Austria i Wiedeń

Żydzi, jako naród, to temat skomplikowany i zagadkowy. Jego decydujący wpływ na losy świata wydaje się być niezaprzeczalny. Nie jest łatwo zrozumieć, na czym polega jego fenomen, co nie zmienia tego, że warto próbować, bo to przybliża nas do uzmysłowienia sobie, czym jest nasza rzeczywistość i nasz świat. Takim małym krokiem w tym kierunku może być poznanie postrzegania świata z żydowskiego punktu widzenia. Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim Żydem, pisarzem, dramaturgiem i tłumaczem. W swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienie pewnego Europejczyka PIW 2025, prezentuje swój punkt widzenia na sprawy tego świata i roli w nim żydostwa. Poniżej wybrane fragmenty.

x

Dostosowanie się do środowiska, do narodu i kraju, w którym mieszkają, to dla Żydów nie tylko środek samoobrony, ale i głęboka potrzeba wewnętrzna. Tęsknota za ojczyzną, za spokojem, wytchnieniem, bezpieczeństwem skłania ich do żywiołowego wiązania się z kulturą świata otaczającego. I nigdzie może – z wyjątkiem Hiszpanii w wieku XV – więź taka nie dała szczęśliwszych i płodniejszych rezultatów niż w Austrii. Osiedli od dwustu z górą lat w stolicy cesarstwa, Żydzi zetknęli się tutaj z łatwym w pożyciu, skłonnym do zgody narodem, w którym pod lekkomyślną na pozór powłoką drzemało takie samo głębokie zrozumienie dla wartości duchowych i estetycznych, co w nich samych. I z czymś jeszcze spotkali się w Wiedniu: znaleźli dla siebie zadania życiowe. W ostatnim stuleciu sztuka w Austrii straciła swych starych, tradycyjnych mecenasów i protektorów: dom cesarski i arystokrację. W wieku XVIII Maria Teresa kazała swojej córce brać lekcje muzyki u Glucka, Józef II, jako znawca muzyki, dyskutował z Mozartem o jego operach, Leopold III sam komponował – ale później monarchowie, jak Franciszek II i Ferdynand, nie interesowali się sztuką, a cesarz Franciszek Józef, który przez całe osiemdziesiąt lat swego życia nie tylko nie przeczytał, ale nawet nie wziął do ręki żadnej książki poza regulaminem wojskowym, okazywał nawet wyraźną antypatię do muzyki.

Podobnie arystokracja przestała roztaczać opiekę nad sztuką: minęły owe chwalebne czasy, kiedy to Esterházy gościli u siebie Haydna, Lobkowitzowie, Kinsky i Waldsteinowie ubiegali się o to, kto pierwszy w swoim pałacu usłyszy prawykonanie utworu Beethovena, kiedy hrabina Thun padała na kolana przed geniuszem, błagając, żeby nie wycofywał z Opery Fidelia. Wagner, Brahms, Johann Strauss, Hugo Wolf już nie znajdowali u arystokracji żadnego oparcia. Dlatego też musiało wkroczyć mieszczaństwo, by zająć się utrzymaniem Filharmonii na dawnym poziomie i umożliwić egzystencję rzeźbiarzom i malarzom. Dumę i ambicję Żydów stanowiło to właśnie, że w głównej mierze przyczynili się do utrzymania dobrego imienia kultury wiedeńskiej w jego dawnej świetności. Zawsze kochali to miasto i zżyli się z nim całym sercem, ale dopiero przez umiłowanie sztuki wiedeńskiej poczuli się w pełni równouprawnionymi obywatelami, prawdziwymi wiedeńczykami.

Na życie publiczne nie wywierali dotychczas prawie żadnego wpływu. Blask domu cesarskiego zaćmiewał prywatne fortuny, wysokie stanowiska kierownicze w państwie pozostały w rękach tych, którzy je odziedziczyli; dyplomacja stanowiła rezerwat arystokracji, armia i wyższe urzędy obsadzane były przez stare rody, a Żydzi nawet nie mieli ambicji, by wedrzeć się w uprzywilejowane koła. Taktownie respektowali te tradycyjne przywileje, jako samo przez się zrozumiałe. Przypominam sobie na przykład, że ojciec mój przez całe życie unikał bywania u Sachera, i to nie ze względów oszczędnościowych – różnica cen bowiem między tą restauracją a innymi była śmiesznie mała – ale dlatego, że kierował się naturalnym poczuciem dystansu: czułby się nieswojo czy też uważałby za niewłaściwe sąsiadować ze stolikiem księcia Schwarzenberga lub Lobkowitza. Jedynie w stosunku do sztuki wszyscy w Wiedniu czuli się równouprawnieni, gdyż umiłowanie sztuki uchodziło za powszechny obowiązek, a dzięki udzielanej pomocy i poparciu burżuazja żydowska przyczyniła się w olbrzymim stopniu do rozkwitu kultury wiedeńskiej. Żydzi stanowili gros publiczności, wypełniali sale teatralne i koncertowe, kupowali książki i obrazy, zwiedzali wystawy i wskutek swojego bardziej ruchliwego, a mniej obciążonego tradycją zrozumienia dla sztuki stali się protektorami i pionierami nowoczesności. Prawie wszystkie wielkie zbiory sztuki w XIX stuleciu powstały dzięki nim, prawie wszystkim eksperymentom artystycznym utorowali drogę. Gdyby nie bezustanne mobilizujące zainteresowanie burżuazji żydowskiej, Wiedeń – na skutek gnuśności dworu, arystokracji i milionerów-chrześcijan, którzy woleli trzymać stajnie wyścigowe i urządzać polowania, niż popierać sztukę – pozostałby w dziedzinie sztuki daleko w tyle za Berlinem, podobnie jak Austria pozostała w tyle za Niemcami w dziedzinie polityki. Kto chciał wprowadzić coś nowego lub przyjechał na gościnne występy i szukał w Wiedniu zarówno zrozumienia, jak i audytorium, ten był zdany na burżuazję żydowską. Gdy jeden, jedyny raz w okresie nasilenia antysemityzmu próbowano założyć tak zwany teatr narodowy, nie znaleźli się dla tej imprezy ani autorzy, ani aktorzy, ani publiczność. Po kilku miesiącach ów „teatr narodowy” zbankrutował żałośnie. Na tym przykładzie ujawniło się po raz pierwszy, że dziewięć dziesiątych tego, co świat wielbił jako kulturę wiedeńską XIX wieku, było kulturą popieraną, pielęgnowaną albo wręcz stworzoną przez Żydów wiedeńskich.

Właśnie w latach ostatnich – podobnie jak to działo się w Hiszpanii przed równie tragicznym końcem – żydostwo wiedeńskie stało się artystycznie twórcze, wcale zresztą nie w rodzaju specyficznie żydowskim. Dzięki swemu fantastycznemu darowi asymilacji Żydzi nadali temu, co austriackie, co wiedeńskie, wyraz szczególnie intensywny.

Goldmark, Gustav Mahler i Schönberg odegrali wybitną rolę w muzyce międzynarodowej, Oscar Strauss, Leo Fall i Kálman doprowadzili tradycyjnego walca i operetkę do nowego rozkwitu, Hofmannsthal, Artur Schnitzler, Beer-Hofmann, Peter Altenberg nadali literaturze wiedeńskiej rangę europejską tak wysoką, jakiej nie miała od czasów Grillparzera i Stiftera. Sonnenthal i Max Reinhardt sprawili, że Wiedeń zasłynął na cały świat jako miasto najwspanialszych teatrów, Freud i inni luminarze nauki ściągnęli znów powszechną uwagę na sławny od dawien dawna uniwersytet; we wszystkich dziedzinach – jako uczeni, wirtuozi, plastycy, reżyserzy, architekci, dziennikarze – Żydzi zajmowali w życiu intelektualnym Wiednia niezaprzeczalnie najwyższe pozycje. Dzięki namiętnej miłości do tego miasta zasymilowali się całkowicie i byli szczęśliwi, że mogą służyć sławie Austrii. Uważali swą austriackość za misję wobec świata i – trzeba to powtórzyć w imię uczciwości – duża, jeśli nie największa część tego, co Europa, co Ameryka dziś jeszcze podziwia w muzyce, w literaturze, w teatrze, w rzemiośle artystycznym jako wykwit odnowionej, odmłodzonej kultury austriackiej, zostało stworzone przez Żydów wiedeńskich, którzy w tych osiągnięciach znaleźli spełnienie swych tysiącletnich dążeń duchowych. Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. Dopiero najbliższe dziesięciolecia wykażą, jakiej zbrodni dopuszczono się na Wiedniu, usiłując gwałtem znacjonalizować, sprowincjonalizować to miasto, którego sens i kultura opierały się właśnie na splocie najróżnorodniejszych elementów, na jego duchowej ponadnarodowości. Geniusz Wiednia – specyficznie muzyczny – polegał na tym, iż potrafił zharmonizować w sobie wszystkie sprzeczności narodowe i językowe. Jego kultura była syntezą wszystkich kultur zachodnich. Każdy, kto tu mieszkał i pracował, czuł się wolny od wszelkich przesądów. Łatwo było w Wiedniu czuć się Europejczykiem i wiem, że dużej mierze mam do zawdzięczenia temu miastu, które już za Marka Aureliusza broniło rzymskiego, uniwersalnego ducha, że tak wcześnie nauczyłem się miłować całym sercem ideę wspólnoty i uważać ją za własną.

Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu. Niemcy na północy spoglądali nieco gniewnie i pogardliwie na nas, sąsiadów znad Dunaju, którzy, miast być „bitnymi” i utrzymywać rygorystyczny porządek, żyją po epikurejsku, dobrze jedzą, bawią się, bywają w teatrach – i w dodatku komponują znakomitą muzykę. Zamiast niemieckiej „tężyzny”, która wszystkim innym narodom w końcu obrzydziła i wypaczyła życie, zamiast zachłannej woli górowania nad innymi i wiecznego gnania przed siebie – ludzie w Wiedniu lubili pogawędzić sobie przyjemnie, kultywowali harmonijne życie towarzyskie; dobrodusznie i może aż nazbyt tolerancyjnie pozostawili każdemu jego cząstkę bez cienia zawiści. Leben und leben lassen – ta słynna wiedeńska dewiza, która dziś jeszcze wydaje mi się bardziej ludzka niż wszelkie kategoryczne imperatywy, przyjęła się we wszystkich warstwach społeczeństwa. Biedni i bogaci, Czesi i Niemcy, żydzi i chrześcijanie żyli spokojnie mimo zdarzających się czasem drobnych utarczek; nawet polityczne i społeczne fermenty były wolne od owej straszliwej nienawiści, która niby jadowity osad pozostała w krwiobiegu czasów po pierwszej wojnie światowej. W starej Austrii walczono jeszcze po rycersku, obrzucano się co prawda nawzajem inwektywami w prasie, w parlamencie, ale po wygłoszeniu swych cycerońskich tyrad deputowani zasiadali w najlepszej zgodzie przy piwie lub kawie i mówili sobie „ty”. Nawet gdy Lueger, przywódca partii antysemickiej, został burmistrzem miasta, w życiu codziennym nic nie zmieniło się; muszę przyznać, że ani w szkole, ani na uniwersytecie, ani w świecie literackim nie doznałem najmniejszej dyskryminacji czy zniewagi jako Żyd. Nienawiść jednego kraju do drugiego, jednego narodu do innego, stolika do stolika nie tryskała codziennie z gazet, nie separowała człowieka od człowieka, narodowości od narodowości. Jeszcze owe uczucia stadne nie były tak obrzydliwie przemożne w życiu publicznym, jak dzisiaj. Wolność osobista uchodziła – trudno to sobie obecnie wyobrazić – za rzecz samą przez się zrozumiałą. Tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś, za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną.

x

Nigdy nie zapomnę widoku, jaki przedstawił się moim oczom, gdy pewnego dnia wszedłem do biura podróży w Londynie: tłoczyły się tam tłumy uchodźców, przeważnie Żydów; wszyscy chcieli wyjechać, wszystko jedno dokąd. Obojętne, do jakiego kraju, czy na lodowaty Biegun Północny, czy na rozpalone piaski Sahary, byle wyjechać, byle dalej, gdyż wiza tranzytowa już się kończyła, trzeba ruszać dalej, dalej, z żoną i dzieckiem, pod inne gwiazdy, w świat nieznanej mowy, między ludzi, obcych i niechętnych emigrantom.

Pewnego razu spotkałem w tym biurze bardzo bogatego przemysłowca z Wiednia, którego znałem jako jednego z najinteligentniejszych kolekcjonerów dzieł sztuki. Nie poznałem go w pierwszej chwili, taki był stary, siwy, wymęczony. Obiema rękami uczepił się stołu. Zapytałem, dokąd chce jechać.

„Nie wiem – odpowiedział – kto nas dziś pyta, czego chcemy? Ludzie jadą tam, gdzie ich wpuszczają. Ktoś mi mówił, że tutaj można dostać wizę do San Domingo lub na Haiti”.

Aż serce się we mnie ścisnęło: ten zmęczony życiem, stary człowiek, mający dzieci i wnuki, dygoce w nadziei, że uda mu się pojechać do kraju, który dawniej z trudem znalazłby na mapie; a tam, obcy i nikomu nie potrzebny, żebrać będzie o kawałek chleba. Tuż obok ktoś pytał z rozpaczliwą nadzieją, czy może dostać się do Szanghaju, słyszał, że Chińczycy podobno przyjmują jeszcze uchodźców. Tak się tłoczyli tu ci wszyscy – dawni profesorowie uniwersytetów, dyrektorzy banków, kupcy, właściciele ziemscy, muzycy – a każdy z nich pragnął przewieźć przez góry i morza nędzne szczątki swej egzystencji byle gdzie, zrobić, co się da, przecierpieć, ile się da, byle uciec z Europy, byle uciec, uciec, uciec!

Było to zbiorowisko upiorów. Ale najbardziej wstrząsnęła mną myśl, że tych pięćdziesięciu umęczonych ludzi to zaledwie malutka czołówka rozproszonej, olbrzymiej pięcio-, ośmio-, może dziesięciomilionowej armii Żydów, która już jest w marszu, już napiera na nich z tyłu, armia obrabowanych, stratowanych przez wojnę milionów, czekających na przesyłki od komitetów dobroczynności, na zezwolenia od władz, na pieniądze na podróż. Ta gigantyczna masa, wypłoszona i uciekająca w panicznym strachu przed pożarem, jaki wzniecił Hitler, oblegała dworce wszystkich stacji granicznych Europy i wypełniała więzienia. Cały naród został skazany na wygnanie; odmawiano mu prawa nazywania się narodem, a jednak jest narodem i od dwóch tysięcy lat nie pragnie niczego więcej, niż zaprzestać wiecznej tułaczki i poczuć pod znużonymi stopami ziemię, cichą, spokojną ziemię.

Ale najtragiczniejsze w tragedii Żydów XX stulecia było to, że cierpiąc, nie widzieli sensu w tym cierpieniu i nie poczuwali się do winy. Ich praojcowie i przodkowie, skazani na wygnanie w średniowieczu, wiedzieli przynajmniej, że cierpią za swoją wiarę, za swoje prawa. Posiadali jeszcze ów talizman duchowy, jaki ludzie współcześni utracili od dawna: niewzruszoną wiarę w Boga. Żyli i cierpieli w dumnym urojeniu, że są narodem wybranym, że Stwórca świata wyznaczył im los, specjalne posłannictwo, a prorocze słowa Biblii starczyły im za prawo i nakaz. Kiedy rzucano ich na stos, przyciskali do piersi swoje święte księgi i trawieni żarem wewnętrznym, nie odczuwali tak silnie ognia pożerających płomieni. Gdy gnano ich z jednego kraju do drugiego, wiedzieli, że pozostaje im jeszcze ostatnia ojczyzna, ich ojczyzna w Bogu, z której nie przepędzi ich ziemska potęga, ani król, ani cesarz, ani inkwizycja. Dopóki wiązała ich wspólna religia, stanowili jeszcze wspólnotę – i w tym tkwiła ich siła. Gdy ich wypędzano, prześladowano, rozumieli, że muszą odpokutować za swoją winę, za to, że pragnęli odróżnić się i wyodrębnić religią i obyczajami od innych narodów świata. Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

Nawet Freud, najświetniejszy umysł tej epoki, z którym często w owych czasach rozmawiałem, nie widział żadnego wyjścia, żadnego sensu w tym bezsensie. A może właśnie w tym tkwi ostateczny, mistyczny sens żydostwa, które w zagadkowy sposób potrafi wszystko przeżyć i przetrwać, żeby odwieczne pytanie Hioba do Wiekuistego nie zostało całkowicie zapomniane na tej ziemi.

xxx

To, co decyduje o tym, że Żydzi rządzą światem to:

  • rozproszenie
  • asymilacja
  • monopol na emisję pieniądza
  • monopol w handlu

Żeby panować nad światem, to trzeba być rozproszonym po nim. Żeby skutecznie podporządkować sobie narody rdzenne, to trzeba się z nimi zasymilować, czyli trzeba udawać, że jest się członkiem danego narodu, a jednocześnie pozostawać Żydem. I tu zaczyna się kwadratura koła, czyli asymilacja pozorna prowadzi, prędzej czy później, do asymilacji faktycznej, co tak obrazowo przedstawił Zweig, opisując życie Żydów w Wiedniu na przełomie wieków i na początku XX wieku. Napisał, że nigdzie nie było im tak dobrze, z wyjątkiem Hiszpanii w XV wieku, jak w Austrii. A to oznaczało, że w obu przypadkach doszło, czy może dochodziło, do faktycznej asymilacji.

Panowanie nad światem wymaga rozproszenia i pozornej asymilacji. Gdy ta asymilacja staje się faktyczną, to dominacja nad światem wymyka się z rąk. Żydowskie kierownictwo, czy ci, którzy nimi kierują, muszą reagować. Co w takim wypadku należy czynić? Co można zrobić z ludźmi, którzy dorobili się czegoś, żyją wygodnie, chodzą do kawiarń czy piwiarń, na koncerty czy wystawy, komponują czy piszą książki w języku niemieckim, a nie – hebrajskim? Mówiąc brutalnie, trzeba ich wymordować lub wygonić i zastąpić innymi, którzy zachowali w sobie żydowski pierwiastek i którym jeszcze coś się chce. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, nie ma innej metody, by pozostałych Żydów zjednoczyć, ożywić w nich żydowskość i zmotywować do działania.

Można więc, w pewnym uproszczeniu, powiedzieć, że historia świata sprowadza się do takich cyklicznych wypędzeń i holokaustów. A kto to robi? Jeśli Żydzi są tak potężni, a przede wszystkim rządzą pieniądzem, to czy to nie oni sami są sprawcami tych drastycznych procesów? Nawet jeśli, po części, są w to zaangażowani członkowie narodów rdzennych, to tylko dlatego, że są od nich uzależnieni.

Czy zatem w rewolucji francuskiej chodziło o to, by starą nieżydowską arystokrację zastąpić żydowskim mieszczaństwem? Ta arystokracja również była żydowska, tylko chyba już za bardzo zasymilowana i gnuśna. Czyż starzy austriaccy arystokraci, Schwarzenberg i Lobkowitz, nie byli, jak same nazwiska wskazują, Żydami? Najwyraźniej czas przed II wojną światową dojrzał, według kierowników żydostwa, do „ostatecznego rozwiązania”, które nie było żadnym ostatecznym rozwiązaniem, bo przecież Hitler nie zajął całej Europy, nie mówiąc o świecie. Chodziło tylko o kolejne przetasowanie wśród Żydów, by tych zblazowanych zastąpić nowymi i by na nowo pobudzić żydowską solidarność i aktywność.

Ciągłe przemieszczanie Żydów i permanentne ich przekonywanie o zagrożeniu, jakie im grozi ze strony narodów rdzennych, jest niezbędne do zachowania żydowskiej tożsamości. Ciągłe przemieszczanie się Żydów wśród narodów rdzennych pozwala im nie tylko na czerpanie z ich mądrości czy doświadczeń, ale również na akumulowanie tej wiedzy i przekazywanie następnym pokoleniom.

Gromadzona przez stulecia, nieznajdująca ujścia energia intelektualna związała się ze zmęczoną już nieco tradycją, nasyciła ją, ożywiła, odświeżyła nową siłą i niezmordowaną ruchliwością. – pisał Zweig. Ta intelektualna przewaga Żydów właśnie z tego wynika, a nie z tego, jak nam próbują oni wmówić, z ich genetycznej wyższości. Nie przypadkiem większość pisarzy czy tłumaczy w różnych krajach to Żydzi. Ciągłe obracanie się wśród różnych narodów wymusza naukę ich języków, czyli rozwijanie tych zdolności i nie tylko tych.

Kryzys wśród żydostwa już w końcu XIX wieku skłonił ich do szukania rozwiązania tego problemu, czyli postępującej asymilacji faktycznej. Lekarstwem na to miał być nie tylko holokaust, ale też syjonizm i stworzenie w Palestynie żydowskiego państwa. Jednak historia państwa Izrael pokazuje, że własne państwo żydowskie również jest problemem i powoduje jakąś degrengoladę Żydów i stąd zapewne ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, które mają na celu utrzymanie ich w ryzach. Nie do końca to się chyba udaje i dlatego być może koniecznością jest szukanie bardziej radykalnego środka i prowokowanie Iranu, który od czasów perskich jest rządzony przez Żydów, ma być tym rozwiązaniem.

Wygląda więc na to, że dzieje świata sprowadzają się do ciągłej walki Żydów o utrzymanie żydostwa w ryzach, tak by nie ulegało ono asymilacji faktycznej z narodami rdzennymi, co jest warunkiem koniecznym do utrzymania ich dominacji nad nimi, a tym samym nad światem. Wymaga to ofiar nie tylko ze strony żydowskiej, ale również i innych narodów.

x

Stefan Zweig opuścił Austrię w 1934 roku. Zostawił tam wszystko, co miał, zarówno w sensie materialnym jak i emocjonalnym. Początkowo wyjechał do Anglii, następnie przebywał w Stanach Zjednoczonych i w końcu dotarł do Brazylii, gdzie w lutym 1942 roku popełnił samobójstwo.

Kreowanie konfliktu

Od czasu wybuchu wojny na Ukrainie mamy do czynienia z dziwnymi decyzjami polskiego rządu. Niektórzy, jak choćby Tomasz Piekielnik czy Leszek Sykulski, tłumaczą to tzw. aferą podkarpacką i szantażem niektórych polskich polityków. Problem jednak polega na tym, że nie są to polscy politycy tylko ukraińscy, którzy udają polskich.

W dniu 22 września ukazał się na Interii artykuł Zmiany przepisów o pobycie Ukraińców w Polsce. Kijów: Nie możemy ignorować, w którym Iryna Wereszczuk, wiceszefowa biura prezydenta Zełeńskiego, nie pozostawiła złudzeń, kto rządzi w tym kraju Zulu-Gula. Poniżej fragment:

Ukraińskie władze nie mogą ignorować stopniowego zaostrzania zasad pobytu Ukraińców w Polsce – stwierdziła Iryna Wereszczuk, wiceszefowa biura prezydenta Zełenskiego. Wskazała również na rozmowy z “polskimi partnerami” o wsparciu dla osób, które planują powrót do Ukrainy.

“W Warszawie spotkałam się z naszymi rodakami mieszkającymi w Polsce. Nie jest im łatwo. Jest to szczególnie trudne dla osób starszych, osób niepełnosprawnych, samotnych matek z małymi dziećmi” – napisała Wereszczuk w mediach społecznościowych w niedzielę.

Cytowana przez agencję Interfax-Ukraina wskazuje, że Kijów “nie może ignorować stopniowego zaostrzania warunków pobytu Ukraińców w Polsce”.

x

Tomasz Piekielnik w swoim komentarzu z dnia 22 września w 10:20 tak mówi:

Pewna ukraińska aktywistka, Natalia Panczenko, która Polakom kojarzy się raczej z szantażem i z groźbami dotyczącymi pożarów w Polsce, która mówiła przecież, że jeśli Polska nie będzie Ukraińców wspierać, spraw ukraińskich w Polsce, to tutaj będzie problem, będzie bunt, będą pożary, będą płonąć hale, magazyny. Z tym kojarzy się Natalia Panczenko. I teraz jest reprezentantką Polski w Stanach Zjednoczonych w związku z pewnymi politycznymi działaniami.

W 38:30 Piekielnik cytuje wpis Panczenko zamieszczony przez nią na Facebook-u. Poniżej jego fragment:

Na zaproszenie U.S. Department of State oraz U.S. Embassy Warsaw przebywam teraz w USA, gdzie biorę udział w prestiżowym programie International Visitor Leadership Program (IVLP). 

To dla mnie wyjątkowy zaszczyt reprezentować Polskę i spotkać się w Stanach Zjednoczonych z ekspertami z całego świata w ramach tematu przewodniego „wzmacnianie bezpieczeństwa”.

Na co dzień zajmuję się wzmacnianiem bezpieczeństwa Polski i naszego regionu. Szczególnie bliskie są mi tematy cyberbezpieczeństwa oraz walki z dezinformacją – wyzwań, które stają się coraz bardziej istotne dla nas wszystkich.

To jest – mówi Piekielnik – plucie Polakom w twarz, wysyłać Ukrainkę, zapraszać Ukrainkę, by reprezentowała Polskę za granicą w Stanach Zjednoczonych. To są sprawy, które rozgrywane są nam na naszych oczach i nie łudźmy się, że te środowiska, z którymi prezydent Nawrocki spotyka się, między innymi mieszają tutaj, by tak to się właśnie działo, by jawnie pluć Polakom w twarz, by pokazywać, że polskimi sprawami to będą rządzić Ukraińcy, Niemcy, Żydzi i Amerykanie, ale nie Polacy. Co z polskimi elitami? Ponieważ zostały wymordowane, a to z lewej, a to z prawej, a to przez Niemców, a to przez bolszewików, a to przez jeszcze nie wiadomo jakie siły, UB, SB, to już działo się w Polsce. Któż tworzył te organizacje, któż tworzył piony decyzyjne? – To jest wszystko do rozważenia przez Państwa we własnym zakresie. Natomiast, jeśli tych elit nie ma, z dziada pradziada, to uważam, iż pora jest obudzić w sobie, proszę Państwa, elitarność, polskość, propolskość. Polecam to Państwu bardzo serdecznie, aby każdy z Państwa obudził w sobie te odpowiednie pokłady mentalne, duchowe, polskie, aby powstały polskie elity.

x

Podstawowe pytanie, jakie należy sobie zadać to: dlaczego Polska? Dlaczego inne kraje graniczące z Ukrainą, a więc Słowacja, Węgry, Rumunia nie są tak zaangażowane w pomoc Ukrainie, w przyjmowanie „uchodźców”; dlaczego politycy tych państw nie reprezentują interesów Ukrainy i nie mówią, że pomoc Ukrainie jest najważniejsza? Odpowiedź jest bardzo prosta – to historia.

Żeby to wszystko zrozumieć, to trzeba cofnąć się do czasów zamierzchłych. Polska Piastów była częścią I Rzeszy, o czym pisałem w blogu 1025, a więc nie było wtedy suwerennego państwa polskiego. Dopiero Łokietek z księcia, czyli kogoś podległego, staje się królem, czyli, przynajmniej formalnie, kimś niezależnym. To państwo, czyli Zjednoczone Królestwo Polskie, powstaje po to, by połączyć się później w unię personalną z częścią byłej Rusi Kijowskiej, czyli z Wielkim Księstwem Litewskim. I w ten sposób wielki książę litewski Jagiełło staje się królem Polski. Połączenie części I Rzeszy z częścią byłej Rusi Kijowskiej daje w efekcie twór zwany I Rzeczpospolitą.

