Najsilniejsza armia

Propaganda to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy instrument, który wykorzystuje państwo prowadzące wojnę lub przygotowujące się do uczestnictwa w niej. Wiele wskazuje na to, że Polska, jako państwo, przygotowuje się do udziału w wojnie na Ukrainie. I w związku z tym rząd „polski” wmawia Polakom, że Rosja szykuje się do napaści na Polskę i że mamy obowiązek pomagać Ukrainie, bo tak naprawdę to jest to pomoc w obronie własnej. W tej propagandzie polskim mediom pomagają media brytyjskie. Jak wiadomo Wielka Brytania jest od dawna naszym „wypróbowanym” przyjacielem, a były jej premier, Boris Johnson, podczas swojej wizyty w Warszawie parę miesięcy temu powiedział nawet, że Polska w trudnych sytuacjach zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Zawsze – to może liczyć na brytyjskie media „polski” rząd i jego propaganda.

Na Interii ukazał się w dniu 11 marca 2023 artykuł: Brytyjskie media: Polska kupuje sprzęt i buduje najsilniejszą armię w Europie (https://wydarzenia.interia.pl/zagranica/news-brytyjskie-media-polska-kupuje-sprzet-i-buduje-najsilniejsza,nId,6648934). Poniżej jego treść:

Polska, w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Rosji, kupuje nowoczesny sprzęt wojskowy – pisze w sobotę “Daily Telegraph”. W ten sposób, jak zwraca uwagę brytyjski dziennik, realizuje ona projekt stworzenia najsilniejszej armii w Europie.

Jako oficer artylerii jestem podekscytowany nowym sprzętem. Mieliśmy dużo starej artylerii, ale teraz mamy bardzo nowoczesną broń – mówi gazecie kapitan Marek Adamiak z 11. Mazurskiego Pułku Artylerii, który w połowie grudnia otrzymał 24 samobieżne haubice K9 produkcji południowokoreańskiej o zasięgu ponad 50 km, co znacznie zwiększa możliwości na polu walki.

Ale jak zaznacza “Daily Telegraph”, 24 haubice “to tylko wierzchołek ogromnego programu wydatków obronnych Polski”, bo w związku z toczącą się w Ukrainie wojną i obawami, że Polska sama może pewnego dnia znaleźć się na celowniku Kremla, polski rząd jest zdeterminowany, by zbroić kraj – i to szybko. Zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.

“Daily Telegraph”: Polska była świadoma zagrożenia jeszcze przed wojną w Ukrainie

Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. Inwazja Władimira Putina na Ukrainę przyspieszyła i zintensyfikowała ten proces.

“Nikt nie może wątpić w ambicje Polski” – podkreśla “Daily Telegraph”, wyliczając, że złożyła zamówienia na 1000 czołgów podstawowych K2 z Korei Południowej i 250 czołgów M1A2 SEPv3 Abrams z USA, dzięki czemu będzie miała najwięcej czołgów w Europie; artylerię wzmocni 600 K9, 18 wyrzutni HIMARS z 9000 rakiet oraz 288 systemów K239 Chunmoo MRL z Korei Południowej. Ponad 1000 wyprodukowanych w Polsce bojowych wozów piechoty Borsuk będzie do dyspozycji polskich żołnierzy, a ich osłonę powietrzną zapewni 96 śmigłowców AH-64E Apache kupionych od USA oraz 48 samolotów bojowych FA-50 zamówionych obecnie w Korei Południowej. Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”.

Wymieniamy nasz sprzęt bardzo, bardzo szybko. To naprawdę jest rewolucja, a nie ewolucja – mówi kapitan Adamiak.

“Tegoroczny budżet obronny Polski będzie rekordowy”

Ale jak zauważa “Daily Telegraph”, mimo tego, iż Polska cieszyła się przez lata wzrostem gospodarczym i przewiduje się, że w tym roku PKB nadal będzie rósł, pomimo gospodarczych konsekwencji wojny w Ukrainie, to koszt wydatków na obronę będzie znaczny. Wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.

Dziennik przypomina, że Komisja Europejska nadal odmawia Polsce pieniędzy z unijnego funduszu odbudowy po pandemii ze względu na trwający spór o praworządność, za to w zeszłym roku amerykański Kongres, aby pomóc Polsce, zatwierdził przeznaczenie 288,6 mln dolarów na “odstraszanie i obronę” przed zwiększonym zagrożeniem ze strony Rosji. Ale gazeta wskazuje, ze przy inflacji wynoszącej 17 proc. budżet obronny może stać się trudny do zrealizowania.

Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”.

“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. Dodaje, że obronność i to, kto najlepiej potrafi bronić kraju, będzie jednym z głównych tematów w kampanii przed jesiennymi wyborami do parlamentu. 

xxxxxxxx

Mamy więc do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją i militaryzowaniem Polski na potęgę. Daily Telegraph zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.

Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. – Czyli że wojnę tę zaplanowano znacznie wcześniej niż nam się wydaje.

Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”. – To już nawet nie wymaga komentarza. Planują zrobić z Polaków mięso armatnie. Chyba większość ludzi w Polsce nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza.

Daily Telegraph wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.

Natomiast prezydent 2 lutego podpisał ustawę budżetową na 2023 r. Zaplanowane dochody budżetu państwa wyniosą 604,5 mld zł, wydatki – 672,5 mld zł, a deficyt około 68 mld zł. 16% budżetu państwa na zbrojenia? To jakiś koszmar.

Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”. – A jak będą odpowiednio zarządzane, to nie wydrenują? I Polacy mają się poświęcić, by zadbać o interes narodowy. Tylko którego narodu?

“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. – Oznacza to, że wszystkie partie i jej liderzy mają tego samego suwerena i w podskokach wykonują jego polecenia. Ci, którzy krzyczą, że to nie nasza wojna, lub że tylko dobrobyt i pokój, też mają tego samego nieznanego przełożonego.

xxxxxxxx

Propaganda dotyczy nie tylko spraw bieżących, ale również historii, którą próbuje się przedstawić w świetle korzystnym dla naszych „sprawdzonych” sojuszników. Na kanale Powojnie pojawił się film zatytułowany Tajny plan ataku zachodnich aliantów na Związek Radziecki. Churchill chce uwolnić Polskę.

W opisie do tego odcinka prowadzący pisze:

Hej, w tym odcinku serii Powojnie wracam do 1945 roku i planu, który opracowali brytyjscy analitycy w związku z prośbą Winstona Churchilla. Premier Wielkiej Brytanii chciał tuż po pokonaniu III Rzeszy przystąpić do ataku na Związek Radziecki. W ten sposób uratowana zostałaby Polska, która po ustaleniach w Jałcie weszła do strefy wpływów ZSRR.

Brytyjczycy opracowali kilka możliwych wersji wydarzeń i nakreślili scenariusz przyszłego konfliktu. Dokumenty związane z operacją “Nie do pomyślenia” zostały odtajnione dopiero w 1998 roku.

W pewnym momencie prowadzący mówi:

Do pierwszego uderzenia miało dojść w okolicach Drezna. Celem operacji „Nie do pomyślenia” było narzucenie ZSRR woli USA oraz Wielkiej Brytanii w kwestii Polski, która miałaby w ten sposób być wyrwana z sowieckiej strefy wpływów. Analitycy zakładali dwa warianty: długotrwałego konfliktu i szybkiego pokazu siły, który zmusi Sowietów do podpisania rozejmu zgodnego oczekiwaniami Zachodu. W przypadku tego drugiego, czyli optymistycznego wariantu, brytyjscy wojskowi zakładali, że kampania zbrojna zakończy się jeszcze przed nadejściem zimy. Z analiz wykonanych przez Brytyjczyków wynikało, że front miałby powstać na linii Szczecin-Piła-Bydgoszcz i Lipsk-Cottbus-Poznań-Wrocław. Kluczowe miało być starcie pancerne na linii Odra-Nysa Łużycka w rejonie między Szczecinem a Bydgoszczą. Bitwa, która rozegrałaby się w tamtym momencie, mogłaby mieć większy zasięg niż ta toczona na Łuku Kurskim. Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia.

xxxxxxxx

W 8:41 prowadzący prezentuje mapkę, na której wyraźnie widać, że ten plan „wyzwolenia” Polski, to plan ustalenia granicy wschodniej Niemiec zgodnej z tą z 1937 roku. Zresztą sam mówi: Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia. Stabilizacji, a więc zatrzymania go na tej linii.

Ta operacja, to chyba nie do końca była taka tajna, skoro w tamtym czasie w Polsce panowało dość powszechne przekonanie, że wkrótce wybuchnie nowa wojna: Andziu, Andziu, wyjdź przed sień! Anders wróci lada dzień. I pewnie też z tego powodu antykomunistyczne podziemie było nadal aktywne. Zachodni alianci wcale nie mieli zamiaru walczyć ze Związkiem Radzieckim, bo podział Niemiec na strefy okupacyjne został już ustalony w Quebecu we wrześniu 1944 i potwierdzony w Jałcie w lutym 1945 roku. Gdyby nie chcieli oni oddać Związkowi Radzieckiemu części Niemiec, to nie pomagaliby Stalinowi albo w pewnym momencie przerwali tę pomoc. Po co więc ten plan? No może właśnie po to, by Polacy dalej się wykrwawiali, podszczypywali Stalina. A dziś, jak widać, można go ponownie wykorzystać, by wciskać kit naiwnym Polakom, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są sojusznikami Polski.

Kanał Powojnie ma 198 tys. subskrybentów, a jego filmy mają ponad 100, 200 a nawet ponad 300 tys. wyświetleń. Jego siła oddziaływania jest więc bardzo duża i to, co przekazuje, dociera do masowego odbiorcy. W tym wypadku kanał ten podjął się wybielania naszych „sojuszników” z okresu II wojny światowej. Chyba nie przypadkiem, bo dziś to Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wciągają Polskę do wojny na Ukrainie. I prawdopodobnie po części finansują zbrojenia Polski.

Sytuacja prawie do złudzenia przypomina tę z 1939 roku. Wtedy Wielka Brytania i Francja, poprzez swoje gwarancje, wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami. Gdyby nie te gwarancje, to masoński rząd sanacyjny, współpracujący oczywiście z Zachodem, nie miałby usprawiedliwienia dla podjęcia decyzji o zbrojnym oporze. Zadanie swoje wykonał i uciekł na Zachód. Zachód kazał Polakom walczyć z Niemcami, ale zakazał walki ze Związkiem Radzieckim, który też napadł na Polskę. Dziś jest odwrotnie – każe walczyć Polakom ze Związkiem Radzieckim, czyli z Rosją, która Polsce nie zagraża. A więc przed wojną wrogiem byli Niemcy, a dziś Rosjanie. No bo to Rosja chce niby napaść na Polskę – tak nam tłumaczą.

Miejsce rządu sanacyjnego zajął po wojnie rząd komunistyczny. Obecnie też masońsko-żydowski rząd III RP wciąga Polskę do wojny na Ukrainie i pewnie też ucieknie za granicę, o czym często wspomina Maciej Maciak na swoim kanale Musisz to wiedzieć. Skąd on to wie? Już widać, że nowy rząd jest szykowany. Po wojnie, bez względu na to kiedy ona się skończy, pojawi się ten nowy rząd. Już są organizowane dwie nowe partie, które obecnie są ruchami, czyli Ruch Dobrobytu i Pokoju oraz Polski Ruch Antywojenny. RDiP jest, póki co, półtajną organizacją, bo jedynie jego lider jest powszechnie znany. Pozostali pozostają w ukryciu i są znani tylko innym członkom Ruchu. Wprawdzie o PRA wiemy niewiele więcej, ale ten ruch jest nowy, podczas gdy RDiP działa już chyba około pół roku. Jak zapewnia jego lider, RDiP jest ruchem otwartym dla wszystkich, więc pewnie i dla wielu z różnych partii, które po wojnie znikną ze sceny politycznej.

Skutki wojny dla Polski będą opłakane, więc PiS i PO staną się bankrutami politycznymi. Będą musieli przyjść nowi ludzie. Najlepiej jak będą to ci, którzy od początku byli przeciw tej wojnie. Tylko oni i ich otoczenie będzie mogło liczyć na akceptację wymęczonych i sfrustrowanych ludzi, a także na akceptację nowej społeczności, która do tego czasu zapewne uzyska już prawa wyborcze. Leszek Sykulski prezydentem, a Maciej Maciak premierem? „Wasz prezydent, nasz premier.” Wszystko to bardzo możliwe, bo skoro Maciej Maciak często powtarza, że jak on będzie premierem, to będzie inaczej. Niektórzy uważają, że jest to przejaw megalomanii, ale on dobrze wie, co mówi. Ktoś go na to stanowisko przygotowuje, kreuje jego wizerunek. I za jakiś czas może się okazać, że – ni z tego, ni z owego – mamy już premiera nowego.

Jak zawsze, jestem pełen podziwu i uznania dla tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów, którzy dbają o to, żebyśmy się tutaj nie nudzili. Ale ja osobiście wolałbym się nudzić i żyć w kraju, w którym nic się nie dzieje. Niestety, to miejsce, pomiędzy Rosją a Niemcami, nigdy nie było stabilne. Tu jest gorzej niż na Bałkanach. Tam się tłuką, ale przynajmniej wszyscy siedzą na swoim miejscu: Serbia to Serbia, Chorwacja to Chorwacja, Słowenia to Słowenia. A tu to nie wiadomo co: czy Polska to Polska, czy Polska to Ukraina?

Angola

O Angoli przypomniałem sobie, gdy natrafiłem w internecie na krótki filmik o Luandzie. Jego autor filmuje to miasto z samochodu i uważa, że jest to jedno z najładniejszych miast w Afryce, a może nawet nie tylko w Afryce. Trudno to ocenić na podstawie tak krótkiego filmu. Miasto wzbogaciło się na ropie, więc po części jego architektura przypomina tę z Półwyspu Arabskiego. Jednak w Luandzie zachowała się jeszcze architektura kolonialna, co niewątpliwie dodaje uroku temu miastu i, jak sądzę, tworzy jego niepowtarzalną atmosferę.

Angola to pierwszy pomysł na polską kolonię. Tadeusz Białas w swojej książce Liga morska i kolonialna 1930-1939 (1983) pisze:

Najwcześniej, bo już w roku 1928, Liga ( a ściślej mówiąc Związek Pionierów Kolonialnych), przystępując do realizacji programu kolonialnego, zwróciła uwagę na kolonię portugalską Angolę, którą uznano za jeden z najbardziej odpowiednich w Afryce terenów dla polskiej akcji osadniczej.

22 kwietnia 1928 r. prezes ZPK K. Głuchowski wyjechał do Lizbony z ramienia Syndykatu Kolonizacyjnego Polsko-Amerykańskiego i Polskiego Towarzystwa Kolonizacyjnego. Celem tej podróży – jak informowało „Morze” – było podjęcie pertraktacji z rządem portugalskim, ewentualnie z kompaniami kolonialnymi w Angoli, w sprawie uzyskania tam terenów dla polskiej ekspansji kolonialnej.

K. Gołuchowski powrócił z Lizbony 14 maja 1928 r. Rezultaty były optymistyczne: „Angola nadaje się do kolonizacji rolnej i osadnictwa polskiego”, a czynniki miejscowe „są skłonne do całego szeregu ułatwień dla akcji polskiej”.

Z tą też chwilą rozpoczęto w kraju popularyzację Angoli, jako terenu dogodnego dla dla działalności kolonizacyjnej. Oprócz artykułów na łamach prasy ukazało się też kilka broszur poświęconych zagadnieniom środowiska geograficznego oraz warunków działalności gospodarczej w tej portugalskiej kolonii, w których bardzo pozytywnie oceniano istniejące tam możliwości dla polskiej „ekspansji gospodarczej”.

W rezultacie tak pozytywnych prognoz 14 grudnia 1928 r. wyjechała do Angoli specjalna ekspedycja zorganizowana przez LMiR, Naukowy Instytut Emigracyjny i Kolonialny i Polską Stację Badań Tropikalnych. Kierownikiem ekspedycji był Franciszek Łyp, a uczestnikami: Jerzy Chmielewski – plenipotent spółki terenowej, którą w ostatnich tygodniach zorganizował oraz Bronisław Noiszewski. Jej celem było zbadanie warunków dla ewentualnej przyszłej polskiej akcji osadniczej.

Pierwsze wrażenia i spostrzeżenia ekspedycji były początkowo publikowane na łamach „Morza” w formie korespondencji, którą F. Łyp systematycznie przesyłał do redakcji tego miesięcznika, a następnie jej rezultaty zostały zebrane w trzech publikacjach książkowych, z których jedną wydała Liga.

Punktem kulminacyjnym „szumu propagandowego” wokół Angoli była jednak plotka o rzekomym zamiarze kupienia przez Polskę Angoli, jaką w grudniu 1930 r. puścił „jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz wileński” i którą następnie powtórzyło jedno z pism krakowskich. Plotka ta wywołała zarówno w Polsce, jaki i poza granicami duże zamieszanie.

Strona najbardziej zainteresowana sprawą osadnictwa w Angoli, a mianowicie rząd portugalski, zareagował na ten szum propagandowy wokół jego kolonii bardzo jednoznacznie i zdecydowanie. Jak stwierdza J. Beck, „rząd portugalski zajął natychmiast wrogą postawę wobec naszej polityki, a nasze poczynania zrodziły w pewnych poważnych kołach angielskich zaniepokojenie aspiracjami Polski”. Jednocześnie rząd portugalski, aby zmniejszyć do minimum niebezpieczeństwo wynikające z dużego napływu do kolonii obcokrajowców, wprowadził szereg utrudnień wobec osób przyjeżdżających na tereny osadnicze oraz zmusił rząd polski do zrezygnowania z poufnej klauzuli osiedleńczej zawartej w konwencji handlowej w 1929 r.

I na tym w zasadzie zakończyła się pierwsza akcja kolonialna Ligi, podjęta w odniesieniu do Angoli. W okresie lat 1932-1937 ani w dokumentach programowych, ani w publicystyce ligowej nie powracano już do koncepcji angolańskiej.

xxxxxxxx

Ta prasowa prowokacja z kupnem kolonii powtórzyła się później również w przypadku Liberii i Brazylii. Cały ten szum kolonialny był tylko pretekstem do zrealizowania największego przekrętu finansowego w okresie II RP, który polegał na tym, by, pod pozorem kolonizacji, za pieniądze państwowych spółek wykupić setki tysięcy hektarów ziemi w Brazylii i po wybuchu wojny przejąć je, bo prawowity właściciel, czyli II RP, przestała istnieć. O tym w szczegółach w blogu „Brazylijska prowokacja”.

Europejska historia Angoli sięga końca XV wieku. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962) tak pisze:

W 1482 Portugalczycy odkryli ujście rzeki Kongo, ale dopiero w 1529 roku przybyli tam pierwsi portugalscy osadnicy; misjonarze nawrócili władcę murzyńskiego państwa Kongo i ten uznał zwierzchność Portugalii; w 1574 roku układ został odnowiony z tamtejszym władcą N’gola, od którego imienia pochodzi obecna nazwa Angoli. W XVII wieku wybrzeża Angoli opanowali przejściowo Holendrzy (1640-48); rządy obcych doprowadziły stopniowo do upadku tubylcze ośrodki polityczne i kulturalne. Angola stała się w XVII wieku obok Gwinei największym ośrodkiem handlu niewolnikami; Portugalczycy rozbudowali kilka portów, nie starając się przeniknąć do wnętrza kraju; dopiero zniesienie handlu niewolnikami zmusiło ich do zajęcia się eksploatacją bogactw naturalnych kraju i zbadania jego wnętrza. W 1884-85 na konferencji berlińskiej w sprawie Konga zostały wytyczone granice Angoli z sąsiadującymi państwami. W 1955 roku rząd portugalski ogłosił dotychczasową kolonię Angolę prowincją Portugalii, stanowiącą jej integralną część. Ucisk i wyzysk ludności afrykańskiej, które w przeszłości wywoływały zbrojny opór, spowodowały w końcu 1960 roku ogólne powstanie pod hasłem niepodległości kraju; dyktatorski reakcyjny rząd portugalski, zastosował wobec powstańców krwawe represje mimo rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1961 roku, wzywającej Portugalię do niezwłocznego udzielenia niepodległości Angoli, oraz uchwały Rady Bezpieczeństwa z tegoż roku, domagającej się zaprzestania represji wobec ludności Angoli.

xxxxxxxx

Tu WEP kończy z racji tego, że tom opisujący tę historię został wydany w 1962 roku. Natomiast dalszą część zaczerpnąłem z Wikipedii.

W 1954 roku utworzony został Związek Ludności Angoli (UPA), na czele którego stanął Holden Roberto. Organizacja skupiała członków plemienia Kongo i miała prozachodni oraz konserwatywny charakter. Związek został przekształcony w 1964 roku w Narodowy Front Wyzwolenia Angoli (FNLA). W 1956 z kolei powstał Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli (MPLA) z Agostinho Neto jako liderem. MPLA głosił hasła niepodległościowe i lewicowe, choć grupował wszystkie grupy etniczne to większość jego członków wywodziło się z plemienia Mbundu. W 1960 roku Związek Ludności Angoli i MPLA zawarły porozumienie o współpracy. W 1961 roku MPLA przeprowadziła pierwszą antyportugalską akcję zbrojną, w 1962 roku natomiast wybuchło antykolonialne powstanie Związku Ludności Angoli w północnej Angoli. Pokonani powstańcy ze Związku Ludności Angoli wycofali się na teren Zairu. W 1962 roku utworzyli w Kinszasie Rewolucyjny Rząd Angoli na Wygnaniu z Holdenem Roberto jako premierem. Rząd na uchodźstwie uzyskał poparcie Organizacji Jedności Afrykańskiej. W 1964 roku MPLA wznowił działania zbrojne w Angoli. Wydarzenia te uważane są za początek wojny o niepodległość. W 1965 roku powstał Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy (FLEC), na jego czele stanął Luis Ranque Franque. Grupa ta domagała się oderwania bogatej w ropę naftową Kabindy od reszty Angoli. W 1966 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała politykę Portugalii w Angoli jako „zbrodnię przeciwko ludzkości”. W tym samym roku doszło do rozłamu w FNLA – z Frontu wyłamał się Jonas Savimbi, który powołał Narodowy Związek na rzecz Całkowitego Wyzwolenia Angoli (UNITA) reprezentujący Mbundu.

