KUL

W związku z dwuznacznym stanowiskiem hierarchów kościelnych w sprawie rzezi wołyńskiej pojawia się pytanie: czym jest Kościół katolicki w Polsce i komu służy? Instytucja, która według endeków i innych “patriotów” jest nieodzownym elementem polskości, po raz kolejny daje dowód, że jest jej wrogiem. I tak sobie skojarzyłem, że jest przecież w Polsce Katolicki Uniwersytet Lubelski, czyli KUL. I w pewnym sensie jest on częścią tego Kościoła. Może więc poznanie historii tej części ułatwi zrozumienie, czym jest całość. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii; (wytłuszczenia W.L.).

xxx

Universitas Lublinensis Ioannis Pauli II, skr. KUL, w latach 1918–1928 Uniwersytet Lubelski) – polski uniwersytet katolicki z siedzibą w Lublinie. Jest kościelną szkołą wyższą o pełnych prawach publicznych szkół wyższych. Najstarsza uczelnia Lublina i trzeci najstarszy funkcjonujący uniwersytet w Polsce.

Został założony 27 lipca 1918 roku jako Uniwersytet Lubelski z inicjatywy ówczesnego rektora Akademii Duchownej w Petersburgu (powstałej w 1842 roku) ks. Idziego Radziszewskiego. Po wyrażeniu zgody na utworzenie uniwersytetu przez konferencję biskupów polskich w Warszawie z udziałem Achillesa Ratti (późniejszego papieża Piusa XI), uruchomiono naukę na wydziałach: Teologicznym, Prawa Kanonicznego, Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych oraz Nauk Humanistycznych. Pierwszym rektorem KUL został Radziszewski, a większość kadry uczelni stanowili wykładowcy Akademii, której ówczesny Uniwersytet Lubelski stał się kontynuatorem.

Katolicki Uniwersytet Lubelski powstał z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego, który zbierał fundusze na powstanie katolickiej uczelni w Polsce wśród Polonii w Petersburgu, w miejsce likwidowanej przez władze bolszewickie Akademii Duchownej w Petersburgu. Głównymi fundatorami byli przemysłowiec Karol Jaroszyński i inżynier Franciszek Skąpski.

Na miejsce dla takiej uczelni wybrano Lublin. W 1918 roku pomysł zyskał akceptację polskich biskupów oraz nuncjusza Stolicy Apostolskiej i 27 lipca 1918 roku decyzją Zjazdu Biskupów Królestwa Polskiego została powołana uczelnia pod nazwą Uniwersytet Lubelski. Księgozbiór Akademii Petersburskiej stał się zaczątkiem księgozbioru nowego Uniwersytetu. Jesienią 1918 roku Uniwersytet rozpoczął działalność. Początkowo korzystał z bazy lokalowej seminarium duchownego. Obejmował wtedy 4 wydziały: Teologiczny (otwarty w 1918), Prawa Kanonicznego, Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych oraz Nauk Humanistycznych.

W 1928 r. zmieniono nazwę uczelni na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Przed II wojną światową KUL zdobywał uprawnienia państwowe oraz, mimo że miał status uczelni prywatnej, otrzymał prawo do dotacji państwowych. Otrzymał także własny gmach – był to budynek podominikański usytuowany przy Alejach Racławickich, blisko centrum miasta.

KUL była pierwszą wyższą uczelnią, która wznowiła działalność na skrawku wyzwolonej Polski. Już 2 sierpnia 1944 roku KUL uzyskał pozwolenie od nowych komunistycznych władz na wznowienie działalności, a 3 listopada 1944 roku podjęto zajęcia akademickie (na inauguracji roku szkolnego obecni byli m.in. przedstawiciele PKWN i oficjalny reprezentant ZSRR w Lublinie – Nikołaj Bułganin). Uczelnię udało się reaktywować dzięki inicjatywie ks. prof. Antoniego Słomkowskiego. Zaczęli tu wykładać profesorowie przesiedleni z Kresów Wschodnich, głównie z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Początkowo nowe władze sprzyjały katolickiej uczelni, później jednak stała się ona celem ataków. Doszło do nacjonalizacji podstawowego źródła finansowania KUL, jakim był liczący 7 tys. ha majątek rolny Fundacji hr. Potulickich w Potulicach koło Nakła. W 1949 roku zabroniono przyjmowania nowych studentów na niektóre świeckie kierunki, pozbawiono funkcji rektora ks. Słomkowskiego – za to, że nie chciał zalegalizować na uczelni komórki młodzieżowej organizacji komunistycznej. Uniwersytet był stale inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa, utrudniano życie studentom i wykładowcom, cenzurowano publikacje uczelni.

Dopiero lata 90. XX wieku przyniosły poprawę sytuacji. Część pieniędzy KUL zaczął otrzymywać z budżetu państwa, zniesiono cenzurę, uczelnia zaczęła rozwijać bazę dydaktyczną. W 1991 r. KUL odzyskał Fundację Potulicką, a w 2003 r. założył grupę kapitałową CGFP sp. z o.o. mającą w swych zasobach ziemię o areale 5000 ha. Z danych księgowych wynika jakim majątkiem obraca cała grupa kapitałowa i jak duże finansowanie posiada KUL.

xxx

O Akademii Duchownej w Petersburgu Wikipedia tak pisze:

Cesarska Rzymskokatolicka Akademia Duchowna w Petersburgu (ros. Императорская римско-католическая духовная академия) – wyższa szkoła teologiczna istniejąca w latach 1842–1918 w Petersburgu.

W 1773 roku po kasacie zakonu jezuitów prowadzony przez nich w Wilnie Uniwersytet Wileński Stowarzyszenia Jezusowego Księstwa Litewskiego został przemianowany na Szkołę Główną Wielkiego Księstwa Litewskiego. 4 kwietnia 1803 roku na jego bazie powstał Imperatorski Uniwersytet Wileński. W 1833 roku z wydziału teologicznego tej uczelni po połączeniu z Głównym Seminarium Wileńskim utworzono Wileńską Rzymskokatolicką Akademię Duchowną. W 1842 roku przeniesiono ją do Petersburga. Po wizytacji uczelni 18 grudnia 1844 roku Mikołaj I zatwierdził statut uczelni i wydał rozporządzenie nadające jej nazwę Cesarskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej. Gdy w 1847 roku podpisano konkordat pomiędzy Rosją a Stolicą Apostolską Akademia została podporządkowana arcybiskupowi mohylewskiemu. Po likwidacji w 1867 roku Warszawskiej Akademii Duchownej jej studentów przeniesiono do działającej w Petersburgu uczelni.

W lutym 1918 roku z inicjatywy Radziszewskiego w Piotrogrodzie Komitet Organizacyjny mający za zadanie zorganizowanie uniwersytetu katolickiego, a 23 października 1918 roku Edward Ropp metropolita mohylewski przekazał tworzącemu się Uniwersytetowi w Lublinie prawo piotrogrodzkiej Akademii do otwarcia wydziału teologicznego w roku akademickim 1918/19. Gdy w grudniu 1918 roku został otwarty Uniwersytet Lubelski w gronie jego wykładowców znaleźli się również profesorzy Akademii, a zaczątkiem biblioteki uniwersytetu były księgozbiory wykładowców zakupione przez Karola Jaroszyńskiego.

xxx

Mamy więc taką sytuację, że zakon jezuitów został skasowany w całej Europie, ale nie w Rosji i ta prawosławna Rosja, niby tak wroga katolicyzmowi, bardzo przychylnie odnosi się do jezuitów. Można więc powiedzieć, że korzenie KUL są jezuickie. Ciekawymi postaciami są też dwaj fundatorzy Karol Jaroszyński i Franciszek Skąpski.

Karol Jaroszyński, Karol Lucjan Jan Jaroszyński herbu własnego, ros. Карл Иосифович Ярошински, Charles Jaroszynski (ur. 13 grudnia 1878 w Kijowie, zm. 8 września 1929 w Warszawie) – polski przedsiębiorca, finansista i filantrop.

Syn Józefa Klemensa Jaroszyńskiego herbu własnego (1826–1885), właściciela rozległych dóbr, szeregu cukrowni na Podolu i banku w Kijowie, i Karoliny Borsza-Drzewieckiej herbu Nałęcz (ok. 1837–1921). Uczęszczał do Szkoły Męskiej Towarzystwa Popierania Szkoły Średniej oraz Pierwszego Gimnazjum Klasycznego w Kijowie (do 1896); absolwent wydziału handlowego Szkoły Realnej w Moskwie (Московское реальное училище) (1899). Finansista z polskiej rodziny szlacheckiej, zamieszkałej na Podolu w okolicach Winnicy. Właściciel dóbr Antopol, Krzyżopol, Wapniarka. Nazywany też rosyjskim Vanderbiltem. W 1909 r. powiększył swój majątek rozbijając bank w Casino de Monte-Carlo – wygrał wówczas w ruletkę w przeliczeniu 774 kg złota (1 mln rubli). W marcu 1916 jego majątek oceniano na kwotę 26,1 mln rubli, 300 mln rub. w długach wekslowych oraz 950 mln rub. w złocie i nieruchomościach, łącznie 1 mld 276 mln rubli. Ostrożne szacując, byłoby to ponad 200 mld obecnych polskich zł. Można więc przyjąć, że był jednym z najbogatszych i wpływowych ludzi w Imperium Rosyjskim i najbogatszym Polakiem na przełomie XIX i XX wieku. Był wówczas największym właścicielem cukrowni w świecie, gdyż był właścicielem lub współwłaścicielem 53 cukrowni i rafinerii cukru m.in. w Gniewaniu, Czarnominie, Kordelewce, Tomaszpolu, Stepanówce, Woronowicy, Odessie, Mariańsku, Gorodiszczach, Tule, Czerkasach, Michajłowskim Chutorze, Woroneżu, Krupcu, Malowiskach, Makarińcu, Iwnii, Perewerziewce i Suprunówce; 12 banków.

Prowadził znaczącą działalność filantropijną. W 1917 nabył za 1 mln rubli dom senatora Połowcowa na potrzeby bursy dla polskich studentów przy Nab. Kriukowa 12 (Крюкова наб.к.) w Petersburgu (DS „Zgoda”). Wspierał utworzenie Uniwersytetu Lubelskiego. Był prezesem „Komitetu Organizacyjnego Uniwersytetu Katolickiego” i jednym z głównych (obok Franciszka Skąpskiego) fundatorów. Na jego powstanie wpłacił w latach 1918–1922 bardzo duże kwoty, a następnie wspierał go finansowo do końca życia.

Według wspomnień Jałowieckiego, w 1917 r. Jaroszyński miał mieć kontakty z bolszewikami (możliwe, że dzięki domniemanej przynależności do masonerii) i mógł z wyprzedzeniem wiedzieć o planowanym przez nich przewrocie. Podczas wojny domowej w Rosji był uczestnikiem tzw. „intrygi bankowej”, której celem było finansowe wsparcie sił antybolszewickich przez aliantów. 14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała nakaz jego aresztowania. Ukrywał się przez pewien czas w mieście, w sierpniu 1918 r. wyjechał do Kijowa, a następnie do Odessy, skąd na wiosnę 1920 r. ewakuował się na pokładzie francuskiego torpedowca do Paryża, a po kilku miesiącach przeniósł się do Warszawy. Zamieszkał w pałacu Sobańskich.

Pełnił wówczas funkcje:

  • doradcy finansowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1921–1922)
  • dyrektora Banku Rosyjsko-Polskiego SA w Warszawie (1921–1923)
  • prezesa Banku Zjednoczonych Przemysłowców SA w Warszawie
  • prezesa Rady Banku Leśnego SA w Wilnie”.

W tym czasie był też głównym udziałowcem (56%) Banku Towarowego SA w Warszawie (1922). Jego działalność finansowa w Polsce nie powiodła się jednak i popadł w problemy finansowe. W 1923 r. wyjechał do Rzymu, w 1926 r. powrócił do Warszawy, zamieszkując w małym mieszkaniu przy ul. Smoczej 7. Po przekazaniu kolejnej darowizny na Katolicki Uniwersytet Lubelski w 1928 r. znalazł się w bardzo złej sytuacji materialnej.

Pod koniec życia cierpiał na problemy zdrowotne po zamachu na jego życie w Operze Paryskiej, gdzie ukłuto go zatrutą igłą, prawdopodobnie z powodu działalności antybolszewickiej.

Zmarł w szpitalu św. Ducha w Warszawie na dur brzuszny i został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w grobowcu rodzinnym przy reprezentacyjnej al. Katakumbowej (filar 44), jednak wkrótce ciało przeniesiono do grobu w odległym miejscu cmentarza (kw. 227, rz. 3, m. 23).

xxx

O drugim fundatorze, Franciszku Skąpskim, Wikipedia nie zamieściła odrębnej informacji, natomiast pisze o nim na swoim blogu Grzegorz Wysok. Grzegorz Piotr Wysok (http://grzegorzwysok.blogspot.com/2008/10/inynier-franciszek-skpski-fundator-i.html). Inżynier Franciszek Skąpski – fundator i współorganizator KUL – był masonem. Poniżej treść tego artykułu:

Obserwując degrengoladę panującą od dłuższego czasu w murach lubelskiej uczelni – gdzie bez problemów wykładane są heretyckie doktryny nie mające nic wspólnego z katolicyzmem (np. teologia w ujęciu o. Hryniewicza – głoszącego nie istnienie piekła i tzw. powszechne zbawienie; “Kongresy chrześcijańskie” z udziałem rabinów i Moniki Olejnik itp.) warto przypomnieć postać współorganizatora i fundatora tej uczelni inżyniera Franciszka Skąpskiego (1881-1966) będącego wybitnym polskim masonem.

W skrócie można o nim powiedzieć co następuje. Był to niezwykle bogaty przedsiębiorca budowlany w przedrewolucyjnej Rosji, wydawca polskiej gazety codziennej “Dziennik Petersburski” ukazującej się w czasie I wojny światowej a wyrażającej dyskretnie poglądy obozu piłsudczykowskiego sprzyjającego Państwom Centralnym a wrogiego Aliantom i polskiemu obozowi narodowemu z Dmowskim na czele. Działał też w harcerstwie pełniąc po wybuchu rewolucji funkcję komendanta piotrogrodzkiej chorągwi i Towarzystwie Gimnastycznym “Sokół”. Jednocześnie był członkiem konspiracyjnego POW (Polska Organizacja Wojskowa) finansując z własnych środków jej działalność, a od 1917 sprawując funkcję komendanta na Rosję. Jako zwolennik Piłsudskiego a jednocześnie osoba bardzo wpływowa Franciszek Skąpski odegrał decydującą rolę w obaleniu planu Narodowej Demokracji utworzenia w Rosji potężnej Armii Polskiej stojącej w obozie antyniemieckim gdy po obaleniu caratu pojawiła się realnie taka możliwość.

To, że masonem był polityk związany z Piłsudskim, niszczyciel armii polskiej, zwolennik Niemiec i Austrii nie dziwi. Ale Franciszek Skąpski był też… współfundatorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i w latach 1918-1922 jego Kuratorem. Jakie były powody, że mason a w latach późniejszych również zwolennik i propagator hinduistycznej i okultystycznej nauki, wyznawca filozofii Bo Yn Ra, Hatha i Radża Jogi itp., członek loży Ebdar – Tempel zu Brunn, jawny odstępca od kościoła, tłumacz i wydawca dzieł z zakresu wiedzy tajemnej – przeznaczył znaczne kwoty pieniężne (podobno 1 mln rubli w złocie) na KUL?

Sam inżynier Skąpski w swoim spisanym w 1958 życiorysie nie tłumaczy jasno swych motywów, podkreśla jedynie swój kryzys religijny spowodowany jakoby politycznymi sugestiami spowiednika, z którymi się nie zgadzał i co odwiodło go od kościoła.

Nie można formułować zbyt kategorycznych sądów jednak przynajmniej jako hipotezę można przyjąć, że mogła tu wchodzić w grę długoplanowa polityka masonerii zmierzająca do zdobycia wpływu na Kościół poprzez próby zbudowania instytucji, która formować będzie inteligencje katolicką i księży w duchu dla masonerii pożądanym. Urabiać kadry, rozmiękczać ortodoksyjność nauczania, propagować miły wolnomularzom “katolicyzm postępowy” tak aby uniwersytet z założenia katolicki stał się źródłem fermentu i zamieszania – czego złowrogie skutki niestety obserwujemy nie od dziś. W liście F. Skąpskiego do księdza rektora Idziego Radziszewskiego z 30.08.1918 roku znalazłem ciekawy i znamienny fragment: “Lublin przyjął z entuzjazmem wieść o uniwerku, ale koniecznie uniwerku katolickim, żeby Żydów nie przyjmować, ale ja się temu wedle możności opieram”. To też jest jakaś wskazówka!

xxx

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia ten fragment: W 1991 r. KUL odzyskał Fundację Potulicką, a w 2003 r. założył grupę kapitałową CGFP sp. z o.o. mającą w swych zasobach ziemię o areale 5000 ha.” Stanisław Didier w swojej książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) w rozdziale Okres pozytywizmu pisze:

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcili się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Łascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie, Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Rzyszczewskimi, Potulickimi, Lasockimi, Ilińskimi, Skarbkami, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in.

xxx

Z przedstawionych powyżej informacji wynika, że KUL miał dwóch fundatorów. Jeden z nich był Żydem, a drugi masonem. Można więc powiedzieć, że jest to żydowski uniwersytet, a jego kadrę w dużej części stanowią Żydzi. I to oni decydują o linii programowej tej uczelni.

Z drugiej strony, jeśli zastanowić się tak ogólnie nad Kościołem katolickim jako instytucją, to jest raczej niemożliwe, by nie była ona żydowskim wynalazkiem i nie pozostawała pod ich kontrolą. Kościół dysponuje danymi dotyczącymi aktów chrztu. W jego archiwach znajdują się również akty chrztu Żydów od najdawniejszych czasów. To bardzo wrażliwe dane, które mogłyby być wykorzystane na różne sposoby. Na to zapewne nie pozwoliliby oni. A skoro tak , to hierarchowie Kościoła katolickiego muszą tak postępować, jak tego chcą Żydzi. Inna sprawa, że część z tych hierarchów to Żydzi, a im wyżej w hierarchii, tym ich więcej. I stąd takie ich zachowanie w sprawie rzezi wołyńskiej.

15 lipca 1410

Bitwa pod Grunwaldem uważana jest chyba za największy triumf polskiego oręża. Czy rzeczywiście tak należy patrzeć na tę bitwę? Być może w sensie militarnym był to sukces, ale w politycznym – klęska. O tym aspekcie politycznym i braku wymiernych korzyści z tej wojny nie mówi się. Warto więc z okazji kolejnej rocznicy powrócić do tamtych wydarzeń, zwłaszcza że mają one wiele wspólnego, z tym, co dzieje się obecnie, czyli bezinteresownym wspieraniem Ukrainy. Zdaje się to być niezmienna cecha „polskiej” polityki od Grunwaldu. Choć z drugiej strony, gdy zagłębimy się w temat, to okazuje się, że było zupełnie inaczej. Poniżej wybrane fragmenty z Wikipedii:

Bitwa pod Grunwaldem (zwana w języku niemieckim pierwszą bitwą pod Tannenbergiem „Schlacht bei Tannenberg”, a w języku litewskim bitwą pod Żalgirisem „Žalgirio mūšis”) – jedna z największych bitew w historii średniowiecznej Europy (pod względem liczby uczestników), stoczona na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku, w czasie trwania wielkiej wojny między siłami zakonu krzyżackiego, wspomaganego przez rycerstwo zachodnioeuropejskie (głównie z Czech, z wielu księstw śląskich, z Pomorza Zachodniego i z pozostałych państw Świętego Cesarstwa Rzymskiego) oraz Prusów pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi (złożonymi głównie z Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz niewielkich wojsk tatarskich wspieranymi lennikami obu tych krajów (Hospodarstwo Mołdawskie, księstwo mazowieckie, księstwo płockie, księstwo bełskie, Podole i litewskie lenna na Rusi) oraz najemnikami z Czech, Moraw i z księstw Śląska oraz uciekinierami ze Złotej Ordy i chorągwiami prywatnymi (między innymi chorągiew z Nowogrodu Wielkiego księcia Lingwena Semena), pod dowództwem króla Polski Władysława II Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda.

Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich i pogromem sił krzyżackich, nie została jednak wykorzystana do całkowitego zniszczenia zakonu. Nie zdobyto Malborka – stolicy Zakonu – ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót, niepewna była także sytuacja na południowych granicach Królestwa, zagrożonych atakiem przez ówczesnego sojusznika Zakonu, węgierskiego króla Zygmunta Luksemburczyka. Pomimo poddawania się wojskom królewskim przez pruskie miasta (Olsztynek, Morąg, Dzierzgoń, Główne Miasto Gdańsk, Stare Miasto Toruń, Chełmno, Elbląg), obrońca Malborka, komtur Świecia Henryk von Plauen, miał w dyspozycji jeszcze ponad 200 czynnych braci rycerzy oraz 362 komturie zakonne rozsiane po całej Europie, do których słał listy o pomoc. Marsz wojska dowodzonego przez Jagiełłę na Malbork był powolny. Do 22 lipca 1410 roku – kiedy to pod Malbork dotarły pierwsze oddziały armii polsko-litewskiej – zamek w Malborku był już gotowy do obrony, a jego oblężenie okazało się nieskuteczne. Okres ten kończy zwycięska bitwa rycerstwa polskiego pod Koronowem i I pokój toruński.

Podłoże

W XIII wieku stosunki polsko-krzyżackie były dobre, lecz wiek XIV – wraz ze wzrostem potęgi zakonu – przyniósł zmianę. Będąc królem Polski, Wacław II Czeski zawarł z Brandenburczykami umowę, na mocy której miał oddać Pomorze Gdańskie w zamian za Nową Marchię. Ostatecznie do zamiany nie doszło z powodu śmierci króla, jednak w 1308 Brandenburgia postanowiła skorzystać ze słabości państwa Władysława Łokietka i zajęła Pomorze. Książę zmuszony był zwrócić się o pomoc do Krzyżaków, którzy wyparli najeźdźców. Za swoją pomoc zażądali jednak wysokiej zapłaty, przewyższającej wartość odbitych ziem. Wobec odmowy zapłaty przez Władysława zagarnęli całe Pomorze Gdańskie w 1309 roku. Osłabiona w tym czasie Polska, podzielona wciąż na dzielnice, nie była w stanie natychmiast przeciwstawić się agresji, co spowodowało utratę tych ziem na długie lata.

W 1320 roku królem Polski został Władysław I Łokietek, który wygrał proces z Krzyżakami przed sądem papieskim w Inowrocławiu. Wyrok z 1321 roku nakazał im zwrot Pomorza Gdańskiego Polsce, ale zakon, mimo polskich akcji dyplomatycznych i orzeczeń sądów papieskich, nie zamierzał zwrócić tych ziem.

W 1331 doszło do zawarcia groźnego dla Polski sojuszu Jana Luksemburskiego z Krzyżakami. Ci ostatni, licząc na wspólną akcję pod Kaliszem, najechali kraj od północy. Łokietek postanowił zaatakować część ich sił. 27 września 1331 roku doszło do starcia pod Płowcami na Kujawach. Bitwa nie została jednoznacznie rozstrzygnięta, lecz to strona polska zrealizowała swój cel – kampania Krzyżaków na ziemiach polskich została przerwana. Jednak już 9 kwietnia 1332 roku zakon ponownie napadł na Polskę, zagarniając Kujawy i ziemię dobrzyńską.

25 kwietnia 1333 na tronie polskim zasiadł syn poprzedniego króla, Kazimierz. Okazał się władcą niezwykle sprawnie poruszającym się w świecie dyplomacji. W 1335 doprowadził do I Zjazdu Wyszehradzkiego, na którym za cenę 20 tysięcy kop groszy praskich oraz uznanie zwierzchności Jana Luksemburskiego nad Śląskiem, król Czech zrzekł się wszelkich praw do korony polskiej. Oznaczało to ostateczne przekreślenie sojuszu czesko-krzyżackiego. Ponadto usiłowano rozstrzygnąć sprawę utraconych przez Polskę ziem – jednak ponieważ rezultaty nie zadowalały króla polskiego, zdecydował się on na oddanie sprawy pod sąd papieski. Wyrok z 16 września 1339 nakazywał zwrot Kujaw, ziemi dobrzyńskiej i Pomorza Gdańskiego. Był to już drugi wygrany przez stronę polską proces, ale Krzyżacy ponownie nie zgodzili się na oddanie zagrabionych ziem.

Tymczasem zmarł książę Rusi Halickiej Bolesław Jerzy II, który przed śmiercią uczynił swym sukcesorem Kazimierza, co postawiło przed polską polityką zagraniczną nowe wyzwanie. Król musiał dokonać wyboru, gdyż Polska nie była wówczas na tyle silna, by podjąć się walki na dwóch frontach.

Kazimierz Wielki uznał, że lepszym nabytkiem dla Korony byłoby uzyskanie terenów księstwa ruskiego, w związku z czym spór z zakonem należało załagodzić. W tych warunkach doszło w roku 1343 do zawarcia pokoju w Kaliszu, dzięki któremu zapewniony został rozejm, a Polska odzyskała Kujawy i ziemię dobrzyńską. Poza tym Kazimierz Wielki zachował tytuł władcy Pomorza Gdańskiego, co w przyszłości mogło stanowić podstawę do ewentualnych roszczeń ze strony polskiej.

