Kosowo c.d.

W blogu „Kosowo” cytowałem fragment z książki Waldemara Łysiaka Stulecie kłamców (2000), w którym prezentował on swoje krytyczne stanowisko dotyczące bombardowania Serbii przez wojska NATO w 1999 roku. Łysiak to taki antysystemowiec, który już za czasów PRL-u był tzw. licencjonowanym opozycjonistą. Ten jego protest to była raczej autopromocja, niż próba rzetelnego opisania konfliktu srbsko-albańskiego, dojścia do jego istoty. Nie da się tego wyjaśnić, jeśli nie poznamy historii tego rejonu i nie dowiemy się, kim są Albańczycy. I od tego wypada zacząć. Polska Wikipedia pisze:

Albania jest nazwą kraju zaczerpniętą ze źródeł grecko-rzymskich. Rdzeń alb został zaczerpnięty z języków ilirskich i oznacza kolor biały. Historia Świata Polibiusza, pochodząca z II w. p.n.e., wspomina o plemieniu żyjącym na terenie dzisiejszej Albanii, którego członkowie byli nazywani Albanoí i Arbanitai.

W starożytności Albania wchodziła w skład Ilirii zamieszkiwanej przez lud indoeuropejski Ilirów, którzy wymieszali się później z Trakami i Słowianami. W 168 roku p.n.e. kraj został uzależniony od Rzymian, a od końca IV wieku wszedł w skład Cesarstwa Bizantyńskiego. Na przełomie VI i VII wieku napłynęły tu plemiona słowiańskie. W okresie IX–XI wieku tereny Albanii wchodziły w skład carstwa Bułgarii. Pierwsze państwo albańskie powstało w XII wieku, w XIV wieku zostało podbite przez Serbów. Około 1435 Turcy zajęli Albanię. Wyzwoliła się ona czasowo po powstaniu zainicjowanym przez Skanderbega. Pod koniec XV wieku Turcy znów zajęli kraj, wówczas to podupadł on pod względem cywilizacyjnym. Feudałowie powoli i systematycznie przechodzili na islam, zachowując swe majątki i uprawnienia. Często piastowali wysokie funkcje w państwie tureckim (np. Ali Pasza z Tepeleny, Muhammad Ali).

W XIX wieku wzmógł się ruch niepodległościowy na rzecz wyzwolenia Albanii, zwany Rilindja. W 1912 roku Kongres Narodowy we Wlorze ogłosił deklarację niepodległości. W 1913 po konferencji londyńskiej nie powiodły się plany rozdzielenia jej między Serbię i Grecję. Do czasu wybuchu II wojny światowej Albania była kolejno księstwem, republiką i królestwem.

Angielska Wikipedia pisze:

W XI wieku Wielka Schizma sformalizowała rozłam między prawosławnym a zachodnim Kościołem katolickim, co znajduje odzwierciedlenie w Albanii poprzez pojawienie się katolickiej północy i prawosławnego południa. Albańczycy zamieszkiwali na zachód od jeziora Ochrida i górną część doliny rzeki Shkumbin i w 1190 r. założyli Księstwo Arbanon pod przywództwem Progona z Kruja. Po nim królestwo odziedziczyli jego synowie Gjin i Dhimitri.

Pod koniec XII i na początku XIII wieku tereny te zaczęli przejmować Serbowie i Wenecjanie. Etnogeneza Albańczyków jest niepewna; jednak pierwsza niekwestionowana wzmianka o Albańczykach pochodzi z zapisów historycznych z 1079 lub 1080 r. w pracy Michaela Attaliatesa, który odniósł się do Albanoi jako biorących udział w buncie przeciwko Konstantynopolowi. W tym momencie Albańczycy byli w pełni schrystianizowani.

Kilka lat po rozwiązaniu Księstwa Arbanon Karol Andegaweński zawarł porozumienie z władcami albańskimi, obiecując chronić ich i ich dawne wolności. W 1272 założył Królestwo Albanii, które zajmowało całe terytorium środkowej Albanii od Dyrrhachium wzdłuż wybrzeża Adriatyku do Butrint. Katolicka struktura polityczna była podstawą papieskich planów szerzenia katolicyzmu na Półwyspie Bałkańskim. Plan ten znalazł również poparcie Heleny Andegaweńskiej, kuzynki Karola Andegaweńskiego. Za jej rządów zbudowano około 30 katolickich kościołów i klasztorów, głównie w północnej Albanii. Wewnętrzne walki o władzę w Cesarstwie Bizantyjskim w XIV wieku umożliwiły najpotężniejszemu średniowiecznemu władcy Serbów, Stefanowi Dusanowi, ustanowienie krótkotrwałego imperium obejmującego całą Albanię z wyjątkiem Durrës. W 1367 r. różni albańscy władcy ustanowili Despotat Arty. W tym czasie powstało kilka księstw albańskich, w szczególności Księstwo Albanii, Księstwo Kastrioti, Lordship of Berat i Księstwo Dukagjini. W pierwszej połowie XV wieku Imperium Osmańskie najechało większość Albanii, a walkę z nim podjęła Liga Lezhë, zwana też Ligą Albańską, której przewodził Skanderbeg – bohater narodowy średniowiecznej Albanii.

Wraz z upadkiem Konstantynopola Imperium Osmańskie kontynuowało proces podbojów i ekspansji, wdzierało się coraz bardziej w głąb Europy Południowo-Wschodniej. W 1385 dotarło do albańskiego wybrzeża Morza Jońskiego, a w 1431 roku zajęło większość Albanii. W rezultacie tysiące Albańczyków uciekło do Europy Zachodniej, zwłaszcza do Kalabrii, Neapolu, Raguzy i Sycylii, podczas gdy inni szukali schronienia w często niedostępnych górach Albanii.

Albańczycy, jako chrześcijanie, byli uważani za gorszą klasę ludzi i jako tacy podlegali wysokim podatkom, między innymi przez system Devshirme, który pozwolił sułtanowi zabrać wymagany procent chrześcijańskiej młodzieży z ich rodzin, aby stworzyć z niej janczarów. Podbojowi osmańskiemu towarzyszył także stopniowy proces islamizacji i szybka budowa meczetów, co w konsekwencji zmieniło religijny obraz Albanii.

Kiedy Turcy umocnili swoją pozycję w regionie, albańskie miasta zostały zorganizowane w cztery główne sanjaki. Rząd wspierał handel, osiedlając żydowskich uchodźców, uciekających przed prześladowaniami w Hiszpanii. Miasto Wlora stało się głównym portem handlowym, do którego sprowadzano importowane z Europy towary, takie jak wyroby bawełniane, wełnę, dywany, przyprawy; skóry z Bursy i Konstantynopola. Niektórzy obywatele Wlory mieli partnerów handlowych w całej Europie.

Zjawisko islamizacji wśród Albańczyków rozpowszechniło się przede wszystkim od XVII wieku i trwało do XVIII wieku. Islam oferował im równe szanse i awans w Imperium Osmańskim. Jednak motywy konwersji były, zdaniem niektórych badaczy, zróżnicowane w zależności od kontekstu, choć brak materiałów źródłowych nie pomaga w badaniu tych zagadnień. Z powodu narastającego represjonowania katolicyzmu większość katolickich Albańczyków w XVII wieku przeszła na islam, podczas gdy ortodoksyjni Albańczycy poszli w ich ślady głównie w następnym stuleciu.

Ponieważ Albańczycy byli postrzegani jako strategicznie ważni, stanowili znaczną część osmańskiej armii i biurokracji. Wielu muzułmańskich Albańczyków osiągnęło ważne stanowiska polityczne i wojskowe oraz przyczyniło się do kulturowego rozwoju świata muzułmańskiego. Ciesząc się tą uprzywilejowaną pozycją, zajmowali różne wysokie stanowiska administracyjne u ponad dwudziestu albańskich wielkich wezyrów. Wśród innych byli członkowie wybitnej rodziny Köprülü, Zagan Pasza, Muhammad Ali z Egiptu i Ali Pasza z Tepeleny. Ponadto dwóch sułtanów, Bajazyd II i Mehmed III, miało matki pochodzenia albańskiego.

Kosowo i Metohija

Metohija lub Dukagjin to duży basen i nazwa regionu obejmującego południowo-zachodnią część Kosowa. Region obejmuje 35% (3891 km2) całkowitej powierzchni Kosowa. Według spisu ludności z 2011 roku region zamieszkuje 700 577 osób.

Nazwa Metohija wywodzi się od greckiego słowa μετόχια, oznaczającego „majątki klasztorne” – nawiązanie do dużej liczby wiosek i posiadłości w regionie, które w średniowieczu były własnością serbskich klasztorów prawosławnych i klasztorów z Góry Athos.

W języku albańskim obszar ten nazywa się Rrafshi i Dukagjinit i oznacza „płaskowyż Dukagjin”, ponieważ nazwa pochodzi od rodziny, która rządziła dużą częścią Metohija w XIV-XV wieku..

Termin „Kosowo i Metohija” ( cyrylica serbska : Косово и Метохија) był oficjalnie używany w odniesieniu do Autonomicznego Regionu Kosowa i Metohiji (1945-1963), a także do Autonomicznej Prowincji Kosowa i Metohiji (1963-1968). Termin „Metohija” został usunięty z oficjalnej nazwy prowincji w 1968 r., a tym samym termin „Kosowo” stał się oficjalną nazwą całej prowincji. Zmiana nie została przyjęta z zadowoleniem przez Serbów, którzy nadal używali starej nazwy (na przykład w projekcie memorandum SANU z 1986 r.). We wrześniu 1990 r. przyjęto nową konstytucję Republiki Serbii, zmieniając oficjalną nazwę prowincji z powrotem na Autonomiczną Prowincję Kosowa i Metohiji. Tym razem zmiana nie została przyjęta z zadowoleniem przez etnicznych Albańczyków, którzy protestowali przeciwko oficjalnemu używaniu terminu „Metohija”. W 2008 r., po ogłoszeniu niepodległości Kosowa, Serbia włączyła termin „Metohija” do oficjalnej nazwy nowo utworzonego Ministerstwa ds. Kosowa i Metohiji, które w 2012 r. zostało przekształcone w Urząd ds. Kosowa i Metohiji.

Republiki i prowincje byłej Jugosławii; źródło: angielska Wikipedia.

Średniowiecze

Wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego, przez Bałkany przeszło wiele plemion „barbarzyńskich”, z których większość nie pozostawiła po sobie trwałego państwa. Słowianie jednak podporządkowali sobie Bałkany w VI i VII wieku. Księstwo Serbii obejmowało miasto Destinikon, które prawdopodobnie znajdowało się w Metohiji. Region ten został podbity przez Bułgarię na początku X wieku, po czym przywrócono panowanie bizantyjskie, na krótko ok. 970-975 i ponownie po 1018 r. Pod względem administracji kościelnej region Metohija należał do utworzonej w 1019 r. Eparchii Prizren. W XI i XII wieku o region ten toczyły się spory między Wielkim Księstwem Serbii a Cesarstwem Bizantyjskim. Serbski wielki książę Stefan Nemanja został uznany za niezależnego władcę w 1190 r., Zatrzymał północne części Metohiji (region Hvosno), podczas gdy południowe części zostały włączone do Królestwa Serbii na początku XIII wieku. Po upadku cesarstwa serbskiego w 1371 roku region Metohija był kontrolowany przez rodzinę Balšićów z Zeta, a od 1378 roku przez rodzinę Brankovićów. Region był również kontrolowany przez Księstwo Dukagjini, które było częścią Despotatu Serbskiego do 1455 roku, kiedy to zostało ono podbite przez Imperium Osmańskie.

Posiadłości rodziny Dukagjini w końcu XIV wieku; źródło: angielska Wikipedia.

Osmańskie zapisy katastralne z XV-XVI wieku, wskazują, że równiny Dukagjin były zamieszkane w tym okresie w większości albańskich chrześcijan. Ta albańsko-chrześcijańska większość regionu zajmowała się głównie rolnictwem i składała się zarówno z katolickich, jak i prawosławnych Albańczyków. Albańska antroponimia i onomastyka dominowały nad słowiańskimi, jest też wiele przypadków antroponimii mieszanej słowiańsko-albańskiej; to znaczy Albańczycy z elementami antroponimii słowiańskiej w wyniku ich nawrócenia na wiarę prawosławną. Ludność słowiańska tego regionu w tamtych czasach była w zdecydowanej mniejszości.

Najnowsza historia

Obszar ten został zajęty przez Królestwo Czarnogóry podczas pierwszej wojny bałkańskiej w 1912 r., z wyjątkiem obszaru Prizren, podbitego przez Królestwo Serbii. Podczas pierwszej wojny światowej Czarnogóra została podbita przez wojska austro-węgierskie w 1915 r. Państwa centralne zostały wyparte z Metohiji przez armię serbską w 1918 r. Następnie Czarnogóra dołączyła do Królestwa Serbii, po czym powstało Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Królestwo to zostało przekształcone w Jugosławię w 1929 r. Po napadzie państw Osi podczas II wojny światowej w 1941 r., nastąpił jej rozbiór, a region Metohija został włączony do Albanii kontrolowanej przez Włochów. Ci zatrudniali „Vulnetari”, czyli albańskich ochotników służących w milicji, by kontrolować wsie. Po kapitulacji Włoch w 1943 r. Niemcy przejęli bezpośrednią kontrolę nad regionem, wspierani przez lokalnych albańskich kolaborantów ( Balli Kombëtar ). Po licznych atakach serbskich czetników i partyzantów jugosłowiańskich Metohija została zdobyta przez siły serbskie w 1944 r. W 1946 r. stała się ona częścią serbskiej autonomicznej prowincji Kosowo i Metohija w ramach Demokratycznej Federacji Jugosławii.

xxxxxxxx

Z powyższej mapy wynika, że tereny, o które spiera się Serbia z Albanią, należały w końcu XIV wieku do feudalnych rodzin serbskich i albańskich, bo widoczna posiadłość Kastrioti, to albańska, bo Skanderbeg, to Gjergj Kastrioti Skënderbeu, bohater narodowy Albanii. Później przyszli Turcy i na prawie 500 lat ustanowili tu swoje rządy. W praktyce oznaczało to, że ci feudałowie, przynajmniej niektórzy, zmienili religię i przeszli na islam. Obecnie islam to około 60% populacji Albanii, chrześcijanie – 30%. W przypadku Kosowa 90% mieszkańców to Albańczycy, 7% – Serbowie. Widać więc wyraźnie, że proporcja ta jest znacznie gorsza, niż w samej Albanii. Jak to było możliwe, że na tereny, które są szczególne dla Serbów, i to prawdopodobnie nie ze względu na bitwę na Kosowym Polu, ale ze względu Metochię ( Metohiję), która oznacza po prostu własność monasteru, czyli klasztoru prawosławnego, napłynęło tak wielu muzułmanów?

Konflikt religijny jest o wiele bardziej niebezpieczny, niż konflikt etniczny, czy każdy inny, bo tylko on może wywołać emocje, które w pewnym momencie mogą stać się bombą z opóźnionym zapłonem. To dało o sobie znać w 1999 roku i wcale nie jest powiedziane, że za jakiś czas sytuacja nie powtórzy się.

Angielska Wikipedia pisze:

Albański katolik Gregor Mazrreku poinformował w 1651 r., że w zachodnim Kosowie było wcześniej wielu katolików, którzy przeszli na islam, aby uniknąć podatków i obciązen. W Suha Reka, gdzie wcześniej było 160 katolickich gospodarstw domowych, wszyscy mężczyźni przeszli na islam. Wielu katolików w Kosowie również przeszło na islam z powodu braku księży, nacisków władz osmańskich i cerkwi. Kościół katolicki w Kosowie był biedny, a katolików zmuszano do płacenia podatków Kościołowi prawosławnemu. Według Malcolma, w porównaniu z kościołem katolickim, serbski kościół prawosławny był większy, bogatszy, bardziej ugruntowany i bardziej uprzywilejowany, co było powodem mniejszej konwersji na islam.

Polska Wikipedia pisze:

Około XVII wieku wzrosła znacznie liczba ludności pochodzenia albańskiego w Metochii. Historycy uważają, że jest to efekt migracji ludności z terenów dzisiejszej Albanii, charakteryzującej się m. in. wyznawaniem islamu. Istnieją z pewnością dowody, wskazujące na migrację ludności – wielu Albańczyków w Kosowie posiada nazwiska zbliżone do mieszkańców Malësi, prowincji znajdującej się na północy Albanii. Dziś większość serbskich muzułmanów mieszka w regionie Sandżak w południowej Serbii oraz w północnym Kosowie. Historycy sądzą, że w Kosowie zamieszkiwała także znaczna liczba albańskich chrześcijan, którzy przeszli na islam.

W 1689 r. Kosowo dotknięte zostało przez wojnę austriacko-osmańską (1683–1699), która stanowi element historii Serbii. W październiku 1689 niewielka armia austriacka, dowodzona przez margrabię badeńskiego Ludwika Wilhelma, wdarła się do Turcji, zajęła Belgrad, następnie zaś dotarła aż do Kosowa. Wielu Albańczyków i Serbów zaciągnęło się do armii margrabiego Badenii, ale również wielu postanowiło walczyć u boku Turków przeciw Austriakom. Udana kontrofensywa osmańska zmusiła margrabiego Badenii do wycofania się do twierdzy w Niszu, potem do Belgradu, ostatecznie zaś przez Dunaj z powrotem do Austrii.

Wojska osmańskie zniszczyły i splądrowały dużą część Kosowa. Zmusiły do ucieczki z Austriakami wielu Serbów, w tym patriarchę Serbskiego Kościoła Prawosławnego Arsenije III. Wydarzenie to znane jest w serbskiej historii pod nazwą Wielkiej Wędrówki Serbów (serb. Velika seoba Srba). Według podań z epoki miały wziąć w niej udział setki tysięcy Serbów (współcześnie podawane są liczby od 30 do 70 tys. rodzin), co z kolei zaowocowało znaczącym napływem Albańczyków na opuszczone tereny Kosowa. Przekazy Arsenije III z tego okresu wspominają o 30 tysiącach uciekinierów, którzy udali się z nim do Austrii.

Współczesny konflikt albańsko-serbski ma swoje korzenie w wypędzeniu Albańczyków w latach 1877–1878 z terenów włączonych do Księstwa Serbii. Podczas i po wojnie serbsko-osmańskiej w latach 1876–78 od 30 000 do 70 000 muzułmanów, głównie Albańczyków, zostało wypędzonych przez armię serbską z Sandżaku w Niszu i uciekło do kosowskiego Vilayet. Według austriackich danych do lat 90. XIX wieku Kosowo było w 70% muzułmańskie (prawie całkowicie pochodzenia albańskiego) i mniej niż w 30% nie-muzułmańskie (głównie Serbowie). W maju 1901 roku Albańczycy splądrowali i częściowo spalili miasta Novi Pazar, Sjenica i Prisztina oraz dokonali masakry Serbów w rejonie Kolašina.

Kosowo w obrębie Imperium Osmańskiego w latach 1875-1878; źródło: Wikipedia.

Podczas I wojny bałkańskiej jesienią 1912 roku jednostki armii serbskiej wkroczyły na terytorium Kosowa i zaczęły tam ustanawiać własną administrację, w wyniku czego zostało zamordowanych około 25 tys. Albańczyków.

W wyniku ustaleń paktu londyńskiego w maju 1913 Kosowo oraz południowa Metochia stały się częścią Serbii, a północna Metochia – częścią Czarnogóry. W 1918 Serbia stała się częścią nowo powstałego Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. 24 września 1920 rząd Królestwa wydał dekret o kolonizacji ziem południowych. Kolonizacja miała zmienić niekorzystną dla Serbów strukturę etniczną Kosowa. W wyniku kolonizacji do Kosowa przybyło 12 000 rodzin serbskich, w większości nastawionej wrogo wobec ludności miejscowej. Terytorium Kosowa było jednym z najbardziej zaniedbanych ekonomicznie obszarów, znajdujących się w obrębie Królestwa, późniejszej Jugosławii. W początkach lat 30. w przemyśle, handlu i usługach było zatrudnionych 2,4% ludności Kosowa (w Jugosławii 15,8%).

xxxxxxxx

Przebiegając tak, nawet pobieżnie, historię Kosowa, nie sposób nie dojść do wniosku, że źródłem wszelkiego zła są różnice na tle religijnym i wyznaniowym, wynikające z istnienia wielu religii i wyznań. Ktoś jednak musiał doprowadzić do takiego stanu. Samo to się nie zrobiło. Jakby tego było mało, to w XIX wieku dorzucił do tego nacjonalizm, który najczęściej łączy się z jakąś religią czy wyznaniem. Mamy więc nacjonalizm serbski związany z prawosławiem, chorwacki – z katolicyzmem, albański – z islamem. Imperia podbijają mniejsze narody i narzucają im swoje warunki, skłócają jednych z drugimi poprzez faworyzowanie jednych i dyskryminowanie drugich. I w takiej sytuacji nienawiść dyskryminowanych zwraca się ku tym faworyzowanym, a nie przeciw temu, który skłócił. Do tego dochodzą jeszcze wysiedlenia i przesiedlenia, będące najczęściej skutkiem jakiejś wojny. A wszystkiemu temu musi jeszcze towarzyszyć jakaś ideologia np. Wielkiej Albanii, Wielkiej Serbii, Wielkiej Chorwacji, Wielkiej Bułgarii. Na naszym podwórku mamy do czynienia z Wielką Polską czy Wielką Ukrainą. Po co komu to potrzebne? Wszak „Wielka” oznacza, że komuś trzeba zabrać. Ideologia typowo konfrontacyjna, a więc wroga sąsiadom. Kto stworzył tę idiotyczną ideologię? I jakimi kryteriami się kierował, wybierając narody, którym ją zaszczepił? Jakoś nie słyszałem o Wielkich Czechach czy Wielkiej Szwajcarii, co oznacza, że chyba da się żyć w małym państwie.

A więc recepta na wywołanie konfliktu czy wojny może być przykładowo taka:

  • różnice na tle religijnym bądź wyznaniowym
  • nacjonalizm
  • faworyzowanie jednych kosztem drugich
  • wysiedlenia, przesiedlenia
  • ideologia „Wielkiej…”
  • Anglosasi jako czynnik skłócający i działający w imieniu swoich nieznanych przełożonych

Z tym wszystkim mamy już do czynienia w Polsce. Niektóre z tych elementów pojawiły się wraz z powstaniem I Rzeczypospolitej. Przechodzenie rusińskich i litewskich feudałów na katolicyzm było tym samym, czym przechodzenie albańskich feudałów na islam i motywy były te samie. W obu przypadkach zmiana wyznania czy religii wiązała się najczęściej z awansem na wysokie stanowiska w państwie.

Scena przygotowana, aktorzy w pogotowiu. Pozostaje tylko wybór odpowiedniego momentu.

Unia z Ukrainą?

Pomysł unii polsko-ukraińskiej powraca co jakiś czas. W dniu 6 kwietnia pojawił się na Interii artykuł Unia Polski z Ukrainą? Niebezpieczny temat (https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-ukraina-rosja/aktualnosci/news-unia-polski-z-ukraina-niebezpieczny-temat,nId,6697331). Jedni eksperci są za taką unią, inni są jej przeciwni. Jedni i drudzy mają swoje racje, które każą im wysuwać takie, a nie inne argumenty. Jak w dobrze prowadzonym przesłuchaniu: jest dobry i zły policjant. Osobiście odnoszę wrażenie, że jest to „gotowanie żaby na wolnym ogniu”, czyli przygotowywanie polskiego społeczeństwa do zmian, jakie mogą nastąpić po zakończeniu wojny na Ukrainie. Poniżej treść tego artykułu.

Szalony, zdawałoby się, koncept unii polsko-ukraińskiej zyskuje coraz to nowych zwolenników. “Za takim rozwiązaniem nie przemawia nostalgia, ale wspólne interesy” – przekonuje amerykański magazyn “Foreign Policy”. – Jeśli rozumiemy przez to formę wspólnej państwowości, mówienie o tym wydaje mi się szkodliwe – podkreśla prof. Andrzej Szeptycki.

Inwazja Rosji na Ukrainę sprawiła, że koncepcja unii polsko-ukraińskiej ma nad Wisłą swoich entuzjastów. Mówił o niej m.in. w rozmowie z Interią europoseł Patryk Jaki, przekonując, że “jeżeli Ukraina wygra wojnę, powinniśmy budować z nią sojusz”. 

Marzy mi się nawet coś na kształt nowej Unii Lubelskiej z Ukrainą, w przyszłości poszerzony o wolną Białoruś. Taki sojusz należy oprzeć o gwarancje USA, które muszą mieć militarnego, silnego partnera w tej części Europy – dodał. 

O konieczności rozwoju relacji Warszawy z Kijowem w tym kierunku pisał także publicysta i analityk Marek Budzisz, który w perspektywie dekady postulował utworzenie polsko-ukraińskiego państwa federacyjnego

Kilka dni temu do polskich głosów w tej sprawie dołączył słowacki politolog Dalibor Rohac, ekspert American Enterprise Institute. 

W felietonie na łamach renomowanego amerykańskiego magazynu “Foreign Policy” zaproponował zawiązanie unii polsko-ukraińskiej. Przekonywał, że w kontekście rosyjskiego zagrożenia za takim rozwiązaniem nie przemawia nostalgia, ale wspólne interesy.

