: jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne.

xxx

W końcowym rozdziale Sojusz bankierów z rewolucją Sutton m.in. pisze:

Jaki motyw tłumaczy tę koalicję kapitalistów z bolszewikami? Rosja była wówczas – jak i dzisiaj – największym niezagospodarowanym rynkiem rynkiem na świecie. Co więcej, Rosja, wtedy i teraz, była największym potencjalnym konkurentem Stanów Zjednoczonych i tym samym największym potencjalnym zagrożeniem dla amerykańskiej przemysłowej i finansowej supremacji. Rzut oka na mapę świata wystarczy, aby zobaczyć różnicę między ogromnym terytorium Rosji a mniejszymi Stanami Zjednoczonymi. Ludzi z Wall Street musi przerażać myśl o Rosji jako drugim, obok Ameryki, gigancie przemysłowym.

Dlaczego jednak pozwalać Rosji stać się konkurencją i zagrożeniem dla amerykańskiej supremacji? Pod koniec XIX wieku Morgan, Rockefeller i Guggenheim ujawnili swe monopolistyczne skłonności. W Railroad and Regulation 1877-1916 Gabriel Kolko pokazał, że to właściciele kolei, a nie rolnicy, chcieli państwowej kontroli nad koleją, aby zachować swoje monopole i zlikwidować konkurencję. Przedstawione tu dowody można zatem najprościej wyjaśnić wzrostem ambicji i poszerzeniem horyzontów syndykatu finansistów z Wall Street na skalę globalną. Gigantyczny rosyjski rynek miał zostać zmonopolizowany i przemieniony w techniczną kolonię, którą eksploatować będzie kilku wpływowych amerykańskich finansistów i kontrolowane przez nich korporacje. To, co kontrolowane przez amerykański przemysł Międzystanowa Komisja Handlu i Federalna Komisja Handlowa mogły uczynić dla tego przemysłu w kraju, planowany socjalistyczny rząd mógł zrobić dla niego za granicą – przy odpowiednim wsparciu i zachętach ze strony Wall Street i Waszyngtonu.

Gdyby to wyjaśnienie wydawało się zbyt radykalne, należy przypomnieć, że Trocki powołał carskich generałów do skonsolidowania Armii Czerwonej, to Trocki prosił o amerykańskich oficerów do kontrolowania rewolucyjnej Rosji i o wstawiennictwo za Sowietami, to Trocki zdławił pierwsze wolnościowe tendencje w rewolucji rosyjskiej, a następnie robotników i chłopów, należy też zauważyć, że oficjalna historia całkowicie ignoruje siedemsettysięczną Armię Zieloną, złożoną z byłych bolszewików oburzonych zdradą rewolucji, którzy walczyli i z białymi, i z czerwonymi. Innymi słowy, sugestia jest taka, że rewolucja bolszewicka stanowiła sojusz etatystów: etatystycznych rewolucjonistów i etatystycznych finansistów zjednoczonych przeciwko prawdziwie wolnościowym tendencjom w Rosji.

Czytelnik musi zadać sobie teraz pytanie, czy ci bankierzy byli również skrytymi bolszewikami? Nie, oczywiście, że nie. Ci finansiści nie wyznawali żadnej ideologii. Wielką nadinterpretacją byłoby założyć, że ich pomoc dla bolszewików była motywowana ideologicznie w jakimkolwiek ścisłym sensie. Finansiści kierowani byli pragnieniem władzy i dlatego wspierali wszelkie polityczne stronnictwa, które mogłyby im dać dostęp do władzy: Trockiego, Lenina, cara, Kołczaka, Denikina – wszyscy otrzymali większą lub mniejszą pomoc. Wszyscy poza tymi, którzy pragnęli prawdziwie wolnego i indywidualistycznego społeczeństwa.

Pomoc nie ograniczała się do etatystycznych bolszewików i etatystycznych antybolszewików. W swojej książce Mussolini and Fascism: The View from America (Mussolini i faszyzm: Spojrzenie z Ameryki) John P. Diggis zauważył w odniesieniu do Thomasa Lamonta z Guaranty Trust, że

ze wszystkich liderów amerykańskiego biznesu Thomas W. Lamont najsilniej popierał faszyzm. Lamont, który kierował wpływową siecią bankową J.P. Morgana, był kimś w rodzaju konsultanta biznesowego faszystowskiego rządu we Włoszech.

W 1926 roku, w kluczowym dla Mussoliniego momencie, Lamont zapewnił włoskiemu dyktatorowi pożyczkę w wysokości stu milionów dolarów. Można również przypomnieć, że dyrektor Guaranty Trust był ojcem Corlissa Lamonta, amerykańskiego komunisty. Takie bezstronne podejście do bliźniaczych systemów totalitarnych, komunizmu i faszyzmu, nie ograniczało się tylko do rodziny Lamontów. Na przykład Otto Kahn, dyrektor American International Corporation oraz Kuhn, Loeb & Co., był pewien, że amerykański kapitał zainwestowany we Włoszech znajdzie tam bezpieczeństwo, wsparcie, możliwości i nagrodę. To ten sam Otto, który w 1924 roku przekonywał socjalistyczną League of Industrial Democracy, że jej cele są jego celami. Różnią się zaś jedynie – zdaniem Otto Kahna – co do sposobu ich osiągnięcia.

Po obu stronach Atlantyku bankierzy dostrzegali zalety i potencjał marksizmu. Na przykład lord Milner był angielskim bankierem, który cieszył się wpływami w brytyjskiej polityce wojennej i który jednocześnie był zwolennikiem marksizmu. W Nowym Jorku w 1903 roku utworzono socjalistyczny klub „X”. Do jego członków należeli nie tylko komunista Lincoln Steffens, socjalista William English Walling i komunistyczny bankier Morris Hillquit, lecz również filozof John Dewey, James T. Shotwell, Charles Edward Russell i Rufus Weeks (wiceprezes New York Life Insurance Company). Na corocznym spotkaniu Economic Club w Astor Hotel w Nowym Jorku przemawiali socjaliści.

Z tych nieprawdopodobnych źródeł pochodzi współczesny internacjonalistyczny ruch obejmujący nie tylko finansistów – Carnegiego, Paula Warburga, Otto Kahna, Bernarda Barucha i Herberta Hoovera – lecz również Carnegie Foundation i jej córkę International Conciliation.

Lew Trocki również deklarował się jako internacjonalista. Wspominaliśmy z pewnym zainteresowaniem o jego powiązaniach na najwyższych szczeblach czy przyjaciołach w Kanadzie. Trocki nie był zatem prorosyjski, proaliancki czy proniemiecki, jak wielu go przedstawiało. Był zwolennikiem rewolucji i światowej dyktatury. Jednym słowem był internacjonalistą. Bolszewików i bankierów łączył zatem internacjonalizm. Rewolucja i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy. Międzynarodowa finansjera woli robić interesy z centralnymi rządami. Ostatnie, czego pragnie społeczność bankowa, to leseferystyczna gospodarka i zdecentralizowana władza, gdyż prowadziłyby one do rozproszenia władzy.

Oto zatem wyjaśnienie, które zgadza się z przedstawionymi dowodami. Ta garstka bankierów i spekulantów nie była bolszewikami, komunistami, socjalistami, demokratami czy nawet Amerykanami. Nade wszystko ludzie ci pragnęli rynków, najlepiej zmonopolizowanych i międzynarodowych – a zmonopolizowanie światowego rynku stanowiło ich najwyższy cel. Chcieli rynków, które można by eksploatować monopolistycznie bez obawy o konkurencję ze strony Rosji, Niemiec czy kogokolwiek innego – w tym amerykańskich biznesmenów spoza zaklętego kręgu. Ta zamknięta grupa była apolityczna i amoralna. W 1917 roku interesował ją tylko jeden cel: zmonopolizowanie rosyjskiego rynku pod intelektualną ochroną i przykrywką ligi na rzecz egzekwowania pokoju.

Wall Street faktycznie osiągnęła swój cel. Kontrolowane przez ten syndykat amerykańskie firmy zaczęły budować Związek Radziecki, a obecnie wprowadzają radziecki kompleks wojskowo-przemysłowy w epokę komputerów.

Dzisiaj cel ten nie stracił na aktualności. John D. Rockefeller wyłożył go w swojej książce The Second American Revolution (Druga rewolucja amerykańska) – na której okładce widnieje pięcioramienna gwiazda. W książce znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Warto zauważyć, że Rockefellerowie, którzy od wieku promują te humanistyczną ideę, nie rozdali innym własnego majątku. Przypuszczalnie w ich zaleceniu zawarte jest założenie, że to my wszyscy mamy pracować na rzecz Rockefellerów. Książka Rockefellera propaguje kolektywizm pod płaszczykiem „umiarkowanego konserwatyzmu|” i „dobra społecznego”. W praktyce nawołuje do kontynuowania wcześniejszego poparcia Morgana-Rockefellera dla kolektywistycznych przedsięwzięć i znoszenia praw jednostki.

Krótko mówiąc, idea dobra społecznego była i pozostaje narzędziem i wymówką dla autokreacji elitarnego kręgu, który apeluje o pokój na świecie i ludzką przyzwoitość. Jednak dopóki czytelnik patrzy na historię świata przez pryzmat nieuchronnego marksistowskiego konfliktu między kapitalizmem a komunizmem, cele takiego sojuszu między międzynarodowymi finansistami a międzynarodowymi rewolucjonistami pozostają niezrozumiałe. To samo tyczy się groteskowości propagowania dobra społecznego przez grabieżców. Jeśli sojusze te wciąż wymykają się zrozumieniu czytelnika, powinien zastanowić się nad oczywistym faktem, że te same międzynarodowe grupy zawsze chętnie wskazują, co inni powinni robić, lecz wyraźnie nie chcą zostać pierwszymi z tych, którzy oddadzą swój majątek i władzę. Ich usta są otwarte, lecz ich kieszenie zamknięte.

Tę technikę, którą monopoliści wykorzystują do kantowania społeczeństwa, wyłożył na początku XX wieku Frederick C. Howe w książce The Confessions of a Monopolist. Po pierwsze, twierdzi Howe, polityka to nieodzowna część biznesu. Kontrolowanie poszczególnych gałęzi przemysłu wymaga kontrolowania Kongresu i regulatorów, dzięki czemu można zaprząc społeczeństwo do pracy dla monopolisty. Zatem, zdaniem Howe’a, monopolista powinien kierować się dwiema zasadami: „Po pierwsze, niech społeczeństwo pracuje dla ciebie. Po drugie, uczyń z tego biznes”. Są to, jak napisał Howe, podstawowe „zasady wielkiego biznesu”.

xxx

Jeśli jest tak, jak to opisał Sutton, to interpretacja otaczającej nas rzeczywistości może być zgoła odmienna od tej oficjalnej. Jeśli rewolucja bolszewicka w Rosji została sfinansowana przez finansistów z Wall Street, to znaczy, że Związek Radziecki, a raczej jego politycy byli zależni od tych finansistów. A to może oznaczać, że jego upadek na początku lat 90-tych, podobnie jak całego bloku komunistycznego, był zaplanowany. Oficjalne tłumaczenie, że komunizm zbankrutował, nie trzyma się kupy, bo przecież ten sam komunizm w Chinach nadal trwał.

Upadek czy bankructwo Związku Radzieckiego miało swoje konsekwencje w postaci oderwania od niego całego bloku komunistycznego i przeciągnięcie go na stronę unii europejskiej oraz powstanie niepodległych państw, znajdujących się wcześniej w obrębie ZSRR. Dziś już wiemy, że najbardziej brzemienną w skutki była decyzja o powstaniu niepodległej Ukrainy. To oznaczało, że prędzej czy później dojdzie do wojny rosyjsko-uraińskiej, dlatego że już wcześniej taka wojna była. Działo się to w latach 1917-1921. Wówczas Zachodnioukraińska Republika Ludowa, powstała na terenie byłej Galicji wschodniej dążyła do utworzenia niepodległego państwa i przeciągnięcia na swoją stronę reszty Ukrainy. Ostatecznie w wyniku traktatu ryskiego z 1921 roku ustalono, że Galicja wschodnia, czyli ZRUL wejdzie w skład II RP. Dziś ten sam schemat jest ponownie wykorzystywany, tylko że trochę inaczej, bo Ukraina jest, przynajmniej teoretycznie, niepodległym państwem, ale najwyraźniej to za mało. Ona chce do unii europejskiej i do NATO. Ale nie wszyscy na Ukrainie tego chcą i stąd konflikt.

Czy Rosja, powstała po upadku Związku Radzieckiego, jest niezależna od Stanów Zjednoczonych, a właściwie od finansistów z Wall Street? Wydaje się to mało prawdopodobne, a jeśli tak, to oznacza, że w wojnie na Ukrainie Rosja realizuje cele tych finansistów. Podobnie jest w przypadku Ukrainy. Zresztą sami Amerykanie przyznali, że wydali kilka miliardów dolarów na zorganizowanie cyrku zwanego Majdanem. A skoro tak, to znaczy, że konflikt został wywołany sztucznie. I prawdopodobnie tak samo jest w przypadku „zamachu stanu” dokonanego w Rosji przez Prigozyna i jego Grupę Wagnera. Czy fakt, że Prigożyn ze swoim prywatnym wojskiem schronił się na Białorusi nie oznacza, że rozpoczął się proces przeciągania Białorusi na stronę Zachodu? W ten sposób możliwe byłoby odtworzenie I Rzeczypospolitej. Tylko po co? Może nie chodzi o nią, tylko o coś zupełnie innego?

Procent ludności żydowskiej w strefie osiedlenia około 1905 roku; źródło: Wikipedia.

Strefa osiedlenia (również granica osiedlenia, ros. черта оседлости – czerta osiedłosti) – zachodnia część Imperium Rosyjskiego stanowiąca około 20% jego europejskiej części, istniejąca w latach 1791–1917, w której nakazywano zamieszkiwać społeczności żydowskiej, utworzona 23 grudnia 1791 roku na mocy ukazu carycy Katarzyny II. W skład tej strefy wchodziły zachodnie gubernie rosyjskie, utworzone po rozbiorach Polski, także gubernie południowo-zachodnie nadczarnomorskie. – Wikipedia.

Rafał Żebrowski w swoim artykule Rocznica wydania ukazu o ustanowieniu „strefy osiedlenia” dla Żydów (https://www.jhi.pl/artykuly/rocznica-wydania-ukazu-o-ustanowieniu-strefy-osiedlenia-dla-zydow,243) m.in. pisze:

Na początku XX w. w s.o. żyło ok. 5 mln. wyznawców judaizmu, co stanowiło blisko 40% wszystkich Żydów na świecie. Natomiast poza nią stale mieszkało ich tylko ok. 200 tys. Słusznie więc wówczas podnoszono, że gdyby pozwolono im wszystkim rozproszyć się po całym Imperium, wówczas stanowiliby na tyle niewielki procent ogółu ludności, że napięcia i konflikty byłyby mniejsze niż w małych miasteczkach strefy, w których Żydzi niejednokrotnie stanowili większość, a w wielu jej guberniach – po kilkanaście procent mieszkańców, znajdując z trudem źródła utrzymania, często zmuszeni do korzystania z pomocy społecznej.

Trudno ocenić rolę s.o. w dziejach narodu żydowskiego. Niewątpliwie warunki życia były w niej bardzo trudne, zwłaszcza dla ubogich. Jednak trudno nie zauważyć, iż skupienie Żydów w miasteczkach strefy sprawiło, że większość z nich zachowała tradycyjną kulturę i hierarchię wartości. To właśnie głównie oni, wraz ze współwyznawcami w Królestwie Polskim i Galicji, przenieśli jidyszkejt (ducha żydowskiego), równocześnie w walny sposób przyczyniając się do powstania nowoczesnej kultury żydowskiej. To oni stali się bohaterami klasycznych dzieł Szołema Alejchema i Mendełe Mojcher Sforima. Dla przyszłości duże znaczenie miała także emigracja Żydów ze s.o. i ich udział w rozwoju skupiska żydowskiego w USA (2 mln. emigrantów w latach 1881-1914).

xxx

Rewolucja i i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy, a zmonopolizowanie światowego rynku stanowi najwyższy cel bankierów i spekulantów. W książce Druga amerykańska rewolucja znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Tak to interpretuje Sutton.

A poniżej fragment z blogu Konfucjanizm:

„W tym systemie, w którym wszystko zostało podporządkowane społecznemu życiu jednostki, jej stosunek do drugiego człowieka jest sprawą zasadniczej wagi. Właściwy stosunek do bliźniego (żen) to jedno z podstawowych pojęć konfucjanizmu. Termin żen należy do tych, które w tłumaczeniu oddać najtrudniej. Żen jest bowiem główną z cnót człowieka szlachetnego, a zarazem jego podstawowym obowiązkiem wobec całego otoczenia. Zwykle termin ten oddaje się w sinologii europejskiej przez humanitarność, cnota humanitarności, to jest to ludzki do bliźniego stosunek, właściwy stosunek do ludzi.”

Nie przypadkiem więc całą produkcję przenosi się do Chin i robi się z nich fabrykę świata, czyli monopol na światową produkcję. Nie tylko ze względu na liczbę ludności, ale przede wszystkim na mentalność Chińczyków i ich kolektywny styl życia. Ich nie trzeba formować do wymogów globalistów, bo oni zostali takimi uformowani przez konfucjanizm. Europejczyków, tych indywidualistów, nie da się przerobić. Można ich co najwyżej zutylizować poprzez mieszanie z czarnymi, muzułmanami i innymi. I to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Grupa Wagnera

23 czerwca 2023 roku lider Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn oskarżył rosyjskie siły zbrojne o atak na żołnierzy Grupy Wagnera i ogłosił rozpoczęcie „marszu sprawiedliwości”. 24 czerwca żołnierze Grupy Wagnera zajęli Rostów nad Donem. Prigożyn ogłosił, że oczekuje na przybycie Siergieja Szojgu i Walerija Gierasimowa, zaś w przeciwnym razie zagroził zaatakowaniem Moskwy. Wieczorem 24 czerwca Prigożyn poinformował o zakończeniu marszu w kierunku Moskwy (według jego słów żołnierze Grupy Wagnera dotarli na odległość 200 kilometrów od miasta) i rozpoczęciu odwrotu. Krótko wcześniej kancelaria prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki wydała oświadczenie, w którym poinformowała o rozmowach między Łukaszenką a Prigożynem, które miały zakończyć się porozumieniem o zatrzymaniu kolumny wojskowej podążającej w stronę Moskwy. – Tak informuje Wikipedia.

Poniżej fragment artykułu Skąd się wzięli wagnerowcy? z portalu HISTMAG (https://histmag.org/Skad-sie-wzieli-wagnerowcy-24957). Artkuł ten jest fragmentem książki Grzegorza Kuczyńskiego „Wagnerowcy. Psy wojny Putina”. (wytłuszczenia W.L.):

Korzeni wagnerowców, przede wszystkim pod względem personalnym, czyli ludzi, którzy stali u początku działalności tej CzWK (Czastnaja Wojennaja Kompania – Prywatna Firma Wojenna – przyp. W.L.), można doszukiwać się już w firmie pod nazwą Antiterror-Orieł. Skąd nazwa? Od miasta Orzeł w południowo-zachodniej Rosji, gdzie została zarejestrowana ta firma, formalnie ochrony, w 2005 roku. Oficjalnie zamknięta została w 2016 roku, a więc już gdy słowo wagnerowcy zaczęło pojawiać się w mediach. Ale Antiterror-Orieł faktycznie przestała działać dużo wcześniej, a jedną z nowych CzWK powstałych na jej bazie była Moran Security Group, specjalizująca się w ochronie tankowców, portów, platform wiertniczych. Jednym z największych jej klientów była państwowa spółka Sowkomfłot posiadająca flotę tankowców.

Po raz pierwszy o Moranie zrobiło się głośno w Rosji, gdy dziewięciu najemników tej firmy zostało zatrzymanych przez władze nigeryjskie w Lagos w październiku 2012 roku, i oskarżonych o nielegalne posiadanie broni. W lutym 2013 najemnicy wyszli za kaucją, a w październiku pozwolono im opuścić Nigerię. Jeszcze gdy rosyjscy dyplomaci walczyli o pełną wolność dla rodaków-najemników, wiosną 2013 roku Moran Security Group rozpuściła wici wśród weteranów i ruszyły rozmowy kwalifikacyjne do pracy w firmie, którą chyba z perspektywy czasu można nazwać spółką celową Morana powołaną do realizacji konkretnego zadania.

W Hongkongu zarejestrowana została Slavonic Corps Ltd. Choć tak naprawdę wszystko, co jej dotyczyło, działo się – najpierw – w Sankt Petersburgu i Moskwie oraz – potem – w Syrii. Wszak w mieście nad Newą mieszkał i prowadził biznes formalny dyrektor Slavonic Corps Siergiej Kramskoj i jego zastępca Borys Czikin, jak już wcześniej wspomniano, jeden z założycieli Moran Security Group. Wyłącznym właścicielem Slavonic Corps został zaś Wadim Gusiew, również zasiadający w kierownictwie Moran Security Group. Dlaczego szefowie Moran Security Group postanowili otworzyć dodatkowy biznes? Otóż latem 2013 roku dostali zlecenie o charakterze mocno odbiegającym od dotychczasowego profilu firmy. Ministerstwo ropy naftowej i zasobów mineralnych Syrii złożyło propozycję, aby zwerbować, wyszkolić i przysłać „specjalistów” do ochrony obiektów wydobycia, transportu i przerobu ropy. Moran Security Group nie chciała związać się bezpośrednio umową z Damaszkiem. Dlatego kilku menedżerów firmy zarejestrowało w Hongkongu spółkę Slavonic Corps Limited (pol. Korpus Słowiański Sp. z o.o.). Główne biuro zaś i tak działało w Moskwie.

Do września 2013 roku spółka zwerbowała w sumie 267 osób. Zarobki wyglądały atrakcyjnie. Cztery tysiące „zielonych” miesięcznie. Za cięższą ranę 20 kawałków ekstra. A gdyby któryś nie wrócił do domu – nawet 40 tys. dolarów dla rodziny. Całą historię, zdradźmy już teraz że krótką, opisał w swych artykułach dziennikarz portalu Fontanka.ru, Denis Korotkow. Zaakceptowani po rozmowie w biurze Moran Security Group ludzie trafiali do Bejrutu, a stamtąd jechali do syryjskiej Latakii. Kontrakt dotyczący ochrony „obiektów wydobycia, transportu i przerobu ropy naftowej” podpisywali z rządem w Damaszku, ale za akceptacją FSB i rządu Rosji. Mieli ochraniać instalacje naftowe w prowincji Dajr az-Zaur zagrożonej przez dżihadystów z ISIS.