Zanim jednak do tego doszło, to Europa środkowa doświadczyła mongolskich najazdów. Dotarli do Legnicy, łupili ziemie polskie, zdziesiątkowali ludność, zrujnowali gospodarkę. Tego też doświadczyły Węgry i Czechy. A jednak Mongołowie nie próbowali pójść dalej na zachód – wycofali się. Na tak oczyszczony teren wkroczyli Niemcy. Ich osadnictwo było totalne. Zdominowali miasta i wsie. Każda rodzina niemiecka dostawała 1 łan ziemi, czyli 18 ha i szereg zwolnień od podatków. Nie ulega więc wątpliwości, że ludność ta szybko zdominowała pozostałą, która wkrótce popadła w stan chłopa pańszczyźnianego, czyli niewolnika.

Nie wiadomo jak później potoczyły się losy ludności niemieckiej, ale pojawiła się szlachta. Czy to byli Żydzi, którzy w wyniku różnorakich operacji finansowych przejęli dobrze prosperujące, na skutek przyznanych uprzednio ulg i udogodnień, gospodarstwa niemieckie? Czy ludność niemiecka została sprowadzona, przynajmniej w części, do stanu chłopów pańszczyźnianych? Prawdopodobnie tak.

Unia personalna Polski i Litwy, trwająca od 1385 do 1569 roku, służyła dostosowaniu Królestwa Polskiego do standardów WKL. Oznaczało to w praktyce marginalizację mieszczaństwa i sprowadzenie chłopów do stanu niewolnictwa. Warstwą dominującą stała się szlachta. W tym momencie niemiecka ludność napływowa podzieliła los miejscowej ludności i zapewne w większości zasiliła stan chłopów pańszczyźnianych. A kim była szlachta? Jakie miała korzenie?

W wyniku unii horodelskiej z 1413 roku 47 rodów rusińskich i litewskich bojarów adoptuje 47 herbów szlachty polskiej. Był to ewenement na skalę światową, bo przecież nigdzie warstwy wyższe nie dzieliły się swoim szlachectwem w aż tak rozrzutny sposób. W każdym razie bojarzy rusińscy i litewscy stali się polskimi panami.

Na krótko przed unią lubelską z WKL, czyli unią realną, zostaje wydzielone województwo podlaskie, wołyńskie, bracławskie i kijowskie, czyli w dużym stopniu obszar dzisiejszej Ukrainy. Te województwa zostają przyłączone do Korony i dopiero wtedy dochodzi do unii z Litwą, czyli okrojonym WKL. Tak więc w przededniu unii lubelskiej powstaje wspólne państwo polsko-rusińskie. W sejmie Rzeczypospolitej zasiadają posłowie i senatorowie koronni i litewscy. Problem polega jednak na tym, że rusińscy posłowie i senatorowie z południowej części WKL wraz z posłami i senatorami litewskimi stanowią większość w sejmie Rzeczypospolitej. Posłowie i senatorowie z dawnej Korony są w mniejszości. W ten sposób Rzeczpospolita zostaje zdominowana przez elity ze wschodu, które nazywa się powszechnie polskimi.

Ledwie doszło do unii lubelskiej, a już na Ukrainie zaczęły wybuchać powstania tam, gdzie Szwed, Jan Kazimierz, nadał wielkie dobra Wiśniowieckiemu, który przeszedł na katolicyzm. Chmielnicki z kolei pozostał przy prawosławiu. Obaj kształcili się w kolegium jezuickim we Lwowie. Bojarzy rusińscy, którzy przeszli na katolicyzm, mogli zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej. Z tym wiązały się większe prawa i przywileje, których nie mieli pozostali bojarzy. I to było prawdziwe podłoże tych wszystkich powstań.

Taki państwowo-podobny twór mógł trwać dłużej, gdyby wielcy tego świata tak zdecydowali. Doszło jednak do rozbiorów. Na terenach należących kiedyś do I Rzeszy, czyli w Wielkopolsce i w Królestwie Polskim, germanizowano i rusyfikowano miejscową ludność, natomiast na ziemiach byłego WKL prowadzono w XIX wieku intensywną polonizację, polegającą głównie na uczeniu miejscowej ludności języka polskiego i zachęcano ją do przechodzenia na katolicyzm. Z tym zapewne wiązały się też jakieś korzyści materialne i pewnie awans społeczny. Prawdopodobnie wielu osobom zmieniano nazwiska na polskie. Tam też kwitło życie kulturalne i intelektualne. Wszak większość pisarzy pochodziła z Kresów i tworzyła w języku polskim. W sumie więc powstał tam naród polski, bo wcześniej takiego nie było. Była szlachta, która uważała się za odrębny naród, za Sarmatów. Natomiast reszta posługiwała się ludowym językiem polskim. Dopiero w dobie reformacji „podrasowano” język polski. Pojawił się Rej i Kochanowski, którzy stworzyli podwaliny pod język literacki. Później, w XIX wieku, wzbogacili go głównie Prus i Sienkiewicz.

Tak więc unia lubelska umożliwiła transformację bojarów litewskich i rusińskich w polskich panów, czyli stworzenie polskich elit o wschodnich korzeniach, a w XIX wieku ukształtowano polski naród z ludności byłego WKL. Te dwa żywioły całkowicie zdominowały ludność z dawnej Korony, czyli trenów, które wcześniej były częścią I Rzeszy. Do tego w okresie Królestwa Polskiego, będącego w praktyce częścią Rosji, napłynęło wielu Rosjan, którzy opanowali administrację i inne instytucje i już tu zostali, bo do Rosji Radzieckiej nie mieli po co wracać. I jeszcze powojenne przesiedlenia z Kresów na ziemie poniemieckie. Mamy więc w obecnej Polsce ludzi z korzeniami wschodnimi, którzy dominują na wszystkich szczeblach władzy i nie tylko tam oraz pozostałych, zmarginalizowanych. Zatem nie może dziwić, że obecne władze w Polsce zachowują się tak, jak się zachowują. Przypomina to postępowanie „elit” I RP. Analogia jest aż nadto widoczna.

Po 24 lutego 2022 roku wytworzyła się nowa sytuacja, przypominająca jednak tę z czasów po unii lubelskiej. Na trenie obecnej Polski znalazło się mnóstwo obywateli Ukrainy, którzy mają tu większe prawa i szereg przywilejów, których nie mają obywatele III RP. Większość z nich ma korzenie wschodnie i zapewne przeważają ci z ukraińskimi, którzy deklarują się jako Polacy, bo przecież mają polskie obywatelstwo. I ci właśnie stają się coraz bardziej widoczni, coraz bardziej hałaśliwi. W sumie więc jesteśmy w trakcie kreowania konfliktu polsko-ukraińskiego, bo tak będzie on nazywany w mediach, choć faktycznie będzie to konflikt ukraińsko-ukraiński.

Trzeba jednak na to spojrzeć bez emocji. Żadna elita nie podzieliłaby się swoimi herbami z kimś obcym. Jeżeli tak się stało to dlatego, że ta polska szlachta to byli Żydzi, którzy zgodzili się na zaadoptowanie ich herbów przez Żydów z WKL. I tak Żydzi ukraińscy zaczęli udawać polskich panów. A obecnie Żydzi polscy z Żydami ukraińskimi kreują nowy konflikt w Polsce i intensywnie podżegają do protestów niczego nieświadomą ludność.

x

Jedno zdanie w komentarzu Piekielnika zwróciło moją uwagę: „Co z polskimi elitami? Ponieważ zostały wymordowane, a to z lewej, a to z prawej, a to przez Niemców, a to przez bolszewików…”

Jeśli mówi on o Niemcach, to powinien również mówić o Rosjanach, albo mówić o nazistach i bolszewikach. I jedni i drudzy to w większości Żydzi. Najlepszy wynik NSDAP w wyborach to 37%. Natomiast Hitler doszedł do władzy w wyniku układu, jaki zawarły pomiędzy sobą główne siły polityczne w Niemczech. Naziści nie mieli szans na zdobycie władzy w wolnych wyborach. Wmawianie nam, że wszyscy Niemcy to naziści, to też element jakiejś polityki. Takie dziwne antyniemieckie nastawienie dostrzegam nie tylko u niego i takie dziwne zarazem rusofilstwo. Sąsiadujemy z Niemcami, i jak z innymi sąsiadami, tak i z nimi powinniśmy starać się mieć dobre stosunki. Ale czy to oznacza, że Piekielnik wie, że w Polsce dominują ludzie ze wschodnimi korzeniami i to o nich trzeba zabiegać? Z nimi chce tworzyć te polskie elity?

Naoczny świadek

Stefan Zweig (1881-1942) był austriackim pisarzem żydowskiego pochodzenia. W swojej ostatniej książce, Świat wczorajszy – wspomnienia pewnego Europejczyka PIW 2025, opisuje również swoje wrażenia z zetknięcia się z niemieckim nazizmem. Ponieważ nazizm nie jest przeszłością, wręcz przeciwnie, ten w wersji ukraińskiej ma się dobrze, to może warto przypomnieć jego uwagi, ku przestrodze czy może raczej już jako alarm, że sprawy w Polsce idą w bardzo złym kierunku, bo państwo polskie coraz bardziej staje się państwem ukraińskim, a właściwie jest już nim, tylko nikt tego nie nazywa po imieniu. No bo jeśli przy wschodniej granicy Polski powstał poligon, na którym norwescy żołnierze szkolą ukraińskich, o czym wspominał w jednym ze swoich komentarzy Tomasz Piekielnik, to czyje to jest państwo i czyich interesów pilnuje?

x

Jest to nieodwracalne prawo historii, że właśnie naoczni świadkowie wielkich, znamiennych dla swojej epoki ruchów i wydarzeń w pierwszym okresie nie poznają się na nich. Szczerze mówiąc, i ja nie mogę sobie przypomnieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem imię i nazwisko Hitlera, człowieka, który więcej zła i krzywdy wyrządził naszemu światu niż ktokolwiek na przestrzeni stuleci.

A przecież nazwisko to od wielu lat tkwi w naszych myślach; co dzień, co chwila niemal zmuszeni jesteśmy powtarzać je w związku z różnymi sprawami. Musiałem usłyszeć je w każdym razie dość wcześnie, gdy do Salzburga, odległego zaledwie o dwie i pół godziny jazdy pociągiem od sąsiadującego z nim niejako Monachium, nawet sprawy lokalne dochodziły nader szybko. Wiem tylko tyle, że pewnego dnia – daty już nie pamiętam – przyjechał do mnie znajomy i skarżył się, że w Monachium znów jest niespokojnie. Szleje tam jakiś zacietrzewiony agitator nazwiskiem Hitler; urządza wiece kończące się z reguły bójkami, w najordynarniejszy sposób podżega przeciw republice i przeciw Żydom.

Nazwisko to puściłem mimo uszu, nie interesowałem się nim bliżej. Najrozmaitsi agitatorzy i warchoły szybko wypływali w zdezorganizowanych Niemczech i równie szybko znikali. Różne były pucze: kapitana Ehrhardta na czele jego oddziałów bałtyckich, Wolfganga Kappa, morderców z sądów kapturowych, bawarskich komunistów, nadreńskich separatystów, przywódców Freikorpsów. Setki takich małych pęcherzyków wypływały na powierzchnię w toku ogólnej fermentacji, a gdy pękały, nie pozostawiały po sobie nic prócz zlej woni świadczącej wymownie, iż w otwartej ranie Niemiec trwa jeszcze ukryty proces gnilny. Również i pisemko nowego ruchu narodowosocjalistycznego wpadło mi kiedyś w ręce – nazywało się „Miesbacher Anzeiger” (z czasem znalazło swojego następcę w „Völkischer Beobachter”). Ale Miesbach było tylko małym miasteczkiem, a gazeta – ordynarnym świstkiem. Kogo to obchodziło?

Wkrótce potem jednakże w pobliskich pogranicznych miejscowościach Reichenhall i Berchtesgaden, w których bywałem co tydzień, zaczęły pojawiać się małe, a potem coraz większe grupki młodych chłopców w butach z cholewami i w brunatnych koszulach, a każdy z nich nosił na ramieniu jaskrawą opaskę ze swastyką. Urządzali wiece lub maszerowali, paradowali po ulicach, śpiewając lub krzycząc, zaklejali ściany ogromnymi plakatami lub zasmarowywali je swastykami. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nad tymi bandami, które pojawiły się tak niespodziewanie, czuwać muszą jakieś siły finansowe i wpływowe. Działalność Hitlera ograniczała się wówczas tylko do przemówień w bawarskich piwiarniach, nie mógł więc tysięcy tych młodych chłopców uzbroić w tak kosztowny aparat. Najwidoczniej czyjeś silniejsze ręce popierały nowy „ruch”. W czasach takiej nędzy, że prawdziwi weterani wojskowi chodzili jeszcze w zdartych, postrzępionych łachach, mundury ich były prosto spod igły, a „oddziały szturmowe”, wysyłane od miasta do miasta, dysponowały zadziwiająco bogatym parkiem nowiutkich samochodów, motocykli i ciężarówek. Poza tym nie ulegało wątpliwości, że ci młodzi ludzie byli szkoleni przez dowódców wojskowych w taktyce – jak to się wówczas nazywało, „w dyscyplinie paramilitarnej” – i że to regularne, techniczne szkolenie na ochotniczym materiale prowadziła Reichswehra, na której usługach Hitler był od początku jako tajny agent.

Przypadkowo nadarzyła mi się wkrótce sposobność przyjrzenia się takiej dobrze przygotowanej „akcji bojowej”. Gdy w jednym z pogranicznych miasteczek odbywało się najspokojniej w świecie zebranie socjaldemokratyczne, nadjechały nagle cztery ciężarówki pełne młodych narodowych socjalistów z gumowymi pałkami – i powtórzyło się dokładnie to samo, co widziałem wówczas na placu Św. Marka w Wenecji: zaskoczyli tamtych, nieprzygotowanych, szybkością działania. Była to ta sama przejęta od faszystów metoda, tylko zgodnie z niemieckim duchem drobiazgowej systematyczności jeszcze precyzyjniej opracowana pod względem wojskowym. Na odgłos gwizdka SA-mani zeskoczyli błyskawicznie z samochodów i od razu zaczęli okładać gumowymi pałkami każdego, kto był pod ręką, zanim policja zdążyła zainterweniować lub sami robotnicy zareagować; potem znów wskoczyli na samochody – i już ich nie było. Uderzyła mnie ściśle wykonywana technika wyskakiwania i wskakiwania na jeden ostry gwizdek dowódcy. Widać było, że każdy z chłopców wiedział z góry, miał to wdrożone w każdy nerw i każdy mięsień, jakim ruchem i przy którym kole ma zeskoczyć z auta, tak żeby nie stanąć na drodze sąsiadowi i nie zepsuć wyreżyserowanej z góry całości. Nie decydowała tu bynajmniej zręczność indywidualna, każda z tych czynności ćwiczona była niewątpliwie dziesiątki, a może nawet setki razy w koszarach i na placu musztry. Rzucało się w oczy, że oddziały te zostały wyszkolone do atakowania, do akcji gwałtownych i terrorystycznych.

Wkrótce dowiedzieliśmy się czegoś więcej o tych konspiracyjnych manewrach w Bawarii. Gdy wszyscy jeszcze smacznie smacznie spali, ci młodzi chłopcy wymykali się z domu i szli na zbiórkę, na nocne „ćwiczenia terenowe”. Oficerowie Reichswehry, czynni lub poza służbą, płatni przez państwo lub przez tajemnicze osoby finansujące partię narodowosocjalistyczną, musztrowali oddziały, a władze nie zwracały uwagi na te dziwne ćwiczenia nocne. Czy spały rzeczywiście, czy tylko przymykały oko? Nie przywiązywały do tego ruchu większego znaczenia czy popierały skrycie jego ekspansję? Tak czy inaczej ci, którzy ruchowi temu sprzyjali potajemnie, sami byli przerażeni brutalnością i szybkością, z jaką nagle stanął na nogi.

Pewnego pięknego poranka władze ocknęły się – a Monachium było już w ręku Hitlera, wszystkie placówki urzędowe poobsadzane, gazety pod groźbą rewolweru musiały obwieszczać tryumfalnie o dokonanym przewrocie. Jak z nieba, ku któremu marzycielsko wznosiła oczy nieprzeczuwająca nic złego Republika Weimarska, pojawił się deus ex machina generał Ludendorff; sądził, tak jak później wielu innych, że uda się mu Hitlera przechytrzyć, i sam został przez niego wyprowadzony w pole – tak jak inni. Słynny pucz, który miał opanować całe Niemcy, rozpoczął się przed południem, a w południe (nie do mnie należy szczegółowe streszczanie historii) było już po wszystkim. Hitler uciekł, wkrótce potem został aresztowany; wydawało się, że ruch ten spalił na panewce. W roku 1923 swastyki poznikały, „oddziały szturmowe” i nazwisko Hitlera utonęły prawie całkiem w niepamięci. Nikt już nie myślał, że Hitler może kiedykolwiek jeszcze odegrać poważną role polityczną.

Wypłynął dopiero po paru latach, wyniesiony szybko i wysoko na fali powszechnego niezadowolenia. Inflacja, bezrobocie, kryzysy polityczne i w dodatku – czynnik wcale nie najmniejszej wagi – głupota zagranicy doprowadziły naród niemiecki do stanu wrzenia. Ogromna tęsknota za ładem i porządkiem dominowała wśród szerokich warstw narodu niemieckiego, dla którego porządek zawsze miał większe znaczenie niż wolność i prawo. Każdy, kto przyrzekał wprowadzić porządek (nawet Goethe powiedział, że nieporządek mierzi go bardziej niż niesprawiedliwość), mógł od samego początku liczyć na setki tysięcy zwolenników.

Lecz myśmy wciąż jeszcze nie dostrzegali niebezpieczeństwa. Nieliczni pisarze, którzy rzeczywiście zadali sobie trud przeczytania książki Hitlera, wyśmiewali się z jego napuszonej, papierowej prozy, zamiast zainteresować się jego programem. Prasa demokratyczna dzień w dzień uspokajała – miast przestrzegać – swych czytelników, iż ruch ten, w samej rzeczy borykający się z trudnościami materialnymi i finansujący swój olbrzymi aparat propagandowy pieniędzmi czerpanymi od przemysłu ciężkiego lub ze śmiałych operacji kredytowych, musi, nie dziś, to jutro nieuchronnie zbankrutować. Ale zagranica nigdy chyba nie rozumiała rzeczywistych powodów, dla których Niemcy w tych czasach tak bardzo pomniejszały i bagatelizowały osobę i rosnącą potęgę Hitlera. Niemcy były zawsze nie tylko państwem na wskroś klasowym, lecz ponadto – w obrębie tych ideałów klasowych – obciążane bezkrytycznym przecenianiem i uwielbianiem „wykształcenia”. Nie licząc paru generałów, wszystkie wysokie stanowiska w państwie były zajmowane wyłącznie przez ludzi z tak zwanym akademickim wykształceniem. Podczas gdy w Anglii Lloyd George, a we Włoszech Garibaldi czy Mussolini, we Francji Briand, wszyscy pochodzący rzeczywiście z ludu, mogli osiągnąć najwyższe stanowiska,w Niemczech było nie do pomyślenia, żeby człowiek, który nawet nie ukończył szkoły średniej (nie mówiąc już o wyższych studiach), który sypiał w domach noclegowych i prowadził latami całymi tryb życia po dziś dzień niewyjaśniony, mógł kiedykolwiek sięgnąć po stanowisko, jakie zajmowali ongi tacy mężowie stanu, jak baron von Stein, książę Bülow czy Bismarck. Właśnie ten snobizm edukacji wprowadził w błąd niemieckich intelektualistów; nawet wtedy jeszcze widzieli w Hitlerze tylko piwiarnianego agitatora, który nie będzie nigdy stanowił poważnego niebezpieczeństwa, kiedy on – dzięki pociąganiu za niewidzialne sznurki – już dawno pozyskał sobie potężnych popleczników w najrozmaitszych kołach społeczeństwa. Gdy owego pamiętnego dnia w styczniu 1933 roku Hitler został kanclerzem, nie tylko szerokie masy, ale nawet ci, którzy wysunęli go na stanowisko, uważali, że będzie piastował tę godność tylko tymczasowo, a panowanie narodowych socjalistów będzie zaledwie krótkotrwałym epizodem.

Wówczas ujawniła się – po raz pierwszy w wielkim stylu – genialna w swym cynizmie technika Hitlera. Od wielu lat czynił obietnice na prawo i lewo, we wszystkich stronnictwach pozyskał sobie poważnych adherentów, a każdy myślał, że będzie mógł zużytkować mistyczne siły owego „nieznanego żołnierza” na własną rękę. Święciła tu swe pierwsze triumfy ta sama technika, którą później Hitler stosował w polityce na wielką skale, to jest zawieranie paktów pod przysięgą i pod gwarancją przysłowiowej niemieckiej wierności właśnie z tymi, których chciał zniszczyć i wytępić. Tak doskonale umiał łudzić obietnicami na wszystkie strony, że w dniu kiedy przyszedł do władzy, zapanowała radość w najbardziej przeciwstawnych obozach. Monarchiści w Doorn myśleli, że Hitler, jako wierny poddany, z powrotem utoruje cesarzowi drogę do tronu; podobnie cieszyli się z jego sukcesów bawarscy, wittelbascy monarchiści w Monachium; oni także uważali Hitlera za „swojego” człowieka. Niemieckonarodowi żywili nadzieję, że to on będzie wyciągał dla nich kasztany z ognia; ich przywódca, Hugenberg, zapewnił sobie na mocy umowy najważniejszą tekę w gabinecie formowanym przez Hitlera i sądził, że już wygrał sprawę – oczywiście, mimo umowy pod przysięgą wyleciał od razu po pierwszych paru tygodniach. Ciężki przemysł spodziewał się, że Hitler wyzwoli Niemcy od groźby bolszewizmu; teraz stanął u steru człowiek, którego od lat finansowano po cichu. Jednocześnie odetchnęło z ulgą zubożałe mieszczaństwo – przecież na setkach zebrań Hitler obiecywał, iż wyzwoli je z „niewoli podatków”. Sklepikarze przypomnieli sobie, że przyrzekł im zamknięcie wielkich domów towarowych, stanowiących dla nich najgroźniejszą konkurencję. (Obietnica ta nigdy nie została spełniona).

Szczególnie entuzjastycznie powitało Hitlera wojsko, dlatego że był nastrojony militarystycznie i klął na pacyfizm. Nawet socjaldemokraci nie patrzyli na jego sukcesy niechętnym okiem, jak można było tego oczekiwać, gdyż liczyli na to, że rozprawi się z ich odwiecznym wrogiem, komunistami, którzy tak nieprzyjemnie napierali na nich za plecami. Najróżnorodniejsze, o najbardziej sprzecznych programach ugrupowania polityczne uważały za swego przyjaciela tego „nieznanego żołnierza”, który każdemu stanowi, każdej partii, każdemu kierunkowi politycznemu przyrzekał i zaklinał się, że wszystko spełni, co obiecał. Nawet Żydzi niemieccy nie czuli się specjalnie zaniepokojeni; wmawiali sobie, że „minister jakobin” – to już nie jakobin: agitator antysemicki, z chwilą gdy zostanie kanclerzem Niemieckiej Rzeszy, odrzuci podobne wulgaryzmy jako jego niegodne. A zresztą, cóż takiego ostatecznie mógł przeforsować siłą w państwie praworządnym? Przecież większość w parlamencie była nastawiona w stosunku do niego opozycyjnie i każdy obywatel miał prawo mniemać, że jego swoboda i równouprawnienie zagwarantowane są przez uroczyście zaprzysiężoną konstytucję.

A potem był pożar Reichstagu, parlament przestał istnieć, Göring spuścił ze smyczy swoją sforę, jedno uderzenie pięścią w stół – i praworządność w Niemczech przestała obowiązywać. Z dreszczem trwogi ludzie dowiadywali się, że w czasach pokojowych tworzy się obozy koncentracyjne, że w koszarach buduje się tajne bunkry, w których likwiduje się niewinnych ludzi bez sądu i bez formalności. „To odruch, wybuch pierwszej wściekłości – mówiono sobie. – Takie rzeczy w wieku XX nie mogą trwać na stałe”. Ale to był dopiero początek. Świat nastawiał uszu, lecz jeszcze nie chciał wierzyć w to, co wydawało się niewiarygodne. Ale już wtedy widywałem na własne oczy pierwszych uciekinierów. Przedzierali się przez góry w pobliżu Salzburga w nocy lub przeprawiali się wpław przez rzekę graniczną. Wygłodniali, bezradni, obdarci, nieomal pomyleni, mieli wzrok błędny. Od nich rozpoczęła się paniczna ucieczka przed bestialstwem, która później rozlała się po całej kuli ziemskiej. Lecz patrząc na tych zbiegów, nie przeczuwałem, że z ich pobladłych twarzy mogę odczytać swój własny los i że my wszyscy padniemy ofiarą niepohamowanej żądzy władzy tego człowieka.

x

Ostatnie godziny spędzone w Europie udzieliły mi jakby przestrogi i dały wiele do myślenia przed tą podróżą. Latem roku 1936 wybuchła wojna domowa w Hiszpanii. Dla powierzchownego widza ten piękny i tragiczny kraj rozdarty był tylko waśniami wewnętrznymi; w rzeczywistości wszakże były to już manewry przygotowawcze dwóch potężnych grup ideologicznych przed ich późniejszym zderzeniem. Wsiadłem w Southampton na statek angielski przekonany, że nasz parowiec, aby ominąć strefę wojenną, nie zatrzyma się, tak jak zwykle, w Vigo, pierwszym na kursie porcie hiszpańskim. Ku memu zdziwieniu przybyliśmy jednak do tego portu i nawet pozwolono nam, pasażerom, zejść na ląd na kilka godzin. Miasteczko Vigo było w tym czasie zajęte przez frankistów i leżało z dala od właściwego terenu działań wojennych. A jednak w ciągu tych paru godzin miałem sposobność zobaczyć coś, co usprawiedliwiało moje przygnębienie. Przed ratuszem, nad którym powiewała flaga generała Franco, stały szeregi młodych chłopców ubranych z wiejska, przeważnie pod wodzą księży; najwidoczniej sprowadzono ich z sąsiednich wiosek. W pierwszej chwili nie wiedziałem, na co czekają. Czy to chłopi zwerbowani do jakiejś doraźnej pracy? Czy może bezrobotni czekający na posiłek?