Mapa Angoli; źródło: Wikipedia.

Wszystkie grupy dążące do niepodległości zaczęły ze sobą rywalizować. W 1968 roku OJA wycofała swoje poparcie dla dotychczasowego rządu na uchodźstwie, w 1972 roku wymusiła na MPLA i FNLA utworzenie wspólnej Rady Wyzwolenia Angoli z Holdenem Roberto na czele. Krok ten nie załagodził wzajemnych animozji w ruchu antykolonialnym. Dekolonizacja Angoli została zapoczątkowana wraz z rewolucją goździków w Portugalii. Proces ten we wrześniu 1974 roku próbował zahamować Zjednoczony Opór Angoli, skupiający osadników portugalskich. Próba zamachu stanu przeprowadzonego przez osadników nie udała się, a w styczniu 1975 roku powołano rząd tymczasowy z udziałem MPLA, UNITA i FNLA. Od lutego rozgorzał konflikt wewnętrzny, który w lipcu przerodził się w wojnę domową. W sierpniu niepodległość Kabindy ogłosił FLEC, zostało to uznane przez kilka państw. W listopadzie tego samego roku przewodniczący MPLA, Neto proklamował utworzenie Ludowej Republiki Angoli, której prezydentem został. Tego samego dnia połączone siły FNLA i UNITA proklamowały Ludowo-Demokratyczną Republikę Angoli, prezydentem kraju został Holden Roberto, premierem Savimbi. Wsparcia rebeliantom z UNITA i FNLA udzieliły wojska zairskie i południowoafrykańskie. Kampania rebeliancka nie powiodła się, a do stycznia-marca 1976 roku siły republiki ludowej opanowały większość kraju, zmuszając przy tym siły RPA i Zairu do wycofania się z kraju. W tym samym roku republika ludowa została przyjęta do ONZ i OJA.

Konstytucja z 1975 roku wprowadzała jednopartyjny system polityczny, w którym to pełnia władzy należała do MPLA. Angola tym samym zbliżyła się politycznie do państw socjalistycznych i tzw. państw frontowych Afryki Południowej. Od 1977 roku doszło do wznowienia działalności opozycji skupionej: UNITA, FNLA, FLEC oraz nowo powstałego Ruchu na rzecz Wyzwolenia Kabindy (MOLICA). Celem rebeliantów było obalenie rządu lub rozczłonkowanie Angoli na kilka odrębnych państw. Od 1978 miejsce mają stałe ataki armii południowoafrykańskiej na Angolę w odwecie za popieranie przez rząd w Luandzie ruchu wyzwoleńczego z Namibii (SWAPO). Po śmierci Neto w 1979 roku, nowym prezydentem i przewodniczącym monopartii został José Eduardo dos Santos. W latach 80. doszło do poszerzenia wpływów UNITA na południu kraju.

W grudniu 1990 roku rządząca partia odeszła od marksizmu i zapowiedziała dążenie do demokracji i gospodarki rynkowej. W 1991 roku wprowadzono system wielopartyjny i podpisano porozumienie kończące wojnę domową. W 1992 roku odbyły się wybory parlamentarne i prezydenckie. Wybory przeprowadzono w obecności obserwatorów ONZ. Okazały się one zwycięstwem rządzącej partii i dotychczasowego prezydenta. UNITA zakwestionowała wynik wyborów i zerwała porozumienie z 1991 roku. Działania wojenne zakończono w 1994 podpisaniem porozumienia pokojowego w Lusace. Już cztery lata później walki wybuchły z nową siłą. 22 lutego 2002 zginął Jonas Savimbi – przywódca UNITA, co doprowadziło do kolejnego zawieszenia broni. Pierwsze od 1992 roku wybory odbyły się w 2008. Rezultaty wskazały na wielkie zwycięstwo rządzącej partii MPLA, która uzyskała 82% oddanych głosów. Główna partia opozycji, UNITA, otrzymała poparcie zaledwie 10% wyborców. Ostatnie wybory odbyły się w 2012 roku, również i one okazały się sukcesem rządzącej MPLA.

xxxxxxxx

Warto zwrócić uwagę na ten fragment: ...w styczniu 1975 roku powołano rząd tymczasowy z udziałem MPLA, UNITA i FNLA. Od lutego rozgorzał konflikt wewnętrzny, który w lipcu przerodził się w wojnę domową. W sierpniu niepodległość Kabindy ogłosił FLEC, zostało to uznane przez kilka państw. W listopadzie tego samego roku przewodniczący MPLA, Neto proklamował utworzenie Ludowej Republiki Angoli, której prezydentem został. Tego samego dnia połączone siły FNLA i UNITA proklamowały Ludowo-Demokratyczną Republikę Angoli, prezydentem kraju został Holden Roberto, premierem Savimbi. Wsparcia rebeliantom z UNITA i FNLA udzieliły wojska zairskie i południowoafrykańskie. Kampania rebeliancka nie powiodła się, a do stycznia-marca 1976 roku siły republiki ludowej opanowały większość kraju, zmuszając przy tym siły RPA i Zairu do wycofania się z kraju. W tym samym roku republika ludowa została przyjęta do ONZ i OJA.

A więc, jak pisze Wikipedia, kampania rebeliancka nie powidła się i siły RPA i Zairu zostały zmuszone do wycofania się z kraju. Niby prawda, ale nie do końca. Antony C. Sutton w książce Sull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983) w rozdziale Zakon tworzy marksistowską Angolę pisze:

Angola, była portugalska prowincja położona na południowo-zachodnim wybrzeżu Afryki, jest współczesnym przykładem nieustannego tworzenia marksistowskiego ramienia procesu dialektycznego, choć tym razem jest to robione w nieco ostrożniejszy sposób.

Oficjalne, prezentowane przez establishment stanowisko jest takie, że Angola była portugalską kolonią i że to opresyjne rządy Portugalczyków doprowadziły do powstania ruchu niepodległościowego, w którym marksiści odnieśli zwycięstwo nad siłami „demokratycznymi”.

Nie ma żadnych dowodów na poparcie tej tezy. Jeśli Portugalczycy byli w Angoli kolonistami, to byli nimi także bostońscy bramini w Massachusetts. Luanda, główne miasto Angoli, została założona przez Portugalczyków w roku 1575, czyli pięćdziesiąt lat przed tym, jak Pielgrzymi zeszli na ląd w Massachusetts. W 1575 roku populacja miejscowej ludności Angoli była mniejsza niż populacja Indian w Massachusetts. W przeciwieństwie do tego, jak wyglądały na terenie Afryki kolonialne rządy Brytyjczyków, Francuzów i Belgów, Portugalia przez trzysta lat traktowała Angolę bardziej jak prowincję niż kolonię. Jeśli więc Angola należała do nieistniejącej populacji rdzennych tubylców, Massachusetts, logicznie rzecz biorąc, należy do amerykańskich Indian.

Na początku lat sześćdziesiątych Stany Zjednoczone czynnie wspomagały marksistowską sprawę w Angoli. Wynika to jasno z wypowiedzi byłego sekretarza stanu, Deana Achesona. Zamieszczone niżej cytaty pochodzą z notatki dotyczącej rozmowy pomiędzy Deanem Achesonem (Scroll and Key), McGeorgem Bundym (wtajemniczony w roku 1940) i prezydentem Kennedym, datowanej na 2 kwietnia 1962 roku:

Następnie (Kennedy) zajął się negocjacjami z Portugalią dotyczącymi bazy na Azorach. Powiedział, że niewiele chyba dzieje się w tej sprawie i że byłby wdzięczny, gdybym się nią zajął i sprawdził, czy można coś zrobić w tek kwestii. Poprosiłem go o zgodę na poświęcenie tej sytuacji kilku minut i powiedziałem: „Portugalczycy byli głęboko urażeni tym, co uznali za opuszczenie ich przez Stany Zjednoczone, jeśli nie za faktyczny sojusz Stanów Zjednoczonych z ich wrogami. Moim zdaniem problemem są nie tyle negocjacje z Portugalczykami, co ustalenie polityki Stanów Zjednoczonych. Bitwa rozegra się w Waszyngtonie, nie w Lizbonie”.

Następnie Dean Acheson odniósł się do faktu, że Stany Zjednoczone wspierały ruchy rewolucyjne w Angoli, która to sprawa była najwyraźniej znana prezydentowi Kennedy’emu:

Prezydent zapytał mnie następnie, dlaczego jestem tak pewny, że w obecnych warunkach nie ma miejsca na negocjacje. Odpowiedziałem, że jak pewnie wie, faktycznie dotowaliśmy wrogów Portugalii i że Portugalczycy są o tym niemal przekonani, choć nie mogą tego udowodnić. Powiedział, że naszym celem była próba utrzymania angolskiego ruchu narodowego z dala od komunistów z Ghany i doprowadzenie do tego, by dowodziły nim możliwie umiarkowane siły. Odpowiedziałem, że całkowicie to rozumiem, ale w żaden sposób nie będzie to dla Portugalczyków łatwiejsze do przełknięcia. Angażowaliśmy się również w przerzucanie Angolczyków z Angoli i kształcenie ich w Lincoln College na przedmieściach Filadelfii, gdzie wpajano im najbardziej ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy. Co więcej zwierzchnik tej uczelni potajemnie i nielegalnie wybrał się do Angoli, a po powrocie zaangażował się w brutalną akcję propagandową wymierzoną w Portugalczyków. Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych głosowaliśmy za przyjęciem rezolucji „potępiającej” Portugalię za utrzymywanie porządku na terytorium pozostającym bezsprzecznie pod zwierzchnictwem Portugalii. Zwróciłem uwagę, że Portugalczycy są dumnym narodem, a przy tym szczególnie wrażliwym, ponieważ, mając tak chwalebną historię, podupadli i stali się bezsilni. Woleliby raczej w godny sposób pogodzić się z rozpadem swojego imperium, jak to zrobili na Goa (obecnie nadmorski stan w Indiach około 600 km na południe od Bombaju, do 1963 roku portugalska kolonia, to tam po raz pierwszy dotarł do Indii Vasco da Gama – przyp. W.L.), niż dać się kupić lub nakłonić do wzięcia udziału w niszczeniu własnego państwa.

Z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego wynika rzecz niezwykle ważna, choć pozornie pozbawiona znaczenia. Prezydent sądził najwyraźniej, że Stany Zjednoczone finansują nacjonalistów, nie marksistów, choć tak naprawdę Ameryka wspomagała właśnie marksistów, podobnie jak czyniła to później w Republice Południowej Afryki, powielając schemat datujący się od czasów rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku. Warto prześledzić tę sprawę w aktach Kennedy’ego i ustalić, na ile prezydent był świadomy poczynań pozostających pod kontrolą Zakonu, CIA i Departamentu Stanu.

Marksiści z Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli Neto przejęli kontrolę nad Angolą. Zakon, posiadający potężnych sojuszników w międzynarodowych korporacjach, wywierał nacisk na kolejne administracje, by nie odbierać Angoli roli kubańsko-radzieckiej bazy w południowej Afryce.

W 1975 roku Stany Zjednoczone, wspólnie z Republiką Południowej Afryki, rzeczywiście wykonały wojskowy rajd na terytorium Angoli. W kluczowym momencie, gdy siły południowoafrykańskie mogły dotrzeć do Luandy, Stany Zjednoczone wycofały swoją pomoc. Republika Południowej Afryki nie miała wyboru i musiała się wycofać. Kraj ten przekonał się w bolesny sposób, że Stany Zjednoczone są antymarksistowskie jedynie w teorii. W praktyce Ameryka zrobiła Republice Południowej Afryki to, co zrobiła już w przeszłości wielokrotnie – elita zdradziła swoich antymarksistowskich sojuszników.

Na początku lat osiemdziesiątych pochodzący z różnych krajów przyjaciele Zakonu wyszli z ukrycia, starannie uzgadniając swoje publiczne działania z wiceprezydentem Bushem (wtajemniczony w roku 1948). Na przykład, 27 marca 1981 roku „The Wall Street Journal” opublikował wiele mówiący artykuł, w którym znalazły się okruchy prawdy przemieszane z oficjalną linią establishmentu. Ten zamieszczony na pierwszej stronie tekst zatytułowany Przyjazny wróg: firmy wzywają USA do trzymania się z dala od Angoli i odmówienia udzielenia pomocy rebeliantom (rebeliantami tymi były antymarksistowskie oddziały UNITA Savimbiego, wspomagane przez Republikę Południowej Afryki) stanowił odzwierciedlenie międzynarodowego wsparcia udzielanego angolskim marksistom.

Przywódcą promarksistowskich sił korporacyjnych w Stanach Zjednoczonych jest Melvin J. Hill, prezes Gulf Oil Exploration & Production Company, oddziału Gulf Oil zarządzającego Gulf Cabinda, czyli zespołu angolskich rafinerii chronionego przed prozachodnimi rebeliantami Savimbiego przez marksistowskie oddziały z Kuby i Angoli. Hill powiedział „The Wall Street Journal”: „Angola jest znającym się na rzeczy, rozsądnym i wiarygodnym partnerem w interesach”. Hill nie tylko wystąpił przed Kongresem prezentując swoje promarksistowskie poglądy, ale przynajmniej kilkukrotnie spotkał się z ówczesnym wiceprezydentem Bushem.

PWJ Wood z Cities Servive dodał coś jeszcze do mitologii Gulf Oil. Powiedział: „Angolczycy są w coraz większym stopniu nastawieni na rozwój. Nie są zainteresowani upolitycznianiem Afryki środkowej w interesie Kubańczyków lub Związku Radzieckiego. Nasi ludzie nie są w Angoli persona non grata”.

Rzecz jasna Hiil i Wood zajmują się jedynie kształtowaniem wizerunku marksistowskiej Angoli na forum publicznym, choć zakładamy, że nie zostali zarejestrowani przez Departament Sprawiedliwości jako obcy agenci. Angola jest w dużym stopniu kubańsko-radziecką bazą przygotowaną do zajęcia Republiki Południowej Afryki, a jednak na jej terenie działa siedemnaście zachodnich firm, w tym Gulf, Texaco, Patrofina, Mobil, Cities Servive, Marathon Oil i Union Texas Petroleum oraz Allied Chemical, Boeing, General Electric i Bechtel. Należy pamiętać, że zarówno sekretarz stanu Schultz, jak i sekretarz obrony Weinberger zostali wypożyczeni z Bechtel Corporation.

Gulf Oil Corporation pozostaje pod kontrolą banku Mellon, będącego największym pojedynczym udziałowcem tej firmy. Przedstawicielem Banku Mellon w zarządzie Gulf Oil jest James Higgins, który (na ile udało się nam ustalić) choć ukończył Yale, nie należy jednak do Zakonu.

Drugim co do wielkości udziałowcem jest rodzina Mellonów, obejmująca Fundację Andrew W. Mellona, Fundację Richarda Kinga oraz Fundację Sarah Scaife. Grupa ta, uważająca się za „konserwatywną”, posiada około siedem procent wyemitowanych akcji. Morgan Guaranty Trust, na którą to firmę natknęliśmy się już na łamach tej książki, ma milion osiemset tysięcy akcji, czyli około jeden procent wszystkich udziałów.

Wszystkie te korporacje, których interesy są związane z Angolą, wystawiły się na ogromne ryzyko. Zaskakuje na przykład fakt, że Republika Południowej Afryki nie podjęła żadnych działań wymierzonych w firmy mające siedziby w Angoli, szczególnie w General Electric, Boeinga, Morgan Guaranty Trust, Gulf Oil i Cities Servive. Na skutek potężnego wsparcia udzielanego angolskim marksistom Republika Południowej Afryki w sposób bezpośredni traci swoich ludzi.

Akcja odwetowa wymierzona w korporacje, a nie w Kubańczyków i Angolczyków pochłonęłaby mniej ofiar ze strony Republiki Południowej Afryki. Po tym, jak w 1975 roku Stany Zjednoczone zdradziły Republikę Południowej Afryki, której oddziały mogły dotrzeć do Luandy, fakt, że nie sięgnęła ona po ten, wydawałoby się, oczywisty środek, świadczy o godnej podziwu powściągliwości tego państwa. Chirurgiczne uderzenie w Kabindę usunęłoby przecież zgrabnie największe angolskie źródło obcej waluty i dałoby do myślenia marksistom z różnych krajów. Nie zalecamy, rzecz jasna, podjęcia takich działań, ale Republika Południowej Afryki zawsze może skorzystać z takiego rozwiązania. Jak zareagowałyby na to Stany Zjednoczone? Cóż, lepiej żeby Departament Stanu i CIA miały gotowe wytłumaczenie dla samolotu amerykańskiej ambasady przyłapanego na fotografowaniu południowoafrykańskich instalacji wojskowych. Przytaczamy te informacje jedynie po to, by zaprezentować niebezpieczny charakter stosowanych przez Zakon scenariuszy zarządzania konfliktem.

xxxxxxxx

To, o czym nie informuje Wikipedia, pisze o tym Sutton. Siły południowoafrykańskie musiały się wycofać nie tylko ze względu na zdradę Stanów Zjednoczonych, ale również ze względu na obecność w Angoli wojsk kubańskich i radzieckich. Jednak problem jest o wiele bardziej skomplikowany, o czym Sutton nie napisał, a być może nie mógł. Chodzi tu o rolę korporacji międzynarodowych, które są jednak narodowe, tyle że należą do narodu rozproszonego i zasymilowanego. W takiej sytuacji, jak w Angoli, ale przecież tak jest wszędzie, w której miały swoje siedziby korporacje, które były również obecne w RPA, oznaczało to, że ludzie, którzy nimi zarządzali, byli doskonale zorientowani w sytuacji gospodarczej i politycznej obu krajów. Co więcej, oni również finansowali rządy obu krajów, a więc w praktyce mieli wpływ na decyzje tych rządów. To tłumaczyło by pasywne zachowanie rządu RPA wobec tych korporacji. Gdyby rząd RPA był niezależnym, zakazałby tym wszystkim korporacjom, mającym siedziby w obu państwach, działalności na swoim terenie. Tak się nie stało, więc wniosek jest prosty: był on od nich zależny.

Angażowaliśmy się również w przerzucanie Angolczyków z Angoli i kształcenie ich w Lincoln College na przedmieściach Filadelfii, gdzie wpajano im najbardziej ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy.

Wygląda na to, że już wiemy, skąd biorą się skrajnie ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy i kto pozwala na szerzenie kultu Bandery i posługiwanie się nazistowską symboliką na Ukrainie i dlaczego tego typu zachowania nie są karane.

Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych głosowaliśmy za przyjęciem rezolucji „potępiającej” Portugalię za utrzymywanie porządku na terytorium pozostającym bezsprzecznie pod zwierzchnictwem Portugalii.

Wiemy już też do czego służy Organizacja Narodów Zjednoczonych. Ktoś, kto nią rządzi, zmusza inne kraje członkowskie do głosowania zgodnie z jego wolą. Czy wobec tego trudno sobie wyobrazić sytuację, że za jakiś czas w tej organizacji przyjmie się rezolucję potępiającą Polskę za wywołanie wojny na Ukrainie. Skoro już są polskie obozy koncentracyjne, to wszystko jest możliwe.

Należy pamiętać, że zarówno sekretarz stanu Schultz, jak i sekretarz obrony Weinberger zostali wypożyczeni z Bechtel Corporation.

Czyli z korporacji na wysokie stanowiska w państwie. Od kogo więc byli oni bardziej zależni i czyje interesy reprezentowali? Tak więc opinie, że państwa to tylko korporacje, nie są pozbawione sensu, choć ja bardziej skłaniałbym się ku temu, że są one narzędziem korporacji i służą do realizacji ich celów, a ściślej rzecz ujmując, do realizacji celów właścicieli tych korporacji. Tak jak w przypadku jednostek mamy do czynienia z rozproszeniem i asymilacją, czyli z ludźmi, którzy asymilują się i udają kogoś, kim nie są, tak w przypadku korporacji mamy dokładnie do czynienia z tym samym procesem. Oficjalnie korporacje są amerykańskie, angielskie, niemieckie, francuskie itp., a w praktyce należą do jednej nacji i reprezentują jej interesy. Można więc powiedzieć, że proces rozproszenia i asymilacji odbywa się nie tylko na szczeblu jednostek, ale również organizacji.

Czy już zaczyna się?

Kreowanie konfliktu to nie jest akt jednorazowy, to proces ciągły, któremu towarzyszy szereg drobnych spięć, incydentów, które mają na celu jego stopniową eskalację. Zanim wybuchło powstanie styczniowe w 1863 roku, do pierwszych manifestacji doszło dwa lata wcześniej w lutym 1861 roku. Obecnie mamy w Polsce wielomilionową rzeszę przesiedleńców z Ukrainy, co samo w sobie jest już niebezpieczne, biorąc pod uwagę trudne relacje polsko-ukraińskie na przestrzeni wieków. Ktoś, kto zaplanował te przesiedlenia i uprzywilejował przesiedleńców względem ludności miejscowej, dobrze wiedział, czym to grozi. I mam takie wrażenie, że już zaczynają się pierwsze prowokacje. Prowokacje, w których emocje zdominują zdrowy rozsądek.