Awanturnicza i krótka historia Korpusu Słowiańskiego miała, jak się okazało, ogromne znaczenie dla przyszłej, nieporównanie dłuższej i bogatszej historii wagnerowców. Gdy oficerowie FSB przesłuchiwali hurtowo sprowadzonych do kraju nieszczęsnych najemników, w administracji kremlowskiej zrodził się pomysł, by na bazie właśnie tych ludzi zbudować coś zupełnie nowego. Idea gdzieś tam sobie na Kremlu krążyła już od kilku lat, ale akurat fiasko Korpusu Słowiańskiego dało dodatkowy impuls, a przede wszystkim kandydatów. Pomysł utworzenia CzWK, która tak naprawdę będzie realizować cele polityki państwa, przy okazji nabijając kabzę jej sponsorom biznesowym, zrodzić się miał jeszcze podczas XIV Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Stankt Petersburgu w czerwcu 2010 roku. Dziewięć lat później rosyjski portal The Bell opowiedział o pewnym zagranicznym gościu, który zainspirował generałów i polityków z Moskwy. Eeben Barlow, były pułkownik armii RPA, założyciel słynnej PMC Executive Outcomes, która zasłynęła z czystek wśród bojowników w Angoli i Sierra Leone, brała udział w kilku wojnach domowych i tłumieniu przewrotów pałacowych na kontynencie afrykańskim.

Według źródeł The Bell, Barlow w czasie forum w Sankt Petersburgu wygłosił krótki wykład poświęcony korzyściom płynącym z działalności najemniczej. Według oficjalnego programu forum Barlow uczestniczył w sesji poświęconej współpracy wojska z sektorem prywatnym i temu, czy można „sprywatyzować” armię. Jednak, jak pisze portal, głównym celem jego wizyty było zamknięte spotkanie z przedstawicielami sztabu generalnego rosyjskiego wojska. Barlow przedstawił im modele tworzenia firm najemniczych i zaproponował warianty funkcjonowania takiej firmy w rosyjskich warunkach. Największą kwestią sporną, jak podawał The Bell, był prawny status takich firm. Wśród przedstawicieli resortów siłowych pojawiły się głosy przeciw legalizowaniu PMC ze względu na problemy z kontrolą nad obrotem bronią. – Już wtedy mówiłem, że prywatne wojskowe firmy z Zachodu i ze Wschodu zaleją Afrykę – i tam, i tam są ludzie, którzy dążą do władzy, wpływów i kontroli nad zasobami. Tak też się stało – powiedział po latach portalowi Barlow, pytany o wizytę w Sankt Petersburgu. Według The Bell, w Rosji pomysł utworzenia grupy „kombatantów”, tj. odpowiednio przygotowanych do działań bojowych wojskowych, którzy odeszli na emeryturę, był omawiany wtedy już od około roku. Plan ten miał poparcie ówczesnego szefa sztabu generalnego gen. Nikołaja Makarowa.

Po historii z Korpusem Słowiańskim w administracji prezydenckiej uznano, że czas na wprowadzenie w życie pomysłów, które jako pierwszy zasugerował Barlow. Trzeba było jednak najpierw znaleźć człowieka, który zepnie to wszystko pod względem biznesowym. Wszak prywatna spółka wojskowa, to spółka prywatna. Nie wiadomo, kiedy wybór padł na Jewgienija Prigożyna. Być może na Kremlu uznano, że przydatne mogą się okazać jego biznesowe kontakty z wojskiem. Poszukując odpowiednich ludzi Prigożyn najpierw rozmawiał z byłym dowódcą zwiadu wojsk powietrznodesantowych pułkownikiem Pawłem Popowskichem, który kierował Związkiem Spadochroniarzy Rosji. Ostatecznie Prigożyn postawił jednak nie na weteranów WDW, ale specnazu GRU. Popowskich zaś kilka lat później zginął w zamachu na ulicach okupowanego Doniecka. Akurat w czasie, gdy wagnerowcy – na zlecenie władz w Moskwie – likwidowali jednego za drugim lokalnych watażków. Ich dowódcą był wtedy niejaki Dmitrij Utkin. To druga, obok Prigożyna, postać najmocniej kojarzona z wagnerowcami. W końcu zresztą to on im nadał mimochodem tą jakże charakterystyczną nazwę.

Po raz pierwszy nazwa „wagnerowcy” pojawiła się na jesieni 2015 roku, gdy zaczął o nich pisać petersburski portal Fontanka. To jego dziennikarz Denis Korotkow, ten sam, który śledził historię Korpusu Słowiańskiego, ustalił, że za przygotowanie bojowe najemników w Grupie Wagnera może odpowiadać płk Utkin. Ten sam, który wcześniej dowodził jednym z oddziałów Slavonic Corps, a po powrocie do kraju i przesłuchaniu przez FSB, trafił do teczki na Łubiance. Dla pomysłodawców tworu nazwanego później Grupą Wagnera był idealnym kandydatem na dowódcę z trzech powodów. Po pierwsze, weteran specnazu GRU w randze oficera. Po drugie, człowiek dobrze znany Prigożynowi, bo przez długi czas pracujący w ochronie jego firm. Po trzecie, bardzo wyrazista postać, pozwalająca nadać dowodzonej przez niego kompanii najemniczej oryginalny i budzący zainteresowanie na całym świecie sznyt.

Dmitrij Walerijewicz Utkin urodził się na Ukrainie (rocznik 1970). Do wojska poszedł jeszcze w końcówce epoki sowieckiej. Jak ustalił Bellingcat, służył w latach 1988– 2008 w jednostce wojskowej 64044, czyli specnazie GRU. Na emeryturę w 2013 roku odchodził już jednak ze stanowiska dowódcy wojskowej jednostki 75143 stacjonującej w Peczorach (obwód pskowski), czyli 700. samodzielnego oddziału specnazu 2. Brygady Specnazu GRU. Jak wielu jego kolegów, zatrudnił się jako najemnik. Trafił na Moran Security Group – być może dlatego, że to tak naprawdę petersburska spółka. Pływał trochę w ochronie statków. Był też jednym z uczestników nieszczęsnej wyprawy Korpusu Słowiańskiego. Po powrocie do Moskwy uniknął kary, a parę miesięcy później trafił na front w Donbasie – na czele własnej grupy najemników nazywanej „grupą Wagnera”. Nie wiadomo, kto go skierował do Prigożyna. Być może było nawet odwrotnie – wszak to biznesmen szukał ludzi do swej najemniczej inicjatywy. W każdym bądź razie w gronie ochroniarzy Prigożyna zaczęto widywać Utkina i uważanego za jego zastępcę Andrieja Troszewa. W listopadzie 2017 Utkin został zaś nawet dyrektorem generalnym należącej do Prigożyna spółki Concord Management and Consulting.

Dlaczego właśnie jego wybrano na dowódcę, a tak naprawdę twarz powstającej formacji najemników? Tutaj musimy wrócić na moment do rywalizacji Łubianki i Akwarium w kwestii kontroli nad najemnikami. FSB zgodziła się na Utkina być może dlatego, że mimo wieloletniej służby w specnazie wywiadu wojskowego, tak naprawdę trudno było go uznać za członka „zakonu GRU”. Ukrainiec ze wsi w obwodzie kirowogradzkim. Nie służył w Moskwie i nie miał powiązań personalnych z ludźmi z centrali wojskówki. Po fiasku wyprawy Korpusu Słowiańskiego FSB nie wsadziła go za kratki (być może nawet wtedy zaczęła się współpraca z Utkinem). Dzięki temu wszystkiemu Łubianka liczyła, że będzie trzymać Utkina na krótkiej smyczy i liczyć na jego lojalność nawet w sytuacji, w której jego formacja musi współdziałać z wojskiem. Bo to, że wagnerowcy będą przede wszystkim zdani na armię, było jasne od początku. Dla Kremla był to też idealny format pozwalający godzić sprzeczne interesy FSB i wywiadu wojskowego.

Reżyserzy spektaklu pod tytułem Grupa Wagnera z pełną premedytacją wykorzystali poglądy i wizerunek Utkina. Faktycznie bardzo specyficzne, zwłaszcza jak na oficera rosyjskiego wojska. Po pierwsze pseudonim. Wagner, na cześć Richarda Wagnera. Były dowódca specnazu ma wielką słabość do wszystkiego, co związane z III Rzeszą. Podczas walk w Donbasie w 2014 roku nosił nawet wojskowy hełm stylizowany na niemieckie z czasów drugiej wojny światowej. A przejścia między namiotami w obozie szkoleniowym wagnerowców nazywano „Die Strasse”. Na nielicznych znanych zdjęciach Utkina widać liczne tatuaże, choćby godło SS, umieszczone w widocznym miejscu na szyi. Nie wydaje się jednak, żeby neonazistowska ideologia była jakoś szczególnie popularna wśród wagnerowców, i nie zmienia tego fakt znalezienia „Mein Kampf” w wirtualnej bibliotece iPada martwego rosyjskiego najemnika w Libii. Niewątpliwie przez szeregi formacji przewinęło się i wciąż przewija niemało różnej maści radykałów.

xxx

O Richardzie Wagnerze Wielka Encyklopedia Powszechna (1962-1970) m.in. pisze:

Poglądy Wagnera erodowały od młodzieńczej orientacji demokratycznej do szowinistycznej ideologii narodowo-rasowej (ukształtowanej m.in. pod wpływem A. Schopenhauera i F.W. Nietzschego), którą podjęli ideolodzy hitleryzmu, pasując Wagnera na wyraziciela ducha niemieckiego i wieszcza III Rzeszy.

xxx

Sposób w jaki Grzegorz Kuczyński opisał historię powstania Grupy Wagnera i jej działalność nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że to państwo rosyjskie, a właściwie jej służby specjalne i wojsko były zaangażowane w jej utworzenie. Najpierw stwarza się wojskowym możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, tak by jeszcze w sile wieku mogli zasilić tego typu oddziały, wnosząc do nich jednocześnie swoje doświadczenie zawodowe. Można więc powiedzieć, że wykorzystywano organy państwowe i zapewne ich finanse do stworzenia prywatnego wojska, które to wojsko miało nieformalnie strzec interesów Rosji za granicą i jednocześnie wzbogacać twórców tej grupy z tytułu świadczonych usług rządom różnych państw. I w taki nieformalny sposób Rosja poszerzała swoje wpływy w różnych rejonach świata. Oczywiście nie tylko Rosja stosuje tego typu praktyki, bo przecież Rosjan wyszkolił południowoafrykański specjalista od takich akcji.

Współczesne rządy państw to zalegalizowane mafie, bo przecież działania, które doprowadziły do powstania Grupy Wagnera, były typowo mafijne, czyli wykorzystanie stanowisk państwowych i finansów państwa do stworzenia prywatnej firmy. A Prigożyn to kryminalista. W wieku 18 lat został skazany za rozbój, kradzież i oszustwo, łącznie na 13 lat pobytu w kolonii karnej, zwolniony po dziesięciu latach. Teraz jest globalnym biznesmenem. Nietrudno domyślić się jego pochodzenia, bo nawet Wikipedia pisze, że zarówno jego ojciec jak i ojczym byli Żydami.

Kiedyś te mafie nazywano monarchiami, które do legitymizacji swojej władzy nie potrzebowały niczego, poza oświadczeniem, że ich władza pochodzi od Boga. Bardzo to było wygodne, ale miało jeden defekt, a mianowicie taki, że jednak monarcha za coś odpowiadał, przynajmniej teoretycznie. Wymyślili więc Żydzi demokrację. W demokracji do legitymizacji władzy potrzebna jest akceptacja ludu, czyli wybory. I to właśnie dlatego te współczesne mafie tak zabiegają o frekwencję wyborczą i o to, by ten lud chodził na wybory. Ale w demokracji nie ma odpowiedzialności za nic, bo w następnych wyborach ci, którzy nabroili odejdą, a nowi nie mogą przecież odpowiadać za błędy swoich poprzedników. Dlatego te mafie zwane rządami są całkowicie bezkarne i mogą tworzyć różnego rodzaju pomniejsze mafie, które podlegają chyba jakimś tajnym organizacjom, nieformalnym grupom w obrębie rządu.

xxx

Wikipedia pisze, że rosyjska Grupa Wagnera próbuje nawiązywać do amerykańskiej Blackwater, jednak jest organizacją bardziej nieformalną i działającą na granicy prawa, a często ją przekraczając. A o Blackwater tak pisze:

Academi (poprzednio jako Blackwater USA, Blackwater Worldwide oraz Xe Services LLC) – amerykańska prywatna organizacja wojskowa założona w 1997 r. przez Erika Prince’a i Ala Clarka. Firma jest alternatywnie nazywana firmą najemniczą lub ochroniarską. Siedziba firmy mieści się w stanie Karolina Północna. W październiku 2007 Blackwater USA zmieniło nazwę na Blackwater Worldwide, a w 2009 r. po odmowie rządu irackiego na przedłużenie kontraktu na Xe. Obecnie firma nosi nazwę Academi, nawiązującą do Akademii Platona.

xxx

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Ogniskami humanizmu są akademie, czyli związki osób, interesujących się starożytnością. Nie należy ich mieszać z ówczesnymi uniwersytetami, choć i te stopniowo dostawały się pod wpływy humanistów.

Akademie te, zakładane zwykle przez ludzi prywatnych, nie miały oficjalnego charakteru; po prostu wielbiciele starożytności schodzili się na zebrania lub biesiady i rozmawiali częstokroć o rzeczach, o których wówczas nie było wolno mówić publicznie.

I tak słynna akademia platońska we Florencji zajmowała się Platonem i usiłowała poglądy filozofa greckiego stosować do dogmatów chrześcijaństwa. Sekundowały jej inne akademie, jak rzymska lub wenecka. Akademia rzymska nigdy nie odbywała jawnych zebrań, lecz zawsze pod osłoną jakiejś uroczystości czy też biesiady, a inne bardzo liczne akademie włoskie ukrywały się także, by uniknąć odpowiedzialności za wolnomyślne poglądy. W ten sposób organizacje te nabrały charakteru związków tajnych, a członkowie ich posługiwali się pseudonimami łacińskimi lub greckimi.

xxx

Z kolei Wikipedia o Akademii Platona m.in. pisze:

Do niedawna sądzono, że Akademia powstała jako stowarzyszenie religijne czcicieli Apollina i Muz – hipotezę tę wysnuwał m.in. Ulrich von Wilamowitz-Moellendorf, który sądził, że skoro Akademia była pierwszą uczelnią i prawa ateńskie nie przewidywały możliwości powstania instytucji tego rodzaju, można uznać za zrozumiałe na gruncie umysłowości greckiej, że Platon założył Akademię właśnie jako stowarzyszenie religijne. Obecnie tezę tę uznaje się za domysł i twierdzi, że Platon mógł założyć Akademię jako stowarzyszenie nieformalne.

xxx

Tak więc bez względu na to, którą akademię mieli na myśli założyciele firmy Blackwater, to nazwa Academi jest bardzo wymowna i sugeruje jej nieformalny czy wręcz tajny sposób działania, przynajmniej w realizowaniu niektórych zadań. Zapewne dotyczy to też Grupy Wagnera.

O co w tym wszystkim chodzi? Na podstawie zacytowanego powyżej tekstu wiadomo, jak powstała Grupa Wagnera. Nie było by to możliwe, gdyby nie akceptacja głównej mafii, czyli rządu i pomniejszych, takich jak służby specjalne itp. Bez ich przyzwolenia nie mógłby Prigożyn stworzyć swojego imperium finansowego i gospodarczego. Nie mogłaby powstać Grupa Wagnera, bo to państwo ma monopol na produkcję broni i amunicji. Jeśli więc teraz dochodzi do próby zamachu stanu czy przewrotu – mając do dyspozycji od 5 do 8 tysięcy żołnierzy i widząc, czym to się skończyło – to trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej hucpie mogło chodzić o wszystko inne, tylko nie o przewrót czy zamach stanu. Skoro Prigożyn schronił się na Białorusi, to może prawdziwym celem była Białoruś. Może chodziło o pogorszenie relacji rosyjsko-białoruskich, o dostarczenie pretekstu do „wyrwania” Białorusi z objęć Rosji i przeciągnięcie jej na stronę przeciwną, bo przecież odtworzenie I RP bez Białorusi, a przynajmniej jej części, nie jest możliwe. To jest oczywiście hipoteza i być może taki scenariusz jest mało prawdopodobny, ale jak zwykle w takich przypadkach przyszłość, bliższa lub dalsza, zweryfikuje wszystkie domysły i przypuszczenia i dowiemy się, o co w tym wszystkim chodziło.

Janusz Waluś

Pod koniec zeszłego roku pojawiły się w wielu mediach informacje, że Janusz Waluś zostanie zwolniony z wiezienia w RPA. Była to okazja do przypomnienia tego wydarzenia sprzed 30-tu lat. Pojawiło się wiele artykułów o nim samym i o jego czynie. Bliższe przyjrzenie się temu, kim był Janusz Waluś i z jakiej pochodził rodziny, skłania do refleksji, a uproszczona interpretacja jego czynu wzbudza podejrzenia, że być może jest w tej sprawie jakieś drugie dno. Wypada jednak zacząć od podstaw. Wikipedia pisze:

Janusz Jakub Waluś (ur. 14 stycznia 1953 w Zakopanem) – południowoafrykański działacz skrajnej prawicy narodowości polskiej, terrorysta i zabójca czarnoskórego lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego.

Urodził się w Zakopanem, na Podhalu, choć publicysta Adam Tycner wskazuje na okolice Szczyrku. W rodzinie, wywodzącej się z Kresów, panowała atmosfera antykomunistyczna. Jego rodzice wraz z Januszem i jego starszym bratem przenieśli się potem do Radomia. Jego ojciec, Tadeusz Waluś, prowadził prywatny zakład zajmujący się produkcją kryształów, w którym pomagał także jego syn.

W młodości uprawiał sporty samochodowe – zdobył tytuł mistrza Polski w kategorii Fiat 127. Mówił, że był „sympatykiem Solidarności, ale bliżej mu było do KPN”.

W 1981 roku wyemigrował do Południowej Afryki, gdzie dołączył do ojca i brata, którzy przybyli tam w połowie lat 70. XX wieku. Wspólnie z nimi, podobnie jak wcześniej w Polsce, prowadził niewielką hutę szkła. Gdy po kilku latach ich rodzinny interes zbankrutował, ojciec opuścił Południową Afrykę, a bracia pozostali w tym kraju, zajmując się różnymi profesjami – starszy brat założył przedsiębiorstwo, a Janusz Waluś został kierowcą ciężarówki.

W 1986 roku przyjął południowoafrykańskie obywatelstwo i silnie zaangażował się w działalność polityczną. W czasie rosnących antagonizmów rasowych, światopoglądowych i narodowych stanął po stronie afrykanerskich nacjonalistycznych działaczy, dążących do utrzymania systemu segregacji rasowej – apartheidu. Wstąpił kolejno do rządzącej Partii Narodowej, następnie Partii Konserwatywnej, a w końcu do neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu (Afrikaner Weerstandsbeweging).

Po tym, gdy w lutym 1990 roku, decyzją prezydenta Frederika Willema de Klerka, uwolniono Nelsona Mandelę i zalegalizowano działalność największych opozycyjnych stowarzyszeń – Afrykańskiego Kongresu Narodowego i Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, ruchy afrykanerskie uległy zradykalizowaniu. Skrajna rasistowska prawica, w której szeregach był Waluś, była zdecydowanie przeciwna postępującym przemianom politycznym. Oprócz sprzeciwu wobec nadania praw obywatelskich i wyborczych czarnej większości obawiała się również skutków rosnącego poparcia dla komunistów.

10 kwietnia 1993 roku zastrzelił Chrisa Haniego, będącego liderem partii komunistycznej, przed jego domem w Boksburgu obok Pretorii.

xxx

To tyle Wikipedia, z której o rodzinie Walusia i jej korzeniach niczego nie dowiemy się. Natomiast Helena Łygas w artykule z 24 listopada 2022 roku Janusz Waluś. Człowiek, który uwierzył, że może zmienić losy świata (https://natemat.pl/451135,janusz-walus-dziecinstwo-zona-corka-i-wnuczka-janusza-walusia) pisze o niej dosyć szczegółowo. Poniżej fragmenty tego artykułu.

Kuba do RPA przyjeżdża jako 28-latek. Południowa Afryka to jego miłość od pierwszego wejrzenia. Trudno zresztą dziwić się komuś, kto wyrwał się z komunistycznej Polski, w dodatku z niesłynącego z urody Radomia. Odurzają go nowoczesne budynki, kosmopolityczne miasta, roślinność, klimat, kolory.

W RPA od pięciu lat mieszka z żoną i córką jego starszy brat Witek, z wykształcenia inżynier. Kuba wyższego wykształcenia nie ma. Mimo że jest inteligentny (a przynajmniej tak mówią o nim nieliczni dziennikarze, którzy przez ostatnie trzy dekady mieli okazję z nim porozmawiać), nigdy nie ciągnęło go za specjalnie do nauki. Ale w więzieniu uczy się portugalskiego i znacznie podszkala angielski. Z nudów.

Kilka lat przed Kubą, Witek ściąga do RPA i ojca, tym bardziej że w Polsce upada jego interes. Bo i Tadeusz Waluś, na przekór ustrojowi, całe życie jest prywaciarzem.

Z matką chłopców – Teresą – poznają się podczas okupacji w Zakopanem.

Są nastolatkami i swoją pierwszą, wielką miłością. Mimo że Teresa w momencie wybuchu wojny ma tylko 15 lat, zgłasza się do pracy na kolei – jej rodzice boją się, że inaczej zostanie wywieziona na roboty do Niemiec. Dziewczyna zostaje sekretarką naczelnika stacji.

Z kolei Tadeusza do Zakopanego przywożą rodzice – w 1939 roku uciekają przed Sowietami z Kresów do Krakowa, ale że syn podupada na zdrowiu, przeprowadzają się w góry. Po wojnie Tadeusz wraca do Krakowa, ale już z Teresą.

Zaczynają studia na Akademii Handlowej. Żadne z nich ich nie skończy. Gdy Teresa zajdzie w ciążę, przeprowadzają się do Kielc, gdzie ojciec Teresy, a dziadek Kuby, jest lekarzem wojewódzkim.

To tu rodzi się Witek Waluś, Kuba przyjdzie na świat już w Zakopanem, gdzie jego babka wspierana przez rodzinę prowadzi pensjonat. Ale zakopiańskiego życia Kuba pamiętał nie będzie.