Prof. Szeptycki: Mało realne, a wręcz szkodliwe

Ukraina broni się przed rosyjską agresją i chwyci się wszystkiego, co ją wzmocni, strategicznie, politycznie, wojskowo, gospodarczo itp. Teraz i w przyszłości. Do tych środków nie należy jednak tworzenie wspólnych struktur państwowych z Polską – przekonuje w rozmowie z Interią Eugeniusz Smolar z Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Unia Polski z Ukrainą wydaje się mało realna. A jeśli rozumiemy przez to formę wspólnej państwowości, mówienie o tym wydaje mi się również z kilku powodów szkodliwe – dodaje prof. Andrzej Szeptycki z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW oraz Instytutu Strategie 2050.

Wojna w Ukrainie. Unia z Polską a zagrożenie ze strony Rosji

Dalibor Rohac przekonuje, że 700 lat temu unia I Rzeczpospolitej z Wielkim Księstwem Litewskim, które obejmowało dzisiejsze duże obszary Białorusi i Ukrainy, pozwoliło rozwiązać dwa problemy.

Unia z 1385 r. odpowiedziała na obawy dotyczące zagrożenia ze strony Krzyżaków, z którym borykali się zarówno Polacy, jak i Litwini. A obecne ewentualna unia Warszawy i Kijowa miałaby pozwolić na przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony Rosji.

Polska jest silna swoją przynależnością do NATO i do UE i odgrywa ważną rolę jako źródło oraz jako centrum logistyczne pomocy walczącym Ukraińcom, także w pomocy uchodźcom na terenie kraju. Nie posiada jednak potencjału gospodarczego czy wojskowego, by prowadzić samodzielną politykę wschodnią wobec Ukrainy (czytaj: Rosji) – przekonuje Eugeniusz Smolar. 

Równie sceptycznie podchodzi do sprawy profesor Andrzej Szeptycki i zwraca uwagę na zagrożenia.

Istnieje ryzyko, że mówienie o unii zostałoby wykorzystane przez rosyjską propagandę, która już niejednokrotnie wspominała o rewizjonizmie ze strony Polski wobec zachodniej Ukrainy czy Lwowa – podkreśla.

I jak dodaje, w kontekście projektu hipotetycznej unii, natychmiast pojawiłoby się pytanie, czy nie zaowocuje ona włączeniem Polski do wojny. To niebezpieczne, ponieważ mógłby to być argument przeciwko pomocy Polski dla Ukrainy – mówi.

Unia z Polską sposobem na wejście Ukrainy do UE i NATO?

Inny z argumentów Dalibora Rohacza w sprawie potencjalnej unii dotyczy przyspieszenia starań Ukrainy na drodze do UE i NATO. 

“Nawet jeśli wojna Ukrainy z Rosją zakończy się zdecydowanym zwycięstwem Ukrainy i wyparciem sił rosyjskich z kraju, Kijów czeka potencjalnie kilkudziesięcioletnia walka o wejście do UE, nie mówiąc już o uzyskaniu wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa od Stanów Zjednoczonych” – wskazuje Słowak.

I podkreśla, że ten czas może być niebezpieczny podobnie jak w przypadku państw Bałkanów Zachodnich, które od lat czekają na przyjęcie do UE czy NATO. 

“Niestabilne kraje Bałkanów, podatne na rosyjską i chińską ingerencję, stanowią ostrzeżenie, do czego może doprowadzić przedłużający się ‘status kandydata’ oraz europejskie niezdecydowanie” – pisze Rohac.

Eugeniusz Smolar wskazuje, że “wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że Ukraina przez lata nie będzie gotowa do członkostwa w UE i od dobrej woli poszczególnych rządów zależeć będzie, głównie z powodów moralnych, wypracowanie szybszej, nigdy wcześniej niepróbowanej ścieżki akcesji”.

Dużo rozsądniejsza wydaje się być strategiczna współpraca między Warszawą a Kijowem, zawarcie nowego traktatu polsko-ukraińskiego, rozwijanie istniejących formatów, np. Trójkąta Lubelskiego, który tworzą Warszawa, Wilno i Kijów oraz popieranie akcesji Ukrainy do UE i NATO – dodaje Andrzej Szeptycki.

Proces zjednoczenia Niemiec

Dla poparcia hipotezy o połączeniu Polski z Ukrainą Dalibor Rohac powołał się na zjednoczenie Niemiec z 3 października 1990 r. 

“To nie jest fantazja” – przekonuje słowacki politolog, który widzi w wydarzeniach sprzed 30 lat precedens, mogący posłużyć jako przykład do trudnego procesu łączenia państw.

Zjednoczenie Niemiec przypieczętowano 12 września 1990 r. w tzw. traktacie 2+4, podpisanym w Moskwie przez szefów MSZ RFN, NRD oraz czterech zwycięskich państw II wojny światowej: ZSRR, USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Kilkustronicowy dokument zakończył po ponad 40 latach podział Niemiec.

W ramach traktatu określono granice i wyjaśniono kwestie dotyczące bezpieczeństwa, w tym jednego z najbardziej kontrowersyjnych punktów, tj. członkostwa w NATO, redukcji niemieckich sił zbrojnych z około pół miliona w samej RFN do 370 tys. w zjednoczonych Niemczech. Ustalono wycofanie sowieckich wojsk z ówczesnej NRD.

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce i w Ukrainie ktoś mógłby wskazywać na precedens zjednoczenia Niemiec. Byłoby to jednak mocno naciągane, ponieważ mieliśmy wówczas do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Naród niemiecki był podzielony, państwa zachodnie uznawały jego prawo do jedności, a zjednoczenie dokonało się z udziałem czwórki wielkich mocarstw. To nie jest przypadek Polski i Ukrainy – podkreśla Andrzej Szeptycki. I jak dodaje, tego typu model można bardziej zastosować do podzielonego Cypru

Unia Polski z Ukrainą przeciwwagą dla Niemiec i Francji w UE?

Rohac na łamach “FP” snuje snuje wyobrażenia, co by się stało, gdyby po zakończeniu wojny Polska i Ukraina stworzyły wspólne państwo federalne lub konfederacyjne, łącząc politykę zagraniczną i obronną oraz niemal natychmiast wprowadzając Ukrainę do UE i NATO.

“Unia polsko-ukraińska stałaby się drugim co do wielkości krajem w UE i prawdopodobnie jej największą potęgą militarną, stanowiąc więcej niż wystarczającą przeciwwagę dla tandemu francusko-niemieckiego – czego tak bardzo brakuje UE po brexicie” – twierdzi.

Sceptycznie do takiego stawiana sprawy podchodzi Eugeniusz Smolar. Nasze bezpieczeństwo i rozwój są i pozostaną związane z NATO i z Unią Europejską. Zabójczo szkodliwym jest tworzenie miraży, że Polska mogłaby rozwijać się szybciej i odgrywać ważniejszą rolę w innych strukturach, co próbowano początkowo czynić z “Trójmorzem” prezentowanym jako projekt geopolityczny – podkreśla.

Kwestie gospodarcze. Polska nie ma środków na odbudowę Ukrainy

Słowacki politolog w wizji ewentualnej unii Warszawy i Kijowa optymistycznie podchodzi do kwestii gospodarczych. Podkreśla, że polski podatnik nie powinien w ogóle płacić rachunku za odbudowę Ukrainy oraz nadrabianie przez nią zaległości w stosunku do Zachodu.

Odbudowa miałaby zostać sfinansowana m.in. z zamrożonych rosyjskich aktywów na Zachodzie o wartości 300 mld dolarów oraz wsparcia zamożniejszych państw. 

Szacunki dotyczące kosztów odbudowy Ukrainy różnią się od siebie, ale z pewnością przekroczą kilkaset mld dolarów. Wielu liczy na korzyści wynikające z udziału Polski w odbudowie, jednak wydaje się, że nasz kraj z wynoszącym w 2022 r. PKB około 700 mld dolarów z pewnością nie udźwignie tego ciężaru.

Naszym sąsiadom, którzy muszą zapewnić pracę własnym obywatelom, tańszym niż polscy budowlańcy, zależeć będzie na zaangażowaniu takich koncernów międzynarodowych, które łączyć będą ekspertyzę ze zdolnościami finansowania działalności własnej – wskazuje Eugeniusz Smolar.

Takie zdolności posiadają Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Włosi, Holendrzy, Hiszpanie itd., itd. By się więc liczyć, polski rząd musi myśleć o pozyskaniu co najmniej 4-5 mld własnych dolarów czy euro, by finansować przyszłą działalność polskich przedsiębiorstw w Ukrainie. Oznaczać to będzie w obecnych warunkach bolesną konieczność pogłębienia zadłużenia na rynkach międzynarodowych – wskazuje ekspert CSM.

Wynika z tego, że w trudnym i kosztownym procesie odbudowy Ukrainy to nie sentymenty odegrają główną rolę, ale kapitał. A kolejka chętnych będzie długa.

xxxxxxxx

Jeśli taki felieton ukazuje się w prestiżowym amerykańskim Foreign Policy, to nie jest to przypadek i czemuś to służy. Zapewne oswajaniu Polaków z taką wizją. Amerykanie posłużyli się słowackim politologiem, nie dlatego, że nie mają swoich. Wprost przeciwnie, Amerykanie są doskonale zorientowani we wszystkim, co się dzieje na świecie, bo to na ich uczelnie zjeżdża cały świat. Ale nie tylko dlatego i nie przede wszystkim dlatego. Po prostu dlatego, że wszędzie na świecie są zasymilowani Żydzi, którzy doskonale znają realia każdego zakątka świata i jak trzeba coś tam zmienić, to pojawia się amerykańska armia i robi „porządek”. To nie Amerykanie są żandarmem świata, tylko Żydzi, którzy posługują się amerykańskim wojskiem jak pałką. W przypadku tego felietonu uznano chyba, że nie trzeba tak ostentacyjnie manifestować, że to amerykański pomysł, tylko posłużono się słowackim politologiem. Po to oni są, po to, by autorytetem swojego tytułu naukowego dodawać powagi wygłaszanym opiniom.

Argument, że taka unia pozwoliłaby na przeciwstawienie się zagrożeniu Rosji, to kpina ze zdrowego rozsądku. Jeśli tak to miało by wyglądać, to pojawia się pytanie: to po co Polska wchodziła do NATO? No właśnie po to, by uchronić się przed rosyjskim zagrożeniem. A jeśli NATO nie jest w stanie nas obronić, to czy unia z państwem upadłym jest w stanie to uczynić? Pomijając już to, czy Rosja w ogóle Polsce zagraża. A jeśli zagraża, to ma przecież granicę z Polską w obwodzie kaliningradzkim, a granica z Białorusią jest praktycznie granicą z Rosją. Mamy więc tu klasyczne odwrócenie kota ogonem. Dążenie do stworzenia unii z Ukrainą jest maskowane rzekomym zagrożeniem ze strony Rosji.

Stworzenie unii z Ukrainą przyśpieszyło by jej wejście do unii i NATO – twierdzi słowacki politolog. Problem polega na tym, że stworzenie unii z Ukrainą oznaczało by automatycznie rozszerzenie unii, a to chyba nie mogło by się dokonać bez zgody krajów członkowskich. Z drugiej strony granica pomiędzy Polską a Ukrainą praktycznie nie istnieje, co może sugerować, że dokonuje się jakaś dezintegracja unii. No bo skoro jej granice są nieszczelne, to można chyba użyć takiego określenia. Jeśli zaś chodzi o NATO, to Ukraina, że względu na pomoc jaką otrzymuje od NATO, już w nim praktycznie jest.

Unia Polski i Ukrainy miałaby być przeciwwagą dla Niemiec i Francji? To chyba jakiś żart. Według słowackiego politologa byłaby to też największa potęga militarna w Europie. Polska jest całkowicie rozbrojona, a Ukraina ma tylko to, co dostaje z NATO.

Ilość bzdur, jakie wypowiedział słowacki politolog przeraża, ale to tylko balon próbny, sondujący reakcję polskich polityków i społeczeństwa. Jest rzeczą oczywistą, że taka unia nie może powstać w trakcie wojny, bo nie wiadomo w jakim kształcie terytorialnym wyjdzie z niej Ukraina. Dlatego trwa przygotowywanie opinii publicznej do takiego rozwiązania, które prawdopodobnie nastąpi po wojnie. O tym świadczą wypowiedzi takich ludzi jak Patryk Jaki czy Marek Budzisz, ale również przesiedlenie milionów Ukraińców, którzy nie byli zagrożeni wojną, bo ona toczy się tylko na niewielkim obszarze we wschodniej części Ukrainy. Samo przesiedlenie może nie byłoby takie groźne, ale nadawanie im numerów PESEL i licznych przywilejów, faworyzujących ludność ukraińską względem ludności polskiej, świadczy o tym, że ci ludzie tu zostaną. W praktyce mamy już państwo, w którym egzystują dwa narody, a stąd do unii już blisko.

Nie wiemy, jaki porządek nastanie po zakończeniu wojny na Ukrainie, ale dowiemy się, gdy ona się skończy. Tak jak w czasie II wojny światowej ludzie nie wiedzieli, jak będzie wyglądał świat po niej, tak po jej zakończeniu dowiedzieli się.

Jugosławia c.d.

Nie tylko Polacy zostali w czasie II wojny światowej potraktowani przez Anglosasów jak marionetki, zabawki, które po wykorzystaniu można wyrzucić. Podobnie było w przypadku Jugosłowian. Schemat był prawie dokładnie ten sam. Zarówno polski jak i jugosłowiański rząd emigracyjny zostały, po wykonaniu swego zadania, zmarginalizowane. Jednak powojenne losy Polski i Jugosławii były zgoła odmienne. Jak to się stało, że Jugosławia znalazła się po drugiej stronie żelaznej kurtyny? Niby należała do tzw. państw niezaangażowanych, nie należała do NATO, ale w praktyce była po tamtej stronie. Za PRL-u do demoludów jeździło się na tzw. wkładkę paszportową. Żeby pojechać do Jugosławii, trzeba było mieć paszport, a to już zupełnie inna para kaloszy. Tylko nieliczni go dostawali. O tym, że Jugosławia była inaczej traktowana, nie tylko przez Zachód, ale i przez Stalina, pisze Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa w rozdziale Marszałek Tito i Jugosławia:

Czytelnik musi teraz cofnąć się nieco w czasie, by poznać ponurą i pełną gwałtu historię, odsuniętą w cień przez główne wątki mojej opowieści. Od czasu inwazji Hitlera w kwietniu 1941 roku Jugosławia stała się obszarem straszliwych wydarzeń. Pełen animuszu młody król (król Piotr – przyp. W.L.) znalazł schronienie w Anglii wraz z tymi ministrami księcia Pawła i innymi członkami rządu, którzy sprzeciwiali się niemieckiej napaści. W górach znowu zbierali się nieposkromieni partyzanci; w ten właśnie sposób Serbowie od wieków opierali się Turkom. Pierwszym i najsłynniejszym ich przywódcą był generał Mihajlović, wokół którego zgromadziła się ocalała elita Jugosławii. W wirze światowych wydarzeń ich walka była prawie niezauważalna. Należała ona do „anonimowej sumy ludzkiego cierpienia”. Jako przywódca partyzancki Mihajlović ponosił skutki tego, że niektórzy z jego zwolenników byli szeroko znanymi ludźmi, posiadającymi krewnych i znajomych w Serbii, a majątki i dające się ustalić powiązania w różnych innych miejscach. Niemcy stosowali zasadę bezlitosnego szantażu. W odwecie za działania partyzanckie po prostu rozstrzeliwali w Belgradzie wybrane 400 lub 500 osób. W wyniku takiego nacisku Mihajlović musiał się w końcu pogodzić z sytuacją, kiedy to część jego dowódców poszła na układy z oddziałami niemieckimi i włoskimi, które obiecały zostawić ich w spokoju w zamian za częściowe lub całkowite zaprzestanie działań partyzanckich przeciwko nieprzyjacielowi. Być może ci, którzy triumfalnie wytrwali pomimo takich nacisków, zechcą napiętnować jego imię, lecz historia, zapewne nieco bardziej wyważona, nie wymaże jego imienia z listy serbskich patriotów. Jesienią 1941 roku z serbskiego ruchu oporu wobec niemieckiego najeźdźcy pozostał jedynie cień. Walka narodowa nadal trwała dzięki wrodzonemu męstwu prostych ludzi. Tego na szczęście nigdy nie brakowało.

Dzika i zacięta wojna o przetrwanie wystrzeliła ogromnym płomieniem wśród ruchu partyzantów. Działał tam Tito, który niebawem miał stanąć na ich czele. Tito, jak sam siebie określał, był wyszkolonym przez Sowietów komunistą, który, do momentu inwazji Hitlera na Rosję oraz po napadzie na Jugosławię podżegał do politycznych strajków wzdłuż całego wybrzeża dalmatyńskiego, zgodnie z ogólnie przyjętą polityką kominternowską. Lecz gdy w jego sercu i mózgu komunistyczna doktryna zlała się w jedno z gorącym uczuciem do swego ojczystego kraju, stał się przywódcą ludzi, którzy prócz swojego życia nie mieli nic do stracenia i byli gotowi zginąć, a skoro zginąć, to i zabijać. To postawiło Niemców przed problemem, którego nie potrafili rozwiązać przy pomocy masowych egzekucji notabli i ludzi zamożnych. Oto przeciwko nim stanęli desperaci, których trzeba było tropić w ich matecznikach. Partyzanci pod dowództwem Tity zdobywali broń w walkach z Niemcami, a ich liczba gwałtownie rosła. Żadne akcje odwetowe, nawet najkrwawsze, na zakładnikach lub wieśniakach, nie były w stanie ich powstrzymać. Dla nich istniała alternatywa: wolność albo śmierć. Bardzo szybko zaczęli zadawać Niemcom poważne straty i stali się panami rozległych obszarów.

W tej sytuacji nieuniknione były gwałtowne kłótnie pomiędzy tym ruchem partyzantów a ich współziomkami, którzy stawiali minimalny opór lub też wchodzili w układy ze wspólnym wrogiem. Partyzanci rozmyślnie gwałcili wszelkie umowy zawierane z nieprzyjacielem przez czetników, jak nazywani byli zwolennicy Mihajlovicia. Wówczas Niemcy zabijali zakładników wywodzących się spośród czetników, a w odwecie czetnicy przekazywali Niemcom informacje na temat partyzantów. Takie rzeczy działy się sporadycznie w tych dzikich górskich rejonach, ale stawały się podwójną tragedią.

xxxxx

Śledziłem te wydarzenia w gąszczu innych spraw, na tyle oczywiście, na ile to było możliwe. Oprócz skromnych dostaw, zrzucanych przez samoloty, nie byliśmy w stanie wiele pomóc. Nasza kwatera główna na Bliskim Wschodzie odpowiadała za wszystkie działania na tym obszarze i utrzymywała system agentów i oficerów ze zwolennikami Mihajlovicia. Odkąd latem 1943 roku wtargnęliśmy na Sycylię i do Włoch, myśl o Bałkanach, a zwłaszcza Jugosławii nie opuszczała mnie ani na chwilę. Do tego momentu nasze misje kierowały się wyłącznie do oddziałów Mihajlovicia, reprezentującego oficjalny ruch oporu wobec Niemców, a także rząd jugosłowiański rezydujący w Kairze. W maju 1943 roku zdecydowaliśmy się na nowy krok. Podjęliśmy decyzję, by wysłać małe grupy brytyjskich oficerów i podoficerów, których zadaniem byłoby nawiązanie kontaktów z jugosłowiańskimi partyzantami, pomimo, iż toczyli okrutne walki z czetnikami, a sam Tito, jako komunista, zwalczał nie tylko niemieckich najeźdźców, lecz także serbską monarchię i Mihajlovicia. Pod koniec tego miesiąca kapitan Deakin, wykładowca z Oxfordu, który przed wojną pomagał mi przez pięć lat w pracach literackich, został zrzucony na spadochronie w celu nawiązania kontaktów z Titą. Później wysłaliśmy jeszcze kilka misji i do czerwca zebraliśmy sporo doniesień. 6 czerwca szefowie sztabu pisali: „Z informacji, którymi dysponuje Ministerstwo Wojny jasno wynika, że czetnicy poszli na jawne układy z siłami Osi na terenach Hercegowiny i Czarnogóry. W czasie niedawnych walk w Czarnogórze to właśnie dobrze zorganizowane oddziały partyzantów, a nie czetnicy, trzymały w szachu siły Osi.

xxxxx

Kiedy we wrześniu 1943 roku misja ta wylądowała na spadochronach w Jugosławii, sytuacja okazała się niezwykle napięta. O kapitulacji Włoch Jugosławia dowiedziała się z oficjalnych komunikatów radiowych. Jednakże Tito, mimo braku informacji z naszej strony, zdecydował się na błyskawiczne i owocne działania. W ciągu kilku tygodni siłom partyzantów udało się rozbroić sześć dywizji włoskich, a dwie inne postanowiły przejść na ich stronę. Znajdując się w posiadaniu włoskiego sprzętu, Jugosłowianie byli w stanie uzbroić dodatkowo 80 tysięcy ludzi i zająć na pewien czas większą część wybrzeża Adriatyku. Nadarzała się teraz doskonała szansa wzmocnienia naszej pozycji na Adriatyku w stosunku do frontu włoskiego. Jugosłowiańska armia partyzancka, licząca w tym momencie 200 tysięcy ludzi, chociaż zasadniczo prowadziła działania typu podjazdowego, obecnie brała udział w szeroko zakrojonej akcji przeciwko Niemcom, którzy ze wzrastającą zaciekłością kontynuowali okrutne akcje odwetowe.

Jednym z efektów tych wzmożonych działań w Jugosławii było pogorszenie się stosunków pomiędzy Titą a Mihajloviciem. W związku z rosnącą siłą militarną Tity, coraz ostrzej stawała kwestia pozycji jugosłowiańskiego monarchy oraz rządu na uchodźstwie. Aż do końca wojny podejmowano zarówno w Londynie, jak i w samej Jugosławii ogromne wysiłki zmierzające do umożliwienia sensownego kompromisu pomiędzy obydwiema stronami. Miałem nadzieję, że Rosjanie oddadzą nam w tej sprawie cenną przysługę. Gdy w październiku 1943 roku pan Eden udał się do Moskwy, kwestia Jugosławii znajdowała się w konferencyjnym harmonogramie. W czasie rozmów 23 października pan Eden szczerze przedstawił nasze stanowisko, licząc na ustalenie wspólnego kursu państw sprzymierzonych wobec Jugosławii, lecz Rosjanie nie zamierzali przekazać posiadanych informacji ani dyskutować nad planami działań.

Chociaż upłynęło wiele tygodni, w dalszym ciągu nie widziałem perspektyw pogodzenia ze sobą wrogich frakcji w Jugosławii.

Moje ponure prognozy sprawdziły się. Pod koniec listopada w miejscowości Jajce w Bośni, Tito zwołał polityczny kongres swego ruchu i nie tylko powołał rząd tymczasowy „jako jedyną władzę reprezentującą naród jugosłowiański”, lecz także oficjalnie pozbawił królewski rząd jugosłowiański w Kairze wszystkich praw. Królowi nie wolno było wracać do kraju do momentu wyzwolenia. Partyzanci ogłosili siebie czołową grupą oporu w Jugosławii, zwłaszcza po kapitulacji Włoch. Lecz najistotniejsze było to, aby nie podejmować żadnych nieodwołanych decyzji politycznych w sprawie przyszłego ustroju w Jugosławii w atmosferze okupacji, wojny domowej i polityki emigracyjnej. Tragiczna postać Mihajlovicia stanowiła teraz główną przeszkodę. Ponieważ mieliśmy utrzymywać bliskie stosunki wojskowe z partyzantami, poprosiliśmy króla, aby zdymisjonował Mihajlovicia ze stanowiska ministra wojny. Na początku grudnia wycofaliśmy poparcie udzielane Mihajloviciowi i odwołaliśmy misje brytyjskie działające na jego terytorium.

xxxxx

Na tym właśnie tle rozpatrywane były sprawy jugosłowiańskie podczas konferencji w Teheranie. Chociaż wszystkie trzy mocarstwa postanowiły udzielić maksymalnej pomocy partyzantom, Stalin zakwestionował rolę Jugosławii w obecnej wojnie, określając ją mianem państwa o drugorzędnym znaczeniu, a nawet poddał w wątpliwość nasze dane dotyczące liczby dywizji wroga na Bałkanach. Jednak w wyniku inicjatywy pana Edena rząd sowiecki zgodził się wysłać do Tity swoją misję. Rosjanie pragnęli jednocześnie utrzymywać kontakt z Mihajloviciem.

Po powrocie z Teheranu do Kairu spotkałem się z królem i opowiedziałem mu o sile i znaczeniu ruchu partyzantów oraz o tym, że będzie musiał zdymisjonować Mihajlovicia. Jedyną nadzieją na powrót do kraju było dla króla dojście z Titą do wstępnego porozumienia, zanim partyzanci jeszcze bardziej umocnią swoją pozycję. Również Rosjanie wyrazili gotowość do wypracowania czegoś w rodzaju kompromisu.

