Sudan c.d.

W poprzednim blogu „Sudan” starłem się, posiłkując się różnymi źródłami, przedstawić sytuację w Sudanie: jego historię, przyczyny konfliktu, o co toczy się walka i rolę światowych mocarstw. Jednak ten przekaz był taki oficjalny. Warto więc spojrzeć na to, co tam się dzieje oczami człowieka, który tam był i pozostawił własne, osobiste spojrzenie na wojnę w Sudanie. Tym człowiekiem był oczywiście Ryszard Kapuściński. W swojej książce Heban (1998) tak pisał o Sudanie:

To miejsce, gdzie jesteśmy, nazywa się Itang. Itang leży w zachodniej Etiopii, blisko granicy Sudanu. Od kilku lat znajdował się tu obóz 150 tysięcy Nuerów – uchodźców z wojny sudańskiej. Jeszcze kilka dni temu byli tu. A dzisiaj jest pusto. Gdzie poszli? Co się z nimi stało? Jedyne, co narusza martwotę tych bagien, jedyne, co słychać, to rechot żab, jakiś obłędny, ropuszy wrzask, donośny, hałaśliwy, ogłuszający.

Latem 1991 roku wysoki komisarz NZ do spraw uchodźców Sadako Ogata udała się do Etiopii odwiedzić obóz w Itang. Dostałem propozycję, żeby jej towarzyszyć. Rzuciłem wszystko i pojechałem, ponieważ była to rzadka okazja, by dotrzeć do takiego obozu. Warto wspomnieć, że z różnych przyczyn obozy te znajdują się na ogół w miejscach odległych i odosobnionych, do których dojazd jest trudny, a więc najczęściej wzbroniony. Życie w nich jest udręką, smutną wegetacją, ciągle na granicy śmierci. Jednak poza grupą lekarzy i pracowników różnych organizacji charytatywnych ludzie mało wiedzą na ten temat, ponieważ takie miejsca zbiorowego cierpienia świat skrupulatnie izoluje i nie chce o nich słyszeć.

xxx

Sudan to pierwszy kraj Afryki, który po II wojnie światowej uzyskał niepodległość. Wcześniej był brytyjską kolonią sztucznie, biurokratycznie zlepioną z dwóch członów: arabsko-muzułmańskiej Pólnocy i „murzyńsko”-chrześcijańskiego (i animistycznego) Południa. Między tymi dwiema społecznościami istniał zadawniony antagonizm, wrogość i nienawiść, ponieważ Arabowie z Północy latami najeżdżali Południe, łapali jego mieszkańców i sprzedawali jako niewolników.

Jak owe nieprzyjazne sobie światy mogły żyć w jednym, niepodległym państwie? Nie mogły – i o to właśnie Anglikom chodziło. W tamtych latach stare, europejskie metropolie były przekonane, że choć formalnie zrezygnują z kolonii, faktycznie i tak będą w nich rządzić, np. w Sudanie, stale godząc muzułmanów z Północy z chrześcijanami i animistami z Południa. Wkrótce jednak niewiele z tych imperialnych złudzeń pozostało. Jeszcze w 1962 roku w Sudanie wybuchła pierwsza wojna domowa między Południem i Północą (poprzedzona już wcześniejszymi buntami i powstaniami na Południu). Kiedy w 1960 roku jechałem na Południe po raz pierwszy, poza wizą sudańską musiałem mieć jeszcze wizę specjalną, na osobnym blankiecie. W Dżubie, największym mieście Południa, zabrał mi ją oficer służby granicznej. – Jak to! – żachnąłem się – przecież potrzebuję jej, żeby dojechać do granicy Konga, która jest dwieście kilometrów stąd. Oficer pokazał nie bez dumy na siebie: – To ja tu jestem granicą! – powiedział. W istocie, poza rogatkami miasta rozciągała się ziemia, nad którą już rząd w Chartumie nie miał wielkiej władzy. I tak jest do dzisiaj – Dżubę ochrania garnizon arabski z Chartumu, a prowincja jest w rękach partyzantów.

Pierwsza wojna sudańska ciągnęła się dziesięć lat – do roku 1972. Potem, przez następne dziesięć lat, panował kruchy, nietrwały pokój, po czym, w 1983 roku, kiedy islamski rząd w Chartumie próbował narzucić całemu krajowi islamskie prawo (szaria), zaczęła się nowa, najstraszniejsza faza tej trwającej do dzisiaj wojny. Jest to najdłuższa i największa wojna w historii Afryki i prawdopodobnie największa w tej chwili na świecie, ale jako że toczy się na głębokiej prowincji naszej planety i bezpośrednio nikomu, np. w Europie czy Ameryce, nie zagraża, nie budzi większego zainteresowania. W dodatku teatry tej wojny, jej rozległe i tragiczne pola śmierci, są – z powodu trudności komunikacyjnych i drastycznych restrykcji Chartumu – praktycznie niedostępne dla mediów, większość ludzi na świecie nie ma najmniejszego pojęcia, że w Sudanie toczy się wielka wojna.

xxx

A toczy się ona na wielu frontach i wielu płaszczyznach, z których konflikt Północy z Południem nie jest już dziś nawet najważniejszy. W dodatku może mylić, skrzywiać prawdziwy obraz rzeczywistości. Zacznijmy od północy tego olbrzymiego kraju (dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych). Północ to w dużej części Sahara i Sahel, co kojarzy nam się z bezkresem piasku i rumowiskami zwietrzałych kamieni. W istocie północny Sudan to i pisaki, i kamienie, ale nie tylko. Kiedy lecimy z Addis Abeby do Europy i nadlatujemy nad tę część Afryki, mamy pod sobą widok niezwykły: daleko, daleko rozciąga się żółtozłota powierzchnia Sahary. I oto przez jej środek przebiega wielki, intensywnie zielony pas pól i plantacji leżących nad płynącym tu szerokimi, łagodnymi półkolami Nilem. Granica między głęboką ochrą Sahary i szmaragdem tych pól jest jakby wytyczona nożem: nie ma tu żadnych pasów pośrednich, żadnego stopniowania – kończy się ostatnia roślinka plantacji i zaraz zaczynają się pierwsze grudki pustyni.

Otóż, kiedyś te nadrzeczne pola dawały życie milionom arabskich fellachów i bytującym tam ludom koczowniczym. Ale potem, zwłaszcza od połowy XX wieku i już po niepodległości, rozwinął się proces rugowania fellachów przez ich bogatych pobratymców z Chartumu, którzy wespół z generalicją, przy pomocy armii i policji, wchodzili w posiadanie owych żyznych ziem nadnilańskich, tworząc na nich gigantyczne plantacje roślin eksportowych – bawełny, kauczuku, sezamu. Tak powstała silna klasa arabskich latyfundystów, która w aliansie z generalicją i elitą biurokratyczną objęła w 1956 roku władzę i sprawuje ją do dziś, prowadząc wojnę z „murzyńskim” Południem, które traktuje jak kolonię, i jednocześnie gnębiąc swoich etnicznych ziomków – Arabów z Północy.

Wywłaszczeni, wyrzuceni, pozbawieni ziemi i stad Arabowie sudańscy gdzieś muszą podziać się, coś z sobą zrobić, znaleźć źródło utrzymania. Część z nich władcy Chartumu wcielą do coraz liczniejszej armii. Część w szeregi ogromnej policji i biurokracji. Ale reszta? Te rzesze bezrolnych i wykorzenionych? Resztę reżim będzie starał się kierować na Południe.

xxx

Mieszkańców Północy jest około dwudziestu milionów, Południa – około sześciu. Ci ostatni dzielą się na dziesiątki plemion, mówiących wieloma językami, wyznających różne religie i kulty. W owym wieloplemiennym morzu Południa wyróżniają się jednak dwie wielkie społeczności, dwa ludy, stanowiące łącznie płowę mieszkańców tej części kraju. To Dinka i spokrewnieni z nimi (choć czasem i skłóceni) Nuerowie. I jednych, i drugich poznacie na odległość: są wysocy, dwumetrowi, szczupli i mają bardzo ciemny odcień skóry. Piękna, postawna, pełna godności, a nawet trochę wyniosła rasa. Od lat antropolodzy zastanawiają się, skąd oni tacy wysocy i szczupli. Żywią się właściwie tylko mlekiem, czasem krwią swoich krów, które hodują, czczą i kochają. Krów tych zabijać nie wolno i nie wolno dotykać ich kobietom. Swoje życie Dinka i Nuer podporządkowali wymogom i potrzebom tych krów. Porę suszy spędzają z nimi w pobliżu rzek – Nilu, Ghazalu i Sobatu przede wszystkim, a w porze deszczowej, kiedy na odległych płaskowyżach zaczyna zielenić się trawa, zostawiają rzeki i ruszają z bydłem w tamte strony. W tym odwiecznym rytmie, w tej wahadłowej, niemal rytualnej wędrówce między brzegami rzek a pastwiskami na płaskowyżach Górnego Nilu upływa życie Dinki i Nuera. Żeby istnieć, muszą mieć przestrzeń, ziemię bez granic, otwarty, szeroki horyzont. Zamknięci – chorują, zamieniają się w szkielety, gasną, umierają.

xxx

Nie wiem od czego zaczęła się ta wojna. To było tak dawno! Jacyś żołnierze z armii rządowej ukradli Dinkom krowę? Dinka poszli tę krowę odbić? Zaczęła się strzelanina? Padli zabici? Jakoś tak to musiało wyglądać. Oczywiście krowa była pretekstem. Arabscy lordowie z Chartumu nie mogli się zgodzić, żeby pastuchy z Południa miały te same prawa co oni. Ludzie z Południa nie chcieli, żeby w niepodległym Sudanie rządzili nimi synowie handlarzy niewolników. Południe domagało się secesji, własnego państwa. Północ postanowiła rebeliantów zniszczyć. Zaczęły się masakry. Podają, że do dziś wojna ta pochłonęła półtora miliona ofiar. Najpierw przez dziesięć lat działał na Południu żywiołowy, słabo zorganizowany ruch partyzancki Anya-Nya. Potem, w 1983 roku, zawodowy pułkownik John Garang, Dinka, zorganizował Sudańską Ludową Armię Wyzwoleńczą (SPLA), która kontroluje większość obszarów Południa.

To długa wojna, która nasila się, przygasa i znowu wybucha. Choć trwa tyle już lat, nie słyszałem, żeby ktoś próbował napisać jej historię. W Europie na temat każdej wojny są półki książek, archiwa pełne dokumentów, specjalne sale w muzeach. W Afryce nie ma nic podobnego. Wojna, nawet najdłuższa i największa, szybko tonie tu w niepamięci, popada w zapomnienie. Jej ślady znikają na drugi dzień: martwych trzeba od razu pogrzebać, na miejscu spalonych lepianek postawić nowe.

Dokumenty? Nigdy ich nie było. Nie ma rozkazów na piśmie, map sztabowych, szyfrów, ulotek, odezw, gazet, korespondencji. Nie ma zwyczaju pisania wspomnień i pamiętników (zresztą najczęściej nie ma po prostu papieru). Nie ma tradycji pisania historii. Poza wszystkim – kto miałby to robić? Nie ma zbieraczy pamiątek, muzealników, archiwistów, historyków, archeologów. I nawet lepiej, że na polach wojny nikt tu taki nie kręci się. Od razu wpadłby w oko policji, trafił do więzienia i – podejrzany o szpiegostwo – zostałby rozstrzelany. Tu historia pojawia się nagle, spada jak deus ex machina, zbiera swoje krwawe żniwo, porywa ofiary i znika bez śladu. Kim ona jest? Dlaczego właśnie na nas rzuciła swój potępieńczy urok? Niedobrze o tym myśleć. Lepiej w to nie wnikać.

xxx

Wracając do Sudanu. Wojna, która zaczęła się tam, pod wzniosłymi hasłami, jako dramat młodego państwa (Północ: musimy utrzymać jedność kraju, Południe: walczymy o niepodległość), z czasem degeneruje się i staje się wojną różnych kast militarnych przeciw własnemu narodowi, wojna uzbrojonych przeciw bezbronnym. Bo dzieje się to wszystko w kraju biednym, w kraju ludzi głodnych, w którym jeżeli ktoś sięga po broń, po maczetę i automat, to przede wszystkim żeby zagrabić pożywienie, żeby się najeść. To wojna o garść kukurydzy, o miskę ryżu. A wszelki rabunek jest tu tym łatwiejszy, że jesteśmy w kraju ogromnych przestrzeni i bezdroży, słabej komunikacji i łączności, małego i rozproszonego zaludnienia, a więc w warunkach, w których rozbój i bandytyzm uchodzą bezkarnie, choćby z braku jakiejkolwiek kontroli i nadzoru.

Trzy są rodzaje sił zbrojnych, które prowadzą tę wojnę. Więc jest armia rządowa – instrument w rękach elity chartumskiej – dowodzona przez prezydenta, generała Omara al-Bashira. Z armią tą współdziałają liczne jawne i tajne policje, bractwa muzułmańskie, prywatne służby wielkich właścicieli.

Przeciw tej sile rządzącej stoją partyzanci SPLA pułkownika Johna Garanga i różne formacje na Południu, które się od SPLA oderwały.

I jest wreszcie trzecia kategoria ludzi uzbrojonych – to nieskończona liczba tzw. militias – paramilitarnych grup młodych ludzi (często dzieci) o proweniencji plemiennej, dowodzona przez przez różnych lokalnych czy klanowych watażków, którzy w zależności od sytuacji i korzyści będą współpracować albo z armią, albo z SPLA (militias to w Afryce produkt ostatnich lat, zanarchizowana agresywna i rosnąca siła, która rozsadza państwa, armie, zorganizowane ruchy partyzanckie i polityczne).

Przeciw komu te wszystkie wojska, oddziały i fronty, zagony, służby i zaciągi? Tak liczne i przez tyle lat walczące? Czasem przeciw sobie, ale najczęściej przeciw własnemu narodowi, s więc bezbronnym, a to w szczególności znaczy – kobietom i dzieciom. Ale dlaczego właśnie przeciw kobietom i dzieciom? Czyżby tymi uzbrojonymi mężczyznami kierował jakiś zoologiczny antyfeminizm? Oczywiście – nie. Atakują oni i grabią zgrupowania kobiet i dzieci, ponieważ do nich kierowana jest pomoc ze świata, to dla nich przeznaczone są worki z maką i ryżem, skrzynki sucharów i mleka w proszku, rzeczy na które nikt w Europie nie zwróciłby większej uwagi, ale tu, między szóstym a dwunastym stopniem szerokości geograficznej, są cenniejsze nad wszystko. Zresztą nie zawsze owe skarby trzeba tym kobietom zabierać. Wystarczy po prostu, kiedy samolot przywiezie żywność, otoczyć go, zabrać worki i skrzynki i zanieść lub zawieźć je do swojego oddziału.

Od lat reżim w Chartumie posługuje się bronią głodu, aby unicestwić ludność Południa. Robi dziś z Dinkami i Nuerami to, co zrobił Stalin z Ukraińcami w 1932 roku: głodzi ich na śmierć.

Ludzie nie głodują dlatego, że na świecie nie ma żywności. Jest jej pełno, w nadmiarze. Ale między tymi, którzy chcą jeść, a pełnymi magazynami stoi wysoka przeszkoda: gra polityczna. Chartum ogranicza loty z pomocą dla głodujących. Wiele samolotów docierających na miejsce jest garbionych przez miejscowych watażków. Kto ma broń, ten ma żywność. Kto ma żywność, ten ma władzę. Obracamy się tu wśród ludzi, którzy nie myślą o transcendencji i istocie duszy, o sensie życia i naturze bytu. Jesteśmy w świecie, w którym człowiek, czołgając się, próbuje wygrzebać z błota kilka ziaren zboża, żeby przeżyć do następnego dnia.

xxxxxxxx

We wstępie do cytowanej książki Kapuściński pisze:

„Nie jest to więc książka o Afryce, lecz o kilku ludziach stamtąd, o spotkaniach z nimi, czasie wspólnie spędzonym. Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje.”

Pisze Kapuściński, że Afryka to istny ocean, osobna planeta, różnorodny przebogaty kosmos. I niewątpliwie tak jest. W Afryce leży Egipt, ojczyzna najstarszej na świecie cywilizacji. Gdy ludność Europy kryła się po jaskiniach, to Egipt posiadał wysoką organizację społeczną, rolnictwo, rzemiosło i literaturę. Wykonywał zaawansowane prace inżynierskie oraz wznosił wielkie budowle. Natomiast czasy nowożytne dla większości ludności tego kontynentu, to etap plemienny.

Jak wygląda dzisiejszy Sudan, to chyba bardzo obrazowo opisał Kapuściński, ale był w historii Sudanu epizod, który zastanawia. Wikipedia tak go opisuje:

„Na początku II tysiąclecia p.n.e. Nubia na północy Sudanu została podbita przez Egipt. Panowanie egipskie na obszarze Nubii przetrwało do około 1000 p.n.e. i wywarło duży wpływ na kulturę miejscowej ludności. Na początku I tysiąclecia p.n.e. utworzone zostało niezależne królestwo Kusz ze stolicą w mieście Napata. Na przełomie VI i V wieku p.n.e. władcy Kuszu, na prośbę części kapłanów egipskich, zaatakowali Egipt i go sobie podporządkowali. Na blisko 100 lat Egipt i Kusz był pod panowaniem czarnych faraonów, którzy stworzyli 25 dynastię. Po blisko wieku panowania Czarnych Faraonów, zostali oni wyparci przez rodzimych Egipcjan na teren obecnego Sudanu.”

Zagadką pozostanie dla nas, w jaki sposób powstawały i upadały cywilizacje i państwa. Jedyne, co można wywnioskować, to to, że nic nie trwa wiecznie. Natomiast na obecnym etapie mamy taką sytuacje, że państwa afrykańskie, przynajmniej ich większość, to sztuczne twory wykreowane przez państwa kolonialne, których celem było zagarnięcie bogactw naturalnych tego kontynentu. I tak trwa to do dzisiaj. Większość ludności afrykańskiej to są społeczności plemienne i koczownicze, dla których organizacja państwowa jest tworem obcym i niezrozumiałym, podobnie jak granice, które ustanowiono dla tych państw. Gdyby Afryka nie została skolonizowana, to te plemienne i koczownicze społeczności żyłyby własnym życiem i rytmem. Swój rozwój dostosowywałyby do warunków naturalnych, w których żyłyby. Nie było by czegoś takiego jak głód. Nie było by takich wojen, bo te plemiona nie miałyby takiej broni, która pozwala na zabijanie setek tysięcy czy milionów ludzi. A tę broń dostarczają im rządy państw europejskich i Stany Zjednoczone.

W walce o przejęcie kontroli nad bogactwami naturalnymi Afryki państwa europejskie i Stany Zjednoczone wykorzystują te plemiona afrykańskie. Tragedia polega na tym, że rozwój większości społeczności afrykańskich zatrzymał się na etapie plemiennym, albo są dopiero na tym etapie, a społeczności europejskie rozwinęły się do organizacji państwowej. Zetknięcie się tych dwóch żywiołów musiało skończyć się tragicznie dla społeczności afrykańskich.

Paradoksalnie, ale jedyne rozsądne rozwiązanie proponował apartheid. Ci ludzie, którzy stworzyli ten ustrój, zdawali sobie sprawę z tego, że Europejczycy byli na zupełnie innym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, niż Afrykanie. Apartheid został odsądzony od czci i wiary. Uznano, że Afrykanie są takimi samymi ludźmi jak Europejczycy. Istotnie, są takimi samymi ludźmi, ale społeczności, które tworzą są społecznościami plemiennymi, a nie – państwowymi. I są to tylko plemiona, a nie – narody. Dlatego nie mają tradycji pisania historii i tego wszystkiego, o czym wspomniał Kapuściński. To nie jest wynik jakiegoś upośledzenia, tylko jest to taki etap rozwoju. Społeczności europejskie też przez to kiedyś przechodziły.

Problem Afryki jest problemem nierozwiązywalnym, bo najprostszym i najlepszym sposobem było by pozostawienie jej samej sobie, ale to niemożliwe ze względu na bogactwa naturalne, które znajdują się na jej terenie, a które są niezbędne do utrzymania tego modelu gospodarki, który obowiązuje w najbogatszych państwach świata. Jest to model rabunkowy, oparty o masową produkcję nietrwałych towarów, szybko zużywających się i wymagających zastąpienia nowymi. W ten sposób kwitnie produkcja i handel. By jednak ta produkcja i handel kwitły, potrzebne są też rynki zbytu. I takim rynkiem zbytu jest również Afryka.

Nikt dzisiaj nie potrafi sobie wyobrazić, że to wszystko może się skończyć, gdy zabraknie tych bogactw naturalnych, które są niezbędne do utrzymania takiego modelu gospodarki. Zamiast tego, roją sobie, przynajmniej niektórzy, o podboju innych planet, na których znajdą nowe zasoby tych bogactw. A problemy na Ziemi pozostają.

Sudan

W najsłynniejszej chyba scenie z filmu „Konopielka” dziad wędrowny mówi: Strasznie dziś ludzie zaczepne, bijo sie i bijo! A mniej więcej, o co? – pyta Kuśtyk. No właśnie, o co się biją w Sudanie? Być może Sudan dla większości Polaków jest pustym słowem, bo obecnie dla większości „Polaków” literatura polska nie jest ich literaturą i nie czytali powieści „W pustyni i w puszczy”, której akcja toczy się na terenie Egiptu i Sudanu w okresie powstania Mahdiego (1881-1899). W tej powieści Sienkiewicz tak przedstawia Władysława Tarkowskiego, ojca głównego bohatera, Stasia Tarkowskiego:

„W roku 1863 bił się bez wytchnienia w ciągu jedenastu miesięcy. Następnie ranny, wzięty do niewoli i skazany na Sybir, uciekł z głębi Rosji i przedostał się za granicę. Był już przed pójściem do powstania skończonym inżynierem, jednakże rok jeszcze poświęcił na studia hydrauliczne, a następnie otrzymał posadę przy kanale i w ciągu kilku lat – gdy poznano jego znajomość rzeczy, energię i pracowitość – zajął wysokie stanowisko starszego inżyniera.”

Jak to się stało, że udało mu się uciec z głębi Rosji, podczas gdy dla większości było to niemożliwe? Jak udało mu się przedostać za granicę? No, zdolny był. Ale to chyba nie zdolności mu pomogły, bo było tam wielu zdolnych zesłańców, często wybitnych uczonych, którzy byli badaczami Syberii. Wyjaśnienie jest nader proste: był masonem. I pewnie dlatego otrzymał tak wysokie stanowisko przy budowie Kanału Sueskiego. Bo co? Francuzi nie mieli swoich inżynierów? Nie wiem, czy jest to postać fikcyjna czy prawdziwa. Być może prawdziwa, bo Sienkiewicz odbył podróż do Afryki i być może poznał tam kogoś, kto mu posłużył za pierwowzór tej postaci. W każdym razie w Trylogii wszystkie postacie są autentyczne.