Byłem przerażony. Gdzie widziałem już coś podobnego? Najpierw we Włoszech, a potem w Niemczech. I tam, i tu takie same nieskazitelnie czyste mundury, nowe samochody i karabiny maszynowe. Znów nasunęło mi się pytanie; kto dostarcza, kto płaci za te nowe mundury, kto organizuje tych wynędzniałych, anemicznych chłopców, kto pcha ich przeciwko legalnej władzy, przeciwko wybranemu legalnie parlamentowi reprezentującemu ich własny naród? Wiedziałem przecież, że Skarb Państwa i składy broni były w ręku legalnego rządu. A więc te samochody, tę broń dostarczają obce państwa; nie ulega przeto kwestii, że zostały przerzucone przez granicę z pobliskiej Portugalii. Ale kto ich dostarczył, kto za nie płacił? Była to nowa siła dążąca do władzy, jedna i ta sama siła działająca tu i tam, siła z upodobaniem stosująca przemoc i uważająca za staroświeckie słabości te wszystkie idee, które nam były drogie i dla których żyliśmy: pokój i humanizm. Były to jakieś tajemnicze grupy ukrywające się w swoich biurach i koncernach, wyzyskujące cynicznie naiwny idealizm młodzieży dla swoich interesów. Był to pęd do gwałtu i przemocy, które swą nową, bardziej precyzyjną techniką miały pogrążyć naszą nieszczęsną Europę w otchłań starego barbarzyństwa wojennego.

Wrażenia zmysłowe, optyczne są zawsze bardziej przekonywające niż dziesiątki przeczytanych artykułów i broszur. Widząc na własne oczy, jak ci młodzi, niewinni chłopcy, wyposażeni w broń przez tajemniczych mocodawców, mają być rzuceni jak bezwolne kukły przeciw innym, tak samo jak oni niewinnym młodym chłopcom w ich własnej ojczyźnie, zrozumiałem, co nas czeka, przed czym stoi Europa. Gdy po paru godzinach statek nasz odbił od brzegu, udałem się szybko do kabiny. Zbyt bolesny był dla mnie widok tego pięknego kraju, który nie ze swojej winy padł ofiarą straszliwego spustoszenia. Cała Europa wydawała mi się skazana na śmierć wskutek własnego szaleństwa, Europa, nasza święta ojczyzna, kolebka i panteon cywilizacji zachodniej.

xxx

Muszę przyznać, że obserwacje i uwagi Zweiga na temat nazizmu bardzo mnie zaniepokoiły. Szczególnie to, że faszyzm niemiecki i hiszpański wykorzystywał młodych chłopców, szkolono ich i zapewne wpajano im pewne idee. I w jednym i w drugim wypadku nie było trudno ich pozyskać, bo kryzys, bieda i brak perspektyw życiowych ułatwiały ich werbunek. Gdy więc przeczytałem informację, że rząd ukraiński zezwolił młodym chłopcom w wieku 18-22 lat na wyjazd za granicę, pomimo że trwa tam wojna i brakuje rekrutów, to nie mogłem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Gdzie wyjadą ci chłopcy, a przynajmniej część z nich? Jakie będą mieć perspektywy za granicą, bez wykształcenia, zawodu i zapewne nie znając żadnego obcego języka? Czyż nie była to kusząca perspektywa dla młodych i biednych chłopców w Niemczech i Hiszpanii? A czy taką nie będzie dla młodych Ukraińców? Dla wielu z nich może taką być.

I teraz to, co w tym wszystkim może być najgorsze. Jeśli przyjadą do Polski i tu będą szkoleni, to co to będzie oznaczać? Nazistowskie bojówki w Niemczech pojawiły się na początku lat 20-tych, a potem zniknęły na wiele lat, by uaktywnić się w odpowiednim momencie. Czy Polskę czeka podobny scenariusz? Jeśli powstanie wspólne państwo polsko-ukraińskie, to czy taki scenariusz nie będzie możliwy? Dlaczego wielcy tego świata tolerują, a może raczej wspierają ukraiński faszyzm? Bez ich poparcia i finansowania Hitler pozostałby tylko piwiarnianym mówcą. Źle się dzieje w państwie polskim czy może raczej w państwie polsko-ukraińskim.

Podział czy rozbiór?

W dniu 7 września Viktor Orban na kongresie swojej partii powiedział, że los Ukrainy jest już przesądzony. Obecnie państwa europejskie, pod przykrywką gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, rozmawiają o jej podziale. Zdaniem Orbana Ukraina ma być podzielona na trzy części. Część pierwsza to strefa rosyjska. Strefa druga to tzw. strefa zdemilitaryzowana. Strefa trzecia to strefa zachodnia. O tym m.in. mówi Leszek Sykulski w swoim komentarzu.

Orban, zdaniem Sykulskiego, ma bardzo dobre relacje z Trumpem i premierem Netanjahu, a także z prezydentem Putinem. Jest więc politykiem dobrze poinformowanym.

Kwestia podziału Ukrainy nie wypłynęła obecnie. Ona już wcześniej pojawiła się. W listopadzie 2024 roku agencja Interfaks Ukraina poinformowała, że Rosja ma plan rozbioru Ukrainy. Wtedy podział miał być również na trzy części pod nadzorem Stanów Zjednoczonych. Pierwsza część to ta zajęta już przez Rosję, druga to prorosyjski podmiot państwowy, czyli państwo z prorosyjskimi władzami. W skład tej części miałyby wchodzić m.in. obwód kijowski, Kijów, czernihowski, charkowski, połtawski, Odessa, Czerkasy,Winnica, Żytomierz. Trzecia część, określana jako terytoria sporne, w których skład miały wchodzić obwody: wołyński, chmielnicki, lwowski, iwano-frankowski, tarnopolski, czernihowski i zakarpacki. Według agencji Interfaks Rosja chciałaby podzielić się tą trzecią częścią z Polską, Rumunią i Węgrami.

Ze względu na kryzys w unii europejskiej wątpliwe jest, by unia europejska była w stanie dalej utrzymywać Ukrainę, więc Orban sugeruje, że jest jakiś plan podziału Ukrainy. I coś jest niewątpliwie na rzeczy – konkluduje Sykulski. Jesli wiec dojdzie do tego podziału i powstanie część zachodnia, czyli Ukraina Zachodnia, czyli Galicja Wschodnia, to wówczas Polska będzie miała poważny problem.

Podział Ukrainy sugerowały również media brytyjskie i amerykańskie. The Telegraph sugerował 11 kwietnia 2025 roku, że Ukraina mogłaby być podzielona, tak jak Berlin po II wojnie światowej. Wersja ta różni się trochę od tej ukraińskiego Interfaksu, ale zasada trójpodziału jest zachowana.

Sykulski wspomina też o tym, że został wznowiony tzw. dialog petersburski, czyli format współpracy niemiecko-rosyjskiej, oficjalnie zawieszony, ale niemieccy i rosyjscy politycy spotykają się. Ostatnio takie spotkanie miało miejsce w Baku, stolicy Azerbejdżanu. Było ono szeroko komentowane przez niemieckie media. Dialog petersburski został powołany w 2001 roku przez Władymira Putina i ówczesnego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera jako platforma porozumienia pomiędzy Niemcami a Rosją. I tak jakoś dziwnie się składa, że pojawiają się ostatnio ze strony polskiej żądania reparacji nie tylko od Niemieć, ale również od Rosji. Jest to ewidentny przekaz dla tych dwóch państw do działania przeciwko Polsce. W obecnej sytuacji Polska ma bardzo złe relacje ze wszystkimi sąsiadami.

Jeżeli dojdzie do podziału Ukrainy, to rozważany jest również scenariusz bałkanizacji Europy środkowo-wschodniej. Według Sykulskiego Trump odpuścił sobie tę część Europy. Natomiast jej bałkanizacja jest na korzyść Niemiec. To przyspieszyłoby federalizację Europy i nowy podział stref wpływu pomiędzy Niemcami a Rosją. Czynnik ukraiński jest traktowany przez Niemcy i Rosję instrumentalnie jako element osłabiania państwa polskiego.

x

Żeby mogło dojść do takiej sytuacji, jak ją opisuje Sykulski, to wybory w Ameryce musiał wygrać Trump, który w swojej kampanii wyborczej obiecywał szybkie zakończenie wojny na Ukrainie. To szybkie zakończenie wojny na Ukrainie oznaczało zakończenie jej dla Stanów Zjednoczonych, czyli ich formalne wycofanie się z niej. W efekcie głównymi rozgrywającymi w Europie stają się powoli Niemcy i Rosja.

Trwa więc obecnie gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie opinii publicznej do zmian, które mają nastąpić. A że w polityce czas płynie zdecydowanie wolniej, to większość nie jest w stanie odgadnąć, jaki jest prawdziwy cel tych wszystkich zabiegów. Od konfederacji barskiej w 1768 roku, w wyniku której doszło do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 roku, do trzeciego rozbioru w 1795 roku minęło 27 lat. Po co dokonano tych rozbiorów, skoro po 123 latach ponownie odtworzono ten karykaturalny twór, choć nieco okrojony? Nie minęło 20 lat i ponownie go zlikwidowano. A teraz znowu wracają do tej koncepcji.

Nie będzie to podział tylko rozbiór Ukrainy. Podział byłby wtedy, gdyby podzielono Ukrainę tak, jak kiedyś podzielono Niemcy, Wietnam czy Koreę. Rosja już nie odda zajętych terenów, więc tu nie ma mowy o ich ponownym zjednoczeniu do stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Część środkowa, prędzej czy później, padnie łupem Rosji. Kto wie czy nie za odstąpienie Niemcom obwodu kaliningradzkiego? Natomiast część zachodnia, a więc Galicja Wschodnia, jak odważył się ją nazwać Sykulski, zostanie rozebrana na części i przyłączona do Polski, Rumunii i Węgier. W przypadku tych dwóch ostatnich państw nie będzie to problemem, bo to stosunkowo niewielki obszar. Natomiast w przypadku Polski nastąpi wpadnięcie w stare koleiny. Jest to poniekąd naturalne, bo po rozbiorach Rzeczypospolitej trafiła ona pod zabór austriacki i tam ludność ukraińska rytu grecko-katolickiego znalazła się pod szczególną opieką. Historycznie rzecz ujmując, Galicja Wschodnia nie pasuje do reszty Ukrainy.

Przyłączenie Galicji Wschodniej będzie oznaczało formalne powstanie i tak już istniejącego wspólnego państwa polsko-ukraińskiego czy może raczej ukraińskiego, biorąc pod uwagę prawa, jakimi obdarzono ludność ukraińską, która osiedliła się tu po wybuchu wojny w 2022 roku. Jednak to nowe państwo zostanie pozbawione ziem poniemieckich. Bardzo możliwe, że dojdzie też do podziału Białorusi i jej część zachodnia zostanie przyłączona do tego państwa.

Putin, zaczynając operację specjalną 24 lutego 2022 roku, powiedział, że jej celem jest denazyfikacja i demilitaryzacja Ukrainy. Dziś już widać, że ta jej denazyfikacja polegała na denazyfikacji terenów które zajęła Rosja i które może jeszcze zająć. Nie zlikwidował więc on nazizmu ukraińskiego, tylko wypchnął go na zachód do Polski. To oznacza, że nowe państwo, które powstanie z połączenia części obecnych ziem Polski i Galicji Wschodniej, będzie państwem, w którym ukraiński nazizm będzie dominował, a to będzie oznaczać, że Rosja nadal będzie pozostawać głównym jego wrogiem. Tak więc, zamiast definitywnie rozprawić się z nim, ochrania się go, by za jakiś czas mógł znowu stanowić zarzewie konfliktu. Na tym właśnie polega polityka. Polega ona na stwarzaniu konfliktów, a nie na ich unikaniu.

Żeby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, to trzeba sobie uświadomić, że Polska Piastów to nie było niezależne państwo tyko część I Rzeszy, a Piastowie byli wasalami cesarza niemieckiego. Z drugiej strony była Ruś Kijowska, która rozpadła się na mniejsze księstwa. Z części z nich powstało Wielkie Księstwo Litewskie. Jak mała Litwa podporządkowała sobie tak wielki obszar? Resztę księstw byłej Rusi Kijowskiej zjednoczono w Księstwo Moskiewskie, a później w Wielkie Księstwo Moskiewskie i w końcu powstało Carstwo Rosyjskie. Z I Rzeszy wydzielono wschodnie jej rubieże, czyli Królestwo Polskie i połączono je z Wielkim Księstwem Litewskim. Obie części nigdy nie były niepodległymi państwami i nie mogło być takim nowe państwo zwane Rzeczpospolitą. Gdy więc I Rzeszy zagrozili Turcy, to Rusin Sobieski pośpiesznie udał się pod Wiedeń, by jej bronić, bo taki był rozkaz. Dziś władze III RP, również na rozkaz, pośpieszyły bronić Ukrainy. Mamy więc twór państwowo-podobny, który jest poligonem służącym do niemiecko-rosyjskich przepychanek. I tak jest od unii lubelskiej. Czy mogło powstać coś normalnego z połączenia części I Rzeszy z częścią byłej Rusi Kijowskiej? No i mamy: polskość to nienormalność.

Pierwszy manifest komunistyczny

Wszyscy słyszeli o manifeście komunistycznym Karola Marksa, ale nie był on pierwszym tego typu programem politycznym. Był nim ten z okresu rewolucji francuskiej. Stefan Zweig w książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2000 tak pisze:

Czas, w którym Fouché został prokonsulem, należał do radykałów. Toteż w swoim departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, Fouché zachowuje się jak wściekły radykał. Ciska gromy na umiarkowanych, zarzuca kraj płomiennymi manifestami, rzuca najstraszliwsze groźby na bogatych, wahających się, niezdecydowanych, wywierając moralną i fizyczną presję werbuje na wsiach całe regimenty ochotników i wysyła ich na wroga. Talentami organizacyjnymi, szybką orientacją dorównuje co najmniej każdemu ze swoich kolegów, zuchwałością słów wszystkich ich przewyższa. Gdyż to jedno trzeba zdecydowanie stwierdzić: w przeciwieństwie do słynnych szermierzy Rewolucji, Robespierre’a i Dantona, Joseph Fouché nie zachowuje powściągliwości w sprawach Kościoła i własności prywatnej, przez tamtych określanych jeszcze z szacunkiem jako „nietykalne”, lecz głosi zdecydowanie radykalny i bolszewicki program społeczny. Pierwszym wyraźnym manifestem komunistycznym ery nowożytnej nie jest słynny manifest Karola Marksa ani „Goniec heski” Georga Büchnera, lecz owa bardzo mało znana, celowo nie zauważana przez socjalistyczną historiografię „Instruction” z Lyonu, podpisana wprawdzie przez Fouchégo i Collota d’Herbois, ale niewątpliwie ułożona przez samego Fouchégo. Ten utrzymany w stanowczym tonie, wyprzedzający postulatami o sto lat swoją epokę dokument – jeden z najbardziej zdumiewających dokumentów Rewolucji – jest wart chyba tego, by go wydobyć z zapomnienia; nawet jeżeli w czasach, gdy późniejszy książę Otranto protestował rozpaczliwie przeciwko temu, czego domagał się niegdyś zwykły obywatel Joseph Fouché, jego „instrukcja” – traktując rzecz historycznie – straciła mimo wszystko na wartości, to wyznanie wiary czyni go pierwszym niewątpliwym socjalistą i komunistą Rewolucji. Nie Marat, nie Chaumette sformułowali najśmielsze postulaty Rewolucji Francuskiej, lecz Joseph Fouché, a oryginalny tekst rzuca więcej światła na jego tak na ogół nieuchwytny charakter niż jakikolwiek opis.

Na początku tej „Instruction” Fouché ośmiela się głosić nieomylność wszelkich aktów gwałtu: „tym, którzy działają w w interesie Rewolucji, wolno wszystko. Nie ma większego niebezpieczeństwa dla republikanina niż chowanie się za prawami Republiki. Kto je narusza, nawet ten, kto pozornie przesadza, często daleki jest jeszcze od właściwego rezultatu. Póki istnieje na świecie jeden choćby nieszczęśliwy, wolność musi być celem naszych poczynań”.

Po tym stanowczym, w pewnym sensie już maksymalistycznym wstępie Fouché następująco definiuje istotę rewolucji:

„Rewolucja została dokonana w interesie ludu; nie należy jednak przez to rozumieć owej klasy uprzywilejowanych dzięki bogactwu, którzy zagarnęli dla siebie wszystkie przyjemności życia, wszystko, czym dysponuje kraj. Lud to jest ogół obywateli Francji, a przede wszystkim ta niebywale liczna klasa nędzarzy, którzy bronią granic ojczyzny i żywią społeczeństwo swoją pracą. Rewolucja byłaby politycznym i moralnym nadużyciem, gdyby troszczyła się tylko o polepszenie bytu kilkuset osób i pozwoliła dalej trwać w biedzie dwudziestu czterem milionom. Rażącym oszustwem byłoby występowanie w imieniu równości, gdy między ludźmi istnieją jeszcze tak ogromne różnice w dobrobycie.”

Następnie Fouché wykłada swoją ulubioną teorię, że „mauvais riche”, „niedobry bogacz”, nigdy nie będzie prawdziwym rewolucjonistą, szczerym i oddanym republikaninem, a więc każda burżuazyjna tylko rewolucja, która utrzyma wszystkie różnice majątkowe, musi nieuchronnie wyrodzić się w nową tyranię, „gdyż bogaci zawsze będą uważali siebie za inny rodzaj ludzi”. Dlatego domaga się od ludu największego wysiłku i całkowicie „integralnej” rewolucji.

„Nie miejcie złudzeń: żeby stać się prawdziwym republikaninem, każdy obywatel musi przejść rewolucję wewnętrzną, podobną do tej, która odmieniła oblicze Francji. Nic nie łączy poddanych tyranów z mieszkańcami wolnego kraju. Trzeba więc całkowicie odmienić wszystkie ich działania, ich uczucia, ich przyzwyczajenia. Jesteście ciemiężeni, winniście więc roznieść w proch i pył waszych ciemiężycieli, byliście niewolnikami kościelnych zabobonów, teraz nie powinniście mieć żadnej religii poza religią wolności… Każdy, komu obcym pozostanie ten entuzjazm, kto zna inne radości i troski niż szczęście ludu, kto potrafi zimno kalkulować, kto oblicza, jakie korzyści przynieść mu może prestiż, stanowisko, talent, uchylając się choć na chwilę od myślenia o dobru powszechnym, każdy, komu nie kipi w żyłach krew, gdy mowa o ucisku i o zbytku, kto ma łzy litości dla wroga ludu miast zachować całe współczucie dla męczenników wolności, kłamie, jeżeli śmie nazywać się republikaninem. Tacy ludzie niech lepiej opuszczą nasz kraj, gdyż zostaną zdemaskowani, a ich nieczystą krwią nasiąknie gleba wolności. Republice potrzebni są tylko ludzie wolni, wszystkich innych jest zdecydowana wyplenić, i tylko takich uznaje za swoje dzieci, którzy dla niej chcą żyć, walczyć i umierać.”

W trzecim akapicie „Instruction” rewolucyjne wyznanie wiary bez osłonek i wyraźnie przekształca się w manifest komunistyczny (pierwszy ze sformułowanych w 1793 roku):

„Każdy, kto posiada więcej, niż mu koniecznie potrzeba, musi okazywać pomoc innym, a nałożona na niego opłata winna być proporcjonalna do wielkich potrzeb ojczyzny; najpierw trzeba więc ogólnie i prawdziwie rewolucyjnie ustalić, ile każdy obywatel powinien złożyć w darze dla sprawy publicznej. Nie chodzi tutaj o obliczenia matematyczne ani o obawy i ociąganie towarzyszące zwykle wymiarowi publicznych podatków; zastosowana metoda musi być tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest sytuacja. Niech wasze działania będą więc śmiałe i zakrojone na wielką skalę, zabierając każdemu obywatelowi to, co nie jest mu koniecznie potrzebne, gdyż wszelki nadmiar (le superflu) jest wyraźnym pogwałceniem praw ludu. Wszystko, co wykracza poza potrzeby człowieka, może być wykorzystane tylko źle. Nie pozostawiajcie więc nikomu nic ponadto, co koniecznie potrzebne, w czasie wojny cała reszta należy się Republice i jej armiom.”

Fouché podkreśla, że nie należy się zadowalać tylko pieniędzmi.

„Ojczyzna żąda teraz wszystkich rzeczy – ciągnie – których niektórzy mają nadmiar, a które mogą być przydatne obrońcom ojczyzny. Są na przykład ludzie posiadający niewiarygodne ilości płótna i koszul, sukna i butów. Wszystkie te rzeczy muszą być przedmiotem rewolucyjnej rekwizycji.”

Żąda również bez ogródek wydania całego złota i srebra, „metaux vils et corrupteurs” (metale nieszlachetne i szkodliwe), którymi gardzi prawdziwy republikanin, na rzecz skarbu państwa, gdzie „wybije się na nich wizerunek Rewolucji i po oczyszczeniu przez ogień będą służyć tylko ogółowi. Nam potrzebne są tylko stal i żelazo, a Republika zatriumfuje”. Kończy zaś swoje wezwanie strasznym apelem o bezwzględność:

„Będziemy rządzić z całą surowością przydanego nam autorytetu, jako złe intencje karać będziemy wszystko, co w innych warunkach uchodzić może za opieszałość, słabość lub powolność. Minął jednak czas półśrodków, oglądania się na różne względy. Pomóżcie nam uderzać mocno albo sami zostaniecie uderzeni. Wolność lub śmierć! Do was należy wybór.”

To teoretyczne dziełko pozwala wyrobić sobie pojęcie o poczynaniach Josepha Fouché jako prokonsula. W departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, waży się podjąć walkę z najpotężniejszymi siłami Francji, przed którymi ostrożnie cofali się nawet Robespierre i Danton: z własnością prywatną i Kościołem. Działa szybko i zdecydowanie na rzecz „égalisation des fortunes” (zrównywanie majątków), wymyślając tak zwane „komitety filantropijne”, którym ludzie zamożni mieli rzekomo według własnego uznania składać dary. By jednak nie było wątpliwości, już z góry delikatnie upomina, że „jeżeli bogaty nie uczyni użytku z prawa przysłużenia się reżimowi wolności, Republika ma prawo zawładnąć jego mieniem”. Nie toleruje żadnego nadmiaru i stanowczo zwalcza wszelki „superflu”. „Republikaninowi potrzebne jest tylko żelazo, chleb i czterdzieści écus zarobku.” Fouché wyprowadza konie ze stajni, wysypuje mąkę z worków, dzierżawcy mają pod karą śmierci przestrzegać jego zaleceń, nakazuje piec żołnierski chleb wielkiej wojny, taki sam dla wszystkich, i zabrania wypieku jakiegokolwiek białego luksusowego pieczywa. Co tydzień stawia dzięki temu na nogi po pięć tysięcy rekrutów wyposażonych w konie, buty, ubrania i flinty, siłą uruchamia fabryki, i wszystko jest posłuszne jego żelaznej energii. Napływają pieniądze, podatki, daniny i ofiary, dostawy i świadczenia i po dwóch miesiącach działalności z dumą pisze do Konwentu: „ on rougit ici d’être riche”, „tutaj ludzie wstydzą się uchodzić jeszcze za bogatych”. Naprawdę powinien jednak powiedzieć: „Tutaj ludzie boją się być bogaci”.

W tym samym czasie radykał i komunista Joseph Fouché, późniejszy książę Otranto, milioner z protekcji króla pobożnie biorący w kościele drugi ślub, dał się poznać jako najbardziej zapamiętały, namiętny przeciwnik religii chrześcijańskiej. „Ten obłudny kult trzeba zastąpić wiarą w Republikę i w moralność” – grzmi w pełnym pogróżek liście i już niczym ogniste gromy spadają na kościoły i katedry pierwsze represje. Ustawa za ustawą, dekret za dekretem: „Księża nie mają prawa nosić duchownych strojów poza miejscem kultu”, pozbawia się ich wszelkich przywilejów, gdyż „nadeszła pora – argumentuje Fouché – by tej klasie pyszałków narzucić czystość pierwszych chrześcijan i cofnąć ich do klasy mieszczan.”

Wkrótce Josephowi Fouché już nie wystarcza funkcja zwierzchnika sił zbrojnych, kierownika wymiaru sprawiedliwości, dyktatora o nieograniczonej władzy cywilnej – zgarnia dla siebie również wszystkie uprawnienia kościelne. Znosi celibat, nakazuje, żeby w ciągu miesiąca każdy ksiądz ożenił się albo zaadoptował dziecko, publicznie udziela ślubów i daje rozwody, wstępuje na ambonę (z której starannie usunięto wszystkie krzyże i symbole religijne) i wygłasza ateistyczne kazania, w których zaprzecza nieśmiertelności i istnieniu Boga. Likwidacji ulegają chrześcijańskie ceremonie pogrzebowe, a jedyną pociechą są wyryte na cmentarzach słowa: „Śmierć to wieczny sen”. Ten nowy papież jako pierwszy na prowincji wprowadza w Nevers cywilny chrzest, nadając swojej córeczce imię od departamentu, „Nièvre”. Ochrzcił dziecko przy akompaniamencie werbli i wojskowej muzyki Gwardii Narodowej bez pośrednictwa Kościoła, na rynku miasta. W Moulins przejechał na czele orszaku przez całe miasto i ściskając młot w dłoni rozbijał krzyże, krucyfiksy i obrazy świętych, „haniebne symbole fanatyzmu”. Ze zrabowanych mitr biskupich i ściągniętych z ołtarzy obrusów ułożono stos i podczas gdy jaskrawe płomienie buchały w górę, plebs wrzeszcząc tańczył wokół tego ateistycznego autodafè. Wyładowanie jednak swojej złości tylko na martwych przedmiotach, na bezbronnych kamiennych figurkach i kruchych krzyżach byłoby dla Fouchégo połową sukcesu. Prawdziwy triumf odniósł dopiero wtedy, gdy pod wpływem jego siły przekonywania arcybiskup François Laurent zrzucił mnisi kaptur i przywdział czerwoną czapeczkę, a za nim poszło z entuzjazmem trzydziestu księży, sukces, o którym fama z szybkością płomienia obiegła całą Francję. Fouché z dumą może chwalić się przed swymi mniej zdecydowanymi kolegami ateistami, że na obszarze poddanym jego władzy wyplenił fanatyzm, zniszczył chrześcijaństwo.

Czyny wariata, szaleńcza pasja fanatycznego idealisty, można by pomyśleć! W rzeczywistości jednak, nawet gdy udaje namiętność, Joseph Fouché zawsze pozostaje człowiekiem umiejącym liczyć, realistą. Wie, że będzie musiał zdać rachunek przed Konwentem, wie również, że patriotyczne frazesy i listy, podobnie jak asygnaty, dawno już straciły na wartości, i po to, by wywołać podziw, trzeba przemawiać kruszcem. Toteż podczas gdy wystawione przez niego regimenty maszerowały ku granicy, Fouché wysłał do Paryża wszystko, co zrabował po kościołach. Do Konwentu wciągano skrzynię za skrzynią, wypełnione złotymi monstrancjami, połamanymi i przetopionymi srebrnymi świecznikami, krucyfiksami z litego metalu i wyrwanymi z nich drogimi kamieniami. Wiedział, że Republice potrzebna jest przede wszystkim gotówka, toteż jako pierwszy, jako jedyny, przysłał z prowincji takie wymowne łupy. Konwent najpierw zdumiewa ta nowa energia, potem jednak radując się głośno nagradza hucznymi brawami. Odtąd Konwent zna i wymienia nazwisko Fouchégo jako żelaznego człowieka, najbardziej nieustraszonego, najstraszliwszego republikanina Republiki.

x

Głównym postulat rewolucji francuskiej to zabrać bogatym i dać biednym. Jego podstawą ideologiczną był manifest komunistyczny, zwany „Instruction” z Lyonu. Skąd u rewolucjonistów taka nienawiść do bogatych? Czy choć w części postulat ten został zrealizowany? Nie został. To, o co w takim razie chodziło? Wiemy, że w wyniku tej rewolucji arystokracja straciła, a zyskała burżuazja, czyli mieszczaństwo, bo bourgeoisie to po francusku mieszczanin. Czy jednak awans pewnej grupy społecznej musiał automatycznie wiązać się z pauperyzacją drugiej? Niekoniecznie, a przynajmniej potrzeba było na to dużo czasu, bo przecież w przypadku arystokracji jej bogactwo było wynikiem wielowiekowej akumulacji ziemi i niewolniczej pracy poddanych. Było więc ono niewyobrażalne. Tak zgromadzone bogactwo, przeważnie w ziemi i nieruchomościach, nie mogło, tak z dnia na dzień, wyparować jak jakieś papiery na giełdzie. Tu, do jego przejęcia, potrzebna była rewolucja, która, posługując się zmanipulowanym plebsem, podkopie fundamenty arystokratycznego gmachu. Stąd hasło: zabrać bogatym. A bogatymi byli wtedy arystokraci. Nawet jeśli część z nich była Żydami, to nie miało to znaczenia. Najważniejsze było to, by zabrać czy podważyć pozycję nieżydowskich posesjonatów. Ci, z kolei, przyzwyczajeni do pewnego poziomu życia, szukali ratunku w mieszanych małżeństwach. I w ten sposób arystokratyczna ziemia i nieruchomości stawały się własnością Żydów.