Na portalu Onet pojawił się artykuł: Prawica wyzywała ukraińską pisarkę, policja była bezradna (https://www.onet.pl/informacje/onetpoznan/prawica-przerwala-spotkanie-z-oksana-zabuzko-wyzwiska-i-wulgaryzmy/k39p57r,79cfc278). Poniżej jego treść:

Spotkanie z Oksaną Zabużko, które we wtorek odbyło się w Poznaniu, musiało być przerwane. Wszystko przez osoby o prawicowych i narodowych poglądach, które wtargnęły do Biblioteki Raczyńskich, wykrzykując obelgi pod adresem pisarki. Jak podaje “Gazeta Wyborcza”, na miejscu musiała interweniować policja.

Do zdarzenia doszło we wtorek, 7 marca. Oksana Zabużko miała promować w Poznaniu swoją najnowszą książkę pt. “Najdłuższa podróż”. Niestety, nim spotkanie z czytelnikami rozpoczęło się na dobre, musiało zostać przerwane. Na sali pojawiły się bowiem osoby, które nie przyszły tam słuchać o literaturze, a atakować ukraińską pisarkę.

Wśród awanturników znalazły się zarówno młode, jak i starsze osoby. “Niektórych poznajemy po twarzach — uczestniczyli w demonstracjach antyszczepionkowców, organizowali marsz niepodległości w Poznaniu, a jeden z mężczyzn Piotr Pijanowski został prawomocnie skazany za grożenie śmiercią poznańskim politykom” — podaje “Gazeta Wyborcza”.

Osoby, które wtargnęły do biblioteki, miały ze sobą m.in. transparent z napisem “Historii nie znacie, nazistów wspieracie”. Z ich ust można również było usłyszeć takie okrzyki, jak choćby “Wołyń, Wołyń! Pamiętamy!” czy też “Polska to my, a nie Bandera i jego psy”. “GW” podaje, że jeden ze starszych mężczyzn w koszulce z napisem “Wołyń” powiedział: “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię”.

Organizatorzy spotkania wezwali na miejsce policję. Jednak ta była bezradna. Awanturnicy przekonywali bowiem, że przyszli na spotkanie z autorką, które było otwarte dla wszystkich. Co więcej, lider tej grupy sam chciał złożyć zawiadomienie na policji. “Chcieliśmy zgłosić przestępstwo głoszenia nienawiści pod płaszczykiem kulturalnego spotkania, tak jak robili faszyści” — przekonywał mężczyzna.

Policja wylegitymowała osoby, które wywołały zamieszki i odjechała. – Gdy organizatorzy chcieli rozpocząć spotkanie, grupa ok. 20 osób zaczęła krzyczeć. Trwało to kilkadziesiąt minut. Wylegitymowaliśmy te osoby, spodziewamy się, że w środę dyrekcja biblioteki złoży zawiadomienie. Będziemy prowadzić sprawę pod kątem zakłócenia porządku — powiedział Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Organizatorzy spotkania zdecydowali, że zostanie ono przerwane. Nie wszyscy byli zadowoleni z takiego rozwiązania. Fani pisarki uznali, że w ten sposób pozwala się wygrać osobom siejącym nienawiść. Spotkanie z Oksaną Zabużko ostatecznie odbyło się online.

To nie pierwszy raz, kiedy ukraińska pisarka musiała zmierzyć się w Polsce z taką sytuacją. Do podobnego incydentu doszło bowiem w Krakowie w listopadzie 2022 r. Wtedy to Oksana Zabużko odbierała Nagrodę Rady Miasta Krakowa im. Stanisława Vincenza. Niestety, uroczystość została przerwana przez podobną grupę awanturników.

xxxxxxxx

Takie incydenty, to typowe prowokacje, dobrze zaplanowane z wykorzystaniem doświadczonych prowokatorów, którzy doskonale wiedzą, jak podgrzać atmosferę i wzbudzić nienawiść strony atakowanej. Odzywki typu “Polska to my, a nie Bandera i jego psy” czy “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię” świadczą o tym, że tu nie chodzi o jakikolwiek dialog tylko o sianie nienawiści. A z drugiej strony, skoro taki incydent miał już wcześniej miejsce, to dlaczego organizatorzy nie zdecydowali się na spotkanie online? Czy dlatego, że wtedy trudno było by o prowokację?

Ukraińcy, których tu ściągnięto, mogą mieć różne poglądy. Jedni mogą być banderowcami, inni – nie. Domaganie się od nich, by przeprosili za Wołyń jest równie bezsensowne, jak domaganie się od Polaków, by przepraszali za holocaust. Przede wszystkim tych, którzy dziś żyją, nie było wtedy na świecie i nie oni dokonali tych zbrodni, więc dlaczego mają przepraszać? Takie podejście do tych spraw budzi tylko niechęć a nawet agresję, ale o to właśnie chodzi tym, którzy kreują ten konflikt. A oni nigdy nie zgodzą się na wyjawienie prawdy, bo wtedy mogłoby się okazać, że tych zbrodni dokonali nie Ukraińcy i nie Polacy tam ginęli, a jeśli nawet, to stanowili tam mniejszość. Już sam fakt, że uderzono jednocześnie o tej samej godzinie na 99 wsi i miejscowości, skłania do wniosku, że akcja była przeprowadzona profesjonalnie, z dużym rozmachem i była wcześniej przygotowana. Czegoś takiego nie mogli zrobić zwykli chłopi z siekierami, widłami, piłami itp. Tym, którzy ze strony „polskiej” będą domagać się przeprosin, wcale nie zależy na dochodzeniu do prawdy. Im tylko zależy na tym, by jeszcze bardziej szczuć na siebie i tak już niechętnych sobie Polaków i Ukraińców.

Ludność wymordowano, domy spalono, wszystko zrównano z ziemią. Postępowano tak, by zatrzeć wszelkie ślady, dowody. Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację, podobnie jak Żydzi w Jedwabnem. Ciekawa zbieżność. Ale, pomimo tych wszystkich zabiegów, dojście do prawdy jest możliwe. II RP jaka była, taka była, ale miała swoją administrację na całym obszarze tego państwa, a więc i na Wołyniu, czyli w województwie wołyńskim. Administracja musi wiedzieć wszystko, a więc m.in. i to, kto zamieszkiwał na danym terenie, w tych wioskach, które zrównano z ziemią a ludność wymordowano. Jaka to była ludność, z podziałem na wyznanie, to zapewne było jej znane. Co się stało z tą dokumentacją? Czy zabrali ją ze sobą wycofujący się Niemcy, czy może wpadła w ręce nadciągającej Armii Czerwonej? Osobiście obstawiałbym, że skoro „Ordnung muss sein”, to Niemcy, ale pewności nie mam. W każdym razie ta dokumentacja gdzieś jest i jest pilnie strzeżona, bo nikomu z wielkich tego świata nie zależy na jej ujawnieniu. A skoro nie zależy na tym, to znaczy, że oficjalna wersja wydarzeń jest sprzeczna z tym, co zawiera ta dokumentacja. Ale dzięki temu można skłócać ze sobą ludzi, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że może było inaczej. Tak działa propaganda – lata wtłaczania jedynie słusznej wersji wydarzeń spowodowały, że tę oficjalną wersję przyjmuje się jak aksjomat.

W blogu „Eksperyment wołyński” pisałem:

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludności. Z tego 70% to Ukraińcy, 15 % – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy. Resztę stanowiły inne narodowości. Około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach. Jan Kęsik w swojej pracy z 2008 roku Województwo wołyńskie pod rządami Henryka Józewskiego pisze:

»Ludność polską na Wołyniu w latach międzywojennych można podzielić na cztery zasadnicze, wyraźnie wyodrębniające się grupy: element autochtoniczny, osadnicy wojskowi i cywilni, ziemiaństwo wraz z duchowieństwem rzymskokatolickim oraz administracja państwowa. Pierwszą z nich tworzyli głównie chłopi i szlachta zagrodowa. Pod względem wyznaniowym wśród Polaków – autochtonów wyodrębnić można dwie kategorie: katolików i prawosławnych, przy czym ci ostatni, zresztą zdecydowanie przeważający liczebnie, to ludność silnie zrutenizowana bądź zrusyfikowana. Szlachta zagrodowa wyznania prawosławnego niejednokrotnie nie posiadała wyraźnie określonego poczucia przynależności narodowej, wielu z nich potrafiło określić się tylko jako „tutejszy”, „prawosławny”.«

Jeśli więc ludność autochtoniczna była w większości zrutenizowana i prawosławna – a ludność napływową w dużym stopniu, jak wynika z artykułu Lucyny Kulińskiej, stanowili Ukraińcy z Galicji – to, o co tak naprawdę chodziło w rzezi wołyńskiej, dokonanej na terenie całkowicie zdominowanym przez Ukraińców? Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

Pasjonariusze

Kampania wyborcza rozkręca się. Dwa żydowskie twory: Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP) i Polski Ruch Antywojenny (PRA) – są coraz aktywniejsze i rosną w siłę. Szczególnie ten drugi zaczyna działać z rozmachem i na szeroką skalę. RDiP działa bez rozgłosu, ale chyba nie mniej skutecznie. Żeby tak działać, trzeba mieć duże pieniądze. A skąd one? Międzynarodowe korporacje nie po to przejmują rynki we wszystkich krajach, by zyski płynęły tylko do tych korporacji. Część z nich jest wykorzystywana m.in. na tworzenie takich ruchów, jak te dwa wyżej wymienione, czyli baza bazą, a nadbudowa jest nie mniej ważna. Twarzami ruchu PRA są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń.

W ostatnim odcinku Antywojennych Polaków Rozmów z dnia 6 marca Leszek Sykulski w pewnym momencie mówi:

PRA chce stworzyć nową doktrynę i temu m.in. będą służyć dwa kongresy, które odbędą się w kwietniu 2023 roku. Pierwszy to kongres pokoju organizowany przez Stowarzyszenia Patria w Warszawie. Natomiast drugi kongres, to będzie kongres antywojenny ruchu PRA. Odbędzie się na południu Polski. Miejsce nie jest jeszcze znane. Będzie to kongres ideowy, mający na celu pracę ideotwórczą – stworzenie nowej doktryny dla Rzeczypospolitej Polskiej. Tutaj chcemy skupić ludzi, jakby powiedział klasyk, pasjonarnych, ludzi pasjonarnych, ludzi, którzy wiedzą, że bez dobrych podstaw ideowych, koncepcyjnych, doktrynalnych daleko, tak naprawdę, nie zajedzie się.

Leszek Sykulski, gdy mówił „jakby powiedział klasyk, pasjonarnych”, to twarz mu się rozjaśniła, oczy nabrały blasku, a wszystko to ledwie dostrzegalne. Nie wspomniał oczywiście, co to za klasyk, a więc przekaz był jakby dla wtajemniczonych. Ale od czego jest internet? Wystarczy mieć dostęp do niego, sprawną myszkę i sprawny palec wskazujący prawej ręki. Doktryna nie jest nowa. Trop prowadzi do Lwa Gumiłowa i Aleksandra Dugina:

Pasjonariusze, czyli twórcy ruskiego etnosu

Wspominany już Władimir Bondarienko w swej pracy Пламенные реакционеры (Płomienni reakcjoniści – przyp. W.L.) dokonał autorskiego podziału rosyjskiego ruchu patriotycznego, grupując go w trzech podstawowych nurtach: „czerwonym” – prostalinowskim, „białym” – procarskim oraz ksenofobicznym i, jego zdaniem, najbardziej niejednorodnym patriotyzmie „ruskim”, który nader chętnie nawiązuje do bogatego dziedzictwa dawnej Rusi i Rusi Moskiewskiej. Nie powinno dziwić, że w rejestrze Bondarienki wśród „ruskich” patriotów można odnaleźć również postać Lwa Gumilowa, który w swych historycznych szkicach poświęcił wiele miejsca na objaśnienie historii Rosji, interpretowanej przez pryzmat jego autorskiej teorii etnosu. Zakreślone przez niego, głównie w rozprawie Od Rusi do Rosji, dzieje, począwszy od ruskiej starożytności aż po pierwsze dekady XVIII wieku, stanowią tu sekwencję różnorodnych wydarzeń i zjawisk, prezentowanych poprzez portrety pasjonariuszy – wielkich osobowości, które – zdaniem Gumilowa – miały istotny wpływ na rosyjską, imperialną etnogenezę:

Pasjonariusze dążą do zmiany otoczenia i są do tego zdolni. To oni organizują dalekie wyprawy, z których powracają tylko nieliczni. To oni walczą o podporządkowanie sobie ludów, otaczających ich własny etnos, albo, przeciwnie, odpierając najeźdźców.

A wszystkie te często nieracjonalne zachowania mogą się realizować dzięki energetycznej nadwyżce:

Wykorzystując nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami na wszystkich szczeblach hierarchii społecznej, pasjonariusze, choć z trudem, wypracowują nowe stereotypy zachowań, narzucają je wszystkim innym i tworzą w ten sposób nowy system etniczny, nowy etnos, który rejestruje historia.

Dzięki teorii pasjonarności Gumilow w łatwy sposób mógł uzasadnić kwestie, których objaśnienie w sposób racjonalny jest do dziś ostatecznie niemożliwe, przede wszystkim ze względu na czas, który upłynął od tych wydarzeń, zacierając sensy i znaczenia istotne w przeszłości. Ponadto pasjonarność – według Lwa Gumilowa – jest cechą zarówno osobniczą, jak i społeczną, wszelkie zatem działania „ruskich” pasjonariuszy stanowią znakomitą przestrzeń, która umożliwia potwierdzenie lub uwypuklenie ich znaczenia dla rosyjskiej tradycji i kultury. W tym autorskim ujęciu znalazło się miejsce dla historycznych liderów rosyjskiej etnogenezy, począwszy od zwycięzcy Chazarów, legendarnego Światosława, skończywszy na Piotrze Wielkim. Jednakże wszyscy znaczni w pojęciu Gumilowa pasjonariusze nie w każdym przypadku zyskują poklask badacza i pełną akceptację ich zaprzeszłych dokonań. Warto w tym miejscu rozpatrzyć swoistą intencjonalność interpretacji historycznej, zaproponowaną przez autora Od Rusi do Rosji, która została przekazana czytelnikom poprzez liczne szkice pasjonarnych figur rosyjskiej historii.

Postępując zgodnie z osią chronologii czasowej podręcznika Od Rusi do Rosji, pierwszą pasjonarną postacią, jaką wyróżnił Gumilow, był pogański książę Światosław (Świętosław wg M. Hellera), syn wielkiej księżnej Olgi, pogromca Chazarskiego Kaganatu. Wyprawa księcia, rozpoczęta w 964 roku, zwieńczona została zdobyciem chazarskiej stolicy Itilu i drugiej ważnej twierdzy Sarkel. Jak podkreślił autor, główną zdobyczą tej wyprawy był fakt odzyskania niezależności przez Ruś Kijowską i podniesienie jej autorytetu w oczach Bizancjum.

xxxxxxxx

Fragment ten pochodzi z pracy Bartosza Gołąbka: Lew Gumiłow i Aleksander Dugin O dwóch obliczach Eurazjatyzmu w Rosji po 1991 roku. Jest ona dostępna w internecie w PDF (https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bitstream/handle/item/39943/golabek_lew_gumilow_i_aleksander_dugin_2012.pdf?sequence=1&isAllowed=y).

A więc mamy już dwóch rodzimych pasjonariuszów, zwolenników rosyjskiego mistycyzmu. Sądząc po dynamice z jaką wchodzą na polski rynek polityczny, będzie ich więcej. Jak wykorzystają oni nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami? Jaki będzie ten nowy system etniczny? Sądząc po ilości nowego elementu etnicznego w „Polsce”, czyli Ukraińców, mogą liczyć na spore poparcie. Powoli, powoli staje się ta „Polska” krajem wschodnioeuropejskim. Niektórzy chcą zamienić dominację amerykańską na rosyjską, ale dominacja jest zawsze dominacją. Od tego lepiej nie będzie, co najwyżej – inaczej.

Co trzeba zrobić, by wywołać ruch antywojenny? Najpierw trzeba wywołać wojnę, a tę już mamy od roku. Mamy więc tezę. A jak już jest wojna, to trzeba stworzyć ruch antywojenny, czyli antytezę. I tak powstaje konflikt, czyli heglowski proces dialektyczny, który prowadzi do powstania syntezy, czyli nowej jakości. Być może jest to początek rewolucji na polskiej scenie politycznej, która doprowadzi do powstania dwóch nowych partii. Skoro powstanie nowe państwo, a wiele wskazuje na to, że tak może być, to pewnie będą też potrzebne nowe partie polityczne, bo, po masowych przesiedleniach, mamy już nowe społeczeństwo. Czy tak rzeczywiście będzie? Trudno powiedzieć. Na razie są to tylko spekulacje, ale już teraz widać, że najlepsi scenarzyści i reżyserzy intensywnie pracują.

Podział Niemiec

Zjednoczenie Niemiec doprowadziło do dwóch wojen światowych. Im bliżej było końca II wojny światowej, tym częściej zastanawiano się nad tym, jak ma wyglądać świat powojenny, a w nim – Niemcy. O tym pisał również w swoim dziele Druga wojna światowa Winston S. Churchill. Poniżej wybrane fragmenty:

Problem okupacji Niemiec przez głównych aliantów rozpatrywano od dawna. Latem 1943 roku utworzony przeze mnie komitet rządowy, kierowany przez pana Attlee, po konsultacji z szefami sztabu, zalecił okupację całego obszaru Niemiec, jeśli chcemy doprowadzić do efektywnego ich rozbrojenia. Zalecił również podział kraju na trzy mniej więcej równe części, z Brytyjczykami na północnym zachodzie, Amerykanami na południu i południowym zachodzie oraz Rosjanami na wschodzie. Berlin miał być oddzielną wspólną strefą, okupowaną przez wszystkich sojuszników. Te zalecenia zostały zatwierdzone i przekazane Europejskiej Komisji Doradczej, w skład której wchodzili wówczas ambasador rosyjski Gusiew, ambasador amerykański pan Winant i z naszej strony sir Wiliam Strang z Foreign Office.

Tak więc najpierw Niemców solidnie dozbroili Amerykanie i Anglicy, o czym w blogu „Zwycięzcy tracą rozsądek”, a teraz ci sami Amerykanie i Anglicy zastanawiali się nad ich skutecznym rozbrojeniem. I komitet rządowy, utworzony przez Churchilla i kierowany przez Attlee, składu którego nie znamy, po konsultacji z szefami sztabu, zalecił okupację całego obszaru Niemiec. Zalecenia zostały zatwierdzone (przez kogo?) i przekazane Europejskiej Komisji Doradczej. Innymi słowy, prawdziwi decydenci byli ukryci.

W tym czasie przedmiot rozważań wydawał się być czysto teoretycznym. Nikt nie potrafił przewidzieć, kiedy i jak nastąpi koniec wojny. Armie niemieckie nadal okupowały olbrzymie obszary europejskiej części Związku Radzieckiego. Jeszcze rok dzielił nas od momentu postawienia przez brytyjskich i amerykańskich żołnierzy stopy w zachodniej Europie i blisko dwa lata od wkroczenia do Niemiec. Propozycja Europejskiej Komisji Doradczej (a więc to już była propozycja EKD – przyp. W.L.) nie wydawała się na tyle pilną, aby dyskutować ją w Gabinecie Wojennym. Jak wiele podobnych godnych pochwały planów na przyszłość, opracowanych z ogromnym wysiłkiem, spoczęła na półce, podczas gdy wojna toczyła się swoim torem. W tych czasach panowała powszechna opinia, że Rosjanie nie zechcą kontynuować wojny po odzyskaniu swego terytorium i że naówczas zachodni sojusznicy będą musieli dołożyć wielkich starań, aby przekonać ją do utrzymania wysiłku wojennego na stałym poziomie. Dlatego też kwestia sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech nie była dla nas zagadnieniem priorytetowym i nie stanowiła przedmiotu dyskusji angielsko-amerykańskich. Nie podejmowano też jej podczas konferencji w Teheranie.

Kiedy spotkaliśmy się w Kairze w listopadzie 1943 r. w drodze powrotnej z Teheranu, amerykańscy szefowie sztabu poruszyli ten temat, ale z własnej inicjatywy, a nie na żądanie Rosjan. Strefa okupacyjna pozostała więc kwestią czysto akademicką, traktowaną jako coś, co było zbyt dobre, by mogło być prawdziwe. Powiedziano mi jednak, że prezydent Roosevelt chciałby zamienić strefy brytyjską i amerykańską. Wynikało to z chęci zapewnienia siłom amerykańskim bezpośredniego kontaktu z portami morskimi, aby ich linie komunikacyjne biegły bezpośrednio do morza i nie musiały przechodzić przez Francję. To zagadnienie wiązało się z mnóstwem problemów technicznych i miało wpływ na wiele szczegółowych planów, z operacją „Overlord” (operacja związana m.in. z lądowaniem wojsk w Normandii 6 czerwca 1944 roku – przyp. W.L.) włącznie. W Kairze nie powzięto żadnych decyzji, ale później zagadnienie to stało się przedmiotem długiej korespondencji między mną a Prezydentem. Sztab brytyjski uważał pierwotny plan za lepszy, a poza tym wprowadzenie tej zmiany wiązałoby się z wieloma komplikacjami. Odniosłem również wrażenie, że amerykańscy koledzy naszych szefów sztabu raczej podzielają ich poglądy na tę sprawę. Na konferencji w Quebecu we wrześniu 1944 roku osiągnęliśmy ostateczne porozumienie odnośnie podziału stref.