Wracając jednak do współczesności, to wydarzenia w Sudanie były i są szeroko komentowane na całym świecie. Warto więc przyjrzeć się temu, co tam się dzieje. Na stronie rmf24.pl pojawił się wywiad z profesorem Maciejem Kurczem Złoto, Rosja i USA – o co chodzi w konflikcie w Sudanie? (https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-zloto-rosja-i-usa-o-co-chodzi-w-konflikcie-w-sudanie,nId,6727183#crp_state=1). Poniżej jego fragment:

“Walki wybuchły między dwoma siłami, dwoma generałami, de facto przywódcami, kierownikami państwa” – powiedział o konflikcie w Sudanie w rozmowie z dziennikarką RMF FM Marleną Chudzio prof. Uniwersytetu Śląskiego Maciej Kurcz, antropolog kulturowy, który wielokrotnie odwiedzał to państwo. Ogłoszone we wtorek zawieszenie broni pomiędzy armią Sudanu (SAF) i paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF) zostało naruszone po zaledwie kilku godzinach. W trwających od soboty starciach zginęło już co najmniej 270 osób, a ponad 2,6 tys. zostało rannych – podała w nocy z wtorku na środę stacja CNN za Światową Organizacją Zdrowia.

Marlena Chudzio: Co właściwie dzieje się w tym momencie w Sudanie? Bo strony, które walczą, są stamtąd i obie są u władzy.

Prof. Maciej Kurcz: Bardzo dobre pytanie. Wciąż mało mamy danych. 15 kwietnia w weekend walki wybuchły między dwoma siłami, dwoma generałami, de facto przywódcami, kierownikami państwa. Tymi antagonistami jest z jednej strony generał Fattah Abd ar-Rahman al-Burhan, z drugiej strony generał Mohamed Hamdan Dagalo, zwany też Hemetti. Dwaj panowie mocno ze sobą współpracowali do tej pory. Choćby dokonując przewrotu zbrojnego w 2021, dokładnie 25 października, obalając rząd prodemokratyczny cywilny pod kierownictwem Abdalli Hamdoka, stawiając pod znakiem zapytania tę słynną sudańską rewolucję z 2019 roku. Wtedy obalono Umar al-Baszira – przypomnę – wieloletniego dyktatora Sudanu. Obaj panowie właśnie tutaj ten proces zatrzymali. Skutecznie tłumili protesty, które wybuchły od tego czasu. One wybuchały właściwie codziennie, ale obu panom udawało się te protesty trzymać w jakichś ryzach, aż do weekendu. I najpierw na północy w miasteczku prowincjonalnym, a później także w Chartumie obaj panowie rozpoczęli walkę, właściwie regularną wojnę, jak to jeden z nich zauważył.

Obie te strony mają siły, bo jedna to strona paramilitarna, a druga to regularne wojsko.

Właściwie to są dwa wojska, dwie sudańskie armie. Burhan ma za sobą tak zwane Wojsko Sudańskie – tzw. Sudanese Armed Forces – z całym arsenałem. Stąd też bombardowania lotnicze. Nawiasem mówiąc, przerażające dla mnie. W Chartumie – mieście, które jest gęsto zaludnione, ma nieregularną siatkę ulic – jest to coś potwornego. Hemetti ma tak zwaną milicję. Są to oddziały sprawdzone w bojach, wyrosły na bazie dżandżawidów – tej niesławnej milicji, która odpowiada za akty ludobójstwa w Darfurze. Później byli wykorzystywani w Libii, w Jemenie, teraz właściwie są na żołdzie państwowym, chyba Ministerstwo Finansów wypłaca im żołd. Jest to normalna formacja wojskowa. Szanse są na pewno wyrównane. Za jednym stoi Egipt i Arabia Saudyjska, także Izrael. Mowa tutaj o Burhanie. Natomiast za Hemettim stoją Zjednoczone Emiraty Arabskie, które pomagają trochę jego siłom. I także grupa Wagnera, czy – jak kto woli – Kreml.

Jaki jest udział Rosji w tej całej historii?

Jest to tajemnica poliszynela, od jakiegoś już czasu Kreml bardzo wyraźnie akcentuje swoją obecność, zwłaszcza od wybuchu wojny w Ukrainie. Mamy do czynienia z taką polaryzacją, rywalizacją, podziałem na dwa bloki. Ameryka i Rosja w Sudanie się ze sobą ścierają. Przy czym Stany Zjednoczone stawiają takie czerwone linie, których Burhan i Hemetti nie mogą przekroczyć. Taką czerwoną linią jest port morski, baza wojskowa w Port Sudan. Jeszcze za poprzedniego reżimu był taki projekt, żeby oddać część tego portu Rosjanom. Natomiast Ameryka tutaj wyraźnie stawia weto. Grupa Wagnera działa w Sudanie jeszcze intensywniej. Zwłaszcza Hemetti wydaje się mieć bardzo dobre układy. Przypomnę tylko, że 24 lutego ubiegłego roku Hemetti był chyba ostatnim politykiem, który odwiedził Kreml przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Nie potępił tych działań. Także czołgi były już w gotowości, już grzały silniki, gdy Hemetti z sudańską delegacją odwiedzał Kreml.

Ale to dla Rosji przecież mogłoby się wydawać problem. Kolejna jakaś strefa, którą trzeba kontrolować w momencie, w którym jest prowadzona wojna. Skąd to zaangażowanie? Co to daje?

Jest to taka geopolityczna rozgrywka, taki powrót do czasów zimnej wojny. Do tego Grupa Wagnera jest przede wszystkim w tym momencie zaangażowana w handel i wydobycie złota. Sudan jest ważnym krajem, chyba drugim, jeśli chodzi o wydobycie tego kruszcu w Afryce. W tamtym roku to chyba było jakieś 40 ton, więc dość sporo. To wszystko jest w strefie wpływów Hemettiego i Grupy Wagnera. To są poważne pieniądze, które – można przypuszczać – gdzieś trafiają, komuś są do czegoś potrzebne. To jest taki wymierny zysk z całej operacji.

xxxxxxxx

Żeby jednak lepiej zrozumieć to, co tam się dzieje, wypada zacząć od zamierzchłej historii. Wikipedia tak pisze:

Od VI wieku ruszył proces chrystianizacji kraju. Utworzone zostały chrześcijańskie państwa Mukurra i Alwa, które przetrwały do XIII-XV wieku. Od VII wieku prowadzona była kolonizacja arabska z obszarów egipskich. Kolonizacja przyczyniła się do prawie całkowitego wyparcia chrześcijaństwa przez islam w przeciągu XV-XVI wieku. W XVI wieku utworzone zostały liczne państwa, utrzymujące się głównie z handlu niewolnikami. Wśród takich tworów znalazły się między innymi sułtanaty Kordofan, Dar Fur, Sennar. Południe kraju zamieszkiwali Niloci.

W latach 1820–1821 północny i środkowy Sudan opanowała armia osmańskiego namiestnika Egiptu, Muhammada Alego. Opór przeciwko rządom osmańskim do 1874 roku stawiał Dar Fur. Rządy osmańskie wiązały się z masowym wywozem niewolników, upadkiem gospodarki i wyludnieniem kraju. W latach 60. rozpoczęła się kolonialna dominacja Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy okupowali kraj pod pretekstem zwalczania handlu niewolnikami (zdelegalizowanego w 1863 roku).

W latach 1881–1885 trwało antyegipskie i antybrytyjskie powstanie, na czele którego stanął Mahdi z Sudanu. W 1885 roku mahdyści utworzyli państwo z siedzibą w Omdurmanie. Następcą Mahdiego został Abdullahi, który proklamował świętą wojnę przeciwko sąsiadom. Mahdyści w trakcie wojny pokonali sąsiednią Etiopię, ich sukcesy zatrzymała dopiero brytyjsko-egipska kampania wojskowa, zakończona sukcesem w 1899 roku.

Po klęsce mahdystów Sudan formalnie stał się kondominium egipsko-brytyjskim, faktyczna władza należała jednak do Brytyjczyków. Władze kondominium podzieliły Sudan pod względem administracyjnym na część północną (islamską) i południową (ludność czarnoskórą i częściowo chrześcijańską), co sprzyjało utrzymaniu się istniejących antagonizmów wewnętrznych. W 1951 roku Egipt zerwał układ z Wielką Brytanią, a Faruk I ogłosił się królem Sudanu.

xxxxxxxx

Na jednym z filmów na kanale Al Jazeera można usłyszeć:

Nic nie dzieje się bez interwencji obcych mocarstw. Zaczęło się od Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy skolonizowali Sudan na początku XX wieku do spółki z Egiptem, który podlegał Wielkiej Brytanii. Był więc Sudan kondominium brytyjsko-egipskim w latach 1898-1956.

Brytyjczycy inwestowali na północy Sudanu, a Egipt rządził południem. Oddali oni władzę przywódcom z północy. Modernizowali szkoły, wspierali islam. Natomiast na południu rozproszyli władzę wśród setek przywódców plemiennych, a chrześcijańskie misje zarządzały systemem edukacji. Ta kolonialna taktyka „dziel i rządź” była źródłem napięć społecznych, które odegrały ważną rolę w przyszłych konfliktach.

W 1956 roku Sudan uzyskał niepodległość, ale problemy nie skończyły się. Jako część rogu Afryki Sudan był niezwykle ważny z geopolitycznego punktu widzenia. Zastrzyki broni od światowych mocarstw, w tym od Stanów Zjednoczonych, pogłębiały istniejące klasowe, etniczne i religijne napięcia.

W czasie zimnej wojny Sudan był wykorzystywany do prowadzenia wojny zastępczej pomiędzy USA i ZSRR. W tym czasie Stany Zjednoczone sprzedały Sudanowi broń o wartości 1 mld dolarów. A dziś Sudan jest jednym z największych partnerów handlowych Rosji w Afryce. Tak więc Sudan odziedziczył wygenerowane przez kolonistów konflikty etniczne i został uzbrojony przez kraje, które dostrzegały jego geopolityczne znaczenie. I nie jest to przypadek, że konflikty zbrojne w Sudanie nie mają końca.

Od uzyskania niepodległości Sudan doświadczył trzech wojen domowych. W 1972 roku nastąpił koniec pierwszej wojny domowej. W latach 1983-2005 miała miejsce druga wojna domowa. Wadliwy porządek ustanowiony przez rządy kolonialne i częste konflikty militarne ograniczyły rozwój gospodarczy tego państwa. Amerykańskie sankcje i niepodległość Południowego Sudanu tylko pogorszyły sytuację. W 1977 roku Stany Zjednoczone ustanowiły wyniszczające sankcje na Sudan, oskarżając go o sponsorowany przez państwo terroryzm, opierając się na fałszywych oskarżeniach, że fabryka leków produkowała broń chemiczną dla Al-Ka’idy. Stany Zjednoczone zbombardowały fabrykę w Chartumie, stolicy państwa. Sankcje trwające 20 lat odcięły Sudan od handlu międzynarodowego. W 2011 roku Sudan Południowy uzyskał niepodległość. To oznaczało, że Sudan stracił około 75% zasobów ropy naftowej i dochód z jej sprzedaży. W 2017 roku Stany Zjednoczone zniosły sankcje, ale ich skutki nadal trwały.

xxxxxxxx

Obejrzałem kilka filmów z różnych źródeł, ale chyba najlepiej i najbardziej atrakcyjnie, w sensie graficznym, przedstawia to ten poniżej. Jego autorem jest Amit Sengupta. Film trwa 20 minut.

Pod jednym ze wspomnianych filmów jeden z komentujących napisał:

W Sudanie chodzi o powstrzymanie przez Stany Zjednoczone budowy rosyjskiej bazy w Porcie Sudan. Szef sztabu Sudanu Mohammed Osman al-Huseyin powiedział w oświadczeniu z 19 listopada 2020 roku: „Jak dotąd nie ma pełnego porozumienia z Rosją w sprawie utworzenia bazy morskiej na Morzu Czerwonym, ale nasza współpraca wojskowa została przedłużona”. 9 grudnia 2020 roku w oficjalnej rosyjskiej gazecie opublikowano tekst umowy między Rosją a Sudanem o utworzeniu bazy zaopatrzeniowo-serwisowej dla Marynarki Wojennej Rosji na Morzu Czerwonym „w celu wspierania pokoju i bezpieczeństwa w regionie”. W zeszłym tygodniu osiągnięto porozumienie między Rosją a Sudanem. A więc jest to sponsorowana „wojna” domowa.

xxxxxxxx

Pytanie podstawowe brzmi: Dlaczego akurat teraz doszło do tej wojny. Dlaczego od 25 października 2021 do 15 kwietnia 2023 roku obaj panowie współpracowali ze sobą zgodnie? W tym powyższym komentarzu jest informacja, że na krótko przed wybuchem tej wojny osiągnięto porozumienie pomiędzy Rosją a Sudanem w sprawie budowy bazy w Port Sudan. W prezentowanym filmie autor też wspomina o tym, że generał Dagalo pojechał do Moskwy, gdzie prowadził rozmowy na temat utworzenia tej bazy. Na to nie mogły zgodzić się Stany Zjednoczone. I wygląda na to, że to była bezpośrednia przyczyna wybuchu tego konfliktu w tym momencie.

Dlaczego więc ta baza jest taka ważna? Może bardziej chodzi o ropę, niż o cokolwiek innego? Poniższy tekst i zdjęcie pochodzą z Wikipedii.

Gospodarka Sudanu Południowego zależna jest od produkcji ropy naftowej. Kraj produkuje prawie 500 tys. baryłek dziennie, a z eksportu ropy naftowej pochodzi aż 98 proc. jego PKB. Większość ropy trafia na rynek chiński. Obecnie są plany wybudowania rafinerii na terenie państwa, co miałoby umożliwić rozwój gospodarczy i pozwoliło uniezależnić się od przemysłu Sudanu Północnego.

Od momentu uzyskania niepodległości toczą się nieustanne spory z Sudanem, przez który rurociągami ropa naftowa jest transportowana do portu w Port Sudanie. Rządy obu krajów nie mogą porozumieć się w sprawie kosztów tranzytu, do tego stopnia że 29 stycznia 2012 rząd w Dżubie postanowił zatrzymać wydobycie ropy. W tym samym czasie uzgodniono porozumienie z rządem Kenii w sprawie budowy rurociągu do portu Lamu. Według założeń ropociąg ma zostać zbudowany w ciągu 11 miesięcy.

Informacje, które podaje Wikipedia pochodzą sprzed lat. Wygląda jednak na to, że rurociąg do portu Lamu w Kenii nie został zbudowany. Jest więc Sudan miejscem, gdzie ścierają się interesy wielkich mocarstw i w związku z tym interes tego kraju i ludności go zamieszkującej jest w tym wszystkim najmniej ważny, co oznacza, że jeszcze długo nikt nie będzie starał się rozwiązać problemów trapiących ten kraj od ponad stu lat.

Konflikty na tle religijnym i wyznaniowym oraz społeczne, wynikające z odmiennego traktowania różnych grup społecznych, są niezwykle trwałe i głębokie. Ci, którzy je generują, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Posługują się tym narzędziem we wszystkich częściach świata. Niestety, ale postanowili to wykorzystać również w Polsce. Sprowadzenie milionów prawosławnych Ukraińców i uprzywilejowanie ich w stosunku do dotychczasowych obywateli Polski, jest realizowaniem tego sudańskiego scenariusza. Jest przygotowywaniem konfliktu polsko-ukraińskiego, którego rozmiary i skutki są trudne do przewidzenia. Prawdę mówiąc traktowanie krajów tzw. Międzymorza przez Anglosasów nie różni się bardzo od tego, co robią w Afryce.

Przewaga

Kampania wyborcza przybiera na sile i intensywności. Być może wielu ludzi liczy na jakieś zmiany na lepsze, ale zapewne skończy się jak zawsze. Przyczyn tego stanu należy szukać w strukturze polskiego społeczeństwa, która ukształtowała się po powstaniu styczniowym. O tym pisze w swojej książce Ministerstwo spraw obcych, czyli polskie sprawy w cudze ręce (2019) Krzysztof Baliński. To dyplomata i politolog specjalizujący się w problematyce krajów arabskich. Ambasador Polski w Syrii (1991-1994) i Jordanii (1991-1995). Autor książki „MSZ – polski czy antypolski?” Baliński pisze:

Co do elit, to wrócić należy do powstania styczniowego, które drastycznie zmieniło charakter polskiego społeczeństwa i społeczny przekrój narodu. Powstanie spowodowało zmierzch warstwy szlacheckiej do tej pory pełniącej rolę przywódczą i kulturotwórczą. Duża część najbardziej patriotycznej szlachty zginęła lub opuściła kraj (na polach bitew, w więzieniach, na Syberii w katordze, na szubienicach). 40 tysięcy powstańców i ich rodzin zesłano w głąb Rosji. Wielu zmuszono do emigracji. Majątek dużej części szlachty skonfiskowano, jako naród przestaliśmy istnieć. Padły oskarżenia, że za przyspieszeniem powstania stali Żydzi, którym zależało na wyniszczeniu szlachty i przejęciu kierowniczej roli w kraju. Przed powstaniem kierownikiem całego ruchu żydowskiego był Leopold Kronenberg. To on wraz z innymi Żydami w dużym stopniu finansowali powstanie i brali udział w jego cywilnym zarządzie. Ale udziału w powstaniu z bronią w ręku nie brali, wśród zesłanych na Sybir też ich nie było. Dla innych podejrzane wydawało się to, że zaraz po powstaniu, kiedy Polacy byli okrutnie prześladowani, a ich majątki konfiskowane, Kronenberg powrócił bezkarnie do kraju, nie siedział w więzieniu, nie był pociągany do śledztwa, nie odwiedził Syberii i majątek jego nie uległ konfiskacie. Po powstaniu Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa, Żeromski odstępują od idei postępowych, zwracając się ku tradycyjnej formie patriotyzmu. Nawet Aleksander Świętochowski zmienił radykalnie poglądy. Ewolucji przekonań nie tłumaczył, poza jednym tylko aspektem – stosunku do Żydów, o których pisał: „broniłem Żydów przed pięćdziesięciu laty, gdy chcieli być Polakami i dlatego ich dziś nie bronię, gdy chcą być Żydami, wrogami Polaków”. Z pozytywisty stał się zwolennikiem myśli narodowej.

Okres po powstaniu sprzyjał rozwojowi fortun niemieckich, ale przede wszystkim żydowskich: żydowskiego mieszczaństwa, handlu, rzemiosła i żydowskiej inteligencji, która zajęła miejsce poległej w powstaniu lub dogorywającej na Syberii albo pozostającej w kraju, jednak zrujnowanej przez carski terror polskiej szlachty i polskiej inteligencji. Sytuację pogorszył napływ na ziemie polskie mas żydowskich z carskiej Rosji. W miastach Polesia, Białorusi i Galicji dużą część, a nierzadko absolutną większość stanowili Żydzi, a populacja Żydów w Polsce osiągnęła 10 procent, stała się drugą co do liczebności, za to z punktu widzenia ekonomicznego, najsilniejszą i najbardziej wpływową grupą etniczną. Żydzi posiadali w całej Polsce około 75 procent nieruchomości w miastach, 80 procent zakładów przemysłowych, 85 procent w handlu, 90 procent bankowości oraz 90 procent zakładów ubezpieczeniowych. Stąd hasło Narodowej Demokracji „Polski handel w polskich rękach” i „Swój do swojego po swoje”, które podzielali także zwolennicy innych ugrupowań politycznych. Inteligencja żydowska opanowała wolne zawody, adwokaturę, medycynę, prasę, film, teatr. Na uniwersyteckich kierunkach prawniczych Żydzi stanowili ponad 50 procent studentów. Otwierało to perspektywę głęboko niepokojącą – społeczeństwo polskie stać się mogło w swej strukturze dziwolągiem: narodem chłopów i robotników, kierowanym przez inteligencje obcego pochodzenia.

Obawy budzone przez taką perspektywę pogłębiał i zaostrzał fakt nielojalnego i często wręcz wrogiego stosunku mas żydowskich do państwowości polskiej. W tym kontekście nie sposób pominąć rysującego się dzisiaj na horyzoncie kolejnego zagrożenia. Po formalnym odzyskaniu niepodległości w 1989 roku Polacy kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę. Upojeni „upadkiem komunizmu” sądzili, że są to niezbędne koszty transformacji ustrojowej, a nie skutki zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski-Geremek, w myśl której masa upadłościowa została sprawiedliwie podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem zbliżonym etnicznie i biznesowo do Kronenberga. „Jest koszerny interes do zrobienia” – te kultowe już słowa, które padły podczas wizyty Rywina u Michnika mogły posłużyć za motto zyskownego kolejnego zamachu na mienie Polaków – zwrot bezspadkowego mienia pożydowskiego, jako rekompensaty dla „ubogich ofiar Holokaustu”. Szykowany jest rabunek w wykonaniu potężnych mafijnych korporacji, w proceder został wplątany nasz strategiczny sojusznik, a konsekwencją będzie wytworzenie etnicznej, oligarchicznej elity mającej ogromną przewagę materialną nad resztą społeczeństwa.

xxxxxxxx

W tym miejscu wypada się zastanowić nad niektórymi wątkami poruszonymi przez Balińskiego. Dlaczego szlachta wzięła udział w powstaniu? Na co liczyła? Na powstanie państwa polskiego? Zapewne chciała ona tego państwa, bo w nim byłaby warstwą dominującą, tak jak przed rozbiorami. To był podstawowy motyw, a nie żaden tam patriotyzm. Podpuszczona przez Żydów, zaangażowała się czynnie w beznadziejną walkę. Wizja powrotu na dominującą pozycję w państwie i przywileje, jakie się z tym wiązały, przesłoniły zdrowy rozsądek. Skończyło się tak, jak musiało się skończyć – na Syberii. Natomiast na emigrację udawali się zupełnie inni ludzie. W blogu „Polacy w Brazylii” pisałem:

„Początki polskiej emigracji do Brazylii przypadają na I połowę XIX wieku. W tym czasie przybyli tu pierwsi polscy uchodźcy polityczni, uczestnicy powstania listopadowego, a następnie uczestnicy walk Wiosny Ludów i powstania styczniowego. Emigracja tego okresu, chociaż nieliczna, przyczyniła się do umacniania państwowości (Brazylia zdobyła niepodległość w 1822 roku – przyp. W.L.), rozwoju życia gospodarczego i kulturalnego Brazylii.”

Te powstania, nie tylko styczniowe, to był dobry pretekst do uzyskania azylu politycznego w wielu krajach Europy zachodniej i nie tylko. Ci ludzie często zajmowali eksponowane stanowiska w swoich nowych „ojczyznach”, szczególnie w Nowym Świecie. Ale przeważnie to nie byli Polacy tylko Żydzi lub masoni.

W wyniku powstania styczniowego polską elitą stali się Żydzi i taki stan trwa niezmiennie do dziś. Podczas II wojny światowej nastąpiło tylko dobicie resztek tych, którzy jakoś tam uchowali się. Polska rodząca się klasa przemysłowa została zlikwidowana w trakcie rewolucji 1905 roku.