Jego chrzestną zostanie córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy jest daleką kuzynką Teresy Waluś, więc dziewczyna często przyjeżdża do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską.

Tadeusz często przychodzi do Bierutów. Taka znajomość jest nie do pogardzenia – tym bardziej dla PRL-owskiego prywaciarza. Ojciec Kuby zajmuje się początkowo importem kryształów z Czechosłowacji – popyt na nie jest olbrzymi.

Dziś portrety babci Heleny autorstwa Witkacego wiszą w domu Witka. Wciąż mieszka w RPA. Prowadzi firmę produkującą sprzęt wojskowy na obrzeżach Pretorii. A przynajmniej prowadził, gdy przed pięcioma laty rozmawiał z nim Szymon Opryszek.

Gdy Kuba ma cztery lata Walusiowie opuszczają Zakopane.

Tadeusz rozkręca z bratem kolejny interes – produkcję słodyczy – w tym czekolady. Patentują nawet autorską recepturę. A że czekolada to towar deficytowy i chodliwy nie mniej niż czeskie kryształy, na brak pieniędzy nie mogą narzekać.

Ojciec i wujek jeżdżą ze swoimi czekoladami i lodami do miasta, do Krakowa, ale Witek i Kuba uczą się w wiejskiej podstawówce.

Walusiowie to najbogatsza rodzina w okolicy – jako pierwsi mają telewizor, telefon, samochód. Wyjeżdżają na wakacje zagranicę, do Bułgarii. Sąsiadów z Gaju nie stać nawet na Ustkę.

Mimo to, we wsi ich lubią, bo i Walusiowie są w porządku – dają pracę, nie oszukują. Gdy gubi się ich pies, sąsiedzi ruszają na poszukiwania. Może ze względu na sympatię, a może ze względu na nagrodę – 200 (ówczesnych) złotych. To koszt tygodniowego wyżywienia dużej rodziny. I pół kieszonkowego chłopaków.

Rówieśnicy po lekcjach pracują na roli albo w domu, ale Witek i Kuba nie muszą. Stać ich. I może to przyzwyczajenie do “stać ich” przesądzi w końcu o wyjeździe braci do RPA.

Gdy przestaje być ich stać w Polsce, już w Radomiu, gdzie podupada interes ojca, szukają innych dróg do bycia złotymi chłopcami.

Kuba przyzna zresztą, że z Polski wyjechał za kasą. Nienawiść do komunizmu? W Polsce nie był opozycjonistą, mimo że miał dostęp do rodzącego się w Krakowie środowiska. Może był po prostu oportunistą?

xxx

Wybrane fragmenty z ebooka Cezarego Łazarewicza Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia (https://www.legimi.pl/ebook-nic-osobistego-sprawa-janusza-walusia-cezary-lazarewicz,b377833.html):

Inżynier Witold Stanisław Waluś, syn Tadeusza i Teresy z domu Strzelichowska, urodzony w Kielcach w 1948 roku, z zawodu chemik-ceramik (po krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej), przylatuje samolotem z Wiednia, by rozpocząć nowe życie. Ma wtedy dwadzieścia osiem lat, długie, ciemne włosy spadające na ramiona i gęstą czarną brodę. Towarzyszy mu rok starsza żona Grażyna i ich czteroletnia córka Joanna.

Prośbę o zezwolenie na wyjazd Witold Waluś składa do krakowskiego biura paszportów i dowodów osobistych MSW w sierpniu 1974 roku. W tym samym roku Walusiowie dostają paszporty z pieczątką: „wszystkie kraje świata”. Za łapówkę i po znajomości – mówi dziś Witold. Wyruszają rok później – w czerwcu 1975 roku.

Opowiada o marcu 1968 roku, strajku na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, o całkowitej utracie wiary w socjalizm, ideologicznej ofensywie marksizmu na uczelni, urabianiu i próbie odzyskania przez władzę młodzieży.

Pamięta sierpień 1968 roku, gdy Wojsko Polskie wkraczało z Sowietami do Czechosłowacji, by stłumić tam wolnościowe powstanie. Studentów AGH przebrano wtedy w wojskowe mundury i wysłano na obóz do Morąga. Opowiada:

– Wstydzę się, że jestem w polskim mundurze, i od tej pory nie czuję związku, zamiast „u nas” zaczynam mówić „w Polsce”. Nie wyjeżdżałem z Polski z biedy, za chlebem. Nam się dobrze powodziło, bo nasz ojciec był prywatną inicjatywą. Żyliśmy lepiej niż inni. Uciekaliśmy z komunizmu, a nie z biedy.

Zakopane

Piętrowy, zbudowany z drewna w stylu zakopiańskim dom. Na górze niewielkie – dwupokojowe mieszkanie, na dole – pracownia architektoniczna. Widać stąd Gubałówkę i Giewont. W latach sześćdziesiątych willę podzielono na mieszkania, a w dziewięćdziesiątych zaczął je na raty odkupować i odnawiać Andrzej Kawecki, dyrektor biura promocji Zakopanego. To dzięki niemu nie rozpadła się i nie przegniła.

Przy willi pod tym samym adresem jest dobudówka. W roku 1963 Maria Brzozowska kupiła tę część domu od doktora Bocheńskiego z Krakowa. Jej wnuczka Irena Walter prowadzi teraz pensjonat, ale nie wie, kto mieszkał tu wcześniej. Pamięta, że kilkanaście lat temu przyjechał wysoki, postawny mężczyzna w kapeluszu z wielkim rondem. Mówił, że jest z Południowej Afryki. Towarzyszyła mu kobieta z Azji i mały chłopczyk. Prosił, by oprowadziła go po domu. Zaglądał w każdy kąt, a potem powiedział, że spędził tu dzieciństwo.

Irena Walter nie słyszała nigdy o Julii Mallisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie do Zakopanego. Tu Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej, który mieści się w wybudowanej na początku XX wieku przez cieślę Jana Ustupskiego willi „Pyszna” przy ulicy Chramcówki. Tu też Helena spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, porucznika cesarskiej i królewskiej Armii Austro-Węgier, za którego wychodzi za mąż w 1920 roku. Strzelichowski robi w międzywojennej Polsce karierę administracyjną i zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w Peczeniżynie, w województwie stanisławowskim. Mieszka z żoną w służbowym dworku szlacheckim. Szybko przestają z sobą rozmawiać i się rozstają. Helena wraca do Zakopanego z urodzoną w 1924 roku córką Teresą i gdy na początku lat trzydziestych umiera Błażowska, przejmuje z matką willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, córka Heleny, w chwili wybuchu wojny ma piętnaście lat. Żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zgłasza się do pracy na kolei. I aż do zakończenia wojny jest sekretarką niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem. To przyszła matka Witolda i Janusza. Ojciec chłopców Tadeusz jest o rok młodszy od Teresy. Rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku, ale Tadeusz urodził się na Kresach w majątku Hanusowszczyzna, między Nowogródkiem a Nieświeżem. Gdy w 1939 roku wchodzą tam Rosjanie, jego rodzice na czas uciekają do Krakowa, a potem przenoszą się do Zakopanego, by leczyć chorego syna. Tu w czasie okupacji Tadeusz i Teresa poznają się bliżej.

Po wojnie rozpoczynają studia na Akademii Handlowej w Krakowie, ale ich nie kończą. W lipcu 1947 roku biorą ślub. Pierwszy ich syn, Witold Stanisław, rodzi się dziesięć miesięcy później w Kielcach. W Kielcach, bo ojciec Teresy, doktor Strzelichowski, został tu mianowany po wojnie lekarzem wojewódzkim i chce mieć pod kontrolą przyjście na świat pierwszego wnuka. Drugi ich syn, Janusz Jakub, rodzi się pięć lat później, już w Zakopanem.

xxx

Tadeusz i Teresa to rodzice Janusza Walusia. Jego chrzestną jest córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy, bez nazwiska i imienia, jest daleką kuzynką Teresy Waluś. Czyli jedna z żon Bieruta, a miał ich wiele i przynajmniej niektóre z nich były Żydówkami, jest kuzynką matki Walusia. Magda przyjeżdża często do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską, matkę Teresy.

Irena Walter nie słyszała o Julii Mellisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie, czyli po I wojnie światowej, do Zakopanego. Julia Mellisa – to imiona, nazwiska brak. Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej. Tu Helena, też bez nazwiska, spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, za którego wychodzi za mąż i w końcu dostaje nazwisko. Teraz jest Heleną Strzelichowską. Strzelichowski zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w województwie stanisławowskim. Szybko się ze sobą rozstają, tak jakby chodziło tylko o zmianę nazwiska, i Helena wraca w 1924 roku z córką Teresą (matką Walusia) do Zakopanego. Gdy na początku lat 30-tych umiera hrabina Błażowska, przejmuje z matką, czyli Julią Mellisą, willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, 15-latka, córka Heleny, wnuczka Julii Mellisy, żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zostaje sekretarką u niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem.

O ojcu Walusia, Tadeuszu, wiadomo tyle, że urodził się w majątku na Litwie, choć rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku. W jaki sposób tam trafili? Co tam robili? O tym autor, Cezary Łazarewicz, nie wspomina. Gdy we wrześniu 1939 roku weszli tam Rosjanie, jak napisał autor, to rodzice Tadeusza uciekają do Krakowa. Jak? W jaki sposób przedostali się przez linię frontu radziecko-niemieckiego?

Po wojnie Tadeusz często odwiedza rodzinę Bierutów. Zajmuje się importem kryształów z Czechosłowacji, następnie – produkcją słodyczy. W tamtych latach, szczególnie 40-tych, 50-tych, 60-tych, nie każdy mógł prowadzić działalność gospodarczą, czyli jak to się wtedy mówiło, zostać prywaciarzem. A już taki interes jak import kryształów z Czechosłowacji, to tylko dla wybranych. Podobnie rzecz się miała, gdy chodziło o produkcję słodyczy. Władze PRL-u wydawały pozwolenia na taką działalność tylko nielicznym, a to oznaczało, że ci którzy dostąpili tego zaszczytu nie mieli konkurencji, co oznaczało, że bardzo szybko bogacili się.

xxx

Z przedstawionych informacji wynika, że rodzina Walusia, nie była przeciętną polską rodziną. Na ich podstawie, a także na braku czy zatajaniu pewnych informacji czy faktów, można domniemywać, że miała ona żydowskie korzenie. Nawet fakt, że brat Walusia dostał paszport w 1974 roku, a wyjechał w 1975, świadczy o tym, że nie był to przeciętny obywatel PRL-u. W tamtych czasach było bardzo trudno dostać paszport indywidualnie. Łatwiejsze to było przy wyjazdach z państwowymi biurami podróży, ale wycieczki na Zachód były bardzo drogie i mało kogo było na to stać. Po powrocie trzeba było od razu oddać paszport na komendę milicji. Nie było takiej opcji, by przeciętny obywatel mógł przez rok trzymać paszport w domu w szufladzie. Zastanawiający też jest jego antykomunizm, dla którego nie było praktycznie uzasadnienia. Sztucznie to wszystko wyglądało. Ale ani on, ani jego ojciec czy brat, nie mieli problemu z otrzymaniem paszportu i dostaniem się do RPA, czyli państwa, które nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych z krajami komunistycznymi i bardzo starannie prześwietlało potencjalnych imigrantów. A tu „antykomunistyczna” rodzina, utrzymująca zażyłe kontakty z najwyżej umocowanymi w państwie komunistami, wjeżdża sobie do RPA jak do stodoły. Dla przedstawicieli pewnej nacji nie istnieją granice i wszędzie doskonale sobie radzą.

I tak dochodzimy do momentu, gdy „wielki” antykomunista, Janusz Waluś, którego chrzestną jest córka Bieruta, zabija południowoafrykańskiego komunistę Chrisa Haniego. Cyrk nad cyrki. Jaki był motyw? No bo przecież zabójstwo pojedynczego komunisty, nawet jeśli był liderem partii komunistycznej, niczego nie zmieniło i nie mogło zmienić. Jednak cały świat dowiedział się, że Polak, fanatyczny antykomunista, członek neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu, zabił południowoafrykańskiego komunistę. Jaki więc był motyw? Bardzo możliwe, że było ich wiele. W każdym razie Polska, jako państwo, wizerunkowo na tym nie zyskała, a raczej straciła.

xxx

Na portalu Nowy Ład Adam Szabelak, autor książki „Wczoraj i dziś Burów”, w wywiadzie z Kacprem Kitą Kim jest Janusz Waluś? Jak wpłynął na historię RPA? Adam Szabelak (https://nlad.pl/kim-jest-janusz-walus-jak-wplynal-na-historie-rpa-adam-szabelak/) rozjaśnia nieco skomplikowaną sytuację polityczną w RPA. Poniżej wybrane fragmenty:

AS (…) Waluś swoim czynem, zabicia Chrisa Haniego, tu spotkałem się z głównym poglądem wdrażanym przez większość osób, z którymi rozmawiałem. To, że Waluś zabił Haniego umożliwiło Afrykańskiemu Kongresowi Narodowemu przejęcie pełni władzy w Południowej Afryce. Dlaczego? Dlatego, że po tym wszystkim Mandela – który wcześniej był po prostu liderem partyjnym, nie był prezydentem, nie miał żadnej funkcji państwowej – wystąpił w telewizji i powiedział tak:

Biały człowiek, rasista, zwolennik apartheidu, zabił Chrisa Haniego, ale jednocześnie to biała kobieta, Afrykanerka, zadzwoniła na policję i doniosła na Walusia, informując ją, że to właśnie on zabił. Jeżeli tak było, znaczy że są źli biali ludzie, ale też są biali ludzie w porządku. Powołajmy komisję prawdy i pojednania, pojednajmy się i budujmy razem przyszłość, bo po wykluczeniu rasistów będziemy w stanie zbudować nasz tęczowy naród.

I Mandela dzięki temu zyskał niekwestionowany autorytet w społeczeństwie południowoafrykańskim i tu był też element jednoczenia się. Po prostu nastąpił kryzys, ludzie jednoczyli się wokół Mandeli.

KK No tak, tylko czy Waluś osiągnął swój cel? Rozumiem, zabił Haniego, ale w praktyce umożliwiło to przejęcie władzy Mandeli, który w dłuższej perspektywie i tak realizuje postulaty komunistów. Czy to nie jest tak, że Waluś był trochę przeciw skuteczny? (…).

AS Waluś, jako swój główny cel, przedstawił po prostu zatrzymanie procesu przemian, upadku apartheidu. On nie był zaangażowany w tworzenie afrykanerskiego Volkstaat (narodowe państwo Afrykanerów – przyp. W.L.), tak samo afrykańscy nacjonaliści, z którymi był powiązany. To nie była ich wielka idea. To była koncepcja, która jakoś między nimi krążyła. Waluś po prostu… trudno mi powiedzieć, żeby miał głębszą wizję tego, co zrobił. Zrobił to, co uważał za słuszne i tyle. Tak samo jak głębszej wizji nie było w tym całym środowisku afrykanerskim.

(…) Mając te kilka lat po zmianie systemu Afrykanerzy nie stworzyli jednej spójnej wizji tego, co chcą. Dlaczego? Dlatego, że biali ludzie w Afryce Południowej byli już po prostu zmęczeni okresem ciągłego napięcia lat 80-tych i 90-tych. Nie mieli żadnej konkretnej idei, która by ich zjednoczyła, dałaby im poczucie sensu. I po prostu przytakiwali na to, co się dzieje. Pozwolili na to, żeby działo się to, co się dzieje. Oni byli lepiej sytuowani od czarnych. Większość białych miało wodę w kranie, elektryczność, było w miarę bezpiecznie i po prostu ignorowała to wszystko, co się dzieje.

Podczas referendum w latach 90-tych, które jest często przedstawiane jako referendum, w którym biali ludzie w 2/3 wyrazili przyzwolenie na zniesienie apartheidu. Nie do końca tak było, bo większość ludzi w tym referendum wyraziła się za dalszymi negocjacjami z Afrykańskim Kongresem Narodowym. To nie jest równoznaczne. To zupełnie dwie różne odpowiedzi. Ludzie chcieli dalszych negocjacji, chcieli normalizacji sytuacji, żeby już bomby nie wybuchały, żeby nie było masowych demonstracji, żeby nie było najazdów na osiedla z maczetami, gdzie ludzie zarzynali się. Chcieli normalizacji, a zostali wmanewrowani. Po latach Afrykanerzy znowu się organizują, obudzili się z tego snu i dążą do tego samostanowienia, którego nie uzyskali w latach 90-tych.

KK Czyli rozumiem, że większość Afrykanerów była bierna wobec tej rzeczywistości, w której oni byli uprzywilejowani, a potem również byli bierni wobec transformacji. (…).

AS (…) W czasach apartheidu były trzy wizje tego rozwoju. Jedna z koncepcji mówiła, że należy natychmiast zerwać z czarną, tanią siłą roboczą i doprowadzić do tego, żeby czarni żyli u siebie, żeby biali żyli u siebie. I to biali mieli pracować na siebie, nie korzystając z czarnoskórych służących, z czarnoskórych pracowników kopalń i tak dalej. Druga koncepcja była taka, że mimo że czarni będą żyli na swoim terytorium, no to można korzystać z ich siły roboczej, bo rezygnacja z taniej siły roboczej przyniesie szkody gospodarcze. A trzecia koncepcja była pośrednia, która mówiła, że można korzystać z czarnej siły roboczej, ale czasowo i systematycznie to ograniczać, żeby doprowadzić do modelu idealnego, w którym biali będą pracowali dla siebie. Ostatecznie wygrała ta koncepcja, gdzie mówiono o odrębnym rozwoju, ale tak naprawdę korzystano z czarnoskórych pracowników, nie mając dla nich wiele szacunku (…).

Symbolem Oranii – czyli miasteczka afrykanerskiego, ale typowo afrykanerskiego, zbudowanego od zera, gdzie mogą osiedlać się ludzie, którzy są związani afrykanerską kulturą, mówią w języku afrikaans, chcą pracować sami dla siebie – symbolem tego miasteczka jest mały chłopiec z podwiniętymi rękawami, który symbolizuje to, że ten nowy ruch afrykanerski sam bierze odpowiedzialność za swoją przyszłość. I właśnie jedną z zasad tej Oranii jest to, że Afrykanerzy wykonują wszystkie prace: czyszczą toalety, budują domy, kładą cegły i piszą algorytmy do programów komputerowych. Może jest to taka lekcja, którą Afrykanerzy po wielu latach odrobili i odrobili ją w bardzo imponujący sposób, trzeba im to przyznać. Zbudowali de facto, a raczej budują, państwo w państwie. Mają swoje uniwersytety, swoje związki zawodowe, które zrzeszają po 2-3 miliony ludzi. Mają największe organizacje praw człowieka w całej Afryce. Mają swoje media, mają swoje organizacje, które zapewniają pomoc socjalną biednym Afrykanerom. Tak więc budują alternatywną rzeczywistość, mimo tych niesprzyjających warunków.

xxx

Z tego, co mówi Adam Szabelak wynika, że Waluś nie miał żadnej wizji i chciał powstrzymać upadek apartheidu. Dodał, że takiej wizji nie miało cale środowisko afrykanerskie. Jeśli tak, to oznacza to, że działanie to było przypadkowe lub też ktoś inny motywował Walusia do tego czynu i inny był jego cel. Efekt był taki, że działanie Walusia wyniosło Mandelę do władzy i realizował on to, przeciw czemu opowiadał się Waluś. To uniemożliwiło Afrykanerom wynegocjowanie odpowiednich dla siebie warunków i być może rozpoczęcie budowy własnego państwa. Można więc powiedzieć, że Waluś działał wbrew interesom Afrykanerów.

Jednak Afrykanerzy zaczęli w końcu budować swoje państwo. Co się odwlecze, to nie uciecze. Budują więc oni państwo w państwie. I w tym momencie wypada zapytać: kto im na to pozwala? Jeśli rząd RPA toleruje budowę takiego państwa, to znaczy, że podcina gałąź na której siedzi, bo przecież taki ruch separatystyczny może wywołać podobne reakcje u Afrykanów, obywateli RPA, którzy nie tworzą przecież jednolitego społeczeństwa. Wprost przeciwnie, są skłóceni, bo oni są na etapie organizacji plemiennej. Jeśli natomiast rząd RPA nie ma na to wpływu, to znaczy, że ktoś inny kieruje tym państwem. W sytuacji, gdy na całym świecie Murzyni są faworyzowani w wielu dziedzinach, takie zachowanie Afrykanerów zastanawia. A jeszcze bardziej zastanawia fakt, że nikt o tym głośno nie mówi i nie sprzeciwia się temu. Bo według Adama Szabelaka, który przebywał w RPA w latach 2020 i 2021 i z bliska obserwował, co się tam dzieje, budowanie tego państwa trwa już od jakiegoś czasu. Gdzie są więc te wszystkie organizacje sponsorowane przez różnych filantropów, które tak walczą z rasizmem?

xxx

W blogu Naród cz. 2 cytowałem Ryszarda Kapuścińskiego, który ponad 40 lat temu pisał:

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

xxx

Czy można z tego cytatu wysnuć wniosek, że Afrykanerzy są szczególnie traktowani przez Żydów? Tak, jak kalwińska Szwajcaria? I dlatego jest tak cicho o działaniach Afrykanerów?

O co zatem chodziło w tym morderstwie i kto miał na tym skorzystać? Odpowiedź na to pytanie jest trudna, bo południowoafrykańskie realia są nam mało znane i być może wielu rzeczy nie wiemy. Na pewno skorzystał na tym Nelson Mandela. Być może było to też na rękę Afrykanerom, bo państwo, które wtedy powstało na zasadzie pewnego kompromisu, nie spełnia oczekiwań wielu jego obywateli. I teraz Afrykanerzy mają argument, by budować własne państwo. Może też ten polski wątek miał na celu osłabienie wizerunku Polski i Polaków w oczach opinii światowej, co w kontekście obecnych wydarzeń i kreowania Polski na kraj, który dąży do wojny z Rosją, nie jest bez znaczenia. Wszak za Walusiem opowiada się tzw. skrajna prawica narodowa i środowiska tzw. kiboli. Swoje trzy grosze dorzuca Grzegorz Braun, który nazwał Walusia „ostatnim żołnierzem wyklętym”.

