Przegląd prasy

W dniu 9 maja ukazał się na kanale „Myśl Polska” cotygodniowy przegląd polskiej prasy. Dwaj komentujący, Jan Engelgard i Przemysław Piasta, omawiali co ciekawsze artykuły. Na początku Jan Engelgard cytuje zamieszczony w tygodniku „Przegląd” artykuł Marka Czarkowskiego Wasi i nasi oligarchowie. Czy ukraińscy miliarderzy, którzy zdecydują się osiąść w Polsce, zmienią swoje obyczaje? Poniżej fragment ich wypowiedzi.

J.E. Ja tylko wspomnę o Ihorze Kołomojskim, który wykreował Wołodymyra Zełeńskiego, a potem musiał uciekać oskarżony o korupcję. To są elity ukraińskiej władzy. Dlatego że, jak słusznie autor pisze, że jeśli w Rosji prezydent Włodymir Putin decyduje o tym, kto zostanie bogaczem, to na Ukrainie bogacze decydowali o tym, kto zostanie prezydentem.

No i teraz jest pytanie, gdzie są ci wszyscy oligarchowie, którzy trzęśli Ukrainą przez ostatnie kilkadziesiąt lat i właśnie dowiadujemy się z tego artykułu, że w zasadzie na terenie Ukrainy przebywa tylko jeden – Rinat Ahmetow, który był pierwszym oligarchą, który zareagował na apel prezydenta Zełeńskiego i wrócił do kraju. Ale był to przypadek jednostkowy, natomiast pozostali wybrali znacznie bezpieczniejsze miejsce, tzn. południe Francji, czyli Lazurowe Wybrzeże.

I tutaj autor podaje, że dziennikarz „Ukraińskiej Prawdy” Myhajło Tkacz przeanalizował, gdzie oni siedzą i nazwał ten artykuł, zatytułował go następująco: Batalion Monaco. „Ukraińska Prawda” znalazła uchodźców na Lazurowym Wybrzeżu. Oczywiście to szydercza nazwa. Batalion Monaco nie istnieje w sensie militarnym, natomiast chodzi o wszystkich oligarchów, którzy skupili się nad Morzem Śródziemnym. O kogo chodzi? Bracia Ihor i Hrihoryj Surhisowie, miliarderzy i właściciele klubu Dynamo Kijów. Przypomnę, Surhis był jednym ze współorganizatorów z Polską Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2012 roku. Milioner Wadym Stolar znany biznesmen, Wadym Jermołajew, Ihor Abramowycz, miliarder i polityk, deputowany do Rady Najwyższej, a także Ołeksander Jarosławski, prezes charkowskiego klubu piłkarskiego Metalist, Konstantyn Żewago, jeden z najbogatszych Ukraińców, czy Serhij Lewoczkin, były szef administracji prezydenta Wiktora Janukowycza. Potem pojawiły się jeszcze inne artykuły. Tak powstały kolejne bataliony: Monaco 2 i Wiedeń, czyli w Wiedniu też są. Ale konkluzja jest taka, że na razie są oni jakby w ukryciu, bo na emigracji, którą wybrali. Natomiast autor kończy swój artykuł tak: Szybko pojawi się pytanie, czy ci nowi ludzie będą chcieli rozwijać swoje kariery nad Dnieprem, czy nad Wisłą? Musimy pogodzić się z tym, że nie będzie powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego 2022 roku, gdy między naszym krajem a Ukrainą była granica. Problemy sąsiadów już są, a w przyszłości będą jeszcze w większym stopniu naszymi problemami. A ukraińscy oligarchowie staną się polskimi oligarchami.

Ja przypuszczam, że jeszcze na długo przed wojną związki niektórych tych oligarchów, my niestety nie wiemy proszę Państwa, tutaj z polskim światem politycznym, również były dosyć zażyłe. Przypomnę, że jeden z ukraińskich oligarchów, Pińczuk, finansował Aleksandra Kwaśniewskiego, a ile jest rzeczy, o których nie wiemy. No więc, moim zdaniem jest to bardo ważny artykuł i ma jednoznaczną wymowę, przestrzegającą przed takim rozwojem wypadków. To tyle.

P.P. I bardzo słusznie, że przestrzegającą przed takim rozwojem wypadków. W ogóle powinniśmy się strzec różnych zakulisowych rozwojów wypadków w tym obszarze. Ja nie spodziewam się, aby ukraińscy oligarchowie zmienili swoje obyczaje. Skoro nie zmienili sobie tych obyczajów, mieszkając gdzieś na południu Europy, to nie zmienią ich także w Polsce. Zresztą nie widzę powodu, dla którego mieliby w ogóle w Polsce mieszkać. W końcu są miejsca w Europie i na świecie, gdzie klimat jest bardziej przyjazny, infrastruktura na bardzo wysokim poziomie. Tam są po prostu dobre warunki do życia, jeśli ma się oczywiście odpowiednie zaplecze materialne.

Natomiast, gdybyśmy mieli zastosować analogie historyczne, które bywają od czasu do czasu fałszywe, to wchłonięcie ziem ruskich po unii lubelskiej przez Koronę doprowadziło do zaburzenia struktury społecznej i majątkowej w Koronie, a nie – do poprawy struktury społecznej i majątkowej na terenie ziem ruskich do Korony inkorporowanych.

W związku z tym powyższym, szanowni Państwo, przechodzimy do tematu z tygodnika „Do Rzeczy” i temat, który poruszę dziś jako pilny, to temat sarmackiego sojuszu z artykułu Jana Fiedorczuka pod tytułem Tajemnica sarmackiego sojuszu. Cóż to za zwierzę ten sojusz sarmacki? Zaraz się dowiemy, cytuję:

»Polskie władze zapowiadają zawarcie z Ukrainą „sarmackich paktów”, które staną się fundamentem przyszłego sojuszu obu państw. Problem w tym, że rządzący skrzętnie skrywają przed opinią publiczną, na czym tenże sojusz ma dokładnie polegać. Co „sarmacki pakt” ma oferować Polsce, a jakie sprowadzi na nas zagrożenia?«

Otóż to – co ma oferować, a jakie sprowadzi zagrożenia? Co to w ogóle ma być? Wiemy, że gdzieś dzwoni, ale nie wiemy, w którym kościele, dlatego że sprawa jest owiana tajemnicą. To znaczy, że rządzący, raz na jakiś czas, puszczają takie balony próbne, puszczają w opinię publiczną informacje, że jakieś rozmowy się toczą, że jakaś gra trwa, jakieś projekty są przygotowywane, ale nie wiemy przez kogo te rozmowy się toczą, nie wiemy w czyim imieniu, nie wiemy jakie projekty są przygotowywane i nie wiemy, w którym kierunku idą. No, to bardzo niepokojące, jako że zdaje się, że mówimy o materii dość żywotnej dla funkcjonowania nas jako państwa i nas jako narodu. No bo jeśli ktoś szykuje nam państwo wielonarodowe, no to zdaje się, że naród jako suweren w tym państwie powinien jednak mieć coś do powiedzenia. To nie jest tak, że Prawo i Sprawiedliwość z mandatu do sprawowania władzy w Polsce dostało mandat do zrobienia z Polską, co im się żywnie podoba. Oni dostali mandat do rządzenia państwem, rządzenia gospodarką, rządzenia sprawami wewnętrznymi, zagranicznymi, a nie do likwidacji tego państwa. Nikt ich do tego nie upoważniał i do tego prawa nie mają. Szanowni Państwo, nie wiemy tak naprawdę i autor dzieli się tą niewiedzą z nami, są różne przecieki, np. Jakub Kumoch swego czasu powiedział, że te sarmackie pakty, ten układ polsko-ukraiński ma być wzorowany na układzie francusko-niemieckim z 1963 roku. No, jest to jakaś informacja, ale czy możemy się do tej informacji na serio odnieść? Delikatnie rzecz ujmując, nie jestem pewny. Autor, Jan Fiedorczuk, słusznie wskazuje na konkretne zagrożenia. Ja tutaj Państwu zacytuję obszerny fragment:

„Z lakonicznych wypowiedzi polskich polityków wynika, że sojusz z Ukrainą ma opierać się na filarze militarnym i gospodarczym. W pierwszej perspektywie ma być on wycelowany w Rosję. Silny sojusz polsko-ukraiński może rozdawać karty w Europie Środkowo-Wschodniej i trwale wypchnąć Rosję do Azji i wtedy Rosja przestanie być brana pod uwagę w grze europejskiej. To strategiczny cel polskiego państwa – stwierdził w zeszłym roku wiceminister Mariusz Chorała. Nawet jeśli takiemu sojuszowi patronowałyby Stany Zjednoczone z Wielką Brytanią, to ryzyko wplątania Polski, która działałaby niejako obok NATO, w wojnę zwiększyło by się radykalnie. Deklarowanie sojuszy wszak nie oznacza jedynie czerpania profitów, ale niesie ze sobą poważne ryzyko i zobowiązania.”

Szanowni Państwo! Tak, zgadzam się tutaj z autorem. To jest poważne ryzyko, to są poważne zobowiązania. Tylko nie jest tak, że możemy sobie, ot tak, przejść do porządku dziennego nad tym, że rządzący szykują nam tu pod stołem jakieś porozumienie z Ukrainą. To jest w tej chwili jedno z najpoważniejszych zagrożeń, jakie stoi przed naszym państwem w krótkiej i średniej perspektywie.

J.E. Ja przypomnę, przecież mówiliśmy o tym, że w roku 1919 i 1920 już przerabialiśmy to. Tajne układy z Ukrainą Petlury prowadził Piłsudski poza wiedzą opinii publicznej i skończyło się nieomal likwidacją państwa polskiego w wyniku wojny 1920 roku. Nie mówię, że historia powtarza się tak samo, ale kolega tu wspomniał o I Rzeczpospolitej. Mamy tu mapę z tyłu. Teoretycznie robi imponujące wrażenie, ale większość historyków twierdzi, że te kresy wschodnie tak daleko wysunięte i ten ruski mir. I tutaj mam taką propozycję, żeby stosować ten ruski mir obosiecznie. Ruski mir to jest nazwa, której używają Rosjanie, mając na myśli rosyjski świat w sensie kulturowym. Ale ruski mir interpretowany jest u nas jako, no nazwijmy to, cywilizacyjny chaos i bardach. I otóż stwierdzam, ze Ukraina jest częścią ruskiego miru z tymi wszystkimi negatywnymi cechami tego, nawet w dwójnasób, niż w Rosji. Więc próba stworzenia jakiegoś superpaństwa może zakończyć się dla nas tragicznie. Dlatego będziemy śledzić tę sprawę, a nawet alarmować.

P.P. A nawet powiem krok więcej. Ukraina nie tylko jest częścią ruskiego miru, ale stanowi udaną kompilację najgorszych, że tak powiem, cech cywilizacji łacińskiej, niesionej w tamte rejony przez Polskę i cywilizacji turańskiej, niesionej w tamte rejony świata przez Rosję, a wcześniej przez Ruś. Także, tak naprawdę, Ukraina ze względu na swą faktyczną dwukulturowość, stała się nośnikiem najgorszych cech Zachodu i Wschodu i te najgorsze cechy w kreatywny sposób rozwijała. To jest przerażające. Dziś obserwujemy, co się z tym państwem dzieje, jakie realne prawa mają tam obywatele, jak realnie wygląda tam wolność słowa, jak realnie tam wygląda wolność gospodarcza i tak dalej i tak dalej. To jest coś dla człowieka Zachodu, takiego jak ja, wręcz niewyobrażalne.

J.E. No ale niektórzy w imię, i tutaj musimy postawić kropkę nad „i”, wojny z Rosją są gotowi nawet zamordować współczesne państwo polskie. Byle tylko dla tego mirażu.

xxxxxxxx

Wygląda na to, że polskie społeczeństwo jest powoli przygotowywane do nowej sytuacji, w jakiej się znalazło, a które w swojej masie zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Zarówno komentujący, jak i autorzy cytowanych artykułów, zdają się nie widzieć słonia w składzie porcelany. Polska jest dziś faktycznie bardziej Ukrainą, niż Polską. Świadczy o tym uprzywilejowanie obywateli Ukrainy względem obywateli Polski i podporządkowanie interesów państwa polskiego interesom upadłego państwa ukraińskiego To jest jakiś koszmar, ewenement na skalę światową, że obywatele obcego państwa, niebędący obywatelami państwa, w którym przebywają, mają większe prawa niż obywatele tego państwa. Określenie „kraj Zulu-Gula” w tym wypadku zupełnie nie odzwierciedla stanu faktycznego.

Jednak Marek Czarkowski w tygodniku „Przegląd” pisze wyraźnie, że nie będzie powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego 2022, gdy pomiędzy Polską a Ukrainą była granica. A skoro nie ma tej granicy, to mamy już do czynienia ze wspólnym państwem. Ale nie wspomina o tym, że ta granica, nieistniejąca już, to granica zewnętrzna unii. Kto więc zaakceptował taki stan? Kto otworzył tę granicę? Najwyraźniej decyzje zapadały gdzieś bardzo wysoko, ponad oficjalnymi władzami unii, a i państwa członkowskie nie miały w tym wypadku nic do gadania. Oznacza to, że gdzieś wysoko zadecydowano, że w tej części Europy nastąpią radykalne zmiany, nawet narażając unię na śmieszność.

Z kolei Przemysław Piasta wyraźnie powiedział: Oni dostali mandat do rządzenia państwem, rządzenia gospodarką, rządzenia sprawami wewnętrznymi, zagranicznymi, a nie do likwidacji tego państwa. Czyżby więc coś wiedział i tylko przypadkiem wygadał się, czy może to nie był przypadek?

Panowie z „Myśli Polskiej” zdają się nie zauważać faktu, że po unii lubelskiej przestało istnieć państwo polskie, zwane Koroną Królestwa Polskiego, a powstał twór zwany Rzeczpospolitą, składający się ze wspólnego państwa polsko-rusińskiego (ukraińskiego) dalej nazywanego dla zmyły Koroną i unii tego państwa z Litwą. Ten twór był wielonarodowy i ta tzw. Korona też byłą państwem wielonarodowym. Ten stan przetrwał do rozbiorów. Tzw. II RP była państwem wielonarodowym i takim samym państwem był PRL, ze względu na przesiedlenie na ziemie poniemieckie mniejszości z Kresów. III RP również była takim państwem.

Nie ma więc racji Przemysław Piasta, gdy mówi: No bo jeśli ktoś szykuje nam państwo wielonarodowe, no to zdaje się, że naród jako suweren w tym państwie powinien jednak mieć coś do powiedzenia. Otóż nikt nam takiego państwa nie szykuje, bo to państwo jest państwem wielonarodowym od unii lubelskiej, a tym bardziej jest nim po przesiedleniach po 24 lutego 2022 roku.

No ale niektórzy w imię wojny z Rosją są gotowi nawet zamordować współczesne państwo polskie. – mówi Jan Engelgard. Tak jest przecież od unii lubelskiej, gdy Korona została wciągnięta do wojny z Moskwą, z którą wcześniej nie graniczyła i nie miała sporów terytorialnych. Nie liczył się polski interes, czyli Śląsk, na którym ludność polska stanowiła większość mieszkańców. Liczył się tylko ruski (ukraiński) i litewski interes obrony ziem dawnej Rusi Kijowskiej, z których powstało Wielkie Księstwo Litewskie, przed zakusami Moskwy, która rościła sobie prawo do tych ziem. I do dzisiaj tak jest, bo dla Rosji tzw. bliska zagranica to właśnie ziemie byłego WKL.

Jeśli wiec ktoś nie rozumie polityki „polskiego” rządu, to musi sobie uświadomić, że od unii lubelskiej dominuje na tych ziemiach żywioł ukraiński, którego interes jest taki sam, jak tych, którzy zdominowali I Rzeczpospolitą i wykorzystali ją do realizacji swoich interesów. Ten, kto tak naprawdę stworzył ten twór, dobrze wiedział, że będzie to twór, który będzie bez końca generował konflikty. Po to go właśnie stworzył. Ale kto to był? Tego chyba nietrudno się domyślić. Żydzi ukraińscy i polscy bawią się Polską i Ukrainą, jak klockami Lego.

Szwajcaria

Szwajcaria kojarzy się przeciętnemu człowiekowi przeważnie z zegarkami i bankami. Być może niektórym jeszcze z referendami. I pewnie na tym ta wiedza kończy się. Natomiast jej historia i rozwój są już raczej mało znane, a już na pewno mało kto wie, że uprzemysłowienie Szwajcarii przebiegało podobnie jak Szwecji. Podobnie jak Szwecja, Szwajcaria stała się państwem neutralnym i to w tym samym czasie – po wojnach napoleońskich. Neutralność Szwajcarii zagwarantował kongres wiedeński, a więc wielcy tego świata. Szwajcaria była częścią Imperium Rzymskiego, czyli części, z której powstała lepiej rozwinięta część Europy – Europa Zachodnia, a Szwecja – nie. Może więc te same siły decydowały, od pewnego momentu, o kierunku rozwoju obu państw, tak różnych pod względem warunków naturalnych, pod względem położenia w Europie, o odmiennej historii i różnych ustrojach państwowych. I to wszystko nie przeszkadzało, by oba państwa, zaczynając mniej więcej w tym samym czasie, osiągnęły podobny stopień rozwoju gospodarczego i społecznego. Jak zwykle wypada zacząć od historii. Wikipedia pisze:

W czasach starożytnych obszary obecnej Szwajcarii były zamieszkane przez Retów i Celtów. Na przełomie II i I wieku p.n.e. w dolinie rzeki Aare osiedliło się celtyckie plemię Helwetów. W 58 roku p.n.e. Helwetia została włączona do Galii. W połowie V wieku południowo-zachodnie terytorium współczesnej Szwajcarii znalazło się pod panowaniem Burgundów, a północno-wschodnie – Alemanów. W latach 534–535 Helwetia została zajęta przez państwo Franków. W IX wieku podzielona pomiędzy Królestwem Burgundii a Niemcami. Od lat 1032–1034 w całości przeszła pod władzę cesarzy. W XI–XIII wieku na obszarze Szwajcarii nastąpił rozwój lokalnych świeckich i duchownych struktur władzy. W drugiej połowie XIII wieku w południowo-zachodniej Szwajcarii panowała dynastia hrabiów sabaudzkich, a na północnym wschodzie Habsburgowie.

Związek Szwajcarski

Początki tworzenia państwa Szwajcarskiego sięgają XIII wieku. W 1291 roku prakantony Uri, Schwyz i Unterwalden zawarły Akt Konfederacji Szwajcarskiej, który przyczynił się do powstania Związku Szwajcarskiego. Akt z 1291 między leśnymi kantonami stanowił sojusz obronny w przypadku agresji zewnętrznej.

Akt Konfederacji Szwajcarskiej (inaczej Karta Federalna z 1291) – sojusz obronny, podpisany 1 sierpnia 1291 przez przedstawicieli trzech kantonów leśnych, który stał się podstawą państwa szwajcarskiego.

W XIII wieku najważniejszym rodem w Szwajcarii stali się Habsburgowie. Rudolf z Habsburga przeniósł wprawdzie siedzibę rodu do Wiednia, ale nadal rozbudowywał swoją władzę na obszarze ziem szwajcarskich. Działania te wywoływały konflikty z wolnymi chłopami zrzeszonymi w kantonach leśnych Uri, Schwyz i Unterwalden. Tuż po śmierci Rudolfa z Habsburga (połowa lipca 1291) trzy kantony postanowiły zawrzeć traktat, do podpisania którego doszło w pierwszym dniu następnego miesiąca.

Pakt nosił charakter obronny. Jego uczestnicy zobowiązywali się do pomocy zbrojnej w razie agresji, a także nietolerowania wójtów oraz urzędników niewybranych spośród miejscowej ludności, czyli narzuconych przez Habsburgów. Zakazano także wzajemnych napadów na siebie i podpaleń. Spory miały rozstrzygać sądy starszych.

Traktat powołujący do życia Konfederację Szwajcarską podpisali: rycerz Werner z Attinghausen (od 1291 dożywotni starosta z Uri), syn rycerza z Uri Arnold de Silingen, Konrad Ablberg, Rudolf Stauflacher, Konrad Hunn, trzech wolnych chłopów z Uri, którzy posiadali duże posiadłości ziemskie, Konrad Erstfeld (wyzwolony chłop i równocześnie nowobogacki) oraz Burkard Schupfer (pierwszy starosta Uri).

Działania, polegające na wewnętrznej konsolidacji terytorialnej i toczenie walk z cesarstwem, miały na celu uniezależnienie od Habsburgów. Te dążenia znalazły swoje odzwierciedlenie w legendach o przysiędze na Rutli, Wilhelmie Tellu i Winkelriedzie. Przez cały XIV wiek Szwajcarzy prowadzili wojny z Habsburgami, zwyciężając w następujących bitwach:

  • 1315 – pod Morgarten
  • 1386 – pod Sempach
  • 1388 – pod Nafels

Skutkiem zwycięstw stało się utrwalenie niezależności politycznej Szwajcarów. W latach 1332–1353 do Związku Szwajcarskiego przystąpiły następujące kantony: Berno, Glarus, Lucerna, Zug, Zurych. W 1499 Związek Szwajcarski został uznany przez cesarstwo. W latach 1501–1513 związek został poszerzony o kantony: Appenzell, Bazylea, Gryzonia (jako sprzymierzeniec), Szafuza. W latach 1500–1515 na skutek udziału w wojnach włoskich do Związku Szwajcarskiego przyłączone zostały m.in.: Locarno, Lugano, Valtellina nad Adygą (do 1797 roku). Ekspansja terytorialna Szwajcarii została zakończona w roku 1515 wskutek przegranej bitwy pod Marignano, w której zwyciężyła koalicja Republiki Weneckiej i Francji.

Reformacja

W XVI wieku Szwajcaria stała się jednym z centrów reformacji. Uldrich Zwingli i Jan Kalwin prowadzili swoją działalność w miastach, będących siedzibą władz lokalnych. Wojny religijne doprowadziły w 1531 roku do podziału wyznaniowego Szwajcarii. W 1648 roku niepodległość Szwajcarii została potwierdzona przez pokój westfalski. W drugiej połowie XVII wieku Szwajcaria przygarnęła hugenockich uciekinierów z Francji, wskutek czego odnotowała wzrost gospodarczy, bowiem Hugenoci trudnili się przeważnie rzemiosłem.