Baliński wspomina o żydowskich roszczeniach, o zwrocie mienia pożydowskiego. W 1996 roku w Buenos Aires obradował Światowy Kongres Żydów, który zaszantażował polskie władze, że jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej. Mija już 27 lat i nadal jest tylko upokarzanie. Żądanie to jest niemożliwe do zrealizowania, przede wszystkim dlatego, że Żydzi dotąd nie sprecyzowali, czego tak naprawdę żądają od państwa polskiego. Bo tak naprawdę, gdyby mieli coś dostać, to musieliby sami sobie odebrać, bo to państwo i większość jego majątku, większość nieruchomości należy do nich. Chodzi więc tylko o szantaż i upokarzanie. Ten argument może być wykorzystany przy likwidacji państwa polskiego, jego podziale, czy połączeniu z częścią Ukrainy.

W dalszej części Baliński pisze:

„W czasie wojny zginęli prości Żydzi i wybitni Polacy. Uratowali się wybitni Żydzi i prości Polacy. Dzisiejsze społeczeństwo w Polsce to żydowska głowa nałożona na polski tułów. Żydzi stanowią inteligencję, a Polacy masy pracujące – tak, uczciwie, diagnozował pewien powojenny żydowski pisarz. – Dlatego antysemityzm, wszelkie odruchy antyżydowskie w Polsce to choroba umysłowa, to buntowanie się ręki i nogi przeciwko własnej głowie. Nie może polska ręka bić żydowskiej głowy” – pouczał, już mniej uczciwie (ten pisarz to Artur Sandauer – przyp. W. L.). Strasznie dużo w tych zdaniach cynizmu i pogardy wobec Polaków, ale czy nie ma też prawdy? W Polsce nie ma polskich elit, bo wymordowali je Niemcy, bolszewickie hordy i rodacy owego pisarza. I chyba najwyższy czas, aby odpruć ten żydowski łeb obcej hydry od polskiego tułowia. Elita rządząca Polską, po wrogim przejęciu państwa w 1944 roku, w umiejętny sposób utrzymuje monopol władzy nad podbitym społeczeństwem, z którym w dodatku się nie identyfikuje. Kolejne kryzysy, przesilenia, przełomy, bunty społeczne – w latach 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, i wreszcie w 1981 r., były przez „żydowską głowę nałożoną na polski tułów” umiejętnie manipulowane i kontrolowane. Zmieniano kilka osób w kierownictwie partii; „nowa” ekipa składała deklaracje, uspokajała nastroje, i… na stanowiska wracała ekipa stara. W 1956 r. odpowiedzialni za komunistyczne zbrodnie ubrali się w piórka demokratów i stanęli na czele rozliczeń zbrodniarzy, robiąc wszystko, by ich ziomkom włos z głowy nie spadł.

xxxxxxxx

Trudno nie zgodzić się z opisem Balińskiego. Państwo polskie, jego struktury i wszelkie instytucje są opanowane przez Żydów. Czy w takiej sytuacji możliwe jest stworzenie jakiegokolwiek ugrupowania, ruchu, partii, które byłyby wolne od żydowskich wpływów? Wydaje się to raczej niemożliwe. Wspomniałem jakiś czas temu o dwóch nowo powstałych ruchach, o Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) i Polskim Ruchu Antywojennym (PRA). Oba zapewne odegrają ważną rolę w zbliżających się wyborach. W przypadku PRA jedną z form dotarcia do wyborców jest marsz, czyli nic nowego na polskiej scenie politycznej. Natomiast w przypadku RDiP mamy do czynienia z zupełnie nowym podejściem. Jesienią roku 2022 zapoczątkowane zostało w nim tworzenie struktur terenowych i kilka dni temu twarz tego Ruchu, Maciej Maciak, oświadczył, że ma już swoich przedstawicieli we wszystkich województwach. Ten dobór uczestników Ruchu odbywał się chyba dosyć starannie. Wprawdzie Maciak zapewnia na swoim kanale, że każdy może przystąpić do Ruchu, ale nie do końca tak jest.

Ja, chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, zadzwoniłem pod numer telefonu widoczny na ekranie. Nikt nie odebrał i zgłosiła się automatyczna sekretarka, ale ja rozłączyłem się. Po czterech godzinach oddzwoniła jakaś pani i zanotowała mój numer telefonu, imię i nazwisko i kod pocztowy gminy. Powiedziała, że ktoś do mnie zadzwoni, by, jak to określiła, przyjąć na platformę. Ale nikt się ze mną nie skontaktował. Wygląda na to, że jednak nie każdy może przystąpić do RDiP. Tak więc „willa z basenem” nie dla mnie. Trudno, jakoś to przeżyję.

Jednak ważniejsze jest coś innego. Maciak niejednokrotnie podkreślał na swoim kanale, że tworzy struktury, że dla niego najważniejsi są ludzie. Jak by na to nie patrzeć, to stosuje się on ściśle do leninowskiej zasady, że najważniejsze są kadry. I w tym wypadku Lenin miał rację. To, co robi Maciak, to jest zupełnie coś nowego na polskiej scenie politycznej. Czasem trafiam na komentarze na temat RDiP i niektórzy nazywają ten Ruch sektą. Sam kiedyś określiłem go jako organizację półtajną. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że rośnie nowa siła polityczna, której na razie nie widać, poza samym Maciakiem, ale w odpowiednim czasie pojawi się i zmieni układ sił na polskiej scenie politycznej.

Czy możliwe jest, by taki Ruch stworzyła jedna osoba i bez pieniędzy? Sam Maciak często podkreśla, że do tego nie potrzeba dużych pieniędzy. Trudno jednak stwierdzić, czy tak jest, skoro Ruch ten jest zamknięty dla ludzi z zewnątrz i nikt z ulicy na spotkanie Ruchu nie wejdzie, bo nawet nie wie, gdzie ono się odbywa. Sama organizacja takiego spotkania to są jakieś koszty, choćby wynajęcie sali, nie mówiąc już o jego obsłudze. W blogu „Handel” pisałem:

„Stworzenie w krótkim czasie, może paru miesięcy, ruchu, który ma swoich przedstawicieli w większości gmin w Polsce wydaje się niemożliwe, bo przeciętny człowiek nie ma takich możliwości, ani tylu znajomych w całym kraju, nawet jeśli latami kierował lokalną telewizją kablową i ma swój kanał w internecie. To jest wielki wysiłek organizacyjny i logistyczny, który wymaga zaangażowania wielu ludzi, poświęcenia wiele czasu i mnóstwa pieniędzy. Ale jeśli zabierze się za to nacja rozproszona i zasymilowana, to jest to do zrobienia szybko i skutecznie. Po raz kolejny pokazuje ona swoją moc.”

Jeśli więc Żydzi tak dominują w polskim społeczeństwie i opanowali wszelkie dziedziny życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, środki masowego przekazu itp., to czy możliwe jest w Polsce stworzenie niezależnej od nich partii politycznej? Moim zdaniem – nie. Ale załóżmy, że uda się stworzyć taką partię, to co dalej? Cóż taka partia mogłaby zrobić w tym żydowskim morzu? Jedyne, co w takiej sytuacji było by realne, co mógłby zrobić przeciętny Kowalski, to niepójście na wybory: zerowa frekwencja wyborcza. Tego Żydzi boją się najbardziej. Totalna absencja wyborcza odebrałaby im argument, że rządzą w imieniu wyborców i reprezentują ich interesy. To by był koniec demokracji i wielki kłopot dla rządzących, bo co dalej? Powrót do monarchii? To jest jednak tylko teoretyczna możliwość, bo oni robią wszystko, by skłócać ludzi, przekupywać pewne wybrane grupy. I w ten sposób jedni chodzą na wybory, bo im coś ktoś dał, a inni, na złość im, głosują na konkurencyjną partię, a jeszcze inni naiwnie wierzą w wyborcze obietnice. I tak to się kręci, od wyborów do wyborów.

Unia brzeska

Unia lubelska, której efektem było połączenie Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim i w konsekwencji powstanie nowego państwa zwanego Rzeczpospolitą, stwarzała więcej problemów niż korzyści, ale chyba o to chodziło tym, którzy doprowadzili do jej powstania. W granicach tego nowego państwa znalazły się ziemie, na których panowało prawosławie. I stąd problem, że zasada Cuius regio, eius religio („czyja władza, tego religia”) nie mogła być zastosowana, a zachodziła obawa, że mogło być odwrotnie: czyja religia, tego władza, co skwapliwie wykorzystywała Katarzyna II.

Sytuacja wyznaniowa w I Rzeczypospolitej w 1573 roku. Na zielono zostały zaznaczone obszary zdominowane przez wyznawców prawosławia; źródło: Wikipedia.

Problem zaczął się wraz rozbiciem dzielnicowym Rusi Kijowskiej i mongolskim najazdem. Wikipedia tak to opisuje:

Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą. W I połowie XIV w. Moskwa stała się siedzibą metropolii. W 1448 Kościół ten jednostronnie ogłosił swoją niezależność od Patriarchatu Konstantynopolitańskiego, zaczął samodzielnie dokonywać wyboru i intronizacji metropolitów moskiewskich, zaś metropolita Jonasz przybrał tytuł metropolity moskiewskiego i całej Rusi. Działo się to zaledwie na 5 lat przed upadkiem Konstantynopola, toteż Moskwa po jego upadku zaczęła uzurpować sobie prawo bycia sukcesorką jego tradycji, określając się jako Trzeci Rzym.

W 1589 metropolita Hiob ogłosił się patriarchą Moskwy i całej Rusi, co zostało potwierdzone przez patriarchę konstantynopolitańskiego. W Rosyjskim Kościele Prawosławnym, zajmuje on piąte miejsce w dyptychu Kościołów prawosławnych, tuż po czterech patriarchatach starożytnych. W ciągu następnych lat wraz z osłabianiem się potęgi domu carskiego patriarchowie (zwłaszcza Hermogen i Filaret) stali się wpływowymi figurami w państwie. Sobór moskiewski w 1620 uznał oficjalnie katolików za niechrześcijan i orzekł, że należy ich chrzcić na nowo.

Na mocy umowy z Konstantynopolem z 1686 r. Kościół prawosławny na terenach dzisiejszej Ukrainy i Białorusi podporządkowany został patriarchatowi w Moskwie. Terytorium metropolii kijowskiej zostało oddane przez Patriarchat Konstantynopolitański pod jurysdykcję kanoniczną patriarchatu moskiewskiego listem synodalnym patriarchatu konstantynopolitańskiego w 1686, wydanym po traktacie Grzymułtowskiego, który to list patriarcha Konstantynopola Bartłomiej anulował 11 października 2018 roku.

Traktat Grzymułtowskiego i poddanie metropolii kijowskiej jurysdykcji kanonicznej patriarchatu moskiewskiego pozwalały Rosji na instrumentalne interwencje Katarzyny II w kwestie wyznaniowe w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej.

xxxxxxxx

Dosyć dobrze jest przedstawiony ten problem na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej w artykule Kościół prawosławny i unia brzeska (https://zpe.gov.pl/b/kosciol-prawoslawny-i-unia-brzeska/PswebXpKQ). Poniżej jego treść:

Cerkiew prawosławna na początku XVI w. przeżywała podobne problemy jak Kościół katolicki. Rażący był niski poziom intelektualny duchowieństwa, brak głębszych zainteresowań religijnych wśród hierarchów, upadek rygorów życia zakonnego. Prawosławie podlegało patriarchatowi Konstantynopola, który tracił na znaczeniu, tymczasem rosła pozycja Moskwy jako ostoi i opiekuna Kościoła wschodniego, zwłaszcza po utworzeniu w 1589 r. patriarchatu moskiewskiego.

W Rzeczypospolitej sytuację tę obserwowano z niepokojem. Obawiano się, że jej prawosławni mieszkańcy podlegać będą duchownemu rezydującemu w kraju, z którym Rzeczpospolita toczyła wojny. Jednocześnie król Zygmunt III Waza pozostawał pod wpływem ks. Piotra Skargi, namawiającego go do zjednoczenia różnych Kościołów w kraju. W XVI w. Rzeczpospolita Obojga Narodów była bowiem państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym. Ale do unii skłaniali się również prawosławni duchowni, dostrzegając konieczność reform. W ten sposób doszło do wydarzenia, które przyczyniło się z jednej strony do powstania nowego Kościoła greckokatolickiego, a z drugiej – nowych napięć religijno narodowościowych w Rzeczypospolitej.

Dążenie do odrodzenia prawosławia

W XVI w. zmieniło się położenie Kościoła prawosławnego. W wyniku ekspansji większość wyznawców prawosławia znalazła się pod panowaniem tureckim, a wierni musieli się skoncentrować na obronie swojej tożsamości. Część z nich zaczęła stopniowo odchodzić od swojej wiary, mimo że nie było to odgórnie narzucone. Przejście na islam przynosiło poprawę warunków życia i umożliwiało zrobienie kariery wojskowej lub dworskiej. Dodatkowym czynnikiem działającym na niekorzyść prawosławia było niewykształcenie się nurtu humanistycznego w tym kręgu kulturowym, co zniechęcało do Cerkwi szlachtę, gdyż ta chciała obracać się w kręgu oddziaływania nowej intelektualnej mody. Braki te piętnowali ludzie świeccy i to właśnie oni stali się orędownikami zmian. Pierwsze miejsce wśród nich zajmował najbogatszy magnat Rzeczypospolitej Konstanty Wasyl Ostrogski, założyciel prawosławnej trójjęzycznej akademii w Ostrogu oraz sieci szkół przycerkiewnych na Wołyniu, a także inicjator pierwszego pełnego przekładu Pisma Świętego na język staro cerkiewno słowiański, który opublikowano w 1581 r. i nazwano Biblią ostrogską. Ważny czynnik odnowy stanowiły również świeckie bractwa religijne, powstające w większych miastach.

W stronę unii

Król Zygmunt III Waza zaczął naciskać na podporządkowanie polskiej Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu. W dzieło reformy włączyli się wkrótce prawosławni biskupi, którzy – aby uwolnić się od nacisku świeckich, a także zabezpieczyć się przed rosnącą potęgą patriarchatu moskiewskiego i cara – gotowi byli zgodzić się na unię z Kościołem katolickim. Jej istotą miało być uznanie prymatu papieża przy jednoczesnym zachowaniu własnego języka nauczania i form kultu. Pomysł ten podjęli biskup krakowski Bernard Maciejowski i jezuici z Piotrem Skargą na czele. W Polsce unię ogłoszono w 1596 r. na synodzie w Brześciu nad Bugiem, od którego zyskała ona miano unii brzeskiej, choć oficjalnie zawarto ją uroczyście w Rzymie w roku poprzednim.

W latach 80-tych XVI wieku zaczyna się ruch w stronę odnowy Cerkwi, ale nie poprzez jakąś reformę wewnętrzną a związanie się z Kościołem katolickim. Następuje powrót do unii florenckiej.

Unia florencka – unia Kościoła katolickiego i prawosławnego ogłoszona bullą Laetentur Caeli (Niech się radują niebiosa) papieża Eugeniusza IV na soborze florenckim 6 lipca 1439 roku. W tym wypadku miało to być podporządkowanie się Cerkwi prawosławnej Kościołowi katolickiemu i uznanie papieża jako zwierzchnika Cerkwi.

Jedną z przyczyn skłaniających do tej unii był kryzys zaufania do patriarchy konstantynopolitańskiego, który był zwierzchnikiem metropolity kijowskiego. Patriarcha przyjechał w latach 80-tych na Ukrainę i bez pytania kogokolwiek o zgodę, choć miał zgodę króla, złożył z urzędu metropolitę i mianował jego następcę, ale nie metropolitę tylko – egzarchę, czyli niższego w hierarchii. Co więcej, wprowadził on poważne zmiany w samej Cerkwi, nadając autonomię tzw. bractwom cerkiewnym. To były stowarzyszenia, w których łączyły się osoby duchowne i świeckie, działając dla dobra miejscowej społeczności. Później zajęły się one działalnością edukacyjną, gospodarczą (budownictwo) itp. Dostając tę autonomię od patriarchy zostali wyłączeni spod zarządu miejscowych władyków (biskupów), co nie podobało się Cerkwi w Rzeczpospolitej.

Drugą przyczyną, która sprawiła, że Cerkiew zaczęła bardzo poważnie rozważać kwestię zawiązania unii z Kościołem katolickim było powołanie w roku 1589 czwartego patriarchatu w Kościele prawosławnym, czyli patriarchatu moskiewskiego. W naturalny sposób patriarchat moskiewski zaczął rościć sobie prawo do zwierzchnictwa nad ludnością prawosławną Rzeczypospolitej. Kijów nie chciał się na to zgodzić. Nie zamierzał poddawać się pod władzę patriarchy uznawanego za rządzącego Kościołem, stojącego na znacznie niższym poziomie prawosławnego rozwoju cywilizacyjnego, niż kwitnąca intelektualnie metropolia kijowska, choć nie w tym czasie, ale o głębokiej, starej tradycji.

Również król Zygmunt III Waza, poza tym, że starał się doprowadzić do przejścia protestantów na katolicyzm, chciał również to samo uczynić z prawosławnymi. On również czuł się zaniepokojony tym, że Moskwa może teraz rościć sobie zwierzchnictwo nad wyznawcami prawosławia na terenie Rzeczypospolitej. Stąd nieformalny sojusz w tym jednym elemencie. Króla niepokoiło również to, że w roku 1595 prawosławni i protestanci zawarli w Rzeczypospolitej sojusz wymierzony przeciwko działaniom króla, postrzeganego już wtedy jako ten, który będzie starał się siłą narzucić katolicyzm protestantom i prawosławnym. Żeby rozbić ten sojusz, król popiera ideę unii pomiędzy dwoma Kościołami. Ona jest również obecna w polityce Rzymu, który w latach 70-tych i 80-tych lansował taką politykę w stosunku do różnych państw, także do Moskwy. W roku 1594 zostaje zawarte wstępne porozumienie pomiędzy Cerkwią prawosławną a Rzymem. Dochodzi do tego w siedzibie papieskiej. Cerkiew zgadza się uznać zwierzchnictwo papieża. Później w roku 1596 synod brzeski formułuje takie warunki ugody i zostaje ona podpisana.

Unia brzeska – połączenie Cerkwi prawosławnej z Kościołem katolickim w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, dokonana w Brześciu Litewskim w 1596 roku. Część duchownych prawosławnych i wyznawców prawosławia uznała papieża za głowę Kościoła prawosławnego i przyjęła dogmaty katolickie.

Unia stała się powodem rozłamu w Cerkwi, jako że bractwa religijne i część duchowieństwa jej nie uznały. Za unią opowiedział się król Zygmunt III Waza i choć nie podjął aktywnych działań w celu zwalczania prawosławia, to jednak do 1609 r. Cerkiew prawosławna działała nielegalnie. Spór załagodził dopiero Władysław IV, zobowiązując się do prowadzenia polityki mającej na celu pogodzenie unitów (katolików obrządku wschodniego) i dyzunitów (prawosławnych). W międzyczasie jednak większość magnaterii i szlachty ruskiej zdążyła już przejść na katolicyzm, na obrońców prawosławia awansowali zaś Kozacy.

xxxxxxxx

Według Wikipedii unia miała na celu podporządkowanie Kościoła prawosławnego jurysdykcji papieskiej na terenach Rzeczypospolitej, przy zachowaniu przez Kościół prawosławny dotychczasowego obrządku. Za unią opowiedziała się większość hierarchii prawosławnej, w tym metropolita kijowski i halicki Michał Rahoza. Przeciwko unii było dwóch biskupów prawosławnych, za unią opowiedziało się sześciu biskupów.

Część wiernych prawosławnych na czele z ruskim kniaziem Konstantym Ostrogskim nie zaakceptowała warunków unii. W tym samym czasie w Brześciu odbył się Sobór przeciwników unii, w którym uczestniczyli przedstawiciele duchowieństwa na czele z biskupem przemyskim Michałem Kopysteńskim i biskupem lwowskim Gedeonem Bałabanem oraz świeccy. Sobór ten potępił akt unii z Kościołem rzymskokatolickim i pozbawił hierarchów, którzy do niej przystąpili, święceń biskupich. Zaogniający się konflikt wkrótce pchnął przeciwników unii do przymierza z Księstwem Moskiewskim.

W 1635 roku dokonał się podział kościoła wschodniego na dwie legalne i równoprawne metropolie kijowskie: unicką i prawosławną – dyzunicką. Metropolia unicka dzieliła się na siedem diecezji, a dyzunicka na sześć diecezji. Taki stan trwał do końca XVII wieku.

Sytuacja wyznaniowa w Rzeczypospolitej w 1750 roku; źródło: Wikipedia.

Jak widać na powyższej mapie unici dominowali na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak po III rozbiorze Rzeczypospolitej sytuacja zaczęła się zmieniać. Mieczysław Kuriański w swojej pracy Unia brzeska (1596): geneza, zawarcie i dalsze losy (http://perspectiva.pl/pdf/p29/07-KURIANSKI.pdf) m. in pisze:

Podporządkowanie formalne Cerkwi prawosławnej w Polsce Patriarchatowi Moskiewskiemu nastąpiło w 1686 r. Bp Józef Siemaszko na synodzie połockim w 1839 roku oddał Kościół unicki w Cesarstwie Rosyjskim w ręce Cerkwi prawosławnej. Wielu unitów przeszło z praktykami religijnymi niejako do podziemia. Zanim w 1875 r. rząd carski przystąpił do likwidacji ostatniej reduty unickiej w diecezji chełmskiej, w obronie wiary oddali życie męczennicy z Drelowa i Pratulina (1874). Ostatecznie w Rosji unia przestała istnieć w 1899 roku. Natomiast Kościół unicki w zaborze austriackim był przeciwstawiany łacińskiemu. W 1774 r. Maria Teresa imputowała mu nazwę Kościół Greckokatolicki. Cerkiew mogła rozwijać się swobodnie. Wreszcie wybiła godzina i w 1918 r. Polska została wskrzeszona. W II Rzeczypospolitej mieszkało około 3,4 mln unitów. Wyznawcy uniccy mieli trzy diecezje podporządkowane metropolii halicko-lwowskiej; dla Łemkowszczyzny utworzono administraturę apostolską.

W podsumowaniu warto postawić pytanie, czy unia brzeska spełniła oczekiwania? Częściowo tak, bo podniosła cywilizacyjnie Cerkiew, jej poziom duchowy i intelektualny. Wreszcie wpisała się w modlitwę Chrystusa, który gorąco prosił Ojca, «aby byli jedno». Dlaczego nie powiodła się w pełni? Tu, oprócz ambicji niektórych hierarchów i możnych, zaważyły przede wszystkim czynniki zewnętrzne: powstanie Patriarchatu Moskiewskiego i jego wywrotowe działanie w państwach ościennych, gdzie mieszkali prawosławni; wreszcie rozbiory Polski i wrogi stosunek władz do unitów w Cesarstwie Rosyjskim. Stali się oni kozłem ofiarnym w rękach cara. Teraz Cerkiew Greckokatolicka w wolnej Polsce rozwija się, buduje swoją tożsamość i ubogaca naszą wspólną historię, jak też Kościół powszechny.

xxxxxxxx

Czy unia brzeska spełniła oczekiwania, pyta Mieczysław Kuriański. To zależy czyje? I czym ona była? Czy rzeczywiście chodziło o powrót prawosławnych na łono Kościoła katolickiego? A może chodziło o zupełnie coś innego? – O podział prawosławia. A jeśli tak, to unia była tylko kontynuacją reformacji. Tak jak w Europie zachodniej jej celem było rozbicie katolicyzmu, tak we wschodniej – rozbicie prawosławia. Tak jak w Europie zachodniej tajne związki doprowadziły do reformacji, tak we wschodniej – tzw. bractwa cerkiewne osłabiały prawosławie. Schemat działania ten sam. A skoro tak, to i sprawcy tych rozłamów ci sami?

