Jak powstawał ustrój I RP

W związku z toczącą się na Ukrainie wojną ujawniło się w Polsce wielu entuzjastów I Rzeczypospolitej, jej tradycji, kultury, zwyczajów itp. Dla nich idea jagiellońska to dobry pomysł na uporządkowanie tej części Europy. Mnie ona kojarzy się ze wszystkim, co najgorsze w organizacji państwa i z feudalnym ustrojem społecznym, który trwał niezmiennie do rozbiorów.. Okres panowania dynastii jagiellońskiej, to czas tworzenia fundamentów pod ustrój przyszłej Rzeczypospolitej, czyli demokracji szlacheckiej. Nic więc nie działo się nagle i przypadkowo. Wręcz przeciwnie, wyglądało to na akcję zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną. Czy tak rzeczywiście było?

O tym, że Jagiełło ma zostać królem Polski zadecydowali panowie małopolscy, ale konkretnie kto, tego nie wiadomo. W 1385 roku doszło w Krewie do podpisania przez niego następujących warunków: po pierwsze – ochrzci się i przeprowadzi chrzest Litwy, po drugie – przyłączy państwo litewsko-ruskie do Polski, po trzecie – przyłoży się do odzyskania ziem utraconych przez Polskę i po czwarte – odeśle do Polski brańców uprowadzonych w niewolę w wyprawach litewskich. Panowie małopolscy sądzili, że wyniesienie na tron księcia litewskiego położy kres niszczącym napadom Litwinów i przyniesie rozwiązanie konfliktu polsko-litewskiego o Ruś Halicką. Z drugiej strony Jagiełło chętnie zgodził się, bo w ścisłym związku z Polską szukał obrony przed agresją krzyżacką. – To takie oficjalne powody powstania unii polsko-litewskiej.

Całe zło wzięło się od unii personalnej, gdy królem Polski został Litwin. Zaczęły się tarcia i targi pomiędzy królem, szlachtą i możnowładztwem. Polska była monarchią parlamentarną. Jagiełło, za tron dla potomków, nadał szlachcie Statut warcki, który zapoczątkował niewolnictwo chłopów i ograniczał rozwój miast. Szlachta, która przeważała w Wielkopolsce, broniła się przed zdominowaniem przez możnowładztwo Małopolski. Jagiellonowie mieli swoje własne interesy dynastyczne, często sprzeczne z interesami państwa, którym rządzili.

Ostatnio odgrzebałem w swojej bibliotece książkę Ilustrowana Kronika Polaków, wydaną z okazji 1000-lecia Państwa Polskiego w 1967 roku. Tekst napisał Mateusz Siuchniński, a ilustrował Szymon Kobyliński. Kronika ta ukazywała się w 1966 roku w odcinkach na łamach „Expressu Wieczornego”. Jest to książka dla masowego odbiorcy, a więc pisana prostym językiem, co raczej jest zaletą niż wadą. Siłą rzeczy musi też opisywać historię w sposób ogólnikowy, co też jest zaletą, gdy zawiera to, co najistotniejsze. I tak jest w tym wypadku.

Jest rzeczą zrozumiałą, że im bliżej współczesności, tym skala przeinaczeń, niedomówień i fałszów jest coraz większa. Jednak te odleglejsze epoki są, w mojej ocenie, przedstawiane bardziej obiektywnie. W odcinku Oligarchia możnych m.in. napisano:

Po śmierci Władysława Jagiełły (1434) ster władzy w Polsce uchwyciła grupa możnych, której programem politycznym było zdławienie ruchu husyckiego, podporządkowanie Litwy Polsce i osłabienie władzy królewskiej przez pogrzebanie idei monarchii dziedzicznej, a przeforsowanie zasady elekcyjności tronu. Królem formalnie wybrano 10-letniego syna zmarłego króla, Władysława. W czasie jego małoletności władzę sprawowała rada królewska, w której największy wpływ miał biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki i jego brat Jan, marszałek koronny. Faktycznie w rękach tych oligarchów spoczywał zarząd państwem aż do tragicznej śmierci Władysława pod Warną, rychło bowiem, już po dojściu do pełnoletniości, król Władysław odjechał na Węgry, nie bez inspiracji rady królewskiej, przedłużającej w ten sposób okres regencji w Polsce. W 1439 r. siły militarne oligarchii rozprawiły się z ruchem husyckim, zadając pod Grotnikami klęskę wojskom dowodzonym przez przywódcę obozu husyckiego, Spytka z Melsztyna.

xxx

Z kolei Wikipedia pisze:

Początki parlamentu polskiego

Za pierwszych Jagiellonów coraz większą rolę w zarządzaniu państwem odgrywała rada królewska, powoływana przez króla. Zaś od połowy XV wieku znaczną część władzy przejęły ogólnopolskie zjazdy szlachty i dzielnicowe sejmiki. Ostatecznie Rada Królewska za panowania Olbrachta (1492-1501) przekształciła się w Senat, a ogólnopolski zjazd stanu szlacheckiego, złożony z przedstawicieli sejmików, w izbę poselską Sejmu. Poczynając od XV wieku Rzeczpospolita stała się szlachecką monarchią parlamentarną. Za pierwsze posiedzenie dwuizbowego parlamentu polskiego uznaje się sejm z roku 1468 w Piotrkowie. Szlachta, zwłaszcza bogatsza i magnaci, stała się odtąd stanem panującym, skupiając w swych rękach ziemię, przywileje i urzędy. Zgodnie z Sejmem radomskim z 1504 roku administrację państwową stanowili marszałek koronny i nadworny, podskarbi, kanclerz i podkanclerzy oraz starostowie, reprezentujący króla w danej jednostce terytorialnej państwa.

xxx

Przywileje szlacheckie

Przywileje szlacheckie to prawo nadawane przez władców Polski pomiędzy XIII a XVI wiekiem. Pierwsze, nadawane jeszcze przez Piastów, nie miały takiego znaczenia, jak późniejsze. Miały one często charakter lokalny. Pierwszy ważniejszy to przywilej koszycki z 1374 roku nadany przez Ludwika Węgierskiego. Pierwszy Władysława II Jagiełły, to ten z Wilna z 1387 roku. Gwarantował on katolickim bojarom Litwy dziedziczenie posiadanej ziemi i zwolnienie z osobistych świadczeń na rzecz władcy. Ostatnim był ten z 1538 roku nadany przez Zygmunta I Starego. Zakazywał on usuwania szlachty z urzędów przez króla. I tak ukształtowało się prawo, które miało obowiązywać w nowym państwie, które powstało w 1569 roku.

Te najważniejsze to Statut warcki, przywilej jedlneńsko-krakowski, przywilej mielnicki, konstytucja Nihil novi. Wikipedia tak je charakteryzuje:

Statut warcki

Statut warcki – prawo nadane przez Władysława II Jagiełłę w 28 października 1423 roku na sejmie walnym w Warcie.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

Statut nakładał na wojewodów obowiązek kontroli miar i wag w miastach oraz ustalanie cen artykułów rzemieślniczych.

Statut warcki był stosowany do XVI wieku a jego przepis dotyczący ustalania cen był powielany w innych statutach – nieszawskim z 1454 roku i piotrkowskim z 1496 roku. Przepisy te obowiązywały do pierwszych rozbiorów.

Inne prawa i konsekwencje wynikające ze statutu:

  • prawo rugowania krnąbrnych sołtysów
  • ograniczał w dalszym stopniu władzę sądową starostów (mieli oni sądzić tylko zbrodnie obejmujące gwałt, rozbój, podpalenie i najście na dom);
  • nadawał większe kompetencje wojewodom w ustalaniu miar i cen w miastach wyrobów rzemieślniczych (tzw. taksy wojewodzińskie), co było ograniczeniem samorządności miejskiej;
  • ograniczenie prawa chłopów do opuszczania wsi;
  • zezwolenie na tworzenie dogodnych podstaw prawnych dla folwarków szlacheckich;
  • ograniczał rozwój miast;
  • wysokie kary za ukrywanie chłopów zbiegłych z majątków szlacheckich.

Przywilej jedlneńsko-krakowski

Przywilej jedlneńsko-krakowski – przywilej szlachecki nadany przez Władysława Jagiełłę w zamian za obietnicę szlachty polskiej, że jego syn Władysław III Warneńczyk zasiądzie na tronie polskim i przedłuży panowanie dynastii Jagiellonów w Polsce.

Treść przywileju została sformułowana w Brześciu Kujawskim w 1425 roku. Nadanie przywileju nastąpiło w Jedlni w 1430 roku, a w 1433 roku w Krakowie nastąpiło jego potwierdzenie.

Przywilej ten gwarantował szlachcie:

  • Nienaruszalność osobistą przez króla i jego urzędników bez prawomocnego wyroku sądowego.
  • Król zobowiązał się, że neminem captivabimus nisi iure victum (nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego).
  • Ponadto przywilej nadawał szlachcicowi wyłączne prawo do zostania dostojnikiem kościelnym.

Król przyrzekał również zrównanie wszystkich ziem Królestwa łącznie z ziemią ruską według jednego prawa i kodeksu. Był to przełom w traktowaniu prawosławnych poddanych-szlachty (jedynym ograniczeniem był utrzymany, ale tylko do końca życia starego króla – Władysława Jagiełły, obowiązek płacenia przez szlachtę ruską specjalnego podatku w owsie). Zrównanie to nie dotyczyło prawosławnej szlachty na Litwie.

Przywilej mielnicki

Przywilej mielnicki, akt mielnicki – przywilej wydany przez Aleksandra Jagiellończyka w Mielniku dnia 25 października 1501 roku, ograniczający znacznie władzę królewską na rzecz senatu i praktycznie wprowadzający w Polsce republikę oligarchiczno-arystokratyczną z odwoływalnym królem stojącym na czele senatu.

Postanowienia przywileju:

  • Instytucją podejmującą najważniejsze decyzje państwowe został senat. W razie różnicy zdań miała przeważać opinia najwyższych godnością senatorów.
  • Król miał przewodniczyć senatowi i wykonywać jego uchwały. Słabą pozycję władcy podkreślał jego senatorski tytuł princeps senatus, nawiązujący do tradycji rzymskiej.
  • Król utracił swobodne prawo mianowania senatorów. Powoływał, i to za zgodą senatu, tylko na zwolnione miejsca najniższe rangą. Wyższe godności senatorowie mieli obejmować drogą awansu zgodnie z hierarchią urzędów senatorskich po powstaniu wakatu.
  • Starostowie, którzy byli dotychczas odwołalnymi reprezentantami króla w prowincjach, mieli podlegać senatowi poprzez powołane do tego przez senat komisje, nadzorujące działalność starostów.
  • Senatorowie mieli być odpowiedzialni jedynie przed senatem.
  • Przewidziano możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa królowi, gdyby ten nie realizował decyzji senatu lub targnął się na jego uprawnienia.

Przywilej mielnicki kształtował praktycznie całkowicie nowy ustrój Polski. System demokracji szlacheckiej nie był jeszcze ugruntowany. Pomimo wzrastającego ciągle znaczenia średniej szlachty, jej instytucje przedstawicielskie były nadal w trakcie tworzenia i krystalizacji uprawnień. Okazało się, że w kluczowych momentach główny wpływ na decyzję ma możnowładztwo, z racji sprawowanych urzędów i znaczenia reprezentującego tę grupę senatu, wywodzącego się z rady królewskiej. Możnowładztwo też zapewniło sobie, wykorzystując negocjacje elekcyjne, ugruntowanie, a właściwie przejęcie pełnej władzy. Przywilej ustanawiał w państwie formę republiki oligarchiczno-arystokratycznej z tytularnym królem jako wykonawcą decyzji senatu, będącym reprezentacją członków oligarchii. Utrzymaniu władzy w jej rękach miało służyć ograniczenie dostępu do senatu poprzez kontrolę królewskich mianowań na najniższe senackie godności i system awansów, całkowicie niezależny od króla.

Pod rządami senatu

Uzyskanie przywileju mielnickiego należy rozpatrywać nie tylko w aspektach ograniczenia władzy królewskiej, ale również jako przejaw walki możnowładztwa o utrzymanie dominacji nad szlachtą, w przywileju nazwaną turbo malorum vel levium (łac. „tłumem (ludzi) niedobrych a lekkomyślnych”). Po wzroście znaczenia szlachty i sejmu walnego jako jej reprezentacji w czasie panowania Kazimierza Jagiellończyka i Jana Olbrachta, możnowładztwo podjęło zdecydowaną próbę pozbawienia szlachty wpływów politycznych. Zbyt daleko idące uprzywilejowanie możnowładczego senatu było jedną z przyczyn krótkotrwałości systemu władzy ustanowionego przywilejem mielnickim. Od początku nowy system wzbudził niezadowolenie szlachty. Odmawiała ona płacenia podatków, nie stawiała się na pospolite ruszenie. Starostowie nie współpracowali z senatem. Zapanowała anarchia w sądownictwie, administracji i skarbie. Na sejmie w 1503 r. senat próbował zjednać sobie szlachtę, zaostrzając ustawodawstwo dotyczące mieszczan i chłopów. W praktyce władza wymknęła się jednak z rąk senatu. Zapanował bezwład decyzyjny. Król przebywał na Litwie, walcząc z Wielkim Księstwem Moskiewskim. Pomimo braku sukcesów wojennych i zawarcia niekorzystnego rozejmu w 1503 r., pozycja Aleksandra po powrocie do Polski była silniejsza niż w 1501 r. Wspierała go zdecydowanie średnia szlachta. Zdołał zbudować silne, oddane mu stronnictwo. Ułatwiła mu to śmierć brata, prymasa kardynała Fryderyka Jagiellończyka i związane z nią możliwości działań personalnych. Arcybiskupem gnieźnieńskim został współpracownik króla, Andrzej Boryszewski, kanclerzem, Jan Łaski, przywódca wielkopolskiej szlachty, opozycyjnej wobec magnatów. Należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt toczącej się walki o władzę. Senat był zdominowany przez panów małopolskich, którzy mieli jednocześnie silną pozycję w tej prowincji. Ostoję ruchu szlacheckiego stanowiła Wielkopolska i rozdźwięk wewnątrz stanu rycerskiego nałożył się na animozje międzydzielnicowe.

Zniesienie przywileju

Na zwołanym w 1504 r. do Piotrkowa sejmie Łaski pokierował atakiem szlachty na możnowładztwo małopolskie. Uderzono w jedno ze źródeł potęgi możnowładców. Dygnitarze piastujący często jednocześnie kilka urzędów osiągali dochody z dóbr ziemskich przywiązanych do tych urzędów. Udało się uchwalić, że urzędy kanclerza i podkanclerzego nie mogą być łączone z innymi najwyższymi, jednocześnie najbardziej dochodowymi, godnościami senatorskimi (incompatibilitas). Nie mniej ważne znaczenie miała uchwała o ograniczeniu możliwości rozdawania i zastawiania dóbr królewskich. Król mógł dokonywać tego od tej pory tylko na sejmie walnym, czyli pod kontrolą szlachty. Na sejmie ustalono również dokładne zakresy działania (kompetencje) marszałków, kanclerzy i podskarbich. Reformy te wzmacniały pozycję szlachty, ale jednocześnie sprzyjały zwiększeniu władzy królewskiej. Szlachta odzyskała osłabione przywilejem mielnickim pozycje. Ostateczne zwycięstwo odniosła na następnym sejmie w Radomiu (1505). Sejm ten, uchwalając konstytucję Nihil novi, przekreślił ostatecznie postanowienia przywileju mielnickiego, uznając go za niebyły.

Nihil novi

Nihil novi (łac. „nic nowego”) – potoczna nazwa konstytucji sejmowej z 1505, poważnie ograniczającej kompetencje prawodawcze monarchy I Rzeczypospolitej. Pełna formuła łacińska brzmiała Nihil novi […] sine communi Consiliorum et Nuntiorum Terresterium consensu” (nic nowego bez zgody Panów Rady i posłów ziemskich).

Konstytucja ta została uchwalona przez sejm radomski 1505 roku w kościele farnym pw. św. Jana Chrzciciela. Jej nazwę (Nihil Novi sine communi consensu, łac. „nic nowego bez zgody ogółu”) potocznie tłumaczy się jako „nic o nas bez nas”. Zakazywała ona królowi wydawania ustaw bez uzyskania zgody szlachty, reprezentowanej przez Senat i izbę poselską; król mógł wydawać samodzielne edykty tylko w sprawach miast królewskich, edukacyjnych, wyznaniowych, Żydów, lenn, chłopów w królewszczyznach i w sprawach górniczych (przykładem późniejszym było rozporządzenie z 2 października 1535 uznające Zwierciadło saskie [spis prawa zwyczajowego z terenu Saksonii – przyp. W.L.] za prawo obowiązujące w sądach miejskich i wiejskich).

Konstytucja Nihil novi unieważniała przywilej mielnicki i w znaczny sposób umacniała pozycję szlacheckiej izby poselskiej. Jej wejście w życie, obok wejścia w życie statutów nieszawskich, często uważa się za początek wprowadzenia demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej.

xxx

Proces tworzenia nowego prawa, a więc i nowej rzeczywistości gospodarczej trwał prawie 180 lat. W końcu Polska, czyli Korona Królestwa Polskiego, dojrzała do tego, by połączyć ją z Wielkim Księstwem Litewskim. W cytowanej powyżej Ilustrowanej Kronice Polaków w odcinku Możnowładztwo jest przedstawiona zwięzła charakterystyka tworu zwanego Rzeczpospolitą:

Cechą ustroju społeczno-politycznego, jaki ugruntował się w Rzeczypospolitej na przełomie XVI i XVII wieku, było zalegalizowane konstytucjami i powszechnie wykonywane władztwo szlachty nad poddanymi chłopami i częściowo nad mieszczaństwem prywatnych miast, faktyczne władztwo potężnych magnatów nad „klientelą” szlachecką (nad drobną szlachtą żyjącą z dzierżaw, szlachtą zagrodową i gołotą), a nawet szlachtą średnią, siedzącą na paru wioskach w sąsiedztwie skoncentrowanych latyfundiów, czyli magnackich dóbr, i – co najistotniejsze – faktyczna niezależność magnatów od władzy centralnej. Wielu ją wykorzystywało lekceważąc wolę króla, opinię sejmu czy sejmiku, wyrok trybunału, decyzje urzędników, a wszyscy podporządkowywali swoim interesom interes Rzeczypospolitej. Z magnatem liczyli się wszyscy, nawet król; magnatowi mógł się tylko przeciwstawić drugi magnat, a wtedy dochodziło do wojny prywatnej o małym zasięgu albo nawet do wojny domowej obejmującej znaczną połać kraju.

Latyfundia magnackie były rozsiane na terytorium Rzeczypospolitej nierównomiernie. Najmniej było ich na obszarze Polski etnicznej, gdzie przeważała własność średnioszlachecka, a latyfundium magnackie takiego np. Ostroroga Marcina Lwowskiego z linii Dobrogosta, obejmujące 3 miasta i 33 wsie, było małe w stosunku do magnackich państewek ukrainnych. Na obszarze Polski etnicznej, szczególnie w Małopolsce, w pierwszej połowie XVII w. odbywał się jednak proces koncentracji dóbr szlachty zamożnej (posiadaczy powyżej 10 wiosek) kosztem szlachty średniej. Największe latyfundia były na Litwie (Radziwiłłowie), Rusi Czerwonej (Buczaccy-Jazłowieccy, Herburtowie, Krasiccy, Pileccy, Sieniawscy, Zamoyscy) oraz na Wołyniu, Podolu i w Kijowszczyźnie (Wiśniowieccy, Ostrogscy, Zasławscy, Zbarscy, Koniecpolscy, Sanguszkowie, Koreccy). Na Rusi Czerwonej magnaci skupili 25 proc. ogólnej liczby wsi, a na Wołyniu do Ostrogskich i Zasławskich należy bez mała 1/3 powierzchni tej prowincji. Na przełomie XVI i XVII w. potężny magnat kresowy Konstanty Wasyl Ostrogski miał ok. 100 miast i zamków i 1 300 wsi (były to łącznie dobra dziedziczne i królewszczyzny); majątki te przynosiły Ostrogskiemu dochód większy od dochodu państwa: ok. miliona dwustu tysięcy dukatów. W dobrach dziedzicznych i królewszczyznach należących do hetmana Stanisława Koniecpolskiego w samych tylko woj. bracławskim i kijowskim żyło blisko 120 tys. mieszkańców. Magnat, im bogatszy, tym liczniejszą miał klientelę szlachecką. Mógł on zawsze liczyć na głosy swych klientów na sejmikach i na szable w każdej potrzebie.

xxx

Jak o tym pisze Norman Davies w książce Boże igrzysko, to poniżej:

W każdym razie do r. 1569, czyli do momentu utworzenia zjednoczonej Rzeczypospolitej Polski i Litwy, szlachta zapewniła sobie supremację w państwie. (…) Formalnie przywileje szlachty chroniły ją przed politycznymi roszczeniami ze strony króla, a także przed skutkami rozwoju nowoczesnego państwa. Jej względny dobrobyt gwarantowała cała masa szczegółowych przepisów prawnych. Był to zamknięty stan społeczny, który sprawował kontrolę nad własnymi losami, a także nad losami wszystkich pozostałych mieszkańców szlacheckiej Rzeczypospolitej. Obowiązki szlachty jako stanu rycerskiego były minimalne. O jej obowiązkach obywatelskich jako klasy panującej decydowały prywatne inklinacje. Do r. 1569 szlachta zdobyła swoją „złotą wolność”. Dopóki trwała szlachecka Rzeczpospolita, wolność ta trzymała całą szlachtę w niewoli.