Rewolucja francuska

Brak scentralizowanej władzy wywołał w XVIII wieku kryzys polityczny i społeczny. Władzę sprawowali bogaci mieszczanie i szlachta, co stało się główną przyczyną buntów reszty społeczeństwa. Pod wpływem nastrojów w sąsiedniej Francji w Szwajcarii dochodziło do powstania zrzeszeń o poglądach rewolucyjnych. W 1798 roku działacze liberalno-lewicowi w porozumieniu z rządem francuskim doprowadzili do wybuchu powstania w Vaud. Na skutek działań zbrojnych tzw. Stara Konfederacja Szwajcarska została zastąpiona nowym państwem o nazwie Republika Helwecka. Kryzys wewnętrzny ułatwił Francuzom interwencję w sprawy Szwajcarii. Napoleon Bonaparte narzucił jej nową konstytucję zwaną Aktem Mediacyjnym, która uzależniała Szwajcarów od Francji i wymusiła na nich udział w wojnach napoleońskich po stronie Napoleona. Niekorzystna dla Szwajcarii sytuacja polityczna spowodowała nasilenie w społeczeństwie nastrojów antyfrancuskich.

Neutralność

18 listopada 1813 roku rząd Szwajcarii ogłosił neutralność. 20 maja 1815 roku kongres wiedeński został jej gwarantem. W 1817 roku Szwajcaria przystąpiła do Świętego Przymierza, co spowodowało umocnienie się strony konserwatywnej. Spory pomiędzy katolikami a protestantami z jednej strony oraz pomiędzy liberałami a klerykałami z drugiej przyczyniły się do wybuchu wojny domowej 1847 roku, w której zwyciężyła strona radykalna. W 1848 roku została przyjęta nowa demokratyczna konstytucja, na mocy której związek państw stał się państwem związkowym (od 1874 roku republika federacyjna) ze stolicą w Bernie.

Na przełomie XIX i XX wieku w Szwajcarii nastąpił prężny rozwój gospodarki. W strukturze przemysłu dominowały drobne przedsiębiorstwa. Rozwinęła się bankowość, turystyka zagraniczna, podniosła się stopa życiowa mieszkańców. Ponieważ Szwajcaria miała status państwa neutralnego, została dogodnym miejscem dla emigrantów politycznych (m.in. polscy wychodźcy popowstaniowi, polscy emigranci-socjaliści) oraz miejscem schronienia dla rewolucjonistów rosyjskich. Uczelnie szwajcarskie przyciągały młodzież polską z trzech zaborów. W końcu XIX wieku Szwajcaria zaczęła tworzyć swój system obronny, Redutę Centralną.

xxxxxxxx

Pisze Wikipedia, że z powodu neutralności Szwajcarii, stała się ona dogodnym miejscem dla emigrantów politycznych i rewolucjonistów rosyjskich. Ale przynajmniej w przypadku rewolucjonistów rosyjskich bliżej było do neutralnej Szwecji. Chyba raczej decydowała bliskość banków i centralne położenie w Europie. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1968) pisze:

Jako kraj swobód demokratycznych Szwajcaria stała się w XIX wieku ośrodkiem konspiracji, schronieniem politycznych emigrantów, centrum rewolucjonistów europejskich. Spośród wychodźców różnej narodowości znaczny procent stanowili Polacy, których pierwsza fala napłynęła do Szwajcarii po upadku powstania listopadowego; część z nich, pod wpływem działającego m.in. w Szwajcarii G. Mazziniego, założyła w 1834 roku w Bernie organizację Młoda Polska. Po 1863 roku Szwajcaria stała się centrum rosyjskiej emigracji (tzw. młoda emigracja), międzynarodowego ruchu anarchistycznego (Międzynarodowy Alians Demokracji Socjalistycznej) oraz jednym z ośrodków I Międzynarodówki. W 1863 roku powstał a Genewie Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża.

U schyłku lat 70-tych XIX wieku i po 1880 do Szwajcarii napłynęła nowa fala uchodźców politycznych, przedstawicieli krajowej młodzieży socjalistycznej, m.in. L. Waryński, S. Mendelson. M. Jankowska-Mendelson, K. Dłuski, ze starszego pokolenia B. Limanowski; skupili się oni wokół założonego w 1879 roku w Genewie miesięcznika „Równość”. Po 1878 roku, w związku z wydaniem w Niemczech ustaw przeciwko socjalistom, do Zurychu przeniosło się kierownictwo niemieckiej socjaldemokracji. Szwajcaria stała się też wówczas głównym ośrodkiem rosyjskiej postępowej emigracji; 1895-1917 przebywał tu kilkakrotnie W.I. Lenin; od 1903 ukazywała się w Genewie redagowana przez niego „Iskra”; tu miały m.in. miejsce kongresy II Międzynarodówki.

Specyficzny rozwój przemysłu szwajcarskiego (m.in. przewaga drobnych przedsiębiorstw) zdecydował, iż szwajcarski ruch robotniczy pozostawał w tyle za innymi krajami Europy Zachodniej.

xxxxxxxx

No właśnie! Specyficzny rozwój przemysłu szwajcarskiego. Na czym polegała ta specyfika? O tym pisze Rondo Cameron w swojej książce Historia gospodarcza świata (1996):

W Szwajcarii w pierwszej połowie XIX wieku lub nawet wcześniej występowały już pewne istotne czynniki – zwłaszcza wysoki odsetek osób umiejących czytać i pisać – które odegrały istotną rolę w szybkim uprzemysłowieniu po 1850 roku, ale struktura gospodarcza kraju była głównie strukturą przedprzemysłową. W 1850 roku podstawowym zajęciem ponad 57% ludności zawodowo czynnej było rolnictwo, tylko mniej niż 4% pracowało w fabrykach. Ogromna większość robotników przemysłowych pracowała w domu lub w małych warsztatach, gdzie nie było żadnych maszyn. Szwajcaria właściwie nie weszła jeszcze w epokę kolei – łączna długość pierwszych linii nie sięgała 30 km. I co najważniejsze – kraj nie miał niezbędnej dla rozwoju gospodarczego struktury instytucjonalnej. Przed 1850 rokiem nie było w Szwajcarii ani jednolitych ceł (w przeciwieństwie do Niemiec, które miały Zollverein, nie mając centralnego rządu), ani efektywnej unii walutowej, ani scentralizowanego systemu pocztowego, ani jednolitych wag i miar.

Będąc krajem o niewielkim obszarze i niezbyt licznej ludności, Szwajcaria nie miała też większych konwencjonalnych bogactw naturalnych – poza energią wód i drewnem. Praktycznie biorąc nie miała węgla. 25% terytorium stanowią góry – tereny nie dajce się uprawiać i w istocie nie nadające się do zamieszkania. Mimo tych przeszkód Szwajcarzy osiągnęli na początku XX wieku stopę życiową jedną z najwyższych w Europie, a w ostatniej ćwiartce XX wieku, najwyższą na świecie. Jak tego dokonali?

Liczba ludności wzrosła z niespełna 2 mln w pierwszych latach XIX wieku do prawie 4 mln w roku 1914. Średnia stopa przyrostu była więc nieco niższa od brytyjskiej, belgijskiej i niemieckiej, ale znacznie wyższa od francuskiej. Gęstość zaludnienia była niższa niż w każdym z tych czterech krajów, ale w dużej mierze tłumaczy to ukształtowanie terenu. Ze względu na niedobór ziemi uprawnej Szwajcarzy od dawna łączyli rękodzieło domowe z gospodarką rolną i mleczarstwem. Wykorzystywali przy tym głównie surowce importowane, a pod koniec XIX wieku importowali także żywność. Tak więc Szwajcaria, podobnie ja Belgia i w większym nawet stopniu niż Wielka Brytania, uzależniona była od rynków międzynarodowych.

Jej sukcesy na tych rynkach były rezultatem niezwykłego – a może wręcz wyjątkowego – połączenia zaawansowanej techniki z gałęziami przemysłu o dużych nakładach pracy. Dzięki temu połączeniu powstawały produkty wysokiej jakości, drogie o wysokim stopniu wartości dodanej – na przykład tradycyjne szwajcarskie zegarki i zegary, wymyślne tekstylia, precyzyjne wyspecjalizowane maszyny, wyborne sery i wyroby czekoladowe. Warto podkreślić, że gałęzie o dużych nakładach pracy były przede wszystkim gałęziami wymagającymi dużego nakładu pracy wykwalifikowanej. Jeśli wydaje się to paradoksalne, to rozwiązaniem tego paradoksu był wysoki w większości kantonów odsetek ludzi umiejących pisać i czytać (występujący z powodów nie związanych z ekonomią) i istniejący w kraju rozbudowany system przyuczania do rzemiosła. Dzięki temu kraj rozporządzał wykwalifikowanymi, łatwo się przystosowującymi do zmiany warunków robotnikami, gotowymi pracować za względnie niskie wynagrodzenie. Do tego należy dodać działalność, cieszącego się uzasadnioną sławą, założonego w 1851 roku Szwajcarskiego Instytutu Techniki, dostarczającego wyszkolonych pracowników umysłowych i znajdującego pomysłowe rozwiązania trudnych problemów technicznych występujących pod koniec XIX wieku.

Szwajcaria miała w XVIII wieku duży przemysł bawełniany – największy po angielskim – ale jego podstawą byłą praca ręczna wykonywana obok innego zajęcia. W ostatnim dziesięcioleciu XVIII wieku konkurencja bardziej zaawansowanego przemysłu brytyjskiego doprowadziła do całkowitego upadku szwajcarskiego przędzalnictwa bawełny. Po wzlotach i upadkach w okresie napoleońskim i tuż po nim szwajcarski przemysł bawełniany odżył i nawet zaczął prosperować. Miał dość niezwykły zestaw technik: zmechanizowane przędzalnie (wykorzystujące na ogól nie parę, lecz energię wód) z tanią siłą roboczą w postaci kobiet i dzieci oraz rękodzielnicze tkactwo. Ręczni tkacze byli w Szwajcarii jeszcze długo po całkowitym zniknięciu ze sceny ich brytyjskich odpowiedników. Było to możliwe, gdyż szwajcarscy tkacze skupili się na produkcji tkanin wysokiej jakości – także haftowanych – i ponieważ udoskonalano ręczne krosna, wprowadzając do nich elementy wynalezionej na początku stulecia dla przemysłu jedwabniczego maszyny Jacquarda. W końcu nastąpiła też mechanizacja tkactwa, ale nadal specjalizowało się ono w tkaninach wysokiej jakości. W 1900 roku ręczne krosna były już rzadkością.

W sumie przez cały wiek XIX w szwajcarskim eksporcie dominowały tekstylia i wyroby z nimi związane. Ich wartość w cenach bieżących wzrosła z około 150mln franków w latach trzydziestych XIX wieku do ponad 600 mln franków w 1912-1913. Jednak udział tekstyliów w całości szwajcarskiego eksportu spadł w tym czasie z około trzech czwartych do nieco poniżej połowy.

Kosztem tekstyliów wzrósł udział w eksporcie produktów zarówno niektórych gałęzi tradycyjnych, jak i gałęzi nowych, powstałych w toku procesu uprzemysłowienia. W przeddzień pierwszej wojny światowej były to (w kolejności odpowiadającej ich znaczeniu): maszyny i wyspecjalizowane wyroby metalowe, żywność i napoje, zegary i zegarki, chemikalia i medykamenty. Nie mając złóż ani węgla, ani rud żelaza, Szwajcaria rozsądnie nie podejmowała prób rozwijania hutnictwa żelaza (niewielkie huty wytapiające surówkę na węglu drzewnym w górach Jury zniknęły w pierwszej połowie XIX wieku), ale opierając się na imporcie surowców, rozwinęła liczący się przemysł przetwarzania metali. Rozpoczął on działalność w latach dwudziestych XIX wieku od produkcji maszyn dla przędzalń bawełny. Zważywszy na rolę energii spadku wód w gospodarce kraju, nie powinno dziwić, że rozszerzając swą działalność, objął nią produkcję kół wodnych, turbin, trybów, pomp, zaworów i mnóstwa innych specjalistycznych wyrobów o wysokiej wartości dodanej. U zarania wieku elektryczności przemysł ten szybko zabrał się za produkcję maszyn elektrycznych. W istocie szwajcarscy inżynierowie wnieśli do tego nowego przemysłu wiele ważnych wynalazków, zwłaszcza w dziedzinie elektrowni wodnych. Żywym świadectwem rozwoju tej gałęzi jest spadek zużycia węgla per capita po roku 1900, związany głównie z elektryfikacją kolei.

W latach 1859-1860, po odkryciu sztucznych barwników, dwie małe firmy rozpoczęły ich produkcję w Bazylei, by zaopatrywać miejscowe fabryki wstążek. Potem dołączyły do nich dwie inne firmy. Charakterystyczne, że choć wszystkie cztery rozpoczęły od zaopatrywania miejscowego przemysłu, wkrótce przekonały się, że nie mogą konkurować z firmami niemieckimi w dostawach standardowych masowych barwników i w rezultacie zaczęły się specjalizować w wyrobach bardziej wyszukanych i droższych, w których produkcji wkrótce zdobyły światowy monopol. Przed końcem XIX wieku sprzedawały już ponad 90% produkcji poza Szwajcarią. Opracowały też dzięki własnym badaniom, najrozmaitsze specyfiki farmaceutyczne. Na początku XX wieku na przemysł ten, zatrudniający mniej niż 10 000 robotników, przypadało 5% całego szwajcarskiego eksportu. Wartość eksportu wyrobów tej gałęzi w przeliczeniu na jednego pracownika przekraczała 7500 franków i była dwukrotnie wyższa niż w przemyśle zegarmistrzowskim i czterokrotnie wyższa niż w przemyśle włókienniczym. W skali światowej przemysł ten zajmował drugie miejsce po niemieckim i choć produkował tylko jedną piątą tego, co ten ostatni, równało się to produkcji całej reszty świata.

Powstanie kolei chyba nie przekształciło żadnego innego kraju Europy tak radykalnie, jak Szwajcarii, ale – paradoksalnie – w żadnym innym kraju koleje nie przynosiły tak małych zysków. Inwestorzy szwajcarscy najwyraźniej przewidzieli przynajmniej to drugie zjawisko, bo bardzo niechętnie lokowali swoje pieniądze w kolejach szwajcarskich, woląc od nich amerykańskie, a swe własne pozostawiając głównie kapitalistom zagranicznym (zwłaszcza Francuzom). Budowa kolei rozpoczęła się na serio w latach pięćdziesiątych XIX wieku. W 1882 roku zakończono budowę pierwszego alpejskiego tunelu – tunelu św. Gotharda. W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku większość szwajcarskich linii kolejowych znalazła się, w wyniku wysokich kosztów budowy i eksploatacji oraz małego natężenia ruchu, na skraju bankructwa. W 1898 roku rząd szwajcarski odkupił koleje od ich (głównie zagranicznych) właścicieli za ułamek ich rzeczywistej wartości. Wkrótce potem rozpoczął ich elektryfikację.

Tendencje, jakie pojawiły się w drugiej połowie XIX wieku, trwały również w wieku XX: względny spadek znaczenia rolnictwa, wzrost roli przemysłu i (nawet w jeszcze większym stopniu) usług, stała zależność od popytu międzynarodowego, zwłaszcza (od lat siedemdziesiątych XIX wieku) popytu na usługi turystyczne i na (od pierwszej wojny światowej) usługi finansowe. W latach sześćdziesiątych wieku XX około 40% dochodów z eksportu przypadało na maszyny i produkty metalurgii, 20% na chemikalia i medykamenty, 15% na zegary i zegarki, 12% na tekstylia i 5% na żywność i napoje.

xxxxxxxx

Pomiędzy warunkami i rozwojem Szwecji a Szwajcarii występują pewne różnice;

  • Szwajcaria to ośrodek finansowy i miejsce pobytu uchodźców politycznych, Szwecja – nie,
  • Szwecja ma dostęp do morzą, Szwajcaria – nie,
  • Szwecja leży na uboczu Europy, Szwajcaria – w centrum,
  • Szwajcaria była częścią Imperium Rzymskiego, Szwecja – nie,
  • Szwajcaria to państwo związkowe, związek różnych kantonów; Szwecja to monarchia.

Te różnice nie przeszkadzały jednak w tym, by od pewnego momentu rozwój obu państw przebiegał niemal identycznie:

  • w obu państwach postawiono na powszechną edukację,
  • w obu państwach ludność początkowo rolnicza zajmowała się także rzemiosłem, jak w Szwajcarii, lub łączyła pracę na roli z pracą w niewielkich fabrykach zlokalizowanych na terenach wiejskich – jak w Szwecji,
  • w obu państwach produkcja przemysłowa była nastawiona na produkty niszowe, wymagające specjalistycznej wiedzy i o wysokiej wartości dodanej,
  • w obu państwach produkcja była całkowicie uzależniona od eksportu.

I tu dochodzimy do istoty problemu. W cytowanym powyżej fragmencie autor nie wspomina o tym, by Szwajcarzy stworzyli własną sieć handlową, podobnie jak nie wspomniał o tym, opisując przypadek Szwecji. A więc oba państwa korzystały z istniejącej już sieci handlowej, czyli żydowskiej. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że cały handel światowy jest w rękach Żydów. O tym bardzo boleśnie przekonał się swego czasu Henry Ford, który początkowo próbował z nimi walczyć. W związku z tym oni przestali przyjmować samochody Forda do swoich salonów. I Ford musiał posypać głowę popiołem, przeprosił Żydów i samochody wróciły do salonów. Konkluzja jest więc taka, że ten kto ma handel, ten rządzi produkcją. Ani Szwajcaria, ani Szwecja nie byłyby tym, czym są, gdyby Żydzi nie udostępnili im swojej sieci handlowej. Z tym oczywiście nie było problemów, bo oba państwa są protestanckie, a Żydzi faworyzują wszystkie państwa protestanckie, szczególnie kosztem katolickich. A już szczególnie kalwińską Szwajcarię, bo kalwinizm jest najbliższy judaizmowi. Może dlatego właśnie uczynili Szwajcarię siedzibą wielu banków, a zwłaszcza tego najważniejszego, banku wszystkich banków, czyli Banku Rozrachunków Międzynarodowych.

Willem Middelkoop w książce Wielki Reset; Walki ze złotem i koniec systemu finansowego (2016) pisze:

Prezesów Europejskiego Banku Centralnego i Systemu Rezerwy Federalnej nadal mogą rozliczać parlamentarzyści i kongresmeni, ale nie ma żadnej formy demokratycznej kontroli nad procesem decyzyjnym w Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Posiedzenia utrzymuje się w tajemnicy przed światem zewnętrznym. Nawet ministrowie finansów muszą się domyślać, jakie decyzje podejmują bankowcy zbierający się w Bazylei. Ci sami bankierzy, którzy doprowadzili nasz światowy system finansowy na skraj rozpadu, decydują – poza sceną i nie odpowiadając przed nikim – o reformach systemu bankowego koniecznych do tego, aby nie dopuścić do kolejnego kryzysu kredytowego. Wygląda na to, że mało się zmieniło od bankructwa banku Lehman Brothers.

Dyrektorzy Banku Rozrachunków Międzynarodowych do tej pory mają status dyplomatów i nie można przeciwko nim prowadzić postępowań karnych nawet po zakończeniu ich urzędowania. W dowolnym momencie mogą się ponadto przenieść z rodzinami do neutralnej Szwajcarii.

xxxxxxxx

W końcowej części cytatu Rondo Cameron pisze o tym, że koleje radykalnie przekształciły Szwajcarię, ale że były one deficytowe ze względu na duże koszty budowy i mały ruch, to znalazły się na skraju bankructwa. W związku z tym rząd szwajcarski odkupił w 1898 roku koleje od zagranicznych właścicieli, głównie francuskich, za ułamek ich rzeczywistej wartości. Innymi słowy napisał, że zagraniczne korporacje sprzedały rządowi szwajcarskiemu swoje udziały w kolejach za ułamek ich rzeczywistej wartości. A więc dokładnie odwrotnie niż w Polsce, gdzie rząd sprzedawał przedsiębiorstwa państwowe za ułamek ich rzeczywistej wartości zagranicznym korporacjom. Co ciekawe te zagraniczne korporacje sprzedały swoje udziały w momencie, gdy rósł popyt na usługi turystyczne w Szwajcarii, a więc również na usługi kolei.

Tak więc francuski kapitał sfinansował rządowi szwajcarskiemu budowę linii kolejowych. Ale czy stracił? Nie! W tym czasie ten sam francuski kapitał inwestował w budowę kolei w Rosji i w Królestwie Polskim. W tym wypadku zapewne nie był tak hojny, jak w przypadku Szwajcarii. Mówiąc wprost, biedne państwa Europy wschodniej sfinansowały budowę kolei i tunelów w Szwajcarii. Warto o tym pamiętać, gdy dziś ogląda się, chociażby w internecie, te eleganckie, czyściutkie szwajcarskie pociągi, mknące wśród nieskażonej przyrody, wypełnione turystami podziwiającymi alpejskie krajobrazy.

A czy Polska mogłaby tak się rozwijać, jak Szwecja czy Szwajcaria? Istniał w PRL-u Instytut Sadownictwa w Skierniewicach, w którym profesor Pieniążek dopracował się wielu odmian jabłek i niskopiennych roślin owocowych. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by zamiast wysyłać na wschód surowy produkt, zacząć produkować soki owocowe i dosłownie zalać nimi świat. To w naturalny sposób wymusiło by rozwój przemysłu przetwórczego, a więc również wszelkiego rodzaju maszyn i urządzeń niezbędnych do produkcji soków, rozwój niektórych dziedzin przemysłu chemicznego, a w końcu również sprzedaż specjalistycznych maszyn wykorzystywanych w przemyśle przetwórczym. A takich niszowych branż w polskim rolnictwie znalazło by się wiele. Do tego, by tak się stało niezbędne byłyby następujące warunki:

  • dostęp do kapitału (bez niego ani Szwecja, ani Szwajcaria nie stworzyłyby swojego przemysłu)
  • dostęp do rynków zbytu
  • stabilność granic
  • stabilność polityczna
  • dojrzałe, ukształtowane i wykształcone społeczeństwo, będące wynikiem niezmiennej polityki gospodarczej, niezmienności granic i braku przesiedleń

W Polsce nie brakowało i nie brakuje ludzi, którzy byliby w stanie stworzyć te nisze, o których wspomniałem. Niestety rola, jaką Polsce wyznaczyli Żydzi, jest zupełnie inna od tej, którą wyznaczyli Szwecji czy Szwajcarii.