W książce zamieszczono mapkę stref okupacyjnych uzgodnionych w Quebecu we wrześniu 1944 roku. Strefa amerykańska i brytyjska obejmowały obszar byłego RFN-u. Przy czym obszar w okolicy Bremy z dostępem do morza należał do strefy amerykańskiej. Strefa radziecka obejmowała obszar byłej NRD i dalej na wschód do granicy niemiecko-polskiej z 1937 roku.

Strefy okupacyjne. Po środku, na różowo, zaznaczony obszar, z którego Anglicy i Amerykanie wycofali się w lipcu 1945 roku. Tzw. Ziemie Odzyskane stanowiły pierwotnie część radzieckiej strefy okupacyjnej. Źródło: Wikipedia.

Prezydent, najwidoczniej przekonany przez swych wojskowych, siadywał z wielką mapą rozłożoną na kolanach. Pewnego popołudnia w obecności większości sztabowców, uzgodnił ustnie ze mną, że dotychczasowy układ zostaje utrzymany, pod warunkiem, iż Stany Zjednoczone otrzymają bezpośredni dostęp do morza w strefie brytyjskiej. Brema i przyległe do niej Bremerhaven wydawały się wystarczające na potrzeby amerykańskie i zgodziliśmy się, że przejdą one pod ich kontrolę. Podjęte decyzje ilustruje załączona mapa. Uważaliśmy, że jest zbyt wcześnie, aby rozmawiać o francuskiej strefie w Niemczech, a nikt nie wspominał o strefie rosyjskiej.

W Jałcie, w lutym 1945 roku, plan z Quebecu został przyjęty bez większych dyskusji jako robocza wersja do niezakończonych negocjacji odnośnie przyszłej wschodniej granicy Niemiec. Odłożono go do czasu rokowań nad traktatem pokojowym. Armie sowieckie w tym dokładnie momencie przekraczały swoje przedwojenne granice i życzyliśmy im wszelkich sukcesów. Zaproponowaliśmy natomiast porozumienie odnośnie stref okupacyjnych w Austrii. Stalin, po pewnych perswazjach, zgodził się na moją propozycję, aby wydzielić Francuzom część ze strefy brytyjskiej i amerykańskiej, co wiązało się również z miejscem dla nich w Sojuszniczej Komisji Kontrolnej. Wszyscy rozumieli, że uzgodnienia dotyczące stref okupacyjnych nie mogą zakłócać operacji wojskowych. Berlin, Pragę i Wiedeń mógł zdobyć ten, kto doszedłby do nich pierwszy. Żegnaliśmy się na Krymie nie tylko jako sojusznicy, ale i przyjaciele, stojący w obliczu wciąż jeszcze potężnego wroga, z którym nasze armie prowadziły zaciekłe i nieustanne walki.

Dwa miesiące, które minęły od tego czasu, przyniosły gwałtowne zmiany sięgające aż do korzeni wszystkich zjawisk. Niemcy Hitlera były pogrążone, a on sam stał na krawędzi zguby.

Rosjanie walczyli już w Berlinie. Wiedeń i większość Austrii znalazły się w ich rekach. Cały kontekst stosunków między zachodnimi sojusznikami a Rosją stał się płynny. Wszystkie problemy przyszłości stały się nie rozstrzygnięte. Triumfujący Kreml zdążył już złamać i odsunąć na bok porozumienia zawarte między nami w Jałcie. Nowe niebezpieczeństwa, przypuszczalnie tak samo straszne, jak te, które właśnie udało się pokonać, wyrastały przed podzielonym i umęczonym światem.

A więc zakończenie jednego konfliktu musi zrodzić nowy konflikt, gdyż bez niego, zgodnie z dialektyką heglowską, nie ma rozwoju i postępu. Muszą być ścierające się ze sobą „teza” i „antyteza”, dwie przeciwstawne idee, które w trakcie tego starcia tworzą nową jakość, czyli „syntezę”. W okresie międzywojennym świat był wielobiegunowy, po II wojnie światowej stał się dwubiegunowy: USA – ZSRR. Po 1989 roku stał się jednobiegunowy: USA. Po kryzysie z 2007 roku w Ameryce staje się znów wielobiegunowy, choć z powoli zaznaczającą się przewagą Chin. Czyli nic nowego. Wszystko już było.

Moje zaniepokojenie tym wiele mówiącym rozwojem wypadków było widoczne już przed śmiercią Prezydenta. On sam, jak można wnioskować z wymienionej korespondencji, był pełen obaw i zdenerwowania, o czym świadczy chociażby opisana w jednym z poprzednich rozdziałów wymiana depesz z Mołotowem, dotycząca incydentu w Bernie. Pomimo zwycięskiego marszu armii Eisenhowera, prezydent Truman w drugiej połowie kwietnia stanął w obliczu groźnego kryzysu. Od pewnego czasu ze wszystkich sił starałem się uzmysłowić rządowi Stanów Zjednoczonych, jak wielkie zmiany zachodzą w sferach politycznej i wojskowej. Nasze zachodnie armie wkrótce znajdą się poza granicami stref okupacyjnych, ściskając Niemców między nami a zbliżającymi się ze wschodu Rosjanami.

12 czerwca prezydent odpowiedział na moją depeszę z 4 czerwca stwierdzając, że trójstronne porozumienie o okupacji Niemiec zostało zatwierdzone przez prezydenta Roosevelta „po długich rozważaniach i szczegółowych dyskusjach” ze mną i w związku z tym nie jest możliwe odwlekanie wycofywania wojsk amerykańskich ze strefy sowieckiej w celu wywarcia nacisku na osiągnięcie porozumienia w innych sprawach. Sojusznicza Komisja Kontrolna nie może rozpocząć działalności, zanim te wojska nie zostaną wycofane. Również zarząd wojskowy, pełniony przez naczelnego dowódcę wojsk sojuszniczych, winien być zakończony i bez zwłoki podzielony między między Eisenhowera i Montgomery’ego. Pisał dalej, że zdaniem jego doradców opóźnienie wycofywania wojsk aż do naszego spotkania w lipcu spowoduje pogorszenie się stosunków z Sowietami i wobec tego proponował wysłanie depeszy do Stalina.

1 lipca armie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpoczęły wycofywanie się do przeznaczonych dla nich stref. Towarzyszyły im tłumy uciekinierów. Rosja Sowiecka usadowiła się w sercu Europy. Rozpoczął się etap groźny w skutkach dla całej ludzkości.

Do sprawy Polski powróciliśmy na piątym posiedzeniu, 21 lipca. Delegacja sowiecka chciała, aby zachodnia granica Polski biegła na zachód od Świnoujścia do Odry, z pozostawieniem Szczecina po polskiej stronie, następnie Odrą do ujścia Nysy Zachodniej (Łużyckiej – przyp. W.L.) i wzdłuż niej do granicy z Czechosłowacją.

Truman przypomniał, że zgodziliśmy się podzielić Niemcy na cztery strefy okupacyjne, bazując na granicach z 1937 roku. Brytyjczycy i Amerykanie cofnęli swoje wojska do nowych stref, ale jak widać rząd sowiecki przydzielił Polakom własną strefę, nie konsultując tego z nami. Strefę tę należy jednak przyjmować za część Niemiec, gdyż inaczej nie można będzie policzyć reparacji i rozstrzygnąć innych kwestii niemieckich. Stalin sprzeciwił się tezie, że dał Polakom ich własną strefę okupacyjną. Stwierdził, że rząd sowiecki nie mógł ich powstrzymać. Niemiecka ludność wycofała się na zachód razem ze swoim wojskiem. Pozostali tylko Polacy. Armia sowiecka potrzebowała ludzi do administrowania terenami na tyłach. Nie jest przygotowana do jednoczesnego prowadzenia walk, oczyszczania terytorium i tworzenia własnej administracji. Zdecydowano więc, aby to zadanie powierzyć Polakom.

- Powinniśmy trzymać się stref, które uzgodniliśmy w Jałcie - powiedział prezydent. - Jeśli odstąpimy od tego, reparacje i inne kwestie będą bardzo trudne do załatwienia.
- Nie martwmy się o reparacje - odrzekł Stalin.
- Stany Zjednoczone nie zamierzają ich brać - stwierdził Truman - ale chciałyby jednak uniknąć konieczności dopłacania jakichkolwiek sum.
- W Jałcie nie ustaliliśmy niczego definitywnego w kwestii zachodniej granicy Polski - kontynuował Stalin. - Nikt z nas nie ma więc żadnych zobowiązań.

Zgodziliśmy się, że nowa Polska ma przesunąć swoją zachodnią granicę do linii Odry. Różnica pomiędzy mną a Stalinem polegała tylko na tym, jak daleko ta linia ma sięgać. Słowa „linia Odry” zostały użyte w Teheranie. Nie było to precyzyjnie określone, ale delegacja brytyjska wytyczyła linię, którą mogliby rozpatrzyć szczegółowo ministrowie spraw zagranicznych. Wskazałem, że użyłem słów „linia Odry” jako generalną wytyczną i że nie może być ona sprecyzowana bez mapy.

xxxxxxxx

Kończąc swoje dzieło, Churchill napisał:

Nie biorę odpowiedzialności – poza tym, co zostało tu opisane – za wyniki osiągnięte w Poczdamie. W czasie trwania konferencji zdecydowałem, aby rozbieżności, których nie dało się usunąć przy okrągłym stole ani na codziennych zebraniach ministrów spraw zagranicznych, pozostawić nie załatwione. W konsekwencji ogromny zestaw spraw, co do których brak było porozumienia, spiętrzył się na półkach. Zamierzałem, jeśli zostałbym wybrany, tak jak się wszyscy spodziewali, prowadzić spór z rządem sowieckim na temat tych wszystkich kwestii. Na przykład, zarówno ja, jak i pan Eden nigdy nie zgodzilibyśmy się, aby polsko-niemiecka granica biegła wzdłuż Nysy Zachodniej. Linia Odry i Nysy Wschodniej (Kłodzkiej – przyp. W.L.) została już uznana jako rekompensata dla Polski za ziemie utracone za linią Curzona, ale zagrabienie przez rosyjskie armie terytoriów do, a nawet poza Zachodnią Nysę, nigdy nie było i nigdy nie zostałoby zaakceptowane przez rząd, na którego czele bym stał. Uważałem to nie tylko za punkt honoru, ale i potężny czynnik praktyczny, kształtujący życie dodatkowych 3 milionów przesiedleńców. Pozostało jeszcze wiele innych punktów, w których należało przeciwstawić się rządowi sowieckiemu, a także i Polakom, którzy połknąwszy olbrzymi szmat niemieckiego terytorium, stali się, w sposób oczywisty, marionetkami Rosji. Wszystkie te negocjacje zostały przerwane w połowie i doprowadzone do przedwczesnego zakończenia wskutek wyniku wyborów powszechnych. Mówiąc to nie zamierzam obciążać ministrów nowego rządu, zmuszonych podejmować decyzje bez żadnego poważniejszego przygotowania, którzy oczywiście nie znali mojego zamysłu doprowadzenia do konfrontacji pod koniec konferencji i – gdyby okazało się to niezbędne – prędzej do publicznego zerwania aliansów niż wyrażenia zgody na przekazanie Polakom obszarów za Odrą i Nysą.

Naprawdę trudno uwierzyć w to, że Churchill tak na poważnie traktował spór pomiędzy nim a Stalinem o to, czy granica Polski będzie przebiegała wzdłuż linii Odry i Nysy Kłodzkiej, czy wzdłuż linii Odry i Nysy Łużyckiej. Gdyby przebiegała wzdłuż linii Odry i Nysy Kłodzkiej, to nawet cały Dolny Śląsk nie znalazłby się w obrębie Niemiec. A reszta? Ziemie północno-zachodnie i Prusy Wschodnie pozostawałyby w Polsce. I jeszcze to, że Polacy sami sobie wzięli część radzieckiej strefy okupacyjnej i Stalin czuł się bezradny. Wszystko to był teatr, który miał przygotować opinię publiczną na to, że tworzy się nowy konflikt, że dotychczasowa koalicja rozpada się, że wszystkiemu są winni źli Sowieci.

Trzeba jednak zauważyć, że właściwym momentem do działania w tych sprawach był czas, tak jak to wyjaśniłem we wcześniejszych rozdziałach, kiedy wojska potężnych sojuszników stały naprzeciw siebie w polu, zanim Amerykanie i w mniejszym zakresie Brytyjczycy dokonali odwrotu, na obszarze o długości 400 mil i szerokości sięgającej w niektórych miejscach 120 mil. W ten sposób oddaliśmy Rosjanom samo serce i wielki obszar Niemiec. W tamtym okresie chciałem rozstrzygnąć sprawy, zanim dokonamy tego odwrotu na wielką skalę i kiedy jeszcze sojusznicy zachodni mieli w polu wielkie armie. Zdaniem Amerykanów byliśmy zobowiązani do powrotu na ustaloną granice stref, podczas gdy ja usilnie utrzymywałem, że ta granica może być potwierdzona tylko wtedy, kiedy zyskamy pewność, że cały front od północy do południa jest ustalony zgodnie z wytycznymi i w duchu naszych poprzednich uzgodnień. Niestety nie mogłem zdobyć poparcia Amerykanów dla tego pomysłu i Rosjanie, popychając przed sobą Polaków, posunęli się naprzód, wypierając Niemców i zagarniając jednocześnie źródła żywności tam leżące. Przypuszczalnie dałoby się to jeszcze naprawić w Poczdamie, ale rozpad brytyjskiego rządu narodowego i moje zejście ze sceny w chwili, gdy miałem jeszcze wiele wpływów i władzy, przesądziło o niemożności osiągnięcia zadowalających rozwiązań.

xxxxxxxx

Właściwie to nie bardzo wiadomo, z jakiego powodu nastąpiło takie oziębienie stosunków pomiędzy aliantami. Dlaczego Rosjanie zaczęli okazywać wrogość wobec aliantów zachodnich, a ci stali się jakby spolegliwi? Chyba nie ideologia? Jeśli już, to powinno być odwrotnie. To przecież Amerykanie stworzyli Związek Radziecki, a później, w czasie wojny, wysyłali tam konwoje z bronią. Bez tej pomocy Związek Radziecki nie byłby w stanie oprzeć się Hitlerowi, którego III Rzesza zaistniała tylko i wyłącznie dzięki pomocy finansowej Ameryki. W pewnym momencie Churchill napisał, że gwarancją skutecznego rozbrojenia Niemiec jest stworzenie stref okupacyjnych. A może lepszą gwarancją byłoby ich niedozbrajanie w okresie międzywojennym?

Strefy okupacyjne niczego nie zagwarantowały. Więcej! Umożliwiły powstanie dwóch wrogich sobie bloków, którym przewodziły z jednej strony Stany Zjednoczone, a z drugiej – Związek Radziecki. I zamiast prawdziwego pokoju mieliśmy zimną wojnę, a później wyścig zbrojeń. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, nie mogąc walczyć bezpośrednio ze sobą ze względu na posiadanie broni atomowej, prowadziły ze sobą wojny na terenie innych państw, jak choćby w Wietnamie czy Afganistanie. Później „Imperium Zła” upadło i Europa Środkowa znalazła się w strefie wpływów Stanów Zjednoczonych. I wydawało się, że już będzie bezpiecznie, aż tu nagle Ukraina zapragnęła być w unii i w NATO. I tak doszło do wojny na Ukrainie i Stany Zjednoczone dozbrajają teraz Ukrainę. Ciągle tylko Stany Zjednoczone dozbrajają różne państwa. Któż jest więc tym „Imperium Zła”? Któż tak wywija tymi Stanami Zjednoczonymi, że tak terroryzują one cały świat? Czy na kolejnym etapie rozwoju będzie tak, że terroryzowanie zbrojeniami zostanie zastąpione terroryzowaniem gospodarczym? I czy ten ktoś zacznie w przyszłości wywijać Chinami tak, jak teraz wywija Stanami Zjednoczonymi? Potęga militarna Stanów Zjednoczonych była i jest większa niż kilku innych największych państw łącznie. Czy fabryka świata, jaką stają się powoli Chiny, będzie mogła być użyta do szantażu czy terroru gospodarczego? Czas pokaże.

Nie tylko Niemcy zostały podzielone na strefy okupacyjne, Austria również. I podobnie jak w przypadku Niemiec były 4 strefy okupacyjne.

Podział Austrii na 4 strefy okupacyjne w latach 1945-1955; źródło: Wikipedia.

I dopiero teraz staje się jasne, dlaczego powstanie w Budapeszcie wybuchło w 1956 roku. 15 maja 1955 roku został podpisany Traktat państwowy w sprawie odbudowy niezawisłej demokratycznej Austrii przez ministrów spraw zagranicznych ZSRR, Wielkiej Brytanii, USA, Francji i Austrii. To spowodowało neutralność tego państwa. Armia Radziecka wycofała się z terytorium Austrii. Węgrzy, podpuszczani przez propagandę z radia Głos Ameryki czy Wolna Europa, liczyli na to, że i oni mogą wyrwać się spod radzieckiej okupacji i stać się krajem neutralnym.

12 września 1990 roku w Moskwie został podpisany Traktat o ostatecznym uregulowaniu w odniesieniu do Niemiec, zwany także Traktatem dwa plus cztery. Punkt drugi tego Traktatu brzmi: Obecne granice są ostateczne, tzn. Niemcy zrzekają się roszczeń wobec innych państw, a granica na Odrze i Nysie Łużyckiej zostanie potwierdzona przez zjednoczone Niemcy w wiążącym prawnie traktacie z Polską.

14 listopada 1990 roku podpisano Polsko-Niemiecki traktat graniczny. Jest to umowa pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec dotycząca uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Polska ratyfikowała ją 26 listopada 1991 roku, zaś Niemcy 16 grudnia 1991 roku.

Artykuł 2 tego Traktatu brzmi: Umawiające się strony oświadczają, że istniejąca między nimi granica jest nienaruszalna teraz i w przyszłości, oraz zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich suwerenności i integralności terytorialnej.

Artykuł 3 brzmi: Umawiające się strony oświadczają, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych i że roszczeń takich nie będą wysuwać również w przyszłości.

Traktaty i umowy są dobre, ale obowiązują one tylko stronę słabszą. Strona silniejsza czy mocarstwo, jak chce to przestrzega postanowień takich umów, a jak nie chce, to nie przestrzega. Postanowień traktatu wersalskiego o demilitaryzacji Niemiec nie przestrzegały Stany Zjednoczone. I nikt im nie podskoczył. Wojna na Ukrainie kiedyś się skończy i wtedy mocarstwa zrobią to, co zechcą. Polska za swoje zaangażowanie na Ukrainie może zostać uznana za głównego winowajcę, no bo przecież udostępniła Amerykanom swoje terytorium do przerzutu broni na Ukrainę, co spowodowało wydłużenie konfliktu i ogromne straty ludzkie i materialne. Brzmi idiotycznie? A jak Stalin powiedział, że to Polacy wzięli sobie część radzieckiej strefy okupacyjnej i on nic na to nie mógł poradzić, to nie brzmiało to idiotycznie? I za takie działanie, za karę, może zostać ona pozbawiona swoich ziem zachodnich, czyli poniemieckich. W międzynarodowej prasie zostanie to odpowiednio naświetlone i wszyscy uznają, że tak rzeczywiście było.

Mięso armatnie

Na portalu ZeroHedge ukazał się 1 marca wywiad, jakiego udzielił Troy Offenbecker stacji ABC News, zatytułowany Most Ukrainian Soldiers On Bakhmut Front-Line Killed ‘Within 4 Hours’ – Większość ukraińskich żołnierzy na froncie w Bachmucie ginie w ciągu 4 godzin (https://www.zerohedge.com/geopolitical/most-bakhmut-front-line-ukrainian-soldiers-killed-within-4-hours). Poniżej jego treść:

Emerytowany amerykański żołnierz piechoty morskiej walczący na Ukrainie powiedział ABC News, że linia frontu to „maszynka do mięsa”, na której żołnierze przeżywają średnio „cztery godziny”.

Troy Offenbecker walczy u boku sił ukraińskich w rejonie Donbasu. Od kilku miesięcy Moskwa i Kijów toczą walki wokół Bachmutu, a w tym czasie wojska rosyjskie powoli zdobywają teren wokół miasta.

W styczniu Niemcy oszacowały, że Kijów codziennie w tej walce traci „trzycyfrową liczbę” żołnierzy. Biały Dom uważał wówczas, że prezydent Wołodymyr Zełenski poświęca zbyt wiele istnień ludzkich i zasobów, aby bronić miasta.

Komentarz Offenbeckera sugeruje, że sytuacja ukraińskich żołnierzy może się pogarszać. „Na froncie było bardzo źle. Wiele ofiar”. Ocenił, że „przewidywana długość życia na linii frontu wynosi około czterech godzin”.

Powiedział, że rosyjski atak na miasto nie słabnie i zamienił się w „maszynkę do mięsa”. „Artyleria działa bez przerwy”. Offenbecker wyjaśnił, że wojska rosyjskie walczą przez całą dobę. „Rosjanom być może zaczyna brakować pocisków, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni był to ciągły atak. Cały dzień i całą noc” – powiedział ABC.