Szlachta na Litwie osiągnęła podobne cele, choć podążała ku nim nieco inną drogą. W okresie unii personalnej z Polską – w latach 1386-1569 – Litwini stopniowo przejmowali polskie prawa i obyczaje. Ale ich bardzo specyficzne struktury społeczne pozostawiły po sobie trwały ślad. W odróżnieniu od szlachty polskiej, szlachta litewska pozostawała w ścisłej zależności od swego władcy, wielkiego księcia; ponadto była rozbita na kilka wzajemnie się przenikających warstw. Nie miała żadnej tradycji immunitetów – ani jednostkowych, ani grupowych – i była przyzwyczajona do osobistego składania hołdu w zamian za nadanie ziemi – albo wielkiemu księciu, albo bezpośrednio suwerenowi. Służyli w wojsku bez żadnych ograniczeń, składali dziakło, czyli „daninę w naturze”, oraz świadczyli liczne usługi – od prac przy sianokosach po prace przy naprawie i umacnianiu fortyfikacji. Kilka potężnych rodów stojących u szczytu drabiny społecznej – Ostrogscy, Radziwiłłowie czy Sapiehowie – chlubili się tytułem kniazia, czyli księcia. Najpotężniejsi rządzili całymi prowincjami jako suwerenni władcy, w stylu wielkich panów kresowych Mniejsze rody otrzymywały swe włości jako ziemie lenne nadawane przez wielkiego księcia. U dołu drabiny znajdowały się liczne rzesze szlacheckiej klienteli, której przysługiwał tytuł bojarów, „wojowników”; były wśród nich rodziny bardzo zamożne, ale także służba domowa i drobni najemnicy. Pośrodku znajdowała się grupa panów, którzy cieszyli się szczególnymi przywilejami w zakresie służby wojskowej. Niektórzy z nich – jak na przykład Kieżgajłło – zdobywali pozycje równe książętom. Za panowania wielkiego księcia Witolda (1401-30), który starał się scentralizować państwo litewskie, a nawet doprowadzić do swej koronacji na króla, samowolę potężniejszych rodów szlacheckich stanowczo ukrócono. Tytuły książęce przysługiwały albo dożywotnio, albo też mogły być dziedziczone wyłącznie w linii męskiej. Nowe nadania ograniczano na ogół do uchodźców z Rosji. Jednocześnie upowszechniało się i umacniało zbiorowe pojęcie stanu szlacheckiego. W 1387 r. bojarom przyznano prawo własności majątków rodowych oraz swobodę zawierania małżeństw bez zgody pana. W 1413 r. na mocy unii w Horodle prawo własności rozszerzono na ich ziemie lenne. Bojarów katolickich zaproszono do przystąpienia do polskich rodów herbowych. Od 1434 r. podczas pertraktacji o przywileje polityczne książęta i bojarzy byli traktowani jako jeden stan społeczny; w r. 1447 zadośćuczyniono ich żądaniom o zrównanie prawne ze szlachtą polską.

Mimo to książęta zdołali utrzymać w pewnym stopniu własną supremację. Opanowali proces „adopcji” herbowej, który – w wyraźnym kontraście do jego egalitarystycznej funkcji w Polsce – stał się narzędziem do wprowadzenia dawnego hołdu w nowym przebraniu. Zdobyli władzę zwłaszcza nad szlachtą Rusi, dla której prawosławne wyznanie stało się zdecydowaną przeszkodą. W dziedzinie sądownictwa zachowali niezależność aż do czasu drugiego Statutu litewskiego z r. 1566, na który zgodzili się, podejmując w ten sposób daremną próbę przeciwstawienia się dążeniu bojarów do sfinalizowania nadchodzącej unii konstytucyjnej z Polską. Gdy unia lubelska ostatecznie wprowadziła zasadę równości wobec prawa nie tylko polskiej i litewskiej szlachty, ale także w obrębie samego stanu szlacheckiego na Litwie, rody książęce nie doznały poważniejszego uszczerbku. Natychmiast uplasowały się w pierwszych szeregach magnaterii Rzeczypospolitej: równi w obliczu prawa, ale bynajmniej nie równi pod względem wpływów politycznych, społecznych i gospodarczych.

xxx

Stan wyjściowy na krótko przed unią personalną wyglądał tak, że Polska była państwem europejskim, wprawdzie peryferyjnym, ale europejskim, ze w miarę zrównoważonymi stanami i silną władzą królewską. Natomiast Wielkie Księstwo Litewskie było państwem, w którym potężni książęta rządzili całymi prowincjami. Było więc to państwo bez silnej władzy centralnej. Był to zapewne spadek po rozbiciu dzielnicowym Rusi Kijowskiej. By scalić tak odrębne byty, trzeba było wielu zabiegów. W Polsce trzeba było uprzywilejować jeden stan kosztem chłopstwa i mieszczaństwa, a na Litwie – kosztem rodów książęcych. Cały więc wysiłek poszedł w kierunku stworzenia państwa bez silnej władzy centralnej, czyli ze słabym królem.

W związku z tym rodzi się pytanie: po co była ta unia? Skoro Polska miała uregulowane z Krzyżakami wszelkie sporne kwestie, to nie stanowili oni dla niej zagrożenia. I w jaki sposób nowe państwo, które szykowano, miało obronić się przed wrogami, skoro miało to być państwo bez silnej władzy centralnej, a więc z założenia słabe. Jeden z punktów programu politycznego panów małopolskich to wprowadzenie zasady elekcyjności tronu. Skoro więc świadomie dążono do stworzenia słabego państwa, to znaczy, że cel był zupełnie inny, niż obrona przed zagrożeniem ze strony Krzyżaków czy Moskwy.

W jakim celu połączono państwa o odmiennych wyznaniach? Łączenie katolicyzmu z prawosławiem, to jak łączenie wody z ogniem. Takie państwo z założenia nie może normalnie funkcjonować. Ale jakie pole do kreowania konfliktów i antagonizmów narodowych i religijnych! Skutki tego odczuwamy do dziś.

A może był jakiś ukryty cel? Począwszy od XV wieku trwa właśnie nieustanny napływ Żydów do Polski. Jak bardzo korzystny grunt prawno-materialny stworzyły dla Żydów przywileje udzielone przez władzę potrzebującą pieniędzy – świadczą dane demograficzne: w ciągu trzech kolejnych (XV-XVII) wieków liczba Żydów w Polsce wzrasta pięćdziesięciokrotnie. – Marian Miszalski – Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Jeśli więc dziś ktoś chce łączyć dwa upadłe państwa w jedno upadłe państwo, to jaki ma w tym cel? Przecież nie obrona przed Rosją.

Eksperyment wołyński II

W roku 2000 pojawił się utwór Ściernisko (Ściernisco) zespołu Golec uOrkiestra. Słowa refrenu brzmiały: Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco, a tam, gdzie to kretowisko, będzie stał mój bank. Od tamtego momentu minęły 23 lata i dziś, parafrazując słowa tego przeboju, można zanucić: Tu na razie jest ściernisko, ale będzie ukrainisko, a tam, gdzie to kretowisko, będzie banderland. Brzmi to niewesoło, ale wszystko wskazuje na to, że taki scenariusz jest realizowany od samego początku wojny na Ukrainie, a Polska stała się miejscem masowego, starannie zaplanowanego i konsekwentnie realizowanego przesiedlania Ukraińców.

Na kanale „Myśl Polska” w odcinku „Przegląd prasy” z 22 sierpnia jeden z komentujących omawia artykuł wstępny tygodnika „Do Rzeczy” Lisickiego Nr 34/541 21-27 sierpnia 2023 „Najsilniejsza armia w Europie” i przez moment pojawia się na ekranie (6:58) okładka tego tygodnika, a na niej wielkimi literami „Polska polsko-ukraińska? Na naszych oczach nasze państwo staje się dwunarodowe”. Komentujący, jak i prowadzący ten przegląd, nawet nie zająknęli się na ten temat. Taka to „Myśl Polska”. W związku z tym kupiłem sobie wersję papierową tego tygodnika i dowiedziałem się, że tematem tygodnia są w nim dwa artykuły: Polska dwunarodowa i Żyć jak Ukrainiec w Polsce.

Poniżej fragmenty artykułu Jana Fiedorczuka Polska dwunarodowa:

Ukraińcy w Polsce przestali być po prostu jedną z wielu mniejszości narodowych, stając się kimś pośrednim między gościem a gospodarzem. To z kolei każe się zastanowić, czy przypadkiem Polska, bez zgody samych Polaków, nie została przekształcona w państwo dwunarodowe.

Zmiana struktury narodowościowej polskiego społeczeństwa będzie zapewne najtrwalszym, choć niezamierzonym dziedzictwem rządów PiS. Gdy w 2022 r. wielu intelektualistów widziało w ukraińskiej migracji zalążek nowej wielonarodowej Rzeczypospolitej, w „Do Rzeczy” staraliśmy się tonować ten entuzjazm, wskazując na wiele konsekwencji, z jakimi będzie musiała się zmierzyć nasza wspólnota. Już wtedy podkreślaliśmy, że jeżeli nie będziemy traktować Ukraińców jako tymczasowych gości, którym należy się pomoc w obliczu rosyjskiej inwazji, tylko będziemy chcieli ich wyzyskiwać do wewnętrznej polityki, to skutki mogą być nieprzewidywalne.

Węzeł gordyjski

Naczelnym problemem pozostaje brak długofalowej strategii związanej z napływem uchodźców. Specustawa dawała im prawo do 18 miesięcy legalnego pobytu w Polsce oraz wiele szczególnych udogodnień (m.in. dostęp do usług publicznych, wsparcie finansowe, wstęp na rynek pracy na specjalnych zasadach), jednak Sejm uchwalił jakiś czas temu nowelizację prawa, która przedłuża ten termin do 4 marca 2024 r. Poniekąd trudno dziwić się rządowi, że podjął takie rozwiązanie, gdyż obecnie mamy do czynienia z „narodowościowym węzłem gordyjskim” – w związku z wojną nie sposób uchodźców po prostu odesłać do ich domów. Polskie władze mogą zatem albo radośnie obwieścić, że będą budować Rzeczpospolitą wielonarodową, albo zapewniać, że nadal reprezentują stronnictwo narodowe patriotyczne i regularnie po cichu przedłużać milionom przybyszów prawo pobytu na kolejne lata. Prowizorka bywa najtrwalszym rozwiązaniem.

Jak czytamy w najnowszym raporcie Fundacji EWL oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, prawie połowa Ukraińców przebywających obecnie w Polsce planuje starać się o pobyt stały lub tymczasowy.

Rosyjska inwazja uruchomiła nad Wisłą wiele procesów, nad którymi władze już nie panują. Wybuch wojny doprowadził nie tylko do napływu miliona uchodźców, lecz także do zmiany nastrojów wśród Ukraińców, którzy przyjechali jeszcze przed wojną – w obliczu ostatnich wydarzeń coraz częściej przyznają, że nie mają zamiaru wracać do ojczyzny. Już w zeszłym roku Fundacja WiseEuropa opublikowała raport „Gościnna Polska 2022+”, w którym oznajmiono, że „bez względu” na wynik wojny oraz jej konsekwencje […] Polska stanie się krajem dwunarodowym.

Warto pamiętać, że sprawa Ukraińców nie jest jedynym problemem, z którym się mierzymy. Z jednej strony mamy rzeczony brak strategii związanej z milionową grupą uchodźców; z drugiej – rekordową liczbę imigrantów zarobkowych z Azji i Afryki, których w ostatnich latach wpuścił rząd; z trzeciej – wyraźne dążenie Brukseli, aby z imigracjonizmu zrobić nową oficjalną doktrynę Unii Europejskiej, co z kolei musi de facto oznaczać wyjęcie kwestii bezpieczeństwa granic spod prerogatyw państw członkowskich.

Wieloaspektowość tego problemu każe postawić pytanie, czy przypadkiem publicyści – od Tomasza Terlikowskiego, przez Michała Szułdrzyńskiego, do Jerzego Marka Nowakowskiego – którzy z radością wieszczyli zmierzch polskiego państwa narodowego, nie mieli racji. A jeżeli tak, to cóż to oznacza dla nas?

Zmiana klimatu

Sondaż przeprowadzony przez LAB badawczy Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie na przełomie maja i czerwca wskazuje, że większość Polaków jest przeciwna ofiarowaniu darmowego zakwaterowania i wyżywienia ukraińskim uchodźcom.

Jeszcze ciekawiej wypadły badania IRCenter we współpracy z agencją Newseria z lipca, z których wynika, że zdaniem 50 proc. Polaków rząd troszczy się bardziej o Ukraińców niż o własnych obywateli, a co trzeci badany jest zdania, że Ukraińcy zabierają Polakom pracę oraz miejsca w szkołach i placówkach medycznych.

Partia ukraińska?

14 kwietnia 2023 r. Sejm przegłosował zmianę ustawy o służbie cywilnej, co spowodowało uelastycznienie zatrudnienia cudzoziemców m.in. w ministerstwach i urzędach wojewódzkich.

Dla dyrektorów generalnych może to być kłopotliwe, bo przepisy są nieostre. Łatwo narazić się na zarzut, że dopuścili cudzoziemców do pracy na stanowiskach, które nie powinny być dla nich przeznaczone – komentował w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” Robert Barabasz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Urzędzie Wojewódzkim w Łodzi. Dodał, ze jeżeli okaże się, iż zatrudniony w urzędzie obcokrajowiec działał na rzecz obcych służb, to winę poniesie osoba odpowiedzialna za politykę kadrową.

To kolejny krok, który potwierdza, że rząd nie traktuje imigrantów jako tymczasowych gości, ale trwały element polskiego krajobrazu społecznego. Dlaczego Zjednoczona Prawica zdecydowała się na taką nowelizację? Odpowiedź jest prosta – brakuje wykwalifikowanych pracowników, którzy chcieliby podjąć pracę w urzędach. Cudzoziemcy mają rozwiązać ten problem. Odkąd rozpoczęła się rosyjska inwazja, coraz częściej słyszymy o takim instrumentalnym traktowaniu migrantów. To migranci wypełnią lukę na rynku pracy, migranci uratują demografie, migranci postawią na nogi system emerytalny.

W związku z wtłoczeniem w polski organizm ponad miliona uchodźców społeczność ukraińska nad Wisłą wzrosła do 3 mln. Ta diametralna zmiana została przez wielu intelektualistów przywitana entuzjastycznie – jako szansa na odbudowę wielonarodowej I Rzeczypospolitej i zbudowanie regionalnego mocarstwa. Publicysta „Sieci” Marek Budzisz pisał o powołaniu federacji polsko-ukraińskiej, Tomasz Terlikowski przekonywał, że wieloetniczna Rzeczpospolita mogłaby być spoiwem nowoczesnego konserwatyzmu, a prezydencki doradca prof. Andrzej Zybertowicz dywagował nad tym, czy koncepcja unii polsko-ukraińskiej „nie mogłaby być wspaniałą przygodą (sic!) dla pokolenia młodych ludzi”.

Najdalej w tego typu fantazjach poszedł jednak były ambasador na Łotwie i w Armenii – Jerzy Marek Nowakowski, który postulował, aby uchodźcy nie asymilowali się z Polakami, aby ich dzieci i wnuki nie stały się Polakami, tylko żeby się „integrowali”, zachowując swoją narodową tożsamość, a nawet wzmacniając ją poprzez tworzenie wielu organizacji stricte ukraińskich separujących obie społeczności. Przytaczam tutaj pomysł Nowakowskiego, ponieważ nie jest wykluczone, że na naszych oczach obserwujemy w jakimś zakresie realizację właśnie takiego scenariusza. Mówimy o trzymilionowej społeczności. Skoro polskie władze nie potrafią sformułować żadnych ram dotyczących ich dalszego losu, to nie można wykluczyć, że sami zaczną organizować się w swoim własnym gronie.

Liczebność mniejszości ukraińskiej w Polsce powoduje, ze w naturalny sposób pojawi się pokusa politycznego zorganizowania się i zdyskontowania swojej pozycji. Polsko-ukraińska aktywistka Natalia Panczenko pytana już kilka miesięcy temu w rozmowie z RMF FM, czy powinna powstać ukraińska partia w Polsce, przyznała: „Ktoś powinien nas reprezentować”. Nawet jeżeli przyjmiemy, że tylko połowa z 3 mln Ukraińców to ludzie pełnoletni, to i tak ewentualna siła wyborcza tej grupy – jeżeli oczywiście sami Ukraińcy uzyskaliby obywatelstwo polskie, a zarazem prawa wyborcze – byłaby olbrzymia.

Dla przykładu: w 2015 r. ruch Pawła Kukiza (trzecia siła w Sejmie) miał mniejszą liczbę głosów (1,3 mln) od tej, którą mogą dysponować Ukraińcy. Marek Migalski na łamach „Wyborczej” sugerował, że taka partia mogłaby liczyć nawet na 15 proc. poparcia. Opłakane konsekwencje dla stabilności społecznej i politycznej wydają się oczywiste. Partia ukraińska, gdyby doszło do jej powstania, stałaby się koniecznym koalicjantem i znacząco ważyłaby na polityce rządu.

Były rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar apelował już wiele miesięcy temu, aby pozwolić Ukraińcom głosować w wyborach samorządowych. „Obywatele Ukrainy uczestniczą w życiu społeczności lokalnej, pracują, płacą podatki, wychowują dzieci. Nie ma powodów, by nie mogli mieć wpływu na wybór władz lokalnych” – pisał na łamach „Wyborczej”. Rzecz w tym, że nie dyskutujemy o jakiejś abstrakcyjnej grupie ludzi albo o marginalnej grupce obcokrajowców uczestniczących w życiu lokalnej wspólnoty, tylko o 3 mln Ukraińców, z których prawie połowa ma status uchodźcy, a więc niejako „w zawieszeniu” i docelowo powinna wrócić do własnego kraju. Przyznawanie im prawa do głosowania w wyborach nie tylko utrwala wspomniany na początku węzeł gordyjski, lecz także otwiera furtkę do kolejnych roszczeń.

Państwo dwunarodowe

Fundamentalna różnica między państwem narodowym a pozostałymi modelami organizacji życia społecznego polega na tym, że ten pierwszy model opiera się na zasadzie wspólnotowej, czyli dysponujemy jasnym wskazaniem podmiotu odgrywającego rolę gospodarza. Modele wielonarodowe albo anarodowe odrywają się od tegoż rozróżnienia gospodarz – gość, przez co władza zostaje wystawiona na łup wąskich elit, kosmopolitycznych oligarchii, wielkich organizacji i korporacji.

W czasach współczesnych model wielonarodowy był już raz testowany na polskich ziemiach – po odzyskaniu niepodległości, gdy ok. jednej trzeciej obywateli należało do mniejszości narodowych. Rezultatem tego były grasujące bojówki (polskie, ukraińskie, żydowskie), zamach na Pierackiego, zwycięstwo i zabójstwo Narutowicza, destabilizacja kraju etc. Nawet jeżeli obecnie czasy diametralnie się różnią od międzywojnia, to jest to po stokroć bardziej adekwatne porównanie niż czasy I Rzeczypospolitej.

Z przywołanych wcześniej badań LAB badawczego Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie wynika, że w ostatnich miesiącach zdecydowanie wzrosła liczba osób domagających się, by Ukraińcy wrócili do swojego kraju po zakończeniu wojny – na przełomie maja i czerwca taką opinię wyrażało ok. 70 proc. Polaków. Biorąc pod uwagę, że z biegiem czasu ten trend prawdopodobnie będzie się jedynie nasilał, można postawić tezę, że rządzący przygotowali grunt pod budowę dwunarodowego państwa wbrew własnym intencjom i wbrew własnemu społeczeństwu.

Autor kończy swój artykuł takim wnioskiem:

Wydaje się że jedynie zakończenie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego mogłoby przybliżyć nas do wypracowania jakiegokolwiek rozwiązania w sprawie uchodźców. Bez względu na złożoność problemów od rządu i opozycji powinniśmy wymagać długofalowego planu, jak rozwiązać obecny węzeł gordyjski. Pierwszym krokiem mogłoby być choćby przyznanie przez polskie władze, że taki problem w ogóle istnieje. Zignorowanie tego zagadnienia będzie miało opłakane skutki nie tylko dla Polaków, lecz także samych Ukraińców.

xxx

Z kolei Zuzanna Dąbrowska w artykule Żyć jak Ukrainiec w Polsce pisze m.in.:

Wsparcie socjalne, liczne inicjatywy kulturowe, swoboda w celebrowaniu własnej historii i tożsamości. Polska jest dziś bezpiecznym schronieniem i dobrym miejscem do życia dla licznej mniejszości ukraińskiej.

Stworzenie homogenicznego i bezpiecznego środowiska dla najmniejszych i najbardziej bezbronnych ludzi. Dzieci otoczone swoim językiem, swoimi zwyczajami, znanymi sobie gestami, dźwiękami, piosenkami i zabawami mogą poczuć się u nas swobodnie i bezpiecznie – tak o swojej działalności pisze ukraińskie niepubliczne przedszkole Maleńka Karina, które funkcjonuje od października 2022 r. w Szczecinie. Placówka powstała jako inicjatywa oddolna. Korzysta z subwencji oświatowej. Do przedszkola uczęszcza 75 dzieci z rodzin uchodźców. Zatrudnieni są w nim Ukraińcy. Założyciele placówki podkreślają, że nie chcą się odcinać od otoczenia, ale z nim integrować. W tym celu zorganizowali piknik integracyjny dla sąsiadów, warsztaty dla dzieci z sąsiedztwa oraz wieczorki degustacyjne kuchni ukraińskiej. Wskazują, że dopiero nabierają rozpędu.

Szkoła po ukraińsku

Aparat państwa stoi frontem do uchodźców. Portal gov.pl ma swoją wersję ukraińską – „Stronę dla obywateli Ukrainy” – a tam wszystkie najważniejsze informacje: „uzyskaj numer PESEL; pomoc prawna; uzyskaj jednorazowe świadczenie pieniężne”. Chodzi o 300 zł, które uciekinier wojenny może otrzymać na pokrycie pierwszych najpilniejszych wydatków. „Dowiedz się, jak to zrobić – instruktażowy film wideo” – z tego nagrania Ukrainiec uzyska informacje, dokąd się udać i jakie dokumenty złożyć. Jednak 300 zł na początek to niejedyne świadczenie socjalne, jakie może uzyskać uchodźca. „500+ przysługuje Ci na dziecko do ukończenia przez nie 18 lat, gdy jesteś obywatelem Ukrainy albo małżonkiem obywatela Ukrainy, który pod 23 lutego 2022 przybył wraz z dzieckiem z Ukrainy do Polski w związku z działaniami wojennymi” – wskazano na stronie rządowej. Od stycznia będzie to już 800 zł miesięcznie.

Przybysze mogą też uzyskać wsparcie w ramach Rodzinnego Kapitału Opiekuńczego. To w sumie 12 tys. zł na drugie i każde kolejne dziecko od ukończenia 12. do 36. miesiąca życia. Warunkiem, podobnie jak w przypadku 500+, jest przekroczenie granicy w związku z rosyjską agresja. Urzędy największych miast w Polsce, m.in. Warszawy, Wrocławia i Poznania, udostępniają usługi w języku ukraińskim. Standardem jest strona internetowa po ukraińsku. Rzadziej funkcjonują specjalne infolinie oraz godziny przyjęć w tym języku.

Rok szkolny w ukraińskich szkołach, działających w Warszawie, Krakowie oraz we Wrocławiu, ukończyło w maju 15 562 uczniów. „Nauka według zwykłego programu, ze znanymi przedmiotami, łączy ich z domem. Przedmioty są nauczane przez ukraińskich nauczycieli w zrozumiałym dla nich języku – stwarza to atmosferę stabilności, której pilnie potrzeba teraz. Program ukraiński zapewnia ciągłość procesu edukacyjnego – nie ma potrzeby dostosowywania się do języka obcego i nowego programu” – informuje fundacja Niezniszczalna Ukraina, która dofinansowanie na placówki, funkcjonujące od marca 2022 r. otrzymała z UNICEF i Save the Children International. W minionym roku szkolnym fundacja otworzyła w 12 polskich miastach oddziały przygotowawcze Szkoły Przyszłego Pierwszoklasisty – zerówki dla dzieci, które we wrześniu pójdą do pierwszej klasy (skorzystało z nich 1,2 tys. dzieci) oraz klasy przygotowawcze do NMT, czyli Krajowego Testu Wieloprzedmiotowego (110 uczniów). NMT to tymczasowa forma oceniania, wprowadzona zamiast ZNO (Niezależny Test Zewnętrzny) najstarszych uczniów, którzy kończą szkołę średnią, stanowiącą odpowiednik polskiej matury. W placówkach tych zatrudnienie znajdą ukraińscy nauczyciele. W maju 2022 r. było to 65 osób, a w 2023 r. już 194. Od września za naukę trzeba będzie płacić, ponieważ środki od darczyńców są na wyczerpaniu.