Szwecja

Kraje skandynawskie to, w sensie ustrojowym i gospodarczym, pewien ewenement w skali świata. Jak to się stało, że osiągnęły tak wysoki stopień rozwoju gospodarczego i socjalnego. Jeszcze w połowie XIX wieku panowała tam bieda i, choć to może zabrzmi dziwnie, przeludnienie, które złagodziła emigracja do Ameryki. Warto, jak sądzę, przyjrzeć się bliżej tym krajom, a właściwie Szwecji, która dominowała na tym terenie.

Wypada zacząć od ogólnego zarysu historycznego. Wikipedia m.in. pisze:

Szwecja początkowo podzielona była na wiele luźno powiązanych ze sobą obszarów, zwykle ze wspólnym władcą, ale różnymi prawami dzielnicowymi. W okresie średniowiecza kraj został zjednoczony i schrystianizowany, pojawiła się administracja centralna. Od 1397 aż do 1. połowy XVI wieku Szwecja wchodziła w skład unii kalmarskiej, często jednak rządzona była przez własnego króla lub namiestnika. Na XVII wiek przypada okres mocarstwowości szwedzkiej i jej największego zasięgu terytorialnego. Większość jednak zdobytych obszarów została utracona w XVIII wieku. Finlandia oraz Pomorze odpadły od Szwecji na pocz. XIX wieku. W 1814 Szwecja zawarła unię personalną z Norwegią, rozwiązaną w 1905. Od 1814 Szwecja nie prowadziła żadnej wojny, zachowując konsekwentnie neutralność w toczących się wokół niej konfliktach.

W XI i XII wieku Szwecja powoli stawała się zjednoczonym chrześcijańskim królestwem, do którego później należała również Finlandia. Nawrócenie z wierzeń nordyckich na chrześcijaństwo było skomplikowane i stopniowe, a czasami nawet pełne przemocy, czego przykładem może być spalenie świątyni w Uppsali. Najwcześniejszy religijny wpływ na ten region miała Anglia z powodu kontaktów Skandynawów i Sasów w Danelagh oraz irlandzcy misjonarze. Niemieckie wpływy były początkowo mniej widoczne, pomimo prób misjonarskich św. Oskara, jednak stopniowo stały się dominujące na tym obszarze, zwłaszcza po inwazji Normanów na Anglię w 1066 roku. Mimo zażyłych relacji z ruską szlachtą, nie ma dowodów na wpływy kościoła prawosławnego, prawdopodobnie z powodu bariery językowej.

W XII wieku w Szwecji nadal trwał proces jednoczenia państwa i walki dwóch dynastii – Erykidów i Swerkerydów, które zakończyły się, gdy trzecia dynastia połączyła się z Erykidami i razem zapoczątkowali dynastię Folklungów. W ten sposób po stuleciu wojen domowych wyłoniła się nowa rodzina królewska, która wzmocniła władzę monarchy odbierając ją szlachcie w zamian za przywileje takie, jak zwolnienie z podatków w zamian za służbę wojskową. Dynastia Folklungów stopniowo przekształciła Szwecję w silne państwo, a król Magnus Eriksson rządził również Norwegią i Skanią. Po epidemii czarnej śmierci unia personalna była znacznie osłabiona, a Skania została przejęta przez Duńczyków. W Szwecji nie wykształcił się system feudalny, a chłopi szwedzcy nigdy nie byli traktowani jak poddaństwo.

Po epidemii czarnej śmierci i długoletnich walkach o władzę, duńska królowa Małgorzata I zjednoczyła Szwecję, Danię i Norwegię w unii kalmarskiej 20 lipca 1397 roku, za zgodą szwedzkiej szlachty. Rosnące napięcie pomiędzy zjednoczonymi krajami stopniowo doprowadziło do otwartego konfliktu pomiędzy Szwecją i Danią w XV wieku.

W XVI wieku Gustaw I Waza walczył o niepodległość Szwecji poprzez odrzucenie możliwości odnowienia unii kalmarskiej. Równocześnie zerwał kontakty z papiestwem i wprowadził do Szwecji luteranizm.

W 1538 i 1558 przeprowadzone zostały reformy podatkowe, skomplikowane podatki nałożone na niezależnych rolników zostały uproszczone i ustandaryzowane w całym regionie; ocena należności podatkowych była zależna od możliwości zapłaty. Wzrosły królewskie wpływy z podatków, ale przede wszystkim nowy system był postrzegany jako bardziej sprawiedliwy i dopuszczalny. Wojna z Lubeką w 1535 roku spowodowała wydalenie kupców hanzeatyckich, którzy wcześniej mieli monopol na handel międzynarodowy. Szwedzka gospodarka szybko rosła, a w 1544 roku Gustaw kontrolował 60% ziem uprawnych w kraju. Szwecja posiadała jedną z najnowocześniejszych armii w Europie, wspieraną przez wyrafinowany system podatkowy i urzędy państwowe. Gustaw ogłosił się założycielem dynastii Wazów, która miała dziedziczyć szwedzki tron. Rządzili oni Szwecją w latach 1523–1654 i Rzecząpospolitą w latach 1587–1668 (w latach 1592–1599 istniała unia polsko-szwedzka pod rządami Zygmunta III Wazy).

Od 1561, kiedy włączyła do swojego terytorium całą Estonię, a zwłaszcza w XVII wieku, od panowania Gustawa II Adolfa (1611–1632), do Karola X Gustawa (1654–1660), Szwecja toczyła walka o dominację w rejonie Morza Bałtyckiego (dominium Maris Baltici). Chcąc uczynić z Bałtyku morze wewnętrzne, Szwedzi prowadzili wojny z Danią, Polską i Rosją oraz w latach 1630–1648 brali udział w wojnie trzydziestoletniej, która doprowadziła do uzyskania przez Szwecję zdobyczy terytorialnych oraz mocarstwowej pozycji.

Po klęsce Karola XII w wojnie północnej (1700–1721) doszło do utraty większości zdobyczy (głównie na rzecz Rosji) oraz utraty rangi mocarstwa. Po śmierci Karola w 1718 nastała tak zwana era wolności (1718–1772), czyli okres rozkwitu parlamentaryzmu, przy jednoczesnym zmniejszeniu politycznych wpływów tronu. W pierwszej połowie tej epoki dwie frakcje; „partia kapeluszy” (zwolennicy sojuszu z Francją) i „partia czapek” (stronnictwo prorosyjskie) rywalizowały o władzę i wpływy. Ważnym wydarzeniem było zniesienie cenzury w Szwecji (1766). Era wolności dobiegła końca, gdy Gustaw III odnowił władzę absolutną drogą zamachu stanu.

W 1805 Szwecja dołączyła do III koalicji antyfrancuskiej. Działania wojenne szwedzka armia prowadziła na terytorium Pomorza, ale nie odniosła żadnych sukcesów. W 1808 roku, wskutek lekkomyślnej polityki króla Gustawa IV Adolfa Szwecja zerwała rozejm z Francją oraz wplątała się w wojnę z Danią i Rosją. Konsekwencją tego była utrata Finlandii na rzecz Rosji. W 1809, po obaleniu króla Gustawa Adolfa, parlament uchwalił pierwszą w dziejach Szwecji konstytucję. W 1812 nowy król Karol XIV Jan Bernadotte doprowadził do zbliżenia z Rosją. Wojska szwedzkie wzięły udział w walkach przeciwko Napoleonowi. Największym jednak sukcesem nowego króla było, po zwycięskiej wojnie z Danią, przyłączenie Norwegii do Szwecji. Przyłączenie to nie miało charakteru inkorporacji, ale unii personalnej dwóch równorzędnych krajów. W 1866 wprowadzono reformę parlamentu, który znosił podział na stany. Reforma ta uczyniła Szwecję krajem liberalnym. Druga połowa XIX wieku to czasy wzrostu znaczenia przemysłu i masowej urbanizacji, która przekształciła Szwecję z kraju rolniczego w kraj uprzemysłowiony.

Zmiany ustrojowe rozpoczęte już w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku, takie jak reforma parlamentu (1866), powstanie nowoczesnych partii, wprowadzenie rządów parlamentarnych, powszechne prawo wyborcze (1919) uczyniły ze Szwecji liberalne i nowoczesne państwo. W 1905 od Szwecji odłączyła się Norwegia, kładąc kres długoletniej unii. Szwecja zachowała neutralność podczas I i II wojny światowej, co uchroniło ją od zniszczeń i kosztów wojennych oraz wzmocniło jej gospodarkę. Od lat trzydziestych władzę sprawowali głównie socjaldemokraci z partii SAP (Szwedzka Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza). Ich rządy przyniosły liczne reformy socjalne, przeprowadzone w duchu progresywizmu [1]. W latach 1950–1970 nastąpiła rozbudowa państwa opiekuńczego, związana z szybkim rozwojem gospodarczym. Głową państwa jest Karol XVI Gustaw.

[1] – Progresywizm ma związek z racjonalistyczną koncepcją rozwoju społeczeństwa, czyli przekonaniem, że postęp można osiągnąć w życiu społecznym za pomocą środków politycznych i edukacji. XX-wieczna historia Szwecji może być przykładem zastosowania koncepcji progresywistycznych do planowania i przeprowadzania reform socjalnych. Nowożytnymi, filozoficznymi przejawami progresywizmu były koncepcje historiozoficzne Hegla i Marksa ze względu na obecność w nich kategorii konieczności dziejowej.

xxxxxxxx

W artykule Historia gospodarcza Szwecji Wikipedia pisze:

1790-1815 – rewolucja agrarna i gospodarka protoindustrialna

W latach 1790-1815 Szwecja doświadczyła dwóch równoczesnych ruchów w gospodarce. Pierwszym z nich była rewolucja agrarna obejmująca większe posiadłości rolne. Korona przekazała wówczas obszary rolne prywatnym rolnikom, zaczęto uprawiać nowe rośliny, powstał nowy sprzęt rolniczy i rozpoczęła się komercjalizacja rolnictwa. Drugą tendencją tego okresu była protoindustrializacja, która obejmowała obszary wiejskie i założone na nich niewielkie ośrodki przemysłowe. Mieszkający tam rolnicy zamieniali zimą pracę na roli na pracę produkcyjną w fabrykach. Doprowadziło to do wzrostu gospodarczego, który wpłynął na dużą część społeczeństwa i zapoczątkował rewolucję konsumpcyjną w 1820 roku. Zmiany te stały się również przyczyną wzrostu demograficznego.

1815-1850 – rewolucja przemysłowa, specjalizacja regionalna i zmiany instytucjonalne

W okresie pomiędzy 1815 a 1850 rokiem ośrodki protoindustrialne przekształciły się w bardziej wyspecjalizowane i większe fabryki. Czas ten naznaczony był również wzrostem specjalizacji regionalnej w górnictwie na obszarze Bergslagen, przemysłu włókienniczego w Sjuhäradsbygden i leśnictwa w Norrland. W roku 1842 wprowadzono kilka istotnych zmian instytucjonalnych, takich jak bezpłatne i obowiązkowe szkolnictwo publiczne (pierwsze takie na świecie), zniesienie monopolu państwa na handel w rzemiośle – systemu cechowego – w 1846 roku oraz prawo dotyczące spółek akcyjnych wprowadzone w 1848 roku.

1850-1890 – wzrost eksportu, kolej i start inwestycji

W okresie 1850-1890 Szwecja doświadczyła istnej eksplozji w sektorze eksportu. Głównymi towarami były rośliny rolne, drewno i stal. Istotne zmiany instytucjonalne, które dokonały się w tym okresie to zniesienie większości ceł i innych przeszkód w wolnym handlu w latach pięćdziesiątych XIX wieku oraz wprowadzenie normy złota w 1873 roku, co ustaliło w Szwecji stały parytet złota dla korony szwedzkiej. Owe zmiany przyczyniły się do ekspansji wolnego handlu.

W tym okresie współczynnik inwestycji (inwestycje/PKB) w Szwecji wzrósł z 5% do 10%, co znane jest pod nazwą szwedzkiego startu inwestycji. Wówczas miał miejsce rozwój nowoczesnej gospodarki w Szwecji, który przyczynił się do wzrostu PKB o ok. 2%. Czas ten obfitował w wielkie inwestycje w obszarze infrastruktury, głównie sieci kolejowej, które to inwestycje finansowane były częściowo przez rząd, częściowo przez prywatne przedsiębiorstwa.

1890-1930 – druga rewolucja przemysłowa

W latach 1890-1930 doszło do drugiej rewolucji przemysłowej w Szwecji. W tym okresie rozwijały się nowe gałęzie przemysłu, skupione przede wszystkim na rynku wewnętrznym: inżynieria mechaniczna, energetyka, papiernictwo i włókiennictwo. Do gwałtownej ekspansji tych obszarów przyczynił się dobrze działający rynek kapitału podwyższonego ryzyka: Sztokholmska Giełda Papierów Wartościowych założona w 1866 roku, Szwedzki Bank Narodowy (założony w 1668 roku był pierwszym bankiem centralnym na świecie) otrzymał w 1866 roku wyłączne prawo do wydawania banknotów szwedzkich oraz status kredytodawcy ostatniej instancji, co ułatwiło zakładanie mniejszych niezależnych komercyjnych banków prywatnych. Posunięcie to zaowocowało gwałtownym wzrostem liczby banków prywatnych oraz przyczyniło się do zwiększenia liczby kredytobiorców. Prywatne banki zaczęły udzielać kredytów na uruchomienie działalności gospodarczej z kapitałem akcyjnym w formie zabezpieczenia. Jeśli spółka rozwijała się i dawała dobre prognozy na przyszłość, akcje były sprzedawane na rynku papierów wartościowych, co umożliwiało bankom pożyczenie pieniędzy nowym przedsiębiorstwom. Gwałtowna ekspansja kredytów przyczyniła się do załamania bankowości w 1907 roku oraz kryzysu na rynku nieruchomości.

Import ogromnych sum obcego kapitału potrzebnego do sfinansowania industrializacji w okresie 60 lat od 1850 do 1910 roku sprawił, że Szwecja znalazła się w światowej czołówce krajów-dłużników przed rokiem 1910. Sytuacja ta gwałtownie zmieniła się w kolejnej dekadzie. W 1914 roku wybuchła I wojna światowa i międzynarodowe zapotrzebowanie na strategiczne produkty, takie jak stal używana w przemyśle zbrojeniowym, gwałtownie wzrosło. Walczące narody narzuciły na siebie mnóstwo restrykcyjnych ograniczeń handlowych, Szwecja zaś, jako kraj neutralny, pozostawała poza kręgiem krajów objętych tymi ograniczeniami. Szwecja znalazła się zatem w uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych krajów Europy pod względem rozwoju gospodarczego. Działo się to pomimo fali inflacji, bezrobocia i potrzeby gospodarczej odnowy. Kraje prowadzące wojnę, takie jak Wielka Brytania, na masową skalę skłaniały się ku drukowaniu nowych pieniędzy, aby sfinansować narastające podczas wojny potrzeby. Prowadziło to do inflacji i wzrostu cen produktów importowanych ze Szwecji. Masowy transfer obcych pieniędzy jako zapłata za szwedzki eksport w czasie wojny sprawił, że kraj ten, niedawno jeszcze jeden z największych dłużników na świecie, urósł po wojnie do rangi wierzyciela.

xxxxxxxx

Rondo Cameron w swojej książce Historia gospodarcza świata (1996) w rozdziale Holandia i Skandynawia m.in. pisze:

W latach 1870-1913 Szwecja miała najwyższe w Europie tempo wzrostu produkcji per capita: 2,3%. Druga była Dania (2,1%). Norwegia (1,4%) miała mniej więcej takie samo tempo jak Francja. Dla Holandii brak danych porównywalnych, ale z innych danych wynika, że i ona miała wysokie tempo wzrostu.

Chcąc scharakteryzować społeczeństwa tych krajów od strony kapitału ludzkiego, możemy stwierdzić, że te cztery kraje były w niego wyposażone bardzo bogato. I w 1850 roku, i w 1914 roku kraje skandynawskie miały najwyższy procent ludności piśmiennej w Europie i na świecie, a Holandia miała pod tym względem poziom wyższy od średniego poziomu europejskiego. Stanowiło to bezcenną pomoc w znajdowaniu przez gospodarkę narodową każdego z tych czterech krajów odpowiadającej jej niszy w nieustannie się zmieniających nurtach gospodarki międzynarodowej.

Instytucje polityczne tych czterech krajów nie stanowiły istotniejszych barier w uprzemysłowieniu czy w ogóle w rozwoju gospodarczym. Były one dobrze rządzone, bez większej korupcji i bez wznoszenia imponujących budowli państwowych, chociaż rządy wszystkich tych krajów udzieliły pewnej pomocy kolejom, a w Szwecji, podobnie jak w Belgii, główne linie kolejowe zbudowało państwo. Będąc małymi krajami uzależnionymi od rynków zagranicznych, trzymały się głównie liberalnej polityki handlowej, chociaż w Szwecji rozwinął się jednak ruch protekcjonistyczny. W Danii i Szwecji – których struktura agrarna najbardziej przypominała stosunki z czasów ancien régime’u – od końca XVIII wieku do połowy XIX wieku stopniowo przeprowadzano reformę rolną. Dała ona w rezultacie całkowitą likwidację resztek poddaństwa chłopów i stworzyła nową klasę niezależnych chłopów-włwaścicieli o wyraźnej orientacji prorynkowej.

Kluczowym czynnikiem sukcesów omawianych krajów (obok wysokiego odsetka ludzi umiejących czytać i pisać) – podobnie jak to było w Szwajcarii, ale nie w innych państwach późno się uprzemysławiających – była ich zdolność dostosowywania się do międzynarodowego podziału pracy, określonego przez kraje wcześniej uprzemysłowione, i do wynajdywania odpowiadających tej czwórce dziedzin specjalizacji na rynkach międzynarodowych. Oznaczało to oczywiście duże uzależnienie się od międzynarodowego handlu, z jego notorycznymi fluktuacjami; ale także wysokie dochody tych czynników produkcji, które miały szczęście dobrze się ulokować w okresach prosperity.

Chociaż kraje te weszły na wielką skalę na rynek światowy w połowie XIX wieku, eksportując surowce i lekko przetworzone dobra konsumpcyjne, na początku XX wieku wszystkie już miały pewne nowoczesne zakłady przemysłowe. Nazywano to „uprzemysłowieniem w górę rzeki” – kraj eksportujący niegdyś surowce zaczyna je przetwarzać i eksportować w formie półproduktów i wyrobów gotowych. Świetnym przykładem jest tu szwedzki i norweski handel drewnem. Na początku eksportowano je w postaci kłód, ciętych na deski dopiero w kraju importującym (Wielka Brytania); w latach czterdziestych XIX wieku szwedzcy przedsiębiorcy wybudowali napędzane siłą wody (później silnikami parowymi) tartaki, by produkować tarcicę w Szwecji. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku wprowadzono produkcję papieru ze ścieru drzewnego. Najpierw był proces mechaniczny, potem chemiczny (ten ostatni był wynalazkiem szwedzkim) – przez całą resztę XIX wieku szybko wzrastała produkcja ścieru. Ponad połowę tej produkcji eksportowano – głównie do Wielkiej Brytanii i Niemiec – ale coraz większą ilość ścieru zużywano też w samej Szwecji, eksportując papier o wyższej niż ścier wartości dodanej. Podobny wzorzec wystąpił w hutnictwie żelaza. Chociaż szwedzkie żelazo wytapiane z użyciem węgla drzewnego nie mogło konkurować z żelazem wytapianym przy użyciu koksu czy ze stalą besemerowską, dzięki swej wysokiej jakości było cennym surowcem przy wytwarzaniu takich produktów jak łożyska kulkowe, w których kraj ten się wyspecjalizował (i nadal specjalizuje).

xxxxxxxx

Z kolei Tomasz Pawłuszko w pracy Droga państw nordyckich z peryferii do centrum gospodarki światowej (2015) m.in. pisał:

„Szwecja była jednym z pierwszych państw, w których wprowadzono powszechne szkolnictwo. Było to w 1842 roku. Celem była całkowita likwidacja analfabetyzmu w okresie jednego pokolenia. Jedną ze specjalizacji szwedzkiej edukacji stały się studia politechniczne, w szczególności te poświęcone sektorom perspektywicznym z punktu widzenia szwedzkiego eksportu. W XIX wieku wielu inżynierów nie mogło znaleźć pracy w raczkującym szwedzkim przemyśle. Wyjściem była emigracja. Inżynierowie ci zdobywali doświadczenie w USA lub zakładali własne firmy i wracali do Szwecji. Obok papieru i stali cechą szwedzkiego potencjału po 1880 roku stała się wyspecjalizowana wiedza techniczna i produkty inżynieryjne.

Niespotykana dotąd dynamika wzrostu ludności w Szwecji sprawiła, że jedna czwarta populacji szwedzkiej (1,2 mln osób) zdecydowało się emigrować do USA w latach 1850-1910. Zaskakujący jest komentarz jednego ze skandynawskich uczonych w tej kwestii – stwierdził on, że dzięki ogromnej emigracji (dziś temat jednoznacznie interpretowany negatywnie) wielkość ludności Szwecji odpowiadała wydajności szwedzkiego przemysłu, a osoby, które zostały w kraju – zyskały większy dostęp do ziemi i kapitału. Co więcej, kraj miał dzięki temu uniknąć problemów związanych z biedą na wsi i masowym bezrobociem (podobny problem występował na ziemiach polskich w XIX wieku w Galicji).”

xxxxxxxx

Nie wiem, jak obecnie jest w Szwecji ze względu na obecność muzułmanów i innych imigrantów, ale po II wojnie światowej ukształtował się jej obraz jako kraju bardzo bogatego i z bardzo rozbudowanym systemem socjalnym. Dlaczego tak się stało, że w Szwecji, czy ogólnie w krajach skandynawskich, było to możliwe, a w innych już nie tak bardzo, albo wcale. Pewnie dlatego, że były wysokie podatki a firmy państwowe i prywatne płaciły je. Nie było czegoś takiego jak w Polsce, że gospodarkę prawie całkowicie sprywatyzowano, a firmy te, czyli w większości międzynarodowe, tych podatków nie płacą. Dlaczego więc w Szwecji płacą? Czy dlatego, że są szwedzkie? A może nie są już szwedzkie, ale nadal płacą. Może ktoś tak zdecydował, że w Szwecji tak właśnie ma być.