Kautsky o reformacji

Na temat reformacji przedstawia się nam na ogól interpretację o Kościele w stanie rozkładu i o tych, którzy na to się nie godzili i zaprotestowali i stąd nazwano ich protestantami. Ale takie postrzeganie tego zjawiska, jakim była reformacja, wydaje się jednostronne. Karol Kautsky w swojej pracy Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej wybrane z nich fragmenty dotyczące reformacji (wytłuszczenia W.L.). Źródło oryginalnego tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

Upadek potęgi papieskiej

Kościół był w czasach reformacji inny niż w okresie wczesnego średniowiecza. W średniowieczu był on organizacją spajającą w jedną całość państwo i społeczeństwo; w epoce reformacji byt zwykłym narzędziem administracji państwowej; podstawy państwa uległy już wówczas zmianie. Z oddzieleniem tedy kościoła od Rzymu zniknął ostatni czynnik, który pozwalał jeszcze, aby w państwie w dalszym ciągu trwało do pewnego stopnia panowanie kościoła – złudzenie tradycyjne; duchowni kościołów reformowanych stali się już teraz wszędzie sługami władz państwowych, tam zaś gdzie władzę dzierżyli monarchowie – urzędnikami ich absolutyzmu. Nie kościół już określał, w co ludzie mają wierzyć i jak postępować; władza państwowa określała, czego miał nauczać kościół.

Nie wszystkie narody i nie wszystkie klasy w tych narodach miały interes w zerwaniu z papiestwem. Więc przede wszystkim nikt we Włoszech. Im więcej rozwijała się produkcja towarowa, im myśl narodowa stawała się głębsza, tym bardziej Włosi robili się papiescy: panowanie papieży nad światem chrześcijańskim oznaczało panowanie nad nim Włoch, oznaczało jego wyzysk przez Włochy.

Pan krajów habsburskich, cesarz, też nie był zainteresowany w reformacji. I jego władza w Niemczech była niewiele więcej realna niż władza papieża; i jedna, i druga polegały częściowo na tych samych złudzeniach i musiały wraz z nimi zniknąć. Żądać więc od cesarza, by się papieża wyrzekł, było to żądać od niego samobójstwa. A równie mały interes miał on w reformacji jako pan pstrej mieszaniny krajów habsburskich. Między krajami tymi katolicyzm stanowił potężny czynnik łączności i tylko też pod wodzą katolicyzmu można było spodziewać się: krucjaty całego chrześcijaństwa przeciw Turkom; taka zaś krucjata musiałaby przede wszystkim wzmocnić dom habsburski. Reformacja oznaczała wyrzeczenie się wszelkiej nadziei tej krucjaty.

Równie mało przyczyn do zrywania z papiestwem mieli władcy Francji i Hiszpanii, a w tych krajach decydowała wówczas władza i wola królewska. Handel i produkcja towarowa w obu tych krajach wcześnie się rozwinęły. Najwcześniej nastąpiło to we Francji południowej, gdzie zerwał się też pierwszy wybuch oburzenia przeciw przemocy papieskiej – “kacerstwo” albigensów, których wytępiono w krwawej rozprawie na początku XIII wieku. Lecz co się nie powiodło republikom miejskim na południu Francji to udało się w następstwie królom francuskim. Ludwik “Święty” już w roku 1269 wydal sankcję pragmatyczną, którą w 1438 roku odnowił i rozszerzył Karol VI. Sankcja ta w znacznym stopniu uniezależniała duchowieństwo francuskie od Rzymu i poddała je władzy króla, czyli dała ona w zasadzie to samo, co prawie w sto lat później książęta niemieccy osiągnęli w czasie reformacji. Król francuski miał decydujący głos przy obsadzaniu wyższych stanowisk kościelnych; opłaty na rzecz papieży bez pozwolenia królewskiego były we Francji zakazane.

Podobnie sprawy miały się w Hiszpanii. Od 1480 roku istniała tam inkwizycja jako narzędzie policyjne władzy króla, który mianował inkwizytorów i posługiwał się ich instytucją do swych politycznych celów. I z Hiszpanii tak samo jak z Francji papież nie mógł otrzymywać pieniędzy bez zezwolenia królewskiego.

Za zgodę na sprzedaż odpustów w kraju – która to sprzedaż dała impuls do reformacji – Leon X musiał drogo zapłacić Francji i Hiszpanii. Karol V otrzymał odeń pożyczkę 175 tysięcy dukatów; Franciszek I zatrzymał sobie ładną cząstkę dochodu z odpustu. Z książąt niemieckich tylko jeden prymas moguncki, jako książę kościoła oraz władca świecki, był dość potężny, aby zażądać – i otrzymać – udział w owym łupie. Inni książęta niemieccy nie dostali nic, co ich ogromnie oburzyło i wzmogło życzliwość ich dla reformacji.

Królowie i kler we Francji i Hiszpanii wskutek wyższego rozwoju ekonomicznego tych krajów już przed reformacją nie tylko otrzymali w ogólnych zarysach to wszystko, co książęta i kler w Niemczech musieli dopiero zdobywać w ciężkiej walce, lecz byli już tak silni, iż mogli w owych krajach myśleć o tym, aby z papieża uczynić swe narzędzie, aby wyzyskać dla samych siebie jego wpływy oraz władzę. Nie tylko więc nie mieli najmniejszego interesu wyrzekać się papiestwa, ale raczej przeciwnie, byli mocno zainteresowani w tym, aby utrzymać jego władzę nad światem chrześcijańskim, bo ta władza była w istocie ich władzą.

Już w początkach XIV wieku królowie francuscy wzmogli się dość na siłach, aby uzależnić od siebie papieży rzymskich, którzy też w latach 1308-1377 obrali sobie za siedzibę Avignon leżący na ziemi francuskiej. I nie wpływ kościoła, tylko wzmocnienie się Włoch i wzrost w nich myśli narodowej i monarchistycznej, które ich rozwój ekonomiczny za sobą pociągnął, umożliwiło w końcu papieżowi wydostanie się spod wpływów Francji i powrót do Rzymu. Ale wówczas Francuzi rozpoczęli próby poddania sobie Włoch razem z papieżem. Tę samą próbę rozpoczęła też Hiszpania, która w początkach reformacji w najpomyślniejszym dla siebie była położeniu, gdy Karol V obie piastował korony, cesarsko-niemiecką i hiszpańską.

Gdy książęta niemieccy zaledwie ostrożnie i omackiem próbowali otrząsnąć się z jarzma papieskiego, właśnie wtedy obie potęgi katolickie, Francja i Hiszpania, zawzięcie walczyły ze sobą o władzę nad papieżem. W 1521 roku papież Leon X poddał się cesarzowi Karolowi i ten w tym samym roku skazał Lutra na wygnanie z granic cesarstwa niemieckiego.

Następca Leona, Hadrian VI, był “kreaturą jego cesarskiej mości”. A gdy Klemens VII, który przyszedł po Hadrianie, usiłował wyzwolić się spod wpływów cesarza, wtedy ten obrońca wiary katolickiej wysłał przeciw “ojcu świętemu” swych lands-knechtów, kazał wziąć Rzym, złupić go i zniszczyć.

Jeżeli Wiochy, Francja i Hiszpania zostały katolickie, to nie należy tego, jak się zazwyczaj czyni, przypisywać ich umysłowemu zacofaniu, ale raczej ich wyższemu rozwojowi ekonomicznemu (I). Były one panami papieża i za jego pośrednictwem wyzyskiwały germański świat chrześcijański. Ten zaś był zmuszony wyzwolić się z pęt papiestwa, aby ujść wyzyskowi; ale mógł to uczynić tylko urywając łączność z najbogatszymi i najwyżej rozwiniętymi krajami w Europie. A przeto w tym sensie reformacja była istotnie walką barbarzyństwa przeciw kulturze. Nie jest to przypadek, że czołowymi szermierzami reformacji stały się dwa najbardziej zacofane narody w Europie, Szwecja oraz Szkocja.

I – Tak samo jak niektórzy historycy mistyfikują nas przedstawieniem walki protestantyzmu z katolicyzmem jako zmagania się pomiędzy jakimiś dwiema zasadami – “autorytetu” i “indywidualizmu” – tak samo Niemcy przedstawiani są jako jakiś od Boga uprzywilejowany naród indywidualistów, ludy zaś romańskie jako niewolnicy autorytetu. Niemcy mają mieć wrodzoną skłonność do protestantyzmu, a ludy romańskie do katolicyzmu. Bardzo to wygodny sposób objaśniania zjawisk historycznych.

Przez to oczywiście nie chcemy ani trochę potępiać reformacji. Stwierdziliśmy fakt powyższy, bo on nam tłumaczy, dlaczego to w Anglii i Niemczech najbardziej wykształceni ludzie o reformacji wówczas nie chcieli nawet słuchać – rzecz niezrozumiała, gdy się jak dotychczas zazwyczaj przyjmuje, że reformacja była w istocie swej zjawiskiem natury umysłowej, walką wyższej umysłowości protestanckiej przeciwko niższej, katolickiej.

Rzecz miała się wprost odwrotnie. Humanizm był całkowitym przeciwieństwem reformacji.

Humanizm

Pogaństwo i katolicyzm

Produkcja towarowa, która wyparła feudalny sposób wytwarzania, jak to już niejednokrotnie zaznaczaliśmy, rozwinęła się była przede wszystkim we Włoszech – tym kraju, gdzie zachowały się jeszcze niezliczone wspaniałe pozostałości po rzymskim pogaństwie i gdzie tradycje tego pogaństwa starożytnego nigdy całkowicie nie wymarły. Rozwijające się stosunki handlowe z Grecją dały Włochom sposobność zaznajomienia się też z piśmiennictwem starożytnej Hellady, które jeszcze lepiej odpowiadało nowemu sposobowi myślenia niż literatura rzymska. Włoskie republiki handlowe, które duchowo i materialnie usiłowały otrząsnąć się z feudalizmu, były zachwycone znalazłszy w literaturze starej handlowej republiki ateńskiej sposób myślenia, który im w tylu punktach odpowiadał – podobnie jak życie materialne zarówno tu jak i tam wykazywało wiele podobieństwa; na domiar ten sposób myślenia był już tam wszechstronnie rozwinięty i wyrażony w najwspanialszej formie. To, co nowopowstający system produkcji musi kiedy indziej z trudem dopiero sobie tworzyć – nowy pogląd na świat, nową naukę, nową sztukę – to przedstawiciele duchowi szybko rozwijającego się we Włoszech od XIV wieku sposobu wytwarzania potrzebowali tylko odgrzebać spod gruzu, którym średniowiecze przysypało świat antyczny.

Zaczęło się studiowanie starożytności jako środka do zrozumienia teraźniejszości własnej, aby zadać cios śmiertelny obumierającym resztkom ginącej a tak niedawnej przeszłości. Kierunek umysłowy, który rozwinął się pod wpływem tych badań, nosi miano renesansu, czyli odrodzenia (mianowicie starożytności) i humanizmu (dążenia do czysto ludzkiego wykształcenia w przeciwieństwie do scholastycznej teologii, która zajmowała się oprawami boskimi). Pierwsza z tych nazw jest mianem nowego kierunku w sztuce, druga – w literaturze.

W starożytności, jak i w wiekach średnich, produkcja towarowa i handel zrodziły się w łonie republik miejskich. Ale to, co w starożytności było punktem najwyższym rozwoju społecznego, to stało się pod koniec średniowiecza punktem wyjścia nowego społeczeństwa. Widzieliśmy już powyżej, jak początki kapitalistycznego systemu produkcji wytworzyły monarchię absolutną oraz ideę narodową. Toteż humaniści stali się najgorętszymi zwolennikami łączenia się narodu pod jednym berłem, jakkolwiek rozmiłowani byli w Cyceronie i Demostenesie i jakkolwiek wielu z nich było rodem z republik miejskich. Już ojciec humanizmu, florentyńczyk Dante (1265-1321), głosił się monarchistą i płomiennym wyznawcą zjednoczenia Włoch, chociaż musiał się w tym celu uciekać do cesarza, bo papieże byli w jego czasach narzędziem w rękach Francji. Lecz po powrocie z Avignonu oni to stali się tą silą, około której skupiała się większość humanistów włoskich i po której spodziewano się, że zjednoczy Włochy.

Humaniści byli w większości swej zdania, iż rozwijające się państwo nowoczesne wymaga posiadania jednoosobowego wierzchołka. Lecz właśnie dlatego, iż według nich losy państwa i w dobrem, i w złem zawisły od osoby panującego – a ten pogląd za ich czasów znajdował usprawiedliwienie w stosunkach rzeczywistych – nie było to bynajmniej sprawą obojętną, jakiego rodzaju człowiekiem będzie panujący. Ale co więcej, według zapatrywań humanistów, zupełnie tak samo jak było nieodzowne, aby panujący rządzili krajem, tak było też konieczne, aby oni, humaniści, rządzili panującymi, wychowywali ich i kierowali nimi. Zależało to tylko od osobistego charakteru poszczególnych humanistów, jak daleko sięgające wyciągali oni konsekwencje z tych swoich zapatrywań. Panujący byli konieczni dla dobra ludów, lecz tylko panujący dobrze myślący, tzn. myślący humanistycznie. Opierać się złemu panującemu, zrzucić go z tronu, ba! nawet zamordować, aby zrobić miejsce dla lepszego, nie stało to bynajmniej w sprzeczności z zasadami humanizmu, aczkolwiek tylko nieliczni humaniści dość mieli odwagi, aby te nauki swoje w czyn wprowadzać. Było pomiędzy nimi i dużo zwykłych pochlebców bez charakteru. Na ogół jednak wszyscy podtrzymywali swe roszczenia do sprawowania duchowych rządów nad panującymi. Ideolodzy kiełkującej burżuazji byli w tym względzie tylko przedstawicielami jej klasowego stanowiska, któreśmy już poznali.

Znamiennym rezultatem tego stanowiska jest niezliczona moc publikacji humanistycznych, mających za zadanie pouczać panujących, jak mają oni urządzać państwa i jak nimi rządzić. Najbardziej znaną książką tego rodzaju jest “Książę” Machiavellego.

Lecz nie było to wcale ze strony humanistów tylko próżne, z palca wyssane uroszczenie. Humaniści stanowili rzeczywistą siłę, której ówcześni panujący istotnie potrzebowali i o którą musieli starać się by mieć ją po swojej stronie. Panującym potrzebne były podówczas nie tylko materialne środki burżuazji, lecz i zasoby umysłowe jej ideologów. “Opinia publiczna”, tzn. poglądy miejskiej, mieszczańskiej ludności stanowiły rzeczywistą silę, a tą siłą w czasach i krajach, gdzie kwitł humanizm, on to właśnie kierował i rządził. A i do swoich spraw administracyjnych panujący potrzebowali uczonych nowego kierunku. Bo nie powstała jeszcze wówczas biurokracja i humaniści byli jedynymi ludźmi, którzy – obok prawników oraz wyższego duchowieństwa, a nawet lepiej od tego ostatniego – potrafili zarządzać sprawami państwa i spełniać przy panujących funkcje doradców i posłów zagranicznych. Nie był to bynajmniej czczy frazes, gdy cesarz Maksymilian wykrzyknął: “Uczeni powinni rządzić, nie zaś być podwładnymi; należy im się cześć najpierwsza, bo Bóg i natura postawiła ich wyżej od innych”. Z wyjątkiem książąt niemieckich, szczególnie północnych, którzy, zgodnie z ekonomicznym zacofaniem Niemiec, mało troszczyli się o humanistów i bardzo skąpo ich traktowali, każdy książę starał się ściągnąć na swój dwór jak największą liczbę humanistów, wybitni zaś uczeni odbierali hołdy nieomal książęce. Uczeni odgrywali w owych czasach inną na dworach rolę niż obecnie; traktowani byli nie jak uczeni służebnicy, których się toleruje, lecz jak wielce poszukiwani przyjaciele panujących. Tą okolicznością da się poniekąd wytłumaczyć zachowanie się Henryka VIII wobec More’a.

Podobnie niekonsekwentni jak w swych poglądach politycznych byli też humaniści i w przekonaniach religijnych. Jak tam, z jednej strony, unosili się nad starożytnymi republikanami, a jednocześnie byli za monarchią, tak tutaj stawali się, z jednej strony, coraz bardziej pogańscy, z drugiej – byli przy tym wszystkim zdecydowanymi katolikami. Jak nowy sposób produkcji stał w przeciwieństwie do feudalnego, tak też i nowy pogląd na świat feudalnemu się sprzeciwiał. Im bardziej stary sposób wytwarzania podupadał, tym zuchwałej lekceważyli sobie humaniści wszystkie zakazy tradycyjne, drwili z form średniowiecznych życia małżeńskiego i rodzinnego, i z wierzeń religijnych średniowiecza.

Pogaństwo i protestantyzm

We Włoszech humanizm odpowiadał interesom realnym. Inaczej było w krajach germańskich. Tutaj był on i pozostał zawsze rośliną egzotyczną, która nie była w stanie zapuścić w grunt korzeni. Tym pilniejszą potrzebę niemieckiego humanizmu stanowiła jak najściślejsza jego łączność z Włochami, skąd przychodziła wszelka nauka i sztuka. Tylko dopóki owa łączność trwała, humaniści mogli mieć nadzieję, iż zdołają opanować północne barbarzyństwo, panujące zwłaszcza w Niemczech, i że zdołają pozyskać dla siebie klasy rządzące. Zerwanie z Rzymem oznaczało dla nich katastrofę ich zamierzeń, zwycięstwo barbarzyństwa nad cywilizacją. Z tego powodu stanęli okoniem przeciw reformacji i wytrwali przy katolicyzmie, a uczynili to właśnie dlatego, ponieważ stali na wyższym stopniu rozwoju umysłowego niż, protestanci, zawzięci przeciwnicy nowej nauki i sztuki.

Uczeni ideologowie niemieccy i angielscy zapominali wszelako o jednym przerzucając się na stronę katolicką, aby ratować zagrożoną cywilizację: zapominali, że ta kultura katolicka, ten wysoki poziom nauki i sztuki we Włoszech i ta wielkość papiestwa opierały się w gruncie rzeczy na ignorancji i wyzysku mas ludowych, na ignorancji i wyzysku całych Niemiec; że papiestwo, aby popierać nauki i sztuki we Włoszech, musiało trzymać Niemcy w biedzie i niewiedzy; że podtrzymywane sztucznie przez papieży, o ile to od nich zależało, niemieckie barbarzyństwo obaliło w reformacji kulturę katolicką i że sytuacja dziejowa tak się ukształtowała, iż jedynie zwycięstwo tego barbarzyństwa niemieckiego nad kulturą romańską mogło utorować drogę do uwolnienia Niemiec od barbarzyństwa i umożliwić im dalszy ekonomiczny i umysłowy rozwój.

Humaniści zaś widzieli tylko krzywdę nauki i sztuki, którą istotnie reformacja w krajach północnych czasowo wyrządzić im musiała. Do tego powodu, dla którego humaniści opowiedzieli się za katolicyzmem, dołączył się jeszcze jeden: reformatorzy odwoływali się do mas ludowych, do całego ludu. W różnych krajach reformacji cały lud tworzył w stosunku do papieża jedną jedyną klasę – klasę wyzyskiwanych. A kraje reformacji (z jednym wyjątkiem Anglii, gdzie reformacja była w ogóle zupełnie swoista) pod względem gospodarczym właśnie były zacofane, gdyż absolutyzm nie był się w nich jeszcze tak silnie rozwinął jak w krajach romańskich, zwłaszcza też chłopi i rycerstwo stanowili tam jeszcze znaczną siłę i mieli duże poczucie wartości własnej. Aczkolwiek największą korzyść z reformacji odnieśli koniec końców książęta oraz finansiści, to jednak rozpoczęła się ona od ruchu ludowego, od wspólnego buntu wszystkich przeciw wyzyskowi ze strony papieży; a bunt ten, rzecz prosta, nie poprzestał na obaleniu władzy papieskiej, ale doprowadził do krwawych walk różnych klas ludności między sobą, które to walki wyczerpały siły narodu i przygotowały zwycięstwo absolutyzmu królów.

Ruch ludowy był dla humanistów czymś przerażającym. Inne rządy w państwie niż rządy panującego, inny wpływ na sprawy państwowe niż tylko z jego strony, wydawały im się rzeczą zgoła niewłaściwą. Dla potrzeb i dążeń ludu mieli oni na ogół mało zrozumienia, a większość z nich wcale się też tymi sprawami nic interesowała. Z odrazą spoglądali oni na ruch, który rozpętać wojnę domową z całą jej potwornością.

Samo się przez się rozumie, że w tych warunkach humaniści stanąwszy po stronie katolicyzmu znaleźli się w większości krajów germańskich w sprzeczności z całym ludem, że reformatorzy wzgardzili nimi w końcu jako renegatami, że humaniści wszelkie wpływy utracić musieli i że zniknęli wreszcie nie pozostawiwszy po sobie najmniejszego śladu swej działalności wśród ogółu narodu. Ale i humanizmowi we Włoszech reformacja zadała również cios śmiertelny. Odkryto już wówczas drogę morską do Indii naokoło Afryki, jeżdżono już nowymi drogami handlowymi, które na przyszłość miały łączyć Europę z Indiami aż do czasu otwarcia Kanału Sueskiego; handel wycofywał się z wybrzeży Morza śródziemnego i przenosił na Ocean Atlantycki. Jednocześnie zaś oburzenie na papiestwo ogarnęło kraje germańskie: bajońskie sumy, które rokrocznie wędrowały przez Alpy do Rzymu, skończyły swe wędrówki. Źródła bogactwa Włoch wyschły i wraz z tym upadła ich umysłowa wielkość. Handel i wyzysk były podłożem materialnym humanizmu. Wraz z nimi i on też zniknął.

Lecz zniknął nie bez śladu. Jego tendencje bowiem święciły odrodzenie swe – w jezuityzmie. Jezuityzm jest to nieco podupadły intelektualnie i umysłowej samodzielności pozbawiony, wepchnięty do służby kościoła katolickiego i karnie zorganizowany humanizm. Jezuityzm tak mniej więcej ma się do humanizmu, jak chrystianizm z epoki cezarów rzymskich do neoplatonizmu… Jest on formą, w jakiej kościół katolicki owładnął humanizmem, unowocześnił się i w przeciwieństwie do dotychczasowego swego podłoża feudalnego oparł się na podstawach, które rządziły społeczeństwem od XVI aż do XVIII wieku włącznie. Jezuityzm stał się najstraszliwszą siłą zreformowanego kościoła katolickiego, albowiem był on najbardziej przystosowany do nowych stosunków politycznych i ekonomicznych.