Trochę inaczej przebiegało to w czasie rewolucji październikowej. Tam wszystko upaństwowiono, bo nie było w Rosji stosunkowo licznego i bogatego mieszczaństwa i jego rolę przejęło państwo. Ale przecież państwo, to nie jest jakiś abstrakcyjny byt. Ktoś nim musi rządzić. I rządził tak, by po wielu latach stwierdzić, że komunistyczne państwo nie sprawdziło się i że prywatny lepiej sobie poradzi. I wszystko sprywatyzowano, nie tylko w Związku Radzieckim, ale i w innych państwach tzw. demokracji ludowej. I cały ich majątek trafił do międzynarodowego kapitału.

Rewolucje i wojny to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które bez nich nie byłyby możliwe. A korzyści z tych zmian odnosi zawsze tylko jedna nacja.

Człowiek polityczny

Czasem, żeby ogarnąć całość, wystarczy poznać jej fragment. Tak przynajmniej jest, jak sądzę, w polityce. Klasycznym przykładem polityka był Joseph Fouché. W swojej książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo Książnica”, Katowice 2000, Stefan Zweig stworzył jego bardzo sugestywny obraz. Wydawnictwo, w krótkiej notce, tak go charakteryzuje:

Joseph Fouché, „najbardziej zdumiewający mąż stanu” czasów Rewolucji Francuskiej i Cesarstwa, doradca Bonapartego i jego przeciwnik, dyplomata i wygnaniec, nie cieszył się sympatią współczesnych, nie znalazł też sprawiedliwości u potomnych – ktokolwiek o nim wspominał, nie szczędził zjadliwych epitetów, usuwając go do drugiego szeregu statystów. Wybitny biografista austriacki Stefan Zweig, który stworzył przekonujące portrety m.in. Marii Antoniny i Marii Stuart, potrafił od drugorzędnej odróżnić rolę drugoplanową, jaką odegrał w dziejach Fouché. Dostrzegłszy w nim niezwykle barwną, nigdy do końca nie odgadnioną osobowość, śledzi w tej książce zmienne koleje losów człowieka, który u progu nowej epoki przewodził wszystkim stronnictwom i jedyny je przeżył, który choć nigdy naprawdę nie zdobył władzy, sprawował ją latami, który w psychologicznym pojedynku zwyciężył Robespierre’a i Napoleona.

Z kolei Wikipedia tak go charakteryzuje:

Joseph Fouché, książę Otranto (ur. 21 maja 1759 w Le Pellerin koło Nantes, zm. 25 grudnia 1820 w Trieście we Włoszech) – francuski polityk, członek Konwentu w okresie rewolucji francuskiej, minister policji podczas panowania Napoleona. Odpowiedzialny za masowe mordy w Lyonie podczas rewolucji (stąd przydomek Kat z Lyonu, fr. Mitrailleur de Lyon).

W okresie rewolucji francuskiej był członkiem Konwentu Narodowego, wybrany z departamentu Loire-Atlantique. Związał się z Robespierre’em i jakobinami. W 1793 roku głosował za skazaniem Ludwika XVI na śmierć. W 1794 roku aresztowany za wystąpienia przeciwko Robespierre’owi, uwolniony w wyniku amnestii. Po upadku dyktatury jakobinów jeden z czołowych polityków w okresie rządów termidorian. Poparł przeprowadzony przez Napoleona zamach stanu i wprowadzenie konsulatu. W latach 1799–1802, 1804–1810 i podczas „stu dni“ był ministrem policji cesarza. Po upadku Napoleona w 1815 roku przeszedł na stronę Ludwika XVIII, został prezydentem rządu tymczasowego, a później ministrem policji. Zdymisjonowany, głównie za sprawą rojalistów, został mianowany ambasadorem w Dreźnie, a następnie oskarżony o królobójstwo i skazany w 1816 r. na dożywotnią banicję.

x

Poniżej wybrane fragmenty z tej książki:

Joseph Fouché – jeszcze nieprędko zostanie księciem Otranto! – urodził się 31 maja 1759 roku w portowym mieście Nantes. Marynarzami, kupcami byli jego rodzice, marynarzami jego przodkowie; wydawało się więc naturalne, że ich potomek również wyruszy na morze, będzie handlował lub prowadził statki. Szybko jednak okazało się, że ten szczupły, wyrośnięty, anemiczny, nerwowy i brzydki chłopak nie zdradza najmniejszej skłonności do tak trudnego i wówczas jeszcze rzeczywiście heroicznego zajęcia. Dwie mile od brzegu cierpiał już na chorobę morską, był zmęczony po kwadransie biegu lub chłopięcych zabaw. Co począć z tak delikatną latoroślą, nie bez troski zdawali sobie pytanie rodzice, gdyż we Francji roku 1770 nie było jeszcze miejsca dla przebudzonego już duchowo i niecierpliwie prącego do przodu mieszczaństwa. W sądach, w administracji, na wszystkich stanowiskach, w każdym urzędzie, wszystkie tłuste kąski zastrzegano dla szlachty; do służby u dworu wymagano herbu hrabiowskiego lub intratnej baronii; nawet w wojsku mieszczanin, nim posiwiał, dorobić się mógł najwyżej stopnia kaprala. W źle rządzonym, skorumpowanym królestwie trzeci stan nie miał jeszcze żadnych szans; nic dziwnego, że ćwierć wieku później zechce wywalczyć pięściami to, czego zbyt długo odmawiano jego wyciągniętej w pokornej prośbie dłoni.

Pozostawał tylko Kościół. Ta tysiącletnia potęga, znajomością świata nieskończenie przewyższająca wszystkich królów, postępuje mądrzej, bardziej demokratycznie i wielkodusznie. Każdy talent może liczyć na jej opiekę i nawet człowieka najniższego stanu przyjmuje do swego niewidzialnego królestwa. A że mały Joseph wyróżniał się wynikami w nauce w szkole u Oratorianów, ci po jej ukończeniu chętnie znaleźli dla niego miejsce nauczyciela matematyki i fizyki, inspektora szkolnego i katechety. W wieku dwudziestu lat miał Fouché w tym zakonie, od czasu wypędzenia jezuitów kierującym katolickim wychowaniem w całej Francji, dobrą posadę, która choć skromna i nie dająca wielkich widoków na karierę, była przecież dla niego szkołą, w której ucząc innych uczył się sam.

Przez dziesięć lat, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, ten blady, zamknięty w sobie półksiądz snuje się po klasztornych krużgankach i cichych refektarzach. Uczy w Niort, Saumur, Vendȏme, w Paryżu, ale nie odczuwa prawie potrzeby zmiany miejsca, gdyż wszystko jedno, w jakim mieście, życie nauczyciela seminaryjnego płynie tak samo spokojnie, ubogo i niepozornie, zawsze za milczącymi murami, zawsze w izolacji od życia. (…) Jakby wszystko stanęło w miejscu na te dziesięć nierzeczywistych lat poza czasem i przestrzenią, jałowych i pozbawionych ambicji, cichych, spędzonych w cieniu.

Ale przecież przez te dziesięć lat klasztornej szkoły Joseph Fouché posiadł wiele umiejętności, które niezwykle przydały się przyszłemu mężowi stanu; przede wszystkim opanował technikę milczenia, kardynalną sztukę ukrywania własnych myśli, osiągnął mistrzostwo w obserwowaniu charakterów i umiejętność postępowania z ludźmi. To, że przez całe życie, nawet w pasji, panował nad każdym drgnieniem twarzy, że na jego nieruchomym, ukrytym za murem milczenia obliczu nie można było dostrzec nigdy gwałtownych przypływów gniewu, rozgoryczenia,wzburzenia, że takim samym spokojnym bezbarwnym głosem wypowiadał rzeczy najzwyklejsze i najstraszliwsze i tak samo bezszelestnym krokiem potrafił poruszać się po cesarskich komnatach i wśród szalejącego tłumu – wszystko to brało się stąd, że nim wspiął się na scenę świata, przez lata spędzone w refektarzach zdobył niezrównaną wewnętrzną dyscyplinę, biorąc przykład z Loyoli dawno poskromił własną wolę i nauczył się przemawiać na liczącej wiele wieków retoryce Kościoła. Może to nie przypadek, że trzech wielkich dyplomatów Rewolucji Francuskiej, Talleyrand, Sieyés i Fouché, przyszło ze szkoły Kościoła; nim osiągnęli popularność, od dawna już posiedli znajomość ludzi. Prastara, wspólna, sięgająca daleko wstecz tradycja w decydujących momentach wyciska pewne podobieństwo na ich skądinąd tak odmiennych charakterach. Fouché dodał do tego żelazną, równą spartańskiej dyscyplinę, wewnętrzny sprzeciw wobec luksusu i blichtru, umiejętność ukrywania prywatnego życia i uczuć osobistych; nie, te lata spędzone w cieniu klasztornych murów nie były wcale stracone, ucząc innych nauczył się tam nieskończenie dużo.

Za murami klasztorów, w najściślejszym odosobnieniu, ten jakże giętki i niespokojny duch zdobywa stopniowo ogromną wiedzę psychologiczną. Przez lata dane mu będzie działać tylko w ukryciu, w najściślejszym kręgu duchowieństwa, ale już w roku 1778 zaczęła się we Francji społeczna zawierucha, która wdarła się nawet za mury klasztorów. W celach Oratorianów tak samo dyskutowano na temat praw człowieka, jak na spotkaniach wolnomularzy, jakiś nowy rodzaj ciekawości pchał tych młodych księży ku mieszczanom, ciekawość również sprawiała, że nauczyciel matematyki i fizyki zainteresował się zdumiewającymi odkryciami epoki, braćmi Montgolfier, pierwszymi statkami powietrznymi, wspaniałymi wynalazkami z dziedziny elektryczności i medycyny. Duchowni szukali kontaktu z kołami inteligencji, a w Arras mogli go znaleźć w osobliwym klubie zwanym „Rosati”, czymś w rodzaju „szlarafii”1, w którym wesoło spędzali czas miejscowi intelektualiści. Były to bardzo skromne spotkania, na których spokojnie, niepozorni mieszczanie recytowali wierszyki lub wygłaszali literackie przemówienia, wojskowi mieszali się z cywilami i mile widziany był również nauczyciel z klasztornej szkoły, Joseph Fouché, gdyż miał dużo do powiedzenia na temat osiągnięć fizyki. Często siadywał tam wśród kolegów i słuchał, gdy na przykład pewien kapitan z korpusu inżynierskiego, nazwiskiem Lazare Carnot, odczytywał szydercze wiersze własnego autorstwa albo blady adwokat o wąskich ustach, Maksymilian de Robespierre (wtedy przywiązywał jeszcze wagę do szlacheckiej partykuły), wygłaszał przy stole przyprawiającą o zawrót głowy mowę na cześć „Rosati”. Albowiem prowincja rozkoszuje się jeszcze ostatnimi powiewami filozofującego wieku osiemnastego, pan de Robespierre zamiast krwawych wyroków spokojnie układa zgrabne wierszyki, szwajcarski lekarz Marat zamiast gwałtownych komunistycznych manifestów pisze słodko sentymentalną powieść, mały porucznik Bonaparte trudzi się gdzieś na prowincji nad nowelą, naśladownictwem Wertera; burzowe chmury dopiero gromadzą się za horyzontem.

Cóż za igraszka losu: noszący tonsurę2 nauczyciel szkoły klasztornej szczególnie się zaprzyjaźnił właśnie z tym bladym, nerwowym, nieskończenie ambitnym adwokatem de Robespierre; (…) Kiedy Maksymilian de Robespierre miał jechać do Wersalu, żeby jako delegat do Stanów Generalnych wziąć udział w pracach nad nową konstytucją Francji, to właśnie noszący tonsurę Joseph Fouché pożyczył kilka sztuk złota bardzo biednemu adwokatowi, żeby mógł opłacić podróż i uszyć sobie nowe ubranie.

Wkrótce po odjeździe Robespierre’a na sesję Stanów Generalnych, która wstrząśnie fundamentami Francji, oratorianie z Arras również robią swoją małą rewolucję. Polityka wcisnęła się do refektarzy i mądry, obdarzony świetnym węchem Joseph Fouché czuje powiew historii. Z jego inicjatywy księża wysyłają deputację do Zgromadzenia Narodowego, żeby okazać swoją sympatię dla trzeciego stanu. Zwykle jednak tak ostrożny, tym razem uderzył o godzinę za wcześnie. Przełożeni, nie mając siły ukarać go naprawdę, wysyłają za karę do bratniego zakładu w Nantes, tam gdzie pobierał nauki jako chłopiec i gdzie uczył się poznawać ludzi.

Teraz jednak jest już dorosły, już dojrzał i nie ma dłużej ochoty uczyć wyrostków tabliczki mnożenia, geometrii i fizyki. Czując, skąd wieje wiatr, Fouché zrozumiał, że w kraju rozpęta się wkrótce społeczna zawierucha, że polityka opanowuje świat: a więc naprzód, do polityki! Zrzuca sutannę, przestaje pielęgnować tonsurę i wygłasza polityczne wykłady, już nie dla niedorosłych chłopców, lecz dla dziarskich obywateli Nantes. Założono klub – cóż, kariera polityków zawsze wymaga sceny, na której mogą wypróbować swoją elokwencję – wystarczyło kilka tygodni, i Fouché jest prezesem „Amis de la Constitution” w Nantes. Sławi postęp, ale bardzo ostrożnie, bardzo łagodnie, gdyż w mieście zacnych kupców polityczny barometr wskazuje umiarkowaną pogodę, w Nantes nikomu nie jest potrzebny radykalizm, tutaj ludzie obawiają się o swój kredyt, a przede wszystkim chcą robić dobre interesy. Kolonie dostarczają zbyt wielkich zysków, by budziły tam sympatie tak fantastyczne pomysły, jak uwalnianie niewolników; toteż Joseph Fouché natychmiast układa patetyczny dokument do Konwentu przeciwko zniesieniu handlu niewolnikami, co wprawdzie spotka się z ostrą przyganą Brissota, nie pomniejsza jednak poważania, jakim cieszy się Fouché w węższych kręgach mieszczaństwa. Żeby w porę wzmocnić swoją pozycję polityczną wśród miejscowej kamaryli (przyszłych wyborców), pośpiesznie żeni się z córką majętnego kupca, brzydką, ale dobrze urodzoną panienką, gdyż szybko i bez reszty chce zmieszczanieć w czasach, w których – czuje już to – stan trzeci będzie wkrótce stanem najwyższym i rządzącym.

To wszystko było już przygotowaniem do właściwego celu. Ledwie rozpisano wybory do Konwentu, były nauczyciel klasztornej szkoły zgłasza swoją kandydaturę. A co robi każdy kandydat? Na początek obiecuje swoim poczciwym wyborcom wszystko, co tylko ci chcą usłyszeć. Fouché obiecuje więc ochronę handlu, obronę własności, przestrzeganie praw; o wiele wymowniej piorunuje (bo w Nantes wiatr wieje raczej z prawa niż z lewa) przeciwko tym, którzy zakłócają porządek publiczny, niż przeciwko staremu reżimowi. Rzeczywiście, anno 1792 zostaje deputowanym do Konwentu i trójkolorowa kokarda delegata zastąpi teraz na długo skrycie, lecz wciąż jeszcze noszoną tonsurę.

Rankiem 21 września nowo wybrany Konwent wchodzi na salę. Nie witany już tak uroczyście, tak pompatycznie jak pierwsze Zgromadzenie Konstytucyjne trzy lata temu. Wtedy stał jeszcze pośrodku drogocenny fotel obity wyszywanym w białe lilie adamaszkiem, miejsce dla króla; gdy wszedł król, wszyscy unieśli się z szacunkiem, wydając radosne okrzyki na cześć pomazańca. Teraz jednak padły jego warownie, Bastylia i Tuilerie, nie ma już we Francji króla; tylko tłustawy jegomość, zwany przez swoich prostackich strażników i sędziów Ludwikiem Kapetem, pozbawiony władzy nudzi się w Temple i jak zwykły obywatel bezradnie czeka na wyrok. Krajem rządzi siedmiuset pięćdziesięciu posłów, którzy usadowili się w jego własnym domu. Z tyłu, za stołem prezydialnym, wiszą wypisane olbrzymimi literami nowe tablice dziesięciu przykazań, dokładny tekst konstytucji, a ściany sali zdobią – niebezpieczny symbol – wiązki liktorskich rózeg i morderczy topór.

Na galeriach zbiera się lud i ciekawie przygląda swoim wybrańcom. Siedmiuset pięćdziesięciu członków Konwentu wolnym krokiem udaje się do królewskiego domu, dziwna mieszanina wszystkich stanów i zawodów: bezrobotni adwokaci obok słynnych filozofów, zbiegli księża obok weteranów dawnych wojen, niefortunni łowcy przygód obok słynnych matematyków i wytwornych poetów; tak się dzieje, gdy gwałtownie potrząsnąć szklanką, za sprawą rewolucji to co było we Francji na samym dnie, teraz wypłynęło na wierzch. Najwyższa pora, żeby uporządkować chaos.

Już podział miejsc świadczy o pierwszej próbie zaprowadzenia ładu. W amfiteatralnej sali, tak ciasnej, że nieprzyjazne słowa zderzają się niemal w powietrzu, na dole w głębi siedzą spokojni, oświeceni, ostrożni, „Marais”, Bagno, jak nazwano szyderczo tych beznamiętnie ważących wszystkie decyzje. Bojowi, niecierpliwi, radykalni zajmują miejsca na najwyższych ławach, na „Górze”, której ostatnie rzędy dotykają już galerii, symbolicznie niejako dając przez to do zrozumienia, że za nimi stoją masy, lud, proletariat.

Te dwie siły stanowią szale wagi. Między nimi w odpływach i przypływach faluje rewolucja. Dla mieszczaństwa, dla umiarkowanych, republika wywalczywszy konstytucję, usunąwszy króla i szlachtę, przeniósłszy prawa na trzeci stan, osiągnęła wszystko, co było do osiągnięcia; teraz najchętniej postawiliby tamę, zatrzymali napierające doły i ograniczyli się do tego, co świeżo zdobyli. Ich przywódcami są Condorcet, Roland, żyrondyści, przedstawiciele duchowieństwa i stanu średniego. Ci z Góry jednak chcą dalej pchać potężną falę rewolucji, aż porwie ze sobą wszystkie istniejące jeszcze przeżytki, wszystkie objawy zacofania; oni, Marat, Danton, Robespierre jako przywódcy proletariatu dążą do „la revolution intégrale”, rewolucji całkowitej, radykalnej, aż po ateizm i komunizm. Po królu chcą rzucić na ziemię również i inne tradycyjne podpory państwa, pieniądz i Boga. Raz w stronę jednej, raz drugiej partii niespokojnie przechylają się szale wagi. Jeżeli zwyciężą żyrondyści, umiarkowani, rewolucję zamuli stopniowo najpierw liberalna, potem konserwatywna reakcja. Jeżeli zwyciężą radykałowie, porwą ją fale i wichry anarchii. Toteż odświętna harmonia w godzinie otwarcia nie oszuka nikogo z obecnych na owym historycznym posiedzeniu, każdy wie, że na tej sali wkrótce rozpocznie się walka na śmierć i życie, walka o dusze i władzę. Miejsce, jakie zajmuje deputowany, na dole, na parterze, czy wysoko, na górze, od razu określa jego stanowisko.

Wśród tych siedmiuset pięćdziesięciu, którzy wkroczyli uroczyście na salę zdetronizowanego króla, milcząc wszedł również, przepasany trójkolorową wstęgą wybrańca narodu, Joseph Fouché, deputowany z Nantes. Tonsura już mu zarosła, dawno zrzucił kapłańskie suknie; jak wszyscy tutaj, miał na sobie pozbawiony ozdób strój mieszczanina.

Gdzie też zajmie miejsce? Wśród radykałów, na górze, czy na dole, wśród umiarkowanych? Joseph Fouché nie waha się długo. Zna tylko jedną partię, której był i pozostanie wierny aż do końca: silniejszą, partię większości. Toteż i tym razem waży i oblicza w duchu głosy, i widzi: na razie władza należy jeszcze do żyrondystów, do umiarkowanych. Siada więc na ich ławach, obok Condorceta, Rolanda, Servana, obok ludzi, którzy trzymają w ręku ministerstwa, mają wpływ na wszystkie nominacje i rozdzielają tłuste kąski. Tutaj, wśród nich, czuje się pewnie i tutaj siada.

Ostrożny! mało kto jest tak ostrożny jak on. W sprawozdaniach z posiedzeń z pierwszych miesięcy w ogóle nie pojawia się nazwisko Josepha Fouché. Podczas gdy inni, gnani próżnością, pchają się natarczywie do głosu, zgłaszają propozycje, wygłaszają pompatyczne przemówienia, nawzajem się oskarżają i zwalczają, deputowany z Nantes ani razu nie pojawia się na podwyższeniu dla mówców. Słabość głosu, tak tłumaczy się wobec przyjaciół i wyborców, przeszkadza mu w publicznych wystąpieniach. A ponieważ wszyscy pozostali łapczywie i z niecierpliwością jeden przez drugiego rwą się do słowa, milczenie tego skromnego na pozór człowieka sprawia tylko sympatyczne wrażenie.

Jego skromność jest jednak w rzeczywistości wykalkulowana. Były fizyk najpierw oblicza stosunek sił, obserwuje, zwleka z zajęciem stanowiska, gdyż widzi, że szala zwycięstwa się chwieje. Dopóki nie przechyli się ostatecznie, ostrożny Fouché nie decyduje się zadeklarować po tej lub po tamtej stronie. Tylko nie wyczerpać się przedwcześnie, tylko się zbyt wcześnie nie określić, nie związać na zawsze! Jeszcze nie wiadomo, czy rewolucja pójdzie naprzód, czy też opadną jej fale; jak prawdziwy marynarski syn, Fouché czeka na pomyślny wiatr i na razie trzyma swój statek w porcie.

Jeszcze w Arras, za murami klasztoru, obserwował, jak szybko od „hosanna3 lud przechodzi do okrzyków „crucifiger4. Wszyscy lub prawie wszyscy, którzy wysunęli się na pierwszy plan w okresie Stanów Generalnych i Zgromadzenia Konstytucyjnego, dzisiaj są zapomniani albo znienawidzeni. Ciało Mirabeau, wczoraj jeszcze w Panteonie, dziś haniebnie stamtąd wyrzucone; La Fayette, kilka tygodni temu wielbiony triumfalnie jak ojciec ojczyzny, dziś jest już zdrajcą; Custine, Pétion, jeszcze niedawno radośnie witani, przemykają się już bojaźliwie z dala od tłumu. Nie, tylko nie ujawniać się zbyt wcześnie, nie określić zbyt pochopnie, niech najpierw wyczerpią, wypalą się inni! On, który wcześnie poznał świat, wie, że rewolucja nigdy nie należy do tego, kto ją rozpoczął, lecz zawsze do ostatniego, do tego, który jest na końcu i niczym zdobycz ciągnie ją ku sobie.

Toteż mądry, świadomie przycupnął w cieniu. Zbliża się do sprawujących władzę, ale sam unika wszelkiej oficjalnej, wszelkiej widocznej władzy. Miast grzmieć z trybuny i na łamach prasy, woli, by go wybierano do komitetów i komisji, skąd siedząc w cieniu można mieć wgląd w sytuację i wpływ na wydarzenia, unikając kontroli i nienawiści. I rzeczywiście, dzięki sprawności w pracy jest lubiany, niepozorny wygląd chroni go przed wszelką zawiścią. Z pokoju, w którym pracuje czekając, aż wybije jego godzina, może bez przeszkód patrzeć, jak pożerają się nawzajem tygrysy z Góry i pantery Żyrondy, jak wielcy zapaleńcy, górujący nad innymi, Verniaud, Condorcet, Desmoulins, Danton, Marat i Robespierre, ranią się nawzajem śmiertelnie. Przygląda się i czeka, gdyż wie: dopiero, kiedy zniszczą się nawzajem ci zapaleńcy, nadejdzie czas dla wyczekujących i inteligentnych. Fouché zawsze będzie decydował się dopiero wtedy, gdy bitwa zostanie już rozegrana.

Przez całe życie lubi stać w cieniu: nigdy naprawdę nie sprawować władzy, a przecież trzymać ją całkowicie w swoich rękach, pociągać za wszystkie nici, ale za nic nie ponosić odpowiedzialności. Zawsze ustawiać się za Pierwszym, kryć się za jego plecami, pchać go do przodu, a gdy tylko ten zapędzi się zbyt daleko, w decydującym momencie gładko się go zaprzeć, to będzie jego ulubiona rola. Najznakomitszy intrygant na politycznej scenie z taką samą wirtuozerią odgrywa ją w dwudziestu przebraniach, w niezliczonych epizodach, pod rządami republikanów, królów i cesarzy.

x

Stefan Zweig dał nam bardzo sugestywny i wyczerpujący obraz, jak on to określił, człowieka politycznego, jednocześnie opisując pewne mechanizmy czy prawa, jakimi rządzi się polityka. Po tej lekturze nie ma więc najmniejszych wątpliwości, że prawdziwa władza jest starannie ukryta, a jej zamiary nie są znane tym, których one dotyczą, czyli wyborcom. Chcą nie chcąc, między wierszami, napisał on o roli Kościoła w tworzeniu sceny politycznej. A rola ta wydaje się być fundamentalna. Trudno się dziwić, bo to najstarsza instytucja, a zatem dysponująca największą wiedzą i doświadczeniem. Czymże są bowiem tajne kancelarie państwowe i rządowe, do których ma dostęp każda nowa władza, wobec tych kościelnych? Za murami klasztorów kryją się archiwa, w które wgląd mają tylko nieliczni. Żadna wojna ich nie niszczy. Zatem wszelkie lustracje rządowe są tylko igrzyskami dla plebsu. Ale o tym nie trzeba głośno mówić.

A kim był Fouché? A może ciekawsze jest pytanie: czy miał swego oficera prowadzącego, który rezydował ukryty gdzieś głęboko w jakimś klasztorze? A czy w przypadku innych nie było podobnie?