Podobnie mają się rzeczy z edukacją. Ktoś zdecydował, że w ciągu jednego pokolenia ma być zlikwidowany analfabetyzm i że kształcenie ma być praktyczne, przeważnie techniczne i ma być nastawione na wykorzystanie rodzimych warunków naturalnych i bogactw naturalnych. Natomiast produkcja ma być nastawiona na wykorzystywanie nisz na rynkach światowych, a nie na konkurowanie z tym, co już na nich działa. Ktoś też udostępnił swoją sieć handlową dla tych niszowych produktów. A może nawet wcześniej poinformował, czego brakuje na rynku. Ktoś tak zdecydował, ale nie wiemy kto, bo wszystkie informacje podawane są w formie bezosobowej: zdecydowano.

Kraje skandynawskie, a więc i Szwecja, leżą na uboczu. Liczba ludności niewielka. Niewielka ilość ziemi nadającej się do uprawy spowodowała zapewne, że w Szwecji nie było wielkich feudałów, a co za tym idzie, chłopi byli praktycznie ludźmi wolnymi. W Królestwie Polskim też chłopi byli przeważnie wolnymi ludźmi. Dopiero po unii z Litwą – gdy nowy twór, zwany Rzeczpospolitą, zdominowali potężni feudałowie z Wielkiego Księstwa Litewskiego – niewolnictwo chłopów powróciło.

Takie położenie Szwecji i innych krajów skandynawskich, prawie jak na wyspie, sprzyjało budowaniu czegoś stabilnego, bo nawet jak Szwecja prowadziła wojny, to nie na swoim terenie, a jak się stała neutralna, to tym bardziej była bezpieczna. Nie było tam migracji ludności z innych krajów, a więc było możliwe zbudowanie stabilnego społeczeństwa z określonym systemem wartości i jednorodnego pod względem religijnym. I może dlatego musiała być protestancka, bo tylko kraje protestanckie mogą być bogate, oczywiście poza Liberią, w której 80% społeczeństwa, to protestanci. Tylko, kto o tym wie?

Już w 1544 król szwedzki Gustaw kontrolował 60% ziemi uprawnej w kraju, a później doszło do rewolucji agrarnej (1790-1815), polegającej na tym, że większe posiadłości rolne Korona przekazała rolnikom. Innymi słowy, król rozdał chłopom kontrolowaną przez siebie ziemię. A więc nie było tak, jak w innych krajach, że rycerstwo otrzymywało ziemię od króla za zasługi w wyprawach wojennych. Ci rolnicy byli nie tylko rolnikami, ale też znajdowali na zimę zatrudnienie w niewielkich ośrodkach przemysłowych, budowanych na terenach wiejskich. I one stopniowo ewoluowały w większe i bardziej wyspecjalizowane fabryki.

Po wojnie północnej (1700-1721) Szwecja przestała być mocarstwem, a po wojnach napoleońskich stała się krajem neutralnym i od tego momentu datuje się rozwój gospodarczy tego kraju. Dzieje się tak bez względu na to, czy państwem rządzi monarcha absolutny czy system parlamentarny. Szwedzki model gospodarczy ma wiele wspólnego z ustrojem komunistycznym, a właściwie to chyba jest komunizmem [1]. Świadczy o tym:

  • rewolucja agrarna, czyli że większe posiadłości rolne przekazano rolnikom, czyli po prostu reforma rolna zrobiona z sensem, a nie tak jak w PRL-u: rolnikom ochłapy, a reszta PGR-y,
  • powszechny i bezpłatny system edukacji,
  • reformy socjalne przeprowadzone w duchu progresywizmu
  • udział wszystkich grup społecznych w budowaniu dobrobytu całego społeczeństwa, czyli wysokie podatki, a najwyższe od najbogatszych; taka urawniłowka na sposób szwedzki,
  • wysokie świadczenia socjalne będące konsekwencją wysokich podatków.

A więc komuna może działać dwojako: wszystkim dać, mniej więcej po równo, lub wszystkim zabrać. W Szwecji wszystkim dawano. Prawdopodobnie tak samo jest we wszystkich krajach skandynawskich. Być może również na Islandii. A zaczęło się bardzo wcześnie, bo w latach 1538 i 1558, gdy przeprowadzono reformy podatkowe. Skomplikowane podatki nałożone na niezależnych rolników zostały uproszczone i ujednolicone w całym regionie; ocena należności podatkowych była zależna od możliwości zapłaty. A więc zaczęto realizować część zasady społeczeństwa komunistycznego: Od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb. Drugą część tej zasady realizowano poprzez system rozbudowanych świadczeń socjalnych. Co ciekawe, to po wprowadzeniu pierwszej części tej zasady, królewskie wpływy z podatków wzrosły. Wygląda więc na to, że ludzie chętnie płacą podatki, gdy widzą, że wracają one do nich w postaci różnego rodzaju świadczeń. Jeśli państwo jest przyjazne obywatelowi, to i obywatel jest przyjazny państwu.

Czy można zatem wysnuć wniosek, że ktoś dokonał tam pewnego eksperymentu? Ktoś, kto dokonuje różnego rodzaju eksperymentów na różnych narodach, ale już zupełnie innego rodzaju, niż w Szwecji? A obecnie, gdy eksperyment udał się i skutki jego działania zostały poznane, to być może postanowił go zakończyć, sprowadzając tam masy ludzi, którzy w żaden sposób nie pasują do społeczeństw skandynawskich?

[1] – Być może stwierdzenie, że ustrój szwedzki to komunizm jest zbyt daleko idącym uproszczeniem, bo ustrój ten dąży do zniesienia wszelkiej własności prywatnej, a takich zamiarów w Szwecji nie było. Ja jednak upierałbym się, że jest to ta lepsza wersja komunizmu, o której nam nie mówiono. Jeśli jednak nie komunizm, to co? To wychodzi, że to faszyzm. Zgodnie z definicją faszyzmu Mussoliniego, faszyzm to: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu. I tak jest w Szwecji. Państwo decyduje o wszystkim. I to jest, czy było (nie wiem jak jest teraz) dobre, przyjazne obywatelowi państwo. I efekt jest taki, że w Szwecji były trzy rewolucje: jedna agrarna i dwie przemysłowe. I tylko takie rewolucje tam były.

Marsz PRA

W dniu 1 maja Polski Ruch Antywojenny zorganizował w Warszawie marsz antywojenny. Przebieg tego marszu transmitował kanał eMisjaTv. Trasa marszu wiodła od Krzyża Traugutta na Plac Zamkowy. Dlaczego akurat od tego Krzyża? Kim był Traugutt, to wiadomo. I kojarzy się on z powstaniem styczniowym. A powstanie styczniowe to najbardziej tragiczne w skutkach powstanie, w wyniku którego Żydzi zdominowali polskie społeczeństwo i stali się jego inteligencją. To oni wywołali to powstanie. Czy zatem ma to być informacja dla wtajemniczonych, że to Żydzi kontrolują PRA?

Dla mnie wszelkie marsze organizowane w Polsce kojarzą się mi z żydowskim powiedzeniem: Wasze ulice, nasze kamienice. I ci, którzy dają się w to wciągnąć, nie grzeszą inteligencją. Przykro to mówić, ale skutki powstania styczniowego nadal dają znać o sobie. Warto chyba zadać sobie pytanie: Co jest ważniejsze? Czy to, że wojsko polskie zacznie walczyć na Ukrainie, czy to, że następuje konsekwentna podmiana polskiego społeczeństwa ukraińskim? Nadawanie numerów PESEL obywatelom Ukrainy, 5000 zł dla przedszkola, które przyjmie ukraińskie dziecko, 5000 zł dla uczelni, która przyjmie studenta ukraińskiego, polskie emerytury dla Ukraińców, nawet jeśli nie mieszkają w Polsce. To wszystko i jeszcze wiele innych przywilejów dla obywateli Ukrainy, to proces łączenia dwóch państw w jedno.

Wejście Polski do wojny ma tylko usprawiedliwić i przyspieszyć ten proces. Tego nie da się odwrócić, ani temu zapobiec. Zbyt potężne siły są w to zaangażowane i bardzo dawno napisano taki scenariusz. Na nic zdadzą się protesty i krzyki. A na tym marszu skandowano hasła: To nie nasza wojna! Ponad podziałami! Polak w Polsce gospodarzem! Tak dla pokoju, nie dla wojny! Budapeszt myśli, Warszawa szczuje! Jesteśmy sługami narodu polskiego! Duda, Kaczyński na front ukraiński! – To tylko niektóre z nich. Mateusz Piskorski wykrzyczał: Europa bez NATO, to Europa bez wojen! Jankesi precz z Europy!

Ja osobiście jestem nastawiony bardzo sceptycznie do tego typu imprez, zwanych marszami, a to z tego względu, że kiedyś miałem okazję uczestniczyć w jednym z nich i z bliska przyjrzeć się temu zjawisku. Było to w 2008 roku i był to Marsz JOW, czyli Stowarzyszenia na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Marsz ten zaczynał się na Placu Zamkowym, a kończył pod sejmem. Ale nikt z posłów, którzy byli w tym czasie w sejmie bądź w hotelu sejmowym nie wyszedł do uczestników marszu, by odebrać od nich ich postulaty, a sejm odgradzał od nich kordon policji. I takie to było maszerowanie. Pokrzyczeli sobie: Zdrowo, zdrowo! Jednomandatowo! Później zjedli obiad i rozjechali się.

Ideą tego Ruchu była chęć zmiany ordynacji wyborczej tak, by wybory do sejmu odbywały się w okręgach jednomandatowych, a nie – wielomandatowych. Taka zmiana miałaby, według twórców tego Ruchu, uzdrowić polską scenę polityczną i wprowadzić do polityki nowych, niezależnych posłów. Tych marszów, rok rocznie chodzonych, było chyba kilkanaście, a skończyło się tak, że przystąpił do Ruchu Kukiz, Ukrainiec, i potraktował go jako odskocznię do własnej kariery politycznej. A okręgów jednomandatowych jak nie było, tak nie ma. Inna sprawa, że one i tak niczego nie zmieniłyby.

Tego typu marsze są tylko po to, by wypromować ich liderów, by zaistnieli w polityce i w świadomości wyborców. W przypadku marszu PRA chodzi o wypromowanie Leszka Sykulskiego i Sebastiana Pitonia i być może jeszcze innych osób, jak choćby Lucyna Kulińska, która z tym swoim warkoczem przypomina „piękną Julię” – Tymoszenko, jakby ktoś nie wiedział, o kogo chodzi. Polska scena polityczna zmienia się. PiS i Platforma Obywatelska swoją rolę już spełniły i teraz czas na nowe twarze i prawdopodobnie nowe partie.

Wszystkie „polskie” powstania kończyły się klęską, a te „zwycięskie” były zwycięskie, bo miały takimi być. Niemcy cesarskie skapitulowały w momencie, gdy wojska niemieckie stały kilkadziesiąt kilometrów od Paryża i daleko na wschodzie. Ktoś wysoko postanowił, że Niemcy mają skapitulować, a Polacy mają zwyciężyć w powstaniu wielkopolskim.

Wszelkie protesty robotnicze w PRL-u nie poprawiały sytuacji robotników. Inspirowane przez władzę, służyły do tego, by wymienić ludzi u steru i tym sposobem dać ludziom nadzieję na lepsze jutro. A gdy dany układ się wyczerpał i lepiej nie było, to znowu wywoływano protesty, zmieniano władzę i pojawiała się nowa nadzieja. Taki samograj.

Pojawia się więc zasadnicze pytanie: Skoro te wszelkie powstania, protesty, strajki, demonstracje, marsze nie skutkują, to po co dalej brnąć w tę ślepą uliczkę? Po to, bo to władze je organizują, by w ten sposób stwarzać ludziom iluzję, że mają na coś wpływ i tym sposobem rozładowywać napięcia społeczne.

Jeszcze o Konstytucji

Dziś mamy kolejną rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Na portalu Onet ukazał się artykuł Konstytucja 3 maja. Wszystko, co powinieneś wiedzieć

3 maja 1791 r. uchwalona została ustawa rządowa, która przeszła do historii. Konstytucja 3 maja była drugą na świecie, a pierwszą w Europie, spisaną konstytucją. Zmieniła ustrój państwa na monarchię konstytucyjną oraz ograniczyła demokrację szlachecką. Jakie były okoliczności i konsekwencje uchwalenia Konstytucji 3 maja? Zobacz najważniejsze informacje na naszej infografice (https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/konstytucja-3-maja-wszystko-co-powinienes-wiedziec/xsxw0k,79cfc278).

Onet informuje o najważniejszych zapisach Konstytucji:

  • W pierwszych zdaniach dokumentu podkreślano jedność państwa, czego wyrazem miał być jeden rząd, skarb i armia.
  • Artykuł pierwszy potwierdzał dominującą rolę religii katolickiej.
  • W drugim zaakcentowano pozycję szlachty, gwarantując jej przyznane dawniej przywileje.
  • Artykuł czwarty utrzymywał poddaństwo chłopów wobec szlachty, przyjmując jednak włościan „pod opiekę prawa i rządu krajowego”.
  • Ustanowienie trójpodziału władzy.
  • Władze ustawodawczą miał stanowić dwuizbowy parlament składający się z z Sejmu i Senatu.
  • Funkcję wykonawczą miał stanowić król i odpowiedzialny przed sejmem rząd.
  • Rolę sądowniczą w państwie powierzono niezależnym trybunałom.
  • Wprowadzono tron dziedziczny, likwidując wolną elekcję.
  • Ostatni artykuł poświęcono „sile zbrojnej narodowej”, której celem miała być obrona suwerenności kraju.

Jak zwykle w takich przypadkach, diabeł tkwi w szczegółach. A więc do czasu uchwalenia Konstytucji nie było jednego państwa, bo nie było jednego rządu, jednego skarbu i jednej armii. A przecież w normalnym państwie powinno być tak: jeden rząd, jeden skarb, jedna armia. To była unia. Dlaczego więc cały czas nazywano tę unię Rzeczpospolitą, a nawet Polską? I te dwa oddzielne byty miały jeden sejm i senat. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej idiotycznego? Można! Jedno państwo bezwarunkowo pomaga drugiemu finansowo i materialnie w wojnie z mocarstwem, nie żądając w zamian nic. A więc jest postęp, ale też widmo I RP unosi się nad tym nieszczęśliwym krajem, widmo czegoś bardzo irracjonalnego.

W blogu „Konstytucja 3 maja c.d.” z dnia 2 maja 2021 pisałem:

Tekst Konstytucji jest dostępny na stronie sejmowej, więc każdy zainteresowany może zapoznać się z nim. Możemy w nim m.in. wyczytać, że dynastią panującą miała być dynastia saska. Chłopi nadal w praktyce pozostawali niewolnikami, natomiast wszyscy przybywający i ci powracający mogli cieszyć się pełną wolnością. Ponad 70% narodu zostało potraktowane gorzej niż obcy. I jeszcze to idiotyczne uzasadnienie, że dla zamknięcia na zawsze wpływów mocarstw zagranicznych, elektor saski w Polsce królować będzie.

„(…) Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy Saski w Polsce królować będzie. Dynastja przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorem de lumbis (legalnie zrodzonym, z prawego łoża) z płci męskiej tron Polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą stanów zgromadzonych córce jego dobrany, zaczynać ma linią następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dla czego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantkę Polską deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcji (ograniczeniu) podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu po wygaśnięciu pierwszego.”

Konstytucja 3 maja nie weszła w życie, ale jedno jej prawo obowiązuje w obecnej „Polsce”: chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

Ci nowo przybyli mieli mieć więcej praw od ponad 70% ludzi zamieszkujących ten kraj. Mieli wolność, której tamci nie mieli. Dziś nowo przybyli też są uprzywilejowani w stosunku do wielu tu mieszkających. To taki kamyczek do ogródka tych, którzy w to „święto narodowe” wywieszają flagi narodowe.

Sudan c.d.

W poprzednim blogu „Sudan” starłem się, posiłkując się różnymi źródłami, przedstawić sytuację w Sudanie: jego historię, przyczyny konfliktu, o co toczy się walka i rolę światowych mocarstw. Jednak ten przekaz był taki oficjalny. Warto więc spojrzeć na to, co tam się dzieje oczami człowieka, który tam był i pozostawił własne, osobiste spojrzenie na wojnę w Sudanie. Tym człowiekiem był oczywiście Ryszard Kapuściński. W swojej książce Heban (1998) tak pisał o Sudanie:

To miejsce, gdzie jesteśmy, nazywa się Itang. Itang leży w zachodniej Etiopii, blisko granicy Sudanu. Od kilku lat znajdował się tu obóz 150 tysięcy Nuerów – uchodźców z wojny sudańskiej. Jeszcze kilka dni temu byli tu. A dzisiaj jest pusto. Gdzie poszli? Co się z nimi stało? Jedyne, co narusza martwotę tych bagien, jedyne, co słychać, to rechot żab, jakiś obłędny, ropuszy wrzask, donośny, hałaśliwy, ogłuszający.

Latem 1991 roku wysoki komisarz NZ do spraw uchodźców Sadako Ogata udała się do Etiopii odwiedzić obóz w Itang. Dostałem propozycję, żeby jej towarzyszyć. Rzuciłem wszystko i pojechałem, ponieważ była to rzadka okazja, by dotrzeć do takiego obozu. Warto wspomnieć, że z różnych przyczyn obozy te znajdują się na ogół w miejscach odległych i odosobnionych, do których dojazd jest trudny, a więc najczęściej wzbroniony. Życie w nich jest udręką, smutną wegetacją, ciągle na granicy śmierci. Jednak poza grupą lekarzy i pracowników różnych organizacji charytatywnych ludzie mało wiedzą na ten temat, ponieważ takie miejsca zbiorowego cierpienia świat skrupulatnie izoluje i nie chce o nich słyszeć.

xxx

Sudan to pierwszy kraj Afryki, który po II wojnie światowej uzyskał niepodległość. Wcześniej był brytyjską kolonią sztucznie, biurokratycznie zlepioną z dwóch członów: arabsko-muzułmańskiej Pólnocy i „murzyńsko”-chrześcijańskiego (i animistycznego) Południa. Między tymi dwiema społecznościami istniał zadawniony antagonizm, wrogość i nienawiść, ponieważ Arabowie z Północy latami najeżdżali Południe, łapali jego mieszkańców i sprzedawali jako niewolników.

Jak owe nieprzyjazne sobie światy mogły żyć w jednym, niepodległym państwie? Nie mogły – i o to właśnie Anglikom chodziło. W tamtych latach stare, europejskie metropolie były przekonane, że choć formalnie zrezygnują z kolonii, faktycznie i tak będą w nich rządzić, np. w Sudanie, stale godząc muzułmanów z Północy z chrześcijanami i animistami z Południa. Wkrótce jednak niewiele z tych imperialnych złudzeń pozostało. Jeszcze w 1962 roku w Sudanie wybuchła pierwsza wojna domowa między Południem i Północą (poprzedzona już wcześniejszymi buntami i powstaniami na Południu). Kiedy w 1960 roku jechałem na Południe po raz pierwszy, poza wizą sudańską musiałem mieć jeszcze wizę specjalną, na osobnym blankiecie. W Dżubie, największym mieście Południa, zabrał mi ją oficer służby granicznej. – Jak to! – żachnąłem się – przecież potrzebuję jej, żeby dojechać do granicy Konga, która jest dwieście kilometrów stąd. Oficer pokazał nie bez dumy na siebie: – To ja tu jestem granicą! – powiedział. W istocie, poza rogatkami miasta rozciągała się ziemia, nad którą już rząd w Chartumie nie miał wielkiej władzy. I tak jest do dzisiaj – Dżubę ochrania garnizon arabski z Chartumu, a prowincja jest w rękach partyzantów.

Pierwsza wojna sudańska ciągnęła się dziesięć lat – do roku 1972. Potem, przez następne dziesięć lat, panował kruchy, nietrwały pokój, po czym, w 1983 roku, kiedy islamski rząd w Chartumie próbował narzucić całemu krajowi islamskie prawo (szaria), zaczęła się nowa, najstraszniejsza faza tej trwającej do dzisiaj wojny. Jest to najdłuższa i największa wojna w historii Afryki i prawdopodobnie największa w tej chwili na świecie, ale jako że toczy się na głębokiej prowincji naszej planety i bezpośrednio nikomu, np. w Europie czy Ameryce, nie zagraża, nie budzi większego zainteresowania. W dodatku teatry tej wojny, jej rozległe i tragiczne pola śmierci, są – z powodu trudności komunikacyjnych i drastycznych restrykcji Chartumu – praktycznie niedostępne dla mediów, większość ludzi na świecie nie ma najmniejszego pojęcia, że w Sudanie toczy się wielka wojna.

xxx

A toczy się ona na wielu frontach i wielu płaszczyznach, z których konflikt Północy z Południem nie jest już dziś nawet najważniejszy. W dodatku może mylić, skrzywiać prawdziwy obraz rzeczywistości. Zacznijmy od północy tego olbrzymiego kraju (dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych). Północ to w dużej części Sahara i Sahel, co kojarzy nam się z bezkresem piasku i rumowiskami zwietrzałych kamieni. W istocie północny Sudan to i pisaki, i kamienie, ale nie tylko. Kiedy lecimy z Addis Abeby do Europy i nadlatujemy nad tę część Afryki, mamy pod sobą widok niezwykły: daleko, daleko rozciąga się żółtozłota powierzchnia Sahary. I oto przez jej środek przebiega wielki, intensywnie zielony pas pól i plantacji leżących nad płynącym tu szerokimi, łagodnymi półkolami Nilem. Granica między głęboką ochrą Sahary i szmaragdem tych pól jest jakby wytyczona nożem: nie ma tu żadnych pasów pośrednich, żadnego stopniowania – kończy się ostatnia roślinka plantacji i zaraz zaczynają się pierwsze grudki pustyni.