Posługiwał się tymi samymi środkami, którymi oddziaływał i humanizm: przewagą wykształcenia klasycznego, wpływaniem na panujących, uwzględnianiem potęg finansowych. Podobnie jak humaniści, jezuici popierali władzę absolutną, ale tylko władzę tych panujących, którzy na nich pracowali. I tak samo jak humaniści, jezuici nie uważali za sprzeczne z monarchistycznymi przekonaniami swymi dążyć do usunięcia osoby panującego, gdy ten im nie dogadzał.

W stosunku zaś do pieniądza Jezuici posuwali się dalej od humanistów. Oni nie tylko reprezentowali interesy nowego sposobu produkcji, lecz posługiwali się sami tym nowym systemem. Jezuici stali się rychło największym stowarzyszeniem handlowym w Europie mającym swoje filie we wszystkich częściach świata; oni pierwsi poznali się na tym, jak doskonałym komiwojażerem handlowym może być misjonarz; oni też pierwsi pozakładali w zamorskich, zaoceanicznych krajach kapitalistyczne przedsiębiorstwa przemysłowe, np. cukrownie. A przy sposobności wspomnimy tutaj również o państwie jezuickim w Paragwaju, którego spryciarze antysocjalistyczni z predylekcją używają jako straszaka na socjalistyczną propagandę. Paragwaj jezuicki ma służyć za dowód i świadectwo, dokąd prowadzi socjalizm; w rzeczywistości jednak wskazuje on tylko, do jakiego to stanu świat by zmierzał, gdyby kapitalistyczny system produkcji miał dalej rozwijać się bez przeszkód. Państwo, gdzie środki produkcji oraz produkty należą nie do klasy pracującej, lecz do nie pracującej – i to w dodatku do kapitalistów zagranicznych! – i gdzie pracę organizują nie robotnicy, lecz nie-robotnicy – takie państwo to jednak szczególniejszy rodzaj socjalizmu.

xxx

O tym państwie jezuickim w Paragwaju Wikipedia pisze:

Pierwotnie obszar współczesnego Paragwaju zamieszkiwali Indianie, w szczególności Guarani. W 1. połowie XVI rozpoczęło się osadnictwo europejskie przez Hiszpanów; w 1537 roku założyli miasto Asunción. Chrystianizację Indian powierzono jezuitom, których misje (reducciones) poskutkowały powstaniem quasi-państwa, zwanego potocznie Republiką Guaranów. Do czasu likwidacji zakonu w 1767 władzę, zarówno duchowną, jak i świecką, sprawowali jezuici. Zanim do tego doszło, przez blisko 150 lat zarządzali blisko 150 tys. Indian Guarani w około 30 reducciones. Po likwidacji zakonu państwo przeszło we władanie ówczesnej Hiszpanii.

Lokalizacja Redukcji; źródło: Wikipedia.

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

Redukcje paragwajskie – nazwa osad indiańskich zakładanych przez jezuitów w początku XVII wieku w Paragwaju, gdzie Filip III poruczył im pokojowe utrwalanie panowania Hiszpanii. W tym celu jezuici założyli szereg ośrodków kolonizatorskich zwanych „redukcjami”, w których zgrupowali Indian, nie dopuszczając do nich świeckich Europejczyków. Żyjący w tych małych pseudorepublikach Indianie uprawiali ziemię wspólnie i tylko część dochodów zatrzymywali dla siebie, resztę zaś dawali na ogólne potrzeby. Rządy w tych osadach spoczywały całkowicie w rękach jezuitów. Były to swego rodzaju „państwa jezuickie”, zależne od wicekróla Peru; utrzymywały się do wygnania jezuitów z Paragwaju w 1767.

Redukcja (łac. reductio „sprowadzenie”) – w tym znaczeniu chodziło o sprowadzenie Indian na wiarę i stąd nazwa „redukcje paragwajskie”.

xxxxxxxx

Z opisu Kautsky’ego wynika, że w reformacji chodziło przede wszystkim o pieniądze i wpływy. Konflikt religijny był tu tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie prawdziwego celu. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy obserwujemy w Rosji coś w rodzaju próby zamachu stanu, czyli taki teatrzyk dla niezorientowanych.

Analizując humanizm Kautsky, świadomie bądź – nie, uchyla rąbka tajemnicy o prawdziwej naturze władzy. Otóż humaniści uważali za rzecz naturalną, że panujący rządzą krajem i tak samo za rzecz naturalną uważali, że to oni mają rządzić panującymi, być ich wychowawcami i kierować ich poczynaniami. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że prawdziwa władza jest ukryta, niewidoczna dla zwykłego człowieka. Czyli tak naprawdę to nic nie zmieniło się. W średniowieczu papież był widoczną władzą, ale ta prawdziwa była ukryta. W okresie reformacji monarchowie wyzwolili się spod władzy papieży, ale stali się zależni od humanistów, którzy oficjalnie nie kierowali państwem. Jest bardzo możliwe, że prawdziwa władza jest jeszcze bardziej ukryta i to właśnie ona wygrzebała skądś stare księgi republiki ateńskiej, a może nie wygrzebała, tylko wyjęła z ukrycia i w ten sposób zapoczątkowała renesans i w konsekwencji reformację.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

„Zdecydowanym przyjacielem żydów jest Włoch Filip Buonacorsi znany – obyczajem członków tajnych związków humanistycznych pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Brat królewski, kardynał Fryderyk skarży się , że król nie patrzy na to, co się koło niego dzieje i słucha tylko rad Kallimachowych (Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska). Istotnie Kazimierz Jagiellończyk słucha z ciekawością rozmów Włocha z uczonymi żydami i powierza mu wychowanie swych synów. W stosunku do Rzymu król postępuje lekceważąco: sprzyja husytom czeskim, a nie chce słuchać papieża nawet w sprawach nominacji biskupich.”

Podłożem materialnym humanizmu był handel i wyzysk i wraz z nim też znikł, ale nie do końca, co przyznaje Kautsky, bo przekształcił się humanizm w jezuityzm. A jezuici stali się wkrótce największym stowarzyszeniem handlowym w Europie, mającym swoje filie we wszystkich częściach świata. Tak więc, chcąc nie chcąc, Kautsky podpowiada nam, kto się krył za humanistami i jezuitami, skoro radzili oni sobie tak dobrze w handlu.

Konsekwencją reformacji było m.in. i to, że państwa takie jak Francja, Hiszpania, Włochy i Portugalia zbiedniały, a bogatymi stały się nowe potęgi gospodarcze i handlowe: Anglia, Holandia, Niemcy. Był to efekt tego, że Żydzi przenieśli swoje kapitały z Hiszpanii do Anglii, z Portugalii do Holandii, m.in. z powodu „szalejącej” inkwizycji na Półwyspie Iberyjskim. I tak powstały nowe potęgi morskie i kolonialne – Anglia i Holandia. W 1588 roku w bitwie morskiej u południowo-zachodnich wybrzeży Anglii klęski doznała słynna hiszpańska Armada i tym sposobem dano do zrozumienia światu, że od tego momentu to Anglia będzie dominować na morzu, a nie – Hiszpania. Sama bitwa była od początku do końca wyreżyserowana. Szczegółowo o tym pisałem w blogu „Armada”.

Kautsky – z dziejów Kościoła

Lenin stwierdził kiedyś, że dyskusja z towarzyszem Kautsky’m nie ma sensu i że trzeba go zignorować. Chyba jednak nie jest to najlepszy pomysł, bo pracom Kautsky’ego warto poświęcić trochę uwagi i, jak sądzę, nie będzie to czas stracony. W jednej z nich Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca on dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej fragment zatytułowany Nieodzowność i potęga kościoła w wiekach średnich (wytłuszczenia W.L.). Źródło tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

… Jakkolwiek powikłana może się nam wydawać historia XV i XVI wieku, ciągnie się przez ten okres jak jaskrawo widoczna nić czerwona i piętno swoje nań nakłada: walka z kościołem papieskim. Nie należy mieszać kościoła z religią. O religii mówić będziemy później.

Kościół był dominującą siłą w czasach feudalnych, toteż musiał on upaść wraz z feudalizmem.

Gdy Germanie wtargnęli do światowego państwa Rzymian, wystąpił wówczas przeciwko nim kościół jako następca cezarów, jako organizacja, która spajała państwo w całość, jako przedstawiciel sposobu produkcji schyłkowej epoki cesarstwa. Jakkolwiek to państwo ówczesne bardzo mizerne było, jakkolwiek nisko upadła w nim produkcja, wszelako i państwo to, i jego wytwórczość stały o wiele wyżej od politycznych i gospodarczych stosunków u germańskich barbarzyńców. Ci górowali moralnie i fizycznie nad zmurszałym i strupieszałym światem rzymskim, ale świat ten olśnił i podbił ich swoim dobrobytem i swymi skarbami.

Rabunek to nie żaden sposób wytwórczości, choć ten i ów ekonomista zdaje się w to wierzyć. Zwyczajna grabież mienia Rzymian nie mogła zaspokoić Germanów na stałe; zaczęli oni wkrótce sami produkować na sposób rzymski. Im więcej to robili tym bardziej popadali w zależność od kościoła nawet nie wiedząc o tym; kościół bowiem był ich mistrzem; tym konieczniejsza przeto stawała się dla nich wówczas odpowiadająca temu systemowi produkcji organizacja państwowa, której znowu nikt inny stworzyć im nie potrafił, tylko właśnie kościół.

Kościół uczył Germanów wyższych form uprawy roli – klasztory pozostały aż do późnego średniowiecza wzorowymi gospodarstwami rolnymi. Duchowni też rozwinęli wśród Germanów sztukę i kunszt rzemiosł; pod opiekuńczymi skrzydłami kościoła prosperował nie tylko chłop – kościół opiekował się też większością miasta nim nie okrzepły one tak, iżby mogły dalej bronić się już same. Szczególnie zaś faworyzowany był przez kościół handel.

Wielkie jarmarki odbywały się najczęściej w kościołach lub koło nich. Kościół dokładał wszelkich starań, aby ściągać na nie kupujących. On też był jedyną silą, która w wiekach średnich troszczyła się o utrzymywanie w należytym porządku wielkich dróg handlowych, i ułatwiał podróże udzielając będącym w drodze gościny w klasztorach. Niektóre z tych klasztorów, jak np. schroniska na przełęczach alpejskich, służyły prawie wyłącznie potrzebom ruchu handlowego. Ten w pojęciu kościoła był rzeczą tak ważną, że aby ożywić go, kościół sprzymierzał się z drugim czynnikiem, który również reprezentował w państwach germańskich kulturę upadłego Rzymu: żydostwem. Papieże bronili i popierali Żydów przez czas długi. W ogóle zaś w owych czasach, gdy Niemcy byli jeszcze niezafałszowanymi Germanami, przyjmowano przyjaźnie Żydów, jako nosicieli wyższej kultury. I starano się gorąco do siebie ich ściągać. Dopiero gdy kupcy chrześcijańsko-germańscy nauczyli się już równie dobrze szachrować jak Żydzi. zaczęli oni Żydów prześladować.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów.

Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta.

Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.

Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.

Im bardziej germański sposób produkcji wznosił się na ten stopień, na który wytwórczość spadła była w ginącym państwie rzymskim, tym nieodzowniejszy dla państwa i ludu stawał się właśnie kościół. A to, że był dla państwa i ludu pożyteczny, nie oznacza bynajmniej, iż korzystał on ze swego stanowiska wyłącznie w interesie żywiołów od niego zależnych, nie zaś w interesie własnym. Kazał on sobie drogo płacić za swoje usługi jedyną powszechną daninę, którą znały wieki średnie i która składana była wyłącznie kościołowi, stanowiła dziesięcina.

Ale najważniejszym źródłem władzy i dochodów była w średniowieczu, jakeśmy już mówili, własność ziemska. Kościół zdradzał ten sam głód ziemi i ludzi co szlachta i podobnie jak ona starał się wchodzić w posiadanie ziemi i zyskiwać sobie poddanych. Większość włości, które kościół posiadał w państwie rzymskim, przybysze germańscy pozostawili w jego rękach, gdy zaś tu i ówdzie nie uczynili tego, to kościół umiał tam jednak odzyskać w niedługim czasie swoją własność i jeszcze to i owo na dodatek do niej. Zapewniał on tę samą, a najczęściej bodajże nawet skuteczniejszą obronę niż szlachta, dlatego też wielu chłopów oddawało mu się na własność.

Kościół zarządzał państwem, duchowni byli doradcami królów. Nic dziwnego, iż nierzadko pozwalali sobie doradzić, aby z dóbr koronnych uczynić własność kościelną. W zdobywanych krajach pogańskich bogate wyposażenie klasztorów i biskupstw w ziemię było nakazem wręcz koniecznym. Na domiar tego kościół był jedyną siłą, którą królowie mogli byli przeciwstawiać szlachcie, i gdy ta zanadto okoniem im stawała, król nie umiał znaleźć na to innej rady niż to, że ją osłabiał odbierając jej część posiadanych przez nią włości i dając je kościołowi na własność lub w lenno. A gdzie tylko kościół mógł tam nie czekał na to, aż chłopi, król lub szlachta raczą pomnożyć jego posiadłości, lecz zabierał sam, co się dało, i usprawiedliwiał swój rabunek, gdy go pociągano do odpowiedzialności, sfałszowanymi dokumentami darowizny. Wszak samo jedno duchowieństwo tylko w owych czasach czytać i pisać umiało!

Fałszowanie dokumentów było w wiekach średnich równie pospolitym środkiem wylegitymowania się z wejścia w posiadanie jakichś dóbr, jak dzisiaj lichwiarskie pożyczki, fikcyjne procesy sądowe i tym podobne sztuczki. Mnich benedyktyński Dom Veyssiere utrzymywał w XVIII wieku, że z 1200 dowodów nadania, które zbadał był w opactwie Landevenecq w Bretanii, 800 było stanowczo fałszywych. Ile z 400 pozostałych było autentycznych, tego rzec się nie odważył.

Sprawiało to takie wrażenie, jak gdyby kościół miał zamiar zostać jedynym posiadaczem ziemskim w całym świecie chrześcijańskim.

Znaleźli się jednak tacy, co temu zapobiegli. Szlachta była zawsze kościołowi wroga, a kiedy jego włości zbyt się powiększały, to i król także lękać się zaczynał zbytniej przewagi duchowieństwa i starał się ukrócić je z pomocą szlachty. Również najazdy pogan i muzułmanów – i one nawet przede wszystkim – osłabiały kościół. Drastycznie opisał to falowanie potęgi kościoła, to zmienne rozszerzanie się i kurczenie dóbr kościelnych we Francji Monteskiusz:

xxx

Duchowieństwo otrzymywało tak wiele darowizn, że musiano mu chyba ofiarować za rządów trzech dynastii francuskich (Merowingów, Karolingów i Kapetyngów) kilkakrotną ilość wszystkich dóbr tego królestwa. Ale jeśli królowie, szlachta i lud potrafili się tak urządzić, żeby darować duchowieństwu wszystkie swoje ziemie, to nie mniej sposobów znaleźli i na to, aby mu je odebrać. Pobożność za czasów Merowingów sprawiła, że ufundowano mnóstwo kościołów; wszelako duch wojenny ze swej strony był sprawcą tego, że przeszły one z powrotem w ręce wojowników, którzy znów podzielili je między swe dzieci. Jak wiele to gruntów utraciło w ten sposób duchowieństwo! Podobnież Karolingowie szeroko rozwarli dłonie i szczodrobliwość ich nie znała granic. Ale oto przychodzą Normanowie i grabią, i rabują, a prześladują przede wszystkim księży oraz mnichów, wyszukują opactwa i bacznie rozglądają się wszędzie, gdzieby mogli znaleźć jeszcze jakieś poświęcone miejsce… Ileż dóbr duchowieństwo musiało przez to stracić! A niemal że nie było wówczas tak odważnych duchownych, którzy by się ośmielali żądać zwrotu swej własności. Więc znów potem pobożność Kapetyngów miała aż nadto okazji, aby tworzyć fundacje i rozdawać dobra… Duchowieństwo wciąż coś zyskiwało i wciąż coś traciło, i zyskuje i dziś jeszcze. (Montesquieu, “Duch praw” księga 31, rozdział 10).

xxx

Obszar tak zmiennych włości określić dokładnie w epoce, która nie miała wyobrażenia o statystyce, nie jest rzeczą łatwą. Ogólnikowo jednak powiedzieć można, że w średniowieczu jedna trzecia wszystkich posiadłości ziemskich była w rękach kleru.

We Francji w czasie wielkiej rewolucji robiono obliczenia, jak wielkie były dobra kościelne. Według tych obliczeń kościół szczególnie bogaty był w (prowincjach, które zaanektowano po roku 1665. W Cambresis kościół posiadał 14/17 całej własności ziemskiej, w Hennegau i Artois trzy ćwierci, we Franche-Comte, Roussillonie i Alzacji połowę, w innych prowincjach jedną trzecią, a już co najmniej jedną czwartą (Louis Blanc, “Histoire de la Revolution Française”, Bruksela 1847, tom I, str. 423). Od czasów reformacji stan dóbr kościelnych we Francji zapewne niewiele się zmienił.

Że dobra duchowieństwa w Niemczech były bardzo duże, można wywnioskować to choćby stąd, że jeszcze w 1786 roku terytoria kościelne położone w samym tylko cesarstwie zajmowały 1424 mile kwadratowe. Rozległe posiadłości kościelne w świeckich państwach katolickich, jak w Austrii i Bawarii, nie są w to wliczone ani też te, które zostały sekularyzowane w krajach protestanckich.

Posiadłości kościoła były wynikiem jego potężnego stanowiska ekonomicznego i politycznego. A ze swej strony posiadłości te przyczyniały się znowu do wzrostu Jego siły.

Wskazywaliśmy już na to, jaką silę dawało w wiekach średnich posiadanie ziemi. To wszystko, cośmy wtedy o tym powiedzieli, odnosi się też, i w jeszcze większej mierze, do kościoła. Dobra kościelne były najlepiej uprawne, najgęściej zamieszkałe, miasta kościelne najbardziej kwitnące, a więc dochód i siła, którą kościół z nich czerpał, były większe od tych, które dawała szlachcie lub koronie własność ziemska tych samych rozmiarów. Dochód ten jednak był głównie w naturze, a co kościół miał z tym bogactwem robić? Jakkolwiek świetnie żyli mnisi i inni panowie duchowni, tego wszystkiego, co do nich napływało, nie byli w stanie spożyć. Wprawdzie opaci i biskupi średniowieczni, podobnie jak panowie świeccy w owym czasie, miewali też zatargi; wprawdzie i oni musieli po temu utrzymywać świty i drużyny konne; wprawdzie musieli i oni także uiszczać świadczenia lenne – ale jednakże kościół nieczęsto znowu bywał aż tak wojowniczy, aby utrzymywana przezeń siła zbrojna pochłaniała większość jego dochodów. Zwycięstwa odnosił kościół nie tyle dzięki przewadze fizycznej, co umysłowej, tudzież dzięki swej ekonomicznej i politycznej nieodzowności. Wydatkował on na cele wojenne mniej niż szlachta osiągając jednak więcej od niej. Nie tylko dobra jego były bardziej dochodowe, ale kościół otrzymywał również i dziesięcinę z ziemi, która nie do niego należała. Miał on mniejszy od szlachty interes w tym, aby wyśrubowywać wyzysk swych poddanych ponad miarę; był więc w stosunku do nich na ogół łagodny: pod pastorałem biskupim żyło się naprawdę dobrze, a przynajmniej lepiej niż pod władzą miecza rozmiłowanego w łowach i wojnie szlachcica. Mimo tej stosunkowej łagodności instytucjom kościelnym pozostawała jednak pewna nadwyżka środków żywności i z tą nie mając co począć, duchowni obracali ją na pomoc dla ubogich.

Kościół potrzebował tutaj, jak i w wielu innych punktach, nawiązać jedynie do swoich tradycji z epoki cezarów. Pauperyzacja w chylącym się do upadku państwie rzymskim wciąż wzrastała i wspieranie ubogich stawało się zadaniem coraz to bardziej palącym dla państwa. Ale dawne państwo pogańskie nie było przygotowane do rozwiązania tego zagadnienia; przypadło to w udziale organizacji nowej, powołanej do życia przez nowe stosunki i przystosowanej do nich: kościołowi. Opieka nad ubogimi, do której zmuszał stan gospodarczy kraju, stała się jedną z najważniejszych czynności kościoła i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu jej właśnie miał on do zawdzięczenia szybki wzrost swojej siły i bogactwa. Coraz to gwałtowniej potrzebne i coraz liczniejsze fundacje dobroczynne osób prywatnych, gmin i samego państwa przekazywano pod zarząd duchowieństwa albo po prostu darowywało kościołowi. Im bardziej wzrastała liczba nic nie posiadających, tym bardziej wzrastał stan posiadania kościoła, tym bardziej ubodzy od niego zależeli, a ponieważ stanowili oni coraz to większy odsetek ludności, wiec też zarazem coraz to większy stawał się wpływ kościoła na całe społeczeństwo.

Podobnie jak darowizny, tak też i regularne daniny na rzecz kościoła przeważnie ten cel miały, że służyły wspieraniu ubogich. Przy dziesięcinie było to wyraźnie określone przepisami, że na cztery części dzielić ją należało: jedna część przypadała biskupowi, jedna niższemu duchowieństwu, jedną obracać miano na nabożeństwa publiczne, a jedną na wsparcia dla ubogich.

W miarę jak Germanowie przyjmowali rzymski sposób wytwarzania, wynikały stąd dla nich nieodłączne od niego następstwa: własność prywatna i ubóstwo. Wspólna własność lasów, pastwisk i nieuprawnej ziemi, utrzymująca się jeszcze obok prywatnej własności ziemi uprawnej, nie dawała ubożeć chłopom. Ale właśnie na początku średniowiecza zachodziły częstokroć wypadki, które wtrącały w nędzę całe połacie kraju. Do wiecznych wojen i ciągłych zatargów między feudałami a książętami dołączyły się jeszcze na dodatek napady hord koczowniczych, tak zgubne dla osiadłej na roli ludności – najścia nomadów lub piratów, Normanów, Węgrów, Saracenów. Wreszcie nieurodzaje bywały też często przyczyną niedostatku.

Gdy nieszczęście nie było tak wielkie, aby dosięgło aż samego kościoła, wówczas stawał się on aniołem ratunku, otwierał swe spichlerze, gdzie gromadził nadmiar bogactw, i udzielał pomocy potrzebującym. Klasztory zaś były wielkimi zakładami zaopatrywania, gdzie znajdował przytułek niejeden podupadły i zubożały, wyzuty z mienia albo pozbawiony schedy szlachcic. Przez wstępowanie w szeregi kościoła wracał on znowu do znaczenia, siły i dostatku.