W Wikipedii można znaleźć, bez większego wysiłku, parę ciekawych fragmentów, które opisują, choć nie wprost, mechanizm tworzenia sceny politycznej w trakcie tej rewolucji:

Jakobini (fr. Jacobins) – lewicowy klub polityczny działający w rewolucyjnej Francji. Został założony w 1789 w Paryżu jako Klub Bretoński. Na jego czele stał Maximilien Robespierre. 10 sierpnia 1790 roku został przemianowany na Stowarzyszenie Przyjaciół Konstytucji (Société des amis de la Constitution). U szczytu swojej potęgi klub miał setki kapituł rozsianych po całej Francji z całkowitą liczbą członków około 400 tys. Po upadku Robespierre’a klub został zlikwidowany. Jego członkowie byli przeciwni klerowi katolickiemu i religii chrześcijańskiej, w miejsce której ustanowili kult Istoty Najwyższej. Przydomek „jakobini” pochodzi od miejsca obrad w klasztorze zakonu dominikanów (zwanych jakobinami) w Paryżu.

Początkowo opowiadający się za monarchią konstytucyjną, jednak na drodze radykalizacji skłaniający się ku proklamacji republiki. Wynikało to z wewnętrznego podziału w partii i wyodrębnienia się feuillantów. Zwolennicy koncepcji republikańskiej z Maximilienem Robespierre’em na czele nadawali ton dalszej polityce ugrupowania. Do kolejnego podziału wewnętrznego doszło w obliczu wypowiedzenia przez Francję wojny Austrii. Jedni uważali, że należy szerzyć ideę rewolucji całemu światu, umacniając tym samym zdobycze rewolucji (żyrondyści). Obóz drugi z Robespierre’em na czele twierdził, iż Francja nie jest jeszcze na to gotowa. Po proklamowaniu Republiki klub przemianowano na Stowarzyszenie Przyjaciół Wolności i Równości (Société des amis de la liberté et de l’égalité).

Dla jakobinów celem było powołanie narodowego parlamentu, który – demokratycznie wybrany – byłby symbolem suwerennego państwa. W ten sposób przyczynili się m.in. do powstania nacjonalizmu.

Jakobinami nazywali członkowie konfederacji targowickiej polskich wyznawców radykalnej polityki rewolucyjnej – podczas insurekcji kościuszkowskiej ich czołowymi przedstawicielami byli Hugo Kołłątaj, Jakub Jasiński i Józef Zajączek. Członkiem zagranicznym klubu jakobinów został 24 grudnia 1790 późniejszy twórca konfederacji targowickiej, Stanisław Szczęsny Potocki.

Feuillanci (Feuillants) – klub polityczny czasów rewolucji francuskiej. Jego oficjalna nazwa brzmiała Stowarzyszenie 1789 roku. Klub został utworzony 16 lipca 1791 roku w wyniku secesji z klubu jakobinów, którego polityka ulegała stopniowej radykalizacji. Feuillanci jako miejsce swoich spotkań obrali bernardyński klasztor Feuillantów, dzięki czemu zaczęto tak nazywać to ugrupowanie. Feuillanci opowiadali się za monarchią konstytucyjną i rolą króla jako najwyższej władzy wykonawczej. Jednocześnie propagowali laicyzm i prowadzili umiarkowaną działalność antyklerykalną. Ich główną linią programową była demokratyzacja życia publicznego, wierność konstytucji i zakończenie dzieła rewolucji. Feuillanci byli najsilniejszym klubem politycznym w Legislatywie, z kolei wewnątrz podzieleni byli na dwie orientacje: lamenthystów (skupionych wokół Alexandre de Lametha) i fayettystów (skupionych wokół Marie Joseph de La Fayette’a) – stroniących od dworu królewskiego (La Fayette był wśród tego otoczenia persona non grata). Po obaleniu monarchii klub rozwiązano, a większość działaczy udała się na emigrację bądź odsunęła się od życia publicznego. Mimo to wielu z nich trafiło później na gilotynę.

Żyrondyści (fr. Girondins) – nieformalne stronnictwo polityczne z czasów rewolucji francuskiej, grupujące głównie przedstawicieli inteligencji i burżuazji, początkowo stanowiące prawe skrzydło jakobinów z programem monarchii konstytucyjnej i rządów parlamentarnych z zachowaniem swobód życia gospodarczego i religijnego.

Nazwa ugrupowania wywodzi się od departamentu Żyronda (fr. Gironde), a ten z kolei od Żyrondy, estuarium rzeki Garonny w południowej Francji), z którego pochodziła większość deputowanych. Członków tego stronnictwa zwano również brissotystami, od nazwiska ich głównego przywódcy Jakuba Brissot. Przyszli żyrondyści początkowo tworzyli klub jakobinów. Stronnictwo utworzone zostało na fali protestu wobec pokojowej polityki jakobinów. Część członków dokonała secesji na przełomie października i listopada 1791 roku.

Żyrondyści początkowo opowiadali się za monarchią konstytucyjną i ograniczeniem roli króla do funkcji reprezentacyjnych. W wyniku poparcia, jakim cieszyli się wśród ludności, otrzymali od Ludwika XVI misję tworzenia rządu. Byli gorącymi zwolennikami rozprzestrzeniania rewolucji w całej Europie i to pod ich wpływem Francja wypowiedziała wojnę Austrii 20 kwietnia 1792 roku, zapoczątkowując długi okres wojen z kolejnymi koalicjami. Szybko opowiedzieli się za republiką.

Żyronda utrzymywała w nowej republikańskiej rzeczywistości główny wpływ na władzę i to ją obarczano winą za klęski w wojnach i trudną sytuację gospodarczą. Szczególną nienawiścią żyrondystów darzyli sankiuloci i to oni, podjudzani przez kordelierów i jakobinów, dokonali 2 czerwca 1793 roku zamachu stanu, który doprowadził do unicestwienia stronnictwa. Czołowych przedstawicieli Żyrondy aresztowano, skazano na śmierć i zgilotynowano. Stronnictwo przestało istnieć, ale jego ocalali przedstawiciele wzięli udział w przewrocie termidoriańskim.

Żyrondyści dali początek idei politycznej zwanej żyrondyzmem. Ta umiarkowanie rewolucyjna idea (oparta na filozofii oświecenia i antyklerykalizmie) pojawiła się w czasie rządów Aleksandra Kiereńskiego w Rosji oraz w czasie rządów republikańskich w Hiszpanii w latach 1931–1936. W Polsce idea związana jest z tzw. lewicą laicką, prezentowaną przez Komitet Obrony Robotników, Unię Wolności i Partię Demokratyczną.

Sankiuloci (fr. sans-culottes czyli bez kulotów [bez gaci, czyli gołodupcy – przyp. W.L.], ważnego elementu ówczesnych garniturów) – pogardliwa nazwa stosowana przez stany wyższe w odniesieniu do najradykalniejszych uczestników rewolucji francuskiej (1789–1799), wywodzących się z robotników manufaktur, drobnych rzemieślników, kramarzy oraz bezrobotnych mieszkańców Paryża.

Sankiuloci tworzyli ruch niejednorodny, pozbawiony praw politycznych (od 1789 na statusie „obywateli biernych”), który nie wykształcił własnych struktur działając w lokalnych stowarzyszeniach, pozostających głównie pod wpływem kordelierów. Występowali przeciwko królowi Ludwikowi XVI, arystokracji, bogatej burżuazji, stanowiąc „zbrojne ramię” przywódców rewolucji. Odgrywali czołową rolę w szturmie na Bastylię (1789), obaleniu monarchii (1792), egzekucji króla (1793) i usunięciu żyrondystów (1793). Po przejęciu władzy przez jakobinów sankiuloci zostali dopuszczeni do funkcji wojskowych i administracyjnych, jednakże dążenia jakobinów do podporządkowania sobie całego społeczeństwa francuskiego doprowadziły do ostrego konfliktu z kordelierami i sankiulotami, którzy w lipcu 1794 wystąpili przeciwko jakobińskiemu terrorowi (przewrót 9 thermidora). Przywódcom sankiulotów wytoczono proces, ich przedstawicieli usunięto z organów władzy, sankiulotów rozbrojono, a ich działalność sparaliżowano. W okresie „thermidoriańskim” kilkakrotne, gwałtowne wystąpienia sankiulotów zostały krwawo stłumione, a wojskowa pacyfikacja robotniczych przedmieść Paryża w maju 1795 położyła kres ich ruchowi.

Radykalne oczekiwania i poglądy polityczne sankiulotów popychały burżuazyjne rządy rewolucji do coraz głębszych przemian społecznych. Wyróżniał ich ubiór – długie pantalony i czerwone czapki wolności – powstały w całkowitej opozycji do dotychczasowej mody arystokratycznej (krótkie bufiaste spodnie). Część ich programu przejął François Noël Babeuf i jego Sprzysiężenie Równych.

Kordelierzy (Cordeliers; od la corde – sznur) – klub polityczny z okresu rewolucji francuskiej założony 27 kwietnia 1790 roku w Paryżu. Jego pełna nazwa brzmiała Stowarzyszenie Przyjaciół Praw Człowieka i Obywatela (Société des Amis des droits de l’homme et du citoyen). W początkowym okresie rewolucji kordelierzy stanowili najbardziej radykalny blok lewicowy, żądając jako pierwsi ustanowienia republiki. Wkrótce podzielili się (nieformalnie) na dwa stronnictwa – radykalne, zwane hebertystami, i umiarkowane, zwane dantonistami. Niemal do końca współdziałali z jakobinami. W marcu roku 1794 doszło do trwałego rozłamu w klubie, w wyniku czego stronnictwo hebertystów upadło, a ich liderzy zostali zgilotynowani. Dantoniści zaś już kilka dni później stali się obiektem ataku jakobinów. W kwietniu, po zaaranżowanym procesie, główni przywódcy kordelierów zostali zgilotynowani, a klub rozwiązano.

x

Często wcześniej dziwiło mnie, dlaczego Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) pisze „Wielka Rewolucja Francuska” i „rewolucja październikowa”? Teraz rozumiem. Rewolucja październikowa tylko powielała „zdobycze” Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Po to właśnie wybrał się Napoleon na Moskwę, by jej idee przenieść na rosyjski grunt. Wszystko wtedy powstało, a więc człowiek polityczny, czyli współczesny polityk, obecny system polityczny i nacjonalizm. Nawet manifest komunistyczny nie jest dziełem Marksa, ale o tym w następnym blogu. Mechanizm jest stosunkowo prosty. Powstaje opozycja, w tym wypadku względem króla, czyli monarchii. Po zdobyciu władzy, czy może nawet wcześniej, w jej łonie tworzy się rozłam. Silniejsza strona dochodzi do władzy. Po jakimś czasie, z racji niepowodzeń w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, dochodzi do jej obalenia i opozycja zaczyna rządzić. I znowu pojawiają się problemy i niezadowolenie. W tym jednak wypadku, gdy brak opozycji, pojawia się dyktatura, czyli Napoleon. A gdy on ponosi porażki, to dochodzi do restauracji (jak ja lubię to słowo!) monarchii, ale już nie absolutnej tylko parlamentarnej. I tak to działa do dziś. Silna władza prezydencka to dawna monarchia, a silna władza parlamentu to dawna monarchia parlamentarna. Nic zatem nie zmienia się, poza tym, że zmieniają się nazwy. No właśnie! – Na początku było słowo. Wygląda na to, że to „Słowo” to potęga.

Kto zatem kieruje tym wszystkim? Kto pociąga za sznurki, które wiążą polityków? Wydaje się, że wszystkie drogi prowadzą do Kościoła, który za murami swoich potężnych klasztorów, prawie nietykalnych, skrywa niejedną tajemnicę. A gdy już trzeba zbombardować taki klasztor to uprzedza się o tym:

W czasie II wojny światowej wzgórze Monte Cassino było świetnym miejscem na bazę w tworzonej przez Niemców Linii Gustawa, ale marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem na zniszczenie klasztoru, o czym poinformował Watykan i dowództwo aliantów. Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowało niemieckie wojsko, jednak zdecydowali się na bombardowanie obawiając się, że w trakcie bitwy może się to zmienić. Na zbombardowanie klasztoru nalegał gen. Bernard Freyberg, dowódca Korpusu Nowozelandzkiego, którego dywizja miała szturmować górę. Wobec jego stanowczego stanowiska, sztab V Armii amerykańskiej wyraził zgodę na lotniczy atak na klasztor, chociaż wcześniej nie znajdował się na liście celów. Bombardowanie miało nastąpić początkowo 13 lutego 1944, ale z powodu złych warunków atmosferycznych przesunięto je o dwa dni. Publiczne ogłoszenie przez aliantów godziny bombardowania (15 lutego 1944), pozwoliło więc benedyktynom na zorganizowanie transportu i przewiezienie bezcennych skarbów kultury europejskiej, znajdujących się w klasztorze do Watykanu. – Wikipedia.

Czy te bezcenne skarby kultury europejskiej to również archiwa klasztorne?

  1. szlarafia – drobne sprężyny wypełniające materac, tapczany itp., zapewniające im dużą elastyczność i sprężystość. (niem. Schlaraffiamatratze, tj. schlaff-Raffia-Matratze ‘materac z wiotkiej rafii’) ↩︎
  2. tonsura – wygolone miejsce w kształcie kółka na głowie duchownego katolickiego; także: wygolony wierzch głowy u członków niektórych zakonów. ↩︎
  3. hosanna (ach, ratuj) – 1. okrzyk powitalny i modlitewny dawnych Żydów, używany w tymże znaczeniu także liturgii chrześcijańskiej. 2. przen. okrzyk wyrażający nastrój radosny, podniosły. ↩︎
  4. crucifiger (fr.) – ukrzyżować ↩︎

100 dni

Gdy tak obserwuję obecną scenę polityczną, to mam wrażenie, że jest tak jak zawsze, tyle że aktorzy coraz gorsi. A może to tylko moje subiektywne odczucie. Czym było owe 100 dni Napoleona? A może nie tylko to, może cała jego kariera i nie tylko jego? Czy rzeczywiście prawdziwi rządzący są niewidoczni, głęboko ukryci, ale realnie wpływający na naszą rzeczywistość? W przypadku rewolucji angielskiej szybko doszło do restauracji monarchii, w przypadku rewolucji francuskiej też szybko doszło do jej restauracji, a później jeszcze szybciej do ponownej. A zatem na brak restauracji nie możemy narzekać, więc głód nam nie grozi. Po co był ponowny powrót Napoleona do władzy na tak krótki okres? Najpierw mamy we Francji rewolucję, powstaje rząd rewolucyjny, a wraz z nim wielki bałagan i kłótnie frakcyjne, co uzasadnia wprowadzenie dyktatury. To pozwala na podbicie Europy kontynentalnej, by zaprowadzić w niej porządek prawny podobny do tego, który za rewolucji wprowadzono we Francji: poddani stali się obywatelami i otrzymali prawa wyborcze. Gdy to już zrobiono, to skierowano Napoleona do Rosji, by połamał sobie na niej zęby i gdy to się dokonało, pozbyto się go, zsyłając na wyspę, która „przypadkiem” leży tylko 20 km od wybrzeża Włoch, chyba tylko po to, by mógł on z powrotem łatwo dostać się na ląd. Natomiast kolejne zesłanie – na Wyspę św. Heleny, leżącą na południowym Atlantyku, z dala od wybrzeży Afryki – taki powrót uniemożliwiło. O co chodziło z tymi 100-tu dniami? Proste pytanie, a odpowiedź niestety trudna.

Wikipedia m.in. pisze:

Zaczynał karierę jako dowódca artylerii w wojskach rewolucji francuskiej, walczący z paryskim powstaniem rojalistów, z Monarchią Habsburgów i z Królestwem Wielkiej Brytanii. Obalił francuskie rządy Dyrektoriatu przez zamach stanu, wprowadził nową konstytucję i kontynuował walkę z Austrią, zdobywając nowe ziemie. Jako cesarz kontynuował walki z Austrią i Wielką Brytanią, a także sprzymierzoną z nimi carską Rosją, zdobywając m.in. tereny I Rzeszy Niemieckiej, dalsze części Półwyspu Apenińskiego oraz Bałkanów. Walki z dotychczasowymi wrogami oraz z Królestwem Prus i Królestwem Szwecji przyniosły mu tereny tego pierwszego państwa, z których utworzył Księstwo Warszawskie. Walczył z Wielką Brytanią także gospodarczo, za pomocą embarga znanego jako blokada kontynentalna. Obalił również władze Hiszpanii i Portugalii, wprowadzając tam przychylne mu rządy. Przy wsparciu Wielkiej Armii najechał na Rosję, ale po zdobyciu Paryża przez sprzymierzonych i jego zajęciu przez Rosjan 31 marca 1814 roku się abdykował. Doszło do pierwszej restauracji Burbonów. Wrócił do rządów w czasie znanym jako 100 dni Napoleona, jednak jego przegrana z Wielką Brytanią i Prusami w bitwie pod Waterloo skończyła się pojmaniem przez Brytyjczyków, ostatecznym uwięzieniem i drugą restauracją Burbonów. Mimo finalnej porażki Napoléon Bonaparte uchodzi za jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych w dziejach i bywa nazywany geniuszem wojny. Walki Francji pod przywództwem Bonapartego są znane jako wojny napoleońskie. Wywarły one wpływ na niemal całą Europę, skutkując między innymi utworzeniem Cesarstwa Austrii, upadkiem I Rzeszy Niemieckiej i kongresem wiedeńskim, na którym powołano Związek Niemiecki.

Bonaparte to także wpływowy reformator polityczny, kontynuujący pewne cele rewolucji francuskiej. We Francji i na podbitych terenach wprowadził kodeks cywilny znany jako Kodeks Napoleona, wprowadzający m.in. wolność religijną, świeckość państwa i małżeństwa cywilne z możliwością rozwodu. Kodeks ten był wzorcem dla przepisów innych państw, a jego niektóre zapisy obowiązywały w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Napoleońskie wojny i reformy przyczyniły się do upadku feudalizmu w Europie i zastąpienia go kapitalizmem. Rządy i poglądy Bonapartego i jego kontynuatorów są znane jako bonapartyzm i uznawane za nowożytną formę cezaryzmu.

Wczesne lata

Po wybuchu rewolucji francuskiej Bonaparte nie od razu ją poparł. Zgłosił się do korsykańskich powstańców Paolego, w konsekwencji odmowy przyjęcia przeszedł na stronę francuską. W kwietniu 1791 został awansowany na porucznika. Kiedy Paoli w maju 1793 wywołał antyfrancuskie powstanie, rodzina Bonapartych musiała uciekać z wyspy.

W lipcu 1793, Bonaparte opublikował pro-republikański pamflet pt. Le souper de Beaucaire (Kolacja w Beaucaire), którym zjednał sobie wsparcie Augustyna Robespierre’a, młodszego brata lidera Rewolucji, Maksymiliana Robespierre’a. Z pomocą swojego korsykańskiego znajomego, Antoine’a Christophe’a Salicetiego, Bonaparte został zaprzysiężony kapitanem artylerii sił rewolucyjnych podczas oblężenia Tulonu.

Po upadku jakobinów, z którymi był związany, znalazł się chwilowo w więzieniu, a potem przez kilkanaście miesięcy pozostawał bez przydziału. Dopiero lider Dyrektoriatu Paul Barras, który pamiętał Napoleona z okresu oblężenia Tulonu, powołał go do objęcia dowództwa nad oddziałami broniącymi Republiki w czasie rojalistycznego powstania 13 Vendémiaire (5 października 1795). Pozwoliło to Napoleonowi kolejny raz wykazać się skutecznością, przez zastosowanie w walkach ulicznych artylerii. Po tym wydarzeniu został mianowany dowódcą wojsk wewnętrznych i generałem dywizji.

9 marca 1796, mając 27 lat, poślubił owdowiałą arystokratkę Józefinę de Beauharnais, która po śmierci swojego męża była kochanką Barrasa i kilku innych wpływowych polityków. To wówczas zmienił nazwisko, nadając mu francuską pisownię i wymowę. Kilka dni po ślubie z Józefiną, Napoleon objął dowództwo nad wojskami francuskimi walczącymi z Austriakami na terytorium północnej Italii i spekulowano, że stało się tak dzięki znajomościom Józefiny.

W 1797 roku trwała wciąż wojna Francji z Monarchią Brytyjską, ostatnim państwem I koalicji antyfrancuskiej, zawiązanej w 1793 roku przeciwko rewolucji we Francji. By zmusić Wielką Brytanię do zakończenia wojny, Napoleon Bonaparte zaproponował podbicie Indii – perły Korony Brytyjskiej. W tym celu Napoleon ruszył na Egipt, mający być przyszłą bazą wypadową do ataku na Indie. Wyprawa egipska doszła do skutku w maju 1798 roku. Wzięło w niej udział 38 tysięcy marynarzy i żołnierzy oraz 175 uczonych i artystów, którzy mieli badać kulturę i historię Egiptu. Ich zasługą było odkrycie na nowo dla Europy historii starożytnego Egiptu.

Zamach stanu 18 brumaire’a

Napoleon, nie czekając na ostateczne zakończenie kampanii, powrócił do Francji. Katastrofalny autorytet rządzącego wówczas we Francji dyrektoriatu dawał wielkie nadzieje wszelkiego typu spiskowcom i zamachowcom. Rząd był zbyt skorumpowany i niekompetentny, aby poradzić sobie z problemami, jakie dotknęły państwo.

Pomysł przejęcia władzy na drodze zamachu stanu wyszedł od księdza Emanuela Sieyèsa, który wszedł do dyrektoriatu w maju 1799 roku, razem z nim spiskował inny dyrektor Roger Ducos, były minister spraw zagranicznych Charles Talleyrand, a także szef policji Joseph Fouché. Napoleon miał z początku jedynie poprzeć zamach wojskiem i swym autorytetem, jakim cieszył się wśród paryżan. Początkowo wybrano do tego zadania generała Jouberta, ale ten zginął w bitwie pod Novi 15 sierpnia 1799 roku, wśród konspiratorów wstawił się za Bonapartem Talleyrand.

Zamach stanu miał się odbyć 16 i 17 brumaire’a (7 i 8 listopada), ostatecznie jednak przesunięto go na 9 i 10 listopada. Pierwszego dnia Napoleon spotkał się o szóstej rano z sześćdziesięcioma oficerami 17 Okręgu Wojskowego oraz adiutantami z Gwardii Narodowej, wtedy „dobitnie przedstawił im rozpaczliwe położenie Republiki i poprosił o to, aby udowodnić swoje przywiązanie do jego osoby, składając przysięgę wierności obu izbom”. Mniej więcej w tym samym czasie, w pałacu Tuileries, przegłosowano mianowanie Napoleona dowódcą 17 Okręgu Wojskowego i Gwardii Narodowej oraz przeniesiono mające się odbyć następnego dnia obrady izb ustawodawczych do Saint-Cloud. Udało się to zrobić dzięki zwołaniu obrad o niesamowicie wczesnej porze i niepowiadomieniu członków Rady Starszych przeciwnych Napoleonowi. Następnie Bonaparte przybył osobiście do izby ustawodawczej i wygłosił przemówienie, w którym odwołał się do jedności narodowej Francuzów i które zostało bardzo ciepło przyjęte. Jeszcze tego dnia ze swych stanowisk ustąpili Ducos i Sieyès.

Nazajutrz 10 listopada obie izby ustawodawcze zebrały się na obradach w Saint-Cloud, przybył tam także Napoleon, by przemówić do Rady Starszych i Rady Pięciuset i przekonać ich do porzucenia konstytucji roku 3. Tego dnia bowiem przekupstwem i groźbami zmuszono pozostałych dyrektorów do ustąpienia ze stanowiska, powstała więc próżnia we władzy. Tak brzmiała jego (bardzo dobrze przyjęta) przemowa do Rady Starszych:

„Jesteście na wulkanie. Republika nie ma już rządu; dyrektoriat został rozwiązany, frakcje się miotają. Nadszedł czas decyzji. Wezwaliście mnie i moich towarzyszy broni, żebyśmy wsparli waszą mądrość, ale czas jest cenny. Musimy zdecydować. Wiem, że mówimy o Cezarze, o Cromwellu, jakby obecną chwilę można było porównać do wydarzeń z przeszłości. Ale tak nie jest, a ja pragnę jedynie bezpieczeństwa Republiki i chcę wspierać decyzje, jakie zamierzacie podjąć”

Następnie próbował przemówić do Rady Pięciuset, ale nie dano mu dojść do głosu i musiał uciekać pod osłoną grenadierów. Słychać wtedy było takie okrzyki jak: „Precz z tyranem!”, „Cromwell!”, „Wyjąć go spod prawa!”. Wtedy Napoleon i Lucjan, jego brat, pozyskali wsparcie 400 żołnierzy ochraniających Ciało Prawodawcze. W tym celu musieli odegrać istne przedstawienie, w którym Lucjan mierzył szpadą w Napoleona, mówiąc, że gdyby chciał sięgnąć po władzę, osobiście by go zabił. Przekonywali żołnierzy, że większość deputowanych Rady Pięciuset została sterroryzowana przez garstkę „fanatyków na angielskim żołdzie”. Do sali wdarło się wojsko pod wodzą Murata i rozpędziło przeciwników Bonapartego, następnie Lucjan, przewodniczący posiedzeniu, zebrał ok. 50 członków Rady i przegłosował odpowiednie ustawy: Ducosa, Sieyèsa i Napoleona mianowano tymczasowymi konsulami, a także zawieszono obrady izby ustawodawczej i wyrzucono z niej 61 przeciwników nowego reżimu. Nowa konstytucja miała zostać opracowana przez komisję łącznie 50 deputowanych z obu izb ustawodawczych, ale prawdopodobnie została opracowana już wcześniej przez Sieyèsa.

Klęska

Po klęsce Francuzów w kampanii moskiewskiej wojna rozgorzała ponownie w 1813 na terytoriach niemieckich. Napoleonowi udało się sprowadzić z Francji nową 150-tysięczną armię i początkowo odniósł zwycięstwa w bitwach pod Lützen, Dreznem i Budziszynem. Poniósł jednak klęskę w wielkiej Bitwie Narodów pod Lipskiem, rozegranej w dniach 16–19 października 1813. Bitwa pod Lipskiem była największą bitwą w historii wojen napoleońskich. Poległ w niej m.in. Józef Poniatowski, który był jedynym marszałkiem polskiej narodowości. Po zdobyciu Paryża przez Sprzymierzonych 31 marca 1814 rozpoczęła się rosyjska okupacja miasta.

Abdykacja

Pod wpływem nalegań części swoich marszałków Napoleon abdykował 6 kwietnia, zrzekając się władzy na rzecz syna, powierzając regencję swej żonie Marii Ludwice. Koalicja państw zawiązana przeciwko Napoleonowi zażądała jednak bezwarunkowej kapitulacji i zrzeczenia się tronu. Bonaparte, wobec zdrady marszałka Marmonta, bezwarunkową abdykację podpisał 6 kwietnia 1814 roku, co zostało potwierdzone konwencją z 11 kwietnia (tzw. traktat z Fontainebleau, który wszedł w życie 13 kwietnia). Zesłano go na wyspę Elbę, położoną na Morzu Śródziemnym, 20 km od wybrzeża Włoch.