Konkurencja w biznesie

Polski Instytut Ekonomiczny wyliczył, że w 2022 r. Ukraińcy założyli w Polsce blisko 16 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli 6 proc. wszystkich założonych działalności. Tymczasem w pierwszym półroczu tego roku przybyło ich blisko 14 tys. Oznacza to, że niemal co 10. zakładana w Polsce firma była ukraińska. „Od wybuchu wojny w Ukrainie do końca czerwca 2023 r. w bazie CEIDG zarejestrowano 29,4 tys. ukraińskich jednoosobowych działalności gospodarczych. Wśród branż dominują budownictwo, informacja i komunikacja, a także usługi” – podaje PIE.

Na zakończenie autorka pisze:

Działanie dużej i dobrze zorganizowanej mniejszości ukraińskiej w Polsce, choć na razie z pewnością nie na masową skalę (być może jeszcze), staje się zarzewiem pojedynczych sporów. W marcu na krakowskim rynku protestowali Ukraińcy, których bliscy przebywają w rosyjskiej niewoli. Uczestnicy protestu mieli ze sobą transparent z napisem: „Ołeniwka” (ukraińska wieś w obwodzie chmielnickim, w której Rosjanie utworzyli tzw. obóz filtracyjny dla członków Pułku „Azow”). Problem w tym, że miał on barwy czerwono-czarne, czyli odwołujące się zbrodniczego wobec Polaków ukraińskiego nacjonalizmu.

xxx

Jednym zdaniem Jan Fiedorczuk w swoim artykule Polska dwunarodowa zaprzeczył wszystkim swoim wywodom i analizom, ale właśnie za to zdanie należy mu się duży plus. To zdanie to:

Już w zeszłym roku Fundacja WiseEuropa opublikowała raport „Gościnna Polska 2022+”, w którym oznajmiono, że „bez względu” na wynik wojny oraz jej konsekwencje […] Polska stanie się krajem dwunarodowym.

Za tą fundacją zapewne kryją się potężne siły i to one zdecydowały o przesiedleniu do Polski milionów Ukraińców. A skoro tak, to nie ma żadnego węzła gordyjskiego, a rząd milczy i po cichu wykonuje polecenia możnych tego świata. Nie może przecież oświadczyć, że zmieni swój stosunek do Ukraińców i wstrzyma masowe przesiedlenia, bo wie, że nie może tego zrobić. Również lobby ukraińskie w Polsce o niczym nie decyduje. Tak samo wykonuje polecenia tych potężniejszych. Czym zatem jest to przeklęte miejsce, w którym nigdy nie może być normalnie?

Z przedmowy do wydania angielskiego książki Boże igrzysko Norman Davies pisał:

»Zdziwienie niektórych czytelników wywołać może tytuł książki God’s Playground. Jest to jedna z kilku możliwych angielskich wersji starego polskiego wyrażenia, które po raz pierwszy pojawiło się około r. 1580 jako tytuł fraszki Kochanowskiego Człowiek boże igrzysko, gdzie jest powszechnie uznawane za kalkę pila deorum (zabawka Boga – przyp. W.L.) Plautusa. Przymiotnik „boże” w kontekście pogańskim odnosi się do „bogów”, w kontekście chrześcijańskim zaś do „Boga”. Wyraz „igrzysko”, będący formą pochodzącą od czasownika „igrać”, można tłumaczyć różnorako – jako „igraszkę” lub „zabawkę” (a więc coś, co służy do zabawy) lub jako „komedię” lub „dramat” (coś, co się odgrywa); może ono wreszcie oznaczać (…) „scenę” czy „boisko” ( a więc miejsce gdzie gra się toczy). W tym ostatnim znaczeniu wyraz ten pojawia się kilkakrotnie w polskiej literaturze, można go więc trafnie użyć w odniesieniu do kraju, gdzie los często płatał złośliwe sztuczki i gdzie żywe poczucie humoru było zawsze jednym z podstawowych elementów podręcznego wyposażenia w walce o narodowe przetrwanie.«

Jeśli tak zdecydowano, że Polska ma być krajem dwunarodowym, to znaczy, że zdecydowano też o podziale Ukrainy, o podziale, który dopiero nastąpi, a nie o tym, z czym mamy obecnie do czynienia. W przeciwnym razie masowe przesiedlenia nie miałyby sensu. Mamy więc do czynienia z eksperymentem wołyńskim, tyle że tym razem w skali całego państwa, a nie – jednego województwa. Bo nie łudźmy się, tu nie chodzi o państwo dwunarodowe, tu będzie państwo z dominującą pozycją Ukraińców, którymi będzie kierował naród wybrany.

Jerzy Sebastian Lubomirski

Czasem tak zastanawiam się, czy kabała nie jest czymś, co pozwala na ostateczne wyjaśnienie wszelkich tajemnic tego świata. Słowo „kabała” ma wiele znaczeń: 1. wróżenie z kart, z ręki, z liczb, znaków itp.; wróżba. 2. pot. trudne położenie, kłopoty, tarapaty. 3. rel. zbiór doktryn rozwiniętych w judaizmie średniowiecznym, zajmujących się metafizycznymi rozważaniami na temat istoty Boga oraz kwestią powstania świata i stworzeń, uznających hierarchię istot pośrednich między Bogiem a stworzeniem i wędrówkę dusz ku Bogu. 4. tajny, mistyczny wykład Biblii.

Kabaliści wierzyli, że pewne kombinacje liter, słów i liczb biblijnych są wyrazem jakichś nadziemskich idei. Zasady symboliki liczb przejęli m.in. od pitagorejczyków, dla których np. liczna 10 oznaczała doskonałość wszechświata. – To fragment z objaśnień do powieści Jana Potockiego Rękopis znaleziony w Saragossie. A sam Potocki pisze:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.”

Tak mi się to skojarzyło, gdy przeglądałem i zbierałem informacje o Lubomirskim do tego bloga. I dwie daty mnie zastanowiły. Pierwsza, to rok urodzenia – 1616 i druga, to bitwa pod Mątwami – 1666. W tym samym roku miał też miejsce wielki pożar Londynu. Nie tylko sama data bitwy pod Mątwami skłania do refleksji, ale też rzeź, jakiej tam dokonano. Kością niezgody pomiędzy królem Janem Kazimierzem a Lubomirskim było to, że król chciał zreformować ustrój, czyli chciał wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, polegającej na tym, że następcę wybiera się jeszcze za życia panującego króla, a Lubomirski bronił interesów szlachty, która była przeciwna wprowadzeniu monarchii absolutnej. Ale chyba wypada zacząć od początku, od wybranych informacji z Wikipedii:

Jerzy Sebastian Lubomirski hrabia na Nowym Wiśniczu i Jarosławiu herbu Szreniawa bez Krzyża (ur. 20 stycznia 1616 w Wiśniczu, zm. 31 stycznia 1667 we Wrocławiu) – hetman polny koronny od 1657 roku, marszałek wielki koronny od 1650 roku, marszałek nadworny koronny w 1650 roku, marszałek sejmu zwyczajnego w Warszawie w 1643 roku, wicemarszałek Trybunału Głównego Koronnego w 1641 i 1645 roku, starosta perejasławski w latach 1660–1667, kazimierski w latach 1656–1667, olsztyński w latach 1654–1667, przemyski w 1652 roku, starosta krakowski w latach 1646–1664, starosta chmielnicki w latach 1645–1665, sądecki w latach 1637–1646, grybowski w latach 1636–1646, lipnicki w latach 1622–1663, dobczycki w latach 1622–1649, starosta niżyński w 1652 roku, pułkownik wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 i 1652 roku, rotmistrz wojska powiatowego województwa krakowskiego w 1648 roku.

Tłumacz, pisarz polityczny i mówca. Jako jeden z niewielu arystokratów nie złożył hołdu Karolowi Gustawowi. Postać wysoce kontrowersyjna, w 1665 roku wszczął rebelię przeciwko Janowi Kazimierzowi w obronie demokracji szlacheckiej jako przywódca rokoszu.

Edukacja i podróże

Pierwszym nauczycielem Jerzego Sebastiana był dominikanin Jan Charzewski, który udzielał mu lekcji na rodzinnym dworze. W 1626 roku wysłano go do Kolegium Nowodworskiego (św. Anny) przy Akademii Krakowskiej. W 1629 roku wyruszył z bratem Aleksandrem kształcić się za granicę. Pierwszym celem była uczelnia jezuitów w Ingolstadt. Od końca 1631 pobierali nauki na Uniwersytecie w Lowanium w Niderlandach Hiszpańskich. W roku 1633 przebywali na Uniwersytecie w Lejdzie. Później odwiedził Anglię i Francję, gdzie przyjął go na audiencji kardynał Richelieu. Następnie odwiedził Hiszpanię, gdzie z kolei był na audiencji na dworze królewskim. Na końcu odwiedził Włochy. W czasie tych podróży poznawał sztukę fortyfikacyjną, uczył się retoryki, gramatyki, matematyki, języków, a w kontaktach z zagranicznymi możnymi nabierał ogłady towarzyskiej. W 1636 wrócił do kraju.

Obrońca szlachty

Na sejmach i sejmikach często wypowiadał się w duchu przyjaznym szlachcie. Kolejne zwycięstwa wojenne również przysparzały mu popularności. Jerzy Sebastian Lubomirski był bardzo popularny wśród szlachty. W swoich dobrach nadawał specjalne uprawnienia nie tylko wysoko urodzonym, ale również zwykłym poddanym. Był tolerancyjny, starał się demokratyzować życie społeczne i gospodarcze. W 1655, w chwili objęcia Janowa Lubelskiego, nadał uprawnienia sądowe i gospodarcze poddanym Żydom.

Lubomirski był również zdecydowanym przeciwnikiem wojny z Turcją, co dodatkowo przysparzało mu poparcia. Wybór na stanowiska sejmowe świadczy o dużej popularności młodego Lubomirskiego oraz poparciu, jakim darzyła go szlachta.

Konflikt z królem

Na rok 1650 datuje się początek jego konfliktu z królem Janem Kazimierzem. Jerzy Lubomirski w 1650 roku zaatakował Hieronima Radziejowskiego za korupcję. Podobnie sprzeciwiał się królewskiemu i poselskiemu projektowi dewaluacji polskiej monety. Problemu dopełnił osobisty zatarg z Danielem Żytkiewiczem – instygatorem koronnym (odpowiednik współczesnego prokuratora generalnego – przyp. W.L.). Rok później Lubomirski, aby zażegnać powstały spór, zdecydował się na przeproszenie króla oraz zwrot kopalni soli „Kunegunda” w Sierczy. Po raz kolejny książę wykazał się oddaniem dla kraju, rezygnując z prywatnych ambicji obalenia króla, chociaż posiadał środki i możliwości wystarczające ku temu.

Inna teoria głosi, że konflikt wybuchł o rękę wdowy po A. Kazanowskim – zabiegał o nią Lubomirski, a otrzymał ją Hieronim Radziejowski, skąd późniejsza krytyka na forum publicznym. Następnie obraził się znowu na króla, bo nie otrzymał stanowiska kanclerza wielkiego koronnego po zmarłym Jerzym Ossolińskim, ani nawet starostwa po zmarłym.

Negocjacje międzynarodowe

Lubomirski doskonale znał zwyczaje panujące na ościennych dworach. W arkana międzynarodowej polityki został wprowadzony podczas pierwszych podróży zagranicznych. Od 1643 roku negocjował z nuncjuszem papieskim w sprawie wojny przeciwko Turcji, której był przeciwnikiem. Wielokrotnie prowadził rozmowy z chanem tureckim, których celem było odsunięcie od Polski niebezpieczeństwa wojny.

Następnie jako marszałek nadworny negocjował z posłami moskiewskimi. Lubomirski twardo bronił interesów Rzeczypospolitej, co doprowadziło do zatargu. Sytuacja na linii Kraków – Moskwa zaostrzyła się. Lubomirski wyszedł z rozmów zwycięsko, dał się poznać jako twardy negocjator, dzięki czemu opinia publiczna była ponownie po jego stronie.

W 1654 oraz w 1655 roku (jako ambasador) Lubomirski prowadził rokowania z dworem wiedeńskim na polecenie Jana Kazimierza, jednak nie przyniosły one pożądanego efektu. Gdy rozpoczął się potop szwedzki, Lubomirski znajdował się w swoich dobrach na Spiszu. Jako jeden z niewielu polskich arystokratów nie złożył przysięgi na wierność Karolowi X Gustawowi, królowi Szwecji, ale wytrwał jako poddany Jana Kazimierza. Udzielił schronienia królowi na zamku w Lubowli.

Odegrał kluczową rolę podczas wypierania najeźdźców z terenów Polski, jednocześnie od 1657 roku pełniąc rolę głównego negocjatora z obozem wroga. Jego zasługi i poparcie zostały ponownie nagrodzone. Książę został obrany hetmanem polnym podczas zjazdu senatorów na Jasnej Górze, nawet wbrew sugestii króla.

Lubomirski prowadził również prywatną politykę. Jego posłowie byli obecni na wszystkich sąsiednich dworach. Mieli nie tylko prowadzić rozmowy i pertraktacje, ale również pełnili funkcje wywiadowcze, dzięki czemu został ostrzeżony o planowanym zamachu na własne życie. Książę pozostał bardzo aktywny w polityce zagranicznej do końca swojego życia.

Zatarg z królem

W styczniu 1652 w Warszawie podczas zbrojnego zatargu Hieronima Radziejowskiego z Jerzym Bogusławem Słuszką, mającego miejsce pod bokiem króla (co stanowiło sprawę „gardłową”), Lubomirski zaniedbał swe obowiązki marszałkowskie do których należało ochranianie rezydencji królewskiej i niedopuszczanie do zajść.

Na pierwszym z Sejmów odbytych w 1654 razem z Januszem Radziwiłłem, Janem Leszczyńskim i Krzysztofem Opalińskim zawiązał koalicję, mającą charakter antykrólewskiego spisku.

Inna teoria głosiła, że wzrastające wpływy Lubomirskiego przysparzały mu wielu wrogów. W 1663 znowu ujawnił się spór magnata z królem. Lubomirski był przeciwny planom wzmocnienia władzy królewskiej i elekcji vivente rege, ciągle miał też w pamięci stare zatargi z królem. Hetman poparł też i utrzymywał kontakty z wojskową konfederacją „Święconą”. W 1664 roku senatorowie z wpływowych rodzin postanowili zorganizować pokazowy proces Lubomirskiemu. Chociaż szlachta na sejmikach sprzeciwiała się przyjęcia pozwu, Senat zdecydował o zwołaniu sądu nad Lubomirskim. Sąd był stronniczy, nie brał pod uwagę racji oskarżenia, jego jasno określonym zadaniem było skazanie księcia – hetmana. Lubomirski był oficjalnie oskarżony o planowanie obalenia króla, ale odmówiono mu wydania dokumentów procesowych. Większość senatorów przegłosowała skazanie arystokraty na „utratę czci, życia i wszystkich dóbr”. Nie pomogły nawet próby zerwania sejmu, podczas którego odbywał się sąd. Wyrok wydano 29 grudnia 1664: za podburzanie szlachty przeciw królowi, próbę przejęcia władzy, zdradę stanu, przekupstwa został skazany na karę śmierci, konfiskatę dóbr i utratę czci. Szlachta oskarżała go także o złamanie równości szlacheckiej, bo od 1653 tytułował się księciem Rzeszy.

Lubomirski zdecydował się na wyjazd z kraju. Na terenie Polski jego agenci i stronnicy ciągle podburzali szlachtę i zabiegali o poparcie dla niego. Na wygnaniu ciągle podburzał szlachtę inspirując zerwanie sejmu w 1665 oraz pozyskiwał popleczników. Lubomirski schroniwszy się na cesarskim Śląsku nawiązał porozumienie z cesarzem, Wielkim Elektorem oraz Szwecją i wydał manifest, w którym wystąpił jako obrońca wolności szlacheckich przed absolutyzmem dworu, tym samym zawiązano rokosz, który przeszedł do historii jako Rokosz Lubomirskiego.

Rokosz Lubomirskiego

29 V 1665 zawiązała się na Ukrainie konfederacja pod marszałkiem Ostrzyckim. Z częścią tych konfederatów połączył się Lubomirski pod Lwowem, po wkroczeniu do kraju ze swoimi oddziałami. Więcej wojska posiadał Jan Kazimierz, za to wojsko hetmana składało się prawie wyłącznie z jazdy i dragonii. We wrześniu, w bitwie pod Częstochową wygrali rokoszanie. 9 listopada 1665 następuje chwilowe porozumienie (ugoda polczyńska) między królem a Lubomirskim, który wyjeżdża na Śląsk. W 1666 zebrał się sejm, mający wyjaśnić i zakończyć sprawę niepokornego hetmana, ale nie doszło do porozumienia stronnictw i sejm został zerwany przez stronnictwo Lubomirskiego. Hetman wrócił do kraju i 12 i 13 lipca stoczono wygraną przez rokoszan bitwę pod Mątwami. Wojska króla w sile ok. 20 tysięcy i 30 dział zostały pokonane przez ok. 16 tysięcy rokoszan, którzy ponieśli minimalne straty – ok. 200 osób (wojska króla straciły prawie 4 tys. żołnierzy).

Po przegranej przez Jana Kazimierza bitwie rokoszanie Lubomirskiego na oczach bezradnie patrzących z drugiego brzegu Noteci towarzyszy wymordowali dragonów, którzy poddali się zwycięzcom. A przecież poddawali się oni nie jakimś dzikusom, lecz towarzyszom, z którymi podczas sejmików niejeden garniec miodu wypili i niejedną noc na dysputach spędzili. W bitwie tej wymordowano kwiat polskiego rycerstwa, zahartowanych w bojach wiśniowiecczyków, wiarusów Czarnieckiego, żołnierzy zahartowanych w bitwach w Polsce, w Danii i na Ukrainie. W sumie trzy tysiące osiemset siedemdziesięciu trzech mężów, z czego w samej walce życie straciło tylko około trzystu. W liście do Marysieńki Sobieski napisał po bitwie „Nie tylko tatarowie, kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci się nad ciałami pastwili…

Po bitwie dochodzi 31 VII 1666 do porozumienia między stronami, zawarto tzw. ugodę łęgonicką, po której król zrezygnował z planów wprowadzenia elekcji vivente rege. Jerzy Sebastian Lubomirski przywrócony do czci, lecz nie do urzędów, miał przeprosić władcę i udać się na wygnanie, gdzie zmarł. Został zrehabilitowany w 1669 na sejmie elekcyjnym Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

Ochrona Żydów i mieszczan

Jerzy Sebastian Lubomirski był osobą tolerancyjną, w stosunku do pojęć epoki, w której przyszło mu żyć i działać. Przykładem jest objęcie w posiadanie Janowca w 1654 roku. Już 16 lipca 1655 roku książę potwierdził prawa mieszczan i kleru katolickiego, wydając stosowny przywilej datowany. Jednocześnie rozszerzył prawa Żydów, zezwalając im na zakup i budowę domów pod warunkiem płacenia podatków. Nadał im również uprawnienia sądowe.

Rezydencje i dobra prywatne

Centrum dóbr księcia Jerzego Sebastiana Lubomirskiego był Łańcut odkupiony od Stadnickich i ufortyfikowany przez ojca Jerzego. Dobra obejmowały „miasto Łańcut, starą fortecę z czasów Pileckich, wsie Głuchów, Soninę, Krzemienicę, Czarną, Kołki, Żołynię, Dąbrówkę Rudną i Wolę Świętosławską”. Dobra łańcuckie i przeworskie książę otrzymał od ojca podczas podziału dóbr rodowych w 1642 roku. Starostwo Spiskie było zastawem królewskim, w którym funkcje zarządzające sprawowali starostowie, fakt pozostawania powyższego polskiego centrum administracyjnego w granicach Królestwa Węgier oraz przylegania terytorialnie do granic Królestwa Polskiego pozwalał na wygodne i bezpieczne sterowanie oporem w stosunku do najeźdźcy szwedzkiego. Zamek w Lubowli, z pozostałymi obszarami starostwa pozostał jedynym miejscem, w którym funkcjonowała polska władza, administracja królewska podczas potopu szwedzkiego.

Pomimo zajmowania się na co dzień dyplomacją oraz dowodzeniem armią, Lubomirski dbał o własne dobra. Stanowiły one zaplecze finansowe do prowadzonej przez niego polityki. Dostarczały również rekrutów do prywatnej, dużej armii na skalę europejską. Majątki zarządzane były przez wyznaczone osoby. Wzorem zarządzania był dwór królewski, z którego czerpano przykłady.

xxx

Leszek Szymowski w Rzeczypospolitej w artykule Jerzy Lubomirski: Najlepszy wróg króla (https://www.rp.pl/historia/art1422781-jerzy-lubomirski-najlepszy-wrog-krola) m.in. pisze:

Rzeź polsko-polska

11 lipca 1666 r. przeciwnicy spotkali się pod Mątwami na Kujawach. Król dysponował 20 tys. nieregularnego wojska i 30 działami; Lubomirski miał 16 tys. żołnierzy i 15 dział. Obie armie rozdzielała Noteć, jej bagna i szerokie rozlewiska. Jan Kazimierz (któremu pomagali hetman koronny Jan Sobieski i hetman litewski Michał Pac) nakazał sforsowanie rzeki i atak na pozycje przeciwnika. Najpierw przez wodę zaczęła się przeprawiać lekka jazda litewska, potem muszkieterzy i piechota. Lubomirski zaczekał, aż połowa królewskiej armii znajdzie się na drugim brzegu rzeki. Wówczas nakazał szarżę. Żołnierze króla nie wytrzymali uderzenia, rozpierzchli się i w popłochu zaczęli zawracać w stronę brodu. Sobieski próbował ratować sytuację, rzucając się do szarży na czele dwóch chorągwi jazdy, ale został rozbity i musiał uciekać przez przeprawę. Ostatecznie król zarządził odwrót, a dowódcy jego wojsk poddawali swoje oddziały. Lubomirski dał im słowo (parol), że kto się podda i złoży broń, zostanie zwolniony. Żołnierze chętnie się na to zgodzili. Walczyli wszak nie przeciwko najeźdźcom, lecz swoim rodakom, z którymi dzielili trudy w poprzednich wojnach. A jednak parol okazał się pułapką. Gdy żołnierze królewscy złożyli broń, rokoszanie rozpoczęli rzeź. Z rozkazu marszałka (Lubomirskiego – przyp. W.L.) bezbronnych wycięto w pień. Jan Sobieski, świadek tej zbrodni, pisał następnego dnia do Marysieńki: „Z tej okazji najwięcej zginęło ludzi, że skoro na błota uszli, wywoływali ich, dając im quartier i parol, a potem, zawiódłszy na górę, nie ścinali, ale rąbali na sztuki. Nie tylko Tatarowie, Kozacy nigdy takiego nie czynili tyraństwa, ale we wszystkich historiach o takim od najgrubszych narodów nikt nie czytał okrucieństwie. Jednego nie najdują ciała, żeby czterdziestu nie miał mieć w sobie razów, bo i po śmierci nad ciałami się pastwili”.