Otrzymałem niemal jednomyślne porady w sprawie postępowania w tej nieprzyjemnej sytuacji. Oficerowie współpracujący z marszałkiem Tito oraz dowódcy misji przy Mihjaloviciu przedstawiali podobny obraz sytuacji. Tak samo było w przypadku pana Stevensona, ambasadora brytyjskiego przy królewskim rządzie Jugosławii. 25 grudnia przesłał on do Foreign Office następujący telegram: „Nasza polityka musi się opierać na trzech nowych założeniach: Jugosławią będą rządzić partyzanci. Z militarnego punktu widzenia są oni dla nas tak cenni, że musimy im udzielić całkowitego poparcia, przy czym względy polityczne muszą zostać podporządkowane względom militarnym. Należy wątpić, czy można traktować monarchię jako element jednoczący”.

xxxxxxxx

W liście do ministra spraw zagranicznych z dnia 29 grudnia 1943 roku Churchill m. in. pisze, że dwie rzeczy są absolutnie konieczne:

(I) Natychmiastowe odżegnanie się rządu królewskiego, a nawet samego króla, od generała Mihajlovicia.

(II) Natychmiastowy powrót Macleana do głównej kwatery Tity w celu: (a) osiągnięcia maksymalnych korzyści militarnych z zaistniałej sytuacji, i (B) zbadania, jakie korzyści może wyciągnąć król z nowej sytuacji, powstałej po zdymisjonowaniu Mihajlovicia.

30 grudnia 1943 pisze Churchill do tegoż ministra:

Nie widzę możliwości, by w chwili obecnej Tito zaakceptował króla Piotra jako quid pro quo zanim ten nie odrzuci Mihajlovicia. Gdy Mihajlović odejdzie, szanse króla znacznie wzrosną i być może będziemy mogli wówczas przedstawić jego sprawę w kwaterze Tity. Wszyscy byliśmy zgodni w Kairze, aby doradzić Piotrowi dymisje Mihajlovicia przed końcem tego roku. Doniesienia Deakina i Macleana oraz posiadane przez nas dowody wskazują, że Mhajlović współpracował czynnie z Niemcami. Nigdy nie połączymy wszystkich grup, dopóki ten człowiek nie zostanie odrzucony nie tylko przez nas, ale i przez króla.

Quid pro quo („coś za coś” po łacinie) to łacińska fraza używana w języku angielskim na oznaczenie wymiany towarów lub usług, w której jeden transfer jest zależny od drugiego; „przysługa za przysługę”.

9 lutego 1944 roku Tito do Churchilla:

Jak Panu wiadomo, Antyfaszystowskie Zgromadzenie Wyzwolenia Narodowego Jugosławii (AVNOJ) potwierdziło na swojej drugiej sesji, która odbyła się 29 listopada 1943 roku, że twardo stoi na stanowisku stworzenia Związku Narodów Jugosławii. Jednakże, dopóki istnieją dwa rządy, jeden w Jugosławii a drugi w Kairze, dopóty nie można mówić o prawdziwej jedności. Tak więc rząd w Kairze musi przestać istnieć, a wraz z nim Draża Mihajlović. Ten rząd musi odpowiedzieć przed AVNOJ za roztrwonienie ogromnych sum pieniędzy będących własnością narodu.

25 lutego 1944 roku Churchill do Tity:

W pełni rozumiem Pańskie trudności i z radością witam nastawienie, z jakim Pan do nich podchodzi. Sądzę, że w równym stopniu Pan rozumie moje. naszym pierwszym krokiem będzie bezpieczne wycofanie naszego oficera łącznikowego od Mihajlovicia. Odpowiednie rozkazy zostały już wydane, lecz ich wykonanie może zająć kilka tygodni.

xxxxx

Jednak dopiero pod koniec maja król zdecydował sie na zdymisjonowanie Mihajlovicia,a sformowanie nowego rządu poproszony został umiarkowany polityk, dr Subasić, były gubernator Chorwacji i członek Stronnictwa Chłopskiego dr. Mačka.

xxxxxxxx

Kiedy tak się czyta o tym, co działo się w Jugosławii, to trudno zrozumieć, o co tam chodziło i kiedy tak się nad tym zastanawiałem, to przypomniała mi się jedna z najsłynniejszych scen w historii polskiego kina. Pochodzi ona z filmu Konopielka z 1981 roku. Dziad wędrowny tłumaczy mieszkańcom wioski świat: …A diabeł nachalnieje z roku na rok. Wojny teraz jedna za drugą. Jak nie tu, to tam. Strasznie dziś ludzie zaczepne. Bijo się i bijo. A mniej więcej o co? – pyta Kuśtyk. – Tego za bardzo nie wiadomo. Krew się w ludziach gotuje…

No właśnie! A mniej więcej o co się biją? O co się bili w Jugosławii? Sekwencja wydarzeń wyglądała, wg opisu Churchilla, mniej więcej tak:

  • 25 marca 1937 roku Stojadinowić podpisał pakt włosko-jugoslowiański;
  • osłabiony ugodą pomiędzy Chorwacką Partią Pracy i serbską opozycją, niechętną bliższym związkom z Włochami i Niemcami, Stojadinowić został pokonany w wyborach i zmuszony do rezygnacji w lutym 1939 roku;
  • nowy premier Cvetkowić i minister spraw zagranicznych Markowić pragnęli dobrych stosunków z państwami Osi. W sierpniu 1939 roku osiągnięto porozumienie z Chorwatami i Maček (przywódca Chorwackiego Stronnictwa Chłopskiego) wszedł do rządu w Belgradzie;
  • po upadku Francji w 1940 roku Jugosławia traci swego tradycyjnego sojusznika i protektora;
  • w styczniu 1941 roku przybył do Belgradu z misją rządu Stanów Zjednoczonych pułkownik Donovan, przyjaciel prezydenta Roosevelta;
  • 1 marca Bułgaria przystąpiła do Osi i tego samego dnia niemieckie jednostki zmotoryzowane doszły do granicy serbskiej;
  • 4 marca książę Paweł udał się do Berchtesgaden i przyrzekł, że Jugosławia przystąpi do Osi;
  • po powrocie, podczas posiedzenia Rady Królewskiej, natrafił na zacięty opór i sprzeciw wobec kapitulacji;
  • 20 marca rząd Jugosławii zdecydował o przystąpieniu do Osi i 21 marca Cvetkowić i Markowić podpisali pakt z Hitlerem;
  • 27 marca dokonano przewrotu; generał Simović przejął władzę i wypowiedział pakt z Hitlerem.

Jugosławia została otoczona z trzech stron przez państwa Osi: od zachodu przez Włochy, od północy przez III Rzeszę i Węgry, od wschodu przez Rumunię i Bułgarię. Była całkowicie osamotniona i w takiej sytuacji rząd jugosłowiański podjął mądrą decyzję i podpisał pakt z Hitlerem. Nie chciał się po prostu kopać z koniem. Ale diabeł nie! On musi zmieniać, ulepszać. Znaleźli się ludzie, którzy doprowadzili do wypowiedzenia paktu i tym samym przyczynili się do śmierci setek tysięcy ludzi.

Powstaje ruch oporu, wszyscy walczą z Niemcami, ale też i ze sobą. Przez dwa lata Anglosasi wspierają Mihajlovicia i czetników. Po kapitulacji Włoch we wrześniu 1943 roku sytuacja zmienia się diametralnie. Anglosasi wycofują swoje poparcie dla Mihailovicia i od tego momentu Tito jest dla nich najważniejszy. Może zastanawiać, skąd taka bierna postawa Stalina. W końcu wojska radzieckie doszły w 1944 roku do Serbii i do Słowenii w 1945 roku. Komunistyczny rząd Jugosławii był całkowicie zależny od Anglosasów. I to właśnie z tego powodu Jugosławia nie dołączyła do pozostałych państw bloku wschodniego. Tak postanowiono na konferencji jałtańskiej, więc Związek Radziecki wycofał się z Jugosławii, tak jak później wycofał się z Austrii.

Dlaczego Anglosasi popierali komunistów? Tito dążył do stworzenia Związku Narodów Jugosławii, a rządy monarchy wykluczały demokrację. Gdy w latach 1929-1934 rządził król, to był spokój. Za demokracji zaczął się bałagan, bo ona poprzez tworzenie różnych partii, partyjek, stwarza warunki do niestabilności, a przede wszystkim umożliwia ingerencję zagranicy w sprawy wewnętrzne danego państwa. Tak było w Jugosławii w latach 1934-1941. Po wojnie w 1946 roku powstała Federacyjna Ludowa Republika Jugosławii. W 1963 roku zmieniono nazwę na Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii. Mieszkańcy nazywali ją „drugą Jugosławią” dla odróżnienia od „pierwszej”, czyli Królestwa Jugosławii. Tito trzymał wszystko silną ręką. Nie było tam żadnej demokracji i dlatego był spokój. Jednak po jego śmierci wszystko zaczęło się zmieniać, ale dopiero po upadku komunizmu u schyłku lat 80-tych, Jugosławia, ten sztuczny twór, pokazała swoje oblicze. A w 1999 roku Stany Zjednoczone jako NATO bombardowały Serbię i też pokazały swoje oblicze. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Żeby zrozumieć albo przynajmniej próbować zrozumieć to, co działo się w Jugosławii, to wypada uzupełnić informacje podane przez Churchilla. Wikipedia pisze:

Narodowa Armia Wyzwolenia Jugosławii

Narodowa Armia Wyzwolenia Jugosławii (NOVJ) – partyzantka w Jugosławii działająca podczas trwania II wojny światowej. W latach 1941–1945 walczyła przeciwko okupantom niemieckim i włoskim, a także przeciwko chorwackim ustaszom i serbsko-nacjonalistycznym czetnikom. Członkami armii byli obywatele wszystkich republik jugosłowiańskich. W szczytowym okresie armia liczyła 800 tysięcy żołnierzy. Była najbardziej efektywnym ruchem oporu antyfaszystowskiego w okupowanej Europie. Na czele NOVJ stał Związek Komunistów Jugosławii. Głównodowodzącym był Marszałek Jugosławii, Josip Broz ps. „Tito”.

Pierwszym z dwóch celów NOVJ było wyzwolenie Jugosławii spod okupacji niemieckiej, drugim natomiast utworzenie w Jugosławii federalnego i wielonarodowego państwa socjalistycznego. NOVJ była militarnym skrzydłem Frontu Wyzwolenia Narodowego kierowanego przez Związek Komunistów Jugosławii. Jedynym źródłem zaopatrzenia były zdobycze na siłach Osi, a od 1944 roku partyzanci zaczęli dostawać dostawy broni od Wielkiej Brytanii.

Celem konkurencyjnego ruchu czetników (który według niektórych źródeł pojawił się na kilka tygodni przed NOVJ czy też według innych źródeł już po rozpoczęciu walki zbrojnej przez partyzantów Tity) było utrzymanie monarchii jugosłowiańskiej i zapewnienie „bezpieczeństwa etnicznego” ludności serbskiej, a w końcu utworzenie tzw. Wielkiej Serbii poprzez przeprowadzenie czystek etnicznych na nie-Serbach zamieszkujących tereny zdaniem czetników należące historycznie do Serbii. Relacje między dwoma ruchami były od początku niespokojne jednak od października 1941 roku przerodziły się one w konflikt na pełną skalę. Pan-etniczna polityka Tity dla czetników wydawała się anty-serbska, natomiast czetnicki rojalizm był nie do przyjęcia dla socjalistów.

Czetnicy jako ruch nacjonalistyczny, był ukierunkowany na Serbów i niechętny wobec przedstawicieli innych narodowości. Z drugiej strony, NOVJ odwoływał się do wszystkich Jugosłowian a kwestie ideologiczne grały w nim małą rolę.

Kontakty z ZSRR i Międzynarodówką Komunistyczną

W czerwcu 1943 roku NOVJ wysłała do Międzynarodówki Komunistycznej telegram, w którym zażądała aby rząd ZSRR wycofał swoje poparcie dla czetników. Komintern odmówił jednak argumentując to tym że ZSRR nie mogło poddać krytyce lub zaprzestać wspierania sił lojalnych wobec rządu, z którym mają zawarty sojusz (chodziło o rząd królewski na emigracji). 21 czerwca wysłano kolejny telegram, w telegramie partyzanci czarnogórscy poinformowali o zdradzie i kolaboracji z okupantami prowadzonej przez czetników. 6–7 lipca treść telegramu została przedstawiona w radiu „Slobodna Jugoslavija”. 21 lipca przedruk telegramu umieszczony został w organie komunistów szwedzkich, „Ny Dag”. Po publikacji w Szwecji, przedruki ukazały się w gazetach obu Ameryk, Australii i w Nowej Zelandii (były to główne skupiska emigrantów jugosłowiańskich). Czetników skrytykował nawet biuletyn ambasady radzieckiej w Londynie.

Doszło do pierwszych starć na linii Tito-Stalin. NOVJ wbrew zaleceniom Stalina, odmówiła zawiązania przymierza z czetnikami a obie grupy niekiedy toczyły ze sobą zbrojne walki. Pod koniec 1943 roku, wbrew postulatom Stalina, zorganizowany przez ruch oporu parlament w praktyce proklamował republikę i powołał rząd tymczasowy. Sekretarz KW Międzynarodówki Komunistycznej, Dmytro Manuilśkyj, informował o tym że „Gospodarz Stalin jest niebywale wściekły. Uważa, że to cios w plecy ZSRR i decyzji podjętych w Teheranie”. Stalinowskie ZSRR nie chciało aby w Jugosławii czy w innym kraju doszło do rewolucji, według strategii Moskwy najpierw do danego kraju musiały wkroczyć oddziały Armii Czerwonej a dopiero później miała tam powstać władza komunistów – miał to być gwarant utrzymywania w tym kraju wpływów ZSRR.

3 sierpnia 1943 roku przedstawicielstwo ZSRR przekazało posłowi reprezentującemu rząd królewski na emigracji notę, w której poinformował, że czetnicy to kolaboranci nazistowscy.

Wczesną wiosną 1944 rozpoczęły się zrzuty radzieckie dla partyzantów titowskich. W ciągu całego 1944 r. Sowieci wykonali 1460 lotów z setkami ton broni, amunicji, materiałów wybuchowych dla NOVJ.

28 września 1944 roku Tito podpisał umowę zezwalającą wojskom radzieckim na wkroczenie na terytorium Jugosławii w celu pokonania sił osi w północno-wschodnich obszarach Jugosławii. Pod koniec wojny partyzanci utworzyli regularną, liczącą 800 tysięcy żołnierzy armię. Wspomagani przez Armię Czerwoną partyzanci wyzwolili swój kraj w 1945 roku.

Kontakty z zachodnimi aliantami

11 stycznia 1943 roku Anthony Eden zażądał od rządu królewskiego na emigracji aby wymusił na czetnikach wstrzymanie walk przeciwko ruchowi oporu i aby czetnicy wreszcie rozpoczęli walkę przeciwko wojskom Osi.

W kwietniu 1943 roku do Jugosławii przybyły trzy grupy komandosów kanadyjskich jugosłowiańskiego pochodzenia. Kanadyjczycy mieli zbadać doniesienia na temat kolaboracji czetników i wspomóc w walce wojska Tity. Wraz z komandosami do Jugosławii przybyli trzej przedstawiciele rządów USA i Wielkiej Brytanii.

Według depeszy Międzynarodówki rząd Wielkiej Brytanii zgodził się zorganizować przerzut brytyjskich ochotników do Jugosławii, wśród ochotników znaleźć się mieli m.in. działacze Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii.

Pierwszy brytyjski zrzut materiałów wybuchowych i opatrunkowych dla NOVJ miał miejsce 25 czerwca 1943 r. Łącznie Brytyjczycy, Amerykanie i Sowieci zrzucili 76 171 ton broni, amunicji, mundurów, materiałów wybuchowych i opatrunkowych oraz innego sprzętu dla NOVJ.

5–6 sierpnia 1943 jugosłowiański rząd królewski na emigracji złożył noty protestacyjne skierowane przeciwko USA i Kanadzie – stwierdził w nich że tamtejsza prasa ciągle atakuje ministra i generała Draźę Mihailovicia. W ostatnich dniach grudnia, przedstawiciel ZSRR w rozmowie z Anthonym Edenem poruszył kwestię kolaboracji czetników z siłami faszystów.

Tito i Winston Churchill w 1944 roku; źródło: Wikipedia.

We wrześniu 1944 roku Tito został uznany przez wszystkie rządy alianckie (w tym rząd królewski) za premiera Jugosławii.

Mija pół roku i pojawia się określenie „żelazna kurtyna”. Wikipedia pisze na ten temat:

Żelazna kurtyna, ang. iron curtain – potoczna nazwa granicy (w okresie zimnej wojny) między Związkiem Radzieckim i podporządkowanym mu państwom Europy Środkowej a Europą Zachodnią, której użył w lutym 1945 roku Joseph Goebbels w odniesieniu do terenów opanowanych przez ZSRR a powielił Winston Churchill 5 marca 1946 roku, podczas przemówienia w amerykańskim mieście Fulton.

Żelazna kurtyna; źródło: Wikipedia.

Wprawdzie Churchill mówił o żelaznej kurtynie od Szczecina do Triestu, ale w praktyce obejmowała ona również Jugosławię. Bardziej precyzyjnie ujął to Goebbels.

Zdaniem Davida Robertsona Joseph Goebbels użył tego sformułowania już w latach 20. XX wieku, określając tym mianem obszar wpływów ZSRR, natomiast jego wypowiedź dotycząca tego tematu została zamieszczona w artykule „Rok 2000″ w tygodniku „Das Reich” z 25 lutego 1945:

„Jeśli naród niemiecki złoży broń, wówczas Sowieci, zgodnie z porozumieniem zawartym między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, zajmą całą wschodnią i południowo-wschodnią Europę, w tym większą część Rzeszy. Nad tym terytorium zajętym przez Związek Radziecki zapadnie żelazna kurtyna, poza którą nastąpi rzeź narodów.”

xxxxxxxx

Goebbels, mówiąc „w tym większą część Rzeszy”, miał zapewne na myśli obszar radzieckiej strefy okupacyjnej obejmującej obszar byłej NRD i tę jej część, która przypadła Polsce. Można więc powiedzieć, że jego stwierdzenie dokładnie odzwierciedliło późniejszą rzeczywistość, w odróżnieniu od mapy Gomberga, na której obszar wpływów Związku Radzieckiego obejmował całe Niemcy i Jugosławię.

Jeśli rzeczywiście tak było, jak twierdzi Robertson, a którego cytuje Wikipedia, to znaczy, że Goebbels już w latach 20-tych wiedział, że będzie wojna pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim i wiedział, jak ona się zakończy. A skoro wiedział, to znaczy, że ktoś to już wcześniej zaplanował i w tym planie Jugosławia miała się znaleźć po drugiej stronie żelaznej kurtyny. A marionetki typu Roosevelt, Churchill i Stalin tylko realizowały ten plan. Dlatego ten „nieugięty” Stalin potulnie wycofał się z Jugosławii. Tak samo było na terenie III Rzeszy, gdzie Amerykanie zapuścili się poza wcześniej wytyczone granice i musieli zawrócić.

„Bijo się i bijo. – A mniej więcej o co?” – Mniej więcej bili się i nadal biją się o to, o co zawsze i wszędzie, o realizację celów narodu wybranego. Dominacja nad światem jest możliwa tylko wtedy, gdy ciągle skłóca się ze sobą różne narody, zaszczepia się w nich nienawiść do innych. Skłócone i osłabione narody to gwarancja panowania tego wybranego narodu. I dlatego m.in. w Jugosławii potrzebne były opisane powyżej wygibasy. Tam wszyscy karnie wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Jugosłowiański ruch oporu, największy w Europie, nie istniałby bez potężnej pomocy Zachodu i mniejszej – Związku Radzieckiego. Można powiedzieć, że w Jugosławii Anglosasi walczyli rękami Jugosłowian z Niemcami. Dziś walczą oni rękami Ukraińców z Rosją i robią wszystko, by walczyć z nią również rękami Polaków. Na tej wojnie na Ukrainie też nic nie dzieje się przypadkiem i też wszystko wcześniej zaplanowano. Pierwszym widocznym znakiem, że tam coś się kombinuje, były wspólnie organizowane przez Polskę i Ukrainę Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku.

Kłamstwa

W blogu „Najsilniejsza armia” pisałem o tym, że na kanale „Powojnie” pojawił się odcinek, w którym prowadzący przekonywał, że Churchill chciał wyrwać Polskę spod radzieckiej dominacji. Myślałem, że jest to jednostkowy wyskok, ale 24 marca na kanale „Zakazane historie” pojawił się odcinek, w którym prowadzący, Leszek Pietrzak, opowiada o tym, jak Churchill chciał wyrwać Polskę z rąk Stalina. W opisie do filmu czytamy:

W moim dzisiejszym filmie opowiem Państwu o tym, jak po zakończeniu wojny brytyjski premier Winston Churchill chciał uwolnić Polskę od Sowietów. Dowiecie się, w jaki sposób brytyjski premier chciał tego dokonać. Ten film zatytułowałem „III wojna światowa. Jak Churchill chciał wyrwać Polskę z rąk Stalina”. Gorąco zapraszam do oglądania.

Jest to kanał, który ma 262 tys. subskrybentów, a więc jego oddziaływanie jest nawet większe, niż kanału „Powojnie”, który ma 198 tys. subskrybentów. Wygląda na to, że powoli, na naszych oczach, odbywa się kolejne zakłamywanie historii, wybielanie naszych obecnych „sojuszników”, którzy, podobnie jak w 1939 roku, w sposób cyniczny wciągają Polskę do wojny z Rosją. Nie ma chyba w historii polityka, który by bardziej nienawidził Polski i Polaków, niż Churchill. Dla niego odebranie niewielkiego Zaolzia, które Czesi 20 lat wcześniej, wbrew umowie, przyłączyli do siebie, było wystarczającym powodem, by napisać, że Polska zachowała się jak hiena, bo zrobiła to w momencie, gdy Hitler najechał Czechy. Na takie porównanie nie zasłużyły w jego oczach Włochy, Węgry i Bułgaria, które wraz z Niemcami dokonały rozbioru Jugosławii w 1941 roku. Kim więc są ludzie, którzy dziś wybielają Churchilla?

Czy można jednak popisać się większym kłamstwem? Można. Popisuje się nim Maciej Maciak na swoim kanale „Musisz to wiedzieć” (1624).

W 40:57 mówi on: …takie nawiązanie do Placu Wolności we Włocławku, bo rzeczywiście wolność po 44 roku przyszła wraz z Armią Radziecką i Armią Polską! A w 1:09:40 mówi: Proszę państwa to jest ta narracja, to wciskanie ludziom głupoty. To jest odcinanie nas od rynków wschodnich, bardzo dla nas atrakcyjnych, korzystnych, na których moglibyśmy zbić potężny kapitał, jak Wokulski w „Lalce”.

Po 1944 roku nie przyszła wolność tylko zmiana okupanta. Podobnie było po 1989 roku. Wtedy też nam wmawiano, że już jesteśmy wolni, co było nieprawdą. W 1944 roku Niemców zastąpili Sowieci, a ich po 1989 roku Amerykanie. Dla małych państw i narodów nie ma czegoś takiego jak wolność. Jest tylko mniejsza lub większa zależność od suwerena. W tym miejscu, pomiędzy Rosją a Niemcami, dokonuje się większych eksperymentów: przesiedlenia, zmiany granic, mieszanie narodów, niż np. w Czechach. I taka to różnica, bo Czesi też nie są suwerennym narodem, ale cały czas są w tym samym miejscu, w tych samych granicach.

Wokulski był właścicielem dobrze prosperującego sklepu galanteryjnego, ale z pozycji średniego sklepikarza nie można było handlować ze wschodem na wielką skalę. Nie mógł on porównywać się z łódzkimi fabrykantami, przeważnie żydowskiego pochodzenia. Cały ten ich biznes polegał na tym, że przyjeżdżali oni z Niemiec i budowali fabryki w Królestwie, które było częścią Imperium Rosyjskiego i z tego względu ich produkty mogły być sprzedawane na terenie Rosji bez cła. Natomiast te wielkie pieniądze Wokulski zarobił gdzie indziej. W pewnym momencie moskiewski kupiec Suzin mówi do niego: Stanisławie Piotrowiczu, bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii. I pojechał. Był tam około roku. Wystarczyło, by po powrocie móc smalić cholewki do zubożałej arystokratki.

PRL oddala się już coraz bardziej, więc coraz mniej ludzi pamięta jego realia. Tak jak już wielu zapomniało o tym, że Wałęsa obiecywał każdemu po 100 milionów. Po denominacji było to 10 tys. Biorąc pod uwagę inflację, to dziś było by to jakieś 40-50 tys. Te pieniądze miały pochodzić z prywatyzacji zakładów przemysłowych, czyli z majątku wszystkich Polaków. Co z tego wyszło? Jakieś świadectwa udziałowe warte grosze. A dziś nasz rodzimy „Flecista z Hameln” obiecuje każdemu willę z basenem. Przebił Wałęsę wyraźnie. Idzie va banque.