100 dni

W kwietniu 1814 francuski Senat ogłosił detronizację cesarza Napoleona i sprowadził brata zgilotynowanego Ludwika XVI, aby ten objął rządy. Napoleon abdykował 6 kwietnia, zachowując tytuł cesarski i otrzymał dożywotnio we władanie wyspę Elbę na Morzu Śródziemnym. Jego żona Maria Luiza i syn Napoleon II otrzymali Księstwo Parmy i Piacenzy. 30 maja 1814 VI koalicja podpisała w Paryżu korzystny dla Francji pokój (I pokój paryski) z Ludwikiem XVIII Burbonem jako królem. Nowy ład w Europie miał być zatwierdzony na kongresie w Wiedniu, który zebrał się we wrześniu 1814. Ludwik XVIII wprowadził Kartę Konstytucyjną utrzymującą wolność słowa, równość i braterstwo; powołał dwuizbowy parlament (Izba Deputowanych i Izba Parów). Społeczeństwo obawiało się powrotu rządów absolutystycznych, dawna arystokracja wprowadzała chaos, a dymisje napoleońskich generałów oraz odebranie inwalidom wojennym prawa do rent obniżały morale armii, odrodził się kult Napoleona.

Cesarz zdecydował się na powrót i 26 lutego 1815 opuścił Elbę. 1 marca o godzinie 2:00 w nocy wylądował z oddziałami liczącymi około 800 ludzi w zatoce Juan (dziś niewielka miejscowość plażowa Golfe-Juan w gminie Vallauris, w okręgu Grasse) na Riwierze. Rozpoczął w ten sposób tak zwany „lot orła” – blisko trzytygodniową podróż do stolicy, w trakcie której z wygnańca na powrót stał się cesarzem Francuzów. Po biwaku w oliwnym gaju oddziały wyruszyły w drogę o godzinie 23:00. 4 marca dotarli do Digne, 5 marca do Gap, gdzie została wydrukowana proklamacja, którą cesarz podyktował 28 lutego, jeszcze na pokładzie statku. 6 marca dotarli do Corps, położonego u stóp dzisiejszego sanktuarium maryjnego La Salette. We wtorek 7 marca przez La Mure i Plateau Mateysine podążyli na północ. Wczesnym popołudniem na rozległych błoniach nad Wielkim Jeziorem Laffrey cesarzowi zastąpił drogę batalion piechoty. Wystąpienie cesarza do żołnierzy i przejście tego oddziału na stronę Napoleona (tak zwane Spotkanie na Łące Laffrey) uznawane jest za kluczowy moment epopei „100 dni” Napoleona.

20 marca dotarł do Paryża, wszędzie owacyjnie witany przez Francuzów i o godzinie 21:00 tego dnia zajął Pałac Tuileries, opuszczony zaledwie 20 godzin wcześniej przez króla Ludwika XVIII. Tu 22 kwietnia ogłosił liberalną konstytucję, opracowaną przez Benjamina Constanta.

Do ostatecznej bitwy doszło na terenie Belgii, gdzie stacjonowały, nie rozwiązane jeszcze, wojska VI koalicji (pruskie pod dowództwem feldmarszałka Blüchera i brytyjskie księcia Wellingtona). Wprawdzie część armii pruskiej została wcześniej powstrzymana, lecz i tak Blücherowi udało się w decydującym momencie bitwy pod Waterloo, kiedy zwycięstwo Francuzów było bliskie, wesprzeć potężnymi siłami pruskimi Wellingtona, w konsekwencji czego koalicja Wielkiej Brytanii i Prus ostatecznie pokonała Napoleona (18 czerwca 1815). Rezultatem był II pokój paryski podpisany w listopadzie 1815.

22 czerwca 1815 Napoleon, po „100 dniach”, abdykował kolejny raz. 3 lipca 1815 przyjechał do Rochefort, chcąc przedostać się do Ameryki, jednak ze względu na blokadę portu przez okręty Royal Navy było to niewykonalne. 8 lipca 1815 powrócił do Paryża Ludwik XVIII. 15 lipca 1815 Napoleon poddał się kapitanowi fregaty HMS „Bellerophon” Frederickowi Maitlandowi i jako więzień brytyjski dowieziony został do Plymouth. 31 lipca 1815 delegacja rządu brytyjskiego oznajmiła Napoleonowi, że będzie deportowany na Wyspę Świętej Heleny. 7 sierpnia 1815 więźnia przeniesiono na HMS „Northumberland”; podróż do miejsca zesłania trwała od 7 sierpnia do 15 października 1815. Napoleon zmarł w Longwood House na Wyspie Świętej Heleny 5 maja 1821.

Wojny napoleońskie zakończyły się na terenie Belgii w 1815 roku kapitulacją Francji i internowaniem obalonego Napoleona na Wyspie Świętej Heleny, na południowym Atlantyku. Klęska armii Napoleona przesądzona została na polach bitewnych, ale przyczynili się do niej również sami Francuzi. Zdrada oficerów i żołnierzy, których Napoleon wyniósł, dając im tytuły i zaszczyty, przesądziła o klęsce. W ostatnim okresie panowania Bonapartego dochodziło do spisków i zdrad, przykładem może być tajna współpraca byłego napoleońskiego ministra dyplomacji, księcia Charles’a Talleyranda, z carem Rosji Aleksandrem I.

x

W listopadzie 1799 roku, a więc w 10 lat po wybuchu rewolucji, dochodzi do zamachu stanu. W tym czasie rządzi Dyrektoriat, czyli pięcioosobowy rząd. Parlament to Rada Starszych i Rada Pięciuset. W maju 1799 roku w skład Dyrektoriatu wchodzi ksiądz Emmanuel Sieyes i spiskuje z dwoma innymi członkami Dyrektoriatu, czyli, w pewnym sensie, rząd sam siebie obala. W tym samym czasie przegłosowano (kto?) w Pałacu Tuileries mianowanie Napoleona dowódcą Gwardii Narodowej. 10 listopada zebrały się dwie izby ustawodawcze: Rada Starszych i Rada Pięciuset. Rada Pięciuset nie poparła Napoleona i wtedy wsparło go 400 żołnierzy z ochrony parlamentu. Zanim jednak do tego doszło, to Napoleon przebywał w Egipcie, bo niby miała to być baza wypadowa do ataku na Indie w celu osłabienia Anglii. Jednak nie dokończył tej kampanii, tylko wrócił do Francji. Czy samowolnie podjął taką decyzję, czy z czyjegoś rozkazu? O tym nigdzie nie piszą. Czy zatem rozkaz otrzymał od jakiegoś wysoko postawionego masona?

Po klęsce w bitwie pod Lipskiem Napoleon abdykował 6 kwietnia 1814 roku i został zesłany na Elbę. Wojska okupacyjne opuściły Paryż w czerwcu. Wikipedia pisze, że cesarz zdecydował się na powrót 26 lutego 1815 roku. Wypada więc zapytać czy to było zesłanie, czy – nie? Bo skoro sam zdecydował się na powrót, to znaczy, że nie było zesłania, tylko posuniecie taktyczne. A może znowu ktoś mu wydał rozkaz do powrotu?

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) pisze:

„Na wieść o głębokim niezadowoleniu, jakie wzbudziły we Francji rządy Burbonów, oraz o sporach wśród zwycięzców zebranych na kongresie wiedeńskim Napoleon wylądował w zatoce Juan na czele drobnego oddziału wojska i, bez żadnego wystrzału, opanował cały kraj, deklarując rządy liberalne i pokojowe. Władcy Europy odrzucili jego oświadczenie i uznali go za wyjętego spod prawa. Uprzedzając przeciwników, Napoleon wkroczył do Belgii i tu, w bitwie pod Waterloo 18 V 1815, poniósł druzgocącą klęskę.”

Z kolei Niall Ferguson, w książce Potęga pieniądza – Finansowa historia świata Wydawnictwo Literackie, 2010, pisze:

Wellington nazwał bitwę pod Waterloo „najbardziej wyrównanym starciem, jakie dane mu było oglądać”. Po całodziennych zajadłych natarciach, kontrnatarciach i bohaterskich obronach, nadejście spóźnionej armii pruskiej okazało się rozstrzygające.

W tej samej książce, nieco wcześniej, pisze:

„Rankiem 18 czerwca 1815 roku liczące 67 tysięcy żołnierzy oddziały brytyjskie, holenderskie i niemieckie pod dowództwem księcia Wellingtona stanęły na polach pod Waterloo niedaleko Brukseli, naprzeciwko niemal równie licznych wojsk francuskich dowodzonych przez cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte. Bitwa pod Waterloo była kulminacyjnym punktem konfliktu zbrojnego między Anglią a Francją, trwającego z krótkimi przerwami przez ponad dwadzieścia lat. Było to jednak coś więcej niż tylko walka wrogich armii. Było to także starcie dwóch konkurencyjnych systemów finansowych: francuskiego, który za czasów Napoleona polegał głównie na grabieży (w formie podatków nakładanych na podbite narody), i brytyjskiego, opartego na długu publicznym.”

Czy zatem nie mieliśmy w tym wypadku do czynienia ze starciem dwóch żydowskich frakcji: kontynentalnej i brytyjskiej, w walce o dominację w Europie i na świecie. Rewolucja angielska pozwoliła Żydom na powrót do Anglii i skutkowała utworzeniem banku centralnego w tym kraju. Rewolucja francuska zapewniła francuskiemu mieszczaństwu, czyli Żydom, pozycję dominującą we francuskim społeczeństwie, a po podboju Europy również w społeczeństwach innych państw europejskich.

Czy dziś nie mamy do czynienia z podobną sytuacją? Czy to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, czyli walka Żydów amerykańskich z pozostałymi, którzy ukrywają się za parawanem unii europejskiej i państw BRICS? – Tego nie wiem. Polityka żydowska jest wielowątkowa, wielowarstwowa i wielce zagmatwana. Bardzo trudno jest ją rozszyfrować.

Starożytny Rzym

Poprzedni blog był poświęcony starożytnej Grecji. W tym wypada zastanowić się, czym był starożytny Rzym, ile z niej zapożyczył i co nowego wniósł do dziejów świata. Ujmując to najbardziej lapidarnie jak się da, to można powiedzieć, że Grecja to kultura, a Rzym to organizacja społeczeństwa, państwa i prawo rzymskie, które do dziś jest najważniejszym przedmiotem na studiach prawniczych. Wikipedia bardzo obszernie i szczegółowo opisuje dzieje starożytnego Rzymu. Ja starałem się wybrać z niej pewne fragmenty z okresu Rzymu królewskiego i Republiki rzymskiej, które stały się podstawą do stworzenia wartości europejskich, jakbyśmy to dziś powiedzieli. To, co stało się pod koniec istnienia średniej republiki, było, w mojej ocenie, punktem zwrotnym w dziejach starożytnego Rzymu i świata. W 133 roku p.n.e. trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy, by ziemię, będącą własnością wspólną, rozdzielić wśród biedniejszych obywateli, czemu przeciwstawili się wielcy właściciele ziemscy, którzy często tę ziemię dzierżawili od dłuższego czasu i uważali ją za swoją. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu, bo dotychczas żaden trybun nie występował przeciwko innemu. Wydaje mi się, że to jest ten moment, w którym lud stracił realny wpływ na władzę i stał się nic nie znaczącym do niej dodatkiem i tak jest do dziś. Ciekawe, że takie samo podłoże miał ruch egzekucyjny w XVI wielu w Rzeczypospolitej, którego celem była reforma państwa. Średnia szlachta domagała się zwrotu nielegalnie zajętych przez magnatów dóbr królewskich.

Starożytny Rzym – cywilizacja rozwijająca się w basenie Morza Śródziemnego i części Europy. Jej kolebką było miasto i późniejsza stolica Rzym, leżące w Italii, które w pewnym momencie swoich dziejów rozpoczęło ekspansję, rozszerzając swoje panowanie na znaczne obszary i wchłaniając m.in. kulturę starożytnej Grecji. Cywilizacja rzymska, nazywana też niekiedy grecko-rzymską, razem z pochodzącą z Bliskiego Wschodu religią – chrześcijaństwem, stworzyła podstawy późniejszej cywilizacji europejskiej. Miasto Rzym zaczęło kształtować się w VIII wieku p.n.e., natomiast kres stworzonego przez nie państwa nastąpił formalnie w 1453 roku n.e. (wraz z upadkiem Konstantynopola i tym samym Cesarstwa Bizantyńskiego), choć dosyć często jako koniec starożytnego Rzymu przyjmuje się rok 476 n.e., w którym upadło cesarstwo zachodniorzymskie.

Dzieje Rzymu można podzielić na następujące okresy:

Rzym królewski – od początków miasta (założenie Rzymu przez Romulusa – tradycyjna data to 753 p.n.e.) do obalenia ostatniego króla – Tarkwiniusza Pysznego – roku 509 p.n.e.

Republika rzymska – lata 509-27 p.n.e.

  • okres wczesnej Republiki – od obalenia Tarkwiniusza Pysznego (509 p.n.e.) do zakończenia podboju Italii (zdobyciem Volsini) w 264 p.n.e.
  • okres średniej Republiki – od rozpoczęcia wojen punickich (264 p.n.e.) do roku 133 p.n.e.
  • okres późnej Republiki – od rozpoczęcia reform agrarnych przez braci Grakchów (Tyberiusza i Gajusza) w 133 p.n.e. do upadku Republiki w 27 p.n.e. (podaje się także rok 31 p.n.e. lub 30 p.n.e.)

Cesarstwo Rzymskie – od ogłoszenia Oktawiana Augustem 27 p.n.e. do upadku Konstantynopola w 1453 n.e.

  • okres wczesnego Cesarstwa – od ustanowienia pryncypatu przez Oktawiana w 27 p.n.e. do śmierci Marka Aureliusza (koniec pax Romana) w 180 n.e.
  • okres średniego Cesarstwa – od śmierci Marka Aureliusza (180 n.e.) do objęcia władzy przez Dioklecjana i wprowadzenia dominatu w roku 284
  • okres późnego Cesarstwa – od objęcia władzy przez Dioklecjana w 284 do podziału Cesarstwa po śmierci Teodozjusza w 395

W 395 roku nastąpił ostateczny podział cesarstwa na dwa niezależne państwa:

  • Cesarstwo zachodniorzymskie – zlikwidowane w 476 roku (obalenie ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa przez Odoakra
  • Cesarstwo Bizantyjskie (Bizancjum) – upadło w 1453 na skutek zdobycia Konstantynopola przez Turków Osmańskich

x

Rzym królewski (łac. Regnum Romanum) – okres w dziejach starożytnego Rzymu trwający według tradycji od założenia miasta przez legendarnego Romulusa w 753 p.n.e. do obalenia monarchii i wprowadzenia Republiki przez Lucjusza Juniusza Brutusa w 509 p.n.e.

Większość znanych źródeł literackich dotyczących Rzymu królewskiego to wytwór o wiele późniejszej historiografii senatorskiej i poezji doby cesarstwa (I wiek p.n.e. – I wiek n.e.). Przekaz przez nie prezentowany to pomieszanie legend i faktów historycznych. Wynika z niego, że najstarsza osada powstała w środkowych Włoszech, na wzgórzu palatyńskim (łac. Mons Palatinus), nad rzeką Tyber, w obrębie tzw. Roma quadrata.

Ustrój

Rzym we wczesnym okresie był monarchią, tzn. że pełnia władzy w mieście (łac. imperium) przypadała królowi. Władca (łac. rex) dowodził armią, a także posiadał pełnię władzy cywilnej, sądowej i religijnej. Jej pozostałości znane są także w postaci tytulatury funkcji religijnych, które przeszły w ręce członków rodów patrycjuszowskich w okresie późniejszym np.: król ofiar (łac. rex sacrorum), regia nazwa budynku kolegium pontyfików, interregnum okres pomiędzy ustąpieniem jednego z najwyższych urzędników a nastaniem kolejnego, czy też regifugium doroczne święto obchodzone 24 lutego na cześć ucieczki ostatniego króla. Według tradycji król był obieralny przez zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Królowi przysługiwały zapożyczone od Etrusków insygnia zwane fasces.

Senat w okresie królewskim miał najprawdopodobniej funkcję doradczą. Należeli do niego przedstawiciele możnych rodów (pierwotnie 100). Znaczenia nabierał w okresie bezkrólewia, kiedy to wyznaczał interrexów, tzn. urzędników wypełniających obowiązki króla i zmieniających się co 5 dni. Trwało to do momentu wyboru nowego władcy, co ważne zatwierdzanego przez senat (łac. patrum auctoritas) na podstawie pomyślnych wróżb (łac. inauguratio).

Obok króla i senatu trzecim organem władzy było zgromadzenie ludowe (łac. comitia curiata). Niestety niewiele o nim wiadomo poza faktem, że głosowano na nim według kurii, które były najprawdopodobniej, jak w innych miastach latyńskich, pozostałością podziałów rodowych z okresu przedmiejskiego.

Społeczeństwo

Podstawową jednostką społeczną starożytnego Rzymu była rodzina. Na jej czele stał pater familias (ojciec rodziny) mający nieograniczoną władzę (łac. auctoritas) nad wszystkimi członkami rodziny, niewolnymi oraz mieniem.

Spokrewnione rodziny łączyły się ze sobą w rody (łac. gens), a jego członkowie nosili oprócz imion indywidualnych także imię rodowe (łac. nomen gentile, np. Fabiusze, Juliusze, Klaudiusze itp.). Rody łączyły się w kurie (łac. co viria, zgromadzenie mężczyzn) początkowo w liczbie trzydziestu. Każda kuria zobowiązana była do wystawienia 10 jeźdźców (łac. decuria) i 100 pieszych (łac. centuria) w przypadku wojny. Dziesięć kurii tworzyło tribus (łac. tribu, plemię).

Zasadnicza linia podziału społeczeństwa Rzymu królewskiego przebiegała pomiędzy poszczególnymi grupami wolnych obywateli. Warstwę wyższą tworzyły bogate rody arystokratyczne (tzw. patrycjusze), a niższą plebejusze (łac. plebes, lud). Mozaikę tę uzupełniali uzależnieni od możnych klienci (często wyzwoleńcy) oraz ludzie niewolni.

x

Republika rzymska – (łac. Res publica Romana) – okres w historii starożytnego Rzymu, w którym był on republiką, trwający od upadku królestwa w 509*1 do początku cesarstwa w 27.

Wczesna republika

Powstanie republiki i konflikt pomiędzy plebejuszami i patrycjuszami

Zgodnie z rzymską tradycją historyczną od momentu swojego powstania Rzym był rządzony przez królów. Ostatnim z nich miał być Tarquinius Superbus (534* – 509*), którego tyrańskie rządy zakończyły się wygnaniem z Rzymu. Po obaleniu monarchii Rzym stał się republiką, co wiązało się przede wszystkim z postawieniem na czele państwa dwóch jednorocznych urzędników o równej władzy, początkowo prawdopodobnie nazywanych pretorami, a później konsulami. Prawo do sprawowania konsulatu i innych urzędów przysługiwało jedynie patrycjuszom, którzy tworzyli zamknięty stan arystokratyczny, ponieważ tylko ich uważano za uprawnionych do dokonywania czynności o charakterze sakralnym (w szczególności auspicjów) podtrzymujących więzi pomiędzy Rzymem a bogami. W roku 494* grupa obywateli postanowiła się zbuntować przeciwko nadużyciom konsulów i opuściła Rzym, po czym zawiązała sprzysiężenie, powołując spośród siebie dwóch trybunów, mających chronić członków sprzysiężenia przed nadużyciami urzędników. Średniozamożni plebejusze, bo pod taką nazwą stali się znani członkowie sprzysiężenia, stanowili zasadniczą część rzymskiej armii, stąd patrycjusze nie mogli ich po prostu zignorować. Tak rozpoczęła się trwająca dwa wieki walka patrycjuszy z plebejuszami. Pierwszym znaczącym sukcesem plebejuszy była kodyfikacja prawa w postaci tzw. Prawa XII tablic z 449*, która ograniczyła samowolę urzędników. W tym samym roku republika uznała także istnienie organizacji plebejskiej i nietykalność trybunów. W latach 444* – 367* zamiast konsulów powoływano 3 lub 6 trybunów konsularnych, przy czym kilkukrotnie stali się nimi plebejusze. Pozycja organizacji plebejuszy wzrosła w IV w. p.n.e., kiedy zaczęła ona zdobywać poparcie wśród rzymskiej biedoty domagając się rozdziału pomiędzy obywateli ziemi publicznej (ager publicus) oraz uchwalenia ustaw chroniących przed niewolą za długi. To w tym okresie do plebejuszy zaliczono wszystkich obywateli rzymskich nie będących patrycjuszami. W roku 367* plebejuszy dopuszczono do konsulatu, zaś w 326* zniesiono niewolę za długi. Za ostateczny koniec konfliktu pomiędzy plebejuszami a patrycjuszami uważa się uchwalenie w roku 287 lex Hortensia, zgodnie z którą uchwały komicjów plebejskich (plebiscitia) uzyskały moc ustaw (leges) wiążących całe państwo bez obowiązkowego dotychczas zatwierdzenia senatu. Ostatecznie pewna część górnej warstwy plebsu zespoliła się z patrycjuszami poprzez mieszane małżeństwa i wspólne sprawowanie urzędów, tak że zaczęła się wytwarzać nowa arystokracja senatorska, określana często mianem nobilitas.

Podbój Italii

Kompromis pomiędzy patrycjuszami a plebejuszami został zawarty w obliczu konieczności wspólnego prowadzenia wojen, które doprowadziły Rzym do podboju całej Italii. Po upadku monarchii Rzym od nowa uregulował stosunki z Latynami zawierając z nimi w roku 493* przymierze znane jako foedus Cassianum. Prowadzone w V w. wojny, skierowane przede wszystkim przeciwko Wolskom, Aeuquom i Sabinom, przynosiły korzyści wszystkim członkom przymierza. Przełomowym wydarzeniem było zdobycie w roku 396* wielkiego etruskiego miasta Veii. Miasto zostało zniszczone, a jego mieszkańcy wymordowani lub sprzedani w niewolę, tak że cała jego ziemia uprawna mogła zostać rozdzielona. (…) W 282 Rzym sprowokował wojnę z ostatnim niezależnym miastem Italii, Tarentem, który zwrócił się o pomoc do króla Epiru Pyrrusa (307–302, 297–272). W trakcie wojny z Pyrrusem (280–275) Rzymianie doznali szeregu porażek, jednak w krytycznym momencie udało im się zawrzeć sojusz z Kartaginą. W roku 275 Pyrrus wycofał się z Italii, zaś jego śmierć w roku 272 stała się sygnałem do kapitulacji Tarentu i dotychczas nieugiętych Samnitów. Za ostatni akt podboju Italii uznaje się zdobycie przez Rzym etruskiego miasta Volsinii w 264.

Społeczeństwo i ustrój wczesnej republiki

Podbój Italii był możliwy, ponieważ Rzymianie stworzyli mechanizmy powodujące, iż każde kolejne zwycięstwo pomnażało ich potęgę. Odbywało się to przede wszystkim poprzez osadzanie na zdobytej ziemi (po uprzedniej eksterminacji lub wygnaniu poprzednich mieszkańców) własnych obywateli, głównie w ramach tzw. kolonii. Ponieważ armia rzymska miała charakter obywatelski, tj. składała się z Rzymian zobowiązanych do różnego rodzaju służby wojskowej zależnie od wielkości posiadanego majątku (najbogatsi tworzyli kawalerię, najbiedniejsi służyli jako procarze) każdy taki przydział ziemi oznaczał zwiększenie potencjału militarnego państwa. Mieszkańcom wielu podbitych miast nadawano rzymskie obywatelstwo (często było to tzw. civitates sine suffragio, czyli bez praw politycznych), przy zachowaniu poprzedniego. Tego rodzaju nadal autonomiczne osady były nazywane municypiami. Ci nowi obywatele, zdegradowani zarówno politycznie, jak i majątkowo, musieli początkowo odczuwać wobec zdobywców ogromny resentyment, jednak nieustanna ekspansja ich nowych władców dawała im szansę odzyskania statusu quo ante, a nawet jego podwyższenia, kosztem kolejnych ofiar Rzymu. W ten sposób „raz skorzystawszy z owoców zaborczości, której sami padli byli ofiarą, nowi obywatele nie mieli już wyboru i stawali się takimi samymi patriotami rzymskimi jak obywatele optimo iure. Ta polityka rozciągania własnego obywatelstwa na ludy podbite była być może największą różnicą kultury politycznej Rzymu w stosunku do greckich polis, gdzie obowiązywała zasada obywatelskiego ekskluzywizmu. W okresach przerw pomiędzy wielkimi wojnami Rzymianie atakowali znacznie słabszych przeciwników, często ich sprzymierzeńców, pod różnymi pretekstami traktowanych jak buntownicy, i konfiskowali część ich ziemi. Ta brutalność była akceptowana przez wszystkie warstwy społeczeństwa, ponieważ chłopom dawała upragnioną ziemię i łupy, zaś ich wodzom sławę i bogactwo.

Najłagodniejszą formą podporządkowania Rzymowi był sojusz (foedus), zakładający udzielanie pomocy wojskowej (auxilia). Kontyngenty sprzymierzeńców, którzy zachowywali wewnętrzną autonomię i poza tym nie płacili daniny, stanowiły ponad połowę rzymskiej armii. Szczególną kategorię stanowili Latynowie, którym przysługiwało tzw. ius latinum, niepełna forma obywatelstwa rzymskiego, zgodnie z którą mogli oni korzystać z praw politycznych po przeniesieniu się do Rzymu. Od czasu zwycięstwa nad Latynami w 338* Rzymianie stosowali zasadę zgodnie z którą z każdym pokonanym przeciwnikiem zawierali osobny traktat (jeśli nie unicestwili go całkowicie) i chociaż sprzymierzeńcy byli związani sojuszem z nimi, to nie mogli zawierać sojuszy pomiędzy sobą. W ten sposób Rzymianie mogli wygrywać animozje pomiędzy sprzymierzeńcami, różnicując ich status według swojego upodobania, zgodnie z zasadą divide et impera. Oznaczało to iż Italia „pozostała luźną federacją silnie uzależnionych od Rzymu państewek. Sam Rzym zachował formy ustrojowe miasta państwa (civitas) i naczelne władze rzymskie pozostały w zasadzie władzami miejskimi”.