Historycy obliczyli, że w rzezi po bitwie wymordowano ponad 3700 królewskich żołnierzy. Co gorsza, z rąk buntowników zginęli weterani wojen z Kozakami, Węgrami, Szwedami i Rosjanami. Atakowana przez sąsiadów Rzeczpospolita bardzo potrzebowała doświadczonych żołnierzy. Ich brak mocno dał się we znaki podczas wojny z Turcją, która wybuchła kilka lat później.

Masowy mord na bezbronnych żołnierzach wstrząsnął szlachtą. Nawet ci, którzy popierali Lubomirskiego i jego walkę o zachowanie wolności szlacheckich, nie mogli po tej zbrodni walczyć u jego boku. Sam marszałek też nie chciał wojny. 31 lipca, gdy obie armie spotkały się znowu pod Łęgonicami na Mazowszu, doszło do zawarcia ugody. Na pamiątkę tego wydarzenia na Górze Zgody wznoszącej się nad miasteczkiem postawiono kościół, który stoi do dziś. Jan Kazimierz zrezygnował z planów elekcji vivente rege, a Lubomirski został przywrócony do czci i majętności, ale stracił urzędy i został skazany na banicję. Wyjechał na Śląsk, a ostatnie lata życia poświęcił literaturze. Napisał „Jawnej niewinności manifest”, w którym przedstawił swoje racje w sporze z królem. Zmarł 31 stycznia 1667 r. we Wrocławiu. Gdyby nie rokosz i wystąpienie przeciwko królowi, a zwłaszcza bezprecedensowa zbrodnia po bitwie pod Mątwami, byłby dziś zaliczany do największych bohaterów Polski. Tymczasem położył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci.

xxx

Po lekturze tego powyższego fragmentu nasuwa się pytanie: Po co była ta rzeź, skoro przeciwnik poddał się bez walki? I skąd takie okrucieństwo? Co kierowało Lubomirskim, bo to on wydał taki rozkaz? Niestety ten wątek jest pomijany. Może więc jakieś wyjaśnienie znajdzie się w artykule Lubomirscy – długie trwanie rodu herbu Szreniawa (https://www.wilanow-palac.pl/lubomirscy.html) zamieszczonym na stronie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Poniżej jego większy fragment:

Fortuna Lubomirskich herbu Szreniawa opierała się na dobrach ziemskich i kopalniach soli. Jej twórcą był Sebastian (ok. 1546–1613). Zaczynał jako właściciel czterech całych wsi i części w dwóch kolejnych. Król Stefan Batory mianował go żupnikiem krakowskim, czyli zarządcą żup solnych. Sebastian jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 r. umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach (dotychczas należało to do regaliów, czyli wyłącznych prerogatyw królewskich), a następnie wybudował w swych dobrach w pobliżu Wieliczki prywatne kopalnie soli, zwłaszcza słynny szyb Kunegunda we wsi Siercza. Wzrastające dzięki temu dochody lokował w kolejno kupowanych dobrach ziemskich. Udzielał też wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, a gdy nie były spłacane, zastawione włości przechodziły na jego własność. Dzięki tym operacjom finansowym zgromadził ziemie obejmujące ponad 80 wsi (głównie w województwie krakowskim) z centralną rezydencją na zamku w Wiśniczu. Sebastian Lubomirski dzierżył także kilka dochodowych królewszczyzn, z bardzo intratnym starostwem spiskim (obecnie: Słowacja) na czele.

Tak znaczny awans majątkowy sprzyjał karierze politycznej: Sebastian, jako pierwszy z Lubomirskich, zasiadł w senacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako kasztelan wojnicki. Potęgę rodu umacniał syn Sebastiana Stanisław (1583–1649), wojewoda ruski, a potem krakowski. Nabył on od Stadnickich rozległe dobra łańcuckie, a małżeństwo z Zofią z Ostrogskich, najbardziej posażną panną w kraju, pomnożyło jego dobra o dziesiątki wsi na Wołyniu i Kijowszczyźnie. Pod koniec życia był właścicielem około 300 wsi i kilkunastu miast. Cesarz Ferdynand III Habsburg nadał mu dziedziczny tytuł księcia Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Był również hojnym mecenasem: przebudował zamki w Wiśniczu i Lubowli na Spiszu, fundował kościoły, klasztory i kolegium pijarów w Podolińcu. Dokonany przez Stanisława podział majątku pomiędzy synów spowodował wyodrębnienie kilku linii rodu, m.in. w Wiśniczu, Rzeszowie, Łańcucie itd.

Jednym z synów Stanisława był wspomniany na wstępie Jerzy Sebastian (1616–1667), marszałek wielki koronny i hetman polny. Po potopie sprzeciwił się planom królowej Ludwiki Marii i Jana Kazimierza zmierzającym do reform ustrojowych (m.in. elekcji nowego króla jeszcze za życia poprzednika) i wzniecił rokosz antykrólewski. Nie zaszkodziło to rodowi Lubomirskich, który utrzymał i umocnił swą pozycję majątkową oraz polityczną wśród magnaterii polskiej i litewskiej. Świadczy o tym m.in. fakt, że na przełomie XVII i XVIII w. Józef Karol Lubomirski (1638–1702), marszałek wielki koronny, był właścicielem latyfundium obejmującego około tysiąca wsi położonych w większości na Wołyniu i Ukrainie.

Jeden z członków rodu Zdzisław był podczas I wojny światowej członkiem Rady Regencyjnej, która w listopadzie 1918 r. przekazała władzę Józefowi Piłsudskiemu jako naczelnikowi odradzającego się państwa polskiego. Ród Lubomirskich przetrwał do naszych czasów.

xxx

Z kolei w innym artykule na stronie Muzeum Lubomirski Jerzy Sebastian (1616-1667) można przeczytać:  „W l.1661-2 Lubomirski pertraktował z dworem o cenę swego poparcia dla planów elekcji vivente rege, z drugiej zaś strony podburzał szlachtę i wojsko przeciw tym koncepcjom pary królewskiej.” O co więc chodziło Lubomirskiemu?

Odebrał on staranne wykształcenie na Zachodzie, spotykał się tam z najwyższymi dostojnikami w wielu państwach. Zapewne też nawiązał wiele nieformalnych znajomości z osobami, które być może należały do tajnych związków. I być może to właśnie ich interesy reprezentował. Być może właśnie dlatego stał się gorliwym obrońcą interesów szlachty oraz Żydów.

Trudno tak naprawdę zrozumieć, o co chodziło w konflikcie Lubomirskiego z królem. Raz się z nim kłócił, później godził, następie znowu kłócił, ponownie godził, a na koniec zostaje zrehabilitowany. W sedno chyba trafił Leszek Szymowski, który nazwał go najlepszym wrogiem króla. Na koniec stwierdza on, że Lubomirski podłożył kamień na drodze upadku Rzeczypospolitej, który nastąpił 100 lat po jego śmierci. Ale nie precyzuje, o co tak naprawdę chodziło. Napisał tylko, że zabrakło wielu doświadczonych żołnierzy podczas wojny z Turcją.

Tak, jak fortuna Zamoyskiego zaczyna się od nadania mu dwóch starostw przez Henryka Walezego, tak fortuna rodu Lubomirskich zaczyna się od mianowania przez Batorego zarządcą żup solnych Sebastiana Lubomirskiego, który jako jedyny skorzystał z konstytucji sejmowej z 1576 roku, umożliwiającej właścicielom ziemskim swobodną eksploatację kopalin w swych włościach. Do tego momentu wszelkie złoża mineralne należały do króla, czyli do państwa. A więc dwaj potężni magnaci zawdzięczają swoje fortuny obcym królom. To, że później Sebastian udzielał wysoko oprocentowanych pożyczek szlachcie i magnatom pod zastaw ziemi, nie pozostawia już najmniejszych wątpliwości, do jakiej nacji należał ród Lubomirskich.

Po co więc była ta cała hucpa, te kłótnie z królem, ten rokosz? Władysław Konopczyński w swojej książce Dzieje Polski nowożytnej pisze o tym rokoszu tak:

Pierzchły teraz ostatnie skrupuły. Lubomirski, jakby na dowód, że go słusznie potępiono, intrygował w Berlinie, Wiedniu, Sztokholmie, werbował wojsko zaciężne za pieniądze cesarza i książąt Rzeszy, przymawiał o zasiłki moskiewskie, wołał na pomoc Tatarów i Kozaków, odradzał carowi zawarcie pokoju z Rzecząpospolitą, zamawiał dla syna dwa miasta na Ukrainie… Rozesłani agitatorzy roznosili jego jątrzący, zręczny manifest po wojsku i sejmikach. Nawzajem dwór knuł zamach skrytobójczy na upadłego ministra, rozdał po nim wakanse, zajechał mu dobra, a Ludwika Maria w obłędnym zacietrzewieniu wyciągała ręce do Wersalu po dalszą pomoc, upewniając, że „to królestwo wystawione jest na sprzedaż”.

Pierwszy rok wojny domowej upłynął na ciągłej gonitwie wojsk królewskich, prowadzonych po części według rad Sobieskiego, za doskonałym kawalerzystą Lubomirskim. Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika, biegł do Wielkopolski popierać konfederację, którą tam przygotowali Jan Leszczyński i [Krzysztof] Grzymułtowski. Z drogi słał Ludwice Marii nowe oświadczenia wierności i obietnicę poparcia dla Kondeuszów, co jednak nie przeszkodziło jego podkomendnym [Aleksandrowi] Polanowskiemu, [Stefanowi] Piaseczyńskiemu i Borkowi pobić pod Częstochową przy nadarzonej okazji 4 września Połubińskiego i Paców, przybyłych z Litwy na pomoc królowi. Połączenie z Wielkopolanami pozwoliło Lubomirskiemu wstrzymać ruch Jana Kazimierza w kierunku Torunia. Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm.

Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy. Nad podtrzymaniem zarzewia w Polsce czuwały Austria i Brandenburgia, szczególnie ta ostatnia, wówczas zajęta planem przeciwstawienia Kondeuszowi kandydatury księcia Filipa Wilhelma neuburskiego. Rokoszanin odsłonił swoją mściwą wolę podczas sejmu wiosennego r. 1666 (17 marca-4 maja). Podczas obrad nad amnestią wygłosił protest agent jego, [Adrian] Miaskowski. I tak być musiało nadal bez końca, każdy sejm był skazany na zwichnięcie, póki duch opozycji miał ostoję w niepokonanym ex-marszałku.

Z chwilą powrotu Lubomirskiego do Wielkopolski (19 czerwca) widać już było, że użył on zwłoki lepiej niż dwór: wystawił bowiem 12 000 zdeterminowanych rębaczy naprzeciwko 20 000 wojska królewskiego. Lepszą artylerią rozporządzał dwór, ale lepszego wodza i więcej wiary w słuszność bronionej sprawy mieli niestety malkontenci. Przekonano się o tym w strasznym dniu 13 lica, kiedy to na przeprawie przez Noteć pod Mątwami (obecnie dzielnica Inowrocławia – przyp. W.L.) najlepsze półki dworskie ze szkoły Czarnieckiego padły wśród ogólnej klęski pod ciosami rozwścieczonych rokoszan. Naliczono 3873 trupy. Żal i przerażenie owładnęło uczestnikami bratobójczej walki, a zwycięzca Lubomirski spostrzegł dopiero teraz całą jałowość krwawego tryumfu. Wojsko królewskie gotowe było do dalszej walki, gdyby tylko wiedziano, o co ma walczyć. Stanęła tedy 31 lipca nowa ugoda w Łęgonicach, tym razem ostateczna. Król skwitował z planu elekcji vivente rege, przyrzekł żołd i amnestię zbuntowanemu wojsku. A rokoszanin, opuszczony od obcych protektorów, nie poparty przez swych stronników w prywatnych żądaniach, przeprosił króla z płaczem w obozie pod Jaroszynem (8 sierpnia) i odjechał za granicę na zawsze. Przed śmiercią (31 stycznia 1667) zdążył sprzedać dyplomatom francuskim swoje poparcie na przyszłej elekcji za pewne zyski i zaszczyty, pod jednym warunkiem zasadniczym, że król uprzednio złoży koronę. Trudno o jaskrawszy dowód, że przelał krew bratnią nie w imię żadnej wyższej idei, a tylko przez pychę i zajadłość.

xxx

Z tego cytatu też niewiele wynika, ale pisze Konopczyński: „Rokoszanin wiedział, że zyskując czas, zyskuje zarazem na popularności, więc zamiast spieszyć do rozlewu krwi, wymijał przeciwnika…” Po co mu był potrzebny ten czas? Dalej pisze:

„Pod Palczynem 6 listopada biskupi [Andrzej] Trzebicki i [Tomasz] Leżeński wyjednali rozejm. Jedna strona obiecała amnestię, druga – odjazd za granicę, zaś najważniejsze kwestie polityczne odłożono na sejm. Byłaż ta ugoda szczerą? Czy podyktował ją wzgląd na zagrożone interesy zewnętrzne państwa? Bynajmniej. Chodziło tylko o lepsze przygotowanie sił do decydującej rozprawy.”

A może właśnie w tym wszystkim chodziło o to, by do decydującej bitwy doszło w 1666 roku. Jakoś tak dziwnie po tej bitwie od razu dochodzi do ugody w momencie, gdy wojsko królewskie jest gotowe do dalszej walki. Król rezygnuje z planu elekcji vivente rege, przy którym tak się upierał, a główny winowajca wyjeżdża sobie za granicę. Czy to nie była jakaś ustawka? Jan Kazimierz udaje, że chce wzmocnienia władzy królewskiej, a magnat udaje, że jest przeciw. Konopczyński stwierdza na koniec, że to wszystko z powodu pychy i zajadłości Lubomirskiego. A inni historycy też twierdzą, że to wszystko z powodu urażonej dumy. Takie to wybielanie wyjątkowej kanalii albo odwracanie uwagi od prawdziwej przyczyny.

Wszyscy ci historycy trąbią w jedną trąbkę. Inaczej to przedstawia Norman Davies, w swojej książce Boże igrzysko. Wspomniałem już wcześniej, że korzystał on z prac polskich historyków i z dokumentów z polskich archiwów. Poniżej fragment (wytłuszczenia W.L.). Pisze on:

Lubomirski był jedną z najpopularniejszych postaci swego czasu. Wyróżnił się w wojnach ze Szwecją i Moskwą, a kampania, jaką podjął w celu przeciwstawienia się planowanej przez króla elekcji vivente rege, w pełni odzwierciedla uczucia ogółu szlachty. Ale na sejmie w r. 1664, na podstawie przedłożonego świadectwa dowodzącego jego układów z Habsburgami w Wiedniu, został przez swych towarzyszy oskarżony o zdradę i skazany na konfiskatę mienia i banicję. W następstwie tego wydarzenia jego zwolennicy znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty. Mimo to licznie przeszli pod jego sztandary. Podczas sesji sejmu w latach 1665 i 1666 kilkakrotnie przerywali obrady, aż wreszcie wycofali się, aby zawiązać konfederację. W r. 1666 starli się z wojskami królewskimi w kilku zbrojnych potyczkach: potem, 13 lipca nad brzegiem jeziora Gopło (Noteć w górnym biegu przepływa przez Gopło – przyp. W.L.) odnieśli decydujące zwycięstwo.

Około dwóch tysięcy szlachty zginęło tego dnia bez żadnego wyraźnego celu. Lubomirski zburzył autorytet króla, nie dając nic w zamian. Po zawarciu ugody w Łęgonicach sam udał się na wygnanie na austriacki Śląsk. Król postanowił abdykować. Podstawowe zagadnienia konstytucjonalne pozostały nie rozwiązane. Co gorsza, wewnętrzne rozbicie Rzeczypospolitej przyspieszyło wzrost zagrożenia z zewnątrz. Szykując się do walki z Lubomirskim na zachodzie, wojska królewskie porzuciły zadanie obrony przed Rosjanami wschodnich granic na Ukrainie. Lubomirski, opętany strachem przed potencjalną groźbą realizacji królewskich planów dotyczących elekcji, udaremniał jakąkolwiek skuteczną próbę obrony przed rzeczywistym zagrożeniem inwazją wojskową ze strony Moskwy. W styczniu 1667 r., w obliczu dalszej ofensywy Rosji na bezbronne tereny kraju, król zmuszony był podpisać rozejm w Andruszowie. Cesję Smoleńska, Czernihowa, Kijowa i lewobrzeżnej Ukrainy uważano w tym czasie za manewr taktyczny – tymczasowe wycofanie się wojsk, podyktowane koniecznością ich użycia w wojnie domowej. Panowało przekonanie, że sytuację da się odwrócić. Tak jednak nie stało się. Oddanych terytoriów nigdy nie odzyskano; przeciwnie – miały one zapewnić Moskwie przewagę sił, która dawała się odczuć we wszystkich późniejszych konfrontacjach. Moskwa otrzymała największą nagrodę, która umożliwiła Rosji przekształcenie się w wielkie imperium. Jerzy Lubomirski, trybun polskiej szlachty, był za to odpowiedzialny w równym stopniu co Bohdan Chmielnicki, buntowniczy ataman naddnieprzańskich Kozaków.

xxx

Tak więc Lubomirski zostaje oskarżony o zdradę, a jego zwolennicy „znaleźli się w upokarzającej sytuacji: zapewniali o legalności działań sejmu, jednocześnie broniąc sprawy skazanego kryminalisty”. Tak właśnie działał ten system klientarny, który stworzył Jan Zamoyski. W obliczu konfliktu z Moskwą postępowanie Lubomirskiego to zdrada stanu i za to powinien zostać skazany na śmierć, podobnie jak ci wszyscy, którzy go poparli, ale tak się nie stało. Głównemu sprawcy pozwolono wyjechać za granicę, a resztę objęto amnestią. Tak mogło się dziać tylko w państwie Zulu-Gula, zwanym Rzeczpospolitą.

Na koniec jeszcze fragment z portalu HISTMAG z artykułu Pospolite ruszenie walczy z królem. Bitwa pod Mątwami (https://histmag.org/Pospolite-ruszenie-walczy-z-krolem.-Bitwa-pod-Matwami-17138).

Rzeź dragonów

Wszystko to trwało chwilę – kwadrans lub mniej. Potem nastąpiła rzeź pozostawionych bez dowództwa dragonów. Nienawidząca „Niemców” szlachta prawdopodobnie znęcała się jeszcze nad trupami, które miały według relacji zazwyczaj sześć lub siedem cięć. Można to tłumaczyć atakowaniem jednego dragona przez kilku pospolitaków naraz, lecz nie da się w ten sposób wyjaśnić pozostawionych ciał z 30-40 ranami.

Straty po stronie królewskiej szacuje się na od trzech do pięciu tysięcy, z czego większość stanowili wybici niemalże do końca dragoni. Szlachtę autoramentu narodowego uratowało to, że w panującym chaosie rokoszanie nie mogli ich odróżnić od swoich, mimo że stronnicy Lubomirskiego mieli rękę przewiązaną białą chustą.

Strona królewska przegrała przede wszystkim z powodu złego przygotowania, które zaowocowało chaosem i w efekcie skończyło się rzezią. Innym jeszcze czynnikiem jest brak inicjatywy ze strony dowodzących, czego przykładem jest bezradność hetmana litewskiego Paca, a zupełnym przeciwieństwem działania Zarudnego i Borka po stronie rokoszan. Mimo skali porażki nie wpłynęła ona na dalsze losy wojny, ponieważ żadna ze stron nie była w stanie definitywnie pokonać drugiej. Ostatecznie konflikt zakończył układ w Łęgonicach z 31 lipca tego samego roku.

Obłudne przeprosiny

Zgodnie z postanowieniami traktatu rokoszanie zostali objęci amnestią, która oczywiście ominęła prowodyra wojny domowej. Jerzy Sebastian Lubomirski miał uroczyście przeprosić króla, co miało miejsce ponad tydzień później. Ucałowawszy dłoń monarchy rokoszanin dał popis obłudy i stwierdził między innymi, że od zawsze szanował prawo, kochał ojczyznę i był wierny królowi. Następnie hetman udał się na wygnanie. Znowu trafił na Śląsk, skąd prowadził własną politykę w sprawie korony polskiej. Działalność tę przerwała mu śmierć, która dopadła go równo pół roku po ucałowaniu królewskiej ręki.

Niewiele później, w roku 1668 abdykował Jan Kazimierz. Ostatnie cztery lata życia spędził w swoich dobrach w Żywcu, a później we Francji (dostał w zarząd dochodowe opactwo Sain-Geramain des-Prés – przyp. W.L.). Zszedłszy z tronu żywił jeszcze żarliwszą niechęć do Polaków. Jednak czy biorąc pod uwagę doświadczenia dwudziestoletniego panowania można się dziwić tej opinii?

xxx

Z tego fragmentu można dowiedzieć się, że byli jacyś „Niemcy”, czyli wojska najemne. A skoro tak, to nie była to do końca wojna polsko-polska. Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

„13 VII 1666 pod Mątwami rozegrała się krwawa bitwa między oddziałami rokoszan dowodzonymi rzez J.S. Lubomirskiego i wojskami króla Jana Kazimierza, zakończona pogromem oddziałów koronnych; wyginęła w niej większość czarniecczyków.”

Czy miało to jakiś związek z tym, że na sześć tygodni przed śmiercią, 2 stycznia 1665 roku, Czarniecki przyjął buławę polną koronną, odebraną Lubomirskiemu? Był on też cenionym doradcą Jana Kazimierza. A może to, że jego rodzice byli kalwinami i on też, do czasu, gdy zaczął pobierać nauki u jezuitów. Wtedy przeszedł na katolicyzm. Czyż to nie jest jakiś chichot historii, że jedyne nazwisko wymienione w polskim hymnie narodowym, hymnie tego niby katolickiego państwa, to nazwisko, do pewnego momentu, kalwina?