Kolejny kryzys we wzajemnych stosunkach nastąpił w 1401, tuż po zawarciu przez Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie unii wileńsko-radomskiej. Młodszy brat króla Władysława Jagiełły, Świdrygiełło, przeciwnik porozumienia polsko-litewskiego, stanął na czele buntu przeciw Witoldowi. Postanowił także poszukać wsparcia u Krzyżaków, którzy byli zainteresowani osłabieniem Litwy – jednak znów udało się zapobiec wojnie i w 1404 roku strony zawarły pokój w Raciążku (niedaleko Ciechocinka – przyp. W.L.), gdzie Witold przedstawił także polskie postulaty dotyczące kwestii utraconych ziem. Polska odkupiła ziemię dobrzyńską.

Pokój w Raciążku – porozumienie polsko-litewsko-krzyżackie z 22 maja 1404 roku dotyczące wykupu przez Królestwo Polskie ziemi dobrzyńskiej i zamku w Złotorii oraz potwierdzenia praw Krzyżaków do Żmudzi.

Przyczyny

Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski, zajęły ziemię dobrzyńską i najechały Kujawy i Wielkopolskę. Jagiełło szybko odzyskał Kujawy i odbił Bydgoszcz, ale działania militarne kampanii 1409 roku na tym zakończono. 8 października 1409 roku pod zamkiem bydgoskim zawarto rozejm, który miał obowiązywać „do dnia św. Jana” – 24 czerwca 1410 roku.

Znaczenie bitwy

Wynik bitwy miał istotny wpływ na ówczesne stosunki polityczne, ponieważ wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych w Europie. Według niektórych badaczy (np. Stefan Maria Kuczyński, Paweł Jasienica), zwycięstwo odniesione głównie siłami polskimi, spowodowało pewien kryzys w stosunkach polsko-litewskich i miało wpływ na postawę króla, który obawiając się dalszego wzrostu znaczenia Korony w Unii miał opóźniać pościg za niedobitkami wojsk zakonu krzyżackiego i nie zdobył Malborka.

xxx

Dla pełnego zrozumienia, o co w tym wszystkim chodziło, wypada wspomnieć jeszcze o paru faktach.

Bitwa nad Strawą

Bitwa nad Strawą (Strewą) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 2 lutego 1348 roku nad rzeką Strawą na Litwie. Bitwa okazała się klęską wojsk litewskich.

Zimą 1348 roku oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie około 4000 zbrojnych pod dowództwem wielkiego komtura Winrycha von Kniprode (późniejszego wielkiego mistrza) wkroczyły na teren Litwy właściwej. Po przekroczeniu Niemna napotkały idące im naprzeciw wojska litewskie w liczbie około 9000 ludzi. Do starcia doszło nad rzeką Strawą, dopływem Niemna, w pobliżu dzisiejszych Żyżmorów, mniej więcej w połowie drogi między Kownem a Trokami.

Straty strony litewskiej wyniosły 6000 zabitych, czyli 2/3 całego stanu wojska. Śmierć w bitwie ponieśli m.in. książęta Narymunt i Monwid. Natomiast wojska krzyżackie straciły tylko 60 ludzi, w tym 8 rycerzy zakonnych.

Historycy uważają, że bitwa nad Strawą miała charakter przełomowy. Henryk Łowmiański podnosi, że od tego czasu Litwa nie mogła Krzyżakom stawić czoła o własnych siłach w polu. W latach 1300-1315 Krzyżacy byli skutecznie odpierani przez wojska litewskie pod wodzą Witenesa, a później przez Giedymina. Potem jednakże siła litewskiego oporu osłabła i Litwini nie byli w stanie dopowiadać na wciąż organizowane rejzy krzyżackie. Nieudaną próbą odwrócenia skutków klęski nad Strawą był najazd Litwinów na Prusy w 1370 roku i bitwa pod Rudawą, która również okazała się klęską. Przełom nastąpił dopiero po zawarciu unii z Polską.

Bitwa pod Rudawą

Bitwa pod Rudawą (bitwa nad Rudawą, Rudną) – bitwa pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a zakonem krzyżackim, która miała miejsce 17 lutego 1370 w pobliżu zamku Rudawa (niem. Rudau, lit. Rūdava, dziś wieś Mielnikowo) nad rzeką Rudawą (Rudną, Rudą, dziś Sławnaja) na terenie Sambii. Starcie okazało się klęską wojsk litewskich.

Państwo zakonu krzyżackiego z zaznaczeniem miejsca bitwy pod Rudawą; źródło: Wikipedia.

Wojska litewskie w liczbie około 17 000 dowodzone przez wielkich książąt Olgierda i Kiejstuta wkroczyły od północy na teren Prus, kierując się w stronę Królewca i dalej Zalewu Wiślanego. Ich celem było złamanie potęgi państwa krzyżackiego, które od czasów bitwy nad Strawą w 1348 uzyskało znaczną przewagę w zmaganiach z Litwą, a pod rządami wielkiego mistrza Winrycha von Kniprode przeżywało rozkwit gospodarczy. Wielcy książęta z dynastii Giedymina uważali, że granicą ich wpływów jest rzeka Łyna, w związku z tym dążyli do włączenia wschodniej części Prus w obszar Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wyprawa z lutego 1370 roku miała osiągnąć również ten cel.

Naprzeciw wojskom litewskim wyszły oddziały krzyżackie i sojusznicze w liczbie ok. 10 000 na czele z wielkim mistrzem Winrychem von Kniprode. Lewe skrzydło wojska litewskiego pod dowództwem wielkiego księcia Olgierda składało się głównie z Rusinów oraz Tatarów, zaś prawe, dowodzonego przez księcia trockiego Kiejstuta złożone było z Litwinów oraz Żmudzinów.

Starcie okazało się klęską wojsk litewskich. Według źródeł krzyżackich, w bitwie pod Rudawą zginęło 1000 lub 3500 Litwinów, jednak straty w czasie całej kampanii mogły wynieść ponad 5 tysięcy. Krzyżacy stracić mieli 26 rycerzy oraz 100 lub 300 innych zbrojnych. W bitwie zginął jednak wielki marszałek i komtur królewiecki Henning Schindekopf (zabity podobno przez litewskiego bojara Wojszwiłłę, gdy unosił przyłbicę swojego hełmu), oraz kilku innych dowódców, między innymi komtur brandenburski Kunon von Hattstein oraz radzyński Petzolt von Korwitz.

Wodzowie litewscy, Kiejstut i Olgierd, zdołali ujść z pola bitwy, podobnie jak towarzyszący im ich synowie Jagiełło i Witold oraz inni dowódcy. Niemal całkowicie jednak zostały rozbite oddziały ruskie, które podlegały Litwie.

Klęska pod Rudawą skłoniła wielkich książąt litewskich do szukania pomocy u sąsiadów, czego dalekosiężnym rezultatem była unia polsko-litewska w Krewie w 1385 roku.

Pokój toruński

Pokój toruński – traktat pokojowy zawarty 1 lutego 1411 na wiślanej wyspie Kępa Bazarowa w Toruniu, między Polską i Litwą a Krzyżakami, kończący tzw. wielką wojnę z lat 1409–1411.

Postanowienia

  • Królestwo Polskie odzyskało ziemię dobrzyńską z zamkami w Złotorii i Bobrownikach.
  • Zakon krzyżacki zrezygnował ze Żmudzi na okres życia Władysława Jagiełły i Witolda.
  • Księstwo Mazowieckie odzyskało Zawkrze.
  • Toruń, po pięciomiesięcznej przynależności do Polski, na mocy traktatu przeszedł ponownie pod panowanie Krzyżaków, podobnie jak cała ziemia chełmińska.
  • Obie strony postanowiły też, że kupcy obu państw mogą swobodnie i bez przeszkód, według dawnych zwyczajów, używać dróg wodnych i lądowych.
  • Zakon krzyżacki jako odszkodowanie i za wykup jeńców zobowiązał się zapłacić 10 milionów groszy czeskich.
  • Kwestia Santoka i Drezdenka miały być poddane sądowi arbitrażowemu.
  • Ziemie, miasta i zamki zdobyte przez obie strony wrócą pod poprzednią władzę, a poddani zakonu, składający w czasie wojny przysięgę na wierność królowi polskiemu, zostali z niej zwolnieni.

xxx

Jak widać w wyniku tej bitwy, jednej z największych bitew średniowiecza, Korona odzyskała ziemię dobrzyńską, czyli prawie nic, Litwa natomiast odzyskała Żmudź. Tak naprawdę, to z tych postanowień wynika, że żadna strona praktycznie nic nie straciła i nic nie zyskała. Coś tam trochę pozmieniano, by stworzyć pozory prawdziwego traktatu.

Jednak co innego zwraca uwagę i wręcz zdumiewa. Nie przypadkiem przytoczyłem opis obu bitew: nad Strawą i pod Rudawą. Jeśli Litwini i Rusini ponieśli tak wielkie straty przy wręcz minimalnych zakonu krzyżackiego, to musiało to świadczyć o wielkiej przewadze w sposobie prowadzenia walki i być może uzbrojenia. Jeśli w bitwie pod Rudawą litewscy wodzowie zdołali uciec z pola walki wraz z synami, a jednym z nich był Jagiełło, to jak ten Jagiełło mógł pokonać Krzyżaków pod Grunwaldem? Nie miejmy złudzeń! Zakon krzyżacki dysponował nie tylko dobrze wyszkolonymi rycerzami, ale również doświadczeniem wyniesionym z wypraw krzyżowych. Jego starcie z tą wschodnią zbieraniną musiałoby się skończyć tak, jak podczas tych dwóch wcześniejszych bitew. A jednak skończyło się klęską. W związku z tym najprostszym wytłumaczeniem tego faktu jest po prostu to, że była to ustawka.

Dlaczego ustawka? Po prostu dlatego, że zakon krzyżacki swoją rolę już spełnił. Pogańskie ludy zostały nawrócone. W konfrontacji z prawosławiem nie było już argumentu, a do tego powoli szykowano się do reformacji. Jakoś trzeba było się z tego wywinąć i uznano, że najlepszym sposobem będzie upozorowanie klęski. I zrobiono to tak, by zakon nie ucierpiał i dlatego Jagiełło nie poszedł na Malbork, a jak poszedł to tak, by nic z tego nie wynikło.

Na tym jednak nie koniec. Bezpośrednią przyczyną wybuchu konfliktu było powstanie antykrzyżackie na Żmudzi. Wiosną 1409, dzięki zabiegom wielkiego księcia litewskiego Witolda, wybuchło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi. Wielki mistrz zakonu, Ulrich von Jungingen, wystąpił do króla Polski, Władysława Jagiełły, o zachowanie neutralności Polski w konflikcie Zakonu z Litwą popierającą Żmudź. Król odmówił. W konsekwencji wielki mistrz zmienił kierunek ataku i w pierwszych dniach sierpnia 1409 roku oddziały zakonne przekroczyły granice Polski.

Nie zdobyto Malborka, ponieważ wygasał rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu na północy (korzystny w czasie bitwy) i wojska litewskie rozpoczęły odwrót. Oznacza to, że wojska krzyżackie z Inflant nie wzięły udziału w bitwie. Nie wzięły, bo miały pretekst w postaci powstania antykrzyżackiego. A jak wiadomo powstania nie wybuchają przypadkowo. A więc wielki książę litewski Witold działał na zlecenie Krzyżaków. I jakoś tak przypadkiem rozejm Witolda z inflancką gałęzią Zakonu wygasł zaraz po zakończeniu bitwy i on musiał wracać na Żmudź, a więc nie mógł brać udziału w zdobywaniu Malborka.

Wiadomo że Piastowie nie radzili sobie z Krzyżakami i nie radzili też sobie Litwini i Rusini. W takim razie unia mogła być dobrym rozwiązaniem w obronie przed nimi. I tak się stało. I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Połączone siły polsko-litewskie pokonały największą potęgę w Europie. Teraz ta nowa „potęga” mogła przeciwstawić się rosnącej w siłę Moskwie i obronić ziemie WKL przed jej zakusami. Co tam Moskwa! Skoro wspólnym wysiłkiem pokonaliśmy największą potęgę w Europie, to nikt nam nie groźny. Szable w dłoń!

Wygląda więc na to, że już wtedy najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy działali i wprowadzali w życie swoje scenariusze. Scenariusze, które dziś odgrzewają: razem pokonamy Rosję, razem, znaczy – Polska i Ukraina. A wszystko zaczęło się od podłożenia się zakonu krzyżackiego niczego nieświadomej zbieraninie ze wschodu, bo taką ona była w porównaniu z tym Zakonem i jego wielowiekowym doświadczeniem. W końcu skoro zbudowało się wtedy największy na świecie zamek z cegły, to chyba o czymś to świadczy. W porównaniu z nimi Słowianie byli na innym etapie rozwoju i świadomości. I nie ma sensu się na to obrażać, tylko zastanowić się nad tym i wyciągnąć wnioski, bo mam wrażenie, że obecna intryga ukraińska może być podobnego kalibru.

I to by było na tyle na kolejną rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Może zamiast wydurniać się na Polach Grunwaldzkich w każdą rocznicę tej bitwy, wziąć do ręki jakąś książkę albo poszukać w internecie informacji o niej.

Obchody rocznicy 11 lipca ’43

80-ta rocznica rzezi wołyńskiej jest doskonałą okazją do eskalowania konfliktu polsko-ukraińskiego. Ciągłe epatowanie tą zbrodnią, jej okrucieństwem jest skutecznym sposobem na podsycanie emocji i podgrzewanie atmosfery wzajemnej wrogości. Nie tędy droga, ale chyba tak ma być. Jednym z przejawów zarządzania tym konfliktem było, w mojej ocenie, emocjonalne wystąpienie Piotra Korczarowskiego, dziennikarza telewizji eMisja, przed pomnikiem powstania warszawskiego po zakończeniu marszu dedykowanego pamięci Polaków, którzy zginęli w trakcie rzezi z 11 lipca 1943 roku.

Poniżej wybrane fragmenty jego wypowiedzi:

Witajcie moi przyjaciele, witajcie wy wszyscy, którzy nie tylko czujecie się Polakami, ale widać po was, że nie wyrwano was z polskich korzeni. To jest bardzo ważne. Ostatnio powiedział, uświadomił mi to pan Stanisław Srokowski, jakże też związany z naszym środowiskiem. Mówi: Zobacz ilu Polaków po II wojnie światowej zostało wyrwanych z polskich korzeni, które przez setki lat były kultywowane, choćby właśnie tam na Kresach. To była gruba kreska, która oddzieliła nas od naszej Polski i my tu o nią właśnie dziś walczymy. O kontynuację tej wielkiej, pięknej naszej Polski, w której czujemy się jak w domu. A jak się czujemy naprawdę teraz? To widać po pierwsze po tych pustkach, których widzowie nie widzą. Ale my zdajemy sobie sprawę, że jest nas niewielu, ale nie aż tak niewielu.

Był przede wszystkim w Warszawie powstańczej słynny legion wołyński i to byli dokładnie ci sami, którzy mordowali rok wcześniej naszych przodków w Małopolsce i na Wołyniu, tam na naszych Kresach.

Jak powiedziałem wszystko to było oparte na tym, że oni chcieli walczyć z Rosją i ja tu widzę właśnie uzasadnienie, dlaczego obecnie władze Polski tak chętnie wybielają te zbrodnie ukraińskie, bo oni uważają, zresztą to chyba Roman Dmowski powiedział, że są ludzie w Polsce, którzy bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę. I to jest właśnie obecny rząd, który z najgorszym diabłem pójdzie, byle na Moskala.

xxx

O jakiej naszej Polsce Mówi Srokowski? O Kresach, na których Polacy zawsze byli mniejszością? Polacy wyrwani z polskich korzeni? Przecież w większości na ziemie poniemieckie przesiedlano mniejszości kresowe, najwięcej Ukraińców. Nawet karta przesiedleńca była drukowana w dwóch językach: polskim i ukraińskim. Dlaczego Kresy mają być ważniejsze od Polski? Kim jest Srokowski?

Jeśli w Warszawie walczył legion wołyński, to znaczy, że na Wołyniu działało zorganizowane wojsko lub partyzantka. Kto to wszystko zorganizował i kto im płacił? Przecież nie zrobili tego ci chłopi z widłami czy piłami.

Są ludzie w Polsce, którzy bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę – tak miał powiedzieć Dmowski. Znamienne jest to, że nie powiedział, że są Polacy w Polsce, którzy bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę. I chyba dobrze wiedział, co powiedział. Większość tego, co napisał Dmowski, to jakaś grafomania, teksty czy książki pisane na zlecenie, bo prawdopodobnie był masonem. Jednak pod koniec życia chyba przejrzał na oczy i napisał bardzo wartościowy esej Przewrót popowstaniowy. Można go w całości przeczytać w blogu o tym samym tytule. Tu tylko krótki fragment (wytłuszczenia W.L.):

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

xxx

Te typy nie zniknęły. Nie wiem tylko dlaczego w tym kraju Zulu-Gula nie może być normalnie? Brytania – nazwa stosowana potocznie od I połowy XVII wieku na oznaczenie zjednoczonych w 1603 roku unią personalną królestw Anglii (z Walią) i Szkocji, przyjęta oficjalnie od czasu unii realnej (wspólny parlament) obu państw w 1707 roku; nawracano w ten sposób do starej nazwy wyspy z czasów celtyckich i rzymskich sprzed najazdów germańskich Anglów i Sasów. – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN.

Mamy więc Wielką Brytanię, w skład której wchodzi Anglia, Walia i Szkocja. Walijczyk czy Szkot mówi po angielsku, tak jak Anglik, ale on nadal jest Walijczykiem czy Szkotem. Nawet Irlandczyk mówi po angielsku tak jak Anglik, ale on też nadal jest Irlandczykiem. Dlaczego więc w Polsce Białorusin czy Ukrainiec, mówiący po polsku jak Polak, nazywa się Polakiem? Jest obywatelem polskim, ale jest prawosławnym Białorusinem czy prawosławnym Ukraińcem lub Ukraińcem grekokatolikiem. Dlaczego wszyscy w Polsce, którzy mówią po polsku mają być Polakami? Czyj to wymysł? – Wiadomo czyj. Dlaczego część wschodniej Polski nie miałaby się nazywać Białorusią, druga część – Ukrainą? Wtedy ci ludzie ze wschodnimi korzeniami musieliby zachowywać się bardziej odpowiedzialnie, bo wówczas nie było by tak, że to Polak zrobił to, czy tamto, tylko było by, że Białorusin, Ukrainiec, Litwin, czy inny czort zrobiło to, czy tamto.

Już wielokrotnie pisałem, że Polska jako państwo skończyła się wraz z unią lubelską. Powstało wtedy nowe – zwane Rzeczpospolitą. W jej skład weszła Korona, do której dołączono Podlasie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie oraz tak okrojone Wielkie Księstwo Litewskie. Jednak gwoździem do trumny dla narodu polskiego i jego dorobku materialnego była wojna polsko-szwedzka w latach 1655-1660, zwana też potopem szwedzkim. I nie przypadkowo tak została nazwana, bo zniszczenia były takie, jak po potopie. Relatywnie były one znacznie większe, niż te po I i II wojnie światowej. Wikipedia tak pisze:

Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek w Olsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).

Okupacja Rzeczypospolitej przez Szwecję i Rosję w listopadzie 1655 roku; źródło: Wikipedia.

Pisze Wikipedia o zniszczeniach w Rzeczypospolitej, ale to były zniszczenia w Koronie i to tylko tej sprzed unii, bo jej część ukraińska została zajęta przez Rosję. Szwedzi niszczyli nawet te zamki i twierdze, które nie stawiały oporu. Można więc sobie zadać pytanie: po co? Jedyna sensowna odpowiedź jest taka, że dla samego zniszczenia. Po to, by Korona, czyli Polska była jak najsłabsza, by mogła być łatwiej zdominowana przez, jak to nazwał Dmowski, typ wschodni. Zrujnowana demograficznie i gospodarczo Korona nie mogła oprzeć się dominacji elit z Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego Rosja nie zniszczyła, bo niby czemu miałaby niszczyć swoje? Nawet Szwedzi nie zniszczyli tej części WKL, którą zajęli. Ktoś powie, bo Radziwiłł się poddał. No tak, ale mimo że polskie zamki i twierdze poddawały się, to i tak Szwedzi je niszczyli.

I tak powstała ta nowa „Polska”. Polakiem stawał się każdy, kto zmienił wyznanie i język. Wikipedia pisze, że z Wołynia wywodziły się polskie rody magnackie: Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Czartoryscy, Wiśniowieccy, Koreccy, Wielhorscy, Czetwretyńscy, Woronieccy, Sanguszkowie, Poryccy. Same rusińskie rody, ale „Polacy”. Nic więc dziwnego, że dla wielu „Polaków” Kresy to ich prawdziwa ojczyzna, a Polska, czyli dawna Korona, Śląsk czy Pomorze – dla nich to nie istnieje.

xxx

Na szczycie NATO w Wilnie 11 lipca prezydent Duda powiedział: Polska nie załatwia nic dla siebie, lecz dla NATO i wschodniej flanki sojuszu, a także dba o interes Ukrainy.

Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której prezydent jakiegokolwiek kraju w Europie odważyłby się powiedzieć coś takiego do obywateli państwa, którego jest prezydentem? W mojej ocenie, raczej trudno, ale „Polska” to nie państwo, to stan umysłu. Skoro jednak prezydent Duda powiedział coś takiego, to znaczy, że wie, że może coś takiego powiedzieć. No cóż, skoro w perspektywie jest wspólne państwo polsko-ukraińskie, a raczej ukraińskie, w którym Ukraińcy będą stanowić większość, to wydaje się to zrozumiałe. Zresztą i teraz ludzie z kresowymi korzeniami stanowią większość w tym państwie, więc dla nich taka deklaracja jak najbardziej odpowiada.

Nie tylko prezydent Duda dba o interes Ukrainy. Właśnie teraz rozgrywany jest turniej tenisowy w Wimbledonie w Londynie. To najstarszy na świecie turniej tenisowy i najbardziej prestiżowy. Marzeniem każdego tenisisty czy tenisistki jest wygranie go. I tak się złożyło, że właśnie wczoraj, w 80-tą rocznicę rzezi wołyńskiej, „polska” tenisistka Iga Świątek, grająca z ukraińską flagą na czapeczce, zajmująca obecnie pierwsze miejsce w światowym rankingu, grała mecz z Ukrainką, która w trzy miesiące po urodzeniu dziecka wróciła na kort. Był to mecz ćwierćfinałowy, a więc o prawo gry w półfinale, a stamtąd już tylko krok do wielkiego finału. I „polska” tenisistka podłożyła się Ukraince. Była to wyjątkowa okazja do gry w tym wielkim finale, bo losowanie ułożyło się dla niej bardzo szczęśliwie i z najbardziej wymagającą tenisistką mogła spotkać się dopiero w finale. Jak widać polityka okazała się ważniejsza. I tym sposobem Iga Świątek, podobnie jak prezydent Duda, zadbała o interes Ukrainy. Konsekwencje dla niej są takie, że nie wygra tego turnieju i nie wiadomo czy kiedykolwiek go wygra, bo jest wiele młodych utalentowanych tenisistek, które za rok czy dwa będą w stanie wygrywać z najlepszymi. Może też stracić pierwszą pozycję w rankingu, jeśli goniąca ją Białorusinka Sabalenka wygra ten turniej. Ale co Tam! Interes Ukrainy najważniejszy.

xxx

Unia lubelska to był akt, którego podstawowym celem było kreowanie konfliktów. Połączenie dwóch tak różnych organizmów państwowych, w których dominowały odmienne i wrogie sobie wyznania, musiało generować konflikty. Polityka nowego państwa była, jakbyśmy to dziś powiedzieli, jednowektorowa: cała para na wschód. Najbardziej jednak brzemienną w skutkach była decyzja włączenia do Korony części Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli Podlasia, Wołynia, Kijowszczyzny i województwa bracławskiego. I to było państwo polsko-ukraińskie. Tu najgroźniejszy był konflikt na tle wyznaniowym, bo ten konflikt tak naprawdę nigdy nie wygasa. Pośrednio też wchodziła Rzeczpospolita w konflikt z Rosją, która rościła sobie prawo do ingerencji tam, gdzie mieszkali wyznawcy prawosławia.

Wojny na kierunku północno-wschodnim z Rosją i Szwecją osłabiały państwo i stworzyły Szwecji pretekst do zaatakowania Rzeczypospolitej, a właściwie jej części, czyli Korony. Istotą szwedzkiej doktryny było utworzenie z Morza Bałtyckiego wewnętrznego morza Szwecji i stąd wojny o Inflanty. Po co jednak Szwecja zaatakowała całą Koronę, a nie ograniczyła się do południowego wybrzeża Bałtyku? Po to, jak pisałem wyżej, by ją zniszczyć. Nie było tam żadnego innego powodu. Pozostaje tylko pytanie: Kto jej kazał zniszczyć Koronę?