Otóż, kiedyś te nadrzeczne pola dawały życie milionom arabskich fellachów i bytującym tam ludom koczowniczym. Ale potem, zwłaszcza od połowy XX wieku i już po niepodległości, rozwinął się proces rugowania fellachów przez ich bogatych pobratymców z Chartumu, którzy wespół z generalicją, przy pomocy armii i policji, wchodzili w posiadanie owych żyznych ziem nadnilańskich, tworząc na nich gigantyczne plantacje roślin eksportowych – bawełny, kauczuku, sezamu. Tak powstała silna klasa arabskich latyfundystów, która w aliansie z generalicją i elitą biurokratyczną objęła w 1956 roku władzę i sprawuje ją do dziś, prowadząc wojnę z „murzyńskim” Południem, które traktuje jak kolonię, i jednocześnie gnębiąc swoich etnicznych ziomków – Arabów z Północy.

Wywłaszczeni, wyrzuceni, pozbawieni ziemi i stad Arabowie sudańscy gdzieś muszą podziać się, coś z sobą zrobić, znaleźć źródło utrzymania. Część z nich władcy Chartumu wcielą do coraz liczniejszej armii. Część w szeregi ogromnej policji i biurokracji. Ale reszta? Te rzesze bezrolnych i wykorzenionych? Resztę reżim będzie starał się kierować na Południe.

xxx

Mieszkańców Północy jest około dwudziestu milionów, Południa – około sześciu. Ci ostatni dzielą się na dziesiątki plemion, mówiących wieloma językami, wyznających różne religie i kulty. W owym wieloplemiennym morzu Południa wyróżniają się jednak dwie wielkie społeczności, dwa ludy, stanowiące łącznie płowę mieszkańców tej części kraju. To Dinka i spokrewnieni z nimi (choć czasem i skłóceni) Nuerowie. I jednych, i drugich poznacie na odległość: są wysocy, dwumetrowi, szczupli i mają bardzo ciemny odcień skóry. Piękna, postawna, pełna godności, a nawet trochę wyniosła rasa. Od lat antropolodzy zastanawiają się, skąd oni tacy wysocy i szczupli. Żywią się właściwie tylko mlekiem, czasem krwią swoich krów, które hodują, czczą i kochają. Krów tych zabijać nie wolno i nie wolno dotykać ich kobietom. Swoje życie Dinka i Nuer podporządkowali wymogom i potrzebom tych krów. Porę suszy spędzają z nimi w pobliżu rzek – Nilu, Ghazalu i Sobatu przede wszystkim, a w porze deszczowej, kiedy na odległych płaskowyżach zaczyna zielenić się trawa, zostawiają rzeki i ruszają z bydłem w tamte strony. W tym odwiecznym rytmie, w tej wahadłowej, niemal rytualnej wędrówce między brzegami rzek a pastwiskami na płaskowyżach Górnego Nilu upływa życie Dinki i Nuera. Żeby istnieć, muszą mieć przestrzeń, ziemię bez granic, otwarty, szeroki horyzont. Zamknięci – chorują, zamieniają się w szkielety, gasną, umierają.

xxx

Nie wiem od czego zaczęła się ta wojna. To było tak dawno! Jacyś żołnierze z armii rządowej ukradli Dinkom krowę? Dinka poszli tę krowę odbić? Zaczęła się strzelanina? Padli zabici? Jakoś tak to musiało wyglądać. Oczywiście krowa była pretekstem. Arabscy lordowie z Chartumu nie mogli się zgodzić, żeby pastuchy z Południa miały te same prawa co oni. Ludzie z Południa nie chcieli, żeby w niepodległym Sudanie rządzili nimi synowie handlarzy niewolników. Południe domagało się secesji, własnego państwa. Północ postanowiła rebeliantów zniszczyć. Zaczęły się masakry. Podają, że do dziś wojna ta pochłonęła półtora miliona ofiar. Najpierw przez dziesięć lat działał na Południu żywiołowy, słabo zorganizowany ruch partyzancki Anya-Nya. Potem, w 1983 roku, zawodowy pułkownik John Garang, Dinka, zorganizował Sudańską Ludową Armię Wyzwoleńczą (SPLA), która kontroluje większość obszarów Południa.

To długa wojna, która nasila się, przygasa i znowu wybucha. Choć trwa tyle już lat, nie słyszałem, żeby ktoś próbował napisać jej historię. W Europie na temat każdej wojny są półki książek, archiwa pełne dokumentów, specjalne sale w muzeach. W Afryce nie ma nic podobnego. Wojna, nawet najdłuższa i największa, szybko tonie tu w niepamięci, popada w zapomnienie. Jej ślady znikają na drugi dzień: martwych trzeba od razu pogrzebać, na miejscu spalonych lepianek postawić nowe.

Dokumenty? Nigdy ich nie było. Nie ma rozkazów na piśmie, map sztabowych, szyfrów, ulotek, odezw, gazet, korespondencji. Nie ma zwyczaju pisania wspomnień i pamiętników (zresztą najczęściej nie ma po prostu papieru). Nie ma tradycji pisania historii. Poza wszystkim – kto miałby to robić? Nie ma zbieraczy pamiątek, muzealników, archiwistów, historyków, archeologów. I nawet lepiej, że na polach wojny nikt tu taki nie kręci się. Od razu wpadłby w oko policji, trafił do więzienia i – podejrzany o szpiegostwo – zostałby rozstrzelany. Tu historia pojawia się nagle, spada jak deus ex machina, zbiera swoje krwawe żniwo, porywa ofiary i znika bez śladu. Kim ona jest? Dlaczego właśnie na nas rzuciła swój potępieńczy urok? Niedobrze o tym myśleć. Lepiej w to nie wnikać.

xxx

Wracając do Sudanu. Wojna, która zaczęła się tam, pod wzniosłymi hasłami, jako dramat młodego państwa (Północ: musimy utrzymać jedność kraju, Południe: walczymy o niepodległość), z czasem degeneruje się i staje się wojną różnych kast militarnych przeciw własnemu narodowi, wojna uzbrojonych przeciw bezbronnym. Bo dzieje się to wszystko w kraju biednym, w kraju ludzi głodnych, w którym jeżeli ktoś sięga po broń, po maczetę i automat, to przede wszystkim żeby zagrabić pożywienie, żeby się najeść. To wojna o garść kukurydzy, o miskę ryżu. A wszelki rabunek jest tu tym łatwiejszy, że jesteśmy w kraju ogromnych przestrzeni i bezdroży, słabej komunikacji i łączności, małego i rozproszonego zaludnienia, a więc w warunkach, w których rozbój i bandytyzm uchodzą bezkarnie, choćby z braku jakiejkolwiek kontroli i nadzoru.

Trzy są rodzaje sił zbrojnych, które prowadzą tę wojnę. Więc jest armia rządowa – instrument w rękach elity chartumskiej – dowodzona przez prezydenta, generała Omara al-Bashira. Z armią tą współdziałają liczne jawne i tajne policje, bractwa muzułmańskie, prywatne służby wielkich właścicieli.

Przeciw tej sile rządzącej stoją partyzanci SPLA pułkownika Johna Garanga i różne formacje na Południu, które się od SPLA oderwały.

I jest wreszcie trzecia kategoria ludzi uzbrojonych – to nieskończona liczba tzw. militias – paramilitarnych grup młodych ludzi (często dzieci) o proweniencji plemiennej, dowodzona przez przez różnych lokalnych czy klanowych watażków, którzy w zależności od sytuacji i korzyści będą współpracować albo z armią, albo z SPLA (militias to w Afryce produkt ostatnich lat, zanarchizowana agresywna i rosnąca siła, która rozsadza państwa, armie, zorganizowane ruchy partyzanckie i polityczne).

Przeciw komu te wszystkie wojska, oddziały i fronty, zagony, służby i zaciągi? Tak liczne i przez tyle lat walczące? Czasem przeciw sobie, ale najczęściej przeciw własnemu narodowi, s więc bezbronnym, a to w szczególności znaczy – kobietom i dzieciom. Ale dlaczego właśnie przeciw kobietom i dzieciom? Czyżby tymi uzbrojonymi mężczyznami kierował jakiś zoologiczny antyfeminizm? Oczywiście – nie. Atakują oni i grabią zgrupowania kobiet i dzieci, ponieważ do nich kierowana jest pomoc ze świata, to dla nich przeznaczone są worki z maką i ryżem, skrzynki sucharów i mleka w proszku, rzeczy na które nikt w Europie nie zwróciłby większej uwagi, ale tu, między szóstym a dwunastym stopniem szerokości geograficznej, są cenniejsze nad wszystko. Zresztą nie zawsze owe skarby trzeba tym kobietom zabierać. Wystarczy po prostu, kiedy samolot przywiezie żywność, otoczyć go, zabrać worki i skrzynki i zanieść lub zawieźć je do swojego oddziału.

Od lat reżim w Chartumie posługuje się bronią głodu, aby unicestwić ludność Południa. Robi dziś z Dinkami i Nuerami to, co zrobił Stalin z Ukraińcami w 1932 roku: głodzi ich na śmierć.

Ludzie nie głodują dlatego, że na świecie nie ma żywności. Jest jej pełno, w nadmiarze. Ale między tymi, którzy chcą jeść, a pełnymi magazynami stoi wysoka przeszkoda: gra polityczna. Chartum ogranicza loty z pomocą dla głodujących. Wiele samolotów docierających na miejsce jest garbionych przez miejscowych watażków. Kto ma broń, ten ma żywność. Kto ma żywność, ten ma władzę. Obracamy się tu wśród ludzi, którzy nie myślą o transcendencji i istocie duszy, o sensie życia i naturze bytu. Jesteśmy w świecie, w którym człowiek, czołgając się, próbuje wygrzebać z błota kilka ziaren zboża, żeby przeżyć do następnego dnia.

xxxxxxxx

We wstępie do cytowanej książki Kapuściński pisze:

„Nie jest to więc książka o Afryce, lecz o kilku ludziach stamtąd, o spotkaniach z nimi, czasie wspólnie spędzonym. Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje.”

Pisze Kapuściński, że Afryka to istny ocean, osobna planeta, różnorodny przebogaty kosmos. I niewątpliwie tak jest. W Afryce leży Egipt, ojczyzna najstarszej na świecie cywilizacji. Gdy ludność Europy kryła się po jaskiniach, to Egipt posiadał wysoką organizację społeczną, rolnictwo, rzemiosło i literaturę. Wykonywał zaawansowane prace inżynierskie oraz wznosił wielkie budowle. Natomiast czasy nowożytne dla większości ludności tego kontynentu, to etap plemienny.

Jak wygląda dzisiejszy Sudan, to chyba bardzo obrazowo opisał Kapuściński, ale był w historii Sudanu epizod, który zastanawia. Wikipedia tak go opisuje:

„Na początku II tysiąclecia p.n.e. Nubia na północy Sudanu została podbita przez Egipt. Panowanie egipskie na obszarze Nubii przetrwało do około 1000 p.n.e. i wywarło duży wpływ na kulturę miejscowej ludności. Na początku I tysiąclecia p.n.e. utworzone zostało niezależne królestwo Kusz ze stolicą w mieście Napata. Na przełomie VI i V wieku p.n.e. władcy Kuszu, na prośbę części kapłanów egipskich, zaatakowali Egipt i go sobie podporządkowali. Na blisko 100 lat Egipt i Kusz był pod panowaniem czarnych faraonów, którzy stworzyli 25 dynastię. Po blisko wieku panowania Czarnych Faraonów, zostali oni wyparci przez rodzimych Egipcjan na teren obecnego Sudanu.”

Zagadką pozostanie dla nas, w jaki sposób powstawały i upadały cywilizacje i państwa. Jedyne, co można wywnioskować, to to, że nic nie trwa wiecznie. Natomiast na obecnym etapie mamy taką sytuacje, że państwa afrykańskie, przynajmniej ich większość, to sztuczne twory wykreowane przez państwa kolonialne, których celem było zagarnięcie bogactw naturalnych tego kontynentu. I tak trwa to do dzisiaj. Większość ludności afrykańskiej to są społeczności plemienne i koczownicze, dla których organizacja państwowa jest tworem obcym i niezrozumiałym, podobnie jak granice, które ustanowiono dla tych państw. Gdyby Afryka nie została skolonizowana, to te plemienne i koczownicze społeczności żyłyby własnym życiem i rytmem. Swój rozwój dostosowywałyby do warunków naturalnych, w których żyłyby. Nie było by czegoś takiego jak głód. Nie było by takich wojen, bo te plemiona nie miałyby takiej broni, która pozwala na zabijanie setek tysięcy czy milionów ludzi. A tę broń dostarczają im rządy państw europejskich i Stany Zjednoczone.

W walce o przejęcie kontroli nad bogactwami naturalnymi Afryki państwa europejskie i Stany Zjednoczone wykorzystują te plemiona afrykańskie. Tragedia polega na tym, że rozwój większości społeczności afrykańskich zatrzymał się na etapie plemiennym, albo są dopiero na tym etapie, a społeczności europejskie rozwinęły się do organizacji państwowej. Zetknięcie się tych dwóch żywiołów musiało skończyć się tragicznie dla społeczności afrykańskich.

Paradoksalnie, ale jedyne rozsądne rozwiązanie proponował apartheid. Ci ludzie, którzy stworzyli ten ustrój, zdawali sobie sprawę z tego, że Europejczycy byli na zupełnie innym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, niż Afrykanie. Apartheid został odsądzony od czci i wiary. Uznano, że Afrykanie są takimi samymi ludźmi jak Europejczycy. Istotnie, są takimi samymi ludźmi, ale społeczności, które tworzą są społecznościami plemiennymi, a nie – państwowymi. I są to tylko plemiona, a nie – narody. Dlatego nie mają tradycji pisania historii i tego wszystkiego, o czym wspomniał Kapuściński. To nie jest wynik jakiegoś upośledzenia, tylko jest to taki etap rozwoju. Społeczności europejskie też przez to kiedyś przechodziły.

Problem Afryki jest problemem nierozwiązywalnym, bo najprostszym i najlepszym sposobem było by pozostawienie jej samej sobie, ale to niemożliwe ze względu na bogactwa naturalne, które znajdują się na jej terenie, a które są niezbędne do utrzymania tego modelu gospodarki, który obowiązuje w najbogatszych państwach świata. Jest to model rabunkowy, oparty o masową produkcję nietrwałych towarów, szybko zużywających się i wymagających zastąpienia nowymi. W ten sposób kwitnie produkcja i handel. By jednak ta produkcja i handel kwitły, potrzebne są też rynki zbytu. I takim rynkiem zbytu jest również Afryka.

Nikt dzisiaj nie potrafi sobie wyobrazić, że to wszystko może się skończyć, gdy zabraknie tych bogactw naturalnych, które są niezbędne do utrzymania takiego modelu gospodarki. Zamiast tego, roją sobie, przynajmniej niektórzy, o podboju innych planet, na których znajdą nowe zasoby tych bogactw. A problemy na Ziemi pozostają.

Sudan

W najsłynniejszej chyba scenie z filmu „Konopielka” dziad wędrowny mówi: Strasznie dziś ludzie zaczepne, bijo sie i bijo! A mniej więcej, o co? – pyta Kuśtyk. No właśnie, o co się biją w Sudanie? Być może Sudan dla większości Polaków jest pustym słowem, bo obecnie dla większości „Polaków” literatura polska nie jest ich literaturą i nie czytali powieści „W pustyni i w puszczy”, której akcja toczy się na terenie Egiptu i Sudanu w okresie powstania Mahdiego (1881-1899). W tej powieści Sienkiewicz tak przedstawia Władysława Tarkowskiego, ojca głównego bohatera, Stasia Tarkowskiego:

„W roku 1863 bił się bez wytchnienia w ciągu jedenastu miesięcy. Następnie ranny, wzięty do niewoli i skazany na Sybir, uciekł z głębi Rosji i przedostał się za granicę. Był już przed pójściem do powstania skończonym inżynierem, jednakże rok jeszcze poświęcił na studia hydrauliczne, a następnie otrzymał posadę przy kanale i w ciągu kilku lat – gdy poznano jego znajomość rzeczy, energię i pracowitość – zajął wysokie stanowisko starszego inżyniera.”

Jak to się stało, że udało mu się uciec z głębi Rosji, podczas gdy dla większości było to niemożliwe? Jak udało mu się przedostać za granicę? No, zdolny był. Ale to chyba nie zdolności mu pomogły, bo było tam wielu zdolnych zesłańców, często wybitnych uczonych, którzy byli badaczami Syberii. Wyjaśnienie jest nader proste: był masonem. I pewnie dlatego otrzymał tak wysokie stanowisko przy budowie Kanału Sueskiego. Bo co? Francuzi nie mieli swoich inżynierów? Nie wiem, czy jest to postać fikcyjna czy prawdziwa. Być może prawdziwa, bo Sienkiewicz odbył podróż do Afryki i być może poznał tam kogoś, kto mu posłużył za pierwowzór tej postaci. W każdym razie w Trylogii wszystkie postacie są autentyczne.

Wracając jednak do współczesności, to wydarzenia w Sudanie były i są szeroko komentowane na całym świecie. Warto więc przyjrzeć się temu, co tam się dzieje. Na stronie rmf24.pl pojawił się wywiad z profesorem Maciejem Kurczem Złoto, Rosja i USA – o co chodzi w konflikcie w Sudanie? (https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-zloto-rosja-i-usa-o-co-chodzi-w-konflikcie-w-sudanie,nId,6727183#crp_state=1). Poniżej jego fragment:

“Walki wybuchły między dwoma siłami, dwoma generałami, de facto przywódcami, kierownikami państwa” – powiedział o konflikcie w Sudanie w rozmowie z dziennikarką RMF FM Marleną Chudzio prof. Uniwersytetu Śląskiego Maciej Kurcz, antropolog kulturowy, który wielokrotnie odwiedzał to państwo. Ogłoszone we wtorek zawieszenie broni pomiędzy armią Sudanu (SAF) i paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF) zostało naruszone po zaledwie kilku godzinach. W trwających od soboty starciach zginęło już co najmniej 270 osób, a ponad 2,6 tys. zostało rannych – podała w nocy z wtorku na środę stacja CNN za Światową Organizacją Zdrowia.

Marlena Chudzio: Co właściwie dzieje się w tym momencie w Sudanie? Bo strony, które walczą, są stamtąd i obie są u władzy.

Prof. Maciej Kurcz: Bardzo dobre pytanie. Wciąż mało mamy danych. 15 kwietnia w weekend walki wybuchły między dwoma siłami, dwoma generałami, de facto przywódcami, kierownikami państwa. Tymi antagonistami jest z jednej strony generał Fattah Abd ar-Rahman al-Burhan, z drugiej strony generał Mohamed Hamdan Dagalo, zwany też Hemetti. Dwaj panowie mocno ze sobą współpracowali do tej pory. Choćby dokonując przewrotu zbrojnego w 2021, dokładnie 25 października, obalając rząd prodemokratyczny cywilny pod kierownictwem Abdalli Hamdoka, stawiając pod znakiem zapytania tę słynną sudańską rewolucję z 2019 roku. Wtedy obalono Umar al-Baszira – przypomnę – wieloletniego dyktatora Sudanu. Obaj panowie właśnie tutaj ten proces zatrzymali. Skutecznie tłumili protesty, które wybuchły od tego czasu. One wybuchały właściwie codziennie, ale obu panom udawało się te protesty trzymać w jakichś ryzach, aż do weekendu. I najpierw na północy w miasteczku prowincjonalnym, a później także w Chartumie obaj panowie rozpoczęli walkę, właściwie regularną wojnę, jak to jeden z nich zauważył.

Obie te strony mają siły, bo jedna to strona paramilitarna, a druga to regularne wojsko.

Właściwie to są dwa wojska, dwie sudańskie armie. Burhan ma za sobą tak zwane Wojsko Sudańskie – tzw. Sudanese Armed Forces – z całym arsenałem. Stąd też bombardowania lotnicze. Nawiasem mówiąc, przerażające dla mnie. W Chartumie – mieście, które jest gęsto zaludnione, ma nieregularną siatkę ulic – jest to coś potwornego. Hemetti ma tak zwaną milicję. Są to oddziały sprawdzone w bojach, wyrosły na bazie dżandżawidów – tej niesławnej milicji, która odpowiada za akty ludobójstwa w Darfurze. Później byli wykorzystywani w Libii, w Jemenie, teraz właściwie są na żołdzie państwowym, chyba Ministerstwo Finansów wypłaca im żołd. Jest to normalna formacja wojskowa. Szanse są na pewno wyrównane. Za jednym stoi Egipt i Arabia Saudyjska, także Izrael. Mowa tutaj o Burhanie. Natomiast za Hemettim stoją Zjednoczone Emiraty Arabskie, które pomagają trochę jego siłom. I także grupa Wagnera, czy – jak kto woli – Kreml.

Jaki jest udział Rosji w tej całej historii?

Jest to tajemnica poliszynela, od jakiegoś już czasu Kreml bardzo wyraźnie akcentuje swoją obecność, zwłaszcza od wybuchu wojny w Ukrainie. Mamy do czynienia z taką polaryzacją, rywalizacją, podziałem na dwa bloki. Ameryka i Rosja w Sudanie się ze sobą ścierają. Przy czym Stany Zjednoczone stawiają takie czerwone linie, których Burhan i Hemetti nie mogą przekroczyć. Taką czerwoną linią jest port morski, baza wojskowa w Port Sudan. Jeszcze za poprzedniego reżimu był taki projekt, żeby oddać część tego portu Rosjanom. Natomiast Ameryka tutaj wyraźnie stawia weto. Grupa Wagnera działa w Sudanie jeszcze intensywniej. Zwłaszcza Hemetti wydaje się mieć bardzo dobre układy. Przypomnę tylko, że 24 lutego ubiegłego roku Hemetti był chyba ostatnim politykiem, który odwiedził Kreml przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Nie potępił tych działań. Także czołgi były już w gotowości, już grzały silniki, gdy Hemetti z sudańską delegacją odwiedzał Kreml.

Ale to dla Rosji przecież mogłoby się wydawać problem. Kolejna jakaś strefa, którą trzeba kontrolować w momencie, w którym jest prowadzona wojna. Skąd to zaangażowanie? Co to daje?