Tymczasem zachodni sojusznicy Kijowa powiedzieli ostatnio Zełenskiemu, że kraje NATO szukają pocisków artyleryjskich do wysłania na Ukrainę. Sekretarz obrony Lloyd Austin powiedział, że Stany Zjednoczone będą szkolić siły ukraińskie w zakresie metod walki wykorzystujących mniej amunicji.

Kreml ogłosił z zeszłym roku mobilizację 300 tys. żołnierzy. Zachodni przywódcy przewidywali, że tej zimy Moskwa zarządzi ofensywę. Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że rosyjska ofensywa jest już w toku, a Offenbecker się z tym zgadza. „Sadząc po intensywności ostrzału i ilości sprzętu, który przywieźli, myślę, że to się zaczęło” – wyjaśnił ABC.

Ze względu na ścisłą kontrolę Moskwy i Kijowa nad prasą w obu krajach, nie jest jasne, jak duża jest liczba ofiar śmiertelnych w każdym z nich. Od początku wojny Zełenski znacjonalizował ukraińskie media, zdelegalizował swoją opozycję polityczną i uwięził obywateli, którzy sprzeciwiali się jego administracji.

Komentując stan dziennikarstwa na Ukrainie, lider związku prasowego Serhij Guz wyjaśnił: „Nigdy nie wiemy, co jest podstawą tych oskarżeń, jaki jest prorosyjski związek… Zaczyna to wyglądać raczej na oskarżenie polityczne niż na prawdziwe przestępstwo”. „Wielu dziennikarzy dokonuje teraz autocenzury” – dodał.

xxxxxxxx

Widać wyraźnie, że w tej wojnie chodzi o to, by zginęło jak najwięcej żołnierzy. Nikt tu nie próbuje prowadzić jakichkolwiek negocjacji. Nikt nie jest skłonny do ustępstw. Tylko że ci „twardziele” nie są na froncie, tylko gdzieś daleko w ciepłych biurach. Natomiast „polski” rząd usilnie dąży do tego, by również polski żołnierz ginął co 4 godziny na froncie ukraińsko-rosyjskim, przekonując naiwnych, że to nasza wojna i że Rosja zaatakuje Polskę, jeśli nie pomożemy Ukrainie. Przekaz w polskich mediach jest zapewne podobny do tego w tych ukraińskich. Z nich możemy się dowiedzieć, że Rosja cały czas ponosi straty i lada moment przegra tę wojnę, a Ukraińcy cały czas odnoszą sukcesy i nie mają żadnych strat. Ja już pamiętam taki podobny, jednostronny przekaz. Propaganda gierkowska może była nawet lepsza od tej obecnej. Wtedy żyliśmy w kraju, który nieustannie rozwijał się, był 10-tą potęgą gospodarczą świata, a na zgniłym Zachodzie recesja i bezrobocie. Wtedy można było wcisnąć ten kit, bo nie było internetu i przytłaczająca większość ludzi nie miała szans, by przekonać się na własnej skórze, jak zgniły był ten Zachód.

Niemcy

Niemcy to państwo, które zajmuje centralne miejsce na kontynencie europejskim. I z tej racji oddziałuje ono w sensie kulturowym, gospodarczym i politycznym na wszystkie pozostałe państwa w Europie. Po upadku Imperium Rzymskiego to właśnie Niemcy stały się tym państwem, które rościło sobie prawa do rządzenia Europą. I dziś Niemcy znowu zdominowały Europę. I tak jak „mówimy – partia, a w domyśle – Lenin”, tak również mówimy – unia europejska, a w domyśle – Niemcy. Warto więc poznać bliżej historię Niemiec, bo to ułatwi zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości. Skupiłem się na I Rzeszy, nie tylko dlatego, że wiedza o Cesarstwie Niemieckim i III Rzeszy jest bardziej znana, ale też dlatego, że o Republice Weimarskiej i o III Rzeszy jest sporo informacji w moich blogach o Hitlerze. Poniższe informacje zaczerpnąłem z Wikipedii.

Historię Niemiec dzieli się na kilka okresów:

  • Święte Cesarstwo Rzymskie (962-1806) – I Rzesza
  • Związek Niemiecki 1814-1866)
  • Cesarstwo Niemieckie (1871-1914) – II Rzesza
  • Republika Weimarska (1918-1933)
  • III Rzesza (1933-1945)
  • Niemcy Wschodnie i Niemcy Zachodnie – (1949-1990)
  • Republika Federalna Niemiec (1990 – ?)

Święte Cesarstwo Rzymskie

25 grudnia 800 r., król Franków Karol Wielki został ukoronowany cesarzem i stworzył Imperium Karolińskie, które zostało podzielone w 843 r., na podstawie traktatu w Verdun. Święte Cesarstwo Rzymskie powstało ze wschodniej części podzielonego obszaru. Jego terytorium rozciągało się od rzeki Eider na północy do wybrzeży Morza Śródziemnego na południu. Podczas panowania władców z dynastii Ludolfingów w latach 919–1024, kilka ważniejszych księstw zostało połączonych, a król niemiecki został ukoronowany na cesarza rzymskiego w 962 r. Święte Cesarstwo Rzymskie wchłonęło północną Italię i Burgundię podczas rządów dynastii salickiej (1024–1125), lecz cesarze utracili znaczną część swojej potęgi podczas sporu o inwestyturę.

Święte Cesarstwo Rzymskie (łac. Sacrum Imperium Romanum; niem. Heiliges Römisches Reich), potocznie: Pierwsza Rzesza Niemiecka, I Rzesza (niem. Erstes Reich) lub Stara Rzesza (niem. Altes Reich) – określenie obszaru pod panowaniem cesarza rzymskiego stanowiącego kontynuację cesarstwa zachodniorzymskiego, odwołujące się zarówno do idei, jak i kształtu politycznego średniowiecznej i wczesnonowożytnej Europy. Składało się formalnie z rdzenia, którym było Królestwo Niemieckie, oraz z równoprawnych mu formalnie Królestwa Włoch (de facto do 1648) i Królestwa Burgundii (od 1032, de facto do 1378). Składało się z kilku, kilkudziesięciu, a następnie ostatecznie ponad stu niepodległych państw i państewek, uznających symboliczną zwierzchność Cesarza. Stanowiło salicką ideę zjednoczonej Europy Środkowej w ramach Germanii, Galii, Italii i Sklawenii, która stała się zalążkiem współczesnej idei Unii Europejskiej.

W znaczeniu historycznym, określenie „Święte Cesarstwo Rzymskie” oznaczać miało instytucjonalną oraz ideową ciągłość pomiędzy chrześcijańskim cesarstwem rzymskim schyłkowej starożytności a godnością cesarską udzieloną przez papieża: najpierw Karolingom – królom Franków, a potem władcom Niemiec, Ludolfingom. W piśmiennictwie niemieckim określenie „Święte Cesarstwo” pojawiło się w 1157, a „Święte Cesarstwo Rzymskie” w 1254 roku. Król niemiecki miał być jednocześnie królem Italii (jako następca Ostrogotów i Longobardów) i uniwersalnym cesarzem rzymskim dla łacińskiego Zachodu, rówieśnikiem i odpowiednikiem cesarza bizantyńskiego dla greckiego Wschodu. Dopiero w 1441 pojawiła się nieoficjalna nazwa Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego (łac. Sacrum Imperium Romanum Nationis Germanicæ; niem. Heiliges Römisches Reich Deutscher Nation), która wyrażała niemieckie ambicje narodowe i podkreślała immanentną przynależność godności cesarskiej do monarchów wybieranych przez kraje niemieckie zgodnie z ich prawami. Nazwa ta przetrwała także w historiografii jako popularne określenie „Rzeszy Niemieckiej” późnego średniowiecza i okresu XVI–XVIII wieku, jednak w aktach prawnych Cesarstwa pojawiła się tylko raz i, co należy podkreślić, nigdy nie funkcjonowała jako urzędowa nazwa jakiegokolwiek państwa.

Cesarstwo „Ottonów” (919-1024)

Charakterystyczne dla władzy „Ottonów” było uzależnienie papieży od cesarza, co w praktyce oznaczało desygnowanie przez niego kandydatów do tronu papieskiego. Interweniując dwukrotnie na rzecz papieża (w 951 i 961 roku) w ogarniętej politycznym chaosem Italii Otton I koronował się w Mediolanie na króla Longobardów, po czym upomniał się o koronę cesarską. Ten kluczowy moment, będący restauracją starożytnego Rzymu oraz imperium Karola Wielkiego, odbył się 2 lutego 962, gdy Otton I Wielki został koronowany w Rzymie przez papieża Jana XII na cesarza rzymskiego. Ogromnym sukcesem polityki tego cesarza, poza koronacją, był ożenek syna Ottona II z księżniczką bizantyńską Teofano. Przeprowadzona za życia ojca koronacja Ottona II zapewniała ciągłość godności cesarskiej w dynastii saskiej, zaś ślub z Teofano oznaczał uznanie tytułu cesarskiego królów niemieckich przez Konstantynopol.

Ambicją Ottona I Wielkiego oraz jego następców, Ottona II i Ottona III, było, jak wyżej wspomniano, podporządkowanie sobie całego chrześcijańskiego (łacińskiego) świata w ramach uniwersalistycznego cesarstwa. Najbliższy realizacji tego planu był Otton III. Wychowany w kulcie tradycji saskiej, karolińskiej i bizantyńskiej, świadomie nawiązujący do legendy Karola Wielkiego, zamierzał stworzyć imperium złożone z równouprawnionych chrześcijańskich królestw: Italii, Galii, Germanii oraz Słowiańszczyzny (władcą tej ostatniej miał być najprawdopodobniej Bolesław Chrobry), nad którymi panowałby rezydujący w Rzymie cesarz. Nieoczekiwana śmierć Ottona III w 1002 roku pogrzebała idee zjednoczeniowe. Odtąd cesarstwo rzymskie utożsamiać się będzie coraz bardziej z królestwem niemieckim.

Dynastia salicka (1024-1125)

Okres dynastii salickiej, czyli książąt frankońskich, przyniósł kolejne umocnienie cesarstwa. Cesarze ingerowali w sprawy sąsiednich państw słowiańskich, utrzymali mocną pozycję we Włoszech. Jednocześnie władzy cesarskiej zagroził konflikt z papieżami, którzy wyrwali się spod cesarskiej kurateli. Cesarze musieli iść na kompromis w kwestii inwestytury biskupów, jednak obronili się przed próbą uzależnienia Niemiec od papiestwa.

Panowanie dwóch pierwszych władców z tej dynastii to apogeum potęgi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w skład którego wchodziły: Królestwo Niemiec (od 962), Królestwo Włoch (od 962), Królestwo Czech (od 962), Królestwo Burgundii (od 1034). Zwierzchnictwo cesarza rzymskiego uznawały w tym czasie przejściowo Polska, Węgry, Chorwacja, Dania, Neapol. Ponadto członkowie dynastii salickiej panowali w Lotaryngii, Karyntii, Bawarii i Dolnej Lotaryngii.

Dynastia Hohenstaufów (1079-1254)

Święte Cesarstwo Rzymskie i Królestwo Sycylii pod rządami Hohenstaufów; źródło: Wikipedia.

Za panowania Hohenstaufów (1079–1254), a więc książąt szwabskich, cesarze kontynuowali aktywną politykę ekspansji w myśli idei uniwersalistycznych, co ostatecznie kosztowało ich osłabienie realnej władzy w samych Niemczech i Włoszech. Konrad III, Fryderyk I Barbarossa oraz Fryderyk II brali udział w ruchu krucjatowym. Za panowania Henryka VI cesarstwo osiągnęło szczyt wpływów politycznych poza swoimi granicami (lennami stały się przejściowo Anglia i Cypr). Koszty ekspansji poza cesarstwo, jak i ambicje wasali skutkowały wytworzeniem się silnej opozycji wewnętrznej, która zmusiła cesarzy do przekazania wielu kompetencji monarszych książętom. Doprowadziło to do uzależnienia większości decyzji cesarza od zgody książąt, wyrażanej na Sejmie Rzeszy, oraz do zezwolenia na podziały patrymonialne w księstwach, co szybko zaowocowało atomizacją polityczną Rzeszy, która po pewnym czasie gromadziła około 300 państewek wasalnych (o różnym statusie). Wojna Fryderyka II i Konrada IV z opozycją oraz wygaśnięcie dynastii doprowadziły do wielkiego bezkrólewia i związanego z nim chaosu politycznego w Rzeszy.

Wielkie bezkrólewie

Wielkie bezkrólewie – okres w dziejach Niemiec od 1250 (śmierć cesarza Fryderyka II) lub 1254 (śmierć króla Konrada IV) do 1273 r. (wybór na króla Rudolfa I Habsburga). Wbrew nazwie wielkie bezkrólewie nie oznaczało wakatu na tronie niemieckim, tylko okres największego osłabienia władzy królewskiej w Świętym Cesarstwie Rzymskim.

Wielkie bezkrólewie umocniło rozdrobnienie polityczne Rzeszy Niemieckiej i zachwiało cesarskim autorytetem, który od tej pory musiał liczyć się z potęgą najsilniejszych wasali Cesarstwa. Pod rządami Habsburgów – Rudolfa I i Albrechta I – Niemcy odetchnęły, aby w XIV wieku znów pogrążyć się w wojnach domowych między rywalizującymi o koronę dynastiami Habsburgów z Austrii, Wittelsbachów z Bawarii i Luksemburgów. Jednocześnie po raz pierwszy doszło wtedy do unii Niemiec z Czechami i Węgrami, a Hohenzollernowie rozpoczęli swoją karierę, otrzymując w 1415 od cesarza Brandenburgię.

Habsburgowie na tronie

W 1438 r. na tronie niemieckim na stałe zasiadła dynastia Habsburgów, hrabiów z Górnej Alzacji, którzy w XIII wieku, dzięki zręcznej polityce Rudolfa I, przejęli Austrię i Styrię po wymarłym rodzie Babenbergów. W XVI wieku reformacja doprowadziła do długoletnich wojen religijnych w Niemczech, ponieważ katoliccy cesarze uważali się za namiestników Chrystusa winnych „walczyć z herezjami”, natomiast książęta obok sporów teologicznych i walki o wolność wyznania dostrzegli okazję do osłabienia zwierzchności cesarskiej. Dzięki układom z Jagiellonami Habsburgowie przejęli w 1526 na stałe trony czeski i węgierski. Unia personalna Niemiec, Czech i Węgier utrzymała się aż do kresu Świętego Cesarstwa Rzymskiego, jako że niemal każdorazowo elektorzy Rzeszy oraz szlachta czeska i węgierska wybierały tych samych władców (w XVII wieku Habsburgom udało się wprowadzić dziedziczność tronu w Czechach i na Węgrzech, natomiast podobne próby w Niemczech zawsze okazywały się bezskuteczne).

W XVII i XVIII wieku państwa niemieckie weszły na drogę absolutyzmu, jednocześnie Rzesza jako całość stała się jedynie związkiem państw zdolnych do wspólnego działania tylko w chwilach silnego zagrożenia zewnętrznego (wojny z Turcją osmańską, Francją Ludwika XIV). W epoce nowożytnej Cesarstwo straciło wpływy na zewnątrz, za to obce mocarstwa utrwaliły swoje wpływy w wewnętrznych sprawach niemieckich (Francja, Rosja, Szwecja). W XVIII wieku stało się jasne, że reorganizacja polityczna Niemiec w kierunku większej spoistości będzie hamowana przez mocarstwa europejskie, gdyż wzmocniłaby za bardzo siłę Habsburgów, którzy u schyłku wieku XVII odebrali Turkom całe Węgry (pokój karłowicki) i zachwiałaby równowagą sił w Europie. Międzynarodowy wymiar wydarzeń w Niemczech umocnił się, gdy elektorowie saski i hanowerski uzyskali trony królewskie poza Rzeszą, odpowiednio w Polsce i Wielkiej Brytanii. W tym samym stuleciu wyrosła także potęga Prus Hohenzollernów, którym to przypadnie rola zjednoczyciela Niemiec w 1871, ponad pół wieku po rozwiązaniu Świętego Cesarstwa. Habsburgowie próbowali doprowadzić do likwidacji państwa pruskiego (wojna siedmioletnia) w porozumieniu z Rosją i Saksonią, jednak ostatecznie Rosjanie zmienili front i od tej pory Prusy stały się, zgodnie z zamierzeniem mocarstw ościennych, przeciwwagą dla Austrii w Rzeszy i Europie. Gdy cesarz Józef II starał się przeprowadzić pewne zmiany i przyłączyć do Austrii Bawarię (w zamian za oddanie dziedzicowi Wittelsbachów Belgii), spotkał się z oporem właśnie Prus, a potem koalicji książąt pod ich przewodem (Liga Książęca powstała w 1785).

Upadek Świętego Cesarstwa Rzymskiego

Przez cały XVI i XVII wiek Francja popierała tendencje odśrodkowe w Rzeszy. Na przełomie wieku XVII i XVIII trzej potężni elektorzy cesarscy zostali królami na terytoriach poza granicami Rzeszy, co znacznie wzmocniło ich pozycję. Elektor hanowerski Jerzy I odziedziczył Wielką Brytanię, elektor saski Fryderyk August I został wybrany królem w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a elektor brandenburski Fryderyk III przybrał sobie tytuł królewski jako władca Prus.

Święte Cesarstwo Rzymskie w 1648 roku; źródło: Wikipedia.

W II połowie XVIII wieku cesarz Józef II Habsburg próbował odnowić autorytet cesarski w Rzeszy, a także powiększyć terytoria bezpośrednio podlegające cesarzowi, poprzez aneksję Bawarii. W 1777 wywołało to wojnę o sukcesję bawarską między Habsburgami a Prusami i Józef musiał z tych planów zrezygnować. W 1785 pod wodzą króla pruskiego Fryderyka II powstał Związek Książęcy (Fürstenbund), konfederacja książąt przeciw próbom ograniczenia ich praw.

W 1803 r. Rzesza Niemiecka znalazła się pod hegemonią Napoleona Bonaparte. 11 sierpnia 1804, wobec fiaska prób uzyskania od książąt Rzeszy dziedziczności tytułu cesarza rzymskiego, Franciszek II Habsburg przyjął dziedziczny tytuł cesarza Austrii, jako Franciszek I. W ten sposób formalnie powstało Cesarstwo Austrii, obejmujące wszystkie dziedziczne posiadłości Habsburgów. Była to również odpowiedź na przyjęcie przez Napoleona tytułu cesarza Francuzów. Przez niecałe dwa lata Franciszek był nazywany „cesarzem Niemiec i Austrii” lub podwójnym cesarzem.

W 1805 r. władcy Bawarii i Wirtembergii, pod protektoratem Napoleona, przyjęli tytuły królewskie, a cesarz rzymski Franciszek II Habsburg musiał zadowolić się deklaracją, że kraje te nie opuszczają w ten sposób Rzeszy. Po klęsce w bitwie pod Austerlitz Franciszek II został przymuszony przez Francuzów do zrzeczenia się godności cesarza rzymskiego i króla niemieckiego (abdykował 6 sierpnia 1806) oraz do zwolnienia swoich wasali ze zobowiązań wobec Cesarstwa.

Państwa Niemieckie w 1812 r. po upadku Świętego Cesarstwa Rzymskiego (Związek Reński), poza Austrią i Prusami; źródło: Wikipedia.

12 lipca 1806 większość państw niemieckich utworzyła Związek Reński (1806-1813), którego Napoleon został oficjalnym protektorem (poza związkiem zostały tylko Austria, Prusy, Brunszwik i Hesja-Kassel). Dzięki temu Napoleon mógł, jako władca Francji i hegemon Niemiec, kreować się na dziedzica dawnego państwa Franków. W ten sposób, po ponad ośmiu wiekach, Święte Cesarstwo Rzymskie przestało istnieć.

Monarchia elekcyjna

Niemcy, a co za tym idzie Cesarstwo, były początkowo związkiem kilku księstw plemiennych (Szwabia, Saksonia, Frankonia, Turyngia, Bawaria). Książęta oraz sam król byli wybierani przez wiece plemienne. Kiedy władza monarsza okrzepła w okresie Ludolfingów i dynastii salickiej, król-cesarz sam mianował książąt, jednak godność królewska i cesarska była nadal elekcyjna. Wiec w swoim wyborze kierował się zdaniem samych książąt, więc z czasem prawa elekcyjne zostały w praktyce zastrzeżone dla nich. Początkowo utarła się reguła, że króla należy wybierać spośród członków rodu jego poprzednika, co umożliwiało praktyczne dziedziczenie tronu. Rzeczywiście, dynastie Ludolfingów, salicka i Hohenstaufów były ze sobą spokrewnione. Dopiero erozja autorytetu monarszego za panowania tej ostatniej dynastii podkopała ową regułę. W początkach okresu Wielkiego Bezkrólewia (1250-1273) wykrystalizowała się grupa najpotężniejszych książąt, którzy w praktyce decydowali o obsadzie tronu. W 1356 cesarz Karol IV Luksemburski nadał temu stanowi kształt formalny w tzw. Złotej Bulli. Grono elektorów tworzyli odtąd: król Czech (wasal króla Niemiec; już w XII w. Fryderyk I Barbarossa i Fryderyk II nadawali władcom czeskim prawa elektorskie) jako cześnik, palatyn Renu jako stolnik Cesarstwa, margrabia Brandenburgii jako komornik Cesarstwa, książę saski jako marszałek Cesarstwa, arcybiskup Moguncji jako arcykanclerz Niemiec, arcybiskup Kolonii jako arcykanclerz Italii oraz arcybiskup Trewiru jako arcykanclerz Burgundii. W średniowieczu papieże częstokroć uzurpowali sobie prawo do wyznaczania osoby cesarza, ponieważ tradycyjnie przysługiwała im rola kapłanów namaszczających i koronujących cesarzy. W 1338 podczas zjazdu w Rhense elektorzy wydali deklarację, w której stwierdzali, że wybrany przez nich król niemiecki jest automatycznie predestynowany do objęcia tronu i nie wymaga niczyjej zgody dla tego aktu.