Unia z WKL to dla Polaków jedno wielkie nieszczęście. Polska jako państwo Polaków przestała istnieć, a Polacy jako naród tylko na tym tracili. Przed unią w Koronie nie było praktycznie niewolnictwa. Dopiero Rzeczpospolita stworzyła chłopa pańszczyźnianego, czyli niewolnika. Po unii naród polski został sprowadzony cywilizacyjnie, kulturowo i gospodarczo na dno. Dziś to państwo, to wschodni syf. To już jest Ukraina.

Dlaczego Wołyń?

Zbliża się kolejna, tym razem okrągła, 80-ta rocznica rzezi wołyńskiej z 11 lipca 1943 roku. Dlaczego akurat Wołyń? I dlaczego w tym miejscu Wołynia, czyli blisko granicy z województwem lubelskim i lwowskim, czyli Galicją Wschodnią? Po co był tzw. eksperyment wołyński? Pytania można mnożyć. Wypada więc przytoczyć parę faktów, które skłonią do refleksji, bo dotarcie do prawdy będzie trudne.

Galicja Wschodnia i Wołyń; źródło: Wikipedia.

Województwo wołyńskie

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludzi z tego:

  • 70% – Ukraińcy
  • 15% – Polacy (około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach)
  • 10% – Żydzi
  • 2,3% – Niemcy
  • 2,7% – inne narodowości

Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Szkolenie Ukraińców w organizacjach paramilitarnych

W legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców. Tajnym celem szkolenia było przygotowanie ukraińskiej młodzieży do „odwojowania” z rąk sowieckich Ukrainy Kijowskiej, tzw. Wielkiej Ukrainy. Oficjalnie, to Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze, działające głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych. Tymczasem, podobnie jak pozostałe, od początku było infiltrowane przez terrorystyczne UWO (Ukraińska Organizacja Wojskowa) i OUN. Skutkiem tego w Małopolsce Wschodniej wyszkolono za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej.

I tak też się stało. UPA powstała pod koniec 1942 roku. Nikt w ciągu pół roku nie mógł by stworzyć takiej armii i wyszkolić tylu ludzi, by mogli oni wykonać tak skomplikowaną pod względem logistycznym i organizacyjnym operację, jaką była rzeź wołyńska.

Eksperyment wołyński

Przez 11 lat Henryk Józewski, przyjaciel i protegowany Piłsudskiego, był wojewodą wołyńskim. Eksperyment wołyński był ewenementem na skalę światową. Z ocalałych dokumentów wiemy, że w administracji Józewskiego nie brakowało ruso- i ukrainofilów, z pochodzenia rdzennych Rosjan, których lojalność do państwowości polskiej była wątpliwa. Byli to naczelnicy wydziałów, referenci bezpieczeństwa, prezes Urzędu Ziemskiego. Jak wykazały późniejsze dochodzenia, prawie wszyscy z nich byli podejrzewani o szpiegostwo! Zamiast asymilacji następowała więc dramatyczna ukrainizacja Wołynia. 

W dziedzinie szkolnictwa i edukacji młodzieży też nastąpiło dramatyczne pogorszenie. Polacy musieli wręcz prosić o zgodę na założenie polskiej szkoły. Polskie dzieci musiały przymusowo uczyć się języka ruskiego. Powołano trzy gimnazja ukraińskie: w Krzemieńcu, Łucku i Równem. W gimnazjach tych młodzież wychowywana była w duchu ukraińskiego szowinizmu. Dalszą edukację młodzież ta odbierała we Lwowie, skąd wracała na Wołyń przygotowana do samodzielnego zakładania terrorystycznych komórek. 

Eksperyment wołyński był jednym z wielu przedsięwzięć władz sanacyjnych, mających na celu zjednanie ludności ukraińskiej kolejnymi koncesjami, kosztem polskiego stanu posiadania. 

Henryk Józewski

Po zawarciu sojuszu z Petlurą w 1919 roku został Józewski wiceministrem spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i tak sam określał swój status:

(…) byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina.

Odegrał znaczącą rolę w przygotowywaniu wyborów parlamentarnych w 1928 r. Wraz z Kazimierzem Świtalskim i Walerym Sławkiem współtworzył Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) i był odpowiedzialny za budowę jego struktur regionalnych oraz stworzenie list kandydatów w przyszłych wyborach. Po ich przeprowadzeniu, wiosną 1928 r., Józewski wyjechał z Warszawy do Łucka, gdzie objął funkcję wojewody wołyńskiego. To zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń.

Przymusowe konwersje

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Do 1939 roku „nawrócono” na Wołyniu 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie

Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych. Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego. Wszyscy oni zostali w PRL-u oficerami Ludowego Wojska Polskiego.

Akcja

11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim, czyli z Chełmszczyzną. Była to akcja przygotowana i zaplanowana: przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich. Na cztery dni przed rozpoczęciem tej akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogo innego.

xxx

Powyższe informacje pochodzą z artykułu Lucyny Kulińskiej Kto zapomina historię powtarza ją. Refleksja nad polską polityką wschodnią z artykułu Henryk Józewski – twórca „eksperymentu wołyńskiego” z portalu HistMag i z Wikipedii. Natomiast wszystko zostało obszernie opisane na blogu „Eksperyment wołyński” i tam też są linki do wspomnianych artykułów, choć link do artykułu Kulińskiej nie działa, ale artykuł ten jest w całości na tym blogu.

Wybór miejsca wydaje się logiczny, bo jeśli chce się przeprowadzić czystkę etniczną, to robi się ją w miejscu, gdzie ludności polskiej jest najmniej, czyli na Wołyniu. A tam w miejscu, gdzie jest ona najliczniejsza. To ma być argument, że właśnie chodzi o motyw nacjonalistyczny, a nie o to, by skłócić na wieki Polaków i Ukraińców. I ten motyw ma ukryć tego, kto napisał ten scenariusz i wyreżyserował cały spektakl.

Źródło zdjęcia: Wikipedia. Najjaśniejszym kolorem zaznaczony jest powiat włodzimierski.

Nie ulega wątpliwości, że taka, zakrojona na szeroką skalę akcja, nie mogła być przeprowadzona bez wiedzy i akceptacji Niemców. W tamtym czasie front znajdował się pod Kurskiem i tam 5 lipca 1943 roku rozegrała się największa pancerna bitwa w dziejach świata. Bitwa nierozstrzygnięta, ale od tego momentu inicjatywa przechodzi w ręce sowieckie. Tak więc na Wołyniu Niemcy nadal rządzili. 4 lipca ginie w katastrofie generał Sikorski. 10 lipca wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie lądują na Sycylii, co oznacza otwarcie drugiego frontu. Karta się odwraca.

Czy ci, którzy podjęli decyzję o przeprowadzeniu tej akcji nie wiedzieli o tym, że Niemcy powoli przegrywają wojnę i to nie oni będą decydować o losach Europy? Raczej mało prawdopodobne. Dla nacjonalistów ukraińskich oznaczało to, że nie będzie żadnego państwa ukraińskiego, bo nie będzie wsparcia ze strony Niemiec. Po co więc dokonali tej rzezi? Po to, o czym napisałem wyżej, by skłócić obie nacje, a właściwie po to, by spotęgować to skłócenie i nienawiść. Dziś widać, jak dalekowzroczne było to posunięcie. Sprowadzono do „Polski” miliony Ukraińców, nie mówiąc o tych, których przesiedlono po II wojnie światowej, co gwarantuje konflikt na długie lata. Czegóż więcej trzeba tym, którzy tym wszystkim zarządzają?

Ukraińcy, czy ci nacjonaliści ukraińscy, byli tylko narzędziem w ręku tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów. Domaganie się dziś od nich przeprosin, to tylko podsycanie konfliktu i eskalowanie wzajemnej nienawiści. Wszyscy ci, którzy do tego nawołują i uważają się za patriotów i prawdziwych Polaków, działają wbrew interesom tej „Polski” i normalnych Polaków, których chyba jeszcze trochę zostało w tym kraju Zulu-Gula. Tym interesem jest dotarcie do prawdy. Obie strony, czyli ukraińska i ta niby polska, są kontrolowane i sterowane przez tych scenarzystów i reżyserów. Jest to po prostu mistrzowskie zarządzanie konfliktem. Bez tego, co stało się 11 lipca 1943 roku, nie było by to możliwe.

Nieformalne związki

W związku z „próbą” zamachu stanu w Rosji i działaniami Prigożyna pojawiło się i nadal pojawia mnóstwo artykułów, komentarzy, prób interpretacji tych wydarzeń. Odnoszę jednak wrażenie, że to wszystko ma raczej służyć zaciemnieniu obrazu, niż wyjaśnieniu tego, o co w tym zamieszaniu chodziło. Ponieważ ci, którzy rządzą tym światem, nie zmieniają swoich metod i zasad działania, to wypada odwołać się do tego, co już było, a co daje się jakoś sensownie wytłumaczyć. Wytłumaczyć nie znaczy udowodnić. Działań opartych o nieformalne związki nie da się udowodnić i wypada zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli ktoś myśli, że gdzieś są jakieś twarde dowody w postaci dokumentów, zamkniętych w niedostępnych archiwach, to jest bardzo naiwny.

xxx

Tym, co już było i co zmieniło oblicze świata, jak żadne inne w XX wieku, była rewolucja bolszewicka w Rosji w 1917 roku. Antony C. Sutton w swojej książce Wall Street a rewolucja bolszewicka (1974), Wektory 2017, w podrozdziale Intencje i cele Trockiego pisze:

W rezultacie możemy wywieść następującą sekwencję zdarzeń: Trocki podróżował z Nowego Jorku do Piotrogrodu z paszportem, który otrzymał dzięki interwencji Woodrowa Wilsona, z otwartym zamiarem „kontynuowania” rewolucji. Rząd brytyjski był bezpośrednio odpowiedzialny za uwolnienie Trockiego z kanadyjskiego aresztu w 1917 roku, lecz mogły też istnieć inne „naciski”. Lincoln Steffens, amerykański komunista, pełnił funkcję łącznika między Wilsonem a Charlesem R. Crane’em oraz między Crane’em a Trockim. Ponadto, podczas gdy Crane nie zajmował żadnego oficjalnego stanowiska, jego syn Richard był osobistym asystentem sekretarza stanu Roberta Lansinga, a Crane senior bezzwłocznie otrzymywał szczegółowe raporty o postępie rewolucji bolszewickiej. Co więcej, ambasador William Dodd (ambasador USA w Niemczech za czasów Hitlera) powiedział, że Crane odegrał aktywną rolę w rewolucji Kiereńskiego. Listy Steffensa potwierdzają, że Crane postrzegał przewrót Kiereńskiego jako krok w trwającej rewolucji.

Interesujące jest jednak nie tyle to, że istniała komunikacja między tak różnymi osobami jak Crane, Steffens, Trocki i Woodrow Wilson, ile to, że istniała przynajmniej pewna zgoda co do dalszej procedury – to jest co do tego, że Rząd Tymczasowy jest faktycznie „tymczasowy” oraz że powinno dojść do „re-rewolucji”.

Z drugiej strony, interpretując intencje Trockiego, należy zachować ostrożność – był mistrzem podwójnych gier. Oficjalne dokumenty wyraźnie ukazują sprzeczne działania. Na przykład 23 marca 1918 roku Wydział Dalekiego Wschodu w Departamencie Stanu USA otrzymał dwa raporty dotyczące Trockiego – jeden kłóci się z drugim. Pierwszy, datowany na dwudziestego marca i nadany z Moskwy, odnosi się do rosyjskiej gazety „Rosyjskie słowo” i cytuje wywiad z Trockim, w którym ten stwierdził, że jakikolwiek sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jest niemożliwy:

Radziecka Rosja nie może sprzymierzyć się (…) z kapitalistyczną Ameryką, gdyż byłaby to zdrada. Możliwe, że Amerykanie zabiegają o takie zbliżenie z nami ze względu na ich niechęć wobec Japonii, lecz w żadnym razie nie może być mowy o jakimkolwiek sojuszu z burżuazyjnym państwem.

Drugi raport, również pochodzący z Moskwy, to wiadomość datowana 17 marca 1918 roku, trzy dni wcześniej, wysłana przez ambasadora Francisa: „Trocki prosi o pięciu amerykańskich oficerów jako inspektorów armii organizowanej do obrony oraz o personel i sprzęt kolejowy”.

Ta prośba skierowana do USA jest oczywiście sprzeczna z odrzuceniem „sojuszu”.

Nim opuścimy Trockiego, należy wspomnieć jeszcze o procesach pokazowych lat trzydziestych, a w szczególności o oskarżeniach i procesach „antyradzieckiego bloku prawicowców i trockistów” z 1938 roku. Te parodie procesów sądowych, które Zachód niemal jednogłośnie potępił, mogą rzucić nieco światła na intencje Trockiego.

Sednem stalinowskiego oskarżenia było to, że trockiści byli opłacanymi agentami międzynarodowego kapitalizmu. K.G. Rakowski, jeden z podsądnych w 1938 roku, powiedział lub został nakłoniony do powiedzenia: „Byliśmy awangardą obcej agresji, międzynarodowego faszyzmu, i to nie tylko w ZSRR, lecz także w Hiszpanii, Chinach, na całym świecie”. W orzeczeniu „sądu” znalazło się stwierdzenie: „Nie istnieje na świecie nikt, kto przyniósł ludowi tyle cierpienia i nieszczęść co Trocki. To najnikczemniejszy agent faszyzmu”.

Chociaż może to być jedynie obelga powszechna pośród międzynarodowych komunistów w latach trzydziestych i czterdziestych, godne uwagi jest to, że wątki tego samooskarżenia zgadzają się z prezentowanymi w tym rozdziale świadectwami. Ponadto, jak zobaczymy później, Trocki był w stanie zdobyć poparcie wśród międzynarodowych kapitalistów, którzy przypadkiem wspierali także Mussoliniego i Hitlera.

Dopóki widzimy wszystkich międzynarodowych rewolucjonistów i wszystkich międzynarodowych kapitalistów jako zaciekłych wrogów, nie dostrzegamy kluczowej kwestii – że w rzeczywistości istniała pewna współpraca między międzynarodowymi kapitalistami a międzynarodowymi rewolucjonistami, w tym faszystami. I nie ma żadnych powodów, aby z góry wykluczać z tego sojuszu Trockiego.

Tę roboczą wstępną ocenę będziemy mogli rozwinąć, kiedy przyjrzymy się historii Michaiła Gruzenberga, głównego agenta bolszewików w Skandynawii, który pod pseudonimem Aleksander Gumberg był również doradcą Chase National Bank w Nowym Jorku, a później doradcą Floyda Odluma z Atlas Corporation. O tej podwójnej roli wiedzieli – i akceptowali ją – zarówno Sowieci, jak i jego amerykańscy pracodawcy. Historia Gruzenberga to przykład sojuszu międzynarodowej rewolucji z międzynarodowym kapitalizmem.

Spostrzeżenia pułkownika MacLeana, że Trocki miał „silne podziemne wpływy” oraz że jego „możliwości były tak duże, że wydano rozkazy, aby okazać mu wszelkie względy”, nie kłócą się w żadnym przypadku z interwencją Coultera-Gwatkina na rzecz Trockiego, czy jeśli o to chodzi, z późniejszymi stalinowskimi oskarżeniami w pokazowych procesach trockistów w latach trzydziestych. Nie kłócą się również z przypadkiem Gruzenberga. Z drugiej strony jedyne potwierdzone bezpośrednie powiązanie między Trockim a międzynarodową bankowością stanowił jego kuzyn Abram Givatovzo, który był prywatnym bankierem w Kijowie przed rosyjską rewolucją i w Sztokholmie po rewolucji. Chociaż Givatovzo deklarował antybolszewizm, w rzeczywistości działał na rzecz Sowietów w transakcjach walutowych w 1918 roku.

Czy wydarzenia te potwierdzają istnienie jakiejś międzynarodowej sieci? Po pierwsze mamy Trockiego, rosyjskiego internacjonalistycznego rewolucjonistę z powiązaniami w Niemczech, któremu pomaga dwóch rzekomych zwolenników księcia Lwowa w Rosji (Aleinikoff i Wolf, Rosjanie mieszkający w Nowym Jorku). Tych dwóch zachęca do działania liberalnego kanadyjskiego zastępcę poczmistrza generalnego, który z kolei wstawia się u prominentnego majora brytyjskiej armii w kanadyjskim sztabie wojskowym. Wszystkie te powiązania są weryfikowalne.

Krótko mówiąc, relacje lojalności bywają czasem inne, niż się wydaje. Możemy jednak domniemywać, że Trocki, Aleinikoff, Wolf, Coulter i Gwatkin, działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec państwa czy ponad etykiety polityczne. Należy podkreślić, że nie istnieje żaden absolutny dowód na to, że tak było. W tym momencie jest to jedyne logiczne założenie przyjęte na podstawie faktów. Tego rodzaju wyższa lojalność mogła wynikać z samej przyjaźni, chociaż rozważanie takiej poliglotycznej kombinacji wymaga znacznego wysiłku wyobraźni. Mogła jednak wynikać również z innych motywów. Obraz wciąż jest niekompletny.

xxx

No właśnie! Działając na rzecz konkretnego wspólnego celu, mieli również jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne, czyli ponad partie polityczne. W jednym z poprzednich blogów cytowałem Henryka Rolickiego, który w swojej książce Zmierzch Izraela cytował Heinricha Kohna z jego Die politische Idee des Judentums:

Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.

Rolicki od siebie dodaje: „Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych”.

Czyli zarówno Żyd – Heinrich Kohn jak i Henryk Rolicki mówią wprost o tym, o czym Sutton pisze tak wymijająco: jakiś wyższy wspólny cel, wykraczający ponad lojalność wobec własnego państwa czy ponad etykiety polityczne.

xxx

W końcowym rozdziale Sojusz bankierów z rewolucją Sutton m.in. pisze:

Jaki motyw tłumaczy tę koalicję kapitalistów z bolszewikami? Rosja była wówczas – jak i dzisiaj – największym niezagospodarowanym rynkiem rynkiem na świecie. Co więcej, Rosja, wtedy i teraz, była największym potencjalnym konkurentem Stanów Zjednoczonych i tym samym największym potencjalnym zagrożeniem dla amerykańskiej przemysłowej i finansowej supremacji. Rzut oka na mapę świata wystarczy, aby zobaczyć różnicę między ogromnym terytorium Rosji a mniejszymi Stanami Zjednoczonymi. Ludzi z Wall Street musi przerażać myśl o Rosji jako drugim, obok Ameryki, gigancie przemysłowym.

Dlaczego jednak pozwalać Rosji stać się konkurencją i zagrożeniem dla amerykańskiej supremacji? Pod koniec XIX wieku Morgan, Rockefeller i Guggenheim ujawnili swe monopolistyczne skłonności. W Railroad and Regulation 1877-1916 Gabriel Kolko pokazał, że to właściciele kolei, a nie rolnicy, chcieli państwowej kontroli nad koleją, aby zachować swoje monopole i zlikwidować konkurencję. Przedstawione tu dowody można zatem najprościej wyjaśnić wzrostem ambicji i poszerzeniem horyzontów syndykatu finansistów z Wall Street na skalę globalną. Gigantyczny rosyjski rynek miał zostać zmonopolizowany i przemieniony w techniczną kolonię, którą eksploatować będzie kilku wpływowych amerykańskich finansistów i kontrolowane przez nich korporacje. To, co kontrolowane przez amerykański przemysł Międzystanowa Komisja Handlu i Federalna Komisja Handlowa mogły uczynić dla tego przemysłu w kraju, planowany socjalistyczny rząd mógł zrobić dla niego za granicą – przy odpowiednim wsparciu i zachętach ze strony Wall Street i Waszyngtonu.

Gdyby to wyjaśnienie wydawało się zbyt radykalne, należy przypomnieć, że Trocki powołał carskich generałów do skonsolidowania Armii Czerwonej, to Trocki prosił o amerykańskich oficerów do kontrolowania rewolucyjnej Rosji i o wstawiennictwo za Sowietami, to Trocki zdławił pierwsze wolnościowe tendencje w rewolucji rosyjskiej, a następnie robotników i chłopów, należy też zauważyć, że oficjalna historia całkowicie ignoruje siedemsettysięczną Armię Zieloną, złożoną z byłych bolszewików oburzonych zdradą rewolucji, którzy walczyli i z białymi, i z czerwonymi. Innymi słowy, sugestia jest taka, że rewolucja bolszewicka stanowiła sojusz etatystów: etatystycznych rewolucjonistów i etatystycznych finansistów zjednoczonych przeciwko prawdziwie wolnościowym tendencjom w Rosji.

Czytelnik musi zadać sobie teraz pytanie, czy ci bankierzy byli również skrytymi bolszewikami? Nie, oczywiście, że nie. Ci finansiści nie wyznawali żadnej ideologii. Wielką nadinterpretacją byłoby założyć, że ich pomoc dla bolszewików była motywowana ideologicznie w jakimkolwiek ścisłym sensie. Finansiści kierowani byli pragnieniem władzy i dlatego wspierali wszelkie polityczne stronnictwa, które mogłyby im dać dostęp do władzy: Trockiego, Lenina, cara, Kołczaka, Denikina – wszyscy otrzymali większą lub mniejszą pomoc. Wszyscy poza tymi, którzy pragnęli prawdziwie wolnego i indywidualistycznego społeczeństwa.

Pomoc nie ograniczała się do etatystycznych bolszewików i etatystycznych antybolszewików. W swojej książce Mussolini and Fascism: The View from America (Mussolini i faszyzm: Spojrzenie z Ameryki) John P. Diggis zauważył w odniesieniu do Thomasa Lamonta z Guaranty Trust, że

ze wszystkich liderów amerykańskiego biznesu Thomas W. Lamont najsilniej popierał faszyzm. Lamont, który kierował wpływową siecią bankową J.P. Morgana, był kimś w rodzaju konsultanta biznesowego faszystowskiego rządu we Włoszech.

W 1926 roku, w kluczowym dla Mussoliniego momencie, Lamont zapewnił włoskiemu dyktatorowi pożyczkę w wysokości stu milionów dolarów. Można również przypomnieć, że dyrektor Guaranty Trust był ojcem Corlissa Lamonta, amerykańskiego komunisty. Takie bezstronne podejście do bliźniaczych systemów totalitarnych, komunizmu i faszyzmu, nie ograniczało się tylko do rodziny Lamontów. Na przykład Otto Kahn, dyrektor American International Corporation oraz Kuhn, Loeb & Co., był pewien, że amerykański kapitał zainwestowany we Włoszech znajdzie tam bezpieczeństwo, wsparcie, możliwości i nagrodę. To ten sam Otto, który w 1924 roku przekonywał socjalistyczną League of Industrial Democracy, że jej cele są jego celami. Różnią się zaś jedynie – zdaniem Otto Kahna – co do sposobu ich osiągnięcia.

Po obu stronach Atlantyku bankierzy dostrzegali zalety i potencjał marksizmu. Na przykład lord Milner był angielskim bankierem, który cieszył się wpływami w brytyjskiej polityce wojennej i który jednocześnie był zwolennikiem marksizmu. W Nowym Jorku w 1903 roku utworzono socjalistyczny klub „X”. Do jego członków należeli nie tylko komunista Lincoln Steffens, socjalista William English Walling i komunistyczny bankier Morris Hillquit, lecz również filozof John Dewey, James T. Shotwell, Charles Edward Russell i Rufus Weeks (wiceprezes New York Life Insurance Company). Na corocznym spotkaniu Economic Club w Astor Hotel w Nowym Jorku przemawiali socjaliści.

Z tych nieprawdopodobnych źródeł pochodzi współczesny internacjonalistyczny ruch obejmujący nie tylko finansistów – Carnegiego, Paula Warburga, Otto Kahna, Bernarda Barucha i Herberta Hoovera – lecz również Carnegie Foundation i jej córkę International Conciliation.

Lew Trocki również deklarował się jako internacjonalista. Wspominaliśmy z pewnym zainteresowaniem o jego powiązaniach na najwyższych szczeblach czy przyjaciołach w Kanadzie. Trocki nie był zatem prorosyjski, proaliancki czy proniemiecki, jak wielu go przedstawiało. Był zwolennikiem rewolucji i światowej dyktatury. Jednym słowem był internacjonalistą. Bolszewików i bankierów łączył zatem internacjonalizm. Rewolucja i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy. Międzynarodowa finansjera woli robić interesy z centralnymi rządami. Ostatnie, czego pragnie społeczność bankowa, to leseferystyczna gospodarka i zdecentralizowana władza, gdyż prowadziłyby one do rozproszenia władzy.

Oto zatem wyjaśnienie, które zgadza się z przedstawionymi dowodami. Ta garstka bankierów i spekulantów nie była bolszewikami, komunistami, socjalistami, demokratami czy nawet Amerykanami. Nade wszystko ludzie ci pragnęli rynków, najlepiej zmonopolizowanych i międzynarodowych – a zmonopolizowanie światowego rynku stanowiło ich najwyższy cel. Chcieli rynków, które można by eksploatować monopolistycznie bez obawy o konkurencję ze strony Rosji, Niemiec czy kogokolwiek innego – w tym amerykańskich biznesmenów spoza zaklętego kręgu. Ta zamknięta grupa była apolityczna i amoralna. W 1917 roku interesował ją tylko jeden cel: zmonopolizowanie rosyjskiego rynku pod intelektualną ochroną i przykrywką ligi na rzecz egzekwowania pokoju.