Wygląda na to, że unia z Wielkim Księstwem Litewskim miała dwa cele: polityczny i religijny. Nie wiem, który ważniejszy, ale ważniejszy chyba był podział prawosławia. O tym pośrednio może świadczyć fakt, że bezpośrednio przed unią wydzielono z WKL województwo podlaskie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie. I to właśnie te tereny, włączone do Korony, stały się miejscem wojen religijnych, choć nazywano je powstaniami, tak jak powstanie Chmielnickiego. Przyznam, że od kiedy dowiedziałem się, że coś takiego miało miejsce, to zastanawiałem się po co to zrobiono?

„Wskutek najazdu mongolskiego na Ruś Kijowską i zniszczeniem samego Kijowa prawosławie Rusi Kijowskiej rozdzieliło się na trzy ośrodki: halicki, litewski i we Włodzimierzu nad Klaźmą, przy czym wszystkie te ośrodki uważały się za kontynuatora metropolii kijowskiej. W 1299 metropolita Maksym przeniósł swoją siedzibę do Włodzimierza nad Klaźmą.”

Wikipedia tak go charakteryzuje:

Był z pochodzenia Grekiem. Został metropolitą kijowskim w 1283. Do objęcia tego urzędu był typowany jeszcze za życia swojego poprzednika Cyryla. Sprawowanie obowiązków metropolity rozpoczął od wyjazdu do Złotej Ordy. Następnie zwołał w Kijowie sobór biskupów ruskich (treść jego obrad i decyzji jest nieznana). W 1285 udawał się z wizytami na Wołyń, do Nowogrodu, Halicza, Pskowa i Włodzimierza. Tam też w 1299 przeniósł na stałe siedzibę metropolitów kijowskich (we Włodzimierzu czasowo rezydował już Cyryl II). Przeniósł biskupa włodzimierskiego Szymona do eparchii rostowskiej i sam objął obowiązki hierarchy włodzimierskiego. W 1300 udał się do Nowogrodu Wielkiego, zaś w 1301 wyjeżdżał do Konstantynopola w celu udziału w soborze biskupów. Zdaniem D. Ostrowskiego Maksym opuścił Kijów, gdyż pragnął rezydować w tym samym mieście, co wielki książę, nominalny władca całej Rusi (tak, jak patriarcha Konstantynopola przebywał w miejscu zamieszkania cesarza). B. Gudziak podkreśla, że Włodzimierz nad Klaźmą był zagrożony najazdami tatarskimi w co najmniej tym samym stopniu, co Kijów.

xxxxxxxx

Z tego fragmentu można wywnioskować, że to nie Moskwa rościła sobie prawo do przywództwa duchowego na całym prawosławiem, tylko Kijów przeniósł się do Moskwy, bo ta rosła w siłę i miała potencjał do „zebrania wszystkich ziem ruskich”.

Chińskie przysłowie mówi, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Jeśli za taki rysunek uznać powyższą mapę, to ona jest więcej warta, niż wiele prac poświęconych unii brzeskiej. Na niej widać, że unia objęła również tereny Litwy, w skład której wchodziła obecna Białoruś, ale tu był spokój. Dlaczego na terenach przyłączonych do Korony nastąpił podział prawosławia, a na Litwie – nie? Czy chodziło o to, by wywołać konflikt nie tylko religijny, ale również narodowy? Gdyby powstania wybuchały także na Litwie, to musiałyby być skierowane przeciwko Litwinom. Zdaniem Janusza Tazbira, polskiego historyka, następstwem zawarcia unii brzeskiej był wzrost niechęci wiernych prawosławnych do Polski i polskości. Ta niechęć często przeradzała się w nienawiść i tak to trwa do dziś. Miliony prawosławnych przesiedleńców, którzy pewnie za jakiś czas staną się polskimi obywatelami, nie wróży dobrze na przyszłość. Jednak to nie Polacy są temu winni, bo to nie oni podejmowali decyzję o utworzeniu unii politycznej i religijnej.

Prawosławie, tak samo jak katolicyzm i protestantyzm podlegało i podlega wpływom żydowskim. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Sekta judaizująca rozszerzyła się w kościele prawosławnym. Sekciarze na swych sekretnych zebraniach znieważali przedmioty kultu religijnego, ikony i krzyże, i dopuszczali się aktów świętokradztwa. Obaj na początku wtajemniczeni księża, Alexis i Denis, zdołali się dostać w bezpośrednie pobliże wielkiego księcia Iwana III, który zabrał ich z Nowogrodu do Moskwy i mianował arcybiskupami. Obaj arcybiskupi zajęli się tajemnie rozkrzewianiem judaizującej sekty wśród duchowieństwa i na dworze wielkoksiążęcym. Udało im się nawet wciągnąć do spisku Helenę, synową Iwana III, matkę następcy tronu i wiele innych wpływowych osób. Wsparty o tak potężnych popleczników Alexis został metropolitą prawosławnym; żydzi, sprawcy tego niesłychanego zamachu, ulotnili się z Rosji.

Dopiero w roku 1487, po trzynastoletnim istnieniu, sekta judaizantów została odkryta przypadkowo, lecz metropolita Alexis dopiero w 1503 roku zmuszony został do ustąpienia. W roku 1504 sobór potępił sektę i sekciarze jeszcze głębiej weszli pod ziemię. Za Iwana Groźnego ujawnili się znowu i w roku 1553 spadły na nich represje. Odtąd sekta ta przeniosła się na Litwę i pod kierunkiem Teodora Kossoja rozszerzyła się wśród prawosławnych tak dalece, że mnich prawosławny Zenobiusz Oleński w dziele naówczas przeciw niej skierowanym tak pisze: „Diabeł skorumpował wschód za pomocą Bahometa (Mahometa), zachód za pomocą Niemca Marcina Lutra, zaś Litwę za pomocą Kossoja”.

xxxxxxxx

Może właśnie dlatego na Litwie nie działo się tak, jak na Ukrainie. Wszędzie ci sami manipulują przy religiach i wyznaniach. Jest to najbardziej niezawodny sposób skłócania narodów. W 1899 roku unia przestała istnieć w Rosji, natomiast w katolickiej Austrii wręcz kwitła. Maria Teresa nazwała ją Kościołem Grekokatolickim. Wraz z powstaniem II RP Austrię uwolniono od niego, a podrzucono to kukułcze jajo państwu, które powstało tylko po to, by tworzyć problemy. I dzisiaj to kukułcze jajo jest jak znalazł.

19 kwietnia

Dziś przypada 80-ta rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Warto więc poświęcić mu trochę uwagi, zwłaszcza że wiedza o nim wśród Polaków jest, jak sądzę, nader skromna. Na Interii, a pewnie nie tylko na niej, pojawił się artykuł o tym powstaniu: Dziś rocznica powstania w getcie warszawskim. Jak do niego doszło? (https://wydarzenia.interia.pl/historia/news-dzis-rocznica-powstania-w-getcie-warszawskim-jak-do-niego-do,nId,6722699). Poniżej jego treść:

Dziś przypada 80. rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Zdarzenie zapisało się na kartach historii Warszawy jako jeden z najbardziej bohaterskich przejawów oporu wobec niemieckiego okupanta podczas II wojny światowej. Kiedy wybuchło powstanie i dlaczego do niego doszło?

Powstanie w getcie warszawskim – czym było i dlaczego do niego doszło?

W trakcie niemieckiej okupacji Warszawy podczas II wojny światowej na terenie miasta powstało getto. Zamknięty obszar został utworzony 2 października 1940 roku. Zgodnie z ustaleniem władz Generalnego Gubernatorstwa, do getta ściągnięto Żydów z całej Warszawy. Pozostałe osoby zamieszkujące tereny znajdujące się w granicach dzielnicy żydowskiej przesiedlono do innych miejsc. Szacuje się, że w momencie największego przeludnienia w 1941 roku getto warszawskie zamieszkiwało około 450 tysięcy Żydów.

Żydzi zamieszkujący Warszawę doświadczali ciągłego terroru ze strony okupantów. Prześladowanie polegało między innymi na wykorzystywaniu mężczyzn i kobiet do niewolniczej pracy, biciu, torturach i wywożeniu do obozów zagłady. Ponadto dochodziło do zamykania żydowskich przedsiębiorstw, ograniczeń w zakresie posiadania gotówki oraz niszczenia synagog.

W lipcu 1942 roku, w ramach akcji “Reinhard” mającej na celu zagładę narodu żydowskiego, zaczęto wywozić mieszkańców osiedla do obozu w Treblince. Masowe wysiedlenia sprawiły, że na terenie getta pozostało około 60 tysięcy Żydów. Po decyzji Heinricha Himmlera dotyczącej likwidacji warszawskiej dzielnicy żydowskiej, na jej terenie wybuchło powstanie. Zbrojne wystąpienie przeciwko okupantowi rozpoczęło się 19 kwietnia 1943 roku.

Jaki przebieg miało powstanie w getcie warszawskim?

Powstanie w getcie warszawskim miało stanowić odwet za terror i ludobójstwo, którego dopuścili się okupanci. Na terenie dzielnicy działały organizacje takie jak Żydowski Związek Wojskowy czy Żydowska Organizacja Bojowa. Po stronie mieszkańców getta walczyło około 1500 bojowników. Dowódcą powstania był Polak pochodzenia żydowskiego – Mordechaj Anielewicz.

W początkowej fazie walk zaskoczeni okupanci ponosili straty. Powstańcy atakowali niemieckich żołnierzy za pomocą butelek z benzyną, granatów i broni, którą przemycano na teren getta od listopada 1942 roku. Walki były zaciekłe, bojownicy żydowscy często musieli stawiać czoła nie tylko oddziałom piechoty, ale również czołgom i pojazdom opancerzonym. Dowódcą żołnierzy okupanta tłumiących powstanie w getcie był Jürgen Stroop. Po 3 dniach intensywność walk spadła, a bojownicy zaczęli ukrywać się na terenie osiedla.

Armia Krajowa zorganizowała zbrojną operację pod kryptonimem Akcja Getto. W jej ramach usiłowano pomóc powstańcom poprzez próbę wysadzenia muru oddzielającego dzielnicę od reszty miasta. To się jednak nie udało.

Powstanie w getcie warszawskim trwało do 16 maja 1943 roku. W jego trakcie zginęło lub zostało schwytanych około 50 tysięcy powstańców i ludności cywilnej. Osoby pojmane przez okupantów zostały zabite lub trafiły do obozów zagłady. Niektórym powstańcom udało się ewakuować kanałami. Po upadku powstania w getcie warszawskim wysadzono Wielką Synagogę przy placu Tłomackie 7. Jürgen Stroop ogłosił, że żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć. 

Obchody 80. rocznicy powstania w getcie warszawskim

W tym roku 19 kwietnia przypada 80. rocznica powstania w getcie warszawskim. Z tego powodu organizowane są obchody mające na celu uczczenie pamięci poległych ludzi. Warto wspomnieć o akcji Żonkile. Organizatorzy przygotowali 450 tysięcy papierowych kwiatów. Będą one rozdawane w polskich miastach. Ich liczba nie jest przypadkowa – symbolizuje bowiem liczbę osób, które zamieszkiwały getto warszawskie w trakcie największego przeludnienia. Papierowe żonkile upamiętnią społeczność żydowską biorącą udział w powstaniu.

Obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim będą również uwzględniać różnego rodzaju wydarzenia, między innymi koncerty, otwarcie wystaw muzealnych czy sadzenie Drzewa Pamięci. W obchodach upamiętniających powstanie wezmą udział prezydent Izraela Isaac Herzog, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oraz prezydent Andrzej Duda.

xxxxxxxx

Tyle Interia. A jak to było naprawdę? Jedynie prawda jest ciekawa, jak mawiał Józef Mackiewicz. A skoro tak, to dlaczego tak wielu stara się ją ukryć? Pewnie dlatego, że jest niewygodna, prawie dla wszystkich.

Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce (2018) poświęcił też trochę uwagi tym wydarzeniom. Tekst zapisany kursywą jest cytatem: Ewa Kurek – Poza granicami solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1944 (2008). Miszalski pisze:

Historycy żydowscy próbują na ogół przedstawić relacje niemiecko-żydowskie na terenie okupowanej Polski w latach całej wojny jako jednolite: jako relacje wzajemnej wrogości. Ukrywają w ten sposób kolaborację Żydów z Niemcami w latach 1939-1942, przed niemiecką decyzją powziętą w Wannsee o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”.

Tymczasem te wzajemne stosunki niemiecko-żydowskie były początkowo bardzo dwuznaczne. O ile Niemcy fizycznie niszczyli od początku wojny polskie elity polityczne, intelektualne, polską kadrę urzędniczą i oczywiście polskie siły wojskowe i policyjne (tzw. granatowa policja nie była pod żadnym względem podległa władzom polskiego Państwa Podziemnego), a Polacy na miarę swych możliwości, starali się odpowiadać tym samym okupantowi – Żydzi podjęli zaoferowaną im w początkach wojny przez Niemców współpracę.

Tuż po niemieckiej agresji w 1939 roku, już w drugiej połowie października, ustały wszelkie kontakty Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie (najliczniejszej w Europie!…) z polskimi władzami. Nie tylko warszawska gmina wyznaniowa żydowska, ale wszystkie niemal inne gminy żydowskie uznały, że sprawa polska nie jest sprawą żydowską i z niemieckim okupantem Polski trzeba się teraz porozumieć osobno. Tym samym władze tych gmin wyrzekły się obowiązku polskiego: walki z okupantem państwa polskiego. Żydowskie gminy wyznaniowe nie nawiązywały więc kontaktów z polskimi władzami podziemnymi celem wspólnej walki z okupantem.

W Polsce Żydzi zwierzyli Niemcom i uznali, że czwarty rozbiór Polski, czyli dokonany we wrześniu 1939 roku podział jej terytorium między Niemców i Sowietów, jest najlepszym momentem dla realizacji idei budowy na polskich ziemiach żydowskich autonomicznych prowincji. (…) Uważna lektura najpoważniejszych żydowskich źródeł powstałych w latach 1939-1942, zwłaszcza pisany niemal w całości po polsku „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego”, przetłumaczona z jidysz na polski „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma oraz „Kronika getta łódzkiego” – nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że powstałe w pierwszych dwóch latach drugiej wojny światowej żydowskie prowincje autonomiczne, zwane dotychczas w języku potocznym i naukowym gettami – z całą pewnością autonomie w Łodzi i Warszawie – były wynikiem realizacji nie tylko niemieckich planów represji wobec ludności żydowskiej, jak dotychczas powszechnie uważano, ale przede wszystkim skutkiem wcielonej w życie przez polskich Żydów pod niemiecką kuratelą żydowskiej idei (powstałej i zaprezentowanej Polakom w Sejmie ustawodawczym w roku 1920) żydowskich autonomicznych prowincji jako formy żydowskiej państwowości.

Żadna propaganda żydowska dzisiaj nie zmieni faktu, że do 1942 roku Żydzi w Polsce – poza nielicznymi wyjątkami – nie chcieli walczyć z niemieckim okupantem, lecz chcieli się z nim porozumieć.

Różnica między władzami żydowskich gmin wyznaniowych, które od wieków sprawowały rząd dusz nad wspólnotami żydowskimi w Polsce, a powołanymi jesienią 1939 roku na mocy niemiecko-żydowskiego porozumienia Judenratami była taka, że przedwojenne żydowskie władze były wybierane przez żydowskie społeczności i zajmowały się głównie sprawami związanymi z kultem i rytuałem religijnym (opieką społeczną, szkolnictwem podstawowym, religijnym, religijnym sądownictwem etc.) – zaś Judenraty zostały powołane przez niemieckiego okupanta spośród Żydów deklarujących wolę wszechstronnej współpracy z Niemcami, a zakres przyznanej Żydom przez Niemców władzy daleko odbiegał od tradycyjnych kompetencji przedwojennych gmin żydowskich i w miarę upływu czasu rozszerzał się (…). Sieć Judenratów w pierwszych miesiącach wojny pokryła wszystkie ziemie polskie pod okupacją niemiecką (…). Judenraty pełniły w życiu polskich Żydów niezwykle ważną, podwójną rolę: dla Niemców były swego rodzaju władzą wykonawczą, przedłużeniem niemieckiej władzy do getta i „żydowskim żandarmem” pilnującym wypełniania niemieckich rozporządzeń; dla Żydów były jedyną władzą, w której rękach skupione były wszystkie dziedziny żydowskiego życia.

Jesienią 1940 roku toczyły się najbardziej intensywne niemiecko-żydowskie rozmowy o ostatecznym kształcie i formie żydowskiej autonomii terytorialnej w Warszawie, w rozmowach tych uczestniczyli także przywódcy żydowskich autonomii z innych miast (…). W maju 1941 roku postanowiono, że Judenraty będą żydowskimi władzami samorządowymi, a każdy przewodniczący Judenratów (tzw. Obmann) będzie burmistrzem gminy. (…) Oznaczało to, że Judenratom przywrócona została zbliżona do tradycyjnej samorządowa funkcja przedwojennych zarządów gmin żydowskich, a żydowscy burmistrzowie stali się urzędnikami państwowymi państwa niemieckiego, reprezentującymi wobec poszczególnych gmin władze państwa niemieckiego.

Nie była to walka z okupantem: była to kolaboracja. Zanim Niemcy przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” – Żydzi w Polsce kolaborowali z hitlerowcami.

Henryk Makower w „Pamiętniku z getta warszawskiego” zapisał: Mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo Niemcy dali nam duże i ładne getto w śródmieściu.

Podobnie jak w wypadku wielu innych kwestii, posługując się zespołem utartych stereotypów, historycy zagłady przyjmują za oczywisty pewnik fakt, że getta były tylko wynikiem eksterminacyjnej polityki Niemców względem narodu żydowskiego; że zbudowano je bez udziału Żydów i wbrew ich woli. Tymczasem (…) zarówno w procesie wytyczania granic żydowskiej autonomii, czyli gett, jak i w procesie okalania ich murem lub drutem kolczastym czynnie uczestniczyły żydowskie władze autonomiczne. Toteż Adam Czerniaków zapisał w swym dzienniku w roku 1940: Mury są po to, aby bronić Żydów przed ekscesami – oraz dodawał nawet, że planuje się „opracowanie obrony obszaru getta”. Obrony przed… Polakami! Żydzi nie wiedzieli jeszcze wtedy nic o podjętym przecież dopiero w 1942 roku „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” przez Niemców…

Więc te mury miały ich bronić przed Polakami.

Chociaż byli polskimi obywatelami, Żydzi w swej masie nie identyfikowali się nadal z państwem polskim.

Jak daleko szedł ten brak identyfikacji? Tak daleko, że stawał się otwartą i powszechną wrogością wobec państwa polskiego i Polaków. W drugim roku okupacji i istnienia Judenratów, w 1941 roku w piśmie „Neged Hazerem” wydawanym w warszawskim getcie przez Haszomer Hacair („młodzieżówkę” partii Poalej Syjon) czytamy: Pakt sowiecko-niemiecki z sierpnia 1939 roku był posunięciem mądrym i uzasadnionym (Marek Jan Chodakiewicz – „Żydzi i Polacy 1918-1955. Współistnienie – zagłada – komunizm”.). Na czele tej młodzieżówki stał Mordechaj Anielewicz, wkrótce dowódca Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim. Jakie więc pretensje i o co mogli zgłaszać do Polaków bojownicy tej organizacji, jeśli akceptowali pakt Ribbentrop-Mołotow, uznając go za „mądry i uzasadniony”? Czego się spodziewali od Polaków: pomocy dla siebie jako zdrajców Polski?

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński w książce Ministerstwo spraw obcych (2019) pisze:

Wystarczą tylko źródła sporządzone przez Żydów, bo głos zamordowanych jest najbardziej wiarygodny i najważniejszy, a poza tym Otwarta Rzeczpospolita doniesienia do prokuratury na Żydów nie złoży. Na szczęście, zamordowani sporządzili przed śmiercią świadectwo nie tylko tego, kto mordował, ale także tego, że największymi wspólnikami Niemców w dziele wymordowania Narodu żydowskiego byli sami Żydzi. Przydatna będzie wydana w 1965 r. Kronika getta łódzkiego, z przedmową żydowskiego profesora Lucjana Dobroszyckiego. To autentyczne zapiski o tym, co działo się w getcie w Łodzi, do którego Polacy nie mieli wstępu. Źródło szczególnie niebezpieczne dla głoszonej od lat żydowskiej narracji, przeczące wszelkim oskarżeniom Polaków o współudział w zagładzie to Kronika getta warszawskiego Emanuela Ringelbluma.

Umschlagplatz. Szmerling (Żyd, komendant Umschlagplatz) – oprawca z biczem. Zbrodniczy olbrzym Szmerling z pejczem w ręku. Pozyskał łaskę (Niemców). Wierny wykonawca ich zarządzeń. […] Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swoich braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi – przeważnie inteligenci, byli adwokatami (większość oficerów policji żydowskiej była przed wojną adwokatami) – sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach kobiety i dzieci, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź […]

– zapisał Ringelblum. Zanotował też: „Pierwsze strzały w getcie w Warszawie padły od Żydów do Żydów jako kara za szpiegostwo i współpracę z Niemcami”. Mordechaj Anielewicz, dowódca „powstania”, został zdradzony przez swoich współbraci. W czasie wojny nie odnotowano przypadku Polaka, który ubrał mundur niemieckiego Gestapo (nawet Hans Kloss w takim nie paradował – przyp. W. L.). Tymczasem po getcie warszawskim krążyli Żydzi ubrani w takie mundury. W polskich archiwach zachowały się ich zdjęcia. Może warto pokazać je światu. Przy alei Solidarności w Warszawie naprzeciw kościoła pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny nadal stoi budynek, w którym w czasie II wojny światowej mieściła się siedziba żydowskiego Gestapo, pod adresem Leszno nr 13. A może właśnie ten budynek przeznaczyć na muzeum Getta?