W okresie nowożytnym skład kolegium elektorskiego poszerzył się. W 1623, po buncie palatyna Renu w czasie wojny trzydziestoletniej, cesarz Ferdynand II Habsburg przeniósł prawa elektorskie na krewnego palatyna, księcia Bawarii. Jednakże w 1648 cesarz musiał przywrócić uprawnienia elektorskie palatynowi reńskiemu, gdyż był to warunek pokoju westfalskiego z Francją i Szwecją. Zarówno Bawaria, jak i Palatynat pozostały elektoratami. W 1692 cesarz Leopold I obdarzył tytułem elektorskim książęta Brunszwiku (Hanoweru). W 1708 akt ten potwierdził Józef I.

Władza monarsza

Władza królewska, początkowo silna, skazana była na erozję z uwagi na elekcyjność tronu, a więc zależność władcy od własnych wasali, dysponentów korony. Hohenstaufowie pozyskiwali środki na kampanie wojenne, sprzedając rozmaite prawa i przywileje królewskie.

W 1220 i 1232 r. Fryderyk II Hohenstauf, w obliczu buntu własnego syna i następcy tronu, był zmuszony wydać szerokie przywileje najpierw dla wasali duchownych, potem także świeckich. W aktach tych przekazywał większość podstawowych uprawnień królewskich (regali, czy też regaliów) w ręce książąt. Odtąd książęta mogli samodzielnie decydować o większości spraw wewnętrznych w swoich księstwach i prowadzić własną politykę. Za każdym razem, kiedy król-cesarz występował z inicjatywą polityczną dla całych Niemiec, musiał otrzymywać na to zgodę książąt zgromadzonych na Sejmie Cesarstwa. Zasada, iż właściwie każdą decyzję cesarza musi zatwierdzić Sejm, utrwaliła się w czasach zamętu Wielkiego Bezkrólewia. W 1356 Złota Bulla Karola IV jeszcze bardziej rozdrobniła prerogatywy monarsze, nadając elektorom prawo majestatu, przez co byli traktowani jak królowie, a ich księstwa stały się niepodzielne. Ponadto ludność księstw elektorskich traciła prawo apelacji do cesarza, a sami elektorowie mogli zawetować każdą decyzję cesarską, jeszcze zanim trafiła pod obrady Sejmu.

W XVI i XVII w. doszło do kolejnych ograniczeń władzy królewsko-cesarskiej. W połowie XVI w. książęta sprzeciwili się pobieraniu przez cesarza stałych podatków bez ich zgody; odtąd cesarz zbierał podatki tylko w miastach cesarskich, od rycerzy cesarskich (wasali niebędących książętami) oraz od Żydów. W 1570, kiedy wobec zagrożenia tureckiego Maksymilian II Habsburg usiłował przeprowadzić reformę systemu obronnego Rzeszy, Sejm odebrał cesarzowi najwyższą władzę w sprawach wojskowych. W 1644 Ferdynand III Habsburg, licząc na poparcie swoich wasali w trakcie rokowań pokojowych z Francją i Szwecją, zezwolił książętom na zawieranie własnych przymierzy, wypowiadanie wojen i zawieranie pokoju. Akt ten potwierdził potem pokój westfalski w 1648. Za panowania Ferdynanda III w 1653 Sejm zakazał cesarzowi nadawania nowym podmiotom politycznym praw stanu Rzeszy bez zgody odpowiedniej kurii sejmowej (elektorów, książąt).

Organy Rzeszy

Organem ustawodawczym był Sejm Rzeszy. Jego struktura ukształtowała się ostatecznie w 1489. Dzielił się on na trzy kurie, które obradowały osobno i których zbiorowy głos traktowano jako jeden. Były to: kuria elektorów, kuria książąt (w jej skład wchodzili wszyscy wasale cesarza: książęta, hrabiowie, biskupi) oraz kuria miast, która aż do 1582 dysponowała jedynie głosem doradczym. Prawa do zasiadania w Sejmie nie mieli hrabiowie obdarzeni tymi tytułami przez książąt ani miasta przez nich założone. W 1663 postanowiono, że Sejm, złożony z reprezentantów cesarza, książąt i miast, będzie obradował bez przerwy w Ratyzbonie jako tak zwana deputacja Rzeszy.

Związek Niemiecki

Na kongresie wiedeńskim cesarz Austrii nie odzyskał tytułu cesarza rzymskiego. Wielka Brytania zaakceptowała Związek Niemiecki jako przeciwwagę dla agresywnej polityki Francji i Rosji. Związek miał zastąpić rozwiązane w 1806 r. Święte Cesarstwo Rzymskie. W jego skład wchodziło początkowo 35 państw (księstwa, królestwa i Cesarstwo Austriackie) i 4 wolne miasta: Brema, Hamburg, Frankfurt nad Menem i Lubeka. Z racji posiadania ziem na terytorium Związku Niemieckiego członkami Związku były też Wielka Brytania (Hanower, do 1837), Holandia (Luksemburg, do 1867) i Dania (Holsztyn, do 1864). Zachodnia część Wielkiego Księstwa Luksemburga została w 1839 przyłączona do Belgii. Prezydentem Związku zostawał każdorazowo cesarz Austrii.

Związek Niemiecki w 1820 roku, główne kraje Cesarstwo Austrii (na żółto) i Królestwo Prus (na niebiesko) nie były całkowicie w granicach Związku (czerwona lina); źródło: Wikipedia.

Związek Niemiecki został rozwiązany 23 sierpnia 1866, po wojnie prusko-austriackiej o Holsztyn (wygranej przez zmodernizowaną armię pruską), na mocy pokoju praskiego. Najważniejszym skutkiem wojny było wycofanie się Austrii z polityki niemieckiej. Był to jeden z etapów jednoczenia Niemiec. Od 1866 r. wzrosła rola Prus, które po wygranej w 1871 r. wojnie z Francją zjednoczyły Niemcy.

Cesarstwo Niemieckie

Konflikt pomiędzy królem Prus Wilhelmem I Hohenzollernem i coraz bardziej liberalnym parlamentem wybuchł w związku z reformami wojskowymi w 1862 r. Król mianował nowego kanclerza, Otto von Bismarcka. Doprowadził on do wojny z Danią w 1864 r. Pruskie zwycięstwo w wojnie z Austrią w 1866 r. umożliwiło utworzenie Związku Północnoniemieckiego (Norddeutscher Bund) i wykluczenia Austrii, dotąd jednego z państw niemieckich, z federacji. Po pokonaniu przez Prusy Francji podczas wojny w 1870 r., w 1871 r. proklamowano Cesarstwo Niemieckie w Wersalu, które połączyło wszystkie państewka niemieckie poza Austrią.

Mapa Cesarstwa Niemieckiego; źródło: Wikipedia.

Prusy, które zajmowały ok. 2/3 powierzchni nowego państwa, zdominowały je. Pruscy królowie z dynastii Hohenzollernów przybrali tytuł cesarski, a Berlin stał się jego stolicą. W kolejnych latach dzięki polityce zagranicznej Bismarck jako kanclerz Niemiec pod rozkazami cesarza zapewnił państwu silną pozycję na arenie międzynarodowej poprzez fałszowanie przymierzy, odosabnianie Francji w sprawach dyplomatycznych i unikanie wojen. Za panowania Wilhelma II Hohenzollerna Niemcy zaczęły stawać się państwem imperialistycznym, co prowadziło do konfliktów z sąsiednimi państwami. W rezultacie konferencji berlińskiej w 1884 r. Niemcy zażądały przyznania wielu kolonii, np. Niemieckiej Afryki Wschodniej, Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej, Togo oraz Kamerunu. Większość przymierzy, do których dawniej przystąpiły Niemcy, nie zostało odnowionych, a w nowych wykluczono państwo.

xxxxxxxx

A więc I Rzesza była monarchią elekcyjną, w której kolegium elektorskie wybierało króla. To trochę tak, jak obecnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie prezydenta wybiera Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych. Czyżby inspiracja szła z Niemiec?

Wydawać by się mogło, że takie państwo, stworzone z wielu księstw, księstewek i państewek wasalnych, nie powinno było utrzymać się przez tyle stuleci. A jednak! Jak to było możliwe? Inne państwa doświadczały rozbicia dzielnicowego i upadały bądź traciły część swego terytorium. Zapewne było wiele czynników, które o tym decydowały. I pewnie nie dowiemy się, dlaczego tak było. Pozostają tylko spekulacje i domysły. Być może jednym z tych czynników było centralne położenie na kontynencie i brak wrogów. Może były jeszcze jakieś inne siły, które powodowały, że tych wrogów nie było, a jeśli byli, to za słabi, by zagrozić.

W 1526 roku Habsburgowie, dzięki układom z Jagiellonami przejmują trony czeski i węgierski. W ten sposób powstała unia personalna Niemiec, Czech i Węgier. Trochę to dziwne. Potężna dynastia Jagiellonów, która szuka pomocy w małym Królestwie Polskim osłabia się niejako na własne życzenie. A przecież w konfrontacji z rosnącą potęgą Moskwy każda pomoc się liczyła. W ten sposób Jagiellonowie kierują się na wschód i wkrótce, bo w 1569 roku, powstaje nowe państwo, którego zachodnia granica przez ponad 200 lat jest oazą spokoju. Ta unia to gwarancja, że to nowe państwo nie upomni się o Śląsk i Pomorze Zachodnie.

W XVII i XVIII wieku państwa niemieckie weszły na drogę absolutyzmu. Rzesza stała się związkiem państw zdolnych do wspólnego działania w chwilach silnego zagrożenia zewnętrznego – wojny z Turcją osmańską i Francją Ludwika XIV. Czyli Sobieski – nie mając w tym żadnego interesu, bo Turcy nie zagrażali Rzeczypospolitej – pobiegł pod Wiedeń bronić I Rzeszy. A skoro ta Rzesza potrzebowała pomocy, to znaczy, że nie było tak, jak pisze Wikipedia, że sama potrafiła się obronić. Bardzo możliwe, że Francja – najpotężniejsze i najludniejsze wówczas państwo w Europie, powstrzymywana przez jakieś nieznane siły – nie wykorzystała okazji do osłabienia Rzeszy.

I Cesarstwo Francuskie w 1812 roku; źródło: Wikipedia.

Co się nie udawało innym przez wieki, jakimś dziwnym trafem, udało się Napoleonowi. Podbił on Europę kontynentalną, a więc i I Rzeszę, z której 12 lipca 1806 roku utworzył Związek Reński, ale do którego to Związku nie włączył Austrii, którą pokonał pod Austerlitz 2 grudnia 1805 roku i Prus, które pokonał pod Jeną i Auerstedt 14 października 1806 roku. Czy dlatego, że oba państwa, jeszcze jako części składowe Rzeszy, brały wcześniej udział w rozbiorach Rzeczypospolitej i jej terytoria automatycznie znalazłyby się w obrębie Związku Reńskiego?

Po kongresie wiedeńskim powstaje Związek Niemiecki, który rozpada się po wojnie prusko-austriackiej w 1866 roku. Do wojny dochodzi, jak pisze Wikipedia, z powodu sporu o Holsztyn. Co najmniej dziwne, bo po co Austrii duński Holsztyn, skoro znalazł się on w obrębie Związku Niemieckiego, którego prezydentem był cesarz Austrii? Chyba jedynym wytłumaczeniem było to, że Austria miała się stać oddzielnym państwem. Tylko po co? Przecież była sojusznikiem Prus w I wojnie światowej. Chyba tylko po to, by mógł po niej nastąpić rozpad Austro-Węgier i mogły powstać nowe państwa: Austria i Czechosłowacja. A po co one? Chyba tylko po to, by przed II wojną światową Hitler mógł dokonać aneksji Austrii i Czech, czyli państw, które przed 1866 rokiem były częścią Związku Niemieckiego, a jeszcze wcześniej częścią I Rzeszy.

A po co po II wojnie światowej przyznano Polsce tzw. Ziemie Odzyskane, czyli poniemieckie. Chyba tylko po to, by Niemcy mogły je kiedyś odebrać. Zjednoczenie Niemiec i brak uregulowania kwestii prawnej tych ziem doprowadzi do ich odzyskania przez Niemcy. To tylko kwestia czasu. W polityce zawsze musi być jakiś ruch, jakieś zmiany. Jedne państwa powstają, drugie znikają. A wszystko to w wyniku wojen. I właśnie m.in. po to jest ta wojna na Ukrainie.

Linia Curzona

Linia Curzona, to linia, wzdłuż której przebiega obecna wschodnia granica Polski. W pewnym sensie była to granica naturalna, oddzielająca tereny zamieszkałe przez ludność polską od tych zamieszkałych przez ludność rusińską. Napisałem była, bo już nie jest. Wobec faktu, że po II wojnie światowej przesiedlono na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe, a po 24 lutego 2022 roku przesiedlono około 8-10 mln Ukraińców na teren całej Polski, to ta linia straciła swój naturalny charakter. Niemniej warto sobie przybliżyć jej historię. Wikipedia m.in. pisze:

Linia Curzona – proponowana linia demarkacyjna wojsk polskich i bolszewickich, opisana w nocie z dnia 11 lipca 1920 roku, wystosowanej przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych George’a Curzona do ludowego komisarza spraw zagranicznych RFSRR Gieorgija Cziczerina. Przebieg linii oparty został na „Deklaracji Rady Najwyższej Głównych Mocarstw Sprzymierzonych i Stowarzyszonych w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski” z 8 grudnia 1919 roku. W rzeczywistości lord Curzon nie był ani autorem tej koncepcji, ani jej zwolennikiem. Za faktycznego twórcę linii Curzona uważa się eksperta ds. Europy Środkowo-Wschodniej w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych (Foreign Office) pochodzenia polsko-żydowskiego – Lewisa Bernsteina Namiera (właściwie Ludwik Niemirowski). Stąd niekiedy bywa ona określana jako linia Curzona-Namiera lub linia Namiera.

Linia Curzona, 1945; źródło: Wikipedia.

Dyplomacja brytyjska w nocie z 11 lipca 1920 roku, w trakcie konferencji w Spa, zaproponowała linię demarkacyjną wojsk polskich i bolszewickich w toczącej się wówczas wojnie polsko-bolszewickiej. Linia wzięła swoją nazwę od nazwiska George Curzona – szefa brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych (ang. Foreign Office). W rzeczywistości lord G. Curzon nie był ani autorem tej koncepcji, ani jej zwolennikiem. Koncepcję linii podchwycił bowiem i zarekomendował Philip Kerr, osobisty sekretarz Davida Lloyd George’a, ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii. Kerr korzystał z rad innego wysokiego rangą urzędnika Foreign Office – Lewisa Namiera (Ludwika Niemirowskiego). Namier od marca 1918 do 30 kwietnia 1920 roku pełnił rolę eksperta do spraw Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Sam urodził się w polskiej rodzinie o korzeniach żydowskich, studiował we Lwowie, a następnie na Oksfordzie i bardzo dobrze znał realia Europy Środkowo-Wschodniej. To właśnie Lewis Namier był faktycznym autorem projektu linii znanej jako linia Curzona.

Namier od samego początku był zaciekłym wrogiem polskich aspiracji terytorialnych na Wschodzie, a zwłaszcza koncepcji inkorporacyjnej proponowanej przez Komitet Narodowy Polski, kierowany przez Romana Dmowskiego. Jak pisze historyk Bartłomiej Rusin z Uniwersytetu Jagiellońskiego, już na przełomie 1918 i 1919 roku zaczął propagować wschodnią granicę Polski na Bugu i Sanie.

(…) w swoich memoriałach z 9 grudnia 1918 r. i 7 stycznia 1919 r. wyłożył także swoje poglądy na temat granicy wschodniej odrodzonej Rzeczypospolitej. Według jego koncepcji miała ona opierać się na dwóch rzekach – Bugu i Sanie. (…) opowiadał się za budową Polski „zwartej i silnej” – pod tym określeniem rozumiał Polskę „etnograficzną”, w kształcie zbliżonym do dawnego Królestwa Kongresowego. Proponowana linia graniczna miała przebiegać od dawnego punktu granicznego między Królestwem a Prusami Wschodnimi, dalej na północny wschód od Suwałk do Grodna, na południe wzdłuż Bugu, aż do styku dawnej granicy austro-węgiersko-rosyjskiej i stąd wzdłuż Sanu „do starej granicy galicyjsko-węgierskiej.”

Mapa rozsiedlenia ludności polskiej z uwzględnieniem spisów z 1916 roku; źródło: Wikipedia.

Na paryskiej konferencji pokojowej kończącej I wojnę światową ustalono polską granicę zachodnią (z Niemcami), natomiast nie ustalono wschodniej, ponieważ Wielka Brytania i Francja liczyły na restytucję przedbolszewickiej Rosji, co stawiało zagadnienie wschodnich granic polskich na porządku dziennym i skłoniło Ententę do wysunięcia projektu tymczasowego i prowizorycznego rozgraniczenia Polski i Rosji. W swoim projekcie tymczasowej granicy oparli się oni głównie na granicach III rozbioru Polski, czyli na przebiegu zachodniej granicy Rosji z 1795 roku. Przedstawiona w „Deklaracji” z dnia 8 grudnia 1919 roku pokrywała się z linią Focha, oddzielającą polską część Suwalszczyzny od Litwy, biegła dalej do Niemna i stąd według sztucznej wschodniej granicy d. obwodu białostockiego guberni grodzieńskiej, skąd Bugiem do dawnej granicy austriackiej, tzn. do Kryłowa. Nie obejmowała Galicji, ponieważ chodziło o granicę polsko-rosyjską, a Galicja do Rosji nigdy nie należała, więc potraktowano ją odrębnie.

Podczas konferencji w Spa 10 lipca 1920 w obliczu przewidywanej klęski Polski w walce z bolszewikami Brytyjczycy wysunęli propozycję wycofania wojsk polskich na linię demarkacyjną Niemen-Bug (linia z „Deklaracji” z 8 grudnia 1919), a sprawę Galicji, Śląska Cieszyńskiego, Gdańska, Polska miała zostawić do rozstrzygnięcia mocarstwom Ententy. W Galicji Wschodniej linią demarkacyjną miała być linia frontu w momencie zawieszenia broni. Zatem w Spa nie wyznaczono linii demarkacyjnej w Galicji. Dyplomacja brytyjska podjęła jednak kroki, by i tam zgodnie z postanowieniami konferencji wyznaczyć konkretną linię demarkacyjną. Wytyczoną przez Brytyjczyków linię demarkacyjną, na którą cofnąć się miały wojska polskie, a sowieckie jej nie przekraczać ustanowiono (zgodnie z wcześniej wysuwanymi propozycjami Ententy) na Niemnie i Bugu (czyli linia z „Deklaracji” z grudnia 1919 roku), a w Galicji miała ona biec od Bugu wzdłuż linii Sokal-Busk-Kałusz i dalej do Karpat ze Lwowem po stronie polskiej. Przebieg linii demarkacyjnej miał zostać następnie przesłany w telegramie do sowieckiego komisarza spraw zagranicznych Gieorgija Cziczerina w dniu 11 lipca 1920.

Prawdopodobnie w nocy z 10 na 11 lipca 1920 roku jeden z pracowników brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych (uważa się, że był to Lewis Bernstein-Namierowski, znany również jako lord Namier) zmienił linię, wytyczając ją na zachód od Lwowa i Drohobycza i w tej postaci została ona przetelegrafowana z Londynu sowieckiemu ministrowi G. Cziczerinowi. Motywy postępowania lorda Namiera, który jest uznawany przez niektórych historyków za autora takiej modyfikacji, nie są jasne. Były one zgodne z Lloyd George’a i Curzona poglądami. Dlatego też była to weryfikacja w pełni zamierzona, a nie przypadkowa lub wynikająca z błędu technicznego.

Roman Dmowski w swej pracy Polityka polska i odbudowanie państwa wspomina Namiera jako głównego wroga sprawy polskiej i sprawcę wrogiego stosunku premiera Davida Lloyd George’a do Polski.

Linia Curzona miała być tylko linią rozejmu między walczącymi ze sobą wojskami sowieckimi i polskimi, wbrew obiegowej opinii, nie był to projekt granicy polsko-radzieckiej. Na pozycje wyznaczone przez tę linię miały się cofnąć wojska polskie po podpisaniu rozejmu w wojnie z sowiecką Rosją.