Wall Street faktycznie osiągnęła swój cel. Kontrolowane przez ten syndykat amerykańskie firmy zaczęły budować Związek Radziecki, a obecnie wprowadzają radziecki kompleks wojskowo-przemysłowy w epokę komputerów.

Dzisiaj cel ten nie stracił na aktualności. John D. Rockefeller wyłożył go w swojej książce The Second American Revolution (Druga rewolucja amerykańska) – na której okładce widnieje pięcioramienna gwiazda. W książce znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Warto zauważyć, że Rockefellerowie, którzy od wieku promują te humanistyczną ideę, nie rozdali innym własnego majątku. Przypuszczalnie w ich zaleceniu zawarte jest założenie, że to my wszyscy mamy pracować na rzecz Rockefellerów. Książka Rockefellera propaguje kolektywizm pod płaszczykiem „umiarkowanego konserwatyzmu|” i „dobra społecznego”. W praktyce nawołuje do kontynuowania wcześniejszego poparcia Morgana-Rockefellera dla kolektywistycznych przedsięwzięć i znoszenia praw jednostki.

Krótko mówiąc, idea dobra społecznego była i pozostaje narzędziem i wymówką dla autokreacji elitarnego kręgu, który apeluje o pokój na świecie i ludzką przyzwoitość. Jednak dopóki czytelnik patrzy na historię świata przez pryzmat nieuchronnego marksistowskiego konfliktu między kapitalizmem a komunizmem, cele takiego sojuszu między międzynarodowymi finansistami a międzynarodowymi rewolucjonistami pozostają niezrozumiałe. To samo tyczy się groteskowości propagowania dobra społecznego przez grabieżców. Jeśli sojusze te wciąż wymykają się zrozumieniu czytelnika, powinien zastanowić się nad oczywistym faktem, że te same międzynarodowe grupy zawsze chętnie wskazują, co inni powinni robić, lecz wyraźnie nie chcą zostać pierwszymi z tych, którzy oddadzą swój majątek i władzę. Ich usta są otwarte, lecz ich kieszenie zamknięte.

Tę technikę, którą monopoliści wykorzystują do kantowania społeczeństwa, wyłożył na początku XX wieku Frederick C. Howe w książce The Confessions of a Monopolist. Po pierwsze, twierdzi Howe, polityka to nieodzowna część biznesu. Kontrolowanie poszczególnych gałęzi przemysłu wymaga kontrolowania Kongresu i regulatorów, dzięki czemu można zaprząc społeczeństwo do pracy dla monopolisty. Zatem, zdaniem Howe’a, monopolista powinien kierować się dwiema zasadami: „Po pierwsze, niech społeczeństwo pracuje dla ciebie. Po drugie, uczyń z tego biznes”. Są to, jak napisał Howe, podstawowe „zasady wielkiego biznesu”.

xxx

Jeśli jest tak, jak to opisał Sutton, to interpretacja otaczającej nas rzeczywistości może być zgoła odmienna od tej oficjalnej. Jeśli rewolucja bolszewicka w Rosji została sfinansowana przez finansistów z Wall Street, to znaczy, że Związek Radziecki, a raczej jego politycy byli zależni od tych finansistów. A to może oznaczać, że jego upadek na początku lat 90-tych, podobnie jak całego bloku komunistycznego, był zaplanowany. Oficjalne tłumaczenie, że komunizm zbankrutował, nie trzyma się kupy, bo przecież ten sam komunizm w Chinach nadal trwał.

Upadek czy bankructwo Związku Radzieckiego miało swoje konsekwencje w postaci oderwania od niego całego bloku komunistycznego i przeciągnięcie go na stronę unii europejskiej oraz powstanie niepodległych państw, znajdujących się wcześniej w obrębie ZSRR. Dziś już wiemy, że najbardziej brzemienną w skutki była decyzja o powstaniu niepodległej Ukrainy. To oznaczało, że prędzej czy później dojdzie do wojny rosyjsko-uraińskiej, dlatego że już wcześniej taka wojna była. Działo się to w latach 1917-1921. Wówczas Zachodnioukraińska Republika Ludowa, powstała na terenie byłej Galicji wschodniej dążyła do utworzenia niepodległego państwa i przeciągnięcia na swoją stronę reszty Ukrainy. Ostatecznie w wyniku traktatu ryskiego z 1921 roku ustalono, że Galicja wschodnia, czyli ZRUL wejdzie w skład II RP. Dziś ten sam schemat jest ponownie wykorzystywany, tylko że trochę inaczej, bo Ukraina jest, przynajmniej teoretycznie, niepodległym państwem, ale najwyraźniej to za mało. Ona chce do unii europejskiej i do NATO. Ale nie wszyscy na Ukrainie tego chcą i stąd konflikt.

Czy Rosja, powstała po upadku Związku Radzieckiego, jest niezależna od Stanów Zjednoczonych, a właściwie od finansistów z Wall Street? Wydaje się to mało prawdopodobne, a jeśli tak, to oznacza, że w wojnie na Ukrainie Rosja realizuje cele tych finansistów. Podobnie jest w przypadku Ukrainy. Zresztą sami Amerykanie przyznali, że wydali kilka miliardów dolarów na zorganizowanie cyrku zwanego Majdanem. A skoro tak, to znaczy, że konflikt został wywołany sztucznie. I prawdopodobnie tak samo jest w przypadku „zamachu stanu” dokonanego w Rosji przez Prigozyna i jego Grupę Wagnera. Czy fakt, że Prigożyn ze swoim prywatnym wojskiem schronił się na Białorusi nie oznacza, że rozpoczął się proces przeciągania Białorusi na stronę Zachodu? W ten sposób możliwe byłoby odtworzenie I Rzeczypospolitej. Tylko po co? Może nie chodzi o nią, tylko o coś zupełnie innego?

Procent ludności żydowskiej w strefie osiedlenia około 1905 roku; źródło: Wikipedia.

Strefa osiedlenia (również granica osiedlenia, ros. черта оседлости – czerta osiedłosti) – zachodnia część Imperium Rosyjskiego stanowiąca około 20% jego europejskiej części, istniejąca w latach 1791–1917, w której nakazywano zamieszkiwać społeczności żydowskiej, utworzona 23 grudnia 1791 roku na mocy ukazu carycy Katarzyny II. W skład tej strefy wchodziły zachodnie gubernie rosyjskie, utworzone po rozbiorach Polski, także gubernie południowo-zachodnie nadczarnomorskie. – Wikipedia.

Rafał Żebrowski w swoim artykule Rocznica wydania ukazu o ustanowieniu „strefy osiedlenia” dla Żydów (https://www.jhi.pl/artykuly/rocznica-wydania-ukazu-o-ustanowieniu-strefy-osiedlenia-dla-zydow,243) m.in. pisze:

Na początku XX w. w s.o. żyło ok. 5 mln. wyznawców judaizmu, co stanowiło blisko 40% wszystkich Żydów na świecie. Natomiast poza nią stale mieszkało ich tylko ok. 200 tys. Słusznie więc wówczas podnoszono, że gdyby pozwolono im wszystkim rozproszyć się po całym Imperium, wówczas stanowiliby na tyle niewielki procent ogółu ludności, że napięcia i konflikty byłyby mniejsze niż w małych miasteczkach strefy, w których Żydzi niejednokrotnie stanowili większość, a w wielu jej guberniach – po kilkanaście procent mieszkańców, znajdując z trudem źródła utrzymania, często zmuszeni do korzystania z pomocy społecznej.

Trudno ocenić rolę s.o. w dziejach narodu żydowskiego. Niewątpliwie warunki życia były w niej bardzo trudne, zwłaszcza dla ubogich. Jednak trudno nie zauważyć, iż skupienie Żydów w miasteczkach strefy sprawiło, że większość z nich zachowała tradycyjną kulturę i hierarchię wartości. To właśnie głównie oni, wraz ze współwyznawcami w Królestwie Polskim i Galicji, przenieśli jidyszkejt (ducha żydowskiego), równocześnie w walny sposób przyczyniając się do powstania nowoczesnej kultury żydowskiej. To oni stali się bohaterami klasycznych dzieł Szołema Alejchema i Mendełe Mojcher Sforima. Dla przyszłości duże znaczenie miała także emigracja Żydów ze s.o. i ich udział w rozwoju skupiska żydowskiego w USA (2 mln. emigrantów w latach 1881-1914).

xxx

Rewolucja i i międzynarodowe finanse wcale się ze sobą nie kłócą, jeżeli celem rewolucji jest ustanowienie bardziej scentralizowanej władzy, a zmonopolizowanie światowego rynku stanowi najwyższy cel bankierów i spekulantów. W książce Druga amerykańska rewolucja znajduje się otwarty apel o humanizm, to jest apel o to, aby naszym najwyższym priorytetem stała się praca na rzecz innych. Innymi słowy, jest to obrona kolektywizmu. Humanizm to kolektywizm. Tak to interpretuje Sutton.

A poniżej fragment z blogu Konfucjanizm:

„W tym systemie, w którym wszystko zostało podporządkowane społecznemu życiu jednostki, jej stosunek do drugiego człowieka jest sprawą zasadniczej wagi. Właściwy stosunek do bliźniego (żen) to jedno z podstawowych pojęć konfucjanizmu. Termin żen należy do tych, które w tłumaczeniu oddać najtrudniej. Żen jest bowiem główną z cnót człowieka szlachetnego, a zarazem jego podstawowym obowiązkiem wobec całego otoczenia. Zwykle termin ten oddaje się w sinologii europejskiej przez humanitarność, cnota humanitarności, to jest to ludzki do bliźniego stosunek, właściwy stosunek do ludzi.”

Nie przypadkiem więc całą produkcję przenosi się do Chin i robi się z nich fabrykę świata, czyli monopol na światową produkcję. Nie tylko ze względu na liczbę ludności, ale przede wszystkim na mentalność Chińczyków i ich kolektywny styl życia. Ich nie trzeba formować do wymogów globalistów, bo oni zostali takimi uformowani przez konfucjanizm. Europejczyków, tych indywidualistów, nie da się przerobić. Można ich co najwyżej zutylizować poprzez mieszanie z czarnymi, muzułmanami i innymi. I to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Grupa Wagnera

23 czerwca 2023 roku lider Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn oskarżył rosyjskie siły zbrojne o atak na żołnierzy Grupy Wagnera i ogłosił rozpoczęcie „marszu sprawiedliwości”. 24 czerwca żołnierze Grupy Wagnera zajęli Rostów nad Donem. Prigożyn ogłosił, że oczekuje na przybycie Siergieja Szojgu i Walerija Gierasimowa, zaś w przeciwnym razie zagroził zaatakowaniem Moskwy. Wieczorem 24 czerwca Prigożyn poinformował o zakończeniu marszu w kierunku Moskwy (według jego słów żołnierze Grupy Wagnera dotarli na odległość 200 kilometrów od miasta) i rozpoczęciu odwrotu. Krótko wcześniej kancelaria prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki wydała oświadczenie, w którym poinformowała o rozmowach między Łukaszenką a Prigożynem, które miały zakończyć się porozumieniem o zatrzymaniu kolumny wojskowej podążającej w stronę Moskwy. – Tak informuje Wikipedia.

Poniżej fragment artykułu Skąd się wzięli wagnerowcy? z portalu HISTMAG (https://histmag.org/Skad-sie-wzieli-wagnerowcy-24957). Artkuł ten jest fragmentem książki Grzegorza Kuczyńskiego „Wagnerowcy. Psy wojny Putina”. (wytłuszczenia W.L.):

Korzeni wagnerowców, przede wszystkim pod względem personalnym, czyli ludzi, którzy stali u początku działalności tej CzWK (Czastnaja Wojennaja Kompania – Prywatna Firma Wojenna – przyp. W.L.), można doszukiwać się już w firmie pod nazwą Antiterror-Orieł. Skąd nazwa? Od miasta Orzeł w południowo-zachodniej Rosji, gdzie została zarejestrowana ta firma, formalnie ochrony, w 2005 roku. Oficjalnie zamknięta została w 2016 roku, a więc już gdy słowo wagnerowcy zaczęło pojawiać się w mediach. Ale Antiterror-Orieł faktycznie przestała działać dużo wcześniej, a jedną z nowych CzWK powstałych na jej bazie była Moran Security Group, specjalizująca się w ochronie tankowców, portów, platform wiertniczych. Jednym z największych jej klientów była państwowa spółka Sowkomfłot posiadająca flotę tankowców.

Po raz pierwszy o Moranie zrobiło się głośno w Rosji, gdy dziewięciu najemników tej firmy zostało zatrzymanych przez władze nigeryjskie w Lagos w październiku 2012 roku, i oskarżonych o nielegalne posiadanie broni. W lutym 2013 najemnicy wyszli za kaucją, a w październiku pozwolono im opuścić Nigerię. Jeszcze gdy rosyjscy dyplomaci walczyli o pełną wolność dla rodaków-najemników, wiosną 2013 roku Moran Security Group rozpuściła wici wśród weteranów i ruszyły rozmowy kwalifikacyjne do pracy w firmie, którą chyba z perspektywy czasu można nazwać spółką celową Morana powołaną do realizacji konkretnego zadania.

W Hongkongu zarejestrowana została Slavonic Corps Ltd. Choć tak naprawdę wszystko, co jej dotyczyło, działo się – najpierw – w Sankt Petersburgu i Moskwie oraz – potem – w Syrii. Wszak w mieście nad Newą mieszkał i prowadził biznes formalny dyrektor Slavonic Corps Siergiej Kramskoj i jego zastępca Borys Czikin, jak już wcześniej wspomniano, jeden z założycieli Moran Security Group. Wyłącznym właścicielem Slavonic Corps został zaś Wadim Gusiew, również zasiadający w kierownictwie Moran Security Group. Dlaczego szefowie Moran Security Group postanowili otworzyć dodatkowy biznes? Otóż latem 2013 roku dostali zlecenie o charakterze mocno odbiegającym od dotychczasowego profilu firmy. Ministerstwo ropy naftowej i zasobów mineralnych Syrii złożyło propozycję, aby zwerbować, wyszkolić i przysłać „specjalistów” do ochrony obiektów wydobycia, transportu i przerobu ropy. Moran Security Group nie chciała związać się bezpośrednio umową z Damaszkiem. Dlatego kilku menedżerów firmy zarejestrowało w Hongkongu spółkę Slavonic Corps Limited (pol. Korpus Słowiański Sp. z o.o.). Główne biuro zaś i tak działało w Moskwie.

Do września 2013 roku spółka zwerbowała w sumie 267 osób. Zarobki wyglądały atrakcyjnie. Cztery tysiące „zielonych” miesięcznie. Za cięższą ranę 20 kawałków ekstra. A gdyby któryś nie wrócił do domu – nawet 40 tys. dolarów dla rodziny. Całą historię, zdradźmy już teraz że krótką, opisał w swych artykułach dziennikarz portalu Fontanka.ru, Denis Korotkow. Zaakceptowani po rozmowie w biurze Moran Security Group ludzie trafiali do Bejrutu, a stamtąd jechali do syryjskiej Latakii. Kontrakt dotyczący ochrony „obiektów wydobycia, transportu i przerobu ropy naftowej” podpisywali z rządem w Damaszku, ale za akceptacją FSB i rządu Rosji. Mieli ochraniać instalacje naftowe w prowincji Dajr az-Zaur zagrożonej przez dżihadystów z ISIS.

Awanturnicza i krótka historia Korpusu Słowiańskiego miała, jak się okazało, ogromne znaczenie dla przyszłej, nieporównanie dłuższej i bogatszej historii wagnerowców. Gdy oficerowie FSB przesłuchiwali hurtowo sprowadzonych do kraju nieszczęsnych najemników, w administracji kremlowskiej zrodził się pomysł, by na bazie właśnie tych ludzi zbudować coś zupełnie nowego. Idea gdzieś tam sobie na Kremlu krążyła już od kilku lat, ale akurat fiasko Korpusu Słowiańskiego dało dodatkowy impuls, a przede wszystkim kandydatów. Pomysł utworzenia CzWK, która tak naprawdę będzie realizować cele polityki państwa, przy okazji nabijając kabzę jej sponsorom biznesowym, zrodzić się miał jeszcze podczas XIV Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Stankt Petersburgu w czerwcu 2010 roku. Dziewięć lat później rosyjski portal The Bell opowiedział o pewnym zagranicznym gościu, który zainspirował generałów i polityków z Moskwy. Eeben Barlow, były pułkownik armii RPA, założyciel słynnej PMC Executive Outcomes, która zasłynęła z czystek wśród bojowników w Angoli i Sierra Leone, brała udział w kilku wojnach domowych i tłumieniu przewrotów pałacowych na kontynencie afrykańskim.

Według źródeł The Bell, Barlow w czasie forum w Sankt Petersburgu wygłosił krótki wykład poświęcony korzyściom płynącym z działalności najemniczej. Według oficjalnego programu forum Barlow uczestniczył w sesji poświęconej współpracy wojska z sektorem prywatnym i temu, czy można „sprywatyzować” armię. Jednak, jak pisze portal, głównym celem jego wizyty było zamknięte spotkanie z przedstawicielami sztabu generalnego rosyjskiego wojska. Barlow przedstawił im modele tworzenia firm najemniczych i zaproponował warianty funkcjonowania takiej firmy w rosyjskich warunkach. Największą kwestią sporną, jak podawał The Bell, był prawny status takich firm. Wśród przedstawicieli resortów siłowych pojawiły się głosy przeciw legalizowaniu PMC ze względu na problemy z kontrolą nad obrotem bronią. – Już wtedy mówiłem, że prywatne wojskowe firmy z Zachodu i ze Wschodu zaleją Afrykę – i tam, i tam są ludzie, którzy dążą do władzy, wpływów i kontroli nad zasobami. Tak też się stało – powiedział po latach portalowi Barlow, pytany o wizytę w Sankt Petersburgu. Według The Bell, w Rosji pomysł utworzenia grupy „kombatantów”, tj. odpowiednio przygotowanych do działań bojowych wojskowych, którzy odeszli na emeryturę, był omawiany wtedy już od około roku. Plan ten miał poparcie ówczesnego szefa sztabu generalnego gen. Nikołaja Makarowa.

Po historii z Korpusem Słowiańskim w administracji prezydenckiej uznano, że czas na wprowadzenie w życie pomysłów, które jako pierwszy zasugerował Barlow. Trzeba było jednak najpierw znaleźć człowieka, który zepnie to wszystko pod względem biznesowym. Wszak prywatna spółka wojskowa, to spółka prywatna. Nie wiadomo, kiedy wybór padł na Jewgienija Prigożyna. Być może na Kremlu uznano, że przydatne mogą się okazać jego biznesowe kontakty z wojskiem. Poszukując odpowiednich ludzi Prigożyn najpierw rozmawiał z byłym dowódcą zwiadu wojsk powietrznodesantowych pułkownikiem Pawłem Popowskichem, który kierował Związkiem Spadochroniarzy Rosji. Ostatecznie Prigożyn postawił jednak nie na weteranów WDW, ale specnazu GRU. Popowskich zaś kilka lat później zginął w zamachu na ulicach okupowanego Doniecka. Akurat w czasie, gdy wagnerowcy – na zlecenie władz w Moskwie – likwidowali jednego za drugim lokalnych watażków. Ich dowódcą był wtedy niejaki Dmitrij Utkin. To druga, obok Prigożyna, postać najmocniej kojarzona z wagnerowcami. W końcu zresztą to on im nadał mimochodem tą jakże charakterystyczną nazwę.

Po raz pierwszy nazwa „wagnerowcy” pojawiła się na jesieni 2015 roku, gdy zaczął o nich pisać petersburski portal Fontanka. To jego dziennikarz Denis Korotkow, ten sam, który śledził historię Korpusu Słowiańskiego, ustalił, że za przygotowanie bojowe najemników w Grupie Wagnera może odpowiadać płk Utkin. Ten sam, który wcześniej dowodził jednym z oddziałów Slavonic Corps, a po powrocie do kraju i przesłuchaniu przez FSB, trafił do teczki na Łubiance. Dla pomysłodawców tworu nazwanego później Grupą Wagnera był idealnym kandydatem na dowódcę z trzech powodów. Po pierwsze, weteran specnazu GRU w randze oficera. Po drugie, człowiek dobrze znany Prigożynowi, bo przez długi czas pracujący w ochronie jego firm. Po trzecie, bardzo wyrazista postać, pozwalająca nadać dowodzonej przez niego kompanii najemniczej oryginalny i budzący zainteresowanie na całym świecie sznyt.

Dmitrij Walerijewicz Utkin urodził się na Ukrainie (rocznik 1970). Do wojska poszedł jeszcze w końcówce epoki sowieckiej. Jak ustalił Bellingcat, służył w latach 1988– 2008 w jednostce wojskowej 64044, czyli specnazie GRU. Na emeryturę w 2013 roku odchodził już jednak ze stanowiska dowódcy wojskowej jednostki 75143 stacjonującej w Peczorach (obwód pskowski), czyli 700. samodzielnego oddziału specnazu 2. Brygady Specnazu GRU. Jak wielu jego kolegów, zatrudnił się jako najemnik. Trafił na Moran Security Group – być może dlatego, że to tak naprawdę petersburska spółka. Pływał trochę w ochronie statków. Był też jednym z uczestników nieszczęsnej wyprawy Korpusu Słowiańskiego. Po powrocie do Moskwy uniknął kary, a parę miesięcy później trafił na front w Donbasie – na czele własnej grupy najemników nazywanej „grupą Wagnera”. Nie wiadomo, kto go skierował do Prigożyna. Być może było nawet odwrotnie – wszak to biznesmen szukał ludzi do swej najemniczej inicjatywy. W każdym bądź razie w gronie ochroniarzy Prigożyna zaczęto widywać Utkina i uważanego za jego zastępcę Andrieja Troszewa. W listopadzie 2017 Utkin został zaś nawet dyrektorem generalnym należącej do Prigożyna spółki Concord Management and Consulting.

Dlaczego właśnie jego wybrano na dowódcę, a tak naprawdę twarz powstającej formacji najemników? Tutaj musimy wrócić na moment do rywalizacji Łubianki i Akwarium w kwestii kontroli nad najemnikami. FSB zgodziła się na Utkina być może dlatego, że mimo wieloletniej służby w specnazie wywiadu wojskowego, tak naprawdę trudno było go uznać za członka „zakonu GRU”. Ukrainiec ze wsi w obwodzie kirowogradzkim. Nie służył w Moskwie i nie miał powiązań personalnych z ludźmi z centrali wojskówki. Po fiasku wyprawy Korpusu Słowiańskiego FSB nie wsadziła go za kratki (być może nawet wtedy zaczęła się współpraca z Utkinem). Dzięki temu wszystkiemu Łubianka liczyła, że będzie trzymać Utkina na krótkiej smyczy i liczyć na jego lojalność nawet w sytuacji, w której jego formacja musi współdziałać z wojskiem. Bo to, że wagnerowcy będą przede wszystkim zdani na armię, było jasne od początku. Dla Kremla był to też idealny format pozwalający godzić sprzeczne interesy FSB i wywiadu wojskowego.

Reżyserzy spektaklu pod tytułem Grupa Wagnera z pełną premedytacją wykorzystali poglądy i wizerunek Utkina. Faktycznie bardzo specyficzne, zwłaszcza jak na oficera rosyjskiego wojska. Po pierwsze pseudonim. Wagner, na cześć Richarda Wagnera. Były dowódca specnazu ma wielką słabość do wszystkiego, co związane z III Rzeszą. Podczas walk w Donbasie w 2014 roku nosił nawet wojskowy hełm stylizowany na niemieckie z czasów drugiej wojny światowej. A przejścia między namiotami w obozie szkoleniowym wagnerowców nazywano „Die Strasse”. Na nielicznych znanych zdjęciach Utkina widać liczne tatuaże, choćby godło SS, umieszczone w widocznym miejscu na szyi. Nie wydaje się jednak, żeby neonazistowska ideologia była jakoś szczególnie popularna wśród wagnerowców, i nie zmienia tego fakt znalezienia „Mein Kampf” w wirtualnej bibliotece iPada martwego rosyjskiego najemnika w Libii. Niewątpliwie przez szeregi formacji przewinęło się i wciąż przewija niemało różnej maści radykałów.

xxx

O Richardzie Wagnerze Wielka Encyklopedia Powszechna (1962-1970) m.in. pisze:

Poglądy Wagnera erodowały od młodzieńczej orientacji demokratycznej do szowinistycznej ideologii narodowo-rasowej (ukształtowanej m.in. pod wpływem A. Schopenhauera i F.W. Nietzschego), którą podjęli ideolodzy hitleryzmu, pasując Wagnera na wyraziciela ducha niemieckiego i wieszcza III Rzeszy.

xxx

Sposób w jaki Grzegorz Kuczyński opisał historię powstania Grupy Wagnera i jej działalność nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że to państwo rosyjskie, a właściwie jej służby specjalne i wojsko były zaangażowane w jej utworzenie. Najpierw stwarza się wojskowym możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, tak by jeszcze w sile wieku mogli zasilić tego typu oddziały, wnosząc do nich jednocześnie swoje doświadczenie zawodowe. Można więc powiedzieć, że wykorzystywano organy państwowe i zapewne ich finanse do stworzenia prywatnego wojska, które to wojsko miało nieformalnie strzec interesów Rosji za granicą i jednocześnie wzbogacać twórców tej grupy z tytułu świadczonych usług rządom różnych państw. I w taki nieformalny sposób Rosja poszerzała swoje wpływy w różnych rejonach świata. Oczywiście nie tylko Rosja stosuje tego typu praktyki, bo przecież Rosjan wyszkolił południowoafrykański specjalista od takich akcji.