Gdy mówią, że Polacy dla Żydów zrobili za mało, że uratowali zbyt mało, może postawić pytanie: dlaczego Żydzi nie buntowali się i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy było to łatwe? Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki? Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych żydowskich mężczyzn albo dokonywało ich egzekucji. Niech dowodem będzie relacja Całka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: „Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał”.

xxxxxxxx

Hannah Arendt w 1963 roku w swojej książce „Eichmann w Jerozolimie” twierdziła, że gdyby nie Judenraty, to Żydów zginęłoby znacznie mniej. Bez nich ich rejestracja i koncentracja w gettach a potem wywózka do obozów zagłady nie byłaby możliwa, a przynajmniej nie na taką skalę. Pisała też, że w zakresie kooperacji z Niemcami nie było różnicy pomiędzy ściśle zasymilowanymi żydowskimi społecznościami Centralnej i Zachodniej Europy a mówiącymi jidysz masami Wschodu. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, cieszący się zaufaniem żydowscy urzędnicy tworzyli wykazy ludności i ich mienia.

(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)” – Baruch Milch, Testament, 1943 -1944. Cytat z Wikipedii.

xxxxxxxx

Krzysztof Baliński pyta:

Dlaczego tak dużo Żydów przyjęło rolę kata własnego narodu? Dlaczego Żydzi walczyli i umierali za Hitlera, mimo iż mordował ich ziomków? Dlaczego żydowscy kaci nie zostali ukarani, a w 1950 r. Kneset zwolnił ich od odpowiedzialności karnej za popełnione zbrodnie, sankcjonując religijną tradycję żydowską, zgodnie z którą Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że Żyd nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. W Izraelu stosują zatem dwa różne kryteria moralności – z góry rozgrzeszają i usprawiedliwiają zachowania Żydów za szeroką kolaborację i współpracę z Niemcami, traktując jednocześnie podobne zachowania Polaków jako naganne i godne potępienia. (…) Uratowani z Holokaustu uznani zostali za ludzi drugiej kategorii niegodnych miana prawdziwego Izraelity i otoczeni powszechną pogardą. (…) Ocalonymi pogardzano aż do 1961 r., kiedy to posłużyli Ben-Gurionowi w negocjacjach z Adenauerem, od którego wytargował 5 niemieckich marek za każdy dzień pobytu Żyda w Auschwitz (także takiego, który nie był więziony, ale miał zakaz przemieszczania się).

xxxxxxxx

Wszystko wskazuje na to, że decyzję podjęto znacznie wcześniej niż na konferencji w Wannsee w styczniu 1942 roku. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisał:

„Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie male przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.”

Rolicki prawdopodobnie sądził, że ten problem może doprowadzić żydostwo do wielkiego kryzysu i pewnie dlatego tak zatytułował swoją książkę, ale zmierzch nie nastąpił. Znaleziono rozwiązanie. Przeprowadzenie tak skomplikowanej pod względem logistycznym operacji wymagało przygotowania. Tak naprawdę te getta, które powstały w okupowanej Polsce, były obozami koncentracyjnymi, do których zapędzono żydowską biedotę. I temu służyło odgradzanie się murem i drutem kolczastym, by nikt nie uciekł, a nie dlatego, że obawiano się Polaków. W momencie, gdy większość tej biedoty znalazła się w obozie, operacja stawała się możliwa do zrealizowania. O tym wspomniała Hannah Arendt.

Jeśli zaś chodzi o bierność ludności żydowskiej w obliczu śmierci i brak jakichkolwiek prób ratowania życia, to trzeba pamiętać, że ta społeczność w swojej masie posługiwała się językiem jidysz i nie znała języka polskiego i nie kontaktowała się z ludnością miejscową, więc nie miała gdzie uciekać, ani nie miała kogo prosić o pomoc. Z tego też względu los II RP był jej zupełnie obojętny.

Tak to wyglądało i chyba wypadało, by w ten dzień o tym wszystkim sobie przypomnieć.

Powtórka

Wygląda na to, że świat powoli jest przygotowywany na likwidację Polski jako państwa funkcjonującego w tym kształcie terytorialnym. W dniu 14 kwietnia ukazał się na stronie wprost.pl artykuł „Jakiś idiota Mateusz Morawiecki” Miedwiediew znów uderza w polski rząd (https://www.wprost.pl/swiat/11179141/jakis-idiota-mateusz-morawiecki-miedwiediew-znow-uderza-w-polski-rzad.html). Poniżej jego fragment:

Dmitrij Miedwiediew w ostatnich miesiącach objawił się jako jeden z najbardziej agresywnych wobec polski i Europy rosyjskich polityków. W piątek opublikował na Twitterze obraźliwy wpis, w którym zaatakował personalnie Mateusza Morawieckiego.

Tym razem Miedwiediew skierował swoją agresję konkretnie w kierunku polskiego premiera. Zamieszczonym na Twitterze wpisie zasugerował również, że w przypadku wojny między NATO a Rosją Polska zniknie z powierzchni ziemi. Trudno mówić tu o jakiejkolwiek dyplomacji.

„Idiota” i „niedorozwinięty premier”

„Jakiś idiota Mateusz Morawiecki powiedział, że Ukraina ma prawo uderzenia na Rosję i nie martwi się o wojnę pomiędzy Rosją a NATO, ponieważ Rosja szybko tę wojnę przegra. Nie wiem, kto wygra lub przegra taką wojnę, ale biorąc pod uwagę rolę Polski jako placówki NATO w Europie, kraj ten na pewno zniknie wraz ze swoim niedorozwiniętym premierem” – w takich słowach były prezydent Rosji odniósł się do działań Morawieckiego.

Miedwiediew skomentował w ten sposób wypowiedź Mateusza Morawieckiego, który stwierdził, że Kreml jest świadom, że wojna z NATO zakończyłaby się klęską Rosji. Szef polskiego rządu w wywiadzie dla BBC powiedział również, że Ukraina ma prawo do prowadzenia działań wojennych na terytoriom agresora i nie będzie to pogwałceniem obowiązujących umów międzynarodowych.

xxxxxxxx

Nie wiem, czy to „wobec polski i Europy”, to był świadomy zamiar z tym małym „p”, czy niedopatrzenie, ale skoro po trzech dniach nadal nie zmieniono na „P”, to może był to jednak świadomy zamiar. Druga uwaga to to, że Miedwiediew nie powiedział, że Polska zniknie z powierzchni ziemi w przypadku wojny pomiędzy NATO a Rosją, tylko powiedział, że biorąc pod uwagę rolę Polski jako placówki NATO w Europie, kraj ten na pewno zniknie wraz ze swoim niedorozwiniętym premierem. To duża różnica, bo to raczej oznacza, że Polska jako państwo w tym kształcie terytorialnym przestanie istnieć, a skoro tak, to znaczy to też, że i premier takiego państwa zniknie. Pewnie wyjedzie za granicę. Tym razem chyba już nie drogą okrężną, przez Zaleszczyki, tylko najkrótszą drogą.

Miedwiediew powiedział, że nie wie, kto wygra lub przegra tę wojnę, ale wie na pewno, że Polska zniknie. To bardzo wyraźny sygnał, że zmiany terytorialne w tej części Europy nastąpią. Jeśli doda się do tego wypowiedzi niektórych „polskich” polityków, że powinno powstać wspólne państwo polsko-ukraińskie, a niektórzy dołączają do niego Białoruś, to wydaje się, że sprawy idą właśnie w tym kierunku.

To nie pierwszy raz, gdy wokół państwa zwanego Polską, stwarza się niekorzystną dla niego atmosferę, do czego walnie przyczyniają się też jego władze m.in. w osobie jego premiera. Wszystko to dzieje się w sposób świadomy i zaplanowany. Trochę to przypomina sytuację przedrozbiorową I RP.

„Najokropniejszy rząd o jakimkolwiek historia wzmiankowała. To starożytny rząd feudalny w całej swojej ohydzie”. Autorem tej druzgocącej opinii na temat ustroju Rzeczypospolitej był najbardziej znany w Europie filozof i pisarz epoki oświecenia François-Marie Arouet, czyli Wolter (1694–1778).

Norman Davies w książce Boże igrzysko (1999) pisał:

Fryderyk II, król pruski, protestant i jeden z najbardziej wścibskich sąsiadów Polski, pisał chełpliwie: „spożyjemy (…) jedną hostię – Polskę, i jeżeli nie zbawi to naszych dusz, to na pewno będzie z wielką korzyścią dla naszych państw” (cytat z W. Konopczyński, Fryderyk Wielki a Polska – przyp. W.L.) Voltaitre wymyślił swój słynny bon mot: „Jeden Polak – sam urok, dwóch Polaków – awantura, trzech Polaków – o, to już Sprawa Polska”. Ich publiczność chichotała elegancko, wierząc, że Polska w ten czy inny sposób zasłużyła na swój los. Kanclerz rosyjski, Michał Woroncow, powiedział w 1763 roku, że Polska jest bezustannie pogrążona w chaosie i że dopóki zachowa swój obecny ustrój, nie będzie zasługiwała na to, aby ją uznać za jedno z mocarstw Europy.

Rzeczpospolita była faktycznie państwem trzech narodów, bo posłowie i senatorowie polscy, litewscy i rusińscy zasiadali w jej sejmie i senacie. Trudno sobie wyobrazić, by Wolter o tym nie wiedział. Stąd tych trzech „Polaków”, to Polak, Litwin i Rusin. Ale wszystkiemu, według niego, byli winni Polacy. I dziś jest tak samo. Ukraiński rząd, udający polski, dąży do wciągnięcia Polski do wojny na Ukrainie. I później cała Europa powie: wszystkiemu winni Polacy, bo to oni drażnili Rosję i eskalowali ten konflikt.

Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że przypinana Polsce etykietka „Rzeczypospolitej Anarchii” nie była z gruntu bezzasadna. Przez blisko 50 lat, licząc od sejmu z 1717 roku, politycy byli zupełnie bezsilni w kwestii naprawy wielu z jej poważnych dolegliwości. Państwo wciąż jeszcze było Rzeczpospolitą dwojga narodów, gdzie ścieranie się sprzecznych interesów obu części składowych – Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego – skutecznie utrudniało próby reform. Monarchia była nadal monarchą elekcyjną – zabawką w rękach międzynarodowej dyplomacji. Działalność sejmu nadal paraliżowało liberum veto. Konstytucja nadal dopuszczała zawiązywanie konfederacji.

Ciekawe jest to, że na temat wad ustroju Rzeczpospolitej napisano tomy, a ja nigdzie nie natknąłem się na informację, kto go wymyślił. Powstało nowe państwo, z nowym ustrojem i wszyscy udają, że tego nie widzą, bo gdyby widzieli, to musieliby napisać coś o twórcach tego ustroju i ich motywach. Jeśli więc nie wiadomo, kto tego dokonał, to wiadomo kto. Król Zygmunt August usilnie dążył do tej unii. To syn królowej Bony, która przywlokła ze sobą na dwór królewski wielu członków tajnych organizacji i Żydów. Takie więc było toczenie króla, w którym on się wychowywał i który sfinalizował powstanie unii polsko-litewskiej. A jeszcze przed samą unią wyszły z kancelarii królewskiej zarządzenia o wyłączeniu z Wielkiego Księstwa Litewskiego i przyłączeniu do Korony województwa podlaskiego, Wołynia, Kijowszczyzny i województwa bracławskiego. Efekt był taki, że powstało nowe państwo o ustroju, który rozłożyłby na łopatki każde inne państwo, nawet jednonarodowe. Ale oczywiście według tych wszystkich historyków winni byli Polacy i ich skłonność do anarchii. Nie Litwini, nie Rusini tylko Polacy. To, że ktoś stworzył nowemu państwu ustrój z założenia anarchistyczny i wtłoczył w nie trzy narody na równych prawach, ale o sprzecznych interesach i różnych wyznaniach, oznaczało, że jakiekolwiek wspólne działanie było z założenia wykluczone.

Przez blisko 50 lat Rzeczpospolitą traktowano jak rosyjski protektorat i rządzono w niej metodami, które w życiu cywilnym uznano by za normalne gangsterstwo. Dopóki rosyjscy gangsterzy dostawali swoją dolę, a polscy naiwniacy i frajerzy przyjmowali ich opiekę, panował spokój. Ale gdy tylko podopieczni próbowali zrzucić sobie z karku niepożądanych opiekunów, nieuchronnie zaczynały się kłopoty.

Dziś III RP jest amerykańskim protektoratem i jest rządzona takimi samymi gangsterskimi metodami, jak za rosyjskiego protektoratu.

Nie tylko Rosja, ale także Szwecja, Prusy, Francja i Austria używały Polski jako pola bitwy, na którym można było tanim kosztem rozwiązywać własne spory. Mówiąc po prostu, słabość Polski znakomicie odpowiada celom jej sąsiadów. Według ówczesnego frazesu, Polska była „karczmą Europy”. Co więcej, gdy tylko Polacy próbowali podjąć jakiekolwiek kroki w kierunku zaprowadzenia porządku w swoim domu, zarówno Rosja, jak i Prusy podejmowały własne kroki, aby się upewnić, że nic się nie zmieni.

xxxxxxxx

Nic się nie zmieniło w tej części Europy, dlatego wypowiedzi Miedwiediewa na temat Polski należy traktować poważnie, bo nic tam nie jest wypowiedziane przypadkiem. Rosjanie dobrze znają historię Polski i wiedzą, że dziś mamy do czynienia z powtórką z rozrywki, że Polska może posłużyć jako pole walki pomiędzy Rosją a NATO, czyli Ameryką.

Rzeczpospolita była traktowana przez sąsiadów jako niepoważne państwo, a więc takie, które nadaje się do likwidacji. Negatywny wizerunek tego państwa kształtowały przede wszystkim jego elity polityczne i swoją postawą czynnie przyczyniały się do jego utrwalania. Dziś mamy dokładnie taki sam schemat działania i obecne elity polityczne robią dokładnie to samo. Polska zaczyna być postrzegana jako państwo awanturnicze, które miesza się w wewnętrzne sprawy innych państw. Tak działa premier Morawiecki. Na portalu Onet ukazał się artykuł Chiny oburzone słowami Mateusza Morawieckiego. Uwagę przykuwa określenie premiera (https://wiadomosci.onet.pl/kraj/chiny-oburzone-slowami-morawieckiego-uwage-przykuwa-okreslenie-premiera/wltk8rx). Poniżej jego fragmenty:

Nie można dzisiaj i jutro ochronić Ukrainy, mówiąc, że Tajwan to nie jest nasza sprawa. Trzeba wspierać Ukrainę, jeżeli chcemy, aby Tajwan pozostał niezależny. Jeżeli Ukraina zostanie podbita, następnego dnia Chiny mogą zaatakować Tajwan. Widzę tutaj bardzo duży związek, dużo zależności pomiędzy sytuacją w Ukrainie a sytuacją na Tajwanie i Chinach — powiedział Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera nie spodobały się Chinom. Do tego stopnia, że ambasada w Polsce wydała specjalne oświadczenie. Uwagę przykuwa już jednak sam wstęp, gdyż chińska dyplomacja nie zdecydowała się na wymienienie wprost z imienia i nazwiska Mateusza Morawieckiego.

“13 kwietnia, pewien polski urzędnik państwowy w czasie spotkania z przedstawicielami amerykańskiego think tanku wygłosił przemówienie, podczas którego otwarcie porównywał kwestie Tajwanu i Ukrainy, oraz wysnuł bezpodstawne twierdzenie, głoszące, że jeśli Ukraina przegra wojnę, to Chiny kontynentalne następnego dnia zaatakują Tajwan. Z tego powodu Chiny wyrażają silne niezadowolenie (chyba powinno być: oburzenie – przyp. W. L.) i zdecydowany sprzeciw” — czytamy na początku oświadczenia.

xxxxxxxx

Z kolei Leszek Sykulski na swoim kanale w odcinku nr 672 mówi:

Jeśli przysłuchamy się exposé ministra Zbigniewa Raua, szefa polskiej dyplomacji z 13 kwietnia, to tam jasno mamy do czynienia z postawą konfrontacyjną i względem Niemiec, i względem Rosji, i względem Białorusi, i względem Węgier. Niezrozumienie sytuacji, gdzie dzisiaj są Chiny i z kim tak naprawdę dzisiaj Chiny grają, przeciwko komu i jakiego świata chcą, a chcą świata policentrycznego, nie świata jednobiegunowego, takiego jakiego chciałby zapewne premier Morawiecki czy minister Rau. Niestety, w tym kontekście osadziwszy tę wypowiedź premiera Morawieckiego, widać że spora część polskiego establishmentu politycznego kompletnie nie rozumie procesów geopolitycznych. Nie wie, nie rozumie, dokąd zmierza świat, że świat nie będzie już dalej jednobiegunowy, że na tym firmamencie, na tym obrazie stosunków międzynarodowych, zdominowanym przez jedno mocarstwo, pojawiły się nie drobne rysy, ale pojawiły się już bardzo poważne pęknięcia i stoimy tak naprawdę u progu nowej architektury bezpieczeństwa międzynarodowego. Niewątpliwie takie słowa premiera Morawieckiego czy takie exposé ministra Raua w żaden sposób nie pomagają w kształtowaniu polityki wielowektorowej, polityki elastycznego reagowania w tym nowym, wielobiegunowym świecie.

xxxxxxxx

Jeśli Leszek Sykulski twierdzi, że spora część polskiego establishmentu politycznego kompletnie nie rozumie procesów geopolitycznych, to albo udaje durnia, albo nim jest. W to drugie nie wierzę, więc udaje durnia. Ci ludzie doskonale zdają sobie sprawę z tego, co robią. To jest powtórka z rozrywki. Elity I RP szły na pasku swoich nieznanych przełożonych i wykonywały ich instrukcje. Obecne elity również wykonują polecenia swoich nieznanych przełożonych. Przecież stwierdzenie Morawieckiego o Tajwanie i porównywanie konfliktu Chiny – Tajwan z wojną na Ukrainie jest tak idiotyczne, że nawet nie warto tego komentować. Ma jednak rację Sykulski, że jest to postawa konfrontacyjna, bo taka ma być. Polska ma być ośmieszana, ukazywana jako państwo awanturnicze, które wzbudzi do siebie niechęć większości krajów europejskich. I wtedy wszyscy się zgodzą na jakiekolwiek zmiany terytorialne w nadziei, że w ten sposób rozwiąże się problem, a utracone na wschodzie Ukrainy ziemie zostaną zrekompensowane połączeniem ze wschodnią i centralną Polską, czyli powstaniem nowego państwa polsko-ukraińskiego.

Kryzys w Argentynie

W Argentynie od ponad roku trwa kolejny kryzys gospodarczy. Na ten temat pojawiło się w internecie wiele artykułów. Niektóre z nich przeczytałem, ale tym najlepiej opisującym sytuację w tym kraju okazał się, według mnie, artykuł Największy niespłacalny dług w historii ludzkości (https://krytykapolityczna.pl/swiat/argentyna-karawana-kryzysu/) Daniela Brusiło, zamieszczony na stronie Krytyki Politycznej. Poniżej jego treść:

Terapia szokowa zakończyła się dla Argentyny niską inflacją, gigantyczną biedą i astronomicznym długiem. Operacja się udała, pacjent zmarł.

W maju 2022 r. rząd Argentyny ogłosił kolejną niewypłacalność – nie udało się spłacić wynoszącej 57 miliardów dolarów pożyczki zaciągniętej cztery lata wcześniej od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. To już dziewiąte bankructwo kraju w jego dwustuletniej historii.

Miesięczna inflacja przekraczająca 71 proc. sprawia, że miliony Argentyńczyków pierwszego dnia po wypłacie szturmują sklepy i masowo wykupują towary, które pozwolą im przeżyć do następnego miesiąca. Pozostałe pieniądze wymieniane są na dolarowym czarnym rynku, a następnie deponowane w skarpetach i materacach. Nikt nie ufa już bankom. Dlaczego trzecia gospodarka Ameryki Łacińskiej i drugi co do wielkości kraj kontynentu od dziesięcioleci tkwi w stanie permanentnego kryzysu?

Początek współczesnej Argentyny i mit peronizmu

Aby zrozumieć dzisiejszy kryzys, trzeba się cofnąć do połowy poprzedniego wieku. Argentyna była wtedy jednym z 10 najbogatszych krajów świata, a Buenos Aires, największa metropolia obu Ameryk, rozmachem i kosmopolityzmem mogło śmiało rywalizować z największymi europejskimi stolicami.

Olbrzymie połacie żyznej ziemi i bogactwo surowców naturalnych sprawiały, że Argentyna była jednym z najważniejszych źródeł zaopatrzenia dla pogrążonego w II wojnie światowej Starego Świata.

Jej słabością było jednak pogłębiające się uzależnienie od zagranicznej koniunktury na podstawowe towary oraz polityczna niestabilność wynikająca z kolejnych wojskowych zamachów stanu, olbrzymiej korupcji i podległej roli w strukturach zachodniego kapitalizmu, będącego elementem imperialnej polityki Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Argentyna miała być źródłem nieprzetworzonych surowców i rynkiem zbytu na tanie, masowo produkowane w zachodnich fabrykach dobra, a nie silnym, niezależnym państwem zdolnym samemu dyktować warunki.

Za zarzewie współczesnej historii Argentyny uznaje się właśnie początek lat 40. ubiegłego stulecia, kiedy do władzy doszedł Juan Domingo Perón. Inspirowany populistycznymi Włochami Benito Mussoliniego, błyskawicznie zjednał sobie poparcie wojska oraz argentyńskich robotników i rozpoczął proces szeroko zakrojonych reform. W ramach walki z zagranicznym imperializmem znacjonalizował kluczowe dla funkcjonowania kraju gałęzie gospodarki, ograniczył import towarów z zagranicy, zaczął stawiać kolejne państwowe fabryki.

Realizując kolejne programy robót publicznych, Perón zatrudnił na państwowych posadach ponad 5 milionów Argentyńczyków. Budował szpitale, mieszkania i 4 tysiące nowych szkół. Płace rosły, lecz pieniędzy w budżecie ciągle ubywało. W związku ze spadkiem zagranicznego popytu na argentyńskie towary, fiaskiem powierzchownej industrializacji i wyczerpaniem dewiz z czasów europejskiej wojny Perón rozpoczął masowy dodruk pieniędzy.

W 1955 roku wojskowi odsunęli Peróna od władzy. Cofnęli wszystkie prospołeczne reformy, co sprawiło, że okres jego rządów zaczął obrastać mitem „dobrych czasów”. W Argentynie zapanował polityczny chaos – gospodarka stanęła w miejscu, rosły wpływy międzynarodowych korporacji i uzależnienie od kapitału zagranicznego.

Dyktatura wojskowych i krwawe dolary

W 1976 roku do władzy doszła junta wojskowa pod przywództwem Jorge Rafaela Videli. Argentyńskich generałów hojnie finansował pogrążony w zimnowojennym konflikcie rząd Stanów Zjednoczonych. Zachodnie instytucje finansowe i prywatne banki nie szczędziły kredytów argentyńskim wojskowym, którzy zobowiązali się krwawo zwalczać wszelkie zalążki komunizmu na swoich ziemiach.