W tych wszystkich cytowanych przeze mnie źródłach nie ma informacji, która znajduje się w Wikipedii, ale pod hasłem: Jan Kazimierz. Pisze ona:

Równocześnie w kraju rozgorzały spory, a od 1663 roku gorąca wojna domowa o elekcję po Janie II Kazimierzu Wazie, który zapowiedział swą abdykację. Bardzo czynne było stronnictwo francuskie królowej Ludwiki Marii Gonzagi finansowane przez króla Francji Ludwika XIV i preferujące francuskiego kandydata na tron polski. Nieopłacane wojska zawiązały konfederację wojskową, popieraną przez hetmana Lubomirskiego. W 1664 Jan Kazimierz oskarżył Lubomirskiego o zdradę przed sądem sejmowym. Po wyroku skazującym go na banicję Lubomirski rozpoczął rokosz Lubomirskiego. Król wyruszył na czele wiernych mu oddziałów przeciwko banicie. Wojna domowa trwała kilka lat i zakończyła się ugodą w Łęgonicach 31 lipca 1666, po przegranej przez wojska królewskie krwawej bitwie pod Mątwami w 1666. Władca zmuszony został wyrzeczenia się swoich planów elekcji vivente rege.

W 1666 zdetronizowany też został przez Stambuł przyjazny Polsce chan krymski Mehmed Girej. Cesarstwo osmańskie szykowało się do zajęcia w swe lenno ziem ukrainnych, na których do władzy doszedł sprzymierzony z Wysoką Portą hetman Piotr Doroszenko. Sojusze się więc znów odwróciły. Kozacy sprzymierzeni ponownie z Tatarami rozbili wojska koronne, którymi po śmierci hetmana polnego koronnego Stefana Czarnieckiego dowodził regimentarz Sebastian Machowski. W sytuacji nowego zagrożenia został zawarty z Rosją w 1667 rozejm w Andruszowie. Kończył on 13-letnią wojnę polsko-rosyjską. Na jego mocy Rzeczpospolita straciła „czasowo” Smoleńsk i Zadnieprzańską Ukrainę z Kijowem.

xxx

Oznaczało to, że Jan Kazimierz, a szczególnie Maria Ludwika chciała widzieć na tronie kandydata francuskiego, ale przecież obowiązywały go artykuły henrykowskie, ustanowione w 1573 roku, a w nich punkt o tym, że król jest wybierany w wolnej elekcji. Musiał się na to zgodzić, bo inaczej nie zostałby wybrany. Po co więc to zrobił? By dać w ten sposób pretekst Lubomirskiemu do rokoszu, który był w tym wypadku jak najbardziej usprawiedliwiony? Takie było prawo. Inna sprawa, czy ono było dobre czy nie. Rokosz był wiec jak najbardziej legalny, bo król postąpił wbrew swoim wcześniejszym zobowiązaniom. Nigdzie nie natknąłem się na informację, dlaczego Jan Kazimierz zamierzał abdykować. Wikipedia pisze, że ogłosił to w 1663 roku. Jaki był powód? Nie wiadomo. A skoro tak, to pozostają tylko domysły, a jedynym sensownym wytłumaczeniem jest to, że chodziło o osłabienie tego tworu zwanego Rzeczpospolitą, a właściwie jej I rozbiór, bo to był rozbiór. I w tej ustawce wzięli udział jej król Jan Kazimierz i jej wielki magnat Lubomirski.

Konopczyński pisze, że za wiedzą Jana Kazimierza Francja zawarła ze Szwecją 19 września 1661 roku traktat subsydiowy, zobowiązujący tę ostatnią do wysłania 12 000 wojska do Polski (dlaczego historyk nie pisze, że do Rzeczypospolitej? – przyp. W.L.) na wypadek, gdyby obce państwo (tj. Austria lub Brandenburgia) chciało zakłócić wolną elekcję. To chyba potwierdza moją sugestię, że to była ustawka.

A więc pozostaje pytanie: czy te liczby – 1616 i 1666 – miały jakieś znaczenie? Wszystkie liczące się dwory ówczesnej Europy kontynentalnej brały udział w tej intrydze, nawet Turcja. Ale po co była ta rzeź? Czy to był jakiś rytuał? Jakiś powód przecież musiał być.

LWP

Parę dni temu obchodzono hucznie święto Wojska Polskiego. Była wielka defilada. W 1939 roku w sierpniu też prężono muskuły. Ustanowione w rocznicę bitwy warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku. Jednak w latach 1950-1989 obchodzono inne święto. Był to Dzień Wojska Polskiego – rocznica bitwy pod Lenino 12 października 1943 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Ludowe Wojsko Polskie (LWP) – nieoficjalna nazwa zależnych od ZSRR formacji Wojska Polskiego z lat 1944–1989. Nazwa ta stworzona została w celach propagandowych w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i odnosiła się zarówno do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR z okresu II wojny światowej, jak i późniejszych Sił Zbrojnych PRL. Ludowe Wojsko Polskie było zdominowane i kontrolowane przez polskie partie komunistyczne (PPR, a od 1948 PZPR), podlegając jednocześnie dowództwu sił zbrojnych ZSRR. Od 1955 LWP było członkiem Układu Warszawskiego.

W maju 1943 w Sielcach nad Oką w ZSRR, rozpoczęto formowanie 1 Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Na przełomie 1943 i 1944 sformowano kolejne polskie jednostki w ZSRR, które utworzyły 1 Korpus Polskich Sił Zbrojnych, rozwinięty 16 marca 1944 w 1 Armię Polską w ZSRR. Pierwszą bitwą polskich oddziałów na froncie wschodnim, była bitwa pod Lenino 12–13 października 1943.

Bitwa pod Lenino – starcie zbrojne w dniach 12–13 października 1943 w pobliżu miasteczka Lenino nad rzeką Miereją na wschodniej Białorusi (8 km od granicy z Rosją) stoczone w ramach operacji orszańskiej przez Armię Czerwoną (33 Armia Frontu Zachodniego i walcząca w jej składzie 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki) a Wehrmachtem (337 Dywizja Piechoty, wspierana przez odwody XXXIX Korpusu Pancernego). Była chrztem bojowym polskich jednostek podległych armii Związku Radzieckiego oraz początkiem szlaku bojowego tzw. Ludowego Wojska Polskiego. W okresie PRL bitwa urosła do rangi symbolu, a jej rocznica (12 października) była obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Natarcie

12 października 1943 1 Polska Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki wzmocniona 1 pułkiem czołgów, 1 kompanią rusznic przeciwpancernych, 1 kompanią fizylierek i kompanią karną, licząca ok. 12 400 żołnierzy, pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga z radzieckimi 290. i 42. Dywizjami Strzeleckimi, wspierane przez oddziały pancerne i artylerię, przekroczyły rzekę Miereję.

O 8:20 miało rozpocząć się przygotowanie artyleryjskie. Ze względu na mgłę terminy przesunięto o godzinę. O 9:20 salwa katiusz zapoczątkowała ogień artylerii. Jednak na rozkaz dowódcy 33. Armii, gen. Wasilija Gordowa, skrócono czas artyleryjskiego przygotowania ataku, tym samym nie uzyskując założonego celu – zniszczenia większości potencjału ogniowego i ludzkiego sił niemieckich. Dowódca armii i dowódca artylerii uznali, że siła i skuteczność ognia jest tak wielka, iż można czas przygotowania ogniowego skrócić o 40 minut. Uznano, że Niemcy wycofują się. Było jednak inaczej. Wróg opuścił pierwszą linię i ukrył się w przygotowanych schronach. Chociaż poniósł straty, zachował jednak pełną zdolność bojową. Decyzja ta, jak również fakt, iż dowództwo radzieckie nie szyfrowało rozkazów przekazywanych drogą radiową (wiadomości przesyłano otwartym tekstem), była jedną z głównych przyczyn późniejszych polskich strat.

Według historyka Kamila Anduły, przygotowanie artyleryjskie było niewystarczające, z powodu braku odpowiedniej ilości amunicji, spowodowanej trudnościami z zaopatrzeniem.

Bilans

1 Dywizja Piechoty przełamała obronę nieprzyjaciela, ale nie w pełni wykonała swoje zadanie. Związała i wykrwawiła znaczne siły przeciwnika. W walkach Niemcy stracili 1500 żołnierzy, a 326 dostało się do niewoli. Zniszczono 72 karabiny maszynowe, 42 działa i moździerze, 2 czołgi oraz strącono 5 samolotów.

W czasie walk dywizja wraz z jednostkami wsparcia poniosła tak ciężkie straty (510 zabitych, 1776 rannych, a 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego), że po dwóch dniach walki musiała zostać wycofana z pierwszej linii.

15 października dokonano oceny bitwy. 1 pułk piechoty stracił 1600 ludzi zabitych, rannych i zaginionych bez wieści. Z pierwszego batalionu pozostali nieliczni. 2 pułk stracił 900, 3 pułk 500.

Ocenia się obecnie, że bitwa potwierdziła wysoką wartość bojową polskich żołnierzy, biorąc pod uwagę, że byli oni niedoświadczeni bojowo, słabo wyszkoleni i nie najlepiej dowodzeni. Ich przeciwnikiem były doświadczone niemieckie oddziały. Polscy żołnierze przedarli się przez pierwszą linię obrony w głąb ugrupowania przeciwnika i zajęli dwie kluczowe wsie w jego systemie obronnym. Dywizja częściowo wykonała powierzone zadanie, po czym otoczona musiała się wycofać. Przy tym, ocenia się obecnie, że gdyby dywizja zdołała się włamać w niemiecką obronę zgodnie z planem na głębokość 17 km, prawdopodobnie bez wsparcia zostałaby odcięta i rozbita. Duże straty osobowe nie były nadzwyczajnie wysokie jak na specyfikę walk na froncie wschodnim.

Istnieje wersja, że kilkuset żołnierzy 1. Dywizji Piechoty miało zdezerterować na stronę niemiecką, niemniej według niektórych autorów jest to mit, a niemieckie raporty podają jedynie 21 przejętych dezerterów.

xxx

Te dwa ostatnie akapity to cytat z: Michał Mackiewicz. Lenino – z nieludzkiej ziemi w piekło frontu wschodniego. „Poligon”. Nr 5/2014(46), s. 14–25, 2014. Skoro Wikipedia wywołała to nazwisko to wypada zacytować innego Mackiewicza – Józefa , który w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić pisał:

Front się zbliżał. Na kierunku Orszy działała 33-cia sowiecka armia generała Gordowa, a w jej składzie 1-sza polska dywizja imienia Tadeusza Kościuszki pod dowództwem generała Berlinga. Celem operacyjnym było uchwycenie przyczółków na zachodnim brzegu Dniepru. Dywizja miała uderzać w pasie około dwóch kilometrów między miejscowościami Połzuchy i Lenino.

O świcie 12 października dowódcy kompanii i baterii odczytali w swych oddziałach przedbitewny rozkaz. Kończył się on słowami:

…na drodze śmiertelny wróg. Po jego trupie, droga do Polski!”

W całej dywizji znalazł się tylko jeden starszy sierżant, Władysław Stachurski, który pamiętał wojnę z 1920 roku, i szepnął do swego przyjaciela Franka Tylingo:

W tej samej okolicy, przed 23 laty, Tuchaczewski odczytał rozkaz: „Żołnierze armii czerwonej! Po trupie Polski wiedzie nas droga do rewolucji światowej!”… Zdaje się, tak.

Franek odmachnął ręką z wyrazem nudy na twarzy i zabrał się do zawiązania rozplątanego owijacza.

Natarcie rozpoczęło się o godzinie 9 rano dnia 12 października. Dywizja dysponowała własnym pułkiem czołgów. Artyleryjskie wsparcie zapewniały 452 działa rozmaitych kalibrów, sowieckich baterii. Przed czołem pozycji przepływała bagnista rzeczka Miereja. Pierwszy i drugi rzut trzech pułków piechoty zdobył i obsadził przednie linie okopów niemieckich, ale dalej posunąć się nie zdołał. Czołgi grzęzły w błotach Mierei. Dywizja zaległa. Następnego dnia zostaje zluzowana, tracąc łącznie 502 zabitych i 1.776 rannych. A 660 ludzi, w tym kilku oficerów dywizji, przechodzi dobrowolnie na stronę niemiecką.

Próby wykorzystania tego faktu przez propagandę niemiecką, podjęte początkowo na większą skalę, zawodzą zupełnie. Oficjalnym komunikatom niemieckim nie wierzy nikt w Polsce. Ludzie zaś wypuszczeni z niewol, aby zaświadczyli własną osobą o swej ucieczce z armii sowieckiej, znikają jeden po drugim w okolicznościach trudnych do ustalenia. Los pozostałych jest beznadziejny.

xxx

Na stronie Muzeum Wojska Polskiego można m.in. przeczytać:

W dwudniowej bitwie Polacy utracili ponad 3000 żołnierzy (25% stanu etatowego). Niemcy ponieśli straty szacowane na ok. 1800 ludzi. Żołnierze polscy wykazali się niezwykłą walecznością. Błędy w dowodzeniu oraz niedostateczne wyszkolenie i brak efektywnego wsparcia przez sąsiednie radzieckie dywizje zadecydowały o porażce. Choć w skali walk na froncie wschodnim bitwa pod Lenino była tylko epizodem, dała jednak Stalinowi argument polityczno-propagandowy. Od 1950 r. do końca lat osiemdziesiątych XX w. rocznica bitwy pod Lenino była w Polsce obchodzona jako Dzień Wojska Polskiego.

Z kolei na stronie warthunder.com (https://warthunder.com/pl/news/2367-historia-bitwa-pod-lenino-pl) autor m.in. pisze:

Warunki tej dwudniowej bitwy były fatalne – oprócz wymienionych wcześniej w artykule problemów z artylerią i wsparciem pancernym, brakiem rozpoznania i wsparcia lotniczego oraz złego dowodzenia żołnierzom brakowało zaopatrzenia – żywności, jak i amunicji. Jak bez tej drugiej, żołnierz nawet przy najwyższych moralach ma dalej walczyć? Z powodu braku tejże poddało się blisko 200 żołnierzy. Błoto było koszmarem nie tylko czołgistów i artylerzystów, ale i piechurów. Marny był los rannych – którym towarzysze broni, zgodnie z rozkazem, nie mieli udzielać pomocy. Chorąży Jan Komorowski wspominał: „Do dzisiaj widzę wzgórze (…) zasłane naszymi trupami i słyszę wołania i jęki setek bezimiennych polskich żołnierzy, tonących w bagnach Mierei”. Straty wydawały się w pierwszych dniach tym większe, że wielu żołnierzy było rozproszonych i odnajdywano ich dopiero później.

xxx

Czy któraś z tych dat – 15 sierpnia czy 12 października – nadaje się na święto wojska polskiego? Wprawdzie w obu przypadkach można mówić o wojsku polskim, bo walczyli w nim Polacy, ale nie była to walka w interesie Polski i Polaków. W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem:

„W tamtym czasie, ci którzy reżyserowali ówczesne wydarzenia, uznali, że wówczas wojsko polskie było zbędne i mogło tylko przeszkodzić w realizacji zamierzonych celów. Ale jak się go pozbyć? Tu z pomocą przyszedł Piłsudski i wywołany przez niego tzw. kryzys przysięgowy. Skoro żołnierze odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi, to nie pozostało nic innego, jak ich internować w obozach do czasu, gdy staną się potrzebni, to znaczy do 1920 roku. Ten kryzys to niby miała być manifestacja patriotyzmu.

W tamtym czasie, w latach 1916-1918, silne i regularne wojsko polskie na froncie wschodnim było tak samo niewygodne Niemcom, jak w czasie II wojny światowej niezależne od Stalina polskie wojsko walczące na froncie wschodnim. Gdyby istniało to silne wojsko polskie na froncie wschodnim, to nie było by możliwe jego osłabienie w wyniku rewolucji bolszewickiej w Berlinie 7 listopada 1918 roku, bo wprawdzie wojsko niemieckie uległoby rozsypce, co się stało, ale zostałoby wojsko polskie. To wojsko niekoniecznie musiałoby stać tak daleko na wschodzie. Mogłoby cofnąć się do linii Curzona i strzec innych granic i być bardzo przydatnym w czasie plebiscytów na Śląsku i na Mazurach, np. zapobiec najazdowi Niemców z Niemiec zachodnich na czas głosowania. Tak się nie stało, bo w tym czasie było zajęte walką z bolszewikami i dopiero na tę wojnę zostało użyte. Polskie ziemie pozbawione ochrony, a wojsko polskie walczy o to, by mogło dojść do mordu katyńskiego i rzezi wołyńskiej.”

W przypadku tzw. Ludowego Wojska Polskiego mamy do czynienia w wojskiem całkowicie podległym dowództwu radzieckiemu. Wprawdzie wojsko to wraz z Armią Czerwoną wyzwala Polskę spod okupacji niemieckiej, ale tylko po to, by podporządkować ją nowemu okupantowi i uczynić z niej państwo wasalne. Po 1989 roku to Ludowe Wojsko Polskie przepoczwarza się w Wojsko Polskie, a jego kadra, wierna dotąd Związkowi Radzieckiemu i stojąca na straży jego interesów, robi zwrot i służy Ameryce i broni jej interesów w Polsce.

Trudno chyba znaleźć datę w dziejach wojska polskiego, która byłaby odpowiednia dla takiego święta. Od czasów dynastii jagiellońskiej interesy Polski i Polaków nie są uwzględniane. I tak jest do teraz. Chyba wypadałoby sięgnąć po jakąś datę z czasów piastowskich, ale to niemożliwe. Nie to państwo i nie ci ludzie. Skoro prezydent III RP na szczycie NATO w Wilnie 11 lipca oświadcza, że przyjechał tam bronić interesów Ukrainy, to już nic więcej nie trzeba dodawać.

Warunek

Czyżby zanosiło się na nową ugodę perejasławską, ugodę z 18 stycznia 1654 roku? Na jej mocy Ukraina Naddnieprzańska, zwana czasem Ukrainą Kijowską, została wcielona do Carstwa Rosyjskiego. Akt tej ugody był pretekstem do najazdu rosyjskiego na Rzeczpospolitą kilka miesięcy później, czyli tzw. potopu rosyjskiego.

Przybliżony zasięg Ukrainy naddnieprzańskiej na tle granic współczesnej Ukrainy; źródło: Wikipedia.

16 sierpnia portal Kresy.pl informował – Miedwiediew: Ukraina będzie musiała zrzecc się Kijowa, by wejść do NATO (https://kresy.pl/wydarzenia/miedwiediew-ukraina-bedzie-musiala-zrzec-sie-kijowa-zeby-wejsc-do-nato/). Poniżej treść tej informacji:

Były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, obecnie wiceszef rosyjskiej rady bezpieczeństwa skomentował słowa urzędnika kancelarii NATO, który sugerował, że Ukraina mogłaby wejść do Sojuszu w zamian za rezygnację z części terytorium na rzecz Rosji.

Jak informowaliśmy, szef kancelarii NATO przyznał w wywiadzie dla dużej norweskiej gazety, że w ramach Sojuszu omawiano już opcję wejścia Ukrainy do NATO w zamian za rezygnację z części terytorium na rzecz Rosji i że to „możliwe rozwiązanie”. Jego wypowiedź wywołała na Ukrainie oburzenie.

We wtorek sprawę skomentował były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, zamieszczając wpis w serwisie społecznościowym Telegram.

„Nowy pomysł dla Ukrainy z kancelarii Sojuszu Północnoatlantyckiego: Ukraina może wstąpić do NATO, jeśli zrzeknie się spornych terytoriów” – pisze wiceprzewodniczący rosyjskiej rady bezpieczeństwa.

„A co? Ciekawy pomysł. Tylko problem w tym, że wszystkie ich rzekome terytoria są w najwyższym stopniu sporne. I żeby przystąpić do bloku, kijowskie władze będą musiały zrzec się nawet Kijowa, stolicy Dawnej Rusi [wzgl. Starożytnej Rusi – red.]” – napisał Miedwiediew.

„No a stolicę przeniosą im do Lwowa. Jeśli, oczywiście, pszeki [pogardliwe określenie na Polaków – red.] zgodzą się zostawić Lemberg [nazwa miasta w jęz. niemieckim i jidisz – red.] miłośnikom sadła z koksem [tu: z kokainą; aluzja do rozpowszechnionych w Rosji pogłosek o braniu narkotyków przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i jego otoczenie – red.]” – dodał były prezydent Rosji.

Przypomnijmy, że szef kancelarii NATO Stian Jenssen udzielił wywiadu „Verdens Gang”, jednemu z największych dzienników w Norwegii. Podczas rozmowy został zapytany, czy Ukraina musi zrezygnować z części swojego terytorium, by zyskać pokój i członkostwo w NATO. W odpowiedzi Jenssen oświadczył, że ta kwestia była już podnoszona w ramach Sojuszu. „Nie mówię, że tak musi być. Ale mogłoby to być możliwe rozwiązanie” – powiedział szef kancelarii NATO.

W komentarzu dla ukraińskich mediów przedstawiciel NATO zapewnił o pełnym poparciu natowskich sojuszników dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy. Powiedział, że przywódcy krajów członkowskich potwierdzili takie stanowisko podczas lipcowego szczytu NATO w Wilnie, a później nie uległo ono zmianie.

„Będziemy dalej wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie trzeba. Jesteśmy zaangażowani w osiągnięcie sprawiedliwego i trwałego pokoju” – zaznaczył przedstawiciel NATO.

xxx

Ta informacja nie zaistniała w polskich mediach głównego nurtu. Trudno zresztą się temu dziwić. Trwa kampania wyborcza. Najważniejszą informacją jest to, że jakiś siurek z Agrounii znalazł się na liście wyborczej PO. Skoro jednak szef kancelarii NATO dopuścił możliwość takiego rozwiązania, to znaczy, że taki wariant jest rozważany. Scenariusz ten może być brany pod uwagę, gdy Ukraina przegra tę wojnę. A przecież wiadomo, że przegrany musi czymś zapłacić zwycięzcy. Jedyne czym Ukraina może zapłacić, to terytorium.

Czy taki scenariusz jest jednym z wielu, czy może jest jedynym, który jest rozważany? Gdybyśmy wiedzieli z jakiego rejonu Ukrainy przesiedlono najwięcej ludzi do Polski, to znalibyśmy odpowiedź. Podobno Ukrainie ubyło około połowy ludzi ją zamieszkujących. Z 50 milionów zrobiło się 25, a może nawet mniej. Wyglądana na to, że rozbiór Ukrainy jest nieunikniony, tylko że jest jeszcze za wcześnie, by o tym otwarcie mówić.

Jeśli taki scenariusz zostanie zrealizowany, to będzie to oznaczać definitywny koniec państwa polskiego w tym kształcie i o takiej strukturze etnicznej, bo ci Ukraińcy, którzy tu zostali przesiedleni, na Ukrainę już na pewno nie wrócą, a prawdopodobnie dojdą jeszcze nowi przesiedleńcy. To nowe państwo będzie państwem, w którym dominować będzie prawosławie. Od zachodu napiera islam, od wschodu – prawosławie. W pewnym momencie dojdzie do zderzenia tych dwóch fundamentalizmów. Nowa bitwa pod Poitiers? I pewnie gdzieś między Odrą i Bugiem.

Apel

Kampania wyborcza zaczyna powoli rozkręcać się. Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a jednak! Zaskoczył mnie Maciej Maciak, który wystąpił na swoim kanale z apelem do Ukraińców. Prosił wszystkich, którzy mają takie możliwości, by wycięli ten fragment i rozpowszechniali, gdzie się da. Poniżej ten fragment od 19:00. Trwa to mniej więcej dwie minuty.