Współczesne rządy państw to zalegalizowane mafie, bo przecież działania, które doprowadziły do powstania Grupy Wagnera, były typowo mafijne, czyli wykorzystanie stanowisk państwowych i finansów państwa do stworzenia prywatnej firmy. A Prigożyn to kryminalista. W wieku 18 lat został skazany za rozbój, kradzież i oszustwo, łącznie na 13 lat pobytu w kolonii karnej, zwolniony po dziesięciu latach. Teraz jest globalnym biznesmenem. Nietrudno domyślić się jego pochodzenia, bo nawet Wikipedia pisze, że zarówno jego ojciec jak i ojczym byli Żydami.

Kiedyś te mafie nazywano monarchiami, które do legitymizacji swojej władzy nie potrzebowały niczego, poza oświadczeniem, że ich władza pochodzi od Boga. Bardzo to było wygodne, ale miało jeden defekt, a mianowicie taki, że jednak monarcha za coś odpowiadał, przynajmniej teoretycznie. Wymyślili więc Żydzi demokrację. W demokracji do legitymizacji władzy potrzebna jest akceptacja ludu, czyli wybory. I to właśnie dlatego te współczesne mafie tak zabiegają o frekwencję wyborczą i o to, by ten lud chodził na wybory. Ale w demokracji nie ma odpowiedzialności za nic, bo w następnych wyborach ci, którzy nabroili odejdą, a nowi nie mogą przecież odpowiadać za błędy swoich poprzedników. Dlatego te mafie zwane rządami są całkowicie bezkarne i mogą tworzyć różnego rodzaju pomniejsze mafie, które podlegają chyba jakimś tajnym organizacjom, nieformalnym grupom w obrębie rządu.

xxx

Wikipedia pisze, że rosyjska Grupa Wagnera próbuje nawiązywać do amerykańskiej Blackwater, jednak jest organizacją bardziej nieformalną i działającą na granicy prawa, a często ją przekraczając. A o Blackwater tak pisze:

Academi (poprzednio jako Blackwater USA, Blackwater Worldwide oraz Xe Services LLC) – amerykańska prywatna organizacja wojskowa założona w 1997 r. przez Erika Prince’a i Ala Clarka. Firma jest alternatywnie nazywana firmą najemniczą lub ochroniarską. Siedziba firmy mieści się w stanie Karolina Północna. W październiku 2007 Blackwater USA zmieniło nazwę na Blackwater Worldwide, a w 2009 r. po odmowie rządu irackiego na przedłużenie kontraktu na Xe. Obecnie firma nosi nazwę Academi, nawiązującą do Akademii Platona.

xxx

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

Ogniskami humanizmu są akademie, czyli związki osób, interesujących się starożytnością. Nie należy ich mieszać z ówczesnymi uniwersytetami, choć i te stopniowo dostawały się pod wpływy humanistów.

Akademie te, zakładane zwykle przez ludzi prywatnych, nie miały oficjalnego charakteru; po prostu wielbiciele starożytności schodzili się na zebrania lub biesiady i rozmawiali częstokroć o rzeczach, o których wówczas nie było wolno mówić publicznie.

I tak słynna akademia platońska we Florencji zajmowała się Platonem i usiłowała poglądy filozofa greckiego stosować do dogmatów chrześcijaństwa. Sekundowały jej inne akademie, jak rzymska lub wenecka. Akademia rzymska nigdy nie odbywała jawnych zebrań, lecz zawsze pod osłoną jakiejś uroczystości czy też biesiady, a inne bardzo liczne akademie włoskie ukrywały się także, by uniknąć odpowiedzialności za wolnomyślne poglądy. W ten sposób organizacje te nabrały charakteru związków tajnych, a członkowie ich posługiwali się pseudonimami łacińskimi lub greckimi.

xxx

Z kolei Wikipedia o Akademii Platona m.in. pisze:

Do niedawna sądzono, że Akademia powstała jako stowarzyszenie religijne czcicieli Apollina i Muz – hipotezę tę wysnuwał m.in. Ulrich von Wilamowitz-Moellendorf, który sądził, że skoro Akademia była pierwszą uczelnią i prawa ateńskie nie przewidywały możliwości powstania instytucji tego rodzaju, można uznać za zrozumiałe na gruncie umysłowości greckiej, że Platon założył Akademię właśnie jako stowarzyszenie religijne. Obecnie tezę tę uznaje się za domysł i twierdzi, że Platon mógł założyć Akademię jako stowarzyszenie nieformalne.

xxx

Tak więc bez względu na to, którą akademię mieli na myśli założyciele firmy Blackwater, to nazwa Academi jest bardzo wymowna i sugeruje jej nieformalny czy wręcz tajny sposób działania, przynajmniej w realizowaniu niektórych zadań. Zapewne dotyczy to też Grupy Wagnera.

O co w tym wszystkim chodzi? Na podstawie zacytowanego powyżej tekstu wiadomo, jak powstała Grupa Wagnera. Nie było by to możliwe, gdyby nie akceptacja głównej mafii, czyli rządu i pomniejszych, takich jak służby specjalne itp. Bez ich przyzwolenia nie mógłby Prigożyn stworzyć swojego imperium finansowego i gospodarczego. Nie mogłaby powstać Grupa Wagnera, bo to państwo ma monopol na produkcję broni i amunicji. Jeśli więc teraz dochodzi do próby zamachu stanu czy przewrotu – mając do dyspozycji od 5 do 8 tysięcy żołnierzy i widząc, czym to się skończyło – to trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej hucpie mogło chodzić o wszystko inne, tylko nie o przewrót czy zamach stanu. Skoro Prigożyn schronił się na Białorusi, to może prawdziwym celem była Białoruś. Może chodziło o pogorszenie relacji rosyjsko-białoruskich, o dostarczenie pretekstu do „wyrwania” Białorusi z objęć Rosji i przeciągnięcie jej na stronę przeciwną, bo przecież odtworzenie I RP bez Białorusi, a przynajmniej jej części, nie jest możliwe. To jest oczywiście hipoteza i być może taki scenariusz jest mało prawdopodobny, ale jak zwykle w takich przypadkach przyszłość, bliższa lub dalsza, zweryfikuje wszystkie domysły i przypuszczenia i dowiemy się, o co w tym wszystkim chodziło.

Janusz Waluś

Pod koniec zeszłego roku pojawiły się w wielu mediach informacje, że Janusz Waluś zostanie zwolniony z wiezienia w RPA. Była to okazja do przypomnienia tego wydarzenia sprzed 30-tu lat. Pojawiło się wiele artykułów o nim samym i o jego czynie. Bliższe przyjrzenie się temu, kim był Janusz Waluś i z jakiej pochodził rodziny, skłania do refleksji, a uproszczona interpretacja jego czynu wzbudza podejrzenia, że być może jest w tej sprawie jakieś drugie dno. Wypada jednak zacząć od podstaw. Wikipedia pisze:

Janusz Jakub Waluś (ur. 14 stycznia 1953 w Zakopanem) – południowoafrykański działacz skrajnej prawicy narodowości polskiej, terrorysta i zabójca czarnoskórego lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego.

Urodził się w Zakopanem, na Podhalu, choć publicysta Adam Tycner wskazuje na okolice Szczyrku. W rodzinie, wywodzącej się z Kresów, panowała atmosfera antykomunistyczna. Jego rodzice wraz z Januszem i jego starszym bratem przenieśli się potem do Radomia. Jego ojciec, Tadeusz Waluś, prowadził prywatny zakład zajmujący się produkcją kryształów, w którym pomagał także jego syn.

W młodości uprawiał sporty samochodowe – zdobył tytuł mistrza Polski w kategorii Fiat 127. Mówił, że był „sympatykiem Solidarności, ale bliżej mu było do KPN”.

W 1981 roku wyemigrował do Południowej Afryki, gdzie dołączył do ojca i brata, którzy przybyli tam w połowie lat 70. XX wieku. Wspólnie z nimi, podobnie jak wcześniej w Polsce, prowadził niewielką hutę szkła. Gdy po kilku latach ich rodzinny interes zbankrutował, ojciec opuścił Południową Afrykę, a bracia pozostali w tym kraju, zajmując się różnymi profesjami – starszy brat założył przedsiębiorstwo, a Janusz Waluś został kierowcą ciężarówki.

W 1986 roku przyjął południowoafrykańskie obywatelstwo i silnie zaangażował się w działalność polityczną. W czasie rosnących antagonizmów rasowych, światopoglądowych i narodowych stanął po stronie afrykanerskich nacjonalistycznych działaczy, dążących do utrzymania systemu segregacji rasowej – apartheidu. Wstąpił kolejno do rządzącej Partii Narodowej, następnie Partii Konserwatywnej, a w końcu do neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu (Afrikaner Weerstandsbeweging).

Po tym, gdy w lutym 1990 roku, decyzją prezydenta Frederika Willema de Klerka, uwolniono Nelsona Mandelę i zalegalizowano działalność największych opozycyjnych stowarzyszeń – Afrykańskiego Kongresu Narodowego i Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, ruchy afrykanerskie uległy zradykalizowaniu. Skrajna rasistowska prawica, w której szeregach był Waluś, była zdecydowanie przeciwna postępującym przemianom politycznym. Oprócz sprzeciwu wobec nadania praw obywatelskich i wyborczych czarnej większości obawiała się również skutków rosnącego poparcia dla komunistów.

10 kwietnia 1993 roku zastrzelił Chrisa Haniego, będącego liderem partii komunistycznej, przed jego domem w Boksburgu obok Pretorii.

xxx

To tyle Wikipedia, z której o rodzinie Walusia i jej korzeniach niczego nie dowiemy się. Natomiast Helena Łygas w artykule z 24 listopada 2022 roku Janusz Waluś. Człowiek, który uwierzył, że może zmienić losy świata (https://natemat.pl/451135,janusz-walus-dziecinstwo-zona-corka-i-wnuczka-janusza-walusia) pisze o niej dosyć szczegółowo. Poniżej fragmenty tego artykułu.

Kuba do RPA przyjeżdża jako 28-latek. Południowa Afryka to jego miłość od pierwszego wejrzenia. Trudno zresztą dziwić się komuś, kto wyrwał się z komunistycznej Polski, w dodatku z niesłynącego z urody Radomia. Odurzają go nowoczesne budynki, kosmopolityczne miasta, roślinność, klimat, kolory.

W RPA od pięciu lat mieszka z żoną i córką jego starszy brat Witek, z wykształcenia inżynier. Kuba wyższego wykształcenia nie ma. Mimo że jest inteligentny (a przynajmniej tak mówią o nim nieliczni dziennikarze, którzy przez ostatnie trzy dekady mieli okazję z nim porozmawiać), nigdy nie ciągnęło go za specjalnie do nauki. Ale w więzieniu uczy się portugalskiego i znacznie podszkala angielski. Z nudów.

Kilka lat przed Kubą, Witek ściąga do RPA i ojca, tym bardziej że w Polsce upada jego interes. Bo i Tadeusz Waluś, na przekór ustrojowi, całe życie jest prywaciarzem.

Z matką chłopców – Teresą – poznają się podczas okupacji w Zakopanem.

Są nastolatkami i swoją pierwszą, wielką miłością. Mimo że Teresa w momencie wybuchu wojny ma tylko 15 lat, zgłasza się do pracy na kolei – jej rodzice boją się, że inaczej zostanie wywieziona na roboty do Niemiec. Dziewczyna zostaje sekretarką naczelnika stacji.

Z kolei Tadeusza do Zakopanego przywożą rodzice – w 1939 roku uciekają przed Sowietami z Kresów do Krakowa, ale że syn podupada na zdrowiu, przeprowadzają się w góry. Po wojnie Tadeusz wraca do Krakowa, ale już z Teresą.

Zaczynają studia na Akademii Handlowej. Żadne z nich ich nie skończy. Gdy Teresa zajdzie w ciążę, przeprowadzają się do Kielc, gdzie ojciec Teresy, a dziadek Kuby, jest lekarzem wojewódzkim.

To tu rodzi się Witek Waluś, Kuba przyjdzie na świat już w Zakopanem, gdzie jego babka wspierana przez rodzinę prowadzi pensjonat. Ale zakopiańskiego życia Kuba pamiętał nie będzie.

Jego chrzestną zostanie córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy jest daleką kuzynką Teresy Waluś, więc dziewczyna często przyjeżdża do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską.

Tadeusz często przychodzi do Bierutów. Taka znajomość jest nie do pogardzenia – tym bardziej dla PRL-owskiego prywaciarza. Ojciec Kuby zajmuje się początkowo importem kryształów z Czechosłowacji – popyt na nie jest olbrzymi.

Dziś portrety babci Heleny autorstwa Witkacego wiszą w domu Witka. Wciąż mieszka w RPA. Prowadzi firmę produkującą sprzęt wojskowy na obrzeżach Pretorii. A przynajmniej prowadził, gdy przed pięcioma laty rozmawiał z nim Szymon Opryszek.

Gdy Kuba ma cztery lata Walusiowie opuszczają Zakopane.

Tadeusz rozkręca z bratem kolejny interes – produkcję słodyczy – w tym czekolady. Patentują nawet autorską recepturę. A że czekolada to towar deficytowy i chodliwy nie mniej niż czeskie kryształy, na brak pieniędzy nie mogą narzekać.

Ojciec i wujek jeżdżą ze swoimi czekoladami i lodami do miasta, do Krakowa, ale Witek i Kuba uczą się w wiejskiej podstawówce.

Walusiowie to najbogatsza rodzina w okolicy – jako pierwsi mają telewizor, telefon, samochód. Wyjeżdżają na wakacje zagranicę, do Bułgarii. Sąsiadów z Gaju nie stać nawet na Ustkę.

Mimo to, we wsi ich lubią, bo i Walusiowie są w porządku – dają pracę, nie oszukują. Gdy gubi się ich pies, sąsiedzi ruszają na poszukiwania. Może ze względu na sympatię, a może ze względu na nagrodę – 200 (ówczesnych) złotych. To koszt tygodniowego wyżywienia dużej rodziny. I pół kieszonkowego chłopaków.

Rówieśnicy po lekcjach pracują na roli albo w domu, ale Witek i Kuba nie muszą. Stać ich. I może to przyzwyczajenie do “stać ich” przesądzi w końcu o wyjeździe braci do RPA.

Gdy przestaje być ich stać w Polsce, już w Radomiu, gdzie podupada interes ojca, szukają innych dróg do bycia złotymi chłopcami.

Kuba przyzna zresztą, że z Polski wyjechał za kasą. Nienawiść do komunizmu? W Polsce nie był opozycjonistą, mimo że miał dostęp do rodzącego się w Krakowie środowiska. Może był po prostu oportunistą?

xxx

Wybrane fragmenty z ebooka Cezarego Łazarewicza Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia (https://www.legimi.pl/ebook-nic-osobistego-sprawa-janusza-walusia-cezary-lazarewicz,b377833.html):

Inżynier Witold Stanisław Waluś, syn Tadeusza i Teresy z domu Strzelichowska, urodzony w Kielcach w 1948 roku, z zawodu chemik-ceramik (po krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej), przylatuje samolotem z Wiednia, by rozpocząć nowe życie. Ma wtedy dwadzieścia osiem lat, długie, ciemne włosy spadające na ramiona i gęstą czarną brodę. Towarzyszy mu rok starsza żona Grażyna i ich czteroletnia córka Joanna.

Prośbę o zezwolenie na wyjazd Witold Waluś składa do krakowskiego biura paszportów i dowodów osobistych MSW w sierpniu 1974 roku. W tym samym roku Walusiowie dostają paszporty z pieczątką: „wszystkie kraje świata”. Za łapówkę i po znajomości – mówi dziś Witold. Wyruszają rok później – w czerwcu 1975 roku.

Opowiada o marcu 1968 roku, strajku na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, o całkowitej utracie wiary w socjalizm, ideologicznej ofensywie marksizmu na uczelni, urabianiu i próbie odzyskania przez władzę młodzieży.

Pamięta sierpień 1968 roku, gdy Wojsko Polskie wkraczało z Sowietami do Czechosłowacji, by stłumić tam wolnościowe powstanie. Studentów AGH przebrano wtedy w wojskowe mundury i wysłano na obóz do Morąga. Opowiada:

– Wstydzę się, że jestem w polskim mundurze, i od tej pory nie czuję związku, zamiast „u nas” zaczynam mówić „w Polsce”. Nie wyjeżdżałem z Polski z biedy, za chlebem. Nam się dobrze powodziło, bo nasz ojciec był prywatną inicjatywą. Żyliśmy lepiej niż inni. Uciekaliśmy z komunizmu, a nie z biedy.

Zakopane

Piętrowy, zbudowany z drewna w stylu zakopiańskim dom. Na górze niewielkie – dwupokojowe mieszkanie, na dole – pracownia architektoniczna. Widać stąd Gubałówkę i Giewont. W latach sześćdziesiątych willę podzielono na mieszkania, a w dziewięćdziesiątych zaczął je na raty odkupować i odnawiać Andrzej Kawecki, dyrektor biura promocji Zakopanego. To dzięki niemu nie rozpadła się i nie przegniła.

Przy willi pod tym samym adresem jest dobudówka. W roku 1963 Maria Brzozowska kupiła tę część domu od doktora Bocheńskiego z Krakowa. Jej wnuczka Irena Walter prowadzi teraz pensjonat, ale nie wie, kto mieszkał tu wcześniej. Pamięta, że kilkanaście lat temu przyjechał wysoki, postawny mężczyzna w kapeluszu z wielkim rondem. Mówił, że jest z Południowej Afryki. Towarzyszyła mu kobieta z Azji i mały chłopczyk. Prosił, by oprowadziła go po domu. Zaglądał w każdy kąt, a potem powiedział, że spędził tu dzieciństwo.

Irena Walter nie słyszała nigdy o Julii Mallisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie do Zakopanego. Tu Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej, który mieści się w wybudowanej na początku XX wieku przez cieślę Jana Ustupskiego willi „Pyszna” przy ulicy Chramcówki. Tu też Helena spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, porucznika cesarskiej i królewskiej Armii Austro-Węgier, za którego wychodzi za mąż w 1920 roku. Strzelichowski robi w międzywojennej Polsce karierę administracyjną i zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w Peczeniżynie, w województwie stanisławowskim. Mieszka z żoną w służbowym dworku szlacheckim. Szybko przestają z sobą rozmawiać i się rozstają. Helena wraca do Zakopanego z urodzoną w 1924 roku córką Teresą i gdy na początku lat trzydziestych umiera Błażowska, przejmuje z matką willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, córka Heleny, w chwili wybuchu wojny ma piętnaście lat. Żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zgłasza się do pracy na kolei. I aż do zakończenia wojny jest sekretarką niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem. To przyszła matka Witolda i Janusza. Ojciec chłopców Tadeusz jest o rok młodszy od Teresy. Rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku, ale Tadeusz urodził się na Kresach w majątku Hanusowszczyzna, między Nowogródkiem a Nieświeżem. Gdy w 1939 roku wchodzą tam Rosjanie, jego rodzice na czas uciekają do Krakowa, a potem przenoszą się do Zakopanego, by leczyć chorego syna. Tu w czasie okupacji Tadeusz i Teresa poznają się bliżej.

Po wojnie rozpoczynają studia na Akademii Handlowej w Krakowie, ale ich nie kończą. W lipcu 1947 roku biorą ślub. Pierwszy ich syn, Witold Stanisław, rodzi się dziesięć miesięcy później w Kielcach. W Kielcach, bo ojciec Teresy, doktor Strzelichowski, został tu mianowany po wojnie lekarzem wojewódzkim i chce mieć pod kontrolą przyjście na świat pierwszego wnuka. Drugi ich syn, Janusz Jakub, rodzi się pięć lat później, już w Zakopanem.

xxx

Tadeusz i Teresa to rodzice Janusza Walusia. Jego chrzestną jest córka Bolesława Bieruta – Magda. Mama Magdy, bez nazwiska i imienia, jest daleką kuzynką Teresy Waluś. Czyli jedna z żon Bieruta, a miał ich wiele i przynajmniej niektóre z nich były Żydówkami, jest kuzynką matki Walusia. Magda przyjeżdża często do pensjonatu prowadzonego przez Helenę Strzelichowską, matkę Teresy.

Irena Walter nie słyszała o Julii Mellisie, samotnej matce, która wraz z córką Heleną, nauczycielką szkoły żeńskiej przy klasztorze Panien Benedyktynek Ormiańskich we Lwowie, przywędrowała po wielkiej wojnie, czyli po I wojnie światowej, do Zakopanego. Julia Mellisa – to imiona, nazwiska brak. Julia objęła posadę osoby prowadzącej dom hrabiny Błażowskiej. Tu Helena, też bez nazwiska, spotyka doktora Stanisława Strzelichowskiego, za którego wychodzi za mąż i w końcu dostaje nazwisko. Teraz jest Heleną Strzelichowską. Strzelichowski zostaje lekarzem powiatowym na Kresach w województwie stanisławowskim. Szybko się ze sobą rozstają, tak jakby chodziło tylko o zmianę nazwiska, i Helena wraca w 1924 roku z córką Teresą (matką Walusia) do Zakopanego. Gdy na początku lat 30-tych umiera hrabina Błażowska, przejmuje z matką, czyli Julią Mellisą, willę i prowadzą wspólnie pensjonat.

Teresa Strzelichowska, 15-latka, córka Heleny, wnuczka Julii Mellisy, żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec, zostaje sekretarką u niemieckiego naczelnika stacji w Zakopanem.

O ojcu Walusia, Tadeuszu, wiadomo tyle, że urodził się w majątku na Litwie, choć rodzina Walusiów pochodzi z Buczkowic koło Szczyrku. W jaki sposób tam trafili? Co tam robili? O tym autor, Cezary Łazarewicz, nie wspomina. Gdy we wrześniu 1939 roku weszli tam Rosjanie, jak napisał autor, to rodzice Tadeusza uciekają do Krakowa. Jak? W jaki sposób przedostali się przez linię frontu radziecko-niemieckiego?

Po wojnie Tadeusz często odwiedza rodzinę Bierutów. Zajmuje się importem kryształów z Czechosłowacji, następnie – produkcją słodyczy. W tamtych latach, szczególnie 40-tych, 50-tych, 60-tych, nie każdy mógł prowadzić działalność gospodarczą, czyli jak to się wtedy mówiło, zostać prywaciarzem. A już taki interes jak import kryształów z Czechosłowacji, to tylko dla wybranych. Podobnie rzecz się miała, gdy chodziło o produkcję słodyczy. Władze PRL-u wydawały pozwolenia na taką działalność tylko nielicznym, a to oznaczało, że ci którzy dostąpili tego zaszczytu nie mieli konkurencji, co oznaczało, że bardzo szybko bogacili się.

xxx

Z przedstawionych informacji wynika, że rodzina Walusia, nie była przeciętną polską rodziną. Na ich podstawie, a także na braku czy zatajaniu pewnych informacji czy faktów, można domniemywać, że miała ona żydowskie korzenie. Nawet fakt, że brat Walusia dostał paszport w 1974 roku, a wyjechał w 1975, świadczy o tym, że nie był to przeciętny obywatel PRL-u. W tamtych czasach było bardzo trudno dostać paszport indywidualnie. Łatwiejsze to było przy wyjazdach z państwowymi biurami podróży, ale wycieczki na Zachód były bardzo drogie i mało kogo było na to stać. Po powrocie trzeba było od razu oddać paszport na komendę milicji. Nie było takiej opcji, by przeciętny obywatel mógł przez rok trzymać paszport w domu w szufladzie. Zastanawiający też jest jego antykomunizm, dla którego nie było praktycznie uzasadnienia. Sztucznie to wszystko wyglądało. Ale ani on, ani jego ojciec czy brat, nie mieli problemu z otrzymaniem paszportu i dostaniem się do RPA, czyli państwa, które nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych z krajami komunistycznymi i bardzo starannie prześwietlało potencjalnych imigrantów. A tu „antykomunistyczna” rodzina, utrzymująca zażyłe kontakty z najwyżej umocowanymi w państwie komunistami, wjeżdża sobie do RPA jak do stodoły. Dla przedstawicieli pewnej nacji nie istnieją granice i wszędzie doskonale sobie radzą.