Przy pomocy powszechnego terroru realizowali program gwałtownej transformacji ekonomicznej zgodnej z założeniami neoliberalizmu gospodarczego Miltona Friedmana. Zakładała ona minimalizację wydatków publicznych, powszechną prywatyzację wszystkich gałęzi gospodarki, otwarcie kraju na napływ zachodniego kapitału oraz zniesienie barier celnych dla amerykańskich towarów.

Nagłe podwyżki stóp procentowych w amerykańskich bankach na przełomie lat 70. i 80. sprawiły, że Argentyna wpadła w szok zadłużenia – odsetki od istniejących długów zaczęto spłacać zaciąganiem kolejnych. Od dawna wiadomo, że nic tak dobrze nie maskuje społeczno-gospodarczego kryzysu jak wojna. Generałowie postawili na konflikt z Wielką Brytanią o Falklandy – archipelag 778 nic nieznaczących, skalistych wysepek na Atlantyku, które postanowiono siłą powrócić do argentyńskiej macierzy. Błyskawiczna klęska zakończyła się upadkiem wojskowej dyktatury i rozpoczęła sześcioletni okres politycznego chaosu, który doprowadził do hiperinflacji przekraczającej 2,5 tysiąca proc. i zwiększenia długu zagranicznego do 65 miliardów dolarów.

Za rządów junty zewnętrzny dług Argentyny wzrósł z 7,9 (w 1975) do 45 miliardów dolarów (w 1983). 19 z 35 miliardów dolarów kredytu udzielonego juncie przez Bank Światowy zostało przetransferowanych na zagraniczne, prywatne konta generałów.

Neoliberalna katastrofa

Na początku lat 90. prezydentem Argentyny zostaje Carlos Menem. Przez pierwsze dwa lata urzędu prowadził prospołeczną politykę w duchu peronistycznych reform, lecz po tym okresie niespodziewanie zmienił front. By uzyskać kolejne zagraniczne kredyty, zaczął skrupulatnie realizować neoliberalne wytyczne Międzynarodowego Funduszu Walutowego – do 1994 roku sprzedał 90 proc. państwowych przedsiębiorstw, co zakończyło się zwolnieniem ponad 700 tysięcy pracowników i gwałtownym wzrostem bezrobocia, które przekroczyło 50 proc.

Terapia szokowa zaaplikowana Argentynie przez międzynarodowe instytucje finansowe i prywatne amerykańskie banki sprawiła, że ponad połowa społeczeństwa znalazła się poniżej progu ubóstwa. Na koniec dziesięcioletniej prezydentury Menema inflacja została zredukowana niemal do zera, lecz kwota zagranicznych pożyczek wzrosła z 65 do 147 miliardów dolarów, co do dziś stanowi największy niespłacalny dług w historii ludzkości. Operacja się udała, lecz pacjent zmarł.

Początek XXI wieku stał się następnym kamieniem milowym na drodze argentyńskiego kryzysu – kraj kolejny raz ogłosił niewypłacalność, a Międzynarodowy Fundusz Walutowy wstrzymał wypłatę transz kredytu. By zapobiec masowemu odpływowi kapitału z kraju, rząd zamroził bankowe aktywa obywateli, zezwalając na wybieranie z lokat maksymalnie 250 pesos tygodniowo (równowartość 250 dolarów amerykańskich).

Aby walczyć z inflacją, argentyńskie peso od 1992 roku było powiązane z dolarem w stosunku 1:1. W obawie przed dewaluacją waluty i utratą swoich funduszy Argentyńczycy masowo rzucili się do bankomatów – panowało powszechne przekonanie, że albo wyjmiesz pieniądze z banku, albo je stracisz.

Que se vayan todos!

W grudniu 2001 roku w Buenos Aires wybuchły gwałtowne zamieszki. Wprowadzono stan wyjątkowy. 20 grudnia w wyniku starć z policją zginęło 29 osób, a prezydent Fernando de la Rúa podał się do dymisji. Przez kolejne 10 dni stanowisko głowy państwa zmieniało się pięć razy, a dolary z kont bankowych zostały przewalutowane na pesos, które wypłacano po nowym, zdewaluowanym kursie. Argentyński rząd do spółki z bankami i międzynarodowymi instytucjami finansowymi oficjalnie okradł własnych obywateli.

Wściekli Argentyńczycy wyszli na ulice wszystkich miast w kraju. Demolowali urzędy i oddziały banków, skandując „que se vayan todos!” – wszyscy won! Po raz pierwszy w historii kraju protesty nie dotyczyły konkretnego polityka, partii lub doktryny, lecz całego modelu, w którym rząd, międzynarodowe instytucje finansowe, banki i korporacje zostały wskazane jako winne tragicznej sytuacji w kraju.

Strajki i demonstracje wstrzymały argentyńską gospodarkę. Zrozpaczeni, pozbawieni pracy i oszczędności ludzie zaczęli przejmować fabryki zamknięte przez prywatnych właścicieli, tworząc kooperatywy robotnicze i na własną rękę wznawiając „nieopłacalną” produkcję.

Rozpoczął się proces sądowych wywłaszczeń i oddawania nieczynnych zakładów w ręce zwolnionych wcześniej pracowników (przedstawia go film dokumentalny Aviego Lewisa i Naomi Klein The Take). Część prób przejmowania zakładów kończyła się krwawymi starciami z oddziałami policji skierowanej do odzyskania własności industrialnych magnatów, lecz niektóre fabryki, pozbawione zarządu i kierowane na demokratycznych zasadach, funkcjonują w nowym modelu do dziś. Prowadzą przyzakładowe szkoły, żłobki czy przychodnie, dzieląc zyski równo między wszystkich pracowników kooperatywy.

Kryzys bez końca

Według danych Banku Światowego kraj gauchos przez jedną trzecią swojej najnowszej, 70-letniej historii, pogrążony jest w recesji. Klątwą Argentyny jest nieuprzemysłowiona, słaba gospodarka nastawiona na eksport surowych materiałów – 7 na 10 dolarów, które kraj zarabia na handlu, pochodzi z eksportu produktów rolnych, takich jak soja czy zboża.

Dziesięciolecia podporządkowania imperialistycznej polityce Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych doprowadziły do przekształcenia dawnego mocarstwa w źródło tanich surowców i rynek zbytu dla przetworzonych produktów z Zachodu. Późniejsza polityka Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego polegająca na oddawaniu za bezcen państwowych fabryk i zakładów w ręce prywatnych, zagranicznych inwestorów, tylko pogłębiła ten problem. Reformy mające na celu ratowanie upadającej argentyńskiej gospodarki sprawiły, że kraj ten, pozbawiony własnego przemysłu i źródeł zatrudnienia dla ponad półtora miliona mieszkańców, uzależnił się od kroplówki zagranicznej pomocy finansowej.

Kolejnym czynnikiem pogłębiającym argentyński kryzys są wysokie wydatki publiczne. Zatrudnienie w sektorze publicznym przekracza 55 proc. (dla porównania, w Polsce liczba ta jest o połowę mniejsza). W kraju funkcjonuje 141 programów wsparcia socjalnego, które kosztują rząd 800 milionów pesos dziennie (ponad 27 milionów złotych), takich jak dochód minimalny na rodzinę, dopłaty do prądu, wody i gazu czy zapomogi dla najbiedniejszych. Zagwarantowany jest darmowy dostęp do usług medycznych i edukacji. Wydatki te stanowią jedną z głównych składowych rosnącej z roku na rok inflacji i powiększającego się długu publicznego.

Kryzys, w którym znajduje się dziś Argentyna, nie wynika z nieudolności obecnych polityków, lecz z ciągu zadłużenia, który zmusza kolejne rządy do spłacania długów swoich poprzedników, którzy z kolei zadłużali się, by spłacać swoich poprzedników… Odsetki od kredytów i ogromne wydatki publiczne generują ciągły głód kapitału – w 2020 roku drukowano nowe pesos w Hiszpanii i Brazylii, gdyż argentyńskie drukarki już działały 24 godziny na dobę.

Planowane cięcia budżetowe, dotyczące m.in. ograniczenia subsydiów na prąd i wodę, a także emisja stuletnich obligacji mają załagodzić skutki kryzysu i przyczynić się do stopniowego spłacania zagranicznego zadłużenia, które powiększyło się w tym roku o kolejną pożyczkę w wysokości 44 miliardów dolarów.

Już dziś czterech na dziesięciu Argentyńczyków żyje poniżej progu ubóstwa. Czy przewidywana restrukturyzacja wadliwego systemu uwzględni ich w planie budowania świetlanej przyszłości kraju? Czy też kolejny raz operacja na otwartym sercu narodu spowoduje, że najbardziej poszkodowani staną się konieczną ofiarą złożoną technokratycznym bogom szalejącego kapitalizmu?

xxxxxxxx

Kiedy tak czytałem o tych drukowanych bez opamiętania nowych pesos, to przypomniała mi się scena z filmu Kiler z 1997 roku. W poniższym fragmencie z tego filmu chodzi o pierwszą scenę i jej finał około 10:00. Ten, któremu zlecono znalezienie banknotu o nominale 2000 kolumbijskich pesos – nie precyzując jednak, że chodzi o banknot o takim nominale, tylko powiedziano mu żeby zdobył dwa tysiące pesos – obleciał wszystkie kantory wymiany walut, bazary itp., ale nigdzie nie znalazł. W końcu wpadł na „genialny” pomysł i poszedł do ambasady i tam dali mu bez szemrania „dwa razy po gówno warte 1000 pesos”. Ci, którzy chcieli przejąć tę przesyłkę, nie mieli tej połówki banknotu wręczonej w pierwszej scenie i stąd takie zabiegi.

Autor artykułu pisze: “Za zarzewie współczesnej historii Argentyny uznaje się właśnie początek lat 40. ubiegłego stulecia, kiedy do władzy doszedł Juan Domingo Perón. Inspirowany populistycznymi Włochami Benito Mussoliniego, błyskawicznie zjednał sobie poparcie wojska oraz argentyńskich robotników i rozpoczął proces szeroko zakrojonych reform”.

Na czym polegał populizm Mussoliniego? To zrozumiałe, że na łamach Krytyki Politycznej nie można napisać niczego pozytywnego o faszyzmie, zresztą nie tylko tam – nigdzie. Faszyzm, jak to ujął sam Mussolini, to: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu. Mamy więc tu do czynienia z kultem państwa. W przypadku nazizmu, czyli narodowego socjalizmu, mamy: ein Volk, ein Reich, ein Führer – jeden naród, jedna Rzesza, jeden wódz. W tym wypadku mamy do czynienia z kultem narodu.

Jak to więc było z tym faszyzmem? Andereas Lambrou w swojej książce Fountain pens of the world, we wstępie do szczegółowego opisu włoskich piór, charakteryzuje ogólnie sytuację gospodarczą Włoch tamtego okresu. Pisze on:

During the early 1920s the economy was improved through government legislation which offered tax exemptions, financial support and other incentives not only to existing companies but also to new ones. This enabled most markets to thrive and by 1935 the fountain pen industry had experienced a remrkable development thanks also to the increased domestic market.

We wczesnych latach dwudziestych gospodarka uległa poprawie dzięki ustawodawstwu rządowemu, które oferowało zwolnienia podatkowe, wsparcie finansowe i inne zachęty nie tylko istniejącym firmom, ale także nowym. Umożliwiło to rozkwit całej gospodarki, a do 1935 roku przemysł piór wiecznych bardzo dynamicznie rozwinął się, również dzięki temu, że rynek wewnętrzny także wzrastał.

Włosi nie zapomnieli o tym. Kolega, który często bywa we Włoszech, mówił, że zdjęcia Mussoliniego są często widoczne w oknach domów, oczywiście w miejscach bardziej ustronnych, na uboczu.

A jak to było z tym peronizmem? Encyklopedia PWN (elektroniczna) pisze:

Peronizm, populistyczny ruch społeczno-polityczny w Argentynie, zapoczątkowany w połowie lat 40. XX w. przez J.D. Peróna i jego charyzmatyczną żonę Evitę.

Stanowił sojusz różnych sił społecznych: dużej części robotników skupionych w nowych związkach zawodowych i Powszechnej Konfederacji Pracy (CGT), zdominowanej przez zwolenników Peróna, wielu grup klas średnich, licznych oficerów wojska i policji. Oparty na idei justycjalizmu (sprawiedliwości społecznej) i nacjonalizmu oraz dążeniu do „wielkiej Argentyny” przez zajęcie „trzeciej pozycji” między kapitalizmem i komunizmem; w polityce gospodarczej program ekspansji sektora państwowego, zwłaszcza w przemyśle, którego rozwój popierał, oraz silnego interwencjonizmu państwa i ograniczenia roli kapitału zagranicznego; w polityce społecznej — paternalizm dla zapewnienia „pokoju klasowego” i symbioza państwa z korporacyjnymi związkami zawodowymi; w polityce zagranicznej — dążenie do utrzymania niezależnej postawy Argentyny wobec USA. Po dojściu Peróna do władzy 1946 peronizm stanowił społeczną i ideową podstawę jego rządów; 1947 została zorganizowana Partia Peronowska (Partido Peronista); po obaleniu Peróna 1955 zakaz jej działalności; 1958 peroniści utworzyli Partię Sprawiedliwości (Partido Justicialista) — program „peronizmu bez Peróna”. W następnych latach rozbicie ruchu — powstawały partie neoperonowskie, 1957 nastąpił rozłam w ruchu związkowym i wyodrębniło się radykalne ugrupowanie „62”; reprezentująca główny nurt peronizmu Partia Sprawiedliwości, przekształciła się w centroprawicowe, liberalne stronnictwo popierające reformy rynkowe i prywatyzację.

xxxxxxxx

Jak więc widać peronizm nie miał nic wspólnego z włoskim „populizmem”, w którym dominowało państwo, które nie przeszkadzało rozwijać się firmom prywatnym, wprost przeciwnie – pomagało im. Gdy jednak przeczytałem, że jednym z haseł peronizmu było dążenie do „wielkiej Argentyny”, to już nie miałem wątpliwości, kto był faktycznym twórcą tego ruchu. A gdy następnie doszło do rozłamu i pojawiły się nowe partie, to już nabrałem całkowitej pewności. Ten schemat jest tak czytelny, że dziwię się, że Żydzi go nie zmieniają, ale najwyraźniej nie ma takiej potrzeby.

Rozwój sytuacji w latach 70-tych i 80-tych w Argentynie do złudzenia przypomina to, co działo się wtedy w Polsce: „Zachodnie instytucje finansowe i prywatne banki nie szczędziły kredytów argentyńskim wojskowym, którzy zobowiązali się krwawo zwalczać wszelkie zalążki komunizmu na swoich ziemiach”. Gierkowi też nie odmawiały. Jak widać zalążki komunizmu w Argentynie przeszkadzały, a w PRL-u – nie.

I oba państwa wpadły w tę samą pułapkę: „Nagłe podwyżki stóp procentowych w amerykańskich bankach na przełomie lat 70. i 80. sprawiły, że Argentyna wpadła w szok zadłużenia – odsetki od istniejących długów zaczęto spłacać zaciąganiem kolejnych”.

„Za rządów junty zewnętrzny dług Argentyny wzrósł z 7,9 (w 1975) do 45 miliardów dolarów (w 1983). 19 z 35 miliardów dolarów kredytu udzielonego juncie przez Bank Światowy zostało przetransferowanych na zagraniczne, prywatne konta generałów.” – Gdy więc generałowie, sowicie wynagrodzeni, wykonali zlecony im plan, zostali usunięci.

„Terapia szokowa zaaplikowana Argentynie przez międzynarodowe instytucje finansowe i prywatne amerykańskie banki sprawiła, że ponad połowa społeczeństwa znalazła się poniżej progu ubóstwa. Na koniec dziesięcioletniej prezydentury Menema inflacja została zredukowana niemal do zera, lecz kwota zagranicznych pożyczek wzrosła z 65 do 147 miliardów dolarów, co do dziś stanowi największy niespłacalny dług w historii ludzkości. Operacja się udała, lecz pacjent zmarł.” – Dokładnie zrobiono to samo i w tym samym czasie w Polsce.

Źródło: https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-przyczyny-gospodarczych-niepowodzen-argentyny,nId,6187067

Autor pisał ten artykuł we wrześniu 2022 roku i stwierdził, że 147 miliardów dolarów, to największy niespłacalny dług w historii ludzkości. A na stronie Ministerstwa Finansów można przeczytać, że: Zadłużenie Skarbu Państwa (SP) na koniec stycznia 2023 r. wyniosło 1.205.865,8 mln , co oznaczało spadek o 32.600,2 mln zł (-2,6%) w styczniu 2023 roku. Oznacza to, że jest ono około 2 razy większe niż argentyńskie. Napisał on jednak wyraźnie, że jest to niespłacalny dług. Czy można zatem wywnioskować, że dług Polski jest spłacalny? Jeśli Argentyna – kraj o zbliżonej liczbie ludności i podobnej gospodarce, uzależnionej od międzynarodowych korporacji – nie jest w stanie spłacić tego zadłużenia, to jakim cudem Polska będzie w stanie spłacić swoje? A może nie będzie musiała i dlatego jej dług nie zalicza się do tych niespłacalnych. I dlaczego w Polsce nie ma tak wysokiej inflacji, jak w Argentynie?

Zdaję sobie sprawę z tego, że dyskusja o finansach w sytuacji, gdy nie dysponuje się prawdziwymi danymi jest niepoważna, ale dostępu do prawdziwych danych dla tych nieupoważnionych nie ma. Ale tak naprawdę, to one wcale nie są potrzebne. I z tego, czym dysponujemy, można wyciągnąć jakieś wnioski. Widać wyraźnie, że Argentyna, a pewnie i inne kraje Ameryki Południowej są inaczej traktowane niż taka Polska. Do pewnego momentu sytuacja w obu krajach była podobna. To były lata 1970-2000. Najwyraźniej Polska ma obecnie inną rolę do odegrania, niż Argentyna. W Polsce pomimo potężnych wydatków na pomoc Ukrainie i utrzymywanie milionów Ukraińców w Polsce, bo przecież wszelkie ulgi, zwolnienia i preferencje dla Ukraińców prowadzących w Polsce działalność gospodarczą i dotacje dla korporacji na zatrudnianych przez nie Ukraińców, to nic innego jak programy socjalne, które w Argentynie prowadzą do kryzysów finansowych, a w Polsce – nie. Cud, niczym „cud siedmiu chlebów i ryb”. Nikt nie ogłasza bankructwa Polski, no bo jak? Przecież trzeba pomagać Ukrainie i Ukraińcom. Można więc powiedzieć, że w Polsce też mamy do czynienia z peronizmem. Różnica jest tylko taka, że u nas brak Evity. A szkoda, przynajmniej było by na kogo popatrzeć.

Wojny pochłaniają niewyobrażalne ilości pieniędzy i żadne państwo nie byłoby w stanie spłacić zaciągniętych kredytów, bo przecież z nich są one finansowane, gdyby wierzyciele tego zażądali. Te pieniądze, przeznaczone na zbrojenia, nie tworzą żadnej wartości, wprost przeciwnie, służą do wynagradzania ludzi, którzy konstruują różne rodzaje broni i tych, którzy je produkują. Kiedyś na kanale wRealu24 produkował się Krzysztof Karoń, który upodobał sobie drobnych inwestorów giełdowych i nazywał ich pasożytami, bo, według niego, nie wykonywali żadnej pożytecznej pracy, ale jakoś nie nazywał tak pracowników biur maklerskich, funduszy inwestycyjnych, funduszy emerytalnych itp., choć oni wszyscy robili to samo, co ci drobni inwestorzy giełdowi. Pasożytami również byli ci, co nic nie robili, a mieli pieniądze. Taka uproszczona interpretacja, prawdopodobnie Żyda, który jednocześnie za przykład pracy pożytecznej podawał Chińczyków pracujących przy taśmie produkcyjnej. Ale czy on kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, jak nazwać tych wszystkich ludzi, którzy pracują w przemyśle zbrojeniowym. Pasożytami ich nie nazwałby, bo pracują. Jak więc nazwać ludzi, którzy niszczą – w sposób pośredni, bo sami nie walczą – wszystko, co inni wytworzyli?

Przemysł zbrojeniowy jest bardzo dochodową branżą i ludzie, którzy w nim pracują są sowicie wynagradzani, a co za tym idzie wprowadzają na rynek, jak by powiedział Karoń, puste pieniądze. Nie tylko oni zresztą, a pomimo tego nie powoduje to inflacji. Jeśli więc nadmierne drukowanie pieniądza w Argentynie jest przyczyną kryzysu i inflacji, a takie samo drukowanie pieniądza w Polsce na pomoc Ukrainie i Ukraińcom nią nie jest, to o co tu chodzi?

Marian Miszalski, Żyd zresztą, w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) (2019) pisze:

Od schyłku lat 60. ubiegłego wieku do 2006 roku podatnik amerykański wpompował w mały Izrael około 160 miliardów dolarów bezzwrotnej pomocy; obecnie Izrael otrzymuje z Waszyngtonu ok. 4 miliardów dolarów rocznie tytułem „bezzwrotnej pożyczki” (!), którą natychmiast lokuje w bankach amerykańskich na procent… Gdyby była to „darowizna” rządu amerykańskiego – w świetle amerykańskich przepisów Waszyngton musiałby kontrolować celowość jej wydatkowania w Izraelu; natomiast formuła „bezzwrotnej pożyczki” pozostawia Żydom wolną rękę w rozdysponowaniu tych pieniędzy. (…) Sama wojna w Iraku, oparta na prowokacji, fałszywych oskarżeniach i całkowicie sprzeczna z interesami amerykańskimi, kosztowała amerykańskiego podatnika 300 milionów dolarów – dziennie!

xxxxxxxx

Wszystko to pięknie ładnie, tylko że Miszalski nie dodaje, że ktoś jednak taki przepis stworzył i stan taki nie jest wynikiem zaniedbania amerykańskiej administracji, tylko tego, że ta administracja jest całkowicie podporządkowana interesom żydowskim. Z drugiej strony, jeśli wojna w Iraku kosztowała podatnika amerykańskiego 300 milionów dolarów dziennie, to znaczy, że rocznie kosztowała go 109.500 milionów. Jeśli dodało by się do tego koszt wszystkich amerykańskich operacji wojskowych na całym świecie i utrzymanie wszystkich baz wojskowych, to prawdopodobnie wyszło by, że podatnik amerykański nie byłby w stanie pokryć tych wszystkich wydatków. Skąd więc pieniądze? To chyba oczywiste, że z drukowania. I po co w takim razie Żydzi mieliby wkładać do żydowskich banków na procent pieniądze z bezzwrotnej pożyczki?