W tym miejscu chciałem zakończyć ten blog, ale wczoraj obejrzałem kolejny (1625) odcinek na kanale „Musisz to wiedzieć”. O ile jego stwierdzenie z odcinaka 1624, że po 44 roku przyszła wolność, nie zrobiła na mnie wrażenia, to początek odcinka 1625 wprawił mnie w zdumienie. A konkretnie podkład muzyczny pod krótką prezentację ostatniego spotkania uczestników Ruchu Dobrobytu i Pokoju na Mazowszu i na Kujawach.

»Ukochany kraj – wiersz polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z 1953 roku, napisany jako „Wszystko tobie, ukochana ziemio”; został użyty jako słowa do pieśni socrealistycznej skomponowanej przez Tadeusza Sygietyńskiego, założycielowi Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”, który pierwotnie wykonał utwór. Była to prawdopodobnie najbardziej rozpowszechniona pieśń propagandowa w komunistycznej Polsce. Odwołująca się do patriotyzmu piosenka wzywa do budowy nowej socjalistycznej Polski.

Według tygodnika „Wprost” utwór miał zastąpić „Mazurka Dąbrowskiego” jako hymn państwowy PRL-u.« – Wikipedia.

PRL miał różne oblicza. Był mroczny okres stalinowski do 1956 roku. Były siermiężne lata gomułkowskie. Był okres gierkowski, czyli dekada lat 70-tych, przez wielu postrzegany jako najlepszy okres PRL-u. Tak było. Na kredyt żyje się lekko, łatwo i przyjemnie. Później przyszedł kac lat 80-tych. Jak było w latach stalinowskich, do których nawiązuje Maciak poprzez dobranie odpowiedniego podkładu muzycznego do swojej wypowiedzi? Zdecydowana większość tego nie pamięta, bo nie może, ze względu na wiek. Może więc nieznani przełożeni uznali, że już można wykorzystać ten okres propagandowo.

Tak się składa, że mam pełne wydanie Dzienników Marii Dąbrowskiej z lat 1914-1965. Jest ono bez opracowania edytorskiego, czyli bez tych wszystkich wyjaśnień niezbędnych dla czytelników, którzy nie mogą znać wielu ludzi, o których mowa w tym dzienniku, czy wiedzieć o pewnych faktach. Dzienniki wydała Polska Akademia Nauk, Wydział I Nauk Społecznych Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009. Wydano je w nakładzie 300 egzemplarzy. Była to wersja robocza, która miała posłużyć do ich wydania z opracowaniem edytorskim. Sądzę jednak, że jeśli kiedykolwiek zostaną one wydane, to ocenzurowane, tak jak wydania z okresu PRL-u.

W dniu 6 lutego 1950 roku zapisała:

Robimy mimo woli porównania do czasów okupacji. Niemcy mogli tylko zabijać. Jak słusznie powiedziała pewna prosta kobieta, która była długo w Oświęcimiu: „Ale jak nie zabili, to człowiek wiedział, że żyje”. Nie zdołali dobrać się do esencji życia. Ci zdołali i rujnują życie w samej jego istocie powoli, ale pewnie. Za Niemców nie miało się pieniędzy, ale jak się grosz trafił, można było kupić wszystko, czego się w granicach danej sumy zapragnęło. Dziś nawet jak się ma pieniądze, nie ma za nie co kupić, chyba że się jest dygnitarzem korzystającym ze specjalnych sklepów. Konwersja, jeśli ją przeprowadzą, nikogo nie dotknie. Jest rzeczą obojętną, tak jak wszystko staje się pomału dla wszystkich obojętne.

W dniu 26 maja 1950 roku:

Nie bardzo wierzę w owo zburzenie naszej kamienicy, ale w samej rzeczy burzą różne piękne i świetnie zachowane domy, jak np. gmach dawnej lecznicy Dydyńskiego na 6 Sierpnia, lub dobrze zachowane kamienice na Śniadeckich. Jakby chcieli zatrzeć wszelki ślad wspomnienia, że w Warszawie były piękne, duże i wysokie mieszkania. Wszystkie mieszkania, które się dzisiaj buduje, to komórki w plastrze wosku dla pszczół robotnic: I jest metoda w tym szaleństwie. Idzie o to, żeby człowiek w mieszkaniu tylko spał, żeby nie miał w nim żadnego komfortu duchowego, żeby żył w fabryce, biurze, na ulicy, w parkach „oddycha i kultury”.

W dniu 2 listopada 1950 roku:

Po kilkukrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się więc nikt przytomny, ktoby odradził te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując nową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.

3 listopada 1950 roku:

Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uznać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.

xxxxxxxx

Przeraża mnie ilość bzdur, jakie wypowiada Maciak, ale jeszcze bardziej przeraża mnie jego rosnąca popularność. Czyżby ludzie byli rzeczywiście tak naiwni? Zastanawia mnie też ilość błędów językowych, jakie popełnia. Odnoszę jednak wrażenie, że robi on to świadomie. W odcinku 1625 w 44:06 mówi: pani Gębicka, jak diabeł św… przed święconą wodą… boi się portalu Włocławek. Słychać było wyraźnie, że chciał powiedzieć „jak diabeł święconej wody”, ale poprawił się i powiedział „jak diabeł przed święconą wodą”. Nie wiem skąd ta składnia. Czyżby szły jakieś polecenia z góry? Wulgaryzacja języka polskiego staje się faktem. A to tak naprawdę ostatni bastion polskiej tożsamości. Gdy się go zniszczy, to język polski będzie takim samym chachłackim językiem jak ukraiński. I chyba o to chodzi, o to by Ukraińcy, którzy powoli stają się większością w tym państwie, nie czuli dyskomfortu, porównując oba języki, ich wymowę, brzmienie i składnię.

Afera Stavisky’ego

W poprzednim blogu, „Jugosławia”, wspomniałem o aferze Stavisky’ego, która doprowadziła do kryzysu rządowego we Francji i gwałtownych demonstracji. Może więc warto ją sobie przybliżyć, a może nie tylko ją, ale w ogóle naturę wszelkich afer finansowych, skąd one się biorą i kto jest ich autorem.

Wikipedia pisze:

Afera Stavisky’ego – jedna z największych afer związana z francuskimi kręgami rządowymi w styczniu 1934 r.

Afera związana była z osobą Serge’a Alexandre’a Stavisky’ego (ur. 20 listopada 1886, zm. 8 stycznia 1934), żydowskiego imigranta z rosyjskiej Ukrainy. W paryskim świecie przestępczym był drobnym oszustem i hochsztaplerem, znanym pod pseudonimem „le beau Sasha” („piękny Sasza”). W latach 1918-1928 często przebywał we francuskich więzieniach. Wkrótce w niejasnych okolicznościach założył firmę jubilerską „Alex” w Orleanie, a następnie stanął na czele Towarzystwa Gruntów i Robót Publicznych, cieszącego się oficjalnym poparciem władz. Pod zastaw fałszywej biżuterii zaciągnął ogromne kredyty w banku Crédit municipal w Bayonne, przez co wielu akcjonariuszy straciło pieniądze. Prasa zaczęła pisać, że takich operacji finansowych nie można było zrobić bez poparcia możnych protektorów w parlamencie, rządzie i mediach. Faktycznie S. A. Stavisky miał wiele znajomości w kręgach rządzących i świecie finansjery. Pozostawał w zażyłych stosunkach z samym premierem Camille’m Chautempsem i ministrami jego rządu.

W pierwszych dniach stycznia 1934 r. wyszła na jaw prawda o finansowych machinacjach S. A. Stavisky’ego. Władze wydały nakaz aresztowania go, ale po wejściu policjantów do jego domu w Chamonix 8 stycznia, popełnił samobójstwo wystrzałem z rewolweru w głowę. Prasa opozycyjna oskarżała rządzących, że w rzeczywistości S. A. Stavisky został zastrzelony, co było na rękę wielu wpływowym ludziom. Następnie rozpoczęła kampanię polityczną przeciwko korupcji rządu, podczas której dochodziło raz po raz do ulicznych demonstracji skrajnej prawicy.

Kryzys doprowadził do dymisji gabinetu premiera C. Chautempsa, zastąpionego 27 stycznia przez jego partyjnego kolegę Edouarda Daladiera. Jedną z jego pierwszych decyzji było usunięcie prefekta paryskiej policji Jeana Chiappe’a, który otwarcie wyznawał prawicowe sympatie. Było to bezpośrednim powodem wybuchu 4 lutego w Paryżu wielkich demonstracji organizacji i ugrupowań skrajnie prawicowych (tzw. lig antyparlamentarnych) nazwanych Kryzysem 6 lutego 1934.

W 1935 r. rozpoczął się proces przeciwko 20 osobom zamieszanym w aferę Stavisky’ego, w tym dwóm deputowanym i jednemu generałowi. Wydano 11 wyroków uniewinniających i 9 skazujących.

W 1974 r. francuski reżyser Alain Resnais nakręcił film fabularny pt. Stavisky z Jeanem-Paulem Belmondo w roli głównej.

Z kolei angielska Wikipedia pisze:

Serge Alexandre Stavisky (20 listopada 1886 – 8 stycznia 1934) był francuskim finansistą i malwersantem, którego działania wywołały skandal polityczny, który stał się znany jako afera Stavisky’ego .

Alexandre Stavisky był polskim Żydem, który urodził się na terenie dzisiejszej Ukrainy, a którego rosyjscy rodzice przenieśli się do Francji.

Pod zdjęciem Stawiskiego pisze angielska Wikipedia, że urodził się 20 listopada 1886 w miejscowości Słobodka w guberni kijowskiej w Imperium Rosyjskim. Czyżby angielska Wikipedia wiedziała, że jest w Polsce miasto Stawiski w województwie podlaskim, w powiecie kolneńskim (niedaleko Jedwabnego) i stąd wniosek, że był polskim Żydem?

Stavisky próbował różnych zawodów. Pracował jako piosenkarz w kawiarni, jako kierownik klubu nocnego, jako robotnik w fabryce zup i jako krupier. Obywatelstwo francuskie otrzymał w 1910 r. W latach 30. prowadził miejskie lombardy w Bayonne, ale obracał się także w kręgach finansowych. Sprzedał wiele bezwartościowych obligacji i sfinansował swój „lombard” dając w zastaw to, co nazwał szmaragdami zmarłej cesarzowej Niemiec – które później okazały się być szklanymi świecidełkami. W 1927 roku Stavisky został po raz pierwszy oskarżony o wyłudzenie wielu milionów franków. Jednak proces wielokrotnie przekładano, a jego samego zwalniano za kaucją 19 razy.

W obawie przed wykryciem prawdy w grudniu 1933 r. Stavisky uciekł. 8 stycznia 1934 r. policja znalazła go w chatce w Chamonix, umierającego od dwóch ran postrzałowych głowy. Chirurdzy próbowali go ratować, ale zmarł we wczesnych godzinach rannych 9 stycznia. Oficjalnie Stavisky popełnił samobójstwo, ale powszechnie spekulowano, że został zamordowany, aby oszustwo nie wyszło na jaw.

W następstwie śmierci Stavisky’ego na ulicach Paryża wybuchły zamieszki, w wyniku których 10 stycznia aresztowano 250 osób, gdy pojawiły się informacje o udziale rządu w skandalu finansowym. Francuski premier Camille Chautemps został zmuszony do rezygnacji ze względu na liczbę ministrów uwikłanych w aferę, a także pogłoski, że zlecił zabójstwo Stavisky’ego. W sprawie zlecono oficjalne publiczne dochodzenie. Na krótko przed jej rozpoczęciem starszy sędzia, Albert Prince, który miał być świadkiem, został zamordowany. Jego ciało znaleziono na linii kolejowej w pobliżu Dijon, do którego wyjechał z Paryża, ponieważ otrzymał fałszywy telegram, w którym informowano go, że jego matka jest bardzo chora.

xxxxxxxx

Jakoś tak się dziwnie składa, że we wszelkiego rodzaju afery finansowe są zamieszani Żydzi i praktycznie tylko oni. Przykładów jest wiele. Adolf Nowaczyński w swojej książce Plewy i perły (1934) pisał:

„Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej południowej Ameryki.”

Andreas Lambrou w swojej książce Fountain Pens of the World (2005) pisze:

W pewnym momencie wydawało się, że historia tej firmy będzie trwała od 1906 do 1909 i że będzie to jedna z najkrócej istniejących na rynku firm. Cierpiała ona na brak kapitału, co po części było wynikiem zachowania się jednego z jej założycieli, Augusta Ebersteina, który wyprzedał park maszynowy firmy, by uregulować swoje długi.

Był inżynierem, który po pobycie w Anglii i Ameryce zdobył doświadczenie i był zainteresowany produkcją piór wiecznych. Po powrocie do Berlina wszedł w spółkę z bankierem Alfredem Nehemiasem. Kapitał niezbędny do rozpoczęcia działalności został dostarczony w 1906 roku przez hamburskie konsorcjum produkujące artykuły papiernicze.

Pierwszy cios przyszedł w 1908 roku, gdy hamburskie konsorcjum wycofało się. Szok nie trwał jednak długo. Nehemias znalazł nowych wspólników: Claus Johannes Voss zgodził się zainwestować 50.000 RM a Max Koch 100.000 RM, ale tylko połowa tego Kapitału miała być zainwestowana na początek. Koch chciał poczekać pół roku, by zobaczyć, jak firma się rozwija. Rothschild, Behrens & Company of Hamburg, firma zaopatrująca biura, również była zainteresowana, ale tylko jako cichy wspólnik, by uniknąć niezadowolenia innych producentów, dla których pracowali jako dystrybutorzy ich produktów.

Potem przyszedł potrójny cios: zabrakło drugiej połowy kapitału Maxa Kocha; Alfred Nehemias, uzdolniony menadżer, zmarł nagle na atak serca, a Eberstein został przyłapany na wykorzystywaniu majątku firmy na własną korzyść.

Eberstein z rodziną uciekł do Ameryki w trakcie trwania procesu. Śmieć Nehemiasa była poważnym problemem, gdyż wdowa po nim wycofała jego udziały. Wilhelm Dziambor z firmy Rothschild, Behrens & Co. uzupełnił wycofane przez wdowę udziały, ale to było za mało. Kapitału nadal brakowało. Voss, nie chcąc stracić własnego, znalazł nowego wspólnika. Był to Christian Lausen. Trio Voss, Lausen i Dziambor uzdrowiło finanse firmy.

xxxxxxxx

Ta historia to początek najsłynniejszej firmy, a może raczej firmy produkującej najbardziej ekskluzywne pióra wieczne i inne instrumenty piśmienne – firmy Montblanc. Ten cytat przytoczyłem nie tyle ze względu na ucieczkę Ebersteina do Ameryki, co ze względu na nazwisko Dziambor. Dla tych, którzy interesują się polityką, nazwisko to nie jest zapewne obce.

Tak jak wspomniałem wcześniej, wszystkie afery finansowe i to we wszystkich krajach są żydowskiego autorstwa. Nie wynika to z jakichś szczególnych predyspozycji Żydów do tego typu machlojek, choć pewnie wieki praktyki zrobiły swoje. Wynika to z dwóch cech narodu żydowskiego: z rozproszenia i asymilacji. Rozproszenie powoduje, że są wszędzie, w każdym kraju i w każdej liczącej się instytucji państwowej i prywatnej, w każdym urzędzie i w większości firm, które coś znaczą na rynku. Natomiast asymilacja powoduje, że działają anonimowo. Do tego, by dokonywać wszelkiego rodzaju afer, nie tylko finansowych, potrzebna jest współpraca wielu ludzi i wymiana pomiędzy nimi informacji, które nie są dostępne dla innych. Jeśli doda się do tego fakt, że jest to naród prawniczy, to sądy czy prokuratury mogą tak działać, by komplikować procedury, opóźniać cały proces sądowy. W końcu taki człowiek, gdy zawiodą już wszelkie środki, może uciec za granicę. Jako, że jest to naród rozproszony, to wszędzie są rodacy takiego aferzysty, którzy mu pomogą w nowym kraju i środowisku. I tam może od nowa uprawiać swój proceder i w razie konieczności ponownie zmienić kraj.

I właśnie dlatego w te wszystkie afery są i zawsze byli zamieszani Żydzi, bo nikt iny nie ma takich możliwości. A że są zasymilowani, to działają nie – jako Żydzi, tylko obywatele różnych państw. W przypadku opisanej afery trudno sobie wyobrazić, by bank, jakikolwiek bank, przyjął pod zastaw potężnego kredytu jakieś świecidełka, nie sprawdzając, czy są to naturalne szmaragdy. Żeby tak się stało, wielu ludzi musiało być w zmowie, łącznie z jakimś jubilerem czy gemmologiem, który zaświadczył o autentyczności biżuterii.

Jugosławia

W filmie Jak rozpętałem drugą wojnę światową jest taka scena, w której główny bohater, Franek Dolas, transportowany jako więzień, ucieka nocą z pędzącego pociągu, wyskakując przez okno WC. Toczy się po stromym zboczu, bo rzecz dzieje się na granicy austriacko-jugosłowiańskiej, w końcu, przewracając budkę graniczną, zatrzymuje się i w tym miejscu aresztuje go nadchodzący jugosłowiański patrol graniczny. Prowadzą go na posterunek graniczny, a w nim na ścianie wisi jugosłowiańska flaga. Dowódca posterunku mówi coś do niego i on już wie, gdzie jest i w tym momencie wykrzykuje: Jugosławia!!! Następnego dnia pojawiają się Niemcy, którzy szukają uciekiniera. Jeden z nich zwraca się do dowódcy: Wczoraj wieczorem polski jeniec uciekł z pociągu. Ślady prowadzą tu. Mamy informacje… – informacje niezbyt dokładne… panie Obersturmführer – odpowiada dowódca. Przed godziną zerwaliśmy pakt. Radzę się pośpieszyć. Za pięć minut zamykamy granicę.

Gdyby ktoś chciał obejrzeć opisaną scenę, to film jest dostępny na YouTube. Zaczyna się ona w 55 minucie. Całość trwa 5 minut. Pamiętam, że oglądając ten film, ta scena zwróciła moją uwagę właśnie ze względu na ten zerwany pakt. Oczywiście film, a zwłaszcza komedia, nie jest od tego, by tłumaczyć takie rzeczy. Wtedy – film wszedł na ekrany w 1969 roku, a ja go oglądałem parę lat później – nie mogłem nic wiedzieć, o co chodziło z tym paktem. Dziś już wiem, bo mam dostęp do internetu.

Kiedyś w jednym z blogów wspomniałem o tym, że II RP została utworzona w takim kształcie, by były same problemy. I nie stało się tak przypadkiem. Podobnie było z Jugosławią. Politycy w Wersalu robili wszystko, by skłócić wszystkich ze wszystkimi. Robili to świadomie i z premedytacją. Tak wytyczali granice, by w jednym państwie znalazły się wrogie sobie nacje. Ta konferencja nie powinna nazywać się pokojową, tylko konferencją przygotowującą kolejną wojnę, konferencją wojenną. Na portalu II Wojna Światowa w artykule Ustasze – plama na honorze Kościoła? (https://warhist.pl/artykul/ustasze-plama-na-honorze-kosciola/) można m.in. przeczytać:

Historia Półwyspu Bałkańskiego to pod wieloma względami wielkie pasmo tragedii. Ten piękny region pogrążył się w chaosie dziesiątki lat temu. Wojny, ludobójstwa, przetasowania na mapach – wszystko to złożyło się na dramat wielu krajów i narodów – pozornie bratnich, ale w rzeczywistości twardo broniących swojej niezależności. Ustalony w Wersalu powojenny ład wcale nie przyniósł rozwiązania problemów. Utworzone 1 grudnia 1918 roku Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców (SHS) było sztucznym tworem, który nie miał większych szans przetrwania próby czasu. Zbyt wiele różniło nacje wtłoczone w wykreowane przez oderwanych od rzeczywistości polityków granice. Już od pierwszych dni istnienia królestwa toczyły się zażarte spory między Serbami i Chorwatami. Obie nacje aspirowały do reprezentowania młodego państwa i żadna nie chciała się zgodzić na ustępstwa, mając słuszne argumenty po swojej stronie.

Chorwacja w cieniu Jugosławii

Pozycja Belgradu była jednak zdecydowanie lepsza, nie tylko ze względu na osobę koronowanego w 1921 roku Aleksandra I Karadziordziewicia wywodzącego się z serbskiej dynastii królewskiej. Jego ojciec Piotr I w 1903 roku został królem Serbii. Aleksander starał się prowadzić wyważoną politykę, choć sprzeciwiał się autonomii Chorwatów. Miał jednak na uwadze ich odrębność, także kulturową. W parlamencie Królestwa SHS Skupsztinie przewagę mieli zwolennicy dominacji Serbów, co w oczywisty sposób prowadziło do zaognienia stosunków z Chorwatami domagającymi się ustępstw i daleko idącej samodzielności. Młodym królestwem targały wewnętrzne konflikty, które w 1929 roku nieomal przerodziły się w regularną wojnę domową. Król Aleksander I zdecydował się na interwencję. Zawiesił konstytucję, zdelegalizował partie polityczne, rozwiązał parlament i wprowadził rządy dyktatorskie, przemianowując państwo na Jugosławię. Chorwaci nie wyrzekli się jednak niepodległościowych aspiracji.

Z kolei Wikipedia pisze:

„W styczniu 1929 r. król Aleksander I Karadziordziewić przejął władzę w wyniku zamachu stanu. Zmieniono nazwę państwa na Królestwo Jugosławii (wcześniej było to Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców [Królestwo SHS] – przyp. W.L.) oraz zlikwidowano obowiązujący od 1922 r. podział administracyjny. We wrześniu 1931 r. uchwalono nową konstytucję, na mocy której ograniczono rolę parlamentu na rzecz króla. W latach 1932–1934 miały miejsce liczne strajki i wystąpienia chłopskie przeciwko nowej konstytucji. 9 października 1934 r. w Marsylii król Aleksander I został zamordowany z rąk macedońskiego terrorysty. Władzę po nim przejął regent Paweł Karadziordziewić, w imieniu nieletniego Piotra II Karadziordziewicia. W 1934 r. Królestwo SHS (to już była Jugosławia – przyp. W.L.) przystąpiło do Ententy Bałkańskiej, złożonej oprócz niej z Rumunii, Grecji i Turcji.

W marcu 1941 r. Królestwo Jugosławii przystąpiło do paktu trzech (Niemcy, Włochy, Japonia – przyp. W.L.). W wyniku protestów społecznych przeciwko przystąpieniu do tego porozumienia obalono dotychczasowy rząd. Na czele nowego gabinetu stanął gen. Dušan Simović. Rząd Simovića zerwał sojusz i zawarł układ o przyjaźni i nieagresji ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Układ ze Związkiem Radzieckim został w III Rzeszy odebrany jako akt wrogi i stał się bezpośrednią przyczyną wkroczenia do Jugosławii.”

To są informacje, które Wikipedia zaczerpnęła z pracy Sebastiana Wojciechowskiego Integracja i dezintegracja Jugosławii na przełomie XX i XXI wieku. Poznań: Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, 2002.

Winston Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa w rozdziale Jugosławia opisuje to, co wtedy wydarzyło się w Jugosławii, w sposób bardziej zrozumiały i logiczny, chociaż nie dodaje, co oczywiste, że to wszystko to była anglosaska intryga. Chodziło oto, że w tamtym czasie, na początku 1941 roku, rozważano utworzenie drugiego frontu właśnie w Jugosławii a przystąpienie jej do paktu trzech nie tylko niweczyło ten plan, ale też powodowało to, że całe Bałkany znalazły się w niemieckiej strefie wpływów.

Churchill pisze:

Wspomniane już zamordowanie króla Jugosławii Aleksandra w październiku 1934 r. w Marsylii zapoczątkowało dezintegrację tego kraju i osłabiło jego niezależną pozycję w Europie. Polityczna wrogość faszystowskich Włoch i ofensywa ekonomiczna Niemiec hitlerowskich w południowo-wschodniej Europie przyśpieszyły ten proces. Rozchwianie wewnętrznej stabilności i antagonizmy pomiędzy Serbami i Chorwatami podkopały siły tego państwa. Za regencji księcia Pawła, sympatycznego człowieka o upodobaniach artystycznych, prestiż monarchii znacznie osłabł. Doktor Maček, przywódca Chorwackiego Stronnictwa Chłopskiego, obstawał za polityką unikania współpracy z rządem w Belgradzie. Chorwaccy ekstremiści (ciekawe skąd się oni biorą? – przyp. W.L.), chronieni przez Włochy i Węgry, walczyli zza granicy o oderwanie Chorwacji od Jugosławii. Rząd w Belgradzie zerwał współpracę z tzw. Małą Ententą Państw Bałkańskich, aby prowadzić „realistyczną” politykę porozumienia z państwami Osi. Inicjatorem tej polityki był M. Stojadinowić, który 25 marca 1937 r. podpisał pakt włosko-jugosłowiański. Takie posunięcie usprawiedliwiało to, co stało się w Monachium rok później. Osłabiony ugodą pomiędzy Chorwacką Partią Pracy i opozycją serbską, niechętną bliższym związkom z Włochami i Niemcami, Stojadinowić został pokonany w wyborach i zmuszony do rezygnacji w lutym 1939 r.