I tak dochodzimy do momentu, gdy „wielki” antykomunista, Janusz Waluś, którego chrzestną jest córka Bieruta, zabija południowoafrykańskiego komunistę Chrisa Haniego. Cyrk nad cyrki. Jaki był motyw? No bo przecież zabójstwo pojedynczego komunisty, nawet jeśli był liderem partii komunistycznej, niczego nie zmieniło i nie mogło zmienić. Jednak cały świat dowiedział się, że Polak, fanatyczny antykomunista, członek neonazistowskiej i terrorystycznej organizacji Afrykanerski Ruch Oporu, zabił południowoafrykańskiego komunistę. Jaki więc był motyw? Bardzo możliwe, że było ich wiele. W każdym razie Polska, jako państwo, wizerunkowo na tym nie zyskała, a raczej straciła.

xxx

Na portalu Nowy Ład Adam Szabelak, autor książki „Wczoraj i dziś Burów”, w wywiadzie z Kacprem Kitą Kim jest Janusz Waluś? Jak wpłynął na historię RPA? Adam Szabelak (https://nlad.pl/kim-jest-janusz-walus-jak-wplynal-na-historie-rpa-adam-szabelak/) rozjaśnia nieco skomplikowaną sytuację polityczną w RPA. Poniżej wybrane fragmenty:

AS (…) Waluś swoim czynem, zabicia Chrisa Haniego, tu spotkałem się z głównym poglądem wdrażanym przez większość osób, z którymi rozmawiałem. To, że Waluś zabił Haniego umożliwiło Afrykańskiemu Kongresowi Narodowemu przejęcie pełni władzy w Południowej Afryce. Dlaczego? Dlatego, że po tym wszystkim Mandela – który wcześniej był po prostu liderem partyjnym, nie był prezydentem, nie miał żadnej funkcji państwowej – wystąpił w telewizji i powiedział tak:

Biały człowiek, rasista, zwolennik apartheidu, zabił Chrisa Haniego, ale jednocześnie to biała kobieta, Afrykanerka, zadzwoniła na policję i doniosła na Walusia, informując ją, że to właśnie on zabił. Jeżeli tak było, znaczy że są źli biali ludzie, ale też są biali ludzie w porządku. Powołajmy komisję prawdy i pojednania, pojednajmy się i budujmy razem przyszłość, bo po wykluczeniu rasistów będziemy w stanie zbudować nasz tęczowy naród.

I Mandela dzięki temu zyskał niekwestionowany autorytet w społeczeństwie południowoafrykańskim i tu był też element jednoczenia się. Po prostu nastąpił kryzys, ludzie jednoczyli się wokół Mandeli.

KK No tak, tylko czy Waluś osiągnął swój cel? Rozumiem, zabił Haniego, ale w praktyce umożliwiło to przejęcie władzy Mandeli, który w dłuższej perspektywie i tak realizuje postulaty komunistów. Czy to nie jest tak, że Waluś był trochę przeciw skuteczny? (…).

AS Waluś, jako swój główny cel, przedstawił po prostu zatrzymanie procesu przemian, upadku apartheidu. On nie był zaangażowany w tworzenie afrykanerskiego Volkstaat (narodowe państwo Afrykanerów – przyp. W.L.), tak samo afrykańscy nacjonaliści, z którymi był powiązany. To nie była ich wielka idea. To była koncepcja, która jakoś między nimi krążyła. Waluś po prostu… trudno mi powiedzieć, żeby miał głębszą wizję tego, co zrobił. Zrobił to, co uważał za słuszne i tyle. Tak samo jak głębszej wizji nie było w tym całym środowisku afrykanerskim.

(…) Mając te kilka lat po zmianie systemu Afrykanerzy nie stworzyli jednej spójnej wizji tego, co chcą. Dlaczego? Dlatego, że biali ludzie w Afryce Południowej byli już po prostu zmęczeni okresem ciągłego napięcia lat 80-tych i 90-tych. Nie mieli żadnej konkretnej idei, która by ich zjednoczyła, dałaby im poczucie sensu. I po prostu przytakiwali na to, co się dzieje. Pozwolili na to, żeby działo się to, co się dzieje. Oni byli lepiej sytuowani od czarnych. Większość białych miało wodę w kranie, elektryczność, było w miarę bezpiecznie i po prostu ignorowała to wszystko, co się dzieje.

Podczas referendum w latach 90-tych, które jest często przedstawiane jako referendum, w którym biali ludzie w 2/3 wyrazili przyzwolenie na zniesienie apartheidu. Nie do końca tak było, bo większość ludzi w tym referendum wyraziła się za dalszymi negocjacjami z Afrykańskim Kongresem Narodowym. To nie jest równoznaczne. To zupełnie dwie różne odpowiedzi. Ludzie chcieli dalszych negocjacji, chcieli normalizacji sytuacji, żeby już bomby nie wybuchały, żeby nie było masowych demonstracji, żeby nie było najazdów na osiedla z maczetami, gdzie ludzie zarzynali się. Chcieli normalizacji, a zostali wmanewrowani. Po latach Afrykanerzy znowu się organizują, obudzili się z tego snu i dążą do tego samostanowienia, którego nie uzyskali w latach 90-tych.

KK Czyli rozumiem, że większość Afrykanerów była bierna wobec tej rzeczywistości, w której oni byli uprzywilejowani, a potem również byli bierni wobec transformacji. (…).

AS (…) W czasach apartheidu były trzy wizje tego rozwoju. Jedna z koncepcji mówiła, że należy natychmiast zerwać z czarną, tanią siłą roboczą i doprowadzić do tego, żeby czarni żyli u siebie, żeby biali żyli u siebie. I to biali mieli pracować na siebie, nie korzystając z czarnoskórych służących, z czarnoskórych pracowników kopalń i tak dalej. Druga koncepcja była taka, że mimo że czarni będą żyli na swoim terytorium, no to można korzystać z ich siły roboczej, bo rezygnacja z taniej siły roboczej przyniesie szkody gospodarcze. A trzecia koncepcja była pośrednia, która mówiła, że można korzystać z czarnej siły roboczej, ale czasowo i systematycznie to ograniczać, żeby doprowadzić do modelu idealnego, w którym biali będą pracowali dla siebie. Ostatecznie wygrała ta koncepcja, gdzie mówiono o odrębnym rozwoju, ale tak naprawdę korzystano z czarnoskórych pracowników, nie mając dla nich wiele szacunku (…).

Symbolem Oranii – czyli miasteczka afrykanerskiego, ale typowo afrykanerskiego, zbudowanego od zera, gdzie mogą osiedlać się ludzie, którzy są związani afrykanerską kulturą, mówią w języku afrikaans, chcą pracować sami dla siebie – symbolem tego miasteczka jest mały chłopiec z podwiniętymi rękawami, który symbolizuje to, że ten nowy ruch afrykanerski sam bierze odpowiedzialność za swoją przyszłość. I właśnie jedną z zasad tej Oranii jest to, że Afrykanerzy wykonują wszystkie prace: czyszczą toalety, budują domy, kładą cegły i piszą algorytmy do programów komputerowych. Może jest to taka lekcja, którą Afrykanerzy po wielu latach odrobili i odrobili ją w bardzo imponujący sposób, trzeba im to przyznać. Zbudowali de facto, a raczej budują, państwo w państwie. Mają swoje uniwersytety, swoje związki zawodowe, które zrzeszają po 2-3 miliony ludzi. Mają największe organizacje praw człowieka w całej Afryce. Mają swoje media, mają swoje organizacje, które zapewniają pomoc socjalną biednym Afrykanerom. Tak więc budują alternatywną rzeczywistość, mimo tych niesprzyjających warunków.

xxx

Z tego, co mówi Adam Szabelak wynika, że Waluś nie miał żadnej wizji i chciał powstrzymać upadek apartheidu. Dodał, że takiej wizji nie miało cale środowisko afrykanerskie. Jeśli tak, to oznacza to, że działanie to było przypadkowe lub też ktoś inny motywował Walusia do tego czynu i inny był jego cel. Efekt był taki, że działanie Walusia wyniosło Mandelę do władzy i realizował on to, przeciw czemu opowiadał się Waluś. To uniemożliwiło Afrykanerom wynegocjowanie odpowiednich dla siebie warunków i być może rozpoczęcie budowy własnego państwa. Można więc powiedzieć, że Waluś działał wbrew interesom Afrykanerów.

Jednak Afrykanerzy zaczęli w końcu budować swoje państwo. Co się odwlecze, to nie uciecze. Budują więc oni państwo w państwie. I w tym momencie wypada zapytać: kto im na to pozwala? Jeśli rząd RPA toleruje budowę takiego państwa, to znaczy, że podcina gałąź na której siedzi, bo przecież taki ruch separatystyczny może wywołać podobne reakcje u Afrykanów, obywateli RPA, którzy nie tworzą przecież jednolitego społeczeństwa. Wprost przeciwnie, są skłóceni, bo oni są na etapie organizacji plemiennej. Jeśli natomiast rząd RPA nie ma na to wpływu, to znaczy, że ktoś inny kieruje tym państwem. W sytuacji, gdy na całym świecie Murzyni są faworyzowani w wielu dziedzinach, takie zachowanie Afrykanerów zastanawia. A jeszcze bardziej zastanawia fakt, że nikt o tym głośno nie mówi i nie sprzeciwia się temu. Bo według Adama Szabelaka, który przebywał w RPA w latach 2020 i 2021 i z bliska obserwował, co się tam dzieje, budowanie tego państwa trwa już od jakiegoś czasu. Gdzie są więc te wszystkie organizacje sponsorowane przez różnych filantropów, które tak walczą z rasizmem?

xxx

W blogu Naród cz. 2 cytowałem Ryszarda Kapuścińskiego, który ponad 40 lat temu pisał:

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

xxx

Czy można z tego cytatu wysnuć wniosek, że Afrykanerzy są szczególnie traktowani przez Żydów? Tak, jak kalwińska Szwajcaria? I dlatego jest tak cicho o działaniach Afrykanerów?

O co zatem chodziło w tym morderstwie i kto miał na tym skorzystać? Odpowiedź na to pytanie jest trudna, bo południowoafrykańskie realia są nam mało znane i być może wielu rzeczy nie wiemy. Na pewno skorzystał na tym Nelson Mandela. Być może było to też na rękę Afrykanerom, bo państwo, które wtedy powstało na zasadzie pewnego kompromisu, nie spełnia oczekiwań wielu jego obywateli. I teraz Afrykanerzy mają argument, by budować własne państwo. Może też ten polski wątek miał na celu osłabienie wizerunku Polski i Polaków w oczach opinii światowej, co w kontekście obecnych wydarzeń i kreowania Polski na kraj, który dąży do wojny z Rosją, nie jest bez znaczenia. Wszak za Walusiem opowiada się tzw. skrajna prawica narodowa i środowiska tzw. kiboli. Swoje trzy grosze dorzuca Grzegorz Braun, który nazwał Walusia „ostatnim żołnierzem wyklętym”.

Kautsky o reformacji

Na temat reformacji przedstawia się nam na ogól interpretację o Kościele w stanie rozkładu i o tych, którzy na to się nie godzili i zaprotestowali i stąd nazwano ich protestantami. Ale takie postrzeganie tego zjawiska, jakim była reformacja, wydaje się jednostronne. Karol Kautsky w swojej pracy Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej wybrane z nich fragmenty dotyczące reformacji (wytłuszczenia W.L.). Źródło oryginalnego tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

Upadek potęgi papieskiej

Kościół był w czasach reformacji inny niż w okresie wczesnego średniowiecza. W średniowieczu był on organizacją spajającą w jedną całość państwo i społeczeństwo; w epoce reformacji byt zwykłym narzędziem administracji państwowej; podstawy państwa uległy już wówczas zmianie. Z oddzieleniem tedy kościoła od Rzymu zniknął ostatni czynnik, który pozwalał jeszcze, aby w państwie w dalszym ciągu trwało do pewnego stopnia panowanie kościoła – złudzenie tradycyjne; duchowni kościołów reformowanych stali się już teraz wszędzie sługami władz państwowych, tam zaś gdzie władzę dzierżyli monarchowie – urzędnikami ich absolutyzmu. Nie kościół już określał, w co ludzie mają wierzyć i jak postępować; władza państwowa określała, czego miał nauczać kościół.

Nie wszystkie narody i nie wszystkie klasy w tych narodach miały interes w zerwaniu z papiestwem. Więc przede wszystkim nikt we Włoszech. Im więcej rozwijała się produkcja towarowa, im myśl narodowa stawała się głębsza, tym bardziej Włosi robili się papiescy: panowanie papieży nad światem chrześcijańskim oznaczało panowanie nad nim Włoch, oznaczało jego wyzysk przez Włochy.

Pan krajów habsburskich, cesarz, też nie był zainteresowany w reformacji. I jego władza w Niemczech była niewiele więcej realna niż władza papieża; i jedna, i druga polegały częściowo na tych samych złudzeniach i musiały wraz z nimi zniknąć. Żądać więc od cesarza, by się papieża wyrzekł, było to żądać od niego samobójstwa. A równie mały interes miał on w reformacji jako pan pstrej mieszaniny krajów habsburskich. Między krajami tymi katolicyzm stanowił potężny czynnik łączności i tylko też pod wodzą katolicyzmu można było spodziewać się: krucjaty całego chrześcijaństwa przeciw Turkom; taka zaś krucjata musiałaby przede wszystkim wzmocnić dom habsburski. Reformacja oznaczała wyrzeczenie się wszelkiej nadziei tej krucjaty.

Równie mało przyczyn do zrywania z papiestwem mieli władcy Francji i Hiszpanii, a w tych krajach decydowała wówczas władza i wola królewska. Handel i produkcja towarowa w obu tych krajach wcześnie się rozwinęły. Najwcześniej nastąpiło to we Francji południowej, gdzie zerwał się też pierwszy wybuch oburzenia przeciw przemocy papieskiej – “kacerstwo” albigensów, których wytępiono w krwawej rozprawie na początku XIII wieku. Lecz co się nie powiodło republikom miejskim na południu Francji to udało się w następstwie królom francuskim. Ludwik “Święty” już w roku 1269 wydal sankcję pragmatyczną, którą w 1438 roku odnowił i rozszerzył Karol VI. Sankcja ta w znacznym stopniu uniezależniała duchowieństwo francuskie od Rzymu i poddała je władzy króla, czyli dała ona w zasadzie to samo, co prawie w sto lat później książęta niemieccy osiągnęli w czasie reformacji. Król francuski miał decydujący głos przy obsadzaniu wyższych stanowisk kościelnych; opłaty na rzecz papieży bez pozwolenia królewskiego były we Francji zakazane.

Podobnie sprawy miały się w Hiszpanii. Od 1480 roku istniała tam inkwizycja jako narzędzie policyjne władzy króla, który mianował inkwizytorów i posługiwał się ich instytucją do swych politycznych celów. I z Hiszpanii tak samo jak z Francji papież nie mógł otrzymywać pieniędzy bez zezwolenia królewskiego.

Za zgodę na sprzedaż odpustów w kraju – która to sprzedaż dała impuls do reformacji – Leon X musiał drogo zapłacić Francji i Hiszpanii. Karol V otrzymał odeń pożyczkę 175 tysięcy dukatów; Franciszek I zatrzymał sobie ładną cząstkę dochodu z odpustu. Z książąt niemieckich tylko jeden prymas moguncki, jako książę kościoła oraz władca świecki, był dość potężny, aby zażądać – i otrzymać – udział w owym łupie. Inni książęta niemieccy nie dostali nic, co ich ogromnie oburzyło i wzmogło życzliwość ich dla reformacji.

Królowie i kler we Francji i Hiszpanii wskutek wyższego rozwoju ekonomicznego tych krajów już przed reformacją nie tylko otrzymali w ogólnych zarysach to wszystko, co książęta i kler w Niemczech musieli dopiero zdobywać w ciężkiej walce, lecz byli już tak silni, iż mogli w owych krajach myśleć o tym, aby z papieża uczynić swe narzędzie, aby wyzyskać dla samych siebie jego wpływy oraz władzę. Nie tylko więc nie mieli najmniejszego interesu wyrzekać się papiestwa, ale raczej przeciwnie, byli mocno zainteresowani w tym, aby utrzymać jego władzę nad światem chrześcijańskim, bo ta władza była w istocie ich władzą.

Już w początkach XIV wieku królowie francuscy wzmogli się dość na siłach, aby uzależnić od siebie papieży rzymskich, którzy też w latach 1308-1377 obrali sobie za siedzibę Avignon leżący na ziemi francuskiej. I nie wpływ kościoła, tylko wzmocnienie się Włoch i wzrost w nich myśli narodowej i monarchistycznej, które ich rozwój ekonomiczny za sobą pociągnął, umożliwiło w końcu papieżowi wydostanie się spod wpływów Francji i powrót do Rzymu. Ale wówczas Francuzi rozpoczęli próby poddania sobie Włoch razem z papieżem. Tę samą próbę rozpoczęła też Hiszpania, która w początkach reformacji w najpomyślniejszym dla siebie była położeniu, gdy Karol V obie piastował korony, cesarsko-niemiecką i hiszpańską.

Gdy książęta niemieccy zaledwie ostrożnie i omackiem próbowali otrząsnąć się z jarzma papieskiego, właśnie wtedy obie potęgi katolickie, Francja i Hiszpania, zawzięcie walczyły ze sobą o władzę nad papieżem. W 1521 roku papież Leon X poddał się cesarzowi Karolowi i ten w tym samym roku skazał Lutra na wygnanie z granic cesarstwa niemieckiego.

Następca Leona, Hadrian VI, był “kreaturą jego cesarskiej mości”. A gdy Klemens VII, który przyszedł po Hadrianie, usiłował wyzwolić się spod wpływów cesarza, wtedy ten obrońca wiary katolickiej wysłał przeciw “ojcu świętemu” swych lands-knechtów, kazał wziąć Rzym, złupić go i zniszczyć.

Jeżeli Wiochy, Francja i Hiszpania zostały katolickie, to nie należy tego, jak się zazwyczaj czyni, przypisywać ich umysłowemu zacofaniu, ale raczej ich wyższemu rozwojowi ekonomicznemu (I). Były one panami papieża i za jego pośrednictwem wyzyskiwały germański świat chrześcijański. Ten zaś był zmuszony wyzwolić się z pęt papiestwa, aby ujść wyzyskowi; ale mógł to uczynić tylko urywając łączność z najbogatszymi i najwyżej rozwiniętymi krajami w Europie. A przeto w tym sensie reformacja była istotnie walką barbarzyństwa przeciw kulturze. Nie jest to przypadek, że czołowymi szermierzami reformacji stały się dwa najbardziej zacofane narody w Europie, Szwecja oraz Szkocja.

I – Tak samo jak niektórzy historycy mistyfikują nas przedstawieniem walki protestantyzmu z katolicyzmem jako zmagania się pomiędzy jakimiś dwiema zasadami – “autorytetu” i “indywidualizmu” – tak samo Niemcy przedstawiani są jako jakiś od Boga uprzywilejowany naród indywidualistów, ludy zaś romańskie jako niewolnicy autorytetu. Niemcy mają mieć wrodzoną skłonność do protestantyzmu, a ludy romańskie do katolicyzmu. Bardzo to wygodny sposób objaśniania zjawisk historycznych.

Przez to oczywiście nie chcemy ani trochę potępiać reformacji. Stwierdziliśmy fakt powyższy, bo on nam tłumaczy, dlaczego to w Anglii i Niemczech najbardziej wykształceni ludzie o reformacji wówczas nie chcieli nawet słuchać – rzecz niezrozumiała, gdy się jak dotychczas zazwyczaj przyjmuje, że reformacja była w istocie swej zjawiskiem natury umysłowej, walką wyższej umysłowości protestanckiej przeciwko niższej, katolickiej.

Rzecz miała się wprost odwrotnie. Humanizm był całkowitym przeciwieństwem reformacji.

Humanizm

Pogaństwo i katolicyzm

Produkcja towarowa, która wyparła feudalny sposób wytwarzania, jak to już niejednokrotnie zaznaczaliśmy, rozwinęła się była przede wszystkim we Włoszech – tym kraju, gdzie zachowały się jeszcze niezliczone wspaniałe pozostałości po rzymskim pogaństwie i gdzie tradycje tego pogaństwa starożytnego nigdy całkowicie nie wymarły. Rozwijające się stosunki handlowe z Grecją dały Włochom sposobność zaznajomienia się też z piśmiennictwem starożytnej Hellady, które jeszcze lepiej odpowiadało nowemu sposobowi myślenia niż literatura rzymska. Włoskie republiki handlowe, które duchowo i materialnie usiłowały otrząsnąć się z feudalizmu, były zachwycone znalazłszy w literaturze starej handlowej republiki ateńskiej sposób myślenia, który im w tylu punktach odpowiadał – podobnie jak życie materialne zarówno tu jak i tam wykazywało wiele podobieństwa; na domiar ten sposób myślenia był już tam wszechstronnie rozwinięty i wyrażony w najwspanialszej formie. To, co nowopowstający system produkcji musi kiedy indziej z trudem dopiero sobie tworzyć – nowy pogląd na świat, nową naukę, nową sztukę – to przedstawiciele duchowi szybko rozwijającego się we Włoszech od XIV wieku sposobu wytwarzania potrzebowali tylko odgrzebać spod gruzu, którym średniowiecze przysypało świat antyczny.

Zaczęło się studiowanie starożytności jako środka do zrozumienia teraźniejszości własnej, aby zadać cios śmiertelny obumierającym resztkom ginącej a tak niedawnej przeszłości. Kierunek umysłowy, który rozwinął się pod wpływem tych badań, nosi miano renesansu, czyli odrodzenia (mianowicie starożytności) i humanizmu (dążenia do czysto ludzkiego wykształcenia w przeciwieństwie do scholastycznej teologii, która zajmowała się oprawami boskimi). Pierwsza z tych nazw jest mianem nowego kierunku w sztuce, druga – w literaturze.

W starożytności, jak i w wiekach średnich, produkcja towarowa i handel zrodziły się w łonie republik miejskich. Ale to, co w starożytności było punktem najwyższym rozwoju społecznego, to stało się pod koniec średniowiecza punktem wyjścia nowego społeczeństwa. Widzieliśmy już powyżej, jak początki kapitalistycznego systemu produkcji wytworzyły monarchię absolutną oraz ideę narodową. Toteż humaniści stali się najgorętszymi zwolennikami łączenia się narodu pod jednym berłem, jakkolwiek rozmiłowani byli w Cyceronie i Demostenesie i jakkolwiek wielu z nich było rodem z republik miejskich. Już ojciec humanizmu, florentyńczyk Dante (1265-1321), głosił się monarchistą i płomiennym wyznawcą zjednoczenia Włoch, chociaż musiał się w tym celu uciekać do cesarza, bo papieże byli w jego czasach narzędziem w rękach Francji. Lecz po powrocie z Avignonu oni to stali się tą silą, około której skupiała się większość humanistów włoskich i po której spodziewano się, że zjednoczy Włochy.

Humaniści byli w większości swej zdania, iż rozwijające się państwo nowoczesne wymaga posiadania jednoosobowego wierzchołka. Lecz właśnie dlatego, iż według nich losy państwa i w dobrem, i w złem zawisły od osoby panującego – a ten pogląd za ich czasów znajdował usprawiedliwienie w stosunkach rzeczywistych – nie było to bynajmniej sprawą obojętną, jakiego rodzaju człowiekiem będzie panujący. Ale co więcej, według zapatrywań humanistów, zupełnie tak samo jak było nieodzowne, aby panujący rządzili krajem, tak było też konieczne, aby oni, humaniści, rządzili panującymi, wychowywali ich i kierowali nimi. Zależało to tylko od osobistego charakteru poszczególnych humanistów, jak daleko sięgające wyciągali oni konsekwencje z tych swoich zapatrywań. Panujący byli konieczni dla dobra ludów, lecz tylko panujący dobrze myślący, tzn. myślący humanistycznie. Opierać się złemu panującemu, zrzucić go z tronu, ba! nawet zamordować, aby zrobić miejsce dla lepszego, nie stało to bynajmniej w sprzeczności z zasadami humanizmu, aczkolwiek tylko nieliczni humaniści dość mieli odwagi, aby te nauki swoje w czyn wprowadzać. Było pomiędzy nimi i dużo zwykłych pochlebców bez charakteru. Na ogół jednak wszyscy podtrzymywali swe roszczenia do sprawowania duchowych rządów nad panującymi. Ideolodzy kiełkującej burżuazji byli w tym względzie tylko przedstawicielami jej klasowego stanowiska, któreśmy już poznali.

Znamiennym rezultatem tego stanowiska jest niezliczona moc publikacji humanistycznych, mających za zadanie pouczać panujących, jak mają oni urządzać państwa i jak nimi rządzić. Najbardziej znaną książką tego rodzaju jest “Książę” Machiavellego.

Lecz nie było to wcale ze strony humanistów tylko próżne, z palca wyssane uroszczenie. Humaniści stanowili rzeczywistą siłę, której ówcześni panujący istotnie potrzebowali i o którą musieli starać się by mieć ją po swojej stronie. Panującym potrzebne były podówczas nie tylko materialne środki burżuazji, lecz i zasoby umysłowe jej ideologów. “Opinia publiczna”, tzn. poglądy miejskiej, mieszczańskiej ludności stanowiły rzeczywistą silę, a tą siłą w czasach i krajach, gdzie kwitł humanizm, on to właśnie kierował i rządził. A i do swoich spraw administracyjnych panujący potrzebowali uczonych nowego kierunku. Bo nie powstała jeszcze wówczas biurokracja i humaniści byli jedynymi ludźmi, którzy – obok prawników oraz wyższego duchowieństwa, a nawet lepiej od tego ostatniego – potrafili zarządzać sprawami państwa i spełniać przy panujących funkcje doradców i posłów zagranicznych. Nie był to bynajmniej czczy frazes, gdy cesarz Maksymilian wykrzyknął: “Uczeni powinni rządzić, nie zaś być podwładnymi; należy im się cześć najpierwsza, bo Bóg i natura postawiła ich wyżej od innych”. Z wyjątkiem książąt niemieckich, szczególnie północnych, którzy, zgodnie z ekonomicznym zacofaniem Niemiec, mało troszczyli się o humanistów i bardzo skąpo ich traktowali, każdy książę starał się ściągnąć na swój dwór jak największą liczbę humanistów, wybitni zaś uczeni odbierali hołdy nieomal książęce. Uczeni odgrywali w owych czasach inną na dworach rolę niż obecnie; traktowani byli nie jak uczeni służebnicy, których się toleruje, lecz jak wielce poszukiwani przyjaciele panujących. Tą okolicznością da się poniekąd wytłumaczyć zachowanie się Henryka VIII wobec More’a.