Jest to taka geopolityczna rozgrywka, taki powrót do czasów zimnej wojny. Do tego Grupa Wagnera jest przede wszystkim w tym momencie zaangażowana w handel i wydobycie złota. Sudan jest ważnym krajem, chyba drugim, jeśli chodzi o wydobycie tego kruszcu w Afryce. W tamtym roku to chyba było jakieś 40 ton, więc dość sporo. To wszystko jest w strefie wpływów Hemettiego i Grupy Wagnera. To są poważne pieniądze, które – można przypuszczać – gdzieś trafiają, komuś są do czegoś potrzebne. To jest taki wymierny zysk z całej operacji.

xxxxxxxx

Żeby jednak lepiej zrozumieć to, co tam się dzieje, wypada zacząć od zamierzchłej historii. Wikipedia tak pisze:

Od VI wieku ruszył proces chrystianizacji kraju. Utworzone zostały chrześcijańskie państwa Mukurra i Alwa, które przetrwały do XIII-XV wieku. Od VII wieku prowadzona była kolonizacja arabska z obszarów egipskich. Kolonizacja przyczyniła się do prawie całkowitego wyparcia chrześcijaństwa przez islam w przeciągu XV-XVI wieku. W XVI wieku utworzone zostały liczne państwa, utrzymujące się głównie z handlu niewolnikami. Wśród takich tworów znalazły się między innymi sułtanaty Kordofan, Dar Fur, Sennar. Południe kraju zamieszkiwali Niloci.

W latach 1820–1821 północny i środkowy Sudan opanowała armia osmańskiego namiestnika Egiptu, Muhammada Alego. Opór przeciwko rządom osmańskim do 1874 roku stawiał Dar Fur. Rządy osmańskie wiązały się z masowym wywozem niewolników, upadkiem gospodarki i wyludnieniem kraju. W latach 60. rozpoczęła się kolonialna dominacja Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy okupowali kraj pod pretekstem zwalczania handlu niewolnikami (zdelegalizowanego w 1863 roku).

W latach 1881–1885 trwało antyegipskie i antybrytyjskie powstanie, na czele którego stanął Mahdi z Sudanu. W 1885 roku mahdyści utworzyli państwo z siedzibą w Omdurmanie. Następcą Mahdiego został Abdullahi, który proklamował świętą wojnę przeciwko sąsiadom. Mahdyści w trakcie wojny pokonali sąsiednią Etiopię, ich sukcesy zatrzymała dopiero brytyjsko-egipska kampania wojskowa, zakończona sukcesem w 1899 roku.

Po klęsce mahdystów Sudan formalnie stał się kondominium egipsko-brytyjskim, faktyczna władza należała jednak do Brytyjczyków. Władze kondominium podzieliły Sudan pod względem administracyjnym na część północną (islamską) i południową (ludność czarnoskórą i częściowo chrześcijańską), co sprzyjało utrzymaniu się istniejących antagonizmów wewnętrznych. W 1951 roku Egipt zerwał układ z Wielką Brytanią, a Faruk I ogłosił się królem Sudanu.

xxxxxxxx

Na jednym z filmów na kanale Al Jazeera można usłyszeć:

Nic nie dzieje się bez interwencji obcych mocarstw. Zaczęło się od Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy skolonizowali Sudan na początku XX wieku do spółki z Egiptem, który podlegał Wielkiej Brytanii. Był więc Sudan kondominium brytyjsko-egipskim w latach 1898-1956.

Brytyjczycy inwestowali na północy Sudanu, a Egipt rządził południem. Oddali oni władzę przywódcom z północy. Modernizowali szkoły, wspierali islam. Natomiast na południu rozproszyli władzę wśród setek przywódców plemiennych, a chrześcijańskie misje zarządzały systemem edukacji. Ta kolonialna taktyka „dziel i rządź” była źródłem napięć społecznych, które odegrały ważną rolę w przyszłych konfliktach.

W 1956 roku Sudan uzyskał niepodległość, ale problemy nie skończyły się. Jako część rogu Afryki Sudan był niezwykle ważny z geopolitycznego punktu widzenia. Zastrzyki broni od światowych mocarstw, w tym od Stanów Zjednoczonych, pogłębiały istniejące klasowe, etniczne i religijne napięcia.

W czasie zimnej wojny Sudan był wykorzystywany do prowadzenia wojny zastępczej pomiędzy USA i ZSRR. W tym czasie Stany Zjednoczone sprzedały Sudanowi broń o wartości 1 mld dolarów. A dziś Sudan jest jednym z największych partnerów handlowych Rosji w Afryce. Tak więc Sudan odziedziczył wygenerowane przez kolonistów konflikty etniczne i został uzbrojony przez kraje, które dostrzegały jego geopolityczne znaczenie. I nie jest to przypadek, że konflikty zbrojne w Sudanie nie mają końca.

Od uzyskania niepodległości Sudan doświadczył trzech wojen domowych. W 1972 roku nastąpił koniec pierwszej wojny domowej. W latach 1983-2005 miała miejsce druga wojna domowa. Wadliwy porządek ustanowiony przez rządy kolonialne i częste konflikty militarne ograniczyły rozwój gospodarczy tego państwa. Amerykańskie sankcje i niepodległość Południowego Sudanu tylko pogorszyły sytuację. W 1977 roku Stany Zjednoczone ustanowiły wyniszczające sankcje na Sudan, oskarżając go o sponsorowany przez państwo terroryzm, opierając się na fałszywych oskarżeniach, że fabryka leków produkowała broń chemiczną dla Al-Ka’idy. Stany Zjednoczone zbombardowały fabrykę w Chartumie, stolicy państwa. Sankcje trwające 20 lat odcięły Sudan od handlu międzynarodowego. W 2011 roku Sudan Południowy uzyskał niepodległość. To oznaczało, że Sudan stracił około 75% zasobów ropy naftowej i dochód z jej sprzedaży. W 2017 roku Stany Zjednoczone zniosły sankcje, ale ich skutki nadal trwały.

xxxxxxxx

Obejrzałem kilka filmów z różnych źródeł, ale chyba najlepiej i najbardziej atrakcyjnie, w sensie graficznym, przedstawia to ten poniżej. Jego autorem jest Amit Sengupta. Film trwa 20 minut.

Pod jednym ze wspomnianych filmów jeden z komentujących napisał:

W Sudanie chodzi o powstrzymanie przez Stany Zjednoczone budowy rosyjskiej bazy w Porcie Sudan. Szef sztabu Sudanu Mohammed Osman al-Huseyin powiedział w oświadczeniu z 19 listopada 2020 roku: „Jak dotąd nie ma pełnego porozumienia z Rosją w sprawie utworzenia bazy morskiej na Morzu Czerwonym, ale nasza współpraca wojskowa została przedłużona”. 9 grudnia 2020 roku w oficjalnej rosyjskiej gazecie opublikowano tekst umowy między Rosją a Sudanem o utworzeniu bazy zaopatrzeniowo-serwisowej dla Marynarki Wojennej Rosji na Morzu Czerwonym „w celu wspierania pokoju i bezpieczeństwa w regionie”. W zeszłym tygodniu osiągnięto porozumienie między Rosją a Sudanem. A więc jest to sponsorowana „wojna” domowa.

xxxxxxxx

Pytanie podstawowe brzmi: Dlaczego akurat teraz doszło do tej wojny. Dlaczego od 25 października 2021 do 15 kwietnia 2023 roku obaj panowie współpracowali ze sobą zgodnie? W tym powyższym komentarzu jest informacja, że na krótko przed wybuchem tej wojny osiągnięto porozumienie pomiędzy Rosją a Sudanem w sprawie budowy bazy w Port Sudan. W prezentowanym filmie autor też wspomina o tym, że generał Dagalo pojechał do Moskwy, gdzie prowadził rozmowy na temat utworzenia tej bazy. Na to nie mogły zgodzić się Stany Zjednoczone. I wygląda na to, że to była bezpośrednia przyczyna wybuchu tego konfliktu w tym momencie.

Dlaczego więc ta baza jest taka ważna? Może bardziej chodzi o ropę, niż o cokolwiek innego? Poniższy tekst i zdjęcie pochodzą z Wikipedii.

Gospodarka Sudanu Południowego zależna jest od produkcji ropy naftowej. Kraj produkuje prawie 500 tys. baryłek dziennie, a z eksportu ropy naftowej pochodzi aż 98 proc. jego PKB. Większość ropy trafia na rynek chiński. Obecnie są plany wybudowania rafinerii na terenie państwa, co miałoby umożliwić rozwój gospodarczy i pozwoliło uniezależnić się od przemysłu Sudanu Północnego.

Od momentu uzyskania niepodległości toczą się nieustanne spory z Sudanem, przez który rurociągami ropa naftowa jest transportowana do portu w Port Sudanie. Rządy obu krajów nie mogą porozumieć się w sprawie kosztów tranzytu, do tego stopnia że 29 stycznia 2012 rząd w Dżubie postanowił zatrzymać wydobycie ropy. W tym samym czasie uzgodniono porozumienie z rządem Kenii w sprawie budowy rurociągu do portu Lamu. Według założeń ropociąg ma zostać zbudowany w ciągu 11 miesięcy.

Informacje, które podaje Wikipedia pochodzą sprzed lat. Wygląda jednak na to, że rurociąg do portu Lamu w Kenii nie został zbudowany. Jest więc Sudan miejscem, gdzie ścierają się interesy wielkich mocarstw i w związku z tym interes tego kraju i ludności go zamieszkującej jest w tym wszystkim najmniej ważny, co oznacza, że jeszcze długo nikt nie będzie starał się rozwiązać problemów trapiących ten kraj od ponad stu lat.

Konflikty na tle religijnym i wyznaniowym oraz społeczne, wynikające z odmiennego traktowania różnych grup społecznych, są niezwykle trwałe i głębokie. Ci, którzy je generują, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Posługują się tym narzędziem we wszystkich częściach świata. Niestety, ale postanowili to wykorzystać również w Polsce. Sprowadzenie milionów prawosławnych Ukraińców i uprzywilejowanie ich w stosunku do dotychczasowych obywateli Polski, jest realizowaniem tego sudańskiego scenariusza. Jest przygotowywaniem konfliktu polsko-ukraińskiego, którego rozmiary i skutki są trudne do przewidzenia. Prawdę mówiąc traktowanie krajów tzw. Międzymorza przez Anglosasów nie różni się bardzo od tego, co robią w Afryce.

Przewaga

Kampania wyborcza przybiera na sile i intensywności. Być może wielu ludzi liczy na jakieś zmiany na lepsze, ale zapewne skończy się jak zawsze. Przyczyn tego stanu należy szukać w strukturze polskiego społeczeństwa, która ukształtowała się po powstaniu styczniowym. O tym pisze w swojej książce Ministerstwo spraw obcych, czyli polskie sprawy w cudze ręce (2019) Krzysztof Baliński. To dyplomata i politolog specjalizujący się w problematyce krajów arabskich. Ambasador Polski w Syrii (1991-1994) i Jordanii (1991-1995). Autor książki „MSZ – polski czy antypolski?” Baliński pisze:

Co do elit, to wrócić należy do powstania styczniowego, które drastycznie zmieniło charakter polskiego społeczeństwa i społeczny przekrój narodu. Powstanie spowodowało zmierzch warstwy szlacheckiej do tej pory pełniącej rolę przywódczą i kulturotwórczą. Duża część najbardziej patriotycznej szlachty zginęła lub opuściła kraj (na polach bitew, w więzieniach, na Syberii w katordze, na szubienicach). 40 tysięcy powstańców i ich rodzin zesłano w głąb Rosji. Wielu zmuszono do emigracji. Majątek dużej części szlachty skonfiskowano, jako naród przestaliśmy istnieć. Padły oskarżenia, że za przyspieszeniem powstania stali Żydzi, którym zależało na wyniszczeniu szlachty i przejęciu kierowniczej roli w kraju. Przed powstaniem kierownikiem całego ruchu żydowskiego był Leopold Kronenberg. To on wraz z innymi Żydami w dużym stopniu finansowali powstanie i brali udział w jego cywilnym zarządzie. Ale udziału w powstaniu z bronią w ręku nie brali, wśród zesłanych na Sybir też ich nie było. Dla innych podejrzane wydawało się to, że zaraz po powstaniu, kiedy Polacy byli okrutnie prześladowani, a ich majątki konfiskowane, Kronenberg powrócił bezkarnie do kraju, nie siedział w więzieniu, nie był pociągany do śledztwa, nie odwiedził Syberii i majątek jego nie uległ konfiskacie. Po powstaniu Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa, Żeromski odstępują od idei postępowych, zwracając się ku tradycyjnej formie patriotyzmu. Nawet Aleksander Świętochowski zmienił radykalnie poglądy. Ewolucji przekonań nie tłumaczył, poza jednym tylko aspektem – stosunku do Żydów, o których pisał: „broniłem Żydów przed pięćdziesięciu laty, gdy chcieli być Polakami i dlatego ich dziś nie bronię, gdy chcą być Żydami, wrogami Polaków”. Z pozytywisty stał się zwolennikiem myśli narodowej.

Okres po powstaniu sprzyjał rozwojowi fortun niemieckich, ale przede wszystkim żydowskich: żydowskiego mieszczaństwa, handlu, rzemiosła i żydowskiej inteligencji, która zajęła miejsce poległej w powstaniu lub dogorywającej na Syberii albo pozostającej w kraju, jednak zrujnowanej przez carski terror polskiej szlachty i polskiej inteligencji. Sytuację pogorszył napływ na ziemie polskie mas żydowskich z carskiej Rosji. W miastach Polesia, Białorusi i Galicji dużą część, a nierzadko absolutną większość stanowili Żydzi, a populacja Żydów w Polsce osiągnęła 10 procent, stała się drugą co do liczebności, za to z punktu widzenia ekonomicznego, najsilniejszą i najbardziej wpływową grupą etniczną. Żydzi posiadali w całej Polsce około 75 procent nieruchomości w miastach, 80 procent zakładów przemysłowych, 85 procent w handlu, 90 procent bankowości oraz 90 procent zakładów ubezpieczeniowych. Stąd hasło Narodowej Demokracji „Polski handel w polskich rękach” i „Swój do swojego po swoje”, które podzielali także zwolennicy innych ugrupowań politycznych. Inteligencja żydowska opanowała wolne zawody, adwokaturę, medycynę, prasę, film, teatr. Na uniwersyteckich kierunkach prawniczych Żydzi stanowili ponad 50 procent studentów. Otwierało to perspektywę głęboko niepokojącą – społeczeństwo polskie stać się mogło w swej strukturze dziwolągiem: narodem chłopów i robotników, kierowanym przez inteligencje obcego pochodzenia.

Obawy budzone przez taką perspektywę pogłębiał i zaostrzał fakt nielojalnego i często wręcz wrogiego stosunku mas żydowskich do państwowości polskiej. W tym kontekście nie sposób pominąć rysującego się dzisiaj na horyzoncie kolejnego zagrożenia. Po formalnym odzyskaniu niepodległości w 1989 roku Polacy kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę. Upojeni „upadkiem komunizmu” sądzili, że są to niezbędne koszty transformacji ustrojowej, a nie skutki zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski-Geremek, w myśl której masa upadłościowa została sprawiedliwie podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem zbliżonym etnicznie i biznesowo do Kronenberga. „Jest koszerny interes do zrobienia” – te kultowe już słowa, które padły podczas wizyty Rywina u Michnika mogły posłużyć za motto zyskownego kolejnego zamachu na mienie Polaków – zwrot bezspadkowego mienia pożydowskiego, jako rekompensaty dla „ubogich ofiar Holokaustu”. Szykowany jest rabunek w wykonaniu potężnych mafijnych korporacji, w proceder został wplątany nasz strategiczny sojusznik, a konsekwencją będzie wytworzenie etnicznej, oligarchicznej elity mającej ogromną przewagę materialną nad resztą społeczeństwa.

xxxxxxxx

W tym miejscu wypada się zastanowić nad niektórymi wątkami poruszonymi przez Balińskiego. Dlaczego szlachta wzięła udział w powstaniu? Na co liczyła? Na powstanie państwa polskiego? Zapewne chciała ona tego państwa, bo w nim byłaby warstwą dominującą, tak jak przed rozbiorami. To był podstawowy motyw, a nie żaden tam patriotyzm. Podpuszczona przez Żydów, zaangażowała się czynnie w beznadziejną walkę. Wizja powrotu na dominującą pozycję w państwie i przywileje, jakie się z tym wiązały, przesłoniły zdrowy rozsądek. Skończyło się tak, jak musiało się skończyć – na Syberii. Natomiast na emigrację udawali się zupełnie inni ludzie. W blogu „Polacy w Brazylii” pisałem:

„Początki polskiej emigracji do Brazylii przypadają na I połowę XIX wieku. W tym czasie przybyli tu pierwsi polscy uchodźcy polityczni, uczestnicy powstania listopadowego, a następnie uczestnicy walk Wiosny Ludów i powstania styczniowego. Emigracja tego okresu, chociaż nieliczna, przyczyniła się do umacniania państwowości (Brazylia zdobyła niepodległość w 1822 roku – przyp. W.L.), rozwoju życia gospodarczego i kulturalnego Brazylii.”

Te powstania, nie tylko styczniowe, to był dobry pretekst do uzyskania azylu politycznego w wielu krajach Europy zachodniej i nie tylko. Ci ludzie często zajmowali eksponowane stanowiska w swoich nowych „ojczyznach”, szczególnie w Nowym Świecie. Ale przeważnie to nie byli Polacy tylko Żydzi lub masoni.

W wyniku powstania styczniowego polską elitą stali się Żydzi i taki stan trwa niezmiennie do dziś. Podczas II wojny światowej nastąpiło tylko dobicie resztek tych, którzy jakoś tam uchowali się. Polska rodząca się klasa przemysłowa została zlikwidowana w trakcie rewolucji 1905 roku.

Baliński wspomina o żydowskich roszczeniach, o zwrocie mienia pożydowskiego. W 1996 roku w Buenos Aires obradował Światowy Kongres Żydów, który zaszantażował polskie władze, że jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej. Mija już 27 lat i nadal jest tylko upokarzanie. Żądanie to jest niemożliwe do zrealizowania, przede wszystkim dlatego, że Żydzi dotąd nie sprecyzowali, czego tak naprawdę żądają od państwa polskiego. Bo tak naprawdę, gdyby mieli coś dostać, to musieliby sami sobie odebrać, bo to państwo i większość jego majątku, większość nieruchomości należy do nich. Chodzi więc tylko o szantaż i upokarzanie. Ten argument może być wykorzystany przy likwidacji państwa polskiego, jego podziale, czy połączeniu z częścią Ukrainy.

W dalszej części Baliński pisze:

„W czasie wojny zginęli prości Żydzi i wybitni Polacy. Uratowali się wybitni Żydzi i prości Polacy. Dzisiejsze społeczeństwo w Polsce to żydowska głowa nałożona na polski tułów. Żydzi stanowią inteligencję, a Polacy masy pracujące – tak, uczciwie, diagnozował pewien powojenny żydowski pisarz. – Dlatego antysemityzm, wszelkie odruchy antyżydowskie w Polsce to choroba umysłowa, to buntowanie się ręki i nogi przeciwko własnej głowie. Nie może polska ręka bić żydowskiej głowy” – pouczał, już mniej uczciwie (ten pisarz to Artur Sandauer – przyp. W. L.). Strasznie dużo w tych zdaniach cynizmu i pogardy wobec Polaków, ale czy nie ma też prawdy? W Polsce nie ma polskich elit, bo wymordowali je Niemcy, bolszewickie hordy i rodacy owego pisarza. I chyba najwyższy czas, aby odpruć ten żydowski łeb obcej hydry od polskiego tułowia. Elita rządząca Polską, po wrogim przejęciu państwa w 1944 roku, w umiejętny sposób utrzymuje monopol władzy nad podbitym społeczeństwem, z którym w dodatku się nie identyfikuje. Kolejne kryzysy, przesilenia, przełomy, bunty społeczne – w latach 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, i wreszcie w 1981 r., były przez „żydowską głowę nałożoną na polski tułów” umiejętnie manipulowane i kontrolowane. Zmieniano kilka osób w kierownictwie partii; „nowa” ekipa składała deklaracje, uspokajała nastroje, i… na stanowiska wracała ekipa stara. W 1956 r. odpowiedzialni za komunistyczne zbrodnie ubrali się w piórka demokratów i stanęli na czele rozliczeń zbrodniarzy, robiąc wszystko, by ich ziomkom włos z głowy nie spadł.

xxxxxxxx

Trudno nie zgodzić się z opisem Balińskiego. Państwo polskie, jego struktury i wszelkie instytucje są opanowane przez Żydów. Czy w takiej sytuacji możliwe jest stworzenie jakiegokolwiek ugrupowania, ruchu, partii, które byłyby wolne od żydowskich wpływów? Wydaje się to raczej niemożliwe. Wspomniałem jakiś czas temu o dwóch nowo powstałych ruchach, o Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) i Polskim Ruchu Antywojennym (PRA). Oba zapewne odegrają ważną rolę w zbliżających się wyborach. W przypadku PRA jedną z form dotarcia do wyborców jest marsz, czyli nic nowego na polskiej scenie politycznej. Natomiast w przypadku RDiP mamy do czynienia z zupełnie nowym podejściem. Jesienią roku 2022 zapoczątkowane zostało w nim tworzenie struktur terenowych i kilka dni temu twarz tego Ruchu, Maciej Maciak, oświadczył, że ma już swoich przedstawicieli we wszystkich województwach. Ten dobór uczestników Ruchu odbywał się chyba dosyć starannie. Wprawdzie Maciak zapewnia na swoim kanale, że każdy może przystąpić do Ruchu, ale nie do końca tak jest.

Ja, chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, zadzwoniłem pod numer telefonu widoczny na ekranie. Nikt nie odebrał i zgłosiła się automatyczna sekretarka, ale ja rozłączyłem się. Po czterech godzinach oddzwoniła jakaś pani i zanotowała mój numer telefonu, imię i nazwisko i kod pocztowy gminy. Powiedziała, że ktoś do mnie zadzwoni, by, jak to określiła, przyjąć na platformę. Ale nikt się ze mną nie skontaktował. Wygląda na to, że jednak nie każdy może przystąpić do RDiP. Tak więc „willa z basenem” nie dla mnie. Trudno, jakoś to przeżyję.