W III w. wykształciły się ostatecznie republikańskie instytucje, z których większość miała istnieć aż do końca funkcjonowania państwa rzymskiego, nawet jeśli w okresie cesarstwa przestała się z nimi wiązać rzeczywista władza. Suwerenną władzę w republice sprawował lud rzymski (populus Romanus), który wypowiadał się poprzez zgromadzenia. Istniały trzy rodzaje zgromadzeń. Komicja centurialne były zorganizowane według podziału obywateli na klasy majątkowe, co zapewniało przewagę w głosowaniach najbogatszym. To one wybierały wyższych magistratów: konsulów, pretorów i cenzorów, zatwierdzały traktaty z obcymi państwami oraz decydowały o wojnie i pokoju. Komicja tribusowe były zorganizowane na podstawie okręgów, tribus, poprzez które głosowano. W III wieku stały się one głównym organem ustawodawczym (chociaż uprawnienia w tym zakresie posiadały też komicja centurialne). Wybierano na nich także niższych magistratów: edylów kurulnych i kwestorów. Concilia plebis, także oparte na organizacji tribusowej (głosy w ramach tribus liczono tu jednak na zasadach całkowicie egalitarnych), wybierały trybunów ludowych i edylów plebejskich, oraz wydawały wspomniane już powyżej plebiscitia, które od 287 miały moc ustaw. Najwyższymi urzędnikami byli wybierani na okres jednego roku dwaj konsulowie, których władza (imperium), będąca przedłużeniem dawnej władzy królewskiej, była teoretycznie nieograniczona. Ich decyzje mogły zostać podważone jedynie przez odwołanie się obywatela do ludu (ius provocationis) oraz veto trybunów ludowych. (…) Rzymski senat był początkowo jedynie ciałem doradczym, z racji jednorocznych kadencji najważniejszych urzędników oraz przebywania konsulów z reguły poza granicami miasta stał się symbolem ciągłości państwa oraz organem w ramach którego podejmowano najważniejsze decyzje o strategicznym znaczeniu. Było to spowodowane także składem senatu, obejmującego byłych magistratów, na czele z dawnymi konsulami i pretorami. Nawet jeśli uchwały senatu (senatus consultum) formalnie rzecz biorąc były jedynie zaleceniami, to sprawujący swój urząd tylko przez rok konsul nie mógł sobie raczej pozwolić na zlekceważenie zdania swoich kolegów. Z biegiem czasu kompetencje senatu coraz bardziej się rozrastały, przy czym w okresie wczesnej republiki do najważniejszych należało zarządzanie finansami państwa oraz nadzorowanie spraw kultu religijnego.

Republika w okresie wielkich podbojów

Wojny punickie

Wojny punickie – nazwa ogólna dla konfliktów zbrojnych między Republiką rzymską a Kartaginą, państwem powstałym z fenickiej (łac. Poeni – Fenicjanie, punicus – fenicki, bella punica – wojny fenickie) kolonii w Afryce Północnej (obecnie Tunezja), jakie rozegrały się z przerwami w okresie od 264 do 146 r. p.n.e.

Kartagina i jej kolonie przed pierwszą wojną punicką; źródło: Wikipedia.

W polityce Kartaginy w III wieku p.n.e. zarysowały się dwa kierunki dalszego rozwoju:

  • pierwszy, popierany przez kupiectwo i rzemieślników, głosił rozszerzenie wpływów w terytoriach zamorskich poprzez podboje i kolonizację (w tym handlową)
  • drugi, zgodny z interesem właścicieli ziemskich, stawiał za główny cel utrwalenie już posiadanych zdobyczy afrykańskich i ich jak najefektywniejsze

Najwięcej zwolenników znalazł wariant pierwszy, gdyż podstawą ekonomicznego bytu Kartaginy był handel i handel pośredniczy. Transakcje zawierane przez Kartaginę dotyczyły w głównej mierze produktów rolnych, wyrobów rzemiosła, metali (w tym szlachetnych) oraz niewolników, na których oparte było stojące na bardzo wysokim poziomie rolnictwo. Penetracja militarna i handlowa Morza Śródziemnego prowadzona przez Kartaginę, uzależniała od niej w dużej części handel tego rejonu. Jednak poważną przeszkodę w osiągnięciu całkowitej dominacji handlowej stanowiły wolne miasta greckie położone na Sycylii, która była uważana za spichlerz rejonów śródziemnomorskich. Dzięki położeniu na przecięciu morskich szlaków handlowych miała duże znaczenie gospodarcze, strategiczne i polityczne. W kartagińskim posiadaniu znajdowały się położone w zachodniej części Sycylii posiadłości: Lilibeum, Drepanum i Panormus, jednak ich znaczenie w porównaniu z Syrakuzami czy Mesyną było nieznaczne. Opanowanie lub uzależnienie od siebie tych miast było jednym z głównych celów ekspansji kartagińskiej. Sycylia pełniła równocześnie niebagatelną rolę w planach rzymskich. Wyspa miała służyć jako dostawca żywności do Wiecznego Miasta, a także stanowić rodzaj buforu ochronnego w razie agresji ze strony Kartaginy.

Przed wojnami punickimi Rzym zajmował tylko tereny współczesnych Włoch. Do Fenicji należały prawie cała Sycylia – bez Mesyny i Syrakuz, które były wolnymi miastami greckimi – Korsyka, Sardynia, północne wybrzeże Afryki i południowa część Hiszpanii. Po tych wojnach stały się one częścią Rzymu.

Wojny z państwami hellenistycznymi

W latach 229–228 Rzymianie zajęli część Illiri, tym samym inaugurując swoją ekspansję na Bałkanach. Oznaczało to jednak ingerencję w strefę wpływów Macedonii i w 215 król Filip V (221–179) zawarł z Hannibalem układ przewidujący iż po zwycięstwie tego ostatniego rzymskie posiadłości w Illirii przejdą na jego rzecz. W odpowiedzi Rzym zawarł sojusz z Etolami (związek wspólnot i poleis greckich) i doprowadził do wybuchu nierozstrzygniętej tzw. I wojny macedońskiej (215–205). Po pokonaniu Kartaginy Rzymianie niezwłocznie przystąpili do ostatecznej rozprawy z Filipem, który został całkowicie pokonany w trakcie II wojny macedońskiej (200–196). Rzymianie ogłosili miasta greckie wolnymi, niezadowoleni z takiego stanu rzeczy byli jednak Etolowie, którzy tym samym nie uzyskali oczekiwanych zdobyczy. Zachęcany do tego przez Etolów, w roku 192 przeciwko Rzymowi wystąpił Seleukida Antioch III (223–187), rychło jednak okazało się, że pozostali Grecy są mu niechętni i w obliczu rzymskiej przewagi musiał on opuścić Europę. O losach wojny z Seleukidami zdecydowało rzymskie zwycięstwo pod Magnezją, po którym w 188 Antioch zgodził się wycofać z Azji Mniejszej aż po góry Taurus, zapłacić gigantyczną kontrybucję i zrezygnować z posiadania floty. Etolowie stali się państwem klienckim Rzymu, którego hegemonia nad światem hellenistycznym nie ulegała odtąd wątpliwości. Kolejna wojna z Macedonią w latach 171–167 doprowadziła do zagłady tego państwa, które zostało podzielone na cztery podlegające Rzymowi republiki. Do ostatecznego podporządkowania terenów Grecji doszło w latach 148–146, kiedy po stłumieniu rebelii w dawnej Macedonii i pokonaniu zbyt niezależnego z rzymskiego punktu widzenia Związku Achajskiego utworzono w tym regionie prowincję, kończąc tym samym definitywnie z fikcją greckiej wolności z łaski Rzymu.

Podbój Galii Cisalpejskiej i Iberii

Po zakończeniu II wojny punickiej Rzymianie przystąpili do systematycznego podbijania Gali Cisalpejskiej. Do roku 196 pokonano Kenomanów i Insubrów, jednak Bojowie skapitulowali dopiero po 11 latach nieprzerwanych walk (201–191), podczas których Rzymianie przegrali przynajmniej trzy walne bitwy. W latach 187–180 podbito Ligurów, jednak walki z pomniejszymi ludami Galii Cisalpejskiej miały się toczyć aż do 155.

Wielkość Półwyspu Iberyjskiego oraz siła zamieszkujących go ludów sprawiła, że okazał się on najtrudniejszą do ujarzmienia zdobyczą Rzymian. Rzymska obecność w Iberii była związana z zajęciem tamtejszych posiadłości Kartaginy w czasie II wojny punickiej, została zaś uregulowana w 197 utworzeniem dwóch prowincji, Hiszpanii Dalszej i Bliższej. Przez następne niemal dwadzieścia lat Rzymianie prowadzili walki z Celtyberami (w Hiszpanii Bliższej) i Luzytanami (w Hiszpanii Dalszej), jednak pomimo zwycięstw nie byli w stanie ich ujarzmić. Sytuacja zmieniła się dopiero za sprawą namiestnika Hiszpanii Bliższej Tiberiusa Gracchusa (180–178), który zaczął zawierać z miejscowymi ludami układy regulujące ich powinności wobec republiki. Ta polityka, kontynuowana przez jego następców, dała Iberii ćwierć wieku pokoju. Około 155 Rzymianie wznowili politykę agresji, co w pierwszym rzędzie doprowadziło do wybuchu wojny z Luzytanami. Ich najważniejszy przywódca, Wiriatus, zadał Rzymowi cały szereg klęsk w latach 147 do 139, dopóki nie został skrytobójczo zamordowany. W Hiszpanii Bliższej głównym przeciwnikiem byli Arewakowie i Rzymianie ponieśli całą serię porażek próbując zdobyć ich główne miasto, Numancję. W 137 cała rzymska armia konsularna została otoczona i konsul Mancinus był zmuszony zaprzysiąc pokój, nie zatwierdzony jednak później przez senat. Dopiero w 133 ogromna armia pod wodzą zdobywcy Kartaginy, Scipio Aemilianusa, pokonała Numantyńczyków i zrównała miasto z ziemią. Po zakończeniu tej wojny w rękach Rzymian znalazła się cała Iberia z wyjątkiem regionu Gór Kantabryjskich.

Ekspansja Rzymu w II wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia.

Powstanie systemu prowincjonalnego

Po zdobyciu Sycylii Rzymianie potraktowali jej mieszkańców inaczej, niż wcześniej podbijane ludy Italii – nie otrzymali oni statusu sprzymierzeńców, lecz zostali uznani za poddanych i obciążeni daniną (vectigal) i cłami. (…) W związku z powyższym Rzymianie musieli zorganizować rządy na terenach zamorskich inaczej niż w Italii, do czego wstępem było ustanowienie w roku 227 dwóch dodatkowych pretorów, którzy mieli sprawować swoją władzę (imperium) wyłącznie na Sycylii i Sardynii (z Korsyką). Takie określenie zakresu władzy Rzymianie nazywali provincia (np. prowincje konsulów były niemal zawsze obszarami wyznaczonymi im dla toczenia wojen) teraz jednak ten termin, dotąd przywiązany do osób, „został po raz pierwszy związany na stałe z pewnymi terytoriami: w czas wojny i w czas pokoju, Sycylia i Sardynia były odtąd rok po roku obszarami sprawowania władzy przez rzymskich urzędników”.

Niemal do końca republiki tak rozumiane prowincje zasadniczo nie straciły swojego charakteru – były one obszarami działań wojskowych rzymskich magistratów (nawet jeśli polegały one tylko na bezkrwawej okupacji), którzy stojąc na czele swych oddziałów rządzili danym regionem na zasadzie stanu wojennego, posiadając nieograniczoną władzę wojskowego dowódcy. Oznaczało to także, że ściągane z prowincji podatki przez długi czas były traktowane jak właściwie przedłużenie wojskowych kontrybucji, a namiestnicy uważali podlegające im tereny za podlegające rabunkowi jak kraje podbite.

Wzrost pozycji senatu

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

Przemiany społeczne

Zamorska ekspansja Rzymu dramatycznie zmieniła jego społeczeństwo i pozwoliła na zniesienie podatku od majątku (tributum) w Italii po zwycięstwie w wojnie z Macedonią w 167. W największym stopniu korzystali jednak na niej członkowie nobilitas i ludzie z nimi związani. Po konfiskacie części ziemi pokonanego przeciwnika Rzymianie włączali ją do areału ziemi publicznej (ager publicus). Jej część była potem rozdzielana pomiędzy obywateli, a część sprzedawana lub użytkowana na zasadzie faktycznego zajmowania, bez tytułu własności (possessio). Teoretycznie można było użytkować jedynie do 500 iugera ziemi (125 hektarów), w praktyce jednak zamożni Rzymianie bezustannie przekraczali ten limit. Wielka własność ziemska zaczęła powstawać już podczas podboju Italii, a rozrosła się ogromnie gdy po II wojnie punickiej do ager publicus włączono tereny południowej Italii skonfiskowane sprzymierzeńcom, którzy zdradzili Rzym podczas wojny z Hannibalem. Podczas gdy większość ziemi skonfiskowanej w Galii Cisalpejskiej została rozdzielona pomiędzy rzymskich obywateli, ziemia publiczna południowej Italii stała się obszarem na którym na zasadzie possessio istniały wielkie majątki ziemskie. Ich istnienie było możliwe także dlatego, że w wyniku podbojów do Rzymu napłynęło tysiące niewolników, którzy stali się pracownikami latyfundiów, i to od tego momentu niewolna siła robocza zaczyna odgrywać istotną rolę w gospodarce Italii. Zgodnie z zasadą terra Italia przyjmowano iż mieszkańcy Italii nie powinni mieszkać poza nią, co w praktyce oznaczało, że nie przydzielano im ziemi w zdobytych prowincjach. Akcja kolonizacyjna w Gali Cisalpejskiej właściwie ustała pod koniec lat siedemdziesiątych II w. i od tego momentu obywatele nie mogli się już spodziewać, że ich wysiłek zbrojny zostanie wynagrodzony ziemią. Było to tym bardziej dotkliwe, że wojny toczyły się teraz nie w Italii, a w odległych zamorskich regionach, przy czym żołnierze często pozostawali poza domem przez wiele lat, co powodowało upadek ich gospodarstw. W rezultacie w II w. armia rzymska zaczęła mieć problemy z poborem, zwłaszcza na wojnę w Iberii, która nie oferowała perspektywy zdobycia wielkich łupów, a kojarzyła się z długoletnią służbą z dala od domu i dużą szansą na śmierć, ranę lub niewolę. Ponadto działki przyznawane kolonistom nadal pozwalały jedynie na skromne utrzymanie, podczas gdy w ówczesnej Italii zaczęła powstawać rozwinięta gospodarka towarowo-pieniężna, oferująca całkiem inne perspektywy życiowe. Weterani wracali do podupadłych gospodarstw i musieli konkurować z gospodarstwami używającymi niewolników. Alternatywą dla życia na ubogiej wsi było sprzedanie nobilitas ziemi, czasami wymuszone, i emigracja do Rzymu, gdzie obywatele mogli żyć pełniąc jedynie rolę klienta rzymskiej elity władzy, bądź osiedlenie się w prowincji, gdzie Rzymianin natychmiast stawał się członkiem miejscowej warstwy wyższej. W tym samym czasie przedstawiciele nobilitas tworzyli ogromne fortuny dzięki łupom, darom od obcych państw, udziałowi w rozwijającym się handlu międzynarodowym i korzystaniu z ager publicus. Rosło zatem społeczne rozwarstwienie i wiążące się z nim niezadowolenie klas niższych.

Kryzys i upadek republiki

Reformy Gracchów i epoka Mariusa

Konflikt interesów pomiędzy nobilitas a niższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa w pełni ujawnił się w 133, kiedy trybun ludowy Tiberius Gracchus przedstawił projekt ustawy przewidującej rozdzielenie ziemi wchodzącej w skład ager publicus pośród biedniejszych obywateli. Pomimo że jego propozycje były podobne do wielu inicjatyw tego rodzaju we wcześniejszej historii Rzymu spotkały się one z gwałtownym oporem wielkich właścicieli ziemskich, którzy, czasami dzierżąc ziemię publiczną przez okres dwóch pokoleń, od dawna uważali ją za swoją własność i nie zamierzali się nią z kimkolwiek dzielić. Inicjatywę Gracchusa zawetował inny trybun, Marcus Octavius, co było wydarzeniem bez precedensu – dotychczas nigdy trybun nie występował przeciwko innemu trybunowi – i doprowadziło do dyskusji czy trybun może działać wbrew woli plebsu. (…) Wydarzenia czasów Gracchów doprowadziły jednak do tego iż ta zgoda pomiędzy różnymi instytucjami, reprezentującymi różne elementy społeczeństwa, została bezpowrotnie utracona, a rozdzierający odtąd republikę konflikt ostatecznie doprowadził do jej upadku. Jego oznaką było powstanie dwóch stronnictw, które miały zdominować ostatnie lata istnienia republiki – popularów, będących duchowymi spadkobiercami Gracchów, oraz optymatów, broniących republiki przed ich zdaniem niszczącymi dla niej próbami zmian.

x

Zbigniew Krasnowski w swojej książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja” w 2021 roku pisze:

Skrzypek żydowski, Bronisław Huberman, znany ze swoich oświadczeń w sprawach natury politycznej, podczas wymiany zdań na temat wpływu żydostwa na życie narodów rdzennych w krajach Europy, m.in. powiedział:

„Uważam, że my, żydzi, jesteśmy w Europie jedynymi Europejczykami. Był jeszcze jeden naród – starzy Ateńczycy, lecz oni znikli. Utrzymuję, że my, żydzi, wytworzyliśmy dla Europy wszystkie wartości, które obecnie istnieją w życiu kulturalnym, ekonomicznym i politycznym. Musimy jednak tworzyć dalej…” – „Hajnt”, nr 35, 10 II 1931r., „Bron. Huberman wypowiada swoje wrażenia z podróży do Erec Israel”, A. Alperin, koresp. z Paryża.

Jeśli tak jest, to wypada tę myśl rozwinąć i zapytać czy tylko wartości pozytywne, czy również negatywne? Bo jeśli to Żydzi wytworzyli te wszystkie wartości, to są odpowiedzialni za wszystko, co było dobre, ale również i za to, co było złe.

Gdy czyta się książki czy opracowania historyczne, to prawie zawsze pewne zdarzenia są opisane w formie bezosobowej, a więc, że wybuchła rewolucja, że obalono monarchię, a później republikę itp. Samo się to jednak nie zrobiło, a skoro tak, to kto? Tu odpowiedzi brak.

Greckie miasta rozwinęły się wokół wszystkich wybrzeży Morza Śródziemnego. Czy już wtedy byli tam Żydzi? Przypadek Persji jest wielce zastanawiający, bo wygląda na to, że to państwo samo na siebie napadło. To tak jakby Słowacja w 1939 roku, będąc państwem satelickim III Rzeszy, napadła na nią i pokonała ją. Takim państwem wasalnym Persji była Macedonia. Początkowo opanowała ona Grecję, a następnie podbiła Persję. Czy nie po to, by Żydzi greccy mogli osiedlić się we wszystkich państwach, które Persja uprzednio sobie podporządkowała? W ten sposób, jako Grecy, rozsiedli się m.in. na terenach obecnej Syrii, Turcji i Egiptu. I gdy Rzym wchłonął te tereny, to razem z tymi Żydami. A to oznaczało, że Rzym zaaplikował sobie truciznę, która, działając powoli, ale skutecznie, doprowadziła do jego upadku.

Dopóki Rzym rozwijał się na półwyspie, to jeszcze to jakoś działało i lud miał wpływ na politykę. Gdy jednak zaczął podbijać tereny zamorskie, to sytuacja zmieniła się:

W tym okresie doszło do dalszego wzrostu pozycji senatu. Wiemy, że jeszcze w roku 295 to lud decydował o zadaniach (provincia) konsulów, lecz już w czasie II wojny punickiej obowiązywała zasada, iż decyduje o tym senat. To zatem senat wyznaczał prowincje pretorskie i konsularne (o ich przydziale konkretnej osobie decydowało losowanie), decydował o wielkości poboru, a w razie potrzeby przedłużał władzę namiestnika (prorogatio imperii) – kompetencja kiedyś także należąca do zgromadzeń. (…) Wszystko to sprawiło, że w rękach senatu znalazła się całość polityki zagranicznej republiki, zaś „im większą Rzym był potęgą, tym więcej petentów tłoczyło się przed drzwiami kurii, szukając sankcji dla prowadzonej przez siebie polityki, a zwłaszcza poparcia przeciw rywalom i wrogom, wewnętrznym i zewnętrznym” co oznaczało iż „praktycznie cała polityka świata śródziemnomorskiego przechodziła teraz przez senat, i to wskutek inicjatywy samych cudzoziemców”.

A więc wpływ cudzoziemców był coraz większy i to ich interesy były realizowane. Żydzi opanowali Rzym, a po jego upadku dominowali na trenach, które on podbił, czyli w Europie Zachodniej. Z państw hellenistycznych powstało Bizancjum, którego spadkobiercą stała się Rosja. Czym zatem jest konflikt Zachodu ze Wschodem, również ten obecny? Po obu stronach Żydzi pociągają za sznurki.

Żydzi poprzez rozproszenie i asymilację zdobywają przewagę ekonomiczną i polityczną we wszystkich narodach rdzennych. Wnikają głęboko w ich tkankę i tworzą „walczące” ze sobą partie i stronnictwa. W III RP są obecni w tych „propolskich” środowiskach i w tych opozycyjnych. Z jednej strony Żydzi, obywatele III RP, reprezentują interesy Ukrainy, a z drugiej – Żydzi, obywatele III RP, demonstrują swoje patriotyczne postawy. W ten sposób pociągają za sobą innych obywateli, nieświadomych i ulegających emocjom. Taka to żydowska gra od czasów najdawniejszych, od czasów starożytnej Grecji i starożytnego Rzymu, a może nawet od jeszcze dawniejszych. Nic zatem dziwnego, że naród tak stary, przekazujący z pokolenia na pokolenie wiedzę i doświadczenie przodków, tak konsekwentny w działaniu, że ten naród dominuje wśród narodów rdzennych.

  1. Daty opatrzone asteriskiem podane są według tzw. chronologii varroniańskiej, ustalonej w I w. p.n.e. przez Marcusa Terentiusa Varrona na podstawie przyjętej przez niego listy eponimicznych (określających rok) rzymskich magistratów: konsulów, decemwirów i trybunów konsularnych. W stosunku do chronologii absolutnej daty chronologii varroniańskiej cofają daty wcześniejsze niż 333 p.n.e. o cztery lata (stąd 753 p.n.e.* to 749 p.n.e.), 332–325 p.n.e. – o trzy lata, 323–310 p.n.e. – o dwa lata, 308–302 p.n.e. – o rok; od 300 p.n.e. daty są zgodne z chronologią absolutną. Zobacz F.W. Walbank et al. (red.): The Cambridge Ancient History. Second Edition. Volume VII. Part II. The Rise of Rome to 220 B.C. Cambridge: Cambridge University Press. ↩︎

Starożytna Grecja

Żeby zrozumieć, czym było Imperium Rzymskie, trzeba cofnąć się do wcześniejszego okresu, do starożytnej Grecji, ale żeby wyrobić sobie bardziej ogólny pogląd, to trzeba cofnąć się do czasów Hamana i Estery. O tym w blogu Purim. Poniższe informacje pochodzą z Wikipedii.

Dzieje starożytnej Grecji (Hellady) to historia kilku następujących po sobie wysokich kultur oddzielonych „ciemnymi wiekami” i wielkimi migracjami. O najstarszej z tych kultur (jeszcze przedhelleńskiej) zwanej od mitycznego króla Minosa kulturą minojską, która rozwinęła się w III tysiącleciu p.n.e. na Krecie, wiadomo stosunkowo najmniej. Jej świadectwem są ruiny wielkich pałaców odkryte w Knossos i Fajstos. Nie wiadomo, kim byli ich budowniczowie. Nie udało się dotąd odczytać dwóch starszych z trzech pozostawionych przez nich systemów pisma. Z badań archeologicznych wynika, że w 2 połowie III tysiąclecia p.n.e. na wyspie znajdowało się wiele niezależnych małych państw. Pod koniec tysiąclecia władcy z Knossos podporządkowali sobie sąsiadów. Korzystne położenie geograficzne pozwoliło Kreteńczykom uczestniczyć w wymianie handlowej między ośrodkami cywilizacji greckich a Bliskim Wschodem i Egiptem. Zyski z handlu zainwestowano w rozwój floty, co uczyniło z Krety w XIX-XVIII w. p.n.e. największe mocarstwo morskie. Około 1800 p.n.e. Kreteńczycy założyli pierwszą kolonię na Kyterze, a wkrótce potem następne na innych wyspach Morza Egejskiego. W XV w. p.n.e. kultura minojska załamała się, co wiązane jest z erupcją wulkanu na wyspie Thira i – prawdopodobnie – z następstwami tsunami powstałego w trakcie tego wybuchu.

Przedstawiciele kultury mykeńskiej (greccy Achajowie) ukształtowanej w XV w. p.n.e. na Peloponezie, zniszczyli pałace na Krecie i narzucili wyspie swoje zwierzchnictwo. Posługiwali się przejętym od Kreteńczyków alfabetem, tzw. pismem linearnym B (odczytanym). Śladami ich działalności budowlanej są ruiny twierdz w Mykenach i Tyrynsie, a aktywności politycznej – późniejszy, literacki opis wojny z Troją w Azji Mniejszej (Iliada Homera).

W XII w. p.n.e. kultura mykeńska upadła – miasta zostały zniszczone, pismo wyszło z użycia. Stało się tak za przyczyną napływu obcych ludów i, być może, trzęsień ziemi. Czas od XII do VIII w. p.n.e. nosi w historii Grecji nazwę „wieków ciemnych”. W tym czasie Grecy kolonizowali wybrzeża Anatolii, powstały m.in. miasta Efez i Milet.

Greckie kolonie (kolor czerwony) powstałe do VI wieku p.n.e.; źródło: Wikipedia; autor: Gepgepgep – praca własna.

„Właściwa” starożytna Grecja ukształtowała się między VIII a VI w. p.n.e. Uformowały się wówczas państwa-miasta, terytorialne wspólnoty obywateli zwane polis. Powstał alfabet, pierwsze zbiory praw, umocniła się wspólnota kulturowa Greków, bazująca na wspólnocie języka, religii i tradycji zawartej w poematach epickich takich jak Iliada i Odyseja, a także na uznaniu ogólnogreckich ośrodków kultu: Zeusa w Olimpii oraz Apollina w Delos i w Delfach, igrzysk w Olimpii i wyroczni delfickiej. Emigracja ludności poszukującej lepszych warunków życia zaowocowała powstaniem kolonii greckich w całym basenie Morza Śródziemnego (Italia, Sycylia, tereny dzisiejszej Francji i Hiszpanii, Libii, Egiptu, Cypru i pd. Turcji) oraz nad Morzem Czarnym.

Pod koniec tego okresu ustaliła się ostatecznie odmienność ustrojowa największej polis Sparty, stale zagrożonej buntami podbitej ludności, zmilitaryzowanej i zamkniętej w swych granicach. Drugie co do wielkości, ale najludniejsze miasto-państwo Hellady, otwarte i ożywione handlem Ateny, przechodziło w VI w. przemiany ustrojowe, które do udziału w sprawowaniu władzy włączały kolejne grupy obywateli. Demokracja ateńska rozwinęła się w pełni w V w. Losowanie urzędów i wynagradzanie obywateli za sprawowanie funkcji publicznych umożliwiło wówczas bezpośredni udział w rządach nawet najuboższym.

Konflikt grecko-perski w latach 499-479; źródło: Wikipedia; Bibi Saint-Pol, praca własna. Macedonia oznaczona jest jako państwo wasalne Persji.

Konflikt między Persją i greckimi koloniami w Azji Mniejszej, a następnie atak perski na poleis na Półwyspie Bałkańskim sprawił, że u progu V w. p.n.e. zagrożeni w swych siedzibach Grecy wspólnie wystąpili przeciw najeźdźcom. Współdziałanie Aten i Sparty pozwoliło zwyciężyć Persów (490–470 p.n.e.), ale korzyści polityczne z sukcesu wyniosły głównie Ateny. Nadal obawiające się Persów mniejsze polis uznały ich hegemonię i przyłączały się do kierowanego przez nie Związku Morskiego. Rywalizacja obu państw doprowadziła do kilkudziesięcioletniej wojny, w której zaangażowali się także sojusznicy Sparty ze Związku Peloponeskiego i Aten ze Związku Morskiego. Mimo udziału w kolejnych wojnach, Ateny były w V w. p.n.e. niekwestionowaną stolicą kulturalną Grecji.