Nowy premier Cvetkowić i minister spraw zagranicznych Markowić pragnęli ugłaskać rosnące w siłę państwa Osi. W sierpniu 1939 r. osiągnięto porozumienie z Chorwatami i Maček wszedł do rządu w Belgradzie. Tego samego wieczora dotarły wieści o pakcie sowiecko-niemieckim. Pomimo różnic ideologicznych instynkt słowiański zawsze skłaniał Serbów ku Rosji. Nastawienie jej podczas konferencji monachijskiej wzmocniło ich nadzieje na utrzymanie jedności Europy. Obecnie podpisanie złowróżebnego paktu zdawało się oddawać Bałkany jednym ruchem w ręce Osi. Upadek Francji w 1940 r. pozbawił Słowian południowych ich tradycyjnego przyjaciela i protektora. Rosjanie ujawnili swoje intencje wobec Rumunii, okupując Besarabię i Bukowinę. W sierpniu 1940 r. w Wiedniu Niemcy i Włochy przyznały Transylwanię Węgrom. Pętla wokół Jugosławii zaciskała się. W listopadzie 1940 r. Marković po raz pierwszy udał się potajemnie do Berchtesgaden. Uciekł, nie oddając formalnie swego kraju państwom Osi, ale 12 grudnia jego kraj podpisał pakt o przyjaźni z Węgrami, pomniejszym partnerem tego tego układu.

xxxxx

Z końcem stycznia 1941 r. przybył do Belgradu z misją rządu Stanów Zjednoczonych przyjaciel prezydenta Roosevelta, pułkownik Donovan, w celu zbadania opinii w południowo-wschodniej Europie. Panował strach. Ministrowie i czołowi politycy nie śmieli wypowiadać się otwarcie. Książę Paweł nie zgodził się na proponowaną wizytę pana Edena. Był tylko jeden wyjątek: generał lotnictwa nazwiskiem Simović, reprezentujący element nacjonalistyczny w korpusie oficerskim sił zbrojnych. Jego biuro w kwaterze głównej sił powietrznych w Zemun, po drugiej stronie rzeki niedaleko Belgradu, stało się od grudnia tajnym ośrodkiem oporu wobec niemieckiej penetracji na Bałkanach i bezwładu rządu jugosłowiańskiego.

14 lutego Cvetkowić i Markowić zostali wezwani do Berchtesgaden. Wysłuchali tam przemowy Hitlera o potędze zwycięskich Niemiec oraz o specjalnym nacisku, jaki kładą one na bliskie stosunki z Moskwą. Obiecał im, że jeżeli Jugosławia przystąpi do Osi, to w razie działań przeciwko Grecji nie przemaszeruje przez nią, lecz jedynie użyje jej dróg i szlaków kolejowych w celu przesyłania dostaw wojskowych. Obaj ministrowie powrócili do Belgradu w ponurym nastroju. Przyłączyć się do Osi znaczyło rozwścieczyć Serbię. Walka z Niemcami zachwiałaby lojalnością Chorwacji. Grecja, jedyny wchodzący w rachubę bałkański sprzymierzeniec, była obciążona armią włoską liczącą 200 tysięcy ludzi i nieustannie zagrożona atakiem niemieckim. Pomoc angielska była wątpliwą, a w najlepszym razie symboliczną. Aby nakłonić rząd Jugosławii do podjęcia zadowalającej decyzji, Hitler postanowił dokonać strategicznego okrążenia tego kraju. 1 marca Bułgaria przyłączyła się do Osi i tego samego wieczora niemieckie jednostki zmotoryzowane doszły do granicy serbskiej. Tymczasem, aby uniknąć prowokacji, armia jugosłowiańska nie była mobilizowana. Nadszedł moment wyboru.

4 marca książę Paweł opuścił Belgrad i udał się z potajemną wizytą do Berchtesgaden, gdzie pod silną presją przyrzekł, że Jugosławia pójdzie w ślady Bułgarii. Po powrocie, podczas spotkania Rady Królewskiej i w trakcie odrębnych dyskusji z przywódcami politycznymi i wojskowymi, natrafił na zacięty opór. Debaty były niezwykle gwałtowne, a niemieckie ultimatum – realne. Generał Simović, wezwany do Białego Pałacu, rezydencji księcia Pawła położonej na wzgórzach Belgradu, zdecydowanie sprzeciwiał się kapitulacji. Serbia nigdy się na to nie zgodzi, a i sama dynastia będzie zagrożoną. Lecz książę Paweł i tak już przesądził o losie swojego kraju.

xxxxx

Z Londynu robiłem, co mogłem, aby podburzyć Jugosławię przeciwko Niemcom i 22 marca zatelegrafowałem do doktora Cvetkowicia, premiera Jugosławii.

Lecz nocą 20 marca, po debacie gabinetu, rząd Jugosławii zdecydował się na przystąpienie do Osi. Trzech ministrów poddało się do dymisji. 24 marca Cvetkowić i Markowić wymknęli się z Belgradu podmiejskim pociągiem i przesiedli na pociąg jadący do Wiednia. Następnego dnia podpisali pakt z Hitlerem, a wydarzenie to było transmitowane przez radio belgradzkie. Pogłoski o nieuchronnej klęsce pojawiły się w kawiarniach i różnych kręgach stolicy Jugosławii.

Wysłałem instrukcje panu Campbellowi, naszemu dyplomacie w Belgradzie:

Proszę się starać, aby stosunki pomiędzy Panem a księciem lub ministrami nie uległy ochłodzeniu. Proszę się im nieustannie naprzykrzać, niepokoić, i nastawać na nich. Domagać się audiencji. Nie przyjmować „nie” jako odpowiedzi na pańskie prośby. Nieustannie ukazywać, że Niemcy traktują uległość ich kraju jako rzecz zupełnie naturalną. To nie jest czas na wymówki lub dumne pożegnania. Jednocześnie proszę nie marnować żadnej sposobności, z której, być może, będziemy zmuszeni skorzystać gdyby obecny rząd zaszedł za daleko. Podziwiam to, co zrobił Pan do tej pory. Tak trzymać.

W małym kręgu oficerów skupionych wokół Simovicia już od kilku miesięcy rozważano zdecydowane działania na wypadek, gdyby rząd poddał się Niemcom. Przywódcą planowanego powstania był generał Bora Mirković, dowódca jugosłowiańskich sił powietrznych, wspierany m.in. przez majora Knezevicia i jego brata, profesora, który dzięki swemu stanowisku nawiązał kontakty z Serbską Partią Demokratyczną. O planie wiedziała jedynie mała grupka zaufanych oficerów, w większości niższych rangą od pułkownika. Sieć rozciągała się z Belgradu do głównych garnizonów w kraju: Zagrzebia, Skopje i Sarajewa. Siły, którymi dysponowali konspiratorzy w Belgradzie składały się z dwóch pułków Straży Królewskiej bez pułkowników, jednego batalionu z garnizonu belgradzkiego, kompanii żandarmów pełniących służbę w pałacu królewskim, części dywizji przeciwlotniczej stacjonującej w stolicy, kwatery głównej sił powietrznych w Zemun, gdzie Simović był szefem, szkól dla oficerów i podoficerów, oraz z niektórych jednostek artyleryjskich i saperskich.

Gdy 26 marca po Belgradzie rozniosły się wieści o powrocie obu ministrów z Wiednia, konspiratorzy postanowili działać. 27 marca przed świtem dano sygnał do zajęcia kluczowych punktów w Belgradzie, w tym rezydencji królewskiej wraz z przebywającym tam młodym królem Piotrem II. W czasie gdy oddziały wojskowe pod dowództwem zdecydowanych oficerów izolowały pałac królewski na przedmieściach stolicy, książę Paweł, nie wiedząc nic, bądź też wiedząc zbyt wiele o tym, co wisiało w powietrzu, jechał pociągiem w kierunku Zagrzebia. Niewiele było w dziejach rewolucji mających tak gładki przebieg. Obyło się całkowicie bez rozlewu krwi. Część wyższych oficerów została aresztowana. Cvetkowicia policja przyprowadziła do kwatery Simovicia, gdzie zmuszono go do podpisania rezygnacji. W odpowiednich punktach stolicy ustawiono artylerię i karabiny maszynowe. Po przybyciu do Zagrzebia książę Paweł został powiadomiony, że Simović przejął władzę w imieniu młodego króla Piotra II i że Rada Regencyjna została rozwiązana. Dowódca wojskowy Zagrzebia nakazał księciu natychmiastowy powrót do stolicy. Po przyjeździe do Belgradu został odeskortowany do kwatery generała Simovicia. Tam wraz z dwoma pozostałymi regentami podpisał akt abdykacji. Otrzymał kilka godzin na spakowanie swojego dobytku, po czym wraz z rodziną udał się do Grecji.

Cały ten plan stworzyła i wprowadziła w życie grupa nacjonalistycznie nastawionych oficerów serbskich, identyfikujących się z autentyczną opinią publiczną. Ich czyn spowodował wybuch ogólnego entuzjazmu. Ulice Belgradu wkrótce wypełniły się Serbami skandującymi: „Lepsza wojna niż układy, lepsza śmierć niż niewola”. Ludzie tańczyli na placach i ulicach. Wszędzie pojawiły się flagi angielskie i francuskie. Dzielne, bezbronne tłumy śpiewały wyzywająco serbski hymn narodowy. 28 marca młody król, który uciekł po rynnie spod opieki regentów, wziął udział we mszy w katedrze belgradzkiej, wzbudzając entuzjazm zgromadzonych. Niemiecki poseł został publicznie znieważony, a tłum pluł na jego samochód. Czyn militarny wywołał falę narodowego ożywienia. Lud, do tej pory bierny i jakby sparaliżowany, źle rządzony i źle kierowany, rzucił wyzwanie tyranowi i zdobywcy w chwili, gdy był on u szczytu potęgi.

xxxxx

Hitler czuł się dotknięty do żywego. Dostał ataku niepohamowanej wściekłości, momentalnie wykluczającej wszelkie myślenie i skłaniającej go niejednokrotnie do podejmowania najokrutniejszych decyzji. Nieco bardziej opanowany, w miesiąc później, powiedział do Schulenburga: „Jugosłowiański przewrót był jak grom z jasnego nieba. Gdy rankiem 27 marca otrzymałem tę wiadomość, myślałem, że to żart”. Lecz teraz, rozwścieczony, zebrał niemieckie dowództwo naczelne. Na miejscu byli Göring, Keitel i Jodl; Ribbentrop przybył później. Szczegóły spotkania można znaleźć w dokumentach norymberskich. Hitler scharakteryzował sytuację Jugosławii po przewrocie. Powiedział, że jest ona niepewnym czynnikiem w zbliżającej się akcji przeciwko Grecji („Marita”), a tym bardziej w planie „Barbarossa”. Uznał jednak za korzystny fakt, że Jugosłowianie odsłonili swoje prawdziwe oblicze przed rozpoczęciem planu „Barbarossa”.

Poniżej cytat z dokumentu norymberskiego:

Führer, nie czekając na ewentualne zapewnienia o lojalności, ze strony nowego rządu, zdecydowany jest poczynić wszelkie przygotowania, aby zniszczyć Jugosławię militarnie i jako naród. Nie będzie żadnych działań dyplomatycznych ani żadnego ultimatum. Zapewnienia rządu jugosłowiańskiego, którym i tak w przyszłości nie będzie można wierzyć, zostaną „wzięte pod uwagę”. Atak rozpocznie się, gdy tylko wszystkie oddziały będą gotowe.

Czynnego poparcia militarnego w działaniach przeciwko Jugosławii należy zażądać od Włoch, Węgier i w pewnym stopniu także od Bułgarii. Głównym zadaniem Rumunii pozostaje obrona przed Rosją. Ambasadorów Węgier i Bułgarii już powiadomiono. Jeszcze dzisiaj zostanie wysłane pismo do Duce.

Z politycznego punktu widzenia jest niezwykle istotne, aby cios wymierzony w Jugosławię charakteryzował się bezlitosnym okrucieństwem i aby klęska militarna nastąpiła błyskawicznie. To dostatecznie przerazi Turcję i późniejsza kampania przeciwko Grecji będzie znacznie ułatwiona. Można przypuszczać, że gdy zaatakujemy, Chorwaci przejdą na naszą stronę. Niezbędne będą zapewnienia o specjalnym traktowaniu i późniejszej autonomii. Wojna przeciwko Jugosławii powinna być popularna wśród Włochów, Węgrów i Bułgarów z powodu obiecanych im korzyści terytorialnych: wybrzeża Adriatyku dla Włoch, Banatu dla Węgier i Macedonii dla Bułgarii. Wobec tego musimy przyspieszyć wszystkie przygotowania i użyć tak dużych sił, by upadek Jugosławii nastąpił błyskawicznie. […] Głównym zadaniem lotnictwa jest jak najszybsze zniszczenie instalacji naziemnych jugosłowiańskich sił powietrznych oraz zmiażdżenie Belgradu poprzez ataki falowe.

xxxxx

Wiadomość o rewolucji w Belgradzie przyjęliśmy z dużym zadowoleniem. Był to przecież jedyny uchwytny rezultat naszych desperackich wysiłków, by utworzyć front aliancki na Bałkanach i powstrzymać niczym nie skrępowany rozwój potęgi Hitlera. Pierwsze telegramy znalazły się w moich rękach na pół godziny przed moim pierwszym wystąpieniem przed Centralną Radą Partii Konserwatywnej w charakterze jej przywódcy. Przemówienie moje zakończyłem następująco:

W tej właśnie chwili chciałem przekazać Wam i całemu narodowi niezwykłe wieści. Dzisiaj rano naród jugosłowiański pokazał, że duch jego nie zginął. W Belgradzie wybuchła rewolucja, a ministrowie, którzy nie dalej jak wczoraj sprzedali honor i wolność swojego kraju, są dzisiaj aresztowani. Ten patriotyczny zryw tkwi korzeniami w gniewie dzielnego i walecznego narodu, wybuchłym z powodu zdrady jego słabych przywódców oraz podłych knowań państw Osi.

Możemy przeto żywić nadzieję – a mówię to wyłącznie na podstawie informacji, jakie otrzymałem – iż uformowany zostanie rząd jugosłowiański godzien bronić wolności i jedności swojego kraju. W gorliwych staraniach rząd taki otrzyma wszelką możliwą pomoc i wsparcie od Imperium Brytyjskiego, a także, w co nie wątpimy, od Stanów Zjednoczonych. Imperium Brytyjskie i jego sprzymierzeńcy jednoczą się z narodem jugosłowiańskim i kontynuować będą wspólną walkę aż do osiągnięcia całkowitego zwycięstwa.

xxxxx

Musimy teraz odnotować wyjątkowy moment, gdy chłodne kalkulacje kremlowskiej oligarchii zabarwił cień sentymentu.

Zryw narodowy w Belgradzie był spontanicznym przewrotem rewolucyjnym, nie mającym nic wspólnego z działalnością malej, nielegalnej, lecz sponsorowanej przez Sowietów Komunistycznej Partii Jugosławii. Odczekawszy tydzień, Stalin zdecydował się uczynić gest. Jego urzędnicy prowadzili rozmowy z M. Gavriloviciem, dyplomatą jugosłowiańskim w Moskwie, oraz misją, wysłaną z Belgradu po rewolucji. Efekty były znikome. Nocą z 5 na 6 kwietnia Jugosłowianie zostali niespodziewanie wezwani na Kreml. Stalin czekał na nich osobiście z gotowym do podpisania paktem. Opracowano go niezwykle szybko. Rosja zgadzała się uszanować „niezależność, suwerenne prawa i jedność terytorialną Jugosławii”. W razie zaatakowania okaże życzliwość „opartą na przyjacielskich stosunkach”. Jakkolwiek na to patrzeć, był to przyjazny gest. Gavrilović został na kremlu aż do rana, dyskutując ze Stalinem na temat dostaw wojskowych. Gdy ich rozmowa dobiegła końca, Niemcy uderzyli.

xxxxx

Rankiem 6 kwietnia niemieckie bombowce pojawiły się nad Belgradem. Nadlatując falami z lotnisk zajętych w Rumunii, prowadziły nieprzerwany atak, trwający trzy dni. Z najwyższego pułapu, nie obawiając się oporu, bombardowały miasto bez litości. Nosiło to nazwę operacji „Vergeltung” (zemsta, odwet, zapłata – przyp. W.L.). Gdy wreszcie 8 kwietnia zapadła cisza, ponad 17 tysięcy mieszkańców Belgradu leżało martwych na ulicach lub pod gruzami. Z piekielnego dymu i ognia wyłoniły się oszalałe zwierzęta, zbiegłe z potrzaskanych klatek w ogrodzie zoologicznym. Ranny bocian przekuśtykał obok największego hotelu w mieście, będącego jedną wielką ścianą ognia. Jakiś niedźwiedź, oszołomiony i nic nie rozumiejący, przeczłapał przez ten płonący koszmar, udając się w kierunku Dunaju. Nie był to jedyny niedźwiedź, który nic nie rozumiał.

Operacja „Vergeltung” została zakończona.

xxxxxxxx

Gdy czyta się ten dokument norymberski, to trudno nie zadać sobie pytania: skąd tyle nienawiści do niewinnych ludzi? Przecież to nie ci zwykli ludzie dokonali tej rewolucji i wypowiedzieli pakt Hitlerowi? A on, z kolei, dobrze wiedział, kto zorganizował tę rewolucję. Anglicy świadomie wykorzystali elity jugosłowiańskie, dobrze wiedząc, jaka będzie reakcja Hitlera, a jednak nie zawahali się. Dla nich Słowianie to gorszy gatunek człowieka, jeśli nie podludzie. Cynizm i wyrachowanie Anglosasów wręcz przeraża. Przeraża, bo dziś próbują wciągnąć Polskę do wojny na Ukrainie, tak jak przeciągnęli na swoją stronę Jugosłowian, co wywołało reakcję Hitlera. Czy Rosja może zareagować jak Hitler? W przypadku, gdy polskie wojsko pojawi się na Ukrainie, odwet Rosji może nastąpić. Pytanie tylko, jaki i na jaką skalę? Dla elit rządowych to nie ma znaczenia, bo je Anglosasi ewakuują na wyspę, tak jak ewakuowali elity jugosłowiańskie.

Wojna w Jugosławii nie trwała długo. Wikipedia pisze:

6 kwietnia 1941 r. III Rzesza, Włochy, Węgry i Bułgaria zaatakowały Jugosławię. W wyniku bardzo wyraźnej przewagi po stronie agresorów i działalności ustaszy (Chorwackiego Ruchu Rewolucyjnego) na rzecz okupanta, 13 kwietnia wojska niemieckie zajęły Belgrad. 17 kwietnia przedstawiciele jugosłowiańskiego naczelnego dowództwa podpisali akt bezwarunkowej kapitulacji. Król Piotr II i przedstawiciele władz państwowych udali się na emigrację do Wielkiej Brytanii.

Okupacja Jugosławii przez państwa Osi i jej podział (rozbiór) w kwietniu 1941 roku: źródło: Wikipedia.

Obszar Jugosławii podzielono na kilka części. Część Słowenii włączono bezpośrednio do III Rzeszy. Banat i Serbia były okupowane przez Niemców. Pozostała część Słowenii, fragment Dalmacji, Kosowo, Czarnogóra i zachodnia Macedonia zostały włączone do Włoch. Większość Kosowa przyłączono do tzw. Wielkiej Albanii. Wojwodina przypadła Węgrom, a wschodnia Macedonia, fragment Kosowa i tereny południowo-wschodniej Serbii Bułgarii. 10 kwietnia 1941 r. proklamowano powstanie Niepodległego Państwa Chorwackiego, państwa kontrolowanego przez Niemcy i Włochy. Władze w nim przejęli ustasze. Przywódcą państwa był Ante Pavelić. Na mocy uchwalonego 10 kwietnia 1941 r. dekretu o ochronie krwi aryjskiej i honoru narodu chorwackiego ustasze prowadzili prześladowania ludności serbskiej i żydowskiej.

xxxxxxxx

Historia Jugosławii z okresu II wojny światowej pokazuje, że wielkie państwa, mocarstwa bawią się małymi państwami jak klockami Lego; przestawiają je jak chcą, łączą jedne z drugimi lub je dzielą. Jest przy tym wiele cierpień i ofiar wśród zwykłych ludzi, których skłóca się ze sobą, by osiągnąć swoje doraźne cele. Do tego dochodzą potężne stary materialne i duchowe. Zniszczeniu ulega dorobek cywilizacyjny i kulturowy tych państw. A ci promotorzy tych wszystkich nieszczęść siedzą sobie bezpiecznie na swoich wyspach: Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia, no i oczywiście Stany Zjednoczone i Kanada, które, w pewnym sensie, też leżą na wyspie, bo oddzielone z obu stron oceanami od kontynentu euroazjatyckiego. Żydzi, wybierając Anglosasów na swoją palkę dyscyplinującą pozostałe narody, wiedzieli, że one muszą mieć bezpieczne położenie, żeby te krzywdzone państwa i narody nie mogły im w żaden sposób zaszkodzić. Dlatego przenieśli się z Hiszpanii do Anglii i tam zainstalowali swoje centrum finansowe, dla którego zrobili miejsce wzniecając wielki pożar Londynu w 1666 roku. I tak powstało City of London, które do dziś rządzi światem. Nie żadne tam Wall Street, jak to często się nam wmawia.

„Cały ten plan stworzyła i wprowadziła w życie grupa nacjonalistycznie nastawionych oficerów serbskich, identyfikujących się z autentyczną opinią publiczną.” – napisał Churchill.

Wikipedia o nacjonalistach serbskich:

Serbscy nacjonaliści na przełomie XIX i XX wieku podczas prób rozbicia Jugosławii popierali ideę scentralizowanego państwa jugosłowiańskiego, które było wówczas gwarancją jedności Serbów. Przyjęta w 1920 roku konstytucja Jugosławii utrwaliła jej status jako scentralizowanego państwa, w którym władzę dzierżyła serbska dynastia Karadziordziewiciów. Inni w Jugosławii opowiadali się przeciwko scentralizowanemu państwu i domagali się decentralizacji – w tym chorwaccy nacjonaliści, którzy domagali się autonomicznej Chorwacji w ramach Jugosławii, co zostało przyjęte przez jugosłowiański rząd w wyniku porozumienia Cvetković-Maček Umowy z 1939 roku. Serbscy nacjonaliści sprzeciwiali się temu porozumieniu jako godzącemu w serbską społeczność oraz tożsamość. Zajęcie i podział Jugosławii podczas II wojny światowej skutkowało brutalnym konfliktem etnicznym między nacjonalistycznymi Serbami, Chorwatami, Boszniakami i innymi narodami, co doprowadziło do powstania sekciarskiego odłamu serbskiego nacjonalizmu, skupionego wokół ruchu czetników.

I o nacjonalistach chorwackich:

Ustasze – Chorwacki Ruch Rewolucyjny (chorw. Ustaša – Hrvatski revolucionarni pokret) – chorwacki ruch ultranacjonalistyczny, w okresie przed II wojną światową organizacja terrorystyczna. Jej członkowie, ustasze, byli odpowiedzialni za śmierć setek tysięcy obywateli Jugosławii, szczególnie Serbów. Ideologia ruchu była mieszanką faszyzmu i ultrakonserwatyzmu. Ustasze popierali utworzenie Wielkiej Chorwacji, mającej rozciągać się od rzeki Driny do granicy z Belgradem[. Ruch podkreślał potrzebę budowy „czystej rasowo” Chorwacji, dopuszczał prześladowania i ludobójstwo Serbów, Żydów oraz Romów. Ustasze byli nacjonalistami i fanatycznymi katolikami – utożsamiali katolicyzm z chorwackim nacjonalizmem. Deklarowali, że wyznania katolickie i muzułmańskie są religiami narodu chorwackiego. Islam Boszniaków postrzegali jako religię, która „chroni prawdziwą krew Chorwatów”.

Organizacja została założona w 1930 roku. Początkowo była to nacjonalistyczna organizacja, która miała na celu stworzenie niezależnego państwa chorwackiego. Przed wojną sięgała po metody terrorystyczne. W kwietniu 1941 r. ustasze zostali powołani do rządzenia częścią Chorwacji okupowaną przez państwa Osi.

Ideologiczne korzenie chorwackiego nacjonalizmu ustaszy sięgają XIX-wiecznego chorwackiego działacza Ante Starčevicia. Starčević reprezentował nurt antyserbski i antyhabsburski, był orędownikiem jedności i niepodległości Chorwacji. Przewidywał on utworzenie Wielkiej Chorwacji, obejmującej tereny zamieszkiwane także przez Słoweńców, Serbów i Boszniaków.

Specjalnością ustaszy są zamachy bombowe, takie jak na „Simplon-Orient-Express” (wiozący ministrów spraw zagranicznych Małej Ententy) w 1933 r. lub w rocznicę zjednoczenia l grudnia 1932 r. w Zagrzebiu. Jednym z najważniejszych działań ustaszy był zamach na króla Jugosławii, Aleksandra I. Organizatorem zamachu był Dido Kvaternik, a zabójcą Włado Czernozemski (nacjonalista bułgarski), członek Wewnętrznej Macedońskiej Organizacji Rewolucyjnej.

xxxxxxxx

„Wspomniane już zamordowanie króla Jugosławii Aleksandra w październiku 1934 r. w Marsylii zapoczątkowało dezintegrację tego kraju i osłabiło jego niezależną pozycję w Europie.” – Churchill pisał o tym w pierwszym tomie swego dzieła w rozdziale zatytułowanym Gęstniejące chmury i dla pełnego obrazu wypada ten fragment zacytować:

We Francji, po skandalu Stavisky’ego i lutowych rozruchach, rząd monsieur Daladiera został zastąpiony przez rząd prawicowo-centrowy pod przewodnictwem monsieur Doumergue’a. Funkcję ministra spraw zagranicznych pełnił monsieur Barthou.