Podobnie niekonsekwentni jak w swych poglądach politycznych byli też humaniści i w przekonaniach religijnych. Jak tam, z jednej strony, unosili się nad starożytnymi republikanami, a jednocześnie byli za monarchią, tak tutaj stawali się, z jednej strony, coraz bardziej pogańscy, z drugiej – byli przy tym wszystkim zdecydowanymi katolikami. Jak nowy sposób produkcji stał w przeciwieństwie do feudalnego, tak też i nowy pogląd na świat feudalnemu się sprzeciwiał. Im bardziej stary sposób wytwarzania podupadał, tym zuchwałej lekceważyli sobie humaniści wszystkie zakazy tradycyjne, drwili z form średniowiecznych życia małżeńskiego i rodzinnego, i z wierzeń religijnych średniowiecza.

Pogaństwo i protestantyzm

We Włoszech humanizm odpowiadał interesom realnym. Inaczej było w krajach germańskich. Tutaj był on i pozostał zawsze rośliną egzotyczną, która nie była w stanie zapuścić w grunt korzeni. Tym pilniejszą potrzebę niemieckiego humanizmu stanowiła jak najściślejsza jego łączność z Włochami, skąd przychodziła wszelka nauka i sztuka. Tylko dopóki owa łączność trwała, humaniści mogli mieć nadzieję, iż zdołają opanować północne barbarzyństwo, panujące zwłaszcza w Niemczech, i że zdołają pozyskać dla siebie klasy rządzące. Zerwanie z Rzymem oznaczało dla nich katastrofę ich zamierzeń, zwycięstwo barbarzyństwa nad cywilizacją. Z tego powodu stanęli okoniem przeciw reformacji i wytrwali przy katolicyzmie, a uczynili to właśnie dlatego, ponieważ stali na wyższym stopniu rozwoju umysłowego niż, protestanci, zawzięci przeciwnicy nowej nauki i sztuki.

Uczeni ideologowie niemieccy i angielscy zapominali wszelako o jednym przerzucając się na stronę katolicką, aby ratować zagrożoną cywilizację: zapominali, że ta kultura katolicka, ten wysoki poziom nauki i sztuki we Włoszech i ta wielkość papiestwa opierały się w gruncie rzeczy na ignorancji i wyzysku mas ludowych, na ignorancji i wyzysku całych Niemiec; że papiestwo, aby popierać nauki i sztuki we Włoszech, musiało trzymać Niemcy w biedzie i niewiedzy; że podtrzymywane sztucznie przez papieży, o ile to od nich zależało, niemieckie barbarzyństwo obaliło w reformacji kulturę katolicką i że sytuacja dziejowa tak się ukształtowała, iż jedynie zwycięstwo tego barbarzyństwa niemieckiego nad kulturą romańską mogło utorować drogę do uwolnienia Niemiec od barbarzyństwa i umożliwić im dalszy ekonomiczny i umysłowy rozwój.

Humaniści zaś widzieli tylko krzywdę nauki i sztuki, którą istotnie reformacja w krajach północnych czasowo wyrządzić im musiała. Do tego powodu, dla którego humaniści opowiedzieli się za katolicyzmem, dołączył się jeszcze jeden: reformatorzy odwoływali się do mas ludowych, do całego ludu. W różnych krajach reformacji cały lud tworzył w stosunku do papieża jedną jedyną klasę – klasę wyzyskiwanych. A kraje reformacji (z jednym wyjątkiem Anglii, gdzie reformacja była w ogóle zupełnie swoista) pod względem gospodarczym właśnie były zacofane, gdyż absolutyzm nie był się w nich jeszcze tak silnie rozwinął jak w krajach romańskich, zwłaszcza też chłopi i rycerstwo stanowili tam jeszcze znaczną siłę i mieli duże poczucie wartości własnej. Aczkolwiek największą korzyść z reformacji odnieśli koniec końców książęta oraz finansiści, to jednak rozpoczęła się ona od ruchu ludowego, od wspólnego buntu wszystkich przeciw wyzyskowi ze strony papieży; a bunt ten, rzecz prosta, nie poprzestał na obaleniu władzy papieskiej, ale doprowadził do krwawych walk różnych klas ludności między sobą, które to walki wyczerpały siły narodu i przygotowały zwycięstwo absolutyzmu królów.

Ruch ludowy był dla humanistów czymś przerażającym. Inne rządy w państwie niż rządy panującego, inny wpływ na sprawy państwowe niż tylko z jego strony, wydawały im się rzeczą zgoła niewłaściwą. Dla potrzeb i dążeń ludu mieli oni na ogół mało zrozumienia, a większość z nich wcale się też tymi sprawami nic interesowała. Z odrazą spoglądali oni na ruch, który rozpętać wojnę domową z całą jej potwornością.

Samo się przez się rozumie, że w tych warunkach humaniści stanąwszy po stronie katolicyzmu znaleźli się w większości krajów germańskich w sprzeczności z całym ludem, że reformatorzy wzgardzili nimi w końcu jako renegatami, że humaniści wszelkie wpływy utracić musieli i że zniknęli wreszcie nie pozostawiwszy po sobie najmniejszego śladu swej działalności wśród ogółu narodu. Ale i humanizmowi we Włoszech reformacja zadała również cios śmiertelny. Odkryto już wówczas drogę morską do Indii naokoło Afryki, jeżdżono już nowymi drogami handlowymi, które na przyszłość miały łączyć Europę z Indiami aż do czasu otwarcia Kanału Sueskiego; handel wycofywał się z wybrzeży Morza śródziemnego i przenosił na Ocean Atlantycki. Jednocześnie zaś oburzenie na papiestwo ogarnęło kraje germańskie: bajońskie sumy, które rokrocznie wędrowały przez Alpy do Rzymu, skończyły swe wędrówki. Źródła bogactwa Włoch wyschły i wraz z tym upadła ich umysłowa wielkość. Handel i wyzysk były podłożem materialnym humanizmu. Wraz z nimi i on też zniknął.

Lecz zniknął nie bez śladu. Jego tendencje bowiem święciły odrodzenie swe – w jezuityzmie. Jezuityzm jest to nieco podupadły intelektualnie i umysłowej samodzielności pozbawiony, wepchnięty do służby kościoła katolickiego i karnie zorganizowany humanizm. Jezuityzm tak mniej więcej ma się do humanizmu, jak chrystianizm z epoki cezarów rzymskich do neoplatonizmu… Jest on formą, w jakiej kościół katolicki owładnął humanizmem, unowocześnił się i w przeciwieństwie do dotychczasowego swego podłoża feudalnego oparł się na podstawach, które rządziły społeczeństwem od XVI aż do XVIII wieku włącznie. Jezuityzm stał się najstraszliwszą siłą zreformowanego kościoła katolickiego, albowiem był on najbardziej przystosowany do nowych stosunków politycznych i ekonomicznych.

Posługiwał się tymi samymi środkami, którymi oddziaływał i humanizm: przewagą wykształcenia klasycznego, wpływaniem na panujących, uwzględnianiem potęg finansowych. Podobnie jak humaniści, jezuici popierali władzę absolutną, ale tylko władzę tych panujących, którzy na nich pracowali. I tak samo jak humaniści, jezuici nie uważali za sprzeczne z monarchistycznymi przekonaniami swymi dążyć do usunięcia osoby panującego, gdy ten im nie dogadzał.

W stosunku zaś do pieniądza Jezuici posuwali się dalej od humanistów. Oni nie tylko reprezentowali interesy nowego sposobu produkcji, lecz posługiwali się sami tym nowym systemem. Jezuici stali się rychło największym stowarzyszeniem handlowym w Europie mającym swoje filie we wszystkich częściach świata; oni pierwsi poznali się na tym, jak doskonałym komiwojażerem handlowym może być misjonarz; oni też pierwsi pozakładali w zamorskich, zaoceanicznych krajach kapitalistyczne przedsiębiorstwa przemysłowe, np. cukrownie. A przy sposobności wspomnimy tutaj również o państwie jezuickim w Paragwaju, którego spryciarze antysocjalistyczni z predylekcją używają jako straszaka na socjalistyczną propagandę. Paragwaj jezuicki ma służyć za dowód i świadectwo, dokąd prowadzi socjalizm; w rzeczywistości jednak wskazuje on tylko, do jakiego to stanu świat by zmierzał, gdyby kapitalistyczny system produkcji miał dalej rozwijać się bez przeszkód. Państwo, gdzie środki produkcji oraz produkty należą nie do klasy pracującej, lecz do nie pracującej – i to w dodatku do kapitalistów zagranicznych! – i gdzie pracę organizują nie robotnicy, lecz nie-robotnicy – takie państwo to jednak szczególniejszy rodzaj socjalizmu.

xxx

O tym państwie jezuickim w Paragwaju Wikipedia pisze:

Pierwotnie obszar współczesnego Paragwaju zamieszkiwali Indianie, w szczególności Guarani. W 1. połowie XVI rozpoczęło się osadnictwo europejskie przez Hiszpanów; w 1537 roku założyli miasto Asunción. Chrystianizację Indian powierzono jezuitom, których misje (reducciones) poskutkowały powstaniem quasi-państwa, zwanego potocznie Republiką Guaranów. Do czasu likwidacji zakonu w 1767 władzę, zarówno duchowną, jak i świecką, sprawowali jezuici. Zanim do tego doszło, przez blisko 150 lat zarządzali blisko 150 tys. Indian Guarani w około 30 reducciones. Po likwidacji zakonu państwo przeszło we władanie ówczesnej Hiszpanii.

Lokalizacja Redukcji; źródło: Wikipedia.

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

Redukcje paragwajskie – nazwa osad indiańskich zakładanych przez jezuitów w początku XVII wieku w Paragwaju, gdzie Filip III poruczył im pokojowe utrwalanie panowania Hiszpanii. W tym celu jezuici założyli szereg ośrodków kolonizatorskich zwanych „redukcjami”, w których zgrupowali Indian, nie dopuszczając do nich świeckich Europejczyków. Żyjący w tych małych pseudorepublikach Indianie uprawiali ziemię wspólnie i tylko część dochodów zatrzymywali dla siebie, resztę zaś dawali na ogólne potrzeby. Rządy w tych osadach spoczywały całkowicie w rękach jezuitów. Były to swego rodzaju „państwa jezuickie”, zależne od wicekróla Peru; utrzymywały się do wygnania jezuitów z Paragwaju w 1767.

Redukcja (łac. reductio „sprowadzenie”) – w tym znaczeniu chodziło o sprowadzenie Indian na wiarę i stąd nazwa „redukcje paragwajskie”.

xxxxxxxx

Z opisu Kautsky’ego wynika, że w reformacji chodziło przede wszystkim o pieniądze i wpływy. Konflikt religijny był tu tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie prawdziwego celu. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy obserwujemy w Rosji coś w rodzaju próby zamachu stanu, czyli taki teatrzyk dla niezorientowanych.

Analizując humanizm Kautsky, świadomie bądź – nie, uchyla rąbka tajemnicy o prawdziwej naturze władzy. Otóż humaniści uważali za rzecz naturalną, że panujący rządzą krajem i tak samo za rzecz naturalną uważali, że to oni mają rządzić panującymi, być ich wychowawcami i kierować ich poczynaniami. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że prawdziwa władza jest ukryta, niewidoczna dla zwykłego człowieka. Czyli tak naprawdę to nic nie zmieniło się. W średniowieczu papież był widoczną władzą, ale ta prawdziwa była ukryta. W okresie reformacji monarchowie wyzwolili się spod władzy papieży, ale stali się zależni od humanistów, którzy oficjalnie nie kierowali państwem. Jest bardzo możliwe, że prawdziwa władza jest jeszcze bardziej ukryta i to właśnie ona wygrzebała skądś stare księgi republiki ateńskiej, a może nie wygrzebała, tylko wyjęła z ukrycia i w ten sposób zapoczątkowała renesans i w konsekwencji reformację.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

„Zdecydowanym przyjacielem żydów jest Włoch Filip Buonacorsi znany – obyczajem członków tajnych związków humanistycznych pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Brat królewski, kardynał Fryderyk skarży się , że król nie patrzy na to, co się koło niego dzieje i słucha tylko rad Kallimachowych (Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska). Istotnie Kazimierz Jagiellończyk słucha z ciekawością rozmów Włocha z uczonymi żydami i powierza mu wychowanie swych synów. W stosunku do Rzymu król postępuje lekceważąco: sprzyja husytom czeskim, a nie chce słuchać papieża nawet w sprawach nominacji biskupich.”

Podłożem materialnym humanizmu był handel i wyzysk i wraz z nim też znikł, ale nie do końca, co przyznaje Kautsky, bo przekształcił się humanizm w jezuityzm. A jezuici stali się wkrótce największym stowarzyszeniem handlowym w Europie, mającym swoje filie we wszystkich częściach świata. Tak więc, chcąc nie chcąc, Kautsky podpowiada nam, kto się krył za humanistami i jezuitami, skoro radzili oni sobie tak dobrze w handlu.

Konsekwencją reformacji było m.in. i to, że państwa takie jak Francja, Hiszpania, Włochy i Portugalia zbiedniały, a bogatymi stały się nowe potęgi gospodarcze i handlowe: Anglia, Holandia, Niemcy. Był to efekt tego, że Żydzi przenieśli swoje kapitały z Hiszpanii do Anglii, z Portugalii do Holandii, m.in. z powodu „szalejącej” inkwizycji na Półwyspie Iberyjskim. I tak powstały nowe potęgi morskie i kolonialne – Anglia i Holandia. W 1588 roku w bitwie morskiej u południowo-zachodnich wybrzeży Anglii klęski doznała słynna hiszpańska Armada i tym sposobem dano do zrozumienia światu, że od tego momentu to Anglia będzie dominować na morzu, a nie – Hiszpania. Sama bitwa była od początku do końca wyreżyserowana. Szczegółowo o tym pisałem w blogu „Armada”.

Kautsky – z dziejów Kościoła

Lenin stwierdził kiedyś, że dyskusja z towarzyszem Kautsky’m nie ma sensu i że trzeba go zignorować. Chyba jednak nie jest to najlepszy pomysł, bo pracom Kautsky’ego warto poświęcić trochę uwagi i, jak sądzę, nie będzie to czas stracony. W jednej z nich Tomasz More i jego utopia (1888, pierwsze polskie wydanie 1948) poświęca on dwa rozdziały dziejom Kościoła. Poniżej fragment zatytułowany Nieodzowność i potęga kościoła w wiekach średnich (wytłuszczenia W.L.). Źródło tekstu: https://www.marxists.org/polski/kautsky/kosciol.htm

… Jakkolwiek powikłana może się nam wydawać historia XV i XVI wieku, ciągnie się przez ten okres jak jaskrawo widoczna nić czerwona i piętno swoje nań nakłada: walka z kościołem papieskim. Nie należy mieszać kościoła z religią. O religii mówić będziemy później.

Kościół był dominującą siłą w czasach feudalnych, toteż musiał on upaść wraz z feudalizmem.

Gdy Germanie wtargnęli do światowego państwa Rzymian, wystąpił wówczas przeciwko nim kościół jako następca cezarów, jako organizacja, która spajała państwo w całość, jako przedstawiciel sposobu produkcji schyłkowej epoki cesarstwa. Jakkolwiek to państwo ówczesne bardzo mizerne było, jakkolwiek nisko upadła w nim produkcja, wszelako i państwo to, i jego wytwórczość stały o wiele wyżej od politycznych i gospodarczych stosunków u germańskich barbarzyńców. Ci górowali moralnie i fizycznie nad zmurszałym i strupieszałym światem rzymskim, ale świat ten olśnił i podbił ich swoim dobrobytem i swymi skarbami.

Rabunek to nie żaden sposób wytwórczości, choć ten i ów ekonomista zdaje się w to wierzyć. Zwyczajna grabież mienia Rzymian nie mogła zaspokoić Germanów na stałe; zaczęli oni wkrótce sami produkować na sposób rzymski. Im więcej to robili tym bardziej popadali w zależność od kościoła nawet nie wiedząc o tym; kościół bowiem był ich mistrzem; tym konieczniejsza przeto stawała się dla nich wówczas odpowiadająca temu systemowi produkcji organizacja państwowa, której znowu nikt inny stworzyć im nie potrafił, tylko właśnie kościół.

Kościół uczył Germanów wyższych form uprawy roli – klasztory pozostały aż do późnego średniowiecza wzorowymi gospodarstwami rolnymi. Duchowni też rozwinęli wśród Germanów sztukę i kunszt rzemiosł; pod opiekuńczymi skrzydłami kościoła prosperował nie tylko chłop – kościół opiekował się też większością miasta nim nie okrzepły one tak, iżby mogły dalej bronić się już same. Szczególnie zaś faworyzowany był przez kościół handel.

Wielkie jarmarki odbywały się najczęściej w kościołach lub koło nich. Kościół dokładał wszelkich starań, aby ściągać na nie kupujących. On też był jedyną silą, która w wiekach średnich troszczyła się o utrzymywanie w należytym porządku wielkich dróg handlowych, i ułatwiał podróże udzielając będącym w drodze gościny w klasztorach. Niektóre z tych klasztorów, jak np. schroniska na przełęczach alpejskich, służyły prawie wyłącznie potrzebom ruchu handlowego. Ten w pojęciu kościoła był rzeczą tak ważną, że aby ożywić go, kościół sprzymierzał się z drugim czynnikiem, który również reprezentował w państwach germańskich kulturę upadłego Rzymu: żydostwem. Papieże bronili i popierali Żydów przez czas długi. W ogóle zaś w owych czasach, gdy Niemcy byli jeszcze niezafałszowanymi Germanami, przyjmowano przyjaźnie Żydów, jako nosicieli wyższej kultury. I starano się gorąco do siebie ich ściągać. Dopiero gdy kupcy chrześcijańsko-germańscy nauczyli się już równie dobrze szachrować jak Żydzi. zaczęli oni Żydów prześladować.

Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów.

Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta.

Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.

Mówiliśmy już o tym, że przejście Germanów do wyższego, niż ich pierwotny, sposobu produkcji, do rozwiniętego rolnictwa i rzemiosła miejskiego, uczyniło koniecznym rozwój odpowiadającego tej produkcji ustroju państwowego. Ale owo przejście dokonywało się za szybko, zwłaszcza w krajach romańskich, jak Włochy, Hiszpania i Galia, gdzie Germanowie zastali produkcję tę już gotową i mocno zakorzenioną u ludności tubylczej, tak że niepodobieństwem było dla nich rozwinąć nowe organy państwowe z samorodnej germańskiej formy ustroju. Funkcje państwowe przypadały teraz w udziale prawie wyłącznie kościołowi, który już w rozpadającym się cesarstwie wyrobił się na organizację polityczną jednoczącą ustrój państwowy. Kościół uczynił przywódcę Germanów, demokratycznego przełożonego ludu, wodza wojsk – monarchą; ale wraz z władzą panującego nad ludem, wzrosła i władza kościoła nad panującym. Stał się on w ręku kościoła kukłą, a kościół z nauczyciela – panem.

Średniowieczny kościół był w samej swej istocie organizacją polityczną. Dokąd on sięgał, dotąd sięgała władza państwa. Założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim przez jego panującego oznaczało nie tylko to, że wzmagano w ten sposób środki nauczania pogan wszelakich artykułów wiary oraz modlitw: dla osiągnięcia tylko tego celu ani Karol Wielki nie byłby rujnował frankońskich chłopów i wymordowywał tysięcy Sasów, ani też ci ostatni, tolerancyjni w rzeczach wiary, jak przeważnie poganie, nie byliby stawiali uporczywego oporu chrześcijaństwu przez lat dziesiątki aż do ostatecznego wyczerpania. Ale założenie biskupstwa w jakimś kraju pogańskim oznaczało rozciągnięcie na ten kraj rzymskiego sposobu produkcji i wcielenie kraju do tego państwa, które biskupstwo to zakładało.

Im bardziej germański sposób produkcji wznosił się na ten stopień, na który wytwórczość spadła była w ginącym państwie rzymskim, tym nieodzowniejszy dla państwa i ludu stawał się właśnie kościół. A to, że był dla państwa i ludu pożyteczny, nie oznacza bynajmniej, iż korzystał on ze swego stanowiska wyłącznie w interesie żywiołów od niego zależnych, nie zaś w interesie własnym. Kazał on sobie drogo płacić za swoje usługi jedyną powszechną daninę, którą znały wieki średnie i która składana była wyłącznie kościołowi, stanowiła dziesięcina.

Ale najważniejszym źródłem władzy i dochodów była w średniowieczu, jakeśmy już mówili, własność ziemska. Kościół zdradzał ten sam głód ziemi i ludzi co szlachta i podobnie jak ona starał się wchodzić w posiadanie ziemi i zyskiwać sobie poddanych. Większość włości, które kościół posiadał w państwie rzymskim, przybysze germańscy pozostawili w jego rękach, gdy zaś tu i ówdzie nie uczynili tego, to kościół umiał tam jednak odzyskać w niedługim czasie swoją własność i jeszcze to i owo na dodatek do niej. Zapewniał on tę samą, a najczęściej bodajże nawet skuteczniejszą obronę niż szlachta, dlatego też wielu chłopów oddawało mu się na własność.

Kościół zarządzał państwem, duchowni byli doradcami królów. Nic dziwnego, iż nierzadko pozwalali sobie doradzić, aby z dóbr koronnych uczynić własność kościelną. W zdobywanych krajach pogańskich bogate wyposażenie klasztorów i biskupstw w ziemię było nakazem wręcz koniecznym. Na domiar tego kościół był jedyną siłą, którą królowie mogli byli przeciwstawiać szlachcie, i gdy ta zanadto okoniem im stawała, król nie umiał znaleźć na to innej rady niż to, że ją osłabiał odbierając jej część posiadanych przez nią włości i dając je kościołowi na własność lub w lenno. A gdzie tylko kościół mógł tam nie czekał na to, aż chłopi, król lub szlachta raczą pomnożyć jego posiadłości, lecz zabierał sam, co się dało, i usprawiedliwiał swój rabunek, gdy go pociągano do odpowiedzialności, sfałszowanymi dokumentami darowizny. Wszak samo jedno duchowieństwo tylko w owych czasach czytać i pisać umiało!

Fałszowanie dokumentów było w wiekach średnich równie pospolitym środkiem wylegitymowania się z wejścia w posiadanie jakichś dóbr, jak dzisiaj lichwiarskie pożyczki, fikcyjne procesy sądowe i tym podobne sztuczki. Mnich benedyktyński Dom Veyssiere utrzymywał w XVIII wieku, że z 1200 dowodów nadania, które zbadał był w opactwie Landevenecq w Bretanii, 800 było stanowczo fałszywych. Ile z 400 pozostałych było autentycznych, tego rzec się nie odważył.

Sprawiało to takie wrażenie, jak gdyby kościół miał zamiar zostać jedynym posiadaczem ziemskim w całym świecie chrześcijańskim.

Znaleźli się jednak tacy, co temu zapobiegli. Szlachta była zawsze kościołowi wroga, a kiedy jego włości zbyt się powiększały, to i król także lękać się zaczynał zbytniej przewagi duchowieństwa i starał się ukrócić je z pomocą szlachty. Również najazdy pogan i muzułmanów – i one nawet przede wszystkim – osłabiały kościół. Drastycznie opisał to falowanie potęgi kościoła, to zmienne rozszerzanie się i kurczenie dóbr kościelnych we Francji Monteskiusz:

xxx

Duchowieństwo otrzymywało tak wiele darowizn, że musiano mu chyba ofiarować za rządów trzech dynastii francuskich (Merowingów, Karolingów i Kapetyngów) kilkakrotną ilość wszystkich dóbr tego królestwa. Ale jeśli królowie, szlachta i lud potrafili się tak urządzić, żeby darować duchowieństwu wszystkie swoje ziemie, to nie mniej sposobów znaleźli i na to, aby mu je odebrać. Pobożność za czasów Merowingów sprawiła, że ufundowano mnóstwo kościołów; wszelako duch wojenny ze swej strony był sprawcą tego, że przeszły one z powrotem w ręce wojowników, którzy znów podzielili je między swe dzieci. Jak wiele to gruntów utraciło w ten sposób duchowieństwo! Podobnież Karolingowie szeroko rozwarli dłonie i szczodrobliwość ich nie znała granic. Ale oto przychodzą Normanowie i grabią, i rabują, a prześladują przede wszystkim księży oraz mnichów, wyszukują opactwa i bacznie rozglądają się wszędzie, gdzieby mogli znaleźć jeszcze jakieś poświęcone miejsce… Ileż dóbr duchowieństwo musiało przez to stracić! A niemal że nie było wówczas tak odważnych duchownych, którzy by się ośmielali żądać zwrotu swej własności. Więc znów potem pobożność Kapetyngów miała aż nadto okazji, aby tworzyć fundacje i rozdawać dobra… Duchowieństwo wciąż coś zyskiwało i wciąż coś traciło, i zyskuje i dziś jeszcze. (Montesquieu, “Duch praw” księga 31, rozdział 10).

xxx

Obszar tak zmiennych włości określić dokładnie w epoce, która nie miała wyobrażenia o statystyce, nie jest rzeczą łatwą. Ogólnikowo jednak powiedzieć można, że w średniowieczu jedna trzecia wszystkich posiadłości ziemskich była w rękach kleru.