„Pieniądz będzie cesarzem” – to proroctwo z XI wieku. Dziś już możemy powiedzieć, że proroctwo to sprawdziło się. Ale w takim razie kim są ci, którzy nim rządzą? Pieniądz to narzędzie, które pozwala Żydom na podporządkowywanie sobie pozostałych narodów i całych państw. W zależności od tego jak nim rozporządzają, mogą wywoływać kryzysy gospodarcze poprzez inflację i hiperinflację. Mogą też działać odwrotnie – ograniczyć ilość pieniądza na rynku i tym samym spowodować kryzys. Poprzez kredytowanie państw, samorządów, gmin oraz zwykłych obywateli, stają się ci ludzie oraz wszystkie te instytucje ich dłużnikami, a więc są od nich zależni i muszą postępować zgodnie z ich wolą. Mogą też wywoływać wojny poprzez dostarczanie obu skonfliktowanym stronom pieniędzy na ich prowadzenie. Niby udzielają kredytu, ale wiedzą, że on i tak nie będzie spłacony. Nie o to im przecież chodzi. Mogą, jak w przypadku Argentyny, pastwić się nad nią z powodu niemożności spłacenia zaciągniętych kredytów, ale mogą też dawać potężne pieniądze na wojnę na Ukrainie i w ten sposób wyniszczać narody i państwa w niej walczące. Pieniądz może zrobić z ludźmi i państwami wszystko, a właściwie ten, który ma monopol na jego emisję.

Grecy i Żydzi

Winston Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-1996) w rozdziale Gehenna Greków zrobił krótką uwagę na temat tradycji greckich i żydowskich. Niby pisał o Grekach i Żydach, ale odnoszę wrażenie, że pisał o Żydach. Poniżej ten fragment:

Grecy rywalizują z Żydami o tytuł najbardziej upolitycznionego narodu na świecie. Choćby znajdowali się w beznadziejnej sytuacji i choćby ich krajowi zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo, zawsze będą podzieleni na liczne partie, których przywódcy walczą między sobą z niesłabnącym zapałem. Niezwykle celnie oddaje to powiedzenie, że gdziekolwiek znajdzie się trzech Żydów, dwaj z nich okażą się premierami, a trzeci przywódcą opozycji. To samo zresztą dotyczy innego przesławnego i starożytnego narodu, którego nie kończąca się i pełna burz walka o życie sięga początków myśli ludzkiej. Żadne inne nacje nie odcisnęły tak trwałego piętna na obliczu świata. Obydwie wykazały zdolność przetrwania pomimo cierpień i zagrożeń ze strony rozlicznych najeźdźców, z którymi równać się mogły jedynie ich własne wewnętrzne nienawiści, spory i wstrząsy. Upływ kilku tysięcy lat nie spowodował bynajmniej zmiany ich usposobienia, ani też nie zmniejszył w żaden sposób ich witalności. Nie złamali ich ani wrogowie zewnętrzni, ani ci, znajdujący się pośród nich samych i każdy z tych narodów pozostawił nam dziedzictwo geniuszu i mądrości. Żadne inne dwa miasta nie znaczyły więcej w dziejach ludzkości, aniżeli Ateny i Jerozolima. Promieniujące z nich religia, filozofia i sztuka stanowią światło przewodnie nowoczesnej wiary i kultury. Pomimo całych wieków obcego panowania i nieopisanych cierpień są to nadal żywe społeczności i liczące się siły we współczesnym świecie, zmagające się wewnętrznie z nieprawdopodobną żywotnością. Osobiście zawsze trzymałem stronę obydwu, wierząc w to, że zdołają przetrwać zarówno wstrząsy wewnętrzne, jak i światowe tendencje grożące ich całkowitym zniszczeniem.

xxxxxxxx

Mamy tu, według mnie, do czynienia z nieskrywaną sympatią Churchilla do Żydów, co nie powinno dziwić, bo podobno on sam był pół Żydem. W każdym razie, gdzie znajdzie się trzech, dwaj z nich okażą się premierami, a trzeci przywódcą opozycji. I gdy obserwuje się polską scenę polityczną, to nie da się ukryć, że tak jest. Zarówno rząd jak i opozycja są zdominowane przez Żydów. Więc bez względu na wynik wyborów, zawsze oni będą wygranymi.

Z kolei Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisze:

Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:

Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej… – „Hajnt”, nr 35, 10 II 1931 r., „Bron. Huberman wypowiada swoje wrażenia z podróży do Erec Israel”, A. Alperin, koresp. z Paryża.

W jakim celu wytwarzali żydzi dla Europy wartości ekonomiczne (a tylko o nie chodzi nam w danym wypadku)? Czy w dbałości o dobro narodów rdzennych? Nie. Ich wysiłki myślowe musiały być skierowane na zabezpieczenie potrzeb żydostwa w warunkach jego bytu w rozproszeniu. Ponieważ zaś potrzeby żydowskie w tych warunkach mogą być zabezpieczone jedynie kosztem otoczenia, kosztem ludności rdzennej, przeto „wartości ekonomiczne”, którymi tak chełpił się ten żyd, muszą stanowić ciężary dla narodów rdzennych. Jedną z tych „wartości” jest układ stosunków gospodarczych, czyli obecna budowa gospodarcza, która opiera się na zaprzeczeniu zasad gospodarki narodowej, narodowej w sensie potrzeb każdego narodu rdzennego w jego kraju ojczystym.

xxxxxxxx

Autor przechodzi jakby trochę obok tematu, bo Hubermanowi chodziło o to, że to Żydzi wytworzyli te wszystkie wartości, a nie o to, że mają one również służyć narodom rdzennym. Nie mają i nie służą, co nie zmienia faktu, że to oni je wytworzyli.

Co do kultury, to sprawa jest dyskusyjna, bo może być ona wartościowa, ale i może być szkodliwa. Inna sprawa jest w przypadku ekonomii. Wszystkie teorie ekonomiczne i ideologie, jak choćby liberalizm czy komunizm służą Żydom. Liberalizm, bo pozwala rozwijać się ich międzynarodowym firmom. Komunizm, bo to oni rządzą w takim państwie i tylko oni mogą czerpać korzyści z takiego stanu.

Żydzi są najstarszym narodem i z racji tego mają największe doświadczenie w każdej dziedzinie życia. I to doświadczenie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie. Często jest to też doświadczenie narodów, wśród których żyją w rozproszeniu i asymilacji. I to jest ta przewaga, której narody rdzenne, osiadłe nie są w stanie pokonać.

W serialu dokumentalnym II wojna światowa na Bałkanach pod koniec odcinka 11/12 lektor mówi:

„Latem 1943 roku brytyjski premier, który był również ministrem obrony, zajął się osobiście polityką swego kraju wobec Jugosławii. Jak pisze McDowell, swoje decyzje Churchill uzależniał od zdania anonimowych osób w Londynie bez żadnego oficjalnego statusu, których personaliów nie wyjawił nawet w swoich pamiętnikach. Dalej McDowell analizuje kluczowe decyzje prezydentów Roosevelta i Wilsona. Stwierdza, że przywódcy żadnego innego wielkiego państwa nie mieli takiego bezpośredniego wpływu na politykę międzynarodową, zwłaszcza podczas wojny, jak prezydenci Stanów Zjednoczonych. Niczym średniowieczna monarchia, swoje decyzje podejmowali w kręgu osobistych doradców, urzędników Białego Domu lub przyjaciół bez prawie żadnych oficjalnych pełnomocnictw i odpowiedzialności, która by usprawiedliwiała ich często rozstrzygający wpływ na amerykańską politykę. Jak pisze amerykański historyk Antony Sutton, tymi anonimowymi, osobistymi doradcami byli multimilionerzy, którzy w wojnie widzieli bardzo dochodowy interes. Dlatego chcieli, by ten interes kręcił się jak najdłużej.”

Mamy więc niejako potwierdzenie tego, co ja często powtarzam, że o wszystkim decydują Żydzi. Jednak ich motywem nie jest chęć zysku, bo ten mogą czerpać z wielu dziedzin życia gospodarczego, a poza tym, to oni sami sobie mogą wydrukować pieniądze, bo mają na to monopol. Celem jest więc nie zysk, ale wyniszczanie i skłócanie narodów rdzennych, co prowadzi do ich osłabiania, a co wzmacnia Żydów i pozwala im na coraz większą dominację nad tymi narodami.

Kosowo c.d.

W blogu „Kosowo” cytowałem fragment z książki Waldemara Łysiaka Stulecie kłamców (2000), w którym prezentował on swoje krytyczne stanowisko dotyczące bombardowania Serbii przez wojska NATO w 1999 roku. Łysiak to taki antysystemowiec, który już za czasów PRL-u był tzw. licencjonowanym opozycjonistą. Ten jego protest to była raczej autopromocja, niż próba rzetelnego opisania konfliktu srbsko-albańskiego, dojścia do jego istoty. Nie da się tego wyjaśnić, jeśli nie poznamy historii tego rejonu i nie dowiemy się, kim są Albańczycy. I od tego wypada zacząć. Polska Wikipedia pisze:

Albania jest nazwą kraju zaczerpniętą ze źródeł grecko-rzymskich. Rdzeń alb został zaczerpnięty z języków ilirskich i oznacza kolor biały. Historia Świata Polibiusza, pochodząca z II w. p.n.e., wspomina o plemieniu żyjącym na terenie dzisiejszej Albanii, którego członkowie byli nazywani Albanoí i Arbanitai.

W starożytności Albania wchodziła w skład Ilirii zamieszkiwanej przez lud indoeuropejski Ilirów, którzy wymieszali się później z Trakami i Słowianami. W 168 roku p.n.e. kraj został uzależniony od Rzymian, a od końca IV wieku wszedł w skład Cesarstwa Bizantyńskiego. Na przełomie VI i VII wieku napłynęły tu plemiona słowiańskie. W okresie IX–XI wieku tereny Albanii wchodziły w skład carstwa Bułgarii. Pierwsze państwo albańskie powstało w XII wieku, w XIV wieku zostało podbite przez Serbów. Około 1435 Turcy zajęli Albanię. Wyzwoliła się ona czasowo po powstaniu zainicjowanym przez Skanderbega. Pod koniec XV wieku Turcy znów zajęli kraj, wówczas to podupadł on pod względem cywilizacyjnym. Feudałowie powoli i systematycznie przechodzili na islam, zachowując swe majątki i uprawnienia. Często piastowali wysokie funkcje w państwie tureckim (np. Ali Pasza z Tepeleny, Muhammad Ali).

W XIX wieku wzmógł się ruch niepodległościowy na rzecz wyzwolenia Albanii, zwany Rilindja. W 1912 roku Kongres Narodowy we Wlorze ogłosił deklarację niepodległości. W 1913 po konferencji londyńskiej nie powiodły się plany rozdzielenia jej między Serbię i Grecję. Do czasu wybuchu II wojny światowej Albania była kolejno księstwem, republiką i królestwem.

Angielska Wikipedia pisze:

W XI wieku Wielka Schizma sformalizowała rozłam między prawosławnym a zachodnim Kościołem katolickim, co znajduje odzwierciedlenie w Albanii poprzez pojawienie się katolickiej północy i prawosławnego południa. Albańczycy zamieszkiwali na zachód od jeziora Ochrida i górną część doliny rzeki Shkumbin i w 1190 r. założyli Księstwo Arbanon pod przywództwem Progona z Kruja. Po nim królestwo odziedziczyli jego synowie Gjin i Dhimitri.

Pod koniec XII i na początku XIII wieku tereny te zaczęli przejmować Serbowie i Wenecjanie. Etnogeneza Albańczyków jest niepewna; jednak pierwsza niekwestionowana wzmianka o Albańczykach pochodzi z zapisów historycznych z 1079 lub 1080 r. w pracy Michaela Attaliatesa, który odniósł się do Albanoi jako biorących udział w buncie przeciwko Konstantynopolowi. W tym momencie Albańczycy byli w pełni schrystianizowani.

Kilka lat po rozwiązaniu Księstwa Arbanon Karol Andegaweński zawarł porozumienie z władcami albańskimi, obiecując chronić ich i ich dawne wolności. W 1272 założył Królestwo Albanii, które zajmowało całe terytorium środkowej Albanii od Dyrrhachium wzdłuż wybrzeża Adriatyku do Butrint. Katolicka struktura polityczna była podstawą papieskich planów szerzenia katolicyzmu na Półwyspie Bałkańskim. Plan ten znalazł również poparcie Heleny Andegaweńskiej, kuzynki Karola Andegaweńskiego. Za jej rządów zbudowano około 30 katolickich kościołów i klasztorów, głównie w północnej Albanii. Wewnętrzne walki o władzę w Cesarstwie Bizantyjskim w XIV wieku umożliwiły najpotężniejszemu średniowiecznemu władcy Serbów, Stefanowi Dusanowi, ustanowienie krótkotrwałego imperium obejmującego całą Albanię z wyjątkiem Durrës. W 1367 r. różni albańscy władcy ustanowili Despotat Arty. W tym czasie powstało kilka księstw albańskich, w szczególności Księstwo Albanii, Księstwo Kastrioti, Lordship of Berat i Księstwo Dukagjini. W pierwszej połowie XV wieku Imperium Osmańskie najechało większość Albanii, a walkę z nim podjęła Liga Lezhë, zwana też Ligą Albańską, której przewodził Skanderbeg – bohater narodowy średniowiecznej Albanii.

Wraz z upadkiem Konstantynopola Imperium Osmańskie kontynuowało proces podbojów i ekspansji, wdzierało się coraz bardziej w głąb Europy Południowo-Wschodniej. W 1385 dotarło do albańskiego wybrzeża Morza Jońskiego, a w 1431 roku zajęło większość Albanii. W rezultacie tysiące Albańczyków uciekło do Europy Zachodniej, zwłaszcza do Kalabrii, Neapolu, Raguzy i Sycylii, podczas gdy inni szukali schronienia w często niedostępnych górach Albanii.

Albańczycy, jako chrześcijanie, byli uważani za gorszą klasę ludzi i jako tacy podlegali wysokim podatkom, między innymi przez system Devshirme, który pozwolił sułtanowi zabrać wymagany procent chrześcijańskiej młodzieży z ich rodzin, aby stworzyć z niej janczarów. Podbojowi osmańskiemu towarzyszył także stopniowy proces islamizacji i szybka budowa meczetów, co w konsekwencji zmieniło religijny obraz Albanii.

Kiedy Turcy umocnili swoją pozycję w regionie, albańskie miasta zostały zorganizowane w cztery główne sanjaki. Rząd wspierał handel, osiedlając żydowskich uchodźców, uciekających przed prześladowaniami w Hiszpanii. Miasto Wlora stało się głównym portem handlowym, do którego sprowadzano importowane z Europy towary, takie jak wyroby bawełniane, wełnę, dywany, przyprawy; skóry z Bursy i Konstantynopola. Niektórzy obywatele Wlory mieli partnerów handlowych w całej Europie.

Zjawisko islamizacji wśród Albańczyków rozpowszechniło się przede wszystkim od XVII wieku i trwało do XVIII wieku. Islam oferował im równe szanse i awans w Imperium Osmańskim. Jednak motywy konwersji były, zdaniem niektórych badaczy, zróżnicowane w zależności od kontekstu, choć brak materiałów źródłowych nie pomaga w badaniu tych zagadnień. Z powodu narastającego represjonowania katolicyzmu większość katolickich Albańczyków w XVII wieku przeszła na islam, podczas gdy ortodoksyjni Albańczycy poszli w ich ślady głównie w następnym stuleciu.

Ponieważ Albańczycy byli postrzegani jako strategicznie ważni, stanowili znaczną część osmańskiej armii i biurokracji. Wielu muzułmańskich Albańczyków osiągnęło ważne stanowiska polityczne i wojskowe oraz przyczyniło się do kulturowego rozwoju świata muzułmańskiego. Ciesząc się tą uprzywilejowaną pozycją, zajmowali różne wysokie stanowiska administracyjne u ponad dwudziestu albańskich wielkich wezyrów. Wśród innych byli członkowie wybitnej rodziny Köprülü, Zagan Pasza, Muhammad Ali z Egiptu i Ali Pasza z Tepeleny. Ponadto dwóch sułtanów, Bajazyd II i Mehmed III, miało matki pochodzenia albańskiego.

Kosowo i Metohija

Metohija lub Dukagjin to duży basen i nazwa regionu obejmującego południowo-zachodnią część Kosowa. Region obejmuje 35% (3891 km2) całkowitej powierzchni Kosowa. Według spisu ludności z 2011 roku region zamieszkuje 700 577 osób.

Nazwa Metohija wywodzi się od greckiego słowa μετόχια, oznaczającego „majątki klasztorne” – nawiązanie do dużej liczby wiosek i posiadłości w regionie, które w średniowieczu były własnością serbskich klasztorów prawosławnych i klasztorów z Góry Athos.

W języku albańskim obszar ten nazywa się Rrafshi i Dukagjinit i oznacza „płaskowyż Dukagjin”, ponieważ nazwa pochodzi od rodziny, która rządziła dużą częścią Metohija w XIV-XV wieku..

Termin „Kosowo i Metohija” ( cyrylica serbska : Косово и Метохија) był oficjalnie używany w odniesieniu do Autonomicznego Regionu Kosowa i Metohiji (1945-1963), a także do Autonomicznej Prowincji Kosowa i Metohiji (1963-1968). Termin „Metohija” został usunięty z oficjalnej nazwy prowincji w 1968 r., a tym samym termin „Kosowo” stał się oficjalną nazwą całej prowincji. Zmiana nie została przyjęta z zadowoleniem przez Serbów, którzy nadal używali starej nazwy (na przykład w projekcie memorandum SANU z 1986 r.). We wrześniu 1990 r. przyjęto nową konstytucję Republiki Serbii, zmieniając oficjalną nazwę prowincji z powrotem na Autonomiczną Prowincję Kosowa i Metohiji. Tym razem zmiana nie została przyjęta z zadowoleniem przez etnicznych Albańczyków, którzy protestowali przeciwko oficjalnemu używaniu terminu „Metohija”. W 2008 r., po ogłoszeniu niepodległości Kosowa, Serbia włączyła termin „Metohija” do oficjalnej nazwy nowo utworzonego Ministerstwa ds. Kosowa i Metohiji, które w 2012 r. zostało przekształcone w Urząd ds. Kosowa i Metohiji.

Republiki i prowincje byłej Jugosławii; źródło: angielska Wikipedia.

Średniowiecze

Wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego, przez Bałkany przeszło wiele plemion „barbarzyńskich”, z których większość nie pozostawiła po sobie trwałego państwa. Słowianie jednak podporządkowali sobie Bałkany w VI i VII wieku. Księstwo Serbii obejmowało miasto Destinikon, które prawdopodobnie znajdowało się w Metohiji. Region ten został podbity przez Bułgarię na początku X wieku, po czym przywrócono panowanie bizantyjskie, na krótko ok. 970-975 i ponownie po 1018 r. Pod względem administracji kościelnej region Metohija należał do utworzonej w 1019 r. Eparchii Prizren. W XI i XII wieku o region ten toczyły się spory między Wielkim Księstwem Serbii a Cesarstwem Bizantyjskim. Serbski wielki książę Stefan Nemanja został uznany za niezależnego władcę w 1190 r., Zatrzymał północne części Metohiji (region Hvosno), podczas gdy południowe części zostały włączone do Królestwa Serbii na początku XIII wieku. Po upadku cesarstwa serbskiego w 1371 roku region Metohija był kontrolowany przez rodzinę Balšićów z Zeta, a od 1378 roku przez rodzinę Brankovićów. Region był również kontrolowany przez Księstwo Dukagjini, które było częścią Despotatu Serbskiego do 1455 roku, kiedy to zostało ono podbite przez Imperium Osmańskie.

Posiadłości rodziny Dukagjini w końcu XIV wieku; źródło: angielska Wikipedia.

Osmańskie zapisy katastralne z XV-XVI wieku, wskazują, że równiny Dukagjin były zamieszkane w tym okresie w większości albańskich chrześcijan. Ta albańsko-chrześcijańska większość regionu zajmowała się głównie rolnictwem i składała się zarówno z katolickich, jak i prawosławnych Albańczyków. Albańska antroponimia i onomastyka dominowały nad słowiańskimi, jest też wiele przypadków antroponimii mieszanej słowiańsko-albańskiej; to znaczy Albańczycy z elementami antroponimii słowiańskiej w wyniku ich nawrócenia na wiarę prawosławną. Ludność słowiańska tego regionu w tamtych czasach była w zdecydowanej mniejszości.

Najnowsza historia

Obszar ten został zajęty przez Królestwo Czarnogóry podczas pierwszej wojny bałkańskiej w 1912 r., z wyjątkiem obszaru Prizren, podbitego przez Królestwo Serbii. Podczas pierwszej wojny światowej Czarnogóra została podbita przez wojska austro-węgierskie w 1915 r. Państwa centralne zostały wyparte z Metohiji przez armię serbską w 1918 r. Następnie Czarnogóra dołączyła do Królestwa Serbii, po czym powstało Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Królestwo to zostało przekształcone w Jugosławię w 1929 r. Po napadzie państw Osi podczas II wojny światowej w 1941 r., nastąpił jej rozbiór, a region Metohija został włączony do Albanii kontrolowanej przez Włochów. Ci zatrudniali „Vulnetari”, czyli albańskich ochotników służących w milicji, by kontrolować wsie. Po kapitulacji Włoch w 1943 r. Niemcy przejęli bezpośrednią kontrolę nad regionem, wspierani przez lokalnych albańskich kolaborantów ( Balli Kombëtar ). Po licznych atakach serbskich czetników i partyzantów jugosłowiańskich Metohija została zdobyta przez siły serbskie w 1944 r. W 1946 r. stała się ona częścią serbskiej autonomicznej prowincji Kosowo i Metohija w ramach Demokratycznej Federacji Jugosławii.

xxxxxxxx

Z powyższej mapy wynika, że tereny, o które spiera się Serbia z Albanią, należały w końcu XIV wieku do feudalnych rodzin serbskich i albańskich, bo widoczna posiadłość Kastrioti, to albańska, bo Skanderbeg, to Gjergj Kastrioti Skënderbeu, bohater narodowy Albanii. Później przyszli Turcy i na prawie 500 lat ustanowili tu swoje rządy. W praktyce oznaczało to, że ci feudałowie, przynajmniej niektórzy, zmienili religię i przeszli na islam. Obecnie islam to około 60% populacji Albanii, chrześcijanie – 30%. W przypadku Kosowa 90% mieszkańców to Albańczycy, 7% – Serbowie. Widać więc wyraźnie, że proporcja ta jest znacznie gorsza, niż w samej Albanii. Jak to było możliwe, że na tereny, które są szczególne dla Serbów, i to prawdopodobnie nie ze względu na bitwę na Kosowym Polu, ale ze względu Metochię ( Metohiję), która oznacza po prostu własność monasteru, czyli klasztoru prawosławnego, napłynęło tak wielu muzułmanów?

Konflikt religijny jest o wiele bardziej niebezpieczny, niż konflikt etniczny, czy każdy inny, bo tylko on może wywołać emocje, które w pewnym momencie mogą stać się bombą z opóźnionym zapłonem. To dało o sobie znać w 1999 roku i wcale nie jest powiedziane, że za jakiś czas sytuacja nie powtórzy się.