Kochani Ukraińcy, którzy jesteście tutaj w Polsce, bardzo was przepraszamy za decyzje polskich polityków, które ci politycy podejmowali w kwestii waszego kraju. Nie mieliśmy nic z tym wspólnego. Oni zdradzili programy, z którymi szli do wyborów. Po wyborach zaczęli zachowywać się zupełnie inaczej. My ich wybraliśmy dlatego, żeby zaprowadzili tu dobrobyt, żeby zaprowadzili pokój, a oni oszukali nas. Popchnęli was do wojny, oszukali was, że pomogą wam. Podpuścili was polscy politycy i nie tylko polscy. Oczywiście sami by na to nie wpadli, bo są za głupi. Oni was oszukali. My to zmienimy, my to widzimy. Pomóżcie nam wypchnąć ich z polskiego parlamentu, pomóżcie nam dojść do władzy. A gdy osiągniemy władzę, po tych wyborach, na drugi dzień skończy się wam wojna. Są do tego specjalne narzędzia. Pomożemy wam odzyskać władzę we własnym kraju. I tylko my możemy to zrobić. Jeżeli znowu uwierzycie politykom partii telewizyjnych w Polsce, to nie unikniecie… wiecie, że teraz rusza duża fala mobilizacji na Ukrainie. Będą was ściągać z zagranicy. Nie przeżyjecie tego. Pomożecie sobie, pomagając nam. – Mówię teraz za siebie. Nie odpowiadam za te wszystkie akcje przeciwko wam. Ludzie, którzy nawet nie wiedzą, że chodzą na pasku gdzieś tam kogoś zza oceanu, którzy nawet nie rozróżniają nazistów ukraińskich od normalnych obywateli ukraińskich. Ale też możecie sobie samym przyznać, powiedzieć: zawaliliśmy sprawę kiedy nacjonalizm, sterowany z Wall Street, jest udowodnione, się rozwijał nie robiliśmy nic. To się rozwinął. Dziś jesteście w reżimie wojennym. Więc nie popełnijcie tego błędu drugi raz, bo to samo dzieje się w Polsce. Dziś partie telewizyjne w Polsce milutkie. One unikają tematu „wojna”, mówią coś, że trzeba kontakty z Rosją itd.

xxx

Mamy więc kolejnego, który chce przepraszać w imieniu innych za coś, za co oni nie odpowiadają. Bo obecny rząd został wybrany glosami tych, którzy głosowali na PiS. Inni głosowali na inne partie. A jest wielu takich, którzy na wybory nie chodzą. Samo to jest jednak mało istotne. Ważne jest coś innego. Otóż dowiedzieliśmy się, że w „Polsce” mieszkają Ukraińcy, którzy mają prawo wyborcze i zapewne musi to być już spora grupa ludzi, skoro Maciak zdecydował się na taki apel. No bo jeśli prosi ich o pomoc, to ta pomoc może być tylko jednego rodzaju – głosowanie na Ruch DiP.

Kiedyś, gdy w 1918 roku powstało państwo polskie, pojawiło się powiedzenie: ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego. Ono obrazowało pewne zjawisko, a mianowicie takie, że zachodzą wielkie zmiany, a większość ludzi nadal żyje w poprzedniej epoce. I dziś jest tak samo. I będzie tak, że – ni z tego, ni z owego, nie mamy Polski od pierwszego. Jeszcze większość, zdecydowana większość, nie zdaje sobie sprawy z tego, że III RP skończyła się 24 lutego 2022 roku, tak jak II RP skończyła się 1 września 1939 roku. Ale będzie jeszcze lepszy numer, gdy większość dopiero po wyborach dowie się, że jest coś takiego jak Ruch DiP, który prawdopodobnie uzyska w nich dobry wynik i wprowadzi do sejmu i senatu swoich przedstawicieli. Ale „willa z basenem” nie dla nich. Pierwszeństwo będą mieli Ukraińcy.

Wniosek

Od ponad półtora roku toczy się wojna na Ukrainie i nadal nie widać jej końca. Rosja zajęła wschodnią Ukrainę i tam się okopała. A Ukraina niby walczy, ale nic z tego nie wynika. O co więc w tej wojnie chodzi i kto tak naprawdę o tym wszystkim decyduje? Maciej Maciak na swoim kanale w odcinku 1701 w 47:30 mówi:

Rosji nie można pokonać. Z Rosją można się dogadać. Rosja ma broń nuklearną i nie zawaha się jej użyć. I Rosja dostanie pozwolenie od Stanów Zjednoczonych na małą, lokalną wojnę nuklearną, która zadowoli interesy Wall Street. Będzie po nas.

xxx

To bardzo zaskakujące stwierdzenie. No bo jeśli Rosja musi prosić o zgodę na użycie broni nuklearnej Stany Zjednoczone, to znaczy, że Rosja nie podejmuje samodzielnie decyzji i ktoś inny decyduje o tym, jak ma przebiegać ta wojna. Może warto w tym miejscu przytoczyć fragment z książki Wall Street a rewolucja bolszewicka Antony C. Suttona, w którym dochodzi on do ciekawego wniosku. Pisze on:

Organizacja United Americans powstała w 1920 roku. Wstępować mogli do niej wyłącznie obywatele Stanów Zjednoczonych, a zgodnie z planem jej założycieli miała szybko urosnąć do pięciu milionów członków, „których jedynym celem będzie walka z naukami socjalistów, komunistów, IWW (Industrial Workers of the World, założona w 1905 roku – przyp. W.L.), organizacji rosyjskich i radykalnych stowarzyszeń farmerskich”.

Innymi słowy, United Americans mieli walczyć z wszystkimi instytucjami i grupami, które uchodziły za antykapitalistyczne.

Grunt pod utworzenie United Americans miała przygotować organizacja, którą kierowali Allen Walker z Guaranty Trust Company, Daniel Willard, prezes Baltimore & Ohio Railroad, H.H. Westinghouse z Westinghouse Air Brake Company oraz Otto H. Kahn z Kuhn, Loeb & Company i American International Corporation. Tym panom z Wall Street pomagali wybrani rektorzy uniwersytetów i Newton W. Gilbert (były gubernator Filipin). Oczywiście United Americans zdawała się na pierwszy rzut oka dokładnie tego rodzaju organizacją, jaką finansować i do jakiej wstępować powinni chcieć kapitaliści z establishmentu. Jej powstanie nie powinno nikogo szczególnie zaskakiwać.

Z drugiej strony, jak już widzieliśmy, finansiści ci byli również głęboko zaangażowani we wspieranie nowych rządów radzieckich w Rosji – chociaż było to zakulisowe wsparcie, po którym ślady zostały wyłącznie w aktach rządowych i o których społeczeństwo miało się dowiedzieć dopiero po pięćdziesięciu latach. Działając w United Americans, Walkler, Willard, Westinghouse i Kahn grali podwójną grę. O Otto H. Kahnie, założycielu tej antykomunistycznej organizacji, brytyjski socjalista J.H. Thomas powiedział, że jego twarz „zwrócona jest ku światłu”. Kahn zaś napisał przedmowę do książki Thomasa. W 1924 roku Otto Kahn przemawiał przed League for Industrial Democracy i stwierdził, że łączą go z tą aktywistyczną grupą socjalistyczną wspólne cele. Baltimore & Ohio Railroad (pracodawca Willarda) odegrała czynną rolę w rozwoju Rosji w latach dwudziestych. W 1920 roku, kiedy utworzono United Americans, Westinghouse prowadził w Rosji fabrykę, która została wyłączona spod nacjonalizacji.

United Americans to jedyny – znany autorowi – udokumentowany przykład organizacji pomagającej radzieckiemu reżimowi i stojącej jednocześnie na czele ruchu antyradzieckiego. W żadnym razie nie jest to niemożliwy bieg zdarzeń, a dalsze badania powinny skupić się na następujących pytaniach:

1. Czy istnieją inne przykłady prowadzenia podwójnej gry przez wpływowe grupy uznawane powszechnie za należące do establishmentu?

2. Czy przykłady te dotyczą również innych obszarów? Na przykład, czy istnieją dowody na to, że grupy te wywoływały niepokoje pracownicze?

3. Jaki jest ostateczny cel tych okrążających manewrów? Czy można je powiązać z marksistowskim aksjomatem: teza kontra antyteza daje syntezę? To zagadkowe, dlaczego marksistowski ruch miałby bezpośrednio atakować kapitalizm, jeśli jego celem był komunistyczny świat i jeśli w pełni akceptował tę dialektykę. Jeśli celem jest komunistyczny świat, to jest, jeśli komunizm stanowi oczekiwaną syntezę, kapitalizm zaś stanowi tezę, wówczas coś innego niż kapitalizm i komunizm musi stanowić antytezę. Czy zatem kapitalizm nie mógłby być tezą, komunizm antytezą, a celem synteza grup rewolucyjnych z ich sponsorami, z której powstałby jakiś nieopisany jeszcze system świata?

xxx

Sutton był historykiem, więc musiał opierać się o twarde dowody i nie mógł tego nieopisanego systemu świata nazwać po imieniu z braku właśnie tych dowodów. Problem jednak polega na tym, że ich nie będzie. Ja jednak mogę sobie pozwolić na postawienie kropki nad „i”, z tej racji, że mój blog nie aspiruje do bycia naukowym. Wiadomo więc, że chodzi o żydowski mesjanizm i dążenie do całkowitego podporządkowania sobie reszty ludzkości i zagarnięcia jej własności.

Dalej Sutton pisze:

W sierpniu 1919 roku, sekretarz stanu Robert Lansing otrzymał z National City Bank of New York – w którym wpływy miał Rockefeller – list domagający się oficjalnego komentarza na temat proponowanej pożyczki pięciu milionów dolarów dla admirała Kołczaka. Od J.P. Morgan & Co. i innych bankierów otrzymał zaś kolejny list, proszący o przedstawienie poglądów departamentu na propozycje udzielenia Kołczakowi pożyczki w wysokości dziesięciu milionów funtów szterlingów przez konsorcjum brytyjskich i amerykańskich bankierów.

Sekretarz Lansing powiadomił bankierów, że USA nie uznały Kołczaka i chociaż gotowy był udzielić mu pomocy, to jak napisał, „Departament nie uważa, aby mógł wziąć odpowiedzialność za poparcie takich negocjacji, niemniej nie ma zastrzeżeń do pożyczki, o ile bankierzy uważają jej udzielenie za celowe”.

Następnie, 30 sierpnia, Lansing poinformował amerykańskiego konsula generalnego w Omsku, że „pożyczka została już udzielona w normalnym trybie”. Dwie piąte kwoty wyłożyły banki brytyjskie, a trzy piąte banki amerykańskie. Dwie trzecie całej sumy miało zostać wydane w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, natomiast pozostała jedna trzecia – gdzie tylko życzyć sobie będzie rząd Kołczaka. Zabezpieczeniem pożyczki było rosyjskie złoto (Kołczaka), które przetransportowano do San Francisco. Terminy opisanych wcześniej transportów radzieckiego złota wskazują, że podjęcie współpracy z Sowietami przy sprzedaży złota nastąpiło tuż po umowie z Kołczakiem.

Handel radzieckim złotem i pożyczka dla Kołczaka sugerują również, że twierdzenie Carrolla Quigleya, że grupa Morgana infiltrowała krajową lewicę, stosowało się także do zagranicznych ruchów rewolucyjnych i kontrrewolucyjnych. Latem 1919 roku wojska radzieckie były w odwrocie na Krymie i na Ukrainie, tak więc ten czarny obraz mógł skłonić brytyjskich i amerykańskich bankierów do poprawienia stosunków z siłami antybolszewickimi. Oczywistą taktyką byłoby działanie na dwa fronty, co pozwoliłoby znaleźć się w korzystnej pozycji podczas negocjowania koncesji i interesów niezależnie od tego, czy nowy rząd ustabilizuje się po zwycięstwie rewolucji czy kontrrewolucji. Ponieważ nigdy nie da się z góry przewidzieć wyniku jakiegokolwiek konfliktu, pomysł polega na tym, aby stawiać na wszystkie konie w rewolucyjnym wyścigu. Pomagano więc zarówno Sowietom, jak i antybolszewikom – podczas gdy rząd brytyjski wspierał Denikina na Ukrainie, a rząd francuski pomagał Polakom.

xxx

Tak to w zarysie wyglądało podczas rewolucji październikowej i pewnie podobnie to wygląda obecnie na wojnie na Ukrainie. Naiwnością było by twierdzenie, że w polityce jest inaczej. Ten, kto ma pieniądze, obstawia wszystkie konie, czyli partie polityczne, stowarzyszenia, komitety wyborcze itp. Właśnie w poniedziałek, 14 sierpnia, został zarejestrowany komitet wyborczy Ruchu Dobrobytu i Pokoju. Nie obyło się bez utrudnień, bo w piątek przy próbie rejestracji „padły” serwery PKW. To miało uwiarygodnić Ruch jako stowarzyszenie niezależne od rządu i jakiejkolwiek partii. Taki tani chwyt tych, którzy mają monopol na druk pieniądza. Skoro jednak stosują te tanie chwyty, to znaczy, że jest wielu, którzy się na nie nabierają.

Dlaczego wybuchło?

Jak co roku, na początku sierpnia powraca temat powstania warszawskiego. Nie inaczej było i tym razem. Oficjalna narracja jest niezmienna, ale są tacy, którzy pewne wydarzenia tłumaczą inaczej. Do nich należy Maciej Maciak, który na swoim kanale „Musisz to wiedzieć” w odcinku 1699 z dnia 8 sierpnia staje w obronie Armii Czerwonej, która, według niektórych, stała pod Warszawą i nie pomogła powstańcom. Maciak chce udowodnić jak, jego zdaniem, fałszuje się historię. Mówi o tym od 6. do 21. minuty. Poniżej wybrane fragmenty jego wypowiedzi.

Zanim się powstanie warszawskie zaczęło ci, którzy byli w szeregach AK i nie chcieli powstania byli mordowani przez tych, którzy chcieli powstania. I to niezależnie kim byli. Tu kłania się mord na panu Makowieckim z wydziału propagandy AK i innych osobach. Z żonami byli mordowani, bo nie chcieli powstania. To jest kłamstwo, że ludzie ochoczo poszli do powstania. Wcale tak nie było i ja uważam, że póki archiwa brytyjskie i amerykańskie nie będą odtajnione na ten temat, nie powinniśmy niemal żadnych analiz brać za sensowne.

Wszystkim nam, którzy nie znają szczegółów powstania warszawskiego wydaje się, że 1 sierpnia, jak wybuchło powstanie, to po drugiej stronie Wisły stała Armia Czerwona, nazywana Rosjanami i oni tak się przyglądali i nic nie robili. Gdy wybuchło powstanie, to Armia Czerwona była 50 km od Warszawy. W momencie wybuchu powstania cała lewo- i prawobrzeżna Warszawa jest pod kontrolą Niemców. Ale my mamy wrażenie, że Armia Czerwona stoi na drugim brzegu Wisły i się przygląda. A to nieprawda.

Dlaczego z jednej strony Hitler bawił się jak kotek z myszką, a z drugiej strony dowódcy, prawdziwi dowódcy powstania, czyli Brytyjczycy kazali tak długo się opierać? Bo wygląda na to, że był tu wspólny interes Hitlera i Wielkiej Brytanii, czy tam kapitału, który rozpętał II wojnę światową (Maciak nie wie, że II wojnę światową rozpętał Franek Dolas – przyp. W.L.). Jaki to interes?

Co by miał zyskać Hitler, który nie zlikwidował powstania natychmiast? Dwie rzeczy: wiedząc jacy są Rosjanie, wabiłby ich do ataku, do pomocy, cały czas jest powstanie, cały czas powstanie walczy. No chodźcie pomścić! Przedrzyjcie się przez Wisłę, a my was wybijemy, dzięki temu odzyskamy przewagę na polu walki. Z drugiej zaś strony Wielka Brytania mogła podtrzymywać na duchu i rozkazać przywódcom powstania utrzymywać to powstanie, bo opóźniało ono pochód Stalina, Armii Czerwonej do Berlina. W związku z tym szybciej by dotarli alianci zachodni i to oni inaczej może podzieliliby świat. Nie podobało się zapewne, że Stalin będzie pierwszy w Berlinie. Stalin chciał być pierwszy, a też mamy powstanie i duże siły niemieckie. W interesie Londynu było utrzymywać powstanie i przy okazji skorzystać też z pijarowego zagrania, które do dziś pokutuje, że Związek Radziecki, czyli Rosjanie, ich zdaniem, nie pomogli Warszawie. Nie mieli żadnych szans pomóc Warszawie.

Gdy wybuchło powstanie, w trym samym czasie, była wielka bitwa pancerna, zwana bitwą pod Wołominem. Była to największa bitwa pancerna II wojny światowej na terenach Polski. Rosjanie ponieśli potężne straty, właśnie próbując wyzwolić Warszawę. W tej bitwie pod Wołominem Armia czerwona straciła około 300 czołgów w około dwa tygodnie. Straty niemieckie były mniejsze. Z racji tego, że był ten opór niemiecki, bo to był rejon umocniony, Związek Radziecki, Stalin, uznał, że nie będzie szedł lwu w paszczę i postanowili przebijać się na południe, a powstanie trwa. Przebijali się jakieś 40-50 km na południe od Warszawy. Był to przyczółek warecko-magnuszewski.

Nieprawdą jest, że Armia Czerwona nie chciała pomóc Warszawie. Wykorzystuje się ten fake historyczny do tego, aby szczuć nas na Rosjan. Fakty: od 29 sierpnia do 4 września, czyli jeszcze gdy trzymała się Starówka, czy po upadku Starówki, jeszcze toczyły się walki wokół wzgórza 140. Dopiero 10 września Niemcy opuszczają Pragę. Za moment koniec powstania. Gdzie Rosjanie stali pod Warszawą?

xxx

Tako rzecze Maciej Maciak. To są oczywiście wybrane przeze mnie fragmenty, czasem nawet pojedyncze zdania. Jak ktoś chce, to może odsłuchać całości, to tylko 15 minut. Ja wybrałem to, co wydaje mi się najważniejsze i do czego chciałbym się odnieść.

W jednym punkcie zgadzam się z Maciakiem. Było wielu ludzi w AK, którzy uważali, że powstanie nie powinno wybuchnąć. Również ludność cywilna Warszawy była krytycznie do niego nastawiona. W latach 80. miałem okazję rozmawiać ze starszą kobietą, warszawianką, która zapytana o to, jak to było z tym powstaniem, powiedziała, że warszawiacy przeklinali powstańców i byli bardzo negatywnie do nich nastawieni.

W okresie od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku miała miejsce w Teheranie konferencja z udziałem przywódców USA, Anglii i ZSRR. W polskiej sprawie postanowiono:

  • ustalić nową granicę Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona
  • dokonać podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • ustalono też, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej.

To są fakty. Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić napisał, że władze polskie w Londynie nie zostały poinformowane o postanowieniach tej konferencji, ale drogą nieoficjalną dotarły one do nich. Skoro jednak Maciak twierdzi, że to Anglicy podjęli decyzję o wybuchu powstania, to oni o tych postanowieniach wiedzieli.

Jeśli powstanie miało wybuchnąć, to powinno było to się stać tydzień wcześniej, gdy w Warszawie nie było praktycznie wojsk niemieckich. W dniach 23-24 lipca wybuchła wśród Niemców panika, która osiągnęła kulminację 27 lipca. Nawet władze cywilne przejściowo opuściły miasto. A wybuchło w momencie, gdy Niemcy wrócili ze znacznymi siłami. Kto podjął taką decyzję?

22 lipca na antenie Radia Moskwa został ogłoszony Manifest PKWN, który stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest Krajowa Rada Narodowa, a rząd RP na uchodźstwie określano jako władzę nielegalną. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do dowództwa AK. Sikorski zgadzał się na dużo, zgadzał się nawet na oddanie Kresów, byle tylko Polska mogła być niepodległym państwem. Chciał, by wojsko polskie wyzwalało Polskę razem z Armią Czerwoną, ale na to nie mógł zgodzić się Stalin i alianci zachodni, bo to oznaczało by, że to polskie wojsko w momencie wkroczenia na ziemie polskie byłoby gwarantem niepodległości nowego państwa. Dlatego wojsko to wyprowadzono do Iranu, by później walczyło na zachodzie Europy. I w ten sposób zostało zneutralizowane, a niewygodną osobę w postaci Sikorskiego spuszczono do morza. Chyba za dużo wiedział albo za dużo domyślał się, a że był ambitny, to tak to musiało się skończyć.

Jeśli więc ktoś oskarża Stalina o to, że nie pomógł powstaniu, bez względu na to czy mógł, czy – nie, to ma chyba jakieś problemy z logicznym myśleniem. Ale załóżmy, że Armia Czerwona pomaga powstaniu i wyzwala Warszawę, w której wita ją dowództwo AK. I co? Stalin dzieli się z nim władzą? W powieści Nie trzeba głośno mówić Mackiewicz pisał:

»Był za okupacji sowieckiej (w Wilnie po 17 września 1939 – przyp. W.L.) u nas taki „Konrad”. Jeszcze wtedy ani w Londynie, ani w Warszawie nie myślano o „sojuszu” z nimi, a on już wtedy wpadł na ten pomysł. I jak jego aresztowali, wystąpił w NKGB w roli „politycznego sojusznika”. Dostał tak w zęby, że potoczył się pod stół. Sam opowiadał później. Powiedzieli jemu wyraźnie: nam konkurentów, ani wspólników do podziału władzy nie potrzeba. Ot co. A wy chcecie „wspólnie” zdobywać Wilno! Tamten już raz dostał w zęby za to. A gdy uciekł z transportu w czterdziestym pierwszym, to dziś znowu powtarza to samo. O tacy, to gorsi od zarazy.«

Argument, że powstanie warszawskie opóźniało marsz Armii Czerwonej do Berlina też jest bez sensu, bo to, co ustalono w Teheranie było respektowane przez wszystkie strony. W blogu „Podział Niemiec” cytowałem Churchilla, który pisał w swoim dziele II wojna światowa:

Wszyscy rozumieli, że uzgodnienia dotyczące stref okupacyjnych nie mogą zakłócać operacji wojskowych. Berlin, Pragę i Wiedeń mógł zdobyć ten, kto doszedłby do nich pierwszy.

Pomimo zwycięskiego marszu armii Eisenhowera, prezydent Truman w drugiej połowie kwietnia stanął w obliczu groźnego kryzysu. Od pewnego czasu ze wszystkich sił starałem się uzmysłowić rządowi Stanów Zjednoczonych, jak wielkie zmiany zachodzą w sferach politycznej i wojskowej. Nasze zachodnie armie wkrótce znajdą się poza granicami stref okupacyjnych, ściskając Niemców między nami a zbliżającymi się ze wschodu Rosjanami.