Dopisek wydawcy: Stavisky Alexandre – oszust, sprawca wielomilionowych nadużyć we Francji po pierwszej wojnie światowej. Wykrycie tych malwersacji w 1933 r. spowodowało kryzys rządowy.

W 1981 roku pojawił się na ekranach kin film „Vabank”. To komedia kryminalna, której głównymi bohaterami są kasiarz – Henryk Kwinto i bankier – Gustaw Kramer. Asystentem Kramera był… Stawiski. W tę rolę wcielił się Zbigniew Geiger, który urodził się w 1939 roku w Tłumaczu na Ukrainie, w byłym województwie stanisławowskim. Stavisky był ukraińskim Żydem, który wyemigrował do Francji.

Dalej Churchill pisze:

Stosownie do polityki prowadzonej przez Francuzów na Bałkanach, król Jugosławii Aleksander został zaproszony do złożenia oficjalnej wizyty w Paryżu. Przybył więc do Marsylii, gdzie czekał nań monsieur Barthou, po czym razem z generałem Georgesem wsiedli do samochodu i ruszyli wzdłuż szpalerów ludzi, którzy wylegli na ulice, wymachując kwiatami i chorągiewkami. I znów z ciemnych otchłani serbskich i chorwackich podziemi na europejską scenę wynurzył się obrzydliwy, morderczy spisek i podobnie jak w roku 1914 na miejscu znalazła się banda zabójców, gotowych poświęcić nawet własne życie. Środki bezpieczeństwa podjęte przez policję francuską pozostawiały wiele do życzenia. W pewnym momencie jakiś człowiek oderwał się od wiwatujących tłumów, wskoczył na maskę samochodu i wycelował swój pistolet maszynowy w króla i jego towarzyszy, opróżnił magazynek. W chwile potem morderca został zabity przez konnego strażnika republikańskiego, obok którego udało mu się przemknąć. Wybuchła panika. Król Aleksander skonał niemal od razu. Generał Georges i monsieur Barthou wyszli z samochodu, brocząc krwią. Generał był zbyt słaby, aby się poruszać, i niebawem zaopiekowali się nim lekarze. Natomiast monsieur Barthou zmieszał się z tłumem i upłynęło około 20 minut,zanim ktokolwiek się nim zajął. Przed otrzymaniem pomocy lekarskiej musiał sam wejść na górę po schodach prowadzących do biura prefekta. Po tym wszystkim lekarz założył mu krępulec poniżej rany. Do tej pory utracił już bardzo dużo krwi; miał 72 lata. Zmarł w ciągu kilku godzin. Był to ciężki cios dla francuskiej polityki zagranicznej, która pod jego kierunkiem nabrała większej spójności. Na stanowisku ministra spraw zagranicznych zastąpił go Pierre Laval.

xxxxxxxx

Ten powyższy cytat właściwie pozwala zrozumieć, co stało się później i dlaczego obaj musieli zginąć. O królu Aleksandrze Wikipedia m.in. pisze:

W pierwszych latach swego panowania był królem Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców (1921–1929). Aby wzmocnić jedność państwa, zmienił jego nazwę i 3 października 1929 roku proklamował powstanie nowego państwa o nazwie Jugosławia. Zmianie uległa nie tylko nazwa państwa ale również jego podział administracyjny, zniesiono dotychczasowy podział na departamenty (oblasti) a wprowadzono 9 banowin z banem na czele. Prowadził rządy dyktatorskie i politykę profrancuską. Przeprowadził reformy w sądownictwie, szkolnictwie i zmiany w kalendarzu mające służyć pogłębieniu jednorodności państwa. Konstytucja z 3 września 1931 roku legalizowała jego rządy. Aleksander I Karadziordziewić był zwolennikiem silnej władzy centralnej, a przeciwnikiem separatyzmu chorwackiego, chociaż starał się mieć dobre stosunki z Chorwacją. Król usiłował też zawrzeć porozumienie z Bułgarią. Pomimo sprawowania władzy silnej ręki, jego rządy spotkały się z poparciem znacznej części społeczeństwa Jugosławii. Niemniej, likwidacja rządów parlamentarnych (rozwiązanie Skupsztiny), rozwiązanie partii politycznych i ścisła cenzura spowodowały opór społeczny, demonstrowany głównie pod hasłem: Precz z dyktaturą!. Został zamordowany w czasie wizyty we Francji przez Włada Czernozemskiego, w zamachu dokonanym przez Wewnętrzną Macedońską Organizacją Rewolucyjną (VMRO) i ustaszy (operacja „Miecz teutoński”).

Louis Barthou, jak pisze Wikipedia, był zwolennikiem zbliżenia francusko-radzieckiego i przyjęcia ZSRR do Ligi Narodów. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy w Niemczech (styczeń 1933), w latach 1933–1934 przygotowywał sojusz z ZSRR wymierzony przeciw Niemcom (→pakt wschodni), który został zawarty w 1935 (już po jego śmierci) przez Pierre’a Lavala. Następcy Barthou woleli jednak uprawiać politykę appeasementu wobec III Rzeszy.

Zginął w czasie pełnienia urzędu ministra spraw zagranicznych, podczas zamachu dokonanego przez Wewnętrzną Macedońską Organizację Rewolucyjną i ustaszy na króla Jugosławii Aleksandra w Marsylii. W 1974 ujawniono, że pocisk, który zabił ministra, musiał pochodzić z broni francuskiego policjanta lub wojskowego, gdyż miał kaliber 8 mm, a królobójca użył pistoletu 7,65 mm.

xxxxxxxx

Tym zabójstwem upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu. Dokonano go w październiku 1934 roku, a w grudniu 1933 roku wybuchła afera finansowa Stavisky’ego, w którą było zamieszanych wielu polityków francuskich. Tak więc zabójstwo króla Jugosławii i ministra spraw zagranicznych Francji skutecznie odwróciło uwagę od tej afery.

Polityka króla Aleksandra I była w sprzeczności z tym co ustalono w Wersalu, no bo tam ustalono, że w takich krajach jak choćby Jugosławia czy Polska ma być „pierdel, serdel, burdel”. Dyktatura Aleksandra I zmieniła ten stan i pole do manipulowania Jugosławią i jej elitami politycznymi znacznie się ograniczyło. Ten stan należało zmienić i przywrócić „demokrację”, bo tylko ona, jak żaden inny ustrój, najlepiej nadaje się do łowienia ryb w mętnej wodzie.Nie miało znaczenia, że większość społeczeństwa akceptowała taki stan. Ale ono przecież nie wiedziało, co było dla niego dobre. Podobnie było we Francji. Taki polityk jak Louis Barthou zapewne nie wziąłby udziału w hucpie zwanej klęską Francji. Obaj więc musieli zginąć.

Sposób, w jaki dokonano tego zamachu, wskazuje na to, że został on zorganizowany przez jakieś francuskie służby. Zabójcę od razu zastrzelono, co w takich przypadkach jest niemal standardową procedurą, żeby przypadkiem czegoś nie powiedział. Nie zaopiekowano się od razu konającym ministrem, raczej robiono wszystko by przyspieszyć jego śmierć. Takie zachowanie francuskich służb, a przecież służby innych państw działają podobnie, nie pozostawia najmniejszych złudzeń, że rządy wszystkich państw, to po prostu zalegalizowane struktury mafijne, zwykli bandyci i złodzieje.

Generał

W historii mieliśmy dwóch takich, którzy użyli wojska do realizacji pewnych celów. Pierwszym był Piłsudski, który dokonał zamachu majowego w 1926 roku, drugim Jaruzelski, który wprowadził stan wojenny w 1981 roku. Piłsudski był litewskim Żydem. Jedno z jego zdjęć z młodości zdradzą urodę tej nacji. Czy był nim również Jaruzelski? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w jego życiorysie. Pomocne tu mogą być również informacje o jego przodkach. Wydaje się, że na podstawie informacji zawartych w Wikipedii można pokusić się o pewne wnioski. Wikipedia pisze:

Wywodził się z rodziny szlacheckiej i ziemiańskiej herbu Ślepowron. Ród wywodzi się z pogranicza Mazowsza i Podlasia. Korzeniami sięga przełomu XV i XVI wieku. Gniazdem rodowym przodków był majątek Jaruzele, a później m.in. Ruś Stara – Sokoły wraz z przyległościami.

Dziadek Wojciecha, również Wojciech, brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię na 8 lat. Po powrocie do Polski, poślubił Helenę z domu Filipkowską, która wniosła mu duży posag. Dzięki temu małżeństwo mogło kształcić liczne potomstwo. Ojciec Wojciecha, Władysław, był siódmym z ośmiorga dzieci Wojciecha i Heleny. Ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze. Wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920. Mimo że należała mu się część dóbr rodzinnych, pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Ciesząc się opinią dobrego fachowca, trafił do Kurowa, położonego 17 km na wschód od Puław, gdzie poznał Wandę z Zarembów z pobliskiej Dąbrowy Wielkiej, absolwentkę Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. Ich ślub miał miejsce 19 września 1922. Wojciech urodził się 6 lipca 1923 o godz. 21 w Kurowie. Pierwsze imię otrzymał po dziadku – powstańcu. W 1928 małżeństwu urodziła się jeszcze córka Teresa.

7 października 1923 został ochrzczony w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Michała Archanioła w Kurowie. Rodzina była głęboko religijna i patriotyczna. W 1925 rodzina Jaruzelskich opuściła Kurów i zamieszkała w majątku Trzeciny nad rzeką Brok.

Nie uczęszczał do szkoły powszechnej. Już po pierwszym dniu edukacji poprosił rodziców o kontynuowanie nauki w domu. Wkrótce potem został zatrudniony dla niego prywatny nauczyciel. Od 1933 Wojciech Jaruzelski uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów na warszawskich Bielanach, a jego edukacja była sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Na etapie wyboru rozpatrywane były także gimnazjum jezuickie w Chyrowie koło Lwowa i gimnazjum w Rydzynie. Szkoła uczyła w duchu endeckim oraz zasad katolickich i poszanowania polskiej tradycji. We wczesnej młodości był bardzo religijnym i dobrze zapowiadającym się uczniem. Dostrzeżono w nim talent do przedmiotów humanistycznych. W klasie przyjaźnił się z Tadeuszem Gajcym. Miał dobry styl pisania i formułowania myśli. W latach 1937–1939 należał do Związku Harcerstwa Polskiego, należał do drużyny im. Stanisława Żółkiewskiego. W tym czasie opublikował artykuł Służba Polsce do szkolnej „Jednodniówki”. Odwoływał się tam do tradycji Orląt Lwowskich i harcerzy, którzy polegli w 1920, walcząc z bolszewikami. W 1939 ukończył IV klasę gimnazjum, uzyskując tzw. „małą maturę” w gimnazjum marianów.

Po wybuchu II wojny światowej rodzina uciekała w kierunku wschodnim. W momencie agresji ZSRR na Polskę, rodzina Jaruzelskich przebywała w jednym z majątków w powiecie lidzkim (województwo nowogrodzkie). Wobec ataku ze wschodu postanowili wrócić do Trzecin. Ostatecznie kierując się w kierunku Litwy, w nocy z 22 na 23 września przekroczyli w okolicach Kopciowa granicę z Litwą. Tam mieszkali w różnych miejscowościach w majątkach polskich rodzin. Po okupacji Litwy przez Armie Czerwoną i aneksji przez ZSRR, rodzina Jaruzelskich postanowiła wrócić na tereny okupacji niemieckiej. Ostatecznie matka, obawiając się, że przy przekroczeniu granicy może dojść do rozdzielenia rodziny, zdecydowała o pozostaniu na Litwie. 14 czerwca 1941 rodzina została deportowana na Syberię. Wojciech zamieszkał wraz z matką i siostrą w osadzie leśnej Turoczaku, gdzie w Górach Ałtajskich (ok. 300 km od Bijska) pracował w tajdze przy wyrębie lasów. Nabawił się tam choroby oczu, ślepoty śnieżnej, która trwale uszkodziła mu wzrok. Ciemne okulary ochronne stały się jego znakiem rozpoznawczym. Był także urzędnikiem w Rajpotriebsojuzie (Rejonowy Związek Spożywców). Ojciec został zesłany do łagrów w Kraju Krasnojarskim. Po podpisaniu umowy Sikorski-Majski, jesienią 1941 Władysław został zwolniony z łagru i udał się do Bijska, gdzie znajdowała się polska delegatura. Według siostry Wojciecha, ojciec zapisał go na ochotnika do formującego się wojska Andersa, lecz Wojciech z rodziną dopiero w styczniu 1942 przybył do Bijska. W międzyczasie w październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.

Ojciec Wojciecha Jaruzelskiego dostał posadę wozaka w miejscowym przedsiębiorstwie rybnym. Władysław Jaruzelski zmarł 4 czerwca 1942 w Bijsku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. 19-letni Wojciech stał się jedynym opiekunem rodziny.

W maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Ponownie został wezwany 19 lipca tegoż roku. Dostał skierowanie do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Nie był to zaciąg ochotniczy, lecz radziecki pobór do wojska. Został skierowany do I Batalionu Piechoty, dowodzonego przez kapitana nazwiskiem Kostriuko. Przydzielony do karabinów maszynowych (CKM typu Maxim). Nie przejawiał większego zainteresowania przedmiotami wojskowymi. Uzyskiwał przeciętne wyniki. Przysięga wojskowa miała miejsce w dniu 11 listopada, odbierał ją gen. bryg. Zygmunt Berling w obecności m.in. Wandy Wasilewskiej i Gieorgija Żukowa. Promocja miała miejsce 16 grudnia 1943. Promował gen. Berling. Jaruzelski na 296 promowanych zajął miejsce około 100. Według generała Zygmunta Huszczy prymusi (m.in. Florian Siwicki) byli mianowani na stopień podporucznika, a większość została, w tym Jaruzelski, mianowana na stopień chorążego. Po uzyskaniu promocji został skierowany na stanowisko dowódcy plutonu piechoty w składzie 8 Kompanii, III Batalionu, 5 Pułku, 2 Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego. Od 1943 do 1944 był dowódcą plutonu strzelców, w maju 1944 został przeniesiony do zwiadu, gdzie został dowódcą plutonu zwiadu konnego (dwunastoosobowa drużyna).

W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe). Generał Jaruzelski twierdził, że akcję przeprowadzał Główny Zarząd Polityczny WP, a wśród oficerów zwolnionych z wojska „ani jeden (…) nie był pracownikiem Sztabu Generalnego, której to instytucji ja wówczas byłem szefem”. Pomimo tego żałował tego co się wtedy stało, albowiem to „ciemna, brudna karta najnowszej historii”. „Tamten czas ma jednak wiele płaszczyzn i uwarunkowań (…). Na różnych etapach różne były moje – i miejsce, i możliwości. Nie uchylam się jednak od krytycznej oceny tego na co mogłem mieć realny wpływ. Ubolewam z powodu symptomów i faktów, jakie „pełzały” w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych. Rok 1967 to było w Wojsku wybuchowe apogeum. Po tzw. wojnie czerwcowej pojawił się w naszych siłach zbrojnych (…) szokujący sygnał strategiczno-profesjonalny. W warunkach antagonistycznie podzielonego wówczas świata nastąpiło obsesyjne wręcz uwrażliwienie na ochronę tajemnicy, problem lojalności oraz zagrożenia zaskakującą napaścią zwłaszcza z powietrza. (…) Powstała w skali kraju swoista psychoza, słynne określenie „piąta kolumna”, pożywka dla podejrzeń, inspiracja i pretekst do oskarżeń oraz różnych, niewątpliwie także preparowanych informacji, wreszcie polityczno-personalnych rozgrywek (…).” – stwierdził Jaruzelski.

24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.

xxxxxxxx

To wybrane fragmenty życiorysu Jaruzelskiego, które mogą sugerować, że był on Żydem. Wywodził się on ze starej ziemiańskiej i patriotycznej rodziny, no bo przecież jego dziadek brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię. Gniazdem rodowym był majątek Jaruzele. W opracowaniu Aleksandra Włodarskiego Ród Jaruzelskich Herbu Ślepowron jest informacja, że początkowo majątek nazywał się Jeruzele. Podobne to do angielskiego Jerusalem, Jeruzalem, czyli Jerozolima. Czy zbieżność jest przypadkowa, czy – nie, tego raczej nie dowiemy się. Natomiast dziadek po powrocie z zesłania poślubił Helenę Filipkowską, która wniosła mu duży posag, dzięki temu ośmioro dzieci mogło się kształcić. To bardzo charakterystyczne. Po powstaniu styczniowym spauperyzowana szlachta koligaciła się z Żydami. Dzięki temu Żydzi wnikali do najwyższych warstw polskiego społeczeństwa. Ilość dzieci też sugeruje, że był tu realizowany żydowski scenariusz. Nazwisko „Filipkowska” sugeruje neofickie pochodzenie – od imienia Filip. Czy fakt, że ojciec Jaruzelskiego ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze, który był ośrodkiem odłamu husytyzmu – taborytów, miał jakieś znaczenie? Być może.

Ojciec Jaruzelskiego brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a później pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Innymi słowy był faktorem. Faktorami byli Żydzi, którzy zarządzali majątkami ziemiańskimi, bo panowie ziemianie nie mieli czasu a pewnie i głowy do takich zajęć.

Wykształcenie odebrał Jaruzelski jak najbardziej stosowne dla polskiego patrioty. Uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów. Ziemiańskie korzenie i głęboka religijność – to przecież kwintesencja polskości.

14 czerwca 1941 roku rodzina Jaruzelskich została deportowana na Syberię. W październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.

Z powyższego wynika, że to srogie NKWD obchodziło się z Jaruzelskim wyjątkowo delikatnie, skoro mógł opuścić bez jego wiedzy miejsce zamieszkania i jeszcze odmówić przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości. I w nagrodę za takie postępowanie w maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Kogo tak mogło traktować NKWD? Tylko Żyda.

W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe).

Tu już jest wyraźnie kreowany na polskiego patriotę. To będzie jak znalazł w momencie wprowadzania stanu wojennego. No bo przecież jest wielkim polskim patriotą i dobro ojczyzny jest najważniejsze.

24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.

Rockefeller zrobił dla Jaruzelskiego wyjątek. Zjechał ze swego gabinetu na najwyższym pietrze, by na dole go powitać. Rozmowa, a przynajmniej jej fragmenty, odbywała się w obecności Brzezińskiego, a więc bez tłumacza. I tak sobie trzej Żydzi zdecydowali, co miało się dalej stać z tą Polską.

Z tych informacji zawartych w Wikipedii wynika, że babka Jaruzelskiego była Żydówką. Czy była nią jego matka? Tego nie da się potwierdzić, ani zaprzeczyć. Można więc powiedzieć, że przynajmniej po ojcu był Żydem. Stosunek NKWD do niego zdaje się potwierdzać, że nim był. Również jego udział w czystkach w wojsku w marcu 1968 roku może być na to dowodem. W tym wypadku chodziło prawdopodobnie o uwiarygodnienie go jako Polaka, patrioty i antysemity.

Córka Jaruzelskiego, Monika, ma swój kanał internetowy, na którym przeprowadza wywiady z różnymi osobistościami z polskiej sceny politycznej. Jest to swego rodzaju namaszczanie. Kto nie był u Moniki Jaruzelskiej, ten nie należy do systemu. Trochę to przypomina namaszczanie Lecha Wałęsy z 1989 roku. Zdjęcie z Wałęsą było informacją dla wyborców: to nasz człowiek. Monika Jaruzelska zrobiła nawet wywiad z tym pajacem i przebierańcem – Wojciechem Olszańskim. Z tego można wysnuć wniosek, że on również należy do tego towarzystwa. Na razie siedzi w więzieniu, ale to jest rodzaj kombatanctwa. Dla niektórych jest to niezbędny epizod w karierze politycznej, jak kiedyś internowanie w stanie wojennym.

Partia ukraińska w Polsce?

W dniu 8 marca na kanale RMF 24 pojawił się wywiad z Natalią Panczenko, współorganizatorką Euromajdanu-Warszawa. Na oficjalnej stronie tej organizacji można przeczytać:

„Od 2013 roku Euromaidan-Warszawa, jako inicjatywa obywatelska, działa na rzecz wsparcia Ukrainy w drodze do eurointegracji. Już od ośmiu lat pomagamy i wspieramy społeczeństwo ukraińskie. 

W związku z obecną wojną na Ukrainie, łączymy polskie zaufanie oraz ukraińskie organizacje, fundacje, aktywistów i wolontariuszy, którzy działają w zakresie pomocy z dostarczaniem potrzebnego wyposażenia, leków, a także przesyłają Ukrainie pomoc humanitarną. 

Jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z Ambasadą Ukrainy w Polsce, z oficjalnymi przedstawicielami rządu Ukrainy i Polski oraz z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. Dzięki temu wiemy, jaka pomoc i gdzie jest potrzebna.”

W 9:33 prowadzący mówi: pani ma wrażenie, że społeczność ukraińska w Polsce coraz lepiej się organizuje?

Natalia Panczenlo: Tak, jeśli chodzi o organizację, to społeczność ukraińska jest bardzo dobrze zorganizowana.
Prowadzący: A uważa pani, że powoli dojrzewamy do tego, żeby na przykład partia polityczna powstała, jeśli chodzi o Ukraińców w Polsce.
N.P.: Tego nie wiem.
P.: Nie zastanawiała się pani nad tym?
N.P.: Szczerze mówiąc nie. Dobrze by było, żeby ktoś reprezentował nas w sejmie, to na pewno.
P.: No to musi być partia polityczna.
N.P.: Bo skoro jest tak duża społeczność, no to ktoś miałby tę społeczność reprezentować, ale jakoś o tym nie myśleliśmy. Pewnie dlatego, ze większość tych osób i tak ma w tej chwili obywatelstwo ukraińskie. Nie ma obywatelstwa polskiego, nie ma prawa głosu w Polsce.
P.: A chcą mieć też obywatelstwo polskie? Czy to nie jest najważniejsze dla nich?
N.P.: Ja myślę, że osoby, które przyjechały rok temu, raczej nie. Ale pamiętajmy o tym, że przed 24 lutego 2022 roku już 2,5 miliona Ukraińców mieszkało na terenie Polski. To już dość dużo, prawie 10% obywateli i właśnie te osoby, które mieszkały tutaj wcześniej już powoli zaczynają to obywatelstwo dostawać, bo tam chyba po 5 czy 8 latach, tak w zależności od tego, czy ma się pochodzenie polskie, czy nie ma. Różne terminy są, ale generalnie te osoby, które przyjechały z początkiem ruchu bezwizowego, które przyjechały na początku 2014, na początku wojny, to pierwsi uchodźcy ukraińscy, czyli doniecki obwód, ługański obwód, Krym i tak dalej, już mają obywatelstwo.

Być może tego typu fakty mogą kogoś szokować, ale jeśli tak jest, to jest to wynik nieznajomości historii. Ja już wielokrotnie pisałem, że dla mnie Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią lubelską z 1569 roku. Efektem tej unii było połączenie Korony Królestwa Polskiego, czyli oficjalnej nazwy Polski, z Wielkim Księstwem Litewskim. Powstało nowe państwo – Rzeczpospolita. W praktyce była to Rzeczpospolita Obojga Narodów, czyli narodu rusińskiego i litewskiego, ponieważ reprezentowała ona interesy obu tych narodów, wchodzących w skład WKL, które to narody zajmowały ziemie byłej Rusi Kijowskiej. Do tych ziem rościła sobie prawo Moskwa. I ta Rzeczpospolita toczyła wojny z Moskwą w obronie tych ziem. To nie był interes Polski, bo przed unią nie graniczyła ona z Wielkim Księstwem Moskiewskim i nie wysuwało ono żadnych roszczeń terytorialnych wobec Polski. Interesem Polski było odzyskanie Śląska, gdzie ludność polska stanowiła większość.

Na krótko przed tą unią doszło do czegoś, o czym wielu ludzi w Polsce zapewne nie wie. Wydzielono (pewnie nieznani przełożeni Jagiellona Zygmunta Augusta)) mianowicie z WKL województwo podlaskie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie i włączono je do Korony. W ten sposób Korona stała się wielka, przynajmniej pod względem obszaru, a resztka po WKL zajmowała obszar zbliżony do obszaru dzisiejszej Białorusi i Litwy. To, co jednak najistotniejsze, to to, że powstało wspólne państwo polsko-rusińskie (polsko-ukraińskie), które nadal nazywano Koroną, czyli Polską, a przecież to już nie była Polska. Z Litwą natomiast była unia, a nie – wspólne państwo. Taka jest potęga słowa. Dla większości ludzi, jeśli czegoś się nie nazwie, to tego nie ma.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

W efekcie tej unii powołano wspólny Sejm walny, obradujący w Warszawie, którego izba poselska składała się 77 posłów koronnych i 50 litewskich, a w skład Senatu weszło 113 senatorów koronnych i 27 litewskich. Ilu z tych posłów i senatorów było posłami i senatorami rusińskimi, tego Wikipedia nie podaje. To jednak nie zmienia faktu, że posłowie i senatorowie rusińscy (ukraińscy) w polskim sejmie, to nie jest nic nowego w tej „polskiej” rzeczywistości.