Nie było ani jednego stanu w społeczeństwie feudalnym, który by nie był zainteresowany w zachowaniu kościoła, choć nie każdy w jednakiej mierze. Podawać w wątpliwość kościół znaczyło w średniowieczu to samo, co podawać w wątpliwość podstawy społeczeństwa i całego życia. Wprawdzie kościół miał jeszcze do przebycia gwałtowne walki z innymi stanami, ale w tych walkach nie chodziło już o jego istnienie, lecz wyłącznie o mniejszą lub większą potęgę albo wyzysk z jego strony. Kościół zawładnął całym życiem materialnym, a więc oczywiście i duchowym, zrósł się z istnieniem ludu, aż kościelny sposób myślenia przeszedł wreszcie z biegiem stuleci w pewien rodzaj instynktu, którego słuchało się ślepo jak prawa natury, a przeciwstawianie mu się uchodziło za rzecz naturze samej przeciwną – wszystkie przejawy życia państwowego, społecznego i rodzinnego przybrały przez kościół ustalone kształty. Te formy kościelnej myśli i działania kościelnego utrzymywały się przy życiu nawet o wiele dłużej niż przyczyny materialne, które je wywołały.

Potęga kościoła średniowiecznego rozwinęła się z natury rzeczy najwcześniej w tych krajach, które należały niegdyś do państwa rzymskiego, a więc we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, później w Niemczech, najpóźniej na północy i we wschodniej części europejskiego świata zachodniego.

Te z plemion germańskich, które podczas wędrówki ludów próbowały zakładać państwa swoje na gruzach imperium rzymskiego, przeciwstawiając się kościołowi rzymskiemu, co wyrażało się w tym, że przyłączyły się one do wrogiej katolicyzmowi sekty arianów – te plemiona bądź to wyginęły, jak Ostrogoci lub Wandalowie, bądź uratowały się od grożącej im zagłady tylko przez poddanie się kościołowi rzymskiemu i przejście na katolicyzm.

Przewodzić zaś światu zachodniemu przypadło w udziale temu plemieniu, które od samego początku założyło państwo swoje w przymierzu z kościołem Rzymian, a więc plemieniu Franków. Król Franków w sojuszu z głową kościoła rzymskiego położył podwaliny pod zjednoczenie chrześcijaństwa zachodniego w jedno powszechne ciało o dwóch głowach, świeckiej i duchownej – pod zjednoczenie będące paląco pilnym nakazem chwili., jeśli się chciało dać skuteczny odpór naciskającemu zewsząd nieprzyjacielowi. Ale ani królom Franków, ani ich następcom z plemienia Sasów nie udało się zjednoczenia tego dokonać na stałe. Papieże rzymscy przeprowadzili to, co było daremnym usiłowaniem rzymskich cesarzy narodu niemieckiego – zespolenie chrześcijańskiego świata pod jednym monarchą. Żaden król feudalny z tego czy innego plemienia pochodzący, nie dorósł do zadania któremu podołać zdolna była tylko organizacja potężniejsza od władzy królewskiej: scentralizowany kościół.

xxxxxxxx

Nie da się ukryć, że jest to zupełnie inne spojrzenie na Kościół, niż to, do którego większość z nas jest przyzwyczajona. Kautsky opisuje go jako instytucję gospodarczą i państwowotwórczą, pomijając aspekt religijny, o którym pisze w innym miejscu.

W 313 roku Konstantyn wydał edykt mediolański, zezwalający na legalne wyznawanie chrześcijaństwa. W 392 roku cesarz Teodozjusz Wielki wprowadził chrześcijaństwo jako religię państwową. Wszelkie inne były odtąd nielegalne. Podział Cesarstwa Rzymskiego na zachodnie i wschodnie (Bizancjum) nastąpił w 395 roku. Cesarstwo zachodniorzymskie przeżywało stopniowy rozkład, osłabiane Wielką wędrówką ludów i najazdami Hunów oraz Wandalów, aż w końcu przestało istnieć, kiedy w roku 476 barbarzyński wódz Odoaker obalił cesarza Romulusa Augustulusa. Natomiast wschodnie cesarstwo istniało jeszcze długo. – Tak to opisuje Wikipedia.

Wielka wędrówka ludów na terytorium Cesarstwa Rzymskiego; źródło: Wikipedia.

Można sobie zadać w tym miejscu pytanie: Dlaczego w trzy lata po wprowadzeniu chrześcijaństwa jako religii państwowej w Cesarstwie Rzymskim nastąpił jego podział? Czy to był przypadek? Dlaczego upadło tylko cesarstwo zachodnie? I dlaczego tylko ono doświadczyło najazdów barbarzyńców?

Na te pytania nie daje odpowiedzi Kautsky, ponieważ zaczyna swoją analizę dziejów Kościoła od podziału Cesarstwa Rzymskiego i skupia się na jej części zachodniej. We wschodniej religia zostaje podporządkowana władzy państwowej, co w Europie zachodniej dokonuje się w okresie reformacji.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że klasztory, biskupstwa czy opactwa były czymś w rodzaju współczesnych korporacji. Zanim przystępowano do właściwej chrystianizacji, następował podbój gospodarczy danego terenu i to właśnie z tego powodu ludność miejscowa stawiała opór. Kwestia przyjęcia nowej wiary była drugorzędna. Opanowanie jakiegoś obszaru i tworzenie na nim klasztorów sprzyjało rozwojowi handlu. W dalszej konsekwencji następowało przyłączenie lub uzależnienie takiego obszaru od państwa, które dokonywało tej ekspansji gospodarczej. Był zatem Kościół w pierwszej kolejności organizacją międzynarodową, gospodarczą i handlową. Spełniał wszelkie funkcje państwa, nie będąc nim jednocześnie. A to wszystko w imię szerzenia „jedynej prawdziwej wiary”, tak jak dziś wykorzystuje się do tego ideę „wolnego rynku” i „demokracji”. I dzięki temu, w sposób niewidzialny, podporządkowywał sobie monarchów w różnych państwach. Wydaje się, że gdybyśmy znali prawdziwą i pełną historię Kościoła, to łatwiej było by nam zrozumieć współczesny świat. Jednak jakoś tak się dziwnie składa, że ten okres, gdy Kościół budował swoją potęgę, określany jest mianem wieków ciemnych. To okres od upadku cesarstwa zachodniego (476) do połowy X wieku.

Skąd się wzięła ta potęga Kościoła? Nie jest tajemnicą, że pierwsze gminy chrześcijańskie wywodziły się z gmin żydowskich. Swoją ekspansję skierowały przede wszystkim na obszar Imperium Rzymskiego. Nie trzeba przy tym wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że przedstawiciele tych gmin, a więc Żydzi, przenikali do struktur władzy Imperium. W ten sposób stopniowo je opanowywali. A to z kolei prowadzi do wniosku, że upadek Imperium był przeprowadzony w sposób kontrolowany i dokonano tego tylko w części zachodniej, dzieląc je uprzednio na dwie części.

Jeśli się spojrzy na historię powstań żydowskich przeciw Rzymowi, jeszcze przed zburzeniem Jerozolimy w 70 roku n.e., to wyłania się z niej jakaś nieuzasadniona, irracjonalna nienawiść Żydów do niego, nawet w sytuacjach, gdy byli oni traktowani łagodnie. Najwyraźniej już od początku starali się oni stworzyć wrażenie, że oni i Rzym, to ogień i woda. Później przeniosło się to na chrześcijaństwo i Kościół: ta chorobliwa wręcz nienawiść do krzyża.

„Żydzi z początkiem cesarstwa rzymskiego poza z dawna przodującymi skupiskami w Aleksandrii i w Rzymie, osiadają teraz we wszystkich miastach nadbrzeżnych morza Śródziemnego. Docierają do Galii i do Hiszpanii. Do wielkiego znaczenia urastają żydowskie ośrodki w Kartaginie i w Marsylii, zwanej żydowskim miastem.

To swobodne rozchodzenie się Izraela po miastach cesarstwa, zachowanie im praw obywatelskich, szeroki udział w zarządach miast (tzw. municypiach), opieka cesarzy, uprawiany wobec ludności wyzysk gospodarczy i wreszcie krecia robota, podkopująca fundamenty państwa, potęgowały rozwój antysemityzmu.” – Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Wydaje się, że jest to jeden wielki kamuflaż. Z opisu Kautsky’ego wynika, że Kościół był żydowskim tworem: to przywiązywanie wagi do handlu, to faworyzowanie Żydów przez papieży, to fałszowanie dokumentów. Jak zatem zjednać sobie rzesze wiernych? Trzeba ich przekonać, że Kościół nie jest zażydzony. Ale jak to zrobić? Bardzo prosto – poprzez zoologiczną nienawiść, jakby to powiedział Adam Michnik, Żydów do Kościoła, do chrześcijaństwa, do krzyża. W ten sposób starają się oni uwiarygodnić instytucję, która jest całkowicie przez nich opanowana i kierowana; od momentu powstania do dziś.

Kautsky

Podobno Lenin miał kiedyś powiedzieć: Po co dyskutować z towarzyszem Kautsky’m, lepiej od razu go zignorować. A skoro tak, to może warto przybliżyć sobie tę postać. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

Karl Kautsky (ur. 16 października 1854 w Pradze, zm. 17 października 1938 w Amsterdamie) – niemiecko-austriacki działacz robotniczy, pacyfista, teoretyk demokratycznego socjalizmu, krytyk Lenina, uznający rosyjską dyktaturę proletariatu za błędne rozumienie dzieł Marksa. Od roku 1883 do śmierci redagował najważniejsze europejskie pismo socjalistyczne „Die Neue Zeit”.

Kautsky urodził się w roku 1854 w Pradze w rodzinie pochodzenia żydowskiego jako syn Johanna Kautsky´ego i jego żony Minny (z domu Jaich). Do austriackiej partii socjaldemokratycznej wstąpił w 1875 roku w czasie studiów w Wiedniu, gdzie poznał Augusta Bebla i Karla Liebknechta. Studiował historię, ekonomię polityczną i filozofię. Rozpoczął wówczas ożywioną działalność publicystyczną. Na początku lat 80., po emigracji do Zurychu, nawiązał kontakty z Eduardem Bernsteinem i związał się z Socjaldemokratyczną Partią Niemiec. W czasie pobytu w Londynie poznał Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. W roku 1883 założył w Stuttgarcie i aż do 1917 roku redagował czasopismo „Die Neue Zeit” (pol. „Nowy Czas”), które pełniło nieformalnie rolę organu teoretycznego II Międzynarodówki. W latach 1885–1890 przebywał na emigracji w Londynie, po czym powrócił do Stuttgartu, a w 1897 roku przeniósł się do Berlina.

Kautsky był aktywnym działaczem międzynarodowego ruchu marksistowskiego. Wraz z Bernsteinem opracował w roku 1891 program erfurcki. Zyskał sławę jako autor książki Nauki ekonomiczne Karola Marksa (wyd. 1887), przez wiele dziesięcioleci była to najbardziej poczytna popularyzacja I tomu Kapitału, przetłumaczona na 18 języków. Przez długi czas zajmował umiarkowane stanowisko między nurtem reformistycznym a rewolucyjnym w ruchu socjalistycznym. Dopiero bezpardonowa krytyka rewolucji październikowej przyniosła mu łatkę zdrajcy. W latach 20. po raz kolejny włączył się do bieżącego życia SPD, był jednym z głównych autorów programu partii uchwalonego w 1925 roku.

Do rewolucji październikowej Kautsky (Dyktatura Proletariatu 1918) odniósł się od razu krytycznie, atakując politykę bolszewików za dyktatorskie metody i wskazując, że próba budowy socjalizmu w zacofanym kraju, w którym nie rozwinęły się kapitalistyczne stosunki produkcji, jest utopijna i skazana na degenerację. Wskazywał, że rewolucja rosyjska jest w istocie rewolucją przeciwko literze i duchowi materializmu historycznego. Kautsky stawiał na legalną drogę proletariatu do władzy i za jedynie dopuszczalną formę jego panowania politycznego uważał republikę parlamentarną gwarantującą wszystkim pełnię praw i wolności politycznych. Ostra krytyka bolszewickiej dyktatury wywołała zjadliwą polemikę ze strony Lenina, który zarzucał Kautsky’emu niezrozumienie dialektycznego charakteru procesu rewolucyjnego oraz wypaczenie poglądów Marksa i Engelsa na państwo.

xxx

Tak więc Kautsky uważał, że proletariat powinien dojść do władzy w sposób legalny, a Lenin – rewolucyjny. Różnica diametralna, a więc nie do pogodzenia. Można powiedzieć, że obaj różnili się na poziomie aksjomatów.

Adolf Nowaczyński w swojej książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje wypowiedź Kautsky’ego dla Socialistische Monatshefte, 1920. Poniżej fragment:

Największym nieszczęściem Francji po r. 1871 było to, że jej obawa przed Niemcami rzuciła ją w objęcia cara. Dzisiaj uzależnia się Francja od państwa, które wraz z Rumunią jest najbardziej reakcyjnym na wschodzie, jakkolwiek tym razem nie jest zmuszona groźbą Niemiec. Zależność ta jest pełna niebezpieczeństwa…

Demokracje proletariackie i chłopskie, które graniczą z Polską, nie żywią żadnych zamiarów zdobywczych, ale nie mają najmniejszej ochoty poddać się uciskowi. Klika szlachecka, która rządzi Polską, ogarnięta jest bezmierną żądzą zaborczą, zarówno w stosunku do Ukraińców, jak do Białorusinów i Litwinów. A tę zaborczość swoją skieruje również, o ile się da, w stronę Niemiec.

Bezmierna żądza zaborcza to pewnie koncepcja asymilacyjna Dmowskiego i federacyjna Piłsudskiego. Tak patrzono na to za granicą i chyba nie bez racji. Warto o tym pamiętać. Co do Niemiec, to Kautsky chyba przesadził.

Skąd groźba, że dzięki uzyskanym korzyściom, Polska przestaje być państwem narodowym, i stanie się państwem narodowościowym, podobnym do dawnej Austrii, i jak ona będzie źródłem wiecznych zawichrzeń w swych stosunkach wewnętrznych i zewnętrznych.

W rozmowie z korespondentem Temps’a Sauerweinem:

Wskutek warunków wersalskich, Francja uczyniła się zależną od Polski. Kraj ten rządzony jest przez autokrację feudalną i zamyka w granicach obecnie zakreślonych taką liczbę narodów różnych, Ukraińców, Słowian, Rosjan, Niemców, że będzie to bałkanizacja całej tej części Europy*).

*) O redaktorze „Socialistische Monatshefte”, z pochodzenia żydzie czeskim z Pragi, autorze interesującej książki o „Pochodzeniu chrześcijaństwa”, oraz broszurki: „O niepodległości Polski” wyraża się p. K. Czapiński w Robotniku z powodu jubileuszu Kautsky’ego jak następuje:

Kautsky – to nasz wspólny nauczyciel. „Nasz” – to znaczy całej generacji socjalistów-marksistów całego świata. Słusznie mówi o nim tow. Bauer w ostatnim artykule swym w „Kampfie” wiedeńskim, że dla ogromnej większości socjalistów wielkie skarby myśli, zawarte w „Kapitale” zostałyby na zawsze niedostępne bez utalentowanego pośrednictwa Kautskiego. On to był generalnym dozorcą, szafarzem, popularyzatorem nauki marksowskiej. „Wielki Inkwizytor marksizmu” – z przekąsem odzywali się o nim rewizjoniści niemieccy, którym porządnie dał się we znaki…

xxxxxxxx

Nie stało się tak, jak przewidywał Kautsky, że II RP ulegnie bałkanizacji. Owszem, ukraiński nacjonalizm dał znać o sobie, były zabójstwa polityczne, akty terroryzmu, ale skala tych zjawisk była o wiele mniejsza, niż można było się spodziewać. Po wojnie, po przesiedleniach, przeważnie mniejszości kresowych na tzw. Ziemie odzyskane, PRL stała się państwem tak samo wielonarodowym, jakim była przed II wojną światową II RP. A jednak był spokój. Wszystkie te mniejszości siedziały jak mysz pod miotłą. Niechby tylko spróbowały!

Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm. Oficjalnie jego propaganda głosiła, że Polska jest państwem jednonarodowym i katolickim, w którym katolicy stanowią przytłaczającą większość. Na czele tego narodu stała partia, a więc: jeden naród, jedno państwo i jeden przywódca, czyli jedna partia. I tak to trwało prawie do końca PRL-u. Jednak u jego schyłku i na początku III RP dowiedzieliśmy się, że zamieszkuje tu mniejszość śląska, niemiecka, ukraińska, białoruska i inne i nie są to bynajmniej jakieś śladowe ilości. Kolejne „wolne” wybory potwierdzały pewną prawidłowość. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych i w południowej części województwa podlaskiego – w której większość stanowią prawosławni Ukraińcy i Białorusini – ludzie głosują tak samo, co świadczy o tym, że na tych tzw. ziemiach poniemieckich mniejszości kresowe stanowią większość. To jest elektorat PO. Elektorat PiS to reszta kraju. Mamy więc państwo podzielone, nie pod względem interesów gospodarczych i ideologii, ale pod względem narodowościowym i wyznaniowym.

Przez cały okres rządów Tity w Jugosławii nie było tam tego, co Kautsky nazwał bałkanizacją. Ale po jego śmierci (Tity) i po zmianach, jakie zaszły w Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Jugosławia wybuchła. Wygląda więc na to, że to nie sam fakt zamieszkiwania w jednym państwie obywateli o różnej narodowości i wyznaniu czy religii, jest przyczyną niepokojów społecznych i wzajemnej wrogości, lecz jest to efekt działania jakichś innych czynników. Jeśli założymy, że oficjalne rządy to zalegalizowane mafie, które działają tylko i wyłącznie we własnym interesie albo w interesie tego, kto je stworzył, to wówczas staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego czasem może być w jakimś państwie spokojnie, a czasem – ni stąd, ni zowąd – wybuchają zamieszki, protesty, rewolucje, wojny itp. I to jest właśnie ten dialektyczny charakter procesu rewolucyjnego, którego nie „rozumiał” Kautsky. Innymi słowy, zmienić coś można tylko na zasadzie rozpierduchy, czyli dialektycznego procesu rewolucyjnego, a nie – na drodze demokratycznej.

Katastrofa smoleńska

Na temat tzw. katastrofy smoleńskiej powiedziano już chyba wszystko, a i tak nadal nie wiadomo, kto był jej sprawcą czy może raczej inspiratorem. Powołano mnóstwo różnych komisji, prowadzono śledztwa, dokonano wielu ekspertyz – mądrych, bo naukowych. Minęło już 13 lat i dalej nie wiemy, czy to był wypadek czy zamach. Wikipedia opisuje to wydarzenie bardzo obszernie. Ja wybrałem tylko niektóre fragmenty i wytłuściłem parę zdań.

xxx

Katastrofa polskiego Tu-154 w Smoleńsku (również katastrofa smoleńska oraz tragedia smoleńska) – katastrofa lotnicza polskiego samolotu wojskowego, do której doszło w Smoleńsku w sobotę, 10 kwietnia 2010 o godz. 8:41 czasu środkowoeuropejskiego letniego (CEST) (10:41 czasu moskiewskiego letniego). Zginęło w niej 96 osób, wśród nich: prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką Marią Kaczyńską, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, 18 parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, pracownicy Kancelarii Prezydenta, szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich i społecznych oraz osoby towarzyszące, stanowiący delegację polską na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, a także załoga samolotu.

Piloci próbowali wylądować na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj – byłej bazie wojskowej – w gęstej mgle, przy widzialności zmniejszonej do około 500 metrów. Samolot schodził znacznie poniżej normalnej ścieżki podejścia, aż uderzył w drzewa, co spowodowało niekontrolowaną prawie pełną półbeczkę i uderzył w ziemię, zatrzymując się na zalesionym pasie ziemi w niewielkiej odległości od pasa startowego.

Zarówno rosyjskie, jak i polskie oficjalne dochodzenia nie wykazały żadnych usterek technicznych w samolocie i doszły do wniosku, że załoga nie przeprowadziła podejścia w bezpieczny sposób w danych warunkach pogodowych. Władze polskie stwierdziły poważne braki w organizacji i szkoleniu zaangażowanej jednostki lotniczej, która została następnie rozwiązana. Kilku wysokich rangą członków polskiej armii podało się do dymisji pod naciskiem polityków i mediów.

Na przestrzeni lat katastrofa stała się szeroko poruszanym tematem polskiej debaty publicznej. Dyskutowane były m.in. przyczyny i przebieg wypadku. Równocześnie pojawiły się różne teorie spiskowe dotyczące katastrofy, promowane przez liderów Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława Kaczyńskiego i jego zastępcę, Antoniego Macierewicza, którzy sugerowali, że katastrofa mogła być politycznym zabójstwem, a rozbicie się samolotu – skutkiem zamachu lub innego aktu terrorystycznego. Dochodzenia polskie i międzynarodowe nie znalazły żadnych dowodów potwierdzających taką tezę.

Początek

Start z portu lotniczego Warszawa-Okęcie nastąpił o godz. 7:27 UTC+2 (9:27 UTC+4), z 27-minutowym opóźnieniem. Zgodnie z planem lotu, w którym lot nosił oznaczenie „PLF 101 – I – M”, rejs miał trwać 75 minut. Lot odbywał się na wysokości 10 tys. m, z prędkością 800 km na godzinę; o godz. 7:45 UTC+2 samolot przekroczył granicę polskiej przestrzeni powietrznej, a o godz. 8:22 UTC+2 wszedł w rosyjską przestrzeń powietrzną, przekraczając punkt nawigacyjny ASKIL. Zbliżywszy się do celu podróży, rosyjskiego lotniska wojskowego Smoleńsk-Siewiernyj, maszyna rozpoczęła manewr zniżania, po czym okrążyła lotnisko na wysokości 500 m, by podejść do lądowania od strony wschodniej kursem 259 stopni.