Jednak ważniejsze jest coś innego. Maciak niejednokrotnie podkreślał na swoim kanale, że tworzy struktury, że dla niego najważniejsi są ludzie. Jak by na to nie patrzeć, to stosuje się on ściśle do leninowskiej zasady, że najważniejsze są kadry. I w tym wypadku Lenin miał rację. To, co robi Maciak, to jest zupełnie coś nowego na polskiej scenie politycznej. Czasem trafiam na komentarze na temat RDiP i niektórzy nazywają ten Ruch sektą. Sam kiedyś określiłem go jako organizację półtajną. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że rośnie nowa siła polityczna, której na razie nie widać, poza samym Maciakiem, ale w odpowiednim czasie pojawi się i zmieni układ sił na polskiej scenie politycznej.

Czy możliwe jest, by taki Ruch stworzyła jedna osoba i bez pieniędzy? Sam Maciak często podkreśla, że do tego nie potrzeba dużych pieniędzy. Trudno jednak stwierdzić, czy tak jest, skoro Ruch ten jest zamknięty dla ludzi z zewnątrz i nikt z ulicy na spotkanie Ruchu nie wejdzie, bo nawet nie wie, gdzie ono się odbywa. Sama organizacja takiego spotkania to są jakieś koszty, choćby wynajęcie sali, nie mówiąc już o jego obsłudze. W blogu „Handel” pisałem:

„Stworzenie w krótkim czasie, może paru miesięcy, ruchu, który ma swoich przedstawicieli w większości gmin w Polsce wydaje się niemożliwe, bo przeciętny człowiek nie ma takich możliwości, ani tylu znajomych w całym kraju, nawet jeśli latami kierował lokalną telewizją kablową i ma swój kanał w internecie. To jest wielki wysiłek organizacyjny i logistyczny, który wymaga zaangażowania wielu ludzi, poświęcenia wiele czasu i mnóstwa pieniędzy. Ale jeśli zabierze się za to nacja rozproszona i zasymilowana, to jest to do zrobienia szybko i skutecznie. Po raz kolejny pokazuje ona swoją moc.”

Jeśli więc Żydzi tak dominują w polskim społeczeństwie i opanowali wszelkie dziedziny życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, środki masowego przekazu itp., to czy możliwe jest w Polsce stworzenie niezależnej od nich partii politycznej? Moim zdaniem – nie. Ale załóżmy, że uda się stworzyć taką partię, to co dalej? Cóż taka partia mogłaby zrobić w tym żydowskim morzu? Jedyne, co w takiej sytuacji było by realne, co mógłby zrobić przeciętny Kowalski, to niepójście na wybory: zerowa frekwencja wyborcza. Tego Żydzi boją się najbardziej. Totalna absencja wyborcza odebrałaby im argument, że rządzą w imieniu wyborców i reprezentują ich interesy. To by był koniec demokracji i wielki kłopot dla rządzących, bo co dalej? Powrót do monarchii? To jest jednak tylko teoretyczna możliwość, bo oni robią wszystko, by skłócać ludzi, przekupywać pewne wybrane grupy. I w ten sposób jedni chodzą na wybory, bo im coś ktoś dał, a inni, na złość im, głosują na konkurencyjną partię, a jeszcze inni naiwnie wierzą w wyborcze obietnice. I tak to się kręci, od wyborów do wyborów.

Unia brzeska

Unia lubelska, której efektem było połączenie Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim i w konsekwencji powstanie nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą, stwarzała więcej problemów niż korzyści, ale chyba o to chodziło tym, którzy doprowadzili do jej powstania. W granicach tego nowego państwa znalazły się ziemie, na których panowało prawosławie. I stąd problem, że zasada Cuius regio, eius religio („czyja władza, tego religia”) nie mogła być zastosowana, a zachodziła obawa, że mogło być odwrotnie: czyja religia, tego władza, co skwapliwie wykorzystywała Katarzyna II.

Sytuacja wyznaniowa w I Rzeczypospolitej w 1573 roku. Na zielono zostały zaznaczone obszary zdominowane przez wyznawców prawosławia; źródło: Wikipedia.

Problem zaczął się wraz rozbiciem dzielnicowym Rusi Kijowskiej i mongolskim najazdem. Wikipedia tak to opisuje:

Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą. W I połowie XIV w. Moskwa stała się siedzibą metropolii. W 1448 Kościół ten jednostronnie ogłosił swoją niezależność od Patriarchatu Konstantynopolitańskiego, zaczął samodzielnie dokonywać wyboru i intronizacji metropolitów moskiewskich, zaś metropolita Jonasz przybrał tytuł metropolity moskiewskiego i całej Rusi. Działo się to zaledwie na 5 lat przed upadkiem Konstantynopola, toteż Moskwa po jego upadku zaczęła uzurpować sobie prawo bycia sukcesorką jego tradycji, określając się jako Trzeci Rzym.

W 1589 metropolita Hiob ogłosił się patriarchą Moskwy i całej Rusi, co zostało potwierdzone przez patriarchę konstantynopolitańskiego. W Rosyjskim Kościele Prawosławnym, zajmuje on piąte miejsce w dyptychu Kościołów prawosławnych, tuż po czterech patriarchatach starożytnych. W ciągu następnych lat wraz z osłabianiem się potęgi domu carskiego patriarchowie (zwłaszcza Hermogen i Filaret) stali się wpływowymi figurami w państwie. Sobór moskiewski w 1620 uznał oficjalnie katolików za niechrześcijan i orzekł, że należy ich chrzcić na nowo.

Na mocy umowy z Konstantynopolem z 1686 r. Kościół prawosławny na terenach dzisiejszej Ukrainy i Białorusi podporządkowany został patriarchatowi w Moskwie. Terytorium metropolii kijowskiej zostało oddane przez Patriarchat Konstantynopolitański pod jurysdykcję kanoniczną patriarchatu moskiewskiego listem synodalnym patriarchatu konstantynopolitańskiego w 1686, wydanym po traktacie Grzymułtowskiego, który to list patriarcha Konstantynopola Bartłomiej anulował 11 października 2018 roku.

Traktat Grzymułtowskiego i poddanie metropolii kijowskiej jurysdykcji kanonicznej patriarchatu moskiewskiego pozwalały Rosji na instrumentalne interwencje Katarzyny II w kwestie wyznaniowe w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej.

xxxxxxxx

Dosyć dobrze jest przedstawiony ten problem na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej w artykule Kościół prawosławny i unia brzeska (https://zpe.gov.pl/b/kosciol-prawoslawny-i-unia-brzeska/PswebXpKQ). Poniżej jego treść:

Cerkiew prawosławna na początku XVI w. przeżywała podobne problemy jak Kościół katolicki. Rażący był niski poziom intelektualny duchowieństwa, brak głębszych zainteresowań religijnych wśród hierarchów, upadek rygorów życia zakonnego. Prawosławie podlegało patriarchatowi Konstantynopola, który tracił na znaczeniu, tymczasem rosła pozycja Moskwy jako ostoi i opiekuna Kościoła wschodniego, zwłaszcza po utworzeniu w 1589 r. patriarchatu moskiewskiego.

W Rzeczypospolitej sytuację tę obserwowano z niepokojem. Obawiano się, że jej prawosławni mieszkańcy podlegać będą duchownemu rezydującemu w kraju, z którym Rzeczpospolita toczyła wojny. Jednocześnie król Zygmunt III Waza pozostawał pod wpływem ks. Piotra Skargi, namawiającego go do zjednoczenia różnych Kościołów w kraju. W XVI w. Rzeczpospolita Obojga Narodów była bowiem państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym. Ale do unii skłaniali się również prawosławni duchowni, dostrzegając konieczność reform. W ten sposób doszło do wydarzenia, które przyczyniło się z jednej strony do powstania nowego Kościoła greckokatolickiego, a z drugiej – nowych napięć religijno narodowościowych w Rzeczypospolitej.

Dążenie do odrodzenia prawosławia

W XVI w. zmieniło się położenie Kościoła prawosławnego. W wyniku ekspansji większość wyznawców prawosławia znalazła się pod panowaniem tureckim, a wierni musieli się skoncentrować na obronie swojej tożsamości. Część z nich zaczęła stopniowo odchodzić od swojej wiary, mimo że nie było to odgórnie narzucone. Przejście na islam przynosiło poprawę warunków życia i umożliwiało zrobienie kariery wojskowej lub dworskiej. Dodatkowym czynnikiem działającym na niekorzyść prawosławia było niewykształcenie się nurtu humanistycznego w tym kręgu kulturowym, co zniechęcało do Cerkwi szlachtę, gdyż ta chciała obracać się w kręgu oddziaływania nowej intelektualnej mody. Braki te piętnowali ludzie świeccy i to właśnie oni stali się orędownikami zmian. Pierwsze miejsce wśród nich zajmował najbogatszy magnat Rzeczypospolitej Konstanty Wasyl Ostrogski, założyciel prawosławnej trójjęzycznej akademii w Ostrogu oraz sieci szkół przycerkiewnych na Wołyniu, a także inicjator pierwszego pełnego przekładu Pisma Świętego na język staro cerkiewno słowiański, który opublikowano w 1581 r. i nazwano Biblią ostrogską. Ważny czynnik odnowy stanowiły również świeckie bractwa religijne, powstające w większych miastach.

W stronę unii

Król Zygmunt III Waza zaczął naciskać na podporządkowanie polskiej Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu. W dzieło reformy włączyli się wkrótce prawosławni biskupi, którzy – aby uwolnić się od nacisku świeckich, a także zabezpieczyć się przed rosnącą potęgą patriarchatu moskiewskiego i cara – gotowi byli zgodzić się na unię z Kościołem katolickim. Jej istotą miało być uznanie prymatu papieża przy jednoczesnym zachowaniu własnego języka nauczania i form kultu. Pomysł ten podjęli biskup krakowski Bernard Maciejowski i jezuici z Piotrem Skargą na czele. W Polsce unię ogłoszono w 1596 r. na synodzie w Brześciu nad Bugiem, od którego zyskała ona miano unii brzeskiej, choć oficjalnie zawarto ją uroczyście w Rzymie w roku poprzednim.

W latach 80-tych XVI wieku zaczyna się ruch w stronę odnowy Cerkwi, ale nie poprzez jakąś reformę wewnętrzną a związanie się z Kościołem katolickim. Następuje powrót do unii florenckiej.

Unia florencka – unia Kościoła katolickiego i prawosławnego ogłoszona bullą Laetentur Caeli (Niech się radują niebiosa) papieża Eugeniusza IV na soborze florenckim 6 lipca 1439 roku. W tym wypadku miało to być podporządkowanie się Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu i uznanie papieża jako zwierzchnika Cerkwi.

Jedną z przyczyn skłaniających do tej unii był kryzys zaufania do patriarchy konstantynopolitańskiego, który był zwierzchnikiem metropolity kijowskiego. Patriarcha przyjechał w latach 80-tych na Ukrainę i bez pytania kogokolwiek o zgodę, choć miał zgodę króla, złożył z urzędu metropolitę i mianował jego następcę, ale nie metropolitę tylko – egzarchę, czyli niższego w hierarchii. Co więcej, wprowadził on poważne zmiany w samej Cerkwi, nadając autonomię tzw. bractwom cerkiewnym. To były stowarzyszenia, w których łączyły się osoby duchowne i świeckie, działając dla dobra miejscowej społeczności. Później zajęły się one działalnością edukacyjną, gospodarczą (budownictwo) itp. Dostając tę autonomię od patriarchy zostali wyłączeni spod zarządu miejscowych władyków (biskupów), co nie podobało się Cerkwi w Rzeczpospolitej.

Drugą przyczyną, która sprawiła, że Cerkiew zaczęła bardzo poważnie rozważać kwestię zawiązania unii z Kościołem katolickim było powołanie w roku 1589 czwartego patriarchatu w Kościele prawosławnym, czyli patriarchatu moskiewskiego. W naturalny sposób patriarchat moskiewski zaczął rościć sobie prawo do zwierzchnictwa nad ludnością prawosławną Rzeczypospolitej. Kijów nie chciał się na to zgodzić. Nie zamierzał poddawać się pod władzę patriarchy uznawanego za rządzącego Kościołem, stojącego na znacznie niższym poziomie prawosławnego rozwoju cywilizacyjnego, niż kwitnąca intelektualnie metropolia kijowska, choć nie w tym czasie, ale o głębokiej, starej tradycji.

Również król Zygmunt III Waza, poza tym, że starał się doprowadzić do przejścia protestantów na katolicyzm, chciał również to samo uczynić z prawosławnymi. On również czuł się zaniepokojony tym, że Moskwa może teraz rościć sobie zwierzchnictwo nad wyznawcami prawosławia na terenie Rzeczypospolitej. Stąd nieformalny sojusz w tym jednym elemencie. Króla niepokoiło również to, że w roku 1595 prawosławni i protestanci zawarli w Rzeczypospolitej sojusz wymierzony przeciwko działaniom króla, postrzeganego już wtedy jako ten, który będzie starał się siłą narzucić katolicyzm protestantom i prawosławnym. Żeby rozbić ten sojusz, król popiera ideę unii pomiędzy dwoma Kościołami. Ona jest również obecna w polityce Rzymu, który w latach 70-tych i 80-tych lansował taką politykę w stosunku do różnych państw, także do Moskwy. W roku 1594 zostaje zawarte wstępne porozumienie pomiędzy Cerkwią prawosławną a Rzymem. Dochodzi do tego w siedzibie papieskiej. Cerkiew zgadza się uznać zwierzchnictwo papieża. Później w roku 1596 synod brzeski formułuje takie warunki ugody i zostaje ona podpisana.

Unia brzeska – połączenie Cerkwi prawosławnej z Kościołem katolickim w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, dokonana w Brześciu Litewskim w 1596 roku. Część duchownych prawosławnych i wyznawców prawosławia uznała papieża za głowę Kościoła prawosławnego i przyjęła dogmaty katolickie.

Unia stała się powodem rozłamu w Cerkwi, jako że bractwa religijne i część duchowieństwa jej nie uznały. Za unią opowiedział się król Zygmunt III Waza i choć nie podjął aktywnych działań w celu zwalczania prawosławia, to jednak do 1609 r. Cerkiew prawosławna działała nielegalnie. Spór załagodził dopiero Władysław IV, zobowiązując się do prowadzenia polityki mającej na celu pogodzenie unitów (katolików obrządku wschodniego) i dyzunitów (prawosławnych). W międzyczasie jednak większość magnaterii i szlachty ruskiej zdążyła już przejść na katolicyzm, na obrońców prawosławia awansowali zaś Kozacy.

xxxxxxxx

Według Wikipedii unia miała na celu podporządkowanie Kościoła prawosławnego jurysdykcji papieskiej na terenach Rzeczypospolitej, przy zachowaniu przez Kościół prawosławny dotychczasowego obrządku. Za unią opowiedziała się większość hierarchii prawosławnej, w tym metropolita kijowski i halicki Michał Rahoza. Przeciwko unii było dwóch biskupów prawosławnych, za unią opowiedziało się sześciu biskupów.

Część wiernych prawosławnych na czele z ruskim kniaziem Konstantym Ostrogskim nie zaakceptowała warunków unii. W tym samym czasie w Brześciu odbył się Sobór przeciwników unii, w którym uczestniczyli przedstawiciele duchowieństwa na czele z biskupem przemyskim Michałem Kopysteńskim i biskupem lwowskim Gedeonem Bałabanem oraz świeccy. Sobór ten potępił akt unii z Kościołem rzymskokatolickim i pozbawił hierarchów, którzy do niej przystąpili, święceń biskupich. Zaogniający się konflikt wkrótce pchnął przeciwników unii do przymierza z Księstwem Moskiewskim.

W 1635 roku dokonał się podział kościoła wschodniego na dwie legalne i równoprawne metropolie kijowskie: unicką i prawosławną – dyzunicką. Metropolia unicka dzieliła się na siedem diecezji, a dyzunicka na sześć diecezji. Taki stan trwał do końca XVII wieku.

Sytuacja wyznaniowa w Rzeczypospolitej w 1750 roku; źródło: Wikipedia.

Jak widać na powyższej mapie unici dominowali na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak po III rozbiorze Rzeczypospolitej sytuacja zaczęła się zmieniać. Mieczysław Kuriański w swojej pracy Unia brzeska (1596): geneza, zawarcie i dalsze losy (http://perspectiva.pl/pdf/p29/07-KURIANSKI.pdf) m. in pisze:

Podporządkowanie formalne Cerkwi prawosławnej w Polsce Patriarchatowi Moskiewskiemu nastąpiło w 1686 r. Bp Józef Siemaszko na synodzie połockim w 1839 roku oddał Kościół unicki w Cesarstwie Rosyjskim w ręce Cerkwi prawosławnej. Wielu unitów przeszło z praktykami religijnymi niejako do podziemia. Zanim w 1875 r. rząd carski przystąpił do likwidacji ostatniej reduty unickiej w diecezji chełmskiej, w obronie wiary oddali życie męczennicy z Drelowa i Pratulina (1874). Ostatecznie w Rosji unia przestała istnieć w 1899 roku. Natomiast Kościół unicki w zaborze austriackim był przeciwstawiany łacińskiemu. W 1774 r. Maria Teresa imputowała mu nazwę Kościół Greckokatolicki. Cerkiew mogła rozwijać się swobodnie. Wreszcie wybiła godzina i w 1918 r. Polska została wskrzeszona. W II Rzeczypospolitej mieszkało około 3,4 mln unitów. Wyznawcy uniccy mieli trzy diecezje podporządkowane metropolii halicko-lwowskiej; dla Łemkowszczyzny utworzono administraturę apostolską.

W podsumowaniu warto postawić pytanie, czy unia brzeska spełniła oczekiwania? Częściowo tak, bo podniosła cywilizacyjnie Cerkiew, jej poziom duchowy i intelektualny. Wreszcie wpisała się w modlitwę Chrystusa, który gorąco prosił Ojca, «aby byli jedno». Dlaczego nie powiodła się w pełni? Tu, oprócz ambicji niektórych hierarchów i możnych, zaważyły przede wszystkim czynniki zewnętrzne: powstanie Patriarchatu Moskiewskiego i jego wywrotowe działanie w państwach ościennych, gdzie mieszkali prawosławni; wreszcie rozbiory Polski i wrogi stosunek władz do unitów w Cesarstwie Rosyjskim. Stali się oni kozłem ofiarnym w rękach cara. Teraz Cerkiew Greckokatolicka w wolnej Polsce rozwija się, buduje swoją tożsamość i ubogaca naszą wspólną historię, jak też Kościół powszechny.

xxxxxxxx

Czy unia brzeska spełniła oczekiwania, pyta Mieczysław Kuriański. To zależy czyje? I czym ona była? Czy rzeczywiście chodziło o powrót prawosławnych na łono Kościoła katolickiego? A może chodziło o zupełnie coś innego? – O podział prawosławia. A jeśli tak, to unia była tylko kontynuacją reformacji. Tak jak w Europie zachodniej jej celem było rozbicie katolicyzmu, tak we wschodniej – rozbicie prawosławia. Tak jak w Europie zachodniej tajne związki doprowadziły do reformacji, tak we wschodniej – tzw. bractwa cerkiewne osłabiały prawosławie. Schemat działania ten sam. A skoro tak, to i sprawcy tych rozłamów ci sami?

Wygląda na to, że unia z Wielkim Księstwem Litewskim miała dwa cele: polityczny i religijny. Nie wiem, który ważniejszy, ale ważniejszy chyba był podział prawosławia. O tym pośrednio może świadczyć fakt, że bezpośrednio przed unią wydzielono z WKL województwo podlaskie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie. I to właśnie te tereny, włączone do Korony, stały się miejscem wojen religijnych, choć nazywano je powstaniami, tak jak powstanie Chmielnickiego. Przyznam, że od kiedy dowiedziałem się, że coś takiego miało miejsce, to zastanawiałem się po co to zrobiono?

„Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą.”

Wikipedia tak go charakteryzuje:

Był z pochodzenia Grekiem. Został metropolitą kijowskim w 1283. Do objęcia tego urzędu był typowany jeszcze za życia swojego poprzednika Cyryla. Sprawowanie obowiązków metropolity rozpoczął od wyjazdu do Złotej Ordy. Następnie zwołał w Kijowie sobór biskupów ruskich (treść jego obrad i decyzji jest nieznana). W 1285 udawał się z wizytami na Wołyń, do Nowogrodu, Halicza, Pskowa i Włodzimierza. Tam też w 1299 przeniósł na stałe siedzibę metropolitów kijowskich (we Włodzimierzu czasowo rezydował już Cyryl II). Przeniósł biskupa włodzimierskiego Szymona do eparchii rostowskiej i sam objął obowiązki hierarchy włodzimierskiego. W 1300 udał się do Nowogrodu Wielkiego, zaś w 1301 wyjeżdżał do Konstantynopola w celu udziału w soborze biskupów. Zdaniem D. Ostrowskiego Maksym opuścił Kijów, gdyż pragnął rezydować w tym samym mieście, co wielki książę, nominalny władca całej Rusi (tak, jak patriarcha Konstantynopola przebywał w miejscu zamieszkania cesarza). B. Gudziak podkreśla, że Włodzimierz nad Klaźmą był zagrożony najazdami tatarskimi w co najmniej tym samym stopniu, co Kijów.

xxxxxxxx

Z tego fragmentu można wywnioskować, że to nie Moskwa rościła sobie prawo do przywództwa duchowego na całym prawosławiem, tylko Kijów przeniósł się do Moskwy, bo ta rosła w siłę i miała potencjał do „zebrania wszystkich ziem ruskich”.