To był bardzo sprytny zabieg, bo dzięki niemu można było odnieść wrażenie, że w tym nowym państwie dominuje żywioł polski, co nie było prawdą. Rusińska i litewska szlachta była daleko potężniejsza od polskiej. Wielcy feudałowie rusińscy (np. Wiśniowiecki) i litewscy (np. Radziwiłłowie) zdominowali w sensie politycznym i gospodarczym to nowe państwo. To oni zasiadali w polskim sejmie i rządzili na Litwie i na Ukrainie, ale również i w Koronie, czyli w Polsce. Taki Wiśniowiecki czy Radziwiłł więcej znaczyli niż król tego śmiesznego tworu zwanego Rzeczpospolitą.

Ten stan utrzymał się do rozbiorów, w wyniku których Rosja odebrała, co jej. Po I wojnie światowej w II RP tzw. mniejszość ukraińska miała swoich posłów w sejmie i specjalizowała się w terroryzmie i morderstwach politycznych. Po II wojnie światowej na tzw. Ziemie Odzyskane przesiedlono mniejszości z Kresów, głównie Ukraińców. I tym sposobem Polska nadal była państwem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. I do dziś takim jest. Historia tego regionu, który nazywa się dla niepoznaki Polską, skłania do wniosku, że od unii lubelskiej żywioł wschodni dominuje w społeczeństwie zwanym polskim. To zapewne da o sobie znać, gdy społeczność ukraińska utworzy własną partię i jeszcze wzrośnie w silę ze względu na uprzywilejowaną pozycję, jaką jej zapewnili w tym państwie Żydzi. I ci, którzy jeszcze do niedawna deklarowali, że są Polakami, raptem staną się Ukraińcami. Dopiero wtedy okaże się, że Polacy w tym państwie są mniejszością, a wschodni żywioł zdecydowaną większością. Powoli więc wracamy do rzeczywistości I RP.

I gdyby nie wojna na Ukrainie, to nie byłoby tylu Ukraińców w Polsce, bo nie byłoby “uchodźców”. Tak to pod pretekstem wojny zmienia się “Polskę” w Ukrainę. A czy po tych zmianach nadal ten wspólny obszar, który wytną z terytorium obecnej Polski i Ukrainy, będą nazywać Polską? Ci, którzy dożyją tych czasów, dowiedzą się.

Ardeny

O tym, jak wyglądała II wojna światowa na froncie wschodnim i jak to wszystko tam było ustawione, o tym pisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. A jak było na froncie zachodnim? Było tak samo. Przykładem tego, że tam również była ustawka jest klęska Francji w 1940 roku. Hitler przełamał linię obronną Francuzów w Ardenach i to praktycznie zadecydowało o wyniku całej kampanii we Francji. Opisał to szczegółowo Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-96) w rozdziale Bitwa o Francję.

Żeby jednak obraz był czytelny, to wypada na początek przybliżyć geografię tego rejonu. Belgia to część Niderlandów, czyli tzw. Low Countries. Jest to teren nizinny, miejscami depresyjny. Jednak jej południowo-wschodnia część jest górzysta – to Ardeny.

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

Ten klin, jakim wbija się granica francuska w terytorium Belgii w Ardenach i przez który przepływa Moza, to miejsce przełamania linii obronnej Francuzów. Po jego południowo-wschodniej stronie leży Sedan, a po północno-zachodniej Hirson nad Oise.

Linia Maginota – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie, mówiąc o „Linii Maginota”, ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem. Tak to opisuje Wikipedia.

Nowe Fronty – nazwa francuskich umocnień na granicy z Belgią. Budowę umocnień podjęto z inicjatywy premiera Francji Edouarda Daladiera w latach 1937-1940 dla zamknięcia linii francuskich fortyfikacji. Całkowita długość linii wynosiła ok. 300 km (od miejscowości Longwy do kanału La Manche). Na jej określenie używana jest też nazwa „linii Daladiera” (przez analogię do Linii Maginota), nie jest to jednak nazwa prawidłowa – pojęcie używane przez propagandę niemiecką. – Wikipedia.

Umocnienia wzdłuż granicy z Belgią; źródło: Wikipedia.

Te Weak fortifications to właśnie te Nowe Fronty. Natomiast Strong fortifications to linia Maginota. Miejscowość Longwy leży w miejscu, gdzie kończy się linia Maginota a zaczynają się Nowe Fronty. Przełamanie frontu w Ardenach, to najkrótsza droga na Paryż.

Z opisu Churchilla można wywnioskować, że robiono wszystko, by Niemcy mogli jak najłatwiej pokonać Francję. Poniżej fragmenty rozdziału Bitwa o Francję. Pisze on:

Armia niemiecka rosła w siłę, dojrzewała w ciągu minionych miesięcy i miała teraz o wiele potężniejsze uzbrojenie. Armia francuska trawiona pobudzonym przez Sowiety komunizmem i studzona długą, ponurą zimą spędzoną na froncie, praktycznie rozpadła się. Rząd belgijski, opierając istnienie swojego kraju na poszanowaniu przez Hitlera prawa międzynarodowego i belgijskiej neutralności, nie przygotował żadnego skutecznego planu. Przeszkody przeciwczołgowe i linia obrony, które miały powstać na froncie Namur-Louvain były nie ukończone i niewystarczające. Armia belgijska, w której szeregi wchodziło wielu odważnych i mądrych ludzi, nie bardzo mogła przygotować się do wojny w obawie pogwałcenia neutralności. Front belgijski został faktycznie przerwany w wielu miejscach przez pierwszą falę niemieckiego ataku, zanim jeszcze generał Gamelin dał sygnał do przeprowadzenia długo przygotowywanego planu. Wszystko na co można było teraz liczyć, to sukces w tej właśnie „otwartej bitwie”, której najwyższe dowództwo francuskie było zdecydowane uniknąć.

Osiem miesięcy wcześniej, w momencie wybuchu wojny, główna siła niemieckiej armii i lotnictwa była skoncentrowana na inwazji i pobiciu Polski. Wzdłuż całego zachodniego frontu – od Aix-la-Chapelle (Akwizgran – przyp.. W.L.) do granicy szwajcarskiej – stały 42 dywizje niemieckie, w tym żadna pancerna. Po mobilizacji Francuzi mogli rozmieścić naprzeciwko nich odpowiednio 70 dywizji. Z powodów, które już zostały wyjaśnione (ze względu na umocnienia Linii Zygfryda, szczegóły w blogu „Kto winien?” – przyp. W.L.), uważano wówczas, że atak na Niemcy jest niemożliwy. Sytuacja 10 maja 1940 roku była diametralnie różna. Wróg, korzystając z ośmiomiesięcznego opóźnienia i zniszczenia Polski, uzbroił, wyposażył i wyszkolił około 155 dywizji, w tym 10 pancernych.

Porozumienie Hitlera ze Stalinem umożliwiło zmniejszenie do minimum sił niemieckich na wschodzie. Przeciwko Rosji, według generała Haldera – niemieckiego szefa sztabu – nie zostało nic poza „siłami osłonowymi, ledwie nadającymi się do pobierania opłat celnych.” Nie przeczuwając własnej przyszłości, rząd sowiecki obserwował niszczenie tego „drugiego frontu” na zachodzie, którego wkrótce zacznie się tak gwałtownie domagać, i na który będzie musiał w męczarniach tak długo czekać. Wobec tego Hitler miał możliwość dokonania ataku na Francję przy pomocy 126 dywizji i siłami pancernymi 10 dywizji czołgów, z prawie trzema tysiącami pojazdów opancerzonych, w tym co najmniej tysiącem czołgów ciężkich.

Ogólna liczba dywizji alianckich postawiona do dyspozycji 10 maja wynosiła 135, czyli praktycznie tyle samo ile – jak teraz wiemy – posiadał przeciwnik. Prawidłowo zorganizowane i wyposażone, dobrze wyszkolone i dowodzone, siły te powinny, według standardów poprzedniej wojny, zatrzymać inwazję nieprzyjaciela.

Jednak Niemcy mieli pełną swobodę w wyborze czasu, kierunku oraz siły ataku. Więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się w południowym i wschodnim sektorze Francji, a 51 francuskich i brytyjskich dywizji z 1 grupy armii generała Billotte’a, z niewielką pomocą nadchodząca od Belgów i Holendrów, musiało stawić czoło nawałnicy ponad siedemdziesięciu wrogich dywizji Bocka i Rundstedta pomiędzy linią Longwy a morzem.

Połączenie ataku odpornych na ogień armatni czołgów z atakami bombowców nurkujących, co w mniejszej skali okazało się tak skuteczne w Polsce, znowu miało tworzyć czołówkę głównego ataku. Grupa pięciu pancernych i trzech zmotoryzowanych dywizji pod dowództwem Kleista, włączona do grupy armii A została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme.

Poprzedzone zmasowanym atakiem lotniczym na lotniska, linie komunikacyjne, punkty dowodzenia i magazyny, w nocy z 9 na 10 maja, siły niemieckie z grup armii Bocka i Rundstedta natarły na Francję przez granice Belgii, Holandii i Luksemburga. Osiągnięto absolutne zaskoczenie taktyczne w prawie każdym punkcie. Z ciemności wyłoniły się nagle niezliczone oddziały szturmowe, dobrze uzbrojone, nierzadko w lekką artylerię, i na długo przed nastaniem dnia 150 mil frontu stanęło w ogniu.

Holandia i Belgia, zaatakowane bez najmniejszego pretekstu czy ostrzeżenia, zwróciły się o pomoc. Holendrzy zawierzyli swojej linii wodnej; wszystkie śluzy, których wróg nie zdołał opanować lub odkryć, zostały otwarte, a holenderska straż graniczna odpierała najeźdźców ogniem. Belgom udało się zniszczyć mosty na Mozie, ale Niemcy zdobyli te nie zniszczone na Kanale Alberta.

Dla Belgii jedyną szansą obrony granic przed atakiem niemieckim był bliski sojusz z Francją i Wielką Brytanią. Linia Kanału Alberta i innych frontów wodnych była łatwa do obrony. Gdyby armie brytyjskie i francuskie, wspomagane przez armię belgijską, tuż po wypowiedzeniu wojny znalazły się na granicy Belgii we właściwym czasie, można by było z tych pozycji rozpocząć bardzo silną ofensywę przeciwko Niemcom. Ale rząd belgijski uznał, że ich bezpieczeństwo zależy od ścisłej neutralności, a ich jedyna nadzieja opierała się na wierze w dobrą wolę Niemców i poszanowanie przez nich traktatów.

Nawet po przystąpieniu Wielkiej Brytanii i Francji do wojny nie można było przekonać Belgów, aby ponownie przystąpili do starego sojuszu. Twierdzili, że będą bronić swej neutralności do ostatniej kropli krwi i usytuowali 9/10 swoich sił na granicy z Niemcami, jednocześnie zabraniając armii angielsko-francuskiej wejścia do swego kraju w celu skutecznego przygotowania obrony lub wyprzedzenia atakiem. Budowa nowych linii i rowu przeciwlotniczego przez armie brytyjskie zimą 1939 roku, z 1 armią francuską z prawej strony granicy francusko-belgijskiej, była dla nas jedynym dostępnym zabezpieczeniem.

xxxxxxxx

Jeśli więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się tam, gdzie umocnienia były najlepsze, czyli na Linii Maginota, a tam, gdzie były najgorsze, czyli na „Weak fortifications”, znajdowała się mniej niż połowa armii francuskiej, to kto podjął taką decyzję, która, mówiąc wprost, była sabotażem. W dalszej części Churchill sugeruje, że istniał konflikt pomiędzy generałem Gamelinem a generałem Georgesem, co uniemożliwiało sprawne dowodzenie. Jednak Francja nie była dyktaturą wojskową i władza zwierzchnia nad armią należała do władz cywilnych. Kto więc odpowiadał za taki stan? O tym Churchill nie pisze. Niezrozumiały wydaje się też opór Belgów i upieranie się przy neutralności i wiara w to, że Niemcy będą ją respektować. Wygląda na to, że oni również dostawali instrukcje z góry.

W dalszej części Churchill pisze:

Nie można zrozumieć tamtych decyzji bez uświadomienia sobie ogromnego autorytetu, jakim cieszyli się francuscy dowódcy wojskowi, i wiary każdego oficera francuskiego, że Francja rzeczywiście przewodziła i ponosiła główny ciężar strasznych walk lądowych w latach 1914-1918. Straciła milion czterysta tysięcy żołnierzy. Fochowi przyznano najwyższe dowództwo, a wielkie armie brytyjska i imperialna, składające się z 60 do 70 dywizji, zostały postawione, tak jak amerykańskie, bez zastrzeżeń pod jego rozkazy. Teraz jednak Brytyjski Korpus Ekspedycyjny liczył zaledwie 300 do 400 tysięcy żołnierzy, rozmieszczonych od baz w Hawrze i wzdłuż wybrzeża aż do granicy belgijskiej, wobec prawie 100 francuskich dywizji lub inaczej – wobec przeszło dwóch milionów Francuzów faktycznie obstawiających długi front od Belgii do Szwajcarii. Oddanie się pod dowództwo Francuzów i akceptowanie ich poglądów było w tej sytuacji czymś naturalnym. Spodziewano się, że w momencie wypowiedzenia wojny dowodzenie armiami francuską i brytyjską w warunkach polowych przejmie generał Georges, a generał Gamelin przejdzie na stanowisko doradcze we francuskiej Radzie Wojskowej. Jednak generał Gemelin, jako generalissimus, był przeciwny oddaniu władzy. Utrzymał najwyższe stanowisko. Irytujący konflikt władzy między nim a generałem Georgesem wystąpił w czasie ośmiomiesięcznego zastoju. Według mnie, generał Georges nigdy nie miał okazji stworzenia planu strategicznego w całości i na własną odpowiedzialność.

Brytyjski sztab generalny i nasze dowództwo polowe od dawna były niespokojne o tę lukę między północnym końcem linii Maginota a początkiem ufortyfikowanego frontu brytyjskiego wzdłuż granicy francusko-belgijskiej. Pan Hore-Belisha, minister wojny, podnosił tę kwestię kilka razy na forum Gabinetu Wojennego. Sprawa była przedstawiana kanałami wojskowymi. Jednak Gabinet i nasi dowódcy wojskowi czuliby się nieswojo, krytykując tych, których armie były dziesięć razy silniejsze od naszej. Francuzi uważali, że Ardeny są nie do przebycia nawet dla nowoczesnych armii. Marszałek Pétain stwierdził przed Senacką Komisją Armii: Ta strefa nie jest niebezpieczna. Sporo umocnień polowych zbudowano wzdłuż Mozy, ale czegoś takiego, jak mocna linia bunkrów i zapór przeciwczołgowych, które Brytyjczycy wykonali wzdłuż sektora belgijskiego, nie próbowano zbudować. Co więcej, 9 armia francuska generała Corapa składała się głównie z oddziałów poniżej standardu armii francuskiej. Z jej dziewięciu dywizji, dwie – to kawaleria (częściowo zmechanizowana), jedna dywizja forteczna, dwie (61 i 53) były drugorzędnej kategorii, dwie następne (22 18) gorsze od dywizji służby czynnej; jedynie dwie były dywizjami regularnej armii. Tutaj więc, od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości pięćdziesięciu mil nie było stałych umocnień i znajdowały się jedynie dwie dywizje zawodowych żołnierzy.

Nie można być silnym wszędzie. Często właściwe i konieczne jest utrzymywanie długich sektorów granicy lekkimi siłami osłonowymi, ale to oczywiście powinno mieć na celu jedynie włączenie większych rezerw do przeciwnatarcia, gdy zostaną rozpoznane punkty uderzenia wroga. Rozciągnięcie czterdziestu trzech dywizji, czyli połowy armii francuskiej, od Longwy do granicy szwajcarskiej – bronionej na całej długości przez forty linii Maginota lub przez szeroki, wartko płynący Ren z własnym systemem umocnień – było rozmieszczeniem rozrzutnym.

Ryzyko, jakie ponosi obrońca jest bardziej dokuczliwe od ryzyka ponoszonego przez najeźdźcę, który z założenia jest silniejszy w chwili ataku. Tam, gdzie mamy do czynienia z bardzo długimi frontami, powinno się je obsadzać silnymi, mobilnymi rezerwami, które mogą szybko wejść do bitwy. Sporo opinii zawiera pogląd, że francuskie rezerwy były niewystarczające oraz źle rozmieszczone. Przecież przełęcz za Ardenami otwierała najkrótszą drogę z Niemiec do Paryża i była przez wieki sławnym polem bitewnym. Jeżeli wróg przeszedłby tędy, armie północne zostałyby pozbawione możliwości manewru i łączność między nimi, jak również stolica byłyby narażone na niebezpieczeństwo.

Patrząc wstecz, możemy zauważyć, ze Gabinet Wojenny pana Chamberlaina, w którym brałem udział, i za którego czyny i niedociągnięcia biorę część odpowiedzialności, nie powinien powstrzymywać się od przedyskutowania spraw z Francuzami jesienią i zimą 1939 roku. Byłaby to wszakże nieprzyjemna i trudna dyskusja, ponieważ Francuzi w każdej chwili mogli powiedzieć: Czemu nie wyślecie więcej waszych oddziałów? Czy przejmiecie szerszy sektor frontu? Jeżeli jest za mało odwodów, prosimy bardzo, dostarczcie je. My zmobilizowaliśmy pięć milionów ludzi.

Popieramy waszą strategię wojny na morzu, podporządkowujemy się planom brytyjskiej Admiralicji – oczekujemy zatem odpowiedniego zaufania do armii francuskiej i do naszej historycznie potwierdzonej biegłości w sztuce wojennej na lądzie.

Pomimo wszystko powinniśmy byli przeprowadzić taką rozmowę.

Hitler i jego generałowie nie mieli większych wątpliwości co do wojskowych poglądów i ogólnych układów swoich przeciwników. Podczas jesieni i zimy niemieckie fabryki masowo produkowały czołgi, a więc linie do ich produkcji musiały być przygotowane już w czasie kryzysu monachijskiego w 1938 roku, by wydać tak obfite owoce w ciągu tych ośmiu miesięcy. Nie powstrzymywały ich wcale fizyczne trudności przejścia Ardenów. Wręcz przeciwnie, wierzyli, że nowoczesny transport mechaniczny i ogromne możliwości zorganizowanego budowania dróg zmienią ten region – do tej pory uważany za nie do przebycia – w najkrótszą, najpewniejszą i najłatwiejszą drogę wejścia do Francji i zniweczenia francuskiego planu kontrataku. Stosownie do tego niemieckie dowództwo naczelne zaplanowało swój olbrzymi najazd przez Ardeny tak, aby odciąć lewe skrzydło sprzymierzonych armii północnych u jego podstawy. Ruch ten, chociaż na dużo większą skalę, przy o innej szybkości i uzbrojeniu, był podobny do ataku Napoleona na płaskowyżu Pratzen w bitwie pod Austerlitz, gdzie odcięto odwrót armii austriacko-rosyjskiej i przełamano jej środek.

Dnia 14 maja zaczęły napływać złe wiadomości. Z początku wszystko było niejasne. O 7 wieczorem przeczytałem Gabinetowi wiadomość od pana Reynauda, stwierdzającą, że Niemcy przedarli się do Sedanu i Francuzi nie są w stanie stawiać oporu połączonym działaniom czołgów i bombowców nurkujących. Prosił o dziesięć dywizjonów samolotów bojowych do odtworzenia linii. Inne wiadomości otrzymywane przez szefów sztabu zawierały podobne informacje, a także i to, że zarówno generał Gamelin, jak i generał Georges, uważają sytuację za poważną, ponadto generał Gamelin jest zdziwiony szybkością posuwania się wroga. Faktycznie, grupa Kleista, z ogromną ilością wozów pancernych ciężkich i lekkich, rozproszyła lub rozbiła oddziały francuskie. Mogła teraz iść do przodu w tempie dotąd na wojnach nie znanym. Wszędzie tam, gdzie się spotykały armie, ciężar i wściekłość niemieckiego ataku były obezwładniające.

15 maja około godziny 7.30 rano obudzono mnie wiadomością, że dzwoni Reynaud. Mówił po angielsku i był bardzo zdenerwowany. Zostaliśmy pokonani – powiedział. Ponieważ milczałem, powtórzył raz jeszcze: Jesteśmy pokonani. Przegraliśmy bitwę. – Odparłem: – Przecież nie mogło się to stać tak szybko! A on na to: – Front jest przełamany w pobliżu Sedanu, posuwają się naprzód z ogromną ilością czołgów i pojazdów opancerzonych – powiedział coś w tym rodzaju. Wtedy stwierdziłem: – Doświadczenie uczy, że ofensywa po jakimś czasie się zakończy, przypomniałem sobie 21 marca 1918 roku. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Tego dowiedziałem się wówczas od od marszałka Focha. Z pewnością było to coś, co widzieliśmy kiedyś w przeszłości i co powinno stać się teraz. Jednak premier francuski odpowiedział zdaniem, od którego zaczął, i które okazało się aż za bardzo prawdziwe: Jesteśmy pokonani: przegraliśmy bitwę. Powiedziałem mu, że jestem skłonny przyjechać i porozmawiać.

Około 3 po południu poleciałem do Paryża flamingiem, jednym z trzech rządowych samolotów pasażerskich. Polecieli ze mną: generał Dill – zastępca szefa sztabu imperialnego oraz Ismay.

To był bardzo dobry samolot latający z prędkością 160 mil na godzinę. Ponieważ nieb był uzbrojony, dostarczono eskortę, ale wlecieliśmy w chmurę deszczową i dotarliśmy na Le Bourget w niewiele ponad godzinę. Z chwilą gdy wysiedliśmy z samolotu, stało się oczywiste, że sytuacja jest nieporównywalnie gorsza od tej, którą sobie wyobrażaliśmy. Oficerowie przyjmujący nas powiedzieli generałowi Ismayowi, ze spodziewano się Niemców w Paryżu najpóźniej w ciągu kilku dni. Po wysłuchaniu informacji o sytuacji w ambasadzie, pojechałem na Quai d’Orsay, przybyłem tam o 5.30 po południu. Zaprowadzono mnie do jednej ze wspaniałych sal. Byli tam Reynaud, Daladier – minister wojny i obrony narodowej – i generał Gamelin. Wszyscy staliśmy. Przez cały czas nie usiedliśmy za stołem. Na wszystkich twarzach malowało się kompletne przygnębienie. Przed Gamelinem, na szkolnych sztalugach, rozwinięta była mapa – mniej więcej dwa jardy kwadratowe – z czarną linią pokazującą front sprzymierzonych. Na tej linii rysowało się małe, ale złowrogie wybrzuszenie pod Sedanem.

Głównodowodzący krótko wyjaśnił, co się stało. Na północy i na południu Sedanu, na linii długości około sześćdziesięciu mil przedarli się Niemcy. Przed nimi znajdowała się rozbita i rozproszona armia francuska. Ciężkie pojazdy opancerzone nacierały z niesłychana prędkością w stronę Amiens i Arras, mając wyraźnie na celu dotarcie do wybrzeża w Abbeville lub okolicach, względnie marsz na Paryż. Za czołgami jechało około 8 lub 10 niemieckich dywizji, wszystkie zmechanizowane, osłaniając swoje flanki przed rozdzielonymi armiami francuskimi. Generał mówił może pięć minut i w tym czasie nikt się nie odezwał ani słowem. Kiedy zamilkł, zapadła głęboka cisza.. Następnie zapytałem: Gdzie znajdują się odwody strategiczne? I powtórzyłem pytanie przechodząc na francuski, którego używałem swobodnie: Où est la masse de manoeuvre? Generał Gamelin zwrócił się w moją stronę, potrząsając głową i wzruszając ramionami, powiedział: – Aucune (Nie ma żadnych – przyp. W.L.).

Nastąpiła kolejna długa przerwa. Na zewnątrz w ogrodzie Quai d’Orsay unosiły się chmury dymu nad dużym ogniskiem. Z okna zobaczyłem urzędników pchających taczki pełne dokumentów. Przygotowywano już więc ewakuację Paryża. Minione doświadczenia, obok korzyści, mają też swoją ujemną stronę; niosą bowiem przekonanie, że historia nigdy się nie powtarza. Przypuszczam, że inaczej życie byłoby zbyt łatwe. Ostatecznie w przeszłości niejednokrotnie przerywano nam front i zawsze byliśmy w stanie wziąć się w garść i wyhamować uderzenie. Ale tu doszły dwa nowe czynniki, w obliczu których nigdy nie spodziewałem się stanąć. Po pierwsze – opanowanie całej okolicy i łączności przez zmasowany najazd pojazdów opancerzonych, nie dający żadnych szans na odparcie. A po drugie – żadnych odwodów strategicznych. Aucune. Odebrało mi mowę. Co mieliśmy teraz sądzić o wielkiej armii francuskiej i jej najwyższych dowódcach? Nigdy nie przyszło mi na myśl, że dowódcy mający bronić pięciusetmilowego frontu mogą nie zadbać o pozostawienie sił w odwodzie. Nikt nie może bezpiecznie bronić tak szerokiego frontu! Ale kiedy nieprzyjaciel decyduje się na główny cios, który przerywa linie, trzeba mieć zgromadzone dywizje, które pomaszerują w szybkim kontrataku natychmiast, gdy furia ofensywy utraci swą siłę.