12 czerwca prezydent odpowiedział na moją depeszę z 4 czerwca stwierdzając, że trójstronne porozumienie o okupacji Niemiec zostało zatwierdzone przez prezydenta Roosevelta „po długich rozważaniach i szczegółowych dyskusjach” ze mną i w związku z tym nie jest możliwe odwlekanie wycofywania wojsk amerykańskich ze strefy sowieckiej w celu wywarcia nacisku na osiągnięcie porozumienia w innych sprawach.

Trzeba jednak zauważyć, że właściwym momentem do działania w tych sprawach był czas, tak jak to wyjaśniłem we wcześniejszych rozdziałach, kiedy wojska potężnych sojuszników stały naprzeciw siebie w polu, zanim Amerykanie i w mniejszym zakresie Brytyjczycy dokonali odwrotu, na obszarze o długości 400 mil i szerokości sięgającej w niektórych miejscach 120 mil. W ten sposób oddaliśmy Rosjanom samo serce i wielki obszar Niemiec.

1 lipca armie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpoczęły wycofywanie się do przeznaczonych dla nich stref. Towarzyszyły im tłumy uciekinierów. Rosja Sowiecka usadowiła się w sercu Europy. Rozpoczął się etap groźny w skutkach dla całej ludzkości.

xxx

Po co w takim razie było powstanie, skoro nie chodziło o opóźnienie marszu Armii Czerwonej do Berlina, nie chodziło też o przejęcie władzy w Warszawie, bo Stalin nie zgodziłby się na to, pomijając już fakt, że garstka powstańców nie mogła przeciwstawić się regularnej, potężnej armii? I dlaczego Niemcy w trakcie walk konsekwentnie niszczyli miasto, bez względu na to, czy to było konieczne, czy – nie? Kto im tak kazał?

Miasto zniszczono, a potem odbudowano i zasiedlono zupełnie nowymi ludźmi, którzy wkroczyli do Warszawy wraz z Armią Czerwoną. Dlaczego tak się nie stało w Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie i Sofii? Czym sobie Polacy zasłużyli na taki los? Co jest wyjątkowego w tym miejscu pomiędzy Niemcami a Rosją, że tu nie może być normalnie?

Jan Zamoyski

Unia lubelska (1569) to moment, w którym powstaje nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jest to zupełnie inne państwo, niż te stworzone przez Piastów. Największy wpływ na jego ustrój wywarł Jan Zamoyski. Zapewne jest on kojarzony z tym, że zbudował miasto Zamość, założył Akademię Zamojską i z sentencją: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Cytat ten pochodzi z aktu fundacyjnego tej akademii z 1600 roku. W powszechnej świadomości zachował się jako wybitna jednostka. Jak jednak stało się, że osiągnął tak wysoką pozycję w państwie i stał się najpotężniejszym magnatem ówczesnej Rzeczypospolitej?

Ja twierdzę, że państwa protestanckie są bogatsze od katolickich – nie mówiąc o prawosławnych, wśród których nie ma żadnego tak bogatego, jak choćby katolicka Austria czy protestancka Szwecja – bo tak chcą Żydzi, którzy rządzą pieniądzem i nie tylko nim. To samo dotyczy również najbogatszych ludzi. To dotyczy również, w mojej ocenie, Zamoyskiego. Trafiłem ostatnio na wywiad z profesorem Wojciechem Tygielskim poświęcony osobie Zamoyskiego Magnat wszech czasów. Jan Zamoyski, zamieszczony na kanale Muzeum Historii Polski, w którym są ciekawe informacje o tym, jak Zamoyski stał się tak potężny. Jednak wypada zacząć od Wikipedii, w której są informacje uzupełniające i sporo wyjaśniające. Pisze ona m.in.:

Jan Saryusz Zamoyski (Jan Zamojski) herbu Jelita (ur. 19 marca 1542, zm. 3 czerwca 1605) – sekretarz królewski od 1565, podkanclerzy koronny od 1576, kanclerz wielki koronny od 1578 i hetman wielki koronny Rzeczypospolitej Obojga Narodów od roku 1581. Generalny starosta krakowski w latach 1580–1585, starosta bełski, malborski, grodecki, jaworowski, krzeszowski, tykociński i dorpacki, starosta międzyrzecki w 1580 roku, starosta knyszyński w 1574 roku. Doradca króla Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego. Główny przeciwnik sukcesora po Batorym, Zygmunta III Wazy. Humanista-mecenas, filolog i mówca, magnat.

Wczesne lata: królewskie wsparcie

Jan Saryusz Zamoyski urodził się 19 marca 1542 roku w Skokówce, a jego rodzicami byli Stanisław, kasztelan chełmski i Anna Herburtówna z Miżyńca. W 1551 ojciec i rodzina Zamoyskiego przyjęli wyznanie kalwińskie. Kalwinistą był także jego stryj Florian. Pierwsze nauki Jan odebrał w kalwińskim gimnazjum w Krasnymstawie, a następnie został wysłany na studia do Paryża, skąd po kilku latach przeniósł się do protestanckiego Strasburga, a następnie do Padwy, gdzie przeszedł na katolicyzm. W latach 1561-1563 studiował prawo w Padwie. W 1563 został wybrany rektorem (w tamtym czasie oznaczało to, że był on przewodniczącym związku studentów – przyp. W.L.) akademii padewskiej. Tam też napisał po łacinie swe dzieło „De senatu Romano libri duo” („O Senacie Rzymskim Księgi Dwie”), broszurę o starożytnym Rzymie, w której doszukiwał się odniesień zasad konstytucyjnych republiki rzymskiej do Korony Królestwa Polskiego. W oparciu o to dzieło uzyskał doktorat. Od początku studiów poważnie interesował się polityką. Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków.

Niektórzy historycy przypisują Zamoyskiemu, po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów w 1572, ogromny wpływ na ustanowienie w Rzeczypospolitej elekcji viritim, tj. wyboru króla przez ogół szlachty. Jest to jednak opinia przesadzona i niewątpliwie inspirowana relacją nadwornego kronikarza Zamoyskiego, Reinholda Heidensteina, co do którego wiarygodności można mieć wiele zastrzeżeń. Był ponoć przyjacielem Mikołaja Sienickiego i Hieronima Ossolińskiego. Poseł na sejm konwokacyjny 1573 roku z województwa bełskiego. Podpisał konfederację warszawską 1573 roku.

Był w opozycji do magnaterii, która chciała zaoferować polski tron Habsburgom. Podczas elekcji w 1573 popierał Henryka III Walezego. Z poselstwem do nowo wybranego króla Henryka III Walezego udał się do Francji w 1573 roku. Poseł na sejm koronacyjny 1574 roku z województwa bełskiego. Podczas elekcji w 1575 jego faworytem był wrogi Habsburgom Stefan Batory. Był pomysłodawcą wyboru Anny Jagiellonki na króla Polski i przydania jej za małżonka Stefana Batorego. Za panowania Batorego został jego najbliższym politycznym współpracownikiem. W tym czasie był jednym z najpotężniejszych ludzi w kraju, król mianował go kanclerzem wielkim oraz hetmanem wielkim koronnym. Wkrótce stał się jednym z najbogatszych polskich magnatów. Wspierał politykę Batorego przeciwną Habsburgom i imperium osmańskiemu oraz opowiadał się po stronie Batorego w jego dążeniach do wzmocnienia władzy królewskiej i osłabienia magnaterii. Choć nie miał większego doświadczenia wojskowego, wziął na siebie część przygotowań do wojny z Rosją w latach 1579–1581 (zaczął studiować traktaty z dziedziny wojskowości i poznawać organizację różnych armii niedługo przed wyprawą), podczas której zdobył Wieliż i Zawołocze. W zastępstwie króla dowodził całą polską armią podczas oblężenia Pskowa. W 1584 przyczynił się do ujęcia i stracenia banity Samuela Zborowskiego, co sprawiło, że stracił popularność w masach szlacheckich, a nawet rozpoczęto przeciw niemu w 1585 sąd sejmowy, który zajął się analizą legalności jego działań.

Lata późniejsze: w opozycji do tronu

Po śmierci Batorego w 1586 roku jako kanclerz wielki koronny obecny był na sejmie koronacyjnym Zygmunta III Wazy w Krakowie w 1587/1588 roku. Pomógł Zygmuntowi III Wazie w zdobyciu polskiego tronu, pokonując siły wspierające kandydata Habsburgów, arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga w bitwie pod Byczyną w 1588, kiedy to magnaci wspierający Maksymiliana próbowali siłą zdobyć stolicę Polski, Kraków. Arcyksiążę został uwięziony na zamku w Krasnymstawie, następnie w Zamościu, po czym na mocy paktów będzińsko-bytomskich jako jeden z warunków zwrócenia wolności, zrzekł się pretensji do polskiego tronu. Zamoyski był sygnatariuszem traktatu bytomsko-będzińskiego.

Mimo wszystko, na samym początku rządów Zygmunta III, Zamoyski, który wiernie służył królom Rzeczypospolitej, dołączył do opozycjonistów walczących z polityką Zygmunta III, chcącego wzmocnić władzę królewską i przeobrazić Rzeczpospolitą w monarchię absolutną poprzez przymierze z Habsburgami w celu zapewnienia sobie ich pomocy w odzyskaniu szwedzkiego tronu. Nowy król obawiał się wpływów kanclerza, a zgodnie z prawem Rzeczypospolitej nie był w stanie odwołać go ze stanowiska. Z kolei Zamoyski traktował króla jak pionka w grze i ignoranckiego obcokrajowca. Jako przeciwnik króla przestrzegał przed niepotrzebną ingerencją Rzeczypospolitej w wojny dynastyczne w Szwecji, zwłaszcza że ciągle istniało zagrożenie ze strony Imperium osmańskiego. Jego polityka i działania przeciwstawiały się (lub ewentualnie próbowały uniknąć) tendencjom w kierunku absolutyzmu, które charakteryzowały pozostałe państwa Europy. Otwarty konflikt między kanclerzem a królem wybuchł podczas sejmu w 1592 r., kiedy Zamoyski odkrył, że Zygmunt spiskuje, aby scedować koronę polską dla Habsburgów w zamian za ich wsparcie w walce o szwedzki tron.

Majątek

W ciągu swojego życia zdążył bardzo się wzbogacić. Pozostawił swojemu spadkobiercy 11 miast i ponad 200 wsi oraz jako dzierżawca dóbr królewskich 12 miast i 612 wsi. Jego roczny dochód szacowany był na 200 000 złotych. W 1580 założył miasto Zamość, a w 1589, w celu utrzymania pozycji rodu i zapobieżenia rozdrobnieniu majątku, utworzył Ordynację Zamojską, którą zarządzało po nim kolejno piętnastu ordynatów i która przetrwała do 1944 r. Zamoyski dbał o racjonalne wydawanie pieniędzy, oferował rzemieślnikom tanie kredyty, sprowadzał kupców, budował huty żelaza i szkła oraz cegielnie. W 1595 r. ufundował Akademię Zamojską. Posiadał własne wojsko, w skład którego wchodziło 4000 piechoty (głównie piechoty węgierskiej) oraz 2000 jazdy.

Stosunek do religii

Jan Zamoyski patrzył na sprawy religii bardziej poprzez sprawy polityki niż teologii. Jego ojciec i stryj byli kalwinistami, a sam zamienił kalwinizm na katolicyzm dopiero na studiach w Padwie. Pierwsze trzy żony Jana Zamoyskiego były wyznania protestanckiego. Również i jego siostry były kalwinistkami, przyrodnia siostra Zofia wyszła za mąż za kalwinistę Łukasza Działyńskiego, a podobnie siostrzenicę kalwinistkę Annę Oleśnicką wydał za luteranina Jana Dulskiego. Wielu wyznawców protestantyzmu przebywało też na jego dworze i mimo że nie mogli osiedlać się w Zamościu, to cieszyli się swobodą religijną w jego Ordynacji. Kanclerz był też jednym z twórców unii brzeskiej i był przychylnie nastawiony do kościołów wschodnich, czemu dał wyraz pozwalając się osiedlać w Zamościu Ormianom i Grekom. Jan Zamoyski nie lubił ostentacyjnej pobożności, czemu dał wyraz zalecając, by na jego nagrobku nie było żadnych symboli religijnych.

xxx

Pod tym filmem znajduje się informacja:

Był zaangażowany w osadzenie na tronie aż trzech polskich władców, stworzył podwaliny największego magnackiego rodu w naszych dziejach, założył własne miasto, akademię, wykreował nawet własne stronnictwo polityczne. Wicekról, magnat wszech czasów, polski Richelieu, a może Machiavelli i – o czym mało kto wie – przede wszystkim pierwszy Polak, który odniósł sukces za granicą.

Gdy Jan Zamoyski zaczynał karierę, miał w posiadaniu 4 wsie. Skończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamojską, która formalnie przetrwała do 1945 roku. Czy można go uznać za najwybitniejszego w naszej historii polityka czasów demokracji szlacheckiej. Dlaczego nie został królem Polski? Jakie drugie dno miała słynna sprawa Zborowskich?

W „Innych historiach Polski” Cezary Korycki wraz z profesorem Wojciechem Tygielskim będą rozmawiać o biografii Jana Zamoyskiego, odsłaniając przy tym kulisy jego wyjątkowo błyskotliwej kariery.

Poniżej wybrane fragmenty tej rozmowy:

Co ułatwiło karierę?

Zmiana dynastyczna. Na dworze Zygmunta Augusta był sekretarzem królewskim. Dramatyczne wydarzenie, wielkie znaczenie mają obrady sejmowe. Wybór króla przez posłów, na których można wywierać wpływ, jeśli się jest człowiekiem potrafiącym sugestywnie przemawiać, przekonywać posłów. To był ten atut, który ułatwiał mu karierę. Zaczyna się od Henryka Walezego. Zamoyski dostaje od Walezego dwa starostwa, czyli własność królewską. Istotą było to, że podatki od takiej dzierżawy były małe, a dochody bardzo duże. Cały problem polegał na tym, że ci, którzy dostali te darowizny dożywotnio, uważali, że są one dziedziczne i w związku z tym nie oddawali ich i powstawały wielkie fortuny magnackie na tym bazujące.

Decydujący w karierze Zamoyskiego jest Batory.

Jest w tym czasie przywiązanie do idei jagiellońskiej i dynastii jagiellońskiej. W przypadku Batorego jest to wybór podzielony, kontrowersyjny. Zawsze pojawia się pewny kandydat habsburski. Ostatecznie Anna Jagiellonka zostaje wybrana na królową, a jej mężem zostaje Stefan Batory – książę siedmiogrodzki. Nie zna polskiego, nie ma dworu, nie ma zaplecza. Batory wybiera Zamoyskiego i od tego zaczyna się jego kariera. W krótkim czasie kumuluje w swoich rękach najwyższe urzędy w państwie. Te urzędy czynią go pierwszym ministrem czy wicekrólem. Zbudował własne stronnictwo polityczne, wiedząc jak to się robi. Wiążąc ze sobą klientów, zostając ich patronem, dba też o ich kariery, a mając dostęp do króla, możliwości dbania o te kariery są ogromne. No i potem zyskuje się wdzięczność tych ludzi, których się tam jakoś awansowało. Ci pociągają następnych. Jest to system klientarny, który brzmi niedobrze. Rozwija się bardzo szybko w Rzeczypospolitej i mam wrażenie, że to wynika po pierwsze z faktu, że z natury rzeczy gospodarka i biurokracja takiego kraju jest stosunkowo słaba. Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych.

Jaką wizję ustroju i państwa miał Zamoyski?

Tego nie wiemy na pewno. Czytając listy Zamoyskiego miałem wrażenie, że myśli w kategoriach prywatnych, że jego stronnictwo to program sam w sobie: dojście do władzy, która będzie spersonalizowana w jego osobie. Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

Gdy zaczynał karierę miał w posiadaniu 4 wsie. Kończył z 23 miastami i 819 wsiami zespolonymi w Ordynację Zamoyską, która formalnie przetrwała do 1945 roku.

Magnat wszech czasów, a na pewno prekursor magnaterii – karierze urzędowej towarzyszyła kariera majątkowa w postaci różnych królewszczyzn, które skrupulatnie łączył, kumulował i które dawały mu majątek będący podstawą… trzeba pamiętać, że bogactwo w ówczesnej Rzeczypospolitej nie polegało przede wszystkim na pieniądzach, polegało na dobrach ziemskich. Pieniądze były potrzebne dość rzadko. Bardzo wiele rzeczy, choćby z powodu ustroju pańszczyźnianego, czy specyficznego typu handlu, były dostępne dla takiego magnata bez użycia pieniędzy. To wpływa niedobrze na system spoleczno-gospodarczy, bo jest on zbyt naturalny.

Bogactwo Zamoyskiego

Ordynacja to jest taka forma, która ma zapobiec dzieleniu majątku. Ordynacja zakłada, że dziedzicem całości, opisanej jako ordynacja, będzie najstarszy syn. Zamoyski zaczynał jako pierwszy, ale miał swoich następców, jeśli chodzi o tę formę spadku.

W 1580 roku zakłada Zamość. Ważna jest jego organizacja i pomysł, żeby to była wielostronna, funkcjonalna stolica latyfundium. Specyfiką polskiego ustroju była decentralizacja. Magnaci nie żyli w miastach. Mamy wielkie państwo, a do tego jeszcze zdecentralizowane i mające mnóstwo stolic, takich małych królewiątek, ordynacji itp.

Elekcja

Batory umiera nagle i zaczyna się wolna elekcja. Najważniejsi kandydaci to arcyksiążę Maksymilian Habsburg i Zygmunt Waza, potomek Jagiellonów. Rola Zamoyskiego w tej elekcji jest ogromna. Ma za sobą pokaźne stronnictwo, z którego korzysta w czasie elekcji. Obóz Zborowskich popiera Habsburga. Dochodzi do wyścigu dwóch wybranych władców, wybranych legalnie, podzielili się elektorzy. Maksymilian Habsburg ma dużo bliżej z Wiednia do Krakowa, niż Zygmunt Waza, który musi płynąć przez morze. Kluczową sprawą jest to, kto pierwszy dotrze do Krakowa i tam się koronuje. To będzie rozstrzygające w całym tym sporze elekcyjnym. Maksymilian dociera do Krakowa dużo szybciej, ale tam też dociera Zamoyski ze swoimi ludźmi. Fortyfikuje Kraków, broni go przed wojskiem arcyksięcia Maksymiliana i broni skutecznie. W związku z tym Maksymilian odstępuje od oblężenia Krakowa, a w tym czasie Zygmunt dociera do Krakowa, czyli zawdzięcza koronę Zamoyskiemu. Z punktu widzenia Zygmunta posiadanie takiego ministra musi być czymś kłopotliwym. Zygmunt nie życzy sobie takiego niezależnego magnata i kłopoty w ich wzajemnych relacjach stają się oczywiste. Jego pozycja słabnie.

Czy ta biografia polityczna jest w naszej historii jakąś ważną cezurą i czy od niej coś się zaczęło?

Ja uważam, że tak, że właśnie to stworzenie systemu zależności społeczno-politycznej, całego skomplikowanego systemu patronatu, klienteli – po raz pierwszy na taką skalę i w takim wydaniu i na takim poziomie świadomości, bo Zamoyski był świadom swoich obowiązków jako patron. On wiedział, że on musi być ojcem chrzestnym swojego zwolennika czy dzierżawcy. On budował cały system osób, które były od niego zależne, ale on też wiedział, że on musi się im odwzajemniać i że nie jest tak, że on ma tylko same korzyści, on ma też bardzo poważne obowiązki. Otóż wydaje mi się, że stworzenie takiego, jak na owe czasy, nowoczesnego sposobu myślenia politycznego, nowoczesnego systemu, było dość przełomowe, bo na nim, tak mi się wydaje, chętnie się wzorowali ci, którzy następnie uczynili ten system klientarnym, jednym z zasadniczych wyznaczników ustroju Rzeczypospolitej, o którym się mówi, że potem zmierzał on do oligarchii. Ale na ten temat są też dyskusje, czy to była oligarchia, ale na pewno był to system, w którym wyjątkowo dużą rolę odgrywały więzi nieformalne. Więzi nieformalne zawsze, pod każdą szerokością geograficzną odgrywały i odgrywają wielką rolę. Ale z całą pewnością wtedy właśnie z powodu słabości państwa, jakim była Rzeczpospolita, słabości administracji centralnej, słabo rozwiniętej biurokracji, rola tego systemu była szczególnie duża.

xxx

Właściwie to należało by zacząć od początku, ale odpowiedź pana profesora na ostatnie pytanie aż prosi się o skomentowanie. Cóż za ekwilibrystyka, intelektualne wygibasy, by nie nazwać rzeczy po imieniu. Wcześniej wyraźnie powiedział: Zamoyski przez atrakcyjność swojej kariery stworzył stronnictwo polityczne, które podobało się innym. Inni też tak chcieli, więc zaczął się proces lawinowego powstawania fakcji magnackich, które na pewno długofalowo dla ustroju, dla nowoczesności, dla reform – nie były korzystne.

A jeszcze wcześniej powiedział: Mamy wielki kraj, słabo powiązany ze sobą i nie ma funduszy centralnych z powodów owych podatków, o których wspomniałem, żeby zorganizować aparat państwowy, który będzie temu państwu służył. Więc alternatywą staje się system klientarny, w którym to pierwszy minister swoimi ludźmi może załatwić wiele spraw, również państwowych. Pan profesor odwraca kota ogonem. Nie było funduszy centralnych, bo Jagiellonowie zubożyli skarb królewski, wydając pieniądze na swoje dynastyczne interesy oraz umożliwiając magnatom przejmowanie królewszczyzn, z których państwo później nie miało już dochodów. Ten system klientarny nie był alternatywą, tylko konsekwencją świadomego okradania państwa.

Z kolei Wikipedia pisze: Po powrocie do kraju został mianowany sekretarzem króla Zygmunta II Augusta. W ostatnich latach jego panowania uczestniczył w porządkowaniu archiwum koronnego na Wawelu. Przez trzy lata czytał i segregował dokumenty, poznając system polityczny i gospodarczy państwa oraz sposoby tworzenia magnackich majątków. I wtedy zapewne Zamoyski zorientował się, że istotą tego bogacenia jest dożywotnia dzierżawa królewszczyzn, obciążona niewielkim podatkiem i dająca ogromne dochody. Gdy nadeszła odpowiednia chwila, to już wiedział, co robić.

Nie twierdzę, że to Zamoyski wymyślił ten ustrój, on tylko wprowadził go w życie, czym przyczynił się do przyszłego upadku Rzeczypospolitej. Studia w Paryżu, Strasburgu i Padwie były m.in. po to, by go przygotować do tej funkcji. Zapewne tam go nauczono, jak zbudować własne stronnictwo i jak uzależniać od siebie i podporządkowywać sobie ludzi. Tej wiedzy nie było w ówczesnej Polsce, bo chociaż Polska piastowska była państwem europejskim, to jednak peryferyjnym. Tę wiedzę przekazali mu „starsi i mądrzejsi”. W pierwszej połowie XVI wieku Strasburg był stolicą anabaptyzmu i miastem protestanckim. Zamoyski był kalwinem, a kalwinizm jest najbardziej zbliżony do judaizmu. Nie przypadkiem więc chyba odwiedził to miasto.