Lotnisko

Lotnisko nosiło kryptonim „Korsaż” (dosł. „gorset”); nie było na nim wieży kontroli lotów i kierowanie lotami odbywało się ze startowego punktu dowodzenia. Lotnisko Siewiernyj nie posiadało systemu precyzyjnego naprowadzania Instrument Landing System (ILS), a jedynie dwie radiolatarnie bezkierunkowe (NDB). Zgodnie z raportem Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP) wskazania bliższej radiolatarni były niestabilne i wahały się w zakresie ±10°. Również system świetlny lotniska nie działał w dniu katastrofy poprawnie. Światła drugiej i trzeciej grupy (700–800 m od progu pasa) nie istniały, zaś na światłach pierwszej grupy (900 m od progu pasa) z trzech żarówek świeciła się tylko jedna. Wszystkie światła były również zasłaniane przez rosnące w pobliżu drzewa i krzewy. W pobliżu drogi lądowania występowały także przeszkody lotnicze, które swą wysokością przekraczały dopuszczalne normy (niektóre nawet o 11 metrów).

Decyzje

W trakcie pracy grupy kierowania lotami ppłk Plusnin podjął decyzję o skierowaniu samolotu na lotnisko zapasowe z powodu złych warunków atmosferycznych, jednak ta decyzja ppłk. Plusnina została anulowana przez płk. Krasnokutskiego, który nakazał sprowadzić samolot do wysokości 100 m i wydał decyzję zezwalającą na próbne podejście do lądowania. Około godz. 10:30 czasu moskiewskiego (godz. 8:30 czasu polskiego) kierownik lotów rozmawiał o sytuacji pogodowej na lotnisku z Gieorgijem Połtawczenką, pełnomocnym przedstawicielem prezydenta Rosji w Centralnym Okręgu Federalnym i członkiem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, oraz z Siergiejem Antufjewem, gubernatorem obwodu smoleńskiego; oczekiwali oni na lotnisku na przylot polskiej delegacji.

Na cztery minuty przed katastrofą widzialność z ziemi była oceniana na 200 m. 19 lipca 2010 podano, że o godz. 8:41 czasu polskiego warunki pogodowe na lotnisku były następujące: wiatr przy gruncie 110–130 stopni, prędkość wiatru 2 m/s, widzialność 300–500 m, mgła, zachmurzenie 10 stopni warstwowe, podstawa chmur 40–50 m, temperatura plus 1–2 stopnie Celsjusza. W tych warunkach pogodowych lądowanie byłoby niezgodne z przepisami, lecz pilot otrzymał zgodę na wykonanie próby podejścia do lądowania, by się przekonać, jakie są warunki.

Przebieg katastrofy

Załoga wykonała próbne podejście do lądowania do tzw. wysokości podjęcia decyzji. Zezwalając załodze na wykonanie trzeciego zakrętu kręgu nadlotniskowego, kontroler poinformował, aby na wysokości decyzji być gotowym do odejścia na drugi krąg. Według oficjalnych źródeł rosyjskich podana przez kontrolera wysokość decyzji wynosiła 100 m, według zeznań części świadków, niezgodnie z procedurą, 50 m. Samolot kontynuował manewr schodzenia do wysokości decyzyjnej na autopilocie, sterującym wysokością, kursem i ciągiem i według raportów komisji badających przyczyny katastrofy znalazł się w głębokim parowie, 15 m poniżej poziomu lotniska. Jak podała polska Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP), z zapisu rozmów załogi samolotu wynikało, że dowódca statku powietrznego wydał komendę odejścia na drugi krąg, co nastąpiło 8 sekund po osiągnięciu wysokości decyzji; w tym momencie samolot znajdował się na wysokości 39 metrów nad poziomem lotniska i 91 metrów nad poziomem terenu, zniżając się z prędkością pionową 6,2 m/s. Według Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, (ros.) Межгосударственный авиационный комитет (MAK), organu Wspólnoty Niepodległych Państw badającego katastrofy lotnicze, dowódca statku powietrznego nie wydał komendy odejścia na drugi krąg. Według raportu końcowego MAK załoga samolotu podjęła decyzję o lądowaniu, natomiast według raportu końcowego KBWLLP załoga nie podjęła decyzji o lądowaniu. 17 stycznia 2011 płk Mirosław Grochowski, wiceszef polskiej rządowej komisji badającej okoliczności katastrofy pod Smoleńskiem, potwierdził oficjalnie, że przed katastrofą Tu-154 dowódca samolotu, Arkadiusz Protasiuk, wydał komendę „odchodzimy”, bowiem w grudniu 2010 roku polskim ekspertom z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego udało się ustalić, że stało się to w tym samym momencie, gdy w kabinie pilotów słychać pierwszy komunikat pull up, na 22 sekundy przed katastrofą. Potwierdzenie „odejścia” przez drugiego pilota, Roberta Grzywnę, nastąpiło osiem sekund później.

Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przypisał wydarzenia zachodzące w ostatniej fazie lotu błędom załogi wywołanym przez czynniki psychologiczne, a Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego „próbie odejścia na drugi krąg przy wykorzystaniu zakresu pracy ABSU – automatyczne odejście”. W trakcie podchodzenia do lądowania kierownik strefy lądowania, mjr Ryżenko, kilkakrotnie informował załogę samolotu, że maszyna znajduje się na kursie i ścieżce; według strony polskiej były to informacje błędne, gdyż w rzeczywistości położenie samolotu było poza dopuszczalną tolerancją dla radiolokacyjnego systemu lądowania (RSP).

Rekonstrukcja ostatnich chwil lotu Tu-154M według raportów MAK i KBWLLP; źródło: Wikipedia.

Załoga zwiększyła ciąg silników, by nabrać wysokości i przez pewien czas maszyna leciała nisko nad ziemią, ścinając na trasie lotu wierzchołki drzew. Pierwszy kontakt z drzewami nastąpił w odległości 1050 m od progu pasa startowego i 40–45 metrów na lewo od jego osi. Według raportu końcowego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) z 12 stycznia 2011, o godz. 8:41:00 czasu polskiego, ok. 60 m na lewo od osi pasa, samolot stracił część lewego skrzydła o długości ok. 6,5 m w wyniku kolizji z brzozą o średnicy pnia 30–40 cm (tzw. brzoza smoleńska) i po następnych 5–6 sekundach zderzył się z ziemią w położeniu odwróconym; nastąpiło to, jak podano, około 350–500 m od progu pasa startowego, 150 m na lewo od jego osi.

xxx

Z informacji podanych przez Wikipedię nie wynika, kto tak naprawdę podjął decyzję o tym, że ten samolot miał wylądować na lotnisku w Smoleńsku – lotnisku, które nie spełniało żadnych standardów bezpieczeństwa. Kto podjął decyzję, że, pomimo trudnych warunków atmosferycznych w Smoleńsku, załoga miała kontynuować lot na to lotnisko? Skoro nie ma odpowiedzi na te zasadnicze pytania, to uzasadnione jest podejrzenie, że był to zamach, a nie – wypadek. A skoro zamach, to wypada sobie zadać pytanie – kto na tym skorzystał?

Odwołując się do wspólnych dla nas, „Europejczyków”, antycznych korzeni, wypada przywołać słynną łacińską maksymę: is fecit, cui prodest, co oznacza, że uczynił ten, dla kogo to było korzystne. Najbardziej podejrzani wydają się być Rosjanie, bo przecież prezydent Lech Kaczyński prowadził antyrosyjską politykę i przestrzegał Europę przed rosyjskim imperializmem. Czy to jednak rzeczywiście tak szkodziło Rosjanom? Państwo całkowicie podporządkowane Stanom Zjednoczonym, które nie miało i nadal nie ma żadnej mocy sprawczej, nie może stanowić jakiegokolwiek zagrożenia dla Rosji, a tym bardziej – ujadanie jego marionetkowego prezydenta. Trudno więc sobie wyobrazić, by Rosjanie byli tak niepraktyczni i podejmowali działania, które niczego nie zmieniają. Jednak nie można wykluczyć ich współudziału w tym zamachu. Ale żeby to wszystko zrozumieć, wypada spojrzeć na to w szerszym historycznym kontekście, a przede wszystkim wydaje się, że przyszłość dała nam odpowiedź. Trzeba było na to czekać 12 lat.

xxx

Zanim jednak przejdę do konkluzji, wypada uświadomić sobie, co jest istotą żydowskiej religii i wywodzącej się z niej żydowskiej mentalności. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy.

„Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.” – Heinrich Kohn, Die politische Idee des Judentums.

Jak to? Polityka? Co ma polityka do wierzeń religijnych? Odpowie nam na to cytowany filozof żydowski:

„Etyczno-polityczne idee stanowiły rdzeń żydostwa. Mojżesz, a po nim wszyscy wielcy przywódcy ludu, których działalność rozwijała się pozornie w całości na terenie religijnym, nie troszczyli się o religię, lecz o Królestwo Boże. Ale w tym pojęciu właśnie polityka jest religią, jest entuzjastycznym dążeniem, skierowanym bezpośrednio ku Absolutowi, ku Bogu, jest jedyną rzeczywistością życia, mieszczącą w sobie wszystkie inne. Nie jest więc już ona jakimś zajęciem pośród innych, jakąś płaszczyzną świadomości pomiędzy innymi, lecz jest ustosunkowaniem się człowieka, woli ludzkiej, w sposób, obejmujący całe życie, do żądań, jakie mu stawia Absolut. A w innym znaczeniu polityką jest tak uregulować stosunki ludzkie i życie codzienne każdego pojedynczego człowieka, aby były po upływie tego okresu skierowane ku celowi ostatecznemu. To skierowanie nazwali żydzi sprawiedliwością.” – Heinrich Kohn, Die politische Idee des Judentums. (Czy zatem partia Prawo i Sprawiedliwość nazywa się tak przypadkowo? – przyp. W.L.).

Powiedzmy sobie to w języku mniej filozoficznym. Oto prawodawcy religijni żydów nie troszczyli się o religię, lecz o zapewnienie Jehowie królestwa Bożego na ziemi. Był to cel polityczny i religia, którą głosili, stała się religią polityczną. Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych. Innym znowu zadaniem było tak uregulować całe prawodawstwo, by każdy czyn jednostki mógł zostać skierowany ku ostatecznemu celowi politycznemu i w ten sposób stać się czynem politycznym. Głównym środkiem działania kierownictwa Izraela było stworzenie dla mas specjalnej etyki; sprawiedliwym, a więc działającym zgodnie z żydowską etyką, jest tylko ten żyd, którego każdy czyn zmierza ku osiągnięciu ostatecznego celu politycznego, czyli ku zapewnieniu królestwa Jehowy.

Żywo musi nas zainteresować Jehowa, ów Bóg izraelski, mający zakrólować nad światem. Przekonujemy się, że nie jest to Bóg uniwersalny, Bóg dla wszystkich, lecz typowe bóstwo plemienne, bóstwo Izraela.

Księga Izajasza tak głosi ludowi izraelskiemu: „To mówi Pan: praca egipska i kupiectwo etiopskie i Sabaim, mężowie wysocy do ciebie przyjdą i twoi będą; za tobą chodzić będą, okowami w okowy pójdą i tobie kłaniać się i modlić będą; tylko w tobie jest Bóg, a nie masz prócz ciebie Boga” (XLV 14).

Albo w innym miejscu: „będą otworzone bramy twoje ustawicznie, we dnie i w nocy nie będą zamknięte, aby noszono do ciebie moc narodów i króle ich, aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, które tobie nie służyło, zginie. I przyjdą do ciebie, kłaniając się, synowie tych, którzy cię trapili. I będziesz ssać mleko narodów, a piersiami królów karmion będziesz” (LXI 5).

Jak widzimy, owo królestwo Jehowy nie jest wcale pomyślane nieziemsko; jest to królestwo z tego świata, zapewniające działaczom tego kultu polityczno-religijnego, uczestnikom przymierza z Jehową niedwuznaczne korzyści w postaci władztwa nad innymi narodami.

Środki działania ulegają zmianom; gdy zawiodą jedne, sięga się po inne. A tajemniczość celu ostatecznego uzasadnia dostatecznie utajenie środków, dla których jedynym kryterium etycznym jest „sprawiedliwość”, czyli ich wartość praktyczna dla osiągnięcia celu. Stąd odwieczna, powszechna opinia, że żydzi hołdują zasadzie: cel uświęca środki.

Kierownicy Izraela zmiany metod narzucają gwałtem i rewolucyjnie swoim rzeszom. Takie rewolucje wewnątrz Izraela nie niosą jednak ze sobą pogardy dla przeszłości. Są to bowiem rewolucje w zakresie używania środków, metod działania. Dziś odrzucone, mogą kiedyś w przyszłości znaleźć znowu swą wartość.

Rewolucje w Izraelu nie dotykają dogmatu. Jest nim przymierze z Jehową i cel ostateczny. Na tych dogmatach zasadza się niezmienność dziejowa Izraela.

xxxxxxxx

Z reguły tak jest, że żeby zrozumieć teraźniejszość, trzeba cofnąć się w czasie, czyli poznać przeszłość. W wypadku katastrofy smoleńskiej trzeba dokonać odwrotnego zabiegu, czyli wybiec w przyszłość. Od roku 2010 przejść do roku 2022. Wybuch wojny na Ukrainie wydaje się wyjaśniać zagadkę katastrofy smoleńskiej. Ta katastrofa miała na celu podtrzymanie, a nawet zintensyfikowanie nastrojów antyrosyjskich w polskim społeczeństwie. Smoleńsk, a więc pośrednio Rosjanie, miał się kojarzyć ze wszystkim, co najgorsze w historii Polski. Miał utrwalić przekonanie, że Rosjanie to nasi najwięksi wrogowie, a każdy kto z nimi walczy to nasz przyjaciel i powinniśmy mu pomagać w tej walce. Żeby ten stan permanentnej wrogości do Rosjan podtrzymywać, wymyślono miesięcznice. Już nie rocznice, tylko miesięcznice, żeby ludzie nie zapomnieli. Oznacza to, że już wtedy ci najwybitniejsi scenarzyści i reżyserzy planowali wojnę na Ukrainie, w której agresorem będzie Rosja, a Polska będzie pomagać Ukrainie. Katastrofa smoleńska miała też zneutralizować, przynajmniej częściowo, negatywne nastawienie części Polaków do Ukraińców z powodu rzezi wołyńskiej.

Dla tych, którzy interesują się polityką, nie jest tajemnicą, że bracia Kaczyńscy to Żydzi. Czy można zatem przyjąć, że Lech Kaczyński, wsiadając do tego samolotu, wiedział, że z niego nie wysiądzie? W oparciu o przytoczony powyżej cytat z książki Rolickiego, nie można wykluczyć, że wiedział. W każdym bądź razie wypada zdawać sobie sprawę z tego, czym jest dla Żyda polityka, że polityka i religia to dla niego jedno i to samo. Bez tej wiedzy trudno będzie zrozumieć zachowania polskich polityków, z których większość jest Żydami. A wszyscy wiemy, że emocje mające podłoże religijne wyzwalają o wiele większą motywację do działania, niż inne bodźce. Natomiast reszcie stworzyli Żydzi chrześcijaństwo, które bardziej koncentruje się na życiu pozagrobowym, niż doczesnym, które jest religią nie z tego świata.

Kto więc był sprawcą tej katastrofy? Zapewne ci najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy, którzy wykorzystali do tego pewne polskie i rosyjskie służby.

“Powtórka z rozrywki”

Wszystko wskazuje na to, że działania zmierzające do wprowadzenia wojska polskiego do wojny na Ukrainie są powoli, ale konsekwentnie wdrażane. O tym mówi Leszek Sykulski na swoim kanale w odcinku nr 705 z dnia 10 czerwca. Poniżej fragmenty jego wypowiedzi.

Dziś chciałbym wrócić do tematu wypowiedzi Andersa Rasmussena, byłego sekretarza generalnego NATO (2009-2014 – przyp. W.L.). W dniu 7 czerwca 2023 roku brytyjski dziennik Guardian opublikował informację, że były sekretarz generalny NATO Anders Rasmussen, który pełni obecnie funkcję oficjalnego doradcy prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego, oświadczył, że grupa państw NATO może być skłonna do wysłania wojsk na Ukrainę, jeśli państwa członkowskie, w tym Stany Zjednoczone, nie zapewniłyby Kijowowi takich namacalnych gwarancji bezpieczeństwa na szczycie sojuszu w Wilnie.

Warto zauważyć, że Rasmussen, który jest obecnie doradcą prezydenta Zełeńskiego, był również jednym z autorów bardzo istotnego dokumentu, a mianowicie kijowskiego traktatu bezpieczeństwa, razem z szefem kancelarii prezydenta Ukrainy Andrijem Jermakiem. Anders Rasmussen ostrzegł, że jeżeli nawet jakaś grupa państw zapewni Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa, to być może inni członkowie NATO nie będą chcieli, aby kwestia członkostwa Ukrainy w NATO została w Wilnie zatwierdzona. I tutaj warto zauważyć, że Jens Stoltenberg, obecny sekretarz generalny NATO powiedział, że kwestia gwarancji bezpieczeństwa będzie na porządku dziennym w Wilnie, ale dodał, że NATO, zgodnie z artykułem 5-tym traktatu waszyngtońskiego zapewnia pełnoprawne gwarancje bezpieczeństwa tylko pełnoprawnym członkom. I tutaj Rasmussen powiedział:

„Jeśli NATO nie może uzgodnić jasnej ścieżki rozwoju dla Ukrainy, istnieje wyraźna możliwość, że niektóre kraje podejmą działania indywidualnie. Wiemy, że Polska jest bardzo zaangażowana w konkretną pomoc dla Ukrainy i nie wykluczam takiej możliwości, że Polska zaangażuje się jeszcze mocniej, w tym kontekście, na szczeblu narodowym, a za nią pójdą kraje bałtyckie, być może z uwzględnieniem możliwości wysłania wojska na miejsce.”

Mamy tutaj wyraźną deklarację, że Polska mogłaby zaangażować się jeszcze mocniej i wysłać swoje wojsko na Ukrainę. Kolejny cytat z Rasmussena:

„Myślę, że Polacy poważnie zastanowiliby się nad wejściem i utworzeniem koalicji chętnych, gdyby Ukraina nie dostała nic w Wilnie. Nie należy lekceważyć polskich odczuć. Polacy czują, że Europa zachodnia zbyt długo nie słuchała ich ostrzeżeń przed prawdziwą rosyjską mentalnością.”

Mamy tutaj bardzo charakterystyczne uchwycenie czegoś, co można nazwać romantyczną częścią polskiego charakteru narodowego. Pokazanie poprzez fakt, że nie zostali docenieni przez Europę zachodnią, czy przez wiele lat nie byli doceniani przez Europę zachodnią, będą starali się właśnie pokazać swoje zaangażowanie, czy pewną swoją nadgorliwość, jeśli chodzi o kwestię włączenia się do wojny na Ukrainie. I to jest oczywiście pytanie, czy Anders Rasmussen mówi tutaj tylko i wyłącznie o swoich odczuciach, czy jest to forma pewnego oddziaływania psychologicznego, czy rzeczywiście operuje konkretnymi informacjami, czy ma konkretną wiedzę, że takie plany są przygotowywane, jeśli chodzi o wejście sił Rzeczypospolitej, potencjalnie oczywiście, na Ukrainę? Trzeba również dodać, iż były sekretarz generalny NATO powiedział, że szukanie takiej pomocy wojskowej przez Ukrainę byłoby, jego zdaniem, całkowicie legalne.

Oczywiście wszystko rozbija się o ten lipcowy szczyt sojuszu północnoatlantyckiego w Wilnie. No i w tym momencie warto też zauważyć, że Rasmussen też dodał, że konieczne jest, aby Ukraina otrzymała pisemne gwarancje bezpieczeństwa i to jeszcze, jego zdaniem, najlepiej przed szczytem, ale – uwaga! – poza ramami sojuszu północnoatlantyckiego. Zdaniem Andersa Rasmussena takie gwarancje miałyby obejmować, z jednej strony wspólną wymianę informacji wywiadowczych, ale z drugiej strony także wspólne szkolenie żołnierzy, zwiększoną produkcję amunicji, no i dostawy broni, które miałyby Ukrainie wystarczać do powstrzymywania Rosji przed kolejnymi atakami. Trzeba również podkreślić, że były sekretarz generalny NATO ostrzegł, że same gwarancje bezpieczeństwa nie wystarczą i że potrzebne są konkretne kroki.

We wrześniu 2022 roku szef kancelarii prezydenta Ukrainy Andrij Jermak i Anders Rasmussen przedstawili Wołodymirowi Zełeńskiemu rekomendacje dotyczące takiego strategicznego partnerstwa między Ukrainą a państwami gwarantami tego ukraińskiego bezpieczeństwa. Przedstawione wówczas propozycje opierały się na idei stworzenia koalicji państw gwarantów bezpieczeństwa dla Ukrainy. Te gwarancje powinny być oparte na systemie porozumień w ramach dokumentu o wspólnym partnerstwie strategicznym. Kijowski traktat bezpieczeństwa miałby zjednoczyć taką podstawową, fundamentalną grupę państw sojuszniczych i Ukrainę. I to jest bardzo istotne, bo do tej grupy państw gwarantów bezpieczeństwa Ukrainy miałyby należeć takie państwa jak: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Francja, Australia, Turcja a także państwa skandynawskie i bałtyckie.

Wiemy, że spora część państw NATO nie będzie chciała włączenia Ukrainy do NATO, nie chcąc oczywiście konfrontować się bezpośrednio militarnie z Rosją, czy też dążyć do starcia dwóch bloków polityczno-militarnych, czyli NATO i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, stąd te wszystkie pomysły na takie alternatywne formy bezpieczeństwa dla Ukrainy, no i niestety, Polska jest w każdej z tych propozycji wymieniana jako jeden z tych podstawowych gwarantów bezpieczeństwa dla Ukrainy, gdzie kompletnie nie mówi się o żadnych warunkach wstępnych, nie mówi się o rozwiązaniu tych problemów, które istnieją w stosunkach polsko-ukraińskich. Mówi się cały czas o tym bezwarunkowym wspieraniu Ukrainy, no i wielką tragedią, w mojej ocenie, byłoby włączenie Polski do nie naszej wojny, do cudzej wojny. Niestety widać próby takiego psychologiczno-informacyjnego oddziaływania na społeczeństwo polskie, aby przygotowywać się do zwiększonego wsparcia dla Ukrainy, jeszcze zwiększonego, mimo tego ogromnego, bezwarunkowego wsparcia, które zostało już przekazane. W mojej ocenie jest to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu i z polskim interesem narodowym, a czynienie z Polski zakładnika bezpieczeństwa Ukrainy jest kompletnie irracjonalne, jeśli chodzi o politykę realną.

xxxxxxxx

Wszystko więc wskazuje na to, że losy Polski rozstrzygną się na lipcowym szczycie NATO w Wilnie. NATO jest paktem obronnym, przynajmniej w teorii, a więc stanie w obronie każdego pełnoprawnego członka sojuszu, gdy zostanie on zaatakowany. Ponieważ oficjalnie NATO nie prowadzi wojny z Rosją i Rosja nie atakuje żadnego członka NATO, więc nie ma powodu, dla którego miałoby ono zaatakować Rosję czy zaangażować się oficjalnie w wojnę na Ukrainie. Jak zatem wciągnąć Polskę do wojny na Ukrainie? Ano tak, by pozwolić jej działać niejako poza strukturami NATO, indywidualnie. Wówczas, gdyby Rosja, po wejściu wojska polskiego na Ukrainę, zaatakowała Polskę, to NATO nie musiałoby reagować, gdyż miałoby wytłumaczenie, że Polska działała poza strukturami NATO, podjęła indywidualną decyzję i musi ponieść konsekwencje swojej decyzji, gdyż była to jej decyzja suwerenna. W ten sposób Polska wyszłaby na awanturnika, bo przecież NATO nie wydało Polsce rozkazu do wprowadzenia wojsk na Ukrainę, tylko stworzyło jej taką możliwość, a to przecież nie to samo.