Wzrost pozycji Macedonii (360-336 p.n.e.)

Macedonia do połowy IV wieku p.n.e. pozostawała na peryferiach świata greckiego. Jej mieszkańcy etnicznie i językowo pokrewni Grekom, byli przez nich uznawani za po części barbarzyńców, jednak kraj stopniowo upodabniał się kulturowo do reszty Hellady. Decydującą zmianą w historii Macedonii było wstąpienia na tron w 360 p.n.e. Filipa II, wcześniej zakładnika w Tebach podczas szczytu potęgi tego polis. Nowy król zreformował armię, tworząc formację falangi macedońskiej, a także kawalerii tzw. hetajrów. Pokonał zagrażających państwu z północy Dardanów, potem dzięki zręcznej polityce i podbojom (m.in. w Tracji gdzie zajął greckie poleis oraz kopalnie złota) znacząco poszerzył granice i zasoby Macedonii. Interwencja podczas tzw. III wojny świętej w Grecji Środkowej dała mu możliwość przyłączenia w 352 p.n.e. Tesalii, później anektował poleis Związku Chalcydyckiego oraz dalsze tereny w Tracji aż po Morze Czarne. Rosnąca pozycja Macedonii doprowadziła do wojny z sojuszem Aten i Teb zakończonej sukcesem Filipa. W 337 r. p.n.e. narzucił on całej Grecji (z wyjątkiem Sparty) swoją hegemonię, tworząc Związek Koryncki – formalnie sojusz mający walczyć z Persją, w rzeczywistości narzędzie dominacji macedońskiej. Kolejnym etapem podbojów Filipa była wojna z Persją, rozpoczęta w 336 r. p.n.e., jednak tego samego roku król padł ofiarą zamachu, a na tronie macedońskim zasiadł jego dwudziestoletni syn, Aleksander, później nazwany Wielkim.

Panowanie Aleksandra Wielkiego (336-323 p.n.e.)

Młody król szybko stłumił opór miast greckich i został wybrany hegemonem Związku Korynckiego. Jednak gdy ruszył na wyprawę w głąb Bałkanów w Tebach wybuchło powstanie. Aleksander szybko wrócił do Beocji, zdobył i zrównał z ziemią miasto. Czyn ten ostudził w Grecji nastroje antymacedońskie i pozwolił władcy na kontynuowanie rozpoczętej przez ojca rozprawy z Persją. W 334 p.n.e. z wielką armią przekroczył Hellespont i rozpoczął kampanię, która po kilku latach walk uczyniła go panem całego rozległo państwa perskiego (obejmującego Azję Mniejszą, Lewant i Syrię, Egipt, Mezopotamię oraz Iran), którego stolicą uczynił Babilon. W 327 r. p.n.e. przekroczył Hindukusz i z sukcesami walczył w Indiach, lecz opór znużonej armii zmusił go do powrotu do Babilonu w 324 r. p.n.e., gdzie zajął się organizowaniem swojego imperium oraz planami kolejnych podbojów. Latem 323 r. p.n.e. niespełna 33-letni władca zmarł pozostawiając ogromne państwo dowódcom swojej armii. Jego podboje i włączenie pod panowanie macedońsko-greckie wielkich obszarów na Wschodzie zapoczątkowało nowy okres w dziejach Grecji.

Okres hellenistyczny (323-30 p.n.e.)

Imperium Macedońskie (336-323) i królestwa Diadochów w 301 roku p.n.e. i w 200 roku p.n.e.; Wikipedia, Captain Blood,praca własna.

Kształtowanie się świata hellenistycznego

Ogromne państwo Aleksandra szybko stało się polem walki pomiędzy jego dowódcami starającymi się wykroić dla siebie własne królestwa – nazwano ich diadochami, a toczone przez nich walki wojnami diadochów. Także część greckich poleis pod przywództwem Aten spróbowała uzyskać niezależność w tzw. wojnie lamijskiej z lat 323–321 p.n.e., ale uległy armii macedońskiej. Wojny diadochów trwające blisko 40 lat po śmierci Aleksandra doprowadziły do powstania trzech królestw, rządzonych przez dynastie wywodzące się od ich założycieli:

  • państwo Seleucydów z centrum w Syrii, obejmującego także Mezopotamię, Iran oraz część Azji Mniejszej
  • Egipt Ptolemeuszy ze stolicą w Aleksandrii
  • Macedonia Antygonidów

Scena polityczna świata greckiego uzupełniana była przez mniejsze, mniej lub bardziej niezależne państwa i poleis jak np. Epir, Pergamon (później lokalna potęga w Azji Mniejszej), Rodos czy poleis zachodniego basenu Morza Śródziemnego.

Świat hellenistyczny

Zakończenie wojen diadochów nie spowodowało końca rywalizacji między państwami hellenistycznymi. Seleucydzi i Ptolemeusze stoczyli w III i II w. p.n.e. szereg wojen tzw. syryjskich o kontrolę nad Syrią i Palestyną. Ptolemeusze prowadzili ekspansję na wyspach Morza Egejskiego, także w części Azji Mniejszej. Antygonidzi w Macedonii starali się utrzymać kontrolę nad resztą Grecji kontynentalnej, ale musieli stawić czoło nowym tworom politycznym – Związkom Achajskiemu i Etolskiemu. W przeciągu III w. p.n.e. w Azji Mniejszej rosła pozycja Pergamonu, który przeciwstawiał się głównie Seleucydom, walczył także z Galatami – Celtami, którzy po spustoszeniu północnej Grecji na początku III w. p.n.e. osiedli w Anatolii.

Rozległe państwo Seleucydów borykało się także z tendencjami odśrodkowymi – w III w. p.n.e. uniezależniły się jego wschodnie rubieże – królestwo Greko-Baktryjskie rządzone przez grecką elitę, które potem rozpoczęło ekspansję w Indiach. Inna uniezależniona prowincja – Partia, zdobyta przez koczowników ze stepu Środkowo-Azjatyckiego, stała się poważnym zagrożeniem dla Seleucydów, przejmując później inne wschodnie satrapie.

Ekspansja Rzymu i upadek świata hellenistycznego

Na Zachodzie szybko rosła potęga italskiego miasta – Rzymu. Na początku III w. p.n.e. było już panem prawie całej Italii (w tym znajdujących się tam greckich poleis). Seria wojen z Kartaginą dała mu pozycję hegemona na Zachodzie i kontrolę, w większości greckiej, Sycylii. Wojny macedońskie toczone przez Rzym z Antygonidami pozwoliły mu zaangażować się w politykę w Grecji, gdzie został wkrótce głównym arbitrem. Po zwycięskiej wojnie z Seleucydami z lat 192–188 p.n.e. mógł dyktować swoje warunki tak wrogom, jak i sojusznikom w regionie. Stopniowo kolejne części świata greckiego stawały się rzymskimi prowincjami. Próbę przeciwstawienia się tej ekspansji podjął w latach 88–66 p.n.e. helleński Pont pod rządami Mitrydatesa VI, zyskując sojuszników na terenie Grecji europejskiej i w Azji Mniejszej, ale w końcu uległ rzymskim armiom. Znacznie okrojone państwo Seleucydów stało się prowincją w latach 60 I w. p.n.e., ostatnie z państw hellenistycznych – Egipt w 30 r. p.n.e. Wschodnie tereny państwa Seleucydów (Mezopotamia i Iran) trafiły w ręce Partów.

Suwerenne, greckie i hellenistyczne państwa i poleis zniknęły z mapy politycznej, jednak ich kultura wciąż trwała, silnie oddziałując także na Rzymian. Wschodnia połowa Imperium Romanum pozostała greckojęzyczna, a część elementów greckiej kultury przyjmowały także dalsze państwa Wschodu.

x

Skoro kultura hellenistyczna tak bardzo oddziaływała na Rzym, to wypada przybliżyć sobie ten świat hellenistyczny. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Hellenizm – nazwa wprowadzona do nauki przez J.G. Droysena (1836) na określenie dziejów greckich w latach ok. 330-30 p.n.e., tj. od podboju monarchii perskiej przez Aleksandra Wielkiego do zlikwidowania państw hellenistycznych, które pojawiły się na terenie jego imperium.

Jedną z podstawowych zasad polityki władców hellenistycznych było kolonizowanie terenów państw osadnikami grecko-macedońskimi, zakładanie miast typu greckie polis (podległych komendantowi załogi macedońskiej) lub kolonii wojskowych. Z Macedończyków i Greków rekrutowali się urzędnicy i wojsko; w ich rękach znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny. Punkt ciężkości życia ekonomicznego i kulturalnego przeniósł się z Grecji do Azji Zachodniej i Egiptu. Rozkwit gospodarczy, któremu towarzyszył rozwój handlu sięgającego do krajów Dalekiego Wschodu i wschodniej Afryki, był wywołany m.in. upłynnieniem zasobów kruszców szlachetnych jeszcze przez Aleksandra Wielkiego, eksploratorską polityką władców, wyzyskiwaniem zasobów surowców i umiejętności rzemieślniczych ludów orientalnych. Kształtująca się na Wschodzie kultura zwana hellenistyczną (w odróżnieniu od helleńskiej, czyli czysto greckiej), była kulturą nowego typu, powstałą wśród Greków pochodzących z różnych stron Grecji i pozostających w kontakcie z wysoką kulturą ludów orientalnych; szczególnymi jej cechami były: uniwersalizm – mający za podstawę jedność ekonomiczną państw hellenistycznych (unia europejska się kłania – przyp. W.L.), kosmopolityzm, jako wynik przejścia z roli obywatela miasta-państwa (gr. polis – stąd polites) do roli obywatela świata (gr. kosmopolites – termin wprowadzony przez cynika Diogenesa z Synopy), indywidualizm – znajdujący wyraz m.in. w ówczesnych kierunkach filozoficznych (cynizm, stoicyzm, epikureizm), poszukujących drogi do szczęścia jednostki oraz synkretyzm, wypływający z tych samych dążeń, lecz wiążący nadzieje ludzkie z pomocą i opieką mniej znanych, potężnych bóstw, utożsamianych z bóstwami rodzimymi. Przejawem zachodzących procesów było również wytworzenie się na podstawie dialektu attyckiego nowej formy języka greckiego, zwanej wspólnym (gr. koine); w tym języku powstawało ówczesne piśmiennictwo.

Podboje Aleksandra Wielkiego i głębokie zmiany, jakie zaszły we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w okresie hellenizmu, zburzyły dawne stosunki polityczne, społeczne, ekonomiczne i ideologiczne. W sferze religii wyraziło się to m.in. w rozpowszechnianiu się judaizmu, oraz w zjawisku zwanym synkretyzmem. Polegało ono na stapianiu się różnych kultów i różnych bóstw w jedno, z ogólną tendencją utworzenia jednego (choć nie jedynego) bóstwa (Izyda, Serapis). Władcy hellenistyczni, chcąc zapewne m.in. zjednoczyć we wspólnym kulcie wieloplemienne i niejednolite społeczeństwo, wprowadzili oparty na wschodnich tradycjach kult panującego. Charakterystyczny był również dla hellenizmu kult bogini „losu” – Tyche oraz babiloński kult gwiazd (i planet), którym przypisywano wpływ na bieg wszelkich zdarzeń. Poznanie przyszłego losu miała ułatwić coraz bardziej rozpowszechniająca się astrologia, a zapobiec niepomyślnym przypadkom gnoza, posługująca się w niższych formach magią. Wyrazem racjonalizujących tendencji w hellenizmie były poglądy religijne Euhemera. Wszystkie te wierzenia nie zaspokoiły jednak ówczesnych dążeń ludzkich – potrzeby szczęścia; jedni szukali go w radościach życia doczesnego, inni w ówczesnych systemach filozoficznych, wielu zaś widziało w życiu pozagrobowym; drogę do szczęścia pozagrobowego wskazywały coraz szerzej uprawiane religie misteryjne. Na tym podłożu znalazł licznych wyznawców chrystianizm, rozwijający się w okresie cesarstwa rzymskiego.

x

Po tym cytacie z WEP już można się zorientować, czym był hellenizm, ale otwartym tekstem pisze o tym Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”:

Po rozpadnięciu się państwa Aleksandra Wielkiego na Macedonię, Egipt i Syrię, Palestyna dostała się pod władzę Egiptu. Jest to okres, w którym po raz pierwszy w całej pełni hellenizm spotyka się z judaizmem twarzą w twarz. Barwnie i wszechstronnie opisał to spotkanie Tadeusz Zieliński w swej dwutomowej książce: „Hellenizm a judaizm”.

Na dworze Ptolomeuszów w Aleksandrii żydzi są nader mile widziani i są powiernikami królów, nie omijają ich urzędy państwowe i inne korzyści. Okres panowania egipskiego (323-201 przed Chr.) zaznacza się mniej lub więcej powierzchowną hellenizacją Palestyny, a nawet Jerozolimy. Ton życiu duchowemu żydostwa nadają teraz niewidzialne wpływy skupień emigracyjnych. Właściwie już od śmierci Nehemiasza podnieta dla podtrzymania Erec Izrael (siedziby narodowej) płynie z Babilonu. Jest to znany nam kierunek „ogrodzenia”. Drugie potężne skupienie żydowskie wytwarza się w Aleksandrii. Przedstawia ono kierunek hellenistyczny, a więc mniej więcej pozornej asymilacji do cywilizacji greckiej.

Jerozolima jest miejscem, gdzie oba te kierunki toczą ze sobą walkę.

Hellenizm jest widoczny z dala, a judaizm nurtuje pod spodem. Hellenizm niesie z sobą równouprawnienie obywatelskie z ludnością macedońską egipskiego państwa; w Aleksandrii Ptolomeusze równają ludność żydowską w prawach z ludnością panującą. Stąd rozchodzą się żydzi po innych miastach Egiptu i uzyskują większość w nadbrzeżnych miastach Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis).

W państwie syryjskim, pod którego władzą znalazł się Babilon, żydzi również otrzymują pełnię praw obywatelskich; z Babilonu rozchodzą się do miast założonych przez dynastię Seleucydów i dają początek m.in. wielkiemu żydowskiemu skupieniu w Antiochii.

x

Można więc powiedzieć, że hellenizm to asymilacja Żydów na terenie byłego państwa perskiego. Skoro nawet WEP pisze, że w rękach Macedończyków i Greków znalazła się ziemia, handel i obrót pieniężny, to chyba nie ma żadnych wątpliwości, co to byli za Macedończycy i Grecy. Natomiast Persja, to chciałoby się powiedzieć ewenement na skalę światową, bo to państwo, które samo na siebie napadło. Bo jak inaczej rozumieć fakt, że Macedonia, która była całkowicie podległa Persji napadła na nią i doprowadziła do jej rozpadu. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że łatwiej było przyłączyć Grecję do Imperium Rzymskiego jako oddzielne państwo, niż gdyby była ona częścią innego potężnego państwa. Zresztą losy Aleksandra Wielkiego też świadczą o tym, że wszystko było wyreżyserowane.

Żydzi wykorzystali Persję, by zdominować Egipt, tereny obecnej Syrii i Turcji. To, co było dalej na wschód, też zostało przez nich opanowane. Później to samo czyniono w Imperium Rzymskim, gdy ono podbijało Europę Zachodnią. Za legionami rzymskimi szli Żydzi i osiedlali się na zdobytych terenach. Do tych samych celów służyło wykorzystywanie imperiów kolonialnych Portugalii, Hiszpanii, Francji, Anglii, Holandii i Rosji.

Jeśli komuś dzisiaj wydaje się, że to, z czym mamy obecnie do czynienia, to walka o utrzymanie dominacji dolara na świecie, to jest w błędzie. Żydzi kontrolują wszystkie waluty i nie ma to dla nich najmniejszego znaczenia, czy walutą dominującą będzie dolar czy jakaś inna waluta stworzona przez państwa BRICS, bo będzie ona pod ich kontrolą, tak jak wszystkie banki na świecie. A czy pozwolą dalej Ameryce być mocarstwem dominującym, czy raczej zdecydują na to, że nadszedł czas Chin, to za jakiś czas się dowiemy.

Można też powiedzieć, że Żydzi cały czas robią to samo, co robili w okresie hellenistycznym. Mamy więc kosmopolityzm, unifikację gospodarczą, wędrówki ludów, horoskopy i co tam jeszcze.

Czym był PRL?

29 lipca przypadła kolejna rocznica śmierci Edwarda Gierka. To już 24 lata. Ale jak co roku i tym razem nie zabrakło ludzi, którzy go wspominają z sentymentem. Często jest to efekt tego, że im w jego epoce powodziło się lepiej niż innym. To nie było tak, że wszyscy mieli mieszkania, dobrze płatną pracę i mogli co roku wyjeżdżać na urlop nad morze czy w góry. Byli też w PRL-u ludzie, którzy pobierali głodowe emerytury i żyli bardzo skromnie. Były to tzw. emerytury ze starego portfela. Obejmowały one ludzi, których część aktywnego życia zawodowego przypadła na okres II RP. Nie było więc tak kolorowo, jak chcą ci ludzie, którzy podzielili się swoimi opiniami na kanale Jarosław szuka kłopotów.

Czym był zatem PRL? By odpowiedzieć na to pytanie, wypada cofnąć się przynajmniej do czasów II RP. Czym ona była? Była to Polska pańska, Polska Radziwiłłów i im podobnych. To oni zyskali na wojnie 1920 roku, bo dzięki niej ich majątki nie znalazły się w Związku Radzieckim. To była też Polska tych wszystkich, którzy w czasach zaborów zajmowali najwyższe stanowiska w administracji trzech zaborów i w większości zachowali te stanowiska, poza tymi, które przypadły „Polakom-patriotom”, czyli piłsudczykom, którzy „bezinteresownie” walczyli o Polskę. Ale na pewno nie była to Polska chłopów i mniej licznej klasy robotniczej. Większość chłopów nie mogła zapewnić swym dzieciom odpowiedniego wykształcenia. Szkolnictwo powszechne ograniczało się do sześciu klas szkoły podstawowej. Dalsza edukacja wymagała wysłania dziecka do miasta, a to dla większości z nich było za drogie. Można więc, nieco uogólniając powiedzieć, że pańska Polska okresu międzywojennego nie dbała o warstwy najniższe.

Po wojnie przyszła, wraz z nowymi „Polakami-patriotami”, Polska ludowa. W sensie ideologicznym jej ustrojem był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jeden przywódca (partia). PRL wmówił ludziom, że Polska Ludowa byłą państwem jednonarodowym, co nie było prawdą, bo na ziemie poniemieckie przesiedlano w większości mniejszości kresowe i potomków tych, z których w XIX wieku stworzono Polaków. PRL dał ludziom dużo: dał masom możliwość kształcenia się na wszystkich poziomach nauczania, bezpłatną opiekę zdrowotną, pracę i mieszkania. To był jednak warunek konieczny, by wyzwolić w tych masach energię niezbędną do odbudowy kraju za darmo. I faktycznie ludzie pracowali za tę przysłowiową już miskę ryżu, ale nie byli nieszczęśliwi z tego powodu. Byli przekonani, że uczestniczą w czymś wyjątkowym, że pracują dla własnych dzieci. Odbudowali tę Polskę i przy okazji Wrocław, Gdańsk, zalane przez wycofujących się Niemców Żuławy i wiele innych miast niemieckich. Oczywiście nie wszystko dało się odbudować siłą rąk i dobrą chęcią. Wiele maszyn czy technologię trzeba było kupić na Zachodzie. A skąd pieniądze? Tomasz Piekielnik powiedział swego czasu na swoim kanale, że Gomułka brał kredyty na Zachodzie pod zastaw złota, które wywieziono po wybuchu wojny.

Mijały lata, ludzie powoli przekonywali się, że nie wszystko idzie tak, jak powinno. Rosło nowe pokolenie, które już inaczej patrzyło na tę rzeczywistość i nie było skłonne do poświęceń, widząc, że wysiłek rodziców idzie na marne, a i złota już pewnie brakowało. Cóż pozostało? – Kredyt. Zaczęto budować drugą Polskę. Ile z tych pieniędzy poszło w nierentowne inwestycje, ile rozkradziono pod pozorem tych inwestycji – tego nigdy nie dowiemy się. W radiowej Trójce często w programie 60 minut na godzinę przedmiotem krytyki, czy wręcz kpin, była Dyrekcja Cyrku w Budowie. Cały plan zaciągnięcia kredytów w dewizach przy niewymienialności złotówki był skazany na niepowodzenie z tych samych powodów, dla których wiele lat później wpadli w kłopoty finansowe tzw. frankowicze. Podstawowa zasada przy braniu kredytu brzmi: bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz. W przypadku PRL-u problemem było to, że Zachód dał kredyty, ale nie udostępnił swoich rynków zbytu dla produktów fabryk, na które je dał. Stąd prawie od razu pojawił się dotkliwy brak dewiz, którymi trzeba było spłacać raty kredytu i odsetki. Nie pomagała sprzedaż w krajach nazywanych wtedy Trzecim Światem, bo wyprodukowane towary zbywano po zaniżonych cenach, by w ogóle coś sprzedać. Kto wpadł na ten iście szatański pomysł, by w taki sposób zadłużyć PRL? Chyba nietrudno domyślić się.

Pojawiły się problemy na rynku wewnętrznym. Szczególnie dał się odczuć brak mięsa i wędlin, bo były to jedne z niewielu produktów, które udawało się sprzedawać za dewizy. Robotnicy wielkich zakładów przemysłowych zaczęli strajkować. Znowu pojawili się „Polacy-patrioci”, którzy przejęli kierownictwo nad buntującymi się masami, nocowali w tych zakładach na styropianach i tak powstał etos styropianowców. Stan wojenny rozgonił to towarzystwo, ale tylko pozornie. Epoka Jaruzelskiego to czas przygotowań do likwidacji PRL-u. Wszystko wtedy robiono, by przekonać ludzi, że socjalizm jest niereformowalny. Na rynek pracy wchodziły roczniki powojennego wyżu demograficznego. Nie było dla nich pracy, więc zaczęto wysyłać ludzi na wcześniejsze emerytury. Zliberalizowano też politykę paszportową, by umożliwić im wyjazd za granicę. Nie przypadkiem jedynym wówczas państwem kapitalistycznym, które nie wymagało wiz od obywateli Polski, była Austria. A tam były obozy tymczasowe, z których mogli oni wyemigrować do innych państw Europy Zachodniej czy dalej. Pod koniec lat osiemdziesiątych władza przystąpiła do rozmów z opozycją, czyli ze styropianowcami. Uznano, że komunizm nie sprawdził się, nie tylko w Polsce, ale i w reszcie krajów tzw. demokracji ludowej. Ale jakoś dziwnie w Chinach miał się dobrze i nawet masakra na placu Tian’anmen, czyli placu Niebiańskiego Spokoju, na wiosnę 1989 roku, nie zaszkodziła mu.

Ostatecznie styropianowcy, czyli „Polacy-patrioci”, przejęli władzę. By jednak ją utrzymać musieli przystać na jeden warunek, którego spełnienia zażądali wierzyciele. Musieli oni zlikwidować, czyli sprywatyzować, istniejące zakłady przemysłowe i państwową sieć handlową, a więc cały dorobek PRL-u wypracowany przez powojenne pokolenie oraz to, co zbudowano za ich kredyty w czasach Gierka.

Tak więc dorobek powojennego pokolenia – które nie tylko budowało zakłady przemysłowe, ale również bloki mieszkalne, szkoły, szpitale, drogi, mosty, ośrodki wypoczynkowe itp. – został przejęty przez „Polaków-patriotów”, a raczej ich mocodawców. Dla nich ci ciężko pracujący ludzie byli zwykłym balastem, którego należało się pozbyć, gdy wykonali swoje zadanie, czyli odbudowali kraj po powojennych zniszczeniach. Jeśli władze PRL-u umożliwiły wielu ludziom awans społeczny, to nie dlatego, że mieli na celu ich dobro, tylko dlatego, że chcieli wykorzystać ich entuzjazm. Był to zwykły cynizm. Dziś wielu z tych, którzy nadal żyją, nie może się pogodzić z tym, co stało się później. I może właśnie stąd taki sentyment do Gierka i jego epoki, która została tak brutalnie przerwana. Została przerwana, bo taki był scenariusz.

III RP to parodia państwa, tak jak zresztą wszystkie państwa czy raczej byty państwowo-podobne, które tworzono na tych ziemiach od unii polsko-litewskiej. Lech Wałęsa budował drugą Japonię, a Donald Tusk – drugą Irlandię. Nic z tego nie wyszło. Natomiast budowa drugiej Ukrainy przebiega sprawnie. Czy te miliony Ukraińców, które już są na tym terenie, zwanym Polską, a których jeszcze parę milionów tu przybędzie, czy oni nie staną się narzędziem, takim samym jak powojenne pokolenie PRL-u, do wykonania pewnego zadania, czyli w tym wypadku zmarginalizowania ludności tubylczej? A czy później Żydzi nie wystawią im rachunku za niegdysiejsze pogromy na Ukrainie? Są to pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź. Zapewne kiedyś stanie się to jasne. Tylko kiedy? I czy rzeczywiście po to ich ściągają?

x

Dziś mamy kolejną rocznicę. Więcej o tym w blogu Wojna 1920 roku. Wypada więc przypomnieć pewne fakty. Królestwo Polskie powstało 5 listopada 1916 roku. W dniu 7 października 1918 roku Rada Regencyjna Królestwa Polskiego wydała deklarację niepodległości. W listopadzie Królestwo Polskie staje się zalążkiem niepodległego państwa polskiego, określanego jako II Rzeczpospolita.

Źródło: Wikipedia; Mix321, praca własna.

11 listopada 1918 roku Niemcy kapitulują i zmuszone są do podpisania warunków zawieszenia broni. Jednak paragraf 12. tych warunków nakazuje zostać im w głębi Rosji tak długo, jak zwycięzcy uznają to za stosowne, ale 9 listopada wybucha rewolucja w Berlinie i przerzuca się na wojska polowe. Wiele oddziałów wypowiada posłuszeństwo i rusza do domów. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się na linii Niemna. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajęli opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia Mińsk. 3 stycznia 1919 roku zajęli Rygę, a 6 stycznia – Wilno. 9 lutego 1919 roku wojska polskie, przepuszczane przez linie niemieckie, zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami pod Skidlem na Niemnie, a wkrótce również koło Prużan i Kobrynia. – Tak to opisuje Józef Mackiewicz w powieści Lewa wolna. Nie precyzuje jednak, kto wydał rozkaz, by wojska niemieckie przepuszczały wojska polskie.

W takim stanie rzeczy wojska niemieckie zostały wycofane i wróciły do Niemiec. 27 grudnia 1918 roku wybucha powstanie wielkopolskie. A co by było, gdyby te wojska zostały użyte do stłumienia tego powstania? Ale gdyby nie wybuchła rewolucja w Niemczech, to nie mogłoby dojść do wycofania wojsk niemieckich z frontu wschodniego i nie mogłoby dojść do wojny polsko-bolszewickiej. A czym była ta rewolucja? Erich Maria Remarque w powieści Czarny obelisk Dom Wydawniczy REBIS 2023 pisze:

„To prawda, że rewolucja niemiecka z roku 1918 była najmniej krwawą na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli.”

x

Warto o tym wszystkim pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy zapadają gdzieś tam wysoko, ko wie, czy nie rozstrzygające o losach tego regionu, decyzje.