Jednakże już w trakcie trwania konferencji w Spa bolszewicy odrzucali wszelkie propozycje linii demarkacyjnych ustalanych przez mocarstwa Ententy, a następnie w dniu 17 lipca 1920 odrzucili już nie tylko propozycję linii demarkacyjnych, ale również samą możliwość pośredniczenia przez Ententę w kwestiach polsko-bolszewickich. Dowództwo bolszewickie liczyło na szybkie opanowanie Polski i wkroczenie sowieckich oddziałów na obszar Niemiec, gdzie miała wybuchnąć powszechna rewolucja.

xxxxxxxx

Tak więc z jednej strony trwa konferencja w Spa, a z drugiej – wojna polsko-bolszewicka. Co tam się działo na tym froncie, dobrze opisuje Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna:

W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek do Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.

xxxxxxxx

Wojna 1920 roku, jak każda wojna, była od początku do końca wyreżyserowana. Trzeba było znaleźć pretekst do zajęcia Kresów, bo Polska w granicach etnicznych nie stwarzałaby powodów do roszczeń terytorialnych czy konfliktów wyznaniowych. Granica przebiegałaby wzdłuż linii Curzona. W takiej sytuacji nie mogło by dojść do 17 września 1939 roku i zajęcia przez Związek Radziecki tych Kresów. Nie było by też Katynia i rzezi wołyńskiej. Wojna ta była doskonałym usprawiedliwieniem dla zupełnie innego kształtu terytorialnego państwa, bo niby odsuwała bolszewickie zagrożenie z racji przesunięcia granicy daleko na wschód. Gdyby rzeczywiście chciano zlikwidować to zagrożenie, to droga na Moskwę była wolna a bolszewicy rozbici. Jednak Piłsudski zatrzymał się pod Mińskiem i dalej nie ruszył. Tak miało być. Miało powstać państwo, które z każdej strony miało mieć wrogów i miało ich.

Jeśli więc Dmowski uważał Namiera za głównego wroga Polski, bo ten chciał Polski w granicach etnicznych, to kim on był ze swoją koncepcją asymilacyjną? Polska, jakiej chciał Dmowski, powstała. I jakie były tego konsekwencje? A Piłsudski – ze swoją koncepcją federacyjną, czyli Rzeczpospolitą trojga narodów czy może nawet czworga?

xxxxxxxx

Skoro to Lewis Bernstein Namier był pomysłodawcą tej linii, to może warto przyjrzeć się mu bliżej. Wikipedia m.in. pisze:

Lewis Bernstein Namier, pierwotnie Ludwik Bernstein Niemirowski (ur. 27 czerwca 1888 w Woli Okrzejskiej, zm. 19 sierpnia 1960) – brytyjski historyk, urzędnik, a także działacz syjonistyczny.

Urodzony w bogatej, zlaicyzowanej i spolonizowanej rodzinie żydowskiej jako Ludwik Bernstein, syn Józefa Bernsteina (1858–1922) i Anny z Sommersteinów (1868–1945). Rodzina zmieniła później nazwisko na Niemirowski. Studiował we Lwowie, Lozannie, gdzie wywarły na niego znaczny wpływ wykłady Vilfredo Pareto.

Wychowywany w całkowicie zlaicyzowanej rodzinie żydowskiej, o swoim pochodzeniu dowiedział się dopiero w wieku 9 lat. Pod wpływem antysemickiej dyskryminacji postanowił jako dorosły powrócić do judaizmu. Przed poślubieniem drugiej żony przeszedł na anglikanizm. W 1952 otrzymał tytuł rycerski (knight), nadany przez królową Elżbietę.

Jego pierwszą żoną była poślubiona w 1917 Clara Sophie Poniatowski Edeleff (1891–1945). W 1947 poślubił Julię Kazarinę, primo voto de Beausobre (1893–1977), emigrantkę z ZSRR, więźniarkę łagrów. Miał jedną siostrę: Teodorę Modzelewską, która była matką Anny Kurskiej oraz babką Jarosława Kurskiego i Jacka Kurskiego.

xxxxxxxx

A więc Lewis Bernstein Namier to brat babki braci Kurskich. Nie sądziłem, że moje poglądy na temat kształtu terytorialnego Polski będą zgodne z poglądem Żyda Namiera. Bez względu na to jakie pobudki nim kierowały, być może był wrogiem Polaków, to w tym wypadku miał rację. Państwo polskie powinno mieć obszar taki jak widoczny na powyższej mapie rozsiedlenia ludności polskiej z uwzględnieniem spisu z 1916 roku. W trakcie konferencji jałtańskiej w lutym 1945 prezydent Roosevelt powiedział:

Polska – zauważył – była źródłem kłopotów od przeszło pięciuset lat. – Winston Churchill, Druga wojna światowa. Ktoś mądry i znający bardzo dobrze historię tego rejonu musiał mu to powiedzieć. Oznacza to, że te problemy zaczęły się od unii polsko-litewskiej. Korona Królestwa Polskiego została wciągnięta w konflikt z Moskwą, w obronę nie swoich interesów. Wielkie Księstwo Litewskie, a właściwie jej magnaci, zdominowało Koronę. Elity rusińskie i litewskie przechodziły na katolicyzm i w ten sposób stawali się “Polakami” i jako tacy zadzierali z Rosją.

Nie ma drugiego takiego miejsca w Europie, w którym wygenerowano tyle konfliktów. Już samo łączenie narodów o różnych wyznaniach tworzy problem, ale jeszcze nie tak wielki. Tak było w byłej Jugosławii. Tylko że tam Słoweńcy, Chorwaci i Serbowie żyli każdy na swojej ziemi. Nie było przesiedleń czy zmiany wyznania dla kariery politycznej, a przede wszystkim nie było wojen ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Unia z Wielkim Księstwem Litewskim, to nie tylko konflikt o ziemię, która wcześniej należała do Rusi Kijowskiej, to też angażowanie się w konflikt pomiędzy Kijowem i Moskwą na tle religijnym, kto ma dominować, gdzie ma być ten trzeci Rzym. To już jest ingerowanie w wewnętrzne problemy prawosławia. A jeśli robią to katolicy, to tym bardziej rodzi nienawiść. Inna sprawa, że ci „katolicy”, to zapewne w większości byli prawosławni, którzy zmienili wyznanie i w ten sposób stali się katolikami, czyli Polakami. I ci „Polacy” nienawidzą Moskwy i chcą rozczłonkowania Rosji. To zjawisko występowało kiedyś, ale i obecnie mamy w Polsce liczną mniejszość ukraińską. To są obywatele Polski i w większości wypadków to oni są tymi „Polakami”, którzy tak bardzo angażują się w pomoc dla Ukrainy i chcą udziału Polski w tej wojnie. Ale przecież świat o tym nie wie i myśli, że to Polacy i jak przyjdzie co do czego, to cała wina spadnie na Polskę i „nieodpowiedzialnych” Polaków.

Początki tego konfliktu sięgają czasów Kazimierza Wielkiego. To za jego „kadencji” przyłączono do Korony Ruś Halicką, Księstwo Chełmsko-Bełskie, Księstwo Włodzimierskie i Podole. Widać wyraźnie przesunięcie polityki z kierunku północno-zachodniego na południowo-wschodni. Śląsk też przestał go interesować. No, ale nie ma się czemu dziwić. Ten król był całkowicie uzależniony od Esterki, a to w zasadzie wszystko wyjaśnia.

Następnie doszło do unii lubelskiej, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Wikipedia pisze:

„5 marca, przy aprobacie litewskich posłów z Podlasia, sejm koronny przegłosował powtórne przyłączenie województwa podlaskiego do Korony Królestwa Polskiego. 26 maja do Korony włączono województwo wołyńskie, a 6 czerwca województwo kijowskie i województwo bracławskie. Szlachcie ruskiej z tych województw pozwolono zachować swoje prawa i cieszyć się szerokimi wolnościami: językiem urzędowym na tych ziemiach miał być nadal język ruski, a szlachta ruska otrzymywała przywileje identyczne jak szlachta polska. Status prawny ziem ukrainnych inkorporowanych zbliżony był do autonomii, a szlachta ruska uzyskała miejsca w polskim parlamencie. Mimo szerokich swobód przyznanych Rusinom na ziemiach ukrainnych doszło do niezadowolenia społecznego, które miało pewien wpływ na późniejsze powstania kozackie przeciw Rzeczypospolitej, z których największym było Powstanie Chmielnickiego.”

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Widać więc wyraźnie, że Korona po tej unii stała się potężniejsza od Litwy. Zlikwidowano Wielkie Księstwo Litewskie, a wielką stała się Korona. Powstało więc wspólne państwo z czymś, co dzisiaj nazywa się Ukrainą, a z Litwą utworzono unię. Zabieg ten pozwolił na stworzenie wrażenia, że to Polacy dominują w tym związku. Ziemie na Ukrainie miały status zbliżony do autonomii, a szlachta ruska uzyskała miejsca w polskim parlamencie, co oznaczało, że Polacy nie mogli wpływać na to, co działo się na Ukrainie, ale ta szlachta mogła wpływać na politykę państwa, bo w jego parlamencie ona zasiadała. Taki Jeremi Wiśniowiecki na Ukrainie był potężniejszy od króla i to on pacyfikował powstanie Chmielnickiego, bo to w jego dobrach ono wybuchło. I Rusin Wiśniowiecki, “polski” pan, ciemiężył lud ukraiński i ten lud, w odwecie za wieki upokorzeń doznanych od “polskich” panów, postanowił wymierzyć sprawiedliwość i zemścił się, ale nie na “polskich” panach, tylko na niewinnej ludności wiejskiej. Taką logikę zaszczepiono ukraińskiej czerni i ta czerń, przybywająca dziś do Polski milionami, nosi w sobie głęboką nienawiść do Polaków, którzy w przytłaczającej większości są potomkami chłopów, którzy byli tak samo gnębieni, jak ci z Ukrainy.

W wyniku unii lubelskiej powstało nowe państwo zwane Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Powołano wspólny sejm walny, który obradował w Warszawie. Izba poselska składała się z 77 posłów koronnych i 50 litewskich, a w skład Senatu weszło 113 senatorów koronnych i 27 litewskich. Ponieważ wśród posłów i senatorów koronnych byli Rusini (ilu ich było tego Wikipedia nie podaje), więc prawdopodobnie razem z litewskimi stanowili większość. Stąd moje twierdzenie, że Rzeczpospolita Obojga Narodów, to Rzeczpospolita Rusinów i Litwinów, jest chyba uzasadnione. Ten stan przetrwał do dziś. Ich potomkowie to “Polacy” i katolicy. Taki Giedroyc twierdził, że bez wolnej Ukrainy, Białorusi i Litwy nie będzie wolnej Rzeczypospolitej. Takim “Polakiem”był ten Litwin. A mnie nie interesuje los Litwy, Białorusi i Ukrainy, bo to ziemie byłej Rusi Kijowskiej, do których prawa rości Rosja. Do ziem polskich nigdy takich praw nie rościła. Nigdy! Rosja bolszewicka to inna para kaloszy.

Dwa razy w historii była okazja, by wykorzystać linię Curzona i odciąć się od tego Wschodu, który przynosił i przynosi Polakom same nieszczęścia. Pierwsza okazja, by wytyczyć polskie granice według kryteriów etnicznych, była po I wojnie światowej. Jednak ci, którzy zadecydowali inaczej, dobrze wiedzieli, co robili. Druga okazja nadarzyła się po II wojnie światowej. W tym wypadku wykorzystano linię Curzona, by wytyczyć wschodnią granicę, ale przyznanie Polsce ziem poniemieckich i przesiedlenie tam w większości ludności prawosławnej z Kresów spowodowało, że linia ta stała się zwykłą granicą, a nie granicą, która oddziela od siebie narody o różnych wyznaniach i różnych systemach wartości.

To, że przesiedlano tam ludność prawosławną, dowodzi pośrednio zamieszczona powyżej mapa, na której widać, że Polacy na południowy-zachód od Wilna zamieszkiwali w zwartej masie i stanowili tam większość. Do dziś tam mieszkają, co dowodzi, że to nie Polaków stamtąd przesiedlano. Efekt jest taki, że tak jak przed wojną, tak i teraz Polska jest krajem, w którym ludność prawosławna stanowi znaczący odsetek. A wśród tej ludności dominują Ukraińcy.

Wojna na Ukrainie, która zaczęła się rok temu, 24 lutego 2022 roku, przywróciła po części stan z 1569 roku, gdy powstało nowe państwo, które dla niepoznaki nadal nazywano Koroną, ale faktycznie było to wspólne państwo polsko-ukraińskie. Piszę po części, bo to dopiero początek tworzenia tego nowego państwa. Dwa fakty na to wskazują. Po pierwsze, brak granicy polsko-ukraińskiej; po drugie, przekazywanie za darmo sprzętu wojskowego i wszelkiej innej pomocy. Takie rzeczy mogą dziać się tylko w obrębie jednego państwa. Jest jednak jeszcze jedno podobieństwo. Wtedy Rusini zasiadali w sejmie i dziś też Rusini, zwani obecnie Ukraińcami, zasiadają w sejmie i w rządzie też. Co więcej, mówią otwarcie, że są sługami narodu ukraińskiego. I ten fakt świadczy o tym, że obecne państwo „polskie” jest bardziej ukraińskie niż polskie, a więc jest gorzej niż w 1569 roku. Gdyby więc ktoś nie wiedział, dlaczego ten kraj jest przez niektórych nazywany krajem Zulu-Gula, to już wie.

Zwycięzcy tracą rozsądek

Kiedyś, kiedy ukazało się monumentalne dzieło Winstona S. Churchilla Druga Wojna Światowa, a było to w latach 1994-1996, to zacząłem je czytać, ale ograniczyłem się do spraw polskich. To dzieło składa się z 6 tomów, a każdy z nich z dwóch ksiąg, co w sumie daje 12 ksiąg. Wtedy niewiele z tego rozumiałem i wydawało mi się ono nudne, bo nie miałem takiej wiedzy jak obecnie. Nie było wtedy internetu, a i dostęp do wielu książek był ograniczony, dlatego o wielu sprawach nie wiedziałem, więc tak naprawdę, to nie rozumiałem, o czym on pisał. Dziś jest już zupełnie inaczej, a przede wszystkim potrafię – jak sądzę – właściwie odczytać jego przekaz, choć być może jego zamiarem było ukrycie prawdy przed maluczkimi, a ci, którzy byli wtajemniczeni, wiedzieli jak go rozumieć.

Swoje dzieło rozpoczyna Churchill rozdziałem zatytułowanym Zwycięzcy tracą rozsądek, w którym opisuje wszelkie błędy, jakie popełnili zwycięzcy w relacjach z pokonanymi Niemcami. Pytanie tylko, czy to były błędy czy zamierzone działanie? Warto się przyjrzeć temu opisowi. Poniżej fragmenty wspomnianego rozdziału:

Klauzule terytorialne Traktatu Wersalskiego faktycznie pozostawiły Niemcy w stanie nienaruszonym – nadal tworzyły największy, jednolity rasowo blok w całej Europie. Gdy marszałek Foch dowiedział się o podpisaniu Traktatu pokojowego w Wersalu, zauważył z wyjątkową przenikliwością: „To nie jest żaden pokój. To tylko zawieszenie broni na okres 20 lat”.

Przez swoją niezaprzeczalną złośliwość i głupotę ekonomiczne klauzule Traktatu Wersalskiego w oczywisty sposób traciły swój sens. Niemcy zostały skazane na płacenie niewyobrażalnych wręcz wysokich odszkodowań. Ten dyktat wersalski świadczył o ogromnym gniewie zwycięzców, stanowiąc zarazem dowód całkowitego niezrozumienia wielce złożonego mechanizmu odszkodowań. Żaden naród ani żadna społeczność nie jest w stanie zapłacić takiego haraczu, który pokryłby koszty prowadzenia współczesnej wojny.

Prawda jednak jest taka, że klauzule te nie zostały nigdy wyegzekwowane. Wręcz przeciwnie, choć bowiem zwycięskie mocarstwa przywłaszczyły sobie niemieckie aktywa w wysokości miliarda funtów szterlingów, to w kilka lat później Niemcy otrzymały pożyczkę w wysokości półtora miliarda funtów szterlingów, głównie od Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, co umożliwiło szybkie usunięcie zniszczeń wojennych. Z uwagi zaś na to, że temu najwyraźniej wielkodusznemu postępowaniu towarzyszyły wrogie okrzyki nieszczęśliwych i zgorzkniałych społeczności w państwach zwycięskich oraz zapewnienia mężów stanu, że Niemcy zapłacą „do ostatniego grosza”, ze strony tego kraju nie można się było spodziewać ani wdzięczności, ani dobrej woli.

Niemcy zapłaciły jedynie odszkodowania wymuszone nieco później, tylko dlatego, że Stany Zjednoczone hojną ręką pożyczały pieniądze wszystkim państwom europejskim, a zwłaszcza Niemcom. W ciągu trzech lat – od 1926 do 1929 roku – Stany Zjednoczone otrzymały od wszystkich swoich dłużników, w formie ratalnych odszkodowań, jedną piątą sumy pożyczonej Niemcom bez żadnej szansy na zwrot. Jednak wyglądało na to, że wszyscy są zadowoleni i uważają, że taki stan rzeczy może trwać w nieskończoność.

Wszystkie te transakcje historia określi kiedyś mianem szaleńczych, jako że umożliwiły powstanie zarówno wojennej plagi, jak i „ekonomicznej zawieruchy”, o której będzie mowa nieco później. Niemcy zapożyczali się teraz gdzie tylko mogli, pochłaniając chciwie wszystkie kredyty, które im tak rozrzutnie oferowano. Wyznawanie niezbyt fortunnej w tym przypadku zasady udzielania pomocy pokonanemu narodowi oraz korzystne oprocentowanie pożyczek sprawiły, że brytyjscy inwestorzy również wzięli udział w tym procesie, choć na znacznie mniejszą skalę niż amerykańscy. Takim oto sposobem Niemcy zyskały w formie pożyczek blisko półtora miliarda funtów szterlingów wobec miliarda odszkodowań, które zapłaciły przez zrzeczenie się środków trwałych i waluty znajdującej się poza granicami ich kraju lub przez żonglowanie ogromnymi pożyczkami amerykańskimi. Jest to niezwykle przygnębiająca historia skomplikowanego przypadku głupoty, która pochłonęła wiele trudu i cnót.

W zamyśle zwycięzców państwo niemieckie miało stać się wcieleniem wszystkich wypracowanych przez lata liberalnych ideałów Zachodu. Niemcy zostali uwolnieni od brzemienia ciężkiego uzbrojenia. Wmuszono w nich ogromne pożyczki amerykańskie pomimo braku jakiegokolwiek zabezpieczenia. W Weimarze uchwalono demokratyczną konstytucję, zgodną ze wszystkimi najświeższymi ulepszeniami. Ponieważ przepędzono cesarzy, ich miejsce zajęły kompletne miernoty. Jednak pod tą wątłą powłoką szalały tłumione namiętności potężnego, pokonanego, lecz w swoim rdzeniu, nienaruszonego narodu niemieckiego. Widząc uprzedzenie Amerykanów do monarchii, z którym pan Lloyd George bynajmniej nie starał się walczyć, pokonane Cesarstwo zrozumiało, że jako republika może liczyć na lepsze traktowanie ze strony państw sprzymierzonych. Jedynym rozsądnym posunięciem byłoby ukoronowanie i scementowanie Republiki Weimarskiej osobą monarchy konstytucyjnego – w tym przypadku małoletniego wnuka Kaisera, który znajdowałby się pod opieką Rady Regencyjnej. Bez tego w życiu narodu niemieckiego istniała próżnia, której nie można było niczym wypełnić. Wszystkie znaczące elementy, zarówno militarne, jak i feudalne, które mogły się były zgromadzić wokół monarchii konstytucyjnej i ze względu na nią szanować i popierać nowe procesy demokratyczne i parlamentarne, pozostawały niejako w stanie zawieszenia. W odczuciu Niemców Republika Weimarska, z całą jej pompą i zdobyczami, stanowiła twór narzucony przez wroga. Coś takiego nie zachęcało do lojalności ani też nie przemawiało do wyobraźni narodu. Przez pewien czas niczym w desperacji Niemcy usiłowali się skupić wokół sędziwego marszałka Hindenburga, lecz wszystko na próżno. Ogromny potencjał pozostawał niewykorzystany. Z areny politycznej ziało pustką. Tę właśnie pustkę wykorzystał niebawem szaleniec, geniusz okrucieństwa, wcielenie najzapieklejszej nienawiści, jaka tylko może wezbrać w ludzkiej duszy – kapral Hitler.

Francja poważnie się wykrwawiła w czasie tej wojny. Pokolenie, które od 1870 roku marzyło o odwecie, teraz triumfowało, choć kosztem straszliwego nadszarpnięcia żywotnych sił narodu. Jutrzenkę zwycięstwa witał zatem kraj wymęczony i wymizerowany. Lecz głęboko zakorzeniony strach przez Niemcami nie ustąpił nawet w momencie tak oszałamiającego sukcesu. Właśnie dlatego marszałek Foch niezwłocznie zażądał granicy na Renie, gwarantującej bezpieczeństwo Francji na wypadek zakusów znacznie większego sąsiada. Jednak politycy brytyjscy i amerykańscy oponowali, twierdząc, że wchłonięcie przez Francję okręgów zamieszkałych przez Niemców jest sprzeczne z „Czternastoma Punktami” oraz zasadą samookreślenia narodów, na których miał się opierać traktat pokojowy. Z tych też względów sprzeciwili się woli Focha i Francji. Natomiast poparcie Clemeceau pozyskali składając mu trzy obietnice: po pierwsze, angielsko-amerykańskich gwarancji obrony Francji, po drugie, strefy zdemilitaryzowanej i po trzecie, trwałego i całkowitego rozbrojenia Niemiec. Clemenceau zgodził się na to pomimo protestów Focha i tego, co podpowiadał mu instynkt. Traktat gwarancyjny podpisali więc odpowiednio: Wilson, Lloyd George i Clemenceau. Jednak senat amerykański odmówił jego ratyfikowania, nie uznając podpisu prezydenta Wilsona. Nam natomiast, którzy zawsze mieliśmy wzgląd na jego zdanie i pragnienia we wszystkich sprawach dotyczących ustaleń pokojowych, powiedziano bez ceregieli, że powinniśmy lepiej znać konstytucję Stanów Zjednoczonych.