Chińskie przysłowie mówi, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Jeśli za taki rysunek uznać powyższą mapę, to ona jest więcej warta, niż wiele prac poświęconych unii brzeskiej. Na niej widać, że unia objęła również tereny Litwy, w skład której wchodziła obecna Białoruś, ale tu był spokój. Dlaczego na terenach przyłączonych do Korony nastąpił podział prawosławia, a na Litwie – nie? Czy chodziło o to, by wywołać konflikt nie tylko religijny, ale również narodowy? Gdyby powstania wybuchały także na Litwie, to musiałyby być skierowane przeciwko Litwinom. Zdaniem Janusza Tazbira, polskiego historyka, następstwem zawarcia unii brzeskiej był wzrost niechęci wiernych prawosławnych do Polski i polskości. Ta niechęć często przeradzała się w nienawiść i tak to trwa do dziś. Miliony prawosławnych przesiedleńców, którzy pewnie za jakiś czas staną się polskimi obywatelami, nie wróży dobrze na przyszłość. Jednak to nie Polacy są temu winni, bo to nie oni podejmowali decyzję o utworzeniu unii politycznej i religijnej.

Prawosławie, tak samo jak katolicyzm i protestantyzm podlegało i podlega wpływom żydowskim. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Sekta judaizująca rozszerzyła się w kościele prawosławnym. Sekciarze na swych sekretnych zebraniach znieważali przedmioty kultu religijnego, ikony i krzyże, i dopuszczali się aktów świętokradztwa. Obaj na początku wtajemniczeni księża, Alexis i Denis, zdołali się dostać w bezpośrednie pobliże wielkiego księcia Iwana III, który zabrał ich z Nowogrodu do Moskwy i mianował arcybiskupami. Obaj arcybiskupi zajęli się tajemnie rozkrzewianiem judaizującej sekty wśród duchowieństwa i na dworze wielkoksiążęcym. Udało im się nawet wciągnąć do spisku Helenę, synową Iwana III, matkę następcy tronu i wiele innych wpływowych osób. Wsparty o tak potężnych popleczników Alexis został metropolitą prawosławnym; żydzi, sprawcy tego niesłychanego zamachu, ulotnili się z Rosji.

Dopiero w roku 1487, po trzynastoletnim istnieniu, sekta judaizantów została odkryta przypadkowo, lecz metropolita Alexis dopiero w 1503 roku zmuszony został do ustąpienia. W roku 1504 sobór potępił sektę i sekciarze jeszcze głębiej weszli pod ziemię. Za Iwana Groźnego ujawnili się znowu i w roku 1553 spadły na nich represje. Odtąd sekta ta przeniosła się na Litwę i pod kierunkiem Teodora Kossoja rozszerzyła się wśród prawosławnych tak dalece, że mnich prawosławny Zenobiusz Oleński w dziele naówczas przeciw niej skierowanym tak pisze: „Diabeł skorumpował wschód za pomocą Bahometa (Mahometa), zachód za pomocą Niemca Marcina Lutra, zaś Litwę za pomocą Kossoja”.

xxxxxxxx

Może właśnie dlatego na Litwie nie działo się tak, jak na Ukrainie. Wszędzie ci sami manipulują przy religiach i wyznaniach. Jest to najbardziej niezawodny sposób skłócania narodów. W 1899 roku unia przestała istnieć w Rosji, natomiast w katolickiej Austrii wręcz kwitła. Maria Teresa nazwała ją Kościołem Grekokatolickim. Wraz z powstaniem II RP Austrię uwolniono od niego, a podrzucono to kukułcze jajo państwu, które powstało tylko po to, by tworzyć problemy. I dzisiaj to kukułcze jajo jest jak znalazł.

19 kwietnia

Dziś przypada 80-ta rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Warto więc poświęcić mu trochę uwagi, zwłaszcza że wiedza o nim wśród Polaków jest, jak sądzę, nader skromna. Na Interii, a pewnie nie tylko na niej, pojawił się artykuł o tym powstaniu: Dziś rocznica powstania w getcie warszawskim. Jak do niego doszło? (https://wydarzenia.interia.pl/historia/news-dzis-rocznica-powstania-w-getcie-warszawskim-jak-do-niego-do,nId,6722699). Poniżej jego treść:

Dziś przypada 80. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Zdarzenie zapisało się na kartach historii Warszawy jako jeden z najbardziej bohaterskich przejawów oporu wobec niemieckiego okupanta podczas II wojny światowej. Kiedy wybuchło powstanie i dlaczego do niego doszło?

Powstanie w getcie warszawskim – czym było i dlaczego do niego doszło?

W trakcie niemieckiej okupacji Warszawy podczas II wojny światowej na terenie miasta powstało getto. Zamknięty obszar został utworzony 2 października 1940 roku. Zgodnie z ustaleniem władz Generalnego Gubernatorstwa, do getta ściągnięto Żydów z całej Warszawy. Pozostałe osoby zamieszkujące tereny znajdujące się w granicach dzielnicy żydowskiej przesiedlono do innych miejsc. Szacuje się, że w momencie największego przeludnienia w 1941 roku getto warszawskie zamieszkiwało około 450 tysięcy Żydów.

Żydzi zamieszkujący Warszawę doświadczali ciągłego terroru ze strony okupantów. Prześladowanie polegało między innymi na wykorzystywaniu mężczyzn i kobiet do niewolniczej pracy, biciu, torturach i wywożeniu do obozów zagłady. Ponadto dochodziło do zamykania żydowskich przedsiębiorstw, ograniczeń w zakresie posiadania gotówki oraz niszczenia synagog.

W lipcu 1942 roku, w ramach akcji “Reinhard” mającej na celu zagładę narodu żydowskiego, zaczęto wywozić mieszkańców osiedla do obozu w Treblince. Masowe wysiedlenia sprawiły, że na terenie getta pozostało około 60 tysięcy Żydów. Po decyzji Heinricha Himmlera dotyczącej likwidacji warszawskiej dzielnicy żydowskiej, na jej terenie wybuchło powstanie. Zbrojne wystąpienie przeciwko okupantowi rozpoczęło się 19 kwietnia 1943 roku.

Jaki przebieg miało powstanie w getcie warszawskim?

Powstanie w getcie warszawskim miało stanowić odwet za terror i ludobójstwo, którego dopuścili się okupanci. Na terenie dzielnicy działały organizacje takie jak Żydowski Związek Wojskowy czy Żydowska Organizacja Bojowa. Po stronie mieszkańców getta walczyło około 1500 bojowników. Dowódcą powstania był Polak pochodzenia żydowskiego – Mordechaj Anielewicz.

W początkowej fazie walk zaskoczeni okupanci ponosili straty. Powstańcy atakowali niemieckich żołnierzy za pomocą butelek z benzyną, granatów i broni, którą przemycano na teren getta od listopada 1942 roku. Walki były zaciekłe, bojownicy żydowscy często musieli stawiać czoła nie tylko oddziałom piechoty, ale również czołgom i pojazdom opancerzonym. Dowódcą żołnierzy okupanta tłumiących powstanie w getcie był Jürgen Stroop. Po 3 dniach intensywność walk spadła, a bojownicy zaczęli ukrywać się na terenie osiedla.

Armia Krajowa zorganizowała zbrojną operację pod kryptonimem Akcja Getto. W jej ramach usiłowano pomóc powstańcom poprzez próbę wysadzenia muru oddzielającego dzielnicę od reszty miasta. To się jednak nie udało.

Powstanie w getcie warszawskim trwało do 16 maja 1943 roku. W jego trakcie zginęło lub zostało schwytanych około 50 tysięcy powstańców i ludności cywilnej. Osoby pojmane przez okupantów zostały zabite lub trafiły do obozów zagłady. Niektórym powstańcom udało się ewakuować kanałami. Po upadku powstania w getcie warszawskim wysadzono Wielką Synagogę przy placu Tłomackie 7. Jürgen Stroop ogłosił, że żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć. 

Obchody 80. rocznicy powstania w getcie warszawskim

W tym roku 19 kwietnia przypada 80. rocznica powstania w getcie warszawskim. Z tego powodu organizowane są obchody mające na celu uczczenie pamięci poległych ludzi. Warto wspomnieć o akcji Żonkile. Organizatorzy przygotowali 450 tysięcy papierowych kwiatów. Będą one rozdawane w polskich miastach. Ich liczba nie jest przypadkowa – symbolizuje bowiem liczbę osób, które zamieszkiwały getto warszawskie w trakcie największego przeludnienia. Papierowe żonkile upamiętnią społeczność żydowską biorącą udział w powstaniu.

Obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim będą również uwzględniać różnego rodzaju wydarzenia, między innymi koncerty, otwarcie wystaw muzealnych czy sadzenie Drzewa Pamięci. W obchodach upamiętniających powstanie wezmą udział prezydent Izraela Isaac Herzog, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oraz prezydent Andrzej Duda.

xxxxxxxx

Tyle Interia. A jak to było naprawdę? Jedynie prawda jest ciekawa, jak mawiał Józef Mackiewicz. A skoro tak, to dlaczego tak wielu stara się ją ukryć? Pewnie dlatego, że jest niewygodna, prawie dla wszystkich.

Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) poświęcił też trochę uwagi tym wydarzeniom. Tekst zapisany kursywą jest cytatem: Ewa Kurek – Poza granicami solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1944 (2008). Miszalski pisze:

Historycy żydowscy próbują na ogół przedstawić relacje niemiecko-żydowskie na terenie okupowanej Polski w latach całej wojny jako jednolite: jako relacje wzajemnej wrogości. Ukrywają w ten sposób kolaborację Żydów z Niemcami w latach 1939-1942, przed niemiecką decyzją powziętą w Wannsee o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”.

Tymczasem te wzajemne stosunki niemiecko-żydowskie były początkowo bardzo dwuznaczne. O ile Niemcy fizycznie niszczyli od początku wojny polskie elity polityczne, intelektualne, polską kadrę urzędniczą i oczywiście polskie siły wojskowe i policyjne (tzw. granatowa policja nie była pod żadnym względem podległa władzom polskiego Państwa Podziemnego), a Polacy na miarę swych możliwości, starali się odpowiadać tym samym okupantowi – Żydzi podjęli zaoferowaną im w początkach wojny przez Niemców współpracę.

Tuż po niemieckiej agresji w 1939 roku, już w drugiej połowie października, ustały wszelkie kontakty Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie (najliczniejszej w Europie!…) z polskimi władzami. Nie tylko warszawska gmina wyznaniowa żydowska, ale wszystkie niemal inne gminy żydowskie uznały, że sprawa polska nie jest sprawą żydowską i z niemieckim okupantem Polski trzeba się teraz porozumieć osobno. Tym samym władze tych gmin wyrzekły się obowiązku polskiego: walki z okupantem państwa polskiego. Żydowskie gminy wyznaniowe nie nawiązywały więc kontaktów z polskimi władzami podziemnymi celem wspólnej walki z okupantem.

W Polsce Żydzi zwierzyli Niemcom i uznali, że czwarty rozbiór Polski, czyli dokonany we wrześniu 1939 roku podział jej terytorium między Niemców i Sowietów, jest najlepszym momentem dla realizacji idei budowy na polskich ziemiach żydowskich autonomicznych prowincji. (…) Uważna lektura najpoważniejszych żydowskich źródeł powstałych w latach 1939-1942, zwłaszcza pisany niemal w całości po polsku „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego”, przetłumaczona z jidysz na polski „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma oraz „Kronika getta łódzkiego” – nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że powstałe w pierwszych dwóch latach drugiej wojny światowej żydowskie prowincje autonomiczne, zwane dotychczas w języku potocznym i naukowym gettami – z całą pewnością autonomie w Łodzi i Warszawie – były wynikiem realizacji nie tylko niemieckich planów represji wobec ludności żydowskiej, jak dotychczas powszechnie uważano, ale przede wszystkim skutkiem wcielonej w życie przez polskich Żydów pod niemiecką kuratelą żydowskiej idei (powstałej i zaprezentowanej Polakom w Sejmie ustawodawczym w roku 1920) żydowskich autonomicznych prowincji jako formy żydowskiej państwowości.

Żadna propaganda żydowska dzisiaj nie zmieni faktu, że do 1942 roku Żydzi w Polsce – poza nielicznymi wyjątkami – nie chcieli walczyć z niemieckim okupantem, lecz chcieli się z nim porozumieć.

Różnica między władzami żydowskich gmin wyznaniowych, które od wieków sprawowały rząd dusz nad wspólnotami żydowskimi w Polsce, a powołanymi jesienią 1939 roku na mocy niemiecko-żydowskiego porozumienia Judenratami była taka, że przedwojenne żydowskie władze były wybierane przez żydowskie społeczności i zajmowały się głównie sprawami związanymi z kultem i rytuałem religijnym (opieką społeczną, szkolnictwem podstawowym, religijnym, religijnym sądownictwem etc.) – zaś Judenraty zostały powołane przez niemieckiego okupanta spośród Żydów deklarujących wolę wszechstronnej współpracy z Niemcami, a zakres przyznanej Żydom przez Niemców władzy daleko odbiegał od tradycyjnych kompetencji przedwojennych gmin żydowskich i w miarę upływu czasu rozszerzał się (…). Sieć Judenratów w pierwszych miesiącach wojny pokryła wszystkie ziemie polskie pod okupacją niemiecką (…). Judenraty pełniły w życiu polskich Żydów niezwykle ważną, podwójną rolę: dla Niemców były swego rodzaju władzą wykonawczą, przedłużeniem niemieckiej władzy do getta i „żydowskim żandarmem” pilnującym wypełniania niemieckich rozporządzeń; dla Żydów były jedyną władzą, w której rękach skupione były wszystkie dziedziny żydowskiego życia.

Jesienią 1940 roku toczyły się najbardziej intensywne niemiecko-żydowskie rozmowy o ostatecznym kształcie i formie żydowskiej autonomii terytorialnej w Warszawie, w rozmowach tych uczestniczyli także przywódcy żydowskich autonomii z innych miast (…). W maju 1941 roku postanowiono, że Judenraty będą żydowskimi władzami samorządowymi, a każdy przewodniczący Judenratów (tzw. Obmann) będzie burmistrzem gminy. (…) Oznaczało to, że Judenratom przywrócona została zbliżona do tradycyjnej samorządowa funkcja przedwojennych zarządów gmin żydowskich, a żydowscy burmistrzowie stali się urzędnikami państwowymi państwa niemieckiego, reprezentującymi wobec poszczególnych gmin władze państwa niemieckiego.

Nie była to walka z okupantem: była to kolaboracja. Zanim Niemcy przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” – Żydzi w Polsce kolaborowali z hitlerowcami.

Henryk Makower w „Pamiętniku z getta warszawskiego” zapisał: Mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo Niemcy dali nam duże i ładne getto w śródmieściu.

Podobnie jak w wypadku wielu innych kwestii, posługując się zespołem utartych stereotypów, historycy zagłady przyjmują za oczywisty pewnik fakt, że getta były tylko wynikiem eksterminacyjnej polityki Niemców względem narodu żydowskiego; że zbudowano je bez udziału Żydów i wbrew ich woli. Tymczasem (…) zarówno w procesie wytyczania granic żydowskiej autonomii, czyli gett, jak i w procesie okalania ich murem lub drutem kolczastym czynnie uczestniczyły żydowskie władze autonomiczne. Toteż Adam Czerniaków zapisał w swym dzienniku w roku 1940: Mury są po to, aby bronić Żydów przed ekscesami – oraz dodawał nawet, że planuje się „opracowanie obrony obszaru getta”. Obrony przed… Polakami! Żydzi nie wiedzieli jeszcze wtedy nic o podjętym przecież dopiero w 1942 roku „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” przez Niemców…

Więc te mury miały ich bronić przed Polakami.

Chociaż byli polskimi obywatelami, Żydzi w swej masie nie identyfikowali się nadal z państwem polskim.

Jak daleko szedł ten brak identyfikacji? Tak daleko, że stawał się otwartą i powszechną wrogością wobec państwa polskiego i Polaków. W drugim roku okupacji i istnienia Judenratów, w 1941 roku w piśmie „Neged Hazerem” wydawanym w warszawskim getcie przez Haszomer Hacair („młodzieżówkę” partii Poalej Syjon) czytamy: Pakt sowiecko-niemiecki z sierpnia 1939 roku był posunięciem mądrym i uzasadnionym (Marek Jan Chodakiewicz – „Żydzi i Polacy 1918-1955. Współistnienie – zagłada – komunizm”.). Na czele tej młodzieżówki stał Mordechaj Anielewicz, wkrótce dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim. Jakie więc pretensje i o co mogli zgłaszać do Polaków bojownicy tej organizacji, jeśli akceptowali pakt Ribbentrop-Mołotow, uznając go za „mądry i uzasadniony”? Czego się spodziewali od Polaków: pomocy dla siebie jako zdrajców Polski?

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński w książce Ministerstwo spraw obcych (2019) pisze:

Wystarczą tylko źródła sporządzone przez Żydów, bo głos zamordowanych jest najbardziej wiarygodny i najważniejszy, a poza tym Otwarta Rzeczpospolita doniesienia do prokuratury na Żydów nie złoży. Na szczęście, zamordowani sporządzili przed śmiercią świadectwo nie tylko tego, kto mordował, ale także tego, że największymi wspólnikami Niemców w dziele wymordowania Narodu żydowskiego byli sami Żydzi. Przydatna będzie wydana w 1965 r. Kronika getta łódzkiego, z przedmową żydowskiego profesora Lucjana Dobroszyckiego. To autentyczne zapiski o tym, co działo się w getcie w Łodzi, do którego Polacy nie mieli wstępu. Źródło szczególnie niebezpieczne dla głoszonej od lat żydowskiej narracji, przeczące wszelkim oskarżeniom Polaków o współudział w zagładzie to Kronika getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma.

Umschlagplatz. Szmerling (Żyd, komendant Umschlagplatz) – oprawca z biczem. Zbrodniczy olbrzym Szmerling z pejczem w ręku. Pozyskał łaskę (Niemców). Wierny wykonawca ich zarządzeń. […] Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swoich braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokatami (większość oficerów policji żydowskiej była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach kobiety i dzieci, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź […]

– zapisał Ringelblum. Zanotował też: „Pierwsze strzały w getcie w Warszawie padły od Żydów do Żydów jako kara za szpiegostwo i współpracę z Niemcami”. Mordechaj Anielewicz, dowódca „powstania”, został zdradzony przez swoich współbraci. W czasie wojny nie odnotowano przypadku Polaka, który ubrał mundur niemieckiego Gestapo (nawet Hans Kloss w takim nie paradował – przyp. W. L.). Tymczasem po getcie warszawskim krążyli Żydzi ubrani w takie mundury. W polskich archiwach zachowały się ich zdjęcia. Może warto pokazać je światu. Przy alei Solidarności w Warszawie naprzeciw kościoła pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny nadal stoi budynek, w którym w czasie II wojny światowej mieściła się siedziba żydowskiego Gestapo, pod adresem Leszno nr 13. A może właśnie ten budynek przeznaczyć na muzeum Getta?

Gdy mówią, że Polacy dla Żydów zrobili za mało, że uratowali zbyt mało, może postawić pytanie: dlaczego Żydzi nie buntowali się i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy było to łatwe? Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki? Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych żydowskich mężczyzn albo dokonywało ich egzekucji. Niech dowodem będzie relacja Całka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: „Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał”.

xxxxxxxx

Hannah Arendt w 1963 roku w swojej książce „Eichmann w Jerozolimie” twierdziła, że gdyby nie Judenraty, to Żydów zginęłoby znacznie mniej. Bez nich ich rejestracja i koncentracja w gettach a potem wywózka do obozów zagłady nie byłaby możliwa, a przynajmniej nie na taką skalę. Pisała też, że w zakresie kooperacji z Niemcami nie było różnicy pomiędzy ściśle zasymilowanymi żydowskimi społecznościami Centralnej i Zachodniej Europy a mówiącymi jidysz masami Wschodu. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, cieszący się zaufaniem żydowscy urzędnicy tworzyli wykazy ludności i ich mienia.

(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)” – Baruch Milch, Testament, 1943 -1944. Cytat z Wikipedii.

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński pyta:

Dlaczego tak dużo Żydów przyjęło rolę kata własnego narodu? Dlaczego Żydzi walczyli i umierali za Hitlera, mimo iż mordował ich ziomków? Dlaczego żydowscy kaci nie zostali ukarani, a w 1950 r. Kneset zwolnił ich od odpowiedzialności karnej za popełnione zbrodnie, sankcjonując religijną tradycję żydowską, zgodnie z którą Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że Żyd nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. W Izraelu stosują zatem dwa różne kryteria moralności – z góry rozgrzeszają i usprawiedliwiają zachowania Żydów za szeroką kolaborację i współpracę z Niemcami, traktując jednocześnie podobne zachowania Polaków jako naganne i godne potępienia. (…) Uratowani z Holokaustu uznani zostali za ludzi drugiej kategorii niegodnych miana prawdziwego Izraelity i otoczeni powszechną pogardą. (…) Ocalonymi pogardzano aż do 1961 r., kiedy to posłużyli Ben-Gurionowi w negocjacjach z Adenauerem, od którego wytargował 5 niemieckich marek za każdy dzień pobytu Żyda w Auschwitz (także takiego, który nie był więziony, ale miał zakaz przemieszczania się).

xxxxxxxx

Wszystko wskazuje na to, że decyzję podjęto znacznie wcześniej niż na konferencji w Wannsee w styczniu 1942 roku. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisał:

„Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie male przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.”

Rolicki prawdopodobnie sądził, że ten problem może doprowadzić żydostwo do wielkiego kryzysu i pewnie dlatego tak zatytułował swoją książkę, ale zmierzch nie nastąpił. Znaleziono rozwiązanie. Przeprowadzenie tak skomplikowanej pod względem logistycznym operacji wymagało przygotowania. Tak naprawdę te getta, które powstały w okupowanej Polsce, były obozami koncentracyjnymi, do których zapędzono żydowską biedotę. I temu służyło odgradzanie się murem i drutem kolczastym, by nikt nie uciekł, a nie dlatego, że obawiano się Polaków. W momencie, gdy większość tej biedoty znalazła się w obozie, operacja stawała się możliwa do zrealizowania. O tym wspomniała Hannah Arendt.

Jeśli zaś chodzi o bierność ludności żydowskiej w obliczu śmierci i brak jakichkolwiek prób ratowania życia, to trzeba pamiętać, że ta społeczność w swojej masie posługiwała się językiem jidysz i nie znała języka polskiego i nie kontaktowała się z ludnością miejscową, więc nie miała gdzie uciekać, ani nie miała kogo prosić o pomoc. Z tego też względu los II RP był jej zupełnie obojętny.

Tak to wyglądało i chyba wypadało, by w ten dzień o tym wszystkim sobie przypomnieć.