Angielska Wikipedia pisze:

Albański katolik Gregor Mazrreku poinformował w 1651 r., że w zachodnim Kosowie było wcześniej wielu katolików, którzy przeszli na islam, aby uniknąć podatków i obciązen. W Suha Reka, gdzie wcześniej było 160 katolickich gospodarstw domowych, wszyscy mężczyźni przeszli na islam. Wielu katolików w Kosowie również przeszło na islam z powodu braku księży, nacisków władz osmańskich i cerkwi. Kościół katolicki w Kosowie był biedny, a katolików zmuszano do płacenia podatków Kościołowi prawosławnemu. Według Malcolma, w porównaniu z kościołem katolickim, serbski kościół prawosławny był większy, bogatszy, bardziej ugruntowany i bardziej uprzywilejowany, co było powodem mniejszej konwersji na islam.

Polska Wikipedia pisze:

Około XVII wieku wzrosła znacznie liczba ludności pochodzenia albańskiego w Metochii. Historycy uważają, że jest to efekt migracji ludności z terenów dzisiejszej Albanii, charakteryzującej się m. in. wyznawaniem islamu. Istnieją z pewnością dowody, wskazujące na migrację ludności – wielu Albańczyków w Kosowie posiada nazwiska zbliżone do mieszkańców Malësi, prowincji znajdującej się na północy Albanii. Dziś większość serbskich muzułmanów mieszka w regionie Sandżak w południowej Serbii oraz w północnym Kosowie. Historycy sądzą, że w Kosowie zamieszkiwała także znaczna liczba albańskich chrześcijan, którzy przeszli na islam.

W 1689 r. Kosowo dotknięte zostało przez wojnę austriacko-osmańską (1683–1699), która stanowi element historii Serbii. W październiku 1689 niewielka armia austriacka, dowodzona przez margrabię badeńskiego Ludwika Wilhelma, wdarła się do Turcji, zajęła Belgrad, następnie zaś dotarła aż do Kosowa. Wielu Albańczyków i Serbów zaciągnęło się do armii margrabiego Badenii, ale również wielu postanowiło walczyć u boku Turków przeciw Austriakom. Udana kontrofensywa osmańska zmusiła margrabiego Badenii do wycofania się do twierdzy w Niszu, potem do Belgradu, ostatecznie zaś przez Dunaj z powrotem do Austrii.

Wojska osmańskie zniszczyły i splądrowały dużą część Kosowa. Zmusiły do ucieczki z Austriakami wielu Serbów, w tym patriarchę Serbskiego Kościoła Prawosławnego Arsenije III. Wydarzenie to znane jest w serbskiej historii pod nazwą Wielkiej Wędrówki Serbów (serb. Velika seoba Srba). Według podań z epoki miały wziąć w niej udział setki tysięcy Serbów (współcześnie podawane są liczby od 30 do 70 tys. rodzin), co z kolei zaowocowało znaczącym napływem Albańczyków na opuszczone tereny Kosowa. Przekazy Arsenije III z tego okresu wspominają o 30 tysiącach uciekinierów, którzy udali się z nim do Austrii.

Współczesny konflikt albańsko-serbski ma swoje korzenie w wypędzeniu Albańczyków w latach 1877–1878 z terenów włączonych do Księstwa Serbii. Podczas i po wojnie serbsko-osmańskiej w latach 1876–78 od 30 000 do 70 000 muzułmanów, głównie Albańczyków, zostało wypędzonych przez armię serbską z Sandżaku w Niszu i uciekło do kosowskiego Vilayet. Według austriackich danych do lat 90. XIX wieku Kosowo było w 70% muzułmańskie (prawie całkowicie pochodzenia albańskiego) i mniej niż w 30% nie-muzułmańskie (głównie Serbowie). W maju 1901 roku Albańczycy splądrowali i częściowo spalili miasta Novi Pazar, Sjenica i Prisztina oraz dokonali masakry Serbów w rejonie Kolašina.

Kosowo w obrębie Imperium Osmańskiego w latach 1875-1878; źródło: Wikipedia.

Podczas I wojny bałkańskiej jesienią 1912 roku jednostki armii serbskiej wkroczyły na terytorium Kosowa i zaczęły tam ustanawiać własną administrację, w wyniku czego zostało zamordowanych około 25 tys. Albańczyków.

W wyniku ustaleń paktu londyńskiego w maju 1913 Kosowo oraz południowa Metochia stały się częścią Serbii, a północna Metochia – częścią Czarnogóry. W 1918 Serbia stała się częścią nowo powstałego Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. 24 września 1920 rząd Królestwa wydał dekret o kolonizacji ziem południowych. Kolonizacja miała zmienić niekorzystną dla Serbów strukturę etniczną Kosowa. W wyniku kolonizacji do Kosowa przybyło 12 000 rodzin serbskich, w większości nastawionej wrogo wobec ludności miejscowej. Terytorium Kosowa było jednym z najbardziej zaniedbanych ekonomicznie obszarów, znajdujących się w obrębie Królestwa, późniejszej Jugosławii. W początkach lat 30. w przemyśle, handlu i usługach było zatrudnionych 2,4% ludności Kosowa (w Jugosławii 15,8%).

xxxxxxxx

Przebiegając tak, nawet pobieżnie, historię Kosowa, nie sposób nie dojść do wniosku, że źródłem wszelkiego zła są różnice na tle religijnym i wyznaniowym, wynikające z istnienia wielu religii i wyznań. Ktoś jednak musiał doprowadzić do takiego stanu. Samo to się nie zrobiło. Jakby tego było mało, to w XIX wieku dorzucił do tego nacjonalizm, który najczęściej łączy się z jakąś religią czy wyznaniem. Mamy więc nacjonalizm serbski związany z prawosławiem, chorwacki – z katolicyzmem, albański – z islamem. Imperia podbijają mniejsze narody i narzucają im swoje warunki, skłócają jednych z drugimi poprzez faworyzowanie jednych i dyskryminowanie drugich. I w takiej sytuacji nienawiść dyskryminowanych zwraca się ku tym faworyzowanym, a nie przeciw temu, który skłócił. Do tego dochodzą jeszcze wysiedlenia i przesiedlenia, będące najczęściej skutkiem jakiejś wojny. A wszystkiemu temu musi jeszcze towarzyszyć jakaś ideologia np. Wielkiej Albanii, Wielkiej Serbii, Wielkiej Chorwacji, Wielkiej Bułgarii. Na naszym podwórku mamy do czynienia z Wielką Polską czy Wielką Ukrainą. Po co komu to potrzebne? Wszak „Wielka” oznacza, że komuś trzeba zabrać. Ideologia typowo konfrontacyjna, a więc wroga sąsiadom. Kto stworzył tę idiotyczną ideologię? I jakimi kryteriami się kierował, wybierając narody, którym ją zaszczepił? Jakoś nie słyszałem o Wielkich Czechach czy Wielkiej Szwajcarii, co oznacza, że chyba da się żyć w małym państwie.

A więc recepta na wywołanie konfliktu czy wojny może być przykładowo taka:

  • różnice na tle religijnym bądź wyznaniowym
  • nacjonalizm
  • faworyzowanie jednych kosztem drugich
  • wysiedlenia, przesiedlenia
  • ideologia „Wielkiej…”
  • Anglosasi jako czynnik skłócający i działający w imieniu swoich nieznanych przełożonych

Z tym wszystkim mamy już do czynienia w Polsce. Niektóre z tych elementów pojawiły się wraz z powstaniem I Rzeczypospolitej. Przechodzenie rusińskich i litewskich feudałów na katolicyzm było tym samym, czym przechodzenie albańskich feudałów na islam i motywy były te samie. W obu przypadkach zmiana wyznania czy religii wiązała się najczęściej z awansem na wysokie stanowiska w państwie.

Scena przygotowana, aktorzy w pogotowiu. Pozostaje tylko wybór odpowiedniego momentu.

Unia z Ukrainą?

Pomysł unii polsko-ukraińskiej powraca co jakiś czas. W dniu 6 kwietnia pojawił się na Interii artykuł Unia Polski z Ukrainą? Niebezpieczny temat (https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-ukraina-rosja/aktualnosci/news-unia-polski-z-ukraina-niebezpieczny-temat,nId,6697331). Jedni eksperci są za taką unią, inni są jej przeciwni. Jedni i drudzy mają swoje racje, które każą im wysuwać takie, a nie inne argumenty. Jak w dobrze prowadzonym przesłuchaniu: jest dobry i zły policjant. Osobiście odnoszę wrażenie, że jest to „gotowanie żaby na wolnym ogniu”, czyli przygotowywanie polskiego społeczeństwa do zmian, jakie mogą nastąpić po zakończeniu wojny na Ukrainie. Poniżej treść tego artykułu.

Szalony, zdawałoby się, koncept unii polsko-ukraińskiej zyskuje coraz to nowych zwolenników. “Za takim rozwiązaniem nie przemawia nostalgia, ale wspólne interesy” – przekonuje amerykański magazyn “Foreign Policy”. – Jeśli rozumiemy przez to formę wspólnej państwowości, mówienie o tym wydaje mi się szkodliwe – podkreśla prof. Andrzej Szeptycki.

Inwazja Rosji na Ukrainę sprawiła, że koncepcja unii polsko-ukraińskiej ma nad Wisłą swoich entuzjastów. Mówił o niej m.in. w rozmowie z Interią europoseł Patryk Jaki, przekonując, że “jeżeli Ukraina wygra wojnę, powinniśmy budować z nią sojusz”. 

Marzy mi się nawet coś na kształt nowej Unii Lubelskiej z Ukrainą, w przyszłości poszerzony o wolną Białoruś. Taki sojusz należy oprzeć o gwarancje USA, które muszą mieć militarnego, silnego partnera w tej części Europy – dodał. 

O konieczności rozwoju relacji Warszawy z Kijowem w tym kierunku pisał także publicysta i analityk Marek Budzisz, który w perspektywie dekady postulował utworzenie polsko-ukraińskiego państwa federacyjnego

Kilka dni temu do polskich głosów w tej sprawie dołączył słowacki politolog Dalibor Rohac, ekspert American Enterprise Institute. 

W felietonie na łamach renomowanego amerykańskiego magazynu “Foreign Policy” zaproponował zawiązanie unii polsko-ukraińskiej. Przekonywał, że w kontekście rosyjskiego zagrożenia za takim rozwiązaniem nie przemawia nostalgia, ale wspólne interesy.

Prof. Szeptycki: Mało realne, a wręcz szkodliwe

Ukraina broni się przed rosyjską agresją i chwyci się wszystkiego, co ją wzmocni, strategicznie, politycznie, wojskowo, gospodarczo itp. Teraz i w przyszłości. Do tych środków nie należy jednak tworzenie wspólnych struktur państwowych z Polską – przekonuje w rozmowie z Interią Eugeniusz Smolar z Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Unia Polski z Ukrainą wydaje się mało realna. A jeśli rozumiemy przez to formę wspólnej państwowości, mówienie o tym wydaje mi się również z kilku powodów szkodliwe – dodaje prof. Andrzej Szeptycki z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW oraz Instytutu Strategie 2050.

Wojna w Ukrainie. Unia z Polską a zagrożenie ze strony Rosji

Dalibor Rohac przekonuje, że 700 lat temu unia I Rzeczpospolitej z Wielkim Księstwem Litewskim, które obejmowało dzisiejsze duże obszary Białorusi i Ukrainy, pozwoliło rozwiązać dwa problemy.

Unia z 1385 r. odpowiedziała na obawy dotyczące zagrożenia ze strony Krzyżaków, z którym borykali się zarówno Polacy, jak i Litwini. A obecne ewentualna unia Warszawy i Kijowa miałaby pozwolić na przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony Rosji.

Polska jest silna swoją przynależnością do NATO i do UE i odgrywa ważną rolę jako źródło oraz jako centrum logistyczne pomocy walczącym Ukraińcom, także w pomocy uchodźcom na terenie kraju. Nie posiada jednak potencjału gospodarczego czy wojskowego, by prowadzić samodzielną politykę wschodnią wobec Ukrainy (czytaj: Rosji) – przekonuje Eugeniusz Smolar. 

Równie sceptycznie podchodzi do sprawy profesor Andrzej Szeptycki i zwraca uwagę na zagrożenia.

Istnieje ryzyko, że mówienie o unii zostałoby wykorzystane przez rosyjską propagandę, która już niejednokrotnie wspominała o rewizjonizmie ze strony Polski wobec zachodniej Ukrainy czy Lwowa – podkreśla.

I jak dodaje, w kontekście projektu hipotetycznej unii, natychmiast pojawiłoby się pytanie, czy nie zaowocuje ona włączeniem Polski do wojny. To niebezpieczne, ponieważ mógłby to być argument przeciwko pomocy Polski dla Ukrainy – mówi.

Unia z Polską sposobem na wejście Ukrainy do UE i NATO?

Inny z argumentów Dalibora Rohacza w sprawie potencjalnej unii dotyczy przyspieszenia starań Ukrainy na drodze do UE i NATO. 

“Nawet jeśli wojna Ukrainy z Rosją zakończy się zdecydowanym zwycięstwem Ukrainy i wyparciem sił rosyjskich z kraju, Kijów czeka potencjalnie kilkudziesięcioletnia walka o wejście do UE, nie mówiąc już o uzyskaniu wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa od Stanów Zjednoczonych” – wskazuje Słowak.

I podkreśla, że ten czas może być niebezpieczny podobnie jak w przypadku państw Bałkanów Zachodnich, które od lat czekają na przyjęcie do UE czy NATO. 

“Niestabilne kraje Bałkanów, podatne na rosyjską i chińską ingerencję, stanowią ostrzeżenie, do czego może doprowadzić przedłużający się ‘status kandydata’ oraz europejskie niezdecydowanie” – pisze Rohac.

Eugeniusz Smolar wskazuje, że “wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że Ukraina przez lata nie będzie gotowa do członkostwa w UE i od dobrej woli poszczególnych rządów zależeć będzie, głównie z powodów moralnych, wypracowanie szybszej, nigdy wcześniej niepróbowanej ścieżki akcesji”.

Dużo rozsądniejsza wydaje się być strategiczna współpraca między Warszawą a Kijowem, zawarcie nowego traktatu polsko-ukraińskiego, rozwijanie istniejących formatów, np. Trójkąta Lubelskiego, który tworzą Warszawa, Wilno i Kijów oraz popieranie akcesji Ukrainy do UE i NATO – dodaje Andrzej Szeptycki.

Proces zjednoczenia Niemiec

Dla poparcia hipotezy o połączeniu Polski z Ukrainą Dalibor Rohac powołał się na zjednoczenie Niemiec z 3 października 1990 r. 

“To nie jest fantazja” – przekonuje słowacki politolog, który widzi w wydarzeniach sprzed 30 lat precedens, mogący posłużyć jako przykład do trudnego procesu łączenia państw.

Zjednoczenie Niemiec przypieczętowano 12 września 1990 r. w tzw. traktacie 2+4, podpisanym w Moskwie przez szefów MSZ RFN, NRD oraz czterech zwycięskich państw II wojny światowej: ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Kilkustronicowy dokument zakończył po ponad 40 latach podział Niemiec.

W ramach traktatu określono granice i wyjaśniono kwestie dotyczące bezpieczeństwa, w tym jednego z najbardziej kontrowersyjnych punktów, tj. członkostwa w NATO, redukcji niemieckich sił zbrojnych z około pół miliona w samej RFN do 370 tys. w zjednoczonych Niemczech. Ustalono wycofanie sowieckich wojsk z ówczesnej NRD.

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce i w Ukrainie ktoś mógłby wskazywać na precedens zjednoczenia Niemiec. Byłoby to jednak mocno naciągane, ponieważ mieliśmy wówczas do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Naród niemiecki był podzielony, państwa zachodnie uznawały jego prawo do jedności, a zjednoczenie dokonało się z udziałem czwórki wielkich mocarstw. To nie jest przypadek Polski i Ukrainy – podkreśla Andrzej Szeptycki. I jak dodaje, tego typu model można bardziej zastosować do podzielonego Cypru

Unia Polski z Ukrainą przeciwwagą dla Niemiec i Francji w UE?

Rohac na łamach “FP” snuje snuje wyobrażenia, co by się stało, gdyby po zakończeniu wojny Polska i Ukraina stworzyły wspólne państwo federalne lub konfederacyjne, łącząc politykę zagraniczną i obronną oraz niemal natychmiast wprowadzając Ukrainę do UE i NATO.

“Unia polsko-ukraińska stałaby się drugim co do wielkości krajem w UE i prawdopodobnie jej największą potęgą militarną, stanowiąc więcej niż wystarczającą przeciwwagę dla tandemu francusko-niemieckiego – czego tak bardzo brakuje UE po brexicie” – twierdzi.

Sceptycznie do takiego stawiana sprawy podchodzi Eugeniusz Smolar. Nasze bezpieczeństwo i rozwój są i pozostaną związane z NATO i z Unią Europejską. Zabójczo szkodliwym jest tworzenie miraży, że Polska mogłaby rozwijać się szybciej i odgrywać ważniejszą rolę w innych strukturach, co próbowano początkowo czynić z “Trójmorzem” prezentowanym jako projekt geopolityczny – podkreśla.

Kwestie gospodarcze. Polska nie ma środków na odbudowę Ukrainy

Słowacki politolog w wizji ewentualnej unii Warszawy i Kijowa optymistycznie podchodzi do kwestii gospodarczych. Podkreśla, że polski podatnik nie powinien w ogóle płacić rachunku za odbudowę Ukrainy oraz nadrabianie przez nią zaległości w stosunku do Zachodu.

Odbudowa miałaby zostać sfinansowana m.in. z zamrożonych rosyjskich aktywów na Zachodzie o wartości 300 mld dolarów oraz wsparcia zamożniejszych państw. 

Szacunki dotyczące kosztów odbudowy Ukrainy różnią się od siebie, ale z pewnością przekroczą kilkaset mld dolarów. Wielu liczy na korzyści wynikające z udziału Polski w odbudowie, jednak wydaje się, że nasz kraj z wynoszącym w 2022 r. PKB około 700 mld dolarów z pewnością nie udźwignie tego ciężaru.

Naszym sąsiadom, którzy muszą zapewnić pracę własnym obywatelom, tańszym niż polscy budowlańcy, zależeć będzie na zaangażowaniu takich koncernów międzynarodowych, które łączyć będą ekspertyzę ze zdolnościami finansowania działalności własnej – wskazuje Eugeniusz Smolar.

Takie zdolności posiadają Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Włosi, Holendrzy, Hiszpanie itd., itd. By się więc liczyć, polski rząd musi myśleć o pozyskaniu co najmniej 4-5 mld własnych dolarów czy euro, by finansować przyszłą działalność polskich przedsiębiorstw w Ukrainie. Oznaczać to będzie w obecnych warunkach bolesną konieczność pogłębienia zadłużenia na rynkach międzynarodowych – wskazuje ekspert CSM.

Wynika z tego, że w trudnym i kosztownym procesie odbudowy Ukrainy to nie sentymenty odegrają główną rolę, ale kapitał. A kolejka chętnych będzie długa.

xxxxxxxx

Jeśli taki felieton ukazuje się w prestiżowym amerykańskim Foreign Policy, to nie jest to przypadek i czemuś to służy. Zapewne oswajaniu Polaków z taką wizją. Amerykanie posłużyli się słowackim politologiem, nie dlatego, że nie mają swoich. Wprost przeciwnie, Amerykanie są doskonale zorientowani we wszystkim, co się dzieje na świecie, bo to na ich uczelnie zjeżdża cały świat. Ale nie tylko dlatego i nie przede wszystkim dlatego. Po prostu dlatego, że wszędzie na świecie są zasymilowani Żydzi, którzy doskonale znają realia każdego zakątka świata i jak trzeba coś tam zmienić, to pojawia się amerykańska armia i robi „porządek”. To nie Amerykanie są żandarmem świata, tylko Żydzi, którzy posługują się amerykańskim wojskiem jak pałką. W przypadku tego felietonu uznano chyba, że nie trzeba tak ostentacyjnie manifestować, że to amerykański pomysł, tylko posłużono się słowackim politologiem. Po to oni są, po to, by autorytetem swojego tytułu naukowego dodawać powagi wygłaszanym opiniom.

Argument, że taka unia pozwoliłaby na przeciwstawienie się zagrożeniu Rosji, to kpina ze zdrowego rozsądku. Jeśli tak to miało by wyglądać, to pojawia się pytanie: to po co Polska wchodziła do NATO? No właśnie po to, by uchronić się przed rosyjskim zagrożeniem. A jeśli NATO nie jest w stanie nas obronić, to czy unia z państwem upadłym jest w stanie to uczynić? Pomijając już to, czy Rosja w ogóle Polsce zagraża. A jeśli zagraża, to ma przecież granicę z Polską w obwodzie kaliningradzkim, a granica z Białorusią jest praktycznie granicą z Rosją. Mamy więc tu klasyczne odwrócenie kota ogonem. Dążenie do stworzenia unii z Ukrainą jest maskowane rzekomym zagrożeniem ze strony Rosji.

Stworzenie unii z Ukrainą przyśpieszyło by jej wejście do unii i NATO – twierdzi słowacki politolog. Problem polega na tym, że stworzenie unii z Ukrainą oznaczało by automatycznie rozszerzenie unii, a to chyba nie mogło by się dokonać bez zgody krajów członkowskich. Z drugiej strony granica pomiędzy Polską a Ukrainą praktycznie nie istnieje, co może sugerować, że dokonuje się jakaś dezintegracja unii. No bo skoro jej granice są nieszczelne, to można chyba użyć takiego określenia. Jeśli zaś chodzi o NATO, to Ukraina, że względu na pomoc jaką otrzymuje od NATO, już w nim praktycznie jest.

Unia Polski i Ukrainy miałaby być przeciwwagą dla Niemiec i Francji? To chyba jakiś żart. Według słowackiego politologa byłaby to też największa potęga militarna w Europie. Polska jest całkowicie rozbrojona, a Ukraina ma tylko to, co dostaje z NATO.

Ilość bzdur, jakie wypowiedział słowacki politolog przeraża, ale to tylko balon próbny, sondujący reakcję polskich polityków i społeczeństwa. Jest rzeczą oczywistą, że taka unia nie może powstać w trakcie wojny, bo nie wiadomo w jakim kształcie terytorialnym wyjdzie z niej Ukraina. Dlatego trwa przygotowywanie opinii publicznej do takiego rozwiązania, które prawdopodobnie nastąpi po wojnie. O tym świadczą wypowiedzi takich ludzi jak Patryk Jaki czy Marek Budzisz, ale również przesiedlenie milionów Ukraińców, którzy nie byli zagrożeni wojną, bo ona toczy się tylko na niewielkim obszarze we wschodniej części Ukrainy. Samo przesiedlenie może nie byłoby takie groźne, ale nadawanie im numerów PESEL i licznych przywilejów, faworyzujących ludność ukraińską względem ludności polskiej, świadczy o tym, że ci ludzie tu zostaną. W praktyce mamy już państwo, w którym egzystują dwa narody, a stąd do unii już blisko.

Nie wiemy, jaki porządek nastanie po zakończeniu wojny na Ukrainie, ale dowiemy się, gdy ona się skończy. Tak jak w czasie II wojny światowej ludzie nie wiedzieli, jak będzie wyglądał świat po niej, tak po jej zakończeniu dowiedzieli się.