Przerażeni, rozwścieczeni i zdezorientowani Francuzi natychmiast pozbyli się szorstkiego i dominującego nad współpracownikami Clemenceau, nie zważając na jego światowy autorytet i szczególne stosunki z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi.

Poincaré, niewątpliwie najsilniejsza osobowość, która weszła na miejsce Clemenceau, podjął próbę stworzenia niezależnej Nadrenii, pod kontrolą i protektoratem Francji. Zamierzenie to nie miało jednak dużych szans powodzenia. Nie zawahał się także przed wymuszeniem odszkodowań na Niemcach poprzez zajęcie Zagłębia Ruhry. Chociaż posunięcie to nie było naganne z punktu widzenia traktatu, ponieważ zmuszało do przestrzegania jego warunków, brytyjska i amerykańska opinia publiczna zdecydowanie je potępiła. W efekcie ogólnej finansowej i politycznej dezorganizacji Niemiec oraz konieczności spłaty odszkodowań w latach 1919-1923 marka gwałtownie się załamała. Wściekłość wywołana francuską okupacją Zagłębia Ruhry doprowadziła do szaleńczego, prowadzonego na ogromną skalę drukowania banknotów, zmierzającego do zniszczenia podstaw systemu walutowego. W szczytowym okresie inflacji za 1 funta szterlinga płacono 43 biliony marek. Katastrofalne konsekwencje takiego stanu rzeczy nie dały długo na siebie czekać. Przepadły wszystkie oszczędności, a wywołany tym gniew stanowił wodę na młyn narodowego socjalizmu. Jak grzyby po deszczu rozmnożyły się spółki wypaczające całą strukturę niemieckiego przemysłu. Przepadł kapitał obrotowy państwa. Jednocześnie spłacono bądź też odrzucono dług wewnętrzny i dług przemysłu w postaci stałych kosztów kapitałowych i hipotek. Nie było to jednak w stanie zrekompensować utraty kapitału obrotowego. W tej sytuacji naród-bankrut rozpoczął zaciąganie ogromnych pożyczek za granicą i ten obrazek miał się utrwalić na kilka następnych lat. Gorycz i cierpienia Niemców kroczyły ramię w ramię naprzód – dokładnie tak samo jak dziś (Pierwszy tom, czyli ten, z którego pochodzi ten cytat, Churchill zaczął pisać w 1946 roku. Całość skończył w 1953 roku. – przyp. W.L.).

Wrogość Brytyjczyków w stosunku do Niemców, początkowo bardzo wyraźna, w krótkim czasie zmieniła się w coś zupełnie odwrotnego. Pomiędzy Lloydem George’em a Poincarém, którego drażliwość utrudniała brytyjskiemu premierowi prowadzenie zdecydowanej i dalekowzrocznej polityki, doszło do poważnego rozdźwięku. Od tej pory obydwa narody zaczęły kroczyć swoją własną droga, a brytyjska sympatia, a nawet podziw dla Niemiec poczęły się uzewnętrzniać w sposób niezwykle wyraźny.

Aż do 1934 roku potęga zwycięzców w Europie, a nawet na świecie nie była przez nikogo kwestionowana. W ciągu owych szesnastu lat ani razu nie doszło do sytuacji, w której wielka trójka byłych aliantów, a nawet sama Francja i Wielka Brytania, wspierana przez swoich europejskich sojuszników, nie byłaby w stanie kontrolować militarnej potęgi Niemiec samą tylko siłą woli, działając w imieniu Ligi Narodów. Jednak zamiast tego aż do 1931 roku wszelkie wysiłki zwycięzców, a szczególnie Stanów Zjednoczonych, koncentrowane były na wymuszaniu od Niemców odszkodowań przez dokuczliwe nadzory. Procedura taka była jednak całkowitym absurdem, ponieważ owe odszkodowania płacono ze znacznie wyższych pożyczek amerykańskich. Działania te nie przyniosły niczego z wyjątkiem wzajemnej wrogości. Z drugiej jednak strony, ścisłe egzekwowanie aż do 1934 roku klauzuli o rozbrojeniu zawartej w traktacie pokojowym niechybnie zapewniłoby, bez uciekania się do przemocy i rozlewu krwi, pokój i bezpieczeństwo całej ludzkości. Dopóki postanowienia traktatu były naruszane w nieznacznym tylko stopniu, nikomu na tym nie zależało, a gdy przybrały poważne rozmiary, wszyscy uchylili się od odpowiedzialności. W taki sposób zaprzepaszczono ostatnią szansę na trwały pokój. Zwycięzcy całkowicie stracili rozsądek, co w pewnym stopniu wyjaśnia zbrodnie, których dopuścili się pokonani, choć równocześnie absolutnie ich nie tłumaczy. Gdyby zachowano kontrolę nad sytuacją, nie zaistniałaby ani pokusa, ani sposobność do popełnienia owych zbrodni.

xxxxxxxx

Największą zaletą opisu tamtych wydarzeń nie jest to, w jaki sposób Churchill je tłumaczy, tylko sam fakt podania ich do naszej wiadomości. Chyba tylko bardzo naiwny człowiek może uwierzyć w to, że ci ludzie, którzy decydowali o powojennym porządku, stracili rozsądek. Oni po prostu wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych. Ktoś przecież podjął decyzję, że postanowienia traktatu wersalskiego nie będą egzekwowane, że pożyczane Niemcom pieniądze będą przeznaczane na spłatę odszkodowań i na odbudowę gospodarki. O tym na co są przeznaczane pieniądze decyduje ten, kto pożycza, a więc bankierzy. I oni pożyczali Niemcom pieniądze wiedząc, że te pożyczki nie zostaną spłacone. Było więc to świadome działanie, zmierzające do odbudowy potencjału gospodarczego i militarnego Niemiec, bo tylko takie Niemcy mogły podbić Europę i prowadzić wojnę ze Związkiem Radzieckim jak równy z równym.

Dosyć infantylnie tłumaczy Churchill przyczyny hiperinflacji w Niemczech. Pisze on: Wściekłość wywołana francuską okupacją Zagłębia Ruhry doprowadziła do szaleńczego, prowadzonego na ogromną skalę drukowania banknotów, zmierzającego do zniszczenia podstaw systemu walutowego.

W rzeczywistości wyglądało to zupełnie inaczej. W blogu „Hiperinflacja” pisałem:

W momencie, gdy kurs marki wobec dolara doszedł do biliona, zdecydowano się na wymianę waluty. Można by zapytać, dlaczego akurat wtedy? Sama wymiana waluty w trudnej sytuacji gospodarczej nie rozwiązuje żadnego gospodarczego problemu. Po co była ta hiperinflacja? Wyjaśnia to Alan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii. Pisze on:

„Okupacja Ruhry zadała ostateczny cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono już sto sześćdziesiąt tysięcy marek; 1 sierpnia – milion; 1 listopada – sto trzydzieści miliardów. Załamanie marki nie tylko kładło na obie łopatki handel i prowadziło do bankructwa interesów, ale oznaczało również brak żywności w większych miastach i bezrobocie; pociągało za sobą klasyczny skutek wszystkich katastrof ekonomicznych, bo sięgając także w dół dotykało każdego członka społeczeństwa w sposób, w jaki nie dotyka go żadne wydarzenie polityczne. Wszystkie oszczędności klasy średniej i pracującej stopniały za jednym zamachem, tak jak nie zdołałaby ich stopić żadna rewolucja, a jednocześnie siła nabywcza płac została zredukowana do zera. Gdyby nawet ktoś pracował do upadłego, nie zdołałby zakupić odzienia dla rodziny, a w dodatku pracy nie można było znaleźć.

Inflacja ta niezależnie od przyczyn, jakie ją wywołały – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła podwalinami niemieckiego społeczeństwa, tak jak nie wstrząsnęły nimi ani wojna, ani rewolucja listopadowa 1918 roku, ani nawet traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i w znaczenie pieniądza. Gwałtowne ataki Hitlera na zgniły, opanowany przez Żydów system, który dopuścił do tego, zaciekłe napaści na traktat wersalski i na rząd republikański za podpisanie go, znalazły oddźwięk w doprowadzonych do nędzy i rozpaczy szerokich warstwach niemieckiego społeczeństwa.”

Co było przyczyną tej hiperinflacji? Przecież sama z siebie nie bierze się ona. Ktoś musiał drukować te pieniądze, ale wcześniej ktoś musiał podjąć decyzję, by je drukować. Nie wszyscy stracili. Bullock pisze: „a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie”. Z kolei Wikipedia pisze:

„Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.”

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli w hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.” – Wikipedia.

xxxxxxxx

W odczuciu Niemców Republika Weimarska, z całą jej pompą i zdobyczami, stanowiła twór narzucony przez wroga. Coś takiego nie zachęcało do lojalności ani też nie przemawiało do wyobraźni narodu. Przez pewien czas niczym w desperacji Niemcy usiłowali się skupić wokół sędziwego marszałka Hindenburga, lecz wszystko na próżno. Ogromny potencjał pozostawał niewykorzystany. Z areny politycznej ziało pustką. Tę właśnie pustkę wykorzystał niebawem szaleniec, geniusz okrucieństwa, wcielenie najzapieklejszej nienawiści, jaka tylko może wezbrać w ludzkiej duszy – kapral Hitler. – Tak pisał Churchill. Natomiast Alan Bullock w książce Hitler – studium tyranii pisze:

Dwa najbardziej oczywiste sposoby, które prowadzą do najwyższej władzy w państwie – prócz podboju w drodze wojny – to siła, inaczej mówiąc rewolucja, lub zgoda, to jest parlamentarna większość zdobyta w wyborach. Pierwszą Hitler wykluczył, a druga praktycznie nigdy nie wchodziła w grę. Po swoim największym triumfie w wyborach lipcowych 1932 roku, kiedy naziści zdobyli 230 mandatów na ogólną liczbę 608, nie mogli nawet marzyć o zdecydowanej większości. Już po dojściu do władzy, w marcu 1933 roku, uzyskali oni tylko 288 mandatów na 647.

Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia bezwzględnej większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również z ryzykownej próby puczu.

Na pierwszy rzut oka nie było nic bardziej niemożliwego niż taki układ. Jednak ani Schleicher, ani prezydent nie byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Nie wierzyli, aby nadzwyczajne uprawnienia prezydenta mogły być trwałą podstawą do rządzenia krajem. Chcieli takiego rządu, który, gotów do energicznej walki z kryzysem, mógłby również zjednać sobie poparcie szerokich mas i, gdyby to było możliwe, miał za sobą większość w Reichstagu. Brüning nie uzyskał takiej większości w wyborach, Schleicher zaczął więc gdzie indziej szukać poparcia mas, które – jak czuł było konieczne dla prezydenckiej formy rządów.

Hitler z jego sześcioma milionami wyborców wart był zastanowienia. Miał dwa atuty, oba w wysokiej cenie u generała. Sukces nazistów w wyborach obiecywał poparcie mas, którego Hitler mógłby dostarczyć, gdyby się udało go kupić. SA, stanowiąca zorganizowaną siłę i prąca do gwałtownych rozstrzygnięć, groziła rewolucją, gdyby Hitlera wciąż pomijano. W latach 1931-1932 Hitler stale wygrywał więc groźbę rewolucji, której nie chciał, i poparcie mas, którego nie potrafił przekształcić w większość parlamentarną; pierwsze – jako pogróżkę, drugie – jako obietnicę, by nakłonić prezydenta i jego doradców do uznania w nim pełnoprawnego partnera i przekazania mu władzy.

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się już udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy.

xxxxxxxx

Nie było więc tak, że Hitler doszedł do władzy na drodze demokratycznej, że większość Niemców go wybrała i że był to skutek spauperyzowania społeczeństwa po przebytej hiperinflacji i kryzysie z 1929 roku. Przed dojściem Hitlera do władzy najlepszy wynik NSDAP w wyborach to 37%. On sam został wybrany na kanclerza przez wąską grupę ludzi sprawujących wówczas władzę. Z przytoczonych cytatów wynika, że, w sensie gospodarczym, międzywojenne Niemcy były całkowicie zdominowane przez, jak to się ładnie mówi, międzynarodową finansjerę. A skoro tak, to nie ulega wątpliwości, że fakt ten musiał pociągnąć za sobą całkowite uzależnienie elity politycznej Niemiec od tej finansjery. I to właśnie ta finansjera, rękami niemieckich polityków, wywindowała Hitlera do władzy.

Cały ten okres to przygotowywanie Niemiec do kolejnej wojny. W obu przypadkach, I i II wojny światowej, Niemcy zostały wybrane przez międzynarodową finansjerę do ich rozpętania i prowadzenia. Po obu wojnach świat zmieniał się diametralnie. Nic już nie było jak przedtem. Wojna, a właściwie jej zakończenie, jest pretekstem do wprowadzenia wszelkich zmian, jakie tylko władzom przyjdą do głowy, a czego nie mogłyby zrobić w warunkach pokojowych. Wojna wszystko usprawiedliwia.

W wojnie na Ukrainie Rosja pełni taką rolę, jak Niemcy w obu wojnach światowych. Też została wybrana przez międzynarodową finansjerę do jej prowadzenia. Wszystko zaczęło się w 2014 roku, a więc w sto lat po wybuchu I wojny światowej. Czy to przypadek? Niektórzy twierdzą, że nie ma przypadków, są tylko znaki. Sądząc po ilości i skali wszelkiego rodzaju afer finansowych, do jakich obecnie dochodzi w Polsce, należy sądzić, że po tej wojnie to państwo, zwane Polską, przestanie istnieć a razem z nim wszelkie afery, malwersacje itp. pójdą w zapomnienie.

Jak to się zaczęło?

Każdy, kto oglądał komedię Jak rozpętałem drugą wojnę światową, ten wie, że to Franek Dolas ją rozpętał. A jak było z I wojną światową? Komedii na ten temat nie nakręcono, więc pozostają nam tylko domysły. Powszechnie uważa się, że to z powodu zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, ale to był tylko pretekst do jej wywołania. Przygotowania do niej trwały od lat. Opracowywano plany operacyjne, tworzono sojusze.

Sojusze militarne w 1914 roku; źródło: Wikipedia.

W poprzednim blogu cytowałem Churchilla i stwierdziłem, że to, co pisał w swoim dziele Druga Wojna Światowa (polskie wydanie -1994) trzeba czytać na odwrót. Jednak nie zawsze tak jest. Czasem pisze wprost o faktach, które są mało znane albo w ogóle nieznane. Tak było w przypadku przyczyn wybuchu I wojny światowej. Pisze on:

Do połowy 1934 roku rząd JKMości w znacznej mierze panował nad biegiem wydarzeń i wybuch wojny był wówczas niemożliwy. Wielka Brytania wspierana przez Francję i liczne agendy Ligi Narodów mogła w każdej chwili wywrzeć ogromny nacisk na ruch hitlerowski, który zdążył już doprowadzić do głębokiego podziału w społeczeństwie niemieckim. Ponadto wszystko to mogło się odbyć bez rozlewu krwi. Lecz ten etap dobiegł końca. Uzbrojone i kierowane przez nazistów Niemcy, nieuchronnie zbliżały się do pewnej granicy. A mimo to, choć może się to wydawać niewiarygodne, jeszcze w ciągu owego krytycznego roku pan MacDonald, wspomagany przez pana Baldwina, kontynuował prace na rzecz rozbrojenia Francji. Nie mogę tutaj powstrzymać się od zacytowania protestu wygłoszonego przeze mnie w Parlamencie 7 lutego, który wszakże przeszedł bez najmniejszego echa:

Wojny wybuchają nagle. Pamiętam okres, kiedy wszyscy, podobnie jak teraz, patrzyli w przyszłość pełni obaw i niepewności. I nagle, nieoczekiwanie, coś się wydarzyło – coś straszliwego, błyskawicznego, przytłaczającego, nieodwracalnego. Pozwolę sobie przypomnieć, co takiego wydarzyło się w 1914 roku. Nie doszło do żadnego sporu pomiędzy Niemcami a Francją. Po prostu pewnego lipcowego poranka ambasador niemiecki zajechał na Quai d’Orsay i zwrócił się do francuskiego premiera z następującymi słowami: „Zostaliśmy zmuszeni do zmobilizowania naszych sił przeciwko Rosji i zamierzamy wypowiedzieć jej wojnę. Jak w związku z tym faktem zachowa się Francja?” Premier Francji, po skonsultowaniu się ze swoim gabinetem, odpowiedział, że Francja postąpi zgodnie ze swymi interesami. Ambasador zapytał wówczas: „Zawarliście przymierze z Rosją, prawda?” „Zgadza się” – odpowiedział premier Francji. I w ten właśnie sposób w ciągu kilku minut obszar konfliktu, i tak już poważnego na Wschodzie, rozszerzył się niepomiernie poprzez przyłączenie się doń dwóch wielkich narodów europejskich walczących po przeciwnych stronach. Czasami jednak nie wystarcza nawet deklaracja neutralności. Przy tamtej właśnie okazji, jak to dzisiaj nam wiadomo, na wypadek gdyby Francuzi zrezygnowali ze spełnienia swego obowiązku jako sojusznicy Rosji i gdyby okazało się, że skłonni są wycofać się z konfliktu wywołanego przez Niemcy, ambasador niemiecki został upoważniony przez swój rząd do zażądania od Francuzów, aby przekazali oddziałom niemieckim twierdze Toul i Verdun jako gwarancje dochowania obietnicy neutralności na wypadek, gdyby później zechcieli nagle zmienić zdanie.

xxxxxxxx

To oczywiście tylko fragment tego protestu. Dwie rzeczy zwracają uwagę. Pierwsza to to, że rząd angielski w 1934 roku pracował nad rozbrojeniem Francji. Podstawowe pytanie, jakie się nasuwa to – dlaczego? Czyżby po to, by Hitler mógł zająć całą Europę zachodnią, wykorzystać jej zasoby i uderzyć na Związek Radziecki? Jeśli tak, to kto tak naprawdę rządził w Anglii? A we Francji?

Druga rzecz, która zwraca uwagę to zdanie: „Zostaliśmy zmuszeni do zmobilizowania naszych sił przeciwko Rosji i zamierzamy wypowiedzieć jej wojnę.” Zostaliśmy zmuszeni – pisze Churchill, ale nie dodaje przez kogo. Pozostają więc nam tylko domysły. Ale takie przedstawienie przyczyny wybuchu I wojny światowej zdaje się potwierdzać fakt, że rządzą nie ci, którzy są wystawiani na świeczniki, tylko jacyś nieznani przełożeni i teorie spiskowe nie są teoriami spiskowymi, tylko są elementem rzeczywistości.

Zawsze jednak musi być jakiś pretekst, który usprawiedliwi takie, a nie inne działanie. W tym wypadku było to zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda, które stało się tą iskrą zapalną. Zabójcą był serbski nacjonalista Gavrilo Princip, należący do rewolucyjnej, czy może raczej terrorystycznej organizacji Młoda Bośnia, która była powiązana z serbską organizacją Czarna ręka. A więc serbski nacjonalista zabija austriackiego arcyksięcia i już mamy konflikt serbsko-austriacki. Za Serbią musi stanąć Rosja, a za Austrią – Niemcy. Najlepsi scenarzyści i reżyserzy zadbali o każdy szczegół tego spektaklu. Wikipedia pisze:

24 lipca 1914 rząd rosyjski ogłosił wolę obrony Serbii, w razie ataku Austro-Węgier. 26 lipca Austro-Węgry i Niemcy odrzuciły brytyjską propozycję zwołania międzynarodowej konferencji w sprawie rozwiązania sporu. 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii i w tym momencie zaczęła działać „zasada domina”, wywołana skomplikowanym systemem sojuszy międzynarodowych. 29 lipca Rosja zarządziła częściową mobilizację, ale tylko przeciwko Austro-Węgrom i jako krok poparcia dla Serbii. Następnego dnia (30 lipca) Rosja ogłosiła jednak powszechną mobilizację. Niemcy 31 lipca zagroziły wypowiedzeniem wojny w wypadku, gdyby Rosja nie odwołała mobilizacji. W odpowiedzi na to 1 sierpnia także Francja ogłosiła mobilizację. 1 sierpnia II Rzesza ogłosiła wojnę z Rosją, a dwa dni później (3 sierpnia) z Francją.

Ktoś to starannie i od dłuższego czasu przygotowywał poprzez tworzenie sojuszy o podobnym potencjale militarnym i ludnościowym. Bo tylko wtedy, gdy siły będą mniej więcej równe, to konflikt ma szanse trwać długo i wyniszczać obie jego strony. To właśnie dlatego wojna na Ukrainie, czyli wojna NATO – Rosja, trwa już rok i nic nie wskazuje, by miała się szybko skończyć. Gdyby to była wojna Rosja-Ukraina, to skończyłaby się po dwóch tygodniach i bez większych strat ludzkich czy materialnych. A tak trwa już rok, straty materialne potężne i równie potężny jest jej negatywny wpływ na światową gospodarkę. I o to dokładnie chodzi w tej wojnie tym, którzy napisali jej scenariusz, a teraz reżyserują jej przebieg; o to by zginęło jak najwięcej ludzi, by straty materialne były jak największe, by kryzys gospodarczy się pogłębiał. Czy po tej wojnie zmiany będą równie wielkie, jak po I wojnie światowej? Jak wielkie? Tego nie wiemy, ale już teraz widać, że dwa państwa nie przetrwają jej w tym kształcie, w jakim były przed jej rozpoczęciem. To oczywiście Ukraina, która już straciła część swojego terytorium, i Polska, w której dokonuje się podmiana społeczeństwa i być może czeka ją jeszcze utrata tzw. Ziem Odzyskanych.