Po co więc była linia Maginota? Mogła zaoszczędzić oddziały na długiej linii granicy, nie tylko pozwalając na lokalne kontruderzenia, ale również umożliwiając trzymanie w odwodzie dużych sił; tak właśnie powinno to wyglądać. Ale teraz nie było odwodów. Przyznaję, że była to jedna z największych niespodzianek w moim życiu. Dlaczego nie wiedziałem o tym czegoś więcej, nawet jeżeli byłem tak bardzo zajęty w Admiralicji? Dlaczego rząd brytyjski, a przede wszystkim Ministerstwo Wojny nie dowiedziało się nic na ten temat? To, że naczelne dowództwo francuskie, oprócz mglistego zarysu, nie przekazało nam ani lordowi Gortowi swoich rozporządzeń nie było żadnym usprawiedliwieniem. Mieliśmy prawo wiedzieć. Powinniśmy byli się upierać. Obie armie walczyły razem. Podszedłem do okna i do kłębiących się chmur dymu z ogniska trawiącego dokumenty państwowe Republiki Francuskiej. Ciągle jeszcze starsi panowie podjeżdżali taczkami i pracowicie wrzucali ich zawartość w płomienie.

W grupach skupionych wokół głównych postaci wywiązały się ożywione rozmowy, z których pan Reynaud opublikował szczegółowe sprawozdanie. Ja jestem w nim opisany jako ten, który przeciwstawiał się wycofaniu armii północnych i twierdził, że wręcz przeciwnie – powinny one kontratakować. Oczywiście, byłem w takim nastroju. Ale nie miałem żadnej przemyślanej opinii militarnej.

Trzeba pamiętać, że było to pierwsze uświadomienie sobie ogromu klęski, widocznej rozpaczy Francuzów. To nie my kierowaliśmy operacją, a nasza armia, stanowiąca jedną dziesiątą sił, służyła pod dowództwem francuskim. Ja i towarzyszący mi oficerowie brytyjscy byliśmy zdumieni ewidentnym przekonaniem francuskiego głównodowodzącego i najważniejszych ministrów, że już wszystko stracone. We wszystkim co mówiłem, reagowałem gwałtownie przeciwko temu. Jednak nie ma wątpliwości, że mieli całkowitą racje, i że jak najszybsze wycofanie się na południe było konieczne. Wkrótce stało się to jasnym dla wszystkich.

Po jakimś czasie generał Gamelin znowu zaczął mówić. Zastanawiał się, czy teraz powinno się zebrać siły do uderzenia na te „wybrzuszenia” – jak nazywaliśmy potem takie sytuacje. Osiem czy dziewięć dywizji wycofano by ze spokojnych części frontu, linii Maginota. Można by było użyć dwóch albo trzech dywizji pancernych, które nie brały jeszcze udziału w walkach, a osiem lub dziewięć sprowadzić z Afryki. Miałyby przybyć do strefy bitwy w ciągu dwóch lub trzech tygodni. Generał Giraud zostanie mianowany mianowany dowódcą armii francuskiej, na północ od przerwanego frontu. Niemcy będą nacierać odtąd przez korytarz między dwoma frontami, w którym może być prowadzona wojna w stylu lat 1917 i 1918. Może Niemcy nie będą mogli utrzymać tego korytarza z jego ciągle zwiększającymi się osłonami, przy jednoczesnym zaopatrywaniu swojego oddziału pancernego. Taki wydawał się sens tego, co mówił Gamelin, wszystko brzmiało całkiem rozsądnie. Czułem jednak, że nie przekonuje tej małej, lecz wpływowej i odpowiedzialnej grupy. Po chwili zapytałem generała Gamelina, kiedy i gdzie proponuje zaatakować flanki wybrzuszenia. Jego odpowiedź brzmiała: Mniejsza liczebność, słabsze uzbrojenie, gorsza taktyka – i bezradnie wzruszył ramionami. Nie było żadnej dyskusji, bo nie było takiej potrzeby. A w ogóle, to gdzie my, Brytyjczycy, byliśmy z naszym maleńkim udziałem? 10 dywizji po ośmiu miesiącach wojny i ani jednej, nowoczesnej dywizji czołgów w akcji.

Ostatni raz wtedy widziałem generała Gamelina. Był patriotą, osobą o najlepszych intencjach i wysokich kwalifikacjach, i bez wątpienia sam ma na ten temat wiele do opowiedzenia.

Jego książka zatytułowana Servir (Służyć – przyp. W.L.) rzuca jednak niewiele światła na jego własne postępowanie i na bieg wojny w ogóle (przyp. oryg.).

xxxxxxxx

Sytuacja wygadała tak, że Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja -135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii francuskiej, a reszta nie przedstawiała pełnej wartości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny.

Sądząc po tym, można by uznać, że francuska kadra oficerska, to dyletanci i amatorzy. To jednak byłby bardzo naiwny osąd. Wszak Francja miała swoją aferę Dreyfusa. Wygląda więc na to, że w 1939 i 1940 roku tych Dreyfusów było więcej. Ci wysocy rangą oficerowie nie wykazywali najmniejszej woli walki i przełamanie frontu w Ardenach uznali za katastrofę a nawet klęskę. A przecież to marszałek Foch mówił, że ofensywa po jakimś czasie się skończy. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Trudno sobie wyobrazić, by ci oficerowie o tym nie wiedzieli.

To nie pierwszy raz, gdy linia frontu w pewnym miejscu zostaje pozbawiona odwodów strategicznych. Musiał również o tym wiedzieć generał Weygand. W blogu „Wojna 1920 roku”:

„W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek od Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.”

Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem i nie są wynikiem niewiedzy czy dyletanctwa. Wojny toczą się pod dyktando nieznanych przełożonych i to oni decydują, kto ma być zwycięzcą, a kto – pokonanym. Francja miała być pokonana i tak się stało. I oni uznali też, że Hitler nie może pokonać Anglii i dlatego kazali mu ją atakować z powietrza, co było z góry skazane na porażkę. A była inna, bardziej realna szansa jej pokonania. Admirał Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły. Chyba nie wiedział on, że Hitler był narzędziem w rękach tych, którzy sprawowali prawdziwą władzę. Było to wyraźnie widać w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim. Hitler mógł łatwo ją wygrać, ale nie taki był cel tej wojny, podobnie jak całej wojny. Chodziło o to, by trwała jak najdłużej, by ofiar było jak najwięcej i żeby po niej dokonać rewolucyjnych wręcz zmian, co bez tej wojny nie było by możliwe. I dlatego wojna na Ukrainie musi trwać. The show must go on.

Churchill dobrze opisał bitwę o Francję. Nie napisał tylko tego, co najważniejsze, to znaczy tego, kto był odpowiedzialny za to, co się wtedy wydarzyło. Kto podjął decyzję o takim, a nie innym rozmieszczeniu wojsk francuskich na granicy z Niemcami i Belgią? Kto podejmował decyzje w trakcie bitwy? Brak takiej informacji to też informacja, że jednak istnieje jakaś zwierzchnia, nieznana siła, jacyś ludzie, którzy tym wszystkim kierują.

Kto winien?

Wszyscy wiemy, jak zaczęła się II wojna światowa i jak Francja i Anglia „wywiązały się” ze swoich sojuszniczych zobowiązań wobec Polski. Dlaczego tak się stało i kto był winien? To wszystko tłumaczył Winston Churchill w swojej książce Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-96). Warto, jak sądzę, zapoznać się z jego argumentacją, bo w polityce pewne zasady i postępowanie silniejszych wobec słabszych jest niezmienne i wypada o tym pamiętać, zwłaszcza dziś, gdy toczy się wojna na Ukrainie, a Polska występuje tu w roli słabszego, wasala Stanów Zjednoczonych, które, gdy zajdzie taka potrzeba, poświęcą go w imię własnych interesów. Poniżej wybrane fragmenty z dzieła Churchilla z rozdziału Polska pokonana:

Świat nie posiadał się ze zdziwienia, gdy po miażdżącym ataku Hitlera na Polskę i wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Francję i Wielką Brytanię zapanowała długa i dręcząca cisza. Pan Chamberlain w prywatnym liście (opublikowanym przez jego biografa) tę fazę określił mianem „Nierealnej Wojny”, a ja – w uznaniu trafności tych słów – przyjąłem je za tytuł tej księgi. Wojska francuskie nie zaatakowały Niemiec. Po przeprowadzeniu mobilizacji trwały one w bezruchu na całej długości frontu. Niemcy nie rozpoczęli żadnych działań powietrznych (z wyjątkiem rozpoznawczych) przeciwko Wielkiej Brytanii; to samo dotyczyło zresztą Francji. Rząd francuski poprosił nas o powstrzymanie się od ataków lotniczych na Niemcy, gdyż mogłoby to, jego zdaniem, sprowokować akcję odwetową przeciwko francuskim fabrykom zbrojeniowym, które nie miały odpowiedniej ochrony. Działania nasze ograniczyły się do zrzucenia ulotek w celu zwrócenia uwagi na etyczno-moralne konsekwencje ich poczynań. Ten etap wojny na morzu i w powietrzu stanowił dla wszystkich prawdziwe zaskoczenie. Francja i Wielka Brytania z niewzruszonym spokojem obserwowały, jak cała potęga niemieckiej maszyny w ciągu kilku tygodni niszczy i podporządkowuje sobie Polskę. Doprawdy Hitler nie miał na co narzekać.

Liczebnością i sprzętem armia polska nie mogła się równać ze swoim przeciwnikiem, na domiar złego przyjęta przez nią taktyka pozostawiała wiele do życzenia. Oddziały polskie zostały rozciągnięte wzdłuż linii granicznej.

Dopisek wydawcy: Wprowadzenie większości sił wojskowych od razu do bitwy granicznej, w razie ataku niemieckiego, miało stanowić dowód uznania przez Polskę zagrożenia jej niepodległości (gwarancje miały obowiązywać, gdyby była zagrożona niepodległość Polski, a nie jej integralność terytorialna w przypadku zajęcia części terytorium państwa, np. Korytarza – przyp. W.L.) i tym samym zmuszenia Wielkiej Brytanii i Francji do natychmiastowego wypełnienia zobowiązań sojuszniczych wobec Rzeczypospolitej. Dopiero niespodziewana, szybka kapitulacja Francji w czerwcu 1940 roku wykazała niesłuszność formułowanych na Zachodzie krytycznych opinii o walce Polaków we wrześniu 1939 przeciwko agresji niemieckiej.

Nie istniała żadna centralna rezerwa, Polacy reagujący dumnie i wyniośle na niemieckie zakusy terytorialne obawiali się jednocześnie, że jeśli zdecydują się na zmobilizowanie swoich sił przeciwko rosnącym masom nieprzyjaciela i uczynią to odpowiednio wcześnie, zostanie im to poczytane za prowokację.

Dopisek wydawcy: Polska ogłosiła mobilizację powszechną 29 sierpnia 1939 (mobilizacja częściowa, imienna już trwała). Niestety, postawa sojuszników – brytyjskiego i francuskiego – opóźniła jej realizację. Wskutek interwencji W. Brytanii i Francji wykonanie dekretu o mobilizacji odroczono do 30 sierpnia (plakaty informujące o mobilizacji już pojawiły się w miejscach publicznych). W Paryżu i Londynie łudzono się, że wojna nie była jeszcze nieunikniona, nie chciano więc „prowokować” Hitlera.

30 dywizji, czyli tylko dwie trzecie ich armii czynnej, byłoby gotowych lub prawie gotowych na przyjęcie pierwszego ciosu. Jednakże tempo wydarzeń, jak również błyskawiczne działania niemieckich sił powietrznych uniemożliwiły reszcie zajęcie pozycji wyjściowych w odpowiednim czasie, tak że w rezultacie wzięły one udział dopiero w końcowych zmaganiach. Tak więc 30 polskich dywizji, nie posiadających żadnego zaplecza, musiało stawić czoło prawie 60 dywizjom wroga rozciągniętym na długiej linii.

Teraz przyszła kolej na Sowietów. Do głosu doszło to, co teraz nazywają oni „demokracją”. 17 września rosyjskie wojska przelały się przez wschodnią granicę Polski, praktycznie nie bronioną i ruszyły na zachód szerokim frontem. 18 września zajęły Wilno, a następnie spotkały się ze swymi niemieckimi wspólnikami w Brześciu Litewskim. Tutaj, w czasie poprzedniej wojny, bolszewicy – łamiąc wszystkie najuroczystsze porozumienia z zachodnimi aliantami – podpisali separatystyczny pokój z cesarskimi Niemcami, uginając się pod ich surowymi warunkami.

Wojska sowieckie kontynuowały ofensywę aż do linii ustalonej z Hitlerem, a 29 września nastąpiło oficjalne podpisanie traktatu rosyjsko-niemieckiego, który sankcjonował rozbiór Polski. W dalszym ciągu wierzyłem niezachwianie w istnienie głębokiej, nieprzejednanej sprzeczności między Rosją a Niemcami i cały czas chwytałem się nadziei, ze bieg wydarzeń sprawi, iż Sowieci przejdą na naszą stronę. W związku z tym postanowiłem nie dawać wyrazu oburzeniu wywołanemu bezwzględną, brutalną polityką Sowietów; oburzeniu, które dało się wyczuć w całym Gabinecie Wojennym. Nigdy nie miałem w stosunku do nich żadnych złudzeń. Wiedziałem, że nie uznają żadnych zasad moralnych i myślą wyłącznie o własnych interesach. Lecz przynajmniej niczego nie byli nam winni. W czasie śmiertelnych zmagań uczucia takie jak gniew należy opanować i podporządkować je nadrzędnemu celowi, którym jest pokonanie głównego nieprzyjaciela. Postanowiłem znaleźć najlepsze wytłumaczenie dla ich odrażającego zachowania. W związku z tym w piśmie sporządzonym dla Gabinetu Wojennego w dniu 25 września, użyłem niezwykle spokojnych i wyważonych słów.

xxxxxxxx

W rozdziale Front we Francji Churchill pisze:

Trudno wprost ocenić przewagę, jaką rząd nie skrępowany żadnymi traktatami ani zobowiązaniami posiada nad państwami, które rozpoczynają działania wojenne w momencie, gdy zbrodniarz wymierza pierwszy cios i dopiero wówczas zaczynają opracowywać plany działania. Jest ona doprawdy ogromna. Z drugiej jednak strony, jeżeli agresor nie odniesie całkowitego i ostatecznego zwycięstwa, musi brać pod uwagę to, że pewnego dnia dojdzie do rozliczenia. Hitler, którego nic nie było w stanie powstrzymać (z wyjątkiem przeważających sił przeciwnika), mógł uderzyć w dowolnym miejscu i o dowolnym czasie; w przeciwieństwie do niego obydwa państwa zachodnie nie mogły pogwałcić neutralności Belgii. Pozostawało im tylko czekać, aż Belgowie sami poproszą o pomoc, a było niemal pewnym, że uczynią to, gdy będzie już za późno. Oczywiście, gdyby polityka Wielkiej Brytanii i Francji w ciągu ostatnich pięciu lat poprzedzających wybuch wojny była odważna, zdecydowana, zgodna z ustaleniami traktatowymi i zatwierdzona przez Ligę Narodów, niewykluczone, że Belgia przyłączyłaby się do swoich dawnych sprzymierzeńców i pozwoliłaby na stworzenie wspólnego frontu. Odbyłoby się to z korzyścią dla wspólnego bezpieczeństwa i być może pozwoliłoby uniknąć wielu katastrof, które nas czekały.

W okresie niepewności i ugłaskiwania agresora Belgia zdecydowała się na neutralność, dumnie utwierdzając się w przekonaniu, że zdoła utrzymać niemieckiego najeźdźcę na swej ufortyfikowanej granicy do czasu, aż wojska brytyjskie i francuskie przyjdą jej w sukurs.

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

Żadnej innej granicy nie poświęcono nigdy tyle uwagi, co granicy biegnącej przez Niderlandy, pomiędzy Francją a Niemcami. Wszyscy generałowie i wszystkie akademie wojskowe badają niestrudzenie, w świetle ostatniej kampanii, każdy skrawek gruntu w tym rejonie, każde wzniesienie i każdą drogę wodną. W tym okresie istniały dwie linie, do których sprzymierzeni mogli się zbliżyć, gdyby Belgia została zaatakowana przez Niemcy, a oni zdecydowali się przyjść jej z pomocą, lub które mogli zająć zgodnie ze szczegółowo opracowanym i ściśle tajnym planem (rzecz jasna tylko i wyłącznie na prośbę Belgów). Pierwszą z tych linii była tzw. linia Scheldt (linia Skaldy – przyp. W.L.). Można ją było osiągnąć po niedługim marszu od granicy francuskiej i nie wiązało się to z żadnym większym ryzykiem. W najgorszym wypadku moglibyśmy ją utrzymać jako „fałszywy front”. W najlepszym – rozbudowalibyśmy ją, gdyby wymagał tego rozwój wydarzeń. Druga linia była znacznie ambitniejsza. Biegła wzdłuż Mozy przez Givet, Dinant, Namur i Louvain do Antwerpii. Gdyby aliantom udało się zająć tę linię i utrzymać ją w ciężkich walkach, zablokowałoby to w dużym stopniu prawy cios atakującego nieprzyjaciela, a gdyby jego wojsko okazało się słabsze, starcie stałoby się doskonałym wstępem do wkroczenia na terytorium Niemiec i opanowania kluczowego ośrodka niemieckiej produkcji zbrojeniowej w Zagłębiu Ruhry.

Ponieważ ofensywa przez terytorium Belgii bez zgody Belgii była wykluczona ze względu na zasady międzynarodowej moralności, pozostawała jedynie droga od granicy francusko-niemieckiej. Atak, który zgodnie z planem miał pójść na wschód wzdłuż Renu oraz na północ i południe do Strasburga, skierował się w stronę Szwarcwaldu, który, podobnie jak Ardeny, uważany był w owym czasie za nie najlepsze miejsce do działań ofensywnych. Jednakże istniał jeszcze problem ofensywy z frontu Strasburg-Metz, na północny wschód w kierunku Palatynatu. W wyniku takiej ofensywy, której prawe skrzydło biegłoby wzdłuż Renu, udałoby się prawdopodobnie zdobyć kontrolę nad tą rzeką, aż do najdalej na północ wysuniętych punktów jak Koblencja czy Kolonia. Tym samym wkroczylibyśmy na obszar nadający się do prowadzenia działań bojowych. Wszystkie te możliwości wraz z ich rozlicznymi wariantami, były od wielu lat częścią gier wojennych na uczelniach sztabowych Europy Zachodniej. Tutaj jednak pojawiła się linia Zygfryda z jej potężnymi betonowymi bunkrami wspierającymi się wzajemnie i otoczonymi ogromną ilością drutu kolczastego – przeszkoda, której we wrześniu 1939 bynajmniej nie można było lekceważyć. Najwcześniejszą datą, gdy Francuzi mogliby przypuścić poważny atak był koniec trzeciego tygodnia września. Lecz do tej pory kampania polska dobiegła końca. W połowie października na froncie zachodnim Niemcy posiadali 70 dywizji. Krótkotrwała przewaga liczebna Francuzów stawała się przeszłością. Francuska ofensywa z granicy wschodniej ogołociłaby znacznie dla nich istotniejszy front północny. Nawet gdyby wojska francuskie odniosły początkowo sukces, mniej więcej po miesiącu miałyby ogromne trudności z utrzymaniem owoców swoich podbojów na wschodzie i byłyby całkowicie wystawione na niemieckie kontruderzenie na północy.

Oto właśnie odpowiedź na pytanie: „Dlaczego pozostawaliśmy biernymi obserwatorami do czasu, aż Polska została zniszczona?” Ta bitwa została przegrana kilka lat wcześniej. Szansa zwycięstwa istniała w r. 1938, kiedy Czechosłowacja była państwem niepodległym. W r. 1936 nie natrafilibyśmy na żaden poważniejszy opór. A w r. 1933 zwykły reskrypt z Genewy wystarczyłby, żeby Niemcy zastosowały się do przedstawionych im żądań. Nie można obwiniać tylko generała Gamelina, że w r. 1939 nie przyjął ryzyka, które niepomiernie wzrosło od czasu ostatniego kryzysu, kiedy to ani rząd francuski, ani brytyjski nie zdecydowały się na przedsięwzięcie konkretnych kroków.

xxxxxxxx

Tak więc wszystkiemu była winna Belgia, która upierała się przy swojej neutralności, a Francja i Wielka Brytania nie mogły pogwałcić tej neutralności i nie zamierzały zaatakować Niemiec od strony Belgii i Holandii i to w sytuacji, gdy większość niemieckich dywizji znajdowała się na froncie wschodnim.

Trudno wprost ocenić przewagę, jaką rząd nie skrępowany żadnymi traktatami ani zobowiązaniami posiada nad państwami, które rozpoczynają działania wojenne w momencie, gdy zbrodniarz wymierza pierwszy cios i dopiero wówczas zaczynają opracowywać plany działania. – pisze Churchill. Neutralność Belgii to oczywiście te traktaty i zobowiązania, ale gwarancje dla Polski to już nie były traktaty i zobowiązania. Trudno chyba sobie wyobrazić większą obłudę. Ale to tylko pokazuje, że dla Zachodu państwa Europy środkowej i wschodniej to państwa niższej kategorii, które można wykorzystywać instrumentalnie i poświęcać je bez skrupułów, jeśli zajdzie taka potrzeba. Francja poprosiła Wielką Brytanię, by ta nie bombardowała celów w Niemczech w obawie odwetu. A Polska? A co tam Polska! Niech ginie! Inna sprawa, że ta neutralność Belgii to był tylko pretekst, by nic nie robić. Przecież po napaści Hitlera na Polskę tylko ktoś bardzo naiwny mógł wierzyć, że Hitler będzie respektował jakieś traktaty czy umowy międzynarodowe.

Tutaj jednak pojawiła się linia Zygfryda z jej potężnymi betonowymi bunkrami wspierającymi się wzajemnie i otoczonymi ogromną ilością drutu kolczastego – przeszkoda, której we wrześniu 1939 bynajmniej nie można było lekceważyć. – Skoro były trudności nie do pokonania, to rodzi się pytanie: to po co były te gwarancje? Takiego pytania Churchill sobie nie zadał, a więc tym bardziej nie mógł na nie odpowiedzieć. W końcu stwierdził, że Francja mogła ruszyć dopiero w trzecim tygodniu września, ale w tym czasie Polska była już pokonana. No była, ale gdyby nie agresja Związku Radzieckiego 17 września, to jeszcze nie byłaby pokonana. Więc jego cały wywód, to jedna wielka obłuda i zakłamanie. Churchill to była wyjątkowa kanalia.

Jest rzeczą oczywistą, że gdyby Francja, mająca przewagę nad Niemcami w wojskach lądowych, a Anglia ze swoim lotnictwem, skoordynowały swoje działania i zaatakowały Niemcy zaraz po wypowiedzeniu im wojny 3 września, to ta wojna skończyłaby się szybciej, niż zaczęła. Ale tak nie mogło być, a nasze oskarżenia wobec tych krajów i ich polityków są niesłuszne. Taka postawa świadczyła tylko o tym, że te państwa i ich politycy wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych. Przecież ci ludzie nie byli idiotami i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co należało czynić. Podobnie Hitler. On też wiedział, że może zaatakować Polskę i że nikt jej nie pomoże. II wojna światowa, tak jak wszelkie wojny i konflikty, była od początku do końca wyreżyserowana. To samo zresztą dzieje się obecnie na Ukrainie. Ta wojna również toczy się według ściśle określonego planu, którego my oczywiście nie znamy.

Nie można obwiniać tylko generała Gamelina , że w r. 1939 nie przyjął ryzyka, które niepomiernie wzrosło od czasu ostatniego kryzysu, kiedy to ani rząd francuski, ani brytyjski nie zdecydowały się na przedsięwzięcie konkretnych kroków. – A więc nie było winnego. Generał Gamelin nie podjął zdecydowanych kroków, bo nie podjął ich rząd francuski, do którego należała władza zwierzchnia nad armią, bo chyba Francja nie była wtedy dyktaturą wojskową. Rząd belgijski twardo obstawał, wbrew zdrowemu rozsądkowi, za neutralnością. Biernym pozostał też rząd angielski. Nie było więc nikogo, kto miałby odmienne zdanie i głośno je artykułował. Wszyscy, jak na komendę, postępowali zgodnie z interesem Hitlera. Najwyraźniej instrukcje płynęły z góry.

Dziś znowu sytuacja się powtarza i Anglosasi, żydowska pałka do dyscyplinowania pozostałych narodów, świadomie wpychają Polskę do wojny i znowu traktują ją jak instrument, narzędzie, które po wykorzystaniu nadaje się tylko do wyrzucenia. Takie wnioski płyną z historii i dlatego tak się ją zniekształca, zakłamuje, a naszych dawnych i obecnych „sojuszników” i ich postawę wobec Polski w czasie II wojny światowej – wybiela.