We Francji w czasie wielkiej rewolucji robiono obliczenia, jak wielkie były dobra kościelne. Według tych obliczeń kościół szczególnie bogaty był w (prowincjach, które zaanektowano po roku 1665. W Cambresis kościół posiadał 14/17 całej własności ziemskiej, w Hennegau i Artois trzy ćwierci, we Franche-Comte, Roussillonie i Alzacji połowę, w innych prowincjach jedną trzecią, a już co najmniej jedną czwartą (Louis Blanc, “Histoire de la Revolution Française”, Bruksela 1847, tom I, str. 423). Od czasów reformacji stan dóbr kościelnych we Francji zapewne niewiele się zmienił.

Że dobra duchowieństwa w Niemczech były bardzo duże, można wywnioskować to choćby stąd, że jeszcze w 1786 roku terytoria kościelne położone w samym tylko cesarstwie zajmowały 1424 mile kwadratowe. Rozległe posiadłości kościelne w świeckich państwach katolickich, jak w Austrii i Bawarii, nie są w to wliczone ani też te, które zostały sekularyzowane w krajach protestanckich.

Posiadłości kościoła były wynikiem jego potężnego stanowiska ekonomicznego i politycznego. A ze swej strony posiadłości te przyczyniały się znowu do wzrostu Jego siły.

Wskazywaliśmy już na to, jaką silę dawało w wiekach średnich posiadanie ziemi. To wszystko, cośmy wtedy o tym powiedzieli, odnosi się też, i w jeszcze większej mierze, do kościoła. Dobra kościelne były najlepiej uprawne, najgęściej zamieszkałe, miasta kościelne najbardziej kwitnące, a więc dochód i siła, którą kościół z nich czerpał, były większe od tych, które dawała szlachcie lub koronie własność ziemska tych samych rozmiarów. Dochód ten jednak był głównie w naturze, a co kościół miał z tym bogactwem robić? Jakkolwiek świetnie żyli mnisi i inni panowie duchowni, tego wszystkiego, co do nich napływało, nie byli w stanie spożyć. Wprawdzie opaci i biskupi średniowieczni, podobnie jak panowie świeccy w owym czasie, miewali też zatargi; wprawdzie i oni musieli po temu utrzymywać świty i drużyny konne; wprawdzie musieli i oni także uiszczać świadczenia lenne – ale jednakże kościół nieczęsto znowu bywał aż tak wojowniczy, aby utrzymywana przezeń siła zbrojna pochłaniała większość jego dochodów. Zwycięstwa odnosił kościół nie tyle dzięki przewadze fizycznej, co umysłowej, tudzież dzięki swej ekonomicznej i politycznej nieodzowności. Wydatkował on na cele wojenne mniej niż szlachta osiągając jednak więcej od niej. Nie tylko dobra jego były bardziej dochodowe, ale kościół otrzymywał również i dziesięcinę z ziemi, która nie do niego należała. Miał on mniejszy od szlachty interes w tym, aby wyśrubowywać wyzysk swych poddanych ponad miarę; był więc w stosunku do nich na ogół łagodny: pod pastorałem biskupim żyło się naprawdę dobrze, a przynajmniej lepiej niż pod władzą miecza rozmiłowanego w łowach i wojnie szlachcica. Mimo tej stosunkowej łagodności instytucjom kościelnym pozostawała jednak pewna nadwyżka środków żywności i z tą nie mając co począć, duchowni obracali ją na pomoc dla ubogich.

Kościół potrzebował tutaj, jak i w wielu innych punktach, nawiązać jedynie do swoich tradycji z epoki cezarów. Pauperyzacja w chylącym się do upadku państwie rzymskim wciąż wzrastała i wspieranie ubogich stawało się zadaniem coraz to bardziej palącym dla państwa. Ale dawne państwo pogańskie nie było przygotowane do rozwiązania tego zagadnienia; przypadło to w udziale organizacji nowej, powołanej do życia przez nowe stosunki i przystosowanej do nich: kościołowi. Opieka nad ubogimi, do której zmuszał stan gospodarczy kraju, stała się jedną z najważniejszych czynności kościoła i bynajmniej nie w najmniejszym stopniu jej właśnie miał on do zawdzięczenia szybki wzrost swojej siły i bogactwa. Coraz to gwałtowniej potrzebne i coraz liczniejsze fundacje dobroczynne osób prywatnych, gmin i samego państwa przekazywano pod zarząd duchowieństwa albo po prostu darowywało kościołowi. Im bardziej wzrastała liczba nic nie posiadających, tym bardziej wzrastał stan posiadania kościoła, tym bardziej ubodzy od niego zależeli, a ponieważ stanowili oni coraz to większy odsetek ludności, wiec też zarazem coraz to większy stawał się wpływ kościoła na całe społeczeństwo.

Podobnie jak darowizny, tak też i regularne daniny na rzecz kościoła przeważnie ten cel miały, że służyły wspieraniu ubogich. Przy dziesięcinie było to wyraźnie określone przepisami, że na cztery części dzielić ją należało: jedna część przypadała biskupowi, jedna niższemu duchowieństwu, jedną obracać miano na nabożeństwa publiczne, a jedną na wsparcia dla ubogich.

W miarę jak Germanowie przyjmowali rzymski sposób wytwarzania, wynikały stąd dla nich nieodłączne od niego następstwa: własność prywatna i ubóstwo. Wspólna własność lasów, pastwisk i nieuprawnej ziemi, utrzymująca się jeszcze obok prywatnej własności ziemi uprawnej, nie dawała ubożeć chłopom. Ale właśnie na początku średniowiecza zachodziły częstokroć wypadki, które wtrącały w nędzę całe połacie kraju. Do wiecznych wojen i ciągłych zatargów między feudałami a książętami dołączyły się jeszcze na dodatek napady hord koczowniczych, tak zgubne dla osiadłej na roli ludności – najścia nomadów lub piratów, Normanów, Węgrów, Saracenów. Wreszcie nieurodzaje bywały też często przyczyną niedostatku.

Gdy nieszczęście nie było tak wielkie, aby dosięgło aż samego kościoła, wówczas stawał się on aniołem ratunku, otwierał swe spichlerze, gdzie gromadził nadmiar bogactw, i udzielał pomocy potrzebującym. Klasztory zaś były wielkimi zakładami zaopatrywania, gdzie znajdował przytułek niejeden podupadły i zubożały, wyzuty z mienia albo pozbawiony schedy szlachcic. Przez wstępowanie w szeregi kościoła wracał on znowu do znaczenia, siły i dostatku.

Nie było ani jednego stanu w społeczeństwie feudalnym, który by nie był zainteresowany w zachowaniu kościoła, choć nie każdy w jednakiej mierze. Podawać w wątpliwość kościół znaczyło w średniowieczu to samo, co podawać w wątpliwość podstawy społeczeństwa i całego życia. Wprawdzie kościół miał jeszcze do przebycia gwałtowne walki z innymi stanami, ale w tych walkach nie chodziło już o jego istnienie, lecz wyłącznie o mniejszą lub większą potęgę albo wyzysk z jego strony. Kościół zawładnął całym życiem materialnym, a więc oczywiście i duchowym, zrósł się z istnieniem ludu, aż kościelny sposób myślenia przeszedł wreszcie z biegiem stuleci w pewien rodzaj instynktu, którego słuchało się ślepo jak prawa natury, a przeciwstawianie mu się uchodziło za rzecz naturze samej przeciwną – wszystkie przejawy życia państwowego, społecznego i rodzinnego przybrały przez kościół ustalone kształty. Te formy kościelnej myśli i działania kościelnego utrzymywały się przy życiu nawet o wiele dłużej niż przyczyny materialne, które je wywołały.

Potęga kościoła średniowiecznego rozwinęła się z natury rzeczy najwcześniej w tych krajach, które należały niegdyś do państwa rzymskiego, a więc we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, później w Niemczech, najpóźniej na północy i we wschodniej części europejskiego świata zachodniego.

Te z plemion germańskich, które podczas wędrówki ludów próbowały zakładać państwa swoje na gruzach imperium rzymskiego, przeciwstawiając się kościołowi rzymskiemu, co wyrażało się w tym, że przyłączyły się one do wrogiej katolicyzmowi sekty arianów – te plemiona bądź to wyginęły, jak Ostrogoci lub Wandalowie, bądź uratowały się od grożącej im zagłady tylko przez poddanie się kościołowi rzymskiemu i przejście na katolicyzm.

Przewodzić zaś światu zachodniemu przypadło w udziale temu plemieniu, które od samego początku założyło państwo swoje w przymierzu z kościołem Rzymian, a więc plemieniu Franków. Król Franków w sojuszu z głową kościoła rzymskiego położył podwaliny pod zjednoczenie chrześcijaństwa zachodniego w jedno powszechne ciało o dwóch głowach, świeckiej i duchownej – pod zjednoczenie będące paląco pilnym nakazem chwili., jeśli się chciało dać skuteczny odpór naciskającemu zewsząd nieprzyjacielowi. Ale ani królom Franków, ani ich następcom z plemienia Sasów nie udało się zjednoczenia tego dokonać na stałe. Papieże rzymscy przeprowadzili to, co było daremnym usiłowaniem rzymskich cesarzy narodu niemieckiego – zespolenie chrześcijańskiego świata pod jednym monarchą. Żaden król feudalny z tego czy innego plemienia pochodzący, nie dorósł do zadania któremu podołać zdolna była tylko organizacja potężniejsza od władzy królewskiej: scentralizowany kościół.

xxxxxxxx

Nie da się ukryć, że jest to zupełnie inne spojrzenie na Kościół, niż to, do którego większość z nas jest przyzwyczajona. Kautsky opisuje go jako instytucję gospodarczą i państwowotwórczą, pomijając aspekt religijny, o którym pisze w innym miejscu.

W 313 roku Konstantyn wydał edykt mediolański, zezwalający na legalne wyznawanie chrześcijaństwa. W 392 roku cesarz Teodozjusz Wielki wprowadził chrześcijaństwo jako religię państwową. Wszelkie inne były odtąd nielegalne. Podział Cesarstwa Rzymskiego na zachodnie i wschodnie (Bizancjum) nastąpił w 395 roku. Cesarstwo zachodniorzymskie przeżywało stopniowy rozkład, osłabiane Wielką wędrówką ludów i najazdami Hunów oraz Wandalów, aż w końcu przestało istnieć, kiedy w roku 476 barbarzyński wódz Odoaker obalił cesarza Romulusa Augustulusa. Natomiast wschodnie cesarstwo istniało jeszcze długo. – Tak to opisuje Wikipedia.

Wielka wędrówka ludów na terytorium Cesarstwa Rzymskiego; źródło: Wikipedia.

Można sobie zadać w tym miejscu pytanie: Dlaczego w trzy lata po wprowadzeniu chrześcijaństwa jako religii państwowej w Cesarstwie Rzymskim nastąpił jego podział? Czy to był przypadek? Dlaczego upadło tylko cesarstwo zachodnie? I dlaczego tylko ono doświadczyło najazdów barbarzyńców?

Na te pytania nie daje odpowiedzi Kautsky, ponieważ zaczyna swoją analizę dziejów Kościoła od podziału Cesarstwa Rzymskiego i skupia się na jej części zachodniej. We wschodniej religia zostaje podporządkowana władzy państwowej, co w Europie zachodniej dokonuje się w okresie reformacji.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że klasztory, biskupstwa czy opactwa były czymś w rodzaju współczesnych korporacji. Zanim przystępowano do właściwej chrystianizacji, następował podbój gospodarczy danego terenu i to właśnie z tego powodu ludność miejscowa stawiała opór. Kwestia przyjęcia nowej wiary była drugorzędna. Opanowanie jakiegoś obszaru i tworzenie na nim klasztorów sprzyjało rozwojowi handlu. W dalszej konsekwencji następowało przyłączenie lub uzależnienie takiego obszaru od państwa, które dokonywało tej ekspansji gospodarczej. Był zatem Kościół w pierwszej kolejności organizacją międzynarodową, gospodarczą i handlową. Spełniał wszelkie funkcje państwa, nie będąc nim jednocześnie. A to wszystko w imię szerzenia „jedynej prawdziwej wiary”, tak jak dziś wykorzystuje się do tego ideę „wolnego rynku” i „demokracji”. I dzięki temu, w sposób niewidzialny, podporządkowywał sobie monarchów w różnych państwach. Wydaje się, że gdybyśmy znali prawdziwą i pełną historię Kościoła, to łatwiej było by nam zrozumieć współczesny świat. Jednak jakoś tak się dziwnie składa, że ten okres, gdy Kościół budował swoją potęgę, określany jest mianem wieków ciemnych. To okres od upadku cesarstwa zachodniego (476) do połowy X wieku.

Skąd się wzięła ta potęga Kościoła? Nie jest tajemnicą, że pierwsze gminy chrześcijańskie wywodziły się z gmin żydowskich. Swoją ekspansję skierowały przede wszystkim na obszar Imperium Rzymskiego. Nie trzeba przy tym wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że przedstawiciele tych gmin, a więc Żydzi, przenikali do struktur władzy Imperium. W ten sposób stopniowo je opanowywali. A to z kolei prowadzi do wniosku, że upadek Imperium był przeprowadzony w sposób kontrolowany i dokonano tego tylko w części zachodniej, dzieląc je uprzednio na dwie części.

Jeśli się spojrzy na historię powstań żydowskich przeciw Rzymowi, jeszcze przed zburzeniem Jerozolimy w 70 roku n.e., to wyłania się z niej jakaś nieuzasadniona, irracjonalna nienawiść Żydów do niego, nawet w sytuacjach, gdy byli oni traktowani łagodnie. Najwyraźniej już od początku starali się oni stworzyć wrażenie, że oni i Rzym, to ogień i woda. Później przeniosło się to na chrześcijaństwo i Kościół: ta chorobliwa wręcz nienawiść do krzyża.

„Żydzi z początkiem cesarstwa rzymskiego poza z dawna przodującymi skupiskami w Aleksandrii i w Rzymie, osiadają teraz we wszystkich miastach nadbrzeżnych morza Śródziemnego. Docierają do Galii i do Hiszpanii. Do wielkiego znaczenia urastają żydowskie ośrodki w Kartaginie i w Marsylii, zwanej żydowskim miastem.

To swobodne rozchodzenie się Izraela po miastach cesarstwa, zachowanie im praw obywatelskich, szeroki udział w zarządach miast (tzw. municypiach), opieka cesarzy, uprawiany wobec ludności wyzysk gospodarczy i wreszcie krecia robota, podkopująca fundamenty państwa, potęgowały rozwój antysemityzmu.” – Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Wydaje się, że jest to jeden wielki kamuflaż. Z opisu Kautsky’ego wynika, że Kościół był żydowskim tworem: to przywiązywanie wagi do handlu, to faworyzowanie Żydów przez papieży, to fałszowanie dokumentów. Jak zatem zjednać sobie rzesze wiernych? Trzeba ich przekonać, że Kościół nie jest zażydzony. Ale jak to zrobić? Bardzo prosto – poprzez zoologiczną nienawiść, jakby to powiedział Adam Michnik, Żydów do Kościoła, do chrześcijaństwa, do krzyża. W ten sposób starają się oni uwiarygodnić instytucję, która jest całkowicie przez nich opanowana i kierowana; od momentu powstania do dziś.

Kautsky

Podobno Lenin miał kiedyś powiedzieć: Po co dyskutować z towarzyszem Kautsky’m, lepiej od razu go zignorować. A skoro tak, to może warto przybliżyć sobie tę postać. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

Karl Kautsky (ur. 16 października 1854 w Pradze, zm. 17 października 1938 w Amsterdamie) – niemiecko-austriacki działacz robotniczy, pacyfista, teoretyk demokratycznego socjalizmu, krytyk Lenina, uznający rosyjską dyktaturę proletariatu za błędne rozumienie dzieł Marksa. Od roku 1883 do śmierci redagował najważniejsze europejskie pismo socjalistyczne „Die Neue Zeit”.

Kautsky urodził się w roku 1854 w Pradze w rodzinie pochodzenia żydowskiego jako syn Johanna Kautsky´ego i jego żony Minny (z domu Jaich). Do austriackiej partii socjaldemokratycznej wstąpił w 1875 roku w czasie studiów w Wiedniu, gdzie poznał Augusta Bebla i Karla Liebknechta. Studiował historię, ekonomię polityczną i filozofię. Rozpoczął wówczas ożywioną działalność publicystyczną. Na początku lat 80., po emigracji do Zurychu, nawiązał kontakty z Eduardem Bernsteinem i związał się z Socjaldemokratyczną Partią Niemiec. W czasie pobytu w Londynie poznał Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. W roku 1883 założył w Stuttgarcie i aż do 1917 roku redagował czasopismo „Die Neue Zeit” (pol. „Nowy Czas”), które pełniło nieformalnie rolę organu teoretycznego II Międzynarodówki. W latach 1885–1890 przebywał na emigracji w Londynie, po czym powrócił do Stuttgartu, a w 1897 roku przeniósł się do Berlina.

Kautsky był aktywnym działaczem międzynarodowego ruchu marksistowskiego. Wraz z Bernsteinem opracował w roku 1891 program erfurcki. Zyskał sławę jako autor książki Nauki ekonomiczne Karola Marksa (wyd. 1887), przez wiele dziesięcioleci była to najbardziej poczytna popularyzacja I tomu Kapitału, przetłumaczona na 18 języków. Przez długi czas zajmował umiarkowane stanowisko między nurtem reformistycznym a rewolucyjnym w ruchu socjalistycznym. Dopiero bezpardonowa krytyka rewolucji październikowej przyniosła mu łatkę zdrajcy. W latach 20. po raz kolejny włączył się do bieżącego życia SPD, był jednym z głównych autorów programu partii uchwalonego w 1925 roku.

Do rewolucji październikowej Kautsky (Dyktatura Proletariatu 1918) odniósł się od razu krytycznie, atakując politykę bolszewików za dyktatorskie metody i wskazując, że próba budowy socjalizmu w zacofanym kraju, w którym nie rozwinęły się kapitalistyczne stosunki produkcji, jest utopijna i skazana na degenerację. Wskazywał, że rewolucja rosyjska jest w istocie rewolucją przeciwko literze i duchowi materializmu historycznego. Kautsky stawiał na legalną drogę proletariatu do władzy i za jedynie dopuszczalną formę jego panowania politycznego uważał republikę parlamentarną gwarantującą wszystkim pełnię praw i wolności politycznych. Ostra krytyka bolszewickiej dyktatury wywołała zjadliwą polemikę ze strony Lenina, który zarzucał Kautsky’emu niezrozumienie dialektycznego charakteru procesu rewolucyjnego oraz wypaczenie poglądów Marksa i Engelsa na państwo.

xxx

Tak więc Kautsky uważał, że proletariat powinien dojść do władzy w sposób legalny, a Lenin – rewolucyjny. Różnica diametralna, a więc nie do pogodzenia. Można powiedzieć, że obaj różnili się na poziomie aksjomatów.

Adolf Nowaczyński w swojej książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje wypowiedź Kautsky’ego dla Socialistische Monatshefte, 1920. Poniżej fragment:

Największym nieszczęściem Francji po r. 1871 było to, że jej obawa przed Niemcami rzuciła ją w objęcia cara. Dzisiaj uzależnia się Francja od państwa, które wraz z Rumunią jest najbardziej reakcyjnym na wschodzie, jakkolwiek tym razem nie jest zmuszona groźbą Niemiec. Zależność ta jest pełna niebezpieczeństwa…

Demokracje proletariackie i chłopskie, które graniczą z Polską, nie żywią żadnych zamiarów zdobywczych, ale nie mają najmniejszej ochoty poddać się uciskowi. Klika szlachecka, która rządzi Polską, ogarnięta jest bezmierną żądzą zaborczą, zarówno w stosunku do Ukraińców, jak do Białorusinów i Litwinów. A tę zaborczość swoją skieruje również, o ile się da, w stronę Niemiec.

Bezmierna żądza zaborcza to pewnie koncepcja asymilacyjna Dmowskiego i federacyjna Piłsudskiego. Tak patrzono na to za granicą i chyba nie bez racji. Warto o tym pamiętać. Co do Niemiec, to Kautsky chyba przesadził.

Skąd groźba, że dzięki uzyskanym korzyściom, Polska przestaje być państwem narodowym, i stanie się państwem narodowościowym, podobnym do dawnej Austrii, i jak ona będzie źródłem wiecznych zawichrzeń w swych stosunkach wewnętrznych i zewnętrznych.

W rozmowie z korespondentem Temps’a Sauerweinem:

Wskutek warunków wersalskich, Francja uczyniła się zależną od Polski. Kraj ten rządzony jest przez autokrację feudalną i zamyka w granicach obecnie zakreślonych taką liczbę narodów różnych, Ukraińców, Słowian, Rosjan, Niemców, że będzie to bałkanizacja całej tej części Europy*).

*) O redaktorze „Socialistische Monatshefte”, z pochodzenia żydzie czeskim z Pragi, autorze interesującej książki o „Pochodzeniu chrześcijaństwa”, oraz broszurki: „O niepodległości Polski” wyraża się p. K. Czapiński w Robotniku z powodu jubileuszu Kautsky’ego jak następuje:

Kautsky – to nasz wspólny nauczyciel. „Nasz” – to znaczy całej generacji socjalistów-marksistów całego świata. Słusznie mówi o nim tow. Bauer w ostatnim artykule swym w „Kampfie” wiedeńskim, że dla ogromnej większości socjalistów wielkie skarby myśli, zawarte w „Kapitale” zostałyby na zawsze niedostępne bez utalentowanego pośrednictwa Kautskiego. On to był generalnym dozorcą, szafarzem, popularyzatorem nauki marksowskiej. „Wielki Inkwizytor marksizmu” – z przekąsem odzywali się o nim rewizjoniści niemieccy, którym porządnie dał się we znaki…

xxxxxxxx

Nie stało się tak, jak przewidywał Kautsky, że II RP ulegnie bałkanizacji. Owszem, ukraiński nacjonalizm dał znać o sobie, były zabójstwa polityczne, akty terroryzmu, ale skala tych zjawisk była o wiele mniejsza, niż można było się spodziewać. Po wojnie, po przesiedleniach, przeważnie mniejszości kresowych na tzw. Ziemie odzyskane, PRL stała się państwem tak samo wielonarodowym, jakim była przed II wojną światową II RP. A jednak był spokój. Wszystkie te mniejszości siedziały jak mysz pod miotłą. Niechby tylko spróbowały!

Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm. Oficjalnie jego propaganda głosiła, że Polska jest państwem jednonarodowym i katolickim, w którym katolicy stanowią przytłaczającą większość. Na czele tego narodu stała partia, a więc: jeden naród, jedno państwo i jeden przywódca, czyli jedna partia. I tak to trwało prawie do końca PRL-u. Jednak u jego schyłku i na początku III RP dowiedzieliśmy się, że zamieszkuje tu mniejszość śląska, niemiecka, ukraińska, białoruska i inne i nie są to bynajmniej jakieś śladowe ilości. Kolejne „wolne” wybory potwierdzały pewną prawidłowość. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych i w południowej części województwa podlaskiego – w której większość stanowią prawosławni Ukraińcy i Białorusini – ludzie głosują tak samo, co świadczy o tym, że na tych tzw. ziemiach poniemieckich mniejszości kresowe stanowią większość. To jest elektorat PO. Elektorat PiS to reszta kraju. Mamy więc państwo podzielone, nie pod względem interesów gospodarczych i ideologii, ale pod względem narodowościowym i wyznaniowym.

Przez cały okres rządów Tity w Jugosławii nie było tam tego, co Kautsky nazwał bałkanizacją. Ale po jego śmierci (Tity) i po zmianach, jakie zaszły w Europie na przełomie lat 80-tych i 90-tych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Jugosławia wybuchła. Wygląda więc na to, że to nie sam fakt zamieszkiwania w jednym państwie obywateli o różnej narodowości i wyznaniu czy religii, jest przyczyną niepokojów społecznych i wzajemnej wrogości, lecz jest to efekt działania jakichś innych czynników. Jeśli założymy, że oficjalne rządy to zalegalizowane mafie, które działają tylko i wyłącznie we własnym interesie albo w interesie tego, kto je stworzył, to wówczas staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego czasem może być w jakimś państwie spokojnie, a czasem – ni stąd, ni zowąd – wybuchają zamieszki, protesty, rewolucje, wojny itp. I to jest właśnie ten dialektyczny charakter procesu rewolucyjnego, którego nie „rozumiał” Kautsky. Innymi słowy, zmienić coś można tylko na zasadzie rozpierduchy, czyli dialektycznego procesu rewolucyjnego, a nie – na drodze demokratycznej.