NATO nie zgodzi się na szczycie w Wilnie na przyjęcie Ukrainy do sojuszu, bo takie były ustalenia z Rosją. Więc na otarcie łez przygotowuje pocieszenie w postaci gwarancji bezpieczeństwa. Tymi gwarantami miałyby być Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Polska, Włochy, Niemcy, Francja, Australia, Turcja a także państwa skandynawskie i bałtyckie. Jak widać brakuje tu pozostałych państw, członków NATO, które graniczą z Ukrainą, a więc Słowacji, Węgier i Rumunii. Natomiast Rasmussen, w kontekście wysłania wojsk na Ukrainę, wyraźnie mówi o Polsce i ewentualnie krajach bałtyckich, które chyba mają stanowić tu tylko taki kwiatek do kożucha. Tak więc trwa powolne wciąganie Polski do wojny, która nie jest w jej interesie, a która doprowadzi do jej likwidacji w takim kształcie terytorialnym, w jakim obecnie się znajduje. Nie pierwszy to raz.

4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

Układ monachijski był pierwszym krokiem do likwidacji Czechosłowacji. Na swoją kolej czekała Polska. Celem tych zabiegów było odwrócenie skutków I wojny światowej i doprowadzenie do sytuacji, w której Niemcy będą graniczyć ze Związkiem Radzieckim. Bez tego atak Niemiec na ten kraj 22 czerwca 1941 roku nie byłby możliwy. Wszyscy do tej wojny dążyli, tylko udawali, że robią wszystko, by do niej nie dopuścić. Potęgi zawierały sojusze czy pakty z małymi państwami, nie mając najmniejszego zamiaru wywiązywać się ze swoich zobowiązań.

31 marca 1939 roku Anglia udziela Polsce jednostronnie gwarancji niepodległości, obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Jaką pomoc? Anglia była potęgą morską, a nie – lądową. Obiecywać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Ta obiecanka, która przekształciła się w sierpniu w sojusz, była tylko alibi dla Hitlera i sanacyjnych polityków. Dla Hitlera, bo 28 kwietnia wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Dla sanacyjnych polityków, bo mogli powiedzieć: „Wprawdzie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji militarno-strategicznej, ale mamy sojusznika – Anglię!” Doszła też, jako sojusznik, Francja, która wcześniej olała Czechy. Ale kto by tam przejmował się takimi szczegółami!

Jak wiadomo Czechy nie walczyły z Niemcami w 1939 roku, ale nie dlatego, że Czesi nie chcieli walczyć. Czescy generałowie chcieli walczyć, ale masoński rząd Benesza miał inne polecenie i dlatego aresztował nawet jednego z nich. Chodziło o to, by nie zniszczyć tego, co dla Hitlera było najcenniejsze – fabryki Skody. Z kolei masoński rząd II RP miał polecenie, by wciągnąć kraj do wojny. Tu nie było niczego wartościowego, z punktu widzenia Hitlera, więc można było kraj zniszczyć.

Dziś sytuacja zaczyna rozwijać się w podobnie niebezpiecznym kierunku. Znowu to państwo jest traktowane przez Zachód instrumentalnie. Podobnie jak w 1939 roku, masoński rząd III RP przebiera nóżkami, by wciągnąć Polskę do bezsensownej wojny z potężnym przeciwnikiem. Tym razem – z Rosją. Najwyraźniej w tym miejscu, pomiędzy Niemcami a Rosją, nie może być normalnie i stabilnie.

Wyprawa kijowska

Wyprawa kijowska jest chyba mało znanym epizodem wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku. Może więc wypada ją sobie przybliżyć, zwłaszcza że, w świetle bieżących wydarzeń, staje się ona jakby bardziej aktualna. Wypada jednak zacząć od wcześniejszych wydarzeń, które ją poprzedziły.

W marcu 1917 roku, podobnie jak w całym imperium rosyjskim, na Ukrainie dokonała się rewolucja lutowa. Władzę cywilną, za zgodą Rządu Tymczasowego, pełniła Ukraińska Centralna Rada (UCR). W UCR narastały stopniowo tendencje autonomiczne, które po rewolucji październikowej przerodziły się w separatyzm. W listopadzie 1917 roku UCR ogłosiła deklarację niepodległości Ukrainy i proklamowała Ukraińską Republikę Ludową. 16 grudnia Rada Komisarzy Ludowych Rosji radzieckiej uznała niepodległość Ukrainy. Natomiast rewolucyjna część uczestników I Ogólnoukraińskiego Zjazdu Rad (w Kijowie) przeciwstawiła się UCR i 24 grudnia w Charkowie utworzyła rząd Ukrainy radzieckiej. Do lutego 1918 roku rządy UCR na Ukrainie zostały obalone. 8 lutego do Kijowa wkroczyły wojska rewolucyjne. 9 lutego przedstawiciele UCR podpisali w Brześciu traktat pokojowy z Niemcami i w tym miesiącu wojska niemieckie i austro-węgierskie, pod pozorem pomocy UCR, wkroczyły na Ukrainę.

Zajęcie Ukrainy przez wojska niemieckie i austro-węgierskie; źródło: Wikipedia.

28 kwietnia władze niemieckie rozwiązały UCR, a 29 kwietnia na hetmana Ukrainy wyznaczyły generała Skoropadskiego, całkowicie im uległego. W listopadzie 1918 roku wybuchło na Ukrainie powstanie ogólnonarodowe, a więc w tym samym czasie, gdy w Berlinie wybuchła rewolucja bolszewicka i żołnierze niemieccy masowo dezerterują i wracają do Niemiec. Część działaczy UCR utworzyła Dyrektoriat (przewodniczący W. Wynnyczenko, następnie S. Petlura), nawiązujący politycznie do działalności UCR. W tym samym czasie w mieście Sudź powstaje robotniczo-chłopski rząd Ukrainy, który 29 listopada 1918 roku proklamował obalenie hetmana Skoropadskiego i ustanowienie władzy radzieckiej.

To są informacje z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970), natomiast Wikipedia pisze: Tymczasowy Robotniczo-Chłopski Rząd Ukrainy – drugi w kolejności radziecki rząd (pierwszym była Ukraińska Ludowa Republika Rad), utworzony 28 listopada 1918 w Kursku. Utworzony został w celu zamaskowania agresji Rosji Radzieckiej na Ukraińską Republikę Ludową.

Mamy więc dwie interpretacje rzeczywistości: PRL-owską z WEP, czyli proradziecką i obecną z Wikipedii, czyli raczej proukraińską. Wedle WEP powstaje w mieście Sudź robotniczo-chłopski rząd Ukrainy, a według Wikipedii powstaje w Kursku Tymczasowy Robotniczo-Chłopski Rząd Ukrainy.

W listopadzie 1918 roku w Galicji Wschodniej została utworzona nacjonalistyczna Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZURL). Władze ZURL uznały Dyrektoriat i udzieliły mu poparcia. Główny wysiłek ZURL koncentrował się na walce z Polską (1-22 listopada walki polsko-ukraińskie o Lwów). W lipcu 1919 wojska polskie zajęły Galicję Wschodnią, która tym sposobem znalazła się w granicach Polski.

We wrześniu 1919, w walkach z kontrrewolucyjnymi wojskami Denikina, oddziały Dyrektoriatu, w skład których weszła armia ZURL, poniosły porażkę, a następnie zostały wyparte przez armię radziecką w trakcie jej ofensywy przeciwko Denikinowi. Po walkach z wojskami Denikina (poł. 1919 – pocz. 1920) Ukraina znalazła się pod władzą radziecką. 21-22 kwietnia 1920 roku Petlura w imieniu Dyrektoriatu zawarł porozumienie z Polską w kwestii wspólnej akcji zbrojnej przeciw Rosji radzieckiej. Wojska Dyrektoriatu uczestniczyły w zainicjowanej przez Piłsudskiego tzw. wyprawie kijowskiej.

xxx

Tak więc na Ukrainie dokonały się dwie rewolucje. Jedna, bolszewicka – na prawie całym obszarze Ukrainy; druga – nacjonalistyczna, antybolszewicka – na terenie byłej Galicji Wschodniej. Trudno sobie wyobrazić, że Piłsudski nie zdawał sobie sprawy z tego, że wkraczając na tereny objęte rewolucją bolszewicką, nie zyska tam poparcia. A jednak podjął taką decyzję.

Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna tak opisuje wyprawę kijowską (wytłuszczenia W.L.):

Komendant, mając prawie niczym nie skrępowaną władzę nad Polską, pragnie stworzyć tę Polskę istotnie samodzielną i tak silną, by była po wsze czasy zdolna do samoobrony. Więc musi być to Polska terenowo dostatecznie obszerna. Poza tym taka, która by się mogła oprzeć o narody, równie jak Polska zagrożone przez imperializm rosyjski. Takim oparciem powinna być w pierwszym rzędzie samodzielna Ukraina, w sojuszu z Polską. Dlatego Naczelnik zawarł sojusz z atamanem Petlurą. I planuje wielką ofensywę na Ukrainie.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie oglądając się na bolszewicką koncentrację na północy, rzucił na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie: 3-cią pod własnym dowództwem, 2-gą pod dowództwem gen. Listowskiego, oraz 6-tą gen. Iwaszkiewicza. – Łącznie: 109 batalionów, 64 szwadrony i 104 baterie.

Już w tym czasie bolszewicy zdążyli skoncentrować na północnym odcinku frontu 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy zaledwie 36.000, gdyż 1-a Konna Armia Budiennego dopiero się przegrupowywała w północnym Kaukazie.

W tę pustkę uderzył właśnie Piłsudski, wprowadzając w nią gros doborowych sił polskich. Zapytany, dosyć zresztą lękliwie, przez szefa sztabu, czy nie obawia się o los osłabionych jeszcze bardziej, 1-szej i 4-tej armii, które izolowane i bez odwodów stoją na północ od Polesia, odpowiedział: One czują się tam dobrze.

Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się, wciągając przeciwnika w próżnię. Jedynie dla zmylenia wysunąć miały silne straże tylne, i toczyć boje opóźniające. Ariergardy bolszewickie, angażując się w walki, traciły jednak sporo sprzętu i materiału wojskowego, oraz dużo jeńców, z których większość przechodziła dobrowolnie na stronę polską.

W tych warunkach jedynym lokalnym sukcesem strategicznym, jaki wojska polskie mogły odnieść na Ukrainie, było – zdaniem fachowców – szybkie dopędzenie i ostateczne rozbicie tych dwóch armii sowieckich, które się cofały. Zwłaszcza 12-tej armii, tej samej, której los na jesieni 1919 był już raz, zdawało się przesądzony, a która wskutek cichego porozumienia zdołała się uratować z kleszczy.

Lecz oto, dnia 27 kwietnia, gdy zaledwie dwa dni marszu dzielą 3-cią armię polską od Kijowa, zapadła niespodziewana decyzja Naczelnego Wodza, by przerwać pościg i stanąć w miejscu na dziesięć dni… Dało to możność wojskom sowieckim bez przeszkód, stopniowo wycofać się za Dniepr, i przeprowadzić ewakuację etapów. Kijów został przez bolszewików opuszczony. Tej dziwacznej sytuacji na przedpolu nie wytrzymują nerwy nawet najbardziej oddanych swemu „komendantowi” oficerów legionowych. O świcie 7 maja, patrol szwoleżerów wysłany na własną odpowiedzialność dowódcy pułku, dociera do przedmieść miasta, oddaje konie konowodom, wsiada do tramwaju i jedzie nim do śródmieścia. Dla fantazji szwoleżerowie chcieli nawet zapłacić za przejazd konduktorowi, ale nie mieli drobnych… Po południu tegoż 7 maja wkracza do Kijowa kompania I brygady piechoty legionowej.

Dopiero nazajutrz, 8 maja, wódz naczelny, który jest zdania, że bolszewicy powinni bronić Kijowa, wydaje rozkaz natarcia i zdobycie miasta. Zajętego już przez wojska własne.

Operacja kijowska podana jest w oficjalnych komunikatach wojennych z dużym patosem, jako wielkie zwycięstwo oręża polskiego. W Warszawie zapanował nastrój entuzjazmu. Tłumy gromadzą się przed gmachem sejmu. Wychodzi marszałek sejmu Trąmpczyński i wznosi okrzyk: „Niech żyje Piłsudski!” Następnie wygłasza podniosłe przemówienie, w którym mówi o „szlaku Bolesława Chrobrego”, o tym, że „od czasów Chocimia naród polski takiego triumfu oręża nie przeżywał”… W kościele św. Aleksandra odprawione zostaje dziękczynne nabożeństwo z odśpiewaniem „Te Deum”. – Dzień jest po majowemu ciepły, słoneczny. Ukwiecone okna stolicy są przeważnie otwarte, i nawet człapiące po drewnianej kostce dorożkarskie konie uczepione mają przy uzdach niedrogie kwiaty.

Tymczasem wojska polskie zajęły teren prawie nie broniony, zatrzymały się w Kijowie, nie ścigając nieprzyjaciela, i nikt nie wie, co robić dalej. Z całej koncepcji pozostaje jedynie punkt kapitalny: tak długo trzymać wyciągnięte na Ukrainie wojska, aż powstanie i okrzepnie państwowa i militarna siła sojuszniczej Ukrainy. Ale ten punkt programu zawodzi.

Wojska polskie stały tydzień, stały dwa, trzy… A żadna Ukraina nie powstała. I zresztą w tak krótkim czasie powstać nie mogła.

W tej to sytuacji, mimo nie zakończonej jeszcze z braku taboru kolejowego koncentracji, mimo dotkliwych braków w sprzęcie, amunicji i koni, mimo iż 20 procent żołnierzy nie ma butów, towarzysz Tuchaczewski, który objął dowództwo frontu po Gittisie, decyduje się na próbę ofensywy na Białorusi. Bardziej skłoniła go do tego pogłoska, że 1-sza armia polska ma jakoby dokonać uprzedzającego uderzenia na koncentrację witebską.

Dnia 14 maja, 15-ta armia sowiecka z rejonu Lepel – Usza uderza na 1-ą armię polską, a 16-ta armia sowiecka z rejonu Witebsk – Orsza na 4-ta armię polską. Generał Szeptycki zdołał odeprzeć atak i utrzymać pozycje. Natomiast 1-a armia poniosła porażkę i poczęła się cofać.

Wtedy Piłsudski zaczął przerzucać stojące zupełnie bezczynnie na Ukrainie dywizje, na północ. Ale teraz na front ukraiński podchodziła już zwolniona z rosyjskiego frontu po-Denikinowskiego, i ostatecznie przegrupowana 1-sza konna armia Budiennego. Zaniepokojenie w sztabie naczelnego wodza rosło. Rozproszył je Piłsudski autorytatywnym oświadczeniem, iż lekceważy tę siłę, gdyż jak to wykazała praktyka wielkiej wojny, konnica jest bronią przestarzałą i bez większego znaczenia. Tymczasem 1-a konna armia Budiennego stała się głównym taranem uderzeniowym sowieckiej kontrofensywy, która podjęta została 27 maja na uszczuplone wojska polskie na Ukrainie. Wtedy Piłsudski zaczął przerzucać znowu dywizje z północy z powrotem na Ukrainę. I nazwał ten rodzaj strategii: „Grą odwodami”. W istocie odbywała się ta gra w najbardziej niefortunnych warunkach, na przestrzeni około 1.000 kilometrów, w terenie o nie rozbudowanej sieci kolejowej, przy braku taboru, stacji załadunkowych, wyczerpując ludzi i konie. Piłsudski zamierzał teraz najpierw rozbić Budiennego, a później znowu przerzucić wojska na Białoruś. Ale na dalszą „grę odwodami” było już za późno. 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów.

W rezultacie, wojska polskie utraciwszy w ciągu niespełna dwóch miesięcy: w poległych i zmarłych – 347 oficerów i 7.634 żołnierzy, w rannych – 456 oficerów i 20.098 żołnierzy, a w jeńcach – 320 oficerów i 35.060 żołnierzy, odrzucone zostały na linie wyjściową „Wyprawy Kijowskiej”.

W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski przedstawiał się tak:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Wzdłuż średniej Berezyny – 4-ta armia generała Szeptyckiego. Odcinek w rejonie Ptycza do Prypeci zajmowała Grupa Poleska płk. Sikorskiego.

Wojska rozciągnięte były w cienką linię kordonową. Z fachowego punktu widzenia trudno ją było nazwać „linią obronną”, raczej „linią osłony”. Każda z poszczególnych dywizji zajmowała kilkadziesiąt kilometrów odległości proste, bez odwodów, bez rezerw, i w żadnym punkcie nie była zdolna do stawienia oporu większym siłom, ani do przeciwnatarcia. Na ten dziwoląg strategiczny wielokrotnie próbowali uprzednio zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi fachowcy, jak w końcu wpływowi w państwie ludzie cywilni, gdyż rzucał się on w oczy nawet laikom. Wprawdzie system rozciągniętych linii frontów stosowany był podczas wielkiej wojny, ale linia polska nie stanowiła powtórzenia tamtego wzoru, lecz raczej była jego odwróceniem, gdyż nie posiadała w przybliżeniu ani tych sił, ani tych środków. Wszelkie próby interwencji w naczelnym dowództwie nie odnosiły jednak skutku, gdyż Józef Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Kordonowe ugrupowanie wojsk utrzymane zostało w dalszym ciągu, mimo niekorzystnej strategicznej koniunktury ogólnej po klęsce Denikina, i po przerzuceniu wszystkich sił bolszewickich na front polski, mimo alarmujących informacji, że koncentracja sowiecka odbywa się właśnie na północy.

O świcie 4 lipca, Tuchczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki kordon polski cztery armie i jedną samodzielną grupę wojsk.

Już w godzinach porannych pierwszego dnia ofensywy front polski został przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Dało się to z łatwością osiągnąć przez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie, zaskoczone gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami dla wykonania kontrmanewru, rozpoczęły odwrót prawie na całej linii. Miejscami przeistoczył się on w odwrót bezładny, a gdzieniegdzie w ucieczkę. Sytuacja z miejsca poczęła przybierać obrót katastrofalny.

xxxxxxxx

Już niejednokrotnie pisałem na tym blogu, że wszystkie wojny to ustawki, łącznie z tą, która obecnie trwa na Ukrainie. Piłsudski zatrzymał się przed Kijowem. Później było podobnie.

Drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.

W tekście powyżej, kursywą, napisałem, że mamy dwie interpretacje rzeczywistości. Tę z PRL-owskiej WEP, według której rewolucja bolszewicka na Ukrainie dokonała się przy akceptacji, przynajmniej biernej, ludności ukraińskiej. Druga, z Wikipedii, że rewolucja ta została narzucona narodowi ukraińskiemu siłą. Być może odpowiedzi trzeba szukać w tzw. wyprawie kijowskiej. Ludność radzieckiej Ukrainy okazała całkowitą obojętność dla pomysłu państwa ukraińskiego, wspieranego przez Polaków. Ktoś może powiedzieć, że to mogła być obawa przed bolszewickim rewanżyzmem, ale nie było jej w przypadku protestów przeciw kolektywizacji gospodarstw rolnych, narzuconej przez władzę radziecką, co skończyło się wielkim głodem na Ukrainie w latach 1932-33.

Tak się jakoś dziwnie składa, że te protesty przeciw kolektywizacji pojawiają się po powstaniu pewnej organizacji. Na Kongresie Ukraińskich Nacjonalistów w Wiedniu w 1929 roku powstaje Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Znowu Wiedeń! Parafrazując więc słowa rzymskiego senatora (w końcu łączą nas, wszystkich “Europejczyków”, antyczne korzenie) Marka Porcjusza Katona, wypadało by, z polskiego punktu widzenia, powiedzieć: A poza tym sądzę, że Wiedeń trzeba zniszczyć. W oryginale chodziło o Kartaginę. Tak zawsze Katon kończył swoje przemówienie. Według Dmytro Doncowa (twórcy ukraińskiej koncepcji nacjonalizmu, przyjętej w latach 30. XX wieku przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów za podstawę ideologiczną działalności politycznej) głównym wrogiem Ukrainy miała być Rosja, niezależnie od jej formy ustrojowej, kraj o skrajnie odmiennej od Europy cywilizacji. Doncow przypisywał Ukrainie rolę obrońcy Europy przed Rosją i jej nieuchronnym imperializmem, powracającym pod różną nazwą i w różnej postaci (stawiał carat na tej samej płaszczyźnie, co bolszewizm). A więc już nie Polska, tylko Ukraina stawała się, wedle Doncowa, przedmurzem Europy. Pomysł mało oryginalny, ale wywodzący się z tego samego źródła.

Mamy więc konkretną ideologię, stworzoną przez Żyda Doncowa, która jest skierowana przeciwko Rosji, zarówno tej carskiej, jak i bolszewickiej. Siłą rewolucyjną nie jest, jak w przypadku krajów uprzemysłowionych, klasa robotnicza, tylko chłopi ukraińscy. Skoro więc chłopi są siłą rewolucyjną, to ich likwidacja, poprzez kolektywizację, stanowi likwidację tej siły i wszelkie nadzieje na niepodległą Ukrainę stają się mrzonką.

W podsumowaniu poprzedniego blogu napisałem, że państwo “polskie” realizuje ideologię ukraińskiego Żyda, ale jest to ideologia, którą w pełni zaakceptowała OUN, a więc wychodzi na to, że państwo “polskie” realizuje ideologię OUN, czyli ideologię UPA. I żadne zaklęcia typu, że bez wolnej Ukrainy nie ma wolnej Polski, tego nie zmienią.