Początek kariery Zamoyskiego to czas reformacji. Szlachta masowo przechodzi na kalwinizm. Zygmunt I był pierwszym władcą w Europie, który oficjalnie uznał reformację, przyjmując w 1525 roku na rynku krakowskim hołd od Albrechta brandenburskiego, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego i nadając mu dobra zakonne jako lenno świeckie. Za czasów Zygmunta Augusta, którego sekretarzem zostaje Zamoyski, siły reformacji jeszcze wzrosły. Zygmunt August, jeszcze jako królewicz, propagował reformację, ale później, jako król, zatrudnił Zamoyskiego, który wtedy był już katolikiem. Jeśli można to jakoś sensownie wytłumaczyć, to chyba tylko tym, że oni wszyscy byli członkami tajnych stowarzyszeń.

Po 1989 roku popularne było w Polsce powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, a potem to już można było działać zgodnie z prawem, a nawet zostać filantropem. Podobnie było w przypadku Zamoyskiego. Henryk Walezy, choć krótko był królem, to zdążył nadać mu dwa starostwa, które stały się dla niego trampoliną, odskocznią do dalszej kariery politycznej i finansowej. Opłacało się studiować w Paryżu. Można więc powiedzieć, że Zamoyski uwłaszczył się na państwowym.

Pisze Wikipedia, że Zamoyski był humanistą-mecenasem. Ten humanizm to chyba wyniósł ze studiów w Padwie. Od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, wolność myślenia w zakresie religijnym, dając tym samym podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Utarło się przekonanie, że ustrój Rzeczypospolitej, czyli demokracja szlachecka, to anarchia i nierząd. Nic bardziej błędnego. To nie było tak, że jakiś szlachcic mógł zerwać obrady sejmowe, bo krzyknął „veto”. Jeśli tak zrobił, to tylko dlatego, że tak mu kazał jego magnat, od którego był całkowicie zależny. Niechby tylko spróbował inaczej! Ten ustrój był tak zaplanowany, by robił wrażenie chaosu i anarchii, ale nic nie działo się wtedy przypadkiem. Zupełnie tak samo jak obecnie. Dziwi się Leszek Sykulski w jednym ze swoich podkastów, że rząd kupuje czołgi u Amerykanów, Niemców i Koreańczyków, że zamiast inwestować w systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, dokonuje takich bezsensownych zakupów, że takie zachowanie rządu jest chaotyczne i nieracjonalne. Dziwi się też, że Amerykanie powoli wycofują się z roli głównego drażniącego się z Rosją i cedują tę funkcję na Polskę. Nic tu jednak nie dzieje się przypadkiem. Wszystko jest dokładnie zaplanowane, tak jak za czasów Zamoyskiego. Znowu, tym razem III RP, ma być awanturnikiem, nieodpowiedzialnym państwem. Ci, którzy do tego dążą byli na stypendiach w Ameryce i zostali odpowiednio przeszkoleni. Wcześniej, ich poprzednicy, jeździli po instrukcje do Moskwy, a jeszcze wcześniej, tacy jak Zamoyski, jeździli na studia do Europy zachodniej.

Sarmatyzm

Jakoś tak się dziwnie składa, że najczęściej, gdy mówi się o staropolskiej tradycji i obyczajach, to nawiązuje się do czasów I RP, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, co samo w sobie jest nielogiczne, bo jak obojga nardów, to nie – jednego. Inna sprawa, że była to Rzeczpospolita Pięciorga Narodów: żydowskiego, ukraińskiego, białoruskiego, litewskiego i polskiego. W takiej sytuacji trudno było znaleźć wspólny mianownik dla tego multi-kulti potworka. A jednak znaleziono!

Polska piastowska była nowoczesnym państwem europejskim z silną władzą królewską, była monarchią stanową, w której wszystkie stany były w równowadze. Za Jagiellonów nastąpiła diametralna zmiana. Jeden stan, czyli szlachta, zdominował i podporządkował sobie pozostałe, a tym samym całe państwo. Jego ustrojem była tzw. demokracja szlachecka. I pod nią stworzono nową ideologię. Tą ideologią był sarmatyzm. Pojawił się on pod koniec XVI wieku, a więc po unii lubelskiej (1569), gdy powstało to nowe państwo, zwane oficjalnie Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Wymyślono Sarmatów, którzy niby mieli zamieszkiwać tereny, na których w przyszłości miała powstać RON. W ten sposób szlachta, która była rozproszona na całym terytorium tego państwa, otrzymała wspólną tożsamość i stała się jego jedynym spoiwem. A żeby to spoiwo było bardziej zwięzłe, to szlachta ruska musiała przechodzić na katolicyzm. Bez wyjątkowej pozycji szlachty w tym państwie, unia polsko-litewska nie przetrwałaby nawet 10 lat.

Wikipedia tak we wstępie opisuje sarmatyzm:

Sarmatyzm – utrwalone przez działaczy polskiego oświecenia określenie ideologii przyjętej i propagowanej przez szlachtę polską od końca XVI do drugiej połowy XVIII wieku. Opierała się ona na przekonaniu, że szlachta polska pochodzi od Sarmatów – starożytnego ludu zamieszkującego początkowo tereny między dolną Wołgą a Donem.

Już Jan Długosz twierdził, że protoplastami Polaków byli starożytni Sarmaci, a wiek XVI legendę tę umocnił. Legenda głosiła, że w zamierzchłych czasach rycerskie plemię Sarmatów opuściło stepy czarnomorskie, opanowując tereny, na których z czasem powstać miała Rzeczpospolita Obojga Narodów. Zagarnąwszy te ziemie, rycerze sarmaccy ludność autochtoniczną obrócili w niewolników, zwanych teraz plebejami, a sami przekształcili się w szlachtę. Tylko szlachta jest wyłącznym potomkiem Sarmatów, ona jest „narodem”, do którego należeć powinno wyłączne kierownictwo w państwie. Sarmatyzm już w samym założeniu zawierał tendencje separatystyczne, odśrodkowe w stosunku do kultury ogólnoeuropejskiej, której wspólnym mianownikiem był humanizm. Idealizowanie przeszłości sarmackiej przez szlachtę skutkowało konserwatyzmem, który przejawiał się we wszystkich dziedzinach życia.

Sarmatyzm jako ideologia sankcjonował hegemonię szlachty nad innymi stanami społeczeństwa polskiego. Jak zauważał Jan Sowa, szlachta uznawała siebie za „grupę etnicznie i narodowo odmienną od chłopów i mieszczaństwa”, przyznając sobie jedyne prawo do kształtowania narodowości polskiej. Przedstawiciele szlachty nie dostrzegali nękających Rzeczpospolitą Obojga Narodów w XVII i XVIII wieku problemów gospodarczych. Stanisław Orzechowski w XVI wieku pisał na przykład: „Polska zewsząd doskonała jest tak, iż jej nic przydać ani ująć nic nie może”, a Wacław Rzewuski w 1756 roku deklarował: „nie masz pod słońcem narodu, który by z nami w szczęściu się zrównał”.

Sarmatyzm głosił anarchiczną wolność szlachty od obowiązków pełnionych wobec państwa, przywiązanie do wartości życia wiejskiego (motywowane dążeniem do osłabienia mieszczaństwa) oraz światopoglądowy partykularyzm. Zrazu odegrał ważną rolę w barokowej literaturze polskiej i miał ogromny wpływ na kształtowanie umysłowości, obyczajowości i ideologii polskiej szlachty. Według opinii Tadeusza Mańkowskiego: „teoria sarmackiej genezy narodu i państwa polskiego w tym świetle to nie mit, ani też bajanie niekrytycznych umysłów kronikarzy, lecz wyraz poszukiwania swojego «ja» przez bardziej oświecone warstwy narodu, poszukiwanie tradycji historycznych przez naród, który poczuł się na siłach i chce coś znaczyć, szukanie swego miejsca wśród innych narodów o odległej przeszłości”. Jednak w epoce saskiej, jak zauważa Marta Krajewska, „nurt zrodzony z historycznej legendy a będący afirmacją kultury narodowej stał się z biegiem czasu synonimem zacofania i ciemnoty”.

Wpływ sarmatyzmu można dostrzec we współczesnym społeczeństwie polskim. Do tradycji sarmackich nawiązuje myśl konserwatywna (Krzysztof Koehler, Jarosław Marek Rymkiewicz, pismo „Fronda”), a etos szlachecki jest wciąż obecny w kulturze popularnej (Trylogia Henryka Sienkiewicza oraz jej filmowe adaptacje).

xxx

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Główne elementy tej ideologii stanowiły:

  • nieograniczona wolność osobista szlachty
  • ksenofobia
  • samouwielbienie
  • megalomania narodowo-stanowa połączona z wiarą w posłannictwo dziejowe
  • nietolerancja
  • dewocja
  • orientalizacja obyczaju i upodobań estetycznych

Niechęć do cudzoziemców, mająca dawniej jedynie podłoże ekonomiczne, wyrosła teraz z postawy ideowej: szlachcic polski, głoszący hasła nieograniczonej wolności, z przerażeniem widział utwierdzające się dookoła monarchie absolutystyczne; ponieważ szlachta innych krajów „zdradziła ideały wolności rycerskiej”, trzeba się było odciąć od reszty Europy, z której szła zaraza „tyranii”. Stąd wyrosło przekonanie, że Polska ma najlepszy ustrój społeczno-polityczny, stąd samouwielbienie i megalomania.

Ponieważ w tych czasach prowadzono wojny z narodami niekatolickimi, urosło przekonanie, że prawdziwym Polakiem noże być tylko katolik. Wynikiem tego był odwrót od dawnej tolerancji religijnej i wzrastający ucisk różnowierców. Wzrosło przekonanie, że Polacy są narodem wybranym przez Boga, przeznaczonym do swoistej misji dziejowej jako przedmurze chrześcijaństwa przed nawałą muzułmańską. W parze z tym rósł fanatyzm religijny połączony z powierzchowną dewocją: odpusty, kalwarie, pielgrzymki do miejsc cudownych, procesje pokutnicze biczowników, koronacje obrazów kościelnych – były zjawiskami powszechnymi, zwłaszcza w czasach saskich. Jednocześnie obok ortodoksji religijnej szerzyła się wiara w gusła i zabobony, przekonanie o siłach nadprzyrodzonych wróżbitów i czarownic, których procesy stały się nagminne.

Sarmatyzm, jako zjawisko skomplikowane, zawierał w sobie mnóstwo sprzeczności. Afiszujący przepych występował obok jaskrawej nędzy, nieuctwo obok przejawów głębokiej wiedzy. W rezultacie sarmatyzm stał się przyczyną regresji politycznej i kulturalnej. Hasła wolności w praktyce przerodziły się w anarchię i przyniosły upadek znaczenia państwa („nierządem Polska stoi”).

xxx

Natomiast Stanisław Cynarski w pracy Sarmatyzm – ideologia i styl życia m.in. pisze:

Sarmackie hasła ekspansji

Przekonanie o sarmackim pochodzeniu Polaków stwarzało podstawę do przypisywania ich potomkom szczególnej roli dziejowej, którą mieli odegrać na wschodzie przez podporządkowanie sobie Moskwy. Wszak w całej Sarmacji europejskiej jedynie Moskwa nie należała do Polski. Marcin Paszkowski wyraźnie stwierdzał, że Polacy-Sarmaci są dziedzicami ziem nad Oką, Wołgą i Donem. Prawa do tych terytoriów zawdzięczali, zdaniem Paszkowskiego i innych pisarzy, pochodzeniu ze Wschodu, z Sarmacji. Rosjan nazywa on w Posiłku Bellony Sauromackiej (Kraków 1608) pasierbami Sarmatów, nie mającymi prawa do ziem starożytnej Sarmacji. Interwencja magnatów polskich i udział ich w dymitriadzie, a następnie wyprawa Zygmunta III, stały się zachętą do pism wzywających Sarmatów do podboju.

xxx

Jakub Niedźwiedź w pracy Sarmatyzm, czyli tradycja wynaleziona m.in. pisze:

Mit etnogenezy

Większość XX-wiecznych autorów twierdzi, że sarmacki mit etnogenetyczny jest kluczowy dla poczucia wspólnoty szlachty Rzeczypospolitej. Cytowany wcześniej Jacek Kowalski pisze, że w krótkim czasie „wszyscy szlachetni mieszkańcy Rzeczypospolitej utożsamili swoich przodków, a zatem i samych siebie – z Sarmatami”, a w swojej opinii nie jest ani pierwszy, ani odosobniony.

Tymczasem mit sarmacki nie był jedynym mitem etnogenetycznym w dawnej Rzeczypospolitej. Już w I połowie XVI wieku w latopisach litewskich pojawia się opowieść o rzymskim uchodźcy Palemonie, który wraz z trzystu towarzyszami opłynął Europę i osiedlił się na Litwie. Od Palemona miały się więc wywodzić najważniejsze rody litewskie. Opowieść tę podjął i spopularyzował Maciej Stryjkowski w swojej niezwykle poczytnej kronice (1582). W kolejnym stuleciu Palemon był już na Litwie powszechnie znany wśród wykształconej szlachty, m.in. dzięki pośrednictwu szkół jezuickich, zaś apogeum „palemonizmu” przypada na II połowę XVII i I połowę XVIII wieku. Szlachta i magnateria Wielkiego Księstwa Litewskiego odwoływały się więc w swoich tekstach nie do mitu sarmackiego, lecz palemońskiego.

Wiele wskazuje na to, że mit palemoński był w stosunku do mitu sarmackiego konkurencyjny, choć ta rywalizacja mogła mieć zmienną dynamikę. Przeszłość WKL, również ta mityczna, opowiadana przez historyków, mówców i poetów, stała się jednym z czynników integrujących szlachtę litewską i odróżniającą ją od szlachty koronnej. To poczucie odrębności historycznej było szczególnie ważne od II połowy XVII wieku, kiedy większość szlachty litewskiej mówiła już po polsku.

Inną genealogię przedstawiała szlachta ruska ze wschodnich terenów Korony. W literaturze II połowy XVI i I połowy XVII wieku pisarze ruscy z Wołynia lub Kijowszczyzny, tworzący po łacinie, po polsku i po ukraińsku, odwoływali się nie tyle do mitu sarmackiego, ile do tradycji Rusi Kijowskiej. Z kolei dla szlachty mającej korzenie niemieckie – z Prus Królewskich lub Inflant – tradycja sarmacka i palemońska były zupełnie zewnętrzne. Widać to np. w łacińskim panegiryku napisanym przez Józefa Bakę dla Jana Ludwika Platera z okazji objęcia przez niego urzędu wojewody inflanckiego w 1736 roku. Baka umieszcza jego przodków w Westfalii i Saksonii. Mimo braku sarmackich lub palemońskich antenatów XVIII-wieczni Platerowie chcieli się widzieć jako wierni synowie Rzeczypospolitej.

Etnogenetyczny mit sarmacki nie mógł być zatem spoiwem narodowym szlachty zamieszkującej dawną Rzeczpospolitą, jak chcieliby to widzieć liczni historycy i historycy literatury. Owszem, zapewne spajał on część szlachty koronnej i był podstawą wczesnonowożytnej polskiej tożsamości narodowej. Jednak Rzeczypospolitej nie zamieszkał wyłącznie naród Polaków. Choć nasza wiedza nie jest jeszcze w pełni zadowalająca, możemy mówić o co najmniej dwóch, o ile nie o trzech innych wczesnonowożytnych narodach tego państwa: litewskim, ruskim i może pruskim. Narody te miały własne mity etnogenetyczne i własne, odmienne od polskiej, narracje historyczne.

Przedmurze, spichlerz i szabla

Topos przedmurza (antemurale) Europy lub chrześcijaństwa w literaturze polskiej XVII wieku był wielokrotnie omawiany. Autorzy podejmujący tę kwestię udowodnili, że topos ten jest charakterystyczny nie tylko dla sarmatyzmu, występuje bowiem u innych narodów, m.in. u Węgrów, Wenecjan, Chorwatów itd. Również literatura ukraińska lub rosyjska końca XVII wieku podejmowała ten wątek. Widoczne jest to np. w poezjach ukraińskiego poety Łazarza Baranowicza, który wzywa Rusinów i Polaków do wspólnego pokonania Imperium Osmańskiego.

Topos (komunał, ogólnie przyjęty sąd – przyp. W.L.) przedmurza podkreślał wyjątkowość państwa na tle Europy. Podobną funkcję pełnił motyw europejskiego spichlerza, którym miała być Rzeczpospolita (a przynajmniej Korona). To przekonanie wyrażane w polskich tekstach z XVII wieku również nie było odosobnione, ponieważ podobne poglądy znajdziemy w literaturze węgierskiej. Jeszcze dziś niektórzy węgierscy historycy traktują topos przedmurza i spichlerza z całkowitą powagą: „Węgry stały się ostatnim bastionem chrześcijaństwa. Produkty rolnicze węgierskich równin (zboże i bydło) były tak samo kluczowe dla Europy, jak sławne kopalnie złota w Siedmiogrodzie”.

Być może warto byłoby jeszcze raz zastanowić się nad tym, jak funkcjonowały oba te toposy dawniej i jak funkcjonują dziś. Już pobieżny rzut oka pozwala nam powiedzieć, że nie są one specyficzne dla jednego narodu lub państwa, ale zapewne charakteryzują dużą część wschodniej i bałkańskiej części Europy, łącznie z Rosją. Na tę wspólnotę zwracali uwagę już dawno temu m.in. Jerzy Mańkowski, Endre Angyal i Janusz Maciejewski.

Ta wspólnota wschodnioeuropejska nie ogranicza się wyłącznie do idei. Dodaje się do niej podobieństwo stylu: męskiego stroju, fryzur, zarostu i broni. Taki „styl” bywa często określany jako staropolski lub sarmacki. Tymczasem dobrze urodzeni mieszkańcy całej wschodniej i południowej części kontynentu, zarówno szlachta, jak mieszczanie, używali bardzo podobnych, krzywych szabel, nosili podobne szerokie szarawary wpuszczane w wysokie buty, jeśli zaś byli zamożni, na wierzch zakładali długie suknie podbite drogim futrem. Również tzw. malarstwo sarmackie nie było cechą specyficzną sztuki Rzeczypospolitej, gdyż podobne reprezentacyjne portrety, przedstawiające wąsatych szlachciców z szablami i w szubach znajdziemy w Siedmiogrodzie, na Wołoszczyźnie, w Kijowie i Moskwie.

xxx

Sarmatyzm był więc zjawiskiem złożonym i niejednorodnym. Zaznaczył się we wszystkich dziedzinach życia. Jednak w wielu z nich nie ograniczał się do ziem Rzeczypospolitej, ale był charakterystyczny dla całej Europy wschodniej, co podkreśla Jakub Niedźwiedź, sugerując, że była to ideologia wymyślona. A skoro tak, to po co ją wymyślono i kto tego dokonał? Wydaje się, że odpowiedzi na to pytanie udziela Stanisław Cynarski, który pisze, że ideologia ta usprawiedliwiała ekspansję na wschód i dążenie do podporządkowania sobie Moskwy. I te sarmackie hasła ekspansji na wschód są charakterystyczne tylko dla Rzeczypospolitej. Bo każde działanie, każda próba ekspansji musi mieć jakąś podbudowę ideologiczną. I prawdopodobnie na użytek polityki wymyślono teorię o Sarmatach, zamieszkujących kiedyś obszar całej Europy wschodniej. A kto tego dokonał? Najlepsi na świecie scenarzyści i reżyserzy, mistrzowie w kreowaniu wszelkiego rodzaju konfliktów.

xxx

Inaczej pochodzenie szlachty opisuje Norman Davies w swojej książce Boże igrzysko (1999). Oczywiście źródłem dla niego są prace polskich historyków, których zresztą obficie cytuje. Pisze on m.in.:

A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.

Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie rodów; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego „Geschlechtsverband” i bałkańskiej „rozszerzonej rodziny”, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.

Hipotezą być może najbardziej przekonywającą jest ta, która pojawienie się rodów herbowych wiąże z inną wyjątkową cechą sposobu życia polskiej szlachty, a mianowicie „naganą szlachecką”. W Polsce nie istniało kolegium heraldyczne, nie było też żadnej cieszącej się publicznym autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli czyjś tytuł do szlachectwa został zakwestionowany, jedynym miejscem, w którym mógł dowieść swych racji, były sądy. W takich przypadkach – szczególnie częstych w XV w. – od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, ze strony zarówno ojca, jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Jeśli nie – groziły mu najsurowsze kary. Jednak bez względu na to, czy się udało, czy nie, było to przecież ogromnie kłopotliwe i upokarzające. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ród herbowy powstał po to, aby uchronić swych członków przed koniecznością stawania w obliczu takiej próby. Wiążąc się z publicznym stowarzyszeniem powszechnie znanych osób, szlachcic mógł się ustrzec od złośliwych poddających w wątpliwość jego rangę i status. W niezbyt prawdopodobnym przypadku ewentualnych prześladowań, mógł zawsze liczyć na to, że wśród członków jego rodu znajdzie się sześciu takich, którzy wystąpią jako świadkowie w jego obronie. Z takiego punktu widzenia „ród herbowy” tworzył coś w rodzaju towarzystwa wzajemnej adoracji. Służył interesom zarówno stanu szlacheckiego jako całości, jak i interesom jego poszczególnych członków; eliminował też potrzebę istnienia kolegium heraldycznego, do którego król lub jego urzędnicy mogli byli się odwoływać, stosując je jako narzędzie kontroli.

Jedną z konsekwencji „wspólnoty herbowej” była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.

xxx

Sarmatyzm nie był ideologią czy zjawiskiem polskim. Pojawił się dopiero po powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy szlachta uzyskała dominującą pozycję w tym nowym państwie. Ukształtował on ją w sensie mentalnym, ale jego oddziaływanie przeniosło się na nowe społeczeństwo, które wyłoniło się po powstaniu styczniowym i po I wojnie światowej. Było to społeczeństwo wieloetniczne ze znacznym odsetkiem ludności o wschodniej mentalności z byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz z Rosji z okresu Królestwa Polskiego. I do dziś sarmatyzm jest obecny w świadomości przeciętnego „Polaka”. W dużym stopniu przyczyniła się do tego popularyzacja epopei narodowej – „Pana Tadeusza” i Trylogii oraz odwoływanie się do tradycji I RP, jako polskiej tradycji. Tematyka Polski piastowskiej praktycznie nie istnieje. Trudno oczywiście mówić o tradycji piastowskiej, bo byt tego państwa został przerwany dawno temu i jeśli nawet była takowa, to uległa ona zatarciu. Tak jak Ukraińcy nie mają żadnej tradycji poza banderowską, tak współcześni „Polacy” nie mają innej poza sarmatyzmem, bez którego poznania nie można zrozumieć mentalności polskiego społeczeństwa oraz obecnej polskiej rzeczywistości.